Pfizer pozywa Polskę. Żąda grubych MILIARDÓW za nieodebrane szpryce. A min. Sójka „ma nadzieję”. Wybiera się za morze?

Pfizer pozywa Polskę. Żąda grubych MILIARDÓW za nieodebrane szpryce

22.11.2023 https://nczas.info/2023/11/22/pfizer-pozywa-polske-zada-grubych-miliardow-za-nieodebrane-szpryce/

Szczepionka Covid-19 Pfizer
Szpryca Pfizera. Zdjęcie ilustracyjne. / Foto: Pixabay

Jest pewne światełko, które będzie mówić, że mamy szansę by w dobry sposób zakończyć ten proces – powiedziała w TVN24 minister zdrowia Katarzyna Sójka pytana o pozew koncernu Pfizer. Zaznaczyła, że sprawa jest trudna, ale dotyczy nie tylko Polski. Jest więcej krajów, które mają podobny problem.

„Dziennik Gazeta Prawna” poinformował w środę, że Pfizer pozwał Polskę za „niewywiązanie się z umowy szczepionkowej”. Żąda zapłaty 6 mld zł. Z ustaleń dziennikarzy dziennika wynika, że pierwsza rozprawa odbędzie się 6 grudnia.

Jak podaje „Dziennik Gazeta Prawna” pozew koncernu Pfizer przeciw Polsce został złożony w sądzie w Brukseli, gdyż umowa dotycząca pierwszej wspólnej umowy kupna szczepionek przez Komisję Europejską dla wszystkich państw członkowskich UE była podpisana przez KE, co oznacza, że podlega prawodawstwu belgijskiemu. Chodzi o postępowanie cywilnoprawne.

Sprawa dotyczy 60 mln szczepionek przeciw COVID-19, których Polska nie odebrała i za które nie zapłaciła mimo wiążącej umowy z koncernem.

Dziennik przypomina, że w marcu ub.r. premier Mateusz Morawiecki w liście do szefowej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen napisał, że Polska nie będzie odbierać szczepionek i jako bezpośrednią przyczynę podał „siłę wyższą”, czyli wojnę na Ukrainie. W kwietniu ogłosił, że zrywa kontakty z Pfizerem ze względu na koszty, jakie ponosi w związku z inwazją Rosji. Jak zaznacza DGP w międzyczasie próbowano z firmą negocjować, również na poziomie unijnym, jednak bez powodzenia.

Gazeta zaznacza, że Pfizer czekał z pozwem do momentu zmiany władzy w Polsce, a także czasu, w którym wojna na Ukrainie nie jest już najbardziej palącym tematem w mediach. Koncern, pytany przez DGP o pozew, odparł krótko: „Nie możemy komentować toczącego się postępowania prawnego”.

Minister zdrowia Katarzyna Sójka zapytana została w TVN 24 czy jest szansa na porozumienie, które doprowadzi, że nie będzie procesu w tej sprawie, czy też proces ten jest nieunikniony.

„Ten proces jakby jest aktualny. (…) To są procesy, które będą realizowane na arenie międzynarodowej. Natomiast tutaj mamy światełko” – odpowiedziała minister. „Nie jesteśmy przede wszystkim sami w tym temacie, bo jest więcej krajów w Unii Europejskiej, które mają podobny problem” – wskazała.

„Jest pewne światełko, które będzie mówić, o tym że mamy szansę na to, by w dobry sposób zakończyć ten proces. Jest to trudna sprawa oczywiście i nie dotyczy tylko Polski – jest więcej krajów” – powtórzyła Sójka.

Odnosząc się do stwierdzenia prowadzącego rozmowę dziennikarza: „Rozumiem, że jest raczej nadzieja, że zapłacimy mniej, a nie że nie zapłacimy ani grosza” minister zdrowia powiedziała: „Raczej jest nadzieja, że żądania Pfizera w takiej formie nie zostaną zrealizowane. Taką mam nadzieję”.

Miliardy wyrzucone w błoto podczas pandemii – Winni muszą być ukarani.

Raport Najwyższej Izby Kontroli z września tego roku ujawnił brak przygotowania polskiego rządu na wielki kryzys, jakim okazała się pandemia COVID-19. W ciągu całego okresu obowiązywania stanu epidemii rząd nie opracował ogólnokrajowego planu działania ani nie ogłosił stanu klęski żywiołowej, co przewidziane jest w Konstytucji RP.Zamiast tego uchwalono tzw. Ustawę Covidową, na podstawie której praktycznie zamknięto nas w domach na okres dwóch lat. 
Co gorsza, za tym projektem zagłosowały niemal wszystkie ugrupowania opozycyjne. 
Brak właściwego planu działania, chaos i nieprzygotowanie rządzących do tej sytuacji to dla nas wszystkich koszt miliardów złotych:
190 miliardów z Funduszu Przeciwdziałania COVID-19,
941 milionów na szpitale tymczasowe,
82,3 milionów na wadliwe respiratory.

Musimy zrobić, co w naszej mocy, aby ktoś za to odpowiedział i by zapewnić, że ten koszmar już więcej się nie powtórzy.
Razem wezwijmy nowo wybrany parlament do natychmiastowego działania, utworzenia komisji śledczej oraz pociągnięcia poprzedniego rządu do odpowiedzialności za katastrofalną w skutkach politykę dotyczącą COVID-19.
Podpiszcie Państwo naszą petycję TERAZ, aby zażądać od nowo wybranego parlamentu utworzenia komisji śledczej, która zbada nieprawidłowości rządu podczas pandemii COVID-19. 
Żądamy także wyjaśnień od opozycji, która w większości poparła działania rządu w czasie pandemii. Ci ludzie, którzy od lat przechwalają się swoją miłością do demokracji, są nam winni wyjaśnienia, dlaczego głosowali za ustawą łamiącą Konstytucję RP. 
Razem możemy doprowadzić do ujawnienia prawdy i pociągnięcia rządu do odpowiedzialności za ich działania. Mamy siłę, aby dokonać zmian!

Dziękuję za Państwa wsparcie,
Filip Marinov z całym zespołem CitizenGO

PS Prześlijcie Państwo, proszę, tę petycję rodzinie i znajomym. Im więcej osób się zaangażuje, tym silniejszy będzie nasz nacisk. 
Poniżej wiadomość, którą wysłałem Państwu wcześniej:
Pamiętacie Państwo, co działo się podczas pandemii COVID-19? Strach, niepokój oraz odebranie nam podstawowych praw i wolności?
Nie pozwólcie zamieść tego pod dywan.
Nasze wspólne działanie stworzy nacisk społeczny, który może doprowadzić do istotnych zmian. 
Podpiszcie Państwo petycję domagającą się utworzenia komisji śledczej do zbadania szkodliwej polityki rządu w czasie COVID-19.
 Zjednoczmy się, domagając się wyjaśnień od partii politycznych, które za to odpowiadają.
PODPISZ PETYCJĘ
Wszyscy doskonale pamiętamy trudności i ograniczenia związane z pandemią COVID-19 – niepewność, strach i ingerencję w naszą wolność. Nikt z nas już nigdy więcej nie chce tego doświadczyć. Dlatego ta wiadomość jest tak ważna.
Okres lockdownów, obowiązkowe noszenie masek, zamknięte kościoły i szkoły, przymuszanie do szczepień i ograniczenia w prowadzeniu działalności gospodarczej – to wszystko wydaje się już być za nami. Jednak jako osoby wierzące i obywatele demokratycznego społeczeństwa, jesteśmy zobowiązani do walki o zachowanie naszej wolności w obliczu przyszłych kryzysów.Czy słyszeli Państwo o tym, że Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) zapowiada kolejne pandemie? Zróbmy wszystko, by nasz kraj był na to przygotowany. Zasługujemy na właściwe ustawodawstwo, które pozwoli zachować nasze podstawowe prawa i ochroni nas przed szkodliwym wpływem globalistów. 
Podczas rozprzestrzeniania się pandemii COVID-19 Polska, znalazła się w sytuacji wielkiego kryzysu. Choć istniały przepisy prawne mające na celu zarządzanie sytuacjami nadzwyczajnymi, rząd zdecydował się na uchwalenie specjalnej ustawy dotyczącej COVID-19. Ustawa ta, zamiast dostarczać konkretne rozwiązania, przyniosła ze sobą szereg nowych, szkodliwych regulacji.
Prawdziwym zaskoczeniem było to, że mimo wcześniejszych ostrzeżeń Polska nie posiadała skutecznego planu na walkę z pandemią. W okresie od maja do września 2020 roku, kiedy liczba zachorowań gwałtownie zmalała, nasi liderzy pozostawali bierni i nie przygotowali kraju na jesienną falę zakażeń. Nadszedł czas, aby pociągnąć ich do odpowiedzialności za te zaniedbania.
Prosimy, podpiszcie Państwo naszą petycję, wzywającą nowo wybrany parlament do powołania komisji śledczej, która pociągnie do odpowiedzialności poprzedni rząd za jego reakcję na pandemię COVID-19.
Przypomnijmy skutki nieudolnej polityki rządu w czasie pandemii:
Nadmierna śmiertelność,Kryzys ekonomiczny, którego skutkiem jest m.in. aktualna wysoka inflacja,Upadek licznych małych firm,Utrata miejsc pracy,Problemy psychiczne wśród dorosłych i dzieci,Uzależnienie dzieci od urządzeń elektronicznych oraz zaległości w edukacji,Alienacja,I inne poważne konsekwencje…Nadszedł moment, by zadbać o to, aby odpowiedzialni ponieśli konsekwencje i by zapobiec powtórzeniu się tego koszmaru w przyszłości.
We wrześniu tego roku Najwyższa Izba Kontroli (NIK) ujawniła szokujące fakty dotyczące polityki pandemicznej naszego państwa. Ujawniono skandal, w który aż trudno uwierzyć.
Najwyższa Izba Kontroli ogłosiła, że na wadliwe respiratory zostało zmarnowanych 82,3 miliony złotych z publicznych pieniędzy, a urzędnicy Ministerstwa Zdrowia i Kancelarii Premiera są podejrzani o poważne zaniedbania. Ta sprawa została już zgłoszona do prokuratury.  Na budowę szpitali tymczasowych wydano z kolei ponad 900 milionów złotych. Jeden z takich obiektów, przygotowany w Szczecińskiej Netto Arenie kosztował nas wszystkich 29 milionów. Nie przyjęto tam nawet jednego pacjenta! 
Kto poniesie za to wszystko odpowiedzialność?
Dzięki Państwa wsparciu możemy uniknąć powtarzania tak nieodpowiedzialnych decyzji. Żądamy szczegółowych wyjaśnień odnośnie działań rządu oraz ochrony naszych konstytucyjnych swobód.
Niech Państwa głos zostanie usłyszany. Proszę, dołączcie Państwo do naszej petycji, w której domagamy się od posłów w nowo wybranym parlamencie, aby nie zwlekali i powołali specjalną komisję śledczą.
Nie pozwólmy zamieść tej sprawy pod dywan. 
Państwa podpisy generują społeczną presję na rzecz istotnych zmian. Opozycja, która teraz ma większość w parlamencie, powinna być zmotywowana do rozliczenia działań poprzedniego rządu. Jeśli przegramy tę kampanię, politycy mogą stać się nietykalni, co będzie stanowiło zagrożenie dla naszych wolności w przypadku kolejnej pandemii. Jednak, jeśli odniesiemy sukces, zmusimy parlamentarzystów do opracowania ustawodawstwa, które będzie chronić nasze wolności i respektować Konstytucję.
Nie zwlekajcie. Podpiszcie Państwo naszą petycję, w której nawołujemy posłów nowej kadencji sejmu do powołania specjalnej komisji śledczej już teraz. 
Dziękuję za Państwa niesłabnące wsparcie,Filip Marinov z całym zespołem CitizenGO

PS Ta sprawa jest niezwykle pilna. Musimy działać jak najszybciej, kiedy temat jest świeży i nadal popularny. Tutaj chodzi o naszą wolność! Kiedy już podpiszą Państwo tę petycję, prosimy o jej udostępnienie jak największej liczbie osób. Potrzebujemy wielu podpisów, aby nasz głos został usłyszany.

Więcej informacji:
COVID-19 w Polsce – na początku był chaos
https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/covid-19-w-polsce.html
NIK: W czasie pandemii rząd narażał życie i zdrowie Polaków. Nieprawidłowości na dziesiątki milionów zł
https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/nik-ujawnia-w-czasie-pandemii-rzad-narazal-zycie-i-zdrowie-polakow/9jf5pte
Walka z COVID-19 w Polsce. Raport NIK zarzuca władzy „daleko idącą niegospodarność”
https://www.rp.pl/polityka/art39180861-walka-z-covid-19-w-polsce-raport-nik-zarzuca-wladzy-daleko-idaca-niegospodarnosc
NIK o rządach PiS w czasie Covid-19: Miliardy w błoto, możliwa bezprawność ustaw
https://pch24.pl/nik-o-rzadach-pis-w-czasie-covid-19-miliardy-w-bloto-mozliwa-bezprawnosc-ustaw/
190 mld zł z Funduszu Przeciwdziałania COVID-19 – ekstra budżet rządu, który kiedyś trzeba będzie spłacić
https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/fundusz-przeciwdzialania-covid-19.html

CitizenGO to społeczność aktywnych obywateli, która stara się, aby ludzkie życie, rodzina i wolność były darzone szacunkiem na całym świecie. Członkowie CitizenGO zamieszkują wszystkie kraje świata. Nasz zespół pracuje w 16 państwach na 5 kontynentach i działa w 12 językach. Więcej o CitizenGO dowiedzą się Państwo tutaj. Mogą nas Państwo także śledzić na Facebooku i Twitterze.

Włoski parlament przyjął pierwszą w Europie ustawę zakazującą produkcji i sprzedaży sztucznego „mięsa”.

Włoski parlament przyjął pierwszą w Europie ustawę zakazującą produkcji i sprzedaży sztucznego mięsa.

Włosi przeciw produkcji i sprzedaży sztucznego „mięsa”. Floryda bierze z nich przykład. 20 listopada 2023 pch24l/wlosi-przeciw

(fot. PCh24.pl )

Włoski parlament przyjął pierwszą w Europie ustawę zakazującą produkcji i sprzedaży sztucznego mięsa. Chodzi o produkty pochodzące z hodowli laboratoryjnej. Przeciwko tej „nowoczesnej gałęzi” przemysłu występują także politycy w amerykańskim stanie Floryda.

Włoski minister rolnictwa Francesco Lollobrigida nie ma wątpliwości, iż „mięso” produkowane w laboratorium uderza we włoską kulturę, tożsamość i cywilizację. Podważa lokalne tradycje, stanowi zagrożenie dla obecnego, wiejskiego stylu życia, harmonii z ziemią i zmierza do zniszczenia lokalnej produkcji. – Jeśli produkujesz żywność, która nie ma związku z człowiekiem, ziemią, pracą, możesz przenieść produkcję do miejsca z niższymi podatkami i niższymi standardami środowiskowymi, co szkodzi miejscom pracy i środowisku – tłumaczył w rozmowie z „Politico”.

Według partii opozycyjnych wobec obecnego rządu, zakaz produkcji „mięsa” w probówkach jest „propagandę ideologiczną” wymierzoną w procesy globalizacyjne i „nowoczesność”.

Minister rolnictwa to szwagier premier Meloni. Podjął szereg działań, by bronić włoskiej kultury i dziedzictwa kulinarnego. W marcu minister wprowadził obowiązek jasnego oznakowania i zamieszczania ostrzeżeń na produktach z mąki pochodzącej od owadów, takich jak świerszcze i larwy mącznika.

Podjął także walkę z obcym gatunkiem inwazyjnym, błękitnym krabem atlantyckim, który zagraża rodzimym włoskim małżom. Lollobrigida broni suwerenności żywnościowej, odrzucając uprawy genetycznie modyfikowane, syntetyczne pestycydy, sztuczne „mięso”, a także długie łańcuchy dostaw żywności. Poleganie na długich łańcuchach dostaw energii, nawozów i żywności wystawiłoby Włochów „na pastwę przestępców i autokratów, którzy mogliby ich szantażować” – wyjaśnia minister.

Przyjęta przez parlament ustawa zakazująca produkcji i sprzedaży syntetycznego „mięsa” nie spodobała się przedsiębiorcom z Italian Complementary Protein Alliance, specjalizujących się w zakresie badań nad białkami pochodzenia roślinnego i hodowlanego. Regulacja ma „tłumić innowacje”. Producenci sugerują, że narusza ona także unijne przepisy. Zarzucili rządowi, że cofa się, „podczas gdy świat idzie do przodu”.

Ettore Prandini, szef stowarzyszenia rolników Coldiretti odpiera zarzuty i wskazuje, że „Włochy, światowy lider w zakresie jakości i bezpieczeństwa żywności, mają obowiązek przewodzić polityce ochrony zdrowia obywateli”.

Według niektórych ekspertów, Włosi i tak nie będą mogli sprzeciwić się sprzedaży tak zwanego mięsa syntetycznego produkowanego w Unii Europejskiej, ze względu na regulacje o wspólnym rynku i swobodzie przepływu towarów i usług. Rząd jednak nie obawia się reakcji władz UE.

Ustawa przyjęta 16 listopada zakazuje nie tylko produkcji i sprzedaży „mięsa” z probówki, ale także jego reklamy. Niektórzy dopatrują się w decyzji polityków strategicznych interesów politycznych w związku z czerwcowymi wyborami do Parlamentu Europejskiego w 2024 r.

Minister rolnictwa Francesco Lollobrigida zaznaczył, że pragnie innej Europy i zaapelował do państw, by sprzymierzyły się z Italią w sprawie zakazu produkcji i sprzedaży jakiejkolwiek formy „żywności syntetycznej”.

Tymczasem niemiecki rząd inwestuje w rozwój alternatywnych białek. Niedawno utworzono fundusz o wartości około 40 mln euro na ten cel. Duński minister rolnictwa Jacob Jensen zapowiedział ponowny przegląd obecnych procedur dotyczących nowej żywności na poziomie UE.

Włoską ustawę musi zatwierdzić prezydent Sergio Mattarella. Co zdaniem ekspertów nie jest takie pewne, tym bardziej, że wyraził obawy dotyczące wszczęcia postępowania przez KE.

Premier Meloni na początku października zaproponowała reformę włoskiej konstytucji, aby ograniczyć uprawnienia decyzyjne prezydenta. Tymczasem ekologiści rozważają wszczęcie strategicznego postępowania sądowego przeciwko rządowemu projektowi, by wstrzymać stosowanie prawa.

Za przykładem Włochów idą amerykańscy prawodawcy na Florydzie. Republikanie chcą zakazać hodowli „mięsa” w laboratorium i jego sprzedaży, by chronić bydło i przemysł rolny w stanie.

Projekt House Bill 435 przewiduje zakaz jakiejkolwiek osobie produkcji, sprzedaży, przechowywania lub oferowania na sprzedaż „mięsa hodowlanego”, wyprodukowanego z hodowanych komórek zwierzęcych w stanie z Floryda.

Każdy, kto naruszyłby zakaz, będzie podlegał wykroczeniu drugiego stopnia, natomiast każdy podmiot zajmujący się dystrybucją lub sprzedażą mięsa hodowlanego musiałby się liczyć z postępowaniem dyscyplinarnym, łącznie z zawieszeniem licencji na prowadzenie działalności.

Polityk Tyler Sirois, który przedstawił projekt ustawy zaznaczył, że mięso hodowane w laboratorium stanowi „obrazę natury i stworzenia” i jest częścią  najnowszej inicjatywy w ramach „agendy ESG”.

Przeciwko temu wypowiedział się również kandydat na prezydenta i gubernator Florydy Ron DeSantis, uznając, że ideologia globalistyczna zagraża wolności gospodarczej i innym amerykańskim wartościom.

W czerwcu Departament Rolnictwa Stanów Zjednoczonych po raz pierwszy zatwierdził sprzedaż kurczaków[??? „mięsa” ?? md] wyprodukowanych z komórek zwierzęcych, zezwalając dwóm kalifornijskim firmom: Upside Foods i Good Meat na serwowanie „mięsa” laboratoryjnego w restauracjach, a także w supermarketach. Agencja ds. Żywności i Leków stwierdziła, że produkty obu firm są bezpieczne do spożycia.

Tak zwane mięso z hodowli komórkowej ma doprowadzić do eliminacji hodowli i uboju zwierząt, a także ograniczyć emisję metanu, wypas, uprawę  paszy dla zwierząt i odpadów zwierzęcych powstających podczas hodowli.

Sztuczne „mięso” produkuje się w stalowych zbiornikach przy użyciu komórek pochodzących od żywego zwierzęcia, zapłodnionego jaja lub specjalnego banku komórek. Do tego procesu wykorzystuje się chemikalia, enzymy itd. Zasadniczo zmierza się do powszechnego klonowania. Manipulowanie genomem spowoduje szereg konsekwencji dla organizmu ludzkiego.

Potentatem w produkcji sztucznego „mięsa” jest Singapur. Niedawno grupa naukowców na czele z prof. Edwardem Spangiem z Uniwersytetu Kalifornijskiego wskazała, że poprzednie badania wychwalające potencjał mięsa hodowanego w laboratorium „nie odzwierciedlają dokładnie obecnych/bliższych praktyk, które są wykorzystywane do wytworzenia tych produktów”. Uczeni doszli do wniosku, że wpływ produkcji mięsa syntetycznego na środowisko będzie w rzeczywistości znacznie większy niż w przypadku konwencjonalnych systemów produkcji mięsa, zwiększając popyt i presje na populację dzikich zwierząt.

Źródło: politico.eu, forbes.com, fox.business.com, orfonline.org AS

Dziesiątki tysięcy pozwów z powodu szkodliwości, ale UE chce przedłużyć pozwolenie na toksyczny glifosat.

Dziesiątki tysięcy pozwów z powodu szkodliwości, ale UE chce przedłużyć pozwolenie na toksyczny glifosat…

20 listopada 2023 pch24/dziesiatki-tysiecy-pozwow

Komisja Europejska zapowiedziała przedłużenie o kolejną dekadę okresu dopuszczalności używania glifosatu – środka chwastobójczego potencjalnie niebezpiecznego dla ludzi i pszczół. Unia nie widzi w jego stosowaniu zagrożeń, lecz liczba sądowych pozwów o odszkodowania z powodu wywołanych szkód szacowana jest na 40 tysięcy.

Herbicyd wyprodukowany na potrzeby amerykańskiej armii walczącej w Wietnamie dzisiaj jest stosowanym powszechnie środkiem chwastobójczym dla rolników. Termin dopuszczenia do użytku preparatu produkowanego m.in. przez światowych gigantów Bayer, Syngenta czy BASF, ale i na przykład przez polski Ciech, kończy się już w grudniu – informuje „Rzeczpospolita”.

W Polsce w obrocie pozostają aż 92 środki ochrony roślin na bazie glifosatu.

W połowie miesiąca państwa członkowskie Unii Europejskiej głosowały nad kwestią prolongaty pozwolenia na sprzedaż preparatu. Wniosek nie osiągnął potrzebnej do większości kwalifikowanej, ale też nie został odrzucony.  

„Teraz Komisja musi podjąć jakąś decyzję przed 15 grudnia 2023 r., kiedy to upływa obecny okres zatwierdzenia. Glifosat cieszy się zarówno dobrą opinią niezbędnego w rolnictwie środka zwalczającego chwasty, jak i jest oskarżany o szkodliwość dla zdrowia ludzi, masowe wymieranie pszczół i zagrażanie środowisku naturalnemu”.

Według władz UE, od 2019 roku Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) gruntownie analizował setki badań naukowych na temat preparatu. Orzekł, że nie przyczynia się on do powstania żadnych krytycznych zagrożeń. Komisja Europejska zamierza więc przedłużyć pozwolenie, dokładając pewne ograniczenia w rodzaju zakazu stosowania przed okresem zbiorów jako środka osuszającego.

„Najsłynniejszym przykładem środka z glifosatem jest Roundup produkowany przez amerykańską spółkę Monsanto, kupioną w 2018 r. za 63 mld dol. przez koncern Bayer. Skorygował on teraz prognozy rocznych dochodów ze sprzedaży glifosatu z 2,8 mld euro na 2,5 mld euro, ale największym jego problemem jest olbrzymia fala pozwów o odszkodowania w USA. Tylko w październiku Bayer przegrał trzy procesy, 31 października sąd w Kaliforni nakazał firmie zapłatę 332 mln dol. odszkodowania dla mężczyzny oskarżającego Monsanto o wywołanie u niego raka za sprawą preparatu Roundup. Wcześniej sądy zasądziły odszkodowania rzędu 175 mln dol. i 1,25 mln dol”.

Agencja Reuters poinformowała, że liczba pozwów odszkodowawczych szacowana jest obecnie na około 40 tysięcy.

Źródło: rp.pl

Niedziela, Siedlce – Msza święta i Pokutny Marsz Różańcowy za Ojczyznę

N26.11.23 Siedlce – Msza święta i Pokutny Marsz Różańcowy za Ojczyznę

Zapraszamy 26 listopada, niedziela, na 85 Pokutny Marsz Różańcowy ulicami Siedlec w intencji naszej kochanej Ojczyzny – Polski.
Zaczynamy o 14.00 pod pomnikiem Św. Jana Pawła II. Kończymy Mszą Świętą, która rozpocznie się o godzinie 16.00 w katedrze siedleckiej. Uwielbiając Boga w Trójcy Świętej Jedynego, modlimy się razem z Maryją Królową Polski, o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu. 
     Tym razem będziemy szczególnie modlić się o to, aby nowy Rząd Rzeczypospolitej Polskiej, który niebawem powstanie, był zainteresowany dobrem Polski i Polaków. Aby służył Bogu oraz naszej Ojczyźnie i jej obywatelom. Przyczyniał się do dobrej jakości i bezpieczeństwa życia we własnym kraju – Polsce. Z Panem Bogiem,
Andrzej Woroszyło

Będą kary za bezobjawową nienawiść?

Będą kary za bezobjawową nienawiść?

Kategoria: Archiwum, Niekonwencjonalne, Polecane, Polityka, Polska, Pudło, Ważne, Własne recenzje

Autor: CzarnaLimuzyna , 21 listopada 2023

Karę za prawdę wymyślono z nienawiści do niej samej /ryc. Judson Huss

W połowie XX wieku lewica wymyśliła schizofrenię bezobjawową. Stało się to w tzw. Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. ZSRR był państwem realnego socjalizmu. Szukając analogii geopolitycznej można je określić mianem Unii Wschodnioeuropejskiej z azjatycko-turańskim farszem. Ideologią panującą był komunizm z biegiem czasu coraz bardziej zacofany w stosunku do ideologii „nowej lewicy” bazującej na założeniach Szkoły Frankfurckiej, dziś dominującej w tzw. Unii Europejskiej.

“Schizofrenia Bezobjawowa”

Określenie “schizofrenia bezobjawowa” lub „pełzająca” było stosowane w stosunku do osób sprzeciwiających się dziejowej konieczności podążania drogą postępu i rozwoju. Jedną z prześladowanych osób był pisarz Władimir Bukowski – “rosyjski obrońca praw człowieka, pisarz, publicysta, więzień polityczny oraz polityk polskiego pochodzenia. Jeden z najaktywniejszych i najbardziej znanych na świecie uczestników ruchu dysydenckiego w ZSRR”.

” W książce ‘I powraca wiatr…’ opisał swoje dwunastoletnie doświadczenia: “Dla »leczenia wzburzonych«, a mówiąc dokładnie, karania, stosowano w zasadzie trzy środki. Pierwszy – aminozyna. Pod jej działaniem człowiek zazwyczaj zapadał w śpiączkę, w jakieś takie otępienie, że przestawał pojmować, co się z nim dzieje. Drugi – sulfazyna albo siarka. Ten środek powodował zazwyczaj silne bóle i dreszcze. Temperatura podskakiwała do 40-41°C i utrzymywała się przez dwa, trzy dni. Trzeci – ukrutka. To uważane było za najcięższe. Więźnia mocno owijano od nóg aż po pachy mokrym, skręconym prześcieradłem albo pasami z płótna żaglowego. Schnąc materiał kurczył się, powodując straszliwy ból i pieczenie całego ciała. Zazwyczaj powodowało to szybko utratę przytomności i do obowiązków siostry należało tego doglądać. Wówczas ukrutkę chwilowo rozluźniano, pozwalając delikwentowi odetchnąć i dojść do siebie, po czym ponownie go zawijano. To mogło powtarzać się kilkakrotnie”.

Bukowski został w 1976 roku wymieniony na sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Chile Luisa Corvalana i zamieszkał w Londynie.

Powszechnie ordynowano “piąchopirynę” – kułazinę (od rosyjskiego słowa kułak – pięść), duszono i gwałcono. “Chorzy” spędzali w ośrodkach wiele lat i nigdy nie wiedzieli, jak długo będą tam siedzieć – w przeciwieństwie do skazanych na więzienie. Jeżeli takie było życzenie GRU, lekarze mogli zawsze uznać ich za “niedostatecznie wyleczonych”. / ANNA ZECHENTER: Nieprzedawnione/IPN/

Początkowo hołubiony na zachodzie i przyjmowany z honorami, Władimir Bukowski przestał być z biegiem czasu autorytetem dla zachodniego mainstreamu, m.in. z powodu licznych porównań Unii Europejskiej do Związku Radzieckiego.

Kara za bezobjawową nienawiść

Postulat karania za bezobjawową nienawiść oraz represje za rozpowszechnianie prawdziwych informacji, ale mogących szkodzić/nowa kategoria/ jest naturalną konsekwencją ścieżki ideologicznej, którą podąża świat transatlantycki wraz z Unią dziś już jawnie antyeuropejską, a nazywaną wciąż europejską. W Polsce właśnie rozpoczął się kolejny etap klasycznego  приготовления /podgotowki propagandowej/.

Lewica, która posługuje się na każdym kroku gadzią mową wymierzoną w prawdę, dobro i piękno, a często nawet w zwykłą codzienną normalność, chce karać więzieniem za… mowę nienawiści. Wszystko w obronie dobrego samopoczucia siły przewodniej. O jaką siłę przewodnią chodzi? Gdybym napisał siłę przewodnią rewolucji komunistycznej, to część młodszych czytelników nie zrozumiałaby, dlatego aktualizując: chodzi o aktywistów. O aktywistów zaangażowanych w walkę o realizację ideałów globalistycznych i neomarkistowskich. Aktywistów genderowych, klimatycznych, sanitarnych zajmujących się często zwykłym donosicielstwem, szczuciem, a w niektórych przypadkach “współczesnym szmalcownictwem”, współpracujących z organizacjami monitorującymi zachowania normalne i patriotyczne.

„Granice naszego języka są granicami naszego świata”

Nie chodzi tylko o wolność słowa, którą chcą nam odebrać, lecz również o względność słowa używanego czyli o gadzi język, którym posługują się współcześni lewicowi faszyści tworzący absurdalne neologizmy.

A teraz podam najnowszy postulat w tłumaczeniu na ludzki język:

Kto obraża „mową nienawiści” złodzieja, zboczeńca, a także niemieckiego hitlerowca, rosyjskiego lub żydowskiego bolszewika, syjonistę, ukraińskiego banderowca, terrorystę uprzywilejowanej narodowości, murzyńskiego rasistę, obraża go ze względu na dezorientacje moralną, seksualną lub na narodowość, wyznawaną ideologię komunistyczną, satanistyczną lub bezwyznaniowość (!) ten podlega karze więzienia.

Chodzi również o pedofilię i qrwofilię (umiłowanie wszystkich form prostytucji i przemysłu pornograficznego) do których coraz częściej przyznają się degeneraci podciągając to pod flagę lgbtq+p-f. Grzechem byłoby nie wspomnieć o postulacie karania za wyrażoną dezaprobatę moralną połączoną z odczuciem estetycznego niesmaku nazywaną homofobią lub qrwofobią. Tu znów mamy do czynienia z brakiem zarzucanego „objawu chorobowego”. Moralna ocena występku jest sprowadzona do rzekomej fobii, którą na dodatek traktuje się jak… przestępstwo nienawiści. Nienawiści bezobjawowej.

______________________________________________________________________

Grafika w ikonie wpisu: Konstantin Korobov

Kolejny horror: Osoby „transpłciowe” na obiedzie u Franciszka. „Przybliża nas do Kościoła”.

Osoby „transpłciowe” na obiedzie u Franciszka. „Przybliża nas do Kościoła”

TVN24 | tvn24.pl/osoby-transplciowe-na-obiedzie-u-franciszka

ReutersŚwiatowy Dzień Ubogich w Watykanie

Grupa osób transpłciowych została zaproszona przez papieża Franciszka na obiad zorganizowany w Watykanie z okazji Światowego Dnia Ubogich. – Fakt, że papież Franciszek przybliża nas do Kościoła, jest piękną rzeczą. Potrzebujemy trochę miłości – mówiła 46-letnia Carla Segovia.

W niedzielę w Watykanie z okazji Światowego Dnia Ubogich zorganizowano obiad dla około 1,2 tys. osób w trudnej sytuacji życiowej. Wśród zaproszonych była grupa osób transpłciowych, między innymi 55-letnia Claudia Victoria Salas i 46-letnia Carla Segovia pochodzące z Argentyny, obecnie mieszkające w miejscowości Torvaianica pod Rzymem.

Światowy Dzień Ubogich w Watykanie

Jak opisuje agencja Reutera, Carla Segovia była zaskoczona faktem, że posadzono ją naprzeciwko papieża przy głównym stole. – To fantastyczna okazja dla wszystkich nas, osób transpłciowych – powiedziała, wchodząc na audytorium. – My, transpłciowe osoby, czujemy się tutaj we Włoszech nieco bardziej ludzko. Fakt, że papież Franciszek przybliża nas do Kościoła, jest piękną rzeczą. Potrzebujemy trochę miłości – mówiła zaś kilka dni przed wydarzeniem.

Wśród gości znalazł się też Andrea Conocchia, proboszcz parafii Najświętszej Niepokalanej Dziewicy w Torvaianicy. Podczas pandemii Covid-19 pomagał on okolicznej społeczności osób transpłciowych zaopatrywać się w żywność i inne potrzebne artykuły, ponieważ w czasie lockdownu straciły źródła dochodu. Zachęcał poznane osoby, by zwróciły się do Franciszka o pomoc, i szybko ją od niego otrzymały. Rok później zorganizowano dla nich też m.in. szczepienia na koronawirusa. – Ojciec Andrea zawsze nam pomagał. Otworzył dla nas drzwi, przynosił nam jedzenie (…). Dla nas jest święty. Jesteśmy mu bardzo wdzięczne, za jego pośrednictwem papież Franciszek przesyłał nam wiele rzeczy – mówiła Claudia Victoria Salas o proboszczu Conocchim.

ZOBACZ TEŻ: Papież sugeruje otwarcie się na kwestię błogosławieństwa dla par osób tej samej płci. Wskazał warunki

Osoby transpłciowe mogą być rodzicami chrzestnymi

W zeszłym tygodniu Watykańska Dykasteria Nauki Wiary oświadczyła, że osoby transpłciowe mogą otrzymać chrzest, być rodzicami chrzestnymi i świadkami na ślubie. Decyzję z zadowoleniem przyjęły środowiska działające na rzecz praw społeczności LGBT.

Carla Segovia przyznaje, że dla transpłciowych kobiet, takich jak ona sama, bycie rodzicem chrzestnym jest rzeczą najbliższą posiadaniu dziecka. Podkreśla, że dzięki nowym wytycznym czuje się bardziej komfortowo i być może pewnego dnia w pełni wróci do wiary, w której została ochrzczona, a od której odeszła, gdy ujawniła, że jest osobą transpłciową. – Ta wytyczna od papieża Franciszka przybliża mnie do odnalezienia absolutnego spokoju – twierdzi.

Z kolei Claudia Victoria Salas przekazał[a], że ona jest już matką chrzestną. – Bycie rodzicem chrzestnym to wielka odpowiedzialność (…), to nie zabawa. Trzeba wybrać odpowiednie osoby, które będą odpowiedzialne i zdolne do tego, by wysłać dzieci do szkoły, zapewnić im jedzenie i ubrania, gdy rodziców nie będzie w pobliżu – podkreśliła.

W Niemczech protestanci w Kirche odprawili „nabożeństwo” prowadzone przez „sztuczna inteligencję” !!

Setki osób uczestniczyło w nabożeństwach kościelnych prowadzonych przez Ai.
PrisonPlanet.pl Polska 2023-11-20 prisonplanet/setki_osob
Kultura

Setki protestantów wzięło udział w nabożeństwie w Bawarii, które zostało wygenerowane niemal w całości przez sztuczną inteligencję.

Chatbot ChatGPT poprowadził ponad 300 osób przez 40 minutową mszę [NIE !! md] z modlitwami, muzyką, kazaniem i błogosławieństwem.

[Nie była to Msza, ciemnoto, bo protestanci jej nie mają. Ale BLUŹNIERSTWO BYŁO. Mirosław Dakowski]

Nabożeństwo – obejmujące kazanie, modlitwy i muzykę – zostało stworzone przez ChatGPT i Jonasa Simmerleina, teologa i filozofa z Uniwersytetu Wiedeńskiego.

„Wymyśliłem tę mszę, ale właściwie jej towarzyszyłem, ponieważ powiedziałbym, że około 98% było zrealizowane przez maszynę” powiedział The Associated Press 29-letni „uczony”.

======================

mail:

Ludzie w Niemczech to już głupieją całkiem, ale to uczestnictwo w obrzędzie prowadzonym przez tzw. AI to bierze się jak dla mnie z braku wiary w realność Ofiary Chrystusa na ołtarzu podczas Mszy Św, oni uwierzyli , że Chrystus to był taki mądry człowiek, opowiadał ciekawe historie, ludziom się to wmawia żeby np żyli posłusznie itp

Obawiam się że Niemcy czeka katastrofa, bo tylko wówczas jakiś procent ludzi się obudzi.

Seminarium duchowne: Coś w rodzaju przed-rozumienia, ale tak naprawdę to nigdy nie zostały nam przedstawione żadne ideały.

Zawsze Wierni nr 6/2023 (229) piusx.org/zawsze_wierni

Wywiad z ks. Tomaszem Kolendo

Poniżej prezentujemy rozmowę ukazującą rozumienie katolickiego kapłaństwa w realiach polskiego seminarium duchownego, przeprowadzoną z jednym z kapłanów, którzy w ciągu ostatnich lat zdecydowali się dołączyć do apostolatu prowadzonego przez FSSPX.

Jak wyglądała Księdza droga do kapłaństwa?

Wstąpiłem do zakonu we wrześniu 2012 r. i przez rok przebywałem w postulacie w Kłodzku, kolejny rok w nowicjacie w miejscowości Borki Wielkie. Po tym czasie przeniosłem się do Wrocławia, do zakonnego WSD „Antonianum” na Karłowicach i tam przez pięć i pół roku kształciłem się na kapłana.

Jaki obraz kapłaństwa był Księdzu przedstawiony w tym okresie?

Mówiąc wprost: tak naprawdę żaden. Każdy z kandydatów przychodził do zakonu z jakąś wizją tego, jak kapłaństwo ma wyglądać, coś w rodzaju przedrozumienia, ale tak naprawdę to nigdy nie zostały nam przedstawione żadne ideały. Jednak nie było też tak, że podczas mojej formacji nie padły żadne mądre słowa o kapłaństwie.

Czy stopnie formacji czymś się różniły?

Te okresy formacji zdecydowanie trzeba rozdzielić. Postulat i nowicjat to były okresy, podczas których uczono bycia dobrym zakonnikiem – dobrym w sensie posoborowych wzorców.

W pierwszych latach formacji dużo bardziej nacisk kładzie się na posłuszeństwo niż na jakiekolwiek formy pobożności. To posłuszeństwo wyciągnięte jest przed nawias jako najistotniejsza cnota.

To dość znamienne, że raczej ze strony braci zakonnych, a nie kapłanów mogłem otrzymać pewne wzorce szacunku dla Najświętszego Sakramentu, a na pewno już utwierdzić się w tych, które posiadałem. Wydaje mi się to pewną anomalią, że więcej pobożności eucharystycznej można odnaleźć u braci zakonnych niż u kapłanów.

Sytuacja zmieniła się w momencie rozpoczęcia studiów w seminarium duchownym. Uczciwie muszę przyznać, że odebrałem studia na wysokim poziomie. Niestety obok dużych porcji wiedzy nie były nam przedstawione narzędzia do rozróżniania nauk błędnych, narzędzia, którymi kapłan katolicki powinien się posługiwać. Na równi stawiano nam praktycznie wszystkie filozofie – to było takie encyklopedyczne podejście bez uczenia samodzielnego myślenia. Filozofia św. Tomasza byłą jedną z opcji, ale obok niej zdecydowanie królował personalizm.

Natomiast w sferze teologicznej seminarzysta jest niemal całkowicie odcięty od przedsoborowych wzorców. Jedyną encykliką przedsoborową, jaka została głębiej omówiona, była socjalna Rerum novarum, inne mogły być jedynie wzmiankowane jako ciekawostki. Nie uczono nas na pewno jakichś wywrotowych, modernistycznych treści, ale co jakiś czas nazwiska „wielkich teologów Soboru” musiały się pojawić.

Przez wszystko przewijał się duch posłuszeństwa, który opiszę na takim przykładzie:

W 2018 r. powstała plotka o tym, że Stolica Apostolska zamierza uznać za prawdziwe kilka pierwszych „widzeń” w Medjugorie. Jeden z wykładowców przeciwny tym „objawieniom” stwierdził, iż jeśli tak, to trzeba to pod posłuszeństwem przyjąć – choć doskonale zdawał sobie sprawę z błędów teologicznych w nich zawartych.

Z drugiej strony tolerowano mocno protestantyzujacą, samodzielną interpretację Pisma Świętego, wręcz subiektywizm, który był wysoko ceniony. Do ćwiczenia się w nim służyło poranne rozważanie. Przymykano też oko na nieskrępowane podejście do spraw kulturowych i politycznych (choć może po prostu pewne rzeczy nie były zauważane).

Seminarium to jednak oprócz studiów także przebywanie w gronie formatorów i tu, uważam, wyłaniają się wielkie problemy.

Czy może Ksiądz opisać, jakie to problemy?

Przyjętym jest, że odpowiedzialnym za formację seminarzystów powinien być kapłan, który wcześniej pracował z młodzieżą. Mimo pewnych wymagań statutowych dla takich przełożonych formacja alumnów prowadzona była w sposób przypadkowy. Zdarzało się, że odbywała się swoista „łapanka na magistra kleryków”, co skutkowało tym, że to stanowisko mogły objąć osoby nieradzące sobie z powagą tej funkcji.

Doszło do sytuacji, kiedy klerykat musiał znosić magistra, który funkcję swoją traktował jako ambicjonalną rozgrywkę z zarządem prowincji zakonnej, przy okazji wprowadzając bardzo niskie standardy wśród swoich podopiecznych. Przykro to powiedzieć, ale najdłużej za moją formację był odpowiedzialny właśnie ktoś tego pokroju. Raczej deformator niż formator, bez żadnego etosu kapłańskiego, przypominający aparycją i zachowaniem bardziej przedstawiciela młodzieżowej subkultury niż katolickiego kapłana.

Każdy, kto rozumiał wtedy sytuację na klerykacie, wiedział, że najłatwiejszym wyjściem jest serwilizm i pewne przypodobanie się konkretnemu przełożonemu; to okres, w którym rzeczywiście promuje się bardzo konformistyczne postawy, to okres, w którym klerykat wydzielił się na wąską grupę kilku ulubieńców i resztę. Przez trzy lata wiązało się to z promowaniem szkodliwych zachowań i postaw. Zaczęto promować wyrafinowane donosicielstwo. Ten okres zakończyło udostępnienie wszystkim poufnych dokumentów związanych z formacją, czyli czyn absolutnie nieodpowiedzialny, poczyniony przez kogoś, kto miał być przykładem odpowiedzialności.

To wszystko sprawiało, że seminarzysta zaczynał rozumieć, iż zakon to nie jest piękna struktura miłości braterskiej na wzór św. Franciszka i jego pierwszych towarzyszy, ale miejsce, w którym trzeba się interesownie odnaleźć, wiedzieć, co robić, aby przypodobać się przełożonym, widzieć, jak zadowolić ich pychę i spełnić oczekiwania, często bardzo szkodliwe dla prawidłowej wizji kapłaństwa.

Oczywiście, jeżeli ktoś zdawał sobie sprawę z pewnej specyficznej przypadłości ówczesnego przełożonego, nie traktował pewnych zachowań jako znaczących. Wiedział bowiem, że wszelkie działania były wymierzone w rozładowywanie swoich frustracji.

W całym tym konformizmie ceniło się pewną formę własnej inicjatywy, ale nigdy nie tę, która poprowadziłaby do prawdziwej katolickiej formacji. Zwykle na poklask mogły liczyć wszelkie zaangażowania w modernistyczne ruchy młodzieżowe. Były jednak takie sytuacje, kiedy przedstawianie prawd wiary nie spotykało się z aprobatą przełożonych. Pamiętam sytuację, w której na jakimś spotkaniu mówiłem o rzeczywistości dusz czyśćcowych i nie zyskało to przychylności ówczesnego magistra.

Czy poza klerykatem były miejsca i osoby ważne dla formacji?

Zdecydowanie najważniejsze miejsce to tzw. duszpasterstwo młodzieży i powołań na Górze Świętej Anny. Tam nabywa się wzorce, jak utrzymywać relacje na zewnątrz zakonu.

To miejsce, w którym tak naprawdę widzimy, jacy docelowo mamy być dla młodzieży, którą powinniśmy według pewnej ciągłości zadań kapłańskich zajmować się jako pierwszą. Zwłaszcza neoprezbiter ma być dla młodzieży, którą prowadzi, tak naprawdę dobrym kolegą.

Jednak zamiast głoszenia prawd wiary i pokazywania jej piękna, ale i wymagań, imprezy organizowane w tym miejscu to sentymentalne spotkania, w których nie chodzi o nic innego, jak pewne poczucie wspólnoty. Pamiętam, że te najróżniejsze zabawy i przedstawienia, które animują zakonnicy, to często po prostu zwykłe pajacowanie w habitach. Po czymś takim oczywiste jest, że treści związane z najpoważniejszymi tematami, nawet jeżeli byłyby podjęte, to i tak umysły rozbawionych dzieci nie mogłyby ich wchłonąć. To wszystko współtworzą alumni i młodzi kapłani, tym nasiąka ich umysł i serce.

Rozbudzanie emocji, psychologizm połączony z infantylnym podejściem do sfery duchowej, sprotestantyzowani prelegenci (tam po raz pierwszy doświadczyłem empirycznie, jakim problemem są świeccy liderzy grup charyzmatycznych). Owszem, bywały wartościowe treści, ale zawsze ich stosunek do całości przekazu był mocno niezadowalający.

W większości konferencje nie miały nic wspólnego z dogmatami, prawdami wiary i marginalnie dotyczyły potrzeby życia sakramentalnego. Nie przypominam sobie natomiast, by kiedykolwiek mówiono o podstawach katolickiej ascetyki, teologii moralnej, o rzeczywistości grzechu pierworodnego…

Czyli kim ma być prezbiter franciszkanin po seminarium?

W kilku słowach: nauczycielem i animatorem posłusznym biskupowi.

Gdybym miał generalizować, to powiedziałbym, że seminarium franciszkańskie przygotowywało mnie do bardzo określonego modelu kapłaństwa, sprowadzającego się do całościowego zaangażowania w jałową katechezę szkolną i prowadzenia grup ministranckich, oczywiście w rozrywkowej formie, niezwiązanej z głębszą formacją duchową.

Bardzo mocno akcentowana jest także postawa posłuszeństwa biskupowi. Myślę, że to największy i najbardziej perfidny błąd, jaki dzisiejszy zakon franciszkański popełnia. Posłuszeństwo zostało postawione na tak wielkim piedestale, z którego nie jest go w stanie zrzucić nawet ewidentny błąd przeciwko wierze, profanacja czy sprzeczność z pismami Świętego Zakonodawcy.

Znam kapłanów, którzy w ukryciu przyznawali się do tego, że widzą ogromne błędy, bezczeszczenie i zło w Kościele, ale muszą je akceptować właśnie ze względu na to, że… i tu cytat: „biskupi to zaakceptowali”.

Jaki status ma Msza św. w życiu kapłańskim?

Msza św. w tym wszystkim była tylko pewnym dodatkiem. Zwyczajem było odprawianie jej najlepiej w koncelebrze, a wiązało się to z obsesyjnym wręcz podkreślaniem wspólnotowego charakteru nowej Mszy. Wtedy mogła być już traktowana jako spełniony obowiązek, po niej zaś przechodziło się do tych zajęć, które przypisane były młodemu zakonnikowi kapłanowi, czyli katechizacji w szkole.

Jak seminarium przygotowało Księdza do przeżywania i odprawiania Mszy?

Nie przypominam sobie żadnej sytuacji, aby od strony mistycznej był z nami poruszany temat Mszy św. Teraz z perspektywy czasu zauważam, jak często podmieniano nam pojęcie „Najświętszej Ofiary” na „Eucharystię”, „spotkanie w Wieczerniku”, „Ucztę”. Wydaje mi się, że nikt z wychowawców nie chciał świadomie wpajać nam jakichś protestanckich wizji, ale sami nie mieli jasności, jak rozumieć i przedstawiać Mszę św.

Bywały wartościowe nauki rekolekcyjne w temacie prawidłowego rozumienia i przeżywania Mszy, ale człowiek nie oddychał na co dzień w seminarium atmosferą wielkiej służby Bogu przy ołtarzu.

Owszem, przygotowywaliśmy się pół roku, jak w sposób techniczny prawidłowo odprawić novus ordo. Na dogmatyce przy sakramentologii był oczywiście omawiany temat Mszy św. i święceń kapłańskich – i dogmatycznie nie mam temu nic do zarzucenia – ta nauka nie była przepełniona żadnymi wywrotowymi modernistycznymi teoriami i wszystko zgadzało się z klasycznym ujęciem Kościoła św. Więc świadomość odnawiania Ofiary krzyżowej Pana Jezusa była nam przedstawiana. Niemniej bardzo brakowało mi w seminarium prawdziwego przedstawienia wielkości sakramentu kapłaństwa. Rzecz jasna to było zadaniem bezpośrednich wychowawców, a nie wykładowców, którzy mieli przedstawić teorię, ale jak już zaznaczyłem: w mojej formacji spotykałem osoby zainteresowane raczej czymś innym. Pewne rzeczy ukształtować się mogą tylko na przykładzie, poprzez obcowanie z uświęconymi kapłanami. Novus ordo ze swojej natury gubi poczucie skupienia i sacrum, więc zdecydowanie więcej w tych przykładach było niegodności zachowań i radosnej twórczości konkretnego celebransa. Jedyne, co pozostawało – zwłaszcza w pewnym newralgicznym czasie, który umiejscowię przed święceniami diakonatu – to indywidualne nadrabianie tych braków stosownym studium.

Opatrzność Boża zsyłała jednak wielu życzliwych współbraci. Jeden ze starszych ojców, wyświęconych jeszcze przed Soborem, opowiedział mi kiedyś kilka pięknych rzeczy o kapłaństwie i o różnych zagrożeniach, jakie mogą na mnie czyhać. Jestem mu za to wdzięczny, zwłaszcza że szybko przekonałem się, iż są one bardzo realne. Wielu prawdziwie przejmowało się w duchu franciszkańskim tym, że zostałem wyświęcony na kapłana, i z pewnością pozostaną w moim sercu na zawsze.

Ks. Tomasz Kolendo – ur. 9 grudnia 1980 r. w Sosnowcu, do zakonu franciszkańskiego wstąpił 10 września 2012 r., gdzie przyjął imię zakonne Cyprian, święcenia kapłańskie przyjął 25 kwietnia 2020 r., do apostolatu prowadzonego przez FSSPX dołączył 1 maja 2021 r., obecnie pełni posługę kapłańską w kaplicach Bractwa w Chorzowie i Bielsku-Białej.

Arcybiskup Lefebvre i zgorszenie dawane przez kapłanów

piusx.org.pl/zawsze_wierni

„Z definicji zgorszenie jest czynem lub powiedzeniem mniej poprawnym, dającym bliźnim sposobność do upadku”1 – zacytował św. Tomasza abp Lefebvre. Zgorszenie jest grzechem, „ponieważ miłość bliźniego skłania każdego, by dbał o zbawienie bliźnich”2.

Zgorszenie czy budowanie?

Zgorszenie będące skutkiem sekularyzmu jest najpoważniejsze, ponieważ daje najbardziej odrażający przykład.

Pod wpływem antychrześcijańskiego lub ateistycznego ustroju ateistyczne staje się całe społeczeństwo.

Z drugiej strony, zwykł mówić Arcybiskup, państwo, którego prawa i zwyczaje są dogłębnie chrześcijańskie, a więc katolickie, ratuje dusze. Przykładne życie katolickich przywódców stanowi budujący przykład dla całego narodu.

Pamiętam – mówił abp Lefebvre – że przybyłem do seminarium w Rzymie z błędnymi ideami. Byłem przekonany, iż separacja państwa od Kościoła jest czymś dobrym, że dobrze, iż państwo nie określa się jako chrześcijańskie. Dopiero słuchając rozmów moich starszych kolegów, a przede wszystkim wykładowców i rektora seminarium, uświadomiłem sobie, że byłem liberałem! Zrozumiałem, że muszę się nawrócić! Byłem, nie zdając sobie z tego sprawy, ofiarą „zgorszenia” przez wszechobecny wówczas we Francji sekularyzm. To encykliki Grzegorza XVI, Leona XIII, św. Piusa X pomogły mi dostosować mój osąd do doktryny Kościoła. Zrozumiałem, że muszę oceniać historię, wydarzenia oraz ludzi w świetle naszego Pana Jezusa Chrystusa oraz Jego panowania.

Zgorszenie dawane przez kapłanów oraz remedium na nie

Są również zgorszenia dawane przez kapłanów: brak pobożności, zaniedbywanie kościołów, brak należytej troski o ołtarze, bieliznę ołtarzową etc. W oczach wiernych religia warta jest tyle, ile warci są kapłani. Trzeba też wspomnieć o nierozważnym postępowaniu naszych kapłanów: niegodnych gestach, wulgarnym języku czy też poważnych grzechach, jak: nadużywanie alkoholu, gniew oraz przemoc, które – zniszczywszy reputację kapłana – są w stanie zniszczyć samą parafię.

Przypadki porzucania kapłaństwa, aby wstąpić w związek małżeński, stawały się od lat 70. coraz częstsze, jednak w latach 80. do uszu abp. Lefebvre’a dochodzić zaczęły informacje o skutkach haniebnych grzechów popełnianych przez duchowieństwo samego Rzymu. Mówiąc swym seminarzystom o postępującym zepsucia duchowieństwa, wskazywał im równocześnie remedium: świętość kapłaństwa, cnoty czystości, umiarkowania oraz roztropności. Widział w tych nieuporządkowanych dziełach kapłańskich zatrute owoce II Soboru Watykańskiego: „Nie posiadają już oni – mówił – łaski koniecznej do praktykowania celibatu!”.

Życie wspólnotowe duchowieństwa – remedium na nieuporządkowanie życia kapłańskiego

W sposób szczególny podkreślał znaczenie życia wspólnotowego duchowieństwa. Był to rodzaj charyzmatu, jaki posiadał Arcybiskup przy tworzeniu tego, co nazywał „przeoratami” Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X. Wyliczał zalety oraz wymogi takiego życia:

Chodzi o wspólnotę mieszkania, modlitwy, miłości, wzajemnego wsparcia; o życie, w którym każdy odpowiedzialny jest za dawanie dobrego przykładu. Od każdego kapłana wymaga się dyskretnej czujności co do obecności swych współbraci w chwilach [obowiązkowej] modlitwy, przede wszystkim podczas wspólnej porannej medytacji pod ojcowskim okiem przeora. Tak właśnie żyłem w Gabonie, a później w Dakarze, z Misjonarzami Ducha Świętego. To właśnie zapewnia spokój i harmonię. Zasady życia wspólnego w seminarium odnoszą się również do życia w przeoracie. Księża uczą się naśladować zakonników w rodzaju misjonarzy św. Wincentego a Paulo czy Messieurs de Saint-Sulpice, uczestniczyć we wspólnym życiu przy stole, na modlitwie i w pracy apostolskiej. Jest to dla kapłana rodzaj raju na ziemi.

Osobiste świadectwo

Jeśli wolno mi podać pewien przykład, chciałbym wspomnieć o kilku księżach, których znałem w latach mej młodości. Powiedziałbym, że wszyscy oni, bez wyjątku, podtrzymywali i karmili moje pragnienie, aby zostać kapłanem podobnym do nich. Ksiądz o imieniu Maria odprawiał niedzielną Mszę w kościele Saint-Sulpice w Paryżu – Mszę dialogowaną po łacinie w kierunku Boga – z ogromną pobożnością; ks. Leparoux był nieustannie w konfesjonale, niczym drugi Proboszcz z Ars, wysłuchując penitentów, młodych i starych; dobry ks. Gillet nauczał nas podczas katechizacji doktryny o cnotach chrześcijańskich.

Później, pragnąc wstąpić do seminarium, lecz nie wiedząc gdzie, poznałem czcigodnego i drogiego ks. Louisa Coache’a w jego wiejskiej parafii w Montjavoult. Opowiedział mi on w prosty sposób o swym życiu modlitwy myślnej:

Spędziłem część mego życia w kościele przed tabernakulum; jestem psem pasterskim naszego Pana: patrzę na Niego, a On patrzy na mnie.

I mój drogi kapelan ze szkoły średniej! Dodawał nam otuchy i zachęty swym łagodnym głosem wśród wszystkich naszych rozproszeń i kłopotów. Co tydzień karmił nasze dusze, ukazując nam gorliwość apostolską św. Pawła w jego podróżach, przebytych sztormach, biczowaniach, uwięzieniach, postach oraz czuwaniach.

Nic nieczystego czy też szkodliwego nie pojawiło się w nauczaniu ewangelicznych błogosławieństw, należącym do programu drugiego roku „katechizmu wytrwania” po przyjęciu sakramentu bierzmowaniu. Wszystko zachęcało nas do świętego i misyjnego życia.

Budujący przykład wykładowców

Na zakończenie podam kilka przykładów z mojego drogiego seminarium św. Piusa X w Écône z lat 1971–1977. Arcybiskup Lefebvre mianował jego rektorem szwajcarskiego kanonika ks. Berthoda. Był on teologiem, byłym studentem dominikanina o. Santiago Ramireza we Fryburgu, nieśmiałym i sympatycznym moralistą w pełni wiernym doktrynie św. Tomasza. Był tam również o. Edward Guillou, benedyktyn z Paryża, przeniknięty pobożnością liturgiczną, piętnujący w swym nauczaniu antyliturgiczną herezję modernistów.

Moim kierownikiem duchowym był drogi o. de la Presle, łagodny karmelita bosy, który wprowadził mnie w wymogi praktykowania miłości Bożej według św. Jana od Krzyża. Muszę też wspomnieć o wspaniałych dominikanach z Fryburga: wykładowcy Pisma św. Ceslasie Spicqu, który wysuwał druzgocące argumenty przeciwko groźnemu moderniście, oraz o dogmatyku o. Thomasie Mehrele, który pozwolił nam poznać głębię oryginalnych – łacińskich dzieł św. Tomasza, piętnując również herezje Karla Rahnera dotyczące tajemnic Wcielenia oraz Odkupienia. Byli to dwaj zakonnicy o wzorcowej pobożności, których traktowaliśmy z największym szacunkiem ze względu na ich wiedzę oraz ortodoksję. (…)

Przykład naszego czcigodnego Założyciela

Nasz czcigodny Założyciel budował nas przede wszystkim troską o swą sutannę oraz zawsze nienagannie wypolerowane buty, które stanowiły odzwierciedlenie jego uporządkowanej i szlachetnej duszy, ale także jego stanowczości, inspirującej nas do praktykowania wyrzeczenia, ubóstwa i walki z duchem świata.

Zaprowadzał porządek wszędzie – w korytarzach, w dormitoriach oraz w duszach. Wieczorami wygłaszał konferencje duchowe. Ukazywał nam osobę naszego Pana Jezusa Chrystusa, Jego wiedzę, mądrość, Krzyż, ubóstwo, kapłaństwo, gorliwość o dusze oraz znaczenie Ofiary Mszy – był dla nas nieustannym źródłem zbudowania.

Atmosfera świętości i czujności

Bez wątpienia nasz czcigodny Założyciel mówił o zgorszeniach w Kościele:

Są zgorszenia wynikające z głoszenia – zwłaszcza od czasu Soboru – fałszywych doktryn; zgorszenia wynikające z nieroztropności kapłanów: braku kontroli nad słowami oraz gestami; zgorszenia dotyczące relacji z dziećmi lub młodymi kobietami; brak powściągliwości przy stole, flirty z kobietami, pseudo-randki w konfesjonale zamiast prawdziwego kierownictwa duchowego etc.

Jednak bezpośrednio po wyliczeniu tych zgorszeń kierował spojrzenie swych kapłanów na Najświętszy Sakrament:

Powinniśmy starać się tworzyć w naszych domach, przeoratach, szkołach i seminariach atmosferę świętości, zapału, gorliwości, miłości i wielkoduszności. Musimy dążyć do tego ideału, zachęcając do praktykowania cnót oraz usuwając źródło zgorszenia. Bez wątpienia pojawią się trudności, okazje do praktykowania z miłością, wytrwałością i stanowczością cnoty cierpliwości; trzeba upominać i korygować, nigdy nie wolno jednak okazywać tolerancji wobec gorszących zachowań – usuwając natychmiast osoby będące ich źródłem.

Wymieniał też rodzaje zgorszenia, które należy wyeliminować:

Istnieją zgorszenia wynikające ze słabości, nieroztropności i nieuwagi – są one mniej poważne. Młodych kleryków uczy się panowania nad swymi uczuciami, unikania wszelkich tkliwych gestów lub słów wobec dzieci i młodych kobiet; krótkie spojrzenie i mocny uścisk ręki są przejawem męskiej prawości. Są też zgorszenia wynikające z pychy, ducha buntu, ducha oszustwa – u osób nierozumiejących istoty posłuszeństwa. Zgorszenia te nie mogą być tolerowane przez dłuższy czas bez poważnej szkody dla wspólnoty. Na koniec są też poważne upadki moralne, które – jeśli wydają się one mniej lub bardziej akceptowane – wyzwalają reakcję łańcuchową upadków zatruwających dom, diecezję, i należy rozprawić się z nimi bezzwłocznie.

Jednak Założyciel nasz nie opowiadał nigdy o zgorszeniach, nie wskazując równocześnie lekarstw. Są nimi samokontrola, duch ofiary, praktykowanie cnót kapłańskich, Najświętsza Ofiara Mszy, współofiarowanie wraz ze Zbawicielem – Kapłanem oraz Żertwą, pomoc innych sakramentów, kierownictwo duchowe, rekolekcje i oczywiście czułe oraz głębokie nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny, Matki kapłanów.

Za „The Angelus”, maj 2019, tłumaczył Tomasz Maszczyk3.

Przypisy

  1. ST, II–II, q. 43, a. 1–3.
  2. Tamże.
  3. https://is.gd/zgorszenie [dostęp: 31.08.2023].

Arcybiskup Lefebvre i zgorszenie dawane przez kapłanów

„Z definicji zgorszenie jest czynem lub powiedzeniem mniej poprawnym, dającym bliźnim sposobność do upadku”1 – zacytował św. Tomasza abp Lefebvre. Zgorszenie jest grzechem, „ponieważ miłość bliźniego skłania każdego, by dbał o zbawienie bliźnich”2.

Zgorszenie czy budowanie?

Zgorszenie będące skutkiem sekularyzmu jest najpoważniejsze, ponieważ daje najbardziej odrażający przykład.

Pod wpływem antychrześcijańskiego lub ateistycznego ustroju ateistyczne staje się całe społeczeństwo. Z drugiej strony, zwykł mówić Arcybiskup, państwo, którego prawa i zwyczaje są dogłębnie chrześcijańskie, a więc katolickie, ratuje dusze. Przykładne życie katolickich przywódców stanowi budujący przykład dla całego narodu.

Pamiętam – mówił abp Lefebvre – że przybyłem do seminarium w Rzymie z błędnymi ideami. Byłem przekonany, iż separacja państwa od Kościoła jest czymś dobrym, że dobrze, iż państwo nie określa się jako chrześcijańskie. Dopiero słuchając rozmów moich starszych kolegów, a przede wszystkim wykładowców i rektora seminarium, uświadomiłem sobie, że byłem liberałem! Zrozumiałem, że muszę się nawrócić! Byłem, nie zdając sobie z tego sprawy, ofiarą „zgorszenia” przez wszechobecny wówczas we Francji sekularyzm. To encykliki Grzegorza XVI, Leona XIII, św. Piusa X pomogły mi dostosować mój osąd do doktryny Kościoła. Zrozumiałem, że muszę oceniać historię, wydarzenia oraz ludzi w świetle naszego Pana Jezusa Chrystusa oraz Jego panowania.

Zgorszenie dawane przez kapłanów oraz remedium na nie

Są również zgorszenia dawane przez kapłanów: brak pobożności, zaniedbywanie kościołów, brak należytej troski o ołtarze, bieliznę ołtarzową etc. W oczach wiernych religia warta jest tyle, ile warci są kapłani. Trzeba też wspomnieć o nierozważnym postępowaniu naszych kapłanów: niegodnych gestach, wulgarnym języku czy też poważnych grzechach, jak: nadużywanie alkoholu, gniew oraz przemoc, które – zniszczywszy reputację kapłana – są w stanie zniszczyć samą parafię.

Przypadki porzucania kapłaństwa, aby wstąpić w związek małżeński, stawały się od lat 70. coraz częstsze, jednak w latach 80. do uszu abp. Lefebvre’a dochodzić zaczęły informacje o skutkach haniebnych grzechów popełnianych przez duchowieństwo samego Rzymu. Mówiąc swym seminarzystom o postępującym zepsucia duchowieństwa, wskazywał im równocześnie remedium: świętość kapłaństwa, cnoty czystości, umiarkowania oraz roztropności. Widział w tych nieuporządkowanych dziełach kapłańskich zatrute owoce II Soboru Watykańskiego: „Nie posiadają już oni – mówił – łaski koniecznej do praktykowania celibatu!”.

Życie wspólnotowe duchowieństwa – remedium na nieuporządkowanie życia kapłańskiego

W sposób szczególny podkreślał znaczenie życia wspólnotowego duchowieństwa. Był to rodzaj charyzmatu, jaki posiadał Arcybiskup przy tworzeniu tego, co nazywał „przeoratami” Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X. Wyliczał zalety oraz wymogi takiego życia:

Chodzi o wspólnotę mieszkania, modlitwy, miłości, wzajemnego wsparcia; o życie, w którym każdy odpowiedzialny jest za dawanie dobrego przykładu. Od każdego kapłana wymaga się dyskretnej czujności co do obecności swych współbraci w chwilach [obowiązkowej] modlitwy, przede wszystkim podczas wspólnej porannej medytacji pod ojcowskim okiem przeora. Tak właśnie żyłem w Gabonie, a później w Dakarze, z Misjonarzami Ducha Świętego. To właśnie zapewnia spokój i harmonię. Zasady życia wspólnego w seminarium odnoszą się również do życia w przeoracie. Księża uczą się naśladować zakonników w rodzaju misjonarzy św. Wincentego a Paulo czy Messieurs de Saint-Sulpice, uczestniczyć we wspólnym życiu przy stole, na modlitwie i w pracy apostolskiej. Jest to dla kapłana rodzaj raju na ziemi.

Osobiste świadectwo

Jeśli wolno mi podać pewien przykład, chciałbym wspomnieć o kilku księżach, których znałem w latach mej młodości. Powiedziałbym, że wszyscy oni, bez wyjątku, podtrzymywali i karmili moje pragnienie, aby zostać kapłanem podobnym do nich. Ksiądz o imieniu Maria odprawiał niedzielną Mszę w kościele Saint-Sulpice w Paryżu – Mszę dialogowaną po łacinie w kierunku Boga – z ogromną pobożnością; ks. Leparoux był nieustannie w konfesjonale, niczym drugi Proboszcz z Ars, wysłuchując penitentów, młodych i starych; dobry ks. Gillet nauczał nas podczas katechizacji doktryny o cnotach chrześcijańskich.

Później, pragnąc wstąpić do seminarium, lecz nie wiedząc gdzie, poznałem czcigodnego i drogiego ks. Louisa Coache’a w jego wiejskiej parafii w Montjavoult. Opowiedział mi on w prosty sposób o swym życiu modlitwy myślnej:

Spędziłem część mego życia w kościele przed tabernakulum; jestem psem pasterskim naszego Pana: patrzę na Niego, a On patrzy na mnie.

I mój drogi kapelan ze szkoły średniej! Dodawał nam otuchy i zachęty swym łagodnym głosem wśród wszystkich naszych rozproszeń i kłopotów. Co tydzień karmił nasze dusze, ukazując nam gorliwość apostolską św. Pawła w jego podróżach, przebytych sztormach, biczowaniach, uwięzieniach, postach oraz czuwaniach.

Nic nieczystego czy też szkodliwego nie pojawiło się w nauczaniu ewangelicznych błogosławieństw, należącym do programu drugiego roku „katechizmu wytrwania” po przyjęciu sakramentu bierzmowaniu. Wszystko zachęcało nas do świętego i misyjnego życia.

Budujący przykład wykładowców

Na zakończenie podam kilka przykładów z mojego drogiego seminarium św. Piusa X w Écône z lat 1971–1977. Arcybiskup Lefebvre mianował jego rektorem szwajcarskiego kanonika ks. Berthoda. Był on teologiem, byłym studentem dominikanina o. Santiago Ramireza we Fryburgu, nieśmiałym i sympatycznym moralistą w pełni wiernym doktrynie św. Tomasza. Był tam również o. Edward Guillou, benedyktyn z Paryża, przeniknięty pobożnością liturgiczną, piętnujący w swym nauczaniu antyliturgiczną herezję modernistów.

Moim kierownikiem duchowym był drogi o. de la Presle, łagodny karmelita bosy, który wprowadził mnie w wymogi praktykowania miłości Bożej według św. Jana od Krzyża. Muszę też wspomnieć o wspaniałych dominikanach z Fryburga: wykładowcy Pisma św. Ceslasie Spicqu, który wysuwał druzgocące argumenty przeciwko groźnemu moderniście, oraz o dogmatyku o. Thomasie Mehrele, który pozwolił nam poznać głębię oryginalnych – łacińskich dzieł św. Tomasza, piętnując również herezje Karla Rahnera dotyczące tajemnic Wcielenia oraz Odkupienia. Byli to dwaj zakonnicy o wzorcowej pobożności, których traktowaliśmy z największym szacunkiem ze względu na ich wiedzę oraz ortodoksję. (…)

Przykład naszego czcigodnego Założyciela

Nasz czcigodny Założyciel budował nas przede wszystkim troską o swą sutannę oraz zawsze nienagannie wypolerowane buty, które stanowiły odzwierciedlenie jego uporządkowanej i szlachetnej duszy, ale także jego stanowczości, inspirującej nas do praktykowania wyrzeczenia, ubóstwa i walki z duchem świata.

Zaprowadzał porządek wszędzie – w korytarzach, w dormitoriach oraz w duszach. Wieczorami wygłaszał konferencje duchowe. Ukazywał nam osobę naszego Pana Jezusa Chrystusa, Jego wiedzę, mądrość, Krzyż, ubóstwo, kapłaństwo, gorliwość o dusze oraz znaczenie Ofiary Mszy – był dla nas nieustannym źródłem zbudowania.

Atmosfera świętości i czujności

Bez wątpienia nasz czcigodny Założyciel mówił o zgorszeniach w Kościele:

Są zgorszenia wynikające z głoszenia – zwłaszcza od czasu Soboru – fałszywych doktryn; zgorszenia wynikające z nieroztropności kapłanów: braku kontroli nad słowami oraz gestami; zgorszenia dotyczące relacji z dziećmi lub młodymi kobietami; brak powściągliwości przy stole, flirty z kobietami, pseudo-randki w konfesjonale zamiast prawdziwego kierownictwa duchowego etc.

Jednak bezpośrednio po wyliczeniu tych zgorszeń kierował spojrzenie swych kapłanów na Najświętszy Sakrament:

Powinniśmy starać się tworzyć w naszych domach, przeoratach, szkołach i seminariach atmosferę świętości, zapału, gorliwości, miłości i wielkoduszności. Musimy dążyć do tego ideału, zachęcając do praktykowania cnót oraz usuwając źródło zgorszenia. Bez wątpienia pojawią się trudności, okazje do praktykowania z miłością, wytrwałością i stanowczością cnoty cierpliwości; trzeba upominać i korygować, nigdy nie wolno jednak okazywać tolerancji wobec gorszących zachowań – usuwając natychmiast osoby będące ich źródłem.

Wymieniał też rodzaje zgorszenia, które należy wyeliminować:

Istnieją zgorszenia wynikające ze słabości, nieroztropności i nieuwagi – są one mniej poważne. Młodych kleryków uczy się panowania nad swymi uczuciami, unikania wszelkich tkliwych gestów lub słów wobec dzieci i młodych kobiet; krótkie spojrzenie i mocny uścisk ręki są przejawem męskiej prawości. Są też zgorszenia wynikające z pychy, ducha buntu, ducha oszustwa – u osób nierozumiejących istoty posłuszeństwa. Zgorszenia te nie mogą być tolerowane przez dłuższy czas bez poważnej szkody dla wspólnoty. Na koniec są też poważne upadki moralne, które – jeśli wydają się one mniej lub bardziej akceptowane – wyzwalają reakcję łańcuchową upadków zatruwających dom, diecezję, i należy rozprawić się z nimi bezzwłocznie.

Jednak Założyciel nasz nie opowiadał nigdy o zgorszeniach, nie wskazując równocześnie lekarstw. Są nimi samokontrola, duch ofiary, praktykowanie cnót kapłańskich, Najświętsza Ofiara Mszy, współofiarowanie wraz ze Zbawicielem – Kapłanem oraz Żertwą, pomoc innych sakramentów, kierownictwo duchowe, rekolekcje i oczywiście czułe oraz głębokie nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny, Matki kapłanów.

Za „The Angelus”, maj 2019, tłumaczył Tomasz Maszczyk3.

Przypisy

  1. ST, II–II, q. 43, a. 1–3.
  2. Tamże.
  3. https://is.gd/zgorszenie [dostęp: 31.08.2023].

Posoborowe seminarium oczami kapłana Tradycji

Posoborowe seminarium oczami kapłana Tradycji

piusx.org.pl/zawsze_wierni

Pośród grzechów Soboru można wymienić dwa najbardziej brzemienne w skutki: pierwszym jest rezygnacja z jednoznacznego określenia prawdy i potępienia błędów; drugim – przyjęcie dwuznacznych pojęć, które dopuszczają różne interpretacje. To, co dotyczy II Soboru Watykańskiego, z powodzeniem można odnieść do przebiegu formacji seminaryjnej.

Jest ona bowiem zmieszaniem sprzecznych i dwuznacznych elementów. Z pewnością w dyscyplinie życia seminarium tarnowskie posiadało rys tradycyjny. Zachowało takie praktyki, jak: silentium sacrum, południowy rachunek sumienia, lektura duchowa, lectio divina, rozmyślanie czy też noszenie sutanny (którą można jednak było zamieniać na „strój krótki”, a w czasie wyjazdów poza seminarium na strój świecki), brak telefonów oraz ograniczony dostęp do Internetu. U początku drugiej dekady XXI w. Wyższe Seminarium Duchowne w Tarnowie miało jeszcze dwustu kleryków, co w połączeniu z ową tradycyjną dyscypliną dawało złudzenie bycia bastionem ortodoksji. Niemniej nie brakowało elementów modernistycznych. Dlatego życie seminaryjne było życiem pełnym sprzeczności.

Z jednej strony nieraz słyszeliśmy podkreślanie znaczenia noszenia stroju duchownego, z drugiej pielgrzymki do Ziemi Świętej albo staże misyjne zakładały brak sutanny (jeden seminarzysta był na przykład wyśmiany przez rocznik, gdy na wycieczkę pojechał w sutannie). Wprawdzie słyszeliśmy nieraz od ojców duchownych, aby nie szukać pociech duchowych; niemniej rekolekcje charyzmatyczne w seminarium były rozpoczęte od proszenia o dary duchowe, a Matkę Najświętszą przedstawiono na samym początku jako pierwszą charyzmatyczkę. Ponadto szkole nowej ewangelizacji powierzono prowadzenie rekolekcji na samym początku formacji seminaryjnej, a ludzie świeccy głosili tam sporą część nauk.

Z pewnością podczas egzegezy Pisma św. było wiele miejsca dla metody historyczno-krytycznej, na stronach skryptu z chrystologii najczęściej cytowany był Walter kard. Kasper, a homilię stanowczo ujmowano jako integralną część Mszy. Pomoce naukowe odsyłały najczęściej do Soboru jako zjawiska epokowego i pozytywnego. Niemniej nie chciałbym stwarzać wrażenia, jakoby permanentnie bombardowano nas herezjami. Nie byłoby to uczciwe. Po prostu nieraz pozwalano dojść do głosu prawdzie, ale przyznawano również prawo głosu błędowi. Łączenie sprzecznych elementów sprawia, iż człowiek nie dochodzi do niezłomnej wiary i mocnych przekonań. Taka dziwna mieszanina usypia ludzi dobrych, uspokaja ludzi złych oraz nie ma mocy zatrzymać serca seminarzysty i kapłana na całe lata, do końca życia przy Najświętszym Sakramencie i wierze katolickiej. Wprawdzie teoretycznie prawdę honorowano, ale praktycznie i duszpastersko odmawiano jej znaczenia – albo na odwrót.

Nie tyle przykre jest to, o czym mówiono, ale raczej to, co omijano i przemilczano.

Różne sprzeczności teologiczne i duszpasterskie dochodziły do głosu mocniej, kiedy seminarzyści mieli do czynienia z życiem parafialnym albo z inicjatywami duszpasterskimi na poziomie diecezjalnym. Podam jeden przykład. W początkach życia seminaryjnego mieliśmy podawane nauki o rozmyślaniu, modlitwie i pobożności eucharystycznej. Podczas jednego z kilku dni wolnych pewien ksiądz zabrał mnie na forum charyzmatyczne do miasta. Jako że nie byłem w żadnych grupach parafialnych, nie byłem nawet ministrantem, to niezbyt wyraźnie uświadamiałem sobie, czym może być takie forum charyzmatyczne. Moją uwagę zwróciło zmienianie modlitw mszalnych przez o. Remigiusza Recława. Po Mszy, różnych modlitwach i innych ogłoszeniach zorientowałem się dopiero, iż w jakimś bocznym pomieszczeniu trwa wystawienie Najświętszego Sakramentu. Zespół Mocni w Duchu zaczął wzywać ludzi na halę główną, gdzie miały być szczególne modlitwy i udzielane charyzmatyczne dary. Po chwili zorientowałem się, że jestem jedyną osobą przy wystawionym Najświętszym Sakramencie. Rzecz jasna, nawet przy moim ówczesnym stanie świadomości, zreflektowałem się, iż jest to wszystko niepoważne i chore. Jakiego ducha otrzymają ci, którzy opuszczają Najświętszy Sakrament? Niemniej ludzie, którzy całe forum organizowali, działali pod patronatem diecezji; wraz z upływem czasu o. Recław stawał się coraz sławniejszy i nawet zdarzyło się, że prowadził Pieszą Pielgrzymkę Tarnowską na Jasną Górę.

Z drugiej strony księża profesorowie, którzy nieraz wykładali nam całkiem tradycyjne nauki duchowe, też działali za zgodą biskupa diecezji, tak jak o. Recław. Każdy ma wolną ręką i ciągnie w swoją stronę. Stąd wielu kapłanów obojętnieje na prawdę (nieraz koledzy twierdzili, iż seminarium to idealistyczne mrzonki).

To tak jakby pasterze i przewodnicy ludu powiedzieli: „Róbcie coś na dole, bo na górze źle się dzieje”. I każdy ksiądz, niekiedy z dużą ilością dobrej woli i energii, próbuje działać, ale nie ma przekazanych całościowo katolickich zasad; dlatego walczy z rewolucją przy pomocy narzędzi rewolucji, co jest zarówno groteskowe, jak i nieskuteczne. Czasem zdarzało się, że księża profesorowie mocno skrytykowali stan Kościoła na Zachodzie. Nigdy jednak nie schodzili do korzeni opisywanych problemów. Księża w prywatnych rozmowach potrafią wypowiedzieć wiele realistycznych stwierdzeń co do kondycji Kościoła, ale zawsze chcą, żeby ich opinie pozostały czymś prywatnym, mało znanym i niezobowiązującym.

Szczególnie negatywnie na wizji kapłaństwa odcisnęła się działalność tzw. nowej ewangelizacji, która nawet posiada swój wydział w kurii. Śledząc, wpierw jako seminarzysta, potem jako kapłan, różne przemówienia na temat wprowadzanych kursów, szkół parafialnego animatora i programów młodzieżowych, spostrzegłem, iż prawie zawsze zaczynają się od niekatolickiej definicji wiary jako ‘żywego doświadczenia spotkania z Jezusem’ albo ‘żywej więzi’. Łatwo zauważyć modernistyczny rodowód tej definicji. W Pascendi Dominici gregis św. Pius X wskazywał, iż moderniści definiują religię jako ‘podświadome uczucie wynikające z pragnienia czegoś Boskiego’. Ponadto Objawienie rozumieją jako samouświadomienie sobie idei religijnej. Jeśli przyjmiemy te dwa punkty modernizmu, to istotnie wiara jest bliżej nieokreślonym doświadczeniem, relacją. Wiara, która byłaby przyjmowaniem rozumem tego, co Pan Bóg objawił, a Kościół do wierzenia podaje, byłaby zdaniem nowych ewangelizatorów zbyt zawężająca i upraszczająca.

Jeśli wiarę zdefiniujemy na modernistyczny sposób, to i zadaniem kapłana staje się kreowanie nowych doświadczeń religijnych, do czego przydają się różne techniki, warsztaty uwielbieniowe i inne tego typu dziwne wynalazki. Całość jest triumfem duszpasterskiego naturalizmu. Istnieją kapłani, którzy nie zgadzają się z nowoewangelizacyjnym kierunkiem. Bywa, że w zgorzknieniu popadają w duszpasterski minimalizm.

Najsmutniejszą sprawą było niemal całkowite przemilczenie Mszy tradycyjnej. Jeden z profesorów liturgiki był umiarkowanie przychylny katolickiej Tradycji; drugi uważał tę kwestię za anachronizm. Niemniej obaj ograniczyli się do kilku zdawkowych wzmianek – doprawdy nikt z treści wykładów nie mógł dojść do nieodzowności czy ważności Mszy tradycyjnej. Nie postawiono nam tej kwestii wyraźnie przed oczyma.

Młodzieńcy, z którymi wstępowałem do seminarium, nie mieli intencji niszczenia Kościoła od środka. Mieli raczej intencję służenia Panu Jezusowi i Kościołowi jako kapłani. Co się potem dzieje, że jasne ideały giną w dziesiątkach kapłańskich dusz? Otóż najpewniej błąd jest systemowy. Przyczyna nie tkwi w tym, że temu albo tamtemu rektorowi czy profesorowi brakuje dobrej woli. W ogóle nie mam intencji, aby komukolwiek odmawiać dobrej woli. Po prostu wypada stwierdzić, iż truciznę modernizmu rozlano po Kościele przy okazji Soboru w różnych dawkach. Póki w Kościele panuje zakaz mówienia o tej diagnozie – nie może być lepiej, i to w jakimkolwiek znaczeniu ważnym dla zbawienia nieśmiertelnych dusz.

Ks. Adam Cieśla – ur. 6 września 1992 r. w Brzesku, w latach 2011–2017 odbył formację seminaryjną w Wyższym Seminarium Duchownym w Tarnowie, święcenia kapłańskie przyjął 27 maja 2017 r., dołączył do apostolatu Bractwa 16 lipca 2022 r., obecnie pełni posługę kapłańską w kaplicy FSSPX w Olsztynie.

Duch [widmo] popa z Cmentarza Katedralnego

Duch popa z Cmentarza Katedralnego

środa, 26 września 2018 andrzej-sarwa/legendy-sandomierskie-duch-popa

LEGENDY SANDOMIERSKIE (33) – Duch popa z Cmentarza Katedralnego

Pan S., a było to latem roku 1935 lub 1936, około północy, udawał się dorożką na stację kolejową. Wyjechali z ulicy Listopadowej i jadąc ulicą Mickiewicza w stronę Zawichojskiej ujrzeli coś niezwykłego. Otóż z bramy Cmentarza Katedralnego wyszedł ubrany w sutannę, z krzyżem napierśnym, długimi siwymi włosami i brodą, duchowny prawosławny. Przeszedł przed bryczką, strasząc konie, które na jego widok zareagowały rżeniem, parskaniem i rzucaniem się w uprzęży.

Tymczasem duchowny, nie zważając na to zupełnie, wszedł do parku po drugiej stronie ulicy i spokojnym krokiem udał się w kierunku zabudowań dawnego klasztoru O.O. Reformatów. Podczas zaborów znajdowała się w nim prawosławna parafia pod wezwaniem św. Archanioła Michała, zaś w okresie międzywojennym – dowództwo 2 Pułku Piechoty Legionów, a więc obiekt niedostępny dla cywilów (nie mówiąc już o księżach prawosławnych!).

Cmentarz prawosławny w Sandomierzu

———————

– I cóż w tym niezwykłego? – możecie zapytać. Ano na razie nic. Ale nim przejdę do następnej relacji, kilka słów wyjaśnienia. Otóż z chwilą odzyskania niepodległości przez Polskę parafię prawosławną w Sandomierzu zlikwidowano. Mieszkający tu Rosjanie (poza dwiema czy trzema rodzinami) wyjechali i nie było też duchownego wschodniego wyznania. Skąd się zatem wziął ten ostatni i to w środku nocy, w drugiej połowie lat trzydziestych, na owym cmentarzu? Czyżby jaki przejezdny odwiedzał mogiłę bliskiej osoby, albowiem grzebano tam również prawosławnych? Może.

Nieżyjący już dziś pan S. aż do śmierci z uporem godnym lepszej sprawy, twierdził, iż obydwaj z woźnicą widzieli upiora.

* * *

Doktor R. wiosną 1945 lub 1946 roku został około północy wezwany do chorego. Wypadło mu przejść obok bramy Cmentarza Katedralnego. Śpieszył się, szedł zatem dość szybko i nieomal nie wpadł na wychodzącego z niej akurat prawosławnego księdza. Zatrzymał się, aby go przepuścić i przy okazji przyjrzał mu się dokładnie. Miał go na wyciągnięcie ręki, a pobliska latarnia dawała sporo światła.

Ksiądz był w sutannie (riasie), na piersiach wisiał mu na łańcuchu srebrzysty krzyż i miał siwiutkie jak gołąbek włosy i brodę. Wszelako jego twarz nie była twarzą żywej istoty, lecz trupiosiną, o martwych oczach, twarzą upiora. Przeciął jezdnię i wszedłszy do parku, skierował się w stronę dawnej cerkwi św. Michała.

* * *

I wreszcie ostatnia relacja, pochodząca z lipca lub sierpnia 1976 roku. Młodzieniec P. zasiedział się u swojej dziewczyny dłużej niż zwykle i wyszedł od niej tuż przed pierwszą w nocy. Najbliżej mu było do domu obok Cmentarza Katedralnego. Minął go i przeszedłszy na drugą stronę ulicy Mickiewicza, znalazł się na chodniku biegnącym równolegle do parku, odruchowo odwrócił się i spojrzał w bramę cmentarną. Była pełnia i – jak twierdzi – prawie tak widno jak w dzień. I wtedy zobaczył wychodzącą stamtąd postać.

Przystanąwszy, czekał, aby przyjrzeć się jej, gdy nieco się przybliży. Postać minęła jezdnię i szła dokładnie w stronę chłopaka. Gdy była odeń zaledwie kilka kroków, z przerażeniem spostrzegł, iż to nie zwykły ksiądz, za jakiego ją wziął, lecz dziwnie wyglądający duchowny prawosławny. I tym razem opis zjawy dokładnie pokrywa się z dwoma poprzednimi relacjami. Sutanna, krzyż napierśny, siwe włosy i broda, a także coś, o czym nie mówi pierwsza relacja, ale co występuje w drugiej – trupio-sina twarz i martwe oczy.

——————————-

Cóż, trzy identyczne relacje ze spotkań z tą samą zjawą (na przestrzeni pół wieku) to chyba nie bujna wyobraźnia świadków? Lecz jeśli nie ona, to co?

© Andrzej Juliusz Sarwa 2018

Książkę w wersji papierowej można kupić tutaj:

Księgarnia ARMORYKA

Księgarnia „Na Starówce”

Książkę w wersji elektronicznej (epub, mobi) można kupić tutaj:

Platforma Virtualo

To nigdy nie poleci!! MEMY.

Ivermectin,
HCQ – Hydroksychlorochina,
Flu vaccines – szczepionki przeciw grypie,
Dexamethason – krople do oczu,
Tylenol – paracetamol,
Remdesivir – Remdesiwir,
Covid vaccines – szczepionki przeciw Covid.

===================================

[Nie pomyl: To nie Laleczka Chucky..]

===============================

=======================================

Ciało Mistyczne Chrystusa zapada się w ciemną mogiłę na czas, czasy, i połowę czasu.

Ciało Mistyczne Chrystusa (Kościół) zapada się w ciemną mogiłę na czas, czasy, i połowę czasu.

LIST OD OJCA AUGUSTYNA PELANOWSKIEGO

z dnia 26.10.23, otrzymany za pośrednictwem Wydawnictwa Paganini.

Laudetur Iesus Christus

Dziękuję za modlitwę, za pamięć, za słowa wspierające ducha. Żyję jeszcze mimo prawie pięciu lat ukrywania się w lasach, w miejscu odosobnionym. Nie było ani jednego dnia bym żałował tego, co uczyniłem, gdyż Bóg mi pokazał już w 2015 roku ten przewrotny zamach na Święty Kościół. Dziś mam coraz liczniejsze dowody potwierdzające tamte natchnienia sprzed lat.

Od chwili, gdy uzurpator zaczął okupować Tron świętego Piotra, z roku na rok, powiększa się strefa destrukcji. Nie tylko puste seminaria, pustoszejące kościoły, puste krzesła na katechezach, ale i pustosłowie na ambonach są tego najlepszymi dowodami. Wreszcie ów synod synodalności (absurdalny pleonazm), czyli

epilog dekonstrukcji przy akompaniamencie akceptacji cudzołóstwa, bałwochwalstwa, homoseksualizmu i ekumenizmu rozumianego jako synkretyczny kogel-mogel.

Niebawem, za kilka miesięcy, najwyżej za rok, nikt z nas, kto kocha Kościół katolicki, ten Kościół, który dawał nadzieję w sakramentach na życie wieczne nie będzie mógł już odnaleźć się w murach większości świątyń. Ciało Chrystusa leżało w ciemnym grobie prawie trzy dni i Ciało Mistyczne Chrystusa (Kościół) zapada się w ciemną mogiłę na czas, czasy, i połowę czasu.

Nadszedł mrok, który jednak zakończy się zmartwychwstaniem, na podobieństwo tamtego poranka, gdy Maria Magdalena nie mogła rozpoznać Jezusa myśląc, że to ogrodnik. Tak, my również nowego, zmartwychwstałego kształtu Kościoła nie będziemy mogli rozpoznać, gdyż będzie skromny, mały, cichy, ukryty w ogrodach prowincji, jakże odmienny od naszych wspomnień i wyobrażeń. Zapowiadana przez proroków Pusillus Grex czyli maleńka trzódka i jedynie głos Chrystusa wydobywający się z tych sekretnych miejsc będzie głosem prawdy i miłości, głosem mówiącym do nas po imieniu, dzięki czemu odróżnimy go od imitacji.

Trzeba przetrwać nie dając się przerazić stanem zdrowia, ubóstwem materialnym, paniką spowodowaną wojnami, głodem, drożyzną, zarazami, które istnieją tylko w wiadomościach medialnych albo i tymi, które rzeczywiście zaczną dziesiątkować społeczeństwo. Przetrwać mimo naturalnych katastrof i plag i pyłu wulkanicznego.

Najbliższe miesiące będą rozstrzygające dla wielu z nas – ludzie podzielą się nawet w rodzinach na tych, którzy będą posłuszni ze strachu medialnej propagandzie i na tych, którzy posłuchają czystego sumienia, na tych, którzy pobiegną w ślepym posłuszeństwie ku nieposłusznym Bogu hierarchom i na tych, którzy będą posłuszni Bogu bez względu na cenę. Na tych, którzy uwielbią Ciało Chrystusa klęcząc niczym Kananejka w czasie Komunii i na tych, którzy będą deptać Je w spadających z dłoni partykułach (por. Ap. 11,1-2).

Żyjemy obecnie w globalnym zmanipulowaniu dysonansem poznawczym: patrząc na mężczyznę widzimy kogoś w niewieścich ubraniach, a można coraz częściej spotkać dziewczęta, które po tranzycji pozbawione są nawet piersi; w sklepach mamy mięso, które jest syntetykiem, mąka nie jest mąką lecz sproszkowanymi robakami; wiadomości z frontów wojennych są przefiltrowane i tworzą wirtualny obraz i już nie wiemy, kto jest agresorem a kto ofiarą; ojczyzna staje się mieszanką różnych nacji i zaczynamy się czuć obco we własnym kraju; w kościołach modlimy się nie o zbawienie ale o ekologiczne cele a pod hasłem „powszechnego braterstwa” w rzeczywistości ukrywa się powszechna alienacja.

Ostatecznie człowiek w białej szacie nie jest papieżem, choć wszyscy widzą w nim mężczyznę ubranego w papieską sutannę. Namnożyło się symulakrów o których pojęcia nie miał nawet Baudrillard.

Od czasów Plutarcha nie tylko filozofowie zastanawiali się nad paradoksem statku Tezeusza. Statek Tezeusza, mitycznego założyciela Aten, liczył 300 lat i w porcie zostały wymienione wszystkie jego elementy na nowe – powstało paradoksalne pytanie: „Czy jeśli wymienimy wszystkie elementy jakiegoś złożonego obiektu na nowe, a więc cały obiekt zostanie zastąpiony ostatecznie innym, to czy pozostaje on tym samym obiektem?”. Czy identyczna kopia jakiegoś obrazu jest tym samym obrazem? Czy inny egzemplarz tej samej książki jest tą samą książką?

A co, jeśli tytuł książki pozostał niezmienny i okładka, i liczba stron, ale treść została podmieniona? Czy ktoś, kto nosi protezę nogi, ręki – jest jeszcze tym samym człowiekiem? Oczywiście – ktoś odpowie, a jeśli – hipotetycznie – podmieni mu się mózg na elektroniczny ekwiwalent, i wszystkie części organizmu to będzie to ten sam człowiek? A jeśli zaingeruje się w kod genetyczny i się go zmieni?

A co, jeśli Kościół katolicki zachowuje jeszcze nazwę ale poglądy i styl życia hierarchów, obyczaje kapłanów, nauczanie moralne, dogmatyczne paradygmaty zostaną podmienione i będą w sprzeczności z oryginalnym nauczaniem Chrystusa – to czy Kościół Katolicki będzie jeszcze naprawdę Chrystusowym? (Mt 5,18)

Wedle legendy przekazanej przez Plutarcha, statek, którym grecki heros Tezeusz powrócił do Aten, został przez mieszkańców miasta zachowany dla potomności. Gdy stare deski w okręcie butwiały, Ateńczycy wymieniali je na nowe. W końcu w statku Tezeusza nie pozostała ani jedna oryginalna część. Po wymianie wszystkich elementów statek nie przypominał już autentyku. Ten nowy nie posiadał ani jednego z oryginalnych detali tworzących pierwotną strukturę.

Głównym problemem jest to, że bardzo trudno jest dokładnie stwierdzić moment, w którym jedna rzecz staje się inną. Szczegóły mogą zadecydować nie tylko o tożsamości, ale i o losie – Tezeusz wracając do Aten, zapomniał rozwinąć szkarłatne żagle, co było umówionym z Ajgeusem – jego ojcem – znakiem zwycięstwa. Ojciec, widząc czarne żagle, rzucił się ze skały w morze.

Czy Kościół katolicki jest Kościołem katolickim, jeśli zarówno przywódca jak i doktryna – jej „burty” dogmatyczne i „wiosła” moralne, a także szczegóły liturgii, sakramentów, z dziesięciolecia na dziesięciolecia, a w ostatnich kilku latach w sposób zatrważający hurtowo zostają nam podmienione? Czy obraz Boga, który dziś się nam przedstawia jest zgodny z tym, który został ujawniony w szczegółach Objawienia? To są tylko pytania, ale niekiedy zdolność do zadania pytania jest uzyskaniem połowy odpowiedzi.

Aktualni przedstawiciele hierarchii kościelnej, liczni kapłani, teologizujący publicyści, tłoczący się przy internetowej tubie, ukazują coraz częściej obraz Boga ograniczonego do permisywnego miłosierdzia: skurczony Bóg w swej bezsilności przyjmuje wszystkich i wszystko, nie ma za dużo do powiedzenia, gdyż nikt już za bardzo z Jego opiniami się nie liczy. Z tupetem mówi się, że jest jedynie miłością i miłosierdziem, a do gniewu nie ma On prawa, tym bardziej zabrania Mu się wszelkiej kary a zwłaszcza piekła. Odmówiono Mu nawet prawa do sądu.

Skoro Bóg jest … jedynie miłością to: hulaj dusza piekła nie ma. Propagatorzy takiego przesłania uważają, że zapisy biblijne o Jego gniewie to wyraz projekcji antropomorficznej, czyli po prostu przypisywanie Bogu ludzkich emocji. Ale… czy głoszenie Boga, który jest emerytowanym hipisem i rozlewa się z niego tylko bezkrytyczna i ślepa miłość w starczej bezsile, w której błogosławi transwestytów i rozdaje na ślepo Hostie nie zważając na cudzołóstwo lub wyznawanie innej religii – to nie próba domalowania na Jego obrazie wąsów, tak, jak na obrazie

Mony Lisy uczynił to Marcel Duchamp? Drobny szczegół – Mona Liza z wąsami nie jest Moną Lizą Leonarda. Wmawianie Bogu tylko jedynego odniesienia do człowieka zdaje mi się być także rodzajem życzeniowej projekcji, czymś w rodzaju zaaplikowanej na obraz Boga polisy ubezpieczeniowej dla swego losu pośmiertnego, niwelującej konsekwencje przedśmiertnych ekscesów. Czy przykazanie by nie czynić obrazów Boga, dotyczy artystycznych przedstawień czy ludzkich projekcji o Bogu? Czy ten zakaz dotyczy też tego, by z sakramentów nie czynić sobie wyobrażenia sakramentów, albo co gorsza: zmieniać ich formę, a nawet treść pozbawiając realnego Boga kontaktu z człowiekiem?

Kto kogo wymyślił: Bóg człowieka czy człowiek Boga? Kto kogo ma kreować na swoje wyobrażenie i podobieństwo: człowiek Boga czy Bóg człowieka? Czy sposób korzystania z sakramentów powinien być zgodny z ludzkimi życzeniami, czy z pragnieniem Chrystusa? Czy Chrystus, w którego wierzę, jest wytworem moich życzeń i roszczeń, wyobrażeń i projekcji, czy też efektem codziennego studiowania przy źródłach Objawienia i osobistej relacji oraz korzystania z sakramentów?

Czy wreszcie sakramenty które przyjmuję i sprawuję, są przez mnie postrzegane w taki sposób, jakie znaczenie nadał im Chrystus, Apostołowie oraz dwutysięczna Tradycja i praxis Kościoła, czy też postrzegam je tak, jak coraz powszechniej mi się je narzuca w codziennej praktyce w kościołach, która – co tu dużo mówić – jest często smutnym widokiem pośpiechu i obcesowości, a nawet ociera się o profanacje. Nie mówiąc już o ekstremalnych happeningach eucharystycznych jak ten, który miał miejsce na falach Morza Jońskiego, na plaży Alfieri, gdzie o. Mattia Bernasconi, „odprawił” Mszę świętą dla młodzieży z parafii mediolańskiej, rozebrany do kąpielówek, używając jako ołtarza dmuchanego materaca. Czy święcenia kapłańskie mężczyzn, którzy nie nadają się do małżeństwa, bo są homoseksualni są ważne, skoro ważne święcenia kapłańskie może przyjąć jedynie mężczyzna który rezygnuje z małżeństwa w ofierze dla Chrystusa a jest w dyspozycji psychicznej, emocjonalnej, fizycznej i duchowej do zawarcia małżeństwa? Czy sakramenty udzielane przez „księży” z Dąbrowy Górniczej były ważne?

Co mówi Chrystus o sobie, o Ojcu, o sakramentach? Co mówił Kościół przez dwa tysiące lat? Będąc w kościele, biorąc bezpośredni udział w Mszy świętej czegoż doświadczamy? Istnieje zasada formacji duchowej katolika: lex orandi lex credendi – prawo modlitwy jest prawem wiary. To, w jaki sposób jest sprawowana liturgia i co na niej słyszymy, widzimy – kształtuje naszą wiarę. Wobec dużego zamieszania i smutnych ekscesów oraz coraz wyraźniejszego sprotestantyzowania, trzeba nam osobiście przypomnieć sobie kilka prawd zawartych w Objawieniu i Tradycji katolickiej, choćby w skromnym wymiarze, by nie dać się ponieść ślepemu biegowi jaki ogarnął większość. Trzeba posłuchać Boga, a w naszym przypadku, słuchanie jest niemożliwe bez czytania, gdyż tak się zdarzyło, że Bóg na formę swego objawienia wybrał Biblię i Tradycję. Pierwszy dylemat, który mi się nasuwa w związku z szerzącymi się teologicznymi wirami, które porywają coraz większą rzeszę wiernych – to sprawa mojego zbawienia.

Syn Boży, jakieś dwa tysiące lat temu, bez pytania mnie przyjął ukrzyżowanie po ostatniej Passze, na której ustanowił sakrament zjednoczenia z Nim. I co, to już załatwione wszystko? Co byłoby wtedy z moją wolnością? – pytał w Epilogu Hans Urs von Balthasar. To tak, jakbym zanim się dowiedział, że jestem winny, usłyszał najpierw, że już za mnie nie tylko ktoś odsiedział w więzieniu, ale nawet odbyła się już egzekucja w zastępstwie za mnie. On może mnie odkupić, ale ja muszę wyrazić sobą świadomą zgodę, ujawnić pragnienie, przyjąć zaproszenie, z wolnością, bez przymusu wejść w to dzieło i okazać autentyczną skruchę. Nie da się mnie wykupić jak bagaż z przechowalni dworcowej, gdy zgubiło się kwit. Nie jestem przedmiotem, a tak można się czuć, gdy ktoś mi mówi, że już odkupienie się dokonało; jestem zły, bez możliwości poprawy, grzech mnie zniszczył, ale jestem darmo zbawiony, z łaski. A może nawet niektórzy są już predestynowani od urodzenia do nieba bez względu na to, co zrobią a inni będą potępieni, choćby nawet chcieli być zbawieni, bo Bóg i tak już wcześniej wszystko przewidział?

Protestancka wizja zbawienia zawiesza moją wolność. Jeśli ja jestem wolnym człowiekiem i mogę odmówić Bogu propozycji bym dał się pokochać, to On tym bardziej jest wolny do wypowiedzenia mi odmowy. Jeśli ja jestem wolny – to tym bardziej Bóg. Choć to jest przerażające, zagubienie się człowieka w upartej odmowie Bogu jest możliwe, a nawet może stać się nieodwracalną, wieczną zgubą. Odmowa ukazania siebie w całej prawdzie jest równa odmowie udziału w uczcie niebieskiej. Zaniechanie odsłaniania się w spowiedzi, prowadzi do niechęci do Eucharystii – taki proces może trwać latami powodując rogowacenie postawy ducha aż do niezmiennego „nie!”. Odmowa udziału w czyimś ślubie, imieninowych uroczystościach, jubileuszu, może być powodem obrazy zapraszających i jest równoznaczna z lekceważeniem zapraszających i powodem dla którego nas serdecznie zapraszają. Na świecie nie ma nic ważniejszego niż to, co uczynił dla nas Chrystus, tym bardziej, że kosztowało Go to w ludzkim życiu niewymowną mękę. Wszystko po to, byśmy mogli pić Jego Krew jak niemowlę mleko albo być karmionym Jego Ciałem jak dziecko siedzące na kolanach matki, karmione łyżeczką wypełnioną manną. Bez tej Krwi nasze szanse na szczęście wieczne są więcej niż wątpliwe, bez Jego Ciała nie stajemy się ciałem zdolnym do przeciśnięcia się do chwały zmartwychwstania. Mikołaj Kabasilas (+1391), twierdził, że Eucharystii nie ma sposobu przewyższyć niczym, ani nic już nie da się do niej dodać doskonalszego. [ H. Urs von Balthasar, Epilog. Wydawnictwo WAM, Kraków 2010, s. 87-88].

Odmowa udziału w sakramencie Eucharystii jest niewyobrażalną wzgardą dzieła Chrystusa i dowodem obojętności wobec ceny, jaką zapłacił On na krzyżu, dlatego w istocie Msza święta jest pleni titulo Najświętszą Ofiarą.

Nikt z nas nie starał się ani nie mógł skutecznie się starać, ani do dziś nie jest w stanie przywrócić jedności z Bogiem przez jakiekolwiek pojednania, gdyż przepaść jest zbyt wielka. Jedynie Bóg w swoim Synu, który stał się człowiekiem, pojednał ludzi ze sobą i w sobie przez swoją śmierć, która zniweczyła śmierć wszelką. Odmowa udziału w sakramencie, który jedna nas przez Krew Chrystusa z Bogiem, staje się jeszcze większą wzgardą Boga, niż ta, która była grzechem pierworodnym czy jakimkolwiek grzechem. Bóg w Najświętszej Ofierze nie daje nam czegoś od siebie, ale siebie samego, dlatego nie działa ona w sposób korektywny na jakąś sferę życia, ale stwarza jedyną w swoim rodzaju okazję na więź osobową, którą nazywamy komunią, której skutków do końca nie możemy pojąć choć owe skutki dają nam wstęp nie tylko do nieba, ale dają współuczestnictwo w boskiej naturze.

On chce trwać we mnie i czeka na takie samo „chcę” z mojej strony. Jak daje się w komunii, tak chce, bym sam był sui generis komunią dla Niego. Odrobina kwasu przecież zakwasza całe ciasto i odrobina Hostii potrafi mnie i innych uczynić zakwaszonymi boskością i nieodłącznie ukochanymi i kochającymi. Jeśli wszyscy jesteśmy okresowo ludźmi odmowy, to nie uciekajmy przed świadomością winy, lecz zdajmy sobie sprawę, że ucieczka jakiej się dopuścili Adam i Ewa ma tylko jeden cel: powrót.

Każda ucieczka przed Bogiem jest bezcelowa, bezsensowna, absurdalna jak piekło i dlatego tam się kończy. Bóg umożliwia nam powrót w przestrzeni uczty, a nie na rozprawie sądowej, ponieważ sąd przeprowadził na Krzyżu. Czy z tego powodu mamy msze święte zamieniać na cateringowe konsumpcje i usunąć krzyże z kościołów? Wystarczy przypomnieć przypowieść o synu marnotrawnym, by zdać sobie sprawę z konsekwencji hipotetycznej odmowy marnotrawcy, który powróciwszy, odmawia udziału w uczcie i omijając ojca, który wybiegł mu naprzeciw, idzie w stronę drugiego brata stojącego na polu, pozostając w buncie. Nie potrzebujemy zbawienia kiedyś, po śmierci, ale codziennie, bo codziennie jest zaproszenie i codziennie kusi nas spychanie w stronę wężowych śladów. J. C. Larchet, Terapia chorób duchowych. Wydawnictwo BRATCZYK, Hajnówka 2013, s. 282.

Codziennie jest na tyle źle, by codziennie niepowstrzymanie posiłkować się samym Dobrem, a dobry jest tylko Bóg. Nawet przebudzenie rano byłoby gorsze od śmierci, gdyby nie istniało zaproszenie na ucztę z Bogiem, pod sam Krzyż Chrystusa dającą siłę sprzeciwić się narastającej bezsilności, impotencji serca dającej pole nieszczęściom, niedołęstwu grzechu, ociężałości śmierci i złośliwości szatana.

Śmierć Chrystusa jest równocześnie ofiarą paschalną, która wypełnia ostateczne odkupienie ludzi przez Baranka, „który gładzi grzech świata” (J 1, 29) i ofiarą Nowego Przymierza, przywracającą człowiekowi komunię z Bogiem oraz dokonującą pojednania z Nim przez „Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów” (Mt 26, 28; KKK 613).

O ile sakrament pojednania, w którym ukazujemy się w prawdzie naszych grzesznych czynów, niczego nie tając, ani nie zmieniając gładzi nasze winy, o tyle Msza

Święta wzmacnia naszą siłę ducha byśmy byli odporni na sytuacje, które mogłyby nas w przyszłości doprowadzić do grzechu. Najświętsza Ofiara przez miłość Ducha Świętego, którą w nas rozpala, zachowuje nas od przyszłych grzechów śmiertelnych, strzeże, uodparnia, wzbudza odrazę do grzechu, ponieważ im bardziej z rozpalonym sercem uczestniczymy w życiu Chrystusa i pogłębiamy przyjaźń z Nim, tym trudniej jest zerwać więź z Nim właśnie przez grzech śmiertelny – stąd w Vetus Ordo dwukrotnie w kontekście Komunii kapłan modli się nazywając Hostię „lekarstwem”(medele, remedium). Celem Najświętszej Ofiary nie jest jednak odpuszczenie grzechów śmiertelnych – jak to twierdził swego czasu, wbrew zapisom Katechizmu, Thomas Sternberg, szef Centralnego Komitetu Niemieckich Katolików – jest ono właściwe dla sakramentu pojednania. Msza święta jest natomiast sakramentem tych, którzy pozostają w pełnej komunii z Kościołem (KKK 1395).

Nicola Bux – szanowany profesor sakramentologii – zauważył nie bez smutku jak w ostatnich latach teologiczna myśl katolicka znalazła się w mrocznej mgle: zaciera się powód, dla którego Słowo stało się Ciałem w łonie Maryi Dziewicy i

umarło na krzyżu, aby zbawić ludzi od grzechu, powołując ich do Kościoła, który, jak mówi Katechizm, jest powołany do ewangelizacji i chrztu, aby stworzenia stały się dziećmi Bożymi.

Bowiem, jeśli bezczelnie sięgnięto po stwierdzenie, że nawet ci, którzy nie zostali ochrzczeni są dziećmi Bożymi, oznacza to, że chrzest jest niepotrzebny, a więc także katechumenat i chrześcijańska inicjacja sakramentalna. Zatajając prawdę o grzechu i łasce, konceptualizuje się „płynny” (liquid – liquidation) Kościół… by go ostatecznie zlikwidować.

Dowodem tego jest pewien dokument biskupa Rzymu dotyczący Eucharystii Desiderio desideravi, który zaprasza wszystkich (nie wspominając o konieczności spowiedzi ani słowem) do komunii. Jeśli prawnie lub nieprawnie wybrani przewodnicy Kościoła zmieniają zasady dotyczące wspólnej komunii eucharystycznej, „będzie to sprzeczne z Objawieniem i Magisterium”, co doprowadzi chrześcijan do „bluźnierstwa i świętokradztwa” -ostrzegł włoski teolog. Wzorując się na nauczaniu Kościoła opartym na Piśmie Świętym i Tradycji, prałat Nicola Bux, były konsultant Kongregacji Nauki Wiary, podkreślił, że niekatoliccy chrześcijanie muszą przyjąć chrzest i bierzmowanie w Kościele katolickim oraz żałować za grzechy ciężkie poprzez sakramentalną spowiedź, aby móc przyjąć Jezusa w Eucharystii. Tymczasem zaprasza się wszystkich do komunii, wszystkich, kogo się tylko da bez względu na stan moralny i na wyznanie wiary, tłumacząc to miłością. Ale miłość bez prawdy to miłość nieszczera, a prawdą jest, że każdy człowiek jest grzesznikiem i nie każdy człowiek przyjmuje Chrystusa jako zbawiciela i nie każdy wierzy w Chrystusa jako Syna Bożego i coraz większa liczba wierzących w ogóle nie przyjmuje Jego nauczania w integralnej, spójnej, katolickiej wymowie dokonując wybiórczych, arbitralnych modyfikacji według własnego uznania, nie licząc się ani z sensem Objawienia ani z dwutysięczną Tradycją, czyli interpretacją z gwarancją asystencji Ducha Świętego pieczołowicie zdeponowaną w Kościele.

Prałat Bux już kilka lat temu wyraził swój niepokój w związku z szerzącą się entuzjastycznie narracją zachwalającą „otwartą komunię” proponowaną najpierw przez niemieckiego teologa protestanckiego Jürgena Moltmanna, ale także przez kardynała Martiniego i kardynała Waltera Kaspera. Dla Moltmanna Komunia Święta jest „wieczerzą Pańską, a nie czymś zorganizowanym przez Kościół czy jakąkolwiek denominację”. Uważa on, że Kościół „zawdzięcza swoje życie Panu, a swoją wspólnotę Jego Wieczerzy, a nie odwrotnie” i dlatego jego zaproszenie „wychodzi do wszystkich, do których został posłany, aby ich zaprosić”.

Wszystkich? Co z przypowieścią o zaproszonych na ucztę, z której król wygonił człowieka, który ani słowem się nie odezwał i nie miał stroju weselnego? Co z Judaszem? Co z przypowieścią o pannach głupich i mądrych, co ze słowami Jezusa z Ewangelii Mateusza (Mt 7), gdzie nawet ci, którzy mówili „Panie, Panie” i głosili Ewangelię, egzorcyzmowali i czynili cuda w imię Jezusa, usłyszeli od Jezusa: „nigdy was nie znałem”? Dlatego nie dziwię się jako kapłan katolicki, odpowiedzi Msgr. Buxa na argumenty proponowane dla „otwartej Komunii” i interkomunii ze wszystkimi. Prałat Bux powołuje się na św. Tomasz z Akwinu, a ten już dawno temu odpowiada na to zagadnienie w swojej Summa Theologiae: „…kto przyjmuje ten sakrament, wyraża w ten sposób, że staje się jednym z Chrystusem i zostaje włączony w Jego członki; a dzieje się to dzięki żywej wierze, której nie ma ten, kto jest w grzechu śmiertelnym. I dlatego jest oczywiste, że kto przyjmuje ten sakrament będąc w grzechu śmiertelnym jest winny kłamstwa wobec tego sakramentu, a w konsekwencji świętokradztwa, ponieważ profanuje sakrament: a zatem grzeszy śmiertelnie” (80,4). A grzech śmiertelny jest odrzuceniem Chrystusa. Komunia taka byłaby więc zaprzeczeniem sobie samemu w przypadku osoby, która by ją przyjęła. Jeśli przyjmuję Komunię to oświadczam, że jestem jednym z Chrystusem do tego stopnia, że „spożywam”, czyli absolutnie akceptuję Jego Miłość do mnie, która spływa na mnie dzięki mojej prawdzie wyznanej Jemu. Rzeczywiste oddzielenie

od Chrystusa i Kościoła obiektywnie występuje u tych, którzy nie mają łaski uświęcającej i tych, którzy nie mają wiary katolickiej w to, co czyni „spożywanie” Chrystusa (tj. stan bycia w jedności z Nim – prawdziwie obecnym – i z Kościołem)– nie wierzą w substancjalną obecność, albo nie wierzą w Chrystusa jako Syna Bożego i odrzucają nauczanie katolickie lub je wybiórczo traktują. Mając na uwadze Ewangelię Jana, rozdział 6, a zwłaszcza Pierwszy List Pawła do Koryntian, rozdział 11, rozumie się, że interkomunia, dopuszczenie wszystkich do Komunii i Eucharystii jest sprzeczne z Pismem Świętym, Tradycją i Magisterium Kościoła. Aby przyjąć Komunię, trzeba przejść inicjację chrześcijańską (chrzest i bierzmowanie). Ponadto, jeśli dana osoba popadła w grzech ciężki, musi odbyć drogę pokutną, a zwłaszcza spowiedź sakramentalną. Mamy więc warunki komunii o których ani słowa nie ma w owym Desiderio desideravi.

Ani protestant, ani muzułmanin, ani ateista, ani zielonoświątkowiec nawet gdyby mieli okazjonalny entuzjazm emocjonalny do komunii – nie byliby dysponowani do niej, podobnie katolik, który eliminuje ze swojej praktyki spowiedź, albo nie uznaje pewnych grzechów za grzechy, albo sytuacyjnie traktuje swoją moralność. Inicjacja i droga pokutna rzeczywiście pokazują, że ten, kto chce się komunikować, musi najpierw wejść w komunię wiary Kościoła; lub jeśli oddalił się z powodu ciężkiego grzechu, schizmy lub herezji, musi ponownie wejść przez pokutę. Gdyby Stolica Apostolska w sposób niedorzeczny zmieniła zasadę, to znaczy, gdyby była w stanie doprowadzić do tego bez odbycia inicjacji chrześcijańskiej (chrzest i bierzmowanie) lub bez odbycia spowiedzi sakramentalnej, byłoby to sprzeczne z Objawieniem i Magisterium Jednego Świętego i Apostolskiego Kościoła Katolickiego i skłaniałaby wiernych do popełnienia bluźnierstwa i świętokradztwa. Dlatego wiara, którą protestanci wyznają nie jest katolicka, w

szczególności dlatego, że nie mają sakramentu bierzmowania, nie praktykują spowiedzi, dlatego nie mogąc odbyć drogi inicjacji, ani drogi skruchy i wyznania, nie mogą przyjąć Eucharystii. Protestanci nie mają sakramentu pokuty, nie mogą więc powrócić do komunii eucharystycznej. Wspólna Komunia z luteranami, na przykład, byłaby bezpośrednio sprzeczna z Kanonem II, Soboru Trydenckiego o Najświętszym Sakramencie Eucharystii:

„Jeśli ktoś mówi, że w świętym i najświętszym sakramencie Eucharystii substancja chleba i wina pozostaje w połączeniu z ciałem i krwią Pana naszego Jezusa Chrystusa, i zaprzecza tej cudownej i osobliwej przemianie całej substancji chleba w Ciało, a całej substancji wina w Krew, przy czym pozostają tylko pozory chleba i wina, którą to przemianę Kościół katolicki najtrafniej nazywa transsubstancjacją, niech będzie obłożony anatemą” (czyli klątwą).

Kanon potępia luterańską doktrynę konsubstancjacji, która utrzymuje, że fundamentalna „substancja” Ciała i Krwi Chrystusa jest obecna obok substancji chleba i wina, które pozostają niezmienione, a więc komunia jest tylko symbolem. Oznacza to, że jeśli ktokolwiek zachęcałby luteranina do przyjęcia Komunii Świętej w Kościele katolickim – nawet w wyjątkowych okolicznościach – byłby w błędzie, chyba, że ci sami luteranie odrzuciliby luterańską doktrynę o Eucharystii.

Niestety w ostatnim dokumencie o Eucharystii, biskup Rzymu nie wspomina o realnej, prawdziwej i substancjalnej obecności w Eucharystii Chrystusa, a nadmiernie podkreśla jedynie jej symboliczne aspekty zapraszając wszystkich do uczestnictwa bez podania istotnych warunków. Mamy już za sobą incydenty z rozdawaniem Komunii nie tylko luteranom, muzułmanom, transseksualistom, politykom proaborcyjnym, o których pisano w mediach. Nie wiem, o czym nie napisano ale wiem, co by na to powiedział święty Jan Damasceński (+749):

”Strzeżmy się, byśmy nie przyjmowali uczestnictwa komunii od odstępców ani też ich do tego nie dopuszczali. Mówi bowiem Pan: nie rzucajcie pereł między świnie ani świętości waszych przed psy” (Mt 7,6). Św. Cyryl Jerozolimski, idąc za Apostołem (Gal 1,8), naucza, że wiarę katolicką otrzymaną w chrzcie, my, katolicy powinniśmy przyjąć jako „zapas podróżny” na całe życie, nie przyjmując nigdy nic innego, nawet gdyby ci sami duszpasterze, zmieniając zdanie, nauczali czegoś przeciwnego, niż nauczali poprzednio.

Ani joty ani kreski nie zmieniają tym bardziej, że wiara to nie jakiś okręt Tezeusza, ale to bogactwo Łodzi Piotra. Błogosławiąc, modląc się za Was, pamiętając o pamiętających, składam dzięki za Waszą wiarę i wierność dziedzictwu Apostołów i ufam, że Msza Wszechczasów, którą już celebruję w mojej ukrytej pustelni przymnoży Wam darów niebieskich wprost z najczystszych dłoni Najświętszej Panny Maryi.

Ojciec Augustyn”

Od zalegalizowania aborcji w Sowietach rozpoczęła się rewolucja obyczajowa, która zdemoralizowała cały świat.

Od zalegalizowania aborcji w Sowietach rozpoczęła się rewolucja obyczajowa, która zdemoralizowała cały świat.

Historia największego ludobójstwa w historii w kolebce nieograniczonej aborcji.

chichel-historia-najwiekszego-ludobojstwa

Pomnik dzieci nienarodzonych w Surgucie

103 lata temu doszło do jednego z najtragiczniejszych wydarzeń w historii świata. Od zalegalizowania aborcji w Rosji Sowieckiej rozpoczęła się rewolucja obyczajowa, która zdemoralizowała cały świat zachodni. Sowieci wyprzedzili inne kraje o prawie pół wieku.

18 listopada 1920 roku, z inicjatywy Aleksandry Kołłontaj, została zalegalizowana w czerwonej Rosji nieograniczona aborcja, jako pierwsze państwo na świecie. Komunistka polskiego pochodzenia uważała, że m.in. w ten sposób wyeliminuje w Kraju Rad burżuazyjną obyczajowość. Co ciekawe, Aleksandra Kołłontaj, wedle jednego z brytyjskich źródeł pisała mowy Lenina, gdyż był to człowiek dosyć niewykształcony i zdawał się na nią, przygotowując wszystkie swoje przemówienia. Co też może tłumaczyć kto w głównej mierze stał za tak „postępowymi” poglądami obyczajowymi szefa bolszewickiej rewolucji.

Przypomnijmy, że w całej ówczesnej Europie prawo chroniło życie ludzkie.

Na mocy dekretu z 18 listopada 1920 r. w Sowietach każda kobieta miała prawo do bezpłatnej aborcji na własną prośbę pod warunkiem, że przeprowadzi ją lekarz w szpitalu. Kobieta musiała pozostawać trzy dni w łóżku po zabiegu i przez następne dwa tygodnie przechodzić rekonwalescencję. o pierwsze tego typu prawo na świecie (w komunistycznej Polsce doszło do tego w 1956 r., natomiast w Wielkiej Brytanii w 1967 r.). Dokonywali jej głównie przedstawiciele medycyny tradycyjnej. Chociaż byli wśród nich i lekarze. Do najbardziej znanych należał Michał Bułhakow przyszły autor “Mistrza i Małgorzaty”. Pierwszego zabiegu usunięcia ciąży, jak wspominał, według książki dokonał na swojej pierwszej żonie Tatianie Łappie. Do wybuchu I wojny światowej był jednym z bardziej znanych lekarzy w Kijowie zajmujących się aborcjami.

Efektem był szybki spadek współczynnika urodzeń w ZSRR. W samej tylko Moskwie w 1922 r. na 35 320 urodzeń przeprowadzono 7 969 aborcji, później liczba przeprowadzanych śmiercionośnych zabiegów gwałtownie wzrastała: np. w 1925 r. w Moskwie odnotowano 18 071 aborcji na 57 537 urodzeń, zaś w 1926 r. przeprowadzono w Moskwie aż 31 986 aborcji. W 1928 r. szacowano, iż 41 proc. ciąż zakończyło się aborcją, zaś w 1934 r. już 72 proc. To była prawdziwa rzeź nienarodzonych dzieci. Jeden z badaczy stwierdził: w latach 20-tych XX wieku w Rosji została stworzona swoista „kultura aborcyjna” – dostosowanie i przyzwyczajenie społeczeństwa do szerokiego stosowania aborcji jako głównego albo nawet jedynego sposobu regulacji liczby dzieci w rodzinie. W Kraju Rad aborcja była traktowana jak metoda antykoncepcyjna. Najlepsza, bo stuprocentowo skuteczna i na dodatek jeszcze bezpłatna. Komuniści od samego początku popierali aborcję – cytaty Kołłontaj, Lenina i Trockiego to potwierdzają:

Dopóki kobiety lub mężczyźni żyją pod presja bezrobocia, dopóki poziom plac nie wystarcza na utrzymanie rodziny, dopóki warunki mieszkaniowe są niekorzystne, a państwo nie ułatwia macierzyństwa każdej kobiecie w na różne sposoby i nie świadczy usług socjalnych dla matki i dziecka, jasne jest, ze kobiety musza stanąć w obronie bezpłatnych aborcji – Aleksandra Kołłontaj.

Domagać się bezwarunkowego zniesienia wszystkich ustaw ścigających sztuczne poronienia – Wladimir Ilicz Uljanow ps. Lenin.

Sama decydujesz czy chcesz mieć dziecko, czy nie. Ja bronię twego prawa do aborcji przeciwko kremlowskim żandarmom – Lejba Bronstein (Lew Trocki).

Związek Sowiecki był również pierwszym państwem na świecie, w którym wprowadzono oficjalnie politykę mającą na celu destrukcję tradycyjnej rodziny, uważanej za jeden z filarów ustroju kapitalistycznego. Podwaliny pod ten światopogląd położył Fryderyk Engels w swym dziele „Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa” z 1884 roku, zaś wykonanie zadania powierzono Aleksandrze Kołłontaj – pierwszej komisarz ludowej do spraw społecznych w rządzie bolszewickim, nazywanej „apostołką wolnej miłości”. Była to liderka rewolucji seksualnej, która twierdziła, że „seks jak szklanka wody” i każda osoba powinna oddać się swoim żądzom, kiedy chce i z kim. W rezultacie przez dziewięć lat (od 1917 do 1926 roku) rewolucja seksualna była oficjalną częścią polityki społecznej państwa sowieckiego. Dopiero w roku 1926 Stalin dokonał zwrotu o 180 stopni i rozpoczął epokę purytanizmu obyczajowego. Motywy demograficzne spowodowały zdelegalizowanie aborcji w latach 1936-1955.

Zanim jednak doszło do zwiększenia dostępności antykoncepcji, a potem państwo zakazało zabijania dzieci, rozwinął się aborcyjny czarny rynek. Wiele kobiet decydowało się na prywatne zabiegi ze względu na fatalne warunki w państwowych ośrodkach zdrowia. Niektóre płaciły lekarzom, inne szukały pomocy u tzw. „ciotki”. Jak wyglądała wizyta u ciotki?

Ona dała mi leków, zeżryj je, mówi, potem aloesu nawkładaj do środka i zwykłego wrotyczu. I stary na koniec niech z całej siły pięścią w brzucho walnie.

Oba przywołane wydarzenia, a zwłaszcza kryjące się za nimi źródła problemów moralnych i społecznych, odnoszą się do ideologii oraz praktyki komunizmu, a więc do wspomnianych w objawieniu fatimskim „błędów Rosji”. Wspomniane „błędy”, czyli legalizacja aborcji i rewolucja seksualna, uderzają też w dwa elementy kobiecej tożsamości, które w osobie Maryi osiągnęły doskonałość, będąc od dwudziestu wieków natchnieniem i wzorem dla licznych pokoleń. Mamy do czynienia z atakiem na macierzyństwo i na dziewictwo, czystość, niewinność. To właśnie na tym poziomie toczy się dziś najbardziej zażarta walka.

To wychowanie ludności ZSRR w antykulturze aborcyjnej spowodowało, że w oddziałach partyzanckich radzieckich, gdzie według komunizmu powinno istnieć równouprawnienie. No niestety było zupełnie inaczej. Partia komunistyczna miała problemy w rejonie berezyńskim z dowodzoną przez Dierbana Brygada im. Szczorsa. Stosunki panującej w owej jednostce nakreślił w maju 1943 roku sekretarz komitetu rejonowego:

W Brygadzie niemal wszyscy dowódcy mają kochanki. […] Naturalnie nie to jest problemem, że się pożenili. Chodzi o to, że sprowadzili sobie młode kobiety, którym poświęcają niemal cala swoja uwagę, jak zdążyłem się już zorientować. Nie traktują tych kobiet jak współtowarzyszek walki, ale obiekt po zadania. Wskutek tego niektórzy dowódcy prawie w ogóle nie uczestniczą w operacjach zbrojnych i gospodarczych, ale zlecają to swoim podwładnym. A ci z kolei, co zaobserwowałem, mówią: „Po co mi to? Ja też chce żyć”, i nie wykonują powierzonych im zadań […].

Trzeba tu także dodać, że kobiety dowódców nie wykonują żadnej pożytecznej pracy w oddziałach i są tam tylko „stołowniczkami”. Tak mówią partyzanci. Zjawiska te bezsprzecznie prowokują partyzantów do formułowania uzasadnionych skarg na dowódców. […] Niektórzy dowódcy swoim niemoralnym zachowaniem kompromitują się nie tylko w oczach partyzantów, ale też w oczach miejscowej ludności. Na dodatek zdarzają się przypadki zmuszania kobiet przebywających w oddziałach do odbywania stosunków płciowych. Na przykład Judanow, dowódca oddziału im. Woroszyłowa, zmusił Lenę Siniak […] do odbycia z nim stosunku płciowego, a następnie, gdy już była w czwartym miesiącu ciąży – do aborcji. Zarówno wśród dowódców, jak i partyzantów Brygady szerzy się plaga alkoholizmu. W wyniku nadużywania alkoholu w Brygadzie dochodzi do szeregu wypadków. Są ranni i zabici.

W latach powojennych, od 1950 do 1980 r., każdego roku przeprowadzano w ZSRR ok. 6 do 7 milionów aborcji. Mimo zagrożeń, jakie niosła ze sobą aborcja, statystyki wskazują na to, że aborcji w ZSRR poddała się co dziesiąta kobieta. Rekordzistki miały na swoim koncie kilkanaście zabiegów. Na przykład babcia Poliny Bachlakovej przeszła ich aż 12! Dziewczyna, gdy się o tym dowiedziała, była wstrząśnięta faktem, że ta troszcząca się o bliskich staruszka, która większość swojego życia spędziła w kolejkach po mięso lub przy kotle barszczu w kuchni, mogła mieć za sobą tak straszne doświadczenia. Nestorka rodu opowiadała o atmosferze panującej w szpitalu: Wiele kobiet w oczekiwaniu na aborcję czuło się, jakby siedziały na taśmociągu. Każdego ranka w szpitalu z zamiarem przerwania ciąży ustawiało się w kolejce przynajmniej dziesięć kobiet.

Podobne relacje można usłyszeć od wielu kobiet z krajów byłych republik radzieckich. W artykule „ZSSR. Seks, którego nie było” cytowana jest wypowiedź Marii Iwanowej. Wyszła ona za mąż w 1950 roku, a więc w momencie, w którym aborcja była nielegalna: О środkach antykoncepcyjnych nie słyszeliśmy. Ja wyszłam za mąż i od razu zaszłam w ciążę… Zaczęłam biegać na przerwania ciąży… Na początku takie operacje w ogóle były zakazane, robiono je w podziemiu, u babek, u znajomych lekarzy. Żadnego znieczulania, „na żywo”.

Jak podawał w 1989 roku „New York Times”, w ciągu roku w Republice Rosyjskiej umierało z powodu powikłań poaborcyjnych 600-700 kobiet. Wiele pacjentek po zabiegach w ogóle nie mogło już mieć dzieci. Inne, gdy zachodziły w kolejną ciążę i decydowały się ją donosić, rodziły przed terminem. Z powodu tej decyzji, w Rosji Sowieckiej, zamordowano w sumie ok. 280 mln osób. Z kolei w publikacji pt. „Historia aborcji. Statystyki w Rosji i ZSRR od 1900 do 1991 roku” możemy przeczytać, że łączna liczba zabiegów przerwania ciąży w latach 1954-1990 wynosiła ponad 251 milionów. Obecnie aborcja jest Rosji nadal legalna. Średnio w ciągu roku wykonuje się jednak „zaledwie” milion zabiegów. To sześć razy mniej niż w latach 80. w ZSRR…

Aborcja w Rosji nie kojarzy się z zabójstwem. Uży­wa się tu zamiennie słowa wyczyszczenie – uporządkowanie wnętrza ko­biety. Dziecko nienarodzone nie jest uznawane za człowieka, nie mówiąc już o uznaniu w nim obrazu Boga. Brak poszanowania życia prowadzi też do akceptacji eutanazji. W 2006 roku opowiadało się za nią 85% rosyjskich lekarzy. W Rosji zatrudnionych wtedy był zatrudnionych 60.000 ginekologów, w tym aż 30.000 (sic!) wykonywało wyłącznie zabiegi aborcyjne.

Pomnik dzieci nienarodzonych w Surgucie

Oficjalne dane wskazują, że od przełomu tysiącleci liczba ta spada. Rosja obecnie ma około 412 aborcji na 1000 żywych urodzeń. W 2020 roku formalnie odnotowano około 450 tys. aborcji w kraju liczącym 144 miliony mieszkańców. Statystyki te obejmują jednak tylko miejskie lub federalne instytucje medyczne oferujące w większości darmowe aborcje chirurgiczne. Uważa się, że komercyjne kliniki zajmujące się aborcją farmakologiczną nie zgłaszają swojej działalności, co oznacza, że gdy liczba zarejestrowanych aborcji chirurgicznych spada, liczba aborcji farmakologicznych rośnie. W dużych miastach, takich jak Petersburg, czy Moskwa, zdaniem obrońców życia większość aborcji ma charakter farmakologiczny i nie jest zgłaszana oficjalnym organom.

Obecnie rosyjskie ustawodawstwo dotyczące aborcji jest najbardziej liberalne na świecie. Na Ukrainie i Białorusi ustawodawstwo jest podobne jak w Rosji. Obecnie w tych krajach główną przyczyną aborcji jest czynnik ekonomiczny. Ostatnio wzrastają nastroje przeciwko przerywaniu ciąży, szczególnie wśród religijnej części społeczeństwa, jednak głównie w Federacji. Obrońcy życia promują adopcję i tworzenie rodzin zastępczych. Dynamicznie zaczyna się rozwijać Prawosławne Centrum Życia współ­pracujące z Centrum Rodziny Kościoła katolickiego. Przed eskalacją wojny na Ukrainie były duże szanse na zmianę prawa, gdyż organizacje antyaborcyjne miały duży wpływ na Wladimira Putina. Niestety konflikt spowolnił reformy.

Święta Inkwizycja bezbożna

Święta Inkwizycja bezbożna

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    21 listopada 2023 michalkiewicz

W dniach ostatnich (chyba rzeczywiście zbliżają się zapowiadane „dni ostatnie”) przez niezawisłym sądem w Warszawie wznowiony został proces pani Kai Godek, pozwanej przez „16 osób LGBT”, czyli – jak to się mówiło za dawnych, dobrych czasów – osób cierpiących na zboczenia płciowe – o myślozbrodnie. Formalnie sprawa toczy się o „naruszenie dóbr osobistych” wspomnianych osób, ale tak naprawdę przedmiotem rozstrzygnięcia jest myślozbrodnia, o jaką pani Godek jest obwiniana. Jak pamiętamy z książki Jerzego Orwella „Rok 1984”, myślozbrodnia polega na tym, że ktoś nie tylko myśli w sposób nie zatwierdzony do myślenia przez Wielkiego Brata, ale w dodatku daje swoim przemyśleniom wyraz.

U nas rolę pełnomocnika Wielkiego Brata pełni Judenrat „Gazety Wyborczej”, który do myślozbrodni ma dziedzicznego, specjalnego nosa, a wspomagają go funkcjonariusze Propaganda Abteilung, siłą przyzwyczajenia potocznie nadal nazywani „dziennikarzami” z innych niezależnych mediów głównego nurtu. Tworzą oni opisywaną przez Orwella „Policję Myśli”, która zajmuje się tropieniem myślozbrodni, a następnie donoszeniem na myślozbrodniarzy do organów tak zwanego „wymiaru sprawiedliwości”, czyli funkcjonariuszy znanego nam ze wspomnianej powieści Ministerstwa Miłości. Trzon Ministerstwa Miłości tworzą niezawiśli sędziowie, którzy w każdym ustroju gotowi są za pieniądze odebrane podatnikom i pozyskane w postaci przysalanych kar, spełniać w podskokach albo życzenia Wielkiego Brata i jego delegatów na poszczególne bantustany, a jeśli ani Wielki Brat, ani delegaci żadnych życzeń akurat nie sformułowali, gotowi są dogadzać albo swoim uprzedzeniom, albo nawet swoim interesom materialnym, bo nie ma takiej bramy, której nie przeszedłby osioł obładowany złotem.

Sodomczykowie przeciwko cywilizacji

Powodem zaciągnięcia pani Godek przed oblicze funkcjonariusza Ministerstwa Miłości w Warszawie, jest jej wypowiedź, że „osoby homoseksualne są zboczone”. Jeszcze 50 lat temu tego rodzaju opinia nie tylko nie stanowiła myślozbrodni, ale była przyjmowana jako tzw. „oczywista oczywistość”, a nawet prawda naukowa. Rzecz w tym, że nawet za komuny – chociaż tu i ówdzie trafiały się wyjątki, kiedy wymagał tego interes Partii albo bezpieki – zasadniczo respektowana była zasada tkwiąca u podstaw cywilizacji łacińskiej w postaci greckiego stosunku do prawdy. Jak wiadomo, polega on na przekonaniu, że prawda istnieje obiektywnie, niezależnie od tego, co ludzie na ten temat mniemają, że nie leży „pośrodku” – jak pragnęliby ireniści – tylko leży tam, gdzie leży, a powinnością człowieka rozumnego jest odnalezienie tego miejsca i poznanie prawdy.

Dlatego właśnie tylko w kręgu cywilizacji łacińskiej powstać mogło takie zjawisko, jak nauka, to znaczy – zorganizowane poszukiwanie prawdy, połączone z nieustannym podważaniem osiągniętych już rezultatów, by wskutek tej nieustannej weryfikacji prawda została oczyszczona z jakichś incydentalnych dodatków. Warto zwrócić uwagę na wyjątkowość tego zjawiska, bo w innych cywilizacjach nauka nie występuje. Na przykład w cywilizacji żydowskiej dominującą formą przekazu jest „haggada”, czyli opowieść przechodząca do porządku nad prawdą, jeśli tylko takie odejście od prawdy jest przydatne do wyciągnięcia jakiegoś morału. Dlatego też właśnie środowiska żydowskie bez trudu lokowały się w awangardzie ruchu komunistycznego, który prawdę traktował instrumentalnie, wprowadzając pojęcie „mądrości etapu”. Dlatego na jednym etapie tak zwana „nienawiść klasowa” uważana była przez etapowych mędrców za cnotę, podczas gdy na etapie obecnym została ona znienawidzona jako rodzaj myślozbrodni. Nie dlatego bynajmniej, by etapowi mądrale byli co do tego przekonani. Nic z tych rzeczy. Chodzi tylko o to, że znienawidzenie „nienawiści” – cokolwiek byśmy pod tym pojęciem rozumieli – jest przydatne dla potrzeb komunistycznej rewolucji.

W opisywanym przypadku początek został zrobiony w roku 1990, kiedy to biurokratyczny gang pod nazwą „Światowa Organizacja Zdrowia” w drodze głosowania uznał, że dotychczasowe zboczenia płciowe nie są żadnymi zboczeniami, tylko szlachetnymi „orientacjami”. Już samo to było odejściem od rygorów nauki na rzecz szamaństwa. Rzecz w tym, że w drodze głosowania możemy się dowiedzieć tylko tego, co myślały, ewentualnie – jakimi motywami kierowały się osoby głosujące – ale nie tego, czy to prawda, czy nie. Prawdę możemy tylko poznać – ale przez głosowanie tego nie uda się zrobić.

Skoro tedy za sprawą wspomnianego biurokratycznego gangu pojawiła się opinia, że zboczenia płciowe nie są już zboczeniami, tylko szlachetnymi „orientacjami”, promotorzy komunistycznej rewolucji mięsistymi nosami zwęszyli okazję wprzęgnięcia tej bredni w służbę rewolucji. Chodziło o to, że zboczeńcy, podobnie jak „kobiety”, znakomicie nadają się na proletariat zastępczy, który rewolucjoniści mogliby „wyzwalać”. Rewolucjoniści bowiem muszą mieć jakiś proletariat do wyzwalania, bo w przeciwnym razie byliby figurami groteskowymi. Z kolei zboczeńcy, nawet jeśli specjalnie nie wierzyli w potrzebę „wyzwolenia”, to dostrzegli w tym pragnieniu posiadania proletariatu zastępczego również swój własny interes – by mianowicie położyć kres pojęciu normy w dziedzinie seksualnej.

Tymczasem u podstaw cywilizacji łacińskiej tkwi logika dwuwartościowa – że jest prawda i jest fałsz, że jest norma i są dewiacje. W sukurs pośpieszyły im utytułowane i sprzedajne hebesy, funkcjonujące w sferze nauki, albo na jej obrzeżach. Ci zaczęli nauczać młodzież, że prawda nie istnieje, przechodząc do porządku nad oczywistością, że w takim razie przynajmniej to zdanie musi być prawdziwe, a skoro tak, to znaczy, że… i tak dalej. Kiedy w ten sposób została sprostytuowana dyscyplina nazywana tradycyjnie „filozofią”, zaraza przerzuciła się również na teren medycyny. Skoro gang uznał, że zboczeń już nie ma, tylko są „orientacje”, to stąd juz tylko krok do zanegowania potrzeby leczenia zboczeń, a wreszcie – do uznania za myślozbrodnię samego takiego pomysłu. Na tym degeneracja się nie zatrzymała, bo nieubłagany postęp w tej dziedzinie doprowadził do sytuacji, w której za normę zostały uznane zachowania czy stany oczywiście nienormalne.

Jeśli, dajmy na to, komuś się zdaje, że jest Aleksandrem Macedońskim, czy że akurat w tej chwili wynalazł elektryczność, to pakują go w kaftan bezpieczeństwa i odwożą na sygnale do infirmerii, gdzie poddawany jest terapii aż do momentu, gdy odzyska poczucie rzeczywistości. Jeśli natomiast ktoś nie jest pewien, czy jest chłopczykiem, czy dziewczynką, albo – czy jest kozą, czy psem – to jest rozkaz, by takie rozterki traktować jako normę i zakazać ich leczenia. Na straży tych wszystkich zakazów stoi Ministerstwo Miłości, czyli funkcjonariusze, gwoli przydania im większego prestiżu, poprzebierani w „śmieszne, średniowieczne łachy” – jak mówiła Oriana Fallaci.

Pani Godek jak Galileusz

Proces pani Godek przed obliczem funkcjonariusza Ministerstwa Miłości przypomina proces Galileusza przed Świętą Inkwizycją. Oprócz podobieństw są oczywiście istotne różnice. Proces Galileusza dotyczył zakazu głoszenia prawdy o budowie Wszechświata, więc towarzyszył mu z tego powodu pewien patos, podczas gdy proces pani Godek dotyczy kwestii, czy uprawiane z upodobaniem przez sodomczyków stosunki analne, które gitowcy nazywają „paciakowaniem w popielnik” są objawem zboczenia seksualnego, czy szlachetną „orientacją”, podobnie jak wzajemne wylizywanie sobie sromu przez gomorytki, co gitowcy nazywają „mlaskaniem po klitorisie”. Celowo przytaczam to potoczne nazewnictwo, by pokazać, że od tego, że coś określi się jako „orientację”, istota rzeczy się nie zmienia.

Ale pominąwszy tę różnicę, przedmiot procesu pani Godek jes taki sam, jak przedmiot procesu Galileusza. Chodzi mianowicie o ustalenie, to znaczy – powinno chodzić o ustalenie – pewnej prawdy w sprawie normy i dewiacji w sferze seksualnej człowieka. Na gruncie prawdy pani Kaja Godek ma oczywiście rację, a jej procesowi przeciwnicy są jej pozbawieni. Owszem, mogą z tego powodu odczuwać pewien dyskomfort, ale na przykład garbus też nie jest ze swojej przypadłości zadowolony, ale – przynajmniej jak dotychczas – nie stara się wykorzystywać Ministerstwa Prawdy gwoli wymuszenia uznania przez wszystkich, że tak własnie wygląda norma w budowie kośćca człowieka. Skoro tedy warszawski funkcjonariusz Ministerstwa Prawdy nie oddalił od razu skargi owych 16 osób przeciwko pani Godek jako oczywiście bezzasadnej, to znaczy, że nie tylko wierzy w myślozbrodnie, ale prawdopodobnie gotów jest nagiąć logikę i poczucie rzeczywistości dla potrzeb oczekiwań Wielkiego Brata, któremu najwyraźniej zaprzedał duszę.

Ciekawe, czy inkwizytorzy zasiadający w trybunale sądzącym Galileusza byli przekonani, że rację ma większość ówczesnych specjalistów od budowy Wszechświata, czy też ta kwestia ich wcale albo mało obchodziła, natomiast zależało im na tym, by spokojnie wypić i zakąsić bez narażania się na jakieś nieprzyjemne niespodzianki. O ile jednak w przypadku inkwizytorów przypuszczenie, że mogli oni rzeczywiście podzielać powszechne ówczesne przekonania w sprawie budowy Wszechświata, jest dość prawdopodobne, o tyle ani w przypadku sędziów stalinowskich trybunałów, na przykład Marii Gurowskiej, która tak naprawdę nazywała się Zandówna, taką wątpliwość należy zdecydowanie wykluczyć. Jak w takim razie ocenić postępowanie warszawskiego oddziału Ministerstwa Prawdy? Podejrzewanie, że metrykalnie dorosły człowiek nie wie tego, o czym wie każdy chłopczyk, byłoby niegrzeczne. A skoro tak, to musimy wytłumaczyć sobie tę całą sytuację tym, że oto właśnie wchodzimy w etap surowości, kiedy od masowych zbrodni sądowych oddziela nas już tylko cienka linia i coraz mniej czasu.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Niemcy za relokacją imigrantów [do Polski], prowadzoną w białych rękawiczkach. Potrzebny im Tusk.

Berlin przestawia wajchę ws. imigrantów. Ale jest haczyk

Jakub Maciejewski : https://wpolityce.pl/polityka/671345-berlin-przestawia-wajche-ws-imigrantow-ale-jest-haczyk


Niemcy oczekują od Polski natychmiastowego ustępstwa w jednej sprawie. Potrzebny im Tusk

  • Granica z Białorusią / autor: Fratria / Andrzej Wiktor

Granica z Białorusią / autor: Fratria / Andrzej Wiktor

Redaktor Aleksandra Fedorska przyjrzała się z pozoru niewinnej sprawie niemieckich kontroli na granicy z Polską. W Radiu Poznań ukazała się jej publikacja, która podkreśla wagę niemieckiego postulatu przesunięcia tej kontroli na polskie terytorium. Niby niewielka różnica czy mundurowi będą sprawdzali w pojazdach obecność nielegalnych imigrantów dwieście metrów dalej czy bliżej – w końcu jesteśmy w Strefie Schengen a nielegalna imigracja jest naszym wspólnym problemem. A jednak dziennikarka zgłębiła sprawę i znalazła nawet konkretne stanowisko premierów landowych z 6 listopada:

O ile państwa sąsiadujące na to pozwolą, kontrole będą przeprowadzane na ich terytorium i zostaną wykorzystane do wydalania. Polska nie wyraziła na to zgody. Gdyby zgoda została udzielona, w przypadku wydalania migrantów Polska byłaby państwem odpowiedzialnym za określenie państwa członkowskiego odpowiedzialnego za przeprowadzenie procedury azylowej.

Niemcy przyznają wprost – zatrzymani na terytorium Polski imigranci (po polskiej stronie granicy z Niemcami) staną się problemem dla naszego kraju – na czas sprawdzenia ich pochodzenia i statusu to Polska będzie zobowiązana zapewnić im zakwaterowanie, wyżywienie i pilnowanie, by nie zbiegli dalej.

Jest to właściwie relokacja imigrantów prowadzona w białych rękawiczkach – bez rozwożenia przybyszy wedle wytycznych urzędników do poszczególnych państw UE, ale zatrzymywanie ich po prostu poza Niemcami (bo o to chodzi w relokacji).

Jeśli potencjalny premier Donald Tusk zgodziłby się na taki scenariusz to na Polskę spadnie jeszcze jedno wyzwanie. Otóż według niemieckich danych ponad 90 tysięcy imigrantów rocznie przedostaje się do Niemiec, właściwie dwoma szlakami – bałkańskim i białoruskim.

Wbrew kłamstwom polskich mediów liberalnych większość nie przedostaje się przez zaporę na naszej wschodniej granicy ale przez Litwę, Łotwę, a nawet Ukrainę, osobną drogą jest marszruta: Bułgaria, Serbia, Węgry, Słowacja i Polska.

Jeśli Niemcy przeprowadziłyby swoją operację kontroli na polskim terytorium to nie tylko ustalą precedens wprowadzania niemieckich mundurowych do naszego kraju, ale też postawią rząd w Warszawie przed dylematem – czy analogicznej sprawy wymagać od Litwy i Słowacji?

Drobne przesunięcie sprawdzania pojazdów o kilkaset metrów może wywołać efekt domina w zakresie polityki migracyjnej jak i napięć w Europie Środkowowschodniej – tylko dlatego, że Berlin nie chce sam płacić za swoją fatalną politykę „otwartych drzwi” wobec migracji spoza Europy.

AndyR #34569

Nie chodzi tylko o relokację, ale o stworzenie precedensu działań niemieckich służb na terytorium Polski. Krok ku okupacji.

Ten poseł jest satanistą. Jest w Sejmie. Poseł KO i „gwiazda” TVN ujawnił swoje wyznanie – wicca. Podczas ślubowania ułożył ręce w znak „rogów diabła”.

Neopoganin w Sejmie. Poseł KO i gwiazda TVN ujawnił swoje wyznanie

#Marcin Józefaciuk #neopogaństwo #rodzimowiercy #tatuaż #turbosłowianie

(fot. Zbyszek Kaczmarek / Forum)

Przymierzany do roli ministra edukacji Marcin Józefaciuk z PO ujawnił, że jest neopoganinem. – Mocno czerpię z rytuałów dawnych zielarek i wiedźm, tzw. kobiet wiedzących, które kiedyś w każdej ze wsi były traktowane bardzo poważnie – wyznał w rozmowie z mediami.

Poseł-debiutant, który wzbudził kontrowersje swoimi licznymi tatuażami wyjaśnił, że pierwszy z wykonanych na jego ciele przedstawia pentagram. Jak przekonuje, nie jest on związany z szatanem lecz… religią wicca, której jest wyznawcą. Jego wiara, jak wyjaśnił, polega na „współpracy z naturą”, „zawierzeniu się jej sile” i próbie dostosowania się do niej.

Pytany o panteon bóstw, poseł na Sejm XI kadencji wyjaśnił, że chodzi bardziej o „byty, które możemy prosić o wsparcie, pomoc, z którymi rozmawiamy”.

Ale też szanujemy inne pomniejsze bóstwa, czy to duchy lasu, czy rzek. Tak więc to jest taka bardzo stara religia, starosłowiańska… – ujawnił. – Mocno czerpię z rytuałów dawnych zielarek i wiedźm, tzw. kobiet wiedzących, które kiedyś w każdej ze wsi były traktowane bardzo poważnie – dodał.

Następnie wyjaśnił, że praktykując przedchrześcijańskie wierzenia można być zrzeszonym w grupach zwanych konwentami lub sabatami, choć sam „praktykuje indywidualnie”. – Zresztą to właśnie moja babcia zaszczepiła we mnie umiejętność postrzegania świata nie tylko przez szkiełko i oko – skomentował.

Marcin Józefaciuk pracował jako nauczyciel w Łodzi. Niedawno prowadził również program „Dzieciaki rządzą… kasą” na antenie TVN. Poseł PO wzbudził liczne kontrowersje podczas ślubowania, w trakcie którego ułożył ręce w znak „rogów diabła”. Jak tłumaczył, w ten sposób chciał powiedzieć w języku migowym „Kocham Cię”. Józefaciuk był przymierzany również do roli ministra edukacji, ale ostatecznie stanowisko przypadnie przedstawicielowi Lewicy.

Źródło: natemat.pl / onet.pl

PR

https://pch24.tv/tatuaz-i-demon-tatuowanie-ciala-to-zagrozenie-duchowe-grzegorz-kasjaniuk-i-lukasz-karpiel/embed/#?secret=5KItcBZ8Nj#?secret=HrFCbmi0Ev

https://pch24.pl/unde-malum-szatanskie-korzenie-ideologii-iii-rzeszy-okiem-mlodych/embed/#?secret=iXQCjI7kYb#?secret=V5jbtTfs2L

https://pch24.pl/nordyckie-neopoganstwo-zyskuje-popularnosc-dlaczego-tak-wielu-chce-oddac-poklon-demonowi/embed/#?secret=rQ21kRFCb6#?secret=O55js6VGXZ

==================================

Był tytuł: Poganin w Sejmie. No to zmieniam, racja !!

———————————–

mail:

Szanowny Panie Profesorze!

Nie podoba mi się ten tytuł.

Poganami byli Homer, Platon, Euklides, Cyceron i Seneka,

a także Trzech Króli.

Ten poseł jest satanistą, wyznaniem modnym w Stanach Zjednoczonych A.P.

Z wyrazami poważania

RW

Kultura centralnie sterowana przyszłością Unii Europejskiej?

https://pch24.pl/kultura-centralnie-sterowana-przyszloscia-unii-europejskiej/

Kultura centralnie sterowana przyszłością Unii Europejskiej? 


Świat zdążył się już przekonać o nieefektywności gospodarki centralnie sterowanej, ustanawianej przez partie komunistyczne w krajach, w których udało im się przejąć pełnię władzy. Niekiedy rozwiązywała ona pomyślnie, niektóre problemy podczas sytuacji nadzwyczajnych, wymuszających zastosowanie nadzwyczajnych środków (np. odbudowa kraju po niszczycielskiej wojnie). Jednak, w standardowych warunkach, m.in. wskutek swej nadmiernej sztywności, braku możliwości dokładnego rozeznania się planistów w realnych potrzebach i możliwościach społeczeństwa, oraz faktu, że rzeczywistość jest zbyt złożona, zniuansowana i nieprzewidywalna, by narzucić jej określony szablon rozwoju, niosła za sobą nędzę, brak poszanowania dobra wspólnego i deformację życia społecznego, aż do granic absurdu. Czy analogiczne skutki przyniesie wcielenie w życie koncepcji centralnie sterowanej kultury, której próbę wdrożenia wymusi postępujący proces centralizacji Unii Europejskiej?

Toczy się dyskusja na temat rzeczywistych konsekwencji przyjęcia raportu w sprawie zmiany unijnych traktatów. Polska prawica alarmuje o postępującym procesie centralizacji Unii i związanym z nim zagrożeniem utratą suwerenności, lewica liberalna osobliwie uspokaja nas stwierdzeniem, że to tylko pierwszy krok, a zadeklarowani rewolucjoniści patrzą z nadzieją na perspektywę przeniesienie ośrodka władzy do Brukseli, skąd łatwiej będzie zaprowadzać właściwe im (nie)porządki. Pomijając spory dotyczące terminologii (federalizacja czy centralizacjautrata suwerenność czy delegowanie kompetencji) oraz określenia dynamiki zachodzącego procesu, nie ulega wątpliwości, że raport ten jest kolejnym krokiem na drodze, prowadzącej ku ograniczenia możliwości samodzielnego gospodarowania przez Polaków własnym państwem, a pośrednio i własnym życiem. Niestety, dotyczy to również szeroko pojętych norm kulturowych, w tym – religijnych. Sposób w jaki będzie to czynione, nasuwa skojarzenia z centralnym zarządzaniem gospodarką, obecnym w krajach realnego socjalizmu. Pójście tropem tej analogii pozwoli zwrócić nam uwagę na ryzyka, jakie niesie za sobą ten właśnie sposób sprawowania władzy.

Ujednolicenie pod maską różnorodności

Nim jednak przejdziemy do wynotowania narzucających się zbieżności, spróbujmy rozszyfrować intencje jakie kryją się za roszczeniem unijnych urzędników do sprawowania centralnego nadzoru nad wzorcami kulturowymi. Rzucają się w oczy przynajmniej dwa wymiary tej motywacji: ideologiczny i pragmatyczny. Ten pierwszy nie wymaga specjalnego rozwijania.

W organach Unii Europejskiej dominują siły posiadające określoną wizję świata oraz przekonanie co do tego w którą stronę powinien on podążać. Nieco ironicznie, pierwsze i drugie moglibyśmy określić mianem posthippisowsko-establishmentowego. Rozpełźnięci w różne strony spadkobiercy idei 1968 roku pragną zmieniać świat (z niewielką tylko poprawką na oporującą rzeczywistość, której niegdyś z perspektywy ulicznych rozrób i zadymionych komun nie dostrzegali w ogóle), a przy okazji zapewnić sobie możliwie wygodne życie i lukratywną posadę. Wśród publicystów panują różnice zdań na temat udziału czynnika ideologicznego w procesie centralizacyjnym. Jako że temat ten był dosyć często poruszany w prawicowych mediach, dziś warto poświęcić nieco więcej miejsca wymiarowi pragmatycznemu.

Tendencje rozrostowe wszelkiej biurokracji, niepodzielnie związane z obejmowaniem kontroli nad coraz to kolejnymi sferami jednostkowego i społecznego życia oraz czerpaniem zysków z jej sprawowania, to zjawisko znane i dobrze opisane. Warunkiem skutecznego działania urzędów jest jednak zachowanie pewnego podstawowego poziomu subordynacji objętych ich regulacjami obywateli. Im bardziej różnorodny kulturowo jest obszar ich działania, tym ryzyko niechęci wobec podporządkowania się kolejnym wprowadzanym regulacjom będzie większe, ze względu na sprzeczność systemów wartości, norm i preferowanych sposobów życia jego poszczególnych części składowych. Względna jednolitość administrowanego obszaru pod względem kulturowym wydaje się więc warunkiem sine qua non racji istnienia tych urzędów i dalszego rozrostu klasy biurokratycznej. Na tak różnorodnym pod tym względem obszarze jakim jest Europa, eurobiurokracja – by się utrzymać, wykarmić i nadal wzrastać – musi implementować już nie tylko rozwiązania dotyczące gospodarki, polityki ekologicznej czy międzynarodowej, ale również homogenizacji kulturowej.

Środkiem mogącym do tego celu posłużyć (stwarzającym pewną pokusę, ale z przyczyn praktycznych nieopłacalnym w realizacji) jest likwidacja kulturowych ośrodków tożsamościotwórczych, tworzących wspólnoty kierujące się normami utrudniających sprawne zarządzanie administracji unijnej: wspólnoty religijne, niektóre ruchy społeczne, kontestacyjne subkultury. O ile można bez większego ryzyka poważyć się na taki krok w stosunku do wspólnot niszowych, wydanie otwartej wojny tym większym mogłyby wywołać poważne niepokoje społeczne i idące za nimi zachwianie zaufania wobec nowej władzy.

Z punktu widzenie interesu urzędników, bardziej opłacalne byłyby zatem zabiegi „przycinające” właściwości tych ośrodków do postaci, która nie będzie stwarzać dla Centrali zbyt wielkiego zagrożenia. W przypadku religii będzie to oczywiście wiązało się ze stopniowym przeinaczaniem jej doktryny, wtłaczaniem jej do interpretowanych przez dominujące w Unii Europejskiej siły lewicowo-liberalne „wartości europejskich”. Najmniej rzucającym się w oczy opinii publicznej działaniem będzie rzucanie kłód pod nogi ośrodkom wiernym swojej doktrynie, przy równoczesnym dofinansowywaniu i medialnym rozdymaniu znaczenia ich kolaboranckich odmian.

To miękki sposób działania. Twardym będzie ustanawianie praw godzących w wolność przekazywania swoich idei oraz sprawowania kultu przez te wspólnoty, poczynając od tych, które w społeczeństwie liberalnym nie budzą entuzjazmu, np. ograniczanie sprawowania egzorcyzmów, spowiedzi świętej dla dzieci, przekazywanie młodym ludziom treści mogących ich „znerwicować” (nauki o piekle) etc.

W miarę jak nowounijna propaganda będzie urabiać umysłowość społeczeństw, włodarze Unii Europejskiej będą mogli pozwalać sobie na coraz dalsze ingerencje. Dokładnie ten sam sposób działania może zostać zastosowany wobec środowisk patriotycznych, narodowych czy pielęgnujących wszelkie inne „niewygodne” tradycje. Takie instytucje z wybitymi zębami, będą mogły w pewnym zakresie funkcjonować, z tym, że utracą podstawowy zawarty w nich sens.

200% normy inkluzji

Zawartość przegłosowanego 25 października raportu o zmianie traktatów wskazuje na konieczność przejęcia przez unijną Centralę kontroli nad edukacją czy ochroną zdrowia. Upraszcza również procedury zawieszania w prawach członka państw sprzeniewierzających się „wartościom unijnym” (jeszcze raz podkreślmy – interpretowanych przez lewicowych liberałów i posiadających w tej interpretacji bardzo szerokie pole manewru), co umożliwia i uwiarygadnia szantaż wobec poszczególnych członków. Dodajmy do tego odgórne wcielanie urzędowo wystandaryzowanego języka w miejscach pracy, przepisach medycznych czy instytucjach publicznych. To również jest zabieg modyfikujący kulturę, gdyż zakaz określania pewnych postaw pejoratywnie będzie uniemożliwieniem wskazania, które z nich są moralne czy właściwe, a które nie; indoktrynowanie ludzi w tym języku będzie (przynajmniej u części z nich) stopniowo zmieniać systemy znaczeń, w jakie wyposaża kultura. W język bowiem wpisywane jest wartościowanie różnych postaw czy zjawisk, co daje ludziom instrukcje: do czego dążyć, czego unikać.

Wskazujemy tutaj tylko te najbardziej oczywiste metody działania. Urzędnicy unijni niejednokrotnie zaskakiwali nas swoją kreatywnością w naginaniu pól sprawowanej przez siebie władzy. Tak więc centralne sterowanie kulturą nie będzie odbywało się w sposób oczywisty 
i siermiężny, jak za czasów Pierwszych Sekretarzy; raczej w sposób trudny do łatwego uchwycenia przez przeciętnego obywatela tego nowego organizmu politycznego. Nie zmienia to faktu, że mechanizm takiego zarządzania będzie posiadał wady, w dużej mierze tożsame z tym znanym z państw realnego socjalizmu. Kultura centralnie sterowana będzie próbowała wtłoczyć w sztywne urzędnicze ramy ukształtowane lokalnie organiczne wzory działania, które do tej pory odpowiadały na konkretne potrzeby związane z ich uwarunkowaniami, wrażliwościami, charakterami czy występującymi miejscowo zagrożeniami. W ten właśnie sposób kultury stracą swoją efektywność w reagowaniu na problemy, z którymi musiały się dotychczas zmagać.

Tak jak w realnym socjalizmie „państwowe znaczyło niczyje” i nie zachęcało do troszczenia się o mienie, narzędzia produkcji czy efekt końcowy podjętych działań, tak i niczyja stanie się inkluzywna kultura unijna. Przeinaczone i przycięte do potrzeb urzędniczych wspólnoty religijne, języki, media i wytwory artystyczne nie będą godne zaufania, raczej – pogardy. Spodziewać się można efektu ostentacyjnego dezawuowania tych instytucji, robienia im na złość, kombinowanie przy obchodzeniu zaaplikowanych do nich sztucznych reguł. W efekcie natychmiast będą musiały wytworzyć się dwa porządki społeczne: oficjalny i rdzennie kulturowy (kulturowa szara strefa). Podobnie jak w krajach socjalistycznych, wymusi to na społeczeństwach nieustanne egzystowanie w stanie mimikry – udawanie i stwarzanie pozorów na pokaz, pożerające mnóstwo energii, która mogłaby zostać przeznaczona na działalność konstruktywną i społecznie pożyteczną. Wspólnoty 
o aksjologiach najbardziej sprzecznych z leżącymi u podłoża kulturowych wytycznych Centrali będą zaś doświadczać największego poczucia upodlenia, gdyż zmuszone zostaną w sferze publicznej do permanentnego działania wbrew zakorzenionym w nich wartościom. Alternatywą będzie odmowa partycypacji w nowym systemie, co jednak pociągnie za sobą określone konsekwencje finansowe, utratę prestiżu i pozycji społecznej, stoczenie się w materialny niebyt. Taka perspektywa będzie dużą część społeczeństwa odstraszać przed jawnym okazywaniem oporu. 

Podobnie jak w socjalistycznych gospodarkach centralnie sterowanych dojdzie do zmiany hierarchii społecznej: powstaną nieefektywne mechanizmy tworzenia elit i uzyskiwania awansu społecznego. Ci wierni wykoncypowanej w gabinetach unijnych urzędników kulturze inkluzywnej, będą mogli liczyć na pozycję wyższą, aniżeli ci, którzy pozostali wierni wzorcom, w których zostali wychowani. Nadgorliwi wyznawcy wykreowanej kultury, jako nadzwyczaj potrzebni nowemu systemowi dla jego legitymizacji, będą zatem sowicie nagradzani poprzez umieszczenie ich na wyższych pozycjach społecznej hierarchii. Wszystko to będzie odbywało się kosztem wartości praktycznej i merytorycznej pracowników, społeczników, kapłanów… Tak irracjonalny rozkład społecznego prestiżu czy majętności, o którym będzie decydowała wierność scentralizowanemu unijnemu aparatowi władzy sprawi, że nieefektywność kulturowa szybko przełoży się na nieefektywność gospodarczą. W ten sposób, zamiast deklarowanego wzmocnienia i gospodarczego „gonienia” supermocarstw w rankingach, nastąpi raczej osuwanie się Europy – proponowane lekarstwo okaże się raczej trucizną.

Przestroga

Próby zarządzania podstępem powołaną do życia pseudowspólnotą pozszywaną z elementów o istotnym rozstrzale aksjologicznym, a także rozmaicie rozumiejących świat i ludzkie powinności, siłą rzeczy będą petryfikować system zamordystyczny: aktywnie zwalczający wszelkie odchylenia, godzący sprzeczności wewnątrzspołeczne mocą żelaznej ręki, i nie wahający się przed niszczeniem wszelkiej autentycznej oryginalności i unikatowości kulturowej. Tak jak socjalistyczna równość w rezultacie oznaczała nierówność, tak głoszona przez centralizującą się Unię różnorodność będzie oznaczała wymuszoną homogeniczność. System ufundowany na tak fałszywej idei i zmuszony do marnowania wielkich pokładów energii na maskowanie faktu jej fałszywości, w długim terminie skazany jest na rozpad. A gdy on już nastąpi, historia po raz kolejny zaszydzi ze zgubnej pychy intelektualistów i będących jej efektem wielkich projektów zaprowadzenia zbiorowej szczęśliwości.

Ludwik Pęzioł

Broń synodalności nie jest bronią przeciwko Złemu, ale są to cztery oręże Złego służące do samozagłady Kościoła.

BKP: Synod o synodalności stosuje metody prania mózgu stosowane przez destrukcyjne sekty

wideo: https://vkpatriarhat.org/pl/?p=20893  https://soldat-dieu.wistia.com/medias/msuwu7kpyt

https://youtu.be/ydBq59fdTJM  https://bcp-video.org/pl/synod-o-synodalnosci/

rumble.com/v3t7b1ysynodosynodalnoci.html  ugetube.com/watch/U1RBo4XfrKV4I2d

Cytat z portalu Watykan News: „Afrykański kardynał (Besungu) nawoływał do odważnej walki ze Złym, używając w szczególności broni synodalności, która wymaga jedności, wspólnego kroczenia, rozeznania, wzajemnego słuchania”.

Besungu już wcześniej ujawnił, że słuchanie na Synodzie jest zarówno metodą, jak i bronią.

W rzeczywistości ta broń synodalności nie jest bronią przeciwko Złemu, ale są to cztery oręże Złego służące do samozagłady Kościoła.

Besungu jako pierwszą broń wymienia jedność. Pytamy: Jedność kogo i z czym? To nie jest jedność z Jezusem i Jego naukami, ale odwrotnie! Jest to zjednoczenie ludzi, którzy odrzucili Boże przykazania, z duchem nieczystym.

Drugą bronią, zdaniem Besungu, jest wspólne kroczenie. Jest to synodalna wspólna LGBTQ droga nieskruszonych ludzi ku zagładzie.

Trzecią bronią jest tak zwane rozeznanie. Oznacza to, że zgodnie z nową, synodalną koncepcją, przykazania Boże nie są nam już dane w sposób ostateczny, ale każdy może je rozeznać indywidualnie, tak jak mu odpowiada. Najwyższym standardem nie jest już Bóg i Jego słowo, ale ludzkie ego i ludzka pycha.

Czwarta broń to słuchanie. Uświadommy, że jest to szczególnie skuteczna metoda spowodowania zmiany w myśleniu. Używają jej sekty, uwodziciele i zawodowi kłamcy. Pismo Święte mówi: „Złe towarzystwo psuje dobre obyczaje”. Ewa w raju posłuchała węża, a rezultatem tego była katastrofa. I tak to się zawsze kończy, gdy nie słucha się Boga, Jego słowa i przykazań, ale słucha się sług Złego, zawodowych oszustów, kłamców i ludzi niemoralnych.

Na Synod przybyli przedstawiciele konferencji biskupów, a także wybrani zwolennicy LGBTQ. Biskupi przez cały miesiąc są narażeni na manipulację, podobnie jak to ma miejsce w przypadku destrukcyjnych sekt. Dzień biskupa, który przybył na Synod, ale jeszcze nie konwertował zgodnie z planem Bergoglio na osobę, witającą osoby LGBTQ, programuje się mniej więcej w następujący sposób: je śniadanie z homoseksualistami, następnie przy wyznaczonym stole wysłuchuje grupowo homoseksualistów, następnie je lunch z homoseksualistami, po południu kolejny etap słuchania homoseksualistów, kolację z homoseksualistami. Osobiste rozmowy trzeba głównie prowadzić z homoseksualistami i niektóre takie rozmowy kończą się zaproszeniem do wspólnej sauny.

Czy po miesiącu tak intensywnego prania mózgu i nacisków ze strony nieczystego demona biskup może wytrwać? Przynajmniej jego psychika jest zainfekowana, jego życie duchowe jest skażone, a podstawowe prawdy wiary i moralności są kwestionowane. Celem tej metody jest zmiana zdania i przyjęcie ducha niemoralności LGBTQ. Święty Bazyli ostrzega w swoich przepisach i wyjaśnia, jak niebezpieczne jest przebywanie w towarzystwie ludzi niemoralnych. Zwraca uwagę, że jeśli są także heretykami, kontakt z nimi niszczy całe zdrowie duchowe człowieka. Apostoł Jan przestrzegł, że nie powinniśmy nawet pozdrawiać takich osób, nie mówiąc już o spędzaniu z nimi miesiąca w wymuszonej jedności i słuchaniu ich.

Przy każdym stole Synodu zasiada 11 osób i jeden facylitator – moderator. Zgromadzeni w grupach wysłuchują szczególnie sugestywnych świadectw osób homoseksualnych. Stopniowo następuje zmiana myślenia z chrześcijańskiego na amoralne. Nie ma żadnej tolerancji dla Ducha Bożego, Ducha prawdy. „Rozmowy w duchu”, czyli kolejna metoda synodalna, kontrolowana jest przez moderatora według ściśle określonych zasad. Jeśli ktoś nadal odpowiada w Duchu Prawdy i broni przykazań Bożych, jest to natychmiast rozpoznawane. Taka osoba musi konwertować, aby nie zakłócać jedności i nauczyć się prowadzić rozmowy wyłącznie w duchu synodalności LGBTQ, czyli legalizacji niemoralności.

Członkowie grup nie zmieniają się według własnego uznania ani losowo, ale moderator wnikliwie obserwujący stopień zmiany myślenia, odpowiednio przydziela ich do stosownej grupy. Uczestnicy są monitorowani, a ich manipulacje moderowane. Tak naprawdę jest to metoda destrukcyjnych sekt, która zmienia myślenie według z góry ustalonego założenia i celu. Celem zaś tego synodu jest przekształcenie biskupów w osoby akceptujące LGBTQ i jednoczesne dyskretne nakłanianie ich do zostania sodomitami na wzór większości głównych moderatorów tego bergogliańskiego sekciarskiego synodu LGBTQ. 

Plan jest taki, żeby po powrocie z synodu biskupi i inni delegaci skopiowali tę metodę i zgodnie z nią zmienili sposób myślenia i ducha pozostałych biskupów, księży, osób zakonnych i aktywistów świeckich, którzy następnie będą wpływać na innych. Doprowadzi to do praktycznej transformacji od Kościoła Chrystusowego do kościoła antychrysta, czyli do antykościoła New Age.

Jeśli chodzi o zatwierdzenie innych punktów synodu, takich jak wyświęcanie kobiet na diakonisy i kapłanki, a także eliminacja Sakramentu Ołtarza poprzez wprowadzenie elementów bałwochwalczych oraz likwidacja Sakramentu Pokuty – wszystko to będzie wynikiem zmienionego sposobu myślenia, w którym nie ma miejsca na Ducha Świętego, prawdę i Boże prawa.

Diabeł, ojciec kłamstwa i śmierci (por. J 8:44), działa na naszą naturę, zepsutą grzechem pierworodnym. Daje fałszywe inspiracje poprzez myśli lub poprzez słuchanie ludzi, którzy są jego środkami przekazu. Ten duch kłamstw wpływa zarówno na uczucia, jak i na wyobraźnię. Działa zewnętrznie na uszy i oczy poprzez propagowanie niemoralności, pornografię, czytanie niemoralnych książek, oglądanie niemoralnych filmów… Jezus nie słuchał duchów nieczystych, ale mocą Bożą je wypędzał. Apostoł Paweł stanowczo przestrzegłby biskupów przed dzisiejszym synodem: Nie miejcie udziału w bezowocnych czynach ciemności, a raczej piętnując, nawracajcie tamtych! O tym bowiem, co u nich się dzieje po kryjomu, wstyd nawet mówić (Ef 5:11-12).

W sieci ducha kłamstwa wpada się przede wszystkim poprzez słuchanie ludzi, którzy już znajdują się pod władzą tego niegdyś anioła światłości.

Jeśli student teologii bezkrytycznie słucha profesora, który jest heretykiem, sam stanie się heretykiem. Jeśli młody człowiek słucha osobę, która jest medium ducha nieczystego, duch ten przejmie jego myśli i uczucia, wzbudzi w nim sympatię i przejdzie na niego. Najpotężniejszym kanałem przyjęcia ducha jest słuchanie. Każdy uwodziciel przemawia sugestywnie, bo za nim stoi duch. Potrafi uwodzić półprawdami, fałszywą dobrocią i iluzją sukcesu.

Psalmista wyraża to słowami: „Jestem jak bukłak wśród dymu (Ps 119:83). Po wyjęciu bukłaka z dymu jeszcze przez długi czas ten dym czuć. Biskup spędził miesiąc w środowisku sodomickiej antyewangelii, która zmienia sposób myślenia i przyciąga przekleństwo. Niech teraz publicznie wyrzeknie się ducha niemoralnej i heretyckiej synodalności, a potem także przez miesiąc niech odprawi odpowiednią pokutę, aby uwolnić się od tego przekleństwa. Przede wszystkim trzeba się w tym czasie modlić, czytać Pismo Święte i żywoty świętych męczenników.

Rzeczywiście, prawdziwy synod powinien dzisiaj przede wszystkim odpowiadać na potrzeby czasu i mieć na celu odnowę duchową. Powinien podkreślić sens i cel życia człowieka, jakim jest zbawienie nieśmiertelnej duszy. Ukazać, co w dzisiejszych czasach uniemożliwia człowiekowi poznanie najbardziej podstawowych prawd wiary, a następnie wskazać, jak te prawdy chronić i realizować. Obecnie szczególnie młodzież jest zagrożona homoseksualizmem, dlatego powinna dogłębnie, gruntownie zapoznać się ze Słowem Bożym, które odkrywa korzenie homoseksualizmu. Młodzieży trzeba przedstawić ideał czystości, związany z życiem moralnym i przestrzeganiem przykazań Bożych. Nieczystość moralna prowadzi do cynizmu i wszelkiego rodzaju uzależnień, do niezdolności do życia małżeńskiego i do przestępczości.

Dziś katolik powinien ustalić codzienny plan modlitwy i świętować niedzielę, aby w istocie cały ten dzień poświęcić Bogu, swojej duszy, duchowemu dobru swojej rodziny zachowując też czas dla braterskiej wspólnoty. Duch Boży działa przez osobę, która to czyni. Kiedy inni słuchają takiego Bożego mężczyzny lub kobiety, ich oczy zostaną otwarte i oni również otrzymają Ducha Bożego. Wtedy będą mogli oddzielić się od ducha świata, od ducha kłamstwa i śmierci. Przeciwieństwem jest synod LGBTQ i jego moderatorzy na czele z Bergogliem i jego lokajem Besungu z Kongo (Kinszasa) oraz innymi oprawcami kościoła i gwałcicielami praw Bożych.

Drodzy prawowierni biskupi, póki jeszcze jest czas, oddzielcie się wraz ze swoimi diecezjami od posłuszeństwa pseudopapieżowi. Jest to człowiek, poświęcony szatanowi, który promuje autodestrukcyjną niemoralność LGBTQ. Jorge Bergoglio otwarcie buntuje się przeciwko Bogu, Jego prawom i przykazaniom. Jako poświęcony szatanowi on nie jest i nie może być namiestnikiem Jezusa Chrystusa. On zaraża Kościół duchem antychrysta i wypędza Ducha Świętego, Ducha Prawdy. Dlatego, drodzy biskupi, wydostańcie się z bergogliańskiego Babilonu, zanim będzie za późno. Przyjmijcie w imię zbawienia prawowiernego papieża, aby mógł powstrzymać nadchodzącą katastrofę.

Christus vincit! Christus regnat! Christus imperat!

+ Eliasz

Patriarcha Bizantyjskiego Katolickiego Patriarchatu

+ Metodiusz OSBMr              + Tymoteusz OSBMr

biskupi-sekretarze

19. 10. 2023

Metody synodalności są narzędziami likwidacji Kościoła katolickiego

bcp-video.org/synod-on-synodality/  /english/

bcp-video.org/fr/le-synode-sur-la-synodalite/  /français/

Zapisz się do naszego newsletter  lb.benchmarkemail.com//listbuilder/signupnew?5hjt8JVutE5bZ8guod7%252Fpf5pwVnAjsSIi5iGuoPZdjDtO5iNRn8gS049TyW7spdJ