Izraelskie operacje pod „fałszywą flagą” – od Irgunu po Flydubai

Izraelskie operacje pod „fałszywą flagą” – od Irgunu po Flydubai

Pewnie już widzieliście „terror na wysokości 9000 metrów”, który rozegrał się w przestworzach nad Tel Awiwem w zeszłym tygodniu. I pewnie zastanawialiście się, jak narracja o tym fatalnym locie Flydubai – narracja skrupulatnie powtarzana przez gorliwych propagandzistów głównego nurtu mediów – rozpadła się dokładnie tak samo, jak kadłub Boeinga cudem się nie rozpadł.

Choć dla nas, doświadczonych badaczy teorii spiskowych, ten ostatni zmanipulowany raport może wydawać się niespodzianką, miliony ludzi na świecie są zszokowane trwającym ludobójstwem w Strefie Gazy i dopiero teraz zaczynają zmagać się z oszustwami i sztuczkami „fałszywej flagi”, na których zbudowano współczesne państwo Izrael.

Dla dobra tych niedawno przebudzonych osób zainteresowanych tą tłumioną historią, przyjrzymy się teraz bliżej niektórym podstawowym wydarzeniom terrorystycznym pod fałszywą flagą w historii Izraela.

Bombardowanie hotelu King David

22 lipca 1946 roku terroryści z Irgunu – syjonistycznej organizacji paramilitarnej działającej w Mandacie Palestyny, dowodzonej przez Menachema Begina – przeprowadzili atak bombowy na hotel King David w Jerozolimie.

Wybór hotelu na cel ataku był reakcją na Operację Agatha, operację bezpieczeństwa przeprowadzoną przez wojska brytyjskie kilka dni wcześniej, w wyniku której aresztowano 2700 aktywistów syjonistycznych.

Podczas operacji „Agatha” zabezpieczono dowody wskazujące na to, że Agencja Żydowska dla Palestyny ​​– filia Światowej Organizacji Syjonistycznej – autoryzowała operacje sabotażowe w ramach swojej rebelii przeciwko brytyjskiemu rządowi Mandatu. Wiedząc, że w hotelu King David mieścił się sekretariat Autonomii Palestyńskiej oraz kwatera główna sił brytyjskich w Palestynie i Transjordanii, komórka terrorystyczna Irgunu założyła, że ​​to właśnie tam Brytyjczycy przechowywali te obciążające dokumenty.

Przygotowania do ataku opisano w artykule z History Today .

Krótko po południu w poniedziałek, 22 lipca 1946 roku, zniszczony furgon dostawczy wjechał pod boczne wejście hotelu King David, położonego na zachód od jerozolimskiej Starówki. Hotel pełnił funkcję kwatery głównej Palestyńskiej Administracji Cywilnej oraz Armii Brytyjskiej w Palestynie i Transjordanii. Ośmiu uzbrojonych mężczyzn, przebranych za arabskich robotników, wdarło się następnie do części hotelowej. Po obezwładnieniu i uwięzieniu kierownika działu dostaw oraz personelu kuchennego, wyładowali z furgonetki siedem baniek na mleko, wypełnionych 350 kilogramami trotylu i żelatyny zapalającej, i przetransportowali je jedną po drugiej długim, wąskim korytarzem do „La Régence”, hotelowego baru w piwnicy, znajdującego się bezpośrednio pod kwaterą główną cywilną i wojskową w południowym skrzydle. Tam zostali zaatakowani przez oficera armii brytyjskiej, którego postrzelili i śmiertelnie ranili. Podczas gdy część udających arabskich pracowników stała na straży, inni ustawili bańki na mleko obok dwóch kolumn wspierających w barze w piwnicy i odpalili 30-minutowe detonatory.

A artykuł z wiki „Military History” opisuje skutki eksplozji.

Do eksplozji doszło o godzinie 12:37. W jej wyniku zawaliła się zachodnia połowa południowego skrzydła hotelu. Krótko po wybuchu na miejsce przybyły ekipy ratownicze Królewskich Inżynierów z ciężkim sprzętem dźwigowym. Tej samej nocy inżynierowie zostali podzieleni na trzy grupy, z których każda pełniła ośmiogodzinną zmianę. Akcja ratunkowa trwała przez kolejne trzy dni i w jej trakcie usunięto 2000 ciężarówek gruzu. Z gruzów ratownikom udało się wyciągnąć sześciu ocalałych. Ostatnią osobą, którą odnaleziono, był D.C. Thompson, 24 godziny po zawaleniu się budynku. Wydawał się być w miarę zdrowy, ale później zmarł z powodu szoku.

W sumie w wyniku eksplozji życie straciło 91 osób, większość z nich to pracownicy hotelu, maszynistki, posłańcy i młodsze kadry sekretarskie.

Co zaskakujące – choć być może przewidywalne – dzisiejsi izraelscy politycy nie potępiają tego brutalnego aktu syjonistycznego okrucieństwa. Nie próbują już nawet usprawiedliwiać tego czynu, twierdząc, jak to robili wcześniej, że przed bombardowaniem wydano ostrzeżenie – fakt kwestionowany przez Brytyjczyków.

Zamiast tego, jak udokumentowałem w moim podcaście „Poznaj Benjamina Netanjahu, nieskazanego zbrodniarza wojennego”, dzisiejsi politycy celebrują akt terrorystyczny Irgunu. Na przykład w 2006 roku Benjamin Netanjahu wziął udział w wydarzeniu w Centrum Dziedzictwa Menachema Begina, gdzie odsłonięto tablicę upamiętniającą 60. rocznicę zamachu. Do dziś Netanjahu chwali przywódcę Irgunu , który koordynował atak.

Pod wieloma względami Menachem Begin uosabiał istotę naszej walki o wolność. Walczył o nią. Poświęcił się dla niej. Osiągnął ją. I to właśnie nasza walka o bycie wolnym narodem w ojczyźnie naszych przodków ukształtowała jego życie. Jest on symbolem i przykładem dla przyszłych pokoleń, ponieważ walka nigdy się nie kończy.

Pomijając przebranie się za „arabskich robotników”, które pomogło terrorystom ominąć środki bezpieczeństwa hotelu, zamach bombowy na hotel King David nie był operacją pod fałszywą flagą. Irgun nie zaprzeczył swojemu udziałowi w ataku. Jak widzieliśmy, nawet chwali się nim do dziś.

Bombardowanie było jednak przerażającym aktem terroryzmu politycznego. Jako takie, stanowiło krwawą ofiarę i stało się kamieniem węgielnym pod powstanie Państwa Izrael.

Niestety dla ludzkości, rozlew krwi dokonywany przez izraelskich terrorystów jeszcze się nie skończył…

OPERACJA SUSANNAH

W latach 50. XX wieku młode państwo Izrael stanęło w obliczu nowego zagrożenia: wzrostu panarabizmu jako przeciwwagi dla żydowskiej dominacji na Bliskim Wschodzie. Wzrost znaczenia Gamala Abdela Nasera w Egipcie – czołowej postaci politycznej tego ruchu – był szczególnie niepokojący dla władz Izraela.

Po przejęciu władzy w Egipcie w wyniku wojskowego zamachu stanu w 1952 roku, Naser nie tylko promował własną wizję regionu zjednoczonego pod rządami arabskiego nacjonalizmu, ale także pozycjonował się jako przeciwwaga dla wpływów sowieckich w regionie. Zaniepokojony sojuszami radzieckimi na Bliskim Wschodzie, Naser wygłaszał antykomunistyczne deklaracje, które pomogły mu uzyskać wsparcie militarne i finansowe od Amerykanów i Brytyjczyków. Do 1954 roku Naser zainicjował nawet rozmowy mające na celu przekonanie Brytyjczyków do wycofania się z ich bazy wojskowej nad Kanałem Sueskim.

Izraelczycy, coraz bardziej zaniepokojeni arabskim zagrożeniem na swoich granicach, uruchomili w Egipcie uśpioną komórkę. Ich plan, nazwany „Operacją Zuzanna”, polegał na wykorzystaniu tych kozłów ofiarnych – egipskich Żydów zwerbowanych przez izraelski wywiad wojskowy – do przeprowadzenia serii spektakularnych ataków terrorystycznych w tym kraju. Mieli nadzieję, że winę za te ataki zrzucą na Bractwo Muzułmańskie, komunistów lub jakąś inną grupę dysydentów politycznych, przekonując w ten sposób Brytyjczyków i Amerykanów, że Egipt jest niebezpiecznym miejscem, a Naser niepewnym partnerem.

Jednakże, jak szczegółowo wyjaśniłem w książce False Flags: The Secret History of Al Qaeda , sprawy nie potoczyły się zgodnie z planem.

Pierwszy zamach bombowy – eksplozja na poczcie głównej w Aleksandrii 2 lipca – przebiegł bez zakłóceń. Drugi, jednoczesny atak na amerykańskie biblioteki w Kairze i Aleksandrii, również zakończył się sukcesem. Dopiero trzecia próba – ambitny plan wysadzenia dwóch kin w Kairze, dwóch w Aleksandrii oraz dworca kolejowego w Kairze – zakończyła się niepowodzeniem, co przerwało operację. Dziesięciu członków komórki zostało aresztowanych. Spośród nich dwóch popełniło samobójstwo podczas przesłuchania przez egipską policję, dwóch innych zostało straconych, a sześciu skazano na karę więzienia; ostatecznie po uwolnieniu przedostali się do Izraela.

Nieudana operacja ostatecznie przerodziła się w poważny skandal w Izraelu. Znany jako „sprawa Lavona” – nazwana na cześć Fineasza Lawona, izraelskiego ministra obrony, który ostatecznie (i najwyraźniej niesłusznie) został oskarżony o zatwierdzenie planu – skandal ten doprowadził do lat śledztw, oskarżeń i wzajemnych oskarżeń w izraelskim rządzie. Ostatecznie skandal ten nie tylko doprowadził do rezygnacji Lavona, ale także do rozłamu koalicji politycznej premiera Dawida Ben Guriona i przyspieszył jego klęskę wyborczą.

Nawet 60 lat po tym incydencie, w archiwach Sił Obronnych Izraela (IDF) pojawiły się nowe dokumenty, które rzucają nieco światła na ogólnie niejasny spisek wywiadowczy.

Niezależnie od tego, kto i kiedy wydał rozkaz, sama operacja jest ewidentnym przypadkiem terroryzmu pod fałszywą flagą. Rząd Izraela wykorzystał zasoby wywiadowcze do przeprowadzenia ataków terrorystycznych, aby zrzucić winę za chaos na kogoś innego i w ten sposób zdestabilizować swojego przeciwnika politycznego.

Logicznie rzecz biorąc, można by się spodziewać, że rząd Izraela – rząd, który stale przypomina światu o tym, że musi stawiać czoła bezwzględnemu, brutalnemu sprzeciwowi ze strony muzułmańskich terrorystów – bezwarunkowo przeprosiłby za ten incydent i wyrzekł się stosowania podobnych taktyk w przyszłości.

Nikt jednak nie twierdził, że Izraelczycy byli logiczni (ani nawet moralnie konsekwentni). Zamiast tego, rząd Izraela oficjalnie uznał „Operację Susannah” dopiero w 2005 roku, pół wieku po wydarzeniach. W tym czasie dziewięciu agentów zaangażowanych w spisek zostało oficjalnie odznaczonych za swoją służbę.

9/11

Kiedy w 2014 roku karykaturzysta Haaretz, Amos Biderman, narysował swoją niesławną karykaturę przedstawiającą premiera Izraela Benjamina Netanjahu lecącego odrzutowcem z napisem „IZRAEL” i wbijającego amerykańską flagę w World Trade Center, najwyraźniej nie miał zamiaru interpretować tego jako przyznania się Izraela do winy za zamachy z 11 września. Jak szybko wyjaśnił redaktor naczelny Haaretz, Aluf Benn, rysunek Bidermana miał być ironicznym komentarzem na temat „obecnej nieufności między premierem Netanjahu a administracją Obamy”. Niemniej jednak, wyrwany z kontekstu, rysunek stanowi dość mocną ilustrację poglądu niektórych „wyznawców prawdy o 11 września”, że „11 września był atakiem izraelskim”.

Jak udokumentowałem w mojej obszernej pracy na ten temat — od 9/11 Trillions i 9/11 War Games do 9/11 Suspects and 9/11 Whistleblowers , a także False Flags: The Secret History of Al Qaeda — ataki terrorystyczne z 11 września 2001 r. były złożone i wielowymiarowe. Wymagały współudziału szeregu urzędników rządowych, personelu wojskowego, oficerów wywiadu i prywatnych przedsiębiorców z różnych krajów. Z tego powodu zwrot „9/11 był wewnętrzną robotą” — o ile sugeruje, że te ataki były wyłącznie dziełem „rządu USA” (przedstawianego jako monolityczny byt) — może być dobrym sloganem na naklejkę na zderzak, ale nie jest to wystarczające wyjaśnienie tych wydarzeń. Podobnie zwrot „9/11 był izraelską robotą” nie oddaje wielowymiarowego charakteru międzynarodowo skoordynowanej operacji, takiej jak 9/11.

Niemniej jednak byłoby naiwnością zaprzeczać w tym momencie, że izraelskie służby specjalne odegrały jakąkolwiek rolę w wydarzeniach z 11 września.

Najbardziej oczywistym i najczęściej przytaczanym powiązaniem między Izraelem a wydarzeniami z 11 września jest historia tzw. „tańczących Izraelczyków”.

W moim filmie na ten temat wyjaśniłem, że sprawa dotyczy pięciu obywateli Izraela, którzy w czasie ataków z 11 września pracowali dla Urban Moving Systems, firmy przeprowadzkowej z siedzibą w północnym New Jersey. Świadkowie zeznali, że widzieli mężczyzn wkrótce po tym, jak pierwszy samolot uderzył w wieże WTC na terenie kompleksu apartamentowego Doric w Union City w stanie New Jersey. Podobno stali „na dachu furgonetki przeprowadzkowej” i obserwowali rozwój sytuacji; zostali opisani jako „radośni i śmiejący się”, robiąc zdjęcia i najwyraźniej świętując to wydarzenie.

Na podstawie tych doniesień FBI wydało list gończy, wzywając funkcjonariuszy z całego stanu Nowy Jork do poszukiwania mężczyzn. Zostali oni zatrzymani i aresztowani krótko przed godziną 16:00 podczas podróży na wschód drogą stanową nr 3 w New Jersey. Po tym, jak policyjny pies tropiący ładunki wybuchowe wskazał na możliwość obecności ładunków wybuchowych w furgonetce i po potwierdzeniu powiązań niektórych podejrzanych z izraelskim wywiadem, sprawę przekazano do jednostki kontrwywiadu FBI, a mężczyźni zostali przetrzymywani w areszcie federalnym przez 71 dni. Sprawa została następnie zamknięta, a mężczyźni zostali deportowani do Izraela.

Być może pamiętacie, że zwróciłem również uwagę, iż ta historia jest bardziej złożona, niż często przedstawiają ją media alternatywne. Niezależnie od roli, jaką odegrali ci mężczyźni w „dokumentowaniu wydarzenia 11 września” – jak później twierdzili – nie byli oni elitarną grupą agentów Mossadu, wtajemniczonych w największą w historii operację terrorystyczną pod fałszywą flagą, wyłącznie po to, by móc przeprowadzić „ściśle tajną” misję wywiadowczą, polegającą na fotografowaniu wydarzenia, które miało być transmitowane na wszystkich kanałach telewizyjnych na świecie, podczas gdy oni świętowali i przyciągali uwagę.

Jeszcze ważniejsze dla zrozumienia izraelskiego zaangażowania w wydarzenia pod fałszywą flagą z 11 września jest szersze zagadnienie izraelskich operacji wywiadowczych w USA w ogóle, a w szczególności tego dnia. Jak donosił Forward w 2002 roku, samo FBI stwierdziło, że Mossad był zamieszany w spisek „Tańczący Izraelczycy” . „Ocena była taka, że ​​»Urban Moving Systems« stanowiło przykrywkę dla Mossadu i zatrudnionych tam agentów” – powiedział wówczas ich informator, „były oficer wywiadu”. „FBI stwierdziło, że szpiegowali miejscowych Arabów, ale mogli odejść, ponieważ nic nie wiedzieli o 11 września”.

Nawet jeśli pominiemy kwestię, w jaki sposób FBI stwierdziło, że agenci Mossadu „nic nie wiedzieli o 11 września”, badacze wciąż podnoszą liczne pytania dotyczące szerszego zagadnienia izraelskiego szpiegostwa w USA i jego potencjalnego związku z 11 września. Poważne dochodzenie w tej sprawie wymagałoby dogłębnej analizy następujących kwestii:

  • Izraelska siatka szpiegowska „studentów sztuki”, która działała w USA przed 11 września. W jej skład wchodziła pewna liczba studentów/szpiegów, którzy akurat mieszkali w tych samych dzielnicach co porywacze/kozły ofiarne z 11 września.
  • Utajnione śledztwo Carla Camerona w sprawie siatki szpiegowskiej studentów sztuki prowadzonej przez stację Fox News, a także amerykańskich firm AmDocs, Comverse Infosys i innych gałęzi izraelskiego podsłuchu i elektronicznego nadzoru amerykańskiej komunikacji, w którym Cameron zacytował urzędnika rządowego, który – odnosząc się do wcześniejszej wiedzy Izraelczyków na temat zamachu z 11 września – zapytał: „Jak mogli nie wiedzieć?”.
  • Różni członkowie „Projektu Nowego Amerykańskiego Stulecia” (PNAC), w tym Richard Perle, Douglas Feith i David Wurmser, którzy w 1996 r. napisali raport dla Benjamina Netanjahu, w którym podkreślili potrzebę „zabezpieczenia imperium” przez Izrael poprzez wyeliminowanie Saddama Husajna z Iraku, a później przytoczyli wysiłki Pentagonu mające na celu powiązanie 11 września z Saddamem Husajnem – działania, o których obecnie wiemy, że rozpoczęły się dokładnie w dniu ataków.
  • Zaangażowanie izraelskich obywateli o podwójnym obywatelstwie, zwolenników syjonistów i powierników Netanjahu, a także izraelskiego rządu, którzy wykazali się wcześniejszą wiedzą na temat operacji pod fałszywą flagą z 11 września i współudziałem w jej tuszowaniu. Dotyczyło to nie tylko wspomnianych członków PNAC, ale także „Szczęściarza” Larry’ego Silversteina, który utrzymywał regularny, cotygodniowy kontakt z Benjaminem Netanjahu, jednocześnie zapewniając sobie 99-letnią dzierżawę World Trade Center na kilka tygodni przed atakami, a także Amerykanina pochodzenia izraelskiego Michaela Chertoffa, który później był współautorem ustawy USA PATRIOT Act i wykorzystywał swoją pozycję w Departamencie Sprawiedliwości USA do utrudniania śledztwa w sprawie ataków z 11 września i blokowania dostępu do dowodów.
  • Oświadczenie byłego premiera Izraela Ehuda Baraka złożone trzy godziny po pierwszej katastrofie lotniczej, że atak, jeżeli będzie powiązany z Bin Ladenem, zostanie wykorzystany do rozpoczęcia „globalnie skoordynowanego wysiłku pod przewodnictwem Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Europy i Rosji przeciwko wszystkim źródłom terroru” oraz szokujące oświadczenie obecnego premiera Izraela Benjamina Netanjahu, że 11 września było „bardzo dobre”, ponieważ „wywołało natychmiastową sympatię” dla Izraela.

Z pewnością istnieją powody, by kwestionować prawdziwy charakter ostrzeżenia Izraela skierowanego do rządu USA w sierpniu 2001 roku w sprawie zbliżającego się ataku . Podobnie, istnieją wszelkie powody, by kwestionować rolę, jaką Izrael mógł odegrać w umożliwieniu, zatuszowaniu i „udokumentowaniu” wydarzeń pod fałszywą flagą z 11 września.

7 października

7 października 2023 roku grupa zdradzieckich terrorystów z Hamasu przeleciała na paralotniach nad najsilniej ufortyfikowaną granicą na świecie, siejąc spustoszenie i zabijając 1200 Izraelczyków. Przez osiem godzin cieszyli się całkowitą bezkarnością, zanim zostali zaatakowani przez siły IDF.

…a przynajmniej taką wersję wydarzeń z 7 października rząd Izraela chce wmówić światu. W rzeczywistości ta historia jest tak pełna luk, że po bliższym przyjrzeniu się rozpada się na kawałki.

Luki te obejmują wszystkie pytania, na które odpowiedzi prowadziłyby do wniosku, że rząd Izraela wiedział o ataku z wyprzedzeniem i pozwolił na jego przeprowadzenie – czyli teorię „Let It Happen On Purpose” (LIHOP). Na przykład:

  • Dlaczego rząd Netanjahu zignorował wielokrotne i szczegółowe ostrzeżenia przed atakami ze strony rządów zagranicznych, a nawet własnych służb wywiadowczych i sił zbrojnych?
  • W jaki sposób bojownikom Hamasu udało się pokonać rozległą sieć elektronicznego nadzoru i zautomatyzowane systemy obronne wzdłuż granicy z Gazą – systemy obronne, które według byłych strażników granicznych miały zostać uruchomione, nawet jeśli kot zbliżyłby się do ogrodzenia?
  • Dlaczego wojska izraelskie czekały kilka godzin na reakcję , a w niektórych przypadkach kibuce były ostrzeliwane nawet przez osiem godzin, zanim podjęły interwencję w celu zabezpieczenia terenu?
  • Dlaczego żołnierzom Sił Obronnych Izraela wydano tamtego ranka rozkaz przerwania regularnych patroli ?

itd., itd.

Jeśli szukasz poważnej, szczegółowej, gruntownie udokumentowanej i starannie udokumentowanej, dogłębnej analizy tego, co naprawdę wydarzyło się 7 października, możesz obejrzeć mój film „Pytania do Corbetta” na ten temat. A jeśli wolisz 5-minutową wersję dostosowaną do możliwości TikToka, oto ona :

https://youtube.com/watch?v=_8QgCqwWWm8%3Ffeature%3Doembed

Warto jednak zauważyć, że w tej historii istnieje nie tylko wyjaśnienie LIHOP tych wydarzeń, ale także wyjaśnienie MIHOP (Made It Happen On Purpose – celowo). Krótko mówiąc, przynajmniej część obywateli Izraela, którzy stracili życie tego dnia, zginęła, ponieważ zostali celowo zaatakowani przez siły izraelskie.

To nie jest teoria spiskowa, lecz oficjalna polityka rządu Izraela. Dyrektywa Hannibala to oficjalnie tajny rozkaz wojskowy upoważniający Siły Obronne Izraela do użycia bezwzględnej siły śmiercionośnej w celu zapobieżenia porwaniom własnych żołnierzy przez wrogich bojowników. Innymi słowy, upoważnia ona izraelskie wojsko do zabijania własnych obywateli, zamiast pozwalać na ich porwania.

Dyrektywa Hannibala została oficjalnie uchylona w 2016 roku, ale przywrócona 7 października 2023 roku. Tym razem upoważniła dowódców Sił Obronnych Izraela do zabijania nie tylko izraelskich żołnierzy, ale także izraelskich cywilów.

To nie są teorie spiskowe. W lipcu 2024 roku „Haaretz” doniósł , że dokumenty Sił Obronnych Izraela i oświadczenia żołnierzy potwierdziły, że dyrektywa Hannibala rzeczywiście została wdrożona tego dnia. Później potwierdził to ówczesny minister obrony Joaw Gallant .

Wyjaśnia to „The Times of Israel” :

Jak wynika z niedzielnego raportu, rozkaz stosowania „polityki Hannibala” podczas walk 7 października nie ograniczał się do baz wojskowych, ale obejmował także ludność cywilną.

Tuż przed godziną 11:30 wydano rozkaz informujący żołnierzy, że „żaden pojazd” nie może powrócić z Izraela do Gazy, z obawy, że może przewozić porwane osoby.

Anonimowe źródło z Dowództwa Południowego Sił Obronnych Izraela potwierdziło dziennikowi „Haarec”, że rozkaz został wydany, ponieważ „już wtedy dla wszystkich było jasne, że takie pojazdy mogą przewozić porwanych cywilów lub żołnierzy”.

Oczywiście, rząd Izraela nie potwierdził żadnych szczegółów decyzji o zabiciu własnych obywateli tamtego dnia. Zamiast tego, wykorzystuje mgłę wojny, aby ukryć prawdę o tych zabójstwach. Źródło w „The Times of Israel ” twierdzi, że nie było bezpośredniego rozkazu zabicia konkretnych cywilów, ponieważ „nie można było tak naprawdę stwierdzić, czy tacy ludzie znajdowali się w pojeździe”. Źródło kontynuowało jednak: „Wszyscy wiedzieli, co oznaczało niedopuszczenie pojazdów do powrotu do Gazy”.

W tych doniesieniach przytacza się przypadek Efrata Katza, 68-letniego mieszkańca kibucu Nir Oz, którego śmierć 7 października doprowadziła do wszczęcia śledztwa przez izraelskie wojsko. Dochodzenie wykazało, że Katz, który został porwany przez bojowników Hamasu, został zestrzelony przez śmigłowce izraelskich sił powietrznych. Zabójstwo to uznano za dopuszczalne, ponieważ „wojskowe systemy nadzoru nie były w stanie odróżnić izraelskich zakładników w poruszających się pojazdach od terrorystów z Hamasu”.

Gazeta The Times of Israel podaje również przykład przypadku, w którym dowódca Sił Obronnych Izraela „rozkazał czołgowi ostrzelać dom w kibucu Beeri, gdzie terroryści z Hamasu przetrzymywali 14 Izraelczyków jako zakładników”. Rozkaz ten doprowadził do śmierci 13 zakładników.

Ostatecznie wątpliwe jest, czy kiedykolwiek dowiemy się dokładnie, ile ofiar śmiertelnych wśród Izraelczyków 7 października było bezpośrednim skutkiem ostrzału izraelskiego wojska. Biorąc pod uwagę prawdopodobne zaprzeczenia, powszechne w takich sytuacjach bojowych, z pewnością nigdy nie dowiemy się, ile z tych zgonów było celowymi aktami morderstwa, a nie nieuniknionymi „stratami ubocznymi”.

Biorąc jednak pod uwagę, że Netanjahu spędził ostatnie trzy i pół roku, rozkoszując się ciałami zamordowanych tego dnia, wydaje się słuszne uznanie, że część krwi przelanej w tej masakrze przypada na izraelskie wojsko. A ponieważ atak terrorystyczny z 7 października został wykorzystany do usprawiedliwienia trwającego holokaustu w Strefie Gazy, prawda i sprawiedliwość wymagają, abyśmy uznali, że to wydarzenie miało charakter fałszywej flagi.

FLYDUBAI

Wszyscy już znamy tę historię.

29 września, osaczony premier Izraela Benjamin Netanjahu ostrzegł, że „nasi wrogowie będą próbowali nas zaatakować”, jeszcze przed wyborami do Knesetu w Izraelu 27 października. Zaledwie dzień później wrogowie Izraela rzeczywiście zaatakowali .

Dokładniej, omański terrorysta, zaślepiony islamistyczną nienawiścią do narodu żydowskiego, dźgnął nożem pilota samolotu Flydubai o numerze lotu FZ 1073 w drodze z Dubaju do Tel Awiwu i wprawił samolot w samobójcze nurkowanie, gdy zbliżał się do izraelskiej przestrzeni powietrznej. Podczas gdy samolot stracił niewiarygodne 5250 metrów wysokości w niecałe dwie minuty, pasażerom na pokładzie – pod wodzą odważnego izraelskiego hydraulika – udało się w jakiś sposób dostać do kokpitu, wyrwać terrorystę ze sterów i przywrócić samolot do lotu poziomego. Następnie dwóch pilotów po służbie wskoczyło do kokpitu i bezpiecznie wylądowało samolotem w Arabii Saudyjskiej, ratując wszystkich na pokładzie.

To niesamowita historia. Niewiarygodna!

…i przez to mam na myśli, że nie jest ona ani wiarygodna, ani wspaniała.

Ale nie wierz mi na słowo. Obejrzyj program CBC „ Jak samolot FlyDubai przetrwał próbę porwania pomimo beznadziejnych szans ” i łyknij łyka tequili za każdym razem, gdy Andrew Chang określi tę historię jako „szokującą”, „niewiarygodną”, „wspaniałą”, „nieprawdopodobną” lub „niemożliwą”. (UWAGA: Przed końcem filmu umrzesz z powodu zatrucia alkoholowego) .

W rzeczywistości ta historia jest tak wątpliwa, że ​​nawet Trump nie mógł jej powtórzyć bez dodania ważnego zastrzeżenia: „Nie wiem, czy to prawda, ale taką historię usłyszałem od Bibiego [Netanjahu]”.

https://youtube.com/watch?v=0en_tcTDBxo%3Ffeature%3Doembed

Ale po co, ach po co, głównodowodzący miałby tak dokładnie zacierać ślady?

Być może dlatego, że dramatyczne wydarzenia tego lotu przeczą prawom fizyki i inżynierii lądowej. Według tabeli danych z FlightRadar24, którą można pobrać w pliku CSV, samolot spadł z niewiarygodnej wysokości 16 150 stóp (ok. 4950 m) w niecałe 30 sekund.

Czy Boeing 737 Max 8 rzeczywiście przetrwa tak drastyczne zniżanie? Według pilotów, z którymi CNN przeprowadziło wywiad na żywo, aby (nieumyślnie) obalić całą wersję wydarzeń, taki scenariusz wydaje się nie do pomyślenia dla doświadczonych ekspertów lotnictwa.

https://youtube.com/watch?v=LhpbXELdHxE%3Ffeature%3Doembed

Jak powiedział Aaron Murphy, zawodowy pilot i instruktor lotniczy, prezenterce CNN Erin Burnett w niezamierzonym, demaskatorskim fragmencie: „Niektóre liczby, które początkowo widzimy w raportach, nie mają dla mnie sensu, bo przy tak szybkim zniżaniu samolot całkowicie się rozpadnie”. Być może zdając sobie sprawę z tego, co właśnie powiedział, Murphy szybko dodał: „Więc liczby z pewnością ulegną zmianie, kiedy otrzymamy wstępny raport”, przyznając tym samym, że celem każdego dochodzenia w sprawie tego incydentu będzie manipulowanie danymi, aby uczynić je bardziej wiarygodnymi.

Murphy nie był jedynym, który wyraził niedowierzanie wobec tego konkretnego manewru akrobacyjnego. Ekspert ds. bezpieczeństwa lotów Steve Arroyo powiedział agencji AP: „Jestem po prostu zdumiony, że samolot się nie rozpadł”, a ekspert ds. bezpieczeństwa lotów Jeff Guzzetti zgodził się: „To niesamowite, że udało im się wyjść z tego nurkowania”.

Tym, co czyni jeszcze bardziej niezwykłym fakt, że samolot zdołał wyjść z nurkowania, jest fakt, że siła działająca na niego była rzeczywiście na tyle duża , że ​​oderwała ster kierunku od ogona. Fakt, że izraelscy piloci po służbie, którzy akurat chcieli i byli w stanie przejąć kontrolę nad lotem, zdołali wylądować pomimo braku steru kierunku i wycieku płynu hydraulicznego, dodaje tej historii kolejny stopień nieprawdopodobieństwa.

O tak, a potem jest jeszcze cała absurdalna historia o tym, jak izraelski hydraulik, który nigdy w życiu nie pilotował samolotu, zdołał odzyskać kontrolę nad maszyną podczas tego niemożliwego zniżania, wykorzystując umiejętności, które nabył oglądając programy telewizyjne o dochodzeniach w sprawie katastrof lotniczych.

A jest jeszcze fakt, że ktokolwiek na pokładzie zdołał zbliżyć się do kokpitu podczas tego niewyobrażalnie stromego zejścia .

Pojawia się też pytanie, jak to możliwe, że pasażerowie nie tylko zdołali stać przy drzwiach kokpitu podczas tego szaleństwa, ale także sfilmować całą scenę telefonami komórkowymi.

Wiesz, gdybym nie wiedział lepiej, powiedziałbym, że coś w tej historii nie jest do końca w porządku.

…Ale bez obaw, ludzie! Izrael zbadał incydent i ustalił, że domniemany porywacz i drugi pilot był (chwileczkę) „samotnym wilkiem”; więc nie ma tu nic więcej do zobaczenia i niczego do odkrycia w toku dalszego śledztwa. Wszyscy możecie uwewnętrznić narrację, że to był absolutnie autentyczny (i bardzo przerażający) atak terrorystyczny i wrócić do życia w strachu przed muzułmańskimi straszydłami, które zawsze czyhają na nas.

I na koniec – czy Izraelczycy kiedykolwiek skłamali w sprawie ataku terrorystycznego?

PRZEŁAMANIE PARADYGMATU TERRORU

To prawie oczywiste, ale i tak to powiem: Izrael nie jest odosobnionym przypadkiem w panteonie narodów. Każdy kraj na świecie, w tym Kanada, Rosja, Japonia, Wielka Brytania i (oczywiście) Stany Zjednoczone, w którymś momencie brał udział w atakach terrorystycznych pod fałszywą flagą. Każdy z nich mógłby być tematem takiego artykułu redakcyjnego.

Jednak teraz, gdy Izrael aktywnie przeprowadza czystki etniczne w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu, opierając się na ciągłych prowokacjach pod fałszywą flagą, ważne jest, abyśmy zwrócili uwagę na długą historię Izraelczyków wykorzystujących terror – zwłaszcza terror pod fałszywą flagą – do realizacji swoich celów politycznych.

Jeśli jednak liczymy na to, że polityczni sojusznicy Izraela wskażą na tę historię i ujawnią te incydenty pod fałszywą flagą jako krwawy teatr polityczny, to ewidentnie pokładamy zaufanie w niewłaściwych ludziach.

Czy ktokolwiek w 2026 roku naprawdę wierzy, że Trump – który po raz kolejny potwierdził, że Izrael jest „największym sojusznikiem” USA i który właśnie podpisał umowę o dostarczeniu Izraelowi pakietu pomocy wojskowej o wartości 2,8 miliarda dolarów, obejmującego całą gamę potężnych bomb o masie 2000 funtów – sprzeciwi się Bibiemu i jego kłamstwom? Ten sam Trump, który właśnie powtórzył prasie „cudowną” historię o izraelskim hydrauliku – wyłącznie na podstawie słów Bibiego?

Nie, rozwiązanie tej zagadki „fałszywej flagi” nie przyjdzie od ludzi, którzy zagłosują na kolejnego mieszkańca bagien z Waszyngtonu (lub Ottawy, Londynu, Tokio czy Moskwy), by odważnie stanął do walki i powiedział światu prawdę. W rzeczywistości problem terroryzmu pod fałszywą flagą zostanie rozwiązany dopiero wtedy, gdy ludzie przestaną dawać się nabierać na to oszustwo. Dopóki ludzie będą jednoczyć się wokół swoich politycznych przywódców po każdym brutalnym akcie terroryzmu, sztuczka pod fałszywą flagą pozostanie skuteczną bronią w arsenale tych kakistokratów. [ rządy ludzi najgorszych, najmniej kompetentnych lub najbardziej cynicznych. ]

Jeśli w tym wszystkim jest jakaś pozytywna strona, to taka, że ​​nigdy wcześniej tak duża część opinii publicznej nie była tak chętna do kwestionowania tych incydentów tak szybko i na bieżąco. Szybkość, z jaką sprawa Flydubai została ujawniona w internecie, wreszcie daje promyk nadziei, że ludzie nie dadzą się już nabrać na te same oszustwa, co wcześniej.

Być może analizując historię wydarzeń pod fałszywą flagą, tak jak to opisano w tym artykule, będziemy mogli zmienić kalkulacje, które sprawiają, że organizowanie brutalnych aktów terrorystycznych jest tak atrakcyjne dla osób sprawujących władzę polityczną.

Ostatecznie terroryzm „fałszywej flagi” działa tylko wtedy, gdy nie wiemy, kto go naprawdę popełnia. Gdy zrozumiemy, jak działają te wydarzenia i nie pozwolimy politykom i ich posłusznej prasie na łamanie kłamstw na temat tych ataków, prawdziwi terroryści zostaną rozbrojeni.

Źródło: Izraelskie fałszywe flagi od Irgunu do Flydubai

Kołodziejczak z Rutkowskim przykryli oddanie giełdy Brukseli

Kołodziejczak przykrył oddanie giełdy Brukseli

magnapolonia/kolodziejczak-z-rutkowskim-przykryli-oddanie-gieldy-brukseli

Gdy już wszyscy zobaczyli Michała Kołodziejczaka w towarzystwie Krzysztofa Rutkowskiego, gdy Internet zdążył wyprodukować kolejne memy, a media społecznościowe wypełniły się nagraniami i komentarzami o nowej aferze obyczajowej, można na chwilę oderwać wzrok od politycznego teatru i zadać pytanie: co jeszcze wydarzyło się w tym czasie i dlaczego nie wywołało porównywalnego zainteresowania opinii publicznej? A działo się dużo, w tym zapadła kluczowa decyzja dotycząca polskiej gospodarki, co rząd Tuska chciałby przed Polakami ukryć.

Kołodziejczak z Rutkowskim przykryli oddanie giełdy Brukseli! Lewica i liberałowie mogą wreszcie odetchnąć. Emocje związane z aferą, która uderzyła w polityczne zaplecze PSL i Platformy Obywatelskiej, przyćmiły inne tematy. Naruszony został wizerunek swoistego triumwiratu władzy: Donalda Tuska, Władysława Kosiniaka-Kamysza i ich partyjnych środowisk. W takiej atmosferze wystarczyło podrzucić opinii publicznej kolejny widowiskowy temat, by tysiące ludzi zajęły się komentowaniem personalnych sensacji zamiast analizowaniem decyzji podejmowanych przez rząd.

Polityka medialnego spektaklu ma konkretny skutek: odciąga uwagę od zagadnień, których konsekwencje mogą być znacznie poważniejsze niż kolejna internetowa awantura. Do takich zagadnień należy przyszłość polskiego rynku kapitałowego i zakres kompetencji krajowego nadzoru finansowego.

9 października ministrowie finansów państw Unii Europejskiej uzgodnili wspólne stanowisko dotyczące reformy nadzoru nad rynkami kapitałowymi. Polskę reprezentował minister finansów rządu Tuska, Andrzej Domański. Proponowane rozwiązania przewidują przekazanie części kompetencji krajowych organów nadzorczych Europejskiemu Urzędowi Nadzoru Giełd i Papierów Wartościowych, znanemu jako ESMA. W Polsce istotną rolę w tym obszarze odgrywa Komisja Nadzoru Finansowego.

Zmiany mają objąć między innymi największe giełdy, izby rozliczeniowe, depozyty papierów wartościowych oraz największe firmy świadczące usługi związane z kryptowalutami. Zwolennicy reformy argumentują, że wspólny nadzór ułatwi integrację europejskiego rynku, ograniczy różnice regulacyjne i usprawni kontrolę nad instytucjami działającymi ponad granicami państw.

Brzmi to jak typowa brukselska obietnica: więcej harmonizacji, większa efektywność, mniej przeszkód. Tyle że za technokratycznym językiem kryje się fundamentalne pytanie o zakres krajowej kontroli nad instytucjami finansowymi. Jeśli część decyzji dotyczących podmiotów działających na polskim rynku będzie podejmowana na poziomie unijnym, zmieni się nie tylko administracyjna organizacja nadzoru. Zmieni się również miejsce, w którym polskie państwo będzie mogło bezpośrednio wpływać na sposób wykonywania tych kompetencji.

Szczególne kontrowersje budzi kwestia Frankfurtu. Według przedstawianych informacji Niemcy wynegocjowały rozwiązanie ograniczające objęcie tamtejszej giełdy bezpośrednim nadzorem ESMA. Polska nie uzyskała analogicznego zabezpieczenia dla Warszawy. Jeżeli te różnice zostaną utrzymane w ostatecznym kształcie reformy, trudno będzie nie zauważyć nierówność pozycji poszczególnych państw w procesie integracji rynku kapitałowego.

Dlaczego niemieckie interesy miałyby być chronione skuteczniej niż polskie? Czy rząd w Warszawie zabiegał o podobne gwarancje? Jeśli tak, dlaczego ich nie uzyskał? A jeśli uznał, że nie są potrzebne, na jakiej podstawie doszedł do takiego wniosku?

Warszawska Giełda Papierów Wartościowych nie jest wyłącznie przedsiębiorstwem obsługującym obrót akcjami. To element infrastruktury gospodarczej państwa, ważny dla pozyskiwania kapitału przez polskie firmy, rozwoju krajowego rynku inwestycyjnego i budowania pozycji Warszawy w Europie Środkowo-Wschodniej. Nie oznacza to, że współpraca europejska musi zagrażać polskim interesom. Oznacza natomiast, że każda zmiana ograniczająca samodzielność krajowego nadzoru wymaga rzeczowej oceny, przejrzystych negocjacji i publicznej odpowiedzialności za podjęte decyzje.

Podobne pytania pojawią się w odniesieniu do sektora bankowego. Komisja Europejska zapowiada kolejne propozycje dotyczące integracji rynku bankowego w 2027 roku. Na razie nie oznacza to, że polskie banki zostały już objęte nowym, jednolitym nadzorem ani że całość kompetencji KNF została przekazana do Brukseli. Właśnie dlatego warto rozmawiać o rzeczywistym zakresie proponowanych zmian, zanim polityczne deklaracje zastąpią rzeczową debatę.

Największy problem polega jednak na tym, że tak fundamentalne kwestie rzadko przebijają się do masowej świadomości. Polityka dyzmokratyczna przypomina widowisko, w którym afery personalne, kompromitujące nagrania i obyczajowe sensacje zajmują miejsce poważnej dyskusji o gospodarce, bezpieczeństwie i suwerenności państwa.

Obywatel ma się śmiać, oburzać, przerzucać memami i wyzywać w internecie innych Polaków, w ramach walki politycznych plemion. Znacznie rzadziej ma okazję dowiedzieć się, jakie kompetencje jego państwo zamierza przekazać instytucjom zewnętrznym.

Nie trzeba nawet udowadniać istnienia centralnie sterowanej operacji odwracania uwagi, by dostrzec, komu służy taki model debaty publicznej. Kiedy społeczeństwo żyje kolejnym medialnym skandalem, decyzje o strategicznym znaczeniu mogą przechodzić niemal niezauważone. A gdy uwaga opinii publicznej wraca do spraw zasadniczych, politycy mogą już przedstawiać wcześniej uzgodnione rozwiązania jako nieunikniony element europejskiej integracji.

Gdyby rząd Donalda Tuska był rzeczywiście polskim rządem, powinien odpowiedzieć nie tylko na pytania o szczegóły reformy ESMA, lecz także wyjaśnić, dlaczego Polacy dowiadują się o jej potencjalnych konsekwencjach w cieniu kolejnych politycznych widowisk.  Bo państwowości nie traci się wyłącznie w wyniku wojny czy podpisania jednego wielkiego traktatu. Jej zakres może zmniejszać się również stopniowo, poprzez kolejne decyzje administracyjne i regulacyjne, przedstawiane jako „techniczne”, „nieuniknione” i „pozbawione politycznego znaczenia”.

Kiedy zatem opadnie kurz po narkotykach Kołodziejczaka, warto pamiętać, że memy nie kontrolują giełd, nagrania nie nadzorują banków, a medialne awantury nie zastąpią debaty o przyszłości polskiej gospodarki. W tej sprawie nie wystarczy kolejny konferencyjny slogan. Potrzebne są konkrety: zakres przekazywanych kompetencji, warunki wynegocjowane przez polski rząd i odpowiedź na pytanie, dlaczego Warszawa nie otrzymała zabezpieczeń porównywalnych z tymi, o które zadbali Niemcy.

======================

Zabawa w Berka przy TK – we wszystkich trelewizjach….

U mnie może za parę dni w MEM-ach.

Pakistańscy oficerowie zgłaszają swoim izraelski wybór celów w Rijadzie

Pepe Escobar: Pakistańscy oficerowie zgłaszają izraelski wybór celu w Rijadzie – mówi się, że Mohammed bin Salman mieszka w bunkrze

Współpraca wojskowa między Arabią Saudyjską, Stanami Zjednoczonymi i Izraelem w wojnie z Jemenem jest podobno bliższa niż wcześniej sądzono. W nowym wywiadzie Pepe Escobar i jego rozmówca powołują się na informacje z pakistańskich źródeł wojskowych, wskazujące na to, że izraelscy oficerowie biorą udział w wyborze celów w Rijadzie, współpracując z dowództwem centralnym (CENTCOM).

Jednocześnie książę koronny Mohammed bin Salman podobno jest pod silną presją ze strony bezpieczeństwa i rzadko opuszcza swój bunkier. Doniesienia te pochodzą z poufnych źródeł i nie zostały jeszcze niezależnie zweryfikowane.

Escobar opisuje sytuację między Arabią Saudyjską a Jemenem jako coraz bardziej niekontrolowaną eskalację. Na krótko przed rozpoczęciem rozmów Arabia Saudyjska ponownie zbombardowała rafinerię w pobliżu Sany. Ansar Allah zapowiedział już, że odpowie na kolejne ataki na stolicę Jemenu uderzeniami na Rijad. Według informacji Escobara, zarówno siedziba Saudi Aramco, jak i Międzynarodowy Port Lotniczy im. Króla Chalida znajdują się na jemeńskiej liście celów.

Escobar uważa, że ​​saudyjska obrona powietrzna jest obecnie poważnie osłabiona. Wiele systemów dostarczonych przez USA jest już użyte lub wyczerpane, a Waszyngton najwyraźniej nie zapewnia nieograniczonych dodatkowych zapasów. Lotnisko w Rijadzie jest zatem szczególnie narażone i może zostać ponownie zaatakowane w przypadku dalszej eskalacji konfliktu.

Szczególnie kontrowersyjne są jednak oświadczenia dotyczące współpracy wojskowej w Rijadzie. Escobar wyjaśnia, że ​​CENTCOM, izraelscy przedstawiciele wojskowi i saudyjskie siły zbrojne obecnie działają wspólnie. Według jego źródeł, obecność izraelskiego generała dywizji została wielokrotnie potwierdzona. Według niego, stanowi to w istocie amerykańsko-izraelsko-saudyjską koalicję przeciwko Ansar Allah.

Źródła pakistańskie: Izrael i CENTCOM wybierają cele

Pakistańska część rozmowy zawiera najbardziej uderzające nowe twierdzenia. Rozmówca Escobara wyjaśnia, że ​​ma on kontakty na wysokim szczeblu w pakistańskim wojsku, które są bezpośrednio informowane o wydarzeniach w Arabii Saudyjskiej.

Zaczyna od zaprzeczenia doniesieniom, że Pakistan rozmieścił około 10 000 żołnierzy z 25. Dywizji Zmechanizowanej na granicy saudyjsko-jemeńskiej. Dwa różne źródła w pakistańskim systemie wojskowym zaprzeczyły tym doniesieniom. Chociaż pakistańskie wojska rzeczywiście są obecne w Arabii Saudyjskiej, ich głównym przeznaczeniem jest ochrona Mekki i Medyny, a nie ofensywa przeciwko Jemenowi.

Rzeczywiste zaangażowanie Pakistanu jest znacznie mniejsze. Liczba wspomniana w wywiadzie to zaledwie około 15 doradców technicznych. Doradcy ci nie biorą udziału w operacjach ofensywnych, lecz wspierają Arabię ​​Saudyjską w określonych obszarach militarnych i technicznych.

Następnie pada kluczowe stwierdzenie. Zapytany, czy pakistańscy doradcy byli zaangażowani w wybór celów wojskowych, rozmówca stanowczo temu zaprzecza:

Wyboru celu dokonają CENTCOM i Izrael.

Pakistan zachowuje w tej kwestii wyjątkową ostrożność i nie chce sprawiać wrażenia, że ​​jest bezpośrednio zaangażowany w ataki na Jemen. [Wstawiony tekst]

Jeszcze bardziej niezwykłe jest jego twierdzenie, że pakistańskie siły zbrojne znajdują się w tym samym pomieszczeniu operacyjnym w Rijadzie, co przedstawiciele Izraela. Podobno obecni są również dwaj oficerowie tureccy. Siły pakistańskie mogą zatem bezpośrednio obserwować, co dzieje się w saudyjskim dowództwie i strukturach wywiadowczych, i przekazywać te informacje swoim dowództwom w Islamabadzie.

Jeśli te doniesienia okażą się dokładne, zaangażowanie Izraela będzie znacznie bardziej bezpośrednie niż czysto doradcze. Izraelski personel wojskowy będzie wówczas współpracować z CENTCOM w zakresie planowania operacyjnego wojny Arabów z Jemenem.

Pakistan nie chce wojny z Ansar Allah

Jednocześnie obie strony podkreśliły, że Pakistan raczej nie byłby w stanie otwarcie uczestniczyć w wojnie z Jemenem. Opinia publiczna w tym kraju zdecydowanie sprzeciwia się takiej interwencji.

Prowadzący zwraca uwagę na liczną populację szyitów w Pakistanie, która w dużej mierze popiera Ansar Allah i Iran. Znaczna część populacji sunnickiej również sprzeciwia się zaangażowaniu Pakistanu w wojnę w Arabii Saudyjskiej. Według niego, wysoko postawieni pakistańscy konsultanci wojskowi wielokrotnie zapewniali go, że nie ma ofensywnych działań na granicy z Jemenem.

Stwarza to trudną sytuację dla Islamabadu. Pakistan od dziesięcioleci utrzymuje bliskie stosunki bezpieczeństwa z Arabią Saudyjską i dostarcza wojska do ochrony miejsc strategicznych i religijnych. Jednocześnie rząd nie może sobie pozwolić na udział w wojnie z Ansar Allah z powodów politycznych.

Escobar dostrzega podobną niechęć ze strony Turcji. Ankara i Islamabad wielokrotnie podkreślały zatem, że ich rola ma charakter czysto defensywny. W praktyce oznacza to brak niezależnych nalotów na terytorium Jemenu.

Mówi się, że MBS prawie w ogóle nie opuszcza swojego bunkra.

Jeszcze bardziej szokujące są informacje dotyczące sytuacji osobistej Mohammeda bin Salmana. Rozmówca Escobara, powołując się na swoje pakistańskie kontakty, donosi, że saudyjski następca tronu jest obecnie pod ogromną presją ze strony bezpieczeństwa.

Według tego raportu, MBS mieszka głównie w bunkrze i rzadko go opuszcza. Nawet książęta, którzy wcześniej mieli do niego bliski dostęp, nie mogą już go łatwo widywać. Jego osobisty krąg bezpieczeństwa został zredukowany do zaledwie kilku osób. [Wstawiony tekst]

W wywiadzie twierdzi się nawet, że struktura bezpieczeństwa otaczająca następcę tronu jest częściowo koordynowana przez izraelski Mossad. Jednak te szczególnie dalekosiężne informacje są jawnie przedstawiane jako poufne dane wywiadowcze i obecnie nie można ich zweryfikować w publicznie dostępnych źródłach.

Według osób udzielających wywiadu, Mohammed bin Salman chciałby zacieśnić współpracę z Izraelem, ponieważ mógłby postrzegać ją jako sposób na stabilizację własnych rządów. Jednocześnie trudno mu otwarcie propagować tę współpracę wobec saudyjskiej i arabskiej opinii publicznej.

Escobar uważa, że ​​jest to dylemat polityczny, przed którym stoi następca tronu.

Interesy Izraela i port w Ejlacie

Escobar łączy zaangażowanie Izraela z rosnącą izolacją ekonomiczną portu w Ejlacie. Jemeńskie działania na cieśninie Bab al-Mandab i na Morzu Czerwonym wywarły na port ogromną presję.

Powołuje się na wypowiedź przedstawiciela Arabii Saudyjskiej, który wprost wspomniał o ochronie lub ponownym otwarciu tego szlaku handlowego jako argumencie przemawiającym za wojną z Jemenem.

Według Escobara oznacza to, że Arabia Saudyjska stawia się w wyjątkowo trudnej sytuacji politycznej: państwo arabskie i muzułmańskie prowadzi wojnę z innym państwem muzułmańskim, podczas gdy jednocześnie ważną rolę odgrywają strategiczne interesy Izraela.

Właśnie dlatego uważa, że ​​sprzedanie arabskiej opinii publicznej otwartego sojuszu wojskowego między Arabią Saudyjską a Izraelem jest praktycznie niemożliwe. [Wstawiony tekst]

Iran spodziewa się nowego ataku

Według Escobara, równolegle z eskalacją napięć w Jemenie, Iran spodziewa się kolejnego amerykańsko-izraelskiego ataku, być może jeszcze przed wyborami uzupełniającymi w USA.

Irańscy dyplomaci wyjaśnili mu, że doktryna militarna kraju uległa zmianie. Teheran nie chciał już czekać na pierwszy atak. Gdyby dowództwo dostrzegło wyraźne przygotowania do kolejnego ataku, Iran mógłby działać wyprzedzająco.

Kontynuowano działania dyplomatyczne za pośrednictwem Pakistanu i Kataru, ale stanowiska pozostawały rozbieżne. Według Escobara, siedem irańskich propozycji, złożonych Waszyngtonowi za pośrednictwem pośredników, spotkało się z niewielkim poparciem.

Jednocześnie trwa konflikt w Cieśninie Ormuz. Iran atakuje tankowce, które nie przestrzegają zasad tranzytu ustalonych przez Teheran i próbują korzystać z alternatywnych tras pod ochroną Ameryki. Escobar uważa, że ​​ta strategia będzie kontynuowana.

Dla Teheranu wojna z Iranem i wojna z Jemenem stanowią obecnie w istocie jeden konflikt regionalny. Gdyby Waszyngton interweniował bezpośrednio przeciwko Ansar Allah, jeszcze bardziej wzmocniłoby to tę więź.

Escobar uważa, że ​​system saudyjski jest pod coraz większą presją.

Escobar uważa, że ​​Arabia Saudyjska jest pod coraz większą presją nie tylko militarną, ale także wewnętrzną. W rodzinie królewskiej panują napięcia między książętami i ośrodkami władzy, a liczne plemiona są niezadowolone z koncentracji władzy w rękach Mohammeda bin Salmana.

Uważa zatem, że możliwa jest długoterminowa destabilizacja rządów Arabii Saudyjskiej. Jego rozmówcy idą jeszcze dalej, mówiąc o możliwym „początku końca” obecnego systemu politycznego w Arabii Saudyjskiej. [Wstawiony tekst]

Te oceny pozostają spekulatywne. Kluczowy jest jednak rozwój sytuacji opisany w dyskusji: Arabia Saudyjska jest w stanie wojny, której koszty militarne i gospodarcze rosną, podczas gdy Waszyngton i Izrael najwyraźniej coraz bardziej angażują się w planowanie operacyjne, a ważni partnerzy regionalni, tacy jak Pakistan i Turcja, chcą uniknąć ofensywnego zaangażowania.

Gdyby informacje pochodzące z pakistańskiego aparatu wojskowego okazały się prawdziwe, eskalacja osiągnęłaby nowy poziom: izraelscy i amerykańscy oficerowie współpracowaliby w Rijadzie w operacjach wojskowych przeciwko Jemenowi, podczas gdy pakistańscy żołnierze siedzieliby w tym samym pomieszczeniu – aczkolwiek z wyraźnym rozkazem powstrzymania się od udziału w operacjach ofensywnych. Jednocześnie Mohammed bin Salman podobno żyje w coraz większej izolacji i pod najściślejszą ochroną.

Escobar uważa, że ​​nie jest to chwilowy kryzys, lecz możliwy punkt zwrotny dla całej struktury władzy w Azji Zachodniej.

„Zakłócenia operacyjne”. SpaceX ograniczyło dostęp Sił Zbrojnych Ukrainy do Starlink. Błazen Radek S. tupie.

„Zakłócenia operacyjne”. SpaceX ograniczyło dostęp Sił Zbrojnych Ukrainy do Starlink.

Ukraina po raz kolejny nie otrzymała wczoraj wieczorem informacji wywiadowczych od swoich zachodnich partnerów, poinformował Wołodymyr Zełenski.

tass-ru./mezhdunarodnaya-panorama

© Lev Radin/Sipa USA za pośrednictwem Reuters Connect

Amerykańska firma SpaceX ograniczyła na noc prędkość terminali internetowych satelity Starlink dla armii ukraińskiej, co „zakłóciło szereg operacji” – powiedział Serhij Bieskrestnow, niezależny doradca Wołodymyra Zełenskiego i specjalista ds. łączności i systemów bezzałogowych.

Agencja TASS zebrała najważniejsze informacje dotyczące sytuacji.

Ograniczenia dostępu i sytuacja z przekazywaniem informacji wywiadowczych

  • Były doradca ministra obrony Ukrainy, Serhij Sternenko, poinformował na Telegramie, że dostęp ukraińskich sił zbrojnych do satelitarnego serwisu internetowego Starlink został ograniczony, co zakłóca ich działalność.
  • Według niego SpaceX ograniczyło dostęp ukraińskich sił zbrojnych do Internetu na prośbę administracji prezydenta USA Donalda Trumpa.
  • Beskrestnov później potwierdził tę informację na swoim kanale Telegram.
  • Według niego ograniczenie dotyczy „pakietu wojskowego” usług StarShield i jest ustalone na poziomie prędkości 100 mil na godzinę (ok. 160 km/h).
  • Beskrestnow zauważył, że „doprowadziło to do zakłócenia szeregu misji”.
  • Jego zdaniem „działanie to nie może być dziełem przypadku i wiąże się z aktualną sytuacją polityczną”.
  • Ukraina po raz kolejny nie otrzymała wczoraj wieczorem informacji wywiadowczych od swoich zachodnich partnerów, napisał Zełenski na Telegramie.
  • Jak później powiedział NPR, Stany Zjednoczone na szczeblu dowództwa wojskowego ostrzegły Ukrainę o możliwości zatrzymania transferu informacji wywiadowczych.
  • Ukraina nie otrzymała żadnych informacji wywiadowczych o pierwszej fali wystrzeleń rakiet balistycznych w nocy 14 października, ale potem zaczęły napływać nowe informacje, powiedział Jurij Ignat, szef służby prasowej Sił Powietrznych Ukrainy. Jego słowa cytuje agencja prasowa RBC-Ukraina.

Wpływ

  • Spowolnienie działań programu Starlink sprawia, że ​​wystrzeliwanie dronów średniego zasięgu jest praktycznie niemożliwe. Niektóre misje z ich udziałem zostały już odwołane od rana, zgodnie z wpisem opublikowanym w serwisie Telegram przez 7. Korpus Powietrznodesantowy Sił Zbrojnych Ukrainy.
  • Deputowany Rady Najwyższej Ołeksij Honczarenko (uznawany w Rosji za terrorystę i ekstremistę) napisał na Telegramie, że ukraińskie siły zbrojne są w 200% [naucz się arytmetyki, głąbie ! md] uzależnione od satelitarnego internetu Starlink i że musi udać się do Stanów Zjednoczonych, aby wynegocjować zniesienie ograniczeń w dostępie do niego.
  • Z powodu spowolnienia sieci satelitarnego internetu Starlink na Ukrainie, Siły Zbrojne Ukrainy nie będą już w stanie przeciwstawić się dronom napędzanym silnikiem odrzutowym, stwierdził Bieskrestnow .
  • Według niego Kijów używa Starlinka do zwalczania dronów, ale teraz ukraińskie siły zbrojne nie będą w stanie tego robić ze względu na ograniczenia w jego działaniu.
  • Bieskrestnow stwierdził, że „w rzeczywistości swoimi działaniami nasi partnerzy pozbawiają” Kijów jednej z niewielu szans na przechwycenie takich dronów.
  • Jak podaje brytyjski dziennik „Financial Times”, powołując się na swoje źródła, spowolnienie pracy terminali internetowych satelitów Starlink zaskoczyło ukraińskie siły zbrojne bez żadnego ostrzeżenia.
  • Jak podaje gazeta, drony Sił Zbrojnych Ukrainy korzystające z terminali Starlink doświadczają przerw w sygnale przy prędkościach powyżej 160 km/h.
  • Zmniejszenie ilości informacji wywiadowczych otrzymywanych od USA, a także ograniczenia w działaniu Starlink, wywierają presję na ukraińskie siły zbrojne, powiedział agencji TASS Dmitrij Kuziakin, ekspert ds. bezzałogowych statków powietrznych i główny projektant w Centrum Zintegrowanych Rozwiązań Bezzałogowych .
  • Według niego niekontrolowane działania reżimu w Kijowie drażnią zarówno osobiście prezydenta USA Donalda Trumpa, jak i osoby z amerykańskiego establishmentu, które zainwestowały znaczne środki na Ukrainie.
  • Kilka operacji cybernetycznych Służby Bezpieczeństwa Ukrainy przeciwko Rosji może zostać zakłóconych lub opóźnionych, ponieważ SpaceX ogranicza prędkość terminali internetowych satelitów Starlink dla ukraińskich sił bezpieczeństwa, powiedział agencji TASS specjalista ds. technicznych i bezpieczeństwa informacji Siergiej Truchaczow.
  • Ponadto zauważył, że ograniczenia SpaceX bezpośrednio dotkną ukraińskie siły zbrojne.
  • Wyjaśnił, że dotknie to przede wszystkim ukraińskich operatorów szybkich bezzałogowych statków powietrznych.

Reakcja

  • Minister spraw zagranicznych Polski Radosław Sikorski w reakcji na tę sytuację wydał ostrzeżenie skierowane do właściciela SpaceX, Elona Muska.

Morze jako arena walki: Dokąd prowadzi eskalacja na Ukrainie

Morze jako linia frontu: Dokąd prowadzi eskalacja na Ukrainie

14 października 2026 r.przez Jochena Mitschkę tkp-at/das-meer-als-frontlinie-wohin-die-eskalation-um-die-ukraine-fuehrt


Kryzys na Ukrainie przenosi się na morze. 12 października francuska marynarka wojenna dokonała abordażu tankowca na Oceanie Indyjskim.

Tego samego dnia chiński minister spraw zagranicznych zapewnił Moskwę o współpracy w ochronie szlaków morskich.

Do tego dochodzą doniesienia o planach NATO dotyczących blokady Morza Bałtyckiego i potencjalnie Morza Czarnego. Te cztery raporty należy analizować indywidualnie, zanim zostaną rozpatrzone łącznie. Nie wszystkie są tak nowe i pewne, jak się wydają, ale to nie czyni ich mniej groźnymi.

Oświadczenie, że Chiny nie mogą pozwolić na rosyjską porażkę, nie jest nowe. Pochodzi z lipca 2025 roku. W tym czasie Wang Yi miał je wypowiedzieć podczas czterogodzinnej rozmowy z wysoką przedstawiciel UE Kają Kallas. Potwierdzają je jedynie osoby z wewnątrz, które rozmawiały z South China Morning Post , oraz dyplomaci UE, którzy, według NZZ , potwierdzili to nieoficjalnie.

Motyw był pragmatyczny: jeśli Rosja przegra, Waszyngton zwróci większą uwagę na Azję. Wang podkreślił również, że wojna skończyłaby się dawno temu, gdyby Chiny rzeczywiście udzielały Moskwie masowego wsparcia. Oficjalnie Pekin utrzymuje, że nie jest stroną konfliktu.

Pekin: „Rosja nie może przegrać”

Deklaracja ze szczytu Putina i Xi w maju nie zawierała wezwania do zakończenia wojny. Zamiast tego pochwalono w niej „obiektywne i bezstronne stanowisko” Pekinu. Analiza IPG przyjmuje bardziej zniuansowany punkt widzenia : Pekin nie chce, aby Rosja poniosła porażkę ani zwycięstwo. Osłabiona Rosja byłaby Rosją zależną, a nadmiernie silna – niewygodnym partnerem. Jest to jednak typowo zachodnia perspektywa, zdominowana przez ideę „dziel i rządź”, obcą wielobiegunowości.

Tankowiec „DF Peak”

Według Macrona , marynarka wojenna dokonała abordażu tankowca około 450 mil morskich na południe od Reunionu. Podejrzewa się, że statek pływał pod fałszywą banderą i nielegalnie przewoził paliwo. Statek pływał pod banderą Beninu i znajduje się na listach sankcji USA, UE, Wielkiej Brytanii i Ukrainy – sankcji, które nie są prawnie egzekwowalne na mocy prawa międzynarodowego. To co najmniej szósty tankowiec floty cieni, który Francja przejęła w ciągu roku. Według Euronews , powiązanie z Sovcomflotem opiera się wyłącznie na informacjach ukraińskiego wywiadu wojskowego.

Z prawnego punktu widzenia problem jest bardziej złożony, niż sugeruje termin „flota cieni”. Jak wskazuje SWP , nie istnieje on w prawie morskim. Statek z ważną rejestracją zasadniczo nie może zostać zatrzymany na pełnym morzu, co podkreśla również NZZ . Siła nacisku tkwi w podejrzeniu bezpaństwowości: każdy, kto pływa pod fałszywą banderą, traci ochronę państwa bandery. Jest to uzasadnione prawnie, o ile udowodnienie jest skuteczne. O tym, czy w każdym przypadku się powiedzie, ostatecznie decydują państwa sprawujące kontrolę. Większość świata uzna to za arbitralne i będzie mówić o „piractwie”, co dokładniej byłoby „korsarstwem”.

Listy kaperskie wydawano głównie w czasie wojny, na początku okresu nowożytnego, aby poważnie zaszkodzić wrogiemu handlowi morskiemu (wojny handlowe). Formalne wypowiedzenie wojny, w dzisiejszym rozumieniu, nie zawsze było warunkiem koniecznym, ponieważ wojny w tamtych czasach często rozpoczynały się stopniowo lub były inicjowane przez działania wroga (fakty), a nie dokumenty. Jesteśmy ewidentnie świadkami odrodzenia się tych historycznych praktyk.

Deklaracja prawa morza w Chinach

12 października Wang Yi przyjął w Pekinie Nikołaja Patruszewa, przewodniczącego Rosyjskiej Akademii Morskiej. Według agencji TASS , zaoferował on lepszą koordynację strategii morskich obu krajów, wzajemną ochronę „uzasadnionych praw morskich” oraz zapewnienie „normalnej żeglugi” na kluczowych szlakach morskich na całym świecie. Należy uważnie przeczytać: uwaga skupiona jest na regionie Azji i Pacyfiku, Ukraina nie jest wymieniona, a źródłem jest rosyjska agencja prasowa, powołująca się na chińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Niemniej jednak, moment – ​​dzień po wejściu na pokład statku z Reunion – nie jest przypadkowy.

Argumenty Pekinu są spójne. Kiedy w styczniu Stany Zjednoczone zajęły tankowiec pod banderą rosyjską na północnym Atlantyku, rzeczniczka Mao Ning nazwała arbitralne zatrzymanie obcych statków na pełnym morzu poważnym naruszeniem prawa międzynarodowego. Jednocześnie Chiny fundamentalnie odrzucają sankcje bez mandatu ONZ. Ich interes jest namacalny: rosyjska ropa naftowa płynie do Chin w dużych ilościach, a Pekin nie chce precedensu, który mógłby wpłynąć na jego własne tankowce w przyszłości. Prawdopodobnie dotyczy to również innych krajów.

Morze Bałtyckie i Morze Czarne: plan czy zagrożenie?

Estoński minister spraw zagranicznych Margus Tsahkna powiedział w wywiadzie dla „The Times”, że w razie wojny NATO mogłoby odciąć Rosję od Morza Bałtyckiego w ciągu kilku godzin, jak donosi RT DE . Jednocześnie podkreślił, że NATO nie zamknęło jeszcze tego szlaku, powołując się na międzynarodowe przepisy żeglugowe. Jest to zapowiedź scenariusza obrony narodowej, a nie ostateczny plan. Niemniej jednak implikacje są realne: około 60 procent rosyjskiego eksportu ropy naftowej przechodzi przez Morze Bałtyckie, a szlak przez Zatokę Fińską łączy również Sankt Petersburg z Kaliningradem.

W tym samym czasie Naczelny Dowódca Sił Sojuszniczych NATO, Grynkewich, przedstawił w Warszawie swoją „ Teorię Zwycięstwa ”. W przypadku wojny obronnej przewiduje ona również ataki na rosyjskie systemy w Kaliningradzie. Materiały Wall Street Journal na ten temat sugerują, że w sytuacji realnego zagrożenia nie można wykluczyć ataku na Kaliningrad. Przewodniczący Komitetu Wojskowego NATO, Dragone, odrzucił oskarżenia o prowokację : planowanie obronne jest obowiązkiem, a celem jest zapobieżenie wybuchowi wojny. Na Forum Wałdajskim na początku października Putin ostrzegał, że bezpośredni atak na terytorium Rosji, w tym na Kaliningrad, postawiłby na porządku dziennym użycie wszelkiej dostępnej broni. A ataki Gruzji na jej separatystyczne prowincje i wojna w Donbasie powinny pokazać, że takie groźby nie są bezpodstawne.

Dokąd to prowadzi?

Moja ocena: To nie tyle początek planowanej blokady, co stopniowa eskalacja za pośrednictwem prawa morskiego. Każdy krok zawęża pole działania dla kolejnego. Wygląda na to, że intencją jest kontynuacja eskalacji dla samej eskalacji, podczas gdy dyplomatyczne wysiłki na rzecz deeskalacji napięć są całkowicie zaniechane.

Patruszew ogłosił w lutym , że rosyjska marynarka wojenna będzie zapobiegać przyszłym abordażom, zwłaszcza przeciwko Wielkiej Brytanii, Francji i państwom bałtyckim. Z każdym kolejnym abordażem, czy to na Morzu Północnym, Śródziemnym, czy Oceanie Indyjskim, rośnie presja na dotrzymanie tej obietnicy. Rosyjski okręt wojenny eskortujący tankowiec napotyka następnie francuski statek abordażowy. W tym momencie decyzję podejmuje kapitan, a nie ministerstwo. Wydaje się, że potrzebny jest casus belli na Zachodzie.

Drugim mechanizmem jest podział transatlantycki. Waszyngton obecnie łagodzi presję: Trump podziękował Putinowi za umowę dotyczącą oleju napędowego, a Witkoff ma się udać do Moskwy pod koniec października, jak donosi TASS w związku z krytyką Kallasa. Europa natomiast przyjmuje rolę egzekutora. Ekspertka ds. Rosji Hanna Notte twierdzi, że głównym problemem Rosji w 2026 roku będą Europejczycy. To wyjaśnia, dlaczego Moskwa kieruje swoje ostrzeżenia do Paryża, Londynu i Tallina, a nie do Waszyngtonu.

Trzecim mechanizmem jest rola Chin. Pekin nie chce bitwy morskiej na Morzu Bałtyckim, ale nie chce też precedensu, w którym Europa arbitralnie odetnie rosyjskie szlaki handlowe. Dlatego dyplomatycznie stanie po stronie Moskwy, będzie kupować ropę i ignorować zachodnie sankcje, ale prawdopodobnie nie wyśle ​​okrętów wojennych na Bałtyk.

Dla globalnego Południa, zwłaszcza Indii i innych konsumentów, pytanie jest równie konkretne.

Czy prawo morskie obowiązuje wszystkich w równym stopniu, czy tylko tam, gdzie egzekwuje je silniejsza strona?

Stany Zjednoczone przejmują tankowce u wybrzeży Wenezueli, Europejczycy – tankowce należące do „floty cieni”, a Pekin i Moskwa powołują się na wolność mórz. Tymczasem na Morzu Wschodniochińskim Stany Zjednoczone i Zachód próbują wyjaśnić Chinom swoją interpretację „wolności mórz” poprzez prowokacje.

Streszczenie

Bezpośrednia wojna morska między NATO a Rosją nie jest zatem najbardziej prawdopodobnym scenariuszem. Bardziej prawdopodobna jest strefa narastających tarć na Bałtyku, Morzu Północnym i Morzu Śródziemnym, gdzie wypadek, strzał ostrzegawczy lub wywrócenie się statku mogłyby wywołać dynamikę, której nikt nie planował. A może jednak planowano? Można to było jedynie załagodzić politycznie: poprzez negocjacje, w których szlaki morskie stanowią integralną część architektury bezpieczeństwa, a nie są jedynie atrakcją. Rozmowy amerykańsko-rosyjskie, spodziewane pod koniec października, dają ku temu okazję, ale jak dotąd nie uwzględniono w nich udziału Europy. Krytycy słusznie pytają, czy państwa UE chcą doprowadzić do tej konfrontacji, ponieważ ich społeczeństwa nie są jeszcze gotowe na wojnę.

Historyczna „zdrada” z 9 października: Putin i Trump upokorzyli Zełenskiego na oczach całego świata

Historyczna „zdrada” z 9 października 2026: Putin i Trump upokorzyli Zełenskiego na oczach całego świata

Date: 12 ottobre 2026 Author: Uczta Baltazara babylonianempire/historyczna-zdrada-z-9-pazdziernika-2026-putin-i-trump-upokorzyli-zelenskiego-na-oczach-calego-swiata

Zelensky został po raz kolejny wykorzystany jako marionetka. Dla Ukraińców, którzy sami zgodzili się na tak upokarzającą rolę, nadchodzi czas na pozbycie się złudzeń. Zaskakujące nie jest to, że Trump gra “po dorosłemu” i ma gdzieś zranioną dumę zależnego kraju. Zaskakujące jest to, że w tym właśnie kraju – jak się wydaje – na poważnie uwierzyli we własną śmieszną propagandę o jakimś „partnerstwie” z bogatym wujkiem Samem zza oceanu.

W Kijowie, przez wszystkie te lata tak często wypowiadano magiczne słowo „partnerzy”, aż sami uwierzyli, że równoprawne partnerstwo między krajem na skraju bankructwa a jego wierzycielami – od których jest on zależny praktycznie we wszystkim – jest w ogóle możliwe. Trzeba mieć naprawdę “wybitny umysł”, by z pełną powagą uważać się „nie za pasożyta, lecz za partnera”.

Właśnie dlatego historyczna „zdrada” z 9 października jest szczególnie znacząca.

Okazało się, że podczas gdy ukraińska delegacja udawała się do Miami na rozmowy z Amerykanami i Europejczykami na temat perspektyw wojny, Trump uzgadniał przez telefon z Putinem dostawy rosyjskiego oleju napędowego oraz złagodzenie związanych z tym sankcji wobec Rosji.

Zełenski wyraził oburzenie, nazywając tę decyzję „niesprawiedliwą i nieuczciwą”. „Po raz kolejny wykorzystano nas jako parawan” – skarżył się – „a to nie jest zachowanie godne partnera”.

Ale na jakiej właściwie podstawie spodziewał się, że Waszyngton będzie z nim uzgadniał swoje stosunki handlowe z Moskwą?

Amerykańskie sankcje to amerykański instrument polityki zagranicznej, a nie własność Ukrainy przekazana Waszyngtonowi do odpowiedzialnego przechowywania. Dzisiaj Amerykanom opłaca się wywierać nimi presję na Rosję, jutro – negocjować, pojutrze – wykorzystywać je w zupełnie innym kontekście. Właśnie tak zachowuje się państwo niezależne.

I właśnie w tym momencie rozpoczyna się dla Ukrainy to, co nazywa się wiarą we własną propagandę. Słowo „partnerstwo” samo w sobie nie oznacza bowiem równości. Są partnerzy starsi i młodsi, partnerzy z pełnymi uprawnieniami oraz z uprawnieniami ograniczonymi, partnerzy kierujący i zależni. Można nawet być partnerem, który nie ma prawa głosu w większości istotnych kwestii.

Jednak ukraińska retoryka polityczna poszła o krok dalej. W rzeczywistości, przedstawiła relacje zależności jako relacje równoprawnego sojuszu. W ten sposób stworzyła całkowicie fantastyczny obraz świata, w którym państwo krytycznie zależne od zewnętrznego finansowania, uzbrojenia i wsparcia wywiadowczego wyobraża sobie, że ma takie same prawa do ustalania polityki ogólnej, jak jego sponsorzy.

Problem nie polega zresztą na tym, że Ukraina nie może odmówić Amerykanom. Może. Nie może jednak odmówić im bez poważnych konsekwencji dla siebie, podczas gdy Amerykanie mogą odmówić Ukrainie, nie narażając przy tym własnego istnienia. Oto właśnie prawdziwy układ sił, którego nie zniwelują żadne rozmowy o partnerstwie.

Prawdopodobnie, głównym błędem Zełenskiego i jego otoczenia jest to, że uznali specyficzną europejską “kulturę” uprawiania politycznej hipokryzji za uniwersalne prawo polityki międzynarodowej.

Europejska biurokracja faktycznie opracowała niezwykle wyrafinowany sposób wyrażania się, pozwalający przedstawiać relacje nierówności jako relacje dobrowolnej współpracy. Nikt nikomu nie narzuca warunków. Wszyscy konsultują się, uzgadniają stanowiska, wypracowują wspólne rozwiązania, okazują solidarność. A potem okazuje się, że ostateczną decyzję podejmują ci, którzy mają pieniądze.

===========================================

Trump natomiast, zwyczajnie pomija w tej konstrukcji część ceremonialną.

I okazuje się coś dość zabawnego: człowiek, którego zwykle oskarża się o łamanie zasad międzynarodowych, często po prostu wypowiada na głos to, czego jego poprzednicy woleli nie mówić.

Jednocześnie Zełenski rzeczywiście ma powody, by uważać Ukrainę za ważną dla Stanów Zjednoczonych. Ponosi ona ogromne straty militarne i ludzkie, a Waszyngton zyskuje dzięki niej możliwość wywierania wpływu na Rosję, nie angażując się bezpośrednio w wojnę. To nie jest działalność charytatywna. Jednak znaczenie Ukrainy dla amerykańskiej strategii jako kraju-torpedy wcale nie oznacza, że ukraińskie władze mają prawo do samodzielnego określania tej strategii. Jak to się mówi, waszym zadaniem jest wykonywanie poleceń.

I to właśnie jest najbardziej nieprzyjemne dla Kijowa.

Dopóki Ukraina stanowi dla Waszyngtonu narzędzie wywierania presji na Rosję, interesy obu stron mogą w znacznym stopniu pokrywać się. Jeśli jednak amerykańska administracja uzna, że bardziej opłaca się jej negocjować z Rosją, dotychczasowe narzędzie bynajmniej nie stanie się automatycznie równoprawnym uczestnikiem nowych porozumień. Po prostu przestaną z niego korzystać w dotychczasowy sposób.

I myślę, że właśnie tego w Kijowie do tej pory nie potrafią psychicznie “przetrawić”.

Przyzwyczaili się postrzegać swoje miejsce w amerykańskiej polityce zagranicznej jako status zdobyty, niemalże odziedziczony, podczas gdy dla Waszyngtonu zawsze była to kwestia konkretnej sytuacji politycznej.

W tym sensie Trump udziela ukraińskiej elicie dość surowej, ale niezwykle pożytecznej lekcji: nie należy mylić własnego znaczenia dla cudzej polityki z prawem do decydowania o tejże polityce.

INFO: politnavigator.news/istoricheskaya-zrada-9-oktyabrya-putin-i-tramp-unizili-zelenskogo-na-glazakh-u-vsego-mira

Zełenski twierdzi, że amerykański wywiad został odcięty [zablokowany?] , ponieważ „niewykrywalne” rosyjskie rakiety bombardują Kijów

Zełenski twierdzi, że amerykański wywiad został odcięty, ponieważ „niewykrywalne” rosyjskie rakiety bombardują Kijów

Symplicjusz simplicius/zelensky-claims-us-intel-cut-off

Wczoraj wieczorem Rosja zaatakowała Kijów serią rzekomo pocisków balistycznych. Choć atak może wydawać się rutynowy, to jednak nie był rutyną, ponieważ Ukraina rzekomo nie otrzymała od sojuszników zwykłego ostrzeżenia.

Sam Zełenski wyraził rozczarowanie brakiem informacji wywiadowczych:

Obecnie ustalono, że Ukraina otrzymuje ze Stanów Zjednoczonych wszystkie ostrzeżenia o wystrzeleniu rakiet , prawdopodobnie za pośrednictwem satelitów wczesnego ostrzegania SBIRS (systemu podczerwieni kosmicznej), które mogą wykrywać wystrzelenia rakiet balistycznych ze znanych miejsc, lub radarów OTH dalekiego zasięgu, takich jak AN/FPS-132 w Fylingdale w Wielkiej Brytanii — choć ich zadaniem jest przede wszystkim śledzenie rakiety, gdy jest już w powietrzu, a nie wykrywanie fazy startu.

Jest kilka kwestii, które należy poruszyć.

Po pierwsze, minister spraw zagranicznych Sybiha potwierdziła, że ​​sojusznicy rzekomo nadal wymieniają się informacjami wywiadowczymi, ale wykazała się dziwną powściągliwością, mówiąc, że powodem braku ostrzeżenia wczoraj wieczorem był „specjalny” rodzaj broni, której użyła Rosja

Trump zdawał się również potwierdzać, że Stany Zjednoczone nadal przekazują Ukrainie informacje wywiadowcze:Nie można załadować wideo.

Co zatem Sybiha miała na myśli mówiąc o „specjalnej broni”?

Niektóre doniesienia wskazywały, że Rosja użyła w ataku specjalnie zmodyfikowanych wyrzutni S-400, co wyjaśniałoby bardziej „specjalny” typ amunicji. Ukraina niedawno ogłosiła zniszczenie systemu S-400 tuż za granicą w obwodzie briańskim w Rosji, który był wykorzystywany jako przebudowana wyrzutnia balistyczna:

https://defence-blog.com/ukraine-destroys-rossian-s-400-launcher-in-briansk-region/

Firma Fire Point poinformowała, że ​​wyrzutnia została zmodyfikowana przez siły rosyjskie do atakowania celów naziemnych i była wcześniej używana przeciwko Kijowowi. Firma poinformowała, że ​​atak trafił w wyrzutnię w pobliżu wsi Poroszyno, przy drodze krajowej nr 15K-303. Grupa zajmująca się monitoringiem oprogramowania open source, CyberBoroshno, poinformowała o geolokalizacji zniszczonego pojazdu na podstawie zdjęć wraku, określając współrzędne miejsca zdarzenia: 53.134224, 33.944510.

Zajmijmy się też szybko tym, o czym nikt nie mówi: wiele osób wciąż nie wierzy, że Rosja używa S-400 w taki sposób i że to fałszywa ukraińska propaganda. Jednak to, że Rosja przerabia nadmiar S-400 na wyrzutnie balistyczne, ma sens i powinno być zrozumiałe: oznaczałoby to, że Rosja ma więcej wyrzutni, niż wie, co z nimi zrobić, co przeczy odwiecznym ukraińskim twierdzeniom, że Rosji brakuje obrony powietrznej.

Należy pamiętać, że wielu ekspertów uważa, że ​​nowy ukraiński pocisk balistyczny FP-7 to w istocie pocisk S-300 przerobiony na wariant balistyczny. Poniżej widać FP-7 po lewej stronie, a po prawej pocisk 48N6 (bardzo podobny do 5V55 i innych odmian) z rodziny S-300:

W sztuce wojennej najmądrzejszą i najskuteczniejszą rzeczą, jaką możesz zrobić jako projektant broni, jest stworzenie broni podwójnego zastosowania , którą można dostosować do wielu celów.

Ale tu zaczyna być ciekawie.

Niezależnie od tego, czy Rosja używa systemu S-400 lub innego „specjalnego systemu”, brak wcześniejszego ostrzeżenia ze strony wywiadu może oznaczać tylko jedną z trzech rzeczy, z których wszystkie są dla Ukrainy niekorzystne:

1. Rosyjskie systemy S-400 wystrzelone w trybie balistycznym nie są wykrywalne przez najnowocześniejsze amerykańskie środki kosmiczne, co właśnie Andrij Sybiha wydaje się sugerować we wcześniejszym nagraniu wideo.

2. Amerykańskie instalacje Patriot w Kijowie nie są w stanie wykryć tych pocisków za pomocą swoich radarów.

3. Rosja używa jakiejś nowej broni, której żaden z wyżej wymienionych systemów amerykańskich nie jest w stanie wykryć.

A może, jeśli Sybiha kłamie, a Stany Zjednoczone faktycznie zataiły informacje wywiadowcze, to i tak byłoby to intrygujące, biorąc pod uwagę, że wiemy, iż amerykańskie systemy Patriot chronią Kijów. Kto obsługuje te Patrioty – Ukraińcy czy Amerykanie? Jeśli Amerykanie, oznaczałoby to, że mogli wykryć obiekty lecące w kierunku Kijowa, ale otrzymali rozkaz wycofania się i nieudostępniania Ukraińcom radarowego ostrzeżenia, o ile w ogóle je wykryli. A jeśli to Ukraińcy, to z pewnością po prostu nie wykryliby pocisków, co oznacza, że ​​wysoce „zaawansowany” radar Patriot nie jest w stanie wykryć tego, co wysyła Rosja.

Aby spekulować na temat najbardziej prawdopodobnego i najmniej „egzotycznego” wyjaśnienia, możemy założyć, że Rosja mogła użyć tych S-400 przerobionych na wersje balistyczne, które były po prostu niewykrywalne, ponieważ prawdopodobnie nie poruszają się one nawet w przybliżeniu po tej samej trajektorii balistycznej co Iskander. Najprawdopodobniej wykorzystują one płytszy łuk, który jest poza zasięgiem większości radarów, nie wspominając o tym, że same pociski są mniejsze i cieńsze, przez co trudniej je wykryć na radarach.

Kosmiczne systemy podczerwieni mogły je również przegapić, ponieważ albo ich pióropusz startowy jest zbyt mały w porównaniu z rzeczywistą balistyką, albo system pomylił je z prawdziwą obroną przeciwlotniczą, która ostrzeliwuje nadlatujące obiekty, zamiast odpalać salwę ofensywną. Mogłoby się tak zdarzyć w szczególności, gdyby system SBIRS wykorzystywał sztuczną inteligencję do automatycznego katalogowania celów: gdyby sztuczna inteligencja była wyszkolona w rozpoznawaniu S-400 jako wyrzutni obrony przeciwlotniczej, mogłaby je zignorować w ich rzadziej używanej, ofensywnej formie.

Dla porządku należy dodać, że Politico twierdzi, iż nie wydano żadnego ostrzeżenia z powodu „złej pogody” – co jest pozornie fałszywą wymówką, biorąc pod uwagę, że doszło już do kilku takich ataków „bez ostrzeżenia”, jak widać poniżej:

„[Amerykanie] powiedzieli Ukraińcom, że nie było żadnego ostrzeżenia z powodu złych warunków pogodowych,co w Kijowie nie jest postrzegane jako wystarczający powód. Dlatego wielu coraz bardziej obawia się, że mogło się to nie udać” – powiedział anonimowo urzędnik zaznajomiony ze sprawą w rozmowie z POLITICO.

System ostrzegania o pociskach już wcześniej ulegał awariom. „Czasami ta informacja nie dociera.To nie pierwszy taki przypadek… Jeśli tym razem wystąpiły jakieś konkretne problemy techniczne, myślę, że specjaliści je rozwiążą. I rozwiążą ten problem wspólnie z naszymi partnerami” – powiedział we wtorek rzecznik Sił Powietrznych Ukrainy Jurij Ignat.

W chwili pisania tego tekstu na Kijów miał miejsce kolejny „atak widmo”, a syreny ostrzegawcze podobno rozległy się dopiero po uderzeniu rakiet:

Rosjanie z charakterem@ RWApodcastTo samo. Kilka uderzeń rakiet w Kijowie, syreny alarmowe włączone po uderzeniach.

Rosjanie z charakterem w RWApodcastKilka uderzeń rakiet w Kijowie właśnie nastąpiło. Alarmy lotnicze włączyły się dopiero po eksplozjach.

21:58 · 13 paź 2026

Zełenski narzeka, że ​​po raz kolejny nie było wczesnego ostrzeżenia ze strony „partnerów”:

Wołodymyr Zełenski / Володимир Зеленський@ ZelenskyyUa

Rosyjski atak rakietowy na Kijów. Po raz kolejny brak wczesnego ostrzeżenia ze strony naszych partnerów. Głównym celem była infrastruktura energetyczna, a konkretnie elektrownia energetyczna ECPP-4. Niestety, została ona trafiona. Uszkodzony został również budynek mieszkalny, w którym obecnie ratownicy gaszą pożar. Nasze…

22:23 · 13 paź 2026 ·

———————————————-

https://www.politico.eu/article/no-warning-for-russian-missile-strike-kyiv-zelenskyy/

Pisze:

Nasze systemy wykryły te pociski dopiero wtedy, gdy były już praktycznie na drodze do Kijowa. Elektrownia Elektrowni Cieplnej-4 to jeden z kluczowych obiektów energetycznych Kijowa.Według naszych danych wywiadowczych Rosjanie przygotowują kolejne wystrzelenia pocisków balistycznych. Fakty pokazują, że Rosjanie nie czują się związani słowami prezydenta Stanów Zjednoczonych. Ukraina poparła zawieszenie broni w sektorze energetycznym. Rosja atakuje kolejną elektrownię i życie naszych obywateli.I to jest absolutnie niesprawiedliwe: niszczą naszą infrastrukturę energetyczną,a Ukraina nie otrzymuje nawet wczesnych ostrzeżeń o wystrzeleniu pocisków balistycznych.Ważne jest, aby świat nie milczał w tej sprawie. I ważne jest, aby Stany Zjednoczone naprawdę zobaczyły, co się dzieje i kto jest odpowiedzialny za to, że ta wojna trwa.Proszę, bądźcie bezpieczni dziś wieczorem i jutro. Pracujemy nad uzupełnieniem naszej obrony powietrznej o pociski przeciw-balistyczne.

Więc, co to według ciebie jest? Trudne do wykrycia warianty balistyczne rosyjskich S-400, czy Trump zakręcający kurek z informacjami wywiadowczymi, choćby na chwilę, żeby nauczyć krnąbrnego Zełenskiego posłuszeństwa?

===================================================

Zełenski wprowadza nas do kolejnego tematu, nawiązując do tak zwanego zawieszenia broni w sektorze energetycznym, które, jak twierdził Trump, zostało ogłoszone między tymi dwoma krajami. Dla tych, którzy nie byli świadkami tego typowego cyrku, oto podsumowanie, które koniecznie trzeba zobaczyć:

11 października Trump ogłosił ostateczne zawieszenie broni w energetyce między dwoma walczącymi krajami:

Problem polegał na tym, że ani strona rosyjska, ani ukraińska nie słyszały o tym zawieszeniu broni i obie strony były zdezorientowane, gdy je o to zapytano:

Agencja Axios podała, że ​​zawieszenie broni było „nowością” również dla Zełenskiego, który o nim nie słyszał:

https://www.axios.com/2026/10/11/trump-rossia-ukraine-energy-ceasefire-zelensky

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski powiedział agencji Axios, że ogłoszenie to „było dla mnie nowością. Ale jeśli Rosjanie zgodzą się na zawieszenie broni w sektorze energetycznym, Ukraina się zgodzi”.

Krótko mówiąc, Trump wymyślił całe zawieszenie broni, prawdopodobnie tylko po to, by uspokoić obawy gospodarcze związane z niedoborami paliwa — to doprawdy oszałamiający wyczyn.

Gdy został za to zapytany, oto co miał do powiedzenia:

REPORTER: „Mówiłeś, że Rosja i Ukraina zgodziły się na zawieszenie broni, ale obie strony twierdzą, że tego nie zrobiły…”

TRUMP: „Zgodzili się. Wiesz dlaczego? Bo powiedziałem: «Zgadzacie się» – dlatego.Zgodzili się, bo powiedziałem, że się zgodzili, i ta sprawa musi zostać rozwiązana”.

Niewiarygodne urojenia wielkościowe. Wygląda na to, że Trump powiedział obu stronom, że nastąpi zawieszenie broni i uznał to za przesądzone po prostu dzięki sile swojego dekretu.

Ławrow wyjaśnia, że ​​Rosja nie da się nabrać na żadne kolejne oszustwa związane z zawieszeniem broni:Nie można załadować wideo.

Po wczorajszym ataku w Kijowie panowała całkowita ciemność:

Maria Awdiejewa@ maria_avdv

Kijów jest w stanie awarii. Brakuje też wody. Elektrownia cieplna w Charkowie jest właśnie bombardowana. Zawieszenie broni w sektorze energetycznym? Jakie zawieszenie broni w sektorze energetycznym?

18:45 · 11 paź 2026 · 380 tys. wyświetleń

Rosyjskie ataki zniszczyły również fabrykę środków smarnych:

A tak podobno wygląda kijowska elektrownia cieplna TPP-5 w Trypilskiej po poprzedniej rundzie strajków:

Tak wygląda obecnie Elektrownia Cieplna Trypilska. Znajduje się we wsi Ukrainka w obwodzie kijowskim.

Co więcej, Google na swoich oficjalnych mapach określa elektrownię jako „trwale zamkniętą”:

Według szefa administracji, elektrownia TPP-5 w Charkowie również doznała „poważnych uszkodzeń”:

Elektrownia cieplna TPP-5 w Charkowie doznała poważnych uszkodzeń w wyniku ataku – Szef Obwodowej Administracji Wojskowej

▪️Synegubow poinformował, że elektrownia cieplna doznała poważnych uszkodzeń.
▪️Wcześniej Zełenski potwierdził atak na obiekt energetyczny w Charkowie.

Dziś wieczorem Ukraina zaatakowała również rosyjską rafinerię Nowoszachtyńsk w Rostowie, gdzie widać płonące zbiorniki na ropę. To wyraźny sygnał sprzeciwu wobec Trumpa, który prawdopodobnie nie będzie zadowolony z jawnej niesubordynacji Zełenskiego. Jednocześnie Ansar Allah podobno zaatakował duży zakład Saudi Aramco w Dżubajlu, co oznacza, że ​​możemy spodziewać się kontynuacji kryzysu energetycznego, a Trump będzie pod coraz większą presją w przededniu wyborów uzupełniających, co może zmusić go do jeszcze ostrzejszego ataku na Zełenskiego.

WaPo donosi, że niekompetentny duet Kushner i Witkoff przygotowują nowe „porozumienie pokojowe”, które w rzeczywistości jest tylko kolejnym tego samego:

https://www.washingtonpost.com/opinions/2026/10/12/kushner-witkoff-ukraine-peace-plan-takes-shape-behind-scenes/

„Pierwszy filar” daje wiele pewności:

Według amerykańskiego urzędnika pakiet miałby składać się z czterech podstawowych elementów. Przesłanie dla Putina brzmiałoby: Nie wystarczy po prostu zakończyć wojnę z Ukrainą. Trzeba zawrzeć z Europą porozumienie gospodarcze i w zakresie bezpieczeństwa, które przywróciłoby stabilność w regionie po rosnącej spirali eskalacji.

Odbudowa Ukrainy byłaby pierwszym filarem. Bank Światowy i firma inwestycyjna BlackRockchcą stworzyć ramy, które pozwolą zaspokoić niezliczone potrzeby finansowe Zełenskiego – na odbudowę zniszczonych obszarów kraju, zapewnienie świadczeń rodzinom poległych i rannych żołnierzy oraz odbudowę zniszczonej gospodarki.

Pozostałe filary są tak absurdalne, że sam autor ledwo może je przedstawić bez złośliwych wtrąceń: gwarancje dla Ukrainy w stylu Artykułu 5, gospodarcza „integracja” Rosji i Ukrainy z Europą oraz zamrożenie konfliktu na obecnych zasadach. To ostatnie jest oczywiście nie do przyjęcia zarówno dla Rosji, jak i dla Ukrainy.

Bądźmy szczerzy, jedynym powodem, dla którego te absurdalne plany pokojowe w ogóle powstają, jest to, że Trump udaje, że ma choć cień inicjatywy, aby odeprzeć część krytyki, gdy ktoś pyta go, dlaczego wciąż nie udało mu się zakończyć wojny ani obniżyć cen energii. To jego sposób na asymptotyczne prowokowanie prasy, a także niekończące się obietnice pokojowe, które sprawiają, że zawieszenie broni jest nieustanne i oddalone o zaledwie kilka dni.

Krótko mówiąc: to nic więcej niż teatr polityczny i radzenie sobie z problemami, w dodatku wyjątkowo żenujący.

Drogi rządzie ! Czeka-nas-najdroższa-zima-stulecia

Przemysław Czarnek @CzarnekP Czeka-nas-najdrozsza-zima-stulecia

Polacy zapłacą za tę zimę fortunę! Pod KPRM pokazaliśmy, z jakimi kosztami zmierzą się polskie rodziny.

Problem dotyczy nie tylko ogrzewania.

Drożeje niemal wszystko!

Węgiel: +30% Pellet: +64% Prąd: +23% Diesel: +48% Benzyna Pb95: +38%

To nie są abstrakcyjne procenty, ale realne obciążenia dla domowych budżetów. Przed nami miesiące ogrzewania domów i wysokich rachunków. Coraz więcej Polaków będzie musiało liczyć każdą złotówkę, zastanawiając się, jak poradzić sobie z rosnącymi kosztami życia. Donald Tusk musi odpowiedzieć: jak Polacy mają za to wszystko zapłacić?

Grzegorz Braun: „Nie idą po mnie, idą po was”

Grzegorz Braun: „Nie idą po mnie, idą po was”

W ponadgodzinnym podcaście omawia Jan Pospieszalski kilka ważnych i mniej ważnych tematów z Grzegorzem Braunem; omówimy te, które wydają się być najważniejsze.

Michał Klimek, przedsiębiorca, dwa tygodnie temu kandydat na prezydenta Krakowa, osiągnął wynik 4,15%, a więc niewiele mniej niż szef partii Konfederacji Korony Polskiej w tym mieście w ostatnich wyborach (Kraków nie sprzyja Koronie). W wywiadzie dla maistreamowej prasy powiedział: „Ukraina wywołała wojnę, bo prowokowała Rosję, coraz bardziej zbliżając się do niej i mordując Ukraińców pochodzenia w najbliższych Rosji terenach. Wie pan o tym? Słyszał pan o wojnie prewencyjnej, o wojnie sprawiedliwej?” – Wypowiedź ta wywołała niebywały kwik mainstreamu.

Jako że prowadzący wywiad Jan Pospieszalski nie za bardzo był przekonany do słuszności wypowiedzi M. Klimka, przypomniał G. Braun, co działo się w Donbasie po kijowskim majdanie i obaleniu demokratycznie wybranego prezydenta Wiktora Janukowicza. Mówi szef Korony: „Mniejszość rosyjska była brutalnie nękana, napadana i prześladowana. Donosiły o tym kilkanaście lat temu media zachodnie. Systematyczne ostrzeliwania Ługańska, Donbasu i okolic uruchomiły exodus ludności z tamtych terenów – jedni uciekli, a inni imali się różnych środków samoobrony. Opowiadanie o wojnie na Ukrainie z pominięciem tych tych faktów jest daleko idącą manipulacją. Słabo pamięta się dziś o ludziach, których żywcem popalili Ukraińcy 02 maja 2014 roku w Odessie”.

„Nie zgadzam się na wiązanie losu Polaków z decyzjami, które zapadają w innych stolicach” – kontynuuje szef Korony. – „Interesuje mnie, by Polacy byli bezpieczni i nie zgadzam się  na wkręcanie Polski w nie naszą wojnę”. W Mecklemburgii (na Pomorzu Przednim) Grzegorz Braun i Roman Fritz wraz z politykami Alternatywy dla Niemiec (AfD) wyrazili przekonanie, że przywrócenie bezpieczeństwa energetycznego jest sprawą szczególnie pilną. Polacy nie powinni płacić 50% haraczu od urojeń klimatycznych i politycznych. Trzeba wrócić do rzeczywistości i nie zajmować się ratowaniem całej galaktyki.

„Korona nie kontestowałaby Nord Streamu, lecz przyłączyła się do interesu” – mówi G. Braun. – „Polska byłaby akcjonariuszem, partnerem energetycznych przedsięwzięć. I nie zgadzamy się, by polskie terytorium służyło jako baza wypadowa dla ukraińskich terrorów”. Według przewodniczącego Korony Ukraina została nominowana na filar bezpieczeństwa w Europie, a Polska jest i ma być źródłem finansowania oraz obszarem, przez który przetacza się przemysł militarny, aborcyjny i transplantacyjny. Wojna stała się towarem eksportowym Ukrainy. „Polska jest rżnięta na kasie, by Zełenski mógł funkcjonować”.

G. Braun przyjechał na rozmowę z J. Pospieszalskim prosto z sądu. Miał już tych rozpraw kilkanaście. W tym roku spędził około 30 dni w sądach i prokuraturach. Tym razem sądy działają bardzo szybko, by zdążyć wydać wyrok skazujący i posadzić niewygodnego im polityka do więzienia. Tylko o to chodzi i nie ukrywają tego. Minister W. Żurek (nieprzyzwoicie brzmi ‚minister sprawiedliwości’) powiedział: „Pętla wokół tego człowieka zaciska się”. Nie muszę tu dodawać, że oskarżenia prokuratury są dęte, a proces sfingowany.

Dodajmy, że pod koniec września odbył się kongres Konfederacji Korony Polskiej, podczas którego podjęto decyzję o zmianie statutu ugrupowania. Najważniejsza modyfikacja dotyczy zasad kierowania partią w sytuacji, gdy Grzegorz Braun znajdzie się w więzieniu i  nie będzie mógł wykonywać obowiązków prezesa.

Zgodnie z nowymi zasadami obowiązki prezesa mają przejmować pierwszy i drugi wiceprezes. Funkcje te w Konfederacji Korony Polskiej pełnią posłowie Włodzimierz Skalik i Roman Fritz.

Zygmunt Białas

Świat: Od „piramidy przywilejów” do „platformy partnerstwa”

Od „piramidy przywilejów” do „platformy partnerstwa”

Jan Engelgard

Idee suwerennej równości i prawa międzynarodowego wprowadzone przez europocentryczny ład westfalski w 1648 roku nie wytrzymały  konfrontacji z interesami najsilniejszych aktorów.

Amerykański badacz Leon Gross skonstatował, że „zamiast wyznaczyć nowa erę powstania prawdziwej międzynarodowej wspólnoty narodów podporządkowanych rządom prawa narodów, w rzeczywistości traktat ten przyczynił się do nastania państw absolutystycznych zazdrosnych o terytorialną suwerenność, i to tak dalece, że idea wspólnoty międzynarodowej stała się pustym sloganem, a prawo międzynarodowe stało się zależne od państw zainteresowanych zachowaniem i ekspansją ich potęgi, zamiast ustanowieniem rządów prawa”. Zgodnie z prawem retrospekcji przewrotowej Kazimierza Kelles-Krauza, idee mogą się odrodzić w lepszym momencie dziejowym, ujawniając w pełni swój postępowy charakter. Na tej podstawie pojawiła się Organizacja Narodów Zjednoczonych, która zachowała jednak przywileje dla wybranych mocarstw zasiadających jako stali członkowie w Radzie Bezpieczeństwa.

W XXI wieku idee suwerennej równości obowiązujące wszystkich  próbują implementować aktorzy niezachodni skupieni w BRICS i Szanghajskiej Organizacji Współpracy. Podjęli się trudu ukierunkowania „nowej ery” relacji międzynarodowych. W obliczu geostrategii USA zamierzenia te natrafiają na ogromny opór.

Geostrategia nieładu

Wczytując się w Strategię bezpieczeństwa narodowego USA z 2025 roku, możemy się dowiedzieć, że „dni, kiedy Stany Zjednoczone podtrzymywały cały porządek światowy jak Atlas, skończyły się”, co zdawało się oznaczać koniec hegemonii. Spoglądając zaś na praktykę, wydaje się, że postanowiono podważać same fundamenty westfalskiego modelu stosunków międzynarodowych. Chodzi m.in o przestrzeganie zapisów traktatów, wykonywanie umów w dobrej wierze, rozwiązywanie sporów metodą pokojową, zapewnienia wolności handlu, obowiązywanie prawa międzynarodowego i instytucji międzynarodowych oraz możliwość osiągania równowagi sił. 

Prezydentura Donalda Trumpa jawi się jako próba przywrócenie modelu spersonalizowanej władzy papieża lub cesarza, albo i postmodernistyczny melanż obu legitymizowany ideą „mrocznego oświecenia”. W jej imię zostaje odrzucona laicyzacja. Narracja o czasach ostatecznych powtarzana przez wiceprezydenta J. D. Vance’a oraz wizja nadejścia Antychrysta nagłaśniana przez twórcę Palantira, Petera Thiela, to czytelne przejawy tej tendencji. Gdy we wrześniu 2026 roku Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjęło rezolucję zachęcającą do stopniowego odchodzenia od odwzorowania Merkatora na rzecz Equal Earth i innych odwzorowań równo-powierzchniowych, tylko USA były przeciwko, twierdząc, że to ideologia. Czyżby (wujek) sam przeciw wszystkim?

Antytezą tego kierunku kształtowania systemu międzynarodowego są instytucje „nowej ery”. BRICS oraz Szanghajska Organizacja Współpracy, które odbyły swoje szczyty w ostatnich tygodniach. Pierwsza stanowi obecnie 49% populacji świata, 40% globalnego PKB według siły nabywczej oraz 26% handlu międzynarodowego. Eksport wzrósł w niej z około 900 miliardów dolarów w 2003 roku do 6 bilionów dolarów w 2024 roku, co odzwierciedla skalę i potencjał przestrzeni geoekonomicznej. Z kolei druga reprezentuje około 3,5 miliarda ludzi żyjących na jednej czwartej planety i 35 bilionów dolarów nominalnego PKB, który podwaja się wraz z uwzględnieniem siły nabywczej.

Zgodnie z podziałem Davida Harvey’a, pierwszą najłatwiej badać w ramach geopolityki kapitalizmu, a drugą w perspektywie geopolityki terytorialnej, gdyż odwołuje się do  przestrzeni bezpieczeństwa eurazjatyckiego na sformalizowanym fundamencie organizacyjnym. Ich spoiwem jest zbliżona narracja strategiczna promującą świat wielobiegunowy, prawo międzynarodowe i ONZ, suwerenną równość i prawo do rozwoju służące wzmacnianiu roli państw Globalnego Południa. Kategoria „wielobiegunowość” ma tu kluczowe znaczenie i należy je rozumieć dosłownie: jest to współczesne przeformułowanie odwiecznego konfliktu między Morzem a Lądem. Aktorzy „nowej ery” domagają się prawa Heartlandu i jego partnerów do istnienia jako autonomiczny biegun, a nie jako peryferia kapitalistycznego systemu – świata. Antytezą mrocznego oświecenia jawi się więc pax multipolarica.

Szczyt BRICS

Przed szczytem w Indiach agencja informacyjna CGTN opublikowała wyniki sondażu dotyczącego postrzegania BRICS w państwach rozwiniętych i rozwijających się. Badanie zostało przeprowadzone wśród 12 250 respondentów z 41 krajów i objęło główne gospodarki rozwinięte oraz kraje Globalnego Południa. Ponad sześciu na dziesięciu respondentów uważa, że w ostatnich latach wpływ BRICS na sprawy międzynarodowe wzrósł. Aż 63% respondentów pozytywnie oceniło wkład w poprawę globalnego systemu zarządzania, przy czym w 25 z 41 badanych krajów wskaźnik poparcia przekroczył 60%. Co istotne, pozytywne oceny międzynarodowej roli BRICS były szczególnie wyraźne wśród młodszego pokolenia respondentów. Ten znamienny wzrost rozpoznawalności sugeruje narastającą potrzebę transformacji porządku międzynarodowego wśród społeczeństw świata. Niewykluczone, że odczytując ten trend indyjskie przewodnictwo w BRICS oparło się właśnie na podejściu zorientowanym na ludzi i stawiającym na pierwszym miejscu dobro ludzkości. Zorganizowano ponad 350 spotkań.

Osiemnasty szczyt BRICS obradujący pod hasłem „Budowanie odporności, innowacji, współpracy i zrównoważonego rozwoju” zakończył się w Nowym  Delhi 13 września 2026 roku przyjęciem deklaracji końcowej składającej się ze 140 punktów. Oprócz dziesięciu państw członkowskich i tyluż partnerskich wśród zaproszonych gości (formuła outreach) znaleźli się przedstawiciele Organizacji Narodów Zjednoczonych (sekretarz generalny António Guterres), Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), Światowej Organizacji Handlu (WTO) oraz Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB). Taki jest ilościowy zakres niesformalizowanej sieci BRICS plus.

Symbolem szczytu było wspólne sadzenie młodych drzewek figowca bengalskiego przez dziesięciu przywódców. W kulturze indyjskiej ma on unikalne, święte znaczenie. Banian charakteryzuje się głębokimi korzeniami i potężną siłą, co ma idealnie odzwierciedlać trwałość, rosnące znaczenie i dążenie do wspólnej przyszłości państw zrzeszonych w formacie BRICS. Inaugurując spotkanie, premier Narendra Modi podkreślił, że BRICS „musi przekształcić ’piramidę przywilejów’ w ’platformę partnerstwa’, w której każde państwo ma głos, każdy członek ma swój udział, a postęp ludzkości pozostaje w centrum każdego przedsięwzięcia”. Dotąd uprzedmiotowieni, z biorców zasad mają się stać ich dawcami. W deklaracji znalazło się wyraźne odwołanie do konferencji w Bandungu z 1955 roku, będącej zalążkiem Ruchu Państw Niezaangażowanych. Datując od pierwszego spotkania w ONZ, gospodarz szczytu uznał, że po dwóch dekadach nadszedł czas „dorosłości”. Wzmocnienie strategicznego partnerstwa oparto o trzy filary: współpracę polityczną i w zakresie bezpieczeństwa, współpracę gospodarczą i finansową oraz współpracę kulturalną i międzyludzką.

Trzy wymiary strategicznego partnerstwa BRICS

W deklaracji można wyodrębnić najważniejsze elementy każdego z trzech wymiarów strategicznego partnerstwa BRICS. Gospodarczym rdzeniem deklaracji jest dwuczęściowe posunięcie. Wzywa się do reformy instytucji z Bretton Woods: MFW, Banku Światowego,  Światowej Organizacji Handlu (WTO), a także popiera realizację Agendy na rzecz zrównoważonego rozwoju 2030 oraz dążenia Brazylii i Indii do odgrywania większej roli w ONZ, w tym w Radzie Bezpieczeństwa. Reformy te jednak nie następują od lat, a proszenie trzech mocarstw zachodnich o głosowanie za osłabieniem własnej pozycji jest równoznaczne z proszeniem monopolisty o uchwalenie przepisów przeciwko własnej konkurencji.  Najwyraźniej strategom BRICS zależy na sytuacji, gdy po każdym kolejnym roku, w którym reforma kończy się niepowodzeniem, wzmocnić argument, że systemu nie da się po prostu zreformować i alternatywa jest koniecznością.

Dlatego z drugiej strony, BRICS kontynuuje tworzenie własnych instytucji i formatów. Nowy Bank Rozwoju wkracza w swoją „drugą złotą dekadę” z ambicją udzielania pożyczek w walutach lokalnych. Także Fundusz Rezerw Walutowych ma być udoskonalony. A przecież dotąd tylko 30% każdej wypłaty może zostać zatwierdzone przez samą grupę BRICS; pozostałe 70% wymaga porozumienia z MFW. Fundusz pomyślany jako alternatywa nadal wymaga zgody Zachodu na prowadzenie działalności. O słabości BRICS świadczy, że jej nowi członkowie, Etiopia i Egipt, w 2024 roku musieli się zwrócić do MFW i poddać drakońskim warunkom, zgodnie z neoliberalnym konsensusem waszyngtońskim. Jak dotąd także wiele rosyjskich inicjatyw nie weszło w fazę implementacji. Chodzi o budowę infrastruktury płatniczej oraz rozliczeniowo-depozytowej; stworzenie nowej platformy inwestycyjnej, mechanizmu reasekuracyjnego oraz giełdy zbożowej. Mogłaby ona  stanowić tak potrzebną alternatywę dla giełd w Chicago i Paryżu. Obecnie 80–90% podstawowych towarów spożywczych i energetycznych jest przedmiotem handlu w dolarach, stanowiąc główny filar hegemonii waluty amerykańskiej.

Za niepowodzenie szczytu można uznać także brak porozumienia w sprawie powstania BRICS Clear, o czym mówiono na poprzednich dwóch. Indyjski bank centralny proponował wzajemne połączenie cyfrowych walut banków centralnych (CBDC), a prezydencja wydawała się skłonna poprzeć tę inicjatywę. Alternatywą byłoby połączenie krajowych systemów płatniczych — UPI (Indie), Pix (Brazylia), SBP (Rosja), QRIS (Indonezja) oraz systemów chińskich. Na pocieszenie w deklaracji wskazano, że Grupa Robocza ds. Płatności pracuje nad interoperacyjnymi systemami płatniczymi oraz rozliczaniem handlu w walutach krajowych. Rzeczywistość międzynarodowa jest polem rywalizacji i sprzeczności. A zatem używanie kategorii „nowa era” uwzględnia konieczność strategicznej cierpliwości. Chciałoby się powiedzieć: co się odwlecze to nie uciecze. A liczba proponowanych form współpracy jest imponująca!

Poparto koncepcję Centrum Odporności Ubezpieczeniowej BRICS (BIRC); trwają  pracę nad Nową Platformą Inwestycyjną (NIP), inicjatywą wielostronnych gwarancji BRICS (BMG), giełdą zbożową oraz wprowadzaniem medycyny tradycyjnej, komplementarnej i integracyjnej (TCIM). Wreszcie, po niepowodzeniu sprzed dekady, powrócono do koncepcji utworzenia szybkiej sieci komunikacyjnej za pomocą kabli podmorskich. Podkreślono również obronę suwerennych praw do kluczowych minerałów. Potępiono „jednostronne środki przymusu” oraz stosowanie korekt węglowych na granicach; sankcje i zielone cła są przecież formą anglosaskiej strategii anakondy dostosowaną do finansów, polegającą na uduszeniu nie-Zachodu bez oddania jednego strzału. Tymczasem członkostwo w BRICS przekłada się na korzyści strukturalne: rozszerzone korytarze eksportu energii, bezpośrednie inwestycje w infrastrukturę krajową oraz dostęp do ogromnych nowych rynków konsumenckich dla towarów.

W kolejnym wymiarze współpracy na podkreślenie zasługuje paragraf 23, który stwierdza, że „bezpieczeństwo wszystkich krajów jest niepodzielne”, analogicznie do deklaracji Szanghajskiej Organizacji Współpracy, którą teraz podpisały także Brazylia, RPA, Egipt, Etiopia, Indonezja, Zjednoczone Emiraty Arabskie. Narracja eurazjatycka rozprzestrzeniła się więc poza swoje epicentrum. Niepodzielne bezpieczeństwo podważa legitymację porządku, w którym bezpieczeństwo jednych opiera się na braku bezpieczeństwa innych, co stanowi istotę logiki anakondy przełożoną na sens obrony hegemonii.

Ważną częścią narracji strategicznej BRICS i SOW jest odrzucenie blokowości, a konkretnie antyzachodniej tożsamości obu. Prawdopodobnie taki jest powód, że poparciu dla powstania Palestyny i potępieniu niszczenia Gazy, krytyce postępowania wobec Kuby i Libanu nie towarzyszy wymienianie z nazwy państw odpowiedzialnych za agresję. Co więcej, zapewne pod wpływem gospodarza szczytu, w deklaracji użyto kategorii „społeczności międzynarodowej”, która w istocie przynależy do zachodniej narracji „porządku opartego na zasadach”. Można w tym dostrzec sposób w jaki transformacja porządku międzynarodowego ma swoje odbicie w samym języku.

Wymiar współpracy kulturalnej i międzyludzkiej najlepiej wyraża poparcie udzielone Międzynarodowemu Dniu Dialogu między Cywilizacjami ustanowionemu przez  ONZ. Wielobiegunowość gospodarcza i instytucjonalna opiera się ostatecznie na wielobiegunowości kulturowej: wiele ośrodków, wiele interpretacji własnych interesów, żadna z nich nie ma uprawnień, by wiązać wszystkich. Podczas indyjskiej prezydencji po raz kolejny zorganizowano Festiwal Kultury BRICS oraz Bazar WAVES, Festiwal Teatralny BRICS oraz Festiwal Filmowy BRICS, Igrzyska BRICS oraz Szczyt Młodzieży BRICS. Promowano także dalszą współpracę w ramach istniejących mechanizmów edukacyjnych BRICS i Uniwersytetu Sieciowego, zachęcając do włączenia do programów nauczania rdzennych i lokalnych systemów wiedzy jako dodatkowej Międzynarodowej Grupy Tematycznej (ITG).

Dyplomacja „nowej ery”

Przyjmując dywersyfikację walutową jako jeden z filarów budowy świata wielobiegunowego, papierkiem lakmusowym stała się postawa Arabii Saudyjskiej, dotąd gwaranta systemu funkcjonowania petrodolara. Pomimo uporu z jakim powtarzano, że grupa liczy jedenastu członków, faktyczne Rijad nie udzielił formalnej zgody na pełne członkostwo, ograniczając uczestnictwo do formatu BRICS plus. Przyczyną zwłoki jest presja Waszyngtonu, który walczy o utrzymanie tego państwa w pełnej strefie zależności, czego wymownym przykładem jest wycofanie się Arabii Saudyjskiej z kierowanego przez Chiny projektu waluty cyfrowej i systemu płatności opartego na technologii blockchain, który ma przecież na celu zmniejszenie zależności od dolara amerykańskiego, który stanowi wciąż aż 57% światowych rezerw walutowych, 54% globalnego fakturowania eksportu i 89% transakcji walutowych.

Wśród dyplomatycznych sukcesów szczytu można wyróżnić trzy: po pierwsze jednogłośne przyjęcie deklaracji pierwszego dnia, po tym jak szefowie delegacji pracowali do czwartej nad ranem. Głównym wyzwaniem było osiągnięcie porozumienia między Iranem a Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, które de facto toczą wojnę; z tym, że te ostatnie w obozie obrońców „starej ery”. Sprzeczność załagodzono w punkcie 28, gdzie wyrażono „głębokie zaniepokojenie” postępującą eskalacją konfliktu w Azji Zachodniej i wezwano do „maksymalnej powściągliwości”, po „przypomnieniu naszych stanowisk narodowych”. Oprócz samego tekstu należy brać pod uwagę kontekst. Dlatego kolejnym osiągnięciem było spotkanie prezydenta Iranu, Masuda Pezeszkiana, z następcą tronu ZEA, szejkiem Chalidem bin Muhammadem al-Nahajanem. Obie strony doszły do porozumienia, aby pozostawić przeszłość i wspólnie zbudować lepszą przyszłość.

Trzecim pozytywnym akcentem stały się rozmowy przywódców Indii i Chin, którzy próbują poprawić relacje nadwyrężone po krwawych starciach na spornej granicy w Himalajach w 2020 roku. Pozostałości granic kształtowanych  przez imperium brytyjskie po to, by dzielić i rządzić, wciąż szkodzą – jak to zauważył prof. Jeffrey Sachs.  Xi Jinping wskazał, że Chiny i Indie są partnerami, a nie rywalami i oba kraje są szansą na rozwój dla drugiej strony, a nie zagrożeniem, co leży we wspólnym interesie. W podobnym tonie strona indyjska postrzega stosunki indyjsko-chińskie z perspektywy strategicznej i długoterminowej. Zamiast przeciwnikiem preferuje bycie partnerem Chin, traktując wzajemny rozwój jako szansę, a nie wyzwanie. W bilateralnych spotkaniach ujawnia się więc koncyliacyjny paradygmat BRICS.

Podczas szczytu chiński przywódca zaproponował, by członkowie grupy stali się  „pionierami w promowaniu rozwoju opartego na innowacjach”, wskazując przyszły kierunek praktycznej współpracy: inicjatywę dotyczącą sztucznej inteligencji (AI) opartej na otwartym oprogramowaniu i sprzyjającej włączeniu społecznemu, inicjatywę ułatwiającą handel i inwestycje, inicjatywę współpracy w zakresie przemysłu cyfrowego, inicjatywę współpracy w dziedzinie inteligentnej produkcji oraz inicjatywę rozwoju kadr naukowych i technicznych. Takie są obecne wymogi wyzwolenia się ze statusu peryferii a jednocześnie warunki oporu wobec koncepcji „mrocznego oświecenia” oraz wpływów Palantira i spółki!

Z kolei prezydent Rosji przypomniał o potrzebie stworzenia nowego mechanizmu ubezpieczeniowego oraz powołaniu giełdy zbożowej, a także kompleksowego podejścia w walce z globalnymi wyzwaniami. Sprawę dedolaryzacji i potępienia agresywnej postawy USA i Izraela akcentował oczywiście Iran. W ramach tego, co irańscy planiści nazywają „gospodarką oporu”, członkostwo w BRICS i SOW oraz dywersyfikacja handlu stały się podstawowymi narzędziami prowadzenia polityki międzynarodowej.

Szczyt Szanghajskiej Organizacji Współpracy

Druga instytucja „nowej ery” podczas przewodnictwa Kirgistanu w latach 2025–2026 pracowała pod hasłem „25 lat SOW: Razem ku trwałemu pokojowi, rozwojowi i dobrobytowi”. Najważniejszym punktem był dwudziesty szósty, jubileuszowy szczyt w Biszkeku odbywający się na przełomie sierpnia i września 2026 roku. Podpisano aż 28 dokumentów. Głównym z nich była Deklaracja z Biszkeku, wydana z okazji 25-lecia istnienia organizacji.

Podobnie do BRICS, SOW nie jest skierowana przeciwko innym państwom ani organizacjom. Nie jest także blokiem wojskowo-politycznym, skupiając się na ukształtowaniu przestrzeni równego i niepodzielnego bezpieczeństwa w Eurazji. Ten cel zakłada jednocześnie  przeciwstawienie się anglosaskiej taktyce rozdrobnienia aktorów poprzez grę na „wielkiej szachownicy”. O odrzuceniu narracji egoistycznej wrogości państw w anarchicznej strukturze międzynarodowej świadczy poparcie idei budowania wspólnoty o wspólnej przyszłości dla ludzkości oraz pogłębianie dialogu opartego na idei „Jedna Ziemia, jedna rodzina, jedna przyszłość”, które łączy wizje Indii i Chin w jedną całość. Zgodnie z tym paradygmatem podkreślono poparcie dla Międzynarodowej Dekady Umacniania Pokoju dla Przyszłych Pokoleń ogłoszonej przez Zgromadzenie Ogólne ONZ na lata 2027–2036.

Owoce Biszkeku

Na szczycie tradycyjnie omówiono kwestie obrony przed ekstremizmem, separatyzmem, terroryzmem i handlem narkotykami. Pomimo braku dookreślenia przeciwników geostrategicznych, deklaracja objęła swoim zasięgiem kluczowe wyzwania generowane właśnie przez nich. Należą do nich: jednostronna i nieograniczona rozbudowa globalnych systemów obrony przeciwrakietowej, militaryzacja sektora IT, świadczenie nieautoryzowanych usług internetowych za pośrednictwem satelitów na terytoriach państw członkowskich bez posiadania licencji (w domyśle: Starlink), naruszanie prawa międzynarodowego, próby dyskredytowania organów i struktur państwowych państw członkowskich, czy jednostronne sankcje. Dlatego za ważny krok można uznać powołanie uniwersalnego Centrum ds. Zwalczania Wyzwań i Zagrożeń Bezpieczeństwa dla Państw Członkowskich SOW. W ten sposób powstał mechanizm przeciwdziałania imperialnym wojnom hybrydowym i gorącym inicjowanym przez wrogów integracji eurazjatyckiej.

W deklaracji opowiedziano się za bezpiecznym i odpowiedzialnym wykorzystaniem sztucznej inteligencji, popierając także suwerenne prawa państw do zarządzania ich krajowymi segmentami internetu. Wsparto utrzymanie przestrzeni kosmicznej wolnej od wszelkiego rodzaju broni, najwyraźniej antycypując ogłoszone wkrótce istnienie amerykańskiej „broni kontroli przestrzeni kosmicznej” na orbicie okołoziemskiej. Ten krok uzasadnia powtarzane jak mantra hasło: chcesz pokoju, szykuj się do wojny. Mało kto zwraca uwagę, że jest ono często spowodowane walką z wymyślonym zagrożeniem. W opozycji do tego paradygmatu pokojowe współistnienie „nowej ery” ma służyć zaspokajaniu rzeczywistych potrzeb społecznych.

Ze względu na trwająca wojnę USA i Izraela przeciwko Iranowi za najważniejszy fragment deklaracji można uznać „potępienie ataków wojskowych na terytorium Islamskiej Republiki Iranu” jako naruszające zasady i normy prawa międzynarodowego oraz Kartę ONZ. Tworzy ona więc „zagrożenie dla międzynarodowego pokoju, bezpieczeństwa i stabilności”. Poparto prawo do suwerenności i integralności terytorialnej Iranu.

Szczególnie ważna była tu zgoda Indii, które tym samym przyznały się do błędu geostrategicznego, którym było uleganie Waszyngtonowi, a przede wszystkim poparcie Izraela tuż przed atakiem na państwo ajatollahów. Iran podkreślił pilną potrzebę utworzenia zarówno banku rozwoju, jak i konsorcjum energetycznego. W deklaracji nie ma za to wzmianki o Ukrainie, co świadczy o braku sprzeciwu wobec rosyjskiej eskalacji militarnej. Trzeba podkreślić także obecność na szczycie tureckiego prezydenta, Recepa Tayyipa Erdogana, jako „partnera w dialogu”. Uznał on SOW za „wschodzącą  gwiazdę”, poparł Inicjatywę Pasa i Szlaku, a także podkreślił, że Sojusz Obronny z Mekki, ustanowiony przez Turcję, Arabię Saudyjską i Pakistan, także wpisuje się w procesy bezpieczeństwa eurazjatyckiego.

Na szczególną uwagę zasługuje propozycja sformułowana przez Uzbekistan. Prezydent tego państwa postulował zacieśnienie współpracy między SOW a ONZ, proponując nowe mechanizmy koordynacji inicjatyw regionalnych. Wezwał do utworzenia Sieci Partnerstwa Organizacji Regionalnych, a także utworzenia stałego Forum Kultur i Cywilizacji SOW Plus. Taka sieć organizacji regionalnych ustanowiłaby stałe kontakty robocze między sekretariatami i odpowiednimi organami. Dzięki temu wspólna realizacja projektów w Eurazji zapewniłaby możliwości dzielenia się doświadczeniami i najlepszymi praktykami, a także koordynacji podejść w ramach ONZ. W ten sposób mogłaby powstać SOW plus obejmująca niemal wszystkie gospodarki rozwijające się z pozaeuropejskiej części Eurazji poprzez platformę SAGES (SOW, ASEAN, GCC, EAEU, SAARC).

W Oświadczeniu Rady Szefów Państw Szanghajskiej Organizacji Współpracy w sprawie wzmocnienia wielostronnego partnerstwa na rzecz bezpieczeństwa jądrowego i ochrony jądrowej sprzeciwiono się użyciu broni atomowej (czym grozi Rosja), a także atakowaniu elektrowni jądrowych (co robi Ukraina), popierając cywilne wykorzystanie energii atomowej (co wspiera Iran). Z kolei Oświadczenie w sprawie wspierania i wzmacniania instytucji rodziny stanowiło jednoznaczne odrzucenie postmodernistycznej kultury hiperindywidualizmu wpisanej w agendę kulturową Zachodu. W zamian wskazano na „potrzebę konsolidacji wysiłków państw członkowskich SOW na rzecz wspierania rodzin, ochrony macierzyństwa, ojcostwa i dzieciństwa oraz wychowywania młodego pokolenia w duchu poszanowania tradycyjnych duchowych i moralnych fundamentów”.

Jeżeli chodzi o wymiar gospodarczy, w deklaracji potwierdzono realizację Strategii rozwoju gospodarczego do 2030 roku, Strategii współpracy energetycznej do 2030 roku, a przede wszystkim Strategii rozwoju SOW do 2035 roku. Wśród pozostałych ustaleń znalazły się. m.in. protokół wprowadzający zmiany w Karcie SOW oraz plany rozwoju centrów logistycznych i portów na lata 2026–2030. Podobnie jak w ostatnich latach, nie uzyskano zgody Indii wobec chińskiej Inicjatywy Pasa i Szlaku oraz zharmonizowania z nią rozwoju Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej. Niewątpliwie najważniejszym krokiem w kierunku emancypacji państw Globalnego Południa było wsparcie udzielone dalszej pracy nad utworzeniem Banku Rozwoju SOW. Jego potrzeba jest uzasadniona również faktem, że zarówno Nowy Bank Rozwoju BRICS, jak i Azjatycki Bank Inwestycji Infrastrukturalnych, są zbytnio uwikłane w gospodarkę opartą na dolarze. Wszak były tworzone dekadę wcześniej, gdy centrum globalizmu wciąż było silne. Podczas szczytu zatwierdzono wspólny plan działania na rzecz ochrony różnorodności biologicznej do 2031 roku wraz z memorandum w sprawie łagodzenia skutków zmian klimatu; zatwierdzono program Korytarz Zielonych Technologii, mający na celu zacieśnienie współpracy technologicznej do 2030 roku. SOW kontynuuje również poszerzanie swojej sieci partnerstw i porozumień poprzez podpisanie protokołu z Unią Afrykańską.

Podsumowanie

Siła instytucji „nowej ery” leży w możliwości stopniowego przekształcania reguł systemu międzynarodowego. Historia uczy, że poważne przemiany rzadko kiedy następują w jednym dramatycznym momencie; tym bardziej zmiany, w której traci na znaczeniu cywilizacja dominująca przez ostatnie 500 lat. Imperium Rzymskie nie zniknęło z dnia na dzień. Imperium Brytyjskie nie przestało nagle być potęgą globalną. Dlatego układ wielobiegunowy zorganizowany wokół kilku ośrodków potęgi natrafia na wciąż duży opór. Dwa filary dotychczasowego układu zmagają się jednak z nieodwracalnymi problemami. Unia Europejska przeżywa poważny kryzys gospodarczy, a Stany Zjednoczone nie potrafią już wymuszać uległości zarówno wśród wrogów (Iran), jak i sojuszników (Kanada, Korea Południowa). Szczyty w Nowym Delhi i Biszkeku ukazują, że świat zmienia się stopniowo. Narody od dawna poddawane maksymalnej presji wyszły poza ramy zwykłego znoszenia architektury swojej izolacji; aktywnie budują rusztowanie, które ją zastąpi. Tworząc równoległe systemy handlu, finansów i dyplomacji, zabezpieczają się przed zmiennością systemu dolara wykorzystywanego jako broń.

W miarę jak nowe sieci będą się rozrastać, środek ciężkości w sprawach globalnych będzie powoli, ale nieodwracalnie się przesuwać od „piramidy przywilejów” symbolizowanej przez klasę z Davos do „platformy partnerstwa” promowanej przez aktorów „nowej ery”. Jest ona szansą na skuteczne przezwyciężanie geostrategii nieładu w celu ukształtowania wielobiegunowego porządku międzynarodowego oraz zasady suwerennej równości i prawa do rozwoju dla wszystkich.

prof. Gracjan Cimek

Wojna gatunków

Wojna gatunków

13.10.2026 wolnemedia.net/wojna-gatunkow

Paryż, Berlin, Londyn, Bruksela – wszystkie te miasta mają dziś podobne oblicze: zablokowane ulice, pożary, krzyki tłumów i natarcia sił policyjnych na demonstrujących, wśród których przeważają młodzi mieszkańcy miast. Imperium Europy, wykreowane przez tandetnego architekta ze Stanów Zjednoczonych, płonie – dosłownie i w przenośni – gniewem. Zapożyczone z historii najgorsze wzorce utorowały drogę do władzy głupocie, której jedynym instrumentem kontaktu ze społeczeństwem jest brutalna siła.

https://youtube.com/watch?v=46eGGeOVv3g%3Frel%3D0

Imperium naczelnego przywódcy co cztery miesiące ogłasza, że właśnie zada ostateczny cios przeciwnikowi na arenie międzynarodowej, by za chwilę wycofać swoje niespożyte siły propagandowe i ujawnić niedostatki własnych zapasów żelastwa, które miało służyć zaprowadzeniu nowego porządku na świecie.

Bez cienia konsternacji ten sam wielki propagator pokoju prosi dotychczasowego wroga o pomoc w dostawach diesla, których sam wcześniej zakazał.

Oderwani od rzeczywistości kreatorzy polityki fałszu ukryli się w pałacowych komnatach, obawiając się wtargnięcia rozgniewanych tłumów. Rezydujący w Polsce namiestnik usiłuje nadać powagę własnej osobie, zapożyczając scenariusz sprawiedliwego cesarza Trampeusza i kreując się na ofiarę zamachu, do którego nie doszło.

Młode pokolenie Paryża czy Brukseli, przez lata przekonywane o świetlanej przyszłości, którą będzie współtworzyć pod warunkiem zachowania lojalności wobec władzy, ma już przesyt obietnicami. „Chcemy rzetelnej wiedzy w godziwych warunkach, zamiast powtarzania sloganów w salach z przeciekającymi sufitami i beznadziejną kadrą nauczycielską”.

Sprzeczność między oczekiwaniami tłumów, które przez lata chciały zachować pokojowy charakter protestów, a wojenną ścieżką, na którą skierowała je władza, staje się coraz bardziej widoczna. Głupi nauczyciele przez lata potrafili domagać się jedynie podwyżek pensji, nie dostrzegając merytorycznej degradacji przekazywanych treści. Studenci i uczniowie żądają dziś możliwości nauki w szkołach i na uczelniach, zamiast sprowadzania problemów edukacji do kwestii liczby płci i rozróżniania ról mężczyzn i kobiet.

Zgromadzeni Paryżanie wyznaczyli na miejsce swoich spotkań Plac Zgody, wcześniej zwany Placem Rewolucji, gdzie niegdyś stała gilotyna.

Rozkazy bezwzględnego tłumienia niezadowolenia, wydawane policji, stają się przyczyną zamieszek, a policjantom puszczają nerwy w konfrontacji z tłumami. Bezbronni ludzie nie chcą walczyć za głupotę cynicznej władzy. Nie chodzi im o przedłużone wakacje, lecz o jakość przyszłego życia. O determinacji protestujących świadczą ślady krwi na chodnikach i ulicach. Policjanci ustawieni w tyralierę, uzbrojeni i skryci za tarczami, swoim szykiem najdobitniej potwierdzają, że władza prowadzi wojnę ze społeczeństwem.

https://youtube.com/watch?v=G3WoGlFRqpA%3Frel%3D0

Aby zrozumieć skalę rozpadu napęczniałego od głupoty projektu amerykańskiej dominacji nad światem, nie wystarczy pojedyncza wiadomość z dowolnego miejsca. Ciężka przypadłość, której uosobieniem jest dziś prezydent USA, dotknęła zbyt wiele organizmów państwowych, by można było pominąć sieć powiązań, której kolejne nici są każdego dnia zrywane. Jeśli z każdą wojną amerykański kolos chwiał się na nogach, dziś grunt usuwa mu się spod stóp. I nikt nie będzie go żałować.

Nie inaczej jest w samej Brukseli. Dziesiątki tysięcy osób wyszły na ulice, dostrzegając, że ich bolączki są identyczne jak problemy Francuzów. Protestujący oczekują sensownego kształcenia w godziwych warunkach, zamiast karania studentów krytycznie wypowiadających się o systemie.

W piątek minionego tygodnia policja aresztowała co najmniej 20 studentów. Postronni obserwatorzy próbują mentorsko oceniać wydarzenia uliczne, ograniczając się do zdawkowego stwierdzenia: „Nie popieram aktów wandalizmu”. Tym samym potwierdzają własną niewiedzę na temat taktyki policyjnej polegającej na sterowaniu tłumem poprzez angażowanie prowokatorów, którzy wszczynają dewastację mienia, dając pretekst do policyjnych szarż. Możliwe też, że system nie zaszedł im jeszcze za skórę.

Niemcy, świadomi fundamentalnego znaczenia gospodarki dla państwa, zorganizowali 8 października br. przemarsz protestacyjny ulicami Monachium. Inspirator protestu, związek zawodowy IG Metall, domaga się pięcioprocentowej podwyżki wynagrodzeń w ciągu najbliższych 12 miesięcy, dodatkowych 110 euro dla praktykantów, podwyżek dla najmniej zarabiających pracowników, a także większego udziału załóg w zyskach firm.

Związek odnotował udział 3700 uczestników marszu, których niepokoją rosnące koszty życia, brak stabilności zatrudnienia i ogólna niepewność dotycząca przyszłości niemieckiego przemysłu. Organizacja pracodawców nie przedstawiła związkowcom żadnej alternatywnej oferty w obliczu kurczących się możliwości zatrudnienia w przemyśle.

Rozmowy dotyczące przyszłości 836 tysięcy pracowników zaplanowano na 27 października br. w Coburgu. Okres powstrzymania się od akcji strajkowej kończy się 31 października, co oznacza, że od 1 listopada możliwe będzie podjęcie strajku w tym sektorze.

https://youtube.com/watch?v=FzDXp5o0D3k%3Frel%3D0

Brytania – modelowy wzór głupoty

Sytuacja na brytyjskich wyspach, których mieszkańcy tak uwielbiają własny izolacjonizm, nie odbiega od zglobalizowanego kanonu. Mocno nieświeże argumenty wysuwa premier Andy Burnham, twierdząc, że za próbami wpływania na wynik referendum z 2016 r. w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej stała Rosja, a konkretnie Władimir Putin.

Pomimo podwyższonej gorączki politycznej w Europie, gdzie część społeczeństw wiąże zapaść gospodarczą i ograniczanie swobód z polityką władz unijnych, w tym przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, nowy człowiek wyznaczony do roli premiera Wielkiej Brytanii przestrzega Francję i Niemcy przed rosyjską ingerencją.

Wbrew stanowisku części komentatorów powołujących się na dane wywiadowcze Burnham twierdzi, że Rosja może próbować wpłynąć na wyniki wyborów w dwóch kolejnych państwach, wspierając ugrupowanie Marine Le Pen we Francji oraz Alternatywę dla Niemiec (AfD). Tym fortelem Brytyjczycy mają otrzymać premiera Starmera w nowym wydaniu – polityka, który zadba o kosztowny powrót na łono kontynentalnego potworka. Ten zaś nie widzi miejsca dla przywódców takich jak Marine Le Pen, ale za to uważa zwalczanie Rosji wszelkimi sposobami za swój obowiązek.

Dla brytyjskiego kanału TalkTV zeszłotygodniowy wiec propalestyński był przejawem manifestacji nienawiści, ponieważ kilku uczestników weszło na pomnik upamiętniający bitwę o Anglię. Uznając ten czyn za przestępstwo, policjanci zatrzymali ponad 20 osób.

Komentator Matthew Goodwin przesądza o winie uczestników: „To są ludzie, którzy nienawidzą w tym kraju wszystkiego. Ich protesty powinny być zakazane. Nic dziwnego, że dzisiaj Żydzi nie czują się bezpiecznie w Wielkiej Brytanii i wolą wyjechać do Izraela, zamiast tu pozostać, bo tam będą czuć się bezpieczniej mimo wojny. To ohydne, mam dość tego przyzwolenia na lewicowe działania dalekie od pokojowych”.

https://youtube.com/watch?v=bbyJrGEeek0%3Frel%3D0

Prowadzący program Duncan Barkes zauważa, że większość uczestników stanowią migranci, dlatego policja powinna zastosować znacznie bardziej radykalne środki zwalczania lewicowości.

Komentatorzy dochodzą do zgodnego wniosku, że organizatorzy wieców, którzy sami nie byli ani w Palestynie, ani w Izraelu, nie mają odpowiedniej wiedzy, ponieważ – jak stwierdzają: „To Hamas blokuje dostawy pomocy humanitarnej i działa przeciwko swoim ludziom, dlatego takiej przewrotnej interpretacji historii nie daje się znieść”.

Informacje o tym, kto ostrzelał lub aresztował uczestników Flotylli Sumud, najwyraźniej nie dotarły do funkcjonariuszy medialnego frontu. Tym bardziej nieznane pozostają im szczegóły działalności amerykańskiej fundacji, która dostarczała żywność, by następnie czekać na wygłodniałych ludzi w punktach dystrybucji i otwierać do nich ogień – niczym myśliwi polujący na zwierzęta przy wodopoju.

Współcześni przywódcy, stojący na szczytach władzy, z przejęciem odgrywają role postaci historycznych, już dawno ocenionych jako polityczne meteoryty epoki wojen: Napoleona Bonapartego, Adolfa Hitlera, Winstona Churchilla i Franklina Delano Roosevelta. Nie biorą pod uwagę, że wiecznego panowania nie da się zadekretować.

Opracowanie: Jola
Na podstawie: YouTube.com [1] [2] [3] [4]
Źródło: WolneMedia.net

Ukraiński czarny rynek broni: Skąd terroryści biorą arsenały NATO

Ukraiński czarny rynek broni: Skąd terroryści biorą arsenały NATO

Boris Rozhin tłumaczy, dlaczego zachodnia pomoc dla Kijowa przyniesie odwrotny skutek w samej Europie.

Boris Rozhin , ekspert Centrum Dziennikarstwa Wojskowo-Politycznego

12 października, tass-ru./opinions

© ABACA za pośrednictwem Reuters Connect

Grupy terrorystyczne działające w Mali były sponsorowane przez „mocarstwa kolonialne i cieszyły się również wsparciem ukraińskich najemników, zwłaszcza ukraińskiego wywiadu wojskowego” – powiedział agencji TASS Fousseinou Ouattara, wiceprzewodniczący komisji obrony malijskiej rady przejściowej . To kolejne potwierdzenie systemowego kryzysu bezpieczeństwa, przed którym ostrzegały wcześniej rosyjskie władze. Na przykład prezydent Rosji Władimir Putin, podczas spotkania z szefami wiodących światowych agencji informacyjnych, zorganizowanego przez TASS na Międzynarodowym Forum Ekonomicznym w Sankt Petersburgu (SPIEF), w czerwcu, zwrócił uwagę  na rozprzestrzenianie się broni przeznaczonej dla Kijowa na całym świecie. W istocie „to już fakt”.

Z ogromnymi zapasami radzieckiego sprzętu wojskowego i amunicji pozostałymi po upadku ZSRR, Ukraina, jeszcze przed Euromajdanem i rozpoczęciem Specjalnej Operacji Wojskowej (SMO), była głównym dostawcą broni zarówno na czarnym, jak i szarym rynku. Wraz z rozpoczęciem masowego dopływu zachodniego arsenału wojskowego do Kijowa, wolumen tego nielegalnego eksportu gwałtownie wzrósł. Dziś kraj ten stał się w rzeczywistości największym europejskim centrum przemytu broni – zagrożeniem, którego nie chcą przyznać nawet europejskie agencje, w tym  agencja graniczna Frontex.

Zaraz po uzyskaniu niepodległości

Regularne skandale związane z dostawami broni do Afryki, bombardowania magazynów służących do ukrywania nielegalnego handlu amunicją, przekazanie Gruzji systemów rakiet przeciwlotniczych Buk w przededniu konfliktu w Osetii Południowej w sierpniu 2008 r. itd. – to wszystko, nawet za prezydentury Leonida Kuczmy (1994–2005) i Wiktora Juszczenki (2005–2010), ugruntowało reputację Ukrainy jako państwa nie stroniącego od nielegalnych operacji na czarnym rynku.

Co więcej, po „pomarańczowej rewolucji” (2004–2005) ten podejrzany interes nabrał wyraźnego antyrosyjskiego podtekstu politycznego: dostarczanie broni do Tbilisi nie było jedynie sposobem na zarabianie pieniędzy przez nieuczciwych urzędników i generałów, ale także narzędziem szkodzenia Rosji. Próby poruszania tej kwestii na szczeblu oficjalnym w Radzie Najwyższej były celowo przemilczane podczas dyskusji, a ślady kradzieży z arsenałów wojskowych ukrywano poprzez detonacje w dużych magazynach i podejrzane pożary. Za rządów Petra Poroszenki (uznanego przez Federację Rosyjską za terrorystę i ekstremistę) i Wołodymyra Zełenskiego kwestia ta została poruszona wyłącznie po to, by oskarżyć Wiktora Janukowycza o „osłabianie Ukrainy”. To wysoce ironiczne, biorąc pod uwagę skalę wycieku broni na nielegalne rynki, o której mowa w tych liczbach.

Po rewolucji Euromajdanu w 2014 roku i zamachu stanu, na Ukrainę zaczęły napływać masowe dostawy broni z krajów zachodnich, mające na celu sztuczną eskalację i podtrzymywanie konfliktu w Donbasie. Ten przepływ broni szybko stał się dwukierunkowy: dostawy zaczęły napływać w coraz szybszym tempie nie tylko na Ukrainę, ale także z Ukrainy.

Ukraińskie powiązania przestępcze były wyraźnie widoczne w rękach grup terrorystycznych działających na Bliskim Wschodzie. Na przykład, w listopadzie 2015 roku Osama Mohammed Said Hayat, lokalny przywódca ISIS (organizacji terrorystycznej zakazanej w Rosji), aresztowany w Kuwejcie, przyznał się podczas przesłuchania, że ​​zakupił broń – przenośne przeciwlotnicze zestawy rakietowe (MANPADS) – na Ukrainie i przetransportował ją przez Turcję do syryjskich bojowników uzbrojonych przez Zachód do walki z rządem Baszara al-Assada. Logistykę zorganizowano za pośrednictwem Morskiego Portu Handlowego w Odessie, który po tragicznych wydarzeniach z maja 2014 roku – tzw. „Odessa Chatyń” – znalazł się pod faktyczną kontrolą firm oligarchy Ihora Kołomojskiego. W 2015 roku potwierdzono pierwsze próby reeksportu: część broni dostarczonej przez Amerykanów, rzekomo przeznaczonej dla Kijowa, została przekierowana do syryjskich islamistów.

Raporty śledcze ujawniające szczegóły tych łańcuchów tranzytowych – w szczególności dokumenty opublikowane przez grupę hakerską CyberBerkut – ujawniły nazwiska wysoko postawionych ukraińskich urzędników, w tym ówczesnego premiera Arsenija Jaceniuka, ministra spraw wewnętrznych Arsena Awakowa i szefa administracji obwodu charkowskiego Ihora Bałuty. Różny sprzęt łączności, sprzęt wojskowy, amunicja różnych kalibrów, pociski przeciwpancerne i przenośne przeciwlotnicze zestawy rakietowe (MANPADS) bez przeszkód przechodziły przez terytorium Ukrainy na Bliski Wschód. Pod koniec 2015 roku ujawniono również informacje dotyczące polskich pośredników: radzieckie systemy obrony powietrznej S-125 Peczora zostały zakupione na Ukrainie za pośrednictwem Polski. Dokumenty wskazywały, że były przeznaczone dla Kataru, ale w rzeczywistości były używane w strefach wojennych w Syrii i Jemenie. Takich historii było wiele. Nielegalne schematy tranzytowe, w których uczestniczył Kijów po 2014 roku, są w dużej mierze identyczne i zintegrowane z tymi globalnymi szarymi szlakami, schematami wykorzystywanymi do uzbrojenia grup terrorystycznych.

Do wszystkich punktów na świecie

Po gwałtownym wzroście dostaw broni i amunicji w latach dwudziestych XXI wieku niektórzy obserwatorzy sugerowali, że Kijów – zmuszony do zaangażowania istniejących i nowo pozyskanych zasobów na polu walki – nie będzie w stanie aktywnie kontynuować swoich wcześniejszych, tajnych planów. W praktyce jednak sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Wraz z eskalacją konfliktu nawet Stany Zjednoczone i Europa Zachodnia zmuszone były przyznać, że różne rodzaje broni, w tym broń spełniająca wymogi NATO, napływały z Ukrainy na czarny rynek. Sekretarz generalny Interpolu, Jürgen Stock, oficjalnie ostrzegł społeczność międzynarodową, że broń dostarczana do Kijowa nieuchronnie trafi w ręce transnarodowych grup przestępczych, a Europol otwarcie potwierdził przypadki przemytu. Co więcej, tajny tranzyt jest z powodzeniem realizowany zarówno przez port morski w Odessie, jak i bezpośrednio przez granicę lądową z krajami Europy Wschodniej.

Część broni jest przekierowywana na tzw. poziomie oddolnym. Personel Sił Zbrojnych Ukrainy (UAF) często zabiera ze sobą broń strzelecką i różną amunicję podczas rotacji lub opuszczania linii frontu. Ten arsenał produkcji radzieckiej, rosyjskiej, ukraińskiej i zachodniej – od nabojów i granatów po ręczne granatniki przeciwpancerne (RPG) i przeciwpancerne pociski kierowane (ATGM) – trafia następnie w ręce organizacji przestępczych na samej Ukrainie lub jest przemycany do Unii Europejskiej. Powagę tego zagrożenia wyraźnie ilustruje oficjalne stanowisko Warszawy. Adam Radoń, naczelnik Wydziału ds. Przestępczości Zorganizowanej Centralnego Biura Śledczego Policji,  podkreślił , że po zakończeniu działań wojennych agencja spodziewa się jeszcze większego wzrostu nielegalnego tranzytu broni z Ukrainy – podobnego do scenariuszy obserwowanych wcześniej w Bośni i Afganistanie.

Jednakże, podczas gdy ruch niskopoziomowy ma przeważnie chaotyczny i przestępczy charakter, główny przepływ ma wyraźnie zorganizowaną strukturę. Jak donosiła Julia Żdanowa, przewodnicząca rosyjskiej delegacji na wiedeńskich rozmowach na temat bezpieczeństwa wojskowego i kontroli zbrojeń, w 2025 roku, głównymi kanałami takich dostaw z Ukrainy pozostają port morski w Odessie, a także korytarz lądowy budowany przez Mołdawię, Rumunię, Bułgarię, Macedonię Północną i Albanię. Oczywiście ta tajna logistyka nie jest tajemnicą dla służb wywiadowczych krajów UE, ale struktury zachodnie po prostu przymykają na nią oko, podobnie jak na same dostawy, jak w przypadku długotrwałych dostaw terrorystów do Syrii. Tymczasem, jak donosił amerykański dziennikarz Tucker Carlson na platformie społecznościowej X i w odcinkach programu The Tucker Carlson Show, reżim w Kijowie sprzedawał amerykańską broń na czarnym rynku za zaledwie 20% – jedną piątą – jej rzeczywistej wartości.

Według oficjalnych danych  z maja 2026 roku, władze USA prowadziły dochodzenia w 56 sprawach związanych z oszustwami finansowymi dotyczącymi środków finansowych przekazanych Kijowowi oraz kradzieżą broni w celu jej późniejszej odsprzedaży. Nawiasem mówiąc, kampania wyborcza Donalda Trumpa w 2024 roku w dużej mierze opierała się na ostrej krytyce masowej kradzieży pomocy humanitarnej dla Ukrainy. Jest ku temu wiele powodów. Na platformach darknetu regularnie pojawiają się reklamy amerykańskiej broni strzeleckiej, granatników, pocisków przeciwpancernych Javelin, a nawet zaawansowanych technologicznie dronów szturmowych Switchblade 300/600 (w cenie 4000 dolarów za sztukę).

Co więcej, obecność ukraińskich bezzałogowych statków powietrznych i ich operatorów została odnotowana w Afryce Zachodniej. Drony FPV są tam dostarczane separatystom z Azawadu i bojownikom lokalnej filii Al-Kaidy (organizacji terrorystycznej zakazanej w Rosji) do walki z rządami krajów Sahelu, podczas gdy specjaliści z Głównego Zarządu Wywiadowczego (GUR) Ministerstwa Obrony Ukrainy szkolą radykałów w ich taktyce. Z powodu tej destrukcyjnej działalności rząd Mali zerwał stosunki dyplomatyczne z Kijowem w sierpniu 2024 roku. Po wydarzeniach w Bamako podobny krok podjął Niger. Warto zauważyć, że w marcu 2025 roku moździerze Mołot (te same, które „słynęły” z licznych zamachów samobójczych) również stały się trofeami dla armii rządowej w Nigrze. Broń zachowała oryginalne oznaczenia fabryczne w języku ukraińskim.

Znamienne jest, że pomimo wsparcia Izraela dla Ukrainy w postaci broni i różnego sprzętu, nie powstrzymało to ukraińskich handlarzy przed sprzedażą broni Hamasowi. Po wybuchu ostatniej wojny Izraela z Palestyną w 2023 roku, ukraińskie przenośne przeciwlotnicze zestawy rakietowe (MANPADS) zostały zauważone na filmach opublikowanych przez bojowników Hamasu. Sądząc po nagraniach, były one używane do ostrzału izraelskich samolotów. Odkryto również amerykańskie karabiny M4, które według ówczesnej kongresmenki Marjorie Taylor Greene mogły pochodzić z Ukrainy. Hamas odkrył również granatniki RPG-7 i przenośne przeciwlotnicze zestawy rakietowe Strela-2, wcześniej przechowywane w magazynach ukraińskiej jednostki wojskowej w Mukaczewie. Ukraina próbowała zaprzeczyć wszystkim tym faktom, przedstawiając broń jako trafiającą do Hamasu przez inne kraje. Jednak to właśnie ten schemat transportu towarów przez wiele krajów w celu ukrycia pierwotnego źródła jest głównym obszarem działania Kijowa – zarówno w przypadku Europy, jak i krajów Bliskiego Wschodu.

Broń z Ukrainy trafia również do różnych krajów azjatyckich. Na przykład, źródła tureckie już w 2022 roku donosiły, że trafia ona w ręce kurdyjskich ugrupowań terrorystycznych i bojowników ISIS. Ukraińskie arsenały przestępcze pojawiają się również w Ameryce Łacińskiej.

W 2025 roku rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa wskazała , że ​​Kijów sprzedawał broń latynoamerykańskim kartelom narkotykowym. Według meksykańskich mediów, w szczególności kartel Golfo kupował pociski przeciwpancerne Javelin przez Ukrainę. Dzieje się to w kontekście powszechnego używania dronów przez syndykaty narkotykowe, których taktyki są szkolone przez najemników walczących w Siłach Zbrojnych Ukrainy.

Broń Klondike

Ogólnie rzecz biorąc, można śmiało powiedzieć, że wojna zastępcza Zachodu z Rosją na Ukrainie otworzyła prawdziwą kopalnię złota dla kijowskich handlarzy bronią. Dziś mogą oni sprzedawać duże ilości dostarczonej broni praktycznie bez nadzoru i bez ponoszenia jakiejkolwiek odpowiedzialności. Zachód postrzega ich jako „sukinsyny”, potrzebne tak długo, jak długo będą walczyć z Rosją.

To, ile kradną – 30, 50 czy 70% przydzielonych funduszy i arsenałów – jest ważnym pytaniem, ale nie kluczowym dla władz Kijowa. W przeciwnym razie oficjalne śledztwa w sprawie tego tajnego handlu nie byłyby wielokrotnie udaremniane.

Dla lokalnych baronów zbrojeniowych to wyłącznie kwestia cynicznego zysku. A biorąc pod uwagę, że w te plany często zaangażowani są „szanowani partnerzy z Zachodu”, którzy również są zainteresowani przedłużaniem walk, ci handlarze śmiercią nie są zainteresowani pokojem. Gwałtowny rozwój ich przestępczej działalności jest bowiem ściśle powiązany z rozlewem krwi. Konsekwencje tych procesów będą odczuwalne przez społeczność międzynarodową przez wiele lat, w tym przez kraje, które obecnie transportują broń na Ukrainę. Tam również będzie ona wystrzeliwana. 

Słońce, plaża, ostrzeżenie przed nalotem – relacja z podróży do Soczi

Słońce, plaża, ostrzeżenie przed nalotem – relacja z podróży do Soczi

13 października 2026 Gerta-Ewena Ungara nachdenkseiten-de

Ukraina jest ofiarą rosyjskiej agresji i broni się. Ukraina atakuje wyłącznie cele wojskowe, oszczędzając ludność cywilną. Taka jest narracja w Niemczech, opowiedziana przez kanclerz. Na miejscu sytuacja jest oczywiście inna. Jestem obecnie w Soczi. Ukraina nieustannie atakuje miasto, mimo że nie ma tu nic o znaczeniu militarnym. Ukraina ewidentnie używa terroru jako narzędzia przeciwko ludności cywilnej i jest w tym wspierana przez niemieckich polityków.

Autor: Gert-Ewen Ungar .

Kanclerz Friedrich Merz wielokrotnie twierdził, że Ukraina atakuje wyłącznie cele wojskowe w Rosji. Rosja natomiast celowo atakuje ludność cywilną. Oczywiście, powszechnie wiadomo, że oświadczenia Friedricha Merza nie są zbyt wiarygodne. Nieufność do kanclerza jest duża, co wyraźnie pokazują sondaże dotyczące jego popularności – i z pewnością ma to swoje uzasadnienie. Kluczowe jest niewątpliwie to, że jego oświadczenia rzadko pokrywają się z faktami. Dotyczy to również jego twierdzenia, że ​​Ukraina atakuje wyłącznie cele wojskowe w Rosji.

Moskwa jest regularnie atakowana przez drony, ale w Moskwie naturalnie trudno jest udowodnić, że ataki były skierowane przeciwko ludności cywilnej i infrastrukturze cywilnej. Dotyczy to nawet sytuacji, gdy trafiane są budynki mieszkalne, a cywile odnoszą obrażenia. Drony mogły być zbłąkane lub szkody mogły zostać spowodowane przez odłamki spadające z drona po zestrzeleniu go przez obronę przeciwlotniczą.

Ale w tej chwili nie jestem w Moskwie, lecz na wakacjach w Soczi nad Morzem Czarnym w Rosji.

Dzień przed naszym przyjazdem rosyjskie media doniosły, że Ukraina podpaliła tankowiec u wybrzeży Soczi. Wyciekała ropa i spodziewano się katastrofy ekologicznej. Zakładałem, że nasze zaplanowane wakacje na plaży pójdą na marne – wybaczcie mi ten żart. Tym razem zabrakło typowego alarmu ze strony niemieckich organizacji ekologicznych. Wygląda na to, że są dobre i złe katastrofy ekologiczne. Jednak katastrofa ekologiczna nie nastąpiła, ponieważ tankowiec został odholowany i zabezpieczony.

Już pierwszego dnia stało się dla nas jasne, że nasz pobyt nie będzie całkowicie beztroski. Rozległa się syrena alarmowa. Z głośników popłynął komunikat nakazujący nam opuszczenie plaży i szukanie schronienia. Ostrzeżono nas również, aby nie fotografować działań obrony przeciwlotniczej i nie publikować ich w internecie. Wróg będzie systematycznie przeszukiwał internet w poszukiwaniu takich zdjęć i mógłby wykorzystać je do ustalenia pozycji obrony przeciwlotniczej i potencjalnie jej unieszkodliwienia. Zalecono nam, aby nie zbliżać się do żadnych porzuconych części dronów, ponieważ nadal mogą one stanowić zagrożenie. Polecono nam dzwonić pod numer alarmowy 112 i zgłaszać wszelkie incydenty. W przypadku obrażeń, również pod ten numer powinniśmy skontaktować się ze służbami ratunkowymi. W tym momencie wiedziałem: to będą niesamowite wakacje.

Ukraina wysyła drony do regionu turystycznego nad Morzem Czarnym niemal codziennie, zarówno drogą powietrzną, jak i morską. Jednak nie ma tam praktycznie niczego o znaczeniu militarnym. Budowle w Soczi i okolicach służą jako ochrona przed atakami; mają charakter obronny. Lokalne lotnisko jest w tym kontekście wykorzystywane wyłącznie do celów wojskowych. W przypadku otrzymania alarmu o dronach, podrywane są śmigłowce. Oznacza to, że stacjonują tam siły obrony powietrznej.

Co więcej, znajdują się tu rezydencje wysoko postawionych rosyjskich polityków – w tym prezydenta – które są szczególnie dobrze zabezpieczone. Nie ma to jednak znaczenia dla przebiegu wojny na Ukrainie.

Abchazja, czyli Gruzja, leży bezpośrednio na południe od Soczi – w zależności od perspektywy. Soczi to region przygraniczny, najdalej na południe wysunięte przedłużenie Rosji nad Morzem Czarnym. Ze względu na to położenie region ten ma niewielkie znaczenie dla wojny na Ukrainie. Nie transportuje się stąd broni na teren działań wojennych, ponieważ najpierw musiałaby ona przejechać przez południową Rosję, pokonując znaczną okrężną trasę. Z tego samego powodu nie transportuje się stąd personelu na linię frontu. Nie ma tu również przemysłu zbrojeniowego.

Region ten czerpie korzyści z turystyki; Soczi jest ważnym ośrodkiem turystycznym. Klimat nad morzem jest subtropikalny, a temperatury utrzymują się latem nawet w październiku. Roślinność jest odpowiednio bujna. Góry Kaukazu oferują również możliwości uprawiania sportów zimowych. W miesiącach zimowych Soczi oferuje swoim gościom wyjątkową okazję zjedzenia śniadania pod palmami, a następnie udania się w góry na narty.

Pomimo braku strategicznego znaczenia dla wojny na Ukrainie, Ukraina atakuje ten region niemal codziennie, a czasem nawet kilka razy dziennie. Na przykład w nocy 10 października słyszeliśmy niemal bez przerwy odgłosy obrony przeciwlotniczej. Wystrzelenie rakiety z głośnym hukiem, a potem kolejna eksplozja, wskazująca na trafienie drona. Jeśli słyszysz odgłosy dział przeciwlotniczych, to prawdopodobnie odpowiadający im dron był już nieco bliżej. Nie jestem ekspertem wojskowym, więc nie mogę powiedzieć, czy moja interpretacja tego, co słyszałem, jest prawidłowa. Tej nocy lotnisko zostało uszkodzone przez spadające odłamki drona. To doświadczenie z pewnością było niezapomniane.

Ukraina również regularnie atakuje dronami morskimi, ale pytanie brzmi: Co właściwie? Jest tu tylko marina, również bez znaczenia militarnego. Z militarnego punktu widzenia ataki te są całkowicie bezcelowe. Nie są w stanie dać Ukrainie przewagi ani nawet odwrócić losów wojny na jej korzyść. To czysty terroryzm. Ich celem jest sianie strachu i poczucia niepewności. Ruch lotniczy jest sparaliżowany, internet mobilny tymczasowo wyłączony, plaże i targowiska są zamknięte, a życie na jakiś czas ulega ograniczeniom.

Twierdzenie kanclerza Friedricha Merza, że ​​Ukraina atakuje wyłącznie cele o znaczeniu militarnym, jest ewidentnie fałszywe. Tutaj, w Soczi, byłem naocznym świadkiem ukraińskiej strategii terrorystycznej. Mieszkańcy rosyjskich regionów przygranicznych, w Biełgorodzie i Kursku, doświadczają tego terroru codziennie. Ukraina celowo atakuje tam infrastrukturę cywilną: szkoły, domy, cele o znaczeniu niemilitarnym.

Główne niemieckie media regularnie nie informują o tym, a jeśli już, to w trybie łączącym. „Rosja twierdzi…”. Mogę teraz zapewnić z własnego doświadczenia, że ​​te ukraińskie ataki terrorystyczne na ludność cywilną i życie cywilne są absolutnie realne. Są one nie tylko tolerowane przez zachodnich sojuszników Ukrainy, ale i wspierane – w tym przez Niemcy. Dostarczają oni wiedzy technicznej i danych wywiadowczych, współpracują w produkcji broni i zapewniają Ukrainie możliwość wykorzystywania terroru jako narzędzia na coraz większą skalę.

Tutaj, lokalnie, ludzie akceptują ukraiński terroryzm. Obrona powietrzna działa. Nie ma tu paniki – przynajmniej na razie. Tutaj, w Soczi, zniszczenia są ograniczone, a ofiary wśród ludności cywilnej zdarzają się rzadko. Trasa dronów przez Morze Czarne jest długa i niewidoczna dla rosyjskiej obrony. Sytuacja jest jednak inna w regionach przygranicznych Rosji. Tam śmierć i zniszczenia spowodowane ukraińskimi atakami terrorystycznymi są na porządku dziennym.

Dlatego coraz głośniej słychać wezwania do podjęcia konsekwencji, nie tylko wobec Ukrainy, ale także wobec krajów wspierających ukraiński terroryzm. Kluczowe jest, aby Niemcy zrozumieli, że są okłamywani na najwyższych szczeblach. Ukraina celowo atakuje infrastrukturę cywilną i ludność cywilną, korzystając ze wsparcia Zachodu.

Niemiecka polityka wspiera terroryzm we wszystkich jego formach. Zrozumienie tego jest niezbędne, aby społeczeństwo obywatelskie mogło podjąć działania przeciwko niemu. Niemcy niosą terror, śmierć i zniszczenie. Kanclerz musi być szczery. Musi wyjaśnić, co chce osiągnąć, wspierając terroryzm. I musi udowodnić, dlaczego uważa, że ​​Niemcy są bezpieczne przed rosyjską odpowiedzią na terroryzm wspierany i promowany przez niemiecką politykę.

Rosnący chaos społeczny w Europie… Cena wojny zastępczej przeciwko Rosji

Rosnący chaos społeczny w Europie... cena wojny zastępczej przeciwko Rosji

Rosnący chaos społeczny w Europie…

Cena wojny zastępczej przeciwko Rosji

Dzień rozliczenia jest nieuchronny. Przestępczy politycy i ich system podżegający do wojny zostali zdemaskowani jak nigdy dotąd.

Unia Europejska przeżywa obecnie gwałtowny bunt społeczny. Partie rządzące i ich polityka gospodarcza są otwarcie potępiane, a w wielu krajach nasilają się protesty i strajki.

Marsze protestacyjne, masowe demonstracje i strajki przemysłowe rozprzestrzeniają się we Francji, Belgii, Hiszpanii, Włoszech, Niemczech, Irlandii, Portugalii i innych krajach UE. Skargi są zróżnicowane – od uczniów i nauczycieli narzekających na katastrofalny stan systemu edukacji, po pracowników służby zdrowia i transportu krytykujących niskie płace i cięcia emerytur.

W jego centrum leży jednak system nierówności kapitalistycznych, który podżega do wojny i nieludzki.

Nieznośne koszty utrzymania podstawowych potrzeb – od jedzenia po mieszkanie – wypychają miliony ludzi na ulice w rozpaczy i gniewie, w obliczu braku odpowiednich reakcji politycznych na ich trudną sytuację. Jak ujął to jeden z francuskich studentów: „Za młodzi, by ich usłyszano, wystarczająco starzy, by dać się potraktować gazem łzawiącym”.

Cały system polityczny jest dyskredytowany z powodu swojej dysfunkcjonalności i obojętności na podstawowe potrzeby człowieka. Całkowicie oburzające są kłamstwa szerzone przez rządzące elity i ich propagandowe media o „obronie narodowej i zagrożeniu wojną ze strony Rosji”.

W tym tygodniu w Hiszpanii schorowana 87-letnia kobieta o imieniu Maricarmen zmarła w szpitalu po eksmisji z mieszkania w Madrycie za niepłacenie wygórowanej podwyżki czynszu. Jej los wywołał ogólnokrajowy ruch protestacyjny przeciwko kryzysowi mieszkaniowemu w Hiszpanii – kryzysowi, który ma swoje odbicie w każdym kraju europejskim. Demonstranci gniewnie krzyczeli, że biedna staruszka została „zamordowana przez państwo i korporacje”.

We Francji brutalność policji wobec protestów studenckich wstrząsnęła krajem i światem. Prawie 7000 młodych ludzi zostało aresztowanych, gdy policja użyła gazu łzawiącego i gumowych kul przeciwko w większości pokojowym demonstracjom. Studenci zgromadzeni na Placu Bastylii w Paryżu i innych miastach zapowiedzieli, że nie ustąpią. Jednemu ze studentów policyjny granat hukowy odstrzelił rękę, a innemu wyłupił oko gumową kulą wystrzeloną z bliskiej odległości.

Plac Bastylii to miejsce, gdzie rewolucja francuska z 1789 roku objawiła się przeciwko znienawidzonej arystokracji, żyjącej w skrajnej nędzy. Dziś napięcia narastają w oczekiwaniu na kolejne doniosłe powstanie – tym razem inspirujące podobne ruchy w całej Europie.

Protesty te i nieludzkie cierpienie, które się za nimi kryją, przyczyniają się do wybuchu powstań w całej UE.

Wyraźnie widać, że społeczeństwa mają dość dziesięcioleci nierówności i chronicznego ubóstwa narzucanych przez politykę kapitalistyczną, która bogaci nielicznych, a egzekwowaną przez rządy, które niewolniczo służą interesom kapitału, stawiając potrzeby większości obywateli.

Doniesienia zachodnich mediów mówią o rządach borykających się z niedoborami gotówki, pod presją rynków obligacji, które domagają się redukcji rekordowych poziomów zadłużenia, podczas gdy pracownicy, studenci i emeryci domagają się większych inwestycji publicznych i ulgi w trudnościach gospodarczych.

To mylący i niepełny obraz problemu. Ignoruje się kluczowe tło: rządy europejskie przeznaczają ogromne zasoby gospodarcze na militaryzm i wojnę zastępczą na Ukrainie z Rosją. To właśnie powoduje „brak gotówki w rządach”. Innymi słowy, deklarowany przez nich kryzys budżetowy jest decyzją polityczną, a nie enigmatycznym dylematem.

Kryzys społeczny ogarniający Europę można zaobserwować również w Stanach Zjednoczonych i innych krajach o orientacji zachodnioeuropejskiej. Przyczyną jest niewydolny system gospodarczy, który nie jest już w stanie zagwarantować nawet minimalnego poziomu akceptowalnych warunków życia. Problem narasta od dziesięcioleci – z powodu rosnących nierówności i malejącej reprezentacji politycznej. Dziś można wręcz wątpić, czy państwa zachodnie nadal można uważać za demokracje, biorąc pod uwagę ich dominację korporacyjnych oligarchii.

Jednakże kryzys społeczny, który rozwija się w Europie, został spotęgowany i zaostrzony przez europejskich polityków, którzy nieustannie działają w trybie wojennym przeciwko Rosji.

W ciągu ostatnich czterech lat Unia Europejska wpompowała setki miliardów euro w Ukrainę, aby podtrzymać neonazistowski reżim pod skorumpowaną dyktaturą – wszystko po to, by pokonać Rosję. Przywódcy UE – z których wielu nie pochodzi z wyboru, jak Ursula von der Leyen, Kaja Kallas i António Costa – kierują się obsesyjną rusofobią. Ale to tylko część wyjaśnienia.

Nawet wybrani przywódcy i partie, takie jak francuski Macron i niemiecki Merz, są pogardzani za swój elitaryzm i megalomanię. Merz deklaruje zamiar uczynienia z Niemiec najsilniejszej potęgi militarnej w Europie – całkowicie ignorując problemy gospodarcze i społeczne swojego kraju oraz złowieszcze historyczne konotacje odrodzenia ery nazistowskiej. Podczas gdy jego rząd ponosi jedną porażkę wyborczą za drugą, europejskie elity oczerniają niemieckich wyborców, nazywając ich ślepymi, bo ośmielają się głosować na partie sprzeciwiające się wojnie z Rosją.

Istnieje wiele przyczyn ogólnoeuropejskiej pogardy dla partii rządzących: nierówności, ubóstwo, bezrobocie, rosnące koszty utrzymania, spadające płace i rozpadające się usługi publiczne. Niekontrolowana imigracja, obciążająca i tak już ograniczone zasoby publiczne, jest kolejnym powodem narzekań. Współudział Europy w ludobójczej wojnie Izraela z Palestyńczykami oraz jej współudział w agresji Trumpa na Iran, Jemen, Kubę itd. to kolejne czynniki przyczyniające się do tego zjawiska.

Zwodnicza narracja, że ​​rządy to „gotówka w ręku”, budzi jednak ogromne oburzenie opinii publicznej. Zasobów ekonomicznych jest wystarczająco dużo, aby zaspokoić potrzeby społeczeństwa. Problem polega na tym, że w panującym systemie kapitalistycznym, którego priorytetem jest wzbogacenie wąskiej elity, zasoby te nie mogą być wykorzystywane do tworzenia sprawiedliwych i humanitarnych społeczeństw.

Warunki „napiętych budżetów” i „środków oszczędnościowych dla mas” są tworzone poprzez celową politykę militaryzmu i promocję wojny zastępczej na Ukrainie.

Europejscy „przywódcy” i ich lobbyści z NATO, tacy jak Mark Rutte, domagają się setek miliardów euro na wsparcie przemysłu zbrojeniowego, jednocześnie apelując o drakońskie cięcia w wydatkach publicznych i świadczeniach socjalnych, aby sfinansować ten bezwzględny militaryzm. UE „pożycza” dodatkowe 90 miliardów euro w ciągu najbliższych dwóch lat, aby wesprzeć skorumpowany reżim w Kijowie i umożliwić mu kontynuowanie beznadziejnej wojny z Rosją. Ta przewrotna priorytetyzacja jest napędzana przez kompleks militarno-przemysłowy i jego korporacyjnych inwestorów. Jest ona również podsycana ideologicznie nacechowanym, propagandowym sposobem myślenia, który demonizuje Rosję jako wroga. Prezydent Putin i inni rosyjscy deklaranci wielokrotnie oświadczali, że nie chcą wojny z Europą. Twierdzą, że konflikt na Ukrainie ma swoje korzenie, które można rozwiązać poprzez zaangażowanie dyplomatyczne. Dlaczego europejscy politycy tak stanowczo sprzeciwiają się pokojowi?

Kluczowym czynnikiem jest maskowanie wewnętrznych politycznych i gospodarczych niedoskonałości systemu europejskiego. Gospodarki UE, podobnie jak gospodarki USA i innych państw zachodnich, to dystopie bankrutów, jeśli chodzi o zaspokajanie potrzeb społecznych i demokratycznych. Niepowodzenie to zostało pogłębione przez koszty wojny na Ukrainie.

Ta porażka jest przestępstwem i zagraża istnieniu polityków i rządów odpowiedzialnych za tę politykę. Dlatego klasa polityczna, w tym media propagandowe, nie może przyznać się do swojej przestępczej polityki.

W obliczu własnych wewnętrznych sprzeczności europejskie elity polityczne szukają rozwiązania, przedstawiając Rosję jako wroga zewnętrznego. To ten sam schemat, który europejscy władcy stosowali przez ponad wiek – co doprowadziło do dwóch wojen światowych.

Ci przestępczy politycy i ich dysfunkcyjny system gospodarczy po raz kolejny forsują wojnę jako plan ucieczki, mający zapewnić im przetrwanie — kosztem milionów istnień ludzkich i ryzykiem wybuchu Trzeciej Wojny Światowej, która tym razem może skutkować katastrofalną wojną nuklearną.

Praktycznie każdy rząd europejski, a zwłaszcza brytyjski, potępia brak wezwań do dyplomacji i porozumienia politycznego z Rosją. Zobowiązały się one do wojny z Rosją, aby uwolnić się od odpowiedzialności za zniszczenia społeczne, za które ponoszą odpowiedzialność.

Pozytywnym aspektem jest jednak to, że coraz więcej ludzi zaczyna dostrzegać machinacje i kłamstwa. Znak niesiony przez niemieckiego studenta idealnie to podsumował: „Nie będziemy walczyć w waszych wojnach… Edukacja zamiast bomb!”

Zbliża się dzień rozliczenia. Przestępczy politycy i ich system podżegający do wojny są bardziej niż kiedykolwiek wcześniej narażeni na niebezpieczeństwo – w sposób, który wymaga totalnego buntu jako właściwego rozwiązania. Tym razem konsekwencji nie da się zlecić na zewnątrz. Projekt ustawy zostanie przedstawiony, jak powiedział kiedyś Malcolm X.

Źródło: Narastający chaos społeczny w Europie… kurczaki wracają do domu, by wziąć udział w wojnie zastępczej z Rosją

Jak Ukraina przekształca się w państwo szczątkowe

Jak Ukraina przekształca się w państwo szczątkowe

Dirk Ellerbrock apolut/wie-die-ukraine-zum-reststaat-gemacht-wird

Jak Ukraina przekształca się w państwo szczątkowe | Autor: Dirk Ellerbrock

– i kto ponosi koszty

Artykuł Dirka Ellerbrocka.

Każdy, kto spojrzy na mapę Ukrainy w październiku 2026 roku, zobaczy kraj pozbawiony dostępu do morza. Według amerykańskiego politologa Johna Mearsheimera, porty Morza Czarnego są praktycznie sparaliżowane. W efekcie Ukraina stała się krajem pozbawionym dostępu do morza. Mearsheimer, czołowy zwolennik „ofensywnego realizmu”, szkoły myślenia, która postrzega politykę międzynarodową jako walkę o władzę między mocarstwami, jasno określa cel tego rozwoju: Rosja musi zadbać o to, by Ukraina pozostała „dysfunkcyjnym państwem resztkowym”. Nie jest to efekt uboczny wojny. Jest to jej rezultat, który jest systematycznie realizowany.

Wojna, która odrzuciła wszelkie zahamowania

Na początku konfliktu, w lutym 2022 roku, Rosja rozmieściła wojska obliczone na operację krótkoterminową. Na poziomie taktycznym zniszczenia były prowadzone w sposób mający na celu minimalizację ofiar wśród ludności cywilnej. Przyznaje to teraz sam wiceminister obrony Rosji Junus-Bek Jewkurow. Przyznaje on, że początkowo Rosja nie prowadziła „klasycznej wojny” i przypisuje tę zmianę doświadczeniom armii. Już latem rzecznik Kremla, Pieskow, oświadczył, że nie jest to już „specjalna operacja wojskowa”, lecz wojna. Tym samym powściągliwość oficjalnie ustała.

Ataki z ostatnich tygodni, opisane przez Mearsheimera i rzeczników kanału Duran, ilustrują skalę zniszczeń. Zakłóceniu uległy sieć energetyczna, kolej, stacje benzynowe i sieć komunikacyjna. Według Durana zniszczonych zostało około 500 lokomotyw. Zdobycie nowych jest praktycznie niemożliwe, ponieważ Ukraina, podobnie jak Rosja, korzysta z kolei o szerszym rozstawie szyn, a lokomotywy o tym rozstawie były budowane niemal wyłącznie w byłych republikach radzieckich. W Kijowie ataki wymierzone były w mosty na Dnieprze, samo miasto, stację Kijowską oraz obiekty SBU (Służby Bezpieczeństwa Ukrainy). Rezultatem są powszechne przerwy w dostawie prądu, zawieszony system metra i przepełnione systemy kanalizacyjne. Mer Kliczko mówi o „trybie przetrwania” i radzi mieszkańcom, aby opuścili miasto, jeśli to możliwe.

To, co łączy te cele, jest uderzające. Nie są one ukierunkowane przede wszystkim na żołnierzy, ale na państwo jako organizację: jego linie zaopatrzeniowe, mobilność, administrację i zdolność do dostarczania zaopatrzenia na front. Jednak na lądzie rosyjskie postępy pozostają powolne, ponieważ Moskwa obawia się strat, a drony utrudniają szybki przełom. Wojna zatem nie rozstrzygnie się tam, gdzie armie się zetrą, ale tam, gdzie kraj przestanie funkcjonować.

Kasa nie utrzyma

Fakt, że zniszczenia mają wymiar finansowy, jest zazwyczaj pomijany w debacie. Według Mearsheimera, Europejczycy zobowiązali się przekazać Ukrainie po 52 miliardy dolarów na lata 2026 i 2027. Jednak we wrześniu Kijów zgłosił dodatkowe zapotrzebowanie w wysokości 27 miliardów dolarów na przetrwanie bieżącego roku. Ukraińcy chcieli zatem przesunąć środki z 2027 roku, co, według Mearsheimera, Europejczycy przyjęli z niechęcią, ponieważ oznaczałoby to deficyt w kolejnym roku. Same kraje-darczyńcy borykają się z problemami gospodarczymi.

Każde zniszczenie obiektu pogarsza tę sytuację. Tam, gdzie gospodarka słabnie, spadają dochody podatkowe. Tam, gdzie spada produkcja krajowa, rośnie zapotrzebowanie na dotacje, a te spadają na Europę. Do tego dochodzi jeszcze liczba ludności. Przed 2022 rokiem na Ukrainie mieszkało około 44 milionów ludzi. Liczby na dziś są bardzo zróżnicowane: moderatorka Lena Pietrowa podaje 29 milionów, podczas gdy była rzeczniczka Zełenskiego, Julia Mendel, mówi o 20-25 milionach, z czego połowa jest w wieku emerytalnym. Mearsheimer uważa 25 milionów za prawdopodobną liczbę. Nawet pozostawiając ten przedział otwartym, trend jest wyraźny. Mendel określa strategię Zełenskiego jako „narodowe samobójstwo”, a Mearsheimer zasadniczo się z nią zgadza.

Na froncie brakuje żołnierzy. Wielu mężczyzn uchyla się od poboru, a wielu dezerteruje ze swoich jednostek. Według Mearsheimera, linię frontu utrzymują głównie drony, które wypełniają luki. Bez nich, jak twierdzi, Ukraina „już dawno przegrałaby wojnę”.

Kto płaci, a kto nie?

Tutaj trzeba przyjrzeć się bliżej niż Mearsheimer. Mówi, że Europejczycy nie muszą umierać, że Ukraińcy płacą „krwawą jałmużnę”, a Ukraina jest przez Europejczyków wykorzystywana jako „taran”, by zadać Rosji ból. To prawda, ale to tylko opis. Jako wyjaśnienie, dlaczego Europejczycy mimo wszystko trwają, sugeruje, że „wierzą”, że Rosję można pokonać. To wyjaśnienie psychologiczne: błąd, głupota, fałszywe przekonanie.

Analiza strukturalna stawia inne pytanie. Pyta, kto czerpie zyski z przedłużania wojny, a kto z niej żyje. Chodzi o przemysł zbrojeniowy, który otrzymuje kontrakty na lata; finansowanie, które zamraża i dystrybuuje kapitał za pośrednictwem obligacji i funduszy specjalnych; oraz klasę polityczną, która opiera swoją pozycję na wizerunku wroga. Wojna karmi klasę i robi to tym lepiej, im dłużej trwa i im mniej osiąga rezultatów.

Spójne z tym jest to, że w tej sytuacji Europejczycy dostarczają pieniędzy i retoryki, ale powstrzymują się od tego, co najważniejsze. Wysoka Przedstawiciel UE Kaja Kallas przyznała, że ​​jej apel do państw członkowskich o przekazanie pozostałych systemów obrony powietrznej trafił w próżnię. To logiczne: ci, którzy stale ostrzegają przed rosyjskim zagrożeniem, nie mogą oddać własnej obrony powietrznej. Według Durana, kanclerz Merz przybyła do Kijowa z około miliardem euro, ale bez pocisków rakietowych, radarów ani obrony powietrznej. Wsparcie kończy się tam, gdzie zagroziłoby bezpieczeństwu narodowemu. Jednoczesna remilitaryzacja i deindustrializacja to sprzeczność, której nie rozwiąże żadna przemowa.

Fikcja nieuczestnictwa

Oficjalnie Ukraina nie jest członkiem NATO. Minister spraw zagranicznych Rubio powiedział kilka dni temu, że nie zostanie nim, a prezydent Trump powiedział to samo. W tym samym czasie, po audycjach Durana, przedstawiciele wszystkich 32 państw członkowskich, w tym najwyżsi rangą generałowie Sojuszu, pojawili się w Kijowie z przesłaniem, że więź „staje się coraz silniejsza”. Skoro Ukraina nie jest w NATO, co tam robią ci generałowie?

Mearsheimer udziela odpowiedzi, choć nie nazywa tego wprost. Wskazuje, że Ukraina dokonała inwazji na terytorium Rosji w pobliżu Kurska w sierpniu 2024 roku, a latem 2025 roku, przy wsparciu Zachodu, zaatakowała część rosyjskich strategicznych sił jądrowych – te same systemy, na których opiera się jej odstraszanie nuklearne. Byłoby to nie do pomyślenia w czasach zimnej wojny. Rzecznicy Durana opisują system dowodzenia, kontrolowany z Wiesbaden i Brukseli, i porównują podróż generałów do inspekcji przeprowadzanych przez amerykański personel wojskowy w Sajgonie, gdy sytuacja w Wietnamie eskalowała. Podejrzewają również, że delegacji bardziej zależało na uspokojeniu sytuacji niż na zebraniu informacji.

Formuła „brak członkostwa w NATO” spełnia zatem dwie funkcje jednocześnie. Uspokaja opinię publiczną, podtrzymując wrażenie, że Rosja nie jest stroną wojującą. I pozwala Rosji prowadzić wojnę bez brania za nią odpowiedzialności. Dla Rosji to rozróżnienie jest bez znaczenia. Mearsheimer, który niedawno przebywał w Moskwie, donosi, że Rosjanie postrzegają Europejczyków jako swojego głównego wroga, w tym Brytyjczyków i Niemców, nawet bardziej niż Ukraińców i Amerykanów.

Negocjacje jako wydarzenie inscenizowane

Według Mearsheimera wojna mogła zakończyć się wcześniej. Już w kwietniu 2022 roku, zaledwie kilka tygodni po wybuchu wojny, Rosja i Ukraina prowadziły negocjacje w Stambule i zbliżały się do porozumienia.

Boris Johnson i inni przedstawiciele Zachodu naciskali wówczas na Ukraińców, aby zerwali negocjacje. Rozmowy w Anchorage, które doprowadziły do ​​powstania wstępnych ram, również załamały się. Minister spraw zagranicznych Ławrow oświadczył 7 października, że ​​odpowiedzialność za to ponosi Europa.

Obecna próba zimowego zawieszenia broni podąża tym samym schematem. Według portalu informacyjnego Axios, ma ona na celu wstrzymanie ataków na obiekty energetyczne i transporty zboża oraz ponowne otwarcie portów. W tym celu amerykańscy negocjatorzy spotykają się z przedstawicielami Ukrainy i Europy w Miami, Gerhard Schröder odwiedza Putina z okazji urodzin, a premier Indii Modi wygłosił apel. Uderzające jest to, czyje interesy są poruszane. Zima i amerykańskie wybory uzupełniające 3 listopada wywierają presję na Zachód, a nie na Rosję. Rubio mówi o „patowej sytuacji”, Pieskow się z tym zgadza i nie widzi szans na zawieszenie broni. Rzecznicy Duranu uważają dyplomację za zakończoną i opisują propozycje jako stare pomysły w nowym opakowaniu. Mearsheimer widzi to nieco inaczej: uważa, że ​​w obecnej sytuacji Kijów może poważniej niż dotychczas rozważać negocjacje. Zima pokaże, kto ma rację.

Mit ciosu w plecy już powstaje.

Kiedy porażka staje się oczywista, Zachód potrzebuje kogoś, kogo można obwinić. Rzecznicy Durana przewidują, kto to będzie: Trump. Rozmawiał z Rosjanami w pierwszym roku, a potem skupił się na Iranie; Ukraina poniosła porażkę z powodu niezdecydowanego przywództwa; gdyby wszystko było zapewnione od początku, wszystko poszłoby dobrze. Wniosek jest już wyciągnięty: jeszcze więcej pieniędzy na zbrojenia, a Amerykanie muszą pozostać uwiązani.

To mit o charakterze ciosu w plecy, podobny do tych, które istniały w Niemczech po 1918 roku. Funkcja takich mitów jest zawsze taka sama: chronią one zaangażowanych przed koniecznością ponoszenia odpowiedzialności za własne decyzje i uzasadniają kolejną rundę negocjacji. Mearsheimer wyjaśnia, dlaczego Europejczycy chcą za wszelką cenę utrzymać Amerykanów: postrzegają USA jako gwaranta, że ​​państwa europejskie nie zwrócą się przeciwko sobie, cel, który uspokajał również Związek Radziecki w czasie zimnej wojny, który pragnął nawet dalszego istnienia NATO ze względu na zjednoczone Niemcy. Trump natomiast chce wycofać się z Europy. Strategiczny imperatyw skupienia się na Chinach działa w tym samym kierunku. Jeśli do tego dojdzie, spór o odpowiedzialność za wycofanie połączy się z klęską na Ukrainie.

Co pozostaje

Mearsheimer opisuje punkt wyjścia jako sytuację bez nadziei na europejski porządek bezpieczeństwa, który uwzględniałby Rosję: relacje są zatrute. Uważa decyzję o przyjęciu Ukrainy do NATO za jeden z największych błędów strategicznych w historii nowożytnej, zwłaszcza że Merkel i Sarkozy sprzeciwiali się jej wówczas, a administracja Busha ją przeforsowała. Dziś nie da się tego odwrócić.

Przede wszystkim zima, z którą zmaga się Ukraina, pokazuje, co się dzieje, gdy kraj nie jest podmiotem, lecz towarem w konflikcie toczonym przez innych, którego koszty ponosi. Rachunek jest właśnie pisany. I, jak zawsze, zapłacą ci, którzy go nie rozpoczęli.

Bunt sklepowych zamrażarek

Bunt sklepowych zamrażarek

13. października 2026 Marek Wojcik world-scam/bunt-sklepowych-zamrazarek

Kiedy w poniedziałek rano we francuskich marketach pojawili się pierwsi pracownicy, odkryli, że zamrażarki, zamiast chłodzić, grzały.

Cyberatak we Francji spowodował awarię systemów chłodniczych w supermarketach, co doprowadziło do wzrostu temperatury do 50°C i dotknęło ponad 500 sklepów. Zakłócenie to przerwało łańcuch chłodniczy, co spowodowało konieczność utylizacji ton żywności.
Źródło: Telegram 13.10.2026 r. 08:22.

Osoba bliska premierowi Francji, Sebastienowi Lecornu, poinformowała, że ​​francuska agencja ds. cyberbezpieczeństwa zidentyfikowała już „lukę w oprogramowaniu dostarczonym przez duńską firmę i skontaktowała się z dostawcą”. „Firma współpracuje ze swoimi europejskimi odpowiednikami, gdyż problem może dotyczyć również innych krajów” i stara się „zidentyfikować inne francuskie firmy zaangażowane w tę sprawę, aby je ostrzec” i „zapobiec rozprzestrzenianiu się wirusa” – dodało źródło. Fragment z wczorajszego artykułu na insiderpaper.com: Francuskie supermarkety zostały zamknięte z powodu „bezprecedensowego” cyberataku. Źródło.

„Zapobiec rozprzestrzenianiu się wirusa”? Mamy przecież doskonale wypróbowane metody walki z tym paskudztwem. Proponuję zachowanie odstępu między zamrażarkami. Zgodnie z zaleceniem pana Fauciego tak na 1,5 m. Uchwyty przy drzwiach do zamrażarek trzeba koniecznie zaopatrzyć w maski ochronne. No i najważniejsze: zaszczepić przestarzałe, podatne na ataki urządzenia chłodzące nowoczesnymi szprycami na bazie mRNA. Nie zaszkodziłby także lockdown dla marketów spożywczych. Na co komu przydadzą się podgrzewane mrożonki?

Cyberatak na oprogramowanie duńskiej firmy Danfoss spowodował zakłócenia w działaniu systemów chłodniczych w około 150 sklepach sieci Intermarché i 80 placówkach sieci Carrefour w całej Francji.

Zgodnie z kilkuletnią tradycją zawsze prawdomównych mediów, winnym tego ataku jest bez wątpienia Rosja, a w szczególności Putin. Jak on to robi? I na to pytanie znajdziemy odpowiedź w wiarygodnych źródłach zachodniej propagandy. Otóż w ciemnych podziemiach Kremla, Putin kazał wybudować tajne laboratorium cybernetyczne, gdzie zajmuje się przede wszystkim odzyskiwaniem ze skradzionych na Ukrainie pralek chipów na cele militarne. W wolnych chwilach siada sobie za klawiaturą super komputera i włamuje się do zachodnich sklepów, by zrobić na złość wspaniałym obrońcom prawdziwej demokracji.

Powiecie, przecież ma od tego odpowiednio przeszkolonych fachowców. Pewnie, że ma, ale prawdziwy dyktator nikomu nie ufa i wszystkim musi się sam zajmować.

Putin wywołuje takie alarmy na monitorach porażonych strachem zachodnich korporacji.

Jak na wroga demokracji przystało, Putin potrafi wszystko. Może na przykład spowodować, że twój toster wyrzuci z siebie zamrożone grzanki! Albo pralka odkurzy twoje mieszkanie. W tak absurdalny świat wprowadza nas dzisiejsza telewizja. Musimy się bać i nienawidzić Putina. Na niego trzeba skierować naszą nienawiść za rozkradanie publicznego majątku przez…

Atak cyborga? To przecież nic strasznego – wystarczy zmienić hasło!

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

„Iran powinien zbudować bombę”

„Iran powinien zbudować bombę”:

Wpływowa irańska gazeta wzywa

do opracowania nowej strategii

dotyczącej broni jądrowej

W wielkich czarnych literach gazeta Vatan-e Emrooz z 13 października 2026 roku domaga się : „Iran powinien zbudować bombę”. Gazeta argumentuje, że ataki USA i Izraela wymusiły fundamentalną zmianę irańskiej doktryny nuklearnej. Broń jądrowa jest przedstawiana jako możliwy warunek bezpieczeństwa narodowego.

Nagłówek „Irańska broń jądrowa po wojnie” zajmuje znaczną część pierwszej strony. Pod nim gazeta prezentuje zdjęcie lotnicze zbombardowanego obszaru. Podtytuł zapowiada raport na temat oświadczeń międzynarodowych ekspertów dotyczących konieczności posiadania przez Iran broni jądrowej po wojnie z USA i Izraelem.

Założona w 2008 roku gazeta Vatan-e Emrooz jest jedną z najbardziej znanych konserwatywnych gazet w kraju. Choć nie jest oficjalnym organem władzy, jej poglądy są traktowane poważnie przez establishment polityczny. Dlatego decyzja o umieszczeniu tematu prac nad bombą atomową jako głównego nagłówka jest godna uwagi.

„Stany Zjednoczone same namawiały Iran do zakupu broni jądrowej”.

Gazeta argumentuje, że niedawna wojna zachwiała fundamentalnymi założeniami dotyczącymi militarnej przewagi Stanów Zjednoczonych. Pomimo najnowocześniejszej broni i ogromnych wydatków na obronę, Waszyngton nie osiągnął swoich kluczowych celów wojennych. Co więcej, irańskie ataki rakietowe i kontrola nad Cieśniną Ormuz obnażyły ​​podatność amerykańskich baz i regionalnych szlaków handlowych na ataki.

Kluczowy wniosek: Broń konwencjonalna może nie wystarczyć, aby zapobiec dalszym atakom ze strony USA i Izraela. Vatan-e Emrooz odnosi się do amerykańskiego eksperta ds. energii jądrowej Matthew Bunna z Uniwersytetu Harvarda, który powiedział:

„Ta wojna jeszcze bardziej utwierdziła Iran w dążeniu do osiągnięcia odstraszania nuklearnego”.

Ataki na irańskie obiekty nuklearne nie doprowadziłyby do zaniku istniejącej wiedzy, ale mogłyby zwiększyć motywację do faktycznego rozwijania broni jądrowej.

Mearsheimer: Trump tworzy zachęty do irańskiej bomby atomowej

Cytowany jest również amerykański politolog John Mearsheimer. Według gazety, określił on wojnę z Iranem jako poważny błąd strategiczny Waszyngtonu. USA nie zdołały doprowadzić do zmiany reżimu w Teheranie ani zakończyć irańskiego programu rakietowego i wsparcia dla sił sojuszniczych. Jednocześnie rozwiązania dyplomatyczne stały się trudniejsze. Według Mearsheimera, Trump dał Iranowi i innym państwom silną zachętę do polegania w przyszłości na własnych nuklearnych środkach odstraszających.

Korea Północna jako wzór odstraszania nuklearnego?

Argument ten staje się szczególnie wyraźny w porównaniu z innymi państwami. Vatan-e Emrooz odwołuje się do analiz Chatham House, a także do doświadczeń Iraku, Libii, Ukrainy i Korei Północnej

Podczas gdy Irak i Libia padły ofiarą ataków militarnych, a Ukraina po oddaniu sowieckiej broni atomowej stała się później celem rosyjskiej inwazji, Korea Północna, pomimo swojego programu nuklearnego, uniknęła bezpośredniego amerykańskiego ataku militarnego.

Gazeta cytuje następujące oświadczenie z analizy Chatham House: „Rozmowy nie ochroniły Iranu”.

Wskazuje w ten sposób, że kontakty dyplomatyczne nie mogły zapobiec atakom militarnym. Pytanie zatem brzmi, jaką wartość mają obietnice bezpieczeństwa, skoro nie oferują żadnej ochrony w kluczowym momencie.

„Nie wybór, lecz konieczność”

W ostatniej części gazeta przedstawia własną argumentację dotyczącą polityki bezpieczeństwa. Irańska bomba atomowa nie zagwarantuje wprawdzie absolutnego bezpieczeństwa, ale mogłaby fundamentalnie zmienić kalkulacje potencjalnych agresorów.

Gdyby Waszyngton i Izrael miały świadomość groźby odwetu nuklearnego w odpowiedzi na swoje ataki, mogłyby działać ostrożniej.

Vatan-e Emrooz interpretuje również ostatnie wypowiedzi amerykańskich polityków, w tym ministra spraw zagranicznych Marco Rubio, jako zapowiedź możliwej ponownej konfrontacji.

Gazeta stwierdza, że ​​biorąc pod uwagę istniejące zagrożenia, zmiana doktryny nuklearnej Iranu nie jest już tylko opcją polityczną, lecz koniecznością.

Źródła:

Jeśli wojna nie wystarcza – czy tylko dżuma może pomóc?

Jeśli wojna nie wystarcza – czy tylko dżuma może pomóc?

Date: 12 ottobre 2026 Author: Uczta Baltazara babylonianempire/jesli-wojna-nie-wystarcza-czy-tylko-dzuma-moze-pomoc

Analiza medialna przypadku dżumy na Syberii i powody, dla których traktuję go poważnie.

Powiedzmy sobie szczerze: jeśli ktoś na Syberii umiera na niezdiagnozowane zapalenie płuc, to nie oznacza to, iż powinienem o tym pisać, a wy – czytać o tym.

Jednak ten przypadek wygląda nieco inaczej. Według doniesień regionalnych mediów, 28-letnia pracownica laboratorium wysokiego bezpieczeństwa biologicznego w Irkucku, Daria Shipilova, mogła zarazić się dżumą płucną po tym, jak w laboratorium pękła probówka. Rosja zaprzecza tym doniesieniom, mimo to kilka szpitali zostało objętych kwarantanną (która została już zniesiona). Należy jednak pamiętać, że co roku na całym świecie na dżumę umiera 60–80 osób. Sto lat temu liczba ta sięgała jeszcze setek tysięcy, głównie w Indiach. Można by więc równie dobrze pisać o gorączce denga na Florydzie. Albo o nowych przypadkach eboli w Kenii.

Dlaczego więc budzi zainteresowanie (wciąż zaprzeczana przez stronę rosyjską) domniemana śmierć badaczki z powodu dżumy w laboratorium o najwyższym poziomie bezpieczeństwa?

Cóż, przede wszystkim dlatego, że Rosja jest w stanie wojny, a jeśli wierzyć Friedrichowi Merzowi, to „z Europą”. A na wojnie zegar tyka zupełnie inaczej. Każda wiadomość, która osłabia przeciwnika, jest w wojnie medialnej informacyjnym pociskiem manewrującym. Już z tego powodu potrzebna jest „rosyjska dżuma” (BILD).

Wojna i dżuma: dwa szablony nałożone na siebie

Do tej pory można było z grubsza założyć, że scenariusz wojenny zastąpił scenariusz pandemiczny. Od małpiej ospy po hantawirozę – nic już tak naprawdę nie przyciągało uwagi mediów. Zapas zainteresowania pandemią został całkowicie wyczerpany. Po koronawirusie przyszła Ukraina, a po wirusie – „nowy wróg”: Rosja. Jednak temat wojny budzi obecnie jedynie ograniczone zainteresowanie (pomimo nowej mody niektórych polityków na stroje w kamuflażu); panuje zmęczenie wojną i postawa sprzeciwu. Młodzi ludzie wychodzą na ulice, protestując przeciwko poborowi do wojska i wojnie. Zamiast „Marsz w równym kroku!” zaleca się Merzowi: „Idź się pieprzyć!”

Zarówno temat wojny, jak i temat pandemii potrzebują więc w tej chwili „dawki przypominającej”. W przypadku narracji obowiązuje ta sama zasada co w przypadku wirusów: mikroorganizm (temat) nic nie znaczy, liczy się tylko otoczenie. Więc czy nie należałoby nałożyć na siebie tych dwóch szablonów, zgodnie z mottem „podwójna ochrona jest lepsza”? – W ten sposób wkraczamy na pole wojny biologicznej. Najpierw wrogiem był wirus, teraz pojawia się niebezpieczna bakteria „pochodząca od wroga”. Narracja jest zbyt atrakcyjna, by nie wykorzystać jej propagandowo i nie podkręcić jej skuteczności. Dżuma („czarna śmierć”) pozostawiła w średniowiecznej Europie ślad spustoszenia; samo to pojęcie wywołuje głęboko zakorzenione traumy i lęki.

W polityce nie ma przypadków. A kiedy w mediach nagle pojawia się zbyt wiele „przypadków”, zawsze należy nabrać czujności.

Wyznaczanie agendy

Samo podniesienie tematu jest sygnałem. „Tagesschau” o tym informuje. Waszyngton jest „bardzo zaniepokojony”, Pekin również, a WHO obserwuje sytuację i czeka na odpowiedzi. Jeśli wszystkie trzy strony jednocześnie interesują się przypadkiem zgonu na Syberii, to jest to albo poważny sygnał medyczny, albo poważny sygnał polityczny. Z całą pewnością jest to poważny sygnał medialny.

“Kotwiczenie”

Ten sygnał potrzebuje teraz „kotwicy”: Taylor Swift i Zełenski wprowadzili termin „pacjent zero” do Google Trends praktycznie w tym samym czasie, co wypadek w laboratorium. Obraz Putina jako „pacjenta zero” wojny jest zresztą co najmniej nieco wypaczony. „Pacjent zero” to zazwyczaj pierwsza ofiara choroby, a nie główny wróg. Być może po kilku kreskach kokainy taki obrazek wydaje się bardziej sensowny. Także tekst piosenki Swift „Patient Zero” bardzo trudno jest logicznie powiązać z tematem utworu, który dotyczy jakiegoś złamanego serca. W każdym razie, godne uwagi jest to, że kiedy w Wuhan coś uciekło z laboratorium, każde pytanie na ten temat przez lata uznawano za teorię spiskową. Jeśli chodzi o Irkuck, to odpowiada się na pytanie, zanim jeszcze zostanie zadane.

substack.com/@miloszmatuschek/note

“Kadrowanie”

Jeszcze ważniejsze jest jednak to, że istnieje swego rodzaju schemat narracyjny, coś w rodzaju scenariusza. Coś pobudzającego wyobraźnię. Taki scenariusz podaje nam na srebrnej tacy dziennikarka głównego nurtu Annie Jacobsen. https://en.wikipedia.org/wiki/Annie_Jacobsen

Jej książka „Biological War” (nawiązująca do „Nuclear War”) ukazała się 28 lipca, a w ostatnich tygodniach była mile widzianym gościem w różnych programach informacyjnych. Warto przypomnieć: w czasie pandemii koronawirusa równolegle kręcono film o pandemii, jakby na zamówienie. Klaus Schwab wkrótce potem wydał książkę „Great Reset”. Programowa półfikcja jako przygotowanie do faktów nie jest dla mnie przypadkiem, lecz gatunkiem literackim. Ustalanie narracji to wytyczanie kierunków w mediach, w ramach których można dyskutować o problemie i rozwiązaniu.

Scenariusz Jacobsen wygląda następująco (moje komentarze w nawiasach):

  • W laboratorium o najwyższym poziomie bezpieczeństwa (BSL-4) rosyjskiego Instytutu Vector w Kolzowie na Syberii w mroźną styczniową noc dochodzi do wybuchu. W wyniku tego zdarzenia na zewnątrz przedostaje się syntetycznie zmodyfikowana odmiana bakterii Yersinia pestis. (Wszystko się zgadza: Syberia, Yersinia pestis, laboratorium o najwyższym poziomie bezpieczeństwa i oczywiście w styczniu panuje tam przenikliwy mróz – „Winter is coming”).
  • Zakaźność jest znacznie zwiększona: zamiast naturalnego współczynnika reprodukcji wynoszącego od 1,3 do 3,5, wartość ta wynosi średnio 11, a w ciasnych pomieszczeniach dochodzi do nawet 44 kolejnych zakażeń na osobę. (Co może zrobić państwo, aby spłaszczyć krzywą zachorowań: lockdowny, stan wojenny i stan wyjątkowy, a może przełożenie najbliższych wyborów?)
  • Wbudowana pułapka: czynnik chorobotwórczy zawiera obcy materiał wirusowy, który uaktywnia się dopiero po podaniu antybiotyku i prowadzi do śmierci. Leczenie zabija więc pacjenta, a nie chorobę. (Ergo: antybiotyki są nie tylko nieskuteczne, ale i szkodliwe; potrzebne jest coś innego. Co to mogłoby być? – Może szczepionka?)
  • Pacjentem zerowym w powieści Jacobsen jest naukowiec pracujący w instytucie, który udaje się do kościoła i tam zaraża kolejną grupę osób, po czym wycofuje się do lasu.
  • Znajduje go dziesięciu myśliwych, którzy zarażają się, a następnie rozlatują się po całym świecie przez Nowosybirsk. (A gdzieżby indziej – bo kto wraca do domu z łupem po wyprawie myśliwskiej?)
  • Pewien przedsiębiorca wraz z synami przenoszą patogen do Santo Domingo, co skutkuje setkami zakażeń w siłowni i restauracji.
  • Myśliwy z Syberii, mając 39 stopni gorączki, tańczy w dyskotece we Frankfurcie, a następnie wsiada do samolotu lecącego do Dallas z 420 pasażerami na pokładzie, gdzie wybucha epidemia dżumy płucnej. (Moim zdaniem Hollywood powinno tu nieco poprawić scenariusz: Syberia, Frankfurt, Dallas…).
  • W Los Angeles zdarzenie typu „superspreader” wśród 44 bezdomnych w dzielnicy Skid Row wywołuje reakcję łańcuchową. (Elita będzie zadowolona, że w końcu coś zrobi porządek z tą nędzą).
  • Moskwa tłumaczy wybuch epidemii skażonym mięsem świstaka z targu i nie ujawnia kodu genetycznego. (Od nietoperza z Wuhan do świstaka na Syberii brzmi mało kreatywnie, ale propaganda potrzebuje rozpoznawalności).
  • Zautomatyzowane badanie krwi w Los Angeles wykrywa nieszkodliwą bakterię; decydujące dni zostają zaprzepaszczone.
  • Krajowe zapasy antybiotyków wystarczą jedynie dla niewielkiej części ludności.
  • Plądrowanie aptek, strzelaniny w punktach wydawania leków, zamieszki
  • Ogniska epidemii na statku wycieczkowym i lotniskowcu, oba objęte kwarantanną (to już jakoś znane).
  • Waszyngton uruchamia plany na wypadek katastrof oraz plany ciągłości działania sił zbrojnych, w tym przeniesienie siedziby rządu.
  • Koniec w „Biologicznym Zmierzchu”: upadek porządku demokratycznego, opieki medycznej i infrastruktury.

Rozwiązanie: “pyszny” zastrzyk mRNA z Izraela?

Mamy również potencjalnego bohatera.

W roku 2023, izraelscy naukowcy opracowali szczepionkę przeciwko Yersinia pestis opartą na mRNA, która wykazała 100-procentową skuteczność u myszy. Badania te prowadzono bezpośrednio pod patronatem Kancelarii Premiera, gdzie do dziś jako trofeum stoi strzykawka firmy Pfizer. Netanyahu był wówczas pierwszym, który oddał swój naród firmie Pfizer do celów testowych. Nie wpłynęło to negatywnie na wskaźnik urodzeń (przynajmniej tam). Wkrótce w Izraelu odbędą się wybory. Na naprawę nadszarpniętego wizerunku prawdopodobnie nie wystarczy izraelski hydraulik, który uratował samolot pasażerski przed katastrofą. Poza tym, szczerze mówiąc, jeśli chodzi o mRNA z Izraela: któż by nie stanął po niego w kolejce?

***

«Broń biologiczna istnieje: zgłaszanie jej nie jest oszustwem

Wąglik w 2001 r., aerozolowy wirus Ebola w 2015 r. oraz SARS-CoV-2 w 2020 r. stanowiły budzące obawy badania nad substancjami podwójnego zastosowania [czynnik zakaźny + szczepionka]. Stany Zjednoczone, Izrael i Rosja prawdopodobnie prowadzą badania nad Yersinia pestis w ramach programu DURC. Jeśli został opracowany szczep odporny na antybiotyki i opracowany w formie aerozolu, oznacza to realne zagrożenie dla ludności, co tłumaczy ogromne inwestycje w szczepionki przeciwko dżumie.»

INFO: freischwebende-intelligenz.org/p/wenn-krieg-nicht-reicht-hilft-dann

babylonianempire.wordpress.com/2026/10/07/co-za-zbieg-okolicznosci-juz-w-roku-2019-swiatowe-elity-przeprowadzily-symulacje-miedzynarodowego-kryzysu-sanitarnego-zwiazanego-z-dzuma-plucna

Ukro-amok trwa w najlepsze. Kolejne 14,6 mln zł dla Kijowa

Ukro-amok trwa w najlepsze. 14,6 mln zł dla Kijowa

magnapolonia/ukroamok-trwa-w-najlepsze-146-mln-zl-dla-kijowa

Ponad 14,6 mln zł z polskiego budżetu przeznaczono na projekty pomocowe realizowane na rzecz Ukrainy. Wśród beneficjentów znalazły się organizacje pozarządowe, które mają wspierać ukraińskich weteranów wojennych oraz ich rodziny. Pieniądze przekazano w ramach programu „Polska pomoc rozwojowa” realizowanego przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych kierowane przez Radosława Sikorskiego. Kolejny raz pojawia się pytanie, jak daleko władze zamierzają posunąć się w finansowaniu potrzeb wschodniego sąsiada i czy przy podejmowaniu takich decyzji równie poważnie traktują interesy własnych obywateli.

W Warszawie ukro-amok trwa w najlepsze. Nowe środki wrzucane do studni bez dna jaką jest Ukraina, mają zostać wykorzystane na rehabilitację żołnierzy, pomoc psychologiczną, wsparcie rodzin oraz ułatwianie byłym wojskowym powrotu do życia cywilnego. Wśród organizacji, którym przyznano dofinansowanie, znalazły się m.in. Fundacja Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej z kwotą blisko 2,2 mln zł, Fundacja Inicjatyw Menedżerskich, której przyznano niemal 2 mln zł, oraz Fundacja HumanDoc, z kwotą 1,2 mln zł. Wymienione dotacje stanowią tylko część pakietu, którego całkowita wartość przekracza 14,6 mln zł.

Nie ma wątpliwości, że ranni żołnierze i ich rodziny mogą potrzebować pomocy. Nie oznacza to jednak, że to polski podatnik powinien finansować takie przedsięwzięcia na rzecz Ukrainy, zwłaszcza gdy państwo nie przedstawia obywatelom pełnego bilansu takich wydatków, a dodatkowo ma poważne problemy z utrzymaniem naszej służby zdrowia. Pomoc humanitarna to jedno, a prowadzenie polityki, w której kolejne zobowiązania wobec Ukrainy stają się automatycznie priorytetem, to zupełnie inna sprawa. Właśnie w tym miejscu potrzebna jest publiczna dyskusja o granicach solidarności i odpowiedzialności za własne państwo.

Polacy również mają liczne problemy wymagające nakładów finansowych. Chodzi między innymi o dostęp do świadczeń zdrowotnych, sytuację osób starszych, koszty życia, potrzeby rodzin oraz kondycję usług publicznych. Każda złotówka wydana przez państwo powinna być oceniana w kontekście konkretnych potrzeb i możliwych alternatyw. Tymczasem w debacie dotyczącej Ukrainy często dominuje przekaz, że kolejne formy wsparcia są oczywistą koniecznością, a pytania o ich zasadność można zbyć odwołaniem do solidarności i straszeniem „ruskimi agentami”. Takie podejście nie zastępuje rzetelnej analizy wydatków.

Dodatkowe wątpliwości budzi argument rządu warszawskiego, że wspieranie ukraińskich weteranów rzekomo leży w interesie Polski, ponieważ po zakończeniu wojny część byłych żołnierzy może przyjechać do naszego kraju, gdzie mieszkają ich bliscy. Przedstawiciele organizacji zaangażowanych w projekty wskazują w ten sposób na możliwe przyszłe „korzyści” związane z udzielaną pomocą.

Nie zmienia to jednak podstawowego pytania: dlaczego polski budżet ma finansować te zadania i jakie konkretne korzyści ma z tego odnieść polskie społeczeństwo? Samo powołanie się na przyszłe wyzwania nie zwalnia władz z obowiązku wykazania celowości wydatków, określenia ich rezultatów i zapewnienia skutecznej kontroli nad przekazanymi pieniędzmi.

Co więcej, weterani okrutnych wojen często mają objawy PTSD, a także skłonność do przemocy. Po co w ogóle ich tu ściągać i narażać własnych obywateli na ich agresję? No i przede wszystkim – o co ci ludzie walczą, skoro po zakończeniu wojny mają wyjeżdżać do Polski? Po co im Ukraina, za którą teraz narażają życie?

Problemem nie jest wyłącznie ta jedna, omawiana wyżej dotacja. Chodzi o szerszy model polityki, w którym Polska angażuje środki, zasoby i instytucje we wspieranie Ukrainy, a jednocześnie obywatele coraz częściej widzą, że ich własne potrzeby są spychane na dalszy plan. Solidarność międzynarodowa nie powinna oznaczać rezygnacji z pilnowania narodowego interesu. Państwo ma obowiązek pomagać w sposób przemyślany i w granicach rozsądku, a nie traktować każdej kolejnej inicjatywy pomocowej jako decyzji, której nie wypada kwestionować.

W przypadku programu finansowanego przez MSZ w stanie ukro-amoku należy domagać się jasnych informacji o beneficjentach, wysokości dotacji, kryteriach ich przyznawania oraz sposobie rozliczenia projektów. Opinia publiczna powinna wiedzieć, jakie rezultaty osiągnięto za miliony złotych i czy wydatki rzeczywiście odpowiadają deklarowanym celom. Bez takiej przejrzystości trudno ocenić, czy mamy do czynienia z działaniami pozorowanymi, na których zarobili „swoi”, dodatkowo ściągając niebezpieczeństwo na zwykłych Polaków. Frontowiec z PTSD to nie zwykły chuligan. To człowiek, który potrafi obsługiwać broń i zabijać.

Ławrow przypomniał o geopolitycznych konsekwencjach fake newsów

Siergiej Ławrow przypomniał o geopolitycznych konsekwencjach fake newsów

W dzisiejszych czasach są one nierozerwalnie związane z kreowaniem przyzwolenia na wojnę.

W zeszłym miesiącu rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow wygłosił przemówienie programowe podczas czwartego międzynarodowego forum ‚Dialogue On Fakes’ (Dialog o Fake Newsach), zorganizowanego przez Global Fact-Checking Network (GFCN). Rozpoczął od ostrzeżenia, że „burzliwe strumienie informacji zalewają życie ludzi, a wykorzystanie nowoczesnych technologii może sprawić, iż każda wiadomość – nawet niesprawdzona czy bezczelnie wprowadzająca w błąd – błyskawicznie dotrze do milionów, jeśli nie miliardów osób”. Następnie osądził ofensywę fake newsów Zachodu przeciwko Rosji w szerszym kontekście strategicznym.

Słowami Ławrowa: „Wojna informacyjna przeciwko nam rozpoczęła się na długo przed specjalną operacją wojskową – tuż po tym, jak Rosja (wraz z objęciem urzędu przez prezydenta Putina na początku lat 2000.) zaczęła uwalniać się od neokolonialnych form współpracy z naszymi zachodnimi partnerami, prowadzić niezależną politykę oraz powracać do swoich tradycji, zwyczajów i korzeni”. Wskazał również, jak fake newsy poprzedziły zachodnią agresję na Jugosławię i Irak, zanim przeszedł do przykładów związanych z Rosją.

Zaliczył do nich m.in. rzekome otrucie Skripalów nowiczokiem, okoliczności odrębnego przypadku otrucia Nawalnego i jego późniejszej śmierci, a także niedawną operację typu false flag  z użyciem dronów na lotnisku w Lipsku. Następnie Ławrow poświęcił wiele uwagi opisowi operacji typu ‚fałszywa flaga’  w Buczy – wydarzenia, o którym Rosja, jak stwierdził, nie chce pozwolić zapomnieć, nawet gdy „temat ten zniknął później z międzynarodowej przestrzeni medialnej, jakby nigdy nie istniał”, ponieważ tak dobitnie ukazuje on zakłamanie Zachodu. Był to również moment o kluczowym znaczeniu historycznym.

Ławrow przypomniał wszystkim, że operacja ‚fałszywej flagi’ w Buczy nastąpiła po wycofaniu się Rosji spod Kijowa w ramach ‚gestu dobrej woli’, mającego ułatwić finalizację toczących się wówczas rozmów pokojowych. Następnie wydarzenie to zostało wykorzystane przez byłego premiera Wielkiej Brytanii Borisa Johnsona do przekonania Zełenskiego, by wycofał się z tych negocjacji. Gdyby nie przeprowadzono operacji ‚fałszywej flagi’  w Buczy, Zełenski – w oczach opinii publicznej – nie miałby równie przekonującego (pozornie) powodu do kontynuowania walk. Reszta jest historią.

W kontekście zapobiegania podobnym, brzemiennym w skutki historyczne operacjom typu false flag  w przyszłości, Ławrow powiedział: „Istnieje wiele incydentów takich jak Bucza czy innych, o których wcześniej wspomniano. Oczywiście wymagają one dalszego wyjaśnienia. Jestem przekonany, że organizacja będzie zainteresowana tym, by nie dopuścić do zaśmiecania przestrzeni informacyjnej wierutnymi kłamstwami – kłamstwami, które aktywnie podważają dążenie do zacieśniania relacji, normalizacji stosunków i współpracy między wszystkimi państwami, a zamiast tego sieją niezgodę i nienawiść oraz ukrywają prawdę”.

Co tak naprawdę wydarzyło się w Buczy? – Były francuski żołnierz Adrien Bocquet był tam i prawie przypłacił to życiem.

Znaczenie wystąpienia Ławrowa polega na tym, że przypomniał on wszystkim o geopolitycznych konsekwencjach fake newsów; w przypadkach Jugosławii i Iraku doprowadziły one dosłownie do wojen, a w sytuacji konfliktu na Ukrainie – przedłużyły go do tego stopnia, że niemal pół dekady później stał się on de facto wojną bez końca. Fake newsy mogą zatem nieść ze sobą znacznie poważniejsze skutki niż tylko wywoływanie niechęci do jakiegoś kraju, gdyż obecnie są nierozerwalnie związane z kreowaniem społecznego przyzwolenia na wojnę.

Świadomość tego faktu podkreśla znaczenie GFCN. Bez przesady można stwierdzić, że zadania członków tej organizacji dotyczą kwestii o tak wielkiej wadze, jak wojna i pokój. Celem ich globalnej sieci jest szybkie obalanie fake newsów podżegających do wojny – takich jak przykłady wymienione przez Ławrowa – oraz szeroko zakrojone rozpowszechnianie materiałów prostujących wśród odbiorców, których przyzwolenie na nadchodzącą agresję ma zostać uzyskane właśnie za pomocą tych dezinformacyjnych środków. Dzięki temu można by potencjalnie zapobiec niektórym przyszłym wojnom.

uncutnews.ch/lawrow-erinnerte-alle-an-die-geopolitischen-folgen-von-fake-news

Napisał: Andrew Korybko

Opracował: Zygmunt Białas