Czy zatęsknimy za Putinem?

Stanisław Michalkiewicz 4 maja 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5173

Zatęsknisz jeszcze do mych ust– śpiewała Maryla Rodowicz w słynnej piosence „Ballada wagonowa”. Wymowni Francuzi powiadają, że lepiej tęsknić, niż nie tęsknić wcale, więc nie jest wykluczone, że jeszcze zatęsknimy za zimnym ruskim czekistą, zbrodniarzem wojennym Putinem. Wydaje się to absolutnie nieprawdopodobne, ale okoliczności się zmieniają, a wtedy nawet rzeczy wcześniej absolutnie niemożliwe, mogą nagle stać się możliwe.

Zanim jednak rozwinę ten temat, chciałbym podzielić się dobrą, a nawet znakomitą wiadomością. Oto Pan Bóg, który dotychczas sprawiał wrażenie, jakby nie mógł się zdecydować, po stronie których batalionów stanąć, a pan Przemysław Wiszniewski z „Gazety Wyborczej” nawet myślał, że po prostu śpi – wreszcie zdecydował się przejść na jasną stronę Mocy. Tak przynajmniej wynika z wypowiedzi doradcy prezydenta Zełeńskiego, pana Podolaka. Komentując zagadkowe eksplozje w Rosji przy granicy z Ukrainą wyraził przypuszczenie, że przyczyny zniszczeń rosyjskiej infrastruktury wojskowej mogą być rezultatem „boskiej interwencji” wobec „grzeszników, którzy w wielkanocną niedzielę masowo zabijali mieszkańców Mariupola”.

W takiej jednak sytuacji musielibyśmy przyjąć, że w Królestwie Niebieskim obowiązuje kalendarz juliański, a nie gregoriański, bo według kalendarza gregoriańskiego, niedziela wielkanocna była tydzień wcześniej. Jaki kalendarz zatem obowiązuje – tajemnica to wielka – tym bardziej, że według pana Wiszniewskiego, dopóki trwa wojna na Ukrainie, Zmartwychwstanie powinno być, a właściwie jest odwołane. Tymczasem odbyło się ono jak gdyby nigdy nic, co pokazuje, że jeszcze przed dwoma tygodniami w Królestwie Niebieskim wystąpił brak koordynacji. Na szczęście to już minęło, teraz już Pan Bóg stanął po właściwiej stronie, a to oznacza, że Rosja wojnę już przegrała. Tak w każdym razie uważa pan Antoni Blinken, sekretarz stanu USA, który razem z sekretarzem obrony, panem Lloydem Atkinsem, odbył pielgrzymkę do Kijowa, gdzie został przyjęty przez prezydenta Zełeńskiego. Natomiast sekretarz obrony uważa trochę inaczej – że mianowicie w tej wojnie chodzi o obezwładnienie Rosji.

Z tego wynika, że zwycięstwo w takiej postaci może być jeszcze odległe, o ile w ogóle nastąpi, bo – jak wynika z ustaleń ukraińskiego Sztabu Generalnego – Rosja utraciła na Ukrainie około 3 procent swoich zasobów militarnych, podczas gdy według Ministerstwa Obrony Rosji, Ukraina – znacznie więcej, w niektórych działach aż 100 procent, bo na przykład na 38 okrętów wojennych Ukraina straciła 38. Wypływa z tego jeden wniosek, że mianowicie bez stałych i coraz większych dostaw uzbrojenia i amunicji z zewnątrz, Ukraina nie mogłaby tej wojny kontynuować. Dlatego też 26 kwietnia amerykański sekretarz obrony wezwał do amerykańskiej bazy lotniczej w Ramstein w Niemczech ministrów obrony z 40 zależnych od USA państw i powyznaczał im zadania w zakresie pomocy wojskowej dla Ukrainy.

I tu dochodzimy do kwestii postawionej na początku, to znaczy – do tęsknoty za Putinem. Chodzi o to, ze Putin, wprawdzie toczy na Ukrainie wojnę z całym Sojuszem Atlantyckim, ale jest to „dziwna wojna”. Na przykład jak dotąd Rosjanie nie atakowali ani nie niszczyli ukraińskich linii kolejowych, ani węzłów kolejowych. [Już atakują. Skutecznie. md] Podobnie przez terytorium Ukrainy przebiera ropociąg i gazociąg, przez który tłoczy się do Europy Zachodniej 107 mln metrów sześciennych gazu na dobę. Osobliwość sytuacji polega na tym, że z tego gazu i z tej ropy korzysta też Ukraina, więc nie wysadza ropo – i gazociągu w powietrze, a Rosjanie też nie tylko go nie bombardują, ale nawet nie zakręcają Ukrainie gazowego kurka tak, jak to zrobili Polsce i Bułgarii. Wreszcie dostawy zachodniego uzbrojenia i amunicji docierają na Ukrainę bez przeszkód, umożliwiając Ukrainie kontynuowanie wojny i zadawanie wojsku rosyjskiemu strat w sprzęcie i w ludziach.

Z tego powodu Putina coraz mocniej krytykują rosyjscy wojskowi uważając, że taki sposób prowadzenia wojny nie tylko do niczego nie prowadzi, ale w dodatku jest trudny do logicznego uzasadnienia. Wychodzą z założenia, że nieprzyjaciela trzeba jak najszybciej obezwładnić wszelkimi dostępnymi środkami i na wszelkich polach, tymczasem wojna ograniczona to właśnie albo uniemożliwia, albo w dużym stopniu utrudnia.

Ciekawe, że podobnie było w Wietnamie, gdzie za sprawą sekretarza obrony Roberta McNamary, armia amerykańska, a zwłaszcza lotnictwo, prowadziło ograniczone działania, nie atakując wielu dostępnych celów tylko dlatego, że były one wyłączone w specjalnej liście. Taki sposób prowadzenia wojny powodował spore straty tym bardziej, że Amerykanie nie wojowali tam tylko z Wietnamem, ale – z całym Układem Warszawskim i Chinami na dodatek. McNamara był bowiem wierny swojej doktrynie „elastycznego reagowania”, zakładającej – jak się okazało – naiwnie – że nieprzyjaciel w rewanżu też nie będzie atakował niektórych celów. Oczywiście strona wietnamska ani myślała o takiej kurtuazji, bo w tym przypadku nie chodziło o broń jądrową, której użycia w Wietnamie domagał się senator z Arizony Barry Goldwater. Tymczasem doktryna elastycznego reagowania odnosiła się przede wszystkim do konfrontacji między mocarstwami atomowymi, przewidując, że będą one walczyły na przedpolach, taktownie oszczędzając nawzajem własne terytoria.

Pierwszy pomruk tego niezadowolenia wojskowych dał się słyszeć jeszcze przed świętami, kiedy to jeden z kremlowskich dygnitarzy oświadczył, że Rosja będzie traktowała transporty broni z zagranicy na Ukrainę, jako „legalne cele wojskowe”. Z czysto militarnego punktu widzenia jest to logiczne, ale może doprowadzić do gwałtownej eskalacji działań wojennych i rozlania się wojny poza granice Ukrainy, przede wszystkim na terytorium Polski, która jest głównym punktem tranzytowym tych transportów. Przy takim obrocie sprawy możemy zacząć tęsknić za powściągliwym Putinem, który, wbrew własnym „siłownikom”, prowadził na Ukrainie „dziwną wojnę”. Czy w swoim postępowaniu wzorował się na francuskim mężu stanu Jerzym Clemenceau, który uważał, że wojna jest sprawą zbyt poważną, by ją powierzać wojskowym, czy też jego powściągliwość wynikała z innego powodu – to nieważne, bo ważniejsze jest pytanie, czy „siłowniki” przekonają go do swoich racji, czy on ich – do swoich.

Trenujemy moralne oburzenie

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  •  30 marca 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5151

Jakim błogosławieństwem jest krótka pamięć! Pozwala ona ludziom pozostawać w poczuciu słuszności, a nawet wyższości moralnej, by z tej wieży z kości słoniowej udzielać innym zbawiennych pouczeń. W przeciwnym razie o żadnej słuszności, ani wyższości moralnej nie można by mówić, co ludzi ambitnych musiałoby wprawiać w dysonans poznawczy, a nawet – w przygnębienie.

Błogosławiony charakter krótkiej pamięci jest widoczny ostatnio zwłaszcza w związku z wojną na Ukrainie, która została wykorzystana do dalszego tresowania mniej wartościowych narodów tubylczych do zachowań stadnych. Epidemia zbrodniczego koronawirusa przestała bowiem robić wrażenie, więc tę wojnę treserzy uznali za prawdziwy dar Niebios. W tej chwili nie chodzi już o stadne wzbudzanie paniki z powodu zbrodniczego koronawirua, który, jak zwykle, okazał się taktowny i politycznie wyrobiony.

Teraz chodzi o tresurę w zakresie moralnego oburzenia, które – za sprawą pierwszorzędnych fachowców od wzbudzania masowych nastrojów – pozwalają tresowanym w moralnej czystości czyściochom, uczestniczyć w polowaniach na czarownice w przekonaniu, że całemu światu a nawet Zaświatom oddają przysługę.

Toteż jeden przez drugiego demaskują pod każdym krzakiem ruskich agentów, wymyślają nie tylko zbrodniarzowi wojennemu Putinowi, jego zdemoralizowanym pomagierom, nie mówiąc już o „sołdatach”, którzy właśnie otruli się pasztecikami, podanymi im przez poczciwą ukraińską babuszkę, pewnie kuzynkę ten pani, co to słoikiem z kiszonymi ogórkami, czy może pomidorami – bo różne szkoły rozmaicie to wydarzenie przedstawiają – strąciła zbrodniczego rosyjskiego drona. Pokazuje to, że żywność, czy to w postaci pasztecików, czy kiszonek, na naszych oczach staje się bronią strategiczną. Nie muszę dodawać, że trucie nieprzyjaciół pasztecikami nie tylko nie wzbudza w nikim żadnych moralnych wątpliwości, tylko radość – a to, co dostarcza radości ludziom sprawiedliwym, nie może być moralnie podejrzane. Przeciwnie – najwyraźniej mieści się ono w nakazie miłowania nieprzyjaciół, bo podanie im pasztecików – wszystko jedno; zatrutych czy nie – z pewnością jest aktem miłosierdzia, dzięki któremu nieprzyjaciele ci wcześniej mogą zostać zbawieni, chyba, że zostaliby potępieni za działanie w służbie wojennego zbrodniarza Putina zamiast go zamordować i w ten sposób obalić.

Ta różnica w podejściu do zagadnień moralnych bierze się z rozróżnienia między wojnami sprawiedliwymi i niesprawiedliwymi. Kryterium tego rozróżnienia wydaje się proste: sprawiedliwą jest wojna którą albo my, albo nasi przyjaciele, niechby nawet doraźni, toczą z nieprzyjacielem, zaś wojną niesprawiedliwą jest ta, którą nasz nieprzyjaciel toczy z nami, albo nawet tylko z naszym doraźnym przyjacielem. Wynika z tego, że ta sama wojna może być jednocześnie i sprawiedliwa i niesprawiedliwa. Jak się okazuje, zagadnienia teologii moralnej wcale nie są aż tak skomplikowane, jakby się na pierwszy rzut oka wydawało.

Ta rewolucyjna teoria służy oczywiście podbudowaniu rewolucyjnej praktyki, bo w przeciwnym razie moglibyśmy mieć poważny kłopot z zakwalifikowaniem wojny, jako sprawiedliwej lub nie, a tak to wszystko jest jasne, dzięki czemu JE abp Stanisław Gądecki może nieubłaganym palcem wytykać patriarsze Moskwy i Wszechrusi Cyrylowi sprośne błędy Niebu obrzydłe, ponieważ wzdraga się on z potępieniem zimnego ruskiego czekisty, zbrodniarza wojennego Putina. Postępowanie patriarchy Cyryla jest bowiem tym bardziej godne potępienia, że Putina za zbrodniarza wojennego jednomyślnie uznał Senat Stanów Zjednoczonych, ten sam, który w roku 2017 jednomyślnie przyjął ustawę nr 447, a wiadomo, że co zostanie związane na ziemi, zwłaszcza na ziemi amerykańskiej, będzie związane również w Niebiesiech. W tej sytuacji nikt już nie może mieć wątpliwości, po czyjej stronie stanąć, kogo nieubłaganym palcem piętnować, a kogo podziwiać, jako jasnego idola.

I w tym właśnie momencie daje o sobie znać błogosławiony charakter krótkiej pamięci. Gdyby bowiem nie ona, to moglibyśmy popadać w dysonanse poznawcze. Weźmy na przykład taki kryzys karaibski, który omalże nie skończył się źle. Wszystko zaczęło się w roku 1959, kiedy to Fidel Castro na czele swoich partyzantów, obalił kubańskiego dyktatora Fulgencio Batistę, objął władzę i znacjonalizował wiele amerykańskich przedsiębiorstw, które na Kubie robiły rozmaite interesy. Trudno, żeby coś takiego mogło się Amerykanom podobać, toteż prezydent Kennedy pozwolił Centralnej Agencji Wywiadowczej, by zmobilizowała kubańskich emigrantów i żołnierzy najemnych, którzy obaliliby Fidela Castro i przywrócili na Kubie sprawiedliwość i porządek. W drugiej połowie kwietnia 1961 roku wojska te dokonały inwazji w Zatoce Świń, ale zostały zatrzymane, ponosząc wielkie straty, a ci, którzy nie zginęli, dostali się do niewoli, z której Stany Zjednoczone wykupiły ich później za wielkie pieniądze.

Na wszelki jednak wypadek Fidel Castro zacieśnił stosunki ze Związkiem Sowieckim, którego przywódca Nikita Chruszczow skorzystał z okazji, by na Kubie, pod nosem USA, zainstalować sowieckie pociski nuklearne. Tym razem sprawa była poważna, bo chociaż Kuba, podobnie jak Ukraina, była suwerennym państwem, które w związku z tym mogło przyjaźnić się, z kim tylko chciało i instalować na swoim terytorium takie uzbrojenie, jakie mu się żywnie podobało, to jednak Stany Zjednoczone nie mogły tolerować na Kubie broni, która mogłaby dosięgnąć znacznej części terytorium USA. Toteż prezydent Kennedy zarządził morską blokadę Kuby, a jednocześnie amerykańskie siły strategiczne zostały postawione w stan pogotowia na wypadek, gdyby sowieckie okręty, wiozące na Kubę broń jądrową i inne towary, nie zatrzymały się na rozkaz okrętów amerykańskich. Świat znalazł się na skraju nuklearnej Apokalipsy, ale tajniacy obydwu stron wynegocjowali kompromis, dzięki któremu pokój światowy został uratowany. Sowieci wycofali swoje rakiety z Kuby, w zamian za co Amerykanie wycofali swoje rakiety z Turcji, które wcześniej znalazły się tam w związku z prowadzoną przez USA polityką mocarstwową.

Warto przypomnieć, że mocarstwowość oznacza zdolność państwa do ustanawiania i egzekwowania swoich praw poza swoimi granicami. Egzekwowanie to dokonuje się albo przez podduszanie ekonomiczne, albo za pomocą siły zbrojnej, która oczywiście przechodzi do porządku nad suwerennością danego państwa. Dzięki temu zyskujemy pozór moralnego uzasadnienia, które potem pozwala na rozróżnienie, czy mieliśmy do czynienia z wojną sprawiedliwą, czy nie. Toteż nikomu, a zwłaszcza Senatowi USA, nie przyszło nawet do głowy, by w związku z inwazją w Zatoce Świń uznawać prezydenta Kennedyego za zbrodniarza wojennego. Przeciwnie – za sprawą odpowiedniego urabiania światowej opinii publicznej przez pierwszorzędnych fachowców od masowych nastrojów, prezydent Kennedy był powszechnie uważany za jasnego idola, podobnie jak dzisiaj – prezydent Zełeński.

Podobna sytuacja zaistniała w roku 2001, kiedy to po uderzeniu samolotów pasażerskich w Pentagon, wieże World Trade Center i w ziemię w Pensylwanii Stany Zjednoczone przyjęły doktrynę „ataku prewencyjnego”, przyznając sobie prawo „inwazji na dowolny kraj w dowolnym momencie”, jeśli tylko rząd amerykański uznałby, że z jakichś powodów byłoby to dla USA korzystne. We wrześniu 2002 roku Kongres USA stworzył pozory legalności w postaci rezolucji zezwalającej na użycie sił zbrojnych przeciwko Irakowi. Irak bowiem oskarżany był o posiadanie broni masowej zagłady, co potwierdzali liczni świadkowie, jako że już Rejent Milczek zauważył, że „nie brak świadków na tym świecie”. Prawdziwą przyczyną jednak było to, że Saddam Husjan zaczął się odgrażać, że w transakcjach eksportu ropy odejdzie od amerykańskiego dolara na rzecz euro lub japońskiego jena. Takiej zbrodni żaden miłujący pokój kraj nie mógł już tolerować. Toteż już od początku roku 2002, lotnictwo amerykańskie i brytyjskie, pod pretekstem ONZ-towskiej misji kontrolowania przestrzeni powietrznej Iraku, rozpoczęły nasilające się bombardowania, w celu zniszczenia irackiej obrony przeciwlotniczej. Te rajdy bombowe miały miejsce przed oficjalnym rozpoczęciem wojny na podstawie decyzji Kongresu 11 października 2002 roku. Oczywiście zarówno lotnictwo uderzeniowej koalicji, jak i odziały lądowe, starannie celowały w nieprzyjacielskich żołnierzy, unikając za wszelką cenę trafiania tamtejszych cywilów, a zwłaszcza dzieci. Wiarygodni świadkowie wielokrotnie widzieli, jak amerykańskie samoloty, w obawie przez skrzywdzeniem cywilów lub dzieci, wciągały z powrotem zrzucone już bomby oraz wystrzelone wcześniej pociski, dzięki czemu wszyscy myśleli, że żaden cywil podobno nie zginął.

Tak czy owak, sprawiedliwa wojna doprowadziła do obalenia Saddama Husajna, który nawet został przez niezawisły sąd skazany na śmierć przez powieszenie i powieszony, dzięki czemu nikomu już nie przychodziły do głowy pomysły, żeby dolar pozbawiać funkcji waluty światowej. Pewien kłopot sprawiała broń masowej zagłady, której z zagadkowych przyczyn nikt jakoś nie mógł znaleźć. Dopiero pan red. Bronisław Wildstein, nie ruszając się z Warszawy, wszystko wyjaśnił stwierdzając, że Saddam Husajn ukrył tę broń „w miejscach niemożliwych do wykrycia”.

Świat odetchnął z ulgą, chociaż w Iraku narastał chaos i przemoc, którego amerykańskie wojsko nie potrafiło opanować, aż wreszcie jesienią 2011 roku się wycofało do Kuwejtu, a wtedy się okazało, że mimo wspomnianych środków ostrożności, sami Amerykanie naliczyli aż 126 tysięcy zabitych cywilów, chociaż nie wiadomo, czy były wśród nich dzieci, czy ginęli wyłącznie cywile dorośli. Ale właśnie dlatego, że tak mało cywilów zginęło, prezydent Obama jesienią 2009 roku dostał pokojową Nagrodę Nobla, co pokazuje, że komitet noblowski tak samo miłuje pokój, jak prezydent Obama, który w tym czasie prowadził aż dwie wojny. Ale były to wojny o pokój, jako że każda wojna toczy się przecież o pokój – oczywiście z wyjątkiem wojen niesprawiedliwych, choćby takich, jaką na Ukrainie prowadzi zbrodniarz wojenny Putin – bo to jest wojna o wojnę. Toteż Putin żadnej pokojowej Nagrody Nobla nie dostanie, dzięki czemu jeszcze lepiej możemy się utwierdzić w podziale wojen na sprawiedliwe i niesprawiedliwe.

Myślę, że w takiej sytuacji również JE abp Stanisław Gądecki nie miałby najmniejszych wątpliwości, po czyjej stronie stanąć, co potępić, a co pochwalić, bo jak już padł rozkaz, że w ramach tresury wszyscy mamy wierzyć w to samo, to nie ma rady – wierzymy, albo przynajmniej udajemy, żeby sobie niepotrzebnie nie obciążać pamięci.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Sojusze dzielą się na realne i egzotyczne. Wśród serdecznych przyjaciół…

Stanisław Michalkiewicz Artykuł  •  tygodnik „Najwyższy Czas!”  •  23 lutego 2022

Nikt nam nie zrobi nic, nikt nam nie zrobi nic, bo z nami jest, bo z nami jest Marszałek Śmigły-Rydz” – zapewniały obywateli słowa patriotycznej piosenki. Zresztą – kto by tam zechciał nam coś zrobić, skoro mieliśmy potężnych sojuszników w postaci Wielkiej Brytanii i Francji? Co prawda malkontenci rozsiewali fałszywe pogłoski, jakoby Polsce została przeznaczona rola państwa, które poświęca wszystko, z własnym istnieniem włącznie, dla ratowania mocarstwowej pozycji Wielkiej Brytanii i Francji, jako gwarantek porządku wersalskiego, któremu śmiertelny cios zadało porozumienie niemiecko-sowieckie z 23 sierpnia 1939 roku, zwane „paktem Ribbentrop-Mołotow” – ale kto by tam słuchał jakichś malkontentów, kiedy większości szalenie imponowało, że Wielka Brytania zaproponowała Polsce sojusz? Tak oto już w 1939 roku zostaliśmy sojusznikiem Wielkiej Brytanii i byliśmy nim również w roku 1945, kiedy to w lutym, podczas konferencji jałtańskiej, Polska została odstąpiona Stalinowi.

Wspominam o tym, bo właśnie Wielka Brytania znowu zaproponowała Polsce i Ukrainie sojusz – a historia ma to do siebie, że lubi się powtarzać.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że sojusze dzielą się na realne i egzotyczne. Sojusz realny charakteryzuje się tym, że jeśli jeden z sojuszników traci niepodległość, to taki sam los czeka sojusznika drugiego. Sojusz egzotyczny natomiast charakteryzuje się tym, że jeśli jeden sojusznik utraci niepodległość, to drugi może tego nawet nie zauważyć. Przypominam o tym, bo w tej chwili Naszym Najważniejszym Sojusznikiem są Stany Zjednoczone, no a teraz może nim zostać również Wielka Brytania. Sojusz polsko-amerykański, podobnie, jak i polsko-brytyjski ma wszelkie znamiona sojuszu egzotycznego. Tej egzotyki Polska wyeliminować nie może, bo wynika ona z przyczyn obiektywnych, chociaż Polska mogłaby tę egzotykę zmniejszać – gdyby oczywiście nasi Umiłowani Przywódcy umieli kierować się interesami własnego państwa, a nie iluzjami, w następstwie których chętnie bawią się w mocarstwowość.

Jeszcze jedno warto przypomnieć. Otóż w pierwszej połowie lat 60-tych, ówczesny sekretarz obrony w administracji prezydenta Kennedy’ego, a potem – Johnsona, Robert McNamara, sformułował amerykańską doktrynę wojenną, zwaną „doktryną elastycznego reagowania”. W pewnym uproszczeniu sprowadza się ona do tego, by z nieprzyjacielem haratać się – ale na przedpolach, taktownie oszczędzając wzajemnie własne terytoria. Toteż poczynając od lat 60-tych wszystkie wojny, a potem – wszystkie operacje pokojowe, misje stabilizacyjne i walki o demokrację, toczyły się o przedpola; kto będzie miał ich więcej i jak daleko od własnego terytorium, a jak blisko terytorium nieprzyjaciela.

Kiedy 20 listopada 2010 roku, po 25 latach od rozpoczęcia negocjacji, na szczycie NATO w Lizbonie, ustanowiono nowy porządek polityczny w Europie, który miał zastąpić nieaktualny już porządek jałtański, wydawało się, że klamka zapadła na kilkadziesiąt, może nawet na 100 lat. Najważniejszym postanowieniem tego porządku było oczywiście proklamowane wtedy strategiczne partnerstwo NATO-Rosja, którego najtwardszym jądrem było strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie, a jego kamieniem węgielnym – podział Europy na strefę wpływów niemieckich i strefę wpływów rosyjskich, prawie dokładnie wzdłuż linii Ribbentrop-Mołotow. Zgodnie z tym porządkiem Ukraina pozostawała w rosyjskiej strefie wpływów, podobnie jak Polska – w niemieckiej. Ale pod koniec roku 2013 prezydent Obama wysadził i strategiczne partnerstwo NATO-Rosja i cały lizboński porządek w powietrze, próbując przy pomocy operacji „Majdan” wyłuskać Ukrainę z rosyjskiej strefy. Skończyło się to, jak dotąd, częściowym rozbiorem Ukrainy, która w ten sposób została nieprzyjacielem Rosji. Stany Zjednoczone natychmiast zaoferowały Ukrainie przyjaźń w nadziei, że na terenie tego państwa będą mogły, w razie potrzeby, prowadzić wojnę z Rosją do ostatniego ukraińskiego żołnierza. Teraz z identyczną oliwną gałązką stręczy się Ukrainie i Polsce Wielka Brytania.

Ukraina pręży muskuły, zapewniając wszystkich dookoła, a przede wszystkim – siebie samą – że jest „silna, zwarta i gotowa”, między innymi dzięki mobilizacji czegoś w rodzaju Volksturmu – co przypomina taniec wojenny Masajów, którzy w ten sposób dodają sobie odwagi przed polowaniem na lwa. Żeby jednak nikogo nie ogarnęły wątpliwości, to Amerykanie i Anglicy, a także Polska, która nie przepuszcza żadnej okazji by prowadzić politykę mocarstwową, wysyłają na Ukrainę broń i amunicję „defensywną” – w tym również strzelecką. Wprawdzie o „defensywnej” amunicji strzeleckiej słyszę pierwszy raz w życiu, ale może być to taki sam wynalazek semantyczny, podobny do „obowiązku”, który nie ma nic wspólnego z „przymusem”. Ale nie to jest ważne, bo ważniejsza jest odpowiedź na pytanie, czy Ukraina za te dostawy broni i amunicji płaci, czy nie. Podobnie, jak odpowiedź na pytanie, czy „wzmacnianie” wschodniej flanki NATO, m. in. na terenie Polski, odbywa się na koszt państw wzmacniających, czy też Polska musi zapłacić za „wzmocnienie” w takiej części, jaka na nią przypada? Stawiam to pytanie również dlatego, że na przestrzeni ostatnich 30 lat ukraińscy politycy, niezależnie od „orientacji politycznej” opanowali do perfekcji sztukę obcinania kuponów od prezentowania na terenie międzynarodowym Ukrainy, jako państwa specjalnej troski. Odczuwamy to przede wszystkim w Polsce, która za radą, albo – co jest bardziej prawdopodobne – kierując się poleceniem Naszego Najważniejszego Sojusznika, nie ośmiela się sprzeciwić Ukrainie w żadnej sprawie, nawet w sytuacji, gdy państwo to na swoim terytorium blokuje kolejowy tranzyt do Polski. Gdyby nasi Umiłowani Przywódcy kierowali się interesem własnego państwa, a nie poleceniami Naszego Najważniejszego Sojusznika, to – po pierwsze – wykorzystaliby intencję „wzmocnienia wschodniej flanki NATO” do wzmocnienia kosztem wszystkich państw członkowskich Sojuszu własnej siły militarnej, wysuwając argument, że „lasem polskich dzid narody zasłaniane od podboju, wynuciły pieśń swobody, pieśń miłości, pieśń pokoju” – jak pisał generał Franciszek Morawski – a po drugie – powiązać dostawy „amunicji defensywnej” na Ukrainę od likwidacji blokady polskiego tranzytu kolejowego.

Warto wreszcie wspomnieć, że – jak pisałem uprzednio – napięcie na ukraińsko-rosyjskiej granicy, jest elementem negocjowania przyszłego porządku politycznego w Europie, na miejsce wysadzonego w powietrze porządku lizbońskiego. Rosjanie , wykorzystując okoliczność, że to prezydent Biden wystąpił z taką inicjatywą w czerwcu ub. roku – licytują w górę, nie tylko domagając się gwarancji, że Ukraina nie zostanie przyjęta do NATO, ale również – i to jest ta licytacja w górę – żeby w Środkowej Europie sytuacja wróciła do stanu z roku 1997, kiedy NATO jeszcze nie zostało na Europę Środkową rozszerzone. Ale negocjacje rosyjsko-amerykańskie to jedna sprawa – bo inne państwa europejskie, jak Niemcy i Francja – nie chcą dać się wymiksować z rozmów o politycznym porządkowaniu Europy. Toteż na spotkanie z rosyjskim prezydentem w celu namówienia do „deeskalacji” wybierze się francuski prezydent Macron, a Niemcy na każdym kroku pokazują, że strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie funkcjonuje, jak w zegarku.

Wreszcie, zaraz po madryckim spotkaniu, podczas którego premier Morawiecki bez powodzenia próbował namówić Marynę Le Pen i węgierskiego premiera, Maryna uchyliła się od deklaracji, chroniąc się za murami lojalności wobec prezydenta swojego kraju, zaś Wiktor Orban pojechał do Moskwy, gdzie załatwił dla Węgier nie tylko zwiększenie dostaw rosyjskiego gazu po wcześniejszych, niższych cenach. Okazuje się, że przynależność do NATO, z którego Wiktor Orban nie zamierza bynajmniej Węgier wyprowadzać, wcale nie przeszkadza w prowadzeniu polityki elastycznej, jeśli nawet nie tak bardzo elastycznej, jak w przypadku tureckiego prezydenta Erdogana, to niemniej jednak. Czy nasi Umiłowani Przywódcy, którzy dotychczas wasalizowali Polskę, jak nie wobec jednego, to wobec drugiego kuratora, kiedykolwiek się tej sztuki nauczą?

Marzenia „dziewcząt” i starszych panów

Stanisław Michalkiewicz http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5123 17 lutego 2022

Powiadają, że pośpiech wskazany jest w dwóch przypadkach: przy biegunce i przy łapaniu pcheł. No dobrze – a jak jest w przypadku łapania pluskiew? Nie chodzi oczywiście o insekty, chociaż i z nimi bywają problemy. Melchior Wańkowicz w jednym ze swoich reportaży wspomina pobyt w hotelu – bodajże w Stambule – gdzie w pokoju roiło się od pluskiew. Poszedł do recepcjonisty w nadziei, że on coś temu zaradzi. Okazało się, że funkcję tę sprawuje biały Rosjanin, więc Wańkowicz zwrócił się do niego po rosyjsku: „czort znajet, kłopy…” – „Da, ani prakliatyje, kak abliezut…” – odpowiedział recepcjonista ze zrozumieniem i współczuciem.

W tym przypadku nie chodzi o insekty, ale o urządzenia podsłuchowe, zwane potocznie „pluskwami”. Jak wiadomo, są one powszechnie stosowane w tajnych służbach, a także – wśród kelnerów, zwłaszcza w nieistniejącej już dzisiaj restauracji „Sowa i przyjaciele”, która z tego powodu została natychmiast przez warszawską ulicę przechrzczona na restaurację „Pod pluskwami”. W ogóle były w Warszawie restauracje, które potocznie nazywały się inaczej, niż oficjalnie – na przykład restauracja naprzeciwko warszawskiego Pałacu Mostowskich, w którym za pierwszej komuny była Stołeczna Komenda Milicji Obywatelskiej, a teraz – Stołeczna Komenda Policji. Restauracja ta potocznie nazywana była Pod pałami”. W tym Pałacu Mostowskich byłem w 1988 roku przesłuchiwany przez funkcjonariusza SB w związku z przyłapaniem mnie na przewożeniu „bibuły” – ale ponieważ trwały już przygotowania do „okrągłego stołu”, to skończyło się na tym, że ów funkcjonariusz kazał mi „wypierdalać”. Ciekawe, czy pani Marta Lempart i jej wściekłe przyjaciółki nie czerpią przypadkiem z tego źródła inspiracji dla swego kultowego zawołania?

Zebrało mi się na takie wspominki na wieść, że w zamian za obietnicę powierzenia mu stanowiska przewodniczącego sejmowej komisji śledczej, która ma wyjaśnić nie tylko aferę zbrodniczego „Pegasusa”, ale w ogóle – wszystkie przypadki inwigilacji, bodajże od roku 2005 do 2021 – Wielce Czcigodny Paweł Kukiz zgodził się przejść na jasną stronę Mocy, to znaczy – poprzeć nieprzejednaną opozycję pod wodzą Wielce Czcigodnego posła Pupki, porte parole szefa Volksdeutsche Partei Donalda Tuska – w głosowaniu za powołaniem komisji śledczej, czemu sprzeciwia się obóz „dobrej zmiany”. W ogóle w sprawie inwigilacji przy pomocy zbrodniczego, chociaż z drugiej strony, nie zapominajmy – izraelskiego „Pegasusa– odbyło się w Parlamencie Europejskim wysłuchanie pana mecenasa Romana Giertycha, który wraz z wielce Czcigodnym panem Brejzą, a także – horrible dictu – samym Donaldem Tuskiem – był inwigilowany. Jestem pewien, że po tym „wysłuchaniu” nie znajdzie się w naszym nieszczęśliwym kraju ani jeden niezawisły sąd, który odważyłby się aresztować pana mecenasa Giertycha, nie mówiąc już o skazaniu.

Gdyby tak postępował każdy skrzywdzony przez faszystowski reżym Jarosława Kaczyńskiego, to mogłoby się okazać, że w Polsce w ogóle nie ma, ani nigdy nie było żadnej przestępczości zorganizowanej – tylko czy Parlamentowi Europejskiemu wystarczyłoby czasu, żeby tak wszystkich wysłuchiwać? Tedy w czynie społecznym przypominam, że procedura jest taka; kiedy na schodach usłyszymy kroki, natychmiast odwracamy się na łóżku do ściany i popadamy w nirwanę tak, żeby prokurator przedstawiał zarzuty naszej dupie, dzięki czemu unikniemy statusu osoby podejrzanej, a potem, przez obficie smarowany złotem łańcuch znajomości, albo na zasadzie: róbmy sobie na rękę – załatwiamy sobie wysłuchanie w Parlamencie Europejskim – i po krzyku.

Więc skoro Wielce Czcigodny Paweł Kukiz przeszedł na jasną stronę Mocy, to komisja śledcza na pewno powstanie, tylko – czy cokolwiek wyjaśni? Doświadczenia ostatniej komisji śledczej w sprawie „Amber Gold” pokazują, że prawdopodobnie i ta nie wyjaśni niczego, bo wiadomo, że „nie o to chodzi, by złowić króliczka, ale by gonić go!” Wprawdzie Wielce Czcigodny Paweł Kukiz ma nadzieję, że ta komisja nie przekształci się w kolejną polityczną jatkę, ale wiadomo, że nadzieja, to matka głupich, a poza tym Wiece Czcigodny Paweł Kukiz, kiedy już odda głos za utworzeniem komisji, nie będzie nieprzejednanej opozycji do niczego potrzebny, a kto wie – może nawet go wydymają i nie dadzą mu zostać przewodniczącym?

Bo komisja, która przyznałaby sobie prawo badania przypadków inwigilacji na przestrzeni ostatnich 15 lat, w gruncie rzeczy działałaby przeciwko bezpieczniackim watahom, poczynając od Wojskowych Służb Informacyjnych, poprzez ABW do CBA, dla którzy rząd, za pośrednictwem bezpieczniackiej firmy, kupił zbrodniczego „Pegasusa”. Mowy zatem nie ma, by taka komisja cokolwiek wyjaśniła, poczynając od podstawowej sprawy: ilu będzie w niej zasiadało konfidentów WSI, Urzędu Ochrony Państwa, ABW, CBŚ, CBA, SKW, SWW – i tak dalej, i tak dalej.

W tej sytuacji tyle naszego, że możemy puścić wodze fantazji. „Kłębami dymu niechaj się otoczę, niech o komisji pomarzę, wpółsenny” – że pozwolę sobie w ten sposób strawestować Wieszcza. Kiedy tak puszczam wodze fantazji, to wyobrażam sobie, że komisja wyjaśnia na przykład sprawę operacji „Menora”, w której inwigilacji, a nawet rozmaitym szykanom i psim figlom zostałem poddany wraz z panem profesorem Jerzym Robertem Nowakiem i Waldemarem Łysiakiem. Chodziło o to, że nasza trójka przygotowywała na rocznicę powstania w getcie warszawskim coś tak okropnego, że nawet między sobą utrzymywaliśmy to w ścisłej tajemnicy – ale energiczna akcja ABW zapobiegła katastrofie, w której – jak się domyślam – tylko premie finansowe były prawdziwe. Ta operacja, o której przypadkowo dowiedziałem się z opóźnieniem, prowadzona była w okolicach roku 2012, a więc za rządów Donalda Tuska. Może w tej sytuacji szef Volksdeutsche Partei załatwiłby mi wysłuchanie w Parlamencie Europejskim? W końcu – jak mawiał pewien biskup-sybaryta – „azaliż tylko dla grzeszników Pan Bóg stworzył rzeczy smaczne?” Skoro mógł się tam wyżalić pan mecenas Roman Giertych, to dlaczego nie ja?

Me too – mógłbym powtórzyć tam za panienkami, co to – jak sobie teraz przypominają – były gwałcone przez całe lata – oczywiście z przerwami na sen i na posiłki.

Ale nie tylko na swoich prywatniackich sprawach by mi zależało, bo przecież – puszczamy dalej wodze fantazji – komisja mogłaby wyjaśnić też sprawy związane z prowadzoną przez ABW operacją „Temida, której celem był werbunek konfidentów w środowisku niezawisłych sędziów. Kto nakazał przeprowadzenie tej operacji, kto ją prowadził, ilu niezawisłych sędziów zostało zwerbowanych, jaka była przedtem i potem ich kariera zawodowa, jakie stanowiska zajmują obecnie i do jakiej partii politycznej należą, czy do opozycyjnych wobec rządu partii „Iniuria” i „Themis”, czy też do jakiejś rządowej?

I tak dalej – a przecież są jeszcze Wojskowe Służby Informacyjne, których oficjalnie nie ma – ale ta oficjalna nieobecność jest tylko wyższą forma obecności? Co z nimi? „Bo miewamy często głupie sny, ale potem się budzimy i…” – śpiewał Wojciech Młynarski, który tylko przez modestię nie dodawał, że budzimy się jak zwykle – ale z ręką w nocniku.

Hunter [Biden] nadal pod gazem?[i to – na Ukrainie…]

Stanisław Michalkiewicz http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5122

Felieton  •  tygodnik „Najwyższy Czas!”  •  15 lutego 2022

25 lipca 2019 roku amerykański prezydent Donald Trump miał zwrócić się do ukraińskiego prezydenta Władymira Zełeńskiego, żeby w zamian za 400 mld dolarów pomocy dla Ukrainy, prezydent Zełeński pomógł w „prześwietleniu” interesów Huntera Bidena, syna Józia Bidena, który na Ukrainie wydobywa gaz. Prezydent Trump oficjalnie zaprzeczył, by wysuwał pod adresem prezydenta Zełeńskiego takie propozycje, jednak z zapisu 30-minutowej rozmowy, przygotowanego na podstawie notatek urzędników wynika, że wątek Huntera Bidena i jego ukraińskich biznesów był poruszany.

Nawiasem mówiąc, Hunter Biden prowadził interesy nie tylko na Ukrainie, ale również w Chinach. Tak w każdym razie pisał „New York Post” w roku 2020 – że prowadził on „lukratywne transakcje” z największą prywatną chińską firmą energetyczną.

Podobno Zuckerbergi próbowały zablokować rozprzestrzenianie tej informacji w mediach społecznościowych, co skrytykował Donald Trump. Z publikacji tej wynikało też, że Józio Biden, jako wiceprezydent USA, wymusił na ukraińskich dygnitarzach zwolnienie prokuratora Wiktora Szokina, który prowadził dochodzenie w sprawie biznesów Huntera Bidena w firmie „Burisma Holding. Prawnik Huntera Bidena uznał te rewelacje za „teorie spiskowe”, wymyślone i kolportowane przez Rudi Giulianiego. Ale z twardego dysku odczytanego w Delaware z komputera należącego do Bidenów wynikało, że wiceprezydent Józio Biden młotował prezydenta Poroszenkę, by usunął on Szokina ze stanowiska prokuratora generalnego, bo jak nie, to Ukraina nie dostanie miliarda dolarów. Po takiej poważnej zastawce Szokin został usunięty, więc miliard trafił do prezydenta Poroszenki, który już tam z pewnością wiedział, jaki z niego zrobić użytek.

Nawiasem mówiąc, związki z firmą „Burisma” miał też Aleksander Kwaśniewski, który Hunterowi Bidenowi wystawił prawdziwą laurkę, że jest „kompetentny”. „Zbierał informacje. Był użyteczny, bo wiedział coś, czego my nie wiedzieliśmy”. Skąd „wiedział”? Aaaa, to tajemnica. Taka recenzja wystawiona przez Aleksandra Kwaśniewskiego, w którego biznesowe kompetencje nikt przecież nie ośmieliłby się wątpić sprawia, że niepodobna nie lubić Huntera Bidena, mimo jego skłonności do prochów i wódeczki, co zresztą z talentem opisał – m.in. jak bzykał szwagierkę i jakąś striptizerkę. Podobno w roku 2020 GRU przeprowadziło cyberatak na firmę „Burisma Holding”, a skoro Hunter Biden dostarczał tam zbierane wcześniej informacje, to GRU też pewnie chciało z nich skorzystać. Dodajmy, że „Burisma” to firma gazowa, należąca do oligarchy nazwiskiem Mykoła Złoczewski. Płacił on Hunterowi Bidenowi 50 tys. dolarów miesięcznie plus prowizje, dzięki czemu przez 16 miesięcy od kwietnia 2016 roku trafiło na jego konta ponad 3 mln dolarów. Zresztą od innych np. rosyjskiej bizneswoman Heleny Baturiny, też brał i to całkiem sporo. Daj Boże każdemu, ale problem w tym, że nie każdy po ojcu może nazywać się Biden, podobnie jak nie każdy ojciec jest wiceprezydentem USA i z ramienia tamtejszego rządu nadzoruje suwerenną Ukrainę.

Wspominam o tym wszystkim, by pokazać, że związki prezydenta Józia Bidena z Ukrainą nie datują się od niedawna, podobnie, jak związki z tamtejszymi oligarchami. Zresztą Ukraina jest swoistą federacją oligarchów, którzy mają swoje partie i swoich parlamentarzystów. Nie tylko zresztą parlamentarzystów, bo i prezydentów. Na przykład obecny prezydent Wołodymir Zełeński, jest wynalazkiem oligarchy z pierwszorzędnymi korzeniami Igora Kołomojskiego, obywatela Ukrainy, Izraela i Cypru, więc „Gazeta Wyborcza” nie może się go nachwalić.

Kontroluje on bowiem wiele mediów dla Ukraińców, dzięki czemu – podobnie jak żydowska gazeta dla Polaków – może informować światową opinie publiczną o takich faktach prasowych, jakie są akurat potrzebne. Dobrze jest o tym wszystkim pamiętać, byśmy wiedzieli, o co walczymy i za co zginiemy – jak to mówili partyjniacy za pierwszej komuny. Bo wiadomo; za Ukrainę bić się trzeba – o czym wie każde patriotyczne dziecko, a także wszyscy patrioci dorośli.

Zagraża jej bowiem zimny ruski czekista Putin, któremu najwyraźniej mało tego, co już sobie uzbierał i chciałby uzbierać sobie jeszcze więcej, na przykład – oskubać trochę Igora Kołomojskiego. Ale prezydent Józio Biden (nawiasem mówiąc, ciekawe, czy Hunter Biden nadal robi na Ukrainie interesy, czy też posłuchał ojca i ewakuował się w miejsce bezpieczne?) pokazuje zimnemu ruskiemu czekiście Putinowi gest Kozakiewicza i powiada: tu się zgina dziób pingwina – dlatego pingwina, że okazało się iż wśród pingwinów są sodomczykowie, więc Jego Ekscelencja Mark Brzeziński, amerykański ambasador w Warszawie, będzie miał „z natury” argument nie do zbicia, by skutecznie wytresować tubylców w kierunku nieubłaganego postępu.

Mniejsza jednak o pingwiny, bo ważniejsze, że prezydent Józio Biden wysyła na Ukrainę broń, podobnie jak Wielka Brytania, która nawet zaproponowała Ukrainie i Polsce sojusz, podobnie jak w roku 1939 i 1945. Naszym Umiłowanym Przywódcom oczywiście – podobnie jak i wtedy – szalenie to imponuje, więc w podskokach wysyłają na Ukrainę amunicję, chyba w dodatku za darmo, bo – po pierwsze – tak nam przykazał Nasz Najważniejszy Sojusznik, a po drugie – bo ukraińscy oligarchowie opanowali do perfekcji sztukę obcinania kuponów od prezentowania Ukrainy, jako państwa specjalnej troski – coś na podobieństwo upośledzonego umysłowo dziecka, któremu lepiej się nie sprzeciwiać, bo albo sobie zrobi krzywdę, albo podpali dom, albo popodrzyna wszystkim gardła.

Nie na wszystkich to działa, ale na naszych Umiłowanych Przywódców – jak najbardziej, zwłaszcza, że tak nam przykazał prezydent Józio Biden, który nawet przysłał nam 2 tysiące żołnierzy, żeby obronili nas przed złym ruskim czekistą Putinem. To się nazywa wzmacnianiem wschodniej flanki NATO – ale broni za darmo już nam nie daje, podobnie jak Wielka Brytania w 1939 roku. Ale bo też Hunter Biden nie robił żadnych interesów w Polsce, podczas gdy na Ukrainie – jak najbardziej.

Tymczasem zimny ruski czekista Putin nic, tylko knuje przeciwko Ukrainie spiski, których plany, jeden po drugim, mu „wyciekają” i zaraz wywiad amerykański podaje je do publicznej wiadomości, podobnie jak kiedyś rewelacje o broni masowej zagłady, którą miał posiadać straszliwy Saddam Husajn.

Na pewno to wszystko prawda, więc nie ma rady; si vis pacem para bellum, bo wiadomo, że nie ma wojny, która nie toczyłaby się o pokój. O wojnach o wojnę nikt przecież nie słyszał.

Zatem – jak powiada Wieszcz – „dzieło zniszczenia w dobrej sprawie jest święte, jak dzieło tworzenia” – a czyż jest coś lepszego niż męczeństwo „za wolność waszą i naszą”?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”

Dekompozycja

Stanisław Michalkiewicz tygodnik „Goniec” (Toronto)  •  13 lutego 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5121

To słowo znane jest jeszcze z czasów II Rzeczypospolitej, kiedy po śmierci Józefa Piłsudskiego obóz piłsudczykowski zaczął się rozpadać.

Ponieważ ideałem Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego jest przedwojenna sanacja, to nic dziwnego, że w jej naśladowaniu musiało dojść również do etapu dekompozycji. Nie tylko wewnątrz obozu „dobrej zmiany”, nie tylko ze względu na strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie, które jak dotąd funkcjonuje, jak w zegarku, ale również dlatego, że od roku 2016 Niemcy prowadzą przeciwko Polsce wojnę hybrydową – aktualnie pod pretekstem praworządności. W tej wojnie wykorzystane są już wszystkie instytucje Unii Europejskiej, z Komisją Europejską i Europejskim Trybunałem włącznie.

Możemy przekonać się o tym właśnie teraz, kiedy – mimo protestów z polskiej strony, że kara za kopalnię „Turów” jest „bezprawna” – Komisja Europejska właśnie oświadczyła, iż potrąciła sobie te 70 mln euro z pieniędzy, jakie teoretycznie należały się Polsce z tytułu Funduszu Odbudowy. Skłoniło to Wielce Czcigodnego europosła Adama Bielana do wysunięcia pomysłu, by Polska z tego Funduszu w ogóle zrezygnowała. Wywołało to w Sejmie wściekłe ataki ze strony obozu zdrady i zaprzaństwa, co wzbudza podejrzenia, że skóra na niedźwiedziu mogła już zawczasu zostać podzielona.

A przecież te 70 mln euro to nie wszystko, bo licznik codziennie wybija milion euro z tytułu drugiej kary za zwlekanie z nakazanym przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości rozpędzeniem Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Od października uzbierało się już tego całkiem sporo; do połowy lutego może to być już około 120 mln euro, a końca nie widać. Wprawdzie prezydent Duda przedstawił projekt obliczony na to, by wilk był syty i owca cała, to znaczy – zastąpienia Izby Dyscyplinarnej Izbą Odpowiedzialności Zawodowej, ale sędziowie z antyrządowej partii „Iniuria” już ten pomysł wyśmiali, wyjaśniając, że nie tyle chodzi o Izbę, co o to, że w Sądzie Najwyższym i w innych zasiadają sędziowie „nielegalni” tzn. rekomendowani przez „nową” Krajową Radę Sądownictwa.

Na domiar złego środowisko skupione wokół ministra sprawiedliwości deklaruje, że prezydenckiego projektu nie poprze, co oznacza, że może on podzielić los „lex konfident”, która została odrzucona m.in. przy pomocy 24 głosów obozu „dobrej zmiany”. Jeśli tedy Polska ma nie zostać puszczona w skarpetkach, to nie ma rady – będzie musiała się ugiąć, rozpędzić Izbę Dyscyplinarną, żeby już całkiem nie demolować finansów państwowych, no i oczywiście pogodzić się z tym, że co upadło, to przepadło – bo Komisja Europejska z pewnością wykorzysta precedens „Turowa” i potrąci sobie nabite przez licznik kary z resztek Funduszu Odbudowy i z tego, co tam jeszcze zostanie.

Na to wszystko nakłada się w dodatku sprawa zbrodniczego „Pegasusa”, do którego w charakterze ofiary usiłował podłączyć się pan Hołownia, ale kanadyjska firma jego kandydaturę na męczennika odrzuciła. Obóz zdrady i zaprzaństwa domaga się powołania sejmowej komisji śledczej, ale wszystko zależy od Wielce Czcigodnego Pawła Kukiza, który gotów jest poprzeć powołanie tej komisji pod warunkiem, że zostanie jej przewodniczącym. Oprócz niego miałoby być jeszcze dwóch wiceprzewodniczących; jeden z obozu zdrady i zaprzaństwa, a drugi – z obozu „dobrej zmiany”. Kiedy badane byłyby przypadki inwigilacji w czasach rządów Donalda Tuska i Ewy Kopacz, to pracami komisji kierowałby wiceprzewodniczący z „dobrej zmiany”, a kiedy badane byłyby przypadki inwigilacji przez „dobrą zmianę”, to przewodniczyłby wiceprzewodniczący z obozu zdrady i zaprzaństwa. Wielce Czcigodny poseł Pupka wolałby jednak na stanowisko przewodniczącego tej komisji wysunąć pobożnego posła Jarosława Gowina, który po powrocie z kuracji już nie może się doczekać, by Naczelnikowi Państwa zadać dzięgielu, ale na wszelki wypadek sam przezornie wysuwa kandydaturę Wielce Czcigodnej pani Sroki.

Tymczasem po skrytykowaniu przez samego Naczelnika Państwa „Polskiego Ładu” już nie podoba się on tak bardzo nawet rządowej telewizji, ale to jeszcze nic, bo wszyscy czekają na przetasowania w rządzie. Swoją dymisję na wypadek odrzucenia „lex konfident” zapowiadał pan minister Niedzielski, ale głównym kozłem ofiarnym jak na razie został pan Kościński, który był ministrem finansów. Biuro Polityczne PiS podobno rozważa różne kandydatury, np. Pawła Nowaka, którego nominacja na to stanowisko oznaczałaby moim zdaniem, że wojskówka ponownie przejmuje kontrolę nad sektorem finansowym.

Fałszywe pogłoski nie omijają nawet premiera Morawieckiego – że to niby ma zostać prezesem NBP. Byłaby to już prawdziwa wisienka na torcie. Coś może być na rzeczy, bo podczas skromnej uroczystości z okazji 3 rocznicy śmierci b. premiera Jana Olszewskiego, fotografowie uchwycili moment, gdy podczas wymiany zdań z Antonim Macierewiczem, premier Morawiecki wprost przeszył go na wylot wzrokiem. Wygląda na to, że Antoni Macierewicz musiał przekazać mu jakiś niedobry komunikat, skoro tak to pana premiera wzburzyło.

Jakby tego było mało rośnie napięcie w związku z sytuacją na pograniczu rosyjsko i białorusko- ukraińskim. Zimny ruski czekista knuje coraz to nowe spiski przeciwko „suwerennej Ukrainie”, a ich plany natychmiast „wyciekają” do Amerykanów, którzy przedstawiają je opinii publicznej, podobnie jak to było z rewelacjami na temat broni masowej zagłady, posiadanej przez Saddama Husajna. Wtedy okazało się, że to były fakty prasowe, ale teraz, to co innego; teraz to chyba wszystko naprawdę. Toteż Amerykanie wysyłają na Ukrainę broń, a w ich ślady truchcikiem podąża Polska, przekazując Ukrainie amunicję i uzbrojenie za darmo.

Na szczęście nie wpłynie to na zdolność bojową naszej niezwyciężonej armii – a przynajmniej tak uważa się w kręgach zbliżonych do Ministerstwa Obrony. W dodatku Wielka Brytania znowu zaoferowała Polsce – Ukrainie też – sojusz, podobnie jak w roku 1939 i 1945. Jak widzimy, niepokojących analogii jest całkiem sporo, więc nic dziwnego, że prezydent Macron nie chcąc, by Francja została z tej walki o pokój wymiksowana, odbył 5-godzinną rozmowę z czekistą Putinem, który jednak nawet go ofuknął, jako że wcześniej dogadał się z Chińczykami, co pozwoliło mu przerzucić na Białoruś dywizje syberyjskie. Niemiecki kanclerz Scholz podczas konferencji prasowej z prezydentem Józiem Bidenem pławił się w ogólnikach, a na pytania o losy gazociągu Nord Stream 2 udzielał odpowiedzi wymijających, podczas gdy prezydent Biden oświadczył, że jeśli Rosja zaatakuje Ukrainę, to będzie to koniec Nord Stream 2.

Co to konkretnie oznacza – nie wiadomo – ale cokolwiek by to konkretnie nie oznaczało, świadczyłoby o dekompozycji również wewnątrz NATO.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Akademia Nauk im. Pawki Morozowa?[PAN ! pam, pam…]

Za Stalina (“za Stalina – dyscyplina”) jednym z niezliczonych gierojów Związku Radzieckiego był Pawlik Morozow. Gierojem został z tego powodu, że za namową matki, która chciała zrobić na złość mężowi – złożył donos na własnego ojca, który miał pomagać uciekinierom z łagrów.

Stanisław Michalkiewicz https://prawy.pl/118299-stanislaw-michalkiewicz-akademia-nauk-im-morozowa-felieton/

——————————

…Ojciec oczywiście nie przeżył tego eksperymentu, ale oprócz plusów dodatnich miało to też plus ujemny – bo bez męża matka nie była w stanie utrzymać rodziny. Ale ten plus ujemny został przez Pawlika Morozowa przekuty w plus dodatni. Zaczął mianowicie regularnie donosić na chłopów ukrywających zboże – ale już za pieniądze, jako tzw. “seksot” (skrót od rosyjskich słów: siekrietnyj satrudnik, czyli tajny współpracownik). Z tego powodu został zabity i jako męczennik za świętą sprawę socjalizmu został gierojem, w którym upodobał sobie sam Ojciec Narodów.

Kiedy po II wojnie światowej Polska została przez swoich sojuszników (“niech żyją nasi sojusznicy, Amerykanie i Anglicy!), oddana Józefowi Stalinowi, co to “usta słodsze miał od malin”, po etapie oswajania, Polska wkroczyła w etap ostrej sowietyzacji.

Jednym z jej elementów było zlikwidowanie Polskiej Akademii Umiejętności i Warszawskiego Towarzystwa Naukowego, na miejsce których partia w 1951 roku utworzyła Polską Akademię Nauk. Celem tej instytucji było utrzymywanie w ryzach naukowców oraz ustalanie i podawanie do wierzenia prawd, które musiały być przyjmowane “powszechnie i bez zastrzeżeń”. Pierwszym prezesem PAN był biolog Jan Dembowski, który w normalnych, przedwojennych czasach, był profesorem Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Po zajęciu miasta przez Sowietów, zaczął duraczyć tam studentów marksizmem-leninizmem, po wojnie został attache naukowym przy ambasadzie polskiej w Moskwie, zaś od 1952 roku – prezesem PAN, gdzie oddawał się m.in. popularyzowaniu łysenkizmu. Łysenkizm, podobnie jak marksizm-leninizm, był to rodzaj pseudonaukowego szamaństwa, w którym właśnie z tego powodu Józef Stalin szczególnie sobie upodobał, a które tacy stalinowcy, jak np. członek PAN Kazimierz Petrusewicz propagowali aż do lat 60-tych, chociaż Stalin już nie żył, więc wcale nie musieli.

Potem, to znaczy w latach 1957-1962 prezesem PAN był filozof Tadeusz Kotarbiński, sportretowany przez Janusza Szpotańskiego w postaci “Teofoba Doro”; “Teofoba” – bo prof. Kotarbiński był zapamiętałym ateistą. Toteż w “Pleplutkach Teofoba Doro” pisze m.in: “Widząc jak Piotra męczy starość i zgrzybiałość, ogarnia Jana litość i serdeczna żałość. Więc powiada do niego: Piotrze, masz sklerozę. Czas po temu, byś zażył cyjankali dozę. Tako rzekłszy, z uśmiechem wręcza mu ampułkę. Lecz Piotr mu nie dowierza; kładzie ją na półkę, potem przez roztargnienie wyrzuca ją w wodę. Tak i sobie nie ulżył i zatruł przyrodę.”

W pleplutce zatytułowanej “Pognębienie krytyka”, czytamy z kolei: “Pewien krytyk zawistny, w którym żółć się kwasi, powiedział, żem jest głuptak i że mózg mam ptasi. Atoli zmilkł, gdym spytał: Zali to jest fraszka, wejść między profesory, gdy się ma mózg ptaszka?”

W tamtych czasach wszystko było jednak możliwe; ludzie rośli wraz z krajem i np. Jan Olszewski wspomina, jak to wybitnym naukowcem i działaczem państwowym został znakomicie ukorzeniony dawny lwowski szewc. Takie były szybkie ciężki awansu społecznego.

W miarę jednak gdy komunizm zaczął coraz głębiej zapadać na uwiąd starczy, Polska Akademia Nauk zwolna powracała do normalności – oczywiście jak na garbatego, bo partia i bezpieka nigdy nie przestały jej nadzorować. Po sławnej transformacji ustrojowej proces ten nawet jakby przyspieszył, ale historia, jak wiadomo, się powtarza tym bardziej, że po okresie pieriedyszki, w rewolucji komunistycznej znowu zaczynamy wchodzić w etap surowości, ze wszystkimi jego atrakcjami. Proces ten nie omija Polskiej Akademii Nauk, która najwyraźniej zaczyna wracać do swoich korzeni i najwyraźniej staje w awangardzie komunistycznej rewolucji.

Właśnie mój Honorable Correspondant nadesłał mi “Regulamin przyjmowania i wyjaśniania zgłoszeń w zakresie naruszeń prawa Unii”, stanowiący załącznik do zarządzenia Dyrektora Zakładu Historii Nauki PAN nr 2, z dnia 20 stycznia 2022 roku. Jest tam zawarty wokabularz, wyjaśniający znaczenie terminów nowej politgramoty.

Na przykład “Operator”. “Jest to osoba fizyczna lub prawna, świadcząca na rzecz Instytutu obsługę wewnętrznego kanału zgłoszeń”. Oczywiście “operator” sam niczego nie zgłasza, tylko – jak to w bezpiece – prowadzi “działalność operacyjną”. A w działalności operacyjnej wykorzystuje się konfidentów. To znaczy – tak było do niedawna, bo od niedawna konfidentów już nie ma, a na ich miejsce zjawili się “sygnaliści”. Toteż “Regulamin” precyzyjnie definiuje, kto jest “sygnalistą”. Otóż jest to “osoba fizyczna dokonująca zgłoszenia, która zgłasza lub ujawnia publicznie informacje na temat naruszeń, uzyskane w kontekście związanym z wykonywaną przez nią pracą, w szczególności, pracownik Instytutu, osoba, z którą rozwiązana została umowa o pracę lub uczestniczyła w procesie rekrutacji do pracy, a także osoba która świadczy pracę na podstawie innej, niż stosunek pracy, w tym na podstawie umowy cywilnoprawnej na rzecz Instytutu.

Z kolei w następnym dokumencie, to znaczy – w “Informacji na tablicę ogłoszeń, stronę internetową oraz dla pracowników” zawarty jest gorący apel do “sygnalistów”: “Sygnalisto! W Instytucie Historii Nauki im. Ludwika i Aleksandra Birkenmajerów Polskiej Akademii Nauk, funkcjonuje wewnętrzny kanał dokonywania zgłoszeń dotyczących naruszeń prawa Unii Europejskiej. Jeśli masz wiedzę lub podejrzenia na temat nieprawidłowości, które posiadłeś w związku z pracą wykonywaną na rzecz Instytutu lub jego podwykonawców, albo dążeniem do zawarcia umowy, masz możliwość zgłoszenia tego. Otrzymasz gwarancje poufności oraz ochrony, jaka należy się sygnalistom (ochrona o której mowa w dyrektywie Parlamentu Europejskiego i Rady UE 2019/1937 a dnia 23 października 2019 roku w sprawie ochrony osób zgłaszających naruszenia prawa Unii). (…) Zgłoszenia możesz dokonać na dwa sposoby: listownie, na adres Instytut Historii Nauki im. Ludwika i Aleksandra Birkenmajerów Polskiej Akademii Nauk, ul. Nowy Świat 72, 00-330 Warszawa z dopiskiem “Sygnalista” umieszczonym na wierzchniej części koperty bez konieczności wskazywania nadawcy lub osobiście, po wcześniejszym umówieniu się za pośrednictwem poczty elektronicznej (sygnalista.ihn@bims.info).

Autorem zarządzenia, z którego wynikają wspomniane “regulaminy” jest pan prof. Dr hab. Jacek Soszyński – co podaję do wiadomości, ażeby prawdziwa cnota i gorliwość w służbie praworządności i służbie bezpieczeństwa sygnalistów nie pozostała bez nagrody.

A my się tak kokosimy z tym izraelskim “Pegasusem”!

Podbój Kosmosu

Podbój Kosmosu

Felieton    tygodnik „Najwyższy Czas!”    8 lutego 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5118

Panie Piperman, pan lecisz na Marksa?

Panie Biberglanc, czy pan mnie nie obrażasz? Pan mnie bierzesz za sodomczyka? Pan nie pamiętasz operacji „Hiacynt”? Pan nie wiesz, że po tej operacji żadnego sodomczyka w resorcie już nie było?

Co pan mówisz takie rzeczy! Dlaczego ja miałbym panu brać za sodomczyka? Ja wiem, że pan jesteś porządny czekista, jak przykazał Stalinu. Co mnie pan tu opowiadasz o hiacyntach?

Ja pana opowiadam o „Hiacyntu”, bo pan mnie pytasz, czy jak lecę na Marksa. Jak ja bym leciał na Marksa, to ja nie tylko byłbym sodomczykiem, ale sodomczykiem-nekrofilem!

Ajajajajajajaj! Ja panu bardzo przepraszam, ja chczałem panu zapytacz, czy pan lecisz na Marsa – a tu wyszło, jak zawsze. Ale pan sam rozumisz, że komu, jak komu, ale nam, starym czekistom, muszą się przytrafiać takie freudowskie pomyłki.

Nu dobrze już, dobrze. O freudowskie pomyłki to ja też wiem i ja sze na panu nie gniewam – ale powiedz pan, jak czekista czekiście – co pana przyszło do głowy z tym Marsem? Pan coś wiesz? Teraz nie będą już zsyłali na Kołymę, tylko na Mark… tfy!, widżysz pan, mnie też sze przytrafiła freudowska pomyłka, ale to tak zawsze, jak ja sze trochę zdenerwuje.

Nu, ja nic nie wiem o żadne zsyłki. Ja nie chczałem panu zaniepokoicz, ani zdenerwowacz. Ja nie wiedżałem, że pan taki nerwowy. Przeczesz Stalinu już 69 lat, jak nie żyje – a pan czągle o ta Kołyma?

Nu tosz mnie pan trochę uspokoił, choczasz z drugiej strony, to człowiek nie zna dnia ani godżyny. Tak mówi mój żęcz, co to pracuje w ABW – ale prywatnie, to bardzo porządny człowiek. No dobrze, ale jak nie będże Kołyma, to po co panu wiedżecz o tego, jak mu tam – Marsa? O co pana biega, panie Biberglanc?

Mnie o nic nie biega, ja tylko trzymam rękę na pulsze, ja słucham, co brzdąka w trzczynie, bo pan wiesz, taki to już nasz nawyk.

No to trzymaj pan rękę na tym pulsze – ale co to ma wspólnego z Marsem? Pan chcesz tam robicz jakiś interes?

I tu masz pan Recht, panie Piperman. Ja nie wiem, czy ja zrobię tam jakisz interes, ale inne czekisty może zrobią.

A dlaczego czekisty mają robicz interes akurat na Marsu, jak ony mogą robicz interes na Pegasusze? Teraz głupie goje sze o niego awanturują, ale jak sze już wygdaczą, jak pierze i kurz po tych walkach kogutów opadnie, to znowuż będże można wszystkich kontrolować przy pomocy tego Pegasusa, co go – jak pan wiesz – w ogóle nie ma! Jak ony mogą robicz wyrzuty resortowej czekistsce, co to Michniku ją nawet zlustrował?

Ach ten Michniku! Ja myszlę, że on już nie kontroluje tego swojego Judenratu, że tam sze panoszy ten – wi hajst der goj? – o! Ten Kurski, co to jego brat służy u Kaczyńskiego.

Pan myszlisz, że on jest goj? Ja nie uważam; ony, uważasz pan, podżeliły sze rolami; jeden służy u Michniku, a drugi – u Kaczyńskiego i w ten sposób kontrolują niezależne media głównego nurtu. Myszlisz pan, że głupie goje potrafiłyby cosz takiego?

Ja nigdy nic nie myszlę, a w ogóle to my wchodżymy teraz w jakiesz szczegóły, a ja sze panu zapytowywuję, czy pan leczysz na Marsa?

A dlaczego ja miałbym leczecz na Marsa?

Ja widzę, że pan jednak nie trzymasz ręki na pulsze, jak pan nie wiesz, że ludże szykują sze do podboju „czerwonej planety”.

Ludże? Jakie ludże? Jak to czerwona planeta, to nie ma co wpuszczacz tam jakiesz ludże! Jeszcze tego brakowało, żeby wszystkie ludże szwendały sze po czerwonej planecze! Stalinu przewróczyłby sze w grobie!

O, to to! Dobrze pan kombinujesz, panie Piperman. Jeszcze tego brakowało, żeby na Marsu wpuszczacz wszystkie ludże. Ależ żeby ich tak wszystkich nie wpuszczacz, to jak pan myszlisz, co trzeba zrobicz?

He, he! Pan panie Biberglanc bierzesz mnie pod włos, jakbym ja nie pamiętał, co mówił Lenin i Dzierżyński. Trzeba ufacz i kontrolowacz. Ufacz to każdy potrafi, nawet głupie goje, ale kontrolowacz, to już tylko my, stare czekisty.

Nu, a skąd stare czekisty znajdą sze na Marsu? Ony muszą tam już bycz, zanim zjawią sze tam wszystkie inne ludże. Znaczy – ony muszą poleczecz pierwsze, muszą tam zbudowacz szedżybę, no i oczywiszcze – areszt – bo przeczesz głupich gojów trzeba będże gdżesz przesłuchiwacz i trzymacz.

Co pan mówisz takie rzeczy? Czekisty miałyby budowacz sobie szedżybę i aresztu? To zbudują tu na żemi głupie goje, potem wszystko zostanie przewieżone na Marsu i poskładane, jak sze należy.

No dobrze – ale poskładacz też ktosz muszy, nie?

Hmmm. Tosz mnie pan zabił czwieka. Nie ma rady, trzeba będze wżącz kilka głupich gojów, niech ony wszystko poskładają, potem wykopią dół i po krzyku. I jak przylecą tam te wszystkie ludże, to już wszyzstko będże gotowe na ich przyjęcze.

Nu, a jak pan myszlisz, co my, stare czekisty będżemy robiły potem?

Jak to co? My będżemy w służbie bezpieczeństwa – żeby na Marsu nie było wrogu klasowego, co to trzeba zawczasu wytropicz i zdemaskowacz. A jak, niech Bóg zabroni, pojawią się tam antysemitniki co to by chczały zaprowadżycz na Marsu antisemitismus?

Nu, z antysemitniki to już my wiemy, jak sobie radżycz. W raże czego weżmie sze do pomocy tych głupich gojów z – jakże im tam” – a, z tego towarzystwa „Mniej więcej”, albo z tego monitorowania zachowań raszystowskich i ksenofobicznych. My będżemy sobie siedżecz nad protokołami, jak jakiesz burżuje, a ony będą zrywacz paznokcze i sze z te antysemitniki mordowacz.

Ach, panie Biberglanc, pan mnie wylewasz miód na serce. Ja już ide sze zameldowacz u generału, a pan chyba też – potem sze spakujemy, wszadamy w rakietę i jazda!

A nie zapomnij pan zapakowacz parę butelek – ale koszernej – najlepiej dżęgielówki. Tam na początku tego nie będże, a my przeczesz zaraz sze stęsknimy. A cóż lepsze na tęsknotę, jak nie dżęgielówka?

Stanisław Michalkiewicz

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Powrót świadomej dyscypliny

Wprawdzie cenzury w Polsce już „nie ma”, podobnie jak Wojskowych Służb Informacyjnych, czy izraelskiej broni jądrowej, ale ta oficjalna nieobecność jest tylko wyższą, bo zakonspirowaną formą obecności. Przybiera ona charakter znanej z czasów stalinowskich tzw. „świadomej dyscypliny”.

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)  •  6 lutego 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5117

—————————–

Cenzury nie ma, żaden cenzor nikomu nic nie skreśla, chyba, że Zuckerbergi na Facebooku, czy Youtubie, ale i tak wszyscy skądś wiedzą, o czym wolno pisać czy mówić, a o czym nie.

Możemy się o tym przekonać właśnie teraz, kiedy Kanadę przemierza Konwój Wolności, przed którym premier Trudeau z pomocą bezpieczniaków schował się w mysią dziurę, gdzie pewnie poprawia sobie brwi. Chociaż Ottawa przeżywa prawdziwy najazd obywateli domagających się likwidacji segregacji sanitarnej, chociaż zjechało tam z całego kraju kilkadziesiąt tysięcy wielkich ciężarówek, chociaż – co mogłem obserwować na nagraniu bodajże z Manitoby – że przy każdym skrzyżowaniu głównej drogi, którą podążają oflagowane ciężarówki, z drogami bocznymi, stoją grupy obywateli, powiewające kanadyjskimi flagami i wiwatujące na cześć uczestników Konwoju – to w polskich niezależnych mediach głównego nurtu nie ma na ten temat ani słowa.

Tylko rządowa telewizja raz przekazała o tym Konwoju wiadomość, ale pewnie dlatego, że w PiS pojawiły się rozbieżności co do segregacji sanitarnej. Inne media, z TVN na czele, nabrały wody w usta, jakby ktoś wydał im taki rozkaz, ale chyba nikt im niczego nie rozkazywał. W takim razie mamy do czynienia ze świadomą dyscypliną, nakazującą zaniechania rozmów o sznurze w domu wisielca.

Bo rzeczywiście mamy w Polsce sytuację delikatną. Pod pretekstem „piątej fali” epidemii, w ramach której zatwierdzona została nowa mutacja koronawirusa zwana „Omikronem”, nasi Umiłowani Przywódcy kombinują, jakby tu wykorzystać tę sposobność do wzięcia obywateli za mordę i odpowiedniego wytresowania. Za pierwszym podejściem była to tzw. „ustawa Hoca”, od nazwiska Wiece Czcigodnego posła PiS, który ją wykombinował. Na jej podstawie miały zostać powszechnie wprowadzone certyfikaty, które mogliby sprawdzać pracodawcy. Finezja tego pomysłu polegała na tym, by pracownicy kierowali swą klasową nienawiść przeciwko pracodawcom, a nie rządowi „dobrej zmiany” i w ogóle – Umiłowanym Przywódcom – którzy wiadomo; od ust by sobie odjęli, żeby przychylić nam nieba. Jednak na odgłos pomruków niezadowolenia, anonimowy dobroczyńca ludzkości „ustawę Hoca” wycofał, ale tylko po to, by jej miejsca zajęła następna, znana jako „lex konfident”. Wszyscy obywatele mają się testować, może nie tak często, jak Najjaśniejszy Pan zmieniał koszule (uczeń jeszybotu w Galicji pytał mełameda, jak często zmienia koszulę miejscowy bankier Brodzki. – Ooo, on to pewnie nawet raz na tydzień – powiada mełamed. – No a Rotszyld? – Rotszyld to pewnie codziennie. – A Najjaśniejszy Pan? – dopytuje uczeń. – A Najjaśniejszy Pan to wkłada koszulę i zdejmuje, wkłada – i zdejmuje.), niemniej jednak.

Jak obliczył pan dr Mentzen z Konfederacji, ta zabawa kosztowałaby podatników ponad 50 mld złotych rocznie, ale najgorszy jest pomysł, by w przypadku, gdy jakiś pracownik się zarazi, nieubłaganym palcem nie tylko wskazał na kolegę, którego podejrzewa o zarażenie, ale w dodatku – żeby zażądał od niego odszkodowania w wysokości 15 tys. złotych. Podobno w obozie „dobrej zmiany” zdania na temat „lex konfident” są podzielone, toteż Naczelnik Państwa poszukuje sympatyków zamordyzmu gdzie indziej. Być może znajdzie ich w parlamentarnym klubie Lewicy, bo ta branie obywateli za mordę traktuje jako swoją ulubioną rozrywkę. Wprawdzie pomysł „lex konfident” spotyka się z krytyką, że balansuje na krawędzi rejonów psychiatrycznych i coś może nawet być na rzeczy, bo późną jesienią ub. roku CBOS podało, że co najmniej 70 proc. obywateli uważa, iż życie w Polsce sprzyja chorobom psychicznym, więc nie jest wykluczone, że głównym ogniskiem tej epidemii może być Sejm i Senat, ale nie jest też wykluczone, że w tym szaleństwie jest metoda.

Na ten trop naprowadziła mnie wiadomość, że w „Polskim Ładzie” znalazła się niespodzianka nazwana „pałacyk plus”. Chodzi o to, że jak ktoś kupi sobie, albo przynajmniej sobie wyremontuje zabytkowy pałacyk, to dostanie ulgę podatkową. Jeśli skojarzymy to sobie z 50 miliardami złotych rocznie, które trzeba będzie zapłacić za testy, to wyobraźmy sobie, ile zabytkowych pałacyków można sobie kupić albo wyremontować za 10 procent tej sumy? Dlatego właśnie uważam, że epidemia skończy się nie wcześniej, aż będzie trzeba, bo kiedy indziej trafi się taka wspaniała okazja do założenia starej rodziny? Pozbawiony złudzeń ksiądz biskup Ignacy Krasicki we „Wstępie do bajek” napisał m.in: „Był minister rzetelny – o sobie nie myślał”. Wracając tedy do „lex konfident” to w czynie społecznym podaję pomysł racjonalizatorski, że jak tylko wejdzie ona w życie, niech każdy zarażony nieubłaganym palcem wskaże na Jarosława Kaczyńskiego jako sprawcę zakażenia i pozwie go przed niezawisły sąd o 15 tys. złotych odszkodowania. Jestem pewien, że niezawisłe sądy potraktują takie pozwy z entuzjazmem i niezwykłą skwapliwością – bo u nas na „Konwój Wolności” liczyć chyba nie można, więc musimy działać inaczej. „Gwałt niech się gwałtem odciska” – powiada Wieszcz.

Tymczasem na Ukrainie bez zmian, niczym kiedyś na Zachodzie, w związku z czym pan generał Skrzypczak doszedł do wniosku, że żadnej wojny tam nie będzie, bo Rosja utraciła moment zaskoczenia. Rosja może utraciła, ale to nie znaczy, że nikomu by się taka „mała zwycięska wojna”, a przynajmniej – wojna do ostatniego ukraińskiego żołnierza – nie przydała. Czy np. Wielka Brytania nie przyjęłaby z uznaniem wojowania z Niemcami przy pomocy Ukrainy i Polski, której właśnie zaoferowała sojusz?

Powiadają, że historia się powtarza, więc wypada przypomnieć, że roku 1939 Polska była sojusznikiem Wielkiej Brytanii, podobnie jak w roku 1945, kiedy to została oddana w Jałcie Józefowi Stalinowi. W ramach obecnego sojuszu Anglicy wysyłają na Ukrainę broń defensywną, a Polska – „defensywną amunicję” strzelecką i artyleryjską. Artyleryjska – w porządku – ale o defensywnej amunicji strzeleckiej słyszę pierwszy raz, chociaż jestem starszym kapralem podchorążym rezerwy, a może nawet zostałbym oficerem, gdyby nie okoliczność, że w tamtych czasach byłem „wrogiem ludu”. Tymczasem ani Niemcy, ani Francja, ani nawet Węgry nie kwapią się do udziału w krucjacie na Ukrainie, ale skoro i Ameryka i Wielka Brytania Ukrainę wspierają, to nic dziwnego, że blokuje ona od wielu tygodni tranzyt kolejowy do Polski przez swoje terytorium, a Polsce nawet nie wolno z tego powodu jęknąć. Niczym innym, jak świadomą dyscypliną nie da się tego wyjaśnić, więc nic dziwnego, że i niezależne media o tym nie informują.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

W oparach fanatyzmu

Stanisław Michalkiewicz

Świat trwa w oczekiwaniu, co się wkrótce może zdarzyć; czy będzie wojna, czy nie. Wprawdzie Radio Erewań już dawno, jeszcze za pierwszej komuny, ostatecznie zdecydowało, że nie będzie żadnej wojny, a tylko walka o pokój i to taka, że nie zostanie nawet kamień na kamieniu, ale walka o pokój to też nic dobrego, więc wielu ludzi się niepokoi.

Polska w tej walce o pokój oczywiście popiera Ukrainę, mimo, że ta z niezrozumiałych względów blokuje kolejowy tranzyt do Polski i nawet nie udziela żadnych wyjaśnień. Widocznie taki los wypadł nam, podobnie jak za pierwszej komuny, kiedy to myśmy wysyłali do ZSRR cukier, w zamian za co Sowieci brali od nas węgiel.

W tej nieprzyjemnej sytuacji zdarzają się jednak i dobre wiadomości – na przykład, że pobożny poseł Jarosław Gowin już czuje się dobrze i nawet wraca do polityki. Na początek ujawnił, że PiS „planował” użycie wojska przeciwko uczestnikom demonstracji organizowanych przez „Strajk Kobiet”, w następstwie których pojawiła się u nas epizoocja wścieklizny. Takie w każdym razie są podejrzenia. Jak wiemy, wojsko nie zostało użyte i protesty bez tego rozeszły się po kościach, ale jeśli były takie plany, to może rozwinąć się z nich kolejna afera, którą nasi Umiłowani Przywódcy będą rozdziobywali aż do końca sejmowej kadencji, która może być dłuższa, albo krótsza. W tym drugim przypadku Wielce Czcigodna Barbara Nowacka z KO już teraz zapowiada wtrącenie polityków Zjednoczonej Prawicy do więzienia. W takiej sytuacji pobożny poseł Gowin może uważać się za szczęściarza, bo chociaż nadokazywał się co niemiara i w rządzie Donalda Tuska i w rządzie „dobrej zmiany”, to do więzienia chyba nie trafi, skoro właśnie przechodzi na jasną stronę Mocy? Podobnie może być z sędziami; kroczący w białym orszaku męczenników reżymu Jarosława Kaczyńskiego, niezawisły sędzia Waldemar Żurek odgraża się, że nielegalni sędziowie nie tylko doznają surowych kar, ale będą odpowiadali również majątkowo. Nietrudno się domyślić, że ich mienie zostanie skonfiskowane, a następnie rozdane sędziom legalnym – bo cóż w tych zepsutych czasach wynagradzać, jak nie heroiczne przywiązanie do praworządności?

Wszystko jednak może rozstrzygnąć się w całkiem innych kategoriach. Właśnie portal „Onet”, nazywany również „Der Onet”, opublikował informację, że spada w Polsce liczba sióstr zakonnych, a główną tego przyczyną są zgony i że aż jedna trzecia tych zgonów nastąpiła z powodu zbrodniczego koronawirusa. Trudno znaleźć lepsze potwierdzenie szczerej uwagi starego żydowskiego grandziarza finansowego Jerzego Sorosa, że epidemia stworzyła „rewolucyjną szansę” przeforsowania przedsięwzięć, które w normalnych warunkach byłyby albo niemożliwe, albo bardzo trudne. Dialog z judaizmem, chociaż też może doprowadzić do ostatecznego rozwiązania kwestii chrześcijańskiej, musi jednak trochę potrwać, tymczasem przy pomocy zbrodniczego koronawirusa można pójść na skróty i załatwić sprawę od ręki. Toteż rząd „dobrej zmiany” podchodzi coraz bliżej do ustawy o segregacji sanitarnej, zwanej „ustawą Hoca”, Wielce Czcigodnego posła, który w ten sposób wejdzie do historii. Zaczyna się od pracodawców, którzy będą mogli przeprowadzać medyczną inwigilację, a następnie segregację sanitarną swoich pracowników. Jak któryś nie będzie miał „paszportu covidowego”, to będzie mógł zajmować najwyżej stanowisko stróża nocnego, a i to nie jest takie pewne. Ale przecież na pracodawcach się nie skończy, to rzecz pewna, bo zgodnie z prawem Murphy’ego, jak coś złego może się stać, to na pewno się stanie i już wkrótce bez takiego paszportu nie będzie można ruszyć ręką, ani nogą. Ale to jeszcze nic, bo tylko patrzeć, jak bez paszportu covidowego nie będzie można dostać się również do Królestwa Niebieskiego. Myślę, że w takiej sytuacji nawet najwięksi przeciwnicy szczepienia by się zreflektowali i się zaszczepili. Nie byłby to oczywiście żaden „przymus”, a tylko „obowiązek” – jak nas pouczył pan minister Niedzielski. W ten sposób, przynajmniej na tym odcinku, przywrócona zostałaby moralno-polityczna jedność narodu, jak to było za panowania Edwarda Gierka, którego przypomina nam wchodzący właśnie na ekrany film.

Tymczasem napisał do mnie pewien wojskowy informując, że żołnierze, którzy nie chcą przyjąć wyznania covidowego, w soboty muszą uczestniczyć w katechizacji, zwanej „szkoleniami”, podczas których zapoznawani są z dobrodziejstwami szczepionek. Mój Honorable Correspondant twierdzi, że takie katechizacje można by zorganizować niekoniecznie w soboty, tylko w każdy inny dzień, więc wybór soboty ma jego zdaniem charakter szykany, bo w dodatku niewierni żołnierze informowani są o tych szkoleniach podczas apelu, na którym znajduje się „pełny skład osobowy”. W odpowiedzi napisałem, że dobry wojak Szwejk zameldowałby posłusznie, iż zgodnie z wymaganiami dyscypliny wojskowej oczywiście będzie uczestniczył w szkoleniach, ale wyznania covidowego nie przyjmie.

Chodzi o to, że nawet żołnierza nie można zmusić do przyjęcia jakiegokolwiek wyznania, w tym również covidowego. Gwarantuje mu to art. 53 konstytucji, w obronie której, na oczach całej Polski pan mecenas Roman Giertych tak pięknie kicał. Na to mój Honorable Correspondant zwrócił mi uwagę, że on oczywiście na szkolenia uczęszcza, chociaż nie wierzy – ale nie o to chodzi, tylko o to, że dowódcy mają bardzo szeroki arsenał środków, by nakłonić żołnierzy przynajmniej do przyjęcia zewnętrznych znamion covidowego wyznania, na przykład – oddelegowanie na drugi koniec Polski, odmowa zgody na szkolenia, które pozwalają awansować lub zdobywać nowe uprawnienia, czy szlaban na wyjazdy na misje zagraniczne. Obawiam się, że na to dobry wojak Szwejk nie mógłby wiele poradzić, chyba, że jego dowódcą byłby feldkurat Otto Katz, który zaniedbywał nawet zewnętrzne znamiona, na co zwracali mu uwagę feldkuraci pobożni.

Muszę powiedzieć, że nastroje fanatyczne narastają i to z obydwu stron. Oto przewielebny ojciec Tadeusz Rydzyk postanowił zorganizować sympozjon poświęcony różnym aspektom wyznania covidowego, na które zaprosił również „kontrowersyjnych prelegentów”. Wydawać by się mogło, że właśnie tak powinno być, że podczas dyskusji powinny konfrontować się opinie przeciwne. Tymczasem covidowi fanatycy nie szczędzą mu gorzkich słów krytyki, że to „farsa” i w ogóle.

Jak to bywa z totalniakami, zamiast dyskusji wolą odbywać tzw. „zebrania budujące”, podczas których uczestnicy utwierdzają się w jedynej słuszności własnych opinii i fantasmagorii. Szczególnie niepokojące jest to, że ten obyczaj wkracza na uniwersytety, m.in. za sprawą hunwejbinów z komunistycznych młodzieżówek, którzy próbują terroryzować profesorów i inaczej myślących kolegów tak samo, jak ZMP-owcy w czasach stalinowskich. Ale z drugiej strony mamy do czynienia z podobnym fanatyzmem. Oto gdy poinformowałem, że się zaszczepiłem, runęła na mnie fala krytyki, jakbym co najmniej wystąpił ze Zjednoczonego Kościoła Czcicieli Phallusa Uskrzydlonego. Pan Karol P. napisał do mnie niezwykle gorzki list, w którym nie posiada się ze zgorszenia i zdumienia, że się zaszczepiłem i to w sytuacji, kiedy wiadomo, że trzecia dawka jest „w 100 procentach śmiertelna”. Inni korespondenci aż tak daleko nie idą, ale i oni dają wyraz swojemu rozczarowaniu, że nie zachowałem się, jak ów Cygan, który dla towarzystwa dał się powiesić.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5116 „Najwyższy Czas!” 5 lutego 2022

Wścieklizna i zdrada. Zapłacić i odsiedzieć !

11 stycznia dostałem SMS z przestrogą i radą, by uważać na zwierzęta domowe i dzikie w związku z epizoocją wścieklizny. Okazuje się, że kiedy my tu jesteśmy zajęci walką ze zbrodniczym koronawirusem, od tyłu zachodzą nas jeszcze groźniejsze mikroby w postaci wścieklizny. O ile bowiem Covid nie jest chorobą powodującą masową śmiertelność wśród osób, które na tę chorobę zapadły, to wścieklizna jest śmiertelna jak najbardziej.

Na szczęście na wściekliznę, to znaczy – przeciwko wściekliźnie – jest szczepionka, która nie budzi aż takich sporów i namiętności, jak szczepionki przeciwko zbrodniczemu koronawirusowi. Na przykład pani Barbara Nowak, będąc kuratorem oświaty w Małopolsce, musiała złożyć samokrytykę, jak w najlepszych czasach stalinowskich, za wygłoszenie opinii, iż szczepionka jest w zasadzie „eksperymentem medycznym”, Spotkało się to z masowymi protestami miłośników nauki, a najbardziej gorliwi ormowcy politycznej, a właściwie nie tyle politycznej, co medycznej poprawności, domagali się, by takie osoby pozbawiane były stanowisk, a kto wie – może i wolności? Pani kurator ani mi brat, ani swat, ale nagonka na nią ze strony wspomnianych ormowców, skłania mnie do zwrócenia uwagi, że każdy, kto przyjmuje szczepionkę przeciwko zbrodniczemu koronawirusowi, musi najpierw podpisać, że robi to dobrowolnie. Wiem, co mówię, bo sam dwukrotnie taki cyrograf podpisywałem. Tymczasem – o ile mi wiadomo – w przypadku szczepionki przeciwko tężcowi, czy choćby wściekliźnie, takiego obowiązku nie ma.

Dlaczego zatem w przypadku tej szczepionki trzeba podpisać wspomniany cyrograf? Myślę, że ze względu na konstytucję, która w art. 39 zakazuje poddawania ludzi eksperymentom medycznym bez ich zgody. Jak ktoś podpisze cyrograf, to od strony prawnej wszystko jest w jak najlepszym porządku. Skoro jednak rząd wymaga podpisywania cyrografu przed szczepieniem, to znaczy, że i sam nie jest pewny, czy urządza zwyczajne szczepienie, czy eksperyment medyczny.

——————–

Wróćmy jednak do wspomnianej epizoocji wścieklizny, która musiała przybrać niepokojące rozmiary, skoro obywatele są na nią uczulani przy pomocy SMS-ów. Skoro tak, to musimy zastanowić się nad źródłem zarazy, choćby po to, by uniknąć takich plag w przyszłości. Wydaje mi się, że wpadłem na właściwy trop, chociaż zdaję sobie sprawę, że wyjaśnienie może wzbudzać jeszcze większe kontrowersje i namiętności, niż szczepionki na zbrodniczego koronawirusa. Zapewne wszyscy pamiętamy doniesienia medialne o tym, jak to Donald Tusk „się wściekł” – już mniejsza o to, z jakich powodów. Zwracam uwagę, że te doniesienia pojawiały się zanim jeszcze ktokolwiek zaobserwował objawy wścieklizny u zwierząt domowych, czy dzikich. Wygląda na to, że mamy do czynienia z wyraźnym czasowym następstwem. Ale czy Donald Tusk mógłby osobiście pozarażać wścieklizną koty, psy, czy lisy? Jeśli już, to co najwyżej pana red. Tomasza Lisa, który rzeczywiście zdradza niepokojące objawy – ale to za mało na epizoocję, z jaką mamy obecnie do czynienia. Skoro wścieklizna objawiła się u zwierząt w skali masowej, to najpierw musiała być równie masowa transmisja zarazków.

I tutaj nasze podejrzenia kierują się w stronę Strajku Kobiet, bo urządzane przez nie demonstracje nie mogły nie wzbudzać graniczących z pewnością podejrzeń, iż przynajmniej niektóre osoby w nich uczestniczące, zdradzały objawy wścieklizny. Były one aż nadto widoczne, a przy tym występowały w skali masowej, między innymi za sprawą podjudzania ze strony Judenratu „Gazety Wyborczej”. Ten fenomen godzien jest rozbiorów, bo okazuje się, że nie tylko ludzie mogą zarażać się wścieklizną od zwierząt, ale również odwrotnie – że zwierzęta dostają wścieklizny w następstwie kontaktów ze wściekłymi ludźmi. Warto w takiej sytuacji zastanowić się nad profilaktyką, bo skoro Strajk Kobiet mógł doprowadzić do takich następstw, to czy jakimś remedium na to nie byłyby lockdowny, obejmujące tego rodzaju masowe demonstracje? Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z delikatnej sytuacji, bo z jednej strony mamy prawo do demonstracji, no ale z drugiej strony mamy do czynienia z zagrożeniem jeszcze większym, niż zbrodniczy koronawirus we wszystkich jego mutacjach razem wziętych. Myślę w związku z tym, że konieczne byłoby jakieś wyjście kompromisowe, wypracowane przy udziale Rady Medycznej przy panu premierze Morawieckim oraz Rzeczniku Praw Obywatelskich. SMS, jaki otrzymałem 11 stycznia pokazuje, że periculum in mora, więc mam nadzieję, że wszyscy wezmą się do roboty.

Tymczasem mamy do czynienia z przypadkami zdrady tajemnicy państwowej, chociaż różne instytucje różnie na takie przypadki reagują. Niezawisły Sąd Okręgowy w Warszawie uniewinnił pana Jakuba Żulczyka z zarzutu znieważenia pana prezydenta Andrzeja Dudy, którego pan Żulczyk nazwał „debilem”. Jeszcze na etapie śledztwa pojawiły się podejrzenia, że tak naprawdę to nie chodzi o zniewagę, tylko zdradę tajemnicy państwowej. Najwyraźniej na tym stanowisku stanął też niezawisły sąd, bo uniewinniając pana Żulczyka zauważył, iż jego czyn ma znikomą szkodliwość społeczną. A dlaczego? Czy nie dlatego, że ujawnienie faktu będącego przedmiotem tzw. „notoryjności powszechnej”, czyli tzw, „tajemnicy Poliszynela” nie może być żadną zdradą. Czy jednak tym wyrokiem Sąd Okręgowy w Warszawie nie znieważył pana prezydenta Dudy jeszcze bardziej? O ile jednak niezawisłe sądy wydają się bardzo pobłażliwe, zwłaszcza wobec pana Jakuba Żulczyka, o tyle inne instytucje państwowe reagują surowo na takie postępki.

Oto w trybie natychmiastowym odwołany został ze stanowiska ambasadora Rzeczypospolitej w Republice Czeskiej pan Mirosław Jasiński, za wygłoszenie opinii, iż sprawa kopalni „Turów” była wynikiem braku empatii i chęci podjęcia dialogu – i to przede wszystkim z polskiej strony”. Jest to niewątpliwe ujawnienie tajemnicy państwowej, a przynajmniej – tajemnicy rządowej, bo w tej sprawie rząd nie tylko idzie w zaparte, ale w dodatku pierwszorzędni fachowcy próbują dorabiać do tego pozory moralnego uzasadnienia. Nie od rzeczy będzie przypomnieć, że ten „brak empatii” sporo Polskę kosztuje, bo ETS przysolił Polsce karę pół miliona euro za każdy dzień zwłoki, licząc od 20 września ubiegłego roku. Do 11 stycznia nazbierało się tego ponad 56 milionów euro, a przecież nie jest to jedyna kara, bo za Izbę Dyscyplinarną musimy płacić milion euro dziennie i z tego tytułu nazbierało się już ponad pół miliarda złotych.

Kto to wszystko zapłaci – oto jeszcze jedna tajemnica państwowa. Toteż z ulgą przyjęliśmy wiadomość o dymisji pana Jarosława Nowaka z operetkowej funkcji pełnomocnika MSZ do kontaktów z diasporą żydowską, który powiedział, że w sprawie żydowskich roszczeń Polska powinna „coś” zrobić. A cóż innego mogłaby zrobić, jak nie zapłacić i odsiedzieć?

Stanisław Michalkiewicz

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”. http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5109

Felieton  •  tygodnik „Najwyższy Czas!”  •  25 stycznia 2022

Przewielebni wyznawcy judaszyzmu, owsiki, przewerbowania.

Święta i po świętach

Nie wiadomo, jak długo jeszcze będziemy obchodzili święta Bożego Narodzenia, bo maltańska durnica, wysunięta na stanowisko komisarza Unii Europejskiej, projekt jego likwidacji tylko „odłożyła”. Ponieważ natura nie znosi próżni, to tylko patrzeć, jak Unia Europejska przeforsuje uroczystości Dziadka Mroza, tak popularne w Rosji za pierwszej komuny. Niezależnie od tego już teraz w naszym nieszczęśliwym kraju utrwalana jest nowa świecka, to znaczy – niezupełnie świecka, bo w połowie religijna – tradycja uroczystości w postaci „Dnia Judaizmu”, który obchodzony jest w Kościele katolickim 17 stycznia. W ramach „Dnia Judaizmu” przewielebne duchowieństwo oddaje się judaszyzmowi, to znaczy – na gwałt podlizuje się „judaizmowi”, tłumacząc parafianom, że bez judaizmu to w ogóle nie mogą wytrzymać. W wielu przypadkach to pewnie prawda, ale charakterystyczne jest również to, że chociaż bez judaizmu wytrzymać nie można, to jednak przewielebne duchowieństwo nie decyduje się na przejście na judaizm. Dlaczego tak jest – tajemnica to wielka – chociaż pewne światło rzucił na tę sprawę pewien mój rozmówca, zwracając mi uwagę, że te wszystkie religie można porównać do dróg, które prowadzą na ten sam szczyt. Wszystko to oczywiście być może, chociaż niepodobna nie zauważyć, że w tej sytuacji o wyborze drogi decyduje tylko wygoda. Po co miałbym wspinać się na szczyt po urwistych skałach, ryzykując w każdej chwili złamanie karku, kiedy tuż obok na szczyt prowadzi asfaltowa droga, po której kursują klimatyzowane autokary? Nie jest zatem wykluczone, że przewielebni wyznawcy judaszyzmu przezornie starają się nie porzucać wytworzonej przez ostatnie 2 tysiące lat infrastruktury religijnej, co w przypadku przejścia na judaizm byłoby chyba konieczne?

Ale na Dniu Judaizmu styczniowe święta się nie kończą, bo oto nieubłaganie zbliża się 30 stycznia, kiedy w całym nieszczęśliwym kraju zagra Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy pana „Jurka” Owsiaka. Jestem pewien, że na obchody tego święta posłusznie zameldują się wszyscy przeciwnicy reżymu „dobrej zmiany”, być może nawet również pani Natalia Kukulska, która chyba właśnie w Dzień Judaizmu ogłosiła swoje wystąpienie z Kościoła katolickiego. Nie wiem, jak przeżyjemy tę stratę, ale mniejsza o to. Ważne, że uczestnictwo w uroczystościach i celebrach Wielkiej Orkiestry Świątecznej pomocy ma charakter nobilitujący, więc nic dziwnego, że wszyscy ambicjonerzy starają się wtedy maksymalnie zbliżyć do „Jurka” Owsiaka, tak, aby to bliskie spotkanie III stopnia zostało zarejestrowane i zauważone, gdzie trzeba. Kiedyś taką przepustką do wielkiej kariery było uczestnictwo w Festiwalu Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze, no ale teraz czasy się zmieniły; po pierwsze Związku Radzieckiego na razie nie ma, a po drugie – po tylu latach nauczyliśmy się śpiewać zupełnie inne piosenki. Po trzecie wreszcie – Rosja i rosyjskie piosenki nie mają teraz w modzie dobrej reputacji, bo skoro nawet Książę-Małżonek odgraża się zimnemu ruskiemu czekiście Putinowi wymierzeniem kopniaka w krocze, to każdy już wie, z jakiego klucza wypada śpiewać.

Za to strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie funkcjonuje jak w zegarku. Niemcy nie tylko wstrzymały dostawy broni na Ukrainę, ale nawet nie pozwoliły brytyjskiemu samolotowi z ładunkiem broni przeciwpancernej dla Ukrainy przelecieć nad niemieckim terytorium. Skoro prezydent Zełeński pogodził się z tym, że przyszłość Ukrainy zostanie zdecydowana w „formacie normandzkim”, to znaczy – przy udziale Francji, Niemiec i Rosji, to po co wysyłać tam jakąś broń, czy nawet pozwalać brytyjskim samolotom na przeloty? Ciekawe co na to powie amerykański prezydent Józio Biden, którego podobno „zaniepokoiły” pogróżki zimnego ruskiego czekisty Putina, że jak tak dalej pójdzie, to rozmieści rosyjską broń w pobliżu Stanów Zjednoczonych? Dlatego minister spraw zagranicznych Rosji Sergiusz Ławrow oczekuje od NATO pisemnej odpowiedzi na ogłoszone rosyjskie warunki nowego porządku politycznego w Europie, a nie wymijającego „wymachiwania szabelką”.

Podczas gdy Stany Zjednoczone i Rosja robią wszystko, by utrzymać opinię publiczną w przekonaniu, że oto światu grozi nowa „zimna wojna”, dzięki czemu łatwiej im będzie później zaprezentować się zachwyconemu światu w postaci gołąbków pokoju, w Polsce „zimna wojna” rozwija się w tempie stachanowskim. Przychodzi to tym łatwiej, że w dniach ostatnich doszło do sojuszu pana prezesa NIK Mariana Banasia, który z reżymem „dobrej zmiany” walczy co najmniej od dwóch, czy nawet trzech lat, z nieprzejednaną opozycją. Dotychczas nieprzejednana opozycja w zasadzie ograniczała się do lamentów nad zepsuciem i totalniackimi skłonnościami reżymu, ewentualnie przyłączała się jak nie do KOD-u, to do „kobiet” i albo kicała za konstytucją, albo wraz z „kobietami” skandowała bojowe zawołanie pani Marty Lempart, to teraz nabrało to znamion działań bardziej skoordynowanych.

Po pierwsze – w Senacie powstała komisja do zbadania sprawy zbrodniczego Pegasusa. Nie ma ona wprawdzie uprawnień śledczych, ale dzięki udziałowi pana prezesa Mariana Banasia, nie ogranicza się już do propagandowego bicia piany, tylko przedstawia reżymowi konkretne zarzuty, a nawet – dokumenty. Wynika z nich, że Pegasus został zakupiony dla CBA w roku 2017 za 25 mln złotych, pochodzących z Funduszu Sprawiedliwości, a do trzech początkowych jego ofiar dołączają następne, m. in. były rzecznik PiS, pan Adam Hofman – w sumie co najmniej 40 „licencji”. Dodatkowej pikanterii całej sprawie dodaje okoliczność, że zbrodniczy Pegasus został w Izraelu zakupiony przez spółkę kontrolowaną – jak się okazało – przez byłych milicjantów i SB-ków. Czy przypadkiem aby nie tych, co w trakcie transformacji ustrojowej przewerbowali się do Mossadu?

Jeśli tak by było, to znaczy, że wprawdzie PiS nie lubi ubeków, jednak nie wszystkich. Tych, co przeszli na jasną stronę Mocy nie tylko lubi, ale nawet kręci z nimi lody. Stanowi to dodatkową poszlakę dla mojej ulubionej teorii spiskowej, według której – właśnie w rezultacie przewerbowań komunistycznych bezpieczniaków na służbę do naszych nowych sojuszników, Polską rotacyjnie rządzą trzy stronnictwa: Ruskie – obecnie w głębokiej defensywie, Pruskie, które po rozmowach prezydenta Józia Bidena z Naszą Złotą Panią w czerwcu ub. roku i powrotem Donalda Tuska na ojczyzny łono, nabrało otuchy i wreszcie – Stronnictwo Amerykańsko-Żydowskie, które właśnie wchodzi w etap przebudowy, czego wyrazem jest deklaracja pana Szymona Hołowni, żeby 21 marca urządzić debatę czterech partii: Polska 2050, Platformy Obywatelskiej, Nowej Lewicy i PSL nad przyszłością Polski. Podobno Lewica i PSL są „zainteresowane”, podczas gdy Wielce Czcigodny poseł Pupka z PO ma wątpliwości. Najwyraźniej foksdojczom nie po drodze z Amerykanami, ale ważniejsze wydaje się to, że do udziału w debacie nie jest przewidziana Konfederacja, która przez dotychczasową „bandę czworga” to znaczy PO, PiS, Lewicę i PSL, jest uważana za wroga. Okazuje się, że nawet ewentualna podmianka PiS na Szymona Hołownię niczego by tu nie zmieniła.

Stanisław Michalkiewicz http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5108

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Myślimy pozytywnie. Szczególnie o Madelon.

Nie ma dnia bez pokus. Nie ma pokus, bez hokus” – twierdził poeta. Może bez pokus nie ma, ale na pewno nie ma dnia bez niespodzianek. Najwyraźniej wychodząc naprzeciw życzeniom moich krytyków, a zwłaszcza niejakiego OM, który od miesięcy życzy mi zapoznania się ze zbrodniczym koronawirusem, zbrodniczy koronawirus wreszcie mnie dopadł. Najpierw myślałem, że to proste, poczciwe przeziębienie, ale okazało się, że nie. Podobnie było z pewnym marynarzem, o czym śpiewamy w popularnej piosence biesiadnej: „Pijanego szypra kutra raz dręczyła myśl okrutna; facet myślał, że ma trypra, a to była zwykła kiła!” Tak było i ze mną. Kiedy nie pomogła trzecia dawka Ferwexu, w dzień wigilijny zacząłem nabierać wątpliwości i żeby je rozwiać – zrobiłem sobie test. Okazało się, że koronawirusy unoszą się wokół mnie jak chrabąszcze, więc nie chcąc narażać domowników, natychmiast opuściłem dom „tak jak stałem” i zgłosiłem się, gdzie trzeba. W rezultacie wylądowałem na oddziale zakaźnym Szpitala Południowego w Warszawie, gdzie od razu zaczęło mi się polepszać. To tak samo, jak w poczekalni u dentysty; zęby, jak ręką odjął, przestają boleć i człowiek zastanawia się, co tu jeszcze robi i na co właściwie czeka. Wszystko to oczywiście być może, ale ja przypuszczam, że to może też być taka aluzja ze strony zbrodniczego koronawirusa. Wprawdzie wielokrotnie pisałem, że on zbrodniczy, ale jednocześnie – że jest taktowny i politycznie wyrobiony; wie kiedy się srożyć, a kiedy nie. Okazuje się tymczasem, że koronawirus w swojej taktowności ma też wzgląd na osoby. Podobno w przypadku pana prezesa Jacka Kurskiego (nie mylić z jego bratem, Jarosławem, podobno szefem Judenratu „Gazety Wyborczej”) koronawirus ustąpił „w jeden dzień po”, niczym zalecana przez postępową medycynę pigułka, czy nawet tego samego dnia po pozytywnym teście, dzięki temu pan prezes mógł wziąć udział w konkursie Eurowizji dla pedofilów i towarzyszyć tam artystom. W moim przypadku objawy przeziębienia właściwie ustąpiły, a ponieważ wcześniej też nie miałem ani gorączki, ani kaszlu, ani żadnych bólów głowy – nawet takich, jakie od czasu do czasu odczuwam z łaski Mojej Prześladowczymi Hermenegildy Kociubińskiej i jej drogiego Pełnomocnika, pana mecenasa Jarosława Głuchowskiego – to pomyślałem sobie, że zbrodniczy koronawirus nie tylko jest taktowny, nie tylko politycznie wyrobiony, ale wyrozumiały i doceniający pochwały.

Te spostrzeżenia w czynie społecznym dedykuję PT Członkom Rady Medycznej przy premierze Morawieckim w nadziei, że znajdą jakieś bezinwazyjne dla gospodarki i obywateli sposoby udobruchania zbrodniczego koronawirusa, dzięki czemu moglibyśmy uniknąć fali piątej i następnych. Nadziei wielkiej nie ma, bo wiadomo, że ani członkowie rady medycznej, ani pan premier, ani nawet Naczelnik Państwa o tym decydować nie będą, tylko kto inny. A kto? Na trop odpowiedzi naprowadza nas starożytna rzymska sentencja: cuius est condere eius est tolere, co się wykłada, że kto ustanowił (epidemię – SM), ten może znieść.

Dlatego powtarzam, że epidemia nie skończy się wcześniej, aż kiedy będzie trzeba.

Chociaż bliskie spotkania III stopnia z koronawirusem uchodzą za wyjątkowo przykre i nawet niebezpieczne dla życia, w czym utwierdzają nas statystyki – chociaż Beniamin Disraeli powiadał – podobno powtarzając za Markiem Twainem – że „są kłamstwa, ohydne kłamstwa i statystyka” – to w ramach myślenia pozytywnego, do którego dzisiaj wszyscy nas tak gorąco zachęcają, spróbujmy w tym wszystkim znaleźć jakieś plusy dodatnie. Ja na przykład znajduję plus dodatni w tym, że oto osobiście wziąłem udział w przedsięwzięciu zakrojonym na skalę globalną i chociaż nie jestem ani jego promotorem, ani nawet żadnym krajowym wykonawcą, to przecież już sam czynny udział w tak szeroko zakrojonym przedsięwzięciu dostarczałby mi satysfakcji, nie mówiąc już o tym, że i sam koronawirus póki co wydaje się dla mnie łaskawy. Z tego wszystkiego nie dostarczono mi nawet amantadyny, której zapas mam w domu dzięki memu Czytelnikowi z Niemiec – ale z wywiadów przeprowadzonych z lekarzami tutejszego szpitala doszedłem do wniosku, że ten specyfik nie jest tu dobrze widziany, więc nie ma co wierzgać przeciwko ościeniowi, zwłaszcza w mojej sytuacji. Dlatego, dziękując wszystkim, którzy z okazji Bożego Narodzenia złożyli mi życzenia zdrowia – i tak dalej – życzę, by nowy rok 2022 nie był przynajmniej gorszy od obecnego, jako, że lepsze jest nieszczęście znane od nieszczęścia nieznanego. Kontynuując nurt myślenia pozytywnego ośmielę się zauważyć, że nawet największe nieszczęście, jakie może nas spotkać z powodu bliskiego spotkania III stopnia ze zbrodniczym koronawirusem, też nie jest pozbawione plusów dodatnich. Czyż nie jest plusem dodatnim umorzenie postępowań, karnego i cywilnego, które z łaski pana Jasia Kapeli i Mojej Prześladowczyni Hermenegildy Kociubińskiej oraz jej drogiego Pełnomocnika Jarosława Głuchowskiego, wskutek czego nie mogliby nawet z daleka powąchać moich pieniędzy? „W każdym położeniu dziękujcie” – poucza św. Paweł. Nie mówię już nawet o wymiarze metafizycznym całej sprawy, bo ten wydaje się tak oczywistą oczywistością, że przed niespełna 20 laty, kiedy powalił mnie zawał serca i spodziewałem się, że lada chwila dostąpię Bliskiego Spotkania III Stopnia z Trójcą Świętą, to odczuwałem jedynie zaciekawienie. Nigdy nie wiadomo bowiem, co naprowadzi nas na rozmyślania metafizyczne. Ilustracją tego jest przypadek pewnego francuskiego proboszcza, który wkrótce po zakończeniu I wojny światowej został przyłapany, jak w pustym kościele grał na organach melodię do nader światowej piosenki „Madelon” („Quand Madelon vient nous servir a boire…”). Wcale się nie zacukał, tylko surowo odparł: „przy tej melodii miliony Francuzów oddawały dusze Bogu. To jest pieśń pobożna!

Ale dosyć już o mnie, kiedy na tym przecież nie kończą się wigilijne niespodzianki. Oto przeczytałem, że pani ministrowa Marianna Schreiber, która jeden za drugim wykonuje susy nie tylko pod ściankami, ale pewnie i za nimi, wigilię spędziła na łonie rodziny, to znaczy – z mężem. „Ale tylko wigilię” – zaznaczyła z naciskiem w mediach społecznościowych, co oczywiście skłania do postawienie pytania, co było potem, to znaczy – przez resztę nocy wigilijnej i dnia następnego. A wszechwiedzący portal „Onet” zauważył, że Jezus wcale nie narodził się w Betlejem, tylko w Nazarecie. To duży postęp, bo za Stalina, a później też, zwłaszcza w uprawiającym bigoterię laickości środowisku pisma „Argumenty”, autorytety naukowe i to nawet większe, od tych „Onetowych”, utrzymywały, że w ogóle się nie urodził. Jakże więc się nie cieszyć, skoro nawet postępowi naukowcy mądrzeją? Co prawda powoli, ale przecież lepiej powoli, niż wcale.

Stanisław Michalkiewicz http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5095

Prawdziwa hierarchia władzy [a igraszki pajaców na proscenium]

  Kto w Polsce sprawuje władzę?

Według mojej ulubionej teorii spiskowej władzę w Polsce rotacyjnie sprawują trzy stronnictwa: Stronnictwo Ruskie, Stronnictwo Pruskie i Stronnictwo Amerykańsko-Żydowskie. Sprawują one władzę przy pomocy swoich politycznych ekspozytur, czyli politycznych gangów, zwanych elegancko partiami. Ekspozyturą Stronnictwa Ruskiego było pierwotnie Polskie Stronnictwo Ludowe, ale kiedy stare kiejkuty utworzyły Samoobronę, główną ekspozyturą Stronnictwa Ruskiego została właśnie ona, a poszlaką, która na to wskazywała, były doktoraty honoris causa, jakimi bywał honorowany nieboszczyk Andrzej Lepper, podobnie jak w swoim czasie Kukuniek. Żeby wygryźć Samoobronę, Stronnictwo Amerykańsko- Żydowskie przy pomocy starych kiejkutów najpierw zmontowało aferę gruntową oraz seksaferę z udziałem „knurów”, co doprowadziło do upadku rządu premiera Jarosława Kaczyńskiego. Ponieważ Polska leży nie w rosyjskiej, a w niemieckiej strefie wpływów, wybory w roku 2007 wygrała ekspozytura Stronnictwa Pruskiego, czyli Platforma Obywatelska, która utworzyła rząd razem z PSL-em, które w ten sposób stało się częścią politycznej ekspozytury Stronnictwa Pruskiego.

Żeby Samoobronę ostatecznie wymiksować z politycznej sceny, Andrzej Lepper popełnił samobójstwo, którego okoliczności wskazywały na udział seryjnego samobójcy i to w postaci pierwszorzędnych fachowców. Stało się to za rządów PO-PSL, a w charakterze epigona Samoobrony pojawiła się partia Zmiana, której przywódcę, pana Piskorskiego bezpieka oskarżyła o szpiegostwo i pod tym pretekstem przesiedział się w areszcie bodajże trzy lata, ale w końcu w 2019 roku został wypuszczony bez udowodnienia mu czegokolwiek. W rezultacie można powiedzieć, że Stronnictwo Ruskie zostało zepchnięte do głębokiej defensywy przez Stronnictwo Pruskie i Amerykańsko-Żydowskie, które – chociaż wzajemnie się nienawidzą – to w takich i innych ważnych sprawach idą ręka w rękę. Ale w związku z ponownym przejściem Polski w 2013 roku pod kuratelę amerykańską, ekspozytura Stronictwa Pruskiego w 2015 roku utraciła pozycję lidera tubylczej politycznej sceny, którą zajęła polityczna ekspozytura Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego w postaci Prawa i Sprawiedliwości z satelitami. Stronnictwo Pruskie bynajmniej nie pogodziło się z utratą wpływów i od początku roku 2016 próbuje je odwojować, raz pod pretekstem walki o demokrację, innym razem – pod pretekstem walki o praworządność, do której mobilizuje coraz głębsze rezerwy folksdojczów. Bo Stronnictwo Pruskie, to bezpieczniacy, którzy gwoli asekuracji przewerbowali się na służbę w niemieckiej BND, a ta podległość reprodukuje się już w drugim, albo nawet trzecim pokoleniu ubeckich dynastii. Z kolei stronnictwo Amerykańsko-Żydowskie tworzą bezpieczniacy, którzy przewerbowali się na służbę albo do Amerykanów, albo do Mosadu.

Ponieważ jednak w USA władzę przejęła socjaldemokracja w postaci Partii Demokratycznej, której lewe skrzydło to czysta komuna, to obecnie Nasz Najważniejszy Sojusznik eksportuje rewolucję komunistyczną, czemu m.in. dał wyraz pan Brzeziński oświadczając, że jak zostanie amerykańskim ambasadorem w Warszawie, to dopilnuje, żeby w Polsce nikt już nie odważył sprzeciwiać się sodomczykom. Nawiasem mówiąc, określenia: „sodomczyk”, używa ks. Jakub Wujek w swoim przekładzie Biblii, więc nie ma żadnego powodu, byśmy go nie naśladowali. Wracając zaś do Naszego Najważniejszego Sojusznika, to najwyraźniej poszukuje on u nas jakiejś alternatywy dla PiS, które sprzeciwia się sodomitom i w ogóle – „zagraża demokracji”. Toteż do Kongresu USA, gwoli obsrywania Polski, zaproszony został pan Rafał Trzaskowski, co pokazuje, że właśnie on może zostać namaszczony na Najukochańszą Duszeńkę Białego Domu, kiedy ten spuści już z wodą Naczelnika Państwa – a do pomocy i kontroli będzie miał przydanego pana Hołownię, który przecież też jest wynalazkiem amerykańskim. Jak widzimy, podmianka w ogólnych zarysach jest już gotowa, a w tej sytuacji niejasne jest tylko jedno: ile procent wpływów w Polsce przekazał w czerwcu Naszej Złotej Pani prezydent Józio Biden, a ile zostawił sobie – bo od tego zależy, czy władzę przejmie ponownie Stronnictwo Pruskie, czy też będzie rządziło wespół ze Stronnictwem Amerykańsko-Żydowskim, do którego może doszlusować Lewica, no i oczywiście PSL, tradycyjnie posiadające stuprocentową zdolność koalicyjną. Nie wiadomo także, co zrobić z Konfederacją, która nie pasuje ani do Stronnictwa Pruskiego, ani do Amerykańsko-Żydowskiego. Najprostszym wyjściem byłoby uznanie, że Konfederacja na tubylczej scenie politycznej stanowi Stronnictwo Polskie – ale w tym właśnie tkwi potencjalne niebezpieczeństwo dla dwóch pozostałych Układających Się Stronnictw. Toteż Księżna-Małżonka Księcia-Małżonka, zwana pieszczotliwie „Jabłoneczką” niedawno wespół z Donaldem Tuskiem zadekretowała, że Konfederacja, to sługusy Putina. Warto zwrócić uwagę, że Księżna-Małżonka w swojej osobie skupia zarówno Stronnictwo Amerykańsko-Żydowskie, jak i Pruskie, bo na obecnym etapie, jak wiadomo, mamy do czynienia nie tylko ze ścisłą koordynacją żydowskiej polityki historycznej z niemiecką, ale również foedus Żydów z folksdojczami.

To są ustalenia, które zapadły zarówno na najwyższym piętrze światowej polityki, jak i na poziomie starych kiejkutów, które dostały to zadanie do wykonania – ale przecież stare kiejkuty nie będą wkraczały bezpośrednio w czynności wykonawcze – bo te pozostawiają uczestnikom poszczególnych politycznych ekspozytur, którzy zajmują jakieś pozycje w konstytucyjnych organach naszego bantustanu – żeby pozory zostały zachowane. Toteż Kierowniczka Sejmu, pani Elżbieta Witek, która od początku proklamowania epidemii stoi na nieprzejednanym stanowisku nieubłaganego i rygorystycznego tresowania sejmowej freblówki przy pomocy swoich zarządzeń, właśnie przeprowadziła operację, nad którą próżno łamali sobie głowy pozostali członkowie politycznych gangów. Pod pretekstem, że posłowie Konfederacji nie noszą maseczek, które z powodzeniem mogłyby służyć nie tyle przeciwko wirusom, co do wielokrotnego podcierania odbytu – wykluczyła ich z głosowania nad ustawą budżetową. W ten sposób trzódka Naczelnika Państwa, która balansuje na krawędzi większości sejmowej, mogła przeforsować w tej ustawie swoje wynalazki w ramach „Polskiego Wała”.

Trzeba powiedzieć, że pani kierowniczka Elżbieta Witek błyskawicznie wyciągnęła wnioski z rozmowy Księżnej-Małżonki z Donaldem Tuskiem, która z kolei była rezultatem ustaleń między Naszą Złotą Panią i prezydentem Józiem Bidenem, a której autoryzacji udzieliła żydowska gazeta dla Polaków pod redakcją pana red. Michnika, który z kolei tyle zawdzięcza generałowi Jaruzelskiemu. Taka jest hierarchia władzy w Polsce.

Stanisław Michalkiewicz http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5090 22 grudnia 2021

Komuna idzie na skróty

W pierwszych latach istnienia żydowskiej gazety dla Polaków pod redakcją pana red. Adama Michnika, była tam rubryka pod nazwą „Telefoniczna opinia publiczna”, Zamieszczane tam były opinie formułowane przez czytelników – chociaż z czasem zaczęły zagęszczać się podejrzenia, że te opinie formułowali nie żadni „czytelnicy”, tylko specjalny zespół redakcyjny. Chodziło o rodzaj asekuracji, że te „kontrowersyjne” opinie nie wyrażają stanowiska redakcji, tylko czytelników, których Judenrat nie chce pod żadnym pretekstem cenzurować. Tymczasem wewnętrzna cenzura jest nieunikniona, bo redakcja sama decyduje, jakie publikacje się ukażą, a jakie nie – bo na tym przecież polega redagowanie gazety. W tej sytuacji podejrzenia, iż w „Telefonicznej opinii publicznej” przekazywane są opinie preparowane przez redakcję nie były aż tak bardzo pozbawione podstaw.

Podobnie postępowała partia za pierwszej komuny. Kiedy zależało jej na stworzeniu pretekstu do zaatakowania jakichś środowisk społecznych, z reguły nie robiła tego wprost. Najpierw bowiem inspirowała do sformułowania pożądanej opinii, niekoniecznie nawet w postaci nawoływania do rozprawy, tylko raczej zdziwienia, że władza to toleruje, jakiegoś zagranicznego kolaboranta, uplasowanego albo w gazecie wydawanej przez którąś z zachodnich partii komunistycznych, albo nawet – co było lepsze – w piśmie z komunistami nie kojarzonym. Potem „Trybuna Ludu”, czy „Żołnierz Wolnościprzedrukowywał tę zagraniczną publikację – że to przecież nawet nie my tak uważamy, tylko zagranica i to w dodatku – zachodnia – no a później już bezpieka robiła swoje.

Po kilku latach „Telefoniczna opinia publiczna” została zlikwidowana, ale Judenrat nie zrezygnował z takich asekuracyjnych publikacji pilotażowych – tylko przybrały one postać listów do redakcji. Czy są one autentyczne, czy też preparowane przez jakiegoś następcę Lesława Maleszki – tego oczywiście nie wiem, ale wcale bym się nie zdziwił, gdyby tak właśnie było. Zresztą nie o to chodzi, bo jeśli ktoś chce wierzyć w autentyczność tych listów, to oczywiście nie można mu tego zabronić – ale znacznie ciekawsze jest to, co ci czytelnicy do redakcji piszą.

Oto w numerze z 10 grudnia, a więc w dzień po pokazaniu przez rządową telewizję karesów pana red. Michnika z generałem Jaruzelskim, czytelnik nazwiskiem „Przemysław Wiszniewski” napisał list, w którym oskarża rząd „dobrej zmiany” o to, że przyzwyczaja ludzi do łamania coraz to nowych praw człowieka. Brzmi to trochę groteskowo, nawet nie z tego powodu, że tak właśnie jest, tylko przede wszystkim dlatego, że „Gazeta Wyborcza” łamanie praw człowieka nie tylko popierała i popiera, ale nawet gorąco do tego zachęca. Na przykład – że przechodząc do porządku nad konstytucyjnymi gwarancjami dla różnych swobód obywatelskich – rząd z dnia na dzień przejął władzę dyktatorską, zamykając obywateli w aresztach domowych. Że przechodząc do porządku dziennego nad konstytucyjnymi gwarancjami swobody działalności gospodarczej i własności, każe właścicielom zamykać ich przedsiębiorstwa i to w dodatku – bezterminowo, a „Gazeta Wyborcza”, która na innym etapie, to znaczy – na etapie walki o praworządność – nieubłaganym palcem wytykała rządowi prawdziwe, czy też urojone występki przeciwko konstytucji i nawet urządzała seanse kicania w jej obronie, teraz jakby w ogóle o konstytucji zapomniała. Nie mogę powstrzymać się od uwagi, że Judenrat „Gazety Wyborczej”, zdominowany przez przedstawicieli „lewicy laickiej” w pierwszym, albo w drugim pokoleniu, nie chce wierzgać przeciwko zaostrzającej się właśnie walce klasowej, która tylko w tym się zmieniła, że z terenu ekonomicznego, gdzie brało się pod obcasy, albo i do dołów z wapnem, „reakcję”, „drobnomieszczan” i „kułaków”, została przeniesiona na teren medyczny, gdzie nie tylko rząd, ale i rozmaici „aktywiści” obmyślają coraz bardziej wyrafinowane sposoby prześladowania obywateli uchylających się przed szprycowaniem. Judenrat z widoczną przyjemnością piętnuje „szurów”, „foliarzy” i „płaskoziemców” , tak samo, jak kiedyś ich przodkowie – zadowoleni ze swego rozumu semiccy sowieccy kolaboranci – piętnowali „ciemnogród” i inne myślozbrodnie przeciwko ukochanemu socjalizmowi.

Ale nie to jest najważniejsze, tylko konkluzje, do jakich dochodzi „Przemysław Wiszniewski”. Wspominając swojego „mentora” z futrowanej pieniędzmi starego żydowskiego finansowego grandziarza Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, czyli nieżyjącego już pana Marka Nowickiego, dochodzi do wniosku, że wśród mnóstwa praw, jakie są zapisane w konstytucji, obywatele mają także cztery obowiązki. Trzy są też w konstytucji zapisane, to znaczy – obowiązek płacenia podatków, respektowania wyroków sądowych i obrony państwa przed zewnętrznym wrogiem, ale jeden w konstytucji zapisany nie jest. Chodzi o obowiązek obalenia „niesprawiedliwej, autorytarnej władzy”. O ile to możliwe – w wyborach – pisze pan Wiszniewski. I kończy: o ile to możliwe…”.

Wygląda na to, że Judenrat próbuje w ten sposób wysondować reakcję opinii publicznej na wezwanie do pójścia na skróty w celu dokończenia rewolucji komunistycznej siłą. Najwyraźniej sukcesy osiągnięte dzięki proklamowanemu w 1968 roku „długiego marszu przez instytucje”, które pożądane z punktu widzenia potrzeb komunistycznej rewolucji zachowania w coraz większym zakresie wymuszają, już nie przynoszą komunistycznym aktywistom takiej satysfakcji. Najwyraźniej, po 40 latach od stanu wojennego, oni też zatęsknili do zbrojnej przygody, żeby głos zabrał „towarzysz Mauzer”, a przedstawiciele mniej wartościowego narodu tubylczego mogli już tylko prowadzić „nocne rodaków rozmowy”, nasłuchując szmerów za oknem albo kroków na schodach. Tę tęsknotę można odczytać choćby z niedawnej inicjatywy ustawodawczej klubu parlamentarnego Lewicy, żeby w miejsce rządowego „obowiązku”, wprowadzić „przymus” szczepień, a przy okazji trochę się poznęcać nad heretykami. Perspektywa pójścia na skróty w wykonaniu komunistów wydaje się całkiem prawdopodobna. Inicjatywa od zakończenia II wojny światowej jest po ich stronie. To oni przygotowali przemyślaną strategię, to oni mają plan, który – dzięki opanowaniu, albo przynajmniej narzuceniu instytucjom państwowym i międzynarodowym swojego punktu widzenia, konsekwentnie, cierpliwie i metodycznie realizują, spychając przeciwników, którzy mogą tylko reagować – o ile w ogóle mogą – na ich posunięcia, do coraz głębszej defensywy. Co tu ukrywać; czas nie pracuje dla przeciwników komunizmu – tym bardziej, że oni, po sławnej transformacji ustrojowej, osiedli na laurach i nawet nie rozważają pójścia na skróty – jak to w Hiszpanii zrobił generał Franco, a w Chile – generał Pinochet.

W tej sytuacji nie wiemy tylko jednego, chociaż to i owo możemy już teraz wydedukować – jakich Umiłowanych Przywódców organizatorzy komunistycznej rewolucji nam narzucą. Myślę, że na pierwszym etapie posłużą się folksdojczami i karierowiczami w rodzaju Księcia-Małżonka, którym będzie towarzyszyło „stado dzikich bab” i zboczeńców, już nie maszerujących, ale wprost kopulujących na wszystkich trawnikach. A na etapie następnym, kiedy wszyscy już z „nowym” się oswoją, zajmie się nami i zrobi porządek towarzysz Adrian Zandberg i towarzyszka Anna Maria Żukowska – bo któż inny lepiej się do tego nada?

Stanisław Michalkiewicz

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”. http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5089 Felieton    tygodnik „Najwyższy Czas!”    21 grudnia 2021

Na stole i pod stołem

Po trzecim, zdalnym spotkaniu amerykańskiego prezydenta Józia Bidena z rosyjskim prezydentem Putinem (poprzednie spotkania odbyły się w czerwcu i lipcu), Biały Dom wstrzymał pomoc wojskową dla Ukrainy. Chodzi podobno o to, by w ten sposób „rozładować napięcie” na granicy Ukrainy z Rosją. Wszystko to być może, bo cóż to szkodzi prezydentowi Bidenowi, że zaprezentuje się światu w charakterze gołąbka pokoju – ale bardziej prawdopodobne jest to, że ad captandam benevolentiam Putina, podobnie jak Naszej Złotej Pani, prezydent Biden coś rosyjskiemu prezydentowi na Ukrainie obiecał i teraz ten prezent mu wręcza, ale w taki sposób, by stworzyć wrażenie, że nie było i nie ma żadnego prezentu, tylko szlachetna walka o pokój. Nie tylko zresztą on – bo pojawiły się doniesienia, że i Nasza Złota Pani, którą w dniach ostatnich na stanowisku kanclerza zastąpił Nasz Złoty Pan Ofaf Scholz, blokowała próby udzielenia Ukrainie wojskowej pomocy – tyle, że w ramach NATO.

Jeśli tak, to widać wyraźnie, że strategiczne partnerstwo niemiecko rosyjskie funkcjonuje w najlepsze, a i prezydent Biden próbuje reaktywować również strategiczne partnerstwo NATO-Rosja, proklamowane 20 listopada na szczycie NATO w Lizbonie, a następnie, w roku 2013, wysadzone w powietrze przez prezydenta Obamę. Pokrywane jest to oczywiście buńczuczną retoryką, ale taki parawan jest konieczny, skoro prezydent Biden, szykując się do ostatecznego rozwiązania kwestii chińskiej, musi wygaszać konflikty na wszystkich innych kierunkach. Dlatego też podczas konferencji prasowej w Białym Domu prezydent Biden nawet ofuknął dziennikarkę, która koniecznie chciała się dowiedzieć, kiedy USA wyślą na Ukrainę wojska. W odpowiedzi stwierdził, że wysyłanie wojska „nigdy nie było na stole”. I zapytał: „czy pani jest gotowa wysłać amerykańskich żołnierzy na wojnę na Ukrainie, by walczyć z Rosjanami na polu bitwy?” Wyobrażam sobie, jak musiało to zasmucić Wielce Czcigodnego posła Kowala, który już nie może wytrzymać, by walczyć o Ukrainę do ostatniego amerykańskiego, a także – polskiego żołnierza. Prezydent Biden zaś odwrotnie – jeśli zamierzałby wojować z Putinem, to oczywiście – do ostatniego żołnierza ukraińskiego.

Tymczasem Nowym Naszym Złotym Panem został przywódca niemieckich socjaldemokratów Olaf Scholz, który niedawno przybył w gospodarską wizytą do Warszawy. Nastąpiła ona zaraz po zakończeniu zwołanego z inicjatywy Naczelnika Państwa „szczytu” mającego wyrazić zaniepokojenie deklaracją budowy Unii Europejskiej jako państwa federalnego, która znalazła się w umowie koalicyjnej, zawartej przez SPD, Zielonych i FDP.

Wprawdzie pan premier Morawiecki, który już nie może doczekać się zablokowanych miliardów z Funduszu Odbudowy, składał się, jak scyzoryk, ale Nasz Złoty Pan był wobec tych umizgów nieugięty, w odróżnieniu od generała Jaruzelskiego, który bez sprzeciwu, chociaż z widocznym zażenowaniem, znosił natrętne uściski i gorące pocałunki natrętnego pana red. Michnika. Te sceny, tuż przed 40 rocznicą wprowadzenia stanu wojennego, pokazała rządowa telewizja, wywołując wściekłość Judenratu „Gazety Wyborczej”, która oskarżyła prezesa Kurskiego o „wykradzenie” archiwum pani Teresy Torańskiej, która te obleśne sceny nakręciła.

Widać, że Nasz Złoty Pan będzie kontynuował rozpoczętą przez Naszą Złotą Panią w 2016 roku hybrydową wojnę z Polską i bez ceregieli próbował dyscyplinować nasz nieszczęśliwy kraj przy pomocy finansowych szantaży i dekretów ferowanych w podskokach przez dyspozycyjnych przebierańców z Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. W tej sytuacji minister Ziobro powiedział, że w takim razie Polska powinna wstrzymać się z zapłaceniem corocznej składki do Unii i wetować wszystkie decyzje wymagające jednomyślności, aż Bruksela przestanie się Polski czepiać. Najwyraźniej jednak taka poważna zastawka musiała wystraszyć i Naczelnika Państwa i jego kolaborantów, bo w lud poszedł uspokajający komunikat, że to jest „prywatny” pogląd pana ministra Ziobry, a nie stanowisko rządu. Nie wiadomo nawet, czy stanowisko rządu wyrażają odgrażania się pana ministra Rau w sprawie reparacji. Gdyby bowiem Rada Ministrów wystąpiła w tej sprawie do niemieckiego kanclerza z oficjalną notą, to co innego, a tak, to widać, że chodzi tylko o przedwyborcze uwodzenie wyznawców Jarosława Kaczyńskiego, na których już nie działa ani katastrofa smoleńska, a „Polski Ład” wzbudza uczucia mieszane.

Z jednej bowiem strony obietnice mnożą się jak króliki, ale jednocześnie inflacja drenuje zasoby obywateli sprawniej od kieszonkowca. W tej sytuacji któż by nie chciał dostać np. ponad 850 mld dolarów od Niemiec tytułem reparacji? Każdy by chciał, tym bardziej, że pan Jan Zbigniew hrabia Potocki już dawno tyle właśnie wyprocesował przed Europejskim Sądem Polubownym – Sądem Arbitrażowym w Ciechanowie, utworzonym przez regionalną Radę Biznesu w Opinogórze. Na razie jedynym beneficjentem kampanii reparacyjnej jest dyrektor utworzonego właśnie przez premiera Instytutu Strat Wojennych, w którym będzie wiele wesołych miejsc pracy. Wesołych – ponieważ reparacji będziemy „dochodzić” tak samo, jak od 2010 roku „dochodzimy do prawdy” w sprawie katastrofy smoleńskiej.

Tymczasem w kraju nasila się walka klasowa – jak to przy rozwoju socjalizmu – z tym, że z terenu ekonomicznego, przeniosła się na płaszczyznę medyczną. To oczywiste w sytuacji, gdy stare kiejkuty nakradły się podczas uwłaszczania nomenklatury, a Umiłowani Przywódcy doją naszą biedną ojczyznę teraz.

Toteż Propaganda Abteilung nieubłaganym palcem, jako wroga klasowego piętnuje obywateli niezaszczepionych, wobec których rząd obmyśla coraz to nowe metody prześladowań, a ormowcy, „sygnaliści” i „aktywiści” już przestępują z nogi na nogę z niecierpliwości, kiedy wreszcie zabrzmi trąbka do ataku. W tej sytuacji zabrał głos dygnitarz zatrudniony na operetkowej posadzie rzecznika praw obywatelskich wskazując, że prześladowania – owszem – ale powinny mieć umocowanie w ustawie, a nie doraźnych zarządzeniach pana ministra Niedzielskiego. Słowem – chodzi o to, by pałki miały przepisową grubość, a pociski – odpowiedni kaliber. Wtedy prawa obywatelskie będą zagwarantowane zgodnie z konstytucją, co do której są wątpliwości, czy jest nadrzędna nad prawem unijnym, czy nie. Obrońcy konstytucji, którzy gwoli jej popierania urządzali nawet seanse kicania z udziałem pana mecenasa Romana Giertycha, uważają, że ta cała tubylcza konstytucja podlega prawodawstwu unijnemu, podczas gdy niszczyciele konstytucji, powołując się na orzeczenie „trybunału Julii Przyłębskiej” – jak postępactwo, z inspiracji JudenratuGazety Wyborczej”, nazywa Trybunał Konstytucyjny – uważają, że w Polsce jest ona prawem najwyższym. Jak się okazuje, nieoczekiwana zmiana miejsc przytrafiła się nie tylko małpoludowi w popularnym niegdyś filmie pod tym tytułem, ale i małpoludom z kręgu żydowskiej gazety dla Polaków, którzy małpują, co tylko mogą.

Stanisław Michalkiewicz 19 grudnia 2021

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada). http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5088

Idą faszyści, podnoszą klangor. A Rzeczpospolita – otwarta…

W “Dziejach Apostolskich” możemy przeczytać, a w drugi dzień Bożego Narodzenia nawet usłyszeć – dopóki oczywiście nie zostanie zakazany, albo przynajmniej ocenzurowany – opis dyskusji między synagogą Aleksandryjczyków i Libertynów z chrześcijaninem, diakonem Szczepanem, który w Kościele katolickim czczony jest, jako pierwszy męczennik. Otóż kiedy reprezentanci obydwu synagog nie mogli sprostać Szczepanowi w argumentacji, “zatkali sobie uszy” i podnieśli “wielki krzyk”, a potem wywlekli Szczepana na zewnątrz i zatłukli kamieniami.

To bardzo pouczający a w dodatku niezwykle aktualny opis, jako że taką metodę dyskusji notorycznie uprawia “Gazeta Wyborcza” pod redakcją potomka sowieckich kolaborantów, pana red. Adama Michnika. Najpierw klangor, a potem lincz.

Doświadczyłem tego na własnej skórze podczas tzw. afery felietonowej, kiedy w marcu 2006 roku na antenie Radia Maryja powiedziałem, że podczas gdy my jesteśmy zajęci wprowadzaniem demokracji na Ukrainie i Białorusi, od tyłu zachodzą nas Judeczykowie, pragnący wymusić na Polsce haracz w postaci tzw. “roszczeń”.

“Gazeta Wyborcza” podniosła klangor, a na sygnał znajomej trąbki do akcji ruszyli ormowcy, żeby mnie zlinczować, chociaż muszę powiedzieć, że z uwagi na wrodzone tchórzostwo nie fizycznie, a za pośrednictwem niezależnej prokuratury i niezawisłych sądów.  Delatorskie stowarzyszenie “Otwarta Rzeczpospolita” oskarżyło mnie o “znieważenie narodu żydowskiego” – jakoby określenie “Judejczykowie” było obelżywe, a pan Bogdan Białek z delatorskiego stowarzyszenia im, Jana Karskiego – nawet o “zaprzeczanie holokaustowi”.

Nawiasem mówiąc, ten pan Białek dokonał  niedawno odkrycia, że Prawda leży tam, gdzie redaktor Michnik. Nie wiadomo, czy tam gdzie on stoi, czy tam gdzie on leży – bo jeśli nawet leży, to leży z Prawdą – no i – co najważniejsze – co dzieje się z Prawdą, gdy pan redaktor Michnik się przemieszcza  i raz stoi, albo leży tam, a za chwilę – gdzie indziej? Ponieważ liczba wyznawców pana red. Michnika jest chyba większa, niż nawet Naczelnika Państwa, to tylko patrzeć, jak pan redaktor zostanie wyniesiony na ołtarze – oczywiście w “kościele otwartym”. Innym “sygnalistą”, który próbował mnie zlinczować za pośrednictwem australijskich służb granicznych, był pan Aleksander Gancarz, co to uwija się wokół stosunków polsko-żydowskich. Okazało się, że “sygnalizuje” on już od dawna, bo w IPN odnalazły się dokumenty, że “sygnalizował” do Służby Bezpieczeństwa od 22 września 1976 roku, czyli jeszcze w PRL, jako tajny współpracownik o pseudonimie “Bolesław”. Wypada mi tylko pogratulować australijskim służbom granicznym takiego współpracownika, a Władzom Australii – takiego obywatela.

Ale dość już tych wspominków, bo przecież nie chodzi o to, by rozpamiętywać przeszłość w sytuacji, gdy znowu został podniesiony klangor, w dodatku w sprawie jak najbardziej aktualnej. Oto Konfederacja urządziła protest przeciwko planowanej przez naszych Umiłowanych Przywódców segregacji sanitarnej, która polega na ograniczeniu – jeszcze nie wiemy, jak daleko sięgającym – praw obywateli, którzy nie chcą się zaszczepić. Podczas tej demonstracji rozwinięty został transparent z napisem: “Szczepionka czyni wolnym”, który nie tylko merytorycznie nawiązywał do napisu na bramie do oświęcimskiego obozu, ale również graficznie. Wolałbym co prawda, gdyby napis był całkowicie w języku niemieckim: np. Spritze macht frei, bo nawiązanie do tamtej tradycji byłoby pełniejsze, ale mówi się: trudno. Część Wielce Czcigodnych posłów, zwłaszcza tych bardziej postępowych, podniosła klangor, że “precz z faszyzmem!” – pod adresem posłów Konfederacji.

W każdej sytuacji jest jakiś mimowolny efekt komiczny i tutaj też, bo do wyrugowania faszyzmu nawoływali właśnie faszyści. Chodzi o to, że “faszyzm” w ustach tych niedouków utracił merytoryczne znaczenie i stał się inwektywą, którą obrzuca się przeciwników politycznych. Tymczasem “faszyzm” niesie ze sobą konkretne treści, wśród których bardzo ważna jest statolatria, czyli przekonanie, że państwu wszystko wolno. Tak właśnie widział to twórca faszyzmu, Benito Mussolini: “wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu”. Jeśli zatem sejmowa “banda czworga”, to znaczy – PiS, KO, Lewica i PSL opowiada się za segregacją sanitarną, czyli ograniczeniem praw obywateli, którzy próbują korzystać z konstytucyjnej gwarancji, że nikogo nie można zmuszać wbrew jego woli do udziału w ekspedrymencie medycznym, to musi być przekonana, że państwu wolno to zrobić, a skoro tak, to wyznaje statolatrię, czyli – że to właśnie są faszyści. Być może “bez swojej wiedzy i zgody”, bo wyższe szkoły gotowania na gazie takich rzeczy nie uczą – ale to nic nie szkodzi, bo pan Jourdain też nie wiedział, że mówi prozą – a mówił.

Te tendencje objawiły się zresztą jeszcze przed epidemią, za rządów Platformy Obywatelskiej i PSL, gdzie ministrem sprawiedliwości był pobożny Jarosław Gowin. To właśnie on utworzył pierwszy w Polsce po transformacji ustrojowej obóz koncentracyjny w Gostyninie, w którym, na podstawie tzw. “lex Trynkiewicz”, bezterminowo umieszcza się osoby pod pretekstem, że “mogą stwarzać zagrożenie”. Ciekawe, że żaden z płomiennych obrońców konstytucji z panem Adamem Bodnarem na czele, nawet nie pisnął słowa przeciwko temu faszystowskiemu prawu. To pokazuje, że zarówno w obozie dobrej zmiany, jak i w obozie zdrady i zaprzaństwa, co do faszyzmu panuje porozumienie ponad podziałami. Wynika to zresztą z dyrektyw Komisji Europejskiej, w której także zasiadają faszyści, którzy – podobnie jak faszyści tubylczy – zwalczają swoich przeciwników politycznych przy pomocy oskarżania ich o “faszyzm”.

Przypomina mi to dyskusję, w jaką jeszcze w początkach lat 90, wraz z kol. Januszem Korwin-Mikke, wdaliśmy się z dwoma jegomościami z Unii Demokratycznej. Zaproponowaliśmy, by na początek zdefiniować pojęcie wolności, a potem przejdziemy do szczegółów. To się  jednak nie udało, więc od razu przeszliśmy do szczegółów i JK-M zapytał, czyje prawa i wolności narusza, jeśli nie chce się pod przymusem ubezpieczyć. Nasi przeciwnicy na to, że niczyich praw, ani wolności pan nie narusza, ale tak nie można. TAK NIE MOŻNA! Na to my – że z faszystami nie chcemy mieć nic wspólnego i na tym dyskusja się zakończyła. Bo faszyści nie mają żadnych argumentów merytorycznych, wobec tego nie pozostaje im nic innego, jak albo się obrazić – jak pan premier Morawiecki – albo podnieść klangor – jak to zrobili w Sejmie faszyści drobniejszego płazu.

Stanisław Michalkiewicz https://www.magnapolonia.org/ida-faszysci-podnosza-klangor/

Tam za górą jest granica…

Coraz więcej mamy analogii z wiekiem XVIII, ale nie tyle z prądami oświeceniowymi, jakie wtedy też się u nas pojawiały, ale przede wszystkim z rozpanoszeniem się ducha partyjniackiego, który nie tylko rozhuśtuje emocjonalnie miliony ludzi, ale sprawia, że wszystko oceniane jest według partyjniackich kryteriów. Analogia z tendencjami oświeceniowymi manifestuje się w bigoterii laickości. Nie jest to żadna racjonalna postawa, tylko rozpalone do białości emocje, którym ulegają zwłaszcza niestabilne emocjonalnie kobiety, albo nastolatki w okresie naporu hormonów na mózg, albo panie dojrzałe, które właśnie – jak pisał Boy-Żeleński – kobietami być przestają, co też wiąże się z przejściowym rozchwianiem emocjonalnej stabilności. Najlepszą tego ilustracją były manifestacje „Strajku Kobiet”, podczas którego nawet osoby z cenzusem akademickim publicznie rzucały „chujami” i „kurwami”, pozdrawiając się nawzajem kultowym zawołaniem: „wypierdalać”. Tego zawołania z upodobaniem używa – a być może nawet je wylansowała – pani Marta Lempart, co niektórzy złośliwcy traktują jako wyraz niezaspokojonej tęsknoty – ale nie o to chodzi, by dokonywać tu egzegezy osobowości pani Marty, tylko żeby zilustrować analogie z wiekiem XVIII.

Bigoteria laickości wspierana jest cenzurą, która już bez żadnych pozorów jest wprowadzana i egzekwowana przez Youtube , której prezesem jest Żydówka Suzan Wojcicki. Nie robi ona wszystkiego sama, tylko wydaje odpowiednie polecenia swoim ormowcom, którzy nie oglądają na żadną konstytucję, co to zakazuje cenzury i cenzurują wszystkie publikacje jak leci – a władze państwowe podkulają pod siebie ogon, bo jakże tu się sprzeciwiać pani Wojcicki, kiedy sam pan prezydent Duda skacze z gałęzi na gałąź przez cadykami i rabinami? Jak daleko zaszliśmy na tej drodze, pokazuje taki oto przypadek.

W ramach kącika „poezji nikt nie zji” zaprezentowałem niedawno na youtube nieśmiertelny poemat Janusza Szpotańskiego „Caryca i zwierciadło”. Janusz Szpotański napisał go w latach 70-tych i ogłosił w drugim obiegu pod pseudonimem „Aleksander Oniegow” – bo to była komuna, a nie żadna tam „wolna Polska”. Wszystko ładnie się nagrało, ale youtubowi ormowcy zablokowali to nagranie. Po wymianie korespondencji okazało się, że przyczyny były dwie. Takie mianowicie, że Janusz Szpotański użył tam określeń dzisiaj już zakazanych. Pierwsze słowo to „negry” („Negry bieleją z przerażenia”), a drugie słowo, to „pederasta” („Zimny egipski pederasta, podstępna, jadowita żmija…”). Jeśli chodzi o „negrów”, to nawet przypadkowo wiem, kiedy to słowo zostało zakazane. Akurat byłem w Nowym Jorku, kiedy prezenterka w telewizji powiedziała, że „zakazane” zostało słowo na literę „n”. Już nie ośmieliła się wymówić go na antenie – co pokazuje, że amerykańska komuna mocno już trzyma tamtejszych twardzieli i rozwydrzone panie na mordę. Niby w kółko pieprzą o „wolności”, a amerykański Kongres wystawia innym państwom cenzurki – ale słowa na literę „n”, wymówić się nie ośmielą. Ciekawe, że Murzyni nic sobie z tego zakazu nie robią.

Do czego to doprowadzi? Stanisław Lem w bajce „Jak ocalał świat” opowiada o maszynie, która umiała robić wszystko na literę „n”. Wielki konstruktor Trurl najpierw zaproponował, żeby zrobiła „natrium” – ale maszyna odmówiła, bo „natrium”, czyli sód, jest słowem łacińskim. – Żeby zrobić natrium musiałabym być maszyną umiejącą Robić Wszystko Na Każdą Literę” – powiedziała. Wtedy Trurl kazał jej zrobić „nic”. Maszyna początkowo sprawiała wrażenie bezczynnej, ale po chwili przerażony Trurl zobaczył, jak ze świata znikają, najpierw rzeczy na literę „n”, ale potem i wszystkie inne. Zaczął czynić maszynie gorzkie wyrzuty, ale ta odparła, że właśnie robi „nicość”, która jest na literę „n”. Ledwo Trurl ją ubłagał, żeby przestała, ale zanim przestała, ze świata bezpowrotnie zniknęło już mnóstwo rzeczy, a to, co ze świata zostało, ziało dziurami nicości. Bardzo możliwe, że coś takiego czeka i nas, bo czy jest taka siła, która potrafiłaby zatrzymać osoby, które Francuzi nazywają „fou furieux”?

Co tu gadać; za komuny było jednak lepiej, bo jak partia zabraniała publikować niechby taką „Carycę i zwierciadło”, to stworzyliśmy drugi obieg i po krzyku – ale teraz jest wolność, to znaczy sytuacja, w której o tym, co wolno, a czego nie wolno, decydują mnożące się w oczach, anonimowe polityczne gangi, przerabiające normalnych ludzi na ludzi sowieckich. Jak się bowiem okazuje, Związek Radziecki wcale nie zniknął, tylko zmienił położenie, przesuwając się na zachód. Dowodzi tego pomysł mojej faworyty, maltańskiej durnicy Heleny Dalli, która całkiem niedawno chciała zabronić wymawiania nazwy „Bożego Narodzenia”. Najwyraźniej pan prezydent Trzaskowski, którego uważam za zarozumiałego, nadętego blagiera, musiał się z nią jakoś spiknąć, bo wydał świąteczny plakat, z którego ani w ząb nie można się zorientować, z jakiej to okazji mamy wkrótce świętować. Ta maltańska durnica jest ludowym komisarzem do spraw równości, czyli pełni w Unii Europejskiej rolę podobną do tej, jaką za komuny w latach 70-tych pełnił w Moskwie Główny Cadyk komunizmu Michaił Susłow, który w miejsce Bożego Narodzenia lansował Dziadka Mroza.

Oczywiście ani Susłow, ani durnica nic by nie zdziałali, gdyby nie posłuszne ich rozkazom i sugestiom rzesze ormowców, zwanych dzisiaj „sygnalistami”. Tacy „sygnaliści” w okresie okupacji sygnalizowali do gestapo, gdzie ukrywają się Żydzi, no a teraz niezwykle rozszerzyli zakres swojej aktywności. Oto niedawno odbył się w rządowej telewizji koncert „Murem za polskim mundurem”. Ponieważ organizowała go telewizja rządowa, to Judenrat „Gazety Wyborczej”, w którym zasiada brat prezesa rządowej telewizji, rozkazał, że koncert podobać się nikomu nie może pod rygorem utraty intelektualnego i towarzyskiego statusu. W przeciwieństwie do szprycowania, nie było co prawda obowiązku oglądania go – ale dla Sanhedrynu, a zwłaszcza – dla ormowców to byłoby za mało. Toteż pan Jakub Żulczyk, biegający za obiecującego, a nawet wybitnego pisarza, koncert chyba obejrzał, bo strasznie skrytykował panią Edytę Górniak, której występ mu się nie spodobał. Jego zdaniem z tego powodu skompromitowała się „i artystycznie i wizerunkowo”. Gdyby koncert pod tytułem „Tam za górą jest granica” urządzała TVN, to jestem pewien, że panu Żulczykowi, „według stołecznych życzeń” wszystko by się podobało, ale skoro to nie ona – to nie. Ktoś mógłby pomyśleć, że pan Żulczyk jest uznanym krytykiem muzycznym, ale przecież nie jest i nawet nie wiadomo, czy ma pierwszy stopień muzykalności, to znaczy – rozróżnia, kiedy grają, a kiedy nie – ale gorliwości z pewnością mu nie brakuje. Miejmy nadzieję, że ta gorliwość zostanie zauważona gdzie trzeba i kto wie, czy już w przyszłym roku nie usłyszymy, że pan Żulczyk, za wierną służbę został laureatem nagrody Nike, a potem – może nawet Nagrody Nobla? Cóż w tych zepsutych czasach, gdzie zdrada wyziera z każdego kąta, nagradzać, jeśli nie gorliwość i dyspozycyjność?

Stanisław Michalkiewicz 15 grudnia 2021 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5086

Patriotyczne bicie piany.

Zdrada panowie, ale stójcie cicho!” Zdrada bowiem czai się wszędzie, a pierwszą jej, ofiarą padł pobożny poseł Jarosław Gowin, który nawet z tego powodu wylądował w szpitalu. Tak w każdym razie uważa Wielce Czcigodny poseł Wypij, który – bodajże jako jedyny – pobożnego posła Gowina nie zdradził, więc coś tam musi wiedzieć. Ale to jeszcze nic w porównaniu z Jarosławem Kaczyńskim, który właśnie zdradził Polskę przy pomocy Konfederacji. Taki w każdym razie wniosek wyciągnął Donald Tusk, który odbył bliskie spotkanie III stopnia z Księżną-Małżonką Księcia-Małżonka, czyli panią Anną Applebaum, pieszczotliwie nazywaną „Jabłoneczką”. To bliskie spotkanie III stopnia jest namacalnym dowodem, że na tym etapie nie tylko mamy do czynienia z koordynacją żydowskiej polityki historycznej z polityką historyczną niemiecką, ale nawet z serdecznym porozumieniem Żydów z folksdojczami. Co z tego będą mieli Żydzi – to zostanie nam objawione w stosownym czasie, bo folksdojcze – jak to folksdojcze – zwyczajnie wykonują zadania wyznaczane w przeszłości przez Naszą Złotą Panią, a obecnie – przez Naszego Złotego Pana nazwiskiem Olaf Scholz, socjalistę, podobno jeszcze nie narodowego, ale przecież wszystko dopiero przed nami. Chodzi oczywiście o to, że niemieccy socjaldemokraci, czyli Czerwoni, spiknęli się z Zielonymi, a wiadomo, że pomieszanie koloru czerwonego z zielonym daje w efekcie brunatny.

Otóż ten brunatny rząd objawił daleko idące ambicje, ale akcenty rozkłada inaczej, niż jego brunatny poprzednik, bo o ile tamten w żadne jurystyczne ceregiele się nie bawił, to ten planuje nadać Unii Europejskiej konstytucję. W tym celu zamierza zmienić dotychczasowe traktaty ustanawiające Unię Europejską, by przekształcić ją w państwo federalne. W tym państwie ma być tak, że dotychczasowy wymóg jednomyślności ma być zniesiony, a decyzje będą podejmowane przez wyłoniony w europejskich wyborach z ponadnarodowymi listami i „wiążącym systemem najlepszych kandydatów”. No dobrze – ale jacy kandydaci będą „najlepsi”? To jasne, że najlepszymi kandydatami na listach ponadnarodowych będą folksdojcze, no i… Żydzi. Z godnie ze spiżową wskazówką Józefa Stalina, i jedni i drudzy będą stanowili propozycję nie do odrzucenia dla europejskich narodów. Ten manifest niemieckiej koalicji rządowej wywołał gwałtowną reakcję Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego, który – jako wirtuoz intrygi – zwietrzył w tym znakomitą okazję do kolejnego uwodzenia swoich wyznawców, na których już nie bardzo działa ani katastrofa smoleńska, ani nawet makagigi w postaci reparacji wojennych od Niemiec. Wprawdzie rząd powołał specjalny instytut z Wielce Czcigodnym posłem Mularczykiem na fasadzie, ale wiadomo, że chodzi przede wszystkim o to, by Wielce Czcigodny miał dobrą rządową posadę na wypadek utraty dobrego fartu, więc tych, którzy na posady w instytucie liczyć nie mogą, nie bardzo to obchodzi. Zresztą, mówiąc nawiasem, po co tu jakiś instytut, kiedy uważający się za prezydenta Polski pan Jan Zbigniew hrabia Potocki już wyprocesował od Niemiec dla Polski ponad 800 miliardów dolarów, właśnie tytułem reparacji? Co prawda uzyskał ten wyrok w Europejskim Sądzie Polubownym, Sądzie Arbitrażowym w Ciechanowie, utworzonym przez regionalną Radę Biznesu, czy jakoś tak – w Opinogórze, ale nie ma co grymasić. Dobra psu i mucha, toteż teraz tylko ten wyrok wyegzekwować i sprawa załatwiona.

Zatem gwoli bardziej efektywnego uwodzenia swoich wyznawców, Naczelnik Państwa zwołał do Warszawy szczyt ugrupować uniosceptycznych, które opowiedziały się przeciwko federalizacji Unii. Sęk jednak w tym, że niemiecki rząd tylko wyciągnął wnioski z traktatu z Maastricht, który wszedł w życie jeszcze w roku 1993. To właśnie on zmienił formułę funkcjonowania wspólnot europejskich z konfederacji, czyli związku państw, na federację, czyli państwo związkowe. Taką Unię Europejską stręczył w 2003 roku Polakom nie tylko Jarosław Kaczyński, ale i Donald Tusk, w którym Nasza Złota Pani już wtedy szczególnie sobie upodobała. Później, to znaczy – 1 kwietnia 2008 roku, Jarosław Kaczyński, podobnie zresztą, jak Donald Tusk, głosował za upoważnieniem prezydenta do ratyfikacji traktatu lizbońskiego, który państwom członkowskim UE, w tym również Polsce, amputował ogromny kawał suwerenności – czego właśnie doświadczamy w postaci finansowych szantaży, wyroków TSUE i kar pieniężnych.

Wreszcie całkiem niedawno właśnie Jarosław Kaczyński, który w tym celu skaptował klub parlamentarny Lewicy, przeforsował w Sejmie ratyfikację ustawy o zasobach własnych Unii Europejskiej, która nadaje Komisji Europejskiej dwie nowe kompetencje: zaciągania zobowiązań w imieniu całej Unii i nakładania „unijnych” podatków. Jest to milowy krok ku federalizacji, więc mamy dwie możliwości: albo Jarosław Kaczyński od 2003 roku nie wie, co robi – ale wysuwanie takich podejrzeń byłoby bardzo niegrzeczne, albo przeciwnie – wie doskonale, tylko jest „przeciw, a nawet za”.

Wspominam o tym wszystkim, by pokazać, że zarzut, jakoby Naczelnik Państwa dopiero teraz dopuścił się zdrady, nie wytrzymuje krytyki, bo jeśli nawet, to dopuściłby się takiej samej zdrady, co Donald Tusk, który przecież za zdrajcę się nie uważa, tylko za europejsa, co jest elegancką nazwą folksdojcza.

Główną postacią szczytu była pani Maryna Le Pen, która nie tylko stwierdziła, że Ukraina leży w rosyjskiej strefie wpływów i że kiedy ona zostanie prezydentem, to Francja spłaci polskie długi z tytułu kar, jakie UE wymierza Polsce w wysokości 1,5 mln euro dziennie. Widać zatem, że wcale nie zamierza zostać prezydentem Francji, a w tej sytuacji możemy skupić się na „strefie wpływów”.

Otóż po 1990 roku Niemcy nawróciły się na linię polityczną kanclerza Bismarcka, według której Niemcy zarządzają Europą w porozumieniu z Rosją. Zewnętrznym wyrazem tego nawrócenia jest strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie, które, jak dotąd, znakomicie wytrzymało wszystkie „próby niszczące”. Kamieniem węgielnym tego partnerstwa jest właśnie podział Europy na strefę wpływów niemieckich i strefę wpływów rosyjskich, prawie dokładnie wzdłuż linii Ribbentrop-Mołotow. Warto dodać, że 20 listopada 2010 roku, na dwudniowym szczycie NATO w Lizbonie, proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO-Rosja. Najtwardszym jądrem tego partnerstwa było oczywiście strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie, którego kamieniem węgielnym… – i tak dalej. Wprawdzie w drugiej połowie roku 2013 prezydent Obama wysadził to partnerstwo w powietrze, zapalając zielone światło dla przewrotu politycznego na Ukrainie, które w efekcie została częściowo rozebrana, ale teraz, gdy prezydent Biden w czerwcu i lipcu rozmawiał pojednawczo z prezydentem Putinem, to myślę, że coś tam musiał mu obiecać w zamian za obietnicę neutralności Rosji w momencie, gdy USA przystąpią do ostatecznego rozwiązywania kwestii chińskiej. Czy przypadkiem aby nie zgodę na dokończenie rozbioru Ukrainy?

Być może pani Maryna Le Pen wie coś, czego Naczelnik Państwa za żadne skarby nie chce nam powiedzieć. Tymczasem Wielce Czcigodny Paweł Kowal, co to z niejednego komina wygartywał, aż osiadł w Koalicji Obywatelskiej, podczas przesłuchania u resortowej „Stokrotki” mało nie zniósł jaja, nie mogąc doczekać się, kiedy Polska wesprze Ukrainę w związku z zapowiadanym rosyjskim uderzeniem. Pan Kowal był w przeszłości doradcą prezydenta Kaczyńskiego m.in. w sprawach ukraińskich i dzięki temu lepiej rozumiemy, dlaczego prezydent Kaczyński w stosunkach polsko-ukraińskich narobił tyle głupstw. Pan Kowal podpuszcza polską opinię publiczną, by postępowała w myśl frazesu „za wolność waszą i naszą”, ale w sytuacji, gdy możemy mieć tam do czynienia z amerykańsko-rosyjską ustawką, nie byłoby to wchodzeniem między ostrza potężnych szermierzy? Rozumiem, że przewodniczący Koalicji Obywatelskiej Donald Tusk nie miałby nic przeciwko temu, by Polska wykrwawiła się na Ukrainie, bo wtedy Niemcy tym łatwiej by nas zoperowali, ale dlaczego właściwie mielibyśmy przyjmować punkt widzenia folksdojczów?

Stanisław Michalkiewicz http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5085

12 grudnia 2021

Polskie przyczółki Józia Bidena

Wygląda na to, że ani prezydent Józio Biden, ani jego pierwszy minister Antoni Blinken z pierwszorzędnymi korzeniami białostockimi, ani też Nasz Nowy Złoty Pan z Berlina, nie mogą się zdecydować, co z tą Polską w końcu zrobić. Jedno wydaje się pewne – o czym poinformował nas pretendujący do stanowiska ambasadora USA w Warszawie pan Brzeziński – że USA będą pilnowały, by w Polsce nikt już się nie ośmielił sprzeciwić sodomitom. W Ameryce już tak jest, więc nic dziwnego, że tamtejsi aktywiści próbują podciągnąć do tego ideału wszystkie państwa sojusznicze. Tak, jakby nie mieli innych, większych zmartwień. Może zresztą nie mają, bo – jak to mówią Rosjanie – „ot żyru biesiatsia”, czyli od dobrobytu wariują. Esperons, że jednak nie jest aż tak tragicznie, bo poza komunistyczną awangardą, w Ameryce jest jeszcze całkiem sporo ludzi normalnych, którzy kontaktu z rzeczywistością nie utracili. Wprawdzie jest to założenie zuchwałe, ale może należy do nich również prezydent Józio Biden. Jak pamiętamy, w czerwcu oddał Naszej Złotej Pani Polskę w arendę, w związku z czym Donald Tusk dostał zadanie zagospodarowania w imieniu Rzeszy tego podarowanego Lebensraum. Sęk w tym, że nie do końca wiadomo, jaki jest jego zasięg. Oto bowiem do Kongresu USA nie został zaproszony Donald Tusk, tylko jego polityczny konkurent w obozie zdrady i zaprzaństwa, Rafał Trzaskowski. Obsrał on tam Polskę – bo po to właśnie go zaprosili – ale przecież Donald Tusk też potrafiłby Polskę obsrać. Nie o samo obsranie tutaj więc chodziło, tylko o wskazanie, że Donald Tusk nie jest Najukochańszą Duszeńką Naszego Najważniejszego Sojusznika. Najwyraźniej w Ameryce uważają, że Rafał Trzaskowski nie jest przez Niemców trzymany na takiej krótkiej smyczy, jak Donald Tusk. Czy to prawda – to rzecz do dyskusji – ale powiedzmy, że prawda.

Jeśli tak, to znaczy, że podarowane Naszej Złotej Pani Lebensraum nie jest nieograniczone i że mimo oddania jej Polski w arendę, Nasz Najważniejszy Sojusznik chciałby jednak jakieś przyczółki sobie w Polsce zostawić na wypadek, gdy formacji Naczelnika Państwa powinie się noga. Nawiasem mówiąc, Naczelnik Państwa, chociaż przecież gotów w podskokach spełniać, a nawet zgadywać amerykańskie życzenia – o czym przekonaliśmy się podczas prac nad ustawą nr 447 – musiał się już znudzić tamtejszym komunistom, którzy nie mogą się już doczekać, by cały świat, a jeśli nawet nie cały, to przynajmniej tę część, którą kontrolują, przerobić na jeden wielki darkroom. Jak wiadomo, jest to pozbawiona wszelkiego światła kanciapa, do której wchodzą sodomici i rżną się z kim popadnie, raz paciakując w popielnik, a zaraz potem – w otwór gębowy – co ponoć dostarcza im niezapomnianych przeżyć.

Jeśli tak byłoby rzeczywiście, to by znaczyło, że „senator wypadł łaski” i nie pomoże mu nawet organizowanie w Warszawie zjazdów partii przez jakieś nieporozumienie nazywanych „prawicowymi”, podczas gdy tak naprawdę chodzi o różne ugrupowania socjalistyczne, zarówno narodowe, jak i internacjonalne. Na przykład taki Front Narodowy. Kiedyś odwiedziłem jego główną siedzibę w Paryżu i poprosiłem o materiały programowe, które mi podarowano. Zorientowałem się, że FN jest ugrupowaniem narodowo-socjalistycznym, oczywiście bez żadnej niemieckiej demoniczności, bo pani Maryna przed Żydami skacze dziś z gałęzi na gałąź, a jego program można streścić w krótkich żołnierskich słowach: socjal tak – ale tylko dla Francuzów.

Taka to ci prawica, zresztą taka sama, jak Prawo i Sprawiedliwość, które nawet już nie ukrywa, że chce doprowadzić do całkowitego ekonomicznego uzależnienia obywateli od państwa. To już stopniowo się dokonuje, a kropkę nad „i” może postawić „Polski Ład”, w następstwie którego coraz większa część dochodów obywateli nie będzie brała się z pracy, tylko z rządowych zasiłków. Ukoronowaniem może być minimalny dochód gwarantowany, będący przecież marzeniem Lewicy.

Jeśli tedy Nasz Najważniejszy Sojusznik znajdzie sobie u nas nowe Najukochańsze Duszeńki, które namaści na Naszych Umiłowanych Przywódców, to musi odpowiednio rozdzielić zadania. Otóż pan Trzaskowski może dostać zadanie politycznego zagospodarowania „kobiet” i sodomitów, w czym ma już sporą eksperiencję, natomiast pan Hołownia, który też jest amerykańskim wynalazkiem, najwyraźniej dostał zadanie zagrodzenia Konfederacji drogi do władzy. Jak bowiem wiadomo, Konfederacja w polityce zagranicznej sprzeciwia się robieniu na życzenie Naszego Najważniejszego Sojusznika głupstw w rodzaju zabawy w mocarstwowość z udziałem pani Swietłany Cichanouskiej. Doprowadziła ona bowiem do wepchnięcia Aleksandra Łukaszenki wraz z całą Białorusią w objęcia Putina, który już ich z tych objęć nie wypuści, do spacyfikowania przeciwników Aleksandra Łukaszenki na oczach bezradnych kibiców z całego świata i do wyaresztowania na Białorusi polskich działaczy.

Konfederacja opowiada się w polityce międzynarodowej za elastycznością, by nie zostać zakładnikiem własnej propagandy, co niestety przytrafiło się Naczelnikowi Państwa. Nie chce on brać przykładu choćby z Wiktora Orbana, który w niewolę własnej propagandy nie popadł – i właśnie dlatego nie został zaproszony przez prezydenta Józia Bidena na demokratyczny sabat w Ameryce, w odróżnieniu od Polski, której prezydent nadskakuje Żydom w sposób budzący zażenowanie i niesmak obywateli, co to jeszcze nie stracili rozumu. Wreszcie Konfederacja w sprawach gospodarczych prezentuje program odmienny od „bandy czworga”, która licytuje się, ile to wyda pieniędzy. Konfederacja nie zamierza nikomu pieniędzy dawać, ale nie zamierza też ich odbierać, poza konieczność państwową. Linia Konfederacji w polityce międzynarodowej mogłaby położyć kres instrumentalnemu traktowaniu Polski przez naszych sojuszników, którym oczywiście nie może się to podobać, a linia tej partii w polityce wewnętrznej mogłaby doprowadzić do odblokowania w Polsce narodowego potencjału gospodarczego, zablokowanego przez kapitalizm kompradorski, którego najtwardszym jądrem jest bezpieka, przez postępującą biurokratyzację państwa i przez niemiecki projekt „MittelEuropa” z 1915 roku. To też nie może się nikomu podobać, bo po co pozwalać na odblokowanie w Polsce narodowego potencjału gospodarczego? Niech pozostanie chorym człowiekiem Europy i świata, dzięki czemu pomiatać nim będzie mogła nawet banda przebierańców z Luksemburga. Toteż panu Hołowni powierzone zostało zadanie przelicytowania Konfederacji, w związku z czym zaprezentował właśnie szalenie radykalny program fiskalny: zmniejszenie podatków i uproszczenie systemu fiskalnego. To bardzo ładnie – ale, o ile mi wiadomo, nie powiedział, czy utrzyma rozbudowany przez PiS socjal, czy go zlikwiduje, albo przynajmniej ograniczy. Jeśli nie – to nieomylny to znak, że jego rewolucję podatkową śmiało można włożyć między bajki. Jest tam m.in. zapowiedź obniżenia stawki VAT do 7 proc. Dokładnie taki sam warunek na mój wniosek postawiła w 1993 roku Unia Polityki Realnej rządowi panny Suchockiej, przeciwko któremu poseł Alojzy Pietrzyk zgłosił votum nieufności. Prof. Geremek ten warunek odrzucił, nawiasem mówiąc, nie informując o tym swego koalicjanta, czyli KL-D, wskutek czego rząd upadł. Po wielu miesiącach rozmawiałem o tym z panem prof. Modzelewskim, który powiedział mi, że stawka 7 procent byłaby za mała, bo w przypadku VAT 5 procent pochłaniają koszty jego poboru. Ale pan Hołownia nie musi tego wiedzieć, bo w roku 1993 miał zaledwie 17 lat, a chłopcy w tym wieku zdobywają pierwsze doświadczenia z panienkami i ani im w głowie jakieś podatki.

Stanisław Michalkiewicz http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5084