„Szalony Król” Zachodu

„Szalony Król” Zachodu

unz.com/bhua/the-mad-king-of-the-west

Zachód powinien skupić się na przetrwaniu własnego “Szalonego Króla”, a nie cierpieć na bezsenność w nocy z powodu Chin lub Rosji.

Hoa Binh• 15 lipca 2026

Donald Trump przewrócił się i ponownie upadł.

Ogłosił wprowadzenie 20% opłaty dla wszystkich statków przechodzących przez cieśninę Ormuz w poniedziałek, 13-golipca. Odwołał swój rozkaz we wtorek, 14golipca.

Rynek ropy naftowej waha się a niektórzy sprytni traderzy mają okazję do kolejnych spekulacji na naftowych kontraktach terminowych.

Do tego momentu ludzie są już przyzwyczajeni do takich wahań. Wall street wprowadziła do użytku termin „Indeks TACO”, który śledzi, jak panika na rynku zmusza Trumpa do zmiany polityki.

Do wielu zauważalnych, ostatnich wyczynów prezydenta należą:

– Globalny odwrót od taryf po „Dniu wyzwolenia”, kiedy to ogłosił wprowadzenie sztywnych stawek celnych na import, w tym cła na chińskie towary ponad 100%, ale zmienił kurs zaledwie kilka dni później w 90-dniowej klauzuli.

Trump opublikował na Truth Social komunikat, w którym wezwał społeczeństwo i inwestorów, aby „ZACHOWAĆ zimną krew”, na przykład: „o co to całe zamieszanie, głupcy?”

– Zakaz chipów Nvidia, kiedy Trump zabronił sprzedawać procesory graficzne H20 Nvidia chińskim klientom w kwietniu 2025 roku, aby chronić „przewagę technologiczną USA”.

W lipcu dokonał zwrotu o 180 stopni, usuwając ograniczenia i żądając w zamian 15% od od chińskich przychodów Nvidia.

Póki co, jest to spadek o 15% w przybliżeniu równy zero, ponieważ same Chiny zabroniły Nvidia aby chronić chińską „technologiczną niezależność”.

– Przyłączenie Grenlandii i zagrożenie taryfowe UE. Trump uporczywie domagał się aneksji lub zakupu Grenlandii od Danii. Kiedy UE okazała opór, Trump zagroził wprowadzeniem 10% opłat na cały import z UE. Następnie cała historia jakby usunęła się w 15-minutowym cyklu wiadomości, a Trump i UE/NATO pogodzili się, jak para gołąbków.

– „Dziś w nocy umrze cała cywilizacja, która nigdy więcej nie będzie reaktywowana”. Kwietniowe groźby Trumpa o ludobójstwie, które obejmują również „chcemy przywrócić ich do wieku kamienia łupanego, gdzie jest ich miejsce”, zostały zawieszone tuż przed 12-m z powodu wewnętrznych gospodarczych ostrzeżeń i skoków cen ropy.

Wkrótce po tym Trump podpisał Memorandum o zawieszeniu broni, potocznie znane jako „Nowy Traktat Wersalski”.

==================================

W Chinach jest od tysięcy lat powiedzenie –„Cesarz nie mówi pustych słów”(君无戏言). Oczywiście, odnosi się to nie tylko do słów cesarza dosłownie. Każdy, kto chce, aby go traktować poważnie, jest związany swoimi słowami. Szczególnie wysocy rangą urzędnicy i ludzie, którzy są u władzy.

Na Zachodzie, przynajmniej w dawnych czasach, również istniały pojęcia, takie jak„słowo króla jest jego zobowiązaniem”. W szerszym znaczeniu – „słowo pana”.

Istniało nawet prawne pojęcie „honoru korony” lub „boskiego prawa królów”, które stanowiło, że wypowiedziane słowo monarchy jest absolutnym, niezmiennym dekretem.

Złamanie królewskiej obietnicy oznaczało obrazić Boga i podważyć zaufanie do państwa. Oczywiście, ta dziwna starożytna koncepcja upadła w nowoczesnej zachodniej polityce.

Monarchowie wciąż istnieją w niektórych częściach Europy, ale nominalną zasadą rządzenia jest „konstytucyjna demokracja”. USA nawet stały się jej pionierem.

Władza należy do urzędu, a nie do konkretnego człowieka, jak uczą na lekcjach prawa cywilnego. Nowocześni politycy związani są innym zestawem „zasad”, pośrednio i dosłownie, takich jak bezkarne wykorzystanie środków masowego przekazu do rozpowszechniania ekstremistycznych idei, znanych jako „próbne balony” i „retoryczne hiperbole”.

Jak zauważyła dziennikarka Salena Zito, „zwolennicy Trumpa traktują go poważnie, ale nie dosłownie”, podczas gdy jego krytycy postrzegają go „dosłownie, ale niepoważnie”.

Ponieważ jego otoczenie nie spodziewa się, że będzie odnosić się do każdego słowa jak do obowiązkowego dekretu, Trump nie poniesie politycznej kary za to, że wycofa się z nich.

Obrońcy twierdzą również, że dla starożytnego króla słowa były przeznaczone dla ustanowienia porządku i stabilności, podczas gdy dla Trumpa słowa – to narzędzia stosowane do uzyskania dźwigni wpływu w „transakcji”.

Honor – to nie jest koncepcja, z którą Trump kiedykolwiek był związany. Dla „transakcyjnego lidera” tworzenie niewypałów lub ekstremalnych zagrożeń – jest to cecha, a nie błąd.

To wstrząsa status quo i daje twórcy zagrożenia – według jego własnego uznania – „pozycję siły”.

Jednak taki argument całkowicie traci z oczu podstawowe etyczne znaczenie przysłowia:„Nie ma żadnych jałowych słów od cesarza”. Dotyczy to przede wszystkim uczciwości, zaufania i moralnej wagi przywódcy.

To nie tylko władza absolutna. Kiedy słowa lidera stają się bezsensowne lub„mózgowymi wypierdami”, narusza to niepisaną umowę społeczną między rządem a ludem.

W klasycznej zachodniej filozofii politycznej występuje właśnie ten problem, w związku z koncepcją „społecznej cnoty” i instytucjonalnego zaufania.

Tacy filozofowie, jak John Locke, ostrzegali, że gdy wysocy rangą urzędnicy odnoszą się do prawdy na zasadzie jednorazowego użytku, uruchamia to przewidywalny cykl instytucjonalnego upadku.

Filozofia Oświecenia rozważa rząd jako „fundusz fiducjarny”, który reprezentuje sobą stosunki w pełni oparte na zaufaniu i uczciwości. Walutą tego zaufania jest słowo wysokiego rangą urzędnika.

Zachodnia politologia szczegółowo dokumentuje, jak „puste słowa”, a na co dzień oszustwo przywódcy – „gnicie od góry” – mogą spowodować kaskadę szkód:

·  Erozja instytucjonalnej legitymacji: obywatele przestają wierzyć oficjalnej rządowej statystyce, raportom wywiadu lub dekretom prawnym, zakładając, że wszystko to tylko gra polityczna.

·  „Pułapka cynizmu”: kiedy kłamstwo staje się normą na górze, społeczeństwo staje się głęboko cyniczne. Ludzie przestają uczestniczyć w życiu publicznym, bo uważają, że cały system jest wadliwy.

·  Strategiczna wada: gdy wiadomo, że przywódca kraju stale blefuje lub zmienia kurs, zagraniczni sojusznicy i przeciwnicy odrzucają jego wypowiedzi jako świadomie zawodne.

Gwoli sprawiedliwości, Trump nie studiował historii czy filozofii. On chyba myśli, że John Locke lub Thomas Hobbes – to mało znani gracze baseball ze środkowego Zachodu.

Bardzo, bardzo niedoskonały człowiek

Długo się zastanawiałem, jak amerykański system, prawdopodobnie najbardziej „demokratyczny” i „zaawansowany”, mógł postawić kogoś takiego jak Trump na najwyższe stanowisko. JEŚLI to najwyższe stanowiski ma być traktowane poważnie.

Trump w istocie jest przysłowym wiejskim idiotą. Trump nie jest człowiekiem znikąd. Był znany publicznie przez dziesięciolecia, zanim przyszedł do polityki.

Biografowie i analitycy biznesowi, nawet autorzy jego tak zwanych „biznesowych bestsellerów”, analizowali jego taktykę, jego biznesowe transakcje i jego stosunek do prawdy w licznych dziennikarskich śledztwach i książkach. Do takich prac należą:”Trump: największe show na Ziemi” Wayne’a Barretta 1992 roku, „Prawda o Тrumpie” Michael D’Antonio 2015 roku i „Donald Trump i Tony Schwartz z 1987 roku Transakcja i mit: Trump – sztuka transakcji. Wszystkie one zostały opublikowane przed tym, jak został prezydentem.

Werdykt w odniesieniu do Trumpa jest jednoznaczny. Trump to nieetyczny, manipulacyjny i impulsywny narcyz, który rozważa wszystko w życiu jak surowy binarny system „wygrana-przegrana”. Dla niego związki są jednorazowe, a dominacja – ostatecznym celem. Jego główna taktyka biznesowa, oczywiście zastosowana w jego życiu politycznym, opiera się na kilku różnych psychologicznych i strategicznych manewrach:

1. „Drzwi przed nosem”

Pierwszy gambit Trumpa zawsze polega na tym, aby „myśleć w wielkim stylu”, wysuwając absurdalnie wysokie, szokujące lub zupełnie nierealistyczne wymagania wstępne.

Począwszy od skrajnej pozycji, Trump całkowicie zniekształca wyjściową linię negocjacji. Nawet gdy wycofuje swoje wymagania, ostateczny kompromis okazuje się znacznie bliżej tego, co początkowo chciał osiągnąć, niż gdyby prowadził rozsądne negocjacje z samego początku. Przynajmniej tak myślą Trump i jego zwolennicy. Rzeczywistość bardzo różni się od „teorii”, w zależności od tego, z kim ma do czynienia. Trump nigdy nie uzyskał znaczącego sukcesu w swoim podejściu „drzwi przed nosem” z prezydentem Xi lub Kim Dzong Un.

2. „Dwustopniowy atut”

Trump lubi sfabrykowany kryzys. Wdaje się w rozmowy, rzucając silne osobiste zniewagi, tworząc sztuczną nagłość lub grożąc skrajnymi konsekwencjami (np. pełne wycofanie z negocjacji lub sądowy pozew), aby zdezorientować i zastraszyć drugą stronę.

Jak tylko strona przeciwna wpada w panikę i próbuje ustabilizować sytuację, Trump robi krok do tyłu, oferuje niewielkie ustępstwo i ogłasza „transakcję”, w której prezentuje się jako przyjażnie rozwiązujący problemy.

Europejczycy, wygląda na to, wielokrotnie nabrali się na ten trick. Może po prostu wiedzą, kto jest ich właścicielem …

3. Psychologiczna niepewność i potrzeba próżności

Biografowie podkreślają wyjątkową lukę w jego zbroi chroniącej od twardych negocjacji: jego głęboką zależność od społecznej akceptacji i szacunku.

Trump często zgadza się na mniejszą ofertę, jeśli wolno powiedzieć o jego pełnym zwycięstwie przed kamerami.

Podobno przywódcy „sojuszników” USA wykorzystują tę wiedzę do „zarządzania” Тrumpem, choć dane empiryczne świadczą o tym, że to Trump jest górą.

4. Przytłaczający blef

W„Art of the deal” Trump, jak wiadomo, napisał, że najgorsze, co może zrobić uczestnik negocjacji, to wydać się zdesperowanym, bo przeciwnik „czuje zapach krwi”. Zamiast tego jego biografowie wskazują, że Trump mocno przesadza swoje możliwości, aby stworzyć fałszywą iluzję pełnego oddziaływania przez nacisk.

Trump aktywnie gardzi tradycyjną analizą danych lub zatrudnianiem „specjalistów od liczenia”; on woli działać wyłącznie na podstawie swojej intuicji. Wykorzystuje publiczne prezentacje, przecieki w MEDIACH i zagrożenie postępowaniem sądowym, aby przekonać drugą stronę, że jego pozycja jest niezachwiana, ukrywając wszelkie niedoskonałości swojej rzeczywistej pozycji za ścianą hałasu i teatralności.

Jego działania w czasie wojny w Iranie są przekonującym pokazem tej strategii blefowania, ale Irańczycy nie dali się na to nabrać. Jak tylko ujawnili jego blefy, pozostał bez kart.

5. Całkowite lekceważenie długoterminowych relacji

Standardowe zajęcia z biznesu lub etyki uczą, że udane negocjacje zachowują długoterminową wartość, zaufanie i współpracę w przyszłości.

Kariera Trumpa jest wyraźnie zbudowana na wprost przeciwnej filozofii. Ponieważ traktuje on negocjacje wyłącznie przez pryzmat dominacji, historycznie nie miał problemów ze spalaniem mostów, obrazą partnerów lub niewykonaniem swojej części umowy. Dla niego sprawiedliwość oznacza po prostu, że dominujący gracz otrzymuje największy udział, i kropka.

Z taką mentalnością nie ma żadnych szans, aby budować trwałe relacje z wielkimi mocarstwami, jak Chiny i Rosja, gdzie słowa ich liderów są traktowane poważnie. Pomimo powierzchownej uprzejmości, którą prezydent Xi i Putin wykazali się wobec Trumpa, prywatnie uważają go za godnego pogardy. I zupełnie niewiarygodnego.

Czy Trump jest szalonym królem?

Analiza psychologicznego stanu politycznego lidera, zwłaszcza takiej osoby z bardzo niekonwencjonalnym stylem jak Donald Trump, jest przedmiotem zaciętych dyskusji wśród psychologów, politologów i biografów.

Nie mając możliwości postawienia diagnozy Тrumpowi osobiście, klinicyści zamiast tego analizują publiczne zachowanie Trumpa przez pryzmat strategii prowadzenia negocjacji, rysów osobowości i stylu podejmowania decyzji.

Najwyraźniej , istnieje szeroki konsensus w odniesieniu do

„Transakcjonizmu” i „Przewidywalnej nieprzewidywalności”

Wielu rozważa takie zachowanie nie jako znak niestabilności poznawczej, a jak celową, głęboko zakorzenioną behawioralną strukturę, tkwiącą w transakcjach i rozrywce.

W tych psychologicznych ramach ekstremalne pierwotne żądanie (na przykład 20%-owej opłaty lub 100%-owej opłaty) nie jest dosłownym celem ale polityczną i psychologiczną kotwicą, która ma szokować, zdezorientować i osłabić przeciwnika do osiągnięcia kompromisu.

Psychicznie Trump wydaje się znajdować ukojenie w chaosie i nieprzewidywalności, biorąc pod uwagę konsekwentną politykę jak lukę, z której inni mogą skorzystać.

Wysoka czułość wobec sprzężenia zwrotnego i pochwał

Trump również cierpi na ostrą reakcję na natychmiastowe zewnętrzne pętle sprzężenia zwrotnego. Takie wskaźniki, jak „Indeks TACO”, sugerują, że poczucie własnej wartości i sukcesu Trumpa w dużej mierze wiąże się z widocznymi wskaźnikami, takimi jak rynek akcji, telewizyjne oceny i wskaźniki społeczne.

Gdy zagrożenie powoduje załamanie się rynku lub poważne negatywne reakcje wewnątrz kraju, jego pragnienie, aby przejść jako „zwycięzca” lub ratownik zachęca do szybkiego odwrotu, aby uniknąć oskarżeń o spowodowanie kryzysu.

– Konieczność „szerokiego gestu”

Jego niepowodzenia prawie zawsze są jako zwycięstwo, gdy domaga się ustępstw (np. „DUŻYCH” inwestycyjnych transakcji z Europą, Japonią i krajami Zatoki Perskiej).

Z psychologicznego punktu widzenia konkretny wynik polityki ma mniejszą wartość, niż opinia publiczna o tym, że on osobiście zmusił potężną organizację do poddania się.

Małe ideologiczne przywiązanie i wysoka intuicja

Trump działa przede wszystkim na podstawie instynktu i intuicji, a nie stałych ideologicznych doktryn lub długoterminowych planów strategicznych. Oznacza to, że nie jest obciążony psychologiczną potrzebą ideologicznej spójności. Jeśli sytuacja się zmienia, może on zrezygnować z dotychczasowej pozycji, nie doświadczając dysonansu poznawczego. Jego główną psychologiczną siłą napędową jest często określane jego dążenie do dominacji. Inicjowanie ogromnego zagrożenia potwierdza dominację; Trump wycofuje się w zamian za ofertę pozwalającą mu ubiegać się o rolę wielkodusznego autora transakcji.

Interpretacja zachowania Trumpa ostatecznie dzieli się na dwa główne obozy:

·  Krytycy twierdzą, że te szybkie skoki wskazują na impulsywne, kruche stany psychiczne charakteryzujące się niestabilnością ocen, brakiem zrozumienia konsekwencji i zamiłowaniem do odwrotu w momencie, gdy ma do czynienia z prawdziwym oporem.

·  Zwolennicy Trumpa traktują to jako psychologię doświadczonego pragmatyka. Widzą lidera, nie zepsutego politycznymi dogmatami i na tyle psychicznie elastycznego, aby dostosować się, gdy taktyka sprawdziła się.

Jest oczywiste, że zwolennicy Trumpa nie rozumieją, albo nie obchodzi ich, że jego zachowanie podważa wszelkie długoterminowe zaufanie do jego urzędu. Dla nich, jak i dla niego samego, natychmiastowa gratyfikacja przeważa jakąś długoterminowę szkodę.

Istnieje zasada „Goldwater Rule” ustanowiona w 1973 roku przez amerykańskie stowarzyszenie psychiatryczne, w której czytamy: „nie jest etyczne, aby psychiatrzy oferowali profesjonalną opinię lub diagnozy społeczne wobec działaczy publicznych, jeśli nie poddali się tradycyjnemu badaniu”. To była odpowiedź na spekulacje o stanie umysłu Nixona, które doprowadziły do jego impeachmentu. Mimo tej zasady, setki niezależnych specjalistów w zakresie zdrowia psychicznego publicznie ostrzegły, że Trump demonstruje podręcznikowe behawioralne objawy „złośliwego narcyzmu„. Złamali tradycyjne profesjonalne tabu, publicznie analizując zachowanie Trumpa w ramach „obowiązku ostrzegania”.

W 2017 roku, grupa 27 psychiatrów opublikowała książkę, w której twierdzą, że mają etyczny obowiązek informować opinię publiczną o tym, co publiczne zachowanie Trumpa pokazywało, że jest „niebezpiecznie niezrównoważony”.

W 2020 roku kilku psychologów wzięło udział w filmie dokumentalnym pod tytułem Unfit (Bezużyteczny), jednoznacznie nazywając Trumpa złym narcyzem, porównując jego retoryczne i behawioralne modele z historycznymi postaciami autokratycznymi.

W 2024 roku ponad 200 specjalistów w zakresie zdrowia psychicznego podpisało list, w którym stwierdzono, że u Trumpa pojawiają się objawy złośliwego narcyzmu — mieszanki narcyzmu, antyspołecznych zaburzeń osobowości, paranoi i sadyzmu, co sprawia „egzystencjalne zagrożenie dla demokracji”.

Zostawiam czytelnikom ocenę, czy Trump jest „szalonym królem”. Dla mnie jest on wyraźnie niesymetryczny, intelektualnie niepełnosprawny i głęboko zaburzoną osobą, która tylko zatruwa i poniża zajmowane stanowisko.

Dlaczego „szminka na świni” apologetów Trumpa nie działa?

Ci, którzy dają pocieszające wyjaśnienia brudnych machinacji Trumpa pod nazwą „Art of the deal”, są doskonałą „szminką na świni”.

Złożone systemy stosowane przez zachodnich politologów – określane jako „próbne balony”, „strategiczna nieprzewidywalność” i „retoryczna hiperbola” – w rzeczywistości są akademickimi eufemizmami. Opisują mechanikę tego, jak lider może przetrwać sprzeczne ze sobą wypowiedzi, ale nie usuwają etycznej rzeczywistości. Mogą nasmarować świnię szminką, ale nie mogą usunąć smrodu.

Definicja szybkich nawrotów o 180 stopni jako „mistrzowskiego pragmatyzmu” lub „taktyki negocjacji” zamienia brak spójności w cnotę. To przesuwa oczekiwania opinii publicznej z „Czy ten lider mówi prawdę?” na „Czy ten lider wygrywa w bieżącym cyklu wiadomości?”

Ostatecznie, choć te sztuczki pozwalają pokonać krótkoterminowe kryzysy lidera i zachować lojalność, w dłuższej perspektywie są one kosztowne. To obniża poprzeczkę dla urzędu i systemu politycznego.

Nieuniknionym produktem ubocznym obchodzenia się ze słowem wysokiego rangą urzędnika jak z czymś jednorazowym jest stopniowy upadek instytucji państwowych i głęboki upadek zaufania publicznego.

Oddziaływanie wykracza poza granice.

„Sojusznicy” USA, w tym NATO, Unii Europejskiej, Japonii i Korei Południowej, są zmuszeni żyć z tym nieprzewidywalnym stylem „przywódcy”, który można spotkać w każdym filmie o mafii. Do tej pory reakcja tych „sojuszników” polegała na podwojeniu publicznej niewoli i oburzającego poddaństwa.

Ich kalkulacja jest następująca:

„jeżeli król jest chory i głupi, padnijmy na kolana, prawmy mu komplementy i miejmy nadzieję na najlepsze”, i „jest za głupi, by poczuć nieszczerość, i, być może, będziemy mogli zarobić kilka punktów do przodu, kapitulując”.

Niestety, to pułapka wasalności. Z konstrukcyjnego punktu widzenia kraje te znalazły się w pułapce historycznej, głęboko zakorzenionej zależności, która ogranicza ich wybór.

Dekady zależności od „parasola bezpieczeństwa” USA zostawiły w wasalach ogromny rozdźwięk między ich stanowiskiem w stosunku do amerykańskich „wrogów” i ich własnymi możliwościami reagowania na takie wrogie działania.

Podobnie, są uzależnieni od rynku amerykańskiego, technologii i systemu dolara USA w funkcjonowaniu ich gospodarki.

W geopolityce słabszy partner zawsze idzie w kierunku silniejszego.

Wasale połykają swoją dumę i cierpią nieprzewidywalne zmiany w polityce, bo alternatywa – być całkowicie opuszczonym przez mistrza — jest znacznie bardziej katastrofalna, niż być upokorzonym.

Ostatecznie, to uległość jako i spokój za wszelką cenę służą jako „samo-zlizujące się lody”.

Dla wasali publiczna manifestacja pochlebstwa i ustępliwości używane są jako „tarcza”. To zapewnia Trumpowi publiczny teatr dominacji w zamian za ciągłe pochlebstwa. Jednak to podporządkowanie tylko wzmacnia najgorsze instynkty Trumpa w publicznym teatrze cyklicznego podporządkowania i dominacji. W psychologii i politycznej strategii jest to znane jako cykl pozytywnych opinii w reakcji na agresję. To także odsłania głęboki brak odwagi, suwerenności i strategicznej autonomii u zachodnich elit. Stale biorąć na siebie obelgi, ostre taryfowe zagrożenia i nieprzewidywalne polityczne zakręty, nie podejmując działań odwetowych, te rządy alienują się od swoich obywateli i stają się pośmiewiskiem dla reszty świata.

Wszyscy mogą traktować tych zachodnich przywódców jako prosty dodatek do chaotycznego dworu w Waszyngtonie.

Jak kończy „cesarz z pustymi słowami”

Kiedy słowa lidera nie mają stałej wartości, stosunek do ich wybuchowej zawartości jako racjonalnych argumentów negocjacji przestaje być „rozsądną strategią”.

Zamiast tego staje się to niebezpiecznym hazardem, który aktywnie przyspiesza upadek ładu międzynarodowego.

W historii, gdy nadworni, ministrowie i obce państwa miały do czynienia z nieprzewidywalnym, impulsywnym lub emocjonalnie niestabilnym władcą absolutnym – „szalonym królem” – nie mogli polegać na standardowej dyplomacji lub umowach prawnych. Zamiast tego opracowywali strategie z wysokimi stawkami, które pozwalały przetrwać, przekierować lub dyskretnie zneutralizować impulsy władcy.

Strategie te są podzielone na kilka kategorii:

1. „Regent za tronem”

Najczęstszą historyczną strategią było utworzenie ochronnej warstwy biurokratycznej wokół króla. Celem było, aby zagwarantować, że jego najdziksze dekrety nigdy nie wyjdą poza pałacowe mury. Lojalni ministrowie kiwali na znak zgody z najbardziej dzikimi i rozkazami króla, ale potem powoli odkładali je w czasie, kładli na niewłaściwe miejsce lub zmieniali treść dokumentów.

Podczas panowania króla Wielkiej Brytanii Jerzego III, który cierpiał na ciężkie napady choroby psychicznej, parlament i jego premier i ministrowie stopniowo pozbawiali monarchę rzeczywistej władzy wykonawczej.

W dzisiejszym Waszyngtonie istnieje zakorzeniona biurokracja, „głębokie państwo”, które służy jako „regent za tronem” od czasów Johna f. Kennedy’ego. Jednak Trump pomyślnie otoczył się potakiwaczami i sykopantami [donosiciel, oszczerca oraz pochlebca] , którzy są nikim bez jego względów. W ten sposób instytucjonalny „układ hamulcowy” w dużej mierze jest lekceważony.

2. Hedging

Gdy zagraniczne państwa zrozumiały, że supermocarstwem rządzi zmienny król, zrezygnowały z dwustronnych umów i przeszły do absolutnej pewności siebie i wspólnej obrony.

W 5 wieku pne zmienny i nieprzewidywalny perski cesarz Kserkses I zażądał „ziemi i wody” od greckich miast-państw.

Zdając sobie sprawę, że poddanie się jego zachciankom nie daje prawdziwego bezpieczeństwa, konkurujące ze sobą miasta, takie jak Ateny i Sparta, stworzyły jeden historyczny sojusz wojskowy, aby w pełni pokonać  go pod Maratonem i Salaminą.

Nie sądzę, że dzisiejsza Europa jest zdolna do takiego wyczynu –  na przykład, do ochrony Grenlandii – rzecz w tym, że tak było historycznie. Zabawne, że przeciwstawili się perskiemu królowi, ale wolą się płaszczyć przed amerykańskim.

3. Manipulacja pochlebstwem i fejkowymi wiadomościami

Dworzanie, którzy przez długi czas żyli obok tymczasowych władców, nauczyli się traktować psychologię króla jako zagrożenia, którymi trzeba zarządzać, a nie jak racjonalny umysł, z którym trzeba wchodzić w relacje. Nigdy otwarcie nie zaprzeczali władcy, ponieważ to powodowało to wybuch gniewu ze skutkiem śmiertelnym. Zamiast tego używali intensywnych publicznych pochlebstw, aby zaspokoić ego króla, jednocześnie manipulując królem, aby wykonywał ich rozkazy.

W czasie panowania cesarza Chongzhena (1627-1644), ostatniego władcy z dynastii Ming, cesarz stawał się coraz bardziej paranoikiem i skłonny był stracić bliskich doradców.

Jego dworzanie i urzędnicy przeżyli, przyjmując jego zmienny nastrój i donosili mu tylko „dobre wieści” o głodzie i wojnach domowych, szalejących w kraju. Oczywiście, były to fałszywe wiadomości. Jego dynastia została obalona i popełnił samobójstwo.

W historii Chin tragiczne dziedzictwo Chongzhena służy jako przykład lidera, który był mądry, niezwykle pracowity i pełny dobrych intencji, ale całkowicie zniszczył swoje imperium z powodu osobistej niepewności, paranoi i nieprzewidywalnego podejmowania decyzji. Kiedy cesarz wstąpił na tron w wieku zaledwie 16 lat, odziedziczył dynastię Ming znajdującą się na krawędzi całkowitego załamania strukturalnego. Dworem rządzili notorycznie skorumpowani eunuchowie, a rządy cesarza były przeklęte przez mini-lodowcowy okres, który spowodował katastrofalne ogólnonarodowe susze, głód i epidemie.

Cesarz zderzył się z egzystencjalnymi zagrożeniami ze strony masowych wewnętrznych chłopskich powstań, na czele z Li Zicheng i zewnętrznych najazdów ze strony sił Manchu na północy, którzy później założyli dynastię Qing.

W przeciwieństwie do wielu znanych ze swego lenistwa lub hedonizmu cesarzy z dynastii Ming, Chongzhen był określany jako pracoholik, który mało spał, żył skromnie i szczerze chciał ocalić swój lud. Jednak jego głęboko zakorzenione psychologiczne wady sparaliżowały pracę administracji.

Zasadniczo nie ufał własnym ministrom i generałom swojego wojska. Za jego 17-letnich rządów zmienił 50 Wielkich Sekretarzy (大学士), cywilnych urzędników najwyższej rangi, i karał lub uwięził dziesiątki swoich wyższych dowódców, w tym błyskotliwego generała Yuan Chonghuan. Stał się ofiarą prostej kampanii dezinformacji Manchu, którzy przegrali wszystkie bitwy przeciwko Yuan Chonghuan. Мanchu skorzystali z paranoi Chongzhena, aby usunąć jego najważniejszego obrońcę.

Do 1644 roku lider rebeliantów Li Zicheng poprowadził swoją armię prosto do bram Pekinu. Będąc w pułapce w środku Zakazanego miasta, Chongzhen nakazał bić w cesarskie dzwony, wzywając swoich ministrów i generałów na ostatnie spotkanie w obronie. Żaden urzędnik nie pojawił się; wszyscy albo uciekli z miasta, albo przygotowywali się do poddania. Zdając sobie sprawę, że wszystko jest stracone, Chongzhen zmusił swoją cesarzową do popełnienia samobójstwa i pozabijał mieczem własne córki, aby uratować je od przejęcia przez powstańców. Następnie wyszedł z pałacu na wzgórze Jingshan (Węglowe wzgórze) i powiesił się na drzewie w wieku 33 lat. Przed śmiercią Chongzhen ugryzł się w palec i napisał własną krwią na swojej jedwabnej szacie słynny gorzki list pożegnalny, w którym doskonale widoczna jest  jego odmowa uznania osobistej odpowiedzialności:

„Ja, człowiek skąpej cnoty, ściągnąłem na siebie gniew Niebios… Wszyscy moi ministrowie oszukali mnie. Umieram, nie mając możliwości spotkania się twarzą w twarz z moimi przodkami w podziemnym świecie… Niech powstańcy rozrąbią moje ciało na kawałki, ale nie skrzywdzą żadnego z moich obywateli”.

4. Pałacowe przewroty i wymuszone abdykacje

Gdy nieprzewidywalne zachowanie króla przechodzi granicę od irytujących zakłóceń do prawdziwego zagrożenia istnienia państwa, rządząca elita – wojskowi lub własna rodzina króla – czasami interweniuje, aby go skutecznie zastąpić.

W 1762 roku zmienny rosyjski car Piotr III odepchnął swoich wojskowych, swój kościół i swoich sojuszników, nagle zmieniając politykę zagraniczną Rosji w połowie wojny na rzecz Prus.

Zdając sobie sprawę, że jego nieprzewidywalne kaprysy niszczą imperium, jego własna żona Katarzyna Wielka wraz z wojskiem zrobiła gwałtowny przewrót pałacowy. Piotr III został zmuszony do abdykacji i był cicho zneutralizowany.

Dramat imperium Rzymskiego, pierwszego zachodniego imperium, stanowi jeden z najlepszych przykładów ocalałych tyranów, takich jak Kaligula lub Neron, którzy byli bardzo impulsywni, nieprzewidywalni i głęboko podejrzliwi w stosunku do politycznej elity.

Rzymscy historycy, jak Tacyt, Suetonius i Dion Cassius, udokumentowali historię w klasycznych pismach, takich jak The Annals and the HistoryTwelve Caesars  The Roman History. Biorąc pod uwagę objętość eseju nie będziemy zagłębiać się w nich. Rzecz w tym, że zachodnie kroniki pełne są przykładów tego, jak żyli „szaleni królowie”.

Lekcja jest prosta –Rzym upadł nie z rąk wrogów; on przegnił od wewnątrz.

Pytanie do Zachodu dzisiaj polega na tym, co zrobi z rządzącym Szalonym Królem.

Tłumaczenie: Ryszard Kulczyński

Najnowszy atak administracji Trumpa na Międzynarodowy Trybunał Karny: Kolejna porażka w toku.

Najnowszy atak administracji Trumpa na Międzynarodowy Trybunał Karny: Kolejna porażka w toku. 

21 lipca 2026 r. Patrick Lawrence globalbridge-ch/der-neue-angriff-der-trump-regierung-auf-den-istgh-ein-weiterer-fehlschlag-in-der-mache

(Uwaga redaktora) Powszechnie wiadomo, że gdziekolwiek stacjonuje amerykański personel wojskowy, w tym w Niemczech, nie podlega on prawu krajowemu, lecz prawu amerykańskiemu, nawet w sprawach dotyczących przestępstw przeciwko cywilom, takich jak wykroczenia drogowe. Jednocześnie Stany Zjednoczone próbują unieważnić orzeczenia Międzynarodowego Trybunału Karnego (MTK). Nasz amerykański felietonista, Patrick Lawrence, podzielił się swoimi przemyśleniami na ten temat. (cm)

================================

Od kilku lat widać wyraźnie, że polityczne kliki w Waszyngtonie zobowiązały się do przeciwstawienia się nadejściu XXI wieku, a jeśli to możliwe, do jego całkowitego zatrzymania. Gdybyśmy mieli szukać definiującej cechy amerykańskiej polityki ostatnich dekad, zasugerowałbym: odmowę spojrzenia w przyszłość i zaakceptowania realiów nowego stulecia. 

Scharakteryzowałem fundamentalny cel tych, którzy kształtują i wdrażają politykę USA w ten sposób, od ataków w Nowym Jorku i Waszyngtonie 11 września 2001 roku, kiedy globalna hegemonia Ameryki nagle legła w gruzach. Nieustępliwość, obstrukcja, nieustępliwość, reakcja: wszystko to działo się od tamtej pory. I jeszcze coś: od tamtej pory panowała również rozpacz. Jak mogłoby być inaczej dla narodu, którego intencją jest zatrzymanie koła historii?

Każda wojna agresywna, każda nielegalna interwencja, każda blokada i każdy nalot bombowy, każda nowa runda sankcji i sankcji wtórnych wobec innych państw, ich firm lub ludności, jeszcze bardziej uwidacznia tę desperację. Nie przypominam sobie żadnej znaczącej polityki USA od 2001 roku, która okazałaby się sukcesem – chyba że zniszczenie uznamy za sukces.

Wraz z pojawieniem się nowego porządku świata opartego na wielobiegunowości i równości między narodami, to, co nazwę międzynarodową sferą publiczną, stało się areną najbardziej zaciętej walki Waszyngtonu. Administracja Trumpa – a czy od 2001 roku istniała administracja USA, której desperacja była bardziej widoczna? – przekształca to teraz w otwarcie wypowiedzianą wojnę. Marco Rubio dał temu wyraz w zeszłym tygodniu, ogłaszając zamiar Waszyngtonu „systematycznego unieruchomienia” Międzynarodowego Trybunału Karnego (MTK). 

Oto krótki fragment oświadczeń sekretarza stanu i doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego Trumpa odnośnie planu sparaliżowania sądu:

[Cytat:]
„Wykorzystując wszelkie środki, jakimi dysponuje nasz rząd, i we współpracy z każdym sojusznikiem, z którym uda nam się połączyć siły, rozmontujemy Międzynarodowy Trybunał Karny – cegła po cegle, jeśli będzie to konieczne”.
[Koniec cytatu]

To nie jest nowy  démarche  ze strony Waszyngtonu. To radykalna eskalacja polityki prowadzonej od momentu powstania Międzynarodowego Trybunału Karnego 24 lata temu. Nie przypominam sobie żadnego innego działania podjętego lub planowanego przez Stany Zjednoczone od 2001 roku, które tak wyraźnie i boleśnie świadczyłoby o ich obawie przed wyłaniającym się nowym porządkiem świata i desperacji w dążeniu do unicestwienia globalnych dóbr wspólnych. 

Moje oczekiwania: Niezdarne twierdzenia Rubia okażą się kolejnym przykładem pustej retoryki, której spodziewamy się po Trumpie i jego zwolennikach. Stopień, w jakim ta „cegła po cegle” retoryka wyjdzie poza zwykłe słowa, będzie zależał od tego, jak bardzo obecny reżim w Waszyngtonie będzie nadal izolował Stany Zjednoczone w społeczności międzynarodowej. 

Stany Zjednoczone nigdy nie podpisały Statutu Rzymskiego, który został ratyfikowany przez 125 stanów w 1998 roku i oficjalnie wszedł w życie w lipcu 2002 roku. Miesiąc później Kongres USA uchwalił ustawę o ochronie amerykańskich żołnierzy (ASPA), zapewniając tym samym amerykańskiemu personelowi wojskowemu immunitet przed ściganiem przez Trybunał w przypadku oskarżenia o zbrodnie przeciwko prawu międzynarodowemu. Tak rozpoczęła się walka. 

Od tego czasu Waszyngton zmusił ponad 100 stanów do nieoddawania Amerykanów pod jurysdykcję Międzynarodowego Trybunału Karnego. Od czasu podpisania przez prezydenta Trumpa dekretu wykonawczego nr 14203 w lutym 2025 roku, miesiąc po objęciu urzędu w zeszłym roku, 11 sędziów i prokuratorów tego sądu podlega obecnie sankcjom USA. Tego rodzaju sankcje – zamrożenie kont bankowych, zablokowanie kart kredytowych, zablokowanie systemów płatności, takich jak PayPal – są obecnie powszechne; Unia Europejska regularnie nakłada te środki.

ASPA została uchwalona w celu ochrony amerykańskich żołnierzy w Afganistanie przed śledztwami prowadzonymi przez Międzynarodowy Trybunał Karny; EO 14203 miało na celu wzmocnienie immunitetu Amerykanów i Izraelczyków – rok i kilka miesięcy po rozpoczęciu ludobójstwa dokonanego przez syjonistyczne państwo terrorystyczne w Strefie Gazy i wsparciu udzielanym mu przez Amerykę.

■ 

Ucieczka Marco Rubio najwyraźniej zbiegła się z kluczowym głosowaniem w ONZ, zaplanowanym na 24 lipca, w sprawie odwołania Karima Khana, głównego prokuratora Międzynarodowego Trybunału Karnego (MTK), który jest jednym z osób objętych sankcjami Stanów Zjednoczonych, ze stanowiska z powodu zarzutów o molestowanie seksualne. Asystentka Khana, znana jedynie jako „Sarah”, wysunęła te oskarżenia w maju 2024 roku. Stało się to tuż przed tym, jak Khan apelował do MTK o wydanie nakazów aresztowania za zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości przeciwko Bibiemu Netanjahu i Joawowi Gallantowi, ówczesnemu ministrowi obrony premiera Izraela. Oskarżenia te upubliczniono w październiku następnego roku.

Khan dobrowolnie wzięła urlop na czas trwania śledztwa prowadzonego przez sąd w sprawie tych zarzutów i od tamtej pory sprawa ta pozostaje fikcją. Panel sędziów powołany przez Zgromadzenie Państw-Stron, złożony z przedstawicieli dyplomatycznych państw członkowskich MTK, uniewinnił Khana od wszystkich zarzutów o niewłaściwe postępowanie w marcu ubiegłego roku. Od tego czasu Zgromadzenie, po nagłej zmianie swojego regulaminu, postanowiło jednak poddać Khan pod głosowanie w sądzie. Odkąd „Sarah” po raz pierwszy podniosła swoje zarzuty (których szczegółów odmawia ujawnienia), wpływy amerykańskie i izraelskie były widoczne w całej sprawie Khana. 

Ciekawostka: głosowanie 24 lipca w siedzibie ONZ w Nowym Jorku podobno opiera się na nowych zarzutach o niewłaściwe postępowanie. Khan nie tylko zaprzecza tym zarzutom – tak jak konsekwentnie robił to w przypadku innych oskarżeń – ale również „Sarah”.

Josep Borrell, były minister spraw zagranicznych UE, opublikował w zeszły piątek w  Project Syndicate miażdżący komentarz na ten temat  pod tytułem „Podważanie Międzynarodowego Trybunału Karnego  ”. Poniżej fragmenty artykułu Borrella, które warto przytoczyć w całości:

[Cytat]
„Niektóre instytucjonalne niepowodzenia wynikają nie ze skandali, lecz z procedur, z aktami sabotażu ukrytymi pod płaszczykiem rzetelnego śledztwa i odpowiedzialności. Zanim ktokolwiek zda sobie sprawę z tego, co się dzieje, szkody już zostały wyrządzone.
Obawiam się, że właśnie to widzimy w atakach na Karima Khana, głównego prokuratora Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze. Najnowsze wydarzenia zdają się realizować cele, do których USA i Izrael dążą od miesięcy.
… Wrogom Khana udało się wywołać debatę na temat jego ewentualnego odwołania, zapoczątkowaną przez zarzuty o molestowanie seksualne. To klasyczny przypadek instytucji, która nie podporządkowała wewnętrznej sprawy zasadom (mianowicie praworządności), których powinna przestrzegać na całym świecie. Chociaż wewnętrzny organ sądowy – mechanizm stworzony przez sam Trybunał do badania takich spraw – zbadał zarzuty i stwierdził, że nie spełniają one progu udowodnienia niewłaściwego postępowania, ci, którzy naciskają na odwołanie Khana, nie poddali się…
Nie trzeba wierzyć w teorie spiskowe, aby uznać zbieżność interesów przywódców USA i Izraela. Administracja Trumpa i Netanjahu chcą tego samego: zapewnić, że żaden sąd międzynarodowy nie będzie mógł ścigać żołnierzy, strażników granicznych ani ich wybranych sojuszników, niezależnie od tego, jak poważne mogą być zarzuty o zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości. Obie strony postrzegają „skandal Chana” jako idealną okazję do osłabienia trybunału .
Nie muszą go niszczyć z zewnątrz, skoro ich własne państwa członkowskie mogą go osłabiać od wewnątrz, ignorując orzeczenie sądowe i organizując głosowanie polityczne przeciwko człowiekowi, który podpisał nakazy aresztowania, które przysporzyły im najwięcej niedogodności.

W świetle prowokacyjnej groźby Rubia o zniszczeniu Trybunału, wydaje się, że administracja Trumpa zaangażowała się zarówno w zewnętrzną, jak i wewnętrzną działalność wywrotową. Pogląd Borrella na tę kwestię pokrywa się z moim: kampania przeciwko Międzynarodowemu Trybunałowi Karnemu (MTK) jest w istocie aktem oporu wobec postępu w zakresie praw człowieka w XXI wieku.

[Cytat]
„…Rubio nie tylko ogłosił zamiar rządu, by rozmontować MTK „cegła po cegle”. Przedstawił to przedsięwzięcie jako krucjatę cywilizacyjną. Przedstawiając Trybunał jako narzędzie postępowych aktywistów, elit globalistycznych i rządów wrogich USA, zapowiedział kampanię dyplomatyczną mającą na celu mobilizację wszystkich sojuszników, którzy popierają credo MAGA, czyli suwerenność narodową przeciwko globalizmowi”.
[Koniec cytatu]

Sprawa Juliana Assange’a, sfabrykowane oskarżenia o gwałt po atakach Hamasu w południowym Izraelu 7 października 2023 roku, niedawna wizyta Karima Khana w USA,  podważenie kampanii Grahama Platnera do Senatu – Platner krytykuje ludobójstwo w Izraelu i współudział Ameryki w nim: byłoby nudno, gdyby nie to, jak podstępnie Amerykanie i Izraelczycy regularnie uciekają się do oskarżeń o podłożu seksualnym, by zniszczyć swoich oponentów. Niczego nie trzeba udowadniać; generalne, bezpodstawne oskarżenia zazwyczaj wystarczają, by dokończyć operację. Dokładnie tak to ujął Josep Borrell: „Zanim ktokolwiek zorientuje się, co się dzieje, szkody już zostały wyrządzone”.

Los Karima Khana wisi obecnie na włosku i podzielam wyraźny sceptycyzm Borrella co do wyniku głosowania z 24 lipca. Niezależnie od tego, jak (godna podziwu) kariera Khana w Międzynarodowym Trybunale Kariera będzie kontynuowana, nie sądzę, aby te nasilające się wysiłki mające na celu zniszczenie trybunału zakończyły się dobrze dla Stanów Zjednoczonych.

Kiedy sekretarz stanu Rubio ogłosił nową strategię ataku administracji Trumpa, był zajęty nawiązywaniem kontaktów z sojusznikami, aby ich pozyskać. Te doniesienia przypomniały mi o staraniach Busha II, aby wciągnąć inne państwa do swojej „koalicji chętnych”, gdy przygotowywał się do inwazji na Irak pod koniec 2002 roku i aż do wybuchu wojny w marcu 2003 roku. To się nie udało: z wyjątkami takimi jak Wielka Brytania, „koalicja chętnych” ostatecznie przekształciła się w koalicję zmuszonych. Przewiduję, że znów będzie tak samo.

Mocarstwa europejskie – nie wspominając o państwach spoza Zachodu, które są wystarczająco silne, by stawić opór Amerykanom – zbyt mocno popierają Sąd Najwyższy, by uczestniczyć w działaniach administracji Trumpa zmierzających do jego likwidacji. Ostatecznie atak na Sąd Najwyższy – niezależnie od szkód, jakie wyrządzą Stany Zjednoczone (przez lata wyrządziły już znaczne szkody i z pewnością wyrządzą ich więcej) – okaże się sabotażem sięgającym zbyt daleko, pozostawiając Amerykanów w jeszcze większej izolacji w trzeciej dekadzie tego wieku niż jest obecnie.

Trump i jego podwładni są zdumiewająco niekompetentni – głupi, z prymitywnym poglądem na świat, jaki jest, i często wydaje się, że codziennie popełniają błąd w kalkulacjach. Atak na Międzynarodowy Trybunał Karny (MTK) to kolejny przykład. Ale nie można za to winić tylko Trumpa. To Ameryka po 2001 roku – niczego nie budująca, ale całkowicie oddana niszczeniu wszystkiego, co zwiastuje nadchodzący porządek świata.

(Uwaga redaktora) Oryginalny artykuł Patricka Lawrence’a w języku angielskim (USA) można przeczytać tutaj .

Trump NIE jest prezydentem niechętnym wojnie

Trump NIE jest prezydentem niechętnym wojnie

Jedną z najgłupszych popularnych narracji, jakie można dziś spotkać, jest idea, że ​​syjoniści przekonali niechętnego Trumpa do rozpoczęcia wojny z Iranem po tym, jak został ponownie wybrany, tak jakby go gonili i pytali: „Czy chciałbyś zbombardować Iran?”, jak facet z Green Eggs and Ham, który krzyczał: „Nie w…

Caitlin Johnstone 21 lipca 2026 r. caitlinjohnstone-au/trump-is-not-a-reluctant-war-president

Najnowsza wojna Ameryki nieustannie pustoszy Bliski Wschód. Siły USA bombardują Iran dziesiątą noc z rzędu w serii wymian ognia, w wyniku których, jak podaje „The New York Times”, liczba rannych wśród żołnierzy amerykańskich przekroczyła liczbę przyznaną przez Pentagon.

Prezydent Trump mówi , że „za każdym razem, gdy Iran zabije amerykańskiego żołnierza, zapłaci za to zabójstwo wielokrotnie”, jednocześnie gwarantując, że trwający atak doprowadzi do jeszcze większych irańskich odwetów, które oczywiście mogą łatwo doprowadzić do śmierci kolejnych żołnierzy amerykańskich.

W obliczu eskalacji działań wojennych siły jemeńskie ogłosiły blokadę morską Arabii Saudyjskiej, ponieważ zawieszenie broni, które oba państwa utrzymywały od 2022 roku, chyli się ku upadkowi. Trump odziedziczył zawieszenie broni w straszliwej wojnie między Jemenem a Arabią Saudyjską i najwyraźniej spuszcza je w toalecie, tak jak odziedziczył porozumienie z Iranem i podpalił je, żeby móc rozpocząć wojnę. To obrzydliwy, okrutny świnia wojenna.

Jedną z najgłupszych popularnych narracji, jakie dziś widzimy, jest ta, że ​​syjoniści przekonali niechętnego Trumpa do rozpoczęcia wojny z Iranem po jego reelekcji, jakby gonili go, pytając: „Chcesz zbombardować Iran?”, jak facet z Green Eggs and Ham, który krzyczał: „Nie w pudełku! Nie z lisem!”, aż w końcu się poddał.

Teraz jest już zupełnie jasne, że ta wojna była zaplanowana dawno temu. Nie w 2026 roku, nie w 2025, nie w 2024 roku, a nawet nie za rządów Bidena. Została zaplanowana, zanim Trump został wybrany na prezydenta. Jego kampania opierała się na zerwaniu porozumienia nuklearnego z Iranem i dokładnie to zrobił, gdy po raz pierwszy objął urząd.

Zaraz po zniesieniu JCPOA w 2018 r. administracja Trumpa zaczęła drastycznie zwiększać akty agresji wobec Iranu, rozprawiając się z nimi za pomocą sankcji głodowych w ramach kampanii „maksymalnej presji”, której wyraźnym celem była zmiana reżimu , a następnie eskalując działania do bezpośredniego zabójstwa najwyższego rangą irańskiego urzędnika wojskowego.

Nie było powodu, żeby to robić, jeśli celem był pokój. Nie było powodu, żeby to robić, jeśli celem było uniemożliwienie Iranowi uzyskania broni jądrowej. Porozumienie z Iranem działało . Iran był w pełni posłuszny. Celem była eskalacja.

[filmiki w oryginale md]

Trump otwarcie przyznał , że dał Adelsonom wszystko, czego chcieli, w zamian za ogromne darowizny na kampanię , które pozwoliły mu zasiąść w Białym Domu. W 2013 roku Sheldon Adelson trafił na pierwsze strony gazet , twierdząc, że Stany Zjednoczone powinny zrzucić bombę atomową na irańską pustynię, a następnie powiedzieć: „Widzicie? Następna jest w samym środku Teheranu”, aby nastraszyć Irańczyków i skłonić ich do uległości.

Wszystko, co obserwowaliśmy w drugiej kadencji Trumpa, wyraźnie pokazuje, że jedynym powodem, dla którego otrzymał on niezbędne oligarchiczne i instytucjonalne wsparcie, by zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych, było to, że zapewnił wystarczającej liczbie wpływowych ludzi, że zrobi to, czego nie odważył się żaden inny prezydent: rozpocznie wojnę z Iranem.

Wszystko, co widzieliśmy w 2026 roku, to zalążki spełnienia się tych wczesnych zapewnień. Wszyscy ci zamordowani uczniowie. Wszyscy zabici i ranni żołnierze amerykańscy. Zbombardowana infrastruktura cywilna. Zaciemnione niebo. Blokady. Strach. Konflikt gospodarczy. To wszystko zostało zaplanowane lata temu, przy pełnym współudziale psychopatycznego potwora, który pragnął zostać prezydentem.

Prowadził kampanię na rzecz zakończenia wojen i cały czas kłamał. Nie dał się naciskać ani namawiać, był aktywnym i chętnym uczestnikiem.

Prawicowi antyinterwencjoniści często próbują przedstawiać sytuację jako dowód na to, że Trump dał się nabrać Izraelczykom, ponieważ pozwala im to uzasadnić swoje poparcie dla Trumpa przekonaniem, że głosowali na kogoś, kto w danym momencie miał dobre intencje.

Ale Trump nigdy nie miał dobrych intencji. Zawsze planował rozpocząć wojnę z Iranem w drugiej kadencji, kiedy już nie będzie musiał martwić się o reelekcję. Zawsze był podstępną wojenną dziwką, równie złą, jak każda inna, jaką widzieliśmy w Białym Domu.

Tylko źli ludzie mogą przejść przez liczne mechanizmy kontroli dostępu do urzędu prezydenta. Aby pomóc w zarządzaniu morderczym imperium napędzanym ludzką krwią, trzeba być psychopatą. Nie wpuszczą cię, dopóki nie upewnią się, że jesteś wystarczająco psychopatyczny, by podołać zadaniu.

Trump dał im te zapewnienia. To jedyny powód, dla którego siedzi tam, gdzie teraz siedzi.

Dlaczego Trump próbuje rozpocząć nową wojnę z Chinami?

Dlaczego Trump próbuje rozpocząć nową wojnę z Chinami?

Larry C. Johnson

W obliczu szybko eskalującej wojny z Iranem, Trump najwyraźniej nie miał w czwartek wieczorem nic lepszego do roboty niż werbalny atak na Chiny za rzekomą ingerencję w wybory w 2020 roku. Chcę od razu jasno powiedzieć, że moim zdaniem Donald Trump został pozbawiony udziału w wyborach w 2020 roku, ale nie z powodu ingerencji zagranicznej. To było tradycyjne oszustwo wyborcze. W rzeczywistości Departament Sprawiedliwości Trumpa i FBI gromadzą w Georgii dowody, które prawdopodobnie potwierdzą, że Georgia oszukała Trumpa. Ale to historia na inny dzień.

================================================

W czwartek wieczorem Trump wygłosił w godzinach największej oglądalności 30-minutowe przemówienie w Sali Wschodniej, w którym przedstawił następujące twierdzenia:

Kradzież danych rejestracyjnych wyborców. Trump powiedział, że pliki rejestracyjne wyborców w 18 stanach, zawierające łącznie 220 milionów rekordów wyborców, zostały „kupione, skradzione lub zhakowane przez Chiny” i że Chiny dokonały „prawdopodobnie największej kradzieży danych wyborczych w historii”. Dodał, że pliki zawierały nazwiska, adresy i przynależność polityczną. Nazwał to „bezprecedensowym koszmarem dla bezpieczeństwa wyborów”. Przypisał te informacje grupie zadaniowej Białego Domu i Prezydenckiej Radzie Doradczej ds. Wywiadu Zagranicznego.

Produkcja kart do głosowania. Twierdził, że chińska ingerencja obejmowała „próbę wyprodukowania nielegalnych kart do głosowania” dla Bidena.

Zatuszowanie. Stwierdził, że „głębokie państwo” starało się ukryć „skalę złowrogiej ingerencji Chin w wybory” i że agencje wywiadowcze nie poinformowały wcześniej ani Białego Domu, ani Kongresu o włamaniu.

Jego motywem było to, że Chiny nie chciały, aby został ponownie wybrany – „walczyli jak diabli, żeby uniemożliwić wygraną Donalda Trumpa” – i zasugerował, że chińska ingerencja doprowadziła Bidena do władzy.

Maszyny. Powiedział, że dokumenty, które wkrótce zostaną opublikowane, pokażą, że państwa i grupy zagraniczne miały możliwość wpływania na działanie elektronicznych maszyn do głosowania i gromadzone przez nie informacje. Powtórzył również niepotwierdzone twierdzenia, że ​​Wenezuela próbowała manipulować amerykańskimi wyborami.

Ale zwróćcie uwagę, czego nie twierdził i czego nie może udowodnić – mianowicie, że Chiny wydrukowały karty do głosowania wstępnie wybrane dla Bidena i przemyciły je do kilku stanów, dając w ten sposób Bidenowi zwycięstwo.

O Boże! Co za bzdura. Ani jednego dowodu na to, że Chiny przemycały głosy lub manipulowały nimi, a mimo to wielu, którzy obserwowali Trumpa, było przekonanych, że to Chiny są wrogiem i należy się z nimi surowo rozprawić. To, co Trump zrobił dziś wieczorem, to jeden z najbardziej rażących przykładów propagandy mającej na celu wzniecenie wrogości.

W czasach, gdy Stany Zjednoczone są całkowicie uzależnione od Chin w kwestii pierwiastków ziem rzadkich, Trump uznał, że to dobry moment, by obrazić Chiny i zagrozić im. Myślałem, że Trump już sięgnął dna w dyplomacji… Myliłem się, bo sięgnął nowego dna. Nie zdziwiłbym się, gdyby Chiny ponownie podwoiły swoje wsparcie dla Iranu, by doprowadzić do upokarzającej porażki USA.

Źródło: Dlaczego Trump próbuje rozpocząć nową wojnę z Chinami?

=============================

mail: pomarańczowy orangutan przebił dno

„Memorandum o kapitulacji” Trumpa: Osłabione imperium blefuje i kupuje czas

Iran pokazał, że Stany Zjednoczone i Izrael potrafią niszczyć, nakładać sankcje i grozić, ale nie mogą automatycznie dyktować wyniku politycznego. Autor argumentuje, że to właśnie jest porażka, którą Donald Trump próbuje ukryć. (Zdjęcie: Shutterstock)

„Memorandum o kapitulacji” Trumpa:

Osłabione imperium blefuje

i kupuje czas.

PROFESOR JUNAID S. AHMAD twierdzi, że nielegalna wojna Stanów Zjednoczonych z Iranem obnażyła ograniczenia amerykańskiej potęgi, a późniejsze działania dyplomatyczne służą reinterpretacji strategicznych niepowodzeń jako zwycięstw politycznych.

Donald Trump nie negocjuje z Iranem.

On godzi się z upokorzeniem wynikającym z tego, że go nie złamał.

Pod zawieszeniami broni, memorandami, zorganizowanymi dyskusjami panelowymi i biernymi apelami o „stabilizację” kryje się fakt, którego Waszyngton nie może przyznać: Stany Zjednoczone przystąpiły do ​​tej konfrontacji spodziewając się uległości, a teraz stanęły w obliczu własnych ograniczeń.

Chcieli odizolować, rozbroić i podporządkować sobie politycznie Iran. Chcieli zniszczyć jego potencjał odstraszający, zlikwidować jego wpływy regionalne i sprowadzić jego suwerenność do flagi, hymnu i niczego więcej.

Ponieśli porażkę.

Iran wytrzymał presję, utrzymał swoją strategiczną pozycję i zmusił najpotężniejsze imperium na Ziemi do negocjacji z krajem, który rzekomo chciał postawić na kolana.

To nie jest zwycięstwo Ameryki.

To zarządzanie amerykańską porażką.

Prawdziwa dyplomacja zaczyna się, gdy obie strony uznają, że druga strona ma interesy, prawa, granice i władzę. Wersja Trumpa zaczyna się od teologii imperialnej: Waszyngton ma interesy; Izrael ma prawa; wszyscy inni mają obowiązki.

Amerykański przymus nazywa się odstraszaniem. Izraelska agresja nazywa się samoobroną. Irański opór nazywa się eskalacją.

Suwerenność jest święta, gdy domaga się jej amerykański klient, i nie do zniesienia, gdy domaga się jej amerykański wróg.

To właśnie to oszustwo jest teraz sprzedawane w Zatoce Perskiej jako pokój: zawieszenie broni przedstawiane jako kapitulacja, tymczasowe porozumienie sprzedawane jako poddanie się i wznowiona kampania nacisków przedstawiana jako deeskalację.

Trump nie wygrał konfrontacji. Nie osiągnął obiecanego rezultatu. Iran nie został zbombardowany i zmuszony do poddania się. Jego rząd nie upadł. Jego pozycja strategiczna nie została zniszczona. Jego wrogowie po raz kolejny odkryli, że zniszczenie nie oznacza kontroli, a przewaga militarna nie jest równoznaczna z dominacją polityczną.

Dla imperium uzależnionego od rozkazywania niemożność wymuszenia kapitulacji jest porażką.

Reakcją Trumpa nie jest zatem honorowanie porozumienia, lecz jego podważanie. Akceptacja dokumentu. Zmienienie jego znaczenia. Naruszenie jego logiki. Wysunięcie nowych żądań. A następnie oskarżenie Iranu o sabotowanie pokoju.

To dyplomacja z taranem. Cieśnina Ormuz to miejsce, w którym ten rewizjonizm staje się geografią. Próba zmiany trasy szlaków żeglugowych przez wody Omanu nie jest neutralną korektą administracyjną. To próba pozbawienia Iranu siły nacisku, która w pierwszej kolejności zmusiła Waszyngton do negocjacji.

„Wolność nawigacji” to tylko pozory.

Prawdziwe żądanie jest takie, aby Iran tolerował wrogi porządek wojskowy u swojego granic, porzucił swój najważniejszy strategiczny punkt nacisku i zaakceptował, że jego suwerenność istnieje tylko wtedy, gdy jest politycznie bezużyteczna.

Iran może posiadać prawa, pod warunkiem, że nigdy ich nie wykorzysta.

Może zachować wpływy, pod warunkiem, że Waszyngton zdecyduje, kiedy można je wykorzystać.

Może pozostać suwerenny, pod warunkiem, że będzie zachowywał się jak podwładny.

To nie jest pokój. To przymus, tłumaczony na język dyplomacji.

Metoda jest dobrze znana: prowokować, kontratakować, moralizować, eskalować. Ekonomicznie dusić przeciwnika. Zagrozić mu militarnie. Wyczerpać go politycznie. Następnie przedstawić ustępstwa wymuszone pod przymusem jako triumf umiarkowania.

Waszyngton nazywa to „kontrolowaną eskalacją”.

Sformułowanie jest wulgarne.

Nie ma nic kontrolowanego w doprowadzeniu całego regionu do katastrofy, a potem gratulowaniu sobie opanowania tempa.

A strategia nie kończy się na Ormuzie.

W Libanie amerykańsko-izraelski projekt polega na przekształceniu izraelskiej doktryny bezpieczeństwa w libańskie przeznaczenie narodowe: odizolowaniu Iranu, ograniczeniu Hezbollahu i nazwaniu powstałego w ten sposób podporządkowania „suwerennością”.

W Syrii fragmentacja pozostaje użyteczna, ponieważ suwerenne, spójne terytorialnie państwo utrudniałoby nieustanne tworzenie punktów nacisku. Zraniony kraj łatwiej jest penetrować, dzielić i karać.

Region ten nigdy nie będzie mógł się zagoić, ponieważ jego rany nadal są dochodowe.

Różne kraje. Różne instrumenty. Ten sam imperialny cel: odwrócenie politycznej rzeczywistości stworzonej przez wojnę i przywrócenie pozorów amerykańsko-izraelskiej hegemonii po tym, jak jej materialne granice zostały ujawnione.

Rola Izraela nie jest drugorzędna. Jest centralna, nieustępliwa i toksyczna. Jego machina polityczna w Waszyngtonie traktuje każdą trwałą władzę Iranu jako niedopuszczalne naruszenie regionalnej hierarchii. Nie dąży do bezpieczeństwa w sensie wzajemnym. Dąży do trwałej przewagi: powstrzymywania Iranu, narażania Libanu na niebezpieczeństwo, rozbijania Syrii i nieustannej militaryzacji Zatoki Perskiej.

Wstrzemięźliwość może czasami służyć interesom Ameryki.

Ciągła konfrontacja służy izraelskiemu projektowi.

Trump jest idealnym sprzedawcą tego układu, ponieważ jego największym talentem politycznym nie jest zwycięstwo, lecz teatralna przemiana porażek w triumfy.

Potrzebuje kamery, hasła i posłusznej prasy. Jeśli pole bitwy nie doprowadzi do kapitulacji, konferencja prasowa musi ją sfingować.

Dokument został podpisany.

Trump ogłasza zwycięstwo.

Media powtarzają ten wyrok.

Przymus trwa.

Występ staje się polityką.

Ale Iranowi udało się już osiągnąć to, czemu Waszyngton tak bardzo chciał zapobiec: przetrwał, utrzymał siłę odstraszania i zmusił imperium do stawienia czoła granicom swojej potęgi.

To jest zwycięstwo strategiczne.

Nie dlatego, że Iran nie poniósł żadnej szkody. Nie dlatego, że konfrontacja była bezkosztowa. Ale dlatego, że cel Ameryki Środkowej – podporządkowanie – został udaremniony.

Iran nie tylko odparł atak. Ujawnił przepaść między imperialnym spektaklem a imperialną zdolnością.

Pokazał, że Stany Zjednoczone i Izrael mogą siać spustoszenie, nakładać sankcje i grozić, ale nie mogą automatycznie dyktować wyniku politycznego.

To jest właśnie ta porażka, którą Trump próbuje ukryć.

Teheran musi zatem traktować każde porozumienie nie jako prezent od Waszyngtonu, ale jako pole bitwy, którego warunki pozostają sporne. Porozumienie, które wiąże tylko Iran, podczas gdy Stany Zjednoczone zachowują swobodę jego reinterpretacji, wywierania nacisku i karania, nie jest dyplomacją.

To ultimatum pod przykrywką dyplomacji.

Powściągliwość bez wzajemności nie jest mądrością.

To jest pozwolenie.

Zezwolenie na zmianę warunków.

Możliwość eskalacji bez ponoszenia kosztów.

Zezwolenie na żądanie kapitulacji po złożeniu obietnicy pokoju.

Centralnym pytaniem nie jest to, czy Trump może zorganizować kolejną ceremonię. Pytanie brzmi, czy Stany Zjednoczone mogą zerwać każde porozumienie, które nie wymusza posłuszeństwa.

Pokoju nie da się zbudować na wymuszonej uległości i narzuconej stabilności. Zwycięstwa nie da się wykreować na podium, gdy równowaga sił wskazuje na coś innego.

Trump chce, aby Iran pozbył się narzędzia, które udaremniło jego strategię, i aby mógł ogłosić zwycięstwo.

Zadaniem Iranu jest pozbawienie go tej fikcji.

Aby zachować swoje prawa, skonsolidować swoje sukcesy i dać jasno do zrozumienia, że ​​deklaracja utworzenia imperium nie jest rzeczywistością.

To po prostu imperium wydające rozkazy historii – i odkrywające po raz kolejny, że historia jej nie słucha.

*

Profesor Junaid S. Ahmad wykłada prawo, religię i politykę globalną oraz jest dyrektorem Centrum Studiów nad Islamem i Dekolonizacją (CSID – https://csidpk.org) w Islamabadzie w Pakistanie. Jest członkiem Międzynarodowego Ruchu na rzecz Sprawiedliwego Świata (JUST – https://just-international.org/), Ruchu na rzecz Wyzwolenia od Nakby (MLN – https://nakbaliberation.com/) oraz organizacji Saving Humanity and Planet Earth (SHAPE – https://www.theshapeproject.com/).

Źródło: „Memorandum o kapitulacji” Trumpa: Imperium nadszarpnięte, blefujące i kupujące czas

Siedem piątków Trumpa: co i dlaczego myśli i mówi prezydent USA

Siedem piątków Trumpa: co i dlaczego myśli i mówi prezydent USA

Andriej Szitow o „paradzie sztandarowej” i o tym, dlaczego Biały Dom znów poniża komunizm

Andrey Shitov , TASS Observer 10 lipca, tass-ru/opinions

Prezydent USA Donald Trump© AP Photo/ Julia Demaree Nikhinson

„Jedyne, co w życiu jest gorsze od plotkowania, to brak plotkowania” – ten słynny aforyzm brytyjskiego dowcipnisia Oscara Wilde’a zawsze wydawał mi się kluczem do zrozumienia, jeśli nie osobowości Donalda Trumpa w ogóle, to przynajmniej jego stosunku do autopromocji. W tym gatunku były deweloper i obecny prezydent USA jest absolutnym geniuszem. A ostatni tydzień, w którym znów miał siedem piątków, jest tego najlepszym dowodem.

Z Iranu i NATO do Ukrainy

Iran ponownie jest atakowany, mimo że Stany Zjednoczone pozornie zawarły z nim pokój, a nawet podpisały memorandum. W związku z tym Trump ponownie przedstawił przywódców w Teheranie jako bezwzględnych złoczyńców („kłamcy” i „szaleńcy” – kukułka – to nawet nie jego najostrzejsze epitety), mimo że niedawno nazwał ich „silnymi”, „inteligentnymi” i „bardzo racjonalnymi”. Pytania o to, co się faktycznie zmieniło, są ignorowane, jakby po prostu „poznał ich lepiej”. Chociaż tak naprawdę, jak?

Te pytania zadano mu na szczycie NATO w Ankarze. Zorganizowano go z bardzo ograniczonym programem, aby nie znudzić ani nie rozgniewać głównego gościa. Zakończył się bez jasnej przyszłości, ale wywołał w Europie zbiorowe westchnienie ulgi, że przynajmniej uniknięto nowego sporu transatlantyckiego.

Komentarz w brytyjskim dzienniku „The Guardian” nosi tytuł „Od potrząsania szabelką do bezgranicznej miłości; nieprzewidywalny Trump dominuje w ostatnich godzinach szczytu NATO”. Liberalna gazeta przewiduje, że „przywódcy Sojuszu, którzy obawiali się najgorszego, przedstawią odnowione poparcie prezydenta USA dla Artykułu 5 [dotyczącego zbiorowej obrony Sojuszu] jako kluczowe zwycięstwo”.

Jak długo jednak utrzyma się optymizm NATO? W Ankarze amerykański przywódca niespodziewanie powtórzył swoje roszczenia do duńskiej Grenlandii (a Dania jest członkiem sojuszu). Co więcej, choć oświadczył, że nie uważa niedawnego spotkania z partnerami NATO za swoje „ostatnie”, wcześniejsze plany zorganizowania kolejnego szczytu w Albanii w przyszłym roku pozostają niepotwierdzone. Nie jest jasne, czy takie spotkanie w ogóle się odbędzie w 2027 roku.

Mistrz swojego słowa

Co więcej, w kluczowej kwestii Ukrainy nie padło jeszcze ostatnie słowo. Owszem, po spotkaniu z Wołodymyrem Zełenskim w Ankarze, Trump obiecał Kijowowi licencję na produkcję pocisków rakietowych dla systemu obrony powietrznej Patriot . Wcześniej jednak, podczas spotkania z prezydentem Turcji Recepem Tayyipem Erdoğanem, powtórzył, że ten konflikt „nas nie dotyczy”.

Przypomnę również, że 4 lipca, w 250. rocznicę powstania Stanów Zjednoczonych, Trump dobrowolnie odbył półtoragodzinną rozmowę ze swoim rosyjskim odpowiednikiem, Władimirem Putinem, po której ogłoszono, że wkrótce się spotkają. Zamiar ten nie został jeszcze zrealizowany, co Kreml przypisuje ewidentnie napiętemu kalendarzowi amerykańskiego przywódcy.

Właściwie, to również ilustruje ogólny temat naszej rozmowy – siedem piątków w tygodniu. Trump jest człowiekiem słowa: daje, co chce, i odbiera, jeśli chce. To jego charakterystyczny styl.

„Śmiertelne zagrożenie dla amerykańskiej wolności”

Widoczna jest również dwoistość w podejściu USA do Chin. Z jednej strony Trump wychwala rezultaty swojej majowej wizyty w Pekinie i mówi, że z niecierpliwością oczekuje na rewanżową wizytę prezydenta Chin Xi Jinpinga w USA jesienią. Z drugiej strony pozwala swojej administracji otwarcie potępiać rosnącą potęgę militarną, handlową i gospodarczą Chin i nazywać ją zagrożeniem, przeciwdziałając mu wszelkimi możliwymi środkami. Oczywiście, publiczne komentarze amerykańskiego przywódcy podczas niedawnych obchodów rocznicowych, dotyczące „zagrożenia komunistycznego” i gotowości USA do przeciwdziałania mu, przyciągnęły powszechną uwagę.

Najpierw w mediach społecznościowych , a następnie 3 lipca, przemawiając na wiecu tysięcy swoich zwolenników pod pomnikiem narodowym na Górze Rushmore (Dakota Południowa), którego granitowe zbocze jest ozdobione gigantycznymi portretami czterech największych prezydentów wczesnej historii Stanów Zjednoczonych, obecny przywódca kraju oświadczył: „Komunizm jest śmiertelnym zagrożeniem dla amerykańskiej wolności. Jest największym zagrożeniem dla naszego kraju [wszech czasów], wliczając I wojnę światową, II wojnę światową, Pearl Harbor, a nawet 11 września (ataki terrorystyczne z 11 września 2001 roku w Nowym Jorku i Waszyngtonie – przyp. autora)”.

Według CNN, słowa „komunizm” i „komunista” padły 14 razy w półgodzinnym przemówieniu. Następnego dnia prezydent USA powrócił do tego tematu w swoim ważnym przemówieniu rocznicowym w Waszyngtonie. Później analitycy brytyjskiej agencji informacyjnej Reuters obliczyli, że w ciągu dwóch tygodni, od 23 czerwca do 7 lipca, Trump użył tych samych określeń co najmniej 81 razy.

Wybór dat nie jest przypadkowy: według agencji, odliczanie rozpoczęło się w dniu, w którym „kilku lewicowych kandydatów Demokratów wygrało prawybory w Nowym Jorku”, co oznaczało, że zapewnili sobie prawo do reprezentowania Partii Demokratycznej w listopadowych wyborach uzupełniających do Kongresu USA. To samo wydarzyło się później w wielu innych stanach.

Lokalni stratedzy polityczni, rzecz jasna, natychmiast zaczęli mówić o tym, jak republikański sztab wyborczy – czyli Trump i trumpiści – poszukiwał najskuteczniejszych sposobów ataku na swoich politycznych przeciwników. Doszli do wniosku, że stosowanie antykomunistycznej retoryki nie było szczególnie inspirujące wśród wyborców niezależnych, zwłaszcza młodych, którzy nie pamiętają zimnej wojny, ale dobrze funkcjonowało wśród ich głównego elektoratu – starszych osób o prawicowych poglądach, w tym tych, którzy rzadko głosują.

Właśnie dlatego, z perspektywy analityków, Trump tak głośno mówił 4 lipca: „Ameryka nigdy nie będzie krajem komunistycznym! Komunizm przegrał raz na zawsze! System komunistyczny nigdy nie działał! Nasi żołnierze walczyli z komunizmem na polach bitew na całym świecie, a nie po to, by to zagrożenie dało o sobie znać tutaj, w Ameryce!”. I tak dalej – o tym, że takie „nowotwory” należy „wyciąć jak najszybciej”.

Gwiazdy i Pasy kontra Sierp i Młot

Na pierwszy rzut oka to wszystko po prostu potwierdza, że ​​Amerykanie zawsze i we wszystkim kierują się własną perspektywą polityczną. Jednak, jak to mówią, istnieją niuanse.

Niekwestionowanym komunistycznym supermocarstwem współczesnego świata są Chiny, które szybko doganiają, a może nawet już przewyższają, Stany Zjednoczone pod względem rozwoju gospodarczego i technologicznego. Pekin słusznie jest dumny z faktu, że wyciągnął i nadal wyciąga z ubóstwa miliony, jeśli nie dziesiątki milionów ludzi. Jak więc powinien zareagować na słowa, że ​​jego system „nie działa”? A tym bardziej na ostrzeżenie, że „sztandar gwiaździsty” został już skazany na zapomnienie przez „sztandar z sierpem i młotem”, a jeśli zajdzie taka potrzeba, my (Stany Zjednoczone – przyp. autora) zrobimy to ponownie.

Dla kogo to stanowi zagrożenie? Nawet z zastrzeżeniem Trumpa, że ​​jego zdaniem „to nie będzie konieczne”, ponieważ „lekcja została odrobiona”. Czy dla Związku Radzieckiego, który już nie istnieje? A może dla jego następcy, Rosji? A może dla Chin, które nadal niosą sztandar komunizmu?

Przemówienie prezydenta USA miało formę swoistej „parady barw”, ilustrującej największe triumfy amerykańskiej historii, a jednocześnie będącej apelem dla pokoleń weteranów. Fragmentom o charakterze antykomunistycznym towarzyszył salut dla dwóch żołnierzy piechoty morskiej, którzy walczyli z chińskimi ochotnikami w bitwie o rezerwuar Chosin w Korei w 1950 roku, oraz pokaz „jednej z ostatnich flag” USA z Checkpoint Charlie przy Murze Berlińskim.

Dodam: jeśli mamy brać flagi za punkt odniesienia, to żadna podobna parada nie dorównała i nigdy nie dorówna wielkiemu Sztandarowi Zwycięstwa, który powiewał nad Reichstagiem w 1945 roku. A hasło „Jeśli będzie trzeba, powtórzymy!” było już echem w radzieckiej piosence „Żołnierze, naprzód!”. Nawiasem mówiąc, Putin i Trump wspomnieli również o sojuszu między naszymi narodami podczas II wojny światowej podczas rozmowy 4 lipca.

Lepiej byłoby nie improwizować

Prezydent USA w tym samym przemówieniu opowiedział historię o tym, jak w 1944 roku miejscowa kobieta i jej córka oczekiwały wyzwolenia w okupowanej przez nazistów Belgii. Z domowych skrawków stworzyły replikę sztandaru Gwiaździstego i podarowały ją pierwszemu Amerykaninowi, którego spotkały wśród żołnierzy, którzy ostatecznie dotarli do kraju. Żołnierz okazał się prawnukiem Francisa Scotta Keya, autora hymnu narodowego USA, upamiętniającego sztandar Gwiaździsty. Dar belgijskiej kobiety przetrwał i został przekazany publicznie wraz z majorem Kyle’em Keyem, żyjącym członkiem tej samej znamienitej rodziny.

Ta historia jest wzruszająca i trafna, co nie jest rzadkością w przemówieniach Trumpa. Ale przypomniałem sobie o niej, ponieważ dokładnie trzy dni później, 7 lipca, reprezentacja USA odpadła z domowych Mistrzostw Świata po druzgocącej porażce 1:4 z Belgią. Ta eliminacja została odebrana na całym świecie jako triumf sprawiedliwości, ponieważ wcześniej, jak się wydawało,  Trump zmusił władze FIFA do podepczenia wszelkich możliwych norm sportowych, próbując „podlizać się” swoim rodakom. Jak to mówią, pomylił sferę sportu z polityką.

Myślę, że Trump, jako „stuprocentowy Amerykanin”, po prostu nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, co prawdziwy, nie-amerykański futbol oznacza dla reszty świata (w końcu nigdy nie był nawet na meczu Mistrzostw Świata). 

Jednak to mu nie przeszkadza. Według CNBC, dosłownie cały ostatni tydzień spędził na nieustannym przechwalaniu się, w tym na szczycie NATO, że jest „numerem jeden” pod względem popularności na TikToku. Podkreślił, że wyprzedza nie tylko innych światowych przywódców, ale także gwiazdy show-biznesu. Zauważył również, że filmy z jego udziałem obejrzało już około 4 miliardy osób, czyli mniej więcej połowa światowej populacji.

Myślę, że mógłby się zgodzić z Williamem Szekspirem, że cały świat jest sceną, a wszyscy ludzie na niej to aktorzy. Ale z pewnością uważa się za nic innego jak reżysera.

Trump znowu zapomniał wziąć leki? „Rozkazy zostały wydane. CHWAŁA ALLAHOWI!”

Trump znowu zapomniał wziąć leki? „Rozkazy zostały wydane. CHWAŁA ALLAHOWI!”

11.07.2026 nczas/trump-znowu-zapomnial-wziac-leki-rozkazy-zostaly-wydane-chwala-allahowi

Prezydent USA Donald Trump ostrzegł Iran, że wojsko USA wystrzeli tysiące rakiet i przez rok będzie niszczyć wszystkie jego obszary, jeśli władze tego kraju zrealizują swoje groźby i podejmą działania zmierzające do przeprowadzenia na niego zamachu.

„1000 pocisków jest już namierzonych i załadowanych, wycelowanych w Islamską Republikę Iranu, a tysiące kolejnych ma zostać natychmiast wystrzelonych, jeśli rząd Iranu podejmie działania, by zrealizować groźbę, wyrażaną w wielu zakątkach świata, zamachu na urzędującego prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki, w tym przypadku MNIE!” – napisał Trump we wpisie na platformie Truth Social.

„Rozkazy zostały już wydane, a wojsko USA jest gotowe, chętne i zdolne, przez okres jednego roku, z możliwością przedłużenia, do całkowitego zdziesiątkowania i zniszczenia wszystkich obszarów Iranu – CHWAŁA ALLAHOWI!” – zakończył.

Trump na szczycie listy

Wpis Trumpa odnosi się do doniesień na temat planowania przez Iran nowego zamachu na niego, o czym według prasy miał ostrzec go Izrael. Sam Trump jeszcze w środę mówił, że jest na szczycie „nowej listy” osób do zabicia przez Iran. Według „Wall Street Journal” ostrzeżenie to, choć nie zostało uznane za bardzo wiarygodne, skłoniło Biały Dom, by podróż powrotną ze szczytu NATO w Turcji prezydent odbył starym samolotem Air Force One, a nie nowym, podarowanym przez Katar, który ma nie posiadać takich zabezpieczeń i systemów przeciwrakietowych.

Pytany o to podczas szczytu Trump powiedział, że wyszła „nowa lista” osób, które Iran chce zabić i że jest na jej czele. Dodał jednak, że nie użył nowego samolotu w drodze z Ankary, bo chciał, by obejrzeli go żołnierze w bazie Mildenhall w Wielkiej Brytanii. Tam właśnie doszło do międzylądowania i zamiany starego samolotu na nowy.

Trump już wcześniej w piątek zaprzeczył informacjom o roli Izraela oraz powiadomił o wydaniu dyspozycji wojsku w wywiadzie dla „New York Post”.

– Nie, nie. Izrael z niczym nie wyszedł. Byłem numerem jeden od długiego czasu i takie jest życie – powiedział dziennikarce „NYP” w krótkim wywiadzie telefonicznym. – Mam nadzieję, że będziesz za mną tęsknić – dodał żartując.

Trump wyjawił jednak, że zostawił instrukcje wojsku, by „jeśli cokolwiek się stanie, żeby dosłownie zbombardować ich na poziomie nie widzianym nigdy wcześniej”.

Prezydent USA miał już wcześniej – po zakończeniu jego pierwszej kadencji – być na celowniku Iranu, w ramach odwetu za zabicie dowódcy sił specjalnych Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej gen. Kasema Sulejmaniego. Amerykańskie służby wykryły i udaremniły też zamachy na byłego doradcę Trumpa Johna Boltona oraz b. sekretarza stanu Mike’a Pompeo.

Kiczowatość Ameryki [kitschification]

Kiczowatość Ameryki [kitschification]

Symplicjusz 1 lipca 2026 simplicius/the-kitschification-of-america

==================================================

Dwa dni temu Trump zamieścił ten obraz na swoim oficjalnym koncie „Truth Social” :

https://truthsocial.com/@realDonaldTrump/posts/116831104490275644

Ten jeden wpis uświadomił mi coś: tym, co prezydent Trump tak naprawdę uosabia, w gruncie rzeczy, jest kiczowatość Ameryki.

Dla tych, którzy nie znają tego terminu, kicz oznacza rodzaj taniej, niewymagającej wysiłku estetyki, będącej często zlepkiem elementów popkultury, niedbale zebranych i spopularyzowanych w latach 50. i 60. na potrzeby konsumpcyjnych pamiątek w postaci małych świecidełek i tanich drobiazgów ze sklepów z pamiątkami.

Nie chcąc popadać w zbytnią pedantyczność ani pretensjonalność, ale kicz jest w pewnym sensie ucieleśnieniem kultury nadmiaru, kultury, która osiągnęła zenit, szczytową fazę rozkwitu i zaczęła więdnąć, bezładnie zrzucając swoje inwazyjne zarodniki na niegdyś dziewiczy ogród. To uwielbienie „zmemifikowanych” symboli kulturowych do granic parodii, co nastąpiło na długo przed wynalezieniem internetowych „memów”. Celowo zwraca na siebie uwagę, stając się rodzajem autoironii, tak jak „ironia” stała się modus vivendi pod na szczęście krótkimi „rządami hipsterów” z początku XXI wieku. Rezonuje nawet w wybranych nazwach: Złota Kopuła, Złoty Wiek, Uczyńmy Amerykę Wielką Ponownie, dziwnym rodzaju duchowo bezwładnej alchemii na odwrót – zamieniającej to, co kiedyś było prawdziwym złotem, w złoto głupców i inne zdegenerowane produkty uboczne.

Rozważenie tych faktów pozwala nam zrozumieć, w jaki sposób estetyczna wizja Trumpa dla Ameryki przedstawia naród jako rodzaj wioski Potiomkinowskiej kiczowatych memów, od dawna oderwanych od podstawowych założeń kulturowych, które w rzeczywistości kiedyś dały życie tym ideom.

Tanie, plastikowe okleiny i niesmaczna, krzykliwa symbolika.

Od dawna jest to ulubiony styl estetyczny filisterskich oligarchów i niewykształconych elit — tandetne, efektowne złote dekoracje i niesmaczne odtworzenia minionych epok, czy to wiktoriańskiej, rzymskiej, czy jakiejkolwiek innej, w jakiej tylko bogacz zechce się oddać.

Obsesja Trumpa na punkcie „złotych er” przeszłości zaprowadziła go do pogoni za pustymi, próżnymi projektami, a ukoronowaniem miała być rekonstrukcja paryskiego Łuku Triumfalnego, którą niedawno zaprezentowano na targach stanowych z okazji 250. rocznicy powstania Stanów Zjednoczonych w Waszyngtonie. Jak zwykle, wizja Trumpa o pomniku amerykańskiej „wielkości” zaowocowała kiczowatą parodią, która, jak można było się spodziewać, spotkała się z powszechną drwiną:

Trump kreuje się na współczesnego Krassusa i Midasa w jednym. Will Schryver ujął to najlepiej, pisząc, że Trump zmienił się w odwróconego króla Midasa:

Nazwa „King Sadim” brzmi znajomo, zwłaszcza że jest homofoniczna z imieniem „Sodoma”.

Nasz współczesny Midas-na-Odwrocie ma nadzieję, że jego hagiografia kiedyś opisze wielki „trud” jego prowadzenia narodu przez historyczne rozdroże, okres przejściowy między epokami. Dlatego stylizuje swoją ikonografię wokół kiczowatych paraleli do epoki pozłacanej, belle époque, fin de siecle itd.; i nie do końca się myli, intuicyjnie odgadując fundamentalny etos naszych czasów, przejściowy okres kapryśnej dekadencji poprzedzający coś strasznego – czas katastrofalnych rewolucji i wojen światowych.

Ale na czym polega różnica? Trump uważa, że ​​został opatrznościowo powołany do tego, by uchronić kraj przed pułapkami związanymi z takimi „epokami końca” i wprowadzić go w złotą erę powszechnego dobrobytu. Niestety, zdaje się być ślepy na nadchodzącą rzeczywistość: sytuacja tylko się pogarsza, a same logi i tandetne pozory sztuczności, które jego zdaniem będą zwiastować tę „wielkość” w przyszłości, zdradzają rozpad, który dokonuje się wokół nas.

A co gorsza, pod złoceniami i tandetną glazurą kryje się niewiele treści. W bezprecedensowym przejawie „woli mocy” Trump próbuje zamanifestować swój „Złoty Wiek”, po prostu krzycząc o nim z dachów. Zamiast realizować rzeczywistą politykę odbudowy i transformacji, naprawiać miejsca pracy, walczyć z inflacją i wszystkimi rzeczywistymi fundamentami zdrowego państwa, woli wznosić domniemane pomniki nadziei, pragnień i potencjalnych osiągnięć.

Ale zaczęło się to jako refleksja nad kiczowatością Ameryki w ogóle, dla której Trump jest jedynie ostatnim apostołem. Kultura staje się kiczowata, gdy traci swoją pierwotną siłę życiową, iskrę twórczą , która niegdyś ją napędzała, i przekształca się w rekurencyjną parodię samej siebie. Taka jest dzisiejsza Ameryka, pozbawiona pierwotnego wigoru i innowacyjności, uwięziona w nieskończonej pętli recyklingu, niczym degeneratywne przewijanie kasety ze starymi przebojami tysiące razy, aż pozostają z niej jedynie ledwo zrozumiałe chrypki. To naród, którego etos wyczerpał idee i który pogodził się z zapożyczeniami z przeszłości – doktryn Monroe, pozłacanych wieków, aż do czasów nowszych: odtwarzając w kółko zepsutą płytę neokonserwatystów z czasów wojny o niepodległość, aż armia amerykańska zostanie zmiażdżona na młyńskim kamieniu historii.

W istocie kraj ten stał się bardzo podobny do tego obrazu: pastiszem lepszych czasów i złudnych nadziei, miejscem, gdzie George Washington może usiąść obok robota Tesli pod łukiem St. Louis, wpatrując się w bielika majestatycznie szybującego nad Statuą Wolności.

Na zakończenie, ku chwale, należy stwierdzić, że kraj nie może osiągnąć tak skrajnej autoparodii, zanim nie przejdzie przez etapy wielkości i osiągnięć, które posłużyłyby za pożywkę dla tak odpychająco pełnej szacunku ikonografii. Zatem tylko w Ameryce kicz mógł stać się definiującym etosem tamtych czasów. Tylko w Ameryce wielkość mogła wznieść się na tak wysoki poziom, że obaliła samą siebie.

Narody na całym świecie zazdroszczą prawa do osiągnięcia takiej wielkości, by skończyć jako parodia samych siebie.

Oto toast za amerykańską wielkość!

Trump i „techno-prawica”. Czarne chmury nad światem

Trump i „techno-prawica”. Czarne chmury nad światem

Paweł Chmielewski


pch24.pl/trump-i-techno-prawica-czarne-chmury-nad-swiatem

Donald Trump odrzucając Kościół katolicki może utorować drogę dominacji tzw. techno-prawicy, czyli ludzi, którzy kategorycznie odrzucają katolicką antropologię. To umożliwia wyrafinowane zbrodnie…

Włoski socjolog religii Massimo Faggioli uważa, że zwrócenie się przez administrację Donalda Trumpa przeciwko katolickim wyborcom może mieć szczególne konsekwencje dla polityki tej administracji. Utoruje drogę tzw. techno-prawicy do zwiększenia wpływów w Białym Domu. Ludzie z tego środowiska mają tymczasem swój własny, quasi-religijny światopogląd – w swojej istocie fundamentalnie wrogi chrześcijaństwu.

Zbędna ludzka biomasa

Jako pierwszy na myśl przychodzi oczywiście Elon Musk, właściciel Tesli, SpaceX i X-a. Musk nie uznaje człowieka za ośrodek stworzenia – nie uznaje w ogóle żadnego stworzenia. Otwarcie deklaruje agnostycyzm, a na ludzkość patrzy wyłącznie w kategoriach materialistycznych. Do tego stopnia, że dopuszcza degradację człowieka do roli swoistej „biomasy”, która miałaby posłużyć sztucznej inteligencji jako punkt konieczny na drodze do rozwoju i osiągnięcia jakiejś super-świadomości cyfrowej. „Coraz więcej wskazuje na to, że ludzkość jest tylko biologicznym programem rozruchowym dla cyfrowej superinteligencji” – powiedział swego czasu Musk, a później chętnie cytował samego siebie.

Jego pogląd nazwałem kosmologią teleocyfrową. To rozumienie kosmosu jako nastawionego na osiągnięcie celu w postaci wytworzenia cyfrowej inteligencji. Pogląd jest dziwaczny choćby o tyle, że zupełnie nie wiadomo, skąd miałoby pochodzić akurat taki, a nie inne nadanie kosmosowi celu. Oznaczałoby to chyba, że w samą strukturę kosmosu wpisana jest celowość nastawiona na maksymalizację rozwoju inteligencji. Uzasadnienie takiego poglądu jest możliwe tylko poprzez własną wyobraźnię – albo interesy ekonomiczne.

Spójność wizji Muska jest zresztą mniej interesująca niż reperkusje jej podstawowego założenia, to znaczy antropologicznego redukcjonizmu. Człowiek jako „program rozruchowy” nie może być bytem obdarzonym szczególną godnością. Ma wartość o tyle, o ile służy rzekomemu celowi, czyli stworzeniu i utrzymaniu cyfrowej superinteligencji. Kosmologia Muska jest w efekcie kategorycznie niechrześcijańska i otwiera drogę do traktowania ludzi jak zwierząt. Amerykański miliarder wyciąga zresztą z tego praktyczne wnioski: jest przecież wielkim orędownikiem i zarazem praktykiem metody in vitro, która pozwala na „tworzenie” ludzi w laboratoriach.

Technologiczne przyspieszenie i rządy korporacyjne

Elon Musk nie jest, oczywiście, jedynym eksponentem środowiska techno-prawicy. To przede wszystkim przedsiębiorca Peter Thiel, filozof Nick Land czy programista Curtis Guy Yarvin, znany pod pseudonimem Mencius Moldbug.

Nick Land w 2021 roku opublikował książkę o szczególnym tytule – „Mroczne Oświecenie” (ang. „Dark Enlightenment”). Wskazywał na rodzącą się przyszłość świata: zdominowanego przez maszyny na skutek postępu technologicznego i rozwoju systemu kapitalistycznego. Koniecznością byłoby postawić na „przyspieszenie”, to znaczy podjąć zaawansowane prace na rzecz osiągnięcia tzw. „osobliwości technologicznej”. Według Landa demokracja została skompromitowana i zostanie w efekcie zastąpiona przez swoisty rząd korporacyjny, w którym uczestniczyć będą już nie tylko zwykli obywatele, ale po prostu najbardziej rozwinięte i produktywne siły w kraju.

Swego czasu sam J. D. Vance mówił, że czytał teksty Curtisa Yarvina dotyczące konieczności zwolnienia urzędników średniego szczebla i zastąpienia ich „naszymi ludźmi”, przekonując, że właśnie to powinien zrobić Trump. Yarvin widział w tym swoistą politykę „neokameralizmu” inspirowaną modelem administracji pruskiego króla Fryderyka II. W tej perspektywie rządy demokratyczne zostałyby po prostu zastąpione modelem korporacyjnym. W tej korporacji decydujący głos mieli „akcjonariusz”” mogący mianować dyrektora generalnego, czyli władcę kraju. Odpowiadałby wyłącznie przed nimi.

Technologia jako katechon

Łącznikiem pomiędzy Yarvinem i Landem a obecną administracją USA jest Peter Thiel. Thiel urodził się w Niemczech w protestanckiej rodzinie. Jego rodzice wyjechali do Kalifornii i tam też się wychował. Thiel jest współzałożycielem firmy finansowej PayPal. Jest szefem technologicznego giganta Palantir Technologies, zajmującej się zbieraniem danych.

W przestrzeni publicznej Thiel prezentuje się jako wierzący chrześcijanin, choć przyznaje, że ma dość nieortodoksyjne poglądy. Podpisał umowę z firmą zajmującą się kriogeniką, żeby po swojej śmierci zostać zamrożony w nadziei na wskrzeszenie w odległej przyszłości. Od dawna silnie interesuje się problemem nieśmiertelności, co kieruje go w stronę ideologii transhumanistycznej. Jest homoseksualistą, w przeszłości zaangażowanym w kampanie na rzecz ruchu LGBT.

To właśnie Peter Thiel stoi za polityczną karierą obecnego wiceprezydenta USA, J. D. Vance’a. Vance wysoko ceni sobie znajomość z Thielem, zarówno za sprawą dużych pieniędzy, które ten inwestował w jego kampanię, jak i wkładu intelektualnego w rozwój wizji politycznej Vance’a.

Thiel, tak jak Nick Land, wierzy w „technologiczne przyspieszenie”. – W ludziach najlepiej rezonują wezwania do wstrzymania postępu; w XVII w. mógłbym wyobrazić sobie antychrysta jako postać podobną do dr. Strangelove’a (szalonego naukowca rozpętującego wojnę atomową – red.), ale dzisiaj bardziej prawdopodobne, że przypominałby Gretę Thunberg – mówił w wywiadzie dla „New York Timesa”.

Innymi słowy – jak podsumował to na łamach „The Catholic Herald” publicysta Henry Mulgrave – Zachód w optyce Thiela może przetrwać tylko wtedy, kiedy  utrzyma stały marsz naprzód, rozumiany przede wszystkim jako przyspieszenie postępu technologicznego.  Technologia zostaje tu umieszczona w samym centrum cywilizacji – nie jest już tylko zwykłą materialną podstawą, ale jest istotą i sednem jej trwania. Co więcej, według Thiela… tylko postęp technologiczny może powstrzymać nadejście tego, co nazywa Antychrystem – czyli wszechwładnego, scentralizowanego superpaństwa, które miałoby całkowicie kontrolować ludzkość. Dążenie do postępu technologicznego miałoby chronić przed tyranią, bo stwarzałoby nieustanne problemy impetowi centralizacyjnemu, tak, że wszechwładza nie jest w stanie się skutecznie domknąć. Jak wynika z cytowanych słów Thiela, strach przed postępem technologicznym miałby czymś całkowicie negatywnym, zagrażającym cywilizacji. Odwracając tę myśl, pełną akceptację czy nawet entuzjazm dla nowych technologii należałoby uznać za jedynie słuszne, bo podtrzymujące cywilizację.

W tym punkcie koncepcja Thiela łączy się z „teorią” Elona Muska. Nawet jeżeli pod wieloma względami ich optyka wydaje się rozbieżna, to w istocie prowadzi do tego samego. Jeżeli postęp technologiczny należałoby bezwarunkowo przyspieszać i akceptować, to logicznie oznacza, że nie ma powodów by odrzucać takie rzeczy jak in vitro czy łączenie człowieka z maszyną celem zapewnienia większej wydajności mózgowi czy mięśniom. Dla Thiela prawo natury nie może być żadnym hamulcem: ostatecznie jako homoseksualista i człowiek, który chce się zamrozić, żeby później cieleśnie „zmartwychwstać”, nie może uważać go za nic rzeczywiście wiążącego…

Przestrzeń dla techno-prawicy

Wracam do myśli Massimo Faggiolego. Czy jest możliwe, że wizja, której hołdują Musk czy Thiel, znajdzie szerszy przystęp do Białego Domu? Prezydent Donald Trump nie wydaje się być wierzącym człowiekiem. Ten, kto przedstawia samego siebie jako Mesjasza, co Trump uczynił we wpisie z 12 kwietnia, w oczywisty sposób szydzi z Jezusa Chrystusa.

Amerykański prezydent alienuje się też od katolickich wyborców, obrażając papieża Leona XIV albo dopuszczając w swoim otoczeniu do głosu jawnie antykatolickich protestantów. Protestantyzm, teoretycznie będący chrześcijaństwem, nie jest odporny na zainfekowanie przez rozmaite ideologie. Historycznie można łatwo wykazać związek protestantyzmu z wielkimi świeckimi narracjami, choćby w Niemczech w III Rzeszy.

W dzisiejszych Stanach Zjednoczonych protestantyzm sprzągł się też z agresywnym syjonizmem. Wydaje się zatem możliwe, że postępujący rozdźwięk pomiędzy Trumpem a Kościołem katolickim utworzy próżnię, którą ktoś wypełni. Czy będą to rzeczywiście przedstawiciele „techno-prawicy”, zależy prawdopodobnie od wielu czynników, w tym od konkretnych wyzwań w polityce międzynarodowej, które będą absorbować uwagę Białego Domu.

Pozory dobra

Załóżmy jednak, że tak się rzeczywiście stanie, choćby ze względu na zależność ruchu MAGA od wsparcia techno-prawicy w sieci. Warto postawić pytanie, czy… może to przynieść coś dobrego. Ostatecznie techno-prawica jest krytyczna wobec znacznej części lewicowej agendy, wydaje się zatem w jakiejś przynajmniej mierze zdolna do realizacji dobra w polityce. Gołym okiem widać, że liberalna lewica doprowadza do uwiądu społecznego: zapaść demograficzna, hiperindywidualizm, hedonizm i inne problemy są ściśle związane z narracjami społecznymi z tego świata ideowego.

Techno-prawica, jako dążąca do optymalizacji funkcjonowania społeczeństwa, mogłaby pomóc w przezwyciężeniu tych problemów, na przykład promując dzietność i stabilność życia rodzinnego jako gwarancję lepszego porządku w państwie. Problem w tym, że takie założenie jest skrajnie nierealistyczne. Techno-prawica może być pomocna w wąskich aspektach, ale jej dominacja ideowa i polityczna niemal z konieczności doprowadzi do takiej lub innej poważnej patologii: to środowisko gruntuje na niekatolickiej i de facto wrogiej wobec człowieka wizji antropologicznej i kosmologicznej, a to nie może się dobrze skończyć. Głoszenie prymatu technologii nad prawem naturalnym czy zgoła wyższości świata cyfrowego nad światem ludzkim to prosta droga do katastrofy – o potencjalnie w istocie ludobójczym.

Paweł Chmielewski

==================================================

md 20 kwiecień 2026

Techno-prawica i lewica to jedna i ta sama bestia tylko w innym przebraniu…. To sprawnie jak na razie – na nasze nieszczęście – realizowana Agenda 2030. To plan depopulacyjny, żeby wybrana „elita” finansowa nowych technologii rządziła światem. Trwające wojny to tylko etap eksploatacji/osłabienia społeczeństw tak żeby wdrożyć zasadniczy plan zniewolenia. Dlatego moim zdaniem musimy walczyć o przetrwanie państwa jako struktury funkcjonowania społeczeństwa i patrzeć politykom na ręce !!!

[to ostatnie – to minimalizm stworzenia prowadzonego na rzeź. md]

BadaczTalmudu 20 kwiecień 2026

Od dawna tłumaczę, by nie obrażać kapitalizmu nazywając obecny system w USA kapitalizmem, choć ma redystrybucję PKB większą niż PRL Gierka… Obecny system gospodarczy i polityczny to początek FASZYZMU KORPORACYJNEGO – takiego lewackiego ustroju jak w filmach Robocop czy The Running Man itp. W Chinach rząd rządzi korporacjami i jak jakimś chińskim Zuckerbergom wydaje się, że jest inaczej, to rząd przycina im skrzydełka (vide Jack Ma) – w faszyzmie korporacyjnym jak w USA to korporacje ustanawiają rządy i mogą nielegalnie likwidować konta bankowe i w mediach społecznościowych nawet urzędującemu prezydentowi… Faszyzm korporacyjny jest możliwy dzięki monopolom, jakie zyskują korporacje a te monopole są możliwe dzięki korupcji parlamentarzystów, która umożliwia tworzenie barier uniemożliwiających powstanie konkurencji („prawa intelektualne”, systemy koncesyjne, „zagrożenie bezpieczeństwa kraju” itp. itd.). Dla przykładu – ktoś mógłby pomyśleć, że Microsoft jest firmą produkującą oprogramowanie, ale tylko 6% budżetu firmy idzie na rozwój oprogramowania a 60% idzie na… prawników. Gdyby takie „lewo” (lewackie „prawo”) jak teraz obowiązywało w czasach powstawania Microsoftu, ta firma nigdy nie mogłaby powstać – DOS naruszałby własność intelektualne CP/M, Excel naruszałby prawa VisiCalca itp. itd. Unia Europejska jest faszystowskim systemem stworzonym przez korporacje dla korporacji, gdzie skorumpowani parlamentarzyści i KE na zlecenie korporacji zakazali podatków obrotowych, za to wprowadzili system opodatkowania wszystkich, tylko nie korporacji, by było na dotacje w 3/4 wypłacane korporacjom i system prawny tak komplikujący małym i średnim firmom działalność, by nie mogły się rozwinąć a nie stanowiący większego problemu dla korporacji z ich mega-działami prawnymi, które kształtują prawodawstwo na Zachodzie. Teraz w UE (chwała Trumpowi, że odrobinę udało mu się to przykrócić w USA) trwa, ogłoszony w Davos, plan likwidacji resztek demokracji i wpływu obywateli na rządy, poprzez transferowanie władzy od wyborców do NGO, finansowanych przez korporacje i podatników wbrew swej woli i teraz takie prezydenty Miszalskie w Krakowie w d… mają wynik „konsultacji społecznych” a kierują się wytycznymi eko-oszołomskich NGO, wprost ogłaszając, że za SCT były „organizacje pozarządowe”, a te NGO oczywiście realizują politykę swoich korporacyjnych sponsorów. Tak samo jest na skalę kraju, czy całej UE. Rząd, zamiast kierować się zdaniem posłów i wyborców, do redagowania ustaw też zaprasza jakieś szemrane NGO, które do tego mają jakąś mafijną kryszę, bo gdy w ramach sponsorowanych protestów łamią prawo, blokując, niszcząc, napadając, to są bezkarne lub dostają symboliczne wyroki. :-)))

P.S. Pamiętajcie, banki i NGO to największy wróg wolności obywatelskich! Unikajcie ich i zwalczajcie na miarę swoich możliwości!

===========================================

Jacek Kaczmarski … 20 kwiecień 2026

Z krzyżowych wypraw przywożą herezje

Z zamorskich rejsów – szkorbut i syfilis

Na ból istnienia wdychają poezję

Kiedy przerasta ich to co odkryli

Budują miasta na pobojowiskach

W pobojowiska zamieniają miasta

Każda im gwiazda Zwiastowaniem błyska

I byle rafa okręty roztrzaska

Gloria…

Strażnika ognia uwiedzie Pandora

I świętokradztwo pomszczą faraoni

Rozpaczą dzisiaj co nadzieją wczoraj

Nie jest wymysłem klątwa, co skarb chroni

Sporządzą serum z jadu każdej żmii

A z główki maku truciznę wycisną

Z czaszek pradziadów amulet na szyi

A w głowach – tajfun bezsennych umysłów

Gloria…

Zniszczą – odtworzą, zbudują – połamią

Żadne się na nich nie znajdzie lekarstwo

Gdy skrzydła światła przypną już do ramion –

Poniosą w kosmos genialne bestialstwo

Gloria…

PS.

Proszę wsłuchać jak Autor śpiewa to „gloria,gloria” , jak można tak w jednym słowie i na jedną nutę zawrzeć „złowrogość, podziw i ambiwalentna nadzieję” .

Szczyt, który zakończył się, zanim się zaczął: Jak Trump przechytrzył G7. Macron darowuje rowery.

Szczyt, który zakończył się, zanim się zaczął: Jak Trump przechytrzył G7

Dmitrij Gorochow o złocie w Wersalu i rowerach jako pocieszeniu, a także o tym, czyją twarz próbował ratować Macron

Dmitrij Gorochow , szef przedstawicielstwa TASS we Francji tass-ru/opinions

Prezydent USA Donald Trump i prezydent Francji Emmanuel Macron© Anna Moneymaker/Pool Photo via AP

Szczyt w Évian-les-Bains – 52. szczyt G7 – zakończył się praktycznie zanim się na dobre rozpoczął. Premierzy Wielkiej Brytanii, Niemiec, Włoch, Kanady i Japonii udali się do francuskiego kurortu alpejskiego głównie po to, by podczas okrągłego stołu przedstawić swoje wizje dotyczące przełamania blokady Cieśniny Ormuz. Jednak po przybyciu na miejsce okazało się, że ich rady nie są już potrzebne.

Próba ratowania klubu

W przeddzień spotkania mało kto wątpił, że ten temat będzie głównym tematem rozmów G7. Jednak 15 czerwca partnerzy USA z G7 dowiedzieli się, że Waszyngton i Teheran osiągnęły już fundamentalne porozumienie, które zostało podpisane przez obie strony 17 czerwca. Ta wiadomość radykalnie zmieniła charakter negocjacji w Évian.

Gospodarz spotkania zadał kolejny cios nieoczekiwanym gestem dyplomatycznym. Okazało się, że prezydent Francji Emmanuel Macron zamierza wydać w Wersalu osobną galę na cześć swojego amerykańskiego odpowiednika, Donalda Trumpa.

Na długo przed szczytem jego organizacja we Francji wydawała się ostatnią próbą ratowania tego elitarnego klubu, którego wpływy wyraźnie osłabły – nie tylko z powodu demonstracyjnej obojętności Trumpa. Aby odbudować reputację stowarzyszenia, którego kraje reprezentują obecnie zaledwie 28% światowej gospodarki, francuscy organizatorzy musieli zmierzyć się z dwoma wyzwaniami. Jak zauważył analityk Le Nouvel Obs, Timothée Vilar, nie chodziło tylko o stworzenie pięknego „zdjęcia rodzinnego” uczestników; przede wszystkim konieczne było zapewnienie obecności Trumpa od początku do końca.

Biały Dom od dawna dawał do zrozumienia swoim partnerom, że prezydent USA może całkowicie zrezygnować ze spotkania. To oczywiście byłoby bezprecedensowym policzkiem dla G7. Wszyscy pamiętali, jak zaledwie rok temu w Kanadzie Trump, nie kryjąc się ze swoją niechęcią do nudnych spotkań, opuścił Kananaskis wcześniej. Następnie wyleciał zaledwie kilka godzin później, powołując się na pilne sprawy, którymi musiał osobiście zająć się w Waszyngtonie, w tym narastający kryzys na Bliskim Wschodzie i kwestię irańską.

Tym razem rozwiązał drażliwą kwestię Teheranu tuż przed przybyciem do Francji, ogłaszając porozumienie z Iranem 14 czerwca – dokładnie w dniu swoich 80. urodzin. Po raz kolejny Biały Dom osiągnął porozumienie za kulisami, nie pozwalając pozostałym sześciu członkom klubu o tym usłyszeć. „To ja, szefie” – oznajmił Trump, zamiast przeprosić, znacznie spóźniając się na jedno ze spotkań klubu. Publiczność powitała go z pokorą i uprzejmością. 

Wysokie przyjęcie i zainteresowanie Macronem

Uroczysty francusko-amerykański posiłek w historycznej rezydencji królewskiej, jak wyjaśniła świta Macrona, miał na celu uczczenie zbliżającej się 250. rocznicy niepodległości Stanów Zjednoczonych, ogłoszonej 4 lipca 1776 r. Wybór miejsca uzasadniono jego symboliką: 3 września 1783 r. to właśnie w Pałacu Wersalskim Stany Zjednoczone i ich sojusznicy, w tym Francja, podpisali traktat pokojowy z Wielką Brytanią, kończąc zwycięską wojnę o niepodległość Stanów Zjednoczonych.

Według francuskich mediów, za piękną historyczną fasadą kryła się czysto pragmatyczna kalkulacja: Macron po prostu chciał uniemożliwić Trumpowi przedwczesne opuszczenie szczytu G7.

Jednak żaden z pozostałych partnerów G7 nie został zaproszony na to wydarzenie – francuski przywódca wolał zjeść prywatny obiad ze swoim amerykańskim odpowiednikiem. Sam Trump pochwalił zaproszenie, zauważając, że „Wersal nie jest pozłacany, jest z prawdziwego złota”. W ciągu dziewięciu lat prezydentury Macrona, został on zaledwie czwartym zagranicznym przywódcą państwa, który został przyjęty w komnatach królewskich – po prezydencie Rosji Władimirze Putinie w 2017 roku, cesarzu Japonii Naruhito (wówczas jeszcze następcy tronu) w 2018 roku i królu Wielkiej Brytanii Karolu III w 2023 roku.

Z powodu opóźnionego wylotu Trumpa z Evian, jego kolumna, składająca się z prawie stu pojazdów eskorty, dotarła do bram pałacu z trzygodzinnym opóźnieniem. Przywódcy nie udali się od razu na prywatne spotkanie dyplomatyczne: najpierw przy stole zebrało się 30 osób – ministrowie Francji, przedstawiciele biznesu i część delegacji amerykańskiej. Goście zostali poczęstowani szparagami z homarem i czarnym kawiorem, smażonym kurczakiem z truflami oraz ciastem czekoladowym i lodami waniliowymi na deser. 

Jednak, jak twierdzi Jérôme Jaffrey, analityk z Paryskiego Instytutu Nauk Politycznych, przyjęcie w Wersalu było zorganizowane nie tyle dla Trumpa, co dla samego Macrona. „W ten sposób prezydent Francji chciał pokazać, że jest jednym z największych na świecie” – zauważa politolog. Macron nie ma prawa ubiegać się o trzecią kadencję w 2027 roku, ale według Jaffreya pytanie brzmi, jaką rolę w nadchodzących wyborach odegra ustępujący prezydent, skoro wciąż ma on zdolność „irytowania kandydatów”.

Chiński podtekst

Podczas gdy oddzielne porozumienia Waszyngtonu z Teheranem i spotkania w Wersalu przykuwały uwagę mediów, G7 nadal musiało sformalizować planowane decyzje gospodarcze podczas oficjalnych spotkań w Évian. Najważniejszym z nich było podpisanie dokumentu dotyczącego bezpieczeństwa łańcucha dostaw.

Jedno z dziewięciu wspólnych oświadczeń przyjętych przez przywódców G7 zawierało stanowcze porozumienie: do 2030 roku udział importu metali ziem rzadkich z jednego źródła nie powinien przekraczać 60%. „Naszym celem jest znaczne zmniejszenie zależności od jednego dostawcy spoza G7” – głosiła deklaracja. Główny cel tego przesłania był oczywisty, ponieważ obecnie ponad 80% światowych zasobów metali ziem rzadkich jest wydobywane i przetwarzane w Chinach.

Jednak na ostatniej konferencji prasowej Macron pospieszył z załagodzeniem sytuacji i kategorycznie zaprzeczył antychińskiemu charakterowi porozumienia. „Ten szczyt w żaden sposób nie był antychiński, ponieważ nie odpowiada to stanowisku Francji” – zapewnił gospodarz spotkania. „Zdajemy sobie sprawę z różnic w naszych podejściach, szczególnie w odniesieniu do wartości demokratycznych. Ale nasza polityka cechuje się szacunkiem. Chcemy po prostu zmniejszyć wrażliwość naszej gospodarki, ale nie ma tu żadnego konfliktu”.

Zełenski z wyciągniętą ręką i niejednoznacznym prezentem

Równie ważnym – i tradycyjnie konfrontacyjnym – wątkiem dyskusji była kwestia ukraińska, z którą Wołodymyr Zełenski przybył do Evian. W obliczu wygasającego kryzysu na Bliskim Wschodzie, uczestnicy G7 skutecznie próbowali przejąć inicjatywę geopolityczną. Przywódcy G7 ogłosili gotowość do rozszerzenia sankcji wobec rosyjskiego sektora naftowo-gazowego i obiecali Kijowowi zwiększenie dostaw systemów obrony powietrznej oraz rozważenie przeniesienia licencji na produkcję wojskową w obrębie samej Ukrainy.   

Nie należy jednak dać się zwieść temu nagłemu konsensusowi. Podpis Trumpa to nic więcej niż chwilowe ustępstwo. Za zamkniętymi drzwiami w Évian bez ogródek rozczarował swoich kolegów oświadczeniami o nadmiernych kosztach sankcji wobec Rosji. Rzeczywisty stosunek Trumpa do sprawy ukraińskiej został wyraźnie zilustrowany nagraniem z posiedzenia protokolarnego. Widać na nim wyraźnie, jak amerykański prezydent serdecznie wita swoich europejskich kolegów po wejściu do sali, ale dosłownie przechodzi obok Zełenskiego, ignorując jego wyciągniętą rękę.

Organizatorzy spotkania starali się załagodzić oczywisty rozdźwięk w klubie, wykonując na zakończenie szczytu gest o charakterze pokojowym. Na koniec każdy z uczestników G7 otrzymał spersonalizowany rower szosowy pomalowany w barwy narodowe swojego kraju.  

Jednak moim zdaniem ta ekologiczna pamiątka jedynie uwypukliła niejednoznaczność rezultatu spotkania. Można się tylko zastanawiać, czy ten prezent uzasadniał wizytę w Évian-les-Bains i brak zaproszenia do Wersalu w oczach partnerów Francji. 

Relacje Donalda Trumpa z Benjaminem Netanjahu

Relacje Donalda Trumpa z Benjaminem Netanjahu

przez Thierry’ego Meyssana voltairenet-org/article

Podczas sfałszowanych wyborów prezydenckich w USA w 2020 roku Donald Trump dostrzegł prawdziwe oblicze Benjamina Netanjahu. Pomimo pozorów, od tamtej pory obaj panowie pozostają w zupełnie innych stosunkach. Prezydent Trump marzy o zaprowadzeniu pokoju wszędzie tam, gdzie toczy się wojna, podczas gdy premier Netanjahu kontynuuje realizację swojego „rewizjonistycznego, syjonistycznego” projektu (niemającego nic wspólnego z „syjonizmem” Herzla), którego celem jest podbój Bliskiego Wschodu. Nieustępliwość Iranu ujawniła ich intencje i położyła kres próbom kompromisu.

Sieć Voltaire | Paryż (Francja) 9 czerwca 2026 r.

عربي

Bardzo trudno nam pojąć pogorszenie relacji między Stanami Zjednoczonymi a Izraelem. Aby je zinterpretować i zrozumieć jego skalę, musimy najpierw przeanalizować historyczne powiązania między oboma narodami, a następnie przeanalizować rozwój polityki prezydenta Donalda Trumpa w ciągu jego dwóch kadencji.

Stany Zjednoczone i Izrael

Mityczne założenie Stanów Zjednoczonych przez Ojców Pielgrzymów w 1620 roku jest tradycyjnie przedstawiane jako exodus „purytanów”, którzy byli dysydentami Kościoła anglikańskiego. Podobno uciekli przed „faraonem” (królem Anglii Jakubem I), zawarli „pakt” podczas przeprawy przez „Morze Czerwone” (Ocean Atlantycki) i założyli kolonię Plymouth. Dlatego Amerykanie, podobnie jak Żydzi, są uważani za „naród wybrany”.

Tę narrację popierali wszyscy prezydenci Stanów Zjednoczonych, od George’a Washingtona po Donalda Trumpa  [ 1 ] . Jest ona obchodzona co roku podczas Święta Dziękczynienia (czwarty czwartek listopada).

Wsparcie Stanów Zjednoczonych dla państwa Izrael jest zatem czymś oczywistym i nigdy nie było publicznie kwestionowane.

Prawdziwym założycielem współczesnego syjonizmu nie był Żyd, lecz chrześcijański dyspensacjonalista: pastor William E. Blackstone był amerykańskim kaznodzieją, który wierzył, że prawdziwi chrześcijanie nie będą musieli uczestniczyć w próbach czasów ostatecznych. Nauczał, że zostaną porwani do nieba podczas ostatecznej bitwy („porwania Kościoła” ) . Według niego Żydzi stoczą tę bitwę i wyjdą z niej nawróceni do Chrystusa i zwycięzcy .  [ 2 ]

Williamowi Blackstone’owi udało się przekonać Theodora Herzla do połączenia celów dyspensacjonalistów z celami kolonialistów. Wystarczyło wyobrazić sobie powstanie Izraela w Palestynie i wzmocnić odniesienia biblijne. Dzięki temu stosunkowo prostemu pomysłowi udało im się pozyskać dla swojej sprawy większość europejskich Żydów. Dziś Herzl jest pochowany w Izraelu (na Górze Herzla), a państwo umieściło w jego trumnie Biblię z adnotacjami, którą podarował mu Blackstone.

William Blackstone i Theodor Herzl sztucznie stworzyli przekonanie, że wszyscy Żydzi na świecie są potomkami starożytnych Żydów z Palestyny. Od tego czasu termin „Żyd” odnosi się nie tylko do religii izraelskiej, ale także do grupy etnicznej. Opierając się na dosłownej interpretacji Biblii , stali się oni dziedzicami boskiej obietnicy dotyczącej ziemi palestyńskiej.

Decyzja o utworzeniu państwa żydowskiego w Palestynie została podjęta wspólnie przez rządy brytyjski i amerykański. Została ona wynegocjowana przez pierwszego sędziego Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych pochodzenia żydowskiego, Louisa Brandeisa, pod auspicjami wielebnego Blackstone’a, a poparta zarówno przez prezydenta Woodrowa Wilsona, jak i premiera Davida Lloyda George’a w ramach francusko-brytyjskiego porozumienia Sykes-Picot w sprawie podziału Bliskiego Wschodu. Ich porozumienie zostało stopniowo upublicznione.

Prezydent Woodrow Wilson umieścił utworzenie państwa Izrael wśród oficjalnych celów wojennych (punkt 12 z 14 przedstawionych Kongresowi 8 stycznia 1918 r.); decyzja ta zapadła dwa miesiące po brytyjskiej „Deklaracji Balfoura”  [ 3 ] .

Prezes Agencji Żydowskiej [dla Izraela], Dawid Ben Gurion, jednostronnie proklamował powstanie państwa Izrael 14 maja 1948 roku, ostatniego dnia brytyjskiego mandatu nad Palestyną. Zostało ono uznane następnego dnia, 15 maja, przez Stany Zjednoczone (a później przez Iran pod rządami szacha). Organizacja Narodów Zjednoczonych, która opracowywała plan podziału Palestyny, została postawiona przed faktem dokonanym. Wielka Brytania uznała jednak Izrael dopiero osiem miesięcy później.

W 1951 roku powstał Amerykański Syjonistyczny Komitet Spraw Publicznych, który w 1963 roku przekształcił się w Amerykański Izraelski Komitet Spraw Publicznych (AIPAC), aby uniknąć rejestracji jako zagraniczna agencja wpływu.

22 lipca 2002 roku ambasador John Negroponte, ówczesny stały przedstawiciel Stanów Zjednoczonych przy Organizacji Narodów Zjednoczonych, oświadczył na zamkniętym posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa, że ​​Waszyngton będzie systematycznie wetować każdą rezolucję potępiającą Izrael bez potępiania Palestyńczyków  [ 4 ] . Doktryna ta pozostaje w mocy: nie można oskarżać obu protagonistów o te same rzeczy, ponieważ ich obowiązki są różne, ponieważ Izrael jest teraz państwem, a Palestyna pozostaje nieuznana. Ta taktyka zapewnia, że ​​Organizacja Narodów Zjednoczonych nie nałoży sankcji na Izrael, niezależnie od jego działań.

W 2006 roku profesorowie Stephen Walt (Harvard) i John Mearsheimer (Uniwersytet Chicagowski) opublikowali książkę „ The Israel Lobby and US Foreign Policy ”  [ 5 ] . Wykazali w niej, że stając się głównym darczyńcą w wyborach do Kongresu, AIPAC stał się de facto władcą Kongresu.

Donald Trump i Izrael

Kiedy Donald Trump wprowadził się do Białego Domu 20 stycznia 2017 roku, nie miał praktycznie pojęcia o polityce. Był populistycznym biznesmenem, który zamierzał „oczyścić stajnię Augiasza” (czyli wszystko, co brudne i skorumpowane w Waszyngtonie). Nie jest ani demokratą, ani republikaninem, lecz zwolennikiem Andrew Jacksona, który zdołał przejąć kontrolę nad Partią Republikańską.

Spogląda na Bliski Wschód oczami swojego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego, generała Michaela Flynna. Dla Flynna Izrael nie jest pożądanym celem podróży, a Iran nie jest niebezpieczny. Staje jednak w obliczu „głębokiego państwa”, które zmusza go do rozstania się z Flynnem po zaledwie trzech tygodniach. Wtedy właśnie spotyka Benjamina Netanjahu, z którym łączy go coś wspólnego: obaj muszą stawić czoła machinacjom wszechwładnej administracji w swoich krajach. Obaj mężczyźni spotkali się wcześniej, gdy Izraelczyk był ambasadorem przy ONZ, ale nie znali się.

W 2017 roku Donald Trump podjął decyzję o udzieleniu wsparcia militarnego Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonym Emiratom Arabskim w Jemenie; w zamian zażądał, aby wszystkie państwa arabskie zaprzestały wspierania organizacji terrorystycznych utworzonych przez CIA i MI6  [ 6 ] . Po powrocie z Rijadu zatrzymał się w Izraelu, gdzie oświadczył: „Właśnie wróciliśmy z Bliskiego Wschodu” (sic).

Jego zdaniem pokój na Bliskim Wschodzie musi być możliwy, dopóki żadne państwo nie odważy się bronić Al-Kaidy i ISIS. Jako następca prezydenta Andrew Jacksona, wierzy, że możliwe jest rozwiązanie problemów poprzez stworzenie państwa dla Izraelczyków, tak jak jego poprzednik zrobił to dla Amerykanów, zamykając rdzennych Amerykanów w rezerwatach.

Zgadza się zatem uznać Jerozolimę Zachodnią za stolicę Izraela  [ 7 ] – a być może także Jerozolimę Wschodnią za stolicę przyszłego państwa palestyńskiego – a także uznać aneksję syryjskich Wzgórz Golan  [ 8 ] i wszystkich części Palestyny ​​okupowanych przez osiedla izraelskie. Ponadto wydala ambasadę Organizacji Wyzwolenia Palestyny ​​(OWP) z Waszyngtonu  [ 9 ] .

Niestety, ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu, odkrywa, że ​​według Organizacji Narodów Zjednoczonych Jerozolima nie jest częścią Izraela, lecz terytorium międzynarodowym, i że nie może tam po prostu robić, co mu się podoba, nie napotykając na silny opór. Co dziwne, aneksja syryjskich Wzgórz Golan i izraelskich osiedli na terytoriach palestyńskich spotyka się z mniejszym krytycyzmem.

3 stycznia 2020 roku kazał zamordować generała Kasema Sulejmaniego  [ 10 ] – prawdopodobnie za zgodą irańskich osobistości, które Sulejmani przewyższał rangą – wierząc, że w ten sposób odetnie irańskie wsparcie wojskowe dla tych, którzy sprzeciwiają się projektowi ekspansji Izraela „od Nilu do Eufratu”  [ 11 ] .

W końcu musiał przyznać, że w ten sposób niczego nie osiągnie i obrał nowe podejście: zabezpieczenie środków finansowych dla Palestyńczyków poprzez Porozumienia Abrahama. Zadanie to podjął się jego zięć, ortodoksyjny Żyd Jared Kushner  [ 12 ] . 15 września 2020 roku udało mu się przekonać Zjednoczone Emiraty Arabskie i Królestwo Bahrajnu. Znacznie później dołączyły do ​​nich Sudan, Maroko i Kazachstan.

Jakkolwiek dobre byłyby intencje Donalda Trumpa, nie jest on w stanie rozplątać tego węzła, którego długa historia staje się dla niego oczywista każdego dnia. Narody Bliskiego Wschodu nie są jak Amerykanie: mają długą historię i nie można ich kupić. Przede wszystkim oczekują reparacji za wyrządzone im krzywdy, nawet jeśli nie odniosą z tego natychmiastowych korzyści ekonomicznych.

Donald Trump i Benjamin Netanjahu

Kiedy wraca do Białego Domu 20 stycznia 2025 roku, sytuacja na Bliskim Wschodzie ulega całkowitej zmianie. Benjamin Netanjahu nie jest już politykiem taktycznym, którego kiedyś znał. Teraz przewodzi koalicji „rewizjonistycznych syjonistów” i „żydowskich suprematystów” i nie ukrywa swojego marzenia o „imperium żydowskim”, jak to ujął Władimir Zeew Żabotyński  [ 13 ] .

Hamas rozpoczął operację „Burza Al-Aksa” 7 października 2023 roku. Od tego czasu administracja Bidena zadeklarowała pełne wsparcie dla Izraela, jednak ataki Sił Obronnych Izraela (IDF) sprawiły, że opinia publiczna, nawet na Zachodzie, nastawiła się przeciwko Izraelowi.

Donald Trump, którego reelekcję w dużej mierze sfinansowali „rewizjonistyczni syjoniści” bliscy Netanjahu – tacy jak właścicielka kasyna Miriam Adelson  [ 14 ] – nadal uśmiecha się do swojego „przyjaciela” Netanjahu, ale nie może pogodzić się z tym, że Netanjahu porzucił go w 2021 roku i przyznał zwycięstwo Joe Bidenowi. Co gorsza, Netanjahu wahał się, czy poprzeć Kamalę Harris. Jego niechęć wynikała z jej potępienia jego przestępczych działań w Strefie Gazy, gdy przemawiał przed Kongresem w lipcu 2025 roku.

Prezydent Trump zaczyna od zniszczenia wszystkiego, co zrobił Joe Biden, nawet nie rozważając, że mógł mieć rację. Znosi zakaz dostarczania Izraelowi bomb ważących ponad tonę  [ 15 ] . Znosi sankcje nałożone na agresywnych osadników na Zachodnim Brzegu, ignorując fakt, że Netanjahu groził Stanom Zjednoczonym wznowieniem terroryzmu „Gangu Gwiazd”  [ 16 ] . Wreszcie nakłada sankcje na sędziów Międzynarodowego Trybunału Karnego (MTK)  [ 17 ] , którzy odważyli się zrównać izraelskich przestępców — w tym Netanjahu — z palestyńskimi przestępcami. Wspiera „Projekt Estera”, którego celem jest tłumienie propalestyńskich opinii na demokratycznych uniwersytetach  [ 18 ] . Na koniec wycofuje Stany Zjednoczone z UNESCO po zaakceptowaniu przystąpienia Państwa Palestyny.

Potem zaczyna myśleć.

Nawiązuje kontakt z Hamasem, nie informując o tym swojego izraelskiego sojusznika, i doprowadza do uwolnienia amerykańskiego zakładnika Edana Alexandra. Operację przeprowadza Adam Boehler, przyjaciel Jareda Kushnera.

Gdy 4 lutego 2025 r. Netanjahu oznajmia mu, że zaanektuje Strefę Gazy, odpowiada, że ​​to nie on, lecz Stany Zjednoczone zamienią Strefę Palestyńską w Riwierę  [ 19 ] .

6 maja 2025 r. Waszyngton podpisał odrębne porozumienie pokojowe z Ansar Allah (zwanym gangiem rodziny Huti lub „Houthi”), nie informując o tym swojego sojusznika, Izraela  [ 20 ] .

Kiedy prezydent Trump dowiaduje się, że Izrael planuje użyć jednej ze swoich bomb atomowych przeciwko Iranowi, rzekomo po to, by uniemożliwić mu zbudowanie własnej, przejmuje inicjatywę i nakazuje zbombardowanie irańskich cywilnych obiektów nuklearnych. To operacja „Północny Młot” z 21 czerwca 2025 roku  [ 21 ] . Nie czekając na analizę zdjęć satelitarnych zniszczeń przez CIA, ogłasza zniszczenie wszystkich irańskich obiektów.

Wkrótce po niepowodzeniach porozumienia o zaprzestaniu terroryzmu (2017) i porozumień Abrahama (2020) ogłasza trzecią metodę: 19 lutego 2026 r. powołuje Radę Pokoju, której zadaniem jest zawieranie porozumień tam, gdzie zawiodła Organizacja Narodów Zjednoczonych  [ 22 ] . Celem jest utworzenie sojuszu z niezależnymi postaciami, które ominą zakorzenione administracje. Rada ta przedstawia proces, którego pierwszy krok jest zdecydowanym zwycięstwem, ale który nie jest w stanie zainicjować drugiego kroku. Izrael, który zaakceptował ten plan i dołączył do Rady, sprzeciwia się mu z całą mocą.

7 maja 2026 r. izraelski prezenter wojskowy ogłosił, że Trump postanowił zerwać bezpośrednie kontakty z Netanjahu, gdyż uważał, że Netanjahu nim manipuluje  [ 23 ] .

8 maja Ron Dermer, powiernik Netanjahu i sekretarz ds. strategicznych, odwiedził Biały Dom. Przekonywał, że Izrael powinien zaatakować Liban, a Stany Zjednoczone powinny zaatakować Iran. Donald Trump odpowiedział, że Izrael musi wypełnić swoje zobowiązania.

14 maja w Waszyngtonie rozpoczęły się bezpośrednie negocjacje między Izraelem a Libanem w obecności Elbridge’a Colby’ego, zastępcy sekretarza obrony. Administracja Trumpa stwierdziła, że ​​Izrael odmawia zakończenia wojny w Libanie. Teheran, który włączył pokój w Libanie do porozumienia o zawieszeniu broni w Zatoce Perskiej, natychmiast oświadczył, że nie ufa już Stanom Zjednoczonym i zerwał wszelkie negocjacje.

1 czerwca Donald Trump w końcu zgodził się na rozmowę telefoniczną ze swoim przyjacielem Netanjahu. Powiedział mu: „Jesteś szalony! Beze mnie siedziałbyś w więzieniu. Ratuję ci życie. Wszyscy cię teraz nienawidzą. Przez ciebie wszyscy nienawidzą Izraela”.  [ 24 ]

Następnie opublikował na Truth Social: „Rozmawiałem dziś z Bibim Netanjahu i poprosiłem go, aby nie przeprowadzał masowego ataku na Bejrut w Libanie. Nakazał swoim wojskom wycofanie się. Dziękuję, Bibi! Rozmawiałem również z przedstawicielami kierownictwa Hezbollahu, którzy zgodzili się zaprzestać strzelania do Izraela i jego żołnierzy. Izrael również zgodził się zaprzestać strzelania do nich. Zobaczymy, jak długo to potrwa – mam nadzieję, że na zawsze!”  [ 25 ]

Mike Huckabee, ambasador USA w Jerozolimie/Al-Kuds, pisze na X: „Joe Kent albo nie jest zbyt inteligentny, albo po prostu nieuczciwy. Izrael otrzymuje 3,8 miliarda dolarów, ale wydaje znacznie więcej na zakup amerykańskiego sprzętu wojskowego. Stany Zjednoczone również korzystają z innowacji technologicznych, więc korzyści są znacznie większe. Nowe Porozumienie o Porozumieniu z Izraelem kończy pomoc i będzie opierać się na handlu”.  [ 26 ]

Premier Izraela odpowiedział następnie X: „Rozmawiałem dziś wieczorem z prezydentem Trumpem i powiedziałem mu, że Izrael zaatakuje cele terrorystyczne w Bejrucie, jeśli Hezbollah nie zaprzestanie ataków na nasze miasta i obywateli”.

To jest nasze jasne stanowisko. Jednocześnie Siły Obronne Izraela będą kontynuować działania na południu kraju zgodnie z planem”  [ 27 ] .

Przerwa nastąpiła i została zaakceptowana.

Thierry Meyssan

Plotki o stanie umysłu Trumpa i BOMBIE

=======

Thomas Röper anti-spiegel.ru/hersh-trump-hat-ueber-die-moeglichkeit-eines-atomwaffeneinsatzes-gegen-den-iran-gesprochen

Hersh: Trump mówił o możliwości użycia broni jądrowej przeciwko Iranowi.

Anti-Spiegel 10 czerwiec 2026 [ta informacja krąży na wielu kanałach telegramowych i nie jest fejkiem]

Według dziennikarza rozmowa dotyczyła ataków na podziemne zakłady produkcji rakiet w Republice Islamskiej.

NOWY JORK, 10 czerwca (TASS tass.ru/mezhdunarodnaya-panorama )

Prezydent USA Donald Trump niedawno pytał swoich pracowników o możliwość użycia broni jądrowej przeciwko Iranowi, twierdzi amerykański dziennikarz i laureat Nagrody Pulitzera, Seymour Hersh, na swoim blogu na platformie Substack.

Według Hersha, rozmowa, w której prezydent USA wspomniał o broni jądrowej, odbyła się w tym tygodniu i uczestniczyli w niej wysocy rangą urzędnicy rządowi USA.

Rozmowa koncentrowała się na atakach na podziemne zakłady produkcji rakiet w Iranie. Podczas dyskusji prezydent USA pytał o „możliwość” użycia broni jądrowej do zniszczenia niektórych z tych obiektów.

Jak zauważa Hersh, co najmniej jeden uczestnik spotkania był zszokowany, że prezydent USA mógł tak swobodnie poruszać kwestię wojny nuklearnej na Bliskim Wschodzie. Zauważono, że podczas rozmowy Trump wydawał się zdenerwowany i zły, a w tamtym momencie sprawiał wrażenie człowieka, który „rozpaczliwie nie chce ponieść porażki w Iranie”.

Trump wpadł również na pomysł ostrzeżenia władz Iranu, że Waszyngton „niezwykle poważnie” rozważa możliwość takiej eskalacji. Dziennikarz pisze, że Trump został najwyraźniej odwiedziony od jakichkolwiek rozmów na temat eskalacji z udziałem broni jądrowej. 

Ukryta afera naftowa Trumpa… Wyjaśnienie faktów

Ukryta afera naftowa Trumpa… Wyjaśnienie faktów

sonar21/trumps-covert-oil-scam-setting-the-record-straight

Trump ponownie rozpalił konflikt z Iranem i zapowiada się, że będzie on wyjątkowo brutalny. BORZZIKMAN informuje, że źródła irańskie i rosyjskie twierdzą, iż Iran zniszczył ubiegłej nocy 12 samolotów bojowych F-35, które stacjonowały w bazie lotniczej w Jordanii. Omawiałem tę kwestię do znudzenia w kilku podcastach dzisiaj — zamieszczam je poniżej.

Chcę skupić się na tym, co Trump powiedział dziś na temat ropy naftowej transportowanej z Zatoki Perskiej. Na wstępie stawiam kluczowe pytanie: jeśli prowadzisz skuteczną tajną operację przez ponad 30 dni, dlaczego miałbyś ujawniać ją publicznie? Odpowiedź: nie zrobiłbyś tego, gdyby był to rzeczywiście skuteczny tajny program.

Przemawiając w środę w Gabinecie Owalnym, Trump powiedział, że Stany Zjednoczone potajemnie przeprowadzały transport „milionów baryłek” ropy przez Cieśninę Ormuz.

Następnie rozwinął ten temat w serwisie Truth Social, ogłaszając:

„W zeszłym miesiącu poleciłem naszej wspaniałej armii USA przeprowadzenie tajnej misji mającej na celu wsparcie tankowców naftowych oraz innych statków handlowych przepływających przez Cieśninę Ormuz.”

Twierdził, że w wyniku tej operacji ponad 100 milionów baryłek ropy trafiło na otwarty rynek, a ponad 200 statków handlowych bezpiecznie przepłynęło przez cieśninę. Wcześniej Trump powiedział dziennikarzom w Gabinecie Owalnym, że USA „wyprowadzały” miliony baryłek ropy w środku nocy, a Iran nic o tym nie wiedział, ponieważ jego systemy radarowe zostały zniszczone w amerykańskich atakach. Dodał, że od dawna miał ochotę ujawnić tę operację, ale się powstrzymywał — sugerując, że zdecydował się o niej powiedzieć dopiero teraz, ponieważ Iran i tak już się o niej dowiedział.

Trump zachwalał również ten rzekomy sukces w serwisie Truth Social:

„Ten niezwykle udany wysiłek jest możliwy dlatego, że STANY ZJEDNOCZONE AMERYKI KONTROLUJĄ Cieśninę Ormuz — a nie Iran. Ich wojsko zostało pokonane, a ich gospodarka jest zrujnowana.”

To nic innego jak kompletna bzdura.

Przyjrzyjmy się liczbom. Przed rozpoczęciem Wojny Ramadanowej 28 lutego kraje Zatoki Perskiej wysyłały przez Cieśninę Ormuz 20 milionów baryłek ropy dziennie. Bardzo duży tankowiec może przewozić około 2 milionów baryłek. Innymi słowy, przez cieśninę przepływało co najmniej 50 statków przewożących ilość ropy odpowiadającą pięciu dniom eksportu z regionu Zatoki.

Aby lepiej zobrazować skalę, 100 milionów baryłek odpowiada około pięciu dniom zużycia ropy w Stanach Zjednoczonych. Nie jest to ilość mająca istotne znaczenie. W globalnym kontekście to drobiazg.

Wracam jednak do mojego pierwotnego pytania: dlaczego Trump ujawnia szczegóły rzekomo skutecznej tajnej operacji? To nie ma żadnego sensu.

Jeśli masz jakieś wyjaśnienie tego dziwnego zachowania, podziel się swoją opinią.

==========================

I realize that most of you have a life and don’t have time to watch all of these videos. I simply post them for your convenience. I started the day of with Danny Davis doing a Deep Dive on Trump killing the negotiations with Iran:

Larry Johnson: Trump Wants to Blow Up Iran Negotiations

This is something different. Randy Credico is re-starting his YouTube channel and I was his first interview. He wanted to talk about me. The photo on the video was taken 15 years ago at the Roman Coliseum:

Profiles in Courage (EP 1): Larry Johnson

Ed DeMarche, editor of Trends Journal, spent 35 minutes with me talking about the Apache helicopter incident that Trump used to justify reigniting the war with Iran:

Larry Johnson: Attack on Apache helicopter seems to have been 'staged' to kill peace process w/ Iran

Pepe and I are back with Zulfiqar Ali on a new channel — Transition Protocol. Please check it out and subscribe:

EX-CIA & Pepe EXPOSES :Iran’s FINAL 48 Hours - Khamenei’s Last Peace Window Before All-Out Gulf WAR

I’m calling Nima a prophet. He asked me early this morning (Wednesday) to do a 6 pm hit. How did he know the shooting was going to start again?

Larry Johnson: BREAKING: The American ATTACK on Iran has BEGUN - Iran's Upscale Retaliation Coming

Mario remains puzzled by Trump’s bizarre behavior… I try to explain it to him:

BREAKING: TRUMP STRIKES IRAN HARD! IRAN PREPARES MAJOR RETALIATION! – w/ Fmr. CIA Larry Johnson

I’m back with Sulaiman Ahmed who, like Mario, is a relentless and talented podcaster:

BREAKING: U.S FIRE 49 TOMAHAWKS, 2 DESTOYERS HIT, STRAIT OF HORMUZ CLOSED w/ FMR CIA LARRY JOHNSON

Jeśli to ma oznaczać „zwycięstwo”, to Ameryka nie może sobie na nie pozwolić

Jeśli to ma oznaczać „zwycięstwo”,

to Ameryka nie może sobie na nie pozwolić.

Autorstwa Johna i Nishy Whitehead uncutnews-ch/wenn-das-gewinnen-sein-soll-kann-sich-amerika-davon-nicht-mehr-viel-leisten

Będziemy wygrywać tak często, że możecie się nawet zmęczyć wygrywaniem. I powiecie: »Proszę, proszę. To już za dużo. Nie możemy tego znieść. Panie Prezydencie, to już za dużo«” – Donald Trump

Donald Trump obiecał Amerykanom, że znudzą im się zwycięstwa.

Jeśli tak wygląda zwycięstwo, to Ameryka nie może sobie na nie pozwolić.

Tracimy pozycję gospodarczą. Tracimy wiarygodność za granicą. Tracimy turystów, pracowników, stabilność, zaufanie, zabezpieczenia konstytucyjne i to, co pozostało z iluzji, że rząd odpowiada przed „nami, narodem”.

Branża turystyczna zmaga się z problemami, ponieważ zagraniczni turyści coraz bardziej wahają się przed przyjazdem do Stanów Zjednoczonych. Nawet migracja – siła napędowa amerykańskiego wzrostu gospodarczego, innowacji, siły roboczej i odnowy narodowej – zmierza obecnie w złym kierunku. Mniej osób przyjeżdża do kraju, więcej Amerykanów wyjeżdża, a według niektórych szacunków kraj osiągnął już ujemny wskaźnik migracji netto.

To nie jest cecha narodu „odnoszącego sukcesy”. To cecha narodu, z którego ludzie coraz bardziej chcą uciekać.

Nawet zbliżające się Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej – które zazwyczaj są okazją do rozwoju gospodarczego turystyki, podróży i hotelarstwa – pozostają w cieniu twardej polityki imigracyjnej rządu, protestów przeciwko zatrzymaniom i gróźb zakłócenia podróży międzynarodowych na kluczowych lotniskach.

Oto co się dzieje, gdy naród traktuje przybyszów, imigrantów i dysydentów przede wszystkim jako zagrożenie, a dopiero w drugiej kolejności jako ludzi: ludzie przestają przyjeżdżać, przedsiębiorstwa cierpią, a strach staje się oficjalną polityką.

Mimo nieustających zwycięstw rządu, gospodarka wysyła sygnały ostrzegawcze: spada wzrost gospodarczy, konsumenci są napięci, koszty rosną, oszczędności maleją, a chaos polityczny pozostawia rodziny, małe firmy i całe gałęzie przemysłu niepewne, jakie nowe turbulencje przyniesie jutro.

Straty odbijają się na nas negatywnie.

Tymczasem człowiek, który obiecał położyć kres wojnom, jest odpowiedzialny za ich kontynuację i ekspansję. Człowiek, który obiecał obniżyć ceny, przyczynił się do wzrostu niepewności. Człowiek, który obiecał osuszyć bagno, przekształcił rząd w system patronatu dla lojalistów, kolesiów, kontrahentów, oligarchów i wpływowych maklerów. Człowiek, który obiecał prawo i porządek, wykorzystał prawo jako broń przeciwko wrogom i zawiesił je dla przyjaciół.

To nie jest zwycięstwo.

To powolna klęska republiki konstytucyjnej, dokonana poprzez widowisko, nadużycia, chciwość i brutalną przemoc.

Przyjrzyjmy się aktualnej liście tak zwanych „osiągnięć” Trumpa.

Fundusz „anty-uzbrojeniowy” o wartości 1,776 miliarda dolarów – rzekomo utworzony w celu rekompensaty ofiarom nadużyć rządowych – szybko stał się sztandarowym przykładem nadużyć władzy. Krytycy ostrzegali, że pieniądze podatników mogą zostać wykorzystane do nagradzania sojuszników Trumpa, politycznych lojalistów, a nawet osób oskarżonych o ataki z 6 stycznia. Fundusz ten został od tego czasu zablokowany w sądzie, zaskarżony jako bezprawny i podobno ponownie rozpatrzony w obliczu krytyki ze strony obu partii; jednak nadrzędne porozumienie pozostaje surowym ostrzeżeniem: ugoda, która mogłaby chronić Trumpa, jego rodzinę i powiązane z nim firmy przed przyszłymi kontrolami podatkowymi, trąci korupcją opartą na samo-bogaceniu.

Sala balowa w Białym Domu warta 400 milionów dolarów, reklamowana jako „dar” dla kraju, stała się idealnym pomnikiem priorytetów tej administracji: pozłacanego spektaklu, wpływu darczyńców, wyjątków od wymogów bezpieczeństwa i imperialnej demonstracji wielkości w czasach, gdy przeciętni Amerykanie mają trudności z zapewnieniem sobie pożywienia, mieszkania, opieki zdrowotnej i podstawowych potrzeb.

Sam Biały Dom jest przebudowywany na podobieństwo Trumpa – więcej złota, więcej przepychu, więcej próżności – podczas gdy konstytucyjne podstawy prezydentury są traktowane jako zbędne. Nawet Centrum Kennedy’ego stało się częścią tej marki, dopóki sędzia federalny nie orzekł, że nazwisko Trumpa zostało dodane bezprawnie i nie uniemożliwił administracji zamknięcia instytucji kulturalnej na czas remontu.

A potem są sądy, gdzie kolejne zarządzenia Trumpa przesuwały granice prawa. Sądy niższej instancji wielokrotnie musiały przypominać rządowi, że władza wykonawcza nie jest absolutna, że ​​stan wyjątkowy nie uchyla Konstytucji i że nawet prezydenci muszą przestrzegać prawa.

Te porażki nie miały charakteru czysto formalnego: sędziowie oskarżyli rząd o dyskryminację mediów ze względu na ich poglądy, o niezgodne z konstytucją karanie kancelarii prawnych, bezprawne manewry celne i działania wykonawcze, które traktują ograniczenia konstytucyjne jako uciążliwość, a nie wiążące prawo.

Oto miara „sukcesu” Trumpa: finansowane z podatków kampanie odwetowe, prestiżowe projekty, luksusowe pokoje, porażki prawne, chaos konstytucyjny i rząd zarządzany coraz bardziej tak, jakby był osobistym imperium.

Prezydent zgarnia widowisko. Lojaliści zgarniają łupy. Prawnicy zgarniają pozwy.

A cenę zapłacą Amerykanie.

Jeśli wierzyć rządowi, Ameryka jest silniejsza, bezpieczniejsza, bogatsza, bardziej wolna i szanowana niż kiedykolwiek. To jest argument. To hasło. To namiot cyrkowy wzniesiony nad ruinami.

Najnowsza propaganda Białego Domu praktycznie głosi to, co niewypowiedziane: „ZAUFAJCIE TRUMPOWI”. „Po prostu usiądźcie wygodnie i zrelaksujcie się” – to oficjalne przesłanie Trumpa – „na końcu wszystko będzie dobrze – zawsze tak jest!”

To nie jest filozofia rządzenia. To żądanie posłuszeństwa.

Wolny naród „nie siedzi bezczynnie”, podczas gdy rząd rozszerza swoją władzę, prowadzi wojny, rabuje skarb państwa, karze dysydentów, monitoruje obywateli, unieważnia decyzje sądów i traktuje konstytucję jako opcjonalną.

Wolny naród nie ufa swoim władcom. Oni ich krępują łańcuchami.

A gdy władcy żądają zaufania i nakłaniają ludzi do ignorowania dowodów, które mają tuż przed oczami, wówczas ludzie muszą przyjrzeć się temu jeszcze uważniej.

Przyjrzyj się bliżej hasłom, okrążeniom zwycięstwa i pozłacanemu spektaklowi, a zobaczysz, że straty zaczynają się piętrzyć.

Amerykanom obiecano dobrobyt. Otrzymali natomiast gospodarkę, w której zyski korporacji i giełdy maskują fakt, że przeciętne gospodarstwa domowe są na skraju wyczerpania, oszczędności maleją, długi rosną, a koszty podstawowych artykułów pierwszej potrzeby systematycznie obniżają płace.

Powiedziano im, że cła ukarzą zagraniczne rządy i przywrócą miejsca pracy w kraju. Zamiast tego otrzymali wyższe koszty przerzucone na konsumentów, środki odwetowe, niedobory dostaw i politykę handlową opartą bardziej na teatrze politycznym niż na strategii. Nawet sądy zaczęły traktować program taryfowy jako to, czym jest: polityką gospodarczą opartą na improwizacji władzy wykonawczej, gdzie sędziowie unieważniają lub ograniczają cła, podczas gdy rząd wciąż szuka nowych luk prawnych.

Obiecano im, że stanowcza postawa wobec imigrantów wzmocni Amerykę. Otrzymali jednak naród, który odstraszył pracowników, studentów, turystów, przedsiębiorców i rodziny, które od dawna przyczyniały się do rozwoju jej gospodarki.

Obiecano im, że Ameryka znów będzie budzić szacunek. Otrzymali jednak kraj coraz bardziej postrzegany jako niestabilny, wrogi, nieprzewidywalny i niebezpieczny – nie tylko przez przeciwników, ale także sojuszników, gości, inwestorów i potencjalnych partnerów.

Powiedziano im, że wojny się skończą. Zamiast tego otrzymali więcej rozmów o wojnie, więcej eskalacji militarnej, więcej pustych czeków na machinę wojenną i więcej wymówek dla rozszerzania władzy wykonawczej w imię bezpieczeństwa narodowego.

Powiedziano im, że konstytucja zostanie przywrócona. Zamiast tego otrzymali prezydenta, który oświadczył: „Kto ratuje swój kraj, nie łamie prawa”.

Słuchaj uważnie, gdy władca mówi coś takiego.

To nie jest konstytucjonalizm. To język królów, dyktatorów i władców, którzy wierzą, że ich intencje są ważniejsze od prawa.

Konstytucja została napisana właśnie po to, aby zapobiec zakorzenieniu się tego rodzaju myślenia w Ameryce.

Nie mówi, że prezydent może łamać prawo, powołując się na szlachetne pobudki. Nie mówi, że władza wykonawcza może omijać Kongres, nękać sądy, karać krytyków, uciszać osoby o odmiennych poglądach, rozmieszczać wojsko w kraju, rabować skarb państwa ani rządzić dekretem o stanie wyjątkowym, kiedy tylko odpowiada to osobie sprawującej urząd w Białym Domu.

Nawet samo głosowanie jest wciągane w machinę kontroli wykonawczej, ponieważ administracja Trumpa forsuje rozporządzenie wykonawcze dotyczące głosowania korespondencyjnego, które umożliwiłoby agencjom federalnym podejmowanie decyzji o kwalifikowalności wyborców i dostarczaniu kart do głosowania, tradycyjnie kontrolowanych przez stany. Kiedy władza wykonawcza rości sobie prawo do decydowania, czyj głos zostanie policzony, kto otrzyma kartę do głosowania pocztą i kto zostanie pociągnięty do odpowiedzialności za utrudnianie głosowania, prawo do głosowania staje się kolejną wolnością podlegającą zatwierdzeniu przez prezydenta.

Ale to właśnie ta teoria rządzenia jest obecnie wystawiana na próbę w czasie rzeczywistym: władza prezydenta jako pusty czek, prawo jako broń, prawa jako przywileje, odmienne opinie jako zagrożenie, a odpowiedzialność jako niedogodność.

Sposób Trumpa na zwycięstwo wymaga, aby Amerykanie przegrali.

Aby państwo policyjne wygrało, Czwarta Poprawka musi przegrać.

Aby państwo policyjne wygrało, prywatność musi przegrać.

Aby machina wojenna wygrała, pokój musi przegrać.

Aby władza wykonawcza wygrała, musi przegrać zasada trójpodziału władzy.

Aby oligarchowie wygrali, rodziny klasy robotniczej muszą przegrać.

Aby propaganda wygrała, prawda musi przegrać.

Aby silny przywódca wygrał, konstytucja musi przegrać.

Oto oferta handlowa oferowana Amerykanom: wymieńcie swoje prawa na obietnice bezpieczeństwa, swoje wolności na obietnice wielkości, swoje pieniądze z podatków na obietnice dobrobytu i swoje sumienie na dreszczyk emocji związany z oglądaniem, jak ktoś inny zostaje ukarany.

Tak właśnie działa polityka autorytarna. Nie zaczyna się od ujawnienia się jako tyrania. Jest opakowana we flagi, hasła, kozły ofiarne i obietnice zemsty. Oferuje ludziom satysfakcję z upokorzenia wrogów, jednocześnie po cichu budując mechanizmy, które ostatecznie zostaną użyte przeciwko wszystkim.

Ten mechanizm już istnieje.

Myślcie samodzielnie.

Wolność słowa jest nadal podważana. Pierwsza Poprawka zabrania rządowi tłumienia opinii, karania osób o odmiennych poglądach, atakowania protestujących, zastraszania dziennikarzy i uciszania instytucji. Mimo to wypowiedzi polityczne podważające władzę rządu są coraz częściej traktowane jako podejrzane, ekstremistyczne, niebezpieczne lub nielojalne. Przeciwnicy wojny, aktywiści studenccy, sygnaliści, dziennikarze, dysydenci religijni, krytycy polityczni i zwykli obywatele, którzy odmawiają podporządkowania się linii partii, ryzykują, że zostaną zaliczeni do stale rozszerzającego się grona wrogów państwa.

Nadzór stale rośnie. Rozpoznawanie twarzy, śledzenie biometryczne, czytniki tablic rejestracyjnych, dane o lokalizacji telefonów komórkowych, centra fuzji, algorytmy predykcyjne, drony, analiza danych AI i nadzór finansowy umożliwiły rządowi i jego partnerom korporacyjnym śledzenie, katalogowanie i profilowanie populacji z zapierającą dech w piersiach wydajnością. Wszystko, co kiedyś wymagało nakazu, personelu i uzasadnionego podejrzenia, można teraz osiągnąć za pomocą bazy danych, umowy na oprogramowanie i funkcjonariusza gotowego kliknąć „szukaj”.

Uprawnienia policji rządowej nadal są wykorzystywane jako broń. Te same mechanizmy, które dziś są wykorzystywane przeciwko imigrantom, jutro mogą być wykorzystane przeciwko dysydentom politycznym. Te same listy obserwacyjne, które służą do monitorowania „ekstremistów”, mogą być wykorzystywane do monitorowania rodziców, weteranów, posiadaczy broni, aktywistów, dziennikarzy, osób wierzących, ekologów, demonstrantów antywojennych i każdego, kto kwestionuje preferowaną przez rząd narrację.

Amerykanie są nadal traktowani przede wszystkim jako podejrzani, a dopiero w drugiej kolejności jako obywatele. W społeczeństwie, w którym nie ma miejsca na przestępczość, niewinność nie ma znaczenia. Liczy się to, co przewiduje algorytm, co sugeruje lista obserwowanych, co sugeruje profil danych lub co urzędnik państwowy uważa, że ​​możesz zrobić, powiedzieć, pomyśleć lub poprzeć. Należyty proces staje się kwestią drugorzędną, gdy podejrzenie zostanie zautomatyzowane.

Wojsko jest nadal traktowane jako siła wewnętrzna. Z każdym nowym wezwaniem do wysłania wojsk do kraju, każdym nowym ogłoszeniem stanu wyjątkowego, każdym nowym połączeniem pracy lokalnej policji z władzami federalnymi, granica między polem bitwy a ojczyzną staje się coraz cieńsza. Ojcowie Założyciele dostrzegali niebezpieczeństwo, jakie niesie ze sobą stała armia używana przeciwko ludziom. Żyjemy z konsekwencjami zignorowania ich ostrzeżeń.

Policja pozostaje zmilitaryzowana. Lokalne organy ścigania, wyposażone w sprzęt bojowy i przeszkolone w taktyce walki, nadal działają mniej jak lokalni żołnierze sił pokojowych, a bardziej jak siły okupacyjne. Żadne wolne społeczeństwo nie pozostanie wolne na długo, jeśli każde spotkanie z rządem może przerodzić się w pokaz siły.

Sygnaliści nadal są karani. Organy nadzoru nadal są marginalizowane. Inspektorzy generalni, audytorzy, śledczy i urzędnicy, którzy ujawniają korupcję, są traktowani jako przeszkody do usunięcia, a nie jako zabezpieczenia, które należy chronić. Rząd, który nie toleruje żadnego nadzoru, to rząd, który ma coś do ukrycia.

Imperialna prezydentura stale się rozszerza. Trump nie wynalazł rozszerzenia władzy wykonawczej, ale z całych sił ją sobie przywłaszczył. Każdy prezydent w najnowszej historii przyczyniał się do rozszerzenia władzy prezydenckiej poprzez dekrety, deklaracje stanu wyjątkowego, oświadczenia o podpisach, dyrektywy bezpieczeństwa narodowego i działania jednostronne. Wkład Trumpa polegał na obnażeniu grzecznościowej fikcji, jakoby władza ta była sprawowana niechętnie lub w granicach konstytucyjnych. On to afiszuje.

To jest prawdziwe zagrożenie obecnej sytuacji.

Nie chodzi tylko o to, że prezydent chce mieć zbyt dużą władzę. Chodzi o to, że cały system jest tak ukształtowany, by mu ją dać.

Kongres narzeka, ale ustępuje. Sądy protestują, ale się stosują. Władze się stosują. Kontrahenci zyskują. Media gonią za spektaklem. Opinia publiczna jest rozproszona codziennym cyklem oburzenia. Partie wiwatują, gdy ich strona odnosi korzyści, i narzekają tylko wtedy, gdy machina obraca się przeciwko nim.

W ten sposób Państwo Głębokie wygrywa, niezależnie od tego, która partia ogłosi zwycięstwo w dniu wyborów.

Twarze się zmieniają. Maszyny pozostają.

Hasła się zmieniają. Nadzór pozostaje.

Partia rządząca się zmienia. Machina wojenna pozostaje.

Retoryka się zmienia. Dług, wydatki, tajemnica, państwo policyjne, wpływy korporacji, uprawnienia nadzwyczajne i lekceważenie konstytucji pozostają.

„Zwycięstwo” Trumpa to po prostu najnowsza kampania reklamowa starego oszustwa: przekonania ludzi, że wygrywają, jednocześnie odbierając im możliwość samodzielnego rządzenia.

Nazywaj to jak chcesz – bezpieczeństwem narodowym, bezpieczeństwem granic, nacjonalizmem gospodarczym, prawem i porządkiem, walką z korupcją, uprawnieniami nadzwyczajnymi, hasłem „Ameryka na pierwszym miejscu” – ale jeśli końcowym rezultatem będzie więcej władzy państwa i mniej wolności jednostki, to powinniśmy już wiedzieć, kto tak naprawdę wygrywa.

To nie rodzina ma problem z zapewnieniem sobie jedzenia.

To nie małe przedsiębiorstwa próbują przetrwać cła, inflację, niedobory siły roboczej i wstrząsy regulacyjne.

To nie rolnik, nauczyciel, weteran, student, emeryt ani rodzic próbuje związać koniec z końcem.

To nie podróżny zostaje zatrzymany, przeszukany, przesłuchany lub odesłany przez coraz bardziej wrogie siły bezpieczeństwa.

To nie rodziny imigrantów żyją w strachu.

To nie demonstrant korzysta ze swojego prawa do wolności wypowiedzi.

Monitorowane nie są transakcje finansowe, ruchy, komunikacja i kontakty obywatela.

To nie podatnicy są zmuszani do finansowania niekończących się wojen, dotacji korporacyjnych, zmilitaryzowanej policji, kontraktów na nadzór, więzień i prestiżowych projektów politycznych.

Zwycięzcy są zawsze ci sami: firmy zbrojeniowe, handlarze danymi, operatorzy prywatnych więzień, firmy zajmujące się inwigilacją, lobbyści, osoby z branży politycznej, spekulanci z Wall Street, kontrahenci rządowi, partyjne organy ścigania, darczyńcy z dostępem, lojalni ludzie poszukujący płatności oraz biurokratyczne ośrodki władzy, czerpiące zyski ze strachu, kryzysów i kontroli.

Przegranymi jesteśmy „my, ludzie”.

Oto gorzka prawda, z którą muszą zmierzyć się Amerykanie: rząd, który obiecuje ci, że zrobisz z ciebie „zwycięzcę” poprzez odebranie władzy komuś innemu, ostatecznie odbierze władzę również tobie.

Prawa nie są stronnicze. Należyty proces nie jest stronniczy. Wolność słowa nie jest stronnicza. Prywatność nie jest stronnicza. Ograniczenia władzy wykonawczej nie są stronnicze. Konstytucja nie powinna być rekwizytem wyborczym, formalnością prawną ani przeszkodą w osiągnięciu zwycięstwa politycznego.

Konstytucja jest umową wiążącą rząd.

Bez nich mamy tylko władców i poddanych.

Dlatego prawdziwą miarą każdego rządu nie jest to, jak głośno się przechwala, ilu wrogów ukarze, ile podpisze dekretów wykonawczych, ile wyśle ​​wojsk, ile agencji wyczyści i w ilu nagłówkach gazet zdominuje.

Prawdziwą miarą jest to, czy ludzie cieszą się większą wolnością, czy ich prawa są lepiej chronione, czy ich własność jest bezpieczniejsza, czy są lepiej chronieni przed nadużyciami państwa i czy są w stanie skuteczniej pociągać władzę do odpowiedzialności.

Według tych kryteriów nie wygramy.

Przegrywamy i to we wszystkich ważnych dziedzinach.

Przegrywamy, gdy prezydent rości sobie prawo do decydowania, które prawa go dotyczą.

Przegramy, jeśli Kongres pozwoli, by jego rola stała się nieistotna.

Tracimy, gdy sądy traktowane są jako przeszkody, a nie jako konstytucyjne mechanizmy kontroli i równowagi.

Przegrywamy, gdy policja zachowuje się jak żołnierze, a od żołnierzy wymaga się, by zachowywali się jak policjanci.

Przegrywamy, gdy odmienne poglądy traktowane są jako ekstremizm.

Przegrywamy, gdy inwigilacja staje się ceną obywatelstwa.

Tracimy, gdy gospodarka jest zarządzana w sposób, który przynosi korzyści najpotężniejszym, podczas gdy zwykłym Amerykanom wmawia się, że mają celebrować swoje własne trudności jako przejaw patriotyzmu.

Przegrywamy, gdy wojna staje się normą, a pokój złamaną obietnicą, której nikt nie zamierza dotrzymać.

Przegrywamy, gdy rząd bazujący na zgodzie zostaje zastąpiony rządem bazującym na przymusie.

A najwięcej tracimy, gdy zaakceptujemy kłamstwo, że to wszystko jest zwycięstwem.

Moi przyjaciele, nie dajcie się zwieść sloganom.

Naród może wymachiwać flagami, organizować parady, stawiać pomniki, chwalić się swoją wielkością, karać wrogów, być na pierwszych stronach gazet, a mimo to stracić swoją duszę.

Prezydent może nazwać to zwycięstwem. Partia polityczna może nazwać to zwycięstwem. Media mogą przedstawić to jako zwycięstwo. Masy mogą przyłączyć się do skandowania.

Ale jeśli ceną za to ma być konstytucja, to wszyscy na tym stracimy.

Rozwiązaniem nie jest zastąpienie jednego silnego przywódcy innym, nadużyć jednej partii nadużyciami innej partii ani jednej grupy władców inną grupą władców, którzy obiecują wykorzystywać ten sam mechanizm w sposób bardziej życzliwy.

Rozwiązaniem jest demontaż maszyn.

Odrzuć politykę strachu. Odrzuć kult jednostki. Odrzuć fałszywy wybór między bezpieczeństwem a wolnością. Odrzuć propagandę, która przekonuje cię, że twój sąsiad jest wrogiem, podczas gdy rząd po cichu opróżnia twoje kieszenie i pozbawia cię twoich praw.

Znajdźcie wspólny język ze współobywatelami, nie w lojalności partyjnej, lecz w zasadach konstytucyjnych.

Broń wolności słowa, nawet jeśli nie lubisz mówcy. Broń rzetelnego procesu, nawet jeśli nie lubisz oskarżonego. Broń prywatności, nawet jeśli nie masz nic do ukrycia. Broń ograniczeń władzy wykonawczej, nawet jeśli twój ulubiony polityk zasiada w Białym Domu.

Bądź niebezpieczny w najlepszy możliwy sposób: myśląc samodzielnie, nie dając się uciszyć, odrzucając polityczny plemienność i upierając się, że żaden prezydent, żadna partia, żadna władza, żaden sąd, żadna korporacja i żaden kryzys nie stoi ponad Konstytucją.

Jak jasno stwierdzam w mojej książce „Battlefield America: The War on the American People” i jej fikcyjnym odpowiedniku „The Erik Blair Diaries”, wojna rządu z ludem nie skończy się, dopóki ludzie będą nadal mylić dominację z przywództwem, widowisko z siłą, a propagandę z prawdą.

Za dużo zwycięstw? Nie.

Za dużo władzy. Za dużo korupcji. Za dużo inwigilacji. Za dużo wojny. Za dużo chciwości. Za dużo strachu. Za dużo rządu, który działa tak, jakby konstytucja była opcjonalna.

Jeśli Ameryka ma ponownie wygrać w jakimkolwiek znaczącym sensie, to nie stanie się tak dlatego, że jakiś polityk obiecał to z mównicy.

Stanie się tak dlatego, że „my, ludzie” w końcu przypomnieliśmy sobie, że wolność nie jest czymś, co dają nam władcy.

Wolność to coś, czego nie możemy oddać.

Źródło: Jeśli to jest zwycięstwo, Ameryka nie może sobie na nie pozwolić

Trump chroni Netanjahu przed więzieniem

Trump chroni Netanjahu przed więzieniem

Autor artykułu Marek Wójcik 3. czerwca 2026 world-scam/trump-chroni-netanjahu-przed-wiezieniem

Dwa ze źródeł podały, że Trump twierdził, iż pomógł uchronić Netanjahu przed więzieniem — nawiązując do jego wsparcia podczas procesu korupcyjnego Netanjahu. Podsumowując wypowiedź Trumpa do Netanjahu, amerykański urzędnik powiedział: „Jesteś pieprzonym wariatem. Siedziałbyś w więzieniu, gdyby nie ja. Ratuję ci tyłek. Wszyscy cię teraz nienawidzą. Wszyscy nienawidzą Izraela z tego powodu ”.

Cytat z wczorajszego artykułu na ZeroHedge.com: Trump podobno ostro skrytykował Netanjahu w rozmowie telefonicznej i zażądał rozejmu w Libanie: „Jesteś cholernie szalony, ratuję ci tyłek”. Źródło.

Takie „przecieki” o rozmowie telefonicznej są z reguły inscenizowane w celu manipulowania opinią publiczną. W tym przypadku uważam, że chodzi o poprawę katastrofalnie niskiego wsparcia dla polityki Trumpa wśród zwolenników MAGA przed jesiennymi wyborami w USA. Nie byłoby trudno wykryć, kto doniósł do prasy treść podsłuchanej rozmowy telefonicznej w gabinecie owalnym. W tej sprawie nie będzie jednak śledztwa.

We wczorajszym wydaniu izraelskiego Haaretz czytamy:

Podczas gdy Trump po swoim oświadczeniu napisał na Truth Social, by podziękować premierowi Netanjahu za zgodę na powstrzymanie się od przeprowadzenia „dużego nalotu na Bejrut” i stwierdził, że ich rozmowa była „bardzo owocna”, serwis Axios poinformował później, że prezydent „ostro skrytykował” premiera podczas tej „pełnej przekleństw” rozmowy za to, że ten naraził na szwank rozmowy z Iranem poprzez eskalację działań przeciwko Hezbollahowi.

Polityka to teatr z kiepską obsadą aktorską i doprowadzonym do absurdu wykorzystywaniem psychologicznych tricków w relacjach publicznych. Gdzie te czasy aktorów prezydentów takich jak Ronald Reagan? Wtedy byliśmy przynajmniej profesjonalnie manipulowani.

Będziemy walczyć z Iranem do ostatniego Amerykanina!

Oczekiwane nadejście Mesjasza okaże się nadejściem końca terrorystycznego państwa niosącego śmierć i zagładę dla narodów, które udzieliły im kiedyś pomocy. Pomocy, dla uchodźców przed holokaustem, którego teraz sami dokonują.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Robert Kagan bierze na siebie odpowiedzialność za szach -mat Iranu, a Michael Flynn wzywa Amerykanów do spakowania walizek

Alfredo Jalife-Rahme voltairenet-org/article

Michael Flynn po lewej, Robert Kagan i jego żona Victoria Nuland po prawej.

Prezydent Donald Trump musi przyznać się do porażki, mówią zarówno jego przyjaciele, jak i wrogowie. Karabiny już przemówiły. Przedłużanie wojny może tylko pogorszyć jej konsekwencje. Kluczowe jest, aby wycofać się z niej jak najszybciej.

===================================================

Podczas gdy Trump spieszy się z decyzją, czy zbombardować Iran i zetrzeć go z mapy pewnego ranka, zdumiewające jest, że dwie strony tej samej monety w systemie amerykańskim przypieczętowują ostateczny „szach-mat” Iranu: jedna poprzez głos chazarskiego prezydenta Roberta Kagana  [ 1 ] , a druga poprzez głos generała porucznika Michaela Flynna. Krótkotrwały doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Trumpa, pełniący urząd przez 25 dni, wzywa go do „ogłoszenia zwycięstwa i spakowania walizek”  [ 2 ] .

Ważniejsza niż oczekiwana treść artykułu Roberta Kagana – już sam podtytuł jest przekonujący: „Waszyngton nie może cofnąć ani kontrolować skutków porażki w tej wojnie” z Iranem – jest przeszłość autora: neokonserwatysty o poglądach Straussa, mega-jastrzębia i męża mieszkanki Amazonii Vicky Nuland, nieudanej menedżerki zmiany reżimu na Ukrainie, która dążyła do demontażu Rosji. Co więcej, nazwisko Kagan nie jest bez znaczenia, ponieważ pochodzi od „Kaganatu”, hierarchicznego i zmilitaryzowanego systemu Chazarów.

Przerzuty „kaganatu” w Departamencie Stanu zostały zatrzymane na Ukrainie, a Kagan twierdzi teraz, że klęska jego arcywroga Trumpa w Iranie – nie wspominając o Netanjahu – jest nieodwracalna i całkowita: gorsza nawet niż w przypadku Pearl Harbor/Wietnamu/Afganistanu/Iraku, ponieważ Iran przemyślanie i strategicznie obliczył swoją kontrolę nad Cieśniną Ormuz. Ta kontrola uczyni go dominującym graczem na poziomie regionalnym/globalnym (jest to teza Roberta Pape  [ 3 ] ). Nieuniknionymi konsekwencjami są osłabienie Stanów Zjednoczonych i jednoczesne wzmocnienie Chin i Rosji.

Kontrowersyjny generał-porucznik Michael Flynn zaleca irańskiej „opozycji” (cokolwiek to znaczy) uporządkowanie swojej sytuacji wewnętrznej; i wysuwa toksyczną insynuację – skierowaną do premiera Izraela Netanjahu i Mossadu, który rzekomo wciągnął Trumpa w jego gorzką przygodę w Iranie: „A ktokolwiek skomentował decyzję o powrocie do Iranu po „zniszczeniu” irańskiego programu nuklearnego podczas „wojny irańskiej”, 12 dni lata 2025 roku jest już historią. Czas, aby Stany Zjednoczone wyplątały się z tej skomplikowanej sytuacji”.

Michael Flynn przedstawia trzy pomysły, ponieważ „obawia się, że prestiż Stanów Zjednoczonych w skali globalnej będzie nadal spadał, a siła gospodarcza kraju w końcu osiągnie punkt krytyczny. Prestiż i kondycja gospodarcza to dwie zalety, które zostały zagrożone w ostatnich dniach wszystkich wielkich imperiów. Należy zauważyć, że Michael Flynn jest specjalistą od „upadku imperiów”. Czy zgadza się z twierdzeniem Xi o „upadku Stanów Zjednoczonych”, które przedstawił swojemu gościowi Trumpowi ?  [ 4 ]

Trzy idee Michaela Flynna to:
1) „Ogłosić zwycięstwo w oparciu o osiągnięte cele militarne i przejść do formalnego zawieszenia broni, monitorowanego i wspieranego przez władze regionu, któremu towarzyszyć będzie stopniowe łagodzenie sankcji zgodnie z warunkami respektowanymi przez reżim irański”. Ogromny temat!
2) „Wykorzystać dyplomację wielostronną i sojusze regionalne do stworzenia szerszych ram bezpieczeństwa, a tym samym zmniejszyć obecne obciążenie samych Stanów Zjednoczonych. Może to zadziałać, a może nie, ale należy poważnie rozważyć, czy Porozumienia Abrahama mogą zostać wdrożone jako fundamentalny element tych ram. Problem polega na tym, że „Porozumienia Abrahama” Netanjahu i „Porozumienia Izaaka” argentyńskiego filo-syjonisty Milei są teraz bezwartościowe, oraz

3) „Jednostronne zarządzanie napięciem z jasno określonymi, obserwowalnymi i wiarygodnymi czerwonymi liniami, w połączeniu z trwałą postawą odstraszającą, ale bez prowadzenia do aktywnej walki, jest łatwiejsze do powiedzenia niż do zrobienia”. Istnieje więc problem, na który odpowiada sam sobie generał porucznik Michael Flynn.

Jego realistyczny wniosek pośrednio skupia się na fakcie, że „interesy ekonomiczne (ceny ropy naftowej, globalne konsekwencje, ogólny wzrost cen), a także presja ze strony sojuszników muszą prowadzić do szybkiej decyzji, jeśli zdecydujemy się na wojnę na wyniszczenie”.

I tak oto Cieśnina Ormuz zdefiniowała asymetryczną wojnę w Zatoce Perskiej!

Rama Alfredo Jalife

Czy prezydent Trump dopuścił się zdrady stanu?

Czy prezydent Trump dopuścił się zdrady stanu?

Paul Craig Roberts

paulcraigroberts.org/has-president-trump-committed-high-treason

 Przyjrzyjmy się tej sprawie. W przysiędze składanej podczas zaprzysiężenia prezydent-elekt ślubuje wierność Konstytucji Stanów Zjednoczonych oraz zobowiązuje się bronić jej przed wrogami, zarówno wewnętrznymi, jak i zewnętrznymi. Innymi słowy, wrogowie Konstytucji są wrogami Stanów Zjednoczonych (obecnie do wrogów Konstytucji zaliczają się również wydziały prawa na amerykańskich uniwersytetach). Gdyby zapytać, czym są Stany Zjednoczone, jedni odpowiedzieliby, że są ideą, inni – że określonym terytorium geograficznym. Jednak takie definicje można odnieść do każdego państwa, a więc nie definiują żadnego.

Prawidłowa odpowiedź brzmi: Stany Zjednoczone są Konstytucją. Konstytucja określa ustrój państwa, kompetencje poszczególnych władz, podział kompetencji między rząd federalny a stany, prawa obywateli i ochronę tych praw, a także procedurę zmiany samej Konstytucji, czyli zmiany Stanów Zjednoczonych.

Bez Konstytucji Stany Zjednoczone byłyby innym krajem. To nie wybory czynią człowieka prezydentem. Czyni go nim złożona przysięga obrony Stanów Zjednoczonych poprzez obronę Konstytucji. Gdyby wybrany prezydent odmówił złożenia tej przysięgi podczas ceremonii zaprzysiężenia, nie mógłby objąć urzędu. Kiedy przyszły prezydent przysięga na Konstytucję, przysięga tym samym Stanom Zjednoczonym. Najważniejszą częścią Konstytucji są poprawki, czyli Karta Praw, która musiała zostać dołączona do Konstytucji, aby wszystkie stany założycielskie zaakceptowały ten dokument. Karta Praw chroni obywateli przed ograniczaniem ich praw przez rząd oraz przed stosowaniem wobec nich przemocy lub represji za działania chronione przez Konstytucję. Najważniejszym z tych praw jest wolność słowa. Jest ona zawarta w Pierwszej Poprawce, ponieważ bez wolności słowa obywatele nie są w stanie pociągać władz do odpowiedzialności za naruszanie pozostałych praw i ograniczeń nałożonych na rząd.

Sympatia Trumpa do syjonistycznego Izraela miała doprowadzić go do działania naruszającego jego przysięgę urzędową i być może stanowiącego zdradę stanu wobec Stanów Zjednoczonych.

Trump wydał rozporządzenie wykonawcze, które w praktyce tworzy odpowiednik Ustawy o Podburzaniu (Sedition Act) na rzecz Izraela. Zabrania ono obywatelom Stanów Zjednoczonych korzystania z prawa zagwarantowanego przez Pierwszą Poprawkę do krytykowania Izraela za ludobójstwo Palestyńczyków, gwałty i tortury wobec palestyńskich więźniów, niszczenie domów, wiosek i gajów oliwnych przez izraelskich osadników jawnie przywłaszczających sobie ziemię palestyńską, zabójstwa zagranicznych przywódców, nadmierny wpływ na amerykańską władzę ustawodawczą i wykonawczą, rządy stanowe, media, finanse i edukację oraz za wojny agresywne prowadzone przeciw państwom Bliskiego Wschodu. Amerykańskim krytykom Izraela nie wolno nawet skarżyć się na oszczerstwa, zniesławienia i pomówienia kierowane pod ich adresem przez Żydowską Ligę Przeciw Zniesławieniu (ADL).

Dla Amerykanina samo stwierdzenie, że został zniesławiony przez syjonistów, może oznaczać ryzyko ukarania za antysemityzm. Mówiąc wprost: Trump i pełniąca obowiązki prokuratora generalnego osoba postawili ochronę Izraela, obcego państwa, ponad prawa obywateli amerykańskich wynikające z Pierwszej Poprawki.

Oznacza to, że Trump oraz jego współpracujący z nim prokurator generalny służą interesom obcego państwa, zawieszając – bez jakiegokolwiek prawa czy upoważnienia – wolność słowa gwarantowaną obywatelom przez Konstytucję Stanów Zjednoczonych. To stawia Trumpa w sprzeczności z jego przysięgą obrony Konstytucji i podważa ważność jego zaprzysiężenia na urząd prezydenta. Trump wydał zarządzenie, które jego posłuszny prokurator generalny zaakceptował, podporządkowując Konstytucję Stanów Zjednoczonych interesom Izraela.

19 maja pełniący obowiązki prokuratora generalnego Stanów Zjednoczonych wydał następujące oświadczenie: „Prezydent Trump jasno dał do zrozumienia, że ta administracja nie będzie tolerować antysemityzmu [rozumianego jako jakakolwiek krytyka Izraela i Żydów], a Departament Sprawiedliwości jest zobowiązany do realizacji tej dyrektywy. Ta ogólnokrajowa inicjatywa stanowi ważny krok w zapewnieniu społecznościom w całym kraju świadomości, że rząd federalny jest gotów współpracować z nimi w zwalczaniu zagrożeń antysemickich, ochronie bezpieczeństwa publicznego i obronie praw obywatelskich.” Zwróćmy uwagę, że według prokuratora generalnego Trumpa „obrona praw obywatelskich” oznacza w praktyce pogrzebanie Pierwszej Poprawki, która chroni wolność słowa obywateli Stanów Zjednoczonych. Występując przeciw Pierwszej Poprawce, Trump i jego prokurator generalny wystąpili przeciw Konstytucji Stanów Zjednoczonych, a tym samym przeciw samym Stanom Zjednoczonym.

Innymi słowy, obaj wydają się winni zdrady stanu. Fakt, że Trump i jego prokurator generalny opowiedzieli się po stronie Izraela przeciw prawom obywateli amerykańskich wynikającym z Pierwszej Poprawki i Konstytucji, rodzi pytanie, czyje interesy rzeczywiście reprezentują. Wydaje się oczywiste, że gotowość Trumpa do poświęcenia Konstytucji Stanów Zjednoczonych w celu ochrony Izraela przed słowną krytyką wskazuje, iż dopuścił się on zdrady stanu, służąc interesom obcego państwa. To zaś czyniłoby go wrogiem Konstytucji, a tym samym wrogiem Stanów Zjednoczonych.

Jeśli moje rozumowanie jest poprawne, dlaczego prezydent Trump nie miałby zostać aresztowany i postawiony przed sądem za zdradę stanu przeciwko Stanom Zjednoczonym? Dlaczego pełniący obowiązki prokuratora generalnego, będący zarazem osobistym adwokatem Trumpa, nie ostrzegł go, że wkracza na grunt mogący zostać uznany za zdradę stanu? Czy osoba pomagająca prezydentowi w potencjalnym popełnieniu zdrady stanu nadaje się na urząd prokuratora generalnego Stanów Zjednoczonych? 

Administracja Trumpa w pełni angażuje się w działania pro-izraelskie Czy Donald zostanie kolejnym premierem Izraela?

Administracja Trumpa w pełni angażuje się w działania pro-izraelskie Czy Donald zostanie kolejnym premierem Izraela?

Philip Giraldi • 24 maja 2026 r

Jeśli Donald Trump naprawdę pragnie drugiej kariery po tym, jak zniszczy Stany Zjednoczone i znaczną część świata, powinien rozważyć karierę stand-upowca. Posiada już ogromny zasób żartów, składających się z jego zwariowanych improwizacji, gdy odpowiada reporterom i opinii publicznej. Większość jego uwag, które nie są jawnymi kłamstwami, jest obraźliwa i/lub niespójna i w każdym razie lepiej byłoby je uznać za humorystyczne obserwacje na temat opłakanego stanu polityki w Ameryce niż za poważny komentarz szanowanego przywódcy państwa.

Niemniej jednak, w sporadycznie pół-funkcjonalnym mózgu Donalda może istnieć poczucie, że jest prezydentem, aby służyć amerykańskiemu narodowi i narodowi, nawet jeśli to uczucie nie trwa długo i jest zasadniczo fałszywe. W zeszłym tygodniu musiał odrzucić zaproszenie na ślub swojego syna Donalda Jr. z celebrytką z Florydy, Bettiną Anderson. Wcześniej zablokował parze możliwość zawarcia związku małżeńskiego w Białym Domu, a następnie potwierdził, że nie weźmie udziału w ceremonii ślubnej na Bahamach, pisząc na Truth Social : „Chociaż bardzo chciałem być z moim synem, Donem Jr., i najnowszym członkiem rodziny Trumpów, jego przyszłą żoną, Bettiną, okoliczności związane z rządem i moja miłość do Stanów Zjednoczonych Ameryki nie pozwalają mi na to. Uważam, że ważne jest, abym pozostał w Waszyngtonie, w Białym Domu, w tym ważnym okresie”.

Przypuszczano, że jego zaangażowanie na rzecz „dobrych rządów” miało coś wspólnego z tym, jak później to rozwinął: „Wiesz, to nie jest dla mnie dobry moment. Mam coś takiego jak Iran i inne rzeczy…”. Albo mógł nawet mieć coś wspólnego z przygotowaniami do ponownego spotkania ze swoim mistrzem, premierem Izraela Benjaminem Netanjahu, który zabiega o kolejną wizytę w Waszyngtonie, prawdopodobnie w celu sprzedania nowego planu wojny na Bliskim Wschodzie. Albo alternatywnie, mogło to polegać na współpracy z jego nieustraszonym syjonistycznym ekspertem od nieruchomości, zięciem Jaredem Kushnerem i Stevem Witkoffem, osobistymi negocjatorami , aby faktycznie dojść do jakiegoś porozumienia w sprawie Cieśniny Ormuz lub rzeczywistego zawieszenia broni, które najwyraźniej jest omawiane w Pakistanie z Irańczykami.

Okazało się jednak, że zamiast tego planował zagrać w golfa na swoim polu w Bedminster w stanie New Jersey. Według jednego z obliczeń, grał w golfa 128 razy od objęcia urzędu w styczniu ubiegłego roku, co kosztowało podatników około 140 milionów dolarów na transport i bezpieczeństwo. Szacuje się, że po zakończeniu jego kadencji wydatki na grę w golfa wyniosą ponad 1 miliard dolarów.

Pomijając oszukiwanie w golfie, z którego jest znany, Trump zdaje się zastanawiać, co zrobi po kolejnych wyborach prezydenckich, jeśli nie wymyśli jakiegoś planu, by ponownie kandydować wbrew Dwudziestej Drugiej Poprawce do Konstytucji , która zakazuje jednej osobie więcej niż dwóch wyborów prezydenckich. Ostatnio jednak szukał za granicą dobrego miejsca, gdzie doceni jego umiejętności. Nieuchronnie, Izrael pojawił się w jego umyśle jako odpowiednie miejsce na objęcie przez niego stanowiska głowy państwa lub szefa rządu, ponieważ już wcześniej służył jako popychadło dla interesów tego kraju za pośrednictwem „najlepszego przyjaciela i najbliższego sojusznika” Ameryki, premiera Benjamina Netanjahu.

W pewnym sensie Donald mógłby objąć urząd bez wahania, gdy Netanjahu ustąpi, ponieważ jest całkowicie posłuszny Izraelowi odkąd został prezydentem. A jeśli chodzi o potrzebę bycia Żydem, aby piastować takie stanowisko, ja i wielu innych obserwatorów uważamy, że Trump wygodnie przeszedł na judaizm w 2017 roku. Sam Trump zasugerował w zeszłym tygodniu, że jego przyszłość leży w państwie żydowskim, kiedy powołał się na swoje notowania, które, jak twierdził, były w Izraelu przytłaczająco pozytywne . Zwracając się do reporterów zgromadzonych przed Białym Domem, powiedział: „Mam teraz 99% poparcia w Izraelu. Mógłbym kandydować na premiera! Może po tym uda mi się pojechać do Izraela”.

Niewątpliwie Trump był marionetką Izraela, z tego powodu cieszy się tam popularnością, nawet większą niż jego poprzednik Joe Biden, który bezczynnie przyglądał się rozwojowi i narastaniu ludobójstwa w Strefie Gazy, jednocześnie dostarczając pieniądze, broń i wsparcie polityczne żydowskim zbrodniarzom wojennym. Prezydent Trump był bardziej otwarty w osobistych spotkaniach z Netanjahu i robił wszystko, czego premier sobie życzy, a nawet posunął się daleko poza żałosne zachowanie swojego poprzednika-szumowiny z Partii Demokratycznej. Co więcej, ustawa, która obecnie przechodzi przez Kongres , po raz pierwszy w historii Ameryki, będzie traktowała służbę w armii zagranicznej jako prawnie równoważną służbie w siłach zbrojnych USA – ale tylko wtedy, gdy armia ta jest izraelska. Rezolucja Izby Reprezentantów nr 8445, zaproponowana przez republikańskich kongresmenów Guya Reschenthalera z Pensylwanii i Maxa Millera z Ohio, zmieni obowiązujące przepisy tak, aby Amerykanie zaciągający się do Sił Obronnych Izraela (IDF) byli traktowani „tak samo jak służba w służbach mundurowych” USA. Szacuje się, że około 20 000 obywateli amerykańskich, którzy obecnie służą lub służyli w izraelskiej armii, odniesie znaczące korzyści, jeśli zmiany wejdą w życie i w wyjątkowy sposób zmniejszą różnice między Izraelem a Stanami Zjednoczonymi pod względem praw i świadczeń.

Można by zasadnie argumentować, że żydzi, obywatele USA powracający ze służby w izraelskiej armii powinni być raczej badani pod kątem udziału w potencjalnych zbrodniach wojennych. Jednak biorąc pod uwagę całe to specjalne traktowanie państwa żydowskiego, Trump mógłby uznać, że jest w jakiś sposób logicznym wyborem na przywódcę rządu Izraela – rozróżnienie, któremu przynajmniej niektórzy Amerykanie mogliby się sprzeciwić, argumentując, że powinien zostać oskarżony o zdradę stanu przed impeachmentem i uwięziony lub deportowany. Albo jedno i drugie.

19 maja administracja Trumpa zaostrzyła politykę na korzyść Izraela, publikując dokument prawny, który miał na celu uznanie wszelkiej krytyki Izraela za przestępstwo federalne, zagrożone karą surowego więzienia. P.o. prokuratora generalnego i były osobisty prawnik Trumpa, Todd Blanche, ogłosił nową ustawę o podżeganiu do buntu , która nie została wydana przez coraz mniej istotną instytucję, Kongres, zgodnie z wymogami Konstytucji. Ustawa Trumpa o podżeganiu do buntu jest wyjątkowa, ponieważ nie dotyczy wyłącznie ataków wewnętrznych na Stany Zjednoczone. Wyraźnie chroni przed niektórymi formami krytyki nie tylko rząd USA, ale także rząd zagraniczny, a tym krajem, co nie dziwi, jest Izrael. Komunikat prasowy Departamentu Sprawiedliwości USA zawiera następujące stwierdzenie: „Prezydent Trump jasno dał do zrozumienia, że ​​ta administracja nie będzie tolerować antysemityzmu, a Departament Sprawiedliwości jest zdeterminowany, aby wdrożyć tę dyrektywę”. Dyrektywa zawiera ostrzeżenie o inicjatywie 15 miast pod hasłem „Narodowa Trasa Świadomości i Akcji”, która wkrótce odbędzie się w całych Stanach Zjednoczonych, aby zwalczać antysemityzm. Odzwierciedla to szersze zaangażowanie w walkę z antysemityzmem w ramach polityki krajowej, dzięki której Waszyngton stał się również obrońcą Izraela zarówno w USA, jak i na całym świecie. Należy zrozumieć, że w tym przedsięwzięciu Departament Sprawiedliwości USA, wraz z Departamentem Wojny i Departamentem Stanu, w którego skład wchodzi Biuro Monitorowania i Zwalczania Antysemityzmu, kierowane przez Specjalnego Wysłannika o Statusie Ambasadora, rabina Yehudę Kaplouna, już wspierają Izrael.

Departament Stanu i Biały Dom również szczególnie otwarcie wspierały Izrael, a ambasador Mike Huckabee został wybrany na przedstawiciela USA w Izraelu. Huckabee to jawny chrześcijański syjonista, który popiera interesy Izraela bardziej niż interesy Stanów Zjednoczonych. Ponieważ Stany Zjednoczone stosują obecnie roboczą definicję przyjętą przez Międzynarodowy Sojusz na rzecz Pamięci o Holokauście (IHRA) w odniesieniu do tego, co stanowi antysemityzm, niemal każda krytyka Izraela może zostać zinterpretowana jako antysemicka przez wszystkie agencje federalne USA. Na przykład krytyka ludobójstwa Izraela na Palestynie i jej mieszkańcach; ingerencja Izraela w funkcjonowanie i obsadę kadrową amerykańskich uniwersytetów; rola Izraela w zatrudnianiu i polityce dotyczącej świadczeń dla rządów stanowych, takich jak Teksas i Floryda; oraz bezpośrednia ingerencja w wybory w USA poprzez finansowanie i manipulację mediami – wszystkie te działania zostały potraktowane z przymrużeniem oka, czego nie można powiedzieć o podobnym zachowaniu jakiegokolwiek innego kraju.

Dodajmy do tego niedawną, celową i wyrachowaną porażkę republikańskiego kongresmena Thomasa Massiego, spowodowaną 32 milionami dolarów finansowania od grup takich jak AIPAC, mającą na celu zademonstrowanie siły izraelskiego lobby. Zabójstwa zagranicznych przywódców przez Izrael również nie leżą w amerykańskim interesie narodowym, a Tel Awiw również zabija Amerykanów, w tym 34 marynarzy marynarki wojennej USA, którzy zginęli w czerwcu 1967 roku, gdy Izrael zmówił się z prezydentem Lyndonem B. Johnsonem, aby zatopić okręt wywiadowczy USS Liberty operujący na wodach międzynarodowych na Morzu Śródziemnym.

Izrael jest również podejrzewany o zabójstwo Charliego Kirka, ponieważ ośmielił się skrytykować Izrael, a także prezydenta Johna F. Kennedy’ego, który chciał powstrzymać nielegalny program nuklearny Izraela. Można też dodać bardzo prawdopodobne przekonanie, że Izrael wiedział wcześniej o zamachach z 11 września lub faktycznie w nich uczestniczył.

Jeśli chodzi o izrael-filię Trumpa, jego bliski przyjaciel Jeffrey Epstein był niewątpliwie agentem Mossadu, zbierającym informacje służące do szantażu Amerykanów, aby móc wpływać na amerykańską politykę zagraniczną na Bliskim Wschodzie. Program ten, jak się wydaje, okazał się bardzo skuteczny w przypadku obecnego prezydenta, który kontynuuje tuszowanie dokumentów w sprawie Epsteina. Aby kontynuować tuszowanie, każda myśl, pytanie lub stwierdzenie faktu, które syjoniści otaczający Trumpa uznają za wrogie wobec Izraela, staje się antysemityzmem i nie będzie tolerowane przez rząd USA. Najwyraźniej reżim Trumpa, będący w istocie kontrolowanym i sterowanym przez syjonistów spiskiem, nie ma zamiaru dopuścić do upublicznienia jakichkolwiek rzetelnych informacji o państwie żydowskim. Jeśli rzucisz wyzwanie reżimowi lub będziesz go drwił, Trump zaatakuje cię, nazywając „głupim”, „niskim IQ” lub rozpowszechniaczem „fałszywych wiadomości” i podejmie kroki, aby cię wykluczyć, tak jak Stephena Colberta, Thomasa Massiego, Marjorie Taylor Greene i wielu innych, którzy sprzeciwili się izraelskiemu lobby i politykom, których przekupiono i opłacono, aby egzekwowali swoją immunitet od zasad obowiązujących wszystkich innych.

Ostry atak na mentalność, moralność i powiązania Trumpa. I ich skutki.

=========================================

MD: Z dużym wahanie umieszczam tę analizę. Fakty są chyba [??] nie do obalenia. Ale jakie mogą być SKUTKI ich ujawnienia?? Czytać proszę trzymając się krzesła.

—————————————————–

wyjaśniają: Pułapka Tukidydesa odnosi się do naturalnego, nieuniknionego zamieszania, które następuje, gdy rosnąca potęga zagraża odsunięciu władzy panującej… wynikające z tego naprężenia strukturalne sprawiają, że gwałtowny konflikt staje się regułą, a nie wyjątkiem.

MD: To slogan, mający pokazać, że piszący gryzipiórek to głębia umysłu i wiedzy. Taka teraz moda.

=========================================================

Trump – oszust, który uratował Amerykę przed pułapką Tukidydesa

Autorstwo: Laurent Guvenot
Wyszukał, opracował i udostępnił: Jarek Ruszkiewicz

Opublikowano: 19.05.2026 wolnemedia/trump-oszust-ktory-uratowal-ameryke-przed-pulapka-tukidydesa

=====================================================

Tucker Carlson niedawno wyznał: „Długo będę dręczony faktem, że odegrałem rolę w wyborze Donalda Trumpa. I chcę powiedzieć, że przepraszam za wprowadzenie ludzi w błąd”. Jak można dziś nie czuć żalu i wstydu za to, że uwierzyło się w Trumpa? Będę szczery: chociaż nie ponoszę żadnej odpowiedzialności za wybór Trumpa, wstydzę się, że pokładałem w nim jakąkolwiek nadzieję.

Fenomen Trumpa przypomina formę zbiorowej hipnozy. Ma wymiar religijny, który czyni go wyjątkowym w historii amerykańskiej polityki. Dla wierzącego każda porażka, każdy skandal, każde kłamstwo jest dowodem na to, że Trump walczy z Deep State, fake newsami, bagnem, elitą Waszyngtonu, Demokratami, Nowym Porządkiem Świata, FBI i kto wie, z czym jeszcze.

Operacja psychologiczna Q była szczególnie skuteczna w oddziaływaniu na wyobraźnię religijną Amerykanów nieufnych wobec rządu. Dobrze wyjaśnia to Marjorie Taylor Green, która przyznaje, że „dała się nabrać na to pod koniec 2017 i 2018 roku”: „To w zasadzie sekta. […] To, co robi, to bierze warstwę prawdy, a następnie przekręca ją w kłamstwo. […] Q odniosło ogromny sukces. To była prawdopodobnie jedna z najskuteczniejszych operacji psychologicznych, jakie kiedykolwiek widziałam, ponieważ wykorzystała warstwę prawdy i rzeczy, którymi ludzie byli najbardziej zafascynowani, i była w stanie wykorzystać to i przekręcić ich przekonania, aby w pełni zaufać anonimowej osobie lub anonimowemu podmiotowi”.

To była propaganda polityczna na głębszym poziomie niż kiedykolwiek wcześniej. Przeanalizowałem metody manipulacji stosowane przez Q i inne grupy protrumpowskie w książkach „DARK PILL: How Satan-Worshipping Pedophiles have took over Conspiracyland” oraz „The Satanic False Flag: Dark-pilling, conspiracy cults, pied-piper operations, and Zionist spiritual warfare”.

Z perspektywy czasu najdziwniejsze jest to, że radykalni syjoniści nie ukrywali swojego quasi-religijnego uwielbienia dla Trumpa. W maju 2018 roku, komentując decyzję Trumpa o przeniesieniu ambasady USA do Jerozolimy, sam Netanjahu porównał go do Cyrusa Wielkiego.

Nie ma wstydu w byciu zdradzonym. Nikt nie wini Jezusa za to, że zaufał Judaszowi. Ale wstydem jest dać się oszukać. A prawda o Trumpie nie jest taka, że ​​zdradził swoich zwolenników w 2025 roku, ale że oszukał ich w 2016 roku. Ci, którzy wierzyli, że da radę, zrobili to pomimo wielu sygnałów ostrzegawczych.

Sztuka bycia kupionym

Pierwszym kluczem do zrozumienia Trumpa była jego proza. Człowieka, który pisze książki, należy oceniać przede wszystkim po samych książkach. W takim przypadku wystarczyło jedno spojrzenie na tytuły: „Sztuka zawierania transakcji” (1987), „Jak się wzbogacić” (2004), „Droga na szczyt” (2004), „Myśl jak miliarder” (2004), „Jak zbudować fortunę” (2006), „Myśl na wielką skalę i kop tyłki” (2007) i „Myśl jak mistrz” (2009).

Trump wierzy, że wszystko można kupić, że społeczeństwo opiera się wyłącznie na transakcjach, a spryt jest kluczem do sukcesu. W swojej książce „Sztuka transakcji”, bestsellerze z 1987 roku, napisał:

Ostatnim kluczem do mojego sposobu promocji jest brawura. Odwołuję się do ludzkich fantazji. Ludzie sami nie zawsze myślą na wielką skalę, ale wciąż potrafią się ekscytować tymi, którzy tak myślą. Dlatego odrobina przesady nigdy nie zaszkodzi. Ludzie chcą wierzyć, że coś jest największe, najwspanialsze i najbardziej spektakularne. Nazywam to prawdziwą przesadą. To niewinna forma przesady – i bardzo skuteczna forma promocji.

W jego książkach nie ma śladu mądrości ani odrobiny humoru. W rzeczywistości Trump nie ma żadnej kultury literackiej ani filozoficznej i to widać.

W książkach Trumpa wyraźnie widać również jego narcyzm. Każde zdanie sprowadza się do: „Jestem najlepszy i wiem wszystko o wszystkim”. Trump nie jest tylko sprzedawcą; jest także produktem.

Po otwarciu Trump Tower na Manhattanie w 1983 roku, masowa promocja jego książki „Sztuka transakcji” uczyniła z Trumpa celebrytę. Tony Schwartz, współautor książki – który według Schwartza napisał ją w całości (a wkład Trumpa ograniczał się do usunięcia najmniej pochlebnych fragmentów) – od 2016 roku powtarza, że ​​dręczy go poczucie winy za to, że pomógł Trumpowi zostać prezydentem. Trump, jak twierdzi, kłamie nieustannie, bez najmniejszych zahamowań czy poczucia winy. „W Trumpie jest pustka. Brak duszy. Brak serca”.

Trzecim elementem, który pomógł w stworzeniu wizerunku Trumpa jako miliardera-bohatera (odpowiednika świętego w religii pieniędzy), jest reality show The Apprentice,  współprodukowany przez samego Trumpa i emitowany od 2004 r., w którym Trump w zasadzie sprzedaje samego siebie.

Drugim kryterium, według którego Trump powinien być oceniany, były jego osiągnięcia biznesowe. Czy Trump jest artystą w interesach i zwycięzcą, za którego się podaje? Nie. Reklama jest myląca. Trump nie jest człowiekiem, który sam doszedł do wszystkiego, ale mitem, który sam stworzył. Choć zawsze twierdził, że otrzymał od ojca milion dolarów na rozkręcenie własnego biznesu, śledztwo „New York Timesa” z 2018 r. ujawniło, że „otrzymał co najmniej 413 milionów dolarów, czyli równowartość dzisiejszych dolarów, z czego większość dzięki unikaniu płacenia podatków w latach 1990.”.

Nie dość, że odziedziczył ten początkowy majątek bez kiwnięcia palcem, to jeszcze zainwestował go w nieudane przedsięwzięcia. Trump ogłaszał upadłość sześć razy w swojej karierze. Jego kasyno Taj Mahal ogłosiło upadłość zaledwie 15 miesięcy po otwarciu – jak kasyno może zbankrutować? W latach 1990. i 2000. doszło do kolejnych bankructw: Trump Castle i Trump Plaza Hotel w 1992 roku, następnie Trump Hotels & Casino Resorts w 2004 roku z długiem w wysokości 1,8 miliarda dolarów, a wreszcie Trump Entertainment Resorts w 2009 i 2014 roku.

W latach 1990. Trump był zadłużony na 5 miliardów dolarów, w tym miliard dolarów osobiście – był miliarderem na minusie. Wtedy grupa bankierów pod przewodnictwem Wilbura Rossa, byłego dyrektora Rothschild Inc., postanowiła go uratować (Trump miał nagrodzić Wilbura Rossa stanowiskiem Sekretarza Handlu w 2016 roku). Według wypowiedzi adwokata specjalizującego się w nieruchomościach Alana Pomerantza w CNN w 2016 roku, przemawiającego w imieniu bankierów: „Podjęliśmy decyzję, że żywy będzie dla nas więcej wart niż martwy – martwy oznacza bankructwo… Utrzymaliśmy go przy życiu, aby nam pomógł”

(więcej o śledztwie Johna Hankeya i artykule w magazynie Forbes ).

Metoda Roya Cohna

Jeśli jest nieudanym potentatem kasynowym, to czy Trump jest przynajmniej uczciwy? Oczywiście, że nie. Trump był stroną ponad 4000 procesów sądowych. Jego pierwszy pozew pochodzi z 1973 roku. Trump został oskarżony przez rząd federalny o dyskryminację rasową w związku z wynajmem budynków wybudowanych ze środków publicznych. Zatrudnił prawnika Roya Cohna, który nauczył go życia.

Jak powiedział Greg Reese: „Niepisane zasady, które Roy Cohn pomógł zaszczepić w Donaldzie Trumpie, to: po pierwsze: nigdy nie przepraszaj, nigdy nie przyznawaj się do winy. Po drugie: zawsze kontratakuj i uderzaj mocniej. Po trzecie: Używaj systemu prawnego jako broni. Po czwarte: manipuluj mediami. Po piąte: używaj strachu jako tarczy i miecza. I po szóste: buduj fortecę lojalności i bezwzględnie karz nielojalność. Strategia Cohna nie tylko sprawdziła się w przypadku rywali biznesowych i sędziów, ale także pozwoliła na oszukanie milionów ludzi”.

„Sztuka kłamstwa”, a nie sztuka zawierania umów, jest esencją Trumpa. Trump rozsiewa ogromne kłamstwa na każdy temat i niestrudzenie je powtarza. Osoby z bliskiego otoczenia Trumpa, takie jak jego była dyrektor ds. komunikacji Stephanie Grisham, donoszą, że Trump uważa, iż samo powtórzenie czegoś tysiące razy czyni to prawdą.

Wielkie kłamstwa Trumpa są liczne. Na przykład: „Zakończyłem osiem wojen” (a zatem „zasługuję na Pokojową Nagrodę Nobla”). W 2024 roku Trump oświadczył: „Jestem jedynym prezydentem w historii nowożytnej, który opuścił urząd z mniejszym długiem publicznym niż w momencie objęcia urzędu”. W rzeczywistości, za jego prezydentury, dług wzrósł o 7,8 biliona dolarów, co stanowi rekordowy wzrost o 40 procent. Kłamanie, a następnie nazywanie kłamcami tych, którzy demaskują jego kłamstwa, to instynktowny wzorzec zachowania Trumpa.

Jednym z największych kłamstw Trumpa jest zainscenizowane wydarzenie z 13 lipca 2024 roku w Butler w Pensylwanii (obejrzyj film Johna Hankeya „Trump na celowniku?”, jeśli nie widziałeś).

To tak kolosalne kłamstwo, że nikt nie odważył się go potępić, ponieważ sama myśl o takim kłamstwie wydaje się nieznośnie obsceniczna. Każdy wolałby udawać, że w nie wierzy, niż ryzykować tak poważne oskarżenie. Dziewięć miesięcy później jednak pomysł sfingowanego ataku zyskuje popularność wśród rozczarowanej MAGA, zwłaszcza od czasu ujawnienia przez Joe Kenta informacji o utrudnianiu śledztwa przez FBI (zobacz dyskusję rozpoczętą przez Trishę Hope, a udostępnioną przez Marjorie Taylor Green, lub ten post, w którym wspomniano o Timie Dillonie i Emerald Robinson).

Metoda Roya Cohna to sposób, w jaki Trump poradził sobie z problemem Epsteina. To nie przypadek, że operacja psychologiczna Q, przedstawiająca Trumpa jako Anioła Sprawiedliwości w walce z pedofilami-czcicielami szatana (wszyscy Demokraci), nabrała rozpędu akurat wtedy, gdy skandal Epsteina po raz pierwszy trafił na pierwsze strony gazet. Teraz wiemy dlaczego: jego nazwisko pojawia się ponad 38 000 razy w odtajnionych dokumentach. Wśród nich znajdują się zarzuty wobec niego o gwałty na dziewczynkach w wieku 13–15 lat w jego klubie golfowym w Kalifornii.

Ale historia ta ma morał: Trump wpadł we własną pułapkę. Wzbudził wściekłość opinii publicznej i wywołał nieskrępowane żądanie ujawnienia akt Epsteina. Teraz zaciekle sprzeciwia się ich ujawnieniu, nazywając je „demokratycznym oszustwem”. „To zaszkodzi moim przyjaciołom” – miał powiedzieć Trump Marjorie Taylor Greene, aby odwieść ją od przyłączenia się do Demokratów w rezolucji wzywającej do odtajnienia. Taylor Greene ujawnia kolejne szokujące wyznanie: „Trump napisał mi SMS-a, że ​​jeśli mój syn zginie, to na to zasługuję, bo go zdradziłam”.

Powinniśmy byli się domyślić. Już w 2002 roku Trump powiedział magazynowi „New York”: „Znam Jeffa od piętnastu lat. Wspaniały facet. To świetna zabawa. Mówi się nawet, że lubi piękne kobiety tak samo jak ja, a wiele z nich jest młodych. Nie ma wątpliwości – Jeffrey lubi życie towarzyskie”. Istnieją liczne zdjęcia Trumpa z Ghislaine Maxwell i Jeffreyem Epsteinem, a także nagranie wideo z imprezy zorganizowanej przez Epsteina w 1992 roku w Mar-a-Lago (posiadłości Trumpa w Palm Beach), na której pojawiły się młode, pijane nastolatki.

Trump jest znanym przestępcą seksualnym, który spotkał się z 28 skargami dotyczącymi molestowania lub gwałtu. Chwalił się, że wkradał się do przymierzalni młodych dziewcząt biorących udział w konkursach piękności, których jest organizatorem. I nie zapominajcie: „Kiedy jesteś gwiazdą”, chwalił się, możesz po prostu „złapać je za cipkę!”. W nagraniu audio z 2006 roku Trump stwierdza, że ​​minimalny wiek, od którego można sypiać z dziewczyną, to dwanaście lat.

Narcystyczny oszust

Trump jest oszustem. Pasuje do profilu analizowanego przez Marię Konnikovą w książce The Confidence Game, gdzie pisze: „Prawdziwy oszust nie zmusza nas do niczego; czyni nas współwinnymi naszej własnej zguby. Nie kradnie. My dajemy”. W wywiadzie dla The New York Times opublikowanym 2 maja Tucker Carlson wspomina o „hipnotyzującej” jakości Trumpa, która może „osłabić ludzi wokół niego i sprawić, że będą bardziej posłuszni i zdezorientowani. Sam tego doświadczyłem. Spędzasz dzień z Trumpem i jesteś w takiej krainie snów, jakbyś palił haszysz albo coś takiego… i może być w tym jakiś nadprzyrodzony element”.

W 2019 roku George Conway napisałartykuł dla „The Atlantic”, w którym postawił diagnozę złośliwego narcyzmu, popartą licznymi świadectwami. Czytając dziś ponownie jego artykuł, uderza oczywistość tego wszystkiego – oczywistość, której nie chcieliśmy dostrzec, ponieważ przedstawili nam ją Demokraci, których uznaliśmy za całkowicie niegodnych uwagi. 

Eksperci definiują narcystyczne zaburzenie osobowości (NPD) jako „uporczywy wzorzec wielkościowości, potrzeby podziwu, braku empatii i wyolbrzymionego poczucia własnej wartości. Osoby z NPD mogą sprawiać wrażenie chełpliwych, aroganckich, a nawet niesympatycznych”.

Narcyzm Trumpa, prawdopodobnie z pogranicza psychopatii, czyni go idealnym przedstawicielem swoich sponsorów – zawsze na sprzedaż, pozbawiony jakichkolwiek zahamowań moralnych i podatny na manipulację pochlebstwami. Benjamin Disraeli kiedyś wyjaśnił swój wpływ na królową Wiktorię tymi słowami: „Każdy lubi pochlebstwa, a jeśli chodzi o rodzinę królewską, należy je nakładać kielnią”. A więc z Trumpem: powiedz mu, że jest najwspanialszym człowiekiem w historii, a podpisze twoją ustawę. A jeszcze lepiej, niech jego doradczyni duchowa Paula White powie mu, że jest Jezusem.

Kłamstwo wymaga energii mentalnej, nawet od doświadczonego kłamcy, takiego jak Trump, ponieważ człowiek, który kłamie, oddychając, musi stale przypominać sobie kłamstwa, które już wypowiedział, aby nie zaprzeczyć samemu sobie. Starzenie się niesie ze sobą spadek energii mentalnej, a Trump nie ma już czujności potrzebnej, aby wiedzieć, kiedy przestać. Kłamie z przyzwyczajenia. Nie tylko stracił mistrzostwo w sztuce kłamania, ale stracił także zdolność ukrywania swojej narcystycznej patologii. W styczniu tego roku korespondent New York Timesa zapytał Trumpa, czy widzi jakieś ograniczenia w sprawowaniu swojej władzy na skalę globalną. „Tak, jest jedna rzecz. Moja własna moralność. Mój własny umysł. To jedyna rzecz, która może mnie powstrzymać”. 13 kwietnia Trump opublikował na „Truth Social” zdjęcie siebie jako Jezusa.

Megalomański narcyzm Trumpa jest teraz widoczny w jego planach dotyczących pomników własnej chwały. Ogłosił budowę w Waszyngtonie „NAJWIĘKSZEGO i NAJPIĘKNIEJSZEGO Łuku Triumfalnego na świecie” (trzy razy wyższego niż łuk Napoleona w Paryżu). Krótko przedtem ujawnił swoje plany dotyczące Biblioteki Prezydenckiej Trumpa w Miami, gigantycznego wieżowca, który służyłby również jako hotel, z Air Force One wystawionym w holu i obejmującym ogromne audytorium z gigantycznym złotym posągiem Trumpa (zobacz parodię tutaj). Jego megalomańskie projekty obejmują również budowę sali balowej o wartości 400 milionów dolarów we wschodnim skrzydle Białego Domu (koszt został teraz podniesiony do 1 miliarda dolarów ). Dodajmy do tego decyzję Trumpa o dołączeniu swojego nazwiska do kompleksu artystycznego i sali koncertowej Kennedy Center, przemianowanego na Trump Kennedy Center. Podpisał się również na lotnisku w Palm Beach, Instytucie Pokoju Stanów Zjednoczonych oraz bulwarze prowadzącym do Mar-a-Lago, a także planuje złożyć swój podpis na nowej walucie USA oraz umieścić swoje zdjęcie i podpis złotymi literami na amerykańskich paszportach.

Patologia Trumpa jest teraz tematem głównego nurtu, nie tylko wśród Demokratów. Były prawnik Trumpa, Ty Cobb, który pełnił funkcję specjalnego doradcy Trumpa w jego pierwszej kadencji, publicznie oświadczył, że „jego stan psychiczny znacznie się pogorszył” do tego stopnia, że ​​nie nadaje się już do pełnienia służby. „The Atlantic” donosi o zeznaniach wieloletniego współpracownika Trumpa, który pragnął zachować anonimowość: „Ostatnio mówi o tym, że jest najpotężniejszą osobą, jaka kiedykolwiek żyła. Chce być zapamiętany jako ten, który dokonał rzeczy, których inni nie byliby w stanie dokonać, dzięki swojej czystej sile i silnej woli”. 17 kwietnia „Washington Examiner”  opublikował artykuł zatytułowany „Donald Trump traci rozum ”:

79-letni mężczyzna, który od dawna zmagał się z chaosem, teraz jest przez niego pochłonięty. Jego epizody [choroby md] stają się coraz częstsze, a dobre dni coraz bardziej odległe. Nie stracił poczucia przyzwoitości ani dobrego wychowania – nigdy ich nie miał – ale resztki samokontroli. Wszyscy wokół to widzą. Jednak, czy to z ambicji, tchórzostwa, czy znużonej akceptacji, wciąż szukają sposobów na racjonalizację jego zachowania. Tragedia nie dotyczy już Trumpa. Teraz dotyczy Ameryki.

Państwo głębokie, płytka koncepcja

Osoba Trumpa, w którą wierzyli niektórzy z nas, była jedynie wizerunkiem, fikcją stworzoną przez potężną machinę propagandową. Sprzedano nam nie tylko postać, ale i historię, w której wspierała go tajna grupa wysoko postawionych, cnotliwych patriotów, gotowych rozpętać „burzę” przeciwko tajnej grupie wysoko postawionych pedofilskich globalistów, znanej jako Deep State, spiskującej, by zniewolić nas w ramach ich „Nowego Porządku Świata”. Aleksander Dugin, który najwyraźniej nadal myśli w ten sposób, nazwał te dwie grupy Deep State i „Głębokim Państwem”.

Głębokie Państwo to koncepcja, która ma pewną użyteczność jako ogólna metafora mechanizmów władzy w liberalnych demokracjach, ale jako realny byt pozostaje na zawsze nieuchwytna. Jest jak freudowska nieświadomość, którą dostrzegamy dopiero, gdy powraca do świadomości. Głębokie Państwo jest koncepcją tak niejasną, że można ją zdefiniować w dowolny sposób. Istnieją różne rodzaje „głębokich władz”, jeśli można tak powiedzieć, ale nie stanowią one bytu.

I żadna głęboka potęga nie jest silniejsza niż Izrael w Ameryce. Rozważmy, jak podjęto decyzję o zbombardowaniu Iranu w lutym ubiegłego roku, jak wyjaśnił New York Times w artykule z 7 kwietnia: „Jak Trump poprowadził USA na wojnę z Iranem”. 11 lutego w Sali Sytuacyjnej Białego Domu (pokoju kryzysowym wyposażonym w bezpieczny sprzęt komunikacyjny, zarządzanym przez Radę Bezpieczeństwa Narodowego) odbyło się spotkanie z udziałem Benjamina Netanjahu w towarzystwie izraelskich oficerów wywiadu. Stojąc przed ekranem, na którym wyświetlano dyrektora Mossadu Davida Barneę i izraelskich oficerów wojskowych, Netanjahu przedstawił swoje argumenty za zbombardowaniem Iranu za pomocą prezentacji PowerPoint, demonstrując, że doprowadziłoby to do upadku reżimu irańskiego, a tym samym do natychmiastowego rozwiązania wszystkich problemów na Bliskim Wschodzie za jednym zamachem, a jednocześnie uczyniłoby Trumpa najwybitniejszym człowiekiem w historii. Naprzeciwko niego siedzieli prezydent Trump, sekretarz wojny Peter Hegseth, szef sztabu Dan Caine, sekretarz stanu Marco Rubio, dyrektor CIA John Ratcliff, szef sztabu Susie Wiles, a także Jared Kushner i Steve Witkoff, nieoficjalni negocjatorzy. Po wystąpieniu Netanjahu Trump skinął głową i powiedział: „Brzmi to dla mnie dobrze”.

Ta sama grupa spotkała się ponownie następnego dnia, bez Netanjahu, ale z wiceprezydentem J.D. Vance’em, który właśnie wrócił z Azerbejdżanu. Hegseth był na pokładzie; Ratcliff, Vance i Rubio byli sceptyczni; Caine był niezdecydowany, a Wiles pozostał na uboczu. Ostatnie spotkanie odbyło się 26 lutego, z udziałem kilku innych osób, takich jak doradca David Warrington, którzy omawiali legalność takiej interwencji. Trump zakończył spotkanie słowami: „Myślę, że musimy to zrobić”. W międzyczasie odbył kilka rozmów telefonicznych z Netanjahu, który nalegał na szybkie działanie. Następnego dnia, 27 lutego, Trump wysłał następującą wiadomość z Air Force One: „Operacja Epic Fury została zatwierdzona. Żadnych przerwań. Powodzenia”.

Pytanie: Skoro to Państwo Głębokie wciągnęło Stany Zjednoczone w wojnę z Iranem, zidentyfikuj je na podstawie tego przekazu. Dodatkowa wskazówka: irański minister spraw zagranicznych Abbas Araghchi poinformował, że podczas negocjacji prowadzonych 11 i 12 kwietnia w Islamabadzie (Pakistan), w których uczestniczyli Kushner i Wilkoff, J.D. Vance gwałtownie przerwał negocjacje po otrzymaniu telefonu od Netanjahu.

Pierwszy żydowski prezydent USA?

MAGA od początku była MIGA, tak jak neokonserwatywny PNAC był Projektem Nowego Wieku Izraela.

Trump zdradził swoich wyborców, ale nie darczyńców. W grudniu 2025 roku w Białym Domu Trump oświadczył, że „Miriam przekazała mojej kampanii, pośrednio i bezpośrednio, 250 milionów dolarów”. Przemawiając przed izraelskim parlamentem w październiku tego samego roku, przyznał, że Sheldon i Miriam Adelson odegrali ważną rolę w kształtowaniu jego polityki zagranicznej.

Od stycznia 2025 roku Netanjahu odwiedził Biały Dom siedem razy. 5 lutego 2025 roku wręczył Trumpowi złoty pager, upamiętniający morderstwo popełnione przez Izrael na członkach Hezbollahu lub ich krewnych (w tym dzieciach) 23 września 2024 roku przy użyciu pagerów-pułapek. W zamian Trump wręczył mu swoje podpisane zdjęcie z napisem: „Dla Bibiego, wielkiego przywódcy”.

15 września 2025 roku Netanjahu oświadczył na konferencji prasowej w Jerozolimie, wraz z Marco Rubio, że: „Donald Trump jest największym przyjacielem Izraela w Białym Domu”. Trump tak skutecznie realizował politykę zagraniczną dyktowaną przez Netanjahu, że Netanjahu musiał publicznie bronić się przed oskarżeniami o kontrolowanie Trumpa: „Trump jest najbardziej niezależnym przywódcą, jakiego kiedykolwiek widziałem. Pogląd, że kontroluję Trumpa, to kłamstwo”.

W grudniu 2025 roku, podczas obchodów Chanuki w Białym Domu, osobowość medialna Mark Levin, żarliwy syjonista, który jest częścią wewnętrznego kręgu Trumpa, objął Trumpa ramieniem i przedstawił go kamerom telewizyjnym jako „pierwszego żydowskiego prezydenta , a Trump odpowiedział: „To prawda”. Czy mówił prawdę, tym razem? Istnieje uporczywa plotka, że ​​potajemnie przeszedł na judaizm. Ale nie wierzę, że Trump jest związany z Izraelem moralnymi lub religijnymi przekonaniami. To transakcja, jak wszystko inne w umyśle Trumpa. Kiedy Trump nazywa Thomasa Massiego przegranym, trzeba zrozumieć, że dla niego każdy, kto sprzeciwia się Izraelowi, jest z definicji przegranym, ponieważ nie można wygrać z Izraelem, podczas gdy z Izraelem można się bardzo wzbogacić.

Epicka korupcja

Prezydent Trump powiedział Amerykanom, że rozpoczyna historyczną kampanię zwalczania oszustw. Mianował J.D. Vance’a na „cara ds. zwalczania oszustw”. Ale to oszustwo biblijnych rozmiarów, które Trump i jego rodzina knują na oczach wszystkich. Według The New Republic, zaledwie w połowie swojej drugiej kadencji prezydenckiej, Trump potroił już swój majątek — obecnie szacowany na 6,5 ​​miliarda dolarów. Najnowsze ujawnienie finansów Trumpa dla Biura Etyki Rządowej USA pokazuje, że Trump dokonał ponad 3700 transakcji w ciągu pierwszych trzech miesięcy 2026 roku, z firmami, które mają interesy z jego administracją, na kwotę od 220 milionów do 750 milionów dolarów. Lista jego transakcji z wykorzystaniem informacji poufnych rośnie z każdym dniem. Tymczasem Trump do tej pory ułaskawił — za opłatą — ponad 70 skazanych oszustów.

Mafia nieruchomości Trumpów, Kushnerów i Witkoffów traktuje zniszczenie Gazy jako okazję do inwestycji w nieruchomości. Na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos w styczniu 2026 roku przedstawili oni swój projekt „Nowej Gazy” o wartości 25 miliardów dolarów wraz z harmonogramem budowy.

„New York Times” donosi, że w lutym 2025 roku Jared Kushner, wykorzystując swoją pozycję nieoficjalnego mediatora, zwrócił się do Saudyjczyków o zainwestowanie 5 miliardów dolarów w jego firmę inwestycyjną Affinity Partners. Podobno w tym celu zwrócił się bezpośrednio do Mohammeda bin Salmana (MSB). W 2022 roku uzyskał już od Saudyjczyków 2 miliardy dolarów. Komisja Finansów Senatu wszczęła  dochodzenie w sprawie tego rażącego konfliktu interesów.

Rodziny Trump i Witkoff wykorzystały również swoją pozycję do podejrzanych inwestycji w kryptowaluty. We wrześniu 2024 roku, dwa miesiące przed wyborami, Trump uruchomił World Liberty Financial — zdecentralizowany protokół finansowy — wraz ze swoimi synami i rodziną Witkoff, sprzedając tokeny, które, jak później zorientowali się kupujący, były niezbywalne i dlatego nie miały żadnej realnej wartości. Chiński przedsiębiorca Justin Sun, który zainwestował dziesiątki milionów dolarów w przedsięwzięcie, pozywa teraz rodzinę Trumpów o oszustwo. 17 stycznia 2025 roku, trzy dni przed swoją inauguracją, Trump zorganizował promocyjną sprzedaż memcoina o nazwie $Trump, przyciągając rzeszę dworzan gotowych kupić jego prezydenckie przysługi. Spośród dwunastu postaci kierujących tą operacją, cztery pochodzą z rodziny Trump (Donald i jego trzej synowie), a trzy z rodziny Witkoff (Steven i jego dwaj synowie). Według Financial Times zgarniają oni 350 milionów dolarów opłat inwestycyjnych. Dwa dni po debiucie $Trump, żona Trumpa wprowadza na rynek własną kryptowalutę memową $Melania. Szacuje się, że rodzina Trumpów zgromadziła ponad miliard dolarów dzięki różnym przedsięwzięciom związanym z kryptowalutami.

Demokraci z Senatu i Izby Reprezentantów wszczęli dochodzenie w związku z podejrzeniem, że Trump wykorzystywał te operacje do wymiany prezydenckich ułaskawień ze skazanymi oszustami. Od stycznia do lipca 2025 roku Trump ułaskawił ponad 1500 osób, wielu z nich to finansiści, którzy mieli mu zwrócić pieniądze. Joseph Schwartz, właściciel domu opieki skazany na trzy lata więzienia za oszustwo na kwotę 5 milionów dolarów, został ułaskawiony po zaledwie trzech miesiącach więzienia w zamian za darowiznę w wysokości 1 miliona dolarów na rzecz lobbystów Trumpa, podczas gdy oskarżeni przeciwko niemu nie otrzymali ani centa. David Gentile, skazany za oszustwo na kwotę 1,6 miliarda dolarów, został ułaskawiony 12 dni po odbyciu 7-letniego wyroku. Wśród ułaskawionych jest również wielu Żydów syjonistycznych, takich jak Philip EsformesSholom WeissSholom Mordechai RubashkinEliyahu WeinsteinDrew „Bo” Brownstein. Trump ułaskawił również swojego byłego doradcę duchowego, Roberta Morrisa, skazanego na dwadzieścia lat więzienia za molestowanie seksualne 12-letniej dziewczynki i zwolnionego po zaledwie sześciu miesiącach. Trump wspomniał kiedyś o możliwości ułaskawienia Ghislaine Maxwell.

Nieuchronnie, rodzina Trumpów jest na czele wojennego spekulantyzmu. Według Bloomberga, kilka dni przed atakiem na Iran 28 lutego 2026 r., Donald Jr. i Eric Trump zainwestowali w firmę produkującą uzbrojone drony, Powerus, na którą Departament Obrony złożył następnie zamówienie o wartości 1,1 miliarda dolarów. 1 kwietnia, tuż po tym, jak Trump ogłosił, że państwa Zatoki Perskiej nie powinny liczyć na to, że Stany Zjednoczone ponownie otworzą Cieśninę Ormuz, Powerus spotkał się z urzędnikami w Abu Zabi, aby zaprezentować swoje produkty. Donald Jr. zainwestował również w startup o nazwie Vulcan Elements, specjalizujący się w magnesach ziem rzadkich i właśnie zabezpieczył kontrakt o wartości 620 milionów dolarów z Departamentem Obrony. Dowiedzieliśmy się również z „Financial Times”, że w sierpniu 2025 r. synowie Trumpa zainwestowali, za pośrednictwem spółki-słupa, w firmę o nazwie Skyline Builders, która prawdopodobnie otrzyma 1,6 miliarda dolarów od rządu USA.

Kongres USA dowiedział się, że prezydent Trump uruchomił płatny newsletter zatytułowany „Private Security Briefing”, w którym sprzedawał inwestorom poufne informacje dotyczące bezpieczeństwa narodowego.

Trump pozywa Urząd Skarbowy (IRS) na 10 miliardów dolarów po ujawnieniu jego zeznań podatkowych przez kontrahenta (zeznań, które obiecał upublicznić podczas kampanii). A jednak Trump kontroluje sam rząd, który pozywa. „Mam wypracować ugodę sam ze sobą” – zauważył ironicznie. Żaden prezydent USA nigdy nie wykorzystał swojej pozycji, by wzbogacić się w takim stopniu.

Ale najbardziej skandaliczny przypadek handlu informacjami poufnymi, o którym donosiły nawet brytyjskie BBC i francuskie Figaro, miał miejsce między 22 a 24 marca. W sobotę 22 Trump wydał 48-godzinne ultimatum Iranowi, aby otworzył Cieśninę Ormuz, grożąc zniszczeniem wszystkich elektrowni. Iran natychmiast odpowiedział, że jeśli Trump zrealizuje swoje groźby, Iran odpowie w ten sam sposób przeciwko amerykańskiej infrastrukturze w państwach Zatoki Perskiej. Cena ropy wzrosła, a ceny akcji spółek energetycznych gwałtownie spadły w miarę zbliżania się terminu. Następnie, w poniedziałek o 7:04 rano, Trump ogłosił na „Truth Socialu”, że trwają negocjacje z Iranem (Iran zaprzeczył). Czternaście minut wcześniej „było niezwykle dużo zakładów na cenę ropy w USA”, które łącznie wyniosły ponad 1,5 miliarda dolarów zysku. Żadne śledztwo nie ustaliło, kto dokonał giełdowego zamachu stanu stulecia.

I nie zapominajmy o tym, jak synowie Howarda Lutnicka zarobili na jego bezprawnych cłach, które – jak można było przewidzieć – zostały uchylone przez Sąd Najwyższy. Izba Reprezentantów przesłuchała Lutnicka w tej sprawie.

Wniosek

Podsumowując, Biały Dom został przejęty przez najbardziej płytką, najbardziej szaloną i najbardziej skorumpowaną osobę.

Jego niezamierzoną zasługą jest jednak ukazanie światu prawdziwego, brzydkiego oblicza Ameryki XXI wieku. Sam fakt, że Trump został wybrany na prezydenta, jest najwyraźniejszym dowodem na to, jak dysfunkcjonalna stała się „amerykańska demokracja”.

Trump sprawił również, że kontrola Izraela nad amerykańską polityką zagraniczną stała się całkowicie transparentna. Pomyślmy o zmianie, jaka zaszła dwadzieścia lat temu, kiedy to informacja o wciągnięciu USA w wojnę z Irakiem przez Izrael była nadal tajna. Mearsheimer i Walt nie mogli nawet znaleźć amerykańskiego wydawcy dla „ The Israel Lobby” i „US Foreign Policy”. Dziś jest to powszechnie akceptowany fakt, i dobrze.

Niesprowokowana agresja Trumpa na Iran nie tylko pogorszyła wizerunek Ameryki na świecie. Okazała się również całkowitą porażką w odniesieniu do deklarowanych celów, pomimo chwalebnego „zwycięstwa” Trumpa na portalu „Truth Social”. Iran wychodzi z tego nie tylko z wyraźną wyższością moralną, ale także z niezaprzeczalnym zwycięstwem strategicznym. To kolejna dobra wiadomość, ponieważ ta wojna była o Izrael, podobnie jak ta porażka. Iran jest naszą jedyną nadzieją, aby powstrzymać to psychopatyczne państwo przed osiągnięciem celu, jakim jest stanie się regionalnym supermocarstwem.

Upokarzająca porażka Ameryki zrujnowała jej reputację jako militarnie niezwyciężonej. Dostrzegając niezdolność USA do ochrony własnych baz wojskowych, państwa Zatoki Perskiej ponownie rozważą swój sojusz.

A najszczęśliwszym z tego wszystkiego rezultatem jest to, że niebezpieczeństwo wpadnięcia Ameryki i Chin w pułapkę Tukidydesa, którą Graham Allison uważał za bardzo poważną dziesięć lat temu, zniknęło. Wzmianka Xi Jinpinga o pułapce Tukidydesa w jego przemówieniu z 14 maja została powszechnie uznana za niezwykle znaczącą: „Cały świat obserwuje nasze spotkanie” – powiedział. „Sytuacja międzynarodowa jest burzliwa. Świat stoi na nowym rozdrożu: czy Chiny i Stany Zjednoczone zdołają pokonać pułapkę Tukidydesa i stworzyć nowy paradygmat, aby wspólnie stawić czoła globalnym wyzwaniom?”

Choć nie mam żadnego doświadczenia w sprawach wojskowych, wydaje mi się całkiem jasne, że pod rządami Trumpa Stany Zjednoczone zmarnowały swój potencjał, by powstrzymać Chiny przed staniem się światowym supermocarstwem gospodarczym, co nieuchronnie doprowadzi do upadku gigantycznej piramidy finansowej dolara. Jest wysoce nieprawdopodobne, aby po szkodach, jakie Trump i jego groteskowy sekretarz wojny wyrządzili amerykańskiej machinie wojennej – i jej pewności siebie – Stany Zjednoczone kiedykolwiek poczuły pokusę konfrontacji z Chinami. Znamienne jest, że w wywiadzie dla Fox News z Chin, przed powrotem do Waszyngtonu, stwierdził jednoznacznie, że Tajwan jest „miejscem” zbyt odległym, by Stany Zjednoczone mogły o niego walczyć. Japonia i Korea Południowa wkrótce pogodzą się z tą nową rzeczywistością.

Gdyby Stanami Zjednoczonymi rządził człowiek, któremu naprawdę zależało na tym, by Ameryka znów stała się wielka, całkiem prawdopodobne, że wpadłyby w pułapkę Tukidydesa. Ale Trumpowi zależy tylko na tym, by Trump stał się wielki, a jego izraelscy doradcy na tym, by Izrael stał się wielki. Żadnemu z nich nie zależy na amerykańskim imperium, chyba że jako narzędziu do własnej wielkości.

A zatem Trump być może uratował świat.

Autorstwo: Laurent Guvenot
Wyszukał, opracował i udostępnił: Jarek Ruszkiewicz

Źródło zagraniczne: Radbodslament.substack.com
Źródło polskie: WolneMedia.net

===========================

mail:

jewreje muszą być bardzo zdesperowani, że dziś taki wysyp publikacji grillujących pomarańczowego łobuza - ewidentnie wrzucają go pod rozpędzoną lokomotywę