Ukraina: To już koniec – część I

Ukraina: to już koniec – część I

Putin odrzuca wszelkie hamulce, a Zachód przeżywa szok

Pisze EuroYankee: 

Od lat śledzę prowadzoną przez NATO wojnę zastępczą na Ukrainie, więc to, co się obecnie dzieje, nie jest dla mnie zaskoczeniem. W rzeczywistości spodziewałem się takiego obrotu spraw już od pewnego czasu. Podsumujmy najpierw bieżącą sytuację: Rosja bombarduje Kijów dniem i nocą. To nowość. Wcześniej rosyjskie drony i rakiety nadlatywały falami, z przerwami trwającymi wiele dni lub tygodni. Teraz odstępy między atakami liczy się w minutach.

Rosja atakuje infrastrukturę energetyczną w sposób, którego wcześniej unikała. Celem tych ataków jest uczynienie Kijowa praktycznie niezdatnym do zamieszkania tej zimy, gdyż Ukraina nie będzie w stanie wytwarzać ani dostarczać ludności energii elektrycznej. Rosja niszczy również ukraińską infrastrukturę logistyczną: zniszczono magazyny. Ukraiński rząd oświadczył, że utracił 90% swoich zdolności w zakresie logistyki żywności.

Sytuacja na froncie również wygląda dla Ukrainy znacznie gorzej. Rosja wreszcie posuwa się naprzód, a ostatnie miasta z szerokiego pasa tzw. ‚miast-twierdz’  w obwodzie donieckim – Słowiańsk i Kramatorsk – prawdopodobnie padną w ciągu najbliższych tygodni. Po upadku tych dwóch miast praktycznie nic nie będzie już stało na drodze Rosjan do Dniepru, stanowiącego bramę do Kijowa.

Powyższa mapa pochodzi z proukraińskiego ośrodka „Institute for the Study of War”, jednak ma już ponad rok. Od tego czasu linia frontu znacznie przesunęła się na zachód

O tej grożącej katastrofie mówił Jimmy Rushton – brytyjski dziennikarz związany z kijowskim serwisem ‚Kyiv Independent’  oraz ekspert ds. polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, opowiadający się po stronie Ukrainy. We wrześniu 2025 roku tak opisał on istniejące zagrożenie: „Ukraina dysponuje linią obrony w Donbasie – siecią umocnień rozciągającą się na obszarze Doniecka… Gdyby Ukraina z niej zrezygnowała, nie pozostałoby jej niemal nic… Teren położony za nią jest płaski i otwarty, pozbawiony przygotowanych pozycji obronnych…”.

Analitycy są w zasadzie zgodni: rezygnacja z obrony Donbasu byłaby dla Ukrainy równoznaczna z ‚militarną klęską’. Mimo to, po latach ‚mozolnych’  postępów – często określanych przez zachodnie media mianem ‚ślimaczych’ – Rosja jest teraz o krok od zwycięstwa, które osiąga powoli, lecz nieuchronnie.

Dlaczego Zachód stoi w obliczu szoku

Od samego początku konfliktu zachodni analitycy nie rozumieli rosyjskiej strategii na Ukrainie. W chwili rozpoczęcia inwazji przedstawiciele amerykańskiej armii byli całkowicie zdezorientowani: doktryna USA zakłada bowiem działania zdecydowane, szybkie i zabójcze – oparte na tym, co amerykański sekretarz obrony Pete Hegseth nazywa ‚maksymalną siłą rażenia’. Strategia ta znalazła pełne zastosowanie w 2003 roku podczas ataku w duchu doktryny ‚Shock and Awe’ (szok i przerażenie), przeprowadzonego przez administrację George’a W. Busha przeciwko Saddamowi Husajnowi, a także – w ostatnim czasie – podczas bezlitosnego bombardowania Iranu przez Donalda Trumpa.

21 marca 2003 roku dym spowił budynki rządowe w Bagdadzie w trakcie zmasowanego nalotu na stolicę Iraku, przeprowadzonego pod wodzą USA w ramach ofensywy znanej jako kampania ‚Shock and Awe’. Według korespondenta AFP dym unosił się nad kilkoma zaatakowanymi celami, w tym nad jednym z pałaców prezydenta Saddama Husajna

Zastanawiano się, dlaczego Rosja miałaby wkroczyć na Ukrainę w tak nieprzekonujący sposób – bez zmasowanych bombardowań czy nalotów, bez niszczenia kluczowej infrastruktury Ukrainy i dysponując zaledwie 150 tysiącami żołnierzy. W oczach Amerykanów takie działanie czyniło Putina niepoważnym. Jak mógł w ogóle liczyć na to, że podporządkuje sobie społeczeństwo liczące (wówczas) 35 milionów ludzi, dysponując tak niewielkimi siłami?

Dla porównania: kiedy Hitler postanowił podbić Polskę, wkroczył do niej z armią liczącą 1,5 MILIONA żołnierzy.

Niedorzeczne wydaje się przekonanie, że Putin sądził, iż do ujarzmienia Ukrainy wystarczy mu zaledwie jedna dziesiąta tej liczby – a mowa o kraju dwukrotnie większym od Polski, o którym wiedział, że od 2014 roku był militaryzowany przez NATO (dostawy broni, sprzętu i zaopatrzenia o wartości miliardów dolarów oraz szkolenia w zakresie najnowszych technik walki stosowanych przez Sojusz).

Zachodnim analitykom wydawało się wręcz, że Putin wcale nie chce podbić Ukrainy

Rosyjski konwój w drodze do Kijowa – zdjęcie wykonane przez firmę Maxar, prywatnego dostawcę satelitarnych zdjęć lotniczych

Cóż, szokująca prawda jest taka, że tego nie zrobił. Putin NIGDY nie chciał podbić Ukrainy. Chciał jedynie, by Zachód potraktował go poważnie, gdy mówił NIET w kwestii przystąpienia Ukrainy do NATO i nalegał, by kraj ten pozostał wierny swojej konstytucji z 1991 roku oraz zachował stałą neutralność.

Całkowita niezdolność Zachodu do zrozumienia tego, co Clausewitz określał mianem natury konfliktu, uczyniła go ślepym na rzeczywisty przebieg wydarzeń i w końcu sprawi, że pozostanie on wstrząśnięty i zszokowany, gdy konflikt ten dobiegnie swego nieuchronnego końca.

‚Bratnie narody’

Powodem, dla którego Rosjanie przyjęli powściągliwą postawę wobec Ukrainy, jest specyficznie rosyjska koncepcja dosłownego pokrewieństwa między narodami słowiańskimi. Koncepcja ta została przedstawiona w lipcu 2021 roku, kiedy to Władimir Putin opublikował artykuł zatytułowany „O historycznej jedności Rosjan i Ukraińców”. Wyjaśnił w nim, że Rosjanie i Ukraińcy – podobnie jak Białorusini – są bratnimi narodami; tworzą swoistą trójcę narodów, które wywodzą się z tego samego źródła: Rusi Kijowskiej.

Dla Putina fundamentem jedności tych trzech narodów była – częściowo lub nawet w przeważającej mierze – wspólna wiara religijna, a mianowicie prawosławie reprezentowane przez Rosyjski Kościół Prawosławny:

„Rosjanie, Ukraińcy i Białorusini są potomkami Rusi Kijowskiej, która była niegdyś największym państwem w Europie. Plemiona słowiańskie i inne, zamieszkujące ten rozległy obszar, łączył wspólny język, więzi gospodarcze oraz – po chrzcie Rusi – wiara prawosławna. Duchowa decyzja świętego Włodzimierza, który był zarówno księciem nowogrodzkim, jak i wielkim księciem kijowskim, do dziś w istotny sposób kształtuje nasze wzajemne więzi”.

Putin ubolewa również nad tym, że owa więź między Rosją a Ukrainą została podważona: „Przede wszystkim chciałbym podkreślić, że mur, jaki w ostatnich latach wyrósł między Rosją a Ukrainą – między częściami tego, co w gruncie rzeczy stanowi jedną i tę samą przestrzeń historyczną i duchową – jest moim zdaniem naszym wielkim wspólnym nieszczęściem i tragedią”.

Użycie przez rosyjskiego prezydenta słowa ‚tragedia’  przywodzi na myśl wcześniejsze wystąpienie – orędzie noworoczne – w którym określił on upadek i rozpad Związku Radzieckiego mianem ‚katastrofy‚: „Przede wszystkim musimy uznać, że rozpad Związku Radzieckiego był jedną z największych katastrof geopolitycznych stulecia”.

Prezydent Rosji Władimir Putin wygłasza coroczne orędzie przed Zgromadzeniem Federalnym w Moskwie (21 kwietnia 2021 r.)

Cytat ten został natychmiast wykorzystany przez zachodnich neokonserwatystów jako dowód na to, że Putin dąży do realizacji celów imperialnych i ekspansjonistycznych oraz chce „odbudować imperium sowieckie”. Taki pogląd był i jest kompletną bzdurą. Putin zdecydowanie NIE jest zwolennikiem Związku Radzieckiego ani komunizmu. W rzeczywistości jego największym przeciwnikiem politycznym we współczesnej Rosji pozostaje Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej.

W swoim przemówieniu Putin wyjaśnił również, DLACZEGO rozpad ZSRR był tak wielką tragedią: „Dla narodu rosyjskiego stało się to prawdziwym dramatem. Dziesiątki milionów naszych współobywateli i rodaków nagle znalazły się poza terytorium państwa rosyjskiego”. Według danych UNHCR (Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców) aż 25 milionów Rosjan pewnego ranka obudziło się z bezwartościowymi radzieckimi paszportami i musiało skonfrontować się z faktem, że nie mieszkają już na terytorium Rosji.

Miliony Rosjan mieszkają we wschodniej Ukrainie

Dotyczyło to w szczególności Ukrainy, na którą przypadała niemal POŁOWA tej pozbawionej ojczyzny rosyjskiej populacji (12 milionów). W rzeczywistości przed 2014 rokiem 83% mieszkańców Donbasu – wliczając w to znaczną część obwodów wschodnich i południowych – stanowili etniczni Rosjanie lub osoby posługujące się językiem rosyjskim. Łącznie niemal połowa mieszkańców Ukrainy mówiła po rosyjsku. Powszechnie wiadomo na przykład, że językiem ojczystym Wołodymyra Zełenskiego był rosyjski, a ukraińskiego nauczył się on dopiero po wyborze na prezydenta.

Następnie w swoim przemówieniu Putin wyjaśnił przyczyny tej tragedii: „Są to przede wszystkim skutki naszych własnych błędów, popełnionych w różnych momentach. Są one jednak również wynikiem celowych działań sił, które zawsze dążyły do podważenia naszej jedności. Stosowana przez nie strategia jest znana od dawna – ‚dziel i rządź’. Nie ma w tym nic nowego”.

Jest oczywiste, że mówiąc o ‚tych siłach’, Putin ma na myśli Stany Zjednoczone i ich zachodnich sojuszników – w szczególności Wielką Brytanię, która od początku ‚Wielkiej Gry’  (rozpoczętej około 200 lat temu) aktywnie dąży do rozbicia Rosji. Większość ludzi na Zachodzie nie zdaje sobie sprawy z tego, że – ze względu na opisane wyżej wydarzenia historyczne – obecny konflikt na Ukrainie jest z rosyjskiego punktu widzenia WOJNĄ DOMOWĄ.

uncutnews.ch/ukraine-das-ist-das-ende

Napisał: EuroYankee

Opracował: Zygmunt Białas

Widmo Egona Bahra powraca do Moskwy

Widmo Egona Bahra powraca do Moskwy

forumgeopolitica/the-spectre-of-egon-bahr-returns-to-moscow

W 1963 roku Bahr opracował Ostpolitik („Politykę Wschodnią”), która faworyzowała zbliżenie z ZSRR nad wrogością. Pod koniec życia nazwał wybór konfrontacji przez Zachód „błędem stulecia”.

Marco Fernandes 7 paź 2026

Wieczorem 1 października, przed zamknięciem plenarnego posiedzenia dorocznego Klubu Wałdajskiego – w którym miałem okazję uczestniczyć – Władimir Putin niespodziewanie zboczył z tematu, odwołując się do materiałów znalezionych w sowieckich archiwach. Odnalazł ostrzeżenia sprzed prawie czterech dekad, wydane przez Niemca, którego prawie nikt już nie pamięta: Egona Bahra, członka kierownictwa Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD). To właśnie Bahr opracował w 1963 roku tzw. Ostpolitik („Politykę Wschodnią”), która stawiała na zbliżenie ZSRR z Zachodem, a nie na polaryzację przeciwko niemu. Niemcy, jak proponował Bahr, powinny być mostem między dwiema stronami muru. Jako sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta – innymi słowy, prawa ręka Willy’ego Brandta – Bahr negocjował traktaty wschodnie Brandta (kanclerza Niemiec w latach 1969–1974). W latach 1970–1973 Bonn podpisało traktaty wschodnie z Moskwą, Warszawą i Berlinem Wschodnim: uznając granice powstałe w wyniku wojny oraz istnienie innych Niemiec w zamian za gwarancję tranzytu i wizyt rodzinnych. Była to formuła Bahra w formie prawnej – zaakceptować to, co istnieje, aby rzeczy mogły się zmienić poprzez współistnienie. Chadecy (CDU) zwalczali traktaty do tego stopnia, że ​​niemal doprowadzili Brandta do upadku: wniosek o wotum nieufności z 1972 roku został odrzucony zaledwie dwoma głosami.

W Wałdaju Putin odczytał trzy fragmenty z sowieckich archiwów. W pierwszym Bahr zidentyfikował w samym NATO te kręgi, które w ogóle nie chcą podążać ścieżką współpracy paneuropejskiej i wygaszania konfrontacji. W drugim ostrzegł, że bez zdecydowanych kroków w celu przezwyciężenia podziału Europy na wrogie bloki, rozwój wydarzeń przybierze skrajnie niekorzystny charakter, skazując ZSRR na międzynarodową izolację. Przedstawił też, co powinno zastąpić bloki: Radę Bezpieczeństwa o szerokich uprawnieniach, skupiającą Stany Zjednoczone, Związek Radziecki i całą Europę Środkową i Wschodnią – bez posuwania się NATO na wschód. Po znalezieniu tego w archiwach, Putin powiedział, ostrzegając, że zabrzmi to „niedyplomatycznie”: „Opadła mi szczęka”. W obliczu Niemiec, których retoryka z dnia na dzień staje się coraz bardziej agresywna i które uparcie podsycają widmo „rosyjskiego zagrożenia”, to rzeczywiście zdumiewające, że jeden z czołowych umysłów niemieckiej polityki zagranicznej przez ponad dwie dekady był tak wyczulony na niebezpieczeństwa zaostrzającej się polaryzacji między Zachodem a ZSRR i zaproponował nową, odważną architekturę bezpieczeństwa dla Europy, jednocześnie sprzeciwiając się ekspansji NATO na wschód. Dla prezydenta Rosji to tak, jakby Bahr zajrzał w szklaną kulę.

Ważne jest, aby zwrócić uwagę na moment, w którym to powiedziano. Dwadzieścia cztery godziny wcześniej Moskwa wysłała do NATO memorandum z ostrzeżeniem, że w razie próby nałożenia blokady Kaliningradu przez sojusz sięgnie po wszelkie dostępne środki obrony. W Wałdaju Putin stwierdził, że nie wspomniano o broni jądrowej; jednak tego samego dnia stały przedstawiciel Rosji przy Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, Dmitrij Polański, powiedział na posiedzeniu Stałej Rady tej organizacji, że w rosyjskich dokumentach doktrynalnych przewidziano odpowiedź nuklearną w takim przypadku. Tego samego 1 października kanclerz Niemiec Friedrich Merz ostrzegał, że Europa musi przygotować się na rozszerzone rosyjskie operacje hybrydowe. To właśnie w tej atmosferze prezydent Rosji decyduje się mówić o Niemczech. Ale mówi o tym ustami Niemca.

W lutym 1990 roku Bahr przebywał w Moskwie w imieniu frakcji parlamentarnej SPD, w towarzystwie posła Karstena Voigta, i powiedział Aleksandrowi Jakowlewowi – architektowi pierestrojki – w obecności Walentina Falina, który był ambasadorem ZSRR w Bonn w latach Ostpolitik , że Helmut Kohl (z CDU, ówczesny kanclerz Niemiec) chciał „NATO aż do Odry”, rzeki oddzielającej Niemcy od Polski (dziś sojusz rozciąga się tysiąc kilometrów dalej, 130 km od Petersburga). I że jeśli Związek Radziecki nic nie zrobi, by temu zapobiec, nigdy nie wróci do Moskwy – jak opowiedział nam Putin. Następnego dnia zaproponował radzieckiemu ministrowi spraw zagranicznych Eduardowi Szewardnadze europejski system bezpieczeństwa z własnym dowództwem, do którego zjednoczone Niemcy miałyby się przywiązać w miejsce bloków opozycyjnych – i ostrzegł, że jeśli Moskwa zaakceptuje przystąpienie Niemiec do NATO, sama SPD zmieni swoje stanowisko i skapituluje. Szewardnadze odpowiedział : „Związek Radziecki nie skapituluje”. Trzy miesiące później, w Waszyngtonie, Gorbaczow przyznał Niemcom prawo wyboru własnego sojuszu. Osiemnaście miesięcy później Związek Radziecki dosłownie skapitulował. Wkrótce potem, ironicznie lub tragicznie, optymistyczny Szewardnadze został prezydentem byłej radzieckiej republiki Gruzji.

Putin wykorzystał Bahra nie tylko do krytyki obecnego rządu niemieckiego czy rządu UE, ale także do krytyki Gorbaczowa. Radzieckie kierownictwo, jak powiedział, „słuchało, słuchało i nic nie zrobiło”. Voigt – przekonany atlantysta, który nie zgadzał się z Bahrem w swojej delegacji – opublikował swoją wersję spotkania w 2016 roku: Sowieci „nie mieli własnej koncepcji”, byli przeciwni przystąpieniu do NATO, ale „nie mieli przekonujących alternatyw do zaoferowania” i wydawali się bardziej zainteresowani relacjami z Waszyngtonem. Siedem tygodni później Falin napisał do Gorbaczowa, że ​​radziecka polityka europejska popadła w „kontemplacja i refleksja, żeby nie powiedzieć depresja”, że „Zachód nas przechytrza” i że wspólny europejski dom „zamienia się teraz w miraż”. Innymi słowy, doświadczony radziecki dyplomata ostrzegał przed złudzeniem, że pewnego dnia mogą być mile widziani w tak zwanej „cywilizacji zachodniej”.

Oto, co Putin pozostawił między wierszami w Wałdaju: w 1990 roku niemiecki socjaldemokrata i czołowy radziecki ekspert ds. Niemiec wystosowali ten sam apel z przeciwnych stron, ale został zignorowany przez tego samego człowieka, Gorbaczowa. Cena, jaką zapłacił ZSRR, a później Rosja, była wysoka – a przesłanie ma podwójny adres. Wewnętrznie powtarza ono stanowisko samego Putina, od dawna ostrzegając rosyjskie elity przed złudzeniami dotyczącymi Zachodu. Zewnętrznie stara się przypomnieć Niemcom – i Europie – że kiedyś byli zdolni do prowadzenia minimalnie racjonalnej polityki wobec Rosji.

Ile kosztuje gospodarcze samobójstwo Niemiec?

Niemcy, do których adresowane było to przesłanie, przeżywają prawdziwy kryzys gospodarczy. Niemiecki Instytut Ekonomiczny – IW z Kolonii, think tank finansowany przez związki pracodawców i poza wszelkimi podejrzeniami o sympatiach rosyjskich – obliczył w lutym tego roku, że od 2020 roku niemiecka gospodarka odnotowała niedobór produkcji w wysokości prawie biliona euro. W 2025 roku niemiecka produkcja ledwo przekroczyła poziom z 2019 roku. Innymi słowy, sześć lat paraliżu. IW nie oddziela wstrząsów: pandemia, wojna i konfrontacyjna polityka Waszyngtonu nakładają się na siebie od 2022 roku. Ale strona energetyczna rachunku jest po prostu oszałamiająca.

W 2021 roku Rosja odpowiadała za 55% niemieckiego importu gazu, a sam Nord Stream 1 dostarczył 59,2 mld metrów sześciennych, przekraczając własne nominalne moce. Było to paliwo dla struktury przemysłowej zbudowanej na taniej energii. TTF, referencyjna cena gazu w Europie, utrzymywała się poniżej 20 euro za megawatogodzinę przez większość 2019 i 2020 roku; we wrześniu 2026 roku, po osiągnięciu szczytu 340 euro w 2022 roku, nadal utrzymywała się między 73 a 80 – trzy do czterech razy więcej niż wcześniej.

Niemcy zastąpiły rosyjskie rurociągi statkami z dalekich krajów: w pierwszym kwartale tego roku 89% ich LNG pochodziło ze Stanów Zjednoczonych. W latach 2022-2025 Unia Europejska wydała około 281 mld euro na gaz skroplony, z czego 131,5 mld euro przeznaczono na ładunki amerykańskie. Doszło do ogromnego transferu dochodów przez Atlantyk.

Wpływ na realną gospodarkę widać w oficjalnych statystykach. Według Destatis , niemieckiego federalnego urzędu statystycznego, produkcja w sektorach energochłonnych spadła o 15,2% między lutym 2022 r. a marcem 2026 r., w porównaniu z 9,5% w całym przemyśle. Firma konsultingowa EY, opierając się na danych z tego samego federalnego instytutu, naliczyła 124 000 miejsc pracy w przemyśle zlikwidowanych w 2025 r., prawie dwukrotnie więcej niż w 2024 r., z czego 50 000 w przemyśle motoryzacyjnym. Od 2019 r. niemiecki przemysł stracił około 266 000 miejsc pracy, a sektor motoryzacyjny 111 000 — 13% jego całości. Czwarty kwartał 2025 r. był dziesiątym z rzędu kwartałem spadku przychodów przemysłowych.

Najbardziej wymowna jest jednak cicha decyzja kapitału: w badaniu przeprowadzonym wśród 3000 firm, cztery na dziesięć deklaruje, że rozważa ograniczenie produkcji w Niemczech lub przeniesienie jej za granicę – odsetek ten w 2022 roku wyniósł 21%. Podczas gdy BASF otwierał w marcu tego roku kompleks o wartości 10 miliardów euro w Zhanjiang w Chinach – największą pojedynczą inwestycję w swojej historii – ArcelorMittal informował niemiecki rząd, że nie zbuduje swoich zielonych hut stali w Bremie i Eisenhüttenstadt, rezygnując z 1,3 miliarda euro już zatwierdzonych dotacji. Jako powód podano cenę niemieckiej energii elektrycznej. Prezes firmy, Geert van Poelvoorde, oświadczył: „Europejski przemysł stalowy jest pod bezprecedensową presją, aby utrzymać rentowność – i to bez dodatkowych kosztów wymaganych do dekarbonizacji”. PKB spadł o 0,3% w 2023 r. i 0,2% w 2024 r., a w 2025 r. wzrósł o 0,2%. Nie jest to spowolnienie cykliczne, lecz zagrożenie dla samych fundamentów bazy produkcyjnej kraju.

Innymi słowy, jest to przyspieszony proces de-industrializacji, spowodowany decyzją polityczną podjętą w Berlinie, który zdecydował się zrezygnować z taniego rosyjskiego gazu w zamian za ten sam surowiec, trzykrotnie droższy i oddalony o ocean. Nazywanie tego gospodarczym samobójstwem nie jest retoryczną przesadą.

Reindustrializacja za pomocą środków militarnych: złowrogie déjà vu

W obliczu tego obrazu rząd Friedricha Merza dokonał wyboru, który zna już historia Europy, a którego skutki okazały się katastrofalne: industrializacja kraju pod przewodnictwem przemysłu zbrojeniowego to to, co Niemcy robili w latach 30. XX wieku. 18 marca 2025 roku Bundestag zatwierdził, 513 głosami do 207, poprawkę do konstytucji, zwalniającą wszystkie wydatki na obronę przekraczające 1% PKB z limitu zadłużenia. Hamulec zadłużenia, wpisany do Ustawy Zasadniczej w celu dyscyplinowania państwa niemieckiego, przestał obowiązywać właśnie w odniesieniu do zbrojeń. Budżet na obronę wzrasta z 86 miliardów euro w 2025 roku do 108,2 miliarda w 2026 roku i ma przekroczyć 150 miliardów w 2029 roku, osiągając poziom 3,5% PKB. Tylko do grudnia Bundeswehra (niemieckie siły zbrojne) zamierza podpisać 153 duże kontrakty na zamówienia publiczne o wartości około 83 miliardów euro. Volkswagen, jedna z pereł niemieckiego przemysłu, niedawno ogłosił redukcję zatrudnienia o 50 000 osób, lecz krótko przedtem poinformował również o swoim wejściu na rynek zbrojeniowy.

Retoryka dotrzymała kroku budżetowi i staje się coraz bardziej alarmująca. W czerwcu 2024 roku, w parlamencie, minister obrony Boris Pistorius – socjaldemokrata – postawił sobie cel w zdaniu, które weszło do niemieckiego słownika politycznego: „musimy być gotowi do wojny do 2029 roku”. Merz w swoim pierwszym oświadczeniu rządowym obiecał uczynić Bundeswehrę „najsilniejszą armią konwencjonalną w Europie”. 29 września 2025 roku, w Düsseldorfie, ostrzegł, że zamierza powiedzieć coś „być może na pierwszy rzut oka nieco szokującego”: „nie jesteśmy w stanie wojny, ale nie jesteśmy już też w stanie pokoju”. Wojna Rosji, dodał, to „wojna przeciwko naszej demokracji i wojna przeciwko naszej wolności”.

Niemcy i Rosja od wieków łączyły, że tak powiem, złożone relacje. Katarzyna II Wielka, caryca rosyjska (1762–1796), była niemiecką księżniczką ze Szczecina, a rosyjska dynastia formalnie nosiła nazwę Romanow-Holsztyn-Gottorp od 1762 do 1917 roku. Traktatem reasekuracyjnym Bismarck związał Rosję w 1887 roku, aby nigdy nie musieć walczyć na dwóch frontach, ale jego następcy złamali go w 1890 roku, popychając Rosję w kierunku Francji i tworząc warunki, które eksplodowały w 1914 roku wraz z wybuchem I wojny światowej. Nie trzeba przypominać, że oba kraje stoczyły najkrwawsze bitwy w historii po inwazji Hitlera na ZSRR w 1941 roku.

Trzeci element zdaje się jeszcze bardziej komplikować tę relację. W 1962 roku, pod naciskiem Waszyngtonu, NATO zakazało sprzedaży niemieckich rur do ZSRR, a niemieckie firmy musiały zerwać podpisane kontrakty. Wiele lat później Brandt odrzucił weto: w lutym 1970 roku zawarto umowę „niemieckie rury za radziecki gaz”, sześć miesięcy przed traktatem moskiewskim – wynegocjowanym przez Bahra – w którym Bonn ostatecznie uznało powojenne granice.

W 1982 roku, w kontekście rurociągu syberyjskiego, Waszyngton nałożył sankcje na europejskie firmy, ale rządy europejskie domagały się mimo wszystko honorowania kontraktów, dopóki Reagan nie ustąpił. To były dobre stare czasy, kiedy Europa wciąż zachowywała swoją suwerenność i była w stanie przeciwstawić się sankcjom USA. Do 2019 roku samo zagrożenie ze strony Białego Domu wystarczyło, aby szwajcarska firma Allseas porzuciła Nord Stream 2 w ciągu 24 godzin – a do lutego 2021 roku osiemnaście europejskich firm zrobiło to samo, w tym certyfikatorzy i ubezpieczyciele, bez których rurociąg, nawet po ukończeniu, nie mógłby działać. Wreszcie, we wrześniu 2022 roku, materiały wybuchowe rozstrzygnęły sprawę na dnie Bałtyku wraz z atakiem terrorystycznym na kontrowersyjny rurociąg.

W reportażu śledczym znany dziennikarz Seymour Hersh przypisał eksplozję operacji amerykańskiej, czemu Waszyngton zaprzeczył; W czerwcu tego roku niemiecka prokuratura oskarżyła Ukraińca o dowodzenie żaglowcem, który rzekomo przewoził ładunki wybuchowe. Pewne jest, że niemiecka infrastruktura energetyczna została zniszczona i po czterech latach nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności, a Berlin nigdy nie traktował tego incydentu jako ataku, a tym bardziej jako casus belli . Ukończony we wrześniu 2021 roku, kosztem około 9,5 miliarda euro, Nord Stream 2 nie działał ani jednego dnia. Straty nie poniósł tylko rosyjski Gazprom – który sfinansował połowę projektu – ale także firmy z Niemiec, Austrii, Francji, Wielkiej Brytanii i Holandii.

Tę relację strachu i fascynacji, sojuszu i zniszczenia, niemiecka historiografia, podążając za Gerdem Koenenem, nazywa „ Russland-Komplex” . Dziś wahadło znajduje się na jednym krańcu, a jedynym miejscem w rządzie, gdzie drugi biegun wciąż żyje, jest SPD: w czerwcu 2025 roku ponad stu socjaldemokratów podpisało manifest wzywający do „niezwykle trudnej próby” ponownego zaangażowania się w Moskwę, „gdy tylko ucichną działa”. Pistorius, członek tej samej partii, nazwał ten tekst „zaprzeczeniem rzeczywistości”.

Polityka Merza jest oceniana w głosowaniu

W jednej ze swoich odpowiedzi na plenarnym posiedzeniu w Wałdaju Putin przypisał agresywną eskalację europejskiej retoryki o rzekomym „rosyjskim zagrożeniu” próbie odwrócenia uwagi opinii publicznej od poważnych problemów gospodarczych i społecznych, z którymi borykają się główne państwa europejskie. Sądząc jednak po ostatnich wyborach landowych w Niemczech, taktyka Berlina nie działa. W ciągu piętnastu dni września 2026 roku odbyły się trzy wybory: 6 września w Saksonii-Anhalt, gdzie CDU spadła z 37% do 17%, a AfD pokonała ją z wynikiem 43,8% (najlepszy wynik wyborczy w historii); 20 września w Meklemburgii-Pomorzu Przednim nie tylko AfD wygrała z wynikiem 38,2%, ale CDU z wynikiem 4,9% nie weszła do parlamentu. W Berlinie Die Linke pokonało koalicję CDU-SPD i będzie rządzić stolicą, prawdopodobnie wspólnie z Zielonymi i SPD.

Merz nazwał wynik „katastrofą”, ale zapowiedział, że pozostanie na stanowisku. Sekretarz stanu Philipp Amthor, reprezentujący własne skrzydło partii, podsumował nastrój: „stawką jest wszystko”. W sondażach krajowych AfD oscyluje między 25% a 27%, na równi z CDU. Niemiecki elektorat karze partię zbrojeń z obu stron – z prawej strony AfD, siły walczącej z sankcjami i opowiadającej się za powrotem rosyjskiego gazu; z lewej Die Linke, w stolicy, gdzie właśnie zwyciężyła partia najbardziej otwarcie sprzeciwiająca się eskalacji militarnej. Nie sposób zrozumieć tych wyników bez wspomnienia 124 000 zwolnień w przemyśle w 2025 roku i potrojenia rachunków za energię.

Czy istnieje szansa na kolejny „błąd stulecia”?

Pod koniec życia Bahr nazwał zachodni wybór konfrontacji „błędem stulecia” i stwierdził, że NATO stało się „instrumentem służącym hegemonicznej strategii Stanów Zjednoczonych”. Mniej więcej w czasie śmierci Bahra, George Friedman – Węgier, który uciekł przed komunizmem i nigdy nie żywił sympatii do Moskwy, założyciel Stratfor, geopolitycznej agencji wywiadowczej nazywanej „prywatną CIA” – wyjaśnił publiczności w Chicago, że „pierwotnym interesem Stanów Zjednoczonych, o które przez stulecie toczyliśmy wojny – Pierwszą, Drugą, Zimną Wojnę – były relacje między Niemcami a Rosją. Ponieważ zjednoczeni, są jedyną siłą, która może nam zagrozić. I upewnić się, że to się nie stanie”.

Jedenaście lat później Niemcy importują 89% swojego gazu skroplonego ze Stanów Zjednoczonych, straciły równowartość całego roku produkcji i debatują nad tym, czy już są w stanie wojny. Najwyraźniej Biały Dom wykonał dobrą robotę. Ale Putin najwyraźniej powołał się na Bahra, mając nadzieję, że jedynym argumentem zdolnym do podważenia niemieckiego konsensusu jest argument sam w sobie niemiecki.

Zakład prezydenta Rosji wywołał niezwykłą atmosferę na plenarnym posiedzeniu. Przed zadaniem pytań redaktor naczelny szwajcarskiej gazety „Weltwoche” , Roger Köppel, zaznaczył, że znał Egona Bahra i podziwiał jego wizję polityczną. Putin zaczął odpowiadać na inne pytania, aż nagle przerwał swój tok myślenia i powiedział, że byłoby ciekawie usłyszeć więcej o Egonie Bahrze, ponieważ nigdy go nie spotkał. A potem, niespodziewanie, oddał głos Köppelowi, prosząc go o podzielenie się swoją opinią na temat polityki Bahra. Zaskoczony Köppel odpowiedział, że uważa go za człowieka imponującego, pogodnego i wysoce inteligentnego, realistę, nieulegającego „moralnemu imperializmowi” współczesnej Europy, który „uważa, że ​​Europa jest cmentarzyskiem dawnych imperiów, [ale] że może być kontynentem pokoju i powiązań między USA a Rosją”. Pod koniec sesji plenarnej mój znajomy z Klubu Wałdaj powiedział mi, że nie przypomina sobie innej sytuacji, w której prezydent zadałby pytanie komuś z publiczności.

Rozmawiałem z doświadczoną rosyjską analityczką polityczną, która od lat uważnie śledzi przemówienia Putina. Powiedziała mi, że to wyjątkowe przemówienie, zwłaszcza w sesji pytań i odpowiedzi, w którym prezydent Rosji przemawiał z wielką szczerością, momentami graniczącą z ponurością, i wyrażał autentyczne zaniepokojenie obecną sytuacją geopolityczną. Jej zdaniem Putin zdawał się apelować do globalnych elit decyzyjnych, jakby chciał powiedzieć, że ich obowiązkiem jest niedopuszczenie do wymknięcia się procesów transformacji porządku światowego spod kontroli, bo jeśli tak się stanie, nie będzie zwycięzców. Dodała: „Ton tego przemówienia przypominał mi słynne przemówienie z konferencji monachijskiej z 2007 roku”.

Słysząc uwagę Köppela o „moralnym imperializmie” i „Europie jako cmentarzysku imperiów”, Putin odpowiedział: „Być może dlatego wielu w Europie chce dokończyć dzieło zniszczenia Imperium Rosyjskiego, którego od dawna nie ma? Ale oni najwyraźniej o tym nie wiedzą”.

Ostatnim razem, gdy Niemcy stosowały tak agresywną retorykę wobec Rosji, jednocześnie czyniąc się „najpotężniejszą armią w Europie” – jak chce Friedrich Merz – ludzkość pogrążyła się w największej i najkrwawszej wojnie w swojej historii. Ale Niemcy najwyraźniej już o tym nie pamiętają – ani o Egonie Bahr.

Za późno, by uratować Europę: Co Putin, Ławrow, Orieszkin i Karaganow powiedzieli w Wałdaju

© SCF

Za późno, by uratować Europę: co Putin, Ławrow, Orieszkin i Karaganow powiedzieli mi na szczycie w Wałdaju w 2026 r.

Autorstwa Lorenza Marii Paciniego

Jeśli drzwi, które Moskwa uważa za otwarte, są w istocie zamknięte, to są one zamknięte po tej stronie – i to nie Rzym zamknął je z własnej woli.

Szczyt Wałdajski z dala od głównego miejsca wydarzenia

To, co opiszę w tym artykule, jest mniej techniczne i bardziej osobiste niż zwykle. Dotyczy on spostrzeżeń, jakie zdobyłem podczas kilku dni wypełnionych dialogami, dyskusjami i, jak się wydaje, „skandalicznym” pytaniem, które wywołało ogromne poruszenie w europejskich mediach – ponieważ zapytałem prezydenta Federacji Rosyjskiej, Władimira Władimirowicza Putina, co stanie się z Europą.

Pełne nagranie przemówienia Władimira Putina na Forum Wałdajskim można znaleźć tutaj .

Moje oświadczenia i odpowiedzi Putina można znaleźć tutaj .

W tym roku Forum Wałdaj nie odbyło się w Soczi. W zaproszeniach wysłanych latem nadal wymieniano to miasto nad Morzem Czarnym jako miejsce organizacji, ale pod koniec sierpnia organizatorzy ogłosili przeniesienie do obwodu moskiewskiego. Według „Financial Times”, Federalna Służba Bezpieczeństwa wnioskowała o zmianę, obawiając się zagrożenia ze strony ukraińskich dronów po serii letnich ataków na nadmorskie rafinerie. Ten szczegół logistyczny ma swoją wagę. Wojna – o której zawsze mówi się w Wałdaju językiem systemu międzynarodowego – wpływa teraz również na praktyczną organizację forum.

23. doroczne spotkanie odbyło się w dniach 28 września – 1 października pod tytułem, który brzmi niemal jak osobiste pytanie do Europejczyka: „Odpowiedzialność za przyszłość: granice możliwości czy nieograniczone możliwości?”. Sesja otwarcia obejmowała prezentację rocznego raportu klubu zatytułowanego „ Zachowaj spokój: państwo i odpowiedzialność za przyszłość ”, który autorzy – nawiązując do Kubricka – przedstawiają jako przewodnik po zaprzestaniu rozmyślania i nauce akceptowania chaosu. Następnie odbyło się dziewięć sesji tematycznych, sesja specjalna, a ostatniego dnia sesja plenarna z prezesem.

Przybyłem jako Włoch i Europejczyk, w pełni świadomy, że te dwie tożsamości mają w tych salach różny ciężar. W ciągu tygodnia rozmawiałem w szczególności z czterema wysoko postawionymi rozmówcami: Siergiejem Karaganowem, Maksimem Orieszkinem, Siergiejem Ławrowem oraz – podczas sesji plenarnej – Władimirem Putinem. Pierwsze trzy rozmowy odbyły się na marginesie sesji i relacjonuję je z moich notatek – zasadniczo, nie dosłownie. Czwarta wymiana zdań była publiczna i udokumentowana transkrypcją, z której cytuję bezpośrednio.

Rozpatrywane osobno, cztery dialogi przekazują treści znane każdemu śledzącemu rosyjską debatę. Oglądane jednak po kolei, malują jaśniejszy obraz: wspólną ocenę Europy i cztery różne sposoby wyciągania z niej wniosków. A przede wszystkim przyszłość, która wcale nie rysuje się w różowych barwach.

Karaganow: Europa jako źródło zła

Siergiej Karaganow jest jednym z założycieli Klubu Wałdajskiego, honorowym przewodniczącym Rady Polityki Zagranicznej i Obronnej oraz przez lata najbardziej radykalnym głosem rosyjskiego realizmu. Z nim rozmowa natychmiast rozpoczęła się od najbardziej kontrowersyjnego punktu. Powiedział, że Europa jest źródłem wszelkiego zła. Gdyby została zniszczona, nikt by jej nie opłakiwał. [?? Chodzi zapewne o Unię E.?? md]

Taktyczny konflikt nuklearny na jej terytorium nie angażowałby żadnych innych aktorów. Europejczycy mieli wystarczająco dużo czasu, aby znaleźć rozwiązanie własnych problemów; teraz, gdy postanowili przygotować się do wojny z Rosją, było za późno, aby dać im kolejną szansę.

Muszę być szczery: nigdy nie byłem fanem Karaganowa; często uważałem jego poglądy za zbyt radykalne i staromodne. Ale zaczynając od kawy po obiedzie – i kontynuując przez tydzień dyskusji – odkryłem, że myślimy bardzo podobnie i że jego poglądy bynajmniej nie są trywialne. Każdy, kto przeczytał jego ostatnie wypowiedzi, rozpozna ten sposób myślenia. W czerwcu 2023 roku Karaganow publicznie argumentował, że Rosja powinna obniżyć próg użycia broni jądrowej, aby przywrócić wiarygodność swojego odstraszania i zachęcić Zachód do wycofania się z konfliktu na Ukrainie. Część tego podejścia znalazła następnie swoje odzwierciedlenie w oficjalnych dokumentach : Zasady polityki państwowej Federacji Rosyjskiej w zakresie odstraszania jądrowego, zaktualizowane w listopadzie 2024 roku, traktują atak państwa nieposiadającego broni jądrowej przeprowadzony z udziałem lub wsparciem mocarstwa jądrowego jako atak wspólny.

Jego słowa zawierają jednak trzy odrębne stwierdzenia i warto je rozważyć oddzielnie. Pierwsze to osąd historyczny i cywilizacyjny: Europa jako źródło wielkich katastrof nowoczesności, od wojen światowych po kolonializm. Jest to teza, którą Karaganow od dawna podtrzymuje i którą można podważyć, ale która mieści się w sferze interpretacji. Drugie – że nikt nie będzie opłakiwał Europy – to przewidywanie dotyczące reakcji innych; z tego, co obserwowałem w tamtych czasach, znalazło ono oddźwięk u znacznej części uczestników z Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej. Trzecie to strategiczna hipoteza leżąca u podstaw wszystkiego innego: eskalacja nuklearna w Europie pozostałaby ograniczona do Europy.

Kwestia ta jest przedmiotem debaty w literaturze poświęconej odstraszaniu od siedemdziesięciu lat i – na szczęście – brakuje dowodów empirycznych. Czynnik komplikuje tę hipotezę w samej Europie. Francja i Wielka Brytania posiadają arsenały narodowe, a w marcu 2025 roku Paryż oficjalnie rozpoczął debatę na temat europejskiego wymiaru swojego odstraszania. Konflikt nuklearny o charakterze czysto europejskim zakłada, że ​​dwa europejskie mocarstwa nuklearne będą biernie przyglądać się sytuacji. To najsłabsze założenie w całym rozumowaniu, niezależnie od tego, jak ocenia się pozostałe dwa.

Należy również zauważyć, że Karaganow nie przemawia w imieniu rządu. Na Forum Wałdajskim reprezentuje on skrzydło rosyjskiej debaty, które popycha Kreml w kierunku bardziej zdecydowanych stanowisk, a jednym z jego zadań jest właśnie poszerzanie granic tego, co wolno mówić. W tym świetle jego „za późno” jest raczej oznaką trendu niż doktryny.

Oreszkin: Rynek, którego już nie ma

Ton Maksima Orieszkina całkowicie się zmienił. Jako wiceszef Administracji Prezydenta, były minister rozwoju gospodarczego, a później doradca ekonomiczny prezydenta, Orieszkin argumentował w kategoriach przepływów pieniężnych i bilansów. Jego ocena była bezkompromisowa: Europa jest skończona. Nie ma już realnej konkurencji na rynku energii, ponieważ Chiny i Indie zajmują obecnie czołowe miejsca wśród rosyjskich odbiorców. Nie ma też powodu, by inwestować w europejski bailout, skoro Europejczycy jak dotąd nie wykazali zainteresowania znalezieniem pokojowego i rozsądnego rozwiązania. Pytanie, które zadałem mu podczas spotkania z uczestnikami Wałdaju, brzmiało: „Skoro gazociąg Nord Stream 2 nie jest już dostępny – ponieważ został sabotowany – czy zamierza pan znaleźć nowy system przesyłu energii, zakładając, że Europa dojdzie do pojednania, a sytuacja dyplomatyczna się poprawi?”. Jego bezkompromisowa – i być może brutalna – odpowiedź jest niczym sztylet prawdy wbity w sumienie każdego Europejczyka.

„Koniec” należy rozumieć w sensie technicznym. Orieszkin nie mówił wprost o cywilizacji europejskiej, lecz o Europie jako partnerze handlowym: rynku, który nie odgrywa już centralnej roli dla Rosji i dlatego nie uzasadnia żadnych ustępstw politycznych w celu jego odzyskania. Po 2022 roku rosyjska ropa naftowa znalazła swoich głównych nabywców w Chinach i Indiach, a Bruksela, poprzez porozumienie między Radą a Parlamentem Europejskim z grudnia 2025 roku, zobowiązała się do stopniowego wycofywania importu rosyjskiego gazu – w tym gazu rurociągowego i LNG – do 2027 roku.

Współzależność energetyczna, która łączyła Europę i Rosję przez pół wieku – nawet w najgorszych okresach zimnej wojny – była demontowana przez obie strony. Argument Orieszkina zwięźle ujmuje najprostszą konsekwencję: ten, kto nie jest już głównym nabywcą, traci również jakikolwiek wpływ. Takie są prawa rynku i ani w Londynie, ani w Berlinie, ani w Brukseli nie ma już polityków ani grup władzy, które mogłyby dyktować Rosji, „co ma robić”.

W Moskwie również dobrze znana jest ta negatywna strona. Rynek zdominowany przez dwóch dużych nabywców pozwala im żądać rabatów, a zastąpienie Europy Azją wiąże się z kosztami w postaci cen i dostępu do technologii. Jednak zgodnie z przedstawioną mi logiką, pytanie nie brzmi już, czy Europa leży w interesie Rosji. Chodzi o to, ile kosztowałoby ponowne uczynienie jej korzystną, a domyślna odpowiedź brzmi, że Europejczycy muszą ponieść ten koszt.

Ławrow: Drzwi do „tego” rozkazu są zamknięte.

Siergiej Ławrow przeniósł dyskusję z kwestii ekonomicznych na dyplomację, ale konkluzja pozostała ta sama. Europa, jak powiedział, miała wiele okazji do wznowienia dialogu z Rosją, ale zamiast tego zdecydowała się na eskalację bezpośredniej konfrontacji. Teraz było już za późno, by się wycofać: wszystkie granice zostały przekroczone, a przy obecnym porządku europejskim nie było już drogi powrotu do poprzednich relacji.

Chciałbym, abyśmy zatrzymali się na chwilę i zastanowili nad wagą tych słów. Każdy, kto zna Ławrowa, wie, że jest politykiem, który waży każde słowo z wielką przenikliwością, nawet w bardziej swobodnych okolicznościach, takich jak szczyt w Wałdaju. „Granice zostały przekroczone”. Wymienianie tych granic byłoby bezcelowe, ponieważ są tak oczywiste dla całego świata, że ​​byłoby to po prostu stratą czasu. Ale spojrzenie w oczach Ławrowa, kiedy mówił o Europie – tego nigdy nie zapomnę. Spotykałem się z nim wiele razy, ale tym razem było w nim coś innego.

Minister może wskazać na szereg wydarzeń, do których regularnie odwołuje się rosyjska dyplomacja: porozumienia mińskie, projekt traktatów o gwarancjach bezpieczeństwa przedstawiony Stanom Zjednoczonym i NATO 17 grudnia 2021 r. oraz negocjacje w Stambule wiosną 2022 r. Rosyjska interpretacja każdego z tych wydarzeń jest kontrowersyjna i kwestionowana w Europie. Mnie interesuje tu inny aspekt – ograniczenie, które po ponownym przeczytaniu po sesji plenarnej okazało się kluczowe dla całego tygodnia. Powrót jest niemożliwy w obecnych europejskich warunkach . Nie z Europą w jej obecnym kształcie – czyli UE i NATO. Odrzucenie dotyczy klasy rządzącej i architektury instytucjonalnej, a nie krajów, które są jej częścią.

Zastanawiam się, jak bardzo rosyjska cierpliwość została nadużyta, zanim padły takie słowa. Klasyczna literatura rosyjska oferuje nam godne podziwu przykłady zdolności rosyjskich polityków do grania na zwłokę, ignorowania problemów i wykazywania się cierpliwością. I nie da się zaprzeczyć, że taka była konsekwentna postawa rosyjskiej klasy rządzącej w ostatnich latach konfliktu. Stwierdzenie, że granica została przekroczona – co Putin później powtórzy na sesji plenarnej szczytu – oznacza, że ​​nie można już marnować zasobów na cierpliwe czekanie; oznacza, że ​​niedźwiedź został wybudzony z hibernacji w niewłaściwym momencie; oznacza, że ​​konsekwencje tych działań będą epokowe.

Ławrow dodał coś jeszcze: „Jesteśmy gotowi uderzyć w Europę w sposób wzorowy, a nie tak, jak zrobiliśmy to na Ukrainie”. Zapamiętajcie te słowa, drodzy europejscy przyjaciele. Przeczytajcie je jeszcze raz i zastanówcie się nad ich znaczeniem. Nic więcej nie trzeba dodawać.

Włoski profesor zadaje pytanie Putinowi

Dochodzimy teraz do jednego z najniebezpieczniejszych momentów w mojej karierze. Sesja plenarna odbyła się, zgodnie z tradycją, w obecności prezydenta Rosji, a przewodniczył jej Fiodor Łukjanow. Zabrałem głos i zadałem dwuczęściowe pytanie:

„Pochodzę z Włoch, kraju, który obecnie nie utrzymuje dobrych stosunków z Rosją. Jako Europejczyk, chciałbym zapytać: Jakie warunki Rosja postawi dla rozwoju nowego systemu bezpieczeństwa dla krajów europejskich? A jeśli wyobrazimy sobie Europę po upadku Unii Europejskiej, czy będzie ona częścią szerokiego partnerstwa euroazjatyckiego, czy też Stany Zjednoczone i Rosja będą zawsze konkurować o te terytoria?”

Putin zaczął od drugiej części i kolejność nie jest przypadkowa:

„Włochy leżą w Europie, a mówię o partnerstwie euroazjatyckim: oczywiste jest zatem, że będziemy również uważać Włochy za partnera euroazjatyckiego – i już to robimy”.

Zaraz potem wyjaśnił, że los Unii Europejskiej i dalsze członkostwo Włoch „nie jest naszą sprawą”. Moskwa nie zamierza nawet o tym dyskutować, ponieważ każde oświadczenie w tej sprawie zostałoby zinterpretowane jako próba podziału UE, „podczas gdy my nie chcemy niczego dzielić. Chcemy tylko budować i współpracować”.

Odnośnie warunków nowego systemu bezpieczeństwa, odpowiedź była jednoznaczna: „Nie mamy żadnych warunków wstępnych”. Jego zdaniem przeszkoda leży gdzie indziej. Niektórzy europejscy politycy uważają za niedopuszczalne, aby jeden kraj angażował się w dialog z Rosją, a Putin określił to żądanie jako dyktat jeszcze ostrzejszy niż ten z czasów sowieckich. Porównanie zostało starannie dobrane: ZSRR był zjednoczonym i silnie scentralizowanym państwem, którego republiki stanowiły część jednolitej struktury państwowej; Unia Europejska teoretycznie nie jest taka, ale w praktyce zachowuje się tak, jakby nią była. „Nikt nam nie zabrania; jesteśmy gotowi”.

W tym momencie Łukjanow wygłosił prowokacyjną uwagę, typową dla doświadczonego moderatora: Skoro Bruksela tego zabrania, czy nie lepiej byłoby przyczynić się trochę do rozpadu UE, aby ułatwić sobie kontakty z poszczególnymi krajami? Odpowiedź padła bez wahania: „Ale to nie jest konieczne – same się rozpadną”.

Następnie Putin zwrócił się bezpośrednio do mnie. „Nasz włoski kolega wie o tym lepiej niż my” – powiedział i zaczął wymieniać liczby: dług publiczny Włoch wynosi 140%, deficyt około 3%, a w innych krajach europejskich blisko 5%. Liczby były zaokrąglone, ale niewiele odbiegały od prawdy. Według Istat i Eurostatu dług publiczny Włoch na koniec 2024 roku wynosił 135,3% PKB, a zadłużenie netto 3,4%. W tym fragmencie nie chodziło jednak o miejsca po przecinku. Wszystkie problemy zaczynają się w gospodarce: poziom życia spada, bezrobocie rośnie, a obywatele największych gospodarek europejskich odczuwają skutki na własnej skórze – a to, jak powiedział, „podważa również fundamenty Unii Europejskiej. Ale to nie nasza sprawa; nie ingerujemy”.

Podsumowując, potwierdził ofertę w sposób zrównoważony: dialog z Unią jako całością, jeśli Unia tego zapragnie, lub z poszczególnymi krajami, bez warunków wstępnych. „Ale nie może być też żadnych warunków wstępnych ze strony europejskiej”.

Próba uchwycenia wagi tych słów, politycznej równowagi, którą one ujawniają, i siły męża stanu, który troszczy się nie tylko o dobrobyt swojego kraju, ale także o dobrobyt całego innego kontynentu, jest prawdziwą lekcją tego, czym naprawdę jest polityka.

Posłuchaj całego przemówienia Putina, a zrozumiesz, jak w niecałe pięć minut można uchwycić upadek całej Europy w każdym aspekcie, a jednocześnie z nutą melancholii potwierdzić, że Rosja zrobiła wszystko, co w jej mocy, by zaoferować pomoc. Ale decyzje samych Europejczyków należą do nich, niezależnie od tego, pod jaką flagą się udadzą. Rosja szanuje i zawsze będzie szanować fundamentalne zasady swojej polityki zagranicznej i tradycji politycznej. Nie ma cudownego mesjanizmu, nie ma improwizowanego zbawiciela.

Europa – a raczej Europejczycy tej Europy – co zamierzają zrobić?

Przeczytałem ponownie moje notatki z podróży

Kiedy ponownie czytam swoje notatki po powrocie, pierwszą rzeczą, która mnie uderza, jest zgodność opinii. Strateg, ekonomista, minister spraw zagranicznych i prezydent, każdy z nich wyraził tę samą ocenę własnymi słowami: Dzisiejsza Europa wyczerpała już swój kredyt zaufania wobec Moskwy. Drugą rzeczą, która mnie uderza, jest to, że każdy z nich wyciąga z tej diagnozy inny wniosek.

Dla Karaganowa konkluzja jest nieunikniona i nabiera niemal eschatologicznego wydźwięku: Europa miała swoją szansę, a to, co następuje, nie jest już kwestią dyplomacji. Dla Orieszkina jest to kwestia trzeźwej, twardej kalkulacji: Europa nie jest warta inwestycji, które byłyby potrzebne, aby ją odzyskać. Dla Ławrowa jest to ograniczony dyplomatyczny odwrót, koncentrujący się bardziej na strukturze politycznej niż na ludziach. Wreszcie, dla Putina drzwi pozostają otwarte – choć wobec poszczególnych państw, a nie wobec Brukseli – w połączeniu z oczekiwaniem, że recesja gospodarcza dokona reszty.

Pozorna sprzeczność między stanowiskiem „za późno” pierwszych trzech państw a stanowiskiem „bez warunków wstępnych” czwartego państwa została właśnie rozwiązana w charakterystyce Ławrowa. Rezultatem jest spójna linia, którą nazwałbym „bilateralizacją”: Moskwa nie będzie negocjować z Unią jako podmiotem politycznym, dopóki jej obecne kierownictwo pozostaje u władzy; oferuje poszczególnym państwom członkowskim kanały bez warunków wstępnych i pozwala, by wewnętrzne trudności Europy uczyniły te kanały atrakcyjnymi. Wzmianka o Włoszech jako euroazjatyckim partnerze „już dziś” musi być rozumiana w tym kontekście: nie jest to gest kurtuazyjny, lecz wskazanie, którego rozmówcę preferuje Moskwa.

Z pewnością nie mogę twierdzić, że czwórka prominentnych rozmówców doszła do porozumienia – to oczywiste – ale uznałem ten konsensus za prawdziwie „proroczy”. Wałdaj zawsze był miejscem, gdzie szeroki zakres rosyjskiej debaty był prezentowany zagranicznej publiczności. Mogę powiedzieć, że te perspektywy są ze sobą zgodne i wzajemnie się wzmacniają: nieprzejednane stanowisko Karaganowa sprawia, że ​​oferta Putina wydaje się umiarkowana; wypowiedzi Orieszkina uwiarygodniają tezę, że Moskwa nie musi iść na żadne ustępstwa; a formuła Ławrowa stanowi równowagę między determinacją a otwartością.

Kryzys zadłużenia państwowego w latach 2010–2012 doprowadził do powstania Europejskiego Mechanizmu Stabilności i Unii Bankowej; pandemia doprowadziła do powstania Next Generation EU i pierwszego wspólnego zaciągania pożyczek na dużą skalę. W Unii kryzysy doprowadziły do ​​co najmniej tyle samo centralizacji, co fragmentacji. Stwierdzenie „rozpadną się same” jest zatem hazardem, a nie pewnością – nawet jeśli ryzyko to niewiele kosztuje tych, którzy je podejmują: jeśli UE się utrzyma, Moskwa przynajmniej zaoferowała dialog; jeśli się rozpadnie, ma już do dyspozycji kanały dwustronne.

Wskaźniki, które będziemy obserwować w ciągu najbliższych dwunastu do osiemnastu miesięcy, są dość jednoznaczne. Pierwszy dotyczy dwustronnych wizyt przywódców UE w Moskwie, oprócz wcześniejszych wizyt Viktora Orbána w lipcu 2024 roku i Roberta Fico w maju 2025 roku. Drugi to pytanie o to, czy w sprawie półrocznych przedłużeń sankcji, gdzie jedno weto wystarczy, aby wywołać konflikt, przeważy jednomyślność. Trzeci dotyczy krajowych odstępstw od harmonogramu wycofywania rosyjskiego gazu. Czwarty – i dla nas najważniejszy – to ewentualne otwarcie zorganizowanego kanału przez jedną z głównych stolic, w tym Rzym.

Co z tego wynoszę? Jako Włoch, zdanie, które wynoszę, nie dotyczy rozpadu, lecz drugiego: „Uważamy już Włochy za partnera euroazjatyckiego”. Zawiera ono zarówno ofertę, jak i oświadczenie skierowane do nas. Jeśli drzwi, które Moskwa uważa za otwarte, są w rzeczywistości zamknięte, to są zamknięte po tej stronie – i to nie Rzym zamknął je z własnej woli.

Jak długo kraj z długiem przekraczającym 135% PKB może pozwolić sobie na pozostawianie innym decydowania, kto z kim może rozmawiać? Nikt w Moskwie mnie o to nie pytał. To pytanie zabrałem ze sobą do domu. I każdy Włoch z czystym sumieniem, każdy Europejczyk z sercem zna odpowiedź.

Źródło: Za późno, by uratować Europę: co Putin, Ławrow, Orieszkin i Karaganow powiedzieli mi na szczycie w Wałdaju w 2026 r.

Władimir Putin: Europa wykończy się sama

Władimir Putin: Europa wykończy się sama

Zdaniem prezydenta Rosji Władimira Putina Europa nie potrzebuje pomocy Moskwy, by wpędzić się w kłopoty. Podczas sesji plenarnej Klubu Dyskusyjnego ‚Wałdaj’  Putin nakreślił obraz kontynentu, który w wyniku własnych decyzji politycznych i gospodarczych traci konkurencyjność.

Gdy moderator zapytał Putina, czy Rosja powinna aktywnie przyczyniać się do destabilizacji państw zachodnich, jego odpowiedź była demonstracyjnie lakoniczna: nie ma takiej potrzeby – kraje te zrobią to same. Za tą prowokacyjną uwagą kryje się zasadnicza krytyka europejskiej polityki gospodarczej i energetycznej ze strony Putina. W jego ocenie państwa europejskie podjęły decyzje, które osłabiają ich własną bazę przemysłową i zwiększają zależność od droższego importu energii.

Wypowiedzi Putina stanowią element rosyjskiej retoryki politycznej wobec Zachodu i w żadnym razie nie są neutralną analizą gospodarczą. Niemniej jednak obecne problemy gospodarcze Europy są realne: we wrześniu 2026 roku inflacja w strefie euro wzrosła do 3,8 procent, przy czym głównymi czynnikami napędzającymi ten wzrost były wyższe ceny paliw, gazu ziemnego i żywności. Jednocześnie wysokie koszty energii i finansowania stanowią obciążenie zarówno dla przedsiębiorstw, jak i konsumentów.

Problem energetyczny Europy staje się problemem

Od czasu znacznego ograniczenia korzystania z rosyjskiej energii Europa gruntownie przebudowała swoje struktury dostaw. Jednocześnie ceny energii i bezpieczeństwo dostaw pozostają decydującymi czynnikami konkurencyjności dla przemysłu energochłonnego.

O tym, jak bardzo podatna na zagrożenia stała się Europa, świadczy obecny kryzys na rynku oleju napędowego. UE dyskutuje o uwolnieniu strategicznych rezerw, podczas gdy USA okresowo groziły ograniczeniem eksportu oleju napędowego. Według danych agencji Reuters we wrześniu około 41 procent europejskiego importu tego paliwa pochodziło ze Stanów Zjednoczonych.

Znacząco skurczyły się również europejskie moce przerobowe rafinerii. Od 2009 roku zlikwidowano 30 z funkcjonujących wówczas około 100 zakładów. Łączna zdolność przerobowa rafinerii w Europie i krajach sąsiednich spadła z poziomu około 17,5 miliona baryłek dziennie w 2009 roku do około 14,4 miliona obecnie. Przesłanie Putina brzmi zatem następująco: Europa porzuciła dotychczasowe relacje energetyczne z Rosją, nie zapewniając sobie w zamian równie korzystnej alternatywy.

Między sankcjami, Ukrainą a własnym przemysłem

Do tego dochodzą koszty konfliktu geopolitycznego z Rosją. Od początku wojny na Ukrainie Unia Europejska sukcesywnie rozszerzała zakres sankcji. Jednocześnie finansuje ona Ukrainę – zarówno militarnie, jak i gospodarczo – oraz znacząco zwiększa własne wydatki na obronność. Same tylko wydatki na obronność w UE wzrosły do poziomu około 418 miliardów euro w 2025 roku – to o 75 procent więcej niż w 2021 roku.

Putin postrzega ten trend jako strategiczny błąd Europy: środki finansowe, energia i potencjał przemysłowy są w coraz większym stopniu wykorzystywane do celów geopolitycznych i militarnych, podczas gdy konkurencyjność europejskiej gospodarki znajduje się pod presją.

Z perspektywy Brukseli ocena sytuacji wygląda inaczej. UE uznaje sankcje wobec Rosji oraz wsparcie dla Ukrainy za konieczne z punktu widzenia bezpieczeństwa i polityki zagranicznej. Koszty gospodarcze traktowane są tu jako cena za zmniejszenie zależności od Rosji oraz za udzielenie pomocy Ukrainie. Niezależnie jednak od tej oceny politycznej, obciążenie gospodarcze pozostaje faktem.

Europa między wieloma frontami

Prawdziwe wyzwanie wykracza zatem daleko poza kwestię relacji z Rosją. Europa chce jednocześnie zakończyć uzależnienie od rosyjskiej energii, wspierać Ukrainę, znacząco się zbroić, utrzymać swój przemysł i przyspieszyć transformację energetyczną. Każdy z tych celów wiąże się z ogromnymi kosztami.

Jednocześnie europejskie firmy konkurują z podmiotami działającymi w USA i Azji, gdzie energia jest często tańsza, a państwowe programy wsparcia przemysłu tworzą dodatkowe zachęty inwestycyjne.

Obecny kryzys energetyczny dodatkowo potęguje tę presję. Komisja Europejska omawia z europejskimi rządami kwestię uwolnienia rezerw oleju napędowego, podczas gdy rosnące ceny energii ponownie napędzają inflację. Właśnie tę sytuację Putin wykorzystuje do celów politycznych, twierdząc, że Rosja wcale nie musi destabilizować Europy – Europa robi to sama poprzez własne decyzje.

Kto ostatecznie za to zapłaci?

Z perspektywy obywateli kwestia ta wygląda znacznie bardziej prozaicznie. Rosnące ceny energii bezpośrednio dotykają gospodarstwa domowe. Wyższe koszty produkcji obciążają przedsiębiorstwa. Gdy zakłady przemysłowe ograniczają produkcję, przenoszą inwestycje lub zamykają swoje placówki, odbija się to na miejscach pracy i wpływach podatkowych. Jednocześnie rosnące wydatki na obronność, energię i cele społeczne zwiększają presję na finanse publiczne.

Obecna sytuacja pokazuje, że ryzyka te nie mają jedynie charakteru teoretycznego. Ceny ropy przekraczające 100 dolarów za baryłkę, rosnące ceny oleju napędowego oraz wyższe koszty finansowania jednocześnie obciążają europejską gospodarkę.

Problemów, na które wskazuje prezydent FR, nie można zbyć jako rosyjskiej propagandy: wysokie koszty energii, kurczące się moce przerobowe rafinerii, rosnące wydatki na obronność, nowe ryzyka inflacyjne oraz nasilająca się międzynarodowa presja konkurencyjna to realne wyzwania.

uncutnews.ch/europa-auf-dem-weg-in-den-abgrund-putin-sieht-einen-kontinent-der-sich-wirtschaftlich-selbst-schwaecht

Opracował: Zygmunt Białas

Jakie są trzy największe wyzwania strategiczne Rosji?

Jakie są trzy największe wyzwania strategiczne Rosji?

Andrzej Korybko

Nowy „kordon sanitarny” wzniesiony przez Trumpa 2.0 wokół Rosji, trudności w utrzymaniu równowagi na linii Chiny-Indie oraz zakłócone pętle sprzężenia zwrotnego, z którymi zmaga się jego Departament Stanu, to główne ryzyka strategiczne, którymi należy się pilnie zająć, aby jak najskuteczniej zabezpieczyć przyszłość Rosji.

Putin ostrożnie doradzał Rosjanom podczas swojego przemówienia na niedawnym dorocznym spotkaniu Klubu Wałdajskiego, że „z pewnością potrzebujemy mapy drogowej na przyszłość. Nie potrzebujemy pobożnych życzeń , abstrakcyjnej i spekulatywnej konstrukcji ani nierealistycznej wizualizacji naszych pragnień, ale realistycznej oceny ryzyka, możliwości i zasadniczych celów”.

Jego pełen pasji apel stał się inspiracją do napisania niniejszego artykułu, w którym wymieniono trzy największe wyzwania strategiczne Rosji i zaproponowano pragmatyczne sposoby ich pokonania.

I. „ Kordon sanitarny” stworzony przez Trumpa 2.0 wokół Rosji stanowi dla niej największe zagrożenie.

Obejmuje Rosję w regionie arktyczno-bałtyckim poprzez blok Wikingów pod przewodnictwem Szwecji , w Europie Środkowej poprzez rywalizację Polski i Niemiec , na Kaukazie Południowym i w Azji Środkowej poprzez to, co można określić jako neo-osmańskie ambicje Turcji oraz w Azji Północno-Wschodniej poprzez Japonię stanowiącą rdzeń AUKUS+ .

Poprzednie powiązane analizy zawarte w tym akapicie opisują każde z tych zagrożeń bardziej szczegółowo.

Zagrożenia na zachodniej flance można by złagodzić poprzez utworzenie wspieranego przez USA, a kierowanego przez Polskę Międzymorza, w połączeniu z porozumieniami o kontroli zbrojeń, co razem zmniejszyłoby ryzyko związane z militaryzowaną Unią Europejską pod dominacją Niemiec .

Można to ułatwić dzięki strategicznemu partnerstwu z USA , zorientowanemu na zasoby .

Ograniczenie zagrożeń na południowej flance wymaga porozumienia z Azerbejdżanem w sprawie demilitaryzacji TRIPP, natomiast zagrożenia na wschodniej flance można złagodzić porozumieniem z Japonią w sprawie Wysp Kurylskich.

II. Następnym strategicznym wyzwaniem dla Rosji jest niedopuszczenie do jakichkolwiek poważnych zakłóceń w równowadze stosunków chińsko-indyjskich.

Nawet postrzegana zależność Rosji od Chin może sprawić, że Indie zwrócą się ku USA – ze strachu, że Chiny mogłyby wykorzystać tę zależność jako broń, aby zmusić Rosję do zaprzestania dostarczania broni i części zamiennych do Indii, zmuszając tym samym Indie do jednostronnych ustępstw na rzecz Chin i ich pakistańskiego sojusznika w ich sporach terytorialnych.

Tego ponurego scenariusza można uniknąć, przyznając Indiom przywileje w zakresie polityki wojskowej i handlowej.

Mogłoby to przybrać formę wspólnej produkcji najnowocześniejszej technologii wojskowej, a także preferencyjnego dostępu indyjskich produktów do rynku rosyjskiego.

Jeśli nie uda się zapobiec wyżej wymienionemu ponuremu scenariuszowi, ewentualna zmiana kierunku stosunków Indii z USA może zmusić Rosję do zwrócenia się ku Chinom, co sprawi, że jej dotychczasowa, postrzegana jedynie zależność od Chińskiej Republiki Ludowej stanie się faktem dokonanym.

III. I wreszcie, Rosja musi pilnie naprawić zerwane pętle sprzężenia zwrotnego, które utrudniają formułowanie i wdrażanie jej polityki.

Głównymi problemami, które pilnie wymagają rozwiązania, są: pobożne życzenia, wyraźna sugestia Ławrowa , że ​​jego ludzie mogą być optymistyczni do granic naiwności, jego wyraźna krytyka, że ​​nie podejmują proaktywnych działań w obliczu ukrytych kryzysów, zerowa tolerancja dla odmiennych opinii oraz uzasadnione podejrzenie, że prawdziwa propaganda – zwłaszcza jej „potiomkinowska” odmiana – znalazła drogę do tych pętli sprzężenia zwrotnego.

Nie można wykluczyć nieprzyjemnej ewentualności, że problem ten sprawi, iż decydenci polityczni nie zauważą pozostałych dwóch wyzwań strategicznych.

W związku z tym należy pilnie naprawić zakłócone pętle sprzężenia zwrotnego w Rosji, aby zapewnić, w miarę możliwości, opracowanie i skuteczne wdrożenie najskuteczniejszych środków politycznych mających na celu przeciwdziałanie zagrożeniom militarnym i bezpieczeństwa, jakie stwarza „kordon sanitarny”, a także niebezpieczeństwom ekonomicznym i politycznym, jakie mogłoby szybko wywołać poważne zakłócenie chińsko-indyjskiej równowagi sił w Rosji.

Są to zadania herkulesowe, ale Rosja w przeszłości mierzyła się już z jeszcze większymi wyzwaniami i przezwyciężała je, dlatego oczekuje się, że zrobi to ponownie.

Źródło: Jakie są trzy najważniejsze wyzwania strategiczne Rosji?

Kto rozpoczął wojnę na Ukrainie

04.10.2026. – Kto rozpoczął wojnę na Ukrainie

Dziennikarz tygodnika ‚Do Rzeczy’ Maciej Pieczyński jest przekonany, że Rosja dokonała najazdu, a jako że Michał Klimek, niedawny kandydat Konfederacji Korony Polskiej na prezydenta Krakowa, uważa inaczej, pisze tekst, w którym stwierdza: „Wojna Rosji z Ukrainą nie jest wojną sprawiedliwą i prewencyjną. Donieck i Ługańsk w 2014 roku należały do Ukrainy i nic nie usprawiedliwia rosyjskiej interwencji, dokonanej rękami tamtejszych prorosyjskich zdrajców(?!). To samo dotyczy Krymu. Oczywiście, nastroje były w dużej mierze prorosyjskie. Ale świętym prawem każdego państwa jest obrona własnej integralności terytorialnej”.

Konsekwencje ataku dronów na rosyjski magazyn paliwa

Pisze dalej Pieczyński, że kompromitujące jest przyjmowanie punktu widzenia Moskwy, bo ten punkt widzenia jest oparty na fałszywym obrazie rzeczywistości. Twierdzi, że Rosja napadła na Ukrainę, nie odwrotnie. Rosja zajęła ukraińskie terytorium, nie odwrotnie. Nie da się logicznie uzasadnić takiego stanowiska.

To byłaby odpowiedź na twierdzenie M. Klimka, który w wywiadzie dla Kanału Zero powiedział: „Ukraina wywołała tę wojnę, bo prowokowała Rosję coraz bardziej zbliżając się do niej i wymordowując Ukraińców pochodzenia rosyjskiego w najbliższych Rosji terenach”.

Jak było faktycznie. Pisze na moim blogu Andrzej Szubert (opolczyk): „Rosja uzasadniła Specjalną Operację jednym z artykułów Karty ONZ (bodajże art. 51). Mówi on, że państwo trzecie może dokonać interwencji zbrojnej w innym państwie, jeśli jego władze prześladują, a tym bardziej mordują własnych mieszkańców. A tak było w Donbasie? – Kijowski reżim wymordował 14 500 mieszkańców tego regionu, o czym zresztą możemy przeczytać w Wikipedii. Dodajmy, że Rosjanie zamieszkujący tereny Ukrainy Wschodniej zbuntowali się m.in. przeciwko samowoli reżimu reprezentowanego przez nowe władze narzucone przez Zachód oraz neobanderowskie organizacje: Prawy Sektor czy bataliony Azow i Ajdar.

Ponadto tuż przed SOW władze Rosji uznały suwerenność republik Ługańskiej i Donieckiej, ich władze z kolei poprosiły Rosję o militarną pomoc przeciwko kijowskiej juncie i o włączenie ich w skład Federacji Rosyjskiej, co Rosja natychmiast uczyniła. Tak więc wojna w Donbasie, według wykładni Rosji toczyła się już na  terytorium Federacji Rosyjskiej, a siły zbrojne kijowskiej junty były tam agresorem i okupantem.

Problem polega na tym, że wszelkie wyjaśnienia Rosji są przez kolektywny Zachód ignorowane i odrzucane. Tenże Zachód nagminnie  łamie prawo międzynarodowe, zarzucając to Rosji. I niestety Rosja nie ma przebicia do zachodnich mediów i na tym polu  na kolektywnym Zachodzie przegrywa. No i ciągle jest oskarżana o imperializm i zapędy do odtworzenia ZSRR”.

Nie jest więc „świętym prawem każdego państwa obrona własnej integralności terytorialnej”, szczególnie w sytuacji zbrojnego przewrotu dokonanego 22 lutego 2014 roku czy osiem lat później, gdy ukraińska armia codziennie ostrzeliwała mieszkańców Doniecka i Ługańska. Dzisiejsze media doszły do perfekcji w stosowaniu propagandy i w stwarzaniu narracji, która często niewiele wspólnego ma z faktami, a gdy idzie o SOW na Ukrainie, to już są tylko kłamstwa i przeinaczenia.

Pisze dalej Pieczyński, że najbardziej kompromitująca nie jest sama prorosyjska postawa takich polityków jak Klimek. Najgorsza jest hipokryzja. Jak można z jednej strony opowiadać się za pokojem, a z drugiej strony sympatyzować ze stroną, która wojnę rozpętała. Tak więc środowisko polityczne Klimka nie jest antywojenne, tylko antyukraińskie i prorosyjskie. Woła więc proukraiński dziennikarz: „Panowie ‚pacyfiści’ – przestańcie się wstydzić i zacznijcie wyrażać swoje poglądy z otwartą przyłbicą. Przyznajcie w końcu, że nie jest wam obojętne, kto wygra wojnę na Ukrainie…”.

Tu przyznam Pieczyńskiemu rację: nie ma się czego wstydzić.

Trzeba wyraźnie mówić jak Grzegorz Braun czy Michał Klimek: 1) Rosja podjęła interwencję w obronie Rosjan mieszkających w Donbasie; 2) W interesie Rosji (a także Polski) jest unicestwienie ukraińskiego nazizmu i militaryzmu; 3) To nie jest nasza wojna; nic nam do niej; 4) A jeśli wyrażamy swoją sympatię, to tym, którzy mają rację. A rację mają Rosjanie.

Zygmunt Białas

Rosjanin: „Dla nas lepiej nie utrzymywać żadnych stosunków z Zachodem, niż stać się przeciwnikiem Chin” (część 1)

„Dla nas lepiej nie utrzymywać żadnych stosunków z Zachodem, niż stać się przeciwnikiem Chin” (część 1)

3 października 2026 autorstwa Évy Péli nachdenkseiten

Podczas podróży do Moskwy Éva Péli rozmawiała z wieloma czołowymi politologami, dyplomatami i analitykami geopolitycznymi na temat fundamentalnej reorganizacji polityki światowej. W pierwszej części dwuczęściowego, ekskluzywnego wywiadu, znany ekspert ds. Chin Wasilij Kaszyn (dyrektor Centrum Kompleksowych Studiów Europejskich i Międzynarodowych w HSE) analizuje ostateczny upadek starego modelu handlu, motywy stojące za zmianą kierunku politycznego Niemiec i wyjaśnia, dlaczego Moskwa skreśliła Zachód, zanim zdążyła wbić klin między Rosję a Chiny.

Éva Péli: Panie Kashin, przez długi czas relacje między Rosją a Niemcami opierały się na ścisłej integracji przemysłowej i energetycznej. W Berlinie most ten jest obecnie uważany za nieodwracalnie zniszczony, a Rosja postrzegana jako permanentne zagrożenie. Jak rosyjska polityka zagraniczna i elita akademicka postrzegają to historyczne zerwanie?

Wasilij Kaszyn: Mamy do czynienia z końcem starego modelu polityczno-gospodarczego, który istniał zarówno w Rosji, jak i w Europie, a zwłaszcza w Niemczech. Proces ten ma długą historię i jest częściowo związany ze zmianami politycznymi i ideologicznymi, ale także częściowo ze zmianami w geografii ekonomicznej i gospodarce obu krajów. Przede wszystkim Rosja jest i pozostanie przede wszystkim eksporterem surowców ze względu na istniejące czynniki produkcji.

Surowce są zazwyczaj zużywane tam, gdzie istnieje silny sektor wytwórczy, zwłaszcza w branżach energochłonnych i materiałochłonnych. To właśnie te gałęzie przemysłu w Europie zaczęły podupadać w latach 90. XX wieku. Obecnie spadek ten znacznie się nasilił. Od końca lat 90. obserwujemy praktycznie nieprzerwany wzrost rosyjskiego eksportu do Azji oraz rosyjskiej wymiany handlowej z Azją (zwłaszcza z Chinami), podczas gdy ogólny udział Rosji w handlu z Europą zmniejszył się. Oczywiście, w bardziej sprzyjających warunkach politycznych i bezpieczeństwa proces ten mógłby przebiegać znacznie wolniej, a być może nawet ulec zahamowaniu. Tak się jednak nie stało.

Po drugie, dotychczasowy model relacji nie był w rzeczywistości korzystny dla Rosji. Rosja konsekwentnie eksportowała do Europy, a zwłaszcza do Niemiec, więcej towarów niż importowała, a pozostałe środki reinwestowała z powrotem w Europie. Rosja oczekiwała, że ​​taki model relacji pozwoli jej sprostać wyzwaniom związanym z głębszą integracją gospodarczą i przemysłową. Przykładami działań Rosji w tym kierunku są próba nabycia dużego pakietu akcji europejskiej firmy lotniczej EADS oraz próba zakupu przez rosyjski państwowy Sbierbank niemieckiego producenta samochodów Opla po jego bankructwie. W obu przypadkach rosyjskie oferty zostały odrzucone z przyczyn politycznych.

Żadne próby osiągnięcia głębszej integracji, wzajemnej zależności ani transferu technologii nie powiodły się, podczas gdy na przykład Chiny z łatwością nabywały w tym okresie wszelkie aktywa w Europie, w tym te w sektorze zaawansowanych technologii. W niektórych przypadkach Chińczycy bez trudu nabywali nawet aktywa w sektorze technologii podwójnego zastosowania, co miało miejsce w takich krajach jak Niemcy i Austria. Naturalnie doprowadziło to do rozczarowania współpracą.

A ponieważ, oprócz tych fundamentalnych przyczyn ekonomicznych, relacje nie rozwijały się również w sferze politycznej, można by rzec, że zerwanie było nieuniknione. Przypuszczam, że bez sprzeczności politycznych doszłoby po prostu do pewnego rozplątania, ale współpraca byłaby kontynuowana. Jednak ponieważ Unia Europejska również prowadziła wrogą politykę wobec Rosji, zerwanie było bardzo gwałtowne. Oczywiście relacje nie powrócą do stanu z lat 90. i 2000. w dającej się przewidzieć przyszłości i najprawdopodobniej nigdy nie powrócą.

Proces ten trwa od końca lat 90. XX wieku, ale stał się bardzo wyraźny i dotkliwy około 10–15 lat temu. W grę wchodzą tu również czynniki fundamentalne, związane ze strukturą gospodarki. Myślę, że procesy zachodzące w gospodarce europejskiej, takie jak upadek przemysłu (który obserwujemy szczególnie w Niemczech), a także bardzo aktywna polityka promująca „zieloną” agendę i ograniczająca zużycie wszelkiego rodzaju energii i materiałów, z natury rzeczy niwelują warunki naszej bliskiej współpracy. Sprzedajemy energię, metale i produkty rolne. Żaden z tych rynków w Europie nie rośnie; wszystkie się kurczą. Dlatego perspektywy naszych relacji i tak uległyby pogorszeniu. Dla każdego kraju eksportującego surowce, niezależnie od jego orientacji politycznej, głównym rynkiem zbytu są rynki azjatyckie. Dotyczy to zarówno Australii, jak i Rosji.

Z rosyjskiej perspektywy Niemcy dążą do historycznej militaryzacji, stacjonując amerykańską broń i dążąc do objęcia przywództwa w europejskiej obronności. Jak ten kierunek jest postrzegany w Moskwie?

Jest całkowicie oczywiste, że Unia Europejska dąży do wykorzystania argumentu „rosyjskiego zagrożenia” w celu wewnętrznej transformacji. Co więcej, jest on aktywnie wykorzystywany do uzasadniania różnych polityk wewnętrznych. W szczególności elita rządząca w Niemczech aktywnie posługuje się tym argumentem, aby uzasadnić swoją politykę wobec prawicowej opozycji – Alternatywy dla Niemiec. W rzeczywistości możliwości Rosji w zakresie wpływania na niemiecką lub europejską politykę wewnętrzną są bardzo ograniczone, ale oczywiście zawsze korzystne jest wyolbrzymianie zagrożenia zewnętrznego, ponieważ znacznie rozszerza to pole manewru w polityce wewnętrznej.

Unia Europejska od lat dąży do wypracowania wspólnej polityki w sektorze wojskowym i przemysłu obronnego. Zaczęło się to na długo przed kryzysem na Ukrainie, ale Unii Europejskiej nigdy nie udało się poczynić znaczących postępów w tej dziedzinie, ponieważ rządy krajowe nie chcą zrzec się uprawnień i elementów suwerenności. Nadal jest to trudne zadanie, ale widzimy, że w obliczu wojny na Ukrainie Unia Europejska poczyniła jednak pewne znaczące kroki w tym kierunku – więcej niż wcześniej, choć wciąż niewystarczające. Problemy są poważne. Jednym z przykładów jest załamanie się francusko-niemieckiego partnerstwa w projekcie myśliwca nowej generacji kilka miesięcy temu, po którym Niemcy zaczęły szukać nowego partnera nie w Europie, lecz w Japonii.

Oczywiście, uważnie monitorujemy transformację wojskową Unii Europejskiej. Zrozumiałe jest, że Niemcy starają się przewodzić temu procesowi i drastycznie zwiększą swoje wydatki na wojsko, co uwzględniamy w naszym planowaniu wojskowym. Największe obawy budzą te aspekty niemieckiego zbrojenia, które mogłyby zagrozić stabilności strategicznej – na przykład plany produkcji i zakupu pocisków średniego zasięgu, zwłaszcza amerykańskich pocisków manewrujących, oraz rozmieszczenia amerykańskich pocisków. Rosja odpowie na te działania zwiększeniem własnego uzbrojenia.

Prawdopodobnie w pewnym momencie rozsądne byłoby omówienie środków gwarantujących bezpieczeństwo i stabilność w Europie, aby – podobnie jak w czasie zimnej wojny – pomimo wrogich stosunków i rywalizacji militarnej nie przekroczyć granicy bezpośredniej konfrontacji. Naszym wspólnym interesem pozostaje zapobieżenie bezpośredniemu starciu militarnemu w Europie, pomimo skrajnie wrogich stosunków politycznych.

Czeka nas długi okres konfrontacji, nowa zimna wojna. Niemcy rozbudowują swoje siły zbrojne i ogłaszają je skierowanymi przeciwko Rosji. Rosja z kolei będzie rozbudowywać swoje siły zbrojne przeciwko Niemcom, a my będziemy postrzegać się nawzajem jako potencjalnych przeciwników. Wojsko będzie prowadzić odpowiednie planowanie, manewry i rozwijać nowe rodzaje broni.

Jednak właśnie w takich warunkach żyła Europa w latach 1945–1990. Trzeba powiedzieć, że okres ten pokazał, że w takich warunkach można żyć długo, względnie spokojnie i całkiem dobrze. Patrząc wstecz na lata 60. i 70. XX wieku, Europa przeżywała okres dobrobytu, który wspomina się z nostalgią; powszechne było przekonanie, że był on o wiele lepszy niż obecnie.

Dlatego musimy po prostu zaakceptować to jako nieuniknione i nauczyć się z tym żyć. Ale nie ma złudzeń: musimy zrozumieć, że przez bardzo długi czas będziemy stale żyć na krawędzi wojny i po prostu musimy się do tego przystosować. Będziemy żywić wobec siebie wrogie intencje i nie możemy mieć złudzeń, że to się zmieni.

Na Zachodzie relacje między Moskwą a Pekinem są często przedstawiane jako monolityczny blok. Gdzie przebiega dziś granica między pragmatycznym partnerstwem dla wygody a rosnącą asymetryczną zależnością Rosji od chińskiej gospodarki? Czy zastój w projekcie „Siła Syberii 2” jest przejawem strukturalnego podporządkowania, czy po prostu chińskiej ostrożności?

Chiny to największa gospodarka świata. Mierzona parytetem siły nabywczej, realnie jest to największa gospodarka świata; ich przemysł jest większy niż USA, Japonii i Niemiec razem wziętych. Dlatego wszelkie relacje gospodarcze z Chinami są naturalnie asymetryczne. Czy to oznacza, że ​​staliśmy się w jakikolwiek sposób zależni politycznie? Nie, nie, ponieważ całą naszą współpracę z Chinami prowadzimy na zasadach komercyjnych. Nie otrzymujemy żadnej pomocy ani pożyczek, nie żądamy żadnych ustępstw i nie jesteśmy zależni od Chin w kwestii bezpieczeństwa.

Oczywiście, istnieje bardzo szeroki wachlarz kwestii dotyczących porządku światowego, w których nasze i chińskie stanowiska są niemal identyczne. Jednocześnie wielokrotnie deklarowaliśmy na najwyższych szczeblach – zarówno ze strony rosyjskiej, jak i chińskiej – że te stosunki nie są sojuszem i nigdy nim nie będą. Każdy kraj ma własne stanowisko w kwestiach polityki azjatyckiej: na przykład nie wspieramy Chin w ich konfliktach terytorialnych z innymi państwami azjatyckimi (takimi jak Indie, Wietnam i Japonia), ale Chiny również nie wspierają Rosji w jej konfliktach w Europie.

Wszystkie decyzje dotyczące projektów gospodarczych – takich jak „Siła Syberii 2”, przemianowany obecnie na „Siła Bajkału” – podejmowane są wyłącznie w oparciu o ekonomiczną opłacalność. O ile wiem, w Chinach istnieją pewne przeszkody polityczne związane z realizacją tego projektu. Wynikają one z dość surowych chińskich przepisów dotyczących stopnia uzależnienia od jednego źródła niezbędnych surowców (w niektórych przypadkach, o ile wiem, przepisy te obowiązują od lat 90. XX wieku lub wcześniej). W ostatnich latach Chiny częściowo naruszyły te przepisy w odniesieniu do dostaw ropy naftowej z Rosji, ponieważ było to dla nich korzystne, ale jednocześnie dążą do ich przestrzegania.

Myślę, że w tej chwili nie są jeszcze gotowi do realizacji tego projektu, ale to ich własna logika ekonomiczna; prowadzą własne dyskusje i to jest całkowicie normalne. Możemy czekać tak długo, jak będzie to konieczne. Ten projekt może nigdy nie zostać zrealizowany, albo może zostać zrealizowany bardzo szybko – tylko bardzo wąskie grono osób zna prawdziwy stan rzeczy. Ale nawet jeśli nigdy nie zostanie zrealizowany, nie zmieni to fundamentalnie relacji rosyjsko-chińskich. Mają one swoje ograniczenia, ale są dla nas bardzo ważne. Obecnie udział Chin w naszym handlu jest mniej więcej równy temu, jaki miała Unia Europejska około dziesięciu lat temu. Jest to zatem ważny partner, ale jednocześnie bardzo aktywnie poszukujemy innych rynków, tak jak Chińczycy dbają o to, aby nie być całkowicie od nas zależnymi w zakresie ważnych dostaw.

Idea wykorzystania Rosji jako „hamulca przeciwko Chinom” utrzymuje się w zachodnich kręgach strategicznych – na przykład ówczesny niemiecki wiceadmirał Kay-Achim Schönbach otwarcie apelował o współpracę z Moskwą w celu utrzymania Pekinu w ryzach. Jak Pan ocenia tę tezę i czy uważa Pan, że niemożliwe jest, aby Rosja kiedykolwiek ponownie przyjęła rolę bufora?

To jest całkowicie niemożliwe i Rosja nigdy się na to nie zgodzi. Dzieje się tak, ponieważ Rosja i Chiny mają jedną z najdłuższych granic lądowych na świecie, a każda sytuacja, w której zaczęlibyśmy postrzegać się nawzajem jako zagrożenie, miałaby katastrofalne konsekwencje zarówno dla gospodarki, jak i bezpieczeństwa. Podczas zimnej wojny, po pogorszeniu stosunków radziecko-chińskich, oba kraje przeznaczyły ogromne środki na budowę systemu obronnego wzdłuż tysięcy kilometrów granicy. W rzeczywistości obciążenie militarne Związku Radzieckiego nie wynikało w dużej mierze z amerykańskich wynalazków, z których Amerykanie są tak dumni (jak „Gwiezdne Wojny”), ale raczej z konieczności budowy systemu obronnego wzdłuż granicy z Chinami, która przebiega przez trudny teren i jest niezwykle długa. Związek Radziecki był zmuszony stacjonować tam i utrzymywać ogromną armię lądową, a Chińczycy musieli zrobić to samo.

Wierzę, że zarówno Rosja, jak i Chiny wyciągnęły wnioski z tego katastrofalnego doświadczenia, kiedy oba kraje omal nie doprowadziły się do wzajemnego zniszczenia. W związku z tym nigdy nie podejmiemy żadnych kroków przeciwko Chinom. Wypełnimy wszystkie postanowienia naszego porozumienia z Chinami z 2001 roku, które zabrania nam uczestniczenia w sojuszach wymierzonych przeciwko sobie, zezwalania na jakiekolwiek działania wymierzone przeciwko sobie z naszego terytorium oraz wywierania na siebie jakiejkolwiek presji. Dla nas lepiej jest nie utrzymywać żadnych stosunków z Zachodem niż stać się przeciwnikiem Chin, ponieważ żaden z krajów zachodnich nie graniczy bezpośrednio z Chinami, a my mamy.

Waszyngton wielokrotnie wyrażał zamiar wbicia klina między Rosję a Chiny za pomocą „odwróconego manewru Nixona”. Czy uważa Pan tę kalkulację za realistyczną i jak Moskwa postrzega tego typu próby USA?

Pojęcie „odwróconego Nixona” i twierdzenie, że Nixon rzekomo „rozdzielił” Związek Radziecki i Chiny, świadczą o całkowitym braku zrozumienia historii ze strony osób głoszących takie poglądy. W momencie, gdy prezydent Nixon rozpoczął rozwijanie stosunków między USA a Chinami, stosunki radziecko-chińskie praktycznie nie istniały już od dekady (załamanie współpracy nastąpiło w latach 1959-1960). Normalizacja stosunków amerykańsko-chińskich została zapoczątkowana serią kontaktów w latach 1969-1971, a w tym czasie Chiny były już od dekady de facto przeciwnikiem Związku Radzieckiego; oba kraje zaangażowały się nawet w drobne starcia zbrojne. Są to zatem całkowicie nieporównywalne sytuacje.

Rosja jest zainteresowana utrzymaniem konstruktywnych i przyjaznych stosunków z Chinami, ponieważ jest to kwestia jej fizycznego przetrwania. Podobnie, Chińczycy są zainteresowani utrzymaniem konstruktywnych i przyjaznych stosunków z Rosją. Jeśli staniemy się wzajemnymi wrogami, żadnemu państwu się to nie uda, a wręcz możemy się nawzajem zniszczyć. Dlatego nigdy tego nie zrobimy. Jedyne, co może się zmienić, to głębokość naszej współpracy w kwestiach wojskowych i politycznych – możemy działać aktywniej w różnych regionach świata lub po prostu ograniczyć się do normalnych stosunków międzypaństwowych. Głębokość współpracy w dużej mierze zależy od stanu relacji między Rosją a Zachodem, a także między Chinami a Zachodem. Jednak relacje te zawsze będą przyjazne i konstruktywne.

Panie Kashin, dziękuję panu bardzo za ten niezwykle interesujący wgląd w perspektywę rosyjską.

Wasilij Kaszyn jest dyrektorem Centrum Kompleksowych Studiów Europejskich i Międzynarodowych (CCEIW) na Moskiewskim Państwowym Uniwersytecie Badawczym „HSE”. Jest również starszym pracownikiem naukowym w Centrum Studiów nad Chinami i Projektami Regionalnymi w Moskiewskim Uniwersytecie Państwowym (MGIMO), wykładowcą w Katedrze Bezpieczeństwa Międzynarodowego na Wydziale Polityki Światowej Uniwersytetu Moskiewskiego (MSU) oraz kandydatem nauk politycznych. Jest członkiem Rady Polityki Zagranicznej i Obronnej (SVOP).

Zapowiedź części 2: W drugiej części rozmowy Éva Péli poszerza perspektywę na poziom makro-geopolityczny. Wasilij Kaszyn analizuje strategiczne powściągliwości Chin, omawia ryzyko eskalacji na morzu i w kontekście nuklearnym oraz przedstawia spostrzeżenia na temat konkretnych linii negocjacji dyplomatycznych dotyczących Ukrainy.

W Rosji uderzono w terrorystów z USA [z otoczenia Bidena].

Wydarzenie, które zmienia świat: W Rosji uderzono w terrorystów z USA. Lista przestępstw.

Marucha w dniu 2026-10-02 marucha/wydarzenie-ktore-zmienia-swiat-w-rosji-uderzono-w-terrorystow-z-usa-lista-przestepstw

Rosyjska prokuratura wszczęła postępowanie karne przeciwko otoczeniu Bidena za kradzież i finansowanie terroryzmu. To zwycięstwo. Ale dopiero pierwsze.

Ta amerykańska hydra u władzy, która od momentu powstania USA specjalizuje się w terroryzmie i prowokacjach, ma wiele głów, ale nie będzie chciała pozwolić, by skrzywdzono nawet taką – złą i już nieużywaną. Dlaczego? Odpowiedź – poniżej.

Doszło do bezprecedensowego wydarzenia. Rosyjska Komisja Śledcza (SK) wszczęła postępowanie karne przeciwko otoczeniu byłego prezydenta USA Joe Bidena za „bezprawne zajęcie” środków finansowych założyciela kanału telewizyjnego Tsargrad, Konstantina Malofiejewa, na kontach w USA oraz wykorzystanie ich do finansowania Sił Zbrojnych Ukrainy.

W ramach śledztwa ustalane są wszystkie okoliczności zdarzenia oraz konkretni urzędnicy władz USA, którzy są zamieszani w podejmowanie tych nielegalnych decyzji, naruszających prawa obywateli Rosji i zasady własności prywatnej –  czytamy w oświadczeniu oficjalnej rzeczniczki rosyjskiej Komisji Śledczej Svetłany Petrenko.

Komentując tę sprawę na swoim kanale w Telegramie, Konstantin Malofiejew nazwał decyzję Służby Śledczej „bezprecedensowym wydarzeniem” i przypomniał, że grupa Joe Bidena i prokuratora generalnego Merricka Garlanda ukradła jego „pieniądze, legalnie zainwestowane w Stanach – jeszcze przed wprowadzeniem jakichkolwiek sankcji”.

Według niego Biden i Garland w latach 2021–2024 stworzyli „zorganizowaną grupę przestępczą zajmującą się kradzieżą rosyjskiego mienia państwowego i majątku naszych obywateli”. A nawet w jego przypadku  (jako osoby objętej szerokim zakresem sankcji, z czego Malofiejew jest dumny) USA Biden i spółka nie mieli do tego prawa. Okradli go z 10 mln dolarów, z czego 5,4 mln „przekazano ukraińskim terrorystom”, a resztę najwyraźniej włożyli do własnych kieszeni.

Majątek Bidena, jak wskazał Malofiejew, szacuje się na te same 10 mln dolarów – o 2 mln więcej niż przed objęciem prezydentury: w ten sposób „zgromadził swój »dodatek do emerytury«”, finansując przy tym „terrorystów zabijających Rosjan”.

Założyciel Tsargrada ma nadzieję, że atak Służby Śledczej na Bidena i jego liczne portfele to „tylko pierwszy krok”, że „za nami pójdą inni poszkodowani, i to nie tylko z Rosji”, a sąd „nie będzie się wahał przed zastosowaniem… podwojenia kary umownej za każdy tydzień opóźnienia w wypłatach”.

Sytuacja związana z Bidenem i finansowaniem przez USA Ukrainy, która prowadzi wojnę z Rosją przy użyciu jawnie terrorystycznych metod, to tylko niewielka część ogromnego obrazu tego, jak Amerykanie, kierując się własnym interesem i bez względu na wszystko, wykorzystują terroryzm do osiągania celów polityki zagranicznej, a nawet wewnętrznej. Oto tylko kilka przykładów.

„Mozaika terrorystyczna”

Operacja „Cyklon”, Afganistan, lata 1979–1989. Żeby walczyć z ZSRR, CIA finansowała, uzbrajała i szkoliła islamistów, którzy później stworzyli trzon „Al-Kaidy”* (organizacja uznana za terrorystyczną i zakazana w Rosji). W celach geopolitycznych amerykańska agencja wywiadowcza postawiła na terroryzm i mroczny fanatyzm, żeby pokrzyżować modernizację Afganistanu prowadzoną przy pomocy ZSRR – a efekty tego są widoczne.

To właśnie CIA stworzyła Osamę bin Ladena, który później jeszcze nie raz przysłużył się Amerykanom. Jego zabicie w 2011 roku przez amerykańskie siły specjalne w Pakistanie było sfingowane.

Tajny program „Drewno platana” (2012 r.). 

Przewidywał dostawy broni i szkolenie bojowników we współpracy z krajami sąsiadującymi z Syrią, które liczyły na to, że przejmą część jej terytorium i umieszczą swoich ludzi w Damaszku. Przez ten program, o którego istnieniu dowiedziano się w 2015 roku, przeszły tysiące terrorystów. Podobno z powodu słabej kontroli i skomplikowanej sytuacji na miejscu znaczna część broni trafiła do najniebezpieczniejszych ugrupowań terrorystycznych, w tym do oddziałów „Al-Kaidy” w regionie. Chociaż na przykład ISIS (obie grupy są zakazane w Rosji) nie miało z tym żadnych problemów: dzięki sfingowanemu przekazaniu arsenałów w rozbitym przez USA Iraku ci bandyci zostali uzbrojeni po zęby, bo oczekiwano od nich obalenia reżimu Baszara al-Asada podczas ekspansji w Syrii.

Afera „Iran-Contras” (koniec lat 80.). Finansowanie antyrządowych terrorystów w Nikaragui z pominięciem Kongresu USA poprzez tajne dostawy broni do Iranu, co stanowiło naruszenie sankcji.

Operacja „Gladio” (w Europie Zachodniej i Południowej po II wojnie światowej). Tworzenie tajnych struktur terrorystycznych, po pierwsze do walki z siłami lewicowymi – poprzez ich dyskredytowanie atakami terrorystycznymi, które w rzeczywistości organizowały służby specjalne NATO pod kontrolą CIA – tzw. strategia napięcia – oraz, po drugie, prowadzenia wojny dywersyjno-partyzanckiej w razie sfabrykowanej „inwazji” krajów Układu Warszawskiego.

To tylko mały wycinek tego, co było i nadal jest. Rola CIA w wojnie w Wietnamie, jej udział w przemytach narkotyków, terroryzmie na Północnym Kaukazie, przewożeniu najbardziej zagorzałych islamistów – z którymi USA oficjalnie „walczą” i których rzekomo „pokonują” – na pokładach samolotów wojskowych z jednego regionu do drugiego, o czym od czasu do czasu wyciekają informacje, – to po prostu tematy niewyczerpane.

A do tego jeszcze szkolą

USA nie tylko finansują, współpracują i wykorzystują w swoich interesach różne ugrupowania terrorystyczne na całym świecie, ale też… szkolą ich przywódców, budują im kariery i „biografie”. Tą terrorystyczną „West Point” jest osławione więzienie w Guantanamo na Kubie (USA dzierżawią ten teren na czas nieokreślony), otwarte głównie w tym celu w 2002 roku, z dala od obcych oczu. W tym czasie przeszło przez nią około 800 obiecujących zbirów, a 15 z nich przebywa tam obecnie. Liczba „kadetów” może wzrosnąć w każdej chwili.

Guantanamo to zarządzany przez CIA „elitarny uniwersytet” międzynarodowego terroryzmu, którego „dyplom” otwiera przed jego posiadaczami – z wyjątkiem tych, którzy odpadli – naprawdę nieograniczone możliwości. Gwarantuje uznanie – jako ofiar i „męczenników” – ze strony międzynarodowej społeczności terrorystycznej, a także „zatrudnienie” na najwyższym szczeblu w dowolnym kraju na świecie. I oczywiście „sukcesy” na tej płaszczyźnie, bo byli „wykładowcy” i „mentorzy” bacznie obserwują i pomagają, jak tylko mogą, w „karierze” swoich podopiecznych.

Sekret „sukcesu” polega na tym, że CIA gra jednocześnie zarówno po stronie „dobrych”, jak i „złych” chłopaków. Bo w Guantanamo doskonale poznało mocne i słabe strony swoich podopiecznych. Zna ich psychologię, wie, czym kieruje się zagruntowany tam w okrucieństwie bandyta, a więc wie też, jak najskuteczniej skłonić go do tego czy innego „wyczynu”. A przy tym – w idealnym przypadku – tak, żeby on sam niczego nie podejrzewał.

Kiedy terroryści są gotowi do dalszego udziału w tej wspólnej grze, wypuszczają ich na wolność. Albo po prostu uwalniają. Albo przekazują do krajów trzecich – z taką samą perspektywą. Albo przenoszą ich do więzień, z których łatwiej „po cichu” wydostać się na wolność, bo nie skupiają na sobie takiej międzynarodowej uwagi jak Guantanamo.

Bardzo wymowne jest to, że Guantanamo opustoszało już w 2011 roku. Do „arabskiej wiosny” potrzebni byli przywódcy! Nie dziwmy się więc, że w szeregach rebeliantów, którzy zniszczyli Libię, znalazło się około 300 „podopiecznych” Guantanamo, którzy zostali wypuszczeni na wolność.

Podobny obraz sytuacji można było zaobserwować w Syrii, Iraku, Afganistanie i Jemenie. Do aktywnej działalności terrorystycznej powróciło około połowy wszystkich osób przetrzymywanych w różnych latach w tym więzieniu. To wcale nie znaczy, że ci, którzy tego jeszcze nie zrobili, „naprawili się”. Najprawdopodobniej ich czas jeszcze nie nadszedł i jeszcze będą mieli coś do powiedzenia.

Samo CIA w roli terrorystów

Główna agencja wywiadowcza USA, powtórzmy, wcale nie ograniczała się do współpracy z terrorystami i wykorzystywania ich. Sama występowała w roli terrorystów, obalało – albo próbowało obalić – zagraniczne rządy poprzez zabijanie przywódców innych krajów, a nawet wywoływało wojny domowe, zabijało tysiące Amerykanów – za granicą i we własnym kraju, do czego wykorzystywano najróżniejsze źródła finansowania, w tym pochodzące z przestępczej działalności, jak w przypadku Bidena i spółki. Jeśli chodzi o ofiary spośród nie-Amerykanów, to liczba ta sięgała już milionów. Przykładów jest mnóstwo.

Najemnicy z CIA obalili w 1954 roku prezydenta Gwatemali Jacobo Arbenza, który próbował przeprowadzić głęboką reformę rolną i znacjonalizować ziemie północnoamerykańskiej firmy United Fruit Company, wypłacając sprawiedliwe odszkodowania. Co doprowadziło do… dziesięcioleci terroru wojskowego i wojny domowej, która pochłonęła życie około 140 tysięcy osób.

Krwawa rodzina Somozy w Nikaragui, obrzydliwy dominikański dyktator Rafael Trujillo, generał Augusto Pinochet, który pogrążył Chile w krwi, który przy aktywnym wsparciu Waszyngtonu obalił i zabił prezydenta Salvadora Allende oraz wielu jego zwolenników – to pierwsze, co przychodzi na myśl, gdy wspomina się o „sukinsynach” z USA na półkuli zachodniej. CIA ma tu swoje łapy wszędzie.

A kiedy te metody nie działały, do akcji wkraczał Pentagon. Większość krajów Ameryki Łacińskiej (Meksyk, Panama, Wenezuela, Grenada itp.) padły ofiarą ataków USA, i to nie raz. Jedynie Kuba zdołała się raz obronić – z pomocą Związku Radzieckiego.

USA zawsze traktowały Amerykę Łacińską jak swoje „podwórko” i nie cofały się przed niczym, by utrzymać tam porządek półkolonialny. W Afryce też CIA nigdy nie gardziła kontaktami z największymi łajdakami. Stała ona między innymi za morderstwem w 1961 roku byłego premiera Konga Patrisa Lumumby, na którego wcześniej wielokrotnie próbowano dokonać zamachu.

Bliski Wschód też nie był wyjątkiem. „Arabska wiosna” (lata 2010–2011) to dzieło USA (Izrael też miał w tym swój udział). Cel – pogrążenie krajów arabskich w chaosie poprzez destabilizację i podsycanie w nich konfliktów wewnętrznych w interesie USA i Izraela. Po co? Żeby łowić ryby w mętnej wodzie, sprawić kłopoty Europie, wzmocnić dolara oraz rolę USA jako gwaranta bezpieczeństwa i bastionu stabilności.

W trakcie „arabskiej wiosny” – w wyniku protestów, ich stłumienia i wojen domowych – w regionie zginęło, według różnych szacunków, od pół miliona do ponad miliona osób (Syria, Libia, Jemen, Tunezja itp.), a jeszcze kilka milionów zostało rannych, miliony stały się uchodźcami. Straty gospodarcze wyniosły aż 800 mld dolarów. Gdyby ostatecznie nie utrzymał się Egipt, gdzie działania islamistów koordynowali najemnicy z CIA, na Bliskim Wschodzie wybuchłaby straszna katastrofa. Ludność tego kraju wynosiła wtedy około 100 mln osób, a teraz – 120 mln.

Niestety, dla CIA czas jakby się zatrzymał. W połowie ubiegłego wieku w Indonezji, według różnych danych, agencja ta miała na koncie od 500 tysięcy do 4 milionów ofiar śmiertelnych – komunistów, sympatyków, związkowców i Chińczyków. Zostały one brutalnie zlikwidowane przez lokalnych protegowanych Amerykanów – islamistów i wojskowych. Od tamtej pory CIA, która powstała w 1947 roku, nie zaczęła działać czyściej.

CIA przeciwko… Amerykanom

Ale to jeszcze nie wszystko. Można – i trzeba! – wskazać trzy przypadki, szczegółowo opisane zresztą przez Tsargrad, kiedy to CIA próbowała zabić Amerykanów.

Po pierwsze, chodzi o zabójstwo prezydenta USA Johna Kennedy’ego w 1963 roku w Teksasie. Potem z rąk amerykańskich służb specjalnych, działających metodami terrorystycznymi, zginęły jeszcze dziesiątki, jeśli nie setki niepożądanych świadków.

Po drugie, masakra w 1978 roku w Gujanie, gdzie w wyniku operacji specjalnej CIA brutalnie zamordowano tysiąc Amerykanów, w tym prawie 300 dzieci oraz kongresmana Leo Ryana. Celem było udaremnienie wyjazdu do ZSRR członków wspólnoty kaznodziei Jima Jonesa „Świątynia Narodów”, którzy wcześniej uciekli do tego kraju ze Stanów Zjednoczonych.

Po trzecie, przypisywana poplecznikom bin Ladena prowokacja z 11 września 2001 roku w Nowym Jorku i Waszyngtonie, kiedy zginęło trzy razy więcej Amerykanów niż w Gujanie. To pozwoliło USA pogrzebać prawo międzynarodowe, zapobiec krachowi giełdowemu, zaostrzyć kontrolę w kraju i spróbować przekształcić cały świat na swój obraz, wkraczając do innych krajów. Tutaj zaangażowały się wszystkie amerykańskie służby specjalne.

No i co z tego?

Jak widać, finansowanie terroryzmu, w tym ze środków uzyskanych w sposób przestępczy, to długoletnia tradycja w USA, które powstały dzięki prowokacji i w ciągu 250 lat swojego istnienia stały się nieosiągalnym „mistrzem świata” w wywoływaniu wojen – dużych i małych, zewnętrznych i wewnętrznych.

Trudno sobie wyobrazić, żeby USA były w stanie przełamać się, przestać być terrorystami i pomagać terrorystom tylko z obawy przed zagranicznymi sądami. Powstrzyma je tylko siła, tylko strach przed odwetem – i właśnie nad tym Rosja musi popracować, zakasując rękawy.

Postępowanie sądowe w Rosji przeciwko byłemu prezydentowi, którego nawet w samych USA wielu – i to całkiem słusznie – uważa za oszusta, to oczywiście świetna sprawa, ale tylko jako pierwszy krok. Trzeba kontynuować tę linię, bo „byli” nie zajmują się bieżącą polityką USA, a ta też jest terrorystyczna (Wenezuela, Iran itp.).

Nie ma więc powodu do euforii. Trzeba być gotowym na to, że przełomowa decyzja rosyjskiej prokuratury wywoła w USA wściekłą złość, bo dla nich Biden to jednak „swój”, a Rosja – wróg.

Siergiej Łatyszew https://tsargrad.tv/

Rosja prezentuje nową technologię dronów na rozpoczęcie corocznej zimowej akcji de-energetycznej przeciwko Kijowowi

Rosja prezentuje nową technologię dronów na rozpoczęcie corocznej zimowej akcji de-energetycznej przeciwko Kijowowi

Symplicjusz simplicius76/russia-debuts-new-drone-tech

Putin był gospodarzem dorocznego Międzynarodowego Klubu Dyskusyjnego Wałdaj, w trakcie którego wygłosił wiele interesujących oświadczeń w ramach sesji plenarnej z udziałem zagranicznych dziennikarzy.

Najbardziej godne uwagi było wyjaśnienie ataków Rosji na ukraińskie statki towarowe na Morzu Czarnym i hipokryzja tkwiąca w żądaniach Zachodu, aby Rosja je zaprzestała:

——————————

Putin o propozycji wstrzymania strajków na rafinerie ropy naftowej:

Albo mówią nam: „Niech przestaną atakować wasze rafinerie, a wy przestaniecie atakować ich statki. Niech eksportują ładunki cywilne – produkty rolne”. Ale co z naszymi innymi ładunkami cywilnymi? Takimi jak ropa naftowa i produkty ropopochodne. W ten sposób przerywają strajki, a my zostajemy z nadwyżką oleju napędowego – takiego, na który jest tak duże zapotrzebowanie, powiedzmy, w Stanach Zjednoczonych. Mielibyśmy go więcej. Mamy już wystarczająco dużo oleju napędowego. Ale nie trafiłby on na rynki światowe z powodu zakazów i sankcji obowiązujących obecnie wobec naszej ropy naftowej i produktów ropopochodnych. Jak

więc nasz olej napędowy miałby trafić na rynki światowe, skoro sankcje nadal obowiązują? Nie trafiłby. Jednak w zamian oczekiwano by od nas zaprzestania ataków na cele, które są dla nich wrażliwe ekonomicznie. Trzeba przyznać, że to brzmi absurdalnie.

Putin słusznie zauważa hipokryzję tkwiącą w żądaniach Zachodu, by zaprzestać ataków na najbardziej wrażliwe cele gospodarcze Ukrainy, podczas gdy rosyjska gospodarka nadal jest atakowana lub obkładana sankcjami na rynkach światowych. Wnikliwie dekonstruuje iluzję kryjącą się za tą ofertą: wzajemne zawieszenie broni pozwala Ukrainie eksportować swój potencjał gospodarczy za granicę, podczas gdy rosyjskie rafinerie, choć byłyby bezpieczne przed strajkami, nie mogą eksportować oleju napędowego, którego sama Rosja nie potrzebuje, bo ma go pod dostatkiem. W ten sposób Ukraina zyskuje asymetryczną przewagę.

Putin stwierdza rzecz oczywistą: Ukraina jest państwem buforowym, które nie może istnieć pod własnym egidą, przede wszystkim dlatego, że utraciła już swoją państwowość i suwerenność oraz jest kontrolowana przez interesy zewnętrzne, co stanowi zagrożenie dla Rosji.

Na pytanie, czy Rosja powinna rozbić UE, Putin odpowiedział, że nie ma takiej potrzeby, ponieważ skorumpowany sojusz rozpadnie się sam z siebie w wyniku autodestrukcyjnej polityki.

=============================================

Przyjrzyjmy się teraz najciekawszym wiadomościom dnia na froncie ukraińskim. Dwie rzeczy zasługują na uwagę:

Po pierwsze, Rosja najwyraźniej rozpoczęła swoją coroczną zimową kampanię dezaktywacji Ukrainy, której głównym celem jest Kijów. Pierwsze elektrownie w Kijowie zostały ponownie zaatakowane przez drony i pociski, co spowodowało natychmiastowe przerwy w dostawie prądu i awarię 30% powierzchni miasta, według niektórych doniesień:

Kijów Niezależny@ KyivIndependent

Awaryjne przerwy w dostawie prądu powróciły do ​​Kijowa 30 września po nocnym, potężnym ataku rakietowym i dronami wymierzonym w ukraińską infrastrukturę energetyczną. Szum generatorów ponownie powrócił do stolicy, gdy lokalne władze ogłosiły awaryjne przerwy w dostawie prądu i…

20:52 · 30 września 2026 · 33,4 tys. wyświetleń

————————–

Potwierdzono, że trafiona została fabryka w Trypilskiej na południu Kijowa, a rosyjskie źródła wojskowe twierdzą, że trafione zostały również następujące obiekty:

  • Kijowska Elektrownia Wodna w Wyszogrodzie (na północ od miasta)
  • Kijowska podstacja elektryczna w pobliżu Naływajkiwki
  • Obiekt magazynowania energii w akumulatorach w Horenychi

Fragment skutków nocnego strajku w elektrowni cieplnej Trypolis w obwodzie kijowskim.

Nagranie najwyraźniej zostało nakręcone pod kątem, który nie oddaje pełnego rozmiaru zniszczeń.

Najciekawsze jednak było to, że wkrótce potem nowy typ rosyjskiego drona uzbrojonego w „wąsy” zaczął atakować słupy wysokiego napięcia w regionie, co wcześniej się nie zdarzyło. Jak widać poniżej, wiele takich dronów zniszczyło słup:

Zbliżenie jednego z tych „wąsatych” dronów:

Could not load video.

Strona ukraińska donosi, że Rosja zaczęła używać nowej wersji drona „Geran-4”, z „wąsikami” z przodu kadłuba. Jeden z takich dronów rzekomo pojawił się podczas niedawnych ataków na Kijów.Według strony odbierającej, może to być detonator odpalany przez kontakt.Nie sprecyzowano, czy jest to związane z faktem, że strona odbierająca ma teraz możliwość zbadania niektórych zestrzelonych dronów i w związku z tym muszą one eksplodować po zetknięciu z powierzchnią, czy też istnieje inny powód.

Wiodący ukraiński ekspert w dziedzinie radioelektroniki Serhij Flash pisze:

Złe wieści. Dziś, po raz pierwszy, wróg użył specjalnej głowicy kumulatywnego cięcia (CCWH) na reaktywnym bezzałogowym statku powietrznym.

Ten typ głowicy został zaprojektowany specjalnie do niszczenia słupów wysokiego napięcia i żelaznych konstrukcji mostowych.

CCWH składa się z głównej głowicy o masie 40 kg i czterech modułów.

Sądzę, że wróg planuje zaatakować ważne linie energetyczne wysokiego napięcia.

Analiza ukraińskiego kanału Legitimny pisze, że ataki te zapoczątkowały nową rosyjską strategię eskalacji przeciwko Bankowej:

Nasze źródło donosi, że ataki na linie energetyczne, słupy i most południowy w Kijowie są demonstracją i testem nowej strategii.
Za pomocą tych ataków Kreml wysyła publiczny komunikat do Bankowej (odnosząc się do ukraińskiego rządu), że jeśli nie będą dążyć do pokoju, sytuacja ulegnie dalszej eskalacji, zgodnie z nowym, bardziej katastrofalnym scenariuszem dla Ukrainy.

Kreml może uszkodzić linie energetyczne, powodując wyłączenie wszystkich obiektów energetycznych i pogrążając kraj w całkowitym blackoutcie.
Następnie rozpoczną niszczenie głównych wież telekomunikacyjnych, a następnie mostów o metalowych konstrukcjach.


Według ekspertów, most południowy może zostać wyłączony z eksploatacji na długi czas, jeśli zostanie zniszczone 25% jego podpór kablowych. Jeśli rosyjskie siły zbrojne zniszczą ponad 50%, ryzyko zawalenia się mostu sięgnie 70%. W takim przypadku uderzenie kilku pocisków Iskander całkowicie zniszczy most.

Byłaby to katastrofa logistyczna dla Kijowa i północnej części lewobrzeżnej Ukrainy.

Legitmny

Wspominają o ataku na most w Kijowie, do którego przejdziemy dalej. Oprócz bezprecedensowych ataków na wieże transmisyjne, rosyjskie drony po raz pierwszy zaczęły atakować jeden z ważnych mostów łączących wschodni i zachodni brzeg stolicy Ukrainy.

Na początek wspomnijmy, że około miesiąc temu przekazaliśmy „plotki”, jakoby Rosja planowała zablokować mosty w Kijowie w ramach nowego poziomu eskalacji „bez rękawiczek”:

W tamtym czasie spekulowaliśmy, że mogłoby to być powiązane z plotkami o przyszłych ofensywach na froncie północnym z Czernihowa w kierunku Kijowa. Rosja mogłaby planować atak na wschodni Kijów po odcięciu go od zachodniego brzegu.

Teraz po raz pierwszy Rosja najwyraźniej zaczęła atakować jeden z tych mostów, gdyż Most Południowy został trafiony nie mniej niż trzy razy do chwili pisania tego tekstu przez rzekomo drona Geran-4:

Warto zauważyć, że rosyjski dron zwiadowczy ponownie filmował w czasie rzeczywistym:

Atak drona kamikaze „Geran-4”uderzył dziś rano w podporę kablową Mostu Południowego w Kijowie .

W wyniku ataku uszkodzona została podpora mostu w Kijowie, a ruch uliczny i metro zostały zawieszone.

▪️ Metro i naziemny transport publiczny przez Most Południowy zostały zawieszone” – oświadczył Kliczko.
▪️ Uszkodzone zostały podpora mostu, bariera, nawierzchnia drogi i ochronna betonowa konstrukcja linii metra.

Był to pierwszy atak w ciągu dnia, później w nocy odnotowano dwa kolejne, a później pojawiły się nawet doniesienia o czwartym .

Anton Geraszczenko@ Gerashchenko_enTrzeci atak rosyjskiego drona na most Piwdenny (Południowy) w Kijowie miał miejsce dzisiaj. Z tego mostu codziennie korzystają setki tysięcy ukraińskich cywilów. Ludzie korzystają z niego, aby dostać się do domu i do pracy. Rosja robi wszystko, co w jej mocy, aby życie w Kijowie stało się nie do zniesienia, łamiąc wszelkie normy.

Anton Gerashchenko @ Gerashchenko_en

Dwa rosyjskie drony zaatakowały most Piwdenny (Południowy) w Kijowie. Jeden z dronów podobno uderzył w przejeżdżający przez niego pociąg metra.

21:03 · 1 paź 2026 · 103 tys. wyświetleń

——————–

Mapa Liveuamap@ Liveuamap

Rosja próbuje przeciąć mosty nad Dnieprem w Kijowie Kolejny atak dronów na most Piwdennyj w Kijowie liveuamap.com/en/2026/1-octo…

21:18 · 1 paź 2026 · 29,6 tys. wyświetleń

———————————

Choć trafienia nie wyrządziły większych szkód poza zawieszeniem ruchu i wywołaniem alarmu, mogły być jedynie zapowiedzią lub testem mającym na celu kalibrację systemów naprowadzania, taktyki lub jakiegoś nowego podejścia, podobnego do tego, które zaobserwowano w przypadku nowych „wąsatych” dronów, które najwyraźniej używają jakiegoś rodzaju nowych głowic kumulacyjnych.

W chwili pisania tego tekstu pojawiły się doniesienia, że ​​Rosja przygotowuje dziś wieczorem kolejny duży atak balistyczny na Kijów i że tym razem rakiety mogą wspólnie z dronami uderzyć w mosty:

❗️Rosja planuje zniszczyć Most Południowy: Podczas kolejnego zmasowanego ataku na Kijów Rosjanie mogą użyć w nim rakiet balistycznych, a konkretnie rakiet „Iskander-M” i północnokoreańskich pocisków KN-24, zgodnie z doniesieniami monitoringu.

👆Ukraiński post

Nadal uważam to za mało prawdopodobne, gdyż wydaje się, że drony były swego rodzaju atakiem testowym, ale z pewnością wskazuje to na eskalację i rozszerzenie zakresu celów działań Putina lub dowództwa rosyjskiego.

W poniższym wątku można znaleźć kilka ciekawych teorii:

Podwójny atak Rosji na główny most w Kijowie, przeprowadzony dziś, oznacza znaczącą zmianę rosyjskiej taktyki, podobno wspomaganej przez nową głowicę kumulacyjną drona Geran, którego zadaniem jest uszkadzanie podpór mostu. ⬇️

Dwa rosyjskie drony (podobno Geran-5) zaatakowały dziś most Piwdenny w Kijowie. https://t.co/2AgXEPhe1t

20:54 · 1 paź 2026 ·

—————————————————–

Na przykład zauważono, że nowe drony Whisker mają specjalną łączną „ładunkową amunicję tnącą” przeznaczoną do przecinania kabli i że te testowe uderzenia mogły być wymierzone w duże kable nośne mostu, aby osłabić jego konstrukcję, być może w ramach przygotowań do większego ataku balistycznego w przyszłości:

Rosyjski bloger wojenny Jurij Kotenok opisuje dzisiejsze ataki jako test nowej „ulepszonej amunicji na dronach odrzutowych z czterema dodatkowymi ładunkami tnącymi, detonowanymi przez dodatkowe czujniki kontaktowe zwane „wąsami””.

Źródła ukraińskie opisują nową głowicę jako „specjalny ładunek kumulatywno-tnący” (KRSN), składający się z ładunku głównego o masie około 40 kg i dodatkowych ładunków kumulacyjnych.

Jewgienij Poddubny komentuje: „Jeden z ataków trafił w podporę, ale celem były prawdopodobnie liny podtrzymujące konstrukcję. Kijowski most Piwdennyj jest mostem wantowym (wiszącym), co oznacza, że ​​nasze bezzałogowe statki powietrzne będą priorytetowo traktować stalowe odciągi zapewniające stabilność”.

Rybar sugeruje, że tanie drony Geran ze specjalistyczną głowicą bojową mogłyby zmienić sytuację. Wadym Denysenko, szef think tanku „Diełowoj Stolica”, twierdzi, że nowa głowica może być przełomowa i określa atak jako eksperymentalny.

„Wygląda na to, że podjęto decyzję o sprawdzeniu, czy drony Shahed mogą uszkodzić most do tego stopnia, że ​​przestanie on działać”.

W 2020 roku ówczesny doradca mera Kijowa Maksym Bachmatow stwierdził, że około 90% ruchu tranzytowego między lewobrzeżną a prawobrzeżną Ukrainą odbywa się przez most Piwdenny. Dotyczy to również znacznej części ruchu wojskowego. /koniec

Przypomnijmy, że w zeszłym miesiącu Rosja po raz pierwszy zaatakowała jeden z mostów na Dnieprze rzekomo bombą ślizgową, tym razem w pobliżu Zaporoża:

Podsumowanie wojskowe@ MilitarySummary💥

Rosyjski nalot FAB uderzył w główny most kolejowy na zachód od Zaporoża nad Dnieprem. 📍

17:18 · 16 sierpnia 2026 · 3,53 tys. wyświetleń

Te rozproszone uderzenia zdają się być swego rodzaju testami lub jednorazowymi działaniami, ale zobaczymy, czy obecna kampania w Kijowie doprowadzi do czegoś systematycznego.

Teraz, jak zawsze, zachodnie media coraz bardziej obawiają się nadchodzącej zimy, zwłaszcza w obliczu coraz bardziej „bezrefleksyjnego” podejścia Rosji do Kijowa:

Na koniec warto dodać, że jeden z głównych polskich analityków proukraińskich stwierdził, że Rosja we wrześniu kontynuowała zdobywanie terytorium, pomimo lokalnych ukraińskich kontrataków, które pozwoliły jej odzyskać terytorium. Najbardziej znaczący z nich miał miejsce w sektorze Lyman:

Konrad Muzyka – Rochan Consulting@ konrad_muzyka

Oto krótkie podsumowanie zmian terytorialnych na Ukrainie we wrześniu 2026 r. Nasze dane pokazują, że Rosja ogólnie zyskała terytorium we wrześniu, ale jej struktura jest bardzo nierównomierna: zyski wokół Dobropola, Wielkiego Burłuka, Kramatorska i Komyszuwachy zbiegły się ze znacznymi stratami…

21:28 · 1 paź 2026 ·

——————

W rzeczywistości wrzesień wydaje się przynosić największe zyski na froncie od kwietnia tego roku, choć wciąż pozostają one niewielkie w porównaniu z poprzednimi latami. Jak jednak wspomnieliśmy w niedawnym płatnym artykule , Rosja asymetrycznie nadrabia wolniejsze sukcesy na polu bitwy rozszerzając wojnę na inne obszary, gdzie poniosła rekordowe straty przeciwko Ukrainie, prawdopodobnie w okresie strategicznego względnego uśpienia, mającego na celu przeczekanie obecnej, zdominowanej przez drony „meta”, zanim przyszłe postępy (Rassvet itp.) pozwolą na wznowienie śmielszych manewrów na polu bitwy.


Cz II. „Niemcy postrzegamy dziś jako państwo nieprzyjazne”

Wywiad z Dmitrijem Treninem, część 2:

„Niemcy postrzegamy dziś jako państwo nieprzyjazne”

29 września 2026 Éva Péli nachdenkseiten

W drugiej części swojego ekskluzywnego wywiadu w Moskwie, Éva Péli skupia się na bieżącej polityce Berlina, trwającej spirali eskalacji i zbliżającej się dostawie pocisków manewrujących Taurus na Ukrainę. Dmitrij Trenin analizuje , dlaczego Moskwa, pomimo głębokich napięć, nadal uważa niemieckie władze za długoterminowego sąsiada, a jednocześnie nie ma praktycznie miejsca na dyplomatyczne odwrócenie twardego stanowiska.

Część I możesz przeczytać tutaj: Między zmianą systemu a państwem cywilizowanym

Éva Péli: Kanclerz Friedrich Merz wyraźnie zaostrza kurs polityczny, a ekspert CDU ds. polityki zagranicznej Johann Wadephul opisuje sankcje wobec Rosji jako permanentny środek wywierania presji. AfD, której motywy określił Pan jako „czysto niemieckie”, przekracza granicę 30% w sondażach i kładzie nacisk przede wszystkim na argumenty ekonomiczne. Czy ta twarda linia Berlina to strategiczna definicja polityki, czy jedynie odruchowa reakcja na presję wewnętrzną? I czy wzrost poparcia dla AfD w jakikolwiek sposób zmienia kalkulacje Moskwy?

Dmitrij Trenin: Na razie to niczego nie zmienia, ponieważ uprawnienia do ustalania kierunków polityki zagranicznej nadal należą do kanclerza i rządu federalnego. Dopóki AfD nie dojdzie do władzy poprzez udział w koalicji – co jest obecnie mało prawdopodobne – pozostanie to pozycją mniejszości parlamentarnej. Nawet jeśli AfD zdobędzie 30 procent, przeciwstawi się temu 70 procent, które stanowczo sprzeciwia się jakiejkolwiek współpracy rządu z nimi.

Po drugie, program AfD pozostaje dość niejasny. Po prostu nie wiemy, jak ta partia zachowa się, jeśli kiedykolwiek wejdzie w skład koalicji rządzącej. Czy takie Niemcy, na przykład, poważnie dążyłyby do opuszczenia Unii Europejskiej? Nie sądzę, ponieważ Unia oferuje Niemcom ogromne korzyści gospodarcze.

Nie pokładam zatem nierealistycznych nadziei w AfD. Jako nurt polityczny jest on jednak niezwykle interesujący. Godne uwagi jest to, że w Europie – epicentrum liberalizmu, w którym Niemcy stanowią samo centrum – ruchy nacjonalistyczne zyskują na popularności w Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii. Jeśli te tendencje będą się nadal rozwijać, w przyszłości możliwe będzie prowadzenie z nimi negocjacji na zupełnie innym poziomie. Zmienią swój język: od abstrakcyjnych formuł demokratycznych w stronę twardych, pragmatycznych realiów – bezpieczeństwa, kwestii energetycznych, klimatu – i nie będą już dążyć do strategicznego celu, jakim jest osłabienie Rosji.

Ostatecznie nie dążymy do osłabienia ani zniszczenia Niemiec, Francji czy Anglii. Nie dążymy nawet do zniszczenia Ukrainy i bardzo świadomie oszczędzaliśmy ukraińską infrastrukturę przez dłuższy czas.

W Berlinie regularnie mówi się o „hybrydowych atakach” Moskwy, ale nie przedstawia się żadnych publicznie weryfikowalnych dowodów. Jednocześnie prawdziwa eskalacja jest niezaprzeczalna: zamknięcie Domu Rosyjskiego w Berlinie i konsulatu w Bonn, wzajemne zamykanie instytutów i wydalanie dyplomatów – ostatnio nawet na Węgrzech. Czy ta toksyczna mieszanka pustej retoryki nie dolewa oliwy do ognia?

Oczywiście, to napędza eskalację, ale to jest ewidentnie cel, który został wykalkulowany. Jak już wspomnieliśmy, dla Europy, w tym dla niemieckich przywódców, ta wojna jest de facto korzystna, wręcz błogosławiona. Niemcy same w sobie nie doznają żadnych fizycznych zniszczeń na swoim terytorium; nie ma tam bezpośrednich ofiar wśród ludności cywilnej.

Konflikt ten można zatem wygodnie kontynuować z dystansu – poświęcając obcych i jednocześnie stanowczo uniemożliwiając im osiągnięcie porozumienia z Rosją. Przypomnijmy, jak brytyjski premier Boris Johnson osobiście interweniował wiosną 2022 roku, aby uniemożliwić Ukraińcom podpisanie porozumienia stambulskiego.

Jak trafnie zauważył niedawno minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow: Gdyby porozumienie z Alaski zostało wdrożone, żylibyśmy już od roku w pokoju. Tymczasem i to porozumienie zostało storpedowane przez wolę państw europejskich, w tym Niemiec.

Ta spirala eskalacji postępuje nieubłaganie i nieuchronnie prowadzi nas ku bezpośredniej konfrontacji. Bo jeśli ten kurs będzie konsekwentnie utrzymywany, punkt militarnego starcia między Rosją a państwami europejskimi nieuchronnie nadejdzie. A to oznacza otwartą wojnę. Jeśli do niej dojdzie, to – jak już podkreślił Ławrow – będzie ona krótkotrwała. Jednak krótka wojna może mieć miejsce tylko w bardzo specyficznych warunkach… Nikt nie chce takiego scenariusza, ale Europa obecnie zachowuje się w tej kwestii w sposób wręcz szalony.

Sytuacja niebezpiecznie eskaluje: w następstwie tzw. incydentu z dronem w Lipsku – po którym pojawiły się poważne oskarżenia pod adresem Moskwy bez cienia dowodów – Berlin ucieka się do drastycznych środków, takich jak zamknięcie Domu Rosyjskiego. Spirala się nakręca, podsycając obawy przed niekontrolowanym wybuchem konfliktu. Choć to jeszcze nie jest otwarta wojna, jaki może być kolejny, potencjalnie śmiertelny krok?

Czego więc możemy się spodziewać dalej? Do gry może wejść broń dalekiego zasięgu – nie drony, ale pociski manewrujące dostarczane Ukrainie w dużych ilościach: niesławny system Taurus , zdolny do atakowania celów w Moskwie. Jednak w tym przypadku rosyjscy urzędnicy jasno i jednoznacznie dali do zrozumienia: potraktujemy to jako bezpośrednie przystąpienie do wojny i atak militarny państw europejskich, zwłaszcza Niemiec. A takiemu atakowi nieuchronnie towarzyszyć będzie atak odwetowy. Jeśli zostanie podjęta próba ataku na Moskwę, nastąpi odpowiedni atak na Berlin.

To w gruncie rzeczy głęboko przerażająca perspektywa – kolejny logiczny krok. A jednak podążają tą drogą z szeroko otwartymi oczami i zdają się nie cofać przed niczym. Ta całkowita bezczelność europejskich elit, szczerze mówiąc, zadziwia mnie i głęboko niepokoi.

Jakie minimalne, realne kroki mogłyby podjąć obie strony, aby przywrócić impet z krawędzi upadku? Jakie warunki musiałyby stworzyć Berlin i Moskwa, aby wzajemne zrozumienie stało się znów możliwe?

Wiecie, nie chcę tu dyktować żadnych warunków. Aby cokolwiek się zmieniło, musiałoby dojść do fundamentalnego przemyślenia, zwłaszcza wśród niemieckiej elity. Uważam jednak, że w krótkiej perspektywie jest to mało prawdopodobne. Ci gracze konsekwentnie forsują ten kurs od lat i z każdym miesiącem jest coraz trudniej. Po prostu nie wyobrażam sobie nagłego zwrotu w dowolnym momencie, w stylu: „Nie, posunęliśmy się za daleko, musimy teraz przestać”.

Na tej europejskiej ścieżce trudno zatem oczekiwać racjonalnych korekt. Zmiana kursu mogłaby nastąpić jedynie poprzez inną ścieżkę. Amerykanie mogliby to wykorzystać, ponieważ ten konflikt nie ma dla nich takiego samego znaczenia egzystencjalnego, jak dla Europejczyków. Dla Europy – podkreślam to raz jeszcze – ta wojna oferuje rzekome korzyści: naprawia kruchą jedność UE, uzasadnia remilitaryzację gospodarki i zabezpiecza władzę elit, ponieważ każdy, kto krytykuje ten kurs, jest natychmiast piętnowany jako „agent Putina”. To niezwykle wygodny mechanizm.

Takie zainscenizowane wydarzenia, jak to w Lipsku – moim zdaniem, były czysto ukraińsko-niemiecką prowokacją. Tego rodzaju operacje stawiają opinię publiczną w trudnej sytuacji, ponieważ każdy, kto odważy się powiedzieć: „To zainscenizowane wydarzenie”, jest natychmiast społecznie wykluczony i napiętnowany jako rosyjski agent. Zwykli obywatele po prostu chcą przetrwać i, co zrozumiałe, unikają ryzyka stania się celem.

Administracja USA pozostaje jednak wobec tego w dużej mierze obojętna. Gdyby Waszyngton – a raczej Trump – pewnego dnia dał jednoznacznie do zrozumienia prezydentowi Ukrainy Wołodymyrowi Zełenskiemu: „Słuchaj, teraz akceptujesz warunki, których żąda Putin (takie jak wycofanie wojsk z pozostałego Donbasu), aby walki ustały, a my w zamian jakoś ci pomożemy…”, to często wystarczyłby jeden krok ze strony USA. Telefon, w którym Waszyngton mówi: „Natychmiast zaprzestaniemy udostępniania naszych danych wywiadowczych” – i to by było wszystko. Po tym Zełenski byłby zmuszony ustąpić.

Oczywiście będzie stawiał zacięty opór, ale Europejczycy po prostu nie mają możliwości, by choćby w przybliżeniu zrekompensować amerykańskie braki. W konsekwencji klucz do całego kryzysu leży de facto w rękach Waszyngtonu: jeśli pragną prawdziwego pokoju, mają absolutną władzę, by zmusić Zełenskiego do wyrażenia na niego zgody. Zełenski o tym wie i boi się tej chwili. Bo jeśli zgodzi się na wycofanie z ostatniego, kontrolowanego przez Ukrainę, zakątka Donbasu, zostanie wyeliminowany przez własnych nacjonalistów – i doskonale wie, że właśnie to zrobią.

Amerykanie mogliby zatem przełamać impas. Europejczycy natomiast nie są w stanie zrobić tego samodzielnie. Dlatego nie spodziewam się żadnych konstruktywnych inicjatyw ze strony Europy.

Na koniec spójrzmy na szerszy obraz: Jakie jest Twoje dzisiejsze wrażenie o Niemczech? Czy Twoim zdaniem kraj ten dobrze sobie radzi?

Cóż, musimy być realistami: postrzegamy dziś Niemcy jako państwo nieprzyjazne, a nawet wrogie. Prezydent Putin wielokrotnie podkreślał jednak, że naszym prawdziwym wrogiem nie jest bynajmniej naród niemiecki ani sam kraj, lecz wyłącznie rządząca elita polityczna.

Obecne władze Niemiec – od kanclerz po konglomeraty medialne takie jak „Der Spiegel ” – działają jak nasz zdeterminowany przeciwnik. Napędzają eskalację i celowo prowadzą do otwartego konfliktu. Ale w pełni rozumiemy, że okoliczności polityczne mogą się zmieniać.

W lutym 1942 roku radziecki przywódca Józef Stalin wypowiedział znamienne zdanie: „Hitlerzy przychodzą i odchodzą, ale naród niemiecki i państwo niemieckie pozostają”. Ta refleksja utrwaliła się w zbiorowej pamięci narodu rosyjskiego. W przeciwieństwie do wielu innych narodów, my, Rosjanie, historycznie rzadko nosimy w sobie cierpienie minionych czasów jako wieczną cierń w boku. Polacy debatują o historycznych traumach od dziesięcioleci, Ormianie upamiętniają ludobójstwo od ponad wieku, a na Bliskim Wschodzie konflikty tlą się od wieków.

Po Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej my w Niemczech niezwykle szybko odnaleźliśmy krewnych, przyjaciół i partnerów – mimo że niektórzy z nich walczyli wcześniej w Wehrmachcie (pomyślmy o premierze Niemiec Wschodnich Willim Stophu, który, podobnie jak kanclerz RFN Helmut Schmidt, był niegdyś porucznikiem Wehrmachtu). Ta wyraźna zdolność do wybaczania jest dla Rosjan zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem. Z jednej strony świadczy o wewnętrznej sile; z drugiej strony czasami prowadzi nas do niedoceniania samych siebie w naszych własnych oczekiwaniach.

Z tego powodu fundamentalna relacja Rosjan z Niemcami i kulturą Zachodu jako sąsiadami pozostaje zasadniczo nienaruszona. Nawet relacje z ludnością ukraińską nie są na dłuższą metę przesiąknięte ślepą nienawiścią. Głęboko zakorzeniona nienawiść nie istnieje w Rosji. Na Ukrainie jednak zakorzeniła się silna, głęboka nienawiść do wszystkiego, co rosyjskie, do języka i kultury rosyjskiej, która z niezliczonych powodów będzie miała swoje reperkusje jeszcze długo po wojnie. Takie nastawienie nie pojawiło się w Rosji – i nie sądzę, żeby kiedykolwiek się pojawiło.

Oznacza to, że nawet gdyby sytuacja polityczna w Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii uległa radykalnej zmianie, być może nie od razu znów byśmy się zaprzyjaźnili. Możemy jednak powrócić do całkowicie normalnego, twardego pragmatyzmu, uregulowanego handlu i wzajemnych wizyt.

Ostatecznie wszystko zależy od Zachodu, ponieważ Rosja nie nałożyła wówczas na niego praktycznie żadnych jednostronnych sankcji – poza niezbędnymi środkami zaradczymi w sektorze rolnym. Nie mam złudzeń: taka droga powrotna będzie długa i żmudna. Ale gdy tylko polityczny kompas w Europie się przeorientuje, wszystko bardzo szybko się zmieni również u nas. Wystarczy porzucić formalną definicję „państwa nieprzyjaznego”, a pozostanie to, czym zawsze byliśmy: bezpośrednimi sąsiadami.

Kiedyś, na długo przed tym wszystkim, w 2019 roku, siedziałem z niemieckim dyplomatą – ówczesnym ambasadorem UE w Moskwie, Markusem Edererem. Rozważaliśmy filozofię na temat tego, jak zdefiniować nasze przyszłe relacje: gdzie leży wspólny mianownik stabilnej normalności? I zgodziliśmy się: jest to idea sąsiedztwa.

Jesteśmy sąsiadami geograficznymi. Sąsiedzi bywają dobrzy lub uciążliwi, ale dzielimy tę samą przestrzeń. Z bezpośrednimi sąsiadami najlepiej nie kłócić się; nie należy palić z nimi mostów bez dokładnego przemyślenia. Nieuchronnie trzeba utrzymywać z nimi minimalny poziom uregulowanych relacji. Właśnie taką długoterminową perspektywę pokojowego sąsiedztwa wyobrażam sobie na przyszłość. Z rosyjskiej strony nie ma tu przeszkód nie do pokonania. Prawdziwe bariery, moim zdaniem, istnieją obecnie w Europie – i obawiam się, że nie zostaną usunięte w najbliższym czasie.

Panie Trenin, dziękuję bardzo za tę otwartą i wnikliwą rozmowę.

Przetłumaczone z języka rosyjskiego przez Évę Péli .

Cz. I. Między zmianą systemu a państwem cywilizowanym

Wywiad Część 1:

Między zmianą systemu

a państwem cywilizowanym:

pogląd Dmitrija Trenina na temat

nowego globalnego klimatu

28 września 2026 Éva Péli nachdenkseiten

Podczas podróży do Moskwy Éva Péli rozmawiała z wieloma czołowymi politologami, dyplomatami, historykami i analitykami geopolitycznymi na temat fundamentalnej reorganizacji polityki światowej. W pierwszej części tego ekskluzywnego wywiadu Dmitrij Trenin , dyrektor Rosyjskiej Rady ds. Międzynarodowych (RIAC) i dyrektor naukowy Wyższej Szkoły Ekonomicznej (HSE), analizuje ideologiczne odejście Rosji od modelu zachodniego i wyjaśnia, dlaczego strategia Waszyngtonu ma na celu przede wszystkim trwałe osłabienie Moskwy.

Éva Péli: Panie Trenin, pańska praca analityczna jest dobrze znana i wysoko ceniona w niemieckich kręgach eksperckich, a mimo to główne niemieckie media systematycznie ignorują rosyjski punkt widzenia. Jednocześnie rosyjska opinia publiczna analizuje każde słowo niemieckich elit. Jak pan wyjaśni tę asymetryczną percepcję? I co to oznacza dla przyszłości jakiegokolwiek dialogu?

Dmitrij Trenin: To po prostu oznacza brak dialogu. W obecnych warunkach prawdziwy dialog między niemiecką elitą polityczną a przedstawicielami Rosji jest praktycznie niemożliwy. W najlepszym razie odbywa się on na poziomie jednostek, a po stronie niemieckiej zazwyczaj nie są to przedstawiciele elity rządzącej, lecz na przykład dziennikarze.

To fascynujące zjawisko, ponieważ wcześniej mieliśmy do czynienia z sytuacją dokładnie odwrotną: w Związku Radzieckim obowiązywał de facto zakaz prezentowania poglądów przeciwnika ideologicznego – czyli państw zachodnich – w całej ich rozciągłości. Ich stanowiska można było rozpatrywać jedynie przez pryzmat marksistowsko-leninowskiego światopoglądu i politycznych potrzeb radzieckiego kierownictwa.

Dziś mamy do czynienia z sytuacją dokładnie odwrotną. Choć prawdą jest, że nie trzeba już czytać prasy zachodniej bezpośrednio, niezwykle popularne programy telewizyjne, takie jak „60 Minutes”, oferują kompleksowy przegląd tego, co zachodnie media piszą w danym dniu.

Świadczy to z jednej strony o pewnej suwerenności i pewności rosyjskiego kierownictwa i elity, że argumenty naszych zachodnich przeciwników nie mogą mieć destrukcyjnego wpływu na kraj. Z drugiej jednak strony ujawnia wyczuwalny strach wśród niemieckich i zachodnich kręgów kierowniczych, że nieocenzurowana, pełna prezentacja rosyjskiego punktu widzenia może zostać uznana za niebezpieczną dezinformację. W porównaniu z sytuacją, powiedzmy, w 1976 roku, obie strony całkowicie zamieniły się rolami. W ciągu 50 lat relacje odwróciły się o całe 180 stopni.

W naszej wstępnej dyskusji opisał Pan Stany Zjednoczone nie jako neutralnego mediatora, lecz jako aktywną stronę konfliktu i podkreślił nieuchronność długotrwałej konfrontacji. Teraz odnosi się Pan jednocześnie do „specjalnej operacji dyplomatycznej” przeprowadzonej niedawno przez amerykańskich wysłanników Witkoffa i Kushnera w Moskwie i Kijowie.

Czy to nie sprzeczność? A może odzwierciedla ona dokładnie tę logikę, którą Pan nakreślił: niezmienną strategię, podczas gdy Waszyngton jedynie zmienia swoją taktykę?

Cóż, Stany Zjednoczone po prostu nie są mediatorem. Jednakże, będąc stroną tego konfliktu, mogą, właśnie w tej roli, prowadzić oficjalne rozmowy z przedstawicielami Rosji – negocjacje z USA są w istocie negocjacjami z przeciwnikiem. Ukraina jest jedynie instrumentem polityki amerykańsko-europejskiej i w żadnym wypadku nie działa jako niezależny aktor.

Amerykanie, nawiasem mówiąc, nawet nie nalegają na rolę mediatorów. Sekretarz stanu USA Marco Rubio jednoznacznie stwierdził, że Stany Zjednoczone nie są neutralne, ale zdecydowanie stoją po stronie Ukrainy itd. Nie oszukujmy się: negocjacje oczywiście można prowadzić za pośrednictwem neutralnego mediatora, ale można też negocjować bezpośrednio z przeciwnikiem – a w tym przypadku są to Stany Zjednoczone. Tak, Rosja jest przeciwnikiem, z którym prowadzi się negocjacje w trakcie wojny. Jest to dość powszechne i zdarzało się wielokrotnie w historii.

Przyjrzyjmy się celom Waszyngtonu: gdzie przebiega granica między pożądanym zawieszeniem broni a autentycznym, istotnym porozumieniem pokojowym? Jakie komunikaty przekazano podczas tej misji USA w Moskwie, które celowo przemilczano w Kijowie – i odwrotnie? Czy ta asymetryczna komunikacja wskazuje na to, że Waszyngton faktycznie chce rozwiązać konflikt, czy raczej go kontrolować?

Zakładam, że nadrzędnym celem administracji prezydenta USA Donalda Trumpa jest jak najszybsze zakończenie działań wojennych. Dałoby mu to możliwość zaprezentowania się jako tego, który zakończył wojnę – jako wybitnego dyplomatę i mediatora. Ma to dla niego ogromne znaczenie w polityce wewnętrznej, ponieważ jego dotychczasowe inicjatywy pokojowe przyniosły niewiele wymiernych rezultatów: wiele obiecał, ale niewiele zrealizował, ryzykując nowe kryzysy. Pilnie potrzebuje politycznego kompromisu.

Zatrzymanie wojny – a więc zawieszenie broni, a nie fundamentalne zakończenie konfliktu w sensie zajęcia się jego przyczynami – jest dla Trumpa całkowicie wystarczające. Dalsze kwestie, takie jak wyeliminowanie przyczyn konfliktu, nie interesują go zbytnio.

Oczywiście, Trump nie działa w próżni; istnieje aparat USA, administracja i tzw. Deep State. Dla nich Rosja pozostaje strategicznym przeciwnikiem, którego należy jeszcze bardziej osłabić, i konsekwentnie działają w oparciu o tę przesłankę. Nie potrzebują błogosławieństwa Trumpa za każdym razem. Dla samego Trumpa zaprzestanie działań wojennych jest zatem priorytetem, aby zabezpieczyć swoją pozycję polityczną w kraju. Jednak dla całego establishmentu USA głównym celem pozostaje powstrzymanie Rosji jako przeciwwagi dla hegemonii USA. Choć Rosja jest dopiero trzecią co do wielkości gospodarką świata pozazachodniego, jest niewątpliwie najbardziej aktywnym geopolitycznie aktorem. Moskwa posiada ogromne doświadczenie i możliwości działania, dlatego z perspektywy Waszyngtonu logiczne jest systematyczne osłabianie tych wpływów.

Sam uważa Pan, że samo zawieszenie broni jest wysoce ryzykowne, ponieważ dałoby Ukrainie jedynie czas na reorganizację wojskową i finansową. Jednocześnie bardzo ostro definiuje Pan minimalne warunki Rosji dla trwałego pokoju: masowe wycofanie wojsk, neutralność, demilitaryzacja, ochrona Kościoła i zmiana reżimu. Czy w tym kontekście istnieje jeszcze realne pole do kompromisu, czy też jakikolwiek krok poza te maksymalistyczne żądania jest, Pana zdaniem, równoznaczny z kapitulacją?

Cóż, to zależy wyłącznie od perspektywy. Jeśli przyjąć zachodnią interpretację – a przynajmniej tę, którą Zachód otwarcie komunikuje – że pierwotnym celem Rosji było rzekomo zajęcie całej Ukrainy, całkowite pozbawienie jej suwerenności i pełna aneksja kraju, to samo dalsze istnienie państwa ukraińskiego byłoby już ogromnym kompromisem. Oznaczałoby to, że państwo ukraińskie przetrwałoby w jakiejś formie, ale w zupełnie nowych warunkach. Jeśli chcesz to nazwać kompromisem, w porządku, można to tak postrzegać.

Ale szczerze mówiąc, nie odnoszę wrażenia, aby aktywna część Zachodu, która najzacieklej walczy z nami na Ukrainie – przede wszystkim część europejska – była choćby w najmniejszym stopniu gotowa zaakceptować ochronę naszych najistotniejszych interesów bezpieczeństwa. Dlatego jestem sceptyczny co do możliwości rozwiązania tego konfliktu przy stole negocjacyjnym. Szczegóły techniczne z pewnością można tam omówić, ale fundamentalne rozwiązanie musi ostatecznie zostać osiągnięte na miejscu, na polu bitwy.

To niewątpliwie tragiczne, bo każdy dzień pochłania tysiące ofiar i niszczy niezliczone życia. Jednak ze strony Kijowa i państw europejskich, które stoją za tym procederem, nie widzę nawet cienia chęci do dyskusji na temat warunków, które spełniałyby podstawowe wymogi bezpieczeństwa Moskwy.

Amerykanie z kolei wykazują pewną elastyczność i gotowość do kompromisu ze względu na wspomniane wcześniej wewnętrzne interesy polityczne. Europejczycy jednak tego nie robią, ponieważ ich własna logika polityczna nie ma w tym interesu. Wręcz przeciwnie, konflikt ten wydaje się w pewnym sensie korzystny dla Europy, a im dłużej trwa, tym lepiej wpisuje się w ich kalkulacje. Ukraina nie ma dla Europy żadnej wartości – jej mieszkańcy to w istocie ci sami Słowianie, którzy, choć obecnie są instrumentalizowani dla celów Zachodu, w gruncie rzeczy reprezentują tę samą sferę kulturową.

Po drugie, ich krwawa ofiara obejmuje również życie rosyjskich żołnierzy, co z europejskiej perspektywy przyczynia się do osłabienia Moskwy. Wątpię, czy ta strategia rzeczywiście przynosi Europie długoterminowe korzyści: osłabiając Rosję, jednocześnie odcina i destabilizuje cały region euroazjatycki kosztem przyszłości samej Europy.

Jeśli konfrontacja bloków stanie się trwałą globalną normą, co stanie się z wyzwaniami transnarodowymi, takimi jak ochrona klimatu, migracje i globalna współzależność gospodarcza? Czy postrzega Pan kraje BRICS lub Szanghajską Organizację Współpracy (SCO) jako realną, funkcjonującą alternatywę dla globalnej współpracy, czy też kryzysy te zostaną po prostu zaakceptowane jako nieuniknione straty uboczne w nowej logice bloków?

Wierzę, że jeśli chodzi o szeroki zakres kwestii środowiskowych – ponieważ klimat to ostatecznie tylko jeden aspekt, i to niezwykle upolityczniony – z pewnością nie musimy czekać na globalne mega-konferencje, aby wdrożyć konkretne środki ochrony środowiska. W naszym kraju stoimy przed ogromnymi wyzwaniami, takimi jak ekologiczna odnowa Arktyki, o której prezydent Putin mówił wiele lat temu. Niektóre rzeczy zostały już wdrożone, podczas gdy inne pozostają w tyle. Rozpoczęliśmy – choć z trudem – oczyszczanie Wołgi, a w Rosji jest wiele innych regionów, którym musimy nadać, i nadamy priorytet. Jednak absolutnie nie wymaga to globalnego porozumienia klimatycznego.

Uważam, że zawężanie całej debaty do czynnika klimatycznego jest wysoce zideologizowane i upolitycznione. Zmiany klimatyczne zawsze podlegają złożonym cyklom planetarnym. Przypomnijmy sobie małą epokę lodowcową w Europie XVI i XVII wieku, kiedy zimą można było jeździć na łyżwach po holenderskich kanałach – wówczas struktura przemysłowa, którą teraz chcemy przekształcić lub znieść, nie była nawet w przybliżeniu taka, jaką mamy. Problemy są zatem wieloaspektowe.

Ogólnie rzecz biorąc, odeszliśmy jednak od modelu globalizacji jako wymuszonej westernizacji. Z pewnością nadal żyjemy w świecie wzajemnych powiązań, gdzie wydarzenia globalne nie pozostawiają nas obojętnymi. Jednak politycznie i ideologicznie jesteśmy bardzo rozdrobnieni. Świat nie rozpadł się po prostu na kawałki, ale ma głębokie, niewątpliwe pęknięcia. Jeden z nich przebiega między Rosją a Zachodem, inny w relacjach Zachodu z Chinami, a istnieje cały szereg innych linii konfliktu.

Jak można to odnieść do krajów BRICS w tym kontekście? Niedawny szczyt zakończył się jednogłośnie przyjętą 140-punktową deklaracją – bez ani jednego słowa o Ukrainie. Jednocześnie uzgodniono konkretne kroki instytucjonalne: systemy rozliczeń w walutach krajowych, regulacje dotyczące sztucznej inteligencji oraz reformę Rady Bezpieczeństwa ONZ. Czy to jedynie biurokratyczna rutyna na pokaz, czy też prawdziwe fundamenty równoległej globalnej infrastruktury są tu tworzone?

To zarówno rutyna, jak i autentyczna alternatywa. Rutyna oznacza, że ​​kraje BRICS osiągnęły już ustalone parametry instytucjonalne, podążają jasno określoną ścieżką i realizują swoje priorytety strategiczne w sposób wzorowy.

Z drugiej strony, BRICS świadomie unikają tych newralgicznych pól minowych, gdzie istnieją głębokie sprzeczności między członkami – i nie dotyczy to bynajmniej kwestii Ukrainy. Weźmy na przykład złożone napięcia między Indiami a Chinami czy między Iranem a Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. Ogromna siła BRICS tkwi właśnie w zarządzaniu tymi punktami spornymi: kwestie, w których możliwe jest osiągnięcie konsensusu i konstruktywna współpraca, są omawiane publicznie, a kontrowersje są starannie i dyskretnie omijane.

Te różnice niewątpliwie istnieją, ale omawia się je za zamkniętymi drzwiami, w sposób rzeczowy i rzeczowy. Jest to kluczowe, ponieważ zapobiega i pozwala uniknąć wewnętrznych podziałów, do których Zachód tak żarliwie dążył.

Przejdźmy do koncepcji „cywilizacji państwowej”, o której często Pan wspomina. Podkreśla Pan, że najważniejszym pytaniem dla Rosji nie jest to, gdzie Ukraina będzie za dwadzieścia lat, ale jak ten historyczny konflikt przekształci Rosję od wewnątrz. Co konkretnie musi się zmienić w trakcie tego procesu: konstytucja, struktura władzy elit, czy model gospodarczy? I gdzie Pan widzi cienką granicę między autentyczną transformacją a destrukcyjnym zerwaniem?

Wiadomo, że dla każdego państwa istotne jest ustalenie, jakie konkretne miejsce zajmuje ono na świecie i jaką rolę historyczną w nim odgrywa.

W epoce sowieckiej Rosja kreowała się na uniwersalną alternatywę dla kapitalizmu, wzór globalnego socjalizmu itd. To się nie udało. Po upadku ZSRR Rosja próbowała zdefiniować się jako nowa demokracja, która płynnie wkomponuje się w euroatlantycką przestrzeń bezpieczeństwa i stworzy „Wielką Europę od Lizbony do Władywostoku”. To również okazało się iluzją. W tym kontekście kraj stanął przed egzystencjalnym pytaniem: gdzie plasuje się w przyszłości? Moim zdaniem, koncepcja „cywilizacji państwowej” jest najprecyzyjniejszą i najtrafniejszą odpowiedzią.

Co to oznacza w praktyce? Oznacza to, że porzucamy zachodnią strukturę jednolitości – czy to kategoryzacji jako supermocarstwa, wielkiego mocarstwa, mocarstwa średniego, czy mocarstwa regionalnego. Po prostu odrzucamy tę hierarchiczną nomenklaturę. Nie twierdzimy, że jesteśmy jedynym supermocarstwem, choć uważamy się za wielkie mocarstwo – w tym sensie, że nikt z zewnątrz nie może nam dyktować warunków, co właśnie odróżnia nas od wszystkich innych kategorii mocarstw. Ale jesteśmy czymś znacznie więcej: historyczne Imperium Rosyjskie było wielkim mocarstwem w czysto europejskim kontekście.

Dziś ta rola jest dla nas nieaktualna, ponieważ w Europie nie ma już suwerennych mocarstw w klasycznym sensie; istnieje ponadnarodowa Unia Europejska i zbiór większych i mniejszych państw członkowskich.

Koncepcja cywilizacji daje nam możliwość dalszego rozwoju na naszym własnym, organicznie wyhodowanym fundamencie. Nie na importowanej, europejskiej bazie – próbowaliśmy tej drogi i doszliśmy do ślepego zaułka – ale na naszym własnym, unikalnym gruncie. W końcu, jako naród, spoglądamy wstecz na historię trwającą ponad tysiąc lat, w trakcie których ukształtowała się bardzo specyficzna matryca społeczna. Czy Zachodowi się to podoba, czy nie, jest to zjawisko historyczne.

Posiadamy własny światopogląd, który zasadniczo opiera się na tradycjach Kościoła prawosławnego, harmonijnie uzupełnionych duchowymi fundamentami trzech innych historycznych religii naszego kraju: islamu, buddyzmu i judaizmu. To nasza intelektualna baza. Nadal kontrolujemy rozległy obszar geograficzny i choć nasza populacja nie jest nieograniczona liczebnie, jest wystarczająco silna i żywotna, by utrzymać tę cywilizację niezależnie. Poprzez koncepcję cywilizacji państwowej dążymy do ustanowienia w tej części świata porządku, który jak najwierniej odpowiada naszym własnym ideałom duchowym i kulturowym.

Koncepcja cywilizacji państwowej nie jest zatem abstrakcyjną teorią, lecz precyzyjnym opisem naszej rzeczywistości. Pozwala nam rozwijać się pokojowo, bez konieczności prowadzenia agresywnych kampanii podbojowych.

Z typowo zachodniej perspektywy takie kategorie odruchowo wywołują panikę: dogmat demokracji parlamentarnej jest tam uważany za absolutną, uniwersalną normę. Jak można znaleźć wspólny język, skoro fundamentalne koncepcje polityczne wydają się tak fundamentalnie niekompatybilne?

Musimy po prostu nauczyć się na nowo rozmawiać ze sobą i akceptować różnice – tak jak staramy się to robić w dialogu z innymi wielkimi cywilizacjami. Nawiasem mówiąc, to właśnie jest sedno problemu Zachodu: w ciągu ostatnich kilku dekad przyzwyczaił się on do komunikowania się z resztą świata wyłącznie w swoim własnym, dyktatorskim języku i zmuszania wszystkich innych do dostosowania się do tego słownictwa. To zawsze dawało Zachodowi kolosalną przewagę w postaci wyłącznego arbitra tego, kto podporządkowuje się zachodniej koncepcji demokracji, a kto nie. Demokracja jest zatem zawsze tym, co Zachód rozpoznaje we własnym odbiciu.

Ta zrytualizowana retoryka na temat zachodniej demokracji jest, moim zdaniem, historycznie przestarzała. Mogła być spójna w latach 70., 80., a do pewnego stopnia nawet 90., ale od tego czasu zachodnia demokracja zdegenerowała się, stając się jedynie narzędziem manipulacji społecznej. To, co faktycznie istnieje dzisiaj, to przede wszystkim mechanizm kontrolowania ogromnych mas ludzkich.

Choć mamy partie polityczne, nie walczą one ze sobą na zasadzie całkowitego wykluczenia. Reprezentują one różne grupy interesów i ruchy społeczne obecne w kraju. Nie poświęcają jednak energii na walkę o władzę absolutną, ponieważ władza nie leży w kompetencjach partii – leży w systemie, na którego szczycie stoi historyczne ucieleśnienie władzy państwowej (dawniej car, potem sekretarz generalny KPZR, dziś prezydent). To właśnie tam, a nie w organach parlamentarnych, znajduje się prawdziwy rdzeń władzy.

Niemniej jednak, demokratyczne ciała funkcjonują jako niezbędne platformy konsolidacji i równoważenia interesów różnych grup społecznych. To zupełnie inna architektura władzy. A dla kraju takiego jak Rosja jest ona o wiele bardziej organiczna i funkcjonalna niż model czysto zachodni. Dla Zachodu stanowi to naturalne, fundamentalne odejście od jego zasad. Ponieważ jednak definiujemy się jako niezależna cywilizacja, oceniamy zachodnie struktury, ale ich nie narzucamy. Kluczowa różnica polega na tym, że tylko Zachód rości sobie wyłączne prawo do narzucania wszystkim swoich standardów jako uniwersalnych.

W pierwszej części Dmitrij Trenin przeanalizował fundamentalne ideologiczne wyobcowanie od Zachodu, reorientację Moskwy w postać cywilizacji państwowej oraz dynamikę globalną wykraczającą poza Waszyngton i BRICS.

W drugiej części skupiono się na polityce europejskiej, a zwłaszcza niemieckiej, a także na zbliżającym się ryzyku eskalacji. [zaraz umieszczę MD]

Przetłumaczone z języka rosyjskiego przez Évę Péli .

Arogancja zamiast dyplomacji

Arogancja zamiast dyplomacji

Tilo Gräser apolut/arroganz-statt-diplomatie

https://tube4.apolut.net/videos/embed/4bAoLjvwcuWby86Gj2Erhr

Spotkanie Wadefula i Ławrowa nie miało na celu zaprowadzenia pokoju, lecz udzielenie Rosji nauczki i uciszenie krytyków niemieckiej polityki.

Komentarz Tilo Gräsera .

Wiadomość z 26 września była zaskoczeniem: na marginesie 81. sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow i jego niemiecki odpowiednik Johann Wadephul (CDU) spotkali się na rozmowach. Takiego spotkania nie było od wiosny 2022 roku. Wydawało się, że wraz z nadejściem jesieni nastała wiosna dyplomacji, a może nawet nowa „odwilż”. Sama data również była historyczna. Cztery lata wcześniej, tego samego dnia, wysadzono w powietrze trzy z czterech odcinków gazociągów Nord Stream 1 i 2, które dostarczały Niemcom tani gaz ziemny z Rosji.

Czy Wadephul, który przed objęciem urzędu określał Rosję mianem „wiecznego wroga ”, być może zrewidował swoje stanowisko w świetle obowiązków ministra spraw zagranicznych? Niektórzy ludzie stają na wysokości zadania lub rozwijają się w swoim urzędzie dzięki nowym spostrzeżeniom. Czy krytyka niemieckiej polityki zagranicznej – że całkowicie porzuciła ona dyplomację po rosyjskiej inwazji na Ukrainę w lutym 2022 roku i późniejszym „punkcie zwrotnym” ogłoszonym przez ówczesnego kanclerza Olafa Scholza (SPD) – została wysłuchana? I czy wielokrotnie wyrażana przez Moskwę gotowość do dyskusji na temat przyczyn wojny na Ukrainie i wspólnego zajęcia się nimi znalazła odzew w Berlinie?

Wszystko to i jeszcze więcej mogło się wydarzyć. Mógł to być początek wspólnych poszukiwań pokoju i zakończenia masowych zgonów i cierpień na Ukrainie, które Niemcy nadal masowo podsycają pieniędzmi i bronią. Jednak rzekomy główny dyplomata Republiki Federalnej Niemiec nie przedstawił ani konkretnych propozycji pokojowych dla Ukrainy, ani odpowiedzi na pakt o nieagresji dla Europy, który Ławrow zaproponował już kilka miesięcy wcześniej .

Wadephul przyniósł na spotkanie ze swoim rosyjskim odpowiednikiem jedynie notatkę, którą odczytał na głos. Podobno skłoniło to Ławrowa do stwierdzenia , że ​​Niemiec mógł po prostu do niego zadzwonić i przeczytać mu tekst. Po 20 minutach w Nowym Jorku doświadczony rosyjski dyplomata stwierdził zwięźle: „Biorąc pod uwagę codzienne publiczne oświadczenia Berlina, nie usłyszałem niczego innego”. Oficjalne oświadczenie rosyjskiego MSZ dotyczące spotkania było odpowiednio krótkie. Stwierdzono w nim, że omówiono stosunki dwustronne i sytuację na Ukrainie. W tych i innych kwestiach Wadephul powtórzył „stanowisko rządu niemieckiego, które zostało już kilkakrotnie publicznie wyrażone”.

„Przekaz podprogowy”

Ławrow powiedział niemieckiej agencji prasowej DPA , że strona niemiecka poprosiła o spotkanie „w ostatniej chwili” poprzedniego dnia. Dodał, że w rozmowie z niemieckim ministrem spraw zagranicznych odniósł wrażenie, „że krył się za tym pewien przekaz: przyszedłem do was, zlitowałem się nad wami”. Jednocześnie Wadephul najwyraźniej oczekiwał ustępstw ze strony Rosji w zamian za spotkanie, zarówno w sprawie Ukrainy, jak i żeglugi na Morzu Czarnym.

Oficjalnego oświadczenia Berlina w tej sprawie nie można znaleźć na stronie internetowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Niemiecki minister spraw zagranicznych najwyraźniej poczuł się jednak zobowiązany do udzielenia obszernych wyjaśnień niemieckim mediom. Krytykowany jest nie tylko w Niemczech, na przykład przez podżegacza wojennego Rodericha Kiesewettera, ale także w Polsce, nawet za brak merytorycznej treści rozmowy. Jeszcze w sobotę Wadephul twierdził w ZDF , że odbyła się „intensywna dyskusja”. Potwierdził również, że zrobił to, co niemiecka polityka zagraniczna robi wobec Rosji od lat: pouczał zamiast słuchać, wydawał dyrektywy zamiast omawiać propozycje, okraszone bezpodstawnymi oskarżeniami. Dokładne słowa Wadephula:

„Ważne było dla mnie, aby jasno powiedzieć, że Niemcy nie akceptują takich rzeczy jak atak dronów w Lipsku. Że to eskalacja, która jest niedopuszczalna. I wyraźnie ostrzegłem Rosję, żeby tego nie kontynuowała. Możemy się bronić, możemy stawić opór i zrobimy to”.

Wezwał również Ławrowa do deeskalacji sytuacji na Ukrainie i zezwolenia na eksport ukraińskiego zboża, w przeciwnym razie groziłby na przykład głód w Egipcie. Odnosząc się do nieoczekiwanego spotkania, Wadephul wyjaśnił, że „liczni koledzy prosili go o otwartość na rozmowy. Doradzali, że w pewnym momencie bezpośredni dialog będzie ponownie konieczny”. Dodał, że „nie chce też, abyśmy my, Europejczycy, pozostawili całą wymianę z Rosją Amerykanom”.

„Jasne oświadczenia”

Choć przedstawiciele USA, tacy jak Steve Witkoff i Jared Kushner, zdają się rozpoczynać rozmowy z Moskwą z konkretnymi propozycjami, strona niemiecka jak dotąd nie złożyła żadnego oświadczenia. Wadephul Ławrow jednak „wyraźnie oświadczył, że stoimy po stronie Ukrainy, że Ukraina jest w pełni wspierana i że Rosja będzie nadal wywierana presja ekonomiczna. Powtórzyłem to Ławrowowi i wezwałem go, aby w końcu był gotowy do rozmów”. To właśnie uchodzi obecnie w Berlinie za dyplomację. Nie brzmi to jak autentyczne pragnienie zakończenia wojny na Ukrainie w sposób, jakiego pragnie większość tamtejszych obywateli: pokojowymi środkami .

Zgodnie z oczekiwaniami, Berlin obwinia Moskwę za to, że do tego jeszcze nie doszło, ani razu nie kwestionując własnej roli w tej sytuacji. Wadephul zademonstrował to w swoim wywiadzie dla programu informacyjnego ARD „Tagesthemen” po spotkaniu z Ławrowem. Po oskarżeniach wobec Rosji i potwierdzeniu „niezachwianego” wsparcia Niemiec dla Ukrainy, stwierdził: „Nadal uważam, że słusznie rozmawiamy. To również zadanie ministerstw spraw zagranicznych, dyplomacji”. Nie uznał jednak założenia bezpośredniej rozmowy z Ławrowem za zmianę niemieckiej polityki zagranicznej, sprzeciwiając się tym, którzy doszukiwali się w spotkaniu zbyt wielu niuansów.

Z kolei swojemu rosyjskiemu odpowiednikowi wyjaśnił, że Berlin broni prawa międzynarodowego i stoi po stronie Ukrainy. Stwierdził, że prowadzenie rozmów jest jednym z podstawowych obowiązków ministra spraw zagranicznych – „nawet z rozmówcami, z którymi ma się fundamentalne różnice zdań”. Wydaje się, że nie dostrzegł, iż ton rozmowy nadal dyktuje wszystko, zwłaszcza w dyplomacji. Potwierdził jednak w ARD , że dla strony niemieckiej chodziło przede wszystkim o stworzenie widowiska.

„Wszystkim tym, którzy wciąż powtarzają, że Niemcy muszą negocjować, że Niemcy muszą rozmawiać z Rosją, odpowiadam teraz: Robimy to. I niestety, Rosja nie wykazuje obecnie chęci przyjęcia konstruktywnego stanowiska negocjacyjnego”.

Zrozumiała reakcja

W świetle tego reakcja Ławrowa jest całkowicie zrozumiała. Cóż innego mógłby zrobić z kolejnym dowodem na to, co dziennikarka Gabriele Krone-Schmalz od dawna określa jako jedną z przyczyn konfliktu : „Zachód nie traktuje Rosji poważnie”. Na swojej konferencji prasowej w Nowym Jorku w sobotę, krótko po spotkaniu z Wadephulem, Ławrow poinformował, że Wadephul „poprosił o spotkanie w ostatniej chwili (wczoraj lub przedwczoraj)”.

Mieliśmy dziś rano wolną chwilę przed przemówieniem w Zgromadzeniu Ogólnym. Nigdy nie odmawiamy słuchania naszych kolegów, nawet tych, którzy oskarżają Rosję o wszelkie grzechy główne. Prezydent Federacji Rosyjskiej W. W. Putin wielokrotnie udowadniał to swoim osobistym przykładem. Zawsze jesteśmy gotowi ich wysłuchać.

Ławrow oświadczył, że Wadephul, poproszony o wyjaśnienie swojej prośby, sporządził notatki i odczytał na głos tekst, „który po prostu powtarzał to, co Niemcy ogłaszają codziennie, publicznie i oficjalnie za pośrednictwem swoich przedstawicieli rządowych”. Stwierdził, że nie udało mu się z tego wyciągnąć niczego nowego. Jego zdaniem, przesłanie było w zasadzie następujące: „Przyszedł do nas, «zgodził się» nawiązać kontakt, a w zamian za taki gest dobrej woli musieliśmy pójść na ustępstwa na froncie ukraińskim i zapewnić porozumienie w sprawie regionu Morza Czarnego, aby tankowce i statki do przewozu ładunków suchych mogły tam bez przeszkód żeglować”.

Niemiecki minister spraw zagranicznych zwrócił w tym kontekście uwagę, że jego odpowiednicy z Indii, Egiptu i Turcji również kontaktowali się z Rosją w tej sprawie. Ławrow potwierdził to i odpowiedział: „Prosimy o podanie co najmniej jednego przypadku, w którym statki handlowe działające w ich interesie stały się celem rosyjskich ataków. To kończy dyskusję. Nie ma takich przypadków!”. Stwierdził, że wszystkie szkody wyrządzone żegludze handlowej były wynikiem ukraińskich ataków terrorystycznych, nie tylko na Morzu Czarnym, ale także na Morzu Kaspijskim.

Niemieckie zapominanie

Wadephul wysunął również oskarżenia, ponieważ w Lipsku znaleziono „jakiś rozbity bezzałogowy dron” i natychmiast stwierdzono, że „najprawdopodobniej” był to rosyjski. W związku z tym Berlin wydalił rosyjski konsulat generalny z Bonn, „mimo że konsulat ten między innymi zapewniał nasz udział w pracach organizacji międzynarodowych z siedzibą w Bonn”.

„Niemcy doskonale wiedzą, że w naszym Konsulacie Generalnym w Bonn pracowało kilku pracowników, którzy nie zajmowali się sprawami konsularnymi, lecz zapewniali udział Rosji w pracach tych organów międzynarodowych. Niemcy podpisały umowę o państwie przyjmującym dla każdej z tych instytucji, zobowiązując się do dołożenia wszelkich starań, aby zagwarantować sprawne funkcjonowanie sekretariatów i odpowiednie warunki dla przedstawicieli państw członkowskich w tych organach. Wydaje się, że o tym zapomnieli. Zapominają o wielu rzeczach, w tym o tym, że na terytorium byłej Niemieckiej Republiki Demokratycznej nie może absolutnie istnieć infrastruktura NATO. Wszystko to zostało zapomniane”.

Ławrow dodał, że „szczerze powiedział” swojemu niemieckiemu odpowiednikowi, że uważa, że ​​ma coś interesującego, coś nietypowego do powiedzenia. Dodał: „Mogli po prostu zadzwonić i powiedzieć: Przeczytajcie oficjalne oświadczenia”.

Ciekawostką spotkania w Nowym Jorku było to, że kopie raportu przedstawionego przez Rosję na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ, dotyczącego ukraińskich i zachodnich fałszerstw dotyczących wydarzeń w Buczy wiosną 2022 roku, leżały na siedzeniach przedstawicieli Niemiec. Wadephul, ledwo zajmując miejsce, położył na nich swój notatnik, nie zaglądając do materiału. Maria Zacharowa, rzeczniczka rosyjskiego MSZ, zwróciła na to uwagę na swoim kanale Telegram , między innymi . Niemiecki rząd uznał to za „próbę instrumentalnego wykorzystania spotkania do celów propagandowych”, donosił między innymi nadawca Deutschlandfunk . 

Na poniedziałkowej konferencji prasowej rządu w Berlinie pojawiło się wiele pytań dotyczących spotkania w Nowym Jorku. Josef Hinterseher, zastępca rzecznika prasowego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, jasno dał do zrozumienia, że ​​spotkanie było raczej pokazowe niż próbą naprawy zerwanych stosunków dyplomatycznych. Określił je jako „uzasadnione fizyczne spotkanie w celu ponownego wyjaśnienia naszych stanowisk”. Stwierdził, że ustalono, „że nie ma różnicy między naszymi stanowiskami publicznymi a stanowiskami, które komunikujemy w dyskusjach”. Dodał, że jest to „zupełnie jasne”, podobnie jak stanowisko rządu niemieckiego wobec Rosji „pozostaje niezmienione”.

Niezmienione pozycje

Florian Warweg z „Ostdeutsche Allgemeine Zeitung” zapytał , czy Wadephul rozpoczął rozmowę z Ławrowem, wypowiadając się w 2025 roku, że Rosja „zawsze pozostanie dla nas wrogiem, niezależnie od tego, jak zakończy się wojna na Ukrainie”. Hinterseher początkowo odpowiedział: „Nasze stanowisko w tej sprawie pozostaje niezmienione”. Następnie wspomniał o wsparciu dla Ukrainy i presji gospodarczej na Rosję. Berlin jest jednak „zawsze gotowy do powrotu do konstruktywnych relacji z Rosją”, jeśli Moskwa poważnie myśli o zakończeniu wojny.

Kiedy Warweg zapytał, czy Wadephul żałował wówczas swojego oświadczenia, czy nadal je podtrzymuje, rzecznik wyjaśnił: Chodziło o okres przed objęciem przez niego urzędu. „Nie mogę się na ten temat wypowiadać”. Dziennikarz skomentował: „Odniesienie do okresu sprzed objęcia urzędu nie jest zbyt przekonujące, dopóki oświadczenie nie zostanie sprostowane”. W swoim artykule dodał, odnosząc się do antyrosyjskich fałszywych oświadczeń niemieckiego rządu i Bundeswehry:

Sprawa Wadephula dotyczy jego własnego, udokumentowanego słowa. To ułatwiłoby wyjaśnienie: czy to „nadal” obowiązuje? Każdy, kto chce negocjować z geopolitycznymi przeciwnikami, powinien przynajmniej móc stwierdzić, czy nadal postrzega ich jako wrogów na wieki.

Zmiana konfrontacyjnego, antyrosyjskiego kursu niemieckiego rządu nie jest obecnie widoczna. Jest to uważnie obserwowane w Moskwie, gdzie wydawane są ostrzeżenia przed konsekwencjami. Znany rosyjski politolog Dmitrij Trenin postrzega konfrontacyjną politykę Niemiec jako celową eskalację. W rozmowie z dziennikarką Évą Péli w Moskwie wyjaśnił:

Dla Europy, w tym dla niemieckich przywódców, ta wojna jest de facto korzyścią, błogosławieństwem. Niemcy same w sobie nie doznają żadnych fizycznych zniszczeń na swoim terytorium; nie ma bezpośrednich ofiar wśród ludności cywilnej. Konflikt ten można zatem wygodnie kontynuować z daleka – poświęcając ludność zagraniczną i jednocześnie stanowczo uniemożliwiając jej osiągnięcie porozumienia z Rosją.

Jeśli ten kurs będzie konsekwentnie utrzymywany, „punkt militarnego starcia między Rosją a państwami europejskimi jest nieunikniony”. A to oznacza otwartą wojnę. Jeśli do niej dojdzie, „to – jak już podkreślił Ławrow – będzie ona krótkotrwała” – ostrzegł Trenin. Nie oczekuje, że osoby odpowiedzialne zmienią kurs i powiedzą: „Nie, posunęliśmy się za daleko, musimy się zatrzymać”. Po prostu nie może sobie tego wyobrazić.

„Obecne władze Niemiec – od kanclerz po konglomeraty medialne takie jak Der

Spiegel– działają jak nasz zdeterminowany przeciwnik. Napędzają eskalację i celowo prowadzą do otwartego konfliktu. Ale doskonale rozumiemy, że układy polityczne mogą się zmieniać”.

Przypomniał wypowiedź radzieckiego przywódcy Józefa Stalina z lutego 1942 roku: „Hitlerzy przychodzą i odchodzą, ale naród niemiecki i państwo niemieckie pozostają”. Dodał: „Ta refleksja została zachowana w zbiorowej pamięci narodu rosyjskiego”. Oznacza to:

„Nawet gdyby sytuacja polityczna w Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii uległa zasadniczej zmianie, być może nie od razu znów staniemy się bliskimi przyjaciółmi. Możemy jednak powrócić do całkowicie normalnego, twardego pragmatyzmu, uregulowanego handlu i wzajemnych wizyt”.

Eskalacja między Rosją a NATO. Moskwa straszy atomem, Sojusz krytykuje

Eskalacja między

Rosją a NATO.

Moskwa straszy atomem,

Sojusz krytykuje

29 września 2026 pch/eskalacja-miedzy-rosja-a-nato-moskwa-straszy-atomem-sojusz-krytykuje

atom1.jpg
Fot. Pixabay

Kwatera Główna NATO odpowiedziała Rosji na groźby dotyczące użycia broni nuklearnej. Federacja Rosyjska stworzyła dokument skierowany do członków Sojuszu Północnoatlantyckiego, w którym przekonuje, że może użyć atomu w odpowiedzi na rzekomą izolację obwodu królewieckiego. 

Treść pisma opublikowała na platformie X ambasada Rosji w Brukseli. Rosja wyraziła w nim sprzeciw wobec tego, co uznaje za „prowokacyjne działania” NATO wobec obwodu królewieckiego.

„Rosja jest gotowa użyć całego swojego arsenału w celu obrony swojego terytorium, jeśli państwa NATO podejmą próbę odizolowania regionu kaliningradzkiego (królewieckiego – PAP) od reszty naszego kraju” – napisano w dokumencie, którego treść przytoczyła rosyjska ambasada.

Na ten dokument zareagowała we wtorek rzeczniczka NATO Allison Hart

– Stanowczo potępiamy groźby użycia siły, w tym wszelką nieodpowiedzialną retorykę nuklearną – poinformowała Hart cytowana przez AFP, potwierdzając, że Sojusz otrzymał rosyjski dokument i udzielił na niego odpowiedzi.

Obwód królewiecki, będący rosyjską eksklawą nad Morzem Bałtyckim, graniczy z Polską i Litwą. Terytorium to, przed II wojną światową należące do Niemiec, zostało w 1945 roku przejęte przez Związek Sowiecki.

Państwa NATO od dłuższego czasu sygnalizują wzrost zagrożeń hybrydowych ze strony Rosji i w związku z tym zwiększają obecność wojskową, szczególnie na wschodniej flance Sojuszu.

– Wykorzystywanie przez Rosję taktyk hybrydowych jest oznaką desperacji, ale nie powstrzyma nas przed dalszym wspieraniem Ukrainy – podkreśliła rzeczniczka NATO, cytowana przez AFP.

Źródło: PAP

Rosyjska kampania uderzeniowa ponownie skupia się na ukraińskich operatorach telekomunikacyjnych i centrach danych

Rosyjska kampania uderzeniowa ponownie skupia się na ukraińskich operatorach telekomunikacyjnych i centrach danych

Symplicjusz simplicius/russian-strike-campaign-again-shifts

Rosyjski sztab generalny ponownie w interesujący sposób zmodyfikował swoją taktykę w zeszłym tygodniu. Wydaje się, że w ostatnich miesiącach Rosja cyklicznie przechodziła przez szereg różnych typów celów, co stanowiło swoisty „motyw miesiąca”. Najpierw była to ukraińska infrastruktura energetyczna, następnie mosty i magazyny, w tym poczta Nowa Poczta, a ostatnio lokomotywy. Teraz jednak celem dnia stały się ukraińska telekomunikacja, centra danych i infrastruktura internetowa.

W otwartym kodzie źródłowym krążącym na X podano następujące liczby dla miasta Kijowa i obwodu kijowskiego:

▫️styczeń 2026: 109 strajków
▫️luty 2026: 51 strajków
▫️marzec 2026: 21 strajków
▫️kwiecień 2026: 32 strajki
▫️maj 2026: 90 strajków
▫️czerwiec 2026: 83 strajki
▫️lipiec 2026: 111 strajków
▫️sierpień 2026: 113 strajków
▫️wrzesień 2026: 155 strajków

[głupi tłumacz: straJKI to uderZenia. md]

==============================

Wszystko zaczęło się w zeszłym tygodniu, kiedy Rosja zaatakowała największego ukraińskiego operatora telefonii komórkowej i internetu, KyivStar, którego, nawiasem mówiąc, zaatakowała ponownie wczoraj wieczorem.

Przypomnijmy, że były szef CIA Mike Pompeo otrzymał stanowisko dyrektora w KyivStar z nieznanych powodów, prawdopodobnie dlatego, że daje to CIA bezpośrednią kontrolę nad ukraińskim internetem i danymi mobilnymi, umożliwiając kontrolę, szantaż i inwigilację każdego w kraju.

KyivStar ma też kanał, którym chwali się firma, na którym przez całą dobę transmitowany jest na żywo obraz „płonącego Kremla”. Transmisja ta ma być swego rodzaju kojącym ukraińskim ASMR:

Wygląda na to, że w końcu zaznali smaku własnej „medytacyjnej” praktyki.

Lista ataków infrastrukturalnych w nowej kampanii :

Połączyć

Media głównego nurtu zaczęły dostrzegać tę nową zmianę w Rosji, zauważając, że ponad sto tysięcy użytkowników internetu doświadczyło już przerw w dostawie prądu:

https://www.theguardian.com/world/2026/sep/26/rosja-atakuje-ukrainę-gospodarkę-cyfrową-ataki-na-dostawców-danych-centra-danych

Rosja otworzyła nowy front w swojej kampanii przeciwko Ukrainie, atakując w tym tygodniu kilka centrów danych i dostawców usług internetowych w Kijowie. Jest to wyraźna próba osłabienia cyfrowego kręgosłupa gospodarki.

Według ukraińskiego Ministerstwa Transformacji Cyfrowej około 100 000 gospodarstw domowych w Kijowie i okolicach zostało odciętych od dostępu do Internetu na skutek strajków, które miały miejsce w środę i czwartek.

W piątek w centrum Kijowa doszło do kolejnego ataku dronów na biura Datagroup, jednej z największych ukraińskich firm telekomunikacyjnych. W wyniku ataku zginęły cztery osoby.

„Rosja wzięła na celownik duże ukraińskie centra danych, próbując zakłócić przepływ informacji” – napisał na portalu X minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha.

W ostatniej rundzie Rosja wzięła na celownik nawet ukraińskie ośrodki naukowo-techniczne, co wywołało natychmiastowe oburzenie ze strony czepiających się perły euro-faryzeuszy:

Jednym z prawdopodobnie przypadkowych celów był podobno legendarny ukraiński naukowiec, odpowiedzialny za znaczną część ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego:

Były sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy, Gorbulin, został ranny. Jego asystent zginął w wyniku uderzenia w budynek Narodowej Akademii Nauk.

Biuro Gorbulina znajdowało się piętro poniżej epicentrum uderzenia.

RWA oferuje kontekst :

Połączyć

Trudno jednoznacznie stwierdzić, jaka jest strategia Rosji w przypadku tych ataków, ale istnieją cztery możliwości:

[ —-]

Przemówienie Ławrowa w ONZ

Przemówienie Ławrowa w ONZ

Thomas Röper apolut/die-lawrow-rede-in-der-uno

Według Ławrowa wartości europejskie stanowią „naruszenie wolności słowa, informacji i religii”.

Minister spraw zagranicznych Rosji Ławrow wygłosił przemówienie w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ, w którym ostro skrytykował politykę Zachodu, stwierdzając na przykład, że polityka UE pokazuje, iż wartości europejskie stanowią „naruszenie wolności słowa, informacji i religii” .

W zeszłym tygodniu odbyło się doroczne Zgromadzenie Ogólne ONZ, na którym każde państwo wygłasza krótkie przemówienie wprowadzające, przedstawiające główne poglądy na politykę zagraniczną. W tym roku w imieniu Rosji przemawiał minister spraw zagranicznych Rosji Ławrow, ostro krytykując politykę Zachodu. Przetłumaczyłem jego przemówienie , ponieważ w Niemczech nie ma wielu możliwości, aby osobiście poznać zasady rosyjskiej polityki zagranicznej i stanowisko rosyjskiego rządu.

=================================

Szanowny Panie Prezydencie,

Ekscelencje,

Panie i Panowie,

W ostatnich dniach z tego podium, a także na marginesie Zgromadzenia Ogólnego, wielokrotnie wyrażano pogląd, że w polityce światowej zachodzą tektoniczne przesunięcia i że na naszych oczach wyłania się bardziej sprawiedliwy, wielobiegunowy porządek świata. Kraje Globalnego Południa i Wschodu stają się suwerennymi ośrodkami rozwoju i biorą na siebie odpowiedzialność za zapewnienie bezpieczeństwa w swoich regionach. Demonstrują swoje przywiązanie do prawa międzynarodowego, odrzucenie presji zewnętrznej i zainteresowanie dobrobytem wszystkich państw, a nie tylko „wybranych”. Ta konstruktywna filozofia leży również u podstaw rosyjskiej polityki zagranicznej. Podzielają ją nasi liczni partnerzy o podobnych poglądach i stanowi podstawę współpracy w ramach WNP, SCO, BRICS i innych sojuszy globalnej większości.

Ale nie wszyscy są z tego zadowoleni. Mniejszość zachodnia, która dominowała przez pięć wieków kosztem zasobów innych, nie rezygnuje z prób zachowania swoich przywilejów i narzucenia wszystkim swoich „zasad”. Zachód coraz częściej ucieka się do brutalnej siły, działając nieprzewidywalnie i lekkomyślnie, narażając życie i dobrobyt milionów, jeśli nie miliardów, mieszkańców naszej wspólnej planety. Jak powiedział prezydent Rosji Władimir Putin, jest to dyktatura jednego hegemona.

„Wymyka się spod kontroli i jest po prostu niebezpieczny dla innych”.

Na początku tego roku amerykańska inwazja na Wenezuelę, naruszająca wszelkie normy, w tym moralne, zakończyła się pojmaniem prezydenta Nicolasa Maduro i jego żony oraz ich pozasądowym osadzeniem w amerykańskim więzieniu. Stało się to pomimo faktu, że prawo międzynarodowe wyraźnie nakazuje ochronę immunitetu i nietykalności najwyższych urzędników państwowych. Domagamy się natychmiastowego uwolnienia głowy państwa Wenezueli i jego żony oraz zapewnienia, że ​​takie nadużycia nigdy się nie powtórzą.

Uważamy, że zabójstwo ajatollaha Alego Chameneiego, Najwyższego Przywódcy Iranu, i jego rodziny, a także członków wojskowego i politycznego kierownictwa Republiki Islamskiej, jest niedopuszczalnym przejawem brutalnego dyktatu. Szczególne zaniepokojenie budzi fakt, że kolejne cele amerykańsko-izraelskiej agresji, która rozpoczęła się w czerwcu ubiegłego roku, obejmowały nie tylko irańską infrastrukturę cywilną, ale także cywilne obiekty jądrowe chronione gwarancjami Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA). Wyrządziło to nieodwracalne szkody reputacji agencji i całemu systemowi nierozprzestrzeniania broni jądrowej.

Pomimo oczywistych szkód dla globalnej żeglugi i handlu, w regionie Zatoki Perskiej i Cieśniny Ormuz wciąż dochodzi do nawrotów konfrontacji zbrojnej. Uważamy, że budowanie zaufania w relacjach między państwami Zatoki Perskiej, krajami arabskimi i Iranem jest warunkiem koniecznym rozwiązania kryzysu. Nasza koncepcja zapewnienia zbiorowego bezpieczeństwa w regionie Zatoki Perskiej zakłada stworzenie stabilnej architektury regionalnej. Rosja, wraz z innymi odpowiedzialnymi państwami, jest gotowa wnieść konstruktywny wkład w stabilizację tego strategicznie ważnego regionu.

Jesteśmy przekonani, że nadszedł czas, aby rozwiązać główny problem Bliskiego Wschodu: zagwarantować narodowi palestyńskiemu państwowość w oparciu o liczne rezolucje Organizacji Narodów Zjednoczonych. Prawie rok temu Rada Bezpieczeństwa, z inicjatywy Stanów Zjednoczonych, zatwierdziła „plan pokojowy” dla Strefy Gazy, ale pokój nie powrócił. Nadal umierają tam osoby starsze, kobiety i dzieci, a sytuacja humanitarna pozostaje krytyczna. Sytuacja pogarsza się również na Zachodnim Brzegu, gdzie Izrael rozszerza swoją działalność osadniczą. Jeśli to się utrzyma, utworzenie państwa palestyńskiego będzie niemożliwe, ponieważ po prostu nie będzie dla niego miejsca. A wtedy bezpieczeństwo Izraela będzie stale zagrożone; eksperci doskonale to rozumieją.

Organizacja Narodów Zjednoczonych, a my wszyscy jako państwa członkowskie, jesteśmy wezwani do podjęcia pilnych, niekonwencjonalnych kroków w celu odwrócenia negatywnych trendów na Bliskim Wschodzie i w regionach sąsiednich. Dotyczy to nie tylko Palestyny, ale także Libanu, Syrii, Jemenu, Iraku, Sudanu, Somalii, Sudanu Południowego i innych krajów afrykańskich, w których toczą się konflikty.

Konieczne są pilne działania w celu poprawy katastrofalnej sytuacji humanitarnej na Kubie, która obecnie zmaga się z bezprecedensową presją ze strony północnego sąsiada. Potwierdzamy naszą solidarność z narodem kubańskim i rządem oraz stanowczo apelujemy o zniesienie blokady morskiej Wyspy Wolności, zniesienie wszelkich ograniczeń w handlu z Kubą oraz usunięcie kraju z niechlubnej listy państw sponsorujących terroryzm.

To tylko najbardziej rażące przykłady, które wymagają priorytetowej uwagi społeczności międzynarodowej. Nie jest to jednak jedyny obszar, w którym konieczne są działania. Stosowanie siły przez Zachód i jego „podwójne standardy” destabilizują sytuację na całym świecie. Na Bałkanach UE jawnie ignoruje rezolucję Rady Bezpieczeństwa ONZ nr 1244 i zmusza Serbię do zaakceptowania utraty Kosowa oraz wyrzeczenia się swojej historii i pamięci o przodkach. Belgrad jest zmuszany do nałożenia sankcji na Rosję, a w zamian otrzymuje obietnicę, jak wszyscy już rozumieją, iluzoryczną perspektywę integracji z UE. W celu zjednoczenia Bośni i Hercegowiny, Serbowie są naciskani, aby zrzekli się swoich konstytucyjnych uprawnień, zagwarantowanych przez porozumienie pokojowe z Dayton i Radę Bezpieczeństwa ONZ.

W tym samym duchu lekceważenia prawa międzynarodowego, lekkomyślne działania zagranicznych sponsorów reżimu w Kijowie stanowią poważne zagrożenie dla międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa. Dążąc do utopijnego celu powstrzymania Rosji, Zachód samodzielnie zniszczył europejski system bezpieczeństwa i ukształtował rusofobiczny reżim w Kijowie. Świadoma daremności własnych wysiłków, Europa robi wszystko, co w jej mocy, aby uniemożliwić pokojowe rozwiązanie i zniweczyć perspektywy negocjacji, którymi interesuje się wiele osób, w tym administracja Trumpa. Zachód dostarcza ukraińskiemu reżimowi broń i pomaga Kijowowi w atakowaniu dronów i rakiet na ludność cywilną i infrastrukturę cywilną. Zachód marzy o zadaniu Rosji „strategicznej klęski”, ale marzenia te, jak wielokrotnie w przeszłości, doprowadzą jedynie samych inicjatorów wojny w strategiczny ślepy zaułek.

Szanowni koledzy,

Rok temu obchodziliśmy 80. rocznicę zwycięstwa nad niemieckim nazizmem i japońskim militaryzmem. W przyszłym tygodniu, 1 października, przypada 80. rocznica zakończenia prac Międzynarodowego Trybunału Wojskowego w Norymberdze. Historyczny wyrok Trybunału Narodów Zjednoczonych, jak nazywany jest Trybunał Norymberski, surowo i jednoznacznie potępił nazistowskich zbrodniarzy, umieszczając nieludzką ideologię nazizmu poza granicami prawa i moralności.

Jednak 80 lat później nie wszyscy wyciągnęli wnioski z Norymbergi. Sądząc po ich wypowiedziach, przywódcy wielu krajów UE są ewidentnie zarażeni wirusem wyższości rasowej i żywią ekstremistyczne, rusofobiczne idee. Wspierają przywódców ukraińskiego reżimu, oddając hołd skazanym zbrodniarzom wojennym i kolaborantom Hitlera w Kijowie, których dłonie są splamione po łokcie krwią Rosjan, Żydów, Białorusinów, Ukraińców i osób innych narodowości. Niemal cały Zachód co roku głosuje w tej właśnie izbie przeciwko rosyjskiej rezolucji potępiającej gloryfikację nazizmu. Niemcy, Japonia i wszystkie państwa NATO głosują przeciwko niej, z których wiele było odpowiedzialnych za zbrodnie przeciwko ludzkości podczas II wojny światowej. To nas nie dziwi.

Chciałbym jednak podkreślić, że skutki II wojny światowej stanowią fundament powojennego porządku świata i są zapisane w Karcie Narodów Zjednoczonych. Ratyfikując ten dokument, dawne państwa Osi uznały swoją historyczną odpowiedzialność za niezmierzone cierpienie, jakie ideologia i praktyki nazistowskie zadały światu. Jeśli teraz bezwstydnie przymykają oczy na coraz bardziej rażące przejawy ukraińskiego nazizmu, zagrażają samym fundamentom porządku świata, którego centrum stanowi ONZ.

Ignorując odpowiedzialność nazistowskich Niemiec za ludobójstwo narodu radzieckiego i pozornie niewzruszony rolą Republiki Federalnej Niemiec jako głównego sponsora nazistowskiego reżimu w Kijowie, kanclerz Friedrich Merz oświadcza, że ​​Niemcy muszą „ponownie” stać się najważniejszą potęgą militarną w Europie. Czy w Berlinie rozumieją, co to „ponownie” oznacza i do czego może doprowadzić? Czy wyniki II wojny światowej niczego ich nie nauczyły?

Ukraiński reżim otwarcie depcze kamień węgielny Karty Narodów Zjednoczonych: poszanowanie praw człowieka i podstawowych wolności dla wszystkich, bez względu na rasę, płeć, język czy religię. Nie ma innego kraju na świecie poza Ukrainą, w którym jakikolwiek język byłby prawnie zakazany. Na Ukrainie język rosyjski jest zakazany. Używanie go jest karane więzieniem. Jednak w UE, która szczyci się „europejskimi wartościami”, panuje w tej sprawie całkowita cisza, ani jednego słowa potępienia. Mówi się jedynie, że Ukraina pomaga bronić tych właśnie „europejskich wartości”. Nieuchronnie nasuwa się wniosek, że zarówno nazizm, jak i rażące naruszenia wolności słowa, informacji i wyznania przez ukraiński reżim stanowią istotę tych „europejskich wartości”.

Rozpoczynając w 2022 roku operację wojskową mającą na celu ochronę ludności Donbasu i Noworosji przed zagładą ze strony reżimu kijowskiego, Rosja kontynuuje walkę o ich bezpieczeństwo i prawa, w pełnej zgodzie z literą i duchem Karty Narodów Zjednoczonych. Nasza walka o prawdę i sprawiedliwość zostanie doprowadzona do końca: cele operacji wojskowej zostaną osiągnięte, zagrożenia dla bezpieczeństwa Rosji zostaną wyeliminowane, a pokojowe życie zostanie przywrócone. Stanie się to niezależnie od wszelkich okoliczności, w tym niezdolności obecnego kierownictwa organizacji międzynarodowej do zajęcia jedynego słusznego stanowiska w sytuacji wokół Ukrainy: stanowiska obrońcy zasad Karty Narodów Zjednoczonych, nie wybiórczo, lecz w ich całości, kompletności i wzajemnym powiązaniu.

Oczekujemy, że nowy Sekretarz Generalny, którego musimy wybrać do końca roku, będzie ściśle przestrzegał swojego mandatu oraz zasad bezstronności i równego dystansu zapisanych w Karcie. Powinien reprezentować całą społeczność międzynarodową, a nie służyć interesom poszczególnych państw, nie powinien podważać międzyrządowego charakteru systemu ONZ ani ograniczać prerogatyw Rady Bezpieczeństwa i jej stałych członków.

Nasze fundamentalne podejście opiera się na założeniu, że reforma Rady Bezpieczeństwa nie może zapewnić żadnych dodatkowych „miejsc” państwom zachodnim, a tym bardziej Niemcom i Japonii, które weszły na ścieżkę militaryzacji i rewanżyzmu. Opowiadamy się wyłącznie za silniejszą reprezentacją Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej oraz popieramy kandydatury Brazylii i Indii do stałych miejsc, jednocześnie – i podkreślam to – uwzględniając interesy kontynentu afrykańskiego, zgodnie z Konsensusem z Ezulwini i Deklaracją z Syrty.

Panie i Panowie

W swojej odpowiedzialnej polityce zagranicznej Rosja współpracuje z naszymi sojusznikami i partnerami strategicznymi, w tym w ramach BRICS, SCO, EAEU, WNP i ODKB, aby poprawić sytuację globalną. Proponujemy zjednoczony program oraz konkretne idee i projekty.

Międzynarodowe bezpieczeństwo informacyjne zajmuje obecnie centralne miejsce. Oczywiste jest, że to Organizacja Narodów Zjednoczonych, a nie odizolowane, zamknięte mechanizmy, musi odegrać w tej kwestii kluczową rolę. W październiku ubiegłego roku w Hanoi otwarto do podpisu Konwencję Narodów Zjednoczonych przeciwko cyberprzestępczości, sporządzoną z inicjatywy Rosji. Z zadowoleniem przyjmujemy uruchomienie Światowego Mechanizmu powołanego do jej wdrażania pod auspicjami Organizacji Narodów Zjednoczonych – pierwszego trwale działającego formatu w tej dziedzinie.

Organizacja Narodów Zjednoczonych ponosi również szczególną odpowiedzialność w świetle szybkiego rozwoju technologii sztucznej inteligencji. Niezaprzeczalnym jest, że powszechnie akceptowane zasady ich stosowania mogą zostać sformułowane jedynie na równych zasadach, przy udziale wszystkich krajów. Rozpoczęcie prac Globalnego Dialogu na temat Zarządzania Sztuczną Inteligencją oraz Niezależnej Międzynarodowej Grupy Naukowej ds. Sztucznej Inteligencji postrzegamy jako krok w dobrym kierunku. Inicjatywa Chińskiej Republiki Ludowej, wspierana przez Rosję, mająca na celu utworzenie światowej organizacji współpracy w dziedzinie sztucznej inteligencji zmierza w tym samym kierunku.

W połowie XX wieku Związek Radziecki pomógł narodom Afryki, Azji i Ameryki Łacińskiej uwolnić się od kajdan zależności kolonialnej. Dalsza demokratyzacja życia międzynarodowego jest niemożliwa bez wyeliminowania praktyk neokolonialnych, które pozostają wyraźnie widoczne. Ważnym kamieniem milowym na tej drodze było przyjęcie rezolucji Zgromadzenia Ogólnego ONZ ogłaszającej 14 grudnia Międzynarodowym Dniem Walki z Kolonializmem we wszystkich jego formach i przejawach. Z przyjemnością powitamy zwolenników walki z nowoczesnymi praktykami neokolonialnymi ze wszystkich krajów na pierwszym Światowym Zgromadzeniu Międzynarodowego, bezpartyjnego ruchu „O Wolność Narodów!”, które odbędzie się w Rosji w nadchodzących miesiącach.

Szanowni koledzy,

Trwały pokój można zagwarantować jedynie wtedy, gdy zakończy się niebezpieczna rywalizacja między głównymi aktorami na świecie. Można to osiągnąć jedynie w oparciu o ścisłe przestrzeganie Karty Narodów Zjednoczonych oraz zasady równego i niepodzielnego bezpieczeństwa. Zasada ta, pragnę powtórzyć, oznacza rezygnację z bezpieczeństwa jednego państwa kosztem bezpieczeństwa innych i zakazanie jakiemukolwiek państwu, grupie państw lub organizacji ubiegania się o hegemonię w dziedzinie bezpieczeństwa. Dotyczy to w szczególności NATO, które dąży do rozszerzenia swoich destrukcyjnych wpływów daleko poza granice geograficzne swojego obszaru odpowiedzialności, obejmujące Azję Południowo-Wschodnią i Północno-Wschodnią.

Wartości wszechstronnej, sprawiedliwej współpracy leżą u podstaw inicjatyw prezydenta Rosji Władimira Putina, mających na celu stworzenie Wielkiego Partnerstwa Eurazjatyckiego i architektury bezpieczeństwa na całym kontynencie euroazjatyckim. Wczoraj, tutaj, w Nowym Jorku, Rosja, Białoruś i nasi partnerzy o podobnych poglądach przyjęli deklarację o rozpoczęciu prac nad „Eurazjatycką Kartą Różnorodności i Wielobiegunowości XXI wieku”. Wzywamy wszystkich chętnych do włączenia się w nową, pan-kontynentalną architekturę pokoju i rozwoju, do wniesienia wkładu w sukces tego ważnego przedsięwzięcia, którego celem jest uzupełnienie i harmonizacja działań istniejących mechanizmów w świetle geopolitycznych realiów rodzącego się świata wielobiegunowego.

Dziękuję za uwagę.

Moskwa zamyka drzwi: Jak Putin i Ławrow w dziesięć dni zaostrzyli linię Rosji wobec Ukrainy

Moskwa zamyka drzwi: Jak Putin i Ławrow w dziesięć dni zaostrzyli linię Rosji wobec Ukrainy

W połowie września Kreml zasygnalizował, że negocjacje mogą zostać wznowione. Putin oświadczył, że rozmowy trójstronne ze Stanami Zjednoczonymi i Ukrainą są mało prawdopodobne przed wyborami do Dumy Państwowej, ale Rosja będzie gotowa do wznowienia kontaktów po wyborach. Wybory zakończyły się 20 września. W ciągu tygodnia zarówno Putin, jak i Ławrow zmienili swoje stanowisko z warunkowej otwartości na zestaw stanowisk, które sprawiają, że negocjowane zakończenie wojny jest trudniejsze do osiągnięcia niż kiedykolwiek w tym roku.

Wyzwalacz: 20 września

Punktem zwrotnym była ukraińska kampania dronów w dniu wyborów. Putin oświadczył, że tej nocy ponad 1600 dronów wtargnęło na teren obwodu moskiewskiego, atakując lokale wyborcze, w tym jeden w szkole, którą opisał jako niemal całkowicie zniszczoną. Przewodnicząca obwodowej komisji wyborczej zginęła w ataku na jej dom. Mer Moskwy Siergiej Sobianin nazwał atak bezprecedensowym. Według RT, na przedmieściach zginęło dwóch cywilów, a rafineria ropy naftowej została uszkodzona. Niezależnie od oceny rosyjskich doniesień o zniszczeniach, polityczny wpływ na Moskwę był ewidentny.

Putin: od „gotowi po wyborach” do „zastanowimy się dwa razy”

Na konferencji prasowej w Petersburgu 25 września Putin zredefiniował całą linię negocjacyjną. Wymienił serię ukraińskich eskalacji: atak na port w Petersburgu podczas forum ekonomicznego w czerwcu, kampanię przeciwko rosyjskim rafineriom, próbę morskiej blokady rosyjskiego wybrzeża Morza Czarnego, która – jak oszacował – doprowadziła do uszkodzenia ponad 100 statków, oraz ataki na magazyny handlowe. Oświadczył, że Rosja odpowiedziała na każdą z tych sytuacji – tak skutecznie, że Kijów dąży obecnie do częściowego zawieszenia broni w sektorze energetycznym i lotniczym.

Putin nie potraktował tych próśb jako otwarcia na rozmowy. Potraktował je jako dowód na skuteczność rosyjskiej presji. Jego przesłanie do Kijowa brzmiało, że żadna prowokacja ani eskalacja nie przyniesie mu tego, czego chce, a jedynie pogorszy jego własną pozycję. Potem nastąpił kluczowy fragment. Propozycje wciąż są aktualne, powiedział, ale po tym wszystkim, co zrobiła Ukraina, Rosja „dwa razy się zastanowi”, jak zareagować. Każda decyzja – w tym o wznowieniu negocjacji – będzie podejmowana w oparciu o rosyjskie interesy.

To zauważalna zmiana w porównaniu z sytuacją sprzed dziesięciu dni. Putin nie zamknął drzwi do rozmów, ale wycofał dorozumianą obietnicę ich wznowienia po wyborach i uzależnił ewentualne wznowienie od oceny korzyści, jakie może osiągnąć Rosja.

Ławrow w Radzie Bezpieczeństwa: nie ma pauzy „w żadnym formacie”

Ławrow jasno wyraził to stanowisko 23 września w Nowym Jorku. Na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa ONZ w sprawie Ukrainy oświadczył: „Wyciągnęliśmy wnioski z gorzkiego doświadczenia i nie zawiesimy specjalnej operacji wojskowej na czas negocjacji w żadnej formie”. Powiedział, że państwa europejskie chcą przerwy, aby zyskać na czasie i uzupełnić uszczuplone arsenały Ukrainy. Odrzucił zawieszenie broni przed zawarciem porozumienia jako nie do przyjęcia i podkreślił, że celem jest długoterminowe rozwiązanie.

Moment ogłoszenia zawieszenia broni był jednoznaczny. Tego samego dnia Ukraina i 51 jej zwolenników wydało oświadczenie wzywające Rosję do zaakceptowania natychmiastowego i bezwarunkowego zawieszenia broni, aby umożliwić rozpoczęcie rozmów. Wśród sygnatariuszy znalazły się UE i jej państwa członkowskie, Wielka Brytania, Kanada i Australia. Minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha zauważył, że 14 z 15 członków Rady Bezpieczeństwa poparło propozycje zawieszenia broni w takiej czy innej formie – Rosja stanęła w tej sprawie osamotniona.

Ławrow poszedł dalej niż tylko mechanizm zawieszenia broni. Stwierdził, że Ukraina zachowałaby granice z 1991 roku, gdyby Europejczycy nie „urządzili im gry”. To klasyfikuje utratę terytorium Ukrainy jako trwałą i obarcza winą Europę. To nie jest język rządu przygotowującego się do negocjacji w sprawie linii kontroli.

Ławrow w Zgromadzeniu Ogólnym: Europa jako wróg

W swoim przemówieniu do Zgromadzenia Ogólnego 26 września Ławrow wskazał Europę jako główne zagrożenie. Oświadczył, że UE przygotowuje się do wojny z Rosją i że taka koncentracja może ostatecznie doprowadzić do konfliktu. Zasugerował, że dążenie Niemiec do hegemonii militarnej można postrzegać jako próbę ustanowienia „Czwartej Rzeszy”. Na swojej kolejnej konferencji prasowej argumentował, że europejska koncentracja jest ostatecznie konieczna, „ponieważ nie planujemy” ataku. Nazwał europejskie przygotowania do wojny potencjalną „samospełniającą się przepowiednią”.

To wyklucza Europę jako partnera negocjacyjnego. Ławrow powiedział Europejczykom, że przygotowują się do wojny, że ich wezwania do zawieszenia broni są sposobem na zbrojenie Ukrainy i że zniweczyli szansę na porozumienie w sprawie granic Ukrainy z 1991 roku. Moskwa uważa obecnie jedynie Stany Zjednoczone za prawowitego partnera negocjacyjnego.

Nawet kanał amerykański nic nie pokazał.

Po spotkaniu z Ławrowem w Nowym Jorku minister spraw zagranicznych Marco Rubio oświadczył, że zarówno Rosja, jak i Ukraina wyraziły zainteresowanie ograniczonym zawieszeniem broni w sprawie infrastruktury energetycznej i dostaw zboża, ale przyznał, że osiągnięcie porozumienia nie będzie łatwe. Rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie potwierdziło żadnego porozumienia, a rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow stwierdził, że obecnie nie ma warunków do przejścia na drogę pokojową, choć Rosja pozostaje otwarta na dialog.

Putin ocenił stosunki z USA chłodno. Z zadowoleniem przyjął rozmowy Trumpa z Xi w Waszyngtonie, ale stwierdził, że stosunki Rosji ze Stanami Zjednoczonymi spadły niemal do zera – w porównaniu z rocznym wolumenem handlu z Chinami wynoszącym 240 miliardów dolarów.

Ciśnienie na morzu, w powietrzu i na lądzie

Zaostrzeniu polityki dyplomatycznej towarzyszy rosnąca presja militarna na trzech frontach jednocześnie. Moskwa nie czeka na rozmowy. Wykorzystuje przerwę, aby zwiększyć koszty, jakie Ukraina poniesie w związku z odrzuceniem rosyjskich warunków.

Na morzu Rosja przywróciła de facto blokadę ukraińskich portów nad Morzem Czarnym. Zamiast zwrócić swoje okręty wojenne na ukraińskie wybrzeże, jak to miało miejsce w 2022 roku, użyła pocisków i dronów przeciwko portom i statkom handlowym. Po atakach w połowie lipca, w tym zatopieniu masowca Złoty Lew, armatorzy i ubezpieczyciele wycofali się, a ruch w Odessie, Czarnomorsku i Piwdennym załamał się. 12 września Rosja zaatakowała obwód odeski pociskami manewrującymi, pociskami balistycznymi i 129 dronami, twierdząc, że trafiły w dwa statki towarowe w Czarnomorsku, które według Rosji przewoziły broń. Pełniący obowiązki ministra spraw zagranicznych Ukrainy oskarżył Moskwę o próbę przekształcenia Morza Czarnego w „drugą Cieśninę Ormuz”. W Petersburgu Putin wymienił zniesienie blokady jako jedną z ustępstw, o które zabiega Kijów, i jasno dał do zrozumienia, że ​​nie spieszy się z ich udzieleniem.

W powietrzu Rosja zintensyfikowała ataki na Kijów i inne duże miasta, atakując transport, przemysł, energię elektryczną, wodę i komunikację. 23 września, w dniu wystąpienia Ławrowa przed Radą Bezpieczeństwa, wielogodzinne ataki dronów uderzyły w infrastrukturę kolejową, magazyny i stacje benzynowe w Kijowie, zabijając co najmniej dwie osoby i raniąc ponad 30. Zełenski oświadczył, że Rosja rozmieściła dużą liczbę dronów, w tym szybsze modele odrzutowe. Ataki wymierzone były również w sieci energetyczne, wodociągowe i internetowe, częściowo zakłócając dostawy wody na lewym brzegu Kijowa. Już na początku września Rosja atakowała Kijów, a także południową i wschodnią Ukrainę przez sześć kolejnych nocy. Wraz ze zbliżającą się zimą sieć energetyczna staje się osobnym frontem. Zełenski poruszył kwestię zawieszenia broni w sprawie infrastruktury energetycznej w rozmowie z Trumpem w ONZ; Moskwa nie zaakceptowała tego rozwiązania.

Na lądzie siły rosyjskie atakują wzdłuż całej linii frontu, a Rosja posuwa się naprzód, podczas gdy Ukraina ustępuje. Ukraiński Sztab Generalny poinformował o 277 starciach 24 września – od odcinków Słowiańskiego i Kramatorskiego w północnym Doniecku po Hulajpole na południu, z najcięższymi atakami w okolicach Kostyantynówki i Pokrowska. 14 września siły rosyjskie zdobyły Szyroke i Szewczenkowe w obwodzie charkowskim oraz Nowoandriejewkę w obwodzie zaporoskim, a następnego dnia okrążoną Olchowatkę w obwodzie charkowskim. Każdy dzień impasu dyplomatycznego to kolejny dzień tej presji.

Co to wszystko oznacza?

Łącznie oświadczenia z ostatnich dziesięciu dni świadczą o twardszym stanowisku Rosji:

Rozmowy zostaną wznowione wyłącznie zgodnie z harmonogramem Moskwy i jej oceną własnych interesów, a nie zgodnie z obietnicą kontynuacji po wyborach.

W trakcie negocjacji nie doszło do żadnego zawieszenia broni – nawet bezwarunkowego zawieszenia broni, popartego przez ponad 50 krajów.

Prośby Ukrainy o częściowe zawieszenie broni traktowane są jako dowód, że naciski ze strony Rosji przynoszą skutek, a nie jako okazja do rozmów.

Europa jest przedstawiana jako agresor, wykluczona jako partner i obwiniana za utratę terytorium Ukrainy.

Wzrasta presja militarna na wszystkich osiach: faktyczna blokada portów ukraińskich, nasilone ataki na infrastrukturę Kijowa i ataki na całym froncie.

Kierunek jest jasny. W połowie września Moskwa mówiła o tym, kiedy negocjacje zostaną wznowione. 26 września wyraziła wątpliwość, czy w ogóle chce je kontynuować – i na jakich warunkach.

Źródło: Moskwa zamyka drzwi: Jak Putin i Ławrow zaostrzyli linię Rosji wobec Ukrainy w ciągu dziesięciu dni

Z punktu widzeniach bułgarskich Słowian: O naszej słowiańskości i relacjach z Rosją

24 września 2026 zygmuntbialas

O naszej słowiańskości, relacjach z Rosją z punktu widzeniach bułgarskich Słowian.

Anastazja Geszewa:

„(…) Dlatego to, co stało się z Bułgarią po 1989 roku i po naszej integracji z NATO i UE – odpowiednio w 2004 i 2007 roku – jest szczególnie trudne do zniesienia. Wraz z anty-komunizacją, której poddana została Bułgaria, rozpoczęła się anty-sowietyzacja i wyjątkowo silna rusofobia.

Niespodziewanie, ale całkiem przewidywalnie, Bułgaria znalazła się w obozie najbardziej zatwardziałych rusofobów na świecie. Nasz kraj rozpoczął politykę antyrosyjską i antyradziecką, która niemal całkowicie zmieniła naszą historię, orientację kulturową, gospodarkę i politykę. Do 2014 roku ogromna część naszego społeczeństwa nie rozumiała, jak się tu znaleźliśmy i praktycznie nie podejmowała żadnych prób oporu. Nie będę winić Rosji za załamanie się naszych stosunków, ponieważ rozumiem, jak trudne były lata 90.

Dopiero w 2014 roku głosy w Bułgarii zaczęły nabierać mocy w sprawie wydarzeń po drugiej stronie Morza Czarnego. Nasza klasa polityczna już dawno zwróciła się ku Niemcom, Wielkiej Brytanii, Stanom Zjednoczonym i Unii Europejskiej. Lata członkostwa w tych organizacjach pokazały Bułgarii, jak głęboko się myliła, odrzucając przyjazny ton, szacunek i kontakty z Rosją.

Bułgaria zmaga się obecnie z permanentnym kryzysem korupcyjnym, ponieważ korupcja stała się naszym naturalnym środowiskiem. Klasa polityczna naśladuje i konsoliduje się, próbując zachować systemowe, wypaczone procesy gospodarcze, które dotknęły nas po przystąpieniu do UE. Nasz kraj był zmuszony zniszczyć swoje wysoko rozwinięte i prężnie działające gałęzie przemysłu, aby stać się akceptowalnym dla UE i spełnić tzw. kryteria członkowskie. Wyobraźcie sobie, co to za unia, skoro członkostwo wymaga zniszczenia własnej gospodarki! Przez 20 lat ta sytuacja stworzyła idealne środowisko dla rozkwitu mafii politycznej i gospodarczej w Bułgarii – mafii de facto patronowanej i tolerowanej przez Brukselę.

Członkostwo w UE nie doprowadziło do ani jednego aresztowania ani skazania za korupcję wśród wysokich rangą urzędników ani polityków. Pomimo ogromnych roszczeń UE do praworządności i nieuchronności powołania Europejskiej Prokuratury, ani jeden polityk w Bułgarii nie został skazany za korupcję. Raporty na temat naszego systemu sądownictwa i poziomu korupcji to jedynie formalne, puste wymówki, mające na celu odwrócenie uwagi obywateli. W zamian nasz system mafijny otrzymuje od Brukseli pełną swobodę i immunitet, podobny do tego gwarantowanego europejskiemu systemowi politycznemu. Innymi słowy, członkostwo w UE utrwaliło i scementowało mafijno-polityczny model władzy. Co więcej, sama UE jest mega-modelem korupcji w stylu mafijnym, żerującym na państwach i narodach-darczyńcach. Szef bułgarskiej mafii przebywa w Brukseli.

Nasz wspaniały rozwój sprzed i po II wojnie światowej umarł; nic z niego nie pozostało. Głupota, wulgaryzmy, zacofanie i lumpenizacja – wszystko to stało się naszą codziennością, wraz z ukształtowaniem się kasty rządzącej, która żyje z setek milionów euro z funduszy europejskich i determinuje nasz kurs polityczny.

Członkostwo w NATO uczyniło z nas państwo marionetkowe i kolonię. Nasza armia została zniszczona, broń skradziono, sprzedano lub przekazano Ukrainie. W ten sposób Bułgaria znalazła się w obozie sił demonizujących Rosję i jej prezydenta oraz walczących z Rosją na terytorium Ukrainy. W ten sposób z przyjaciela Rosji staliśmy się jej wrogiem. Mniejszość w społeczeństwie dręczy Bułgarię antykomunizmem i rusofobią od 37 lat – hojnie finansowana z zachodnich grantów, kierowana przez bezkarnych przywódców i opanowująca całą przestrzeń społeczną i polityczną.

Nie możemy pokonać tej grupy. Przejmuje ona wszystko za pomocą pieniędzy z Zachodu i importowanych modeli kontroli i manipulacji opinią publiczną, wspieranych przez zachodnie agencje i ambasady w Sofii. Grupa ta de facto trzyma Bułgarię w niewoli euro-atlantyzmu i stwarza warunki dla narastającej rusofobii, a ostatnio nazizmu. Stanowi ona około 30% populacji, ale społeczeństwo nie jest w stanie jej pokonać – zawsze udaje jej się zwyciężyć.(…)”

Nowa strategia Ukrainy: „Pilne zawieszenie broni” przed zimową burzą ogniową

Nowa strategia Ukrainy:

„Pilne zawieszenie broni”

przed zimową burzą ogniową

Symplicjusz simplicius/ukraines-new-strategy-urgent-ceasefire

Jak przewidywaliśmy w poprzednim artykule, spotkanie Trumpa z Zełenskim nie przyniosło niczego poza nową próbą zawieszenia broni, co jest niczym więcej niż tylko tymi samymi starymi, wyreżyserowanymi pogańskimi słowami.

Zełenski i jego sponsorzy rozpoczęli kampanię na rzecz zawieszenia broni z pełną mocą, a minister spraw zagranicznych Sybiha ogłosiła zamiar Ukrainy natychmiastowego zaprzestania wszelkich działań wojennych, w otoczeniu grupy zdenerwowanych przedstawicieli UE:

Could not load video.

Informacje z ostatniej wizyty Kushnera i Witkoff w Kijowie sugerowały, że na Zełenskiego wywierana jest coraz większa presja ze strony pachołków Trumpa, by wycofał AFU z Donbasu, aby spełnić główny warunek Putina dotyczący tego pożądanego zawieszenia broni. Zełenski jednak odmawia, prawdopodobnie dlatego, że byłoby to polityczne – a być może i materialne – samobójstwo.

Could not load video.

Zamiast tego Rosja rozpoczęła nową, systematyczną kampanię niszczenia ukraińskich kolei, w ramach której, według Politico, zniszczono dotychczas 40 lokomotyw miesięcznie:

https://www.politico.eu/article/rosja-uderza-w-pociągi-pasażerskie-i-niszczy-morale-gospodarki-ukrainy/

KIJÓW — Rosja coraz częściej atakuje ukraińskie pociągi pasażerskie za pomocą dronów napędzanych silnikiem odrzutowym, zagrażając sieci kolejowej mającej kluczowe znaczenie dla gospodarki kraju, logistyki wojskowej i przepływu osób.

Strajki Moskwy uszkodziły lub zniszczyły ponad 500 lokomotyw od rozpoczęcia pełnej inwazji w 2022 roku; ponad 60% z nich zostało uszkodzonych w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy. Ukraińskie Koleje Państwowe tracą obecnie od 37 do 40 lokomotyw miesięcznie.

Ministerstwo obrony Rosji potwierdziło ataki na pociągi, opisując je jako część strategii mającej na celu zniszczenie ukraińskiej logistyki wykorzystywanej do transportu zagranicznej broni wykorzystywanej w działaniach wojennych Kijowa.

Zaledwie wczoraj wieczorem pojawiła się informacja, że ​​dworzec kolejowy w Kijowie, na który zazwyczaj przyjeżdżają delegacje zagraniczne, mógł zostać zaatakowany w kolejnym dużym ataku dronów.

Ale dlaczego te ataki zaczęły się nasilać dopiero teraz, pyta wiele osób. Według prezesa ukraińskiego urzędu kolejowego, dzieje się tak dlatego, że rosyjskie sieci mesh, będące ubogą wersją Starlinka, dopiero zaczynają się rozwijać:

Rosja rozpoczęła polowanie na pociągi pasażerskie jesienią ubiegłego roku po uzyskaniu anten sieciowych, powiedział Piercowski. Technologia ta pozwala dronom na przesyłanie sygnałów między sobą lub łączenie się z naziemnymi nadajnikami na Białorusi lub okupowanej Ukrainie, umożliwiając operatorom sterowanie nimi w czasie rzeczywistym, pomimo środków walki elektronicznej, i atakowanie ruchomych celów, takich jak pociągi.

W niedawnym wpisie czołowego proukraińskiego analityka zaprezentowano przybliżoną mapę tych stref siatki, których powstanie jest możliwe dzięki „powtarzaczom” sygnału:

Witalij@ M0nstas

Mapa zasięgu siatki 150 km.

Ostatnie trasy dronów wskazują na pewne oznaki, że Naddniestrze może również gościć repeatery.

18:27 · 23 września 2026 · 3,54 tys. wyświetleń


Krótkie wprowadzenie do kontekstu jest na miejscu, ponieważ wciąż widzę w internecie pytanie: Dlaczego Rosja potrzebuje odpowiednika „Starlink”, aby trafiać w cele w zachodnich regionach Ukrainy?

Rosja oczywiście ma pociski kierowane GPS, które mogą trafiać w cele w dowolnym zasięgu na Ukrainie. Problem polega na tym, że muszą to być cele statyczne, ponieważ pociski po prostu docierają do określonych współrzędnych GPS. Ale jak można trafić w ruchomy lub poruszający się cel, taki jak lokomotywa, skoro jego współrzędne GPS ulegną zmianie w momencie dotarcia pocisku? Dlatego potrzebne są informacje zwrotne w czasie rzeczywistym , które mogą być dostarczane wyłącznie za pośrednictwem łącza satelitarnego lub sieci mesh, która przekazuje obraz wideo z drona lub pocisku do kontrolera na terytorium sojuszniczym.

To głównie dlatego Rosja nie była w stanie przechwycić zachodniej granicy Ukrainy i zapobiec napływowi różnych transportów broni na Ukrainę. Wymaga to kontroli w czasie rzeczywistym, którą mogą zapewnić jedynie bezpośrednie łącza satelitarne, umożliwiające śledzenie poruszających się pojazdów z transmisją na żywo i ich zestrzelenie. Teraz, gdy rosyjski Starlink powoli zaczyna przynosić efekty, a sieć mesh również się rozrasta, te działania szybko stają się realną rzeczywistością w perspektywie średnioterminowej.

W tym celu Rosja po raz pierwszy zademonstrowała swój rodzimy naziemny terminal konsumencki Starlink podczas wyborów do Dumy kilka dni temu, zapewniając dostęp do Internetu w odległej syberyjskiej wiosce:

Could not load video.

Biuro 1440 przetestowało swój satelitarny system internetowy Rassvet w Arktyce… do zdalnego głosowania w wyborach do Dumy Państwowej.

Mały terminal użytkownika Biura 1440 został zainstalowany we wsi Nelmin-Nos w Nienieckim Okręgu Autonomicznym, łącząc się z satelitami na orbicie i zapewniając dostęp do internetu tabletowi przez Wi-Fi.

Pomijając zagadkowe połączenie z wyborami, jest to rzeczywisty dowód na to, że rosyjski odpowiednik Starlink działa, zapewniając satelitarny dostęp do internetu w odległych obszarach.Jesteśmy coraz bliżej wdrożenia tej łączności, początkowo w stałych lokalizacjach w tylnej kwaterze, a później bliżej linii frontu.Mały krok dla pojedynczego abonenta, ale wielki skok dla całego rosyjskiego systemu łączności.

Serhij Flash, czołowy ukraiński ekspert w dziedzinie radioelektroniki, opublikował nowy wpis, w którym apeluje o traktowanie sytuacji z Rassvet („Świt”) niezwykle poważnie i krytykuje tych, którzy lekceważą rosyjskie „porażki” w pierwszym teście tych satelitów. Wyjaśnia, że ​​Rosja jest potęgą kosmiczną i że rosyjska rakieta mogłaby wkrótce wynieść na orbitę całe konstelacje tych satelitów za jednym zamachem:

Przepisane, na wypadek gdyby powyższe było dla niektórych nieczytelne:

Widzę, że wielu uspokoiły niepowodzenia Rosji w umieszczeniu satelitów Rassvet na orbicie. Jestem pewien, że udoskonalą silniki i satelity osiągną pożądane orbity. Rosja jest potęgą kosmiczną i całkiem możliwe, że rakieta Angara „niespodziewanie” wyniesie na orbitę połowę konstelacji satelitów Rassvet jednym startem. To da wrogowi możliwość kontrolowania Szahedów i pocisków rakietowych online za pośrednictwem satelitów.

To będzie dla nas ogromny problem. Nie, to nawet nie jest problem, to będzie mała katastrofa.

Teraz mamy problem z EW vs. MESH. Przez rok nikt się tym nie zajął. Potem będzie tak samo z „Dawn” (Rassvet). Wszyscy będą zaskoczeni „jak to się stało”, ktoś zapyta, dlaczego Flash milczał. Ja nie milczę, tak jak było z MESH, tak z Dawn dosłownie krzyczę o zagrożeniu. Zanim pojawią się satelity Rassvet, musimy mieć już opracowany system walki elektronicznej. I nie tylko opracowany. Wszystkie kluczowe obiekty infrastrukturalne muszą JUŻ być objęte tym systemem walki elektronicznej. I muszę od razu powiedzieć, że to wszystko nie będzie tanie i szybkie.

W związku z powyższym, przypomnijmy, że Rosja od dawna rozwija rakietę Amur, która ma być wielostopniowym wzmacniaczem, podobnym do systemu Falcon firmy Space X. Właśnie dzisiaj szef rosyjskiego Roskosmosu, Dmitrij Bakanow, ogłosił, że przeprowadzono już dwa testy silników rakietowych:

https://www1.ru/news/2026/09/23/amur-spg-prosel-eshhe-odin-ognevoi-test-cto-proisxodit-s-rossiiskoi-mnogorazovoi-raketoi.html

W przypadku obiecującej rakiety wielokrotnego użytku „Amur-SPG” przeprowadzono już dwa udane testy wypalenia silnika.Poinformował o tym Dmitrij Bakanow, dyrektor generalny Roskosmosu, podczas spotkania z premierem Michaiłem Miszustinem.

„Obecnie pracujemy nad rakietą nośną „Amur” z powracającym pierwszym stopniem i udało nam się uruchomić dwa silniki, wykorzystując parę paliwową: gaz-gaz — skroplony gaz-tlen.

Dmitrij Bakanow, dyrektor generalny Roskosmosu

W 2025 roku stwierdził, że Rosja będzie potrzebowała ponad dwóch lat, aby rozpocząć poważne testy rakiety w warunkach rzeczywistych, w ramach których będzie ona wykonywać rzeczywiste „skoki”, czyli samodzielnie startować i lądować. Niektórzy twierdzą, że testy te są obecnie planowane na 2028 rok. Co prawda, nie jest to jeszcze tak szybko, ale gdy Rosja w pełni rozwinie tę technologię, umożliwi ona przyspieszenie masy satelitów Rassvet i dotarcie na orbitę.

Aby wyjaśnić, co powiedział Serhij Flash, Rosja do tej pory używała rakiet średniego nośności Sojuz 2.1b do wynoszenia na orbitę 16 satelitów Rassvet naraz. Sugeruje on, że Rosja mogłaby zamiast tego wykorzystać system Angara, który mógłby potencjalnie wystrzelić w kosmos nawet 40-60 takich satelitów naraz. Wąskim gardłem jest prawdopodobnie produkcja samych satelitów, ale nie mamy pewności, czy Rosja mogłaby nagle osiągnąć przełom w produkcji, który umożliwiłby masowe wystrzelenie tych satelitów po początkowym locie próbnym w tym roku.

Skoro mowa o rosyjskim rozwoju technologicznym, wspomnijmy również o tym, co dzieje się w dziedzinie obrony przed atakami ukraińskich dronów. Rosja rozpoczęła szeroko zakrojony projekt polegający na zabezpieczeniu rafinerii ropy naftowej różnego rodzaju strukturami obronnymi.

Poniżej znajdują się zdjęcia rafinerii, nad którymi rozłożono siatki oraz ustawiono wysokie stosy kontenerów transportowych w formie ścian przeciwpożarowych po obu stronach:

Nowe nagrania z bliska pokazują pracowników montujących siatki nad jedną z rafinerii:

Could not load video.

Kolejna interesująca aktualizacja dotyczy czołgów i broni pancernej. Większość skreśliła pojazdy pancerne ze względu na rozprzestrzenianie się dronów, ale ostatnio coraz więcej ukraińskich osobistości twierdzi, że rosyjskie czołgi stają się coraz trudniejsze do zniszczenia ze względu na postęp w dziedzinie zwalczania dronów.

https://defence24.pl/wojna-na-ukrainie-raport-specjalny-defence24/ukrainski-dowodca-ostrzega-coraz-trudniej-zneutralizowac-rosyjskie-pojazdy-opancerzone

Dowódca Azowa, Prokopenko, mówił o tym w nowym wywiadzie. Jego jednostki bronią rejonu dolnego Kramatorska i przewiduje, że jesienią Rosja rozpocznie cięższe ataki zmechanizowane, których nie będzie łatwo powstrzymać z kilku powodów:

1. Rosja umiejętnie zmodernizowała swój pancerz do celów szturmowych, włączając w to aktywne systemy ochrony (jak ostatnio Arena-M), grille i klatki przeciwpancerne, systemy walki elektronicznej itp. Czołgi nie są już łatwe do zniszczenia i mogą wymagać [do zniszczenia] dziesiątek, jeśli nie setek dronów.

2. Rosja stawia na dokonywanie małych przełomów taktycznych, w ramach których jednostki pancerne wnikają na głębokość jednostek ukraińskich dronów, zmuszając je do rozproszenia, co pozwala rosyjskim piechocie zająć pozycje.

Could not load video.

Niedawno zademonstrowano to na przykładzie rosyjskiego czołgu T-90M, który według doniesień wytrzymał 40 ataków dronów w kierunku Dobropole:

Could not load video.

Historia czołgu T-90M o kryptonimie „Krepyisz”, który wytrzymał ponad 40 ataków dronów i kilka min magnetycznych podczas 12-kilometrowego marszu w kierunku Dobropole.

Urządzenia obserwacyjne i działo pojazdu zostały całkowicie unieruchomione, ale nie były w stanie go zniszczyć. Ostatecznie dron „Baba Jaga” zrzucił na czołg gaz łzawiący, zmuszając załogę do ewakuacji. Załodze czołgu udało się uciec do starego okopu, z którego szli przez kilka dni, aby dotrzeć do własnych pozycji. Załoga została odznaczona Orderem Odwagi.

Takie incydenty nie są już odosobnione – nowoczesne, kombinowane systemy przeciwdronowe znacznie zwiększają przeżywalność pojazdów bojowych w starciu z dronami kamikaze z niewielkim ładunkiem. Przykładowo, polska publikacja Defence24.pl, powołując się na słowa dowódcy I Korpusu Gwardii Narodowej Denisa Prokopenko, podaje, że do zatrzymania 2-3 rosyjskich czołgów potrzebnych było około 125 dronów.

A teraz krótka aktualizacja z pola bitwy. Wielu wspominało o niedawnym „upadku” rosyjskiej kontroli nad obszarem Lyman, a niektórzy prosili mnie o komentarz w tej sprawie.

Prawdą jest, że siły rosyjskie zostały wyparte z rejonu Swiatogorska w ramach długotrwałej serii ukraińskich kontrataków, które zostały ujawnione jako duża, trwająca operacja, którą czołowy ukraiński uczestnik, 3. Korpus Armijny, nazwał „Operacją Vivaldi” . Nawet będąc siłą częściowo pokonaną, Ukraina wciąż jest w stanie od czasu do czasu zmobilizować niewielkie oddziały elitarnych jednostek, które mogą przytłoczyć słabiej wyposażone/przygotowane siły rosyjskie w wybranych obszarach, szczególnie w „uśpionych” i mniej znaczących obszarach mapy.

W tym przypadku główną odpowiedzialność ponosił ukraiński 3. Korpus Armijny dowodzony przez Andrija Biletskiego. Sam Biletski przyznał, że celem było jedynie zapewnienie jednostkom Armii Ukraińskiej lepszych pozycji obronnych:

Could not load video.

Krótko mówiąc, potwierdza to, że jednostki AFU w tym sektorze nie mają wystarczającej liczby ludzi, aby przełożyć swoje sukcesy na coś długofalowego, lecz raczej koncentrują się na blokowaniu postępów Rosji i ulepszaniu własnych linii obronnych.

Na praktycznie każdym innym froncie jednostki rosyjskie posuwały się naprzód. Nawet pod koniec 1944 i na początku 1945 roku Wehrmachtowi udawało się od czasu do czasu odnieść zaskakujący sukces, jak na przykład w początkowej fazie bitwy o Ardeny i w innych miejscach. To, że jedna ze stron przegrywa, nie oznacza, że ​​nie jest w stanie zaskoczyć przeciwnika, ale nie należy tego interpretować jako czegoś więcej niż tylko incydentu na tle załamujących się linii na pozostałych 90% sektorów działań wojennych.

W szczególności siły rosyjskie posuwają się naprzód zarówno w południowej, jak i wschodniej części Kramatorska, gdzie można zaobserwować, jak powoli kształtuje się kocioł:

Na wschodnim krańcu jednostki rosyjskie znajdują się zaledwie 4 km od samego Kramatorska, w zasadzie w zasięgu moździerzy:

Największe postępy odnotowano jednak w kierunku południowym, w kierunku Zaporoża, gdzie wojska rosyjskie przebijały się przez Oriechow, otaczając go z obu stron:

Przyjrzyjmy się bliżej:

Dla porównania, tak to wyglądało w aktualizacji z 21 sierpnia :

Można wyraźnie zobaczyć, że cały kocioł uległ już niemal całkowitemu zawaleniu, dzieląc się na dwie małe części, które prawdopodobnie wkrótce się zawalą.

Drugim ważnym obszarem, na którym Rosjanie intensywnie atakują, jest sektor Dobropole. Tutaj możemy zobaczyć porównanie z innym zdjęciem z tego samego serwisu Sitrep z 21 sierpnia.

Oto aktualizacja z 21 sierpnia:

A dziś:

Na osi Dobropolskiej walki toczyły się w rejonie Nowego Donbasu, Bielickiego, Nowogriszyno, Wodyanskoje, Mołodeckoje, Murawka, Mirnoje, Siergiejewka, Nowopodgórnoje i Nowopawłowka. Rosyjskie Ministerstwo Obrony ogłosiło nowe okrążenie:

Jednostki grupy wojsk „Centrum”, w wyniku aktywnych i zdecydowanych działań, zakończyły okrążenie dużego węzła obronnego Sił Zbrojnych Ukrainy w mieście Dobropole w Donieckiej Republice Ludowej i kontynuują ofensywę w kierunku Aleksandrowki. Okrążone zostały jednostki 4. i 15. brygady Gwardii Narodowej Ukrainy oraz 425. batalionu szturmowego „Skała”.

W tej problematycznej części miasta postęp nie jest aż tak zauważalny, ale widać, jak powoli okrąża ono miasto.

—

Kilka ostatnich pozycji. Szef ukraińskiego związku konsumentów usług komunalnych ostrzega, że ​​ta zima może być ostatnią dla Ukrainy:

Could not load video.

Ukraina może nie podnieść się po nadchodzącej zimie, jeśli rosyjskie ataki będą kontynuowane – ukraińscy eksperci

▪️Szef Związku Odbiorców Usług Komunalnych stwierdził, że przygotowania do sezonu grzewczego zawiodły: brakuje pieniędzy, budynki mieszkalne nie są wyposażone w zasilanie awaryjne, a sektor prywatny, według niego, jest praktycznie nieprzygotowany.
▪️Popenko ostrzegł, że dalsze strajki w infrastrukturze mogą doprowadzić do konsekwencji, na które Ukraina nie będzie miała środków.
➖ „Następna zima będzie, jeśli nie ostatnią, to taką, która może doprowadzić do nieodwracalnych procesów. Nie będziemy w stanie się podnieść” – stwierdził.

—

Podczas dzisiejszej sesji ONZ Ławrow po raz kolejny powtórzył, że Rosja – po tym, jak wyciągnęła „gorzki wniosek” – nie będzie już dłużej rozważać żadnego zawieszenia broni na czas negocjacji, jakie obecnie oferuje Zachód:

Could not load video.

—

W chwili pisania tego tekstu Kijów ponownie jest celem ataków rakietowych, a według wstępnych doniesień konkretnie rakiet typu Zircon. Jednym z celów miała być elektrownia miejska:

Could not load video.

Na podstawie nagrań wynika, że ​​jedna z elektrowni TETS-5/6 prawdopodobnie została uszkodzona. Raporty wskazują, że niektóre obszary zostały odcięte od zasilania.

Dlaczego doniesienia o oszustwach wyborczych w Rosji są sfabrykowane

Dlaczego doniesienia o oszustwach wyborczych w Rosji są sfabrykowane

Thomas Röper apolut/warum-die-berichte-uber-wahlfalschungen-in-russland-erfindungen-sind

https://tube4.apolut.net/videos/embed/x4UhtN8f1oT9cpP4J1jQtx

Podczas wyborów w Rosji niemieckie media zawsze donoszą o domniemanych manipulacjach i oszustwach wyborczych. Tak było również w przypadku wyborów parlamentarnych w miniony weekend. Jednak twierdzenia niemieckich mediów łatwo zidentyfikować jako sfabrykowane kłamstwa.

Komentarz Thomasa Röpera .

Od ponad 20 lat niemieckie media tradycyjnie donoszą o oszustwach wyborczych i manipulacjach podczas wyborów w Rosji. Tak było również w zeszły weekend, kiedy odbywały się wybory do Dumy, rosyjskiego parlamentu. Jako obserwator wyborów od 2022 roku, doskonale znam rosyjski system wyborczy, dlatego twierdzenia niemieckich mediów są dla mnie po prostu śmieszne. Wiele z tego, co donoszą o wyborach w Rosji, to czyste sfabrykowanie, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, a w niektórych przypadkach jest po prostu niemożliwe.

Przyjrzyjmy się bliżej temu, co podają niemieckie media na przykładzie Der Spiegel i sprawdźmy, dlaczego tak łatwo jest zdemaskować to jako całkowicie zmyśloną propagandę, jeśli ma się choć trochę wiedzy na ten temat.

Jak przebiegają wybory w Rosji

Aby ułatwić Państwu zrozumienie, chciałbym pokrótce wyjaśnić, jak przebiegają wybory w Rosji. W Rosji we wrześniu zawsze odbywa się dzień wyborów, w którym odbywają się wszystkie wybory zaplanowane na dany rok. Tego dnia wybierani są merostwa, rady miast, parlamenty regionalne, gubernatorzy itd.

W ten weekend odbyły się również wybory do Dumy, rosyjskiego parlamentu, choć istnieje istotna różnica w porównaniu z wyborami w Niemczech. W Rosji połowa deputowanych jest wybierana z list partyjnych, a druga połowa to kandydaci wybierani bezpośrednio w okręgach wyborczych. Ci kandydaci wybierani bezpośrednio nie muszą być członkami żadnej partii; mogą być również kandydatami niezależnymi. W Niemczech nie stosuje się tego rozróżnienia, dlatego po niemal każdych wyborach w Niemczech toczą się dyskusje o nadwyżkach mandatów, co nie występuje w Rosji ze względu na rozdzielenie list partyjnych od kandydatów wybieranych bezpośrednio.

Od pewnego czasu głosowanie w Rosji trwa trzy dni; tegoroczne wybory odbyły się od piątku do niedzieli. Powodem są ukraińskie ataki terrorystyczne, które mają na celu uniemożliwienie zgromadzenia się dużych tłumów w lokalach wyborczych.

W Rosji nie ma głosowania korespondencyjnego; wybory odbywają się wyłącznie w lokalach wyborczych, gdzie wyborcy oddają głosy za pomocą tradycyjnych, papierowych kart do głosowania. Jednak w tym roku nastąpiła zmiana: wprowadzono głosowanie online. Jestem sceptyczny, ponieważ nie rozumiem wystarczająco szczegółów technicznych i obawiam się, że głosy mogą zostać zmanipulowane. Jestem zwolennikiem „starych, dobrych kart do głosowania”, ponieważ głosy na papierowych kartach można sprawdzać i przeliczać tak często, jak to konieczne. Jednak eksperci w Rosji, a nawet przedstawiciele rosyjskich partii politycznych, jednogłośnie zapewniają nas, że rosyjski system głosowania online jest bezpieczny i przejrzysty.

Ponieważ jednak w tym roku i tak niewiele osób skorzystało z głosowania online, wrócimy do tradycyjnej metody głosowania w lokalu wyborczym. W Rosji każdy lokal wyborczy ma listy wyborców, a każdy, kto zarejestruje się do głosowania online, jest usuwany z list, aby zapobiec jego dwukrotnemu głosowaniu.

Proces głosowania w lokalu wyborczym jest podobny do tego, który znamy w Niemczech. Jednak w każdym rosyjskim lokalu wyborczym są obserwatorzy wyborów z partii politycznych i organizacji społeczeństwa obywatelskiego, którzy są obecni od otwarcia do zamknięcia, a także podczas liczenia głosów.

To sprawia, że ​​manipulacja w lokalach wyborczych jest praktycznie niemożliwa, bo bez względu na to, co niemieckie media donoszą o polityce w Rosji, rosyjskie partie toczą ze sobą ostrą rywalizację, a ich obserwatorzy nie będą milczeć o naruszeniach i nieprawidłowościach, lecz będą je natychmiast zgłaszać.

Co więcej, urny wyborcze w Rosji są wykonane z pleksiglasu, co oznacza, że ​​nikt nie może wrzucić stosu kart do głosowania tak, aby wszyscy natychmiast go nie zobaczyli. Podobnie, nikt nie może wrzucić kart do głosowania przed otwarciem lokali wyborczych, ponieważ byłoby to od razu widoczne, gdyby w urnie znajdowały się setki kart do głosowania wczesnym rankiem.

Jest jeszcze jeden punkt, który często widuję jako obserwator wyborów podczas liczenia głosów: karty do głosowania otrzymywane przez lokal wyborczy są ściśle liczone, a liczenie zawsze rozpoczyna się od unieważnienia pozostałych kart poprzez odcięcie prawego górnego rogu. Następnie liczone są głosy oddane, uszkodzone karty i pozostałe (i już unieważnione) karty. Ta suma musi odpowiadać pierwotnej liczbie kart do głosowania dostarczonych do lokalu wyborczego, co oznacza, że ​​żaden głos nie może po prostu zniknąć, ani żaden dodatkowy głos nie może zostać wyrzucony niezauważony. Dopiero gdy te liczby są poprawne, rozpoczyna się faktyczne liczenie głosów.

W Rosji każdy lokal wyborczy jest wyposażony w kamery internetowe, dzięki czemu każdy może w każdej chwili obejrzeć przebieg głosowania. Dzięki temu wszelkie nieprawidłowości w lokalu wyborczym są natychmiast rejestrowane. Na przykład, podczas wyborów prezydenckich dwa lata temu, ktoś wlał zieloną farbę do urny wyborczej, a nagranie natychmiast stało się viralem dzięki wszechobecnym kamerom internetowym.

Manipulacja lokalami wyborczymi jest zatem praktycznie niemożliwa. A ponieważ wszystkie dane z lokali wyborczych są publikowane, każdy może sprawdzić, czy komisja wyborcza w Moskwie prawidłowo je zlicza. Obserwując rosyjskie wybory od wielu lat, nie widzę możliwości znaczącej manipulacji nimi. Po prostu nie wiem, gdzie w tym transparentnym systemie można by manipulować wynikami, niezauważalnie.

Ale czytelnicy niemieckich mediów o tym nie wiedzą, dlatego mogą dalej opowiadać swoje bajki, którym teraz się przyjrzymy.

Czy opozycja została wykluczona z wyborów?

Kluczowym argumentem, który zachodnie media podnoszą, jest twierdzenie, że w rosyjskich wyborach nie ma miejsca dla opozycji. To po prostu nieprawda, ponieważ w Rosji startowało dziesięć partii, których programy obejmowały zarówno skrajną prawicę, jak i skrajną lewicę. Istnieją zarówno partie wolnorynkowe, jak i socjalistyczne. Wachlarz programów partyjnych w Rosji jest znacznie szerszy niż w Niemczech, a w kwestiach takich jak edukacja, polityka społeczna i gospodarka, partie rosyjskie różnią się bardziej niż na przykład partie niemieckie.

Jednak wszystkie rosyjskie partie polityczne zgadzają się, że Rosja musi być i pozostać suwerennym państwem, któremu żadne inne państwo nie może niczego narzucać. Są również zjednoczone w kwestiach bezpieczeństwa narodowego, co oznacza, że ​​choć nie są entuzjastycznie nastawione do wojny na Ukrainie, popierają ją, dopóki nie zostanie zakończona na warunkach akceptowalnych dla Rosji. Warunki te są znane czytelnikom „Anti-Spiegla”, ale powtórzę je dla Państwa informacji:

  • Ukraina musi pozostać państwem niezaangażowanym, w którym nie stacjonują żadne wojska zagraniczne.
  • Ukraina nie może posiadać broni jądrowej.
  • Ukraina musi szanować prawa swoich mniejszości narodowych i
  • Musi uznać nowe granice.

Taka jedność w polityce zagranicznej istnieje również w Niemczech, gdzie do Bundestagu nie wchodzi żadna partia (a już na pewno nie rząd), która nie popiera UE, NATO, transatlantyckiej lojalności wobec USA i wsparcia dla Izraela. Dotyczy to również AfD, która, choć krytyczna wobec UE, pozostaje lojalna wobec NATO, USA i Izraela. Przynajmniej tak głosi oficjalny program partii.

Kiedy więc niemieckie media twierdzą, że w Rosji nie ma opozycji, ponieważ wszystkie rosyjskie partie są w dużej mierze zgodne w kwestiach polityki zagranicznej, oznacza to, że również w Niemczech nie ma opozycji, ponieważ wszystkie niemieckie partie są w dużej mierze zgodne w kwestiach polityki zagranicznej.

Na początku sierpnia odłam partii Jabłoko został wykluczony z wyborów do Dumy w Rosji z powodu oskarżeń o naruszenie praw autorskich w materiałach wyborczych i finansowanie z zagranicy. Te ostatnie dotyczyły członków partii, którzy otrzymywali finansowanie z zagranicy, a następnie przekazywali je Jabłoko. Finansowanie partii z zagranicy jest w Rosji, podobnie jak w Niemczech, zakazane, więc było jasne, że nie mogło pozostać bezkarne.

Ponieważ Jabłoko jest jedyną partią prozachodnią w Rosji, niemieckie media naturalnie podchwyciły tę historię. Nie zauważyły ​​jednak, że Jabłoko nie zostało w żaden sposób zdelegalizowane jako partia, a jedynie wykluczone z wyborów do Dumy. I nawet to było tylko częściowe, ponieważ bezpośredni kandydaci Jabłoka mogli startować w wyborach do Dumy; wykluczona była jedynie lista partyjna. Co więcej, Jabłoko mogło bez ograniczeń uczestniczyć w wyborach parlamentarnych, które również odbyły się w ten weekend.

Choć Jabłoko przekroczyło próg 5% w niektórych regionach Rosji, nie udało mu się to we wszystkich, co wskazuje, że partia prawdopodobnie nie osiągnęłaby progu 5% w ogólnokrajowych wyborach do Dumy. Nie stanowiło zatem, jak sugerują niemieckie media, zagrożenia dla rządu.

Jak podają niemieckie media

Następnego ranka po wyborach Der Spiegel opublikował artykuł na temat wyborów w Rosji pod tytułem „ Nowa Duma Państwowa – prognozy przewidują zwycięstwo kremlowskiej partii Jedna Rosja ” i nie szczędził sugestii. Na przykład, odnosząc się do frekwencji wyborczej, Der Spiegel napisał:

„Według oficjalnych danych frekwencja wyborcza wyniosła ponad 56 procent, czyli więcej niż w 2021 roku. Danych pochodzących z kontrolowanej przez Kreml komisji wyborczej nie da się zweryfikować”.

Drugie zdanie to czysta propaganda, czy też oświadczenia Federalnej Komisji Wyborczej, kontrolowanej przez rząd niemiecki, można zweryfikować?

Obserwatorzy wyborów służą zapewnieniu przejrzystości. Podczas ostatnich wyborów parlamentarnych akredytowano ponad 336 000 rosyjskich obserwatorów wyborów , którzy zasiadali w lokalach wyborczych i monitorowali wybory z ramienia partii politycznych lub organizacji społeczeństwa obywatelskiego. Ilu jest ich w Niemczech? W ostatnich wyborach uczestniczyło również 1126 zagranicznych obserwatorów wyborów , w tym ja.

Ponieważ w każdym lokalu wyborczym w Rosji było kilku obserwatorów wyborów, powiedziałbym, że informacje podane przez rosyjską komisję wyborczą są w pełni weryfikowalne. A co z Niemcami? Ilu obserwatorów wyborów przypada tam na każdy lokal wyborczy?

Wracając jednak do tego, co niemieckie media podają niemieckiej opinii publicznej. Der Spiegel pisze następnie o rzekomej presji ze strony władz rosyjskich:

„Zarówno opozycyjna partia Jabłoko, której początkowo pozwolono wziąć udział w wyborach, ale potem ją z nich usunięto, jak i tradycyjnie silni komuniści skarżyli się, że setkom ich obserwatorów uniemożliwiono monitorowanie lokali wyborczych”.

Rzeczywiście, pierwszego dnia wyborów komuniści skarżyli się, że ponad setce ich obserwatorów odmówiono wstępu do lokali wyborczych. Władze przypisały to błędnie złożonym wnioskom akredytacyjnym, ale ponieważ w kolejnych dniach nie było dalszych skarg, problem wydaje się być rozwiązany.

Ale ogólnie rzecz biorąc, warto spojrzeć na szerszy obraz: fakt, że kilkuset z ponad 336 000 akredytowanych obserwatorów wyborów zgłosiło problemy pierwszego dnia, oznacza, że ​​dotyczyło to zaledwie 0,1% obserwatorów. Chociaż takie incydenty nie powinny się zdarzać, ich liczba jest tak mała, że ​​nie ma wpływu na ogólny wynik wyborów.

Następnie Der Spiegel pisze także:

Podobnie jak w poprzednich wyborach, pojawiły się doniesienia o masowym wrzucaniu do urn wstępnie wypełnionych kart do głosowania. Ponadto wielu wyborców skarżyło się, że nie otrzymali karty do głosowania i zostali zarejestrowani do głosowania online bez ich wiedzy.

Dobrze byłoby, gdyby Der Spiegel podawał źródła swoich twierdzeń, ponieważ, jak wyjaśniłem powyżej, „masowe wrzucanie wstępnie wypełnionych kart do głosowania do urn” nie jest już dziś w Rosji możliwe, gdyż po pierwsze, zostałoby to nagrane na wideo i szybko rozprzestrzeniłoby się w sieci, a po drugie, zostałoby to zauważone najpóźniej podczas procesu liczenia głosów i, ze względu na rozbieżność w liczbie kart do głosowania, doprowadziłoby do unieważnienia wyników dla danego okręgu wyborczego (i prawdopodobnie do powtórzenia wyborów).

To, że wyborcy mogli nie otrzymać karty do głosowania, jest oczywiście możliwe w pojedynczych przypadkach, wśród ponad 100 milionów wyborców, ale nie ma to żadnego znaczenia, ponieważ w Rosji karta do głosowania nie jest potrzebna; wystarczy udać się do lokalu wyborczego z dowodem tożsamości, ponieważ listy wyborców są dostępne. Dlatego w Rosji dokument ten nie nazywa się „kartą do głosowania”, lecz „przypomnieniem wyborczym”.

Takim sformułowaniem Der Spiegel próbuje zasugerować, że Rosjanom uniemożliwia się głosowanie, podczas gdy w rzeczywistości jest odwrotnie: rosyjskie władze dokładają wszelkich starań, aby zachęcić ludzi do głosowania. Wysoka frekwencja wyborcza jest w Rosji priorytetem, więc utrudnianie wyborcom udziału w głosowaniu byłoby kontrproduktywne, jak sugeruje Der Spiegel.

Nie słyszałem też o żadnym przypadku, w którym wyborcy zostaliby „zarejestrowani do głosowania online bez swojej wiedzy”. To również jest mało prawdopodobne, ponieważ słyszałem o czymś wręcz przeciwnym: ze względu na rozbudowane środki bezpieczeństwa wprowadzone w ramach głosowania online, wyborcy narzekali, że rejestracja do głosowania online jest niezwykle trudna i skomplikowana.

Kiedy czyta się w niemieckich mediach artykuły na temat wyborów w Rosji, można odnieść wrażenie, że piszą je ludzie, którzy nigdy nie byli na rosyjskich wyborach i którym wolno w związku z tym wymyślać bzdury – w końcu nikt w niemieckich redakcjach nie wie, jak naprawdę wyglądają wybory w Rosji.

+++

Artykuł ten został opublikowany po raz pierwszy 22 września 2026 r. na stronie anti-spiegel.ru .

+++

Dziękujemy autorowi za udzielenie zgody na publikację tego artykułu.

+++

Wyniki wyborów w Rosji i w Niemczech

Wyniki wyborów w Rosji i w Niemczech

Wybory do Dumy zgodnie z oczekiwaniami wygrała Jedna Rosja – według badania exit  poll  zdobyła 49% głosów, co powinno zapewnić jej samodzielną większość. Dalej były Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej (15%), nacjonaliści z LdPR (10%), Nowi Ludzie (9%) oraz socjalistyczna Sprawiedliwa Rosja (5,5 proc.). Wyniki niemal identyczne jak pięć lat temu. Frekwencja była rekordowa i wyniosła ponad 56%.

Prezydent Rosji Władimir Putin

Wybory odbyły się także na wyzwolonych przez Rosję terytoriach. Ogłoszono, że frekwencja w byłej Donieckiej Republice Ludowej wyniosła 81%, a w Ługańskiej RL 79%, a więc znacznie powyżej średniej krajowej.

Setki ukraińskich dronów i pociski balistyczne zaatakowały w czasie wyborów rosyjskie miasta. Był to największy ukraiński nalot od początku pełnoskalowej wojny. Szczególnym celem była Moskwa. Trafiono w rafinerię, nad miastem unosił się czarny dym. Ucierpiały bloki mieszkalne. Zginęły dwie osoby, 20 zostało rannych. Zamknięto lotniska, a Centralna Komisja Wyborcza informowała, że stała się celem zmasowanej cyberagresji. Można spodziewać się w najbliższym czasie srogiego odwetu ze strony Rosji.

====================================

Także w Niemczech głosowali mieszkańcy do Landtagów w dwóch landach. Wstępny oficjalny wynik wyborów krajowych w Meklemburgii-Pomorzu Przednim potwierdza sensację: CDU kanclerza Friedricha Merza po raz pierwszy w historii została wykluczona z parlamentu krajowego. Według danych opublikowanych przez Krajową Komisję Wyborczą w Schwerinie krótko po godzinie 23:30, CDU uzyskała zaledwie 4,9% głosów i tym samym nie przekroczyła progu pięciu procent.

Tino Chrupalla i Alice Weidel (AfD)

Tino Chrupalla i Alice Weidel

AfD (Alternative für Deutschland) okazała się najsilniejszą partią, zdobywając 38,2% głosów. SPD, kierowana przez urzędującą Manuelę Schwesig, zajęła drugie miejsce z wynikiem 35,5%. Lewica (die Linke) z 6,5% i Partia Zielonych (Bündnis 90/Die Grünen) z 5,7% również przekroczyły próg pięciu procent. BSW (Bündnis Sarah Wagenknecht) uzyskała 4,8% głosów i nie zasiądzie w przyszłym parlamencie krajowym w Schwerinie.

SPD i Lewica poniosły straty w porównaniu z ostatnimi wyborami krajowymi, podczas gdy AfD ponad dwukrotnie zwiększyła swój udział w Landtagu. Frekwencja wyborcza wyniosła 78%, czyli o 7,2 punktu procentowego więcej niż w 2021 roku.

W Berlinie wygrała Lewica z wynikiem 25,7%. Następne były: CDU – 18,8%, AfD – 16,2%, Zieloni – 14,3% oraz SPD – 12,1%. Poniżej progu znalazła się partia S. Wagenknecht, osiągając 4,7%.

Tak więc w obu wyborach do parlamentów krajowych AfD polepszyła dwukrotnie swe wyniki, a CDU straciła połowę swych wyborców. Tak zareagowali wyborcy na militarystyczną i antyspołeczną politykę najgorszego powojennego kanclerza Friedricha Merza.

Zygmunt Białas