O operacji „Wisła”, jej przyczynach i skutkach – bez prostackiej propagandy.

Jacek Boki, 10 lipca 2021 https://kresywekrwi.blogspot.com/2021/07/z-klepisk-i-nor-epoki-walki-o-ogien-w.html?m=0

Bude Ukrajina odyń den, ale bez Lachiw”.

Z klepisk i nor epoki walki o ogień – w XX wiek

„W hołdzie generałowi Stefanowi Mossorowi i wszystkim uczestnikom Operacji Wisła, którzy dzięki swojemu niezwykłemu poświęceniu, męstwu oraz ofierze własnego zdrowia i życia, ocalili dziesiątki tysięcy istnień ludzkich,,

=============================
Inwazja

UPA dokonała inwazji zbrojnej na Polskę z terenów kresowych II Rzeczypospolitej – co było przedłużeniem agresji bolszewickiej z 17 września 1939 roku. Celem obu tych najazdów było oderwanie od Państwa Polskiego części jego terytorium. Walka z tym nieludzkim agresorem, była nie tylko walką z bandytyzmem w najohydniejszym wydaniu i ze zdradą państwową (upowcy byli obywatelami RP), ale przede wszystkim świętą wojną o jedność i całość terytorialną Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Banderowcy zatem nie tylko parali się masowym ludobójstwem, ale też dopuścili się zdrady Ojczyzny.

Zacurzonia, Ukraina Zacurzońska, Kraina Kierzońska, zachodnie kresy Zachodniej Ukrainy, Zakierzoński Kraj – to różne nazwy tej samej polskiej krainy obejmującej ziemie: Chełmską, Podlaską, Posanie i tzw. Łemkowszczyznę. Obszar ten w czasach okupacji niemieckiej wchodził w skład dwóch Grup Operacyjnych UPA- Północ i UPA – Zachód. W zasięgu Grupy Operacyjnej UPA – Północ (dowódca Roman Kłaczkiwśkyj ps. Kłym Sawur), znajdowały się tereny południowo – wschodniej Zamojszczyzny i wchodziły one w skład Wojskowego Okręgu – ,,Turiw”, którym dowodził mjr. UPA ,,Rudyj”. Na tej właśnie ziemie ruszył pierwszy klin inwazji UPA na miejsce przygotowane cichaczem przez tzw. ,,Ukraińską Narodową Samoobronę (UNS) Pod wodzą Myrosława Onyszkewycza ps. Orest, Biłyj, Ołeh. Były to aż dwa kurenie (bataliony), w których skład wchodziło osiem sotni, Briadiahy, Jastruna, Korsaka, Hromenki, a także wilcza sotnia Iwana Sycz – Sajenki ps. Jahody.

Członkowie sotni „Bira” ujęci przez żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego w rejonie Zatwarnicy. Jesień 1946

To była forpoczta sił UPA. Jednak Dowództwo Główne, na którego czele stał Roman Szuchewycz ps. Taras Czuprynka, doszło do wniosku, że to za mało dla opanowania ziem, które w zamysłach OUN miały wejść w skład ,,ukraińskiego imperium”. Dlatego w kwietniu 1944 roku skierowało na tę stronę Bugu dodatkowe kurenie z zagonu (pułku) imienia Bohuna, którym dowodził pułkownik Ostrożśkyj. Do tej siły dołączyły jeszcze dwie wilcze sotnie Iwana Wańkowycza ps. Wowk i Anatola Szydoruka, a zaraz za nią sotnia Karpa. Pojawiła się także wataha Dubrowyka, czyli Iwana Szpontaka najbardziej znanego pod pseudonimem Żeleźniak. Z kolei na Zasanie znów ruszyły sotnie z Grupy Operacyjnej UPA – Zachód (dowódca Wasyl Sydor ps. Szełest) z V Wojskowego Okręgu Buh, obejmującego rejon Lwowa, którym dowodził Woronyj. Według założeń OUN w pierwszym rzędzie zamierzano na tych wszystkich terenach całkowicie wyniszczyć ludność polską lub zmusić ją do opuszczenia obszaru między Bugiem, a podaną linią kuszczów (Rozłupy, Miączyn, Suchowola, Huta Różaniecka, Różaniec i Cieplice do Sanu) w celu oczyszczenia zaplecza i stworzenia rozległego przyczółka na zachód od Bugu. Na wszystkich tych terenach inwazji UPA, znalazło się w śmiertelnym niebezpieczeństwie ponad 300 tysięcy Polaków, którzy unieśli swoje głowy spod banderowskiego topora z Wołynia i Małopolski Wschodniej, którzy znaleźli tutaj swoje schronienie, a teraz ponownie stanęło w obliczu straszliwego zagrożenia ludobójczą eksterminacją.
Nie lepiej działo się na południu. Drogę w Bieszczadach otwierała UPA kompania dywizji SS Galizien, która właśnie skończyła służbę u hitlerowców i stała się sotnią hajdamacką. To SS Galizien w dużej mierze zasiliła kadry straszliwej Służby Bezpeky OUN – Bandery. Forpoczta UPA wkroczyła właśnie do Baligrodu w niedzielę rano, 6 sierpnia 1944 roku. Wojska niemieckie opuściły już miasto, więc można było pohulać z Polakami zgodnie z hasłem: ,,Bude Ukrajina odyń den, ale bez Lachiw”.
Od sierpnia 1944 roku do czerwca 1945 bandy UPA działały w Bieszczadach w warunkach całkowitej bezkarności. Po przejściu frontu w regionie tym, nie było żadnych regularnych oddziałów Wojska Polskiego, a cały ciężar walki spoczywał na słabych liczebnie i kiepsko uzbrojonych posterunkach milicji.

Aby jeszcze bardziej podkreślić swoją obstrukcję względem polskiej granicy wschodniej, a także jeszcze z innych względów, na tym obszarze , który miał być bastionem antylechizmu, banderowcy zorganizowali własną strukturę, tworząc własną atamanię. Dlatego też w kwietniu 1945 roku został uformowany Krajowy Prowyd OUN Zacurzonii, na czele z adwokatem brzeżańskim Jarosławem Staruchem ps. Stiah. Jego zastępcą został Wasyl Halasa – Orłan, zajmujący się propagandą. Referentem Służby Bezpeky mianowano Petra Fedoriwa ps. Dalnycz, natomiast naczelnym dowódcą wojskowym całej Zakierzonii został Myrosław Onyszkiewycz – Orest, którego głównymi rozkazami było: całkowite wytępienie Polaków, zamieszkałych na ziemiach południowo wschodniej Polski i całkowitego ich usunięcia z tych terenów. Jednocześnie nie uznawać linii Curzona za granicę polsko – radziecką i utworzenie przyczółka, który przy sprzyjających okolicznościach politycznych pozwoli banderowcom pójść na wschód w celu zbudowania wielkiego państwa ukraińskiego.
W sumie było w Polsce 70 oddziałów SKW, grupujących łącznie około 2800 osób. UPA w Polsce miała w tamtym czasie 14 oddziałów liczących razem 2820 ludzi. Niektórzy określają też liczebność UPA w Polsce na 7-8 tysięcy ludzi. Do tego należy dodać ilość członków OUN, których liczebność szacuje się na kilka tysięcy osób. Było więc z kim walczyć.
Te właśnie bandy od kwietnia do lipca 1947 roku dokonały 460 napadów, w wyniku których śmierć poniosły 152 osoby cywilne i spłonęło 1118 gospodarstw. Wysadzono też 11 mostów i zniszczono dwie stacje kolejowe.

Czy w obliczu takiego narastającego zagrożenia, można było więc dalej patrzeć obojętnie, jak na polskiej ziemi panoszą się banderowcy i stosując bestialskie mordy, ,,walcząc” w ten sposób o swoją Ukrainę? Dziś różne oszołomy domagają się dla nich uprawnień kombatanckich, kosztem tych, co z nimi walczyli naprawdę.

Przesiedlenie

Na terenach wschodnich Rzeczypospolitej, które odpadły od naszej Ojczyzny mieszkało ponad 13 milionów Polaków. W nowym słownictwie zaczął funkcjonować nowy wyraz, określenie ,,repatriacja”. W rzeczywistości była to jednak ekspatriacja, czyli wykorzenienie, wygnanie z ojczyzny praojców. W ten sposób miliony Polaków skazano na przeżycie największej tragedii w dziejach Narodu!
Wędrówka ludów trwała w obie strony. Na wschód mknęły pociągi z ludnością ukraińską, a na zachód z polską. Spis dla potrzeb przesiedlenia wykazał, że ludność ukraińska po polskiej stronie linii Curzona, liczy 505 647 osób: w woj. rzeszowskim – 280 153, lubelskim – 201 247, krakowskim 24 247. Te osoby mogły skorzystać z dobrowolnego przesiedlenia się do sowieckiej Ukrainy – w myśl układu zawartego 9 września 1944 roku. Instrukcja w tej sprawie głosiła:

,,Ewakuacja jest dobrowolna i dlatego przymus nie może być stosowany ani bezpośrednio, ani pośrednio. Chęć ewakuowania się może być wyrażona ustnie, jak i pisemnie.”

Wszystko miało dokonać się w czasie od 15 października 1944 do 1 lutego 1945 roku. Nie wszyscy Ukraińcy decydowali się na opuszczenie Polski. Ci co pozostali deklarowali swoją lojalność i chęć walki z UPA. Wśród pozostałych przeważali właśnie ci lojalni (deklaratywnie), u których działało normalne przywiązanie do ziemi rodzinnej, względy religijne, niekiedy, zwłaszcza wśród inteligencji, zżycie z polską kulturą i sentyment do polskości.

Inni natomiast, byli to ludzie w jakiś sposób skompromitowani… w tym część przywódców OUN, którzy liczyli na słabość polskich władz i tym samym szansę przetrwania oraz prowadzenia nadal swojej antypolskiej działalności. Pozostała reszta – również z tych samych powodów, a także ze względów rodzinnych i religijnych – ludzie stanowiący otoczkę nacjonalistycznych band, powiązani z ich członkami więzami pokrewieństwa, sympatii i znajomościami. Pozostała wreszcie część ludzi słabych, zatrzymanych przez upowców po prostu terrorem.

Podkreślmy to jeszcze raz: generalną zasadą przesiedlenia była dobrowolność. Zasadę tę potwierdził m.in. marszałek Michał Rola – Żymierski w wystąpieniu na Sesji Krajowej Rady Narodowej, podkreślając ją także w swoim piśmie z 6 IV 1946 roku skierowanym do rejonowych przedstawicieli do spraw ewakuacji J. Bednarza – Głównego Przedstawiciela Rządu do Spraw Ewakuacji.

Ludności ukraińskiej umożliwiono także w tym czasie ewakuację nie tylko do sowieckiej Ukrainy, lecz również dobrowolne przesiedlenie się na Ziemie Zachodnie i Północne naszego kraju, jeśli nie chcieli wyjeżdżać do ZSRR, gdzie będzie ona traktowana na równi z obywatelami narodowości polskiej. Małżeństwa mieszane będą traktowane specjalnie i będą one mogły również dobrowolnie wyjechać do USRR lub na Ziemie Zachodnie czy inne tereny Polski.

Natomiast jeśli chodzi o osoby narodowości ukraińskiej, które obecnie lub później będą współpracować z ukraińskim podziemiem, zostaną odpowiednio ukarane i władze będą zmuszone przesiedlić je przymusowo.

Podsumowując, chodziło o społeczność liczącą ponad sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi, która znów ze swojej strony robiła wszystko, żeby pozostać na miejscu i Polacy jej w tym pomogli. To całkowicie zaprzecza dziś kłamliwym twierdzeniom ze strony środowisk ukraińskich szowinistów mieszkających zarówno w Polsce, jak i za granicą, że w ,,Operacji Wisła’’ nie chodziło o zlikwidowanie band UPA, lecz o zlikwidowanie ,,problemu ukraińskiego’’ w Polsce. Wszystkie jednak fakty powtórzmy to z całą mocą, absolutnie temu zaprzeczają. Polacy godzili się z tym, gdy Łemkowie podkreślali swoje wielowiekowe związki z Polską, takie jak wspólnotę kulturową, a nade wszystko wspólną z polakami krew przelaną w obronie naszej Ojczyzny. Wszystkie te aspekty podkreślili z całą mocą w swoim liście wysłanym z gminy Komańcza 20 lutego 1946 roku do ministra sprawiedliwości, wojewody rzeszowskiego i starosty sanockiego.
Szpony demonów


Ukraińcy, będący w tamtym czasie obywatelami polskimi, dopuścili się względem Rzeczypospolitej zbrodni zdrady stanu. UPA tak samo, choć do jej konta należy jeszcze dodać popełnienie masowych zbrodni ludobójstwa i zwyczajnych, pospolitych bandyckich rozbojów. Dziś wszelkie pretensje Ukraińcy za swoje przesiedlenie, winni kierować wyłącznie do przywódców OUN – UPA i do samych siebie za popieranie UPA i to wcale bynajmniej, nie moralne, ale jak najbardziej czynne oraz za listy pisane przez nich wtedy do Stalina, w których kierowali oni wówczas do generallisimusa swoje błagania, o oderwanie ziem południowo – wschodniej Polski i przyłączenie ich do sowieckiej Ukrainy. Ludność ukraińska nie tylko karmiła upowców i przyodziewała, ale także kopała dla nich kryjówki, nosiła ich meldunki, szpiegowała ruchy polskich wojsk, ostrzegała upowców, a w błąd wprowadzała wojsko. Takiego stanu rzeczy na dłuższą metę tolerować nie można było. Trzeba było zbrodni i intrygom położyć zdecydowanie kres i liczyć się z nieobliczalnym w skutkach dla naszej Ojczyzny posunięciem Stalina, wobec którego nie tylko Polacy i ich rząd, ale i cała Europa byłaby bezsilna.

Tak więc decyzja przesiedlenia ludności ukraińskiej z terenów województwa rzeszowskiego, lubelskiego i części krakowskiego, była dzwonem pogrzebowym dla UPA i początkiem jej końca, zawężając i to w bardzo znacznym stopniu jej bazę żywnościową, wywiadowczo – mobilizacyjną, a także zdarzające się coraz częściej dezercje z jej szeregów, skazywały w niezbyt odległym zakresie czasu całą strukturę tego obcego, terrorystycznego ciała operującego na polskiej ziemi, na niechybny, acz definitywny koniec. Dlatego OUN poleciła ostro przeciwstawić się tym wszystkim, niekorzystnym dla niej zjawiskom, i nie tylko nie zaprzestała swojej ludobójczej, terrorystycznej działalności, ale nakazała jeszcze bardziej wzmóc zbrodniczą aktywność podległych sobie formacji UPA względem ludności polskiej, jak również wobec żołnierzy Wojska Polskiego, milicjantów i lokalnych struktur polskiej samoobrony. Banderowcy dopuszczali się najdzikszych złoczynów w stosunku do polskiej ludności cywilnej i żołnierzy, milicjantów, oraz członków samoobrony, wziętych przez nich do niewoli, z której już nigdy nie wrócili. To oni również dezorganizowali na tych terenach całe życie gospodarcze i konsekwentnie dążyli do oderwania od Polski jej odwiecznych ziem rubieżnych. Ich partyjny wódz, prowydnyk ,,Stiah’’, nawet nie ukrywał, że jego celem jest utrwalenie skutków inwazji UPA, poprzez dokonanie nieodwracalnej w swoich konsekwencjach aneksji polski ziem do sowieckiej Ukrainy.

Jak podał w swoim wydaniu z 18 IV 1946 roku dziennik ,,New Yor Herald Tribune’’, bandy UPA rozpoczęły także dokonywanie masowych napadów na stacje kolejowe, a na gościńcach na transporty, które przewoziły na obecne polskie terytorium, Polaków z okolic Lwowa oraz innych stron leżących po stronie sowieckiej. Oblicza się, że tylko w ostatnich trzech miesiącach, zginęło z rąk ukraińskich nazistów od 500 do 1000 polskich osiedleńców, którzy to Ukraińcy wysadzają też mosty, minują linie kolejowe, wywracają z nasypów wagony i przecinają linie telefoniczne i telegraficzne. Amerykańscy korespondenci donosili też o całkowitym spaleniu przez banderowców ponad 800 wsi.’’

Korespondenci gazet europejskich i amerykańskich, którzy odwiedzali nasz kraj zaraz po wojnie, oglądali ,,dzieła’’ UPA, rozmawiali z ludźmi – tymi z ,,Zakierzonii’’ i tymi wygnanymi z Kresów II Rzeczypospolitej. Stawali osłupiali i w takim osłupiającym duchu wobec barbarzyństwa, pisali w swoich gazetach. Wycinki tych gazet docierały do Polski, otrzymywali je ,,Stiah’’ i ,,Orest’’ i oni obaj zdecydowali o zmianie najbardziej rażących pseudonimów swoich mołojców, na które właśnie zwrócili uwagę zachodni korespondenci, takie jak: ,,Rizun’’, ,,Polakożer’’, ,,Żydożer’’, ,,Żydoriz’’, ,,Żydohrij’’, ,,Nożowyk’’, ,,Sokyrnyk’’ itp. Takie bowiem pseudonimy ,,za granicą całkiem nie do twarzy – jak instruował krajowy referent polityczno – propagandowy OUN ,,Nazar’’ – cudzoziemcy (wrażliwi na język zachodni) dostosowują odpowiednio do takich nazw pobudki naszej walki i naszej psychologii…’’


Jak długo zatem można było tolerować to obce ciało w łonie Narodu i Państwa Polskiego? Jak długo jeszcze banderowski rak miał toczyć i niszczyć nasze polskie rubieże południowo – wschodnie? Tak opisał to ówczesny premier Edward Osóbka – Morawski, który stwierdził, że z UPA można było rozprawić się bardzo szybko, a że tego nie uczyniono, wynikało tylko z winy ,,wschodniego sojusznika’’, który wówczas wcale nie był zainteresowany szybkim zakończeniem ,,tej sprawy’’. Niewykluczone, że zależało mu wtedy na chaosie w Polsce, zwłaszcza na terenach przygranicznych. Niewykluczone również, że myślał także o dalszym poszerzeniu granic sowieckiego imperium kosztem polskich ziem rubieżnych. W każdym razie długo ,,cackano się’’ z UPA, aż wreszcie podjęto drakońską, ale jedynie słuszną w owym czasie decyzję, ostatecznego rozprawienia się z UPA. Zaczęły się już nawet szemrania wśród ludności, także Zachód nie był zadowolony z sytuacji panującej w Polsce. Mogło to wskazywać, że Polska nie jest w stanie zapewnić stabilizacji ani u siebie, ani też na zewnątrz. Wszelki nieporządek uderzał bowiem wówczas w spokój europejski. A ludność polska wręcz domagała się spokoju i porządku – co – w tym przypadku równało się z przesiedleniem.


Operacja Wisła

Generał dywizji Stefan Mossor – dowódca ,,Grupy Operacyjnej Wisła”

W styczniu 1946 roku Oddział Operacyjny Sztabu Generalnego Wojska Polskiego opracował dokument pt. ,,Rozważania o walce z bandytyzmem’’, We wstępie autorzy tego opracowania wskazywali, iż powiązania UPA z ludnością ukraińską są główną przyczyną trwałości oraz dobrej konspiracji jej sotni i kureni, W tej sytuacji jedyną alternatywą zupełnego pozbycia się UPA z Polski jest pozbawienie jej bazy oparcia. W taki sposób rodziła się strona techniczno – skutkowa operacji noszącej kryptonim ,,Wisła’’, którą po wielu wahaniach ( i zahamowaniach) zaczęto realizować stanowczo po przypadkowej śmierci generała broni Karola Świerczewskiego. To ta właśnie śmierć stała się bezpośrednim impulsem, a nie pretekstem, jak to do dziś głoszą Ukraińcy, do podjęcia trudnej i bolesnej decyzji, czyli przesiedlenia ludności ukraińskiej i łemkowskiej na zachodnie oraz północne obszary Polski.

Wbrew powtarzanej do dziś kłamliwej narracji płynącej nieustannie ze strony środowisk ukraińskich, ale również i wspierających je kręgów polskojęzycznych renegatów, w tym także tych z IPN, ,,Operacja Wisła’’ została zaplanowana i zrealizowana, bynajmniej nie w interesie polskich komunistów – grupy wówczas bardzo nielicznej w Polsce – lecz w interesie Narodu i Państwa Polskiego. Bezwzględna większość kadry ówczesnych wyższych dowódców realizującej ,,Operację Wisła’’ stanowili nie komuniści, ale przedwojenni oficerowie zawodowi służący w Wojsku Polskim nie ideologii komunizmu, lecz Narodowi i Państwu Polskiemu, żołnierze, którzy gwiazdki oficerskie otrzymali przed wrześniem 1939 roku i w czasie polskiej wojny obronnej.


Więcej, za zbrojną rozprawą z ukraińskimi faszystami z band UPA, jako jedyną możliwością ostatecznego rozwiązania ich zbrodniczej działalności opowiadali się nawet Ukraińcy, będący wyższymi oficerami Wojska Polskiego i zajmujący wiele bardzo wysokich i prestiżowych stanowisk w jego szeregach. Oto jeden tylko z wielu przykładów, jakim uczuciem darzył swoich ziomków biorący osobisty udział w ,,operacji Wisła’’, generał Ostap Steca, z pochodzenia Ukrainiec, urodzony w Komańczy, któremu w 1944 roku upowcy zamordowali siostrę. Generał już w 1946 roku, jako szef Wydziału III (Operacyjnego) Sztabu Generalnego sugerował sekretarzowi generalnemu KC PPR Władysławowi Gomułce, by… przesiedlić Ukraińców, bo w przyszłości nie można absolutnie liczyć na lojalność tej ludności względem państwa polskiego. Jakże prorocze okazały się być dziś te słowa tego Ukraińca, generała w służbie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, wypowiedziane 75 lat temu.

Podstawą prawną do usunięcia Ukraińców, a tym samym zakończenia zbrodniczej banderowskiej irredenty, był dekret z 1939 roku, a dokładnie ustawa z 30 marca 1939 roku, upoważniająca rząd do usunięcia z obszarów granicznych każdy segment ludności, uznany za zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Opowiadanie więc dziś niestworzonych bredni przez ukraińskich szowinistów i ich polskojęzycznych pomagierów, w tym przez niedouczonych polityków i pseudo historyków z IPN, iż ,,Operacja Wisła’’, była zbrodnią komunistyczną w świetle faktów, obnaża całkowicie ich ignorancję i zarazem świadome działania prowadzone przez nich na szkodę interesów Narodu i Państwa Polskiego.

Zaznaczyć należy również i to z naciskiem, że Polska po drugiej wojnie światowej, aczkolwiek ,,komunistyczna’’ i zależna od Kremla, tak samo zresztą jak wcześniejszy rząd emigracyjny, zależny był we wszystkich aspektach całkowicie od Londynu i Waszyngtonu, była od lipca 1945 roku, uznanym podmiotem prawa międzynarodowego, i fakt ten przy każdej okazji jej włodarze podkreślali. Właśnie ci włodarze, przynajmniej ich polska część po polsku myśląca, nie mogła pogodzić się z terrorystyczną działalnością struktur zbrojnych kręgów faszystowskich, ukraińskich nacjonalistów, zmierzających zupełnie otwarcie do oderwania od Polski obszarów tzw. ,,Zacurzoni’’ i powołania na ich miejscu jakiejś namiastki kadłubowego ukraińskiego państwa – na okres spodziewanego przez nich wybuchu III wojny światowej, tożsamego zresztą z celami tych ówczesnych sowieckich komunistów, których dążenia w tej kwestii były zupełnie tożsame z dążeniami ukraińskich nazistów z OUN -UPA, których zresztą wspierali oni na każdym poziomie ich antypolskich działań.

Ukraińscy, sowieccy komuniści nie chcieli być bowiem gorsi, od swoich banderowskich pobratymców i też zamierzali zbudować Wielką, Samostijną Ukraińską Derżawę, w skład której wchodziłoby m.in. 16 polskich powiatów położonych na południu i wschodzie naszego państwa. Że nie były to wcale czcze rojenia ukraińskich komunistów, świadczyło najlepiej przemówienie wygłoszone właśnie na ten temat przez Chruszczowa, w marcu 1944 roku przed Ukraińską Radą Najwyższą, w której oficjalnie zgłosił on roszczenia wobec Polski, do Lwowa, i wszystkich pozostałych obszarów leżących za linią wytyczoną przez lorda Curzona, oświadczając, że:

,,Naród ukraiński będzie dążył do przyłączenia do ukraińskiego państwa radzieckiego takich odwiecznie ukraińskich ziem, jak rejon Chełma, Hrubieszowa, Zamościa, Tomaszowa i Jarosławia.’’

Po wygłoszeniu tych słów Chruszczow dostał od członków Rady Najwyższej burzliwą owację!

I tylko zdecydowany sprzeciw w tej kwestii Stalina spowodował, że nie zdołali oni zrealizować swojej wizji, godząc się ostatecznie na aprobatę linii Curzona jako granicy między Polską, a sowiecką Ukrainą. Liczyli jednak nadal, że z czasem część tzw. ,,Zakierzonia’’ uda im się odzyskać i inkorporować do samostijnej.

Dlatego Rzeczypospolita miała wręcz święty obowiązek, zapewnić na swoim suwerennym terytorium spokoju, drogą całkowitej eliminacji wrogich i obcych jej sił oraz jak najsurowiej ukarać swoich własnych obywateli, którzy dopuścili się wobec niej świadomego aktu zdrady stanu i zbrodni przeciwko Polsce.

Bieszczadzkiej, zbrodniczej dywersji OUN – UPA wymierzonej przeciwko Narodowi i Państwu Polskiemu, nie likwidowali bynajmniej, jak przedstawia to dzisiaj kłamliwa banderowska propaganda mityczni komuniści. Albowiem z bandami UPA w trakcie trwania ,,Operacji Wisła’’, i to od samego początku jej trwania, aż do jej zakończenia, walczyli z banderowcami również żołnierze Armii Krajowej, zgrupowani w szeregach milicji, której posterunki tworzyli samorzutnie na terenie całego Podkarpacia w celu obrony polskiej ludności przed ludobójczym terrorem UPA. Natomiast szeregi wszystkich formacji Wojska Polskiego, które brały bezpośredni udział w tej operacji, złożone były z żołnierzy, mających za sobą zsyłki, łagry, obozy śmierci i więzienia, partyzanckie i frontowe boje. Walka z UPA była dla nich wszystkich, taka sama jak ich wcześniejsze zmagania z Niemcami w Powstaniu Warszawskim, nad Wisłą, na Wale Pomorskim i w Berlinie, tylko toczona z bardziej podstępnym i bezlitosnym wrogiem o wolność i integralność terytorialną kraju, o pokój i spokój jego obywateli, o ich życie.


Przeciwko liczącemu około 6 tysięcy członków ukraińskiemu, nacjonalistycznemu podziemiu w Polsce (około 2,5 tysiąca w UPA, kilkuset funkcjonariuszy Służby Bezpeky OUN – Bandery i około 3 tysięcy członków OUN zgrupowanych w kuszczach) skierowano siły liczące 20 tysięcy żołnierzy. Stosunek sił wynosił więc 1:3,2, kiedy według ówczesnych poglądów, nawet w czasie działań na froncie, stosunek ten wynosić powinien 1 do 3 na korzyść nacierającego. W specyficznych zaś działaniach, w terenach górzysto-lesistych, przeciwko wrogowi mającemu częściowe wsparcie w bazie społecznej, już ówczesne doświadczenia wykazały, że stosunek sił powinien kształtować się na poziomie od 1:10 do 1:15. Obecnie zaś mówi się nawet o stosunku 1:120. W trakcie działań ,,GO Wisła’’ niedocenienie przeciwnika opóźniło wykonanie zadania. Pozytywnie za to należy ocenić przygotowanie wojsk do operacji pod względem organizacyjnym.

Z jak straszliwym, niebezpiecznym i nieprzewidywalnym wrogiem przyszło zmierzyć się w czasie trwania ,,Operacji Wisła’’ żołnierzom Wojska Polskiego, milicjantom, żołnierzom Armii Krajowej i członkom lokalnych formacji samoobronnych, najdobitniej ukazuje to, że działaniom OUN – UPA w południowo – wschodniej Polsce, na obszarze Bieszczad, sprzyjał dodatkowo górzysty i bardzo mocno zalesiony teren, słabo rozwinięte sieci dróg, a w zasadzie ich całkowity brak, a także mała liczba ośrodków miejskich i garnizonów wojskowych. W trudno dostępnych terenach banderowcy zbudowali całe sieci, ciągnących się kilometrami bunkrów i wszelkiego rodzaju kryjówek, w których rozlokowano składy materiałowe i szpitale. Sotnie ,,Chrina’’, ,,Bira’’, ,,Stacha’’, ,,Burłaki’’ i wiele, wiele innych czuli się tutaj jako prawowici właściciele i gospodarze tych ziem, zupełnie nie przejmując się istnieniem państwa polskiego.

Przypomnieć należy również, że w czasie trwania ,,Operacji Wisła” żołnierze Wojska Polskiego otrzymali rozkaz, aby ludność ukraińską oszczędzać i traktować na równi z obywatelami polskimi, narodowości polskiej. Rozkazu tego przestrzegano bardzo surowo! Zatem ,,między bajki’’ należy włożyć wszystkie opisy ,,polskiego okrucieństwa’’ prezentowane dziś przez tzw. ,,naocznych świadków’’ i powtarzane bezmyślnie przez popleczników banderowskich w Polsce. Niemniej był to ludzki dramat, jeden z tragicznych rezultatów rozpętanej przez nacjonalistów ukraińskich ich plemiennej nienawiści do Polaków. Daje ona znać o sobie i dziś, – po wschodniej stronie granicznej rzeki Bug, jak również i w naszej Ojczyźnie, gdzie po tzw. Rewolucji godności’’, czyli banderowskim majdanie z 2013 roku, odżyła ona ponownie i to ze zdwojoną mocą pod starym hasłem czystki etnicznej i rezania Lachów.

Problem bieszczadzki został rozwiązany wielkim organizacyjnym i finansowym wysiłkiem ubogiego, wyniszczonego wojną i okupacją państwa i za cenę życia wielu jego obywateli. Były to jednak działania konieczne, wymuszone przez obłąkańczą politykę i zbrodnie OUN-UPA. Innego rozwiązania bieszczadzkiego węzła gordyjskiego niż to, które zostało wybrane i dokonane, nie było. Bez działań, nazywanych ,,Operacją Wisła’’, rozlewu krwi i anarchii w górzystych i leśnych terenach nie byłoby końca. A do tego dopuścić nie miała prawa żadna władza, niezależnie od jej politycznych barw.

W jaki inny sposób państwo, które swój powojenny byt dopiero rozpoczynało na gruzach i cmentarzyskach, wykrwawione i niemal doszczętnie ograbione przez dwóch zaborców – niemieckiego i sowieckiego – miało odciąć formacje zbrojne OUN-UPA od ich wiejskich baz zaopatrzeniowych, uzupełnień rezerw i siatki informacyjno – wywiadowczej?

W jaki inny sposób, niż wysiedlenie mieli Polacy działać w obronie swojego, zagrożonego przez UPA, terytorium państwowego, i tak już uszczuplonego o ponad jedną trzecią obszaru zdradziecką zmową aliantów w Teheranie, Jałcie i Poczdamie. Czy mieli pozostawić na miejscu ukraińską cywilną siatkę wywiadowczą, bazy zaopatrzeniowe i żywe rezerwy do kolejnych poborów w szeregi UPA?

Czy potępiający dziś ,,Operację Wisła’’ politycy, dziennikarze, historycy – ukraińscy głównie, ale również i ,,polscy’’ – mogliby przedstawić receptę inną, niż ta, którą wówczas zastosowano – przesiedlenie w celu zlikwidowania dalszego przelewu krwi dwóch narodów.

W jaki inny sposób z pominięciem wysiedleń ludności cywilnej i kryptocywilnej, należało przerwać krwawe działania UPA wymierzone przeciw państwu polskiemu, choćby i nawet satelitarnemu wobec Moskwy?

Nie ulega wątpliwości to, że nie tylko komunistom – konkluduje profesor Jacek Wilczur – których było wówczas niewielu, lecz Polsce ,,Operacja Wisła’’ zapewniła spokój na południowo – wschodnich obszarach państwa.

Bardzo wiele też wskazuje na to, że decyzja ówczesnych władz polskich – choćby i we współdziałaniu z Moskwą – ocaliła tysiące istnień ludzkich, kładąc ostatecznie kres przelewowi krwi zarówno polskiej, jak i ukraińskiej, zapewniając w końcu spokój.

Że takie środki i działania, jakie podjęto przeciwko ludobójcom z OUN-UPA w trakcie trwania ,,Operacji Wisła’’ były jedynie możliwymi do definitywnej likwidacji ich zbrodniczego terroru, niech będzie świadectwo jednego z byłych żołnierzy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty, który stwierdził jednoznacznie: ,,Gdyby nie przeprowadzono ,,Operacji Wisła”, to walki w tamtym rejonie trwałyby jeszcze wiele lat. Jako partyzant i żołnierz 27 WDP wiem, że nie da się zlikwidować partyzantki, która ma oparcie w ludności cywilnej. Kto twierdzi inaczej, ten wypowiada się o rzeczy, o której nie ma pojęcia.’’

Również wszyscy historycy, którzy opowiadają dzisiaj jakieś banialuki wyssane z palca, że ,,Operacji Wisła’’ można było nie przeprowadzać, bo bandy UPA były już według nich rzekomo rozbite, ordynarnie kłamią lub w ogóle nie znają tamtejszej, ówczesnej rzeczywistości. Bandy bowiem na jakiś czas mogły przycichnąć i zaprzestać nawet na jakiś czas swojej działalności, by potem nagle i niespodziewanie, ponownie wypłynąć na powierzchnię mobilizując w swoje szeregi całą młodzież ukraińską i tworząc oddziały liczące liczebnie kilkukrotnie więcej członków, bo nawet kilkanaście tysięcy ludzi. Mieli do takich działań odpowiednio wcześniej przygotowaną ogromną bazę. Śmiem nawet twierdzić, że nie wszystkie bunkry i kryjówki UPA w Bieszczadach, zostały po dziś dzień odkryte i być może na nieszczęście dla nas, czekają na kolejną okazję do odegrania swojej ponownej roli w historii. Oby nie. Dlatego też jedynym sposobem rozwiązania problemu UPA, było przesiedlenie ludności ukraińskiej, by w ten sposób zlikwidować jej zaplecze, a także odcedzić z tej ludności pospolitych bandziorów i zbrodniarzy, którzy mieli na swoich rękach polską krew.

Dlatego też rząd RP 24 kwietnia 1947 roku podjął w omawianej sprawie uchwałę, która głosiła… ,,W związku z koniecznością dalszej normalizacji stosunków w Polsce dojrzała całkowicie sprawa zlikwidowania działalności band UPA. Celem wykonania tego zadania Prezydium Rady Ministrów uchwala:

I. Minister obrony narodowej w porozumieniu z ministrem bezpieczeństwa publicznego wydzieli odpowiednią liczbę jednostek wojskowych w celu przeprowadzenia akcji oczyszczenia zagrożonego terenu i likwidacji band UPA.

II. Minister obrony narodowej w porozumieniu z ministrem bezpieczeństwa publicznego mianuje dowódcę, który obejmie kierownictwo całej akcji i jako Pełnomocnik Rządu władny będzie wydawać zarządzenia związane z oczyszczeniem terenu.

III. Państwowy Urząd Repatriacyjny przeprowadzi akcję przesiedleńczą ludności ukraińskiej i ludności zamieszkałej na terenach, gdzie działalność band UPA, może zagrażać ich życiu i mieniu.

IV. Minister administracji publicznej wyda zarządzenia władzom administracyjnym I i II instancji, aby ściśle współdziałały w tej akcji, w myśl wskazówek Pełnomocnika Rządu.

V. Minister komunikacji wydzieli niezbędną liczbę wagonów i parowozów do przesiedlenia ludności na Ziemie Odzyskane według planu Pełnomocnika Rządu.

VI. Minister poczt i telegrafów wyda zarządzenie podwładnym organom w rejonie objętym akcją poczynienia wszelkich ułatwień w zapewnieniu łączności w myśl wskazówek Pełnomocnika Rządu.

VII. Minister Skarbu otworzy kredyt na pokrycie kosztów ,,akcji’’ w wysokości 65 milionów złotych – w tym 35 milionów na miesiąc Maj…’’

W taki to oto sposób, drogą militarną i administracyjną likwidowano agresora, który najechał nasz kraj w 1943 roku i miał zamiar tu pozostać na stałe.

,,Gdyby nie było akcji Wisła, to UPA działałaby w tzw. ,,Krainie Zakierzońskiej’’ jeszcze co najmniej dziesięć lat, o czym sami piszą w swoim 16 tomie ,,Litopysu UPA’’, ukraińscy szowiniści z OUN.

Dalszych dziesięć lat krwawego terroru i bestialskich zbrodni oraz możliwość oderwania od Rzeczypospolitej jej obecnych południowo – wschodnich prowincji! Nasuwa się w związku z tym oczywiste pytanie, a mianowicie… Jaki rząd, jakie państwo chciałoby taki stan rzeczy nadal tolerować w swoich granicach? Wszystko to co się stało i do czego doprowadziło, sprawiła wyłącznie zbrodnicza działalność OUN – UPA. Gdyby jej nie było, nie byłoby tym samym, nigdy ,,Operacji Wisła’’ – i to należy sobie uświadomić raz na zawsze i zaprzestać tym samym powtarzania bezczelnych kłamstw na ten temat, które nie mają nic wspólnego z prawdą i faktami.

Tak pisał o tym, śp. profesor Jacek Wilczur: ,,Operacja Wisła’’ oznaczała koniec działań wojennych na dużą skalę., jednakże walki poszczególnych grup z Wojskiem Polskim trwały do 3 września 1949 roku, kiedy to oddziały nacjonalistów ukraińskich na rozkaz dowództwa zostały rozwiązane. Nie stało się to jednak na skutek dobrej woli dowództwa UPA, ale wyłącznie z powodu strat, jakie te oddziały poniosły do końca 1946 roku, a zwłaszcza w 1948 roku. I dalej: ,,Akcja polityczno – militarna Wisła pociągnęła za sobą z pewnością krzywdę cywilnej ludności ukraińskiej i łemkowskiej, z tym, że winnymi tej krzywdy byli nie Polacy, ani też ówczesne władze polskie, ani Wojsko Polskie. Rzeczywistymi i jedynymi sprawcami akcji ,,Wisła’’ byli: kierownictwo Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, oraz dowódcy jej ramienia zbrojnego – UPA. Oni to, chcąc oderwać od polskiego obszaru państwowego dużą część terytorium przez stosowanie barbarzyńskich, nieludzkich metod prowadzenia walk oraz dokonywanie przez siebie zbrodni ludobójstwa, sprowokowali tę akcję.’’


W tym miejscu należy z całym naciskiem podkreślić całkowicie rebeliancki charakter wszystkich bojówek UPA. Formację tę tworzyli bowiem obywatele RP. i działała ona wyłącznie na obszarze Polski. Tym samym sprawa UPA, to kwestia wewnętrzna Państwa Polskiego, do którego prerogatyw w tej kwestii, absolutnie nikt nie powinien i nie ma prawa się wtrącać. I dlatego właśnie tak należy to widzieć! Nie wyrzekli się polskiego obywatelstwa upowcy, ani wojacy SS Galizien, gdy powstał projekt przekazania ich przez zachodnich aliantów władzom ZSRR. I ostatecznie nie zostali wydani – a tylko dlatego, że byli obywatelami Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, do której przynależności poczuli nagle niezwykły afekt, gdy zajrzała im w oczy wizja deportacji na ,,białe niedźwiedzie’’ lub co bardziej prawdopodobne szybkie spotkanie ze Stwórcą, za pośrednictwem plutonów egzekucyjnych radzieckiej armii.

Gwoli prawdy należy również dodać, że na całym obszarze, na jakim operowały bandy UPA, solidaryzowała się w całej pełni z jej działaniami i w ogóle z całym podziemiem zbrojnym OUN – UPA, popierając je w pełni cała zamieszkała na tych terenach ludność ukraińska! A takich, którzy bardzo aktywnie pomagali banderowcom we wszystkim, było na pewno dobrych kilka tysięcy.

Dlatego Ukraińcy muszą w końcu zrozumieć, że przesiedlenie było przyczyną i skutkiem zarówno zbrodniczej działalności band UPA, oraz wspierania tych ludobójczych formacji na każdym poziomie ich działalności przez ukraińskich mieszkańców południowo – wschodnich rubieży naszego państwa, przeciwko któremu dokonali zdradzieckiej, zbrojnej irredenty.

Przesiedleń dokonywał Państwowy Urząd Repatriacyjny (PUR), A wojsko ochraniało przesiedleńców. PUR był odpowiedzialny za transport, wyżywienie i opiekę sanitarną. Tak troszczyli się Polacy o Ukraińców. Polacy chociaż tyle wycierpieli od banderowców, potrafili oddzielić wówczas ,,ziarno od plewy’’, prawdę od fałszu i nie żądali odpowiedzialności zbiorowej za winy upowskich kamratów, w ogóle byli bardzo pobłażliwi.

Nie było również żadnych gwałtów ze strony polskiej, które to bezczelne kłamstwa w tej kwestii wygłaszają ukraińscy pogrobowcy banderowskich morderców Polaków i ich polskojęzyczni lokaje z Gazety Wyborczej i Gazety Polskiej. Jak należało traktować przesiedleńców, pouczał jasno i wyraźnie ,,Rozkaz nr 007’’ z 11 maja 1947 roku, dowódcy GO ,,Wisła’’ generała dywizji Stefana Mossora:

,,Jeszcze raz pouczyć wszystkich podwładnych oficerów, podoficerów i szeregowców, że przesiedlani są obywatelami polskimi i muszą być należycie traktowani i muszą oni mieć możliwość zabrania ze sobą wszystkiego, co im jest potrzebne. Traktowanie musi być jak najbardziej ludzkie i życzliwe. Kolumna bez żywności i furażu odejść nie może. Po raz ostatni ostrzegam dowódców pułków i oficerów polityczno – wychowawczych przed bezmyślnym, pośpiesznym wysiedlaniem ( bez wyboru i uzasadnienia – aby prędzej i jak najszybciej wysiedlić) – w razie powtórzenia się takich faktów wyciągnę konsekwencje.’’

Wszystko odbywało się sprawnie, a zachowanie żołnierzy pilnujących ,,akcji’’ nie budziło zastrzeżeń. Podnosił tą sprawę ,,Meldunek nr 14 za okres 27 IV- 10 V 1947 r.’’ :

,,Biorąc pod uwagę charakter dotychczasowej akcji wysiedleńczej, gdzie na każdym kroku żołnierz ma ogromne możliwości do robienia nadużyć czy popełniania grabieży, należy stwierdzić, że ilość wykroczeń tego rodzaju jest stosunkowo niewielka’’.


Mówi się więc o wykroczeniu, które wykryte podlegało natychmiastowej karze. Te słowa jednoznacznie zadają kłam konfabulacjom Misiły, Osadczuka, Pisulińskiego, Hryciuka, Motyki i im podobnym ukraińskim fałszerzom historii, jakoby Wojsko Polskie w sposób legalny dopuszczało się ,,barbarzyńskich ekscesów’’, a nawet zbrodni. Wiemy doskonale do czego to wszystko zmierza i co jest głównym celem tej ukraińskiej, goebbelsowskiej propagandy, a mianowicie:

Te rozpowszechniane przez nich kłamstwa mają splugawić honor polskiego żołnierza i pohańbić polski mundur. Jak wyraził to ostatnimi czasy ukraiński prowokator, niejaki Ihor Isajew, który sam przyznał to, chyba przez własne przeoczenie, iż samo słowo honor, nie mieści się w ukraińskiej mentalności, dlatego tak bardzo oburzyło go to słowo zawarte w polskim paszporcie wydanym na stulecie odzyskania niepodległości przez Naszą Ojczyznę. Dlatego takimi właśnie sposobami poprzez pomówienia i ordynarne, bezczelne kłamstwa próbują od wielu długich dziesięcioleci sprowadzić żołnierza polskiego do poziomu banderowskiego rezuna, przypisując gremialnie Wojsku Polskiemu, przymioty i cechy charakteru banderowskich ludobójców, nie mogąc się pogodzić z bezspornym faktem, że cywilizacyjnie i kulturowo dzieli ich od nas Polaków kosmiczna przepaść, nie do przebycia dla nich.

Jeśli ktokolwiek myśli na ten temat inaczej, to jest albo płatnym agentem ukraińskich szowinistów, albo człowiekiem zupełnie pozbawionym wyobraźni politycznej – lub wręcz przysłowiowym głupcem! Dlatego też, czas już najwyższy położyć temu kres!

Dalej – dowódca GO ,,Wisła’’ generał dywizji Stefan Mossor, dnia 30 września 1947 roku pisał do kancelarii cywilnej prezydenta RP, że ,,mimo zrozumiałego niechętnego nastawienia do wysiedlonej ludności, która współpracowała bardzo ściśle z bandami UPA, wojsko zachowywało się poprawnie’’, a ,,ludność widząc, że wojsko bierze udział w akcji wysiedleńczej – czytamy znów w sprawozdaniu z przebiegu akcji ( 26 IV – 9 V 1947 ) obchodzi się z nią łagodnie i humanitarnie, że spieszy jej z jak najwydatniejszą pomocą, zmieniła swój wrogi stosunek do wojska… na stacjach załadowczych wysiedlona ludność dziękowała wojsku za okazaną jej pomoc i dobre traktowanie’’


Perspektywa, jak również pragnienie zażycia w końcu spokoju, przeważyły i spowodowały, iż coraz więcej ludzi opuszczało swoje nędzne chatki i mało urodzajne pola. Spowodowały to także listy otrzymywane od tych przesiedleńców, którzy już zagospodarowali się na nowych miejscach. Listy te były pełne zachęty, a opisane nowe domy i w ogóle gospodarstwa, olśniewały bieszczadzkich nędzarzy, którzy teraz dopiero nabierali prawdziwej ochoty do wyjazdu. Tymczasem na chętnych czychała banderowska śmierć. UPA napadała na transporty ludności, mordowała członków komisji przesiedleńczej i ochraniających transport żołnierzy. Przesiedleńcy, gdy tylko opuścili swoje sadyby, mogli prawie natychmiast ujrzeć je w płomieniach. Zaraz bowiem po ich odejściu wpadali do opuszczonych wsi upowcy i wszystko puszczali z dymem. Tak było dosłownie wszędzie, we wszystkich powiatach, które objęła swoim zasięgiem ,,Operacja Wisła’’: Lesko, Sanok, Przemyśl, Krosno, Jasło, Gorlice, Jarosław, Nowy Sącz, Nowy Targ, Hrubieszów i Tomaszów Lubelski.

Od 4 maja 1947 roku systematycznie zaczynały napływać na Ziemie Zachodnie i Północne transporty z przesiedleńcami. Poszczególne rodziny wiejskie, które miały inwentarz żywy otrzymały gospodarstwa wielkości 10 – 20 hektarów. Część przesiedleńców kierowano do Państwowych Nieruchomości Ziemskich, zaś specjalistów i robotników rolnych, leśnych drogowych, tartacznych, cegielnianych itp. do prac w odpowiednich zawodach.

Przesiedleńcy tymczasem przeżywali ogromne oszołomienie, zupełnie się nie spodziewali tego, że za ich antypolską działalność i zbrodnie, jakich wielu z nich się dopuściło na swoich polskich sąsiadach, spotka ich… taka ,,kara’’. ,,Trudno dziś uwierzyć – pisał jeden z przesiedleńców, mieszkaniec Kaławy koło Międzyrzecza Wielkopolskiego – ale byli pośród nas tacy, co niszczyli elektryczność w otrzymanych domach i zapalali przywiezione ze sobą lampy naftowe. Elektryczność ich przerażała. Niektórzy zrywali podłogi w domach, nosili glinę, mieszali ją z plewami lub sieczką i ubijali klepisko. Podłoga wydawał się im nazbyt pańska.. To był prawdziwy szok, ten przeskok z bieszczadzkiego średniowiecza w poniemiecki dwudziesty wiek. Szczęściem najwyższym znów był kierat poruszany za pomocą koni. Każdy kto go miał, obnosił się z tym po sąsiadach dumnie niby paw.’’

,,Mówią dziś o odszkodowaniach za mienie pozostawione w górach, ja bym tej kwestii nie tykał, bo może się zdarzyć, że to nie nam państwo, lecz my państwu będziemy płacić odszkodowanie za dobro, jakim nas ono obdarzyło zabierając z tej mizeroty łemkowskiej w inny, bogatszy świat’’ – przestrzega znów inny przesiedleniec, mieszkający dziś w Starym Łomie, województwo legnickie.

Należy też dziś uzmysłowić mieszkającym w Polsce Ukraińcom, że bez ,,Operacji Wisła’’, nie byłoby w naszym kraju, żadnej ukraińskiej inteligencji, którą się dzisiaj tak bardzo szczycą. To właśnie ,,Operacja Wisła’’ umożliwiła kolejnym pokoleniom Ukraińców przesiedlonych z bieszczadzkich klepisk i nor epoki walki o ogień w dwudziesty wiek, zdobyć wykształcenie, które otworzyło im drogę do nieograniczonego podniesienia swojego statusu społecznego, a co za tym idzie również materialnego, bez której to akcji, mogliby do dziś tylko sobie o tym wszystkim jedynie pomarzyć, bez żadnych szans na przeniesienie tych marzeń w rzeczywiste realia! Dzisiaj opowiadają jakieś bajki, że zostawili w Bieszczadach niewyobrażalne majątki, za które należą im się od państwa polskiego ogromne odszkodowania. Jak wyglądały w rzeczywistości te ,,włości”, które tam pozostawili, najlepiej opisał w swoich wspomnieniach ojciec mojego znajomego, żołnierz Wojska Polskiego, uczestniczący wówczas na tamtych terenach w walkach z bandami UPA, uczestnik legendarnej bitwy o Birczę, jaką stoczono z trzema sotniami UPA – 4 marca 1947 roku.

,,Biedni Ukraińcy. Z lepianek i spania na piecach, pozyskali rozwojowe gospodarstwa poniemieckie. Pod wspomnianymi zapieckami były z kolei dobrze zamaskowane jamy z ukrytymi w nich banderowcami, a także spełniały one rolę dobrze zamaskowanych magazynów broni i amunicji”.

Tak więc dzisiejsi potomkowie Ukraińców przesiedlonych z bieszczadzkich lepianek, prowadzący otwartą wojnę przeciwko Narodowi i Państwu Polskiemu, nie tylko nie ponieśli za swoje czyny żadnych konsekwencji, ale stało się coś niewiarygodnego, czego nie zrobiłby żaden inny naród na świecie względem swoich katów, że zamiast ich surowo ukarać, nagrodził ich za popełnione przez nich zbrodnie drugą szansą na odrodzenie swojego życia. Mają więc wobec żołnierzy i oficerów Wojska Polskiego, którzy przeprowadzili ,,Operację Wisła’’, oraz Nas Polaków i Naszego Państwa dług wdzięczności i moralnych zobowiązań, których nigdy nie zdołają w żaden sposób spłacić, albowiem nawet się do nich nie poczuwają. Odwrotnie. Całkowicie wyparli ze swoich umysłów zbrodnie ludobójstwa, których się dopuścili na swoich polskich sąsiadach i dziś własne czyny przypisują swoim polskim ofiarom i samoobronną reakcję Polaków nazywają komunistyczną zbrodnią, bo Lachy były tak bezczelne, że zamiast ustawić się grzecznie do poderżnięcia im wszystkim gardeł, posłali do piekła banderowską irredentę.
Cena zwycięstwa i zejście banderowców do dalszej walki w głębokim podziemiu
.

Na zakończenie ogólny bilans strat w walce z sotniami UPA w okresie od 1944 roku do wiosny 1948 roku, zostało zabitych łącznie 8800 osób spośród żołnierzy Wojska Polskiego, funkcjonariuszy UB, MO, członków PPR, działaczy państwowych i samorządowych. 1200 osób odniosło rany. Sotnie UPA zniszczyły w tym czasie 10000 gospodarstw, 20 stacji kolejowych, 6 kopalni nafty, wysadziły 40 mostów i spaliły 8 tysięcy hektarów lasów. Do ,,asymilacji” w polskim środowisku zobowiązywał upowców rozkaz ,,Oresta”:

,,Do wszystkich dowódców sotni. Zarządzam przeniesienie wszystkich zdolnych do walki striłców i pracowników siatki do USRR. Resztę należy przeprawić na Ziemie Zachodnie, gdzie zgodnie z wytycznymi mają się osiedlać w centralnych ośrodkach życia politycznego i gospodarczego, zalegalizować, znaleźć pracę, wejść w środowisko tak, ażeby niczym nie zwracać na siebie uwagi”.

Poza rozkazem dostarczono upowcom zobowiązanie w postaci formularza:

,,Ja (imię nazwisko, pseudonim, zajmowana funkcja) – będę dalej, choć w zmienionych warunkach, w innym charakterze, zdyscyplinowanym ukraińskim rewolucjonistom, i w miarę swoich sił i zdolności… będę dalej wykonywał rozkazy przełożonych; będę dalej strzegł tajemnic organizacji i nie zdradzę mi znanych dotąd tajemnic”.
Jednocześnie właśnie członkowie OUN – UPA, kamuflując się dobrze, mieli prowadzić propagandę na rzecz ,,dobrego imienia” UPA.
,,Ludność cywilna – pouczał Myrosław Onyszkiewicz – musi zabrać ze sobą jak najlepsze wspomnienie o nas, które z kolei, przy pomyślnych warunkach, winna zaszczepić w środowisku, w jakim się znajdzie”.

,,Ucieczka ,,gdzie pieprz rośnie” resztek rizunów pozostających jeszcze przy życiu po operacji ,,Wisła”, P. Mirczuk ( za nim także R. Drozd) nazywa ,,rajdem”, przeto pisze: ,,Zimą 1947 – 1948 r. odbyły do wschodniej Prusji (czyli na północne ziemie RP – E. P) dwie grupy UPA, jedna pod komendą Jasena i druga pod komendą sotnika Prirwy. Zadaniem pierwszego oddziału było zebranie informacji o terenie dla wykorzystania go przez drugi oddział, który miał zadania polityczno – propagandowe. Oddział pod komendą sotnika Prirwy stoczył po drodze jeden bój z Wojskiem Polskim już na terenie Prus Wschodnich, wyszedł z tego bez strat: jednak grupa z tego oddziału pod komendą Szepela znalazła się w okrążeniu i została rozbita. Wpołowie zimy oddział sotnika Prirwy stracił czterech bojców. Oddział Jasena przybył do Prusji już w listopadzie 1947 roku, oddział sotnika Prirwy 26 grudnia 1947 roku. Podzieliwszy się na małe grupy, oba oddziały przebywały w Prusji aż do września 1948 roku prowadząc we wszystkich miejscowościach odpoczynku wyjaśniającą propagandę, przede wszystkim, podtrzymującą na duchu przesiedlonych tu z Zakierzonia ukraińskich mieszkańców”. ( P. Miorczuk, Ukrajińśka Powstańśka Armija – Munchem 1953).
Wspominany w tym ostatnim fragmencie sotnik Prirwa, to nie kto inny jak sam Jewhen Sztandera, który dowodził bojówkami UPA na terenie całego ówczesnego województwa olsztyńskiego z Braniewa, w którym znajdowała się jego kwatera główna, skąd w ostatnich tygodniach 1948 roku bez żadnych przeszkód opuścił Polskę, uciekając do zachodniej części Niemiec. O banderowskiej rebelii na Warmii i Mazurach pisałem kilka lat temu w swoim artykule pt. O samostijną Ukrainę na Warmii, Mazurach, Pomorzu i Dolnym Śląsku

Opracował – Jacek Boki Elbląg – Kwiecień – Maj 2021 r.

Źródła:

Prof dr hab. Edward Prus – Operacja Wisła – Fakty, Fikcje, Refleksje – Wydawnictwo NORTOM 1994 R.

Prof dr hab. Edward Prus – Fakty – Dokumenty wydanie V, Wydawnictwo NORTOM 2010 r.

Marek A. Koprowski – Akcja Wisła – Kres krwawych walk z OUN – UPA – Wydawnictwo Replika 2019 r.

Białoruś zniosła wizy dla Polaków. Skandaliczny komentarz rzecznika tut. „rządu”.

W kwietniu władze Białorusi wprowadziły możliwość bezwizowego wjazdu dla obywateli Litwy i Łotwy.

Nie zakładamy dobrej woli ze strony białoruskiej” – bezczelnie pisze rzecznik warszawskiego MSZ.

Na podst.: https://nczas.com/2022/06/30/lukaszenka-zniosl-wizy-dla-polakow-nie-zakladamy-dobrej-woli-ze-strony-bialoruskiej/

Państwowy Komitet Graniczny (GPK) w Mińsku poinformował, że Białoruś znosi wizy dla obywateli Polski od 1 lipca do końca roku. W przypadku przejazdu przez ten kraj tranzytem nadal potrzebna będzie wiza. GPK napisał, że decyzję o czasowym zniesieniu wiz podjął Alaksandr Łukaszenka w celu „podtrzymania relacji dobrosąsiedzkich”. Wcześniej podobne decyzje podjęto wobec obywateli Litwy i Łotwy.

W komunikacie białoruska straż graniczna uściśla, że zniesienie obowiązku wizowego obowiązywać będzie od 1 lipca do 31 grudnia włącznie. Osoby podróżujące na Białoruś będą mogły przekroczyć granicę na przejściach granicznych z Polską. Nie ma ograniczeń, dotyczących częstotliwości takich wizyt, jednak w ciągu roku kalendarzowego liczba dni spędzonych na Białorusi nie może przekroczyć 90.

Podróżni z Polski mogą poruszać się po całym terytorium kraju, włącznie ze strefą przygraniczną po uprzednim ustnym poinformowaniu o tym straży granicznej. By przekroczyć granicę, oprócz ważnego paszportu należy mieć przy sobie ubezpieczenie medyczne oraz zieloną kartę, jeśli jedzie się samochodem. Nie jest potrzebny test na COVID-19.

Wyjaśniono również, że osoby, które podróżują przez Białoruś tranzytem, muszą mieć wizę. Dotyczy to także osób, które jadą do tego kraju, by złożyć wniosek o pobyt czasowy, otrzymanie obywatelstwa lub w celu podjęcia pracy lub nauki. Po przybyciu na Białoruś w ciągu 10 dni należy przejść procedurę meldunku.

W kwietniu władze Białorusi wprowadziły możliwość bezwizowego wjazdu do tego kraju dla obywateli Litwy i Łotwy. Początkowo obowiązywał on miesiąc, a następnie został przedłużony do końca roku. Litewskie i łotewskie MSZ, po zakomunikowaniu tej decyzji przez stronę białoruską, ponowiły zalecenie, aby „obywatele ich krajów nie podróżowali na Białoruś”.

————————————-

A poniżej – w imieniu rządu [!!!] – ten niedo- rzecznik Jasina:

Obywateli Polski nadal obowiązuje zalecenie, aby unikać podróży na Białoruś. Nie zakładamy dobrej woli ze strony białoruskiej” – skomentował informacje o czasowym zniesieniu przez Białoruś wiz dla Polaków rzecznik MSZ, „sługa narodu ukraińskiego”, Łukasz Jasina.

„Biorąc pod uwagę dotychczasową i trwającą politykę Aleksandra Łukaszenki wobec Polski i Polaków podchodzimy do wszelkich jego oświadczeń, nawet takich, z dużą ostrożnością i nie zakładamy istnienia dobrej woli. W stosunku do obywateli Polski obowiązuje nadal, od kilku miesięcy zalecenie, by unikać podróży na Białoruś” – przekonywał w czwartek Jasina.

===============

Uważam to oświadczenie, jak i taką politykę, za szkodliwy dla Polski skandal. Mirosław Dakowski.

Podkopują fundamenty, jeszcze do niedawna wspólne dla Europy: rodzinę opartą na nierozerwalnym małżeństwie kobiety i mężczyzny, prawo do wychowania dzieci z ojcem i matką, prawo rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnym, katolickim światopoglądem. Już w POlsce !!!

Podkopują fundamenty, jeszcze do niedawna wspólne dla Europy: rodzinę opartą na nierozerwalnym małżeństwie kobiety i mężczyzny, prawo do wychowania dzieci z ojcem i matką, prawo rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnym, katolickim światopoglądem.

Bierność rządu otwiera furtki lobby LGBT. Apelujmy do Premiera!

Wspólnie mamy szansę skutecznie przeciwstawić się tej rewolucji.

===============================================================

Paweł Ozdoba | Centrum Życia i Rodziny <kontakt@czir.org>

W ostatnich dniach ujawniona została ostateczna treść umowy partnerstwa „wynegocjowanej” przez Komisję Europejską i polski rząd. A w niej znalazł się zapis, który powinien nas wszystkich zaniepokoić i na który musimy stanowczo zareagować! Otóż jednym z punktów tejże umowy jest zastrzeżenie, że wsparcie finansowe z programu polityki spójności będzie udzielane wyłącznie projektom i beneficjentom, którzy przestrzegają przepisów antydyskryminacyjnych. W przypadku, gdy beneficjentem jest jednostka samorządu terytorialnego (lub podmiot przez nią kontrolowany lub od niej zależny), która podjęła jakiekolwiek działania dyskryminujące, (…) wsparcie w ramach polityki spójności nie może być udzielone.
Zgodnie z tym zapisem Unia Europejska wprowadza zakaz finansowania samorządów, które przyjęły tzw. uchwały anty-LGBT lub Samorządowe Karty Praw Rodzin. Dotyczy to obecnie około 80 podmiotów samorządu terytorialnego w Polsce – wszystkie one zostają odcięte od wsparcia finansowego UE ze względu na to, że odważyły się przyjąć zapisy prawne niezgodne z jedynym słusznym według Unii światopoglądem! Mamy więc pierwszy bardzo jaskrawy przykład tego, przed czym jako Centrum Życia i Rodziny ostrzegaliśmy już jakiś czas temu: niezależnie od wartości cenionych przez większość Polaków, od ich decyzji i pragnień, Unia Europejska próbuje narzucać nam rozwiązania prawne, które grożą tym właśnie wartościom. Próbuje się podkopać te fundamenty, jeszcze do niedawna wspólne dla Europy: rodzinę opartą na nierozerwalnym małżeństwie kobiety i mężczyzny, prawo do wychowania dzieci z obojgiem rodziców, ojcem i matką, prawo rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnym światopoglądem. Nie oszukujmy się, pod płaszczykiem tolerancji i walki z dyskryminacją mniejszości seksualnych Komisja Europejska chce ideologicznie podporządkować sobie kraje członkowskie, na czele z Polską, chce, by związki osób tej samej płci zawarte w innych krajach unijnych były uznawane prawnie także w naszym kraju!
Dlatego zaapelujmy do Premiera Mateusza Morawieckiego o interwencję w tej sprawie i jasne wyrażenie sprzeciwu wobec próby przeforsowania prawa, które może poważnie zagrażać roli małżeństwa i rodziny opartej na nierozerwalnym związku kobiety i mężczyzny, a także jakości debaty publicznej i wolności słowa.
Apeluję do Premiera o stanowczą reakcję!
Już niegdyś zwracaliśmy się do Państwa z podobnym apelem. Ale, niestety, działania ze strony polskiego rządu nie wskazują na to, aby zamierzał on podjąć jakiekolwiek zdecydowane kroki w tej sprawie… 
Tymczasem nacisk ze strony Unii Europejskiej nasila się, a środowiska ideologicznej lewicy i ruchy LGBT mają właściwie wolną rękę we wszelkich swoich działaniach i coraz śmielej wyciągają ją po ten rząd dusz. Wystarczy spojrzeć na to, co opisywałem Państwu niedawno: wszystkie te skandaliczne wydarzenia z zeszłotygodniowej Parady Równości w WarszawieW tej manifestacji niczym w soczewce skupiają się wszystkie te zjawiska, z którymi musimy walczyć: z jednej strony promowanie wynaturzonej wizji seksualności, wyuzdane zachowania na forum publicznym, bluźniercze prowokacje, szydzenie z najważniejszych dla katolików wartości, zwiedzenie młodzieży. Z drugiej zaś zupełnie oficjalne postulaty wprowadzenia „małżeństw jednopłciowych” z prawem do adopcji dzieci i obowiązkowej edukacji seksualnej w duchu tolerancji już od przedszkola. To spotyka się z poklaskiem największych mediów, instytucji biznesowych i korporacji, a co najbardziej niebezpieczne – również z poklaskiem polityków. I to nie tylko tych skrajnie lewicowych, czego oczywiście mogliśmy się spodziewać. Apeluję do Premiera o stanowczą reakcję!
Chciałbym bowiem w tym miejscu zasygnalizować Państwu jeszcze jeden fakt, który pokazuje, że, niestety, polski rząd nie dość stanowczo przeciwstawia się tej unijnej agendzie zaprowadzenia powszechnej tolerancji.
Otóż w maju tego roku Rada Ministrów przyjęła uchwałę w sprawie ustanowienia Krajowego Programu Działań na Rzecz Równego Traktowania na lata 2022-2030, przedłożoną przez Pełnomocnika Rządu do Spraw Równego Traktowania. Jako główny cel polityki równego traktowania dokument ten wskazuje wyeliminowanie dyskryminacji z życia społecznego w Polsce. Oczywiście, wymienia się tam wiele działań służących poprawieniu sytuacji osób narażonych na nierówne traktowanie ze względu na płeć, rasę, pochodzenie etniczne, narodowość, religię, wyznanie, światopogląd, niepełnosprawność czy wiek. Proponowane działania obejmują m.in. wspieranie na rynku pracy kobiet czy osób niepełnosprawnych, wsparcie edukacyjne skierowane do uczniów o specjalnych potrzebach edukacyjnych czy poprawę dostępności świadczeń, a także dóbr i usług dla osób zagrożonych wykluczeniem.
Ale wśród tych wielu słusznych skądinąd postulatów przemycone zostały też zapisy o przeciwdziałaniu dyskryminacji ze względu na… „orientację seksualną”, czyli np. przeciwdziałanie i poprawa efektywnego ścigania przestępstw z nienawiści czy promowanie języka opartego na szacunku i rzetelnych źródłach informacji w celu ograniczenia szerzenia się „mowy nienawiści”. Są to więc dokładnie te zmiany w prawie, przed których narzucaniem Polsce ostrzegamy w petycji „W obronie polskich rodzin!”! Podpisuję petycję w tej sprawie!
Rozszerzenie unijnego prawa o ściganiu tzw. przestępstw z nienawiści jest jednym z podstawowych postulatów Komisji Europejskiej wyrażonych w Unijnej „Strategii na rzecz równości LGBTIQ na lata 2020-25”. Wprowadzenie tych zmian może doprowadzić do sytuacji, w której penalizowane będzie każde zachowanie, które zostanie uznane za „homofobiczne” czy „transfobiczne”.
Czy naprawdę my, Polacy, chcemy, aby tak wyglądała przyszłość naszej ojczyzny? Z pełnym przyzwoleniem na rozgoszczenie się i u nas rewolucji obyczajowej zaprowadzonej przez środowiska LGBT? W tej wojnie kulturowej nie możemy złożyć broni ani na chwilę! Trzeba wyraźnie postawić granicę wdzierającej się do nas lewackiej rewolucji! Chcemy, aby polski rząd wyraził zdecydowany sprzeciw wobec działań Unii Europejskiej skierowanych przeciwko wolności przekonań, przeciwko dobru polskich rodzin i dzieci!
Dlatego gorąco zachęcam Państwa do podpisania petycji „W obronie polskich rodzin”! Można to zrobić za pośrednictwem strony internetowej www.wObroniePolskichRodzin.pl. Podpisuję petycję do Premiera!
Potrzebujemy Państwa zaangażowania, aby móc z większą siłą oddziaływać na polityków i władze. A to właśnie od ich działań zależy to, czy uda nam się zatrzymać ideologię LGBT, która jak do tej pory bez problemów kontynuuje swój marsz przez unijne – a tym samym wkrótce i polskie – instytucje.
Dlatego bardzo Państwa proszę o pomoc w rozpowszechnianiu tej petycji. Jak widać, tylko duża liczba podpisów i głosów jest w stanie przekonać polityków do podjęcia działań na rzecz ochrony życia i rodziny. Już rozesłaliśmy nasz apel pocztą tradycyjną – otrzymaliśmy pozytywny i bardzo zdecydowany odzew w postaci kilku tysięcy podpisów i licznych telefonów z poparciem dla naszej kampanii. Dlatego chcemy rozesłać ją do jeszcze większej liczby Polaków i rozpoczynamy promocję tej petycji w Internecie. Bardzo Państwa proszę o wsparcie naszych działań na rzecz ochrony rodzin i wolności słowa, na rzecz promocji apelu „W obronie polskich rodzin!” datkiem 30 zł, 60 zł, 100 zł lub nawet większą kwotą. Tylko wspólne zaangażowanie przekona polityków do sprzeciwienia się tym niebezpiecznym lewicowym postulatom. Wspieram promocję petycji „W obronie polskich rodzin!”

@page { margin: 2cm } td p { margin-bottom: 0cm } p { margin-bottom: 0.25cm; line-height: 120% } a:link { so-language: zxx }
Każda złotówka i każdy Państwa podpis jest dla nas niezwykle cenny!
Wierzę, że
wspólnie mamy szansę skutecznie przeciwstawić się tej rewolucji.


Serdecznie pozdrawiam
Wspieram działania Centrum Życia i Rodziny!

Dane do przelewu: Centrum Życia i Rodziny
ul. Nowogrodzka 42/501, 00-695 Warszawa
Nr konta: 32 1240 4432 1111 0011 0433 7056, Bank Pekao SA Z dopiskiem: „Darowizna na działalność statutową Centrum Życia i Rodziny”
SWIFT: PKOPPLPW IBAN: PL32 1240 4432 1111 0011 0433 7056

Duraczenie dorosłych i dzieci

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  •  28 czerwca 2022

http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5203

O Filareci, biedne dzieci, kochany kraju złoty! – lamentował Konstanty Ildefons Gałczyński w wierszu, w którym upominał Mirę Zimińską-Sygietyńską, żeby się opamiętała i nie zadzierała z rządem przy pomocy satyry:

Jak pragnę Boga, zadrzesz z rządem.

Satyry nie kocha rząd.

U nas, uważasz, trzeba z prądem,

ty chcesz pod prąd. (…)

Od tej satyry przyjdą rozbiory…

– i tak dalej – aż do Filaretów.

Teraz na Filaretów młodzież kładzie lachę, bo co by powiedział Judenrat „Gazety Wyborczej”, nie mówiąc już o rówieśnikach, gdyby tak jakiś młody człowiek przedstawił się, jako „miłośnik cnoty”? Koledzy wytykaliby go palcami, a koleżanki – szkoda gadać – poniekąd słusznie, bo co kobiecie po miłośniku cnoty? Tyle z niego pożytku, że „pobrudzi pończochę” – jak pisał Tadeusz Boy-Żeleński. Nawiasem mówiąc, tenże autor zachwalał panienkom „dojrzałych panów”, co to „i do tańca i na Germańca”, to znaczy, pardon; jakiego tam znowu „Germańca”; nie „na Germańca”, tylko – do różańca.

Chociaż z drugiej strony na Germańca też – bo słychać, że Naczelnik Państwa zamierza walić pięścią w stół, żeby Germańcy się zlękli i wypłacili reparacje, dzięki czemu – kto wie – może udałoby się uchronić nasz nieszczęśliwy kraj przed finansową katastrofą. Na razie jednak Germańcy zmusili pana prezydenta Dudę do wywieszenia białej flagi, a na tym się chyba nie skończy, bo Parlament Europejski kazał Polskę przeczołgać, w potem wytarzać w smole i pierzu. Ciekawe, co po takich operacjach powie swoim wyznawcom Naczelnik Państwa – bo jeśli chodzi o Donalda Tuska, to chyba dostanie orgazmu, podobnie, jak cały obóz zdrady i zaprzaństwa.

Odpowiedź na te pytania zostanie nam objawiona we właściwym czasie i opatrzona stosownymi komentarzami – żebyśmy wiedzieli, co właściwie myślimy – więc nie ma co zbytnim myśleniem głowy sobie psować – za co chwalił Urszulkę Jan Kochanowski: „Nie dopuściłaś nigdy matce się frasować, ani ojcu myśleniem zbytnim głowy psować”.

Wróćmy tedy nie tyle może do Filaretów, co do „biednych dzieci”, na których specjalnie uwzięli się nie tylko „bandyci Putina”, którzy – jak poinformowała świat pani Ludmiła Denisowa – gwałcili nie tylko starsze dzieci, ale nawet niemowlęta, – ale również płomienni szermierze różnych postępowych ideologii. Nawiasem mówiąc, pani Ludmiła, będąca do niedawna na Ukrainie rzecznikiem praw człowieka, została z tej funkcji z trzaskiem odwołana. Chodziło o to, że w opisach zbrodni, jakich dopuszczają się na Ukrainie „bandyci Putina”, dodawała za dużo dramatyzmu. Tymczasem – jak to w swoim czasie radził Arystoteles – również w dodawaniu dramatyzmu trzeba zachować umiar, żeby nie pojawił się niezamierzony efekt komiczny. Pani Ludmiła wprawdzie dobrze chciała, ale najwyraźniej o tym zapomniała i od razu poszła na całość.

Tymczasem z dramatyzmem trzeba postępować po gospodarsku. Tak właśnie radził Alfred Hitchcock – żeby nie wystrzelać od razu całej amunicji, tylko – najpierw zdetonować bombę atomową, a dopiero potem napięcie ma narastać. Wojna na Ukrainie najwyraźniej przechodzi w stan przewlekły, a tymczasem pani Ludmiła od razu zaczęła od niemowląt, więc nic dziwnego, że koledzy ją za tę nadgorliwość wylali. Ciekawe, czy telewizje w państwach poważnych też powtarzały za panią Ludmiłą, tak, jak te z naszego bantustanu, czy też podchodziły do tego całego dramatyzmu cum grano salis?

Wracając tedy do dzieci, to płomienni szermierze postępowych ideologii musieli inspirować się wskazówką Naftalego Iwanowicza Frenkla, który w sowieckich łagrach wprowadził system kotłów, który wykańczał łagierników sprawniej, niż niejedna komora gazowa: „z więźnia musimy wycisnąć wszystko w trzy miesiące; potem nic nam po nim” – twierdził ten żydowski generał NKWD.

W przypadku dzieci trzy miesiące to za mało tym bardziej, że postępowych ideologii jest całkiem sporo, więc trudno, żeby nawet zdolne i bystre dzieci dały się tak szybko oduraczyć – a cóż dopiero mówić o matołach? Wiadomo, że szybkość morskiego konwoju musi być przystosowana do najwolniejszego statku, bo w przeciwnym razie konwój się rozproszy i już nikt nie będzie miał na niego żadnego wpływu. Tymczasem chodzi o to, by dzieci – najpierw te młodsze, a jak podrosną – to również te starsze – duraczyć cierpliwie i metodycznie. Dlatego też wprowadzony został przymus edukacyjny, egzekwowany przez państwowy monopol edukacyjny, personifikowany przez Ministerstwo Edukacji. Jak zauważył Czesław Miłosz, „wariat na swobodzie największą klęską jest w przyrodzie” – a cóż dopiero wariat, któremu dano władzę nad ludźmi?

Na tę władzę działają rozmaite grupy nacisku. Na przykład okazało się, że jest w naszym nieszczęśliwym kraju sporo ludzi płci obojga, którzy, bzykając się na prawo i lewo, zdobyli w tej dziedzinie niemałą eksperiencję. Czasy są ciężkie, więc nic dziwnego, że postanowili te umiejętności skapitalizować w taki sposób, by w rządowych szkołach przystąpić do edukacji seksualnej. Najlepiej zacząć już przedszkolu, umiejętnie kierując dziecięce pragnienie poznania świata i rządzących nim mechanizmów na eksperymentowanie, najpierw z własnymi, a potem – również cudzymi genitaliami. Korzyść jest podwójna, w właściwie potrójna. Po pierwsze – „seksedukatorzy” przechodzą na garnuszek podatników, którzy muszą w związku z tym sfinansować im nie tylko pensje, ale i ubezpieczenie społeczne. Czegóż chcieć więcej? Po drugie – koncentrowanie młodzieńczej ciekawości na genitaliach, pozwala ukryć w cieniu tych, którzy konstruują mechanizmy prawne i finansowe, pozwalające dymać młodych ludzi aż do śmierci ze starości. Wystarczy, że dadzą im kredyt i już mają nieświadomych swego losu niewolników, którzy do końca życia muszą chodzić, jak w zegarku. Wreszcie – po trzecie – to duraczenie ma utrzymać duraczonych w przekonaniu, że to wszystko naprawdę, że oto przekazywane są im prawdzie perły wiedzy.

Tymczasem nie są to żadne prawdziwe perły wiedzy, tylko odkryta przez Józefa Stalina „nauka przodująca”. Do tego czasu nauka dzieliła się na „burżuazyjną”, czyli taką do luftu, i socjalistyczną, z której biła krynica prawdy – co prawda sowieckiej, czy komsomolskiej, ale dobra psu i mucha. Józefowi Stalinowi, który – zgodnie z przykazaniami Karola Marksa – nie chciał objaśniać świata, tylko go zmieniać – to juz nie wystarczało, więc odkrył naukę przodującą, do której z powodzeniem można zaliczyć seks-edukację, chociaż nie tylko.

Wracając znad morza usłyszałem w radio komunikat, że już od jesieni zostanie wprowadzona w szkołach nowa dyscyplina naukowa, mianowicie – nauka o klimacie. Co prawda o klimacie uczniowie uczyli się i wcześniej; na przykład przypominam sobie, że już w czwartej klasie szkoły podstawowej, na jednej z lekcji przyrody poznawaliśmy wędrówkę wody w przyrodzie. Wtedy jednak panował przesąd, że wody na Ziemi jest cały czas tyle samo, a tylko zmienia ona stan skupienia. Teraz jednak nauka przodująca obaliła tamto ustalenie i jest rozkaz, że wody na Ziemi jest coraz mniej i w związku z tym trzeba ją oszczędzać. Gdzie ta woda się podziewa, że jest jej coraz mniej – tego nie wiadomo – chyba, że chodzi o wodę nadającą się do picia, która stanowi 0,007 procenta ogólnego zasobu wód na Ziemi. A kto tę wodę wypija? Wiadomo – ludzie – więc nie ma innej rady, jak radykalnie zredukować populację światową – czego od lat domaga się prof. Paul Erhlich z Pensylwanii, który uważa, że miliard ludzi w sam raz wystarczy – żeby było komu pożyczać na procent.

Podobnie z globalnym ociepleniem. Jest rozkaz, że globalne ocieplenie jest rezultatem gazów cieplarnianych, produkowanych między innymi przez samochody spalinowe. Wprawdzie w poprzednich epokach geologicznych, np. w epoce kredy, było jeszcze cieplej, niż dzisiaj, bo nawet na biegunach nie było lodu – a samochodów też nie było. Kto by się jednak zastanawiał nad takimi głupstwami, kiedy właśnie padł rozkaz, by za kilkanaście lat nie było już samochodów spalinowych, tylko elektryczne?

Żeby jednak ludzkość w to uwierzyła, trzeba zacząć ją duraczyć od małego, podstawiając zamiast prawdziwej wiedzy – naukę przodującą. Toteż – o czym miałem okazję przekonać się osobiście – absolwenci szkół średnich nie wiedzą, dlaczego zmieniają się pory roku, ale że klimat się ociepla z powodu gazów – to wiedzą na pewno. No a teraz tę dziedzinę nauki przodującej będzie się uczniom podawało w charakterze pereł wiedzy – bo taki podobno padł już rozkaz.

Biedne dzieci!

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Ponowna próba zaszczuwania ludzi skończy się odpowiednią reakcją !

Liczba kłamstw i kompromitacji wokół fal, dawek i wymazów, jest tak duża, a trauma tak głęboka, że…

Nie ma przypadków, są tylko znaki i polityczna głupota PiS

Matka Kurka https://www.kontrowersje.net/nie-ma-przypadkow-sa-tylko-znaki-i-polityczna-glupota-pis/

Sprawa wbrew pozorom i teoriom spiskowym jest bardzo prosta, jak jest zima, to musi być zimno, pani kierowniczko. Gdyby jakimś cudem udało się naprawić wszystkie błędy, zaniedbania i sabotaże, to i tak PiS nie ucieknie od naturalnych zjawisk w przyrodzie. Przyjdzie jesień i ludzie znów będą kichać, kaszleć, przeziębiać się, a w skrajnych przypadkach przechodzić zapalenie płuc. I proszę się nie łudzić, nie będzie miało żadnego znaczenia, co się wcześniej mówiło, chociażby o skuteczności testowania, czy zerwaniu umowy na 6 miliardów z dostawcami „preparatów”. Wystarczy sobie przypomnieć, co i kiedy było w odwrocie, ledwo wspominając o żartach Szumowskiego z noszenia szmatek zakrywających organy powonienia. Nowy etap, nowa narracja i to bez żadnej finezji, ale też instynktu samozachowawczego.

Morawiecki jeździ po gminach i straszy dokładnie tym samym, o czym od dwóch dni mówi Niedzielski. „Musimy się przygotować, nawet na 30 000 hospitalizacji, mamy nowe zapewnienia i zaraz przyjdą dokumenty, że to już zupełnie inne preparaty”, które są przygotowane pod nieco zapomnianą literę z greckiego alfabetu.

Jeśli zapadnie decyzja na najwyższym szczeblu, to wbrew logice i nawet interesom politycznym, PiS pośle do boju najbardziej znienawidzoną przez Polaków twarz pomoru i nic ich nie przekona, że: „białe jest białe, a czarne jest czarne”. Czy tak się rzeczywiście stanie? Pojęcia nie mam i powiem więcej – demiurgowie z PiS też nie mają. Co się w takim razie teraz dzieje? Klasyka gatunku, sondowanie nastrojów społecznych, wysyłanie komunikatów i sprawdzenie reakcji. Kto ma troszkę oleju w głowie, ten wie, że i ten proces nie ma najmniejszego sensu. Teraz to ludzie są na wakacjach i do tego stopnia żyją beztrosko, że nawet o cenach paliwa na Orlenie zapomnieli. Jesienią przyjdzie depresja, powrót do pracy i przede wszystkim do odłożonych problemów. Gdy na to wszystko PiS jeszcze nałoży pomór, zawór bezpieczeństwa może puścić.

Nie wiem, co PiS zdecyduje, bo to jest partia, która dawno przestała się kierować kryteriami moralnymi, intelektualnymi i po prostu zwykłym myśleniem, choćby o partyjnym interesie.

Natomiast wiem, że tym odgrzewanym kotletem nie da się odwrócić uwagi Polaków od prawdziwych tragedii. Stara technika budowania napięcia po to, żeby fantastyczna władza w cudowny sposób mogła uratować naród, sprawdza się, ale nie przy zgranych tematach. „Wojna” spadła PiS z politycznego nieba i od razu się na to rzucili, trafiając idealnie w nastroje społeczne, nad czym można tylko ubolewać. O ile do jesieni nie pojawi się coś równie „atrakcyjnego”, to na mieleniu przeterminowanych strachów PiS niczego nie ugra.

Jest pewne, że ponowna próba zaszczuwania ludzi skończy się odpowiednią reakcją i jak zawsze pozbawiam rewolucyjnych złudzeń, jednak tuż przed wyborami słupki odpowiednio zareagują. Zarządzanie strachem jest bardzo wygodna dla polityków i PiS uwielbia te technikę „rządzenia”, ale i do tak prostej operacji trzeba dobrać odpowiednie narzędzia, a nie sięgać po zużyty cep.

Zanim dojdzie do rozstrzygnięcia, tu i teraz można powiedzieć, że PiS całą operację rozpoczął beznadziejnie. Niedzielski nic nie musi mówić, aby ludzie na samo nazwisko odpowiednio zareagowali. Liczba kłamstw i kompromitacji wokół fal, dawek i wymazów, jest tak duża, a trauma tak głęboka, że mechanizmy obronne natychmiast się uruchomią.

No i jeszcze jedna bardzo ważna rzecz, Niedzielski z Morawieckim to „sobie mogą”, jeśli nie pójdzie komunikat ze światowej, czy chociaż europejskiej centrali, w Polsce niczego nie odpalą. Po tych chaotycznych ruchach wyraźnie widać, że PiS boi się jesieni i zimy jak ognia, stąd też te desperackie próby i wypuszczanie szczurów. Degradująca się władza musi nie tylko znaleźć wytłumaczenia dla katastrofy gospodarczej, która w zasadzie już nastąpiła, ale ma jeszcze takie „małe” problemy jak zakontraktowane „preparaty” na 6 miliardów. Zamiast od tego uciekać, jak najdalej, próbują sprawdzić, czy da się w to wdepnąć, tyle z PiS zostało.

Miliony Ukraińców zamieszkają w Polsce? Jest zapowiedź rządu…

Za realizację tego oraz poprzednich transgranicznych projektów słono ma zapłacić polski podatnik oraz jego zadłużone w ten sposób dzieci.

CzarnaLimuzyna https://www.ekspedyt.org/2022/06/27/miliony-ukraincow-zamieszkaja-w-polsce-jest-zapowiedz-rzadu/

“To moment na utworzenie Unii Polsko – Ukraińskiej”. (Gowin, Gdula. Kosiniak-Kamysz, Czesław Bielecki) Podczas VII Europejskiego Kongresu Samorządów w kwietniu 2022.

——————————-

Po silnym i gwałtownym uderzeniu propagandowym o wspólnym państwie z Żydami i Ukraińcami nastał czas realizacji zapowiedzi o przesiedlaniu Ukraińców do Polski oraz budowaniu wspólnego państwa.

Nowy nabytek PiS, pani Ścigaj za ministerialną synekurę podjęła się realizacji pokojowego oddawania polskiego majątku w dzierżawę “ukraińskich braci i sióstr”.

Rząd będzie zachęcał uchodźców z Ukrainy, którzy zamierzają zostać dłużej w Polsce, by przenieśli się z dużych miast do mniejszych ośrodków i na wieś. Zachętą mają być mieszkania o niskim czynszu i praca.

Wedle słów Agnieszki Ścigaj koszty wynajmu lub dzierżawy poniosłyby gminy: ” Można je wykorzystać pod wynajem, wydzierżawić je od prywatnych właścicieli na potrzeby mieszkań komunalnych, np. na 5-6 lat. Gmina wzięłaby za to odpowiedzialność, korzystałaby, dając możliwość zamieszkania rodzinom”.

Okazuje się, że za realizację tego oraz poprzednich transgranicznych projektów słono zapłaci polski podatnik oraz jego zadłużone w ten sposób dzieci

Kolejny dług Polski – 450 mln euro pożyczki od BRE

Według zapowiedzi nowa pożyczka, którą zaciągnął rząd PiS zostanie przeznaczona na “na pomoc uchodźcom z Ukrainy”.

Tymczasem koncepcja wspólnego państwa z Ukraińcami jest forsowana z głupotą i bezczelnością wprost proporcjonalną do bezkarności przedstawicieli targowicy okupujących przestrzeń polskiego życia politycznego. Nie tak dawno o wspólnym państwie z Niemcami mówiła maskotka targowicy niemieckiej, Wałęsa, a dziś dawne pachołki Moskwy wspólnie z sojusznikami z PiS lansują ideę unii polsko-ukraińskiej.

Prof. Andrzej Zybertowicz uważa, że budowa unii polsko-ukraińskiej byłaby dla przyszłych pokoleń “wspaniałą przygodą”

Z kolei jednoznacznej ocenie z użyciem słowa “głupota” i “idiotach” poddał postulat współpracy polsko- rosyjskiej, prof. Andrzej Nowak mówiąc o przejawach bezdennej głupoty i łajdactwie związanym z możliwym podziałem Ukrainy w kontekście współpracy z Rosją.

Zwracam się do autorów tych niemądrych dywagacji. Historia pokazuje, że Rosja zawsze prędzej porozumie się z Niemcami ws. podziału Polski lub podziałów wpływów w Polsce, niż wybierze słabszego partnera, jakim może być Polska. Nawet rządzona przez takich idiotów jak pan Braun czy Korwin-Mikke. Używam tego ostrego sformułowania, bo ich wypowiedzi nt. polityki zagranicznej nie nadają się do innego skomentowania–ocenił prof. Andrzej Nowak. /dorzeczy.pl/

Przyznając rację prof. Nowakowi w kwestii antypolskich sojuszy Niemców z Rosjanami należy postawić pytanie dlaczego nie grzmi w podobny sposób w sprawie proukraińskich bredni, skoro podobny sojusz Ukraińców z Niemcami, obecny w dzisiejszej Ukrainie w formie kultu również budzi podobne wątpliwości.

Czyżby tak wybitny historyk oślepł nagle na jedno oko i nie zauważał podobnych oraz innych zagrożeń? Czyżby naprawdę nie wiedział, że wolność kozacka o której z takim uniesieniem mówił podczas jednego ze swoich wykładów była w cywilizacji turańskiej najczęściej “wolnością bez rozumu i sumienia” polegającą na łupieniu, grabieży i mordach?

Obserwując brak reakcji i powszechne poparcie dla politycznych szyldów współczesnej targowicy (m.in. PO i PiS) widać wyraźnie, że demokracja w rękach realnych władców „polskiego społeczeństwa” stała się przysłowiową brzytwą w rękach małpy służącą przede wszystkim do popełnienia harakiri.

Wrogowie – już wewnętrzni [??] – chcą: „Polska stanie się krajem dwunarodowym”.

Polska zmienia się z państwa emigracyjnego w imigracyjne – wskazują twórcy dokumentu „Gościnna Polska 2022+”. Wojna na Ukrainie przyspiesza te zmiany. Think tank „Wise Europa” przygotował dokument dotyczący kwestii imigracji. Dokument został podany w ubiegłym tygodniu przez największe polskie media, m.in. Polską Agencję Prasową. Ambasada Ukrainy w Polsce objęła projekt patronatem honorowym, a był on współfinansowany przy wsparciu Fundacji im. Stefana Batorego. Autorzy uważają, że jeśli Rosja wygra wojnę i zajmie znaczną część Ukrainy – wtedy „liczba uchodźców w Polsce mogłaby nawet przekroczyć 10 mln, z czego ok. 60 proc. pozostawałoby w niej na dłużej”.

Autorzy dokumentu piszą: „Polska może stać się państwem wielonarodowym z ponad 3 mln migrantów z Ukrainy. Będzie to wymagało zmian systemowych i spójnego planu zarządzania, by uniknąć potencjalnych konfliktów i zapaści usług publicznych”. „Rozmiary napływu osób uchodzących przed wojną są spektakularne, o skali niespotykanej od czasów II wojny światowej. Liczba migrantów wojennych będzie zależała od przebiegu konfliktu, jednak należy przyjąć, że bez względu na wynik wojny oraz jej konsekwencje dla rozwoju gospodarczego Ukrainy, Polska stanie się krajem wielonarodowym, z oczywistą przewagą narodu polskiego, ale z rosnącym udziałem narodu ukraińskiego oraz rosnącej obecności obywateli innych państw” – wskazuje jeden z autorów dokumentu Maciej Duszczyk, profesor Uniwersytetu Warszawskiego.

Autorzy podkreślają, że „kryzys migracyjny, z którym obecnie mierzy się Polska, to największe po transformacji ustrojowej przełomu lat 80. i 90. XX wieku wyzwanie w ostatnich kilkudziesięciu latach”. Ich zdaniem wymaga on całościowego przygotowania i spójnego planu zarządzania poszczególnymi politykami publicznymi przez rząd, samorządy lokalne, organizacje pozarządowe, a także w ramach oddolnych inicjatyw społeczeństwa obywatelskiego.

„Mówimy o milionach ludzi, którzy będą musieli odnaleźć się w nowej rzeczywistości. To również wielkie wyzwanie dla całej sfery usług publicznych, która będzie musiała poradzić sobie z obsługą ogromnej liczby dodatkowych klientów. Szacujemy, że łącznie z migrantami ekonomicznymi, którzy już w Polsce są, może to być 1,5 mln do ponad 3 mln osób” – mówi Maciej Bukowski, Prezes Zarządu WiseEuropa.

W dokumencie wskazano, że z rożnych szacunków wynikało, iż ok. 1,3 mln Ukraińców mieszkało w Polsce przed 24 lutym. Ponadto w Polsce przebywa ok 100 tys. Białorusinów i ok. 300 tyś. obywateli innych państw. „Koncentrujemy się na Polsce oraz jej przygotowaniu do integracji od 1,7 do 3,2 milionów ludzi, którzy trafili do Polski w następstwie inwazji rosyjskiej na Ukrainę między rokiem 2014 a 2022.” – wskazują autorzy.

Zdaniem twórców dokumentu jeśli wojna zakończy się szybko – w Polsce zostanie ok. 1,75 mln Ukraińców, jeśli potrwa dłużej od 3,1 do 3,4 mln. Jeśli zaś Rosja wygra wojnę i zajmie znaczną część Ukrainy – wtedy „liczba uchodźców w Polsce mogłaby nawet przekroczyć 10 mln, z czego ok. 60 proc. pozostawałoby w niej na dłużej”.

Autorzy piszą, że wyjątkowo ważną kwestią jest pomoc w nauce języka polskiego i dostęp do usystematyzowanych informacji. Zwracają uwagę, że niemożność porozumienia się i brak spójnej, dostępnej informacji są barierami przeszkadzającymi w korzystaniu z pomocy medycznej, poszukaniu pracy czy znalezieniu miejsca w edukacji.

Ważne będzie zwiększenie szans na wykonywanie pracy zgodnej z kompetencjami, a także zapewniającej odpowiedni dostęp do zabezpieczenia społecznego i ochrony pracy zgodnie z obowiązującymi standardami” – zwraca uwagę prof. Agnieszka Chłoń-Domińczak z SGH.

Autorzy sugerują, że polskie ustawodawstwo powinno zostać przejrzane pod kątem zapisów „potencjalnie dyskryminujących cudzoziemców przebywających w Polsce”. Ponadto – ich zdaniem – konieczne jest odbiurokratyzowanie procedur legalizacji pracy i pobytu.

Wskazują, że ważne jest wsparcie finansowe samorządów, by mogły wyremontować pustostany, lecz także zmiana przepisów dotyczących najmu indywidualnego oraz uchwalenie ustawy o funduszach inwestujących w nieruchomości na wynajem.

Projekt był współfinansowany przy wsparciu Fundacji im. Stefana Batorego, Fundacji Liderzy Przemian ze środków Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności w ramach Programu Stypendialnego im. L. Kirklanda oraz Fundacji Konrada Adenauera, Przedstawicielstwo w Ukrainie (Charków) i w Polsce. Ambasada Ukrainy w Polsce objęła projekt patronatem honorowym.

W ostatnich latach Polska bardzo szybko staje się kraje imigranckim.

Przypomnijmy, że jeszcze przed rozpoczęciem wojny, w 2021 r. padł rekord liczby wystawionych obcokrajowcom zezwoleń na pracę w Polsce i oświadczeń dotyczących zatrudnienia pracowników ze Wschodu. W ubiegłym roku wystawiono cudzoziemcom prawie 3 mln takich dokumentów. To ponad 30 proc. więcej niż rok wcześniej.

Informowaliśmy, że pod koniec ubiegłego roku w ZUS do ubezpieczeń emerytalnego i rentowego zgłoszono niemal 872 tys. obcokrajowców z około 160 państw. Obywatele Ukrainy stanowili najliczniejszą grupę (635 tys. ubezpieczonych). Systematycznie rośnie także liczba Białorusinów pracujących w Polsce.

Przyjęta w listopadzie ub. roku przez Sejm nowelizacja wprowadza znaczące ułatwienia dla zatrudniania w Polsce pracowników ze Wschodu, głównie Ukraińców. Wydłużono im z 6 do 24 miesięcy możliwość pracy na zwykłe oświadczenie od pracodawcy. Dodatkowo, firmy uznane przez rząd za strategicznie ważne dla gospodarki i chcące zatrudniać obcokrajowców będą miały pierwszeństwo.

Zwracaliśmy uwagę, że ubiegłoroczne dane Państwowego Instytutu Ekonomicznego wskazywały, że już w 2018 r. Polska była największym rynkiem pracy spośród państw OECD przyjmującym tymczasowych pracowników z innych krajów.  Z kolei w 2020 roku, mimo pandemii koronawirusa, zaobserwowano wzrost liczby zatrudnionych obcokrajowców w polskiej gospodarce. Autorzy zwrócili uwagę, że pod względem liczby tymczasowych migrantów zarobkowych wyprzedziliśmy Stany Zjednoczone i Niemcy.

wise-europa.eu/wydarzenia.interia.pl / pap / Kresy.pl

WSPIERAJ KRESY Za: Kresy.pl ()

Jak Żydzi zdradzali Polskę w 1920 roku

Ks. dr Stanisław Trzeciak: Jak Żydzi zdradzali Polskę w 1920 roku

… było: dezerterów 202, a w tym żydów 193, uchylających się od poboru wojskowego 411, a w tym żydów 398, działających na szkodę Państwa Polskiego 328, w tym żydów 325″.

1 marca 2018 https://tropicielehistorii.pl/ks-dr-stanislaw-trzeciak-jak-zydzi-zdradzali-polske-w-1920-roku/#.YrlpByUwhhE

Cud nad Wisłą” jest wielką szkołą dla Narodu i Państwa Polskiego. Wymownie nas uczy, że Polska może się opierać tylko na Polakach zjednoczonych umiłowaniem swojej Ojczyzny i złączonych silnymi węzłami narodowymi. Jest tu zarazem wielkie ostrzeżenie przed żydami, którzy bezprzykładnie, jak w żadnym państwie, łączyli się z naszym wrogiem i działali na szkodę zagrożonego naszego bytu państwowego. Dezercja, zdrada, sianie defetyzmu wśród ludności cywilnej, w wojsku, łączenie się wprost z wrogiem przez przyłączanie się do niego z bronią na froncie lub tworzenie oddziałów wojskowych z ludności cywilnej i przechodzenie na pomoc do wroga, by walczyć przeciw wojskom naszym — oto obraz zachowania się żydów w Polsce, dźwigającej się z okowów niewoli, która miała przed sobą postawioną kwestię „być albo nie być”. Małe tylko były wyjątki.

Tu znów niech przemówią fakty i suche komunikaty Naczelnego Dowództwa: „Komunikat z dnia 18 kwietnia 1919 r. Front litewsko-białoruski: Wczorajsze walki o Lidę były uporczywe. Nieprzyjaciel zgromadził wielkie siły, starannie przygotował się do obrony i umocnił ważniejsze obiekty. Piechota nasza musiała kilkakrotnie łamać bagnetem opór wroga, zwłaszcza suwalski pułk piechoty, który wśród ciężkich walk ulicznych, biorąc dom za domem, oczyszczał miasto od nieprzyjaciela. Miejscowa ludność żydowska wspomagała bolszewików, strzelając do naszych żołnierzy”.

Dodać tu należy, że kiedy wymieniony 41 pp. opuścił ze względów taktycznych czasowo Lidę, to żydzi z okien i z dachów strzelali do żołnierzy naszych, lali wrzątkiem na nich i rzucali kamieniami. Kiedy zaś później wymieniony pułk ponownie zajął miasteczko, ludność polska wskazała na kloaki, do których żydzi wrzucili siedmiu oficerów naszych, których jako ostatnio wycofujących się postrzelili, pojmali, w okrutny sposób zmasakrowali i rzucili do kloaki.

Komunikat z 19 sierpnia 1920 r:
„W Siedlcach wzięto do niewoli ochotniczy oddział żydowski, rekrutujący się z miejscowych żydów komunistów”.

Komunikat z dnia 21 sierpnia 1920 r.:

„Front środkowy… W walkach pod Dubienką, gdzie odrzuciliśmy nieprzyjaciela za Bug, odznaczył się porucznik Danielak z 11 pp., który samorzutnie, nie czekając na nadejście swej kompanii, z 8 żołnierzami zaatakował linię nieprzyjacielską, biorąc 20 jeńców do niewoli. Stwierdzono w tym okręgu, że walczy po stronie bolszewickiej oddział ochotniczy z Włodawy”. Widzimy tu zatem niezwykłe bohaterstwo naszych żołnierzy, którzy oprócz wroga zewnętrznego musieli jeszcze pokonywać wewnętrznego wroga, żydów. Podobną sytuację mamy również w walkach zaciekłych w Białymstoku, jak stwierdza Komunikat z 24 sierpnia 1920 r.: „Front północny… Przy zdobyciu Łomży wzięto 2.000 jeńców, 9 dział, 22 karabiny maszynowe i bardzo duży materiał wojenny. Po zajęciu przez 1-szą dywizję Legionów w dniu 22 bm. rano Białegostoku trwały w samym mieście jeszcze przez 20 godzin zaciekłe walki uliczne z przybyłą na pomoc z Grodna 55-ą dywizją sowiecką i miejscową ludnością żydowską, która wydatnie zasilała szeregi bolszewickie”.

Jeśli z powyższych Komunikatów Naczelnego Dowództwa przekonujemy się, że ludność cywilna żydowska w czasie wojny uderza sztyletem w plecy naszego żołnierza, zmagającego się z wrogiem lub łączy się z wrogiem do otwartej walki przeciw naszej Armii, to inne Komunikaty charakteryzują żydów w Armii na froncie jako dezerterów i zdrajców najpodlejszego gatunku.

Raport Dowódcy 5p. Ułanów do Szefa Sztabu Generalnego:

„Dnia 21 czerwca 1920 na odcinku IV Batalionu 106 pp. na Słuczy 3 żołnierze, żydzi przyłapani zostali na rozmowie z bolszewikami, którzy proponowali zdradzić nas i wspólnie przełamać front. Batalion ten miał w swym składzie 130 żołnierzy żydów. Dwóch żydów z wyroku Sądu Doraźnego, zostało rozstrzelanych, trzeci ułaskawiony”. „Dnia 26 czerwca również silnie zażydzony I Batalion 106 pp. bronił przyczółka mostowego w Hulsku. Trzykrotnie odważni semici uciekali z okopów i trzykrotnie ułani 5 pułku zapędzali ich płazem szabli na miejsce. W trakcie tego żyd, sierżant 106 pp. zabił dwiema kulami wachmistrza 3 szwadronu Pilcha, który zapędzał go na miejsce. Wynikiem tego boju było nowe przełamanie naszego frontu (na Słuczy i Horyni).

Dnia 3 sierpnia 1920 r. Budionnyj skoncentrował się naprzeciwko Ostroga, bronionego przez oddziały 106 pp., do którego powróciła tymczasem większość żydów — dezerterów. Dnia czwartego o świcie garnizon Ostroga bez strzału, nie napierany przez bolszewików, panicznie wycofał się z miasta. Bolszewicy mimo trudnej przeprawy, przeszli Horyń i wyruszyli na Zdołbunowo”. „Z faktów przytoczonych wypływa, że przepełniony żydami 106 pp. służył ulubionym punktem ataku dla Budionnego i dwukrotnie odegrał fatalną rolę bezpośredniej przyczyny przełamania naszego frontu (na Słuczy i Horyni). Dane powyższe są w Armii naszej powszechnie znane i szeroko omawiane wśród żołnierzy. Oburzenie ich jest tak wielkie, że dalsze pozostawienie żydów w składzie Armii jest wykluczone. Nasuwa się konieczność niezwłocznego wydzielenia ich z pułków na froncie, inaczej mogą zajść krwawe ekscesy. Wartość bojowa na takim odżydzeniu może tylko zyskać”.

O tych wypadkach mówi również Wacław Sobieski: „Niezapomnianym będzie również stanowisko tych żydów, którzy witali armię Bronsztaina-Trockiego manifestacyjnie. W czasie cofania się Gen. Szeptycki trzykrotnie przysyłał do Naczelnego Dowództwa W.P. raporty o zdradzie oficerów żydów, zaś pod Radzyminem batalion wartowniczy, składający się z żydów, przeszedł na stronę bolszewików”. Jeżeli się zważy, że wtedy nawała bolszewicka zbliżała się już prawie do przedmieść Warszawy, to się zrozumie nadzwyczaj ciężkie położenie naszej Armii i naszego Narodu i musi się przyznać, że jedynym ratunkiem przed żydami, jako wrogiem wewnętrznym, był nadzwyczaj doniosły rozkaz ówczesnego Ministra Spraw Wojsk. Gen. Sosnkowskiego, by żydów wydzielić z armii i osadzić w obozie koncentracyjnym w Jabłonnie.

Rozkaz ten opiewa:

„Ministerstwo Spraw Wojskowych — Oddział I Sztabu Licz. 13679 mob. Usunięcie żydów z D.O. Gen. Warszawy i formacji podległych wprost M. S. Wojsk. W związku z mnożącymi się ciągle wypadkami, świadczącymi o szkodliwej działalności elementu żydowskiego, zarządza M. S. Wojsk, co następuje: 1. Dla D. O. Gen. Warszawa. 2. Dla wszystkich Oddziałów szt. M. S. Wojsk, i Dep. M.S.W. z poszczególnymi, w drodze tych Oddz. szt. i Dow. wprost M. S. Wojsk., podlegającymi formacjami, zakładami, instytucjami itd.

ad 1. D. O. Gen. Warszawa usunie ze wszystkich mu podległych formacji, stacjonowanych w Warszawie, Modlinie, Jabłonnie i Zegrzu, żydów szeregowych, pozostawiając w tych formacjach tylko 5% tego żywiołu. D. O. Gen. Warszawa wyznaczy punkt zborny, dla tych wyeliminowanych żydów, tworząc z takowych po wydzieleniu rzemieślników, oddziały robotnicze. Oddziały te powinny być formowane na sposób kompanii robotniczych o maksymalnej sile 250 szeregowych na kompanię. Na każdą taką kompanię robotniczą wyznaczy:; D.O. Gen. Warszawa 1 oficera, 5 podoficerów, 10 szeregowych wyznań chrześcijańskich. W razie zapotrzebowania oficerów niezdolnych do służby frontowej zwróci się D. O. Gen. Warszawa z zapotrzebowaniem takowych do Oddz. I Sztabu M. S. Wojsk. Po sformowaniu wymienionych kompanii robotniczych, wyda M. S. Wojsk, dalsze zarządzenia, co do numeracji i gdzie wymienione kompanie zużytkowane zostaną. Przeprowadzenie tego rozkazu należy niezwłocznie wykonać, licząc się z obecną sytuacją. O wycofaniu z formacji żydów zamelduje D. O. Gen. Warszawa do M. S. Wojsk. Oddz. I Sztabu do dnia 12. VIII. 1920 r. ad 2. Wszystkie oddziały szt. M. S. Wojsk., jak również i Departamenty usuną do 5% z podległych im (wprost M. S. Wojsk.) formacji, zakładów, instytucji itd. szeregowych żydów, oddając takowych do dyspozycji D. O. Gen. Warszawa, które ich wcieli do tworzących się robotniczych komp. Zaznacza się przy tym, że w samych biurach i kancelariach poszczególnych oddz. szt. i Departamentów, należy wszystkich żydów szeregowych usunąć. Zatrzymanie żydów w biurach lub innych instytucjach pod pretekstem, że takowi są niezbędni lub politycznie pewni, tym samym zakazuje się. Wyeliminowanie żydów i oddanie takowych do dyspozycji D. O. Gen. Warszawa winno być bezwarunkowo z dniem 12. VIII. 1920 r. skończone. Wykonanie tego rozkazu zamelduje D. O. K. Gen. Warszawa Oddziałowi I Dep. M. S. Wojsk., zawiadamiając o wykonaniu Oddz. X. Sztabu M. S. Wojsk. Otrzymują: Woj. Gub. Warszawy, D.O. Gen. Warszawa, Biuro Prezydialne, Kancelaria Wiceministra, Wszystkie Oddz. Sztabu M. S. Wojsk., Wszystkie Dep. M. S. Wojsk., Dep. dla spraw Morskich, Dow. m. Warszawy, N. Dow. W. P. Prich Płk. Szt. Gen. Szef Oddziału I.”

Jeżeli Minister Spraw Wojsk, zmuszony był do przeprowadzenia oczyszczenia Armii z żywiołu żydowskiego w najkrytyczniejszej dla Państwa chwili, bo w chwili, kiedy wróg był prawie pod murami stolicy, to czyż nie jest rzeczą niezbędną i konieczną dla Państwa oczyścić w zupełności Armię od żydów w czasie pokoju na podstawie ustawodawstwa, wyznaczającego żydów do batalionów robotniczych i nakładającego na nich progresywny podatek stosownie do zamożności?

Jeżeli służba w Armii Polskiej jest zaszczytem i chlubą dla Polaka, to nie może być w niej miejsca dla tych, którzy łapownictwem od niej się wymykają, dezerterują, szpiegostwo i zdradę uprawiają, a takimi są żydzi, bo jak mówi Wacław Sobieski w r. 1920 „wśród zbiegłych do Śląska Górnego, a następnie wydanych Władzom Polskim, było: dezerterów 202, a w tym żydów 193, uchylających się od poboru wojskowego 411, a w tym żydów 398, działających na szkodę Państwa Polskiego 328, w tym żydów 325″.

Taką rolę odegrali żydzi w chwili powstania Państwa Polskiego. Czyż więc się godzi tych, którzy zdradzali Polskę i łączyli się z jej wrogami, stawiać na równi z tymi, którzy krwią i życiem jej bronili i dla niej wszystko poświęcili, i jednym i drugim dawać równe, jedne i te same prawa? Czy też przeciwnie? — Czyż sprawiedliwość i instynkt samozachowawczy nie przemawia za tym, by żydom odjąć równouprawnienie i by ich wykluczając z Armii, nie dopuścić do dostaw wojskowych, żołnierzom zakazać wszelkiego stykania się z nimi, a żydom zabronić nawet blisko koszar mieszkać?

ks. dr Stanisław Trzeciak

Korupcja polityczna – mój ulubiony skecz opowiadany przez wszystkie opcje

Przez Matka Kurka – 26 czerwca 2022 https://www.kontrowersje.net/korupcja-polityczna-moj-ulubiony-skecz-opowiadany-przez-wszystkie-opcje

PiS i Kaczyński sięgnęli po stare metody polityczne, które mają dość pospolitą nazwę, mianowicie: „sprzedał się za stołek”. Ponieważ PiS jest na tak zwanym musiku, to płaci bardzo wysokie ceny i nikt z nimi nie chce rozmawiać na niższym poziomie niż stanowisko w ministerstwie. W taki sposób do rządu „Zjednoczonej Prawicy” trafiła Agnieszka Ścigaj, niegdyś z Kukiz15, potem z Koalicji Polskiej, a ostatnio była w kole poselskim „Polskie Sprawy”. Z tego samego koła do rządu przyszedł Sośnierz senior, bo jak wiadomo mamy w polskim parlamencie jeszcze Sośnierza juniora, który też opuścił partię matkę „KORWIN” i stworzył własne ugrupowanie „Wolnościowcy”. Przywołanie tylko tych kilku przykładów pokazuje, jak się w polskiej polityce toczą kariery i chciałoby się powiedzieć, jak się staczają ludzie, ale zanim wygłosimy tak surowe oceny, to pójdźmy dalej i szerzej.

Zawsze tak jest, że opozycja komentuje „korupcję polityczną władzy”, rzecz w tym, że mówimy o opozycji, która wcale nie tak dawno sama była władzą. Bez żadnych pomocy naukowych, podręczników historii i politologii, jestem w stanie wymienić najbardziej spektakularne transfery polityczne. Dlaczego transfery, nie korupcje? Ano dlatego, że jak opozycja jest władzą, to ona nie korumpuje, tylko właśnie przeprowadza transfery polityczne dla dobra Ojczyzny i pomyślności obywateli. Zacznę chronologicznie od Mariana Krzaklewskiego, był taki bogobojny polityk i szef „Solidarności” nazywany „Pięknym Maryjanem”. Na jego nieszczęście i nasze szczęście, poległ z kretesem w wyborach prezydenckich i to wyłącznie z jednego powodu. Krzaklewski nie był w stanie zrzucić z siebie całego bałaganu jakiego narobiła AWS pod jego przewodnictwem. Gdy się rozsypał AWS posypała się też Unia Wolności, natomiast na reszcie gruzów powstała Platforma Obywatelska, która krzyczała: „nigdy więcej AWS”. Minęło parę lat i Donald Tusk wciągnął Mariana Krzaklewskiego na listy wyborcze do Parlamentu Europejskiego. Krzaklewski znów z kretesem poległ, ale korupcja, przepraszam, transfer pozostaje faktem.

Michał Kamiński pseudonim „Misiek”, szef kampanii PiS, szef w Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, to dopiero nieprawdopodobna lista transferowa i to przy jednym nazwisku. Pomijam litościwie czasy ZCHN i think tank Instytut Myśli Państwowej, który założył razem z Kazimierzem Marcinkiewiczem i Romanem Giertychem, by przejść do porzucenia PiS i założenia PJN, gdzie się Kamiński całkowicie ośmieszył. Następnym krokiem był start do Parlamentu Europejskiego pod szyldem PO, potem objęcie stanowiska szefa kancelarii Ewy Kopacz i szefa kampanii Bronisława Komorowskiego. W kolejnych etapach był start do parlamentu polskiego z listy PO i skreślenie Kamińskiego jako członka PO. Wreszcie Kamiński założył, jakżeby inaczej, własne koło poselskie „Europejscy Demokraci”, ale z takim szyldem nie miał szans dostać się do parlamentu, dlatego przeszedł do PSL i dzięki temu został senatorem oraz wicemarszałkiem. Przytoczę jeszcze historię Bartosza Arłukowicz, ale krótko, bo to klasyczna kopia. Był zagorzałym posłem lewicowym nieludzko krytykującym Tuska, ale gdy od Tuska dostał stołek ministra zdrowia, natychmiast został liberałem. Po doprowadzeniu do katastrofy służby zdrowia, w nagrodę otrzymał miejsce biorące na liście PO do Parlamentu Europejskiego.

Czy którykolwiek z liderów partyjnych pamięta o tych „karierach” swoich byłych i nowych kolegów? Z tego, co widać i słychać to żaden nie pamięta! Obojętnie, czy Tusk, czy Kosiniak-Kamysz, czy też Czarzasty, wszyscy opowiadają o korupcji, nie o transferach. Przy tych wywodach unoszą się moralnie tak wysoko, że żaden jogin nie byłby w stanie pobić ich rekordów lewitacji. W związku z powyższym bez najmniejszych zahamowań śmieję się do rozpuku za każdym razem, jak się którykolwiek polityk w tym temacie wypowie. Fenomen zjawiska polega na tym, że są to absolutnie zgrane dowcipy, modelowe suchary, ale mimo wszystko zawsze śmieszą, przynajmniej mnie.

Wszystko rośnie – razem z krajem

Stanisław Michalkiewicz http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5202 „Goniec” (Toronto)  •  26 czerwca 2022

Napięcie w Europie Środkowej od kilku dni gwałtownie wzrosło. Litwa, powołując się na ostatni pakiet sankcji, jakie Unia Europejska zastosowała przeciwko Rosji, zamknęła kolejowy tranzyt stali i wyrobów żelaznych przez swoje terytorium do Okręgu Królewieckiego. W odpowiedzi Rosja wystosowała wobec Litwy coś w rodzaju ultimatum – że mianowicie podejmie kroki odwetowe. Na czym miałyby one polegać – tego na razie nie wiadomo, natomiast wiadomo, co na to odpowiedziała Litwa. Otóż władze litewskie stanęły na nieubłaganym gruncie praworządności – że zablokowanie tranzytu jest zgodne z prawem, a jeśli Rosja uważa inaczej, to powinna zwrócić się po wyjaśnienia do Komisji Europejskiej, albo nawet do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, który właśnie interpretuje sytuacje prawne. Rosja bowiem powołuje się na umowę z Unią Europejską z roku 2003, według której tranzyt do Obwodu Kalinigradzkiego przez Litwę miał być zapewniony. Dodajmy, że miesięcznie do Obwodu Kaliningradzkiego przez Litwę przejeżdża około 100 pociągów.

Jeśli okaże się, że sytuacja, do jakiej ostatnio doszło jest rozwojowa, to oznaczałoby, że marzenie prezydenta Zełeńskiego, by wojna na Ukrainie rozszerzyła się na inne kraje Europy Środkowej, może się spełnić. W takiej sytuacji do wojny z całą pewnością wciągnięta zostałaby również Polska. Czy decyzja Litwy została podjęta przez nią samodzielnie, czy też wykonała ona czyjeś polecenie – tego oczywiście nie wiemy, chociaż samowolka w tym przypadku byłaby raczej mało prawdopodobna. Z drugiej strony Rosja też nie może iść na całość, bo zaatakowanie Litwy oznaczałoby otwarty konflikt militarny z NATO. Co prawda art. 5 traktatu waszyngtońskiego z 1949 roku nie obliguje państw członkowskich NATO do konkretnej reakcji w obliczu napaści na państwo członkowskie, ale Rosja, choćby ze względów prestiżowych, nie bardzo może pozwolić, żeby ją w ten sposób testowano. Margines bezpieczeństwa, zapewniany przez powstrzymywanie się państw NATO przed bezpośrednimi działaniami militarnymi przeciwko Rosji, w ten sposób się zmniejszył.

A tu akurat wicepremier odpowiedzialny w rządzie „dobrej zmiany” za nadzorowanie resortów siłowych, czyli Jarosław Kaczyński, właśnie odszedł z rządu, powierzając stanowisko wicepremiera Mariuszowi Błaszczakowi, który jednocześnie pełni urząd ministra obrony narodowej. Najwyraźniej woli, by decyzje formalnie podejmował ktoś inny, chociaż oczywiście bez zgody Naczelnika Państwa, którym Jarosław Kaczyński nieformalnie pozostaje, żadna decyzja nie może wejść w życie. Minister Błaszczak dał się poznać jako dygnitarz wojowniczy, który poza tym bez mrugnięcia okiem kupuje od Naszego Najważniejszego Sojusznika wszystko, czym tamten pragnie nas obdarzyć, więc w tej roszadzie personalnej można dopatrywać się również jego ręki. Czyjej ręki można się dopatrywać w powrocie do rządu na stanowisko ministra od spraw zbrojeń w Kancelarii Premiera pana Tadeusza Kościńskiego, byłego ministra finansów, który udelektował nasz nieszczęśliwy kraj „Polskim Ładem”, do którego zraził się nawet pan premier – trudno powiedzieć – ale jakaś ręka na to stanowisko go przecież przeniosła.

Warto tedy przypomnieć, że były dwa momenty, w których Sojusznik sprawiał wrażenie, jakby też chciał doprowadzić do rozszerzenia wojny z Rosją na przynajmniej niektóre państwa Europy Środkowej. Za pierwszym razem chodziło o przekazanie przez Polskę Ukrainie samolotów wojskowych. Jak pamiętamy, Departament Stanu pozwolił Polsce te samoloty przekazać, zaznaczając z naciskiem, że to będzie polska suwerenna decyzja, z którą USA nie mają nic wspólnego.

Ale kiedy minister Rau zaproponował, by te samoloty poleciały do amerykańskiej bazy lotniczej w Ramstein w Niemczech i żeby suwerenną decyzję, co z nimi zrobić, podjęły Stany Zjednoczone, to okazało się, że ta propozycja nie tylko nie była „konsultowana”, ale w ogóle jest bezsensowna. A jest bezsensowna, bo jej spełnienie stwarzałoby „ryzyko”.

Drugi moment, to deklaracja Naczelnika Państwa podczas jego bohaterskiej pielgrzymki do Kijowa, żeby NATO wysłało na Ukrainę uzbrojoną po zęby „misję pokojową”. Wprawdzie sekretarz generalny NATO Stoltenberg od razu się od tego odciął oświadczając, że NATO nie jest stroną w tym konflikcie i nie zamierza nią zostać, ale rzeczniczka Białego Domu, pani Psaki zakomunikowała, że propozycja ta będzie „rozważana”. Było to bardzo niepokojące, ale na szczęście prezydent Biden podczas swej podróży po Europie najpierw porozmawiał z państwami poważnymi, więc kiedy przyjechał do Warszawy, to już o żadnej „misji pokojowej” nie było mowy.

No a teraz Litwa z blokadą tranzytu.

Tymczasem nasz nieszczęśliwy kraj ma wystarczająco dużo zmartwień. Przede wszystkim niemiecki szantaż finansowy przewiduje nie tylko konieczność likwidacji Izby Dyscyplinarnej, ale i realizację innych pomysłów. Parlament Europejski przyjął bowiem rezolucję, można powiedzieć, delegalizującą zarówno Trybunał Konstytucyjny w Warszawie, jak i „nową” Krajową Radę Sądownictwa. Toteż pan premier Morawiecki zauważył niedawno, że „nie ma ochoty umierać” za wymiar sprawiedliwości.

Najwyraźniej nawet gdyby nie było niemieckiego szantażu finansowego, to pan premier zrobiłby wszystko, co trzeba, na złość ministrowi Ziobrze, z którym od samego początku drze koty. Ten z kolei odgryza się premierowi Morawieckiemu na odcinku węglowym twierdząc, że powrót do węgla, to kwestia naszego bezpieczeństwa. Rzeczywiście, po podpisaniu przez premiera Morawieckiego programu „dekarbonizacji” Polski, a zwłaszcza po trudnej do wytłumaczenia decyzji o wstrzymaniu importu rosyjskiego węgla grubego, z którego korzystały przede wszystkim gospodarstwa domowe oraz zakręceniu przez Rosję kurka z gazem dla Polski, sytuacja stała się kłopotliwa. Cena węgla powoli podchodzi do 3 tysięcy zł za tonę. W odpowiedzi rząd zapowiedział wprowadzenie ceny urzędowej w wysokości 996 zł za tonę dla odbiorców indywidualnych. Różnica między tą ceną a ceną rynkową, będzie wyrównywana do 750 złotych za tonę przez rząd, który jednocześnie ustanowił limit na zakup z dopłatą do poziomu maksymalnie 3 ton. Właśnie w jednej z niewielkich spółdzielni mieszkaniowych na Mazowszu skończyły się zapasy węgla, w związku z tym mieszkańcy nie mają ciepłej wody, aż uda się kupić węgiel – ale wtedy cena ciepłej wody będzie pewnie wyższa.

Nie wie bowiem lewica, co czyni prawica, bo z jednej strony okazuje się, że skoro nie ma gazu, to bez węgla nie da się żyć, ale z drugiej – po staremu rząd dopłaca do wymiany „kopciuchów” na eleganckie piece gazowe, bo taki rozkaz rzuciła w swoim czasie Światowa Organizacją Zdrowia, która wojuje nie tylko z wirusami, ale i ze smogiem.

Na tych przykładach widać trafność spostrzeżenia prezydenta Ronalda Reagana, który zauważył, że rządy nie rozwiązują żadnego problemu, a tylko stwarzają coraz to nowe.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Niedzielski wstydu nie ma. Szósta fala bezczelności.

https://nczas.com/2022/06/25/nie-ma-wstydu-nie-uwierzysz-co-niedzielski-powiedzial-po-niemal-dwoch-latach-urzedowania/
W rozmowie z Medonetem „minister pandemii” podsumował niemal dwa lata urzędowania na tym stanowisku. Zapowiadał też szóstą falę mniemanej pandemii i mówił o czwartej dawce szprycy.

Niedzielski przyznał, że to „dwa lata najcięższej pracy w jego życiu”.

– Można powiedzieć, że rzeczywiście profitów, i nie chodzi mi tu broń Boże o finanse, brak. Niezależnie od tego, co byśmy nie robili, zawsze znajdowali się kontestatorzy i zawsze było wzbudzane swego rodzaju larum – grzmiał minister.

Jak dodał, „niestety nie można liczyć na to, że są rozwiązania, które będą miały powszechną akceptację”.

Odpowiadając na pytanie, jak ocenia działania swojego resortu podczas mniemanej pandemii, Niedzielski podkreślił, że MZ jest odpowiedzialne przede wszystkim „za aspekty logistyczno-organizacyjne systemu ochrony zdrowia”. Wskazał tu na „zarządzanie m.in. dostępnością łóżek, tworzeniem nowych szpitali tymczasowych i ich wyposażeniem”.

– I pod tym kątem – z całą pewnością to powiem – wykonaliśmy dobrą pracę, często w przeciwieństwie do innych państw – twierdził. – U nas nie było sytuacji braku dostępności łóżek dla pacjentów. U nas nie było wyborów, kogo podpiąć do respiratora. U nas nie zabrakło tlenu. Owszem, nie każdy może otrzymał opiekę na tym poziomie, na którym powinien, ale jednak ją otrzymał – powiedział w dalszej części.

Niedzielski przyznał, że „w pewnym momencie” był problem „z ratownictwem medycznym, kiedy karetki rzeczywiście czekały na podjazdach”. – Proszę zwrócić jednak uwagę, że w kolejnych falach to zjawisko już praktycznie nie występowało, bo kontraktowaliśmy nowe zespoły ratownictwa medycznego, monitorowaliśmy czas dojazdu karetek, ich bieżącą dostępność i powody niedostępności – mówił.

Kto odpowiada za zgony?

Szef pandemicznego resortu zdrowia stwierdził też, że przeprowadzono analizę przyczyn zgonów. – Okazało się, że dużym problemem jest zbyt późne zgłaszanie się do szpitali czy też zbyt późny telefon na pogotowie. Ludzie czekali do ostatniej chwili, zaleczając się często — bo nie lecząc — koncentratorami tlenu – twierdził Niedzielski.

Redaktor naczelna Medonet, Anna Zimny-Zając, przytoczyła jednak statystyki dotyczące zgonów nadmiarowych. Polska pod tym względem znalazła się w ścisłej czołówce w Europie.

– W 2021 r. w Polsce zmarło najwięcej osób od czasów II wojny światowej – ponad 506 tys. To aż o 40 tys. więcej niż w równie tragicznym roku 2020, gdy odeszło ponad 477 tys. Polaków, czyli o 68 tys. więcej niż w przedpandemicznym 2019 r. W moim odczuciu te statystyki trudno uznać za potwierdzenie dobrze wykonanej pracy – oceniła dziennikarka.

Zawsze można zrobić coś lepiej. Jak ktoś twierdzi, że nie, to przemawia przez niego pycha – odparł Niedzielski.

Dalej przyznał, że „poniekąd” wpływ na ogromną liczbę zgonów nadmiarowych miał fakt ograniczenia diagnostyki na rzecz tworzenia łóżek covidowych. „Minister pandemii” wymienił także „niższą skłonność ludzi do korzystania z usług zdrowotnych oraz ograniczenia dostępności na poziomie POZ i przeważenia wizyt w kierunku teleporad, co w pewnym momencie musieliśmy zacząć zwalczać”.

„Antyszczepionkowcy” i fake newsy

Niedzielski nie omieszkał także obwinić „antyszczepionkowców”. – Na pewno część odpowiedzialności – i to musi wybrzmieć – za nadwyżkowe zgony ponoszą wszyscy ci, którzy namawiali do nieszczepienia się. Niezaprzeczalnie ryzyko ciężkiego przejścia COVID-19 i śmierci u osoby zaszczepionej było zdecydowanie mniejsze. Z naszych analiz wynika, że ryzyko zgonu osoby niezaszczepionej było 10 razy większe niż osoby, która przyjęła wszystkie dawki szczepienia – grzmiał.

– Poziom zła, jakie w kontekście właśnie stanu zdrowia Polaków i walki z COVID-19 wyrządziły fake newsy, manipulacje, ale i hejt jest po prostu przerażający – grzmiał.

– Wyniknęło z niego wiele problemów także w moim życiu i to nie tylko służbowym. Środowisko antyszczepionkowe obrało mnie za cel – otrzymuję cały czas groźby i pogróżki, niektórzy ferują wyroki publiczne – żalił się Niedzielski.

Szpryca

Minister odniósł się także do kwestii szprycowej. Jak podkreślał, gdy tylko pojawi się decyzja EMA wprowadzająca czwartą dawkę, rozpocznie się kolejny sezon szprycowania Polaków. – Nie może być też jednak przyzwolenia, by producenci wciąż oferowali szczepionkę na pierwotną wersję wirusa. Jest deklaracja, że jesienią będzie dostępna szczepionka ukierunkowana na Omikrona, ale odpowiednie wnioski mają wpłynąć do EMA dopiero pod koniec sierpnia – dodał.

Szósta fala

Padło też pytanie, „kiedy” w Polsce rozpocznie się szósta fala mniemanej pandemii. – Obecne prognozy mówią, że w lipcu może wzrosnąć liczba zakażeń, nawet do tysiąca nowych przypadków dziennie. Takie liczby nie stanowią jednak zagrożenia dla wydolności systemu opieki zdrowotnej, a to jest kryterium wprowadzania różnych scenariuszy. Jeżeli chodzi o wrzesień czy październik, prognozy na razie nie pokazują większego przyspieszenia pandemii, jednak oczywiście nie możemy się na nich opierać w 100 proc., co pokazały nam minione fale – przyznał Niedzielski.

– Zresztą niezależnie od prognoz przygotowujemy się na najgorsze, co oznacza, że we wrześniu i październiku może nastąpić znaczny wzrost zakażeń. Ale według naszych analiz ten wzrost zakażeń niekoniecznie musi przełożyć się na zwiększoną liczbę hospitalizacji, więc jest to mało realny scenariusz, by doszło do problemów w działaniu systemu opieki zdrowotnej – dodał.

Źródło: medonet.pl

Kamieni [milowych] kupa. Prorok jakiś – ki diabeł?

Iza 25 czerwiec 2022

Bartłomiej Sienkiewicz określił kiedyś projekty rządowe jako „…. i kamieni kupa”. Prorok jakiś – ki diabeł? 

Marek Suski nazwał ostatnio KPO skandalem. Suski reprezentuje poglądy wszystkich posłów, którzy -jak twierdzą -nie wiedzieli co w tym dokumencie naprawdę jest. 

Dokument w języku angielskim ( dobrze, że nie w niemieckim)  można znaleźć pod adresem  https://ec.europa.eu/info/system/files/com_2022_268_1_annex_en.pdf

[A w języku krajowców – gdzie?? nie warto?? Pozatem Minister Sprawiedliwości Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro oświadczył, że tekst po polsku dyskutowany w rządzie, znacznie różnił się od powyższego, przyjętego po cichu: Rozjazd czy rozłam w rządzie? Resort Zbigniewa Ziobry wydaje komunikat, że nie zaakceptował KPO z zapisami o podatkach na auta spalinowe md]

Wśród kamieni milowych zastrzeżenia budzą przede wszystkim wymagania zmian nie mających nic wspólnego z polskim systemem sądownictwa, będącym podobno kamieniem (they multiply like rabbits).. obrazy dla wartości UE 

Na przykład kamień milowy nr E3G zakłada wejście w życie w 2024 roku aktu prawnego wprowadzającego opłatę rejestracyjną od pojazdów emitujących spaliny.

Kamień milowy nr E4G zakłada wejście w życie w 2026 roku aktu prawnego wprowadzającego podatek od własności pojazdów emitujących spaliny.

Czy ktoś pomyślał o prawdziwym a nie wydumanym wykluczeniu osób mieszkających w wiejskich osadach oddalonych od większych ośrodków, których nie będzie stać na zakup bardzo drogich samochodów elektrycznych ani  na ten podatek, więc nie będą mogli nawet dojechać do lekarza? 

Kamień milowy nr A71G zakłada wejście w życie w 2023 roku nowelizacji odpowiednich ustaw która zapewni objęcie składkami na ubezpieczenie społeczne wszystkich umów cywilnoprawnych (emerytalnych, rentowych, wypadkowych i chorobowych, niezależnie od uzyskanych dochodów z wyjątkiem „umów ze studentami poniżej 26 roku życia”.

Szkodliwość tej nowelizacji nie wymaga chyba komentarza.

Najistotniejsze jest jednak co innego. Sformułowania tego dokumentu są tak niejednoznaczne, że nikt nigdy nie będzie w stanie ustalić czy zostały spełnione wymagania w nim zawarte. Nie wiadomo na przykład czy podniesienie wieku emerytalnego ma być obligatoryjne czy jest to przywilej pragnących bez końca pracować emerytów.

Każdy kto przebrnie przez ten bełkot sam się przekona.  [A będą tacy, o naiwna??? I po co, jeśli penetracja Polski już nastąpiła?? md]

Uważałam zawsze, że język angielski dlatego stał się językiem nauk ścisłych, że jest precyzyjny.

Bardzo się pomyliłam. Nawet język potrafili zgwałcić.

Jutro, sobota – na ulicach stolicy, Warszawy demonstrują: zboczeńcy, ambasadorzy obcych państw i sataniści. My o 14:30 z procesją pokutną do sanktuarium Matki Bożej Łaskawej.

Jutro na ulicach stolicy, Warszawy demonstrują zboczeńcy, ambasadorzy obcych państw i sataniści.

My o 14:30 z procesją pokutną do sanktuarium Matki Bożej Łaskawej.

https://stronazycia.pl/pilne-trzaskowski-zakazal-modlitwy-bo-na-ulice-wyjda-satanisci/
Szanowny Panie, warszawski Sąd Apelacyjny nie uwzględnił naszego zażalenia i podtrzymał w mocy decyzję Rafała Trzaskowskiego bo zakazie dla naszej procesji modlitewnej, którą jutro planujemy na ulicach stolicy. Prezydent Warszawy, urzędnicy ratusza oraz sądy dwóch instancji uznały, że nasza pokojowa procesja modlitewna będzie rzekomo „stanowiła zagrożenie”. W tym samym czasie bez przeszkód maszerować będą po naszej stolicy, w ramach „parady równości”, aktywiści LGBT, ambasadorzy obcych państw, przedstawiciele wielkich korporacji oraz… członkowie międzynarodowej Świątyni Szatana, której jedną z głównych inicjatyw jest odprawianie „czarnych mszy” w intencji Polski (!!) i rewolucji antymoralnej, jaka dokonuje się w naszym kraju. Ale my i tak przejdziemy – zarejestrowaliśmy już nowe zgromadzenie (w innym trybie) i jutro będziemy modlić się na ulicach stolicy w intencji pokutnej za promocję zgorszenia i satanizmu.

Za wszelką cenę próbuje się wypchnąć nas z przestrzeni publicznej. Wszystko po to, aby propaganda cywilizacji śmierci mogła bez przeszkód infekować umysły Polaków. Jutro na ulicach Warszawy odbędzie się centralna „parada równości”, której organizatorzy i uczestnicy żądają (to słowo pada wprost) wprowadzenia w polskich szkołach i przedszkolach „edukacji seksualnej”, legalizacji aborcji w naszym kraju, zniesienia w Polsce instytucji rodziny jako małżeństwa mężczyzny i kobiety oraz wprowadzenia prawnej cenzury, która umożliwi blokowanie działań organizacji takich jak nasza Fundacja.

Wie Pan kto jutro przejdzie w tej „paradzie”?

 Ambasadorzy obcych państw, których przedstawicielstwa otwarcie domagają się zmiany porządku prawnego, kulturalnego i religijnego w Polsce. Ich działania koordynuje Ambasada USA, która na swoich polskojęzycznych stronach i profilach w mediach społecznościowych intensywnie promuje ideologię LGBT i świętuje czerwiec jako „miesiąc dumy gejowskiej”. Ambasada USA koordynowała także zebranie podpisu pod listem otwartym od 46 ambasadorów (m.in. Niemiec, Austrii, Hiszpanii, Francji, Włoch, Wielkiej Brytanii, Norwegii i Ukrainy), którzy popierają „uświadamianie opinii społecznej” w Polsce na temat LGBT, czyli mówiąc innymi słowami: propagandę cywilizacji śmierci przeprowadzaną w umysłach Polaków.

W warszawskiej „paradzie” pójdą także przedstawiciele największych na świecie korporacji finansowych, bankowych, farmaceutycznych, technologicznych i medialnych, m.in.: JP Morgan, Goldman Sachs, BNP Paribas, Credit Suisse, Nordea, Citi, Nat West, Accenture, HP, GlaxoSmithKline, Procter&Gamble, Maersk, Microsoft, Google i Netflix. Jeden z polskich aktywistów LGBT otwarcie przyznał w mediach społecznościowych, że bez wsparcia finansowego pochodzącego od tego typu instytucji, „parada równości” nie mogłaby się odbyć. Wielu Polaków, pod wpływem dezinformacji, myśli, że aktywiści LGBT i aborcjoniści wychodzą na ulice naszych miast „spontanicznie”, a ich ruch tworzony jest oddolnie. Nic bardziej mylnego – rewolucja antymoralna w Polsce od początku kierowana i finansowana jest z zagranicy.

W końcu, w jutrzejszej „paradzie równości” oficjalnie przejdą także przedstawiciele Świątyni Szatana (Global Order of Satan). To międzynarodowa organizacja satanistyczna. Jak piszą sataniści o sobie na swojej stronie, w związku z chrześcijańskim dziedzictwem Polski i wynikającym z niego oporem wobec ideologii LGBT i aborcji:

Globalny Porządek Szatana uznał, że ważne jest zajęcie stanowiska i okazanie wsparcia naszym przyjaciołom w Polsce, zarówno w społecznościach satanistycznych, jak i LGBTQ+.”

Wie Pan w jaki sposób okazują to „wsparcie”?

Poprzez odprawianie „czarnych mszy” w „intencji” Polski! W ten sposób udzielają „duchowego wsparcia” aktywistom cywilizacji śmierci, którzy organizują „parady równości” LGBT i proaborcyjne zamieszki na ulicach miast naszego kraju. Co więcej, jak informują sataniści na swoim oficjalnym, międzynarodowym profilu, cieszą się z tego, że w polskich mediach społecznościowych rośnie zainteresowanie ich uczestnictwem w jutrzejszej „paradzie”.

Nasza Fundacja głośno o tym wszystkim mówi i ostrzega Polaków przed rewolucją antymoralną, jaka dokonuje się w naszym kraju. Organizujemy także publicznie modlitwy różańcowe i procesje w intencji powstrzymania tego procesu. Dlatego chcą nas uciszyć i usunąć z przestrzeni publicznej.

Nie zamierzamy się jednak poddać i ulec prześladowaniom. Zgłosiliśmy już nowe zgromadzenie na jutro (sobota 25 czerwca), tylko w innym trybie.

Zaczynamy przy skrzyżowaniu ulic Marszałkowskiej i Widok (przed domami towarowymi) o 14:30, po czym udamy się z procesją pokutną do sanktuarium Matki Bożej Łaskawej na Starym Mieście.

Jeżeli nie może Pan do nas dołączyć, prosimy jutro o samodzielną modlitwę, najlepiej w gronie rodzinnym. Bardzo prosimy też o wsparcie finansowe, które jest kluczowe dla działania i funkcjonowania naszej FundacjiGigantyczne korporacje, międzynarodowe banki, wielkie firmy i liczne ambasady hojnie sponsorują gorszenie, zabijanie i deprawowanie Polaków. My możemy liczyć tylko na ludzi dobrej woli, którzy są świadomi sytuacji i decydują się zaangażować, stając po naszej stronie w walce z cywilizacją śmierci.

Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW

Analogie historyczne: Wietnam, Afganistan, Ukraina.

Stanisław Michalkiewicz 23 czerwca 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5200

Kiedy przyglądamy się wojnie, jaką na Ukrainie Rosja prowadzi z Sojuszem Północnoatlantyckim oraz państwami zależnymi od USA, niepodobna powstrzymać się przed porównaniem jej do wojny wietnamskiej. Była ona ubocznym efektem dwóch doktryn; jednej sformułowanej przez prezydenta Dwighta Eisenhovera, pod nazwą „teorii domina”, a drugiej – sformułowanej przez sekretarza obrony w administracji prezydenta Kennedy’ego i Johnsona, Roberta McNamarę pod nazwą doktryny „elastycznego reagowania”. Teoria domina zakładała konieczność przeciwstawiania się ekspansji komunistycznej, zwłaszcza w krajach Trzeciego Świata, ze szczególnym uwzględnieniem Indochin, które stały się głównym terenem tej ekspansji po skomunizowaniu Chin. Klęska Francuzów pod Dien Bien Phu w roku 1954 była potwierdzeniem tej teorii, a w każdym razie – za takie potwierdzenie była uważana. [Wyjaśnię: Te łobuzy u władzy, nazywające się „politykami”, fałszują pojęcie „teoria”. Mianowicie teoria, w naukach ścisłych ma to sens, to „potwierdzona przez doświadczenie hipoteza”. Wszystko inne – to fantazje itp. MD]

Z kolei doktryna „elastycznego reagowania”, wychodziła z założenia, iż bezpośrednia konfrontacja militarna nuklearnych supermocarstw, grozi uruchomieniem „machiny Sądu Ostatecznego”, co oczywiście uniemożliwi osiągnięcie jakichkolwiek celów wojennych.

Tymczasem wojna – co zauważył pruski teoretyk wojskowości Karol von Clausewitz – jest tylko formą uprawiania polityki tyle, że innymi środkami – więc jeśli w jej następstwie nie można byłoby zrealizować już żadnego celu politycznego, nie miałaby ona żadnego sensu. Toteż Robert McNamara sformułował doktrynę „elastycznego reagowania”, której sens sprowadzał się do tego, by mocarstwa nuklearne powstrzymywały się nie tylko przed użyciem broni jądrowej, ale również – a może nawet przede wszystkim – przed atakowaniem terytorium przeciwnika, prowadząc działania wojenne na przedpolach, a więc terenach, które leżą możliwie blisko terytorium potencjalnego wroga i możliwie jak najdalej od terytorium własnego.

Wietnam, podobnie, jak dzisiaj Ukraina, stanowił świetne przedpole, toteż USA zastąpiły tam Francuzów tym chętniej, że w tamtych czasach popierały likwidowanie europejskich imperiów kolonialnych, by w dawnych koloniach usadowić się samemu. Początkowo zaangażowanie amerykańskie w Wietnamie było niewielkie, ale w miarę upływu czasu, a także w miarę przekształcania się tej wojny z operacji przeciwpartyzanckiej w konfrontację USA z całym Układem Warszawskim i Chinami na dodatek, rosła również skala bezpośredniego zaangażowania amerykańskiego, które w kulminacyjnym momencie sięgnęło ponad pół miliona żołnierzy, nie tylko amerykańskich, ale również – australijskich i nowozelandzkich. Wojna trwała całe lata i wprawdzie pokojowe porozumienie podpisane zostało w roku 1973, ale mimo prowadzonej później „wietnamizacji”, to znaczy, wzmacniania przez Amerykanów armii Wietnamu Południowego w miarę wycofywania wojsk amerykańskich – co obiecał Ryszard Nixon – zakończyła się dopiero w roku 1975, kiedy to w kwietniu padł Sajgon.

Generalnie wojna wietnamska zakończyła się porażką USA, podobnie, jak „operacja pokojowa” w Afganistanie, co i w pierwszym, jak i drugim przypadku zaowocowało krwawą łaźnią, jaką w Wietnamie urządzili swoim rodakom komuniści, a w Afganistanie – talibowie.

Wojna na Ukrainie najwyraźniej przechodzi w fazę przewlekłą, podobnie, jak wojna wietnamska i chociaż NATO unika bezpośredniego zaangażowania militarnego, ograniczając się do finansowego, wywiadowczego i propagandowego, a przede wszystkim – wspierania Ukrainy dostawami broni i amunicji, to w miarę przedłużania się działań wojennych, w wielu państwach Sojuszu narasta obawa zarówno przed przedłużaniem się wojny, jak i zwiększającymi się kosztami wspierania Ukrainy, a w przypadku niektórych członków NATO, przede wszystkim Niemiec i Francji – również przed wykorzystaniem przez USA pretekstu w postaci tej wojny, do mocnego chwycenia całej Europy za twarz.

W Polsce i republikach bałtyckich okazywanie takiego zaniepokojenia, jest surowo zabronione, ale i tutaj pojawiły się pewne wątpliwości, zwłaszcza z powodu powstrzymania się zachodnich sojuszników przed zrekompensowaniem Polsce dostaw dla Ukrainy broni i amunicji na kwotę ponad 2 miliardów dolarów.

Rzecz w tym, że USA maja na Ukrainie całkiem inny interes, niż Europa. O ile bowiem w interesie Stanów Zjednoczonych jest to, by ta wojna, w której Rosja boryka się tam z całym NATO, trwała jak najdłużej, prowadząc do nadwątlenia rosyjskich zasobów i rosyjskiej pozycji, o tyle w interesie państw Europy Zachodniej jest zakończenie jej możliwie jak najszybciej w taki sposób, by – jak to ujął prezydent Macron – pozwolić Putinowi wyjść z twarzą. Oznacza to ni mniej, ni więcej, jak oczekiwanie od Ukrainy, że pogodzi się z utratą 20 procent terytorium, a przede wszystkim – odcięciem od Morza Czarnego.

Prawdopodobnie z takim właśnie pomysłem przyjechali do Kijowa trzej pielgrzymi: francuski prezydent Macron, niemiecki kanclerz Scholz i włoski premier Dragi, którzy tę gorzką pigułkę podali prezydentowi Zełeńskiemu w opakowaniu w postaci oferty nadania Ukrainie statusu państwa „kandydującego” do Unii Europejskiej. Czy to kandydowanie zakończy się przyłączeniem Ukrainy do UE – to nie jest takie pewne, bo – jak podniosła Portugalia i Dania – gdyby nie wojna, nikt by poważnie o przyłączeniu Ukrainy do UE nie mówił, m.in. z uwagi na panującą tam korupcję i stan praworządności, który jest gorszy nawet od tego w Polsce.

Toteż kiedy wojna zakończy się pokojem – a, jak poucza historia, każda wojna kończy się pokojem – Ukraina, podobnie jak Mołdawia, prędko do Unii Europejskiej nie zostaną przyłączone. Oczywiście korupcja i stan praworządności są tu prawdopodobnie tylko pretekstem, bo tak naprawdę może chodzić o powrót do porządku lizbońskiego z listopada 2010 roku, której najważniejszym postanowieniem było proklamowanie strategicznego partnerstwa NATO-Rosja. Jak pamiętamy, najtwardszym jądrem tego partnerstwa było strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie, które nawet i teraz chyba wytrzymuje wszystkie próby niszczące, bo kamieniem węgielnym tego z kolei partnerstwa, jest podział Europy na strefę rosyjską i strefę niemiecką. Polska oczywiście należy do strefy niemieckiej, co niedawno w sposób dotkliwy przypomniały nam władze Unii Europejskiej, to znaczy Niemcy, które ani myślą pogodzić się z utratą wpływów politycznych w „swojej” części Europy tym bardziej, że wykorzystując pretekst w postaci wojny na Ukrainie, podjęły decyzję o podniesieniu niemieckiej Bundeswehry na wyższy poziom, co można uważać za punkt wyjścia do utworzenia upragnionych europejskich sił zbrojnych niezależnych od NATO, na czym Niemcom zawsze zależało.

Krótka smycz polskojęzycznych dziennikarzy.

Agnieszka Piwar https://www.bibula.com/?p=134714

Pamiętają Państwo białoruskiego dziennikarza-opozycjonistę Ramana Pratasiewicza? Ileż to było lamentowania w mediach, po tym jak został aresztowany podczas „międzylądowania” w Mińsku.

Jednak chwilę później dziennikarze w Polsce nagle morda w kubeł. Dlaczego? Były redaktor naczelny kanału Nexta na Telegramie szybko zaczął sypać, że polskojęzyczne władze łożyły mnóstwo forsy [wydartej z kieszeni polskiego podatnika], na dywersyjną działalność w sąsiednim państwie Białoruś.

Tymczasem Pratasiewicz ostatecznie nieźle się ustawił po stronie białoruskiej. Najpierw zmienił poglądy. Nie jestem pewna czy szczerze, gdyż takie typy raczej poglądów nie mają. Obecnie wygląda to mniej więcej tak, że z jego perspektywy Białoruś nie jest już be, a Zachód przestał być cacy. W międzyczasie rzucił dziewczynę Sofię Sapiegę, obywatelkę Rosji, która wraz z nim została zgarnięta z lotniska. I wreszcie ożenił się w obywatelką Białorusi.

Niewykluczone, że władze Białorusi uratowały życie Pratasiewiczowi. Znając bowiem jego przeszłość, z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że gdyby nie tamto zatrzymanie na mińskim lotnisku, dalej wykonywałby on polecenia „polskich panów” i wzorem innych dywersantów z Białorusi zostałby znów najemnikiem. Być może Polacy wysłaliby go na Ukrainę, gdzie musiałby walczyć w interesie globalistów i korzennych oligarchów. I pewnie zginąłby tam w szeregach jakiegoś „Azowa” czy innego „Ajdaru”, w najlepszym wypadku trafiłby do rosyjskiej niewoli.

A jak się sprawy mają po drugiej stronie „żelaznej kurtyny”?

Właśnie dopadli Juliana Assange’a. Ten australijski aktywista, sygnalista, dziennikarz i programista jest symbolem walki o wolność słowa w Internecie. Założyciel, rzecznik i redaktor naczelny demaskatorskiego portalu WikiLeaks, ujawnił między innymi największe przekręty globalistów i zbrodnie wojenne Stanów Zjednoczonych. Jego przykład dobitnie pokazuje, że demokracja i wolność słowa na Zachodzie nie istnieją.

Kilka dni temu brytyjski rząd zgodził się na ekstradycję Assange’a do Stanów Zjednoczonych, gdzie czeka go proces. Prokuratorzy w USA postawili 50-latkowi 17 zarzutów, za które łącznie grozi mu do 175 lat więzienia. W ostatnich latach trwało wielkie polowanie na Australijczyka, który musiał się ukrywać. W międzyczasie pojawiły się fałszywe oskarżenia o przestępstwa seksualne. Jego życie zostało zamienione w piekło.

Tymczasem polskojęzyczni dziennikarze jakoś nie okazują solidarności z australijskim dziennikarzem, który jest prześladowany na ujawnienie prawdy. Dlaczego tego nie robią? Ponieważ są przekupionymi obłudnikami.

Agnieszka Piwar

Za: Mysl Polska – myslpolska.info (22-06-2022) | https://myslpolska.info/2022/06/22/krotka-smycz-polskojezycznych-dziennikarzy/

Tadeusz Gołębiewski, ten od „1z10”. Twórca sieci hoteli.

Jeszcze milioner czy już bankrut? „Wstaję rano i [tego] nie wiem”.

[Nigdy nie byłem w hotelu Gołębiewski. Często za to oglądam „1z10”. Wielki szacunek dla tego przedsiębiorcy – i „spoczywaj w pokoju”. Takich tępią mafie – i socjaliści u władzy. M. Dakowski]

——————

https://finanse.wp.pl/jeszcze-milioner-czy-juz-bankrut-tadeusz-golebiewski-wstaje-rano-i-nie-wiem-6654458835151392a

– Wszystkie swoje obrazy w minionym roku wyprzedałem. A w kolekcji były i okazy po 400 tys. zł – wyjawia w rozmowie z Wirtualną Polską Tadeusz Gołębiewski, twórca sieci hoteli. Mówi wprost: – Dziś decyzji o budowie hotelu w Pobierowie bym nie podjął.

We wtorek, 21 czerwca 2022 roku, zmarł Tadeusz Gołębiewski. Założyciel sieci luksusowych hoteli oraz fabryki słodyczy TAGO miał 79 lat.

Przypominamy wywiad, którego biznesmen udzielił WP Magazynowi 25 czerwca 2021 roku.

***

Mateusz Ratajczak, Wirtualna Polska: Pomnik pan sobie buduje nad morzem?

Tadeusz Gołębiewski, twórca sieci hoteli Gołębiewski i firmy cukierniczej Tago: A jaki pomnik?! Tylko hotel.

(rozmawiamy na placu budowy hotelu w nadmorskim Pobierowie, a do rozmowy siadamy na styropianowych płytach, tuż obok jednego z wewnętrznych basenów, z widokiem na Bałtyk. Zanim Gołębiewski znajduje miejsce, zaczepia każdego napotkanego pracownika i pyta o robotę. Przez plac wędrujemy kilkanaście minut)

Chodzi pan w kółko po inwestycji i to wszystko sobie wyobraża? Tu będą baseny, tam będą leżaki, obok będą kasy, a za nimi szatnie? Tu sale konferencyjne, a tam pokoje?

Nikt takich szatni nie będzie mieć! Nikt w Polsce.

(mówi to, gdy akurat mijamy te pomieszczenia, a w zasadzie to wielką pustkę, gdzie szatnie kiedyś będą)

Nic nie muszę sobie wyobrażać, bo od miesięcy wiem, jak to będzie wyglądać – mam to w głowie, przed oczami. Płytki już dawno wybrałem. Materace i łóżka też już są gotowe, czekają na jednym z pięter. Cześć pokoi jest wytapetowana i gotowa do wyposażenia.

Co trzy tygodnie przylatuję tutaj i spędzam kilka dni. I tak chodzę po kilkanaście kilometrów, z dołu na górę, z góry na dół. Aż mnie nogi bolą. Niektórzy moi znajomi to się ze mnie śmieją, że sam wyglądam jak budowlaniec. A jak mam wyglądać na budowie? Jem w stołówce pracowniczej, śpię w hotelu pracowniczym, bo tak jest najwygodniej. Nie mam już zdrowia, żeby jeździć w kółko z hotelu na budowę i w drugą stronę. Wolę być na miejscu.

Tak wygląda budynek hotelu w Pobierowie. Przed płot budowy co chwilę podchodzą turyści Źródło: WP, fot: Mateusz Ratajczak

Ostatecznie jest pan przecież u siebie.

Jakby pan zgłodniał, to niech pan powie, pójdziemy do stołówki. Miejsce do spania też się znajdzie.

Przyjeżdża pan doglądać czy pośpieszać?

Jestem gospodarzem, muszę robić jedno i drugie.

Myślałem, że inwestor płaci i po prostu czeka na efekty. Nie musi sprawdzać, czy budowlańcy dobrze kładą pustaki lub jaką warstwę kleju mają.

Jak ma się portfel bez dna, to można tak funkcjonować. Można stworzyć zarząd, który to będzie prowadził, a inwestor w tym czasie może sobie odpoczywać na plaży i czekać miesiącami na efekty. Nie mam takiego komfortu. Muszę pilnować, muszę kontrolować, nie mogę wydawać na administrację, która zajmie się tym za mnie. Nie ma zarządu, jestem tylko ja. Chodzę i pytam.

W sumie na budowie pracuje teraz niespełna 300 osób, a było i 800. Robimy wolniej, bo nie ma pieniędzy. A jak nie ma pieniędzy, to musi pracować ograniczona liczba budowlańców. I dobrze mieć na to wszystko oko.

Żeby żaden grosik się nie zmarnował? Tego pan pilnuje?

Tak, tak, też! Banki w większości przez epidemię wstrzymały finansowanie inwestycji hotelarskich, więc działamy własnymi siłami. Co da się sfinansować, to finansujemy. Część materiałów była kupiona, część będzie później. Kiedyś.

Data otwarcia już jest?

W tej chwili trudno wyznaczyć jakikolwiek konkretny termin.

Po cichu nie marzy pan sobie, by to były przyszłe wakacje?

Nie, nie mam w tym zakresie żadnych marzeń. Otworzę, to otworzę, jak nie, to nie. Po co mam zakładać i się rozczarować? Miło jest spełnić swoje założenia, ale najgorzej jest się pomylić.

Nie miał pan myśli, że się wywróci na ten inwestycji? Przez epidemię wstrzymał pan budowę, reszta hoteli nie zarabiała.

No to co?

Jak to „no to co”?

A jakbym umarł na koronawirusa, albo ktokolwiek z mojej rodziny? To by była tragedia. Jak się biznes wywraca, to jaka to jest tragedia? Żadna, mówię panu. Przecież ja umiem pracować. Mam dwie ręce, żyję przecież tak jak każdy.

Jestem po studiach ekonomicznych, więc jakieś zajęcie na pewno by się dla mnie znalazło. „Emeryt-ekonomista z doświadczeniem szuka pracy” – tak bym o sobie napisał. Pewnie ktoś by się zainteresował moją wiedzą i umiejętnościami. A jak nie, to bym został po prostu na emeryturze. Płaciłem składki całe życie, to dziś Zakład Ubezpieczeń Społecznych coś mi tam wypłaca.

Pobierowo to pana największe biznesowe dziecko?

Pod względem skali tak.

Najdłużej wyczekiwane i ukochane?

W tej chwili przynoszące najwięcej problemów.

I jak każda poprzednia pana inwestycja – kontrowersyjne. Niektórzy powiedzą, że jest brzydki. Inni, że po prostu jest za duży i nie pasuje do otoczenia. Kolejni powiedzą, że lasy trzeba było wyciąć. A następni, że Tadeusz Gołębiewski po prostu powinien już skończyć swoją biznesową aktywność. ­­­

I co ja mogę odpowiedzieć na takie głosy?

Mogę zapytać, czy ładniejszy jest jeden hotel – taki jak mój – czy kolejne 200 różnokolorowych domków, a każdy wybudowany w innym stylu, które mogłyby powstać w tym miejscu? Co estetycznie jest lepsze? Ja powiem, że mój hotel. Inny powie, że te 200 pensjonatów. I tak możemy się kłócić.

To kwestia estetyki. A kwestia środowiska?

Przecież na tym terenie powstanie pięć razy więcej drzew niż zostało usuniętych pod budowę. A trzeba pamiętać, że tutaj nie było żadnego lasu, a teren wojskowy! Na nim było 40 budynków, różnej wielkości – to była jednostka wojskowa, która jeszcze nie tak dawno funkcjonowała.

Pojawią się drzewa, to pewne. Oczywiście wszystko powoli, bo jak mówiłem, chwilowo kwestie finansowe na to nie pozwalają. Sądzę jednak, że w pierwszej fazie pojawi się 2 tys. nowych roślin.

Obiecuje pan, że będzie więcej drzew, niż było?

To jest pewne. Nic nie muszę obiecywać.

Wie pan, w całym swoim życiu zasadziłem – na swoich inwestycjach, a wcześniej współpracując z lasami, blisko 40 tys. drzew. Ile drzew zasadziły osoby, które dziś krytykują tę inwestycję?

Te osoby są przekonane, że nie trzeba sadzić nowych i małych drzew, gdy mamy stare i rozwinięte.

Powtórzę to jeszcze raz – hotel w Pobierowie nie stoi w miejscu lasu, a w miejscu dawnej jednostki wojskowej, która była w pełni zabudowana, miała wewnętrzne drogi, baraki, inne budynki. Naprawdę, nie mówmy o tym, że tutaj był las, a Gołębiewski własnoręcznie go wykarczował, bo tak nie było. To były jakieś samosiejki, które raz były, raz ich nie było. Zresztą nie jest tajemnicą, jak wojsko traktuje własne tereny. Jak byłaby potrzeba, to też by wycięli wszystko.

Marny to argument, że ktoś inny też by teren wyczyścił.

Jak budujemy autostrady, to nie wycinamy drzew? Jak budujemy nowe tory, to nie wycinamy drzew? Niestety, ale rozwój ma swoją cenę. Grunt, by ją ograniczać lub po prostu naprawiać. A nowe nasadzenia taką naprawą są. Wiem, że ktoś powie, że to małe drzewka, a nie las. Wszystko jednak w swoim czasie.

A jakby pan pojechał do Pobierowa i gospodarzy innych hoteli zapytał o opinię na temat inwestycji? Pogoniliby?

A ja chętnie pojadę, często zresztą mnie zapraszają. Mieszkańcy Pobierowa w większości są zachwyceni tym, że pojawi się u nich nowy hotel, który będzie przyciągał turystów przez cały rok. W szczycie sezonu w każdej nadmorskiej budzie jest ruch. Gdy kończą się wakacje, to kończą się pieniądze.

Ludzie doskonale wiedzą, że duże hotele to miejsca organizacji konferencji, imprez, wydarzeń, które są rozłożone w czasie. My zarabiamy i oni zarabiają. Co to za biznes, który istnieje tylko dwa miesiące w roku? Jak się na takim utrzymać?

O ile ktokolwiek do nich przyjdzie, skoro pan chce oferować wszystko.

I naprawdę myśli pan, że nikt nie przejdzie się do miasteczka i nie zostawi tam pieniędzy? Zostawi. Do Pobierowa, w ten region, przyjeżdża w granicach 100 tys. osób w sezonie. Mieszkają wszędzie, gdzie się tylko da – w agroturystyce, pensjonatach, hotelikach, namiotach i na kempingach. I naprawdę 3 tys. miejsc, które będziemy oferować, wywraca wszystko? To jest nic.

3 tys. osób rozciągnięte w małych hotelach zmieściłoby się na 10 kilometrach nabrzeża. U nas jest to skoncentrowane, naprawdę można zadbać o czystość i ochronę środowiska.

Jako student podczas wakacji jeździłem na Mazury – mieszkałem oczywiście w namiocie. I nikt mi nie powie, że wtedy było czysto, a teraz jest gorzej. Ludzie rozbijali się wszędzie, z drzew robili sobie ogniska i zostawiali za sobą śmieci. Tak było. I od pierwszego dnia działalności hotelarskiej w Mikołajkach utrzymuję czystość na moim terenie. Porządkujemy, segregujemy, czyścimy.

Nie czuje się pan szkodnikiem? Wielu by tak pana nazwało.

Nie, nie czuję się szkodnikiem. Byłbym nim, gdybym wyciągnął ręce do państwa i powiedział: proszę mnie utrzymywać, proszę mi dać pieniądze, a ja będę sobie pił wódeczkę i leżał na kanapie. Gdybym w życiu nic nie robił, nic nie chciał robić i kazał innym mnie opłacać, to wtedy naprawdę czułbym się szkodnikiem.

Od kilkudziesięciu lat prowadzę własne firmy – jedną zajmującą się cukiernictwem (Tago – przyp. red.), drugą zajmującą się hotelarstwem. I naprawdę przez te wszystkie lata udowodniłem, że to jest wartość dodana. Oferuję nowe miejsca pracy, a jeszcze taka inwestycja to jest impuls dla rozwoju regionu. Bilans zysków i strat z działalności Tadeusza Gołębiewskiego moim zdaniem wskazuje na więcej zysków.

Wiem, że są tacy, którzy chętnie by mnie utopili w morzu. Albo w jeziorze.

Albo pozbyli się w górach. Tam też pan ma biznesy.

Zapominają jednak, że moje bankructwo to problem moich pracowników.

Fakty są jednak takie, że gdzie się Tadeusz Gołębiewski nie pojawi, tam pojawia się jakaś afera. W Karpaczu nadzór budowlany przekonywał, że wybudował pan zbyt wysoki budynek – o dwa pietra. Wyburzać pan nie musiał, bo zamienił piętra na szklany świetlik. Unikiem się udało.

Każdą krytykę przyjmuję z pokorą. Każda krytyka to wskazówka, że może coś powinienem był inaczej zrobić. Jeżeli urzędnicy i organy budowlane uznają, że gdzieś był błąd, to przyjmuję to do wiadomości, godzę się z tym. Muszą jednak mieć rację. Muszą udowodnić swoją rację. Ja nie mam problemu ze sprawami sądowymi. Jeżeli sąd rozstrzygnie, że coś zrobiłem źle, to przyjmę to do wiadomości. A jeżeli urzędnicy nie są w stanie wykazać, że coś zrobiłem źle, to jest to moja wina? Czy może potwierdzenie, że nie mieli słuszności?

A może po prostu jest pan cwaniakiem? Zawsze z urzędnikami się pan rozpycha, idzie pan na zwarcie. I ostatecznie wygrywa.

Cwaniakiem to pewnie każdego można nazwać, choć się nim nie czuję. A może jednak? (śmiech) Nie, raczej nie.

Nawet ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego pan denerwował – i minister chciał rozbiórki części hotelu. Rozbiórki nie było.

Były za to sprawy sądowe, były w przypadku innych inwestycji odwiedziny nadzoru budowlanego i nic. Może czas przyjąć, że Gołębiewski nie jest taki zły?

Lub państwo jest tak nieskuteczne.

Lub Gołębiewski nie jest taki zły.

Może to dziwić, ale od lat mam prostą zasadę – nie spotykam się z urzędnikami. Gdy jest kontrola podatkowa, mam od tego księgowość. Gdy jest inna, mam od tego dział prawny. Sam unikam takich spotkań jak ognia, by nie być posądzonym o jakiekolwiek układy. A czasami ktoś zapraszał na kawę. Albo na wódeczkę, bo i takie zaproszenia były. Odmawiałem.

Taki widok jest z dachu budynku Źródło: WP, fot: Mateusz Ratajczak

Wielu zapraszało akurat na spotkanie przy alkoholu?

Lata temu na spotkanie, na wódeczkę, zapraszał mnie jeden z ministrów. Do spotkania nie doszło, a ten sam człowiek – już po latach – mi powiedział przy jakiejś okazji, że byłem jednym z niewielu dużych przedsiębiorców, który nigdy nie przyszedł do niego ze sprawą do załatwienia. Zawsze ktoś coś od niego chciał, a ja nie chciałem zupełnie nic. Nawet tej wódeczki czy tam kawy.

Już nawet nie pamiętam, czego miało dotyczyć to spotkanie. Mam prostą zasadę: z urzędnikami i politykami to mogę co najwyżej pogadać o pierdołach, a nie ważnych i biznesowych sprawach. Później będę się tłumaczył, że coś mi dali, załatwili, pomogli. Sam wypracowałem, bez nich.

A dużo spotkań o pierdołach przy wódeczce było?

Mam zdrowy organizm, jeżeli o to pan pyta.

A może pana problemem jest po prostu gigantomania? Od lat mówi się, że Gołębiewski ma manię wielkości, więc może czas się przyznać?

Jaka tam gigantomania… To jest spełnienie potrzeb klientów, czyli czysta kalkulacja biznesowa. Gdy buduje się mały obiekt, to można zaoferować niewiele atrakcji. Jeżeli chce się mieć masę atrakcji, to potrzebny jest duży obiekt, który to wszystko sfinansuje i utrzyma. Mały hotel nie utrzyma kilkunastu basenów w różnych rozmiarach, wodnych ślizgawek, plaży, basenów z ciepłą wodą morską i masaży. Po prostu to się nie spina finansowo. A tego właśnie oczekują Polacy – pełnej oferty, wielu atrakcji i najlepiej, by to wszystko było w jednym miejscu.

Nie jestem tutaj jednak żadnym wizjonerem albo wróżką. Tak to po prostu wygląda na całym świecie. I dlaczego w Polsce miałoby to wyglądać inaczej? Polacy chcą żyć i odpoczywać tak samo, jak robią to ich sąsiedzi. Nie oznacza to jednak, że nie są potrzebne małe i średnie hotele. Są, bo przecież klienci są różni. Nic mi jednak do tego, niech każdy prowadzi biznes tak, jak chce. Ja buduję akurat hotele duże.

I na tym kontrowersje się nie kończą. Były wójt gminy Rewal jest u pana dyrektorem budowanego hotelu. I niektórzy powiedzą, że w nagrodę, bo to za jego kadencji kupił pan te grunty.

Naprawdę? W nagrodę? Jeżeli ktoś sądzi, że praca w branży hotelarskiej jest fuchą marzeń, to się bardzo myli. Zapraszam, podzielimy się zadaniami.

Ten sam człowiek dziś musi się tłumaczyć z inwestycji poczynionych w gminie. I to tłumaczyć przed sądem, przy asyście prokuratora.

To, co dla pana jest minusem w CV, w moim odczuciu jest plusem.

Naprawdę? Pana dzisiejszy dyrektor hotelu zadłużył gminę Rewal na ponad 100 milionów złotych, a prokuratura sadza go na ławie oskarżonych. Wraz ze skarbnikami i pracownikami urzędu. I śledczy mówią tak: doprowadził do zagrożenia utraty płynności, było wiele nieprawidłowości. Gmina nie zbankrutowała, bo uratowała ją ogromna – warta 100 mln zł – rządowa pożyczka.

Naprawdę. Robert Skraburski jako wójt gminy inwestował i być może po prostu przeinwestował. Miał wizję i ją realizował. Być może za wiele chciał zrobić w jednym czasie, ale nie był żadnym łapówkarzem. To bzdury. A gmina wychodzi już na prostą, czyli szybko.

Potrzebny mi był w tej inwestycji człowiek, którego nie trzeba popychać, któremu nie trzeba pokazywać, jak działać i co ma robić. W tym układzie to ja jestem zabezpieczeniem przed nadmiernymi inwestycjami – ja wykładam pieniądze, ja ostatecznie decyduję. Jasno określiliśmy ramy współpracy.

O losie wójta zdecydowała ówczesna premier Beata Szydło. I powiedziała mu: do widzenia! Do gminy wprowadziła komisarza.

Każdy odpowiada za swoje wybory i decyzje. Jeżeli popełnię błąd, to za niego będę odpowiadał swoimi pieniędzmi.

A jeżeli ktoś powie, że znajomość Gołębiewskiego z byłym wójtem wygląda na łapówkarstwo?

A ma pan na to dowody? Jeżeli tak, to proszę je pokazać. Jeżeli nie, to nie ma o czym rozmawiać. Jeżeli popełnię błąd kadrowy, to ja za niego będę odpowiadał. Sam wybieram sobie współpracowników.

Przecież gdyby Gołębiewski popełnił jakikolwiek błąd prawny, dokonał jakiegokolwiek nadużycia, to by mnie rozszarpali. Wszyscy. I urzędnicy, i dziennikarze, i aktywiści.

Chętnych do pracy nie brakuje, więc wydaje mi się, że tak. Na budowie może 10 proc. pracowników to moi ludzie, reszta to osoby działające na rzecz podwykonawców.

[—–]

Wspólnie zdecydowaliśmy, że ruszymy z budową hotelu w Pobierowie, choć żona się nie zgadzała. Mówiła, że czas skończyć.

I co pan zrobił?

Zrobiliśmy głosowanie i przegrała.

Jaki był ostatni błąd Tadeusza Gołębiewskiego?

Nie budowałbym tego hotelu.

Tego, który pan przegłosował z żoną? W ogóle by pan go nie zaczął budować?

W ogóle. Leżałbym sobie dziś na Wyspach Kanaryjskich, pił zimne drinki i wydawał pieniądze na różne głupoty. Dziś myślę, że po tylu latach pracy po prostu mi się to należało – od samego siebie. Gdybym wiedział, jak będzie wyglądał ubiegły rok, to bym się tej inwestycji nie podjął. Gdybym wiedział, że czeka mnie 12 miesięcy nieustannej walki, to bym się tej inwestycji nie podjął. Nie wiedziałem.

Zawsze można zrezygnować. Sprzedać inwestycję, pójść na emeryturę.

W ciągu ostatniego roku spotkałem wielu takich, którzy mówili mi: Tadeusz, ja wciągam ciebie i twoją inwestycję w kilka minut, tyle mam pieniędzy, nawet przy sobie w portfelu. Takie to głupie gadanie i przechwałki małych, choć bogatych ludzi. Nie wiem, ile ofert odkupienia hoteli było poważnych, ile nie, bo żadnych nie rozpatrywałem. Mówiłem tylko „to kup!” i się głupie gadanie kończyło.

Większość osób nie potrafi powiedzieć sobie stop, koniec, dość. To łatwo przychodzi leniom, ale nie przedsiębiorcom. To sytuacja wymusza na nich koniec działalności: albo choroba, albo bankructwo, albo brak sił. W tej chwili mam siły, nie jestem bankrutem, więc działam.

Jak to jest możliwe, że ma pan dwa biznesy, całe życie zarabia i nie stworzył żadnej poduszki finansowej?

Jak to, na co wydaję pieniądze? Na kolejne inwestycje, na moje przedsiębiorstwa. Nie ma ludzi w Polsce, którzy byli przygotowani na rok bez biznesu, bez jakiejkolwiek działalności. I mało tego, taka poduszka nigdy wcześniej – i później – nie miałaby uzasadnienia. Po co zamrażać tak gigantyczne środki? W oczekiwaniu na pandemię? Tego nikt nie mógł przewidzieć.

Nigdy nie myślałem o sobie w kategoriach bogacza, milionera. Zawsze inwestowałem zarobione pieniądze. A to na hotele, a to na ich rozbudowę, a to na modernizację. Przecież żadna firma od pierwszego dnia nie jest taka, jak sobie jej właściciel ją wymarzył. To proces. I u mnie ten proces wciąż trwa.

A może jest pan zbyt łapczywy? Za wiele chce?

Zawsze chcę najlepiej, a nie więcej. Jeżeli chce się robić coś na wysokim poziomie, podbijać zagranicę, nie dawać się konkurencji, albo zagranicznym koncernom, trzeba robić lepiej, i lepiej, i lepiej.

[—-]

I tak właśnie pan myślał, zaczynając produkcję… wafli?

Od tego się zaczął Tadeusz Gołębiewski. Byłem na trzecim roku studiów w Szkole Głównej Planowania i Statystyki (dzisiejsza Szkoła Główna Handlowa – red.). I już wtedy wiedziałem, że muszę iść na swoje. Nie potrafiłem się rozpychać łokciami, a wtedy, by zyskiwać stanowiska i możliwości, trzeba było się nagimnastykować, uśmiechać do partii. To nie było dla mnie.

Mój ojciec był rolnikiem. Ja nie dopuszczałem myśli, że będę pracował jak on. Miałem za to wyuczony fach – cukiernictwo. Nie było mnie stać na narzędzia i maszyny, więc część zbudowałem przy okazji pracy u spawacza. Ja u niego dorabiałem, on mi pozwalał tworzyć. I tak powstały formy do wypieku wafli. Na bazie maszyn wyrzucanych przez przedwojenną fabrykę! Nie były najgorsze, dało się je uratować. I tak zaczęła się produkcja.

Wszystkiego w tych czasach brakowało, więc wafle zaczęły się rozchodzić na pniu. A były też jakościowo niezłe. I, co dla mnie ważne, tanie w produkcji. Przecież to tylko woda, soda i olej.

Jadłby pan dziś?

Pewnie. Były jednak mozolnie produkowane, a później musiałem je rozwozić rowerem. Szybko kupiłem sobie lepszy, żeby mi było wygodniej. A do wyrabiania masy używałem pralki Frani. Ktoś to jeszcze dziś ma?

Nie wiem, czy ma, ale Polacy na pewno pamiętają. A pan w niej wyrabiał ciasto?

Tak zaczynałem. Kilka lat później były andruty i rożki do lodów. I mogłem postawić prawdziwy zakład, a nie taką atrapę. Pieniądze trzeba inwestować. W Austrii znalazłem maszyny i nowe produkty. To były cukierki karmelowe i bezy. I chciałem je u siebie. Powoli, powoli ludzie poznawali Tago i Tadeusza Gołębiewskiego. Były momenty, że po towar w środku nocy przyjeżdżali. Byle mieć u siebie w sklepie!

A pana to cieszyło?

Jak cholera.

I pojawiły się pieniądze. Duże.

Nigdy tak na to nie patrzyłem. Inwestowałem, a jak było więcej, to odkładałem – kupowałem dolary i złoto. I tak sobie myślę, że bogatszy w życiu to nie byłem już chyba nigdy później. Nie wydawałem nic, bo się ukrywałem z tym. Bałem się, że PRL wszystko zabierze. Coś tam nawet zakopałem dla bezpieczeństwa, a pewnie już nigdy nie odnajdę. (śmiech)

Podróżowałem przynajmniej w tamtych latach. Tu Bułgaria, tu Rumunia, to nawet jakaś Grecja. I zamiast pod namiotem pierwszy raz spałem w hotelach.

Na zachodzie ludzie odpoczywali w innych warunkach, w innym świecie. Obiad? Na miejscu, a nie własnoręcznie gotowany. Mieli basen pod oknem zamiast wycieczki nad morze. Jak nie było pogody, to sobie szli na masaż. I poczułem, że przyjdzie czas na Polskę. System się zawali, Polacy będą zarabiać. Byłem gotowy. I w 1989 roku przyszła ustawa Wilczka – Polacy zaczęli handlować wszystkim, a ja wiedziałem, że czas ruszyć w nową stronę.

Źródło: WP, fot: Mateusz Ratajczak

Ziemi za darmo nikt nie oddawał.

Oj nie. W Giżycku mnie wyśmiali, w Mikołajkach musiałem swoje wychodzić. I wypić przy okazji, bo wtedy interesów bez alkoholu to się nie dało załatwiać.

Czyli jednak wódka z urzędnikiem była!

Ja piłem niewiele, a naczelnik sporo więcej. W efekcie zapominał o tym, co mu mówiłem. I tak w kółko. To była dla mnie lekcja. (śmiech)

W 1991 roku wystartowaliśmy w Mikołajkach: baseny, masaże i prawie 300 pokoi. Tylko klientów brakowało. Pojechałem do Niemiec, bo myślałem, że mnie Niemcy uratują. I uratowali! Na targi jeździłem i przekonywałem biura podróży, że tu w Polsce można dobrze odpocząć. Kiedyś to i 50 autokarów dziennie przyjeżdżało!

Nie tęsknię za nimi. Dziś mamy gości w większości z Polski, znają markę.

Autokary Niemców to jedno, ale tajemnicą nie jest, że w Mikołajkach to gangsterzy z Pruszkowa lubili się bawić. Lubili też luksus, a szukali go u pana.

Nie miałem świadomości, że to są bandyci.

Nie broili?

A to różnie. Dopóki nie wypili, to byli grzeczni. Najczęściej rozrabiali jacyś ochroniarze. Ale ja miałem swoich i to lepszych.

Lepszych?

Tak, zatrudniliśmy ochroniarzy z Rosji. Żadnych tam gangsterów, ale ludzi, którzy dużo widzieli i wiedzieli, jak zachować zimną krew, jak przekonać niegrzecznych do uspokojenia się. Raz nie upilnowali i jedna z pań postanowiła nogami grać na fortepianie. Rozwaliła. Panowie z Pruszkowa przeprosili, zapłacili. Lata 90. to były szalone czasy.

Czyli wiedział pan, jakich ma gości? I nie bał się?

Goście to goście. Większości rzeczy dowiedziałem się lata później. Nigdy interesów nie robiłem, wódki nie wypiłem, a i kawy też nie. Chcieli pieniądze pożyczać, gdy tylko dowiedzieli się, że jest gorsza sytuacja finansowa. A dość szybko się dowiedzieli. Ale nie pożyczyłem. Może i jest ze mnie prosty człowiek ze wsi, ale wiem, jak takie kredyty mogą się kończyć.

Helikopter pan sobie kupił. I do dziś wypominają.

Jak się ma firmy w całej Polsce i wszystkich chce się doglądać, to trzeba szukać oszczędności – czasowych. Dla mnie to jest jak samochód. Jest szybciej, łatwiej i wygodniej. Dziś zresztą nie wytrzymałbym zdrowotnie takich długich podróży. Z Karpacza do Mikołajek, z Mikołajek do Pobierowa? Musiałem mieć coś innego. Kiedyś latałem sam, dziś to już nie te lata.

Na coś wydaje pan pieniądze? Jakieś fanaberie? Samochody, egzotyczne wyjazdy?

Nie.

Sztuka?

Wszystkie obrazy, które posiadałem, w ostatnim roku wyprzedałem. A w kolekcji były i okazy po 400 tys. zł. Sprzedane, by ratować biznes. W kolekcji to i Wojciech Kossak był, ale też poszedł pod młotek. Obrazy sprzedane, złoto sprzedane. Obrączka mi tylko została.

Żona mogłaby się zdenerwować, gdyby pan sprzedał. Żadnych pasji?

Praca jest pasją!

A odpoczynek?

Odpoczywam przy pracy. Gorzej mi, gdy nie pracuję. Przez rok mało pracowałem i od razu podupadłem na zdrowiu.

Na salony się pan nie wybiera?

Nigdy. Jestem za stary, żeby się pchać na salony. I chyba na dobrą sprawę nie rozumiem tych celebrytów. Nie mam się czym popisywać. Coś mam, czegoś nie mam. Według mnie nie ma co podziwiać.

A jak przyjdzie kończyć działalność, bo zdrowie na więcej nie pozwoli?

To się skończę. Po prostu. Tadeusz Gołębiewski może kiedyś się skończyć.

Rodzina usłyszała już plan na taką ewentualność?

A po co? Wiedzą, jak prowadzić biznesy. Poradzą sobie.

Kilka lat temu byliśmy z całą rodziną w Dubaju. Chciałem trochę pobyć z nimi, a przy okazji sprawdzić, jak wyglądają najnowsze hotele. Dla inspiracji, trzeba podglądać światową konkurencję. Później mi wypominali, że to nie był żaden wyjazd, bo co dwa dni zmienialiśmy hotele. Myślałem, że sobie ze mnie żartują. Taka atrakcja! Tyle miejsc! Nie mają chyba większych pretensji, nie będą mi wypominać.

Trzaskowski zakazał modlitwy bo w sobotę 25 VI. na ulice wyjdą sataniści? „Każde dziecko ma prawo do seksualności.”

Bojówkarze, którzy dokonali napaści na naszych wolontariuszy, zostali specjalnie przeszkoleni z dokonywania aktów agresji w ramach warsztatów… sfinansowanych przez władze miasta Warszawa!

Mariusz Dzierżawski <pomagam@stopaborcji.pl

Szanowny Panie już w najbliższą sobotę odbędzie się w Warszawie największa w Polsce „parada równości” LGBT. Z tej okazji prezydent stolicy Rafał Trzaskowski zakazał naszej Fundacji organizowania procesji pokutnej za grzech sodomii na ulicach Warszawy w tym samym dniu. Gdy nam zabrania się modlić i ujawniać prawdę o deprawacji seksualnej dzieci, w „paradzie równości” oficjalnie wezmą udział członkowie… „Świątyni Szatana”! 
Co więcej, organizatorzy „parady” chwalą się tym, że uczestnikiem i promotorem warszawskiej „parady” był w przeszłości Volker Beck – niemiecki polityk, który domagał się legalizacji pedofilii! Większość naszego społeczeństwa w ogóle nie jest tego świadoma.
Warszawski Ratusz chce zakazać procesji
Na sobotę w godzinach 12:00-17:00 zaplanowaliśmy zgromadzenie w centrum Warszawy połączone z przemarszem ulicami miasta. Chcieliśmy zorganizować procesję pokutną w związku z publiczną promocją zgorszenia, połączoną z akcją informacyjną ostrzegającą Polaków przed tzw. „edukacją seksualną”. Trasa procesji nie koliduje z „paradą” LGBT, gdyż ma przejść innymi ulicami.
Dostaliśmy właśnie pismo od prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego, w którym informuje on nas, że zakazał nam organizacji tego wydarzenia. Wie Pan dlaczego? Trzaskowski sugeruje, że nasza procesja stanowi zagrożenie dla życia i zdrowia. Trudno chyba o bardziej absurdalny argument… Ewentualnymi agresorami mogliby być aktywiści cywilizacji śmierci. Dlaczego zatem to nam zakazuje się pokojowych zgromadzeń?
Skoro istnieje zagrożenie ze strony bandytów, to nimi trzeba zająć się w pierwszej kolejności, a nie tolerować ich działalność Wolontariusze naszej Fundacji nieustannie doświadczają realnego zagrożenia dla życia i zdrowia ze strony aktywistów radykalnej lewicy. W Warszawie przemoc wobec nas jest szczególnie duża i nasila się od 2020 roku, kiedy to aktywiści LGBT napadli w centrum stolicy na naszą furgonetkę i pobili naszego kierowcę. W trakcie ataku agresorzy nakleili na masce naszego samochodu nalepkę z tęczowym logiem „parady równości”.
Co więcej, jak ustalili dziennikarze, bojówkarze, którzy dokonali napaści na naszych wolontariuszy, zostali specjalnie przeszkoleni z dokonywania aktów agresji w ramach warsztatów… sfinansowanych przez władze miasta Warszawa! W ostatnich latach w Warszawie kilkadziesiąt razy (!) niszczono furgonetki należące do naszej Fundacji. Dwie furgonetki spalono na ulicach stolicy, a pożary stanowiły zagrożenie dla postronnych osób. Wielokrotnie napadano na naszych wolontariuszy, zakłócano nasze zgromadzenia i grożono naszym działaczom. W związku z tym, Rafał Trzaskowski to nam zakazuje działalności i modlitwy na ulicach Warszawy. W tym samym czasie organizatorzy „parady równości” informują, że ulicami stolicy przejdą razem z nimi członkowie „Świątyni Szatana” – międzynarodowej organizacji satanistycznej… W ramach naszego zgromadzenia, planowanego na sobotę, chcieliśmy nie tylko modlić się, ale również ostrzegać Polaków przed ogromnym zagrożeniem.
Organizatorzy sobotniej „parady równości” publicznie chwalą się na swojej stronie internetowej tym, że uczestnikiem i promotorem warszawskiej „parady” był w przeszłości Volker Beck – niemiecki polityk z partii Zielonych, który domagał się legalizacji pedofilii. Beck postulował w latach 80 tych zniesienie kar za seks z dziećmi, gdyż, jego zdaniem: każde dziecko ma prawo do seksualności.”  Beck był również współautorem książki o „seksualności pedofilskiej”. W tym samym czasie jego partia oficjalnie dążyła do legalizacji pedofilii w Niemczech. W swoim programie Zieloni opowiadali się za legalizacją stosunków seksualnych między dziećmi a dorosłymi i pochwalali tzw. „pozytywną pedofilię”, czyli seks za obopólną zgodą dziecka i dorosłego. Volker Beck jako europoseł w 2005 roku wziął udział w warszawskiej „paradzie równości” LGBT. Było to wtedy jedno z pierwszych tego typu wydarzeń w Polsce.
Już kilkadziesiąt lat temu podjęto oficjalne próby legalizacji pedofilii, nie tylko w Niemczech ale także w innych krajach. To jeden z efektów rewolucji seksualnej, która rozwijała się wtedy na Zachodzie. Postulat ten, wyrażany wprost, trafiał jednak na słuszny opór opinii społecznej i nie udało się go przeforsować. Dlatego jego zwolennicy zmienili taktykę. Tematy związane z seksualnością człowieka stanowiły sferę intymną. Rewolucjoniści moralni postanowili to zmienić i zaczęli oswajać dzieci z seksem od najmłodszych lat.Chodzi o to, aby dzieci jak najwcześniej rozpoczynały współżycie i żeby seks był banalną częścią ich życia, tak jak zabawa czy jedzenie. W tym celu w kolejnych państwach zaczęto wprowadzać do szkół i przedszkoli tzw. „edukację seksualną”, za pomocą której rozbudza się dzieci seksualnie i uczy je, że mają „prawa seksualne”. Międzynarodowe wytyczne, mówiące jak powinny przebiegać zajęcia „edukacji seksualnej”, opracowała Światowa Organizacja Zdrowia WHO we współpracy z Ministerstwem Zdrowia Niemiec.
Wedle tych standardów, dzieci w wieku 0-4 lat powinny otrzymywać informacje na temat radości i przyjemności z masturbacji, a dzieci w wieku 6-9 lat powinny rozumieć w jaki sposób wyraża się zgodę na seks. Wszystko po to, aby dzieci w wieku 12-15 lat nauczyły się „umiejętności negocjowania i komunikowania się w celu uprawiania bezpiecznego i przyjemnego seksu.” Z kolei na każdym etapie takiej „edukacji”, już od noworodka (!), należy pozytywnie nastawiać dzieci do „różnych stylów życia” i „norm związanych z seksualnością, jednym z oficjalnych żądań politycznych warszawskiej „parady równości”, która odbędzie się w sobotę, jest wprowadzenie do polskich szkół i przedszkoli tzw. „edukacji seksualnej”. 
We wcześniejszej warszawskiej „paradzie”  brał udział promotor pedofilii Volker Beck, czego nie kryją jej organizatorzy. To jednak jeszcze nie wszystko. Byłym rzecznikiem prasowym warszawskiej „parady równości” jest aktywista LGBT Mariusz Drozdowicz, który publicznie stwierdził, że: ja, dla przykładu, jestem transem i pedofilem. I spoko, żyje mi się z tym całkiem fajnie (…) Nie zgadzam się na zakaz mówienia o pozytywnej pedofilii.” Wynika z tego, że były rzecznik „parady” chciałby, aby w Polsce swobodnie toczyła się dyskusja na temat tzw. „pozytywnej pedofilii”, czyli seksu z dzieckiem odbywającego się za jego zgodą. Drozdowski otwarcie przyznawał też, że jest fanem gejowskiej pornografii, którą kolekcjonuje. Wedle jego relacji, uwielbia „szczupłych, młodych chłopców”, a na Facebooku podawał się za „opiekuna młodych chłopców odwiedzających jeden z warszawskich klubów”. W internecie ze szczegółami opisuje swoje fantazje seksualne i liczne relacje homoseksualne. Podobne rzeczy dzieją się nie tylko w stolicy. Grupa Stonewall to organizacja lobby LGBT, która odpowiada za „edukację seksualną” dzieci i młodzieży w szkołach na terenie Poznania i Wielkopolski. Jakiś czas temu Stonewall wydała, za pieniądze z budżetu miasta (!), broszurę pt. „Poznań w kolorach tęczy”. Publikacja otwarcie opisuje… orgie homoseksualne z udziałem młodych, kilkunastoletnich chłopców, którym oddają się środowiska stojące za „edukacją” seksualną dzieci i młodzieży w Polsce. Grupa Stonewall jest również organizatorem „parady równości” w Poznaniu.
Te środowiska mogą bez przeszkód oswajać Polaków, w szczególności dzieci i młodzież, z rozwiązłością seksualną i domagać się wprowadzenia w naszym kraju „edukacji seksualnej”. W tym samym czasie nam zabrania się ostrzegania przed tym zjawiskiem. Nie zamierzamy się jednak ugiąć i poddać. Polacy muszą dowiedzieć się, na czym tak naprawdę polega „edukacja seksualna”forsowana przez aktywistów LGBT i czemu służą „parady równości” organizowane na ulicach naszych miast. Pod wpływem zmasowanej propagandy, która sączy się z niemal wszystkich największych mediów, większość naszych rodaków nie ma pojęcia o zagrożeniu.
Pomimo prześladowań, zamierzamy być obecni na ulicach Warszawy i innych miast Polski. Będziemy używać wszystkich dostępnych środków, aby nie dać się usunąć z przestrzeni publicznej. Pomimo tego, że przeciwko nam są media, sprzedajni politycy, organizacje międzynarodowe, obce ambasady (aż 46 ambasad wyraziło poparcie dla działań aktywistów LGBT w Polsce) i sataniści, będziemy dalej walczyć o nasze dzieci. Aby móc działań, potrzebujemy Pana pomocy w organizacji kolejnych, niezależnych akcji informacyjnych z użyciem furgonetek, lawet, billboardów, plakatów, megafonów i internetu. W ten sposób trafiamy do Polaków z ostrzeżeniem, szczególnie w tych miastach, przez które przechodzą „parady równości”. W najbliższym czasie będzie to Warszawa oraz Poznań, Bielsko-Biała, Kielce i Pruszków. Na organizację akcji potrzebujemy ok. 13 000 zł.
Wie Pan kto oprócz satanistów i aktywistów LGBT oficjalnie weźmie udział w warszawskiej paradzie równości? Przedstawiciele m.in. JP Morgan, Goldman Sachs, BNP Paribas, Credit Suisse, Nordea, Citi, Accenture, HP, Microsoft i Google – czyli największych na świecie korporacji bankowych, finansowych i technologicznych. 
Tego typu instytucje gwarantują gigantyczne finansowanie postępów cywilizacji śmierci. My nie możemy liczyć nawet na ułamek takiego wsparcia.
Dlatego zwracam się do Pana z prośbą o przekazanie 35 zł, 70 zł, 140 zł, lub dowolnej innej kwoty, aby umożliwić organizację niezależnych akcji informacyjnych ostrzegających Polaków przed deprawacją seksualną ich dzieci. Możemy je prowadzić tylko dzięki stałemu i regularnemu wsparciu naszych Darczyńców. Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW

Kaczyński ma tak fatalna rękę do kadr, że nawet co do samego siebie się pomylił

Matka Kurka https://www.kontrowersje.net/kaczynski-ma-tak-fatalna-reke-do-kadr-ze-nawet-co-do-samego-siebie-sie-pomylil/

Kaczyński „rezygnuje ze służby dla Polski, żeby służyć partii” i to nie moje słowa, ale oficjalne stanowisko byłego „wicepremiera do spraw bezpieczeństwa”. Gdyby ktoś nie kojarzył, że taki wicepremier o tak dziwnym tytule, który specjalnie dla niego został stworzony, w ogóle istniał, to śpieszę poinformować, że istniał i nazywał się Jarosław Kaczyński.

Ostatni raz z powagi państwa w podobny sposób zakpił ten sam polityk Jarosław Kaczyński i sprawa również dotyczyła wicepremiera powołanego na siłę. Było to w 2006 roku, kiedy to najpierw prezes PiS zdecydował o dymisji śp. wicepremiera Andrzeja Leppera, uznając go za „człowieka o marnej reputacji”, a potem w nocy Lepper ponownie został powołany na to samo stanowisko. W tamtym czasie jeszcze jakoś dało się to usprawiedliwić, PiS nie miał żadnego wyboru i musiał się dogadywać z „ludźmi o marnej reputacji”, żeby utrzymać większość w sejmie.

W 2021 roku, gdy Jarosław Kaczyński obejmował stanowisko wicepremiera o egzotycznym tytule, nie istniała najmniejsza konieczność, aby taki ruch wykonywać. PiS miał większość i mógł w dowolny sposób zapewniać bezpieczeństwo państwa, bez tworzenia groteskowych stanowisk w rządzie. Stało się inaczej i nikt od początku nie krył po co ten cały cyrk został uruchomiony?!

Kaczyński miał być policjantem pilnującym, aby się Morawiecki z Ziobrą nie pozagryzali. Niczemu innemu to nie miało służyć, ale i to się Kaczyńskiemu kompletnie nie udało. W efekcie podał się do dymisji i ponownie, z pełną bezczelnością, podał partyjniackie powody swojej decyzji:

„To nie tak, że przeceniam swoją rolę, chodzi po prostu o to, że partia musi odzyskać werwę, bo zbliża się ten czas, który dla każdej partii politycznej na świecie jest najważniejszy. Wybory są po to, aby uzyskać dobry wynik wyborczy, a jeśli chodzi o PiS, to tym dobrym wynikiem wyborczym będzie ich wygranie i możliwość sprawowania władzy, oczywiście w koalicji Zjednoczonej Prawicy.”

Jestem pod wrażeniem politycznego realizmu, ale w treści tej krótkiej wypowiedzi zwiera się też definicja tego, co z się z człowiekiem i politykiem Kaczyńskim stało. Najkrócej mówiąc Jarosław Kaczyński upadł i nie sądzę, żeby się już podniósł. Zaledwie kilka zdań pokazuje, o co temu politykowi chodzi i co mu spędza sen z powiek. Kaczyński ma dwa priorytety: utrzymanie swojej pozycji w partii i wzmocnienie pozycji partii, by ta była zdolna do utrzymania władzy.

W zasadzie jest to kwintesencja polityki, jeśli się pozbędziemy wszelkich złudzeń i naiwności, ale przyznacie Szanowni Rodacy, że mimo wszystko robi wrażenie. Oto człowiek, który tysiące razy opowiadał o służeniu Polsce i zdobywaniu władzy po to, żeby Polskę zmieniać, zrezygnował z pracy dla Polski na zaszczytnym stanowisku wicepremiera i postanowił poświecić się partii, żeby ta zdobyła władzę dla samej władzy.

Choćbym nie wiem ile sentymentów i pozytywnych wspomnień zachował w pamięci, a były takie momenty, kiedy Kaczyńskiemu i PiS chciało się pomagać, to nie jestem w stanie obronić tego cynicznego i jednocześnie żałosnego zachowania.

Polityk zawsze bierze odpowiedzialność za swoje decyzje, o Kaczyńskim od zawsze się mówiło, że jego największą wadą jest fatalna ręka do kadr. Dziś ten zarzut potwierdził się z całą mocą, bo trudno o bardziej dobitny obraz niż Kaczyński, który swoją postawą przyznaje, że pomylił się co do siebie samego.

Przykro się na to wszystko patrzy i chociaż cały przebieg „kariery” wicepremiera Jarosława Kaczyńskiego przewidziałem od początku do końca, to nie czuję żadnej satysfakcji. Co jakiś czas Polska dostaje kolejną szansę od opatrzności albo w świeckiej wersji od losu, ale zazwyczaj są to krótkie chwile, po których niezmiennie się okazuje, że do polityków i partii to nasza ukochana Ojczyzna nie ma szczęścia. Miał Kaczyński do dyspozycji prawie wszystkie narzędzia, żeby Polska, była Polską, ostał mu się ino sznur, którym będzie odzyskiwał werwę partyjną.