Moje aresztowanie nic nie zmieni

Moje aresztowanie nic nie zmieni

Autor: Redakcja, 23 września 2026

Każdy kto dziś, na miarę swoich możliwości, nie staje w obronie prześladowanych Polaków i nękanego Grzegorza Brauna, każdy już dziś, w obliczu historycznego wyzwania, ma szansę zostać zaliczony do ponadczasowej kategorii bezwolnych głupców lub antypolskiej swołoczy popierającej kolejny raz w dziejach – kolejną odsłonę totalitaryzmu.

<><><>

Pan redaktor zapytał, czy mnie posadzą, więc ja tego nie przesądzając, muszę tylko bardzo wyraźnie stwierdzić i ogłosić, że nie będzie to miało żadnego wpływu na zdolność Konfederacji Korony Polskiej do skutecznego ubiegania się o mandaty poselskie i senatorskie. (…) proszę zmartwić się tym, że scenariusz stanu wojennego, ni mniej, ni więcej, może mieć konsekwencje dla wszystkich formacji, dla wszystkich środowisk, niezależnie od tego kto na kogo głosuje. Niewątpliwie ten scenariusz jest na stole.

Nie wiem w jakim tam stole, w jakim pomieszczeniu sztabowym, w jakiej kancelarii tajnej, ale władza niewątpliwie nosi się z zamiarem skasowania kalendarza wyborczego pod pretekstem wojny.  I stąd podżegacze wojenni doznali teraz takiego wzmożenia.  Przypomnę, że wystarczy stan wyjątkowy pod jakimś pretekstem, takiej czy innej prowokacji, wystarczy limitowany stan wyjątkowy.

Tradycyjna lewica a Grzegorz Braun

Tradycyjna lewica i Grzegorz Braun

Czy środowisko, które opiera swój światopogląd na monarchizmie i tradycjonalizmie katolickim jest w stanie iść ramie w ramie z marksistami i ludźmi, którzy władze w państwie chcieliby oddać w ręce zwykłych szarych obywateli? W teorii wydaje się to nieco egzotycznym połączeniem. Praktyka nie zawsze idzie jednak w parzę z teorią, czego najlepszym przykładem jest właśnie zawierany na naszych oczach dość niecodzienny sojusz.

Grzegorz Braun to na polskiej scenie politycznej postać, która od kilku lat wzbudza oburzenie wśród polityków i wyborców liberalno-establishmentowej części naszego społeczeństwa. Niechęć do lidera Konfederacji Korony Polskiej wynika zazwyczaj z jego „kontrowersyjnego” zachowania, które przez wyżej wymienionych odbierane jest między innymi jako zamach na demokrację. W ostatnich latach do całkiem pokaźniej listy zarzutów przeciw politykowi dołączono również rzekome wspieranie rosyjskiej agresji, które ma wynikać z faktu, że sprzeciwiając się wojnie na Ukrainie Braun działa tym samym na rzecz narracji prowadzonej przez Kreml.

Pomijając już pokrętną logikę – wedle której kto nie kibicuje warszawskiej Legii musi być automatycznie kibicem Lecha Poznań – ten medialny lincz, a następnie konsekwentne rugowanie z przestrzeni publicznej wszystkiego, co tylko związane z Grzegorzem Braunem i jego środowiskiem musiało w końcu doprowadzić do tego, że zacznie on przyciągać uwagę tych ciekawskich i niepokornych. I chociaż z początku nie dziwiło, że wokół polityka zaczęli pojawiać się niezadowoleni i zawiedzeni wyborcy Konfederacji, Prawa i Sprawiedliwości, czy zwyczajnie osoby poszukujące w polityce jakiegoś powiewu świeżości, nikt nie przypuszczał, że do Szerokiego Frontu Gaśnicowego dołączą ludzie, którzy swoje poglądy deklarują jako tradycyjnie lewicowe i marksistowskie.

Wspólny wróg, potrzeba suwerenizmu i charyzmatyczny lider

Żyjemy w czasach, w których gołym okiem widać wszystkie negatywne następstwa wynikające z ciągle postępującej globalizacji. Niszczenie modelu tradycyjnej rodziny, promocja hedonizmu, czy multikulturalizm to zjawiska, z którymi bez wątpienia mamy do czynienia, a przeciw którym swój sprzeciw wyrażają głównie tradycjonaliści, osoby wierzące i ludzie o bardziej konserwatywnych poglądach, których wciąż wrzuca się jeszcze do jednego worka, nad którym figuruje napis prawica. Niezależnie od nazewnictwa i aktualności dawno przebrzmiałych już definicji, globalizacja dała się przecież również we znaki ludziom z przeciwnej strony sceny politycznej.

Chociaż w ostatnich latach pojęcie lewicowości bezlitośnie utożsamiane jest w Polsce wyłącznie z obyczajowym ekstremizmem i wszelkimi skrajnościami dotyczącymi różnej maści mniejszości, nie możemy zapominać, że poza tzw. lewactwem istnieje również inna lewica, ta tradycyjna, stara, czy jak kto woli nieliberalna. Ze względu na jej „niemodne” poglądy od lat lawiruje gdzieś poza głównym nurtem, a ludzi którzy się z nią utożsamiają spotkać można raczej w różnych mało popularnych stowarzyszeniach i inicjatywach, aniżeli w wielkiej polityce i na listach wyborczych. Mniej jednak to właśnie, to środowisko zdołał sobą zainteresować Grzegorz Braun. Dlaczego właśnie on?

Patrząc na polskojęzyczną scenę polityczną równie dobrze moglibyśmy zadać pytanie, a kto inny? Można powiedzieć, że obecnie to wyłącznie Braun otwarcie i bezpardonowo podnosi hasła, które dla tradycyjnej lewicy wydają się być właśnie atrakcyjne, a których nie uświadczymy z ust polityków, którzy określają się mianem lewicowych. Przynajmniej w jego retoryce – ale momentami przecież i w praktyce – hasła te i działania wypełniają niezagospodarowaną od długiego czasu próżnię. Zaliczyć do nich możemy między innymi jawne wystąpienie przeciw międzynarodowym koncernom farmaceutycznym i łamaniu praw obywatelskich w czasach pandemii, czy bezpośredni sprzeciw wobec napastniczej polityki Unii Europejskiej.

Z pewnością można by przytoczyć całą listę sprzeczności, o które ci bardziej tradycjonalistyczni zwolennicy Grzegorza Brauna byliby w stanie pokłócić się z tymi postępowymi, to pewne. Jednak ze względu na jego „czystą kartę” w polityce, charyzmę, bezpardonową działalność – ale i może również fakt, że ludzie widzą w nim, w końcu człowieka, który jest w stanie dosłownie walczyć o suwerenność Polski na arenie międzynarodowej, a w Polsce reprezentować ich własne interesy – jest on czymś na skale ewenementu. Wcale więc nie dziwi, że zwyczajnie może wydawać się interesujący i zrzeszać wokół siebie różne równie interesujące osobistości.

Do tego sam polityk w ostatnich tygodniach oficjalnie oświadczył, że w jego szeregach jest również miejsce dla ludzi, których inni już dawno wyklęli i wprost wyciągnął rękę do tego środowiska.

– Szanowni państwo, jeśli o mnie chodzi, to pochowajcie moje serce i pod Monte Casino i pod Lenino. Tam pochowajcie moje serce. Ponieważ i teraz jest właśnie czas, teraz jest właśnie moment, żeby to opowiedzieć sobie, napisać tę historię na nowo i żeby to usłyszeli nasi rodacy Polacy. Jest wspólny mianownik – mówił Grzegorz Braun podczas Konferencji Suwereni stów w Warszawie.

Upamiętnienie zwycięskiej Bitwy pod Lenino? Wspólny mianownik z tymi, którzy nie wstydzą się mówić głośno, kto i z kim wyzwalał Polskę od niemieckiego najeźdźcy? A wszystko to wypowiedziane przez uznawanego przez media za „skrajnie prawicowego” posła do Parlamentu Europejskiego? Trzeba przyznać, że jak na polskie realia to coś naprawdę niebywałego.

Inna, ale bardzo ważna sprawa to pokazowy sprzeciw Brauna wobec wojny na Ukrainie, który przez nieliberalną lewicę odbierany jest jako antyatlantyzm. W przeciwieństwie do większości polskiego społeczeństwa traktują oni zarówno tę wojnę, jak i sam neobanderyzm podnoszący głowę za naszą wschodnią granicą, nie jako specyfikę dzisiejszych czasów i zjawisko samo w sobie, a następstwo imperialistycznej polityki USA i NATO. Jest to kolejne spoiwo łączące ludzi, którzy, podobnie jak niegdyś w Zmianie, tak dziś w Koronie szukają swojego miejsca.

Wydaje się, więc logiczne, że osoby, które przez długi czas nie mogły odnaleźć się w świecie, gdzie „walka” toczona pomiędzy ugrupowaniami politycznymi w żaden sposób nie podważała panującego statusu quo, zaczną w końcu szukać jakiegoś oparcia w kimś, kto, chociaż stopniowo będzie oficjalnie legitymizował ich poglądy. Bez wątpienia w zupełnie innych warunkach, okolicznościach i z całkiem innym zapleczem ideowym, ale kimś takim był niegdyś Andrzej Lepper, który, podobnie jak dzisiaj Grzegorz Braun poza niewymagającym zbyt wiele elektoratem, zdołał skraść serca także tych politycznych sceptyków i pariasów.

Oczywiście nie można też wykluczyć kwestii czystej polityki, w końcu dieta poselska piechotą nie chodzi, a wszędzie znajdą się ludzie, którzy za pieniądze i trochę władzy są w stanie zrobić dosłownie wszystko. Chcąc czy nie chcąc, w momencie gdy ktoś chce grać w tę grę musi się również liczyć z podobnymi zarzutami. Historia wielokrotnie pokazała, że takie przypadki niestety nie bywają odosobnione.

W związku z zaistniałą sytuacją i tym swoistym sojuszem ekstremów pojawiają się zarówno pytania, jak i głosy krytyki z obu stron. Ktoś ma za złe to, inny z kolei domaga się wyjaśnień tamtego, ale jak to się mówi karawana jedzie dalej. Czy to początek końca starych podziałów na polskiej scenie politycznej, czy może chwilowy romans, który zakończy huczny rozwód? Jak to już w życiu bywa odpowiedzi na zadane pytania przyjdą wraz z upływem czasu. Wystarczy poczekać.

Patryk Chruślak

Jak polskie biesy wyprzedziły Sobór na drodze do religii światowej

Jak polskie biesy wyprzedziły Sobór na drodze do religii światowej

Włodzimierz Kowalik

W opublikowanej pod przydługim tytułem „Polskie biesy. Tom 1, XVIII wiek. Wrogie przejęcie i zbrodnie założycielskie” rozmowie z Janem Taturą europoseł Grzegorz Braun dokonuje bezprecedensowej rozprawy z własną grupą społeczną: inteligencją.

Jeżeli nie jest to radykalna próba uwiarygodnienia się w oczach elektoratu, mamy do czynienia z manifestem politycznym katolickiego tradycjonalisty, jakiego w Polsce nie było.

Może on doprowadzić do białej gorączki „Gazetę Wyborczą” tak samo jak słuchaczy Radia Maryja oraz wpędzić w popłoch episkopat Polski. To ostatnie akurat nie jest trudne, ponieważ słowo „popłoch” zdaje się charakteryzować sposób reagowania tego szacownego gremium.

Braun uderza w sploty słoneczne oraz w największe świętości polskiego inteligenta. „Polska inteligencja jest specyficznym reliktem przeszłości – ale bez perspektyw na przyszłość innych niż związane z utrzymaniem etatyzmu i klientelizmu. Inteligencja jest de facto chłopstwem pańszczyźnianym – pozbawionym własności, a przywiązanym dzisiaj do etatów i do kredytów. Do etatów, jeśli nie państwowych to korporacyjnych, co na jedno w skutkach wychodzi – mając bowiem wybujałe przeświadczenie o własnej niezależności i przywiązaniu do wolności, inteligencja jest ostoją zniewolenia jako klasa ukonstytuowana i integrująca się na bazie kanonicznych przesądów inteligenckich: demokratyzmu (antymonarchicznego), etatyzmu (socjalistycznego). Modernizmu (religijnego), pacyfizmu (hoplofobicznego), a jednocześnie judeoidealizmu (anty-antysemityzmu) i insurekcjonizmu (dziś przede wszystkim antyrosyjskiego)” (str. 103). Mocniej chyba nie można było zaznaczyć, że inteligencka wolność to jedynie pusta konotacja, pod którą kryje się brak samodzielności i niezależnych źródeł utrzymania.

Kielnie i fartuszki

Tytułowe „wrogie przejęcie” oznacza przechwycenie świadomości narodowej przez nową klasę społeczną, uzurpującą sobie prawo rządu polskich dusz. Okazji dostarczyła wymęczona przez masonów u Klemensa XIV kasata zakonu jezuitów w 1773 roku. Umożliwiła ona uwłaszczanie się Komisji Edukacji Narodowej na zakonnym majątku Towarzystwa Jezusowego i produkcję nowych elit w myśl postępowych haseł. Hasła fabrykowała „jakobińska farma trolli”, czyli kołłątajowska „Kuźnica” finansowana kwotą 60 milionów franków, przeznaczonych według Brauna ze skarbu rewolucyjnej Republiki Francuskiej na „interes Braci Warszawskich”.  A interesem tym według słów samego Hugo Kołłątaja było „obalanie tronów i ołtarzy”. Jak bowiem tłumaczy rzecz Braun: „Wielkiej Rewolucji Antyfrancuskiej potrzebna była dywersja na tyłach – przekierowania działań koalicji kontrrewolucyjnej Austrii, Prus i Rosji na inny teatr wojenny. Padło na nas – polscy patrioci, agenci lóż i pożyteczni idioci z największym zapałem zabrali się za realizację tego scenariusza […] I ta operacja udaje się doskonale – w latach 1791 – 1795 trwają nad Wisłą de facto intensywne działania osłonowe rewolucji nad Sekwaną” (str. 248).

Ponieważ rząd dusz był przejmowany od katolickiego kleru, dlatego „polskie biesy” musiały się początkowo uwiarygodniać jako duchowni lub świeccy katolicy.  „Rewolucja niszcząc istotę starego, tradycyjnego porządku, bardzo skrzętnie stara się zachować jego fasadę. I stąd dążenie do tego, żeby księża nadal nazywali się księżmi, chociaż będą w istocie sprotestantyzowanymi, zmasonizowanymi agitatorami” (str. 28). Bohaterowie na czele z przewodnim czarnym charakterem gawędy i „człowiekiem znikąd” Hugo Kołłątajem, Stanisławem Staszicem, braćmi Ignacym i Michałem Potockimi, Franciszkiem Zabłockim, Wojciechem Bogusławskim, Janem Kilińskim, Tadeuszem Kościuszką, wdrażają spóźniony w Polsce o dobre 200 lat program swoistego protestantyzowania Kościoła polskiego oraz samych Polaków.

„Energicznie bez ceregieli i bez skrupułów realizowana ‘protestantyzacja’ dokonuje się w całym szkolnictwie – wystarczy kilka lat, a już wylęgają się na świat kolejne mioty […] tych oświeconych hunwejbinów. To oni będą przeprowadzać rewolucję 3 Maja, będą rozpętywać insurekcję kościuszkowską i będą tworzyć ten raj oświeconych biurokratów, zakładać zręby tej przyszłej idylli urzędników – ze szczególnym uwzględnieniem urzędników podatkowych. Czyli Księstwo Warszawskie i Królestwo Kongresowe – to są właśnie dzieci Komisji Edukacji Narodowej. Więc hasło ‘protestantyzacja’ znajduje w projekcie spełnienie bardzo bliskie zachodniego ideału i oryginału, a niekiedy najzupełniej dosłowne” (str. 134). Takie źródło ma zatem klasa społeczna, którą Braun chce wysłać do wszystkich diabłów.

Późne wnuki

Masońskie tradycje Kuźnicy przejmuje cała XX-wieczna lewica polska, od sanacji, przez PRL, po post-PRL. Ciężko jest znaleźć środowisko zupełnie nie przyznające się do tradycji kołłątajowskich. W II RP symbolem może być Tadeusz Boy – Żeleński i ze swoją misją uświadamiania a w PRL stalinowsko – bierutowska „Kuźnica” z jej reformami nauki i oświaty. „System KEN został w PRL podniesiony do rangi dogmatycznej. Wzorzec kołłątajowskiej ‘reformy’ UJ został zaaplikowany z jeszcze większą mocą – a ukoronowaniem tego dzieła była likwidacja na przełomie lat 40. i 50. XX wieku dwóch zacnych instytucji naukowych o prywatnym i społecznikowskim rodowodzie: Towarzystwa Naukowego Warszawskiego i krakowskiej Polskiej Akademii Umiejętności, z których po upaństwowieniu stworzono jedną instytucję: Polską Akademię Nauk. Otóż PAN […] to jest właśnie ni mniej, ni więcej, kołłątajowsko-stalinowski kołchoz dla profesury.

To nie jest krzywdząca kogokolwiek inwektywa, tylko rzeczowe określenie, oddające historyczną genezę i aktualny stan rzeczy, jeśli chodzi o dominujący paradygmat” – jak bezlitośnie podsumuje reformy oświaty i nauki w  PRL-u Braun (str. 245). Nie zabraknie również wątku masońskiego. „Jego agendy jak Instytut Badań Literackich – był również niejako etatowym matecznikiem masonerii, która w PRL, mimo formalnych ograniczeń, miała się całkiem nieźle” (tamże). W znajdującym się nota bene w Pałacu Staszica IBN „miała swój matecznik loża Kopernik z […] Janem Józefem Lipskim na czele” (str. 34) a jeden z etatów „przypadał mamie panów Kaczyńskich – co otwiera wdzięczne pole do pogłębionych i poszerzonych badań nad ciągłością i nieciągłością elit państwowych w Polsce” (tamże).

Opisywane przez Brauna procesy skutkowały tym, że inteligencja polska w większej części była i jest niewierząca. „Biskupi i księża polscy byli w ogromnej części chłopskimi synami. To była jedyna naprawdę wierząca warstwa w Polsce. To był kościół ludowy”. („Między Logiką a Wiarą. Z Józefem M. Bocheńskim rozmawia Jan Parys”, 1992, str. 185). Oryginalny polski wkład do katolicyzmu: „Gorzkie żale” i „Godzinki o Niepokalanym Poczęciu NMP” dla inteligencji są najwyżej przejawem folkloru jeśli nie obskurantyzmu. Wytworzony dualizm oświeconych, niereligijnych elit oraz religijnych, nieoświeconych mas, widoczny jest bez problemu w dzisiejszych podziałach politycznych.

Nie kto inny jak Jarosław Kaczyński stwierdził w chwili szczerości, że w gruncie rzeczy utożsamia się z wykształconym elektoratem wielkich miast Platformy Obywatelskiej.  Wychowany w „mateczniku loży Kopernik” prezes Prawa i Sprawiedliwości niemalże z obrzydzeniem zagospodarowuje pozostawiony mu, ale obcy jego wrażliwości i światłym poglądom, parafialno – prowincjonalny grajdół. Istniejący obustronny dystans podkreślił swego czasu o. Tadeusz Rydzyk, ostrzegając przed prezydencką rodziną Kaczyńskich słowami: „nie należy mylić szamba z perfumerią”.  Czy zatem kogokolwiek może zaskakiwać poziom obłudy masońsko sformatowanych pijarowców PIS-u, obecny w narracji „dobrej zmiany” dla niedorosłego narodu?

Z jednej strony „katolikawe” masy, pozbawione intelektualnego kierownictwa, podatne są na wszelkie suflowane im w narodowym lub ledwo „narodawym” opakowaniu agendy. Z drugiej strony elity nie przyswajające sobie katolickiego światopoglądu, w tym metafizycznej relacji celów i środków, otwierają się na implementację dowolnych światopoglądów, czyli po prostu na wpływy obcych ośrodków politycznych. Elita, która nie potrafi zdefiniować interesu własnego państwa, jako dobra wspólnego, nie ma podstaw odróżniać go od interesów obcych. „Jeśli więc polskich patriotów słusznie niepokoi, że niektórzy sygnatariusze Targowicy zbyt często i zbyt długo bywali w Petersburgu, to dlaczego w ogóle nie przejmuje ich, że niektórzy spośród liderów Klubu Przyjaciół Konstytucji 3 Maja całkiem sporo czasu spędzali w Berlinie, Dreźnie, Londynie, Wiedniu czy Paryżu – nieprawdaż?” (str. 273). Retoryczne pytanie Brauna wskazuje na tytułowe „wrogie przejęcie” przez europejski obóz rewolucji, do którego bezwiednie zapisuje się każde kolejne pokolenie polskiej inteligencji, bo tak już ma.

Trony i ołtarze

Braun prowadzi swoją historyczną wiwisekcję z egzotycznego dla Polaka punktu widzenia tradycjonalisty katolickiego. Lepiej zrozumiemy jego perspektywę, uświadomiwszy sobie, że cywilizacja katolicka (łacińska) inteligencji jako klasy społecznej nie zna. Jest w niej bowiem tylko kler oraz świeccy. Kler nie jest autorytetem w każdej dziedzinie, lecz tylko w zakresie wiary i moralności. I to właśnie odróżnia go od świeckich. Nie chodzi przy tym o nominalną przynależność, zgodnie z którą obecny episkopat Polski należy do kleru, choć ze świecą w nim szukać heroiczności cnót przywiązanej do stanu biskupiego. Idzie o udzielanie sakramentów, nauczanie i życie zgodnie z przypisanymi przez Magisterium Kościoła regułami. Kler wpaja zatem ludziom cel (zbawienie dusz) oraz realizującą go moralność, która steruje zachowaniem i współpracą jednostek, ucząc odróżniania celów od środków.

Moralność poza kilkoma zasadami tworzącymi cywilizację łacińską, jak dozgonna monogamia, rozróżnienie na władzę świecką i duchowną oraz na prawo prywatne i publiczne – zostawia jednostkom szerokie pole do samodzielnej aplikacji wyuczonych sprawności w codziennym życiu. Świeccy są kompetentni w swoich dziedzinach i nie mają ambicji kierowania społeczeństwem lub państwem, jeżeli akurat nie są jego monarchami (tj. specjalistami w dziedzinie rządzenia państwem). Laikat nie dąży zatem w państwie katolickim do sprawowania funkcji powszechnego autorytetu, bo taki poza samym Bogiem, nie istnieje. Taką właśnie „boską” funkcję uzurpowały sobie nowe elity i dlatego musiały zwalczać kler katolicki, który samym swoim istnieniem zaprzeczał wyłączności świeckiego autorytetu. Stąd też kołłątajowski paradygmat zniszczenia „tronów i ołtarzy”, powtarzający zresztą wezwania do „zniszczenia bezeceństwa” (tj. chrześcijaństwa), jakimi Wolter zwykł był kończyć adresowane do towarzyszy z lóż oraz koronowanych głów listy.

Konsekwencją odrzucenia katolickiej organizacji społeczeństwa jest totalitaryzm wyrażony w protestanckim haśle „czyja władza tego religia”. Władysław Gomułka wyjaśniał go Stanisławowi Mikołajczykowi jesienią 1944 roku: „władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”. Znane są też późniejsze słowa Cyrankiewicza, grożące odcięciem ręki podniesionej na bezalternatywną władzę ludową. „Przedmiotem ich troski nie jest bowiem ani państwo, ani naród w aktualnej, realnej postaci – tak są odległe od ich rewolucyjnych ideałów, że właściwie nie ma czego żałować, kiedy to wszystko szlag trafia, pod jakąś Białą Górą czy Maciejowicami. Notabene, jakże to charakterystyczne, że obrazy klęski maciejowickiej cyrkulują później w drukach propagandowych z hasłem: „Finis Poloniae!” – własną przegraną, sromotną klęskę frakcji rewolucyjnej przedstawia się jako koniec Polski w ogóle” (str. 214).

Konsekwencją braku podziału na władzę duchową i władzę świecką jest, że od dekretów jednej władzy nie można się odwołać do drugiej. „Rewolucje eliminują kluczową dla naszej cywilizacji zasadę rozdzielenia władz, wynikająca wprost z dyrektywy ewangelicznej: Bogu, co Boskie, cesarzowi, co cesarskie. Rewolucja protestancka czyni to pod pretekstem walki o ‘czystą Ewangelię’, a rewolucja masońska – pod hasłem walki z ‘ciemnotą i zabobonem’ o ‘oświecenie ludzkości’. Efekt jest ten sam: wyrugowanie dualizmu władzy świeckiej i duchownej skutkuje wyeliminowaniem zbawiennej dla poddanych konkurencji i równowagi wpływów – w świecie łacińskim od decyzji księcia zawsze można odwołać się do biskupa, od decyzji cesarza – do papieża i odwrotnie. Rewolucja protestancka gwarantuje monopol władzy świeckiej ze wszystkimi tego konsekwencjami” (str. 98). W konsekwencji państwo staje się totalitarne także w sensie zakresu rządzenia. Stara się bowiem objąć swoją kompetencją wszystko. Rewolucyjna zasada jedności władzy, obowiązująca także w prawosławiu, protestantyzmie, czy islamie logicznie prowadzi do faszyzmu (wszystko w państwie) oraz globalizmu (wszystko państwem).

Powszechna religia człowieka

Nic lepiej nie oddaje atrakcji tkwiącej w rewolucyjnej mentalności niż bluźniercza filozofia Georga Wilhelma Friedricha Hegla (1770-1831). Widzi ona w państwie (z typowym brakiem logiki przede wszystkim w państwie pruskim) samo-poznającego się Boga. Boska samoświadomość jest przy tym per procura udziałem państwowych elit, bo przecież nie samego, pozbawionego świadomości państwa, jako takiego. To oznacza faktyczne ubóstwienie człowieka, co jest – przyznajmy – bardziej atrakcyjne niż wypominane przez Brauna bycie płatnym propagandystą na państwowym wikcie.

Przed taką samo-deifikacją człowieka Kościół katolicki bronił się do II Soboru Watykańskiego. Kapitulację wyraził dobitnie papież Paweł VI w przemówieniu na zakończenie soboru. „Świecki humanizm, w swoim okropnym antyklerykalnym wcieleniu, w pewnym sensie rzucił wyzwanie soborowi. Religia Boga, który stał się człowiekiem spotkała się z religią (bo takową jest) człowieka, który czyni siebie Bogiem. I co się wydarzyło? Czy było starcie, bitwa, klątwa? Mogło tak być – lecz tak się nie stało. […] Uczucie bezgranicznej sympatii do człowieka bez reszty zawładnęło soborem. Uwaga naszego soboru skupiła się na odkrywaniu potrzeb człowieka (a potrzeby te rosną stosownie do rangi, jaką syn ziemi sobie nadaje). Wzywamy was nowocześni humaniści, którzy odrzuciliście nadprzyrodzoną wartość rzeczy wyższych, doceńcie sobór choć za to i uznajcie nasz nowy rodzaj humanizmu: istotnie, my także, bardziej niż ktokolwiek inny, jesteśmy czcicielami człowieka” (podkr. W.K.).

Wraz z religią humanizmu do Kościoła wlało się wyżej wspomniane totalitarne rozumienie władzy. Za jej przejaw można uznać niedawne ekskomuniki dla tradycjonalistów z Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X za wyświecenie biskupów bez zgody papieża. Ich szerokie uznanie w Kościele świadczy o tym, że katolicy nie odróżniają już władzy administracyjno – prawnej od władzy nauczania (Magisterium). Zasada, że wszystkie rozkazy papieża są nieomylne, nawet jeśli wzajemnie sobie przeczą, jest typowo rewolucyjna. Czyja władza, tego religia.

Słowa o tym, że II Sobór Watykański był „rewolucją francuską w Kościele”, wypowiedział z ogromnym entuzjazmem, celebrując triumf nowej teologii nad dotychczasowym porządkiem kardynał Léon-Joseph Suenens, arcybiskup Brukseli i jeden z głównych liderów liberalnego (progresywnego) skrzydła na soborze.

W literaturze przedmiotu ten sam fakt zidentyfikował i potwierdził kardynał Joseph Ratzinger (późniejszy papież Benedykt XVI). W swojej głośnej książce „Raport o stanie wiary” (1985) określił on soborową konstytucję „Gaudium et spes” mianem „Anty-Syllabusa”. Ratzinger napisał wprost, że dokument ten stanowił próbę urzędowego pogodzenia Kościoła z zasadami roku 1789, czyli z dziedzictwem Oświecenia i Rewolucji Francuskiej, które wcześniej Pius IX w „Syllabus Errorum” oraz kolejni papieże jednoznacznie potępiali.

Z cybernetycznego i historycznego punktu widzenia te porównania są trafne  – soborowy zwrot oznaczał wdrożenie do wewnątrzkościelnej matrycy haseł rewolucji 1789 roku (wolność, równość, braterstwo) pod pojęciami wolności religijnej, kolegializmu i ekumenizmu, nad którymi bezlitośnie znęca się Grzegorz Braun. Kolejne tomy braunowskiej gawędy: tom 2, XIX wiek „Wielka gra i zwycięstwa prowokacji” oraz tom 3, 1877-1920 „Widma komunizmu i cuda nad Wisłą” zapowiadają dalszy ciąg historycznego śledztwa w sprawie polskiej drogi do religii światowej, drogi na której kościół polski ze względu na swoją specyfikę, okazał się prekursorem II Soboru Watykańskiego.

Włodzimierz Kowalik    

Myśl Polska, nr 37-38 (13-20.09.2026)

Piła w ruch. Klimek i Braun zdemontowali znak Strefy Czystego Transportu w Krakowie

Piła w ruch. Klimek i Braun zdemontowali znak Strefy Czystego Transportu w Krakowie [VIDEO]

19.09.2026 nczas/pila-w-ruch-klimek-i-braun-zdemontowali-znak-strefy-czystego-transportu-w-krakowie

Strefa Czystego Transportu Kraków, Klimek, Braun, wycięty znak.
NCZAS.INFO | Michał Klimek zlikwidował znak Strefy Czystego Transportu w Krakowie. / Fot. mat. pras.

Kandydat Konfederacji Korony Polskiej na prezydenta Krakowa Michał Klimek symbolicznie zlikwidował tzw. Strefę Czystego Transportu w stolicy Małopolski. Wraz z Grzegorzem Braunem użyli szlifierki kątowej i odcięli słupek ze znakiem informującym o wjeździe do SCT.

– Pytacie mnie, co zrobię ze Strefą Czystego Transportu? To proste, zlikwiduję ją. Osobiście! – zadeklarował Klimek i przystąpił do cięcia metalowej konstrukcji.

Głos zabrał także Braun. Przedstawił akcję jako zapowiedź kierunku, w jakim pójdzie krakowski magistrat po ewentualnym zwycięstwie wyborczym Klimka.

– Szanowni Państwo, to zaledwie miły przedsmak tego, co czeka nas, normalnych Polaków, za prezydentury Michała Klimka w Krakowie. A przecież odzyskanie niepodległości nie może na tym się zakończyć. To zaledwie początek – podkreślił.

Klimek określił Strefę Czystego Transportu jako „strefę czystego absurdu”, „strefę wykluczenia i dyskryminacji normalnych Polaków, rodaków, mieszkańców Krakowa, którzy być może nie są posiadaczami aut z najnowszych roczników”.

Krakowska SCT funkcjonuje od 2024 roku i dopuszcza do centrum miasta pojazdy elektryczne, wodorowe, zasilane gazem ziemnym oraz spalinowe spełniające normy Euro 4 (benzyna) i Euro 6 (diesel). Wszystko to pod pretekstem dbania o środowisko. No chyba, że kierowca zapłaci, to wtedy nikt się już środowiskiem nie przejmuje.

Do końca 2026 roku dzienny wjazd kosztuje 5 zł, a abonament miesięczny 100 zł. Opłaty będą rosnąć etapami. Od 1 stycznia 2027 roku stawka będzie wynosić 15 zł dziennie i 250 zł miesięcznie, a w 2028 roku miesięczny abonament ma sięgnąć nawet 500 zł.

==================================

Cenzorzy w Piasecznie odwołali spotkanie z Braunem. Przewodniczący Rady powiatu się cieszy i twierdzi, że… nie popiera cenzury

Cenzorzy w Piasecznie odwołali spotkanie z Braunem. Przewodniczący Rady powiatu się cieszy i twierdzi, że… nie popiera cenzury

16.09.2026 nczas/cenzorzy-w-piasecznie-odwolali-spotkanie-z-braunem-przewodniczacy-rady-powiatu-sie-cieszy-i-twierdzi-ze-nie-popiera-cenzury

Grzegorz Braun
NCZAS.INFO | Grzegorz Braun. / foto: PAP

Biblioteka Publiczna w Piasecznie odwołała spotkanie z Grzegorzem Braunem. Wcześniej takiej cenzury domagali się lewacy z Razem. „Zasadnicze pytanie: dlaczego istnieją te wszystkie biblioteki i domy kultury, skoro tak naprawdę zawsze służą tylko jednej, skrajnie lewackiej opcji politycznej” – napisał na X redaktor naczelny „Najwyższego Czasu!” Tomasz Sommer.

Odbieranie możliwości spotkań z Grzegorzem Braunem to nieformalne wyzwanie wśród środowisk lewicowych w Polsce. W Centrum Edukacyjno-Multimedialnym w Piasecznie miało dojść do spotkania z liderem KKP, ale zostało ono odwołane. Informację o tym opublikowano już oficjalnie na facebookowym profilu Biblioteki Publicznej w Piasecznie.

Jak przekonywał administrator, biblioteka „wynajmując na ogólnych zasadach komercyjnych salę widowiskową Organizatorowi spotkania, opierała się na informacji, że ma to być spotkanie autorskie dotyczące książki 'Okruchy historii’”.

„Po przeanalizowaniu pojawiających się w przestrzeni medialnej informacji reklamujących wydarzenie przez Organizatora, który zapraszał na spotkanie dotyczące książki pod innym tytułem – 'Historia bez kłamstw’, Biblioteka podjęła decyzję o nieudostępnianiu sali na potrzeby tego przedsięwzięcia. Decyzja została podjęta z uwzględnieniem obowiązujących zasad udostępniania pomieszczeń Biblioteki, konieczności zapewnienia bezpieczeństwa pracownikom, użytkownikom i uczestnikom wydarzeń oraz prawidłowej realizacji statutowych zadań Biblioteki” – przekonywano w poście na Facebooku.

„Biblioteka podkreśla, że jej decyzja dotyczy konkretnego wydarzenia i okoliczności związanych z jego organizacją. Nie stanowi natomiast oceny ani stanowiska wobec poglądów politycznych jego uczestników. Biblioteka Publiczna w Piasecznie pozostaje miejscem otwartym dla mieszkańców i realizuje swoją działalność zgodnie z obowiązującymi przepisami oraz zasadami udostępniania swoich przestrzeni” – twierdził administrator profilu.

Tak więc pod pretekstem de facto innego tytułu odwołuje się spotkanie z Braunem. I przy tym zapewnia jednocześnie o „otwartości”.

Do sprawy odniósł się przewodniczący Rady Powiatu piaseczyńskiego Krzysztof Kasprzyk z KO, który – jak podkreślił Tomasz Sommer – miał być jedną z osób naciskających na odwołanie spotkania. Co prawda twierdził, że „nie jest zwolennikiem ograniczania debaty publicznej ze względu na poglądy polityczne jej uczestników”, ale w sumie to dobrze, że Grzegorz Braun został w tym przypadku poddany ostracyzmowi. Dlaczego?

„Nie można jednak udawać, że każda postać życia publicznego i każda treść, z jaką mamy do czynienia, jest obojętna z punktu widzenia standardów, jakie powinny obowiązywać w instytucjach publicznych. W przypadku Grzegorza Brauna mamy do czynienia z polskim posłem, który ma skrajne, niepopularne czy odmienne od większości. To nie ma jednak żadnego znaczenia. Braun to osoba, której Instytut Pamięci Narodowej postawił zarzuty publicznego, dokonanego w świetle kamer, i wbrew faktom zaprzeczania zbrodniom ludobójstwa dokonanym przez funkcjonariuszy III Rzeszy w KL Auschwitz-Birkenau” – twierdził radny na Facebooku.

To fałsz jak i manipulacja. Primo, decyzją o rzekomej słuszności ostracyzmu jest samo postawienie zarzutu. Radny KO defekuje w tym przypadku na jedną z podstawowych zasad cywilizowanego świata, jaką jest zasada domniemania niewinności. Zarzuty bowiem można postawić każdemu za wszystko. Dopóki nie zapadnie prawomocny wyrok, człowiek jest uznawany za niewinnego.

No chyba, że nie podoba się politykowi KO, to wtedy nie.

Secundo – Braun nie negował zbrodni ludobójstwa. Natomiast poddał do dyskusji fakt, że coraz więcej historyków podważa skalę jednej z konkretnych metod uśmiercania ludzi przez Niemców w niemieckim obozie na terenie okupowanej Polski.

„Unieważnił, wymazał, wygumkował w ten sposób świętą, męczeńską śmierć milionów Polek i Polaków” – kontynuował.

Tu też jest pewien „odlot”. Choć śmierć tych osób w sposób oczywisty była okrutna, niezasłużona i poprzedzona koszmarem, Kościół nie kanonizował nigdy „z automatu” ludzi, którzy zostali pomordowani w niemieckim obozie Auschwitz-Birkenau. Do świętych wymordowanych w tamtym miejscu – który swoją drogą nie zginął przecież w komorze gazowej, lecz był przetrzymywany w bunkrze głodowym, a następnie dobity zastrzykiem z fenolu – był św. o. Maksymilian Maria Kolbe OFMConv. Także teza o „wymazywaniu” czy „gumkowaniu” śmierci ludzi jest zwyczajnie odklejona.

Choć można delikatnie z uznaniem wspomnieć, że przynajmniej radny KO nie twierdził tutaj, że w Auschwitz-Birkenau mordowani byli tylko albo głównie Żydzi. Uczciwie stwierdzono tu śmierć milionów Polaków.

„Nie chodzi o cenzurę. Nie chodzi o zakazywanie komukolwiek poglądów nawet skrajnych i kontrowersyjnych. Chodzi o odpowiedzialność za sposób wykorzystywania przestrzeni publicznej i o to, jakie standardy stosujemy w instytucjach finansowanych ze środków publicznych” – przekonywał Kasprzycki z KO, który najwyraźniej uważa, że za sam zarzut – nieważne jak absurdalny – jest powodem do niszczenia ludzi i pozbawiania ich podstawowych praw.

Podobne odwołania spotkań z Grzegorzem Braunem pod pretekstem rzekomego „wprowadzenia w błąd” już się zdarzały. Wystarczy wspomnieć chociażby spotkanie zaplanowane 12 grudnia w Arcybiskupim Wyższym Seminarium Duchownym w Szczecinie.

– Ksiądz rektor uznał, że został wprowadzony w błąd co do rzeczywistego charakteru planowanego spotkania – mówił w grudniu ks. kan. dr Krzysztof Łuszczek, rzecznik prasowy kurii szczecińsko-kamieńskiej w rozmowie z KAI, komentując odwołanie spotkania.

Sytuację w Piasecznie skomentował redaktor naczelny „Najwyższego Czasu!” Tomasz Sommer.

„I znowu cenzura polityczna w państwowej instytucji. Centrum Edukacyjne w Piasecznie, zbudowane i utrzymywane z pieniędzy podatnika odwołało nasze spotkanie. Poznajmy nazwiska zamordystów z Piaseczna: naciskał Krzysztof Kasprzycki, przewodniczący Rady Powiatu Piaseczyńskiego, decyzję podjęła dyrektorka Biblioteki Publicznej w Piasecznie Sylwia Chojnacka-Tuzimek. Pięknie się uśmiechają cenzorzy z Piaseczna. Nieprawdaż?” – napisał na X Sommer, załączając zdjęcia osób decyzyjnych.

Jak podkreślił, obecnie trwają starania o inną salę, by spotkanie mogło dojść do skutku.

„Powstaje jednak zasadnicze pytanie: dlaczego istnieją te wszystkie biblioteki i domy kultury, skoro tak naprawdę zawsze służą tylko jednej, skrajnie lewackiej opcji politycznej” – zapytał Tomasz Sommer.

Jan Gross i spółka, „Akcja Reinhardt” – a Grzegorz Braun

Jan Gross i spółka, „Akcja Reinhardt” i Grzegorz Braun

31.08.2026 wolnemedia/jan-gross-i-s-ka-akcja-reinhardt-i-grzegorz-braun

Ponury bajarz polsko-żydowskiego pochodzenia Gross zmyślił hagadę, którą zatytułował „Złote żniwa”. Opowiada w niej, jak to polscy wieśniacy mieszkający w okolicach niemieckich obozów koncentracyjnych w Treblince, Sobiborze i Bełżcu bogacili się, wykopując na terenach dawnych obozów szczątki pomordowanych Żydów i odzyskując z tych szczątków kosztowności. Według Grossa kosztowności było tyle, że „zrewolucjonizowały miejscową gospodarkę”.

Ten kłamca, manipulant i ignorant, z dyplomem socjologa rodem z głębokiej komuny, nie słyszał albo udaje, że nie słyszał o tzw. „Akcji Reinhardta”, opisanej szczegółowo przez zeznającego na Procesie Norymberskim zbrodniarza wojennego Rudolfa Hessa. Nazwa akcji pochodzi od imienia Heydricha. Czym była ta „Akcja Reinhardta”?

„Nazwą tą („Akcja Reinhardta”) określano zbieranie, sortowanie i spieniężanie wszystkich rzeczy odbieranych żywym i wymordowanym Żydom. Nazwa pochodzi od imienia Heydricha, który był pierwszym realizatorem akcji eksterminacji Żydów” [1].

Jakie wyniki dawała ta akcja, dowiadujemy się z rozmaitych źródeł. Przebieg jej opisuje również komendant obozu w Auschwitz, Rudolf Hess:

„Przy wyładowywaniu transportów żydowskich cały bagaż zostawał na rampie, aż do chwili, gdy wszystkich Żydów zaprowadzono do obozu lub do miejsca zagłady. Potem specjalne drużyny transportowe przewoziły bagaż początkowo do sortowni Kanada I, gdzie go sortowano i dezynfekowano. […] Jednak w 1942 r. Kanada I nie mogła nadążyć z sortowaniem rzeczy. Mimo że wciąż wznoszono dodatkowe szopy i baraki, a więźniowie sortowali dniem i nocą, mimo że zwiększano nieustannie liczbę pracujących i załadowywano codziennie wysortowanym materiałem wiele wagonów – często do 20, wciąż piętrzyły się stosy bagażu. Przystąpiono więc w 1942 r. do wybudowania magazynu Kanada II na zachodnim krańcu odcinka budowlanego II w Brzezince, jak również odwszalni i łaźni dla przybywających więźniów. Trzydzieści nowo wybudowanych baraków było wypełnionych po brzegi zaraz po wykończeniu, a góry niesortowanego bagażu piętrzyły się między barakami. […] Przedmioty wartościowe przejmował specjalny oddział komendy obozu, po czym fachowcy odpowiednio je sortowali. Podobnie działo się ze znalezionymi pieniędzmi […]. Eichmann powiedział mi kiedyś, że kosztowności i dewizy sprzedawano w Szwajcarii; zarzucono kosztownościami cały szwajcarski rynek. Zwykłe zegarki wysyłano tysiącami do Sachsenhausen. Znajdował się tam wielki warsztat zegarmistrzowski zatrudniający setki więźniów – założony pod bezpośrednim kierownictwem Maurera z D II. W warsztacie tym sortowano zegarki i naprawiano je. Najwięcej zegarków zostało oddanych do dyspozycji frontowych oddziałów SS i armii dla celów służbowych. Złote zęby przetapiali w sztaby lekarze dentyści w rewirze SS i odsyłali je co miesiąc do Głównego Urzędu Sanitarnego. W plombowanych zębach także znajdowano kamienie szlachetne olbrzymiej wartości. Obcięte włosy kobiece wysyłano do pewnej fabryki w Bawarii dla celów zbrojeniowych. W związku z kosztownościami Żydów wytworzyła się w obozie ogromnie trudna sytuacja, której nigdy już nie udało się całkowicie opanować. Wpłynęło to demoralizująco na członków SS, którzy nie zawsze byli na tyle silni, aby potrafili zwalczyć w sobie pokusę łatwego wzbogacenia się kosztownościami Żydów. Najcięższe kary pozbawienia wolności, a nawet wyroki śmierci, nie działały dostatecznie odstraszająco. Akcja Reinhardta była prowadzona nadzwyczaj metodycznie według dokładnych instrukcji Himmlera” [1].

W dalszym ciągu książki cytowane są instrukcje Himmlera, wskazujące, w jaki sposób należy pozyskiwać „ruchomą i nieruchomą własność po przesiedlonych Żydach” i co z nią zrobić, a nawet nakaz, by w przyszłości pozyskane w ramach Akcji dobra określać „mieniem złodziei, paserów i spekulantów”. Niemcy, jak zawsze i w tej materii, byli skrupulatni, a instrukcje przewidywały, jak i co pozyskiwać i co następnie ze zgromadzonym mieniem zrobić:

„a) Wszelką gotówkę w banknotach niemieckich należy wpłacać do Banku Rzeszy w Berlinie-Schöneberg na konto Głównego Urzędu Gosp. i Admin. SS 158/1488.

b) Dewizy (w monetach lub nie), metale szlachetne, klejnoty, kamienie szlachetne i półszlachetne, perły, złote zęby i złom złoty należy dostarczyć Głównemu Urzędowi Gosp. i Admin. SS. On jest odpowiedzialny za bezzwłoczne przekazanie Bankowi Rzeszy Niemieckiej.

c) Zegarki wszelkiego rodzaju, budziki, pióra wieczne, ołówki, maszynki do golenia ręczne i elektryczne, scyzoryki, nożyczki, latarki kieszonkowe, portfele i sakiewki przyprowadzi Główny Urząd Gosp. i Admin. SS do porządku w specjalnych warsztatach, gdzie też będą oczyszczone i wycenione, ażeby mogły być jak najszybciej wysłane do oddziałów frontowych. Wojsko otrzyma je odpłatnie przez kantyny. Należy ustalić 3–4 kategorie cen i dopilnować, ażeby każdy dowódca i żołnierz mógł nabyć najwyżej jeden zegarek. Od sprzedaży należy wyłączać złote zegarki, których zużytkowanie zastrzegam sobie.

Całkowity wpływ przypadnie Państwu (niemieckiemu).

d) Bieliznę męską łącznie z obuwiem należy posortować i oszacować. Po pokryciu własnego zapotrzebowania dla więźniów obozów koncentracyjnych, a wyjątkowo dla oddziałów SS, należy rzeczy wymienione przekazać Związkowi Volksdeutschów, za zapłatą.

e) Suknie kobiece, bieliznę wraz z obuwiem, ubrania dziecięce należy oddać organizacji Volksdeutschów za zapłatą.

Bieliznę czysto jedwabną należy oddać według instrukcji Gł. Urzędu Gosp. i Adm. SS Ministerstwu Gospodarki Rzeszy. To samo stosuje się do bielizny pod lit. d.

f) Pierzyny, koce wełniane itp., materiały na ubrania, szale, parasole, laski, termosy, ochraniacze na uszy, wózki dziecięce, grzebienie, torby ręczne, paski skórzane, torby na zakupy, fajki, okulary od słońca, lustra, noże, łyżki, widelce itp., plecaki, walizki skórzane i inne należy oddać organizacji Volksdeutschów. Kwestia opłaty będzie później uregulowana. […]

g) Pościel, jak: prześcieradła, podpinki, poduszki, ręczniki, prześcieradła kąpielowe, kapy stołowe, należy oddać organizacji Volksdeutschów za zapłatą. […]

h) Okulary i szkła wszelkiego rodzaju należy oddać urzędowi sanitarnemu do zużytkowania. (Okulary w złotej oprawie muszą być oddane wraz z metalami szlachetnymi bez szkieł). […]

i) Futra w dobrym gatunku wszelkiego rodzaju, przerobione lub nie, należy dostarczyć Gł. Urzędowi Gosp. i Admin. SS. Futra tanie (baranie, zajęcze, królicze itd.) należy za uwiadomieniem Gł. Urzędu Gosp. i Admin. SS B II dostarczyć do Zakładu Odzieżowego Broni SS w Ravensbrück koło Fürstenbergu. […]

Należy surowo przestrzegać, ażeby przy oddawanych ubraniach i okryciach odpruto gwiazdę żydowską” [1].

Akcja Reinhardta zakończyła się dnia 19 października 1943 roku i prowadzący ją na terenie Generalnej Guberni SS-Gruppenführer Odilo Globocnik złożył Himmlerowi sprawozdanie. Oto wyjątki z tego dokumentu:

„[…] Dnia 19.10.1943 roku zakończyłem przeprowadzoną przeze mnie w Generalnej Guberni »operację Reinhardta« i rozwiązałem wszystkie żydowskie obozy. W toku „operacji Reinhardta” w Lublinie w okresie od dnia 1 kwietnia 1942 roku do dnia 15 grudnia 1943 roku Rzesza Wielkoniemiecka otrzymała nabytki »operacji Reinhardta« wymienione w zestawieniu. W kruszcach szlachetnych zebrano: 236 sztab złota o wadze 2 909,68 kg, liczonych po 2 800 marek niemieckich, 2 143 sztab srebra o wadze 18 733,69 kg, liczonych po 40 marek niemieckich, 15,14 kg platyny liczonych po 5 000 marek niemieckich. Dewizy w złocie obejmują walutę 34 krajów. […] Wykaz kosztowności, biżuterii i innych przedmiotów obejmuje 44 pozycje. Na wstępie 15 883 pierścieni złotych z brylantami i diamentami, liczonych po 1 500 marek niemieckich. Dalej 130 dużych brylantów po 1 000 marek niemieckich; 2 511,87 karatów brylantów po 100 marek niemieckich; 13 458,62 karatów diamentów po 50 marek niemieckich; 114 kg pereł oszacowanych na 6 milionów marek niemieckich. Jest też 103 614 zegarków (Reparaturuhren) po 2 marki za sztukę, 60 125 zegarków po 10 marek, 2 343 budzików po 4 marki i 6 943 budzików wymagających naprawy po 1 marce; 29 391 par okularów po 3 marki niemieckie. Materiały włókiennicze stanowiły odzież, bieliznę, pierze i szmaty w ilości 1 901 wagonów, ocenionych w sumie na 26 000 000 marek niemieckich. Łączna wartość wszystkich nabytków do dnia 15 grudnia 1943 roku wyniosła 178 745 960,59 marek niemieckich” [1] [2].

Wykaz powyższy podpisali, prócz Globocnika, Sturmbannführer Wippern jako kierownik zarządu i Oberscharführer SS Rzepa jako kierownik kasy „Akcji Reinhardta”.

Wszystkie ujawnione wykazy i zestawienia zrabowanych rzeczy oraz przedmiotów osobistego użytku pomordowanych ofiar nie dają pełnego obrazu, ponieważ znaczna ich część została rozkradziona. Jeden z SS-manów, należący do zbrojnej załogi obozu oświęcimskiego, SS-Untersturmführer Fritz Bergmann, opowiadał w obecności świadka Artura Mayera, że SS odebrało Żydom w Oświęcimiu kosztowności o wartości około 1 miliarda (1 000 000 000) marek niemieckich, ale w rzeczywistości wartość tych rzeczy była o wiele większa.

Instrukcja dotycząca „Akcji Reinhardta” obowiązywała we wszystkich niemieckich obozach koncentracyjnych, określała szczegółowo rodzaj postępowania ze zrabowanym uśmierconym Żydom mieniem. Kłamca, manipulant i ignorant Gross ośmielił się napisać, że mienia pozostawionego przez SS-manów Żydom była taka ilość, iż nawet w pozostałych po spaleniu tych nieszczęśników w krematoriach popiołach można było wygrzebać fortunę.

Jeżeli już ktoś mógł się wzbogacić na procederze okradania zwłok żydowskich (oprócz Rzeszy Niemieckiej i SS-manów pilnujących obozów zagłady i okradających Rzeszę z zadekretowanych dla niej pożydowskich dóbr), to „pinkertowcy”: grabarze żydowscy z zakładu pogrzebowego Towarzystwo Ostatniej Posługi, należącego do żydowskiej rodziny Pinkerta – odkopywali oni zwłoki Żydów zmarłych w getcie i okradli je ze złotych protez, plomb, biżuterii, grabili rytualną odzież – tałesy i tahirimy. Żydowskie źródła (wydane na Zachodzie) podkreślają bardzo zyskowny charakter tego procederu – pinkertowcy mieli się wzbogacić nawet na krwi swoich współziomków. Icchak Cukierman „Antek”, członek Żydowskiej Organizacji Bojowej, twierdzi, że w pierwszych dniach powstania w getcie warszawskim w kwietniu 1943 r. pinkertowcy grabili opuszczone domy żydowskie (A. Cukierman, „Nadmiar pamięci”, Warszawa 2000). Po wydostaniu się z getta i dołączeniu do oddziału Gwardii Ludowej w lasach wyszkowskich przestępcza grupa, powszechnie znienawidzona wśród samych Żydów, została wymordowana – jak przypomina dr Wojciech Muszyński, historyk IPN – przez członków Żydowskiej Organizacji Bojowej i Gwardii Ludowej. Pinkertowcy mieli do czynienia ze zwłokami Żydów, których nie dosięgła „Akcja Reinhardta”, więc niepozbawionych jeszcze dobytku. Gross, zaciekły w swojej antypolskiej propagandzie, udając naukowca – historyka, zapomina o faktach, rozwijając swoje ponure antypolskie hipotezy i domniemania.

Gross i Lewinkopf dali przykład, inni może dostali podobne polecenia albo zwietrzyli, że na opluwaniu Polaków można zbić „kasę”. No i wysypali się jak grzyby po deszczu: Martin Gray, Janka Hescheles, Miriam (Mary) Berg, Misha Defonseca z hagadą „Przeżyć z wilkami”. Ta ostatnia przesadziła, żądając w sądzie od swojego wydawcy 22 mln dolarów, których jej za książkę nie dopłacił. Jeśli nie dopłacono jej 22 mln dolarów, to ile już dostała? Można zarobić na pluciu na Polin? Można i to nieźle. Problem jednak pojawił się nowy: wydawca, broniąc się, wysypał, że autorka nie jest i nigdy nie była żydówką, za jaką w książce się podaje, tylko „katoliczką” z Amsterdamu, naprawdę nazywa się Monique De Wael i że nigdy noga jej nie stanęła w Polsce.

Ale książka poszła w świat, o fałszerstwie mało kto wie, a Polacy dostali nowy listek laurowy do wawrzynowego wieńca sławy światowych arcymistrzów antysemityzmu. Nawet w Polsce niektóre odmóżdżone osobniki traktują te koszmarne baśnie jako prawdę historyczną. Takich „baśniopisarzy” opluwających na Zachodzie naród polski było więcej. Przychodziło to im tym łatwiej, że „polscy” ambasadorowie ze szkoły Geremka, w imię plemiennej solidarności, zamiast bronić dobrego imienia Polaków, robili własne geszefty i współpracowali z opluwaczami. W psychologii znany jest fenomen nienawiści obdarowanego do dobroczyńcy. Niekiedy nienawidzący nie wytrzymuje wewnętrznej niespójności między tym, co ma w pamięci, a tym, co głosi. Być może właśnie ten konflikt był przyczyną samobójstwa Lewinkopfa-Kosińskiego, autora „Malowanego ptaka”? Oczywiście wredne bajania Kosińskiego zostały rozsławione przez stosowne media na całym świecie i rozeszły się w milionach egzemplarzy.

Badająca sprawę uratowania się rodziny Lewinkopfów świetna dokumentalistka i publicystka Joanna Siedlecka opisała ją w książce „Czarny ptasior” i została za to obwołana antysemitką, bo opisała, jak było naprawdę.

Żydzi i inni filosemici plwający na Polaków mają się dobrze, wspomagani przez pełniących obowiązki Polaków polskich polityków. Tu zatrzyma się ekshumację, bo wykopaliska wskazują na zbrodnię Niemców, a nie Polaków. Ówdzie „ministra” RP albo prezydent USA „pomyli się” i powie „polski obóz koncentracyjny”. I tak, z pomocą obieranych przez nas przedstawicieli narodu, utrwala się fałszywa legenda Polaków antysemitów, winnych zagłady Żydów. Kiedy ktoś, jak Grzegorz Braun, obdarzony odwagą cywilną, powie głośno, że pokazywane jako autentyki krematoria w Auschwitz budzą wątpliwości, czy kiedykolwiek mogły funkcjonować – robi się klangor na cały świat. Po dokładniejszej analizie wypowiedzi okazuje się, że Braun nie kwestionuje niczego z zagłady Żydów, tylko ma wątpliwości co do autentyzmu budowli; co do tego, czy nie są one po prostu nieudolnymi rekonstrukcjami. Historycy, zamiast moczyć spodnie na sam dźwięk tego hasła, powinni zdobyć się na odwagę i szukać prawdy tam, gdzie ona się znajduje. Zatopieni i przyzwalający na kłamstwo znajdą się wcześniej czy później w sytuacji, kiedy zmuszeni zostaną do taplania się w oszustwie.

Autorstwo: Barnaba d’Aix
Źródło: WolneMedia.net

Przypisy

[1] Z książki „Nie oszczędzać Polski” Tadeusza Cypriana i Jerzego Sawickiego, profesorów prawa karnego. Cyprian i Sawicki byli reprezentantami Polski na Procesach Norymberskich i w przeciwieństwie do Grossa wiedzieli, o czym piszą.

[2] 1 Reichsmarka (RM) z 1943 roku miała siłę nabywczą odpowiadającą dzisiejszym około 3,50–4,50 euro, weźmy średnią 4,0 euro. 178 745 960 ówczesnych Reichsmarek miałoby dzisiaj wartość około 715 milionów euro.

Braun składa zawiadomienie do prokuratury w związku z konferencją o surogacji w Warszawie. Chodzi m.in. o handel ludźmi

Braun składa zawiadomienie do prokuratury

w związku z konferencją

o surogacji w Warszawie.

Chodzi m.in. o handel ludźmi

27.08.2026 nczas/braun-sklada-zawiadomienie-do-prokuratury-w-zwiazku-z-konferencja-o-surogacji-w-warszawie-chodzi-m-in-o-handel-ludzmi

NCZAS.INFO | Grzegorz Braun. Foto: PAP
NCZAS.INFO | Grzegorz Braun. Foto: PAP

Lider KKP Grzegorz Braun złożył zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa w postaci handlu ludźmi w związku z działalnością ukraińskiej firmy surogacyjnej. W przyszłym miesiącu firma organizuje konferencję w Warszawie.

Ukraińska klinika BioTexCom w połowie września organizuje konferencję na temat surogacji, czyli zamawiania zajścia w ciążę i sprzedaży dzieci. Na Ukrainie jest to legalny i uregulowany prawnie biznes, w Polsce zaś w teorii jest to zakazana praktyka, która może podchodzić pod handel ludźmi.

O sprawie konferencji pisaliśmy w artykule poniżej.

nczasukrainska-firma-surogacyjna-organizuje-konferencje-w-warszawie

Sprawą zainteresował się lider KKP Grzegorz Braun. Na Facebooku opublikował pismo z zawiadomieniem dla Prokuratury Okręgowej w Warszawie o możliwości przestępstwa polegającego na handlu ludźmi.

„Na podstawie art. 304 § 1 Kodeksu postępowania karnego niniejszym zawiadamiam o możliwości popełnienia przestępstwa handlu ludźmi, w tym przygotowania do tego przestępstwa, w związku z planowaną organizacją i promocją komercyjnych programów tzw. macierzyństwa zastępczego (surogacji) na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej” – napisał w zawiadomieniu Grzegorz Braun.

„Z publicznie dostępnych informacji, w tym z materiału opublikowanego na platformie YouTube pod adresem: https://youtu.be/UWn7MeDPQDw (kanał Tomasza Piekielnika, tytuł: „Sprzedaż Dzieci, Ukraińska Klinika, Warszawska Konferencja, Surogacja i Ważne Pytania!”), a także z niezależnych doniesień medialnych wynika, że ukraińska klinika BioTexCom (Centrum Rozrodu Człowieka BioTexCom z siedzibą w Kijowie) organizuje w dniach 12–13 września 2026 r. w Warszawie konferencję poświęconą m.in. komercyjnej surogacji” – czytamy w opublikowanym zawiadomieniu.

Jak podkreślił Braun, „w oficjalnym formularzu rejestracyjnym uczestnicy są pytani wprost o zainteresowanie 'macierzyństwem zastępczym’ z własnymi komórkami jajowymi lub komórkami dawczyni. Na stronie internetowej kliniki BioTexCom (w wersji polskojęzycznej) oferowane są konkretne pakiety komercyjne”. Wskazał na omawiane wcześniej w naszym artykule pakiety: „Standardowy”, „Standardowy Plus” i „VIP”. Ich ceny oscylują od prawie 40 tys. euro do prawie 65 tys. euro.

Podkreślił następnie, że ukraińska firma „opisuje procedury wyboru matki zastępczej oraz zapewnia klientom wsparcie medyczne, prawne, transport i zakwaterowania”. Natomiast samo wydarzenie „ma charakter otwartej promocji usług, które w warunkach polskich budzą poważne wątpliwości prawnokarne”.

„Przypominam, że znowelizowana dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady 2011/36/UE w sprawie zapobiegania handlowi ludźmi i zwalczania tego procederu oraz ochrony ofiar wprost uznaje wykorzystywanie surogacji za jedną z możliwych form eksploatacji. Polski Kodeks karny w art. 189a §1 penalizuje handel ludźmi, a w §2 – przygotowanie do tego przestępstwa. Ponadto art. 619 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego stanowi, że matką dziecka jest kobieta, która je urodziła – umowy o surogację nie przenoszą macierzyństwa. Komisja Kodyfikacyjna Prawa Rodzinnego w opinii z sierpnia 2025 r. wskazała, że działania związane z surogacją mogą podlegać ocenie na gruncie przepisów karnych, w tym dotyczących handlu ludźmi” – napisał w zawiadomieniu lider KKP Grzegorz Braun.

Wskazał też, że organizacja konferencji w Polsce, której „celem jest pozyskiwanie klientów do komercyjnych programów surogacji prowadzonych poza granicami Polski, a także zbieranie danych osobowych uczestników zainteresowanych tymi programami, może wyczerpywać znamiona przygotowania do przestępstwa handlu ludźmi (art. 189a §2 k.k. w zw. z art. 18 §1 k.k.)”.

„Istnieje ponadto ryzyko naruszenia przepisów o ochronie danych osobowych (RODO) – w widocznej treści formularza rejestracyjnego brak jest pełnej klauzuli informacyjnej wskazującej administratora danych i podstawę ich przetwarzania. Mając na uwadze powyższe fakty, a także ochronę ładu prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, godności człowieka oraz interesów małoletnich, zwracam się z wnioskiem o: 1. wszczęcie postępowania przygotowawczego w sprawie możliwości popełnienia przestępstwa z art. 189a §1 i §2K .k.; 2. ustalenie organizatorów, promotorów i ewentualnych współsprawców planowanego wydarzenia; 3. zabezpieczenie materiałów reklamowych, formularzy rejestracyjnych oraz danych osobowych zebranych w związku z konferencją; 4. podjęcie działań mających na celu uniemożliwienie przeprowadzenia wydarzenia w formie promującej działalność, mogącą nosić znamiona handlu ludźmi. Wnoszę o prowadzenie postępowania w celu ustalenia sprawców ww. czynów” – podsumował Grzegorz Braun.

Ministerstwo Prawdy. Solenni profesorowie najlepiej wiedzą, jak było…

Ministerstwo Prawdy. Solenni profesorowie najlepiej wiedzą, jak było…

14.08.2026 Autor: Stanisław Michalkiewicz ministerstwo-prawdy

NCZAS.INFO | Premier Donald Tusk oraz prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski. / Foto: PAP
NCZAS.INFO | Premier Donald Tusk oraz prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski. / Foto: PAP

Już czwarty rok toczy się wojna rozpoczęta przez prezydenta USA Baracka Obamę, który wyasygnował 5 mld dolarów na uruchomiony w 2014 roku „Majdan”, którego celem było wyłuskanie Ukrainy z „rosyjskiej” strefy Europy. Kilka lat wcześniej bowiem, 20 listopada 2010 roku, na szczycie NATO w Lizbonie proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO–Rosja, będące ukoronowaniem 25-letnich prac nad ustanowieniem nowego porządku politycznego w Europie, który miał zastąpić nieaktualny już porządek jałtański.

Najważniejszym postanowieniem tego nowego porządku było strategiczne partnerstwo NATO– Rosja. Jego najtwardszym jądrem było strategiczne partnerstwo rosyjsko- niemieckie, które pojawiło się zaraz po podpisanym 12 września w Moskwie traktacie „o ostatecznym uregulowaniu odnośnie Niemiec”, potocznie zwanym „traktatem 2 plus 4”. Niemcy bowiem nawróciły się wtedy na linię polityczną kanclerza Bismarcka, według której Niemcy zarządzają Europą w porozumieniu z Rosją, a zewnętrznym wyrazem tego nawrócenia było wspomniane strategiczne partnerstwo – no a kamieniem węgielnym owego partnerstwa był podział Europy na część niemiecką i część rosyjską – prawie dokładnie wzdłuż linii Ribbentrop– Mołotow.

I kiedy wydawało się, że klamka zapadła na 50, a może nawet na 100 lat, prezydent Obama wysadził to wszystko w powietrze, wykładając wspomniane 5 mld dolarów na „Majdan”. Dlaczego to zrobił – to sprawa osobna, której roztrząsanie rozsadziłoby ramy tego artykułu, więc tylko wskażemy trop, którym gwoli wyświetlenia tej sprawy trzeba by podążać, a który zaczyna się od „szczytu” w Deauville w październiku 2010 roku z udziałem francuskiego prezydenta Mikołaja Sarkozy’ego, Naszej Złotej Pani z Berlina i ówczesnego rosyjskiego prezydenta Dymitra Miedwiediewa.

Od Bismarcka do Wilhelma

Od rzemyczka do koniczka – powiada przysłowie – i tak właśnie było w tym przypadku. Inicjatywa Baracka Obamy doprowadziła wprawdzie do wysadzenia „porządku lizbońskiego” w powietrze – ale jeszcze nie do wojny. Do wojny doszło dopiero za prezydentury Józia Bidena, który naobiecywał wystruganemu z banana przez żydowskiego „oligarchę” Igora Kołomojskiego ukraińskiemu prezydentowi rozmaite cuda na kiju, wskutek czego odrzucił on tzw. „porozumienia mińskie”, a to sprowokowało Rosję do rozpoczęcia w 2022 roku „specjalnej operacji wojskowej”. Rosyjski wywiad zawiódł tu na całej linii, bo najwyraźniej liczył na powtórzenie sytuacji z roku 2014, kiedy to Krym został przez Rosję przejęty bez jednego wystrzału. Tym razem trafiła kosa na kamień, bo Amerykanie i Anglicy uzbroili ukraińskie wojsko po zęby i odpowiednio przeszkolili. W rezultacie Blitzkrieg spalił na panewce, a Rosjanie natychmiast zrezygnowali z zajmowania Kijowa, ograniczając cele wojenne do wyrąbania lądowego korytarza do Krymu – i ten cel w zasadzie już został osiągnięty, a to, co się teraz dzieje, to tylko walka o to, jaką będzie miał szerokość.

W wojnę z Rosją, za sprawą Amerykanów, zaangażowany został cały Pakt Atlantycki, co po kilku latach doprowadziło do zmiany niemieckiej polityki we Wschodniej Europie. Po wysadzeniu bałtyckich gazociągów Niemcom łatwiej było odstąpić od strategicznego partnerstwa z Rosją – ale doszło do tego dopiero w marcu 2023 roku, kiedy to amerykański prezydent Józio Biden, w nagrodę za odstąpienie Niemiec od strategicznego partnerstwa z Rosją pozwolił niemieckiemu kanclerzowi Olafowi Scholzowi na to, by Niemcy urządzały sobie Europę po swojemu. W Europie nie ma zbyt wiele miejsca na coraz to nowe – jak powiedziałby Kukuniek – „koncepcje”, więc w tej sytuacji Niemcy powróciły do polityki, jaką prowadziło Cesarstwo Niemieckie w roku 1917. Jak pamiętamy, za jego przyzwoleniem powstała wtedy Ukraińska Republika Ludowa w celu szachowania Rosji i utrzymywania w ryzach Polaków. Zewnętrznym wyrazem powrotu Niemiec do tej polityki było proklamowanie w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego. I zaraz prezydent Zełenski nabrał animuszu, nadając jednostce niezwyciężonej armii ukraińskiej imię „Bohaterów UPA”, co w naszym nieszczęśliwym kraju wywołało rodzaj burzy w szklance wody.

Polska opinia w rozkroku

Nasz nieszczęśliwy kraj prowadzenie prawdziwej polityki ma od Naszych Sojuszników surowo zakazane, toteż Polska polityce europejskiej najwyżej kibicuje. Pokrzykuje, przytupuje, wymachuje rękami – i to nie w ramach żadnej samowolki, ale zgodnie ze wskazówkami któregoś z Sojuszników – jak nie tego, to tamtego. Nic się nie zmieniło pod tym względem od początku lat 90., kiedy to scharakteryzowałem postawę naszego nieszczęśliwego kraju w felietonie pod tytułem „Polska ormowcem Europy”. Różnica między początkiem lat 90. a sytuacją obecną sprowadza się do tego, że kibicowaniu europejskiej polityce towarzyszy nieustanny lęk, by nie paść ofiarą „wojny hybrydowej”. Lęk ten jest odczuwalny zwłaszcza wśród warstw lepiej czy gorzej wykształconych, które mają ambicję kibicowania ośrodkom sprawującym w naszym nieszczęśliwym kraju tzw. rząd dusz. Właściwie jest to jeden ośrodek w postaci Judenratu, na czele którego stoi Główny Cadyk III Rzeczypospolitej w osobie pana red. Adama Michnika. Za pośrednictwem Judenratu sufluje on mikrocefalom, stanowiącym krąg jego wyznawców, co i jak mają myśleć. No a oni – wiedząc, że tylko w ten sposób będą mogli również we własnych oczach ujść za mądrych, roztropnych i przyzwoitych, posłusznie myślą w sposób nakazany, w lot dostrajając się do mądrości etapu.

Na przykład kiedy po proklamowaniu strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego pan red. Michnik rzucił hasło: „wszyscy jesteśmy Ukraińcami”, mądrzy, roztropni i przyzwoici natychmiast zaczęli piętnować nosicieli „nienawiści”, co to tworzą u nas „atmosferę przedpogromową”. Doszło do tego, że nawet przewielebna siostra Małgorzata Chmielewska oderwała się na chwilę od warzenia gorącej strawy dla nieszczęśliwych i pobiegła do Judenratu wypłakać się ze wstydu za mniej wartościowy naród i nieszczęśliwy kraj. I słuszna jej racja, bo jeszcze kilka takich demonstracji i przewielebna siostra Małgorzata zostanie kandydatką na ołtarze – a czegóż mogłaby chcieć więcej?

Ale głoszenie aktualnych mądrości etapu to jedna sprawa, a sprawą drugą jest wystrzeganie się ulegania kremlowskiej” dezinformacji” i „propagandzie”. Ta ostrożność posunięta jest do tego stopnia, że gdy Kreml, a zwłaszcza gdy Putin na krzesło powie krzesło, mądrzy, roztropni i przyzwoici gotowi są natychmiast się z nim spierać – o ile oczywiście pan red. Michnik podpowie im, co mają mówić. Niebezpieczeństwo polega również na tym, że oprócz pana red. Michnika głos zabierają również inne osoby, które w dodatku wyrażają opinie niezatwierdzone przez żaden urząd ani nawet licencjonowaną organizację pozarządową w rodzaju Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Na domiar złego wiele z tych samowolnie głoszonych opinii ma znamiona „mowy nienawiści” – a wiadomo, że jest rozkaz, iż nienawiść ma być powszechnie i bez zastrzeżeń znienawidzona. Na straży tego rozkazu staje właśnie pani Sylwia Gregorek-Abram, której Wielce Czcigodni parlamentarzyści z koalicji 13 grudnia właśnie przyznali fuchę Rzecznika Praw Obywatelskich. Gwoli wyjaśnienia – „mową nienawiści” nazywamy każdą opinię, która nam się nie podoba, a ponadto nie została zatwierdzona przez żaden Sanhedryn.

Prof. Dudek wzywa obywatela Tuska

Jednym z takich patentowanych nienawistników jest Grzegorz Braun. Nie dość, że ani nie uzgadnia swoich opinii z Judenratem, ani nie akomoduje się do mądrości etapu, to „jątrzy” i „dzieli” opinię publiczną, również w sytuacjach gdy wielkim nakładem sił i środków udało się doprowadzić do ujednolicenia stanowisk ponad podziałami. Polega to na tym, że takie samo zdanie wyrażają zarówno ci, którzy wyznają jeden światopogląd, jak i ci, którzy wyznają drugi światopogląd, bo – podobnie jak było za pierwszej komuny – również i teraz są dwa światopoglądy, bo są dwie kasy.

Jedną z takich uzgodnionych ponad podziałami i zatwierdzonych przez Judenrat opinii jest apologetyczna ocena Komisji Edukacji Narodowej. Jak wiadomo, powstała ona dzięki kasacie zakonu jezuitów. Majątki poklasztorne zostały przekazane właśnie na jej rzecz – przy czym nie obyło się bez rozmaitych brzydkich rzeczy. Stanisław Cat-Mackiewicz wspomina o tym, mówiąc, że pierwsze koryto wylewa się dla świń. W przypadku Komisji Edukacji Narodowej tych wylanych koryt było co najmniej kilka, a może nawet – kilkanaście – podobnie jak w przypadku uwłaszczenia nomenklatury podczas przygotowań do transformacji ustrojowej – a i potem, podczas tworzenia narodowych funduszy inwestycyjnych i ich prywatyzacji.

I oto złowrogi Grzegorz Braun nie tylko bez upoważnienia, ale i bez przyzwolenia zabrał na ten temat głos, piętnując Komisję Edukacji Narodowej, a zwłaszcza – tzw. Kuźnicę Kołłątajowską – że była to grupa opłacana kwotą kilkudziesięciu milionów franków przez władze rewolucyjnej Republiki Francuskiej, żeby w naszym nieszczęśliwym kraju doprowadzić do rewolucji.

Ta rewolucja zaangażowałaby z pewnością mocarstwa ościenne w jej tłumienie, dzięki czemu rewolucja we Francji mogłaby chwilę odetchnąć. Nie dość, że gada takie rzeczy, to jeszcze wraz z Janem Taturą wydał książkę pod tytułem „Polskie biesy”, w której dopuszcza się mnóstwa innych myślozbrodni. Tymczasem jest rozkaz, że jeśli ktokolwiek dopuszcza się prowokacji, to tylko zimny ruski czekista Putin, podczas gdy ani w słodkiej Francji, ani wilgotnej Anglii każdy ma serce na dłoni i od jakichkolwiek prowokacji trzyma się z dala.

Nic dziwnego, że w obliczu takiej samowoli ze strony złowrogiego Grzegorza Brauna nie mógł już dłużej wytrzymać pan prof. Antoni Dudek. Wprawdzie nauka, jak wiadomo, polega na poszukiwaniu prawdy, ale z drugiej strony, na nieustannym weryfikowaniu tego, co dotąd udało się ustalić – ale mimo to – porządek musi być. Kto to widział, żeby jakiś Braun, w dodatku powołując się na wyszperane w korcu maku publikacje, podważał solenne ustalenia profesorów zwyczajnych i nadzwyczajnych, orderowych panów, co to swoimi wiekopomnymi dziełami pozapychali biblioteki? Solenni profesorowie najlepiej wiedzą, jak było, a jeśli nawet nie wiedzą, to zawsze ktoś starszy i mądrzejszy im podpowie, dzięki czemu zarówno oni, jak i lud prosty, wie, czego się trzymać i w co wierzyć, a w co nie.

Toteż pan prof. Dudek wystąpił publicznie do obywatela Tuska Donalda, żeby tej myślozbrodniczej działalności Grzegorza Brauna położył kres. Inaczej diabli wezmą całą „naukę przodującą” – jak mówił Józef Stalin – i nie będziemy już wiedzieli, w co wierzyć, a w co nie. Pan prof. Dudek nie podsuwa żadnego konkretnego rozwiązania, ale wszystko wskazuje na to, że niezawisłe sądy mogą okazać się niewystarczające.

Czas więc uderzyć w czynów stal i odwołując się do profetycznego dzieła Jerzego Orwella „Rok 1984”, niezwłocznie powołać Ministerstwo Prawdy, a pana prof. Antoniego Dudka mianować jego szefem. Bez tego daleko nie zajedziemy, zwłaszcza w sytuacji gdy Nasz Najważniejszy Sojusznik raz sztorcuje prezydenta Zełenskiego, a zaraz potem robi mu na rękę i traktuje jak swoją najukochańszą Duszeńkę.

Stanisław Michalkiewicz

Chów wsobny polskich ćwierć inteligentów

Chów wsobny polskich ćwierć inteligentów

5 sierpnia 2026

O szemranych początkach polskiej łże elity

Świetna gawęda historyczna Grzegorza Brauna o początkach polskiej łże elity w XVIII wieku

W tych dawniejszych czasach inteligencja, więc ta taka pseudoelitarność, właśnie sięgająca korzeniami XVIII, jak nie XVI wieku, czasów rewolucji protestanckiej.

XVIII wiek to jest ten inkubator polskiej inteligencji, jako łże elity, która dokonuje, nazwijmy to, właśnie wrogiego przejęcia, jak w podtytule mojej książeczki, tego przechwycenia stanu świadomości narodowej. No i to trwa do dzisiaj.

Chów wsobny polskich ćwierć inteligentów

Otóż to był chów wsobny. Polski inteligent jest, przepraszam za takie porównanie, jest mułem. To znaczy nie rozmnaża się. Można tylko nominować następnych ćwierć inteligentów na inteligentów…

Można tylko nominować następnych ćwierć inteligentów na inteligentów, ale oni nie będą mieli swoich kontynuatorów, dlatego że kontynuacja jest w liniach służbowych. W służbie cywilnej i służbie mundurowej. Mafie, służby i loże nominują wielkich mistrzów i jakichś tam małych czynowników, czynowniczków, oficerów w kolejnych generacjach.

Ale to nie jest rozwój naturalny narodu. To jest właśnie naród przechwycony. To jest naród, któremu przyprawiono głowę szereg razy.

Właśnie pierwszy raz na tę skalę to jest w wieku XVIII. Kiedy rodzi się ta pseudoelita, która rości sobie pretensje do monopolu. Rości sobie pretensje do roli dyktatorów wszelkich mód intelektualnych, politycznych, także filozoficznych, literackich, artystycznych.

Proces marszu przez instytucje

To jest w XX wieku Szkoła Frankfurcka i generalnie Eurokomuna realizuje filozofię i praktykę polityczną. Więc u nas wtedy w XVIII wieku te instytucje muszą dopiero powstać, żeby było przez to maszerować. Żeby ta powiedzmy protokomuna, ci rewolucjoniści różnej maści, żeby mieli etaty do obsadzenia.

Po to żeby z wysokości swoich etatów w instytucjach, których wcześniej nie było, a oni pierwsi wmówią Polakom, że te instytucje są w ogóle samą istotą polskości, narodowości i państwowości. Żeby z wysokości tych instytucji, tych krzeseł, foteli, fotelików, kanap, żeby dyktować narodowi w co ma wierzyć, w którą stronę ma iść, czy w prawo, czy w lewo.

Grzechy polskich ćwierćinteligentów

Demokratyzm, etatyzm, pacyfizm, modernizm, w odniesieniu do historii ojczystej insurekcjonizm, no i oczywiście “władca pierścieni”, czyli judeo-idealizm, czyli „anty-antysemityzm”. Jako dogmat, który wszystkie zbiera, wszystkie spina i wszystkimi rządzi.

Powstanie Warszawskie. Braun OSTRO: Nigdy więcej niech się to nie powtórzy

Powstanie Warszawskie. Braun OSTRO: Nigdy więcej niech się to nie powtórzy

1.8.2026 nczas/powstanie-warszawskie-braun-ostro-nigdy-wiecej-niech-sie-to-nie-powtorzy

Grzegorz Braun
NCZAS.INFO | Grzegorz Braun. / foto: PAP

1 sierpnia 1944 r. w Warszawie wybuchło powstanie, które – pomimo bohaterstwa żołnierzy i cywilów – zakończyło się klęską, śmiercią ok. 200 tys. osób i olbrzymimi stratami materialnymi. Z okazji 82. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego przypominamy opinię na jego temat lidera Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna.

W Warszawie 1 sierpnia 1944 r. do walki stanęło ok. 40-50 tys. powstańców. Powstanie planowane na kilka dni trwało ponad dwa miesiące. W czasie walk w stolicy zginęło ok. 18 tys. powstańców, a 25 tys. zostało rannych.

Poległo również ok. 3,5 tys. żołnierzy z Dywizji Kościuszkowskiej, którzy we wrześniu 1944 roku przeprawili się przez Wisłę, aby pomóc walczącemu miastu.

Straty wśród ludności cywilnej wyniosły ok. 180 tys. zabitych. Pozostałych przy życiu mieszkańców Warszawy, ok. 500 tys., wypędzono ze zniszczonego miasta, które po powstaniu Niemcy niemal całkowicie zburzyli.

Braun o Powstaniu Warszawskim

Z perspektywy czasu decyzję o rozpoczęciu powstania w Warszawie krytycznie ocenia prezes Konfederacji Korony Polskiej i polski poseł do Parlamentu Europejskiego Grzegorz Braun.

– Bardzo chciałbym, aby młodzi Polscy patrioci nie zatrzymywali się na poziomie auto egzaltacji tą hekatombą, tym horrorem, chciałbym, aby czcząc pamięć dzielnych rodaków, żołnierzy, z których nie wszyscy byli profesjonalnymi żołnierzami, żeby nie popadali w pochwałę amatorszczyzny w prowadzeniu wojny. Żeby nikt nie czcił składania ofiary z 11-letnich chłopców na ołtarzu ojczyzny. Bardzo chciałbym, abyśmy wydorośleli – komentuje Powstanie Warszawskie i kult wokół niego stworzony Grzegorz Braun.

– Zróbmy Polskę tak, żeby to nie wymagało składania ofiary z dzieci. Każdy niech złoży ofiarę z własnego życia, jeśli uzna to za stosowne, ale niech nie rozporządza cudzym życiem – podkreślił poseł.

– Zaprawiajmy się do profesjonalnej wojaczki, a nie rozpaczliwych aktów, które jak się okazuje nikogo do niczego nie przekonują i nie dają nam żadnej gwarancji, polisy ubezpieczeniowej, przed spychaniem do kategorii najgorszych wyrzutków historii. Mimo Powstania Warszawskiego, przecież Polacy są bardzo łatwo zaliczani do obozu nazistów, antysemitów, faszystów i winowajców II wojny światowej i Powstanie Warszawskie nas przed tym w żaden sposób nie zabezpiecza – powiedział Braun.

– Nigdy więcej, niech nigdy więcej wojskowi nie wyręczają się cywilami, niech nigdy więcej dorośli nie wyręczają nieletnimi, mężczyźni niech się nie zasłaniają kobietami, nigdy więcej niech się to nie powtórzy. My sobie w cichości ducha tak mówmy, niech inni na około myślą, że jesteśmy wariatami skłonnymi do samobójstw, ale my na poziomie elity przywódczej nigdy więcej nie traktujmy insurekcjonizmu jako wzorcu, po który wolno sięgnąć polskiemu politykowi, liderowi, przywódcy – podkreślił. Lider Konfederacji KP przypomniał, że kiedyś nieudane samobójstwa były karane – nawet więzieniem.

Polskie biesy

Polskie biesy

Autor: Redakcja , 25 lipca 2026 ekspedyt/polskie-biesy

Polska historia jest używana przez, no tak po prostu, przez obcych, przez obcych narodowo, kulturowo, cywilizacyjnie, obcych i wrogich, do tego, żeby obsługiwać Polaków, żeby zarządzać ich percepcją. A tacy Polacy, którymi obcy zarządzają, stają się łatwi w obsłudze  i potem służą jako podpałka, jako materiał łatwopalny do rozpętywania jakichś kolejnych majdanów środkowoeuropejskich

W rozmowie z Grzegorzem Braunem dowiadujemy się o biesach polskiej historii. To trudna rozmowa, gdyż odbrązawia polskie historyczne postacie, do tej pory stojące na piedestałach polskiej historii. Pochylamy się nad polską skłonnością do pięknych gestów, zamiast do pragmatyzmu. Okazuje się, że ta przywara polskiego charakteru zdaje się być mocno zewnętrznie stymulowana. Braun omawia tez skutki sprowadzania polskiej historii do insurekcjonizmu.

Omawiamy trzy obszary: instytucję – tu Komisję Edukacji Narodowej, datę – Konstytucję 3 maja oraz postać: Tadeusza Kościuszko.

Obalanie polskich mitów nie jest u Brauna przyczynkiem do ojkofobii, przeciwnie – postuluje wydobycie się z fałszywych postaci i mitów w bolesnym niekiedy procesie dojścia do prawdy. Każe także uważać na polskie biesy, które pojawiły się grubo przed Dostojewskim.

Abstrakcjonizm, to znaczy nie prowadzimy rachunkowości, tylko uprawiamy gesty i uwaga, nam się zdaje, że to nasze własne gesty. A myśmy zostali zaproszeni na scenę w cudzym teatrze…

Otóż błąd, problem Polaków w diagnozowaniu, w rozpoznaniu własnej historii, do tego się w pewnym skrócie sprowadza, że gest został podniesiony do rangi czynu politycznego, że emocjonalność zastąpiła racjonalność i że parada łże bohaterów przesłoniła… parada marionetek tak skupiła na sobie uwagę, że nie patrzymy po tej nitce do góry kto tam pociąga sznurki.

Narodowe powstanie z kanapy

Narodowe powstanie z kanapy

20.07.2026 Autor:Marek Skalski nczas/narodowe-powstanie-z-kanapy

NCZAS.INFO | Grzegorz Braun. Foto: PAP
NCZAS.INFO | Grzegorz Braun. Foto: PAP

„Proszę nie rozsiadać się wygodnie w żadnym fotelu. Proszę Państwa o powstanie z kanapy, narodowe powstanie z kanapy, po to żeby w roku 2027 dobre sondaże nie tylko się potwierdziły, ale po to, żebyśmy naszym dobrym wynikiem zaskoczyli przede wszystkim samych siebie” – apeluje Grzegorz Braun, komentując kolejny już, dwucyfrowy dla „Korony…” wynik badania opinii publicznej.

W rozmowie z Markiem Skalskim polityk odniósł się także do perturbacji wokół aktualizacji nazwy swojej formacji oraz „nawrócenia” (oby na stałe i szczerze!) i urealnienia podejścia polityków PiS i Konfederacji do banderowskiej Ukrainy.

Marek Skalski: Szczęść Boże, Grzegorzu. Możemy powiedzieć Czytelnikom, że jesteś przewodniczącym Konfederacji Korony Polskiej – i tutaj nowość – Grzegorza Brauna.

Grzegorz Braun: Daj Boże! Potwierdzam, chociaż jest tu pewien niuans. Mianowicie odebraliśmy korespondencję z sądu, który z jakichś przyczyn nie chce zarejestrować zmienionej i przegłosowanej przez kongres rozszerzonej nazwy naszej partii. Przypominam, że wcześniej była to Konfederacja Korony Polskiej, a teraz, żeby uniknąć brzemiennych w wyborczych skutkach pomyłek, kongres przegłosował, że będzie to Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna.

Tej delikatnej, rozszerzającej korekty z jakiegoś powodu sąd nie chce wpisać do rejestru. Czekamy na uzasadnienie tej decyzji. Może ono być ciekawe, bo już nam się to zdarzyło w życiu naszej partii. Mniej więcej 5 lat temu wystąpiliśmy do sądu z nie tak znowu szeroką gamą skrótów, które przysługiwać by miały w dokumentacji urzędowej partii. Konfederacja Korony Polskiej chciała mieć formalne prawo do posługiwania się skrótem „Korona”. Wówczas sąd zatrudnił biegłego językoznawcę, który napisał ekspertyzę wykluczającą zarejestrowanie Konfederacji Korony Polskiej z formalnym prawem do rzeczonego skrótu. Zobaczymy więc, czy jacyś biegli językoznawcy wejdą do akcji także i na tym etapie. To są takie drobne potyczki, które musimy staczać w drodze, co tu dużo mówić, po odzyskanie niepodległości.

Oby ta mitręga była tylko natury biurokratycznej. Wiemy bowiem, że sędziowie mają swoje poglądy i mogą sypać piachem w oczy, ale miejmy nadzieję, że to jest akurat bardziej ta pierwsza opcja…

Pół biedy, jeśli to są ludzie, ale – cytując klasyka – bywa, że to nie ludzie, to wilki. Zobaczymy, na kogo trafiliśmy w tym przypadku.

Decyzja o zmianie nazwy umotywowana jest tym, że być może części wyborców łatwiej będzie zidentyfikować formację i łatwiej będzie zdecydować się na oddanie głosów. Jest o co i o kogo walczyć! Z sondażu IBRIS dla Rzeczpospolitej wynika, że w tej chwili obie Konfederacje mają już około 26 proc., natomiast PiS niecałe 25 proc. To pokazuje potęgę partii prawicowych, a zwłaszcza „Korony…”, która blisko 2 proc. zyskała względem poprzedniego notowania tej pracowni. Ciekawe jest także to, że zanim Ty i Twoje środowisko zostało wyrzucone z Konfederacji, oceniano siłę ważoną tej partii (wówczas zjednoczonej) na jakieś 20 proc.

Nie chcę być akurat tym, który będzie się najbardziej małostkowo skupiał na zaszłościach z przeszłości i nie chcę czerpać niskiej satysfakcji z tego, że czas ujawnia, urealnia i pokazuje, jaki jest rozkład sił i jakie są bardziej właściwe proporcje polskiego patriotyzmu na prawej stronie sceny politycznej, bo Czytelnicy sami to widzą i sami mogą oceniać. Co do sondaży, to jest oczywiście miła rzecz, że już nie są Państwo zwodzeni, oszukiwani co do zdolności wyborczej Konfederacji Korony Polskiej. Warto przypomnieć, że jeszcze rok temu o tej porze nie mieliśmy nawet stałego miejsca w sondażach. Zaczęliśmy być uwzględniani w badaniach dopiero opinii po wyborach prezydenckich, nie wcześniej.

Wcześniej, przez pół roku ja się czasem pojawiałem w sondażach, ale jakimś tajemniczym zrządzeniem badający redakcje jak ognia unikały wymieniania nazwy partii Konfederacja Korony Polskiej. Nazwa formacji była też jakoś tam przekręcana, redukowana. Często była to albo sama „Korona…” bez mojego nazwiska, albo pojawiała się jako partia Brauna. Konfederacja Korony Polskiej jest ważona i mierzona systematycznie od lata ubiegłego roku.

Cieszę się, że nie jesteśmy spychani pod próg wyborczy, poniżej tej poprzeczki 5 proc. i że dość się znormalizowało to, że przysługują nam wyniki dwucyfrowe. Cieszę się, ale zawsze zastrzegam, że sondaż to nie jest gwarancja, to jest zaledwie promesa, po którą musimy sięgnąć. Szeroki front gaśnicowy, by odzyskać niepodległość, musi sięgnąć po egzekutywę, po jakieś istotne przyczółki niepodległości. Musi sięgnąć po władzę, a to znaczy po odpowiedzialność za bieg spraw państwowych. Proszę nie rozsiadać się wygodnie w żadnym fotelu. Proszę Państwa o powstanie z kanapy, powstanie narodowe z kanapy, po to, żeby w roku 2027 te sondaże nie tylko się potwierdziły, ale żebyśmy naszym dobrym wynikiem zaskoczyli przede wszystkim samych siebie.

To, co będzie wypisane na drukach wyborczych – czy sąd ostatecznie łaskawie pozwoli, by Państwowa Komisja Wyborcza wymieniała naszą nazwę rozszerzoną o moje imię i nazwisko – nie jest wykwitem jakiejś mojej megalomanii, tylko po prostu pewną potrzebą. Ujawnił to zresztą sondaż zamówiony i wydrukowany przez NCz! Rozszerzona nazwa to jest może procent, może nawet i dwa, więcej. To jest nie do pogardzenia. Wchodzimy na poziom wyraźnie niebalansujący na progu wyborczym, tylko już mówimy o perspektywach tego, w ilu dziesiątkach będzie się liczyło posłów klubu Konfederacji Korony Polskiej. W tym kontekście rozszerzenie Konfederacji Korony Polskiej o Grzegorza Brauna może dla niektórych wyborców mieć takie wyjaśniające znaczenie.

Też mam rezerwę wobec sondaży, bo tak naprawdę prawdziwy sondaż jest w dniu wyborów i dobrze wiem, jaka jest „kuchnia” części badań. Bywa, że ma znaczenie, kto zamawia sondaż, jakie ma oczekiwania i tak dalej… Natomiast tendencja jest na pewno wzrostowa i myślę, że to jest jednak zasługa obecnej koalicji rządowej, bo dzień bez afery w ostatnich tygodniach to jest dzień stracony. Mam też wrażenie, że wielu polityków szeroko rozumianego obozu centroprawicy – polityków Konfederacji Wolność i Niepodległość, ale również Prawa i Sprawiedliwości – wchodzi regularnie w buty „Korony…”. Ostatnio na sali plenarnej Parlamentu Europejskiego pani posłanka Ewa Zajączkowska-Hernik w sposób powiedziałbym bardzo symboliczny i dramatyczny porwała flagę banderowską…

A dzień po tym wydarzeniu głosowane było stanowisko zaproponowane przez Komisję Spraw Zagranicznych w sprawie ewentualnej akcesji Ukrainy do Unii Europejskiej i w sprawie dalszego bezalternatywnego wspierania Ukrainy w jej polityce wojennej. Władze kijowskie z powodzeniem realizują bowiem koncepcję uczynienia wojny przemysłem narodowym Ukrainy i nawet podstawowym towarem eksportowym, bo to eksport broni, eksport także ludzi, kadr, ostrzelanych fachowców, psów wojny na różne kontynenty.

To jest w tej chwili przemysł narodowy Ukrainy i Eurokołchoz to zaakceptował. Eurokołchoz właśnie na poziomie tej Komisji Spraw Zagranicznych, w której obradach mam nieprzyjemność systematycznie uczestniczyć i na poziomie Komisji Europejskiej traktuje to bezalternatywnie. Ukraina ma być filarem systemu bezpieczeństwa europejskiego.

Przyjęcie Ukrainy do Unii Europejskiej to jest rzecz opcjonalna, względna, to jest raczej retoryka. Ważne, że Bruksela postawiła na banderowski Kijów, bo postawił Berlin, bo postawiły też inne zachodnie stolice, np. Londyn. Choć jest on już poza Eurokołchozem, ale w tym temacie występuje jako głównym „szczwacz” i podżegacz wojenny. Natomiast do tej debaty wreszcie wprowadzona została sprawa promocji banderyzmu, bo to jest nie tylko akceptacja, przyzwolenie przez zaniechanie, ale to jest – na Ukrainie – aktywna promocja banderyzmu. Więcej będzie radości z jednego nawróconego pisiora niż ze stu sprawiedliwych konfederatów…

Wreszcie wprowadzono do debaty publicznej kwestię potępienia kultu ludobójców ukraińskich i wynoszenia na piedestał i na afisz UPA – Ukraińskiej Powstańczej Ludobójczej Armii, która najbardziej zasłużyła się bojami z widłami i siekierami na bezbronne dzieci, kobiety i cywilów w dowolnym wieku. Więc te tematy weszły do debaty także w PE w postaci szeregu poprawek, z których większość została niestety odrzucona w kontekście wspomnianego stanowiska Komisji Spraw Zagranicznych w sprawie akcesji Ukrainy do Unii Europejskiej. Gdzieś tam dodano w dokumentach i deklaracjach jakieś wyrazy ubolewania. Póki co jednak Ukraina nie schodzi z drogi akcesji do Eurokołchozu, a on nie schodzi z drogi bezalternatywnego wspierania kijowskiego reżimu. Ale powtórzę: dobrze, że się niektórzy obudzili i z PiS-u, i z NeoKonfederacji.

Pamiętam nie tylko przemilczenie tematu, ale także aktywne wyszydzanie i dyskredytowanie tych, którzy – jak Konfederacja Korony Polskiej – podnieśli hasło: stop ukrainizacji Polski, stop banderyzacji polskiej racji stanu. Myśmy byli odsądzani od czci i wiary. Więc teraz jest lekko groteskowy ten wysyp robotników ostatniej czy przedostatniej godziny, ale kierując się właśnie ewangelicznym wskazaniem absolutnie przecież nie odrzucamy tych potępień banderyzmu. Lepiej późno niż wcale. Oczywiście polityka historyczna jest bardzo ważna, ale to jest metapolityka, to nie jest polityka bieżąca, twarda. Natomiast niejako za zasłoną tych sporów metapolitycznych w Eurokołchozie zachodzą rzeczy bardzo twarde. Zostało np. przegłosowane zalecenie przyspieszonego zaprowadzania systemowej cenzury w Internecie, czyli Chat Control. I tutaj większość posłów z Polski te regulacje poparła.

Co było pretekstem? Czy jak zwykle…

…oczywiście jak zwykle jest dorobiona do tego taka teoria, że to w obronie dzieci przed zboczeńcami w Internecie. No tak, tylko jak zwykle u totalniaków, jak zwykle u eurokomuny, u eurofederastów, dorobiona jest zbożna, odwołująca się do pozytywnych sentymentów teoria.

Co to oznacza w praktyce? To oznacza że po to, żeby zapobiec przestępstwom, które realnie zachodzą, trzeba wszystkich postawić w stan podejrzenia o to, że są przestępcami. Wszyscy muszą być nominowani na przestępców i czy to właśnie w systemie cenzury Internetu czy w systemie podatkowym; pod pretekstem walki z mafiami VAT-owskimi, pod pretekstem walki z praniem brudnych pieniędzy. W kontekście tego ostatniego, tzw. money laundering, przyjęto dyrektywę, która ma ograniczyć drastycznie prawo do posługiwania się gotówką. Powiem o tym w konkretach, dlatego że lepszy przykład niż wykład.

Transakcje gotówkowe na sumy przewyższające 10 tysięcy euro mają być w ogóle zabronione. Czyli nie będą mieli Państwo prawa kupić za gotówkę ruchomości czy szczątkowej nieruchomości, jeśli ona ma kosztować więcej niż 10 tysięcy euro… Przy kwotach od 3 do 10 tysięcy euro transakcja będzie musiała być udokumentowana. Czyli ktoś, komu Państwo przyniosą plik banknotów, będzie zobowiązany Was wylegitymować, zidentyfikować, sporządzić dokument z tej transakcji i będzie zobligowany prawem do przechowywania tego dokumentu. Czyli każdy, w każdej chwili będzie mógł być oskarżony o to, że właśnie bezprawnie posłużył się własnymi ciężko zarobionymi pieniędzmi.

To jest, szanowni Państwo, Unia Europejska w praktycznym działaniu. Macie Chat Control, czyli odbieranie wolności poprzez odbieranie prawa do prywatności pod pretekstem obrony dzieci przed pedofilami. Każdy jest podejrzany o to, że jest zboczeńcem, że jest przestępcą, zbrodniarzem w sieci… Ograniczone zostanie do już coraz mniej znaczącego minimum nasze prawo do posługiwania się Waszymi zarobkami, Waszymi własnymi pieniędzmi.

To jest Eurokołchoz w praktyce! Do tego ujawnili się tu, w Eurokołchozie, po prostu naziści. Naziści, to znaczy ci, którym przeszkadza potępienie ukraińskiego nazizmu, banderyzmu. Z tego powodu jedynym logicznym wnioskiem jest POLEXIT. POLEXIT, albo też wypierzpol, trzeba Polskę wyprowadzić z tej organizacji, a wpływy tej organizacji wyrugować z polskiej ziemi. Trzeba odsunąć od wpływu na życie, zdrowie, mienie Polaków Reichsführerin von der Leyen i jej cenzorski, fiskalistyczny i banderowski w preferencjach i sympatiach reżim.

Precz z Eurokołchozem!

Dziękuję za rozmowę.

Braun: Idziemy po udział we władzy, żeby skończyć z eksterytorialnością i obcym władztwem

NASZ WYWIAD. Braun: Idziemy po udział we władzy, żeby skończyć z eksterytorialnością i obcym władztwem

5.07.2026 nczas/braun-idziemy-po-udzial-we-wladzy-zeby-skonczyc-z-eksterytorialnoscia-i-obcym-wladztwem

NCZAS.INFO | Grzegorz Braun. Foto: PAP
NCZAS.INFO | Grzegorz Braun. Foto: PAP

„Idziemy po udział we władzy, aby skończyć z eksterytorialnością i obcym władztwem” – przekonuje Grzegorz Braun w rozmowie z Markiem Skalskim. Zdaniem lidera Korony w Polsce istnieją enklawy wyłączone spod faktycznej jurysdykcji państwa polskiego. To „obce lotniskowce w naszym akwenie”, takie jak Auschwitz-Birkenau czy POLIN w Warszawie. Razem z polskim delegatem do eurokołchozu zastanawiamy się także, co może skłonić mieszkańców dużych, postępowych miast – skazanych przez PiS na straty – do buntu i de facto powrotu do normalności.

Marek Skalski: Dzień dobry. Gdy rozmawiamy, jesteś w…

Grzegorz Braun: …Strasburgu. Przypominam, że tutaj w ramach, że tak powiem, ogólnego absurdu i aberracji systemowej raz w miesiącu cały ten interes przeprowadzany jest z Brukseli do Strasburga. Jadą kontenery, jadą lawety, samochody z szoferami, jadą asystenci z papierami i przylatują na dość, między nami mówiąc, prowincjonalne lotnisko strasburskie. Trudno się tu dostać i trudno wydostać. Przylatują CEP-y, MEP-y, czyli członkowie europarlamentu. Dlaczego? Dlatego że Republika Francuska też coś musi z tego mieć, musi zarobić. Wyobraźcie sobie firmę, która raz w miesiącu czy na tydzień przenosi swoją siedzibę, np. samo tylko skromne biuro zarządu do sąsiedniego województwa. To jest właśnie esencja eurokołchozu, to jest jego prawdziwa natura. Tu nie chodzi o jakikolwiek zdrowy rachunek strat, zysków, korzyści. Tu chodzi o ideologię, a tam, gdzie chodzi o różne oszukancze doktryny, pieniądze nie grają roli.

MS: Miałem taki epizod w swoim życiu zawodowym: pracowałem w koncernie górniczo-hutniczym KGHM. Oni mają centralę w Zagłębiu Miedziowym w Lubinie. W pewnym momencie ktoś uznał, zupełnie słusznie, że to jest koncern międzynarodowy, piąty co do wielkości producent miedzi na świecie, więc centrala powinna być w Warszawie. Oczywiście się nie udało, bo tradycja, bo Zagłębie Miedziowe, bo nie wolno, bo związki zawodowe… Ostatecznie utworzyli tylko małe biuro w Warszawie. Koszta oczywiście razy dwa, bo wiadomo – trzeba wszystko duplikować. Pieniądze nieważne…

GB: Wiesz, po namyśle może lepiej byłoby przeprowadzić na jakiś czas stolicę do Lubina, odchudzić, skrócić i wyrzucić, zredukować liczne resorty, agent, przeprowadzić cięcia budżetowe i kadrowe w administracji, która nam się mnoży, a jak się mnoży, to się sroży, prawda? To znaczy szuka sobie zajęcia, więc znajduje różne pomysły na to, jakby gnębić, nękać i uciskać obywatela. Tymczasem w Warszawie administracyjne śródmieście ogrodzić płotem z blachy falistej… Dam im fotowoltaikę, niech się ogrzewają, ale odłączyć prąd z sieci. My tymczasem przenieśmy się do Lubina i stamtąd może Polskę odwołujemy…

MS: Były pomysły, chyba w latach 90., żeby przenosić stolicę do Łodzi.

GB: Bo Warszawa była wtedy zrujnowana. Tak ją odbudowali, że zwęzili ulice ze względów ideologicznych po to, żeby np. w perspektywie marszałkowskiej nie było widać kościoła Zbawiciela – tam podobno sam Bierut przesuwał makietę MDM-u.

MS: Teraz widać, jak towarzysz (S)Trzaskowski, bo tak go chyba trzeba nazywać, kontynuuje te tradycje zwężania ulic. Nawet ci eurokołchoznicy warszawscy mają go już serdecznie dość. Ale, uwaga, nie odważył się wywiesić tęczowych flag, co pokazuje, że jednak jakiś delikatny niepokój jest.

GB: Chociaż, jak wykryłeś poprzez dziennikarskie śledztwo, rozesłał flagi do urzędów dzielnicowych. Słyszę, że np. mieszkańcy w rejonie ulicy Waszyngtona, która ma być zwężana, organizują się, są pikiety, manifestacje. Może jednak ten krakowski moment krytyczny i momentum dziejowe w Warszawie zadziała? Życzmy sobie, żeby się naród obudził. Jeżeli się nie budzi i nie ucieka z krzykiem na hasło Zielonego Ładu, paktu migracyjnego, ukrainizacji, covidy-zacji, to może obudzi go prześladowanie bezpośrednie, kiedy władza uniemożliwi po prostu zatrzymanie się własnym autem pod własnym domem. Bo w niektórych miejscach to ma być uniemożliwione, nawet nie utrudnione, tylko uniemożliwione. Może to otworzy oczy nawet tej warszawskiej, uśmiechniętej wspólnocie, wcześniej zadowolonych z życia eurofederastów, sodomitów zawodowych, etatowych. Może im to tak dopiecze, że zdecydują się zrzucić jarzmo Rafała „Planeta Płonie”-Trzaskowskiego.

MS: Całkiem niedawno prezydent Poznania pan Jaśkowiak dostał prezent w postaci tortu na twarzy…

GB: Tego akurat nie popieram. Niemniej liczę na to, że jakaś fala przez Polskę ruszy i zmiecie tych euro-sowieciarzy. Wydaje mi się, że osobiście Jaśkowiak i inni są na liście sygnatariuszy takiego haniebnego listu. Był to manifest prezydentów dużych miast w Polsce, że oni chętnie przyjmą migrantów, że oni są otwarci… Nie pamiętam, czy to było za drugiej, czy jeszcze za pierwszej okupacji PiS-u, ale oni w ramach walki wewnętrznej właśnie tak zamanifestowali. To była publiczna manifestacja, jakby to powiedzieć, sprzeciwu władzy samorządowej wobec władzy rządowej. Cokolwiek, w którymkolwiek układzie myślimy o władzy jednej i drugiej, to jednak nie chcemy rozwalania państwa, a to była manifestacja, można powiedzieć bojkot władzy centralnej przez władze samorządowe. Podsumowując, nie popieram ciskania tortami w prezydentów, bo jedna rzecz to jest osoba, a druga rzecz to jest urząd.

MS: Oczywiście też tego nie pochwalam. Zwracam jednak uwagę, że ten społeczny sprzeciw manifestuje się w różnych formach, czasami rzeczywiście nieprzyjemnych wobec osób sprawujących zaszczytne funkcje. Nie jest tak, że ludzie nie widzą, co się dzieje i nie będą reagować na wierchuszkę, która żyje w złotej klatce, na wysokiej wieży, na zamku…

GB: Tak, to jest reakcja na bierność, zaniechanie, także zresztą poprzedniego układu władzy, obozu zjednoczonej Łże-Prawicy. Ten obóz po prostu oddał walkowerem te wszystkie miasta. Oni nawet nie próbowali nawiązać walki. Kiedy był wakat w Gdańsku, wówczas premier Morawiecki z nadania PiS-u, a całkiem niedawno jeszcze doradca Tuska, nawet nie wysłał zarządcy komisarycznego do Trójmiasta… Jeśli nawet z góry się godził z przegraną w wyborach uzupełniających, mógł przynajmniej wysłać kogoś, kto by siedział przez ładnych paręnaście tygodni w papierach miasta Gdańska i ten układ gdański, też niemiecki, jakoś przetrzepał. Łże-Patrioci z góry frakturują duże miasta jako stracone i de facto eksterytorialne względem jurysdykcji państwa polskiego. To samo z rozległymi terytoriami, obcymi lotniskowcami w naszym akwenie, takimi jak Auschwitz-Birkenau czy POLIN w Warszawie. One już w ogóle są wyjęte spod jurysdykcji państwa polskiego.

MS: One są sprytnie zarządzane. Tam i państwo finansuje, i miasto, i jeszcze taka czy inna fundacja…

GB: Partnerstwo publiczno-prywatne, to znaczy Polak płaci, a Żydzi skorzystają i zarządzą. Dla Żydów zastrzeżone decyzje i programowe, i kadrowe, a dla nas dożywotni psi obowiązek łożenia na tę antypolską propagandę. Tu wspomnę, że idziemy – nie bójmy się tego słowa i nie owijajmy w bawełnę – po udział we władzy, żeby z tym skończyć, żeby skończyć z eksterytorialnością, żeby skończyć z obcym władztwem i w makro i w mikroskali na terytorium Rzeczpospolitej Polskiej.

MS: Muzeum POLIN – dodam na marginesie – zajmuje się tępieniem swobody wypowiedzi w Polsce, zgłaszając filmy publikowane przez „NCz!” na platformach internetowych. W Muzeum POLIN działa specjalna komórka, która się tym zajmuje. To kuriozum, że instytucja muzealna angażuje się w ograniczanie wolności słowa w Polsce. Kończąc wątek PiS-u, który poddał walkowerem chociażby Warszawę, warto przypomnieć, że gdy Rada Warszawy uchwaliła strefę czystego transportu, partia Jarosława Kaczyńskiego miała swojego wojewodę. Mógł on powstrzymać tę uchwałę, choćby badając jej legalność. Nie zrobiono tego.

GB: Ale nie zrobiono tego, bo to były czasy, w których niektórzy z PiS chwalili się, że są autorami Zielonego Ładu Europejskiego, a Jarosław Kaczyński budował taką myśl, że temu nie można się przeciwstawić, bo gdybyśmy się przeciwstawili, to byśmy się postawili poza nawiasem – w domyśle – zdrowej demokracji eurokołchozowej.

Takie są tego konsekwencje…

„Koparka” stchórzyła! „Pijak znowu ucieka”! Ale B`nai–Birth w akcji.

„Koparka” stchórzyła!

Kolejna odsłona największego

procesu politycznego III RP

1.07.2026 Marek Skalski nczas./koparka-stchorzyla-kolejna-odslona-najwiekszego-procesu-politycznego-iii-rp

NCZAS.INFO | Grzegorz Braun podczas rozprawy sądowej. Foto: PAP
NCZAS.INFO | Grzegorz Braun podczas rozprawy sądowej. Foto: PAP

W czerwcu mieliśmy kolejne dwa terminy w procesie przeciw polskiemu posłowi do Euro-Kołchozu i przewodniczącemu Konfederacji Korony Polskiej Grzegorzowi Braunowi. Wszyscy oczekiwali, że w sądzie w końcu pojawi się „poszkodowana”, czyli słynna „koparka-agresorka” Magdalena Gudzińska-Adamczyk, która zaatakowała oskarżonego podczas słynnego „incydentu chanukowego” w Sejmie.

Czekaliśmy, czekaliśmy i się nie doczekaliśmy. Sędzia Marcin Brzostko już na początku rozprawy przed Sądem Rejonowym dla Warszawy-Praga Południe w dniu 19 czerwca tego roku ogłosił stronom i zgromadzonym dziennikarzom i publiczności, że pani Magdalena w sądzie warszawskim nie pojawi się. Nie będzie zeznawać ani na tym posiedzeniu, ani na żadnym innym. Taką decyzję sąd podjął już wcześniej, a zakomunikował właśnie na czerwcowym posiedzeniu. Dlaczego tak się stało?

O tym dowiedzieli się tylko oskarżony, pełnomocnicy stron oraz osoby zaufane, wskazane przez oskarżonego. Sędzia utajnił tę część posiedzenia, w którym odczytano uzasadnienie dla wyłączenia przesłuchania przed sądem nadesłane do sądu przez pełnomocnika pani Gudzińskiej-Adamczyk. Wiemy tylko tyle, że uzasadnieniem dla tej bardzo dziwnej i niespotykanej decyzji sądu były względy zdrowotne samej zainteresowanej.

Kwestię niedoszłych zeznań sławetnej lekarski skomentował sam Grzegorz Braun jeszcze przed rozpoczęciem rozprawy. „Pełnomocnik mojej fałszywej oskarżycielki – mówił przed budynkiem sądu – która wezwana była po raz kolejny na dzień dzisiejszy do złożenia zeznań, przysłał do sądu pismo, w którym stwierdza, że ta pani nie może stawić się w sądzie”.

Grzegorz Braun przy okazji nie szczędził uszczypliwych uwag pod adresem prokuratury, której zarzucił, że trzyma się „kanonicznej wersji »Gazety Wyborczej«”. „Prokurator najwyraźniej nie mógł, nie chciał, a może chciał i nawet sprawdził, ale zdecydował się na przyjęcie oficjalnej wykładni redakcji »Gazety Wyborczej«”.

Adwokat „poszkodowanej” miał argumentować w swoim piśmie, że fakt zeznawania w sądzie mógłby doprowadzić do wstrząsu psychicznego pani Magdaleny, która być może nie mogłaby znieść konfrontacji przed sądem i sama perspektywa stanięcia twarzą w twarz z Grzegorzem Braunem mogłaby wywołać u niej ogromny stres i rozstrój nerwowy.

Co tu dużo ukrywać: jest ogromnie dziwne i niespotykane, że sąd w osobie sędziego Brzostko podzielił te obawy i zgodził się na tak wyjątkowe potraktowanie świadka. Tym bardziej że już wcześniej rozważano, że świadek mogłaby zeznawać w trybie wideokonferencji, przebywając w oddzielnym pomieszczeniu, tak by nie musiałaby być narażona na przykre dla niej skutki bezpośredniego – jak można domniemywać – zetknięcia się na sali sądowej z posłem Grzegorzem Braunem.

Tak więc do konfrontacji zeznań nie doszło i już pewnie nie dojdzie. Szkoda. Taka konfrontacja i wzięcie sławetnej „koparki” w krzyżowy ogień pytań przez obrońców, jak i samego oskarżonego, byłaby przecież nie lada gratką. Zapis wideo ze sławetnego wydarzenia w korytarzu sejmowym w grudniu 2023 roku przecież jasno pokazywał, że stroną agresywną była raczej pani Magdalena, więc jej zeznania musiałyby być bardzo ciekawe. No ale zapewne właśnie tego najbardziej obawiała się warszawska lekarka, a przy okazji aktywna i prominentna – jak się okazało – działaczka warszawskiej żydowskiej gminy wyznaniowej.

„Pijak znowu ucieka”

Zamiast więc zeznań pani „koparki-agresorki” mieliśmy w sądzie przesłuchanie innej ciekawej postaci, a mianowicie byłego Ministra Zdrowia z czasów rządów Zjednoczonej Prawicy, czyli kolejnego lekarza – profesora Łukasza Szumowskiego. Znalazł się on w sadzie na okoliczność interwencji poselskiej posła Brauna, która miała miejsce w Narodowym Instytucie Kardiologii w warszawskim Aninie.

Szumowski po tym, jak złożył dymisję z funkcji ministra zdrowia, objął posadę dyrektora tej zasłużonej placówki. Interwencja poselska posła Brauna nastąpiła w wyniku informacji, jakie otrzymał on od pracowników Instytutu, że dyrektor Szumowski po prostu zwalnia pracowników, którzy w określonym czasie nie poddali się szczepieniom przeciw COVID-19.

Szumowski w trakcie przesłuchania potwierdził, że istotnie dochodziło do takich sytuacji. „W momencie, gdy nie byłem pewien, czy pracownicy poddali się szczepieniu, to wyciągałem konsekwencje. W kilkunastu przypadkach doszło do rozwiązania umowy o pracę…”. Obrońcy Grzegorza Brauna usiłowali uzyskać informację od świadka, czy ten był świadom występowania skutków ubocznych po szczepieniu przeciw Covid-19. „Takie skutki zawsze mogą występować – mówił Szumowski – ale korzyści jest więcej niż ryzyka”.

Najwięcej emocji wywołała jednak kwestia nadużywania alkoholu przez świadka. Ta bowiem kwestia była przyczyną, że relacje z interwencji posła w szpitalu obiegły wówczas cały polski internet. Jak mówił poseł Braun, w trakcie interwencji wyczuł woń alkoholu ze strony dyr. Szumowskiego. Kiedy zażądał przebadania się przez świadka alkomatem na obecność występowania alkoholu w wydychanym powietrzu, ten wyrwał się posłowi i opuścił gabinet dyrektora. „Łapać pijaka, pijak ucieka” – krzyczał za nim wówczas poseł Braun. Doszło wówczas nawet do fizycznego ataku na posła, któremu Szumowski bezceremonialnie przytrzasnął ramię drzwiami gabinetu. Przy okazji ucierpiał również asystent społeczny posła i przyszły poseł na Sejm RP Grzegorz Płaczek. Dyrektor Szumowski wytrącił mu bowiem z ręki telefon, którym pan Płaczek nagrywał przebieg całego zajścia.

Dlatego teraz poseł Braun zapytał w sądzie Łukasza Szumowskiego, czy tego dnia pił alkohol. „Czy świadek regularnie spożywa alkohol”? – pytał przewodniczący Konfederacji Korony Polskiej. Lukasz Szumowski unikał odpowiedzi na takie pytania: „To są pytania dotyczące mojego stanu zdrowia”. Sędzia je uchylał, twierdząc, że takie informacje nie mają wpływu na rozstrzygnięcie sądowe. Ostatecznie świadek Szumowski stwierdził, że nie nadużywa alkoholu, bo pełniąc tak odpowiedzialną funkcję nie mógłby sobie na to pozwolić. „Mam czerwoną skórę twarzy, ale to jest wynik alergii, a nie nadużywania alkoholu” – powiedział na koniec, co wywołało wesołość wśród publiczności. „Proszę o śmianie się w duchu, a nie na głos” – w swoim stylu komentował sędzia Brzostko.

„Zdążyłem, bo szybko biegam”

Drugim i ostatnim świadkiem, który był przesłuchiwany tego dnia, był mecenas Wojciech Nartowski. Tym razem chodziło „aferę choinkową”, czyli interwencję posła Brauna w budynku Sądu Okręgowego w Krakowie. Przypomnijmy, że Grzegorz Braun powiadomiony został o tym, że w holu budynku sądu członkowie stowarzyszeń sędziowskich „Iustitia” i „Temis” obstalowali specyficzną choinkę, na której wywieszone zostały „ozdoby” w postaci bombek, na których wymalowano takie hasła, jak „LGBT”, „Konstytucja” czy „prawa kobiet”. Poseł po prostu rzeczonego drapaka wpakował do najbliższego kosza na śmieci.

Okazało się w trakcie składania zeznań, że mecenas Nartowski był właśnie tym człowiekiem, który na wieść o czynie posła Brauna natychmiast udał się do gabinetu sędzi Stoces, która kierowała akcją dekorowania i ustawienia choinki. „Natychmiast pobiegłem do pokoju pani sędzi i powiedziałem jej, że poseł Braun zabrał naszą choinkę – mówił świadek Nartowski. – Co??? Sędzia była oburzona i razem pobiegliśmy na dziedziniec sądu, gdzie był już poseł Braun z naszą choinką”.

Ta wersja bardzo zdziwiła jednego z obrońców Grzegorza Brauna. Mecenas Raczkiewicz, powołując się doskonałą znajomość topografii budynku sądu, wyraził zdumienie, że świadek w tak krótkim czasie zdołał pokonać dystans z holu sądowego na parterze na trzecie piętro do gabinetu sędzi Stoces i z powrotem. „Zdążyłem, bo szybko biegam!” – odpowiedział wyraźnie dumny z siebie adwokat.

Ta sprawa obnażyła jak na dłoni szereg patologii związanych z funkcjonowaniem kasty prawniczej. Zadziwiającym zblatowaniem sędziów, prokuratorów i adwokatów skupionych w pół-formalnych stowarzyszeniach. Skrzykujących się wokół wątpliwych moralnie celów, jak zdobienie kontrowersyjnymi symbolami choinki i ustawianie jej w budynku sądu.

Na koniec Grzegorz Braun złożył zaskakujący wniosek o sprawdzenie, czy rzeczone drzewko posiadało… europejski certyfikat jakości. „No bo jak nie miało – mówił poseł Braun – to przecież jej umieszczenie w ogólnie dostępnej strefie w sądzie mogło stanowić zagrożenie dla zdrowia pracowników i interesantów w sądzie”.

W przerwie między zeznaniami sędzia Marcin Brzostko ogłosił swoje postanowienie co do niedopuszczenia do przewodu opinii biegłej powołanej przez prokuraturę pani Edyty Gawron. Wnioskowała o to obrona, gdyż bezstronność pani Gawron budziła wątpliwości, jako że ta jest członkiem żydowskiej loży B`nai–Birth. Sędzia jednak odrzucił ten wniosek.

Piątka Brauna dla Ukraińców


Piątka Brauna dla Ukraińców

piko salon24.pl/u/piko/piatka-brauna-dla-ukraincow

1.

Pośmiertne uhonorowania ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego poprzez nadanie mu odesłanego przez prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego Orderu Orła Białego.

2.

Wstrzymanie wsparcia wojskowego dla Ukrainy. Lotnisko Rzeszów-Jasionka powinno zostać poddane natychmiastowemu przeglądowi, remontowi, konserwacji.

Ani jednej palety więcej, ani jednej sztuki broni, sztuki amunicji, ani jednego egzemplarza sprzętu ciężkiego, czy lekkiego, kołowego, czy lotniczego na Ukrainę. Ani tony, ani grama. Nie będziemy dłużej zbroić naszych wrogów. Banderowski reżim kijowski nie jest ani sojusznikiem, ani przyjacielem. Jest wrogiem narodu i państwa polskiego.

3.

Przywrócenie penalizacji służby w obcej armii, „ze szczególnym uwzględnieniem armii ukraińskiej”. 

– Kto się tam zaciągnął, bo władza otworzyła tę furtkę, łamiąc uświęcone tradycją i podtrzymywaną przez zdrowy rozsądek zasadę, że polski obywatel nie może, nie powinien składać żadnych przysiąg wierności innym państwom i innym formacjom. Niektórzy z tego skorzystali. Bóg z nimi. Nie daj Bóg, żeby naród polski ponosił koszty leczenia, odszkodowań, rekompensat za te nieprzyjemności, które mogłyby tam ich spotkać. Należy natychmiast tę furtkę zamknąć, zatrzasnąć

4.

Wprowadzenia „lojalki antybanderowskiej”. Miałaby ona objąć „wszystkich Ukraińców, którzy przebywają, chcą przebywać na terytorium RP”.

– A tym bardziej dla tych, którzy występują z wnioskami o prawo pobytu, pracy, nie daj Boże skutecznie sięgają po obywatelstwo polskie. I tu – uwaga – wstecznie. Każdy przybysz z Ukrainy ma zadeklarować, że nie wyznaje i nie będzie promować i pochwalać zbrodniczej ideologii ukraińskiego nazizmu, banderyzmu.

5.

Ograniczenie szczególnych rozwiązań migracyjnych dla obywateli Ukrainy. 

– My tylko i aż uznamy niektóre akty prawne – na przykład nadania obywatelstwa, przyznania prawa do pobytu i pracy za nadane nieprawnie, a zatem niebyłe.

Poseł Berkowicz rozszerzył „program dla Ukrainy” o dodatkowe propozycje:

– zakręcić kurek z kasą i wszelkiego żyrowania pożyczek

– blokować wejście do EU i NATO

W lipcu 2022 Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna wydała 60. stronicową broszurę „Stop ukrainizacji Polski” w której opisano skutki polityki władz, które teraz możemy obserwować.

Proponuję pobrać i zapozna się z tym co 4 lata temu pisano.

ps.

Dzięki Morawieckiemu mamy urzędników w służbie cywilnej bez obywatelstwa polskiego, którzy decydują o Polakach. Fajnie, no nie?

Na widok Kało nóż się otwiera, a na widok PiS też i dodatkowo chce się rzygać.

Grzegorz Braun vs. młody Eurokołchoźnik

Grzegorz Braun vs. młody Eurokołchoźnik.

Konferencja w Poznaniu

Autor: Redakcja , 28 czerwca 2026 ekspedyt/grzegorz-braun-vs-mlody-eurokolchoznik-konferencja-w-poznaniu

telewizjapolska24

Szanowni Państwo, prawda jest taka, że odzyskiwanie, także i tracenie niepodległości jest sprawą zawsze zdeterminowanej mniejszości. To zdeterminowana mniejszość traci niepodległość, bądź też odzyskuje ją.

Grzegorz Braun

Podczas Konferencji o niepodległości Polski z udziałem Grzegorza Brauna, dr Leszka Sykulskiego, Ireneusza Jabłońskiego i Piotra Barełkowskiego, w części „pytania i odpowiedzi” pojawił się młody Eurokołchoźnik, który spytał Grzegorza Brauna: Dlaczego pan tym wszystkim ludziom robi wodę z mózgu?

Byłem na całym tym spotkaniu i naszła mnie taka myśl. Dlaczego pan tym wszystkim ludziom robi wodę z mózgu? Najpierw pan mówi o tym, że polskie państwo jest likwidowane.

Co w zasadzie dobrego na arenie międzynarodowej, czy na arenie chociaż krajowej udało się panu zrobić dla Polski? Bo ja widzę głównie performensy. Gaszenie świeczek gaśnicą, szarpanie lekarki w szpitalu, bieganie z choinką…

Czy woli pan Polskę taką, jaka jest teraz, czyli silna, z rozwijającą się gospodarką i niepodległą? Czy woli pan Polskę osamotnioną, pozostawioną samą sobie jako samotną wyspę w centralnej Europie, która ma dodatkowe 500 kilometrów granicy z naszym wrogiem Rosją?

Z powodu tego, że zadane pytanie, jak i udzielona odpowiedź Grzegorza Brauna wpisują się w klasykę sporu pomiędzy pożytecznymi idiotami Eurokomuny a opcją niepodległościową, polecamy:

  1. Najpierw: odpowiedź Grzegorza Brauna i Ireneusza Jabłońskiego /film ustawiony od momentu zadania pytania/
  2. A potem odsłuchanie całej Konferencji

  3. https://youtu.be/8VtZtcnVwTk

Czy niepodległość można odzyskać na drodze referendum?

Szanowni Państwo, prawda jest taka, że odzyskiwanie,  także i tracenie niepodległości jest sprawą zawsze zdeterminowanej mniejszości. To zdeterminowana mniejszość traci niepodległość, bądź też odzyskuje ją.

Gdybyśmy urządzili takie referendum, myślę, że jeszcze na wiosnę 1989 roku, czy jesteś za rozwiązaniem Związku Sowieckiego i Układu Warszawskiego,  może nawet jeszcze w 1992-1993 roku, gdyby referendalnie próbować to przeprowadzić, to z całą pewnością, tak pamiętam te czasy, dominowało przeświadczenie, że to jest niemożliwe, że to jest niemożliwe, że Związek Sowiecki będzie trwał wiecznie,  że Układ Warszawski to jest blok, na który nie ma siły. Zresztą przecież nawet Amerykanie nie bardzo chcieli go rozwiązywać, bo woleli mieć jednego wspólnego partnera.  I dlatego dzisiaj tak wielu Polaków popadła w niewiarę w niepodległość i w przekonanie,  że nasze aktualne zobowiązania międzynarodowe są zabetonowane i na wieczność,  i że Eurokołchoz wiecznie żywy nigdy się nie rozpadnie.

A on się już rozpada.  On się rozpada, bo się rozpaczliwie przepoczwarza. Bo jak każde totalniackie imperium,  Eurokołchoz staje się agresywny i autoagresywny.

Walczy z narodami europejskimi,  walczy z wolnymi ludźmi i standardami cywilizacji łacińskiej, no i staje się agresywny,  to znaczy właśnie prowadzi Europę na wojny z Rosją, z Chinami, koniecznie z Białorusią, Iranem.  Jak tylko jakaś wojna ma wybuchnąć, to tam w Eurokołchozie jest taka podgatowka propagandowa. Podgatowka propagandowa i potem całkowitym przypadkiem okazuje się, że to było przygotowywanie podkładki propagandowej pod jakąś kolejną agresję.

Więc ja wyrażam tutaj daleko posunięty sceptycyzm co do odzyskiwania niepodległości  na drodze referendalnej. Państwo będziecie mieli takie swoiste referendum właśnie w przyszłym roku. Będziecie mieli wybory.

PRZYWRÓCIĆ KARĘ ŚMIERCI! Konferencja Konfederacji Korony Polskiej

PRZYWRÓCIĆ KARĘ ŚMIERCI! Konferencja Konfederacji Korony Polskiej

,23 czerwca 2026

TVP Rzeszów_screenshot

Domagamy się śmierci dla zbrodniarzy! Działamy i działać będziemy na rzecz przywrócenia kary głównej, do Kodeksu Karnego, dla seryjnych dzieciobójców, zwyrodnialców, dla pedofilów, dla tych, którzy podają dzieciom substancje narkotyczne, dla nich wszystkich kara śmierci jest jedyną, sprawiedliwą odpłatą.