Istnieje moim zdaniem tylko jeden dowód na istnienie Boga.
Dzisiaj trochę sarkastycznie. Ale tylko trochę …
Arcy-patriotyczna Konfederacja Barska spowodowała pierwszy rozbiór Polski.
Wychwalana pod niebiosa 3-cio majowa konstytucja była praprzyczyną drugiego rozbioru.
Patriotyczne powstanie Tadeusza Kościuszki było przyczyną trzeciego rozbioru.
Ciągle czczone idiotyczne powstanie listopadowe, było przyczyną utraty niepodległości przez Królestwo Polskie.
Zmitologizowane powstanie styczniowe, zniszczyło strzępki pozostałej autonomii Polski.
Zbrodniczy zamach majowy wielbionego w Polsce Józefa Piłsudskiego zniszczył zręby odradzającego się państwa polskiego.
Ciagle bezrefleksyjnie czczone jest powstanie w Warszawie, dzięki któremu Niemcy wyrżnęli 200 000 najofiarniejszych Polaków i otwarli drogę do władzy Bermanom.
Wychwalane i świętowane jest powstanie tak zwanej drugiej Solidarności, które oddało wypracowany majątek narodowy obcym …
Wystrzega się u nas oceny Konfederacji Barskiej, konstytucji trzeciomajowej, powstania listopadowego 1830, styczniowego 1863, zamachu „marszałka” Piłsudskiego, nieszczęsnego powstania w Warszawie i tak zwanej drugiej Solidarności.
Oceniać wydarzenia historyczne należy z pozycji zysków i strat ówczesnego narodu polskiego. Bo wrzaskiem o patriotyzmie, orłami wielkości kurczaków, mieczykami chrobrego niczym finki harcerskie i gryzącym dymem kadzideł post factum można uzasadnić wszystko. Każdy debilizm. Kolejne nieprzygotowane powstania burzyły efekty pracy narodowej kilku pokoleń rozumnych polskich patriotów.
Przypominają mi się w tym miejscu słowa z kart fundamentalnej pracy „Polityka polska i odbudowanie państwa” autorstwa Romana Dmowskiego: „Myśmy tak odbiegli od innych narodów, że święcimy klęski, gdy tamte święcą zwycięstwa”.
Powinniśmy wydarzenia historyczne oceniać z punktu widzenia zysków i strat dla interesów naszego narodu. Nawet jak to boli i burzy nasze narodowe baśnie. Wspomniane wydarzenia przyniosły dla nas skutki katastrofalne, ponieważ utrwaliły w umysłach naszych okupantów lub osób rządzących w ich interesie tezę, że z Polakami postępować można tylko i wyłącznie przemocą. To zaś z kolei mocno rozpalało nasze kompleksy narodowe, w głównej mierze ten antyrosyjski.
U nas ciągle wielbiony jest każdy rębajło i bandzior, który lekkomyślnie nastawiał swój i swoich rodaków kark, byle miał na ustach patriotyczne frazesy, na mundurze narodowe symbole, znał kilka ckliwych pieśni i był otoczony religijną legendą. A jeśli jeszcze jeśli poległ lub został zlikwidowany przez Rosjan, to według naszych płytkich patriotów powinien być politycznie natychmiastowo kanonizowany – Santo Subito. Aureola i na Wawel!
Dlatego u nas wszędzie spotka się ulice Kościuszki, Mierosławskiego, Chłopickiego, Bora-Komorowskiego i Kaczyńskiego. Ale znacznie mniej jest tych Bobrzyńskiego i Wielopolskiego. Zapomniało całkowicie o Matłachowskim i Bocheńskim, a nawet Piaseckim. A przecież to całkowicie wypacza historię Polski.
Kiedyś słusznie ojciec narodowej demokracji Roman Dmowski stwierdził, że powstanie (styczniowe) narzuciły Polakom dzieci. Oczywiście idzie o nieroztropnych i niedoświadczonych przywódców pchających naród do nieprzemyślanych powstań. Mickiewiczowskie: „Szlachta na koń wsiędzie, ja z synowcem na czele, i — jakoś to będzie!“
Urodzony dokładnie 162 lata temu Roman Dmowski jest tutaj kluczowy. Zarówno stronnicy jak i wrogowie piszą, że to nacjonalista i jeden z ojców polskiej niepodległości. To oczywiscie prawa. Ale zupełnie zapomina się o tym co było fundamentalne u Dmowskiego, Piaseckiego, Bocheńskiego a co podkreśla często sędziwy prof. Andrzej Werblan lub błyskotliwy Konrad Rękas. Racjonalizm polityczny!
Dmowszczyzna czyli polityka przeciwna szaleństwu insurekcyjności oraz umiejętność zerwania z kompleksem antyrosyjskości. Bo polityka to przede wszystkim budowanie wspólnoty narodowej i jej państwowości. A nie harce i późniejsze cmentarne rytuały, nad tymi co bezsensownie oddali życie.
Znakomity felietonista Stefan Kisielewski pisał, że u nas w Polsce zawsze dużo o wojnach i duchu żołnierskim. Mało zaś o rozumie, analizie i dyplomacji. O losach narodów decyduje przede wszystkim polityka, której przedłużeniem, czy narzędziem realizacyjnym może stać się czyn zbrojny. Wielokrotnie czyn zbrojny jest czynnikiem antynarodowym! Bywa elementem destrukcji i rozbijania istniejących struktur państwa. U nas jednak czci się przede wszystkim czyn – niezależnie czy jest on mądry, neutralny czy głupi. Dzisiaj mamy nawet takich „patriotów”, którzy chcieli by już wspólnie z Ukraińcami walczyć przeciwko Rosji.
A co jest tym dowodem na istnienie Wszechmogącego? Tym dowodem jest to, że Polska istnieje mimo naszej wrodzonej głupoty i rządów szaleńców.
Kiedy przyjrzymy się debacie publicznej w III RP, czy też kiedy przeczytamy książki, wydane po 1989 roku, jeżeli chodzi o Powstanie Warszawskie, przewija się w nich nazwa przede wszystkim jednego kraju: Związku Sowieckiego. Kiedy przejdziemy się ulicami Warszawy w dniu 1 sierpnia dowolnego roku, czy to w Marszu Powstania czy też po prostu w jakichś zatłoczonych miejscach, usłyszeć możemy, że Stalin stał na rogatkach Warszawy i przyglądał się, jak Niemcy mordują kwiat polskiej młodzieży. W kontekście Powstania ’44 rzadko jednak pada nazwa jednego kraju: Wielkiej Brytanii. Nie znalazłem książki w języku polskim, która zawarłaby w sobie całokształt dostępnej wiedzy o roli Londynu w popchnięciu nas Polaków do Powstania Warszawskiego.
Powód tego jest oczywiście znany: geopolityka, układ sił. W okresie PRL-u nie pożądane było mówić o powstaniu bo Stalin faktycznie stał na rogatkach Warszawy i pozwalał Niemcom je tłumić. Poza tym sam fakt, że wywołał je Londyn był już dla komunistycznej nomenklatury dyskredytujący. W „Polityce” w 1957 roku ukazał się artykuł mówiący o tym, że brytyjski agent, zrzucony do Polski w kwietniu 1944 roku, wywierał wpływ na rzecz insurekcji przeciwko Niemcom. Ten agent to oczywiście Józef Retinger. I rzeczywiście prace wydawane po 1989 roku zdają się potwierdzać ten fakt, mimo iż szef wywiadu MSW na uchodźstwie Tadeusz Modelski w swojej pracy zdaje się to negować. Z pomocą przychodzą jednak historycy brytyjscy ale także polscy, którzy powtarzają „komunistyczną propagandę”. Jak to tak można!
Po 1989 roku przyjęto jednak na ogół ideologię odwrotną: ZSRR, Sowieci, Rosjanie byli winni katastrofy powstania, Zachód był ten dobry. To kłamstwo jest utrwalane w świadomości społecznej. Dlatego idąc ulicami Warszawy 1 sierpnia chyba od nikogo nie usłyszymy, że Wielka Brytania zaczęła przygotowywać powstanie przeciwko Niemcom już w maju 1939 roku, na 4 miesiące przed pierwszym wystrzałem z pancernika Szlezwig-Holsztyn. Co więcej, nie znalazłem książki o powstaniu polskiego autora, która zawarłaby w bibliografii pracę brytyjskiego historyka, która opisuje majowe przygotowania polsko-brytyjskie do powstania przeciwko Niemcom. Książka ta nosi tytuł „Pionierzy wojny nieregularnej” autorstwa Malcolma Atkina. Ale nie ona jedyna wskazuje nam kierunek londyński, kierunek brytyjski, jako tego głównego sprawcę rozpoczęcia 1 sierpnia 1944 roku warszawskiej katastrofy.
Jako punkt wyjścia w dyskusji o brytyjskiej prowokacji, jaką było Powstanie Warszawskie, dajmy sobie pracę historyka Piotra Zychowicza „Obłęd ’44”. Jest to dosyć dobra książka. Powiedzmy w skali od 1 do 6 dałbym jej 3, może 3,5. No dobra, niech będzie, że dostateczna, zgodnie ze szkolną skalą. Dlaczego jednak krytykuję zawodowego historyka, sam będąc skromnym publicystą, bez większych zasięgów? Otóż dlatego bo mogę – to po pierwsze. Oraz dlatego bo istnieją ku temu przesłanki. Silne przesłanki.
Dlaczego więc daję Zychowiczowi tylko 3-3,5? Spójrzmy na tytuł książki. Pełny tytuł: „Obłęd ’44, czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując Powstanie Warszawskie”. Z tego tytułu jednoznacznie wynika, że powstanie było w interesie ZSRR. Skoro zrobiliśmy Stalinowi prezent, więc działaliśmy w jego interesie. A przynajmniej w interesie jego kraju. Jest to oczywiście z gruntu błędna interpretacja. Wynika ona oczywiście z braku dokładnego zapoznania się z pracami brytyjskimi oraz szerzej anglosaskimi odnośnie przygotowywania powstania w Polsce.
Wystarczy zajrzeć do pracy pt „Wyspa Ostatniej Nadziei” Lynne Olson, wydanej po angielsku w 2017 roku, a po polsku rok później, aby przekonać się, że Brytyjczycy chcieli nie dopuścić do zagarnięcia Polski przez komunistów. Był to jeden z głównych powodów wsparcia dla powstania ze strony Winstona Churchilla. Nie jakaś tam miłość do Polaków. Wszyscy wiemy co Churchill powiedział na początku 1945 roku do generała Andersa. Była to zimna kalkulacja. Churchill reprezentował antykomunistyczne skrzydło brytyjskiego establishmentu. To właśnie to skrzydło popchnęło nas do insurekcji. A więc jego celem, co wynika z kierowniczej roli kręgów antysowieckich, było uderzenie w interesy ZSRR a nie robienie im prezentu.
Powstanie Warszawskie nie było więc prezentem dla Stalina. Miało być jego zmorą. Przygotowali je ludzie oskarżani o bycie bardziej antykomunistycznymi niż antynazistowskimi. Ludzie którzy po wojnie wysługiwać się będą nazistami i faszystami w budowania tajnych struktur militarnych w krajach NATO. Byli to także ludzie Churchilla. Cały establishment brytyjski głównego nurtu ich nienawidził i najchętniej rozwiązałby ich struktury.
W 1940 roku, w połowie lipca, Churchill wydał rozkaz podpalenia Europy. Odbiorcą tego polecenia był minister wojny ekonomicznej, podległy mu Hugh Dalton. 6 dni później, 22 lipca 1940 roku powołano do życia Kierownictwo Operacji Specjalnych, tajną służbę brytyjską, która całymi latami wspierała nas w przygotowywaniu powstania powszechnego, ograniczonego jak wiemy ostatecznie do obszaru Warszawy z powodu szybkich postępów sowieckiej operacji „Bagration”. Tego samego dnia także Londyn odrzucił niemiecką propozycję porozumienia, skierowaną oczywiście ostrzem przeciwko ZSRR. Churchill już w 1934 roku zakomunikował, że w przyszłej wojnie w Europie Moskwa będzie sojusznikiem Anglików. W październiku 1939 roku, w komunikacie radiowym, dał Sowietom zielone światło na zagarnięcie polskich Kresów Wschodnich.
Decyzja, pomimo sprzeciwu Lorda Halifaxa, który preferował porozumienie, nie mogła być więc inna: najpierw Berlin, potem Moskwa. Przez Berlin do Moskwy – tak brzmiało motto Churchilla, autora pomysłu operacji „Unthinkable”, która miała wypchnąć ZSRR, z pomocą wojsk niemieckich, z Europy Środkowej.
Churchill więc powołał do życia tajną służbę, która popchnie nas ostatecznie do powstania. Kiedy w trakcie debaty polskiego prawicowego celebryty W. Olszańskiego z badaczem polskiego podziemia Leszkiem Żebrowskim, autorem pracy „Paszkwil Wyborczej. Michnik i Cichy o Powstaniu Warszawskim”, padła z ust tego pierwszego teza, że Churchill powiedział: a Polakom zrobimy powstanie, pan Żebrowski się oburzył. Nie ma na to dokumentów – sugerował. „Alianci zachodni byli przeciwko Powstaniu Warszawskiemu. Robili wszystko żeby do niego nie dopuścić” – dodawał pan Żebrowski. Niestety, albo nie zna faktów, albo celowo dezinformował.
Faktycznie, nie znalazłem „dokumentów” na to że Churchill coś takiego powiedział w Teheranie. Znalazłem jednak „dokumenty” na to, że ten brytyjski premier wspierał powstanie, wbrew całemu brytyjskiemu establishmentowi wojskowo-wywiadowczo-dyplomatycznemu. Wreszcie że tajna służba, którą powołał do życia, całymi latami przygotowywała razem z Polakami powstanie pomimo iż doskonale wiedzieli, że nie będzie brytyjskiej pomocy.
Dlaczego więc to robili? Podobno bo Polski wywiad był tak cenny, że potrzeba było podtrzymywać nas w złudzeniu, że angielska pomoc nadejdzie. To wersja oficjalna, podawana zwłaszcza przez anglosaskich historyków, jak Lynne Olson. Jednak polscy historycy, którzy coraz więcej piszą o brytyjskich interesach w powstaniu, twierdzą, że Anglicy powstaniem chcieli wiązać niemieckie dywizje na Wschodzie, odciążając front zachodni. Takie powody podawała Polska Sekcja Kierownictwa Operacji Specjalnych, która zajmowała się szkoleniem tzw. cichociemnych – żołnierzy zrzucanych do okupowanej Polski na spadochronach w celu prowadzenia działań antyniemieckich. W brytyjskim interesie rzecz jasna. Bo przecież to Brytyjczycy ich przygotowywali do misji.
SOE – owe Kierownictwo Operacji Specjalnych, było powszechnie znienawidzone – od brytyjskich wojskowych, przez polityków i dyplomatów, po regularny wywiad. Tylko Churchill darzył ich sympatią. Bo bezwzględnie rozprawiali się z nazistami.
Churchill miał zapewne swój prywatny w tym interes. Jego związki rodzinne z funduszami rodziny Rothschildów są dobrze znane.
Ale Churchill był nie tylko najbardziej antynazistowski z brytyjskiego establishmentu Partii Konserwatywnej owego okresu, lat 1939-1940. Był także najbardziej antykomunistyczny. Już w 1944 roku sprzeciwiał się zdecydowanie zagarnięciu Europy Środkowej przez ZSRR. I to był główny powód wsparcia jego oraz jego podopiecznych dla powstania. Aby siła polska zajęła terytorium kraju przed Sowietami. W grę jednak wchodzić mogą inne powody, o czym w dalszej części tekstu.
W książce Zychowicza „Obłęd ’44” nie pada ani razu nazwisko szefa operacji SOE – Colina Gubbinsa, którego służba odegrała kluczową rolę w podburzaniu nas do powstania. Jak można w książce o powstaniu ani razu nie zawrzeć nazwiska głównego sprawcy?
Gdyby tego dokonano, ktoś bardziej obyty w historii Wielkiej Brytanii zrozumiałby, że tytuł nie klei się kupy. To przecież służba Gubbinsa była oskarżana o to, że jest bardziej antysowiecka, antykomunistyczna, niż antynazistowska. Nie bez powodu.
SOE, jak wiemy z pracy Gilesa Miltona „Ministerstwo Niedżentelmeńskich Działań Wojennych”, o której to pracy w bibliografii pracy Zychowicza nie ma ani słowa (gdyż została wydana 3 lata po wydaniu „Obłędu”), złożone było z dwóch ważnych elementów. Żadnym z nich nie było regularne wojsko. Dlatego byli nielubiani. Bo byli amatorami, poszukiwaczami przygód, krawaciarzami i do tego bandytami, którzy uczyli się podrzynania gardeł i kastrowania Niemców.
Tymi elementami byli bankierzy z londyńskiego City, brytyjska elita. Drugą częścią składową, dowódczą, byli wojskowi wywodzący się z ziemiaństwa. Nie wojskowi jako tacy. Lecz ci, którzy wywodzili się z najbardziej patriotycznej warstwy brytyjskiego społeczeństwa.
„Tego lata Dalton przyjął do pracy wielu mężczyzn, których znał dzięki osobistym kontaktom: bankierów, księgowych i prawników specjalizujących się w prawie międzynarodowym. Nie minęło dużo czasu – powiedział jeden ze zwerbowanych ludzi – a zatrudniliśmy jednego lub więcej przedstawicieli większości banków handlowych z City” – napisał Milton o SOE.
Czy jednak powodem werbowania ludzi z londyńskiej finansjery było to, że są oni także antykomunistyczni? Podobno robiono tak dlatego, bo SOE miało działać w Europie we współpracy z cywilami a nie wojskowymi więc potrzeba było do kontaktów z cywilami wykorzystywać także cywilów.
Nie zmienia to jednak faktu iż SOE reprezentowało najbardziej konserwatywne warstwy społeczeństwa brytyjskiego, a tym samym najbardziej antykomunistyczne. Churchill w lutym 1944 roku miał powiedzieć: „Wobec wkraczania Rosjan do Polski nasz interes polega na tym, że Polska powinna być silna i dobrze wspierana. Jeżeli będzie słaba i zostanie opanowana przez nacierające sowieckie armie, konsekwencje tego mogą przynieść wielkie zagrożenia dla przyszłości anglojęzycznych narodów”.
Słowa te są wielce wymowne i w zasadzie tłumaczą nam po co było przede wszystkim Powstanie Warszawskie i dlaczego Wielka Brytania je wspierała. Aby Sowieci nie zajęli całej Polski lecz jedynie jej wschodnie obszary.
Powstanie Warszawskie upadłoby po kilku pierwszych dniach prawdopodobnie gdyby nie jeden człowiek: Józef Retinger.
Retinger został w kwietniu 1944 roku zrzucony na spadochronie do Polski, startując samolotem z włoskiego Brindisi. Przy sobie miał kilkaset tysięcy dolarów w złocie i gotówce. Modelski, szef wywiadu MSW, w swojej pracy pt. „Byłem Szefem Wywiadu Naczelnego Wodza” pisze, że misja Retingera nie miała nic wspólnego z wybuchem powstania.
Pod datą 4 kwietnia 1944 napisał: „Misja dra Retingera polegała przede wszystkim na dokonaniu oceny politycznej i wojskowej wewnątrz kraju, ale nie miała żadnego bezpośredniego wpływu na wybuch Powstania Warszawskiego 1 sierpnia 1944 roku”.
Można te słowa interpretować na różne sposoby, wszak słowo „bezpośredniego” jest tutaj kluczowe. Evan McGilvray, brytyjski historyk, w swojej pracy z 2019 roku pt. „Polska i druga wojna światowa 1938-1948” napisał: „W krótkim czasie wybuchła wojna słowna dotycząca terminu i odpowiedzialności za powstanie. Ostatecznie polski rząd na uchodźstwie wysłał wysokiego rangą polityka, dr. Józefa Retingera, aby nawiązał kontakt z przywódcami podziemia i dostarczył pieniądze.”
Wiemy że polskie władze na uchodźstwie wydały na Retingera wyrok śmierci, podobnie jak chociażby zbuntowane wobec nich Narodowe Siły Zbrojne. Retingera z misją wysłały brytyjskie służby a pieniądze faktycznie były przeznaczone na ruch oporu. Modelski napisał: „Samolot, który wiózł dra Retingera, wystartował z Brindisi, wykonując misję na rozkaz Special Operations Executive (SOE).
Dlaczego więc McGilvray kłamie i przerzuca odpowiedzialność na Polskę? Cóż, nie wiem. Być może bo jest Anglikiem. Fakt faktem, że Retinger działał pod rozkazami SOE a więc pod rozkazami ministra wojny ekonomicznej, podporządkowanego Churchillowi. Churchill zapalił dla misji Retingera zielone światło.
To co jeszcze warte jest dodania a o czym wspomina Modelski, to to, że wszyscy dowódcy SOE w okresie jej istnienia, byli członkami brytyjskiej misji wojskowej do Polski we wrześniu 1939 roku. Której członkowie najpierw popychali nas do insurekcji przeciwko Niemcom, by po wjeździe do Polski Armii Czerwonej 17 września 1939 roku udać się pospiesznie do Rumuni. Na alkohol i „kobiety do towarzystwa”.
Polacy – gińcie w wojnie z Niemcami. My Anglicy przyjrzymy się wojnie, zobaczymy jak walczą Niemcy, spiszemy raporty a potem na wódkę (podobno pili szampana) i dziewczyny. A wy sobie dalej walczcie frajerzy.
Pieniądze, które dostarczył Retinger miały trafił do skarbnika Mikołajczyka i Stronnictwa Ludowego. Inne źródła podają wprost, że poszły na ruch oporu. Jak wiemy Anglicy wraz z operacją „Overlord” zintensyfikowali zrzuty zaopatrzenia na Polskę, aby wzmocnić opór w naszym kraju. Tj. aby odwrócić uwagę Niemców od Zachodu i skierować ją na Wschód.
Pomimo iż Modelski twierdzi, że misja Retingera nie miała nic wspólnego z powstaniem, Zychowicz przyznaje, że Retinger „namawiał Polaków” do „nasilenia działań dywersyjnych wymierzonych w Niemców i powstania”. Było to zgodne z potrzebą odwrócenia uwagi od operacji „Overlord” i marszu aliantów przez Francję do Berlina.
Wiemy że Churchill oraz niektórzy brytyjscy generałowie chcieli przeciąć drogę Armii Czerwonej, aby ta nie zdobyła zbyt wielu terytoriów w Europie Środkowej. Przyspieszeniu marszu do Berlina oraz zdobyciu go być może przed Sowietami służyć miała m.in. operacja „Market Garden”. Dodatkowo Churchill chciał lądowania na Bałkanach, naciskano także na Amerykanów aby szybciej przeszli przez Włochy, aby przeciąć drogę Stalinowi gdzieś w Europie Środkowej. I odciąć Sowietów od przemysłowego serca Europy. Słowa Churchilla, z lutego 1944 roku, tutaj wspomniane, najlepiej wyjaśniają jego poglądy.
Retinger został więc bez żadnych wątpliwości wysłany do Polski z funduszami na ruch oporu, przez SOE, a podburzanie nas do powstania w zasadzie nie ulega już wątpliwości. To samo czyniło kierownictwo SOE, zwłaszcza dwie postacie: Colin Gubbins, dowódca SOE a wcześniej dowódca operacji SOE, oraz Peter Wilkinson. Ten drugi w książce wprost przyznał, że wiedząc iż brytyjska pomoc nie nadejdzie, przygotowywał Polaków do powstania po 1941 roku kiedy to Polska przestała być aliantem Londynu w Europie numer 1 a stał się nim Związek Sowiecki. Obniżenie rangi Polski automatycznie sprawiło, że Anglicy stracili zainteresowanie wybuchem powstania w Polsce. Jednak SOE kontynuowały działania zmierzające do wybuchu powstania. Podobno aby utrzymać wśród Polaków złudzenie brytyjskiego wsparcia, po to, aby dane polskiego wywiadu napływały do Londynu. Około 44% danych wywiadowczych z Europy dostarczał wywiad polski. Dla utrzymania napływu tych danych wspierano przygotowywanie powstania pomimo oczywistego braku wsparcia w insurekcji ze strony większych sił brytyjskich.
Colin Gubbins podburzał nas do powstania po raz pierwszy jednak nie w 1942 czy 1943 roku. Robił to w 1939.
Już w maju 1939 roku Gubbins wylądował w Polsce. Aby montować nam ruch oporu. Warto jednak wrócić do korzeni brytyjsko-polskiej współpracy. Czy też może najpierw brytyjskiej prowokacji Retingera z 1938 roku, która miała zakończyć się zamachem stanu w RP. Ostatecznie jak wiemy nie zakończyła się. Polski rząd sam, bez brytyjskiej pomocy, zdecydował się wepchnąć nasz kraj pod dwie rozpędzone wywrotki ze żwirem. Sowiecką i niemiecką.
Retinger już w 1938 roku przybywał do Polski aby napuszczać nas na Niemców. Robił to pierwszy raz już w okresie I wojny światowej. Jednak ten okres to temat na inną dyskusję. Skupmy się na II wojnie światowej a raczej jej przededniu.
Retinger był czołową postacią przy tworzeniu w 1929 roku tzw. centrolewu, sojuszu partii opozycyjnych wobec sanacji. Już wówczas miał on podburzać polskie kręgi lewicowe i centrowe przeciwko Piłsudskiemu, propagując chaos i anarchię. Przyjęcie radykalnej postawy przez sojusz sprawiło, że władze RP aresztowały 11 członków ugrupowania. Osadzono ich w twierdzy w Brześciu. Retinger starał się wpływać na kręgi brytyjskie, aby wspierały więźniów.
Retinger więc anarchizował Polskę już w 1929 roku. Jednak 1938 rok będzie tutaj kluczowy. Wówczas to Hitler dokona anszlusu Austrii oraz, za zgodą mocarstw zachodnich, w tym przede wszystkim Wielkiej Brytanii, rządzonej przez wyznawców appeasmentu, Kraju Sudeckiego, w większości zamieszkałego przez Niemców.
Retinger oprócz centrolewu związał się także z Frontem Morges, sojuszem stronnictw centrowych, który powstał w Szwajcarii w 1936 roku. Jego członkowie rozważać mieli przewrót wojskowy. Dla Retingera i jego planów odcięcia Polski od Niemiec i wepchnięcia w wojnę z Berlinem byli znakomitymi wspólnikami.
Retinger brał udział już w jednoczeniu członków ugrupowania. Jednak jego rola we froncie została silnie zaznaczona dopiero w roku 1938.
W lutym Retinger spotkał się z Witosem, aby wytłumaczyć mu, że wizerunek Polski na Zachodzie, w związku z funkcjonowaniem reżimu sanacyjnego, jest niezbyt dobry. Żydowi w brytyjskiej służbie nie podobała się polityka zagraniczna Józefa Becka. Beck przez ludzi centrolewu określany był „płatnym niemieckim agentem”. Po spotkaniu udał się do brytyjskiego kanclerza skarbu, aby wyjaśnić mu jak wygląda obecna sytuacja polityczna w Polsce.
Retinger komunikował więc polskiej opozycji, że Londyn życzy obie zmiany władzy w naszym kraju – obalenia sanacji i zastąpienia jej Frontem. Jak podaje Mieczysław Biskupski, autor pracy „Wojna i dyplomacja na Wschodzie i na Zachodzie”, „brytyjska skłonność do ingerowania w polską politykę sięgała czasów znacznie wcześniejszych niż II wojna światowa”.
Retinger wprost informował stronę polską, że Anglia potrzebuje czasu na dozbrojenie się. Sugestia wielce wymowna. Ktoś musiał wszak dać Brytyjczykom ten czas. W tych słowach nie chodziło jednak jeszcze o zajęcie Sudetenlandu lecz o marcowy anszlus Austrii.
Retinger, pomimo złamania rąk w 1938 roku, wciąż dążył do obalenia sanacyjnej władzy, aby ta nie weszła w sojusz z Niemcami. Wysyłał do naszego kraju polityków Partii Pracy, aby spotykali się z kręgami chłopskimi w celu wywołania rewolty. Retinger obiecywał polskim politykom na wygnaniu w Czechosłowacji, że wywołane zostaną masowe demonstracje.
Kiedy we wrześniu 1938 roku, w tym samym miesiącu w którym doszło do konferencji czterech mocarstw w Monachium, obalenie rządu polskiego stało się niemożliwe, Retinger jeszcze mocniej naciskał na polityków lewicowych, aby kontynuowali działania zmierzające do obalenia sanacji.
W listopadzie było jeszcze gorzej i brytyjski szpieg jeździł od Witosa do Korfantego, aby przekonywać ich do swoich racji.
Wzywał przy tym prezydenta II RP Mościckiego, aby zaakceptował rząd Korfantego-Witosa. Dodatkowo chciał, aby powiązać pożyczkę dla Polski z tym czy w Polsce będzie przychylny Londynowi rząd. A więc pożyczka miała być związana z odsunięciem od władzy sanacji, zwłaszcza Becka, który miał według Retingera popchnąć Polskę do sojuszu z Niemcami, przeciwko ZSRR. Anglicy chcieli aby Polska weszła w wojnę z Niemcami.
W grudniu 1938 roku wnioski Retingera, wobec nieprzeprowadzenia puczu w Polsce, były takie, że Polska może wejść w sojusz z Niemcami kosztem Gdańska a jedyną nadzieją pozostaje wywrócenie rządu. W połowie marca 1939 roku naciskał na zamach stanu w Polsce jeszcze mocniej. Nie było tutaj przypadku. Dokładnie w połowie marca Hitler anektował Czechy i Morawy a Słowację uczynił swoim wasalem. Wobec okrążania Polski przez Niemcy, Beck, znienawidzony przez Anglików, mógł albo wejść z Niemcami w wojnę, albo poddać się ich woli i wejść w sojusz. Anglików interesowała wojna polsko-niemiecka. Mówili o tym wprost.
„Brytyjczycy chcieli zyskać na czasie, gdyż zdaniem lorda Halifaxa, każdy miesiąc przysparzał im 600 samolotów. Ponadto liczyli, że po pobiciu Polski dojdzie do bezpośredniej styczności pomiędzy Trzecią Rzeszą a ZSRR, co prędzej czy później może doprowadzić do starcia między nimi oraz do powstania bardziej pożytecznego i trwałego frontu wschodniego” – napisał Jan Ciechanowski, polski historyk, uczestnik Powstania Warszawskiego.
Biskupski, w konkluzji rozdziału swojej pracy o zamachu stanu Retingera, pisze: „W przededniu wojny Retinger próbował obalić własny rząd z pomocą zagranicy”.
Brzmi to jednak jak usprawiedliwienie rządu brytyjskiego, dla którego Retinger pracował. Retinger nie mógł działać wszak w oderwaniu od interesów brytyjskich. Fakt, że najbardziej agresywny nacisk Retingera na przewrót w Polsce miał miejsce dokładnie w momencie kiedy Hitler złamał w połowie marca 1939 roku ustalenia układu monachijskiego najlepiej świadczy o tym, że działał na rzecz Londynu, o czym Biskupski bardzo nie chce wspomnieć. Wszak to właśnie 15 marca Wielka Brytania, po 20 latach braku zainteresowania Polską, nagle sobie o niej przypomniała.
„Ostateczne rozwianie tych nadziei przyniósł marzec 1939 roku, który zweryfikował metodę brytyjskiej polityki zagranicznej, czyniąc ją gotową do użycia siły” – napisał Marek Rudzik, autor pracy pt. „Polska a Wielka Brytania. Od kryzysu sudeckiego do 15 marca 1939 roku”.
Dopiero 15 marca 1939 roku Wielka Brytania ostatecznie porzuciła pokojowe metody dogadywania się z hitlerowskimi Niemcami. Dopiero wówczas ostatecznie zainteresowała się tym co dzieje się w Europie. To zainteresowanie, biorąc pod uwagę działania Retingera w 1938 roku, miało już miejsce wcześniej. Jednak brytyjski szpieg dopiero w marcu 1939 roku zaczął forsować agresywną agendę przewrotu w Polsce, poprzez współdziałanie z Frontem Morges. Dopiero aneksja Czech i Moraw oraz wasalizacja Słowacji sprawiła, że napór Londynu na pozbycie się zwłaszcza znienawidzonego przez nich „niemieckiego agenta” Becka, był najsilniejszy. 31 marca Chamberlain zakomunikował iż „na wypadek jakichkolwiek działań wojennych mogących wyraźnie zagrozić niepodległości Polski i które by Rząd Polski uznał zatem za konieczne odeprzeć przy użyciu swych narodowych sił zbrojnych, Rząd Jego Królewskiej Mości będzie się czuł zobowiązany do udzielenia Rządowi Polskiemu natychmiastowego poparcia, będącego w jego mocy”.
Jak wyglądała moc i potencjał brytyjski w 1939 roku? Cóż, zacytujmy Ciechanowskiego: „Anglicy byli przeświadczeni, że muszą koniecznie siłą powstrzymać dalszą ekspansję Niemiec, chociaż brakowało im do tego odpowiednich sił i środków. Dlatego zaczynali szukać sojuszników, którzy mogliby im w tym pomóc.” Tak, do wojen na kontynencie, do wojen w celu utrzymania brytyjskiej hegemonii oraz równowagi sił, najlepiej nadają się siły zastępcze. Na przykład Polacy.
Na początku kwietnia Beck udał się do Wielkiej Brytanii, aby zastąpić gwarancje brytyjskie trwałym zobowiązaniem o wzajemnej pomocy i współpracy. 6 kwietnia 1939 roku wydano obwieszczenie o takich właśnie ustaleniach. W tym momencie Retinger nie potrzebował już żadnego zamachu stanu. Polska złamała pakt o nieagresji z Niemcami który Hitler wkrótce wypowie i zacznie przygotowywać Niemcy na wojnę z Polską. Dopiero w kwietniu 1939 roku zaczęły powstawać niemieckie plany wojenne przeciwko Polsce. Anglosasi byli uratowani. Ich koncepcja wielkiej wojny w Europie Środkowej i Wschodniej, zderzenia Niemiec i Sowietów, o którym wspominał ambasador Roosevelta Bullitt jesienią 1938 roku w rozmowie z ambasadorem RP w Waszyngtonie Potockim, właśnie się realizowała.
Beck miał jeszcze możliwość pójścia z Niemcami przeciwko bolszewikom. Wszak Zachód i tak chciał zniszczenia ZSRR rękoma Niemiec o czym polskie ministerstwo spraw zagranicznych doskonale wiedziało. Polska wybrała jednak honor i zniszczenie kraju, zamiast dołączyć do czegoś co i tak było nieuniknione. Wojna z ZSRR musiała wybuchnąć. „Wciąż nam to proponowano. Ale czego Polska potrzebuje – to pokoju, a nie awantur wojennych i to w towarzystwie Niemców. Byłoby to sprzeczne z zasadniczymi założeniami naszej polityki” – stwierdzić miał Beck, mając do dyspozycji dokument o tym, że Anglosasi życzą sobie wielkiej wojny w naszej części Europy. Ale Francuzi zapewne również. Wszak podane tam było iż chodzi o „państwa demokratyczne”. „Państwa demokratyczne życzyły by sobie żeby konflikt zbrojny nastąpił tam na wschodzie pomiędzy Niemcami i Rosją” – brzmi treść dokumentu MSZ-u II RP, którego autentyczność potwierdził ambasador RP w Londynie Raczyński.
I tak doszliśmy do maja 1939 roku i do początku brytyjskich przygotowań Polaków do insurekcji przeciwko Niemcom.
W maju 1939 roku do Polski przybywa Colin Gubbins, brytyjski wojskowy, który kooperował z polskim wojskiem w Rosji w 1919 roku. Ambasador Londynu zakomunikował, że Polakom można bezgranicznie ufać (od zawsze byliśmy naiwni i łatwowierni) toteż Gubbins jako członek brytyjskiego wywiadu wojskowego MIR, który przekształcił się w strukturę paramilitarną, organizować miał w Polsce partyzancki ruch oporu. W czerwcu, miesiącu kolejnym, Anglicy zakomunikowali, że są gotowi udzielić wsparcia w organizowaniu partyzantki, polegającej zwłaszcza na sabotażu linii kolejowych, które miały służyć Niemcom do importu ropy naftowej z Rumunii.
Także w maju 1939 roku utworzono w Polsce organizacje partyzanckie na czele których stanął major Charaszkiewicz. Nazwano je „Tajną Organizacją Wojskową” lub też „Lotnymi Oddziałami Bojowymi”. Stały się one podstawą do tworzenia Związku Walki Zbrojnej, przemianowanego ostatecznie na Armię Krajową.
W lipcu 1939 roku Charaszkiewicz spotyka się w Londynie z brytyjskim wywiadem MIR oraz Sekcją D MI6 zajmującą się sabotażem i wojną nieregularną.
Charaszkiewicz utworzył z pomocą Anglików patrole wzdłuż granic z Niemcami, patrole kilkuosobowe, które miały zajmować się sabotażem na wypadek niemieckiej inwazji. Utworzono także kilkunastoosobowe grupy, które miały przenikać przez granicę i tam siać chaos wśród Niemców. Polacy szkolili się na książeczce Gubbinsa dotyczącej wojny nieregularnej nazwanej „Podręcznikiem dla przywódców partyzantki” dodatkowo biorąc od Anglików materiały wybuchowe na rzecz działań antyniemieckich. Brytyjczycy rozważali także pomoc na miejscu w Polsce, jakiej miała udzielić brytyjska misja wojskowa. Materiały propagandowe oraz sabotażowe napływały do Polski ze Skandynawii.
W sierpniu 1939 roku Gubbins ponownie udał się do Warszawy gdzie spotkał się z szefem biura wywiadu Sztabu Generalnego WP płk Smoleńskim. Jak podaje Atkin, strona polska doskonale zdawała sobie sprawę, że celem brytyjskim nie jest obrona Polski lecz stworzenie ruchu oporu, który będzie prowadzić sabotaż linii kolejowych do rumuńskiego Ploeszti, skąd pozyskiwano ropę naftową.
Sekcja D MI6 miała konkretny powód na obecność w Polsce. Chciała ona utrzymywać kontakty z ruchem oporu poza kontaktami ze sztabem generalnym. Chciała więc mieć tylne drzwi dostępu do polskiej partyzantki, niezależne od kontroli najwyższego dowództwa wojskowego.
Brytyjska misja wojskowa ostatecznie wyruszyła w drogę 25 sierpnia. Jej członkami byli przyszli przywódcy SOE oraz ważne postacie polskiej sekcji Kierownictwa Operacji Specjalnych. Na początku września dotarli do Polski. Kiedy przybyli do Lublina 3 września, Wielka Brytania właśnie wypowiadała wojnę Niemcom. Teoretycznie. W praktyce wykrwawiała Polaków zgodnie z ideą zyskania na czasie.
17 września, po 14 dniach obserwacji Polski, misja opuściła nasz kraj. Polska została celowo porzucona na rzecz Związku Sowieckiego. Anglicy tegoż dnia wydali jeszcze komunikat, obiecując, że Wielka Brytania będzie walczyć dopóki Polska nie zostanie wyzwolona a jej obszar okupowany przez agresorów nie zostanie nam zwrócony. Były to tylko puste słowa, które miały podtrzymać opór w Polsce. To właśnie Gubbins je wygłosił, człowiek, który będzie całymi latami podtrzymywał wsparcie dla ruchu oporu po to, aby dane polskiego wywiadu spływały do Londynu i aby Wielka Brytania mogła uratować swoje wpływy wobec negujących układ międzynarodowy Niemiec. „W związku z trudnościami w udzieleniu bezpośredniego wsparcia wojskowego Polakom przez brytyjskie siły zbrojne, kwestia wzbudzenia zaufania ma ogromne znaczenie i należy wykorzystać każdą okazję do wywarcia osobistego wpływu przez członków misji brytyjskiej” – brzmiały instrukcje Ministerstwa Wojny dla misji. To oszustwo maskowało brytyjską pogardę dla Polaków. W 1940 roku brytyjscy urzędnicy mieli powiedzieć: „bardzo rozsądny jak na Polaka… jedyny Polak, jakiego spotkałem, który jest zarówno uczciwy, jak i inteligentny”.
W nocy z 17 na 18 września misja opuściła Polskę. Polacy wykrwawiali się w wojnie z Niemcami i Sowietami, w wojnie na dwa fronty, a Anglicy, z Gubbinsem na czele, mogli wreszcie udać się do Rumunii na alkohol i dziewczyny.
W październiku, kiedy Churchill w audycji radiowej oddawał Kresy Wschodnie Stalinowi (tak to wyglądało dbanie o zwrot Polsce terytoriów zagrabionych przez totalitarnych sąsiadów), Gubbins odtwarzał Misję do Polski w celu przygotowania działań powstańczych przeciwko Niemcom. Strona polska a konkretnie Sztab Generalny WP na uchodźstwie zgodził się, aby to Gubbins kontrolował cały plan wojny partyzanckiej na okupowanych przez Niemcy terytoriach RP. Francuzi potwierdzili, że działalność wywrotowa w Polsce powinna pozostać w gestii brytyjskiego wywiadu wojskowego. Większość przemytu zaopatrzenia do polskiego ruchu oporu trafiło do zadań Petera Wilkinsona, prawej ręki Gubbinsa. Kiedy w czerwcu 1940 roku Gubbins otrzymał polecenie utworzenia tajnej armii pozostającej w cieniu, która miała sabotować niemieckie postępy na wypadek inwazji na Wyspy Brytyjskie, pierwszym jego krokiem w budowaniu tej armii było pozyskanie jako współpracownika Wilkinsona.
Peter Wilkinson został przez Normana Daviesa, poprawiacza wizerunku Wielkiej Brytanii w Polsce, określony „rzecznikiem polskich interesów”. Gubbinsa brytyjski historyk także gloryfikuje w kontekście stosunku do naszego kraju i Polaków. „Gubbins nie wstydził się swojego polonofilstwa” – pisze w książce „Powstanie ’44”. Jak jednak wyglądała prawda?
Cóż, Gubbins i jego prawa ręka Wilkinson byli funkcjonariuszami brytyjskich służb specjalnych którzy realizowali imperialne interesy brytyjskie. Obaj odznaczyli się podburzaniem Polaków do powstań przeciwko Niemcom, aby polski ruch oporu nie zgasł i aby Wielka Brytania, poprzez odwrócenie uwagi Hitlera od Zachodu i skierowania jej na Wschód, była chociaż trochę bezpieczniejsza. Do samego końca walk w Polsce byli odpowiedzialni za zużywanie polskiej tkanki demograficznej w celu podtrzymania nas w wojnie. Służyło to „podpalaniu Europy”, które Churchill zarządził Daltonowi 16 lipca 1940 roku.
Najbardziej interesujące jest jednak to co o tamtym czasie pisał sam Wilkinson. Oddajmy mu głos: „Latem 1941 roku analizy przeprowadzone przez SOE i Wspólny Sztab Planowania praktycznie wykluczyły możliwość udzielenia wsparcia siłom patriotycznym w Europie Wschodniej na jakąkolwiek znaczącą skalę, uznając, że wymagałoby to zbytniego odwrócenia uwagi od bombardowań Niemiec. Wniosek ten był politycznie nie do przyjęcia dla Polaków, którym groziła zagłada narodowa z rąk zarówno Niemców, jak i Rosjan. Sukces pierwszego lotu do Polski zachęcił Armię Krajową do myślenia w kategoriach wyzwolenia kraju poprzez wielką inwazję desantową, gdy tylko niemiecki opór zacznie się załamywać. Polska armia podziemna była wówczas najważniejszym atutem SOE, a Dalton i Gubbins, a także – co więcej – Perkins, Hazell i ja, byliśmy tak głęboko zaangażowani w sprawę polską, że baliśmy się skonfrontować ich z realiami ich sytuacji.
W każdym razie oficerowie sztabowi VI Biura nie ośmielili się przyjąć niczego poza najbardziej pozytywnym nastawieniem w kontaktach z Armią Krajową. Postanowiliśmy więc podążać za ich linią i, zgodnie z instrukcjami Gubbinsa, przez następne dwanaście miesięcy marnowałem godziny na pozorne wspólne planowanie z polskim sztabem generalnym, opracowując wymagania logistyczne pełnowymiarowej inwazji powietrznodesantowej na okupowaną przez Niemców Polskę, o której zarówno oni, jak i ja wiedzieliśmy, że nie ma szans, by doszła do skutku. Doświadczenia z Krety uświadomiły mi, że bez całkowitej przewagi powietrznej każda tego rodzaju operacja desantowa skazana jest na klęskę. Ten rozstrzygający argument był nie do przyjęcia dla Armii Krajowej, która mimo wszystko musiała podtrzymywać swoje nadzieje. Ze swojej strony było to dla mnie niewdzięczne zadanie i czułem głęboką frustrację oraz przygnębienie z powodu bezsensowności całego przedsięwzięcia.”
Jakby ktoś nie wiedział, powstanie powszechne w Polsce połączone miało być z inwazją z powietrza. Tym miały zająć się m.in. wojska generała Sosabowskiego, które ostatecznie rzucono na Holandię, aby przyspieszały drogę do Berlina – naczelny cel Churchilla – zamiast do Polski. Anglicy wiedząc, że do takiej operacji nie dojdzie, pomimo to ją przygotowywali.
Za tymi pięknymi słowami kryje się jednak to o czym już wcześniej wspomniałem. Od lata 1941 roku najważniejszym sojusznikiem Londynu w kontynentalnej Europie stawał się ZSRR. Polska została zepchnięta na dalszy plan i dlatego zmniejszano wsparcie dla ruchu oporu w Polsce. To wsparcie jednak było podtrzymywane aby polskie służby dostarczały dane wywiadowcze z okupowanego kraju.
„Zachodni sojusznicy nigdy nie wysłaliby żadnych swoich sił, by wyzwolić Polskę, tak jak zamierzali to teraz uczynić w przypadku Francji i krajów Beneluksu. Dręczony poczuciem winy Churchill nie był w stanie tego przyznać. Podobnie jak generał Colin Gubbins i inni wyżsi rangą oficerowie z SOE, którzy od samego początku wspierali Armię Krajową w jej planie przeprowadzenia zakrojonego na szeroką skalę powstania narodowego przeciwko Niemcom, zbieżnego z ofensywą aliantów w Europie Zachodniej. Zgodnie z polskim planem powstanie wymagałoby, by polskie eskadry bombowców i myśliwców, latające wówczas w ramach RAF, przetransportowały do ojczyzny tysiące polskich spadochroniarzy, również stacjonujących w Wielkiej Brytanii. Gubbins wiedział już od 1941 roku, że plan ten był niemożliwy do zrealizowania, ale jego własne głębokie przywiązanie do Polaków oraz, co ważniejsze, zależność aliantów od polskich akcji sabotażowych i wywiadowczych powstrzymały go przed powiedzeniem im prawdy. Biograf Gubbinsa ujął to wprost: „Ani SOE, ani polskie Główny Sztab [w Londynie] nie miały odwagi powiedzieć Armii Krajowej, że ze względu na niemożność zapewnienia odpowiedniego wsparcia lotniczego ich plany były zwykłą bzdurą” – napisała Lynne Olson w swojej „Wyspie Ostatniej Nadziei”.
I to właściwie zamykałoby temat brytyjskiej prowokacji jaką było Powstanie Warszawskie, które jak wiemy pierwotnie miało objąć obszar większy, jednak zostało ograniczone do stolicy z powodu postępów sowieckiej operacji „Bagration”. Nie tak szybko jednak. Wiemy już, że Kierownictwo Operacji Specjalnych Gubbinsa i Wilkinsona całymi latami podtrzymywało wśród Polaków duch oporu, aby wywiad otrzymywał dane z okupowanej Polski. Zacytujmy jeszcze kilka fragmentów książki Olson: „Sytuację pogorszył fakt, że Gubbins nakazał Peterowi Wilkinsonowi, pracownikowi polskiego oddziału SOE, aby zaangażował się – jak później zauważył Wilkinson – w „udawane wspólne planowanie z polskim sztabem generalnym, opracowując wymagania logistyczne pełnowymiarowej inwazji powietrznej na Polskę, o której zarówno oni, jak i ja wiedzieliśmy, że nie może się odbyć”.
Powyższy fragment częściowo pokrywa się ze wspomnieniami Wilkinsona. Zacytujmy dalszą część tego samego rozdziału, który wyjaśnia rzeczywiste przygotowania powstania połączonego z desantem, które Brytyjczycy nie mieli zamiaru wspierać: „Nawet brytyjscy szefowie sztabów, których opór wobec udzielenia pomocy polskiemu powstaniu był niezachwiany, w swoich publicznych wypowiedziach na ten temat byli znacznie mniej stanowczy niż w rozmowach prywatnych. Nie chcąc zrażać Polaków i narażać na szwank przepływ cennych danych wywiadowczych, które ci dostarczali, szefowie mówili niejasno o „celowości przygotowania Armii Podziemnej w Polsce do działań skoordynowanych z operacjami wojskowymi aliantów”. Polacy – dodali szefowie sztabów – „powinni otrzymać jak największą ilość sprzętu”, z zastrzeżeniem jedynie „dostępności odpowiednich samolotów”. Była to oczywiście sytuacja bez wyjścia: nigdy nie było dostępnych odpowiednich samolotów w ilościach, jakich potrzebowano”.
Kiedy jednak brytyjscy wojskowi doszli do wniosku, że pora powiedzieć Polakom prawdę: nie będzie żadnego wsparcia? Dopiero pod koniec 1943 roku Ministerstwo Wojny Londynu zakomunikowało, że zbliża się moment kiedy trzeba będzie nam Polakom powiedzieć, że żadnego większego wsparcia dla Armii Krajowej, na rzecz ogólnonarodowego powstania, nie będzie. Podano, że im szybciej strona polska zostanie poinformowana, tym lepiej. Nie została jednak poinformowano. Przygotowania trwały a zachodni alianci nie ostrzegli polskich sojuszników, że wszystko jest pozorowane aby tylko wywiad polski pracował na rzecz zachodniego wysiłku wojennego.
Jaka była rola w końcowym zwycięstwie aliantów ruchów oporu w całej Europie? Oddajmy głos generałowi Eisenhowerowi: „W żadnej poprzedniej wojnie ani na żadnym innym teatrze działań wojennych podczas tej wojny siły ruchu oporu nie były tak ściśle włączone w główne działania wojskowe” – napisał. „Uważam, że zakłócanie komunikacji kolejowej wroga, nękanie niemieckich przemieszczeń drogowych oraz ciągłe obciążanie niemieckiej gospodarki wojennej i służb bezpieczeństwa wewnętrznego w całej okupowanej Europie przez zorganizowane siły ruchu oporu odegrały bardzo znaczącą rolę w naszym całkowitym i ostatecznym zwycięstwie”.
Nam jednak nie dane było cieszyć się z końca wojny. Nie tylko nie odzyskaliśmy ziem, co cynicznie obiecywał nam Gubbins, kiedy 17 września 1939 roku opuszczał rozszarpywaną Polskę. Nie tylko Polska nie stała się suwerennym krajem. Nie tylko straciliśmy 2,5 do 3 milionów naszych rodaków. To jeszcze stolica Polski Warszawa została zburzona. Bo Wielka Brytania całymi latami mamiła nas wsparciem dla powstania powszechnego i podtrzymywała opór w Polsce, aby polski wysiłek wojenny służył ich interesom.
Kiedy jednak Anglicy zakomunikowali nam, zwłaszcza podżegacz Gubbins, że nie będzie żadnego wsparcia dla powstania powszechnego?
Jeszcze 29 lipca 1944 roku Gubbins w reakcji na polskie żądania co do wsparcia dla powstania powszechnego, poprzez m.in. zwiększenie zrzutów nad Warszawą, ataków bombowych na lotniska w pobliżu Warszawy, przerzut myśliwców do Polski czy też przerzut dywizji Sosabowskiego, odpowiedział pozytywnie. Na dwa dni przed wybuchem powstania SOE i Gubbins wciąż mamili nas że wsparcie nadejdzie., podtrzymując tą fałszywą iluzję.
Wszak 28 lipca Anthony Eden, szef brytyjskiej dyplomacji, zakomunikował hrabiemu Raczyńskiemu, polskiemu ambasadorowi w Londynie, że żadnego wsparcia nie będzie. SOE jednak pomimo to dzień później zakomunikowało stronie polskiej o przyznaniu polskiemu powstaniu „bezwzględnego priorytetu”. Gubbins bardzo szybko opuścił Londyn i udał się 10 sierpnia do Normandii gdzie trwały „właściwe” walki o brytyjskie bezpieczeństwo i interesy. 16 sierpnia jego zastępca Perkins, kolejny z „propolskich” Brytyjczyków – przed wojną właściciel fabryki w południowej Polsce, który mówił w naszym języku – po dwóch tygodniach wykrwawiania się Warszawy, stwierdził, że cała wina za powstanie leży po stronie polskiej.
Perkins dostawy zaopatrzenia dla walczącej Warszawy, wobec których entuzjastycznie wypowiadał się jeszcze 29 lipca jego szef Gubbins, nazwał zbrodniczymi. „Jako moje osobiste zdanie, przekazałem im, że jest z ich strony zbrodnią planować dostawy z pomocą dla Warszawy w ramach operacji tak ryzykownych jak te, które obecnie podejmują”.
Kluczowe dla wyprowadzenia strony polskiej w pole, w celu nie powstrzymania wybuchu powstania, tak przez Anglików jak i Amerykanów, były spotkania polskich elit w Waszyngtonie w czerwcu 1944 roku z Anglo-amerykanami. Polacy zakomunikowali Amerykanom, że polski ruch oporu współdziałać będzie w powstaniu ze stroną sowiecką. Anglosasi dopytywali się o szczegóły współpracy, po czym otrzymywali pozytywne odpowiedzi. Najwyższe władze wojskowe aliantów, w tym tajne służby OSS, zostały więc poinformowane, że Polska przygotowuje powstanie powszechne. Nikt nie zakomunikował, że przygotowania należy przerwać. „Nie podjęto jednak żadnych prób objęcia kontroli nad powstaniem lub zapobieżeniu jego wybuchowi” – napisał William Mackenzie, autor książki pt. „Tajna historia Kierownictwa Operacji Specjalnych”.
Wróćmy jednak do Retingera gdyż jego rola w podtrzymaniu powstania była kluczowa.
Retinger wyleciał z Polski, po kilku próbach zamachu na jego życie, 26 lipca 1944 roku. Po dostarczeniu władzom w kraju 220 tys. dolarów. 3 sierpnia, kiedy powstanie już trwało, przybył do Londynu.
5 sierpnia 1944 roku dowódca brytyjskiego lotnictwa we Włoszech, gen. Slessor, wydał rozkaz zaniechania dalszych zrzutów nad Warszawą. Głównodowodzący aliantów na Morzu Śródziemnym gen. Wilson podzielał opinię Slessora i wysunął wniosek o zaprzestanie lotów. Wniosek został przyjęty. I w tym momencie uaktywnił się Retinger, którego SOE wysłało w kwietniu z misją do Polski, aby wzmocnić po cichu ruch oporu. Brytyjski agent zabiegał u dowództwa wojskowego aliantów o wycofanie decyzji.
Działania Retinger przyniosły wymierne skutki. 8 sierpnia zarządzono kontynuację lotów. 10 sierpnia poinformowano, że brytyjscy lotnicy także będą brali udział w zrzutach zaopatrzenia dla walczącej stolicy. Retinger uratował więc Powstanie Warszawskie. Podtrzymał ogień w stolicy aby odciągać uwagę Niemców od frontu zachodniego i skupiać jej więcej na Wschodzie. „Sekcja Polska [SOE] oceniała, że powstańcy wiązali co najmniej cztery niemieckie dywizje i utrudniali konsolidację obrony na froncie wschodnim” – czytamy w pracy o pozycji Polski w brytyjskiej strategii oporu w Europie II wojny światowej.
Wsparcie dla powstania miało być jednak jedynie takie aby ono trwało. Brytyjczycy nie chcieli, aby odniosło ono zwycięstwo. Oprócz celów wojskowych, były także cele polityczne. Szybka klęska powstania wynieść mogła do władzy w Londynie prawicowe elementy. Retinger jako reprezentant tajnych kręgów brytyjskich elit starał się za wszelką cenę utrzymać Mikołajczyka, spolegliwego wobec ZSRR, na stanowisku premiera.
O roli SOE we wsparciu dla powstania warto także napisać w kontekście żądań z końca lipca 1944 roku. Wówczas to strona wojskowa Wielkiej Brytanii zdecydowanie odrzucała pomoc powstaniu. Gubbins jednak, o czym jeszcze w tym tekście nie wspominałem, popierał je, zanim udał się do Francji. Twierdził, że Polacy zasługują na symboliczny gest wobec wsparcia jakiego polski ruch oporu udzielał stronie brytyjskiej. 2 sierpnia SOE sugerowało odpowiedzieć pozytywnie na postulaty strony polskiej. Uczyniono to zanim jeszcze Anglicy dowiedzieli się o wybuchu insurekcji.
Alianckie dowództwo wojskowe było więc przeciwne wsparciu dla powstania, tajne służby Churchilla były za. Pora na dobitny dowód na to, że wiązało się to z celami antykomunistycznymi. A więc że SOE chciało zużywać Polaków, aby realizować plany niedopuszczenia do zagarnięcia Europy Środkowej przez Moskwę. „Wbrew silnym po dzień dzisiejszy w Polsce przekonaniom, Brytyjczycy bynajmniej nie zamierzali akceptować Rzeczpospolitej jako strefy wpływów ZSRR. Starano się unikać bezpośredniej konfrontacji z Kremlem w krajach Europy Środkowej ale równocześnie dążyć do umocnienia na tym obszarze brytyjskiej pozycji. Oznaczało to kontynuowanie wsparcia dla rządu polskiego, czego elementem były działania SOE”.
Słowa klucz w tym fragmencie: starano się unikać bezpośredniej konfrontacji z Kremlem. Konfrontacja miała być więc pośrednia. SOE działało na tym kierunku. Na kierunku niedopuszczenia do zagarnięcia Polski i krajów sąsiednich przez ZSRR.
Warto jeszcze skupić się na tezach historyka George’a Bruce’a który sugeruje, że Armia Czerwona, aby wyruszyć na Berlin, najpierw powinna uchwycić kluczowe punkty infrastruktury stolicy. A więc najpierw powinna opanować Warszawę.
„Z kolei dla nazistów i Sowietów miasto to stanowiło ważny strategiczny i taktyczny punkt kontrolny. Przebiegało przez nie siedem głównych szlaków komunikacyjnych, które przekraczały Wisłę za pomocą trzech mostów drogowych i dwóch kolejowych. Dla Niemców, toczących w tym rejonie bitwy obronne, mosty i drogi przebiegające przez miasto miały kluczowe znaczenie. Musiały one pozostać otwarte, aby zapewnić swobodny przepływ wojsk i zaopatrzenia na Front Wschodni. Z kolei dla Armii Czerwonej warszawska sieć komunikacyjna miała kluczowe znaczenie dla ofensywy na Berlin, choć mosty – o których wiedziała, że Niemcy je zniszczą – miały mniejsze znaczenie” – napisał Bruce.
Dzisiaj już wiemy, że Armia Czerwona na początku sierpnia 1944 roku została pobita metodami militarnymi i nie mogła kontynuować swojej ofensywy. Pod koniec sierpnia z kolei Stalin nie zdecydował się na natarcie, gdyż po pierwsze nie chciał walczyć na dwa fronty – front polski i bałkański – po drugie chciał, aby „londyńscy Polacy” zostali zniszczeni przez Niemców. Niemców, którzy aby to uczynić, ściągali dodatkowe siły na Wschód.
Jak jednak potoczyłaby się wojna gdyby powstanie nie wybuchło, Niemcy nie ściągali w związku z nim sił i środków na Wschód, oraz nie skierowali tam swojej uwagi, a Armia Czerwona zajęłaby Warszawę dużo szybciej, wobec braku powstańczych wystąpień? Czy przypadkiem Berlin nie zostałby zdobyty dużo wcześniej a Armia Czerwona, wyznająca regułę tam gdzie stoi sowiecki żołnierz tam jest ZSRR, w ramach faktów dokonanych, nie przesunęłaby sowieckiej strefy wpływów dalej na zachód w kierunku Zagłębia Ruhry? Cóż, alternatywnej historii pisać nie będę.
W kontekście powstania i Wielkiej Brytanii warto wspomnieć także o brytyjskiej misji wojskowej „Freston”.
Pomysł misji pojawił się wśród Polaków jednak to SOE posunęły tą kwestię do przodu, w lipcu 1944 roku. Trafiła ona jednak do Polski dopiero w grudniu tegoż roku. Jej celem było zbieranie informacji i zapewnianie łączności. Była ona ostatnim kontaktem SOE z Polską. W kraju jej osłoną zajął się najpierw obwód Częstochowa AK a później obwód Radomsko AK. Podczas walk z Niemcami strona polska straciła nawet jednego żołnierza. W istocie celem misji było sprawdzenie przez stronę brytyjską czy Polacy po hekatombie powstania gotowi są już oddać terytoria wschodnie Stalinowi.
„Polacy zbytnio zaufali Gubbinsowi. Jego strategia polegająca na powstaniu tajnych armii przeciwko nazistowskiej machinie wojskowej po przybyciu regularnej armii wyzwoleńczej okazała się błędna w przypadku Polski […]. SOE ponosi część odpowiedzialności za to, że Polacy nie zrozumieli konsekwencji brytyjskich planów wojskowych. […] Gubbins […] przewidywał zdradę Polaków przez Wielką Brytanię po 1945 roku. Podczas wojny powiedział Sue Ryder z SOE: „Oczywiście, że zostaną … po prostu wyrzuceni za burtę… My [Wielka Brytania] zamierzamy wycisnąć z nich wszystko, co się da, a potem ich porzucić” – napisał Edward Harrison, autor książki pt. „Tajne służby przeciwko nazistowskiemu reżimowi”.
1. Atkin M., „Pioneers of Irregular Warfare. Secrets of the Military Intelligence Research Department in the Second World War”, Yorkshire-Philadelphia 2021
2. Biskupski M. B. B., „War and Diplomacy in East and West. A Biography of Józef Retinger”, Londyn-Nowy Jork 2017
3. Bruce G., „The Warsaw Uprising: 1 August – 2 October 1944”, Leeds 1972
„Zawsze jest tak, że gdy Bóg zamierza upomnieć świat, przed wymierzeniem kary proponuje, z pewną obawą, ostatnią drogę ocalenia: Swoją Najświętszą Matkę. Jeśli zlekceważymy i odepchniemy ten ostatni środek ocalenia, wtedy nie będzie już dla nas ratunku.” s. Łucja z Fatimy
Podczas 2 Wojny Światowej, w sierpniu 1943 r. Matka Boża zaczęła objawić się w Warszawie na Siekierkach dwóm osobom: 13-letniej Władysławie Fronczakównie (później Papis) i 36-letniej Bronisławie Kuczewskiej. Bogurodzica chce, by ludzie mieli świadomość, że nieszczęście które im grozi, nie będzie „przejawem gniewu Boga wobec swego ludu, ale samozniszczeniem narodu poprzez grzech”.
Legalna aborcja w Polsce
9 marca 1943 r. po raz pierwszy w dziejach narodu zezwolono polskim kobietom na praktycznie nieograniczone „przerywanie ciąży”. Zrobili to hitlerowcy w czwartym roku okupacji, przy czym samym Niemkom było to nadal zabronione pod karą śmierci. Podczas okupacji, szczególnie w Warszawie, w obliczu ciągłego śmiertelnego zagrożenia życia wielu miało postawę „żyje się raz” i korzystało z każdej chwili życia. Konsekwencją takiego trybu życia były niechciane ciąże. Gabinety ginekologiczne podczas II wojny światowej nie próżnowały i od czasu ogłoszenia ustawy aborcyjnej, już nie w pokątnych gabinetach, ale oficjalnie w szpitalach i prywatnych klinikach można było przerwać ciążę.
Objawienia Matki Bożej w Warszawie
Dwa miesiące później, 3 maja 1943 roku, Matka Boża objawi się w Warszawie, mieście, któremu patronuje od 291 lat. Objawia się w osadzie Siekierki, mając nadzieję, że uchroni Warszawę od losu jaki jest udziałem żydowskiej dzielnicy miasta (16 lutego 1943 r. hitlerowcy wydali rozkaz likwidacji getta i wymordowania całej ludności). Z Siekierek widać kłęby czarnego dymu unoszące się z palącej się dzielnicy. W jakże innej scenerii ukazuje się Matka Boża [na Siekierkach]. Pojawia się na kwitnącym drzewie obsypanym białymi, słodko pachnącymi kwiatami. Mimo sielskiej scenerii słowa Bogurodzicy zapisane przez 13-letnią Władysławę Fronczakównę są poważne i brzmią złowieszczo:
„Módlcie się, bo idzie na was kara, ciężki krzyż. Nie mogę powstrzymać gniewu Syna mojego, bo lud się nie nawraca. Bóg nie chce ludzi karać, Bóg chce ludzi ratować przed zagładą. Bóg żąda nawrócenia”.
Dlaczego Warszawa miała być ukarana?
Skąd tak twarde słowa pod adresem warszawian? Otóż w okresie międzywojennym społeczeństwo polskie zaczęło coraz powszechniej lekceważyć prawa Dekalogu. Żony zmieniali politycy, wielu artystów prowadziło bujne życie erotyczne z wieloma partnerami, następowało coraz większe rozluźnienie obyczajów, również nie krępowano się związków jednopłciowych i biseksualnych. Konsekwencją rozwiązłego życia były niechciane ciąże, a co za tym idzie aborcje. Tuż przed II wojną światową Chrystus Pan zapowiedział Rozalii Celakównie: „Nastaną straszne czasy dla Polski. Polska ma być ukarana za to […], że naród odwrócił się od Boga, […] popełnia straszne grzechy i zbrodnie, a najgłośniejsze z nich są grzechy nieczyste”. „Moje dziecko, za grzechy: zbrodnię zabijania dzieci poczętych i rozpustę, popełniane przez ludzkość na całym świecie, ześle Bóg straszna karę. Sprawiedliwość Boża nie może znieść dłużej tych występków”.
Matka Boża prosi o modlitwę, ale jest to lekceważone
Maryja prosi o powszechną modlitwę, taką jak w pamiętnym sierpniu roku 1920, gdy do bram Warszawy dochodziła bolszewicka Armia Czerwona. Niestety, po 23 latach atmosfera w stolicy jest diametralnie różna i w niczym nie przypomina modlitewnej mobilizacji narodu z 1920 r.
Wydawało się oczywiste, że księża pełniący posługę na Siekierkach (…) upowszechnią te orędzia. Tak się jednak nie stanie. Lekceważenie objawień i brak współpracy duchowieństwa Kościoła [z władzami Podziemnej Polski – przyp. Ł] będą główną przyczyną niepowodzenia tej misji.
Wybuch Powstania Warszawskiego
1 sierpnia 1944 r. wybucha Powstanie Warszawskie. Młodych warszawiaków rozpiera chęć walki.
„Pomścimy wreszcie lata zgrozy / […] i egzekucje i obozy. / Dzielności naszej się poszczęści / Gdy Sprawiedliwy, Wielki Bóg / pobłogosławi naszej pięści”.
Nie zawierzono Powstania Warszawskiego Bogu ani Maryi
Bóg nie pobłogosławił pięści, ponieważ dowódcy akcji zbrojnej o to nie prosili. Nie było żadnego oficjalnego zawierzenia Powstania Warszawskiego Bogu, a tym bardziej Bogurodzicy, Patronce Warszawy.
Matka Boża przez 15 miesięcy poprzedzających wybuch Powstania Warszawskiego wielokrotnie powtarzała, że „jedynym sposobem na zakończenie wojny jest nawrócenie, modlitwa i pokuta”. Nic nie wspominała o „pięściach” i „butelkach z benzyną”. Natomiast młodzi warszawianie bezgranicznie ufali w „moc pieści” i swoje siły, i nie widzieli powodu aby w swoje ambitne plany wtajemniczać Boga.
W roku 1944 nie pamiętano, że to co dzieli zwycięstwo od klęski, to nie moc oręża, przeważające siły, czy strategia nawet najgenialniejszych dowódców, lecz wola Boga! W roku 1920 (…) hierarchowie wraz z władzą świecką dokonali aktu poświęcenia Polski Najświętszemu Sercu Jezusowemu, a ludność w całej Polsce rozpoczęła gorące modlitwy w intencji Ojczyzny. [Natomiast] 1 sierpnia 1944 r. o godzinie „W” nastąpiło zderzenie młodzieńczego zapału i młodzieńczych wizji z realnymi możliwościami i brutalną rzeczywistością. Akcja zbrojna podjęta bez jej oficjalnego zawierzenia Bogu i Maryi, po dwóch miesiącach zakończyła się niewyobrażalną klęską. Warszawa została niemalże zrównana z ziemią, zginęło pół miliona mieszkańców.
Rok wcześniej, przed Powstaniem
[Druga wizjonerka] Bronisława Kuczewska na rok przed wybuchem powstania miała objawienie [w którym] „Maryja ukazała mi okropny widok Warszawy w czasie powstania. Widziałam masowe aresztowania, rozstrzeliwania, palące się domy. Zobaczyłam też dom, w którym modliliśmy się. Matka Boża powiedziała mi, że ten dom będzie podlany benzyną i podpalony od dołu przez Niemców. W widzeniu widziałam, jak matki wyskakiwały z dziećmi z płonącego domu. Zaraz powiedziałam o tym widzeniu obecnym, ale nie chcieli mi uwierzyć. Huknęli na mnie, że opowiadam głupstwa, bo Niemcy będą się liczyć z nami”.
Prorocze słowa zostały zlekceważone. I oto co się wydarzyło z tym miejscem: „Kiedy po Powstaniu wróciłam do Warszawy, dom który miałam ukazany przez Matkę Bożą przy ul. Płockiej 25 – był spalony. W domu tym i sąsiednich zabito 300 ludzi. Ludzie mówili, że matki wyrzucały swoje dzieci przez okna, a za nimi same wyskakiwały. Dzisiaj widnieje w tym miejscu tablica pamiątkowa mówiąca, że zginęło tu ok. 300 osób”. [Chodzi najpewniej o krwawą “pacyfikację” Woli przez oddziały niemieckich i ukraińskich zbrodniarzy pod dowództwem Dirlewangera – przyp. PL].
Obietnica Matki Bożej
W jednym z orędzi na Siekierkach w listopadzie 1943 roku, Matka Boża powiedziała przez W. Fronczakównę do Warszawian: „Jeśli wy jesteście ze Mną, to i Ja jestem z wami i NIC się wam nie stanie!”. Dowódcom Armii Krajowej, z pewnością nie brakowało bojowej odwagi, ale zabrakło wiary i zaufania aby Powstanie oficjalnie, przez ręce Bogurodzicy, powierzyć Bogu. Nie byli z Matką Bożą, dlatego [Jej] obietnica nie mogła zostać spełniona.
Gdyby orędzia Matki Bożej zostały przyjęte, gdyby podjęto powszechne modlitwy przebłagalne w intencji pokoju (tak jak w sierpniu 1920 roku), gdyby lud Warszawy zreflektował się i podjął przemianę życia, to losy Powstania z pewnością potoczyłyby się inaczej.
Ocalała Niniwa, której mieszkańcy posłuchali proroka Jonasza i nawrócili się, żałując za grzechy. Oni mieli zaledwie czterdzieści dni na zmianę postępowania, a warszawianie… prawie półtora roku.
Opracowano (z niewielkimi skrótami – PŁ) na podstawie książki „Przepowiednie Maryi o losach Polski” Ewy J.P. Storożyńskiej i Józefa Marii Bartnika SJ (Wydawnictwo AA 2012 r.)
1 sierpnia 1944 r. w Warszawie wybuchło powstanie, które – pomimo bohaterstwa żołnierzy i cywilów – zakończyło się klęską, śmiercią ok. 200 tys. osób i olbrzymimi stratami materialnymi. Z okazji 82. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego przypominamy opinię na jego temat lidera Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna.
W Warszawie 1 sierpnia 1944 r. do walki stanęło ok. 40-50 tys. powstańców. Powstanie planowane na kilka dni trwało ponad dwa miesiące. W czasie walk w stolicy zginęło ok. 18 tys. powstańców, a 25 tys. zostało rannych.
Poległo również ok. 3,5 tys. żołnierzy z Dywizji Kościuszkowskiej, którzy we wrześniu 1944 roku przeprawili się przez Wisłę, aby pomóc walczącemu miastu.
Straty wśród ludności cywilnej wyniosły ok. 180 tys. zabitych. Pozostałych przy życiu mieszkańców Warszawy, ok. 500 tys., wypędzono ze zniszczonego miasta, które po powstaniu Niemcy niemal całkowicie zburzyli.
Braun o Powstaniu Warszawskim
Z perspektywy czasu decyzję o rozpoczęciu powstania w Warszawie krytycznie ocenia prezes Konfederacji Korony Polskiej i polski poseł do Parlamentu Europejskiego Grzegorz Braun.
– Bardzo chciałbym, aby młodzi Polscy patrioci nie zatrzymywali się na poziomie auto egzaltacji tą hekatombą, tym horrorem, chciałbym, aby czcząc pamięć dzielnych rodaków, żołnierzy, z których nie wszyscy byli profesjonalnymi żołnierzami, żeby nie popadali w pochwałę amatorszczyzny w prowadzeniu wojny. Żeby nikt nie czcił składania ofiary z 11-letnich chłopców na ołtarzu ojczyzny. Bardzo chciałbym, abyśmy wydorośleli – komentuje Powstanie Warszawskie i kult wokół niego stworzony Grzegorz Braun.
– Zróbmy Polskę tak, żeby to nie wymagało składania ofiary z dzieci. Każdy niech złoży ofiarę z własnego życia, jeśli uzna to za stosowne, ale niech nie rozporządza cudzym życiem – podkreślił poseł.
– Zaprawiajmy się do profesjonalnej wojaczki, a nie rozpaczliwych aktów, które jak się okazuje nikogo do niczego nie przekonują i nie dają nam żadnej gwarancji, polisy ubezpieczeniowej, przed spychaniem do kategorii najgorszych wyrzutków historii. Mimo Powstania Warszawskiego, przecież Polacy są bardzo łatwo zaliczani do obozu nazistów, antysemitów, faszystów i winowajców II wojny światowej i Powstanie Warszawskie nas przed tym w żaden sposób nie zabezpiecza – powiedział Braun.
– Nigdy więcej, niech nigdy więcej wojskowi nie wyręczają się cywilami, niech nigdy więcej dorośli nie wyręczają nieletnimi, mężczyźni niech się nie zasłaniają kobietami, nigdy więcej niech się to nie powtórzy. My sobie w cichości ducha tak mówmy, niech inni na około myślą, że jesteśmy wariatami skłonnymi do samobójstw, ale my na poziomie elity przywódczej nigdy więcej nie traktujmy insurekcjonizmu jako wzorcu, po który wolno sięgnąć polskiemu politykowi, liderowi, przywódcy – podkreślił. Lider Konfederacji KP przypomniał, że kiedyś nieudane samobójstwa były karane – nawet więzieniem.
Nie ma znaczenia, że Roman Dmowski zmarł w 1939 roku, a powstanie w Warszawie wybuchło w 1944 roku. Jego nauka – trzeźwy sposób patrzenia na politykę – żył wtedy i żyje dzisiaj. Dzięki temu co pisał nauczyliśmy się analizować sytuację polityczną, rozumieć nasze położenie i patrzeć na świat przez pryzmat narodu. Endecy wtedy jak i dzisiaj pozostali krytyczni względem tego zrywu. Z wielkim szacunkiem darzą Powstańców, którzy dzielnie walczyli z Niemcami. Najsurowsze oceny wystawiają tym co doprowadzili do wybuchu, krwawego przebiegu i klęski powstania w Warszawie.
Roman Dmowski w „Polityce polskiej i odbudowaniu państwa” pisał: „Iluż to ludzi w trzech pokoleniach słuchało z rozrzewnieniem patriotycznych słów pieśni: Powstań Polsko, skrusz kajdany. Dziś twój triumf albo zgon. Co do mnie, to te słowa obrażają moje najgłębsze uczucia, mój zmysł moralny. Człowiek, który w tym wypadku myśli to, co śpiewa, jest przestępcą. Sama myśl o tym, że Polska może skonać, jest zbrodnią.
Wolno każdemu, może być obowiązkiem, zaryzykować wszystko, co jest jego osobistą własnością, oddać majątek, przynieść w życie w ofierze. Ale bytu Polski ryzykować, jej przyszłości przegrywać nie wolno ani jednostce, ani organizacji jakiejkolwiek, ani nawet całemu pokoleniu. Bo Polska nie jest własnością tego czy innego Polaka, tego czy innego obozu ani nawet jednego pokolenia. Należy ona do całego łańcucha pokoleń, wszystkich tych, które były i które będą. Człowiek, który ryzykuje byt narodu, jest jak gracz, który siada do zielonego stołu z cudzymi pieniędzmi”. Czy nie odnosicie wrażenia, że powtarzamy historię?
Tak jak Roman Dmowski zżymał się na słowa „Warszawianki”, tak ja zżymam się słysząc wesołe piosneczki o powstaniu w 1944 roku. Odpustowe harce odprawiane w rocznicę powstania w Warszawie budzą moją szczerą niechęć. Nie potrafię zrozumieć z jakiego to powodu politycy i celebryci szczerzą zęby w rocznicę pogrzebu Warszawy. Co oni świętują?
„Każdy chłopaczek chce być ranny… Sanitariuszki – morowe panny, I gdy cię kula trafi jaka, Poprosisz pannę – da ci buziaka, hej!”
Z całą pewnością chcieli tracić nogi, rękę, mieć urwane ucho lub stracić wzrok. Albo znaleźć trupa swojej dziewczyny, żony, matki lub swoich dzieci.
Zanim w telewizorni i radiu puszczą skoczne piosenki jak ta przywołana, czyli „Pałacyk Michla”. Zanim pojawia się pląsy, oklaski i kłamstwa – że było warto – pomyślmy co się stało.
W momencie wybuchu powstania w Warszawie miasto liczyło około 1 000 000 mieszkańców. W walce z niemieckim okupantem poległo około 16 000 polskich żołnierzy, zginęło około 200 000 polskiej ludności cywilnej. Na śmierć poszły polskie dzieci. Polegli młodzi ludzie, którzy mieli tworzyć zręby narodowej Polski po 1945 roku. Oni je mieli tworzyć – nie Bermany! Ogrom ludzi został kalekami. Około jedna trzecia ofiar zginęła wskutek okrutnych masowych mordów, których sprawcami były oddziały niemieckie i ich kolaboranci w tym Ukraińcy, które na początku sierpnia 1944 roku wymordowały ok. 63 000 mieszkańców warszawskiej Woli. Masowe mordy na ludności cywilnej miały miejsce również w innych dzielnicach, takich jak: Służewiec, Mokotów, Marymont, Powiśle, Sadyba, Czerniaków. Przepadły skarby kultury narodowej – nasze zabytki, muzea, kościoły, infrastruktura, przemysł, księgozbiory.
W ujęciu szczegółowym stan zniszczeń przedstawiał się następująco: mosty 100%; kubatura budynków przemysłowych 90%; budynki zabytkowe (w tym kościoły) 90%; kubatura obiektów kultury 95%; kubatura obiektów służby zdrowia 90%; kubatura obiektów szkolnictwa 70%; izby mieszkalne 72,1%. Straciliśmy Zamek Królewski. Straciliśmy stolicę.
Polaków jak wspominałem poległo ok. 200 000. Niemców ok. 1600. Warto było? Powstanie lepiej spełniło polityczne cele Niemiec niż nasze – polskie.
Nasz naród nie potrzebuje kolejnych trupów. Niech kłamliwi stronnicy insurekcyjnego szaleństwa przestaną bredzić o konieczności nawilżania naszej ziemi polską krwią! Trzeba skończyć z kłamliwymi deklaracjami, że tym powstaniem coś udowodniliśmy światu. Jesteśmy dla innych krajów zazwyczaj narzędziem lub problemem. Świat miał wtedy i ma dzisiaj Polaków tam gdzie plecy kończą swoją szlachetna nazwę. Polska jest potrzebna tylko i wyłącznie mam Polakom. Czasem trzeba umierać za ojczyznę, ale ważniejsze by mądrze dla niej żyć. Nie wolno nam powtarzać tych niewybaczalnych błędów i zaprzestać słuchania obcych podszeptów o konieczności walki „za naszą i waszą wolność”, czy „Chrystusie narodów”. Trzeba promować trzeźwy patriotyzm i uczciwe myślenie o polityce. Odrzućmy wreszcie ten cholerny zatruty insurekcyjnym i mesjanizm!
Redaktor „Sztuki i Narodu” Tadeusz Gajcy – tak mądrze przypominany przez Kolegę Arkadiusza Miksę – napisał najprawdopodobniej dzień przed swoją śmiercią w powstaniu wiersz, który znacznie mądrzej obrazuje to co się działo, niż przypominane piosenki …
*** Święty kucharz od Hipciego
„Święty kucharz od Hipciego Wszyscy święci, hej, do stołu! W niebie uczta: polskie flaczki wprost z rynsztoków Kilińskiego! Salcesonów misa pełna, Świeże, chrupkie Pachną trupkiem: To z Przedmurza! Do godów, święci, do godów, Przegryźcie Chrystusem Narodów!”
Na zdjęciu autorstwa Sylwestra Brauna widzimy Alinę Balińską klęczącą przed grobem swojego 15-letniego brata zabitego w powstaniu. Jest jakaś piosenka o tym?
W roku 2022, kiedy jeszcze udzielałem się w internetowej telewizji PL1, nagrałem w swoim cyklicznym programie „Po prostej” materiał zatytułowany „Klub Bilderberg, a Powstanie Warszawskie”. Trafił on zresztą do książki „Rocznik sadystyczny 2020/2022”, której lekturę nadal polecam.
Jako że mamy kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego, pozwalam sobie ten tekst Państwu przypomnieć, uzupełniając go o kilka szczegółów, których w oryginale nie było.
Niedaleko miejscowości Arnhem, nad Dolnym Renem w Holandii, w ramach operacji Market Garden, we wrześniu 1944 roku, wylądowała brytyjska 1 Dywizja Powietrznodesantowa, a po niej polska 1 Samodzielna Brygada Spadochronowa. Jak podaje Wikipedia, desant został zaskoczony przez dwie odpoczywające w okolicy dywizje pancerne Waffen-SS. W wyniku walk alianci ponieśli klęskę (brytyjska dywizja przestała istnieć), a miasto zostało prawie całkowicie zniszczone.
3,5 kilometra na zachód od tego miasta, leży mieścina Oosterbeek, a kolejny kilometr na zachód od jej centrum, znajduje się hotel o znanej już powszechnie dziś nazwie „Bilderberg”. Pisząc o nim kilkanaście lat wcześniej w książce „Oko Cyklopa”, byłem postrzegany jako zwolennik teorii spiskowych.
To tu, w roku 1954, odbyło się pierwsze spotkanie grupy osób, które, choć mają zakaz ujawniania podejmowanych przez siebie decyzji, kreują światową politykę, a z pewnością tę europejską. Podobnych organizacji jest na naszym globie kilka, jednak to grupa Bilderberg jest uważana za główny „rząd równoległy”, który w tajemnicy ustala polityczną i gospodarczą agendę Unii Europejskiej. Składa się ze 120 najpotężniejszych i najbardziej wpływowych mężczyzn i kobiet na świecie – w tym głów państw, polityków wysokiego szczebla, rodzin królewskich, czołowych przemysłowców, finansistów, naukowców i ludzi mediów – spotykają się oni każdego roku – pod koniec maja i na początku czerwca. Wszelkie spotkania, odbywające się obecnie w innych już miejscach, otacza nimb tajemnicy, dlatego trudno dowiedzieć się o szczegółach, jednak czasami, głównie za sprawą personelu, który je obsługuje, dziennikarzom udaje się pozyskać odrobinę danych. Podczas spotkań prowadzone są „nieformalne” dyskusje na temat „bieżących spraw”.
Spotkania Bilderbergów odbywają się w różnych krajach Europy, w luksusowych hotelach, a co czwarty rok, w latach wyborczych, co nie jest przypadkiem, w Stanach Zjednoczonych. Najczęściej, w Chantilly w stanie Wirginia, które znajduje się w niedużej odległości od Waszyngtonu, co pozwala amerykańskim politykom i członkom establishmentu ze wschodniego wybrzeża USA uczestniczyć w konferencji bez kłopotów, ponieważ nie muszą opuszczać kraju i tłumaczyć się ze swojej kilkudniowej nieobecności.
Delegaci pochodzą z USA, Kanady i Europy. Jednak Amerykanie mają tam najsilniejszą pozycję, od dziesięcioleci regularnie uczestniczyli w spotkaniach (i pomagali w jej finansowaniu) tacy ludzie, jak na przykład David Rockefeller i były Sekretarz Stanu Henry Kissinger; Lloyd Bentsen, były sekretarz skarbu USA, bankowe szychy, takie jak prezesi lub przewodniczący z Banku Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku, Goldman Sachs, Citigroup, HSBC, Deutsche Bank, JP Morgan Chase, American Express, szefowie Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Bywali też przedstawiciele wywiadu i armii, jak generał Keith Alexander (były szef NSA, czyli Amerykańskiej wewnętrznej Agencji Wywiadowczej); nieżyjący już Donald Rumsfeld – były sekretarz obrony i jeden z architektów wojny w Iraku; były przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów – generał Colin Powell; czy sekretarz generalny NATO. Uczestniczyli w tych spędach czołowi amerykańscy politycy, jak sekretarz stanu John Kerry, senatorowie John Edwards, Tom Daschele, Chuck Hagel, Hillary Clinton, ale także członkowie brytyjskiego parlamentu i europejskie rodziny królewskie.
Bywają tam jednak osobnicy nie mający w żyłach grama błękitnej krwi, jak choćby sprawca naszych niedawnych nieszczęść Bill Gates, którego ojciec, zagorzały eugenik był w grupie inicjatywnej Klubu.
Wspomniana przeze mnie na początku polska Brygada Spadochronowa, dowodzona przez generała Stanisława Sosabowskiego, miała wziąć udział w walkach w Polsce i stanowiła zasadniczy element koncepcji sztabowej Naczelnego Wodza w Londynie, według której „głównym zadaniem Armii Krajowej było przygotowanie i zwycięskie przeprowadzenie powstania zbrojnego, z chwilą wkroczenia na ziemie polskie regularnych wojsk polskich odtworzonych na obczyźnie”. Nasi ówcześni alianci zdecydowali jednak inaczej i zrzucili ją w ramach operacji „Market Garden” na pola Holandii. Cała ta operacja była jedną, wielką porażką dowództwa sił sprzymierzonych, mało tego – uważa się, że Niemcy odnieśli wówczas swoje ostatnie, ogromne zwycięstwo taktyczne, ponieważ ich kontrofensywa spowodowała większe straty wśród sprzymierzonych, niż te, które alianci odnieśli podczas lądowania w Normandii.
Polacy walczyli dzielnie, pomimo nie najlepiej przygotowanych planów marszałka Montgomery’ego, który rywalizował o pierwszeństwo w dotarciu do terenów przemysłowych III Rzeszy z lepszym o klasę dowódcą amerykańskiej 3 Armii – generałem George’m Pattonem. Choć, wbrew temu, co mówią dziś podręczniki, nie o ambicje chodziło, ale to temat na odrębną pogawędkę.
Nasi żołnierze walczyli, mimo fatalnego rozpoznania dokonanego przez aliancki wywiad i późniejszych błędów generała Eisenhowera. Generał Sosabowski, za bitwę pod Arnhem został odznaczony Krzyżem Walecznych. Pomimo tego, generał Browning, Brytyjczyk, który skonfliktował się z Sosabowskim już na etapie przygotowań do operacji Market Garden, doprowadził swymi knowaniami do odebrania mu dowództwa Brygady. A, po wojnie, w lipcu 1948 roku ten wybitny, doświadczony polski generał, został zdemobilizowany.
Przypomnijmy, że miał wówczas na utrzymaniu żonę i syna, których udało mu się ściągnąć po wojnie do siebie. Warto wspomnieć i o tym, że jego syn Jacek, postrzelił się śmiertelnie, z pistoletu ojca, na rok przed wybuchem wojny. Drugi syn – Stanisław Janusz, który z matką dołączył do generała w Anglii, jeszcze jako dziecko stracił w wypadku lewe oko. W życiu dojrzałym, wykazał nieprzeciętny hart ducha. Był lekarzem, doktorem nauk medycznych, majorem Wojska Polskiego, oficerem Kedywu Armii Krajowej, uczestnikiem kampanii wrześniowej, powstańcem warszawskim i kawalerem Orderu Virtuti Militari. 1 sierpnia 1944 roku dowodził oddziałem, który uwolnił więzioną w magazynach SS na Umschlagplatz, 50-osobową grupę żydów z Węgier i Grecji, jeńców tak zwanej Gęsiówki, obozu zlokalizowanego przy zbiegu ulic Gęsiej i Zamenhofa. Wkrótce potem, podczas kolejnej akcji, został ciężko ranny w twarz i stracił prawe oko.
Generał Sosabowski musiał więc zapewnić byt żonie i ociemniałemu synowi. Nie mając możliwości powrotu do Ojczyzny, bez żadnego wsparcia ze strony niedawnych aliantów, zmuszony był pracować jako robotnik magazynowy w fabryce silników elektrycznych. Jak sam o sobie później mówił – on, generał polskich spadochroniarzy prowadził przez kolejnych kilkanaście lat żywot fabrycznego szeregowca! Tak odwdzięczyli się temu wybitnemu patriocie i Polakowi rzekomi sojusznicy, jeszcze nie tak dawno dający polskiemu państwu gwarancje w wojnie koalicyjnej z III Rzeszą. Pamiętajmy o tym, zwłaszcza dziś, kiedy po raz kolejny zachęcają nas do egzotycznych koalicji.
Dlaczego w ogóle łączę te dwa, z pozoru odrębne w czasie, różne przecież wydarzenia historyczne, jak bitwa pod Arnhem i powołanie do życia organizacji w nieodległym Oosterbeek, 10 lat później?
Bo, jak wspominałem, nasza Brygada Spadochronowa miała się bić bezpośrednio o Polskę, zrzucona na jej terytorium między innymi przez naszych, polskich lotników, odtwarzać państwowe struktury, polską administrację i wobec idących od wschodu „wyzwolicieli” występować w roli gospodarzy państwa polskiego. Nie było im to dane, wobec zdrady sprzymierzonych, którzy z tymi „wyzwolicielami” zaledwie 9 miesięcy wcześniej, w Teheranie, inne poczynili ustalenia, a w Jałcie, w niecały miesiąc po ich wejściu do zrujnowanej Warszawy, Churchill, Roosevelt i Stalin, bez udziału Polaków, dopinali kształt powojennej Europy.
Jak co roku, będziemy niedługo obchodzili kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego. Tego powstania, w wyniku którego zabito 200 tysięcy osób spośród ludności cywilnej, a kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy- powstańców zginęło lub trafiło do niewoli. Przez resztę życia tysiące ocalałych musiały żyć z traumą doznanych krzywd, gwałtów, w kalectwie, na skutek gehenny doznanej w obozach koncentracyjnych lub w trakcie walk w samym powstaniu, jak wspominany wcześniej syn generała Sosabowskiego. Stolicę dumnego państwa, nazywaną Paryżem północy, zrównano z ziemią, bezpowrotnie grabiąc i niszcząc jej wielowiekowy kształt architektoniczny, dorobek kulturalny i naukowy. W tym samym czasie, żołnierze Sosabowskiego seniora, wykrwawiali się na polach Holandii, niedaleko Arnhem.
Trzy miesiące przed wybuchem Powstania, do Polski zrzucono człowieka, który w przekonaniu wielu historyków, odegrał kluczową rolę w zainicjowaniu tej hekatomby miasta i jego mieszkańców. Spotkał się wówczas z przywódcami Polskiego Państwa Podziemnego. Jego udział w podjęciu przez nich decyzji o rozpoczęciu Powstania jest właściwie pewien.
Jeszcze jako doradca premiera Władysława Sikorskiego, Józef Retinger bywał z nim wszędzie, niczym cień. Tylko raz zabrakło go przy premierze, 4 lipca 1943 roku, kiedy doszło do zamachu w Gibraltarze. W swoim podłym życiu zdążył być wcześniej doradcą prezydentów Alvaro Obregona i Plutarcha Callesa, w trakcie krwawej, antykatolickiej rewolucji meksykańskiej. Był też przedstawicielem Międzynarodowej Federacji Związków Zawodowych, organizacji w zasadzie tożsamej ówcześnie z Socjalistyczną Międzynarodówką Robotniczą. Tę postać szczegółowo opisał Henryk Pająk w książce „Retinger – mason i agent syjonizmu”. Gorąco polecam tę pozycję.
Retinger, był zresztą agentem kilku różnych wywiadów: na pewno sowieckiego, brytyjskiego i amerykańskiego. Jego mocodawcy musieli być zdeterminowani wysyłając go, kiedy miał już 56 lat na nocny skok spadochronowy do Kraju, w ramach operacji „Salamander”. Mając doskonałe rozeznanie w charakterze jego misji, podjęto kilka prób wykonania wyroku śmierci na tego dywersanta, zarówno przez oddział likwidacyjny Komendy Głównej Armii Krajowej, jak i Grupę Szańca oraz władze Narodowych Sił Zbrojnych. Niestety, z rozmaitych powodów, skończyły się one niepowodzeniem. Nie mamy na to czasu, by rozważać teraz w czyje ręce trafił majątek, w złocie i dolarach, który z Londynu wiózł wówczas ze sobą do Kraju i na co został on spożytkowany.
W nielicznych opracowaniach na jego temat pojawia się on na ogół w kwestii polskiej dopiero w londyńskim otoczeniu gen. Sikorskiego, tymczasem nieznaną szerzej ciekawostkę na jego temat ujawnił w jednym ze swych materiałów pan Krzysztof Zagozda, filolog i publicysta. Otóż, w lutym 1939 roku, w mieszkaniu profesora KUL Stefana Glasera, na tajnym spotkaniu pojawił się przybyły z Londynu Retinger, który już wtedy przygotowywał przyszły, polski rząd na emigracji, mający skupić się w nieodległym czasie wokół gen. Sikorskiego! Wówczas był to naturalnie rząd nielegalny. W niezwykle interesującym nagraniu zatytułowanym O tym Polacy wiedzieć nie mają! Krzysztof Zagozda odwołuje się do omówienia jego składu, jakiego dokonał biskup Józef Gawlina wykazując bezpośrednie związki poszczególnych uczestników z masonerią. Byli to Stanisław Kot, Stanisław Stroński, August Zaleski, Aleksander Ładoś, Adam Koc, Henryk Strasburger, Karol Popiel, Zygmunt Graliński.
Ten sam Retinger, po wojnie miał wolny wstęp na salony Downing Street 10 w Londynie, Białego Domu w Waszyngtonie, ale też tych za murami Watykanu. Jak to się dzisiaj pisze w poprawnych politycznie opracowaniach, w owym czasie „był orędownikiem zjednoczenia Europy”.
Już co najmniej od roku 1950 angażował się w zorganizowanie spotkania ludzi mogących mieć wpływ na losy świata, oczywiście poza plecami opinii publicznej. Uważam, że działał wówczas na polecenie wywiadu brytyjskiego. Wśród inicjatorów tej grupy znalazł się książę Bernard, Niemiec z pochodzenia, o którym Daniel Estulin w książce „Prawdziwa historia Klubu Bilderberg” pisze, że „na początku lat trzydziestych ubiegłego wieku służył w jednostce Reiter SS i zasiadał w radzie Farben Bilder, spółki zależnej I. G. Farben. Estulin, powołując się na Gyeorgosa Hatonna, badacza tej historii, twierdzi też, że „książę Bernard, tworząc „supertajną grupę kształtującą politykę”, oparł się na swoich nazistowskich doświadczeniach w zarządzaniu, a nazwa Bilderberg pochodzi od nazwy Farben Bilder na pamiątkę inicjatywy podjętej przez zarząd Farben – stworzenia „koła przyjaciół” Heinricha Himmlera, czyli elity bogatych przywódców, którzy hojnie wynagradzali Himmlera za ochronę, jakiej im udzielał przez cały okres istnienia Trzeciej Rzeszy.
Jak wspominałem, pierwsze spotkanie odbyło się 28 maja 1954 roku, na ścianie hotelu wisi do dziś skan zaproszenia wysyłanego w kwietniu tamtego roku do uczestników. Józef Retinger występował w jego trakcie w charakterze sekretarza i uczestniczył we wszystkich kolejnych mityngach, aż do swojej śmierci. Jak twierdził Giovanni Agnelli, nieżyjący już prezes Fiata, lord Rothschild i Laurence Rockefeller, kluczowi członkowie dwóch najbardziej wpływowych rodzin na świecie, osobiście wybrali ze światowej elity sto osób do realizacji swego sekretnego celu regionalizacji Europy. Agnelli powiedział: „Integracja europejska jest naszym celem, a tam, gdzie politykom się nie udało, my, przemysłowcy, mamy nadzieję odnieść sukces”.
Estulin pisze też, że intencją przyświecającą każdemu spotkaniu Grupy Bilderberg jest uzgadnianie polityki, spraw gospodarczych i strategii we wspólnym rządzeniu światem. Ich głównym polem działalności było zawsze NATO, ponieważ dawało im pretekst do realizacji planów «ciągłej wojny», a przynajmniej polityki «nuklearnego szantażu». Tak jest po dziś dzień.
Oczywiście, tego typu ośrodków całkowicie prywatnych i mających przełożenie na politykę jest mnóstwo, jednak najważniejsze z nich, to Komisja Trójstronna, w skład której wchodzi kilkaset osób z Europy, Stanów Zjednoczonych i Japonii – nastawiona na kształtowanie polityki głównie w części azjatyckiej, Rada Stosunków Zagranicznych skoncentrowana na Stanach Zjednoczonych i najważniejsza dla nas Grupa Bilderberg, która ma bezpośrednie i najistotniejsze przełożenie na to, co dzieje się w naszym, europejskim obszarze. Do swego stałego grona dopraszają corocznie ludzi z różnych państw, którzy realizują koncepcje globalistów lub mogą coś znaczyć w przyszłości, oczywiście z namaszczenia tej grupy i na których lojalność można bezwarunkowo liczyć. Naturalnie, od co najmniej 30 lat zapraszane są również osoby z Polski, nie inaczej było i w tym roku.
W roku 2016 z kolei, na 4 lata przed wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej i na 6 lat przed wydarzeniami nadal rozgrywającymi się za naszą wschodnia granicą, w książce „Operacja Terror” pisałem:
Wiemy, że o kształcie polityki nie decydują ci, którzy wrzucają do urn swe głosy, a ci, którzy je potem liczą. W demokracji, z zasady, nie rządzi lud, a ci, którzy stoją w cieniu i robią wiele, by nie zmieniło się nic. Dlatego demokracja jest i będzie broniona do ostatniej kropli krwi. Oczywiście, krwi owego ludu. Intensyfikacja spotkań znaczących polityków amerykańskich z ich odpowiednikami brytyjskimi w czasie krótko poprzedzającym tak zwany Brexit, świadczy o tym, że w planach na najbliższe lata, może dekadę, nie ma miejsca na Wielką Brytanię w Unii.
Nasilenie takich spotkań pomiędzy premierem brytyjskim i prezydentem Rosji świadczy również o tym, że figury na szachownicy są właśnie bardzo starannie rozstawiane. Tym bardziej, że w tym samym czasie Cameron, który zaszczycił Polskę jedną wizytą kilka lat wcześniej, w ostatnich miesiącach nawiedzał nas czterokrotnie. Tylko, że podczas wizyt w naszym kraju nawoływał do umacniania wschodniej flanki, przyjaźni z Ukrainą i tę samą Rosję Polakom zohydzał. Amerykański sekretarz Kerry w tym samym czasie bywał regularnym gościem w Kijowie, pewnie nie tylko dlatego, że jego syn prowadzi tam poważne interesy.
Zastanawiające jest, czy globalistyczne siły powołały już nam do życia nowy rząd na uchodźstwie, bo coraz więcej wydarzeń wokół nas mogłoby wskazywać na powtórkę scenariusza sprzed lat. Tym razem jest jednak o wiele gorzej, bo całkowite rozbrojenie polskiej armii nie daje nam nadziei na choćby miesięczną obronę państwa. Wojsko nie potrafi zestrzelić jednej rakiety, niezależnie od kierunku, z którego nadlatuje. W potencjalnym konflikcie nadlecą ich setki. W jednym ataku.
Do Powstania Warszawskiego, nucąc zwrotkę powstania poprzedniego „poszli nasi w bój bez broni”. Młodzi ludzie nie mieli zbytniego wyboru i szli na czołgi z pieśnią mówiącą, że „na Tygrysy mamy visy”. Choć w rzeczywistości nawet tych visów nie mieli, bo decydenci pokroju Retingera dopilnowali i tego. Podobnie jak tego, by na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej ludność pozostała bezbronna. Tym razem nawet o benzynę nie będzie łatwo, a i butelki już w większości plastikowe, z unijnymi nakrętkami dyndającymi u ich szyjek. Z pewnością nie zabraknie tylko szmat, bo coraz więcej ich dookoła nas.
Sławomir M. Kozak
(fotografia hotelu Bilderberg – Krzysztof Błędowski)
Decyzja o wywołaniu powstania w Warszawie w 1944 roku była szaleństwem! Chwała Powstańcom! Hańba tym, którzy je wywołali! Piszę dzisiaj te gorzkie słowa, pozostawiając jutrzejszy dzień na rozmyślania.
Mija 82. rocznica Powstania Warszawskiego. To jeden z najbardziej tragicznych rozdziałów naszej polskiej historii. Na bezsensowną śmierć i kalectwo poszło wtedy 40 000 żołnierzy – w tym najbardziej ofiarni najlepiej wykształceni młodzi Polacy. Wysłali na śmierć dzieci! Zginęło 200 000 naszych rodaków, a stolice zmieniono w kupę zgliszczy i gruzów.
Przepadły skarby kultury narodowej – nasze zabytki, infrastruktura, przemysł, księgozbiory. Powstanie lepiej spełniło polityczne cele Niemiec niż nasze – polskie. „Z punktu widzenia historycznego jest [jednak] błogosławieństwem, że Polacy to robią. Po pięciu, sześciu tygodniach wybrniemy z tego. A po tym Warszawa, stolica, głowa, inteligencja tego byłego 16-17-milionowego narodu Polaków będzie zniszczona, tego narodu, który od 700 lat blokuje nam Wschód i od czasu pierwszej bitwy pod Tannenbergiem leży nam w drodze. A wówczas historycznie polski problem nie będzie już wielkim problemem dla naszych dzieci i dla wszystkich, którzy po nas przyjdą, ba, nawet już dla nas” – radośnie meldował wodzowi III Rzeszy Heinrich Himmler. Po 63 dniach walk Warszawa padła.
Zamiast analizy, zadumy i wyciągania wniosków znów będzie patriotyczne bicie piany. Jaki był polityczny i militarny sens tego Powstania? Jaki był jego cel i czy mogło ono cokolwiek Polsce dać? Przy uroczystych obchodach jego tragicznej rocznicy znów powtarza się jałowe pretensje do Stalina i twierdzenie, że nastroje były już tak rewolucyjne, iż nie dało się tego wyhamować i rozkaz do powstania musiał paść. Ale czyż aż tak trudno było ówczesnym analitykom przewidzieć jak może się zachować i jak zachowa się Stalin? Dokładnie wiedzieli jaka jest optyka ZSRR i co jest celem nadrzędnym.
Słyszę wspominki że liczyliśmy na większą pomoc Anglików. Naprawdę? Dlaczego nie wyciągnięto wniosków z wiarołomnej postawy aliantów w 1939 roku, tylko znów naiwnie postawiono wszystko na jedną kartę? Czy w ogóle coś robiono, aby gorące serca i głowy studzić i wlewać do nich więcej rozsądku? Gdzie była wtedy praca polityczna ówczesnego kierownictwa i dowództwa? Ile był wart „rząd londyński”?
Nie sprawdziły się ówczesne elity. Umiały tylko ulec romantycznemu nastrojowi ulicy. Odpowiedzi na te pytania dostarcza zresztą i dzisiejszy stan świadomości Polaków, który wciąż jest w ogólnym zarysie do tamtego podobny. Tamte elity mają kontynuatorów na dzisiejszej scenie politycznej. Obowiązuje od wielu lat schemat irracjonalnej nienawiści do wszystkiego, co ze Wschodu, i wciąż ta sama naiwna wiara w automatyczną pomoc z Zachodu. Wciąż to samo kretyńskie przekonanie, że tam wymusimy jakąś wdzięczność, albo że mamy tam obowiązek przynależenia.
Idiotyczne są deklaracje polityków – zwłaszcza obozu solidarnościowego – że tym powstaniem coś udowodniliśmy światu i sobie. Skandaliczne są wypowiedzi mówiące o tym, że dzięki powstaniu być może uniknęliśmy losu którejś z republik ZSRR. Zapomnieli ówcześni przywódcy i dzisiejsi nie pamiętają przestrogi Romana Dmowskiego: „Bytu Polski ryzykować, jej przyszłości przegrywać nie wolno ani jednostce, ani organizacji jakiejkolwiek, ani nawet całemu pokoleniu. Bo Polska nie jest własnością tego czy innego Polaka, tego czy innego obozu, ani nawet pokolenia”.
Powstanie Warszawskie na długo pogrążyło nas jako naród w kadrowej i moralnej niemocy. Henryk Sienkiewicz pisał że „krwi nie żal, byleby na marne nie szła”. Ale tej krwi żal. Żal, bo przelana na daremnie w imię romantycznych bzdur wciskanych młodym ludziom przez nieodpowiedzialnych polityków. Nie wystarczy znicz i pamięć – tę ranę trzeba rozdrapać i wyciągać wnioski. Czasem trzeba umierać za ojczyznę, ale ważniejsze by mądrze dla niej żyć. I aby więcej nie powtarzać tych niewybaczalnych błędów trzeba promować trzeźwy patriotyzm i uczciwe myślenie o polityce.
Chwała dzielnym Powstańcom – tym z AK, AL, ZWM, KB, PAL, BCh, NSZ. Hańba sprawcom tragedii.
Łukasz Jastrzębski
PS. Warto szczególnie dzisiaj przypomnieć, że Polaków w czasie powstania mordowali nie tylko Niemcy. Pamiętajmy o tragedii Woli. Czytajmy wspomnienia choćby cudem ocalałej Wandy Lurie.
================================
Na koniec trzy opinie o powstaniu w Warszawie:
Paweł Jasienica miał rację „Powstanie Warszawskie było skierowane militarnie przeciwko Niemcom, politycznie przeciwko Rosjanom a faktycznie przeciwko samym Polakom”
Prof. Wiesław Chrzanowski pisał – „Wywołanie Powstania jest karygodną zbrodnią, za którą ponoszą odpowiedzialność pewne polskie ośrodki. Tak te wypadki ocenia polskie społeczeństwo, tak wyglądają one w rzeczywistości. Winni muszą ponieść odpowiedzialność”.
Prof. Jan Ciechanowski – „Powstanie zakończyło się straszliwą klęską, katastrofą i ruiną, która nie dotknęła żadnej innej stolicy w Europie od czasu najazdu Hunów na Rzym. 200 tysięcy ludzi zginęło, 500 tys. wygnano i skazano na poniewierkę. Miasto zrównano z ziemią. To największy błąd popełniony przez dowództwo AK.”
Odpustowe harce odprawiane w rocznicę Powstania Warszawskiego budzą moją szczerą odrazę. Nie potrafię zrozumieć z jakiego powodu politycy i celebryci szczerzą śnieżnobiałe zęby w rocznicę pogrzebu Warszawy. Co jest świętowane w tym dniu?
Powstanie Warszawskie w 1944 roku to jeden z najbardziej tragicznych rozdziałów naszej polskiej historii. Na śmierć pod lufy wroga wysłano dzieci. Na bezsensowną śmierć i kalectwo poszło wtedy 40 000 żołnierzy – w tym najbardziej ofiarni najlepiej wykształceni młodzi Polacy. Zginęło 200 000 naszych rodaków, a stolice zmieniono w kupę zgliszczy i gruzów. Między sierpniem a październikiem 1944 niemieckie formacje wojskowe i policyjne wypędziły z domów blisko 550 000 warszawiaków oraz około 100 000 mieszkańców miejscowości podwarszawskich. Straty wroga to mniej niż 1600 osób …
Straciliśmy stolicę. Zniszczone zostały nasze zabytki, skarby narodowe i księgozbiory. Straciliśmy Zamek Królewski. W ujęciu szczegółowym stan zniszczeń przedstawiał się następująco: mosty 100%; kubatura budynków przemysłowych 90%; budynki zabytkowe (w tym kościoły) 90%; kubatura obiektów kultury 95%; kubatura obiektów służby zdrowia 90%; kubatura obiektów szkolnictwa 70%; izby mieszkalne 72,1%.
Oglądam zdjęcia z obchodów rocznicy Powstania Warszawskiego z okresu Polski Ludowej. Widzę na nich skupione i zatroskane twarze. Oni doskonale wiedzieli co sie stało i rozumieli jakie były konsekwencje tego zrywu. Krzyk ciszy. A co obserwuje dzisiaj? Race, wyjce, okrzyki, koszulki i czapeczki. Co roku od prawie dekady w telewizji transmitowany jest jarmarczny koncert „Warszawiacy śpiewają (nie)zakazane piosenki”. Każdy endek w tym momencie przypomina sobie słowa Romana Dmowskiego:
„Iluż to ludzi w trzech pokoleniach słuchało z rozrzewnieniem patriotycznych słów pieśni: „Powstań Polsko, skrusz kajdany. Dziś twój triumf albo zgon” Co do mnie, to te słowa obrażają moje najgłębsze uczucia, mój zmysł moralny. Człowiek, który w tym wypadku myśli to, co śpiewa, jest przestępcą. Sama myśl o tym, że Polska może skonać, jest zbrodnią. Wolno każdemu, może być obowiązkiem, zaryzykować wszystko, co jest jego osobistą własnością, oddać majątek, przynieść w życie w ofierze. Ale bytu Polski ryzykować, jej przyszłości przegrywać nie wolno ani jednostce, ani organizacji jakiejkolwiek, ani nawet całemu pokoleniu. Bo Polska nie jest własnością tego czy innego Polaka, tego czy innego obozu ani nawet jednego pokolenia. Należy ona do całego łańcucha pokoleń, wszystkich tych, które były i które będą. Człowiek, który ryzykuje byt narodu, jest jak gracz, który siada do zielonego stołu z cudzymi pieniędzmi”.
Przez kilka dobry lat byłem sekretarzem redakcji w „Tygodniku Ojczyzna”. Dzięki temu dane było mi poznać wybitnych i dzielnych żołnierzy II wojny światowej. Z częścią się zaprzyjaźniłem, z kilkoma przeszedłem na formę „kolego”, z nielicznymi piłem wódkę. I słuchałem strasznych wspomnień. Byli wśród nich tytani gen. Stanisław Skalski, gen. Antoni Heda (AK), gen. Stanisław Karolkiewicz (AK), mjr. Łukasz Kuźmicz (2 AWP), mjr Jan Stachow (2 AWP), płk Jerzy Pochciał (NOW), płk Jan Witkowski (AK), płk Władysław Wójcik (NSZ), ppor. Bolesław Wołoszyn (AL), Tadeusz Radwan (NOW), Antoni Jodkiewicz (1 AWP) i wielu innych.
Nikt z nich opowiadając o czasach wojny, partyzantki, obozów, katowni gestapo i UB nie miał ochoty śpiewać wesołych piosenek. Opowiadali czasem o śmiesznych zdarzeniach, ale to był tylko przerywnik, który nie wykrzywiał rzeczywistości. Podobnie rzecz ma się z powojennym filmem Leonarda Buczkowskiego „Zakazane piosenki”. Tam w kilku miejscach wspominane są te weselsze piosenki, ale jest to osadzone w tragizmie ówczesnych dziejów Polski.
Ten koncert został wymyślony przez jakiegoś machera od urabiania narodu w bezmyślną pseudopatriotyczną masę. Ten rodzaj patriotyzmu musi budzić nasz endecki sprzeciw. Pod flagą flagą biało-czerwoną, godłem, krzyżem, portretami wyklętych, dymie kościelnych kadzideł, okrzykach o czci i chwale przygotowuje się młodych ludzi, by po raz kolejny szli jak barany na rzeź. By tak jak w 1831, 1864 czy 1944 poszli w imię pięknych ideałów umierać za straconą lub nawet obcą sprawę.
Nasz naród nie potrzebuje kolejnych trupów. Niech kłamliwi stronnicy insurekcyjnego szaleństwa przestaną bredzić o konieczności nawilżania naszej ziemi polską krwią! Trzeba skończyć z kłamliwymi deklaracjami, że tym powstaniem coś udowodniliśmy światu. Czasem trzeba umierać za ojczyznę, ale ważniejsze by mądrze dla niej żyć. I aby więcej nie powtarzać tych niewybaczalnych błędów trzeba promować trzeźwy patriotyzm i uczciwe myślenie o polityce. Tego nie czyni nawet Muzeum Powstania Warszawskiego.
Polacy nie potrzebują kolejnych mitów. Trzeba raz na zawsze skończyć z tymi tańcami, pląsami, oklaskami, balonikami, dziećmi poprzebieranymi za powstańców czy twarzami pomalowanymi sztuczną krwią. Niech kończący kadencję prezydent Andrzej Duda i zaczynający kadencje prezydent elekt Karol Nawrocki zastanowią się czy śpiewanie o umrzykach w piosence „Pałacyk Michla” jest na pewno tym rodzajem patriotyzmu, który jest potrzebny Polsce. Czy chcą znów widzieć tysiące nowych krzyży na Powązkach?
I wysłuchać kolejnych pieśniczek napisanych z tej okazji?
Żadnym argumentem nie jest to, że w tym koncercie biorą udział ostatni żyjący powstańcy. To najczęściej jak zauważył Krzysztof Mróz staruszkowie przed 100-tką potrzebujący atencji. Jest nie na miejscu wykorzystywanie ich do celów politycznych czy kulturalnych. Od kilku lat obie styropianowe strony wykorzystują tych ludzi w swojej wojence. Nie mam najmniejszej ochoty tego nawet komentować. Parafrazując kapitana Wagnera z C.K. Dezerterów: „Nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów, które mogłyby dostatecznie obelżywie określić POPiS-owskie postępowanie”.
Ostatnio ktoś użył argumentu, że w czasie powstania gdzieniegdzie powstańcy podśpiewywali tego rodzaju piosenki. I co z tego? Po pierwsze nie znali wtedy skali tej tragedii. Bo trudno sobie wyobrazić sobie celowe śpiewanie na ciałach 200 000 Polaków. Po drugie byli w specyficznej sytuacji, w której musieli bagatelizować, a przynajmniej oswajać śmierć.
Czy ludzie pozbawieni rozumu, broniący tego koncertu zaproponują w rocznicę powstania w getcie przedstawienie z szmoncesami? Przecież w getcie działał teatr i kabaret. Czy w rocznicę utworzenia niemieckiego obozu Auschwitz zorganizują przegląd orkiestr dętych? Przecież w obozie grała orkiestra. A przecież mają jeszcze Palmiry, Ponary, Katyń, rzeź urządzona przez Ukraińców – można koncert za koncertem! Niech ktoś wreszcie do cholery pójdzie po rozum do głowy.
Łukasz Jastrzębski
PS. Czy można zorganizować uroczystości z odpowiednią oprawą muzyczną. Bez odpustowej tandety i promocji politykierów? Oczywiście. Udowadniają nam to co roku organizatorzy marszu pamięci poświęconego polskim ofiarom ukraińskiego ludobójstwa.
W czasach pierwszej komuny nikt ze zdrajców – komunistów z PZPR nie obchodził tej rocznicy. Dziś jest inaczej. Część zdrajców dodaje do swojego wizerunku maskę Polaka, ale są też tacy, którzy nie tworzą żadnych pozorów.
“Premier polskiego rządu Donald Tusk nie pojawił się na żadnych uroczystościach, nie złożył kwiatów, nie napisał nawet tweeta, nie upamiętnił wielkiego zrywu niepodległościowego sprzed 81 lat. (sprawdziłem, tak było-przypis mój). Jak określić taki stosunek do spraw dla Polski najważniejszych? Czego spodziewać się po człowieku, którego jedną z pierwszych inicjatyw po przejęciu władzy było zrzeczenie się reparacji wojennych od Niemiec?” – Marcin Edo/X
Są też tacy, którzy działają w malignie rozdwojenia albo gorzej: tworzą pozory
“Prezydent Andrzej Duda nadał Krzyż Wolności i Solidarności Jerzemu Gorzelikowi, śląskiemu separatyście, byłemu szefowi RAŚ, domagającemu się autonomii województwa śląskiego oraz głoszącemu odrębność narodową Ślązaków”. – Marcin Palade/X
Dudę bronił swego czasu Grzegorz Braun, twierdząc, że jest on po prostu idiotą. „Idiotą w starożytnym rozumieniu tego słowa”.
Sam Braun, Grzegorz Braun (nie mylić z więźniem Auschwitz- Birkenau) wypowiedział się o rocznicy Powstania w ten sposób:
“Bardzo chciałbym, aby młodzi Polscy patrioci nie zatrzymywali się na poziomie auto egzaltacji tą hekatombą, tym horrorem, chciałbym, aby czcząc pamięć dzielnych rodaków, żołnierzy, z których nie wszyscy byli profesjonalnymi żołnierzami, żeby nie popadali w pochwałę amatorszczyzny w prowadzeniu wojny. Żeby nikt nie czcił składania ofiary z 11-letnich chłopców na ołtarzu ojczyzny. Bardzo chciałbym, abyśmy wydorośleli.
Zaprawiajmy się do profesjonalnej wojaczki, a nie rozpaczliwych aktów, które jak się okazuje nikogo do niczego nie przekonują i nie dają nam żadnej gwarancji, polisy ubezpieczeniowej, przed spychaniem do kategorii najgorszych wyrzutków historii. Mimo Powstania Warszawskiego, przecież Polacy są bardzo łatwo zaliczani do obozu nazistów, antysemitów, faszystów i winowajców II wojny światowej i Powstanie Warszawskie nas przed tym w żaden sposób nie zabezpiecza”. /Najwyższy Czas/
“Tak, my jesteśmy narodem, który jest przekonany, że sens walki powinien być mierzony nie tylko szansami na zwycięstwo, ale także wartościami, w imię których ta walka się odbywa. I o tym mówi Powstanie Warszawskie. Nasi powstańcy, cywile, harcerze, dzieci i młodzież starła się z machiną niemieckiego zła”.
Znamienne jest, że prawie wszyscy z grona słomianych patriotów uprawiają kult wolności jedynie teoretycznie. W realnej polityce Wolność jest dla nich „kultem pozorów”. Nikt z nich nie kwapi się, aby zmierzyć się z realnym, aktualnym wrogiem na poważnie.
Najgorzej z tzw. polityków „patriotycznych” wypadł Jarosław Kaczyński, który bezczeszcząc pamięć zamordowanych skłamał, zaprzeczając udziałowi w zbrodniach Ukraińców, mówiąc że “to Rosjanie”. Każdy, kto zna polską historię wie, że w Powstaniu Warszawskim ludność cywilna była mordowana przez Niemców, Ukraińców oraz przez Rosjan (RONA).
I tak się skończyła kolejna tragiczna rocznica bohaterskiego zrywu wspaniałej polskiej młodzieży pod niekompetentnym dowództwem.
Głusi na ostrzeżenia, przekonani o własnej wielkości ludzie z trudem akceptują prawdę o Bogu „Sędzim sprawiedliwym, który za dobro wynagradza a za złe karze”. Dlatego wielu z nas sugestia, że straszliwa hekatomba stolicy Polski, której 70. rocznicę właśnie obchodzimy, mogła być karą za grzechy przedwojennych mieszkańców Stolicy, może wydać się wręcz bluźnierstwem. Warto jednak pamiętać, że przedwojenna Warszawa była prawdziwą stolicą prostytucji i aborcji. I że kara za te grzechy była zapowiadana.
Rzadko pamięta się też, iż przedwojenna Warszawa była prawdziwym zagłębiem haniebnych praktyk aborcyjnych. Przepisy chroniące życie od poczęcia obowiązywały w odrodzonym państwie polskim do 1932 r, choć i wówczas istniało duże „podziemie aborcyjne”. W latach 20. ruszyła jednak szeroko zakrojona akcja na rzecz wprowadzenia zmian ułatwiających zabijanie dzieci nienarodzonych. Po stronie domagającej się legalizacji aborcji „z przyczyn społecznych” szczególną aktywnością wykazywali się m. in. mason Tadeusz Boy-Żeleński i jego partnerka, działaczka feministyczna Irena Krzywicka z domu Goldberg. [Jakiś czas żyli sobie razem, w Warszawie w trójkącie, jawnie. MD]
Antynatalistyczne lobby odniosło wreszcie sukces i w 1932 r. rządząca Polską Sanacja zalegalizowała aborcję w Polsce artykułem 233 Kodeksu Karnego (wprowadzonego rozporządzeniem Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 11 lipca 1932 r.).
Milion zamordowanych nienarodzonych
Nowe przepisy tworzyły możliwość dokonania aborcji w dwóch przypadkach: z powodu ścisłych wskazań medycznych, oraz gdy ciąża zaistniała w wyniku gwałtu, kazirodztwa bądź współżycia z nieletnią poniżej lat 15. Kodeks wprowadzał wymóg, aby „zabieg” był dokonany przez lekarza. Co najbardziej przerażające, nie określono trybu stwierdzania przesłanek umożliwiających „legalną” aborcję. Nie określono także stadium zaawansowania ciąży, do jakiego wolno dokonać aborcji.
Trzeba zauważyć, że wprowadzone przez władze II RP aborcyjne regulacje mogły śmiało stawać w śmiertelne szranki z przepisami obowiązującymi w latach 1920-1936 w ZSRR.
Tylko komunistyczne Sowiety mogły poszczycić się bardziej złowrogimi dla życia nienarodzonych przepisami.
Według różnych danych, w okresie międzywojennym przeciętna liczba zabójstw dokonywanych na dzieciach poczętych – zarówno w lekarskich gabinetach, jak i nielegalnie wynosiła od 100 do 130 tysięcy rocznie! Tylko w latach 1932-1939 mogło więc zostać zabitych nawet milion nienarodzonych Polaków! Zjawisko to nasiliło się jeszcze po 1939 roku: okupacyjne władze hitlerowskie śmiało wkroczyły w uchylone przez władze II RP bramy aborcyjnego koszmaru, wprowadzając w 1943 roku „aborcję na życzenie”. Znakomita część zbrodniczych „zabiegów” wykonywana była w Warszawie, możliwe więc, że do 1944 zabito w łonach warszawianek więcej dzieci, niż wyniosły straty w ludności cywilnej podczas samego Powstania Warszawskiego.
Ogromna część sanacyjnej elity II RP nie przykładała szczególnej wagi do nauczania Kościoła w zakresie nierozerwalności małżeństwa i etyki seksualnej. Przykłady można mnożyć: Józef Piłsudski, Rydz-Śmigły, Walery Sławek, Józef Beck. Obraz kondycji moralnej elit – choć z pewnością przerysowany – jaki odnajdujemy w „Karierze Nikodema Dyzmy” nie odbiegał zbytnio od rzeczywistości. Promowanie stylu życia pozbawionego moralności, nagłaśnianie skandali obyczajowych, lekceważący stosunek do dramatu, jakim jest rozwód, stały się chlebem powszednim obyczajowości międzywojennej Polski, a zwłaszcza stołecznej Warszawy.
Do największych problemów z jakim zmagali się stróże porządku przedwojennej Warszawy należała prostytucja. Pod tym względem Stolica była prawdziwym miastem grzechu. Korzystanie z „usług” panien lekkich obyczajów było zjawiskiem mocno egalitarnym. Gdzie znaleźć najbliższy lupanar wiedzieli zarówno biedni i bogaci, gimnazjaliści oraz panowie posunięci w latach.
To, co kiedyś szokowało, powoli stawało się „normalnością”; to, co wzbudzało odrazę okazywało się „dobrodziejstwem współczesności”. W taki sposób rewolucja wprowadzała w narodowy krwioobieg swój antyporzadek oparty na nihilizmie i skoncentrowany na człowieku.
Zapowiedź kary
Oddajmy głos ks. kard. Augustowi Hlondowi: „Fala wszelkiego rodzaju nowinkarstwa zabagnia dziedzinę obyczajów. Podkopuje nie tylko moralność chrześcijańską, ale godzi wprost w etykę naturalną, szerzy nieobyczajność wśród młodzieży i dorosłych. Celem tej propagandy jest zachwianie idei katolickiej, aby zastąpić naukę chrześcijańską masońskim naturalizmem”. Jakże zatem, w kontekście szerokiej fali demoralizacji płynącej zarówno w elitach społecznych jak i wśród warstw mniej wpływowych w przedwojennej Polsce, dramatycznie brzmią słowa skierowane przez Pana Jezusa do Sługi Bożej Rozalii Celakównej:
„Trzeba ofiary za Polskę, za grzeszny świat (…), straszne są grzechy Narodu Polskiego. Bóg chce go ukarać. Ratunek dla Polski jest tylko w moim Boskim Sercu”.
Ponieważ mimo wielu starań do intronizacji w Polsce nie dochodziło, na parę miesięcy przed wybuchem drugiej wojny światowej Rozalia otrzymuje następną wizję ukazującą ogrom nieszczęść, jakie spadną na Polskę, a zarazem zapewnienie, że jeśli Polska – z rządem na czele – dokona intronizacji, do zapowiadanej wojny nie dojdzie.
„Pod koniec lutego 1939 roku – pisze Rozalia – Pan Jezus przedstawił mej duszy następujący obraz w czasie, gdy Mu polecałam naszą Ojczyznę i wszystkie narody świata. Zobaczyłam w sposób duchowy granicę polsko-niemiecką, począwszy od Śląska, aż po Pomorze, całą w ogniu. Widok był to naprawdę przerażający, zdawało mi się, że ten ogień zniszczy całkowicie cały świat. Po pewnym czasie ogień ogarnął całe Niemcy niszcząc je tak, że ani śladu nie pozostało z dzisiejszej Trzeciej Rzeszy. Wtedy usłyszałam w głębi duszy głos i równocześnie odczułam pewność niezwykłą, że tak się stanie: Moje dziecko, będzie wojna straszna, która spowoduje takie zniszczenie (…). Wielkie i straszne grzechy i zbrodnie są Polski. Sprawiedliwość Boża chce ukarać ten Naród za grzechy, zwłaszcza za grzechy nieczyste, morderstwa i nienawiść. Jest jednak ratunek dla Polski, jeśli Mnie uzna za swego Króla i Pana w zupełności poprzez intronizację, nie tylko w poszczególnych częściach kraju, ale w całym państwie z rządem na czele. To uznanie ma być potwierdzone porzuceniem grzechów, a całkowitym zwrotem do Boga (…). Tylko we Mnie jest ratunek dla Polski”. (op. cit. rozalia.krakow.pl).
Zapowiedź wielkiego nieszczęścia i grożącej Polakom kary padła także w trakcie objawień w Siekierkach w 1943 r. Choć nie zostały one oficjalnie uznane przez Kościół, warto jednak przyglądnąć się ich treści, zwłaszcza w kontekście następujących po nich wydarzeń z sierpnia 1944 r. Matka Boża miała zwrócić się do 12-letniej Władzi Fronczak tymi słowami: „Módlcie się, bo idzie na was wielka kara, ciężki krzyż. Nie mogę powstrzymać gniewu Syna mojego, bo się lud nie nawraca”. Wśród słów skierowanych do dziewczynki szczególnie dramatycznie brzmią z 27 października 1943r: „Śmierć będzie dla was straszna. Krew będzie płynęła rynsztokami”.
Szczególnie tragicznie w kontekście dramatu Powstania Warszawskiego brzmią słowa zapowiadające „straszliwą śmierć”. Choć Kościół do dziś nie ustosunkował się oficjalnie do siekierkowskich objawień, nie trudno dostrzec w nich pewnego podobieństwa do treści objawień z Fatimy. Stałym motywem objawień maryjnych pozostaje konieczność nawrócenia i pokuty oraz ostrzeżenie przed indywidualnymi i społecznymi konsekwencjami popełnianych grzechów. Nie oszukujmy się, te wezwania są ciągle aktualne. Słowa, jakie skierował Bóg do Kaina o „krwi brata wołającej z ziemi”, znakomicie pasują do współczesnego świata. Głos mordowanych nienarodzonych dzieci, szaleństwo homorewolucji, planowa destrukcja rodziny – to dramaty wołające współcześnie z ziemi do naszego Stwórcy. A jest On Sędzią sprawiedliwym…
W szeregach niemieckich oddziałów wysłanych do tłumienia Powstania Warszawskiego znalazło się około 10 000 cudzoziemców, służących Berlinowi z najrozmaitszych pobudek.
„Obcoplemienni” żołnierze Hitlera to temat dość wstydliwy dla zwolenników historii uładzonej i ulukrowanej. Na obszarach okupowanych przez Niemców, szczególnie w zachodniej części Starego Kontynentu, wcale licznie występowali entuzjaści pangermańskiej Zjednoczonej Europy oraz ideologii pokrewnych narodowemu socjalizmowi. Nigdzie nie brakowało też typowych kolaborantów, gotowych zaoferować usługi stronie w ich mniemaniu najsilniejszej. Obok najemników czy poszukiwaczy mocnych wrażeń byli aktywiści, którym niemiecka broń miała pomóc rozstrzygnąć lokalne spory narodowościowe i polityczne. Niestety, w ogromnej liczbie wystąpili też szczerzy antykomuniści, zarówno z Europy Zachodniej, jak i z uciemiężonych przez czerwony totalitaryzm krajów Związku Sowieckiego, którym akces pod sztandary Hitlera dawał możliwość – jak wierzyli – wzięcia udziału w walce ze znienawidzonym bolszewizmem.
Niezależnie od intencji, jakie przyświecały cudzoziemskim wolontariuszom, Niemcy wykorzystywali ich zgodnie z własnych interesem, także do wykonywana najkrwawszych, najbardziej odrażających zadań.
Rzeź nad Wisłą
Warszawiacy, którym udało się przetrwać Powstanie, przedstawili mnóstwo świadectw o masakrach ludności dokonanych przez żołnierzy ukraińskich występujących u boku Niemców.
Wstrząsające były wspomnienia mieszkanki Woli Wandy Lurie, Polskiej Niobe, która cudem przeżyła własną egzekucję: „Do dnia 5 sierpnia przebywałam w piwnicy domu z trojgiem dzieci w wieku lat 11, 6, 3 i pół, sama będąc w ostatnim miesiącu ciąży. Tegoż dnia o godzinie 11-12 wkroczyli na podwórko żandarmi niemieccy oraz Ukraińcy […]. Zostałam wyprowadzona w ostatniej grupie. […] Trupy leżały w kilku miejscach po całej lewej i prawej stronie pierwszego podwórza. […] strzelali Niemcy i Ukraińcy w kark od tyłu. Zabici padali, podchodziła następna czwórka, by tak samo zginąć. […] Podeszłam więc w ostatniej czwórce razem z trojgiem dzieci do miejsca egzekucji, trzymając prawą ręką dwie rączki młodszych dzieci, lewą – rączkę starszego synka. Dzieci szły, płacząc i modląc się. Starszy, widząc zabitych wołał, że i nas zabiją. W pewnym momencie Ukrainiec stojący za nami strzelił najstarszemu synkowi w tył głowy, następne strzały ugodziły młodsze dzieci i mnie. Przewróciłam się na prawy bok. Strzał oddany do mnie nie był śmiertelny. Kula trafiła w kark z lewej strony i przeszła przez dolną część czaszki wychodząc przez lewy policzek. Dostałam krwotok ciążowy. Wraz z kulą wyplułam kilka zębów. Byłam jednak przytomna i leżąc wśród trupów widziałam prawie wszystko, co się działo dokoła”.
W III RP, na fali odgórnie promowanej, wciąż potężniejącej filoukraińskiej patologii umysłu, szereg polskojęzycznych dziejopisów usiłowało hurtowo podważać takie relacje. Zaprzeczano obecności w stolicy ukraińskich wielbicieli Hitlera, powołując się na fakt, że ich największej jednostki wojskowej – 14. Dywizji Grenadierów SS „Galizien” – rzeczywiście nie było w Warszawie. Sugerowano, że polscy świadkowie „musieli źle zapamiętać”, ewentualnie „pomylić” kolaborantów ukraińskich z rosyjskimi. Owszem, nie sposób z góry wykluczyć pomyłek w konkretnych zdarzeniach; tym niemniej sugestie, że warszawiacy „nie odróżniali języka rosyjskiego od ukraińskiego” nie brzmiały poważnie w przypadku obywateli miasta, w którym ledwie przed 29 laty dobiegło końca z górą wiekowe panowanie rosyjskie.
Dziś, dzięki wysiłkom uczciwych badaczy, wiemy już ponad wszelką wątpliwość, że teza o całkowitej nieobecności ukraińskich wojskowych w siłach tłumiących Powstanie jest nieprawdziwa. W momencie wybuchu walk na ul. Koszykowej stacjonowała ukraińska kompania Sicherheitspolizei. Ponadto ukraińskie pododdziały istniały również w ramach Schutzpolizei. Ukraińcy dominowali wśród 982 obcokrajowców służących w 34. policyjnym pułku strzeleckim, nie brakło ich również w szeregach Pułku Specjalnego SS Oskara Dirlewangera oraz w RONA.
Nawet nieobecność Dywizji „Galizien” w stolicy nie oznacza, że przeciw powstańcom nie skierowano żadnych żołnierzy tego związku taktycznego. W gmachu Wyższej Szkoły Nauk Politycznych stacjonował pododdział ukraiński w sile 100 ludzi; w trakcie walk o Redutę Wawelską został zabity jeden z jego podoficerów, a znalezione przy nim dokumenty potwierdziły przynależność właśnie do Dywizji „Galizien”. Ponadto dziesięciu podoficerów SS-Galizien zostało przydzielonych do grupy generała Heinza Reinefartha jako tłumacze; co najmniej jeden z nich zginął podczas walk.
Na Czerniakowie, a następnie w Kampinosie wystąpił Ukraiński Legion Samoobrony, zwany też Legionem Wołyńskim (w nomenklaturze niemieckiej 31. Schutzmannschafts-Bataillon der SD); podobnie jak SS-Galizien politycznie związany z melnykowską frakcją Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN-M). Legion znany był z szeregu zbrodni popełnionych na ludności Wołynia i Lubelszczyzny. W Warszawie potwierdził swą krwawą renomę, m.in. gwałcąc i mordując kobiety na ul. Bednarskiej oraz masakrując rannych w jednym ze szpitali. Pod koniec wojny Legion Wołyński wcielono w szeregi Dywizji SS „Galizien”. Po zakończeniu działań wojennych ukraińscy esesmani uniknęli ekstradycji do ZSRS, gdyż… przypomnieli sobie, że do 1939 roku byli obywatelami RP…
RONA
4 i 5 sierpnia 1944 r. przybyła na Ochotę specyficzna formacja. Jej żołnierze nosili mundury niemieckie, sowieckie bądź nawet ubrania cywilne. Był tu pułk wydzielony z Brygady Szturmowej RONA.
Rosyjska Wyzwoleńcza Armia Ludowa (Russkaja Oswoboditielnaja Narodnaja Armija) powstała w 1942 roku w okupowanej przez Niemców części Rosji, w obwodzie briańskim. RONA walczyła u boku Niemców przeciw bolszewikom zarówno na froncie, jak i podczas operacji antypartyzanckich. Gdy pod naporem Armii Czerwonej Niemcy zaczęli wycofywać się na zachód, RONA podążyła wraz z nimi. Żołnierzom towarzyszyły rodziny – w olbrzymim taborze znajdowało się łącznie około 30 000 osób. W owym czasie RONA dowodził Bronisław Władysławowicz Kamiński, urodzony na Witebszczyźnie syn Polaka (co do matki różni badacze sugerują narodowość polską, niemiecką bądź żydowską). W czasie rosyjskiej wojny domowej służył on w szeregach Armii Czerwonej, potem wstąpił też do partii bolszewickiej i kolaborował z NKWD, ale i poznał smak łagru w wyniku oskarżenia o krytykę polityki kolektywizacji oraz „współpracę z wywiadem polskim i niemieckim”.
Latem 1944 roku pieczę nad RONA przejął Reichsführer SS Heinrich Himmler. Wcielił on uciekinierów z Briańska w szeregi Waffen-SS, jako Brygadę Szturmową SS „RONA”. Kamińskiemu nadał stopień SS-Brigadeführera (generała brygady). Niedługo potem Himmler postanowił wysłać rosyjskich esesowców przeciw powstańczej Warszawie. Rozkaz nie wywołał entuzjazmu w taborze uchodźców. Kamiński na naradzie swego sztabu zadecydował, aby z każdego z czterech pułków RONA wybrać przynajmniej po 400 „nieżonatych żołnierzy” i utworzyć z nich nowy „pułk zbiorczy”. Ogółem udało się zebrać 1700 ludzi. Zdecydowaną większość z nich stanowili Rosjanie, choć nie brakło również Ukraińców i Białorusinów. Można podejrzewać, że podczas rekrutacji doszło do selekcji negatywnej, a do nowego oddziału wcielono liczny element zbójecko-kryminalny.
Horda
Dowództwo nad „pułkiem zbiorczym” RONA objął major Iwan Frołow. Do Warszawy wybrał się również osobiście Kamiński. Niemcy dowieźli samochodami jego wojsko na Ochotę, gdzie zaraz rozpętała się orgia przemocy.
Pułk Kamińskiego i Frołowa działał na podobieństwo dzikiej watahy. Zabijanie cywilów zaczęło się na ulicy Opaczewskiej, gdzie doszło też do grabieży domów prywatnych i podpaleń. Potem przyszły kolejne masakry – przy ulicy Grójeckiej, Korzeniowskiego, alejach Niepodległości… RONA uderzyła na Instytut Radowy oraz szpital przy ulicy Langiewicza, mordując tam pacjentów i członków personelu medycznego, dokonując też licznych gwałtów na pacjentkach, pielęgniarkach i siostrach zakonnych.
Na terenie „Zieleniaka” (targowiska warzywnego) utworzono obóz przejściowy dla mieszkańców wypędzonych ze swych domów; panowały tu koszmarne warunki higieniczne, brak było żywności i wody, a pijani ronowcy wywlekali z tłumu kobiety, a nawet małe dziewczynki, na których dokonywali zbiorowych gwałtów. Potem Niemcy próbowali przypisać Kamińskiemu zamordowanie kilku tysięcy mieszkańców Ochoty, choć w rzeczywistości większość zgładzili sami. Tym niemniej „pułk zbiorczy” RONA ponosi odpowiedzialność za co najmniej siedemset mordów na polskich cywilach.
Powstańcy okazali się wymagającym przeciwnikiem dla hordy Kamińskiego i poważnie uszczuplili jej szeregi. Za to łupiestwa dokonywane przez ronowców przybrały imponujące rozmiary. Ponoć każdy z żołnierzy pułku, któremu udało się powrócić z akcji warszawskiej posiadał po 15 do 20 złotych zegarków i inne dobra. Niemcy krzywo patrzyli na nieuzgodnione z nimi grabieże, a jawna niesubordynacja Kamińskiego wkrótce stała się powodem jego aresztowania i egzekucji. „Pułk zbiorczy” został przesunięty do Kampinosu, gdzie rychło zebrał cięgi od partyzantów AK.
Uczciwość nakazuje przyznać, że nie wszyscy podwładni Kamińskiego byli degeneratami. Niektórzy szczerze współczuli Polakom, a nawet przechodzili na ich stronę. Pewien polski cywil przesłuchiwany przez Niemców zeznał: „[…] widziałem pomiędzy walczącymi bandytami [tj. powstańcami – A.S.] kilku żołnierzy należących do oddziału Kamińskiego. Inni Polacy potwierdzają, że przynajmniej 30 z tych Rosjan, którzy mówili po rosyjsku i porozumiewali się z Polakami, przeszło na ich stronę”. Powyższa informacja znajduje przynajmniej częściowe potwierdzenie we wspomnieniach żołnierza AK Henryka Łagodzkiego ze Zgrupowania „Chrobry II”, który zapamiętał dwóch rosyjskich powstańców, dezerterów RONA, Eugeniusza Mulkina „Żeńkę” oraz N.N. „Miszkę” (ten ostatni poległ w polskich szeregach). Wśród partyzantów AK w Kampinosie wielkie wrażenie wywołał dziennik znaleziony przy poległym żołnierzu RONA Iwanie Waszeńko. Pod datą 4 sierpnia autor napisał: „Wkraczamy do miasta, żołnierze wyszukują ludność, dowódca kompanii rozstrzeliwuje znalezionych. Po co to? Co mają z tym wspólnego oni – te kobiety i dzieci?”. O Polakach Waszeńko wypowiadał się z podziwem: „Rozmawiam z Polakami o położeniu Warszawy. Oni twierdzą, że każdy naród chce mieć swoje własne państwo narodowe i że oni pragną mieć Niepodległe Państwo Polskie, na czele którego stałby lud. Jak zauważyłem, Polacy są najbardziej ceniącym wolność narodem, który kocha tylko swoją władzę i własne państwo narodowe”.
Po zakończeniu operacji warszawskiej dowódca „pułku zbiorczego” major Frołow stanął przed obliczem przełożonych z RONA. Wspominał jeden z oficerów: „Wszedłem służbowo do pokoju, gdzie zebrali się oficerowie na czele z podpułkownikiem Biełajem, zastępcą Kamińskiego (sam Kamiński już wtedy nie żył) i słyszałem, jak przemawiający oficerowie potępiali bestialskie, sadystyczne działania Frołowa wobec ludności cywilnej Warszawy. Frołow próbował nieporadnie usprawiedliwiać się”.
Frołow zapłacił za swe zbrodnie dopiero po wojnie, przed sowieckim sądem. Do końca usiłował ratować skórę, łżąc w iście brawurowym stylu: „Fakty masowego rozstrzeliwania cywilów w Warszawie w ogóle nie są mi znane…”.
Dżihadyści Führera
W Warszawie siały grozę cztery bataliony muzułmańskie SS i Wehrmachtu, których żołnierze pochodzili z Kaukazu i Azji Środkowej.
W składzie Grupy Bojowej „Dirlewanger” działały dwa bataliony 1. Wschodniomuzułmańskiego Pułku SS. Byli to żołnierze narodowości turkmeńskiej, azerskiej, kirgiskiej, tadżyckiej, tatarskiej i uzbeckiej, razem dobre osiem setek bisurmanów dowodzonych przez niemieckich oficerów. Pułk utworzono pod patronatem duchowym Wielkiego Muftiego Jerozolimy, Mohammada Amina al-Husajniego, przede wszystkim z byłych jeńców sowieckich. Ponadto wystąpiły też pododdziały czysto azerskie – I/111 Azerbejdżański Batalion Polowy „Dönmec” oraz II Batalion pułku „Bergmann” (razem 14 oficerów i 1300 żołnierzy). Ogółem 2100 żołnierzy czterech mahometańskich batalionów stanowiło około 8 proc. początkowego stanu Korpsgruppe von dem Bach, rzuconej przez Niemców przeciw Powstaniu Warszawskiemu.
Krwawy szlak turkiestańskich i kaukaskich muzułmanów wiódł przez Wolę, Stare Miasto i Czerniaków. „Obcoplemieńcy” rozstrzeliwali cywilów, podrzynali im gardła kindżałami bądź palili ich żywcem. Między innymi Azerowie z Batalionu „Dönmec” dokonali rzezi ludności cywilnej na ulicy Inflanckiej, a turkiestańscy esesmani uczestniczyli w wymordowaniu rannych w warszawskich szpitalach (zob. szerzej: Dżihad 44,https://pch24.pl/dzihad-44-nieznana-historia-z-powstanczej-warszawy/).
Brunatna międzynarodówka
Cudzoziemskich legionów ochotniczych, jak i obcokrajowców rozproszonych po oddziałach niemieckich było bez liku.
W Warszawie bodaj najliczniejszy kontyngent (około 4000 żołnierzy) wystawili Kozacy – 209. kozacki batalion Schutzmannschaften (policji pomocniczej), 3. pułk Kozaków dońskich, 572. batalion kozacki, 580. dywizjon konny i inne oddziały. Uczestniczyły one zarówno w walkach w mieście, jak i w działaniach w Puszczy Kampinoskiej. Aktywny był też 13. białoruski batalion policyjny SS. W blokadzie Warszawy brał udział litewski 252. batalion wartowniczy. Blisko połowę żołnierzy Pułku Specjalnego Dirlewangera stanowili ochotnicy z terenów ZSRS, tacy jak Łotysz Imants Gutše, wzięty do niewoli przez powstańców. Od polskich kul poległo przynajmniej trzech norweskich esesmanów; Norwegowie (a także Belgowie, Duńczycy, Holendrzy) służyli w formacji SS-Röntgensturmbann, spotykano ich także u Dirlewangera.
Zupełnie odrębną kwestią jest postawa stacjonujących pod Warszawą wojsk węgierskich. Dowódca niemieckiej 9. Armii gen. Nikolaus von Vormann nie żywił złudzeń, co do możliwości wykorzystania ich przeciw Polakom: „Wojsko zostało serdecznie przyjęte przez ludność polską. Ujawniły się oznaki bratania. […] W imię starej, trwającej od wieków tradycyjnej przyjaźni między Węgrami i Polakami wzywa się Węgrów do wstrzymania się od wszelkiej akcji wojennej”. Mimo wszystko doszło do sporadycznych potyczek polsko-węgierskich, wymuszonych sytuacją. Były jednak i przypadki przechodzenia Madziarów na stronę polską i ich chwalebnego udziału w walce w powstańczych szeregach.
Brud polityki
Ponieważ obcokrajowcy na służbie III Rzeszy w większości akcji występowali wespół z Niemcami, wydaje się niemożliwe precyzyjne podliczenie wyrządzonych przez nich strat (innymi słowy ustalenie, ilu warszawiaków zginęło od kul Niemców, ilu zaś zabili Ukraińcy, Azerowie, Turkmeni czy Łotysze).
Ocenę zdarzeń utrudniają też manipulacje dokonywane z powodów politycznych. Niemieccy piewcy legendy „rycerskiego Wehrmachtu” i „dzielnych chłopców z Waffen-SS” chętnie zwaliliby całość win na formacje tubylcze z krajów okupowanych.
W okresie PRL komunistyczna propaganda doszukiwała się w oddziałach tłumiących Powstanie różnych „elementów antyradzieckich”, zwłaszcza „własowców” – to jest żołnierzy Sił Zbrojnych Komitetu Wyzwolenia Narodów Rosji generała Andrieja Własowa. Tymczasem ich obecność była niemożliwa z prostej przyczyny – Własow zdołał sformować swe wojsko dopiero do upadku Powstania, w listopadzie 1944 roku.
W III RP zakłamywanie historii w imię nachalnie lansowanej „odwiecznej przyjaźni z ukraińskim sąsiadem” nie skończyło się, niestety, na nieudanych próbach zanegowania udziału OUN-owców w zbrodniach w Warszawie. W kwietniu 2023 roku w stolicy Polski prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełeński odbierał najwyższe polskie odznaczenie – Order Orła Białego, przyznany mu z powodów pozostających tajemnicą dla ogółu. Na tę okazję dowartościowany gość wystąpił w dresie zdobnym w symbolikę jako żywo przypominającą godło OUN-M (tryzub ze środkowym ostrzem w kształcie miecza).
Nie mnie osądzać, czy Jego Ekscelencja Zełeński przywdział owe emblematy z niedouczenia, czy też może postanowił z premedytacją plunąć gospodarzom w twarz? Pozostał jednak przykry obraz sfory polskich dostojników, prawdziwych sług łaszących się do swego pana, zupełnie obojętnych na obecność symboli, pod którymi ongiś rezuny z SS-Galizien i Legionu Wołyńskiego ochoczo rżnęły Lachów.
Widać sługom wcale to nie przeszkadzało.
Andrzej Solak
====================
historyk RP01 sierpień 2023
O Ukraińcach tłumiących Powstanie Warszawskie pisze także niemiecki historyk Guenther Deschner w pracy o powstaniu, wydanej w języku angielskim „Warsaw rising” (Londyn 1972). Niestety, ta dobra historia Powstania nie jest chyba w ogóle znana historykom polskim. Deschner pisze, że „Powstanie dało Ukraińcom idealną możliwość ujścia dla ich głęboko zakorzenionych antypolskich urazów”. Janina Popiel wspomina jak na krótko przed Powstaniem słyszała jak jeden z żołdaków ukraińskich mówił, że oddział ich przybył do Warszawy, aby „Lachiw rizaty” („Losy Polaków i Ukraińców” Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza, Londyn 19.9.1966). – I mordowali Polaków! I to w jak barbarzyński sposób. Marek Hłasko w swym opowiadaniu „Drugie zabicie psa” (Kultura Nr 1-2 1965, Paryż) pisze: „…I nie uwierzyłaby chyba również i w to, że widziałem w czterdziestym czwartym roku w Warszawie, jak sześciu Ukraińców zgwałciło jedną dziewczynę z naszego domu a potem wyjęli jej oczy łyżką do herbaty; i śmieli się przy tym i dowcipkowali…”.
O tych zbrodniach ukraińskich mówiła cała powstańcza Warszawa i ludzie panicznie ich się bali. Zbigniew Zaniewski w książce „Powstanie i potem” (Londyn 1984) pisze: „…Nie lękała się śmierci, ani Niemców nawet, ale – o wstydzie! – przerażała ją możliwość dostania się w ręce „braci-Słowian” w niemieckich mundurach. Budziła siebie i innych po nocach, krzycząc że Ukraińcy… są już w bramie”. Dlatego, jak pisze Deschner, Polacy nie brali do niewoli Ukraińców (i SS-manów). Na plecach malowano im dużą literę „U” i rozstrzeliwano, albo, jak pisze Ukrainiec Lew Bykowskyj w swoich wspomnieniach z okresu Powstania „Polskie powstanie w Warszawie w roku 1944” („Zeszyty historyczne” Nr 5, Paryż 1964): „Do niebezpiecznych robót na pierwszej linii frontu powstańcy używali jeńców niemieckich, Volksdeutschów i Ukraińców”. O udziale Ukraińców w dławieniu Powstania piszą także inni Niemcy, przede wszystkim dowódca wojsk niemieckich dławiących Powstanie – gen. von dem Bach, który wykorzystywał Ukraińców, znających dobrze język polski, m.in. jako szpiegów, których wysyłał na stronę polską („Ostatni akt” w: „Drogi Cichociemnych” Londyn 1961) i niemiecki historyk Powstania Hans von Krannhals, autor książki „Der Warschauer Aufstand 1944…” (Frankfurt am Main 1962). Krannhals obwinia głównie nie-Niemców w niemieckich mundurach, w tym Ukraińców, za wszelkie potworności, które miały miejsce podczas Powstania. „Dzicz wschodnia” – mówił o nich gen. Reinefarth, a gen. Erich vom dem Bach wtórował mu: „Można uwierzyć w teorię Untermenscha” (Józef Mackiewicz „Nie trzeba głośno mówić” IL Paryż 1969).