To Stalin chciał stworzyć krzyżówkę człowieka i małpy

To Stalin chciał stworzyć krzyżówkę człowieka i małpy

[Przypominam, to może się przydać nowym pretendentom do władzy nad światem. MD]

The American Association for the Advancement of Atheismzaczęła zbierać fundusze na ten cel

Sigma dakowski.pl/archiwum

 Sowiecki dyktator Józef Stalin chciał w połowie lat 20-ych zeszłego wieku wzmocnić Czerwoną Armię batalionami krzyżówek ludzi z małpami.

Pewien naukowiec sowiecki specjalizujący się w hodowli hybryd, Ilia Iwanow miał  wyprodukować owego super-wojownika. Stalin powiedział mu: „Chcę nowego, niezwalczonego człowieka, niewrażliwego na ból, odpornego i obojętnego na jakość przyjmowanego pożywienia.”

W 1926 roku Politbiuro przekazało rozkaz stworzenia „żywej maszyny wojennej” Akademii Nauk. Akademia Nauk zaangażowała Iwanowa i wysłała go do Afryki zachodniej z odpowiednią gotówką, aby tam przeprowadzał eksperymenty sztucznej inseminacji ludzkim nasieniem na szympansach Bonobo. W Związku Sowieckim centrum podobnych eksperymentów powstało w Gruzji.

Eksperymenty Iwanowa w zachodniej Afryce zakończyły się totalną klęską.

Dalsze próby przeprowadzane w Gruzji, gdzie dla odmiany używano małpiego nasienia do sztucznej inseminacji ludzkich ochotniczek również zakończyły się klęską.

Ilia Iwanowicz urodził się w roku 1870, ukończył studia weterynaryjne na uniwersytecie w Charkowie w 1896 i został profesorem w 1907. Udoskonalał metody sztucznej inseminacji w hodowli koni. Był również pionierem sztucznej inseminacji do tworzenia krzyżówek zwierząt domowych i ich dzikich odpowiedników. Jako pierwszy skrzyżował zebrę z koniem Przewalskiego.

W 1910 wygłosił wykład na Światowym Kongresie Zoologów w Graz (Austria) na temat możliwości wyhodowania krzyżówki człowieka z małpą. W 1924 otrzymał zezwolenie z Instytutu Pasteura w Paryżu na skorzystanie z ich eksperymentalnej placówki we francuskiej Gwinei celem przeprowadzenia tego eksperymentu. Iwanow starał się również o poparcie dla jego eksperymentu przez rząd sowiecki. Wreszcie w 1925 otrzymał od sowieckiej Akademii Nauk $10 000 na ten cel. Na owe czasy była to suma olbrzymia. Placówka we francuskiej Gwinei nie dysponowała żadną dojrzałą do rozrodu szympansicą, więc w 1926 roku otrzymał zezwolenie od gubernatora Gwinei na przeprowadzenie swojego eksperymentu w ogrodach botanicznych w Conakry.

Tutaj Iwanow dokonał sztucznej inseminacji trzech szympansic, jednak wszystkie inseminacje zakończyły się porażką. Żadna z szympansic nie zaszła w ciążę.

Iwanow powrócił do Związku Sowieckiego i w 1930 roku podczas wielkiej czystki został aresztowany, dostał wyrok pięciu lat zsyłki do Kazachstanu, gdzie zmarł w 1932 w wieku lat 62.

Otrzymanie na ów obłąkany projekt niewyobrażalnej na owe czasy sumy $10 000 wymagało solidnego poparcia u Stalina. Stalin jako wyznawca ewolucjonizmu, wierzył że ludzie i małpy są ze sobą blisko spokrewnione.

Zgodnie z teorią Darwina Afrykanie byli w łańcuchu ewolucyjnym bliżsi małp, niż biała rasa, w związku z czym w Afryce do sztucznej inseminacji Iwanow używał spermy tubylców. Zresztą, jak wyznawał, sam nie chciał mieć dzieci z małpami. [Ale jego syn, towarzyszący mu w Gabonie, był tam „honorowym [??] dawcą spermy”. MD]

Specjalista historii Rosji z uniwersytetu w Cambridge, urodzony w ZSRR Aleksander Etkind w artykule „Meandry eugeniki: Zapomniany skandal krzyżowania ludzi z małpami” napisał że Iwanow przedstawiając swój eksperyment do akceptacji twierdził, że w ten sposób udowodni, że człowiek pochodzi od małpy. Dodatkowym argumentem była wizja, jakim ciosem okaże się to dla religii.

Zresztą zainteresowany jego eksperymentem był nie tylko rząd sowiecki. Również w USA The American Association for the Advancement of Atheism zaczęła zbierać fundusze na ten cel.

By Russell Grigg  http://creation.com/stalins-ape-man-superwarrior …  

Patrząc na ekscesy ruskich kiboli nie jestem pewna, czy Stalinowi jednak nawet bez biednych małp nie udało się dopiąć swego celu.

Zdrowotny totalitaryzm – „Traktat pandemiczny” WHO.

Zdrowotny totalitaryzm – „Traktat pandemiczny” WHO.

Leszek Szymowski zdrowotny-totalitaryzm

nowe przepisy dadzą WHO możliwość wyeliminowania innych poglądów. Czytaj: poglądów niewygodnych dla koncernów farmaceutycznych.

Pod koniec maja ma się rozpocząć proces przyjmowania „traktatu pandemicznego”, który daje lewackiej organizacji WHO prawo zarządzania ważnymi obszarami naszego życia ponad głowami rządów. Rodzi się właśnie wielki totalitaryzm pod pozorem ochrony zdrowia.

21 maja w szwajcarskiej Genewie rozpocznie się 76 sesja Światowego Zgromadzenia Zdrowia. Delegaci z WHO (Światowej Organizacji Zdrowia) będą formować ostateczny kształt tzw. traktatu pandemicznego i nakłaniać przedstawicieli państw do jego przyjęcia.

Dążą do tego, aby wszystkie państwa należące do WHO (wśród nich Polska) przyjęły i podpisały traktat, który ma spowodować lepsze zwalczanie pandemii w przyszłości. To recepta WHO na problemy, które na całym świecie wywołała pandemia COVID. Problem w tym, że walka z zagrożeniami epidemicznymi to tylko pretekst.

Faktycznie chodzi bowiem o stworzenie ponadnarodowego rządu, który odbierze państwom dużą część ich suwerenności pod pozorem troski o zdrowie ich obywateli. A samym obywatelom odbierze wolność i prywatność.

Nad-rząd

Forsowany „traktat pandemiczny” daje WHO możliwość wprowadzania ponad głową rządu narodowego zarządzeń w obszarze zdrowia, które rząd ten musi wykonywać niezależnie od tego, czy mu się to podoba i bez pytania obywateli o zdanie. Wprawdzie traktat zawiera zastrzeżenie, że te uprawnienia dotyczą tylko obszaru zarządzania zdrowiem, żadnego innego, czyli np. wysokość podatków będzie nadal uchwalana przez rząd. Tyle że „zdrowie publiczne” jest pojęciem tak szerokim, że może się pod nim mieścić wszystko.

Po drugie: zapisy wykluczają jakiekolwiek ciało kontrolne oraz jakąkolwiek formę kontroli obywatelskiej. Kierownictwo WHO (organizacją kieruje etiopski komunista Tedros Adhanom Ghebreyesus) będzie samo wprowadzać swoje zarządzenia, nie konsultując tego z nikim oraz nie podlegając niczyjej kontroli.

Czyje więc interesy tak naprawdę będzie reprezentować WHO? Formalnie ciało to jest agendą ONZ ale z ONZ pochodzi tylko 20% jego budżetu. 80% pochodzi z darowizn na cele statutowe, a tutaj głównym donatorem są koncerny farmaceutyczne. Można więc postawić tezę, że WHO – finansowana przez producentów leków – jest w rzeczywistości agendą obrony interesów koncernów farmaceutycznych, a nie pacjentów.

Trzy założenia

Co zawiera przygotowany „traktat Pandemiczny”? Najważniejsze są trzy zapisy.

Pierwszy daje WHO prawo ogłoszenia i zniesienia stanu epidemii. Tak więc to nie rząd, tylko etiopski komunista ma decydować o tym, gdzie i kiedy zostanie ogłoszony taki stan. Ale to nie wszystko. Nowe prawo ma dać etiopskiemu komuniście możliwość decydowania o tym, na jakim dokładnie obszarze i na jaki czas zostanie wprowadzony stan epidemii. Co więcej: WHO ma również zdecydować o obostrzeniach związanych z pandemią, tzn. np. o noszeniu maseczek, zakazie poruszania się, godzinie policyjnej, wyłączeniu konkretnego obszaru (np. województwa) i otoczeniu go kordonem sanitarnym, wprowadzeniu specjalnych procedur szpitalnych itp. To również WHO ma decydować o zniesieniu tych obostrzeń. Jeśli więc WHO dojdzie do wniosku, że na jakimś obszarze Polski występuje zagrożenie epidemiczne, to wprowadzi tam stan epidemii i sama zadecyduje, jakie specjalne środki tam wprowadzić. Oczywiście nie zapyta o zdanie mieszkańców w ani jednej, ani drugiej kwestii. Wówczas los mieszkańców będzie zależał od widzimisię urzędników WHO.

Drugi obszar daje WHO prawo do podejmowania decyzji w sprawie lekarstw i szczepionek. Urzędnicy będą więc mogli zakazać stosowania określonych medykamentów lub paramedykamentów, suplementów diety itp. Będą też mogli określić, jakie leki czy szczepionki są zalecane, a jakie są np. przymusowe. Inaczej mówiąc: urzędnicy z WHO będą decydować, jak i czym wolno nam się leczyć, a jakie formy leczenia są zabronione. Problem w tym, że nie wiadomo, jakimi kryteriami będą się kierować urzędnicy WHO. A w kontekście tego, że ich głównymi sponsorami są koncerny farmaceutyczne, można się domyślić, że będą to decyzje korzystne właśnie dla tych koncernów.

Trzeci obszar to walka z dezinformacją w zakresie zdrowia. WHO ma więc dostać narzędzia do tego, aby eliminować z przestrzeni publicznej tych, którzy sieją dezinformację. Problem polega jednak na tym, że nie ma odgórnie przyjętej definicji „dezinformacji”. Oczywiście przedstawiciele WHO przebąkują, że chodzi o przeciwdziałanie rozgłaszaniu tez niezgodnych z „wiedzą naukową”, przy czym znowu nie wiadomo, o jaką wiedzę chodzi i kto ma decydować o tym, co jest „naukowe”, a co nie.

Pole do nadużyć

Tyle teoria. Co wyniknie z tych tromtadrackich zapisów w praktyce? Tego nie wiadomo, bo zapisy są tak skonstruowane, że może z nich wynikać wszystko.

I tak oddanie urzędnikom WHO władzy nad decydowaniem o „obowiązkowych”, „zalecanych” i „zakazanych” preparatach medycznych będzie zapewne w interesie koncernów farmaceutycznych. A co jest w ich interesie? To, żeby sprzedać jak najwięcej swoich leków i szczepionek. Aby tak się stało, trzeba wyeliminować konkurencję. A kto jest konkurentem tych koncernów? Przede wszystkim cała medycyna naturalna. Można więc się spodziewać, że wejdą w życie przepisy utrudniające stosowanie i handel rozmaitymi specyfikami, np. herbatami, ziołami, syropami.

Można to pokazać na przykładzie produktu, który nazywa się „świecie woskowe Indian Hopi”. To świece z pszczelego wosku, które pomagają wyleczyć zapalenie ucha. Świecę należy włożyć do bolącego ucha i zapalić. Płomień powoli pożera świecę, tworząc podciśnienie, które w połączeniu z temperaturą zabija szkodliwe dla ucha bakterie i wyciąga je na zewnątrz. Zastosowanie tego wynalazku pomaga w ciągu kilkunastu dni wyleczyć zapalenie ucha (wynikające np. z przemrożenia) bez żadnych skutków ubocznych.

Alternatywą jest zastosowanie antybiotyku, który wprawdzie wyleczy zapalenie ucha, ale zniszczy osłonę wątroby. Jednak producentem antybiotyków jest firma medyczna. I to ona ma interes w tym, aby wyrzucić z rynku sklepy zielarskie i inne oferujące produkty medycyny naturalnej. Patrząc na działania rządu w ostatnich latach, nie sposób uniknąć wniosku, że eliminacja z rynku całego przemysłu ziołolecznictwa już trwa. W miejsce tych sklepów powstają apteki – zwłaszcza należące do wielkich sieci – oferujące sprzedaż antybiotyków i lekarstw. Są one nie tylko o wiele droższe (napędzają biznes koncernom), ale także wywołują nieprzyjemne skutki uboczne. Wszystko wskazuje na to, że podobne działania będą się rozwijać.

Wielka cenzura

Przerażenie budzi również pomysł walki z „dezinformacją”. W praktyce będzie wyglądać to tak, że urzędnicy WHO odgórnie ustalą, co jest naukowe, a co nie jest – i wyeliminują możliwość głoszenia tez niezgodnych z określoną przez siebie „naukowością”. Paradoks tego polega na tym, że nauka i badania naukowe obejmują konfrontacje poglądów i merytoryczne dyskusje, a nie odgórnie narzucone schematy (mam kolegę, pasjonata historii, który na serio broni tezy, że Polska przegrała bitwę pod Grunwaldem). Tymczasem ta „naukowość” i „nienaukowość” to tylko zawoalowana forma cenzury. W praktyce więc urzędnicy WHO stworzą katalog poglądów „nienaukowych”, których wygłaszanie będzie zabronione.

Jak to wyglądało – widzieliśmy w przypadku COVID-19, kiedy zakazano głoszenia tez przeciwko obowiązkowym szczepionkom właśnie jako „nienaukowych”.

Teraz nowe przepisy dadzą WHO możliwość wyeliminowania innych poglądów. Czytaj: poglądów niewygodnych dla koncernów farmaceutycznych. Tajemnicą na razie pozostaje, to jakie narzędzia będzie wdrażać WHO – czy będzie to tylko cenzura internetowa, czy też represje karne. Te drugie wcale nie są wykluczone. Jeśli do więzienia można trafić za głoszenie poglądów odmiennych od jedynie słusznych w sprawie wojny na Ukrainie albo w sprawie LGBT, to dlaczego nie za głoszenie sprzeciwu wobec przymusowych szczepionek?

Francja: Mer Paryża wpadła w szał. „Antyaborcyjny kolaż to wstyd dla naszej Republiki, dla Paryża i jego wartości”.

Francja: Mer Paryża wpadła w szał. „Antyaborcyjny kolaż to wstyd dla naszej Republiki, dla Paryża i jego wartości”.

To reakcja na antyaborcyjną kampanię obrońców życia

[Może ją wreszcie zawiążą w kaftan bezpieczeństwa? MD]

mer-paryza-wpadla-w-szal

Francuscy obrońcy życia przeprowadzili w Paryżu antyaborcyjną kampanię. W jej ramach rozklejali na miejskich rowerach do wypożyczenia naklejki z hasłem „A gdybyście pozwolili mu żyć?”. Kampania rozwścieczyła mer Paryża, która użyła ostrych słów pod adresem działaczy pro life.

Obrońcy życia postanowili przeprowadzić kampanię uświadamiającą, że aborcja jest zabójstwem człowieka nienarodzonego. W jej ramach naklejali na miejskie rowery Velib specjalne naklejki o charakterze pro life. Widnieje na nich wizerunek dziecka nienarodzonego, niemowlęcia oraz małego dziecka wsiadającego na rowerek. Grafika została opatrzona hasłem „A gdybyście pozwolili mu żyć?”.

Na reakcję lewicowych polityków nie trzeba było długo czekać. Jako pierwsza głos zabrała mer Paryża Anne Hidalgo, która określiła antyaborcyjną kampanię jako: „Wstyd dla naszej Republiki, dla Paryża i jego wartości”. Swój gniew wyraziła w mediach społecznościowych, zapowiadając ostrą reakcję.

„Niedopuszczalne i nielegalne! Antyaborcyjny kolaż, do którego powołują się błędnie nazywani „Ocaleni” to hańba dla naszej Republiki, dla Paryża i jego wartości. Podejmę wszelkie kroki, aby taka sytuacja się nie powtórzyła” – oceniła na Twitterze akcję pro life Anne Hidalgo.

Na kampanię obrońców życia zareagowali także członkowie rządu. „Gorsząca. Aborcja jest podstawowym prawem kobiet. Nie pozwolimy nikomu ingerować w to” – napisała na Twitterze minister delegowana ds. równości kobiet i mężczyzn Isabelle Rome. „W obliczu reakcjonistów rząd i większość zawsze będą po stronie kobiet, aby zagwarantować wolność wyboru” – dodał minister zdrowia.

Do kampanii przyznała się antyaborcyjna organizacja „Les Survivors”, tzn. Ocaleni. „Ty, który jeździsz tym Velibem, czy nie pamiętasz tych wszystkich czasów, kiedy jak dziecko uczące się jeździć na rowerze odważyłeś się podjąć tę przygodę? – napisała w komunikacie prasowym organizacja, której członkowie – jak sami o sobie mówią – są tymi, którzy mieli szansę się urodzić, w przeciwieństwie do ponad 200 tys. rocznie „nienarodzonych z powodu aborcji braci i sióstr”.

We Francji aborcja jest legalna i można ją przeprowadzić na życzenie. Prawo pozwala na zabijanie dzieci nienarodzonych do 14 tygodnia ciąży.

Nowa fobia „na prawicy”: kurfo-fobia

Nowa fobia na prawicy: kurfofobia

Autor: CzarnaLimuzyna , 27 maja 2023

W czasach unieważniania prawie wszystkich norm pomagających ocenić, odróżnić i ostatecznie oddzielić rzeczy dobre od złych oraz prawdę od kłamstwa, lewicowa antykultura celebruje swój największy triumf w historii. Poddani represywnej tolerancji ludzie normalni często boją się reagować na niemieszczące się w cywilizowanych normach obsceniczne ekscesy osób niemoralnych, a nawet, coraz częściej, ludzi chorych psychicznie, psychopatów, socjopatów, zboczeńców – mięsa armatniego współczesnej rewolucji.

„Kurwofobia zabija”

‘Whorephobia kills’ — To mark International Women’s Day, hundreds came to together for a joint women’s and sex worker strike in central London.

Pamiętam jak ponad 10 lat temu w ramach antynarracyjnej satyry napiętnowałem fikcyjną wówczas, jak mi się zdawało, fobię nazywając ją kurwofobią. Po jakimś czasie, okazało się, że i ta „fobia” znalazła się wśród „niepoprawnych politycznie” rzekomych przypadłości, którymi piętnuje się ludzi normalnych kojarzonych z tzw. prawicą.

W mediach społecznościowych, a także w głównym medialnym ścieku coraz częściej pojawiają się  zarzuty kierowane do wszystkich tych, którzy nazywają prostytutki-prostytutkami, dziwki-dziwkami. W artykułach pojawia się promocja prostytucji jako wyzwalającej, rozwijającej i przynoszącej zasłużone profity. Aby zwalczać towarzyszącą jej kurfofobię (wstawiłem „f”) lewicowi edukatorzy zalecają aby osoby uprawiające nierząd nazywać pracownikami seksualnymi (sex worker).

Walka z whorephobią otworzyła kolejny front wspierania patologii stając się obok zwalczania homofobii, bifobii, transfobii walką o “nowy porządek moralny”. Nowy porządek ma polegać na normalizacji zachowań patologicznych i niemoralnych. Jedną z takich prób związanych z prostytucją widzimy poniżej:

Bardzo często – wbrew rzeczywistości – realia pracy seksualnej są przedstawiane jako realia handlu ludźmi, wyzysku, przemocy. Osoby wykonujące tę pracę są traktowane jako ofiary. Tworzenie przeciwwagi dla takiej narracji jest ważne

– mówi dr Agata Dziuban, socjolożka i outreachworkerka, członkini grupy Sex Work Polska. /Mam seksualność i mogę na niej zarabiać/ Gazeta Wyborcza/.

Nie będę podawać więcej przykładów, bo materiałów związanych z antykulturą, w tym z promocją prostytucji, jest w sieci aż nadto.

“Zawstydzanie dziwek, kurwofobia i niedokończona rewolucja seksualna”

Ideologiczny przekaz jest prosty. Aby dokończyć rewolucję seksualną trzeba raz na zawsze skończyć z zawstydzaniem moralnym. Autorki pogadanek i broszur programowych twierdzą, że  whorephobia jest skrajną wersją zawstydzania dziwek w formie stygmatyzacji słownej. Całkowita swoboda seksualna ma wyeliminować małżeństwa i przynależność dzieci do biologicznych rodziców (ojca i matki). Wspólnoty seksualne będą mogły w przyszłości swobodnie adoptować lub składać zamówienia na dzieci traktowane jako seksualne obiekty. Widać wyraźnie, że pod pozorem dbałości o socjalny i finansowy dobrostan osób uprawiających nierząd dokonuje się najbardziej nikczemny proceder demoralizacji służący całkowitej ruinie cywilizacji.

Krzysztof Karoń mówiąc o ideologii gender podkreślał jeden z jej podstawowych celów, jakim jest doprowadzenie człowieka do poziomu zwierzęcia, poziomu bezmyślności, niezdolności do pracy i braku moralności. Ks. prof. Tadeusz Guz zwraca uwagę na stopień zaawansowania w dziele niszczenia człowieka jako bytu zdolnego do wolności, korzystającego z rozumu. O neomarksistowskim współczuciu dla ludzi zagubionych mówił tak:

U podstaw ich współczucia nie ma gleby miłości duchowej, lecz to „współczucie” jest osadzone na wyniszczającej nienawiści. Jeżeli wiem, że ktoś jest na złej drodze i go wspieram, żeby wpadał jeszcze głębiej, to znaczy, że go nie miłuję. /Nienawiść i miłość w czasach Wielkiego Resetu/.

Kulturalna mafia

Kulturalna mafia

   mtodd
           Szanowni Państwo!
        Czy mafia może być kulturalna? Chyba tylko tak „kulturalny”, jak był stan wojenny Jaruzelskiego dla jego zasłużonych towarzyszy.

Ale mafia w kulturze, to całkiem inne zjawisko. Jesteśmy świadkami cenzurowania kultury, a może już nawet rewolucji kulturalnej, podobnej do tej chińskiej z połowy XX wieku. Zjawisko niewątpliwie ma zasięg światowy.

Nasz rząd, w innych dziedzinach życia, takich jak prawo, nauka, czy gospodarka, próbuje przeciwstawiać się brukselskim urzędnikom. [czyżby ??? My, zajmujący się dziedzinami takimi jak prawo, nauka, czy gospodarka, tego nie zauważamy. md]

W kulturze dał za wygraną. Ciekawe dlaczego? Trudno zakładać, że to tylko przejaw lenistwa. Skąd ta bierność? Cóż więcej mogłaby zrobić „wielka artystka”, której nasz rząd „robi na głowę” milionowymi dotacjami? Poskarżyć się Brukseli? Nic nowego!
           Czy my, widzowie jesteśmy skazani na antykulturę? Czy mamy jakąkolwiek szansę na to, żeby odsunąć mafię trzymająca władzę w sferach filmowych? Sprzedawczyki i nieudaczniki znaleźli tam swoje miejsce, obsypywani są mamoną, chętnie więc wysługują się „sponsorom” pokroju Sorosa. Trudno mieć nadzieję, że sami zrezygnują. A my przecież nie wyjdziemy na ulice w geście protestu. Możemy sobie co najwyżej przerzucać kanały nie znajdując niczego, co dałoby się oglądać. Warto przy tym pamiętać, że kultura spaja naród. No chyba, że wolimy być „Europejczykami polskiego pochodzenia”.
           A może chodzi o coś więcej? Oglądając produkcje typu „Nasze matki, nasi ojcowie” powinniśmy nabrać wstrętu do nas samych. Wówczas o reparacjach od Niemiec nikt nawet nie pomyśli.

Z czasem zapłacimy Żydom realizując uchwałę 447, a potem może i Niemcy zażądają reparacji od Polaków. Dlaczego nie?

Z pozdrowieniami

Małgorzata Todd

Palma odbija

Palma odbija

Izabela Brodacka

Byłam pewna, że śnię albo, że pomyliły mi się daty i właśnie jest prima aprilis. Usłyszałam w wiadomościach że w Warszawie przy placu 5 Rogów stanęło kolejne dzieło Joanny Rajkowskiej – rzeźba dźwiękowa „Pisklę”, która kosztowała podatnika 250 000 złotych. Ta sama rzeźba przyniosła uprzednio artystce sukces międzynarodowy.  W  2019 roku w ramach Frieze Sculpture Joanna Rajkowska pokazała „Pisklę” w  Regents Park w Londynie. Pisklę to powiększone jajo kosa. Wykonane jest z pigmentowanego gipsu akrylowego, ma 240 cm długości i około 180 cm wysokości. Niebieskawy kolor skorupy uzyskano dzięki użyciu zmieszanych z gipsem sproszkowanych skał. Powierzchnia została ręcznie pomalowana przez artystkę. Rzeźba emituje dźwięki wykluwającego się pisklęcia -bicie serca, ćwierkanie i uderzanie dziobem w skorupę. Specjalne urządzenie (sound trasducer) zamienia całe jajko w głośnik co powoduje delikatną wibrację skorupy.

Nikt nie zapytał mieszkańców stolicy czy chcą wydawać tak ogromną kwotę na to dzieło. Również na inne, podobne „arcydzieła” tej samej artystki czyli palmę na rondzie de Gaulla,  sztuczne jeziorko na placu Grzybowskim oraz na szmacianą tęczę Julity Wójcik na placu Zbawiciela, która na szczęście zniknęła już z przestrzeni miejskiej,  wielokrotnie podpalana przez rozwścieczonych warszawiaków i pilnowana potem jak jakaś święta relikwia w dzień i w nocy przez dwa radiowozy.

 Banalnym jest stwierdzenie, że kultura jarmarczna wypiera, a właściwie już wyparła kulturę wysoką. Na przykład tancerki towarzyszące naszej gwieździe Eurowizji Blance w Liverpoolu poruszają się jak w ataku epilepsji wypinając tyłki i eksponując co chwila  krocze. Taniec stosowny w agencji towarzyskiej dla impotentów stał się normą i nikogo już właściwie nie razi ani nie obraża. Mnie też nie tyle obraża co śmiertelnie nudzi więc wyłączyłam to paskudztwo po kilku sekundach.

Wracając do gigantycznego jajka zdobiącego odtąd warszawski plac. Istnieje wiele pomysłów na ożywienie przestrzeni miejskiej  takich jak śpiewające ławeczki, pomalowani na srebrno czy złoto żywi faceci, piętnastometrowa gąsienica, którą porusza kilkanaście zamkniętych w jej wnętrzu osób, czy arlekiny tańczące na szczudłach. To wszystko widziałam wiele lat temu na festiwalu sztuki jarmarcznej, który odbywa się co roku w Awinionie. Uczestnicy tego festiwalu realizują jednak swoje pomysły za własne pieniądze. Przygotowują się do festiwalu przez cały rok, szyją kostiumy, projektują happeningi, a miasto ma za darmo turystyczną atrakcję. Na tym festiwalu  widziałam  „dzieło sztuki” porównywalne poziomem z palmą czy jajem. Była to naturalnej wielkości, drewniana, odpowiednio wyważona, męska kukła, która po dotknięciu wykonywała przez pewien czas miarowe ruchy frykcyjne. Oby tylko pani Joanna albo inny „artysta” nie skorzystali z tej inspiracji, bo prezydent Trzaskowski może za milion złotych wystawić taką „interaktywną instalację” przed ratuszem. Mieliśmy już przecież przed ratuszem ogródek z siedziskami z drewnianych skrzynek po burakach i z kilkoma rachitycznymi drzewkami w doniczkach, który kosztował podatnika około miliona złotych.

Prezydent Trzaskowski, nazywany powszechne Don Fecalio w uznaniu za wzbogacenie Wisły aż do samego Gdańska fekaliami ze stolicy, a sam siebie nazywający  (excusez le mot) Dupiarzem  ma talent do lekkiego wydawania publicznych pieniędzy. Do finansowania działalności osób takich jak Jolanta Gontarczyk vel Lange, komunistyczna agentka o pseudonimie Panna, zasłużona w inwigilowaniu księdza Blachnickiego, która przerzuciła się obecnie na propagowanie LGBT w szkołach i dostała na to przedsięwzięcie od Trzaskowskiego prawie dwa miliony złotych. 

Czy takie jajo, sztuczny stawek oraz palmę słusznie nazywa się dziełami sztuki? Przede wszystkim należałoby zastanowić się kim jest Joanna Rajkowska? Jeżeli jest artystką to jej wytwory są z całą pewnością sztuką zgodnie z przewrotną definicją – sztuką jest to czym zajmuje się artysta. Podobnie jak fizyką jest to czym zajmuje się fizyk, a religią to w co wierzy wierny. Pozostaje pytanie skąd biorą się artyści?   Ukończenie Akademii Sztuk Pięknych jak wiadomo nie wystarcza. Wielu jej absolwentów sprzedaje cebulę i kartofle, podczas gdy ceny nikiforów  ( to nazwa pospolita a nie imię własne) stale idą w górę.

Sądzę, że z wartością dzieł sztuki jest podobnie jak z pieniądzem zaufania. Nie mają pokrycia w złocie, a zaufanie po prostu się kreuje. Obawiam się, że w PRL zaufanie do artysty i jego dzieł kreował kiedyś Borejsza ( zwany powszechnie Borejsza – najważniejsza) pomazując na artystów wybranych według własnego, czyli stalinowskiego klucza. Ci pomazani pomazują (czyli wskazują) następnych i tylko tak można wytłumaczyć fakt, że obrzydliwa, tandetna  szmaciana tęcza, wbrew powszechnemu odbiorowi, może być traktowana jako dzieło sztuki. Szerzej na to patrząc – pisuar jest dziełem sztuki wtedy i tylko wtedy gdy wystawia go jako „Fontannę” Marcel Duchamp, a jest zwykłym urządzeniem łazienkowym gdy kupuje go w sklepie Kowalski. Kowalski na wystawie sztuki readymade przeżywa więc dysonans poznawczy. Nie wie czy ma do czynienia z dziełem sztuki czy też ma się czuć oszukany i obrażany. Sztuką jest obrazić mieszczucha i kazać mu za to zapłacić. Taką definicję sztuki zaproponowali przecież francuscy skandaliści.

Arcydzieła Joanny Rajkowskiej nie wyczerpują jednak tej definicji. Są prymitywne, naiwne, nieproporcjonalnie drogie lecz jednocześnie odwołujące się do drzemiącej w każdym fałszywej, infantylnej wrażliwości. Przytulić się do ogromnego jajka żeby wyobrazić sobie dobijającego się do nas pisklaka słuchając  nagranego i odtwarzanego przez głośnik oraz wzmocnionego mechaniczną wibracją dźwięku. To tak jakby zamiast zająć się dzieckiem przytulać porcelanową lalkę, zamiast zaprzyjaźnić się z kimkolwiek w realu -korespondować z awatarem, a zamiast uprawiać seks oglądać pornograficzne filmy.

To podkultura substytutu, wewnętrzna zgoda na to żeby wiązać emocje z namiastkami rzeczy realnie istniejących. 

Skrzyżować człowieka z szympansem !!! Szokujące eksperymenty genetyczne stalinowskich „naukowców”

W archiwalnym wydaniu mego portalu – przed laty omawiałem książkę o krzyżowaniu małp Bonobo z człowiekiem. Robiono to m.inn. w Gabonie i na Krymie. „Uczonym” był Ilja Iwanowicz Iwanow. Proszę o pomoc – albo ten artykuł moim Archiwum – albo namiar na tę książkę. MD

=========================================

Jak skrzyżować człowieka z szympansem? Szokujące eksperymenty genetyczne stalinowskich naukowców

Janusz Ślęzak jak-skrzyzowac-czlowieka-z-szympansem

Zapładnianie kobiet metodami stosowanymi w hodowli bydła. „Uprawa” ludzi na siłę roboczą i z myślą o pokazach piękności. A w końcu próba skrzyżowania człowieka z szympansem. Do czego zdolna była posunąć się garstka szarlatanów, by uczynić zadość mocarstwowym ambicjom Stalina?

W pierwszych latach po zdobyciu władzy w Rosji bolszewicy pozostawali pod wrażeniem tempa rozwoju przemysłowego w USA. Fascynowały ich amerykańskie auta, samoloty, wielkie fabryki, wynalazki i osiągnięcia naukowe. Zamierzali naśladować wzory zza oceanu. Sytuacja zaczęła się zmieniać po śmierci Lenina. W ciągu kilku lat jego następca – Józef Stalin – podporządkował sobie partię i państwo.

Atak Stalina na fortecę nauki

Stalin szybko odstąpił od „kapitalistycznych” modyfikacji marksistowskiej doktryny w rodzaju leninowskiego NEP-u (Nowej Polityki Ekonomicznej lat 1921-1929, wprowadzonej głównie dla walki z powszechnym głodem). Wolał wielkie państwowe kampanie, rozpisane w formie pięcioletnich planów. W ten sposób partia przejmowała całkowitą kontrolę nad krajem we wszystkich możliwych dziedzinach ludzkiej aktywności, nie wyłączając działalności naukowej. Rosja miała być zresztą pierwszym państwem na świecie rządzonym metodami naukowymi.

fot.domena publiczna

Gdy w 1919 roku Stalin i Lenin pozowali do tego zdjęcia wraz z Michaiłem Kalininem, Lenin pewnie nie przypuszczał, że jego ideowy druh sprzeniewierzy się wypracowanym przez niego koncepcjom, gdy tylko przejmie ster rządów w państwie.

W 1928 roku partia zaapelowała do naukowców, by przedstawili propozycje na pierwszą pięciolatkę. W książce „Stalin i naukowcy”, wydanej właśnie w polskim przekładzie, angielski pisarz Simon Ings przytacza przemówienie Stalina z maja 1928 roku:

Stoi przed nami forteca. Ta forteca to nauka z całym mnóstwem dziedzin wiedzy. Musimy zdobyć tę fortecę za każdą cenę. (…) To, czego teraz potrzebujemy, towarzysze, to zmasowany atak rewolucyjnej młodzieży na [fortecę] nauki.

Wyprodukować nową istotę ludzką

Jednym z problemów młodego sowieckiego państwa był kryzys demograficzny wywołany I wojną światową, rewolucją oraz klęską głodu i epidemiami chorób zakaźnych. Szacuje się, że od początku wojny w ciągu sześciu lat zginęło 16 milionów obywateli Rosji. W latach 1917-1920 sama Moskwa straciła niemal połowę populacji, a Piotrogród 70 procent ludności. Rosja potrzebowała boomu demograficznego, a bolszewicy i posłuszni im naukowcy śmiało kreślili swoje wizje.

Aleksander Sieriebrowski, który kierował wydziałem hodowli drobiu w Moskiewskim Instytucie Zoologicznym opublikował pseudo-naukowy artykułu zatytułowany „Ludzka genetyka i eugenika w społeczeństwie socjalistycznym”. Zalecił w nim masową akcję dobrowolnego sztucznego zapłodnienia kobiet sowieckich metodami stosowanymi w hodowli bydła i koni.

Inspiracją do powstania artykułu była najnowsza książka Simona Ingsa „Stalin i naukowcy. Historia tryumfu i tragedii” (Wydawnictwo Agora 2017) opowiadająca o szalonych pomysłach radzieckich naukowców, którzy stali się pośmiewiskiem świata.

„Biorąc pod uwagę ogromną zdolność mężczyzn do produkcji spermy (…), jeden zdrowy i cenny producent byłby w stanie spłodzić do tysiąca dzieci (…) W tych warunkach (…) niezliczone kobiety i całe społeczności mogłyby szczycić się (…) wyprodukowaniem nowych form istot ludzkich” – pisał Sieriebrowski twierdząc, że jego pomysły pozwolą zrealizować plany pięcioletnie w dwa i pół roku.

Autor artykułu otrzymał oficjalną reprymendę za „obrazę radzieckiej kobiecości”, ale nie był on jedynym zwolennikiem „produkowania nowych form istot ludzkich”. Bardziej znanym okazuje się Ilja Iwanowicz Iwanow, który już przed rewolucją zyskał międzynarodowe uznanie za badania nad sztucznym zapłodnieniem. Na początku lat 20. XX wieku korespondował z amerykańskim biologiem Raymondem Pearlem na temat możliwości skrzyżowania istoty ludzkiej z szympansem.

„Orango padł, szukamy następcy”

Zainteresowanie projektem okazało się ogromne. W Ludowym Komisariacie Oświaty obszar badań Iwanowa uznano za „nadzwyczaj istotny problem materializmu”. Lew Fridrichson z Ludowego Komisariatu Rolnictwa twierdził, że:

Temat poruszony przez profesora Iwanowa (…) powinien stać się decydującym ciosem zadanym nauczaniu religijnemu oraz może zostać sprawnie wykorzystany w propagandzie i w walce o wyzwolenie ludu pracującego spod władzy Kościoła.

fot.Library of Congress/ domena publiczna

Raymond Pearl (na zdjęciu) był amerykańskim biologiem specjalizującym się w genetyce klasycznej. To do niego o radę postanowił zwrócić się Iwanow, gdy zaczął planować realizację swojego szalonego pomysłu: krzyżówki człowieka z szympansem.

W 1925 roku Iwanow zdobył dla swego eksperymentu akceptację sowieckiej Akademii Nauk i wyposażony w równowartość 10 tysięcy dolarów opuścił Rosję, by uzyskać międzynarodowe wsparcie. Wkrótce trafił na pierwsze strony gazet. „The New York Times” opublikował prowokacyjny artykuł o planach skrzyżowania człowieka z szympansem i jednocześnie listy z pogróżkami od Ku Klux Klanu. Tymczasem, wspierany przez paryski Instytut Pasteura, Iwanow dotarł do afrykańskiej Gwinei, ale pierwsza próba krzyżówki nie powiodła się.

Rosjanin wrócił zatem do Moskiewskiego Instytutu Zootechnicznego z zamiarem wykorzystania spermy pobranej od ssaków naczelnych do zapłodnienia kobiet w Rosji. O dziwo, szybko znalazł kilka chętnych towarzyszek. Pewna mieszkanka Leningradu 16 marca 1928 roku napisała do Iwanowa:

Drogi Profesorze (…). Moje życie jest zrujnowane i nie widzę sensu dalszej egzystencji (…). Kiedy jednak myślę, że mogłabym poświęcić się nauce, mam dość odwagi, by skontaktować się z Panem. Błagam, niech Pan mi nie odmawia. Proszę o przyjęcie mojej oferty wzięcia udziału w eksperymencie.

fot.Alex 'Florstein’ Fedorov/ CC BY-SA 4.0

Rosyjska Akademia Nauk została założona w 1724 roku w Petersburgu. W latach 1925-1991 przemianowano ją na „Akademię Nauk ZSRR”, a jej siedzibę przeniesiono z Petersburga (na zdjęciu) do Moskwy. To tu między innymi, naukowcy, którzy zawarli pakt z komunistyczną władzą prowadzili swoje badania pod czujnym okiem Stalina.

Sprawa przeciągnęła się jednak na tyle, że w końcu – jak odpisał ochotniczce Iwanow – „orango padł, szukamy jego zastępcy„. Ostatecznie kariera Iwanowa legła w gruzach, gdy Akademia Nauk odkryła, że naukowiec próbował zapłodnić afrykańskie kobiety… bez ich wiedzy.

Ulepszenie ludzkiej rasy

W latach 20-tych XX wieku w elitach sowieckiej Rosji popularność zdobyła na krótko eugenika. Państwo bolszewików nie było zresztą wyjątkiem. Idea selektywnego rozmnażania zwierząt, ludzi i roślin dla ulepszenia gatunków rozprzestrzeniła się w środowiskach naukowych wielu krajów już pod koniec XIX wieku. Samo pojęcie eugeniki wprowadził w 1869 roku Brytyjczyk, Francis Galton, kuzyn Karola Darwina.

fot.domena publiczna

Eugenika, czyli pojęcie wprowadzone przez Francisa Galtona (na zdjęciu) dotyczyło próby ulepszenia gatunków z pokolenia na pokolenie. Wraz z wykorzystaniem jej przez reżim narodowosocjalistyczny, nauka ta zaczęła mieć wyraźne negatywne konotacje.

Jak twierdził Galton, hodowcy zwierząt krzyżują tylko najzdrowsze okazy, a nie dopuszczają do rozrodu osobników chorowitych, które pierwsze idą do rzeźni. Ponieważ ludzkie istoty to również zwierzęta, można zatem zaplanować ich rozród tak, jak rozmnażanie kurczaków albo psów.

Rosyjskie Towarzystwo Eugeniczne powołano w 1922 roku. W pracy zatytułowanej „Ulepszenie ludzkiej rasy”, zaprezentowanej na inauguracyjnym posiedzeniu stowarzyszenia, Nikołaj Kolcow barwnie opisywał selektywne rozmnażanie. Wyobrażał sobie inwazję Marsjan, którzy potraktowaliby nas podobnie, jak my traktujemy zwierzęta gospodarskie. Ludzie zostaliby „udomowieni”. Buntownicze jednostki podlegałby likwidacji, potulne osobniki dałyby potomstwo służące za siłę roboczą, a najpiękniejsi byliby hodowani z myślą o pokazach piękności. W następnych dziesięcioleciach sowieckiej Rosji niektóre z tych szalonych pomysłów zostały – o zgrozo – wcielone w życie.

fot.Wojsyl/ CC BY-SA 3.0

Nie wiadomo kto był większym szaleńcem – naukowiec, którzy próbował zrealizować w praktyce mocarstwowe ambicje Stalina, czy sam sowiecki dyktator inicjujący genetyczne eksperymenty. Jak widać jednak na zdjęciu – i nieobliczalnym ludziom stawia się pomniki.

Rozwiązujemy problem podgrzania Syberii

Sowiecki rząd oczekiwał od naukowców idei dających się zrealizować w praktyce. Przy tej okazji światło dzienne ujrzało mnóstwo kuriozalnych projektów i pospolitych oszustw. Komisja ds. Wynalazków, pełniąca funkcję biura patentowego, donosiła o przypadku „naukowca” bez formalnego wykształcenia, który otrzymał 200 tysięcy rubli i laboratorium „biologii elektrycznej”, by sprawdzić, w jaki sposób bombardowanie nasion falami ultrakrótkimi wpływa na zwiększenie zbiorów. Ostatecznie milicja namierzyła go w nocnym lokalu w Leningradzie.

Poważnie zastanawiano się nad dokonaniami pewnego fizyka z Aszchabadu, który wywoływał deszcz za pomocą naelektryzowanego dymu. Marksistowski filozof Izaak Prezent ogłaszał z dumą:

Wykonujemy największe zadanie – planową przemianę klimatu (…). Organizujemy specjalny instytut mający zajmować się tworzeniem lub powstrzymywaniem deszczu (…). Doprowadzimy do irygacji suchych regionów kraju i przeprowadzimy zmasowany atak na pustynie. Rozwiązujemy też problem podgrzania Syberii

fot.domena publiczna

Ciekawe jaką minę miał Stalin gdy przekazywano mu kolejne kuriozalne pomysły sowieckich naukowców….

Towarzysz Stalin i życie wieczne

Jak pisze Oleg Khlevniuk, biograf Stalina, sowieccy przywódcy byli bardzo zainteresowani badaniami nad długowiecznością. Ings, w swojej najnowszej książce „Stalin i naukowcy” dodaje, że:

(…) naiwnie dawali [oni] wiarę w skuteczność różnych „najnowocześniejszych” technik odmładzania, takich jak przeszczep gruczołów od małp, wazektomia, (…) czy wreszcie stosowanie grawidanu – tajemniczej substancji wyizolowywanej z moczu ciężarnych kobiet.

Zaskakujące kariery zrobiło w sowieckim imperium dwoje kontrowersyjnych specjalistów w tej dziedzinie, choć pierwszy z nich długo swoją sławą się nie nacieszył.

fot.domena publiczna

Olga Lepieszynska i Aleksandr Bogdanow. Na pewno nie można nazwać tych ludzi geniuszami. Można ich jednak z pewnością zaliczyć do szeregu sowieckich pseudo-naukowców, których teorie były nie tylko kuriozalne, ale i niebezpieczne. Bogdanow przepłacił swoje nieprzemyślane eksperymenty życiem.

Aleksandr Bogdanow propagował transfuzje krwi jako metodę regeneracji organizmu. Twierdził, że zapewniają one lepszy sen, poprawiają cerę, korygują wady wzroku, wzmacniają odporność i usuwają zmęczenie. Eksperymenty Bogdanowa skończyły się jednak tragicznie. W 1928 roku wymienił się krwią z pewnym studentem i doznał wstrząsu hemolitycznego, ponieważ była to już jedenasta transfuzja, której się poddał. Zmarł dwa tygodnie później.

Olga Lepieszynska zalecała odmładzające kąpiele w wodzie sodowej.

Wsławiła się ponadto pseudonaukową teorią, wedle której żywe komórki nie muszą powstawać z innych żywych komórek. Oznaczałoby to, że człowiek – niczym Bóg – może tchnąć życie w nieożywioną materię. Na dowód przedstawiła film, który w rzeczywistości był oszustwem. Sfilmowała śmierć i rozkład komórki, po czym na projektorze puściła wszystko od tyłu.

Mimo to w 1950 roku odebrała Nagrodę Stalinowską, ustanowioną przez samego Stalina w 1939 roku, za wybitne dokonania naukowe.

Bibliografia:

  1. Czapski Józef, Na nieludzkiej ziemi, Znak, Kraków 2011.
  2. Fitzpatrick Sheila, Zespół Stalina, Czarne, Wołowiec 2017.
  3. Goworscy Marta i Andrzej, Naukowcy spod czerwonej gwiazdy, PWN, Warszawa 2016.
  4. Holloway David, Stalin i bomba, Prószyński i S-ka, Warszawa 1996.
  5. Ings Simon, Stalin i naukowcy, Agora, Warszawa 2017.
  6. Khlevniuk Oleg, Nowa biografia, Znak Horyzont, Kraków 2016.
  7. Köhler Piotr, Studia nad łysenkizmem w polskiej biologii, Dante, Kraków 2013.
  8. Miedwiediew Żores, Miedwiediew A. Roj, Nieznany Stalin, Videograf, Chorzów 2006.
  9. Montefiore S. Simon, Dwór czerwonego cara, Magnum, Warszawa 2004.
  10. Pipes Richard, Rosja bolszewików, Magnum, Warszawa 2005.
  11. Rapoport Jakow, Ostatnia zbrodnia Stalina. 1953: Spisek lekarzy kremlowskich, Erica, Warszawa 2011.
  12. Sacharow Andriej, Wspomnienia, Pomost, 1991.

Jak radziecki naukowiec chciał skrzyżować człowieka z małpą

Jak radziecki naukowiec chciał skrzyżować człowieka z małpą

————————————-

W moim archiwalnym wydaniu przed laty omawiałem książkę o krzyżowaniu małp Bonobo z człowiekiem. Robiono to m.inn. w Gabonie i na Krymie. „Uczonym” był Ilja Iwanowicz Iwanow. Proszę o pomoc – albo ten artykuł w moim Archiwum – albo namiar na tę książkę. MD

Wspominałem o tym przy otrzymywaniu Komandorii Polonia Restituta…

==============================================

Piotr Cielebiaś hybryda-czlowieka-z-malpa-radziecki

W latach 20. ub. wieku wybitny rosyjski biolog podjął się jednego z najbardziej makabrycznych eksperymentów w dziejach. U szczytu kariery dr Ilja Iwanow postanowił stworzyć hybrydę człowieka i małpy. W Gwinei próbował zapładniać szympansice ludzkim nasieniem. Gdy w 1927 r. wydalono go stamtąd za próbę eksperymentowania na kobietach, starał się założyć w Abchazji „małpią kolonię”, która miała wyhodować małpoluda. Znalazł nawet ochotniczkę na jego matkę…

Dr Ilja Iwanowicz Iwanow, rozpoczynając kontrowersyjny projekt stworzenia ludzko-małpiej krzyżówki, był jednym z najbardziej szanowanych specjalistów od hybrydyzacji zwierząt

  • Pracując w stepowym rezerwacie Askania Nowa k. Chersonia (Ukraina), udoskonalił metody sztucznego zapładniania klaczy, dzięki czemu zyskał uznanie carskich władz
  • Eksperyment Iwanowa wiąże się z wieloma teoriami spiskowymi

Ilja Iwanowicz Iwanow urodził się w 1870 r. w Szczygrach k. Kurska, w rodzinie sądowego czynownika. Od 1886 r. studiował fizjologię zwierzęcą na Uniwersytecie Charkowskim. Odbył nawet praktyki w paryskim Instytucie Pasteura z zakresu mikrobiologii, ale wkrótce zainteresowania badawcze skupił na czymś innym. Po powrocie do Petersburga w 1898 r. rozpoczął współpracę z wielkimi postaciami rosyjskiej nauki, m.in. Iwanem Pawłowem (1849-1936), doskonaląc metody sztucznej inseminacji zwierząt.

Ponieważ pojawiły się zarzuty, że to praktyki sprzeczne z naturą, Iwanow postanowił udowodnić, że dla nowoczesnej nauki nie ma granic. W 1910 r. na konferencji zoologicznej w Grazu (Austro-Węgry) ogłosił, że trzeba wyzbyć się moralnych oporów i podjąć próbę skrzyżowania człowieka z małpą. Śmiały plan zastopowała I wojna światowa i rewolucja w Rosji. Gdy władza bolszewicka krzepła, Iwanow pracował w Wyższym Instytucie Zootechniki. W 1921 r. – jako człowieka wielce przydatnego krajowi – wysłano go na „naukowy zwiad” do Paryża. Tam, w salach Instytutu Pasteura, zrodził się w umyśle Iwanowa plan godny dr. Frankensteina.

Łamanie tabu

W kwietniu 1922 r. uczony skontaktował się ze starym znajomym, amerykańskim biologiem Raymondem Pearlem (1879-1940), informując o zamiarze wyhodowania małpoluda. Pisał, że musiałoby się to odbyć gdzieś w Afryce, z dala od uwagi europejskiej opinii publicznej. Także eksperci z Instytutu Pasteura uznali ten plan za „pożyteczny i pożądany”. Sam Iwanow uzasadniał to następująco: „Stworzenie hybryd między dwoma antropoidami […] dostarczy niezwykle cennych informacji o pochodzeniu człowieka i wielu innych sprawach odnośnie dziedziczności, embriologii, patologii i psychologii”.

Jako miejsce pracy uczonemu zaproponowano szympansi rezerwat w miejscowości Kindla w dzisiejszej Gwinei (wówczas we Francuskiej Afryce Zachodniej), choć o sfinansowanie projektu musiał zadbać sam. Iwanowowi udało się pozyskać 10 tys. dolarów od ludowego komisarza oświaty, Anatolija Łunaczarskiego, w czym prawdopodobnie pomogło poparcie Pawłowa oraz argumentacja ideologiczna. Powołanie do życia „nowego człowieka” pozwoliłoby uświadomić masom, że proces stworzenia to jedynie biologia, nie dzieło Boga.

Iwanow poruszał się jednak po śliskim gruncie. Nie wiadomo bowiem, jak w przypadku pomyślnego zakończenia eksperymentu zareagowałaby opinia publiczna. Ale nie tylko on myślał w początkach ub. wieku o wyhodowaniu małpoluda. Podobne wizje snuł holenderski antropolog Hermann Marie Moens (1875-1938) oraz niemiecki seksuolog Hermann Rohleder (1866-1934), za co tego pierwszego wyrzucono z posady na uczelni. Iwanowowi los również zgotował rozmaite problemy, tym bardziej, że jego koncepcje niezbyt podobały się Stalinowi, który doszedł do władzy w 1924 r.

Matka hybrydy pilnie potrzebna

Do Gwinei dr Iwanow i jego 22-letni syn przyjechali w listopadzie 1926 r. Kirył Rossijanow, autor obszernego artykułu o ich kontrowersyjnym projekcie wspomina, że rosyjski uczony w swoich pismach nie krył pogardy dla Afrykanów, których uważał za niższą rasę. Wzmiankował też, że próbował badać doniesienia o kobietach, które zostały rzekomo zgwałcone przez małpy, co – jak dodawał – zmusiło je do życia na uboczu jako osoby nieczyste – „społecznie martwe”.

28 lutego 1927 r. Iwanow przeprowadził eksperyment z zapłodnieniem szympansic Babette i Syvette ludzkim nasieniem. Kolejna próba miała miejsce w lipcu na samicy o imieniu Czarna. W międzyczasie poszukiwał on kobiet – ochotniczek do bycia matką małpoluda. W tym celu zwrócił się do gubernatora z prośbą o pomoc, a ten skierował go do szpitala w Konakry. Iwanow nie miał oporów wobec eksperymentów na kobietach, także bez ich zgody. Twierdził, że najodpowiedniejsze byłyby do nich Pigmejki, ze względu na niski stopień ucywilizowania.

Niebawem pojawił się jednak problem. Kolonialne władze, bojąc się reakcji miejscowych, zakazały Iwanowowi eksperymentów w szpitalu. Również Akademia Nauk ZSRR wycofała poparcie dla niego, uzasadniając, że jego działalność „prowadzi do podważania u Afrykanów zaufania do europejskich lekarzy oraz uczonych i może rzutować na rosyjskie ekspedycje”. Nieprzyjaźnie patrzyli na niego także Francuzi z ośrodka w Kindla, bojąc się, że doniesie on Paryżowi o ich niegospodarności.

Niezrozumiani i trapieni kłopotami Iwanowowie w lipcu 1927 r. ewakuowali się z Gwinei, zabierając ze sobą kilka zwierząt. Miały one zostać przewiezione do Suchumi w Abchaskiej SRR, do kolejnej „małpiej kolonii”. Niestety po drodze zdechły zapłodnione szympansice, u których – co gorsza – uczony nie stwierdził ciąży. To go jednak nie martwiło, bo uznawał, że sukces gwarantują tylko często powtarzane próby. Co ciekawe, po powrocie znalazł nawet ochotniczkę na matkę małpoluda, którego zamierzał wyhodować nad Morzem Czarnym.

Kobieta pochodziła z Leningradu i zgłosiła się do niego listownie: „Proszę Was, weźcie mnie do eksperymentu. Błagam. Wiem, że takie krzyżowanie jest możliwe” – pisała. Iwanow potrzebował co najmniej kilku chętnych. Dla władz radzieckich było to jednak zbyt kontrowersyjne i urągające roli kobiety przedsięwzięcie. Poważny problem stanowił też brak małp do udziału w testach. Ostatni stary orangutan z Suchumi zdechł, ponieważ karmiono go… jajkami. W 1930 r. zakupiono jednak pięć szympansów i wszystko wydawało się być na dobrej drodze, ale…

Humanzee czyli „człopans”

W 1929 r. rada Akademii Nauk omówiła na posiedzeniu postęp prac nad stworzeniem mieszańca małpy i człowieka, jednak wszystkiemu stanęła na drodze polityka. Ponieważ Iwanow należał do starej gwardii carskich naukowców, oskarżono go o działalność wywrotową i „tworzenie komórki kontrrewolucyjnej wśród specjalistów od rolnictwa”, za co został potem zesłany do Kazachstanu. Pracował w tamtejszym instytucie weterynaryjnym do 1932 r., kiedy został zwolniony. Jak pisze Rossijanow, miał wówczas w planach przejście na emeryturę i podreperowanie zdrowia. Niedługo potem zmarł jednak na udar.

Eksperyment Iwanowa okazał się niewypałem, ale zrodził wiele teorii spiskowych. Do dziś natknąć można się na opowieści, że uczony pracował na rozkaz Stalina nad stworzeniem silnego i wytrzymałego robotnika mogącego znieść warunki syberyjskich kopalń. Według innej wersji małpoludy miały stanowić „supergwardię” gotowych na wszystko sołdatów. Paul Stonehill – amerykański publicysta ukraińskiego pochodzenia przypomina, że według niektórych zbiegłe hybrydy Iwanowa odpowiadają za falę doniesień o dziwnych włochatych istotach nazywanych w byłym ZSRR „śnieżnymi ludźmi” (inaczej ałmas).

Choć eksperymentu Iwanowa nikt nie miał odwagi powtórzyć, niewykluczone, że hybrydy ludzi i małp mogły rodzić się w sposób „naturalny”. Jedną z nich mogła być istota złapana w 1958 r. w Republice Konga. Oliver – jak nazwali go właściciele – był małpą poruszającą się na dwóch nogach o groteskowej twarzy i łysej głowie. Jego wygląd i zachowanie sprawiły, że określono go jako „Humanzee” („Człopans”).

Zauważono też, że Olivera „interesują” kobiety, a nie szympansice. Przetrzymywany wiele lat w klatce, został na starość przeniesiony do kolonii małp w Teksasie, gdzie budził ogromne zainteresowanie.

Pomysł dr. Iwanowa wzbudził wielowątkową dyskusję. Zastanawiano się nie tylko nad wyglądem małpoluda i jego statusem prawnym, ale też tym, czy pozwolić wychować go matce i co zrobić, jeśli urodzi się „zły z natury”. Iwanowa interesowały jednak konkrety i nie czuł oporów przed łamaniem tabu.

Problem krzyżówki małpy i człowieka nurtował nie tylko jego. Geoffrey Bourne (1909-88) – ceniony amerykański prymatolog i twórca centrum dla małp w Yerkes dywagował: „Wydaje się, że istnieje niewiele przeszkód natury fizjologicznej przed sztucznym zapłodnieniem na linii człowiek – małpa, które może stworzyć zdolne do życia dziecko…”.

______________________

Cytaty pochodzą z artykułu K. Rossijanowa,

Beyond species: Ilya Ivanov and his experiments on cross-breeding humans and anthropoid apes, „Science in Context”, nr 02/2002 (15).

Sodoma w Kościele: Błogosławienie znad tęczowej flagi, czyli „synodalność” w praktyce

Sodoma w Kościele: Błogosławienie znad tęczowej flagi, czyli „synodalność” w praktyce

26 maja 2023 blogoslawienie-znad-teczowej-flagi-czyli-synodalnosc

Kościół katolicki w Polsce staje się coraz bardziej synodalny. Synodalny, to znaczy „zjednoczony w różnorodności”. Co to oznacza w praktyce? Dominikanina, który razem z kalwinem i luteranką błogosławi społeczność LGBTQ+ znad tęczowej flagi. A zamiast spotkać się z reprymendą – otrzymuje liczne głosy wsparcia.

Już za kilka dni czerwiec – miesiąc poświęcony kultowi Najświętszego Serca Pana Jezusa, miesiąc, w którym szczególnie czcimy Eucharystię, pobożnie uczestnicząc w procesjach Bożego Ciała.

W świecie rewolucyjnym czerwiec jest jednak czymś zgoła przeciwnym: czasem wyuzdania i promocji niemoralności. Organizuje się tęczowe parady, które głoszą chorobliwą pożądliwość oraz fałszywą antropologię (istnienie „wielu płci”).

Jednak już 17 maja środowiska rewolucyjne obchodzą tak zwany Międzynarodowy Dzień Przeciwko Homofobii, Transfobii i Bifobii. Dotyczy to również Polski, gdzie w tę akcję włączają się różnorodne struktury tzw. „chrześcijańskie”.

W tym roku głównym tego rodzaju wydarzeniem było ekumeniczne nabożeństwo LGBT odprawione w „kościele” ewangelicko-reformowanym (kalwińskim) w Warszawie. Obok kalwińskiego pastora Michała Jabłońskiego rolę protagonistów odegrali w nim jeszcze luterańska pastorka Halina Radacz oraz o. Maciej Biskup, dominikanin, przeor klasztoru w Łodzi.

O szczegółach nabożeństwa pisaliśmy już wcześniej. Po publikacji portalu PCh24.pl na temat udziału o. Macieja Biskupa w wydarzeniu otrzymaliśmy wyjaśnienia od polskiej prowincji dominikanów, zgodnie z którymi o. Biskup uczestniczył w nabożeństwie ekumenicznym „z własnej inicjatywy”.

Pomimo upływu dni nie ma jednak żadnego komunikatu krytycznego ze strony dominikanów względem o. Macieja Biskupa. Mnożą się za to głosy wsparcia.

Na łamach portalu „Więź.pl” ukazało się krótkie oświadczenie w sprawie „solidarności z osobami LGBTQ+”. Jego sygnatariusze postanowili przeprosić za „język nienawiści, który często sączy się z wielu ambon, i za wykluczenie, którego doznają w naszym, rzymskokatolickim Kościele, który powinien być domem dla wszystkich”. Podziękowali też o. Maciejowi Biskupowi „za udział w tym nabożeństwie, podczas którego reprezentował wielu i wiele z nas, którym bliska jest idea tolerancji i szacunku dla wszystkich niezależnie od orientacji seksualnej i tożsamości płciowej”. Oświadczenie zostało podpisane przez około sto osób, w tym przez szereg duchownych, w tym trzech dominikanów. Są to: o. Tomasz Biłka OP, ks. Maciej Cyran, o. Paweł Gużyński OP, ks. Roman Jagiełło, o. Wojciech Jędrzejewski OP, ks. Dariusz Kaczor, ks. Maciej Kubiak, ks. Krzysztof Niedałtowski, ks. Andrzej Perzyński, o. Jacek Prusak SJ, s. Barbara Radzimińska, ks. Andrzej Szostek MIC, ks. Alfred Wierzbicki, ks. Jacek Zdrojewski.

Portal „Więź.pl” opublikował też ekscerpt z wystąpienia o. Macieja Biskupa. Całość jego przemowy wygłoszonej znad stołu ołtarzowego, na którym zawieszono tęczową flagę i ustawiono na niej Pismo Święte, można obejrzeć na youtube.

W ponad 16-minutowym przemówieniu o. Maciej Biskup ani słowem nie wspomniał o nieuporządkowaniu moralnym skłonności homoseksualnych; nie zająknął się na temat grzeszności pozamałżeńskich stosunków intymnych; nie wspomniał o katolickiej i naturalnej antropologii (dwie płcie). Zamiast tego umacniał słuchaczy w ich własnych wyborach życiowych. Mówił krytycznie o chrześcijanach, którzy „oskarżają, wykluczają, są oszczercami” oraz chcą – uwaga – być „strażnikami pewnego projektu życia wobec drugiego człowieka”, mówiąc im, jacy mają być „w społeczeństwie, w rodzinie, w Kościele”, będąc powodowani „lękową moralnością”. Przywoływał powstanie w gettcie warszawskim, mówiąc o murze niechęci i wrogości.

Osoby LGBT+ mają w sobie potencjał człowieczeństwa, którym można kimś się zaopiekować, o kogoś się można zatroszczyć, przy kimś być na dobre i na złe, że przyjmowanie oznacza tę wrażliwość, która jest związana także z taką a nie inną orientacją seksualną” – mówił o. Maciej Biskup.

Nie ma wątpliwości, że dominikanin sugerował w ten sposób akceptację dla związków homoseksualnych. Jak to możliwe? W czyim imieniu się wypowiadał? Jest przecież przeorem klasztoru dominikańskiego; był ubrany w szaty liturgiczne; cytował Pismo Święte; powoływał się Jezusa Chrystusa i Ducha Świętego.

Czy tak ma wyglądać nowe polskie „synodalne” duszpasterstwo?

Przeglądałem dziś aktualną prasę katolicką. W kilku tytułach znalazłem obszerne relacje z prac niemieckiej Drogi Synodalnej, utrzymane w tonie albo otwarcie pochwalnym, albo po prostu afirmatywnym. W innych tygodnikach biskupi mówią o synodalności, zapraszając do „odważnej podróży” naprzód. W lutym tego roku na spotkaniu biskupów i świeckich z całej Europy w Pradze ustalono, że Kościół na naszym kontynencie będzie oparty o zasadę „jedności w różnorodności”.

Coraz więcej wskazuje na to, że taki program ma dotyczyć nie tylko różnic w poszczególnych krajach, ale również różnic między diecezjami czy nawet parafiami.

Tęczowe ekumeniczne celebracje? Oto jest synodalna „jedność w różnorodności” w praktyce.

Paweł Chmielewski

Nie umarł nikt…

Nie umarł nikt…

 Jerzy Karwelis Nie umarł nikt…

Wcześniej w takim Izraelu to ludzie do pięćdziesiątki przez kowida to marli jak muchy, ale jak się oddzieliło ziarno zdrowych od plew fałszywej narracji, to się okazało że nie umarł nikt. Nikt….

Jak to – nikt nie umarł na kowida, to na co umierali ci ludzie?

W Izraelu wydała się sprawa. Może już ostatecznie. Jak pamiętamy tam się mocno sanitaryzowali przeciwko kowidowi, ale to w czasach przedszczepionkowych. Jak przyszła szczepionka to tam była ostra jazda, choć właściwie lud podzielił się na dwie grupy – zaszczepionych po kokardę i kompletnych dysydentów szczepionkowych.

Ale okazało się, że tam w Izraelu są sądy, a nie dwie wojujące kasty, jak u nas, i sąd kazał ministerstwu zdrowia opublikować dane ważne dla oceny pandemii.

Okazało się, że „całkowita liczba zgonów z powodu Covid-19 w grupie wiekowej poniżej 50 lat bez chorób współistniejących: zero. Zero zdrowych osób poniżej 50 roku życia zmarło na Covid. Nie było pandemii, która zdarzałaby się raz na sto lat.” Komunikat ministerstwa jest oficjalny i nikt nie zarzuci, że to jakieś szury sobie wystrugały z banana. Co więc z tego wynika?

Ano, po pierwsze, że teza o pandemii pozytywnych testów jest prawdziwa. To znaczy, że śmierci oznaczone jako kowidowe, a raportowane przecież w sposób alarmujący, były dęte. Zaraz dojdziemy do tego, jak to robiono.

Po drugie – to wiele pokazuje o kowidzie nie tylko w Izraelu, ale i na świecie, bo to przecież – wedle rozumu i WHO – jest choroba międzynarodowa, o wspólnych cechach, bez względu na rasę i geografię. A więc czemu nie miałoby być tak samo w innych krajach, jak jest w Izraelu?

Po trzecie – po co było więc szczepić osoby do 50 roku życia, jak nikt z nich nie umarł na kowid, i należy przypuszczać, że nie umarłby do dziś? A trochę się tego towarzystwa poszczepiło, nie mówiąc już o dzieciach. Tu już kompletna załamka – te szczepiono, by nie zakaziły dziadków odbierających je z przedszkola, ale ta teza runęła po rewelacjach przedstawicielki Pfizera, pani Small, która oficjalnie stwierdziła, że nic jej nie wiadomo, by ich szczepionka powstrzymywała transmisję. Teraz doszło jeszcze to, że nie było po co szczepić Milusińskich, bo ci – co było wiadomo od razu – mało chorują, a już w ogóle nie umierają.

Ta izraelska rewelacja jest jak walnięcie obuchem w głowę. Jak to – nikt nie umarł na kowida, to na co umierali ci ludzie? Dane dotyczą ludzi zdrowych, to znaczy, że umierali pozytywnie testowi ale tylko z chorobami współistniejącymi. A to oznacza, że to nie kowid był przyczyną ich zejścia. Właściwie to nikt w takim razie nie wie ile ludzi zmarło na kowida. Bo z pozytywnym testem w czasie śmierci to już wiadomo. Ale tę dętą liczbę (6,9 miliona na świecie i 113.000 w Polsce), którą ostatnio strzelił we mnie demagog.pl można znacznie zweryfikować w dół.

Pomoże nam w tym doktor Jerzy Milewski, który w Do Rzeczy zaprezentował inny sposób liczenia zgonów kowidowych. Uznał on, za WHO, że efektem ostrej formy infekcji koronawirusem jest ARDS, czyli ostra niewydolność oddechowa. I doktor zbadał to – ile mieliśmy HOSPITALIZOWANYCH, a nie zmarłych z tą niewydolnością osób. Okazało się, że w krytycznym roku 2020 wśród osób w szpitalach z zapaleniem płuc o różnych przyczynach wykryto pozytywnie stestowanych na kowid 10-11.000 przypadków. Z czego nie wiadomo ilu z nich zmarło. Ale ci wszyscy to i tak o rząd mniej niż podano śmiertelnych przypadków „chorych” zmarłych na pozytywne testy. Skoro nie umierali oni na płuca, to jasne, że umierali nie na kowida, ale z innych przyczyn, głównie nieleczonych chorób „właściwych” oraz systemu nieleczenia infekcji w pandemii. Nie tylko tych chorób „właściwych”, ale i infekcji dróg oddechowych, z kowidem włącznie.

Mówiliśmy o tym w wywiadzie z doktorem Czyrycą. Ten polski naukowiec pracujący dla amerykańskiej farmacji wskazał nie tylko na to, że nie leczono kowida, choć było wiadomo od lat, jak się leczy takie infekcje. Z rozmowy wynikało, że nieleczony wirus dróg oddechowych łatwo przechodzi w bakteryjne zapalenie płuc. Można temu zapobiec stosując antybiotyki, ale wtedy słyszeliśmy narrację sanitarystów – antybiotykami nie leczy się wirusa, co usprawiedliwiało niestosowanie antybiotyków u pacjentów w kwarantannie, kiedy lekarz wiedział o potencjalnym zapaleniu płuc u pacjenta tyle, co wywnioskował przez telefon.

Z rozmowy z doktorem Czyrycą wynikała jeszcze jedna rzecz. Ci, co umierali na „czyste” wirusowe zapalenia płuc mogli być ofiarami wirusa, w tym koronawirusa. Ale ci, którzy umierali na BAKTERYJNE zapalenie płuc – czyli znaczna większość – umierali z powodu nieleczenia infekcji wirusowej, które prowadziło do bakteryjnego zapalenia płuc, znowu zbyt późno leczonego, albo – co gorsza – leczonego respiratorem.

Stąd się bierze ta różnica pomiędzy –  w tym wypadku izraelskimi – danymi o zgonach kowidowych, które po takiej weryfikacji stają się już tylko straszakiem zrobionym z fałszywie pozytywnych testów, które miały się nijak do rzeczywistego stanu człowieka. Te fałsze zaś czyniły z niego chorego, zaś w przypadku chorób współistniejących doprowadzały go poprzez ich nieleczenie do stanów na krawędzi śmierci. Często przekraczając tę krawędź. Zaś w przypadku rzeczywistej infekcji osób bez chorób współistniejących procedury nieleczenia uruchamiały proces szybkiego przeistoczenia się infekcji wirusowej w super groźną postać bakteryjnego zapalenia płuc, w dodatku nieleczonego antybiotykami.

I właśnie dlatego mamy taki rozjazd w logice i statystyce. Kiedy zweryfikować panikarskie dane z czasów kowida z logiką i – wcale nie najnowszą, ale znaną od dawna –  nauką, to ta konfrontacja wypada żałośnie dla dotychczasowych oficjalnych procedur i statystyki.

Wcześniej w takim Izraelu to ludzie do pięćdziesiątki przez kowida to marli jak muchy, ale jak się oddzieliło ziarno zdrowych od plew fałszywej narracji, to się okazało że nie umarł nikt. Nikt.

I taka to była pandemia.

Napisał Jerzy Karwelis

Sto pociech z karą śmierci

Sto pociech z karą śmierci

Stanisław Michalkiewicz sto-pociech

Śmierć ośmioletniego Kamila, skatowanego przez ojczyma, zepchnęła na dalszy plan dyskusję na temat seksualizacji dzieci, której nieubłaganą walkę, jak przystało na 5 miesięcy przed wyborami, wydał rząd „dobrej zmiany” z Naczelnikiem Państwa na czele. Chodzi o to, żeby rodzice mieli więcej do powiedzenia, czego uczą się w szkołach ich dzieci.

Jest tu bowiem pewien dysonans, jako że szkoły są państwowe, to znaczy – rządowe, albo nierządne – w zależności od tego, kto akurat rządzi powiatem czy gminą – podczas gdy dzieci są prywatne. To znaczy – chyba nie do końca – bo coraz częściej podnoszą się głosy, że „wszystkie dzieci są nasze”, to znaczy – albo państwowe, albo bezpańskie.

Gdyby nie było szkół państwowych, to żadnego dysonansu by nie było, bo i szkoły, i dzieci byłyby prywatne. Tymczasem ze względów ideologicznych nawet rząd „dobrej zmiany” na coś takiego zgodzić się nie może i stąd ten dysonans, w który próbują wcisnąć się rozmaite „organizacje pozarządowe”.

Jak wiadomo, podstawowym problemem takich organizacji jest to, za co by tu wypić i zakąsić. Na szczęście zdecydowana większość z nich jest popodłączana do rozmaitych finansowych kurków, rządowych, samorządowych albo nawet europejskich, przez które płynie sama małmazja – ale od przybytku głowa nie boli, zwłaszcza gdy można połączyć piękne z pożytecznym, to znaczy – wypić i zakąsić – ale w poczuciu misji.

Toteż wiele takich organizacji próbowało wciskać się do szkół i przedszkoli, żeby uświadamiać seksualnie cudze dzieci, bo jak tylko podrosną, to znaczy – skończą 15 lat – co u nas oznacza wejście w tzw. wiek rębny, to tygrysy będą miały świeże mięsko. Nie jest to, mówiąc nawiasem, jedyny dysonans w tej dziedzinie, bo z jednej strony kładzie się nacisk na „seksualizację” dzieci od najmłodszych lat – ale z drugiej strony bezwzględnie ściga się i piętnuje tych, którzy próbują robić to na własną rękę, to znaczy – bez przynależności do jakiejś pozarządowej organizacji pożytku publicznego. Mówię oczywiście o pedofilach, którzy są wyjęci spod prawa, również przy aplauzie organizacji seksualizujących dzieci.

Jest to zrozumiałe; podobnie było w średniowieczu, kiedy to rzemieślnicy skupieni w cechach energicznie zwalczali tzw. partaczy, czyli fachowców niezrzeszonych. Tymczasem pedofile, zwłaszcza rekrutujący się ze stanu duchownego, mają na polu seksualizacji znacznie lepsze osiągnięcia niż zorganizowane weteranki po rozmaitych przejściach czy stażu w agencjach towarzyskich albo weterani z tzw. darkroomów.

Nie przypominam sobie bowiem, by jakieś dziecko po 30 czy nawet 40 latach rozpamiętywało przeżycia doznane w przedszkolu czy szkole w ramach zajęć seksualizacyjnych, podczas gdy pedofile, zwłaszcza należący do stanu duchownego, potrafią dostarczyć takim osobom przeżyć, których starczy na całe życie.

Nomina sunt odiosa, ale mógłbym przytoczyć wiele przykładów, kiedy uczestnicy czy uczestniczki bliskich spotkań III stopnia z takimi pedofilami przez całe dziesięciolecia rozpamiętują tamte chwile. Do niedawna ograniczało się to do łzawej tęsknicy serca, ale obecnie te sprawy ujęli w swoje ręce pierwszorzędni fachowcy, kładąc w ten sposób fundamenty pod prężnie rozwijający się przemysł molestowania, dzięki czemu można i rozpamiętywać przeżycia, i zarobić pieniądze. Czegóż chcieć więcej?

Nie będzie „samowolki”?

Ale przemysł swoją drogą, a śmierć 8-letniego Kamila swoją. Opinia publiczna została poruszona, z czego z pewnością narodzi się mnóstwo pomysłów dalszego ograniczania władzy rodzicielskiej, której właściwie już nie ma – może z wyjątkiem obowiązku alimentacyjnego – bo byłoby dziwne, gdyby biurokratyczne gangi nie skorzystały z takiej sposobności – ale niezależnie od tego rozhuśtana przez niezależne media opinia publiczna bardzo się zradykalizowała.

W dobiegające z czeluści odgłosy wsłuchują się politycy i dlatego pan minister Ziobro przekazał śledztwo w tej sprawie do prokuratury ze słynnego w całym świecie z niezawisłości gdańskiego okręgu sądowego.

Przypomnijmy, że to właśnie tamta prokuratura śledziła Amber Gold i podjęła tzw. energiczne kroki nie wcześniej, aż ukradziona naiwniakom forsa rozpłynęła się w nicości. Od razu widać, że tamci prokuratorzy powinność swojej służby zrozumieją i pokierują śledztwem tak, jak się należy.

Ale nie tylko pan minister Ziobro wsłuchuje się w odgłosy dobiegające z czeluści opinii publicznej. Wsłuchuje się w nie również pan premier Morawiecki, który na jakimś mityngu powiedział nawet, że „jest za przywróceniem kary śmierci”. Jak pamiętamy z czasów pierwszej komuny, jeśli partia mówi, że weźmie, to weźmie, a jeśli partia mówi, że da, to mówi. Toteż pan premier Morawiecki może składać takie deklaracje całkowicie bezpiecznie, bo i on wie, i my wiemy, że Unia Europejska na taką samowolkę by nie pozwoliła, a w tej sytuacji co to komu szkodzi, jak pan premier podliże się trochę opinii publicznej? To nie szkodzi nikomu, bo żadnego przywrócenia kary śmierci nie będzie, a pan premier może dzięki temu uzbiera jakieś dodatkowe listki do wieńca sławy?

W ogóle z tą karą śmierci to mamy sto pociech. Jeszcze za pierwszej komuny, w ramach programu pilotażowego, została ona zniesiona w Niemieckiej Republice Demokratycznej. W praktyce oznaczało to tylko tyle, że nie mogły jej orzekać tamtejsze sądy, ale za to kaprale pełniący służbę przy murze granicznym między NRD i RFN nadal ją stosowali, i to w formie uproszczonej, po prostu otwierając ogień do każdego nieszczęśnika, który próbował ten mur sforsować. Likwidacja kary śmierci doprowadziła tam w ten sposób do zmiany hierarchii przestępstw; morderstwa, niechby nawet ze szczególnym okrucieństwem, stawały się przypadkami mniejszej wagi w porównaniu z próbą samowolnego przekroczenia granicy, bo one śmiercią karane być już nie mogły, podczas gdy próba sforsowania granicy – jak najbardziej.

Potem nastały przygotowania do transformacji ustrojowej, której bezpieczniacy trochę się obawiali, bo niby pan Daniel Fried wszystko uzgodnił w Władimirem Kriuczkowem, ówczesnym szefem KGB, ale – jak mówi poeta – „na tym świecie pełnym złości, nigdy nie dość jest przezorności”. Na wszelki tedy wypadek w całym socu ogłosiło „moratorium” na wykonywanie kary śmierci. Mogła być ona jeszcze orzekana, bo inaczej prawo mogłoby zostać złamane, a wiadomo, że nie ma nic gorszego niż złamane prawo – ale już nie można było jej wykonywać.

Dodatkowo, też na wszelki wypadek, wykreślono z Kodeksu karnego przestępstwo zagarnięcia mienia wielkiej wartości, dzięki czemu nawet afera FOZZ zakończyła się wesołym oberkiem. To „moratorium” miało swoje konsekwencje, bo szubienicznikom, skazanym na karę śmierci, zamieniano w tej sytuacji tę karę na 25 lat więzienia, czyli tzw. ćwiarę – bo dożywotnie więzienie zostało zniesione bodajże jeszcze w 1969 roku.

Wskutek tego pobożny pan Jarosław Gowin, który – jako prawdziwy człowiek renesansu – w rządzie zdrady i zaprzaństwa zajmował stanowisko ministra sprawiedliwości, musiał utworzyć obóz koncentracyjny w Gostyninie. Pretekstem był koniec kary 25 lat więzienia, którą, wskutek „moratorium”, właśnie kończył pan Trynkiewicz. W obawie, że wyjdzie na wolność i zacznie dokazywać, kobiety mdlały, więc pobożny i na łzy kobiece czuły pan minister Gowin nie miał innego wyjścia, jak założyć wspomniany obóz koncentracyjny, do którego niezawisłe sądy kierują delikwentów, pod pretekstem że „stwarzają zagrożenie”. To oczywiście prawda, bo czyż jest ktokolwiek, o kim można by powiedzieć, że na pewno nie stwarza zagrożenia? Takiego człowieka na świecie nie ma, bo nawet paralityk może prowadzić rozmaite knowania, w związku z czym jestem pewien, że na jednym obozie koncentracyjnym w Gostyninie się nie skończy, tym bardziej że podobno pęka on już w szwach.

Moratorium

Tymczasem w roku 1995 Sejm to „moratorium” na wykonywania kary śmierci przedłużył, bodajże do roku 2000. W związku z tym zapytałem pisemnie ówczesnego ministra sprawiedliwości w rządzie SLD-PSL, pana Jaskiernię, kto wprowadził to „moratorium” w roku 1988. W odpowiedzi pan minister napisał m.in, że „nie można ustalić autora tej decyzji”. No, proszę: „nie można ustalić” – a tymczasem do życzenia tego anonimowego dobroczyńcy ludzkości posłusznie zastosowało się całe państwo, z niezawisłymi sądami włącznie. Jeśli zatem komuś mało dowodów, że nasza młoda demokracja, z wymiarem sprawiedliwości na czele, podszyta jest bezpieką, to trzeba by mu chyba jeszcze narysować obrazek. To „moratorium”, mówiąc nawiasem, zakończyło się wcześniej, bo jeszcze przed rokiem 2000 znowelizowany został Kodeks karny, z którego kara śmierci została definitywnie wykreślona – i tak jest aż do dnia dzisiejszego.

Wykreślenie kary śmierci z arsenału kar kodeksowych pociąga za sobą bardzo daleko idące konsekwencje. Po pierwsze – niektóre przestępstwa, i to ciężkie, muszą w tej sytuacji pozostać bezkarne. Jeśli bowiem więzień odbywający karę więzienia dożywotniego zamorduje współwięźnia albo strażnika, to to przestępstwo pozostaje już całkowicie bezkarne.

Ale to jeszcze nic w porównaniu z prawną sytuacją Sił Zbrojnych. Jak wiadomo, jest to grupa obywateli, specjalnie szkolona i wyposażona w narzędzia do sprawnego zabijania innych ludzi, niszczenia mienia i temu podobnych czynności, które w Kodeksie karnym figurują jako ciężkie zbrodnie. Ale w Kodeksie karnym są też inne zbrodnie – na przykład taka, że kto działając wspólnie i w porozumieniu z innymi osobami dopuszcza się gwałtownych zamachów na czyjeś życie lub zdrowie, podlega karze… – ano właśnie. Jeśli w Kodeksie karnym byłaby kara śmierci, to taki przestępca podlegałby takiej właśnie karze. Tu musimy postawić pytanie, czy wojna jest stanem chaosu prawnego, czy nie.

Doniesienia, którymi bombardują nas media rządowe i nierządne, że na Ukrainie Putin dopuszcza się „zbrodni wojennych”, przekonują nas, że i na wojnie obowiązują jakieś reguły. Jakie? Na to pytanie możemy sobie odpowiedzieć i bez Putina, opierając się tylko na polskim systemie prawnym. Jednym z jego elementów jest Kodeks karny, w którym są umieszczone m.in przestępstwa wojenne, na przykład – mordowanie jeńców. Jest to ciężka zbrodnia, podlegająca surowym karom. Ale elementem systemu prawnego państwa są też regulaminy wojskowe, m.in. – regulamin walki. I cóż tam mamy? W sytuacji kiedy żołnierz w obliczu wroga odmawia walki, czyli zabijania nieprzyjaciół, jego dowódca może nawet zastrzelić go na miejscu. Jak widzimy, wojna nie jest stanem chaosu prawnego. Obowiązują tu reguły; proste i surowe – ale obowiązują.

Jeśli nieprzyjaciel rzuci broń i się podda, a ta kapitulacja zostanie przyjęta, to zabicie potem takiego nieprzyjaciela jest ciężką zbrodnią. Ale ciężką zbrodnią jest także odmowa zabijania nieprzyjaciół, czyli odmowa walki w obliczu wroga. Raz można, a nawet należy wrogów zabijać, a innym razem – nie wolno.

W takiej sytuacji możemy postawić pytanie – co z punktu widzenia prawnego robią członkowie naszych Sił Zbrojnych, zabijając nieprzyjaciół? Wykonują na nich karę śmierci w trybie uproszczonym, bo ci nieprzyjaciele, działając wspólnie i w porozumieniu, dopuszczają się gwałtownych zamachów na życie naszych obywateli, niszczą mienie, próbują pozbawić Polskę niepodległości albo oderwać część terytorium – ale pod warunkiem, że taka kara jest w ogóle dopuszczalna w polskim systemie prawnym.

Jeśli jej nie ma, to nikt w całym państwie zgodnie z art. 7 Konstytucji, stanowiącym, że organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa – nie ma prawa wydać rozkazu otwarcia ognia do nieprzyjaciół. Może co najwyżej wydać polecenie, by tych nieprzyjaciół chwytać. Oczywiście nikt się takimi rzeczami nie przejmuje, bo skoro już nakazano zlikwidować karę śmierci, to kto by miał głowę do takich drobiazgów. „Kiedy Padyszachowi wiozą zboże, kapitan nie troszczy się, jakie wygody mają myszy na statku” – pisał Voltaire.

Jak widzimy, istnienie kary śmierci ma fundamentalne znaczenie dla systemu prawnego państwa – bo nie jest tak, że można z niego bezkarnie wyjmować jakieś elementy w nadziei, że gmach się nie zawali. Właśnie zaczął się walić, bo w przeciwnym razie nie trzeba by go podpierać obozami koncentracyjnymi w Gostyninie, gdzie – podobnie jak więźniowie skazani na bezterminowe, dożywotnie więzienie, pensjonariusze cały czas pozostają na utrzymaniu podatników, podobnie jak strażnicy, wychowawcy, psychologowie i inni specjaliści od resocjalizacji. Tymczasem przywrócenie kary śmierci pozwoliłoby tego wszystkiego, tych wszystkich specjalistów i tych wszystkich kosztów, uniknąć. Jak pamiętamy z popularnej w swoim czasie piosenki, przyszłaby policja, zabrała drania i przywiązała do słupa; huknęłaby salwa, opadłyby gacie, rodzinie oddano by trupa.

Czerwona fala marksizmu w Ameryce Łacińskiej cofa się?

Latin-america-the-red-tide-of-marxism-is-receding? 27 mai 2023

Często mówiliśmy o „czerwonej fali”, która groziła ogarnięciem Ameryki Łacińskiej. Prawie wszędzie skrajna lewica zaczęła wygrywać wybory, zmieniając na czerwono kontynent, który do niedawna był głównie prawicowy.

Ten nadmierny wpływ socjalistów/marksistów szybko znalazł drogę do wielu organizacji między-amerykańskich. W ten sposób lewica zdominowała Organizację Państw Amerykańskich (OPA), Wspólnotę Państw Ameryki Łacińskiej i Karaibów (CELAC), Międzyamerykański Trybunał Praw Człowieka (IACHR) i inne. Wiele z tych organów straciło swój demokratyczny charakter i stało się prawdziwymi „strażnikami rewolucji” w Ameryce Łacińskiej.

Ten zdecydowany postęp marksistowskiego socjalizmu w Ameryce Łacińskiej nastąpił równolegle z pontyfikatem papieża Franciszka i do pewnego stopnia był jego konsekwencją. Franciszek jest obrońcą „teologii wyzwolenia” i „teologii ludu”, które starają się zaangażować katolików w rewolucyjny proces zmierzający do komunizmu. Systematycznie okazywał sympatię lewicowym kandydatom, zaniedbując tych z centroprawicy. Jego nominacje biskupie często wzmacniały „postępowe frakcje” w duchowieństwie.

Przez cały ten czas nie byliśmy pod wrażeniem czerwonej fali. Od samego początku staraliśmy się obnażyć jej wyraźną piętę achillesową: słabą zdolność do przekonywania mas.

Na początku naszej krytyki, fala ta nigdy nie była uniwersalna. Wiele narodów pozostawało poza jej wpływem. Kraje takie jak Ekwador, Urugwaj, Salwador i Paragwaj mają centroprawicowe rządy.

W innych krajach lewica zdołała przejąć władzę jedynie poprzez wybory skażone poważnymi zarzutami o oszustwa i korupcję. Ten podstęp został najpierw przetestowany w Wenezueli, a następnie wyeksportowany w całym regionie, wraz z zespołami kubańskich, boliwijskich, wenezuelskich i nikaraguańskich obserwatorów. Taka taktyka pokazuje słabość lewicy, która nie jest w stanie wygrać czystych wyborów.

Innym czynnikiem słabości jest preferowanie przez latynoamerykańską lewicę metod dyktatorskich. Po dojściu do władzy lewica z łatwością porzuca demokratyczne ścieżki i narzuca te brutalne. W ten sposób jej rządy tłumią wolność prasy, więżą przeciwników, zamykają opozycyjne media itp. Użycie siły jest ukrytym przyznaniem się do porażki, ponieważ ujawnia niezdolność do przekonania opinii publicznej za pomocą pokojowych i legalnych środków.

Ta fala wykazuje obecnie oznaki odwrotu.

Być może punktem zwrotnym w antykomunistycznym oporze jest Peru. Zirytowany sprzeciwem centroprawicowej większości parlamentarnej, marksistowski prezydent Pedro Castillo podjął próbę zamachu stanu w grudniu 2022 roku.

Wbrew oczekiwaniom, krajowe instytucje rządowe i siły porządkowe zareagowały natychmiast. Castillo został aresztowany, a prezydenturę przejęła wiceprezydent Dina Boluarte. Parlament odrzucił następnie próbę unieważnienia konstytucji.

Rozwścieczona tą porażką lewica pomogła rozpocząć szeroko zakrojoną ofensywę o charakterze terrorystycznym i wywrotowym, mającą na celu przejęcie władzy przemocą.

Przy ogromnym wsparciu opinii publicznej policja i siły zbrojne zdołały pokonać tę rewolucję.

„Nie spodziewaliśmy się takiej reakcji. Wycofaliśmy się, ponieważ nie byliśmy przygotowani” – jęczał jeden z przywódców rewolty w ulicznym przemówieniu w lipcu.

Ten antykomunistyczny opór, model dla całego kontynentu, jest obecnie przedmiotem badań w ośrodkach badań politycznych i szkołach wojskowych w Ameryce Łacińskiej.

Niedawno czerwona fala poniosła dwie znaczące porażki.

30 kwietnia w Paragwaju odbyły się wybory prezydenckie. Znana francuska lewicowa gazeta Le Monde mówiła o „bardzo ważnych wyborach”. Lewica spodziewała się zwycięstwa, które przełamałoby hegemonię partii centroprawicowej, która, z wyjątkiem krótkiej przerwy w latach 2008-2012, rządziła krajem przez ponad pół wieku. Wybory były tak ważne, że VIP-y promujące lewicowy globalizm – takie jak prezes Światowego Forum Ekonomicznego Klaus Schwab i amerykański ambasador w Paragwaju Marc Otsfield – zrobiły wszystko, by faworyzować lewicowych kandydatów.

Była to skandaliczna ingerencja w wewnętrzne sprawy kraju.

Wbrew tym oczekiwaniom wybory wygrał konserwatywny, antykomunistyczny kandydat Santiago Peña z Partii Narodowego Stowarzyszenia Republikanów (Partido Colorado). Uzyskał on ponad dwukrotnie więcej głosów niż drugi w kolejności kandydat w pierwszej turze wyborów.

Peña broni modelu konserwatywnego Paragwaju. „Jesteśmy konserwatywnym społeczeństwem; konserwatywny duch jest w nas głęboko zakorzeniony, co czyni nas ostrożnymi w obliczu poważnych zmian w społeczeństwie”, powiedział Agence France-Presse.

Rana nie zdążyła się jeszcze zagoić, gdy latynoamerykańska lewica otrzymała kolejny, jeszcze mocniejszy cios: wyraźne zwycięstwo prawicy w Chile.

Chile jest nadal rządzone przez konstytucję z 1980 roku, która została zatwierdzona przez rząd generała Augusto Pinocheta. Carta Magna uzyskała wówczas 67% głosów w referendum uznanym za sprzyjające reżimowi wojskowemu. Od tego czasu była ona zmieniana setki razy, aby dostosować się do obecnych potrzeb.

Wzmocniony zaskakującym zwycięstwem wyborczym w marcu 2022 r., lewicowy prezydent Gabriel Boric zwołał we wrześniu plebiscyt w celu zatwierdzenia nowej konstytucji, która przekształciłaby Chile w komunistyczny i anarchistyczny kraj. Dokument został pospiesznie opracowany przez małe grupy legislacyjne powiązane z wywrotowymi środowiskami, a następnie odrzucony przez 62% chilijskich wyborców.

Wstrząśnięty tą porażką Boric rozpisał nowe wybory, aby wybrać zgromadzenie konstytucyjne składające się z pięćdziesięciu jeden radnych, którzy mieliby opracować nowy lewicowy projekt konstytucji w sposób bardziej demokratyczny i otwarty. Został jednak ponownie pokonany 7 maja, kiedy wyniki wyborów odzwierciedlały wyraźne zwycięstwo prawicy.

Wielkim zwycięzcą został José Antonio Kast, lider Partido Republicano, którą media uparcie definiują jako „skrajną prawicę”. Uzyskał on 35% głosów. Tradycyjna prawica, reprezentowana przez partię Chile Seguro, otrzymała 21% głosów. Lista Todo por Chile, grupująca lewicę, zdobyła tylko 9%. Tak więc prawica i centroprawica będą miały trzydziestu trzech z pięćdziesięciu jeden posłów, co stanowi większość odporną na weto.

Znana gazeta La Tercera (5-8-23) przeprowadziła sondaż wśród nowych posłów i podała zaskakujące wyniki: 60% twierdzi, że nie ma nic wspólnego z propozycjami lewicy; 90% chce minimalistycznej konstytucji, która nie naruszy obecnie obowiązującego systemu; 60% deklaruje się przeciwko aborcji; a 87% chce silnego sektora prywatnego. Prawica ma teraz czek in blanco na kształtowanie przyszłości kraju.

„Skrajna prawica staje się wiodącą siłą polityczną w kraju. Trzęsienie ziemi w chilijskiej polityce” – tak brzmiał nagłówek hiszpańskiej gazety El País (5-8-23).

Niektóre trzęsienia ziemi mogą powodować ogromne pływy, takie jak przerażające tsunami.

Inne trzęsienia ziemi mogą powodować cofanie się pływów i niwelować skutki wcześniejszych pływów. Wydaje się, że taka zmiana ma miejsce w Chile i innych krajach Ameryki Łacińskiej.

Czerwona fala marksizmu w Ameryce Łacińskiej cofa się?

Latin-america-the-red-tide-of-marxism-is-receding? 27 mai 2023

Często mówiliśmy o „czerwonej fali”, która groziła ogarnięciem Ameryki Łacińskiej. Prawie wszędzie skrajna lewica zaczęła wygrywać wybory, zmieniając na czerwono kontynent, który do niedawna był głównie prawicowy.

Ten nadmierny wpływ socjalistów/marksistów szybko znalazł drogę do wielu organizacji między-amerykańskich. W ten sposób lewica zdominowała Organizację Państw Amerykańskich (OPA), Wspólnotę Państw Ameryki Łacińskiej i Karaibów (CELAC), Międzyamerykański Trybunał Praw Człowieka (IACHR) i inne. Wiele z tych organów straciło swój demokratyczny charakter i stało się prawdziwymi „strażnikami rewolucji” w Ameryce Łacińskiej.

Ten zdecydowany postęp marksistowskiego socjalizmu w Ameryce Łacińskiej nastąpił równolegle z pontyfikatem papieża Franciszka i do pewnego stopnia był jego konsekwencją. Franciszek jest obrońcą „teologii wyzwolenia” i „teologii ludu”, które starają się zaangażować katolików w rewolucyjny proces zmierzający do komunizmu. Systematycznie okazywał sympatię lewicowym kandydatom, zaniedbując tych z centroprawicy. Jego nominacje biskupie często wzmacniały „postępowe frakcje” w duchowieństwie.

Przez cały ten czas nie byliśmy pod wrażeniem czerwonej fali. Od samego początku staraliśmy się obnażyć jej wyraźną piętę achillesową: słabą zdolność do przekonywania mas.

Na początku naszej krytyki, fala ta nigdy nie była uniwersalna. Wiele narodów pozostawało poza jej wpływem. Kraje takie jak Ekwador, Urugwaj, Salwador i Paragwaj mają centroprawicowe rządy.

W innych krajach lewica zdołała przejąć władzę jedynie poprzez wybory skażone poważnymi zarzutami o oszustwa i korupcję. Ten podstęp został najpierw przetestowany w Wenezueli, a następnie wyeksportowany w całym regionie, wraz z zespołami kubańskich, boliwijskich, wenezuelskich i nikaraguańskich obserwatorów. Taka taktyka pokazuje słabość lewicy, która nie jest w stanie wygrać czystych wyborów.

Innym czynnikiem słabości jest preferowanie przez latynoamerykańską lewicę metod dyktatorskich. Po dojściu do władzy lewica z łatwością porzuca demokratyczne ścieżki i narzuca te brutalne. W ten sposób jej rządy tłumią wolność prasy, więżą przeciwników, zamykają opozycyjne media itp. Użycie siły jest ukrytym przyznaniem się do porażki, ponieważ ujawnia niezdolność do przekonania opinii publicznej za pomocą pokojowych i legalnych środków.

Ta fala wykazuje obecnie oznaki odwrotu.

Być może punktem zwrotnym w antykomunistycznym oporze jest Peru. Zirytowany sprzeciwem centroprawicowej większości parlamentarnej, marksistowski prezydent Pedro Castillo podjął próbę zamachu stanu w grudniu 2022 roku.

Wbrew oczekiwaniom, krajowe instytucje rządowe i siły porządkowe zareagowały natychmiast. Castillo został aresztowany, a prezydenturę przejęła wiceprezydent Dina Boluarte. Parlament odrzucił następnie próbę unieważnienia konstytucji.

Rozwścieczona tą porażką lewica pomogła rozpocząć szeroko zakrojoną ofensywę o charakterze terrorystycznym i wywrotowym, mającą na celu przejęcie władzy przemocą.

Przy ogromnym wsparciu opinii publicznej policja i siły zbrojne zdołały pokonać tę rewolucję.

„Nie spodziewaliśmy się takiej reakcji. Wycofaliśmy się, ponieważ nie byliśmy przygotowani” – jęczał jeden z przywódców rewolty w ulicznym przemówieniu w lipcu.

Ten antykomunistyczny opór, model dla całego kontynentu, jest obecnie przedmiotem badań w ośrodkach badań politycznych i szkołach wojskowych w Ameryce Łacińskiej.

Niedawno czerwona fala poniosła dwie znaczące porażki.

30 kwietnia w Paragwaju odbyły się wybory prezydenckie. Znana francuska lewicowa gazeta Le Monde mówiła o „bardzo ważnych wyborach”. Lewica spodziewała się zwycięstwa, które przełamałoby hegemonię partii centroprawicowej, która, z wyjątkiem krótkiej przerwy w latach 2008-2012, rządziła krajem przez ponad pół wieku. Wybory były tak ważne, że VIP-y promujące lewicowy globalizm – takie jak prezes Światowego Forum Ekonomicznego Klaus Schwab i amerykański ambasador w Paragwaju Marc Otsfield – zrobiły wszystko, by faworyzować lewicowych kandydatów.

Była to skandaliczna ingerencja w wewnętrzne sprawy kraju.

Wbrew tym oczekiwaniom wybory wygrał konserwatywny, antykomunistyczny kandydat Santiago Peña z Partii Narodowego Stowarzyszenia Republikanów (Partido Colorado). Uzyskał on ponad dwukrotnie więcej głosów niż drugi w kolejności kandydat w pierwszej turze wyborów.

Peña broni modelu konserwatywnego Paragwaju. „Jesteśmy konserwatywnym społeczeństwem; konserwatywny duch jest w nas głęboko zakorzeniony, co czyni nas ostrożnymi w obliczu poważnych zmian w społeczeństwie”, powiedział Agence France-Presse.

Rana nie zdążyła się jeszcze zagoić, gdy latynoamerykańska lewica otrzymała kolejny, jeszcze mocniejszy cios: wyraźne zwycięstwo prawicy w Chile.

Chile jest nadal rządzone przez konstytucję z 1980 roku, która została zatwierdzona przez rząd generała Augusto Pinocheta. Carta Magna uzyskała wówczas 67% głosów w referendum uznanym za sprzyjające reżimowi wojskowemu. Od tego czasu była ona zmieniana setki razy, aby dostosować się do obecnych potrzeb.

Wzmocniony zaskakującym zwycięstwem wyborczym w marcu 2022 r., lewicowy prezydent Gabriel Boric zwołał we wrześniu plebiscyt w celu zatwierdzenia nowej konstytucji, która przekształciłaby Chile w komunistyczny i anarchistyczny kraj. Dokument został pospiesznie opracowany przez małe grupy legislacyjne powiązane z wywrotowymi środowiskami, a następnie odrzucony przez 62% chilijskich wyborców.

Wstrząśnięty tą porażką Boric rozpisał nowe wybory, aby wybrać zgromadzenie konstytucyjne składające się z pięćdziesięciu jeden radnych, którzy mieliby opracować nowy lewicowy projekt konstytucji w sposób bardziej demokratyczny i otwarty. Został jednak ponownie pokonany 7 maja, kiedy wyniki wyborów odzwierciedlały wyraźne zwycięstwo prawicy.

Wielkim zwycięzcą został José Antonio Kast, lider Partido Republicano, którą media uparcie definiują jako „skrajną prawicę”. Uzyskał on 35% głosów. Tradycyjna prawica, reprezentowana przez partię Chile Seguro, otrzymała 21% głosów. Lista Todo por Chile, grupująca lewicę, zdobyła tylko 9%. Tak więc prawica i centroprawica będą miały trzydziestu trzech z pięćdziesięciu jeden posłów, co stanowi większość odporną na weto.

Znana gazeta La Tercera (5-8-23) przeprowadziła sondaż wśród nowych posłów i podała zaskakujące wyniki: 60% twierdzi, że nie ma nic wspólnego z propozycjami lewicy; 90% chce minimalistycznej konstytucji, która nie naruszy obecnie obowiązującego systemu; 60% deklaruje się przeciwko aborcji; a 87% chce silnego sektora prywatnego. Prawica ma teraz czek in blanco na kształtowanie przyszłości kraju.

„Skrajna prawica staje się wiodącą siłą polityczną w kraju. Trzęsienie ziemi w chilijskiej polityce” – tak brzmiał nagłówek hiszpańskiej gazety El País (5-8-23).

Niektóre trzęsienia ziemi mogą powodować ogromne pływy, takie jak przerażające tsunami.

Inne trzęsienia ziemi mogą powodować cofanie się pływów i niwelować skutki wcześniejszych pływów. Wydaje się, że taka zmiana ma miejsce w Chile i innych krajach Ameryki Łacińskiej.

Syn niemieckiego zbrodniarza oskarża Polskę o współudział w Holokauście. Duet oszczerców z polakożercą Engekling

Syn niemieckiego zbrodniarza oskarża Polskę o współudział w Holokauście. Duet oszczerców z polakożercą Engekling

Syn-niemieckiego-zbrodniarza-oskarza-Polske

Syn niemieckiego zbrodniarza wojennego Martin Pollack oskarża na łamach „Neue Zürcher Zeitung Deutschland” Polaków o „współudział w Holokauście”.

Martin Pollack to austriacki pisarz i tłumacz, syn odpowiedzialnego m.in. za zbrodnie dokonane na cywilnej ludności Warszawy SS-Sturmbannführera Gerharda Basta. Teraz na łamach NZZ zaatakował Polaków przekonując, że w naszym kraju „coraz częściej dochodzi do incydentów antysemickich, a agencje rządowe oczerniają i grożą niezależnym historykom”.

– „Polski rząd rozprawił się z historykami, których badania rzucają cień na bohaterski obraz narodu. Dotyczy to zwłaszcza Holokaustu” – pisze Pollack.

– „W dzisiejszej Polsce wypowiedzi, według których obywatele polscy nie przejmowali się eksterminacją Żydów, są surowo odrzucane, a nawet zabronione. Każdy, kto twierdzi coś takiego, musi spodziewać się ostrej reakcji prawicowego konserwatywnego rządu PiS, ze zniesławieniem, surowymi sankcjami, a nawet postępowaniem karnym” – dodaje.

Przywołuje tutaj przykład prof. Barbary Engekling, która w 80. rocznicę wybuchu powstania w getcie warszawskim przekonywała, że Polacy utrudniali Żydom przeżycie. Powołując się na wypowiedź badaczki Pollack twierdzi, że „większość polskich sąsiadów odwracała wzrok, a nawet brała udział w prześladowaniach w taki czy inny sposób”.

Sławomir M. Kozak : Skąd tyle nagłych zgonów na Uniwersytecie Adama Mickiewicza

Szanowni Państwo

polecam najnowsze nagranie zespołu redakcyjnego PL1z drem Piotrem Rubasem

a tym z Państwa, którzy nie czytali mojego ostatniego felietonu może wygodniej będzie go wysłuchać

zachęcam również do symbolicznego choćby wsparcia mojej pracy

https://buycoffee.to/s.m.kozak

pozdrawiam

Sławomir M. Kozak

Skutki „ubogacenia kulturowego”. Francuzi chcą wydalania migrantów, którzy popełnili przestępstwa

Skutki „ubogacenia kulturowego”. Francuzi chcą wydalania migrantów, którzy popełnili przestępstwa

chca-wydalania-migrantow

Narastająca fala przestępczości z udziałem „zagranicznych przestępców” wywołuje normalne reakcje i przytłaczająca większość Francuzów chciałaby, aby przestępcy z zagranicy skazani przez sądy byli wyrzucani z ich kraju. Nastroje antyimigracyjne na Zachodzie rosną, co może być jednym z motywów pomysłów Timmermansa et consortes o „relokacji migrantów” po całej Europie.

Według sondażu 85 % Francuzów chce wprowadzenia dodatkowej kary dla „zagranicznych przestępców”, która polegałaby na ich wydalaniu po wydaniu wyroku przez sądy z kraju. Taki pomysł wprowadził we Francji lata temu centroprawicowy polityk i b. MSW Charles Pasqua w czasach, kiedy walkę z napływem nielegalnej imigracji traktowano jeszcze poważnie.

Przepisy te znieśli socjaliści po do dojściu do władzy w 2013 roku. Teraz 85% Francuzów opowiada się za przywróceniem takiego środka. 81% ankietowanych chciałoby z kolei uznania za przestępstwo nielegalnego pobytu imigrantów we Francji, którzy otrzymali nakaz opuszczenia terytorium kraju (tzw. OQTF, który w praktyce okazuje się fikcją i jest nieegzekwowany).

Francuzi mają dość imigracji i staje się to tematem politycznym nie tylko dla Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen, czy Reconquête Ercia Zemmoura. Centroprawicowa Parta Republikanie (LR) wezwała prezydenta Emmanuela Macrona do zorganizowania referendum w sprawie „imigracji wymykającej się spod kontroli”.

Rząd na razie jedynie markuje „walkę z nielegalną imigracją”, powołuje debaty, komisje, MSW Darmanin żongluje liczbami i kpi z premier Włoch Meloni, że ta też nie daje sobie rady z imigracją. Teraz liderzy LR Éric Ciotti, Bruno Retailleau i Olivier Marleix zażądali w liście skierowanym bezpośrednio do Prezydenta Republiki, aby Emmanuel Macron zorganizował referendum w sprawie imigracji w celu „drastycznego zaostrzenia polityki migracyjnej Francji”.

Le Figaro/BFM

Polska nadal jest zalewana ukraińskim zbożem. Do Hrubieszowa wjechało 70 wagonów zboża z Ukrainy bez żadnych plomb.

Polska nadal jest zalewana ukraińskim zbożem. Do Hrubieszowa wjechało 70 wagonów zboża z Ukrainy bez żadnych plomb.

Wiesław Gryn przewodniczący Oszukanej wsi alarmuje, że jeżeli sytuacja się nie zmieni, rolnicy będą zmuszeni wyjść na ulicę i protestować.

19 maja podczas konferencji Minister Rolnictwa Robert Telus ogłosił nowe stawki dopłat do zbóż, tego samego dnia na polski rynek wjechało łącznie 4 000 ton ukraińskiego zboża. Początkowo zboże wjechało przez Słowację i zostało rozładowane na Zamojszczyźnie, stamtąd zostało przeładowane i pojechało dalej do Polski, jako rzekomo „nasze zboże”.

Rolnicy alarmują, że problem ukraińskiego zboża, mimo obietnic rządu o „natychmiastowym wstrzymaniu importu i wzmożonej kontroli na granicach”, nie został rozwiązany. Wiesław Gryn zapowiedział, że jeżeli ukraińskie zboże nadal będzie importowane, rolnicy będą protestować:

„Jeżeli zboże z Ukrainy będzie dalej wjeżdżało, wyjdziemy na ulicę. Powinniśmy zrobić to od razu, jak tylko zorientowaliśmy się, że te pociągi wjechały, ale na razie przekazaliśmy te informacje do ministerstwa i czekamy na reakcję”.

Głos zabrał także Stanisław Barna, działacz NSZZ Solidarności Rolników Indywidualnych i organizator protestu w Szczecinie:

„Też będziemy protestować, bo import zboża to główny punkt, który łamie wszelkie uzgodnienia z ministerstwem. Jeżeli będzie ono wjeżdżało do Polski, na pewno będziemy protestować, na pewno złączymy siły i dołączymy do „Oszukanej Wsi ”

Wiesław Gryn zwrócił uwagę, że mimo dopłat dla polskiej wsi, problem ukraińskiego zboża nie zostanie rozwiązany.

Co z tego, że będziemy robili skupy z dopłatą ze skarbu państwa, jeśli to zboże będzie dalej napływało z Ukrainy? Jeśli tego nie ukrócimy, to nadal będziemy trwali w tym samym marazmie.”.

Czytaj także: unia-publikuje-dane-zboza-rolnicy-w-nie-nie-wierza/

——————–

mail: No to wyjdźcie, nie gadajcie jak impotenci!!

Ten artykuł to reakcja kury na przejechanie przez Trabanta

Mocno dbają o to, aby opinia publiczna zyskała pamięć nierozgarniętej kury

Mocno dbają o to, aby opinia publiczna zyskała pamięć nierozgarniętej kury

Witold Gadowski: pamiec-kury

„System działa tak, że wzmacnia tych najbardziej uzależnionych od siebie, tak aby automatycznie popadali w jeszcze większe uzależnienie. System jednocześnie eliminuje tych, którzy potrafią zjeść robaka z haczyka, ale sami się nie złapią”, pisze na łamach tygodnika „Niedziela” Witold Gadowski.

Publicysta wyjaśnia, że ów System ma na celu sprawienie, że ludzie staną się „chorzy”, a konkretnie uzależnieni od systemu. „Chory przestaje rozumować, posługiwać się zdrowym rozsądkiem, kieruje się jedynie emocjonalnie podbarwianymi wytycznymi płynącymi z wnętrza systemu. Po pewnym czasie człowiek – nawet gdyby zrozumiał fakt, że znalazł się w rzeczywistości sprytnie zamienionej i podstawionej – nie wykazuje już najmniejszej skłonności do wyrwania się z niej. Boi się powrotu do rzeczywistego świata i poruszania się według prawdziwie istniejących praw – woli życie w systemie, który podpowiada mu, co, kiedy i jak ma zrobić. Dotyka go uzależnienie więźnia”, podkreśla.

Autor zwraca uwagę, że ludzie wsiąkają w ekrany smartfonów i tabletów, a wykreowana tam rzeczywistość tak ich wciąga, że pozostają nam jedynie ich pozbawione wnętrza ciała. Wirtualny potwór wciąga z wielu powodów, ale najważniejszym z nich jest absolutna kontrola nad człowiekiem, który się tam znalazł. „W tym świecie feudałowie finansowi tworzą swoje prawa i bezwzględnie je egzekwują. Masy padają ofiarami tej zbiorowej kreacji, w której świat realny (w nim reguły ustanowił Pan Bóg) zostaje sprytnie zastąpiony kreacją wszechwładnego pieniądza; kontrolę nad nim mają współcześni feudałowie, którzy z coraz mniejszą cierpliwością znoszą opieranie się ich kaprysom przez zwykłych ludzi”, tłumaczy dalej ekspert programu „PRAWY PROSTY PLUS” na antenie PCh24 TV.

Zdaniem Gadowskiego miażdżący strumień propagandy, lejącej się z wielkonakładowych mediów, ma unieważnić wszelki przejaw zdrowego rozsądku i sensownego protestu.

„Ktoś mocno dba o to, aby opinia publiczna zyskała pamięć nierozgarniętej kury. (…) Najważniejsze i promowane w mediach siły polityczne nawet nie kwestionują „prawd” ogłaszanych przez zaciskający się system. Ich istnienie jest przecież uzależnione od akceptacji systemu. Pamiętajmy jednak, że sami musimy walczyć o swoją wolność i swoje prawo dostępu do niezmanipulowanej wiedzy o rzeczywistości. Mamy prawo do buntu i nie dajmy sobie wmówić, że bunt to zło. Kiedy buntowaliśmy się przeciwko komunizmowi, wielu realistów także oskarżało nas o narażanie wszystkich na ryzyko. I kto miał rację?!”, podsumowuje Witold Gadowski.

Źródło: tygodnik „Niedziela”

Trans-humanistyczne wizje: Firma Elona Muska uzyskała zgodę na interfejs mózg-komputer człowieka

Transhumanistyczne wizje: Firma Elona Muska uzyskała zgodę na interfejs mózg-komputer człowieka

Piotr Relich transhumanistyczne-wizje-coraz-blizej-polaczenie-chipu-z-mozgiem-czlowieka

Założona przez Elona Muska firma Neuralink pochwaliła się uzyskaniem zgodny rządowej Agencji Żywności i Leków (FDA) na rozwój badań w obrębie interfejsu mózg-komputer. Od teraz będzie mogła testować rozwiązania na ludziach.

„Z radością informujemy, że otrzymaliśmy zgodę FDA na rozpoczęcie naszego pierwszego badania klinicznego na ludziach! Jest to wynik niesamowitej współpracy zespołu Neuralink z przedstawicielami FDA i stanowi ważny pierwszy krok, który pewnego dnia pozwoli naszej technologii pomóc wielu ludziom” – na Twitterowym koncie firmy.

Regulator jeszcze nie skomentował oświadczenia Neuralink. Mimo uzyskania zgody administracyjnej, firma wstrzymuje się jeszcze z rozpoczęciem rekrutacji uczestników do badań.

Interwencje administracyjne wstrzymywały poprzednie ambicje Muska. Właściciel Twittera i technologiczny wizjoner zapowiadał rozpoczęcie badań klinicznych kolejno na 2020 i 2022 r. Na przeszkodzie do tej pory stawały głównie względy bezpieczeństwa oraz oskarżenia o łamanie tzw. praw zwierząt, jako że mózgowe implanty testowano głównie na świniach i małpach.

Neuralink został założony przez Elona Muska w 2016 r. w celu opracowania funkcjonalnego interfejsu mózg-komputer, umożliwiającego wzmacnianie funkcji poznawczych mózgu za pomocą technologii informacyjnych. Narzędzie przedstawiane jest głównie jako „nowoczesny element medycyny naprawczej”, pomagający w leczeniu schorzeń i zaburzeń o podłożu neurologicznym. Od elementu naprawczego, dużo większe od zainteresowanie wzbudzają potencjalne możliwości udoskonalające (ang. enhanced).

Jak przekonywała chociażby Kathleen Phillips, wicedyrektor instytutu badawczego Imec z Belgii na World Economic Forum, jeszcze ściślejsze połączenie świata wirtualnego z mózgiem umożliwi np. szybsze przyswajanie informacji, tłumaczenie języków w czasie rzeczywistym, widzenie w ciemności czy wykrywanie alergenów w jedzeniu. To jednak nic w porównaniu z możliwościami, jakie stwarza zainstalowanie w implantach narzędzi wykorzystujących najnowsze osiągnięcia sztucznej inteligencji.

Zdaniem niektórych trans-humanistycznych „filozofów” Doliny Krzemowej, znalezienie efektywnego sposobu na połączenie ludzkiego mózgu z tzw. silną sztuczną inteligencją (ang. Artificial General Intelligence) doprowadzi do wykładniczego wzrostu ludzkiej inteligencji, powodując wprowadzenie człowieka na wyższy poziom ewolucji, z osiągnięciem fizycznej nieśmiertelności włącznie.

Źródło: bbc.co.uk / własne PCh24.pl PR

“Szkoły muszą wyposażyć dzieci do posiadania partnerów seksualnych” – mówią ONZ i WHO

ogolnoswiatowa-operacja-seksualizacji-dzieci-prowadzona-przez-onz-i-who

Pedofile z Rutgers Foundation za ogólnoświatową operacją seksualizacji dzieci prowadzoną przez ONZ i WHO

Date: 25 Maggio 2023Author: Uczta Baltazara 0 Commenti

“Szkoły muszą wyposażyć dzieci do posiadania partnerów seksualnych” – mówią ONZ i WHO

(przekład automatyczny, wszystkie odnośniki w oryginale artykułu)

Niniejszy raport ujawnia, w jaki sposób Światowa Organizacja Zdrowia i Organizacja Narodów Zjednoczonych seksualizują małe dzieci w szkołach podstawowych na całym świecie w celu normalizacji pedofilii. Ten raport składa się wyłącznie z solidnych dowodów, w tym wielu oficjalnych dokumentów, filmów, książek, archiwów itp. Wszystkie dokumenty PDF można pobrać z sekcji referencji na końcu raportu.

“Małe dzieci są istotami seksualnymi, które muszą mieć partnerów seksualnych i zacząć uprawiać seks tak szybko, jak to możliwe. Z tego powodu przedszkola i szkoły podstawowe muszą uczyć dzieci rozwijania chuci i pożądania seksualnego, nauki masturbacji, budowania związków osób tej samej płci, korzystania z pornografii online i uczenia się różnych technik seksualnych, takich jak seks oralny”.

Powyższe jest sparafrazowanym streszczeniem oficjalnych wytycznych wydanych przez Światową Organizację Zdrowia i Organizację Narodów Zjednoczonych dla władz oświatowych na całym świecie. Jednocześnie organizacje sądownicze wydają oświadczenia, że seks między małymi dziećmi a dorosłymi powinien zostać zalegalizowany, podczas gdy media i partie polityczne wzywają do zaakceptowania pedofilii jako “normalnej orientacji seksualnej”.

Światowa Organizacja Zdrowia i Organizacja Narodów Zjednoczonych instruują obecnie władze oświatowe na całym świecie, aby upewniły się, że małe dzieci mają partnerów seksualnych.

Przygotowanie dzieci do posiadania partnerów seksualnych

Organizacja Narodów Zjednoczonych wydała dokument “Międzynarodowe wytyczne techniczne dotyczące edukacji seksualnej”1. https://www.stopworldcontrol.com/downloads/international-technical-guidance-on-sexuality-education.pdf Jest to oficjalna wytyczna dla szkół podstawowych na całym świecie. Cel tego dokumentu został opisany na stronie 16.

W ich własnych słowach:

“Jego celem jest wyposażenie dzieci (…) do rozwijania relacji seksualnych”.

Na stronie 17 Organizacja Narodów Zjednoczonych wyjaśnia, że niniejszy przewodnik ma na celu pomóc dzieciom w budowaniu relacji z partnerami romantycznymi lub seksualnymi.

Ich własnymi słowami:

“Te umiejętności mogą pomóc dzieciom tworzyć relacje z… partnerami seksualnymi”.

Na stronie 71 nauczyciele są poinstruowani, aby uczyć małe dzieci w wieku od 5 lat o całowaniu, przytulaniu, dotykaniu i zachowaniach seksualnych. 9-letnie dzieci mają być uczone o masturbacji, pociągu seksualnym i stymulacji seksualnej.

Organizacja Narodów Zjednoczonych zadekretowała, że szkoły podstawowe muszą uczyć małe dzieci o masturbacji, zachowaniach seksualnych, atrakcyjności seksualnej i stymulacji seksualnej, w celu posiadania partnerów seksualnych.

Uczenie małych dzieci seksu

Agenda mająca na celu zapewnienie małym dzieciom kontaktów seksualnych jest nadal rozwijana przez Światową Organizację Zdrowia. Ich dokument “Standardy edukacji seksualnej w Europie “2 zawiera następujące instrukcje dla przedszkoli i szkół podstawowych: https://www.stopworldcontrol.com/downloads/WHOStandards-for-Sexuality-Ed-in-Europe.pdf

✔︎ Dzieci w wieku od 0 do 4 lat muszą uczyć się o masturbacji i rozwijać zainteresowanie własnym i cudzym ciałem.

✔︎ Dzieci w wieku od 4 do 6 lat muszą uczyć się o masturbacji i być zachęcane do wyrażania swoich potrzeb i pragnień seksualnych.

✔︎ Dzieci w wieku od 6 do 9 lat muszą uczyć się o stosunkach seksualnych, pornografii internetowej, potajemnej miłości i samostymulacji.

✔︎ Dzieci w wieku od 9 do 12 lat powinny mieć swoje pierwsze doświadczenia seksualne i nauczyć się korzystać z pornografii internetowej.

WHO instruuje nauczycieli na całym świecie, aby edukowali 9-letnie dzieci w zakresie odbywania stosunków seksualnych po raz pierwszy, doświadczania seksu za pomocą Internetu i telefonów komórkowych oraz uczenia się różnych technik seksualnych.

Szkolne wideo instruuje dzieci aby zaczęły się masturbować

Zamieszczony poniżej film jest częścią europejskiego programu szkolnego, który ściśle współpracuje ze Światową Organizacją Zdrowia i Organizacją Narodów Zjednoczonych w celu wdrożenia ich programu w szkołach w całym kraju. Jest to rzeczywisty przykład realizacji tych wytycznych, w tym przypadku w Holandii. Film pokazuje, jak nauczyciele zachęcają dzieci do masturbacji. Film ten został rozesłany do wielu tysięcy szkół w ramach programu “kompleksowej edukacji seksualnejpromowanej przez WHO, którego celem jest jak najwcześniejsze rozpoczęcie przez dzieci życia seksualnego.

Wydawca tego filmu, holenderska Fundacja Rutgers, działa w 27 krajach, jest bliskim partnerem WHO i ONZ oraz jest finansowana przez Billa Gatesa i Planned Parenthood6. https://rutgers.nl/ https://rutgers.international/about-rutgers/

Językiem używanym w filmie jest holenderski, ale należy pamiętać, że jest to rzeczywisty przykład realizacji MIĘDZYNARODOWEGO programu Światowej Organizacji Zdrowia i Organizacji Narodów Zjednoczonych, dlatego trafi on do szkół publicznych w każdym kraju na świecie.

Video Player

00:00

01:46

Seksualizacja dzieci jest częścią Agendy 2030 ONZ

Logo na dokumencie ONZ “Międzynarodowe wytyczne techniczne dotyczące edukacji seksualnej” pokazuje, że jest to część celów zrównoważonego rozwoju Agendy 2030 ONZ.

Agenda 2030 Organizacji Narodów Zjednoczonych to plan przekształcenia każdego aspektu ludzkiej egzystencji na Ziemi do roku 2030. W ich własnych słowach:3

Przyjęliśmy historyczną decyzję w sprawie kompleksowego, dalekosiężnego i skoncentrowanego na ludziach zestawu uniwersalnych i transformacyjnych celów i zadań. Zobowiązujemy się do niestrudzonej pracy na rzecz pełnego wdrożenia tej Agendy do 2030 roku.

Wyjaśniają, że transformacja ludzkiego życia dotrze do każdej osoby na świecie:

Wyruszając w tę wspólną podróż, zobowiązujemy się, że nikt nie pozostanie w tyle.

Są to uniwersalne cele, które obejmują cały świat, zarówno kraje rozwinięte, jak i rozwijające się.

Oficjalne oświadczenia Organizacji Narodów Zjednoczonych są jasne: chcą, aby cały świat został przekształcony. Upewnienie się, że małe dzieci mają stosunki seksualne, uczą się masturbacji i korzystają z pornografii online, jest częścią tego programu. W Stanach Zjednoczonych administracja Bidena wydała oświadczenia potwierdzające plany wdrożenia tego programu w całych Stanach Zjednoczonych tak szybko, jak to możliwe, nie później niż do 2030 roku4.

Wykażemy się przywództwem i podejmiemy wspólne działania w celu wdrożenia Agendy na rzecz zrównoważonego rozwoju 2030 i przyspieszenia realizacji celów zrównoważonego rozwoju do 2030 r. oraz sprostania wyzwaniom rozwojowym poprzez ożywienie bardziej inkluzywnego multilateralizmu i reformy mającej na celu wdrożenie Agendy 2030.

Rutgers: światowy wydawca edukacji seksualnej

W niniejszym raporcie przyjrzymy się bliżej, jak ten program jest realizowany na przykład w Holandii w Europie. Holandia znajduje się w samym sercu tego ogólnoświatowego programu seksualizacji małych dzieci.

To, co dzieje się tam, rozprzestrzeni się na cały świat: w USA, Kanadzie, Australii, Wielkiej Brytanii, Afryce, Azji, wszędzie.

Ten kraj jest siedzibą światowego wydawcy tej “kompleksowej edukacji seksualnej”: Fundacji Rutgers.5 Pracownik Rutgers, Ineke van der Vlugt, był współautorem “Standardów edukacji seksualnej w Europie” opracowanych przez WHO, co pokazuje, jak blisko fundacja ta współpracuje ze Światową Organizacją Zdrowia. Jak wspomniano wcześniej, Rutgers jest finansowany przez Billa Gatesa, Planned Parenthood i ONZ, i działa w 27 krajach.

Wiosną 2023 r. Rutgers uruchomił w Holandii ogólnokrajowy program nauczania pod nazwą “Wiosenna gorączka”.7 Plakat szkolny został umieszczony w szkołach podstawowych w całym kraju. Przetłumaczyłem go na język angielski dla naszych odbiorców na całym świecie i dodałem podkreślenia, aby ujawnić przesłanie tego szkolnego plakatu. Dwóch chłopców trzyma się za ręce i mówi: “Tak, oboje tego chcemy”. Dwie dziewczynki znajdują “bezpieczne miejsce” do uprawiania seksu.

Ten szkolny plakat uczy małe dzieci tej samej płci, aby “robiły to” ze sobą.

Program nauczania “Wiosenna gorączka” agresywnie narzuca temat homoseksualizmu niczego niepodejrzewającym i bezbronnym dzieciom. Poniżej znajdują się ilustracje z tego programu dla szkół podstawowych.

Jedną rzeczą jest, gdy dana osoba zmaga się z tożsamością seksualną, ale jest to zupełnie inna sfera, gdy dezorientacja seksualna jest wpychana do szkół podstawowych, aby indoktrynować dzieci do prowadzenia homoseksualnego stylu życia. Jednak popychanie małych dzieci w kierunku homoseksualizmu jest bezpośrednio zalecane przez Światową Organizację Zdrowia i Organizację Narodów Zjednoczonych. Na stronie 40 “Standardów edukacji seksualnej” szkoły są instruowane, aby uczyć czterolatków o “związkach osób tej samej płci”. Na stronie 44 nauczyciele są instruowani, aby uczyć dziewięciolatków o “przyjaźni i miłości do osób tej samej płci”.

W praktycznym zastosowaniu partnera WHO, Fundacji Rutgers, widzimy, że nie chodzi tylko o informowanie dzieci, ale o aktywne zachęcanie ich do podążania ścieżką homoseksualizmu – tak wcześnie, jak to możliwe.

Światowa Organizacja Zdrowia instruuje szkoły, aby zachęcały małe dzieci do angażowania się w związki homoseksualne ze swoimi przyjaciółmi. Plakat szkolny przedstawia dwie dziewczynki znajdujące bezpieczne miejsce i dwóch chłopców zgadzających się na seks.

Nauczanie 6-letnich dzieci o seksie oralnym
Jedna z książek dla dzieci zalecanych przez Rutgers do użytku w szkołach podstawowych nosi tytuł “Czym jest seks?” autorstwa Channah Zwiep. Poniżej znajduje się strona z tej książki wraz z fragmentem:

“Obciąganie to seks ustami. Dlatego nazywa się to seksem oralnym”.

“Czy kiedykolwiek pocałowałeś się w miękkie miejsce na ciele? Spróbuj. Jakie to uczucie?”

“Skóra kutasa lub pochwy jest również bardzo wrażliwa. Z tego powodu ludzie czasami lubią dotykać się tam ustami. Kiedy ktoś liże lub ssie kutasa, nazywa się to ssaniem. Oczywiście to samo dotyczy kobiet. Jeśli ktoś liże pochwę, nazywa się to jedzeniem cipki”.

Poniżej znajduje się zrzut ekranu z broszury Rutgers dla szkół podstawowych, która zaleca tę pornografię dziecięcą dla sześciolatków8.

Tłumaczenie:

“Czym jest seks? Pytania małych dzieci dotyczące fizyczności i seksualności” (Channah Zwiep)

Dlaczego ktokolwiek miałby chcieć, aby małe dzieci w wieku od 4 do 8 lat wiedziały wszystko o seksie oralnym?

Oto kolejna strona z tego programu dla szkół podstawowych.9 To jest dla 10-letnich dzieci:

“Przykłady rzeczy, które można robić podczas seksu, to całowanie (z języczkiem), pieszczoty, petting (lizanie pochwy), pipping (lizanie/ssanie penisa), palcowanie, walenie konia, seks kutas w pochwie (seks waginalny) i seks kutas w odbycie (seks analny)”.

Kolejna strona to praktyczny przewodnik po tym, jak zacząć się masturbować:

“Dotykanie własnego ciała, pochwy i łechtaczki w celu uzyskania przyjemnych odczuć nazywa się masturbacją. Można to robić na przykład wkładając palec do pochwy (palcowanie) lub pocierając łechtaczkę”.

“Urocza” indoktrynacja

Poniższe ilustracje są częścią tego ogólnokrajowego obowiązkowego programu nauczania. Niczego niepodejrzewająca osoba mogłaby pomyśleć: “Och, jakie to słodkie!”. Ale kiedy zdamy sobie sprawę, że te obrazy są w kontekście instruowania małych dzieci do masturbacji i upewnienia się, że wszystkie dzieci będą miały partnerów seksualnych, to te słodkie rysunki stają się bardzo niepokojące.

Kiedy przyjrzymy się bliżej europejskiemu programowi szkolnemu “Wiosenna gorączka”, stworzonemu dla ONZ i WHO przez Rutgers, widzimy jasną definicję celu lekcji:10

“Małe dzieci powinny wiedzieć wszystko o pożądaniu, podnieceniu fizycznym i intymności. Powinny wiedzieć, że każdy ma uczucia seksualne i nie powinny się tego wstydzić”.

Wstyd jest podstawowym, naturalnym uczuciem wszystkich normalnych dzieci, które chroni je przed naruszeniem i skrzywdzeniem poprzez niewłaściwe i przedwczesne doświadczenia seksualne. Seksualność jest prawdopodobnie najbardziej wrażliwą i podatną na zranienia częścią naszego człowieczeństwa, która może spowodować traumę na całe życie, jeśli zostanie niewłaściwie potraktowana. Wstyd jest podstawowym mechanizmem obronnym zapewniającym nam bezpieczeństwo. Te programy szkolne mają na celu usunięcie tej naturalnej bariery, aby małe dzieci nie słuchały już swojego naturalnego instynktu, który mówi im, aby chronić swoje ciało. To czyni je niezwykle bezbronnymi i łatwym łupem dla drapieżników seksualnych.

Dlaczego WHO nalega na zburzenie zdrowej bariery wstydu, która w naturalny sposób chroni dzieci?

Nauczanie technik seksualnych 7-latków
Poniżej znajduje się przykład oficjalnego programu nauczania w Holandii, opublikowanego przez School Curriculum Education (School Leerplan Onderwijs), oficjalnego wydawcę wszystkich szkolnych programów nauczania. Widzimy, że jest to bezpośrednie wdrożenie “Standardów edukacji seksualnej” WHO i “Międzynarodowych wytycznych technicznych ONZ dotyczących edukacji seksualnej”:11

✔︎ Maluchy w wieku 0-4 lat muszą uczyć się o zakochaniu, intymności i uczuciach seksualnych.

✔︎ Małe dzieci w wieku 5 lat powinny uczyć się o stosunkach seksualnych, pornografii online i doświadczaniu pożądania poprzez dotykanie własnego ciała.

✔︎ Od 7 roku życia powinny uczyć się różnych technik seksualnych.

Dzieci muszą zacząć uprawiać seks tak szybko, jak to możliwe

Rutgers opublikował przewodnik do szkolenia nauczycieli, jak indoktrynować małe dzieci na temat seksu.12 W tym przewodniku znajdują się liczne odniesienia do przewodnika WHO “Standardy edukacji seksualnej w Europie”, co dodatkowo potwierdza ich bliską współpracę ze Światową Organizacją Zdrowia. Podkreślam to ponownie, ponieważ niektórzy czytelnicy mogą być skłonni do odrzucenia tego jako lokalnego incydentu w Europie, podczas gdy jest to program międzynarodowy.

W dokumencie tym Rutgers jasno określa cel tego typu edukacji (patrz zdjęcie dokumentu poniżej):

“Edukacja seksualna i dotycząca związków daje dzieciom pomysły, które pomogą im wcześniej rozpocząć przygodę z seksem”.

Cała idea tego typu edukacji seksualnej nie polega na wspieraniu dzieci w ich naturalnym rozwoju w kierunku zdrowej i dojrzałej seksualności; zamiast tego celem jest indoktrynowanie ich, aby zaczęły uprawiać seks tak młode, jak to możliwe.

Rutgers mówi nauczycielom, że celem tej edukacji seksualnej jest przekazanie dzieciom pomysłów, aby wcześniej zaczęły uprawiać seks.

Kilka szkół organizuje gry seksualne, w których dzieci biorą do ust genitalia swoich kolegów z klasy, liżą je, wkładają palce do pochwy dziewcząt i tak dalej. Poniżej znajduje się reportaż o zabawach seksualnych w szkole podstawowej w Holandii13.

“Małe dzieci obmacują się nawzajem, biorą do ust swoje genitalia lub zaglądają pod drzwi toalety. Dzieje się tak w grupach trzeciej i czwartej szkoły podstawowej De Springplank w Den Bosch, mówią rodzice dzieci Omroep Brabant. Rodzice są wściekli na dyrekcję szkoły podstawowej”.

Wiele szkół wprowadza gry dla dzieci, w których muszą one zapamiętać genitalia, aby zdobyć punkty. Jest to kolejna strategia mająca na celu pozbycie się zdrowego, naturalnego wstydu i znieczulenie małych dzieci, tak aby straciły czujność przed przedwczesną ingerencją seksualną. Większość z nas uważa to za naprawdę obrzydliwe. Czy możemy sobie wyobrazić, jaki wpływ ma to na małe dzieci, które są zmuszane do oglądania tego w szkole?

Częścią szkolnego programu Rutgers / WHO / ONZ “Wiosenna gorączka” jest rozdawanie trójwymiarowych łechtaczek małym dziewczynkom, aby zachęcić je do rozpoczęcia masturbacji. Jest to oczywiście bronione twierdzeniami o tym, jak ważne jest dla dziewcząt poznanie własnego ciała.

Zszokowana matka ostrzega świat
Wielu rodziców, co zrozumiałe, zareagowało oburzeniem na tę ekstremalną seksualizację dzieci. Na poniższym filmie można usłyszeć, jak matka z Holandii wyjaśnia, w jaki sposób dzieci uprawiają seks oralny w szkole i masturbują się nawzajem. Matka ostrzega wszystkich rodziców na całym świecie. Ponownie, prosimy o zrozumienie – jest to część Agendy 2030, o której Organizacja Narodów Zjednoczonych stwierdziła, że “dotyczy całego świata”.

https://www.bitchute.com/embed/WYPLxsfBFNp1/?feature=oembed#?secret=FLYOd5KtVr

Przemoc wobec dzieci w szkole na Florydzie
Podczas pracy nad tym raportem otrzymałem e-mail od matki z Florydy w USA, która woli pozostać anonimowa. Potwierdziła, że to, co dzieje się w Europie, dzieje się również w Ameryce. Oto, co napisała mi o swojej córce:

“Wszystko, o czym piszesz, przydarzyło się jej. Wykorzystywanie innej dziewczyny do dotykania mojej córki (masturbacja), okropne brzydkie słowa i pornografia przy użyciu jej telefonu komórkowego”.


Próbowała zwrócić się do władz, by chronić swoje dziecko, ale spotkała się z mrożącą krew w żyłach surowością. Stało się jasne, że nikt nie chciał jej pomóc.

Zaalarmowani eksperci w Szkocji

W alarmującym raporcie ze Szkocji czytamy:

“Nakazowe” podejście Szkocji do edukacji seksualnej normalizuje aktywność seksualną nieletnich i grozi utrwaleniem wykorzystywania seksualnego dzieci, według wiodącego analityka.

Zależy to od poszczególnych szkół, w jakim stopniu wdrażają instrukcje ONZ i WHO, i oczywiście niektóre szkoły będą gorsze od innych. Jest to jednak obowiązkowe dla każdej szkoły publicznej na świecie.

Seksualizacja dzieci na całym świecie

Seksualizacja dzieci odbywa się na wiele różnych sposobów, nawet na globalnym poziomie korporacyjnym, jak w przypadku tych kubków z McDonalds w Japonii, które – po obróceniu pod pewnym kątem – pokazują dzieci zaangażowane w czynności seksualne.

W świecie mody ekstremalna seksualizacja dzieci jest powszechna od dziesięcioleci. Oto przykład Vogue Paris Cadeaux z 2010 roku.

Francuski film “Cuties”, który był dostępny w serwisie Netflix, wywołał oburzenie na całym świecie, ponieważ pokazywał dziewczynki wykonujące erotyczne tańce, w tym pełne ruchy seksualne.

Istnieje ogólnoświatowy nacisk na seksualizację małych dzieci za pomocą wszelkich środków: kreskówek, filmów, książek, filmów, mody, produktów korporacyjnych itp. A teraz Światowa Organizacja Zdrowia i Organizacja Narodów Zjednoczonych idą na całość, instruując przedszkola i szkoły podstawowe, aby uwzględniały to w swoich programach nauczania.

Promowanie nieokiełznanego seksu w celu zmniejszenia populacji ludzkiej

Jaka jest prawdziwa motywacja stojąca za ogólnoświatową strategiczną operacją seksualizacji małych dzieci? W następnej części tego raportu ujawnimy niezaprzeczalne dowody na to, że jest to część programu normalizacji pedofilii w każdym kraju na świecie. Jest to szczególnie widoczne, gdy weźmiemy pod uwagę wydawcę, który został ręcznie wybrany przez WHO i ONZ do realizacji tego programu w 27 krajach: Rutgers Foundation.

Inspiracją dla fundacji Rutgers był Jan Rutgers (1850-1924), zaciekły przeciwnik małżeństwa, które uważał za nienaturalne. Z pasją promował redukcję populacji ludzkiej poprzez narzucenie społeczeństwu kultury wolnego seksu. https://nl.wikipedia.org/wiki/Jan_Rutgers

Kiedy Fundacja Rutgersa została założona w 1969 roku, jej głównym celem było ograniczenie wzrostu populacji poprzez edukację seksualną, aborcję i antykoncepcję.14 W 1999 roku Rutgers połączył się z grupą NISSO (Netherlands Institute for Social Sexological Research), której celem było również zmniejszenie liczby urodzeń poprzez zachęcanie do aborcji, wolnego seksu i edukacji seksualnej. W 2011 r. Rutgers ponownie połączył się z World Population Foundation, której misją było zmniejszenie liczby ludności na świecie poprzez aborcję i edukację seksualną.

Wspólnym wątkiem w historii Rutgers jest dążenie do zmniejszenia populacji ludzkiej poprzez promowanie nieokiełznanego seksu w społeczeństwie. Kiedy ludzie są zboczeni seksualnie, nie mogą tworzyć zdrowych rodzin i nie są tak skłonni do posiadania potomstwa.

Rutgers zawsze naciskał na normalizację pedofilii

Oprócz programu redukcji populacji ludzkiej, Rutgers zawsze był mocno zaangażowany w ogólnoświatowy ruch na rzecz normalizacji pedofilii. W 1946 roku założono Holenderskie Stowarzyszenie na rzecz Reformy Seksualnej (NVSH), ponownie w celu zmniejszenia populacji ludzkiej. NVSH zorganizowało grupy robocze ds. pedofilii, które były wspierane przez senatora Partii Pracy, dr Edwarda Brongersmę. Ten sam Brongersma stał się następnie liderem ruchu akceptacji pedofilii w latach 70-tych. https://en.wikipedia.org/wiki/Edward_Brongersma

Rongersma był znany ze swoich częstych podróży do Azji, gdzie wykorzystywał nieletnie niewolnice seksualne. W 1950 roku został skazany za cudzołóstwo z 16-latką, za co spędził 11 miesięcy w więzieniu.

Po wyjściu z więzienia Brongersma został członkiem zarządu NVSH, gdzie ponownie organizował grupy robocze ds. pedofilii. Publikowali oni magazyn NIKS (holenderski skrót od Towards Integration of Child Sexuality).15 W internetowym archiwum tego magazynu możemy zobaczyć obrzydliwe profanacje, które były promowane:16 nagie dzieci na okładce eksponujące swoje genitalia i dzieci uprawiające seks17.

Magazyn wydawany przez Brongersma zamieścił w swoim wrześniowym wydaniu z 1982 r. poniższy komiks, który opisuje, jak pedofil uprawia seks oralny z dziewczynką (transkrypcja poniżej komiksu).18 Należy być świadomym jednoznacznego charakteru tej transkrypcji.

TŁUMACZENIE

“Czasami naprawdę nie rozumiem świata wielkich ludzi. Weźmy na przykład przypadek mojego wujka Loeta. Tak naprawdę nie jest moim wujkiem, ale lubi, gdy tak go nazywam. Często go odwiedzam, gdy wychodzę ze szkoły. Jest tam o wiele przytulniej niż w naszym domu.

Pewnego dnia siedzę z nim na kanapie i piję herbatę, a on kładzie rękę na mojej nodze. Powoli zsuwa moją sukienkę i zaczyna głaskać mój brzuch. Nigdy wcześniej tego nie robił. Czasem gładził mnie po włosach, czasem całował w czoło, nic więcej.

Myślałam, że to głupie, ale to było miłe uczucie, więc nic nie powiedziałam. Chwilę później uklęknął przede mną na podłodze, ściągnął moje majtki i zaczął ssać moją cipkę. Jego wąsy cudownie łaskotały. Żałuję, że nagle przestał po kilku minutach, ale tak, to dlatego, że mężczyzna szedł tuż za oknem, który następnie rozbił butelkę jogurtu. Teraz wujek Loet jest w więzieniu. Moi rodzice są zdenerwowani. Jestem smutna i wszyscy wydają mi się dziwni”.

Sposób myślenia propagowany przez tę publikację jest taki, że bycie z pedofilem jest lepsze niż bycie z rodziną. To “złe”, że drapieżnik jest w więzieniu, podczas gdy człowiek, który złapał go na gorącym uczynku, jest wolny.

Są to podstawowe założenia pedofilii: że to, co robią, jest dobre, a ludzie, którzy się temu sprzeciwiają, są źli. Ten sposób myślenia jest również promowany w przewodnikach Organizacji Narodów Zjednoczonych, Światowej Organizacji Zdrowia i Rutgers, choć w bardziej wyrafinowanych sformułowaniach. Niemniej jednak jest to to samo: promowanie seksu z małymi dziećmi jest prawem człowieka, a sprzeciwianie się temu jest naruszeniem praw człowieka.

Kolejne wydanie pedofilskiego magazynu Brongersmy nosi tytuł “odcinek antyedukacyjny” i zawiera artykuł wyjaśniający, jak “zła” jest naturalna rodzina. Artykuł nosi tytuł: “Jak zabić ojca i matkę?”. Cytuję:19

“W rodzinie miłość jest niemożliwa. Miłość rodzicielska jest kłamstwem… rodzina ogranicza, zatruwa, wyśmiewa, zniechęca, źle traktuje, gniecie…”

Jedną z podstawowych zasad pedofilii jest to, że rodzina jest więzieniem, a dzieci muszą być “wyzwolone” z rodziny przez pedofilów.

Rutgers jest częścią światowej sieci pedofilii

Magazyn pedofilski NIKS prezentował prominentnych międzynarodowych pedofilów, takich jak Theo Sandfort, który pisał dla kilku znanych publikacji pedofilskich, takich jak Paedo Alert News i brytyjska Paidika.20 W 1999 r. Rutgers opublikował raport tego samego pedofila, Sandforta. W 2000 roku inna organizacja pedofilska trafiła na pierwsze strony gazet za stworzenie archiwum pornografii dziecięcej. Jej założyciel, Frits Bernard, był zagorzałym pedofilem. W statucie organizacji zapisano, że współpracuje ona z Rutgers.

22 czerwca 1979 r. Rutgers podpisał petycję, wraz ze skazanym za molestowanie dzieci Brongersmą, o legalizację seksu z dziećmi21.

Obecnym przewodniczącym rady nadzorczej Rutgers jest Andrée van Es, były polityk Zielonej Lewicy i PSP, partii, która również lobbowała za legalizacją pedofilii.22 Były dyrektor Rutgers, Pieter Wijnsma, stwierdził w wywiadzie, że zachęcał grupę dzieci ze szkoły podstawowej do masturbacji, ponieważ “aspekt pożądania musiał zostać rozwinięty “23.

Organizacja pedofila Brongersmy została zastąpiona przez Fundusz Badań Naukowych nad Seksualnością (FWOS)24, który twierdzi, że ogromna kolekcja pornografii dziecięcej Brongersmy jest zarządzana przez Rutgers. Ten następca Brongersmy finansował również kilka projektów Rutgers. Ich misja mówi:25

“FWOS stara się zrozumieć, zdobyć i rozpowszechniać wiedzę na temat zachowań seksualnych i doświadczeń seksualnych dzieci…”.
Należy pamiętać, że FWOS jest prawnym następcą pracy Brongersmy, który często wykorzystywał azjatyckie niewolnice seksualne, był więziony za molestowanie małego chłopca, posiadał ogromną kolekcję pornografii dziecięcej i opublikował magazyn, który żywo promował wykorzystywanie dzieci.

FWOS jest jednym z finansistów Rutgers – fundacji wyznaczonej przez WHO i ONZ do tworzenia materiałów szkolnych w 27 krajach.

W 2010 roku Rutgers i FWOS zorganizowały konferencję na temat edukacji seksualnej małych dzieci. Wydały także wspólną publikację zatytułowaną “Edukacja seksualna małych dzieci: po prostu to zrób!”26.

Magazyn omawia sześciolatka masturbującego się, dziewięciolatka oglądającego pornografię i pięciolatka uprawiającego seks oralny z dziewczynką.

RUTGERS I PEDOFILIA

Dowody na to, że Światowa Organizacja Zdrowia i Organizacja Narodów Zjednoczonych współpracują z wybitnym promotorem pedofilii

✔︎ Rutgers opublikował raport znanego pedofila Theo Sandforta.

✔︎ Rutgers współpracował z Fundacją Frits Bernard, która posiadała ogromną kolekcję pornografii dziecięcej.

✔︎ Rutgers podpisał petycję o legalizację seksu z dziećmi.

✔︎ Obecną przewodniczącą rady nadzorczej Rutgers jest Andrée van Es, była polityk Zielonej Lewicy i PSP – partii, która również lobbowała za legalizacją pedofilii.

✔︎ Były dyrektor Rutgers, Pieter Wijnsma, uczył dzieci masturbacji w celu “rozwijania pożądania”.

✔︎ Rutgers jest finansowany przez FWOS, następcę prawnego pedofila i sprawcy wykorzystywania seksualnego niewolników Brongersmy.

✔︎ Rutgers opublikował magazyn opisujący 6-latka masturbującego się, 9-latka oglądającego pornografię i 5-latka uprawiającego seks oralny.

✔︎ Rutgers instruuje nauczycieli, aby upewniali się, że dzieci zaczynają przygodę z seksem tak szybko, jak to możliwe.

✔︎ Rutgers poleca książkę dla dzieci, która zachęca małe dzieci do uprawiania seksu oralnego.

✔︎ Program nauczania Rutgera dla szkół podstawowych stwierdza, że małe dzieci powinny wiedzieć wszystko o pożądaniu, podnieceniu fizycznym i intymności.

✔︎ Rutgers publikuje materiały szkolne dla 10-letnich dzieci, które mówią: “Przykłady rzeczy, które można robić podczas seksu to całowanie (z języczkiem), pieszczoty, pieszczenie (lizanie pochwy), pipczenie (lizanie/ssanie penisa), palcowanie, walenie konia, seks z kutasem w pochwie (seks waginalny) i seks z kutasem w odbycie (seks analny)”.

✔︎ Rutgers rozpowszechnia plakaty szkolne, które zachęcają małe dzieci do angażowania się w akty homoseksualne.

To niepokojące, że ta jawna organizacja pedofilska została wybrana przez WHO i ONZ do realizacji ich programu seksualizacji małych dzieci na całym świecie.

Podręcznik pedofilii “nie jest nielegalny” – według ministra sprawiedliwości

W Holandii, która wydaje się być centrum światowego programu normalizacji pedofilii, powstała partia polityczna na rzecz pedofilii, wspierana przez rząd. Ta “partia pedofilska” rozpowszechniła 1000-stronicowy podręcznik dla pedofilów, który uczy dorosłych, jak gwałcić niemowlęta i małe dzieci 27.

Podręcznik dla pedofilów wyjaśnia takie rzeczy jak:

✔︎ Metody uwodzenia dzieci, na przykład poprzez spuszczanie powietrza z opon ich rowerów, a następnie oferowanie ich naprawy w celu zdobycia ich zaufania;

✔︎ Jak korzystać z technik psychologicznych, aby skłonić dzieci do wyrażenia zgody na seks – na przykład poprzez nagradzanie ich pieniędzmi lub prezentami;

✔︎ Jak rozciągnąć odbyt niemowląt i małych dzieci do seksu analnego;

✔︎ Gdzie znaleźć dzieci;

✔︎ Jaki wiek jest najbezpieczniejszy (niemowlęta są bezpieczne, ponieważ nie potrafią jeszcze mówić; 3-4-latki są niebezpieczne, ponieważ nie potrafią dochować tajemnicy);

✔︎ Jak wykorzystać techniki kryminalistyczne do ukrycia swojego DNA, aby policja nie mogła cię namierzyć.

Oto kilka cytatów z tego podręcznika:

“Pedagogika tajemnicy polega na kształceniu dziecka w zakresie zachowania tajemnicy. Osiągamy to za pomocą specjalnych metod pedagogicznych opartych na połączeniu psychologii dziecięcej i rzeczywistych doświadczeń profesjonalnych pedofilów”.

“Musisz nauczyć się wiele o dowodach i kryminalistyce, aby jak najbardziej utrudnić policji aresztowanie cię. Te trzy ważne wskazówki zapewniają, że wszystkie ślady DNA zostaną usunięte po aktywności seksualnej z dzieckiem. […] Może się to wydawać uciążliwe, ale wielu pedofilów trafiło do więzienia, ponieważ byli zbyt leniwi, aby wykonać te trzy proste czynności. Gdyby to zrobili, policja nie miałaby dowodów, a oni mieliby wolność”.

Dalszy ciąg artykułu pod linkiem: https://stopworldcontrol.com/children/

Żydowski faszyzm na przełomie wieków

Żydowski faszyzm na przełomie wieków

Krzysztof Baliński

Włodzimierz Żabotyński na spotkaniu przywódców Betaru w Warszawie (w pierwszym rzędzie pierwszy z prawej). Pierwszy z lewej Menachem Begin /Wikipedia/

Tak, to prawda. W przedwojennej Polsce byli faszyści, ale nie byli nimi Polacy lecz… Żydzi. Faszystami nie byli członkowie ONR (bo oni jeśli bili, to nie Żydów, a żydokomunę), ale zaczadzeni Mussolinim syjoniści rewizjoniści, którzy o swym wodzu Włodzimierzu Żabotyńskim mówili z podziwem „żydowski faszysta”, a którego pierwszy prezydent Izraela Ben Gurion nazywał „Włodzimierz Hitler”. Członkowie 50-tysięcznego narodowo-radykalnego Bejtaru pozdrawiali się salutem rzymskim. Także tradycje terrorystyczne są wśród Żydów bardzo żywe. Co więcej – Izrael, z uwagi na bogatą kartotekę terroryzmu, jest uznawany za twórcę nowoczesnego terroryzmu. Przykładów aktów terroru wymierzonych w przeciwników Izraela i nie tylko jest mnóstwo. Przytoczmy jeden: 4 listopada 1995 roku żydowski prawicowy ekstremista zabił w Tel Awiwie Icchaka Rabina, premiera Izraela i laureata Pokojowej Nagrody Nobla (za porozumienie z Palestyńczykami).

Generał Anders w swych pamiętnikach zapisał: „W Palestynie zaczęły się tłumne dezercje żołnierzy żydowskiego pochodzenia, co spowodowało znaczne luki w oddziałach. Dowódcy armii brytyjskiej domagali się poszukiwania dezerterów. Ani jeden dezerter nie został przez nas aresztowany, ponieważ nie chciałem mieć pod dowództwem żołnierzy, którzy bić się nie chcą”. Tym niemniej uprzedził Brytyjczyków, że mogą mieć z nimi kłopoty. I rzeczywiście – dezerterzy zasilili oddziały miejscowych żydowskich sabotażystów i terrorystów walczących nie tyle z Arabami, co z żołnierzami brytyjskimi, posługując się przy tym zdobytymi w tajemniczy sposób autentycznymi polskimi dokumentami wojskowymi. Jeden z dezerterów, Mieczysław Biegun, który według prawa wojennego powinien był stanąć przed plutonem egzekucyjnym, został Menachemem Beginem i autentycznym terrorystą – stanął na czele organizacji Irgun, która wysadziła hotel „King David” w Jerozolimie, zabijając 91 osób, w tym 28 Brytyjczyków. Innymi słowy zamordował oficerów brytyjskiej armii, której częścią był korpus Andersa. Był mordercą bezwzględnym. To głównie kierowane przez niego bojówki dokonały makabrycznej rzezi ludności arabskiej, głównie kobiet i dzieci w wiosce Deir el-Jasin. Nawiasem mówiąc pochodzący z Polski pierwszy premier Izraela Ben Gurion publicznie obarczył Begina odpowiedzialnością za masakrę i nazwał „Menachemem Hitlerem”.

Żydowskie organizacje terrorystyczne wzmocnione, a nawet kierowane przez dezerterów z Armii Andersa w brutalny i bestialski sposób dokonywały szeroko zakrojonych czystek etnicznych na terenie Palestyny. Ich strategia polegała na terrorze, mordowaniu miejscowej ludności, sianiu paniki i wymuszeniu na tubylcach ucieczki. Dla oczyszczenia terenu z miejscowej ludności arabskiej, terroryści z Irgun stosowali ślepy i dziki terror, bez ostrzeżenia rzucali bomby na targowiska arabskie i na ludzi czekających na przystankach autobusowych, dokonywali zbrojnych wypadów na osiedla arabskie, mordując miejscową ludność. Podczas jednego z wypadów wyłapali kobiety w zaawansowanej ciąży, przywiązali je łańcuchami do jeepów i włóczyli przez ulice innej arabskiej wioski przy akompaniamencie dzikich wrzasków, serii z karabinów maszynowych i wybuchów granatów. Nic dziwnego, że po takich barbarzyńskich ekscesach bezbronna ludność arabska wpadała w panikę i uciekała.

Za inny przykład żydowskiego barbarzyństwa i okrucieństwa „ludzi od Andersa” może posłużyć masowy mord dokonany w październiku 1948 r. na ludności Al-Dawajma. Jeden z żydowskich świadków masakry zdał relacje: Mordowano wszystkich, którzy ukazali się na celowniku: mężczyzn, kobiety, dzieci i starców. Nikogo nie oszczędzano. Dzieci mordowano, roztrzaskując ich główki kijami. Złapane stare kobiety umieszczono w jednym z domów, który wysadzono w powietrze. Jeden z członków organizacji, które dokonały mordu, chwalił się, że zgwałcił młodą dziewczynę a potem ją zastrzelił. Złapaną młodą kobietę z niemowlęciem na ręku zaciągnęli do sprzątania placu, gdzie „bohaterowie” żydowscy mieli spożyć posiłek. Po dwóch dniach zastrzelili ją i niemowlę. Przypomnijmy, że Żydów, którzy w Palestynie zdezerterowali z Armii Andersa razem z tak potrzebną Polakom bronią i amunicją, wcześniej powyciągano z sowieckich gułagów, zamiast ginących tam z głodu polskich dzieci.

Begin, na swój sposób, odwdzięczył się Andersowi za podejście do dezerterów – w maju 1979 r., w wywiadzie dla telewizji holenderskiej powiedział: „Spośród 30 milionów Polaków, może stu pomagało Żydom. To 10 tysięcy katolickich księży w Polsce nie uratowało żadnego żydowskiego życia […] nigdy nie pojadę do Polski”. Mimo to Lech Kaczyński, podczas swej wizyty w Izraelu spotkał się z „byłymi żołnierzami Armii Andersa”, a Jarosław Kaczyński kraj o takich tradycjach nazwał „przyczółkiem naszej cywilizacji na Bliskim Wschodzie”. Gdy w kontekście udziału prezydenta Włoch w Marszu Żywych w Auschwitz prasa włoska pisała campo di sterminio polacco” (polski obóz zagłady), nie protestowała ambasador RP w Rzymie Anna Maria Anders, córka generała. Nie przypomniała też, że wśród faszystów Mussoliniego i w jego najbliższym otoczeniu było bardzo wielu Żydów.

W Izraelu złodzieje torują bandytom drogę do władzy”; „Porażające zwycięstwo ekstremistów”; „Rasiści ministrami”; „Faszyści tryumfują”; „W Izraelu utworzyli rząd składający się z rasistów i byłych skazańców” – tyle prasa żydowska dla Żydów i prasa żydowska dla gojów. Przywódca amerykańskiego judaizmu reformowanego, rabin Rick Jacobs o ministrze resortu bezpieczeństwa w nowym rządzie mówi „Wódz Ku Klux Klanu prokuratorem generalnym”. Chodzi o Itmara Ben-Gwir, który zasłynął z żądań: zaprowadzenia w kraju etnicznej segregacji, aneksji okupowanych terytoriów palestyńskich, deportacji wszystkich Arabów oraz nawoływań do aktów terroru. Mówił też o ministrze sprawiedliwości, kiedyś aresztowanym za szykowanie zamachu terrorystycznego, który żąda, aby Izrael stał się państwem teokratycznym rządzonym przez Torę.

W ostatnich wyborach ekstremistyczna prawica odniosła porażające zwycięstwo – sojusznikiem Netanjahu jest faszyzująca koalicja trzech marginalnych dotąd partyjek – homofobiczna, fundamentalistyczna i ultranacjonalistyczna. Po ogłoszeniu przez koalicję projektu ustaw zmierzających do zwiększenia kontroli rządu nad Sądem Najwyższym, w Izraela doszło do największych demonstracji w historii tego państwa – na ulice wyszło ponad 600 tys. ludzi; izraelska federacja związków zawodowych Histadrut ogłosiła strajk generalny; na kilkanaście godzin stanął cały kraj, nikt nie pracował, w szkołach nie było lekcji, z lotnisk nie startowały samoloty. Powiewali izraelskimi i tęczowymi flagami. Tańczyli w rytm muzyki techno, krzycząc: „Lo, lo, lo, hafaszizm lo javo!” (Nie, nie, nie, faszyzm nie przejdzie!). Nad tłumem górował plakat „Demokracja albo rebelia”. Demonstrujący oskarżają rząd, że dąży do władzy absolutnej, do religijnej autokracji, że chce likwidować podstawowe prawa, w tym mniejszości seksualnych, decydować o tym, kto jest, a kto nie jest Żydem i wykluczać z żydowskiej wspólnoty każdego, kto nie jest wystarczająco ortodoksyjny.

„Konstytucja” – pod takim hasłem odbywały się marsze Marty Lempart. Napis taki widniał na przepoconym podkoszulku Lecha Wałęsy. Tymczasem Izrael w ogóle nie ma konstytucji, bo jego obywatele nie mogą porozumieć się, co do podstawowych zasad funkcjonowania państwa. Religijna mniejszość nie godzi się na zasadę świeckości państwa, która pozbawiłaby ją kontroli nad stanem cywilnym, a więc ślubami, rozwodami, pochówkami. Świecka i ateistyczna syjonistyczna większość nie chce zgodzić się na określenie Izraela, jako państwa wszystkich obywateli, bo zniosłoby to uprzywilejowanie Żydów, a nawet groziło utratą prawa do niekoszernego jedzenia czy korzystania z samochodu w szabat.

Jakaś dziewczyna wymachiwała transparentem: „Kryminaliści nie będą wybierać sędziów”. Była to aluzja do tego, że przywódcy dwóch koalicyjnych partii byli w przeszłości zatrzymywani przez policję za akty terroryzmu, a przywódca partii Strażnicy Tory, odsiedział wyrok za łapówkarstwo i był skazany za oszustwo podatkowe. Była to też aluzja do Netanjahu przeciwko, któremu toczą się trzy procesy o korupcję i nadużycia władzy. Na bakier z prawem jest minister bezpieczeństwa publicznego, skazany za propagowanie rasizmu i podżeganie do terroryzmu oraz minister sprawiedliwości za szykowanie zamachu terrorystycznego. Z tym że kryminaliści w izraelskich władzach to nic nowego: do więzienia trafili były prezydent Mosze Kacaw i były premier Ehud Olmert. W przypadku pierwszego chodziło o gwałty na współpracowniczkach. W przypadku drugiego o branie łapówek.

Według byłego szefa wywiadu wojskowego gen. Tamira Haymana: reforma sądownictwa osłabiła w skrajnym stopniu narodowe bezpieczeństwo, wewnętrzną spoistość kraju oraz naraziła zdolności operacyjne armii na szwank. Według gen. Amosa Giladi: „Wrogowie Izraela przecierają oczy ze zdumienia i pytają: Czy ten kraj postanowił popełnić samobójstwo. Giladi użył takich słów jak „przewrót” i „zmiana reżimu” dotychczas zastrzeżonych dla Libii, gdzie, „z troski o demokrację na Bliskim Wschodzie”, zdewastowano kraj i obalono Kaddafiego. Wg publicysty „Jediot Acharonot”: Izrael znalazł się w punkcie zwrotnym – albo prawicowy rząd wycofa się z reformy albo kraj pogrąży się w chaosie. To Netanjahu jest największym zagrożeniem dla Izraela. Jesteśmy blisko wojny domowej. Społeczeństwo jest głęboko podzielone, a policja, armia, służby specjalne rozdarte pomiędzy lojalnością wobec rządu i Sądu Najwyższego.

W kwietniu żydowska Liga Antydefamacyjna opublikowała raport, w którym przyrównano ministra bezpieczeństwa narodowego Izraela i lidera ultranacjonalistycznej partii Żydowska Siła do europejskich faszystów. „Do rządu weszli uczniowie rasistowskiego rabina Meira Kahane, autora nazistowskiej legislacji Knesetu” – czytamy w raporcie. „Izraelskie rządy były zawsze powściągliwe i ostrożne w kontaktach z europejskimi partiami o faszystowskich korzeniach, a zatem izraelskie partie o podobnych korzeniach nie mogą oczekiwać innego traktowania przez obce rządy. Skazili publiczny dyskurs rasistowskimi wypowiedziami, co w każdej demokracji oznacza natychmiastowy koniec kariery politycznej. Należy stwierdzić rzecz oczywistą – rasizm jest rasizmem, a żydowski rasizm jest tak samo godny ubolewania jak jego inne formy i nigdy nie powinien być wybaczony” – napisano w raporcie. Co się stało? Amerykańscy żydzi są przerażeni, że na jaw wyszedł skrzętnie ukrywany sekret: większość Żydów w Izraelu to rasiści i faszyści czystej wody, którzy ex definitione powinni być obiektem zainteresowania ADL, „żyjącego” ze zwalczania rasizmu i antysemityzmu.

O Polsce słyszy się niemal na każdym kroku. Demonstranci skandują: „Jariw Lewin, kan ze lo Polin” (Panie Lewin, to nie Polska). Lewin to minister sprawiedliwości, który firmuje reformę sądownictwa. O demokracji gardłują: „Widzieliśmy, co się stało w Polsce i na Węgrzech. Rządy tych krajów korzystają z jednego podręcznika autorytaryzmu”. Tego samego słownictwa wobec Polski używa Parlament Europejski i Anne Applebaum i wszyscy Żydzi w Polsce uwijają się jak w ukropie, by wraz z ambasadą USA i Muzeum Polin dokonać „zmiany reżimu” w Polsce, i osadzić u władzy ludzi, którzy w pełni i szybko zaspokoją żydowskie roszczenia majątkowe. Wg szefa roszczeniowców Gideona Taylora, Polska odmawiając uregulowania kwestii zwrotu mienia pożydowskiego de facto „łamie prawa człowieka” i „bez nacisków i sankcji na Polskę rozwiązanie problemu zwrotu mienia żydowskiego nie jest możliwe”.

Nie tylko w mediach żydowskiej dla Żydów, ale i mediach żydowskich dla Polaków, pada słowo „zagrożenie demokracji w Izraelu”, wcześniej zarezerwowane dla krajów takich, jak Polska. Czy w takiej sytuacji nie powinniśmy wykorzystać osłabionej pozycji przetargowej Izraela? Czy nie powinniśmy użyć argumentu, że reforma sądownictwa Izraela jest faszystowska i zafundować Żydom „arabską wiosnę”, która w założeniu miała szerzyć demokrację na całym Bliskim Wschodzie? Czy nie powinniśmy postulować w ONZ lub w Parlamencie Europejskim wysłania do Izraela błękitnych hełmów dla zaprowadzenia demokratycznych porządków?

Skóra cierpnie na myśl, co będzie z nami, gdy zrealizują pomysł z Judeopolonią…

Jak to zwykle w stosunkach z Żydami, robimy dokładnie odwrotnie – śpieszymy Izraelowi z pomocą. Przykład pierwszy z brzegu – przedstawiciele UE w Tel Awiwie niemal jednomyślnie postanowili odwołać obchody tzw. Dnia Europy, aby nie dać platformy „komuś, kogo poglądy są sprzeczne z wartościami europejskimi”. Chodziło o Ben Gvira, który w imieniu rządu Izraela miał wygłosić na imprezie przemówienie. Przeciw była tylko Polska. Partia Kaczyńskiego nie tylko nie dąży do jakiejkolwiek zmiany asymetrycznych i patologicznych relacji polsko-żydowskich, ale swoją polityką zachęca Żydów do poniżania Polski. Niedawno, na żądanie Tel Awiwu, przyjęliśmy ambasadora Izraela w osobie urodzonego w Moskwie „litwaka”, który po zakończeniu ewakuacji ukraińskich Żydów (nie do Izraela, ale do… Polski) wkrótce wystąpi z kolejnym postulatem – udział polskiego żołnierza w wojnie perskiej i bezpłatne udostępnienie Izraelowi na ten cel wszystkich zasobów naszego państwa. Szantażując przy tym (wraz z ambasadorem USA i Muzeum Polin): „Bo jak nie to przegracie wybory”.

Przed wojną spekulowano, jak współżyliby Żydzi z innym narodem, gdyby mieli własne państwo. Dzisiaj nie musimy spekulować. W Izraelu już trzecie pokolenie Palestyńczyków doświadcza koszmaru tego współżycia, i skóra cierpnie na myśl, co będzie z nami, gdy zrealizują pomysł z Judeopolonią. Przykład z ostatnich dni – osadnicy izraelscy dokonali pogromu palestyńskiego miasteczka Huwara, paląc dwieście domów. Pamiętajmy też, że podczas batalii medialnej z Izraelem, w kontekście nowelizacji ustawy o IPN, Izraelczycy zrobili z nami to samo, tylko bez rakiet.

A na sam koniec – nie cieszmy się z perspektywy, że Arabowie i Persowie zepchną ten faszystowski ludek do morza, bo wszystko skończy się jak zawsze: Dudzie strzeli do łba pomysł przyjęcia w Polsce żydowskich uchodźców, głównie sowieckich Żydów. Weźmiemy na utrzymanie (oprócz kilku milionów Ukraińców) kolejny naród. Zostaniemy sługami kolejnego narodu i „mocarstwem humanitarnym” nie tylko w Europie, ale i na Bliskim Wschodzie. A przy okazji kolejnych kilka milionów uchodźców z Polski ucieknie do Londynu.

Krzysztof Baliński

/bibula.com/ tytuł oryginalny: Wódz Ku-Klux-Klanu Prokuratorem Generalnym Izraela

tytuł na stronie: redakcja/ekspedyt.org/