Oficyna Aurora obchodzi właśnie 15 urodziny

Sławomir M. Kozak

Szanowni Czytelnicy

Oficyna Aurora obchodzi właśnie 15 urodziny

z tej okazji wprowadzamy stałą, 15% obniżkę dla zarejestrowanych Czytelników

dziękujemy za dotychczasowe zakupy i zapraszamy do pozostania z nami w przyszłości!

Drodzy Państwo

w kolejne piątki pojawia się na łamach Warszawskiej Gazety felieton mojego autorstwa,

który publikuję zawsze w zakładce „Aktualności” na stronie Oficyny Aurora

https://www.oficyna-aurora.pl

tym razem prezentuję fragment książki, pisanej na bazie wspomnień z mojego zawodowego życia, której wydanie planuję w roku przyszłym

gorąco zachęcam do lektury materiału

LOS JEST MYŚLIWYM

Nagrałem go też w formie podcastu w cyklu PROSTO Z MOSTU, który

można odsłuchać klikając w fioletowe logo ANCHOR na głównej stronie

lub korzystając z platformy SPOTIFY

Sławomir M. Kozak

LOS JEST MYŚLIWYM

Sławomir M. Kozak 2022-09-23https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/los-jest-mysliwym,p992868872?preview=1&nws=682580240&mws=ZGFrb3d5QG8yLnBs

Mija właśnie kolejna rocznica wydarzenia, które odcisnęło swe piętno na wielu ludziach. 14 września 1993 r. miał miejsce w Warszawie wypadek samolotu typu Airbus, linii lotniczej Lufthansa. To jeden z tych wielu przykładów na to, że los poluje bez wytchnienia.

LOS JEST MYŚLIWYM

Było późne popołudnie. Wokół Okęcia zbierały się ciężkie chmury, niebo stawało się coraz ciemniejsze. Kowadło cumulonimbusów zamykało się nad pasem 11, na który podchodziły samoloty spiesząc do bezpiecznego azylu przed nadchodzącą burzą. Kleszcze tego frontu dosłownie zamykały się o krok za ostatnim, umykającym do przyjaznej ziemi, samolotem. To był Airbus 320 linii Lufthansa. Widać było, jak połyka końcowe kilometry dzielące go od progu pasa, a za nim posuwa się, nieomal go dotykając, główne uderzenie ulewy, której zwiastuny dały już o sobie znać kurtyną wody przesuwającą się nad pasem i dudniącą w szyby naszej wieży. Już, już, wydawało się, że załoga jednak zdąży, że wygra ten szalony wyścig z czasem. Samolot dotknął kołami betonu, pokrytego taflą wody. Zdawać się mogło, iż goniące go chmury przegrały ten wyścig z techniką, a człowiek znowu zwycięży w pojedynku z goniącym go fatum. A jednak, technika okazała się bezsilna w starciu z naturą. Komputer maszyny odbierając błędnie sygnał z czujników toczących się po wodnej poduszce kół, uznał, że samolot nadal znajduje się w locie, że jeszcze nie pora na uruchomienie hamulców. Jakby tego było mało, umykający przed burzą statek powietrzny, z za dużym kątem podejścia, zetknął się z pasem kilkaset metrów dalej, niż powinien. Tych właśnie metrów zabrakło. Airbus ślizgając się po wodzie, pędził całą masą swych kilkudziesięciu ton zbliżając się do wału ziemnego usytuowanego na końcu drogi startowej. Walka załogi z maszyną niewiele już dała, elektronika brała górę nad właściwą reakcją pilotów, nasyp przed nimi rósł w oczach. Minęło zaledwie kilkanaście sekund i samolot uderzył weń z ogromną siłą, po czym odbił się, poderwał do góry i spadł przełamując wpół. Stało się najgorsze, rozbił się samolot.

Dramat, ofiary śmiertelne, wiele osób rannych, zniszczony samolot i urządzenie radionawigacyjne przy progu pasa. Zginęły 2 osoby, w tym jeden z pilotów, 51 zostało ciężko rannych. Ale los pokazał wtedy, że to jeszcze nie wszystko na co go stać. Los zapragnął tego dnia być myśliwym do końca.

Zaraz po wypadku, jako szef zmiany, przejąłem od kolegi ruch, prowadząc jednocześnie akcję ratowniczą. Z Dyżurnym Portu, który sprawdził rejon krzyżówki pasów uznaliśmy, że najbliższe lądowanie na kierunku 33 może się odbyć. Dzień to był szczególny. Po pięćdziesięciu latach wracały właśnie do Kraju, rządowym samolotem, szczątki Generała Władysława Sikorskiego. Trzy dni później, 17 września 1993 roku, miały spocząć w krypcie na Wawelu. Wydarzenie ogromnej wagi, na lotnisku rządowym przedstawiciele najwyższych władz państwowych, środowiska kombatanckie, dziennikarze wszystkich stacji radiowych i telewizyjnych. Zarówno polskich, jak i wszelkich akredytowanych ówcześnie w naszym kraju. Postać Generała Sikorskiego, a zwłaszcza Jego tragiczna śmierć, była zawsze otoczona ogromnym zainteresowaniem mediów, również światowych. Przypomnijmy tu, że Generał zginął 4 lipca 1943 roku w Gibraltarze, w czasie inspekcji wojsk Armii Polskiej na Wschodzie. W katastrofie samolotu Liberator zginęła Jego córka, szef Sztabu Naczelnego Wodza Tadeusz Klimecki i siedem innych osób. 

Kiedy samolot Lufthansy rozbił się o wał progu 29, zebrani niedaleko dziennikarze rzucili się w tamtym kierunku, by relacjonować na żywo rozwijający się na ich oczach dramat. W ciągu kilku minut od wypadku, za płotem okalającym lotnisko pracowało kilkanaście wozów transmisyjnych z czaszami anten satelitarnych na dachach. Przekazywane przez nie informacje docierały do nas natychmiast, za pośrednictwem donoszących nam o wszystkim kolegów oglądających ten przekaz. Kontroler, którego wówczas zmieniłem odbierał więc bezpośrednio te relacje, a były one sprzeczne i chaotyczne. W pewnej chwili, któraś ze stacji niemieckich podała, że w katastrofie zginęło 50 osób (!). Na wieży atmosfera zrobiła się przygnębiająca.

Sytuacja była trudna. Na lotnisko przybyły dziesiątki karetek pogotowia z Warszawy. Dołączyły do nich jednostki straży pożarnej z miasta, które miały wzmocnić siły straży lotniskowej. Po polu manewrowym pędziły wozy ratunkowe z błyskającymi na niebiesko i czerwono światłami. Z głośników radiostacji co chwila wdzierał się na wieżę przeraźliwy jęk ich syren. Samolot płonął, co chwila wstrząsany kolejnymi eksplozjami, a ogień i dym strzelały wysoko w niebo. W pewnej chwili, jeden z samochodów straży, który przybył z zewnątrz, wjechał przednimi kołami na pas 33 i … stanął. Kierowca nie miał pojęcia o procedurach obowiązujących na lotnisku. Na domiar złego, w tamtych latach radiostacje straży lotniskowej i miejskiej pracowały na różnych częstotliwościach. W tym czasie, na krótkiej prostej 33 znajdował się już, gotów do lądowania samolot Tu-154 z trumną Generała. Czasu wręcz namacalnie ubywało. W spec-pułku dostojnicy państwowi przy czerwonym dywanie, na progu 29 gejzery ognia, większość pola manewrowego pokryta niezliczoną ilością samochodów i ludzi, po prawej rosnące światła Tupolewa i … wóz bojowy straży pożarnej bez łączności na pasie. Dzięki Bogu, od strony wieży pędził w jego kierunku samochód naszej straży. Kolega prowadzący korespondencję radiową z kierowcami samochodów wykrzyczał w radio prośbę o odsunięcie od pasa nieświadomego powagi sytuacji zagubionego strażaka. Ratownik z Lotniskowej Straży Pożarnej przytomnie zaczął słać do stojącego po drugiej stronie drogi startowej sygnały światłami drogowymi. Kierowca dopiero wówczas zorientował się w czym rzecz i wycofał samochód na bezpieczną od pasa odległość. W ostatniej chwili wydałem zezwolenie na lądowanie dla samolotu niosącego do Ojczyzny szczątki wielkiego Polaka. Do końca byłem przekonany, że to lądowanie powinno się odbyć za pierwszym podejściem. (…)

Dużo później musiałem wydać jeszcze jedną zgodę. Na przecięcie pasów przez radiowóz policji i samochód prokuratury. W towarzystwie innych kolegów bezpośrednio zaangażowanych w pracę podczas wypadku, odjechaliśmy do tymczasowego punktu koordynacji akcją ratowniczą, gdzie zostaliśmy poddani badaniom trzeźwości i wielogodzinnemu przesłuchaniu. Przyjmujący  zeznania starał się chyba za wszelką cenę wpisać do annałów dowcipów o policjantach sporządzających raporty powypadkowe. Do domu wróciłem o 2 nad ranem. O 7ej zaczynałem kolejny dyżur. Kiedy wróciłem na fotel kontrolera, nad wrakiem samolotu krążył policyjny helikopter, z którego fotografowano miejsce wypadku. Zgliszcza jeszcze dymiły. Dookoła unosiła się atmosfera minionych godzin. Wydałem pierwszą tego dnia zgodę na start. Rejsowy samolot mozolnie rozpoczął rozbieg, minął krzyżówkę pasów, wzbił się w powietrze i … pilot zadeklarował „emergency” zgłaszając zderzenie z ptakiem i wyłączenie silnika. Nacisnąłem trzykrotnie czerwony guzik dzwonka alarmowego. Samolot rozpoczął podejście do awaryjnego lądowania, z budynku Lotniskowej Straży Pożarnej wypadły wozy bojowe, z warszawskich szpitali wyruszyły ambulanse…

Samolot wkrótce bezpiecznie wylądował. Ratownicy wrócili na miejsce.

Lądujący wówczas, podczas wypadku Lufthansy samolot z prochami Generała Sikorskiego, to był Tu-154, numer boczny 101, ten sam, który 10 kwietnia 2010 roku zabrał w swój ostatni rejs polską delegację wybierającą się do Katynia. Jego najważniejszy pasażer, podobnie jak i tamten wtedy, także spoczął na Wawelu. 

(fragment rozdziału „Los jest myśliwym” – z moich wspomnień, które w nieodległym, mam nadzieję czasie, ukażą się w książce zatytułowanej „KOCHANKOWIE MODLISZKI”).

Sławomir M. Kozak, Warszawska Gazeta nr 37/2022

LATAJĄCE TALERZE CORAZ BLIŻEJ

https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/latajace-talerze-coraz-blizej,p1428353832

Sławomir M. Kozak

2022-09-09

Zastanawiamy się coraz częściej, jak było możliwe oszukanie tylu ludzi rzekomą pandemią i wmówienie im, że unikną jej skutków przyjmując dobrowolnie eksperyment, którego skuteczności nie gwarantują nawet jego producenci. Staliśmy się bezkrytycznymi odbiorcami treści serwowanych nam przez media.

Dziwi, że w stanie wojennym ludzie potrafili ostentacyjnie wychodzić z domów w czasie, gdy telewizja nadawała znienawidzony  „Dziennik”, a dziś nie potrafią wytrzymać kilku godzin bez wpatrywania się w ekran, z którego co chwilę sączy się ogłupiająca, medialna papka. Pierwszą oznakę tego bezrefleksyjnego przyjmowania najbardziej fantastycznych bzdur przećwiczono na odbiorcach 11 września 2001 r., kiedy z wyjątkową bezczelnością zalewano świat kłamstwami na temat tzw. „zamachu na Amerykę”. Wystarczyło przygotować odpowiednia inscenizację, wrzucić do telewizji kilka głupawych filmików i niedługo potem młodych ludzi, którzy przyszli na świat w całkiem nieodległych jeszcze dniach stanu wojennego, wysłaliśmy do Iraku. Nikomu nie przeszkadzało, że  Jane Standley, reporterka stacji BBC, relacjonująca „na żywo” wypadki w Nowym Jorku, informowała o zawaleniu się budynku WTC7, który w tym czasie stał nienaruszony za jej plecami. Prowadzący rozmowę ze studia w Wielkiej Brytanii Phil Hayton, miał przed sobą nie lada wyzwanie. Pytał z kamienną twarzą dziennikarkę o szczegóły, obserwując z milionami telewidzów 47-piętrowy wieżowiec ciągle obecny w tle. Budynek runął wreszcie litościwie 26 minut później. Co takiego się wydarzyło, że mimo upływu ponad 20 lat nie chce się widzom sięgnąć po to nagranie, ciągle obecne w sieci, by się przekonać, jak napluto im wówczas w twarz? 

Wiadomo, że nikomu nie chce się zagłębiać w szczegóły techniczne, które mogą skutecznie odstraszać od wyrobienia sobie własnej opinii, ale przypominam o tamtych dniach uparcie, bo to wtedy zaczęło się masowe duraczenie, które trwa do dziś. Celowo używam rusycyzmu, bo ten proces ogłupiania ma jak najbardziej bolszewicką, by nie rzec dosadniej, proweniencję. Wspominałem w jednym z wcześniejszych felietonów o rozlicznych ćwiczeniach przeprowadzonych w roku 2001, które poprzedziły wydarzenia 11 września. Tym razem przypomnę o tym, które miało miejsce na prawie rok (!) przed „zamachami”. Już 24 października 2000 r., w siedzibie Departamentu Obrony odbyło się otóż pierwsze z dwóch ćwiczeń, określanych mianem MASCAL, od anielskiego zwrotu „mass casualties”, oznaczającego dużą liczbę poszkodowanych, symulujących uderzenie pasażerskiego samolotu w budynek Pentagonu.

W ćwiczeniach tych uczestniczył były pilot Marynarki Wojennej, pracujący nieco wcześniej, przed odejściem do American Airlines, właśnie w Pentagonie, Charles Frank „Chic” Burlingame! 11 września 2001 r., był kapitanem maszyny B 757, rejs AAL 77, w jej ostatnim locie. Miał 51 lat, był inżynierem lotniczym, a w przeszłości pilotem myśliwskim Marynarki Wojennej USA. Był człowiekiem niezwykle odważnym i stanowczym. Miał za sobą szkolenie antyterrorystyczne. Po ukończeniu Akademii Marynarki w najsłynniejszej jej szkole w Miramar, nazywanej Top Gun, pozostał w rezerwie. Podjął pracę w liniach lotniczych American Airlines. Tam poćwiczył uderzenie w budynek Pentagonu, a rok później znalazł się za sterami maszyny, która rzekomo naprawdę w niego wleciała.

Opowiadałem wiele razy o tym, że organizacji Pilots For 9/11 Truth udało się odczytać zapisy czarnej skrzynki tego samolotu, które wykazały, iż drzwi w kokpicie Boeinga były od początku do końca zamknięte, co obala mit o jego uprowadzeniu. Z całym tym oszustwem rozprawiłem się zresztą na blisko 300 stronach książki „Projekt Phoenix”, przytaczając także inne dowody na to, że była to  bajka dla naiwnych. Korzystając z okazji kolejnej rocznicy tych wydarzeń, obniżam jej cenę do końca września o połowę! Proponuję przekonanie się, w jaki Matrix świat wdepnął już ponad 20 lat temu. Opisałem tam szczegółowo lot Boeinga i napisałem wówczas, że „w chwili, w której znajdował się nad budynkiem, ściana Pentagonu, na prawo od samolotu, eksplodowała kulą ognia. W takim momencie, Burlingame mógł powozić nawet statkiem kosmicznym ‘Enterprise’, a i tak nikt nie zwróciłby na to uwagi.” Pięć lat po tej misji zginęła jego córka. Ale, nie będę zdradzał wszystkiego. 

Wydawać się może, że nic się nie zmieniło. Już wkrótce media zaczną nas przekonywać o spodziewanym ataku kosmitów, na niebie pojawią się zapewne różnokolorowe (tęczowe?) znaki, a wtedy wiadomości telewizyjne pobiją wszelkie, dotychczasowe rekordy oglądalności. Warto się tylko zastanowić, kto i dokąd wyśle, rodzące się dziś dzieci, za kolejne 20 lat?

Sławomir M. Kozak, Warszawska Gazeta nr 36/2022

  Sławomir M. Kozak
www.oficyna-aurora.pl

O WRZEŚNIU INACZEJ

  Sławomir M. Kozak www.oficyna-aurora.pl

2022-09-02 https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/o-wrzesniu-inaczej,

Zasady, które legły u podstaw przyszłej hegemonii Stanów Zjednoczonych, były omawiane podczas Drugiej Konferencji w Quebec, ale o nich mówi się dziś z pewnym zażenowaniem. Dla osadzenia jej w kontekście historycznym przypomnę, że kiedy się rozpoczynała, we wrześniu 1944 roku, Powstanie Warszawskie broczyło ostatnią strugą krwi, a Zamek Królewski zamieniano metodycznie w stertę gruzu.

Henry Morgenthau junior był amerykańskim Sekretarzem Skarbu i swoje zasady przygotował dla powojennej Europy. Jego koncept szybko zyskał nazwę „planu Morgenthaua”. Ale, nie patrzmy bezkrytycznie na to, co przedstawia nam Wiki, czy jakakolwiek inna tuba propagandy anglosaskiej. Czytając w takich encyklopediach, na przykład o Operacji Flying Tigers, dowiemy się, że była to grupa ochotników, pilotów amerykańskich, „pomagających w walce Chin z agresją japońską”. Nie przeczytamy jednak o tym, że Henry Morgenthau zaaranżował wsparcie Chin dowodzonych ówcześnie przez Czang Kaj-Szeka, kwotą 100 milionów dolarów, właśnie na tę operację, zanim jeszcze wybuchła II Wojna Światowa.

Warto przy tej okazji wspomnieć, że to właśnie Henry Morgenthau był pierwszym przewodniczącym Konferencji w Bretton Woods i jako taki miał największy wpływ na powołanie Międzynarodowego Funduszu Walutowego oraz Międzynarodowego Banku Odbudowy i Rozwoju, czyli Banku Światowego.

James Forrestal, w wydanych w roku 1952 pamiętnikach, wspominał swoje spotkanie z 27 grudnia 1945 roku, pisząc „grałem dziś w golfa z Josephem Kennedym . . . Kennedy był zdania, że Hitler walczyłby z Rosją bez późniejszego konfliktu z Anglią, gdyby nie namawianie Roosevelta przez Bullitta (ambasadora we Francji) latem 1939 roku, że Niemcom trzeba stawić opór w sprawie Polski; ani Francuzi, ani Brytyjczycy nie uczyniliby z Polski sprawy wojennej, gdyby nie ciągłe jątrzenie z Waszyngtonu. Bullitt wciąż powtarzał Rooseveltowi, że Niemcy nie będą walczyć, Kennedy, że będą i że opanują Europę. Chamberlain, jego zdaniem, stwierdził, że Ameryka i światowi Żydzi zmusili Anglię do wojny”( “The Forrestal Diaries”, 1952, ss. 128-129). 

Forrestal, od 1940 roku będący asystentem Roosevelta, a także zastępcą sekretarza Marynarki Wojennej i sekretarzem Departamentu Obrony, miał dostęp do wielu tajemnic dotyczących czasów przedwojennych, ale też wojennych i powojennych. Ta wiedza skończyła się dla niego tragicznie, kiedy w roku 1949 „popełnił samobójstwo” wyskakując z okna szpitala, gdzie trafił w wyniku knowań potężniejszych od siebie osób.

Z jego wspomnień wiemy też, że „opinię Chamberlaina o znaczeniu nacisku żydowskiego na rzecz wojny w Stanach Zjednoczonych potwierdza raport hrabiego Potockiego, polskiego ambasadora w Waszyngtonie, który w 1939 roku ostrzegł swój rząd o kampanii organizowanej w odpowiedzi na ostatnie antysemickie ekscesy nazistów, kampanii, w której uczestniczyli różni żydowscy intelektualiści, tacy jak Bernard Baruch, Frankfurter – sędzia Sądu Najwyższego, Morgenthau – Sekretarz Skarbu, i inni, których łączyły z Rooseveltem więzy osobistej przyjaźni. Ta grupa mężczyzn, która zajmowała jedne z najwyższych stanowisk w rządzie amerykańskim, była bardzo blisko związana z międzynarodowym żydostwem.” Oczywiście, hrabiego Potockiego wkrótce odsunięto, gdy ujawniono jeden z jego raportów, w których opisywał Roosevelta, jako pozostającego „na usługach międzynarodówki żydowskiej”.

Leon de Poncis, francuski arystokrata, dziennikarz i eseista, pisał w swej książce “State Secrets: A Documentation of the Secret Revolutionary Mainspring Governing Anglo-American Politics”, że Brytyjczycy, jeszcze w roku 1939 zakładali, iż wojna potrwa stosunkowo niedługo. „Hitler miał taką samą nadzieję w 1939 roku. Stalin natomiast grał na długą wojnę na wyniszczenie, o której przywódcy demokracji i ich eksperci wojskowi wiedzieli, że jest nieunikniona. Potwierdzają to propozycje ambasadora Bullitta dla hrabiego Potockiego w listopadzie 1938 roku, które zostały zrelacjonowane rządowi polskiemu w następujący sposób: według informacji, które eksperci wojskowi dostarczyli Bullittowi w czasie kryzysu jesienią 1938 roku, wojna trwałaby co najmniej sześć lat i zakończyłaby się całkowitą katastrofą dla Europy. Nie było żadnych wątpliwości, że w końcu Rosja Radziecka skorzysta na tym wszystkim”.

William Bullitt był od roku 1933 do 1936, ambasadorem amerykańskim w Moskwie, a później, do 1940, w Paryżu. Miał doskonałe rozeznanie w ówczesnej sytuacji międzynarodowej i bezskutecznie starał się przekonywać Roosevelta do zablokowania ekspansji sowieckiej. Nie miał szans, bo jego szef, sam urzeczony Związkiem Sowieckim, otumaniony przez londyńskich Rothschildów, miał dodatkowo w swym najbliższym otoczeniu całą hordę sowieckich agentów. 

Wróćmy jednak na chwilę do Morgenthau i jego tez, których próżno szukać w encyklopediach. U ich podstaw leżało, jak największe wzmocnienie powojennego Związku Sowieckiego, przy całkowitym zrujnowaniu Niemiec i uczynieniu z tego państwa kraju rolniczego.

Pisze o tym w przywołanej wcześniej książce Leon de Poncis (str. 135).

1. Alianci mieli sporządzić pełną listę niemieckich zbrodniarzy wojennych, którzy powinni być aresztowani i rozstrzelani na miejscu bez procesu;

2. Kilka milionów Niemców, wybranych spośród członków partii nazistowskiej, oficerów Wehrmachtu i wszystkich tych, którzy bezpośrednio lub niebezpośrednio współpracowali z reżimem, miało zostać przekazanych Rosjanom do bezwarunkowego wykorzystania, jako siła robocza przy odbudowie zniszczonych terenów;

3. Wszyscy uchodźcy, którzy przed wojną i w jej trakcie uciekli z Rosji Sowieckiej, mieli zostać przekazani Rosjanom, którzy oczywiście albo ich rozstrzelają, albo deportują do obozów koncentracyjnych na Syberii.

Z tej samej koncepcji wywodzą się wcześniejsze, wyniszczające naloty alianckie na obiekty cywilne, począwszy od roku 1940, w tym takie miasta, jak Mannheim, Lubeka, Hamburg, Drezno.

Polecam przy tej okazji rozmowę na ten temat, jaką przeprowadziłem w studio PL1 z panem Lechem Jęczmykiem, tłumaczem książki „Rzeźnia numer 5”, w lutym 2022 roku.

Naukowiec i pisarz Charles Snow, w książce „Nauka i rząd” przedstawiając propozycje doradcy naukowego Churchilla, Fredericka Lindemann’a, pisze:

„Na początku 1942 roku … opracował on (Lindemann) dokument Gabinetu w sprawie strategicznego bombardowania Niemiec … opisywał w nim ilościowe skutki brytyjskiej ofensywy bombowej dla Niemiec, w ciągu następnych osiemnastu miesięcy. Dokument określał politykę strategiczną. Bombardowanie musi być skierowane przede wszystkim przeciwko niemieckim domom klasy robotniczej. Domy klasy średniej mają za dużo przestrzeni wokół siebie, więc można je zmarnować; o fabrykach i ‘celach wojskowych’ dawno już zapomniano, poza oficjalnymi biuletynami, ponieważ były zbyt trudne do znalezienia i trafienia.

Gazeta twierdziła, że – przy całkowitej koncentracji wysiłków na produkcji i użyciu samolotów bombowych – we wszystkich większych miastach Niemiec (to znaczy tych, które mają więcej, niż 50 000 mieszkańców) możliwe byłoby zniszczenie 50 procent wszystkich domów” (“Science and Government”, Sir Charles Snow, ss. 47-48).

Bernard Baruch, który miał o wiele większy wpływ na amerykańska politykę, niż Morgenthau, uważał, że założenia jego kolegi są „zbyt łagodne”. Leon de Poncis przywołuje w swej książce jeszcze jednego człowieka, którego poglądy były rozwinięciem planu Morgenthau, Theodora N. Kaufmana. W wydanej przez siebie w roku 1941, książce „Niemcy muszą zniknąć” proponował eliminację populacji niemieckiej, wynoszącej wówczas około 70 milionów, poprzez przymusową sterylizację osób pomiędzy okresem dojrzewania i 60 rokiem życia.

Tacy ludzie mieli wizję szerzenia na świecie komunizmu i umacniania roli Związku Sowieckiego, traktując przy tym Stany Zjednoczone, jako użyteczne narzędzie, które mogło im w tych planach pomóc. Dzisiejsze zachowanie przywódców Partii Demokratycznej USA jest kalką tamtych czasów i ówczesnego spiskowania wpływowych ludzi, za nic mających ludzkie życie, żyjących chorymi urojeniami starców, którzy nienawidzili słabszych od siebie.

(fragment książki „Requiem dla Amelii Earhart”)

O WRZEŚNIU INACZEJ

KLĘSKA URODZAJU

Sławomir M. Kozak, 2022-08-26 https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/kleska-urodzaju,p1378232320

Międzynarodowi gangsterzy konsekwentnie dopinają swój plan walki z tzw. „teoriami spiskowymi”, tworząc w tej sprawie kolejne przepisy, zarówno w UE, jak i USA. Oczywiście, będą troskliwie realizowane i u nas. Póki co jednak, korzystając z chwilowej wolności w tej kwestii oraz zbliżającej się wielkimi krokami kolejnej rocznicy 9/11, przypomnijmy o tym, że najpowszechniej propagowaną teorią spiskową na ten temat, jest teoria rządu USA.

Niewiele osób wie, że wbrew temu, co media wmawiają całemu światu o rzekomym sprawstwie w zamachach na Amerykę organizacji Al-Kaida, nigdy nie przedstawiono zarzutów jej liderowi – Osamie Bin Laden. Nie przeprowadzono śledztwa w sprawie tych ataków, ograniczono się tylko do powołania kabaretowej „Komisji 9/11” oraz przyznano najbliższym ofiar odszkodowania. Nie wszystkim zresztą, a tylko tym, którzy zobowiązali się do zaprzestania dalszych dochodzeń i uznali sprawę za zamkniętą. O szczegółach piszę w swoich książkach, więc nie będę ich tu przywoływał.

Warto jednak nadmienić, że właśnie rodziny 76 ofiar, które nigdy nie pogodziły się z zamieceniem ich tragedii pod dywan, wystosowały ostatnio do prezydenta Bidena list, w którym żądają oddania narodowi afgańskiemu 7 mld dolarów, jakie rząd amerykański był łaskaw sobie przywłaszczyć po upadku Kabulu. Oficjalnie, USA „zamroziło” te aktywa, tłumacząc to tym, że posłużą do spłacenia zobowiązań wobec rodzin ofiar, ponieważ odpowiedzialnymi  za zamachy uznano Talibów. Jednak w liście czytamy, że te pieniądze, znajdujące się ówcześnie na kontach Banku Centralnego Afganistanu, nie należały nigdy do Talibów, tylko do Afgańczyków, a ich zablokowanie jest „z punktu widzenia prawa podejrzane, a do tego niemoralne”.

Biden podtrzymuje kłamliwą narrację swoich poprzedników, trzymając  rękę na własności państwa, które Amerykanie niszczyli przez dwie dekady, a porzucając w odwrocie pozostawili broń wartą miliardy, która nadal będzie siała śmierć i spustoszenie. 31 lipca 2022 r., w wyniku ataku bezzałogowego statku powietrznego armii USA, zabity został kolejny przywódca Al Kaidy – Ajman al-Zawahiri. Jak podaje polskojęzyczna wersja 

Wikipedii „do zabicia go zostały wykorzystane dwie rakiety typu Hellfire, prawdopodobnie w wariancie R9X, wyposażonym w specjalne ostrza zamiast ładunków wybuchowych. Członkowie rodziny, których odwiedzał terrorysta, nie ucierpieli w wyniku ataku”. Cynizm tego opisu jest porażający.

Z braku miejsca nie będę rozwijał wątku rządowej teorii spiskowej, rozprawiłem się z nią wielokrotnie, wspomnę tylko o ćwiczeniach, które odbywały się co tydzień, począwszy od 4 sierpnia 2001 r. pod dowództwem 

NORAD, o obiecującej nazwie „Fertile Rice”, co można tłumaczyć, jako „żyzny ryż”. Zakładano w nich, że bojówki Osamy Bin Ladena zaatakują w ciągu 24 do 36 godzin, cele w Waszyngtonie. W okólniku rozesłanym do zainteresowanych ośrodków podano, że zamachowcy „prawdopodobnie zdobyli przynajmniej jeden, a być może dwa bezzałogowe statki powietrzne”, sugerując, iż może chodzić o rosyjskie drony „Colibri”, zmodyfikowane do wystrzelenia ze statku, który wypłynął z jednego z portów arabskich. Podano także, że zamierzają uderzyć w „bardzo widoczny obiekt rządowy” w rejonie Waszyngtonu. Informowano, że drony są wyposażone w czujniki podczerwieni, sterowanie wizyjne oraz mogą wykonywać lot po opublikowanych punktach nawigacyjnych lub dowolną trasą wyznaczoną przez operatora. Dokładnie taki wariant uderzenia w Pentagon opisywałem w książce 

„Projekt Phoenix”. Ponadto, sugerowano, że drony przenoszą bomby paliwowe, które mogą zostać  zrzucone na cele. Tego typu ćwiczenia, notorycznie powtarzano, oswajając wszystkie służby wojskowe, policyjne, ratownicze i kontroli ruchu lotniczego, z tymi niezmiennymi elementami  gry, czyli kilkoma samolotami bezzałogowymi, Osamą Bin Ladenem, ładunkami  wybuchowymi, budynkami rządowymi – do znudzenia. Dziś już wiemy, że jeden z samolotów skierowano na Pentagon, ruch drugiego symulowano nad Białym Domem, trzeci kierujący się rzekomo na Kapitol, zestrzelono w Shanksville. Podobne ćwiczenia prowadzono w różnych centrach dowodzenia, na wiele miesięcy wcześniej, ale zawsze nazywano je z jakże szczególną nadzieją obfitych zbiorów – „Fertile Angel”, „Fertile Gain”, „Fertile Spade”. No i zbierali żniwo przez ponad 20 lat.

List, o którym wspomniałem, budzi jednak nadzieję, że coraz więcej ludzi rozumie, iż ciągle jeszcze obecne są w tym starym, nie zaoranym do końca świecie takie wartości, jak prawo, moralność, człowieczeństwo. A żniwiarze obcych pól zderzą się w końcu z problemem klęski urodzaju, którego żaden Dyzma im nie rozwiąże.

Sławomir M. Kozak, Warszawska Gazeta nr 33/2022

ZŁOTA LILIA I CZARNY ORZEŁ


https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/zlota-lilia-i-czarny-orzel,p2032190737

  Sławomir M. Kozak www.oficyna-aurora.pl 2022-08-19

7 lipca 1937 roku Cesarstwo Japonii rozpoczęło inwazję na Chiny. Japońscy żołnierze sprowokowali tzw. incydent na moście Marco Polo, co rozpoczęło drugą wojnę japońsko-chińską. Po bitwie Japończycy zajęli Szanghaj i Nankin. Przeprowadzili systematyczną i brutalną

masakrę w Nankinie. Podobno nawet dzieci, starcy i zakonnice ucierpieli z rąk Cesarskiej Armii Japońskiej. Całkowita liczba ofiar śmiertelnych, włączając w to szacunki dokonane przez Międzynarodowy Trybunał Wojskowy dla Dalekiego Wschodu i Trybunał do spraw Zbrodni Wojennych w Nankinie po bombardowaniach atomowych, wynosiła od 300 000 do 350 000. 

Do Nankinu trafił wówczas, z rozkazu cesarza Hirohito, jego młodszy brat, książę Chichibu, powołany na szefa tajnej jednostki, nazwanej Złota Lilia, której zadaniem było grabienie Chin z ich bogactw, nie tylko państwowych, ale też prywatnych. Wkrótce, książę wyruszył w głąb kontynentu. Skarby Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej były niewyobrażalne.

Gromadzone w zamkniętym dla reszty świata regionie przez 6000 lat skarby, Japonia postanowiła zawłaszczyć dla siebie. W ciągu następnych siedmiu lat Orient został ograbiony z metali szlachetnych, złotych artefaktów religijnych i niewiarygodnej ilości kamieni szlachetnych. Większość łupów wysyłano na Filipiny, gdzie zorganizowano punkt zbiorczy dla skarbu, z myślą o przerzucaniu go w kolejnych etapach do Tokio.

Nadszedł jednak rok 1941 i Japonia znalazła się w konflikcie zbrojnym z USA.  Podjęto decyzję o ukryciu tych dóbr i podobno jakaś ich część trafiła do podbitej Korei i Indonezji. Jednak większość pozostała na terenie Filipin, które do roku 1943 zostały odcięte od reszty świata przez amerykańskie okręty podwodne.

Japończycy, licząc na rychłe wynegocjowanie rozejmu, postanowili cały ten sezam skryć w grotach i jaskiniach Wysp Filipińskich. Do zadania tego wykorzystywano przymusową siłę roboczą, czyli jeńców wojennych. Kryjówki zaminowywano, budowano wymyślne pułapki, często ci, którzy skarby zakopywali, byli zasypywani wraz z nimi, w wyniku celowych zawałów powodowanych ładunkami wybuchowymi. Miejsca te starannie pieczętowano i maskowano. Japończycy wykonali ich precyzyjną inwentaryzację i oznaczyli położenie na tajnych mapach. Trzycyfrowe oznakowanie odnosiło się do wartości ukrytego łupu, liczonego w jenach. I tak, miejsce opisane liczbą „777” mieściło skarby o wartości 777 miliardów jenów. Taka kwota, w roku 1945, równała się 200 miliardom dolarów. Tak opisane kryjówki nie były rzadkością, zdarzały się także miejsca opisane „999”.

Między 3 lutego i 3 marca 1945 roku, Japończycy stoczyli zacięte walki z Amerykanami o stolicę kraju – Manilę. Przy tej okazji mordowano ludność stolicy. Kobiety gwałcono, okaleczano i mordowano. Na porządku dziennym były masowe gwałty na małoletnich dziewczynkach. Zginęło około 100 000 cywilów. Była to jedna z największych bitew miejskich w czasie II Wojny Światowej. Nie jestem pewien, czy gdyby na tych terenach nie znajdowały się te ogromne zasoby złota, diamentów i innych precjozów, ta masakra byłaby tak wielka i długotrwała.

Jak wszyscy doskonale wiemy, w roku 1945 Japonia skapitulowała, ale alianci rozpoczęli poszukiwania skarbów natychmiast po zdobyciu Manili, co znaczy, że wywiad amerykański musiał już wcześniej zdawać sobie sprawę z materialnej wartości, jaką przedstawiało to miejsce. Wydobycie wszystkiego zajęło kilka lat. Według ówczesnych oficjalnych danych, znane i spisane zapasy złota na świecie, wynosiły około 142 000 ton. Tymczasem, w jednej tylko kryjówce o symbolu „777” było go ponad 90 000 ton. Całkowitą ilość złota zakopanego na Filipinach ocenia się na około 1 milion ton.

Oczywiście, „odzyskiwanie” precjozów odbywało się w ramach operacji wojskowej i było ściśle tajne. Tajne pozostaje do dnia dzisiejszego, bo takie ilości tego kruszcu nie figurują w żadnych statystykach. Początkowo wydobycie prowadziło Biuro Służb Strategicznych (OSS), które w roku 1947 przerodziło się w twór, znany dziś pod nazwą Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA). I, jak to w takich przypadkach bywa, złoto zaczęło się „utleniać”.

Wydobyte skarby zdeponowano na ponad 170 kontach bankowych w 40 krajach świata. Wszystkie te państwa były sygnatariuszami tzw. porozumienia z Bretton Woods, z roku 1944. Łup nazwano Black Eagle Trust, z czasem określając go w skrócie „funduszem”. Jego dalsze losy są niezwykle interesujące i mogłyby stanowić kanwę dla sensacyjnego scenariusza filmowego, jednak nie sposób zawrzeć wszystkiego w kilku tysiącach znaków druku, wobec czego dopowiem jeszcze, że część skarbu udało się odzyskać prezydentowi Filipin.

Rządzący twardą ręką Ferdinand Marcos, pełnił swą funkcję od 1965 do 1986 roku, kiedy to o złocie przypomniały sobie amerykańskie jastrzębie,  szykujące się do dziejowych przemian, które miały nadejść wraz z nowym wiekiem. Poprosili Ferdinanda o odstąpienie im 63 000 ton kruszcu. Marcos nie wykazał zrozumienia dla tej inicjatywy, w związku z czym uruchomiono mu w kraju zarówno opozycję, jak i komunistyczną konkurencję i w wyniku niespodziewanych wyborów na scenę, przy współudziale rebeliantów wkroczyła w charakterze prezydenta pani 

Corazon Aquino. Opiniotwórczy magazyn 

Time, na który zawsze można liczyć przy tego typu zwrotach akcji, ogłosił ją natychmiast Człowiekiem Roku. Była to pierwsza kobieta prezydent tego kraju i już w roku kolejnym wprowadziła na Filipinach demokratyczną konstytucję. Zrządzeniem losu raczej, bo nie Opatrzności Bożej, na miejscu pojawił się kardynał 

Jaime Sin, który nie dopuścił, by Marcosa zabili żądni krwi komuniści i przekonał prezydenta Reagana do udzielenia byłemu prezydentowi azylu. Oczywiście, wraz z bagażami. O dalszych losach złota spod znaku czarnego orła można będzie przeczytać w mojej najnowszej książce zatytułowanej „Requiem dla Amelii Earhart”. Książka będzie dostępna w Polskiej Księgarni Narodowej pod koniec sierpnia.

Sławomir M. Kozak, Warszawska Gazeta nr 32/2022

ZERA ABSOLUTNE

ZERA ABSOLUTNE

2022-08-12https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/zera-absolutne,p1380212275

Do napisania poniższych słów zmobilizował mnie występujący w ostatnich tygodniach, niespotykany dotąd, chaos na światowych lotniskach. Ogólnie, związany jest z zabójczymi dla lotnictwa decyzjami, które podejmowano sukcesywnie na przestrzeni ostatnich 2 lat, przy milczącym współudziale wszystkich chyba rządów. Te fatalne decyzje, to zarówno naciski wywierane na pracownikach w celu uczestnictwa w eksperymentach medycznych, jak i równoczesne zwolnienia, które objęły w Europie blisko 25% pracowników lotnisk. Jak podawała jeszcze w styczniu 2021 r. Europejska Federacja Pracowników Transportu, już wtedy prawie 60% pracowników obsługi naziemnej pozostawało bez zatrudnienia. Większość z nich już nigdy do swych zajęć nie powróci. Ruch lotniczy natomiast, zgodnie z tym, co pisałem na łamach Warszawskiej Gazety kilka miesięcy temu, zaczął po okresie wymuszonego przestoju przyrastać, ale nie ma go już kim „obrobić”. W wielu książkach pisałem o zagrażających nam „agendach” liderów resetowanego właśnie świata, ale oczywiście, niewiele osób pochylało się nad nimi. Rozumiem naturalny wstręt do lejącej się z nich nowo-mowy i ich objętości. Niemniej, szkoda, że zainteresowanie tymi opracowaniami jest niewielkie. O Agendzie 21 pisałem już w roku 2008, o Agendzie 2030, której realizacja właśnie nas osacza, w roku 2020. Może to najlepszy jednak moment, by pochylić się nad Agendą 2050, której nazwa nie powinna nas zmylić, jako że daty w tych dokumentach są granicznymi dla celów, które określają. Dzisiaj przedstawię więc to, co nas czeka już wkrótce, a właściwie, czego już zaczynamy doświadczać  na co dzień. Choćby właśnie, na europejskich lotniskach. Jest to jeden z dokumentów stworzonych w ramach koncepcji walki z klimatem, będącej głównym celem Agendy 2050. Opublikowano go po raz pierwszy 29 listopada 2019 roku, kiedy nie atakował nas żaden wirus, a za wschodnią granicą było w miarę spokojnie.

To opracowanie, które ma 58 zapisanych stron, kosztowało zapewne tyle, ile wynosi mój kilkuletni dochód. Z przyjemnością pochylę się nad nim za promil tej wartości. Ma trzy zalety: pokazuje totalne dyletanctwo autorów i całkowite nieprzygotowanie do działań, które już realizują, bez względu zresztą na rozwój sytuacji. Zaleta trzecia jest taka, że tym razem nie muszę zastanawiać się nad tytułem mojego felietonu.

Z powodów wyjaśnionych na wstępie, odnoszę się tylko i wyłącznie do poruszonych tu zagadnień dotyczących przyszłości lotnictwa, kreślonych starannie na najbliższych 28 lat. Aby zapoznać się w pełni z tym, co nam szykują globalni, młodzi liderzy, poklepywani zapewne czule przez swych promotorów, zachęcam do sięgnięcia do źródła, do którego link podaję poniżej. Jeśli przyjąć, że pochodzą oni wszyscy z tej samej stajni, a to już wiemy, poniższe zalecenia i uwagi, należy traktować, jako coś, co będą wdrażali wszędzie tam, gdzie ich umieszczono dla realizacji, tak zwanej Agendy 2050. Niech nas nie zwiedzie fakt, że Wielka Brytania taktownie (taktycznie) wyszła z Unii. Jaj cele strategiczne pozostają niezmienne.

Całość zatytułowana jest: 

ZERO ABSOLUTNE

Realizacja zobowiązań Wielkiej Brytanii w zakresie zmian klimatycznych poprzez stopniowe zmiany w dzisiejszych technologiach

Zaczynamy od strony numer 1.

„Dwa wielkie wyzwania, przed którymi staniemy w całkowicie elektrycznej przyszłości, to latanie i transport. Chociaż istnieje wiele nowych pomysłów dotyczących samolotów elektrycznych, nie będą one funkcjonować na skalę komercyjną w ciągu 30 lat, więc zerowa emisja oznacza, że przez pewien czas wszyscy przestaniemy używać samolotów. Żegluga stanowi większe wyzwanie: choć istnieje kilka okrętów wojskowych napędzanych reaktorami jądrowymi, nie mamy obecnie żadnych dużych elektrycznych statków handlowych, a przecież w przypadku importowanej żywności i towarów jesteśmy w dużym stopniu uzależnieni od żeglugi.”

Przechodzimy gładko do strony numer 2.

Kluczowe przesłanie dla sektorów przemysłowych

Zero bezwzględne stanowi siłę napędową dla ogromnego wzrostu w branżach związanych z elektryfikacją, od zaopatrzenia w materiały, poprzez wytwarzanie i przechowywanie, aż po końcowe wykorzystanie. Przemysł paliw kopalnych, cementowy, żeglugowy i lotniczy czeka gwałtowny spadek, podczas gdy budownictwo i wiele sektorów produkcyjnych może kontynuować działalność na dzisiejszą skalę, po dokonaniu odpowiednich przekształceń.”

Fracht międzynarodowy: Obecnie nie mamy żadnych nieemitujących zanieczyszczeń statków towarowych, dlatego istnieje pilna potrzeba zbadania sposobów elektryfikacji napędu statków oraz możliwości przeniesienia go na kolej elektryczną. Wymagałoby to ogromnej rozbudowy międzynarodowych zdolności przewozowych kolei.”

Lotnictwo: W czasie dostępnym na podjęcie działań nie ma opcji lotów bezemisyjnych, więc branża stoi w obliczu szybkiego skurczenia się. Rozwój lotów elektrycznych może mieć znaczenie po roku 2050. (…)

Podróże i turystyka: Bez latania nastąpi wzrost turystyki i rekreacji krajowej i kolejowo-drogowej.

I już jesteśmy na stronie 3.

„Kluczowe przesłanie dla jednostek

(…) pokonywanie mniejszych odległości pociągiem, albo w części (lub w pełni) elektrycznymi samochodami i zaprzestanie latania”. (…)

„Podróżowanie

Wpływ naszych podróży zależy od tego, jak daleko podróżujemy i jak to robimy. (…) wszyscy możemy zmniejszyć nasz całkowity roczny przebieg. 

1. Przestać używać samolotów

2. Korzystać z pociągu, a nie samochodu, kiedy to możliwe.

3. Wykorzystać wszystkie miejsca w samochodzie lub kupić mniejszy samochód.

4. Wybrać samochód elektryczny, jeśli to możliwe, co stanie się łatwiejsze wraz ze spadkiem cen i rozbudową infrastruktury ładowania.

5. Lobbować za większą ilością pociągów, brakiem nowych dróg, zamknięciem lotnisk i większą ilością odnawialnej energii elektrycznej.”

Strona 4.

„Dlaczego napisaliśmy ten raport teraz

Autorzy tego raportu są finansowani przez rząd brytyjski w celu wspierania przedsiębiorstw i rządów (krajowych i regionalnych) w opracowaniu przyszłej strategii przemysłowej, która będzie zgodna z ideą zerowej emisji. Aby to zrobić, musimy przewidzieć, w jaki sposób będziemy wytwarzać przyszłe towary i budynki, a także zastanowić się, jakiej wydajności od nich oczekujemy.

Cała obecna działalność lotnicza zostanie wycofana w ciągu 30 lat, co stwarza niezwykłe możliwości dla innych form komunikacji międzynarodowej (…) dla przemysłu turystycznego i rekreacyjnego w celu rozszerzenia oferty wakacyjnej o charakterze bardziej lokalnym oraz dla rozwoju nieemitującego zanieczyszczeń transportu średniego zasięgu, takiego jak pociągi i autobusy elektryczne.”

Na stronie 6 mamy kolorową tabelę, w której odnajdujemy interesujące nas zagadnienia. Jest ona podzielona na dwie części i tak, w latach 2020 – 2029 przewiduje:

„Latanie 

Wszelkie lotniska, oprócz Heathrow, Glasgow i Belfast zamknięte, a transfer między nimi kolejowy.

W latach 2030 – 2049 wszystkie pozostałe lotniska zamknięte.”

Skoro mówią, że dobrowolnie zamkną wszystkie swoje mniejsze lotniska, to nikt o zdrowych zmysłach nie podejrzewa chyba, że wyjątek będą stanowiły porty lotnicze w Zielonej Górze, Radomiu, czy Szczecinie. Mało tego, izraelski przewoźnik ElAl, w czerwcu ogłosił, że z braku pilotów, od października zrywa połączenia z Brukselą, Toronto i Warszawą! A, skoro do 2049 Brytyjczycy zamierzają również zamknąć największe lotniska w Irlandii Północnej, Szkocji i Anglii, czyli w narodowych częściach składowych całej Wielkiej Brytanii, ze stolicą włącznie, to niech ktokolwiek przytoczy powód, dla którego należałoby (można było) w tym czasie budować od podstaw mega-lotnisko w Polsce? Logicznie rzecz biorąc, istnieją tylko dwa. Albo, ma się wiedzę i przekonanie, że Agenda 2050 nie zostanie zrealizowana (a co to mogłoby oznaczać, to już nawet nie chcę myśleć), albo – po nas choćby Potop.

Na stronie 8 mamy już nagłówek:

„1. Zero emisji w 2050 z dzisiejszą technologią

Kluczowa wiadomość: poza lataniem i żeglugą, wszystkie nasze obecne zastosowania energii mogłyby zostać zelektryfikowane. Przy ogromnym zaangażowaniu Wielka Brytania mogłaby wytwarzać wystarczającą ilość bezemisyjnej energii elektrycznej, aby zaspokoić około 60% naszego obecnego zapotrzebowania na energię końcową, ale moglibyśmy lepiej ją wykorzystać poprzez stopniowe zmiany w technologiach, które przetwarzają energię na transport, ogrzewanie i produkty”.

Na stronie 14 kolejna rewelacja w punkcie

„1.3 Zero emisji w Wielkiej Brytanii w 2050

Kluczowa wiadomość: Oprócz zmniejszenia naszego zapotrzebowania na energię, osiągnięcie zerowych emisji przy użyciu dzisiejszych technologii wymaga wycofania się z latania, żeglugi, jagnięciny i wołowiny, stali wielkopiecowej i cementu.

Spośród nich żegluga ma obecnie kluczowe znaczenie dla naszego dobrobytu – importujemy 50% naszej żywności – a bez cementu nie wiemy, jak budować nowe budynki czy instalować odnawialne źródła energii. Potrzeba tego ograniczenia zostanie złagodzona w miarę wdrażania innowacji, ale wiele z naszych najbardziej cenionych działań może być kontynuowanych i rozszerzanych, a Zero Bezwzględne stwarza możliwości rozwoju w wielu dziedzinach.”

Nie wiedzą zatem, jak budować, ale już rujnują, ponieważ idea zerowej emisji stwarza im „możliwości rozwoju w wielu dziedzinach”. Opisując rysunek globalnej emisji, przedstawiony na tej stronie, którego Państwu oszczędzę,  geniusze piszą:

„Trzy górne ćwiartki tej liczby pokazują konsekwencje naszego zużycia energii w zakresie emisji. Dwie krytyczne formy urządzeń, których nie da się zelektryfikować za pomocą znanych technologii, to samoloty i statki. Mimo że Solar-Impulse 2, jednomiejscowy samolot elektryczny zasilany energią słoneczną, okrążył Ziemię w 2016 r., trudno jest zwiększyć skalę samolotów zasilanych energią słoneczną ze względu na powolne tempo poprawy wydajności ogniw słonecznych na jednostkę powierzchni pokazane na rys. (…). Tymczasem lot napędzany bateriami jest hamowany przez dużą masę baterii, biopaliwowe substytuty nafty napotykają na taką samą konkurencję o ziemię z żywnością, jak opisano w rozdziale 1.2, a nie ma innych gotowych i odpowiednich technologii magazynowania energii. W rezultacie, w ramach ograniczeń dla planów zerowej emisji, przy znanych nam technologiach,  wszystko, co lata musi być wycofane do 2050 roku, dopóki nie powstaną nowe formy magazynowania energii. Obecnie nie mamy też elektrycznych statków handlowych. Nie ma miejsca na umieszczenie na statku wystarczającej liczby ogniw słonecznych, aby wygenerować wystarczającą ilość energii do jego napędzania, a jak dotąd nie podjęto próby zbudowania kontenerowca zasilanego bateriami.”

Strona 18 wita nas następującym, odkrywczym stwierdzeniem:

„Wykorzystanie energii w transporcie

Rysunek (…) pokazuje, że prawie cały dzisiejszy transport polega na bezpośrednim spalaniu paliw kopalnych w pojeździe, a tylko 1% transportu jest zasilany energią elektryczną, w pociągach elektrycznych. Bez opcji technologicznych pozwalających na zastąpienie samolotów i statków ich elektrycznymi odpowiednikami, w drugiej kolumnie rysunku przyjęto, że te środki transportu zostały wycofane w ciągu trzydziestu lat, więc energia elektryczna dostępna dla transportu może być podzielona pomiędzy pojazdy kolejowe i drogowe. (…)

Rysunek pokazuje zarówno konsekwencje energetyczne, jak i emisyjne wynikające z pokonania jednego kilometra przez osobę korzystającą z różnych środków transportu: te dwie liczby są ze sobą ściśle skorelowane, z wyjątkiem lotu, gdzie emisje na dużej wysokości powodują dodatkowy efekt ocieplenia. Rysunek ten podkreśla, jak ważne jest zaprzestanie latania – jest to najbardziej emisyjna forma transportu, a samolotami podróżujemy na najdłuższe dystanse. Typowy samolot międzynarodowy porusza się z prędkością około 900km/h, więc lot w klasie ekonomicznej równa się 180kgCO2e na osobę na godzinę (podwójnie w klasie biznes, poczwórnie w klasie pierwszej, ze względu na zajmowaną powierzchnię). Latanie przez ~30 godzin rocznie jest więc równe rocznej emisji typowego mieszkańca Wielkiej Brytanii. 

Kluczowe strategie redukcji zużycia energii w transporcie zależą od formy podróży. Podróżowanie na krótkich dystansach wiąże się z częstym zatrzymywaniem się i ponownym rozpoczynaniem podróży, więc znaczna część energii zużywana jest na rozpędzenie pojazdu i jego zawartości. W związku z tym zmniejszenie masy pojazdu i mniejsza ilość podróży stają się kluczowymi strategiami zmniejszania zapotrzebowania na energię. (…) W przypadku podróży długodystansowych najwięcej energii zużywa się na pokonanie oporu powietrza, dlatego kluczem do zmniejszenia zapotrzebowania na energię jest ograniczenie prędkości maksymalnej (siły aerodynamiczne rosną z kwadratem prędkości) oraz oporu powietrza poprzez zastosowanie długich i cienkich pojazdów – pociągów. Transport kolejowy jest zatem najbardziej wydajnym środkiem transportu w przypadku podróży długodystansowych, a jeśli większa część podróży odbywa się pociągiem niż samochodem, można osiągnąć znaczne oszczędności energii bez utraty przebiegu. W pełni elektryczny pociąg może przewozić ludzi zużywając 40 razy mniej energii na jednego pasażera niż samochód osobowy. Inne środki transportu mogą również zmniejszyć zapotrzebowanie na energię w transporcie. Na przykład w Holandii około 20% wszystkich pokonywanych odległości odbywa się na rowerze, w porównaniu do zaledwie 1% w Wielkiej Brytanii.”

Stąd zapewne szczególny nacisk w projekcie rodzimego CPK położono, póki co, tylko na tak zwany komponent kolejowy i budowanie/modernizowanie sieci tego typu połączeń (słynne szprychy). A, skoro szprychy i koła, to szykujmy rowery. Jednak, słysząc o podejmowanych właśnie próbach połączenia spółki CPK z państwowym przedsiębiorstwem PPL, odpowiedzialnym za porty lotnicze w Polsce, obawiam się całkiem poważnie o to, że pozostanie nam niedługo tylko koło i szprychy, do tego bez piasty.

A to już: 

„Lot i transport

Samoloty elektryczne są w fazie rozwoju, ale jest to trudne: ograniczone tempo poprawy sprawności ogniw słonecznych pokazane na rys. (…) sugeruje, że energia słoneczna nigdy nie będzie wystarczająca dla wielopasażerskich lotów komercyjnych. W międzyczasie musimy jeszcze znaleźć wystarczający przełom w rozwoju baterii, aby przewidzieć wystarczającą ilość lekkich akumulatorów. Najbardziej obiecującą drogą wydaje się być syntetyczne paliwo lotnicze, które będzie miało znaczenie dopiero po znacznym zwiększeniu produkcji energii elektrycznej bez emisji.

Dekarbonizacja żeglugi jest trudna przy zastosowaniu obecnych technologii. Chociaż żeglugę na krótkich dystansach można zelektryfikować za pomocą silników zasilanych bateriami, to żegluga na długich dystansach wymaga procesu spalania. Napęd jądrowy statków stanowi realną alternatywę dla obecnej żeglugi długodystansowej i jest już stosowany, choć prawie wyłącznie w statkach wojskowych. Niektórzy operatorzy komercyjni badają obecnie możliwość dodania żagli do statków konwencjonalnych w celu zmniejszenia ich zapotrzebowania na olej napędowy.”

Proponowany przez planistów powrót do wykorzystania żagli, jako napędu w statkach, jest moim zdaniem wisienką na torcie, ale przed jej położeniem, nastąpiła zapewne wyrafinowana burza mózgów, w wyniku której, pod wisienką postawili kremowego kleksa, w którym czytamy, na stronie 40:

„Praca i lokalizacja

Istnieją dwie kluczowe implikacje dla naszego życia: po pierwsze, budynki staną się znacznie droższe, ponieważ ograniczenia dotyczące budownictwa generują znaczne niedobory; po drugie, transport stanie się znacznie droższy, ponieważ ograniczenia dotyczące podróży lotniczych wygenerują nadmierny popyt na inne formy transportu. Przez kosztowny rozumiemy bezpośrednie koszty dla jednostki lub firmy, ale także koszty pośrednie w postaci obniżonej jakości. Spodziewamy się, że te dwie istotne zmiany doprowadzą do presji na ilość przestrzeni, którą wykorzystuje jedna osoba, a także na miejsce zamieszkania i pracy. Wskazuje to na zwiększoną centralizację, z rozwojem miast.”

Czyli wszystko na nic, znowu kamieni kupa, bo te budynki droższe będą, wbrew oczekiwaniom młodych inżynierów (po szkołach zarządzania), a i transport stanie się droższy, zarówno dla jednostek, jak i dla firm, a mało tego, dojdą koszty w postaci obniżonej jakości! Ale, wszystko rozwiąże się znaną nam już przecież doskonale centralizacją i rozwojem miast. Problem w tym, że ogólny, obecny trend jest dokładnie przeciwny. Ale, kto by się przejmował przejściowymi trudnościami. Dobrze będzie. 

A, jeśli idzie o zero absolutne, to przypominam, że temperatura zera bezwzględnego jest tylko teoretyczną granicą, do jakiej można ochłodzić układ termodynamiczny. Zero symbolizuje także nicość i brak.

Łącząc tok myślenia historycznego z matematycznym, podpowiem, że podobnie, jak wszystkie wcześniejsze dyktatury, ta również kiedyś się skończy. To jest zdarzenie, które musi zajść, czyli tak zwane zdarzenie pewne. Formalnie, jest ono zdarzeniem przeciwnym do zdarzenia niemożliwego, czyli wybudowania czegoś z niczego, dla nikogo, przez dyletantów, czyli zera absolutne. Równolegle – bezwzględne.

(wytłuszczenia w cytowanych dokumentach, poczynione kursywą – moje – smk)

Sławomir M. Kozak, Gazeta Finansowa, 12-25 sierpnia 2022 r.

CENZURA WIECZNIE ŻYWA

Sławomir M. Kozak https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/cenzura-wiecznie-zywa,p897825321

2022-08-12

CENZURA WIECZNIE ŻYWA

Sierpień, to miesiąc, w którym toczymy gorące dyskusje na temat Powstania Warszawskiego. Na ogół, wcześniej, czy później, w tych rozmowach dochodzimy do kwestii zdrady, jakiej dopuścili się wobec Polski, nasi ówcześni alianci. Do konferencji teherańskiej przede wszystkim, jako tej, podczas której przesądzono losy Polski, już na przełomie listopada i  grudnia 1943 roku, na wiele miesięcy przed wybuchem Powstania. Późniejsze, jałtańska i poczdamska, przypieczętowały tylko ustalenia wcześniejsze. Jednak, mało kto sięga dalej wstecz, do tzw. Konferencji w Quebecu, na którą nie przybył Stalin, ale już był zaproszony przez jej inicjatorów. Konferencja była oczywiście ściśle tajna, nosiła kryptonim „Quadrant” i odbyła się w dniach 17-24 sierpnia 1943, czyli prawie na rok przed zrywem w Warszawie. Teoretycznie zorganizowali ją przywódcy Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i Kanady, ale kanadyjski premier William Mackenzie King, był tylko gospodarzem, zapewniał miejsce i kwestie techniczne, a do rozmów nie został nawet włączony, bo przecież Kanada nie była nigdy równoprawnym partnerem dla Churchilla i Roosevelta. Już wówczas, powojenne losy świata kreśliła wielka trójka, pomimo formalnej nieobecności na tym sabacie przywódcy Związku Sowieckiego. To wtedy dopinano szczegóły dotyczące inwazji na Francję, czyli operacji Overlord, usunięcia Włoch z sojuszu państw Osi i zajęcia ich wraz z Korsyką, omawiano plany współpracy w budowie bomby atomowej, ale też kwestię posunięć wobec Japonii. O tym wszystkim możemy przeczytać w Wikipedii, choć pomiędzy angielską wersją hasła „Konferencja w Quebecu”, a polską, istnieje pewna różnica. W naszej wersji językowej pominięto jeden istotny fragment.

„Zdecydowano, że operacje na Bałkanach powinny być ograniczone do zaopatrywania partyzantów, natomiast operacje przeciwko Japonii zostaną zintensyfikowane w celu wyczerpania zasobów japońskich, przecięcia ich linii komunikacyjnych i zabezpieczenia baz wypadowych, z których można by zaatakować kontynent japoński. 

Oprócz dyskusji strategicznych, o których poinformowano Związek Sowiecki i Czang Kaj-Szeka w Chinach, konferencja wydała również wspólne oświadczenie w sprawie Palestyny, mające na celu uspokojenie napięć, gdyż okupacja brytyjska stawała się coraz trudniejsza do utrzymania. Konferencja potępiła również niemieckie okrucieństwa w Polsce”. (tłum. smk).

Dlaczego akurat jedyne zdanie, w którym podniesiono kwestię naszego kraju, zostało pominięte w polskiej wersji językowej, nie wiemy. Żadne logiczne wytłumaczenie, poza konsekwentnym wypychaniem ze świadomości Polaków, nazwanego po imieniu niemieckiego ludobójstwa na naszym narodzie, nie przychodzi do głowy. To pokazuje wiarygodność tego źródła (dez)informacji. Z tego powodu, w swoich felietonach i książkach, częściej sięgam do zasobów anglojęzycznych, bo choć one również skażone są cenzurą politycznej poprawności, to nadal na mniejszą skalę. Brytyjczycy nie obawiają się mimo wszystko pisać, że prowadzili okupację Palestyny, która stawała się „coraz trudniejsza”, choć oczywiście takie stwierdzenie pojawiło się tylko dlatego, by umacniać odbiorców w przekonaniu o nieuchronności, mającego  nastąpić 5 lat później, powstania państwa Izrael. Ale, dobra psu i mucha! Polskiemu czytelnikowi taka wiedza nie jest do niczego potrzebna, a wręcz mogłaby zaważyć na formowaniu niewygodnej opinii na temat naszego sojusznika. I to tego, który coraz poważniej myśli o wejściu w buty wuja Sama na podwórku europejskim.

Oczywiście, wycięty urywek wskazuje na jeszcze kilka innych, istotnych elementów. Przede wszystkim, na podjętą już wówczas decyzję o nieangażowaniu się poważnie w działania na Bałkanach, gwarantując Stalinowi swobodny marsz na zachód bez obaw o zajęcie Europy przez aliantów od jej miękkiego podbrzusza, czyli strony południowej. Pokazuje też kontynuację silnej współpracy z Chinami, które Amerykanie poważnie wspierali finansowo i militarnie jeszcze przed wybuchem wojny japońsko-chińskiej, co nadal pozostaje tematem tabu, bo podcina utrzymywaną od ponad 80 lat bajkę dla naiwnych o niespodziewanym, niesprowokowanym ataku na Pearl Harbor.

Tymczasem, już 23 czerwca 1941 r., Sekretarz Departamentu Zasobów Wewnętrznych USA, Harold L. Ickes pisał do Roosevelta, że „nigdy nie będzie tak dobrego momentu na zablokowanie transportów ropy do Japonii jak teraz. . . . Z embarga na ropę może powstać sytuacja, która sprawi, że nie tylko możliwe, ale i łatwe będzie skuteczne włączenie się do tej wojny. A gdybyśmy w ten sposób pośrednio zostali do niej wciągnięci, uniknęlibyśmy krytyki, że weszliśmy do niej, jako sojusznik komunistycznej Rosji.” (tłum. smk).

Ten współtwórca tzw. Nowego Ładu pisał tak nie bez przyczyny, albowiem zaledwie dzień wcześniej Niemcy z sojusznikami uruchomiły Operację Barbarossa, czyli atak na Związek Sowiecki. Ickes realizował tym samym sugestie  komandora Arthura McColluma z wywiadu Marynarki Wojennej, w którego planie prowokacji przeciwko Japonii, jeden z punktów zakładał „całkowite embargo na handel USA z Japonią, we współpracy z podobnym embargiem nałożonym przez Imperium Brytyjskie” i podkreślał, że „jeśli za pomocą tych środków można skłonić Japonię do popełnienia jawnego aktu wojny, tym lepiej”.[1] (tłum. smk).

Jak widzimy, z tak krótkiego fragmentu tekstu, którego zabrakło w polskojęzycznej wersji internetowej encyklopedii, bardzo wiele można wywnioskować. Między innymi o daleko posuniętej naiwności tych wszystkich, którzy wierzyli w gwarancje składane nam przez naszych sojuszników. Jeszcze na rok przed wybuchem Powstania. A, zainteresowanych niezwykle ciekawym  rozdziałem historii stosunków amerykańsko-brytyjsko-japońskich, zachęcam do sięgnięcia po moją najnowszą książkę, „Requiem dla Amelii Earhart”, która pojawi się w Polskiej Księgarni Narodowej w drugiej połowie sierpnia.

Sławomir M. Kozak, Warszawska Gazeta nr 31/2022


[1] „Day of Deceit: The Truth about FDR and Pearl Harbor”, Robert Stinnett, Touchstone, 2000.

JEDNOSTKA 731

  Sławomir M. Kozak www.oficyna-aurora.pl https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/jednostka-731,p469912724

Od dwóch lat zmagamy się z diabelskim wirusem, który rzucił się na ludzkość. Nie zamierzam debatować w tym miejscu nad tym, czy jego objawienie było zaaranżowane przez międzynarodową szajkę komiwojażerów handlujących eksperymentalnymi preparatami, strzykawkami, respiratorami, maseczkami, płynami do dezynfekcji itp. Nie będę też dywagował nad tym, czy wirus uwolnił się samoczynnie z jakiegokolwiek laboratorium, czy ktoś mu z niego utorował drogę na świat. Próbom odpowiedzi na tego typu pytania poświęciłem książkę 

„Covidowe Jeże”.

Dziś natomiast, chciałbym przypomnieć tylko, że biologiczne ataki na nieświadomych niczego ludzi, miały miejsce od stuleci, poczynając od zatruwania ospą strumieni jeszcze przed naszą erą, studni z wodą w czasach starożytnych, rozdawanie Indianom skażonych koców przez amerykańską armię w 1763 r., uwolnienie śmiertelnego sarinu w tokijskim metrze w roku 1995, czy wysyłanie listów z wąglikiem do republikańskich senatorów krótko przed wprowadzeniem ustawy Patriot Act w roku 2001.

To wszystko są fakty, które większość zna. Wiemy też z książek wydawanych na zachodzie przez rosyjskich dysydentów, którym udało się wydostać zza żelaznej kurtyny, o biologicznych laboratoriach ZSRR z czasów tak zwanej zimnej wojny, a ze współczesnych portali internetowych, o podobnych ośrodkach chińskich, a także rozsianych po całym świecie, amerykańskich. Z opracowań historycznych dowiadujemy się też wiele o zabójczym iperycie z czasów I Wojny Światowej, jak i o biologicznych doświadczeniach niemieckich „naukowców” przeprowadzanych na więźniach obozów koncentracyjnych w latach II Wojny Światowej.

Jednak, w ogóle lub w bardzo małym stopniu, mówi się o bestialskich eksperymentach, które na ludności kilkunastu krajów azjatyckich, prowadziła na przełomie lat 30 i 40 XX w., armia japońska. 

Jednostka 731, dorównująca wielkością niemieckiemu obozowi śmierci Auschwitz-Birkenau, mieściła się w Pingfang w Mandżurii. W kompleksie Pingfang mieściły się budynki administracyjne, laboratoria, koszary, budynek do przeprowadzania autopsji i więzienie. W trzech ogromnych piecach palono zwłoki pomordowanych ludzi. W mniejszym obozie  Mukden, w Mandżurii, trzymano amerykańskich, brytyjskich, australijskich i nowozelandzkich jeńców wojennych.  Tam również przeprowadzano ohydne eksperymenty na ludziach. Pod pozorem szczepionek mających chronić przed chorobami zakaźnymi, jeńcom wojennym podawano trucizny. Całością dowodził major 

Ishii Shiro, uznany mikrobiolog. Więźniów infekowano wąglikiem i nosacizną. Zarażone dżumą pchły zwabione z myszy były wykorzystywane do produkcji bakterii, które wstrzykiwano więźniom. W specjalnej komorze poddawano ich działaniu silnie trującego fosgenu, zabijano zastrzykami cyjanku potasu, rażono prądem.

Szczególną uwagę poświęcano odmrożeniom, które znacząco obniżały efektywność wojsk w czasie ostrych, mandżurskich zim, stąd więźniowie byli poddawani działaniu ujemnych temperatur, a potem próbowano różnych technik „odmrażania”. Więźniom wstrzykiwano powietrze, jak również koński mocz do nerek, do pożywienia dodawano bakterie cholery, heroinę, nasiona oleju rycynowego.

Jednostka 731 prowadziła również eksperymenty prowadzące do udarów i zawałów serca, a także dokonywała aborcji. Jeden z wydziałów jednostki był ukierunkowany na dyzenterię. W wyniku nieludzkich działań Jednostki 731 zmarło blisko 10 000 osób.

Doświadczenia zdobyte na jeńcach wykorzystywano podczas działań wojennych, między innymi przeciw armii Chin. Na bazie swych zbrodniczych badań, późniejszy generał Ishii opatentował ponad 200 wynalazków i opublikował wiele opracowań naukowych, co pozwoliło mu wieść dostatnie życie, aż do śmierci spowodowanej nowotworem, w roku 1959.

O jednostce 731 napisał wnikliwą książkę prof. Sheldon H. Harris, zatytułowaną 

„Factories of Death”. Została wydana przez Routledge w Londynie w roku 1995.

Wiele osób zaangażowanych w japońskie eksperymenty odniosło sukces po wojnie.  Wielu z nich znalazło zatrudnienie na uniwersyteckich etatach w dziedzinie medycyny. Jeden stanął na czele wiodącej japońskiej firmy farmaceutycznej. Inni działali na prestiżowych stanowiskach,  od prezesa Japońskiego Stowarzyszenia Medycznego, po wiceprezesa renomowanej korporacji Green Cross.  

W latach powojennych Amerykanie, będąc w posiadaniu relacji składanych przez jeńców, którzy zdołali przeżyć, starali się zrobić wszystko, żeby dokumentacji japońskiego zbrodniarza nie przejęli naukowcy sowieccy. Oba rządy porozumiały się szybko w tej kwestii. W 1948 roku wszystkim członkom jednostki Ishii’ego zaoferowano immunitet w zamian za dane i współpracę z rządem amerykańskim. Prokuratorom oskarżającym w Tokio w procesach o zbrodnie wojenne, nakazano by nie poruszali tego wątku. Alianckich jeńców wojennych zaprzysiężono, by zachowali tajemnicę.

Milczenie trwało przez blisko 40 lat, do roku 1986, kiedy sprawa po raz pierwszy ujrzała światło dzienne w USA. Podkomisja Izby Reprezentantów dowiedziała się wtedy, że akta i dokumenty dostarczone rządowi amerykańskiemu przez Ishii’ego, zostały w latach 50. … zwrócone Japonii i rzekomo nie zrobiono żadnych kopii. Spośród ocalałych 200 jeńców, do przesłuchania, które trwało zaledwie pół dnia, dopuszczono jednego.

Dwa lata wcześniej na trop jednostki, zupełnym przypadkiem trafił młody człowiek. Dzielnica Kanda, na obrzeżach Tokio, jest pełna antykwariatów, odwiedzanych przez studentów uniwersyteckich. W 1984 roku student medycyny przeglądający pudło starych, porzuconych papierów, należących do byłego oficera japońskiej armii, odkrył istnienie Jednostki 731. Dokumenty ujawniały szczegółowe raporty medyczne na temat osób cierpiących na tężec, zakaźną i zazwyczaj śmiertelną chorobę. Co było bardzo dziwne, raporty te szczegółowo opisywały jej początek i cały przebieg, aż do śmierci chorego. W ten przypadkowy sposób świat dowiedział się o japońskich zbrodniach. Ishii, uznawany za „ojca japońskiego programu broni biologicznej” był jej wielkim zwolennikiem, twierdząc jeszcze u zarania swej drogi, że musi ona być wysoce skuteczna, bo inaczej „nie zostałaby zdelegalizowana przez Ligę Narodów”. Musiał był niezwykle przekonujący, skoro uzyskał poparcie i ogromne środki na swoje działania od ministra wojny. Po raz kolejny w historii, jeden zdegenerowany osobnik zamienił życie tysięcy ludzi w koszmar.

I nic niestety nie wskazuje na to, by ludzkość wyciągała z tego wnioski na przyszłość.

Felieton ukazał się w 29 numerze Warszawskiej Gazety

SMUGI NA NIEBIE – chemtrails – to dla dobra Ludzkości…

Sławomir M. Kozak https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/smugi-na-niebie,p193830844

SMUGI NA NIEBIE

Dopóki byłem czynnym kontrolerem ruchu lotniczego, nie pisałem o jednym z najbardziej kontrowersyjnych tematów, jakim jest kwestia tzw. contrails/chemtrails, czyli o tym, czym naprawdę są regularnie już pojawiające się smugi nad naszymi głowami. Nikt, co prawda, nigdy nie informował mnie formalnie o tym zjawisku, a co za tym idzie, nie wymagał ode mnie zachowywania w tej sprawie milczenia. Niemniej jednak, opisując to, co dzieje się na polskim niebie, czułbym się, jak lekarz w dobie pandemii, który rozpoczynając o niej dyskusję, musi opowiedzieć się po którejś ze stron. Dlatego starałem się dobrze korzystać z okazji, jaką była możliwość nie angażowania się w spór o to, czy smugi są zjawiskiem bardziej fizycznym, czy chemicznym. Pozbawiony tego wewnętrznego hamulca, obiecałem sobie, że w niedługim czasie pochylę się nad tym zagadnieniem, wydając książkę traktującą między innymi o zagadnieniach związanych z modyfikacją pogody na masową skalę.

Zanim jednak do tego dojdzie, przytoczę wpis, jaki pojawił się na początku czerwca br., na portalu Natural News.

„Podczas strategicznie zaplanowanego ‘stanu wyjątkowego’ Covid-19, Organizacja Narodów Zjednoczonych (ONZ) upoważniła rząd Hiszpanii do rozpylania z nieba śmiercionośnych smug chemicznych. 16 kwietnia 2020 r. rząd hiszpański po cichu przyznał, że upoważnił wojsko do rozpylenia biocydów na całą populację. (…) eksperyment medyczny został przeprowadzony pod przykrywką ‘stanu wyjątkowego w celu zarządzania sytuacją kryzysową w zakresie zdrowia spowodowaną przez Covid-19’. Ten desperacki, ale dobrze opracowany plan narusza wiele zapisów Kodeksu Norymberskiego – traktatu o prawach człowieka i etyce medycznej, który nie jest w żaden sposób egzekwowany. Bio-bójcza operacja chemtrail została przeprowadzona na mocy Dekretu Królewskiego 463/2020 z 14 marca, który umożliwił Ministrowi Zdrowia podjęcie ‘szeregu działań mających na celu ochronę dobrobytu, zdrowia i bezpieczeństwa obywateli oraz powstrzymanie postępu choroby i wzmocnienie systemu zdrowia publicznego’.

Dekret Królewski 463/2020 umożliwia Ministrowi Zdrowia ‘dyktowanie zarządzeń, uchwał, postanowień i instrukcji interpretacyjnych, które, w zakresie jego działania jako organu delegowanego, są niezbędne do zagwarantowania świadczenia wszelkich usług, zwykłych lub nadzwyczajnych, w celu ochrony osób, dóbr i miejsc, poprzez przyjęcie wszelkich środków przewidzianych w artykule jedenastym Ustawy Organicznej 4/1981, z 1 czerwca, o stanach alarmowych i wyjątkowych (…)’. Globaliści, tacy jak Bill Gates, próbują również wykorzystać państwa, jako poligony doświadczalne dla projektów chemtrail, które mają na celu zaciemnianie słońca. Te geoinżynieryjne projekty zostały zaproponowane, jako rozwiązania dla ‘zmian klimatycznych’. Projekt Billa Gates’a został uznany przez międzynarodowych naukowców za nieetyczny. Programy te mają negatywny wpływ na pogodę, rolnictwo, ekosystemy, jakość powietrza, zdrowie ludzi oraz bezpieczeństwo żywności i wody, a także naruszają prawa człowieka. Kto jest właścicielem nieba i kto poniesie odpowiedzialność za eksperymenty na ludziach bez ich zgody?”

W rozporządzeniu nr 4492, przytoczonym przez gazetę, czytamy m.in.:

Zarządzenie SND/351/2020 z dnia 16 kwietnia zezwalające jednostkom NBC (Nuklearne, Biologiczne i Chemiczne – przyp. smk) Sił Zbrojnych oraz Wojskowej Jednostce Ratowniczej na stosowanie biocydów dopuszczonych przez Ministerstwo Zdrowia w pracach dezynfekcyjnych w związku z kryzysem zdrowotnym wywołanym przez COVID-19.

Aby skutecznie wdrożyć te środki, właściwe organy delegowane mogą zażądać działania sił zbrojnych, zgodnie z postanowieniami artykułu 15.3 Ustawy organicznej 5/2005 z 17 listopada o obronie narodowej.

Do najskuteczniejszych technik dezynfekcji należy stosowanie środków powietrznych, ponieważ wykorzystują one techniki nebulizacji, termo-nebulizacji i mikro-nebulizacji, dzięki czemu szybko docierają do wszystkich powierzchni, unikając uzależnienia od aplikacji ręcznej, która jest wolniejsza i czasami nie dociera do wszystkich powierzchni, ponieważ istnieją przeszkody uniemożliwiające dotarcie do nich. Jednostki obrony Sił Zbrojnych NBC oraz Wojskowa Jednostka Ratownicza UME mają do dyspozycji personel, materiały, procedury i niezbędny sprzęt”. (tłum. smk).

Wspomniane w tekście biocydy, to związki syntetyczne lub pochodzenia naturalnego stosowane do zwalczania, jak podaje Wikipedia „szkodliwych organizmów w rolnictwie, leśnictwie i przechowalnictwie. Do biocydów należą również chemiczne substancje czynne przenikające ze ścieków przemysłowych do organizmów. Większość biocydów niszczy także pożyteczne organizmy oraz wywołuje niekorzystne zmiany w składzie mikroorganizmów”. Samo słowo „biocydy”, pochodzi od greckiego bios, oznaczającego „życie” i łacińskiego cida, od caedere, czyli „zabijać”.

Z kolei – nebulizacja jest rodzajem zabiegu medycznego, który polega na podawaniu pacjentowi płynnych leków w postaci aerozolu.

O całej sprawie pisał już w marcu tego roku portal Coldwellian Times, w artykule zatytułowanym „Hiszpańska Agencja Meteorologiczna przyznała, że Hiszpania jest spryskiwana dwutlenkiem ołowiu, jodkiem srebra i diatomitem”.

Diatomit, to skała osadowa składająca się ze skamieniałych szczątków szkieletowych, jednokomórkowych alg wodnych, zwanych okrzemkami. Ta unikalna forma krzemionki ma skomplikowaną strukturę plastra miodu, usianą tysiącami maleńkich otworów o średnicy od kilku mikronów do submikronów. Takiej struktury nie ma żadne inne źródło krzemionki, ani wydobywane, ani wytwarzane sztucznie. Po zmieleniu, w wyniku tej różnorodności kształtów powstaje proszek o bardzo niskiej gęstości, znany jako „ziemia okrzemkowa”, który ma doskonałe właściwości absorpcyjne, cenione w zastosowaniach rolniczych, plastycznych, kosmetycznych i farmaceutycznych.

Dwutlenek ołowiu jest z kolei silnym utleniaczem stosowanym w produkcji zapałek, materiałów pirotechnicznych, barwników i innych chemikaliów. Ma również kilka ważnych zastosowań elektrochemicznych.

Jodek srebra od dawna wykorzystywano do wywoływania deszczu i zmian klimatu, pomimo tego, że po rozpuszczeniu w wodzie jest toksyczny dla ludzi, zwierząt i roślin, a jego działanie nie wykazuje długoterminowego wpływu na klimat w rejonie użycia. Jednak, przynosi korzyści krótkoterminowe, na pustynnych obszarach państw arabskich, czy na przykład, dla powodów propagandowych, jak miało to miejsce w Pekinie, w roku 2021 podczas uroczystości stulecia Komunistycznej Partii Chin, kiedy nad placem Tiananmen musiało pojawić się słońce. Zresztą, Chiny, podobnie jak Stany Zjednoczone, rozszerzają swe możliwości w zakresie modyfikowania pogody, a do roku 2025 planują je stosować na terenach o powierzchni przewyższającej areał Indii.

Jak widzimy, obawy wielu osób, nazywanych przez „młodych, wykształconych, z wielkich miast” szurami lub oszołomami, nie były pozbawione podstaw.

13 marca 2020 r. „pandemia” objawiła się w Europie, a już nazajutrz hiszpański minister zdrowia, Salvador Illa zdołał zebrać dane, przeanalizować je i wydać zarządzenie o stosowaniu oprysków na szeroką skalę. Oczywiście, by chronić społeczeństwo, któremu miał służyć.

Nawiasem mówiąc, to wybitny ekspert, podobnie, jak jego koledzy „po fachu” w całej Europie. Ukończył filozofię oraz zdobył magisterium z ekonomii i zarządzania w szkole dla menedżerów IESE, o której Wiki pisze, że jest jedną z najlepszych szkół biznesu na świecie. Ma zresztą swój oddział w Warszawie. Ponoć i Niemcy przyznali się ostatnio do stosowania podobnych środków „walki z pandemią”. Coraz bliżej, a przecież i u nas nie brakuje wybitnych menedżerów i biznesmenów. Póki co, za bezpardonową walkę z Covid-19, aresztowano tylko ministra zdrowia dalekiej Kirgizji, ale bądźmy dobrej myśli.

Felieton ukazał się w 26 numerze Warszawskiej Gazety

„TOP GUN” PO LATACH

  Sławomir M. Kozak www.oficyna-aurora.pl 2022-06-17 https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/top-gun-po-latach,p267409129

Kiedy 35 lat temu rozpoczynałem swoją życiową przygodę z lotnictwem, na ekrany światowych kin, wchodził film „Top Gun”, który stał się szybko prawdziwym hitem. W Polsce zrobił furorę, rozprowadzany w ogromnych ilościach na kasetach VHS, albowiem to właśnie schyłek lat 80. XX w. był czasem rozkwitu popularności magnetowidów.

W trakcie nauki w Ośrodku Szkolenia Kontroli Ruchu Lotniczego, oglądaliśmy go z kolegami z zapartym tchem, w oryginalnej wersji dźwiękowej, mając w założeniu osłuchiwać się z językiem angielskim i specyficznym żargonem. Film opowiadał o szkole lotniczej Miramar w Stanach Zjednoczonych, nazywanej 

Top Gun i przeżyciach uczących się w niej pilotów marynarki wojennej. Wartka akcja, wpadająca w ucho muzyka w modnym wówczas stylu teledyskowym i doskonałe zdjęcia, sprawiły, że film okrzyknięto mianem kultowego, i przez lata, żaden inny produkt Hollywood nie odebrał mu palmy pierwszeństwa w tym gatunku kinematografii. To właśnie ten film wyniósł na szczyty międzynarodowej sławy aktora Toma Cruise, grającego w nim pilota myśliwca F14 Tomcat. Nikt z nas nie widział w nim jeszcze gwiazdora, którym wtedy zaczynał się stawać. Przez wszystkie lata kariery pozostawał w kręgu zainteresowania mediów, które rozpisywały się nie tylko o jego dokonaniach zawodowych, ale też o życiu prywatnym.

Nie mieli z tym kłopotu, ponieważ Cruise dostarczał dziennikarzom tematów z dużą determinacją, stając się główną twarzą tzw. kościoła scjentologicznego, który reklamował zachęcając przede wszystkim świat aktorski do przekazywania scjentologom procentu od dochodów obiecując, że w zamian zdobędą moce, które wyniosą ich kariery w kosmos popularności. Niewątpliwie, aktor przyciąga do kin mnóstwo widzów, od kilku już dekad. Takie tytuły, jak „Ostatni samuraj”, „Wojna światów”, „Walkiria”, czy kolejne części „Mission Impossible”, ugruntowały jego silną pozycję na rynku. Jego sprawność fizyczna i niechęć do korzystania z pomocy kaskaderów, działają na ludzi, niczym magnes. Nieustannie na szczycie, wiecznie młody i bogaty, z pewnością przysporzył swym promotorom wielu wyznawców, choć jego aktywność na tym polu była tak natrętna, że z czasem zniechęcił do siebie sporą grupę koleżanek i kolegów po fachu. Być może była to zwykła zazdrość środowiska nie mogącego wybaczyć mu, bądź to majątku wycenianego na 600 mln dolarów, bądź to atrakcyjnych partnerek, którymi zwykł się otaczać, a przypomnijmy, iż do dziś zdążył się ożenić i rozwieść trzykrotnie. W Hollywood nikogo to nie razi, choć pojawiały się pogłoski, że to małżeństwa fikcyjne, będące przykrywką dla jego rzeczywistej orientacji seksualnej, o której całkiem głośno w kulisach. Otwarcie mówi się bowiem, że doborem jego małżonek zajmował się osobiście lider tego „kościoła”, który ponoć nie tylko zobowiązuje swych wyznawców do dożywotniej wierności i regularnego zasilania skarbca, ale posuwa się do aktów upokorzeń wobec nich, czy nawet zmuszania fanek do aborcji, a sam ruch znalazł się na celowniku FBI w związku z podejrzeniami o handel ludźmi.

Tom Cruise, w związku z próbami pozyskiwania dla sekty francuskich polityków, został podobno okrzyknięty „bojownikiem organizacji” przez władze Paryża, które ogłosiły, iż nie będzie przez nie mile widziany w tym mieście. Nawiasem mówiąc, Francja nie uznaje tego kościoła za religię, stąd Cruise fatalnie trafił zabiegając niegdyś o spotkanie z premierem Nicolasem Sarkozym w czasie, gdy wielu członków sekty, m.in. jej założyciel Ron Hubbard, zostało skazanych za oszustwa i nakłanianie do samobójstwa. Jeśli zlewaczała i sprotestantyzowana Francja posunęła się do takiego gestu, to sprawa musiała być poważna.

Niemniej jednak, poza tym wszystkim, chciałbym zwrócić uwagę na element w zasadzie niezauważany, a będący moim zdaniem rzeczywistym motorem napędowym sukcesu aktora, jakim była amerykańska armia. Pod koniec lat 80 ubiegłego wieku, kiedy żelazna kurtyna formalnie opadała z głuchym łoskotem, chętnych do wojskowego życia w Stanach nie było. Młodych ludzi należało w jakiś sposób zachęcić do poświęcenia dla ojczyzny, mimo braku oficjalnego wroga. „Top Gun” spełnił swoją misję wyśmienicie. Do armii ruszyły rzesze młodzieży chcącej utożsamiać się z przystojnym i odważnym Maverickiem. A do tego, pilotem! Punkty werbunkowe lokalizowano obok kin. Ilość zgłoszeń do US Navy, przy której pomocy film powstał, jak opisywał to producent John Davis, wzrosła o 500%.

Młodzież ta nie miała jeszcze pojęcia o tym, że trzy lata później rozpocznie się wojna w Zatoce Perskiej, a wkrótce kolejne. Od „Pustynnej Tarczy” począwszy, przez „Pustynną Burzę”, „Nagły Grom” i wszystkie pozostałe misje „pokojowe i stabilizacyjne”. Ale Pentagon wiedział przecież doskonale. Później było jeszcze gorzej, bo we wrześniu 2001 roku, amerykańscy myśliwcy nie mieli okazji popisać się umiejętnościami na własnym niebie i ten blamaż ciążył dowództwu niczym kamień u szyi, przez kolejne dwie dekady.

Tak zrujnowany wizerunek trudno odbudować. Niezbędne są wielomilionowe nakłady i skuteczna propaganda.

I tu znowu wątek osobisty. W roku 2020, kiedy z czynną pracą w lotnictwie się rozstawałem, widzowie wyczekiwali już  na tzw. sequel, czyli obraz zatytułowany „Top Gun: Maverick”, który miał się pojawić w kinach, w czerwcu. Wszystko zaprzepaściła tzw. pandemia i na kontynuację przeboju kasowego przyszło nam czekać dwa lata. Tę, drugą część, podobnie, jak pierwszą, miał reżyserować Tony Scott, noszący się rzekomo z tym zamiarem już 10 lat temu. Ponoć, na dzień przed spotkaniem w tej sprawie z Tomem Cruise, popełnił samobójstwo.

Z realizacją pomysłu czekano do roku 2018 i podjął się jej reżyser polskiego pochodzenia, Joseph Kosinski. Film wszedł na ekrany pod koniec maja 2022 roku i z ust tych, którzy zdążyli go obejrzeć, słychać mnóstwo pochwał. Ja też go z chęcią zobaczę i liczę na emocje nie mniejsze, niż ponad trzy dekady temu. Maverick powrócił, tym razem w roli instruktora. Na innym typie samolotu, po przejściach, ale ciągle ten sam. Jak to szybko minęło. „Top Gun”, w swych dwóch odsłonach, stał się klamrą czasową mojego związku z lotnictwem, jakże dla mnie pięknego i ważnego. Wiem jednak, że miał niebagatelny wpływ także na życie (i to dosłownie) tysięcy innych ludzi. Obawiam się więc, że jeśli moja ocena powodu popularności tego obrazu jest trafiona, to w ciągu najbliższych paru lat ponownie odciśnie on swe piętno, nie tylko na miłośnikach kina.

Felieton ukazał się w 24 numerze Warszawskiej Gazety

DIAMENTY NA PUSTYNI



https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/diamenty-na-pustyni,p1237020491

Sławomir M. Kozak www.oficyna-aurora.pl 2022-06-10

Jeszcze w czerwcu ma zapaść wyrok w sprawie Ghislaine Maxwell, długoletniej wspólniczki Jeffreya Epsteina, oskarżonej o handel ludźmi i pomoc w wykorzystywaniu seksualnym nieletnich. O jej procesie i wyczynach jej wspólnika, piszę w ostatniej książce „TerraMar – utopia elit”.

Dziś jednak stawiam pytanie, co łączyło pedofila Jeffreya Epsteina, scjentologów, kwarki, nazistów, bombę atomową, a nawet Trockiego i Kościół Katolicki?

Spieszę wyjaśnić, że zadając je nie liczę na efektowny „lid” na pierwszej stronie tygodnika, chcę tylko zwrócić uwagę na pewną zbieżność. Wszystkie przywołane przeze mnie elementy łączy pewna okoliczność geograficzna. Zaczynając od końca, pomijając fakt, że opisywana tu para ma w swym życiorysie audiencję u papieża Jana Pawła II, jedna z posiadłości przez nią wykorzystywanych do przestępczych czynów, czyli ranczo Zorro w Nowym Meksyku, leży zaledwie 50 mil od Jemez Springs. To jeden, z dwóch ośrodków terapeutycznych w całych Stanach Zjednoczonych, do którego amerykańscy biskupi wysyłali księży oskarżonych o molestowanie seksualne dzieci, począwszy od lat 50 ubiegłego wieku. Przez to miejsce przeszło ponoć kilkuset księży pedofili. Zaledwie połowę tego dystansu, bo niespełna 25 mil, dzieli ranczo Espteina od najstarszej stolicy kolonialnej Ameryki Północnej, jaką jest Santa Fe. To tutaj, na jednej z ulic, funkcjonowała apteka Zook’s, będąca bazą rosyjskich szpiegów, w której, w roku 1940, agenci NKWD, w tym

Ramon Mercader, planowali szczegóły dotyczące zabójstwa Lwa Trockiego. W niej też omawiali detale dotyczące kradzieży tajemnic bomby atomowej z 

Narodowego Laboratorium Los Alamos, odległego od rancza Zorro również o 50 mil.

W r. 1945 na terenach White Sands, w linii prostej znajdującej się 111 mil od byłej już posiadłości Epsteina, zdetonowano pierwszą taką bombę, o kodowej nazwie „Trinity” („Trójca”), którą zbudowali naukowcy w ramach tzw. projektu Manhattan. To na terenach tamtejszych, bezkresnych rancz rozwijał się prężnie przez lata amerykański program kosmiczny, który nie dałby podwalin pod dzisiejsze 

Siły Kosmiczne Stanów Zjednoczonych, gdyby po II Wojnie Światowej, nie ściągnięto w to miejsce tysięcy niemieckich naukowców, najczęściej zresztą pospolitych zbrodniarzy.

To także w Santa Fe, znajduje się uczelnia, którą Epstein wspierał finansowo, łącznie na ponad ćwierć miliona dolarów. Instytut Santa Fe zajmuje się badaniem systemów złożonych, za największy swój sukces uznając osiągnięcia nad tzw. 

sztucznym życiem, a wśród jej pracowników, większość stanowią właśnie naukowcy wywodzący się z Laboratorium Los Alamos. Najważniejszym z nich był, zmarły w 2019 r., profesor 

Murray Gell-Mann, członek Amerykańskiej Akademii Nauk i noblista. Jego nazwisko stało się głośne na całym świecie, kiedy w latach 60 ubiegłego wieku wysunął  hipotezę istnienia

kwarków. Mniej było znane z obecności w prywatnym notesie Epsteina i bliskiej  zażyłości jego właściciela z miłośnikiem nauk wszelakich, który przeżył go o niespełna trzy miesiące.

Zapewne jednak, obaj zdążyli wziąć udział w pierwszym międzyplanetarnym festiwalu, który w czerwcu 2018 r. organizował Instytut Santa Fe, a wśród najważniejszych punktów programu znalazły się m.in. takie tematy, jak – „poszukiwanie życia we wszechświecie”, „systemy inteligentne”, „inżynieria społeczna i ekonomiczna”, „wizualizacja i projektowanie niemożliwego” oraz pytanie końcowe „czy to koniec świata?”.

Na afiszu zapraszającym na to wydarzenie, naukowcy bez skrępowania umieścili „latające talerze”, całkiem więc możliwe, że w ciągu najbliższych paru lat globaliści naprawdę zaczną ludzkości wmawiać, iż zaatakowali nas „obcy”. Zresztą, pierwsze symptomy już pojawiają się w niektórych felietonach, na platformach na razie internetowych, więc trochę się pewnie jeszcze wstydzą wyjść z tym do mediów głównego nurtu. Ale, wszystko przed nami, nie w  takie rzeczy ludzie uwierzą, skoro całkiem spora grupa wyznawców tzw. kościoła technologii duchowej, wyczekuje na powrót swego guru – Rona Hubbarda, założyciela zakonu scjentologicznego, którego duch po przyjęciu nowego ciała udać się ma do 

Bazy Trementina, czyli kompleksu bunkrów leżących 80 mil na północny zachód od rancza Zorro. To w nim ponoć, przechowywane są z niezwykłą dbałością, spisane z namaszczeniem myśli Hubbarda na temat Tytanów, wytrawione na stalowych płytach i leżące w tytanowych pojemnikach, wypełnionych gazem argonowym. A, żeby było mu łatwiej trafić, na meksykańskiej pustyni wyryto logotyp zakonu, dwa zazębiające się okręgi z diamentami wewnątrz, całkiem dobrze widoczne z odpowiedniej wysokości.

Nawiasem mówiąc, Epstein chyba docenił atrakcyjność tego typu znaków na ziemi, bo w r. 2004 uzyskał zezwolenie na budowę niewielkiego odcinka linii kolejowej i postawienie repliki zabytkowego wagonu, z którego można by było podziwiać panoramę El Creston, czyli blisko 5000 piktogramów, pozostawionych tam przez pierwotnych mieszkańców Kotliny Galisteo, ponad 600 lat temu. Nie zdążył. Nowy Meksyk był z pewnością niezwykle przyjazny Epsteinowi. To chyba jedyny stan, który nie zdążył zarejestrować go, zgodnie z pierwszym jeszcze wyrokiem sądu, jako przestępcy seksualnego. Nie jest to szczególnie zaskakujące, skoro gubernator Nowego Meksyku 

Bill Richardson, także przyjaźnił się w Epsteinem, który jego nazwisko z numerem telefonu, skwapliwie zanotował w swej słynnej  „czarnej książeczce”. Warto jeszcze wspomnieć o innej atrakcji regionu, położonej także 50 mil od posiadłości Epsteina, czyli 

Armand Hammer United World College of the American West. Jest to międzynarodowa szkoła z internatem, pobudowana przez sponsora i miłośnika Rosji Sowieckiej, a Lenina szczególnie, czyli 

Armanda Hammera oraz 

księcia Karola.

Brak miejsca nie pozwala rozwinąć tego wątku, ale może kiedyś to dla Państwa nadrobię. Gubernator Richardson, były pracownik administracji Clintona, któremu poświęciłem więcej uwagi w ostatniej książce, jako oskarżanemu przez jedną z ofiar Epsteina, pojawił się w tej szkole raz w życiu, gdy zabiegając o głosy w wyborach, spotkał się tam z królową Jordanii i księciem Grecji. Tak oto, toczy się życie w odległym stanie Nowy Meksyk, wiążąc ze sobą na pozór zupełnie odległe i niezależne byty.

Felieton ukazał się w 23 wydaniu Warszawskiej Gazety

WIODĄCA ROLA PARTII

https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/wiodaca-rola-partii,p1328774393 2022- 06-03 Sławomir M. Kozak

Zadałem sobie właśnie pytanie, jak nam Polakom, minęło ostatnie dwudziestolecie? Rzeczą naturalną dla tropiciela dramatu 11 września 2001 r. w USA i wynikających z niego konsekwencji dla reszty świata, był powrót myślami do ówczesnej decyzji rządu polskiego nakazującej naszemu wojsku solidarne wsparcie sojuszników w walce z afgańskimi talibami. Dziś, mało kto już pamięta, że decyzję tę, na wniosek Rady Ministrów, podjął ówczesny prezydent RP, Aleksander Kwaśniewski, co było ponurym chichotem historii, zważywszy na jego polityczny rodowód, zrośnięty z wcześniejszym o dwie dekady, okupantem Afganistanu. W jej efekcie, od 2002 do 2021 r., jak podaje Wikipedia, „polski kontyngent wojskowy przywracał bezpieczeństwo i odbudowywał Afganistan”. A ja się wówczas obawiałem, że to była zła decyzja. To nie ja miałem jednak rację, skoro wszystkie kolejne rządy, wszelkich partii, przez dwie dziesiątki lat nie poddały jej w wątpliwość. Ani SLD, PSL, UP, Samoobrona, LPR, PO, ani nawet Prawo i Sprawiedliwość, nie zanegowały naszego udziału w wojnie niesprawiedliwej, bo jedyną prawą i sprawiedliwą, jak sądziłem, może być tylko wojna obronna. Małej byłem wiary w wiodącą rolę partii.

WIODĄCA ROLA PARTII

Wpadły mi oto w ręce zapiski, które czyniłem na gorąco, po konferencji z marca 2007 r., pt. „Bezpieczna i szczęśliwa rodzina”. To z kolei, zaledwie 15 lat temu.

„W ubiegłym tygodniu, miała w Polsce miejsce konferencja ogólnopolska, dotycząca rozwoju rodziny. W otwarciu udział brał Premier i Marszałek Sejmu. Premier otwierał konferencję mając za plecami tablicę z logo Prawa i Sprawiedliwości, przy którym widniał napis ‘Dotrzymujemy słowa’. Pod tym napisem pysznił się znaczek z napisem ‘Bezpieczna i szczęśliwa rodzina’.  Premier powiedział, że w naszym kraju, a przede wszystkim w Europie, trwa spór. Spór o rodzinę. Powiedział również, że chcemy podtrzymać rodzinę w jej tradycyjnych funkcjach. Bardzo mnie to ucieszyło, bo pomyślałem, że wreszcie zacznie się coś dziać w tej materii. Bo skoro Premier osobiście wypowiedział te słowa, to znaczy, że odwrotu nie ma.

W chwilę później jednak moja nadzieja wystawiona została na ciężką próbę, bo usłyszałem, że jest to kwestia rozwoju typu kultury, w którym żyjemy, a to mi zabrzmiało, jak wstęp do uchylenia małej furtki, po której przekroczeniu można będzie odrobinę zboczyć z głównej ścieżki. Bo przecież byłem przekonany, że określenie typu kultury, w którym żyjemy, mamy już od dawna za sobą. I są w nim zawarte zdecydowanie, i w sposób dogmatyczny, elementy jego rozwoju. Między innymi, właśnie poprzez wspieranie i rozwój rodziny. Starałem się zagłuszyć wątpliwości, bo pomyślałem, że Premier ma przecież prawo tłumaczyć wszystkim ‘ab ovo’ i wkrótce będzie już tylko lepiej.

Jednak po kilku zaledwie sekundach miałem się przekonać, że coś z tą furtką jest na rzeczy, dowiedziałem się bowiem, iż jest to kwestia trudna – państwo, władza ma na to wpływ dalece ograniczony.  Moja nadzieja i wiara w dobre chęci rządu legły z trzaskiem u mych stóp! Bo skoro władza ma na to wpływ ograniczony, to kto wesprze rodziny polskie? Może znowu wybór padnie na Kościół, ale przecież Kościół Polski miał, o czym zapewniano mnie i moich Rodaków, powołując się na autorytet Papieża Polaka, ewangelizować Europę po naszym do niej triumfalnym ‘wejściu’. Na razie w walce o dusze ‘Europejczyków’ prowadzi Francja, która już zasługuje na miano islamskiej awangardy w Europie. Jak więc nasz Kościół podoła? 

Ale – myślę sobie – może jeszcze nie wszystko stracone? Może Premier ma jakąś wskazówkę? I doczekałem się. Z ust szefa rządu usłyszałem deklarację, może nie tej wagi, co podpisywana właśnie w Berlinie, ale jednak deklarację. Premier powiedział: Chcemy aby polskie państwo, które dotąd tego nie czyniło, zaczęło prowadzić politykę prorodzinną, zaczęło czynnie podtrzymywać polską rodzinę, we wszystkich jej pozytywnych funkcjach, także tej (…) dotyczącej przekazywania życia i wychowania dzieci. Człowiek, okazuje się, uczy się do późnej starości. Byłem święcie dotąd przekonany, że przekazywanie życia i wychowanie dzieci są funkcjami dla rodziny podstawowymi. Okazuje się, że są zaledwie pozytywnymi. Nie dowiedziałem się, jakie są negatywne funkcje rodziny, bo w tej kwestii nie padło już ani jedno słowo. A szkoda …

Że jakieś jednak są, to pewne, bo wkrótce smutek zadźwięczał w kolejnym zdaniu, a furteczka rozwarła się z hukiem na oścież, gdyż: podjęliśmy w tej sprawie wstępne decyzje, niełatwe, bo polityka prorodzinna musi być wpisana w realia, w realia życia państwa, także w realia ekonomiczne. Wkrótce Premier zakończył wystąpienie i oddalił się z konferencji dla innych, ważnych spraw. Myślę, że udał się pożegnać polski kontyngent odlatujący właśnie do Afganistanu lecz mogę się mylić, bo tamtej transmisji już nie miałem okazji obejrzeć. Wszystkie media podały, że w owej grupie są również żołnierze mający za sobą doświadczenie w innych misjach. To dobrze, to znaczy, że jakaś ich część wróci, jeśli oczywiście, obok wyszkolenia będzie im towarzyszyło szczęście. Czy będzie im towarzyszył Bóg? Tego nie wiem, dlatego piszę tylko o szczęściu. Bo jeśli kilku z nich zabraknie tego szczęścia, to parę rodzin trudno będzie podtrzymać (…) w jej tradycyjnych funkcjach. Bo dotrzymujemy słowa. Tylko komu? Szkoda, że polityka prorodzinna wpisana być musi w takie realia ekonomiczne, które każą żołnierzom Wojska Polskiego zabijać za pieniądze w obcym kraju. Lub, dać się dla nich zabić”.

Dziś, po zakończeniu misji afgańskiej, wiemy, że nie wróciło z niej do kraju 43 naszych żołnierzy, a 200 odniosło rany. Przypomnę też urywki polskiego tekstu, przygotowanego na uroczystość wspomnianej tu deklaracji berlińskiej (aktu unijnego z okazji 50. rocznicy podpisania traktatów rzymskich, ustanawiających Wspólnotę Europejską), którą zresztą skrytykował wówczas papież Benedykt XVI, za brak w niej odwołania do chrześcijaństwa.

My, obywatele Unii Europejskiej, jesteśmy zjednoczeni – ku naszej radości (w oryginalnym, niemieckim języku dokumentu, słowo „radość” określono mianem „szczęścia” – przyp. smk). (…) W Unii Europejskiej urzeczywistniamy nasze wspólne ideały: centralnym punktem odniesienia dla naszych wartości jest człowiek. Jego godność jest nienaruszalna. Jego prawa są niezbywalne. (…) Pragniemy pokoju i wolności,  demokracji i praworządności, wzajemnego szacunku i wzajemnej odpowiedzialności, dobrobytu i bezpieczeństwa, tolerancji i zaangażowania, sprawiedliwości i solidarności. (…) Opowiadamy się za pokojowym rozwiązywaniem konfliktów na świecie, aby ludzie nie byli ofiarami wojen, terroryzmu i przemocy. Unia Europejska chce wspierać w świecie wolność i rozwój. Chcemy przeciwstawiać się biedzie, głodowi i chorobom. W działaniach tych pragniemy nadal odgrywać wiodącą rolę”.

Chyba nadal pozostałem człowiekiem małej wiary. Wątpię bowiem, czy udało się nam zrealizować cokolwiek z tego, co deklarowaliśmy. Może tyle tylko, że przez wszystkie lata, w kontekście innej z prezydenckich decyzji sprzed dwóch dekad, pozostajemy wierni pragnieniu „odgrywania wiodącej roli”.

Felieton ukazał się w 22 wydaniu Warszawskiej Gazety

NADCHODZI KOLEJNA EPIDEMIA STRACHU. Oczywiście – dawno zaplanowana.

https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/nadchodzi-kolejna-epidemia-strachu,p1456957750

2022-05-27  Sławomir M. Kozak www.oficyna-aurora.pl

Wdrażanie Agendy 2030 realizowane jest konsekwentnie i nie powstrzymują jej nawet działania wojenne za naszą wschodnią granicą. Oto, zgodnie z przewidywaniami Gates’a sprzed kilku miesięcy, spadła właśnie na ludzkość kolejna choroba, tym razem – małpia ospa. Przewidywałem to, nieskromnie przypomnę, na łamach 

Warszawskiej Gazety, gdy relacjonowałem ucieczkę małpy laboratoryjnej, przewożonej samochodem po amerykańskiej autostradzie, kiedy doszło tam do wypadku drogowego.

Amerykanie, jak zwykle, trzymali rękę na pulsie i już zdążyli zamówić 13 milionów dawek szczepionki, którą opatentowała duńska firma Bavarian Nordic. Jej notowania na giełdzie skoczyły z dnia na dzień o 68%. Nic dziwnego, skoro rząd amerykański zainwestował prawie 300 milionów dolarów.

Mam nadzieję, że nie zdążyliśmy jeszcze zapomnieć podobnego zjawiska, które było udziałem jednej z firm produkujących tzw. szczepionkę na Covid-19. Mechanizm był identyczny. Za chwilę usłyszymy zapewne o blisko stuprocentowej skuteczności także tego leku.

Nie chcę zanudzać Czytelników najnowszą odsłoną pandemiczną, zapewne do jesieni, kiedy znowu wszystkie siły zostaną skierowane na walkę z tą przypadłością, zdążą ją opisać wszelkie możliwe gazety, a telewizje będą nas epatowały jakąś komputerowo generowaną grafiką wirusa.

Dlatego, chcę tylko zwrócić Państwa uwagę na to, co działo się przed poprzednią plandemią, czyli obecnie już głośne ćwiczenia „Event 201”, z października 2019 r., blisko pół roku przed „uwolnieniem” wirusa. Tym razem sprawdzona kalka jest powielana, po co wymyślać coś, co zostało, dosłownie, przećwiczone.

Małpia ospa pojawiła się w Wielkiej Brytanii, później na Wyspach Kanaryjskich, w Izraelu, Szwajcarii, Belgii, USA, Kanadzie, Australii i jej przypadki odnotowywane są w kolejnych państwach, prawie każdego dnia.

Zanim zatem zaleją nas setki tytułów na ten temat, spójrzmy na ćwiczenia, które przeprowadzono w środku ciemnej nocy covidowej, w marcu 2021 r.. Już wtedy przygotowywano się na nowego wroga. W ćwiczeniach wzięło udział 19 przedstawicieli z całego świata. Wymyślono wówczas, że nowy wirus wydostanie się na światło dzienne w fikcyjnym państwie Brinia i rozprzestrzeni się po globie w ciągu 18 miesięcy, zarażając 3 miliardy osób i powodując śmierć 270 milionów.

Dokument z przebiegu tych przeprowadzonych z dużym rozmachem ćwiczeń jest dostępny w sieci, oczywiście udział w tym brali ci sami, dzielni „eksperci”, którzy przygotowywali się na pierwszą „pandemię”, o których pisałem w książce „Covidowe Jeże”. Są oni już na tyle bezczelni, że nawet nie próbowali zmienić nazwy wirusa, już wówczas „walczyli” wirtualnie z małpią ospą. Przewidzieli, że pojawi się ona 15 maja tego roku! I tak się też stało. Ocenili też, że będziemy się z nią zmagać do grudnia 2023 r. Gorąco polecam lekturę tego dokumentu.

TerraMar – Utopia „Elit”: To Jeffrey Epstein, Robert Maxwell, jego córka Ghislaine, Lex Wexner, Harvey Weinstein, czy Hunter Biden.

Sławomir M. Kozak https://www.oficyna-aurora.pl/katalog/ksiazki/terramar-utopia-elit,p2108461621

Szanowni Czytelnicy,

chciałbym poinformować o wydaniu mojej najnowszej książki, zatytułowanej „TerraMar Utopia Elit”. Na stronie wydawnictwa znajdziecie Państwo, oprócz krótkiego opisu, kilka cytatów, które – mam nadzieję – zachęcą do jej kupienia:

Książka obrazuje stan dzisiejszej, światowej „elity”, jej moralny upadek, często wręcz perwersje, ale też zainteresowania i biznesowe pomysły, które ukazują, że ludzie spoza jej kręgu są traktowani przedmiotowo, tylko w kontekście potencjalnych zysków i zaspokajania codziennych potrzeb. Oczywiście, nie sposób opisać nawet części z nich, dlatego koncentruję się na tych, których nazwiska są znane i w sposób bezpośredni kojarzone z innymi „wielkimi tego świata”.

To Jeffrey Epstein, Robert Maxwell, jego córka Ghislaine, Lex Wexner, Harvey Weinstein, czy Hunter Biden.

Ujawniam też plany tak zwanych globalistów, o których w mediach nie ma wzmianki, a które od co najmniej dekady, są już z ogromnym zaangażowaniem, realizowane. Nie wróżą nam przyszłości nie tylko dostatniej, czy spokojnej, ale nawet zwyczajnie znośnej. Mimo wszystko, mam nadzieję, że pozostaną tylko utopią.

—————————

O książce opowiadałem podczas wieczoru autorskiego, który odbył się w ramach spotkań WAKAT dla CEPolska, prowadzonych przez red. Rafała Mossakowskiego.

Książka dostępna jest również, tylko w Oficynie Aurora, w formie ebook.

pozdrawiam

Sławomir M. Kozak


Fragment rozdziału PROCES:

„Tylko cztery spośród setek, o ile nie tysięcy ofiar, zostały wezwane przez prokuraturę do złożenia zeznań. Wszystkie te osoby próbowano zdyskredytować. Wielu materiałów nie udostępniono opinii publicznej. Przedstawiono 19 fotografii Ghislaine i Epsteina, spośród zarekwirowanych 37 000!

W trakcie procesu okazało się, że nagrania ukrytych kamer z posiadłości Epsteina … zaginęły!”

TRUSKAWKOWE POLA czy Truskawkowe Wieżowce.

TRUSKAWKOWE POLA

https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/truskawkowe-pola,p769185357

Sławomir M. Kozak www.oficyna-aurora.pl 2022-05-13

10 firm zarządza tym, co jemy i pijemy.

To Nestle, PepsiCo, Coca-Cola, Unilever, Danone, General Mills, Kellogg’s, Mars, Associated British Foods i Mondelez.

Grafikę, która obrazuje ich oddziaływanie na wszystkie inne marki żywnościowe przedstawiła na swojej stronie firma Oxfam, która mówi o sobie, że „jest globalną organizacją, która walczy z nierównościami, aby położyć kres ubóstwu i niesprawiedliwości. Oferujemy ratujące życie wsparcie w czasach kryzysu i działamy na rzecz sprawiedliwości ekonomicznej, równości płci i działań na rzecz klimatu. Domagamy się równych praw i równego traktowania, aby każdy mógł się rozwijać, a nie tylko przetrwać. Nierówność jest najbardziej palącym problemem naszych czasów. Od 80 lat ludzie tacy jak Ty napędzają naszą misję, by położyć kres ubóstwu i niesprawiedliwości. Od wyżyn Ameryki Środkowej i pól kukurydzy w Ugandzie po wybrzeża południowego wybrzeża Zatoki Perskiej w Stanach Zjednoczonych, Oxfam i nasi sympatycy walczą o zagwarantowanie godnego życia każdej osobie w kryzysie oraz o to, by miliarderzy, korporacje, rządy i międzynarodowe instytucje finansowe zaczęły działać lepiej.”

Wszystko to brzmi górnolotnie, a skierowane jest raczej do osób, które nie będą zgłębiać tematu, przyjmując powyższe oświadczenie za dobrą monetę. Oxfam funkcjonuje już w 90 krajach świata i walczy w nich ze wszystkimi nieszczęściami, jakie dotykają naszego współczesnego życia.

U nas, na razie, jeszcze nie walczy, ale pewnie wkrótce się pojawi, bo zgodnie ze szwabskimi scenariuszami, po pandemii i wojnie, ma przyjść głód.

Nieomylny Henry Kissinger powiedział kiedyś, że „kto kontroluje żywność, kontroluje ludzi, kto kontroluje energię, może kontrolować całe kontynenty, a kto kontroluje pieniądz, jest w stanie kontrolować cały świat”. Pieniądzem już zawładnęli, co widać po tym choćby, że bezkarnie drukują go we wszystkich państwach, w ogóle nie zwracając uwagi na skutki tej nieracjonalnej działalności. Rzucili go dotąd „na odcinek” walki z pandemią i wdrażanie zielonego ładu, który ma zastąpić dotychczasowe nośniki energii nieodnawialnej na te, które „elita” już zdołała zagospodarować, rajfurząc nam fotowoltaikę, elektrownie wiatrowe, reaktory atomowe i biopaliwa.

Już w tej chwili, rolnicy nie obsiewają pól, bo nie stać ich na ropę naftową do rolniczych maszyn, ani tym bardziej na nawozy sztuczne, których cena wzrosła sześciokrotnie. Transport kolejowy, związany z rolnictwem w Ameryce, już zmalał o 20%. Skutkuje to degradacją tej gałęzi przemysłu, zwłaszcza w zakresie żywności. Warto tu wspomnieć o tym, że głównymi udziałowcami przodującej w tym rodzaju transportu Union Pacific, są naturalnie Vanguard, BlackRock i State Street, czyli nasi dobrzy znajomi, którzy wymyślili Schwaba, Gatesa i Fauciego, a obecnie wykupują świat.

W USA priorytetem wysiewów objęte są pola kukurydzy, służącej tylko do produkcji paliw, pozostałe areały leżą już odłogiem. Oczywiście, poza tymi tysiącami hektarów, które zakupili niedawno miliarderzy pokroju Billa Gatesa.

W ostatnim czasie, tylko w tym roku, niesamowitym zbiegiem okoliczności, 16 zakładów przetwórstwa spożywczego i nawozów sztucznych, spłonęło, doszło na ich terenach do eksplozji, a na jeden spadł nawet samolot. To oczywiście nie koniec tych przypadłości, ponieważ FBI już ostrzega przed spodziewanymi cyber-atakami, które mają uderzyć w infrastrukturę rolniczą. Dzielni agenci federalni nie informują oczywiście, skąd mają te dane oraz czy i jak zamierzają im przeciwdziałać.

Nie można nie zauważyć, że sytuacja na Ukrainie, nie pozostaje bez znaczenia dla tego wszystkiego, a łańcuchy dostaw, zgodnie z profetyczną wizją globalistów, już zaczęły się rwać. Z pewnością, nie pomaga tym niesamowitym wydarzeniom nagły atak ptasiej grypy w Stanach Zjednoczonych, w wyniku której wybito tam niedawno miliony sztuk drobiu.

FFAR (Foundation for Food and Agriculture Research), jedna z wielu modnych organizacji non-profit, będących naturalnie poza wpływem rozporządzeń rządowych, ale korzystająca z rządowych ustaw, typu Farm Bill, którą zdążono wprowadzić w życie 30 grudnia 2018 roku, ogłosiła już w roku następnym, że uruchamia konsorcjum, na zasadzie partnerstwa publiczno-prywatnego składającego się z hodowców i firm genetycznych – AeroFarms, BASF, Benson Hill Biosystems, Fluence Bioengineering, Green Venus, Japan Plant Factory i Priva. Ich działania mają się koncentrować na  szybkim rozmnażaniu takich roślin, jak sałata, pomidory, truskawki, kolendra i borówki amerykańskie oraz na zmianach w substancjach chemicznych w nich wytwarzanych, mających wpływ na smak, dietę i leki.

Rolnictwo, jakie znamy, odchodzi do lamusa.

Gates inwestuje w nową przyszłość żywności – miejskie, pionowe rolnictwo halowe. Te rozwijające się w szybkim tempie obiekty mają astronomiczne rozmiary i zdolność do obsługi milionów ludzi. Na przykład firma Bowery Farming, przodująca w zakresie tzw. cyfrowego rolnictwa, jest w trakcie budowy swojego najnowszego „inteligentnego” obiektu w Arlington, na obrzeżach Dallas, w Teksasie, który będzie w stanie obsłużyć 16 milionów ludzi w promieniu 200 mil.

W tym nowym świecie rolnictwa króluje robotyka i sztuczna inteligencja. Ich produkty już są dostarczane na rynek poprzez sieci Walmart, Giant Food, czy Amazon!

Już w sierpniu 2020 roku firmy Monsanto/Bayer i singapurski fundusz Temasek uruchomiły wartą 30 milionów dolarów firmę Unfold, która opracowuje nowe odmiany nasion dostosowanych do potrzeb gospodarstw wertykalnych. Firma Bayer udzieliła licencji na prawa do zarodków nasion ze swojej oferty warzyw modyfikowanych genetycznie. W samym Sacramento funkcjonuje już 100 firm produkujących takie nasiona, a Uniwersytet Kalifornijski opracowuje szczepionkę na bazie roślinnego mRNA dla ich potrzeb. Narodowa Fundacja Nauki przyznała mu na rozwój i wdrażanie tej koncepcji pół miliona dolarów.

Oczywiście, o modyfikowanej produkcji łososi, trzody, i bydła nie ma co wspominać. To już standard.

To, naturalnie, tylko w dalekiej Ameryce, ale szczerze życzę wszystkim, aby zdążyli tego lata posmakować naszych, polskich truskawek, bo obawiam się, że w nieodległej już przyszłości pozostanie nam słuchanie sztandarowego dzieła rocka psychodelicznego, czyli „Strawberry Fields Forever”.

Felieton ukazał się w 19 numerze Warszawskiej Gazety

[Hiper- łacza wyłączyłem, bo szpecą. MD]

May Day – czyli po naszemu majówka.

  Sławomir M. Kozak 2022-04-29 https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/may-day,p1841202413

Przed nami kolejny May Day, czyli po naszemu majówka.

Mnie, to określenie całe życie kojarzyło się jednak inaczej. Skrzywienie zawodowe. To mayday, zwrot, który u każdego pilota i kontrolera wycisza tło i zmusza wszystkie zmysły do koncentracji. Kontrolerzy noszą w sobie wspomnienia takich chwil najczęściej przez całe życie. Sam miałem kilka, których nigdy nie zapomnę. Dziś, kiedy na warszawskich kontrolerów lecą niezawinione gromy, za opóźnione rejsy i zawirowania w podróżach, chcę przypomnieć tym tekstem jedno z takich zdarzeń. Być może, świadomość, że moi koledzy walczą dziś o przywrócenie bezpieczeństwa w lotnictwie, sprawi, iż niektórzy spojrzą na wszystko inaczej. Przypomnę dzień 1 listopada 2011 roku, kiedy głośno zrobiło się w świecie o polskim lotnictwie cywilnym.

Stało się to za sprawą genialnego lądowania bez podwozia samolotu B767 lecącego z Newark do Warszawy. Jako, że w mediach pojawiło się już mnóstwo informacji na ten temat, ukazała się też na ten temat książka, ograniczę się tylko do przedstawienia sprawy z punktu widzenia szefa zmiany warszawskiej Kontroli Lotniska, ponieważ miałem wówczas dyżur.

Około godziny 13:20 wieża otrzymała informację o problemach z klapami w samolocie B767,  numer rejsu  LOT016, zmierzającym w locie rozkładowym z lotniska Newark w USA do Warszawy. Ogłosiłem tak zwaną fazę niepewności. Jest to, najkrócej rzecz ujmując, pierwszy etap alarmowy, kiedy wiadomo, iż załoga ma jakieś problemy, aczkolwiek nie ma podstaw do ogłoszenia rzeczywistego alarmu, po którym stawia się w stan gotowości nie tylko służby lotniskowe, ale i wsparcie z miasta. Warunki pogodowe były dobre, za oknami jeszcze jasno, w użyciu mieliśmy długi pas 33, urządzenia nawigacyjne i lotniskowe pracowały bez zarzutu. Nic nie zwiastowało żadnych niespodzianek. Jednak chwilę później załoga poinformowała o kłopotach z podwoziem. To także rzecz nie nadzwyczajna, na ogół w podobnych przypadkach, załoga nie ma wskazań wypuszczonego i właściwie zablokowanego podwozia, co nie oznacza wcale, że ono nie wyszło. Na ogół jest to sprawa wadliwie działającej elektroniki.

Jednakże, niezależnie od stopnia rzeczywistego zagrożenia, kontrola ruchu lotniczego stara się, w miarę możliwości pozyskać od załogi informacje niezbędne dla potencjalnej akcji ratowniczej, takie jak liczba osób na pokładzie i ilość paliwa, które przy ewentualnym pożarze trzeba będzie gasić. Jest to dobry moment, ponieważ załoga nie jest skoncentrowana na ostatnim etapie lotu, jakim jest podejście do lądowania, kiedy to w kokpicie dzieje się  mnóstwo rzeczy, a zadbać trzeba o właściwą konfigurację maszyny do lądowania i być gotowym zarówno do ewakuacji pasażerów, jak i własnej. Załogi wiedzą, że takie pytanie padnie, nie wykazują więc oznak zdenerwowania, bo jest to element zwykłej w takich przypadkach procedury. Zgodnie z nią, po pewnym czasie uzyskaliśmy informację zarówno o ilości osób na pokładzie, jak i zapasie paliwa. Załoga podała, że ma 230 osób i 7,7 tony paliwa, co wystarczało na ponad pół godziny lotu. 

Już chwilę potem, o 13:26 pilot zadeklarował jednak stan zagrożenia, co wymusiło przejście z fazy niepewności do fazy rzeczywistego alarmu. Zgodnie z wymogami nacisnąłem trzykrotnie czerwony przycisk alarmowy i od tej pory zaczęły się przygotowania do ratowania ludzi. Z budynku Lotniskowej Straży Pożarnej wypadły wozy bojowe na sygnałach, z lotniskowego ambulatorium i warszawskich szpitali, z wyjącymi syrenami ruszyły karetki pogotowia. O 13:37, jako ostatni przed spodziewanym podejściem samolotu w niebezpieczeństwie, wylądował samolot czeskich linii lotniczych – CSA28W. Biorąc pod uwagę, przy niekorzystnym rozwoju sytuacji, prawdopodobieństwo zablokowania skrzyżowania pasów podjęliśmy bowiem decyzję o całkowitym zamknięciu lotniska, zarówno dla ruchu przylotowego, jak i maszyn mogących szykować się do startu. Samochody LSP zajęły pozycje w wyznaczonych procedurami miejscach wzdłuż pasa.

O godzinie 13:40 rozpoczęliśmy koordynację z LSP, kolegami ze Zbliżania, pod których kontrolą znajdował się jeszcze samolot i samą załogą, w sprawie położenia na pasie piany mogącej zniwelować tarcie podczas przyziemienia. Było to innowacyjne działanie, nigdy dotąd nie stosowane na polskich lotniskach. Dwie minuty później dowiedzieliśmy się, że na skutek porozumienia ze stroną wojskową w kierunku B767 polecą dwa myśliwce F-16, by sprawdzić stan podwozia. Załoga twierdziła bowiem, że nadal nie ma żadnych oznak jego wypuszczenia.  Oczywiście, w takiej sytuacji cała armia ludzi wykonuje mnóstwo istotnych czynności, telefonuje, zbiera niezbędne dane, koordynuje z innymi organami przebieg akcji. Jest to masa działań, opisanych procedurami i trenowanych regularnie, jednak każda sytuacja alarmowa jest inna. Nie da się przecież nigdy przewidzieć wszystkich czynników, warunków pogodowych, stanu urządzeń.

Dlatego szef zmiany ma dopiero wtedy okazję wykazania się wiedzą i doświadczeniem, dopilnowania każdego szczegółu, ale przede wszystkim oddziaływania na zespół ludzi, który mu podlega. Oni muszą wiedzieć, że kiedy wypatrują oczy do bólu szukając samolotu daleko nad horyzontem, odbierają przychodzące dziesiątki zapytań telefonicznych i wymieniają uwagi przez radio, ktoś tam z tyłu czuwa nad całością. Pilnuje, żeby o niczym nie zapomnieć, zapewnić rozwiązanie dla każdego możliwego scenariusza, wesprzeć, gdy zajdzie konieczność.  W podobnych przypadkach, kiedy załoga ma wątpliwości dotyczące pozycji podwozia, na ogół samolot wykonuje niski przelot nad pasem, podczas którego obserwatorzy z ziemi starają się dostrzec rzeczywiste położenie kół, ale także specjalnych znaczników określających właściwe ich zablokowanie, dające pewność, że w trakcie przyziemienia wózki kół nie złożą się, co groziłoby poważnym ryzykiem wypadku, niekontrolowanego obrócenia maszyny wokół własnej osi, bądź wreszcie skapotowania czyli przewrócenia samolotu podwoziem do góry. Prawie zawsze skutkuje to poważnymi obrażeniami dla pasażerów i załogi, jest po prostu śmiertelnie niebezpieczne. Jeszcze gorsza jest sytuacja, w której tylko jeden wózek dotknie kołami podłoża, bo wówczas wypadnięcie samolotu z pasa i kapotaż są właściwie pewne. Kiedyś technicy obserwowali po prostu samolot z dołu przez lornetki, co oczywiście nie dawało zbyt dobrych efektów. Dziś używa się cyfrowych kamer, z których obraz w dużym zbliżeniu można natychmiast przejrzeć na laptopie. Jednak tego dnia ta cudowna technika nie okazała się być przydatną.

Mijała dwudziesta minuta od ogłoszenia alarmu. Samolot w tym czasie latał w pobliżu Warszawy na niezbyt dużej wysokości i wypalał paliwo, które przy lądowaniu bez podwozia było po prostu ogromnym zagrożeniem dla wszystkich na pokładzie. Wiedziałem, że tego paliwa zostało na kilkanaście minut lotu, licząc z zapasem, trochę ponad pół godziny. Był to newralgiczny moment całej akcji, ponieważ pytany przeze mnie dowódca LSP potwierdził moje obawy. Na położenie piany na pasie potrzebne będzie 15 minut. Wiedziałem jednak, że sama piana z każdą minutą od jej położenia będzie również traciła swe ochronne parametry. Należało bardzo dokładnie skalkulować czas rozpoczęcia tej operacji. Był to ostatni moment na podjęcie decyzji o dalszych działaniach załogi. O 13:51, za pośrednictwem kolegów ze Zbliżania, podjąłem próbę ustalenia z załogą momentu wykonania przelotu nad pasem, w kontekście owego limitu czasu potrzebnego strażakom. Zgodnie z moimi podejrzeniami, po krótkiej chwili załoga odpowiedziała, że priorytetem będzie jednak położenie piany, ponieważ ilość paliwa nie pozwoli na low pass (niski przelot), po którym dopiero można by wpuścić wozy LSP na drogę startową. Dla zachowania bezpieczeństwa, podczas takiego manewru pas musi być bowiem wolny od pojazdów. Decyzja zapadła, wozy strażackie zaczęły wylewać pianę na pas. Była 14:01.

Wiedząc już, że lądowanie odbędzie się na śliskiej nawierzchni, zatelefonowałem do Dyżurnego Operacyjnego Portu Lotniczego z sugestią zabezpieczenia przez policję alei  Krakowskiej, ulicy biegnącej bezpośrednio za progiem pasa. Chcieliśmy mieć pewność, że w przypadku nieudanego dobiegu z pełnym zatrzymaniem ewentualne straty nie powiększą się o kierowców ruchliwej, sześciopasmowej, wylotowej trasy, pieszych i żądnych sensacji gapiów. Tym bardziej, że wszystko działo się 1 listopada, w Dniu Wszystkich Świętych, kiedy tysiące ludzi odwiedza groby bliskich na cmentarzach położonych zarówno wokół stolicy, jak i w całej Polsce.

Tymczasem, o 14:02 do B767 doleciały dwa myśliwce F-16, których piloci potwierdzili najgorsze nasze obawy. Podwozie w samolocie pozostawało schowane. To zła informacja, choć z drugiej strony mogła napawać nadzieją, że dzięki temu, iż nie wysunęło się nawet na jotę z żadnej strony, nie dojdzie do kapotażu. Już o 14:10 policja zamknęła ruch w alei Krakowskiej. Trzeba przyznać, że policjanci z drogówki stanęli na wysokości zadania, działając w błyskawicznym tempie. Karetki z całej chyba Warszawy wlewały się przez bramę portu lotniczego pędząc do wyznaczonego przez Dyżurnego Portu, punktu koncentracji. Rozglądałem się po drogach kołowania i pasie, po którym majestatycznie sunęły dwa wozy strażackie zostawiając za sobą dwie strugi piany, które z wolna zlewały się ze sobą, tworząc dość szeroki dywan białej powłoki. Od Kierownika Kontroli Obszaru, koordynującego akcję ze służbami lotnictwa ratowniczo-poszukiwawczego otrzymałem zapewnienie o gotowości do natychmiastowego startu, gdyby zaszła taka konieczność, śmigłowców. Była 14:20.

Na stanowisku numer 33, które znajdowało się najbliżej miejsca, w którym zakładałem zatrzymanie maszyny po lądowaniu, stał samolot czeskich linii, który kilkanaście minut wcześniej, jako ostatni, „usiadł” na Okęciu. Wraz z kolegami uznaliśmy, że nie jest to najlepsze dla niego miejsce, gdyby B767 miał, nie daj Bóg, wypaść z pasa. Tym bardziej, że na pokładzie czeskiej maszyny nadal byli i pasażerowie, i załoga. Poprosiłem kolegów z Koordynacji PPL o zabranie go stamtąd w inne miejsce. Wkrótce samolot zmienił stanowisko postojowe.  Analizowaliśmy z resztą obecnych na wieży kolegów i koleżanek całą sytuację. Szukaliśmy słabych punktów, wyliczaliśmy te, które mogły wpłynąć dodatnio na sytuację, w jakiej znalazła się załoga i pasażerowie pechowego rejsu z Newark. Analiza bilansowała się korzystnie, acz z niewielkim plusem, co muszę przyznać uczciwie.

Było to jedno z tych zdarzeń, których nigdy wcześniej nie przerabialiśmy w żywym ruchu. Zarówno dla załogi, jak i dla nas miało to być całkiem nowe doświadczenie. Z tym, że oni tam w powietrzu, mieli prawo mieć większe wątpliwości, niż my. Wiedząc, że w przypadku iskrzenia, co mogło się zdarzyć przy tarciu samolotu o beton, może dojść do zapłonu paliwa, chcieliśmy jak najbardziej zniwelować i to ryzyko. Obawiałem się iskry z rozbitej, na przykład osłoną silnika, lampy na pasie. Szukając możliwości odcięcia napięcia w obwodach lamp skontaktowałem się z technikami Głównej Stacji Zasilania. Okazało się, że wyłączenia nie da się przeprowadzić w sposób, jaki byłby moim zdaniem najlepszy czyli całkowity. W związku z tym ustaliliśmy z kolegami, że to my dokonamy wyłączenia świateł pasa w użyciu, na krótko przed lądowaniem. W naszym przekonaniu miało to sens również dlatego, że w czasie ewakuacji pasażerowie zjeżdżają po trapach ratunkowych bez obuwia, które mogłoby dawać zabezpieczenie przed mokrą nawierzchnią pasa pod prądem. Należało więc ich chronić przed przypadkowym porażeniem.

O 14:30 załoga LOT016 podjęła decyzję o podchodzeniu do lądowania. Piloci starali się pozostać w powietrzu jak najdłużej, by wypalić w miarę dużo paliwa, które w przypadku zapłonu, w każdej większej ilości, zmniejszało szanse na wyjście z opresji cało. A może po prostu starali się odsunąć jak najdalej od siebie ten moment, po którym nie ma już odwrotu? Mieli świadomość, podobnie jak my, że podejście może być tylko jedno. Mając w zbiornikach resztki paliwa, musieli usiąść za pierwszym razem. Drugiej szansy nie było. Od tego podejścia zależało wszystko. Musieli czuć ogromną presję wiedząc, że zbyt mała lub duża prędkość, niewłaściwy kąt podejścia, złe ustawienie samolotu, gwałtowny podmuch wiatru, wszystko to razem i z osobna, może zniweczyć ich nadzieje. Czas ruszył, kurcząc się nieodwracalnie o mozolnie mijające sekundy..

Kolega prowadzący łączność z załogą, podał wartości wiatru, poinformował o zamiarze wyłączenia przez nas świateł pasa na krótko przed przyziemieniem i życzył pilotom powodzenia. Wstrzymaliśmy oddechy. Samolot podchodził równo, bez przechyłów, idealnie po ścieżce prowadzącej do pasa. Krótko nad nim wyrównał, wytrzymując lot niczym szybowiec w sekundach trwających wieczność, po czym zetknął się z betonowym pasem. Za nim, błyskając czerwienią i błękitem świateł,  ruszyły wozy strażackie, najpierw te najdalej stojące, zaraz przy progu, później, w miarę jak samolot pokonywał kolejne metry pasa, następne. Spod brzucha maszyny i silników wystrzeliły snopy iskier niczym z rozszalałej szlifierki. Boeing sunął dość krótko po zlanym pianą pasie, po czym stanął. Znieruchomiał, bardzo blisko stanowiska 33.

Była 14:39. Do samolotu dotarły samochody straży pożarnej, w jego kierunku ruszyły ambulanse i autobusy mające zabrać do portu ludzi, którzy tego dnia narodzili się na nowo. Rozpoczęła się ewakuacja samolotu. Powiadomiłem o sytuacji Kierownika Kontroli Obszaru i kolegów ze Zbliżania. O 14:41 poprosiłem Dyżurnego Portu o odblokowanie alei Krakowskiej. Pięć minut później alarm został odwołany. 

Mam nadzieję, że tegoroczne wypady majówkowe będą dla wszystkich udane, bo rozsądek weźmie górę nad emocjami, a ci, którzy doprowadzili do krytycznej sytuacji w naszym lotnictwie cywilnym, przestaną odwracać uwagę ludzi od rzeczywistych problemów, nie kierując jej dłużej na populistyczne koleiny tzw. walki o kasę. Pieniądze to nie wszystko.

Felieton ukazał się pierwotnie w wydaniu 17-18/2022 Warszawskiej Gazety

  Sławomir M. Kozak
www.oficyna-aurora.pl

MANIPULANCI

2022-04-08 https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/manipulanci,p1942207328  Sławomir M. Kozak www.oficyna-aurora.pl

Manipulacja mediów, wszechobecna dezinformacja, a wręcz ogłupianie odbiorców większości  tak zwanych newsów, przy wykorzystaniu technik bazujących na najniższych instynktach, sięgnęła szczytu w okresie tak zwanej pandemii. I, mimo, że ta ostatnia została chwilowo spakowana i wyniesiona, niczym ozdoby choinkowe na strych, nic nie wskazuje na to, by czytelnikom, widzom lub słuchaczom przestano przypominać o tym, iż to poddasze cały czas jest obecne nad naszą głową. Na tyle odległe, by nie oglądać go każdego dnia lecz wystarczająco bliskie, aby w razie nagłej potrzeby sięgnąć po czekające na swój czas pudełka, zdmuchnąć z nich zalegający kurz i wydobyć na światło dzienne.

30 marca niemieckie dzienniki podały, że liczba zakażeń jedynie ważną chorobą ostatnich lat, wzrosła u naszego zachodniego sąsiada do 500 000, choć dwa dni później zniesiono w Niemczech, zgodnie z zapowiedziami dotychczasowe obostrzenia sanitarne. No, ale pieniądze zostały pobrane, ilość emisji programów duraczących społeczeństwo musi się zgadzać, szczególnie w kraju, w którym pojęcie Ordnung ma zakorzenioną historię. 

Ale, taki przekaz trafia zaledwie do niewielkiego, w skali światowej, odbiorcy. Aby mogły dotrzeć do większości mieszkańców globalnej wioski, należy wykorzystać wydarzenie globalne. Naturalnie – toutes proportions gardees – nie było potrzeby kreowania incydentu na miarę Pearl Harbor. Choć Amerykanie mają akurat i w tym ogromne doświadczenie.

Z pomocą przyszła coroczna gala oscarowa, a niektóre media już z wyprzedzeniem zadawały sobie (czyli nam) pytanie, jaki to skandal wydarzy się na ceremonii wręczenia słynnych statuetek w tym roku. Napięcie budowano zatem profesjonalnie, zapędzając dzięki temu jeszcze większą rzeszę ludzi przed ekrany telewizorów, by nic ważnego nie umknęło ich uwadze.

I, rzeczywiście! Samospełniająca przepowiednia sprawdziła się i tym razem. Jeden czarnoskóry aktor dał po twarzy drugiemu czarnoskóremu aktorowi. Na scenie! Być może biali nie chcieli brać udziału w takim przedstawieniu, ale może też być i tak, że nikt im nawet nie proponował, wychodząc z założenia, iż „Black Beats Better”. Zaczęło się od tego, że  przed przedstawieniem nominacji do nagrody za najlepszy film dokumentalny Chris Rock zażartował z ogolonej głowy Jady Pinkett Smith, żony Will’a Smith’a, chorującej od lat na łysienie plackowate.  Niesmaczny ten „dowcip” skłonił Smith’a do opuszczenia swego miejsca, wbiegnięcia na scenę i spoliczkowania komika. Pomijam w tym miejscu fakt, że państwo Smith rok temu ogłosili, iż ich małżeństwo nie przetrwało próby czasu i mimo braku rozwodu, żyją bardziej obok siebie, niż wspólnie. Nie chcę też wdawać się w przyczyny tego stanu rzeczy, o których wspominają niektóre niszowe gazety.

Ważniejsze, moim zdaniem, jest to, że obaj aktorzy doskonale się znają, a była żona Rock’a, to Malaak Compton-Rock, która jest słynną stylistką, założycielką i dyrektorem wykonawczym niekomercyjnego salonu fryzjerskiego, świadczącego bezpłatne usługi dla kobiet objętych systemem opieki społecznej, często poważnie chorych. Z pewnością więc, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, czym jest choroba jej koleżanki, tym bardziej, że   pani Smith nie ukrywała tego przed mediami, ale też obie pary regularnie się spotykały, a ich dzieci bawiły się zgodnie przez wiele lat. Obaj aktorzy przyjaźnią się też od lat ponad 30, wystąpili wspólnie w kilku filmach.

W jakich zatem kategoriach powinniśmy traktować ten żałosny „występ” na światowej scenie?

Okazuje się, że pracownicy ochrony gali oscarowej otrzymali przed imprezą informację o mającym się odbyć na estradzie konflikcie zaaranżowanym przez jednego z aktorów, w który nie powinni się angażować.

Poza tym, środek stosowany w leczeniu tej akurat choroby, wokół której cała sprawa się wydarzyła, produkowany przez znanego nam, niesławnego potentata Eli Lilly, jest częścią terapii wprowadzonej do światowych klinik przez firmę Pfizer.

Jeśli przyjrzymy się uważniej informacjom dotyczącym sponsorów tegorocznej imprezy dla „elity”, hollywoodzkiej socjety i zwyczajnych oglądaczy telewizyjnych, chcących przez chwilę przynajmniej pobyć, choćby tylko wirtualnie, na czerwonym dywanie, odnajdziemy na ekranie logo największych manipulantów medialnych i medycznych w jednym.

A zatem, to widzowie dostali prosto w twarz. Mam nadzieję, że przynajmniej niektórym pomoże.

CZARNA KSIĄŻECZKA [w miejsce „czerwonej” i „zielonej”].

CZARNA KSIĄŻECZKA [w miejsce „czerwonej” i „zielonej”]   Sławomir M. Kozak 2022-03-25 https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/czarna-ksiazeczka,p1299506493

Mieliśmy w historii niesławną czerwoną książeczkę chińskiego przewodniczącego Mao i zieloną książkę Muammara Kaddafiego. Bez zbędnej przesady można powiedzieć, że obie odcisnęły piętno na milionach ludzi.

Jest jednak jeszcze inna ciekawa książka, która nie zrobiła tak oszałamiającej kariery, nie tylko z uwagi ograniczonej ilości osób, których dotyczy bezpośrednio, ale też z zupełnie odmiennego do niej podejścia koncernów medialnych, które ją starannie przemilczały. Mam nadzieję, że moja książka, która opisuje między innymi i tę historię, nie zostanie podobnie przemilczana, jeśli więc ta opowieść choć trochę Państwa interesuje, proszę jej wypatrywać na półkach księgarskich w najbliższym czasie.

Wracając do tematu niniejszego felietonu – chodzi o tak zwaną czarną książeczkę, czyli prywatny notes Jeffrey’a Epstein’a, w którym miał zapisane nazwiska i adresy znajomych. Nie są to jednak znajomi z sąsiedztwa, czy członkowie rodziny, a osoby z tak zwanej elity, ludzie mediów, filmu, bankierzy i prawnicy. Z braku miejsca, nie sposób opisać wszystkich z nich, a jest ich 1971, tym bardziej, że polskiemu czytelnikowi większość nazwisk powie niewiele, ale kilka z tych osób przybliżę w mojej książce. Niektóre przewijają się również w manifestach lotów samolotami prywatnej floty Epstein’a, co oznacza, że przynajmniej część spośród znajomych z notesu, brała udział w jego eskapadach po licznych przybytkach rozkoszy.

Spośród tych bardziej znanych, znajdziemy, oczywiście z adresami i telefonami choćby takie nazwiska, jak Alec Baldwin, Courtney Love, Naomi Campbell, Phil Collins, Mick Jagger, Dustin Hoffman, Christopher Lambert, Rupert Murdoch, Jeffrey Sachs, Peter Soros, Barbara Walters, Ehud Barak, David Rockefeller, Tony Blair, Jimmy Buffet, czy Richard Branson.

Znajdziemy tam także nazwisko Jean-Luc Brunel, które stało się powszechnie znane w grudniu 2020 roku, kiedy ten 74-letni wówczas mężczyzna został zatrzymany przez policję na lotnisku Charlesa de Gaulle’a przed wejściem na pokład samolotu mającego lecieć do Senegalu. Paryscy prokuratorzy powiedzieli wówczas dziennikarzom, że Brunel został przesłuchany w ramach wszczętego rok wcześniej śledztwa w sprawie domniemanego gwałtu i napaści na tle seksualnym na nieletnich, molestowania seksualnego oraz handlu ludźmi w celu wykorzystania seksualnego nieletnich dziewcząt. Początkowo prowadził w Paryżu agencję Karin Models, później założył agencję modelek MC2, która zdaniem prokuratorów służyła, jako przykrywka dla kręgu handlarzy seksualnych Epsteina.

Służby zajęły się nim, kiedy okazało się, że z księciem Andrzejem, synem królowej Elżbiety, łączyła go, poza zwykłą znajomością, wspólna kochanka. Nie oznacza to, że był wymiarowi sprawiedliwości wcześniej nieznany. Jego postać przewijała się podczas pierwszej sprawy Epsteina, w kontekście gwałtów dokonywanych w latach 70, 80 i 90 ubiegłego wieku, ale we Francji okres przedawnienia za tego typu przestępstwa mija po 20 latach, a świadków tych zdarzeń nie było.

Tym razem, po fali oskarżeń wobec Epsteina i księcia Andrzeja, przeciwko Brunelowi wystąpiły imiennie 4 kobiety. Pętla wokół niego zaczęła się zaciskać. Został oskarżony o gwałty na modelkach i handel nimi. Jesienią tamtego roku w jednej z gazet pojawiło się nieznane wcześniej zdjęcie Brunela, na tle dziewięciu dziewcząt, zrobione na należącej do Epsteina wyspie Little St. James. Podobno, w ciągu długoletniej współpracy z Epsteinem, dostarczył mu ponad 1000 młodych kobiet!

Drobnym  wydaje się w świetle tej informacji postawiony mu zarzut o przetransportowanie trzech 12-letnich sióstr, wprost z paryskiego osiedla do Stanów, jako „prezent urodzinowy” dla Epsteina. Zresztą, ten ostatni miał w Paryżu własne mieszkanie, które Brunel miał wykorzystywać do swych przestępstw. Wiadomo jednak, że nie ograniczał się do szaleństw w jednym miejscu, ponieważ w  manifestach lotniczych, o których wspominałem, wykazano co najmniej 25 jego podróży samolotami należącymi do Epsteina. Brunel taktownie odczekał ponad rok, a 19 lutego 2022 roku, wkrótce po tym, kiedy książę Andrzej zawarł ugodę z oskarżającą go kobietą, poszedł za przykładem Epsteina i w celi więzienia La Sante o podwyższonym rygorze bezpieczeństwa, po prostu się powiesił.

La Sante słynie z tego, że umieszcza się w nim szczególnie niebezpiecznych przestępców, to właśnie tam odsiaduje dożywotni wyrok niejaki Carlos, pseudonim „Szakal”, czyli super terrorysta Ramirez Sanchez. Jak podały władze, chociaż telewizja przemysłowa jest powszechnie stosowana na korytarzach i w bramach francuskich zakładów karnych, zdecydowana większość cel nie jest objęta monitoringiem wizyjnym. Ma to na celu zapewnienie pewnego stopnia prywatności oraz zagwarantowanie, że nie zostaną naruszone europejskie przepisy dotyczące praw człowieka.

No, to mu zagwarantowali. 

Felieton pochodzi z 12 numeru tygodnika Warszawska Gazeta

  Sławomir M. Kozak
www.oficyna-aurora.pl

MARCOWE HAGADY

2022-03-11 https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/marcowe-hagady,p972543281

Marzec, to miesiąc, w którym my Polacy, myślami wracamy do naszych Żołnierzy Niezłomnych.

Ale są wśród nas tacy, którzy rozpamiętują, a i nam starają się narzucić odrębną narrację, mającą kojarzyć się z konkretnym, historycznym przedwiośniem. I, chyba tylko obecna sytuacja międzynarodowa ogranicza w tym roku to nieodmienne od lat preparowanie kolejnych już pokoleń tą, chamską chciałoby się rzec, propagandą. Nie bez powodu używam tu tego nieeleganckiego słowa, bo  przecież to z tego właśnie środowiska ponad pół wieku temu wyszły owe określenia dzielące społeczeństwo, a raczej ludzi mających je nadzorować i prowadzić ku świetlanej przyszłości, na dwie grupy, w łagodniejszej formie opisywane mianem „puławian” i „natolińczyków”. Piszę te słowa pozostając pod wpływem książki Bohdana UrbankowskiegoPrzedwiośnie ’68. Fakty i mity owiane marcową mgłą”. 

Marzec’68, jak pisze Urbankowski, był kontynuacją niespełnionego dla wielu, roku 1956. Jestem przekonany, że autor, wbrew mitom i wszelkim, po dziś dzień powtarzanym hagadom, ma rację. Ma także rację wykazując, o czym nikt wciąż nie mówi, że w efekcie „czystek”, jakie w tamtym czasie przeszły, między innymi przez Ludowe Wojsko Polskie, połamano więcej karier oficerów rdzennie polskich, aniżeli tych, którzy zbudowali sobie w późniejszych memuarach symbol wypędzenia, wizualizowanego w postaci Dworca Gdańskiego. Tego samego, na którym pomieszczono zresztą tablicę ze słowami Henryka Grynberga „Tym, którzy po Marcu 68 wyjechali z Polski z dokumentem podróży w jedną stronę – tu więcej zostawili po sobie niż mieli”. Wielu z nich zapomniało chyba o tych słowach, skoro nie tylko bez przeszkód powracają, ale też twierdzą dziś, iż mieli wówczas znacznie więcej. Bohdan Urbankowski, powołując się na raport gen. Wytyczaka, Szefa Departamentu Kadr MON, podaje, że po wypadkach marcowych 1968 r. zwolniono 1381 oficerów, spośród których tylko 181 miało pochodzenie żydowskie. Kolejny wykaz tych danych, sporządzony w roku 1990, na polecenie ministra Onyszkiewicza, weryfikował tę liczbę już tylko do 104 osób! Z grupy wyrzuconych wówczas z LWP wielkich, polskich  patriotów, autor książki przywołuje między innymi postać Stanisława Skalskiego, wybitnego asa lotnictwa myśliwskiego okresu II Wojny Światowej, złotymi zgłoskami zapisanego we wspomnieniach Bitwy o Anglię, który wkrótce po powrocie do Polski został aresztowany i skazany na karę śmierci. Karę tę zamieniono po kilku latach na dożywocie, a w roku 1956 Skalskiego uwolniono i „zrehabilitowano”. Dał się namówić na założenie munduru nowej Polski. Chciał dla, traktującej go po macoszemu Ojczyzny, jednak coś zrobić. Chwalono się nim, pokazywano, że do powojennej Polski można wrócić, ujawnić się, zacząć życie od nowa. Po to był potrzebny ówczesnym włodarzom PRL. Wydał książkę, pomagał w charakterze konsultanta przy produkcji filmów, choć zdawał sobie sprawę z tego, że po prostu osadzono go na powrót, co prawda, tym razem tylko za biurkiem, ale w silnych okowach komunistycznej propagandy, bez wpływu na polskie lotnictwo, polską armię, polską rację stanu. W efekcie marcowych rozgrywek, przetrącono mu kręgosłup po raz kolejny, odsuwając w ogóle od wojska i zsyłając na stanowisko sekretarza generalnego Aeroklubu PRL. Tak rozpoczął się początek jego końca, który zresztą był tragiczny i do dziś nie w pełni wyjaśniony. A przecież w roku 1956, na fali oczekiwań po wyborze Władysława Gomułki na I Sekretarza KC PZPR i niepowtórzonym wobec żadnego późniejszego polityka festiwalu radości na Placu Defilad, pamiętając niedawny „Czerwiec”, ludzie zmieniali optykę, w wielu rodziła się nadzieja na lepsze. Ci, którzy dali się wciągnąć tej fali, chcieli włączyć się w ten szczególny eksperyment, który jesienią 1956 roku, tak dobrze się już zapowiadał. Świeżo uwolniony Stanisław Skalski też uwierzył i zechciał włączyć się w ten trud.

W książce „Spętany Anioł”, której autorem jest Zbigniew W. Kowalewski, a współautorem niżej podpisany, pisałem:

„Kiedy w roku 1957, Stanisław Skalski napisał książkę „Czarne skrzydła nad Polską”, nie było mnie jeszcze na świecie. Urodziłem się dopiero sześć lat później. Kolejnych sześć lat musiało minąć, bym nauczył się czytać. Ale po książkę Skalskiego sięgnąłem dopiero po następnych sześciu latach, kiedy na półce mojej biblioteczki poczęły się pojawiać obok pozycji Alfreda Szklarskiego i Karola Maya, pierwsze książki o lotnictwie oraz opowieści wojenne. Zaczęło się od książek Bohdana Arcta, następnie Janusza Meissnera, z czasem, siłą rzeczy w moje ręce trafiła również opowieść Stanisława Skalskiego. Od kiedy sięgnę pamięcią wstecz, zawsze kochałem książki. (…) były obłożone szarym, pakowym papierem, ale po otwarciu każda miała inny, cudowny koloryt i niezapomniany zapach. Ach, jakże ja kochałem to uczucie… Do dziś,  nie wyobrażam sobie dnia bez książki, jednego rozdziału czy choćby kilku stron w chwilach największego nawet zmęczenia. Jaka szkoda, że w obecnych czasach odbiera się te piękne doznania dzieciom i młodzieży, nieświadomym krzywdy, jaka jest im czyniona.  To z takich właśnie ksiąg czerpałem podziw dla polskiego oręża, odwagi naszych żołnierzy, lotniczego kunsztu, bohaterstwa w walce z nieprzyjacielem. To właśnie opowiadania tych ludzi, wspomnienia ich zmagań o wolność, o Polskę, budowały i w pewien sposób tworzyły mnie takim, jakim jestem dziś. I ze swych przekonań jestem dumny. A przecież wszystko zaczęło się oczywiście od sienkiewiczowskiej „Trylogii”. Jestem przekonany, że w walkach przywołanych tu autorów i ich innych wspaniałych kolegów, pomagał im, będący nieomal fizycznie z nimi, na wszystkich frontach wszelkich bitew, w okopach, czołgach i lotniczych kabinach, właśnie Henryk Sienkiewicz. Wierzę, że pociągając za spust, zwalniając zamki drzwi komór bombowych, ścigając wroga na niebie Polski, Francji, Niemiec czy Anglii, skacząc w ciemności nocy do okupowanego Kraju, czuli się Bohunami i Wołodyjowskimi. Jednemu z nich dane było nawet po latach odtworzyć w ekranizacji „Potopu” postać prostodusznego, sympatycznego Zagłoby, co olej miał zawsze wysoko, w głowie. To przecież dlatego tak wiele sienkiewiczowskich pseudonimów obierali sobie Żołnierze Narodowych Sił Zbrojnych, Armii Krajowej, warszawscy powstańcy. I to właśnie z tego powodu dziś młodym ludziom wyrywa się te wzorce, zastępując idiotyzmami w rodzaju Harry’ego Potter’a. A przecież dzisiaj, w tych szczególnie podłych czasach, taki człowiek, jak generał Skalski, powinien być najlepszym dla nich wzorcem do naśladowania, dużo im bliższym czasowo, takim współczesnym Skrzetuskim. Ale, aby tak się stać mogło, trzeba im owe wzorce przedstawić, zachęcić do poznania tych dokonań, trudnej walki o Prawdę, o Polskę. I to nie tylko w czasach wojny, ale i późniejszych, równie okrutnych i bolesnych. Ta właśnie idea przyświeca mi podczas pracy nad kolejnymi książkami cyklu ‘Polskie Skrzydła’. I takie jest główne przesłanie tej serii. Mam nadzieję, że dotrze ona do polskich dziewcząt i chłopców, młodych ludzi, którym dziś szczególnie potrzeba wzorów do naśladowania, bohaterów, z którymi honorem najwyższym jest się identyfikować, ideałów, dla których warto żyć i się rozwijać, ale i którym należy, w razie konieczności złożyć daninę najwyższą. By, w razie dziejowej potrzeby, nie liczyć na czarnoksięstwo, magię i złudne obietnice obcych, ale na swą wiedzę, męstwo i przekonanie o świętości odwiecznej dewizy naszych przodków, zawartej w trzech najważniejszych dla Polaka pojęciach: Bóg, Honor i Ojczyzna!” To moje, patetyczne w stylu wezwanie, podtrzymuję i dziś, choć szczególnie teraz nawołuję przede wszystkim do rozwagi oraz wyciągania wniosków z historii. Czyli, do czytania i pamiętaniu o słowach klasyka, który mówił, że nic nie wymaga takiego nakładu sił i środków, jak spontaniczna rewolucja. Lekturę książek w ogóle, a w szczególności przywoływanej tu pozycji Bohdana Urbankowskiego, jak i książki „Spętany Anioł” polecam gorąco! Dla ochłody!

Felieton pochodzi z 10 numeru tygodnika Warszawska Gazeta

  Sławomir M. Kozak
www.oficyna-aurora.pl