Jednak zatrzymano agresywnego napastnika na modlących się w Elblągu. Człowiek uzależniony od nieustannego oddawania się żądzom staje się niewolnikiem.

Jednak zatrzymano agresywnego napastnika na modlących się w Elblągu.

Człowiek uzależniony od nieustannego oddawania się żądzom staje się niewolnikiem

Mariusz Dzierżawski <pomagam@stopaborcji.pl>

Prokuratura poinformowała o wszczęciu śledztwa przeciwko mężczyźnie, który 5 maja napadł na naszych wolontariuszy w trakcie publicznej modlitwy różańcowej w Elblągu. Agresywny, zamaskowany mężczyzna zniszczył transparenty i sprzęt nagłaśniający używany w trakcie modlitwy oraz groził naszemu wolontariuszowi Markowi, szarpiąc go przy tym i popychając. Służby namierzyły sprawcę napadu. Usłyszał on zarzuty kierowania gróźb celem zaprzestania publicznej modlitwy oraz zniszczenia mienia. Co więcej, w trakcie przeszukania w jego mieszkaniu znaleziono narkotyki.
Napastnik w kominiarce połamał nasz baner, uszkodził statyw od mikrofonu, zasilacz i wysięgnik do flagi. Podczas zajścia kierował do naszego wolontariusza Marka groźby karalne. Krzyczał, że ma on zakończyć zgromadzenie modlitewne, bo w przeciwnym razie go pobije. Teraz odpowie za to przed sądem, podobnie jak za posiadanie „znacznej ilości” narkotyków, które u niego znaleziono. Prokuratura postanowiła również zastosować wobec sprawcy napadu dozór policyjny  zobowiązujący do regularnego stawiennictwa na komendzie policji w Elblągu, a także wydała mu zakaz opuszczania kraju połączony z zatrzymaniem paszportu. Jak możemy przeczytać w uzasadnieniu decyzji prokuratury: Z uwagi na dotychczasowe postępowanie podejrzanego wobec pokrzywdzonego [naszego wolontariusza Marka] tj. grożenie mu popełnieniem na jego szkodę przestępstw wskazuje, iż zachodzi uzasadniona obawa, że podejrzany ponownie popełni przestępstwo z użyciem przemocy, zwłaszcza że w chwili zdarzenia był pobudzony, agresywny, a jego postępowanie, jak wyjaśnił sam podejrzany, wymknęło mu się spod kontroli”. Napastnicy atakujący nasze zgromadzenia i furgonetki odwołują się do swoich „przekonań ideologicznych”, ale często czynnikiem wyzwalającym agresję są problemy psychiczne i środki psychotropowe. Obserwując zachowania zwolenników aborcji i LGBT można podejrzewać, że cierpią nie tylko z powodu zaburzeń psychicznych, ale również rozmaitych uzależnień. W połączeniu z ideologią jest to tragiczne w skutkach. Każdego dnia miliony Polaków indoktrynowane są za pomocą mediów przez ideologię śmierci, promującą aborcję, deprawację, rozwiązłość i zamęt. W USA już 25% młodzieży ma problemy z własną identyfikacją płciową. Nie wiedzą kim są, jak mają się zachowywać, co myśleć i czuć. Powoduje to ogromną destabilizację psychiki człowieka. W naszym kraju trend ten bardzo mocno się nasila i obejmuje kolejne osoby, zwłaszcza młode, które potrafią spędzać w mediach społecznościowych wiele godzin dziennie. Ideologia ta przepełniona jest nie tylko zamętem, ale również nienawiścią. Wystarczy wejść na którąś z licznych, lewicowych grup dyskusyjnych w internecie, lub przeczytać komentarze pod artykułami na mainstreamowych portalach, aby przekonać się jak wielka jest tam skala agresji wobec każdego, kto ma odmienne poglądy. Groźby, wyzwiska, wulgaryzmy, szyderstwa, bluźnierstwa, a przede wszystkim podżeganie do przemocy – to codzienność w opanowanych przez radykalną lewicę miejscach internetu. Oprócz rozregulowania psychiki i rozbudzania nienawiści, ideologia ta skłania także do tego, aby zaprzestać korzystania z rozumu i woli na rzecz oddania się emocjom i namiętnościom. Szczególną rolę odgrywa tu zachęcanie do rozwiązłości seksualnej, która na ogromną skalę promowana jest w polskojęzycznych mediach. Człowiek uzależniony od nieustannego oddawania się żądzom staje się niewolnikiem, który nie potrafi panować nad sobą i własnymi popędami. Jest zdolny robić tylko to, co dyktują mu pobudzane bez przerwy emocje. Efekt jest tym silniejszy, jeśli dołoży się do tego środki takie jak narkotyki. Wiemy z licznych relacji medialnych oraz wieloletniej obserwacji, że stosowanie środków odurzających jest standardem w środowisku LGBT. Otwarcie mówią o tym liderzy tęczowego lobby. Moda na odurzanie się i tracenie kontroli nad własną świadomością jest również silnie promowana w mediach wspierających tęczowych aktywistów. W konsekwencji, ludzie indoktrynowani i wykorzystywani przez lewicę, niemal automatycznie, jak w wyniku tresury, reagują ogromną agresją wobec prawdy oraz symboli ją reprezentujących, takich jak widok modlitwy w miejscu publicznym, krzyża lub materiałów informacyjnych na temat skutków aborcji czy „edukacji seksualnej”. Napastnik, który zaatakował uczestników naszego różańca w Elblągu tłumaczył się na przesłuchaniu, że zachowanie wymknęło mu się spod kontroli. Właśnie do tego prowadzi faszerowanie Polaków ideologią oraz oswajanie społeczeństwa z przemocą i narkotykami. W normalnej sytuacji niezwykle rzadko zdarzają się napady, do których dochodzi w środku dnia, w centrum miasta, na oczach kilku kamer i licznych postronnych osób. Tymczasem napady na naszych wolontariuszy zdarzają się w takich okolicznościach regularnie. Wystarczy widok różańca, krzyża lub transparentu „Stop aborcji” lub „Stop LGBT”, aby w przechodzącym obok człowieku wyzwolić wściekłą agresję, popychającą do przestępstwa. Czy można powstrzymać tę przerażającą tendencję? Tak. Trzeba publicznie, głośno i odważnie docierać do Polaków z prawdą, budzić sumienia, oraz wywierać presję na egzekwowanie prawa. Elbląskie służby odnalazły sprawcę napadu i postawiły mu zarzuty. Za narkotyki sprawca może dostać do 10 lat więzienia, za groźby do 5 lat, a za zniszczenie mienia do 3 lat. Wystarczy tylko nie bać się politycznej poprawności i stosować przepisy, aby ostudzić agresję kolejnych napastników. Niskie wyroki po ciągnących się latami procesach oraz umarzane postępowania powodują, że osoby będące pod wpływem ideologii czują przyzwolenie na stosowanie przemocy, terroru i nienawiści. Aktualne środki prawne są wystarczające do tego, aby zatrzymać eskalację agresji. Trzeba tylko zacząć konsekwentnie je stosować. Aby była ku temu wola polityczna, musimy kształtować świadomość społeczeństwa i organizować kolejne, niezależne od mediów i wielkich korporacji, kampanie informacyjne skierowane do Polaków. Musimy także modlić się publicznie o odnowę moralną naszego kraju oraz kontynuować działania prawne. Proszę Pana, aby wsparł Pan tę działalność i przekazał 35 zł, 70 zł, 140 zł, lub dowolną inną kwotę, aby umożliwić organizację kolejnych akcji, głoszenie prawdy, budzenie sumień oraz obronę przed sądami. Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW

Za chodzenie po ulicy w Prudniku – dwa lata więzienia? Czy litery Z i V są zbrodnicze?

Za chodzenie po ulicy w Prudniku – dwa lata więzienia? Czy litery Z i V są zbrodnicze?

popierajacych-agresje-rosji-na-ukraine-grozi-mu

49-latek miał używać „symboli popierających agresję Rosji na Ukrainę”. Grozi mu więzienie

Prokuratura w Prudniku przedstawiła zarzuty mężczyźnie, który chodził po ulicach miasta w mundurze z symbolami rosyjskiej agresji na Ukrainę. Jak powiedział Stanisław Bar, rzecznik Prokuratur Okręgowej w Opolu, „mężczyźnie grozi kara do 2 lat pozbawienia wolności”.

W połowie maja na ulicach Prudnika przechodnie zobaczyli mężczyznę w wojskowym uniformie, na którym były symbole używane przez wojsko rosyjskie po napaści na Ukrainę – litera „Z” i stosowana przez wagnerowców litera „V”.

Poinformowani przez świadków policjanci zidentyfikowali i znaleźli podejrzanego.

– Zatrzymano 49-letniego Macieja K., któremu przedstawiono dwa zarzuty. Pierwszy dotyczy występku polegającego na używaniu symboli popierających agresję Rosji na Ukrainę. Drugi dotyczy nawoływania do nienawiści na tle narodowościowym na dwóch profilach społecznościowych, przy czym wpisy antyukraińskie zamieszczane były od kilku lat – powiedział prokurator Bar.

Podejrzany nie przyznał się do winy. Jest pod nadzorem policji. Za zarzucane mu czyny grozi do dwóch lat więzienia.

============================

mail:

Już Jaruzel bardzo nie lubił litery V.

Twierdził, że żadne słowo w polskim języku nie zaczyna się na taką literę.

========================================

mail:

Podczas swojego pobytu na Watykanie prezydent Vładimir Zelenski otrzymał 
pamiątkową gałązkę oliwną wykonaną ze srebra.
Na tabliczce dedykacyjnej napisano łacińskimi literami imię i nazwisko 
prezydenta.
Pierwsze litery imienia i nazwiska, czyli „V” i „Z” były wydrukowane na 
czerwono.

Maestria watykańskiej dyplomacji.

Jak te programy rozdawnicze się bilansują, bo to i na Ukrainę rząd wysyła i prawie dwa miliony ukraińskich obywateli wziął na utrzymanie…

Jak te programy rozdawnicze się bilansują, bo to i na Ukrainę rząd wysyła i prawie dwa miliony ukraińskich obywateli wziął na utrzymanie…

Wydaje mi się, że wpadłem na trop tego, w jaki sposób można to wyjaśnić”.

Oczywiście dopóty, dopóki nie nastąpi godzina prawdy.

michalkiewicz-wydaje-mi-sie-ze-wpadlem

W jednym z najnowszych felietonów, jaki pojawił się na kanale asmeredakcja, Stanisław Michalkiewicz odniósł się do programów rozdawniczych. Jak podkreślał, w gospodarce wszystko musi się bilansować.

– Otóż wielu ludzi zachodzi w głowę jak te programy rozdawnicze się bilansują, bo to i na Ukrainę rząd wysyła i prawie dwa miliony ukraińskich obywateli wziął na utrzymanie, jakieś emerytury im tam wypłaca, do czego się nie chce przyznać – mówił Michalkiewicz.

Jak dodał, „wielu ludzi zachodzi w głowę jak to się bilansuje, bo w gospodarce wszystko się musi bilansować”.

– Inflacja wszystkiego nie wyjaśnia. Wydaje mi się, że wpadłem na trop tego, w jaki sposób można to wyjaśnić. Otóż wiceminister Mularczyk, wiceminister spraw zagranicznych, a pan minister Rau też, oczywiście, wystąpił do rządu niemieckiego ws. reparacji podkreślił.

– Pan minister Mularczyk obsyła wszystkich polityków w Europie listami w tej sprawie. Nie wiem, jak tam z odpowiedziami, czy ktoś mu odpowiedział (…), ale bardzo możliwe, że głuche milczenie jest mu odpowiedzią – skwitował publicysta.

– Jak wyliczył pan wiceminister Arkadiusz Mularczyk od Niemców należy się Polsce ponad sześć bilionów złotych. Otóż wydaje mi się, jestem prawie pewien, że te sześć bilionów z hakiem zostało wpisane jako awuary państwowe i na to konto te wszystkie programy rozdawnicze są prowadzone wskazał.

– Ale przecież na tym nie koniec, jeszcze w sprawie reparacji nie powiedzieliśmy ostatniego słowa, bo jak wiceminister Mularczyk ujawnił, Instytut Strat Wojennych – na który pan premier Morawiecki sypnął złotem, tam pozatrudniał rozmaitych specjalistów i ekspertów, pensje są prawdziwe, to nie ulega wątpliwości – to podobno pracuje ten Instytut Strat Wojennych nad reparacjami od Rosji – powiedział.

– Tutaj kwota tych reparacji będzie pewnie jeszcze większa od reparacji od Niemiec, w związku z tym może się okazać, że mimo tych wszystkich wydatków, pomocy wojskowej dla Ukrainy, ogromnych zakupów uzbrojenia zza granicy (…) i utrzymywania coraz większej liczby obywateli Ukrainy, Polska może mieć jeszcze większe nadwyżki finansowe od Chin – stwierdził Michalkiewicz.

Jednocześnie zastrzegł: „oczywiście dopóty, dopóki nie nastąpi godzina prawdy”.

Tropienie „złodziei wody” w południowej Hiszpanii. „Truskawki połykają wodę z ptasiego raju”. Jak UE niszczy rolnictwo.

Tropienie „złodziei wody” w południowej Hiszpanii. „Truskawki połykają wodę z ptasiego raju”. Jak UE niszczy rolnictwo.

„W ciągu ostatnich czterech lat zamknęliśmy 1116 nielegalnych otworów wodnych. „

euronews–tracking-water-thieves

[Euronews, największa tuba propagandowa zielonych komunistów]

Andaluzja w południowej Hiszpanii, gdzie nasz reporter szuka – i znajduje! – dużo nielegalnych studni wodnych.

Dwie trzecie Hiszpanii jest zagrożone pustynnieniem. Kryzys klimatyczny przybiera na sile. Mnożą się konflikty związane z wykorzystaniem wody. Doñana, jeden z najbardziej wyjątkowych rezerwatów przyrody w Europie, jest jednym z takich miejsc.

Ochrona wody

Solidnie wyglądający strażnicy patrolują granicę rezerwatu Doñana. Intensywne rolnictwo szklarniowe jest coraz bliżej. Uprawia się tu około 80% hiszpańskiej produkcji owoców jagodowych. Truskawki połykają wodę z ptasiego raju.

Nielegalne rozbudowy i przepompownie „rosną jak grzyby po deszczu”. Ziemia jest perforowana i przekształca się w rodzaj „szwajcarskiego sera”.

Antonio Santos, lider jednostki Konfederacji Hydrograficznej Gwadalkiwiru, podjął działania: „W ciągu ostatnich czterech lat zamknęliśmy 1116 nielegalnych otworów wodnych. „

W lesie napięcie rośnie. Rolnicy energicznie bronią swoich odwiertów. Czasami Antonio musi wzywać Guardia Civil. Zamykanie nielegalnych studni nie jest łatwe. To prawdziwa wojna papierkowa, toczona za pomocą pism procesowych i procedur sądowych, które mogą trwać nawet osiem lat.

======================================================

Mój korespondent:

Niszczenie europejskiego rolnictwa odbywa się różnymi metodami.

W Polsce ukraińskie zboże wypiera nasze.

W Holandii wyrzuca się na ten cel ciężkie pieniądze wykupując i zamykając gospodarstwa rolne.

Kolej na Hiszpanię:

Tam pod pozorem ochrony przyrody zabiera się rolnikom wodę, aby nie mieli czym podlewać:

Ale oni jeszcze walczą o swoją egzystencję i nie dają za wygraną.

Oglądam często Euronews, bo to największa tuba propagandowa zielonych komunistów. Tam można się dowiedzieć co nam grozi i jak się ogłupia widzów, żeby to łyknęli.

Euronews nadaje w 12 językach, ale (jeszcze?) nie po polsku.

Papier toaletowy znów podrożeje. Zmieniają się unijne przepisy. Szatan teraz rekomenduje zieleń…

Papier toaletowy znów podrożeje. Zmieniają się unijne przepisy
2023-05-25 Na podst.: bankier-toaletowy-podrozeje

[Oczywiście papier do pisania itp też , kolejny raz, podrożeje. MD]

——————-

Prawo [UE] będzie wymagało od producentów podawania informacji nt. współrzędnych geograficznych gospodarstw, z których pochodziły użyte przez nich surowce…

Komisja Europejska zapowiada, że powstanie specjalny system oceny, pozwalający producentom stwierdzić, czy surowce pochodzące z danego kraju bądź obszaru wiążą się z wysokim, ze średnim czy z niskim ryzykiem dla środowiska.

===========================

Obecnie papier toaletowy to jeden z najszybciej drożejących produktów codziennego użytku. W kwietniu tego roku Polacy płacili za niego o ponad 63% więcej niż jeszcze rok temu. Jednak ma być jeszcze drożej. To wszystko z powodu zatwierdzonych właśnie przez Unię Europejską przepisów zapobiegających tzw. „wylesianiu”

Wysokie ceny papieru eksperci tłumaczą m.in. wysokimi kosztami produkcji, które są przerzucane na konsumentów. Jednak złe prognozy dopiero nadchodzą. Kolejny impuls do podwyżek dadzą nowe przepisy unijne. Rada UE zatwierdziła rozporządzenie zapobiegające tzw. wylesianiu. Branża wskazuje, że niektórzy wytwórcy nie są przygotowani do zmian, bo brakuje im odpowiednich certyfikatów. Najtańsze rolki mogą więc zniknąć z rynku. To spowoduje, że także w sklepach będzie drożej.

Coraz droższa produkcja papieru

Według ostatniej analizy „Indeks cen w sklepach detalicznych”, papier toaletowy w kwietniu br. podrożał aż o 63,2% w stosunku do ubiegłego roku.

– Podstawowy produkt higieniczny, jakim jest papier toaletowy, tak mocno drożeje głównie z powodu coraz większych kosztów energii. Do tego dochodzą rosnące ceny celulozy, spowodowane jej brakami na rynku – uważa Grochowska, ekspertka rynku retailowego  – W mojej opinii, jeszcze przez dłuższy czas będą widoczne dalsze wzrosty cen.

Na wzrost cen produktów higienicznych wpłynęła również droższa produkcja masy papierniczej. W Niemczech niektórzy producenci, przez wysokie ceny gazu, musieli nawet zamknąć swoje biznesy. Drożyzna w sklepach jest również skutkiem zerwanych w czasie pandemii łańcuchów dostaw i mniejszym importem taniej celulozy z Azji.

– Obecnie podstawowym problemem przedsiębiorstw są wysokie koszty produkcji przemysłowej, w tym energii, chemikaliów, transportu czy pracy. To powoduje, że część producentów jest zmuszona przenieść je na konsumentów.

Czy zabraknie papieru toaletowego?

Według autorów „Indeksu cen w sklepach detalicznych” konsumenci coraz głośniej narzekają na niedostateczne ilości papieru toaletowego w sklepach.

– Niedługo wejdą w życie nowe unijne przepisy, które mają zapobiegać deforestacji. Producenci i importerzy produktów, wytwarzanych m.in. z drewna, przygotowują się właśnie do wprowadzenia odpowiednich zmian w zakresie pozyskiwania surowców „tylko ze zrównoważonych źródeł”. Dlatego już teraz podejmują działania, by móc sprawnie funkcjonować. Na rynku faktycznie może więc brakować papieru toaletowego.

16 maja 2023 r. Rada Unii Europejskiej dała ostateczną zgodę na rozporządzenie, którego celem jest zapewnienie, że konsumpcja i handel produktami w UE nie przyczynią się do wylesiania i dalszej degradacji ekosystemów leśnych.

Od tego momentu kryzys na rynku papieru toaletowego może jeszcze bardziej się pogłębić, gdyż UE chce właściwie zabronić sprzedaży na jej terenie wyrobów, których produkcja w jakiś sposób wiąże się z nielegalną wycinką lasów.

– Producenci i handlowcy będą musieli udowodnić, że ich produkty zostały wyprodukowane na gruntach, które nie podlegały wylesianiu po 31 grudnia 2020 r. – Będą też musieli wskazać dowody na to, że powstały one zgodnie ze wszystkimi przepisami obowiązującymi w kraju produkcji. [—]

Tani papier zniknie z rynku?

Obecnie wielu producentów papieru toaletowego korzysta z materiałów pochodzących ze „zrównoważonych i sprawdzonych źródeł”. Są jednak też tacy, którzy mieszają surowce, np. część mają z recyklingu, a resztę z legalnie pozyskanego drewna, ale też często dokładają do tego jeszcze kolejne materiały. Dlatego UE chce „uderzyć” swoimi regulacjami właśnie w tych wytwórców. Wielu z nich zniknie z rynku, a pozostali będą zmuszeni zmienić swoje strategie, co przełoży się na podwyżki cen i ograniczenie ilości produktów w sklepach.

Komisja Europejska zapowiada także, że powstanie specjalny system oceny, pozwalający producentom stwierdzić, czy surowce pochodzące z danego kraju bądź obszaru wiążą się z wysokim, ze średnim czy z niskim ryzykiem dla środowiska. Wobec tego niektórzy konsumenci obawiają się, że będą musieli kupować głównie zagraniczny papier toaletowy, wyprodukowany z droższego surowca.

Prawo będzie wymagało od producentów podawania informacji nt. współrzędnych geograficznych gospodarstw, z których pochodziły użyte przez nich surowce. Papier toaletowy, skądkolwiek będzie sprowadzany, będzie musiał posiadać odpowiednie certyfikaty – twierdzi dr Anna Semmerling. – Polscy wytwórcy będą mieli pod tym względem takie same szanse na rynku, jak zagraniczni.

=====================================

Co zabawne PRL mierzył się z dokładnie takimi samymi problemami, jeszcze brakuje tylko pomysłu nagradzania uczniów za noszenie „pakietów” do punktów skupu i mamy komunę pełną gębą.

Lutobor:

Ciemny Ludzie, Ty nadal twierdzisz że Unią nie rządzą na ziole i ko muszki?

Geotermia. Niechciana energia szansą rozwoju Polski

Geotermia. Niechciana energia szansą rozwoju Polski

16 listopada 2022 geotermia-niechciana-energia-szansa-rozwoju

Polska może być samowystarczalna energetycznie. Każda polska gmina, jeśli się tylko postara, może taką samowystarczalność uzyskać! – zapewnia Jacek Zimny, prof. AGH, przewodniczący Zarządu Polskiej Geotermalnej Asocjacji im. prof. Juliana Sokołowskiego, członek Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie Rzeczypospolitej Polskiej, w rozmowie z Marcinem Austynem.

Po latach zapomnienia, w dobie kryzysu energetycznego, geotermia ma szansę na swoją „chwilę sławy” w Polsce?

Warto przypomnieć, że w Polsce temat geotermii pojawił się w latach dziewięćdziesiątych. W tym czasie wraz z profesorami Julianem Sokołowskim i Ryszardem Kozłowskim – poprzez poseł Zofię Krasicką-Domkę – zostaliśmy zaproszeni do współpracy z rządem premiera Jerzego Buzka. Przygotowywano wtedy nową strategię energetyczną dla kraju (z uwzględnieniem gazu z Norwegii) i potrzebny był bilans zasobów OZE, takich jak biogaz, wiatr, słońce i geotermia. Wyniki zaskoczyły wszystkich. Okazało się, że na głębokości do trzech kilometrów zasoby geotermalne – technicznie możliwe do pozyskania – mieściły się w granicach sześciuset tysięcy petadżuli (625 000 PJ), przy rocznym zapotrzebowaniu w granicach czterech i pół tysiąca petadżuli.

Z czasem te zasoby się powiększają. Zaczęły bowiem obowiązywać nowe unijne standardy badań, które nakazują, by sporządzać bilanse do głębokości sześciu kilometrów. W ten sposób powyższa liczba powiększyła się trzykrotnie! Na rok 2004 polskie zasoby geotermalne – szacowane na 150 razy więcej niż potrzeby kraju – stanowiły 90 procent zasobów naturalnych Polski. Drugie miejsce zajęły biogaz i biopaliwo (jesteśmy krajem rolniczym i dobrze zalesionym). Dalej zaś uplasowały się zasoby energii słonecznej, wiatrowej i wodnej.

Co się wydarzyło, że tej wielkości liczby nie zrobiły większego wrażenia na rządzących?

Przedstawiliśmy ten bilans w obecności premiera Buzka i akredytowanych dziennikarzy w Sejmie. Nasze badania zainteresowały jeden z wiodących dzienników i informacja o nich miała znaleźć się na pierwszej stronie gazety. Tak się jednak nie stało. Usłyszeliśmy później, że gdybyśmy pisali o gazie norweskim, to co innego. Temat geotermii został „zdjęty” odgórnie.

Czyli geotermia padła ofiarą polityki? Najpierw poszło o gaz norweski, później sprzeciw wywoływała inicjatywa toruńska, w zasadzie z uwagi na niechęć do inicjatyw ojca Tadeusza Rydzyka, kolejną przeszkodę stanowiła wieloletnia umowa gazowa z Rosją. „Dajcie spokój z geotermią, mamy gaz” – można tak ująć panującą atmosferę?

Geotermię przez lata traktowano po macoszemu – z niechęcią. Tak było do czasu podjęcia tematu geotermii dla Torunia. Wówczas temat udało się wprowadzić do debaty medialnej i pojawiła się możliwość realizacji konkretnego projektu. Był rok 2008. Oczywiście nie obyło się bez problemów związanych z przyznaniem koncesji, z dofinansowaniem…

I z nieprzychylną lewicowo-liberalną prasą…

Tak było. Udało się jednak zrealizować projekt i 12 października roku 2022 zapamiętamy jako ważną datę (podłączenie instalacji geotermalnej do toruńskiej sieci ciepłowniczej). Ale kłody rzucane pod nogi tej inicjatywie sprawiły, że jej realizacja trwała przeszło szesnaście lat.

Przez te lata udało się zmienić sposób patrzenia na geotermię?

W roku 2015 na konferencję klimatyczną w Paryżu z Polski wyjechała dobrze przygotowana ekipa pod przewodnictwem premier Beaty Szydło. Wówczas minister środowiska, profesor Jan Szyszko przedstawił koncepcję – uzgodnioną z państwami dysponującymi dużymi zasobami leśnymi – aby włączyć lasy do bilansowania kompensacji dwutlenku węgla.

Równocześnie, jako priorytety dla Polski, profesor Szyszko przedstawił biogaz, biomasę i biopaliwo. Na drugim miejscu znalazła się geotermia. Powrócono też wówczas do starej koncepcji zagospodarowania głównych rzek w Polsce. I kiedy wydawało się, że dla geotermii nastał lepszy czas, zmieniła się strategia i ministrem środowiska został Michał Kurtyka; powróciła koncepcja rozwoju energetyki wiatrowej i po dziś dzień zbieramy owoce tej decyzji. Stawiamy na wiatr, słońce, pompy ciepła…

Równocześnie istotną rolę ponownie przypisano gazowi z północy. Jak wiemy, inwestycja już została zakończona… Zatem mamy norweski gaz + fotowoltaikę i wiatraki… No właśnie, czyje? Niemieckie?

Niemcy postawili na monopolizację branży i w zasadzie przejęli kontrolę kapitałową nad produkcją wiatraków. A na rozwój energetyki wiatrowej mocno naciskała Unia Europejska. I tak oto, obecnie, dzięki dużym środkom finansowym skierowanym na wsparcie tego sektora, powstały liczne farmy wiatrowe, także o dużej mocy, i dysponujemy mocą zainstalowaną około 8 GW. To mniej więcej moc sześciu bloków jądrowych, po 1,5 GW, jakie planuje się wybudować w Polsce. Jeszcze szybciej rozwinęła się fotowoltaika. Wystarczyło około sześć do siedmiu lat, by osiągnąć wartość mocy zainstalowanej na poziomie 10 GW. Zatem około trzydziestu procent zainstalowanej mocy w krajowym bilansie energii pochodzi z tych dwóch odnawialnych zasobów i źródeł.

Co w tym czasie działo się z geotermią? Wiemy o istnieniu jedynie „punktów geotermalnych” na mapie Polski.

Presja ze strony środowisk naukowych i branżowych sprawiła, że idąc małymi krokami wprowadziliśmy geotermię do rządowego programu strategicznego. Zaczęło się to w roku 2015. Nie ukrywam, że powołanie mnie przez prezydenta Andrzeja Dudę do Narodowej Rady Rozwoju miało tu spore znaczenie.

Geotermia trafiła do Planu Odbudowy i Rozwoju, później do Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju, a także do Krajowego Planu Odbudowy. Obecnie temat jest na poziomie wszystkich województw. Jeśli więc idzie o legislację, o polityczną zgodę, jesteśmy już na poziomie gmin. Zatem ich włodarze, jeśli widzą w geotermii perspektywę rozwoju, mają możliwość nie tylko działania, ale i uzyskania stuprocentowego dofinansowania (dotacji) środków finansowych z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.

Aktualnie w Polsce wykonuje się kilkanaście odwiertów. Są bowiem gminy, które odważnie weszły w program, wydały środki własne na sporządzenie dokumentacji i są na etapie pierwszych czy drugich wierceń. A to już pierwszy etap przygotowania pod budowę ciepłowni czy elektrociepłowni geotermalnej.

Niestety, na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat nie powstała ani jedna ciepłownia geotermalna – pierwszą instalacją jest toruńska Fundacji Lux Veritatis. Została oparta na technologii absorpcyjnej, bo takie technologie były dostępne w okresie projektowania inwestycji. Dziś mamy już dostępne bardziej wydajne technologie sprężarkowe.

Jak one zmienią obraz geotermii? Pierwszym pytaniem jest to o sięganie po ciepło. Kolejne musi dotyczyć temperatury, od której można wytwarzać prąd?

Jesteśmy przygotowani do wdrożeń ciepłowni geotermalnych na sprężarkowych pompach ciepła dużej mocy i dysponujemy tu polskimi, opatentowanymi rozwiązaniami. Mamy technologie pozwalające wytwarzać nie tylko ciepło, ale i prąd. Dziś opłaca się wytwarzać ciepło już przy temperaturze źródła w granicach 30–40 stopni Celsjusza. Nasze rozwiązania pozwalają uzyskiwać temperatury grzania nawet do 160 stopni Celsjusza – w tym zakresie wyprzedzamy Zachód.

Jeśli zaś idzie o wytwarzanie energii elektrycznej, jest to opłacalne od temperatury źródła 90 stopni Celsjusza. Szukamy też takich źródeł, których wydajność będzie odpowiednio duża (rzędu 300 m3 na godzinę i więcej). Bo i takie źródła geotermalne w Polsce posiadamy; w niecce podhalańskiej i w Toruniu notujemy wydatki rzędu 1000 m3 na godzinę.

Skąd będzie pochodziła energia do zasilania technologii sprężarkowej?

Z założenia jest to projekt samowystarczalny energetycznie. Energia będzie pozyskiwana z innych źródeł odnawialnych. Jest to ważne założenie w naszym patencie. Tworzymy swego rodzaju wyspę energetyczną pod konkretną potrzebną moc. To trzeba mocno podkreślić – w sensie wdrożenia geotermii na dużą skalę – jesteśmy samowystarczalni energetycznie w ciepło, w krótkim czasie.

Ale tam, gdzie panują odpowiednie warunki… Ile jest takich miejsc w Polsce?

Obecnie mamy wytypowanych przeszło trzysta takich miast i tę kolejkę powoli rozładowujemy. Aktualnie realizujemy (Stowarzyszenie i Wydziały AGH wspólnie z Politechniką Wrocławską) projekt w Oławie, wykorzystujący nasze najnowocześniejsze rozwiązania. Chcemy tam zasilać miasto w ciepło (około 60 %) i w pełni w ciepłą wodę. To ważne, bo taki udział odnawialnych źródeł energii w ciepłowni uznaje się już za źródło ekologiczne, a to otwiera drzwi do unijnych funduszy. Chcemy, by docelowo wszystkie niezbędne urządzenia były produkowane w Polsce. To oczywiście wymaga czasu. Niemniej Oława ma być w tej materii pionierem. Zakończenie prac planowane jest za około trzy lata. Będzie to też ośrodek naukowy i dydaktyczny.

Mamy również inny pilotażowy projekt w Buku, koło Poznania. Tam są warunki lepsze niż na Podhalu. Chcemy, by powstała tam elektrociepłownia geotermalna. Także i ten projekt będzie szeroko otwarty dla świata nauki.

Czy po agresji Rosji na Ukrainę zmienił się sposób patrzenia na źródła energii?

Z pewnością doceniono wartość decentralizacji dostaw energii. Przychylniej patrzy się na projekty lokalne. Zatem dla naszej branży przychodzi dobry czas. Spodziewam się, że nastąpi „wysyp dubletów” (dwóch odwiertów, pozwalających zamknąć obieg geotermalny). Mamy też zapotrzebowanie na ciepło, i to „już”. A to jest szansa na rozwój geotermii. Otwarcie toruńskiej ciepłowni tylko temu procesowi pomoże.

Ile czasu mija od pomysłu do realizacji ciepłowni geotermalnej?

Około trzech do czterech lat. Główną przeszkodą w rozwoju geotermii, prócz braku świadomości, że ta woda leży pod 80% powierzchni kraju, jest czasochłonna procedura administracyjna. Potrzeba opracowania zasobów dla danej gminy ze wskazaniem działki. Na tej podstawie określa się przekroje wodonośne do głębokości sześciu kilometrów. Potem powstaje projekt robót geologicznych. Następnie gmina może się ubiegać o dotacje zarówno na odwierty, jak i na instalację geotermalną. Do roku 2030 na rozwój geotermii z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej przeznaczonych będzie coraz więcej środków, a inwestycja może być w stu procentach dofinansowana. Tyle tylko, że gminy jeszcze nie są odpowiednio przygotowane – brakuje im stosownej dokumentacji.

Trzeba zatem, by gminy zabrały się do pracy. Idą wybory, być może kwestie energetyczne okażą się tu ważnym elementem?

Warto sprawę potraktować poważnie. Z pewnością każdy gospodarz powinien wiedzieć, jaki ma bilans odnawialnych źródeł energii na swoim terenie, szczególnie, że chodzi o uzyskanie możliwej samowystarczalności energetycznej. O to zabiegamy już od czasów premiera Buzka. Mówiliśmy o tym w Sejmie także za rządów premiera Millera. Sugerowano, by nasze badania i propozycje włożyć między bajki, bo rzekomo Polska nigdy nie była i nie będzie samowystarczalna energetycznie… Dziś z pełną odpowiedzialnością powtarzam: każda gmina – choć każda posiada różne zasoby kopalin i odnawialnych źródeł (OZE) – może być samowystarczalna energetycznie!

Tylko potrzebujemy mniej polityków, a więcej gospodarzy?

Zdecydowanie! Wciąż nie wierzymy we własne możliwości. To trzeba zmienić. W sytuacji wojennej problem geotermii wyrasta na „szansę numer jeden” dla rozwoju Polski. Trzeba powrócić do strategii rozwoju kraju opartej na polskim interesie. Rozwój energetyki wiatrowej jest maksymalny, podobnie fotowoltaiki.

Dajmy teraz takie same szanse geotermii. Pomóżmy gminom, skróćmy formalności. I odwagi! Owszem, gmina musi przygotować dokumentację, ale kolejne koszty to dotacje, a mówimy tu o milionach złotych. W sytuacji zagrożenia bezpieczeństwa energetycznego świata i Europy, wobec niebezpieczeństwa wojny o energię, w sytuacji coraz surowszych wymogów ekologicznych i bytowych, szansą i rozwiązaniem dla Polski jest geotermia!

Dziękuję za rozmowę.

Marcin Austyn

Bruksela ma pomysł !!! Na odebranie nam dostępu do prądu

Czy będzie nas jeszcze stać na energię? Bruksela ma pomysł na odebranie nam dostępu do prądu

bruksela-ma-pomysl

24 maja Komisja Europejska wezwała wszystkie kraje UE do zaprzestania do końca tego roku powszechnego wsparcia dla obywateli i przedsiębiorstw mierzących się z wysokimi cenami energii.

Jeśli one wzrosną, to w przyszłym roku pomoc miałaby być kierowana jedynie do najbiedniejszych. Bruksela wydała wytyczne w sprawach fiskalnych i „zaciskania pasa” przy jednoczesnym utrzymaniu kosztowych inwestycji związanych z transformacją eko-cyfrową.

W środę KE wezwała rządy w całej UE do wycofania dopłat do rachunków za energię tak dla gospodarstw domowych, jak i firm. W przyszłym roku środki wsparcia będą mogły być w wyjątkowych sytuacjach kierowane do najbardziej wrażliwych grup. Bruksela zaznaczyła, że jest to konieczne, aby pozostać w zgodzie z regułami fiskalnymi.

Ogromne dopłaty pojawiły się po inwazji Rosji na Ukrainę i zakłóceniach w podaży ropy i gazu w jej następstwie. Paulo Gentiloni, europejski komisarz ds. gospodarki wskazał, że państwa muszą teraz starać się zmniejszać zadłużanie i „głównym sposobem jest likwidacja powszechnych środków wspierających energię”. – Myślę, że tutaj można mieć większe pole manewru .

W 2024 r. mają być odwieszone reguły fiskalne, których obowiązywanie wyłączono w okresie tak zwanej pandemii COVID-19.

Komisja jednak ostrzegła 14 krajów, które nie spełniają kryterium deficytu. Są wśród nich: Francja, Niemcy, Włochy, Łotwa, Węgry, Malta, Polska, Belgia, Bułgaria, Czechy, Estonia, Hiszpania, Słowenia i Słowacja. Ponadto trzy państwa nie spełniają kryterium długu: Włochy, Francja i Finlandia.

W 2024 r. Bruksela chce wszcząć procedurę nadmiernego deficytu, która przewiduje sankcje finansowe wobec podmiotów nieprzestrzegających przepisów.

W wytycznych dla państw członkowskich w ramach pakietu wiosennego europejskiego semestru 2023, Komisja domaga się „zintegrowanego podejścia we wszystkich obszarach polityki: promowania zrównoważenia środowiskowego, wydajności, sprawiedliwości i stabilności makroekonomicznej”.

W ramach koordynacji polityki KE domaga się wdrażania Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności (RRF) oraz programów polityki spójności.

Prognoza gospodarcza z wiosny 2023 r. przewiduje, że gospodarka UE wzrośnie o 1,0% w 2023 r. i 1,7% w 2024 r. Przewiduje się, że inflacja w UE wyniesie 6,7% w 2023 r. i 3,1% w 2024 r. Poziom zatrudnienia wyniesie w tym roku 0,5%, a w 2024 spadnie do 0,4%. Stopa bezrobocia ma się utrzymać na poziomie nieco powyżej 6%.

Dwa lata po wdrożeniu RRF – leżącego u podstaw planu odbudowy Next Generation EU dla Europy o wartości 800 miliardów euro – ma nastąpić przyspieszenie „sprawiedliwej i sprzyjającej włączeniu społecznemu transformacji ekologicznej i cyfrowej w każdym państwie członkowskim, wzmacniając odporność całej UE”. Jak do tej pory Polska nie może doczekać się funduszy z tego instrumentu.

Bruksela naciska na szybszą dekarbonizację gospodarki i bazy przemysłowej, szkolenia pracowników, intensyfikowanie badań.

Zalecenia dla poszczególnych krajów są podzielone na cztery części: [—-]

Bruksela domaga się [—-] , w szczególności w celu wspierania transformacji ekologicznej i cyfrowej.

Wszystkie państwa członkowskie mają zlikwidować obowiązujące środki wsparcia energetycznego do końca 2023 r. i zachęcać do oszczędzania energii. [—-]

[Oni już wypuszczają z siebie tylko bełkot.. MD]

Źródło: euronews.com, ec.europa.eu AS

================

I do takich hien nasza ojczyzna wstępowała z radością – i błogosławieństwami…

Tylko Maryla Rodowicz zaśpiewała marsz niewolników z opery Nabucco.

Pierwsze poważne ostrzeżenie.

Apokalipsa za progiem: Chiny pracują nad stworzeniem „żołnierza doskonałego”. Połączyli komórki człowieka z niesporczakiem

Apokalipsa za progiem: Chiny pracują nad stworzeniem „żołnierza doskonałego”. Połączyli komórki człowieka z niesporczakiem

#Chiny #edycja genów #hybrydy zwierzęco-ludzkie #inżynieria genetyczna

(Obraz wygenerowany przez sztuczną inteligencję)

===========================

Niesporczaki

===========================

Chińczycy, jak przystało na komunistów, mając w głębokim poważaniu szacunek dla człowieka i refleksję nad etycznymi aspektami bioinżynierii, nie mają hamulców w tworzeniu hybryd zwierzęco-ludzkich.

South China Morning Post informuje, że grupie chińskich naukowców wojskowych udało się połączyć geny niesporczaka z ludzkimi komórkami macierzystymi. Powstały w ten sposób twór rzekomo przejął niektóre z cech tych „niezniszczalnych” organizmów, wykazując się m.in. zwiększoną odpornością na promieniowanie X.

Niesporczaki należą do jednych z najodporniejszych stworzeń na Ziemi. Mniejsze niż milimetr bezkręgowce potrafią przetrwać ekstremalne temperatury (od minus 270 do plus 150 st. C), promieniowanie, ciśnienie kilku tysięcy atmosfer, a nawet obecność w przestrzeni kosmicznej.

Jak donoszą chińskie media, póki co nie odnotowano żadnych niepożądanych mutacji. Zachęcające wyniki badań oznaczają natomiast, że eksperyment będzie kontynuowany i „wejdzie w kolejną fazę”. Choć nie wiadomo, co to do końca oznacza, cytowani naukowcy chcą w przekształcić embrionalne komórki macierzyste zmodyfikowane genem niesporczaka np. w komórki krwiotwórcze.

W eksperymencie użyto metody „genetycznych nożyczek” CRISPR-Cas9, za wynalezienie której Jennifer Doudna otrzymała w 2020 r. Nagrodę Nobla.

Wielkim zwolennikiem narzędzia jest Bill Gates, który upatruje w niej nadziei na stworzenie odpornych na zmiany klimatu roślin i zwierząt. Natomiast głównym celem prac nad usprawnieniem technologii jest modyfikacja genetyczna człowieka, najlepiej już na etapie prenatalnym.

„Inżynieria genetyczna ma jeden cel — modyfikowanie ludzkich genów. Najpierw będą nam mówić, że robią to w celach walki z chorobami, ale potem do gry wejdzie też rząd i może się okazać, że cała ta zabawa będzie miało bardzo nieszczęśliwe zakończenie” – przekonuje chiński naukowiec, cytowany przez komputerswiat.pl

Źródło: komputerswiat.pl / własne PCh24.pl

===========================

viki: Niezwykła odporność

Niesporczaki uznawane są za najbardziej odporne na warunki zewnętrzne ze znanych organizmów. W stanie anabiozy mogą przetrwać w temperaturach od prawie zera absolutnego do ponad 150°C, znoszą 1000 razy silniejsze promieniowanie jonizujące niż jakiekolwiek inne zwierzę ciśnienie 6000 atmosfer, potrafią również przetrwać ponad 100 lat bez wody, a nawet w przestrzeni kosmicznej (ich ostatnia podróż w kosmos odbyła się 3 czerwca 2021 r – SpaceX wystrzelił 5000 niesporczaków na Międzynarodową Stację Kosmiczną). Organizmy te są również w stanie znieść niezwykłe stężenia soli. Zmierzono prędkość uderzenia i ciśnienie uderzeniowe, przy których są w stanie przeżyć. Przy prędkości uderzenia 2621 km/h przeżyło 100% niesporczaków, podczas gdy około 60% przetrwało uderzenia do 2970 km/h.

=====================

MD

Przypominam, że w latach zwycięskiego stalinizmu – ok. roku1931 – Akademik Iwanow krzyżował swego syna z samicami bonobo, a na Krymie komsomołkę , też z bonobo. Krzyżowanie komsomołek z małpą bonobo a Zielony Ład UE

Kitajcy idą dalej…

==================

mail:

To co opisane w tej książce materializuje sie na naszych oczach, hybrydyzacja człowieka to cel tych, którzy zza kulis rządzą światem – a nimi rządzi Szatan! 

Zielony komunizm – agresja z UE na Indie. Wróg – człowiek i CO2.

Zielony komunizm – agresja z UE na Indie.

indie-zloza-skarge-sprzeciwiaja-sie-planowi-unii-europejskiej

Indie złożą skargę do WTO. Sprzeciwiają się planowi Unii Europejskiej

Indie złożą skargę do Światowej Organizacji Handlu przeciw planowi UE wprowadzenia 20-30-procentowego podatku od importu towarów wysoko-emisyjnych, takich jak stal, ruda żelaza i cement z Indii.

Jest to sprzeciw Nowego Delhi wobec „mechanizmu dostosowywania cen na granicach z uwzględnieniem emisji CO2”, co ma skłonić lokalny przemysł do inwestowania w nowe technologie, aby obniżać emisję dwutlenku węgla.

Unijny komisarz ds. handlu, p. Waldemar Dombrovskis, stwierdził, że KE zaprojektowała CBAM tak, aby był on zgodny z zasadami WTO, stosując ten sam podatek emisyjny w przypadku towarów importowanych, jak i w przypadku krajowych producentów z UE.

Indie postrzegają proponowaną opłatę jako dyskryminację i barierę handlową – i kwestionują jej legalność, powołując się na to, że Nowe Delhi już przestrzega protokołów zawartych w porozumieniu paryskim ONZ w sprawie zmian klimatu z 2015 roku.

Kudak – kresowe Westerplatte (dokończenie)

Kudak – kresowe Westerplatte (dokończenie)

stanislaw-orda-kudak-kresowe-westerplatte-dokonczenie

 Oto link do części pierwszej: Kudak – kresowe Westerplatte

Jeszcze trochę tła historycznego

Konieczność zbudowania warowni na progu „Dzikich pól” pojawiła się po skutkach buntów kozackich z lat poprzednich, krwawo tłumionych przez wojska hetmanów Mikołaja Potockiego, Stanisława Koniecpolskiego, czy książąt Koreckich, a klamka zapadła po wybiciu pierwszej załogi Kudaku, gdy w ramach retorsji Sejm koronny cofnął dotychczasowe przywileje dla „niżowców” (rok 1638 i 1639), spychając wszystkich, znajdujących się poza rejestrem, mieszkańców Zaporoża do kategorii chłopstwa.

Oznaczało to, iż utracili oni status ludzi wolnych, a zostali podporządkowani w sensie formalno-prawnym właścicielom latyfundiów na ziemiach kresowych ze wszystkimi rygorami odnoszącymi się do chłopów, zaś ziemie „ukrainne” otrzymały status „królewszczyzn” pod zarządem ludzi wyznaczonych przez króla. Rzecz jasna, nastawiło to mieszkańców Dzikich Pól, przywykłych do swobód i życia bez nadzoru żadnych zwierzchności, skrajnie nieprzyjaźnie do reprezentantów władzy („koroniarzy”), a taki bieg spraw sytuował Kudak i jego dowódcę na pozycji posterunku żandarmerii w dzielnicy objętej permanentnym stanem wyjątkowym, a często-gęsto wojennym. Sejm koronny składał się głównie z ludzi, którzy mieli albo słabe albo błędne wyobrażenie o realiach życia na tych odległych ziemiach. Wyobrażenia oparte na gęsto zaludnionych i z niezłą infrastrukturą zachodnich czy centralnych rejonach Rzeczpospolitej Obojga Narodów (dalej: RON) przykładane były do rozległego obszaru bezludnych stepów, gdzie nie było żadnych miast, dróg czy zamków, a przemieszczanie się po tym obszarze zimową porą, wymagało zabierania ze sobą zapasów dla ludzi i koni na cały czas wyprawy.

Ponadto nie było to możliwe przez część roku, w porze wiosennych wylewów Dniepru i jego dopływów. W pierwszym półwieczu XVII stulecia zimy stawały się coraz sroższe, co jak dzisiaj wiemy, wiązało się z malejącą aktywnością Słońca, które wchodziło w tzw. minimum Maundera, skutkując „małą epokę lodowcową”, datowaną na  okres lat 1645 –1715 (efekt maksimum). Poza klęskami spowodowanymi grabieżczymi najazdami, był to rejon nawiedzany regularnie innymi plagami w rodzaju chmar szarańczy pożerającej wszystko na swojej drodze. Z jednej strony stwarzało to rosnącą presję ludności kozackiej na wyprawy grabieżcze, a z drugiej kresowa szlachta wywierała presję dotyczącą spacyfikowania takiej samowoli i domagała się podporządkowania ludności tych terenów reprezentantom władzy królewskiej .

Jednak w początkach XVII stulecia rozwiązanie spraw na Niżu pozostawiono „odłogiem”, gdyż po śmierci cara Borysa Godunowa w kwietniu 1605 roku, kresowi możnowładcy polscy i litewscy zaangażowali się w popieranie sukcesji samozwańczych pretendentów do władzy w carstwie rosyjskim. W latach 1601-1603 wystąpiła na terenach Rosji katastrofalna susza, która spowodowała masowy głód, wędrówki ludności w poszukiwaniu lepszych miejsc do życia, a w konsekwencji niepokoje i bunty, zwłaszcza wszczynane przez kozaków dońskich i chłopstwo na Kubaniu. Magnaci zakładali, że stworzyło to dobrą okazję do zdobycia ziem na wschodzie, gdyż państwo moskiewskie zdawało się chylić ku upadkowi. Z tego względu, na potrzeby ekspedycji militarnych, prowadzono masowy zaciąg na Zaporożu, angażując praktycznie wszystkich chętnych i zdolnych do walki drogą obiecywania im wszelkiego rodzaju przywilejów. Dodam, że już wówczas Sicz mogła wystawić nawet kilkanaście tysięcy zbrojnych. Ich ilość szybko wzrastała, gdyż wraz z rosnącą siłą i znaczeniem Siczy, przybywało na Niż dnieprowy wciąż więcej uciekinierów spod samowoli magnatów, licznych banitów z wyrokami sądowymi oraz  pospolitych zbójców i łotrzyków.

W czerwcu 1605 r. 25-letni Dymitr Samozwaniec (pierwszy z ”łżedymitrów”), konwertyta na katolicyzm, wspierany przez kilkutysięczne oddziały kozackie oraz oddziały magnatów kresowych, głównie Mniszchów, Strusiów i Wiśniowieckich, zdołał zająć Moskwę, a w następnym miesiącu objąć tron carski. Ale już w maju następnego roku Dymitr został stracony w Ugliczu, gdzie schronił się przed powstańcami dowodzonymi przez Wasyla Szujskiego, po tym gdy wyrżnięto do nogi 500 – osobową załogą polską, stacjonującą na moskiewskim kremlu. Okoliczności związane ze śmiercią „samozwańca” były bardzo widowiskowe, jak mówi o tym następujący fragment zapisków dotyczący tych zdarzeń:

„Zwłoki Dymitra zostały najpierw pochowane, później odkopane, zawleczone na sznurze uwiązanym do genitaliów na Łobnoje Miesto, a tam zmasakrowane, poćwiartowane i spalone. Prochami nabito armatę ustawioną na rogatkach Moskwy i wystrzelono je na zachód w kierunku Polski.”

Na fali niepokojów ogarniającej coraz większe obszary Rosji, wzniecone zostało następnie powstanie skierowane przeciwko władzy cara Wasyla Szujskiego, a także pojawił się w 1607 roku kolejny Dymitr Samozwaniec, którego pretensje do objęcia władzy w Moskwie poparło tym razem jeszcze więcej zwolenników, na czele z Wiśniowieckim (Adamem), Różyńskim (Romanem), Sapiehą (Janem), lisowczykami oraz kozakami z Zaporoża, nie licząc rodzimych bojarskich przeciwników Wasyla Szujskiego. Gdy ten drugi Dymitr zginął w 1610 roku w bójce, zniknął cel i sens wszczętej dymitrady.

Do kolejnej próby odzyskania tronu moskiewskiego, podjętej w 1617 r. przez królewica Władysława Zygmuntowicza (syna króla Zygmunta III Wazy), włączyło się ponad 20 tysięcy Niżowców pod wodzą Piotra Konaszewicza-Sahajdacznego, herbu Pobóg, pułkownika kozaków rejestrowych. Oddziały kozackie, których tzw. „rejestr” liczył tylko 1000 zbrojnych, a reszta była z wolnego zaciągu, połączyły się z wojskami królewicza Władysława pod murami Moskwy w celu jej oblężenia i zdobycia. W nagrodę Sahajdaczny otrzymał od królewica buławę hetmańską. Gdy jednak nie udało się zdobyć Moskwy, a następnie na jesieni 1618 r. podpisano rozejm z Rosją, kozacy przestali być potrzebni i, oczywiście, nie wypłacono nierejestrowym obiecanego wynagrodzenia, a także stale zalegano z wypłatą żołdu dla rejestrowych. W tej sytuacji kozacy ograbili oraz spustoszyli wszystkie miejscowości znajdujące się na trasie drogi powrotnej oraz w jej okolicy. Pomimo pewnej dozy wdzięczności za udział kozaków w ekspedycji moskiewskiej Rzeczpospolita chciała definitywnie załatwić sprawy na Siczy z powodu, że Niżowcy nie przestrzegali żadnych warunków zawartych w podpisywanych dotychczas porozumieniach. Doskonale zdawali sobie sprawę z nierealności ich egzekwowania przez władzę królewską czy poszczególnych wojewodów lub hetmanów.

Ponadto sułtan turecki postawił ultimatum, że jeśli Rzeczpospolita nie ukróci grabieżczych rajdów kozaków niżowych na terytoria tureckie oraz włości zarządzane przez wasali Turcji (np. Mołdawia, Wołosza, Besarabia-Budziak), wówczas armia Imperium Ottomańskiego podejmie się sama pacyfikacji Zaporoża i Dzikich Pól. Ultimatum zawierało realną groźbę, gdyż gdyby ta armia tam weszła, to niezwykle trudno byłoby ją zmusić do opuszczenia zajętych terytoriów. W tej sytuacji wojska królewskie, dowodzone przez wielkiego hetmana koronnego Stefana Żółkiewskiego, wyruszyły na Zaporoże, docierając w okolice Białej Cerkwi i założyły obóz ok. 130 km na południe od Kijowa, nieopodal miejscowości Pawołocz nad rzeką Rastawicą. Ta demonstracja siły nie odniosła skutku, a przeciwnie, ponad dziesięć tysięcy kozaków dowodzonych przez Sahajdacznego wyruszyło wraz z artylerią na spotkanie ekspedycji hetmańskiej i w początkach września 1619 r. również założyło warowny obóz nad rzeką Uzeń, ok. 40 km na południe od Białej Cerkwi. Ze względu na wyrównane siły obydwu stron, przywódcy kozaccy (m.in. Jan Kostrzewski, Piotr Odyniec, Racibor Borowski i Jacyna Liutorenko) rozpoczęli negocjacje, które nie przynosiły skutku, ale były przez stronę polską przeciągane, gdyż kozacy, chcąc przygotować siedliska na przezimowanie, zaczęli dość gremialnie opuszczać obozowisko.

W końcu września przewaga po stronie wojsk hetmański stała się oczywista, toteż starszyzna Niżowców oraz strona polska zawarły ugodę w dniu 17 października 1619 r., którą w imieniu Rzeczypospolitej podpisali hetman polny koronny Stanisław Koniecpolski h. Pobóg, wojewoda ruski Jan Daniłowicz h. Sas, Jan Żółkiewski h. Lubicz (syn kanclerza wielkiego koronnego Stanisława Żółkiewskiego), wojewoda kijowski Tomasz Zamoyski h. Jelita (syn Jana Zamoyskiego) oraz starosta kamieniecki i bracławski Adam Kalinowski h. Kalinowa (syn Walerego Aleksandra Kalinowskiego – generała ziem podolskich i właściciela rozległych dóbr humańskich).

Kanclerz koronny St. Żółkiewski spodziewał się, że kozacy, którzy uzyskali zarówno zapłatę zaległych poborów, podniesienie rejestru do 3 tysięcy ludzi, podniesienie wysokości żołdu dla rejestrowych oraz mieli zrezygnować za odszkodowaniem z podejmowania „chadzek” na wybrzeża tureckie i krymskie, tym razem zechcą dotrzymać warunków ugody. Ale na Zaporożu zachodziły zmiany, których w praktyce nikt nie kontrolował. Rejestr dotyczył tylko nikłej części kozaków, natomiast rosnącą ich część stanowili ludzie „luźni”, którzy mogli utrzymywać się wyłącznie z rozboju i łupieżczych ekspedycji. Wymuszali oni na wybieranych dowódcach (atamanach) organizowanie takich właśnie eskapad. Sahajdaczny wraz z Zaporożcami natychmiast po podpisaniu ugody z hetmanami zorganizował wypad na pogranicze Chanatu Krymskiego i gdy jego mołojcy łupili okolice Perekopu, wówczas na dnieprowej Siczy, nie biorący udziału w wyprawie na ułusy tatarskie kozacy wybrali kogoś innego na własnego hetmana.

Tymczasem Turcja zmierzała do podjęcia zapowiedzianych kroków wojennych, podobnie chan krymski. Groźba interwencji turecko-tatarskiej była skierowana przeciwko kozakom na Niżu, więc niejako z konieczności w wojnie lat 1620-1621 ich kilkudziesięciotysięczne oddziały podporządkowały się Sahajdacznemu i walczyły z sukcesami po stronie wojsk polskich. Sahajdaczny, korzystając z okazji we wrześniu 1621 r. skazał na śmierć Jacka Borodawkę (Jakow Adamowicz Borodawka-Nierodycz), hetmana wybranego przez Siczowców w 1619 r., wówczas gdy oddział Sahajdacznego pustoszył pogranicze Chanatu krymskiego. Po klęsce cecorskiej w 1620 roku oraz zawarciu ugody z sułtanem tureckim po nierozstrzygniętej batalii pod Chocimiem w 1621 roku, okazało się, że kozacy ponownie przestali być potrzebni. Na Zaporożu było coraz więcej ludzi bez przydziału („wypiszczków”), bo rejestr został podwyższony w ugodzie z Sahajdacznym tylko do sześciu tysięcy ludzi, (na więcej nie pozwalała zasobność skarbu królewskiego, mocno uzależniona od każdorazowych zrzutek szlachty na cele wojenne). Hetman St. Koniecpolski nie dowierzał Sahajdacznemu, iż ten dotrzyma warunków ugody, a z kolei kozacy, skutecznie walczący w kampanii przeciw siłom turecko-tatarskim, poczuli się pewniej i zaczęli być świadomi swojego potencjału militarnego, skoro Rzeczpospolita zdołała wystawić na wspomnianą wojnę kontyngent mniej liczny, niż Sicz Zaporoska.

Tak więc od lat trzydziestych XVII stulecia Sicz Zaporoska szybko emancypowała się, tworząc swoiste „państwo w państwie”, które rosnąc w siłę i znaczenie, zaczynało się stawać cennym taktycznym sojusznikiem w rozgrywkach prowadzonych na tym obszarze przez Turcję, Chanat Krymski, Rzeczypospolitą, Carstwo Rosyjskie oraz Austrię Habsburgów. A nawet Szwecję za Gustawa Adolfa, którego agenci dotarli na Sicz, by kaperować Zaporożców do udziału w wojnie trzydziestoletniej, aczkolwiek bez rezultatu.

Ale dla Rzeczypospolitej były to wciąż odległe kresy, położone na jednej z otaczających ją granic. I tylko hetmani, posiadający włości na południowo-wschodnich krańcach RON, orientowali się w powadze sytuacji, ale i te ich włości posiadały, oprócz południowej, także inne granice, którym musieli poświęcać uwagę. Na ziemiach pogranicza z Zaporożem reagowali więc jedynie na doraźnie pojawiające się zagrożenia. Dopiero projekt warowni w Kudaku miał stać się początkiem trwałej infrastruktury instytucjonalno-militarnej na Niżu dnieprowym. Ale było już za późno na ujarzmienie rosnącej siły kozactwa siczowego, które pod przywództwem przebiegłych i zdolnych hetmanów zaczęło przejawiać dążenia w kierunku wybicia się na samodzielność. Patronem tego ruchu  w zakresie ideowym stało się, zaczęte przez Sahajdacznego, podporządkowanie Zaporoża cerkwi prawosławnej, aby uniknąć podporządkowania ekspansywnemu katolicyzmowi w wydaniu jezuickim.

W odpowiedzi hetmani kresowi i hierarchowie kościoła katolickiego zaczęli siłą odbierać cerkwie prawosławne i przekazywać je duchowieństwu, które podpisało unię z Rzymem (unici). Tym samym rywalizacja polityczno-militarna toczona na Zaporożu zaczynała przyjmować również oblicze ostrego konfliktu religijnego. Również na tym tle zaczęły się otwarte bunty Kozaków i osiadłego po chutorach chłopstwa, co powodowało próby ich pacyfikacji ze strony kresowych magnatów, skutkujące przybierającymi z obydwu skonfliktowanych stron coraz bardziej brutalnymi formami, włącznie z ludobójstwem dokonywanym na mieszkańcach całych miejscowości. Wrzenie na Zaporożu stało się w latach trzydziestych elementem trwałym, przerywanym krótkimi okresami przesilenia po podpisaniu kolejnych porozumień, wkrótce zrywanych przez mnożących się, wraz z wzrastającą liczebnością kozaczyzny, watażków siczowych. Co więcej, lokalni watażkowie z Zadnieprza (po lewej stronie Dniepru) nie uznawali zwierzchnictwa przywódców wybranych na Naddnieprzu (prawa strona Dniepru) i Zaporożu, a z kolei atamani siczowi nie uznawali żadnej władzy nad sobą. Chaos i anarchia potęgowany był przez samowolne działania pacyfikacyjne pojedynczych dowódców wojskowych w służbie u hetmanów koronnych, co nakręcało spiralę nienawiści i żądzy odwetu.

Dopiero w sierpniu 1638 roku zdecydowane działania sił ekspedycyjnych, dowodzonych przez hetmana Stanisława „Rewerę” Potockiego (h. Pilawa), księcia Jeremiego Wiśniowieckiego (h. Korybut) i starostę kaniowskiego Samuela Łaszcza (h. Prawdzic), rozbiły pod Łubniami, Żowninem i nad rzeką Starzec ostatnie duże zgrupowania powstańcze, dowodzone przez hetmanów kozackich Jakuba Ostrzanina (Ostranicę) h. Kopacz i Dymitra Hunię. W rezultacie, po podpisaniu kolejnego porozumienia na kresowych ziemiach Niżu dnieprowego, nastało dziesięciolecie względnego i pozornego spokoju. Pozornego, bo wykorzystanego przez niedocenianego i lekceważonego przez „koroniarzy”, sprytnego lawiranta nazwiskiem Bohdan Chmielnicki. I ten „nierozgarnięty chłopek” (na mocy uchwały sejmowej klejnot herbu Abdank nadano w 1659 r. dopiero synowi Chmielnickiego, Jerzemu) zadał śmiertelne ciosy RON, po których już tylko wykrwawiała się. Ale intrygi i zaniechania polskich i litewskich oligarchów, które doprowadziły B. Chmielnickiego do pozycji rozdającego karty przy elekcji króla w 1648 roku, to jest temat na zupełnie odrębne opowiadanie.

W tej sytuacji najwyższa już pora, by powrócić do zasadniczego wątku.

Gdy RON podpisała we wrześniu 1635 r. rozejm ze Szwecją w Sztumskiej Wsi (Strumsdors), hetman St. Koniecpolski mógł powrócić z częścią swoich hufców zbrojnych do rodowej siedziby w Brodach, w wyniku czego zdobywca Kudaku, Iwan Michajłowicz Sulima został wydany „koroniarzom” przez kozaków siczowych, zakontraktowanych w ramach tzw. rejestru i stanowiących część wojsk hetmańskich. Kozacy ci obawiali się wykreślenia z rejestru oraz odwetu na osadach kozackich (gdzie zamieszkiwały ich rodziny). W wyniku czego ów hetman kozacki został ścięty w Warszawie w dniu 12 grudnia tego samego roku wraz z trzema innymi przywódcami buntu. Tylko jeden z przywódców uniknął wówczas śmierci, niejaki Paweł Michnowicz (Pawluk), wyreklamowany przez kanclerza koronnego Tomasza Zamoyskiego, oligarchę ziemi podolskiej i starostę generalnego krakowskiego. Pawluk, natychmiast po powrocie na Zaporoże, wszczął bunt kozacki, za co zapłacił głową dwa lata później, po klęsce pod Kumejkami zadanej buntownikom przez wojska hetmana Mikołaja Potockiego. Wówczas ceną za odstąpienie od oblężenia taboru kozackiego przez wojska koronne było wydanie przywódców buntu. Dwaj z nich zdołali uciec, ale Pawluka schwytano. Tym razem wykonano na nim wyrok  śmierci, który otrzymał  on dwa lata wcześniej.

Natomiast Sulima, podczas rozprawy przed sądem, utrzymywał, iż podniósł bunt nie przeciwko majestatowi Rzeczpospolitej Obojga Narodów, ale zrobił to przeciwko uprawiającemu samowolę uzurpatorowi w osobie komendanta Kudaku. Przed egzekucją przeszedł na katolicyzm, ale i to mu nie pomogło uniknąć śmierci, a jego zwłoki, po poćwiartowaniu na cztery części, wystawiono w czterech miejscach Warszawy jako przestrogę dla innych buntowników.

Samotność kresowej stanicy

Raptowny i niespodziewany upadek warowni kudackiej w końcu lata 1635 roku, zaledwie w kilka miesięcy po jej obsadzeniu załogą, został potraktowany przez hetmana Koniecpolskiego jako „błąd w sztuce”, który wynikł ze zbytniego pośpiechu oraz nietrafnego wyboru osoby komendanta twierdzy. Za jeden z kluczowych błędów uznano także to, że w skład garnizonu warowni wchodził oddział Zaporożców, który podczas szturmu przez oddział Sulimy prawdodobnie odegrał rolę konia trojańskiego.

Już na wiosnę 1636 roku rozpoczęto prace nad odbudowaniem i rozbudowaniem twierdzy. Tym razem nie spieszono się, wznosząc fortyfikacje ściśle wg planu wykonanego ponownie przez francuskiego inżyniera, kapitana Wilhelma le Vasseur de Beauplan, zaś rozmieszczenie bastionów ze stanowiskami artylerii oraz wyznaczenie pól ostrzału dla armat, wykonał jeden z kilku najlepszych fachowców artylerzystów w RON w XVII stuleciu, niemiecki ogniomistrz Fryderyk Getkant;
http://www.promemoria.pl/arch/2004_12/getkant/getkant.html

Pozostali ogniomistrzowie RON są wymienieni w appendix na końcu notki.

Według nowego projektu zostały zdecydowanie podwyższone obwałowania Kudaku, na których ustawiono trzynaście armat (sześć spiżowych i siedem żelaznych) z puli tych, w które wzbogaciła się Rzeczypospolita w trakcie wojny z Rosją, gdzie samo tylko zwycięstwo pod Smoleńskiem przyniosło w łupie sto kilkadziesiąt armat o kalibrach od 30 do 70 funtów. Tak więc było z czego wybrać i właśnie zainstalowanie armat przesądzało o tym, że ordyńcy i kozacy nawet nie podejmowali prób zdobycia szturmem warowni kudackiej.

Od południowej strony widok z obwałowań był przesłonięty przez wznoszący się grunt, dlatego wybudowano tam wysoką wieżę (czatownię), wysuniętą prawie na 3 km przed głównymi fortyfikacjami, aby można było z niej obserwować stepowe pola w dalekim horyzoncie (przy dobrej widoczności nawet do odległości kilkudziesięciu kilometrów).

Link do ilustracji obrazujących twierdzę w Kudaku:

https://www.google.pl/search?q=%D0%BA%D1%80%D0%B5%D0%BF%D0%BE%D1%81%D1%82%D1%8C+%D0%BA%D0%BE%D0%B4%D0%B0%D0%BA&tbm=isch&tbo=u&source=univ&sa=X&ved=0ahUKEwiAvc3AiILXAhUDJlAKHc5aBOMQsAQILg&biw=1366&bih=64

Gdy na jesieni 1637 roku budowa twierdzy została ukończona, hetman St. Koniecpolski obsadził w niej funkcje dowódcze wojakami nie tylko sprawnymi w boju, ale również zaufanymi.

Dowództwo fortecy (gubernator) powierzył bohaterowi spod Cecory, rycerzowi Janowi Wojsławowi Żółtowskiemu, walczącemu pod komendą księcia Janusza III Zasławskiego (ród Żółtowskich miał zawołanie pod herbem Ogończyk). Natomiast na stanowisko kapitana twierdzy (zastępca gubernatora) desygnował swojego krewniaka Adama Przedbór Koniecpolskiego h. Pobóg (syna Zygmunta Stefana Koniecpolskiego), podówczas starościca będzińskiego (starościc syn starosty), tuż zaraz po jego powrocie z Niderlandów, gdzie ów krewniak kształcił się w wojskowości. W Kudaku otrzymał on pod komendę załogę wieży strażniczej, liczącą stu zbrojnych, w tym dziesięciu konnych zwiadowców. Liczebność tego oddziału stanowiła, mniej więcej, szóstą część całego garnizonu twierdzy. Podstawowym segmentem załogi warowni  byli najemnicy z rozmaitych, głównie europejskich, krain, a których okoliczna ludność oraz kozacy siczowi zwała, in gremio, dragonami.

Rozmiar odbudowanej warowni (w tym ilość pomieszczeń dla załogi ) był niemal trzykrotnie obszerniejszy niż poprzednio. Oczywiście, odnosi się to do pojemności maksymalnej, gdyż w różnych okresach liczebność załogi ulegała zmianie. Zasadniczą jej część stanowili cudzoziemscy najemnicy – dragoni, ale także wzmacniał załogę kontyngent z jednego z pułków rejestrowych, czyli wojska zaporoskiego. Choć pułki kozaków rejestrowych, w przypadku znaczniejszych walk z kozakami siczowymi z reguły nie wykazywały lojalności wobec hetmanów Rzeczypospolitej,  jednak  lokalne uwarunkowania najczęściej  nie dawały  jakiejkolwiek swobody wyboru, więc  posiłkowano się Zaporożcami z rejestru, zwłaszcza w przypadku odpierania najazdów tatarskich.

W twierdzy został wprowadzony regulamin typowy dla obozu wojskowego, z zamykaniem bram na  noc oraz z wystawianiem straży obchodzącej obwałowania (ront), co wymagało używania hasła i odzewu, zmienianych co każdą dobę. Ponadto kapitan twierdzy otrzymał polecenie, aby każdego roku podwyższać obwałowania na łokieć (ok. 60 cm), którą to pracę, oprócz załogi oraz najmujących się do niej okolicznych mieszkańców, wykonywali także jeńcy tatarscy, tureccy, wołoscy itp. Na etapie kończenia prac budowlanych odwiedził fortecę, by ocenić stan wykonania dzieła, hetman Stanisław Koniecpolski wraz ze stosownym orszakiem. Ponoć obecny był przy tej lustracji Bohdan Chmielnicki, wówczas pisarz wojska zaporoskiego, który znał się z hetmanem z racji wspólnego ich pobytu w niewoli tureckiej, do której trafili po przegranej bitwie pod Cecorą (w bitwie stoczonej w 1620 roku z armią Turków osmańskich, Tatarów krymskich i Wołochów, po stronie wojsk koronnych walczyło ok. 1600 zaporożców – kozaków rejestrowych), i który należał do protegowanych rodu Koniecpolskich. Zapytany przez hetmana, co sądzi na temat nowej fortecy, miał odpowiedzieć, że to co ludzką ręką zostało zbudowane, ludzka ręka może zburzyć. Powyższa maksyma miała znaleźć swoje potwierdzenie również i w tym przypadku.

W latach 1637-1648 warownią kudacką zarządzało trzech kapitanów, a wszyscy wywodzili się z rodu Koniecpolskich. Po Adamie Koniecpolskim, o którym było wcześniej, i który w 1641 roku został skierowany na inne odcinki służby Rzeczpospolitej, dwaj kolejni byli synami kuzyna hetmana Stanisława Koniecpolskiego, a mianowicie Aleksandra – syna podkomorzego sieradzkiego z jego związku z Dorotą Dębińską h. Rawicz, córką Kaspra, podkomorzego mielnickiego. Bracia nosili imiona Jakub i Stanisław i obaj zginęli w Kudaku. Pierwszy w zasadzce poza jego murami, a drugi został zasiekany po poddaniu twierdzy, gdy kozacy nie dotrzymali warunków kapitulacji.

Z kolei na stanowisko gubernatora twierdzy po Janie Wojsławie Żółtowskim, który w 1640 r. utonął w nurtach Dniepru, został wyznaczony mistrz artyleryjski Krzysztof Grodzicki, h. Łada (vide: appendix), który funkcję tę pełnił aż do momentu kapitulacji garnizonu kudackiego. Nastąpiła ona w początku października 1648 roku przed dowodzącym oblężeniem, pułkownikiem pułku korsuńskiego wojska zaporoskiego, Maksymem Nesterenko, h. Pobóg,

Po stłumieniu rozmaitych dużych buntów kozackich przez wojsko podległe rozkazom hetmana St. Koniecpolskiego, sytuacja na Zaporożu po roku 1630 weszła w fazę względnego spokoju, którego stanem permanentnym były zwykłe rozboje i napady na kupców, transporty z zaopatrzeniem, wypady na tatarskie czambuliki, które w takich samych celach zapędzały się na Niż dnieprowy. Załoga Kudaku wysyłała patrole, których  zadaniem było  konwojowanie dostaw zaopatrzenia dla twierdzy.  Główna część zaopatrzenia przypływała z nurtem Dniepru z Kijowa i okolic. Ale załoga miała przydzielone okoliczne tereny,  na które nałożony został obowiązek utrzymywania garnizonu w Kudaku. Rzecz jasna, zbieranie takich danin zwykle wiązało się z oporem osiadłej w okolicy ludności, która starała się prowadzić tutaj uprawy rolne czy hodowle. Nadużycia, czyli wymiar danin „na oko” był na porządku dziennym i stanowił powód wrzenia pośród kozaków chutorowych. Brzegi Samary stanowiły dla kozactwa siczowego bazę zaopatrzeniową, gdyż tutaj koncentrowało się osadnictwo i znajdowali się ludzie parający się rzemiosłem, w tym wyrobem łodzi (czajek), na których kozacy dokonywali swoich chadzek na nadbrzeżne czarnomorskie miejscowości.

Działa Kudaku kontrolujące ujście Samary do Dniepru ograniczyły swobodę w zakresie owych chadzek, co budziło stałe niezadowolenie na Siczy, gdyż kozaków w rejestrze (na żołdzie) bywało maksymalnie 6 lub 7 tysięcy, podczas gdy pozostająca poza rejestrem ich liczba zaczęła przekraczać 30 tysięcy i wciąż  wzrastała. Lokalni watażkowie zmuszeni byli żyć z rozbojów i napadów, ale rozboje lokalne nie załatwiały sprawy, bo ziemie na Niżu i w okolicy były biedne i nieustannie ograbiane, ludność niekozacka (koloniści) po krótkiej próbie gospodarowania, porzucała te tereny. Krótko mówiąc, ciśnienie niezadowolenia rosło i szukało okazji do rozładowania. Patrole dragonów kudackich wysyłane w teren również parały się napadami np. na rozmaite grupy, które uprzednio gdzieś dokonały rabunku, i odbierały im łupy. Rzecz jasna, nikt łupów nie oddawał dobrowolnie, zatem potyczki przy tego rodzaju okazjach były częste, a nienawiść do „kudackiego żandarma”  bynajmniej nie malała.  I właśnie przy okazji podobnej zbrojnej utarczki zginął kapitan twierdzy kudackiej Jakub Koniecpolski, kuzyn hetmana.

Wiosną roku 1646 zmarł Stanisław Koniecpolski, hetman wielki koronny i starosta krakowski, ale nazwisko Koniecpolski już na stałe bardzo źle kojarzyło się kozakom. Być może respekt przed karzącą ręką hetmańską, który odczuwali w czasie kiedy hetman żył, powstrzymywał ich od otwartego buntu. Po jego śmierci poczuli się pewniej, a chęć rewanżu u wielu pobitych i upokorzonych atamanów, znalazła sposobność. Na dodatek władza królewska piąty rok zalegała z wypłatą żołdu  w ramach rejestru. Potrzebna była bodaj jedna iskra.

Pierwszy sygnał do buntu dał w lutym 1648 roku pułk korsuński wojska zaporoskiego, którego rejestrowi, za namową Bohdana Chmielnickiego, którym powodowała doznana krzywda sądowa, wypowiedzieli służbę Rzeczpospolitej. To właśnie była ta iskra, na którą tęsknie wyczekiwano na Niżu dnieprowym.

Dzieje buntu kozackiego zorganizowanego i wszczętego przez B. Chmielnickiego są znane i dokładnie opisane, zatem w tym miejscu nie ma potrzeby, by je omawiać. Natomiast jedną z wielu ofiar tej rewolty stała się również warownia w Kudaku oraz jej załoga. Warownia, która od ponownego obsadzenia,  nigdy nie została zdobyta szturmem . W  zamęcie wojennej zawieruchy twierdza kudacka została pozostawiona sama sobie, a po zamknięciu okrążenia przez oddziały buntowników, odcięto ją od zaopatrzenia. Kiedy skończyły się zapasy prochu do armat i do muszkietów,  gdy skończyły się zapasy żywności, zaś po klęskach wojsk koronnych (Korsuń, Żółte Wody) stało się jasne, że na żadną odsiecz liczyć już nie można, po kilku miesiącach skutecznej obrony, komendant twierdzy Krzysztof Grodzicki podpisał w końcu września 1648 roku warunki honorowej kapitulacji.

Kozacy nie dotrzymali tych warunków i urządzili krwawą łaźnię wielu obrońcom wziętym do niewoli, zwłaszcza  oficerom oraz cudzoziemskim najemnikom.  Zlinczowali, między innymi, imiennika i kuzyna hetmańskiego, kapitana Kudaku Stanisława Koniecpolskiego. Komendant Krzysztof Grodzicki przeżył, w  rok później został wymieniony, jako jeniec wojenny, w ramach  ugody zborowskiej.

A po 1711 roku, na mocy umowy pokojowej zawartej pomiędzy Rosją i Turcją (tzw. traktat prucki), fortyfikacje Kudaku zostały rozebrane.

Appendix

Krzysztof Grodzicki, h. Łada
http://www.ipsb.nina.gov.pl/a/biografia/krzysztof-grodzicki-z-grodziska-h-lada

http://phw.org.pl/cyklop-kudaku-zycie-dzialalnosc-wojskowa-krzysztofa-grodzickiego-generala-artylerii-koronnej/

jego brat, Paweł Grodzicki h. Łada, http://www.ipsb.nina.gov.pl/a/biografia/pawel-grodzicki

Kazimierz Siemienowicz, h. Ostoja
https://bialczynski.pl/2015/06/17/wielcy-polacy-kazimierz-siemienowicz-1600-1651-tworca-podrecznika-artylerii-i-rakiet-zwlaszcza-wielostopniowych/

Krzysztof Arciszewski, h. Prawdzic
ttps://www.wprosth.pl/historia/10041626/Jako-pierwszy-Polak-dotarl-do-Brazylii-w-Amsterdamie-witano-go-jak-Cezara-Niezwykla-historia-najslynniejszego-XVII-wiecznego-awanturnika.html

Zygmunt Przyjemski h. Rawicz
http://www.ipsb.nina.gov.pl/a/biografia/zygmunt-przyjemski-h-rawicz

******

Wykaz moich notek na portalu „Szkoła Nawigatorów” pod linkiem:

http://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/troche-prywaty

Kudak – kresowe Westerplatte

Kudak – kresowe Westerplatte

Stanislaw orda : „Domieszka kilku kropel chrześcijaństwa do lewicowych poglądów zamienia głupca w głupca doskonałego.” Nicolás Gómez Dávila.

stanislaw-orda

-kudak-kresowe-westerplatte

Już coraz mniej ludzi kojarzy o czym mówią słowa pieśni, która była śpiewana przy wieczornych ogniskach, bo i tytuł jej jest coraz mniej adekwatny do takich właśnie okoliczności. Współczesnym obywatelom środkowo-wschodniego kawałka zjednoczonej Europy ognisko kojarzy się prawie wyłącznie z grillem, podlewanym piwem, tudzież rozmaitymi produktami Polmosu. Nie uczęszczam na tego rodzaju imprezy, zatem nie wiem co się przy tych okazjach zdarza śpiewać, ale nie podejrzewam, by w aktualnym repertuarze pojawiała się wzmiankowana pieśń.

Tekst utworu Płonie ognisko i szumią knieje napisał w listopadzie 1918 roku, czyli w dniach odzyskiwania niepodległości przez Polskę, ówczesny komendant Hufca Harcerzy w Tarnowie – druh Jerzy Braun. Po raz pierwszy tekst tego utworu ukazał się drukiem w pierwszym numerze z 1920 r. miesięcznika „Czuwaj”, które to pismo było organem Harcerskiej Komendy Dzielnicowej w Tarnowie, a którego założycielem i pierwszym redaktorem był właśnie druh Jerzy.

============================

Ten wstęp był mi potrzebny do postawienia tezy, która sprowokowała mnie do napisania niniejszej notki. Otóż w tekście wspomnianej pieśni znajduje się fraza mówiąca o rycerstwie spod kresowych stanic. Nawet gdy się ją powtarza, to konia z rzędem temu, kto byłby w stanie wymienić nazwy jakichś stanic broniących w XVI i XVII wieku polskich kresowych granic. Rzecz jasna, bez sięgania do pomocy źródłowych typu Wiki czy klasyczna biblioteka. Nie wykluczam, że coś komuś zaświtałoby, gdyby przypomniał sobie wątki z fabuły powieści „Ogniem i mieczem”. Może wymieniłby jakiś Bar, Kamieniec Podolski albo Zbaraż. Nie wykluczam też całkowicie, iż mogłoby się zdarzyć, że wyjątkowy pasjonat historii polskiej wymieniłby także nazwę Kudak, ale jestem pewien, że dla wszystkich pozostałych nazwa ta nic by nie znaczyła, chociaż znaczyć powinna.

W niniejszym tekście chciałbym uzasadnić, dlaczego powinna.

Początki

Konieczność wybudowania warowni na południowo-wschodnich kresach ówczesnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, zjednoczonego już wówczas unią z Koroną Królestwa Polskiego, czyli na terenach, gdzie stykały się domeny tego księstwa z domenami Imperium Ottomanów oraz ich wasala, czyli tatarskiego Chanatu Krymskiego, zaczęła być dostrzegana w ostatnim  ćwierćwieczu XVI stulecia podczas panowania króla Zygmunta III Wazy. Sułtan turecki coraz poważniej groził polskiemu królowi podjęciem zdecydowanych kroków odwetowych za ustawiczne napady na swoje włości dokonywane przez „kozaków” z Niżu dnieprowego. Sułtan zażądał ukrócenia rabunkowych rajdów przeprowadzanych przez „niżowców”, gdyż terytoria na Niżu już podówczas, to jest po podpisaniu w 1569 roku unii polsko-litewskiej tereny ówczesnego województwa kijowskiego formalnie należały do Korony Królestwa Polskiego, a nie jak dotychczas do Wielkiego Księstwa Litewskiego. Ale także z powodu, że Wielki Książę Litewski był jednocześnie królem polskim i władcą Rzeczypospolitej Obojga Narodów, żądania takie w coraz ostrzejszej formie były kierowane pod adresem króla.

W końcu XVI stulecia król Stefan Batory przyznał „kozakom” niżowym tereny do wykorzystania, a mianowicie miejscowość Trechtymirów nad Dnieprem, jako ośrodek administracyjny oraz wieś Samar nad rzeką Samarą, jako ośrodek szpitalny i dla inwalidów wojennych. Król miał na względzie bodaj częściowe związanie zwiększającego się liczebnie „wolnego kozactwa” z Królestwem Polskim poprzez tzw. rejestr, czyli wzięcie ich na żołd za obronę rubieży kresowych. Oczywiście te formacje (max. 12 000 zbrojnych, z których gros angażowanych zazwyczaj było na innych frontach, wcale nie na Niżu dnieprowym), które mogły być utrzymywane w ramach „rejestru”, miały pełnić głównie rolę straży granicznej, czyli  monitorować, czy znad stepów czarnomorskich nie nadciągają zagony tatarskie albo oddziały tureckie od Pól Oczakowskich. Mobilne konne patrole kozackie mogły się szybko przemieszczać i np. skutecznie sygnalizować o nadciągającym zagrożeniu systemem ogni rozpalanych na kurhanach górujących nad bezleśnymi stepami (system ognisk zwany jassy).

Poza wszystkim władcy polscy nie mogli bez końca wmawiać sułtanowi tureckiemu, że są to ziemie” niczyje”, zaś ludność na nich przebywająca nie podlega królewskiej jurysdykcji, a zatem król nie może brać odpowiedzialności za rozboje dokonywane przez mieszkańców „niczyich” ziem. Bo oto wśród tych niżowych rozbójników, trafiających co i raz do niewoli tureckiej, niemało było takich, którzy wcale nie pochodzili z kresowych ziem „Poddnieprza”, przy czym nierzadko trafiali się i  przedstawiciele stanu szlacheckiego. Na Niżu dnieprowym znajdowali bowiem schronienie czy to bankruci – uciekinierzy przed wierzycielami, albo przegrani w wyniku niekorzystnych wyroków sądowych, ale najczęściej pospolici przestępcy szukający schronienia przed zemstą prywatną albo sądową. Rzecz jasna, byli tam uciekinierzy nie tylko z ziem Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego, ale również ze wszystkich ziem okolicznych. Tym samym większość „kozactwa” stanowili ludzie nieokreślonego autoramentu, przymusowi oraz dobrowolni banici ze swojego dotychczasowego środowiska i miejsca zamieszkania.

Właśnie tam, za porohami dnieprowymi, mniej więcej 500 km na południowy wschód od Kijowa z nurtem tej rzeki, gdzie już nie sięgała swoim oddziaływaniem żadna faktyczna władza, wszyscy oni mogli wieść życie nie podlegając niczyim prawom, poza regułami ustanawianymi dla własnych potrzeb. Ich rosnąca populacja powodowała, że byli zmuszeni podejmować coraz częstsze rajdy łupieżcze, coraz bardziej zuchwałe i coraz bardziej dokuczliwe zarówno dla sułtana tureckiego i jego lenników, jak również dla osadników, osadzanych na kresowych ziemiach przez litewskich i polskich możnowładców. Osadnictwo to było z jednej strony narażone na samowole ze strony hajdamaczyzny, z drugiej na równie niszczycielskie najazdy tatarskie, z trzeciej zaś na skutki ekspedycji karnych i odwetowych podejmowanych przez wojska tureckie.

Z tego głównie powodu brakowało chętnych do osiedlania się na tych odległych terenach, aby zajmowali miejsce po wcześniejszych pionierach, których złupiono, zabito lub uprowadzono w jasyr. Koniecznością stawało się zbudowanie sieci warowni, które ograniczałyby swobodę poczynań grabieżców, dawały schronienie osadnikom, zaś stacjonujące w nich garnizony budziłyby respekt oraz mogłyby podejmować zarówno skuteczną obronę, jak i działanie interwencyjne.

Miejsce akcji

Prawie każdy, kto tylko nie przewagarował okresu nauki w szkole średniej, zapewne zetknął się z określeniem „Dzikie Pola”, a może nawet „Zaporoże”. No, ale gdyby chcieć to opisać konkretnie,  stanowiłoby to zapewne spory problem. Tak więc, choćby z tego względu, należy tę kwestię doprecyzować. Na przełomie XVI i XVII stulecia w województwie kijowskim granicą oddziaływania Królestwa Polskiego była warownia Krzemieńczuk, założona w końcu XVI wieku na wysokości lewego dopływu Dniepru – rzeki Psioł. Czyli płynąc z nurtem Dniepru, w odległości około 250 km na południe od Kijowa.

Rzecz jasna, nadal to nie daje wyobrażenia o odległości tych „Dzikich Pól” czy „Zaporoża” od centrów Królestwa Polskiego. Otóż odległość od Lwowa do Kamieńca Podolskiego wynosiła w linii prostej co najmniej 220 km, zaś z Kamieńca do Krzemieńczuka kolejne 510 km. Razem sporo ponad 700 km po szlakach marnych i rzadko rozmieszczonych, zaś spływ rzekami miałby trasę znacznie dłuższą. Dodatkowo, odległość z Lwowa do Krakowa to ok. 300 km. Z kolei z Warszawy do Kijowa było w linii prostej ok. 800 km, czyli Krzemieńczuk znajdował się w odległości ponad 1000 km od stolicy. Tak bardzo odległa była północna granica obszaru nazywanego Dzikimi Polami od centrów Królestwa Polskiego.

Co prawda na tym rozległym terenie istniały już wcześniej nad Dnieprem dwa inne ośrodki, tj. Kaniów i Czerkasy, ale po wyparciu Mongołów, którzy odchodząc pozostawili jedynie spaloną ziemię oraz nie pozostawili żywej duszy tam zamieszkałej, trzeba było na nowo odbudowywać te miejscowości. Kaniów został założony już w XII stuleciu przez księcia kijowskiego, ze względu na konieczność kontrolowania strategicznie ważnego szlaku wiodącego od Kijowa wzdłuż Dniepru przez greckie faktorie na Krymie, aż do Konstantynopola  (szlak tawański). Gdy księstwo kijowskie dostało się pod panowanie Mongołów, wówczas w Kaniowie urzędował baskak, czyli poborca podatków, który do ich ściągania miał do dyspozycji oddział Czerkiesów stacjonujący jakieś 50 km na południe od jego siedziby, zaś nazwa Czerkasy najprawdopodobniej została przez miejscowych nadana ich obozowisku. Gdy w połowie XV stulecia Turcy zdobyli Konstantynopol, po czym zwasalizowali chanat krymski, wówczas straciły na znaczeniu dotychczasowe strategiczno-handlowe atuty Kaniowa i Czerkasów. Skutkiem czego miejscowości te podupadły i wyludniły się.

W samej końcówce XVI stulecia książę Aleksander Wiśniowiecki zbudował warownię w Czehryniu, niedaleko od granicy  Dzikich Pól, wyposażoną w działa i obsadzoną przez kilkudziesięcioosobową załogę zbrojnych, a następnie podobną pobudował w trochę bardziej odległym Korsuniu. Miasta powstające wokół warowni lokowane były na prawie magdeburskim, a zatem starostowie mieli prawo nakładać i pobierać podatki od ludności zamieszkałej w obrębie ich starostwa. Z tego głównie powodu powstawały konflikty z tzw. wolnymi kozakami, które często-gęsto przeradzały się w bunty o mniejszym lub większym zasięgu. Bunty krwawo tłumiono, przywódców kozackich skazywano na śmierć, toteż spirala wzajemnych pretensji i urazów przeradzała się w nienawiść, skrywaną lub jawnie okazywaną, ale zawsze oczekującą na dogodny moment do odwetu. Skąpe załogi nielicznych warowni nie miały możliwości kontrolowania tego, co dzieje się na bezkresach Dzikich Pól.

Dzikie Pola

Co zatem takiego kryło się pod określeniem Dzikie Pola? Rzecz jasna, geneza nazwy nie wywodzi się od poziomu cywilizacyjnego mieszkańców tychże, ale z powodu, że pola na ww. obszarze  nie były uprawiane. Był to teren stepowych nieużytków, a tylko w rzadkich miejscach małe skrawki ziemi były uprawiane przy chutorach, niczym w oazach na pustyni.

Z powodów objętościowych muszę pominąć długą i zawiłą historię określania granic terenów objętych terminem Zaporoże, a potem wydzielonych jeszcze z niego Dzikich Pól. Zarówno najeźdźcy rozmaicie określali ziemie nad dolnym Dnieprem, jak też ich czasowi mieszkańcy mieli dlań własne nazwy (np. nyz, czyli Niż). Rzecz jasna, podróżnicy, albo raczej szpiedzy, wysyłani do zbadania i opisu tych ziem, również w niejednakowy sposób określali granice tego terytorium. Dla potrzeb tej opowieści wystarczy całkowicie oparcie się o zapisy na mapach sporządzonych przez francuskiego markiza Guillaume (Wilhelm) le Vasseur de Beauplan, który na przełomie lat 20 i 30 XVII stulecia, na zaproszenie króla Zygmunta III Wazy, podjął służbę jako kapitan artylerii i inżynier wojskowy ze specjalnością budowa fortyfikacji. Dalsze jego losy związane są z wieloletnią służbą na dworach królewskich (następnie Władysława IV i Jana Kazimierza) oraz magnackich (Stanisław Koniecpolski). Ważnym zadaniem Beauplana, poza pracami kartograficznymi, było zaplanowanie systemu ryglowego twierdz na pograniczu Dzikich Pól, które miały za zadanie ograniczyć zasięg najazdów tatarskich i kozackich. W tym celu Beauplan zaprojektował budowę lub rozbudowę takich, między innymi, warowni jak np. Bar, Brody, Kudak, Krzemieńczuk, a także przebudowę zamku w Podhorcach.

Ogólnie można przyjąć, że Dzikie Pola był to obszar stepowy, rozciągający się na południe od prawego dopływu Dniepru – Taśminy, którego zachodnią granicą był dopływ rzeki Boh – Siniucha (Sine Wody), a od południa rzeka Boh do jej ujścia (liman) do Morza Czarnego, natomiast wschodnią jego granicę wytyczała rzeka Ingulec, prawy dopływ dolnego Dniepru. Z kolei teren zwany Zaporożem rozciągał się na wschód od rzeki Ingulec do Dniepru, na wysokości jego lewego dopływu – rzeki Samary, zaś na wschodnim brzegu Dniepru obejmował teren wzdłuż Dniepru na południe od Samary i jej dopływu Wołczy, aż do rozlewisk dnieprowych, określanych nazwą Końskie Wody (obecnie teren zalany wodami Zbiornika Kachowskiego spiętrzonymi dla potrzeb jednego ze składników kaskady pięciu dnieprzańskich hydroelektrowni).

Obszar Dzikich Pól i Zaporoża obejmował w granicach Królestwa Polskiego nie mniej niż 50 000 km kw., z zastrzeżeniem, że obszary stepowisk, które stanowiły kresy dla wszystkich ówczesnych mocarstw prowadzących ekspansję w tym rejonie świata, wykraczały znacznie poza granice Królestwa Polskiego. Czyli całość tego obszaru była znacznie rozleglejsza, choć jego wielkość nie jest możliwa do dokładnego oszacowania. Ale gdyby uwzględnić tylko tereny graniczące z Królestwem Polski, które rozciągały się do wybrzeży Morza Czarnego, utworzyłyby one obszar o co najmniej dwukrotnie większej powierzchni, czyli ponad 100 000 km kw., choć stanowiłoby to tylko piątą część ziem nazywanych „Ukrainą”.

Zaporoże

Wcześniej zostały opisane granice obszaru nazywanego Zaporożem, ale tereny na których lokowane były koczowiska kozackie, wykraczały poza tak określone terytorium. Szczególnie po lewej, wschodniej stronie Dniepru (Zadnieprze) były one bardzo umowne. Otóż na początku XVII stulecia jedyną warownią, najdalej wysuniętą ku południowi, był Krzemieńczuk nad Dnieprem, zbudowany u ujścia Psiołu. A dopiero prawie o 100 km na północ od Krzemieńczuka znajdowała się miejscowość Połtawa (Pułtawa), należąca do dóbr książąt Wiśniowieckich, licząca wówczas ok. 800 gospodarstw domowych. Natomiast w kierunku południowym od Psiołu, przez ponad 200 km nie było żadnych stałych osad, aż do Starej Siczy na dnieprowej wyspie Chortyca (obecnie w centrum miasta Zaporoże). Na południe od Krzemieńczuka, ale po prawej stronie Dniepru także nie było większych stałych osad aż do rzeki Ingulec, poza rzadko spotykanymi siedliskami jednozagrodowymi (chutor).

Zaraz za ujściem do Dniepru jej lewego dopływu – rzeki Samary, zaczynały się w dół biegu rzeki progi skalne, które stanowiły poważną przeszkodę dla transportu towarów drogą wodną. Progi te udawało się pokonywać na małych, „zwinnych” łódkach zwanych czajkami, których używali kozacy, ale nie można było przez nie przepłynąć statkami czy łodziami załadowanymi towarem. Kupcy musieli przed tymi progami przybijać do brzegu i przewozić towary lądem, aż do minięcia odcinka Dniepru na którym występowały te przeszkody. Ale można było również wynająć kozaków, którzy przeładowywali towar z jednej dużej łodzi na kilka swoich czajek i, znając świetnie miejsca w progach nadające się do przepłynięcia, pośredniczyli w transporcie. Podobne operacje były narażone na ryzyko utraty towaru, albo drogą rabunku, czyli ucieczki w gęstwinę bezludnych wysepek i rzeczek, albo zatopienia w nurtach Dniepru. Tak więc nazwa Zaporoże oznaczała teren za progami skalnymi na Dnieprze (progi – porohy). Na długości 70 km było tych progów, w zależności jak kto je liczył, co najmniej sześć, a niektórzy doliczali się nawet trzynastu. Pierwszy z tych, które pokonywała rzeka, zwany był „z tatarska” Kojdackim. Do jego nazwy wypadnie powrócić w dalszym ciągu tej opowieści.

Ostatnie zwarte kompleksy leśne, obfitujące w drzewa nadające się do budowy kozackich łodzi, znajdowały się nad brzegami rzeki Samary. Te leśne kompleksy, rozciągające się na granicy stepów, były miejscami najbliżej położonymi dla „kozaków” z Dzikich Pól i Zaporoża, gdzie mogli oni zaopatrywać się w ten surowiec. Oczywiście, lasy zaopatrywały kozaków nie tylko w drzewa konieczne do wyrobu łodzi, ale i w zwierzynę. Ponadto wody Samary obfitowały w ryby. Jak było zasygnalizowane już wcześniej, sułtan turecki stanowczo żądał ukrócenia rabunkowych „chadzek” kozackich na nadbrzeżne miasta w imperium Ottomanów. A tych „chadzek” dokonywano na owych czajkach, które zbudowane zostały z drzew wycinanych w lasach nad Samarą. (Czasem spotyka się nazwę „strug”, gdyż łodzie te były wystrugane z drewnianych pni)

Tak więc zamysł wybudowania warowni u ujścia Samary, której działa sprawowałyby nadzór nad żeglugą w tak strategicznym miejscu, narzucał się wojewodom, odpowiedzialnym za kresowe rejony przygraniczne, z tzw. całą oczywistością. Warownia taka miała również powstrzymać napływ zbiegów z terenów Korony na Zaporoże i liczebne zasilanie kozaków nierejestrowych. I chociaż król Stefan Batory przekazał kozakom tereny wokół Samary, które od tamtej pory były przez nich uważane za własność, to w początkach XVII stulecia realia z czasów króla Batorego były już nieaktualne.

Rzeczpospolita Obojga Narodów znajdowała się u szczytu potęgi po tym, gdy w 1609 roku, podczas wojny o Inflanty, pokonała pod Kłuszynem szwedzko-rosyjską armię, w wyniku czego powiększyła swoje domeny na wschodzie o ziemie smoleńską, czernihowską i siewierską, zaś król Władysław IV Waza został na przeciąg kilku lat carem Rosji (lata 1610-1613). W wyniku kontrakcji rosyjskiej wojsko polskie opuściło Moskwę, a na mocy traktatu rozjemczego w Dywilinie (w 1614 r.) król zrzekł się pretensji do tronu carskiego (za co otrzymał rekompensatę w wys. 20 000 ówczesnych rubli), przy czym jednocześnie car Michał I Romanow zrzekł się pretensji do Inflant.

Trochę później zawarty został pokój z Turcją (1634 r.), w którym Rzeczpospolita zobowiązała się do powstrzymania kozaków zaporoskich od „chadzek” na ziemie tureckie. W imieniu Rzeczypospolitej zobowiązanie takie podjął hetman wielki koronny i wojewoda kijowski Stanisław Koniecpolski (herbu Pobóg). Hetman utrzymywał kontakty z Portą i sułtanem, bowiem włości będące w jego władaniu graniczyły z Imperium Ottomańskim, przy czym znał język jak i zwyczaje tureckie. Tym samym zobowiązanie, podjęte przez tego konkretnie przedstawiciela Rzeczypospolitej, posiadało dla sułtana tureckiego walor wiarygodności.

W styczniu 1635 roku, zwołano w Warszawie sejm, który podjął uchwały mające w założeniu zdyscyplinować sytuację na Niżu Dnieprowym, czyli Zaporożu i Dzikich Polach. Po pierwsze, zmniejszono kontyngent kozaków rejestrowych do 7 000 jeźdźców, czyli prawie do połowy poprzedniego stanu. Po drugie, co w tym opowiadaniu interesuje nas najbardziej, a zatem i po ostatnie, zgodzono się na wybudowanie twierdzy nad Dnieprem przy porohu Kojdackim, przeznaczając na ten cel 100 000 złotych polskich.

Beauplan czyli piękny projekt

Sejm dał zielone światło aby powstała w tym miejscu fortyfikacja o charakterze twierdzy. Polacy twierdz nie budowali, a jeśli jakieś znajdowały się wówczas w granicach Rzeczypospolitej, były to fortece zbudowane przez innych (np. Malbork). Nie dbano o nie, nie remontowano ich, ani nie modernizowano. Z czasem popadały w ruinę, zresztą w przypadku konfliktów zbrojnych przeważnie nikt ich nie bronił. Od czasów Grunwaldu rycerstwo polskie szczyciło się dewizą głoszącą, że „Polak to ma po naturze, bić się w polu a nie w murze”. Rzecz jasna, miejscowości już istniejące otaczane były z konieczności szańcami i obwałowaniami, ale Kudak był na kresach „ukrainnych” pierwszą fortyfikacją wzniesioną z przeznaczeniem wyłącznie militarnym.

Wojewoda kijowski, hetman Stanisław Koniecpolski wyznaczył do projektu i nadzoru nad pracami budowlanymi warowni w Kudaku, przedstawionego już wcześniej inżyniera wojskowego Wilhelma le Vasseur de Beauplan (Beauplan to przydomek, gdyż w starym i licznie rozgałęzionym rodzie Levasseur powtarzały się imiona, zatem trzeba było jakoś się rozróżniać). Miejsce było wybrane już wcześniej, na wzgórzu naprzeciwko ujścia Samary do Dniepru, a niedaleko przed pierwszym z porohów. Przeznaczeniem warowni było kontrolowanie żeglugi na Dnieprze oraz nadzór nad żeglugą przy ujściu Samary do Dniepru. Od strony stepów nie obawiano się zbytnio ataku, gdyż ani czambuły tatarskie, ani kurenie zaporoskie nie dysponowały armatami, które są konieczne przy obleganiu umocnień fortecznych. Nazwa Kojdak dla powstającej warowni narzucała się, choćby dlatego, żeby z łatwością skojarzyć jej położenie. Ale hetman St. Koniecpolski znał język turecki, a pewnie i tatarski, który poznał w czasach przebywania w jasyrze, stąd wiedział, że po tatarsku kojdak ma znaczenie sprośne, w żaden sposób nie pasujące do strażnicy strzegącej ważnej rubieży, natomiast zdecydowanie lepiej pasujące do skały wystającej ponad nurt rzeczny. I z tego powodu zdecydował, że nazwa Kudak będzie dla twierdzy bardziej stosowna. Oczywiście, była to nazwa urzędowa, oficjalna, zaś okoliczna ludność, kozacy, Tatarzy czy nawet rekrutowani na pobliskich terenach żołnierze, używali nazwy dotychczasowej.

Wg schemat rozrysowanego przez Beauplana zbudowano fosy, wały i bastiony, z powodu pośpiechu wznosząc wyłącznie ziemno-drewniany czworobok fortyfikacji. Pośpiech był uzasadniony pogłoskami o rychłym kolejnym buncie kozaków „zaporoskich” i należało, jeszcze  przed nadchodzącą zimą, przeprowadzić demonstrację siły, która miałaby zniechęcać kozaków do wszczynania rebelii. Z końcem lata 1635 roku Kudak obsadzono załogą, mimo iż nie dokończono w całości prac nad umocnieniami, ani nie sprowadzono artylerii, którą miano zamiar dostarczyć dopiero na wiosnę 1636 roku. Załoga warowni mieściła się w ziemiankach, lepiankach i szałasach, składy i magazyny znajdowały się w ziemnych piwnicach, a jedynie dla komendanta postawiono mały drewniany domek. Komendantem ziemno-drewnianej twierdzy mianowano kondotiera (najemnika) z Francji, niejakiego Jeana Marion, być może desygnowanego do tej roli z poręczenia Beauplana. Komendant miał przydzielonego łącznika do kontaktów z miejscowymi, szlachcica Przyjałgowskiego, który był w Kudaku „komisarzem” z ramienia Rzeczypospolitej. Niezbyt liczna załoga (bodajże liczyła wówczas mniej więcej 200-300 ludzi) stanowiła zbieraninę najemników z rozmaitych stron, z tym iż poszczególni dowódcy wywodzili się głównie z krajów niemiecko-języcznych. Czyli najemnicy ci stanowili twór obcy wśród ludności rusińskiej, w zasadzie jej wrogi, nie znający ani nie rozumiejący obyczajów tutejszych mieszkańców. Przybysze znad lub zza Renu jawnie okazywali pogardę miejscowym „dzikusom” i stosownie do tego ich traktowali. Było więc jedynie kwestią czasu, gdy nabrzmiewająca wzajemna nienawiść znajdzie sobie ujście w jakimś krwawym rozstrzygnięciu. I okazało się, że nie trzeba było na nie zbyt długo czekać.

Otóż tereny nad rzeką Samarą, czyli kraina zwana wówczas Samarią, oprócz bogactwa lasów, posiadały także połacie żyznej ziemi, na której ochotnicy kozaccy, którzy opuszczali kosze siczowe na dnieprowym Niżu i tamtejsze życie w celibacie, zakładali tutaj swoje siedliska i rodziny, decydując się na prowadzenie osiadłego trybu życia. Ośrodkiem wokół którego powstawały ich chutory był, założony 60 lat wcześniej, samarski klasztor prawosławny (monaster), który pełnił także funkcję szpitala dla „zaporożców”, jak również tutejsi mnisi prowadzili szkółkę dla dzieci osadników. Położenie monasteru i osad po lewej stronie Dniepru pozostawiało je poza głównymi szlakami najazdów tatarskich, których zagony przeprawiały się na prawy brzeg Dniepru daleko na południu, u wyspy Tawań (dzisiaj na wysokości miasta Nowa Kachowka), po czym kierowały się na północny zachód. Tak więc do czasu pojawienia się zgrai międzynarodowych rzezimieszków i opryszków, z których głównie składał się garnizon w Kudaku, łącznie z jego komendanturą, nikt nie niepokoił mieszkańców Samarii.

Załoga warowni natychmiast zaczęła utrudniać kozakom połowy ryb, czyli po dzisiejszemu zorganizowała „reket”, niejako opodatkowując te połowy. Na domiar złego, w  jednej ze swoich łupieżczych ekspedycji na początku września 1635 roku , „dragoni” w obecności Przyjałgowskiego złupili klasztor samarski.  Prawdopodobnie doszło do tego w wyniku rzucenia podejrzenia na przełożonego monastyru, ojca Paisjusza, że ów knuje jakiś spisek przeciwko wojewodzie kijowskiemu. Komendant Kudaku, licząc się z oporem mnichów, na tę akcję wyekspediował liczny oddział „dragonów”. Mnisi faktycznie stawili zacięty opór i wieść o napadzie rozeszła się szybko po całej okolicy. W drodze powrotnej oddział ekspedycyjny został dopędzony przez przybyłych na pomoc kozaków i wybity, zanim zdążył dotrzeć do przeprawy na prawy brzeg Dniepru, by schronić się za murami Kudaku. Pojmanego Przyjałgowskiego natychmiast powieszono. Kozacy „poszli za ciosem”, bo oto inny oddział kozacki, dowodzony przez zabijakę – rutyniarza Iwana Sulimę, podpłynął pod Kudak, po czym kozacy wysiedli ze swoich czajek i uderzyli szturmem od najsłabiej ufortyfikowanej strony, gdyż podejście od południowych stepów miały ryglować armaty, których nie zdążono dostarczyć. Szturm, rozpoczęty w nocy z 3 na 4 września 1635 roku, zakończył się po kilku godzinach wybiciem resztek obrońców, bo w twierdzy pozostało niewielu zbrojnych, gdyż ich większość zginęła w starciu nad Samarą. Francuski komendant Kudaku Jean Marion został przez kozaków rozstrzelany z łuków .

Takim oto tragicznym finałem skończył się pierwszy etap poskramiania kozaków zaporoskich z pomocą wzniesienia warowni na granicy Dzikich Pól. Niebawem po nim nastąpił ten właściwy etap, czyli ważniejszy, choć jednocześnie ostatni.

O nim będzie mowa w drugiej części opowiadania.

dokończenie pod linkiem:

http://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/kudak-kresowe-westerplatte-dokonczenie

******

Wykaz moich notek na portalu „Szkoła Nawigatorów” pod linkiem:

http://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/troche-prywaty

Niemcy: Zieloni [i Turcy] planują „zwrot w żywieniu” – z katastrofalnymi konsekwencjami. [Rządzi tam „koalicja sygnalizacji świetlnej” [czerwoni – zieloni].

Niemcy: Zieloni [i Turcy] planują „zwrot w żywieniu” – z potencjalnie katastrofalnymi konsekwencjami.

[Rządzi tam koalicja sygnalizacji świetlnej [czerwoni – zieloni].

Der Blog für Science & Politik Prof. Dr. Stephan Sander-Faes gruene-planen-ernaehrungswende-mt-potenziell-katastrophe 24 maja 2023 r.

Po wielkich sukcesach „zwrotu energetycznego” i sankcji nałożonych na Rosję, niemieccy Zieloni zwracają teraz uwagę na odżywianie. Podobnie jak jego partyjny kolega Habeck, federalny minister Özdemir wykazuje się zdumiewającą niekompetencją – z niekiedy przyprawiającymi o gęsią skórkę konsekwencjami dla obywateli Niemiec.

Jak często w ostatnim czasie – i nie tylko od początku „pandemii” – członkowie kasty polityków ukrywają swoje niesławne i podżegające cele za ładnie brzmiącymi frazesami. Tak jest również w przypadku Cema Özdemira (Zieloni), który kieruje Federalnym Ministerstwem Żywności i Rolnictwa (BMEL) w rządzącej koalicji sygnalizacji świetlnej [czerwoni – zieloni].

Zgodnie z umową koalicyjną, ogólnokrajowa „strategia żywieniowa” zostanie opracowana „do 2023 roku”. Kluczowy dokument przedstawiony przez federalnego ministra Özdemira, „W kierunku federalnej strategii żywieniowej”, został przyjęty przez gabinet federalny w 2022 r. i stanowi rdzeń tego artykułu.

Jak podaje BMEL, strategia ta jest opracowywana „z udziałem przedstawicieli nauki, przemysłu spożywczego, ochrony środowiska i konsumentów, krajów związkowych, władz lokalnych i społeczeństwa obywatelskiego”. Celem jest określenie „celów i wytycznych polityki żywieniowej”, zdefiniowanie odpowiednich obszarów działania i zaproponowanie „konkretnych środków, które są jak najbardziej wymierne”. Szczególna uwaga zostanie zwrócona na istniejące strategie i plany działania, wspominając na przykład o działaniach przeciwko marnowaniu żywności lub „strategiach innowacji” w celu zmniejszenia zawartości cukru, tłuszczów i soli w produktach gotowych.

Federalny minister Özdemir: „Chcę zapewnić, by każdy w Niemczech mógł dobrze i zdrowo się odżywiać – niezależnie od dochodów, wykształcenia czy pochodzenia”.

Wizja Özdemira dla Niemiec

Strona internetowa BMEL, zawiera długi i obszerny opis tego, co zostało zrobione do tej pory – z jednym wyjątkiem, omówionym poniżej, który jest niezwykle ważny. Oszczędzę w tym miejscu oficjalnych gratulacji i odtworzę te procesy, które są oczywiście opisane znacznie szerzej, na infografice BMEL:

Uwaga na datę rozpoczęcia 29 czerwca 2022 r. dla procesu, który ma doprowadzić do „spójnej strategii żywnościowej rządu federalnego”.

„Dokument zawierający kluczowe punkty”, który został przyjęty przez Gabinet Federalny w dniu 21 grudnia 2022 r.

Po pierwsze, dokument dotyczący kluczowych punktów przygotowany przez ministerstwo Özdemira jest słabo poskładanym, w dużej mierze pozbawionym treści zbiorem banałów i deklaracji intencji, które na dodatek, ze względu na brak wyjaśnień dotyczących wdrożenia lub jego kosztów, plasują się między „wysoce żenującym” a „niewystarczającym na esej studencki”. Ale przynajmniej można poczuć moralną wyższość, jeśli zgadza się z kierunkiem Özdemira.

Kluczowe punkty strategii żywieniowej rządu federalnego (sic)

Jedzenie może być powiązane z przyjemnością, więzią, tradycją i wspólnotą.

może być powiązane z jedzeniem. Jedzenie może być środkiem samorealizacji lub częścią kultury i podejścia do życia. Ale to, jak i co jemy, ma również daleko idące skutki… Nasz system rolno-spożywczy jest odpowiedzialny za około jedną czwartą emisji gazów cieplarnianych w Niemczech. Na całym świecie globalny system rolno-spożywczy jest odpowiedzialny za 80 procent spadku różnorodności biologicznej.

„Logika” porównania niemieckiego rolnictwa z globalnymi problemami może nie być oczywista dla czytelnika, ale istnieje wiele podobnych fragmentów w preambule, która ma nieco ponad dwie strony, a zatem obejmuje ponad jedną piątą dokumentu dotyczącego „kluczowych zagadnień”.

Kwestia, w jaki sposób ułatwić sprawiedliwy dostęp do wystarczającej ilości zdrowej żywności dla wszystkich ludzi w Niemczech – niezależnie od czynników takich jak dochód, poziom wykształcenia czy pochodzenie – musi zostać potraktowana szczególnie priorytetowo. Ponieważ ubóstwo żywnościowe istnieje nawet w tak bogatym kraju jak Niemcy. Liczne kryzysy, takie jak pandemia Covid-19, rosyjska wojna agresyjna przeciwko Ukrainie, a także zmiany klimatu i wymieranie gatunków, zaostrzają ten problem, między innymi poprzez wzrost cen i wąskie gardła w dostawach, które szczególnie dotykają słabsze finansowo grupy ludności. Obnażają one również wrażliwość i zależność dzisiejszego systemu żywnościowego.

Jeśli podejrzewasz „brak alternatyw” dla zapowiedzianych środków, czytając te wersy, nie jesteś zbyt daleko od celu. Jednak dokument nie daje żadnych wskazówek, że łączenie „wielu kryzysów” – tak jakby wszystkie „spadły z nieba” – i nie są przyczynowo związane z imperialną polityką USA wobec Rosji, zakłóceniami gospodarczymi, Covid lub nadmiernym „drukowaniem” „pieniędzy” przez, między innymi, Europejski Bank Centralny.

Dokąd chce zmierzać niemiecki rząd i jak to osiągnąć?

Jednak mandat do holistycznej i nowoczesnej polityki żywieniowej oraz do szybszego postępu z korzyścią dla konsumentów pochodzi również od społeczeństwa. Niektóre kraje związkowe opracowały już strategie żywieniowe… Wraz z Agendą 2030 Organizacja Narodów Zjednoczonych uzgodniła cele zrównoważonego rozwoju… Celem strategii żywieniowej rządu federalnego, która ma zostać opracowana, jest przyczynienie się do transformacji systemu żywnościowego i uczynienie zdrowej i zrównoważonej diety tak prostą, jak to tylko możliwe dla konsumentów od samego początku. (str. 3;)

Tak proste i wygodne, jak to tylko możliwe dla każdego. Na całym świecie. BMEL wskazuje również, w jaki sposób ma to zostać osiągnięte:

Strategia żywieniowa niemieckiego rządu ma być ukierunkowana na kilka faz i okresów do 2050 roku i określać krótko-, średnio- i długoterminowe żywieniowe priorytety strategiczne, obszary działania i ich odpowiednie cele, nazywać konkretne środki i wskazywać skuteczne sposoby ich realizacji… Potrzebne jest podejście systemowe składające się z prewencji behawioralnej i sytuacyjnej, które uwzględnia wpływ na środowisko i klimat, a także różne środowiska życia i łączy tematy żywienia i ćwiczeń fizycznych…

Jeśli również zastanawiasz się, co kryje się za „profilaktyką behawioralną i proporcjonalną”, Federalne Ministerstwo Zdrowia wskazuje pod hasłem „profilaktyka”, że chodzi o „biopolityzację” kwestii żywieniowych, w których „ojciec [sic] państwo” ma dbać o to, jak się zachowujemy – analogicznie do czasów Corony.

MD: Jak to rozgadany Niemiec, dalej parę stron argumentów.

Tylko sygnalizuję ich tytuły:

Kluczowe punkty stanowiska

Rzeczywiste implikacje ekonomiczne pozostają pominięte

Biopolityzacja diety

Co się stanie, jeśli to nie zadziała?

Nacjonalizacja, gospodarka planowa w sytuacji kryzysowej

U krainy krwawy lud. „Przyczynek do psychologji  ludu na Ukrainie”

U krainy krwawy lud. „Przyczynek do psychologji  ludu na Ukrainie”

Stanisław Orda, unukalhai https://www.salon24.pl/u/dawidowicz/587823,u-krainy-krwawy-lud

 Zamieszczam tekst autorstwa Janiny Przecławskiej, który  ukazał się w kwartalniku „Przegląd Powszechny”,w  t. 176 październik – listopad – grudzień)  z 1927 r., wydawanym w Krakowie, jako drugą część „tryptyku ukraińskiego”. Test pod oryginalnym tytułem brzmiącym  Krwawy lud oraz podtytułem „Przyczynek do psychologji  ludu na Ukrainie”, zawiera rozważania Autorki na temat dramatu Polaków na Kresach w trakcie wojny polsko-bolszewickiej z lat 1919-1920, którego była uczestnikiem i jednym z bardzo wielu Polaków dotkniętych jego skutkami. 

Pozostawiłem pisownię tekstu w wersji oryginalnej, poza poprawieniem oczywistych „przekłamań” wynikających z zastosowania techniki skanowania dla potrzeb zbiorów bibliotecznych, gromadzonych w  formie cyfrowej. Dostosowałem również akapity do formy strawnej na blogu.
Oraz uzupełniłem tekst  własnymi przypisami.

 (Ostatnia część tryptyku będzie miała tytuł „Kresowe Westerplatte” i będzie ona mojego autorstwa).

 ………………………………………

 Krwawy lud 

Czy o tobie mówić mam, ziemio, na której Słowacki czuł Boga, Bohdan Zaleski [1] jak o łaskę najwyższą błagał, by mógł cię oglądać w niebie? Ukraino, o której tęskny poeta śpiewa:

 „U nas – inaczej, inaczej, inaczej!”[2]  bo słońce tam buja jak na morzu, a kłos złoty rodzi obficie,
a myśl, goniąc z wiatrem w zawody, nabiera owego rozmachu szerokiego! 

Kultura i marzycielstwo polskie różnemi czasy wydobywało twe czary, kołysząc serca do dumek
i baśni. Dziś lud twój staje przede mną, ten z ciebie wyrosły, na gruncie twym od wieków osiadły.

Rusini, czy jak obecnie nazywają się sami  –  Ukraińcy.

Geneza ludu tego trudna do oznaczenia. Czy zrodziły go bandy wysiedlone buntowników, które ukrywały się na rubieżach rzeczypospolitej przed gniewem królów polskich, czy też odstawieni tam jeńcy wojenni, turcy, tatarzy, kozacy? Czy zrodziła ich matka polka, ojciec tatarzyn, hodowała rodzina kozacka, czy odrębne ruskie plemię zmieszało się z krwią obcą, wydając ten lud krwawy? Rozmaite są wyobrażenia o źródłach, zgrupowaniach i związkach tych bądź co bądź rdzennych mieszkańców tej ziemi. W twarzy ich zarysowuje się często jasny typ słowiański o szczerem, prostem, do duszy idącem wejrzeniu, ale spotyka się niemniej często ostry dziki rys kałmucki  w oczach skośnych, grubych wargach, nosie spłaszczonym… tęskne zadumy i okrucieństwo bezlitosne, poddanie i bunt, jad kipiącej nienawiści i poświęcenie bez granic równoważą szalę sprzeczności. 

Staje on przede mną takim, jakim był przedewszystkiem w latach od 1905 i przedtem jeszcze aż do r. 1918 i do dni ostatnich w stosunku do polskiego społeczeństwa. Nieufny, zamknięty w sobie, podejrzliwy i łatwowierny zarazem, stosownie do tego, z kim ma do czynienia, lekceważący wszelki wysiłek „pana” odnośnie do prac rolnych i wszelkich rozporządzeń, idących ze dworu. Posiada silne poczucie własności, ale tylko swojej, której bronić będzie kłami i pazurami, jak dzikj zwierz. Duchowy rozwój i kulturę zewnętrzną, drobne zdobycze cywilizacji odpycha z całą pogardą pierwotnego człowieka, który, czując, iż nie dorówna, woli odeprzeć raz na zawsze, niż tentować o coś, co mu „niedostępne”. „U nas w mużyćtwi — mówi — tak buło i bude”, a dźwięczy w tem twierdzeniu jakby przewaga, zaznaczenie nieprzejednanego stanowiska, głęboki żal i niewyjaśniona krzywda i ból wyrzeczenia.

Takim cię widzę, biedny „mużyku” ukraiński, sam w swym chłopskim mózgu zaplątujący swój los, wiecznie w ciemności brodzący, w wiecznym wysiłku opierania się swej doli, po którym zapadasz w noc coraz głębszą. Widzę cię, „rozjuszoną bestję”, pod wpływem agitacji r. 1905, wołającego o zmianę, o jakieś prawo, które zdało ci się, żeś pojął i wiesz, o co wołasz! Niestety, nic nie pojąłeś i nic nie wiesz! Przedewszystkiem nie masz pojęcia, czego ci brakuje, potrzeb swoich nie znasz, zmian nie pragniesz.

Krzywda! Uczucie to tkwi w nim, jak rana wieczna! Przesuwają się w jego pamięci ciężkie dni pańszczyzny, praca źle opłacana, razy odbierane; przeszłość tę przywołuje, podnieca wrogi rząd, wyolbrzymiając polskie winy, zapominając, że „pańszczyzna” to było prawo czasu i obyczaju, stosowanego wszędzie w pewnej epoce. Jednak były wsie, W których pańszczyzna łączy się ze wspomnieniem dobrego „pana”, dbającego o szczęście podwładnych, życia bez troski pod opieką czujną  i mądrą. Bierne natury radośnie przyjmują byt, w którym—jak się wyrażali — „o nic ich głowa nie bolała”.

Wśród polskiego społeczeństwa budziły się nieraz mocne pragnienia: współżyjąc z tym ludem trudno było wyrzec się pracy dla niego! Dusze gorętsze, szersze roiły o zbrataniach serdecznych, o podniesieniu moralnem tego ludu, o uświadomieniu narodowem, któreby ludowi temu ukazały drogi inne. Cel myśli polskiej tkwił w wiecznem marzeniu: „Jak odna mołytwa, tak u świti cia odyna Polsza, Ruś i Łytwa”. W myśl tego powiedzenia ukazywał się ów lud bratni złączony z Polską przeciw wspólnym wrogom. Lecz na straży stał żandarm moskiewski i polityka rządu, której celem była właśnie ciemnota tego ludu i odgrodzenie go wszelkiemi sposobami od „pana” — Lacha. Więc nie szczędzono barw jaskrawych, aby w oczach chłopa ukraińskiego wyolbrzymić wiekowe winy polskiego „pana”, obniżyć dzisiejszy jego autorytet. Od lat dziesiątków wsiąkało w lud ten przekonanie, że „pan” to jest uzurpator, zły i nieprawny władca, „krowopijca”, jak ochrzczono go w ostatnich latach, kiedy już wroga agitacja dosięgła miary. Rząd rosyjski natomiast, zawsze ustępliwy dla chłopa, zamykający oczy na wszelkie przewiny, usprawiedliwiający nawet zbrodnie, rozstrzygający przychylnie spory graniczne, dopomagający chłopu, kiedy chodziło o wykupienie ziemi z rąk polskich, pozostawał uosobieniem tej dobrej władzy, którą czcili z zabobonną trwogą i szacunkiem. Oczy wrogie strażników moskiewskich czatowały na wszelkie porozumienie między chatą i dworem polskim, gotowe każdej chwili przeciąć je brutalnie, groźbą zsyłki lub konfiskaty, bardziej czujne na owo zbliżenie się niż na stosunek do ludności polskiej, której znikoma garstka tonęła w morzu ludności ukraińskiej. 

Dzieliły nas i ich wyznanie, język — a jednak sympatje polskie niepokonane wbrew przeszkodom szły do tego ludu. Panowie polscy brali udział pieniężnie w rozwoju teatru ukraińskiego, drużyn śpiewaczych, w zakładaniu warsztatów tkackich, kilimkarskich, jedwabniczych, przyczyniali się do wydawnictw książek ukraińskich i takich pism jak Światowa Zernycia, w większej części będąca pracą polskiego społeczeństwa, przez Polaków subsydjowana. Były dwory, które w „zuchwalstwie” swem szły dalej jeszcze. Ufne w siłę swego zapału i dobre stosunki z „prystawem” [3] i „urjadnikiem” [4], osobami urzędowemi, policyjnemi, których można było przekupić zbożem i pieniędzmi, organizowały formalną szkołę, ogródki dziecięce, bibljoteki ludowe, wchodząc w ów zabroniony kontakt z ludnością.

 Działo się to mniej więcej w 1900 roku podczas lata. Już przed siódmą rano olbrzymią falą kołatały dzieci całej wsi do bram pewnego dworu, wołając natarczywie i nagląco: „Czy można wże pryjty?” (Czy można już przyjść?).  Bez wątpienia była to duża ulga dla całej wsi; matki spokojnie szły do pracy pewne, że dzieci zajęte nie walają się w błocie, nie zapalą ognia w chacie, by jak się to nieraz podczas żniw zdarzało puścić ją z dymem. Dla dzieci była to olbrzymia atrakcja; zamiast bezmyślnych, niczem niezajętych godzin rannych — porządnie ułożony dzień pracy. Rozpierzchały się dzieci po całym ogrodzie, szukając swoich miejsc. Godziny, podzielone na naukę czytania, pogadanki, rysunek, roboty, śpiewy, zabawy i, gimnastykę upływały szybko. Gdyby praca ta mogła przetrwać, dałaby stanowczo ogromne rezultaty. Niestety nie przetrwała roku. Podobno sami rodzice donieśli władzy, iż dzieci ich chcą „opolaczyć”. Prystaw dał ostrzeżenie, uznając, że to wszystko jest bardzo ładne, ale tego robić nie wolno, bo pociągnąć może nieobliczalne skutki. W zimie jeszcze zorganizowano czytelnię, wybrano książki, na które na ręce „pani” przyniesiono zebrane pieniądze. Te wysiłki przekonały, że w ludzie tym są pierwiastki siły i dobra, leżące odłogiem lub, marnowane, że użyte stosownie, kierowane sercem i myślą stworzyć mogą naród. Dzieci szybko poddawały się wpływom cywilizacyjnym, organizowały się z łatwością. Umysły świeże, zdolne chwytały i przyswajały chętnie wiadomości, orjentując się
i pojmując wlot. Niestety, trzeba było przerwać. Dzieci poszły do swych szkół parafjalnych, które prócz wiadomości cerkiewnych nie zdołały nawet po paru latach nauczyć ich czytać i pisać. Długo jednak jeszcze brzmiały na wsi piosenki, których uczono „W ogródku”: „Hej, hej idem w pole, hej, hromado ciła!” i długo jeszcze dzieci ze smutkiem stawały przed bramą dworu, pytając czy mogą wejść. 

Pozostawała inna droga, droga pomocy samarytańskiej, opieki sanitarnej, dobroczynnej. I tej nie zaniedbano. Niepodobna było przezwyciężyć niechęci ludu do szpitala i lekarza. Szpital uważany był za miejsce katuszy i śmierci, doktor „nic nie wiedział”, wiedziała „pani” i w jej ręce z ufnością oddawano chore dziecko, opatrunki wszelkie. „Pani”, zwykle łącząc w swej osobie lekarza, aptekę i siostrę miłosierdzia, szybko działała na natury nieprzyzwyczajone do lekarstw. Pewna hygjena i czystość także miały swą wagę. Chorzy zwykle powracali do zdrowia, wówczas „pani”, słynęła jako cudotwórczyni i do takiej „pani” biegł chłop z urwanym przez maszynę palcem w kieszeni, wierząc, że mu go „pani” przyklei znowu. Kiedyś po wielu staraniach udało się umieścić w szpitalu ciężko chorego na rany w żołądku, po dwu dniach uciekł stamtąd, wyciągnąwszy dreny, zrzuciwszy bandaże, twierdząc, że tam w szpitalu nic nie umieją i tylko „pani” może go wyratować, byleby zechciała.

 Tak się układał stosunek dworu polskiego, wynikający z wiary w misję polską i daleko idących marzeń na przyszłość. Znając owe wysiłki polskiego ziemiaństwa i prawdziwą sympatję, którą ono czuło dla miejscowej ludności, jak dziwnie brzmią słowa, iż gdyby wszyscy utrzymywali łączność z chłopem ukraińskim i wchodzili z nim w bliższy kontakt, zadawalniając jego potrzeby i wypełniając braki, to nie byłoby tej krwawej karty i tego tragicznego końca dla polskiego właściciela na kresach!  Niestety, jedno jeszcze stwierdzić można, źe właśnie ów bliższy stosunek wywoływał większą zuchwałość i że najpierwsze padły dwory znane ze swej przyjaźni względem chłopa ukraińskiego, że tam, gdzie pan był surowy, srogi w obchodzeniu się, wahano się dłużej — powstrzymywał od gwałtów sam autorytet i obawa. 

Chłop ukraiński, korzystając i przyjmując wszelkie ze strony „państwa” dobre chęci, patrzał ponuro, nieufnie i podejrzliwie. Długo nie mógł pojąć powodu dobrego postępowania, przyjaznych względów, w końcu zdawało mu się, że wpadł na właściwy domysł. Oto działo się to wszystko z rozkazu cara! Przychodził więc do dworu po lekarstwa jak do apteki, przyjmował wszelkie zabiegi i starania, jako z prawa sobie należne. Potem wytłumaczono mu to jeszcze inaczej; powiedziano mu, iż wiedzieli panowie, że wszystko do niego należy i dobrocią chcieli go przekupić. To pobudziło bardziej jego nienawiść i stłumiło w nim raz na zawsze wszelkie uczucie wdzięczności.

Już w roku 1905 krzyczano: „Nie trzeba nam waszej łaski, wszystko sami sobie zrobimy, bo to wszystko nasze!” Później nastąpiło chwilowe uspokojenie  –  zamilkł zdumiony chłop jeszcze na lat kilkanaście, bo go w  owych niefortunnych usiłowaniach buntowniczych pierwszej rewolucji zatrzymano policyjnie. Powikłało mu się w głowie, w żaden sposób nie mógł sobie wyjaśnić dlaczego buntowano go przeciw „panom” ,w imieniu cara, a potem w imieniu tegoż cara otoczono go wojskiem, zmuszając do milczenia. Ukorzył się wnet, pozornie uległy, w głębi nieprzejednany, wzburzony.

 Do zrozumienia przyczyn okrutnych przejść lat ostatnich, które odbiły się na dużej części naszego narodu, niszcząc gniazda polskie i wiekowy ich dorobek, trzeba rzucić kilka rysów, w których wystąpi jaśniej charakter ludu ukraińskiego. Popatrzmy jak wygląda on w życiu. 

Oto ten chłop poruszający się leniwie, przesypiający zimę na piecu lub trwoniący czas w karczmie, gdzie upija się do nieprzytomności, budzi się z błyskiem wiosny cały przesiąknięty myślą o ziemi. Ponadto niema ukochania! Jak najwięcej ziemi, aby bez końca sadzić kartofle i siać zboże i być swym kawałku władcą, właścicielem bez zastrzeżeń. Żona, dzieci, sąsiad, rodzice, wszystko to nie ma dla niego wartości; zastyga w nim serce, gdy pomyśli, iż może być posiadaczem jedynym! O kawałek gruntu toczą się krwawe bójki, o prawo do swej części długie wiodą się spory, a bójki W tej rozpaczliwej żądzy kończą się nieraz śmiercią lub kalectwem. Na uczucie niema żadnego miejsca, kiedy występuje jasna, stanowcza chęć posiadania. 

Opowiada jeden z sędziów przysięgłych, obecny podczas sądzenia chłopa, który chcąc pozostać sam w chacie i pozbyć się wszelkich współwłaścicieli i dziedziców, zamordował rodziców, żonę i dzieci.  Na pytanie jak to uczynił, chłop odpowiada bez drgnienia, poprostu uważając swój okrutny czyn za racjonalny. „Ot tak, wziaw sokiru, perekrestywsia, taj po hołowońci, persz starych pośle żinki i ditki”. (Wziąłem siekierę, przeżegnałem się  –  i tak po główce, najprzód starych, potem żonę i dzieci). Opowiada o tem bez najlżejszego wyrzutu sumienia, nerwy jego spokojne nie dają mu widzieć krwawych widm pomordowanych, czuje się jakby po spełnieniu zwykłego czynu, który pomnoży mu dobrobyt. Jest to pewna atrofja moralna, nieczułość nerwowa, która może nam również wytłumaczyć dlaczego cierpienia fizyczne nie są tak przez nich odczuwane, jakby się to zdawać mogło ludziom bardziej wrażliwym. 

Często się zdarza, iż kobieta rodzi w polu, nazajutrz już staje znowu do pracy; dzieci przechodzą najcięższe choroby, biegając w koszulach po mrozie, chociaż większość umiera, ale są takie, co przetrzymują. „Na toj bik, albo na toj”, (albo na tę, albo na tamtą stronę) powiadają ojcowie bez wzruszenia; jak wyjdzie z choroby, będzie zdrów i silny. Zdarzyło się, że młoda kobieta zmarła nagle –  przy badaniu okazało się, że przeszła ciężki tyfus, chodząc codziennie do pracy w 40° gorączki.  „Aż poczerniła ciła”, opowiada mąż, stwierdzając fakt z spokojem. Raz po zaciętej walce z sąsiadem, w której latały noże i siekiery, chłop uderzony w głowę wraca do domu, po drodze, zatrzymał się, by porozmawiać z „panem”, który mu czynił wymówki z powodu tego zajścia. Chłop stał wyprostowany, tylko czapką przyciskał głowę  –  dopiero w chacie okazało się, iż miał przez głowę tak straszne cięcie,  iż mu kawałkami mózg wypływał z czerepu. W parę chwil skonał. 

Obdarzeni w wysokim stopniu zmysłem praktycznym, poczuciem realności, chłopi ukraińscy umieją sobie zawsze zdać sprawę i wytłumaczyć każde dobrodziejstwo pochodzące ze dworu, lecz nigdy, a przynajmniej bardzo rzadko odczuwają wdzięczność, traktując podziękowanie jako grzeczność nie poruszającą nic w ich sercach; wracają do domu, roztrząsając przyczyny tego dobrodziejstwa.  Nieraz budzą się w nich, zupełnie inne uczucia. Baba, otrzymawszy wór mąki od obywatela, idzie przez wieś
i urąga mu bez ceremonji:

Szob tobi tak łehko buło w świty żyty, jak ce meni’ nesti” (Oby ci tak lekko było żyć, jak mnie dźwigać ten wór!).

Na zezwierzęcenie i tak brutalnych instynktów wpływała ogromnie wódka, która także w agitacji 1917 i 1918 r. odegrała rolę niemałą. Rozjuszona bestja, tkwiąca w każdym chłopie ukraińskim, występowała ze zdwojoną potęgą, nie szczędząc niczego i nikogo. Rząd rosyjski rok rocznie zwiększał ilość monopoli, a poza tem handel wódką bezkarnie bywał uprawiany po chatach. Grosze zarobione szły na wódkę — dość powiedzieć, że dwie niewielkie wsie przepiły 36.000 rubli przez rok jeden, co w owych czasach było bardzo pokaźną sumą. Wódka, to był właściwy sens i cel życia, które poza tem nie posiadało żadnych pragnień, nurzając się bez miary w pijaństwie. Ani szkoła, ani duchowieństwo prawosławne nie pobudzały do podnioślejszych uczuć, nie wskazywały szerszych horyzontów. Religja nie uczyła moralności, bo to był zbiór ciasnych formułek, które chłop pełnił z tępą zaciętością ciemnego człowieka. Niewykonanie przepisów cerkiewnych było w jego pojęciu zbrodnią, więc na Wielkanoc tłumnie znoszono dzieci do cerkwi dla przyjęcia komunji, bez względu na gorączkę lub przebytą świeżo ospę lub szkarlatynę; ciężko chorzy woleliby umrzeć, niż złamać post ścisły na oleju przez wypicie szklanki mleka lub rosołu przepisanego przez lekarza. To wszystko nie przeszkadzało jednocześnie popełniać rabunki, zbrodnie, upijać się do upadłego.

Bóg, przystosowując się do ich pojęć, nie gniewał się o takie małostki; post i spowiedź wielkanocna rozgrzeszały z łatwością i człowiek czuł się wolny, sumienie nic mu nie wyrzucało. Dusza, pozostawiona w mroku i zaślepieniu, układała sama sobie pojęcia, nie wychodzące poza ciasne ramki chłopskich rozumowań, a „pasterz dusz”, bardzo obojętnie zwykle usposobiony, nie usiłował nawet  z tem walczyć. „Pop” była to osoba najmniej wzbudzająca miłości i szacunku, a on sam bardzo zwykle pesymistycznie zapatrywał się na swe owieczki. Raz słysząc o staraniach podjętych przez pewną ziemiankę dla umoralnienia ludności, taki miejscowy kapłan powiedział wzgardliwie:  „Proszę pani, to bydło”! Takie było wewnętrzne przekonanie „pasterza ludu”, który w tych słowach starał się zrzucić z siebie odpowiedzialność.

Istotnie, to był zbydlęcony, znieprawiony, niekultywowany człowiek, z którego jednak pomimo wszystko niekiedy przezierała dusza. Tak, dusza człowiecza, ale okrutna, ponura, mściwa, a nieraz zasnuta jakby mgłą zadumy nad własnym losem, niby żalem szczyptą poezji kraszonym, który dźwięczał w pieśni zawodzącej, który młodej dziewczynie kazał wpatrywać się z zachwytem w świerki owiane szronem i mówić tęsknie: „meni zdajetsia szo ony wse taki cwetut”. Albo w poczuciu nieznanej,  a żywo odczutej krzywdy mówić: „ja nyczyho ne znaju, jak toj peniok”. Albo pomrukiwać przez zaciśnięte zęby: „ja muzyk temnyj i tra szob takim ostawsia”.

Zapewne były to tylko pojedyncze głosy, ale w nich tkwiło jakby poczucie tajonego żalu, niewysłowionej tęsknoty, skarga niemocy ducha. A ta siła ich świeża, radosna, dziecinna, porywająca się w tych wstęgach barwistych, w tych pieśniach weselnych, nastrojach świątecznych, ta młoda dusza wybłyskująca z gromady, kiedy pełni uroczystości rozpoczynali pracę na roli — czas orki, siewów, żniw. Zapominano wówczas o bójkach i pijaństwie, cała moc zdrowa, niewydana tego ludu wnikała w ten dzień pracy, w epokę stanowiącą o nadziei jutra. 

Czy nie była to „dusza”, odzywająca się w przywiązaniu i oddaniu zacnej służby dobremu panu, ta umiejętność wierności do grobu przez tradycję całych pokoleń? 

 Rozumienie „narodowości” nigdy nie występuje u tego ludu wyraźnie; nazwa, którą sam sobie nadaje „mużyk” zaznacza tylko odrębność, z jaką się odgradzają od „pana” i od wszystkiego co „pańskie”,  a więc przedewszystkiem nieprzejednana odraza do oświaty, kultury, wszelkich wprowadzonych ulepszeń, uprzedzenie niepokonane do pracy umysłowej i nawet pewna trwoga przed nią. Raz chłopak wiejski, dostawszy się do dworu, za staraniem „pani” wyuczył się czytać, pisać i skończywszy sześć klas dostał odpowiednią dobrą posadę. Po pewnym czasie zachorował na wrzód w uchu, trzeba mu było robić ciężką operację, po której umarł w szpitalu. Wieś osądziła, że te wszystkie nauki tak mu zaszkodziły; byłby zdrów, gdyby się nie uczył. 

Bywają jeszcze wsie na Ukrainie, do których zupełnie nie dotarła cywilizacja nowoczesna; jeszcze do ostatnich czasów automobil witano ze strachem, jako „nieczystą siłę”, a kiedyś chłop po odmierzeniu przez geometrę przestrzeni między wsią a najbliższem miasteczkiem, po skonstatowaniu, że wedle obliczenia odległość wynosi nie jak liczono dotychczas 14 wiorst lecz 16, skonsternowany twierdził naiwnie:  „Dobrze jeśli dobra droga, ale kiedy będą te szarugi jesienne, jak ja te dwie wiorsty jeszcze przejadę?”

Z podobną naiwnością traktowano też posiadanie ziemi i swobody. Ziemia, upragnione bogactwo, ale użycie jego przedstawiało się w wiecznęm pijaństwie i swobodnem, niekrępowanem niczem leżeniu na piecu, a gdy zabłyśnie słońce, machinalnem zasiewaniu tej samej roli, która zawsze wiernie powinna była dostarczać zapasów zboża i dlatego jedynie była tak pożądana! Choroba konia lub krowy bardziej wzruszała chłopa niż śmierć żony lub dziecka. Gdy się zdarzyło raz, iż chłop wyprzągł konia z pługa, aby pojechać po lekarza dla śmiertelnie chorej żony, opowiadano sobie o tem  z najwyższem zdumieniem. 

Nie na tle różnic plemiennych rozwijała się niechęć do „pana”, ale na podstawie ekonomicznej; widziano w „panu” jedynie posiadacza i właściciela. Rosjanin i Polak jednakową wzbudzali nieufność. Jeden i drugi był dla chłopa zawadą, tak jak w chacie przeszkadzał mu brat lub syn, mający pretensje do posiadania i władzy. Na dnie myśli może spoczywało nieokreślone marzenie, aby pozostać samemu; może to było nieobjawione dotąd pragnienie budzącej się indywidualności, przez wieki tłumionej  i usuwanej, a jednak wyrywającej się bezwiednie, wszechmocnie, jako dusza powstającego do życia narodu? Kiedy raz w poufnej rozmowie pytano bardziej inteligentnego chłopa czy woli lacha, czy moskala, odpowiedział: „Szob toj utikał a tamtoj za nym pustywsia, my szczeb batohom dokłały” (Gdyby ten uciekał, a tamten puścił się za nim, tobyśmy im jeszcze batogiem dołożyli). 

Kiedy jednak idea odrębności narodowościowych występować zaczęła silniej i rozeszły się wieści o wolności każdego narodu, wiadomości o szkole ukraińskiej, o prawie językowem, chłop ukraiński przyjął to obojętnie, nawet z niechęcią. Nie chciał zrozumieć, iż ma uczyć dzieci w tym języku,  którym mówi w chacie. Nadsyłane broszurki i gazety, pisane obcym dialektem, odczytywał z triudnością i twierdził z uporem, że dzieci powinny chodzić do szkół polskich albo rosyjskich, bo on nie myśli pozostawić je na życie całe „mużykami”. Tyle narazie zdziałały nowe prądy.

Lud miejscowy nie dał sobie nigdy wytłumaczyć co to narodowość, co zwłaszcza organizacja państwowa, to była dla niego martwa litera. To też nigdy w zaburzeniach, które przyszły, sprawa plemienna nie grała żadnej roli. Trudno nie wspomnieć o owym dniu niezwykłym, kiedy to ogłoszono rząd rewolucyjny z Kiereńskim r. 1917. Wieś przejęta ważnością chwili, z której zupełnie nie zdawała sobie sprawy, z okrzykami dzikiego triumfu, z popem i całą paradą cerkiewną wypłynęła na ulice, gromadząc się naprzeciw dworu. Każda niemal wieś miała już wówczas swą polską szkołę, prowadzoną otwarcie i swój polski szkolny sztandar. Wysłana starszyzna wiejska przyszła do dworu prosić o ten sztandar dla dodania świetności tej uroczystej chwili. „Dajte nam waszu „Flaku„, tak harno bude„, wołano.

Zaprawdę dziwny był widok tego popa bijącego pokłony przed dworem polskim i dla podniesienia rewolucyjnych haseł wymieniającego w nabożeństwie całą rodzinę cesarską  –  a nad tem powiewający polski narodowy sztandar z białym orłem i Marją Częstochowską. 

I przyszły te najgorsze chwile. Zwierz w duszy ludzkiej zawył strasznym głosem, pobudzony apetyt pożądaniem tego, co najbardziej było mu pożądanem, dzika zwierzęca chciwość prześwietlona ludzką chciwością. Okazała się w całej ohydzie ta bestja człowiecza, nie hamowana żadnem dobrem, nie łagodzona zasadami religji, promieniem wiary. Dusza ludzka, jeśli nie unosi się wyżej, upada niżej od zwierzęcia. Tak się też stało.  Uderzono w najczulsze miejsce i ozwał się ryk bestji przeszywając drżeniem i męką. Zwierz rzucił się na zdobycz bez wahań. Reszty dopełniła wódka. Niech mi nikt nie mówi o wdzięczności, natura ludzka w ogóle posiada jej mało  –  być może, iż to wynika z tej natury ludzkiej właśnie, która chce czuć własną siłę  –  łaska, wdzięczność upokarza mocnego człowieka. Zawyło nieokiełznane, gwałtowne pożądanie samodzielności, nie oparte na żadnej podstawie, nie ujęte w karby prawa i umiejętnego działania. Projekty sypały się bezmyślnie. –  Chciano odrzucić szpitale  – chorzy i starcy niech umierają. Chłopi będą siedzieli w pokojach, jak panowie, jeździć powozami i t. p. Panowie, którzy, wedle insynuacyj wrogich, chcieli ich przekupić, wiedząc iż wszystko do nich należy, stawali w ich oczach jako ludzje niegodni, nie zasługujący na współczucie. Przywiązanych do dworu uważano za zdrajców i zemsta ludu straszna dosięgała ich. Nowy ład układał się chaotycznie,   w rozpitych mózgach  –  mówiły tylko rozkiełzane apetyty, prawo bezprawia. 

Nie chcę powtarzać tu obrazów krwawych, pożogi rozpętanej nad krajem stepów i mogił, obrazów, których niesamowita groza blednąc każe najbardziej wyuzdanym opisom mąk średniowiecza i Sienkiewiczowskiej trylogji, uczyniono to już nieraz. Historja nasza powtarza je niejednokrotnie…

Szukamy w tem głębszej przyczyny, pytając niespokojnie, czyja wina? Upornie stawiamy jedno rozwiązanie; jedynie tylko w postępowaniu „panów” względem „chłopów”, lub w dawnej jeszcze kozackiej tradycji szukamy rozwiązania problemu dziejowych nienawiści !… A jednak czyż nie inaczej sądzićby to wypadło!  

Rozwój ducha i pojęć ludzkich, prawo człowieka i godność jego, idąc tu jednako, stopniowo przyjmują się wszędzie, niosąc złagodzenie praw, znosząc pojęcie przywilejów i nierówności społecznych  –  przyczyny tkwiły właściwie, gdzie indziej. Brak siły dla rozwoju odrębności narodowych, brak poczucia państwowości, wyzyskiwane przez państwa wrogie! Nie stawało tej siły nigdy, bo i wówczas w latach zespolenia z Polską, kjedy nic nie stawało na przeszkodzie, a obojętność Polski w tym względzie nie krępująca w niczem, wydająca prawa równe bez zastrzeżeń dla różnej nacji swych poddanych, czyż nie torowała drogi do rozwoju języka, literatury, świadomości narodowej? Zanik tego przyrodzonego uczucia poddaje lud ten wiecznie wpływom polskim lub rosyjskim. Obrządek wschodni religijny zdaje się pozornie łączyć go z Rosją, a jednak jest chwila,  w której unoszą się ponad ubóstwo duchowe przez walkę unji z prawosławiem. Prześladowania podlaskie budzą na chwilę uśpione dusze, unosząc na szczyt męczeństwa i zwracają lud ten ku zachodowi, ku Polsce. 

Położenie geograficzne między Polską a Rosją stawia ten naród w niepewnej przynależności, niepewność tę umiejętnie wyzyskuje jedyny wróg słowiańszczyzny, Niemcy. A kiedy rozbiory dzielą Polskę na trzy części wraz z włączonemi Litwą i Rusią, wrogie agitacje podburzają z podwójną siłą, kierując z dwu stron swe ostrza przeciw Polsce. Ta bierność i nieświadomość uczuć narodowych sprawiła zapewne, iż kiedy w pewnej fazie burzy bolszewickiej chciano obudzić w ludzie ukraińskim samopoczucie narodowe, spotkano się z odpornością i niechęcią, ze zdumieniem, które odrzucało z pogardą tę odrębność jako ubliżenie. Jedynie działać mogła nienawiść na tle ekonomicznem, przemawiająca zrozumiale do instynktów pierwotnego człowieka i to rzuciło ten lud w brutalną, zwierzęcą walkę bez godności i. sumienia. Więc nie działały tam pobudzone plemienne nienawiści, ale przystosowane do pojęć pierwotnych idee bolszewickie, dogadzające w swej brutalności niskiemu  poziomowi dusz. Bezmyślne, bezduszne ofiary zbrodniczych namiętności bez ideału i celu wyższego pokazały światu czem stać się może istota ludzka, dla której jedynem pożądaniem jest zdobycie żerowiska. Ale i w tej ostatniej krwawej karcie czyż nie widzimy tychże powtarzających się rzezi, z poza których wysuwa się okrutna dłoń Carycy i słychać śmiech szatańskiego Fryderyka?

Wiecznie to samo. Historją się nie powtarza, ale jest w niej ciąg jednej myśli, idącej systematycznie, tym samym szlakiem wiążąc nici.

 Deprawowany, utrzymywany rozmyślnie w ciemności po zaborach, nieświadomy siebie, szczuty na Polskę, w której widzi tylko nienawistnego „pana”, nie pobratymczy naród, z którym idąc ręka w rękę mógłby wspólną siłą uderzyć w tego wroga, lud ukraiński nie mający siły aby być narodem, staje się ślepą igraszką w ręku nieubłaganem. Czyż i w polityce rządów Rosji nie odczuwamy, iż zawsze każdym ruchem, każdem złowrogiem uderzeniem wymierzonem w Polskę, kieruje ta sama dłoń niemiecka? Dziś w bezstronnem spojrzeniu na lud krwią naszą obluzgany, w wejrzeniu w  przeszłość naszą wspólną, słyszymy wyraźnie też same głosy nienawiści germańskiej. Polska mocna i wielka pozbawiona zachłanności, nie dążąca do wynaradawiań, umiejąca utrzymać władzę siłą wewnętrznej potęgi, skłonna do bratań, zniewalająca mocą swej idei, może być ową dłonią bratnią wyciągającą się do bratniego narodu. Polska przez wygórowaną miłość Ojczyzny powinna potrafić uszanować odrębność narodu pokrewnego. Wtedy też wiele osiągnie dążąc drogą pojednań bratnich przeciw nieprzyjacielskiej sile. 

Jaką rolę przeznacza nam przyszłość w związku z tym ludem? Czy złączy jeszcze nasze ręce, jak już się wielokrotnie łączyły nasze kości i mieszała nasza krew we wspólnej przed wrogiem obronie? Przyszłość milczy, a Ukraina dzisiejsza to wielkie cmentarzysko, gdzie senne mogiły dumają o krwi tak strasznie przelanej. Lecz dzieje narodów nieskończone i Bóg je pisze. 

………………………………………………………

 Przypisy:

[1]  Józef Bohdan Zalewski –    1802  gubernia kijowska, zm. 1886  Villepreux, obecnie miejscowość w regionie Île-de-France, w departamencie Yvelines Cmentarzu Montmartre w Paryżu. Polski poeta okresu romantyzmu Antonim Malczewskim  Sewerynem Goszczyńskim  „szkoły ukraińskiej” polskiego romantyzmu sylabotonikiem melicznym*, charakteryzującym się bardzo regularnym uporządkowaniem sylab akcentowanych  i niezwykłą melodyką wiersza. Z tego powodu wiele jego utworów stało się bardzo popularnymi i uzyskało oprawę muzyczną, również ze strony wybitnych ówczesnych kompozytorów, m.in.,
Fr. Chopina;

*sylabotonik  meliczny  –  rodzaj wiersza regularnego, odnoszący się do pieśni lirycznych; śpiewny, w którym podstawę rytmu tworzą: stała liczba sylab oraz stała pozycja sylab akcentowanych;

[2]  leitmotive wiersza Józefa B. Zalewskiego pt: „U nas inaczej”. Wiersz  opublikowany, m.in., w  niedzielnym dodatku do pisma „Postęp”,  wydawanego w Poznaniu w latach 1890-1925 (dodatek „Biesiada”, numer z 15.02.1914 r.).  W całości do przeczytania w zdigitalizowanych zbiorach Wielkopolskiej Biblioteki Cyfrowej;

 link: http://www.wbc.poznan.pl/dlibra/plain-content?id=228265

[3]  prystaw – w Rosji komisarz policji albo komendant posterunku(1837 – 1918),;

[4] uriadnik – w Rosji niskiej rangi  funkcjonariusz policji, głównie na terenach wiejskich (jw.);

Możliwe są zwroty w sprawie tropienia wszelkich przejawów rusko-onucyzmu.

Możliwe zwroty w sprawie tropienia wszelkich przejawów ruskoonucyzmu.

Michalkiewicz: „Przypuszczam, że w tej chwili bezpieczniacy będą takie robić numery”

bezpieczniacy-beda-takie-robic-numery

Stanisław Michalkiewicz na antenie TV ASME w cyklu pytań i odpowiedzi odniósł się m.in. do „pospolitego ruszenia” oraz możliwych zwrotów w sprawie tropienia wszelkich przejawów ruskoonucyzmu.

„Szanowny Panie Stanisławie, jakie widzi Pan wyjście z nawałnicy ustaw totalitarnych na nadchodzących w niedalekim czasie obradach Sejmu, na przykład o ruskiej onucy dezinformacji. Co sądzi Pan o pospolitym ruszeniu we współczesnej formie?” – pytał jeden z widzów.

– Pospolite ruszenie we współczesnej formie, to jest zawracanie głowy. Mieliśmy przykład, właściwie dwa przykłady, takiego pospolitego ruszenia – wskazał Michalkiewicz.

– Pierwszy to był szturm na Kapitol w Waszyngtonie – zaznaczył. Moim zdaniem to była prowokacja FBI. Policja nawet przepuściła tych szturmujących, oni się wdarli na Kapitol i co? I dalej nie wiedzieli, co zrobić –przypomniał.

Podobnie było w Brazylii. Też się wdarli do budynków rządowych i nie wiedzieli, co dalej zrobić. I tyle, nie miało to żadnych następstw – wskazał publicysta.

– Dlatego przypuszczam, że w tej chwili bezpieczniacy będą takie robić numery, że to niby lud, ale tak naprawdę to tłum, który nie jest zdolny do niczego poza destrukcją ewentualnie – ocenił.

Odnosząc się zaś do pytania, jakie widzi wyjście z nawałnicy ustaw totalitarnych, odparł: „Przeczekać”.

– Teraz to chyba nie, bo nasz najważniejszy sojusznik uważa, że nie ma potrzeby dokonywania podmianki na naszej politycznej scenie, ale może kiedyś… – stwierdził.

– Potwierdziły się podobno informacje, że Putin i Zełenski przyjęli działania mediacyjne Stolicy Apostolskiej (…), dla Putina też mogą być jakieś plusy dodatnie w tym rozstrzygnięciu i będziemy musieli ćwierkać z innego klucza i ta gadka o ruskich onucach będzie musiała być zaprzestana – skwitował Michalkiewicz.

Ekologizm – zniszczenie idei Kościoła i wiary chrześcijańskiej od samych jej fundamentów.

[Przypominam, bo szukanie na google już, po 4 latach, nic nie daje.Jak łatwo wymazać… Szukałem przez Firefox.. MD]

Ekologizm – zniszczenie idei Kościoła i wiary chrześcijańskiej od samych jej fundamentów…

.
Dom Meiattini w Duc in altum Neuvěřitelné: Falešná církev nastupuje k apostazi | Lumen de Lumine

Po przeczytaniu hymnu do amazońskiego raju nie rozumiemy, dlaczego jego mieszkańcy mieliby potrzebować wiary chrześcijańskiej. Wręcz przeciwnie, wyłania się fakt, że Kościół powinien zostać nawrócony przez tych tubylców. Tutaj jesteśmy daleko poza herezją. Chrześcijaństwo jest tutaj zredukowane do antropologii i ekologii. I nie jest to zaskoczeniem, ale bezpośrednią kontynuacją Evangelii gaudium i Amoris laetitita. Tak jak produkty wytwarzane w Chinach udają produkty europejskie, tak i ten produkt jest plagiatem. Przedstawia się jako chrześcijański, ale nim nie jest.

Chrześcijaństwo zdegradowane do pseudobiologii
O tym, że zapowiadany synod będzie zawierał niespodzianki i przyniesie więcej powodów do schizmy, wiadomo było od dawna. Początkowo wydawało się, że będą w nim uczestniczyć żonaci duchowni. Trzeba jednak przyznać, że „Instrumentum Laboris” znacznie przekroczyło wszelkie oczekiwania i najśmielsze wyobrażenia. Dokument postawił sobie znacznie bardziej wymagające ambicje i poważniejszy cel. Przedstawia najśmielsze, na co może odważyć się Sekretariat Synodu. Dokument proponuje i przedstawia bowiem nic innego, jak zniszczenie samej idei Kościoła i wiary chrześcijańskiej od samych jej fundamentów.

Rozcieńczanie chrześcijaństwa: wino zamienione w wodę
Mówię; „chrześcijańskie”, a nie „katolickie”, ponieważ metody i treść tego tekstu, pełne powtórzeń i obecnie niezwykle zagmatwane, w rzeczywistości niszczą same fundamenty chrześcijaństwa. Oczywiście operacja jest przeprowadzana przez solidny system, który w innych okolicznościach oznaczałby: nie zaprzeczać, ale ukrywać, nie zaprzeczać, ale ośmieszać. Czyni to w taki sposób, że czytelnik może być pod pozytywnym wrażeniem wszystkich interesujących rozważań natury ekologicznej, etnologicznej, higieniczno-zdrowotnej itp. które są tu zawarte, a wiele z nich jest nawet poprawnych. Jednak pośród tych rygorystycznych i bogatych analiz empirycznych nie mówią one nic nowego, co nie mogłoby zostać wyrażone w lepszy, bardziej dokładny i dobrze udokumentowany sposób przez eksperta. Osoba Chrystusa i Jego Ewangelia gubią się jednak i dosłownie toną w bujności natury.
Aby zilustrować relację między wiarą a kulturą, należy wprowadzić klasyczną chrystologię z pierwszych soborów ekumenicznych, które potwierdzają transcendencję boskiej Osoby Słowa w stosunku do ludzkiej natury, którą zawiera i przekształca, ale nie odwrotnie. Jednak „Instrumentum laboris” de facto wyraża w swojej podstawowej logice całkowicie odwróconą koncepcję, która w ogóle nie odpowiada chrystologicznej ortodoksji. Kiedy czytamy ten hymn na cześć raju w amazońskiej krainie (wyobrażonej jako nowy Eden nieskazitelnej niewinności i harmonii zarówno społecznej, jak i kosmicznej, a nie takiej, jaką przyniosła kultura zachodnia (por. par. 103)), niezrozumiałe jest, dlaczego i w jaki sposób ta szczególna ludzkość miałaby wierzyć we Wcielenie Syna Bożego.

Mit o wielkiej amazońskiej rzece, źródle życia, zajmuje swoje miejsce w wielkim chrystologicznym i wielkanocnym obrazie jako rzeka, która wzbiera w świątyni i, według proroka Ezechiela, „uzdrawia, gdziekolwiek płynie”. Zamiast pytać, jak zanieść orędzie Ewangelii do tych ludów i jak żywa woda Chrystusa może uzdrowić życie tej ludności, przyjmuje się tutaj za pewnik, że mają oni już to życie dzięki tradycji przodków w sytuacji nowego Edenu, a teraz sam Kościół musi przejść nawrócenie. Kościół ten musi bowiem przyjąć „amazońską twarz”, jak wielokrotnie się mówi, ale z dokumentu nie wynika jasno, czy Amazonia może przyjąć twarz i czy jest to pożądane, czy też nie.
„Instrumentum laboris” wyraża opinie, które mogą spodobać się niektórym, ale nie jest to dokument chrześcijański. Niech to będzie powiedziane bez żadnych wątpliwości. Kilka biblijnych terminów w nagłówkach paragrafów, takich jak „Kościół”, „nawrócenie”, „duszpasterstwo”, nie wystarczy, aby zagwarantować ewangeliczny charakter tekstu. Przypominają one ekrany bezpieczeństwa, ale słowo Boga żywego nie stanowi zalążka i inspiracji, na której zbudowany jest ten dokument. Wystarczy spojrzeć na przykładowy tytuł rozdziału I, części I, poświęconej tematowi życia. Tytuł nawiązuje do Ewangelii Jana 10:10: „Ja przyszedłem po to, aby mieli życie i mieli je w obfitości”. Wydawałoby się, że to dobry początek. Ale to, co następuje, nie mówi, czym jest to życie, z którym Jezus przyszedł i które przyniósł, ani że Jan mówi o „życiu wiecznym„, a to życie samo w sobie jest życiem trynitarnym danym przez Ducha Świętego. Komentując ten werset Jana, tekst jest zadowolony z zilustrowania biologicznej różnorodności Amazonii bogatą hydrografią dorzecza Amazonki i pochwałą „dobrego życia Indian”, co – oszałamiające odkrycie – oznacza centralność relacji między istotami ludzkimi a stworzeniem i zakłada „czynienie dobra” (par. 13).
Oczywiście nie rozumiemy, czy krzyż Chrystusa i Jego zmartwychwstanie są w ogóle konieczne dla tego rodzaju „dobrego życia”, które reprezentuje model. Krzyż jest wspomniany dwukrotnie, ale nigdy w odniesieniu do Chrystusa i odkupienia, ale do historii krzyża i zmartwychwstania, która polega na solidarności Kościoła z walką narodów indiańskich w obronie terytorium (ust. 33-34; 145).

Usunięcie fundamentalnej zasady – Pisma Świętego: To bardziej apostazja niż herezja
Kardynał Brandmüller w swoim komentarzu, który został już szeroko rozpowszechniony, twierdzi bezkompromisowo, że dokument jest heretycki. Trudno temu zaprzeczyć. Zwróćmy jednak uwagę na jedną rzecz, abyśmy mogli lepiej zrozumieć, o jaką herezję chodzi. Historia Kościoła uczy nas, że herezje rozwijają się z kontrowersyjnych interpretacji tekstów Pisma Świętego. Heretyk z powołania, typowy heretyk, zawsze przedstawia bardziej poprawną interpretację Pisma Świętego, którego autorytetu nie kwestionuje. Dlatego też kiedyś to cytaty z Biblii jednoczyły i karmiły wszystkich. Innymi słowy, od Ariusza do Lutra i dalej, założeniem, które łączyło katolików i niekatolików, niezależnie od ortodoksji czy herezji, był zawsze niezaprzeczalny autorytet Pisma Świętego (fragmenty z Ewangelii wyrwane z kontekstu), uznawanego za natchnione Słowo, którego ważność była podstawą każdej doktryny i każdej teologii.

Nie ma jednak śladu tego biblijnego założenia w „Instrumentum laboris” Synodu w Amazonas. Promotorzy dokumentu nie podejmują najmniejszego wysiłku, aby wykazać, że to, co mówią, jest zgodne z Pismem Świętym i teologią. Mówią, że zgodnie z ich wyglądem, jedynym „miejscem teologicznym” jest „terytorium” i „wołanie ubogich”. Czytamy tutaj: „Terytorium jest miejscem teologicznym, w którym żyje wiara i które jest także szczególnym źródłem Bożego objawienia. Przestrzenie te są miejscami epifanii, w których objawia się źródło życia i mądrości dla planety, życia i mądrości, które mówią o Bogu” (par. 19; por. 144; 126e).

Oczywiście nie ma tu żadnej wzmianki o jakiejkolwiek części Pisma Świętego lub liturgii, o wielkich tradycjach apostolskich i kościelnych, które zgodnie z porządkiem ważności są pierwszymi miejscami teologicznymi, ani o innych możliwych mniejszych miejscach teologicznych, w których ich słowa mają być potwierdzone, ani nie ma żadnej wzmianki o źródłach pierwotnych. Dei Verbum i „Sacrosanctum concilium” są pokryte pędami pnącego się tropikalnego parcha lub utopione w przesuwających się piaszczystych bagnach.

Jest to zjawisko, którego nie możemy uniknąć, ponieważ jest to najważniejszy wskaźnik, który umożliwia rozpoznanie prawdziwej natury przedstawionych odchyleń, tej „zmiany paradygmatu”, którą wprowadza Instrumentum laboris. W epoce nowożytnej pojawili się już ważni prekursorzy usuwania zasady biblijnej na rzecz prymatu innych instancji. Tak zwana teologia liberalna z początku XIX wieku w sferze protestanckiej była zasadniczo próbą „usprawiedliwienia chrześcijaństwa” przed wieloma atakami współczesnej kultury i ograniczenia go „w granicach zwykłego rozumu” lub do specjalnej formy zredukowanej do ogólnego uczucia religijnego. Wiara i Kościół zostały zredukowane do ich uniwersalnej zrozumiałości w procesie racjonalnej homologii. Podstawowe słowa i pojęcia chrześcijaństwa pozostają, ale ich znaczenie jest zsekularyzowane. (…)

W świetle tych wydarzeń, które nie zostały jeszcze zakończone, należy również wziąć pod uwagę zjawisko takie jak Instrumentum laboris w sprawie Amazonii. Jest to rozpuszczenie chrześcijaństwa w antropologii, a nawet ekologii, aby nadać mu pozory akceptowalności i aprobaty ze strony ONZ oraz postmodernistycznej antyzachodniej ideologii klimatycznej. Pod tym względem diagnoza kardynała Brandmüllera jest trafna, ale natychmiast dodałbym, że jest to raczej apostazja niż herezja.
Usunięcie zasady biblijnej (tj. rezygnacja z teologii i misji), przez co fenomen misji misyjnej Kościoła w świetle Słowa Bożego zostaje zastąpiony „miejscem teologicznym” skażonym mitologią i środowiskiem, terytorium ubogich, jest porzuceniem terenu wiary, który dla Pawła i Kościoła rodzi się z kerygmatu, a nie z ekologicznego zwrotu do terytorium (termin, który powtarza się 9 razy w dokumencie). Kościół apostolski i Kościół Katolicki, który po nim nastąpił, przekazywały w swoim głoszeniu przesłanie Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, który umarł i zmartwychwstał za nasze grzechy. Dlatego Kościół zawsze był misyjny. Ale w tym dokumencie nie ma wzmianki o tym przesłaniu. To, co mamy przed sobą, nie jest zatem wariantem chrześcijaństwa, być może nieortodoksyjnym i heretyckim, ale zjawiskiem całkowitego porzucenia wiary biblijnej, zastąpienia wiary biblijnej czymś innym, co nie ma uzasadnionego znaku dla chrześcijanina. To jak produkt importowany z Chin i sprzedawany na rynku europejskim.
Powiem więcej. Wielcy przedstawiciele liberalizmu teologicznego, o których wspomniałem, przynajmniej utrzymywali godny status chrześcijaństwa: pozostawało ono dla nich najwyższym wyrazem ludzkiego etosu religii ludzkości. W pewnym sensie nie można im było zaprzeczyć, że są chrześcijanami. Coś znacznie bardziej radykalnego dzieje się w nowej mitycznej redukcji reprezentowanej w dokumencie przedsynodalnym: Ta uprzywilejowana pozycja zostaje zniesiona. Wydaje się, że kościół (oddzielający się dopow.) ma teraz tylko jedno zadanie: chronić jako dobro to, co rzekomo jest już nieodłącznym elementem amazońskiej populacji. W ten sposób wizja chrześcijaństwa dalej rozwijanego lub realizowanego przez człowieka również zostaje utracona. Pojawia się problem prawdziwej religii, która nie ma już prawa istnieć. Tak więc również kwestia Boga, którego czczą religie: „Zachowanie, które nie jest otwarte na innych, zachowanie korporacyjne, które wiąże zbawienie wyłącznie z własnym wyznaniem, jest destrukcyjnym wyznaniem pro-niewolniczym” (par. 39). Innymi słowy: wierz w co chcesz, a i tak zostaniesz zbawiony. Coś podobnego było już w dokumencie z Abu Dhabi. Nie jest to więc wymówka.
Zjawisko kulturowe: infantylna regresja

Zastanowiwszy się nad tym, musimy stwierdzić inny fakt, nie mniej ważny i o poważnym znaczeniu, który dotyczy rzeczywistego działania (możemy zajmować się kulturą, a nie kulturą chrześcijańską). Interesujące jest to, że ten, kto jest uważany za uprzywilejowanego w Instrumentum laboris, nie jest już dorosłym logosem, który wyjaśnił i przetłumaczył „mythos” niemowlęcej epoki ludzkiej kultury, w tym mythos 'judeo’chrześcijański, jak to miało miejsce we wszystkich liberalnych teologiach i we wszystkich oświeceniowych i pozytywistycznych redukcjach kantowskiego, leseferystycznego, heglowskiego, bultmanowskiego itp. Teraz urok wyemancypowanego wieku dorosłego przeminął, „wiek rozumu”, który stał się przewodnikiem zachodniego świata, stracił swój urok. Na jego miejsce powrócił pogardzany mitos – świat prymitywów, wiek dzieciństwa ludzkości, dobry dzikus z jego dziedzictwem po animistycznych przodkach (którego homo technologicus zazdrości, ale tak naprawdę nie zna). Po skrytykowaniu i ogłoszeniu mitu, nawet biblijnego, jako pozostałości infantylnej ludzkości, bezczeszcząc nawet rytualne praktyki Kościoła (oskarżonego o zabobonną mentalność), teraz stara się zastąpić swój opróżniony produkt i ucieka się do mitów i szamańskich rytuałów Indian amazońskich, do repertuaru przedchrześcijańskiego, ponieważ stał się on nowym paradygmatem, w którym wino wyjątkowości Chrystusa rozcieńcza się w wodzie.
Nie ulega wątpliwości, że z punktu widzenia psychologii kulturowej jest to klasyczne zjawisko infantylnej postmodernistycznej regresji, typowe dla świata zachodniego, który nie aspiruje już do wieku dorosłości oświecenia i pozytywistycznej pamięci. Bycie dorosłym jest zbyt wymagające i zbyt nudne. Prostszy jest czysty rozum absolutny, skończył się wysiłek tworzenia pojęć. Lepiej być i instynktownym. To już nie jest wiek rozumu, ale wiek marzeń i zabawy. Grzech kamufluje tę infantylną aspirację: za uroczą niewinnością 'puer’ kryje się głęboki nihilizm. Wystarczy pomyśleć o Nitzscheańskim nadczłowieku, który flirtował z końcem logosu i miał właśnie postać dziecka, niewinnego w swoich zabawach, dalekiego od dobra i zła, z karuzelą wiecznego powrotu: „Dionizos przeciwko Ukrzyżowanemu”! Pogański mit w miejsce chrześcijańskiego Boga. To, co infantylne, urzeka dziś, ponieważ ucieleśnia instynktowną niewinność i nieodpowiedzialność, na którą dorosły nie może sobie pozwolić.
Nie należy uważać tej diagnozy za przesadę. (…) Mityzacja nieskażonego neopogańskiego naturalizmu Indian to regres całego Zachodu i postmodernizmu. Gdzie szukać ratunku dla hipertechnologizacji, która poprzez urbanizację stała się nie do opanowania. Jak uleczyć rany wzajemnych relacji, które stają się coraz bardziej fragmentaryczne. Po pokusach „dzieci kwiatów”, oto propozycja modelu kultu bardziej ekologicznego i mniej neurotycznego: życie przeniesione do jego początków, do łuku i strzał, do szamańskich rytuałów uzdrawiania. Nowy początek! Czy każdy chce nowego początku… Jak wszystkie regresje, tak i ta nie jest samoświadoma, w przeciwnym razie wstydziłaby się samej siebie. Wręcz przeciwnie, pokazuje się w swoim imponującym geniuszu jako prorokini, tylko nieaktualna, podczas gdy wszystkie nudne strony Instrumentum laboris są koktajlem przecenionych towarów w sam raz dla (opętanych) dzieci lub bezzębnych starców, którzy tylko bełkoczą (…). Opowiadając o cudach amazońskiego terytorium, dokument pogrąża się w naiwności bez końca. Amazonia opisana w dokumencie jest konstrukcją wyimaginowanego Zachodu poszukującego zastępczych mitów skrojonych na miarę po tym, jak zniszczył własne. Autorzy powinni byli przynajmniej przeczytać stronę z „Natury maczugi” Leopardiego, by nie dać się tak banalnie uwieść syrenom Rousseau. (W podsumowaniu autor powraca do swojej wcześniejszej krytyki „Evangelii gaudium”, zauważając, jak autorzy wyciągnęli wnioski dla swojego najnowszego dzieła).


Dom Meiattini w Duc in altum Neuvěřitelné: Falešná církev nastupuje k apostazi | Lumen de Lumine


Synod amazoński, duch Pachamamy i duch Eliasza. Czy pamiętamy?

Synod amazoński, duch Pachamamy i duch Eliasza

Roberto de Mattei: 31 X 2019 synod-amazonski-duch-pachamamy-i-duch-eliasza

[Przypominam, bo szukanie na google już, po 4 latach, nic nie daje.Jak łatwo wymazać… Szukałem przez Firefox.. MD]

Czym był synod amazoński i dokąd nas zaprowadzi? Odpowiedź na to pytanie z pewnością nie może się ograniczać do analizy dokumentu końcowego, który przegłosowano 26 października 2019 roku. Synod panamazoński jest częścią procesu, który należy rozpatrywać w jego kolejnych fazach i kontekście, nawet w mediach, aby zrozumieć jego ostateczny cel: redefinicję sakramentów i kapłaństwa hierarchicznego; możliwość wyświęcania żonatych mężczyzn na księży i kobiet do diakonatu; ale przede wszystkim promocji nowej eko-rdzennej kosmologii i bałwochwalczych kultów wewnątrz Kościoła katolickiego.

Na poziomie dokumentów stworzonych w ciągu ostatnich kilku miesięcy istnieją w tym procesie, w którym każdy etap wyjaśnia poprzedni i ogłasza nowy, następujące powiązane ze sobą fazy: dokument przygotowawczy z 8 czerwca 2018 r.[1]; Instrumentum laboris z 17 czerwca 2019 r.[2]; dokument synodalny z 26 października 2019 r[3]. i wreszcie adhortacja postsynodalna, której publikację przed końcem tego roku, dużo wcześniej niż się spodziewano, ogłosił papież Franciszek.

Jednak równie ważny jest kontekst, w którym odbył się synod. Sam dokument końcowy w swoim pierwszym punkcie podkreślił wagę tego aspektu, stwierdzając, że: „na zewnątrz auli synodu widoczna była obecność ludzi przybyłych ze świata Amazonki, którzy zorganizowali inicjatywy wspierające w postaci różnych działań i procesji, jak ta na otwarcie, w której towarzyszyli ojcu świętemu tańcem i śpiewem od grobu św. Piotra do auli synodu. Wrażenie wywarła droga krzyżowa poświęcona amazońskim męczennikom, przy znaczącej obecności międzynarodowych mediów”.

Można zatem mówić o „duchu synodu” unoszącym się nad wydarzeniem – tak jak „duch” Soboru Watykańskiego II – który towarzyszył jego dokumentom i stanowi klucz do jego zrozumienia. Symbolem tego ducha amazońskiego był wizerunek Pachamamy, pogańskiego bóstwa ziemi i płodności, które sam papież Franciszek zdecydował się bronić przed „obrazą”.

Według dokumentu synodowego „mądrość przodków utrzymuje, że Matka Ziemia ma twarz kobiecą” (nr 101) i Kościół z twarzą amazońską budowany jest poprzez dialog międzywyznaniowy z rdzennymi religiami i kultami afrykańskich potomków, „którzy zasługują na uznanie i zrozumienie w swojej ekspresji i związkach z lasem i Matką Ziemią” (nr 25).

Pachamama, wyobrażenie Matki Ziemi rdzennych ludów Ameryk, pojawiła się w Ogrodach Watykańskich 4 października – w przeddzień otwarcia synodu – podczas uroczystości, jaka się odbyła w obecności papieża Franciszka, niektórych kardynałów i biskupów. Całe nagranie wideo można obejrzeć tutaj[4].

7 października bożka poniesiono w procesji do Bazyliki św. Piotra, gdzie spotkał się on z kolejnymi wyrazami hołdu ze strony papieża i ojców synodu. Niemiecko -brazylijski teolog Paolo Suess, jeden z głównych architektów synodu, oświadczył, że „nawet jeśli był to obrzęd pogański, to odbyło się nabożeństwo adoracji. Obrzęd zawsze ma coś wspólnego z adoracją, a pogaństwa nie można zlekceważyć tak, jakby nie istniało[5].

Posążki Pachamamy zostały także umieszczone w kościele Santa Maria in Traspontina, gdzie każdego dnia odbywał się magiczny obrzęd nazwany Chwile amazońskiej duchowości. 19 października Pachamama pojawiła się ponownie na bluźnierczej amazońskiej drodze krzyżowej, która odbyła się w obecności m.in. kardynała Pedro Barreto, wice-przewodnicząego Panamazońskiej Sieci Kościelnej, organizatora wszystkich tych niegodziwych wydarzeń.

Wreszcie 21 października jacyś dzielni katolicy weszli do sprofanowanego kościoła, wzięli pogańskie figurki Pachamamy i wyrzucili je do Tybru. „Wielkim błędem było wprowadzenie tych bożków do Kościoła” – powiedział kardynał Gerhard Müeller, a „nie akt wyrzucenia ich, ponieważ zgodnie z prawem Bożym – pierwszym przykazaniem Dekalogu – idolatria jest grzechem śmiertelnym i nie wolno jej mieszać z liturgią chrześcijańską”. „Wyrzucenie ich może być przeciwne prawu ludzkiemu, ale wniesienie tych bożków do Kościoła było grzechem ciężkim, przestępstwem przeciwko prawu Bożemu”[6].

Jednak 25 października, niemal jakby w odpowiedzi kardynałowi Müllerowi, papież Franciszek, interweniując na auli synodu, powiedział, że uraziła go nie profanacja, ale ci, którzy zdecydowali się tę profanację powstrzymać: „Dzień dobry, chciałbym powiedzieć kilka słów o posążkach Pachamamy usuniętych z kościoła Santa Maria in Traspontina, które znajdowały się tam bez bałwochwalczych zamiarów i zostały wrzucone do Tybru. Przede wszystkim wydarzyło się to w Rzymie i jako biskup diecezji proszę o przebaczenie ludzi, których ten akt obraził”.

Jeden z nielicznych biskupów dzisiaj, którzy mają odwagę powiedzieć prawdę, bp. Athanasius Schneider ogłosił zamiast tego, że „uczciwa, chrześcijańska reakcja na taniec wokół Pachamamy – nowego złotego cielca – w Watykanie powinna polegać na pełnym godności proteście, skarceniu tego błędu, a nade wszystko na akcie zadośćuczynienia. Ze łzami i szczerym żalem w sercach powinniśmy wznieść modlitwy wstawiennicze i zadośćuczynienia do Boga o wieczne zbawienie duszy papieża Franciszka, namiestnika Chrystusa na ziemi, oraz zbawienie tych księży katolickich i wiernych, którzy dopuszczali się takich aktów kultu zabronionych przez Boże Objawienie”[7].

Kult Pachamamy zaciemnia czy raczej rzuca złowieszcze światło na prośbę, jaka wyszła z synodu: postulat „wyświęcenia księży, ludzi odpowiednich i uznanych przez wspólnotę, którzy będą mieli owocny stały diakonat i otrzymali właściwą formację do prezbiteriatu, [jednocześnie] mając legalnie założone rodziny” (nr 111); prośbę o ustanowienie nowej posługi „kobiet liderek wspólnoty” (nr 102) oraz rewizję motu proprio Ministeria quaedam Pawła VI o dostępie kobiet do żeńskich posług, w szczególności biorąc pod uwagę fakt, że „w znaczącej liczbie” konsultacji synodalnych „wystąpiono z postulatem stałego diakonatu kobiet” (nr 103). Jeśli chodzi o tę kwestię, to papież Franciszek w swoim końcowym wykładzie powiedział, że zamierza podjąć „wyzwanie” zainicjowane przez ojców i na nowo otworzyć dyskusję o żeńskim diakonacie po tym, jak po dwóch latach pracy komisja powołana przez niego w roku 2006 nie osiągnęła nic.

Wśród niektórych postulatów biskupów, o których przetłumaczenie w oficjalnych postanowieniach poprosił papież Franciszek, mamy „rozwój obrzędu amazońskiego” (nr 119) oraz definicję nowego „grzechu” – „grzechu ekologicznego”, z którymi wiązać się będzie stworzenie duszpasterskiego, socjo-środowiskowego obserwatorium oraz powiązanego z nim urzędu amazońskiego.

Synod amazoński odbył się w Rzymie, nie w Amazonii, aby nadać jego postulatom, prośbom i decyzjom powszechnego wymiaru. Papież Franciszek pozostawi konferencjom biskupów konkretne zastosowanie innowacji, a biskupi niemieccy posłużą jako liderzy w tworzeniu nowego Kościoła z amazońską twarzą, który nie będzie niczym innym, jak tylko kościołem Pachamamy albo bałwochwalczą religią Pachamamy założoną w jednym Kościele Chrystusa.

Wyjawiono teraz wszystko. Nadszedł czas, aby Kościół przeciwstawił duchowi Pachamamy ducha świętego proroka Eliasza.

Roberto de Mattei Źródło: www.rorate-caeli.blogspot.com Tłum. Jan J. Franczak

[1] ttps://press.vatican.va/content/salastampa/it/bollettino/pubblico/2018/06/08/0422/00914.html

[2] https://press.vatican.va/content/salastampa/it/bollettino/pubblico/2019/06/17/0521/01081.html

[3] http://press.vatican.va/content/salastampa/it/bollettino/pubblico/2019/10/26/0820/01706.html

[4] https://www.youtube.com/watch?v=H6P39XswlzI

[5] https://www.vaticannews.va/de/vatikan/news/2019-10/amazonien-synode-paolo-suess-indigenen-ritus-wert-zeit-kinder.html

[6] https://www.corrispondenzaromana.it/international-news/cardinal-muller-the-great-mistake-was-to-bring-the-idols-into-the-church-not-to-put-them-out/

[7] http://chiesaepostconcilio.blogspot.com/2019/10/lettera-aperta-di-mons-schneider.html

Oto cytaty o „zdradzie” Zełenskiego usunięte przez Washington Post. Wije się jak żmija nadziana na widelec.

Oto cytaty o „zdradzie” Zełenskiego usunięte przez Washington Post. Wije się jak żmija na widelcu.

here-are-the-zelensky-treason-quotes-the-washington-post-deleted

——————————-

[Umieszczam dla pokazania, jak przewrotna jest ta „wojna” i te – różne, wrogie, ale powiązane i połączone – propagandy – nie zaś, jako informacja rzeczowa, merytoryczna. Mirosław Dakowski]

=================

Gazeta usunęła wywiad, w którym ukraiński przywódca rzucił się do konfrontacji z twierdzeniami z dokumentów, które wyciekły. Zaatakował on rzekomych „zdrajców” w swoich szeregach.

————————————–

Washington Post usunął duży fragment wywiadu z ukraińskim prezydentem Władimirem Zełenskim, w którym zaatakował on rzekomych „zdrajców” w swoich szeregach. RT publikuje całą sekcję, którą amerykańska gazeta wolałaby ukryć.

Poniższy fragment pojawił się w wywiadzie z ukraińskim prezydentem z 20 maja. Został on usunięty bez żadnego wyjaśnienia.

==================

Po omówieniu zbioru niedawno ujawnionych dokumentów Pentagonu, które ujawniły między innymi, że USA monitorują komunikację Zełenskiego, gazeta przedstawiła mu nowy zarzut, który nie został jeszcze zgłoszony w amerykańskich mediach.

Należy zauważyć, że Evgeny Prigozhin jest założycielem i szefem Wagner Group, rosyjskiej prywatnej firmy wojskowej walczącej obecnie w Donieckiej Republice Ludowej.

————————————-

WaPo: Dokumenty wskazują, że GUR, pańska dyrekcja wywiadu, utrzymywała zakulisowe kontakty z Jewgienijem Prigożynem, o których pan wiedział, w tym spotkania z Jewgienijem Prigożynem i oficerami GUR [Główny Zarząd Wywiadu Ukrainy]. Czy to prawda?

Zelensky: To jest kwestia wywiadu [wojskowego]. Chcesz, żebym został skazany za zdradę stanu? A więc, to bardzo interesujące, jeśli ktoś mówi, że masz dokumenty lub jeśli ktoś z naszego rządu mówi o działaniach naszego wywiadu, chciałbym również zadać ci pytanie: Z jakimi źródłami z Ukrainy macie kontakt? Kto mówi o działaniach naszego wywiadu? Bo to jest najcięższe przestępstwo w naszym kraju. Z którymi Ukraińcami pan rozmawia?

WaPo: Rozmawiałem z urzędnikami w rządzie, ale te dokumenty nie pochodzą z Ukrainy, tylko z…

Zelensky: Nie ma znaczenia, skąd pochodzą dokumenty. Pytanie brzmi, z którym ukraińskim urzędnikiem rozmawiałeś? Bo jeśli mówią coś o naszym wywiadzie, to jest to zdrada. Jeśli mówią coś o konkretnym planie ofensywy tego czy innego generała, to też jest zdrada. Dlatego zapytałem, z którymi Ukraińcami rozmawiałeś?

WaPo: O tych konkretnych dokumentach? Jesteś pierwszą osobą, z którą o nich rozmawiam.

Zelensky: Dobrze.

WaPo: I mogę przeczytać, jakie dokładnie informacje są na temat Prigożyna i GUR. 13 lutego Kiriłł Budanow, szef Głównego Zarządu Wywiadu Ukrainy, poinformował o rosyjskim planie destabilizacji Mołdawii z udziałem dwóch byłych współpracowników Wagnera. Budanow poinformował, że postrzega rosyjski plan jako sposób na oskarżenie Prigożyna.

Dlatego dzisiaj publikujecie te informacje jedna po drugiej. Publikujecie informacje o kontrofensywie na Ukrainie, o tym czy o tamtym. Mówiłem, że uważam, że to jest, jak to powiedzieć? – ktoś coś gdzieś słyszał, ktoś coś gdzieś opublikował, ale informacje są skompilowane, są inne i na pewno nie działają na korzyść Ukrainy. To wszystko.

A teraz chcesz wziąć byka za rogi. Musisz uzasadnić lub nie uzasadnić tę informację, a wtedy twoja informacja będzie miała pewną wagę, ponieważ reaguje na nią prezydent Ukrainy. Rozumiecie? I to właśnie robicie. W tej chwili bawicie się, jak sądzę, rzeczami, które nie są dobre dla naszego narodu.

Nie mówię tego po raz pierwszy. Uważam, że to złe, ale mimo to mówisz: „Jeszcze trochę, to jeszcze nie koniec”. Cóż, tak, jest. Na Ukrainie pozostało jeszcze kilka osób. Nie jestem zainteresowany tym, aby ta liczba ludzi się zmniejszyła. Dlatego właśnie walczymy. [Bardzo przepraszam, nie byłem tak szybki, za długo mówiłem o tych dokumentach]. Nie wiem o tym…

WaPo: Przyszliśmy porozmawiać o tym. Jest to wyraźnie wrażliwe dla ciebie i twojego kraju.

Zelensky: [Po angielsku] To nie jest delikatna sprawa. Jeśli odpowiem, że jest wrażliwa, oznacza to, że są to prawdziwe dokumenty. Proszę, przestań ze mną pogrywać. Jestem prezydentem kraju ogarniętego wojną. Powiedziałem o mojej reakcji na te dokumenty, powiedziałem, że nie jest to dobre dla naszych ludzi. Nie gram w Counter-Strike’a. Przygotowujemy kontrofensywę. To są różne rzeczy – dlatego powiedziałem, że wszystkie szczegóły ode mnie usłyszysz. I oczywiście jesteśmy wdzięczni za waszą pracę i pomoc, gdy wspieracie Ukrainę w tej wojnie. Wykonaliście kawał dobrej roboty. A teraz powiem o tych dokumentach…

Nie uznaję tego za dokumenty. Nie widziałem tego. To jest pierwsza rzecz. Nie wiem, jak to zrobiłeś i moje pytanie było do ciebie: „Dlaczego nadal to robisz?” Jesteś wolny. To znaczy, zrobisz, co zechcesz, ale nie chcę mówić o tym ze szczegółami.

Ponieważ nie wiem, o czym mówię. To coś z pewnymi informacjami. Powiedziałem, że nie miałem żadnego kontaktu z Białym Domem w sprawie tych dokumentów. Albo nie dokumentów. O tych dokumentach. Albo nie dokumentów. O tej platformie. Albo fałszywej platformy… Nie miałem wcześniej, teraz i, nie wiem, może w przyszłości. Po prostu mówię tę samą wiadomość bardzo publicznie i bardzo otwarcie.

Powiedziałem to tobie, niektórym dziennikarzom i wielu liderom. Kiedy mnie o to zapytali, powiedziałem, że to nie jest dla nas dobre. Co mogę powiedzieć? Nie jest dobrze. Nie wiem, czy to fałszerstwo, czy jakiś procent – nie wiem, co to jest. I nie wiem, kto tego potrzebuje i o co toczy się gra. Nie wiem po co. To wszystko. Dla mnie to nie jest poważne. To brzmi jakby ktoś powiedział, ktoś coś usłyszał… na, ponieważ „mamy z nim interesy”.

Poleciłeś Budanovowi, aby poinformował prezydenta Mołdawii Maia Sandu, a Budanov powiedział ci, że GUR poinformował Prigożina, że zostanie uznany za zdrajcę, który współpracuje z Ukrainą.

Dokument mówi również, że Budanow oczekiwał od Rosjan wykorzystania szczegółów tajnych rozmów Prigożyna z GUR i spotkań z oficerami GUR w Afryce….

Zelensky: Słuchaj, szczerze mówiąc, po prostu coś czytasz, coś mówisz. Po prostu nie rozumiem, skąd to masz, z kim rozmawiasz i tak dalej. Mówisz o tym, jak poznałem Budanowa. To sugeruje, że – jak to ująć? Wygląda na to, że masz ludzi, którzy mają jakieś nagrania lub masz jakieś dowody lub masz coś, bo tak to wygląda. Ponownie robisz, przepraszam, to, co robiłeś wcześniej. Ujawniasz jakieś informacje, które nie pomagają naszemu państwu w ataku i nie pomagają nam w obronie naszego państwa.

Więc nie do końca rozumiem, o czym mówisz. Nie do końca rozumiem wasz cel. Czy waszym celem jest pomoc Rosji? To znaczy, że mamy różne cele. Jeśli nie siedzę z nimi przy jednym stole, to nie do końca rozumiem, o czym rozmawiamy. Każde z tych pytań po prostu demotywuje Ukrainę i demotywuje niektórych partnerów do pomocy Ukrainie. Cóż, tak czy inaczej, po prostu nie rozumiem waszego celu.

WaPo: Naszym celem nie jest pomaganie Rosji.

Zelensky: Cóż, wygląda to inaczej.

WaPo: Nikt nie przekazał nam tych informacji osobiście. Były one zawarte w dokumentach, które wyciekły, a które wskazują, jak powiedziałem wcześniej, że Stany Zjednoczone was podsłuchują.

Zelensky: A jeśli masz tajne dokumenty, to znaczy, że ktoś ci je dał. Jeśli masz dostęp do dokumentów, ktoś ci je dał. Dzisiaj, w świecie nowoczesnych technologii, kiedy masz dostęp, niekoniecznie ktoś ci go dał. Ty masz dostęp. Teraz cytujesz niektóre dokumenty jako oryginały, nie rozumiejąc odpowiedzialności za to, mówisz tylko o pewnych informacjach. Dla mnie jest to niezrozumiała informacja, ale w tym, w naszym dialogu, chcę zrozumieć, dlaczego to robisz.

Powiedziałem na początku naszej rozmowy, że uważam, że program telewizyjny, który został uruchomiony, uruchomiony w dziedzinie informacji, pomaga – nie wiem komu, ale pomaga Rosji, na pewno nie pomaga Ukrainie. Jesteś zaangażowany w kontynuowanie tej historii. I dlatego pytam, czy to wasz wybór i czy uważacie, że Federacji Rosyjskiej trzeba pomóc w różnych sferach – że spodziewali się ukraińskiej kontrofensywy w dowolnym kierunku, aby wiedzieli, kiedy nadejdziemy, aby znali nasze potężne siły i co planujemy, co robi nasz wywiad? Cóż, jeśli tak jest, to…

WaPo: Powiedziałbym, że te dokumenty wyciekły, nie przez nas, i były w Internecie na czacie przez tygodnie.

Zelensky: Nie były w internecie, były częścią czegoś. My, normalne społeczeństwo, nie mieliśmy do tego dostępu. Nie mogliśmy. A potem, jak sądzę, zaczęły pojawiać się informacje, że częściowo opublikujemy wszystko inne. Myślę, że to twoja sprawa – albo twojej redakcji, albo kogokolwiek.

Nie chcę nikogo urazić, nie wiem. Dlatego dzisiaj publikujecie te informacje jedna po drugiej. Publikujecie informacje o kontrofensywie na Ukrainie, o tym czy o tamtym. Mówiłem, że uważam, że to jest, jak to powiedzieć? – ktoś coś gdzieś słyszał, ktoś coś gdzieś opublikował, ale informacje są skompilowane, są inne i na pewno nie działają na korzyść Ukrainy. To wszystko.

A teraz chcesz wziąć byka za rogi. Musisz uzasadnić lub nie uzasadnić tę informację, a wtedy twoja informacja będzie miała pewną wagę, ponieważ reaguje na nią prezydent Ukrainy. Rozumiecie? I to właśnie robicie. W tej chwili bawicie się, jak sądzę, rzeczami, które nie są dobre dla naszego narodu.

Nie mówię tego po raz pierwszy. Uważam, że to złe, ale mimo to mówisz: „Jeszcze trochę, to jeszcze nie koniec”. Cóż, tak, jest. Na Ukrainie pozostało jeszcze kilka osób. Nie jestem zainteresowany tym, aby ta liczba ludzi się zmniejszyła. Dlatego właśnie walczymy. [Bardzo przepraszam, nie byłem tak szybki, za długo mówiłem o tych dokumentach. Nie wiem o tym…

WaPo: Przyszliśmy porozmawiać o tym. Jest to wyraźnie wrażliwe dla ciebie i twojego kraju.

Zelensky: [Po angielsku] To nie jest delikatna sprawa. Jeśli odpowiem, że jest wrażliwa, oznacza to, że są to prawdziwe dokumenty. Proszę, przestań ze mną pogrywać. Jestem prezydentem kraju ogarniętego wojną. Powiedziałem o mojej reakcji na te dokumenty, powiedziałem, że nie jest to dobre dla naszych ludzi. Nie gram w Counter-Strike’a. Przygotowujemy kontrofensywę. Wiesz, to są różne rzeczy – dlatego powiedziałem, że wszystkie szczegóły ode mnie usłyszysz. I oczywiście jesteśmy wdzięczni za waszą pracę i pomoc, gdy wspieracie Ukrainę w tej wojnie. Wykonaliście kawał dobrej roboty. A teraz powiem o tych dokumentach…

Nie uznaję tego za dokumenty. Nie widziałem tego. To jest pierwsza rzecz. Nie wiem, jak to zrobiłeś i moje pytanie było do ciebie: „Dlaczego nadal to robisz?” Jesteś wolny. To znaczy, zrobisz, co zechcesz, ale nie chcę mówić o tym ze szczegółami.

Ponieważ nie wiem, o czym mówię. To coś z pewnymi informacjami. Powiedziałem, że nie miałem żadnego kontaktu z Białym Domem w sprawie tych dokumentów. Albo nie dokumentów. O tych dokumentach. Albo nie dokumentów. O tej platformie. Albo fałszywej platformy… Nie miałem wcześniej, teraz i, nie wiem, może w przyszłości. Po prostu mówię tę samą wiadomość bardzo publicznie i bardzo otwarcie.

Powiedziałem to tobie, niektórym dziennikarzom i wielu liderom. Kiedy mnie o to zapytali, powiedziałem, że to nie jest dla nas dobre. Co mogę powiedzieć? Nie jest dobrze. Nie wiem, czy to fałszerstwo, czy jakiś [jego] procent – nie wiem, co to jest. I nie wiem, kto tego potrzebuje i o co toczy się gra. Nie wiem po co. To wszystko. Dla mnie to nie jest poważne. To brzmi jakby ktoś powiedział, ktoś coś usłyszał….

==========================

mail, RW:

Jak pamiętamy, to sam Putin wskazał Zelenskego  jako kandydata 
odpowiedniego na prezydenta republiki Ukraińskiej.
Zelenski nie znał wtedy ukraińskiego i zapowiadał realizację umowy 
minskiej.
Od początku akcji specjalnej, czyli „przewrotnej wojny” (MD) rosyjski 
gaz i ropa naftowa płyną na Ukrainę, podobnie jak zaopatrzenie frontu z 
Rzeszowa  przez nienaruszony system komunikacyjny.
Natomiast Polska zaludniła się milionami Ukraińców, którzy zostali 
przesiedleni z rejonów nie objętych żadnymi działaniami wojennymi.

Bierność struktur państwowych, które pobłażają bandytom i chuliganom, prowadzi do tego, że aktywiści LGBT są coraz bardziej zuchwali i agresywni. 

W poniedziałek 22 maja zakończył się proces w głośnej sprawie napaści aktywistów LGBT na kierowców naszej furgonetki „Stop pedofilii”, do której doszło w czerwcu 2020 r. Sprawa ciągnęła się aż 3 lata, po czym tęczowi bandyci usłyszeli łagodny wyrok w postaci prac społecznych. Gdy sąd odczytał wyrok i przedstawił uzasadnienie, zgromadzeni na sali aktywiści LGBT wybuchali śmiechem i wykonywali lekceważące gesty. Na koniec zaczęli wrzeszczeć. Po zakończeniu rozprawy na korytarzu sądowym (!) grozili jednemu z naszych wolontariuszy i zniszczyli nasz statyw do kamery. Po wyjściu z budynku sądu zakłócali nasze legalne zgromadzenie publiczne. W sposób niezwykle ostentacyjny i bezczelny wyrażali lekceważenie wobec decyzji sądu, wymiaru sprawiedliwości i funkcjonowania organów państwa. Bierność struktur państwowych, które pobłażają chuliganom, prowadzi do tego, że aktywiści LGBT są coraz bardziej zuchwali i agresywni. Pobłażliwość odbierają jako przyzwolenie i za pomocą siły próbują zaprowadzić w Polsce swój „porządek”.
Zdjęcie z zakłócania naszej akcji przed sądem [foto]
W czerwcu 2020 roku grupa agresywnych chuliganów LGBT napadła na naszą furgonetkę „Stop pedofilii” w trakcie jazdy po centrum Warszawy. Napastnicy poturbowali jednego z naszych wolontariuszy oraz uszkodzili auto. Wkrótce potem aresztowano prowodyra napadu Michała Sz. pseudonim Margot, na co aktywiści LGBT odpowiedzieli wszczęciem zamieszek w stolicy. Doszło do starć z policją, w trakcie których uszkodzono radiowóz i zatrzymano kilkadziesiąt osób. O zamieszkach, aresztowaniu Michała Sz. i napadzie na naszych wolontariuszy zaczęły informować niemal wszystkie media oraz liczne instytucje. Wielu zwykłym Polakom otworzyło to oczy i uświadomiło, że „tolerancyjni” aktywiści LGBT to zwykli bandyci, którzy za pomocą terroru zamierzają wprowadzić w naszym kraju swoją ideologię. 
Sprawcy napadu stanęli przed sądem, ale proces ciągnął się blisko 3 lata. Sprawa była doskonale udokumentowana na video, w której sprawcy nie tylko publicznie przyznawali się do napadu (!), ale również zapowiadali kolejne akty terroru wobec naszej Fundacji. Prokuratura domagała się dla sprawców napadu wyroków w postaci więzienia. Tymczasem chuligani LGBT, którzy napadli na naszych wolontariuszy, zostali skazani na… prace społeczne w wymiarze od 6 do 12 miesięcy oraz po kilka tysięcy złotych grzywny i nawiązki. Wyrok jest nieprawomocny i aktywiści będą się od niego odwoływać. Podczas mów końcowych oskarżeni i ich obrońcy domagali się uniewinnienia, a przy okazji twierdzili, że winę za wszystko ponosi nasza Fundacja. Warto w tym momencie przypomnieć, że trzy tygodnie temu warszawski sąd umorzył postępowanie wobec agresywnego mężczyzny, który napadł na naszego kierowcę Jana, gdy ten prowadził furgonetkę „Stop pedofilii”. Prowadząca sprawę sędzia stwierdziła, że fizyczna agresja wobec naszego kierowcy była po prostu „wyrazem dezaprobaty”wobec działań naszej Fundacji. Co poniedziałkowy wyrok oznacza w praktyce? Aby odpowiedzieć na to pytanie wystarczy spojrzeć na zachowanie aktywistów LGBT. Byli oni licznie obecni na sali sądowej w trakcie procesu Michała Sz. i innych napastników. Gdy sędzia odczytywała wyrok, wybuchali śmiechem, wstawali z ławek i głośno komentowali, manifestując w ten sposób ostentacyjną pogardę dla decyzji sądu. Zagrożono im wyrzuceniem z sali. Po zakończeniu rozprawy usiłowali zablokować naszego wolontariusza Dawida na korytarzu sądowym (!) i uniemożliwić mu nagrywanie na video. Zniszczyli Dawidowi statyw kamery, popychali go i grozili mu. Po wyjściu z budynku sądu zakłócali nasze legalne zgromadzenie publiczne informujące o skutkach ideologii LGBT, które odbywało się na ulicy przed wejściem do sądu. Interweniujący policjanci, którzy byli odpowiedzialni za zabezpieczenie sytuacji, sugerowali, że może dojść do eskalacji przemocy. Mundurowi dali nam do zrozumienia, że najlepiej by było, abyśmy poszli do domu i nie prowokowali (!) aktywistów LGBT, dzięki czemu zapanowałby spokój. Panie MirosĹ‚awie, tu właśnie tkwi istota całego problemu. Sąd okazał chuliganom LGBT pobłażliwość licząc na to, że przyniesie to dobre skutki. Tymczasem wystarczyło kilka minut aby przekonać się, że ustępliwość przynosi kompletnie odwrotne efekty. Folgowanie aktywistom LGBT jest dla nich jedynie zachętą do jeszcze większej agresji. Niskie wyroki zapadające po ciągnących się latami procesach, połączone z pobłażliwością służb mundurowych oraz całkowitą biernością rządzących, to nic innego jak zielone światło dla dalszych aktów terroru i chuligaństwa. Aktywiści LGBT czują się panami sytuacji, co dobitnie pokazał w trakcie procesu zwłaszcza Paweł Sz., okazując lekceważenie i pogardę dla systemu prawa w Polsce. Jak powiedział skazany za napad na naszych kierowców Paweł Sz. w rozmowie z Gazetą Wyborczą: „Zostaliśmy skazani za coś, co każdy powinien zrobić: za niszczenie homofobicznej propagandy. To, co na ten temat uważa jedna czy druga sędzia lub jej przełożony, nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Będziemy robić to, co jest słuszne, niezależnie od tego, jakie wyroki zapadają.” Zarówno Paweł Sz. jak i inny aktywiści LGBT zapowiadają już kolejne ataki i napady na naszych wolontariuszy. Korzystając z pobłażliwości i bierności służb oraz wymiaru sprawiedliwości, biorą sprawę w swoje ręce i usiłują za pomocą siły zaprowadzić w naszym kraju swój „porządek”. Na czym ma on polegać? Od czerwca 2020 roku, gdy napadnięto na naszych kierowców, obserwujemy nieustanną eskalację przemocy wobec wolontariuszy naszej Fundacji oraz innych ludzi stających w obronie prawdy. Napady, pobicia, podpalenia, ataki, blokady, groźby, podżegania do morderstwa – to już niemal codzienność naszych działaczy, którzy każdego dnia muszą zmagać się z agresją w trakcie organizacji akcji informacyjnych ostrzegających Polaków przed skutkami aborcji i ideologii LGBT. Równolegle, dochodzi do kolejnych ataków na kościoły, zakłóceń Mszy Św., napadów na księży (w tym morderstw jak np. w Siedlcach w 2021 r.), niszczenia kapliczek i przydrożnych krzyży oraz coraz częstszych wulgarnych zachowań na ulicach. Celem tych terrorystycznych działań jest doprowadzenie do sytuacji, w której w przestrzeni publicznej w Polsce będzie wolno robić tylko to, co akceptują i popierają aktywiści LGBT oraz stojące za nimi międzynarodowe instytucje, korporacje i rządy obcych państw wspierające forsowanie tęczowej ideologii. Politycy oraz organy państwa polskiego, w szczególności osoby i instytucje odpowiedzialne za zapewnianie bezpieczeństwa, w przeważającej większości już dawno poddały się temu naciskowi. Sprzeciw wobec siłowego wprowadzania w Polsce ideologii LGBT jest wśród decydentów jedynie werbalny. W praktyce panuje bierność, bezczynność i obojętność. Również wiele osób związanych z instytucjami pozarządowymi, społecznymi i kościelnymi wystraszyło się tego lewackiego terroru. Liczne środowiska wycofały się z obecności w przestrzeni publicznej i medialnej. Swoją bierną postawę argumentują tym, że aktywistów LGBT nie należy prowokować i drażnić, gdyż głośne mówienie prawdy o takich sprawach jak „edukacja seksualna” dzieci czy aborcja spotyka się z reakcją w postaci przemocy. Ich zdaniem ważniejszy jest „spokój społeczny”, do osiągnięcia którego konieczne jest wycofanie się z działalności publicznej i ograniczenie się do głoszenia prawdy we własnych środowiskach, na zamkniętych spotkaniach w salkach parafialnych lub siedzibach organizacji, których członkowie są już dawno przekonani. Tymczasem jeśli ustąpimy przed lewackimi aktywistami i oddamy im przestrzeń publiczną, to oni jeszcze szybciej i łatwiej osiągną swoje cele, takie jak wprowadzenie w Polsce obowiązkowej „edukacji seksualnej” dzieci w szkołach i przedszkolach, legalizacja aborcji na życzenie czy upowszechnienie wśród młodzieży tzw. „tranzycji” czyli okaleczania się poprzez amputacje i zażywanie blokerów hormonalnych. Proszę spojrzeć na jedno z haseł eksponowanych w trakcie tzw. „parady równości”: „Byliśmy. Jesteśmy. Będziemy! W Twojej szkole, pracy, rodzinie, w Twoim sklepie, szpitalu, autobusie, kościele, urzędzie i w rządzie. Zaakceptuj rzeczywistość”. Innymi słowy – celem aktywistów LGBT jest zdominowanie przestrzeni publicznej. Jeśli my się z niej wycofamy, to oni nie tylko nie zaprzestaną działań, ale tym bardziej zaczną naciskać na przeforsowanie swoich żądań.
Zdjęcie furgonetki Stop pedofilii [foto]
Skala oporu wobec tych zagrożeń w Polsce zależy od tego, ile osób będzie świadomych sytuacji i zacznie podejmować konkretne działania w swoich rodzinach, wspólnotach znajomych, miejscach pracy i zamieszkania. Kształtowaniem tej świadomości Polaków na szeroką skalę zajmuje się nasza Fundacja. W całym kraju organizujemy niezależne kampanie społeczne ostrzegające przed zagrożeniami aborcji i ideologii LGBT oraz mobilizujące do działania. W naszych działaniach wykorzystujemy furgonetki, lawety i przyczepy, wielkoformatowe billboardy, bannery i plakaty oraz megafony. W najbliższym czasie planujemy organizację co najmniej kilkudziesięciu niezależnych, ulicznych akcji informacyjnych na terenie miast Polski. Jeżeli uda się je przeprowadzić, dotrzemy z prawdą do wielu tysięcy osób. Potrzebujemy na ten cel ok. 13 000 zł. Dlatego zwracam się do Pana z prośbą o przekazanie 35 zł, 70 zł, 140 zł, lub dowolnej innej kwoty, aby umożliwić dotarcie do tysięcy kolejnych Polaków z prawdą o ogromnym zagrożeniu, jakie niesie dla naszego społeczeństwa ideologia LGBT.
Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW
Zamierzamy dalej bezkompromisowo ostrzegać o skutkach ideologii LGBT, „edukacji” seksualnej dzieci i aborcji. Aby było to możliwe, niezbędna jest Pańska pomoc, na którą bardzo liczymy. Razem możemy przeciwstawić się chuliganom terroryzującym ulice naszych miast i uratować Polskę przed anty-moralną rewolucją, która wymierzona jest przede wszystkim w najmłodsze dzieci i młodzież. Serdecznie Pana pozdrawiam,
Mariusz Dzierżawski
PS: Do powodzenia naszych akcji w sposób szczególny przyczyniają się Patroni naszej Fundacji, czyli osoby regularnie wspierające nas finansowo.
 Więcej o naszym programie patronackim w linku.
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszkówstronazycia.pl

Kliknij jeśli nie chcesz od nas otrzymywać tego typu korespondencji. 

Eurokraci chcą przekupić holenderskich hodowców i przejąć ich gospodarstwa. Europoseł Roos: celem jest likwidacja rolnictwa. Diabeł teraz nienawidzi azotu…

Eurokraci chcą przekupić holenderskich hodowców i przejąć ich gospodarstwa. Europoseł Roos: celem jest likwidacja rolnictwa.

Diabeł teraz nienawidzi azotu…

celem-jest-likwidacja-rolnictwa

Pod pretekstem starań o zmniejszenie emisji azotu Unia Europejska zatwierdziła plan wykupienia od właścicieli gospodarstw rolnych w Holandii. Chodzi o zmniejszenie produkcji mięsa, co w oczywistej konsekwencji doprowadzi do ogromnego zmniejszenia podaży i w efekcie – drastycznych podwyżek cen. UE przeznaczyła 1,5 miliarda euro na program likwidacji trzech tysięcy holenderskich gospodarstw rolnych.

Redukcja ogólnej liczby zwierząt hodowanych na mięso to jeden z celów „Europejskiego Zielonego Ładu”.

„Pomimo sukcesu ​​w marcowych wyborach partii Holenderski Rolnik-Obywatel (BBB) i objęcia większości w Senacie, parlament Niderlandów pozostaje wciąż pod kontrolą ulubieńca Światowego Forum Ekonomicznego, Marka Rutte” – pisze portal Life Site News. Najnowszy sondaż Politico daje rolnikom rekordowe 32 procent. To ​​12 punktów przewagi nad partią Rutte. „To mocny znak, że w Holandii rząd prowadzi politykę sprzeczną z wolą narodu” – podkreśla autor komentarza Frank Wright. W jego ocenie, unijne wsparcie dla drastycznych środków podjętych przez holenderski rząd przeciwko własnym obywatelom wygląda jak desperackie kroki mające na celu odzyskanie poparcia dla głęboko niepopularnej polityki. Olbrzymie pieniądze z Brukseli mają bowiem zostać przeznaczone na przekupienie hodowców.

Program LBV o wartości 500 mln euro zakłada bezpośrednie dotacje wypłacane w celu pełnego zadośćuczynienia za straty poniesione przez rolników, którzy zdecydują się zamknąć miejsca hodowli bydła mlecznego, trzody chlewnej i drobiu.

Niemal miliard euro ma przypaść z kolei wytwórcom mięsa w osobnym programie. Hodowcy otrzymają więcej pieniędzy niż warte są miejsca ich obecnej działalności – nawet 120-procentowe rekompensaty.

„W ramach programów beneficjenci gwarantują, że zamknięcie ich zdolności produkcyjnych jest definitywne i nieodwracalne oraz że nie rozpoczną takiej samej działalności hodowlanej w innym miejscu w Niderlandach lub w UE” – czytamy w informacji.

Holandia jest obecnie drugim co do wielkości eksporterem żywności na świecie. Sektor rolny w przeważającej mierze składa się z gospodarstw rodzinnych.

W ramach utopijnej wizji redukcji emisji azotu holenderska koalicja rządząca zamierza już do 2030 roku ograniczyć o połowę emisję wytypowanych gazów, głównie tlenków azotu i amoniaku.

Według holenderskiego eurodeputowanego Roberta Roosa, za pomysłami biurokratów kryje się de facto program likwidacji holenderskiego rolnictwa. Poseł uważa, że korupcyjna propozycja rządu może skusić wielu wiejskich przedsiębiorców a drugim dnem walki z branżą jest zamiar przejęcia pod zabudowę cennych gruntów. Przy czym prawo wznoszenia nieruchomości przysługiwać będzie na mocy nowych przepisów wyłącznie rządowi oraz korporacjom. Zwykli Holendrzy nie będą mogli pozyskiwać dla siebie terenów po działalności rolniczej.

Unijna ustawa o odtwarzaniu przyrody, nad którą europarlament głosować będzie latem, w ocenie Roosa zablokuje mieszkańcom możliwości rozwojowe, w tym właśnie budowanie prywatnych domów.

Jeśli mówisz, że potrzebujemy więcej energii, ponieważ będziemy mieć więcej ludzi – że odnawialne źródła energii mogą nie działać tak, jak jest to zakładane – to zaprzeczasz klimatowi. Jeśli mówisz, że musimy powstrzymać nielegalną imigrację, jesteś rasistą. Jeśli zwracasz uwagę, że zerwanie łańcucha dostaw żywności będzie katastrofalne – i zaostrzone przez nieograniczoną imigrację – jesteś teoretykiem spisku. Na szczęście Holendrzy walczą – stwierdził Roos.

Podobne głosy dochodzą również z kraju lidera w produkcji żywności – Stanów Zjednoczonych. Publicystka Vlaardingerbroek w zeszłym roku zwracała uwagę, iż klimatyczny guru w administracji Bidena John Kerry chce przymusowego zamykania farm. Przemawiając podczas waszyngtońskiego AIM for Climate Summit w dniach 8-10 maja, powiedział: – Wiele osób nie ma pojęcia, że ​​rolnictwo odpowiada za około 33 % wszystkich emisji na świecie. Nie możemy osiągnąć zera netto, nie wykonamy tej pracy, jeśli rolnictwo nie stanie na pierwszym planie jako część rozwiązania. Tak więc wszyscy rozumiemy tutaj głębię tej misji – przekonywał eko-ideolog.

Kerry piętnował zwłaszcza małe gospodarstwa jako znaczących emitentów azotu, usprawiedliwiając ofensywę rządu przeciwko rolnikom.

Źródło: Life Site News RoM

=============================

MD:

Diabeł testuje, czy wychowane pod jego władzą marionetki są już wystarczająco głupie. Dzieje się tak, bo już dawno zlikwidowano w szkołach np. naukę logiki i łaciny. W ostatnich dziesięcioleciach testują tego wyniki.

Przed paru 10-leciami zaczęli nauczać, że „CO2 jest gazem szkodliwym”. Przed paru laty jakaś idiotka w telewizji powiedziała nawet, że CO2 jest gazem trującym. A ilość CO2 w atmosferze jest przecież 0,04%. I jest to gaz dobrotliwy, błogosławiony, bo potrzebny, niezbędny do fotosyntezy. Brawo idioci…

Ostatnio jednak uczniowie diabła w postaci władców Unii Europejskiej i Ameryki, narzucają obłędną tezę o „szkodliwości azotu”. W ten sposób sprawdzają, czy ogłupiane od paru pokoleń barany i owieczki są już wystarczająco otępiałe.

Co planują dalej?

Wsparcie Zachodu dla neonazizmu na Ukrainie nie powinno być zaskoczeniem. Potężne interesy finansowe.

Neonazizm i wojna na Ukrainie: Wywiad z Michelem Chossudovskym

neo-nazism-and-the-war-in-ukraine

Wsparcie Zachodu dla neonazizmu na Ukrainie nie powinno być zaskoczeniem.

W przeszłości potężne interesy finansowe USA nie tylko wspierały nazistowskie Niemcy, ale także banderowski nazizm na Ukrainie. Pod pewnymi względami totalitarna praktyka neonazizmu jest podobna do doktryny neokonów sformułowanej w Projekcie Nowego Amerykańskiego Stulecia (PNAC).

Serbio, uważaj, jesteś jedynym krajem w Europie, który odważnie przeciwstawił się naciskom USA.

Michel Chossudovsky, ekonomista, emerytowany profesor Uniwersytetu w Ottawie i redaktor renomowanej antyglobalistycznej strony internetowej Global Research.

***

Dragan Vujicic: Jak postrzega Pan wojnę między Ukrainą a Rosją?

Prof. Michel Chossudovsky: Wojna na Ukrainie skończyła się zanim się zaczęła. Rosjanie dosłownie zniszczyli ich siły powietrzne i marynarkę wojenną na samym początku w lutym-marcu 2022 roku.

Rosja ma również strategiczną kontrolę nad dużą częścią Morza Czarnego i całkowitą kontrolę nad Morzem Azowskim. Turcja, która należy do NATO, jest niewypowiedzianym sojusznikiem Rosji. Turcja kontroluje południową flankę Morza Czarnego.

Każdy, kto ma minimalne pojęcie o strategiach wojskowych, wie, że nie można prowadzić konwencjonalnej wojny lądowej bez marynarki wojennej i sił powietrznych.

Teraz, po ostatnich „przeciekach” Pentagonu, istnieje wiele dowodów na to, że Ukrainie kończy się amunicja i że nie ma ona (nawet przy wsparciu USA-NATO) zdolności bojowych do konfrontacji z Rosjanami.

Miejmy nadzieję, że dojdzie do zawieszenia broni, aby ocalić życie. Myślę, że wojna może zakończyć się za około miesiąc i mogą rozpocząć się negocjacje.

Istnieją jednak przeszkody na drodze do osiągnięcia tego celu. Mamy do czynienia z kryzysem dyplomacji w dobrej wierze. Administracja Bidena odmawia podjęcia dialogu z Rosją w celu osiągnięcia zawieszenia broni i negocjacji pokojowych.

W rzeczywistości największym problemem jest to, że politycy w Ameryce wierzą we własną propagandę. Uważają, że mogą pokonać Rosję za pomocą broni jądrowej. Broń jądrowa została przeklasyfikowana. Tak zwane taktyczne mini-bronie nuklearne o niskiej wydajności zostały przeznaczone do użycia w konwencjonalnym teatrze wojennym. Jeśli broń jądrowa zostanie użyta, doprowadzi nas to do scenariusza III wojny światowej.

Badałem historię broni nuklearnej, począwszy od Projektu Manhattan (stworzenie amerykańskiej bomby atomowej). Wiele osób po prostu nie wie, że Projekt Manhattan w bezpośrednim następstwie Hiroszimy i Nagasaki w sierpniu 1945 r. miał na celu prowadzenie wojny nuklearnej przeciwko ZSRR, w czasie, gdy Związek Radziecki i USA były sojusznikami.

============================