Duraczenie dorosłych i dzieci

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  •  28 czerwca 2022

http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5203

O Filareci, biedne dzieci, kochany kraju złoty! – lamentował Konstanty Ildefons Gałczyński w wierszu, w którym upominał Mirę Zimińską-Sygietyńską, żeby się opamiętała i nie zadzierała z rządem przy pomocy satyry:

Jak pragnę Boga, zadrzesz z rządem.

Satyry nie kocha rząd.

U nas, uważasz, trzeba z prądem,

ty chcesz pod prąd. (…)

Od tej satyry przyjdą rozbiory…

– i tak dalej – aż do Filaretów.

Teraz na Filaretów młodzież kładzie lachę, bo co by powiedział Judenrat „Gazety Wyborczej”, nie mówiąc już o rówieśnikach, gdyby tak jakiś młody człowiek przedstawił się, jako „miłośnik cnoty”? Koledzy wytykaliby go palcami, a koleżanki – szkoda gadać – poniekąd słusznie, bo co kobiecie po miłośniku cnoty? Tyle z niego pożytku, że „pobrudzi pończochę” – jak pisał Tadeusz Boy-Żeleński. Nawiasem mówiąc, tenże autor zachwalał panienkom „dojrzałych panów”, co to „i do tańca i na Germańca”, to znaczy, pardon; jakiego tam znowu „Germańca”; nie „na Germańca”, tylko – do różańca.

Chociaż z drugiej strony na Germańca też – bo słychać, że Naczelnik Państwa zamierza walić pięścią w stół, żeby Germańcy się zlękli i wypłacili reparacje, dzięki czemu – kto wie – może udałoby się uchronić nasz nieszczęśliwy kraj przed finansową katastrofą. Na razie jednak Germańcy zmusili pana prezydenta Dudę do wywieszenia białej flagi, a na tym się chyba nie skończy, bo Parlament Europejski kazał Polskę przeczołgać, w potem wytarzać w smole i pierzu. Ciekawe, co po takich operacjach powie swoim wyznawcom Naczelnik Państwa – bo jeśli chodzi o Donalda Tuska, to chyba dostanie orgazmu, podobnie, jak cały obóz zdrady i zaprzaństwa.

Odpowiedź na te pytania zostanie nam objawiona we właściwym czasie i opatrzona stosownymi komentarzami – żebyśmy wiedzieli, co właściwie myślimy – więc nie ma co zbytnim myśleniem głowy sobie psować – za co chwalił Urszulkę Jan Kochanowski: „Nie dopuściłaś nigdy matce się frasować, ani ojcu myśleniem zbytnim głowy psować”.

Wróćmy tedy nie tyle może do Filaretów, co do „biednych dzieci”, na których specjalnie uwzięli się nie tylko „bandyci Putina”, którzy – jak poinformowała świat pani Ludmiła Denisowa – gwałcili nie tylko starsze dzieci, ale nawet niemowlęta, – ale również płomienni szermierze różnych postępowych ideologii. Nawiasem mówiąc, pani Ludmiła, będąca do niedawna na Ukrainie rzecznikiem praw człowieka, została z tej funkcji z trzaskiem odwołana. Chodziło o to, że w opisach zbrodni, jakich dopuszczają się na Ukrainie „bandyci Putina”, dodawała za dużo dramatyzmu. Tymczasem – jak to w swoim czasie radził Arystoteles – również w dodawaniu dramatyzmu trzeba zachować umiar, żeby nie pojawił się niezamierzony efekt komiczny. Pani Ludmiła wprawdzie dobrze chciała, ale najwyraźniej o tym zapomniała i od razu poszła na całość.

Tymczasem z dramatyzmem trzeba postępować po gospodarsku. Tak właśnie radził Alfred Hitchcock – żeby nie wystrzelać od razu całej amunicji, tylko – najpierw zdetonować bombę atomową, a dopiero potem napięcie ma narastać. Wojna na Ukrainie najwyraźniej przechodzi w stan przewlekły, a tymczasem pani Ludmiła od razu zaczęła od niemowląt, więc nic dziwnego, że koledzy ją za tę nadgorliwość wylali. Ciekawe, czy telewizje w państwach poważnych też powtarzały za panią Ludmiłą, tak, jak te z naszego bantustanu, czy też podchodziły do tego całego dramatyzmu cum grano salis?

Wracając tedy do dzieci, to płomienni szermierze postępowych ideologii musieli inspirować się wskazówką Naftalego Iwanowicza Frenkla, który w sowieckich łagrach wprowadził system kotłów, który wykańczał łagierników sprawniej, niż niejedna komora gazowa: „z więźnia musimy wycisnąć wszystko w trzy miesiące; potem nic nam po nim” – twierdził ten żydowski generał NKWD.

W przypadku dzieci trzy miesiące to za mało tym bardziej, że postępowych ideologii jest całkiem sporo, więc trudno, żeby nawet zdolne i bystre dzieci dały się tak szybko oduraczyć – a cóż dopiero mówić o matołach? Wiadomo, że szybkość morskiego konwoju musi być przystosowana do najwolniejszego statku, bo w przeciwnym razie konwój się rozproszy i już nikt nie będzie miał na niego żadnego wpływu. Tymczasem chodzi o to, by dzieci – najpierw te młodsze, a jak podrosną – to również te starsze – duraczyć cierpliwie i metodycznie. Dlatego też wprowadzony został przymus edukacyjny, egzekwowany przez państwowy monopol edukacyjny, personifikowany przez Ministerstwo Edukacji. Jak zauważył Czesław Miłosz, „wariat na swobodzie największą klęską jest w przyrodzie” – a cóż dopiero wariat, któremu dano władzę nad ludźmi?

Na tę władzę działają rozmaite grupy nacisku. Na przykład okazało się, że jest w naszym nieszczęśliwym kraju sporo ludzi płci obojga, którzy, bzykając się na prawo i lewo, zdobyli w tej dziedzinie niemałą eksperiencję. Czasy są ciężkie, więc nic dziwnego, że postanowili te umiejętności skapitalizować w taki sposób, by w rządowych szkołach przystąpić do edukacji seksualnej. Najlepiej zacząć już przedszkolu, umiejętnie kierując dziecięce pragnienie poznania świata i rządzących nim mechanizmów na eksperymentowanie, najpierw z własnymi, a potem – również cudzymi genitaliami. Korzyść jest podwójna, w właściwie potrójna. Po pierwsze – „seksedukatorzy” przechodzą na garnuszek podatników, którzy muszą w związku z tym sfinansować im nie tylko pensje, ale i ubezpieczenie społeczne. Czegóż chcieć więcej? Po drugie – koncentrowanie młodzieńczej ciekawości na genitaliach, pozwala ukryć w cieniu tych, którzy konstruują mechanizmy prawne i finansowe, pozwalające dymać młodych ludzi aż do śmierci ze starości. Wystarczy, że dadzą im kredyt i już mają nieświadomych swego losu niewolników, którzy do końca życia muszą chodzić, jak w zegarku. Wreszcie – po trzecie – to duraczenie ma utrzymać duraczonych w przekonaniu, że to wszystko naprawdę, że oto przekazywane są im prawdzie perły wiedzy.

Tymczasem nie są to żadne prawdziwe perły wiedzy, tylko odkryta przez Józefa Stalina „nauka przodująca”. Do tego czasu nauka dzieliła się na „burżuazyjną”, czyli taką do luftu, i socjalistyczną, z której biła krynica prawdy – co prawda sowieckiej, czy komsomolskiej, ale dobra psu i mucha. Józefowi Stalinowi, który – zgodnie z przykazaniami Karola Marksa – nie chciał objaśniać świata, tylko go zmieniać – to juz nie wystarczało, więc odkrył naukę przodującą, do której z powodzeniem można zaliczyć seks-edukację, chociaż nie tylko.

Wracając znad morza usłyszałem w radio komunikat, że już od jesieni zostanie wprowadzona w szkołach nowa dyscyplina naukowa, mianowicie – nauka o klimacie. Co prawda o klimacie uczniowie uczyli się i wcześniej; na przykład przypominam sobie, że już w czwartej klasie szkoły podstawowej, na jednej z lekcji przyrody poznawaliśmy wędrówkę wody w przyrodzie. Wtedy jednak panował przesąd, że wody na Ziemi jest cały czas tyle samo, a tylko zmienia ona stan skupienia. Teraz jednak nauka przodująca obaliła tamto ustalenie i jest rozkaz, że wody na Ziemi jest coraz mniej i w związku z tym trzeba ją oszczędzać. Gdzie ta woda się podziewa, że jest jej coraz mniej – tego nie wiadomo – chyba, że chodzi o wodę nadającą się do picia, która stanowi 0,007 procenta ogólnego zasobu wód na Ziemi. A kto tę wodę wypija? Wiadomo – ludzie – więc nie ma innej rady, jak radykalnie zredukować populację światową – czego od lat domaga się prof. Paul Erhlich z Pensylwanii, który uważa, że miliard ludzi w sam raz wystarczy – żeby było komu pożyczać na procent.

Podobnie z globalnym ociepleniem. Jest rozkaz, że globalne ocieplenie jest rezultatem gazów cieplarnianych, produkowanych między innymi przez samochody spalinowe. Wprawdzie w poprzednich epokach geologicznych, np. w epoce kredy, było jeszcze cieplej, niż dzisiaj, bo nawet na biegunach nie było lodu – a samochodów też nie było. Kto by się jednak zastanawiał nad takimi głupstwami, kiedy właśnie padł rozkaz, by za kilkanaście lat nie było już samochodów spalinowych, tylko elektryczne?

Żeby jednak ludzkość w to uwierzyła, trzeba zacząć ją duraczyć od małego, podstawiając zamiast prawdziwej wiedzy – naukę przodującą. Toteż – o czym miałem okazję przekonać się osobiście – absolwenci szkół średnich nie wiedzą, dlaczego zmieniają się pory roku, ale że klimat się ociepla z powodu gazów – to wiedzą na pewno. No a teraz tę dziedzinę nauki przodującej będzie się uczniom podawało w charakterze pereł wiedzy – bo taki podobno padł już rozkaz.

Biedne dzieci!

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

To, co wymusza Bruksela, jest dowodem, że „znajdujemy się w mocy wariatów”.

Michalkiewicz OSTRO o klimatystach. „Gdyby o tym powiedziano, to byłoby to kompromitujące”

https://nczas.com/2022/06/27/michalkiewicz-ostro-o-klimatystach-gdyby-o-tym-powiedziano-to-byloby-to-kompromitujace/

27 czerwca 2022

W rozmowie z portalem DoRzeczy.pl Stanisław Michalkiewicz odniósł się do tzw. polityki klimatycznej Unii Europejskiej. [https://dorzeczy.pl/opinie/316834/pakiet-fit-for-55-michalkiewicz-znajdujemy-sie-w-mocy-wariatow.html ]
W ocenie publicysty to, co się dzieje w Brukseli, jest dowodem na to, że „znajdujemy się w mocy wariatów”.

– To, co się dzieje w tej sprawie w Parlamencie Europejskim i w całej Unii Europejskiej, jest ilustracją tego, że znajdujemy się w mocy wariatów. To jest grupa ludzi, którzy mają jakąś fiksację na punkcie „ratowania planety”. Najwyraźniej nie ma innych zmartwień, dlatego próbują wepchnąć, jeśli nie pół świata, to przynajmniej Europę, w bardzo poważne kłopoty – ocenił Michalkiewicz, komentując przegłosowane w środę poprawki do „Fit for 55”.

Zdaniem publicysty w Unii widać „objawy kryzysu energetycznego”. Jak dodał, najlepiej pokazuje to powrót do węgla. Dzieje się to pomimo programu dekarbonizacji, nikt od węgla nie odstępuje. Dziś mamy ilustrację tego, co kiedyś już powiedział prezydent USA Ronald Reagan, czyli nie rozwiązuje się problemów, tylko stwarza nowe – wskazał.

Michalkiewicz zdiagnozował też przyczynę takiego stanu rzeczy. – Przypuszczam, że możemy mieć do czynienia z próbą załatwiania interesów o których nie można powiedzieć wprost. Gdyby o tym powiedziano, to byłoby to kompromitujące i żadni młodzi ludzie, jak panna Greta Thunberg – sprawiająca wrażenie niestabilnej emocjonalnienie poszliby za tym – skwitował.

Publicysta zwrócił też uwagę, że sączona zielona propaganda jest „bardzo nachalna”. W jego ocenie wykorzystuje się ją, by odwrócić uwagę młodych ludzi od rzeczywistych problemów.

Między innymi od tego, że nawet jeśli pracują, to nie stać ich na zaspakajanie podstawowych potrzeb. Nawet jeśli chcieliby sobie kupić mieszkanie, to oddają się w niewolę dożywotnią – wyliczał, podkreślając że przeciwko temu nikt nie protestuje.

Na koniec Michalkiewicz, w kontekście planowanego zakazu sprzedaży samochodów spalinowych po 2035 roku, powiedział, że „współczuje młodym ludziom, którzy będą musieli się skonfrontować” ze skutkami kolejnych zielonych regulacji UE.

Wszystko rośnie – razem z krajem

Stanisław Michalkiewicz http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5202 „Goniec” (Toronto)  •  26 czerwca 2022

Napięcie w Europie Środkowej od kilku dni gwałtownie wzrosło. Litwa, powołując się na ostatni pakiet sankcji, jakie Unia Europejska zastosowała przeciwko Rosji, zamknęła kolejowy tranzyt stali i wyrobów żelaznych przez swoje terytorium do Okręgu Królewieckiego. W odpowiedzi Rosja wystosowała wobec Litwy coś w rodzaju ultimatum – że mianowicie podejmie kroki odwetowe. Na czym miałyby one polegać – tego na razie nie wiadomo, natomiast wiadomo, co na to odpowiedziała Litwa. Otóż władze litewskie stanęły na nieubłaganym gruncie praworządności – że zablokowanie tranzytu jest zgodne z prawem, a jeśli Rosja uważa inaczej, to powinna zwrócić się po wyjaśnienia do Komisji Europejskiej, albo nawet do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, który właśnie interpretuje sytuacje prawne. Rosja bowiem powołuje się na umowę z Unią Europejską z roku 2003, według której tranzyt do Obwodu Kalinigradzkiego przez Litwę miał być zapewniony. Dodajmy, że miesięcznie do Obwodu Kaliningradzkiego przez Litwę przejeżdża około 100 pociągów.

Jeśli okaże się, że sytuacja, do jakiej ostatnio doszło jest rozwojowa, to oznaczałoby, że marzenie prezydenta Zełeńskiego, by wojna na Ukrainie rozszerzyła się na inne kraje Europy Środkowej, może się spełnić. W takiej sytuacji do wojny z całą pewnością wciągnięta zostałaby również Polska. Czy decyzja Litwy została podjęta przez nią samodzielnie, czy też wykonała ona czyjeś polecenie – tego oczywiście nie wiemy, chociaż samowolka w tym przypadku byłaby raczej mało prawdopodobna. Z drugiej strony Rosja też nie może iść na całość, bo zaatakowanie Litwy oznaczałoby otwarty konflikt militarny z NATO. Co prawda art. 5 traktatu waszyngtońskiego z 1949 roku nie obliguje państw członkowskich NATO do konkretnej reakcji w obliczu napaści na państwo członkowskie, ale Rosja, choćby ze względów prestiżowych, nie bardzo może pozwolić, żeby ją w ten sposób testowano. Margines bezpieczeństwa, zapewniany przez powstrzymywanie się państw NATO przed bezpośrednimi działaniami militarnymi przeciwko Rosji, w ten sposób się zmniejszył.

A tu akurat wicepremier odpowiedzialny w rządzie „dobrej zmiany” za nadzorowanie resortów siłowych, czyli Jarosław Kaczyński, właśnie odszedł z rządu, powierzając stanowisko wicepremiera Mariuszowi Błaszczakowi, który jednocześnie pełni urząd ministra obrony narodowej. Najwyraźniej woli, by decyzje formalnie podejmował ktoś inny, chociaż oczywiście bez zgody Naczelnika Państwa, którym Jarosław Kaczyński nieformalnie pozostaje, żadna decyzja nie może wejść w życie. Minister Błaszczak dał się poznać jako dygnitarz wojowniczy, który poza tym bez mrugnięcia okiem kupuje od Naszego Najważniejszego Sojusznika wszystko, czym tamten pragnie nas obdarzyć, więc w tej roszadzie personalnej można dopatrywać się również jego ręki. Czyjej ręki można się dopatrywać w powrocie do rządu na stanowisko ministra od spraw zbrojeń w Kancelarii Premiera pana Tadeusza Kościńskiego, byłego ministra finansów, który udelektował nasz nieszczęśliwy kraj „Polskim Ładem”, do którego zraził się nawet pan premier – trudno powiedzieć – ale jakaś ręka na to stanowisko go przecież przeniosła.

Warto tedy przypomnieć, że były dwa momenty, w których Sojusznik sprawiał wrażenie, jakby też chciał doprowadzić do rozszerzenia wojny z Rosją na przynajmniej niektóre państwa Europy Środkowej. Za pierwszym razem chodziło o przekazanie przez Polskę Ukrainie samolotów wojskowych. Jak pamiętamy, Departament Stanu pozwolił Polsce te samoloty przekazać, zaznaczając z naciskiem, że to będzie polska suwerenna decyzja, z którą USA nie mają nic wspólnego.

Ale kiedy minister Rau zaproponował, by te samoloty poleciały do amerykańskiej bazy lotniczej w Ramstein w Niemczech i żeby suwerenną decyzję, co z nimi zrobić, podjęły Stany Zjednoczone, to okazało się, że ta propozycja nie tylko nie była „konsultowana”, ale w ogóle jest bezsensowna. A jest bezsensowna, bo jej spełnienie stwarzałoby „ryzyko”.

Drugi moment, to deklaracja Naczelnika Państwa podczas jego bohaterskiej pielgrzymki do Kijowa, żeby NATO wysłało na Ukrainę uzbrojoną po zęby „misję pokojową”. Wprawdzie sekretarz generalny NATO Stoltenberg od razu się od tego odciął oświadczając, że NATO nie jest stroną w tym konflikcie i nie zamierza nią zostać, ale rzeczniczka Białego Domu, pani Psaki zakomunikowała, że propozycja ta będzie „rozważana”. Było to bardzo niepokojące, ale na szczęście prezydent Biden podczas swej podróży po Europie najpierw porozmawiał z państwami poważnymi, więc kiedy przyjechał do Warszawy, to już o żadnej „misji pokojowej” nie było mowy.

No a teraz Litwa z blokadą tranzytu.

Tymczasem nasz nieszczęśliwy kraj ma wystarczająco dużo zmartwień. Przede wszystkim niemiecki szantaż finansowy przewiduje nie tylko konieczność likwidacji Izby Dyscyplinarnej, ale i realizację innych pomysłów. Parlament Europejski przyjął bowiem rezolucję, można powiedzieć, delegalizującą zarówno Trybunał Konstytucyjny w Warszawie, jak i „nową” Krajową Radę Sądownictwa. Toteż pan premier Morawiecki zauważył niedawno, że „nie ma ochoty umierać” za wymiar sprawiedliwości.

Najwyraźniej nawet gdyby nie było niemieckiego szantażu finansowego, to pan premier zrobiłby wszystko, co trzeba, na złość ministrowi Ziobrze, z którym od samego początku drze koty. Ten z kolei odgryza się premierowi Morawieckiemu na odcinku węglowym twierdząc, że powrót do węgla, to kwestia naszego bezpieczeństwa. Rzeczywiście, po podpisaniu przez premiera Morawieckiego programu „dekarbonizacji” Polski, a zwłaszcza po trudnej do wytłumaczenia decyzji o wstrzymaniu importu rosyjskiego węgla grubego, z którego korzystały przede wszystkim gospodarstwa domowe oraz zakręceniu przez Rosję kurka z gazem dla Polski, sytuacja stała się kłopotliwa. Cena węgla powoli podchodzi do 3 tysięcy zł za tonę. W odpowiedzi rząd zapowiedział wprowadzenie ceny urzędowej w wysokości 996 zł za tonę dla odbiorców indywidualnych. Różnica między tą ceną a ceną rynkową, będzie wyrównywana do 750 złotych za tonę przez rząd, który jednocześnie ustanowił limit na zakup z dopłatą do poziomu maksymalnie 3 ton. Właśnie w jednej z niewielkich spółdzielni mieszkaniowych na Mazowszu skończyły się zapasy węgla, w związku z tym mieszkańcy nie mają ciepłej wody, aż uda się kupić węgiel – ale wtedy cena ciepłej wody będzie pewnie wyższa.

Nie wie bowiem lewica, co czyni prawica, bo z jednej strony okazuje się, że skoro nie ma gazu, to bez węgla nie da się żyć, ale z drugiej – po staremu rząd dopłaca do wymiany „kopciuchów” na eleganckie piece gazowe, bo taki rozkaz rzuciła w swoim czasie Światowa Organizacją Zdrowia, która wojuje nie tylko z wirusami, ale i ze smogiem.

Na tych przykładach widać trafność spostrzeżenia prezydenta Ronalda Reagana, który zauważył, że rządy nie rozwiązują żadnego problemu, a tylko stwarzają coraz to nowe.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Na rozrywkowym odcinku frontu

Stanisław Michalkiewicz 25 czerwca 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5201

Za pierwszej komuny, w spoistym murze frontu ideologicznego było parę otworów, przez które można było złapać trochę świeższego powietrza. Jednym z nich były piosenki. W swoim czasie partia próbowała zasklepić również i ten otwór, forsując tak zwane „pieśni masowe”, na przykład: „nie zna granic, ni kordonów pieśni zew (…) nie zamilknie, nie ucichnie wolny śpiew” – a rozbrzmiewało to w samym środku stalinowskiej nocy, którą, zgodnie ze słowami innej piosenki, rozświetlało „stalinowskie jasne słońce”.

Trudno się zatem dziwić, że ludzie uciekali od tego, gdzie tylko mogli, między innymi – w stronę jazzu – który też znajdował się na celowniku partii. Kiedy już tzw. „reakcyjne podziemie” zostało przez MBP rozgromione, a ci, którzy przeżyli, gnili w więzieniach, pojawiło się nowe podziemie – właśnie jazzowe – którego nieformalnym przywódcą był Leopold Tyrmand. Potem Stalin umarł, ale mróz od wschodu nie popuszczał – aż w 1955 roku pojawiła się jaskółka zwiastująca odwilż, w postaci Festiwalu Młodzieży i Studentów, który odblokował wiele zasklepionych przez mróz otworów, między innymi – piosenkarski. W rezultacie partia przestała walczyć z „bikiniarzami” i jazzem, który ostatecznie wyszedł z podziemia 6 sierpnia 1956 roku, kiedy to w Sopocie rozpoczął się Festiwal Muzyki Jazzowej, na którym wszystkie koncerty zapowiadał i prowadził Leopold Tyrmand. Potem, to znaczy – w drugiej połowie lat 60-tych – jazzowe koncerty odbywały się nawet w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki im, Józefa Stalina, na które, jako student, przyjeżdżałem z Lublina, by posłuchać Duke Ellingtona, Rolanda Kirka, no i muzyków tutejszych, których weteranem był Jerzy „Duduś” Matuszkiewicz, a w najlepszej formie objawiali się Andrzej Kurylewicz, Jan „Ptaszyn” Wróblewski, Zbigniew Namysłowski, czy niewidomy Mieczysław Kosz.

Z biegiem lat jazz robił się coraz bardziej dostojny zwłaszcza, że masową publiczność zaczął zdobywać big-beat, u którego początków była Karin Stanek, śpiewająca: „O Jimmy Joe, ja kocham ciebie!” – no a który potem niesłychanie się rozmnożył w dziesiątki zespołów znanych w całym kraju, nie licząc tych, których sława nie przekraczała granic powiatu. W 1963 roku po raz pierwszy odbył się Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu, na którym objawiła się Polsce, a potem również reszcie świata, niezapomniana Ewa Demarczyk.

Ten Festiwal był, można powiedzieć, ogólnopolskim wydarzeniem towarzyskim, przede wszystkim z tego powodu, że telewizory stanowiły jeszcze rzadkość, więc na oglądanie transmisji Festiwalu w Opolu umawiali się znajomi szczęśliwych właścicieli telewizora, którzy przy tej okazji wydawali coś w rodzaju przyjęcia.

Ale nie tylko z tego powodu. Ówczesne dziennikarstwo, podobnie jak współczesne, skrępowane było wieloma ograniczeniami i uzależnieniami nieoficjalnymi, jako że całkiem spora część dziennikarskich gwiazd, podobnie jak i teraz, pokątnie uprawiała tajną współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa, zapewniając sobie w ten sposób kariery i stanowiska. Warunkiem sine qua non zachowania jednego i drugiego było ćwierkanie w sposób nakazany przez partię – ale właśnie z okazji Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu, partia udzielała dyspensy. Dopiero wtedy czytelnicy prasy mogli się przekonać, że siermiężni na codzień żurnaliści, potrafią dokonywać finezyjnych analiz, przy okazji podszczypując kolegów, którzy z jakichś całkiem innych powodów wcześniej im podpadli. Festiwalowa publicystyka wznosiła się wtedy na najwyższy poziom, by po zakończeniu opolskiej imprezy przeżywać bolesny powrót do rzeczywistości.

Potem, to znaczy – podczas solidarnościowego karnawału – pojawił się niczym meteor, Festiwal Piosenki Prawdziwej, na którym zalety artystyczne piosenek często przyćmiewane były politycznym zaangażowaniem. Z tamtych czasów zapamiętałem piosenkę zaczynającą się od okrzyku: „pchamy”. Chodziło o taczki, które „pchamy aż po życia kres”. Utkwiła mi ona w pamięci ze względu na bardzo azjatycką melodię. Przypomniałem ją sobie podczas pobytu w Wietnamie, gdzie skojarzyła mi się ona z losem „wrogów ludu”, skierowanych do pracy na ryżowiskach. Przydzielony nam przewodnik, oczywiście ubek, no bo jakże inaczej, twierdził co prawda, że obozów reedukacyjnych już „nie ma”, ale kiedy zapytałem go, co by się stało, gdybym tak na rogu ulicy krzyknął: „precz z komuną”, bez wahania odpowiedział, że poszedłbym do obozu. Rzeczywiście –aż po życia kres”.

A właśnie rozpoczął się 59 Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu, ale podobno już mało kogo rajcuje. Przede wszystkim ze względów politycznych, bo obóz „dobrej zmiany”, do którego należy rządowa telewizja, również na odcinku przemysłu rozrywkowego, rywalizuje z obozem zdrady i zaprzaństwa, z którym związane są telewizje nierządne. One urządzają „swoje” festiwale i w ten sposób, przynajmniej w tej dziedzinie, realizowana jest doktryna „oddzielnego rozwoju”, zwana kiedyś apartheidem. Toteż żadnemu przeciwnikowi Jarosława Kaczyńskiego nie może podobać się nic, co pojawi się na „rządowym” festiwalu, bo w przeciwnym razie bedą go wytykali palcami jako ćwoka – no i oczywiście odwrotnie. Ale myślę, że nie jest to powód jedyny. Kiedyś, w koszmarnych czasach komuny, piosenki festiwalowe trzymały pewien poziom, zarówno literacki, jak i muzyczny. Teksty bowiem pisali ludzie o pewnym poziomie kultury literackiej, no a muzykę – też kompozytorzy na poziomie.

Teraz bywa rozmaicie, bo czy to ze względów merkantylnych, czy jakichś innych, piosenkarze sami piszą teksty swoich piosenek, a bywa, że i muzykę. W większości przypadków dobrze to nie wygląda, podobnie jak w przypadku aktorów; kiedy mówią tekstem napisanym przez, dajmy na to, Szekspira, to wszystko jest w porządku, ale kiedy zaczynają wygłaszać własne teksty, to już bywa gorzej. Na wszelki tedy wypadek wielu piosenkarzy śpiewa po angielsku, to znaczy – tak mówią – ale to nie zawsze wystarcza. Żeby więc jakoś podnieść atrakcyjność swoich występów, przed wyjściem na estradę rozbierają się albo fizycznie, albo psychicznie, opowiadając o swoim życiu płciowym. Publiczności to nie przeszkadza, podobnie jak piosenki; podobają się wszystkie i wszystkie są oklaskiwane, bo jakże tu nie oklaskiwać, skoro już zapłaciło się za bilet? Podobnie jest w teatrze, gdzie oklaskiwanie sztuki, bez względu na jej wartość, należy do dobrego tonu.

Kiedyś bywało inaczej; w okresie międzywojennym w jednym z warszawskich teatrów wystawiono awangardową sztukę. Siedzący na sali Bohdan Zalutyński, nie mogąc już wytrzymać wstał i huknął, że za czasów carskich nigdy by nie ośmielono się wystawić czegoś takiego w miejskim teatrze, po czym wyprowadził z przybytku Melpomeny znaczną część publiczności na kolację.

Frymarczenie suwerennością

Stanisław Michalkiewicz  tygodnik „Goniec” (Toronto)  •  12 czerwca 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5195

1 czerwca Komisja Europejska pozytywnie zaopiniowała Krajowy Plan Odbudowy dla Polski. Ten Krajowy Plan Odbudowy, podjęty z inicjatywy Unii Europejskiej, miał dostarczyć krajom członkowskim środków na odbudowę gospodarek, zdewastowanych na skutek działań rządów, które pod pretekstem epidemii, przejęły władzę dyktatorską, bez oglądania się na konstytucyjne dyrdymały i na ręczne sterowanie gospodarką przez biurokratów, co zawsze musi skończyć się źle.

Żeby jednak Unia mogła „wspierać” kraje członkowskie, trzeba było wyposażyć Komisję Europejską w dwie dodatkowe kompetencje, których przedtem nie miała: uprawnienie do zaciągania zobowiązań finansowych w imieniu całej Unii oraz prawo do nakładania „unijnych” podatków.

Jak pamiętamy, ratyfikację ustawy o zasobach własnych Unii Europejskiej, która Komisję w te uprawnienia wyposażała, przeforsował płomienny obrońca suwerenności Polski, czyli klub parlamentarny Zjednoczonej Prawicy pod dyrekcją Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego przy pomocy klubu parlamentarnego Lewicy, reprezentującej obóz zdrady i zaprzaństwa. Komisja Europejska miała tedy się zapożyczyć u lichwiarzy, a potem przekazywać pieniądze już to w formie pożyczek, już to w formie subwencji członkowskim bantustanom,, które wskutek tego coraz bardziej przekształcałyby się w landy tysiącletniej Rzeszy.

Proces ten zaczął się stosunkowo wcześnie, bo już w 1993 roku, kiedy to wszedł w życie traktat z Maastricht, który w funkcjonowaniu Wspólnot Europejskich odchodził od formuły konfederacji, czyli związku państw, ku formule federacji, czyli państwa związkowego. W związku z tym, kiedy w czerwcu 2003 roku odbywało się u nas referendum akcesyjne, nie można było nie wiedzieć, do jakiej to Unii Polska jest przyłączana. Że Anschluss stręczył obóz zdrady i zaprzaństwa pod egidą Volksdeutsche Partei, to rzecz oczywista – ale warto przypomnieć, że w tym stręczycielstwie wziął udział również obóz płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm pod egidą patriotów patentowanych, czyli Jarosława i Lecha Kaczyńskich.

1 maja 2004 roku Polska, podobnie jak inne bantustany Europy Środkowej, została do Unii przyłączona, co – nawiasem mówiąc – stworzyło polityczne warunki dla realizowania przez Niemcy projektu Mitteleuropa z roku 1915. Z kolei 13 grudnia 2007 roku Donald Tusk jako premier rządu, w towarzystwie Księcia-Małżonka, jako swego ministra spraw zagranicznych, podpisali traktat lizboński – jak się z oświadczenia samego premiera Tuska okazało – bez czytania. Poniekąd słusznie, bo po co tu jeszcze to czytać, jak wpierw przeczytali starsi i mądrzejsi i kazali podpisać?

1 kwietnia 2008 roku odbyło się w Sejmie głosowanie nad ustawą upoważniającą prezydenta do ratyfikowania tego traktatu, który amputował Polsce ogromny kawał suwerenności, a o rozmiarach tej amputacji dowiadujemy się stopniowo aż do dnia dzisiejszego. Posłowie obozu zdrady i zaprzaństwa wespół z płomiennymi dzierżawcami, prezydenta do ratyfikacji zgodnie upoważnili, w następstwie czego traktat ten został przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego ratyfikowany 10 października 2009 roku, a wszedł w życie 1 grudnia, proklamując Unię Europejską, jako odrębny podmiot prawa międzynarodowego.

Przypominam o tym wszystkim, żeby niczyje zasługi, w dziedzinie frymarczenia suwerennością, nie zostały zapomniane.

Jak pamiętamy, Niemcy już od stycznia 2016 roku rozpoczęły przeciwko Polsce wojnę hybrydową, najpierw w postaci „walki o demokrację”, a kiedy „ciamajdan” w grudniu 2016 roku spalił na panewce, od lutego 2017 roku rozpoczęły „walkę o praworządność” w naszym bantustanie, w której to batalii coraz większą rolę odgrywał szantaż finansowy, coraz szerzej wspierany nie tylko przez instytucje UE, nie tylko przez folksdojczów w Parlamencie Europejskim, ale i przez znaczną część tubylczych niezawisłych sędziów, którzy zdążyli się rozsmakować w całkowitej bezkarności. Taki sojusznik jest z punktu widzenia niemieckiego znacznie bardziej wartościowy, niż jakieś „Polskie Babcie”, czy pan Mateusz Kijowski, więc walka o praworządność nabierała rumieńców, aż wreszcie Niemcy odrzuciły wszelkie pozory i postawiły Polsce ultimatum, że jak nie będzie ich słuchała, to nie dostanie złamanego centa. Ponieważ nasi panowie gangsterzy liczyli na te unijne pieniądze, to pan prezydent Duda wywiesił białą flagę, a Sejm w specjalnej ustawie przyjął niemieckie ultimatum.

W tej sytuacji Komisja Europejska, „pozytywnie zaopiniowała” Krajowy Plan Odbudowy dla Polski, a tę radosną wieść przyjechała nam osobiście zakomunikować pani Ursula von der Layen. Zaznaczyła jednak, że Polska nie dostanie ani centa, dopóki nie zacznie wprowadzać w życie niemieckich żądań nie tylko w dziedzinie wymiaru sprawiedliwości, ale również w różnych dziedzinach odległych. Problem w tym, że – jak to bywa z szantażystami – ultymatywne żądania mogą być mnożone dotąd, aż wreszcie Berlin uzna, że przejął pełną kontrolę nad Warszawą. Może się tedy okazać, że wywieszenie białej flagi przez pana prezydenta Dudę nie jest końcem, a zaledwie początkiem wypłukiwania z Polski pozostałych jeszcze resztek suwerenności. Tak chyba kombinuje też Naczelnik Państwa, bo na ostatnim mitingu swojego gangu, filuternie zasugerował, by – jak tylko coś pójdzie nie tak – zwalać na Unię wszystko to, czego nie będzie można zwalić na Putina. Przy takim podejściu organizatorzy frymarczenia suwerennością Polski będą się prezentowali, jako niewinne ofiary obcej przemocy.

Nie trzeba było długo czekać na potwierdzenie tych obaw, bo niemal nazajutrz Guy Verhofstadt, krzykliwy belgijski arywista, nawiasem mówiąc, kawaler Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej z 2004 roku, wystąpił z wnioskiem o odwołanie pani Urszuli ze stanowiska przewodniczącej Komisji Europejskiej, właśnie z powodu zbytniej pobłażliwości wobec Polski i rozpoczął zbieranie podpisów. Jak tam będzie, tak tam będzie, ale wydaje się, że w tej sytuacji Komisja Europejska tak łatwo Polsce nie odpuści, więc jest prawie pewne, że pan prezydent Duda będzie musiał wywieszać kolejne białe flagi tym bardziej, że rozrzutność rządu „dobrej zmiany” postawiła Polskę na skraju katastrofy finansowej.

Na razie Polska została zobowiązana do realizacji 115 „kamieni milowych”, czyli przeprowadzenia około 300 przedsięwzięć – na początek w dziedzinie sądownictwa. Wśród pozostałych niektóre wydają się pożyteczne, przynajmniej na pierwszy rzut oka, np. zmniejszenie obciążeń regulacyjnych i administracyjnych dla przedsiębiorców, ale wiele innych oznacza konieczność realizowania rozmaitych wariackich pomysłów w zakresie ochrony „planety” przed złowrogim „klimatem”, albo pomysłów niebezpiecznych w zakresie totalnej inwigilacji. Jak Polska będzie grzeczna i wszystko w podskokach zrealizuje, to w nagrodę będzie mogła dostać niecałe 24 mld euro w formie grantów i 11,5 mld euro w formie pożyczek. Oczywiście wszystkiego nie da się zrobić natychmiast, więc rzecz jest rozłożona na lata. Tymczasem w roku 2027, kiedy to zakończy się okres obecnego budżetu UE, polska składka ma wynieść 6,8 mld euro stopniowo wzrastając z ponad 4 mld w roku 2020. Sumując te składki od roku 2022 do roku 2027, znaczy to, że nasi Umiłowani Przywódcy przefrymarczyli suwerenność tylko za około 4-5 mld euro. Znając ich nie wierzę, by zrobili to bezinteresownie, bo czyż z takiej sumy nie można wykroić sporo fortun na założenie starych rodzin?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Ostateczne zwycięstwo Ukrainy i Tuska

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)  •  5 czerwca 2022

Wojna na Ukrainie trwa już ponad 3 miesiące i ostateczne zwycięstwo musi być już w zasięgu ręki. Jak bowiem donoszą źródła ukraińskie, Rosjan, to znaczy – zbrodniarzy wojennych Putina – ogarnia „panika”. Najwyraźniej obawiają się sądu zagniewanego ludu, którym kiedyś Józef Stalin groził Adolfowi Hitlerowi. Nasze papugi oczywiście to wszystko słowo w słowo powtarzają, bohatersko wspierając w ten sposób Ukrainę, w której – tylko patrzeć – jak zakocha się cały świat. No, może nie od razu, bo gdyby tak wszyscy na raz się zakochali, to mogłoby to wzbudzić wątpliwości, co do autentyczności takiego masowego uczucia – w związku z czym świat zakochuje sie w Ukrainie po kolei.

Naszemu nieszczęśliwemu krajowi przypadł ten zaszczyt, że – jak przystało na wzorowego ormowca – zakochał się pierwszy, w związku z czym pan prezydent Duda już nie wie, jakby tu się Ukrainie przypodobać. Odbył pielgrzymkę do Kijowa, podczas której zadeklarował, że „nic” nie oddzieli Polski od Ukrainy. Natychmiast podchwycił to Wielce Czcigodny Paweł Kowal stręcząc mniej wartościowemu narodowi polskiemu „nierozerwalny sojusz” z Ukrainą. Wszystko to być może, bo jeśli wojna jeszcze trochę potrwa, to ci, którzy doczekają ostatecznego zwycięstwa, wcześniej przeniosą się do Polski i w ten sposób unia stanie się faktem.

Ponieważ jest rozkaz, by się z tego radować, to wszyscy posłusznie się radują, bo jak ktoś w okazywaniu radości wykazuje opieszałość, to zainteresuje się nim Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która najpierw zdemaskuje go, jako ruskiego agenta, a potem odda w surowe ręce sprawiedliwości ludowej.

Toteż przykład idzie z góry, bo jak wiadomo, ryba psuje się od głowy. Nasi Umiłowani Przywódcy właśnie odnieśli wielki sukces na forum Unii Europejskiej. Nie, nie chodzi o odblokowanie pieniędzy dla Polski, aż tak dobrze to nie jest tym bardziej, że żmudny proces likwidowania Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego napotyka rozmaite trudności. Chodzi o to, że PiS chciałby sędziów tej likwidowanej Izby przenieść w stan spoczynku, nie wiecznego, tylko zwyczajnego, czyli zapewnić im miękkie lądowanie, ale wpływowa w Senacie Volksdeutsche Partei chce ich stamtąd zwyczajnie powyrzucać na tak zwany zbity łeb.

Jak tam będzie, tak tam będzie, ale tak czy owak wydaje się to bez znaczenia, bo właśnie niezawiśli sędziowie, których Nasza Złociutka Pani w 2017 roku rzuciła na pierwszą linię frontu walki o praworządność w naszym bantustanie, donoszą do UE, żeby nie dała się nabrać na te filuterie pana prezydenta Dudy, co to by chciał, żeby i wilk był syty, ale i owca cała. Do odblokowania forsy jest chyba jeszcze daleko, natomiast sukces Naszych Umiłowanych Przywódców, a w szczególności – pana premiera Morawieckiego, co to dałby sobie uciąć nogi, ręce a może i jeszcze coś, byleby tylko dokuczyć złemu Putinowi – otóż ten sukces polega na tym, iż UE przyjęła szósty pakiet sankcji przeciwko Rosji. Polega on na nałożeniu embarga na ruską ropę, ale w taki sposób, że embargo dotyczy tylko ropy transportowanej tankowcami, natomiast nie obejmuje ropy tłoczonej rurociągami. Korzystają z tego państwa śródlądowe; przede wszystkim Węgry, co jest niewątpliwą zasługą premiera Wiktora Orbana, ale również Czechy i Słowacja, a nawet Bułgaria. Polska jak zwykle zostanie z fiutem w garści, bo skończy się to na tym, że będzie musiała kupować ruską ropę, przetworzoną, albo nie, od Węgier, a może nawet od mężnych Czechów lub Słowaków.

Najwyraźniej Pan Bóg już nie słucha suplik Matki Boskiej Królowej Polski, bo wprawdzie głupota ludzka może być porównywana z Boską cierpliwością, ale bez przesady. Jakże inaczej wyjaśnić sytuację, w której Polska dała Ukrainie ileś tam czołgów i samobieżnych haubic „Krab”, ale z Niemiec jak dotąd żadnego czołgu nie dostała. Nasi Umiłowani Przywódcy twierdzą, że mieli to obiecane, ale chyba nie na piśmie, tylko tak, jak w swoim czasie Wielce Czcigodnej „Pulardzie” – ktoś coś obiecał między schodami a toaletą w gmachu Parlamentu Europejskiego, a może nawet gdzieś indziej. Rząd niemiecki bowiem na lamenty pana premiera Morawieckiego robi wielkie oczy i łagodnie tłumaczy że „musiało zajść jakieś nieporozumienie”. Słowem – jak tak dalej pójdzie, to będziemy skazani wyłącznie na tak zwane „zwycięstwa moralne” w których nasz nieszczęśliwy kraj ma nawet sporą eksperiencję. Jak powiada pobożny poseł Grzegorz Braun – „Szczęść Boże, ratuj się, kto może!

Tymczasem ludowa sprawiedliwość wreszcie, to znaczy – po raz kolejny zatriumfowała. Oto definitywnie (?) zakończył się proces dwojga małżonków P., którzy przez niezawisłe sądy, a nawet sejmową komisję śledczą, zostali uznani za głównych winowajców słynnej w swoim czasie afery „Amber Gold”. Jak pamiętamy, naiwniacy, którzy uwierzyli, że kartki papieru to jest złoto, zostali wydymani na 850 mln złotych. Kto wziął szmalec i gdzie schował – tego do dzisiaj nie wiadomo, ale nawet gdyby małżonkowie P. dostali z tego 1 procent, to i tak wystarczyłoby im to na 50-60 lat. Pewnie dlatego milczą jak zaklęci, a niezawisłe sądy ze znanego na całym świecie z niezawisłości gdańskiego okręgu sądowego, skwapliwie wierzą, że poza małżonkami P. w aferze „Amber Gold” żadni inni szatani nie byli czynni. Podobnie sejmowa komisja śledcza, która po przewodnictwem pięknej i Wielce Czcigodnej Małgorzaty Wassermann stwierdziła, że „organy państwowe” zachowały się w tej sprawie „niewłaściwie” – ale nie odważyła się już odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak się stało, to znaczy – kto kazał organom państwowym zachowywać się „niewłaściwie”. [Bo przypuszczenie, że był to Igor Kolomojski jest niemożliwe: Byłby to anty -semityzm splątany z anty-ukrainizmem!!. MD]

Toteż wcale bym się nie zdziwił, gdyby ci sami, którzy wcześniej organom państwowym kazali zachowywać się niewłaściwie w sprawie „Amber Gold”, zasugerowali to samo pięknej pani Małgorzacie, której pewnie takich rzeczy nie trzeba by dwa razy powtarzać. Wyobrażam sobie jak z ostatecznego wyroku, w którym Marcin P. został skazany na 15 lat, więc wyjdzie już po pięciu, podczas gdy jego małżonka – na 11, 5 roku, więc wyjdzie już po trzech, musiał ucieszyć się Donald Tusk, który w tę sprawę był zamieszany nie tylko przez syna, ale również przez działaczy Volksdeutsche Partei, którzy, na podobieństwo ruskich burłaków na Wołdze, na lotnisku imienia Kukuńka, ciągnęli ręcznie samolot OLT Ekspres, która to firma powstała na skutek wykupienia niemieckiej Lufttransport i YES Airways przez „Amber Gold”. Kiedy wybuchła afera, firma zawiesiła działalność, a w roku 2013 w ogóle się rozwiązała, cztery samoloty zostały sprzedane, a niezależna prokuratura wszczęła tak zwane energicznie kroki dopiero, jak wszelka forsa rozwiała się w nocy i mgle. W tej sytuacji lepiej rozumiemy, dlaczego Donald Tusk i Volksdeutsche Partei tak się poświęca walce o praworządność, no a i niezawiśli sędziowie też nie dają się w tym nikomu wyprzedzić.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Zostaniemy oligarchami?

Stanisław Michalkiewicz 2 czerwca 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5189

Wśród niezliczonych zbrodni wojennych, jakich na Ukrainie dopuszcza się Putin (sama Ukraina prowadzi 14 tysięcy śledztw, znacznie więcej, niż wynoszą jej straty w ludziach, bo Rosjanie strzelają tam przeważnie do cywilów, a szczególnie uwzięli się na dzieci), jest rabunek nie tylko lodówek, czy muszli klozetowych, ale również bardziej wartościowych rzeczy, jak np. zapasy zboża, które jest wywożone do Rosji.

To oczywiście bardzo nieładnie, bo nawet typowe dla ustroju socjalistycznego, przejściowe trudności w zaopatrzeniu ludności w podstawowe artykuły, nie mogą przecież być żadnym usprawiedliwieniem. Chociaż nieładnie, to jednak inspirująco, bo oto słyszymy, że państwa miłujące pokój zaczynają wkraczać na tę samą drogę. Wprawdzie żadne z nich, nawet nasz nieszczęśliwy kraj, który zresztą niedługo zostanie pewnie przyłączony do Ukrainy, jak nie jako łup wojenny, to jako rekompensata za utracone tereny na wschód od Dniepru, nie wypowiedziało Rosji wojny, ale to nikogo nie powstrzymuje przed nakładaniem „sankcji” nie tylko na Federację Rosyjską, ale nawet na jej obywateli. Pozorem uzasadnienia legalności rabunku ich mienia jest okoliczność, że są oni „oligarchami”.

Ale „oligarchowie” są również na Ukrainie i właśnie jeden z nich, Rinat Achmetow, zamierza procesować się z Putinem o odszkodowanie za zniszczone zakłady metalurgiczne „Azowstal” w Marioupolu. Ten Rinat Achmetow jest miliarderem, więc starczy mu forsy nie tylko na cały pułk adwokatów, ale również na niezawisłych sędziów, więc tylko patrzeć, jak wygra proces i uzyska korzystny wyrok zaoczny. Jednak on jest „oligarchą” ukraińskim, więc chociaż nawet nie jest Żydem, jak np. wynalazca prezydenta Żełeńskieego, Igor Kołomojski, więc w odróżnieniu od „oligarchów” rosyjskich, jego majątek jest pod międzynarodową ochroną.

Ten przypadek pokazuje, że z „oligarchami” jest tak, jak z sukinsynami. Jak wiadomo, dzielą sie oni na dwie grupy; tak zwanych „naszych sukinsynów” i na sukinsynów jakichś takich nie naszych. Naszych sukinsynów hołubimy i nawet stawiamy ich na czele rozmaitych zaprzyjaźnionych nieszczęśliwych krajów w charakterze Umiłowanych Przywódców, podczas gdy sukinsynów jakichś takich nie naszych, tępimy, skazując ich nawet na karę śmierci przez powieszenie. Ten podział nie jest jednak sztywny, bo dotychczasowy, wieloletni nasz sukinsyn, w jednej chwili może zostać sukinsynem jakimś takim nie naszym, a wtedy marny jego los. Tak właśnie było z Saddamem Husajnejm . Dopóki wojował z Iranem, był sukinsynem naszym, a potem, kiedy zaczął wojować z Kuwejtem, trafił do tej długiej grupy i w końcu dosięgnęła go surowa ręka sprawiedliwości ludowej za pośrednictwem niezawisłego irackiego sądu. Podobna sytuacja przytrafiła się afrykańskiemu mężowi stanu, znanemu jako Józef Desire Mobutu Sese Seko Kuku Mgbendu wa za Banga. Władał on przez kilkadziesiąt lat Zairem jako nasz sukinsyn. Zdarzyło się jednak, że w prowincji Katanga pojawił się jegomość zwany Wawrzyńcem Kabilą, który amerykańskim koncernom górniczym zaoferował znacznie korzystniejsze warunki koncesji na wydobycie tamtejszych, bajecznych bogactw mineralnych. I co się okazało? Okazało się, że Józef Desire Mobutu – i tak dalej – w jednej chwili przestał być naszym sukinsynem i nie tylko został sukinsynem jakimś takim nie naszym, ale w dodatku okazało się, że „łamie prawa człowieka”. W rezultacie umarł w Maroku, a rządy w charakterze naszego sukinsyna objął Kabila, który założył dynastię, więc po jego śmierci w wyniku zamachu, nowym Umiłowanym Przywódcą został jego syn Józef, który, ma się rozumieć, korzystne warunki koncesji dla amerykańskich koncernów utrzymał.

Wróćmy jednak z tych egzotycznych stron na teren naszego nieszczęśliwego kraju, Najwyraźniej pozazdrościwszy innym krajom miłującym pokój, a pewnie i wysłuchawszy zachęty Naszego Najważniejszego Sojusznika, Nasi Umiłowani Przywódcy z rządu „dobrej zmianywpadli na pomysł zmiany konstytucji w taki sposób, by można było konfiskować nie tylko mienie Federacji Rosyjskiej, z którą formalnie nie jesteśmy w stanie wojny, ale nawet majątki obywateli tego państwa, których w tym celu trzeba by awansować do rangi „oligarchów”, będących w dodatku sukinsynami jakimiś takimi nie naszymi. Umiłowani Przywódcy z obozu zdrady i zaprzaństwa tłumaczyli im, że w tym celu nie trzeba wcale zmieniać konstytucji, bo wystarczy, żeby na podstawie dotychczasowej wprowadzić rewolucyjną praktykę i wszystko będzie gites tenteges, podobnie jak w innych, miłujących pokój krajach, które „konfiskują” ruskie majątki, chociaż też nie są z Rosją w stanie wojny.

Ale bo też, zgodnie z odpowiedzią, której w swoim czasie udzieliło swemu słuchaczowi Radio Erewań, obecnie nie ma żadnych „wojen”, tylko albo „operacje pokojowe”, albo „misje stabilizacyjne”, albo „walki o pokój”, a ostatecznie – „operacje specjalne”. Dlatego państwa miłujące pokój mogą brać w nich udział bez obawy poobcierania sobie puszku pierwotnej niewinności.

Oczywiście przyczyną takiej rewolucyjnej praktyki, funkcjonującej na bazie opisanej wyżej rewolucyjnej teorii, jest umiłowanie pokoju i praworządności, ale tak naprawdę chodzi również o to, że państwa miłujące pokój przeżywają trudności finansowe. Spowodowane są one zarówno przez uprawianie polityki przekupywania obywateli ich własnymi pieniędzmi, aktywizmem epidemicznym, który nakazuje zamykanie całych gałęzi gospodarki, jak i wojną, jaką Rosja prowadzi na Ukrainie z NATO i państwami uzależnionymi od Stanów Zjednoczonych, czyli państwami należącymi do „wolnego świata”. W dodatku, niezależnie od wydatków związanych z tą wojną, a ściślej – „operacją specjalną”, do jakich podczas konferencji w Ramstein zobowiązał ich amerykański sekretarz obrony Lloyd Austin, trzeba będzie tak czy owak Ukrainę „odbudowywać”. Do tego pomysłu odniósł się entuzjastycznie podczas swojej pielgrzymki do Kijowa pan prezydent Andrzej Duda, ale w porywie entuzjazmu nie pomyślał, że pociąga to za sobą konsekwencje finansowe. Toteż pan premier Morawiecki, który musi znaleźć dla pomysłów pana prezydenta sposoby finansowania, bo w przeciwnym razie pan prezydent przestanie go popierać w konflikcie z ministrem Ziobrą.

Świadom nadciągającej katastrofy finansowej państwa, wykombinował sobie, by finansować odbudowę Ukrainy ze skonfiskowanego mienia Federacji Rosyjskiej i oczywiście – tamtejszych „oligarchów”. Nie ma w tym nic dziwnego, bo już Alexis de Tocqueville zauważył że nie ma takiego okrucieństwa, ani takiej niesprawiedliwości, jakiej nie dopuściłby się rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy. Gdyby zatem z konstytucją jednak nie wyszło – a chyba nie wyszło – rząd „dobrej zmiany” już kombinuje nad stworzeniem pozorów legalności dla konfiskowania samochodów obywateli posadzonych o wykroczenia drogowe. W ten sposób zostaną oni zrównani z „oligarchami”, ale jakimiś takimi nie naszymi.

Marzenia leciwych dziewcząt

Stanisław Michalkiewicz 31 maja 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5188

Socjały nudne i ponure” – jak socjalistów określał Julian Tuwim w wierszu: „Autor uprasza liczne zastępy bliźnich, aby go w d… pocałowali” – są przekonane, że siłą napędową dziejów są stosunki własnościowe, czyli tzw. „micha”. Toteż starają się oni, albo w sposób łagodniejszy, ewolucyjny, albo w sposób brutalny, rewolucyjny, te stosunki własnościowe skorygować.

Na przykład żydowski teoretyk ludobójstwa Karol Marks uważał, że jeśli tylko zlikwiduje się własność, to państwo zostanie zastąpione przez „społeczeństwo wolnych wytwórców” i nastanie okres wiecznej szczęśliwości, bo na tym zakończy się historia. Ciekawe, że stanowi to rodzaj karykatury wizji innego Żyda, św. Jana z „Apokalipsy”, dotyczącej „nowego nieba i nowej ziemi” – że „czasu już więcej nie będzie”.

Ale Marks nie miał bynajmniej zamiaru objaśniania mechanizmów rządzących światem, których być może w ogóle nie znał, bo – jak sam powiedział – dotychczas filozofowie objaśniali świat, a chodzi o to, by go zmienić. Toteż wykombinował sobie, że jak zlikwiduje własność, to wszystko będzie gites tenteges. Jest dla mnie zagadką, jak to się stało, że takie brednie zdobyły sobie tylu wyznawców. Pewne światło rzuca na to uwaga Dantona, który twierdził, że najlepszym sposobem zapewnienia sukcesu rewolucji, jest wciągnięcie możliwie największej liczby ludzi do zbrodni, wtedy nie mają już odwrotu i w służbie rewolucji muszą dopuszczać się coraz to nowych zbrodni.

Taki właśnie wniosek wyciągnął też Lenin, rzucając hasło: „grab nagrabliennoje” – które wcześniej nadało dynamikę rewolucji francuskiej. Ktoś, kto zamordował właściciela, by zagrabić jego własność, musi rewolucję wspierać, bo w przeciwnym razie nie tylko straci to, co zrabował, ale jeszcze pójdzie na stryczek za to, co nabroił. Ale rewolucja ma własną dynamikę i gdyby ktoś w 1917 i 1918 roku przekonał rosyjskich chłopów, że ich rewolucyjni hersztowie nie będą tolerowali prywatnej własności również u nich i że kilkanaście lat później będą oni konali z głodu we wsiach otoczonych kordonami wojsk NKWD, to może by bolszewików nie poparli.

Niestety na świecie jest stosunkowo niewielu ludzi potrafiących przewidzieć skutki własnych działań, bo przewagę liczebną mają durnie, toteż liczba wyznawców socjalizmu, mimo fatalnych z nim doświadczeń, nie powinna budzić aż takiego zdziwienia.

Wygląda na to, że głosząc, jakoby „siłą napędową dziejów były stosunki własnościowe”, Marks jak zwykle się pomylił, co wytknął mu nawet jeden z jego wyznawców Antoni Gramsci, według którego rewolucja powinna się dokonać w sferze kultury, bo to ona – a nie stosunki własnościowe – jest głównym czynnikiem zniewalającym.

No dobrze – ale co to właściwie jest, ta kultura, z czego się ona bierze? Wiele, a może nawet wszystko wskazuje na to, że bierze się ona z wyobraźni. Ileż wyobraźni było potrzeba, by stworzyć szalenie skomplikowany panteon egipski, czy grecki, które w znacznym stopniu, a może nawet w ogóle, zdeterminowały życie tamtejszych ludzi? Ale o ile wyobraźnia wydaje się dla kultury konieczna, to nie wyczerpuje ona jej bogactwa. Drugim czynnikiem wydaje się dociekliwość, czyli pragnienie poznania, jak jest naprawdę. O ile tedy wyobraźnia wprowadza nas w sferę szeroko pojmowanej sztuki, to z kolei dociekliwość znajduje spełnienie w poznaniu, czyli wiedzy, której zdobywanie, gromadzenie i przekazywanie stanowi naukę. Sztuka i nauka, czyli Piękno i Prawda składają się na kulturę, która – według Gramsciego – miałaby stanowić główny czynnik zniewalający człowieka. Wydaje się oczywistą nieprawdą, jako że kultura stanowi istotę człowieczeństwa, więc jeśli socjaliści chcą przeciwko kulturze wystąpić i zastąpić ją jakąś imitacją, to znaczy, że ich ideologia stanowi ogromne niebezpieczeństwo dla rodzaju ludzkiego, że komunizm jest antycywilizacyjny i antyludzki.

Niestety komuniści są też ludźmi, a w każdym razie – istotami człekopodobnymi, niczym dla Żydów tak zwani „goje” – a jednym z dowodów na ich pokrewieństwo z ludźmi są marzenia. I oto rąbka tajemnicy na temat swoich marzeń właśnie uchyliła Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus, zwierzając się pani redaktor Elizie Michalik w następujących słowach: „ja bym marzyła, żeby premierem był Krzysztof Śmiszek. Chciałabym, żeby przyszłymi ministrami były osoby kompetentne i żeby były to kobiety, żeby ta szala na ważnych stanowiskach przechyliła się po stronie kobiet.” Ponieważ wiadomo, że Kopernik była kobietą, więc dlaczego nie mógłby nią zostać i Wielce Czcigodny Krzysztof Śmiszek? Jestem pewien, że skoro osoba legitymująca się dokumentami wystawionymi na nazwisko „Anna Grodzka” to potrafiła, a w każdym razie tym się przechwalała, to dlaczego nie mógłby tego dokonać pan Śmiszek, przepoczwarzając się w Krystynę Śmiszkównę? Nie takie rzeczy robią dzisiaj chirurgowie, którym podobno udaje się nawet przeszczepianie jednych warg na miejsce drugich, więc żadnych przeszkód nie ma. Problem w tym, czy umiejętność takiego przepoczwarzania stanowi wystarczającą kwalifikację na premiera rządu całkiem sporego państwa europejskiego? Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus uważa, że jak najbardziej, bo czyż w przeciwnym razie stręczyłaby nam kandydaturę Wielce Czcigodnego pana Śmiszka na premiera? Obawiam się jednak, że kandydat na premiera powinien nieć kwalifikacje znacznie szersze nawet od pana Mateusza Morawieckiego, który przynajmniej z niejednego komina wygartywał, czego nie można powiedzieć o Wielce Czcigodnym Krzysztofie Śmiszku, który, zdaje się, wygartuje zaledwie z jednego. Czy w takim razie powinniśmy zaufać Wielce Czcigodnej Joannie Scheuring-Wielgus co do Wielce Czcigodnego pana Śmiszka? Mam poważne wątpliwości, podobnie jak co do pozostałych marzeń Wielce Czcigodnej Joanny, która posiadanie rozmaitych kompetencji wiąże z płcią, dając do zrozumienia, że osobami kompetentnymi na stanowiska, dajmy na to, ministrów, są kobiety – bo jakże inaczej rozumieć jej uwagę, iż chciałaby, „by ta szala na ważnych stanowiskach przechyliła się po stronie kobiet”? Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus niewątpliwie jest kobietą – o ile takich rzeczy można być w dzisiejszych czasach pewnym – ale wniosek, jaki z tego wszystkiego można wyciągnąć, to ten, że – jak mawiał Franciszek książę de La Rochefoucauld – jest zadowolona z własnego rozumu. To nic złego, jednak pod warunkiem, że te marzenia dziewcząt nie zostaną zrealizowane, bo mogłoby to być jeszcze gorsze od realizacji marzeń Marksa i Lenina, którzy – oprócz tego, że byli Żydami – byli również mężczyznami płci męskiej.

Wojna powszednieje. Czym straszyć, zajmować i bawić tłumy?

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5187 29 maja 2022

Papież Franciszek zapytany o prawdopodobną przyczynę wojny, jaką Rosja prowadzi z NATO na Ukrainie wyraził przypuszczenie, że było nią „szczekanie NATO pod rosyjskimi drzwiami”. Jak pamiętamy, wzbudziło to ostentacyjne zgorszenie nie tylko zawodowych i postępowych katolików, którzy skwapliwie przestrzegają przykazań nowych, nadanych nam przez Naszego Pana z Waszyngtonu, ale również Juderatu, bo wiadomo od dawna, że nic tak nie gorszy, jak prawda. Sęk w tym, że nie wiadomo do końca, czy przypuszczenie papieża Franciszka co do przyczyn wojny na Ukrainie jest trafne.

Istnieją bowiem podejrzenia, że wojna ta wybuchła, by przykryć aferę z „Pegasusem”, która wybuchła zaraz po tym, jak pan mecenas Roman Giertych odkrył, że był inwigilowany. Wkrótce potem takie odkrycia porobiły również inne znane osobistości i nie wiadomo, jak by się to skończyło, gdyby nie wojna na Ukrainie, w porównaniu z którą „Pegasus” zszedł na plan dalszy i wydawało się nawet, że w ogóle zniknął. Ale wojna na Ukrainie zaczyna się przeciągać, w związku z czym ludzie przyzwyczajeni do przeżywania codziennie czegoś nowego, stopniowo tracą nią zainteresowanie, chociaż ukraiński sztab generalny dokonuje cudów pomysłowości, by zainteresowanie wojną podtrzymać.

Ponieważ spowszedniały doniesienia o zbrodniach na cywilach, a nawet o gwałtach na kobietach, to ostatnio okazało się, że rosyjscy żołnierze znajdują szczególne upodobanie w gwałceniu niemowląt. Nie wiadomo, na jak długo to starczy, więc ludzie przewidujący postanowili reanimować „Pegasusa”. Jak tylko Senat po raz kolejny stanął murem w obronie immunitetu pana marszałka Grodzkiego, podejrzewanego o branie łapówek, zaraz wznowiła działalność nadzwyczajna komisja do spraw inwigilacji, przez którą właśnie „wysłuchany” został pan Adam Bodnar, chwilowo bez przydziału mobilizacyjnego. Nieomylny to znak, że zbliżają się wybory parlamentarne, w których pan Adam pewnie będzie chciał wziąć udział w charakterze kandydata na Umiłowanego Przywódcę. Zresztą nie tylko on, bo inni też się przymierzają. Wśród nich – obóz zdrady i zaprzaństwa, w którym bryluje Donald Tusk na czele Voldsdeutsche Partei, chociaż na mieście krążą fałszywe pogłoski, że jest podgryzany przez pana Rafała Trzaskowskiego, co to niedawno odbył nawet pielgrzymkę do Naszego Najważniejszego Sojusznika, który na początek dał mu do potrzymania rękę. Kto wie, czy to nie będzie miało w przyszłym roku wyborczym decydującego znaczenia. Tak czy owak, przeprowadzony został nawet sondaż, z którego wynikało, że obóz zdrady i zaprzaństwa, oczywiście pod warunkiem, że zewrze szeregi i pośladki [oj, może jednak odwrotnie?? md] , uzyskałby nawet 50 procent głosów, odsuwając w ten sposób od rządów obóz płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm. Sęk w tym, że chyba jednak nie zewrze, bo np. pobożny poseł Gowin, który przyszedł już do siebie po załamaniu spowodowanym utratą stanowiska wicepremiera, nie chce stawać do wyborów z tej samej listy, co bezbożny poseł Włodzimierz Czarzasty, czy, dajmy na to, pan Biedroń. Nawiasem mówiąc, moja faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus puściła wodze fantazji, zwierzając się pani red. Elizie Michalik, iż marzy jej się, by przyszłym premierem został pan Krzysztof Śmiszek, prywatnie l’ami pana Biedronia. Mało to prawdopodobne, bo z Volksdeutsche Partei i z Lewicą nie chcieliby również startować „ludowcy” z Marszałkowskiej. Już woleliby z panem Hołownią i ewentualnie – również z pobożnym posłem Gowinem.

Charakterystyczne jest, że ani obóz zdrady i zaprzaństwa, ani obóz płomiennych dzierżawców, nie przewiduje fraternizowania się z Konfederacją. Kiedy jednak przypomnimy kampanię wyborczą z roku 2020, kiedy to partie tworzące „bandę czworga” (KO, Lewica, PSL i Zjednoczona Prawica) licytowały się, która wyda więcej pieniędzy, podczas gdy Konfederacja w tej licytacji udziału nie wzięła wyjaśniając, że nie będzie nikomu nic dawała, ale też nie będzie odbierała, to jasne jest, że ponad podziałami traktują one Konfederację, jak wroga, bo gdyby program przez nią głoszony zaczął być realizowany, to straciłyby one rację bytu.

Tymczasem Zjednoczona Prawica najwyraźniej stawia na rozrzutność, dając każdemu wszystko, co tylko można sobie wyobrazić i nawet planując „program pilotażowy” w landzie warmińsko-mazurskim, by każdemu obywatelowi wypłacać miesięcznie po 1300 zł tylko za to, że istnieje. W tej sytuacji Donald Tusk und Volksdeutsche Partei nie jest w stanie przelicytować Naczelnika Państwa, więc głosi potrzebę „rozdziału państwa od Kościoła”, czy może odwrotnie – i że jak tylko obejmie władzę, to natychmiast rozdzieli, aż będą leciały wióry, Tak samo podczas słynnej „Rozmowy w kartoflarni” odgrażał się Gnom: „Gdy tylko w Polsce obejmę władzę, szereg surowych ustaw wprowadzę. Za krowobójstwo, za świniobicie, będę odbierał mienie i życie”. Wyobrażam sobie, jak taki program udelektowałby Wielce Czcigodną Sylwię Spurek, a także – grafinię Różę Thun und Handehoch, która przestrzega, że z krowobójstwa i świniobicia będziemy musieli gęsto tłumaczyć się na Sądzie Ostatecznym. Kto by pomyślał, że u potomstwa zawodowych katolików ekumenizm zejdzie aż do tego poziomu?

Tymczasem w naszym nieszczęśliwym kraju inflacja wspaniale się rozwija i rząd obwinia za to Putina, ale chyba nie jest dobrze, bo pan premier Morawiecki, który chyba musi wiedzieć, jak jest naprawdę, niedawno wystąpił z rozpaczliwym pomysłem, by Norwegia podzieliła się z Polską dochodami z eksportu ropy i gazu. Rząd norweski, najwyraźniej podejrzewając możliwość psychicznego kryzysu u pana premiera, wprawdzie mu odmówił, ale bardzo łagodnie.

Za to pan prezydent Duda, podczas pielgrzymki do Kijowa został owacyjnie powitany przez tamtejszą Radę Najwyższą. Inna rzecz, że zachowywał się tak, jakby starał się o rękę sławnej śpiewaczki i wypada tylko żałować, że nie angażuje się tak w obronę polskich interesów państwowych, jak w obronę interesów ukraińskich. Być może uważa, że to wszystko jedno, chociaż w Kijowie nie posunął się aż tak daleko, jak 3 maja, kiedy ogłosił rychłą likwidację granicy polsko-ukraińskiej. Widocznie ktoś starszy i mądrzejszy go zmitygował, bo mówił tylko, że ta granica powinna „”łączyć”, a nie „dzielić” – ale jeśli tak, to przynajmniej musi istnieć. Poza tym stanowczo stwierdził, że Ukraina będzie „odbudowana”, a koszty tej odbudowy „musi” ponieść Rosja. Nic dziwnego, że Ukraińcom przemówienie prezydenta Dudy się spodobało tym bardziej, że oto mieli dowód, iż głowa państwa polskiego zaczyna tracić kontakt z rzeczywistością, a w tej sytuacji obcinanie kuponów z prezentowania na arenie międzynarodowej Ukrainy jako państwa specjalnej troski może być jeszcze łatwiejsze. Nie wszyscy jednak myślą tak, jak pan prezydent Duda, bo ostatnio 99-letni Henry Kissinger zauważył, że Ukraina powinna wrócić do granic sprzed wojny, bo w interesie stabilizacji w Europie nie leży nie tylko rozczłonkowywanie, ale nawet osłabianie Rosji, a już wpychanie jej w trwały sojusz z Chinami nie leży nawet w interesie Ameryki. W Ameryce na razie nikt inny tak nie mówi, może poza Normanem Finkelsteinem, ale w Europie, to znaczy w Niemczech, we Francji i we Włoszech, zaczyna się dostrzegać zniecierpliwienie ręcznym sterowaniem Europą przez Stany Zjednoczone pod pretekstem wojny.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Komu jeszcze toto służy? [Chodzi o „rząd” w Warszawie]

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  •  26 maja 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5185

Incydent z rosyjskim ambasadorem w Warszawie, oblanym czerwoną farbą przez powiązaną z fundacją „Otwarty Dialog” ukraińską „aktywistką”, stwarza dobrą okazję do postawienia pytania, czy instytucje państwowe odpowiedzialne za przestrzeganie prawa i utrzymywanie porządku wykonują swoje obowiązki, czy też zajmują się już wyłącznie kręceniem lodów i wykonywaniem politycznych obstalunków – dobrze, gdyby przynajmniej polskich, ale co do tego pewności już nie ma. Okazuje się bowiem, że z tajemniczych powodów niektórych osób i organizacji państwo polskie zwyczajnie się boi. Przykładem niech będzie wspomniana fundacja „Otwarty Dialog”, której przewodzi małżeństwo: pani Ludmiła Kozłowska i pan Bartosz Kramek. Wprawdzie pani Kozłowska, na mocy jakiejś desperackiej decyzji Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, została uznana w Polsce i w całej Unii Europejskiej za osobę niepożądaną, ale za to – jak mogliśmy się przekonać – władze Unii Europejskiej urządziły jej w ramach przebłagania, prawdziwy festiwal, natomiast pan Bartosz Kramek sprawia wrażenie, jakby cieszył się na terenie naszego bantustanu przywilejem nietykalności i eksterytorialności. Nawiasem mówiąc, w swoim czasie, to znaczy – po wojnach opiumowych w Chinach – takimi przywilejami cieszyli się ludzie biali, co oczywiście zachęcało ich do rozmaitego, często złośliwego, dokazywania. Tak samo było, a właściwie jest w przypadku pana Bartosza Kramka. Korzystając z pretekstu, jakim było zorganizowanie przez prezydenta Łukaszenkę naporu na polską granicę tak zwanych „uchodźców”, pan Bartosz Kramek na czele zwerbowanej przez siebie grupy „aktywistów” płci obojga, przed kamerami telewizji, które całkowicie przypadkowo tam się zjawiły, podobnie jak w głuchych lasach pod Wodzisławiem Śląskim podczas obchodów urodzin Hitlera, zabrał się za demontowanie granicznych zasieków.

Obecne tam służby, w postaci Straży Granicznej, policji i Wojsk Obrony Terytorialnej, początkowo nie reagowały, chociaż na dobry porządek, w obliczu oczywistego przestępstwa, powinny ostrzec sprawców, że jeszcze jeden krok do przodu i otworzą ogień, ograniczyły się do rozpaczliwej szarpaniny, w następstwie której całe towarzystwo zostało zatrzymane, ale już następnego dnia niezawisły sąd „powinność swej służby zrozumiał” i kazał wszystkich wypuścić. Czy dlatego, że część niezawisłych sędziów, podobnie jak część polityków, głównie z Volksdeutsche Partei, jawnie sprzyja antypolskim i antywęgierskim działaniom, podejmowanym przez Niemcy z wykorzystaniem instytucji Unii Europejskiej w celu odzyskania w obydwu tych krajach swoich wpływów politycznych, czy też, nie zdając sobie sprawy z międzynarodowego kontekstu swoich działań, gotowa jest na wszystko, byle rządowi „dobrej zmiany” zrobić na złość – to nieistotne, bo takie przyzwolenie na ostentacyjne łamanie prawa stanowi dla szeregowych funkcjonariuszy służb wymowny sygnał, by specjalnie się nie angażować. Oczywiście rozzuchwala to rozmaitych „aktywistów” w rodzaju „babci Kasi”, która ma zwyczaj szarpania się z policjantami i wymyślania im przy każdej okazji, podobnie jak uczestniczki demonstracji urządzanych przez „Strajk Kobiet”, które epatowały wszystkich i próbowały straszyć swoimi „macicami”.

Ukraińska „aktywistka”, która przyznała się, a właściwie pochwaliła oblaniem rosyjskiego ambasadora czerwoną farbą, wcześniej brała udział w blokowaniu przejścia granicznego w Koroszczynie, samowolnie wstrzymując ruch ciężarówek – również polskich – jadących do Rosji i na Białoruś. Policja początkowo chyba nie wiedziała, czy w ogóle wolno jej interweniować wobec Ukraińców, ale potem widocznie otrzymała rozkazy, by interweniować, ale delikatnie – tak żeby Ukraińców, którzy w Polsce korzystają z przywileju nietykalności de facto, nijak nie urazić. Ale nawet takie ostrożne próby utrzymania obowiązującego w Polsce porządku prawnego, w obliczu postępującej „wołynki”, spotkały się z krytyką pełną rozgoryczenia, że Polska nie chce się „uchodźców” i „aktywistów” słuchać, chociaż przecież powinna.

Snop światła na tę pobłażliwość skierował pan minister Mariusz Kamiński, podkreślając w swoim wystąpieniu moralną wyższość „aktywistów” nad ruskim ambasadorem, więc jest prawie pewne, że policja musiała od swojego zwierzchnika dostać cynk, żeby nie przeszkadzać „aktywistkom”, kiedy będą wykonywały swoje czynności wobec ambasadora. Ciekawe, czy „aktywiści” wcześniej porozumieli się z rządem polskim, że ograniczą się do polania ambasadora farbą, czy też postawili rząd i pana ministra Kamińskiego w nieświadomości, co konkretnie zamierzają – na przykład – nie zadźgać ambasadora, podobnie jak w swoim czasie zadźgany został prezydent Gdańska, pan Paweł Adamowicz. Myślę, że pozostający pod wpływem własnej propagandy rząd „dobrej zmiany” uznałby moralne prawo „aktywistów” do takich czynności, bo – jak zauważył francuski autor – kiedy Padyszachowi wiozą zboże, kapitan nie troszczy się, jakie wygody mają myszy na statku.

Ale bywają sytuacje inne, gdzie organy naszego bantustanu urządzają pokazuchę surowości. Tak było w przypadku panów Olszańskiego i Osadowskiego, którzy tylko nieszkodliwie pokrzykiwali, jak to zrobią porządek z nieprzyjaciółmi Polski, a których policja na gorącym uczynku natychmiast pojmała i oddała w ręce niezawisłego sądu, który – jak zwykle – „powinność swej służby zrozumiał” i obydwu delikwentów wsadził do aresztu wydobywczego, chociaż stan faktyczny nie pozostawiał wątpliwości, wiec nie zachodziła obawa matactwa, ani też delikwenci nie byli policji nieznani i – o ile mi wiadomo – nie zamierzali ratować się ucieczką za granicę, więc żadnych przesłanek do trzymania ich w areszcie wydobywczym nie było. Ale pan Olszański, ani pan Osadowski nie są Ukraińcami, ani nawet „uchodźcami”, więc, w odróżnieniu od nich, mogą być odpowiednio potraktowani przez „surową rękę sprawiedliwości ludowej”.

Ale to może nietypowy przykład, chociaż oczywiście wymowny, bo pokazuje obywatelom, co mogą zrobić w słusznej sprawie, a czego nie mogą robić w sprawie uznanej za głęboko niesłuszną – bo dotyka sfery politycznej, a kiedy Temida ociera się o tę sferę, to instynktownie rozkłada nogi, chyba że, zerkając spod opaski zauważy, iż powinna pokazać „ruski miesiąc”. Niestety z podobną pobłażliwością, chociaż chyba nie motywowaną politycznie, spotykamy się w sytuacjach zwyczajnych.

Nie mówię już o opisywanej przeze mnie kradzieży samochodu, kiedy to u jegomościa prowadzącego „dziuplę” został on odnaleziony w stanie szczątkowym po rozmontowaniu na części, ale – zgodnie z przypuszczeniami policjanta z Helenowa, który tylko kiwał pobłażliwie głową na moje buńczuczne zapowiedzi, że złożę w niezawisłym sądzie wniosek o zabezpieczenie naszych roszczeń wobec dziuplarza – bo sąd nie tylko odrzucił nasz wniosek ponieważ dwie części się „odnalazły”, ale w dodatku skazał jegomościa na 6 tys. złotych grzywny, podczas gdy tylko ze sprzedaży części naszego samochodu musiał mieć co najmniej pięć razy więcej, nie licząc BMW, którego rozmontować jeszcze nie zdążył.

Właśnie dostałem list od zaprzyjaźnionego lekarza, który jadąc autostradą z Krakowa w kierunku Katowic, został napadnięty przez kierowcę czeskiego ambulansu, który kilkakrotnie zajechał mu drogę, a w końcu gwałtownym hamowaniem zmusił do zjechania na pas awaryjny, gdzie uderzeniem pięści zbił mu wsteczne lusterko. Lekarz natychmiast zadzwonił na numer 112, podał numer ambulansu i opisał zdarzenie, licząc na zatrzymanie napastnika przez policję na bramce w Mysłowicach. Oczywiście nikt Czecha nie zatrzymał, konwój przejechał przez bramki i przystanął kilkadziesiąt metrów za nimi. Poszkodowany wysiadł, podszedł do grupki czeskich kierowców i zaczął z nimi rozmowę, w trakcie której ten sam jegomość zniszczył mu drugie lusterko. W tej sytuacji lekarz natychmiast odjechał na bezpieczną odległość i ponownie poinformował policję, co zaszło, licząc, że zatrzymają delikwenta przed granicą. Ale gdzie tam! Na jego oczach czeski konwój przez nikogo nie niepokojony, przekroczył granicę i tyle go widziano. Myślę, że najlepszym komentarzem również do tej sprawy, jest komentarz pana ministra Kamińskiego do incydentu z ambasadorem i farbą. Powiedział on, jak pamiętamy, że ambasadorowi polskie władze nie rekomendowały składania kwiatów 9 maja. Tak samo polskie władze nie rekomendowały lekarzowi, żeby jechał autostradą. Pojechał na własne ryzyko. „Emocje ukraińskich kobiet biorących udział w manifestacji, których mężowie dzielnie walczą w obronie ojczyzny, są zrozumiałe” – dodał na koniec pan minister Kamiński. Co prawda nie wiemy, czy mąż „aktywistki” też dzielnie walczy w obronie ojczyzny, a nawet nie wiemy, czy – podobnie jak inne uczestniczki manifestacji – w ogóle jest ona zamężna, podobnie jak nie wiemy, czy ów Czech rozbijając naszemu lekarzowi lusterka, nie działał w stanie silnego wzburzenia zbrodniami Putina na Ukrainie – bo jeśli tak, to jego emocje też byłyby „zrozumiałe”, więc za co go tu zatrzymywać, a tym bardziej – karać? Na wszelki tedy wypadek policja wolała się do tego nie mieszać, potwierdzając tym samym trafność spostrzeżenia rzecznika MSZ, pana Łukasza Jasiny, że „Polska jest sługą narodu ukraińskiego”. Okazuje się, że czeskiego chyba też.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Kiedy skończy się płot…

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  •  24 maja 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5184

Konrad Lorenz opisywał kiedyś dwa psy, biegnące wzdłuż płotu z drucianej siatki. Każdy z psów był uosobieniem wściekłości; już nawet nie warczały, ale charczały na siebie i można było odnieść wrażenie, że gdyby nie ten płot, pożarłyby się nawzajem w mgnieniu oka. I kiedy tak biegły, nagle płot się skończył, a psy, zamiast rzucić się na siebie i się nawzajem pożreć, nagle umilkły; cała wściekłość wyparowała z nich w jednej chwili i na sztywnych łapach, w pozach pełnych godności, rozeszły się, każdy w swoją stronę.

Ta historia jest znakomitą ilustracją polskiej sceny politycznej, przez którą od 30 lat przewala się konflikt między obozem zdrady i zaprzaństwa, a obozem płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm. Można odnieść wrażenie, że gdyby mogły, to pożarłyby się wzajemnie. No dobrze, ale dlaczego właściwie się nie pożerają? Przecież żadnego płotu między nimi nie ma. Płotu może i nie ma, ale jest niewidzialne, mocne pole siłowe, jak między biegunami magnesu, które sprawia, że obydwa takie bieguny odpychają się nawzajem i w rezultacie pojawia się między nimi pusta przestrzeń, pełniąca funkcję siatkowego płotu, dzięki któremu psy mogły całkiem dla siebie bezpiecznie odgrywać sceny nieprzejednanej wściekłości i wrogości.

Najwyraźniej takie pole siłowe między obozem zdrady i zaprzaństwa, a obozem „dobrej zmiany” musi istnieć. Ale co je wytwarza? Na trop odpowiedzi na to pytanie naprowadza nas pewna okoliczność. Jak bowiem wiadomo, w sprawach o zasadniczym znaczeniu dla państwa, na przykład dla jego suwerenności, obydwa psy, to znaczy – pardon, żadne tam „psy”, tylko wrogie obozy, zachowują się identycznie. Tak było w przypadku referendum w sprawie Anschlussu do Unii Europejskiej w roku 2003, tak było w sprawie głosowania nad ustawą upoważniającą prezydenta do ratyfikacji traktatu lizbońskiego, który amputował Polsce ogromny kawał suwerenności, czego skutki dzisiaj odczuwamy w postaci szantażu finansowego ze strony Niemiec i tak było podczas „Majdanu” na Ukrainie, podobnie było przy ratyfikowaniu w Sejmie ustawy o zasobach własnych UE, kiedy to PiS zostało wsparte tym razem nie przez PO, która pragnęła uniknąć ostentacji, tylko przez Lewicę – i tak dalej.

Jaki z tego można wyciągnąć wniosek? Ja wyciągam taki, że obydwie formacje, tkwiące korzeniami w uzgodnieniach z Magdalenki, odgrywają komedię w postaci walki kogutów na użytek ogłupianych propagandą „suwerenów”, podczas gdy tak naprawdę, mają ten sam interes – żeby ani z jednej, ani z dru7giej strony nie pojawiła się żadna polityczna alternatywa.

Ujawnił to jeszcze w latach 90-tych Stefan Bratkowski, odpowiadając na łamach „Gazety Wyborczej” na list grupy AK-owców ze Stanisławem Jankowskim „Agatonem”, na czele – że w Magdalence umówiono się, by na scenę polityczną nie dopuszczać żadnych alternatyw, czy to narodowców, czy to katolików, czy to liberałów, którzy dzisiaj, gwoli odróżnienia od żydokomuny nazywają się „wolnościowcami– a tymczasem za kulisami rzeczywistą władzę sprawują bezpieczniacy, których stronnictwa Ruskie, Pruskie i Amerykańsko-Żydowskie, rotacyjnie rządzą naszym nieszczęśliwym krajem w interesie swoich mocodawców, do których przewerbowali się jeszcze na przełomie lat 80-tych i 90-tych.

Czyż tej teorii spiskowej nie potwierdza podmianka, jaka w roku 2015 została dokonana na pozycji lidera tubylczej sceny politycznej, gdy Polska spod kurateli niemieckiej ponownie przeszła pod kuratelę amerykańską? Dopóki Polska była pod kuratelą niemiecką, to naturalnym liderem była Volksdeutsche Partei Donalda Tuska, ale kiedy po resecie resetu nasz nieszczęśliwy kraj ponownie trafił pod kuratelę amerykańską, to pozycję lidera zajęło PiS z satelitami i utrzymuje się na topie mimo polityki służącej interesom partii, kosztem interesów państwa. Mam tu na myśli niebywałą rozrzutność finansową rządu, między innymi w postaci wzięcia na utrzymanie obywateli ponad 3,5 mln ukraińskich uchodźców, zgodnie z rozkazem Naszego Najważniejszego Sojusznika, który tak właśnie porozkładał na uzależnione od niego bantustany koszty wojny, jaką prowadzi z Rosją na Ukrainie. Obóz zdrady i zaprzaństwa nie ośmiela się przeciwko temu protestować, a tylko działa na rzecz Niemiec, popierając na terenie UE szantaż finansowy wobec Polski i Węgier, dzięki któremu Berlin ma nadzieję na wybicie obydwu tym państwom z głowy wszelkich mrzonek o „Trójmorzu”.

Tymczasem, korzystając z tego, że pod pretekstem wojny na Ukrainie, Ameryka mocno chwyciła całą Europę za twarz, Niemcy wpadli na pomysł przekonania Naszego Najważniejszego Sojusznika do kolejnej podmianki na tubylczej scenie politycznej. Chodzi o to, że USA pod rządami Partii Demokratycznej, której lewe skrzydło to czysta komuna, stają się eksporterem komunistycznej rewolucji, przede wszystkim w sferze obyczajowej, jednocześnie odwracając uwagę opinii światowej od banksterów, poprzez kierowanie jej na walkę z klimatem. Ponieważ PiS uwodzi znaczną cześć swoich wyznawców udawaniem konserwatyzmu obyczajowego, w postępowych środowiskach USA musi rodzić to rosnące zniecierpliwienie. Toteż do Ameryki poleciał na zwiady pan Rafał Trzaskowski, który na stanowisku prezydenta Warszawy znacznie przekroczył własny szczebel niekompetencji.

Co prawda nadskakiwanie ze strony PiS póki co Amerykanom całkowicie wystarcza, ale pan Rafał prezentował się gdzie tylko mógł w charakterze Wielkiej Nadziei Białych. Namawiał Amerykanów, żeby mianowicie „nie tracili z pola widzenia jakości demokracji w Polsce”. A kiedy demokracja w Polsce będzie się charakteryzowała pierwszorzędną jakością? Wtedy, kiedy Amerykanie sprawiedliwie podzielą się z Niemcami wpływami politycznymi w naszym bantustanie.

Wyobrażam to sobie tak, że pozycję lidera sceny politycznej objęłaby koalicja Volksdeutsche Partei z Polską 2050 na fasadzie której Nasz Najważniejszy Sojusznik umieścił pana Szymona Hołownię. Najwyraźniej pan Rafał Trzaskowski już się do tego sposobi zwłaszcza, że wcześniej spotkał się z synem starego żydowskiego finansowego grandziarza, a poza tym, sondaż pokazał, że jeśli tylko opozycja (bez Konfederacji) zewrze szeregi (i pośladki), to bezapelacyjnie wygra. Wtedy pan Rafał, któremu w marcu udało się schwytać prezydenta Bidena – na razie tylko za rękę – spróbowałby ponownie zostać prezydentem naszego bantustanu, więc już dzisiaj zaprezentował swoje polityczne priorytety w postaci walki z klimatem i promowaniem sodomczyków. Jestem pewien, że taki program wielu naszym rodakom bardzo się spodoba, więc możliwe, że bezpieczniacy do spółki z Amerykanami, przy dyskretnym wsparciu Niemców, wylansują go naszemu bantustanowi na następnego prezydenta.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Dusiciele wielcy i mali

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) 15 maja 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5179

Na kilka dni przed 9 maja świat wstrzymał oddech, a w każdym razie – takie można było odnieść wrażenie na podstawie wiadomości płynących z niezależnych mediów głównego nurtu, powtarzających albo informacje przygotowywane przez ukraiński Sztab Generalny, albo przez wywiad amerykański lub brytyjski, no i oczywiście – wykoncypowane na własną rękę przez dziennikarzy tubylczych – co też w rocznicę zwycięstwa nad Niemcami wykoncypuje zbrodniarz wojenny, zimny ruski „nazista” Putin, który będzie przyjmował w Moskwie defiladę „bandytów”.

Telewizja rządowa i zaprzyjaźnione z nią media, darzone niesłabnącą życzliwością przez rząd „dobrej zmiany” i spółki Skarbu Państwa, rywalizują z telewizjami nierządnymi, kto wymyśli lepsze obelgi i bardziej zjadliwe przymiotniki na określenie Rosji i Rosjan. Przypomina to publicystykę z czasów stalinowskich, kiedy to Wanda Odolska, czy Stefan Martyka pryncypialnie rozprawiali się z „amerykańskimi podżegaczami wojennymi” i „mordercami koreańskich dzieci”. Teraz okazuje się, że „zbrodniarz wojenny” tak samo uwziął się na dzieci, których – jak podaje strona ukraińska – zginęło już około 200. To oczywiście tragedia, chociaż w porównaniu ze 126 tysiącami cywilów, jacy – podług źródeł amerykańskich – zginęli w następstwie „operacji pokojowej” w Iraku, nie jest to dużo.

Ale przecież nie liczby mają tu znaczenie, tylko sprawa. Iraccy cywile zginęli w słusznej sprawie, oddali życie dla demokracji, podczas gdy cywile ukraińscy, a zwłaszcza dzieci, z ręki „nazisty” i „zbrodniarza wojennego”, giną w sprawie głęboko niesłusznej. Wokół tego pojawiają się zresztą nieporozumienia, jak choćby z papieżem Franciszkiem, który w wywiadzie dla „Corriere della Sera” wyraził przypuszczenie, że przyczyną wojny, jaka Rosja na Ukrainie prowadzi z Sojuszem Północnoatlantyckim, mogło być „szczekanie NATO pod rosyjskimi drzwiami”. Strasznie zasmuciło to pana red. Tomasza Terlikowskiego – bo przecież kto jak kto – ale papież powinien stosować się do przykazań nowych Naszego Złociutkiego Pana z Waszyngtonu. Miejmy nadzieję, że pod wpływem tych krytycznych głosów papież Franciszek się opamięta i odtąd będzie mówił tak, jak „wszyscy”.

A skoro już o „szczekaniu” mowa, to warto odnotować informację ze schroniska dla zwierząt we Wrocławiu, gdzie schroniło się kilkanaście psów z Ukrainy, w dodatku – wszystkie ślepe. Jak wiadomo bowiem z komunikatów ukraińskiego Sztabu Generalnego, rosyjscy „ nazistowscy bandyci” – oczywiście w przerwach między gwałceniem kobiet – zajadają się psiną.

Najwyraźniej jakimiś sekretnymi kanałami ta wiadomość trafiła do psów, które postanowiły uzyskać status uchodźców i przedostały się aż do Wrocławia.

Tymczasem „wszyscy” posłusznie wstrzymywali oddech w oczekiwaniu, że zbrodniarz wojenny 9 maja zrobi coś okropnego, na przykład – zarządzi koniec świata, żeby w ten sposób przykryć klęskę armii rosyjskiej na Ukrainie. Tymczasem 9 maja odbyła się w Moskwie defilada, podczas której Putin wygłosił przemówienie do tego stopnia przesiąknięte fałszem i krętactwami, że miłująca prawdę rządowa telewizja w Warszawie nie chciała ich powtarzać nawet przez papierek, więc tak naprawdę nie bardzo wiemy, co powiedział.

Na razie jednak koniec świata ani nie nastąpił, ani nawet chyba się nie zaczął, więc świat odetchnął z ulgą i znowu rozpoczęły się pielgrzymki do Kijowa. Po spektakularnej pielgrzymce z udziałem amerykańskiego sekretarza obrony, który – jakby się umówił z papieżem Franciszkiem – powiedział, że celem tej wojny jest obezwładnienie Rosji, do Kijowa przygalopował też kanadyjski premier Trudeau, który odniósł chwalebne zwycięstwo nad „Konwojem Wolności”, próbującym wierzgać przeciwko nieubłaganemu ościeniowi. Tylko patrzeć, jak do Canossy pofatyguje się też niemiecki prezydent, bo prezydent Zełeński chyba mu wybaczył, chociaż nie wiadomo jak będzie, bo szefowa niemieckiej dyplomacji niedawno powiedziała, że droga Ukrainy do Unii Europejskiej może być długa.

Kiedy rosyjscy „naziści” demonstrowali w Moskwie przeciwko „nazistom” ukraińskim, ambasador rosyjski w Warszawie chciał złożyć kwiatki pod pomnikiem żołnierzy sowieckich. Tymczasem zebrał się tam tłum osób należących do rozmaitych płci, tym razem nie na golasa, tylko poubieranych w rodzaj całunów, dla rozmaitości pochlapanych czerwoną farbą. Celem zebranych było przeszkodzenie ambasadorowi, co pan minister policji Mariusz Kamiński potraktował z pełnym zrozumieniem i dlatego nie nalegał, by policja interweniowała. Skoro okazało się, że jest bezpiecznie, to zaraz pani Iryna Ziemlana, podająca się za ukraińską „dziennikarkę i aktywistkę”, oblała ambasadora czerwoną farbą. W efekcie dyplomata się ewakuował, a drogę ewakuacji zabezpieczała mu już policja. Ta pani Iryna aktywowana była już wcześniej, podczas blokady przejścia granicznego w Koroszczynie, kiedy to ukraińscy uchodźcy i ich polscy podwykonawcy nie przepuszczali białoruskich i rosyjskich ciężarówek, a policja wszystkiemu się przyglądała.

Najwyraźniej szef policji pan Kamiński skądś wie, że nie wolno mu sprzeciwiać się ukraińskim uchodźcom, bo w przeciwnym razie Biały Dom przypomni mu, skąd wyrastają mu nogi. Warto przypomnieć, że snop światła na te zależności skierował pan Łukasz Jasina, rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych, szczerze oświadczając, że Polska jest sługą narodu ukraińskiego. Ano, jeśli taki jest rozkaz, to nic na to poradzić nie można, tylko posłusznie służyć.

Wprawdzie pan minister spraw zagranicznych Zbigniew Rau powiedział, że incydent z ambasadorem jest „godny ubolewania”, ale w kręgów rządowych dobiegają fałszywe pogłoski, jakoby pan premier Morawiecki, który w służbie Ukrainie i ukraińskiemu narodowi nie pozwoli się nikomu wyprzedzić, stosował wobec niego jakieś podstępne podchody, podobnie jak pod pana ministra Ziobrę. Ponieważ pan minister Ziobro uporczywie odmawia poparcia pomysłowi pana prezydenta Dudy, by w wojnie hybrydowej, jaką Niemcy prowadzą z Polską i Węgrami pod pretekstem praworządności wywiesić białą flagę. Polegałoby to na możliwości powtarzania postępowania sądowego od początku, jeśli któraś ze stron podniosłaby zarzut, że dotychczas postępowanie prowadził sędzia „nielegalny”, to znaczy rekomendowany do nominacji panu prezydentowi przez nową Krajową Radę Sądownictwa. Ponieważ licznik naliczania kar dokłada do polskiego sztrafu każdego dnia milion euro i nabił już ponad 200 mln, zniecierpliwiony pan marszałek Terlecki powiedział, że w PiS narasta przekonanie, że „nielojalnych” co to wkładają kije w szprychy kół rozpędzonego parowozu dziejów, trzeba „odstrzelić”.

Ale „odstrzelenie” 19 posłów Solidarnej Polski pozbawiłoby ostatecznie rząd „dobrej zmiany” większości parlamentarnej, a w takiej sytuacji trzeba by chyba powtórzyć manewr z roku 2007, kiedy to Naczelnik Państwa złożył dymisję swego rządu. Efektem tego eksperymentu było jednak przejęcie rządów przez obóz zdrady i zaprzaństwa, któremu przewodziła Volksdeutsche Partei pod przewodnictwem Donalda Tuska, który jest wrogiem publicznym zaraz po „naziście” i „zbrodniarzu wojennym” Putinie. Najwyraźniej minister Ziobro też o tym wie i nie kuca przed groźbą „odstrzału”, podkreślając, że to on miał rację kiedy ostrzegał, że zgoda na „mechanizm warunkowości”, której udzielił premier Morawiecki doprowadzi do szantażowania Polski pod byle pretekstem – a jednocześnie popierając kandydaturę Adama Glapińskiego na kolejną kadencję prezesa NBP – co ma spore znaczenie w sytuacji, gdy opozycja zjadłaby go bez musztardy, niczym Putin ukraińskie dzieci.

Tak sprawdzają się w naszym nieszczęśliwym kraju słowa Klucznika Gerwazego z „Pana Tadeusza”: Gdy wielki wielkiego dusi, my duśmy mniejszych – każdy swego”.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Wypłukiwanie złota z powietrza.

Stanisław Michalkiewicz 14.05.2022 https://prawy.pl/119973-stanislaw-michalkiewicz-wyplukiwanie-zlota-z-powietrza-felieton/

Jak twierdzi poeta, “z wszystkiego można szmal wydostać, tak, jak za okupacji z Żyda!” Toteż w miarę rozwoju świadomości, mnożą się powody, na które powołują się amatorzy wydostania szmalu. Jest to zadanie stosunkowo łatwe, zwłaszcza gdy sprawę rozpatruje niezawisły sędzia, uprzednio zainteresowany materialnie przez stronę pragnącą wydostać szmal. Wtedy taki sędzia, z którym strona się podzieliła, albo przynajmniej mu to obiecała, kombinuje, jakby tu stworzyć jakieś pozory legalności dla wydobycia szmalu i wszystko jest “gites tenteges”.

Czasami niepotrzebne są nawet żadne sądy, bo zwyczajny, poczciwy, tradycyjny szantaż wystarczy. Oczywiście nie w każdym przypadku, co to, to nie – ale wtedy, gdy szantażysta dysponuje wpływami wśród możnych tego świata, a zwłaszcza – gdy tych możnych wytrzepuje tuzinami z banana. Wtedy taki szantażowany ulega szantażyście, bo straty, na jakie może go narazić gniew puszczonych w ruch możnych, z reguły bywają większe, niż ewentualny rabunek. Tak było np. w przypadku banków szwajcarskich, od których organizacje żydowskie zażądały pewnego dnia przekazania im zawartości tzw. “martwych kont”. Chodziło o konta, które w bankach szwajcarskich zakładali sobie przed II wojną światową liczni Żydzi, których potem wymordowali Niem… to znaczy, pardon – jacy tam znowu “Niemcy”, kiedy przecież Niemcy są wyłącznie dobrzy, natomiast źli byli tylko “naziści”, których – podobnie jak prawdziwych Cyganów – już nie ma, chyba, że w Rosji, albo na Ukrainie – bo teraz i jedni i drudzy wymyślają sobie nawzajem od “nazistów”. To słowo, podobnie jak “faszysta”, nie oznacza już jegomościa wyznającego konkretną ideologię, a tylko epitet, chętnie używany w braku merytorycznych argumentów. Spotkałem się z takim podejściem podczas dysputy w rządowej telewizji. Dyskutanci obrzucali swoich przeciwników epitetami w rodzaju “nazistów” i “faszystów”, najwyraźniej nie rozumiejąc ich znaczenia. Zaproponowałem tedy, by odwołać się do klasyka, tzn. – Benita Mussoliniego, który faszyzm wynalazł, więc na pewno wiedział, o co chodzi. Jak wiadomo, Mussolini w krótkich żołnierskich słowach wyraził istotę faszyzmu: “wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu”. Wynika z tego, że poza państwem nie ma życia. Poza “państwem” – a więc poza ramami wyznaczonymi przez biurokratyczny gang – bo niezależnie od rewolucyjnej teorii, według rewolucyjnej praktyki, to zawsze on jest “państwem”. Nietrudno wyciągnąć z tego wniosek, że “państwu”, czyli wspomnianemu gangowi, wszystko wolno – i to przekonanie stanowi istotę faszyzmu. Skoro tak, to widzimy, że faszyzm zwyciężył, bo chociaż dzisiaj wszyscy, szczerze lub nieszczerze, powołują się na “demokrację”, czy “państwo prawne”, to w głębi duszy są faszystami, ponieważ ideologia ta u większości współczesnych ludzi zeszła już do poziomu instynktów.

Wracając do szwajcarskich bankierów, to początkowo uznali oni roszczenia o wydanie organizacjom żydowskim pieniędzy zgromadzonych przez zupełnie innych Żydów na “martwych kontach” za absurdalne – ale kiedy Stany Zjednoczone zagroziły Szwajcarii sankcjami, to nie tylko ulegli szantażowi, ale nawet przekazali szantażystom sumę znacznie większą od pierwotnej, bo – jak zauważyli wymowni Francuzi – “l`appetit vient en mangeant”, co się wykłada, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Ten przykład skuteczności zachęcił inne osoby, a nawet całe środowiska do wydobywania szmalu i w ten sposób, obok przemysłu holokaustu, powstał przemysł molestowania. Dojrzała matrona, albo pan w sile wieku, przyciśnięty finansową potrzebą, nagle przypomina sobie, że przed wielu, wielu laty, jakiś majętny jegomość włożył rękę pod spódnicę, albo w rozporek, alarmuje niezawisły sąd i w ten sposób rozwiązuje sobie problemy socjalne. Gołodupców dlaczegoś nie pozywają, być może dlatego, że taki jeden z drugim gołodupiec, jeśli już molestuje, to – że tak powiem – na własną rękę, no a poza tym, z niego żadnego szmalu się nie wydostanie, jako że ex nihilo nihil fit.

Na wszelki wypadek, w obawie przed pojawieniem się jeszcze innej gałęzi przemysłu, po rozum do głowy poszły środowiska banksterskie. Przy okazji epidemii postawiły na instynkt samozachowawczy i to okazało się strzałem w dziesiątkę. Miliardy ludzi pozwoliły robić ze sobą co tylko promotorom epidemii przyszło do głowy, również dzięki temu, że biurokratyczne gangi też zwęszyły tutaj szmalec, na wszelki wypadek forsując “bezkarność plus”, co zapewniło możliwość wykorzystania państwowego monopolu na przemoc. Ale epidemia nie może trwać wiecznie, bo zbytnie jej przeciąganie mogłoby rykoszetem uderzyć również w banksterów. Zatem na wypadek, gdy już pretekst epidemii przestanie już tak silnie oddziaływać na instynkt samozachowawczy, banksterzy i biurokratyczne gangi nieubłaganym palcem wskazały nowego wroga postępowej ludzkości w postaci klimatu. Skierowanie uwagi, zwłaszcza młodych ludzi, na walkę ze “zmianami klimatycznymi” odwraca ich uwagę od banksterów, dzięki czemu mogą oni, w zmowie z wrażliwymi społecznie rządami, wciągać ich w coraz głębszą niewolę bez żadnego z ich strony sprzeciwu, ani nawet – żadnych podejrzeń. Ubocznym skutkiem tego zabiegu są warunki dla rozwoju nowej gałęzi przemysłu, że tak powiem – “klimatycznego”.

W ramach programu pilotażowego jakaś celebrytka skutecznie pozwała władzę za zmuszanie jej do oddychania zanieczyszczonym powietrzem. Władzom to oczywiście nic nie szkodzi, bo przecież nie płacą odszkodowań ze swojej kieszeni, tylko z kieszeni podatników, a poza tym na konto niezawisłych sądów płyną dochody z opłat. I właśnie odbył się w Polsce pierwszy “proces klimatyczny”. Pani z Podlasia pozwała naszą ukochaną Ojczyznę za szkody, jakich doświadcza z powodu złowrogiego klimatu z którym państwo walczy opieszale i nieskutecznie. Okazuje się, że pogoda utrudnia jej prowadzenie działalności gospodarczej, podobnie jak baletnicy zawadza rąbek spódnicy. Konkretnie chodzi o to, że jak spadnie ulewny deszcz, to koło jej domu woda deszczowa spływa w postaci “rwącego potoku”. “W sprawie ochrony klimatu zawiodło państwo, ale to ja ponoszę koszty. Boję się podtopień.” – powiedziała. Co prawda nie bardzo wiadomo, co konkretnie państwo powinno zrobić; czy rozpiąć parasol ochronny nad miejscowością, w której poszkodowana mieszka, czy może przenieść jej dom w miejsce, gdzie żaden “rwący potok” nie pojawi się nawet w przypadku oberwania chmury, czy wreszcie – sypnąć złotem zrabowanym uprzednio od podatników. Jak się bowiem przy tej okazji dowiedzieliśmy – “każdy obywatel ma prawo do stabilnego i przewidywalnego klimatu” tak samo, jak obywatel Związku Radzieckiego za Leonida Breżniewa miał zagwarantowane w konstytucji prawo do jazdy metrem. Tak w każdym razie uważa pani Ilona Jędrasik, kierująca programem “Infrastruktura Paliw Kopalnych w Polsce, w ramach Fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi”. W Radzie programowej tej Fundacji zasiada m.in. pan Adam Bodnar, przedtem zatrudniony na operetkowej posadzie “rzecznika praw obywatelskich”, więc w wojnie z klimatem na pewno zwyciężymy.

Baza gotowa – teraz nadbudowa. Tak będzie dla nas najlepiej !

Stanisław Michalkiewicz http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5178 14 maja 2022

Nie jest dobrze. Nie jest dobrze, bo już-już wydawało się, że fołksfront pod przewodnictwem Naszego Pana z Waszyngtonu został szczęśliwie dopięty i odtąd „my wszyscy” będziemy za towarzyszem Stali… to znaczy, pardon. Jakim znowu „towarzyszem Stalinem”, kiedy Pan z Waszyngtonu właśnie dał nam przykazanie nowe, że mamy być za Wołodymirem Zełeńskim? Odtąd wszyscy nie tylko mamy być za prezydentem Zełeńskim, ale unanimitate uznać go za jasnego idola. Skoro do Kijowa odbywają pielgrzymki takie osobistości, jak sekretarz stanu USA Antoni Blinken, czy sekretarz obrony Lloyd Austin, nie mówiąc już o pani Nancy Pelosi, to czyż papież Franciszek nie powinien też pogalopować do Kijowa, niczym Pius VII, który w 1804 roku galopował na koronację Napoleona?

Wprawdzie niemiecki kanclerz po afroncie, jaki zrobił mu prezydent Zełeński, nie dopuszczając go do ucałowania ręki, podczas gdy inni prezydenci tego zaszczytu dostąpili, teraz demonstruje jakieś fochy i odmawia udziału w kolejnych kijowskich pielgrzymkach, jakie w towarzystwie prezydenta Dudy odbywają prezydenci drobniejszego płazu, ale jak Nasz Pan z Waszyngtonu go przyciśnie, to i on złoży w Kijowie hołd pruski. Wszystkie te ceremonie i akty będą składały się na nową historię, bo – jak nas poinformował pan prezydent Duda podczas tegorocznych obchodów rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja – dotychczasowa historia została właśnie unieważniona.

Ponieważ żaden naród bez historii istnieć nie może, to nie ma rady; trzeba będzie na poczekaniu sprokurować naszemu nieszczęśliwemu krajowi, a może nawet całej Europie historię nową, historię nowego typu, mniej więcej taką, jaką od lat przygotowuje naszemu mniej wartościowemu narodowi tubylczemu Muzeum Historii Żydów Polskich „Polin”.

Wspominam o tym wszystkim, by pokazać, jakie gigantyczne zadania czekają nas na odcinku nadbudowy – bo baza, jak się wydaje, została już przesądzona. Gdyby było inaczej, to czyż pan prezydent Duda w okolicznościowym przemówieniu powoływałby się na proroctwa prezydenta Zełeńskiego, że tyko patrzeć, jak między Ukrainą i Polską zniknie granica? Najwyraźniej prezydent Zełeński wie już coś, czego my jeszcze nie wiemy, ale tego i owego możemy przecież się domyślić. Jeśli tedy Ukraina, zgodnie z oczekiwaniami sekretarza obrony Lloyda Austina, obezwładni Rosję, to czyż nie powinna dostać Polski w nagrodę? Jasne, że powinna, a skoro tak, to o żadnej granicy między Wielką Ukrainą a Polską, czyli Zakierzońskim Krajem nie może być mowy.

Jeśli natomiast Ukraina Rosji nie obezwładni, tylko Rosja dokona kolejnego jej rozbioru, przejmując całe Zadnieprze i wybrzeże Morza Czarnego, to czyż Ukraina nie powinna dostać Polski jako rekompensaty? Jasne, że powinna, tym bardziej, że wtedy można będzie, przynajmniej na części naszej umiłowanej Ojczyzny, w ramach regulacji roszczeń żydowskich, urządzić Judeopolonię, a wtedy zapanuje powszechna szczęśliwość. Już tam Nasz Złociutki Pan w Waszyngtonie wszystko galancie obmyślił, więc i pan prezydent Duda rozumie, że nie powinien wierzgać przeciwko ościeniowi, tylko wykonać zadanie, a wtedy może zostać wynagrodzony jakąś synekurą, kiedy już skończy mu się przygoda na stanowisku tubylczego prezydenta.

Z obfitości serca usta mówią i pewnie dlatego ambasador ukraiński w Warszawie JE Andrij Deszczyca, zachowuje się podobnie, jak ambasador Otto Magnus von Stackelberg, grożąc Polsce, że jak nie zadośćuczyni ukraińskim oczekiwaniom w zakresie transportu ciężarowego, to zaciągnie ją przed niezawisły sąd, a ten już powinność swej służby zrozumie.

Zatem kiedy baza już w szkicowej postaci została zatwierdzona i pozostaje już tylko realizacja zadań w zakresie nadbudowy, to znaczy – żeby wszystkich przekonać, że tak będzie dla nas najlepiej, a ABW przystąpiła do wykrywania, demaskowania i likwidacji ruskich agentów – papież Franciszek ni z tego, ni z owego, w wywiadzie dla „Corriere della Sera” wyraził przypuszczenie, że przyczyną wojny, jaka Rosja prowadzi z NATO na Ukrainie, było „szczekanie NATO pod drzwiami Rosji”, przez co do ustanowionej już harmonii wprowadził potężny dysonans poznawczy. Toteż runęła na niego fala krytyki, zarówno ze strony katolika zawodowego, pana red. Tomasza Terlikowskiego, jak i pana Jarosława Mikołajewskiego z „Gazety Wyborczej”, który przy okazji ujawnił jeszcze jeden watykański skandal – że mianowicie papież Franciszek odmówił udzielenia wywiadu samemu panu red. Adamowi Michnikowi. Taka odmowa graniczy już ze świętokradztwem, toteż rozczarowania postawą papieża Franciszka nie kryje również pani Ewa Minge, która wprawdzie deklaruje się jako „osoba wierząca”, ale jednocześnie podkreśla, że „jej Bóg” jest inny, niż ten, którego delegatem jest papież Franciszek – a także światowej sławy reżyser, pan Andrzej Saramonowicz, który wprawdzie deklaruje się jako „ateista”, chociaż nie można powiedzieć, by nie miał żadnych związków z Kościołem, bo – jak się okazuje – w przeszłości molestował go przewielebny ksiądz Olgierd Nassalski. Nawiasem mówiąc, większość, jeśli w ogóle nie wszystkie osoby molestowane przez księży, później zrobiły, albo nadal robią błyskotliwe kariery. Myślę, że fenomen ten godzien jest rozbiorów tym bardziej, że molestowanie chyba nawet nie jest konieczne. Weźmy na przykład takiego Józefa Oleksego i Aleksandra Kwaśniewskiego. Józef Oleksy w młodości był w seminarium duchownym zaledwie rok. Rok w seminarium i proszę – jaka różnica klasy! Nic dziwnego, że jak ktoś nie był molestowany, najlepiej przez księdza, a ostatecznie – niechby i osobę świecką – nie ma co pokazywać się w mondzie na oczy.

Wracając tedy do papieża Franciszka widać, że prace nad nadbudową są już zaawansowane na tyle, że możemy śmiało wkroczyć w etap surowości, czego pierwszą jaskółką jest zablokowanie przez ABW portalu „W Realu 24” pod zarzutem szerzenia ruskiej propagandy. Kto wie, czy papież Franciszek nie powinien też zostać objęty sprawą operacyjnego rozpracowania, przy której można by chyba wykorzystać agentów zwerbowanych jeszcze za Jana Pawła II? Pan Marcin Makowski już zdemaskował go jako „papieża Putina” i ostrzega, że z tego powodu „Kościół zapłaci wysoką cenę”. Ale Kościół płacił wysoką cenę już wcześniej, nie tyle na skutek służenia Putinowi, tylko na skutek rozwoju przemysłu molestowania. Myślę tedy, że teraz przemysł molestowania zostanie wzbogacony o aspekty polityczne, co niewątpliwie wzbogaci nadbudowę i przyspieszy rewolucyjne przemiany, za którymi tak się już stęskniła Wielce Czcigodna Anna Maria Żukowska, ongiś redaktorka pisma „Jidełe”.

Wokół Studni Mądrości

Stanisław Michalkiewicz tygodnik „Najwyższy Czas!”  •  12 maja 2022

http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5177

W pewnym francuskim wesołym miasteczku pomysłowy przedsiębiorca urządził „Studnię Mądrości”. Za odpowiednią opłatą każdy, kto pragnął zaczerpnąć mądrości, mógł tam sobie zajrzeć. Jak wiadomo, ludzi spragnionych mądrości jest bardzo wielu, być może nawet wszyscy, zwłaszcza w sytuacji, gdy poznanie mądrości kosztowało tylko kilka sous. Toteż do „Studni” ustawiały się kilometrowe kolejki spragnionych mądrości. Zaglądali i z tajemniczymi minami odchodzili. Nie wiadomo, jak długo by to przedsięwzięcie działało, gdyby jakiś chlapa, który też tam zajrzał, nie opowiedział, co zobaczył. A zobaczył napis treści następującej: Pozwól i innym być głupim.

Jak wiadomo, „socjały nudne i ponure” ustanowiły sobie święto w rocznicę demonstracji, jaka 1 maja w roku 1886 miała miejsce w Chicago z udziałem socjalistów i anarchistów, w następstwie której doszło do zabójstw i demonstrantów i policjantów, a potem – do procesów wyznaczonych demonstrantów przed niezawisłymi sądami, które, rozumiejąc powinność swojej służby, poskazywały ich na śmierć. Rocznica tego wydarzenia stała się świętem na rzecz 8-godzinnego dnia pracy całego ruchu socjalistycznego, a więc zarówno tego narodowo-socjalistycznego, jak i bolszewickiego.

Bo trzeba nam wiedzieć, że 1 maja na terenie Polski zaczął być oficjalnie obchodzony jako dzień świąteczny dopiero od 1940 roku, kiedy to Niemcy ustanowili go na terenie swojej okupacji, a Sowieci – na swojej.

Warto tedy pamiętać, że święto 1 maja zostało ustanowione przez obydwu naszych okupantów. Z dzieciństwa pamiętam, jak ludzie spędzeni na pochód, w ramach którego defilowali przed lokalnymi kacykami, musieli m.in. śpiewać, że „dziś nikt nas do pracy nie zmusi, bo dzień ten przez lud jest obrany…” – i tak dalej. Do pracy akurat nikt tego dnia nikogo nie zmuszał – ale niech no by ktoś odmówił udziału w pochodzie, to zaraz zainteresowałby się nim Urząd Bezpieczeństwa ze wszystkimi tego konsekwencjami.

W rezultacie obchodzenie 1 maja stało się za komuny czymś w rodzaju nowej, świeckiej tradycji, co postanowił wykorzystać Kościół i decyzją papieża Piusa XII, w 1955 roku wprowadził tego dnia wspomnienie św. Józefa Robotnika”. Wprawdzie z oporami, ale zaczęło się to przyjmować i na przykład Antoni Słonimski napisał kiedyś, że jego pobożna służebnica domowa postanowiła w ramach „czynu 1-majowego”, udekorować kwiatami figurę Matki Boskiej, co Słonimskiemu stworzyło sposobność do konstatacji, że ludzie prości mają skłonność do łączenia dawnych kultów z nowymi. Od siebie dodam, że ludzie krzywi też.

Przykładu dostarcza inicjatywa Wielce Czcigodnego posła Macieja Gduli, pochodzącego z porządnej, resortowej rodziny. Na wieść o pomyśle, by dzień 1 maja poświęcić Narodowemu Czytaniu Pisma Świętego, zawrzał gniewem i zaproponował, by dzień 1 maja obwołać Dniem Narodowego Czytania „Kapitału”, autorstwa Karola Marksa.

Nawiasem mówiąc, ciekawe jakie fragmentu Pisma Świętego miałyby być 1 maja czytane, bo jak wiadomo, zarówno w Starym, jak i Nowym Testamencie, jest mnóstwo niezwykle interesujących fragmentów. Na przykład biblijna „Księga Estery”, to znakomita powieść sensacyjna, znacznie lepsza od tej, którą tak szczyci się jej autor, pan Jakub Żulczyk, co to wprawdzie ma talent, ale mały. Z kolei w Nowym Testamencie są fragmenty stanowiące pendant do „Kapitału” Karola Marksa, tyle, że z zupełnie odwrotnej pozycji.

Na przykład przypowieść o talentach, czy o robotnikach w winnicy zdecydowanie góruje nad „Kapitałem” po pierwsze dlatego, że i jedna i druga są krótsze od rozwlekłych, marksowskich elukubracji, a po drugie – że wypływające z nich wnioski są akurat sprzeczne z marksistowskimi mądrościami. Znakomitej wskazówki metodologicznej dostarcza zresztą ewangeliczna instrukcja, że „po owocach je poznacie”.

Otóż wszędzie tam, gdzie marksistowskie mądrości zostały wprowadzone w życie, przyniosły one masowe mordy, rabunek i nędzę, a milionom ludzi dostarczyły niewypowiedzianej udręki. Jak zauważył Aldous Huxley, marksizm jest próbą zmuszenia cywilizowanych Europejczyków, by postępowali jak Dajakowie, lub Eskimosi. Jest to oczywiście skazane na niepowodzenie, ale zanim to się okaże, „ileż radości dostarczy inicjatorom znęcanie się nad heretykami!” W tej sytuacji warto postawić pytanie, dlaczego mimo tak fatalnych doświadczeń, marksistowskie mądrości nadal znajdują wyznawców, choćby w osobie Wielce Czcigodnego posła Gduli?

Pewnej wskazówki dostarcza spostrzeżenie, że „głupiec zawsze znajdzie głupca, który go uwielbia” – ale to by chyba nie wyjaśniało sprawy do końca. Innej wskazówki dostarcza bowiem uwaga oficera brytyjskiego wywiadu, przytoczona przez Mieczysława Jałowieckiego w jego wspomnieniach „Na skraju imperium”. Otóż ten wykształcony Anglik twierdził, że komunizm jest sposobem zapanowania mniejszości nad większością i stąd jego popularność wśród Żydów, którzy – jeśli nawet nie są jakimiś religijnymi gorliwcami – to jednak też uważają, że Stwórca Wszechświata akurat ich wyznaczył, by panowali nad światem. Stąd taka skłonność tych środowisk do wpływania na edukację, media, przemysł rozrywkowy i lansowania „klasyków marksizmu”. Chodzi o to, że jeśli ktoś już przez nich przebrnie, to głupieje w sposób nieodwracalny, jak to wariaci, którzy przecież nie zdają sobie sprawy, że są wariatami. „Kto w szpony dostał się hipostaz – przestrzega poeta – rzeczywistości już nie sprosta”. Toteż celem marksistowskiego duraczenia jest doprowadzenie miliardów ludzi do trwałej utraty kontaktu z rzeczywistością, by stali się „człowiekami sowieckimi”, którzy wyrzekli się wolnej woli.

Ciekawe, czy Marks zdawał sobie sprawę z osobliwego („idiotropos”) charakteru swoich produkcji intelektualnych. Może tak – bo jak zapewniają znawcy przedmiotu – nigdy nie widział na oczy żywego robotnika, a wiedzę o ich życiu zwyczajnie czerpał z gazet. Ale może nie, bo zdaje się, że był bardzo zarozumiały – o czym świadczy jego opinia, że dotychczas filozofia objaśniała świat, podczas gdy on wykombinował sobie, jakby go tu zmienić. Toteż nic dziwnego, że marksizm od dziesięcioleci przyciąga rozmaitych półgłówków, którzy go „studiują”, rozdzielając włos na czworo, wskutek czego wydaje im się, że posiedli znajomość mechanizmów rozwoju dziejowego.

To jest znacznie gorsze od inicjatywy francuskiego przedsiębiorcy rozrywkowego i jego „Studni Mądrości”, bo ten przynajmniej leczył swoich klientów z głupoty, podczas gdy mam wrażenie, że inicjatywa Wielce Czcigodnego posła Macieja Gduli ma charakter odwrotny – żeby wszystkich innych też oduraczyć.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Zanim zostaniemy mocarstwem

Stanisław Michalkiewicz Komentarz    tygodnik „Goniec” (Toronto)    8 maja 2022

Postawa papieża Franciszka coraz bardziej rozczarowuje i zasmuca pana redaktora Tomasza Terlikowskiego. Swemu rozczarowaniu i smutkowi dawał on wyraz i wcześniej, ale w dniach ostatnich (najwyraźniej nadchodzą zapowiadane „dni ostatnie”) przelał się kielich goryczy. Kroplą, która go przelała okazał się wywiad, jakiego papież Franciszek udzielił włoskiemu dziennikowi „Corriere della Sera”, w którym wyraził przypuszczenie, że przyczyną wojny Rosji z Ukrainą mogło być „szczekanie NATO pod drzwiami Rosji”. Wyraził przy tym zamiar podróży do Moskwy, by spotkać się z Putinem, którego Senat USA, a także prezydent Biden uznał za „zbrodniarza wojennego”. „Nie wiem, co jest gorsze w tym wywiadzie: naiwność, nieznajomość świata, czy szczerość” – komentuje z goryczą pan redaktor Terlikowski. Że papież Franciszek jest naiwny, to wiadomo. Najwyraźniej nie słucha głębokich analiz pani red. Edyty Lewandowskiej, ani pana redaktora Tomasza Sakiewicza, którego o co, jak o co – ale o naiwność na pewno posądzić nie można. Gdyby słuchał, to z pewnością ćwierkałby z całkiem innego klucza, tak, jak „wszyscy” – a on tymczasem – po swojemu. Że papież Franciszek nie zna świata, to też rzecz pewna, a w każdym razie nie zna go tak dobrze, jak pan redaktor Tomasz Terlikowski. Redaktor bowiem wie, z której strony świat, to znaczy pardon – jaki tam znowu „świat”; nie żaden „świat” tylko z której strony chleb jest posmarowany, jako że z niejednego komina już wygartywał, a ostatnio – u pana red. Sakiewicza, który tę wiedzę posiadł w stopniu jeszcze większym. Ale to jeszcze nic w zestawieniu z ostatnim zarzutem, że wypowiedź papieża Franciszka cechowała „szczerość”. No rzeczywiście, tego już za wiele; kto to widział, żeby człowiek, a zwłaszcza papież mówił szczerze? Przecież każde dziecko wie, że szczerość, to pierwszy stopień do piekła, zwłaszcza w sytuacji, gdy Nasz Pan z Waszyngtonu dał nam przykazanie nowe, jak mamy myśleć i mówić. Co tu ukrywać; dobrze to wszystko nie wygląda i dlatego jeszcze raz rzucam myśl, (a wy go łapcie!), że następnym papieżem powinien zostać pan redaktor Tomasz Terlikowski. Nie tylko nie jest naiwny, ale w dodatku – zna świat – no i nigdy nie mówi szczerze, tylko zawsze tak, jak trzeba. Co prawda wypowiedź papieża Franciszka stanowi dobre pendant do deklaracji sekretarza obrony USA Lloyda Austina, który podczas niedawnej pielgrzymki do Kijowa ujawnił, że prawdziwym celem tej wojny jest obezwładnienie Rosji – ale co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie – więc papież Franciszek za żadne skarby nie powinien mówić szczerze, tylko tak, jak pan red. Michnik – zgodnie z mądrością etapu. Nawiasem mówiąc, podobnie ćwierka również Kyryło Budanow, szef ukraińskiej razwiedki. Wojnę może zakończyć – powiada – tylko rozpad Federacji Rosyjskiej, albo przynajmniej – zmiana jej władz. A jaka zmiana? No to chyba oczywiste – taka, jaką wyznaczyłby Rosji Nasz Pan z Waszyngtonu. Czy jednak Ukraina nawet przy pomocy NATO, będzie w stanie doprowadzić do zakończenia tej wojny, prowadzonej do ostatniego Ukraińca? To nie jest takie pewne, więc chyba trzeba będzie wciągnąć do tego inne państwa. Które? Odpowiedzi na to pytanie dostarcza przemówienie pana prezydenta Andrzeja Dudy, wygłoszone z okazji rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja.

W odróżnieniu od rocznicowych obchodów z lat poprzednich, kiedy to miejscem uroczystości był Plac Piłsudskiego w Warszawie, a centralnym punktem – Grób Nieznanego Żołnierza – tym razem wszystko odbyło się na Placu Zamkowym, gdzie zgromadziła się garstka obywateli, kompania honorowa Wojska Polskiego, orkiestra, no i uczestnicy w postaci pani kierowniczki Sejmu Elżbiety Witek, pana Grodzkiego, prezydującego Senatowi i pana premiera Morawieckiego, generalicji wszystkich formacji naszej niezwyciężonej armii i dyplomatów, chociaż chyba nie wszystkich. Na trybunie nie zauważyłem też Naczelnika Państwa, który mógł w ten sposób dać wyraz swemu niezadowoleniu z wkroczenia pana prezydenta Dudy na nieubłaganą drogę emancypacji. Pan prezydent wygłosił przemówienie, którego nie odczytywał z kartki, a w każdym razie – takie to sprawiało wrażenie. Nawiązał krótko do historii, przypominając mocarstwową pozycję Rzeczypospolitej, a potem przeszedł do spraw aktualnych, komplementując Polaków za otwarcie swoich drzwi i swoich serc przed uchodźcami z Ukrainy. Naród polski w ten sposób – zauważył pan prezydent – wyznaczył kierunek, w jakim powinniśmy podążać. Ale nie tylko naród polski ten kierunek wyznaczył. Drugim i w dodatku – jak zauważył pan prezydent – proroczym podmiotem wyznaczającym kierunek w jakim mamy podążać, jest Ukraiński prezydent Wołodymir Zełeński. Miał on bowiem powiedzieć, że wkrótce zniknie granica między Ukrainą i Polską, w czym pan prezydent Duda widzi zapowiedź odbudowy mocarstwowej Rzeczypospolitej. Ten polityczny organizm ma się składać z Estonii, Łotwy, Litwy, Polski i Ukrainy. Pan prezydent nie wymienił Białorusi, być może dlatego, że zabawa w mocarstwowość w przypadku Białorusi nie zakończyła się dobrze; Aleksander Łukaszenka wraz z całą Białorusią został wepchnięty w objęcia Putina, wskutek czego na granicy białoruskiej mamy armię rosyjską, pani Swietłana, którą Nasz Pan z Waszyngtonu wyznaczył Białorusinom na jasnego idola, siorbie cienką emigrancką herbatkę, a polscy działacze na Białorusi zostali wyaresztowani. W przypadku Ukrainy ma być inaczej; jak przepowiedział prezydent Zełeński, który być może wie już coś, czego my jeszcze nie wiemy, granica między Polską, a Ukrainą ma zniknąć. Podobny program przedstawili uczestnicy debaty podczas samorządowej konferencji w Mikołajkach 13 kwietnia, tylko że oni przyłączenie Polski do Ukrainy nazwali „unią”. Nieważne, jak się taki twór będzie nazywał – stwierdził pan Czesław Bielecki – bo najważniejsze, żeby „integracja” nastąpiła jak najszybciej. Wygląda na to, że jeśli obezwładnianie Rosji na Ukrainie się przeciągnie, to Polska może dostać rozkaz włączenia się do wojny i wtedy rzeczywiście będziemy dzielić z Ukraińcami wspólnotę naszych losów z tą różnicą, że przed naszymi uchodźcami nikt może nie otworzyć ani swoich domów, ani swoich serc, jak Polacy przed Ukraińcami – oczywiście w wyjątkiem tych rodaków, a właściwie P.T. Rodaków, którzy będą się ewakuowali przez Zaleszczyki, skąd, jak wiadomo, wszędzie jest blisko.

W obliczu tak poważnych politycznych inicjatyw proklamowany został obowiązek wzmożonej czujności wobec ruskich agentów, którym śmierdzą onuce. Na początek Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, której pan prezydent Duda wyraził – podobnie jak innym formacjom bezpieczniackim – podziękowanie za oddaną służbę, zamknęła portale „W Realu” i „W Realu 24” prowadzone przez red. Marcina Rolę za „szerzenie rosyjskiej propagandy”, o czym – jakże by inaczej! – z satysfakcją poinformował konkurencyjny portal pana red. Tomasza Sakiewicza, zajmujący się propagandą ukraińską. Co prawda pan Rola twierdzi, że prawdziwym powodem było zainteresowanie „aferą respiratorową”, ale – jak to w filmie „Ojciec Chrzestny” zrobił Michael Corleone – wszystkie „sprawy rodzinne”, dzięki wojnie, jaką NATO prowadzi na Ukrainie w celu obezwładnienia Rosji, żeby Pan z Waszyngtonu tak się nie martwił, co też Rosja może zrobić w momencie, gdy USA przystąpią do ostatecznego rozwiązywania kwestii chińskiej, będzie można załatwić pod pretekstem demaskowania ruskich agentów. Kiedy wszyscy zostaną już zdemaskowani i zakneblowani, program przeprowadzenia „unii” ukraińsko-polskiej nie napotka już żadnej przeszkody.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Wojna a interesy

Stanisław Michalkiewicz 6 maja 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5174

Wprawdzie na Ukrainie wojnę z Rosją prowadzi cały Sojusz Atlantycki, a także kilkanaście innych państw, którym amerykański sekretarz obrony Lloyd Austin podczas niedawnej konferencji w amerykańskiej bazie lotniczej w Ramstein w Niemczech, powyznaczał zadania, jakie mają w związku z tą wojną wypełniać, ale to nie znaczy, że wszystkie te państwa, nakłonione przez Amerykanów do wojowania, mają te same interesy. Przeciwnie – bywają one odmienne od interesów, które Stany Zjednoczone chciałyby przy okazji tej wojny zrealizować.

Jak już wcześniej pisałem, podejrzewam, że wojna na Ukrainie została wykorzystana przez USA do kilku celów. Po pierwsze – pod pretekstem tej wojny Stany Zjednoczone mocno schwyciły za twarz całą Europę, która wcześniej coraz częściej próbowała podważać amerykańskie przywództwo, a propaganda nazywa to „jednością”. Niemcy wprawdzie unikały jakiejś ostentacji, bo jakże tu okazywać ostentację, kiedy od II wojny na niemieckim terytorium stacjonuje amerykańskie wojsko, jak nie pod tym, to pod innym pretekstem – ale od czasu do czasu wypuszczały balon próbny w postaci akcentowania potrzeby utworzenia niezależnych od NATO europejskich sił zbrojnych. Za tym pomysłem kryje się intencja wyprowadzenia Bundeswehry spod amerykańskiej kurateli. Chodzi o to, że kiedy w roku 1954 USA zgodziły się na remilitaryzację Niemiec, to znaczy – na pozwolenie im na posiadanie armii, to jeszcze nie było pewne, czy Hitler nie zmartwychwstanie. Na wszelki tedy wypadek, kiedy w roku 1955 Bundeswehra została utworzona, USA wmontowały ją w całości w struktury NATO, za pośrednictwem których mogą ją nadzorować. Utworzenie europejskich sił zbrojnych niezależnych od NATO oznaczałoby wyprowadzenie Bundeswehry spod tego nadzoru, a więc usunięcia kolejnego skutku wojny przegranej przez Hitlera.

Francja, na terytorium której wojska amerykańskiego nie ma i która posiada własną broń jądrową, od dawna niechętnie patrzy na amerykańską dominację w Europie, co znajduje wyraz nie tylko w wyznawaniu, wspólnie z Niemcami, doktryny „europeizacji Europy”, czyli wypychania USA z polityki europejskiej, a zwłaszcza – z funkcji kierownika tej polityki, ale również w wyprowadzaniu Francji z wojskowych struktur NATO, co miało miejsce za czasów generała de Gaulle’a, no i oczywiście – w postaci popierania pomysłu utworzenia europejskich sił zbrojnych. W niepojętym przypływie szczerości prezydent Macron ujawnił, do czego te siły zbrojne miałyby służyć; między innymi do obrony Europy przed… Stanami Zjednoczonymi, co wywołało wielkie zgorszenie prezydenta Trumpa. Maryna Le Pen otwarcie mówi o potrzebie ponownego wyprowadzenia Francji z wojskowych struktur NATO i przywrócenia strategicznego partnerstwa NATO z Rosją, jak było ustanowione na szczycie NATO w Lizbonie, 20 listopada 2010 roku. Głoszenie takich poglądów akurat teraz, gdy pod pretekstem wojny na Ukrainie USA mocno chwyciły Europę za twarz, żeby przy okazji wymusić na niej „dywersyfikację”, to znaczy – kupowanie gazu od Stanów Zjednoczonych, nie może przynieść prezydentury, chociaż po wynikach II tury widać, że całkiem spora część Francuzów myśli podobnie.

Drugim celem USA – jak to ujawnił sekretarz obrony Lloyd Austin podczas pielgrzymki do Kijowa – jest obezwładnienie Rosji”. Dlaczego Stanom Zjednoczonym tak na tym zależy, że aż gotowe są prowadzić z nią wojnę aż do ostatniego Ukraińca, a być może również – do ostatniego Polaka?

Dlatego, by nie musiały się obawiać, czy w momencie, gdy USA przystąpią do ostatecznego rozwiązywania kwestii chińskiej – bo przystąpić muszą – Rosja dochowa obietnicy neutralności – czego chciał się od Putina dowiedzieć prezydent Biden, podczas rozmów z nim w czerwcu i lipcu ub. roku. Coś musiał Putinowi przy tej okazji powiedzieć, bo nie tylko zaczął on bardzo wysoko licytować, wychodząc poza ustalenia porozumień paryskich z 1997 roku, dotyczących „środków budowy zaufania” przed planowanym rozszerzeniem NATO na Europę Środkową, a w stosunkach między Rosją i Ukrainą zaczęło gwałtownie narastać napięcie, które zakończyło się inwazją i wojną. Czy prezydent Biden w jakiś sposób zachęcił prezydenta Putina do „wzięcia sobie ”Ukrainy, czy też Putin błędnie odczytał jego intencje – to już w tej chwili nieważne, bo Lloyd Austin w krótkich żołnierskich słowach wyjaśnił, o co naprawdę chodzi. Stąd amerykańskie futrowanie Ukrainy na wszelkie sposoby, by była zdolna do prowadzenia wojny (ostatnio prez. Biden wystąpił do Kongresu o kolejne 30 mld dolarów), no i naciski na państwa uzależnione od USA, by w kosztach tej wojny też partycypowały, dostarczając Ukrainie coraz więcej broni i amunicji. Tymczasem wygląda na to, że Ukraińcy już zaczynają rozumieć, że dostali się miedzy ostrza potężnych szermierzy i jeden przez drugiego uciekają za granicę. Tylko do Polski uciekło ich ponad 3 mln, a według ONZ, w najbliższych miesiącach należy spodziewać się dalszych 8 mln uchodźców.

Tymczasem Niemcy też próbują wykorzystać wojnę na Ukrainie, by, nie drażniąc Amerykanów „europejskimi siłami zbrojnymi”, rozbudować swój własny potencjał militarny. Jak wiadomo, zamierzają wydać na ten cel 100 mld euro, a przecież nie jest to ostatnie słowo. Oznacza to milowy krok w kierunku totalnej militaryzacji Niemiec, co prędzej czy później będzie miało konsekwencje dla całej Europy, zwłaszcza w momencie, gdy USA przystąpią do ostatecznego rozwiązania kwestii chińskiej. Niemcy bowiem dostrzegają swój interes nie tylko w zachowaniu takiego marginesu samodzielności, by utrzymywać kontakt z „fabryką świata”, w jaką w ciągu ostatnich 30 lat przekształciły się Chiny, ale również – by stworzyć odpowiednie, również militarne, przesłanki sprzyjające budowie „IV Rzeszy”, która została wpisana do umowy koalicyjnej trzech partii tworzących aktualny rząd niemiecki.

W tym celu Niemcy od 2016 roku prowadzą przeciwko Polsce i Węgrom „wojnę hybrydową”, w której podstawowym narzędziem jest szantaż finansowy w wykonaniu zdominowanych przez Niemcy instytucji Unii Europejskiej. Ostatnio Niemcy rozszerzyły na Węgry zastosowany wcześniej wobec Polski „mechanizm warunkujący”, który umożliwia blokowanie funduszy dla tych krajów pod dowolnie wybranym pretekstem: „demokracji”, „praworządności”, czy – jak to było w bajce Ezopa – mącenia wody w rzece. Chodzi o to, by te państwa maksymalnie osłabić i wybić im z głowy wszelkie mrzonki o Trójmorzu, które, ze Stanami Zjednoczonymi jako jego protektorem, rozwiałoby niemieckie marzenia o hegemonii w Europie. Niestety rząd „dobrej zmiany”, który wie, że jego istnienie wisi na cienkiej nitce amerykańskiego poparcia, które może być w każdej chwili przerzucone choćby na pana Hołownię, czy jakiegoś innego jasnego idola, zachowuje się jak wzorowy ormowiec Naszego Najważniejszego Sojusznika, któremu nie ośmielił się nawet zaproponować, by USA, w ramach wzmacniania wschodniej flanki NATO, sfinansowały uzbrojenie dodatkowych 200 tys. żołnierzy, o których ma być powiększona nasza niezwyciężona armia, ani nawet nie poprosiły Amerykanów, by nacisnęli na Niemcy, by zakończyły tę hybrydową wojnę i odblokowały pieniądze.

Skoro tak, to nic dziwnego, że Putin właśnie zakręcił Polsce kurek z gazem, co rządowa propaganda odbiera jako wielki sukces, że Polska jako pierwsza „uniezależniła się” od rosyjskiego gazu, chociaż tak naprawdę to nadal będzie go kupowała, tyle, że za pośrednictwem Niemiec.

Nieporządek między Niebem i Ziemią

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  •  30 kwietnia 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5170

Mości panowie, chyba proroctwa mnie wspierały, kiedy pisałem felieton o potrzebie jedności Nieba i Ziemi, chociaż wtedy nie wiedziałem jeszcze wszystkiego. Teraz oczywiście też wszystkiego nie wiem, nie wiem nawet, jaka jest sytuacja na Ukrainie, ale to chyba nie takie ważne. Ważne jest, by wierzyć, że wszystko zakończy się wesołym oberkiem, czyli ostatecznym zwycięstwem.

Jak będzie wyglądało ostateczne zwycięstwo – tego też nie wiemy – bo rysują się dwa programy: jeden minimum, a drugi – maksimum. Minimalny program ostatecznego zwycięstwa sprowadza się do wyparcia Rosjan z prastarych ziem ukraińskich łącznie z Krymem. Program maksymalny oznacza zniszczenie Rosji i obsadzenie Kremla – o ile oczywiście przetrwa on ten eksperyment – przez ukraińską załogę.

Wprawdzie polscy zwolennicy programu maksimum pewnie woleliby, żeby Kreml został obsadzony przez załogę polską, ale sęk w tym, że Polska – jak dotychczas – nie prowadzi z Rosją wojny; to znaczy prowadzi, jakże by inaczej – ale przede wszystkim – jakby to powiedzieć – w sferze frazesu, bez bezpośredniego angażowania się działania militarne – na co nie pozwala nam Nasz Najważniejszy Sojusznik. W tej sytuacji możliwość obsadzenia Kremla przez polską załogę jest bardzo mało prawdopodobna. No dobrze, ale co będzie, jeśli Kreml zostanie obsadzony przez wojsko ukraińskie? Wtedy Ukraina przejmie wszystkie zasoby Rosji, z arsenałem jądrowym włącznie. To następny problem, bo w tej sytuacji możliwość awansu Polski do roli regionalnego lidera wydaje się jeszcze mniej prawdopodobna, więc już teraz widać, że „postjagiellońskie mrzonki” mogą służyć jedynie do uwodzenia wyznawców odbudowy I Rzeczypospolitej, żeby myśleli, że to wszystko naprawdę – a potem będzie jak zawsze, czyli – jak powiada poeta – „A potem Adam i cholera, a potem Juliusz i suchoty; o filareci, biedne dzieci, kochany kraju złoty!

Ale to są sprawy ziemskie, sprawy nader światowe, podczas gdy jedność Nieba i Ziemi oznacza konieczność uporządkowania pewnych spraw również w Niebiesiech. Z tym też może nie być łatwo, bo tuż przed Świętami Wielkanocnymi światem wstrząsnęła wiadomość o rozstaniu pana red. Konstantego Geberta z „Gazetą Wyborczą”. Poszło o to, że pan Gebert chciał podstępnie wydrukować na łamach „Gazety” opinię, że ukraiński pułk „Azow”, to naziści”. Trudno się dziwić, że Judenrat „Gazety Wyborczej” był tą inicjatywą kompletnie zaskoczony, bo przecież dziś prawdziwych nazistów, podobnie jak prawdziwych Cyganów już nie ma i proponował nawet wyjście kompromisowe, żeby mianowicie pan Gebert napisał, że ten cały „Azow” to „skrajna prawica”- ale autor nie chciał o niczym słyszeć i ogłosił swoje pożegnanie.

W normalnych warunkach niezależne media rządowe rzuciłyby się na Judenrat i samego red. Michnika, że tłumi wolność słowa, ale obecnie żyjemy w warunkach nienormalnych, więc funkcjonariusze Propaganda Abteilung w mediach rządowych nie mogli nie zauważyć, iż opinia pana red. Geberta przynajmniej częściowo pokrywa się z opinią zbrodniarza wojennego, zimnego ruskiego czekisty Putina. W tej sytuacji jest rzeczą oczywistą, że pan Gebert racji mieć nie może.

Z drugiej jednak strony przyznanie racji redakcyjnego Judenratowi „Gazety Wyborczej” byłoby jeszcze gorsze, bo przecież Judenrat stoi na nieubłaganym gruncie popierania przewodniczącego Volksdeutsche Partei, znienawidzonego Donalda Tuska, drugiego po Putinie wroga publicznego. Podobna sytuacja wystąpiła w przypadku śmiertelnego wypadku drogowego, w którym bierny udział wziął samochód prowadzony przez pana Zdziennickiego, małżonka pani Małgorzaty Gersdorf, z którą rząd „dobrej zmiany” miał tyle zgryzoty w pierwszym etapie walki o praworządność w Polsce. Najpierw rządowe media skwapliwie rzuciły się na ten smakowity kąsek, bo co tu ukrywać – w towarzystwie wybitnych przedstawicieli naszego demokratycznego państwa prawnego trup nie ściele się tak znowu gęsto – aż pani Małgorzata Gersdorf zaczęła żalić się na doznawane „szykany”. Potem jednak wszystko ucichło, bo widocznie polityczni przyjaciele pani Małgorzaty ruszyli z odsieczą, poruszając Niebo i Ziemię gwoli ustalenia korzystniejszej dla naszego małżeństwa wersji wydarzeń. W tej sytuacji ta nieprzyjemna sprawa zakończy się wesołym oberkiem, zwłaszcza gdyby trafiła przed niezawisły sąd, który „powinność swej służby” by „zrozumiał”.

Tymczasem nieubłaganie zbliżały się Święta Wielkanocne, aż tu nagle w „Gazecie Wyborczej” tamtejszy Judenrat opublikował list pana Przemysława Wiszniewskiego, którego podejrzewam, że może dla „GW” świadczyć usługi Honorable Correspondant. Pan Wiszniewski skorzystał z łamów „Gazety Wyborczej”, by poinformować „całą społeczność wolnego świata, że dopóki Ukraina nie zwycięży, Chrystus nie zmartwychwstanie”. Konkretnie chodzi o to, by papież Franciszek „nabrał odwagi”, a patriarcha Cyryl nabrał „serca i rozumu”, bo jak nie, to Zmartwychwstanie zostanie bezterminowo odwołane. Z dalszej części publikacji wynika, że jeśli chodzi o ostateczne zwycięstwo, to pan Przemysław Wiszniewski stoi na stanowisku ukraińskiego programu minimum, bo oznajmia, że żadnego Zmartwychwstania nie będzie dopóki Ukraina nie zwycięży, to znaczy – „nie wyzbędzie się armii rosyjskiej ze swojego terytorium”. Ale to jeszcze nic, bo pan Wiszniewski powiada, że „zło Kremla i jego popleczników muszą pokonać ludzie, bo świat realny jest najważniejszy, a świat duchowy i metafizyczny stanowczo nas zawiódł”. Przy okazji dostało się samemu Panu Bogu, który „śpi” podczas gdy triumfuje „demon wojny”.

Okazuje się, że chociaż Putin mógł zapuścić swoje macki nawet do Judenratu „Gazety Wyborczej”, to pan Wiszniewski najwyraźniej sprawia wrażenie lepiej poinformowanego, przynajmniej tak, jak gdyby wspierał go wywiad amerykański. Któż inny bowiem mógł by wywąchać, że padł rozkaz, iż dopóki Ukraina nie zwycięży, to żadnego Zmartwychwstania nie będzie? Ale nie ma rzeczy doskonałych, więc jest możliwe, że również ustalenia wywiadu amerykańskiego zawierają jakiś margines błędu. Oto pan Wiszniewski, najwyraźniej bazując na meldunkach naszego człowieka w Niebiesiech twierdzi, że Pan Bóg „śpi”, podczas gdy to wcale nie jest takie pewne, bo równie dobrze może być „na wakacjach”. Taką możliwość spenetrował jeszcze w latach 70-tych pewien Francuz, u którego pracowaliśmy na winnicy, więc chyba sprawdzenie, jak było naprawdę, nie przekracza możliwości umysłu ludzkiego. Wydaje się to tym bardziej koniczne, że na domiar złego Chrystus punktualnie zmartwychwstał, jak gdyby nigdy nic, co pokazuje, że w stosunkach między Niebem, a Ziemią nadal panuje nieporządek.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Długo oczekiwania Mutacja transsyberyjska?

Stanisław Michalkiewicz 29 kwietnia 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5169

Czyżby epidemia zbrodniczego koronawirusa została odwołana za wcześnie? Na to wygląda tym bardziej, że stało się to za przyczyną zbrodniarza wojennego, zimnego ruskiego czekisty Putina, który – gdyby oczywiście nie był zbrodniarzem wojennym – mógłby ubiegać się o nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny, właśnie za zlikwidowanie epidemii.

Była ona bowiem przedsięwzięciem przede wszystkim medialnym, pretekstem do przećwiczenia tresury miliardów ludzi do zachowań stadnych i – co tu ukrywać – narzędziem skutecznym. O umownym charakterze epidemii świadczy choćby sposób, w jaki została ona zakończona w naszym nieszczęśliwym kraju. Było to bardzo podobne do eksperymentu, jaki Michaił Gorbaczow przeprowadził kiedy w Związku Radzieckim. Oto któregoś dnia ogłosił, że nazajutrz wszyscy muszą myśleć po nowemu. I tak się stało. Miliony ludzi położyły się spać myśląc po staremu, a kiedy się obudziły – myślały już po nowemu.

Podobnie z zakończeniem epidemii. 27 marca jeszcze wszystkie obostrzenia, w rodzaju zakładania maseczek, czy odbywania kwarantanny były jeszcze bezwzględnie konieczne, a konieczność ta była naukowo uzasadniona przez najtęższe autorytety, a następnego dnia od samego rana żadne z tych obostrzeń nie było już konieczne. Co się stało w nocy? Czyżby zbrodniczy koronawirus przestał istnieć? Ależ skądże, wcale nie – tylko pojawił się nowy, wielokrotnie wypróbowany pretekst do tresowania ludzi do zachowań stadnych w postaci wojny na Ukrainie. Zresztą jak tu przekonywać ludzi do maseczek, czy kwarantanny, skoro każdego dnia ukraińsko-polską granicę przekraczało prawie 100 tysięcy ludzi, których nikt nie testował na obecność zbrodniczego koronawirusa, nikt nie karał ich mandatami za niemanie maseczek, ani nikt nie kierował ich na kwarantannę, tylko autobusy rozwoziły ich po całej Polsce? Żaden naukowy autorytet nie potrafiłby wyjaśnić takiej sprzeczności, więc nie było rady – trzeba było epidemię kończyć, A gdyby Putin nie dokonał inwazji na Ukrainę, wszystko mogłoby pozostać po staremu, a nauka święciłaby triumfy.

I kiedy wydawało się, że tamten etap tresury mamy już poza sobą, że teraz będziemy tresowani do zachowań stadnych pod pretekstem wojny – żeby każdy płonął świętym oburzeniem na Putina i żeby każdy wierzył we wszystko, co na temat wojny podają niezależne media głównego nurtu – zarówno te rządowe, jak i te nierządne – bo i jedne i drugie podają to samo, a jedyną różnicą między nimi jest ocena Donalda Tuska, który dla mediów rządowych pozostawał wrogiem publicznym numer dwa – zaraz po Putinie, który jest wrogiem publicznym numer jeden, podczas gdy w mediach nierządnych jedynym wrogiem całej postępowej ludzkości jest tylko Putin – ni stąd, ni zowąd okazało się, że w rządowych magazynach zalegają dziesiątki milionów szczepionek firmy Pfizer. Były one kupione na etapie poprzednim, kiedy się wydawało, że epidemia będzie trwała i trwała, jak długo będzie trzeba, a tymczasem wojna i miliony uchodźców wywróciły to wszystko do góry nogami.

To jeszcze nie było najgorsze, bo – jak powiadają zbrodniczy Rosjanie – gdie nasze nie prapadało, więc ten zapłacony ogromny zapas szczepionek byśmy odżałowali. Okazało się jednak, że z firmą Pfizer rząd podpisał kontrakty na następne dostawy, za które trzeba będzie zapłacić – a tymczasem epidemia została odwołana. W tej sytuacji pan minister Niedzielski butnie oświadczył, że żadnych dodatkowych dostaw Polska nie potrzebuje, że kontrakty unieważnia – i tak dalej.

Wydawało się, że sprawa jest prosta tym bardziej, że rząd spodziewał się, iż inne kraje członkowskie Unii Europejskiej pójdą za przykładem Polski i kontrakty z Pfizerem pounieważniają. Niestety z wojny na Ukrainie skorzystały również Stany Zjednoczone, które pod tym pretekstem mocno chwyciły Europę za twarz, więc ochota na zrywanie kontraktów z amerykańskim koncernem farmaceutycznym gwałtownie spadła. Może zresztą pewien wpływ na to miały doświadczenia Polski, która za próbę przeforsowania „lex TVN” została przez władze amerykańskie ostrzeżona, że ten kto w swoim kraju działa na szkodę amerykańskich przedsiębiorstw, nie może uważać się za sojusznika Stanów Zjednoczonych.

Takie ostrzeżenie brzmiało groźnie nawet w czasach pokoju, a cóż dopiero – w czasie wojny? Wprawdzie formalnie ani USA, ani NATO wojny z Rosją nie prowadzi, przeciwnie – wszyscy utrzymują z Rosją stosunki dyplomatyczne – ale z Irakiem też utrzymywały, jednak nie przeszkodziło to we wszczęciu przeciwko temu krajowi „operacji pokojowej”, więc oficjalne zachowania nie mają tu nic do rzeczy. NATO nie angażuje się tylko w bezpośrednie działania militarne, podczas gdy we wszystkie inne – jak najbardziej. Pod tym względem wojna na Ukrainie podobna jest do wojny wietnamskiej, którą Stany Zjednoczone prowadziły nie przeciwko Wietnamowi, tylko przeciwko całemu Układowi Warszawskiemu i Chinom na dodatek. Dlatego i w jednym i w drugim przypadku wojna okazała się trudna do wygrania, chociaż sekretarz stanu Antoni Blinken optymistycznie zakłada, że zakończy się ona do końca tego roku, czyli najpóźniej – w Sylwestra. Do tego jednak czasu, a może i dłużej, będzie obowiązywała wojenna dyscyplina, a skoro tak, to nie jest pora na zrywanie kontraktów z Pfizerem.

Dlatego pojawiają się nieśmiałe głosy, wsparte również autorytetem pana ministra Niedzielskiego, byśmy spodziewali się jakichś niespodzianek epidemicznych jeszcze we wrześniu. Może nie wszystkie obostrzenia zostaną ponownie wprowadzone, ale szczepionki – jak najbardziej. Przecież Pfizer nie będzie produkował szczepionek na magazyn, a skoro tak, to trzeba będzie je kupić, no a skoro już będą kupione – to trzeba je będzie wykorzystać, żeby ludzie nie mówili, że rząd wyrzucił tyle pieniędzy w błoto.

I tak już ludziska sarkają, że inflacja – ale rząd teraz ma komfortową sytuację; nie zaprzecza inflacji, tylko śmiało bierze byka za rogi mówiąc – a owszem, jest ona, ta inflacja, ale to dlatego, że przecież jest wojna! Gdyby nie ona, to żadnej inflacji by nie było, nawet w sytuacji, gdy rząd rozrzuca pieniądze na prawo i lewo – ale jakże ma ich nie rozrzucać, skoro jest wojna? Jak się okazuje, wojna może być dobra, może nie na wszystko, ale na niektóre rzeczy jest znakomita.

Jednak nie można przeciągać jej nazbyt długo, a w tej sytuacji powrót do tresury ludzi do zachowań stadnych pod pretekstem epidemii zbrodniczego koronawirusa jest jak najbardziej oczywisty, zwłaszcza że dostawy kolejnych partii szczepionek już są przygotowane. Poza tym epidemia jest pretekstem lepszym, bo obejmuje całą ludzkość, ponad politycznymi podziałami, podczas gdy wojna, jaką NATO prowadzi z Rosją na Ukrainie, ma zasięg zdecydowanie bardziej ograniczony. Najwyżej będzie można jeden pretekst powiązać z drugim w ten sposób, że we wrześniu pojawić się może długo oczekiwania transsyberyjska mutacja koronawirusa.

Kontrakty kijowskie. Nie znamy anonimowego dobroczyńcy ludzkości…

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  •  27 kwietnia 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5168

Dzięki Juliuszowi Cezarowi i jeszcze innym okolicznościom, prawosławne Święta Wielkanocne przypadają trochę później, niż katolickie i pewnie dlatego rosyjska ofensywa na wschodzie Ukrainy rozpoczęła się właśnie w Wielkanoc. Nawiasem mówiąc, teraz środowiska politycznie poprawne, wytresowane w zachowaniach stadnych, jak na komendę przestały mówić: „na Ukrainie”, tylko „w Ukrainie”, chociaż „na Węgrzech”, czy „na Litwie” mówią po staremu. Nie wiem, kto personalnie wydał taki rozkaz, żeby mówić w sposób politycznie poprawny – ale to nieważne, bo chociaż nie znamy anonimowego dobroczyńcy ludzkości, wszyscy się do jego rozkazu zastosowali.

Zresztą nie po raz pierwszy, bo już wcześniej, bodajże w 1988 roku „zarządziło”, żeby w Polsce wprowadzić moratorium na wykonywania kary śmierci. Niezawisłe sądy mogły wprawdzie ją orzekać, ale nie była już wykonywana, a przeciwko takiemu lekceważeniu wyroków niezawisłe sądy nie ośmieliły się protestować. I tak było do roku 1995 kiedy to wspomniane moratorium Sejm przedłużył o kolejne 5 lat. Zwróciliśmy się wtedy do ówczesnego ministra sprawiedliwości, pana Jerzego Jaskierni z pytaniem, kto nakazał wprowadzenie tego moratorium wcześniej. Otrzymaliśmy odpowiedź, że „nie można ustalić autora tej decyzji. Wprawdzie „nie można” ustalić, ale całe nasze demokratyczne państwo prawne do decyzji anonimowego dobroczyńcy ludzkości się zastosowało – no bo jakże by inaczej? Ciekawe co jeszcze anonimowy dobroczyńca nam rozkaże zrobić – bo że zrobimy, to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Czyż nie na tym polega sławna suwerenność, że rozkazy anonimowych dobroczyńców ludzkości są wykonywane bez szemrania, nie mówiąc już o sprzeciwie?

Jaskółką zapowiadającą nadejście wiosny był urządzony 13 kwietnia VII Europejski Kongres Samorządowców w Mikołajkach. Takie kongresy organizowane są przede wszystkim, by wypić i zakąsić, ale czas między posiłkami też trzeba czymś wypełnić, żeby nie wyglądało to, jak protestacyjna głodówka. Toteż wypełniła go debata na tematy przyszłościowe, między innymi – unię Polski z Ukrainą, czyli przyłączenie Polski do Ukrainy. Gorącym zwolennikiem takiej unii okazał się prezes Polskiego Stronnictwa Ludowego, minister-ministrowicz Władysław Kosiniak Kamysz, ale też rozmaici „byli ludzie”, jak np. pobożny poseł Jarosław Gowin, czy osobisty nieprzyjaciel Pana Boga, pochodzący z porządnej, bezpieczniackiej rodziny Wielce Czcigodny poseł Maciej Gdula, no i pan Czesław Bielecki, który dał sobie spokój z posłowaniem, podobnie jak moderujący debatę, ozdobiony tołstojowską brodą Jan Maria Rokita, ongiś, za panny Suchockiej, wszechwładny szef Urzędy Rady Ministrów.

Prezes PSL powtórzył opinię ukraińskiego prezydenta Wołodymira Zełeńskiego, który wykombinował sobie, że Polska i Ukraina mają razem 80 mln mieszkańców, więc mniej więcej tyle samo, co Niemcy, które teraz Ukrainie jeszcze podskakują, za co prezydent Zełeński nie pozwolił prezydentowi Steinmeierowi zabrać się z prezydentem Dudą na pielgrzymkę do Kijowa. Ale gdyby Ukraina przyłączyła Polskę, to z Niemcami rozmawialibyśmy jeszcze ostrzej, chociaż i dzisiaj premier Morawiecki już całą Europę rozstawia po kątach, na co ona wyrozumiale mu pozwala, ale forsy nie odblokowuje. Prezes PSL powiedział, że unia taka właściwie już nastąpiła, bo Polacy przyjęli już, to znaczy bezwarunkowo wzięli na utrzymanie 3,5 miliona ukraińskich uchodźców, co oznacza, że upiory przeszłości zostały przezwyciężone i możemy teraz historię pisać od nowa, jak to ma miejsce w przypadku Żydów.

A skoro o nich mowa, to warto odnotować wypowiedź Czesława Bieleckiego, który potwierdził konieczność przeprowadzenia unii Polski z Ukrainą i stwierdził, że nie jest ważne, jak się taki układ będzie nazywał, bo ważniejsze jest przeprowadzenie procesu integracji.

Jak widzimy, wszystko zostało już postanowione, niczym moratorium na wykonywanie kary śmierci, więc nie ma rady – musimy zacząć się integrować, a kto będzie się sprzeciwiał, albo tylko ociągał, to zostanie uznany za ruskiego agenta, któremu śmierdzą onuce, zaś ABW wpisze go na listę proskrypcyjną, żeby MSW „zamroziło” mu majątek. W tej sytuacji wszelki opór przeciwko nieubłaganej konieczności stanie się beznadziejny, a my coraz lepiej rozumiemy, w jakim kierunku zmierzają te wszystkie inicjatywy ustawodawcze i w jakim kierunku my wszyscy, wraz z całym naszym nieszczęśliwym krajem mamy podążać. Czy stosowne rozkazy zostały przekazane panu prezydentowi Dudzie podczas sławnego warszawskiego spotkania z Naszym Panem z Waszyngtonu, czy kiedy indziej – to też nieistotne, bo nie chodzi o takie szczegóły, tylko o to, co teraz przystoi nam czynić.

No dobrze – ale co z ruskim czekistą, zbrodniarzem wojennym Putinem? Właśnie rozpoczął ofensywę, która z całą pewnością skończy się ostatecznym zwycięstwem Ukrainy, chociaż nie wiadomo kiedy, bo właśnie jeden z kremlowskich dygnitarzy powiedział, że Rosja wszystkie transporty broni dla Ukrainy będzie odtąd traktowała jako „legalne cele wojskowe”. Ale to nic, bo ostateczne ukraińskie zwycięstwo tak czy owak przyjdzie, nawet gdyby Ukrainie przyszło kontynuować wojnę bez broni – jak to jest w tradycji polskiej.

W razie, gdyby coś poszło nie tak, to Ukraina zawsze może kontynuować działania wojenne przeciwko Rosji z terytorium polskiego, znaczy się – unijnego – a wtedy ostateczne zwycięstwo jest gwarantowane, zwłaszcza że przywódcy naszej niezwyciężonej armii są gotowi na wszystko i nawet – jak głoszą fałszywe pogłoski – podjęli niezbędne przygotowania do zachowania ciągłości władzy nawet w przypadku uderzenia jądrowego. W tym celu integracja Polski z Ukrainą też się przyda, bo Zaleszczyki tym razem leżą już na terytorium ukraińskim. A z Zaleszczyk, wiadomo – wszędzie blisko, zwłaszcza do Waszyngtonu, gdzie można będzie ustanowić rząd na uchodźstwie. Problem może stanowić to, czy będzie czym rządzić, ale i tu integracja z Ukrainą będzie, jak znalazł, bo tylko w Sodomie i Gomorze nie znalazło się nawet dziesięciu porządnych obywateli, a z tych 80 milionów może zostanie trochę więcej, więc w naszym fachu nie ma strachu.

Jak widzimy, wszystko gra i koliduje, więc teraz trzeba znaleźć jakiś pretekst, by taką unię Polski z Ukrainą przeprowadzić. W okresie referendum akcesyjnego nasi Umiłowani Przywódcy stręczyli nam Unię Europejską w ten sposób, że jak się przyłączymy, to Niemcy sypną złotem i znowu będzie, jak za Gierka. Niestety teraz przeżywamy pod tym względem bolesny powrót do rzeczywistości, która może okazać się bardzo podobna do tej, za Gierka, ale pod koniec schyłkowego okresu jego rządów.

Jakie opowieści usłyszymy ponad podziałami teraz, kiedy nadejdzie czas wykonania decyzji anonimowego dobroczyńcy ludzkości? Postjagiellońskie mrzonki, tylko a rebours, a może jakieś mistycyzmy Wernyhory?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.