Fauci kłamał a dzieci umierały: Tajne dokumenty CDC potwierdzają, że 120 tys. dzieci, nastolatków i młodych dorosłych „zmarło nagle” w USA do października 2022.

Fauci kłamał a dzieci umierały: Tajne dokumenty CDC potwierdzają, że 120 tys. dzieci, nastolatków i młodych dorosłych „zmarło nagle” w USA do października 2022 roku po „awaryjnym” dopuszczeniu do użytku szczepionek Covid

fauci-lied-120k-children-died 25 marzec 2023.

Raz po raz w ciągu 2021 roku, dr Anthony Fauci, stał na podium, jasne światła reflektorów dodawały mu prawdomówności,, gdy stawał przed narodem. Pewną ręką trzymał fiolkę ze szczepionką Covid-19 firmy Pfizer, obiecując, że będzie ona kluczem do ochrony Ameryki i jej dzieci przed „śmiertelną” chorobą Covid-19, która rzekomo miała spustoszyć kraj.

Jednak mało kto wiedział, że prawda o bezpieczeństwie szczepionki Covid została zakopana głęboko w kłamstwach i oszustwach Fauci’ego oraz w poufnych dokumentach rządu USA i firmy Pfizer.

Fauci używał propagandy, kłamstw i manipulacji, aby zmusić rodziców do zaszczepienia swoich dzieci.

Jednak ciężar utraconych istnień szybko spadł na niego i na naród, ponieważ tajny raport Centrum Kontroli Chorób (CDC) ujawnił, że prawie pół miliona dzieci i młodych dorosłych zmarło w ciągu roku od jego fatalnego ogłoszenia, a ponad 118 000 z tych zgonów podejrzewa się jako niebezpieczne skutki uboczne szczepionki Covid.

Raport CDC powinien wywołać powszechne oburzenie i znaleźć się na pierwszej stronie każdej większej gazety. Zamiast tego jednak, spotkał się i nadal będzie spotykał z głuchym milczeniem. Pomimo oszałamiającej liczby zgonów, raport zostanie pogrzebany i zamieciony pod dywan.

Media głównego nurtu, pochłonięte pracą w nadgodzinach, aby odwrócić uwagę opinii publicznej propagandą na temat wojny na Ukrainie, rzekomych zmian klimatycznych i kryzysu kosztów życia, nie zwróciły i nie zwrócą uwagi na niszczące konsekwencje oszustwa dr Anthony’ego Fauci.

Opinia publiczna będzie nadal utrzymywana w niewiedzy, a rząd Stanów Zjednoczonych będzie się zwijał, aby ukryć swój własny udział w tragedii. Dr Fauci po cichu ogłosił przejście na „emeryturę” w sierpniu 2022 roku.

To wszystko jest biznes jak zwykle i po prostu kolejny dzień w biurze. Ale jest to również szokująca porażka przejrzystości i odpowiedzialności, a mieszkańcy Stanów Zjednoczonych powinni być na zawsze prześladowani przez życie utracone w wyniku skandalu ze szczepionką Covid.

W porównaniu z innymi krajami rząd Stanów Zjednoczonych był fatalny w publikowaniu odpowiednich i aktualnych danych, które pozwoliły nam przeanalizować konsekwencje wprowadzenia zastrzyków Covid-.

W końcu jednak udało nam się na nie natknąć dzięki instytucji znanej jako Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OEC).

OEC to organizacja międzyrządowa zrzeszająca 38 krajów członkowskich, założona w 1961 roku w celu stymulowania postępu gospodarczego i światowego handlu. I z jakiegoś powodu przechowują one bogate dane na temat nadmiernej liczby zgonów. Dane te można znaleźć dla siebie tutaj.

Poniższy wykres został stworzony na podstawie danych znalezionych w bazie OEC. Dane te zostały dostarczone do OEC przez amerykańskie Centra Kontroli Chorób (CDC). I pokazuje nadmiar zgonów wśród dzieci i młodych dorosłych w wieku 0-44 lat w całych Stanach Zjednoczonych według tygodnia w 2020 i 2021 roku.

Oficjalne dane ujawniają, że nastąpił niewielki wzrost nadwyżki zgonów wśród dzieci i młodych dorosłych, gdy domniemana pandemia Covid-19 uderzyła w USA na początku 2020 roku.

Jednak wraz z wprowadzeniem zastrzyku Covid, można było oczekiwać, że zgony znacznie spadły wśród tej grupy wiekowej w 2021 roku. Zamiast tego jednak stało się coś zupełnie odwrotnego.

Nadmiar zgonów wśród dzieci i młodych dorosłych był znacznie wyższy w każdym tygodniu w 2021 roku niż w 2020 roku, z wyjątkiem tygodni 29 i 30. Ale potem, w tygodniu 31, stało się coś drastycznego, co spowodowało, że nadmiar zgonów znacznie wzrósł wśród dzieci i młodych dorosłych.

A oficjalne dane przedstawione przez CDC, niestety pokazują, że trend ten utrzymał się w 2022 roku.

Najnowsze dane udostępnione przez CDC obejmują do 40 tygodnia, czyli tygodnia kończącego się 9 października, przy czym należy zaznaczyć, że ostatnie tygodnie danych mogą ulec zmianie. Ale jak widać z powyższego, 2022 był również znaczącym rokiem dla nadmiaru zgonów wśród dzieci i młodych dorosłych.

Dla porównania, oto jak dotychczasowe dane za rok 2022 mają się do danych do 40 tygodnia w roku 2020 i 2021.

Dane źródłowe.

CDC potwierdziło, że w 2022 roku było do tej pory o 7 680 więcej nadwyżkowych zgonów wśród dzieci i młodych dorosłych, niż w tym samym przedziale czasowym w 2020 roku w szczycie rzekomej pandemii Covid-19.

Rok 2021 był jednak zdecydowanie najgorszy, z 27,227 większą liczbą nadmiernych zgonów do 40 tygodnia po wprowadzeniu zastrzyku Covid, niż to, co miało miejsce w 2020 roku w szczycie rzekomej pandemii Covid.

Poniższy wykres przedstawia oficjalne dane CDC dotyczące wszystkich zgonów i nadmiaru zgonów wśród dzieci i młodych dorosłych w całych Stanach Zjednoczonych przed wprowadzeniem szczepionki Covid-19 oraz po wprowadzeniu szczepionek Covid-19 14 grudnia 2020 roku.

Powyższe dane ujawniają, że w roku 2022 do tej pory odnotowano jedynie 1 352 mniej nadwyżkowych zgonów wśród osób w wieku 0-44 lat w 40. tygodniu niż to, co miało miejsce w 51. tygodniu 2022 r., mimo że rok 2020 był rzekomym szczytem pandemii COVID i obejmował również dodatkowe 11 tygodni zgonów.

Jednak najbardziej niepokojące liczby ujawnione na powyższym wykresie to ogólna liczba zgonów i nadwyżki zgonów wśród dzieci i młodych dorosłych od czasu wprowadzenia zastrzyków Covid-19.

Prawie pół miliona osób w wieku od 0 do 44 lat niestety zmarło od 51 tygodnia 2020 roku, a to spowodowało zdumiewającą liczbę 117 719 nadmiarowych zgonów w stosunku do średniej pięcioletniej 2015-2019.

Średnia długość życia w USA od 2020 roku wynosiła 77,28 lat. Jeśli mamy wierzyć oficjalnej narracji, że Covid jest śmiertelną chorobą to być może moglibyśmy się zgodzić, że 231 987 dzieci i młodych dorosłych w wieku do 44 lat umierających w 2020 roku skutkujących 40 365 nadwyżkami zgonów było straszną konsekwencją tej choroby.

Ale jeśli mamy wierzyć oficjalnej narracji, że zastrzyki Covid są bezpieczne i skuteczne, to jak można wyjaśnić dalszy wzrost liczby zgonów wśród dzieci i młodych dorosłych zarówno w 2021 jak i 2022 roku?

Wiemy, że miliony Amerykanów zostało zmuszonych do otrzymania zastrzyków i wiemy, że miliony rodziców zostało zmuszonych do zmuszenia swoich dzieci do otrzymania tych samych zastrzyków.

Odpowiedź leży w fakcie, że oficjalna narracja jest jawnym kłamstwem. Szczepionki Covid nie są ani jednym, ani drugim.

Dane dostarczone przez CDC, które niewiarygodnie trudno było znaleźć, dają nam jedynie wskazówki, że tak wiele zgonów wśród młodych Amerykanów miało miejsce. Ale dalsze dane opublikowane przez rząd Wielkiej Brytanii potwierdzają to.

Jednym z dowodów potwierdzających to jest raport opublikowany 6 lipca 2022 roku przez brytyjski Office for National Statistics, który jest agencją rządową Wielkiej Brytanii.

===============

mail:

Kiedy podobny raport zostanie ogłoszony w Polsce.
Tak przecież naśladują Amerykę.

Żydzi w Izraelu, z poparciem policji, rządu, pełni nienawiści prześladują chrześcijan. Brutalne napaści.

Żydzi w Izraelu, z poparciem policji, rządu, pełni nienawiści prześladują chrześcijan. Brutalna napaść na arcybiskupa w Jerozolimie

https://www.fronda.pl/a/Zydzi-przesladuja-chrzescijan-Brutalna-napasc-na-arcybiskupa-w-Jerozolimie,213192.html

Prawosławny patriarchat Jerozolimy, którego głową jest Teofil III, potępił napaść, do jakiej doszło w niedzielę w czasie porannej Mszy w Kościele Gestemani. „Dwóch izraelskich radykałów” [to nie „radykałowie”, lecz bezkarni bandyci, nienawistnicy md] usiłowało zniszczyć ikony i zaatakować arcybiskupa Joachima oraz drugiego duchownego. Napastników kilku mężczyzn obezwładniło i zatrzymało do przyjazdu policji.

Potępiając „ohydny atak terrorystyczny”, patriarchat stwierdza w wydanym oświadczeniu, że takie napaści „<radykalnych> ugrupowań izraelskich, których celem są kościoły, cmentarze i mienie chrześcijańskie, oprócz ataków fizycznych i wyzwisk wymierzonych w chrześcijańskie duchowieństwo, stały się niemal codziennym zjawiskiem, które ewidentnie się nasila w czasie świąt chrześcijańskich”.

W zeszłym miesiącu z takim oświadczeniem wystąpili franciszkanie z Kustodii Ziemi Świętej, podkreślając „narastającą serię poważnych aktów nienawiści i przemocy przeciwko chrześcijańskiej społeczności w Izraelu”. Powodem komunikatu franciszkanów była m.in. napaść „radykalnego Żyda” [znów we Frondzie wazeliniarskie sformułowanie; to bluźnierczy, pełni nienawiści bandyci. md]na Kościół Biczowania, w którym napastnik strącił figurę Jezusa usiłując ją zniszczyć, nim został unieruchomiony. Innym razem grupa Żydów zaatakowała turystów i zamieniła „siedzibę chrześcijan w pole bitwy” rzucając stołami krzesłami i szklankami. Poszkodowani musieli czekać godzinę na przyjazd policji.

Inne przykłady wrogości wobec chrześcijan to: profanacja cmentarza w Jerozolimie w styczniu tego roku, wandalski atak na centrum maronitów, strzały w kierunku katolickiej szkoły prowadzonej przez franciszkanki, graffiti „Śmierć chrześcijanom” na murach klasztoru. Jak przypomina Patrick Delaney z „Life Site News”, tego typu ataki, choć w ostatnim czasie się nasiliły, nie są niczym nowym w Ziemi Świętej.

Zdaniem publicysty władze Izraela w rzeczywistości „przyjęły celową politykę niszczenia, rabowania i profanowania kościołów w Palestynie w czasie wojny z 1948 i po niej”. A także dzisiaj zdarzają się przypadki, kiedy „radykalni Żydzi” plują na chrześcijan i zakłócają modlitwy. Delaney, przypominając m.in. słynne podpalenie Kościoła Rozmnożenia Chleba i Ryb w Tabdze w Galilei w 2015 r., podkreśla, że takie przestępstwa „praktycznie nigdy nie zostają wyjaśnione”.

W grudniu liderzy Kościoła katolickiego, prawosławnego oraz protestanci zwracali uwagę na „systematyczną próbę usunięcia” chrześcijan z Jerozolimy. W oświadczeniu zauważyli oni, że mimo deklaracji rządu Izraela, lokalni politycy nie dążą do tego, by położyć kres działaniom radykałów.

Na podobny problem w najnowszym oświadczeniu zwraca uwagę prawosławny patriarchat Jerozolimy, pisząc o braku „stosownej reakcji w skali lokalnej, jak i międzynarodowej, mimo apeli, próśb i protestów”. Wzywając społeczność międzynarodową do interwencji, a także domagając się „koniecznych środków prawnych” przeciw sprawcom, patriarchat jednocześnie zaznacza, że „jest boleśnie jasne teraz, iż autentyczna obecność chrześcijan w Ziemi Świętej jest w wielkim niebezpieczeństwie”.

LifeSiteNews.com

Amunicja ze zubożonym uranem podgrzewa groźnie wojnę na Ukrainie

Amunicja ze zubożonym uranem podgrzewa wojnę na Ukrainie

Na podst.: asiatimes/depleted-uranium

Decyzja Wielkiej Brytanii o dostarczeniu Kijowowi kontrowersyjnej amunicji przeciwpancernej może spotkać się z rosyjskimi taktycznymi atakami nuklearnymi

Stephen Bryen

Pociski przeciwpancerne przeznaczone dla Ukrainy zawierają zubożony uran.

Brytyjskie ogłoszenie, że dostarczy Ukrainie amunicję ze zubożonym uranem (DU) do swoich czołgów Challenger 2 nie jest jednorazowe. Zostało ono uzgodnione ze Stanami Zjednoczonymi. USA znalazły sposób na przyspieszenie dostaw czołgów Abrams M-1 do Rosji poprzez wykorzystanie starszych modeli.

Działo gładkolufowe Abrams 120 mm, podobnie jak Challenger, używa amunicji ze zubożonym uranem, gdy strzela pociskami przeciwpancernymi. Czołgi Abrams wysłane na Ukrainę będą uzbrojone w amunicję ze zubożonym uranem „rozwalającą czołgi”.

Amunicja, o której mowa, jest amunicją penetrującą typu long dart: wykorzystuje specjalny pręt penetrujący wykonany z DU z dodatkiem tytanu i molibdenu.

Jest on bardzo ceniony przez wojsko, ponieważ penetrator DU jest samo-ostrzący (co oznacza, że nie ulega deformacji) i powodujący pożar. Jest bardzo skuteczny przeciwko czołgom uderzonym z boku, z tyłu lub z góry, ale mniej z przodu, gdzie może być odbity przez pochylony pancerz.

Penetratory APFSDS mogą być wykonane z materiałów innych niż DU, takich jak tytan. Rosjanie nazywają amunicję DU „brudną” bronią.

Zubożony uran jest bardzo ciężkim metalem, pozostającym z wirówek wzbogacających rozszczepialny U-235 dla broni jądrowej.

Broń DU zawiera mniej materiału rozszczepialnego niż naturalny uran. JDU jest używany w bardzo zwartej formie, zazwyczaj w celu ułatwienia penetracji pancerza i innych utwardzonych struktur.

Przeciwnicy amunicji twierdzą, że fragmenty metalu DU w glebie i pył DU w powietrzu mogą powodować liczne problemy zdrowotne, w tym raka.

Aerozol wytwarzany podczas uderzenia i spalania amunicji ze zubożonym uranem może skazić szerokie obszary wokół miejsc uderzenia i może być wdychany przez cywilów i personel wojskowy.[Groźne jest promieniowanie alfa, wysoko-energetyczne [ok 5 MeV].

Amunicja DU odegrała rolę w tzw. syndromie wojny w Zatoce Perskiej, a także wpływa na gęstość szpiku kostnego u żołnierzy trafionych fragmentami DU.

USA jest światowym mistrzem wagi ciężkiej w używaniu amunicji DU w Iraku, Syrii, Afganistanie, Bośni i Kosowie. 782 tys. naboi DU zostało wystrzelonych podczas wojny w Iraku w 1991 roku. Ponad 300 000 pocisków DU zostało wystrzelonych w Iraku w 2003 roku.

Zarówno USA jak i Wielka Brytania odrzuciły wezwania do zakazania broni ze zubożonym uranem.

Oprócz pocisków do czołgów penetrujących pancerz, USA używa amunicji DU do 30-milimetrowego działa GAU-8 Avenger Gatling w myśliwcu A-10 Warthog. A-10 odgrywały znaczącą rolę w wojnach w Iraku i Afganistanie.

Ostatniej zimy Ukraina „zażądała” od Stanów Zjednoczonych 100 odrzutowców A-10 i potajemnie szkoliła się w używaniu tych samolotów w walce. Jeśli dojdzie do ofensywy na Krymie, A-10 mogą zostać przeniesione na Ukrainę i pilotowane przez kombinację ukraińskich pilotów i być może ochotników, byłych pilotów US Air Force.

USAF od jakiegoś czasu próbuje pozbyć się A-10, które uważa za relikt zimnej wojny i mało prawdopodobne, by przetrwały w gęstym środowisku obrony powietrznej. W najnowszym opracowaniu USAF powiedziało, że chce jak najszybciej pozbyć się wszystkich swoich A-10. Z perspektywy USAF przesunięcie ich na Ukrainę uwalnia je od niechcianego ciężaru.

USA stara się również zrównoważyć przewagę Rosji w artylerii, wysyłając nowe haubice 155 mm, które mają zastąpić artylerię utraconą w wyniku rosyjskich ataków lotniczych i artyleryjskich.

Ukraińska armia toczy obecnie walki w Bachmucie, Awdijiwce, Vuhledarze i w okolicach Zaporoża. Bachmut jest dla wojny istotny, ponieważ jest tam zabunkrowana duża liczba ukraińskich żołnierzy, niektóre elitarne jednostki.

Szacunki mówią o zaangażowaniu aż pięciu ukraińskich brygad, reprezentujących być może nawet 15 tysięcy żołnierzy, choć brygady te poniosły wysokie straty i część żołnierzy, ale nie sprzętu, została wywieziona z miasta. Rosyjskie siły paramilitarne Grupy Wagnera twierdzą obecnie, że kontrolują około 70% miasta i wznowiły walki po krótkiej przerwie.

USA straciły 14 marca drona MQ-9 Reaper, działającego zaledwie 37 mil od Krymu w rosyjskiej strefie zamkniętej. Reaper jest nie tylko dronem myśliwskim, ale posiada zaawansowane czujniki, które bez wątpienia były wykorzystywane do zbierania informacji o celach, ale także do zbierania ELINT (elektroniczne przechwytywanie) rosyjskich jednostek wojskowych.

Złapany na gorącym uczynku przez dwa rosyjskie Su-27, dron rozbił się w morzu. [—]

Wprowadzając DU na Ukrainie, NATO zwiększa ryzyko, że odpowiedzią Rosji może być taktyczna broń jądrowa. NATO, jak widzą to Rosjanie, otwiera atomową puszkę Pandory.

Diakon François de Pâris. Okrągły Stół i Czerwone Bractwo. CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (17)

Diakon François de Pâris. Okrągły Stół i Czerwone Bractwo.

CZĘŚĆ DRUGA CYKLU POWIEŚCIOWEGO

Andrzej Juliusz Sarwa

CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (17)

Z nowym nurtem

Florine de Louvigny

Początkowo wynajmowany, później jednakowoż zakupiony przez Mikołaja Białeckiego, podczas jego pierwszego paryskiego pobytu, dom przy rue de la Tannerie, stał opuszczony i powoli popadał w ruinę, a przynajmniej tak się z zewnątrz prezentował, tkwiąc pośród zarośniętego, uschłymi teraz, bujnymi chwastami, które nieplewione zarosły gładkie niegdyś trawniki, a teraz powciskały się nawet w szczeliny bruku podworca.

Gdy wyjeżdżał z Pauline do Polski, obiecał jej, że co jakiś czas będą odwiedzać Paryż. Dlatego więc nabył ten dom. Póki im się dobrze w życiu układało, raz w roku słał pieniądze konsjerżce, która trzymała nad nim pieczę, sprzątała, doglądała, dbała o otoczenie. Po nieszczęściu jednak, które go dotknęło, zaniechał tego, bo być może nawet o tym nie pamiętał.

Teraz jednak, mimo iż dom był opustoszały, dziękował Bogu, że się go nie pozbył, miał bowiem gdzie głowę zachylić, a nie kłopotać się o znalezienie naprędce jakiegoś lokum. O tym zaś, czy pozostanie dłużej w owym miejscu, czy też nie, miał zdecydować później, gdy już odszuka świątobliwego ascetę, poleconego mu przez Wielebną Pannę Krystynę Brzezińską, benedyktynkę sandomierską.

Wydobywszy klucze, pootwierał nimi zamki i skierował się wprost do sypialni. Musiał odpocząć po podróży. Był tak zmęczony, że nawet nie miał siły myśleć o tym, by się wpierw umyć.

Mocno go zdziwiło, że dom nie jest wewnątrz w tak złym stanie, jak się był spodziewał. Wyglądało na to, że rzadko, bo rzadko, ale czyjaś ręka sprzątała tu jednak i wycierała kurze oraz pajęczyny. A i pościel wyglądała na w miarę świeżą.

Leżąc, jął rozmyślać, jak ma się zabrać za poszukiwanie owego świętego męża, bo to, co mu rzekła Brzezińska, zdjąwszy wpierw swymi modlitwami najcięższy kamień z jego duszy i splątanie z umysłu było bardziej niż enigmatyczne.

„– Jedź do Paryża… odszukaj…” – ba! łatwo powiedzieć odszukaj! Ale kogo?

* * *

Mikołaja obudził chrobot klucza przekręcanego w drzwiach wchodowych. B pewnym, że to złodzieje, mimo że takie przypuszczenie absolutnie racjonalne być nie mogło, albowiem była pełnia pięknego, pogodnego rozjarzonego blaskiem słońca, które już dość wysoko wpełzło na nieboskłon, styczniowego dnia 1721 roku.

Złodziej, nie złodziej, ktoś tu jednak wchodził. Mikołaj wstał z posłania, a że spał w ubraniu, zaledwie tylko bez butów, to i odziewać się nie musiał, przetarł jedynie zaspane oczy knykciami kciuków i przeczesał włosy palcami.

Na wszelki wypadek wziął jednak szpadę i lekko się na niej wsparłszy, czekał, kogo też ujrzy we drzwiach. Gdy te się uchyliły, krzepcej zacisnął dłoń na rękojeści, ale i też ją zaraz poluzował, w progu stanęła bowiem… konsjerżka.

Oh, mon Dieu! Bonjour, monsieur le chevalier! Bonjour!1 Co za niespodzianka! Jakże się cieszę! A gdzie pani?

Mikołaj pobladł straszliwie i zachwiał się na nogach. I pewnikiem byłby runął na podłogę omdlały, gdyby nie młode, lecz silne już dziewczęce ręce nie podtrzymały go i nie posadziły na najbliższym fotelu okrytym białym płóciennym pokrowcem.

– Proszę wybaczyć, panie kawalerze… – powiedziała nieomal szeptem konsjerżka. – Z pańskiego zachowania domyślam się, że nie ma jej już na tym świecie… Proszę wybaczyć…

– Cóż… nie mogę was, dobra kobieto, winić… Tak, nie ma już mojej ukochanej Pauline… i moich córeczek także nie ma pomiędzy żywymi, lecz wybaczcie, opowiadanie o tym przechodzi moje siły… może później… może później…

– Rozumiem.

Mikołaj spojrzał teraz na młodziuchną, z wyglądu mogącą liczyć jakieś czternaście, najwyżej piętnaście lat dziewczynę.

– Dziękuję ci, demoiselle, za pomoc.

Dziewczątko się spłoniło i cofnęło, by skryć się za korpulentną dozorczynią.

– To wasza córka?

– Nie, panie kawalerze. To sierotka, z dobrego domu, krwi szlachetnej, ale sama niczym palec. Przybyła tu z Marsylii szczęścia szukać w stolicy. Wszyscy jej bliscy krewni wymarli, kiedy znów nawiedziła nasz kraj jako kara boska, plague2, dalsza familia znać jej nie chce, a majątek rozdrapali wierzyciele, bo ojciec dziewczęcia nie umiał się gospodarzyć, więc się zapożyczał. Dzieła zaś dopełnili i zwykli złodzieje także. Została się tedy sama i bez jednego sou, w tym ledwie co miała na sobie. Gdyby nie ja, skończyłaby na ulicy. A z jej urodą, łasych na ten smakowity kąsek, starych wyuzdanych capów pewnie by nie brakowało. Przygarnęłam ją więc. Chronię, karmię, odziewam, w co tam mogę, na co mnie tam stać, bo przecież i własne dzieci utrzymać trzeba… Ale pozwolić tej ptaszynie pójść na zatracenie, na zmarnowanie? Sumienie by mnie zagryzło, gdybym do tego dopuściła. Ponieważ już się zdeklasowała przez zły los, który ją dotknął, to wielkiej kariery dla niej nie przewiduję. Ot, zostanie pewnikiem najpewniej pokojową, bo śliczna niczym anioł i tyle. A do niedawna przecie sama pokojową miała… Tak to się dziwacznie kręci ów kołowrót życia…

– Dobra z was niewiasta, zacna

Konsjerżka wzruszyła ramionami.

– A tobie, demoiselle, jak na imię?

– Florine, Florine de Louvigny, monsieur le chevalier.

Powiadasz, demoiselle, de Louvigny? Stara to szlachta?

Stara, panie kawalerze, nawet bardzo, normandzka. Ze czterysta lat by można udowodnić…

Cóż, tym bardziej przykro… Ale usiądźcie obie, proszę, chciałbym się dowiedzieć co tam w Paryżu. Szmat czasu tu nie byłem.

– A teraz przyjechał pan?…

– W pewnej konkretnej sprawie, którą samemu trudno będzie doprowadzić do skutku.

Może nam się uda choćby po trosze być pomocnymi? – zaofiarowała się konsjerżka.

– Może…

I pan Mikołaj, przełamując się, przełykając łzy, które dławiły mu gardło, opowiedział o wszystkim, co mu się przydarzyło od wyjazdu z Paryża w roku 1712.

– I nie wiem, jak mam odnaleźć tego ascetę, którego rzekomo w wizji ujrzała sandomierska mniszka – zakończył.

– W wizji? Może i w wizji, a może i nie… – dozorczyni z powątpiewaniem pokręciła głową. – A byłby pan łaskaw coś więcej o owej mniszce opowiedzieć?

Więc Białecki powtórzył dokumentnie wszystko to, czego od ojca rektora się dowiedział.

– I nie zdziwiło owo pana, panie kawalerze?

– Co niby?

– Ano te srogie pokuty…

– Wszak mniszki i mnisi umartwiają się, często ponad miarę i zwyczajną ludzką wytrzymałość.

– Tak, i owszem, ale to unikanie przyjmowania Komunii Świętej.

– Rzeczywiście! Na to nie zwróciłem uwagi! A przecie to tak bardzo charakterystyczne!

– Dla kogo? – wtrąciła się do rozmowy panna Florine.

Dla jansenistów, dla kogóż by innego.

– A skoro tak, to zagadkę mogę rozwikłać w jedną chwilę.

– Więc?…

– Więc owa mniszka bez wątpienia miała na myśli niejakiego François de Pâris, diakona, zagorzałego wyznawcę jansenistycznej doktryny, który porzuciwszy kościelną karierę, zamieszkał przy Rue des Bourguignons, w najnędzniejszej, najsmutniejszej i najbrzydszej dzielnicy, na przedmieściu Saint-Marceau czy też Saint-Marcel, które jest nazywane Faubourg SouffrantCierpiącym Przedmieściem.

Tak – potwierdziła konsjerżka – ów diakon to znana postać. Wielu ma go za świętego, który chyba przerósł w zasługach przed Stwórcą samego nawet Franciszka Serafickiego3.

Pan Białecki się zamyślił. Już raz miał do czynienia z jansenistami, więc obudziły się w nim poważne wątpliwości, a nawet niepokój, czy może bardziej nawet strach. Na samą myśl o okrucieństwie jansenistów popełnianym pod pozorem oddawania czci Bogu się wzdragał. Ale… co w swojej obecnej sytuacji miał do stracenia? A może ten jest inny? Kto wie?

– Gdyby pan chciał, monsieur, to ja… za parę sou… mogę zaprowadzić… wiem, gdzie to jest, znam dom, w którym mieszka – nieśmiało zaproponowała Florine.

Mikołaj przez dłuższy czas milczał, ale w końcu się odezwał.

– No dobrze, zobaczyć owego człowieka nie zwadzi. W końcu taki szmat drogi i to jeszcze zimą zjechałem. Może nie wszyscy janseniści są tacy, z jakimi wcześniej miałem do czynienia. Ale zanim coś więcej postanowię, najpierw wypłacę waszą należność i wyrównam dług, jaki wobec was mam, dobra kobieto, chyba że wpierw napalicie w kominku, bo ziąb tu okrutny, a panna Florine będzie tak uprzejma i przyniesie z najbliższej oberży coś do zjedzenia. Dla wszystkich, bo śniadać możemy razem, ujmy mi to nie przyniesie ni plamy na honorze. Pamiętam bowiem, że i ja kiedyś byłem nędzarzem. Syty człowiek jaśniej myśli. Co prawda powiadają, że kto nie doje, nie dopije, ten mądrze i długo żyje! Ale ja tam o pustym brzuchu nie mogę jasno myśleć, a w głowie mam groch z kapustą.

– Tego ostatniego zdania nie zrozumiałyśmy, panie kawalerze. Jaki groch? Jaka kapusta? Na śniadanie?

Mikołaj się uśmiechnął.

– Et, nic ważnego, to takie polskie powiedzenie, takie określenie na zamęt w głowie.

– Aha – powiedziała konsjerżka, ale po minie widać była, że nadal nie wie, o co młodemu szlachcicowi chodziło.

* * *

Kiedy już podjedli, kiedy Mikołaj zapłacił dozorczyni i zapytał ją:

Bardzom ciekaw czemuż to opiekowaliście się domem przez tak długi czas bez zapłaty? A jakbym nigdy się już tu nie pojawił, dom zaś sprzedał?

– Prawdę rzekłszy, to nie wiem. Jak widać, nadto się nie wysilałam, tyle com tam od czasu do czasu z grubsza ogarnęła w środku, na zewnątrz zostawiając wszystko naturze – stąd tyle chwastów. Miałam jednak przeczucie, że pan tu wróci…

– I tylko przeczucie?

– No, tak.

– Tedy za owo przeczucie dam wam o jedną czwartą więcej, niż jestem winien. A co do propozycji tej młodej osóbki, to powiem tak: zgoda, panno Florine przyjmuję . Wiem, że każde sou jest dla ciebie ważne, bo co zarobisz, to umniejszy ciężar, jaki stanowisz dla swej opiekunki.

Panna zarumieniła się. Po części ze wstydu, po części z radości, że będzie mogła uczciwie cokolwiek zarobić.

– Więc jakże, demoiselle? Jutro wyruszymy na owo przedmieście? Dziś, gdy się tylko ogarnę po podróży, wynajmę karetę, nie będziemy przecie po Paryżu biegać pieszo, a na moim wierzchowcu nie będziemy we dwoje jeździć, ani to wygodnie, ani też wypada.

– Oczywiście, panie kawalerze. O której mam się tutaj stawić?

Jak najwcześniej, ale nie za wcześnie najlepiej, gdy już będzie całkiem jasno. Nie będę ukrywał, że byłbym ci też wdzięczny, jeślibyś jutrzejszego ranka również przygotowała mi jakieś śniadanie. Proszę – oto pieniądze na wiktuały.

Florine słysząc to wszystko, ze wszystkich sił pohamowała się przed tym, iżby nie podskoczyć z radości. „Och, gdyby ten smutny pan zechciał mnie przyjąć u siebie na służbę” – pomyślała. Ale to marzenie zdało się jej nadto zuchwałe i zgoła nierealne, więc go czym prędzej przegoniła precz ze swojej ślicznej główki.

Rue des Bourguignons

Gdy Florine i pan Mikołaj Białecki dotarli na Cierpiące Przedmieście, miało się już prawie pod południe. Rue des Bourguignons była to uliczka wąska, byle jak wybrukowana, nie płaska, ale uformowana z dwu stron łagodnie pochyło, dzięki czemu na styku owych pochyłości tworzył się wąski odpływ, czy może rodzaj płytkiego rynsztoka, który odprowadzał z ulicy i deszczówkę i nieczystości, które były wylewane wprost przed drzwi bynajmniej niepięknych i nieokazałych domostw.

Jak łatwo się domyślić w powietrzu unosił się odór nieczystości i gęsty opar wilgoci, mimo iż był to przecie styczeń, a dzień raczej dość chłodny. Brak jednak najmniejszego choćby podmuchu wietrzyku i to, że nie było mrozu, lecz odwilż, sprawiało, iż fetor był trudny do zniesienia dla kogoś, kto do niego nie przywykł.

– To tu. To ten dom – powiedziała przewodniczka, wskazując dłonią jedną z kamieniczek przylegających do tak wąskiego chodnika, że dało się nim iść co najwyżej gęsiego.

Budynek był piętrowy, z poddaszem, z trzema przylegającymi do siebie w jednym rzędzie lukarnami. Tynk był brudny, tu i ówdzie skruszały i mocno wypłowiały, barwy, którą nie do końca można było określić, ale chyba najbardziej zbliżonej do bladej ochry, czy może jednak raczej do mocno brudnej sieny palonej.

Po jego lewej stronie, gdy się stanęło twarzą do frontu, znajdował się mur z drzwiami prowadzący zapewne do skromnego ogródka, na co by mogły wskazywać wystające zza niego i lekko opuszczające się na ulicę gałęzie bezlistnych teraz drzew owocowych. Lecz nie tędy szło się do świątobliwego diakona. Ów mur należało minąć i wejść w następne drzwi, w drzwi domu, bo diakon na razie jeszcze nie mieszkał w ogródku. Drzwi te wiodły do ciemnej sieni, z której prowadziły na poddasze strome niewygodne i zniszczone przez czas i korniki sosnowe schody.

Florine i Mikołaj rozejrzeli się bezradnie, nie bardzo wiedząc, gdzie teraz mają się skierować. Zatrzymali się więc zdezorientowani, bo na parterze znajdowało się kilka pomieszczeń.

Ich wahanie nie trwało jednak długo, jakiś pędrak bowiem, liczący może osiem, może dziewięć lat, pędem zbiegający ze schodów na ich widok zawołał:

Jeśli do wielebnego diakona, to tędy!

I wyskoczył na ulicę, gdzie dołączył do gromadki oczekujących go już rówieśników.

* * *

Diakon François de Pâris był niezwykłym człowiekiem, który raz obrawszy drogę, która wedle jego pojęć powinna go doprowadzić do Boga, przez wszystkie lata swego żywota, od momentu podjęcia najważniejszej w swym życiu decyzji, obrania drogi w kapłaństwie, był najpokorniejszym i najskromniejszym sługą Najwyższego, dla Którego poświęcił wszystko… odrzucił świecką karierę, odrzucił dobrobyt, jaki mógłby mieć w domu ojca, a gdy po jego śmierci przypadł mu w udziale spadek, natychmiast rozdał go biedakom.

Jego życie można streścić w czterech słowach: modlitwa, pokuta, miłość i pokora. Mimo iż miał szanse na karierę duchowną, także i z niej również zrezygnował. Po otrzymaniu świeceń diakonatu4 odmówił przyjęcia święceń o stopień wyższych – prezbiteriatu. Oddalił się od świata i żył w samotności i nędzy. I to w nędzy wprost nieopisanej…

Modlitwa, medytacje, niebywale srogie umartwianie ciała, kilkakrotna zmiana miejsca zamieszkania, aby zapewnić sobie całkowitą anonimowość… Ale podejmowanie znalezienia jeszcze głębszego odosobnienia, jeszcze bardziej skrytego miejsca, gdzie by mógł pozostać człowiekiem zupełnie nieznanym, kłóciło się z innym jego pragnieniem – utworzenia duchowej wspólnoty… I znalazł kilku pobożnych naśladowców, z którymi wiódł cichy i uświęcony żywot.

Zasady obowiązujące wspólnotę skreślone jego ręką były nadzwyczaj proste: modlitwa, odosobnienie i umartwienia ciała. I to wystarczało, bo – spoglądając na nie od końca, musi się zauważyć, iż umartwianie ciała uniemożliwia bunt przeciwko duchowi, odosobnienie odsuwa od człowieka wszelkie myśli, które by go mogły rozpraszać, a jeśli umysł jest wolny, serce szybuje ku Bogu przez modlitwę.

Owa mała gromadka zamieszkała w oddzieleniu od ludzi, w miejscu spokojnym, w maleńkim domku z niewielkim ogrodem, do którego można było się dostać, przechodząc przez nędzną kamienicę przylegającą do rue de Bourgogne.
Pokornemu diakonowi jednakowoż nie było dane, iżby całkiem skryć się przed ludzkim wzrokiem, a i przed wzrokiem swoim konfratrów także. Gdy zauważono, że owi pokorni biedacy z ubożuchnego domku bywają w kościele Saint-Médard, po naszemu Świętego Medarda, zaczęto się im baczniej przyglądać, a gdy kapłani odkryli, że jeden z nich to diakon François de Paris, przymusili go zajmowania miejsca w stallach, pośród duchowieństwa, a do nawet włączenia się w życie parafii, gdzie poruczono mu obowiązki nauczyciela.
A jakby tego było jeszcze za mało, przymuszono go również i do tego, iżby na nowo począł przystępować do Komunii św., do której przez nieomal dwa lata nie przystępował. Powstrzymywał się zaś od komunikowania z obawy, iż nie jest tego godzien, a jeśli nie jest godzien, to może dopuścić się zniewagi i zbezczeszczania Pana Jezusa ukrytego w Najświętszym Sakramencie, a już sama myśl o tym wprawiała go w bojaźń i drżenie serca.
Lecz nie udało się diakonowi to, czego pragnął – uciec przed światem, bo sława jego świętości rozeszła się szeroko. Więc nie mógł dalej kryć się przed ludźmi, a przykład jego pokutniczego życia począł się rozprzestrzeniać. I przychodzili już odtąd potrzebujący po radę, po modlitwę, po ukojenie, po wsparcie. A on już przed nikim się nie zamykał, przyjąwszy to jako misję otrzymaną od Boga5.

* * *

Florine i Mikołaj odnalazłszy izbę, w której mieszkał ów skromny sługa Najwyższego, z ciekawością mu się przyglądali.

François de Pâris ubrany w mocno zniszczoną, wyszarzałą i pocerowaną, ale czystą sutannę, z niegdyś pewnie śnieżnobiałą, ale teraz już w zdecydowanie kredowym odcieniu befką6 pod szyją, twarz miał pociągłą, usianą odrażającymi bliznami po przebytej ospie, rysy wyostrzone, nos dość okazały, i raczej niezbyt kształtny, usta wygięte w podkówkę, włosy ciemne, przycięte w kacapkę i znacznych rozmiarów tonsura na wierzchu głowy dopełniały wizerunku. Diakon odmawiał modlitwy, bezgłośnie poruszając wargami, jednocześnie z niewyobrażalną chyżością robiąc na drutach pończochę.

A cóż to takiego? – zdumiony pan Białecki szepnął do ucha dziewczynie.

– On te pończochy rozdaje ubogim, bo na inną jałmużnę już go nie stać – odpowiedziała, a potem ozwała się głośno:

Laudetur Iesus Christus!

Duchowny przestał poruszać wargami, uniósł głowę i wyblakłymi, załzawionymi oczami o mocno popuchniętych powiekach, spojrzał na dziewczynę.

Nunc et in aeternum7.

Amendopowiedział Mikołaj.

Diakon milczał, przyglądając się przybyłym.

Białecki tymczasem nadal rozglądał się dyskretnie, niemniej dokładnie, lustrując zarówno samego de Pârisa, jak i też izbę, w której tenże mieszkał.

Zdumiało go nieopisane ubóstwo, bo skoro – jak go poinformowała Florine – brat (o czym wszyscy wiedzieli) wypłaca mu skromną, lecz przecie stałą roczną rentę, a ponadto przychodzą tu ludzie, czy to po pomoc duchową, czy też, by najzwyczajniej w świecie zaspokoić ciekawość i na własne oczy zobaczyć żyjącego świętego, to bez wątpienia zostawiają mu jakieś datki, albo w naturze, albo w monecie. Tymczasem tu nie było nic, nic zgoła, poza najprymitywniejszymi i to absolutnie niezbędnymi sprzętami.

Rozwikłanie tej zagadki akurat nie było trudne – otóż wielebny diakon François de Pâris wszystko, co skądkolwiek dostawał, natychmiast rozdawał ubogim, sobie zostawiając zaledwie tyle, by podtrzymać w swym umęczonym ciele iskierkę życia, jadając wyłącznie jeden nader skąpy i postny posiłek dziennie, a często były to tylko surowe warzywa. Ten niedoszły – bo jego ojciec się na to absolutnie nie zgodził – benedyktyński mnich, po ukończeniu u oratorianów Seminarium św. Magloire’a8 i przyjęciu święceń diakonatu, odsunął się na ubocze i żył samotnie w niewyobrażalnej wprost nędzy.

Nawet w najbardziej dokuczliwe zimno nigdy nie rozniecił ognia, iżby się ogrzać, lecz heroicznie znosił chłód. Chadzał też boso przez rok okrągły, nie zważając czy jest upał, czy mróz. Posłanie urządził sobie na odwróconej plecami do wierzchu i położonej na płasko starej szafie, poza tym był jeszcze posiadaczem niewielkiego stołu, zydla, pulpitu do czytania i półki zawieszonej na ścianie, mieszczącej – na oko szacując – około czterdziestu woluminów. Oczywiście był też krucyfiks i brewiarz…

Chociaż bynajmniej tym się nie chwalił, to jednak powszechnie wiedziano (no bo przecież – jak głosi stare porzekadło: „wiedzą sąsiedzi, na czym kto siedzi”), iż na gołe ciało zakłada włosiennicę, na ramię metalowy ostry łańcuch, biodra zaś opasuje równie ostrym paskiem uplecionym z żelaznych ogniw, a nocami, kiedy inni ułożyli się już do snu, on w ciemności modląc się żarliwie i wylewając obfite ślozy, przepraszając Boga za własne grzechy i grzechy świata, smaga plecy żelaznym biczem, aż z poprzecinanej skóry tryska krew. A kiedy już kończy wieczorne praktyki pokutne, układa się do snu na owej szafie, wprost na surowych deskach, okrywając się tylko prostokątnym kawałem zgrzebnej materii najeżonym metalowymi kolcami, które gdy przysypia i traci czujność, mocno go kaleczą przy zmianie pozycji. I owo prześcieradło służy mu za całą pościel.

Widząc to wszystko, trudno było sobie wyobrazić, jakim cudem w tej ludzkiej istocie życie się jeszcze tliło i duch w niej kołatał. Ba! Jakim cudem odznaczał się jasnym i przenikliwym umysłem, a ludzi potrafił oceniać tak celnie, iż rady czy zalecenia, jakich udzielał proszącym, zawsze wychodziły im na dobre. Miał bowiem niezaprzeczalny dar czytania w ludzkich sercach i umysłach.

Monsieur le Diacre Panie Diakonie9odezwała się Florine.

Tak, moje dziecko?

– Ten oto polski szlachcic, chciałby przed tobą serce otworzyć i o modlitwę poprosić.

Diakon skinął głową, wyrażając zgodę.

– Dobrze. Zostaw nas samych.

Florine wyszła więc na korytarz cuchnący starym moczem, zatęchłą wilgocią i grzybem wgryzającym się w tynki.

Mężczyźni zostali sami.

Diakon nic nie mówił. Przyglądał się tylko panu Białeckiemu.

Ten ostatni też milczał, bo nie wiedział jak zacząć. Ale gdy w końcu się przełamał i wypowiedział pierwsze słowa, de Pâris położył palec na ustach i szepnął.

– Nie trzeba, panie kawalerze. Zajrzałem do twego poranionego i przeżartego bólem serca. Ból oddaj Panu Bogu, rany przyschną, a ty żyj… wszak wiesz, że nie dla siebie samego jesteś stworzony… taaak… ty to wiesz… ty wiesz…

Mikołaj pokręcił głową.

– Nie, Monsieur l’Abbe, te rany nigdy się nie zabliźnią.

– Nie słuchałeś uważnie. Nie powiedziałem, że się zabliźnią, lecz że przyschną… Modlitwa… tak… będę się modlił w twojej intencji… ofiara… ofiaruję swój dzisiejszy obiad jakiemuś bardziej potrzebującemu niż ja…

– Panie! Wszak powiadają, że jadasz tylko raz dziennie!

– Cóż z tego?

– A ja? Co ja mam czynić? Oczywiście wiem… modlić się… umartwiać… to wiem… i to wszystko? To potom przejechał taki szmat drogi, by wysłuchać tego, com sam wiedział, zanim rozpocząłem podróż?

– A czegoś oczekiwał? Że dokonam cudu? To nie ja, to Pan Bóg cudów dokonuje. Gdyby uznał, że jest dla ciebie niezbędny, to by się wydarzył… a może cud się właśnie rozpoczyna i będzie trwał w czasie?

– Nie rozumiem…

– Przyjdzie chwila, kiedy zrozumiesz.

Diakon przymknął oczy. Nie wiadomo, czy dlatego, iż był mocno zmęczony, czy też chciał w ten sposób dać Mikołajowi do zrozumienia, żeby już sobie poszedł.

I to już wszystko?

– Nie, jeszcze jedno – odpowiedział mu de Pâris – ożeń się, monsieur le chevalier.

– Co? Co mam zrobić? – Mikołajowi aż zakręciło się w głowie, bo te słowa poczuł jakby uderzenie obuchem i zarazem jak rozdzierające serce szpony krogulca, odnawiające ledwie zasklepiającą się ranę.

Ożeń się.

– Ojcze!

– Ożeń się.

– Dlaczego? Z kim?

Masz tę osobę na wyciągnięcie ręki. Dlaczego? Abyś uratował swoją duszę nieśmiertelną, na którą diabeł zasadzkę zgotował.

Żeniąc się? – wykrztusił zdumiony Mikołaj.

Miej syna… gdy odchodzimy bezpotomnie, nie ma komu modlić się za nas…

– Wszak pan, panie diakonie, nie masz dzieci!

Ale François de Pâris już mu na to nie odpowiedział.

Pan Białecki postał jeszcze przez parę chwil, a w końcu sięgnął do sakiewki, wydobył z niej sztukę złota i kręcąc głową po części ze zdziwieniem, po części z dezaprobatą, a po części z niedowierzaniem, położył monetę przed diakonem. Ów zaś w żaden sposób nie zareagował i tym razem pokazując, że z jego strony rozmowa jest definitywnie zakończona, znów zaczął poruszać ustami w cichej modlitwie i powrócił do przerwanego dziergania pończochy…

* * *

Panie kawalerze – konsjerżka, krzepka jeszcze wdowa, która na dobre wprowadziła się do oficyny domu przy rue de la Tannerie, bo bez jej pomocy trudno byłoby Mikołajowi utrzymać dom w jakim takim porządku, z natury będąca osobą dość bezczelną, mówiła: – Radzę naszej sroczce, żeby znalazła sobie jakiegoś starego kochanka między szlachetnie urodzonymi, wszak sama ma błękitną krew, to nijak się jej nie godzi być gdzieś za służącą. Ale ona się wzdraga. A taki staruch, z pękatą sakiewką mógłby jej zapewnić znośną przyszłość. No niechże pan powie, czy nie mam racji?

Ale Mikołaj ją ofuknął:

– Też coś! Raczej o zamęściu powinna myśleć.

– A pewnie, pewnie, tylko kto ją zechce? Goła jest, więc choćby i najpiękniejsza nie ma widoków ni na zamążpójście, ni na klasztor nawet, bo i tu, i tu potrzebny przecie posag! Zostaje jej więc tylko kochanek. Najlepszy oczywiście byłby król – zachichotała – niestety to całkiem nierealne.

– Będę się starał jakoś jej pomóc. Przecie mając świadomość, że tylko droga grzechu dla niej się otwiera, bo inne się pozamykały na głucho, wziąłbym ów grzech po części i na własne sumienie.

– To co? Wywianuje ją pan, panie kawalerze?

– A wiecie co, dobra kobieto? A może to jest i pewna myśl! Muszę owo rozważyć. Biedny nie jestem, rodziny nie mam żadnej… a tak i dziewczynie bym pomógł i Pana Boga pewnie takim postępkiem uradował… rozważę to, na pewno rozważę…

Okrągły Stół i Czerwone Bractwo

Król August II, któremu Niemcy nadali przydomek der Starke, a Polacy Mocny, może był i mocny, bo i podkowę w rękach złamał i niejedną tęgą – zda się – pijacką głowę przetrzymał i nie padł nieprzytomny pierwej, nim już wszyscy inni nie popadali. I w rozpuście prym wiódł. I to nie lada jaki, bo przypisywano mu spłodzenie coś koło trzystu dzieci (chociaż się do tylu nigdy nie chciał przyznać), ale ilu mu się nie dało przypisać? Może drugich trzystu? Tego nikt nie wiedział.

Zatem ów mocny król schodził wygodnymi schodami, z komnat zamkowych drezdeńskiego zamku ku wykwintnie urządzonym pomieszczeniom piwnicznym. Gdzie od 1708 roku regularnie zbierało się przy Confidenztafel, przy „zaufanym” Okrągłym Stole, nader doborowe towarzystwo noszące nazwę Bractwa Wrogów Wstrzemięźliwości, będące po części lożą różokrzyżowomasońską i stowarzyszeniem „przyrodników” oraz „filozofów”, po części zaś zgrają niegodziwców, hultai, pijaków, plugawych łajdaków oraz wysoko urodzonych ladacznic i wywłok, ale nigdy podczas zaufanych i tajnych zebrań nieprzekraczających liczby dwunastu, w proporcjach ośmiu mężczyzn na cztery niewiasty.

To zapewne tu, wiosną roku 1709, poważnie radzono nad unicestwieniem Rzeczypospolitej, nad rozbiorami Polski, bo pomysł ów, który po raz pierwszy przyszedł Augustowi II do głowy już w roku 1703, kiedy to proponował go w Berlinie Fryderykowi I pruskiemu i Karolowi XII szwedzkiemu, już go nigdy nie opuszczał. To tu zajmowano się czarami i alchemią i to tu odbywano orgie pijackie i seksualne, na ogół zresztą ze sobą połączone. A nie było żadnej, najbardziej nawet wyuzdanej rozpusty, której by tu się nie oddawano, której by tu nie uprawiano, której by tu się nie dopuszczano

Contubernium, czyli stowarzyszenie owo złożone w swym wyższym, bo „oświeconym” stopniu wtajemniczenia, a nie w swej najniższej pijacko-łajdackiej warstwie, zajmowało się zagadnieniami filozoficznymi, przyrodniczymi i duchowymi, czyli magią (a jakże), geomancją, kabalistyką, alchemią i astrologią. I to wszystko sub rosa...10

Dzięki temu, iż przy Auguście kręciły się nieliche umysły ówczesnej doby, takie jak „przyrodnicy i filozofowie”, a w rzeczywistości przede wszystkim alchemicy i okultyści – Pauli, Tschrinhaus czy Leibniz, Mocny, dzięki opiniom, jakie na jego temat ów ostatni rozgłaszał, uchodził w Europie za tęgą i wyjątkowo oświeconą głowę. A to, co się w podziemiach zamkowych drezdeńskiego zamku działo po uczonych dysputach i magicznych obrzędach, nie było w ogóle brane pod uwagę. Wszak tak spracowanemu politycznie, umysłowo i twórczo monarsze należało się też i trochę rozrywki i odprężenia

Ale sprawiedliwie nadmienić należy, iż mieszkając w roku 1702 w Sandomierzu i mając u swego boku Tschrinhausa, snuł wespół z nim chwalebne plany utworzenia Akademii Umiejętności, ale saskiej, nie zaś polskiej bynajmniej. Jednakowoż, na planach się tylko skończyło.

I tak się jedno z drugim, a drugie z trzecim przeplatało…

Król, wszedłszy do tajemnej komnaty, tej z okrągłym stołem na dwanaście osób, a nie tej gdzie się upijano i oddawano wszelkim możliwym do wyobrażenia cielesnym rozkoszom, ani nie tej, w do której wynoszono pijanych do nieprzytomności mężczyzn i kobiety, ze zdumieniem zauważył, iż nie jest sam, chociaż wybrał się tu, będąc pewnym, że pomieszczenia są puste, bo chciał nieco odpocząć i przemyśleć kilka ważnych kwestii w cichości, oto bowiem ujrzał siedzącego tam markiza Balletti, hrabiego de Montferrat, hrabiego Bellamarre, hrabiego de Saint-Germain i diabli wiedzą, jak on się tam jeszcze nazywał…

August skrzywił się na jego widok, jakby octu się napił.

– Czy nie ma przed tobą, hrabio, żadnych zamknięć, zamków żadnych?

– Jak widzisz… Auguście.

– Jakeś mnie nazwał? Warto by cię wybatożyć! – monarcha był wyraźnie wściekły.

– Spróbuj…

Król się zamachnął na przybyłego, ale ów siedział, nie drgnąwszy nawet, nie mrugnąwszy powieką, pięść zaś Sasa jakby powstrzymana jakąś niewidzialną mocą zawisła unieruchomiona, jakby ściśnięta w potężnym imadle, tuż nad głową Ballettiego, na którą, gdyby spadła, roztrzaskałaby ją bez wątpienia jak pustą skorupę orzecha.

Ten ostatni zmienił się na twarzy, która upodobniła się w pewnej mierze do wężowej maski, z prostopadłymi źrenicami i zasyczał:

– Ty śmieciu, ty grudko psiego łajna, wyniosłem cię na tron, to i strącić z niego mogę…

– Ty?… ty?… – August odzyskał mowę, lecz wciąż nie mógł się poruszyć. – Kimże więc jesteś – pytał teraz już wyraźnie wylękniony, ale jednocześnie wciąż jeszcze bezczelny czyż nie zaledwie jednym z braci? Bracia mnie na tron wynieśli, a nie ty… szlachetko!

Markiz nie zareagował na obelgę.

– Jednym z braci? A cóż oni dzisiaj mogą? Może za jakiś czas… jeszcze lata muszą upłynąć… całe dekady… Ale kimże są ci bracia beze mnie? Takim samym psim łajnem, jako i ty.

Król bacznie wpatrywał się w zmienioną twarz i przerażające oczy markiza.

– Ty… jesteś… diabłem…

Ale Balletti nic na to nie odrzekł, uniósł tylko prawą dłoń i wykonał gest mano cornuta11, a król natychmiast zwiotczał.

– Siadaj pan! – polecił Augustowi markiz.

August posłusznie usiadł.

Widzę, iżeś zapomniał, skąd ci nogi wyrastają. Czyżbyś naprawdę zapomniał naszej nocnej rozmowy w tym po trzykroć przeklętym Sandomierzu, w tym najbardziej polskim z polskich miast? A może ją zlekceważyłeś? Więc ci – i to już po raz ostatni – przypominam: po to żeś podstępem przywdział polską koronę, iżby państwo to zniszczyć, a nie roić swoje idiotyczne plany. Za mało przesz ku temu, co ci wyznaczono, co dla cię zaplanowano. Zrozumiałeś?

Sas bezwolnie skinął głową.

Markiz ciągnął więc dalej.

– Niby jesteś adeptem… niby… ale nie patrzysz szerzej, zajmujesz się błahostkami…

– Jeśli ja się zajmuję błahostkami, to co, panie markizie jest tak naprawdę ważne? Wszak przed chwilą twierdziłeś, że unicestwienie Polski… bo jej, choć naiwna, to przecie szczera wiara stoi nam na przeszkodzie… tyle że ja nie bardzo wiem do czego…

Taaak… unicestwienie… ale to tylko jeden ze środków do celu… a co naprawdę jest ważne i jaki to cel? Przemiana człowieka.

– Cóż to znaczy? Na czym ma polegać? Na oświeceniu go chyba?… Czyż nie? I czyż nie o to zabiegam… zabiegamy? – poprawił się czym prędzej.

Na oświeceniu?… żałosne… Musimy stworzyć człowieka nowego i doskonałego… taaak… a właściwie to człowieka-nieczłowieka… istotę, która by w sobie łączyła cechy różnych bytów… by łączyła w sobie przeciwieństwa…

– Czyli?

– Ma to być i człowiek i zwierzę i byt anielski zespolone w jednej istocie. Ma to być kobieta, mężczyzna i jednocześnie istota zdolna do amagogenezy12, mieszcząca w sobie wszystkie możliwe i niemożliwe do wyobrażenia płcie, ma w niej tkwić jednocześnie ciemność i światłość, ale ma też tryskać i błękitnym płomieniem – symbolizującym nieskończoność i wieczność, rozpacz i cierpienie, i bezmiar światłości zarazem wykwitającym z ciemienia wybrańców, z którego trzeba wreszcie zdjąć kipę13, by od owego płomyka zgorzał cały świat, a z jego popiołów zrodził się świat nowy. Ma to być istota łącząca to, co niskie, z tym, co wysokie, ma to być istota, która ma moc solve et coagularozwiązywania i związywania, rozpuszczania i ścinania… Wreszcie osoba ma się przemienić w osobnika, w bezwolnego, bo stanowiącego tylko część roju. Właśnie tak… nie społeczności, a roju

August pokręcił przecząco głową.

To jest niewykonalne.

– I owszem, jest. Najpierw uderzyliśmy w rozum, przyjdzie czas, że uderzymy w wolę, a na samym końcu w uczucia.

– Toż to nadludzkie przedsięwzięcie. Jak tego dokonać?

A skąd ten pomysł, że ma być ono ludzkie? Ty zniszcz Rzeczpospolitą, a my zdziałamy resztę… Bo teraz, jak już wcześniej rzekłem, tylko ten kraj stoi nam na przeszkodzie… Gdyby nie twój przygłupi, nierozumny poprzednik… Sobieski… tam… pod Wiedniem… już by Znienawidzony otrzymał srogi cios w samym sercu oddającej Mu cześć papistowskiej części Europy… Ale stało się… chociaż… chociaż… tamten plan tylko odwlecze się w czasie… tylko odwlecze… on nie umarł ani nie został poniechany, lecz jedynie odłożony na przyszłość… a my, choć czasu mamy niewiele14, to względem was, dwunożnych bydląt i tak aż nadto… To tyle. Przypomniałem ci się.

Markiz, rzekłszy to, podniósł się zza stołu i niespiesznie skierował do innego z podziemnych pomieszczeń, gdzie nie było żadnych drzwi, ani żadnych okien. Król zaciekawiony po cóż gość tam zmierza, podążył za nim, ale kiedy wszedł do owego ślepego zakamarka, nikogo w nim nie było.

Sas stanął jak wryty. Zdumienie, ale i lęk straszny jakiś go sparaliżowały. „Nie mógł inaczej stąd się wydostać, jak tylko przeniknąwszy przez ścianę” – przeleciało mu przez głowę… zadrżał i cofnął się do pierwszej z komnat.

* * *

August II Mocny, po zniknięciu markiza usiadł przy stole, oparł głowę na pięści i się zamyślił…

Czuł się po trosze skonfundowany, a po trosze upokorzony… słowa markiza nie do końca były dlań zrozumiałe. A może nawet całkiem niezrozumiałe?… Miał zamęt w głowie…

Rzeczpospolita… on jej król, ale i nie-król zarazem. Podstępny oszust, który nie tylko zdradził (no, może nie tak do końca) swoją dotychczasową luterską wiarę, ale przy pomocy intryg, spisków i tajnych układów nałożył na swoje skronie polską koronę, pierwej ją zrabowawszy, wdzierając się do skarbca koronnego przez dziurę wybitą w ścianie, początkowo nie chciał bynajmniej zniszczenia tego ogromnego państwa. Ostatecznie jednak jego niemiecki ciasny pragmatyzm skłonił go do tego, by bardziej zadbać o własne prywatne interesy w takim zakresie, w jakim jest to możliwe i osiągalne, niż o jakiekolwiek interesy kraju, który teoretycznie mógł doprowadzić do niewyobrażalnej wprost potęgi i być królem nad cesarzami…

I co mu teraz zostało? Tajemniczy markiz uprzytomnił mu, że nie ma wyjścia, że musi płynąć z prądem rzeki, w którą go wrzucono… Co prawda obeznany we wszelkiego rodzaju wieszczbach, przepowiedniach, prognostykach, wróżbach, czy jak to tam zwać wiedział, że słowa proroctwa zapisane niegdyś przez saksońskiego profetę Grebnerusa15 w Sericum Mundi filum, czyli Jedwabnej nici świata, nie muszą się odnosić bynajmniej do władców Brytanii, ani tym bardziej Szwecji, lecz do Augusta z rodu Wettinów… a on i do rodu tego przynależał i August mu było na imię

Niestety teraz markiz ostatecznie już rozwiał jego nadzieje… Lata przemijały, niesnaski, niepokoje, wojny, spiski i konfederacje, szarpanie się z Leszczyńskim o koronę na podobieństwo psa, który drugiemu chce wyrwać z pyska smaczną kość szpikową. I to ustawiczne uzależnienie od innych… od Rosjan, Szwedów, Turków, Żydów… od fochów polskich królewiątek-karmazynów.

I na diabła mu to wszystko było? Nie tylko, że zdradził Lutra, formalnie przechodząc na katolicyzm, chociaż tak naprawdę nigdy się katolikiem nie stał, ani tym bardziej nie czuł, ale jeszcze i Maryi, tej częstochowskiej Maryi w 1717 roku ufundował koronę… wchodząc tu w alians z papieżem… czy dla protestanta mogła być większa zbrodnia? Większy grzech?

No i czy nie dlatego, że przeszedł na stronę papistów, wszystkie jego ambitne plany brały w łeb? Jeden po drugim? A jedyne co mu naprawdę perfekcyjnie wychodziło to opilstwo i rozpusta…

Jak to pisał Grebnerus? Król przywołał w pamięci jego złowieszczo brzmiące słowa:

„O podziwu godne przemiany narodu polskiego, które nastąpią, o ile Polska nie obierze sobie polskiego lub niemieckiego księcia, jakiego jej narzucą sąsiednie Prusy i Niemcy ewangelickie… Polacy, wskutek niewczesnych rozruchów, utracą granice swoje od strony Inflant, Prus, aż po Kaszuby i Pomorze, po kresy Marchii brandenburskiej i po pola śląskie…”16

Mroczne proroctwo już w roku 1582 wieszczyło upadek i rozbiór Polski, która to przecie była wówczas u szczytu swej potęgi i chwały

I August przypomniał sobie jeszcze jedną przepowiednię, przepowiednię króla Jana Kazimierza, który, zgorzkniały i opuszczony, takie wyrzekł słowa: „Bo to złe – to jest rozbiór Polski – coraz bardziej zagraża. Obym był fałszywym prorokiem, ale to wam powiadam, że… pójdzie Polska na rozszarpanie narodów. Kozak i Moskal zagarną ludy językiem bliższe do siebie i nawet Wielkie Księstwo Litewskie sobie wezmą, Wielkopolskę i Prusy Brandenburczyk zajmie, a dom austriacki o Krakowie i Rusi pomyśli”17.

I August jeszcze bardziej posmutniał… Wiedział, że losu tego kraju skazanego na zagładę nie zmieni… więc przynajmniej go dobije, niczym dogorywającego tytana w akcie miłosierdzia, wbijając mu mizerykordię w gardłochoć marzyło mu się zostać królem papieży i cesarzy w królestwie mesjańskim, jakie miało nastać, gdy imperium tureckie runie, a żydzi do Ziemi Świętej powrócą i tam państwo swoje ustanowią… lecz to nie za jego czasów i nie za jego przyczyną miało nastać owo tysiącletnie królestwo, w którym będą wszelkie rozkosze dostępne… ale skoro nie tam, to tu i teraz będzie ich zażywał…

Tym bardziej że markiz swą wizytą i swoimi słowy tym razem już ostatecznie rzecz całą przypieczętował i sprawił, iż August wszelkie swoje wielkomonarsze ambicje porzucił, bo w końcu wreszcie pojął, iż nie takie zadanie mu wyznaczono i nie taką ani władzę, ani chwałę dlań przewidziano. A wręcz przeciwnie, żadnej władzy i żadnej chwały, a wyłącznie może i ważnego, może niezbędnego, niemniej tylko trybiku w machinie świat ten doczesny tworzącej i jego dzieje…

Choć jeszcze kilka miesięcy temu zdawało mu się, że tajny układ (o którym mu szpiedzy donieśli) zawarty, w minionym 1720 roku, w Poczdamie między Prusami a Rosją, iżby Polskę w stanie bezsilności utrzymać, pilnując, żeby nic się w jej ustroju nie zmieniło, ni obieralność monarchów, ni wszechwładza sejmów (o ile nie byłyby zrywane) i owo nieszczęsne liberum veto, to tylko jeden ze spisków, przeciw któremu można zawiązać kontrspisek, to teraz zobaczył wszystko w zupełnie nowym świetle…

Rzeczpospolita gniła…

– I niechże zgnije… trzeba tylko dla nas co nieco z niej wyszarpać – powiedział sam do siebie król. Po czym podniósł się zza stołu i przeszedł do drugiej z komnat piwnicznych. Zbliżył się do kredensu z mahoniowego drewna inkrustowanego macicą perłową, otworzył drzwiczki, wyjął największy z pucharów, jakie tam stały, wydobył flaszę armaniaku i napełnił nim ów kielich. Wypił duszkiem. Napełnił kielich po raz drugi i znów wypił duszkiem. Armaniak palił go w gardło. Osunął się na zydel, ujął głowę w dłonie i czekał, aż lęk zmieszany z irytacją go opuszczą. Zdało mu się, że zbyt długo to trwa, więc po raz trzeci nalał po wręby trunku do kielicha i wlał go sobie do gardła. Minął niespełna kwadrans, gdy wreszcie poczuł miłe drętwienie mięśni twarzy, szmer w głowie i napływ pewności siebie i animuszu…

Wstał gwałtownie, przez co zachwiał się lekko na nogach, ale złapawszy równowagę, ruszył w stronę swoich apartamentów.

To na teraz tyle, a wieczorem będziemy ucztować… tak… wieczorem będziemy ucztowaći to jak!

* * *

Widzieliśmy już, jak ważne rzeczy działy się w Dreźnie i jakby momentami równolegle w Sandomierzu. Dziwnym by było, gdyby nie mniej ważne nie działy się w Warszawie. I oto nim rok 1721 dobiegł końca, w mieście tym zapalono światła pierwszej polskiej masońskiej ly, która, choć powiązana z lożami angielskimi przybrała nazwę francuską – La Confrérie Rouge, co się wykłada jako Czerwone Bractwo, a która działała wedle siedmiostopniowego Rytu Różokrzyża. Poza karmazynami, takimi jak Czartoryski czy Ossoliński, zasiadali w niej i pomniejsi magnaci, w tym również i niewiasty, co było osobliwe, albowiem do lóż angielskich ich nie dopuszczano, no, ale tu na razie jeszcze była Polska

I tak oto nastawał ostatni już etap w dziejach wolnej Rzeczypospolitej – etap jej unicestwiania, strącania najpotężniejszego europejskiego mocarstwa, najobszerniejszego i najzasobniejszego kraju przynależącego do cywilizacji Zachodu, w ognistą przepaść, w której miała zgorzeć, a jej popioły kędyś, het, w nieznane miał ponieść czarny rwący nurt podziemnej rzeki piekielnej, spadającej w bezdenną otchłań z hukiem potężnego, spienionego ludzką posoką wodospadu

I krew i łzy, rozpacz i ból i knut i kazamaty, i kibitki i niezmierzona głusza zmrożonej tajgi, i śmierć szczerząca się drwiąco wypróchniałymi zębami i robak-niszczyciel, który wgryzał się w serca, dopadły Polaków

Czerwone Bractwo przy Okrągłym Stole dopadło Polaków

Rozterki

Pan Mikołaj Białecki nie poprzestał na jednej wizycie u świątobliwego diakona, ale żadna z nich w znaczący sposób nie odbiegała od tej pierwszej. W końcu zatem zrezygnowany przestał tam bywać.

Pobyt w Paryżu był dlań niełatwy. Zbyt wiele miejsc przypominało mu ów okres platonicznego zakochania i zarazem ową nadzieję na spotkanie tej, która zamieniła z nim kilka zdań na balu karnawałowym w Wenecji i przez posłańca podesłała liścik-intrygę markiza. Cierpiał na wspomnienie tej nadziei, jaka ongiś tu właśnie żyła w jego sercu, a teraz bezpowrotnie umarła… i nie tylko w przenośni.

Teraz więc pozostało mu tylko pielęgnować wspomnienia, choć były gorzkie, ale była to jakaś gorycz zaprawiona pewną nutką słodyczy bolesnej…

Każdego ranka, ledwo tylko szarość nieco rozjaśniła czerń nocnego nieba, bez względu na pogodę udawał się wciąż w tę samą stronę. Najpierw wędrował brzegiem Sekwany ku Pont Notre-Dame, przechodził przez ów most, a znalazłszy się na Île de la Cité, powoli, spokojnym krokiem podążał najpierw ulicą de la Lanterne i następnymi, by na końcu dotrzeć do ulicy Cloître-Notre-Dame. Tu, dotarłszy do kamienicy opatrzonej numerem ósmym, stawał na wprost niej i z bólem malującym się na twarzy wpatrywał w okna mieszkania, w którym kiedyś bywała jego ukochana, chociaż nigdy się tam z nią nie spotkał, ani nigdy w nim nie gościł. Niemniej był to jakiś jej ślad, który urastał do rangi nieomal jej symbolu.

Mijały miesiące, minął rok, a może i więcej? Chociaż czuł ból w sercu, to jednak powolutku już on blakł. I jeszcze tylko pamięć tego, co się wydarzyło ciągle była w pełni żywa…

* * *

Mikołaj przejęty cierpieniem i wspomnieniami nawet nie zauważył, iż konsjerżka pojawia się w jego domu coraz rzadziej, aż w końcu całkiem przestała tam bywać. Ponieważ jednak jakaś ręka dbała o ład i śniadanie zawsze było na stole o ustalonej porze, nie zauważył tego nawet.

Do czasu jednak.

Przyszedł taki moment, iż wreszcie to dostrzegł.

Konsjerżkę zastąpiła bowiem Florine, jej podopieczna.

Panu Białeckiemu zrobiło się głupio. Zdawał sobie bowiem sprawę, czym jest bieda dla osoby krwi błękitnej, zdawał sobie sprawę, że zdeklasować można się tylko raz, a wrócić do swojego stanu… cóż to się zdarzyło chyba tylko jemu… no i może zdarza się owo jeszcze w baśniach…

Florine, Florine de Louvigny, powiedział półgłosem bardziej do siebie niż do dziewczyny, która przygotowywała stół, aby podać śniadanie.

– Słucham, panie kawalarze.

– Wybacz, że cię nie zauważałem…

– Nic nie szkodzi. Może to i lepiej. Zawsze się starałam, nie wchodzi panu w oczy.

– A to czemu?

– Obawiałam się bowiem, żeby mnie pan nie odprawił… przecie ze mną się pan nie umawiał, tylko z moją opiekunką…

– Rzeczywiście. Nie z tobą.

Tedy?…

– Tedy nie mogę pozwolić, iżby moją służącą miała być panna ze szlachetnego rodu!

Dobrze, monsieur le chevalier… podam tylko śniadanie i pójdę się spakować…

– A dokąd to? Gdzie, demoiselle, mieszkasz?

– W oficynie, w podwórzu. Jest tam jedna przyzwoita izdebka i ją zajęłam.

Florine, skłoniła głowę przed Mikołajem i ruszyła w kierunku drzwi.

Demoiselle! Zaczekaj!

Zatrzymała się, ale nie odwróciła. Stała, oczekując być może jakichś ostatnich słów przy tym rozstaniu, albo kilku monet jako wynagrodzenia za posługiwanie Białeckiemu.

– Florine… zbliż się do mnie.

Podeszła do stołu. Twarz miała białą jak papier, czego Mikołaj nie omieszkał zauważyć.

– Florine, idź, spakuj swoje rzeczy i wracaj tu co rychlej. Będziesz mieszkała ze mną.

Dziewczątko zadrżało.

– Nie musisz się lękać. Nie chcę cię upokorzyć jeszcze bardziej, niż los cię upokorzył. Nawet przez myśl mi nie przeszło, by zrobić z ciebie swoją kochankę.

– Zatem nie rozumiem, panie kawalerze.

– I ja też, szczerze powiedziawszy, nie za bardzo rozumiem tej decyzji, którą w tej chwili podjąłem. No nic… to nieważne… Posłuchaj, dziewczyno. Mam pieniądze, na niczym mi nie zbywa, mogę cię potraktować jak kogoś z rodziny, jak rezydentkę. Tak wiem – uniósł palec – powstrzymując Florine przed próbą powiedzenia czegokolwiek. – To niezbyt zręczna dla ciebie sytuacja, ale służącą nie będziesz! Zatrudnię bowiem wreszcie służbę – kucharkę, pokojową, lokaja, stangreta, ogrodnika i kogo tam jeszcze będzie trzeba.

– A jaka będzie moja rola?

– Będziesz mi towarzyszyć, przy stole, w teatrze, na spacerach… nic nadto… chyba że taki układ ci nie odpowiada, to nie będę cię zatrzymywał.

Nic nie odpowiedziała, tylko bladość zniknęła z jej twarzy zastąpiona silnym rumieńcem.

* * *

I tak upływały kolejne dnie… Aż wreszcie nadszedł taki, którego pan Mikołaj uznał, że Paryż go męczy i dłużej w tym mieście żyć już nie chce.

W pierwszej chwili pomyślał, iż może powinien wrócić do Sandomierza, ale miasto owo obmierzło mu ponad wszelką miarę. I miejsce i ludzie głupi i zawistni. Owszem, musiał tam zajechać z dwóch powodów – by pomodlić się na grobach matki, żony i córeczek, oraz iżby odebrać resztę pieniędzy złożonych w depozycie u jezuitów. Ale po załatwieniu tych spraw chciał od tego miejsca znaleźć się jak najdalej.

I wtedy przyszło mu na myśl, iż przecie jego naddziad, Jur Białecki, który poślubił Walerię-Katarzynę-Małgorzatę hrabiankę d’Urgel y d’Osona, na pograniczu francusko-hiszpańskim, w górskiej okolicy, po teściu odziedziczył był kęs kamienistego gruntu i starożytny zamek. A jeśli ktoś do tej pory nie zajął go prawem kaduka, to teraz on jest zamku owego właścicielem. Może by więc tam się udać? Gdzie inny świat, inni ludzie, obyczaje, widoki… więc może?…

=-=================-===============-=

Książkę w wersji papierowej można, klikając w poniższy link, kupić tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/Cmentarz_Swietego_Medarda_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

1O mój Boże! Dzień dobry, panie kawalerze! Dzień dobry! (fr.).

2Zaraza, czarna śmierć, dżuma. Grande peste de Marseille, która nawiedziła Marsylię w roku 1720, była już ostatnią, jaka pojawiła się we Francji.

3Franciszek Seraficki, inaczej Franciszek z Asyżu (1181-1226), święty Kościoła Katolickiego.

4W Kościele katolickim najniższy z trzech stopni kapłaństwa.

5Adrien Borel, Les convulsionnaires et le diacre Pâris. Extrait de L’Evolution psychiatrique, Paris 1935, pp. 5-7.

6Befka – rodzaj wypustki pod szyją zakładanej na sutannę lub togę składającej się z dwóch rozdzielonych, lub nierozdzielonych prostokątnych białych płatów materiału długich na około 15-20 cm. Dziś poza Braćmi Szkolnymi nieużywana przez duchowieństwo katolickie. Dawniej w powszechnym użyciu. Nie jest poprzedniczką koloratki, a dawniej mogła być nawet używana razem z tą ostatnią.

7Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus… Teraz i na wieki. (łac.).

8Św. Magloire (?-575) walijski święty misjonarz i biskup Dol-de-Bretagne. Paryskie seminarium imienia tego świętego utworzono 1618. Była to nadzwyczaj prestiżowa uczelnia duchowna, a w wieku XVIII matecznik jansenizmu w stolicy Francji i kolebka duchowieństwa konstytucyjnego po rewolucji 1789 r.

9Monsieur le DiacrePanie Diakonie, we Francji do duchownych zwracano się nie tak jak w Polsce „proszę księdza”, lecz albo ogólnie: Monsieur l’Abbe – Panie Ojcze, albo zgodnie z wykonywaną funkcją – do proboszcza Monsieur le Curé, do wikarego Monsieur le Vicaire.

10Sub rosa (łac.) – pod różą, w znaczeniu w tajemnicy.

11Dłoń rogata (wł.), diabelskie rogi, gest wykonywany na cześć szatana przez jego wyznawców, dziś bezmyślnie (albo i nie) demonstrowany szczególnie przez młode osoby i osoby życia publicznego – prezydentów, papieży, co tłumaczy się, że znak ten w angielskim języku migowym oznacza również „kocham cię”.

12Rozmnażanie bezpłciowe organizmów żywych.

13Kipa – jarmułka, to mała okrągła czapeczka, którą ortodoksyjni żydzi zakładają na głowę, zakrywając ciemię.

14Odniesienie do Objawienia św. Jana, rozdziału 12, wersetu 12.

15Grebnerus – Paul Grebner (1560-1590) autor słynnego proroctwa dotyczącego dziejów Europy.

16Kazimierz Marian Morawski, Bractwo wrogów wstrzemięźliwości. Studium historyczne z czasów Augusta II, s. 12-13, Sandomierz 2018.

17Józef Chociszewski, Księga sybillińska o przyszłości, Inowrocław 1895, s. 244.

POSTĘPOWA RODZINA

POSTĘPOWA RODZINA rodzina


– Jak to się stało, że delegowano właśnie ciebie tu na sam szczyt? – zapytał Borys
– Tata załatwił – odparła dziewczyna.
– Nie dosłyszałem twojego nazwiska.
– Nazwisko nie ma tu nic do rzeczy. Tatą nazywam drugiego męża trzeciej żony pierwszego męża mojej mamy.
– Nie chwytam. Ty się możesz w tym połapać?
– Czasami – przyznała Jasiunia. – Najtrudniej jest spamiętać kto jest moim bratem, albo siostrą, a z kim nie łączą mnie żadne więzy rodzinne.
– No proszę! – powiedział Borys. – A konserwatystom się zdaje, że to oni popierają duże rodziny.
– Są w mylnym błędzie,
– Cytujesz naszego nobli­stę?
– Kogo?
– Mniejsza z tym. Masz bardzo postępową rodzinę.
– Starzy tacy postępowi nie są. Moja mama czte­ry razy wychodziła za mąż i cztery razy się rozwodziła, za­nim zrozumiała, że związku nie należy pieczętować nawet w Urzędzie Stanu Cywilnego.
– Zapewne.
– Są jednak wyjątki. Moi dwaj bracia chcieliby zostać małżeństwem i założyć rodzinę.
– Jak przystało na prawdziwych Europejczyków.
– Kiedy dojdziemy znowu do władzy, to będą mogli sobie dzieci adoptować.
– Pragną mieć samych synów, jak się domyślam.
– Skąd wiesz? – zdziwiła się Jasiunia.

 

Grabienie grantów

Grabienie grantów

Małgorzata Todd grabienie  
           Szanowni Państwo!
           Czy 2+2 to tyle samo, co 2×2, czyli 4? Matematyk odpowie twierdząco i doda, że jest to jedyne zestawienie cyfr, których suma jest tożsama z ich iloczynem.  Humanista będzie zastanawiał się nad punktem widzenia problemu, albo czymś podobnym. Prawnik wyłączy komórkę i zapyta, patrząc ci w oczy „a ile chcesz, żeby było”? Która z tych postaw jest dla społeczeństwa najkorzystniejsza?
           Kiedyś informacja prowadziła do wiedzy, a ta z kolei do mądrości. Dlaczego używam czasu przeszłego? Bo taka zasada przestała obowiązywać w natłoku internetowych sensacji, z których trudno wyłowić ziarno prawdy. Takiego zagracenia przestrzeni medialnej zbędnym balastem nikt przy zdrowych zmysłach nie wytrzymuje, a co dopiero wydobywanie z tego ścieku rzetelnej wiedzy! Teraz wiedza, kojarzy się raczej z wiedźmą, jak przed wiekami, kiedy to stare wiedźmy wiedziały najlepiej, udzielały porad wszelakich, bo w ciągu długiego życia mogły zebrać więcej informacji, niż młodzież. Współczesnej młodzieży mądrość, kojarzy się zapewne z wymądrzaniem się różnych dupków na dowolne tematy.
           Naukowcy poszukiwali jednak od zawsze prawdy o otaczającym ich świecie, a przynajmniej czynili to przez dwadzieścia ostatnich wieków. W wieku XXI zaniechali zbędnego wysiłku. Obecni „naukowcy” poszukują już wyłącznie grantów, a tych za dociekanie prawdy sponsorzy przecież nie dają.
           Przeróżne wynalazki leżą sobie opatentowane w sejfach, żeby nie psuć interesów tym przy żłobach. Tu należałoby przytoczyć jakichś spektakularny przykład, ale pojawia się sprzeczność wewnętrzna, bo gdybym taki przykład mogła przytoczyć, to by znaczyło, że ktoś żłobu nie dopilnował i tajemnica wyciekła, przestałby być tajemnicą. Przed wojną opowiadano sobie taką anegdotkę, że ktoś wynalazł zapałkę wielokrotnego użytku, ale monopol zapałczany zniszczył projekt, który by go zrujnował.
           Do sprawy warto by podejść od innej strony. Zamiast demaskować „zamrażaczy” patentów, należałoby patenty objąć bezwzględnym prawem polegającym na tym, że ten, kto patent kupi, musi go wdrożyć do produkcji i to w konkretnie przewidzianym terminie. Jeśli nie, to patent wraca do pierwotnego właściciela, który może go ponownie sprzedać. Proste? Zbyt proste, żeby mogło doczekać się realizacji. Już prawnicy, odpowiednio wynagradzani, przez kogo trzeba, do tego nie dopuszczą.

Z pozdrowieniami

Małgorzata Todd

E-lektyki dla E-ludków.

E-lektyki dla E-ludków

mgr inż. Zbigniew Dworakowski 2023.03.24

Są tzw „egzemplarze ludzkie”, dla których przekonującym argumentem do zasadności stosowania samochodów z silnikami elektrycznymi jest to, że „jednak wielu ludzi te E-lektyki kupuje i są z ich użytkowania zadowoleni”.

Kupują te śmieszne E-lektyki (rozkraczające się masowo na autostradach z powodu rozładowania akumulatorów) ludzie nowocześni, mający pieniądze na wyrzucenie, ale za to potrafiący pokazać się innym jacy to są … no właśnie nowocześni i postępowi. A wychodzą na pospolitych postępaków. Akumulatory po 5, 6 latach eksploatacji w tych śmiesznych pojazdach tracą połowę swojej pojemności (na jednym ładowaniu można przejechać już nie np. 150 km, a tylko 75 km). Wymiana tychże akumulatorów kosztami dorównuje połowie nowej E-lektyki. Do gaszenia tych E-lektyk potrzebny jest specjalny kontener z tysiącami litrów wody, a po ugaszeniu neutralizacja tej mocno skażonej wody jest bardzo problematyczna i słono kosztuje. Samo gaszenie tego mocno toksycznego pożaru trwa od kilku do kilkunastu godzin. Są w sieci www stosowne relacje kompetentnych strażaków. W zasadzie nikt nie chce podejmować się serwisu tych E-lektyk, bo to jest dość skomplikowane i mocno ryzykowne. Po prostu jak coś się popsuje to trzeba wozić do serwisu setki… jeśli nie tysiące km.

E-lektyki dla E-ludków – śmieszny pojazd dla jeszcze śmieszniejszych ludzi. Nie jest mi żal tych ludzi w rozkraczonych swoich E-lektykach na autostradach i stacjach benzynowych czekających godzinami na doładowanie. Szkoda, że nie szarych komórek. Nie żal mi ich, ponieważ są w awangardzie tego oszukańczego światowego geszeftu dla … E-ludków.

Bardzo obrazowo cały bezsens stosowania E-lektyk przedstawia żart [to nie żart, sprawdziłem.. MD] pokazujący ten egzemplarz samochodu ze spalinowym agregatem prądotwórczym na bagażniku rowerowym z tyłu samochodu.

Oczywiste wnioski nasuwają się same. Zastępowanie samochodów z silnikiem spalinowym samochodami z silnikiem elektrycznym to zabieg czysto marketingowy, podrzucany przez cwaniaków od tzw. geszeftu mało wykształconym ludziom, lub ludziom (jak mawia Stanisław Michalkiewicz) wykształconym w „akademiach gotowania na gazie”.

Emisja z samochodów osobowych to jaka część ogólnej emisji z transportu ? Niewielka. Wybuch jednego wulkanu równa się emisji całej EU przez wiele lat ? Człowiek ze swoją emisją jest jeszcze za „mały”, by móc wpływać globalnie na klimat na Ziemi => ponad 2/3 powierzchni naszej przepięknej planety to woda, czasami głębsza od najwyższej góry. Ale oświeceni oszuści wmawiają nam, że ta 1/3 i to kiepsko – jednak zaludniona ma globalny wpływ na resztę – O trochę logiki … jest taka prośba…..

Ten oszukańczy ekologizm nie jest oparty na żadnej logice i nauce. To czysty[ no, bardzo brudny, panie Optymisto.. MD] geszeft w wielu wymiarach. A o odwiertach Duńczyków w wiecznej zmarzlinie na Grenlandii i oczywistych wnioskach z tego płynących … cisza. Te ekologiczne indywidua rozkazały nawet dwukrotnie zrobić te odwierty, bo z tych pierwszych były niezadowolone. Te drugie zrobione w innych miejscach potwierdziły pierwotne wnioski, że na przestrzeni mln lat na Ziemi jeśli idzie o temperaturę i zawartość gazów cieplarnianych było wielokrotnie „gorzej”, lub podobnie jak dzisiaj, a człowieka przecież wtedy na Ziemi nie było.

Przyczepili się tylko jak „pijany do płota” do wyników z ostatnich kilkudziesięciu tyś. lat historii i nazwali to nawet „efektem kija hokejowego”. To wszystko nie ma nic wspólnego z nauką. Tacy krętacze zawsze na pytanie ile jest 2 x 2 odpowiedzą bezczelnym pytaniem „a ile ma być ?”. A absolwenci tzw. „akademii gotowania na gazie”, których jak widać trochę jest, łykają te „mądrości” bez jakichkolwiek intelektualnych oporów.

================

MD:

Sądzę jednak, że są to problemy wzrostu.

Słyszałem z grona wiarygodnych wynalazców, że opatentowano ogniwo paliwowe na wodór i tlen z powietrza. Sprawność jego wynosiła około 80%. Jednak musieli sprzedać patent firmie, która produkuje obecne baterie elektryczne. A ona oczywiście ten patent schowała. Jednak mam nadzieję, że rozwiązania racjonalne oraz prawda zwyciężą.

Coraz większy problem z samochodami elektrycznymi.

Coraz większy problem z samochodami elektrycznymi. Ale politycy wciąż ulegają eko-lobby

coraz-wiekszy-problem

Eko-wariaci usilnie wciskają nam drogie samochody elektryczne jako remedium na „walkę z globalnym ociepleniem”.

Tymczasem produkcja samochodu elektrycznego wiąże się z większą emisją CO2 niż produkcja samochodu spalinowego. I to dwukrotnie!

==================

Według badań, emisja dwutlenku węgla powstającego podczas wytworzenia pojazdu elektrycznego jest nawet dwukrotnie wyższa niż w przypadku pojazdu na paliwo kopalniane. Głównym czynnikiem wpływającym na tę różnicę jest produkcja akumulatorów litowo-jonowych, która jest bardzo energochłonna i szkodliwa dla środowiska, o które tak rzekomo walczą eko-lewacy.

Eko-aktywiście przekonują wprawdzie, że w dłuższej perspektywie elektryk jest bardziej eko, bo nie emituje spalin w trakcie jazdy. Ale trzeba do tego spełnić szereg warunków. Chociażby ładować auto energią ze 100% OZE (którego produkcja też wcale nie jest taka eko), ale infrastruktura energetyczna nie jest do tego kompletnie przystosowana. To, przynajmniej obecnie, po prostu nierealne.

Lobbyści często zgrabnie pomijają jeszcze jeden bardzo ważny argument świadczący na ich niekorzyść – elektryki, a ściślej mówiąc baterie do nich, są znacznie mniej żywotne, po kilku latach trzeba kupić nową (bardzo drogą, kosztującą kilkadziesiąt tysięcy złotych, lub wymienić całe auto), czyli proces produkcji i emisji dwutlenku węgla zaczyna się od nowa.

A jeśli samochód byłby stosunkowo rzadko użytkowany, to już w ogóle jego wpływ na środowisko – biorąc pod uwagę moment od rozpoczęcia produkcji – jest znacznie gorszy niż spalinowy.

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze jeden problem związany z elektrykami. Jak czytamy w serwisie interia.pl: „Problem polega na tym, że nawet niewielka stłuczka najczęściej kończy się decyzją o zezłomowaniu samochodu. Wystarczy niewielkie nawet uszkodzenie podwozia, zarysowanie obudowy baterii, by ubezpieczyciel podejmował decyzję o wymianie całego akumulatora. A ponieważ jest on drogi (często na rynku wtórnym kosztuje więcej niż płacą producenci) naprawa samochodu staje się nieopłacalna. W efekcie ubezpieczyciel pokrywa kosztu zakupu nowego samochodu, który oczywiście trzeba wyprodukować, emitując przy tym CO2. Z kolei uszkodzony samochód, często młody i z niewielkim przebiegiem, trafia na złomowisko”.

Podejmujący decyzję i wpływający na nasze życie politycy, ulegający eko-lobby, są najwyraźniej głusi na powyższe argumenty. Tworzą nierówne przepisy, nakładają horrendalne podatki na spalinowe samochody, w ten sposób próbując nas pośrednio zmusić do przejścia na elektryki. A w przyszłości, od 2035 roku, chcą w ogóle zakazać sprzedaży spalinówek. Kogo nie będzie stać na elektryka, a takich osób będzie bardzo dużo, pozostanie mu komunikacja zbiorowa. Pozostawiająca także wiele do życzenia.

A jak w praktyce wygląda jazda autem elektrycznym i ile dłużej zajmuje pokonanie dłuższej trasy? Sprawdził to niedawno Łukasz Kotkowski z portalu chip.pl. Wnioski są zatrważające.

Zjeżdżanie z trasy, liczne postoje, niepewność do samego końca. Prawda o jeździe samochodem elektrycznym w Polsce

Fizyczny, w efekcie ekonomiczny brak podstaw stosowania samochodów elektrycznych.

MD: Publikuję w związku z unijnym projektem zakazu produkcji samochodów z silnikiem spalinowym po 2035 roku. 

Fizyczny, w efekcie ekonomiczny brak podstaw stosowania samochodów elektrycznych.

2021.11.27 mgr inż. Zbigniew Dworakowski

Przy obecnym stanie techniki i technologii samochody elektryczne wykorzystują energię elektryczną zgromadzoną w akumulatorach. Jedynym prawdziwym i rzetelnym z punktu widzenia ekonomicznego i fizycznego porównaniem samochodu z silnikiem spalinowym i elektrycznym jest porównanie ich rzeczywistej sprawności energetycznej. Sprawność energetyczną mierzy się za pomocą określenia stosunku energii uzyskanej do energii dostarczonej do określonego układu, w tym przypadku dla obu typów silnika.

Dla dokładniejszego porównania wybieram silnik Diesla, ponieważ w elektrowniach produkujących energię elektryczną mogą pracować tego typu silniki, czy też turbiny. Współczesne turbiny parowe najczęściej stosowane w elektrowniach spalających paliwa kopalne mają podobne sprawności do silnika Diesla. Paliwem źródłowym dla obu samochodów jest więc paliwo kopalne czyli np. olej napędowy, tylko wtedy porównanie jest rzetelne. Przy zastosowaniu energetyki jądrowej to porównanie będzie jeszcze bardziej niekorzystnie dla silnika elektrycznego, bo realne koszty wytwarzania energii tym sposobem są wyższe, o czym pisze w swojej książce „O energetyce dla użytkowników oraz sceptyków” specjalista od energetyki jądrowej prof. Mirosław Dakowski.

Do wyliczenia w/w sprawności potrzebne będą następujące dane składowe:

– sprawność silnika Diesla to ok. ssd=0,5,

– sprawność generatora prądu elektrycznego to ok. sge=0,96,

– sprawność transformacji i przesyłu energii elektrycznej do odbiorcy to ok. stp=0,85,

– sprawność ładowania akumulatora w samochodzie to ok. sla=0,9,

– sprawność odzyskania energii elektrycznej z akumulatora to ok. soe=0,95,

– sprawność inwertora elektrycznego (sterowanie silnikiem elektrycznym) to ok. sie=0,95,

– sprawność silnika elektrycznego to ok. sse=0,9,

Dla samochodu z silnikiem spalinowym Diesla mamy sprawność energetyczną równą ssd=0,5. Dla samochodu elektrycznego mamy sprawność energetyczną równą ssd x sge x stp x sla x soe x sie x sse = 0,3.

Wniosek jest prosty, samochodem z silnikiem Diesla na tej samej ilości paliwa źródłowego przejedziemy o ok. 40 % dłuższą drogę (1 – 0,3/0,5). Gdyby wziąć pod rozwagę samochód z silnikiem benzynowym, to jego sprawność wynosi ok. 0,36, a więc nadal góruje on pod względem sprawności nad samochodem z silnikiem elektrycznym.

Ponadto nasuwa się pytanie, dlaczego eliminuje się samochody z silnikami Diesla na rzecz samochodów z silnikami benzynowymi, biorąc pod rozwagę sprawność energetyczną?

W/w różnica w sprawności energetycznej wynika z zastosowania przemiany adiabatycznej w silniku Diesla. Natomiast twierdzenie, że silniki Diesla bardziej zanieczyszczają atmosferę jest nieprawdziwe, ponieważ współczesne silniki tego typu z różnorakimi udoskonaleniami i filtrami mniej emitują szkodliwych substancji niż silniki benzynowe, co można sprawdzić np. w dokumentacji producentów podających emisję CO2 tych silników.

Silnik Diesla ma jeszcze następujące przewagi nad silnikiem benzynowym: jest dużo bardziej trwały, a paliwo do niego stanowi znacznie większą część ich źródła (ropy naftowej) niż to jest w przypadku silnika benzynowego.

Ciśnie się na usta kolejne pytanie, tym razem o uzasadnienie różnicy w cenie oleju napędowego i benzyny. W sytuacji ekstremalnej silnik Diesla będzie pracował np. z olejem roślinnym, a benzynowy … ze spirytusem – to chyba ostateczny argument dla „czytelników”, bo czytelnictwo w narodzie nie ginie.

Nie będę tutaj poruszał innych problemów jakie sprawiają samochody z silnikami elektrycznymi, np. niewielki zasięg, długi czas ładowania, stopniowa utrata pojemności akumulatorów prowadząca do bardzo drogiej operacji ich wymiany, czy też gigantyczny problem z gaszeniem palącego się samochodu elektrycznego. W tej sprawie warto posłuchać druzgocących opinii strażaków. Ponadto z badań prowadzonych np. przez Szwedzki Instytut Środowiska (IVL) i brytyjski Low Carbon Vehicle Partnership wynika, że wytworzenie i utylizacja samochodu z silnikiem elektrycznym są bardziej szkodliwe dla środowiska naturalnego niż samochodu z silnikiem spalinowym.

Można zastanowić się nad eliminacją strat energii powstających na skutek dostarczenia energii elektrycznej do silnika elektrycznego w samochodzie i zastosować ogniwa paliwowe, które w samym samochodzie zamieniają paliwo w energię elektryczną. Sprawność takich ogniw to 0,4 – 0,6, no i jeszcze trzeba ją pomnożyć przez sprawność inwertora (0,95) i silnika elektrycznego (0,9). Ponadto jest to jednak technologia dalekiej przyszłości do skutecznego zastosowania w samochodzie elektrycznym. Ale i tutaj jak na dłoni widać problem z wytworzeniem paliwa do takich ogniw, bo nie ma ich w naturze. W rzetelnym rozliczeniu należy porównać koszty (włączając w to zużycie energii) potrzebne do wytworzenia np. wodoru i oleju napędowego.

Oczywiste wnioski nasuwają się same. Zastępowanie samochodów z silnikiem spalinowym samochodami z silnikiem elektrycznym to zabieg czysto marketingowy, podrzucany przez cwaniaków od tzw. geszeftu mało wykształconym ludziom, lub ludziom (jak mawia Stanisław Michalkiewicz) wykształconym w „akademiach gotowania na gazie”. No i jeszcze jedno oczywiste spostrzeżenie zawsze prawdziwe: Bóg jest stwórcą idealnym, perfekcyjnym pod każdym względem, a człowiek zawsze polegnie, jeżeli będzie chciał naprawiać to co On stworzył. Dostaliśmy od naszego stwórcy wielkie dobra na ziemi i we wszechświecie, nie marnotrawmy ich (o zgrozo cała ta „ekologia” właśnie prowadzi do oczywistego marnotrawstwa). Człowiek może jedynie próbować ułatwiać sobie życie wykorzystując racjonalnie dzieło stworzenia, nigdy nie powinien próbować naprawiać tegoż dzieła, bo to zawsze kończy się porażką lub tragedią.

A każde kłamstwo wcześniej czy później zostanie obnażone… ale ci kłamcy to chyba już nawet nie potrafią się wstydzić. Nie dość, że w tych kłamstwach są wyjątkowo bezczelni to jeszcze bezwstydni.

Likwidacja gotówki? Najpierw w Nigerii, zaraz potem w Polsce?…

Likwidacja gotówki? Najpierw w Nigerii, zaraz potem w Polsce?…

likwidacja-gotowki

Bez gotówki nie kupisz tego, co chcesz, a jak pójdziesz i będziesz chciał, to władza to zablokuje, bo np. wykorzystasz „swój limit”. Te pomysły w połączeniu z pieniądzem cyfrowym są wykonalne – mówi w programie „Antysystem” Wojciech Cejrowski.

W Nigerii ludzie zostali odcięci od gotówki. Wcześniej w ramach „zachęty” do korzystania z bezgotówkowych form płatności, dostęp do waluty był stopniowo limitowany. Wybuchły protesty. Potrzebę przeprowadzenia tej operacji bank centralny argumentował licznymi fałszerstwami krajowego pieniądza, tłumacząc jednocześnie, że transformacja na walutę cyfrową zagwarantuje, że nawet jedna Naira nie będzie wyprowadzona poza system bankowy. Oficjalnie regulacje miały też na celu zachęcenie do płatności kartą, a także korzystania bankowości internetowej i aplikacji mobilnych. Wcześniej media informowały o uruchomieniu od października 2021 roku cyfrowej waluty o nazwie eNaira. Niedługo później władze Nigerii rozpoczęły przymusowe ograniczenie obywatelom płatności gotówką. Ostatecznie, pod wpływem protestów prezydent Nigerii Muhammadu Buhari 16 lutego zezwolił na przedłużenie terminu używania starych banknotów do 10 kwietnia, jednak banknotów szybko zaczęło brakować.

Ograniczenia dot. gotówki w Polsce. Lisicki i Cejrowski dyskutują

Z kolei w Polsce za niespełna rok w życie wejdą przepisy ograniczające możliwość płatności gotówką. Nowe limity płatności gotówką wejdą w życie 1 stycznia 2024 r. (rząd pierwotnie chciał zmianę wprowadzić już w 2023 r.). Wyniosą one 8 tys. zł w przypadku transakcji pomiędzy przedsiębiorcami oraz 20 tys. w przypadku transakcji na linii konsument-przedsiębiorca.

O planach dot. ograniczenia płatności gotówką rozmawiali w nowym odcinku programu „Antysystem” Paweł Lisicki, red. naczelny „Do Rzeczy” oraz Wojciech Cejrowski. – Bez gotówki nie kupisz tego, co chcesz, a jak pójdziesz i będziesz chciał, to władza to zablokuje, bo np. wykorzystasz swój limit. Te pomysły w połączeniu z pieniądzem cyfrowym są wykonalne. Jak zlikwidują gotówkę, co moim zdaniem jest niewykonalne, to już się nie da kupić niczego na rynku wtórnym. Musimy wtedy cofnąć się do wymiany towarowej – wskazywał Cejrowski.

Pan powiedział, że to niemożliwe, ale ja bym chciał wierzyć, że to niemożliwe. Tylko zobaczmy, jak kiedyś funkcjonował system finansowy. Ludzie kiedyś dostawali pieniądze do ręki, a teraz wszyscy dostają pieniądze na konta bankowe. Zresztą jeden z banków przygotował nawet kalkulator węglowy, który miał pokazać, że Ziemia zniknie, jak ludzie będą żyli jak do tej pory.

To pokazuje, że te zakusy na limity używania gotówki są coraz większe, nawet w Polsce. Chciano drastycznie ograniczyć możliwość posługiwania się gotówką – mówił Paweł Lisicki. – Uważam, że to wprowadzono w Davos i zwolennikiem tego jest premier Mateusz Morawiecki, bywalec w Davos – dodał Cejrowski.

Krach SVB wymierzony w dolara – ostatni element amerykańskiej jedności. Przed nami burzliwe dni.

Krach SVB wymierzony w dolara – ostatni element amerykańskiej jedności. Przed nami burzliwe dni.

John Horvat II meltdown-targets

W spolaryzowanej Ameryce zaufanie do dolara jest jedyną rzeczą, która wciąż łączy ludzi. Jako prawny środek płatniczy dla wszystkich długów, publicznych i prywatnych, każdy musi zaakceptować ten środek wymiany niezależnie od ideologii. Jak na ironię, powszechne użycie dolara ułatwia szaloną kulturę, która rozbija kraj.

Krach Silicon Valley Bank (SVB) i innych banków pokazuje kruchość systemu bankowego, który jest podstawą kultury, którą generuje. Panowanie dolara może stanąć pod znakiem zapytania.

Kryzys zaufania

Amerykański system „fiat money” zależy od ważnego dobra, cenniejszego niż złoto: zaufania. Złożony system kontroli, równowagi i zabezpieczeń pieniądza musi przekonać ludzi, że dolary są godne zaufania, a zatem stabilne i wartościowe. Jednak system ten może się rozpadać, gdy zaufanie słabnie. W SVD i Signature Bank wystraszeni deponenci, wyczuwając brak bezpieczeństwa, pobiegli odzyskać swoje pieniądze.

W miarę rozprzestrzeniania się kryzysu, spadek zaufania zagraża teraz całej bankowości. Nikt [z postronnych md] nie wie, jak głębokie są problemy. Jeśli kłopoty w SVD, szesnastym co do wielkości banku w kraju z ponad 200 miliardami dolarów w aktywach, prześlizgnęły się pod radarem regulacyjnym, to nikt nie zgadnie, jakie inne chore giganty finansowe również uniknęły wykrycia.

Jeśli Barney Frank, współautor niesławnej ustawy Dodda-Franka, która miała zreformować Wall Street po kryzysie kredytów hipotecznych sub-prime z 2008 roku, zasiadał w zarządzie upadłego nowojorskiego Signature Bank, to kto może ufać w wiedzę zarządu jakiejkolwiek instytucji finansowej?

Duch burzliwego nieumiarkowania

Specjaliści twierdzą, że SVB i inne banki, takie jak upadły Credit Suisse, to tylko wierzchołek góry lodowej. Ten kryzys sięga głęboko. To tak, jakby wewnątrz systemu uwolnił się jakiś wzburzony duch, który sieje spustoszenie i wywołuje niepokój.

Prawdziwa przyczyna kryzysu wskazuje na problem moralny, a nie na brak zasad regulacyjnych. Ten moralny nieład można nazwać frenetyczną nieumiarkowaniem – niespokojnym i lekkomyślnym duchem wewnątrz ponowoczesnej gospodarki i kultury, który podsyca popęd do zrzucania uzasadnionych ograniczeń i zaspokajania nieuporządkowanych namiętności.

Do tej pory ten burzliwy nurt frenetycznego nieumiarkowania służył do rozdrobnienia amerykańskiej kultury na tysiąc kierunków, gdy Amerykanie podążali za swoimi nieuporządkowanymi pasjami. Pieniądze – wolne od niskich stóp procentowych, pieniądze stymulacyjne, pieniądze deficytowe, pieniądze z helikoptera, pieniądze z zysku, pieniądze z luzowania ilościowego – utrzymują wszystko w jednym miejscu.

Doskonała burza

Teraz 15-letnie panowanie Fedu nad łatwą gotówką dobiega końca. Nie ma już bilionowych łatek, którymi można by przykryć panujący wszędzie nieporządek i niepokój.

Duch burzliwego nieumiarkowania przenika każdy zakamarek świata finansów. Instytucje bankowe znajdują nowe ekspozycje i lewarowane ryzyka, które mogą wysłać fale uderzeniowe falujące przez system i niszczące go. Wszystko jest skalibrowane tak, aby prosperować w czasach łatwego pieniądza, ale żałośnie nieprzygotowane na trudności finansowe.

Wściekłość tego szalonego nieumiarkowania jest teraz uwalniana przeciwko infrastrukturze finansowej, która pomogła wytworzyć spolaryzowane społeczeństwo. Wokół dolara tworzy się oczywista burza. Ameryka może wkrótce stanąć w obliczu drastycznych konsekwencji rosnących stóp procentowych, destrukcyjnych strategii inwestycyjnych ESG, które przyspieszają udzielanie pożyczek sub-prime na projekty „budzące zaufanie”, rządowych rachunków za nadmierne stymulowanie inflacji, lekkomyślnych federalnych wydatków na deficyt i zbliżającego się apokaliptycznego niewypłacalności rządu z powodu walki o pułap zadłużenia. Ten destrukcyjny duch może zniszczyć światowe zaufanie do dolara.

Moralny wybór

Rozwiązaniem nie jest więcej zhańbionych regulacji Barneya Franka. Frenetyczne przywary świata finansów są takie, że ludzie za każdym razem znajdą sposoby na ich obejście. Podobnie jak stare, nowe regulacje będą tylko karać uczciwych, rozbijać małe i średnie banki i konsolidować te „zbyt duże, by upaść”.

Amerykanie stoją przed moralnym wyborem. Muszą albo powściągnąć swoje nieuporządkowane namiętności, albo zmierzyć się z dramatycznymi konsekwencjami dalszej fragmentacji i ruiny. Siatka bezpieczeństwa w postaci zaufania do dolara nie będzie już służyła do stłumienia bólu. Dolar będzie dzielił, a nie jednoczył.

Przez tak długi czas dolar był siłą napędową szalonego nieumiarkowania. Teraz może stać się ofiarą własnych ekscesów. Niestety, przejście od frenetycznego nieumiarkowania do ostrożnej powściągliwości nie jest łatwe. Czasami tylko szkoła ciężkiego uderzenia pozwala przekazać właściwe przesłanie.

Przed nami burzliwe dni.

Zielone ludziki. Nieszkodliwe brednie, których nikt nie będzie wcielał w życie. Potem jest już za późno, żeby się wycofać.

Zielone ludziki. Nieszkodliwe brednie, których nikt nie będzie wcielał w życie.Potem jest już za późno, żeby się wycofać.

Izabela Brodacka

W polskich mediach szerokim echem odbił się raport przygotowany dla organizacji C-40, która zrzesza największe miasta świata, w tym Warszawę. Czytamy w nim, że w imię walki ze zmianami klimatu należy do 2030 r. drastycznie ograniczyć konsumpcję mięsa i nabiału, dostęp do prywatnych samochodów, zakupy ubrań i loty samolotem. 

Programom pozornej dbałości o środowisko towarzyszy zdecydowana propaganda antynatalistyczna. Badacze ze szwedzkiego Uniwersytetu w Lund i kanadyjskiego uniwersytetu w Vancouver obliczyli, że każde dziecko obarcza planetę rocznie liczbą 58,6 ton CO2, samochód to tylko 2,4 tony CO2 rocznie, a mięso w diecie to tylko 0,82 tony CO2 rocznie na osobę. Wnioski nasuwają się same.

 Jednocześnie inicjatorzy radykalnych, globalnych projektów środowiskowych przyznają wprost, że te wszystkie ograniczenia ich samych nie dotyczą. Bill Gates, ojciec czwórki dzieci i promotor aborcji w Afryce, zapytany przez BBC, czy nie powinien zrezygnować z latania prywatnymi odrzutowcami, z rozbrajającą szczerością odpowiedział, że „nie jest częścią problemu”, a „częścią rozwiązania”, bo przeznacza miliardy na ekologiczne technologie. W podobnym tonie wypowiedział się poseł Platformy Obywatelskiej Sławomir Nitras, który zapytany o to, czy jako wyznawca i realizator programu C-40 nie powinien ograniczyć liczby lotów samolotem, których tylko w latach 2019-2020 odbył ponad 260  odpowiedział, że „lata do pracy”, bo „traktuje swoje obowiązki bardzo poważnie”.

Wielokrotnie przypominałam, że utopię od programu odróżnia się sprawdzając jakie miejsce w tej utopii widzi dla siebie jej twórca. Na ogół twórcy utopii widzą siebie w roli  wodza czy przewodnika duchowego, nigdy w roli szeregowego członka zaprojektowanej przez siebie, rzekomo idealnej, społeczności.

To bardzo typowe, że absurdalne rojenia jakiegoś psychopaty takiego jak Hitler czy Stalin przez dłuższy czas traktowane są jako nieszkodliwe brednie, których nikt nie będzie wcielał w życie. Gdy zaczynają być wcielane w życie jest już za późno żeby się wycofać. Zwykli ludzie uczestniczą więc, często mimo woli, w zbrodniczym systemie i wcale tego nie chcąc uczestniczą w zbrodni. Jedni są zwykłymi oportunistami, których interesuje tylko osobista korzyść, inni są tchórzami, jeszcze inni nie chcą się przyznać do swego błędu, do swojej głupoty i krótkowzroczności.

Rojenia Gatesa choć wyjątkowo głupie, też nie są nieszkodliwe, są niezwykle groźne. Co gorsza stoją za nim ogromne pieniądze co oznacza dużą liczbę akolitów. Akolici podlegają wspomnianym mechanizmom psychologicznym a poza tym są przekonani, że ze względu na bliskość centrum przemian sami, podobnie jak ich guru, nie będą podlegać proponowanym drastycznym ograniczeniom.

Przykładów można mnożyć tysiące. Komuniści ograniczali powierzchnię budowanego przez obywatela za własne pieniądze domu do 110 metrów kwadratowych. Tylko naiwni mogliby sądzić, że partyjni aparatczycy stosowali się do narzucanych społeczeństwu ograniczeń. Partyjnicy bez żenady okupowali ogromne, kilkusetmetrowe, dodajmy zrabowane przedwojennym właścicielom, mieszkania i domy. W towary luksusowe zaopatrywali się w sklepach za żółtymi firankami, podczas gdy społeczeństwo w ogromnych kolejkach zdobywało żółty ser i papier toaletowy. Leczyli się w rządowej lecznicy przy ulicy Hożej w Warszawie, gdzie na czas kuracji otrzymywali dwupokojowe apartamenty, gdy nieustosunkowani chorzy umierali na korytarzach szpitali. To wszystko robili tak zwani ideowi komuniści, nie tylko zwykli komunistyczni bandyci, którzy w gmachu KC rozdrapywali dla swoich żon i kochanek zrabowane w Niemczech precjoza.

Natychmiast po wybuchu elektrowni jądrowej w Czarnobylu w nocy z piątku na sobotę 25 kwietnia 1986 roku w klinice przy Hożej podawano rodzinom prominentów płyn Lugola. Zakazywano mówić o  tym komukolwiek, rzekomo dla uniknięcia paniki. Dodajmy, że płyn Lugola  nie jest to żaden rarytas, ani drogi preparat. To zwykły roztwór jodku potasu o odpowiednim stężeniu. Od jodyny różni go tylko stosowany rozpuszczalnik. W przypadku płynu Lugola rozpuszczalnikiem jest woda destylowana podczas gdy jodyna to roztwór jodku potasu w alkoholu etylowym. Płyn Lugola potrafi wykonać każdy farmaceuta, można go także bez trudu sporządzić w domu. Dzieciom w warszawskich przedszkolach podano płyn Lugola dopiero w następną środę.

Piszę o tym tak szeroko, bo to najlepszy przykład bezmyślnej komunistycznej zbrodni wynikającej wyłącznie z przeświadczenia, że partyjny aparat i jego akolici podlegają zupełnie innym prawom niż reszta społeczeństwa. Jak pisał Orwell: „Wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze od innych”.

A Max Scheler zapytany dlaczego nie realizuje propagowanych przez siebie ideałów odpowiedział: „ Nikt nie oczekuje od drogowskazu aby podążał w kierunku, który wskazuje”. To zabawne, że w publicystyce nadużywano tego hasła w czasach tak zwanego „festiwalu Solidarności”. Wtedy gdy naiwnym wydawało się, że Solidarność wygrywa. Widać, że przygotowywano grunt do wcielenia w życie zasad całkowicie sprzecznych z głoszonymi.

Kiedy posłanka Spurek publicznie rozczulała się nad losem krów gwałconych w celu otrzymywania od nich mleka, słuchacze tych bredni zastanawiali się w jaki sposób tak niezrównoważona osoba wydostała się z Tworek. Nie rozumieli, że jest to klasyczna „подготовка”, oswajanie publiczności z idiotyzmem, który stanie się wkrótce oficjalną agendą Unii Europejskiej, zatem również agendą rządową.

Podobne działania można  porównać do znanej metody leczenia alergii jaką jest odczulanie czyli immunoterapia swoista polegająca na podawaniu systematycznie rosnącej dawki alergenów, na które pacjent jest uczulony.

Po wypowiedziach Spurek, Jachiry i innych przedstawicieli swoistego panopticum jakim jest nasz Sejm, przeciętny obywatel przestaje reagować grozą na wypowiedzi Billa Gatesa czy na propagowany „ zielony ład”. Tymczasem wyznawcy i głosiciele „zielonego ładu” są równie groźni jak rosyjskie „зелёные человечки” czyli zielone ludziki .  

To nie kryzys – to rezultat. Spada IQ Amerykanów. Oj tam, oj tam…

To nie kryzys – to rezultat. Spada IQ Amerykanów. Oj tam, oj tam….

spada-iq-amerykanow

Wyniki tzw. testów na inteligencję wśród Amerykanów systematycznie rosły począwszy od 1932 roku, jednak w latach 2006-2018 doszło do odwrócenia tego trendu w prawie wszystkich kategoriach poznawczych.

Na łamach pisma „Intelligence” naukowcy z Northwestern University omówili wyniki najnowszego badania, z udziałem blisko 400 tys. Amerykanów, które wykazało, że od 2006 r. w społeczeństwie tym obserwuje się odwrócenie tzw. efektu Flynna. Efekt ten polega na wzroście ilorazu inteligencji obserwowanym od początku XX wieku w państwach zachodnich, o ok. 0,3-0,5 punktu rocznie, czyli ok. 3-5 punktów w ciągu dekady.

Spadek wyników testów na inteligencję nastąpił we wszystkich – poza jedną – badanych kategoriach. Gorsze wyniki Amerykanie osiągają w badaniach umiejętności rozumowania werbalnego (logika, słownictwo), rozumowania matrycowego (rozwiązywanie problemów wizualnych, analogie) oraz rozumowaniu obliczeniowym (matematycznym). Jedynie wyniki w kategorii „rozumowania przestrzennego” wzrosły między 2012 a 2018 rokiem.

Wszystkie te różnice występują niezależnie od wieku, wykształcenia i płci, choć największe były wśród osób w wieku od 18 do 22 lat oraz osób bez wykształcenia wyższego.

Pomimo spadku wyników autorka badań – dr Elizabeth Dworak – zastrzega, że nie chce, aby ludzie zinterpretowali je jako „Amerykanie stają się coraz mniej inteligentni”. [no, nie chce – i już… md]

„Takie wyniki nie oznaczają, że ich zdolności umysłowe są niższe lub wyższe; oznaczają jedynie różnice w wynikach testów – podkreśla badaczka. – Może być tak, że współczesne społeczeństwo gorzej radzi sobie z testami w ogóle lub z tym konkretnym typem testów”.

Chociaż badanie nie zajmowało się przyczynami spadku wyników IQ, to – jak wyjaśnia dr Dworak – niektóre dowody sugerują, że mogą być one spowodowane m.in. stale pogarszającą się dietą, zbyt dużą ekspozycją na media i zmianami w edukacji. Poza tym – zauważa – istnieje coś takiego jak efekt pułapu: ludzka inteligencja nie może rosnąć bez końca i w końcu musi osiągnąć plateau.[I tak mocno się od tego „pułapu” odbić?? MD]

Zdaniem autorki może być też tak, że zmieniający się system wartości wpływa na wyniki testów IQ. W dzisiejszych czasach przykłada się bowiem większą wagę do zdolności wizualno-przestrzennych, a mniejszą do różnych form rozumowania, co może znajdować odzwierciedlenie w badaniach ilorazu inteligencji.

„Np. w ostatnich dziesięcioleciach kładzie się większy nacisk na edukację metodą STEM (ang. science, technology, engineering, mathematics), a na rozumowanie abstrakcyjne poświęca się nieco mniej uwagi w szkołach” – mówi.

=======================

Zaszufladkowano do kategorii O Świat | Otagowano

ING Bank Śląski zmniejsza dwukrotnie limity przelewów.

ING Bank Śląski zmniejsza limity przelewów.

Na podst.: bank-zmniejsza

ING Bank Śląski poinformował swoich klientów o zmianie limitów na przelewy, które można wykonać za pośrednictwem bankowości internetowej i aplikacji mobilnej. Nie jest zaskoczeniem, że limit został zmniejszony.

Od 24 marca 2023 r. maksymalny limit dzienny dla przelewów zleconych w systemie Moje ING spadł z 400 000 zł na 200 000 zł, a dla przelewów zleconych w aplikacji mobilnej – z 100 000 zł na 50 000 zł.

====================

[??? Oczywiście bez związku z plajtą trzech banków w USA, o przejęciu w Szwajcarii Credit Suisse przez UBS… ]

================================

Do wyboru masz:

Nasz Pan Jezus Chrystus nie głosił tego samego przesłania co Budda czy Mahomet. Ani Talmud Babiloński.

Nasz Pan Jezus Chrystus nie głosił tego samego przesłania co Budda czy Mahomet. Ani Talmud Babiloński.

Tradition-in-action Artykuł napisany w roku 2011

Nasz Pan Jezus Chrystus nie głosił tego samego przesłania co Budda czy Mahomet. Różnica jest jeszcze wyraźniejsza między Ewangelią Chrystusa a nauką żydów, którzy odrzucili Jezusa i  popełnili Bogobójstwo. Co wiecej, wraz ze swoim Talmudem Babilońskim weszli w satanizm i tym samym wypełnili proroctwo Apokalipsy (2:9, 3:9).

Te różnice pokazują wagę spotkania w Asyżu, gdzie Jan Paweł II – jako najwyższy przedstawiciel modernizmu SW II – próbował zatrzeć te różnice, mieszając herezje z Ewangelią i przedstawiając fałszywe religie jako równoważną konkurencję dla Kościoła w oddawaniu czci Bogu.

Cechą prawdziwego Kościoła katolickiego jest podkreślanie Jego różnic w odniesieniu do fałszywych religii i dystansowanie się od nich jako jedynej religii oddającej cześć Chrystusowi. Kościół definiował i potępiał heretyków. Promował misje, aby nawrócić te zagubione owce.

Zamiast tego, Nowy Kościół, motywowany szacunkiem do człowieka, promował ekumenizm. Zminimalizował wszystkie różnice i nawiązał dialog z heretykami. Kończy się to jednym wspólnym mianownikiem dla wszystkich czyli religią człowieka.

Dawny Kościół katolicki był wyjątkowy i niepowtarzalny, ponieważ Chrystus, nasz Mistrz i Pan, jest jeden i niepowtarzalny. Jeśli Kościół porzuca swoją tożsamość i nie należy już do Jedynego Prawdziwego Boga, traci swoją rację bytu.

Jak to więc możliwe, że biskupi nie odróżniają Kościoła katolickiego, który wywyższa Chrystusa ponad wszystkich i ponad wszystko, od Kościoła posoborowego, który tą samą godnością obdarza wyznawców Buddy, Mahometa i Talmudu, stawiając się na równi z najskuteczniejszymi wrogami katolickiego dogmatu i Mszy Świętej?

W trzech swoich encyklikach – Redemptor Hominis, Dives in Misericordia i Dominum et Vivificantem, trafnie przeanalizowanych przez ks. Johannesa Dörmanna w serii trzech książek o Asyżu – Jan Paweł II nie wspomina nawet o Czyśćcu czy Piekle. Czyniąc to, zaprzecza Bogu jako Sędziemu Sprawiedliwemu, który karze i wynagradza. To samo czyni w odniesieniu do trzech wrogów duszy – świata, ciała i diabła. W sposób dorozumiany zaprzeczył diabłu, gdy zaprzeczył Piekłu; co do ciała, zamiast pokazać je jako wroga duszy, afirmował ludzkie ciało; co do trzeciego wroga, świata, jego jedyną troską było wychwalanie ONZ jako rozwiązania światowych problemów.

Wbrew temu, czego należałoby się spodziewać po Wikariuszu Chrystusa, Jan Paweł II stwierdził: „Wszystkie drogi Kościoła prowadzą do człowieka”. „Człowiek jest drogą Kościoła (…) Każdy człowiek, bez wyjątku, został odkupiony przez Chrystusa, ponieważ każdy w jakiś sposób już zjednoczył się z Chrystusem, nawet wtedy, gdy nie jest tego świadomy”.

Tym samym papież zaprzeczył, że Bóg jest celem i drogą dla Kościoła; zamiast tego wskazuje na człowieka jako jedyną drogę dla Kościoła. Czyniąc tak, zastępuje Boga człowiekiem.

Takie postawienie sprawy ujawnia niemożliwe do pogodzenia różnice między Kościołem katolickim a Kościołem Antychrysta, który teraz postawił się w miejscu Kościoła Chrystusowego, jak przepowiedziała to Najświętsza Panienka w La Salette.

Mając to wszystko na uwadze, beatyfikacja Jana Pawła II staje się najbardziej palącym problemem w Historii. Jest nim ogłoszenie świętym papieża, który nazwał Chrystusa kłamcą, gdy zaprzeczył Piekłu, gdy nauczał doktryny powszechnego zbawienia, gdy we wspomnianych encyklikach zaprzeczył roli Trzech Osób Trójcy Świętej, gdy wystąpił przeciwko Jedynemu Prawdziwemu Bogu i zbuntował się przeciwko Bogu jako Sędziemu i sprowadził Go do poziomu człowieka, aby służyć „religii człowieka”.

Kto inny może rościć sobie prawo do zniżenia Boga do poziomu człowieka, jak nie ten, kto twierdzi, że jest więcej niż Bogiem? Tak właśnie stało się w trzech wspomnianych encyklikach.

Św. Paweł tak prorokował: „Niech was nikt nie zwodzi żadnym sposobem. Dzień ten bowiem nie nadejdzie, jeśli nie nastąpi najpierw apostazja [powszechna] i nie objawi się człowiek grzechu, syn zatracenia, nieprzyjaciel, który wywyższa się ponad wszystko, co nazywa się Bogiem lub jest czczone, tak że jako bóg zasiada w świątyni Boga, stawiając się za Boga” (2 Tes 2, 3-4).

Luis de Guerrero Osio y Rivas

tłum. Sławomir Soja

PIEKŁO CZEKA…

PIEKŁO CZEKA…

2023-03-24  Sławomir M. Kozakwww.oficyna-aurora.pl

pieklo-czeka

Obserwując hucpę, którą rozkręcono niedawno przeciw polskiemu Papieżowi, nie chcę odnosić się do kwestii teologicznych, bom na to zbyt mały, a w mediach roi się od ekspertów, którzy zrobią to lepiej. Z racji tego, że 2 kwietnia przypada rocznica Jego śmierci, skorzystam z okazji, by przypomnieć tylko fakty istotne dla Polski. Bo, nie ulega wątpliwości, że bez Jana Pawła II, historia naszego kraju, Europy i Związku Sowieckiego, wyglądałaby inaczej. Szerszy kontekst opiszę przy innej okazji, a dziś tylko skromne wspominki, których część pochodzi ze wstępu do książki „Tracimy Kościół”, wydanej nakładem Oficyny Aurora, w roku 2019.

W 1979, kiedy Karol Wojtyła, już jako papież Jan Paweł II przybył do nas po raz pierwszy, by wziąć udział w obchodach 900 rocznicy śmierci św. Stanisława – patrona Polski, w najsłynniejszych chyba słowach swego pontyfikatu wezwał Ducha Świętego, by odnowił oblicze ziemi. Tej ziemi. I już rok później, w sierpniu 1980 eksplodowała całą swą mocą Solidarność. Polska nie była jednak jeszcze gotowa do przemian, bo na fali ruchu związkowego w przestrzeni publicznej pojawiło się zbyt wielu prawdziwych, nie skaptowanych przez służby, Polaków. W roku 1981 wprowadzono więc, celem dokonania odsiewu, stan wojenny. Ogromną część ludzi wyrzucono poza granice kraju, wielu zniszczono kariery, poobijano żebra, upokorzono, złamano psychicznie, najoporniejszych pozabijano. Nad Polską zapadła noc. Bandyci nie próżnowali, budowali w pośpiechu zręby nieodległej w czasie „transformacji”.

Kiedy Papież przybył do Polski po raz kolejny, był rok 1983. Jan Paweł II formalnie odwiedził tym razem Ojczyznę, by wziąć udział w obchodach 600-lecia obecności Maryi w Obrazie Jasnogórskim oraz beatyfikacji m. Urszuli Ledóchowskiej, brata Alberta (Adama Chmielowskiego) oraz o. Rafała (Józefa Kalinowskiego). I znowu, w miesiąc po powrocie Jana Pawła II za mury Watykanu, stan wojenny w naszym umęczonym kraju, zniesiono. Brzmi to oczywiście dziś całkowicie bezosobowo, więc należy oddać cesarzowi, co cesarskie i przypomnieć młodemu pokoleniu, kto mógł taki stan „znieść”. Przecież nie jakieś bliżej niesprecyzowane ciało społeczno-polityczne, a jego główny architekt po tej stronie Bugu, czyli Prezes Rady Ministrów, I sekretarz Komitetu Centralnego PZPR, szef Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, generał herbu „ślepowron” – Wojciech, podobno Jaruzelski.

12 stycznia 1987 roku tenże Jaruzelski udał się z wizytą do Włoch. Już samo to było interesujące, a tymczasem generał poszedł krok dalej i odwiedził Watykan. Już nazajutrz (!) przyjął go na audiencji prywatnej papież Jan Paweł II. Zaledwie dwa tygodnie później, 31 stycznia, po rozmowach w Polsce z tym samym generałem, ale i z Lechem Wałęsą, nasz nieszczęśliwy kraj opuścił po, jak się wkrótce miało okazać, rzeczowych rozmowach, John C. Whitehead, zastępca sekretarza stanu USA. Rozmowy musiały być owocne, albowiem, po kolejnych dwóch tygodniach, 19 lutego, Amerykanie znieśli sankcje gospodarcze wobec PRL.

4 maja w Warszawie otwarto przedstawicielstwo Izraela – Sekcję Interesów. Po raz pierwszy od czasów wojny Jom Kipur oba państwa nawiązały ze sobą tak bliskie relacje. To też nie był przypadek, ale o tym wiemy dopiero dzisiaj. 

27 maja, przed kościołem sióstr wizytek w Warszawie, stanął pomnik kardynała Stefana Wyszyńskiego. Odwilż szła już w sposób zdecydowany. 8 czerwca Polskę odwiedził po raz trzeci Jan Paweł II. Jego wizyty w Ojczyźnie przytrafiały się nam zawsze w momentach szczególnych. Nie wiem czy decydowała o tym wola Niebios, czy czynników zwyczajnie ziemskich, ale z pewnością nie można uznać ich za dzieło czystego przypadku.

Tym razem celem wizyty był udział Papieża w II Krajowym Kongresie Eucharystycznym, a także beatyfikacja Karoliny Kózkówny i biskupa Michała Kozala. Sama pielgrzymka, jak każda wizyta Ojca Świętego w Ojczyźnie, była przyjęta przez Polaków entuzjastycznie i dała to, co wówczas było najważniejsze – nadzieję. Po raz kolejny. Nadzieje milionów moich rodaków miały się wkrótce zacząć spełniać, choć patrząc z dzisiejszej perspektywy, nie wszystkim chyba „o take Polske” chodziło. Wówczas jednak, zadowolony był Naród, zadowolona była też władza ludowego jeszcze państwa polskiego. Niedługo po powrocie Papieża do Watykanu, pewne już było, że Polska lada chwila znajdzie się w całkowicie odmiennej politycznie sytuacji, choć dziś po latach, zupełnie inaczej oceniamy ówczesny „zaskakujący” podział władzy, który dwa lata później stał się udziałem naszych „wybawicieli” z Solidarności.

Właśnie w trakcie tej, kolejnej wizyty Papieża w Polsce, 12 czerwca 1987 roku prezydent Ronald Reagan, podczas przemówienia do mieszkańców Berlina Zachodniego przed Bramą Brandenburską, wezwał Michaiła Gorbaczowa do zburzenia Muru Berlińskiego. Słuchając głosu swego zaciekłego do niedawna wroga, zapewne nie bez powodu, 7 września Erich Honecker jako pierwszy w historii przywódca NRD przybył z oficjalną wizytą do RFN. A potem, to już poszło „z górki”. 

Minęło zaledwie półtora roku od papieskiej pielgrzymki, by 27 stycznia roku 1989 odbyły się rozmowy w Magdalence, w czasie których „ustalono” termin „obrad Okrągłego Stołu”. 

Te zaś, rozpoczęły się 6 lutego i trwały do 5 kwietnia. Mija właśnie 34 rocznica tego spektaklu. W tym czasie społeczeństwu rzucono jeszcze, dla wykazania dobrej woli generała, kilka prezentów. Taki był mechanizm. Wór dla siebie, garść dla Kościoła, okruchy ludowi. 12 lutego powołano Związek Harcerstwa Rzeczypospolitej, choć formalnie nadal w socjalistycznym ustroju Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Ależ to musiała być konstrukcja prawna! I nikogo nie dziwiła.

Trzy dni później Sejm (PRL oczywiście) ustanowił 11 listopada Narodowym Świętem Niepodległości, powołując równocześnie do życia, podczas tego samego posiedzenia, gwaranta bezpieczeństwa ekonomicznego dla coraz bardziej już byłych aparatczyków, czyli Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. Swoisty paśnik, z którego rezerw wróg nasz wewnętrzny czerpie garściami do dziś.

27 lutego, by dalej zaspokajać potrzeby społeczne, Kościół Katolicki uzyskał poparcie tak zwanego Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego dla projektu ustawy o prawnej ochronie dziecka poczętego. A 2 marca „komuna” z „opozycją” znowu spotkała się w Magdalence. Zgodnie z oczekiwaniami, choć wtedy nie było to wcale tak oczywiste, 5 kwietnia podpisano porozumienia Okrągłego Stołu. 17 kwietnia ponownie zarejestrowano Solidarność zdelegalizowaną w stanie wojennym, tym razem już „odnowioną”, oczyszczoną z „elementów ekstremistycznych” i dzięki temu już nazajutrz, 18 kwietnia generał mógł spotkać się z Lechem Wałęsą, by sobie o tym porozmawiać. 11 lipca, Wałęsa rozmawiał z kolei z George’m Bush’em, w czasie trwającej od dwóch dni wizyty tego ostatniego w Polsce. I to prezydent USA poleciał do Gdańska, by Lech, do niedawna robotnik, nie musiał fatygować się do Warszawy. Sześć dni później Watykan wznowił z Polską oficjalne stosunki dyplomatyczne. Dwa dni po tym, Zgromadzenie Narodowe wybrało na prezydenta rzeczywistego realizatora ówczesnych przemian w Polsce – miłościwie nadal wtedy panującego generała Jaruzelskiego. Wbrew wszelkim potocznym opiniom i medialnej propagandzie, w moim przekonaniu rządził on zresztą tą Resztówką Polski aż do swojej śmierci.

Wszystko to, co wydarzyło się później było już tylko konsekwencją umowy samych swoich pod dyskretnym, purpurowym płaszczem. Przykłady mnożą się wokół, można na oślep sięgać w dowolnym kierunku i czasie. Im bliżej, tym gorzej. Minęły lata. Odszedł Jan Paweł II i kilku innych hierarchów, a także wiele bliskich nam osób. Na świat przyszło nowe pokolenie, które dziś wchodzi w dorosłość. Nie jest to pokolenie JPII, podobnie, jak nigdy naprawdę nie było nim pokolenie jego rodziców.

Najstarsza polska pieśń, śpiewana przez rycerstwo polskie jeszcze pod Grunwaldem, przegrała z marszem piłsudczyków. Dokonano tego 15 sierpnia 2007 roku, w dniu Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (!) decyzją MON nr 374, kiedy prezydentem i zwierzchnikiem Sił Zbrojnych Rzeczpospolitej Polskiej był Lech Kaczyński, a premierem jego brat Jarosław.

W uzasadnieniu napisano, że „W tradycji polskiej nie było dotąd Pieśni Reprezentacyjnej Wojska Polskiego. Rolę tę spełniały pieśni i marsze wykonywane w wojsku polskim. Od średniowiecza rolę taką pełniła pieśń rycerska ‘Bogurodzica’”. 

I mimo tej deklaracji, politykom głoszącym swoje przywiązanie do polskości i chrześcijaństwa nie przyszło do głowy uznanie za hymn wojskowy tej właśnie pieśni, która niosła pod sztandarami Najświętszej Maryi Panny polskie wojsko do zwycięskiej bitwy z krzyżackim najeźdźcą! Do tej roli wyniesiono „Marsz I Brygady”.

Dokonano tego w rocznicę Cudu nad Wisłą, wymazując w ten sposób ze świadomości społecznej Bożą przychylność dla polskiego narodu, przeciwstawiając Jej „cudowne” zdolności Marszałka. Odbyło się to, niestety, przy milczącym współuczestnictwie Episkopatu Polski.

Rządzący dziś ponownie ludzie tej samej opcji politycznej odwołują się nadal do chrześcijańskich symboli, obnoszą się z udziałem w uroczystościach kościelnych i brylują w mediach uchodzących za katolickie. Ale cieniem na tej pozornej religijności kładzie się podpisanie ateistycznego traktatu lizbońskiego, okoliczności ingresu Arcybiskupa Stanisława Wielgusa, milczenie w kwestii ludobójstwa dokonywanego na chrześcijanach na całym świecie, blokowanie powrotu do Macierzy Polaków zza wschodniej granicy, przy równoczesnym stręczeniu państwu polskiemu imigrantów, głosowania sprzeczne z wolą wyborców. Kościół w Polsce nie piętnuje tych praktyk. Przeraża milczenie oraz obojętność na pograniczu przyzwolenia dla poprawnego politycznie homoseksualizmu i „edukatorów seksualnych” w szkołach. Brak zdecydowanego stanowiska w obronie życia nienarodzonych oraz sprzeciwu wobec coraz głośniejszego handlu dziećmi, pozorowanego dbałością o adopcję, jakże często również poza granicami naszego kraju. Dziś, kiedy religię katolicką zwalcza się już ostentacyjnie i globalnie, podniesiono rękę na Papieża – Polaka. Jego świętość nie jest globalistom nie tylko potrzebna, ale wręcz stoi zawadą na drodze do transhumanizmu.

Na naszym poletku zawiadują tą operacją ci sami, którzy w latach „walki z komuną” znajdywali schronienie w kościelnych kruchtach, a później całowali na klęczkach Pierścień Rybaka. Jan Paweł II, przynajmniej dla sprawy polskiej, zrobił więcej, aniżeli mógłby tego dokonać papież innej narodowości. Tym samym, zmienił oblicze nie tylko naszej ziemi. Ale teraz, siły zła chcą zmienić oblicze Ziemi na zupełnie inne.

Wypominanie Kościołowi, a tym samym Papieżowi, milczenia o przypadkach pedofilii, następuje nieprzypadkowo dopiero teraz. Wiedziano o tych grzechach kapłanów, nielicznych zresztą w porównaniu do hierarchów innych wyznań, dużo wcześniej. Ba, prowokowano je! Ale, 40 lat temu, ci duchowni i Papież byli jeszcze potrzebni, by uwiarygadniać ówczesne przeobrażenie świata. Jednak, skoro dziś zakłamani krzykacze klęczą przed „papieżami” swoich aktualnie modnych kultów, niech sięgną do historii ich czynów. Opisałem ich przecież w książce „Terra Mar Utopia Elit”, wspólników i uczestników pedofilskich orgii Jeffrey’a Epsteina w bunkrach jego willi na wyspach i na pokładach prywatnych samolotów. Tego samego, który przyjaźnił się z głowami państw, dyrektorami międzynarodowych, czyli ponadnarodowych gremiów, najbogatszymi ludźmi globu, aktorami, modelkami, celebrytami, których nazwiska, choć oficjalnie nie upubliczniane, są przecież dostępne w jego prywatnym notesie, tzw. „czarnej książeczce”, również przeze mnie opisanej. 1971 osób „elity” dzisiejszego świata, wyznawców kultu rui i poróbstwa. Piekło czeka…

Sławomir M. Kozak

============================

Mail:

<<Bo, nie ulega wątpliwości, że bez Jana Pawła II, historia naszego kraju, Europy i Związku Sowieckiego, wyglądałaby inaczej.>>

Autor myli skutki z przyczyną.
Inicjatorem perestrojki był Gorbaczow, [no, raczej jego „dostojni mędrcy” z Loży. md]
a jednym z jego narzędzi był „polski papież”.
Słowa o „odnowieniu oblicza ziemi” jak raz pasowały do idei Gorbaczowa, tak jak parę lat później przy grobie Gandhiego słowa Papieża o „nowym porządku świata”.

Jan Paweł II nie zaprzeczył twierdzeniom TW Bolka, że ładował mu akumulatory. Nigdy nie zauważył likwidacji 9 milionów miejsc pracy w Polsce. 

Cycki i święci. Galeria zdjęć.

Church Revolution in Pictures

John Paul II watches and endorses by his presence the immorality of scantily dressed young artists performing at the Vatican in the Paul VI Room.

L’Osservatore Romano, 1981.

==================

Papua New Guinea, May 8, 1984

At a Mass said by John Paul II (third from left), the Epistle is read by a bare-breasted young native woman in paint and native garb.

=========================================

Indecent acrobatics for the Pope – II
Picture 2 – A young woman gives an acrobatic performance for the Pope, who watches with other ecclesiastics. Her posture is clearly indecent, and one wonders when JPII applies to himself the precept of custody of the eyes

Arturo Mari, Rome

======================

Nude native at papal Mass – II
Papua New Guinea, May 8, 1984 – Picture 2 – The bare-breasted native woman leaves the Pope’s presence after presenting the Offertory gifts – Foto Felici, Rome

===========================

Papal blessing for the skintight leotards
Vatican, January 1985 – Wearing skintight leotards, an acrobat fromThe American Circus of Italy walks away under admiring glances after receiving the Pontiff’s blessing at the Vatican – ABC [Madrid], January 25, 1985

==========================

JPII gives the Holy Eucharist to a topless woman
Above, John Paul II giving Communion to a bare-breasted native woman,
Papua New Guinea, May 8, 1984. Below, a close-up of the Pope and his Mass’ audience.
074_MassPapua.jpg - 38612 Bytes
Foto Felici,   Rome

========================

JPII enjoys the performance at the Vatican
of a young acrobat who balances herself
on the hands of her partners.

Agenzia Gionalistica Italia S.Pa., Rome

=============================

Posted September 1, 2003

============================================

Our Lady of La Salette, restore the Holy Church

Proces 19 lekarzy wstrzymany. Na sali był obserwator z Ministerstwa Sprawiedliwości. Zaczęto liczyć się z prawem?

Proces 19 lekarzy wstrzymany. Na sali był obserwator z Ministerstwa Sprawiedliwości. Zaczęto liczyć się z prawem?

proces-19-lekarzy-wstrzymany

W piątek miał odbyć się głośny i pokazowy proces dziewiętnastu lekarzy, którym Naczelny Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej zarzuca między innymi, że kwestionowali przyjętą strategię walki z wirusem. Śledztwo trwało dwa lata i kosztowało 40 tys. złotych, ale jak dotąd nie przedstawiono żadnych konkretnych zarzutów. Sprawa została skierowana z powrotem do etapu przygotowawczego z powodu braków w dochodzeniu.

Specjalista chorób zakaźnych dr Zbigniew Martyka zauważa, że w Poznaniu obecny był prokurator-obserwator z ramienia Ministerstwa Sprawiedliwości, co mogło wpłynąć na bardziej rygorystyczne przestrzeganie procedur prawnych.

– W sumie Naczelny Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej postawił zarzuty 116 lekarzom. Bezpośrednim powodem było podpisanie „Listu otwartego polskich lekarzy, naukowców i pracowników służby zdrowia do polskich władz oraz mediów”. Śledztwo Naczelnego Rzecznika trwało 2 lata i kosztowało 40 tys. złotych – zauważa ordynator oddziału zakaźnego dr Zbigniew Martyka.

– Jeszcze przed otwarciem przewodu sądowego mec. Arkadiusz Tetela wyliczył sporą liczbę uchybień postępowania przygotowawczego, nazywając to niechlujstwem Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej – dodaje dr Martyka.

Sprawa trafiła z powrotem do postępowania przygotowawczego

– Dwa lata pracy i dziesiątki tysięcy wydanych pieniędzy nie wystarczyły, aby obwinionym lekarzom postawić choć jeden, merytoryczny zarzut, do którego można by się konkretnie odnieść. Kiedy sąd może zwrócić akta sprawy? Ważne są dwie kwestie. Braki postępowania przygotowawczego muszą być istotne oraz sąd w trakcie rozprawy nie może ich usunąć bez znacznych trudności. De facto zwrot aktu do oskarżyciela może nastąpić jedynie w sytuacji, gdy ogrom „niedopracowania” sprawy jest rzeczywiście bardzo duży – zauważa znany lekarz.

Dalej dr Zbigniew Martyka próbuje odpowiedzieć na pytanie, dlaczego podczas jego rozprawy w Krakowie sąd nie podjął takiej samej decyzji, skoro zaistniały dokładnie te same przesłanki?

Zaczęto liczyć się z prawem? 

– Otóż w Poznaniu w sprawie uczestniczył prokurator – obserwator z ramienia Ministerstwa Sprawiedliwości. Być może dlatego niespodziewanie zaczęto liczyć się z prawem i procedurami – oznajmia znany lekarz zakaźnik.

Afera Abp. Marcinkusa: Oszustwo i jego tuszowanie. Opus Dei i symonia.

Afera Abp. Marcinkusa: Oszustwo i jego tuszowanie. Opus Dei i symonia.


Atila Sinke Guimarães Opus Dei i symonia

Artykuł z roku 2009

Po tym, jak włoskie media ogłosiły przyspieszenie procesu beatyfikacyjnego Karola Wojtyły (La Stampa, Turyn, 21 marca 2009), pojawiły się nowe przeszkody. Teraz mówi się, że proces  zwolnił tempo (La Stampa 1 czerwca 2009).

Il Giornale z Mediolanu (23 maja 2009) podkreślił, że proces nie był do tej pory wystarczająco poważny, ponieważ przeanalizowano niewiele dokumentów, co jest liczbą wyraźnie nieproporcjonalną do ilości dokumentów wydanych podczas długiego pontyfikatu Jana Pawła II. Andrea Tornielli z Il Giornale skrytykował również „słabość” oficjalnego stanowiska przygotowywanego przez Kongregację Spraw Kanonizacyjnych na temat Karola Wojtyły i wskazał na sprzeczności w świadectwach.

Dobrze poinformowany rzymski tygodnik Adista donosi o innych, nie tak łatwych do rozwiązania kwestiach, takich jak skandal bankowy Abp. Marcinkusa, finansowe wsparcie  Solidarności, mianowanie słabych moralnie biskupów, pocałunek Koranu, ochrona udzielona O. Marcialowi Macielowi (Adista, 6 czerwca 2009, s. 3, 4). La Stampa dodaje jeszcze jedną sprawę, która może opóźnić proces beatyfikacyjny: relatywizm religijny przejawiający się na spotkaniach ekumenicznych w Asyżu (1 czerwca 2009).

Afera Abp. Marcinkusa: Oszustwo i jego tuszowanie

Przeanalizujmy kilka danych dotyczących tylko jednego z tych punktów, aby pokazać, jak trudno jest uczynić JPII błogosławionym lub świętym. Czytelnik może pamiętać, że Jan Paweł II wyznaczył Arcybiskupa Paula Marcinkusa na szefa IOR (włoski skrót od Instytut Dzieł Religijnych). Organizacja ta zajmuje się przechowywaniem i zarządzaniem kapitałem i zasobami wielu zakonów, zgromadzeń i stowarzyszeń kościelnych. Działa więc jak bank, inwestując swój kapitał, by korzystać z przywilejów fiskalnych, jakich udziela Watykan, jako suwerenne państwo.

Marcinkus zainwestował część tych pieniędzy w Bank Ambrozjański, stając się udziałowcem tej dużej włoskiej instytucji finansowej bardzo blisko związanej z  Watykanem.

Bank Ambrozjański zbankrutował na początku lat 80-tych, a jego prezes Roberto Calvi został oskarżony i uznany za winnego korupcji i prania brudnych pieniędzy. Z jego kont zniknął ponad miliard dolarów, rozproszony wśród podejrzanych organizacji finansowych na całym świecie. Calvi odwołał się od wyroku. Podczas gdy apelacja była w toku, znaleziono go martwego wiszącego pod mostem Black Friars w Londynie.

Arcybiskup Marcinkus występował w tej sprawie jako współoskarżony. Został oskarżony we Włoszech jako współwinny bankructwa i wydano nakaz jego aresztowania. Uciekł jednak do Państwa Watykańskiego, gdzie prawo włoskie nie ma jurysdykcji. Najwyraźniej Jan Paweł II uznał, że rozsądniej będzie nie ujawniać tajnych operacji finansowych prowadzonych przez Marcinkusa i Calviego, które oczywiście miały aprobatę Watykanu.

Marcinkus przebywał w Watykanie przez wiele lat, aż do momentu osiągnięcia porozumienia, że jako posiadacz immunitetu dyplomatycznego nie może być sądzony przez włoskie sądy. W 1990 r., już bez ryzyka procesu, Marcinkus opuścił Watykan i wrócił najpierw do Chicago, a następnie na spokojną emeryturę w Sun City w Arizonie, gdzie zmarł w 2006 r.

Przez cały ten czas, Marcinkus jak i Watykan, twierdzili, że są niewinni. Nikt jednak nie dał się nabrać na takie łgarstwa. Krótko mówiąc, Jan Paweł II osobiście zaangażował się w ten skandal, tuszując finansowe nadużycia arcybiskupa Marcinkusa i chroniąc go przed włoskim wymiarem sprawiedliwości. Taki współudział w przestępstwie w stylu mafijnym zupełnie odbiega od zachowania, którego katolik oczekuje od świętego.

Opus Dei i symonia

Produktem ubocznym tego skandalu była sprawa brakujących funduszy w wysokości 1 miliarda dolarów, z których IOR musiał się rozliczyć. W konsekwencji, międzynarodowy sąd bankowy w Szwajcarii orzekł, że Watykan powinien zapłacić wierzycielom Banku Ambrozjańskiego około 250 milionów dolarów jako dowód dobrej woli, aby zostać uniewinnionym od odpowiedzialności w tej sprawie. Ponieważ Watykan nie posiadał tej kwoty, z pomocą przyszło Opus Dei i „pożyczyło” tę sumę, aby Watykan mógł uwolnić się od odpowiedzialności.

Czek Opus Dei z pewnością „wyczyścił” Watykan przed jego wierzycielami, ale zaangażował go w inną delikatną sprawę. Aby „odwdzięczyć” za tę pomoc, Jan Paweł II oddał organizacji kontrolę nad Radiem Watykańskim, L’Osservatore Romano, uniwersytetem w Rzymie i przyznał jednemu z jej członków urząd rzecznika papieża. Pod względem finansowym,  Opus Dei odtąd rzekomo uzyskało decydujący głos w IOR i jego przyszłych inwestycjach.

Mało tego, organizacja „zażądała” beatyfikacji/kanonizacji swojego niezbyt świętego założyciela, José Marii Escrivá. Aby tego dokonać, Jan Paweł II uruchomił swoją „fabrykę świętych” i wkrótce znaleziono kilka „cudów”: uzdrowiono karmelitańską zakonnicę z rzekomym rakiem płuc. Mimo że nie było niepodważalnych dowodów na to, że zakonnica rzeczywiście miała raka, uznano to za cud. Dziecko z wysokim ciśnieniem krwi zostało wyleczone po zażyciu leków – to również uznano za cud. Chirurg, który miał na rękach zmiany nowotworowe spowodowane wykonywaniem zdjęć rentgenowskich bez rękawiczek, został wyleczony po tym, jak przestał używać rentgena – kolejny cud. Tak więc, aby zadowolić Jana Pawła II, przyjęto te trzy „cuda” i Kongregacja ogłosiła Escrivá błogosławionym, a następnie świętym…

Krótko mówiąc, JP II był zaangażowany w proces „handlowania” tymi duchowymi i materialnymi korzyściami. Moralnie nieuczciwe przekazywanie zaszczytów i przywilejów za pieniądze, jak to opisano powyżej, jest tym, co w języku kościelnym nazywa się symonią. Mamy więc świętego Wojtyłę podejrzanego również o symonię.

Mogę się mylić w niektórych szczegółach tych spraw (Marcinkus-Escrivá), ponieważ piszę z pamięci bez sprawdzenia moich notatek, ale wierzę, że jest to obiektywny  przegląd tych spraw. Podkreślam, że „afera Marcinkusa” jest tylko jednym z całego ciągu problemów, które muszą zostać zamiecione pod dywan, zanim JPII zostanie uznany za świętego. W międzyczasie Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych robi wszystko, aby usunąć wszelkie dowody, które mogą skompromitować JPII, Wielkiego.

Wanda Półtawska: Romantyzm i nepotyzm

W miarę jak biedni członkowie tej Kongregacji, zwijają się jak w ukropie, by wypełnić polecenie Benedykta XVI czyli Santo subito, spadł im na głowę kolejny zestaw problemów.

Pani Wanda Połtawska, polski lekarz psychiatrii, zaprzyjaźniona z Wojtyłą przez ponad 55 lat, wydała książkę zatytułowaną „Rekolekcje Beskidzkie”. Relacjonuje w niej nocne wyprawy z Karolem Wojtyłą w polskie góry i dołącza osobiste listy z jego  duchowymi wskazówkami. Kardynał Saraiva Martins z Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych poprosił tę Panią o przesłanie pełnej korespondencji do Rzymu w celu jej przejrzenia. Nie podaje dokładnej liczby listów, ale wspomina o „ogromnej dokumentacji” dr Połtawskiej (La Stampa, 1 czerwca 2009).[—]

Możemy tylko czekać na to, jakie akrobatyczne usprawiedliwienia przedstawi Watykan, aby udowodnić, że niewłaściwe postępowanie Wojtyły było niczym innym, jak tylko przejawem największej świętości.

Atila Sinke Guimarães tłum. Sławomir Soja