Zielony nieład. Należy upowszechniać elitaryzm.

Izabela Brodacka 25.6.2022.

Troska o środowisko jest słuszna. Tak jak troska o biednych, chorych, niezaradnych, dyskryminowanych, stygmatyzowanych, źle się czujących w swojej skórze, źle się czujących w swojej kategorii wiekowej, płciowej, społecznej, cierpiących na egzystencjalne leki i ogólnie rzecz biorąc na ból istnienia.

Natomiast Ideologia postulująca  bezwzględny prymat klasy robotniczej, dyskryminowanych kobiet, Matki Ziemi, a przede wszystkim ideologie typu: Turkeys lives matter ( życie indyków jest cenne) , są złe, niebezpieczne i powinny być odrzucone przede wszystkim dlatego, że usiłując rozwiązać jeden problem stwarzają wiele innych problemów, których już nie są w stanie rozwiązać.

W informatorze pewnego elitarnego warszawskiego liceum znalazłam hasło: „ należy upowszechniać elitaryzm”. Dziwne, że nikt z nauczycieli nie wytłumaczył szlachetnym młodocianym utopistom , że hasło to jest podręcznikowym przykładem oksymoronu, czyli połączenia dwóch cech sprzecznych, z natury rozłącznych. Tak jak gorący lód czy uczciwy złodziej.

Nie da się upowszechnić elitaryzmu, nie da się upowszechnić wyjątkowości, można tylko równać w dół. Jeżeli uniwersytet -jak kiedyś pouczono profesora Nowaka –  ma być miejscem przyjaznym dla wszystkich, nawet dla przeszkadzającego mu w zajęciach niezrównoważonego człowieka, to zajęcia te z konieczności będą się odbywały na stosownym dla intruza poziomie. Jeżeli uniwersytet ma być miejscem dla wszystkich – nie mają sensu wszelkie progi selekcyjne. Jeżeli jednak nie zastosujemy selekcji przy rekrutacji choćby na politechnikę, medycynę czy na prawo, będziemy mieć kiepskich inżynierów, lekarzy i sędziów. Na wydziałach matematyczno- przyrodniczych zachodzi na ogół na szczęście selekcja naturalna. Mniej utalentowani, którzy pomylili się w wyborze kierunku studiów odchodzą sami albo uciekają w dydaktykę. Nie trzeba przecież być Einsteinem żeby skutecznie uczyć dodawania ułamków tak jak nie trzeba być mistrzem olimpijskim żeby uczyć przewrotu w przód i w tył. Na wydziałach humanistycznych czy artystycznych selekcja jest konieczna jeżeli nie chcemy produkować armii sfrustrowanych nieudaczników. 

Pomagając jednym przez przyznanie im szczególnych praw szkodzimy innym i całej społeczności. Co gorsza w dalszej perspektywie najczęściej szkodzimy również tym wyróżnionym.

To żadne odkrycie, to banał. Pisali o tym ćwierć wieku temu amerykańscy liberałowie. „Przepisy i akty prawne przyjmowane na korzyść określonej grupy z biegiem czasu zaczynają działać na szkodę tej grupy” pisał na przykład Henry Hanzlitt w pozycji „Economics in one lessons” wydanej przez Ludwig von Mises Institute, Auburn, Alabama, USA w 2008 roku oraz Joseph E. Stiglitz, w „Economics of the Public Sector” wydanej w 2002 roku. 

Bardzo dobrym przykładem szkodliwości wcielanej przymusowo w życie utopijnej  ideologii  jest „ zielony ład”. Unia Europejska nakazuje odejście od energetyki węglowej na rzecz wiatraków, ogniw fotowoltaicznych, czy innych wynalazków. Usprawiedliwione jest podejrzenie, że UE używa tej ideologii wyłącznie do gnębienia nieposłusznych sąsiadów. Dwa lata temu gdy wiatraki nie działały z przyczyny braku wiatru a pola fotowoltaiczne zasypał śnieg Niemcy znaleźli się w potrzasku. Najspokojniej w świecie uruchomili wówczas elektrownie węglowe. („co wolno wojewodzie to nie tobie narodzie”).

Nie wiadomo dlaczego brniemy w ten sam potrzask. Przejście z węgla na gaz zawsze było sprzeczne z postulatem niezależności energetycznej kraju, doprowadziło również do podpisania niekorzystnych wieloletnich kontraktów z Rosją. Teraz bohatersko odcinamy się od Putina i gazu zapominając, że tym samym uzależniamy się od innych sojuszników. Dziwne że historia nie nauczyła nas, że sojusze są niepewne.

Deklarujemy również inwestowanie w energetykę jądrową od której całkowicie odeszli Niemcy. Ciekawe kiedy Niemcy zakażą energetyki jądrowej w sąsiednich (jak mówi Michalkiewicz) bantustanach. W kwietniu, pomimo, że trwała już wojna na Ukrainie specjalną ustawą zakazano palenia węglem i drewnem w piecach i kominkach. „26 radnych wojewódzkich Mazowsza opowiedziało się za proponowaną nowelizacją uchwały antysmogowej, a 22 wyraziło swój sprzeciw.  To wystarczyło, żeby Sejmik Województwa Mazowieckiego przyjął regulacje, dzięki którym w Warszawie i okolicach przestanie być palony węgiel i paliwa wyprodukowane z jego wykorzystaniem”.

Teraz premier zachęca obywateli do zbierania chrustu w lesie. I co z tym chrustem mają zrobić?

Unia Europejska żąda aby do roku 2035 nie wolno było używać samochodów spalinowych. Samochody z  napędem elektrycznym są bardzo drogie. Dobry samochód tego typu kosztuje 200- 250 tysięcy złotych. Na to nie będzie stać nawet średnio zamożnych. Mieszkańcy osad oddalonych od większych ośrodków dojeżdżali dotąd do lekarza czy na zakupy własnym samochodem, na który było ich stać dzięki bardzo niskim cenom używanych samochodów. Teraz ci ludzie staną się wykluczeni komunikacyjnie. Aby przeciwdziałać wykluczeniu komunikacyjnemu samorządy będą musiały organizować specjalne linie autobusowe. 

Próba systemowego rozwiązania problemu rzekomego czy faktycznego smogu ( w Krakowie np. bywa smog) owocuje powstaniem nowych problemów też trudnych do rozwiązania. Na przykład kwestia utylizacji zużytych akumulatorów, bardzo toksycznych i bardzo dużych. Może się okazać, że usiłując chronić środowisko tak naprawdę mu szkodzimy. Poza tym prąd to  nie manna z nieba i trzeba go wyprodukować. Jeżeli zabronimy eksploatowania węgla, elektrociepłownie będą musiały przejść na gaz, a gaz pochodzi z Rosji. Kupowanie od Niemców gazu sprowadzanego przez Niemców z Rosji to hipokryzja. Będą inne czysto praktyczne problemy. W jaki na przykład sposób mieszkańcy wyższych pięter w blokach będą ładować akumulatory swoich samochodów? Z kontaktu w garażu? Nie zgodzi się na to administracja bo trudne byłyby rozliczenia.  A jeżeli ktoś nie ma garażu czy będzie musiał ciągnąć przedłużacz z okna swego mieszkania na ósmym piętrze?.

Jak nie staniesz … plecy z tyłu 

Rzeczywistość ze snu budzi

Izabela BRODACKA 19 czerwiec 2022

Jedną z najważniejszych inicjatyw rządów „dobrej zmiany” była próba naprawy zdegenerowanego systemu prawnego. Systemu do którego nie mieli zaufania obywatele naszego kraju. Systemu, w którym sędziowie są „niezależni” to znaczy nie podlegają kontroli i ocenie. Mają prawo bezkarnie ukraść staruszce 50 złotych i nałogowo kraść elektronikę w sklepach. Mają prawo arbitralnie wycenić kamienicę w warszawie na 50 złotych i potwierdzić prawomocność jej odkupienia za tę sumę od osoby z demencją. Mają prawo jeździć w stanie nietrzeźwym a nawet przejechać na pasach dziecko, bo chroni ich immunitet. Mieli również prawo wyrwać dziecko z prawdziwej rodziny tylko dlatego, że w domu jest biednie, albo fruwają muszki owocówki i oddać je nie wiadomo komu. Na szczęście tego już nie mogą bo rządy dobrej zmiany zabroniły odbierania dzieci biednym rodzinom. To udało się przeprowadzić. Natomiast głęboka reforma systemu sprawiedliwości zupełnie się nie udała. Przeszkodziło w tym przede wszystkim zawetowanie przez prezydenta Dudę pierwszej,  reformującej system prawny ustawy. 

Kilka dni temu sprzedaliśmy naszą suwerenność za miskę soczewicy, to znaczy za 36 miliardów euro, a raczej za obietnicę wypłacenia tych pieniędzy gdy zostaną spełnione żądania UE zwane kamieniami milowymi. Powinno się je raczej nazwać kamieniami do  trumny. 

Jest to sygnał dla UE że może nam tę miskę stawiać przed nosem i od nosa odsuwać. Jak psu, którego się uczy warowania lub dawania głosu na rozkaz. Może też  wydawać  nam soczewicę małymi porcjami gdy na rozkaz zaszczekamy, albo padniemy plackiem przed panem. 

UE realizując swój plan utworzenia jednego federalnego państwa pod przewodnictwem Niemiec, czyli IV Rzeszy, prowadzi z Polską bezwzględną wojnę nie przebierając w środkach. Plan zagłodzenia Polski realizowany jest przez odmowę wypłacenia należnego nam bezwarunkowo funduszu na KPO podczas gdy  my będziemy spłacać związane z europejskim planem odbudowy cudze zadłużenia. Podobnie jak płacimy składki na UE, a za to nakłada ona na nas gigantyczne kary, choćby za kontynuowanie wydobycia w kopalni Turów.  Częścią planu  dyscyplinowania Polski przez zagłodzenie jest również wprowadzenie do Polski 4 milionów uchodźców i obarczenie nas kosztami utrzymania tych uchodźców.

Dawno skończyły się czasy gdy śmieszyły nas idiotyzmy UE takie jak normy dotyczące krzywizny banana, czy zaliczanie ślimaków do ryb, a marchewki do  owoców. Takie „wartości” UE bylibyśmy w stanie zaakceptować czy tolerować  tak jak toleruje się głupoty opowiadane przez nastolatki gdy ma się nadzieję, że kiedyś dorosną i zmądrzeją.  O wiele groźniejszy w skutkach okazał się „zielony ład” postulujący odejście od energetyki węglowej.  Zaowocował zamykaniem kopalń, zakazem palenia drewnem w kominkach i programem przestawiania ogrzewania na gaz. Dodajmy -na  rosyjski gaz. 14 maja bieżącego roku, czyli już w trakcie wojny na Ukrainie, weszła w życie znowelizowana uchwała antysmogowa dla Mazowsza. Zgodnie z jej zapisami, od października 2023 r. mieszkańcy stolicy nie mają prawa palić węglem w piecach i kominkach.

Rzeczywistość nas obudziła.  Znikają gdzieś plakaty z hasłem „ „zlikwiduj kopciucha” . Po węgiel pod kopalniami (na przykład pod kopalnią Sośnica) ustawiają się wielokilometrowe kolejki ciężarówek. Oczekiwanie na węgiel kierowcy oceniają na dwa tygodnie. Cena tony węgla  wzrosła o 275% ( od 800zł do  3000zł). Podobno 100 000 osób na sekundę usiłuje kupić węgiel przez Internet.  Agencja rezerw  strategicznych ogłasza, że ma zamiar sprowadzać węgiel  dosłownie z antypodów. Dosłownie bo z Australii i Wenezueli.  Rozważane jest zamrożenie cen węgla ( czyli psucie rynku) przez państwo oraz pomoc społeczna dla najuboższych, których nie będzie stać na ogrzewanie w zimie.  Poza tym rząd zachęca do zbierania chrustu w lesie.  Bareja by tego nie wymyślił. Niektóre nadleśnictwa wprowadziły już limity na ilość zebranego chrustu.  Na przykład do 30 merów sześciennych.  Czy czekają nas kartki na chrust i szyszki?  A może na szczaw i pokrzywy rosnące w rowach, oraz mirabelki na miedzach?. 

Bezwarunkową miłość do Unii Europejskiej deklarują co chwila politycy wszystkich partii. Jak mantrę. Podobnie jak dawniej (ale nie tak dawno, żeby tego nie pamiętać) naukowcy deklarowali swoją miłość do marksizmu i leninizmu. Pamiętam pewnego pana profesora, który w swojej znakomitej zresztą książce na temat dydaktyki fizyki zacytował jedno wybrane z poglądów Lenina zdanie. „Nieskończone są możliwości elektronu”– raczył podobno stwierdzić Lenin. Bez tego zdania nie byłby możliwy- jak sądzę – rozwój mechaniki kwantowej. Albo nie wydano by panu profesorowi książki. Albo pan profesor uważał, zupełnie zresztą niesłusznie, że bez tego zdania nie wydadzą mu książki. Ten sam pan profesor relacjonował w swojej książce poglądy Kuhna na temat rewolucji naukowych sformułowane w książce „ Struktura rewolucji naukowych”. Kuhn twierdził, że uprawiający naukę instytucjonalną  ( nazywał ją normal science) zajmują się wyłącznie usuwaniem anomalii, czyli wyjaśnianiem w ramach pewnego paradygmatu faktów  sprzecznych z tym paradygmatem. Jeżeli tych anomalii zbierze się wystarczająco dużo, przychodzi  czas na rewolucję naukową. Jako jeden z przykładów Kuhn opisywał tak zwany „ przewrót kopernikański”.

Otóż jak mi się wydaje nasz pan profesor, choć sam o tym pisał,  nie doceniał siły paradygmatu.  W czasach kiedy wydawał swoją książkę powoływanie się na marksizm a w szczególności na poglądy Lenina czy Stalina w nauce nie było już konieczne czy wymagane. A jednak ta służalczość tak głęboko utkwiła w podświadomości pana profesora, że posługiwał się poglądem Lenina jak zaklęciem otwierającym mu drzwi do świata nauki. 

Obecnie deklarowanie nieodwracalnego związania z UE jest zaklęciem otwierającym drzwi do świata polityki i chyba czas z tym skończyć.

A dowcipni internauci kolportują wierszyk: „Kiedy został jej amantem, to pierścionek dał z brylantem,  Rzekła- brylant to rzecz gustu, lepiej byś nazbierał chrustu”.  

Sprowadzenie do niedorzeczności

Izabela Brodacka

Senat Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu przegłosował kilka dni temu projekt „polityki równościowej i antydyskryminacyjnej”. W dokumencie przyjętym przez Senat stwierdzono, że zwracanie się do drugiej osoby zgodnie z jej płcią biologiczną jest formą molestowania. Odtąd wykładowcy poznańskiego uniwersytetu będą zmuszeni  w stosunku do osób z zaburzeniami tożsamości płciowej używać zaimków i określeń zgodnych subiektywnymi odczuciami tych osób.  Studenci i naukowcy, którzy się do tego nie zastosują staną przed komisją dyscyplinarną i będą odpowiadać za naruszanie zasad „równości i antydyskryminacji”. 

Przed komisją dyscyplinarną uczelni student mógł być dotąd postawiony gdy złapano go na sciąganiu na egzaminie, a  pracownik  dydaktyczny gdy dopuścił się czynu niegodnego wykładowcy lecz nie podlegającego penalizacji, na przykład pił ze studentami alkohol. Łatwo sobie wyobrazić złośliwych gorliwców, którzy będą prześladować wykładowców za naruszenie „zasad równości” tak jak za czasów stalinowskich tak zwani „pryszczaci” prześladowali profesorów Uniwersytetu Warszawskiego za naruszenie „zasad marksizmu”.  Choć termin  „pokolenie pryszczatych” odnosi  się w zasadzie do literatów można do nich zaliczyć również młodych filozofów takich jak Leszek Kołakowski  czy Roman Zimand. Zimand bardzo wstydził się tego etapu swego życia i wielokrotnie publicznie to powtarzał. Kołakowski szybko stał się guru kontraktowej opozycji  i mogliśmy tylko  z nabożeństwem śledzić jego długie i bolesne intelektualne rozstawanie się z marksizmem. Rzadko kto chce pamiętać, że w marcu 1950 Kołakowski był w gronie ośmiu studentów, członków PZPR, którzy wystąpili z listem otwartym atakującym Władysława Tatarkiewicza za dopuszczenie na prowadzonym przez niego seminarium do „politycznych wystąpień o charakterze wyraźnie wrogim socjalizmowi”. Tatarkiewicz wkrótce został zwolniony z pracy. 

W 1966 roku sam Kołakowski został usunięty z partii za „odchodzenie w nauczaniu od kanonu marksizmu” co jego wielbiciele potraktowali jako karę i domagali się ( o grozo)  przywrócenia go do PZPR. Można by stwierdzić, że: „kto mieczem wojuje ten od miecza ginie” ale Kołakowskiemu wyrzucenie z PZPR i represje za udział w wydarzeniach marcowych pomogły zamiast zaszkodzić. Zapoczątkowały jego międzynarodową karierę.

Wracając do UAM. Przeszło sześćdziesiąt osób spośród pracowników naukowych i dydaktycznych uczelni zaprotestowało przeciwko projektowi dyscyplinarnego ścigania za odstępstwa od ideologii gender wyrażając obawę, że wdrożenie projektu  „pogorszy realne warunki pracy naukowej i dydaktycznej na uczelni, w praktyce ograniczy wolność słowa i badań, a służyć będzie polityce niezgodnej z misją Uniwersytetu”. Reszta milczy z obawy przed postępowaniami dyscyplinarnymi, które mogą doprowadzić do utraty przez nich pracy. 

To co się obecnie dzieje jest jak w rosyjskim przysłowiu „i straszne i śmieszne”. Jeżeli płeć odczuwana nie ma wyraźnej definicji i jeżeli te odczucia mają prawo być zmieniane z dnia na dzień sterroryzowany tym profesor będzie się zwracał do studenta bezosobowo. Powie na przykład „ niech siada i wyjmie kartkę”, albo: „ niech podejdzie do tablicy”. Ja w każdym razie tak bym robiła. 

Jak za czasów stalinowskich ideologizacja dotyczy również najmłodszych. W czasach stalinowskich uczniowie byli zmuszani do składania przed  całą szkołą albo przed swoją klasą samokrytyki gdy zostali oskarżeni przez jakiegoś gorliwego młodocianego donosiciela. W tych czasach jako wzór osobowy przedstawiano Pawlika Morozowa, który w czasie kolektywizacji rolnictwa w ZSRR doniósł na swego ojca kułaka. 

Warszawskie liceum im. Jana III Sobieskiego przeznaczyło jedno z pomieszczeń na specjalną toaletę dla „osób niebinarnych, transpłciowych i nieokreślających się”. To nie tylko idiotyczne lecz wręcz niebezpieczne, a przede wszystkim nieestetyczne. 

W efekcie wprowadzenia takich genderowych toalet w amerykańskim stanie Wirginia, podający się za dziewczynę uczeń zgwałcił 15-letnią koleżankę. Oczywiście moglibyśmy przyjąć, że do takiej toalety będą wchodzić tylko osoby chętne, więc zgodnie z zasadą: „Volenti non fit iniuria” (chcącemu nie dzieje się krzywda) nie musimy się o nie troszczyć gdyby nie fakt, że zasada ta nie stosuje się do nieletnich. 

Najistotniejsze jest jednak, że troszcząc się o ewentualny dyskomfort osób z zaburzeniami identyfikacji płciowej naruszamy prawa i bezpieczeństwo innych osób. Dziewczynka, która spotka w toalecie rozebranego chłopaka ma prawo czuć się skrepowana lub wręcz molestowana płciowo. To zabawne, że lewactwo traktuje jako molestowanie seksualne banalny komplement skierowany pod adresem kobiety a nie chce tak traktować przymusu wspólnej toalety. Właśnie na tym polega problem, że przepisy chroniące rzekomo prześladowane czy dyskryminowane mniejszości faktycznie  dyskryminują większość albo inne grupy społeczne. Na przykład tak  zwane parytety czyli ustalanie procentowego udziału kobiet, inwalidów czy Afroamerykanów przy rekrutacji na studia i do  pracy dyskryminuje odpowiednio mężczyzn, białych, zdrowych. Jest więc też dyskryminacją tyle, że à rebours .  

Wszelkie przepisy wyrównawcze są poza tym sprzeczne z ideą wolnego rynku, która jest podstawą liberalnej demokracji. Jeżeli mamy prawo wybierać najlepszego  lekarza, czy fryzjera to może powinniśmy się zastanowić jak czuje się ten najgorszy? Może w trosce o  samopoczucie kiepskiego fryzjera powinniśmy zmuszać klientki do korzystania z jego usług? A może zwycięzcą maratonu powinna być osoba która przybiegnie ostatnia? 

Nie zamierzam twierdzić, że osoby z nieprawidłową identyfikacją płciową należy leczyć [sądzę, że powinno się zamykać w domu wariatów. To by szybko wyleczyło pacjenta. MD] . Ale nie można również wymagać abyśmy ulegali ich aberracjom i zwracali  się do nich w stosownej do ich rojeń formie.  Czy jeżeli ktoś uważa się za Napoleona powinniśmy zwracać się do niego sire? A jeżeli uważa się za Ramzesa powinniśmy padać przed nim na twarz? 

W matematyce taki sposób dowodzenia nazywa się sprowadzeniem do niedorzeczności. 

Czerwoni – ze wstydu

Izabela Brodacka 28 maj 2022

Proponuję państwu eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie, że minister kultury proponuje, żeby odwołać wszystkie koncerty podczas których wykonuje się utwory Bacha i Beethovena ponieważ Hitler dopuścił się zbrodni ludobójstwa. To, że Hitler był przywódcą Niemiec unieważnia również dzieła Kanta i Heideggera, powieści Manna i Musila. A ponieważ Strauss urodził się w Austrii raz na zawsze zabrania się wykonywania jego walców. Unieważnia się również teorię względności bo Einstein pisał po niemiecku. Jak sądzę Bach i Beethoven zeszliby do podziemia i ludzie słuchaliby ich muzyki z płyt.  Nikt nie zmusiłby nas pozbycia się powieści Manna, ani fizyków do rezygnacji z odkryć Einsteina. 

Obecnie proponuje się nam rezygnację z lektury Dostojewskiego oraz odwołanie koncertów podczas których wykonywałoby się utwory Czajkowskiego czy Skriabina tylko dlatego, że Putin jest zbrodniarzem wojennym.  Przepytywałam znajomych melomanów czy nadal będą słuchać płyt z muzyką rosyjską. Tylko jeden z nich Francuz Jean -Paul zadeklarował, że wyrzuci płyty z ukochanymi rosyjskimi kompozytorami do śmietnika. Jean-Paul to typowy przykład francuskiego lewaka kulturowego. Syn mera Wersalu, właściciel pięknej willi otoczonej murem z metalową bramą oraz posiadłości na Lazurowym Wybrzeżu oburzył się bardzo gdy kiedyś powiedziałam, że odpowiada mi obecność na ulicach Paryża karabinierów ( było to po zamachach bombowych) bo nie jestem narażona na zaczepki Arabów. Powiedział że powinno mnie cieszyć, że w tak podeszłym wieku  (miałam wówczas 30 lat) mam powodzenie i ktoś chce mieć ze mną aventure, a Arabowie  to tacy sami ludzie jak Polacy czy Francuzi. Dodam, że Jean-Paul nie wpuszczał nikogo za bramę swego domu nie tylko Arabów lecz nawet listonosza. Innym razem, kiedy krytykowałam rabunkową polską transformację ustrojową Jean- Paul oświadczył, że własność jest wartością sama w sobie, bo wspaniale reguluje stosunki społeczne  i  jest zupełnie obojętne kto jest właścicielem jakiejś fabryki czy nieruchomości. „Jeżeli to wszystko jedno kto jest właścicielem domu to dlaczego bierzesz czynsz od swoich lokatorów, od jutra ty zacznij im płacić czynsz” powiedziałam, ale tylko się roześmiał.

Wspominam to dlatego, że osoby nie znające żabojadów nie są w stanie zrozumieć jak pokrętne są ścieżki ich fascynacji ideologicznych i jak bardzo są sprzeczne z ich codziennym życiem. Jean- Paul, bogaty bourgeois który wielbi Mao, oraz Che Guevarę nigdy nie obniżył czynszu ubogim lokatorom swojej kamienicy. Teraz kiedy en vogue jest potępianie Putina wyrzuca płyty z rosyjską muzyką do kosza co  jest przecież gestem zupełnie bez znaczenia. Nie przeszkadza mu to jednak głosować na Macrona i popierać jego lawiranckiej polityki w kwestii konfliktu na Ukrainie. 

Kilka dni temu rosyjski ambasador został oblany czerwoną farbą co spotkało się z powszechną aprobatą. W czerwcu 2013 roku sędzia Anna Wielgolewska została zaatakowana tortem przez jednego z działaczy dawnej opozycji antykomunistycznej. Sąd miał podjąć decyzję, czy stan zdrowia generała Kiszczaka pozwala na kontynuowanie procesu dotyczącego pacyfikacji górników z kopalni Wujek w czasie stanu wojennego. Po ogłoszeniu decyzji o utajnieniu dalszej części procesu, kiedy sędzia zarządziła przerwę i skierowała się do wyjścia, Zygmunt Miernik rzucił w nią tortem. Początkowo został skazany przez sąd na 2 miesiące, a później w wyższej instancji już na 10 miesięcy pozbawienia wolności. Wyszedł na wolność po niecałych 6 miesiącach.  Zwykły Kowalski ma prawo cieszyć się z wybryku Miernika bo Kiszczak był jak wiadomo odpowiedzialny za śmierć górników. Państwo polskie stanęło jednak w obronie sędzi  bo wszyscy sędziowie objęci są ochroną. Gdyby każdy miał prawo manifestować niezadowolenie z wyroku obrzucając sąd zgniłymi pomidorami czy tortami państwu groziłaby anarchia. Czy jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, że premier rządu wyraziłby wówczas zadowolenie z wybryku Miernika i powiedział, że sędzia jest sama sobie winna?

W taki właśnie sposób skomentował premier Morawiecki oblanie rosyjskiego ambasadora farbą na cmentarzu. Powiedział, że ambasador jest sam sobie winien bo nie posłuchał ostrzeżenia MSZ, a składanie wieńców  na cmentarzu żołnierzy radzieckich to rosyjska prowokacja. Premier zapomniał chyba, że dyplomatom zgodnie z konwencją wiedeńską przysługuje w każdym państwie ochrona i niezależnie od tego co  premier sobie prywatnie myśli powinien ograniczyć się do wyrażenia swego ubolewania. Natomiast lewacka aktywistka i awanturnica za swój wybryk powinna odpowiadać przed sądem nawet gdyby oblała farbą tylko nielubianego sąsiada.

Zdumiewa mnie fakt, że jako uzasadnienie tych absurdalnych posunięć wszyscy od lewa do prawa powtarzają, że Rosjanie zabijają dzieci i gwałcą kobiety a poza tym kradną. Jak to mówią  górale – odkryli siekierę pod ławą.  Rosjanie   kradli, gwałcili kobiety i zabijali dzieci w 1939 roku gdy napadli na Polskę razem z hitlerowcami, a także w 1945 gdy ją wyzwalali spod hitlerowskiej okupacji i jakoś nikomu to nie przeszkadzało. Nikomu  z zainstalowanych przez sowietów komunistycznych władz i nikomu z intelektualistów też –nie oszukujmy się- zainstalowanych przez sowietów i czerpiących z tego faktu korzyści nie tylko przez całe swoje życie lecz do kolejnego pokolenia swojej progenitury. Korzyści i przywileje, które zdołali zachować pomimo wszelkich przemian sterowanych mądrością etapu. Przyjaźń do Związku Radzieckiego czy miłość do Rosji też przenieśli przez te wszystkie rewolty i zawirowania. Wraz z nienawiścią do ducha polskiego, do kościoła katolickiego i patriotyzmu. Cóż to za dziwny etap, którego mądrość  nakazuje tym wszystkim ludziom głosić obecnie  jak jeden mąż nienawiść do Rosjan i przekonywać nas o ich zbrodniczej naturze? 

Kiedyś Michnik uczył nas katechizmu. Teraz ONI – byli czerwoni, – którzy chcieli wpisać miłość do sowietów do polskiej konstytucji przekonują nas, że każdy Rosjanin nie wyłączając Dostojewskiego jest zbrodniarzem. Powinni być czerwoni ze wstydu.

Między Scyllą a Charybdą. „Manifest z Ventotene” ich ewangelią.

Izabela Brodacka 20 maj 2022

Jesteśmy w podwójnym zagrożeniu. Pomiędzy – nie waham się tak powiedzieć – idiotycznymi jagiellońskimi mrzonkami Giedroycia powielanymi od lat przez polskich publicystów i  polityków, a nowym stugłowym potworem jakim staje się Unia Europejska, która nie ukrywa, że ma zamiar wziąć nas głodem i pożreć czyli zamienić w nic nie znaczący land tworzącej się właśnie IV Rzeszy.

Starszy pan z Maisons-Laffitte twierdził, że kiedy nie ma armat i pieniędzy, w cenie pozostaje przyjaźń, choćby  trudna. Trudna przyjaźń oznaczała dla niego  przede  wszystkim powszechną amnezję. Jak powiada Wyspiański  w Weselu: Myśmy wszystko zapomnieli; mego dziadka piłą rżnęli…Myśmy wszystko zapomnieli. Mego ojca gdzieś zadźgali, gdzieś zatłukli, popychali: kijkami, motykami krwawiącego przez lód gnali…Myśmy wszystko zapomnieli: o tych mękach, nędzach, brudzie; stroimy się w pawie pióra”.

Starszy pan, czyli  jak go nazywano Książę lubił się -mówiąc Wyspiańskim-  „narodowo bałamucić” czyli spoufalać z przedstawicielami innych klas społecznych a nawet nacji, zastępując arystokratyzm urodzenia arystokratyzmem ducha. Wątpię jednak czy według Giedroycia mieliśmy się posunąć aż do służenia sąsiednim nacjom jak to raczył sformułować niedawno pewien przedstawiciel  rządów dobrej zmiany czy wystarczyłyby pojednawcze gesty i wspieranie sąsiadów w ich konfliktach z Rosją.

W tle widać było wyraźnie mocarstwowe mrzonki postarzałego arystokraty z nieodłącznym fularem na szyi , oraz jego przyzwyczajenie do paternalistycznego traktowania sąsiednich krajów postrzegane niekiedy przez ich mieszkańców jako forma neokolonializmu. Jak sądzę Giedroyć marzył o dołączeniu Ukrainy, Litwy i Białorusi do Rzeczpospolitej i o odzyskaniu w ten sposób  Wilna i  Lwowa  a nie o dołączeniu Polski do Ukrainy jak to expressis verbis zaproponował prezydent Duda przemawiając podczas obchodów rocznicy Konstytucji 3 Maja.

Myślę, że większość Polaków nie chciałaby zniesienia granic –  zarówno pomiędzy Polską a Ukrainą jak pomiędzy Polską i  krajami europejskimi, a w każdym razie nie życzyłaby sobie podlegania obcemu rządowi. Ukraińcy też walczą obecnie o niepodległą Ukrainę, o samostanowienie i nie sadzę że chcieliby podlegać rządowi polskiemu.  Co najwyżej moglibyśmy mieć wspólne rządy ale czy naprawdę tego chcemy ? 

O wiele groźniejsze niż jagiellońskie mrzonki  naszych polityków są federalne plany UE.

Tydzień temu wiceprzewodniczący „Konferencji o Przyszłości Europy” Guy Verhofstadt jawnym tekstem ogłosił, że Konferencja „zatwierdziła radykalną przebudowę Unii Europejskiej: koniec jednomyślności, zniesienie prawa veta, unijna armia, ponadnarodowe listy wyborcze i wiele więcej”.

Choć należący do parlamentarnej „Grupy Spinellego” Verhofstadt mówi, że jest zwolennikiem stworzenia „Stanów Zjednoczonych Europy” to przyjęta wizja wspólnoty bardziej przypomina  Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich (przepraszam Europejskichw którym państwa wchodzące w skład federacji będą bezsilne wobec szkodliwych dla nich decyzji unijnej większości.

Oznacza to złamanie europejskich traktatów, które mówiły przecież o unii suwerennych państw narodowych. Dyktat unijnej większości byłby katastrofalny dla Polski nie tylko  w sprawach gospodarczych czy geopolitycznych, lecz w kwestiach obyczajowych i moralnych. Urzędnicy i politycy w Brukseli błyskawicznie rozpoczęli realizację przyjętych przez Konferencję założeń. 3 maja Parlament Europejski przyjął projekt utworzenia ogólnoeuropejskiego okręgu wyborczego, funkcjonującego równolegle do okręgów krajowych. 

Zaproponowano również wprowadzenie instytucji ogólnoeuropejskiego referendum, które mogłoby zdecydować o formalizacji związków jednopłciowych czy aborcji „na życzenie” również i w naszym kraju.  Utworzenie nowej unijnej armii oznaczałoby, że nasi żołnierze będą podlegać obcemu dowództwu.  

Unijną „Konferencję o Przyszłości Europy” zainaugurowano 9 maja 2021 roku w rocznicę wygłoszenia przez Roberta Schumana deklaracji stojącej u podstaw integracji Europy jako unii suwerennych narodów. Jednak celem„Konferencji” nie jest bynajmniej realizacja wizji Schumana lecz projektu marksistowskiego ideologa Altiero Spinellego, likwidacji państw narodowych  nawet wbrew woli Europejczyków.

Prace Konferencji podzielono na cztery panele, w ramach których wypowiadali się rzekomo „niezależni eksperci” wybrani przez brukselskich urzędników.  Urzędnicy zbierają i opracowują również pomysły i propozycje obywateli krajów UE a kieruje nimi wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej Věra Jourová, niezbyt życzliwa dla Polski i Węgier.

W zaleceniach Konferencji  znalazł się postulat rozszerzenia mechanizmu warunkowości wypłat funduszy UE w sytuacji każdego naruszenia praworządności i nieprzestrzegania bliżej nieokreślonych „wartości unijnych” oraz przyznania UE kompetencji w zakresie ochrony zdrowia, co jest eufemistyczną nazwą wprowadzenia aborcji i eutanazji. oraz rezygnacja z jednomyślności i prawa weta, które były ratunkiem mniejszych krajów przed terrorem unijnych gigantów. 

Większość postulatów jest jak zwykle sformułowana w sposób niejednoznaczny, co umożliwia ich dowolną  interpretację. 

Jak to w swoim expose jawnie ogłosił nowy kanclerz Niemiec Olaf Scholz  Niemcy będą dążyć do budowy scentralizowanego superpaństwa europejskiego opartego na zasadach „Manifestu z Ventotene”.

Manifest „Europa Wolna i Zjednoczona” powstał jak wiadomo podczas II wojny światowej na włoskiej wyspie Ventotene. Jego autorzy, komunista Altiero Spinelli i lewicowy radykał Ernesto Rossi twierdzili, że   likwidacja państw narodowych przeprowadzona niezależnie od woli Europejczyków rozwiąże  problemy wojen i totalitaryzmów. Ich postulaty polityczne to federalizacja Europy i utworzenie europejskich sił zbrojnych. 

Odyseuszowi szczęśliwie udało się przepłynąć między Scyllą a Charybdą. Czy kiedykolwiek uda się oczyszczenie tej stajni Augiasza jaką stała się współczesna Europa?

Czy  rzeka Wisła  mogłaby odegrać rolę rzeki Alfios? Czy znajdzie się jakiś Herkules?

Dwugłowe cielę pożarło dojarkę

Izabela Brodacka 14 maja 2022

Kilka lat temu, jak już pisałam, uczestniczyłam w seminarium poświęconym kłamstwu w mediach, zorganizowanym w Domu Dziennikarza w Kazimierzu Dolnym przez Ruch Kontroli  Wyborów. Jako przykład bezsensownej wiadomości, w którą jednak  chętnie będzie wierzyła publika  jeden z prelegentów zaproponował powyższy tytuł. Sala szczerze się zaśmiewała, bo nikomu chyba nie przyszło do głowy, że za kilka lat będziemy odbiorcami podobnych rewelacji i to nie tylko  w Internecie lecz w mediach głównego  nurtu, albo jak  mówią niektórzy- głównego nurtu szamba. 

Otóż  na jednym z portali ukazał się film na którym jakiś roześmiany człowiek opowiada, że poszedł na spacer w okolice lotniska w Hostomelu pod Kijowem, gdzie  znalazł spalony rosyjski czołg z ludzkimi szczątkami i je zjadł. Dowcipniś otrzymał tysiące pozytywnych komentarzy od ukraińskich czytelników, którzy twierdzili, że rosyjscy żołnierze powinni być częściej „zjadani”.

I pewnie jego sława nadal by rosła, podobnie jak liczba zestrzeleń mitycznego „ducha Kijowa”, gdyby eksperci nie stwierdzili, że ten czołg to ukraiński T-64. co oznaczałoby, że nasz gieroj zjadł swojego rodaka Ukraińca. 

Mam nadzieję, że tak naprawdę spacerowicz nikogo nie zjadł, a upiorna historia i obrzydliwy filmik służą tylko rozsławianiu jego nazwiska. podobnie jak inne idiotyczne filmiki od dawna umieszczane w Internecie, które cieszą się niesłabnącym powodzeniem. Najbardziej przerażające są dla mnie jednak komentarze ukraińskich czytelników i fakt, że tworzą oni mit założycielski budując swoją tożsamość narodową wokół czegoś tak zbrodniczego i ohydnego, a w dodatku  zapewne nieprawdziwego.  

Ukraińcy  powinni przecież dobrze pamiętać Голодомор czyli Wielki Głód wywołany w latach 32-33 na Ukrainie przez komunistów, w konsekwencji którego w potwornych cierpieniach zmarły miliony ludzi, a niektórzy z nich dopuścili się nawet kanibalizmu. 

Jesteśmy bombardowani wieloma równie obrzydliwymi i zapewne równie kłamliwymi informacjami ,które nie wiedzieć czemu spotykają się z uznaniem międzynarodowej społeczności. Na przykład historia бабушки, która otruła rosyjskich żołnierzy pierożkami, albo historia obrońców z Wyspy Węży, którzy poszli  na śmierć z wulgarnym okrzykiem do tego stopnia ekscytującym naszych intelektualistów, że wypisują go na koszulkach rzekomo w geście solidarności, a tak naprawdę  żeby наслаждаться czyli rozkoszować się swoją  prymitywną wulgarnością. 

Dobrze widać jak cienka jest warstwa kulturalnej pozłoty na siermiężnym duchu naszych „elit” -nie oszukujmy się – przywiezionych po II Wojnie Światowej i zainstalowanych  w Polsce na sowieckich tankach  i jak bardzo te elity  tęsknią  do posługiwania się właściwym sobie językiem  i do właściwego sobie sposobu życia i użycia.

Każda wojna jest wydarzeniem tragicznym, uciekinierom w miarę swoich możliwości należy pomagać, ale żeby cieszyć się z nawrotu kanibalizmu jakby nie rozumiejąc, że jest to powrót do przed-cywilizacyjnego stadium ludzkości? 

Bartłomiej Sienkiewicz, ten nagrany przez kelnerów  spec od „kamieni kupy”,  tym razem w wywiadzie  w Polsacie raczył ogłosić upadek moralny już nie tylko Watykanu, lecz całego Kościoła Katolickiego.  Wyrazem tego upadku miałaby być wypowiedź papieża Franciszka  na temat wojny na Ukrainie.

Kiedy Franciszek proponował dopuszczenie rozwodników do sakramentów, kiedy  wspierał LGBT i propagował ekologię głęboką,  międzynarodowe lewactwo rozpływało się nad jego przenikliwością i właściwym rozumieniem ducha czasów. Kiedy jednak, z właściwą sobie nieporadnością Papież zwrócił uwagę, że wojna jest klęską humanitarną dla obydwu stron konfliktu, nasze media zarówno rządowe jak i opozycyjne jednym głosem ogłosiły jego kompromitację i słabość  intelektualną. a także upadek Kościoła.  

Najbardziej dla mnie niepokojący jest ten wspólny głos to porozumienie ponad podziałami, od lewa do prawa.

Kiedy mój syn miał trzy lata oglądając ze starszymi siostrami film żądał żeby mu z góry powiedzieć kto w tym filmie jest „dobrym panem” a kto „złym panem”. Nie chciał ryzykować identyfikowania się z niewłaściwą osobą. Złośliwe siostry wpuszczały go w maliny i potem ryczał. że został oszukany bo sympatyzował ze „złym panem”.

Otóż dla PO, Tuska i  całej jego ferajny Putin był „dobrym panem” gdy tokowali na sopockim molo, gdy przybijali  sobie piąstki nad trumnami ofiar katastrofy smoleńskiej, był „dobrym panem” gdy odmawiał  wydania Polsce wraku samolotu, był „dobrym panem” gdy polecił ten wrak  niszczyć. Był „dobrym panem” gdy sprzedawał Polsce gaz po najwyższych cenach na własne zresztą życzenie jego polskich stronników.  Dowodów jest wystarczająco dużo i ci co teraz jak jeden mąż potępiają Putina nie zdołają usunąć z nagrań i w ogóle z przestrzeni publicznej swoich wiernopoddańczych wypowiedzi pod jego adresem. Podobnie jak Szymborska nie zdołała wycofać z bibliotek swoich wszystkich miłosnych treli do Stalina. Teraz międzynarodowa społeczność zadecydowała, że Putin jest to „zły pan”. Bez wątpienia tak jest, zawsze to wiedzieliśmy  i nikt nas nie musi do tego przekonywać tak jak nikt nas nie musi nakłaniać do pomocy potrzebującym. Nie mamy trzech lat. Nikt jednak nie może nam  zabronić mylenia, stygmatyzując myślących  i odsądzając ich od czci i wiary. 

Unia Europejska podobnie jak kiedyś komuniści prowadzi nieustanną  walkę z problemami, które sama stwarza. Wypowiadając walkę  CO2 i forsując rezygnację z węgla doprowadziła do całkowitego uzależnienia Europy od rosyjskiego gazu i ropy. Teraz pani komisarz UE łaskawie ogłasza kolejne sankcje dla Rosji naruszające również i nasze bezpieczeństwo energetyczne.  W tak fatalnej sytuacji międzynarodowej  UE nadal zajmuje się bzdurną walką z CO2 oraz walką z praworządnością w Polsce niesłusznie nazywaną walką o praworządność.  Pod tym pretekstem pozbawia się nas należnych nam funduszy i to w sytuacji gdy Polska zaofiarowała pełną pomoc przeszło 3 milionom uchodźców, a dla Wielkiej Brytanii  problemem okazało się ich kilkaset tysięcy.

Prawda przeciw prawdzie.

Izabela BRODACKA 30 kwietnia 2022

W czasie dramatycznych wydarzeń takich jak obecna wojna na Ukrainie, a także przy okazji  sporów politycznych niesłychanie istotny staje się problem prawdy. Od lat notowałam sobie- trochę dla żartu-  wypowiedzi na temat prawdy różnych polityków. Dla żartu bo kuriozalne były postacie biorące udział w tych sporach a czasem kuriozalne okoliczności zdarzenia.

Na przykład gdy powszechnie znany z prawdomówności Donald Tusk zarzucał szefowi CBA Kamińskiemu zwykłe kłamstwo. Przypominam, że w tamtych czasach Tusk występował w żartach rysunkowych z długim nosem kłamliwego Pinokia. Wzajemnie zarzucali sobie również kłamstwo Pitera i Boni, osoby w oczach opinii publicznej równie wiarygodne. Czy warto przypominać te zabawne postacie i ich humorystyczne wypowiedzi? Uważam,  że warto bo to  część naszej najnowszej  historii. Bodajże w grudniu 2009 roku niejaki Sebastian Karpiniuk powiedział :  „Proponuje nam się różne ćwierć prawdy, a prawda leży tam gdzie leży”.

Karpiniuk zastosował tu klasyczną definicję idem per idem w wersji siermiężnej. Chłop to chłop, baba to baba, złodziej to złodziej, prawda to prawda. Był to bardziej przejaw bezradności intelektualnej niż poczucia rzeczywistości. Pan Karpiniuk zginął w  Smoleńsku, w sprawie którego do tej pory toczy się walka prawdy przeciw prawdzie.

Według antagonistów Karpiniuka prawda ( jak prawdopodobieństwo) jest liczbą z przedziału obustronnie domkniętego <0,1>. Jeżeli na przykład temu, co mówi pani Pitera przypiszemy liczbę 3/11 a temu, co mówi Boni 4/13 to rację ma Boni.

A przecież w naszej kulturze cały system prawny oparty jest jak dotąd na ocenie „zero-jedynkowej” , a prawników też uczy się na studiach wyłącznie logiki dwuwartościowej.

Jak zanotowałam w tym samym okresie inny polityk Stanisław  Żelichowski powiedział : „Będziemy głosować, która prawda jest bardziej prawdziwa”.

W demokratycznym społeczeństwie prawdę ustala się drogą glosowania. Jeżeli parlament przegłosuje, że aborcja w 8 miesiącu ciąży nie jest morderstwem, to znaczy, że nie jest, a przestępcą staje się ten, kto ośmiela się twierdzić inaczej. Jeżeli Akademia Nauk w demokratycznej procedurze ustali, że Ziemia jest płaskim krążkiem, który niosą na grzbietach trzy słonie, będziemy tego uczyć dzieci w szkołach. Prawda- jak zło- podlega również stopniowaniu. Nic dziwnego, jeżeli –jak wyżej- możemy przypisać jej pewien ułamek.

 Prezydent Komorowski jest jeszcze bardziej wnikliwy :„Prawda to jest to, co ma odbicie w dokumentach”

To też już znamy. Wałęsa ma papier na to, że nie jest Bolkiem, więc Bolkiem nie jest. Sąd nie dopuszczał dowodów, które chciał przedstawić Krzysztof Wyszkowski, bo po co tracić czas, gdy znamy prawdę. Gangster ma papier od lekarza, że jest chory, więc wędruje na wolność. A że lekarz też gangster? Nic nie szkodzi, ma przecież odpowiednie papiery , ma dyplom i  jest na liście biegłych sądowych. 

 Przypominam, że w sąsiednim kraju stosowana była kiedyś definicja prawdy wyjątkowo skuteczna i niezawodna. „ Prawda to jest po prostu to, co pisze Prawda”. Kiedy w tym znanym piśmie pojawiała się informacja, że pan X jest wrogiem ludu, odwiedzali go o świcie z gazetą w ręku smutni panowie, a sąd na podstawie artykułu w Prawdzie wysyłał go na białe niedźwiedzie.

Taką definicją posłużyła się wówczas to znaczy w 2009 roku pani Milewicz. Indagowana przez dziennikarza, dlaczego twierdzi, że podsłuchiwanie gangsterów i polityków jest niedopuszczalną praktyką CBA, jeżeli akceptuje nagrywanie Rywina przez swego szefa Adama Michnika odparła oburzona, że przecież Michnik nagrywał przestępcę. Nie przyszło jej do głowy, że o uznaniu Rywina za przestępcę zadecydowały właśnie taśmy Michnika. Dla pani Milewicz prawdą było to i tylko to, co pisała Prawda, czyli Gazeta Wyborcza.

Na marginesie- Rywin poszedł siedzieć za to, że usiłował ubić interes z nielojalnym kontrahentem. Ciekawe czy gdyby to Rywin nagrał Michnika i poleciał z donosem, poszedłby siedzieć Michnik?

Ciekawe też czy sądy skazują każdego Kowalskiego, który po pijanemu mówi, że zabije teściową? Michnik upozował się w tej sprawie na dziennikarskiego Katona, ale- twierdzę – bliżej mu było do zwykłego Kapuścińskiego. Nie znaczy to oczywiście, że znam czy bronię Rywina. 

Nie bez przyczyny wspominam Kapuścińskiego. W swojej słynnej powieści „ Cesarz” opisuje on lata panowania i upadek etiopskiego dyktatora Hajle Selasje. Duża część powieści poświęcona jest posuniętym do absurdu dworskim ceremoniałom i rytuałom oraz opisowi życia codziennego Hajle Selasje, który miał bardzo wiele służby, bo wykonywała ona drobiazgowe i absurdalne czynności, takie  jak podkładanie poduszek pod nogi cesarza, aby wydał się wyższy.  Zapamiętałam psy sikające na buty oficerów gwardii cesarza.

Jak się okazało były to opisy całkowicie zmyślone przez Kapuścińskiego lecz dobrze pasujące do idealnego studium tyranii. Gdyby „ Cesarz” był tylko powieścią Kapuściński mógłby sobie do woli zmyślać. Jednak „Cesarz” był przedstawiany i reklamowany jako reportaż a tu nie ma miejsca na kłamstwa zwane elegancko licentia poetica. 

Kilka lat temu uczestniczyłam w seminarium na temat kłamstwa w mediach zorganizowanym w Domu Dziennikarza w Kazimierzu Dolnym. Najciekawszy dla mnie był wykład poświęcony współczesnym sposobom blokowania poszukiwań prawdy. O  wiele skuteczniejsze od ordynarnej cenzury są jak się okazuje  triki i manipulacje psychologiczne. Prowadzącym śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej zarzuca się na przykład nagminnie brak troski o uczucia rodzin zmarłych. Tymczasem jak wiadomo dla rodzin osób tragicznie zmarłych najtrudniejsza jest niewiedza.

50 lat temu oglądałam film „Rashonom- czyli prawda przeciw prawdzie”. Trzy wersje tego samego zdarzenia sprzed lat opowiadają w deszczowy dzień różni jego uczestnicy. Każda z tych wersji jest równie spójna, logiczna i przekonywująca. Jak pamiętam film zrobił na mnie ogromne wrażenie. Dziś widać wyraźnie, że antycypował on postmodernistyczne rozumienie prawdy i jej relatywizację do odczuć jednostki.

Inteligencja i motłoch

Izabela BRODACKA

Naomi Klein w swojej książce „Doktryna szoku” opisała  metodę odsunięcia w niebyt i w niepamięć takich wartości jak demokracja czy państwo narodowe. Społeczeństwa  wprawia się w stan lęku,  przed terroryzmem, wojną lub  zarazą. W sytuacji zagrożenia albo nawet tylko lęku przed możliwym zagrożeniem ludzie szukają ratunku. Szukają więc silnego przywódcy, który wybawi ich z opresji. Łatwiej godzą się na pozbawienie ich praw obywatelskich.

Nie protestujemy gdy na lotnisku obsługa wyrzuca do kosza buteleczkę z mlekiem przeznaczonym dla naszego niemowlęcia, bo boimy się terrorystów. Nie protestujemy gdy musimy paradować w filharmonii podczas koncertu w szmacie zasłaniającej twarz, bo boimy się epidemii. Najzabawniejsze jest gdy spotykają się całkowicie sprzeczne i jednakowo surowo egzekwowane obostrzenia. Na przykład we Francji w obawie przed islamskim terroryzmem zakazano zasłaniania twarzy szmatami zwanymi  czador, nikab czy też burka. Mieszkające we Francji  znajome licealistki narodowości polskiej  (posiadające jednak francuskie obywatelstwo)  poczuły się nagle muzułmankami i zadręczały szkołę awanturami o prawo do zakrywania twarzy.

Jest w tym pewna logika, jeżeli dziewczyna może z dnia na dzień poczuć się chłopcem i ma prawo wchodzić do męskiej ubikacji dlaczego nie mogłaby się nagle poczuć muzułmanką?

Po wybuchu „pandemii” gdy okazało się, że obowiązkowe jest zakrywanie twarzy, rozwścieczone nauczycielki egzekwowały przymus noszenia maseczki medycznej lub wręcz chirurgicznej nadal jednak zabraniając używania burki. Batalię przerwała dyrekcja gdy pewnego dnia kilka uczennic pojawiło się w szkole w wygrzebanych w piwnicy maskach przeciwgazowych z czasów I Wojny Światowej i jedna z nich wylądowała w szpitalu z objawami silnego niedotlenienia gdyż czegoś tam w masce nie przestawiła albo była ona zepsuta. Gdy rozpaczliwie machała rękami usiłując zedrzeć z twarzy gumowy ryj koledzy płakali ze śmiechu traktując to jako jej brawurowy aktorski popis. 

Powstała podkultura maseczki traktowanej jako przekaz. W Warszawie widywałam maseczki zdobione nutkami na pięciolinii z kluczem wiolinowym,  kwiatkami, kotkami,  oraz z logo znanych firm  (Naomi Klein jest autorką równie znakomitej książki „ No logo” ) albo z dowcipnymi hasłami. Aborcjonistki paradowały w maskach z czerwoną błyskawicą. W nieformalnym obiegu pojawiły się ostatnio maseczki ze znanym  hasłem z Wyspy Węży ,które stało się zawołaniem nie tylko ukraińskich patriotów i międzynarodowej młodzieży szkolnej lecz przede wszystkim wyrafinowanych intelektualistów.

Ja też uległam zmysłowi zupełnie niestosownej w moim wieku zabawy i zeznając w sądzie jako świadek  wezwana do nałożenia maski wyciągnęłam z torebki służbową maseczkę PTWK z galopującymi na zielonym tle wyścigowymi końmi. Zrobiłam błąd, zdumiona sędzia słuchała mnie niezbyt uważnie i będę zapewne musiała zeznawać ponownie. Dodam, że sędzia siedziała za szybą, w plastikowej przyłbicy,  adwokaci byli w czarnych, przypominających przestępcze maskach, nikt nic nie słyszał,  a cały proces stał się autentyczną choć niezamierzoną parodią. Bareja by tego nie wymyślił.

Wkrótce potem przyłbice zdelegalizowano. W związku z nowym straszakiem jakim jest ukraińska wojna zniesiono wszelkie obostrzenia i można  przekraczać granicę bez szczepień, kwarantanny a nawet testów. Gorliwi, którzy zaszczepili się tylko dlatego, że planowali urlop na Hawajach albo w Turcji są teraz wściekli. Zostali z tą szczepionką jak Himilsbach z angielskim. 

Wiele osób oburza, że cytuję i polecam Naomi Klein gdyż wywodzi  się ona  z lewicowej rodziny o żydowskich korzeniach. Wydaje mi  się jednak, że gdy Urban mówi, że dwa i dwa jest cztery nie powinniśmy tylko dla zasady temu zaprzeczać. Podobnie gdy Naomi perfekcyjnie opisuje w jaki sposób wielkie korporacje rządzą światem. O uczciwości intelektualnej Naomi Klein świadczy fakt, że  1990 roku opublikowała w piśmie „The Varsity” artykuł zatytułowany „Victim do Victimizer”, będący reakcją na brutalną politykę Izraela w Strefie Gazy, który to artykuł wywołał wściekłość środowisk żydowskich. Podobno Naomi Klein nie jest również zadowolona, że uczyniono ją ikoną antyglobalizmu. Pisze to co myśli nie oglądając się na intelektualne kody i mody. A to naprawdę jest bardzo trudne. 

Zawsze przestrzegano nas przed reakcjami tłumu,  który potrafi w owczym pędzie zadeptać bliźnich na śmierć, który w czasach rewolucji francuskiej rozkoszował się oglądaniem  okrutnych egzekucji, który zażądał od Piłata ukrzyżowania Chrystusa. Bezrefleksyjne reakcje stadne były zawsze obyczajem motłochu.  Natomiast prawdziwi intelektualiści uważali, że poszukują prawdy wątpiąc we wszystko  (mówiąc za Sokratesem „wiem, że nic nie wiem”)  i że mają  prawo a nawet obowiązek we wszystko wątpić.

Od dłuższego czasu rejestrujemy jednak zamianę ról. Obecnie intelektualiści mówią jednym głosem nawet w tak niejednoznacznych sprawach jak globalne ocieplenie czy przymusowe szczepienia i prześcigają się w reakcjach stadnych wykluczając ze swego grona tych którzy ośmielili się wątpić w obowiązujący paradygmat. Intelektualiści przejęli więc rolę społeczną motłochu a ludziom prostym pozostawili sceptycyzm, wnikliwość, umiar i rozsądek. Nic dziwnego że pewien młody raper nazwał grupę społeczną z której się podobno sam wywodzi pato-inteligencją. To pojęcie jest bliskie pojęciu „wykształciucha”, które wymyślił przed laty Aleksander Sołżenicyn (образованщина), a  polski odpowiednik tego słowa  zaproponował Roman Zimand. Oznaczało ono ludzi posiadających formalne wykształcenie, którzy nie podjęli jednak zadania służenia prawdzie. Faktycznie za czasów komunizmu czołowi intelektualiści służyli komunie a nie prawdzie -przeprowadzali egzegezę dzieł Marksa,  pisali wiersze na cześć Stalina i popierali prześladowanie biskupa Kaczmarka. Tłumaczyli się potem pokąsaniem przez Hegla, strachem przed okrutną władzą, dobrymi intencjami. Czuli się ofiarami nawet gdy byli katami. Przypominamy to  współczesnym ku przestrodze.

Upiory przeszłości. Prowokowanie wędrówki ludów .

Izabela Brodacka 9 kwiecień 2022

Na rządowej stronie internetowej ukazała się informacja, że członek personelu medycznego, który odmówi szczepienia będzie mógł zostać wyrzucony z pracy albo skierowany do innych zajęć.

Do jakich innych zajęć można skierować lekarza? Czy na przykład wybitny neurochirurg zostanie nocnym stróżem?. Czy w takim razie stróż, jeżeli się zaszczepi będzie mógł przeprowadzić trepanację czaszki?. Nie jest to pomysł nowy, niejaki Pol Pot, kierował lekarzy do kopania rowów a robotników do przeprowadzania skomplikowanych operacji, które oczywiście kończyły się śmiercią operowanego. 

Eksperymenty medyczne na ludziach, przeprowadzane wbrew ich woli, jakimi można nazwać testowanie na nich nie sprawdzonej do końca szczepionki oznaczają, że ożywają praktyki  doktora Mengele. Przecież doktor Mengele przeprowadzał wiwisekcję obozowych bliźniąt nie dla zabawy lecz dla dobra ludzkości, a walka o dobro ludzkości wymaga jak  wiadomo ofiar. 

Choroby bezobjawowe oraz przymusowa izolacja pacjentów nimi dotkniętych to znane i sprawdzone praktyki reżimu Stalina. Za czasów Stalina można było cierpieć na schizofrenię bezobjawową, która wymagała bezwzględnej izolacji od społeczeństwa. Do pierwszego kwietnia tego roku ( prima aprilis?) można było cierpieć na bezobjawowy Covid -19, który tym bardziej wymagał izolacji. 

Ożywają upiory przeszłości. 

Powtarzalność historii jest całkowicie sprzeczna z poglądami Francisa Fukuyamy , który w wydanej w 1992 roku książce „ Koniec historii i ostatni człowiek” stwierdził, że liberalna demokracja i wolny rynek są tak doskonałymi ustrojami, że kończąc historię gwarantują jednocześnie koniec wojen i społecznych problemów. Polemizowanie z kompromitująco naiwnymi poglądami Fukuyamy nie ma dziś najmniejszego sensu lecz trzeba pamiętać, że jemu i jego akolitom zawdzięczamy (przynajmniej pośrednio) likwidację naszej armii, którą konsekwentnie przeprowadzono za rządów PO. Postulat likwidacji tej armii był stale obecny w debacie, której ton nadawali rodzimi utopiści.

Obecnie wobec wojny rosyjsko ukraińskiej rację bytu straciły wszelkie rojenia o końcu historii, a demokracja liberalna nie rozwiązała  żadnych problemów ludzkości. Wręcz przeciwnie, postulując na przykład swobodę poruszania się ludzi i traktując jako ideał świat bez granic i bez narodowości spowodowała, że odżył problem wędrówek ludów i związanych z tym zagrożeń.  Wielkie wędrówki ludów, przede wszystkim Hunów i Germanów, doprowadziły jak wiadomo do upadku Cesarstwa Rzymskiego. Rzym początkowo wykorzystywał Germanów jako żołnierzy. Sytuacja stała się groźna, gdy zamiast małych grup żołnierzy w granicach cesarstwa zaczęły się osiedlać całe plemiona rządzące się własnymi prawami. Rzymianie ściągnęli sobie Germanów na kark na własne życzenie i na swoje nieszczęście.

Podobnie jak obecnie Niemcy (czyli Germanie) ściągnęli sobie obcych kulturowo imigrantów z Azji i Afryki w nadziei na wykorzystanie ich zapału do pracy. Okazało się jednak, że przybysze przejawiają zapał wyłącznie do życia na niemieckich zasiłkach. Świat bez granic, zanik państw narodowych, całkowita swoboda przemieszczania się ludzi i kapitału to liberalne utopie, szkodliwe i niebezpieczne jak każda wcielana w życie utopia. 

Paralelę pomiędzy upadkiem starożytnego Rzymu a upadkiem Europy bardzo ciekawie przedstawia młody historyk Dawid Engels. W 2013 Engels opublikował w paryskiej „éditions du Toucan” monografię dotyczącą obecnego kryzysu tożsamości Unii Europejskiej, zatytułowaną „Le déclin”. Wykorzystując dwanaście wskaźników, Engels porównuje w niej różne przejawy faktycznego (a nie postulowanego) systemu wartości UE z objawami kryzysu Republiki Rzymskiej.

Przymusowe przenoszenie ludzi z miejsca na miejsce zawsze było sposobem zarządzania przenoszoną masą ludzką a właściwie sposobem jej terroryzowania. Zsyłani na Sybir musieli dostosować się do nowych trudnych warunków i do praw lokalnych społeczności. Przymusowe przenoszenie ludzi z miejsca na miejsce było praktykowano nie tylko za czasów rosyjskiego caratu, praktykowali  je również Stalin i  Hitler.

Dobrowolne migracje ludzi też są sposobem zarządzania i pacyfikowania tyle, że tym razem tubylców, a nie przybyszów. To tubylcy dostosowują się do praw przybyszów usiłują ich ugłaskać i przekupić. Przymusowa alokacja zapraszanych serdecznie przez Merkel migrantów miała stać się jednym ze sposobów pacyfikacji Polski. Obok „głodzenia” czyli rabowania należnych nam funduszy i nakładania nienależnych kar za niepodporządkowanie się posunięciom zagrażającym naszemu bezpieczeństwu energetycznemu. 

Naiwne teorie, że przybysze wnoszą świeżą krew nie tylko  w sensie kulturowym lecz również w sensie biologicznym i rewitalizują dekadencką społeczność i kulturę tubylczą nie sprawdziły się w starożytnym Rzymie i nie sprawdzą się dziś. Przez analogię do „teorii krążenia elit” Vilfredo Pareto, który za elitę uważał grupę najbardziej skuteczną w działaniu, a więc eliminującą elitę poprzednią można stwierdzić, że obcy kulturowo przybysze (czyli dla danej cywilizacji barbarzyńcy) zamiast wzbogacić kulturowo społeczność tubylczą dominują ją i w rezultacie przejmują władzę i teren.

Prowokowanie wędrówki ludów czyli przemieszczania się dużych mas ludzkich niezależnie od tego czy kierujemy się szlachetnymi intencjami czy prymitywnym sentymentalizmem, czy wreszcie utopijną nadzieją na wykorzystanie imigrantów zagraża stabilności lokalnej kultury i losom mieszkańców gościnnego terenu. Niemcy nie potrafią wyciągać wniosków ze swojej historii. Nie ma w tym nic dziwnego, dawno się okazało, że starożytna zasada: „Historia Magistra Vitae Est” (historia jest nauczycielką życia) to tylko pobożne życzenie. Ludzie nie uczą się niczego na błędach swoich i na błędach historii, nawet jeżeli wydaje się, że ją rozumieją i nie sprowadzają do zbioru anegdot. Córka alkoholika wiąże się z alkoholikiem, uczeń wyrzucony z matury za ściąganie nadal ściąga, Germanie którzy podbili Rzym pozwalają się podbijać obcym. 

Nieustannie wracają upiory przeszłości.

Drôle de guerre – czemu tak nieracjonalnie czy niekonsekwentnie? Będziemy świadkami czwartego rozbioru Polski?

Izabela Brodacka

Dziwna wojna. Naprawdę giną i cierpią ludzie, płoną domy, niszczeją miasta  a  jednocześnie prowadzona jest niekonsekwentnie, jakby od niechcenia. Gdyby Rosjanie naprawdę chcieli podbić Ukrainę nie pozwoliliby milionom uciekinierów przedostawać się do Polski i przede wszystkim zbombardowaliby i zniszczyli linie kolejowe oraz zablokowali przejścia graniczne. Skupili by się na celach militarnych a po wygranej podporządkowali sobie ludność. Natomiast działania Rosjan koncentrują się na niszczeniu miast i niejako wypędzają przerażonych ludzi do  Polski. Gdyby Rosjanie chcieli wygrać nie dopuściliby również aby na Ukrainę docierały transporty broni. Poza tym choć siły, którymi Rosjanie rozpoczęli agresję, były znaczne w zestawieniu z ukraińskimi, stanowią jednak  niewielką część dyspozycyjnych sił rosyjskich. 

Inne wydarzenia też wydają się mało racjonalne. Prezydent Ukrainy odwiedza żołnierzy w szpitalu a telewizja pokazuje ich twarze. Przywódcy trzech państw w tym Polski jadą sobie spokojnie pociągiem do Kijowa, jak na wycieczkę. To bardzo odważne, wręcz bohaterskie lecz bezsensowne. Gdyby Putin chciał otwartej wojny jakaś rakieta trafiłaby przypadkiem w ten pociąg.

Jawnym tekstem mówi się również w mediach o trasach, którymi poruszają się transporty broni i publicznie dyskutuje kwestię dostarczenia samolotów z Polski via USA czy też może na odwrót. Jak widać zbędni są w tej wojnie szpiedzy i wywiadowcy, wystarczą relacje międzynarodowych stacji telewizyjnych. Rosjanie nie bombardują gazociągów ani Ukraińcy ich nie wysadzają. Rosjanie mają żywotny interes w handlowaniu ropą i gazem więc wysadzenie gazociągów pozbawiałoby ich dochodów  w tym środków na dalsze prowadzenie wojny. Dlaczego Ukraińcy chronią gazociągi nie jest jasne. Może liczą na powrót do status quo choć to mało prawdopodobne. 

Jak doniósł Marc MacKinnon, dziennikarz holenderskiego dziennika The Globe and Mail,z ukraińskimi bojownikami w Odessie spotkał się Bernard-Henri Lévy zwany „Jeźdźcem Apokalipsy” bo każde jego pojawienie się w jakimś kraju oznacza dla tego kraju  wojnę albo kolorową rewolucję. Wspierał on między innymi bombardowanie Jugosławii (można to nazwać czynną walką o pokój) oraz zniszczenie Libii ( tym razem była to zapewne czynna walka o demokrację)  Dziennikarz zamieścił zdjęcia na których widać roześmianego  Bernarda Henry Lévy’ego przechadzającego się po Odessie w towarzystwie ukraińskich ochroniarzy. 

To wszystko wydaje się bezsensowne i niezrozumiałe chyba, że  prawdziwym celem tej wojny jest po prostu wyprowadzenie milionów Ukraińców z Ukrainy i wprowadzenie ich do Polski.

Od lat przeciwko Polsce toczy się  autentyczna wojna. Można ją nazwać, jak chcemy, na przykład wojną hybrydową, ale tak naprawdę jest to  bezwzględna wojna wizerunkową i  ekonomiczna. Atakuje nas Unia Europejska, której przedstawiciele jawnym tekstem mówią, że chcą nas zagłodzić nakładając na nas absurdalne kary, blokując należne nam fundusze i  zmuszając do likwidowania kopalni podczas gdy węgiel jest naszym najważniejszym surowcem naturalnym i podstawowym źródłem energii. Niemcy maja swoje czynne elektrownie węglowe oraz kopalnie węgla brunatnego straszliwie dewastujące krajobraz i jakoś nikomu to nie przeszkadza. Niemcy. korzystają i nadal będą korzystać z rosyjskiego gazu a ich politycy jak na przykład Schröder byli  jawnie na liście płac Putina. Oprócz stanowiska szefa rady dyrektorów w spółce Nord Stream 2, były kanclerz Niemiec pełnił także funkcję szefa rady dyrektorów państwowego rosyjskiego koncernu energetycznego Rosnieft i był szefem rady nadzorczej już istniejącego gazociągu Nord Stream 1

Niemcy zmusili również całą Europę  do korzystania z rosyjskiego gazu prowadząc w UE politykę energetyczną opartą na micie globalnego ocieplenia. Celem prowadzonej przeciwko Polsce hybrydowej wojny jest złamanie jej oporu przed jej wcieleniem w roli peryferii do federacyjnego  unijnego państwa zarządzanego przez Niemcy czyli faktycznie do IV Rzeszy. Czyli wymuszenie na Polsce roli landu, obszaru skolonizowanego, będącego źródłem taniej siły roboczej i odbiorcą towarów. Związana z przyjmowaniem milionów uchodźców zamiana polskiego państwa narodowego w wielonarodowe z wszelkimi związanymi z tym problemami jest dla Niemców w dziele budowania federacji europejskiej znaczącym krokiem do przodu.

Porozumienie Niemiec z Rosją w sprawach geopolitycznych nie powinno być dla nas zaskoczeniem, to już przecież wielokrotnie przerabialiśmy. A przede wszystkim  Niemcy i Putin chcieliby wreszcie pozbyć się tego „pokracznego bękarta traktatu wersalskiego” (jak raczył nasz kraj nazwać Wiaczesław Mołotow)  tej krowy, która nie chce się dać doić i uparcie jak dotąd nie dała się osiodłać ( tym razem to bon mot Stalina).

Obawiam się, choć chciałabym się mylić, że przy powstawaniu europejskiej federacji czyli IV Rzeszy będziemy świadkami czwartego rozbioru Polski. Powstanie federacji europejskiej zostało oficjalnie ogłoszone jako program niemieckiego rządu i nie może być wyszydzane jako spiskowa teoria podobnie jak ośmieszane są koncepcje powstania Niebiańskiej Ukrainy choć jak pamiętamy już dziesięć lat temu Kissinger stwierdził,  że w 2022 roku nie będzie Izraela w jego obecnych granicach.

Niewątpliwie trwa wielki reset a jego ofiarami są przede wszystkim Ukraińcy, zwykli ludzie, którzy stracili swe domy, dobytek oraz życie.  Wtórnymi ofiarami tego  wielkiego resetu staną się jednak Polacy. Tak jak stali się ofiarami złodziejskiej transformacji ustrojowej przeprowadzonej co gorsza przy ich akceptacji, niejako własnymi rękami. W obecnym resecie Polacy uczestniczą ponownie z wielkim entuzjazmem i własnymi rękami likwidują polskie państwo narodowe.

Jak pisałam w tekście pod tytułem „Proroctwa i hipotezy” drukowanym w „Warszawskiej Gazecie” z 26.11.21 pewna dobrze poinformowana osoba powiedziała mi, że Ukraina ma stracić na rzecz Rosji część swego terenu aż do Odessy, a te decyzje zapadły podobno bez udziału Polski. Oby to były fałszywe proroctwa.

Lemingoza

Izabela Brodacka

Termin lemingoza sugeruje jednostkę chorobową. Brzmi jak neuroza czy psychoza. Neologizm ten utworzono opierając się na obyczajach lemingów. Otóż co pewien czas stada tych gryzoni podejmują ryzykowne a nawet absurdalne wędrówki w wyniku których masowo giną. Naukowcy uważają ten fenomen za przejaw regulowania przez populację lemingów jej własnej liczebności.

W  sensie przenośnym lemingoza to całkowicie irracjonalne zachowania stadne ludzi. 

Zjawisko lemingozy tłumaczy fakt, że większość ludzi pragnie uczestniczyć w ważnych wydarzeniach historycznych i to „po właściwej stronie”, a przede wszystkim być en vogue i comme il faut czyli modnym oraz jak należy, jak trzeba. Te francuskie, dość staroświeckie zwroty najlepiej oddają absurdalność łączenia wartości z modą. Moda jest absurdalna z definicji. Z dziurami na kolanach wytartych spodni możesz obecnie być całkowicie comme il faut na koncercie w filharmonii.

We Francji po naszym stanie wojennym było en vogue opiekowanie się jakimś polskim emigrantem i wielu rodaków sporo na tym skorzystało. Ludzie dla których wybory moralne i polityczne podlegają wymogom mody mogą oczywiście mimochcąc zrobić dużo dobrego, na przykład pomagając ofiarom wojny, chorym dzieciom w Afryce, bezdomnym psom, czy polskim emigrantom.

Skłonność ludzi do ulegania modzie nie tylko w sprawach błahych lecz również najistotniejszych może być jednak używana do wyprowadzania społeczeństwa w pole i  do realizacji szkodliwych dla tego społeczeństwa tajnych planów. Na przykład gdyby nie zbiorowa bezkrytyczna fascynacja Wałęsą i osiągnięciami okrągłego stołu architektom transformacji ustrojowej nie udałoby się tak łatwo nas obrabować i wpędzić w ślepa uliczkę.

 Lemingoza bywa nieszkodliwa. Jej przykładem jest uwielbienie okazywane księżnej Dianie szczególnie po jej śmierci. Wykreowano ją niemal na Madonnę, nazywano królową ludzkich serc, składano kwiaty na trawnikach przed pałacem Kensington, a jej pogrzeb transmitowały wszystkie światowe stacje telewizyjne. Księżna Diana tak naprawdę była nieszczęśliwą zagubioną kobietą i daleko jej było do ideału. Jednak kwiatki i maskotki składane pod pałacem Kensington, a także serduszka rysowane kolorową kredą na chodnikach nikomu szkody nie przyniosły i  nie miały najmniejszego wpływu na losy kraju.

Natomiast przejawem lemingozy ryzykownej jest sprowadzenie do Polski milionów Ukraińców i ofiarowywanie im pierwszeństwa w dostępie do bezpłatnego leczenia, mieszkań i stypendiów na studiach. To typowy przypadek spotkania się oddolnej inicjatywy ze zręcznym kierowaniem nastrojami społecznymi czyli lemingozy spontanicznej z lemingozą sterowaną.

Dokładnie to samo zdarzyło się w Polsce w latach osiemdziesiątych gdy oddolne spontaniczne pragnienie wolności i solidarności zostało zagospodarowane przez planistów pieriestrojki czyli takiej zmiany systemu ekonomicznego i społecznego, która chroniłaby komunistyczne elity władzy i gwarantowała tym elitom miękkie lądowanie.

Szlachetne intencje pomocy ludziom dotkniętym klęską wojny też są obecnie zagospodarowywane przez jakiś nadrzędny plan. Pomoc ofiarowana Ukraińcom przez polski rząd zdecydowanie przekracza możliwości naszego państwa i będzie działała na szkodę polskich obywateli. Ofiarowanie Ukraińcom pełnej bezpłatnej pomocy medycznej oznacza, że jeszcze więcej Polaków będzie umierało w kolejkach do szpitala  nie doczekawszy się nawet wizyty u lekarza specjalisty.

Przypominam, że Polacy wyjeżdżający za granicę w czasach stanu wojennego byli grupowani w przejściowych obozach i objęci tylko doraźną pomocą medyczną. Zdarzało się że w takim obozie, na przykład we Włoszech, spędzali przeszło rok przed wyjazdem do upragnionej Kanady, a tam musieli sobie sami znaleźć i mieszkanie. Władze tych krajów wydawały się znać i honorować przesłanie kardynała Wyszyńskiego: „ Każdy naród pracuje przede wszystkim dla siebie, a nieszczęściem  jest zajmowanie się całym światem kosztem własnej Ojczyzny”. Teraz kraje europejskie też ofiarowują uciekinierom pomoc tylko doraźną a w całej UE przyjęto mniej uciekinierów niż przyjęła ich Polska czym się nieustannie szczycimy i popisujemy gdyż  jak zawsze pragniemy być  „pawiem narodów i papugą”.

Jakie korzyści mogą natomiast wyniknąć z obecnej  lemingozy? Przede wszystkim ogromna i być może jedyna  szansa na zasypanie dzielących nas z Ukraińcami zaszłości. Polacy jak się wydaje potrafią już wybaczyć Ukraińcom rzezie na Wołyniu- Ukraińcy być może polubią Polaków z wdzięczności za okazaną im serdeczną, spontaniczną pomoc.

Pamiętajmy jednak, że wybaczyć nie znaczy zapominać, a nie zapominać nie znaczy z kolei wypominać. Mamy prawo pamiętać o tragicznych wydarzeniach naszej historii ale nie musimy traktować nam współczesnych przez pryzmat tych wydarzeń. Nie wierzę w możliwość powstania synkretycznej historii. Nie jest możliwe raz na zawsze ustalić i zadekretować kto w danym konflikcie był ofiarą a kto prześladowcą. Strony każdego konfliktu patrzą na historię z zupełnie różnej perspektywy, a rachunki krzywd się nie bilansują.  Przepraszanie za grzechy przodków jest na ogół pustym gestem szczególnie, że najczęściej przepraszają w imieniu jakiejś społeczności osoby bynajmniej do tego przez tę społeczność (jak Kwaśniewski) nie uprawnione.  Jeżeli naprawdę chcemy pojednania nie możemy oczekiwać, że wszyscy Ukraińcy potępią Banderę choć wolelibyśmy nie napotykać placów i ulic jego imienia. 

Najistotniejszą korzyścią, korzyścią moralną jest jednak obudzenie się w społeczeństwie polskim współczucia i empatii dla innego, cierpiącego człowieka i wynikła z tej empatii indywidualna .spontaniczna bezwarunkowa pomoc udzielana ofiarom wojny.

Natomiast udzielający pomocy instytucjonalnej muszą pamiętać przesłanie kardynała Wyszyńskiego oraz myśleć o dalekosiężnych skutkach podjętych działań. Choćby takich jak wynikająca z tych działań zamiana państwa narodowego w wielonarodowe, z wszelkimi tego konsekwencjami. Muszą też mieć świadomość, że być może realizują jakiś szerszy geopolityczny plan.

Niebezpieczne związki, kosztowne jądra


Izabela Brodacka 19 marca 2022

Platforma Obywatelska oprócz remontowania stoczni przez nieistniejących katarskich inwestorów obiecywała wybudowanie elektrowni jądrowych. 60 milionów wpakowano w promocję tych elektrowni przede wszystkim w młodszych klasach szkół podstawowych.

Na szczęście PO była jak gang Olsena. Jeżeli coś im się udawało to przez pomyłkę. Pani Kopacz zupełnie przypadkiem uratowała nas na przykład od zakupu kosztownej, bezsensownej a nawet szkodliwej szczepionki przeciwko grypie. Bezwładność i niekompetencja propagatorów energetyki jądrowej uratowała nas (przynajmniej chwilowo) przed katastrofą jaką byłoby budowanie elektrowni jądrowej przez ludzi, którzy nie potrafią nawet zaprojektować dachu nad stadionem. Dziesięć lat temu przerwano mecz Polska – Anglia podczas  eliminacji do Mistrzostw Europy 2012r, bo przy ulewnym deszczu Stadion Narodowy w Warszawie, którego dachu nie udało się zamknąć zamienił się, ku radości gawiedzi, w Basen Narodowy.

Temat elektrowni jądrowej powrócił za rządów dobrej zmiany ze zdwojoną siłą. Elektrownie jądrowe są przedstawiane jako najbardziej czyste ekologiczne i bezpieczne źródło energii przez ekspertów od mydlenia oczu społeczeństwu, bo przecież nie od energetyki jądrowej. To jawna bzdura lecz czego oczekiwać od humanistów, którzy nami rządzą. 

 „Я и не знал что мы были в лапах у гуманистов” (Nie wiedziałem, że trafiliśmy w łapy humanistów) powiedział kiedyś Osip Mandelsztam. Humaniści pragnąc naprawiać świat i uszczęśliwiać ludzi według swoich rojeń przynoszą światu i ludziom nieszczęście. Tak napisała żona Osipa Nadzieżda Mandelsztam w swoich wstrząsających „Wspomnieniach”.

Humaniści nie potrzebują i nie chcą rady prawdziwych ekspertów. Mają do dyspozycji ekspertów dyżurnych, gadające głowy powielające wszelkie wygodne dla władzy bzdury.  Wystarczyłoby przecież zwrócić się z pytaniami do profesora Dakowskiego, fizyka jądrowego i eksperta od energetyki, albo do kogoś z prawdziwych, nie sprzedajnych ekologów żeby dowiedzieć się, że energetyka jądrowa jest najbardziej niebezpiecznym, brudnym i drogim sposobem pozyskiwania energii. Jeżeli szanownym humanistom nie wystarczyła lekcja Czarnobyla powinni wyciągnąć wnioski z katastrofy w Fukushimie. Poziom technologiczny Japonii jest niewątpliwie wielokrotnie wyższy od poziomu krajów posowieckich, a jednak Japończycy nie potrafili ustrzec swego kraju przed tragicznymi skutkami katastrofy elektrowni jądrowej. Nie ma sensu usprawiedliwianie tej katastrofy kataklizmem przyrodniczym jakim było wyjątkowo silne tsunami.

Po pierwsze projektanci elektrowni jądrowej powinni przewidzieć taką możliwość, po drugie największe szkody przyniósł w Fukushimie niebezpieczny sposób składowania zużytych prętów paliwowych. Czarnobyl jest od lat nieustannym zagrożeniem dla całej Europy. Jest tak pomimo budowania nad nim kolejnych sarkofagów, bo jak wiadomo nie sposób przerwać reakcji zachodzącej w ich wnętrzu. Niepokoi fakt, że wojska rosyjskie zajęły teren elektrowni w Czarnobylu i została ostrzelana ukraińska elektrownia jądrowa w Zaporożcu. Elektrownie jądrowe są śmiertelnie niebezpieczne i nie bez przyczyny Angela Merkel, która jest doktorem chemii fizycznej zlikwidowała w Niemczech energetykę jądrową.

Kiedy planowano i rozpoczęto budowę elektrowni jądrowej w Żarnowcu specjalna komisja miała ocenić stan przygotowań do bezpiecznego posadowienia na wybranym terenie elektrowni typu WWER-440. Pod budynek elektrowni wylano ogromną płytę ze specjalnego betonu [grubości 8 m!! md] , która w razie katastrofy miała chronić wody gruntowe przed skażeniem. Płyta ta pękła na całej długości. Wyjaśnienie było proste, wszędzie w okolicy Żarnowca powstały osiedla zwane przez tubylców  „złodziejówkami” które zużyły sporo z przeznaczonego na budowę elektrowni cementu. Naczelny inżynier oprowadzając profesora Dakowskiego, po budowie powiedział niefrasobliwie: „ to się zaszpachluje, posypie piaseczkiem i nikt nie zauważy tego pęknięcia”. Ta autentyczna historia jest jednocześnie symboliczna. Ludzie o posowieckiej mentalności nie nadają się do używania niebezpiecznych technologii. Aspekt mentalności jest niezwykle istotny również przy wyborze oferty zagranicznej, bo przecież jak  każdy kraj Zulu kupujemy technologię z Zachodu. Podobnie jak kupujemy formaty idiotycznych filmów i programów typu Big Brothel (literówka celowa) zamiast wyprodukować coś własnego na wyższym poziomie. Otóż PO zamierzała kupić przestarzałe elektrownie od firmy Électricité de France za czym z nieznanych przyczyn lobbował Jacek Merkel.

Jacek Merkel zniknął z mediów i jak się wydaje z polityki. Merkel ukończył Politechnikę Gdańską więc powinien coś wiedzieć na temat reakcji jądrowych. Obecnie zastąpił go kolejny Jacek, Jacek  Sasin, który jak większość naszych polityków jest historykiem. Jak doniosła prasa Sasin podpisał z amerykańską firmą Nuscale Power kontrakt na budowę modułowych elektrowni jądrowych typu SMR. To nowa technologia co oznacza, że będziemy testować jej zastosowania. A przede wszystkim zamiast jednej niebezpiecznej elektrowni jądrowej będziemy mieć elektrownię jądrową w każdym województwie a być może nawet w każdym powiecie. To tak jakby pocieszać chorego, że zamiast jednego zlokalizowanego nowotworowego guza ma wiele mniejszych rozsianych po całym organizmie. Co gorsza firma NuScale Power jest spółką o ograniczonej odpowiedzialności utrzymującą się głównie z dotacji a jej podstawowy inwestor firma Kenwood Group została w 2011 roku skazana przez amerykański nadzór finansowy za prowadzenie piramidy finansowej. Jakbyśmy mieli mało rodzimych hochsztaplerów chcemy powierzyć tak ryzykowną branżę oszustom zagranicznym.

Przedstawianie laikom zagrożeń energetyki jądrowej nie ma większego sensu. Może historyków i politologów przekona jednak następujący argument. Za czasów komuny mieliśmy składować odpady radioaktywne w ZSRR i od sowietów otrzymywać uran. Wszak nie mamy rud uranu ani bezpiecznego miejsca na odpady. Czy powinniśmy podtrzymywać te niebezpieczne związki, tym razem z Rosją Władimira Putina? 

Déjà vu. Skrywany nurt Historii.

Izabela Brodacka 12 marzec 2022

Kiedy wiele lat temu zgłaszałam zastrzeżenia wobec Wałęsy – przyjaciele rzucali mi się do gardła. Wałęsa był postrzegany jako wzór osobowy, jako ikona Solidarności. Przyjaciele zdawali się nie rozumieć, że tę ikonę wystrugano, jak to mówi Michalkiewicz, z banana.

Po latach ci sami ludzie twierdzili, że zawsze wiedzieli kim jest Wałęsa. Kiedy znajomi ekscytowali się okrągłym stołem i z nabożeństwem wpijali wzrok w ekran telewizora nasza udomowiona sroka siadała na telewizorze i wypróżniała się na ekran. „Zgadzam się z tobą całkowicie”- przemawiał do sroki ku ich oburzeniu mój mąż  .

Problem polega na tym, że ludzie chętnie przyjmują za fakty kreowaną na ich użytek rzeczywistość Zachowują się jak bohater filmu „Truman Show”, który dostrzega, że żyje w wyreżyserowanym świecie, dopiero gdy spada mu na głowę fragment sztucznego nieboskłonu.

Ludzie nie widzą i nie chcą widzieć znaków a nawet jawnych faktów. Na przykład oczywistą hucpą były Majdany na Ukrainie. Na pierwszy Majdan pojechały dzieciaki ze szkoły Przymierza Rodzin. Dowożono im do namiotów catering i bawiły się wyśmienicie. Dyrekcja szkoły twierdziła, że ma gwarancje bezpieczeństwa dla dzieci. Kto dał te gwarancje nie wiadomo.

Historyczne znaczenie kanciastego stołu (zwanego okrągłym) dotarło do ludzi dopiero gdy dotknęły ich skutki transformacji. Nawet film  „Nocna zmiana” ukazujący kulisy obalenia rządu Olszewskiego nie przekonał niektórych wielbicieli Tuska, a ujawnienie filmów z Urbanem i Jaruzelskim nie otrzeźwiło wszystkich wielbicieli Michnika. 

Przez całe lata rozpowszechniano w Polsce kłamstwa na temat Białorusi sabotując nawiązanie z tym krajem poprawnych stosunków. Bezsporne i łatwe do zweryfikowania były przecież fakty że Łukaszenko odbudował kraj po potwornych sowieckich zniszczeniach i zręcznie lawirował pomiędzy Rosją i Zachodem. Wieloletnie lżenie Łukaszenki, traktowanie jego kraju jako wzorca nędzy i zacofania wepchnęło go ostatecznie w ręce Putina. Przecież nikt nie kazał nam traktować Łukaszenki jako idola i wzór osobowy. Należało wziąć przykład z Cordella Hulla , który powiedział o Somozie „ To bez wątpienia sukinsyn,  ale to nasz sukinsyn”.
Atak na naszą granicę przywożonych tam specjalnie rzekomych uchodźców utrwali być może na zawsze wzajemną niechęć. Białoruś stała się naszym wrogiem, częścią agresywnej polityki Putina, w którego ręce sami ją konsekwentnie wpychaliśmy.

W tym samym czasie zabiegaliśmy o względy Ukrainy nie bacząc na to, że na Ukrainie nadal bohaterem narodowym jest Bandera. Typowy Białorusin był zawsze życzliwy wobec Polaków i pozbawiony resentymentów wobec dawnej „pańskiej” Polski. Białorusini zaanektowali naszą arystokrację uważając ją za własną, a Łukaszenko z pietyzmem remontował polskie kościoły, dwory i pałace. Wyjaśnienie jest proste. Białorusini nie mieli swojej arystokracji, dlatego mieszkańcy tych ziem, „tutejsi”, przyjęli polską arystokrację z dobrodziejstwem inwentarza.

Natomiast Ukraińcy mieli własną arystokrację, atamanów, skomplikowaną hierarchię społeczną. Polscy panowie, beneficjenci królewskich nadań, byli dla nich ciałem obcym. Na Ukrainie zawsze były i do dziś dnia istnieją silne resentymenty wobec pańskiej Polski, a ich pokłosiem była rzeź na Wołyniu, o której trudno zapomnieć. Nasze umizgi do Ukrainy  zawsze przyjmowano w tym kraju dość  chłodno choć inwestowaliśmy na Ukrainie w drogi i szosy, uczestniczyliśmy w kolejnych Majdanach, a nasz prezydent wołał: „Слава Україні” zapominając, że zamiast odzewu „Героям слава”, niektórzy wolą „бити Поляків”.

Cały świat solidaryzuje się obecnie z Ukrainą i wywiesza ukraińskie flagi. To jednak tylko puste gesty, które przychodzą najłatwiej. Zamiast podać lekarstwa i posiłek chorej sąsiadce kupujemy serduszko Owsiaka i czujemy się szlachetni. Zamiast zaopiekować się bezdomnym psem futrujemy bliżej nieokreśloną fundację ochrony zwierząt. Wątpliwości wobec działalności Owsiaka czy fundacji żyjącej z cudzej dobroczynności, a przede wszystkim realistyczne spojrzenie na rzeczywistość  są przyjmowane z oburzeniem przez ludzi o dziecięcej mentalności, nad implantowaniem której od lat  pracowali możni tego świata. 

Oczywiście, że doszukiwanie się we wszystkim drugiego dna oraz tajnych, prawdziwych motywów można zdyskwalifikować jako „uleganie teoriom spiskowym”. Powiem przewrotnie, wierzę wyłącznie w teorie spiskowe. Szlachetni naiwniacy płakali w 68 roku na dworcu gdańskim nad opuszczającymi nasz kraj ofiarami partyjnego antysemityzmu. Nie negując ich cierpień należałoby jednak zauważyć, że te ofiary wyjeżdżały z Polski z całym dobytkiem podczas gdy przeciętny Polak dostawał na koszty wyjazdu 5 $ ze swoich własnych pieniędzy, które nie wystarczały mu nawet na dojazd z lotniska, a do uciekinierów do lepszego świata przez berliński mur po prostu strzelano. Poza tym wielu komunistycznych oprawców jak choćby Wolińska czy brat Michnika zainstalowało się w efekcie tych prześladowań na upragnionym dla Polaków Zachodzie. Zastanawialiśmy się swego czasu w jaki sposób Bagsik i Gąsiorowski nakłonili banki do przyjmowania na noc wożonych helikopterami pieniędzy i wypłacania im za to wielomilionowych odsetek. Po latach ujawnienie operacji „Most”  wyjaśniło kulisy oscylatora. 

Liczbę Ukraińców pracujących i mieszkających obecnie legalnie w Polsce szacuje się na dwa miliony. Ubocznym rezultatem obecnej wojny będzie dla nas obecność kolejnych kilku milionów Ukraińców w Polsce, którym oferujemy gościnę. To już znaczący procent społeczeństwa i trzeba to brać pod uwagę. 

Skąd ten tytuł, „Déjà vu”?

Wałęsa skakał przez płot, a tak naprawdę przywiozła go do stoczni łódź marynarki. Michnika katowano w więzieniu, a tak naprawdę pisał w więzieniu i wydawał książki.  Bohaterscy obrońcy Wyspy Węży poszli na śmierć z miłym dla każdego patrioty okrzykiem „іди на біса” a tak naprawdę żyją. 

Na Ukrainie naprawdę giną i  cierpią ludzie a Polacy naprawdę im pomagają. Jednak jeżeli kreuje się historię znaczy że poza jej oficjalnym nurtem toczy się jakiś drugi skryty nurt.

Nasizm i nazizm


Izabela Brodacka

Termin nasizm ( nie mylić z nazizmem) zaczerpnęłam od Piotra Lisiewicza. Czy jest to odkrycie Piotra czy on też -jak ja- powiela cudzy bon mot nie wiem. Nasizm polega na przeświadczeniu, że wszystko należy się wyłącznie „nam” i „naszym”. 

Jak powiedziałam nie wolno mylić nasizmu z nazizmem choć mają wyraźne cechy wspólne. Podstawowym elementem ideologii  hitlerowskich Niemiec było przecież przeświadczenie, że Niemcom należy się panowanie nad światem a przede wszystkim Lebensraum  (przestrzeń życiowa) i że mają prawo tę przestrzeń uzyskać w dowolny sposób, przede wszystkim podbijając i eksterminując inne narody.

Stałym i podstawowym elementem nasizmu jest przeświadczenie, że nic z tego co zdobyte, wszystko jedno jakimi metodami, my zdobywcy nigdy nie oddamy, a co ważniejsze, że uzyskane przywileje i osiągnięty status społeczny należy się naszym potomkom aż do tysięcznego pokolenia. Nasism przypisuje się często pewnej nacji bo jak powiada Księga Wyjścia: „Okazuję zaś łaskę aż do tysięcznego pokolenia tym, którzy mnie miłują i przestrzegają moich przykazań”. Nasizm jest jednak ponadnarodowy.  

Nasizm tłumaczy histeryczną reakcję artystycznego postkomunistycznego establishmentu na rządy dobrej zmiany. Okazało się, że stypendia i granty mogą dostawać obecnie nie tylko Janda i Holland, a bezczelne beneficjentki 500+ okupują smażalnie  w Dębkach psując Młynarskiej samym swoim wyglądem apetyt na rybkę. Artyści z czasów realnego socjalizmu splamieni współpracą z komuną, socrealistycznymi powieściami i peanami na cześć Stalina, zaangażowani potem dla równowagi w opozycję kontraktową uważają że wypełniają pełne spectrum wzorcowego życia oraz, że mają wyłączne prawo do bycia w centrum uwagi społeczeństwa. Uważają że mamy obowiązek śledzić kolejne stadia ich brzydkiej choroby lewicowości. A raczej lewactwa nie lewicowości. Różnicę pomiędzy lewicowością i lewactwem można porównać do różnicy pomiędzy prostytutką i dziwką. Prostytutka to zawód, dziwka to charakter. Lewicowość to światopogląd, lewactwo to charakter. Oczekiwanie  aby społeczeństwo nabożnie śledziło meandry życiowe artystów, którzy zdobyli sławę w czasach realnego socjalizmu przypomina oczekiwanie chorego na syfilis aby otoczenie ekscytowało się kolejnymi stadiami jego brzydkiej choroby. 

Komunistyczny establishment nigdy  nie wiązał zmiany systemu ze zmianą swojej sytuacji. Wręcz przeciwnie, twardogłowi komuniści łatwo przeobrazili się w gorących zwolenników liberalizmu gospodarczego i wyznawców świętego prawa własności. Świętego prawa własności przez nich ukradzionej. Zrabowane prawowitym, przedwojennym właścicielom domy i mieszkania miały stanowić bezsporne dziedzictwo ich rodzin, do tysięcznego pokolenia. Rabowane domy, pałace i fabryki przejmowali wraz z nazwiskiem a czasem i  tytułem. Mam na myśli nie tylko Wedlów, którzy przez całe lata protestowali przeciwko zawłaszczeniu przez komunistów oprócz fabryki  ich nazwiska. Powojenni bywalcy (z sowieckimi tankami w herbie) pałacu  w Nieborowie czuli się prawdziwą arystokracją, pełnoprawnymi właścicielami tego pałacu kąpiącymi się w cudzych wannach i używającymi cudzej zastawy. Przeszkadzały im tylko wycieczki zwiedzające pałac tak  jak Młynarskiej przeszkadzali nie należący do warszawki wczasowicze.

 Głosząc zasady liberalizmu Kołakowski czy Bauman nie odczuwali dysonansu poznawczego. W skórze światłych Europejczyków czuli się równie komfortowo jak przedtem w skórze ubeka biegającego po mieście z naganem za pasem, prześladującego przedwojennych profesorów i rozkułaczającego rolników. Nie przyjęli do wiadomości, że niefortunnie postawili na konia nazywającego się Komunizm i że ten koń przegrał. Twierdzili, że od początku stawiali na konia zwanego Liberalizm. Przypominali mi nieszczęsnych dziadków, którzy przegrawszy na wyścigach całą emeryturę upierali się przy kasie, że kasjerka wystawiła im przez pomyłkę niewłaściwy bilet, bo przecież oni typowali zwycięzcę gonitwy. 

Aby wykluczyć ewentualny dysonans poznawczy elita spod znaku sowieckiego tanku ukuła sobie własne kryterium elitarności. Elitą jest ten kto ma w ręku władzę i przywileje niezależnie od tego w jaki sposób zdobyte. Na przykład dzięki strzelaniu w podstawę czaszki akowcom, albo prześladowaniu biskupa Kaczmarka, albo nawoływaniu (jak nasza noblistka Szymborska) do tego prześladowania. Władza i przywileje są nie tylko dożywotnie, lecz przechodzą na następne pokolenia. Formację „naszych” ukonstytuowało właśnie strzelanie akowcom w podstawę czaszki, nawoływanie do torturowania biskupa Kaczmarka oraz pisanie wierszy dla Stalina.  „Naszym”, dzieciom „naszych”, wnukom „naszych”, prawnukom „naszych” aż do tysięcznego pokolenia przysługują wszelkie przywileje. Im  i  tylko im. To paradygmat nasizmu. Dodatkowym sposobem uwiarygodnienia „naszych” jest zabieg socjotechniczny polegający na wpajaniu społeczeństwu przeświadczenia, że te zaszczyty i przywileje zdobyli oni nie dzięki wiernej służbie Stalinowi lecz dzięki swym wyjątkowym talentom i wiedzy. „Pamiątkę z celulozy” , „Numer 16 produkuje” czy „Podstawy marksizmu i leninizmu” drukowano ich zdaniem w wielotysięcznych nakładach tylko dlatego, że były to wspaniałe, jedyne w swoim rodzaju  arcydzieła. Nie bez przyczyny przecież wielotysięczne nakłady tych książek honorowane były dodatkowo nagrodą leninowską, a ich autorzy dostawali domy w Konstancinie i mieszkania w dobrych dzielnicach Warszawy.  Oczywiście domy i mieszkania ukradzione ale to „naszym” nigdy nie przeszkadzało.

Zręcznie przerobiono aforyzm Józefa Piłsudskiego: „Kto nie był buntownikiem za młodu ten będzie świnią na starość” na zasadę: „Kto nie był za młodu socjalistą ( a jeszcze lepiej komunistą) ten będzie świnią na starość” tak jakby lewicowanie było rodzajem dziecięcej choroby, której przejście gwarantuje odporność na jej inne mutacje. Być może tak bywa z lewicowaniem lecz na pewno nie jest tak z lewactwem. Lewactwo to nie jest dziecięca choroba, lewactwo to dożywotnie kalectwo. 

A nasizm należy tępić jak nazizm.

Życie sztuki i sztuka życia

Różnie się definiuje złoty  wiek w sztuce. Dla mnie złoty wiek oznacza  czasy gdy ludzie czekali  na dzieło sztuki, gdy pojawienie się tego dzieła było dla wszystkich wielkim wydarzeniem. We wspaniałym filmie Tarkowskiego z 1966 roku pod tytułem „Rublow” ludzie czekają na dzwon, który wykonuje syn zmarłego ludwisarza. Tłum zbiera się na placu w oczekiwaniu na pierwszy dźwięk dzwonu. Społeczeństwo czekało niecierpliwie na dzieła Benvenuto Celliniego, czekało na kantaty Bacha i utwory Mozarta. Książki Sienkiewicza były drukowane w odcinkach w codziennej prasie, a w 1900 roku, z okazji 25-lecia pracy literackiej Sienkiewicza polskie społeczeństwo zorganizowało zbiórkę na zakup majątku w Oblęgorku i ufundowało go pisarzowi w podziękowaniu za jego pracę. 

Trudno określić kiedy złoty wiek w sztuce skończył się definitywnie. Obecnie na dzieła sztuki raczej nikt nie czeka, w każdym razie nie czeka szeroka publiczność. Emocje związane z oglądaniem i kontaktem ze sztuką wyparło zbiorowe przeżywanie wydarzeń towarzyskich, ślubów, pogrzebów, tragicznych zgonów. Upadek komunizmu i odzyskanie podmiotowości  przez  kraje Europy Środkowo Wschodniej przyczyniły się dodatkowo do odwrócenia uwagi od sztuki. W czasach Solidarności  mawiało się żartobliwie,  że w naszych solidarnościowych  wydawnictwach obowiązuje reguła  „3S”.Oznacza to: „Sam napiszę, sam wydam, sam przeczytam”.

To wszystko przyszło mi do głowy w związku z postacią polskiego pisarza, dziennikarza i historyka Zbigniewa Święcha. Zbigniew Święch jest autorem znakomitej trylogii „Klątwy, mikroby i uczeni”. (t. I, W ciszy otwieranych grobów, 1988; t. II, Wileńska klątwa Jagiellończyka, 1993, t. III Ostatni krzyżowiec Europy. Oddychający sarkofag Warneńczyka, 1995). wysoko ocenianej przez fachowców między innymi przez profesora Aleksandra Gieysztora.

Warto byłoby przypomnieć tę trylogię choćby przez drukowanie jej w odcinkach w codziennej prasie. Cóż kiedy redaktorzy pism nie są tym pomysłem zupełnie zainteresowani. Wolą wałkować w nieskończoność głupawe wypowiedzi polityków, albo zajmować się rozwodami,  romansami i wzajemnymi oskarżeniami celebrytów, czyli osób które są znane tylko z tego, że są znane. Redaktorzy znają zapewne statystyki czytelnictwa w Polsce, z których wynika, że 58% obywateli nie przeczytało w ciągu roku ani jednej książki natomiast 18% może się pochwalić lekturą co najwyżej dwóch książek rocznie. Dlatego nie wyobrażają sobie, że ktoś będzie chciał czytać książkę historyczną w odcinkach.

Nawet nie wiedzą jak bardzo się mylą tak nisko ceniąc społeczeństwo polskie. Kiedy blisko ćwierć wieku temu pracowałam w piśmie „Ładny Dom” redaktor naczelny twierdził, że  statystyczny czytelnik ma cztery klasy szkoły podstawowej i żądał aby dziennikarze używali zdań co najwyżej czterowyrazowych.  Statystykę tę oparł na konkursie, w którym nagrodą były nasiona bodajże rzodkiewki czy buraka. Proponowałam redaktorowi żeby zrobić w piśmie tak zwaną rozkładówkę poświęconą zdjęciom starej Warszawy. Odmówił twierdząc, że nikogo to nie zainteresuje. W tym samym roku stałam w Gdańsku w ogromnej kolejce żeby kupić album „Był sobie Gdańsk” -zbiór wspaniałych zdjęć starego Gdańska (jedyne prawdziwe osiągnięcie życiowe Tuska , jak widać potrafię niektóre jego działania pozytywnie  ocenić).

Nasi  decydenci  naprawdę  nie doceniają polskiego społeczeństwa. W telewizjach dominują idiotyczne programy robione – jak to się mówi-  przez idiotów dla idiotów. Gdyby któryś  z szanownych redaktorów w czasie ostatniego konkursu chopinowskiego raczył pofatygować się jak zwykły obywatel po wejściówkę do Filharmonii zobaczyłby kolejkę ciągnącą się Marszałkowską do rogu Świętokrzyskiej i za zakrętem daleko w Świętokrzyską. Nigdy w czasach upadku realnego socjalizmu nie widziałam takich kolejek nawet po pralki, mięso ani po papier toaletowy. Na Requiem Mozarta wykonywane w kościele Świętego Krzyża w rocznicę śmierci Chopina trudno się zwykle dostać nawet z zaproszeniami. 

Sztuka współczesna, oficjalna, obecna w mediach, sponsorowana przez państwo ogranicza się obecnie do prowokacji, do eksperymentu łamiącego wszelkie konwencje a w tym zasady estetyki i dobrego wychowania. Zgodnie z definicją: „Uprawiać sztukę oznacza obrazić obywatela i kazać mu za to zapłacić”. Zamiast życia sztuki mamy więc do czynienia ze sztuką życia i to na nasz koszt. Tę definicję sztuki wyczerpują spektakle „Klątwa” w warszawskim Teatrze Powszechnym, oraz „Dziady” w krakowskim teatrze Słowackiego. Oparta na motywach Wyspiańskiego „Klątwa” sprowadza się do epatowania imitacją wulgarnego seksu i antykościelnymi manifestacjami. 

Zdawało się, że po „Klątwie” Frljicia w Teatrze Powszechnym w Warszawie – z bezczeszczeniem krzyża, oralnym seksem ze statuą Jana Pawła II – już nic gorszego zdarzyć się nie może. A jednak…” pisze Elżbieta Morawiec. „Chętnych do obejrzenia „Dziadów” w Krakowie czy „Klątwy” w Warszawie nie brakuje, bo nic tak narodu nie ciekawi jak skandal. A że przy tej okazji najświetniejsze dzieła naszej literatury topione są w szambie, to nic takiego – ot, koszty rewolucji artystycznej”– zauważa Krzysztof Masłoń. Kilka dni temu zespół teatru Słowackiego w Krakowie butnie oświadczył: „Teatr jest nasz”.

Odpowiem: „Proszę bardzo, niech kupią budynek w trybie przetargu, niech sami finansują swoje modernistyczne spektakle, niech sami sobie wypłacają pensje. Albo niech zostaną teatrem ulicznym produkującym się na jarmarkach i odpustach i niech zbierają pieniądze do czapki”. Tak przecież działa wolny rynek, który jest fetyszem współczesnego liberalizmu. Jeżeli znajdą się chętni do opłacania skandalizujących wybryków nie mam nic przeciwko temu. Jako podatnik zdecydowanie jednak protestuję przeciwko opłacaniu z moich pieniędzy takiego dziadostwa jak spektakl „Dziadów”. 

Jako podatnik chciałabym natomiast żeby którekolwiek z pism lokujących się po naszej, prawej stronie zdecydowało się drukować w odcinkach książki pana Święcha. Zapewniam że społeczeństwo doceni tę inicjatywę.

Strzeż się ciąży Szymon krąży.

Izabela Brodacka

Szymon Hołownia krąży po kraju. Podczas spotkania z wyborcami zadeklarował: „to zupełnie nowy ruch, pragnę zrobić porządek w Polsce”. Krąży nie tylko  Hołownia, krąży również Tusk i podobno wyciągnięto z mieszka nawet Janusza Palikota wyspecjalizowanego w ruchach. W październiku 2010 roku Palikot zarejestrował stowarzyszenie „ Ruch Poparcia Palikota” które po czterech dniach ewoluowało  w partię ‘Ruch Palikota” a w 2013 w „  Twój Ruch”.

Żaden z tych ruchliwych i wybitnych we własnych oczach polityków nie został jednak- to chyba oczywiste -zaproszony przez prezydenta Dudę na ostatnie, bardzo ważne spotkanie Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Dziwne, że nie zrozumieli oni dotąd swojej roli i swego prawdziwego znaczenia. Są po prostu kukiełkami odgrywającymi wyznaczony im spektakl,  które wyciąga się z worka  i uruchamia pociągając za odpowiednie sznurki. Parafrazując Jana Kochanowskiego można powiedzieć „ Naśmiawszy się im i ich porządkom wetkną ich w mieszek jak to czynią łątkom”.

Tusk nigdy nie był politykiem wiarygodnym, nie bez przyczyny przedstawiany był w internetowych żartach jako kłamczuszek, Pinokio z  długim nosem. Teraz stał  się politykiem zupełnie niepoważnym, rodzajem internetowego trolla. Tusk zażądał na przykład żeby premier Morawiecki zrezygnował ze spotkania europejskich partii prawicowych w Madrycie bo są one rzekomo antyrosyjskie. Nie bez przyczyny jak widać rosyjska prasa nazywała kiedyś Tuska „ naszym człowiekiem w Polsce”. Premier Morawiecki zaproponował w retorsji żeby Tusk zrezygnował z członkostwa w Europejskiej Partii Ludowej albo żeby członkowie tej partii wystąpili przeciwko rurociągowi zagrażającemu bezpieczeństwu energetycznemu Europy. To raczej tyko żart, nie ma przecież wątpliwości, że to nie Tusk nadaje Europie ton, a wręcz przeciwnie jak każda kukiełka tańczy na swoim sznurku tak  jak mu zagrają.

O  wiarygodności Hołowni Płaczliwego szkoda nawet gadać. Programy ich  wszystkich sprowadzają się do sypania piasku w tryby obecnej władzy, a ruchliwość ogranicza do zaśmiecania Internetu obelżywymi wpisami na poziomie intelektualnym nadąsanej nastolatki. Nie ma się co dziwić – burak wydziela sok z buraka. Każdy z nich twierdzi, że był podsłuchiwany, inwigilowany i nagrywany i że jak pisze Norwid:  „ogromne wojska, bitne generały, policje – tajne, widne i dwu-płciowe” pojednały się przeciwko nim. Cała afera z Pegazusem służy podtrzymywaniu ich dobrego samopoczucia. To znane zjawisko, aktorka która kończy karierę często wymyśla afery mające podtrzymać zainteresowanie jej osobą. Pewien mój znajomy o wysokim stopniu samoświadomości twierdził, że tak upokorzył go fakt, że nie został internowany po wprowadzeniu przez Jaruzelskiego stanu wojennego, że wdał się w ostrą działalność konspiracyjną i wreszcie osiągnął sukces, posadzili go do więzienia. Jak sam żartobliwie twierdził nie mógł się pogodzić z faktem, że jest mierzwą historii. Był dobrym naukowcem i tak naprawdę szkoda było dziesięciu lat, które wpakował w drukowanie ulotek. Nigdy potem nie wrócił do czynnej nauki.

Festiwal Solidarności dopuścił do głosu wiele miernot intelektualnych, o przerośniętych ambicjach. Jeżeli elektryk, kierowca ciężarówki albo chłop małorolny staje się postacią znaczącą, guru opozycji to po stabilizacji stosunków trudno mu pogodzić się ze swoim niewielkim praktycznie znaczeniem w społeczeństwie. Każdy z nich roi, że poderwie społeczeństwo do masowych protestów, do obalenia demokratycznie wybranej przecież władzy. Ich jedynym programem jest rewolucja permanentna, niszczenie istniejących struktur, uliczne zamieszki. Nie mają do zaoferowania żadnego programu, nie rozumieją współczesnego świata, są gotowi współpracować z wrogami kraju, a jedyna rzecz na którą mogą liczyć to zmęczenie społeczeństwa pandemią, albo po prostu zużycie się obecnej władzy. No i na poparcie wrogów Polski.

Czyż nie były skandaliczne miłosne apele Radka Sikorskiego, Donalda Tuska, oraz Adama Bodnara do Niemców wygłaszane w dodatku po niemiecku. Czy słowa byłego Rzecznika Praw Obywatelskich, Adama Bodnara, w których (posiłkując się cytatem z „Małego Księcia”) porównał Polskę do dzikiego zwierzęcia, a Niemcy – do mentora, który musi być odpowiedzialny za to, co oswoił, zostały zmanipulowane lub wyjęte z kontekstu? Chciałoby się wierzyć, że tak właśnie było, jednak pełna treść wystąpienia, niestety, nie pozostawia żadnych wątpliwości. Adam Bodnar uważa rodaków za dzikusów ucywilizowanych przez Niemców i prosi aby Niemcy nie opuścili go w potrzebie. Podobnie o bratnią pomoc Związku Radzieckiego prosili kiedyś komunistyczni przywódcy. Bez opieki i interwencji bratnich partii komunistycznych nie utrzymaliby władzy w kraju. Byli zbyt głupi i zadufani w sobie. Doprowadzili kraj do klęski ekonomicznej. PO w czasie swej długiej władzy też szkodziło krajowi. Ogromne zadłużenie, sprzedanie za grosze kolejki Na Kasprowy Wierch, likwidacja polskich stoczni. Tę listę można ciągnąc w nieskończoność.

I ci zgrani politycy naprawdę wierzą, że porwą społeczeństwo swoimi kompromitującymi wystąpieniami? Że zaszczyt przynosi im  wsparcie ulicznych wulgarnych awanturnic? faktem jest, że scena polityczna w Polsce jest zabetonowana. Ci sami ludzie pojawiają się w kolejnych konfiguracjach. Nie ma żadnego nowego charyzmatycznego przywódcy. Ci starzy zmieniają ugrupowania i poglądy jak rękawiczki. „Antysystemowy” Kukiz usiłuje ugrać swoje przyklejając się do kolejnych partii systemowych. Całkowicie zarzucił koncepcję JOW. która wprowadziła go do polityki.

Oczywiście każdy ma prawo zmienić poglądy ale te poglądy trzeba przedtem posiadać. Totalna opozycja zachowuje się jak mały Jaś, który protestuje przeciwko szkolnej opresji psując powietrze w klasie, bo tylko na to intelektualnie i   mentalnie  go stać. Skompromitowani  politycy jak stara kurtyzana sądzą, że kogoś jeszcze przyciągną ich zużyte wdzięki. Krążą po kraju jak Lokis -tajemniczy niedźwiedź z horroru Janusza Majewskiego przed  którym przestrzegano lud Żmudzi.

Post-socjalizm w akcji. Wszystko jedno czy z ludzką czy upiorną twarzą.

Izabela Brodacka

Kilka zaprzyjaźnionych szkół zgłosiło mi problemy z „akcją mleczną”. Tak się to nazywało za czasów komuny. Otóż  uczniowie dostają za darmo zakupione przez szkołę mleko w gustownych pudełeczkach z plastikową słomką. Taką słomką jakie podobno zaśmiecają oceany i brzuchy ryb.

Za komuny rozlewano mleko do kubków z ogromnej bańki i było to na pewno bardziej ekologiczne i rozsądne. Kto nie chciał nie szedł po prostu do stołówki po mleko. Tak się składa, że dzieci nie lubią mleka i wpychanych im na siłę owoców i jarzyn. Zostawiają otwarte pudełka z mlekiem i nadgryzione jabłka w ławkach, więc lądują one nieuchronnie na śmietniku. Na temat zdrowotnych skutków spożywania mleka zdania też są podzielone (pij mleko będziesz kaleką), a  poglądy specjalistów jak wiadomo często się zmieniają.

Nie tak dawno przecież zmuszano matki do podawania niemowlętom od trzeciego miesiąca życia zupek jarzynowych gotowanych na mięsnym wywarze, a co gorsza zaprawianych żółtkiem, co dzisiaj każdy alergolog uznałby za zbrodnię.

Problem z rozdawanym za darmo mlekiem jak w soczewce ukazuje problem wszelkich akcji prowadzonych dla czyjegoś dobra bez zgody czy akceptacji osoby zainteresowanej. Inaczej mówiąc problem socjalizmu wszystko jedno czy z ludzką czy upiorną twarzą. Socjalizmu, który uszczęśliwia ludzi przemocą i zabiera jednym aby dawać innym. Kiedyś uważano (nie do końca słusznie), że zabiera się bogatym a oddaje biednym i że ci bogaci to ludzie pracowici i zaradni natomiast biedni to zwykłe nieroby. Taki dość naiwny stereotyp przyciągał do liberalizmu (w naszej krajowej wersji korwinizmu) wielu młodych ludzi. Tymczasem jak wykazały badania licznych socjologów przepływ zysków najczęściej przebiega w przeciwnym zwrocie, od biednych do bogatych.

Pamiętam nieludzką awanturę w liceum do którego uczęszczał syn mojej dość niezamożnej  znajomej. Otóż gorliwi rodzice licealistów ustalili bardzo wysoką miesięczną stawkę składki na Komitet Rodzicielski deklarujący dofinansowywanie wszelkich imprez kulturalnych i wycieczek. Liceum zorganizowało wycieczkę do Wiednia, na którą syn znajomej nie pojechał gdyż nie było jej stać nawet na ulgową zapłatę za wycieczkę. Dofinansowanie skonsumowali zatem zamożniejsi, których było stać na wyjazd,  a składali się na tę dopłatę przede wszystkim liczni niezamożni, którzy nie pojechali. Na tym przykładzie znajoma usiłowała wytłumaczyć rodzicom bezsens tak rozumianej filantropii lecz została zakrzyczana jako jednostka aspołeczna.

Na szczęście upadł projekt laptopa dla każdego ucznia forsowany kiedyś przez Donalda Tuska. „Chcielibyśmy, żeby już od początku roku szkolnego 2010/11 r. każdy gimnazjalista miał dostęp do spersonalizowanego laptopa i Internetu, powiedział gazecie szef kancelarii premiera Tomasz Arabski. Stoi on na czele zespołu, który ma opracować program „Komputer dla ucznia”. Zarządzenie powołujące zespół podpisał już premier”- informowała Gazeta Wyborcza w maju 2008 roku. Oczywiste jest, że w rodzinach zamożnych, w których każdy członek rodziny ma swój komputer, niepotrzebne laptopy, odebrane zgodnie z zasadą „ bierz kiedy dają” służyłyby w najlepszym przypadku do zabawy młodszym dzieciom, a prędzej czy później wylądowałyby na śmietniku. Dzieciom  z rodzin niezamożnych laptopy oczywiście by się przydały o ile nie zostałyby spieniężone aby zaspokoić bardziej palące potrzeby. Natomiast „spersonalizowane” czyli przypisane do konkretnego ucznia laptopy przechowywane w szkole zawalałyby uczniowskie szafki, byłby nieustanny problem z ich uruchamianiem i konserwacją. Szkole wystarczą problemy ze „spersonalizowanymi szafkami”, nagminnie gubionymi do nich kluczykami  i psutymi przez dzieciaki zamkami do tych szafek.  

Z bezpłatnych studiów wyższych najczęściej korzysta młodzież z zamożnych domów, której rodziców stać na utrzymanie studenta w wielkim mieście. Młodzież niezamożna, z małych ośrodków, za swoje ciężko zarobione pieniądze studiuje w prywatnych pobliskich uczelniach, w tych przysłowiowych „szkołach tańca i różańca” gdzie poziom nauczania jest o wiele niższy niż w uczelniach publicznych. Absolwenci medycyny natychmiast po studiach wyjeżdżają zarabiać w innych krajach. Lepszy byłby chyba system nisko oprocentowanych studenckich kredytów umarzanych w uzasadnionych przypadkach. Na przykład za wybitne wyniki w nauce oraz za podjęcie pracy w kraju.

 Bezpłatne lecznictwo wcale nie oznacza dla niezamożnych ułatwionego dostępu do leczenia. Publiczną tajemnicą jest, że nie sposób się dostać do szpitala z ulicy, pomimo właściwego skierowania i jawnych dolegliwości. Konieczne jest zapewnienie sobie protekcji pracującego w szpitalu lekarza odbywając kilka drogich wizyt w prywatnej  przychodni, w której lekarz równolegle pracuje. Osoby, których nie stać na opłacenie tych wizyt nie mają szans. Po wielogodzinnym oczekiwaniu w izbie przyjęć są odsyłane do domu. W izbie przyjęć zdarzają się przypadki zasłabnięcia, na które nikt nie reaguje, a nawet śmierci.

Na tym systemie korzystają oczywiście lekarze i bogaci chorzy, których stać na opłacenie drogich wstępnych wizyt, a nawet – nazywajmy rzeczy po imieniu- na łapówkę. Byłoby ich stać również na operację w prywatnym szpitalu ale po co mają płacić gdy szpital należy się teoretycznie wszystkim za darmo. Pandemia utrudniła dostęp do leczenia, natomiast  poprawiła zarobki lekarzy. Ogromna liczba zgonów to zgony nadmiarowe. Nie w tym sensie, że pacjentów zmarłych na nieuleczalne stadium nowotworu kwalifikuje się jako zmarłych na covid-19. Chorzy umierają na zawał, rozlany wyrostek robaczkowy, czy pęcherzyk żółciowy, gdyż nie doczekali się pomocy, bo szpital czekał na wyniki testu. Zwolnienie lekarzy „ walczących z epidemią” z odpowiedzialności prawnej za ich decyzje pogłębia beznadziejną sytuację pacjentów, którzy płacąc przez całe życie przymusową składkę zdrowotną nie mają bez dodatkowych opłat, na które ich nie stać, dostępu do bezpłatnego, zagwarantowanego przecież przez Konstytucję  leczenia. 

Oto zdobycze post socjalizmu.

Wyznawcy Sześciu Króli

Izabela Brodacka

Pani Monika Olejnik w „Kropce nad i” raczyła oświadczyć: „Miałam na studiach logistykę, więc potrafię myśleć logicznie”. Wystarczyłoby zajrzeć do Wikipedii aby się dowiedzieć, że: „logistyka to  proces planowania, realizowania i kontrolowania sprawnego i efektywnego ekonomicznie przepływu surowców, materiałów i wyrobów gotowych. Działania logistyczne obejmują kontrolę zapasów, lokalizację zakładów produkcyjnych i magazynów  oraz przepływ informacji”. [Normalnie mówiło się po polsku: „zaopatrzenie, zaopatrzeniowiec”. MD]

Na studiach ( zootechnika SGGW )  pani Monika mogła mieć faktycznie logistykę. Mogła się uczyć o transporcie żywca do rzeźni czy transporcie i magazynowaniu paszy dla krów, ale nie ma to nic wspólnego z logiką i jej wykładem. Oczywiście nie można wykluczyć, że pani Monika myśli logicznie w sposób naturalny, wrodzony, tak jak oddycha i nawet nie wie gdzie się tego nauczyła. Pani Monika jest zatem w sytuacji pana Jourdain ze sztuki J.B. Molière pod tytułem „Le Bourgeois gentilhomme” ( Mieszczanin szlachcicem), który nie wiedział, że mówi prozą. Pan Jourdain nie ukończył jednak podyplomowych studiów dziennikarskich i nie pracował jako dziennikarz. Nie parał się słowem. Można mu więc darować jego ignorancję. Pani Monika jako czynna dziennikarka powinna jednak odróżniać logikę od logistyki. 

 Nie można również wykluczyć, że wpadka słowna Moniki Olejnik to zwykły lapsus. Tak czy owak zapisuje on  panią Monikę do grona Wyznawców Sześciu Króli założonego przez Ryszarda Petru.

Do grona Wyznawców Sześciu Króli zapisujemy również panią Janinę Ochojską na podstawie jej  wypowiedzi dla tygodnika Polityka: „ Gdy o tym myślę przychodzi mi do głowy proces Adolfa Eichmanna, który w Norymberdze bronił się mówiąc, że tylko wypełniał rozkazy”. Pani Ochojska choć jest astronomem, zawodową filantropką i zawodową posłanką europejską, a nie historykiem, z racji choćby swych dawnych związków z „Tygodnikiem Powszechnym” powinna przynajmniej słyszeć o sztandarowym dziele Hannah  Arendt „Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła” wydanym w Polsce właśnie przez „Znak”. Powinna pamiętać, że proces Eichmanna odbył się nie  w Norymberdze lecz w Jerozolimie 11 kwietnia 1961 roku, po brawurowym pojmaniu Eichmanna przez wywiad Izraela 11 maja 1960 r. w argentyńskim Buenos Aires, gdzie mieszkał i ukrywał się od 10 lat.  Eichmann został skazany na śmierć i stracony w nocy z 31 maja na 1 czerwca 1962 roku.

Wysoką pozycję w Kościele Wyznawców Sześciu Króli zajmuje również Ewa Kopacz za wypowiedź dotyczącą wyginięcia dinozaurów: „Wtedy, kiedy dinozaury jeszcze były, a ludzie nie mieli żadnych strzelb, nie mieli żadnej broni nowoczesnej, która pozwoliłaby ich ( uwaga, dodatkowo błąd gramatyczny  – powinno być „ je” ) zabić. Rzucali kamieniami w tego dinozaura i wiadomo, że od jednego rzucenia tym kamieniem na pewno nie padł, ale jeśli przez miesiąc, dwa miesiące rzucali tymi kamieniami, to go na tyle osłabili, że mogli go pokonać. Więc presja ma sens” – przekonywała Ewa Kopacz. Dinozaury zniknęły z powierzchni ziemi w końcówce ery mezozoicznej, a więc około 70-80 mln lat temu. Pani Kopacz zapewne potraktowała dosłownie przenośny sens słowa dinozaury. Pod adresem konserwatywnej  strony sceny politycznej często używa się przecież argumentu „wyginiecie jak dinozaury” co oznacza przeświadczenie, że konserwatywny system wartości jest nie do utrzymania we współczesnym świecie.

O przynależność  do  grona Wyznawców Sześciu Króli otarł się również niestety premier Mateusz Morawiecki, który powiedział: „chcemy, żeby jak najwięcej osób zarabiało więcej, bliżej średniej krajowej, powyżej średniej krajowej, wokół średniej krajowej i również te osoby, które dziś zarabiają na poziomie średniej krajowej, będą beneficjentami tej zmiany”. Premier Morawiecki był prezesem wielkiego banku i ma wykształcenie ekonomiczne, nie jest więc możliwe żeby nie rozumiał pojęcia średniej. Być może miał na myśli, że chciałby aby jak najwięcej osób zarabiało kiedyś powyżej obecnej średniej krajowej. Ta przyszła średnia krajowa wzrośnie oczywiście wraz z zarobkami i cenami.

Takie zjawisko nazywa się jak wiadomo inflacją. Pamiętamy [te matuzalemy… md] czasy gdy wszyscy byliśmy milionerami, a ciastko kosztowało dwadzieścia tysięcy. Rolą pieniądza jest wyznaczanie udziału w podziale tortu jakim są dobra tego świata. Pieniądzem była kiedyś sól, potem metale szlachetne, pieniądz papierowy, zapis cyfrowy. Nie mam zamiaru przytaczać tu historii pieniądza. Pozwolę sobie za to na wspomnienia. Kiedy miałam bodajże cztery lata powiedziałam ojcu, że chciałabym znaleźć tyle złota żeby starczyło dla wszystkich ludzi na świecie. „Nie przyszło ci do głowy, że złoto miałoby wówczas wartość i siłę nabywczą piasku”- odparł kwaśno ojciec. Na usprawiedliwienie idiotyzmu, który powiedziałam przypomnę, że byłam wówczas tylko małym dzieckiem. Raz na zawsze zostałam wtedy wyleczona ze skłonności do myślenia utopijnego.

Żądanie, żeby wszyscy mieli wszystkiego równo jest niebezpieczną utopią i prowadzi do niebywałych zbrodni, gdyż może być zrealizowane tylko przemocą. Pragnienie żeby wszyscy zarabiali powyżej średniej jest nonsensem matematycznym. Większość rozkładów opisujących zjawiska przyrodnicze dąży do rozkładu normalnego, który jest symetryczny względem wartości oczekiwanej czyli średniej. Oczywiście istnieją rozkłady asymetryczne. W rozkładzie o asymetrii lewostronnej najczęściej występująca wartość (dominanta, moda) jest większa niż wartość średnia. Wtedy wartości niższe od wartości średniej są bardziej rozproszone ( zróżnicowane). W rozkładzie o asymetrii prawostronnej dominanta jest niższa od wartości średniej a bardziej rozproszone są wartości wyższe od średniej. Inaczej mówiąc większość z nas zarabia poniżej średniej natomiast wysokie zarobki zależące od wielu czynników pozamerytorycznych są bardzo zróżnicowane bo taka jest waga tych czynników.

Złośliwi internauci utworzyli nawet mem, w którym premier Morawiecki mówi: „ dzięki dobrej zmianie wszyscy będą zarabiać powyżej średniej krajowej” ale na szczęście to tylko dowcip.

Tutsi i Hutu. „Gacaca” a sprawa polska.

W Rwandzie w ciągu około 100 dni, od 6 kwietnia do lipca 1994 zginęło około miliona ludzi. Dwa plemiona Tutsi  i Hutu wydały sobie zaciekłą, nieprzejednaną, bratobójczą walkę. Wzajemna nienawiść tych plemion jest trudna do zrozumienia nawet dla politologów, socjologów i kulturoznawców. 

 Ludność Rwandy dzieli się na trzy grupy etniczne: Hutu, Tutsi oraz Twa. Przed erą kolonialną grupa etniczna Tutsi stanowiła górną warstwę w strukturze społecznej, a Hutu niższą. Istniała jednak wówczas możliwość zmiany warstwy społecznej poprzez zdobycie czy wypracowanie majątku. XX wiek przyniósł ogromne napięcia społeczne. Hutu za przykładem Kraju Rad zapragnęli zmiany stosunków społecznych drogą rewolty, w wyniku której zginęło wiele osób należących do grupy etnicznej Tutsi, a tysiące Tutsi utraciło majątek i zostało zmuszonych do ucieczki za granicę, przede wszystkim do Ugandy. W 1988 roku powstał tam ruch militarny pod nazwą Rwandyjski Front Patriotyczny, do którego przystąpili głównie przebywający w Ugandzie uchodźcy Tutsi.  1 października 1990 roku rozpoczęli oni inwazję na Rwandę. W październiku 1993 r. Rada Bezpieczeństwa ONZ powołała Misję Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw pomocy Rwandzie. W kwietniu 1994 r. zestrzelono samolot, na pokładzie którego znajdowali się prezydenci Burundi i Rwandy i rozpoczęło się masowe i systematyczne mordowanie ludności cywilnej.  W ciągu kilku tygodni po katastrofie lotniczej w kraju rządzonym przez Hutu zginęło około  miliona osób. Podburzano do likwidacji „karaluchów Tutsi”.  Zabijano również uczestników misji humanitarnej. Mordowanie ludności cywilnej trwało do 4 lipca 1994, do czasu przejęcia kontroli militarnej nad całym terytorium kraju przez Rwandyjski Front Patriotyczny.

Członkowie rządu, żołnierze i bojówkarze, którzy uczestniczyli w ludobójstwie zbiegli do ówczesnego Zairu, obecnie Demokratycznej Republiki Konga. Z Rwandy uciekło również 1,4 miliona osób cywilnych, w przeważającej większości Hutu, którym powiedziano, że Rwandyjski Front Patriotyczny ich wymorduje. Tysiące z nich zmarło z przyczyny złych  warunków higienicznych przede wszystkim na choroby przenoszone przez brudną wodę. Pod koniec 1996 roku rząd rwandyjski rozpoczął długo oczekiwane procesy sądowe o ludobójstwo. Tak długie opóźnienie w ich przeprowadzeniu wynikało z faktu, że Rwanda utraciła w pogromach większość swojego personelu sądowego. Zniszczeniu uległa również większość infrastruktury, w tym gmachy sądu i więzienia. W 2000 r. wciąż ponad 100 000 osób oskarżonych o ludobójstwo czekało na rozprawy sądowe. Aby skrócić czas oczekiwania na procesy, w 2001 r. rząd wprowadził partycypacyjny system sprawiedliwości zwany „Gacaca” . Miejscowe społeczności wybierały sędziów, którzy rozpatrywali sprawy osób podejrzanych o zbrodnię ludobójstwa. 8 listopada 1994 roku, Rada Bezpieczeństwa ONZ na mocy rezolucji nr 955 utworzyła Międzynarodowy Trybunał Karny dla Rwandy.

Odpowiedzialność za niepowodzenia misji pokojowej w Rwandzie przypisuje się na ogół ONZ, które  jest niewątpliwie instytucją dość bezwładną i mało skuteczną, jednak główną przyczyną ludobójstwa była wzajemna zaciekła nienawiść Tutsi i Hutu, zupełnie irracjonalna gdyż podział społeczny nie był spetryfikowany a raczej płynny i dopuszczający możliwość transferu. 

Sytuacja w Polsce zaczyna mi obecnie przypominać sytuację w Rwandzie. Każda najdrobniejsza nawet kwestia ma w naszym kraju swoich zaciekłych zwolenników i przeciwników, którzy  w dyskusji używają najcięższych argumentów i gotowi się zwalczać do ostatniej kropli krwi.  Miałam na przykład ostatnio okazję rozmawiać ze znajomą na temat zmywarki do naczyń. Nie mam zmywarki, nic mnie nie obchodzą zmywarki, dla mnie znajoma może sobie kupić i postawić nawet ich dziesięć w tym jedną na głowie.

Tymczasem dowiedziałam się, że jestem aspołeczna bo zużywając zbyt wiele wody zagrażam Planecie, a w ten sposób całej ludzkości. Nie chciało mi się nawet słuchać wyliczeń ile wody marnuję myjąc w zlewie swój kubek po kawie. Nie do pojęcia był przede wszystkim dla mnie poziom agresji z jaką znajoma zwalczała moje, być może staroświeckie i nieracjonalne nawyki.

Podobnie, choć jestem  w stanie zrozumieć osobę, która w trosce o swoje zdrowie robi w tramwaju awanturę ludziom niezamaskowanym, nie do pojęcia jest dla mnie wściekły atak mojej mieszkającej w Paryżu przyjaciółki z czasów młodości, romanistki  z wykształcenia, za to że się nie zaszczepiłam i nie zamierzam szczepić. Koleżanka zna się na biologii jak przysłowiowa kura na pieprzu, przyjęła trzy dawki szczepionki i to jej święte prawo, nie ma natomiast prawa zatruwać mi życia wywodami, z którymi nawet nie chce mi się dyskutować gdyż są na tak niskim poziomie fachowości i z tak wysokim poziomem agresji.

Godna uwagi jest obecnie wzajemna niechęć, wręcz nienawiść konkurencyjnych ugrupowań politycznych.

Komuny też nienawidziliśmy przecież ze wszystkich sił ale nie było to uczucie gwałtowne. Można go porównać do ćmienia chorego zęba. Idąc tropem tego porównania – niechęć zwolenników PiS do PO i odwrotnie nienawiść zwolenników PO do PiS przypominałaby raczej zapalenie okostnej. Choć życie pod rządami komuny było upiorne, potrafiliśmy sprawiedliwie ocenić jej nieliczne sukcesy. Choćby poziom nauczania matematyki oraz poziom olimpiad matematycznych, który za komuny był nieporównywalnie wyższy. Również Wyścigi funkcjonowały za komuny o wiele lepiej i nikt nie zamierał budować na terenie toru treningowego kaskadowego biurowca. Pełniły również lepiej statutową rolę jaką jest selekcja koni pełnej i czystej krwi a stan toru był lepszy. Obecnie jeżeli ktoś broni dawnego dyrektora Janowa Podlaskiego, pana Treli, wiadomo, że nienawidzi PiS a jeżeli opowiada o nieprawidłowościach w tej stadninie jest przeciwnikiem PO. Zwolennicy wyrębu chorych drzew w Puszczy Białowieskiej są zwolennikami PiS natomiast obrońcy tych drzew, czyli kornika, na pewno zwolennikami PO.  Dyskusja na dowolny temat zamienia się nieuchronnie w polityczną awanturę.


Izabela Brodacka

Zdobycze liberalnej demokracji

W Święta o piątej rano awantura rodzinna u sąsiadów i interwencja policji. Policjanci nie mają kodu wejściowego do bramy ani na klatkę schodową. Zmuszeni są dzwonić pod pierwszy lepszy numer i trafiają na mnie. Po prostu mieszkam na parterze. Podobno policjanci nie są uprawnieni do używania kodu. To dziwne bo swobodnie dysponują kodem choćby śmieciarze, dozorca i  pracownicy administracji. Za czasów przebrzydłej komuny milicjanci jak pamiętam zawsze używali  kodu do bramy. Wolność przyniosła nam zatem przywilej budzenia nas w nocy. W nocy budzą nas zresztą nie tylko policjanci. Za  komuny w bramie wisiała lista lokatorów i ich goście nie błąkali się bezradnie po klatkach schodowych. Co ważniejsze bez problemów trafiało do pacjenta pogotowie. Kiedyś o drugiej w nocy obudzili mnie waląc w szybę sanitariusze poszukujący dotkniętej zawałem pani Kowalskiej (autentyczne). Nie mogłam im pomóc choć miałam świadomość, że w tym przypadku liczą się minuty. Nie identyfikowałam osoby o tak rzadkim nazwisku. Nie wiem i nie chcę wiedzieć jak to się skończyło.

Zdjęcie tablicy lokatorów z bramy jest efektem histerycznego stosunku administracji do tak zwanego RODO. W przychodniach zdrowia też nie wolno wywoływać pacjentów po nazwisku. Byłam świadkiem wywoływania przez rejestratorki pacjentów po imieniu co powoduje nieuchronnie konflikty gdy przed gabinetem lekarskim spotka się kilka osób o tym samym imieniu. Alternatywą jest wywoływanie pacjentów według dolegliwości, jak w znanym  dowcipie: pierwszy wchodzi pan z kiłą, a następny z rzeżączką. 

Skarżyli mi się znajomi, którzy poszukiwali zaginionej starszej osoby, że nie tylko nie chciano im udzielić żadnej informacji w szpitalach lecz jak im powiedziano w komisariacie, szpitale nie udzielają podobnych informacji nawet policjantom. Zdarza się że osoba z demencją utyka na dłuższy czas w jakimś domu opieki podczas gdy rodzina bezskutecznie jej poszukuje. 

Ustawa psychiatryczna, która  powstała zapewne w dobrych intencjach, również utrudnia rodzinie zaopiekowanie się chorym. Jeżeli chory nie udziela na to zgody rodzina nie może nawet zapoznać  się z diagnozą ani otrzymać epikryzy przy odbieraniu go ze szpitala. Przyczyną jest trend w psychologii i psychiatrii zgodnie z którym najchętniej obciąża się odpowiedzialnością za chorobę pacjenta jego rzekomo toksyczną rodzinę. Oczywiście zdarzają się naprawdę toksyczne rodziny, a przeżycia z dzieciństwa mają ogromny wpływ na psychikę dorosłego, lecz odcinanie chorego od rodziny często powoduje zepchnięcie go na margines życia społecznego.

Szpital psychiatryczny nie zapewni przecież pacjentowi utrzymania, nie zapłaci za niego czynszu ani nie opłaci leczenia stomatologicznego. Bez opieki rodziny chory nieuchronnie wyląduje w noclegowni, na dworcu lub w najlepszym przypadku w jakimś domu opieki. Stosowanie wobec chorych demokratycznych zasad i procedur ma dokładnie taki sam sens jak powierzenie pacjentom szpitala psychiatrycznego demokratycznego wyboru ordynatora drogą głosowania.

Nasze zdobyte wraz z niepodległością „prawa i  przywileje” to nie tylko prawo do ukrywania swego nazwiska i adresu przed lekarzem pogotowia, prawo do odmowy leczenia psychiatrycznego gdy nam odbija szajba oraz prawo do odmowy pomocy ze strony rodziny, która jedyna chce i może nam pomóc.

Jednostka ludzka uzyskała w katalogu niezbywalnych praw ludzkich również prawo do głupoty. Nie w takim sensie, że każdy ma prawo sobie myśleć co chce – lecz, że głupi ma prawo narzucać swoje głupie poglądy innym. Również nie w sensie, że dla każdego powinno się znaleźć jakieś  miejsce w społeczeństwie lecz, że każde miejsce w społeczeństwie powinno być dostępne dla każdego. Rektorzy uczelni są nagminnie  nękani skargami  studentów, którym nie odpowiadają treści wykładów czy też poglądy wykładowców. Ci młodociani troglodyci twierdzą, że wykładowca sceptyczny w stosunku do dogmatu globalnego ocieplenia lub nie uznający istnienia przeszło pięćdziesięciu arbitralnie wybieranych płci zagraża ich poczuciu mentalnego bezpieczeństwa. Co gorsza utrwala się, a nawet egzekwowany prawnie jest pogląd, że uczelnia to miejsce gdzie każdy powinien czuć się jak w domu i mieć prawo do swobodnej ekspresji. Przykład dają niektórzy wykładowcy ( jak pewna pani profesor z uniwersytetu szczecińskiego) raczący słuchaczy słowami nadającymi się wyłącznie do wykropkowania. Natomiast inni profesorowie tacy jak profesor Piotr Nowak z Białegostoku, który ośmielił się żądać usunięcia z zajęć notorycznie zakłócającego ich przebieg awanturnika są przywoływani do porządku przez uczelniane władze, a nawet zagrożeni utratą pracy.

Twierdzenie, że uniwersytet jest właściwym miejscem dla osób zaburzonych psychicznie jest przecież dokładnie realizacją ideałów Lenina, który podobno uważał, że kucharka może rządzić państwem. Niektórzy twierdzą, że wymyślił to i Leninowi przypisał Leszek Kołakowski gdy w intelektualnych konwulsjach rozstawał się z marksizmem. To właśnie Kołakowski (miedzy innymi wraz z Zimandem) usuwali kiedyś profesorów z uczelni. Tyle, że Zimand gorąco tego żałował i uczciwie się do tego przyznawał.

W naszych nie stalinowskich przecież czasach profesor Nalaskowski był  zawieszony w prawach wykładowcy na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika za wypowiadanie krytycznych uwag na temat LGBT a profesor Budzyńska z Uniwersytetu Śląskiego była nękana przez uniwersyteckie władze za głoszenie niezgodnych z ideologią gender poglądów na aborcję.

 Podsumowując:

pani Lempart ma niezbywalne prawo lżyć przechodniów i policjantów. Profesor akademicki nie ma prawa formułować poglądów niegodnych z obowiązującym ideologicznym paradygmatem.

Możemy tłumnie i bez masek uczestniczyć w politycznych awanturach. Nie wolno nam bez maski wejść do sklepu i tramwaju.

Mamy prawo ukrywać swój adres przed policją i lekarzem pogotowia. Bez potwierdzenia zaszczepienia się eksperymentalną szczepionką tracimy prawa publiczne=nie możemy podróżować, pracować czy studiować.

Oto zdobycze liberalnej demokracji.

———————————–

Izabela Brodacka