Związek szczepionki MMR (odra – świnka – różyczka) z autyzmem. Andy Wakefield i fałszerstwa CDC.

Związek szczepionki MMR (odra – świnka – różyczka) z autyzmem.

Szczepionki cz.3 – historia Andy Wakefielda i fałszerstwa CDC

Pikohistoria-wakefilda-i-falszerstwa-cdc

Będzie to opis głośniej sprawy dr Wakefielda, który powiązał autyzm ze szczepieniami dzieci preparatem MMR za co spotkały go szykany ze strony ludzi i środowisk medycznych związanych z przemysłem szczepionkowymi. W filmie  VAXXED (link na końcu) – [w oryginale md] przedstawiona cała historia.

——————————————

Ten angielski lekarz (gastroenterolog dziecięcy), pod koniec lat ’90 opublikował w prestiżowym magazynie medycznym „LANCET” pracę, sugerującą możliwy związek szczepionki MMR (odra – świnka – różyczka) z autyzmem.

Andrew Wakefield zainteresował się tematem szczepień i autyzmu przypadkowo – nie była to jego specjalizacja. Ale zgłaszało się do niego coraz więcej rodziców z dziećmi, które po szczepieniu MMR zapadały niejako synchronicznie na autyzm i choroby przewodu pokarmowego – a to już była jego działka. Po przebadaniu kilkudziesięciu dzieci z takimi połączonymi objawami chorobowymi, które pojawiły się bezpośrednio po szczepieniu (pierwsze symptomy, że z dzieckiem zaczyna dziać się coś złego, wystąpiły już po kilku godzinach), opublikował swoje spostrzeżenia i ostrożne wnioski (że ta zbieżność czasowa zmusza do przyjrzenia się tej szczepionce dokładniej), w „LANCECIE”. Abstrahuję od tego, co jest teraz – wtedy jeszcze było to najbardziej uznane pismo medyczna na świecie. Żeby jakaś praca mogła się tam ukazać, wymagała przejścia przez sito kilkunastu recenzentów – lekarzy profesorów o uznanym dorobku.

Przez 12 lat publikacja Wakefielda nikomu nie przeszkadzała – do momentu, kiedy ilość przypadków autyzmu wzrosła tak dramatycznie (wraz ze wzrostem ilości szczepień), że ktoś przypomniał sobie o jego publikacji i zaczął się na nią powoływać, przez co sprawa została nagłośniona przez media. Wybuchła panika – rodzice dowiedziawszy się o całej sprawie, przestali zgłaszać się na szczepienia i magazyny ze szczepionkami zaczęły puchnąć, a okres przydatności zaczął się kończyć – producent szczepionki zrozumiał, czym to grozi. Wtedy rozpętało się piekło. Lobby szczepionkowe wynajęło dziennikarskiego cyngla, niejakiego Briana Deera (rzeczywiście – zrobił „w jelenia” miliony ludzi), by napisał paszkwil na Wakefielda, oskarżając go o oszustwa. „Fałszował badania!” – to były główne tytuły wszystkich gazet i od tego zaczynały się wszystkie dzienniki telewizyjne – finansowane przez reklamy koncernów farmaceutycznych. Tamtejszy sąd lekarski błyskawicznie odebrał mu prawo wykonywania zawodu, a „LANCET” usunął jego publikację. Nikogo nie obchodziły rodzinne powiązania szefa tego sądu lekarskiego, z prezesem koncernu medialnego wydającego pismo.

Wakefield odwołał się do sądu – w sprawie obrony swojego dobrego imienia. Po długim i wnikliwym rozpatrzeniu sprawy, tamtejszy Sąd Najwyższy uwolnił go od zarzutów oszustwa i fałszowania badań, a także prowadzenia badań „nieetycznych”, bez zgody specjalnej komisji. Te „nieetyczne” badania polegały na pobieraniu chorym dzieciom krwi do badań – rzecz, do której ma prawo każdy lekarz. Sąd orzekł, że doktor Wakefield nigdzie nie przekroczył swoich kompetencji, oraz w żadnym zakresie nie dopuścił się jakiegokolwiek fałszerstwa. Nie pozostawił też suchej nitki na paszkwilach Deera, wykazując właśnie jemu chodzenie na skróty i formułowanie pod adresem Wakefielda i jego pracy opinii nie potwierdzonych żadnym konkretnym faktem.

To wystarczyło Wakefieldowi, by odzyskać honor, ale nie zawodowe uprawnienia – nawet brytyjski Sąd Najwyższy nie ma wpływu na sądy lekarskie, które są – podobnie jak u nas – państwem w państwie. Aby odzyskać naukowe tytuły, dr Wakefield musiałby wszcząć postępowanie przed tymiż sądami lekarskimi, a na to nie miał pieniędzy – wniesienie takiej kasacji wiąże się z ogromnymi kosztami. Wiedział też, ilu ma tam wrogów i nie był na tyle naiwny by wierzyć, że zniszczyli go tak bezwzględnie tylko po to, by potem przyjąć z powrotem z otwartymi ramionami.

Zniesmaczony postawą kolegów po fachu w rodzinnym kraju, wyemigrował do USA – gdzie zajął się medycznym dziennikarstwem.
Wkrótce potem powstał szokujący, wyreżyserowany przez niego film „Zaszczepieni” (Vaxxed) – obnażający korupcję i przestępcze działania amerykańkiego CDC – Urzędu Kontroli Chorób. Jak się okazało, po przybyciu do USA, Wakefield poznał tamtejszego naukowca, który już od roku zajmował się badaniem bezpieczeństwa szczepień i miał dostęp do informatora właśnie z CDC, który obszernie opowiadał mu o fałszerstwach, jakich dopuszczają się jego koledzy z zespołu do spraw badania szczepionek.

Dr William Thompson z Centers for Disease Control (rządowy amerykański odpowiednik naszego sanepidu) ujawnił dwa lata temu, że CDC przez kilka lat fałszowało badania bezpieczeństwa szczepionek. Na początku opowiadał o tym w prywatnych rozmowach innemu naukowcowi pracującemu nad tym tematem – nie wiedział jednak, że ten, porażony wagą tych informacji, nagrywa ich rozmowy. Dr Thompson przekazał mu owe informacje nie tylko ustnie, ale też w postaci dokumentów papierowych i elektronicznych. Wymienił tam nazwiska wszystkich osób z CDC (swoich szefów i współpracowników), którzy w owych fałszerstwach brali udział i je wymuszali. Ów drugi naukowiec, Brian Hooker, skontaktował się z Wakefieldem i sprawa została ujawniona w owym głośnym filmie dokumentalnym.

Wybuchł krótki skandal – kilku kongresmenów żądało natychmiastowego powołania komisji do zbadania sprawy i przesłuchania Thompsona, który sam, jako pracownik CDC (bezterminowo urlopowany) nie miał prawa zabierać głosu. Mógłby tylko odpowiadać na pytania utworzonej komisji i organów śledczych. Dwa lata upłynęły – nikt nie zamierza powoływać jakiejkolwiek komisji i wszcząć śledztwa. A słyszeliśmy przed wyborami prezydenckimi w USA, że jedno z dzieci prezydenta Trumpa też zapadło na autyzm (właśnie po szczepionce) i ten zamierza zrobić wreszcie porządek z tym szczepionkowym państwem w państwie.

Miał powołać jakąś specjalną komisję do zbadania tego tematu – gdzie dr Thompson mógłby wreszcie zostać wezwany i zwolniony z obowiązującej go tajemnicy służbowej – jego zeznania i przedstawione dokumenty musiałyby zaprowadzić na dożywocie kilka ważnych w CDC osób, oraz jako logiczną konsekwencję wywołać natychmiastowe wstrzymanie wszystkich szczepień w USA. Zresztą przy takim nagłośnieniu sprawy, ludzie sami zaczęliby strzelać (a tam mają z czego) do lekarzy proponujących szczepionki dla ich dzieci. I co? KOMPLETNE NIC! Za to główna podejrzana o owe fałszerstwa (ona wydawała polecenia), z szefowej CDC, wskoczyła na wart kilka milionów dolarów stołek … w koncernie szczepionkowym, badania szczepionki którego fałszowała.
Można? Można.

Warto zwrócić uwagę, że nawet dziś, po tym, jak dr Thompson oficjalnie przyznał się, że jego zespół z rządowego CDC, przez wiele lat fałszował badania bezpieczeństwa szczepionki MMR, to łatka oszusta nadal przyklejona jest do dr Wakefielda.
Mało tego – przybiera to wręcz formy groteskowe. W Polsce pełno jest młodych (ale i starych) konowałów, których jedynym zawodowym sukcesem jest odebranie dyplomu (średnią ocen pominę), którzy nazywają Wakefielda „pazernym oszustem”, co to wypełzł z jakiejś ciemnej nory, by oszustwem zdobyć rozgłos i majątek.

Dr Wakefield nie był jakimś tam podrzędnym, nikomu nie znanym, zakompleksionym i sfrustrowanym trzeciorzędnym konowałem, któremu na mózg rzuciło się parcie na szło. Tę przełomową pracę w „LANCECIE” opublikował mając 41 lat – a wcześniej, jeszcze przed 40-ką, zamieścił pond 150 prac naukowych w wielu prestiżowych pismach medycznych na świecie. Był cenionym naukowcem prowadzącym badania kliniczne nad chorobami jelit – od ponad 10 lat. Żadnej z publikowanych przez niego wcześniej prac nie zarzucono jakichkolwiek błędów lub zaniedbań. 150 prac naukowych – zrecenzowanych przez nie wiadomo ilu innych specjalistów – jeszcze przed 40-ką – a tu wychodzi jakiś szczawik prosto po studiach, z jeszcze ciepłym dyplomem, bez żadnego doświadczenia i dla „zdrapki” od koncernu szczepionkowego (punkty za sprzedaż!!!) – po wypełnieniu której koncern wyśle go na „konferencję naukową” na plażach Dominikany – lekceważąco wyciera sobie gębę człowiekiem takim jak dr Wakefield.

———————————————————
Film koniecznie do obejrzenia https://www.cda.pl/video/141668702 (polski lektor). Jak wiemy Youtube tego typu materiałów nie prezentuje. Ciekawe dlaczego?

Korzystałem z tekstu ze strony prof. Dakowskiego.

Urzędnicze „samo-zaoranie” w Warszawie. Zamiast rowerów kupią nowe auta… „Miasto 15-minutowe”.

Urzędnicze „samo-zaoranie” w Warszawie. Zamiast rowerów kupią nowe auta… „Miasto 15-minutowe”…

Paweł Rygas motoryzacja

„Bujać to my, ale nie nas”. Tak podsumować można stanowisko warszawskiego ratusza dotyczące projektu „Urzędnicy na rowery: Rafał Trzaskowski daje przykład” – zgłoszonego w ramach warszawskiego Projektu Obywatelskiego.

Ku zaskoczeniu warszawiaków, zachęcanych do porzucenia aut na rzecz rowerów, projekt sprzedaży samochodów służbowych nie zyskał aprobaty w stołecznym ratuszu. Urzędnicy zaopiniowali go negatywnie i odrzucili. Ich argumenty to woda na młyn dla „przyspawanych do samochodów” mieszkańców.

Nie ma co ukrywać – inicjatywa, która wyszła od radnego PiS – Ernesta Kobylińskiego, to czysty „trolling” polityki transportowej miasta. Władze Warszawy prześcigają się obecnie w pomysłach utrudnienia życia zmotoryzowanym, co w założeniach skutkować ma porzuceniem prywatnych pojazdów na rzecz rowerów i komunikacji publicznej.

Radny chciał, by ratusz sprzedał samochody. Kuriozalne tłumaczenia urzędników

Sam projekt zakładał, by w miejsce wykorzystywanych przez prezydenta Trzaskowskiego i jego zastępców samochodów służbowych, ratusz zainwestował w:

  • rowery miejskie,
  • rowery cargo,
  • rowery tandem,
  • riksze dostosowane do przewozu dorosłych.
  • Autor projektu przekonywał ponadto, że władze „podróżując rowerami będą mogły realnie ocenić możliwość i komfort podróżowania jednośladem po Warszawie„, a także – dzięki rezygnacji z aut służbowych – „lepiej poznają realia i mankamenty komunikacji miejskiej„. Za projektem przemawiał też jego pozytywny wpływ na środowisko.

Ostatecznie zgłoszony przez Kobylińskiego projekt został odrzucony jako „naruszający przyjęte w urzędzie standardy odbywania podróży służbowych przez przedstawicieli stołecznych władz samorządowych”.

Trudno o bardziej kuriozalne uzasadnienie, bo idę o zakład, że z dokładnie tych samych powodów – „naruszenia standardów odbywania podróży” – warszawscy kierowcy nie spieszą się do przesiadki z własnych czterech kółek na rzecz rowerów czy komunikacji miejskiej.

Urzędnicze „samozaoranie” – nie chcę rowerów bo to niebezpieczne

Lektura argumentów przytoczonych przez urzędników za pozostawieniem floty samochodów służbowych daleko wykracza poza ramy popularnego dziś słowa „samozaoranie”. W piśmie czytamy bowiem, że „prezydent i kierownictwo Urzędu zwyczajowo korzystają z samochodów, które gwarantują im sprawne zarządzanie miastem„, a „rezygnacja z tego standardu wiązałaby się z ryzykiem obniżenia efektywności działań zarządczych – w szczególności w sytuacjach kryzysowych„.

Nie wiem, co warszawscy urzędnicy rozumieją pod pojęciem „sytuacji kryzysowych”, ale jako etatowa głowa rodziny, której członkowie w zbliżonym czasie dotrzeć muszą do przedszkoli, szkół i zakładów pracy – muszę się z nimi zgodzić. Faktycznie nie wyobrażam sobie bez własnego samochodu sprawnego zarządzania w codziennych sytuacjach kryzysowych własną rodziną, a co dopiero liczącym setki tysięcy mieszkańców miastem!

Jako rodzica ujął mnie również argument za tym że:

…poruszanie się kierownictwa Urzędu rowerami w czasie np. niekorzystnych warunków atmosferycznych, w szczególności warunków na drogach, podnosi ryzyko utraty zdrowia lub życia w możliwej kolizji drogowej; korzystanie z samochodu mającego liczne atesty i certyfikaty bezpieczeństwa jest w tym kontekście rozwiązaniem znacznie korzystniejszym.

Cóż, naprawdę rzadko zdarza mi się w pełni zgadzać z urzędnikami, ale sam nie ująłbym tego lepiej. Warszawscy urzędnicy odkryli właśnie fenomen SUV-ów – większych, cięższych i zapewniających wyższą pozycję za kierownicą niż standardowe samochody.

Pod argumentacją dotyczącą poziomu bezpieczeństwa podpisze się każdy rodzić, który – wbrew nawoływaniom do korzystania z rowerów i przyczepek – codziennie odwozi swoje dziecko do przedszkola autem. Dokładnie z tego powodu, zamiast rowerem z przyczepką, wożę córę samochodem ocenionym przez EuroNCAP na 5 gwiazdek.

Warszawscy urzędnicy: zamiast rowerów, nowe samochody

Inne argumenty? Np. taki, że po przesiadce na rowery:

.konieczne byłoby podjęcie kroków zmierzających do podniesienia ogólnego stanu zdrowia i tężyzny fizycznej pracowników, niezbędnych do sprawnego i szybkiego poruszania się rowerem/rikszą.

W tym miejscu widzę jednak pewną nieścisłość.

Przecież rower oznacza zdrowy tryb życia i w naturalny sposób przekłada się na podniesienie ogólnego stanu zdrowia oraz rozbudowanie tkanki mięśniowej. Czego tu się bać? Katar czy zapalenie zatok nikogo jeszcze nie zabiły, a odrobina ruchu pozwoli odegnać widmo nadwagi i choroby wieńcowej.

Tym bardziej, że – zgodnie z kolejnym argumentem – członkowie kierownictwa przejeżdżają dziennie nawet do – uwaga – 150 km. Ratusz mówi więc o konieczności zatrudnienia „rowerzystów zmienników”, a ja zachodzę w głowę, jak ten dystans ma się do promowanej przez władze stolicy idei miasta 15-minutowego?

Ostatecznie za samochodami przemawia jednak argument natury ekonomicznej. Urzędnicy piszą, że nie sprzedadzą samochodów i nie przesiądziemy się na rowery, bo: „w budżecie są już zaplanowane pieniądze na leasing samochodów służbowych, w tym samochodów elektrycznych„.

Gdyby ktoś z Was, drodzy Warszawiacy, miał wątpliwości – chodzi o WASZE PIENIĄDZE.

Ukrywanie Trzeciej Tajemnicy Fatimskiej





Ukrywanie Trzeciej Tajemnicy Fatimskiej.
Chris Ferrara : the Third Fatima Secret cover-up (Ukrywanie Trzeciej Tajemnicy Fatimskiej) 
[przypominam.. md]  https://www.bitchute.com/video/hXGN6THGWw9p/

Dziękuję John, wielebni księża, Wasze Ekscelencje. Dziękuję za przywilej ponownego zwrócenia się do was. Ten temat będzie raczej kontrowersyjny, nawet bardziej niż to o czym mówiłem wczoraj. Być może niektórzy z was odbiorą to o czym zamierzam mówić jako poważne oskarżenie. Chciałbym odnieść się do tego oskarżenia bezpośrednio, na końcu tej prezentacji. Mam nadzieję, że będę w stanie je przedstawić w sposób, który pozwoli nam podejść do tego bez wrogości albo urazy, w stosunku do osób, stojących na czele Kościoła, ale raczej ze zrozumieniem tego, w jaki sposób rozwinął się problem, o którym dzisiaj będę mówić.
Tematem mojego wystąpienia jest Trzecia Tajemnica Fatimska i kontrowersje, związane z najnowszymi odkryciami wokół niej. Te kontrowersje to oczywiście kwestia, czy władza kościelna, faktycznie upubliczniła pełną treść Trzeciej Tajemnicy Fatimskiej.
Istnieje pewna grupa w Kościele. Ta grupa, na przestrzeni lat, wskazywała na rzeczy, o których zdecydowana większość członków Kościoła nie wie, którymi się nie interesuje lub też do których podchodzi ze sceptycyzmem. Jedną ze spraw, o których mówiła ta niewielka grupa na przestrzeni ostatnich 30 lat, jest to, że Paweł VI nigdy nie zabronił odprawiania tradycyjnej mszy łacińskiej i że każdy kapłan w Kościele, ma prawo odprawiać tradycyjną mszę łacińską.
I oczywiście papież Benedykt XVI potwierdził, że tak w istocie jest. W swoim liście apostolskim "Motu Proprio", powiedział, że tradycyjna msza łacińska nigdy nie została zniesiona a w swoim liście wyjaśniającym, stwierdził, że nigdy nie została zabroniona. I że nigdy nie była potrzebna zgoda, by odprawiać tę mszę.
Było coś jeszcze, o czym ta mała grupa mówiła przez lata - że podczas konsekracji Rosji, trzeba wymienić nazwę "Rosja". Że nie można konsekrować narodu, jeśli się go nie wymieni [z nazwy].
Na podstawie tych dwóch przykładów, można powiedzieć, że ta grupa ma skłonność do wskazywania rzeczy oczywistych. Niektórzy określają tę grupę różnymi obraźliwymi nazwami. Ta grupa nazywana jest "tradycjonalistami" lub "fatimistami" lub "ekstremalnymi tradycjonalistami" lub "fatimitami" lub inną obraźliwą nazwą. Osobliwą cechą tej grupy jest to, że to o czym mówi, okazuje się prawdą, jak w przypadku tradycyjnej mszy, która nie została zabroniona, Rosji, która nie została konsekrowana. Zwyczajne stwierdzenie oczywistości.
Ta grupa, "tradycjonaliści" lub "fatimici", jakkolwiek byś jej nie nazwał, do której też się zaliczam, od lat mówiła, że czegoś brakuje w tym, co Watykan upublicznił w czerwcu roku 2000 [jako Trzecią Tajemnicę Fatimską]. Że muszą istnieć jeszcze słowa, wypowiedziane przez Matkę Bożą do widzących dzieci, które wyjaśniają wizję biskupa w bieli, zabitego na wzgórzu, na obrzeżach zrujnowanego miasta, którą Watykan opublikował w czerwcu roku 2000 i o której powiedział, że to całość Trzeciej Tajemnicy.
Nie - stwierdziła ta grupa. Czegoś tu brakuje. Matka Boża z pewnością musiała wyjaśnić co ta wizja oznacza. Co doprowadziło do tego, że papież został zabity na obrzeżach na wpół zrujnowanego miasta. Dlaczego miasto jest pełne ciał. Dlaczego miasto jest zrujnowane. Jakie to miasto. Kto zabił tych wszystkich ludzi. I kto zabił papieża na obrzeżach miasta, na szczycie wzgórza. Czegoś tu brakuje. 
Okazuje się, że tak, jak ta grupa miała rację, w kwestii mszy łacińskiej, która nie została zakazana, Rosji, która nie została konsekrowana, tak samo ma rację w tym przypadku [Trzeciej Tajemnicy]. Zagadka [ujawnienia] została rozwiązana. Mamy naocznego świadka, arcybiskupa Capovilla, Loris F. Capovilla, osobistego sekretarza Jana XXIII, który ujawnił jednemu spośród mówców, uczestniczących w tej konferencji, Solideo Paolini, że w rzeczywistości istnieją dwie różne koperty, zawierające Trzecią Tajemnicę Fatimską i dwa różne teksty, składające się na Trzecią Tajemnicę Fatimską.
Pierwsza koperta zawiera wizję, która została ujawniona 26 czerwca roku 2000, a druga koperta, zawiera tekst, którego treści jeszcze nie ujawniono. Ale arcybiskup Capovilla potwierdził a Watykan nie zaprzeczył, że istnieją dwie koperty. Pierwsza koperta, mówi arcybiskup, zawsze znajdowała się w apartamencie papieskim, w biurku do pisania Jana XXIII, w zabytkowym biurku. W tak ważnym zabytku, że biurku nadano nazwę. Nazwano je "Barbarigo".
 Arcybiskup powiedział, że w [pierwszej] kopercie jest tekst, który znajduje się w biurku "Barbarigo" i Watykan nie zaprzeczył temu. 
A więc zagadka jest rozwiązana. Wiemy, że istnieje brakujący tekst [Trzeciej Tajemnicy]. Teraz pytaniem jest, co zawiera ten tekst. Co się w nim znajduje. Mała grupa "tradycjonalistów", "fatimitów" i "ekstremistów", jak zwykle, "dodaje dwa do dwóch i otrzymuje cztery". To do czego doszli to kolejne stwierdzenie oczywistości, co ten brakujący tekst musi zawierać. Jak oni do tego doszli? Po prostu spojrzeli na istniejące dowody, ponieważ wiele osób mówiło o tym, co jest w pierwszej kopercie, znajdującej się w biurku "Barbarigo". I wiele osób ujawniło, w taki czy inny sposób, zawartość tego tekstu. 
Pierwszą z nich, był papież Pius XII. W 1931 roku, kiedy jako Monsignor Pacelli, był Sekretarzem Stanu Papieża Piusa XI, przyszły papież Pius XII, wypowiedział następujące słowa na temat przesłania Fatimy. Chcę, byście zapamiętali ten cytat, gdyż jest jednym z najważniejszych dowodów, ponieważ jest to absolutnie zadziwiające, że papież wygłosił to w 1931 roku.
Oto, co powiedział: "jestem zmartwiony, słowami Matki Bożej, skierowanymi do małej Łucji z Fatimy. Ta konsekwencja z jaką Maryja, odnosi się do zagrożeń, które czyhają na Kościół, jest bożym ostrzeżeniem, przed SAMOBÓJSTWEM, które grozi, w przypadku zmiany wiary, liturgii, teologii i duszy [Kościoła]".
Następnie przyszły papież mówi: "słyszę wszędzie wokół mnie, innowatorów, którzy chcą zdemontować 'Świętą Kaplicę', zgasić płomień powszechności Kościoła, odrzucić jego ozdoby i sprawić, by poczuł wyrzuty sumienia z powodu swojej historycznej przeszłości". 
Potem [przyszły] papież ostrzega, przed tym, co nadciąga nad Kościół. Mówi: "nadejdzie dzień, kiedy cywilizowany świat zaprze się swojego Boga, kiedy Kościół zwątpi, jak zwątpił Piotr. Kościół będzie kuszony, by uwierzyć, że człowiek stał się Bogiem. W kościołach, chrześcijanie na próżno będą szukać wiecznej lampki, wskazującej miejsce, gdzie Bóg na nich czeka. Będą pytać, jak Maria Magdalena, płacząca nad pustym grobem: 'gdzie Go zabrano?' ".
Tak o przyszłości Kościoła mówił [przyszły] Pius XII, na 31 lat przed Soborem Watykańskim II. Mówił to w odniesieniu do przesłania, które siostra Łucja, otrzymała od Matki Bożej. Mówił o tym, w odniesieniu do przesłania Fatimy. Mówił, że przesłanie Fatimy, dotyczy kryzysu w Kościele, spowodowanego samobójstwem zmiany liturgii, teologii i duszy Kościoła.
Przeczytałem oryginalny francuski tekst, oświadczenia papieża. Posiadam biografię papieża, autorstwa Monsignor’a Roche, który spisał tę rozmowę, w której papież złożył to oświadczenie. Nie ma wątpliwości, że [papież] złożył to oświadczenie! 
Dzięki temu oświadczeniu z 1931 roku, wiemy, że w tekście przesłania fatimskiego, jest coś na temat zmian w liturgii, zmian w teologii, zmian w duszy Kościoła, na temat czasów, w których w kościele parafialnym, ludzie nie znajdą wiecznej lampki. Jeśli chodzi o Amerykę, mogę potwierdzić, że istnieje wiele kościołów, z czasów po Soborze Watykańskim II, w których nie znajdziecie wiecznej lampki i w których będziecie mogli zapytać, podobnie jak Pius XII: 'gdzie Go zabrano?', gdzie jest Bóg w Postaci Eucharystycznej? To niezwykłe proroctwo, wypełniło się a przyszły papież, powiązał to z przesłaniem Fatimy. 
Tak więc wiemy, że Trzecia Tajemnica musi zawierać odniesienie do zmian w liturgii, teologii i duszy Kościoła, ponieważ pierwsze dwie tajemnice, które były znane już od lat dwudziestych XX wieku, w ogóle o tym nie mówiły! Tak więc to o czym papież Pius XII mówił [w 1931 roku], musi stanowić część Trzeciej Tajemnicy, nie znanej światu w 1931 roku. To oczywisty wniosek, gdy weźmiemy pod uwagę dostępne dzisiaj dowody.

Siostra Łucja. Ostatni wywiad z 1957. Przesłanie Matki Bożej jest ostatecznym ostrzeżeniem.

Ostatni wywiad z 1957. Siostra Łucja. Przesłanie Matki Bożej jest ostatecznym ostrzeżeniem.

[przypominam, bo ciągle jeszcze aktualne. MD]
---------------------
W wywiadzie ks. Fuentesa, przeprowadzonym 26 grudnia 1957 roku, zostało zaprezentowane ostateczne przesłanie Matki Bożej dla świata, powierzone posłańcowi Matki Bożej oraz ostatniemu żyjącemu świadkowi objawień w Fatimie [Siostrze Łucji].

Przesłanie Matki Bożej było ostrzeżeniem. Bóg ukarze świat, jeśli ludzie nie zwrócą uwagi na przesłanie Matki Bożej, powierzone Łucji oraz jej kuzynom Hiacyncie i Franciszkowi. W momencie przeprowadzania wywiadu, 40 lat po objawieniach w Fatimie i Cudzie Słońca, mało osób zwróciło uwagę na przesłanie.

Ponieważ zarówno dobrzy, jak i źli zignorowali doniosłość objawienia Fatimy, Bóg ukarze świat po 1960 roku. Siostra Łucja przewidywała ciągłe postępy komunizmu, bliską karę ze strony Rosji oraz rewolucję modernistyczną w Kościele Katolickim, która zmieni go nie do poznania.

Siostra Łucja przekazała, jakie środki duchowe będą potrzebne by przetrwać w tych złowrogich czasach.  Potrzebna jest postawa osobistej odpowiedzialności, duchowej samodzielności, oddanie się Niepokalanemu Sercu Matki Bożej oraz ciągłe uciekanie się do Boga i Matki Bożej poprzez modlitwę różańcową.

Śledztwo organizacji 'Prawda o Siostrze Łucji' ('Sister Lucy Truth'), prowadzone na podstawie analiz naukowych, jasno wskazało, że należy zignorować KAŻDE SŁOWO "Siostry Łucji", które pojawiło się po wywiadzie z ks. Fuentesem [uzasadnienie we wcześniejszych materiałach wydanych przez organizację – tłum].
Ceńmy słowa prawdziwej Siostry Łucji jako wskazówki by osiągnąć wieczne błogosławieństwo.

Ostatni wywiad.

Siostra Łucja, która udzieliła wywiadu w ostatnich dniach roku 1957, była pełnym smutku posłańcem Matki Bożej, roniącej łzy nad ludzkością, z powodu kary, która nadciąga po roku 1960.
Wywiad z 26 grudnia 1957 roku.
Rozmawiając z Siostrami Misjonarkami Najświętszego Serca Pana Jezusa, 22 maja 1958 w Meksyku, ks. Fuentes powiedział : "Chciałbym opowiedzieć o ostatniej rozmowie z Siostrą Łucją jaką miałem 26 grudnia ubiegłego roku. Była bardzo smutna, blada i wycieńczona". 
Ks. Fuentes odczytał słowa jakie Siostra Łucja wypowiedziała podczas wywiadu : "Księże, Matka Boża jest bardzo smutna, gdyż nikt nie zwraca uwagi na Jej przesłanie. Ani dobrzy, ani źli. Dobrzy, pozostają na drodze ku dobremu, nie zważając na przesłanie. Źli, ze względu na swoje grzechy, nie widzą kary bożej, która już ich dotknęła. Oni pozostają na drodze ku złemu, ignorując przesłanie."
"Księże, musisz mi uwierzyć, że Bóg ma zamiar ukarać świat w straszny sposób. Kara z Nieba jest blisko, poniesiemy konsekwencje za rok 1960. Co wtedy nastąpi? To co nastąpi będzie bardzo smutne i nieszczęsne dla całej ludzkości, jeśli wcześniej świat nie będzie się modlić i czynić pokuty. Nie mogę podać więcej szczegółów, ponieważ to wciąż tajemnica [Trzecia Tajemnica Fatimska w roku 1957]. Z woli Matki Bożej, tylko Ojciec Święty i biskup Fatimy, mogą zapoznać się z tajemnicą [przed rokiem 1960 - tłum.]. Obaj jednak zdecydowali się jej nie otwierać, by ona na nich nie wpłynęła. Trzecia część przesłania Matki Bożej, pozostanie tajemnicą do roku 1960."

"Powiedz im księże, że Matka Boża wiele razy powtarzała moim kuzynom Franciszkowi i Hiacyncie, jak również mi, że wiele narodów zniknie z powierzchni ziemi, że z woli Nieba, Rosja będzie narzędziem kary dla całego świata, jeśli nawrócenie tego biednego narodu, nie zostanie uzyskane wcześniej."
Siostra Łucja powiedziała także : "Księże, diabeł wydał ostateczną bitwę Matce Bożej.
Jak wiesz, to co najbardziej obraża Boga i to co zapewnia diabłu największą liczbę dusz w najkrótszym czasie, to pozyskanie dusz osób poświęconych Bogu. To pozostawia świeckich bez ochrony i diabeł może łatwiej przejąć ich dusze. Księże, powiedz im też, że moi kuzyni Franciszek i Hiacynta, widząc wciąż zasmuconą Matkę Bożą, czynili ofiary [za grzeszników]. Matka Boża nigdy się nie uśmiechała. Cierpienie, które u Niej widzieliśmy, spowodowane obrażaniem Boga i karą, która grozi grzesznikom, przenikało nasze dusze. Będąc dziećmi, nie wiedzieliśmy co więcej możemy czynić, niż to by modlić się i czynić ofiary."

Odnośnie wizji piekła, które Matka Boża pokazała Łucji, Franciszkowi i Hiacyncie, Siostra Łucja powiedziała : "Z tego powodu, moją misją jest nie tylko mówić o materialnych karach, które z pewnością nadejdą na świat, jeśli nie będzie się on modlić i czynić pokuty. Moją misją jest, by ostrzec wszystkich o nadciągającym niebezpieczeństwie utraty duszy na całą wieczność, jeśli zdecydujemy się trwać w grzechu.
Księże, nie powinniśmy czekać na wezwanie Ojca Świętego z Rzymu, by czynić pokutę, ani na wezwanie biskupów naszych diecezji w tym względzie, ani na wezwanie z kongregacji religijnych. Bóg już wielokrotnie używał tych środków, ale świat nie zważał na nie. Dlatego każdy z nas musi sam zacząć nawracać się duchowo. Każdy z nas musi ratować nie tylko własną duszę, ale też wszystkie dusze, które Bóg postawił na naszej drodze."
"Księże, Matka Boża nie powiedziała mi, że jesteśmy w czasach ostatecznych, ale zrozumiałam, że tak jest z trzech powodów. 
Po pierwsze, Matka Boża powiedziała, że diabeł wydał Jej ostateczną bitwę. To bitwa, po której jedna strona będzie zwycięska, druga przegrana. Od teraz jesteśmy albo po stronie Boga albo po stronie diabła, nie ma innych opcji.
 Po drugie, Matka Boża powiedziała mi i moim kuzynom, że Bóg daje światu dwa ostatnie środki ratunku : modlitwę różańcową i oddanie się Niepokalanemu Sercu Matki Bożej. Oznacza to, że innych środków już nie będzie. 
Po trzecie, Bóg zawsze karze świat dopiero wtedy, gdy wyczerpie wszystkie inne środki ratunku.
Gdy Bóg widzi, że nikt nie zwraca na nie uwagi, posyła jako ostatnią szansę zbawienia, Swoją Błogosławioną Matkę. Jeśli wzgardzimy tymi ostatnimi środkami ratunku i odrzucimy je, Niebo już nam nie przebaczy, ponieważ popełnimy grzech, który Ewangelia nazywa grzechem przeciw Duchowi Świętemu. Ten grzech oznacza jawne odrzucenie - za pełną wiedzą i wolą - zbawienia, którego wybór znajduje się w naszych rękach.
Ponieważ Jezus, jest bardzo dobrym Synem, On nie pozwoli obrażać i pogardzać Swoją Błogosławioną Matką. W historii jest wiele świadectw z różnych wieków, jak On zawsze bronił honoru Swojej Błogosławionej Matki."
"Modlitwa i ofiara to dwa środki by uratować świat. W tych czasach ostatecznych, w których żyjemy, Błogosławiona Dziewica, nadała nową skuteczność modlitwie różańcowej. W taki sposób, że nie ma problemu, który nie mógłby być rozwiązany poprzez modlitwę różańcową. Niezależnie jak trudny by nie był, czy to doczesny czy przede wszystkim duchowy, czy w życiu duchowym każdego z nas, czy naszych rodzin, czy rodzin na świecie, czy wspólnot religijnych, czy nawet w życiu ludów lub całych narodów. Powtarzam, nie istnieje problem, jakkolwiek trudny mógłby być, który nie mógłby być rozwiązany w tych czasach poprzez modlitwę różańcową. Poprzez modlitwę różańcową uratujemy nas samych, uświęcimy się, pocieszymy Jezusa oraz wyprosimy zbawienie wielu dusz."
"Drugim środkiem jest oddanie się Niepokalanemu Sercu Matki Bożej, naszej Najświętszej Matki, w którym znajduje się litość, dobroć, przebaczenie, które jest pewną drogą by osiągnąć Niebo."
"To jest pierwsza część przesłania, odnosząca się do Matki Bożej z Fatimy, druga część, która jest krótsza ale nie mniej ważna, odnosi się do Ojca Świętego."

Można doprowadzić do uzdrowienia całego systemu prawnego. I to w ciągu roku.

Michalkiewicz: „Można by doprowadzić do uzdrowienia całego systemu prawnego. I to w ciągu roku”

mozna-doprowadzic-do-sanacji-systemu

W rozmowie Tomasza Sommera ze Stanisławem Michalkiewiczem, jaka ukazała się na kanale Sommer 13, pojawił się m.in. temat odnowy prawa podatkowego. Publicysta przypomniał kilka swoich projektów ustaw. 

– Kolega Mentzen jest pod nagonką i ma zamiar przedstawić ustawy w ciągu tygodnia, które podobno skracają te wszystkie kodeksy podatkowe do kilkudziesięciu stron, z kilku tysięcy – powiedział Sommer.

– Ja miałem pomysł jednej ustawy, która by jedną trzecią skutków biegunki legislacyjnej usunęła, a być może nawet połowę odparł Michalkiewicz.

– Otóż ustawa była bardzo krótka zapewnił. Publicysta wymienił kilka jej artykułów.

Art. 1: Przywraca się moc obowiązującą Kodeksu zobowiązań.

Art. 2: Uchyla się wszystkie akty prawne sprzeczne z tą regulacją.

Art. 3: Zobowiązuje się Radę Ministrów do ogłoszenia w terminie rocznym listy aktów prawnych uchylonych w trybie artykułu poprzedzającego.

Art. 4: Ustawa wchodzi w życie z dniem…

==========================

– Takie ustawy nam są potrzebne – podsumował Michalkiewicz. – Co to miałoby oznaczać właściwie? – dopytywał Sommer.

– To, że znaczna część biegunki legislacyjnej, tych wszystkich dyrektyw Komisji Europejskiej, to wszystko by musiało być uchylone – wyjaśnił publicysta.

– Jak tyle lat zajęło przyjmowanie ich, to ma pan świadomość ile lat by zajęło uchylanie ich? – pytał redaktor naczelny nczas.com.

– Nie. W jednej chwili by się uchyliło – odparł Michalkiewicz. Sommer, jednak nie dowierzał i chciał wiedzieć, „no jak?”.

– W ciągu roku Rada Ministrów by musiała ogłosić listę aktów prawnych uchylonych w tym trybie, które zostały uchylone na mocy tej ustawy. I tyle – skwitował publicysta.

– Na tym polega reforma prawdziwa, że się węzły gordyjskie przecina, a nie supła się je jeszcze bardziej – skwitował.

– Czyli pan tutaj kolegę Mentzena przebija jednostronicową ustawą? – powiedział Sommer.

– Ależ oczywiście, że tak. Cztery artykuły wystarczą. Co jest więcej, to od złego pochodzi – odpowiedział Michalkiewicz.

W dalszej części programu Sommer pytał, „Co wtedy z tymi wszystkimi podatkami?”.

Michalkiewicz przypomniał, że Korwin-Mikke wygrał kiedyś konkurs Ministerstwa Finansów na najlepszy system podatkowy. – Proponował trzy podatki: pogłówne, podymne i łanowe – wyjaśniał.

– Świetny system podatkowy, naprawdę. I co więcej również moralnie uzasadniony – wskazał.

– Ja już taki projekt ustawy w innej sprawie proponowałem, mianowicie:

Art. 1: Przywraca się moc obowiązującą ustawy o działalności gospodarczej w brzmieniu z 1 stycznia 1989 roku.

Art. 2: Uchyla się wszystkie akty prawne sprzeczne z tą regulacją

Art. 3: Upoważnia się Radę Ministrów (…) – dodał.

– W ten sposób można by doprowadzić do sanacji całego systemu prawnego. I to w ciągu roku, tu nie ma co czekać. Milton Friedman mówił, że jak czegoś się nie zrobi w ciągu stu dni, to już się potem nie zrobi – skwitował Michalkiewicz.

Można jedynie opuścić UE lub pogodzić się z agonią demokracji.

Unia Europejska: Permanentny pucz “technokracji fasadowej”

Nie można bowiem ani prowadzić innej polityki w owych ramach, ani ich zreformować. Można jedynie opuścić UE lub pogodzić się z agonią demokracji.

Date: 14 Maggio 2023 Author: Uczta Baltazara

Ze swoją Komisją, Parlamentem i Trybunałem Sprawiedliwości, Unia Europejska wygląda jak wzorcowy system demokratyczny. Tyle tylko, że jest to jedynie katastrofalna fikcja.

Jean Monnet, który z kupca koniaku stał się bankierem w San Francisco, wolał służyć Brytyjczykom niż reprezentować wolną Francję w Waszyngtonie Jean_Monnet. Następnie, w 1943 roku, jego nowi amerykańscy pracodawcy wysłali go do Algieru, aby zapewnić polityczne przewodnictwo wysoce podatnemu na manipulacje generałowi Giraud, którym zamierzali zastąpić generała de Gaulle’a.

Giraud de_Gaulle

Później, w Europie zimnej wojny, ten najbardziej amerykański z Francuzów stał się inspiracją – według słów de Gaulle’a – dla wszystkich inicjatyw mających na celu zorganizowanie zachodniej części kontynentu jako filii Stanów Zjednoczonych: a były nimi Europejska Wspólnota Węgla i Stali (EWWiS), Europejska Wspólnota Obronna (EDC), stała struktura NATO, Europejska Wspólnota Gospodarcza (EWG), Europejska Wspólnota Energii Atomowej (EURATOM), storpedowanie traktatu francusko-niemieckiego z 1963 roku przez dodanie przez Bundestag jednostronnej preambuły.

Poprzez tego rodzaju inicjatywy Monnet chciał zapobiec «robieniu rzeczy głupich przez obywateli», stosując następującą metodę: zredukowanie demokracji do formy wyborczej pozbawionej wszelkiego znaczenia, ponieważ decyzje podejmowane są przez niewybieralne organy, które «lepiej niż obywatele wiedzą, co jest dla nich dobre».

W rzeczywistości mamy do czynienia z permanentnym zamachem stanupolegającym na mnożeniu faktów dokonanych o charakterze technicznym – których ostatecznego celu obywatele nie powinni być w stanie dostrzec. Realizowane jest to poprzez zamknięcie polityki w takiego rodzaju ograniczeniach, że na koniec możliwa jest wyłącznie jedna polityka – tj. ta “rozsądna”.

To właśnie powiedział de Gaulle podczas swojej konferencji prasowej w dniu 12 listopada 1953 roku: połączyć “państwa, armie, ideologie […] w sposób, w jaki łączy się kapitały dwóch konkurujących ze sobą firm” –  neutralizując suwerenność narodów za pomocą “technokracji fasadowej”, czyli czynnika sprawczego owej wielkiej transformacji.

Oto cała filozofia “konstrukcji europejskiej” ostatnich siedemdziesięciu lat. I nie ma innej.

Magiczna zapadka Ratchet_effect

W demokracji naród jest suwerenem. To znaczy, że poprzez swoich okresowo wybieranych przedstawicieli w uczciwym i pluralistycznym głosowaniu, naród może cofnąć to, co ustalił. Jeśli jedna większość znacjonalizowała, inna może sprywatyzować, a następna prowadzić jeszcze bardziej przeciwstawną politykę. Żadna dziedzina życia narodowego nie wymyka się tej zasadzie.

W systemie Unii Europejskiej to uprawnienie już nie istnieje. Od roku 1951, każdy traktat, każda dyrektywa, każde rozporządzenie, każde orzeczenie Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości coraz bardziej pozbawiło przedstawicieli wybranych przez obywateli tychże uprawnień – uprawnień, które są podstawą każdej demokracji: tj. prawa inicjatywy i głosowania nad ustawami oraz zatwierdzania budżetu.

Ponieważ w UE żaden tekst mający wartość legislacyjną nie jest omawiany ani zatwierdzany przez prawdziwy parlament, żaden dokument nie może zostać zmieniony – a możliwość zmiany jest kolejnym przywilejem parlamentu leżącym u podstaw demokracji. Wszystko musi zostać “przetransponowane do prawa krajowego”, pod groźbą grzywny, jeśli termin jest zbyt długi, przez parlamenty zredukowane do roli biur protokolarnych, jak dzieje się to w reżimach autorytarnych. Jeśli chodzi o budżet, to on również jest ustalany z góry przez traktaty i nakazy wydawane okresowo przez “technokrację fasadową” za pośrednictwem Ogólnych Wytycznych Polityki Gospodarczej (Gope); w przeciwnym razie państwo członkowskie, które od nich odstąpi, zostanie ukarane.

Do tej pory ponad 36 000 aktów prawnych (tj. ponad 100 000 stron!) zostało opracowanych i przyjętych bez interwencji instytucji (PE), która powstała w wyniku głosowania powszechnego i której istnienie nie zostało zlikwidowane w kolejnym głosowaniu. Każdy z owych aktów prawnych uruchomił trybik w “zapadce” tzw. «acquis communautaire» wikipedia, którego żadna władza wyłoniona w wyborach nie może cofnąć, pozbawiając obywateli – dzień po dniu – środków do zmiany polityki i wpływu na ich własny los. Wszystko to jest produktem “technokracji fasadowej”, którą metoda Moneta postawiła ponad demokracją, aby ją zneutralizować.

Fikcyjny Parlament Europejski

Zgromadzenie deliberujące.

Wiele reżimów autorytarnych posiadało, lub nadal posiada, powszechnie wybierane zgromadzenia, w których dopuszczono do rywalizacji kilka partii. Sposób powoływania nie czyni zgromadzenia parlamentem; ono staje się nim jedynie wtedy, gdy posiada pewne uprawnienia: inicjatywę ustawodawczą, prawo do wprowadzania poprawek, prawo do głosowania na temat podatków, możliwość powoływania i kwestionowania władzy wykonawczej – lub blokowania jej działań w przypadku systemu prezydenckiego.

Parlament Europejski nie dysponuje żadnym z wyżej wymienionych uprawnień; przemawia w próżni i o niczym nie decyduje: nazywanie go “parlamentem” jest zorganizowanym zbiorowym oszustwem.

Wyłącznie Rada Unii Europejskiej – działając na wniosek Komisji w Brukseliustala ustala dochody budżetu; Parlament Europejski natomiast może zmienić podział wydatków jedynie za zgodą Rady – przy braku której wymagane jest 3/5 głosów oddanych, reprezentujących co najmniej bezwzględną większość posłów! – Nie ma więc nic wspólnego z uprawnieniami budżetowymi parlamentu zasługującego na to miano.

Jeśli chodzi o inicjatywę ustawodawczą, Parlament Europejski ma jedynie prawo wyrazić własne oczekiwanie, zanim zostanie mu przedłożona propozycja. Ale to wyłącznie Komisja – czyli “technokracja fasadowa” – ściśle uzależniona od lobbyjej pracodawców (które później oferuje lukratywne kariery urzędnikom europejskim, dobrze im słyżącym) – opracowuje dyrektywy i rozporządzenia, z własnej inicjatywy lub na wniosek Rady.

Tak czy inaczej, głosowanie Parlamentu Europejskiego nigdy nie jest wystarczające do przyjęcia tekstu, ponieważ musi go zatwierdzić Rada. A prawo do poprawek jest zredukowane do symulakrum (gdy nie jest ono zabronione), ponieważ w niektórych sprawach przyjęta poprawka musi być zatwierdzona przez Radę. Wymagana jest nawet jednomyślności Rady, jeśli Komisja jest przeciwna!

Powoływanie członków Komisji również jest parodią demokracji. Komisarze, mianowani przez każdy rząd, są zazwyczaj tzw. «kulawymi kaczkami», których pragnie się pozbyć ze sceny krajowej. Tak było w przypadku Jean-Claude’a Junckera – skompromitowanego serią skandali, które zmusiły go do rezygnacji, i tak jest również w przypadku obecnej przewodniczącej, Ursuli von der Leyen, która według sondaży cieszyła się godnym pozazdroszczenia tytułem najgorszego ministra w rządzie Merkel.

Jeśli chodzi o przesłuchanie kandydatów przez Parlament Europejski, to jest to przede wszystkim okazja do pokazania ich niekompetencji i ukrycia ich konfliktu interesów. Jest to oczywiste, ponieważ to “technokracja fasadowa” ma rządzić. Tak więc konserwatywni posłowie do PE z Europejskiej Partii Ludowej i ci z Europejskiej Partii Socjalistycznej, do których teraz dołączyli liberałowie, zatwierdzają wszystko, na koniec śmiesznej komedii, w której ci pierwsi, którzy udawali, że chcą zablokować kandydata popieranego przez drugich, zgadzają się go zatwierdzić, gdy ci drudzy zrezygnują z udawania, że blokują kandydata popieranego przez tych pierwszych. Trzeba było wręcz niemożliwego do ukrycia skandalu, by Sylvie Goulard została odrzucona w roku 2019 Sylvie_Goulard.

Parlament Europejski funkcjonuje wyłącznie dzięki zmowie i wymianie przysług, między partiami, które rywalizują przed wyborcami, ale dogadują się we wszystkim.

Równie groteskowe jest votum nieufności, gdyż aby obalić władzę wykonawczą, w przeciwieństwie do prawdziwego parlamentu, gdzie wystarczy większość bezwzględna, wymagane są dwie trzecie oddanych głosów reprezentujących co najmniej bezwzględną większość deputowanych. Dopiero seria niemożliwych do zduszenia skandali doprowadziła do ustąpienia Komisji Santera w roku 1999 zanim doszło do niemal pewnego votum nieufności. wikipedia.

Jednym z warunków koniecznych do zaistnienia demokracji jest podział władzy: na władzę ustawodawczą, która przygotowuje i poddaje pod głosowanie ustawy; władzę wykonawczą, która kieruje działaniami rządu, poddaje proponowane przez siebie ustawy pod głosowanie władzy ustawodawczej i egzekwuje je; oraz władzę sądowniczą (która, o czym często się zapomina, tak naprawdę nie stanowi “władzy”, ponieważ nie jest wybierana przez naród), która osądza wykroczenia, przestępstwa i zbrodnie karane przez prawo.

Ten rozdział może być mniej lub bardziej kompletny w zależności od rodzaju systemu; jest to warunek, który pozwala obywatelowi zorientować się, kto jest odpowiedzialny za co i w ten sposób oddać świadomy głos.

Jednakże owa podstawowa zasada została zlekceważona od samego początku “budowy Europy”, do tego stopnia, że żaden obywatel nie jest w stanie odróżnić, kto jest odpowiedzialny za co – w UE opartej na całkowitym pomieszaniu władzy. A dzieje się tak, ponieważ Parlament Europejski nie tylko nie posiada władzy ustawodawczej, ale władzę tę sprawuje zarówno Komisja, jak i Rada (reprezentująca państwa członkowskie), czyli te same organy, które pełnią również funkcję wykonawczą.

Krótko mówiąc, mamy pseudo-prawodawczy organ, który nie stanowi prawa oraz dwa organy wykonawcze – z których jeden jest czysto technokratyczny – które wspólnie sprawują funkcję ustawodawczą… razem z trzecim podmiotem, który stanowi najgorsze zaprzeczenie zasady demokracji: Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

Faktycznie, zamiast być organem sądowym, który rozstrzyga spory wynikające ze stosowania traktatów i zasad uchwalonych przez obu ustawodawców, sąd ten nadał sobie uprawnienia do produkcji prawa w sposób ciągły.

Dzień 20 lutego 1979 roku był czarnym dniem dla demokracji: podczas drobnego sporu handlowego między firmą L’Héritier-Guyot, producentem likieru z czarnej porzeczki, a niemieckim importerem odkryto, że Trybunał – utworzony przez EWWiS (Europejską Wspólnotę Węgla i Stali) Monneta – przypisał sobie prawo – którego nie przyznał mu żaden traktat, żaden parlament ani żaden naród – do “suwerennego” interpretowania traktatów europejskich i wydawania nowych przepisów w oparciu o swe interpretacje, bez żadnej demokratycznej kontroli czy sankcji. Jest to świetne i doskonałe zobrazowanie “metody Moneta”, która polega na ogołoceniu polityki z wszelkich treści poprzez permanentny zamach stanu realizowany przez “technokrację fasadową”.

Odbyło się to przy aktywnej współpracy francuskiej Rady Państwa i Rady Konstytucyjnej oraz wszystkich tzw. partii rządzących – jest to dobrowolna kapitulacja naszych elit, która jest w istocie zbrodnią przeciwko demokracji.

Ale UE narusza tę demokrację jeszcze bardziej otwarcie. Po duńskim referendum w sprawie traktatu z Maastricht w roku 1992, w wyniku którego Dania musiała uzyskać prawo do zachowania własnej waluty narodowej, “technokracja fasadowa” postanowiła, że tego rodzaju wydarzenie już nigdy więcej się nie powtórzy: odtąd, jeśli jakiś naród zagłosowałby źle, głosowanie to powinno zostać w taki czy inny sposób unieważnione.

Kiedy Irlandczycy powiedzieli “nie” traktatom z Nicei (2001), a następnie z Lizbony (2008), musieli zadowolić się kilkoma nic nie znaczącymi deklaracjami dobrych intencji i głosować ponownie pod groźbą obcięcia funduszy europejskich. A kiedy Francuzi i Holendrzy odrzucili rzekomy traktat konstytucyjny (którego jedynym celem była konstytucjonalizacja liberalnego porządku gospodarczego zgodnie z ideologią niemiecką), doświadczyli nie tylko permanentnego zamachu stanu, ale także zamachu parlamentarnego. Ich przedstawiciele – pokazując w ten sposób, że reprezentują wyłącznie siebie – zignorowali oczywistość zasady, że to, o czym zadecydował naród, może zostać unieważnione wyłącznie przez naród, i wepchnęli obywatelom do gardła (z pewnymi symbolicznymi rezygnacjami) kopiuj-wklej odrzuconego traktatu.

Następnie, w roku 2011, w ciągu pięciu dni – z palcem na spuście finansowania – UE zażądała dymisji dwóch wybranych szefów rządów, Georgiosa Papandréou w Grecji i Silvio Berlusconiego we Włoszech, aby zastąpić ich dwoma niewybranymi, fasadowymi technokratami: Grekiem Loukásem Papadimosem – byłym wiceprezesem Europejskiego Banku Centralnego (EBC) oraz Włochem Mario Montim – byłym komisarzem europejskim, który wcześniej pracował w amerykańskim banku Goldman Sachs, w którym – od roku 2016 –szczęśliwe dni spędza były przewodniczący Komisji Europejskiej – José Manuel Barroso. Pucz został powtórzony w lutym 2021 roku, za sprawą zdrady włoskich wyborców przez partię Pięciu Gwiazd i Ligę, na rzecz Mario Draghiegoktóry z Goldman Sachs przeniósł się na stanowisko prezesa EBC.

Grecja: nasza przyszłość w UE

Ale to właśnie w Grecji, gdzie się narodziła, demokracja została naruszona z największą brutalnością. W styczniu 2015 roku partia Syriza wygrała wybory dzięki obietnicy zerwania z polityką oszczędnościową narzucaną Grecji od 2009 roku. Ale po sześciu miesiącach konfrontacji – prawdziwej czy symulowanej – oraz referendum, w którym “nie” dla żądań UE, EBC i Międzynarodowego Funduszu Walutowego wygrało 61,3% głosów, premier Tsipras oraz bardzo wąskie grono jego otoczenia zdecydowało się skapitulować i wdrożyć trzeci (i najgorszy) z memorandów narzuconych przez tzw. trojkę.

Owe memoranda są całkowitym zaprzeczeniem demokracji. Polegają one na narzuceniu parlamentowi państwa członkowskiego setek środków, z których niektóre są sprzeczne z obowiązującą w tym państwie konstytucją.

Listy, o których mowa są sporządzane w języku angielskim przez “technokrację fasadową”, bez najmniejszego udziału urzędników wybranych w wyborach. Środki te dotyczą wszystkich dziedzin życia narodowego i wymuszają sprzedaż/rozbiórkę majątku publicznego. Setki stron owych memorandów nie są nawet w pełni przetłumaczone przed wysłaniem ich do posłów, którzy – nie mając fizycznej możliwości zapoznania się z nimi – są zmuszeni głosować na nie pod groźbą wstrzymania finansowania (które uniemożliwiłoby państwu wypłacanie wynagrodzeń urzędnikom państwowym), oraz w ramach procedury nadzwyczajnejna pojedynczy artykuł upoważniający rząd do transpozycji wszystkiego, co zawiera memorandum do prawa krajowego.

Nie można sobie wyobrazić bardziej totalnego zaprzeczenia roli parlamentu, a tym samym suwerenności narodu. Juncker ostrzegł Greków: “Nie może być mowy o demokratycznym wyborze wbrew traktatom europejskim”  (Le Figaro, 28/01/2015); co oznacza, że: demokracja istnieje najwyżej na marginesie, ponieważ traktaty europejskie zrealizowały marzenie Monneta, ustalając porządek ekonomiczny i społeczny, z którego narodom nie wolno wyłamywać się.

Grecja stała się laboratorium narzucania siłą owego porządku, co do którego Francuzi muszą zrozumieć, że jest ich przyszłością: obniżenie płac i emerytur, które powoduje eksplozję nędzy i zubożenie dużej części klasy średniej; podwyższenie wieku emerytalnego; wyprzedaż majątku publicznego; zniszczenie państwa opiekuńczego i prawa pracy; cięcia w wydatkach państwowych, które sprawiają, że służby publiczne, w tym edukacja i służba zdrowia, nie są w stanie wypełniać swoich zadań.

UE: Z niej się wychodzi albo umiera

Na razie jedynym krajem, który zrozumiał, dokąd prowadzi ów dryf, jest ten, którego patriotyzm jest głęboko parlamentarny: Wielka Brytania.

Bo to właśnie oznacza Brexit: jeśli parlament westminsterski nie decyduje już o podstawowych kierunkach życia królestwa, to demokracja przestaje istnieć. To dlatego gniew “technokracji fasadowej” rozszalał się przeciwko decyzji Brytyjczyków. I to dlatego Brexit powinien był nie udać się. Bo w przeciwnym razie dawano zły przykład innym.

Ale Brexit ma się dobrze: Wielka Brytania mnoży umowy bilateralne, kontrola jej granic generuje wzrost płac, wzrost w roku 2021 był najbardziej energiczny spośród krajów rozwiniętych.

Jeśli chodzi o Francuzów, żyją oni w reżimie propagandowym, który zaczyna się w szkole oraz zakazuje w dużych mass-mediach jakiegokolwiek debaty, która kwestionuje “konstrukcję europejską” – chyba że w sposób marginalny, aby utrzymać iluzję pluralizmu, przy czym dbając o to, aby aparat medialny uniemożliwiał tym – którzy w drodze wyjątku – są zapraszani do studiów na rozwinięcie najmniejszego dyskursu spójnego. Francuzi biją się więc przeciwko polityce oszczędności, niszczeniu prawa pracy, reformie emerytalnej, degradacji usług publicznych, a jutro przeciwko prywatyzacji ubezpieczeń społecznych. Ale nie dostrzegają, skąd nadchodzą owe ciosy.

Demonstrują, dezerterują urny wyborcze i sankcjonują tzw. partie rządzące, głosują na formacje, które jeszcze nie sprawują władzy, a które obiecują prowadzenie innej polityki. Nie widzą jednak, że głosowanie zostało sprowadzone do konkursu piękności między kandydatami, którzy będą prowadzić tę samą politykę ograniczoną ramami UE i walutą euro.

Nie można bowiem ani prowadzić innej polityki w owych ramach, ani ich zreformować. Można jedynie opuścić UE lub pogodzić się z agonią demokracji.

INFO: union-europeenne-le-coup-d-etat-permanent-de-la-technocratie

Powiedz NIE zagarnięciu władzy przez WHO – Działaj już teraz!

Ignacio Arsuaga, CitizenGO” <petycje@citizengo.org>

Światowa Organizacja Zdrowia, będąca częścią Organizacji Narodów Zjednoczonych,  negocjuje obecnie nowy Traktat Pandemiczny, który znacznie rozszerzyłby jej uprawnienia i wpłynął na nasze prawa i wolności.Informacje, które dotarły do nas po ostatnim spotkaniu są bardzo niepokojące:Wstępny projekt traktatu jest już niemalże ukończony. W jego obecnej formie traktat ten ogranicza wolność słowa, rozszerza nadzór nad obywatelami oraz wprowadza takie środki jak paszporty zdrowotne, które ograniczają swobodę podróżowania. Dodatkowo, projekt zakłada przymusowe szczepienia, co pod pretekstem „zapobiegania pandemii”, jest naruszeniem naszych praw obywatelskich.Ale nie traćmy nadziei!
Nadal mamy szansę na zatrzymanie tego niebezpiecznego projektu, jakim jest Traktat Pandemiczny podczas 76. sesji Światowego Zgromadzenia Zdrowia, która odbędzie się w dniach 21-30 maja.Aktualnie znajdujemy się w punkcie krytycznym i musimy podjąć szybkie działania  w obronie naszych praw i wolności.
Czas ucieka!Musimy działać szybko, aby zapewnić, że nasi liderzy będą stawiać dobro obywateli Polski ponad interesami rządu światowego. Dlatego potrzebujemy dzisiaj Twojego zaangażowania:
Podpisz petycję wzywającą Ministra Zdrowia do odrzucenia niebezpiecznego Traktatu Pandemicznego, który poważnie naruszyłby nasze prawa i wolności obywatelskie oraz uniemożliwiłby skuteczne działania w sytuacji zagrożenia epidemicznego.
Dlaczego powinniśmy sprzeciwić się temu niebezpiecznemu Traktatowi Pandemicznemu?Światowa Organizacja Zdrowia chce przypisać sobie prawo do ustalania jednej, globalnej strategii zwalczania przyszłych epidemii. To dałoby jej międzynarodową kontrolę zarówno podczas, jak i poza okresem epidemii (dokument określa również uprawnienia koordynacyjne). To z kolei naruszałoby suwerenność Polski i każdego innego państwa.
To oznaczałoby, że poszczególne państwa nie miałyby już władzy do decydowania i stosowania własnych metod w zakresie zarządzania zdrowiem publicznym. Zamiast tego, podlegałyby one kontroli jednej, scentralizowanej, globalnej władzy.
To jednak nie są wszystkie niepokojące zapisy tego traktatu.Dokument odnosi się do „równości zdrowotnej”, co sugeruje, że obywatele z bogatszych krajów zostaną zmuszeni do finansowania powszechnej (depopulacyjnej) opieki zdrowotnej, skierowanej do mieszkańców uboższych regionów z użyciem „środków antykoncepcyjnych, sterylizacji, aborcji, szczepień i zmiany płci”.Te skandaliczne pomysły zyskują coraz większe poparcie, jednak wprowadzenie tego traktatu tylko pogłębiłoby degradację i korupcję szerzące się w organizacjach ONZ.Zagrożenie wzrasta, gdy weźmie się pod uwagę brak niezależności wśród organów finansujących WHO. Obecnie kraje finansują zaledwie 20% budżetu WHO, podczas gdy oszałamiające 80% pochodzi od darczyńców publicznych lub prywatnych, głównie fundacji i firm farmaceutycznych, które skupiają się przede wszystkim na realizacji własnych interesów.
Co możemy zrobić TERAZ?
Możemy wywierać nacisk na przedstawicieli WHO podczas 76. sesji Światowego Zgromadzenia Zdrowia, która odbywać się będzie w dniach 21-30 maja, aby powstrzymali traktat pandemiczny!Musimy działać teraz, zanim sytuacja wymknie się spod kontroli. Dlatego potrzebujemy Państwa podpisu pod tą petycją:
Szanowny Panie Ministrze: Wzywamy Pana do powstrzymania Traktatu Pandemicznego, który jest zagrożeniem dla podstawowych praw obywatelskich oraz obniża skuteczność przyszłych działań naszych władz w zakresie zwalczania epidemii.
Rosnący wpływ globalistów, takich jak Biden, Macron, Sánchez, Von de Leyen oraz innych wpływowych lewicowych magnatów, jak George Soros i Bill Gates, stanowi poważne zagrożenie dla suwerenności naszego kraju.Dążą oni do konsolidacji globalnej władzy, wykorzystując organizacje międzynarodowe jako narzędzia do wywierania kontroli nad poszczególnymi krajami i ich obywatelami.Ten niepokojący trend podważa fundamenty demokratycznej władzy. Wybrani przedstawiciele, służący interesom swoich wyborców są coraz bardziej pod presją, aby podporządkowywać się dyrektywom globalnej władzy, kierowanej ideologicznymi motywami.Dążenie do jednolitej globalnej władzy nie tylko zagraża autonomii Polski i wszystkich narodów. Niszczy też wartości, które od dawna kształtują nasz świat.Niezwykle ważne jest, aby przedstawiciele wszystkich narodów stawiali dobro swoich obywateli na pierwszym miejscu i pozostawali stanowczy w swoim zobowiązaniu do obrony demokracji i suwerenności narodowej.Musimy naciskać na nich, aby opierali się narastającemu wpływowi globalistycznych sił, które dążą do narzucenia jednej, ideologicznej agendy. Zamiast tego, politycy powinni wspierać tożsamość i unikalne aspiracje naszego kraju.Połączmy siły i niech nasz wspólny głos zabrzmi podczas 76. Sesji Światowego Zgromadzenia Zdrowia.Razem możemy zwiększyć świadomość, pozyskać poparcie i walczyć o zachowanie naszych wolności obywatelskich w obliczu zbliżającego się Traktatu Pandemicznego.
Nadszedł czas, abyśmy stanęli na wysokości zadania i dokonali trwałej zmiany:
Działaj teraz! Podpisz petycję, wzywającą Ministra Zdrowia do wyrażenia zdecydowanego sprzeciwu wobec centralizacji ONZ na 76. Sesji Światowego Zgromadzenia Zdrowia (21-30 maja) i do obrony naszej wolności oraz suwerenności naszego państwa.
Dziękuję za Państwa niesłabnące wsparcie.Ignacio Arsuaga z całym zespołem CitizenGO–Więcej informacji
https://pch24.pl/zerowy-projekt-traktatu-antypandemicznego-juz-gotowy-za-rok-panstwa-mialyby-go-przyjac/https://pch24.pl/co-dalej-z-traktatem-pandemicznych-who-karwelis-maszyna-gotowa-do-uruchomienia/
Więcej informacji w języku angielskim:
Biden Pushes Abortion in New Pandemic Treatyhttps://c-fam.org/friday_fax/biden-pushes-abortion-and-secrecy-in-new-pandemic-treaty/
Let’s Block the WHO Treatyhttps://stopwhotreaty.org/en/
Pandemic prevention, preparedness and response accordhttps://www.who.int/news-room/questions-and-answers/item/pandemic-prevention–preparedness-and-response-accord
An international treaty on pandemic prevention and preparednesshttps://www.consilium.europa.eu/en/policies/coronavirus/pandemic-treaty/:
Biden’s Pandemic Treaty would kill Americans for Equity 
 https://nypost.com/2023/03/01/bidens-who-pandemic-treaty-would-kill-americans-in-for-equity/amp/

CitizenGO to społeczność aktywnych obywateli, która stara się, aby ludzkie życie, rodzina i wolność były darzone szacunkiem na całym świecie. Członkowie CitizenGO zamieszkują wszystkie kraje świata. Nasz zespół pracuje w 16 państwach na 5 kontynentach i działa w 12 językach. Więcej o CitizenGO dowiedzą się Państwo tutaj.

Mogą nas Państwo także śledzić na Facebooku i Twitterze.

Opuśćmy amerykański sektor

Opuśćmy amerykański sektor – Konrad Rękas

bibula

Wymiary amerykańskiej dominacji nad Polską.

Kwestię amerykańskiego wpływu na Polskę należy omówić na kilku płaszczyznach. Po pierwsze, mamy do czynienia z bezpośrednią kontrolą polityczną i administracyjną.

I nie chodzi tu tylko o sferę uzgodnień międzyrządowych i sojuszniczych. Pracując przed laty w samorządzie województwa ze zdziwieniem dowiedziałem się, że ambasada amerykańska prowadzi regularne odprawy i telekonferencje z udziałem wojewodów. Niżsi urzędnicy amerykańskiej placówki dyplomatycznej w Polsce odbierają raporty i wydają bezpośrednie polecenia urzędnikom polskim wysokiego i średniego szczebla, zarządzając nawet sprawami lokalnymi, np. dotyczącymi drogownictwa, zarządu przejść granicznych, oczywiście porządku publicznego i bezpieczeństwa.

Oczywiście dla Polaków takie umiejscowienie obcej ambasady zupełnie jawnie i oficjalnie ponad strukturami państwa – wywołuje jednoznaczne skojarzenie z okresem upadku państwowości polskiej w XVIII wieku, kiedy podobne praktyki stosowali posłowie przyszłych państw zaborczych, czyli Rosji, Prus i Austrii. Nawet w okresie dominacji sowieckiej kontrola sprawowana była dyskretniej i mniej ostentacyjnie.

Celebrowanie okupacji

Podobnie zresztą rzecz się miała z obecnością Armii Sowieckiej na terenie komunistycznej Polski. Trzeba zauważyć, że inaczej niż dzisiaj Amerykanie i ich polscy zwolennicy – Sowieci wykazywali się pewną dozą wrażliwości i zrozumienia dla polskich uczuć, w tym naszej dumy narodowej. Stacjonowanie Armii Sowieckiej w żadnym stopniu nie była eksponowane. Praktycznie poza faktycznymi miejscami rozlokowania Sowieci nie byli w ogóle widoczni, funkcjonowali niemal wyłącznie w swoich bazach, a na te tematy obowiązywał zapis cenzorski. Władze komunistyczne lubiły wręcz okazywać pewne zażenowanie (zapewne nieautentyczne) i żebrać o popularność populistycznymi mrugnięciami, w rodzaju „wiecie na jakim świecie żyjemy” z machnięciem ręką na wschód. Co zabawne – to działało!

Nikomu też nie przychodziło do głowy, by świętować obecność w Polsce obcych wojsk, nie urządzano z tego powodu parad radości, nie kazano dzieciom w szkołach rysować wesołych obrazków wyrażających zachwyt, że jesteśmy okupowani. Tymczasem teraz tak właśnie się dzieje z Amerykanami. Choć ich obecność jest uciążliwa, G.I. Joes nie raz już powodowali wypadki drogowe, prowokowali awantury, zaczepiali polskie kobiety – wciąż jedyną dopuszczalną formą odnoszenia się do tego jest ciągła radość i przywoływanie „strategicznej przyjaźni polsko-amerykańskiej” Sowieci przynajmniej tej hipokryzji nam oszczędzali…

Nietykalność amerykańskiego biznesu

Co oczywiste, amerykańska kontrola nad Polską w szczególności dotyczy kwestii strategicznych, przy czym nie tylko militarnych, ale zwłaszcza gospodarczych, włączając w to ochronę zysków amerykańskich korporacji, szczególnie medialnych. Amerykański biznes ma mieć bezwzględne pierwszeństwo, oczywiście też musi być wyłączony spod wszelkich regulacji, jakie nieśmiało i niekonsekwentnie próbowały wdrażać zwłaszcza prawicowe rządy, obiecujące ochronę polskiego rynku. Realnie nie może jednak być o tym mowy i nawet pozorowane ruchy spotykają się z brutalną reakcją Amerykanów.

W takich sytuacjach nie udaje się już pikniku dla dzieci, a polski prezydent i premier są bezwzględnie besztani przez amerykańskich dyplomatów. Można zauważyć, że pod tym względem forma stosunków i dialogu uległa znacznemu zaostrzeniu w okresie prezydentury Donalda Trumpa, który wyraźnie kazał zerwać z pozorami i ustawił tak zwanych sojuszników w pozycji pokornych, podrzędnych petentów, niczym prezydent Polski, któremu nie zaproponowano nawet krzesła podczas wizyty w Białym Domu czy prezydent Serbii usadzony jak uczniak w kozie.

Bezczelność i arogancja, znane z amerykańskiej praktyki w Ameryce Łacińskiej, krajów bałtyckich czy Rumunii – już na trwale wyznaczają nowe standardy dyplomatyczne amerykańskiej hegemonii w Europie Środkowej i Wschodniej.

Oczywiście interesy gospodarcze USA w Polsce to nie tylko media, ale zwłaszcza rynek energii. Od kilku lat trwają kosztowne przekształcenia polskiego systemu energetycznego, opartego dotąd na wydobyciu węgla kamiennego oraz imporcie rosyjskiego gazu ziemnego i ropy. Po zmianach głównymi surowcami energetycznymi dla Polski stają się amerykańskie i katarskie LPG, a docelowo także amerykańska technologia elektrowni jądrowych. Transformacja ta wiąże się rzecz jasna ze skokowym wzrostem kosztów życia i inflacją stymulowaną wzrostem cen energii.

Bazy wojskowe i biedaUnia

Amerykańska dominacja ma wreszcie charakter przede wszystkim militarny. W Polsce stacjonuje stale około 10.000 żołnierzy amerykańskich, a ich liczba ma jeszcze wzrosnąć. Jest także zupełnie jasne, że w przypadku bezpośredniego zagrożenia, np. pełnowymiarową wojną polsko-rosyjską siły amerykańskie zostaną natychmiast ewakuowane na zachód, zabierając ze sobą kosztowny sprzęt, a odwrót ten będzie osłaniany przez nieliczne Wojsko Polskie, w dodatku rozbrojone wraz z wysłaniem większej części operacyjnego uzbrojenia i amunicji jako pomoc dla Kijowa.

Istotnym aspektem jest także wykorzystywanie Polaków jako agentów wpływu mających sabotować wszelkie próby emancypacji Europy. Amerykanie używają polskich polityków, by krytykować w szczególności inicjatywy niemieckie i francuskie pozbawione waszyngtońskiej akceptacji. Nie jest tajemnicą, że absurdalny pomysł żądania przez Warszawę reperacji od Berlina miał propagandową inspirację niektórych wpływowych kół amerykańskich, zainteresowanych szantażowaniem Niemiec, choć rzecz jasna nie w udzielaniu Polsce realnego poparcia, czyli dokładnie tak samo jak w kwestii żądań wysuwanych przeciw Polakom przez globalny przemysł holokaustu.

Z kolei, gdyby Europa Zachodnia miała wymknąć się Amerykanom z rąk, alternatywą mogłoby być utrzymanie ścisłej kontroli nad europejską strefą zgniotu, w formie nowej biedaUnii od Finlandii przez Pribałtykę, Rumunię w stronę Bałkanów. Tak, by można było utrudniać. przyszłą normalizację stosunków europejsko-rosyjskich, blokować wznowienie współpracy energetycznej z Rosją, a także uniemożliwić rozwój chińskiej Inicjatywy Pasa i Drogi.

Okupowana Europa

I wreszcie wspomnieć należy kwestie ideologiczne, kulturowe i cywilizacyjne. Hegemonia amerykańska lubi udawać pełną transparentność ideologiczną, zgodnie z zasadą, że istnieć może tylko jeden akceptowany i narzucany system wartości, związanych z pojęciami zglobalizowanego neoliberalizmu, hasłami takimi jak transgender, klimatyzm, woke culture. Ambasada amerykańska jawnie i hałaśliwie finansuje i promuje w Polsce wszelkie inicjatywy wywodzące się z tego źródła, głęboko obce tradycyjnej, chrześcijańskiej i słowiańskiej tożsamości Polaków.

Jednocześnie ponad 30-letnia już dominacja zachodniego neoliberalizmu musiała wywrzeć wpływ stan polskiej świadomości. Pozbawieni dostępu do innych kręgów ideowych i kulturowych Polacy podobnie jak i inni Europejczycy ulegają wrażeniu, że „There Is No Alternative”. Czyni to sytuację Polski mocno schizofreniczną, gdy jednocześnie wciąż jako naród jesteśmy napędzani naszym kompleksem Zachodu, ambicją dogonienia rozwiniętych gospodarek zachodnich, a zarazem nie potrafimy ani zmierzyć się z naszym trwale peryferyjną pozycją w ramach amerykańskiego systemu-świata, ani też zaakceptować jego podstaw ideologicznych, słusznie nadal przez większość Polaków uznawanych za obce, wrogi i wręcz obrzydliwe.

Zachód, o którym marzyły pokolenia Polaków, Zachód chrześcijaństwa, katedr, muzyki klasycznej, suwerenności państw narodowych i państwa dobrobytu – już nie istnieje, a może zawsze istniał tylko w naszej wyobraźni. Zamiast świata Karola Wielkiego i papieży, Moliera i Goethego, Mozarta i Chopina, Kopernika i Pasteura – mamy tylko amerykański sektor okupacyjny, ze wszystkimi tego tragicznymi konsekwencjami. Dlatego musimy go jak najszybciej opuścić.

Konrad Rękas
Referat wygłoszony na międzynarodowej konferencji „Influence of the American Sector”, Wiedeń, 10 maja 2023 r.
https://chart.neon24.org

Rozpoznanie walką

Rozpoznanie walką

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)  •  14 maja 2023 michalkiewicz

Wojna polsko-rosyjska rozwija się wprawdzie powoli, ale się rozwija. Inaczej zresztą być nie może. Skoro na Ukrainie jest wojna, to musi być także i u nas – bo inaczej – co by sobie o nas pomyśleli Nasi Najwięksi Sojusznicy w Waszyngtonie? Mogliby sobie pomyśleć, że my tu niby Ukrainie oddalibyśmy serce, ale tak naprawdę, to coś tu pokątnie kombinujemy. Tymczasem my nic nie kombinujemy, u nas co w sercu, to na dłoni, ewentualnie – na języku, więc jeśli jest taki rozkaz, żeby Polska włączyła się do wojny z Rosją, to się włączamy.

Jak wiadomo, w ramach działań rozpoznawczych, tak zwanej – jak to nazywają ruscy zbrodniarze – „razwiedki bojem”, czyli rozpoznania walką, niezależna prokuratura przejęła pieniądze rosyjskiej ambasady, uprzednio tylko zamrożone w Santander Banku, w ramach „zmiany formuły prawnej”. Ponieważ to działanie przypisano rządowi „dobrej zmiany”, to nieprzejednana opozycja nie mogła być gorsza. Co by sobie wtedy pomyślał o niej Nasz Najważniejszy Sojusznik?

Toteż pan Rafał Trzaskowski, który w wolnych chwilach sprawuje funkcję prezydenta Warszawy, nakazał przeprowadzenie „egzekucji komorniczej” budynku przy ulicy Kieleckiej w Warszawie, w którym wcześniej mieściła się szkoła dla dzieci rosyjskich dyplomatów. Strony rosyjskiej nie było stać na nic więcej, jak tylko na wezwanie polskiego charge d’affaires w Moskwie, któremu w tamtejszym ministerstwie spraw zagranicznych zrobiono wygowor – ale od tego przecież jeszcze nikt nie umarł.

Tymczasem samolot polskiej Straży Granicznej, który w ramach służby dla „Frontexu” patrolował nad Morzem Czarnym w pobliżu wybrzeża rumuńskiego, był nękany przez ruski myśliwiec, który wykonywał wokół niego manewry, zmuszając do zmiany kursu – ale poza tym nic się nie stało. Ten „Frontex” to taka biurokratyczna struktura Unii Europejskiej, która teoretycznie ma chronić zewnętrzne granice – ale podczas apogeum kryzysu migracyjnego urzędnicy „Frontexu” pochowali się w mysich dziurach i w rezultacie granice Unii Europejskiej sprawiały wrażenie opuszczonych. Wyjątek stanowiła granica polsko-białoruska, gdzie Straż Graniczna próbowała powstrzymywać napierających migrantów, za co była pryncypialnie krytykowana zarówno przez panią Ochojską, jak i przez panią Barbarę Kurdej-Szatan, która Straż Graniczną strasznie obsobaczyła i nawet została z tego powodu zawleczona przez reżym Jarosława Kaczyńskiego przed niezawisły sąd – ale sąd powinność swej służby zrozumiał i nie pozwolił zrobić pani Basi najmniejszej krzywdy.

Podobnie wesołym oberkiem zakończyła się też operacja niszczenia zasieków granicznych przez „aktywistów” przywiezionych nad granicę przez pana Bartosza Kramka z fundacji „Otwarty Dialog”, która pozostaje pod ochroną czyjejś Mocnej Ręki, której istnienia nikt u nas nie śmie się nawet domyślać. Wprawdzie złowrogi Aleksander Łukaszenka, który tych migrantów najpierw na Białoruś zwabił, a potem wypychał nad polską granicę, jest „pies potępiony”, jako pogromca pani Swietłany Cichanouskiej, z którą nasi Umiłowani Przywódcy pobawili się trochę w mocarstwowość i jako kolaborant Putina, ale potępienie Łukaszenki to jedna sprawa, a potępienie reżymu Jarosława Kaczyńskiego to sprawa druga – i dlatego Judenrat „Gazety Wyborczej” nieubłaganie stanął po stronie migrantów, a w tej sytuacji pani Ochojska nie miała wyboru, to jasne.

Wróćmy jednak do wojny polsko-ruskiej, która zresztą została proroczo przepowiedziana przez panią Dorotę Masłowską, damę i pisarkę w stosownej powieści, przeznaczonej dla wyrośniętej młodzieży z uwagi na wplecione tam „momenty”. Otóż nieubłaganie zbliżał się dzień 9 maja, kiedy to ruscy zbrodniarze tradycyjnie urządzają prowokacje. W ubiegłym roku rosyjski ambasador w Warszawie został oblany czerwoną farbą przez ukraińską aktywistkę, którą zaraz potem pośpiesznie wyekspediowano za granicę, żeby ani nasza ojczysta policja, ani niezależna prokuratura, ani niezawisłe sądy nie musiały doświadczać dysonansów poznawczych. Ale ambasadora niczego ta nauczka nie nauczyła i ogłosił, że 9 maja złoży kwiaty na cmentarzu-mauzoleum żołnierzy radzieckich. I tym razem do tego nie doszlo, a to za sprawą „aktywistów”, których tłum ustawił prawdziwy las z ukraińskich flag i wznosił rozmaite okrzyki. W rezultacie ambasador nawet nie zdołał docisnąć się w pobliże i – jak to podsumował poświęcony portal „Fronda” – „przestraszył się tłumu”.

Ośmielony tym triumfem nad Rosją pan Krzysztof Sobolewski, sekretarz generalny PiS wyraził pogląd, że rosyjskiego ambasadora Polska powinna „wydalić”. Pan Sobolewski dotychczas chyba nie zdążył jeszcze zdobyć żadnego doświadczenia heroicznego, w odróżnieniu od pana prezydenta Dudy, któremu prezydent Zełeński wielkodusznie włączył syreny alarmowe podczas jego pobytu w Kijowie, podobnie jak prezydentowi Bidenowi – ale pewnie w swoim tornistrze nosi buławę marszałkowską.

Co innego pani wicemarszałek Sejmu Małgorzata Gosiewska. Ta przeszła chrzest bojowy w słynnym ukraińskim pułku „Azow”, co – zgodnie z teorią Janusza Korwin-Mikke – uczyniło z niej nieprzejednaną antyrosyjską egerię, więc jeśli ktokolwiek miałby poprowadzić naszą niezwyciężoną armię na Moskwę, to stawiałbym właśnie na nią. Już na sam jej widok zimny ruski czekista czmychnąłby na Nową Ziemię, albo jeszcze dalej, zwłaszcza, gdyby, swoim zwyczajem, jego też obsobaczyła. W ten sposób nasza niezwyciężona armia powtórzyłaby sukces hetmana Żółkiewskiego ustępując następnie miejsca na Kremlu ukraińskiej załodze – bo to jej, zgodnie z rozkazem prezydenta Bidena, wypowiedzianym w Arkadach Kubickiego w Warszawie – należy się ostateczne zwycięstwo. Polska zaś, jako sługa narodu ukraińskiego, ma to umożliwić, nie tylko udostępniając za darmo Ukrainie zasoby całego państwa, ale nawet – jeśli będzie trzeba – to się z Ukrainą „zleje” – o czym pisał wpływowy amerykański periodyk „Foreign Policy”.

Wydawać by się tedy mogło, że żadna chmurka nie mąci świetlanego politycznego horyzontu, ale nie. Kiedy ruska prowokacja się nie udała, to zaraz niemiecki kanclerz Otto Scholz zaczął sypać piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów, oświadczając, że 8 maja to rocznica „wyzwolenia Niemiec i świata z tyranii narodowego socjalizmu”. Te słowa dlaczegoś wzburzyły akurat panią Beatę Szydło i pana ministra aktywów państwowych Jacka Sasina – żeby Niemcy nie chowały się za placami złych „nazistów”. Ale – jak to w Brzezince powiedział przed wielu laty Jego Świątobliwość Benedykt XVI – Niemcy były „pierwszym krajem, nad którym grupa zbrodniarzy zdobyła władzę”, toteż kiedy jeden zbrodniarz się zastrzelił, a inni – rozpierzchli – Niemcy zostały wyzwolone. Teraz trzeba tylko wyzwolić Rosjan – a potem się zobaczy.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Lotnisko w Radomiu zderzyło się z rzeczywistością. To „przedsmak tego, czym będzie CPK”.

Lotnisko w Radomiu zderzyło się z rzeczywistością. To „przedsmak tego, czym będzie CPK”.

„Dyskusyjne było wpakowanie 800 mln zł”

lotnisko-w-radomiu-zderzylo-sie-z-

– To również przedsmak tego, czym będzie CPK – powiedział wiceminister Marcin Horała, otwierając Lotnisko Warszawa-Radom. Oby te słowa nie odbijały mu się czkawką, bo nowy port już na początku ma pod górkę. Ekspert mówi wprost: teraz widać, jak dyskusyjne było wpakowanie 800 mln zł.

Podczas uroczystego otwarcia premier Mateusz Morawiecki mówił, że Lotnisko Warszawa-Radom to „dowód na to, że zdejmujemy klątwę z Radomia, którą na to miasto po czerwcu 1976 r. rzucili komuniści„. Przekonywał też, że sceptycy wobec inwestowania w ten port 800 mln zł, nie mieli racji. – To lotnisko będzie tętniło życiem – zapewniał szef rządu podczas inauguracji z pompą.

W Radomiu rzeczywiście powstało najnowocześniejsze regionalne lotnisko w Polsce, skrojone pod potrzeby czarterów i tanich linii lotniczych. Problem w tym, że na razie nie zdecydował się z niego latać żaden tani przewoźnik, a część z zapowiadanych tras została skasowana, jeszcze zanim wystartował na nich pierwszy rejs.

3,6 tys. pasażerów w dwa tygodnie. Statystyki Lotniska Warszawa-Radom

Money.pl ustalił, że po pierwszych dwóch tygodniach z Lotniska Warszawa-Radom skorzystało łącznie ponad 3,6 tys. pasażerów. Tygodniowo odbywa się tam 12 operacji startów i lądowań.

– Ciężko było rzecz jasna oczekiwać, że wszystko pójdzie jak po maśle i linie będą tam walić drzwiami i oknami. Obwąchiwanie każdego lotniska ma swoje prawa, więc korekty w rozkładzie były rzeczą oczywistą. Tutaj jednak każda korekta urasta do miana wydarzenia narodowego, bo napompowano wcześniej niesamowicie bańkę medialną wokół Radomia, projekt został mocno upolityczniony – komentuje money.pl Adrian Furgalski, prezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.

Lotnisko Warszawa-Radom powstało na gruzach portu lotniczego Radom-Sadków. Ten zakończył działalność po zaledwie trzech latach działalności, ponosząc finansowe i wizerunkowe fiasko. Zyskał miano lotniska, z którego prawie nikt nie latał. W ostatnim roku działalności odprawiono tam niespełna 10 tys. pasażerów – a to w uproszczeniu mniej niż 30 osób dziennie.

Państwowe Polskie Porty Lotnicze odkupił bankruta i zainwestował w niego około 800 mln zł. I przekonywał, że nowoczesne lotnisko, z dłuższym pasem startowym, nowoczesnym terminalem, będzie przepisem na sukces. Port Lotniczy Warszawa-Radom im. Bohaterów Radomskiego Czerwca 1976 r. zapowiadano jako ten, który ma odciążyć stołeczne Lotnisko Chopina, przejmując z niego część ruchu czarterowego i tanich linii lotniczych. Od początku zwracano jednak uwagę, że Warszawa ma już lotnisko komplementarne – port lotniczy w Modlinie. Odprawia ponad 3 mln pasażerów rocznie i sam wymaga rozbudowy.

– Przede wszystkim na kanwie wojny z lotniskiem w Modlinie zasadne było i jest pytanie o sensowność budowy lotniska w Radomiu – dodaje Furgalski.

Radom kontra Modlin

PPL, zarządzający Lotniskiem Chopina i udziałowiec Modlina, od lat blokował decyzje inwestycyjne. Argumentował, że to lotnisko jest podporządkowane tylko jednemu przewoźnikowi – Ryanairowi. I to on wyłącznie skorzysta na nowych inwestycjach, a Modlin wciąż pozostanie nierentowny.

PPL wylicza, że w sezonie letnim liczba operacji z Lotniska Warszawa-Radom wzrośnie, najpierw do 18, a potem do 32 tygodniowo. Sezon letni kończy się 27 października. Dzień później w życie wchodzi rozkład lotów na okres zimowy.

– Bardzo ciekawe będzie zapełnienie czarnej dziury, jaką jest tablica odlotów po 27 października, kiedy to odleci ostatni rejsowy samolot LOT-u. Sezon zimowy w ogóle jest ciężki a w Radomiu przy obecnym ograniczaniu oferty w sezonie wysokim, będzie bardzo ciężki – dodaje Furgalski w rozmowie z money.pl.

Radom to „przedsmak tego, czym będzie CPK”

– Na naszych oczach powstaje jedno z najlepiej skomunikowanych miejsc w Polsce. To również akt wielkiej sprawiedliwości wobec tak ciężko doświadczonego miasta. To również przedsmak tego, czym będzie CPK – mówił Marcin Horała, pełnomocnik rządu ds. Centralnego Portu Komunikacyjnego, podczas uroczystego otwarcia nowego Lotniska Warszawa-Radom.

Międzynarodowe Zrzeszenie Przewoźników Powietrznych IATA w prognozie z 2022 r. na zlecenie PPL szacuje, że w 2040 r. Lotnisko Warszawa-Radom obsłuży 1,8 mln pasażerów. Polskie Porty Lotnicze przewidują, że na koniec grudnia 2022 r. będzie to 150-180 tys. podróżnych. Wcześniej była mowa o 250 tys. pasażerów w tym samym okresie. A jeszcze w 2021 r. o tym, że już po zaledwie 2-3 latach od otwarcia z Radomia będzie latać milion pasażerów rocznie.

– Opierając się tylko na prognozach przedstawicieli portu oraz analizach IATA, widać teraz tym bardziej, jak dyskusyjne było wpakowanie 800 mln zł w to lotnisko. Dla mnie to także „dobry” prognostyk do tych szumnych zapowiedzi odnośnie CPK w 2027 roku, która to inwestycja będzie nieporównywalnie większa niż Radom – ostrzega Furgalski.

Bo plany i zapowiedzi polityków Prawa i Sprawiedliwości wobec Centralnego Portu Komunikacyjnego są jeszcze większe. Odkąd zapadła decyzja, przekonywano, że będzie to jedno z najlepszych lotnisk na świecie, nowe centrum transportowe kraju, koło zamachowe polskiej gospodarki i trampolina dla LOT-u, który dołączy do grona tych najbardziej liczących się linii lotniczych. Jeśli Lotnisko Warszawa-Radom to „przedsmak tego, czym będzie CPK”, to ekspert ma wątpliwości.

– Już przy malutkim projekcie radomskim zaliczyliśmy 2,5-roczną obsuwę czasową oraz dwukrotny wzrost kosztów, czy rozminięcie się inwestycji lotniczej z kolejową w postaci nowego przystanku kolejowego dla obsługi lotniska – dodaje prezes ZDG TOR.

Polskie Porty Lotnicze bronią inwestycji w Radomiu. „Warto pamiętać, że Lotnisko Warszawa – Radom, mimo swojej przeszłości, to tak naprawdę całkowicie nowy produkt na mapie polskich lotnisk. Jak zawsze w takich przypadkach linie lotnicze i touroperatorzy potrzebują czasu na kształtowanie siatki połączeń. Zmiany w siatce połączeń będą pojawiać się systematycznie w każdym sezonie, niektóre kierunki będą znikać, a w ich miejsce będą pojawiać się nowe. Szczególnie jeśli chodzi o loty czarterowe, siatka połączeń jest dostosowywana do aktualnych trendów” – czytamy w odpowiedzi na pytania money.pl.

Marcin Walków, dziennikarz i wydawca money.pl

Nowe zdobycze na froncie walki o wolność słowa

Nowe zdobycze na froncie walki o wolność słowa

Dariusz Matuszak nowe-zdobycze-na-froncie-walki-z-wolnoscia-slowa


Kanada to jeden z tych postępowych, zawsze uśmiechniętych reżimów, który jest swego rodzaju pracownią doświadczalną, gdzie sprawdza się zaprowadzanie totalitarnego nowego światowego ładu. Na ludności doświadczalnej testuje się poszczególne rozwiązania. Kraj Klonowego Liścia specjalizuje się m. in. w walce z wolnością słowa i zaprowadzaniem cenzury. W Europie to jedna z niemieckich specjalizacji, więc i Berlin ma swoje nowe zdobycze w walce z wolnością słowa.

Przepisy dotyczące cenzury

Kanadyjska Komisja Radiowo-Telewizyjna i Telekomunikacji (CRTC) właśnie przystąpiła do opracowywania szczegółowych przepisów wykonawczych dotyczących cenzurowania treści w Internecie. To konsekwencja przyjętej pod koniec kwietnia nowelizacja tzw. Ustawy C 11 o przesyłaniu treści w sieci (Online Streaming Act).

W największym skrócie nowelizacja polega na tym, że ci którzy dystrybuują treści uznane przez tzw. weryfikatorów faktów (fact checkers), a więc w rzeczywistości cenzorów, za fałszywe mogą zostać aresztowani, sądzeni i skazani na więzienie. Owi weryfikatorzy mogą pochodzić z mediów publicznych, państwowych – np. we Francji jest nim agencja prasowa AFP (absolutnym skandalem jest to, że polski rząd pozwala na to by, francuska państwowa agencja prasowa, której nawet prezesa mianuje premier Francji sprawdzała, weryfikowała treści publikowane na polskich stronach Facebooka).

Cenzorzy mogą też być prywatni z niby pozarządowych organizacji samozwańczy weryfikatorzy tacy jak w Polsce Demagog finansowany m. in. przez rząd Stanów Zjednoczonych. Na marginesie można zauważyć, że mamy do czynienia z jakimś wielkim oszustwem blagą, kłamstwem związanym z funkcjonowaniem wielu tzw. NGO. Co to za organizacje pozarządowe skoro są przez rządy finansowane?

Wróćmy jednak jak mawiają Francuzi do naszych baranów. Rząd kanadyjski i CRTC zaprzeczają, że po wprowadzeniu kolejnych cenzorskich przepisów „siewcy kłamstw” będą wsadzani do więzienia, ale przeciwnicy nowego prawa wskazują na praktykę związaną z egzekwowaniem ustawy o tzw. mowie nienawiści. „Nienawistnicy” lądują za kratami.

Ale jest też nadzieja, bo praktyka wskazuje także na to, że opracowywanie przepisów wykonawczych zajmuje owej kanadyjskiej komisji radia telewizji etc. z reguły kilka lat. To czas na odwrócenie legislacji, którą od lat zaprowadza skrajnie lewicowy, totalitarny rząd Trudeau, – ale oczywiście najpierw Konserwatywna Partia Kanady musi wygrać wybory. Paradoksalnie kanadyjscy konserwatyści mogą uzyskać wsparcie mediów, które w zachodnim świecie niemal bez wyjątku wspierają rządy liberalne, czy wprost lewicowe. A to właśnie z powodu kolejnych konsekwentnych ataków na wolności słowa w wykonaniu rządzącej lewicy i rządu Trudeau.

Czytelnicy zapewne pamiętają jak PiS zaproponował, by pierwsze miejsca w pilotach do telewizorów miała TVP. Amatorzy, dzieci. W takiej Kanadzie przeforsowano ustawę, by dystrybutorzy treści w Internecie – media społecznościowe, platformy streamingowe, portale agregujące treści od różnych dostawców – Facebook, YouTube, Twitter etc, w sposób preferencyjny traktowały publicznego państwowego nadawcę CBC. Mają dbać o większe zasięgi dla jego treści, nadawać im priorytet tak, by się wyświetlały. Kanadyjska Komisja Radiowo-Telewizyjna i Telekomunikacji (CRTC) zastrzega, że nie będzie układać algorytmów i tłumaczy

Nie możemy nakazać serwisom przesyłu strumieniowego online korzystania z określonych algorytmów w celu promowania treści kanadyjskich i od rdzennych mieszkańców (Kanady). Istnieje wiele innych sposobów na ułatwienie wyszukiwania treści kanadyjskich i od rdzennych mieszkańców. Na przykład prowadzenie kampanii promocyjnych, lub prezentowanie treści na stronie głównej serwisu. Zbadamy te możliwościowi w ramach naszych konsultacji i czekamy na opinie wszystkich.

Czyli będzie jak z samochodami Forda. Można kupić w każdym kolorze pod warunkiem że w czarnym.

I tak dystrybutorzy treści jak Facebook, YouTube etc. wcale nie będą zmuszani do manipulowania algorytmami na rzecz CBC, tylko wystarczy, że będą ją nieustannie reklamować, a treści od niej zawieszać na górze strony i na pierwszej pozycji utrzymywać. Tak, by ilekroć Kanadyjczyk otworzy Facebooka, Twittera, YouTube etc. najpierw zobaczył co ma państwowa telewizja do powiedzenia.

Canadian Broadcasting Corporation to odpowiednik BBC, czy naszej publicznej TVP i Polskiego Radia. Finansowany jest głównie przez rząd, choć część wpływów pochodzi z reklam. Wyobrażacie sobie państwo histerię jaka by w Polsce wybuchła, jaki wrzask o zamachu na wolność mediów by się podniósł, gdyby ktoś coś takiego zaproponował. Protesty byłyby oczywiście słuszne, ale niech nikt się nie łudzi, że to w Polsce niemożliwe. Wystarczy, że do władzy dojdą takie postępowe moce uśmiechniętego, liberalnego totalitaryzmu jakie opanowały większość krajów Zachodu.

Nazywałoby się to tak jak w Kanadzie – realizacja prawa obywateli do rzetelnej informacji.

Co więcej, Trudeau i jego rząd chcą zmusić, by Facebook, Twitter, płaciły tym głównym dostawcom, których treści udostępnia. Argument jest taki, że dzięki nim zwiększa u siebie ruch i zarabia na tym. Jakiś sens w tym jest i tego domaga się wiele tradycyjnych mediów. Ale sprawa jest niejednoznaczna i można argumentację odwrócić. Mianowicie producent treści CBC powinien płacić Facebookowi, Twitterowi za jej dystrybucję. Platformy internetowe zwiększają im bowiem zasięgi – oglądalność, czytelnictwo, a zbudowanie i utrzymanie infrastruktury kosztuje. To gazeta płaci przecież kioskarzowi za to, że ją sprzedaje. Odwrotny argument byłby taki – płać nam kioskarzu za to, że wstawiamy gazetę do twej budki, bo dzięki temu więcej ludzi do niej przychodzi i inne towary kupuje.

Taki sens ma kanadyjskie rozwiązanie i to bardzo się internetowym gigantom nie podoba. Na dodatek każe im się reklamować kanadyjską telewizję państwową, zapełniać swoje strony jej postępowymi treściami i przemówieniami przewodniczącego Trudeau. Inaczej mówiąc media społecznościowe są zmuszane do preferencyjnego traktowana treści od kanadyjskiej telewizji, radia i jeszcze mają im za to płacić. Dlatego tez kanadyjscy konserwatyści mogą zyskać sojuszników w wielkich platformach Internetu i w prywatnych mediach, które w sieci muszą mierzyć się z konkurencją bardzo uprzywilejowanego państwowego nadawcy.

Niemcy wiodą prym w walce z wolnością

Na naszym kontynencie jest kilka państw, które biją się o pozycje czempiona w walce z wolnością słowa i w zaprowadzaniu cenzury i wśród nich nie mogło oczywiście zabraknąć Niemiec. W połowie kwietnia rząd Scholza obwieścił o pracach nad ustawą o „przemocy cyfrowej”. Zakłada ona, że sądy mogłyby skazywać użytkowników na „zamknięcie kont”. Inaczej mówiąc przestępca – siewca kłamstw i nienawiści nie mógłby nie tylko niczego publikować, ale też w danym medium czytać, czy oglądać. Nie maiłby do niego dostępu. W PRL funkcjonował zapis cenzorski. Objęci nim nie mogli niczego publikować, przedstawiać. Nie tylko jakichś tam treści, które cenzorzy uznali za fałsz albo mowę nienawiści (w PRL były to treści mogące wywołać niepokoje społeczne), ale w ogóle nic. Nawet wierszyka o kotku.

Nowe cenzorskie przepisy o walce z tzw. mową nienawiści i fałszywymi wiadomościami z pozoru nie wyglądają groźnie, ale trzeba je rozpatrywać w szerszym kontekście niemieckiej walki z wolnością słowa, zwłaszcza uchwalonej w 2018 roku ustawy NetzDG – Netzwerkdurchsetzungsgesetz (ustawa i egzekwowaniu prawa w sieci).

Zgodnie z nią platformy mediów społecznościowych z ponad 2 milionami użytkowników mają 24 godziny na usunięcie treści „wyraźnie nielegalnych” i 7 dni na usunięcie nielegalnych. Te „zwyczajnie nielegalne” to takie których nielegalność nie jest tak oczywista, ale jacyś cenzorzy uznali, że jednak są nienawistne, czy fałszywe. Ot, dajmy na to ktoś napisze, że von der Leyen jest skrajnie nieudolną, infantylną, wręcz żałosną przewodniczącą Komisji Europejskiej. Będą więc trwały narady czy to prawda, czy fałsz i jak bardzo nienawistne takie stwierdzenie jest. Jeśli portal nie usunie takiej nielegalnej informacji, powiedzmy o von der Leyen, może zostać ukarany nawet 50 milionami euro grzywny. Wyobraźcie sobie teraz Państwo, ze jesteście Facebookiem i ktoś na swoim profilu napisał, że były przewodniczący Komisji Europejskiej Juncker jest pijakiem. Co robicie – zostawiacie, czy usuwacie, bo Niemcy mogą wam 50 mionów euro zabrać?

Portale muszą też co pół roku składać raporty o cenzurowanych i usuwanych treściach. Indywidualnie można tez wylądować na 2 lata w więzieniu za obrażanie osób, czy grup ze względu na rasę, pochodzenie, religie, płeć orientacje seksualna etc.

System cenzorski więc się w Niemczech ostatecznie domyka. Skazany na zamknięcie kont całkowicie znika z przestrzeni cyfrowej. W niektórych przypadkach jakby niemal fizycznie nie istniał, w każdym razie staje się niewidzialny, niesłyszalny. Nie ma go. Istotą jest całkowite uciszanie ludzi i wręcz wyrzucanie ich poza nawias społeczny, bo przecież ogromna część naszego życia toczy się już w przestrzeni cyfrowej. Oczywiście można dyskutować czy egzekucja takiego prawa będzie technicznie możliwa, ale Niemcy mają wprawę w izolowaniu ludzi, tworzeniu gett więc i z tym sobie pewnie poradzi.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Komisarz Jourova rozczarowana – za mało cenzury na Twitterze. Grozi, że pozbawi nas możliwościowi korzystania z mediów społecznościowych

========================

 Tigermoth #30973

Podzielam oburzenie . Jednak porównywanie do Orwella nie jest do końca trafne. Lepiej pasuje zestawienie z „Nowym wspaniałym światem” Huxleya . Wizja Orwella zakłada stosowanie twardego terroru podczas gdy ta przedstawiona przez Huxleya ukazuje dominację miękkich środków , które zniewalają siłą pozornych przyjemności . Stąd wspomnienie przez Autora o uśmiechniętym totalitaryzmie jest adekwatne . To co piszę nie oznacza , że jedna forma oddziaływania nie może się przeistoczyć w drugą ! Ale to już inna sprawa.

Fit for 55. Uciekajmy na Białoruś, póki to możliwe!!

Fit for 55. Uciekajmy na Białoruś, póki to możliwe!!

[Poniżej „zrównoważone podejście”. MD]

Czy zielony komunizm w UE spowoduje, że Polacy będą uciekać na Białoruś, bo nie będzie się dało normalnie żyć w Polsce?

zielony-komunizm-w-ue

Unia Europejska jest na drodze do przemiany, której skala nie ma precedensu w jej historii. W ramach programu „Fit for 55”, UE ma zamiar zredukować swoje emisje CO2 o 55% do 2030 roku w porównaniu do poziomów z 1990 roku, a do 2050 roku stać się neutralna pod względem emisji. Dążenia te, choć szlachetne, mogą jednak prowadzić do poważnych konsekwencji dla obywateli.

W ramach „Fit for 55”, UE proponuje objęcie systemem handlu uprawnieniami do emisji (ETS) nowych sektorów, takich jak transport i budownictwo. W praktyce oznacza to, że koszty związane z emisją CO2 będą ponoszone bezpośrednio przez konsumentów, co spowoduje wzrost cen paliw, biletów lotniczych i ogrzewania. Ponadto, wszystkie budynki w UE będą musiały być zeroemisyjne, co może kosztować biliony złotych.

Co więcej, UE planuje zakazać rejestracji nowych samochodów spalinowych do 2035 roku, co wymusi na konsumentach przejście na droższe samochody elektryczne. Jednak, produkcja samochodów elektrycznych i baterii do nich również ma znaczny wpływ na środowisko, co często jest pomijane w tej dyskusji.

Należy jednak pamiętać, że wysiłki UE są tylko kroplą w morzu. Według danych, emisje CO2 w Europie stanowią tylko około 8% światowych emisji. Bez globalnej współpracy, zmiany w UE mogą okazać się niewystarczające, a wręcz szkodliwe dla jej obywateli.

Skutki tych polityk będą odczuwalne dla obywateli UE. Wzrost cen i ograniczenia mogą sprawić, że życie w UE stanie się trudne. Możliwe, że niektórzy Polacy zdecydują się przenieść na wschód, do krajów takich jak Białoruś czy Rosja, które nie podążają tą samą ścieżką. To prowadzi nas do dystopijnego scenariusza, w którym ogrodzenie na granicy Polski z Białorusią, które miało na celu powstrzymanie nielegalnej imigracji, może być wykorzystane do powstrzymania ucieczek na wschód z „eurosojuza”.

Czy rzeczywiście zmierzamy w stronę „zielonego komunizmu”? Czy UE stanie się miejscem, z którego obywatele będą chcieli uciekać? To pytania, na które jeszcze nie znamy odpowiedzi. Jedno jest pewne – zmiany, które nadejdą, będą miały daleko idące konsekwencje. 

Mimo teoretycznie szczytnych celów, „Fit for 55” stawia przed obywatelami UE wiele wyzwań. Przekształcenie budynków w zeroemisyjne, przeniesienie transportu na pojazdy elektryczne i objęcie nowych sektorów systemem ETS to zadania, które wymagają ogromnych inwestycji i zmian w naszym sposobie życia. Wiele osób będzie musiało zmierzyć się z wyższymi kosztami życia, a nie wszyscy będą w stanie sobie na to pozwolić.

Jednocześnie należy pamiętać, że wysiłki UE są tylko częścią globalnej walki przeciwko zmianom klimatycznym. [A gucio !! Tych wariatów najwięcej w UE md] ]

Bez globalnej współpracy, te wysiłki mogą okazać się niewystarczające. Co więcej, mogą one prowadzić do niezamierzonych konsekwencji, takich jak migracje wewnątrz kontynentu lub nawet poza jego granice.

Czy Polacy będą musieli szukać schronienia na wschodzie, w Białorusi lub Rosji? Czy zielony komunizm rzeczywiście stanie się rzeczywistością w Europie? To pytania, które wywołują niepokój, ale na które trudno teraz odpowiedzieć. Niezależnie od wyniku, jedno jest pewne: UE stoi na progu ogromnych zmian, które wpłyną na życie każdego z nas.

Na koniec, warto przypomnieć, że choć walka ze zmianami klimatycznymi jest ważna, nie może ona odbywać się kosztem jakości życia obywateli. Potrzebujemy zrównoważonego podejścia, które uwzględnia zarówno ochronę środowiska, jak i dobrobyt społeczny. Tylko w ten sposób będziemy mogli stawić czoła wyzwaniom przyszłości i zapewnić trwały rozwój dla przyszłych pokoleń.

=================================

mail:

Dlaczego „Mimo teoretycznie szczytnych celów, “Fit for 55” stawia przed 
obywatelami UE wiele wyzwań.”

Dlaczego szczytnych?

Przecież opowiadanie o globalnym ociepleniu jest pozbawione sensu.

Medytacje nad ruską rakietą

Medytacje nad ruską rakietą

Stanisław Michalkiewicz nad-rakieta

Oj cienko śpiewa nasza pani Swietłana Cichanouska, z którą tak pięknie nasi Umiłowani Przywódcy pobawili się w mocarstwowość, wpychając Aleksandra Łukaszenkę wraz z całą Białorusią w objęcia Putina. Właśnie z zagranicy, gdzie przebywa na łaskawym amerykańskim chlebie, o który, nawiasem mówiąc, wykłóca się z innym faworytem, panem Zianonem Paźniakiem, który obok wielu innych zalet ma również i tę, że był polakożercą – wydała z głębi wezbranej piersi delarację, że “jest gotowa wziąć odpowiedzialność” za los narodu białoruskiego – ale dopiero po śmierci Aleksandra Łukaszenki. Wtedy – rozmarza się pani Swietłana – rozgorzeje walka o schedę między jego pretorianami – a w tym momencie wkroczy ona, by realizować opracowaną już “strategię przejściową”. Pani Swietłana mówi, że zrobiły to “siły demokratyczne”, ale nie wiadomo które – więc równie dobrze mogli być to filuci z amerykańskiego Departamentu Stanu – bo każdy z nich to przecież jeden w drugiego szczery demokrata. Ciekaw jestem, jaką w tej strategii rolę wyznaczyli filuci naszemu nieszczęśliwemu krajowi; czy znowu mamy wziąć udział w kolejnej zabawie w mocarstwowość z panią Swietłaną? Miejmy nadzieję, że przynajmniej nasza niezwyciężona armia nie weźmie udziału w tej walce diadochów, żeby na fotelu prezydenckim w Mińsku posadzić panią Swietłanę. Gdybym był Białorusem to wolałbym już pana Poczobuta, który, w odróżnieniu od pani Swietłany, z Białorusi nie dał drapaka.

Ale wszystko zależy od tego, ile prezydent Łukaszenka będzie żył – bo najwyraźniej sama pani Swietłana straciła nadzieję, że za jego życia cokolwiek jej się uda. Jeśli jednak będzie żył jeszcze dostatecznie długo, to żadnych walk diadochów, na które i filuci, a za nimi i pani Swietłana stawia, może w ogóle nie być. Aleksander Łukaszenka ma przecież syna, którego od najmłodszych lat zaprawia do rządzenia Białorusią, więc również ten syn już teraz, w odróżnieniu od pani Swietłany, coś tam o rządzeniu Białorusią musi wiedzieć. Jeśli tedy za życia Aleksandra Łukaszenki dorośnie, to myślę, że plany pani Swietłany mogą  nie doczekać się realizacji tak samo, jak nie doczekałyby się realizacji plany zajęcia miejsca Kim Dzong Una w Korei Północnej.

Nie ukrywam, że w tej sytuacji życzę prezydentowi Łukaszence długich lat życia nie dlatego, żebym źle życzył pani Swietłanie która, zwłaszcza privatissime, może być uroczą osobą, tylko ze względu na ewentualny udział w białoruskiej wojnie sukcesyjnej naszej niezwyciężonej armii. Chodzi o to, że – jak wykazały ostatnie wydarzenia – największym dla niej zagrożeniem nie jest ani Łukaszenka, ani Putin, tylko ona sama.

Oto jakiś czas temu przypadkowy jeździec natknął się w lesie pod Bydgoszczą na zagadkowy przedmiot, który przez Judenrat “Gazety Wyborczej”, co to do takich spraw ma specjalnego nosa – został zdemaskowany, jako ruska rakieta, tyle, że podobno bez prochu. W tej sytuacji nasza niezwyciężona armia rozwinęła energiczną akcję, której celem było nie tyle odnalezienie tajemniczego obiektu, co wymyślenie odpowiedzi na kilka pytań: jak to się stało, że ruska rakieta doleciała niezauważona aż pod Bydgoszcz, dlaczego odnalazł ją przypadkowy przechodzień, a nie żadna bezpieczniacka wataha, których tyle oblazło nasz nieszczęśliwy kraj, no i na pytanie najważniejsze. Jak pouczał bowiem kadetów Szkoły Morskiej w Tczewie żaglomistrz na “Lwowie” Jan Leszczyński – “waju nikt nie będzie pytał, wiele czasu to było robione, tylko KTO TO ROBIŁ?”

Tymczasem według rewelacji, jakie okazały się w dniach ostatnich – właśnie ta kwestia zajęła naszej niezwyciężonej armii najwięcej czasu. Chodziło – jak się możemy domyślać – o to, by o tej tajemnicy wielkiej nie dowiedział sie przed czasem pan wicepremier i minister obrony Mariusz Błaszczak. Chociaż – jak przypuszczam – wiele od niego nie zależy, bo jego zadaniem jest kupowanie wszystkiego, co postanowi mu wtrynić Nasz Najważniejszy Sojusznik i nie targować się – ale “na tym świecie pełnym złości nigdy nie dość jest przezorności” – toteż nasi dzielni generałowie starali się nie zasmucać pana ministra Błaszczaka. Jak śpiewał kiedyś Wojciech Młynarski – “po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy” – zwłaszcza gdy najbardziej cieszy ją własna propaganda.

Toteż okazało się, że w tej sprawie pan minister Błaszczak nic nie wiedział – w co chętnie wierzę – bo po co niby wtajemniczać go w takie sprawy?  No ale teraz, kiedy mleko się rozlało, to już wie, w związku z czym poczuł się zobowiązany do energicznych, jak przystało na ministra obrony – działań. Zażądał tedy dymisji pana generała Piotrowskiego, że w ogóle się tą sprawą należycie nie zainteresował. Ale pan generał Andrzejewski, który podobno też znalazł się na linii strzału, natychmiast replikował, że od samego początku, czyli “wtedy, kiedy to się wydarzyło” informował o wszystkim swoich przełożonych. 

Wszystko się zgadza, jak mówią gitowcy – “wszystko gra i koliduje”, również dlatego, że tak naprawdę nie wiadomo, kiedy właściwie to się wydarzyło, no i – których przełożonych pan generał Andrzejewski informował – bo ponad wszelką wątpliwość ustalone zostało, że pan minister Błaszczak o wszystkim dowiedział się z opóźnieniem, toteż właśnie dlatego znajduje się poza wszelkim podejrzeniem. Skoro jednak tak, to nie da się ukryć, że mieliśmy do czynienia z konspiracją i to na najwyższych szczeblach naszej niezwyciężonej armii.

Jak w tej sytuacji zareaguje na to nasza nieprzejednana opozycja? Czy Senat powinien odrzucić ustawę o komisji nadzwyczajnej, która ma badać ruskie wpływy w polskiej polityce? Początkowo wszyscy myśleli, że jest to inicjatywa ustawodawcza wymierzona w Donalda Tuska, ale w tej sytuacji Donald Tusk może skutecznie schować się za plecami generałów, którzy własnie znaleźli sie na linii strzału. Wtedy komisja nic by mu nie zrobiła, natomiast przyczyniłaby się do dokończenia kuracji przeczyszczającej w naszej niezwyciężonej armii, którą przed “głęboką rekonstrukcją rządu” zdążył rozpocząć złowrogi Antoni Macierewicz. Tymczasem Donald Tusk idzie w przeciwnym kierunku, zarzucając ministrowi Błaszczakowi, że jako “tchórz” próbuje zwalić winę na “ludzi w mundurach”. Krótko mówiąc – próbuje kreować się na płomiennego obrońcę naszej niezwyciężonej armii, a zwłaszcza jej kadry dowódczej. Najwyraźniej liczy na to, że w sytuacji zagrożenia któryś z generałów zdecyduje się pójść na skróty i rozgonić rząd “dobrej zmiany”  – a wtedy na to miejsce wśliznąłby się Donald Tusk ze swoimi pretoriany, przede wszystkim – z Wielce Czcigodnym posłem Pupką.  Co tu ukrywać; widać, że  jeśli Donald Tusk liczy na jakieś wsparcie ze strony naszej niezwyciężonej armii, to nieomylny to znak, że traci poczucie rzeczywistości – podobnie jak pani Swietłana, z którą nasi Umiłowani Przywódcy tak ładnie pobawili się w mocarstwowość.

O horrorze obecnego pontyfikatu – dyplomatycznie.

O horrorze pontyfikatu w Watykanie – dyplomatycznie.

Aktualne trendy pontyfikatu papieża Franciszka.

=======================

Większość paragrafów jest przerażająca! Są tam jednak zwłaszcza dwa ustępy, które, jak sądzę, wyrażają intencję całego dokumentu, a w szczególności pragnienie zmiany samej istoty Kościoła katolickiego

==================================

Wywiad z przełożonym generalnym Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, ks. Dawidem Pagliaranim FSSPX aktualne-trendy-pontyfikatu-franciszka

Czcigodny Księże Przełożony, niedawno przypadała 10. rocznica wyboru papieża Franciszka na Stolicę Piotrową. Co, w opinii Księdza, stanowiło najważniejsze wydarzenie tych kilku ostatnich lat?

Trudno nie zauważyć, że po jego dwóch głównych oraz nowatorskich ideach: miłosierdzia, rozumianego jako „powszechna amnestia”, oraz nowej moralności, opartej na szacunku do Ziemi jako „wspólnego domu całej ludzkości”, ostatnie lata były zdominowane przez ideę synodalności. Nie jest to zupełnie nowa idea1, jednak papież Franciszek uczynił ją osią swojego pontyfikatu.

Idea ta jest tak wszechobecna, że wielu ludzi przestało się nią zbytnio interesować, choć stanowi ona kwintesencję dojrzałego i pełnego modernizmu. Z punktu widzenia eklezjologii rewolucja synodalna ma wywrzeć na Kościół poważny wpływ i dogłębnie przeobrazić jego hierarchiczną strukturę, jego funkcjonowanie, a przede wszystkim nauczanie wiary.

Dlaczego ludzie stali stracili zainteresowanie synodalnością?

Być może była ona postrzegana jako problem wyłącznie krajów niemieckojęzycznych lub też – zachowując wszystkie proporcje – jako problem zasadniczo belgijski, a świadomość jego uniwersalnego wymiaru z czasem zanikła. Jest pewne, że Niemcy odgrywali szczególną rolę w procesie synodalnym, jednak sam problem dotyczy Rzymu – a więc jest powszechny, dotyczy Kościoła katolickiego jako całości.

Jak zdefiniowałby Ksiądz proces synodalny?

Przede wszystkim ten proces jest raczej konkretną rzeczywistością niż wcześniej zdefiniowaną doktryną. Jest on zagmatwaną metodą czy też „praktyką”, która została przyjęta bez wcześniejszej znajomości wszystkich możliwych skutków. Mówiąc konkretnie, stanowi on wyraz pragnienia postawienia Kościoła „na głowie”. Kościół nauczający nie uważa się już za depozytariusza Bożego Objawienia, którego jest strażnikiem, ale za grupę biskupów w jedności z papieżem, którzy słuchają wiernych, a zwłaszcza głosów z peryferii, przywiązując szczególne znaczenie do tego, co mogłyby postulować najbardziej wyalienowane jednostki. Jest to Kościół, w którym pasterze stają się owcami, a owce – pasterzami.

U źródła tej idei leży przekonanie, że Bóg nie objawia się poprzez Pismo św. i Tradycję, których strażnikiem jest hierarchia Kościoła, ale poprzez „doświadczenie ludu Bożego”. Właśnie dlatego proces synodalny rozpoczął się od konsultacji z wiernymi wszystkich diecezji świata. W oparciu o te dane konferencje biskupów sporządziły podsumowania, których owocem była opublikowana kilka miesięcy temu pierwsza synteza rzymska.

Jakie jest znaczenie idei, wedle której Bóg objawia się i daje poznać swoją wolę poprzez doświadczenia ludu Bożego?

Ta idea stanowi fundament całego gmachu modernizmu. Na potępieniu tej błędnej idei dotyczącej Objawienia św. Pius X oparł swoją encyklikę Pascendi dominici gregis. Jeśli wiara, zamiast odwoływać się do Pisma św. i Tradycji, jest redukowana do doświadczenia – najpierw jednostkowego, a następnie wspólnotowego – to wówczas jej treść, a w konsekwencji ustrój Kościoła, mogą podlegać wszelkim możliwym ewolucjom. Doświadczenie – z samej definicji – dotyczy pewnego momentu lub okresu czasu. Jest to rzeczywistość pojawiająca się w czasie i w historii, która ze swej natury ma charakter ewolucyjny. W analogiczny sposób w życiu każdego z nas występuje ruch, a więc to życie ewoluuje.

Taka wiara-doświadczenie, z konieczności podlegająca ewolucji zgodnie ze zmianą świadomości i potrzebami kolejnych etapów historycznych, jest stale „wzbogacana” o nową treść, a równocześnie odrzuca to, co nie jest już aktualne. W ten sposób wiara staje się rzeczywistością przede wszystkim ludzką, związaną – podobnie jak historia ludzkości – z coraz to nowymi i zmieniającymi się warunkami. W dłuższej perspektywie niewiele pozostaje z tego, co wieczne, transcendentne i niezmienne. Jeśli wciąż mówimy o Bogu i Kościele katolickim, to te dwie rzeczywistości stają się projekcją tego, co doświadczenie może odczuć hic et nunc. W nieunikniony sposób zmienia się sens oraz zakres tych dwóch pojęć, wraz ze wszystkimi innymi dogmatycznymi elementami naszej wiary. Stopniowo są one wchłaniane przez to, co jest jedynie światowe i zmienne. Ich znaczenie ewoluuje wraz z ludzkością oraz jej doświadczeniem Boga. Ta idea nie jest nowa, jednak proces synodalny stanowi nową kulminację jej zakresu.

Co mógłby nam Ksiądz powiedzieć na temat wspomnianej przed chwilą „syntezy rzymskiej”?

Mam tu na myśli dokument opublikowany w październiku 2022 r., zatytułowany Rozszerz przestrzeń twego namiotu2. Jest to dokument roboczy etapu kontynentalnego synodu, a więc przeznaczony dla biskupów spotykających się na poszczególnych kontynentach3. Jest on prezentowany jako wyraz sensus fidei wiernych, zaś biskupom zaleca się, aby go czytali „oczami ucznia, który uznaje go za świadectwo drogi nawrócenia w kierunku Kościoła synodalnego, który uczy się ze słuchania, jak odnowić swoją misję ewangelizacyjną w świetle znaków czasu”4. Tak więc oczekuje się, że to właśnie na podstawie tego rzekomego wyrazu sensus fidei wiernych biskupi będą wyciągali wnioski i podejmowali ostateczne decyzje.

Jednak treść tego dokumentu oraz zawarte w nim sugestie są po prostu katastrofalne. Nie ma w nim praktycznie niczego, co mogłoby zostać uznane za wyraz wiary katolickiej. Przeciwnie, większość sugestii zaleca transformację Kościoła w całkowicie nową jakość. Możemy poniekąd zrozumieć, że wierni, a nawet księża – zwłaszcza obecnie – głoszą różne dziwaczne opinie, jest jednak całkowicie niedopuszczalne, żeby takie twierdzenia znalazły się w syntezie opracowanej przez watykański Sekretariat Generalny synodu.

Czy w tej syntezie są jakieś ustępy, które należy uznać za szczególnie niebezpieczne?

Niestety, trzeba powiedzieć, że większość paragrafów jest przerażająca! Są tam jednak zwłaszcza dwa ustępy, które, jak sądzę, wyrażają intencję całego dokumentu, a w szczególności pragnienie zmiany samej istoty Kościoła katolickiego w wyniku procesu synodalnego. Przede wszystkim, w odniesieniu do władzy, można dostrzec wyraźne pragnienie akceptacji Kościoła, który funkcjonowałby odwrotnie niż w sposób tradycyjny i w którym Kościół nauczający nie miałby już czego nauczać: „Ważne jest budowanie synodalnego modelu instytucjonalnego jako eklezjalnego paradygmatu dekonstrukcji władzy piramidalnej, która uprzywilejowuje jednoosobowe zarządzanie. Jedyną słuszną władzą w Kościele musi być władza miłości i służby, na wzór Pana”5.

Możemy się zastanawiać, czy mamy tu do czynienia z herezją, czy też po prostu z pustosłowiem, którego nie potrafimy bliżej sklasyfikować. Heretyk w istocie wciąż w coś „wierzy” i wciąż może mieć jakieś pojęcie o Kościele, nawet jeśli jest ono wypaczone. Tu jednak mamy do czynienia z ideą Kościoła, który byłby nie tylko niespójny, ale również – by posłużyć się współczesnym określeniem – „płynny”. Proponuje się Kościół bez doktryny, bez dogmatów, bez wiary, Kościół, w którym nie jest już potrzebna żadna władza do nauczania czegokolwiek. Wszystko rozpływa się w duchu „miłości i służby”, choć nikt nie wie, co to w istocie oznacza – o ile faktycznie coś oznacza – oraz do czego zmierza.

Wspomniał Ksiądz również o drugim szczególnie niebezpiecznym fragmencie.

Zgadza się. Jest też drugi ustęp, który wydaje mi się wyrażać ducha całego tekstu, a równocześnie prawdziwą atmosferę tych kilku ostatnich lat pontyfikatu papieża Franciszka: „Świat potrzebuje «Kościoła wychodzącego», który odrzuca podział na wierzących i niewierzących, który zwraca się ku ludzkości i oferuje jej, zamiast doktryny czy strategii, doświadczenie zbawienia, «przepełnienie darem», który odpowiada na wołanie ludzkości i przyrody”6. Jestem przekonany że ten krótki fragment posiada znacznie głębszy sens i znaczenie, niż mogłoby się to na pierwszy rzut oka wydawać.

Odrzucanie podziału na wierzących i niewierzących jest z pewnością szaleństwem, choć w obecnym kontekście należy to uznać za logiczne. Jeśli wiara nie jest już rzeczywistością autentycznie nadprzyrodzoną, wówczas zmieniają się sama racja bytu oraz misja Kościoła, ustanowionego, aby tę wiarę zachowywał i głosił. Jeśli bowiem wiara jest tylko jednym z wielu doświadczeń, jak można przedstawiać ją jako lepszą i twierdzić, że powinna być powszechnie przyjmowana? Po prostu uczucie-doświadczenie nie może odpowiadać prawdzie absolutnej – posiada jedynie wartość opinii, która nie może być już prawdą w tradycyjnym sensie tego słowa. Logicznie prowadzi nas to do odrzucenia podziału na wierzących i niewierzących. Pozostaje jedynie ludzkość, z jej oczekiwaniami, opiniami i pragnieniami; ludzkość, która jako taka nie rości sobie prawa do niczego nadprzyrodzonego.

Zatem Kościół oferuje ludzkości nauczanie, które nie odpowiada już przekazowi transcendentnego Objawienia. Kościół ogranicza się do proponowania okrojonej i pozbawionej elementów nadprzyrodzonych „ewangelii”, która staje się księgą refleksji i pocieszenia, dopasowaną do wszystkich bez żadnej różnicy. W tej perspektywie rozumiemy, jak nowa teologia i nowa moralność ekologiczna, przedstawione w Laudato si’, są oferowane ludzkości, która nie potrzebuje już nawrócenia i w której nie ma już podziału na wierzących i niewierzących.

Środki masowego przekazu podkreślają zwłaszcza uwagę, jaką synod poświęca związkom osób tej samej płci. Jak Ksiądz postrzega ten problem?

Nie ulega wątpliwości, że ogólnoświatowa presja w tej sprawie przekłada się na proces synodalny. Wywiera się presję, żeby Kościół stał się bardziej otwarty na tych ludzi i wrażliwy na ich potrzeby uczuciowe, zwłaszcza po tym, jak otwarto dla nich drzwi poprzez ogłoszenie adhortacji Amoris laetitia. Jest to jedna ze spraw, co do których oczekiwania są największe. Z jednej strony możemy odnieść wrażenie, że władze Kościoła potwierdzają niemożliwość błogosławienia takich par – np. odpowiedź Kongregacji Nauki Wiary z marca 2021 r.; natomiast z drugiej strony obserwujemy przypadki udzielania im błogosławieństwa – przy czym niekiedy przychodzą one do kościoła, aby otrzymać błogosławieństwo po zawarciu świeckiego związku w ratuszu.

Kilka miesięcy temu biskupi flamandzcy opublikowali nawet oficjalny obrzęd błogosławieństwa takich par; do tej pory Watykan nie zareagował na tę inicjatywę. Według biskupa Antwerpii Ojciec Święty wiedział o tym, jednak postanowił nie podejmować żadnych kroków. Poważne i jawnie rewolucyjne zmiany w tej kwestii postulują również biskupi niemieccy. Wszystko to w nieunikniony sposób wywołuje reakcje niektórych biskupów oraz wiernych. Wielu innych ogranicza się jednak do biernej obserwacji.

W ten sposób powstaje pewna dialektyka, pewne zamieszanie – zarówno w tej dziedzinie, jak i w wielu innych – które powodują, że wszyscy w naturalny sposób oczekują na wypowiedź kompetentnej władzy… Władza ta może – gdy dane kroki wydają się jej zbyt pochopne – wyhamowywać takie inicjatywy; jednak może też zaaprobować je i pozwolić, aby sprawy potoczyły się własnym biegiem, aż ostatecznie będzie można mówić o lokalnych „tradycjach” i zwyczajach. Niekiedy tradycyjna doktryna Kościoła jest potwierdzana, a nawet określana jako niezmienna, co dodaje otuchy konserwatystom. Równocześnie w innych przypadkach władza powołuje się na potrzeby duszpasterskie, stosując „cudowne” miłosierdzie, które godzi rzeczy nie do pogodzenia. W ten sposób tradycyjne zasady moralne, tak jak i wiara, stają się opcjonalnymi opiniami. Jest to typowe dla władzy, która nie opiera się już na transcendentnych zasadach, ale wykazuje wrażliwość na oczekiwania chwili – i jest zdecydowana je spełnić, kierując się względami czysto pragmatycznymi.

Należy jednak zrozumieć, że to wszystko nie skończy się w jakimś konkretnym momencie. Taki sposób sprawowania władzy przypomina mechanizm funkcjonowania współczesnych demokracji: coś, czego nie można zaaprobować dziś, zostanie zaaprobowane jutro, kiedy za sprawą tej samej dialektyki i pod wpływem nowych nacisków i precedensów sytuacja do tego dojrzeje, a umysły ludzi zostaną stosownie przygotowane. Jest to krótki opis mechanizmu uruchamianego przez synodalność – i pokazuje, dlaczego mamy tu do czynienia z najdoskonalszym przykładem modernizmu.

Ogłoszony niedawno reskrypt papieża Franciszka potwierdził, że każdy nowy kapłan pragnący odprawiać Mszę trydencką musi uzyskać stosowne pozwolenie Stolicy Apostolskiej. Ponadto, żeby móc odprawiać tradycyjną Mszę św. w kościele parafialnym, również należy uzyskać jej zgodę. Jak Ksiądz ocenia te decyzje?

Myślę, że nie trzeba być szczególnie doświadczonym ekspertem, aby dostrzec wyraźną chęć wyrugowania tradycyjnej Mszy św. Wspomniany reskrypt, opublikowany w lutym 2023 r., podobnie jak list apostolski Desiderio desideravi z czerwca 2022 r., mają na celu maksymalne ograniczenie posługiwania się tradycyjnym mszałem, a także odstraszenie wszystkich, którzy pragnęliby go używać. W takich okolicznościach trudno mi sobie wyobrazić, aby jakikolwiek młody kapłan miał odwagę prosić Stolicę Apostolską o zgodę na odprawianie Mszy trydenckiej. Czy nam się to podoba, czy też nie, od czasu motu proprio Traditionis custodes ta Msza została w Kościele praktycznie zakazana. Jak ostatnio przypomniał nam kard. Roche, wraz z soborem „zmieniła się teologia Kościoła”7, a w konsekwencji także jego liturgia, gdyż stanowi ona wyraz tej teologii.

W tej sytuacji różne wspólnoty Ecclesia Dei odczuwają zaniepokojenie oraz niepewność co do swej przyszłości. Słyszy się, że niebawem ma zostać ogłoszony nowy dokument papieski dotyczący właśnie ich. Co mógłby nam Ksiądz powiedzieć na ten temat?

Nic nie wiem na temat takiego dokumentu. Myślę jednak, że nie można przeżywać swego kapłaństwa w sposób satysfakcjonujący godząc się z tym, iż nad naszą głową nieustannie wisi miecz Damoklesa. Nie można też żyć w pokoju, ciągle zajmując się wszelkiego rodzaju pogłoskami. Kapłan powinien żyć zjednoczony ze swoją Mszą, nie musząc zastanawiać się, czy jutro jego przełożeni pozwolą mu ją odprawiać. Ma troszczyć się przede wszystkim o dzielenie się z innymi duszami tym wielkim skarbem, bez nieustannej obawy, że sam zostanie go pozbawiony, czy też żyjąc nadzieją na cud, który pozwoli mu wybrnąć z obecnej, niepewnej sytuacji. Naprawdę nie sądzę, żeby Boża opatrzność pragnęła tego rodzaju sytuacji.

Ponadto – niestety – członkowie tych instytutów, podobnie jak wielu innych księży, którzy pragną odprawiać Mszę w tradycyjnym rycie, żyją w takim strachu, że są zmuszeni zachowywać milczenie na temat bieżących wydarzeń z życia Kościoła. Bardzo dobrze wiedzą, że w dniu, w którym zaczęliby wyrażać zastrzeżenia wobec tego, co dziś dzieje się w Kościele, na ich karki mógłby spaść miecz Damoklesa – a kard. Roche gotów jest im w każdej chwili o tym przypomnieć! Mówię to z całą miłością: ta sytuacja rodzi permanentną dychotomię między sferą liturgii a sferą doktryny, co stwarza niebezpieczeństwo, że ci kapłani będą żyć w zakłamaniu, które ich nieuchronnie sparaliżuje, gdy staną wobec konieczności publicznego wyznania swej wiary. Właśnie z tego powodu, zwłaszcza w pewnych krajach, reakcję przeciwko szaleństwu drogi synodalnej można zaobserwować – paradoksalnie – raczej w środowiskach nieprzywiązanych do tradycyjnego mszału.

A jak Ksiądz widzi przyszłość Bractwa św. Piusa X?

Widzę ją po prostu jako wierną kontynuację tego, co czyniło ono do tej pory. Bractwo musi zajmować się bieżącymi sprawami Kościoła, nie przywiązując wagi do pogłosek o tym, co taki a taki kardynał powiedział w zaufaniu takiemu a takiemu seminarzyście, co mogłoby się wydarzyć w Kościele czy też nawet co mogłoby spotkać nas… Musimy żyć ponad tym wszystkim.

Dla dobra Kościoła katolickiego Bractwo musi zachować i zapewniać swoim kapłanom oraz wiernym możliwość sprawowania tradycyjnej liturgii oraz uczestnictwa w niej. Równocześnie w dalszym ciągu musi strzec tradycyjnej teologii katolickiej, która tej liturgii towarzyszy i która ją podtrzymuje. Nikt, kto wciąż jeszcze posiada sensum catholicum, nie może wyrzec się tej doktryny. Parafrazując kard. Roche’a, wprowadzona przez sobór zmiana w doktrynie stanowiła w istocie inspirację dla nowej Mszy! Mamy obowiązek dochować wierności zarówno Mszy, jak i doktrynie katolickiej, równocześnie zachowując pełną swobodę do przeciwstawiania się błędom oraz tym, którzy ich nauczają. Ostatecznie, jeśli liturgia jest z definicji publiczna, to również wyznawanie wyrażanej przez nią wiary ma charakter publiczny.

Dziś bardziej niż kiedykolwiek musimy być świadomi, że tradycyjna liturgia w Kościele katolickim ma również związek z moralnością, której zasad nie mamy prawa zmieniać. Wszechmogący Bóg w centrum naszej religii umieścił krzyż oraz prawdziwą ofiarę. Nikt nie może osiągnąć zbawienia bez krzyża i bez tej ofiary. Nikt nie może osiągnąć zbawienia akceptując, w imię fałszywej miłości i fałszywie rozumianego miłosierdzia, wszelkiego rodzaju zgorszenia. Zbawienie daje tylko jeden rodzaj miłości – ponieważ istnieje tylko jedna prawdziwa miłość, która oczyszcza: miłość krzyża, miłość odkupienia, miłość okazana nam oraz przekazana przez Chrystusa Pana, a którą On nazwał caritas. Ta miłość nie może jednak istnieć bez wiary ani bez tych, którzy jej nauczają.

Wywiad z przełożonym generalnym Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, ks. Dawidem Pagliaranim FSSPX, przeprowadzony przez FSSPX.Actualités w Menzingen 5 maja 2023 r., w uroczystość św. Piusa V.

Źródło

Przypisy

  • 1 Proces synodalny rozpoczął się bezpośrednio po II Soborze Watykańskim, od czasu którego odbyło się ponad tysiąc synodów diecezjalnych – często z udziałem świeckich, co stanowi całkowitą nowość. Papież Franciszek precyzował koncepcję synodalności od początku swego pontyfikatu: najpierw poprzez interpretację sensus fidei oraz pobożności ludowej jako źródła Objawienia (por. Evangelii gaudium, par. 119–120), a następnie poruszając kwestię synodalności bardziej otwarcie w swojej Mowie z okazji 50 rocznicy utworzenia synodu biskupów (17 października 2015). Na tej podstawie Międzynarodowa Komisja Teologiczna zredagowała tekst Synodalność w życiu i misji Kościoła, przedstawiający podstawy teoretyczne procesu, którego świadkami jesteśmy obecnie.
    Synod o synodalności można więc postrzegać jako praktyczne zastosowanie, w skali całego Kościoła, idei głoszonych i rozwijanych w trakcie obecnego pontyfikatu, a które stanowiły punkt wyjścia dla wielu eksperymentów podejmowanych od czasu Vaticanum II.
  • 2 Cytat z Iz 54, 2 – przyp. red.
  • 3 Zorganizowano siedem oddzielnych grup kontynentalnych, osobno dla obu Ameryk oraz dla Bliskiego Wschodu.
  • 4 Rozszerz przestrzeń twego namiotu, par. 13. Wszystkie cytaty za: https://www.diecezja.kielce.pl/sites/default/files/etap_kontynentalny.pdfprzyp. tłum.
  • 5 Ibidem, par. 57.
  • 6 Ibidem, par. 42.
  • 7 Kard. Roche powiedział, że „teologia Kościoła zmieniła się. Wcześniej kapłan, oddalony od wiernych, reprezentował ich wszystkich. Byli oni niejako kierowani przez tego, który jako jedyny odprawiał Mszę św. [Dziś jednak] liturgię sprawuje nie tylko kapłan, ale razem z nim także ci, którzy są ochrzczeni. I ta konstatacja jest wręcz przełomowa” (audycja w BBC Radio 4, 19 marca 2023).

Wciąż zamawiamy

4.05. Wciąż zamawiamy

Jerzy Karwelis https://dziennikzarazy.pl/4-05-wciaz-zamawiamy/

Jak zwykle Marek Sobolewski nie śpi. Nie tylko dokonuje ciekawych analiz statystycznych opartych na demaskujących danych oficjalnych, ale w trakcie poszukiwania tych danych natrafia na niezłe smaczki. Oto ostatnio napisał, że: „Niechcący trafiłem na stronę UE, gdzie napisano, że ‘zabezpieczono’ 4,2 mld dawek szczepionki przeciwko COVID-19. Ósma szczepionka zatwierdzona

30.03.2023 i już ‘zabezpieczono’ jej 250 mln dawek. Dalsze dawki w fazie negocjacji. A UE liczy 450 mln mieszkańców”.

Ciekawe, co? My tu sobie myślimy, że tu dawno po pandemii, a tam młyny mielą. Ciekawe tylko co mielą i dlaczego. Warto się więc zastanowić. Po pierwsze jakoś (ja wiedziałem, że tak będzie) ucichło z aferą szczepionkową jak to nasza unijna Ursula, okazało się, że za pomocą zaginionych smsów, wynegocjowała z Pfizerami po 10 dawek dwudawkowej szczepionki na głowę.

Co prawda pozwał ją ostatnio New York Times za te smsy, ale i belgijski lobbysta wniósł przeciwko niej oskarżenie w sądzie w Liege. Pali się tam jej koło siedzenia, ale z mediów oczywiście nic nie usłyszycie, no, co najwyżej o jej możliwym awansie na szefa NATO, czyli o planie ewakuacji. Gdyby ten skorumpowany awatar miał stanąć na czele NATO, to trzeba byłoby się nie tylko ewakuować z Unii, ale i z Sojuszu.

Mam nadzieję, że Amerykany nie pozwolą, by taka lala szefowała NATO, chyba, że to tylko figuranctwo, a tam i tak rządzą z tylnego siedzenia Jankesi. No, bo co by nas czekało w jej wykonaniu? Żarówki, rzecz jasna energooszczędne, wożone na front, czy kupowanie lewego uzbrojenia od jakichś gangusów za pomocą memów?

Ale popatrzmy się na cały proceder. Młyny się nie zatrzymały i ciekawe dlaczego? Po kiego ósmej dawki (mamy dopiero w Polsce piątą na poziomie wyszczepień kilkunastu tysięcy) po dawce na połowę ludności Europy? A po ile jest szóstej i siódmej w magazynach? I po co? Ja uważam, że jest to realizacja – za wszelką cenę – podjętych zobowiązań poza stolikiem oficjalnych negocjacji. Bo po co Unia siada do stołu, skoro już po herbacie? No, chyba żeby dotrzymać jakichś zobowiązań, gdyż argumenty medyczne się już albo przedawniły, albo skompromitowały.

Żeby to tylko nie było jak z tymi helikopterami Caracale, co to poprzednia władza na bank wzięła w łapę, ale przyszedł PiS i odwołał przetarg. I był kłopot – kasa wzięta, ba – wydana, a tu towar nie dowieziony. To znaczy, co mi tam „żeby nie było”, niech i tak będzie. Co mnie obchodzą czyjeś łapówy, skoro nie można ich tam osądzić. Niech się rozliczą ci co brali z tymi co dawali. Proces ten zacznie się zaraz po zablokowaniu kolejnych dawek i odwołaniu zamówionych. Wtedy będą się działy dziwne jaja, łącznie z wypadkami samochodowymi i znikaniem ludzi. W końcu chodzi o dziesiątki miliardów euro i nie skończy się na podniesionych głosach dyskutujących w jakiejś piwniczce.

A tu nie – jedziemy w biały dzień za kolejne ciężkie miliardy i nikt nie mów nic. Europa jest już kompletnie obywatelsko ubezwłasnowolniona. Narracja odwraca uwagę w nieważne strony, mnoży fejkowych wrogów co to dybią na europejskie wartości, które okazują się kłębkiem komunałów, kiedy elity trzaskają kasę. I są biedni, hodowani naiwniacy, którzy w to wierzą. Mało tego – Unia nie kupuje dla Unii tylko dla krajów. Po pierwszej „fali zakupowej” okazało się, że był to procurment, czyli zakup zbiorowy, co to miał kumulować w jednym ręku przewagi negocjacyjne, a stał się przewałem nr 1 w dziejach ludzkości. W dodatku, kiedy się zaglądnie wstecz, to widać jak to szło. Unia kupowała po kokardę, zaś w poszczególnych krajach zaczęła się – dmuchana medialnie i politycznie – histeria żeby nasz rząd kupił tego jak najwięcej. Tak się ludzie bali, zaś opozycja wskazywała w Polsce, że nasz rząd z powodu złych stosunków z Unią słabo negocjuje i umrą Polacy. Tak było. I to podgrzewały jeszcze oba plemienne obozy medialne. TVNy ryczały, że za mało, publiczni zaś pokazywali, że jak za mało: mamy pińcetstodziwińcet na głowę i opozycja kłamie, bo dbamy.

Tak samo teraz – ósma dawka jest zamówiona również dla nas, ba – w imieniu Polaków. I zaraz do nas dotrze (ciekawe czy po szóstej i siódmej, czy od razu przeskoczy) dawka ósma i wyjdzie paru sługusów Big Farmy i – jak widać – sparowanej z nią korupcyjnej Komisji Europejskiej i będą nam tłumaczyć, że i owszem, trzeba brać. Albo nie będą nam musieli nic tłumaczyć, bo przyjedzie WHO z kwitem w ręce, że może i każe nam to wziąć. Przypomnę, że wedle ustaleń będziemy musieli to zrobić, i to w tym samym czasie, kiedy rozpoczęliśmy proces renegocjacji dotychczasowych kontraktów, że są za duże. Czyli jednocześnie opieramy się u nich i zamawiamy u nich.

Na koniec należy się klamra, która nie tylko domknie to w całość, ale i pokaże szerszy kontekst całej szczepionkowej zadymy. Otóż Robert Kennedy Jr. stwierdził jeszcze we wrześniu 2020, a więc tuż przed szczepionkowym szaleństwem, byśmy się tak nie ekscytowali dochodami Big Farmy ze sprzedaży szczepionek, bo nie tu są frukta. Powiedział: „Big Farma czerpie zyski nie ze szczepionek, ale ze sprzedaży lekarstw na urazy poszczepienne. Zarabiają 60 miliardów dolarów rocznie sprzedając nam szczepionki, ale zarabiają 500 miliardów dolarów rocznie, sprzedając lekarstwa na urazy spowodowany przez szczepionki.”  

Tak że widzimy dlaczego te młyny się kręcą. I będą się kręcić, od kiedy patrzymy w złą stronę. Ba, że w złą. Przestajemy się rozglądać, bo patrzymy już tylko pod stopy, by się nie potknąć o jakąś kłodę dnia codziennego. Idą ciężkie czasy i będziemy walczyć ze skutkami, nie widząc przyczyn. A jak już wyeskaluje wojna, to panie, wcisną nam co będą chcieli. Wiem, że to majówka i nie ma co psuć nastroju, ale jak tak siedzę sam w domu to takie myśli przychodzą. Może jak pojadę w środę na grilla, się przewietrzę, to będzie jakoś bardziej optymistycznie. Zobaczymy…  

mówił Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Jeszcze raz o wirusowej ściemie, czyli powszechna wiara w krasnoludki

Jeszcze raz o wirusowej ściemie, czyli wiara w krasnoludki

Anthony Ivanowitz 12 maja 2023, o-wirusowej-sciemie-czyli-wiara-w-krasnoludki

Tylko prawda jest ciekawa

Wirusy jak krasnoludki, nikt nie udowodnił ich istnienia, a wielu w nie wierzy!

…Niewiele osób wie, że Ludwik Pasteur był  wynalazcą „konsensusu naukowego”. Na skutek którego „uczeni” zgodzili się, że odkrył on wirusa wścieklizny. Dzięki temu konsensusowi naukowemu (czyli  przegłosowaniu przez grono samozwańczych autotytetów naukowych, że odkrył on wirusa wścieklizny) Pasteur został …ojcem wirusologii.  Jakim cudem mógł on w 1885 r. odkryć wirusa?   Oczywiście nie mógł, więc przegłosowano że ….odkrył! Nawet obecnie dysponując mikroskopami elektronowymi nie jest możliwe udowodnienie istnienia wirusów, o czym poniżej.
Dlaczego?
Otóż kluczowym etapem przy pracy z mikroskopem elektronowym jest przygotowanie próbki materiału który chcemy w powiększeniu obejrzeć.
Załóżmy, że chcemy obejrzeć wirusy grypy, które ponoć „pływają” w ślinie osoby chorej.
Osobom młodym, wykształconym z dużych miast może się wydawać, że wystarczy kropelkę śliny włożyć pod okular mikroskopu, zaś ten pokaże nam w milionowym powiększeniu wirusy.
Nic bardziej mylnego!
Przyjrzyjmy się metodologii przygotowania próbek do badań mikroskopem elektronowym. Niech tą próbką będzie ślina pobrana od osoby chorej na grypę.
„…Przygotowanie próbki do badania pod mikroskopem elektronowym przebiega w kilku etapach i wymaga kolejnego użycia różnych typów odczynników. Pierwszym etapem jest utrwalanie pobranego materiału w aldehydzie glutarowym albo jego mieszance z formaldehydem. Dla zapewnienia pH możliwie zbliżonego do naturalnego dla danej badanej próbki należy wykorzystać odpowiedni preparat w postaci np. buforu kakodylowego, fosforanowego czy Tris/HCl, albo HEPES/HCl, w którym rozpuszcza się utrwalacz.
Po procesie utrwalania prowadzonym nierzadko w obniżonej temperaturze dla zwolnienia procesów metabolicznych niezbędne jest wypłukanie utrwalacza za pomocą użytego wcześniej buforu, czyli np. kakodylanu sodu. Następnym krokiem jest przeprowadzanie utrwalania wtórnego w postaci osmowania w czterotlenku osmu rozpuszczonym w buforze lub wodzie destylowanej. Po osmowaniu wykonuje się odwadnianie alkoholem lub acetonem. Dla ochrony próbki przed uszkodzeniami mechanicznymi zatapia się ją w żywicy epoksydowej lub akrylowej.
Ostatnim etapem jest trymowanie próbki oraz umieszczenie jej w ultramikrometrze w celu pocięcia. Próbki w zależności od swego rodzaju są umieszczane na specjalnych siatkach miedzianych albo złotych lub niklowych z odpowiednim dla samego preparatu i celu badania filmem, np. krzemionkowym bądź węglowym albo odpowiednią membraną. Próbka może też być dodatkowo skontrastowana roztworem octanu uranylu albo cytrynianu ołowiu….”
Więcej na temat przygotowania próbek do badań pod mikroskopem elektronowym tutaj: odczynniki-w-mikroskopii-elektronowej
Jeśli założymy, że w ślinie osoby chorej na grypę znajdują się wirusy, ( a więc bardzo nietrwałe, martwe struktury białkowe) , to co z tych wirusów pozostanie po poddaniu ich opisanej wyżej procedurze?
Czy one rozpadną się na jakieś inne cząstki białkowe, czy wejdą w reakcje chemiczne z użytymi odczynnikami i co w wyniku tych reakcji powstanie?
Jaki wpływ na wirusy będzie miał silny strumień elektronów który zostanie przepuszczony przez próbkę? Niesie on z sobą duża energię. Jak ta energia wpłynie na strukturę wirusów i czy one w ogóle przetrwają?
Załóżmy na moment, że obraz mikroskopowy pokazuje wirusy. Ale oprócz wirusów pokazuje on miliardy innych cząstek zarówno tych które były w próbce śliny jak i tych które do próbki zostały wprowadzone podczas jej przygotowania.
Które z tych widocznych na ekranie komputera kropek, kresek, przecinków, wężyków (itp.) to są wirusy? A które to wtrącenia obce?
Aby w obrazie mikroskopowym rozpoznać wirusy, musielibyśmy wcześniej wiedzieć jak one wyglądają i czym się jedne wirusy (na przykład grypy) różnią od innych, na przykład odry. A tego nie wiemy!
Tak więc za pomocą mikroskopu elektronowego ani nie możemy potwierdzić istnienia wirusów ani nie możemy tego wykluczyć!!
Prawdziwa nauka takimi przypadkami (których nie daje się zweryfikować doświadczalnie) się nie zajmuje! Skoro jedna grupa „naukowców” może przegłosować, że wirusy istnieją, to dlaczego inna grupa nie może przegłosować, że one nie istnieją?  W prawdziwej nauce takiego dziadostwa nie ma! Każda tezę trzeba udowodnić empirycznie w sposób możliwy do powtórzenia przez innych!
Jak z tego dylematu wybrnęli współcześni szamani zwani wirusologami? Oszustwem! Pokazują oni w mediach i swoich pracach jako zdjęcia wirusów….powiększone obrazy pyłków kwiatowych, czyli kolorowe piłeczki z kolcami!

{szukam w google pod: „wirus ;foto”. Oto wyniki:

=======================================

Wiedząc, że weryfikacja istnienia wirusów za pomocą mikroskopów elektronowych jest niemożliwa, oszuści zwani wirusologami wpadli na iście komediowy, oszukańczy sposób: pośredniego dowodzenia istnienia wirusów.
Prekursorem tej metody dowodzenia istnienia bytów których nie ma, jest… nasza poetka Maria Konopnicka. To ona pierwsza zauważyła istnienie krasnoludków, których co prawda nikt nigdy na oczy nie widział, ale są nie podważalne dowody pośrednie na ich istnienia.

Tym pośrednim dowodem na istnienie krasnoludków jest… kwaśnienie mleka! Dlaczego ono kwaśnieje? Gdyż pod osłoną nocy do mleka szczą krasnoludki!

Podobne dowody na istnienie wirusów przedstawiają wirusolodzy.

Oto jeden z tych dowodów pośrednich.
Skoro nie ma możliwości technicznych wyizolowania wirusa ani obejrzenia go pod mikroskopem elektronowym, to trzeba przyjąć „na wiarę” (co zwane jest konsensusem naukowym) , że w biologicznej zupie (próbce pobranej do badań, na przykład w ślinie, czy śluzie z nosa) osób chorych pływają wirusy! A kto nie przyjmie tej „wiary” jest płaskoziemcą” i szurem.

A jak udowodnić pośrednio, że wirusy pływają w biologicznej zupie osób chorych, skoro inne metody udowodnienia zawodzą?

Ano jeśli w biologicznej zupie pływają wirusy, to (teoretycznie) wywołują one choroby, na tej samej zasadzie jak szczyny krasnoludków wywołują kwaśnienie mleka.
Teraz trzeba „udowodnić”, że to wirusy spowodowały chorobę.
Co więc robią wirusolodzy?
Wpuszczają do biologicznej zupy w której są wirusy (na przykład do śliny osoby chorej) dwa antybiotyki, (gentamycynę i amfoterycynę, znane jako toksyczne dla nerek.) które mają zabić obecne w zupie „wtrącenia” żywe. (przypominam, że wirusy to martwe struktury białkowe, tak twierdzą wirusolodzy) Po tym zabiegu w zupie pozostają już (teoretycznie!) tylko same martwe wirusy i martwe „wtrącenia” obce.

I teraz (uwaga, uwaga!)mamy gwóźdź programu.
Aby udowodnić, że martwe wirusy (a co z martwymi wtrąceniami?) są zabójcze i powodują chorobę, potraktowaną antybiotykami miksturę podaje się żywym tkankom pobranym z nerek małp, gdyż są one bardzo wrażliwe na toksyny.. Tkanki małp obumierają, co jest dowodem na toksyczność wirusów. A więc mleko kwaśnieje, gdyż oddały do niego mocz krasnoludki!
Szwindel ten jest grubymi nićmi szyty, gdyż obumieranie tkanek nerek małp powodują nie wirusy tylko antybiotyki co kilku naukowców udowodniło!
I takim oto prostymi szwindlami sprowadzono medycynę w ślepy zaułek, co było możliwe tylko i wyłącznie dlatego, że teoria infekcyjności Pasteura umożliwiła firmom farmaceutycznym obrabowanie ludzi na całym świecie, pod pozorem ich leczenia z wirusów i bakterii!
Rabunek trwa nadal i trwać będzie, gdyż prawie 100% ludzi nie ma świadomości jak robiona jest w konia! Próba wytłumaczenia im jak jest naprawdę zawsze kończy się medialną nagonką na „naukowego oszołoma” który odważy się zauważyć i upublicznić szwindel „wirusowy”.
Po takiej medialnej „obróbce” danego „oszołoma” jest on skończony w świecie „nauki” , co stanowi ostrzeżenie dla innych by „siedzieć cicho”!

Wirusowa ściema umożliwiła rozpętanie ogólnoświatowej histerii pandemii covid-19, na co dała się nabrać prawie cala światowa populacja ludzi!
Ludzie uwierzyli w wirusowe krasnoludki, choć istnieją one tylko w baśniach  tak zwanych wirusologów, czyli oszustów!
Anthony Ivanowitz 12.05.2023r. Www.pospoliteruszenie.org

===============================

mail:

„..Przez 30 lat uczyłem niewłaściwie. Pilnie musimy w podręcznikach 
zrewidować rozdziały dotyczące szczepień.
Cały przemysł szczepionkowy to gigantyczne oszustwo, prawdopodobnie 
największe i najniebezpieczniejsze wszechczasów oszustwo szczepionkowe w 
medycynie, a to, czego jesteśmy teraz świadkami, to szczyt, końcowy 
produkt tego oszustwa”.
Profesor Sucharit Bhakdi

Człowieka łatwo oszukać ale daremnie oczekiwać by przyznał, że został 
oszukany.

MK

Kryminały

Małgorzata Todd subscriptions

           Szanowni Państwo!
           Na policję zgłasza się pani, której ukradziono białego, rasowego pieska. Dzielnym funkcjonariuszom udaje się ustalić, że złodziejem jest pewien miejscowy menel. Identyczną opowiastkę można było zobaczyć w dwóch różnych serialach kryminalnych i pech chciał, że emisja obydwu przypadała w tym samym tygodniu.

A tymczasem za oceanem strajkują amerykańscy scenarzyści, bo producenci zatrudniają amatorów, którym mniej płacą. [No i już używają AI, której wcale nie płacą. md]

Hollywood powinno uczyć się od nas, jak sprzedawać wielokrotnie ten sam nieświeży towar. No… chyba, że to myśmy kupili jakiś zagraniczny pakiet scenariuszy, który musimy teraz realizować.
           Nie ma jednak co wyżywać się na biednych scenarzystach, bo niby skąd mają czerpać wzorce? Czyżby z wymiaru niesprawiedliwości, rodem jeszcze z PRL? Bywa on żałośnie nieudolny, lub „udolny”, zależy z czyjego punktu widzenia.

Komornik potrafi sprzedać (za byle grosze) ciągnik sąsiada wierzyciela, bo wie, że nic mu za to nie grozi. Strach mieszkać w pobliżu jakiegoś kredytobiorcy, który zalega z uiszczaniem bankowi należnego haraczu. W każdej chwili komornik może skonfiskować samochód, nie ważne, że nie wierzyciela, a twój!
           Intryga kryminalna, jeśli nie jest to komedia, nie może zakładać, że jakiś głupek udaje mafiosa. Przeciwnie, może natomiast kopiować prawdziwe afery, w których mafioso rżnie głupa. Skąd my to znamy? Ekipa Tuska, kiedy rządziła, posprzedawała obcym państwom nawet infrastrukturę taką jak telekomunikacja, czy wodociągi. Im większa skala przekrętu, tym większy szmal. A o nic innego przecież nie chodziło.
           Obecnej ekipie rządzącej udało się, wbrew kremlowskim „ekologom”, przekopać mierzeję wiślaną. Nie udaje się jednak zbudować portu w Elblągu. Inwestycję blokuje miejscowy samorząd PO.

Czysta złośliwość? Nie sądzę.

Niemcy już podobno chcą wykupić część nabrzeża w Elblągu. Ciekawe po co? Jakich już transakcji dokonał samorząd? To tajemnica handlowa znana zapewne nielicznym i bardzo wątpię, żeby stała się kiedykolwiek kanwą jakiegoś serialu.
           A w ogóle, po co nam seriale, skoro mamy mnóstwo prawdziwych afer kryminalnych?

Z pozdrowieniami

Małgorzata Todd

Firma Larry Finka – BlackRock planuje kupić Ukrainę od Zelenskiego

Firma Larry Finka -BlackRock planuje kupić Ukrainę od Zelenskiego

Firma-larry-finka-blackrock-planuje-kupic-ukraine 13 maja 2023

Ukraina ma nowego sponsora z Zachodu. To nie jest państwo narodowe ani kontrahent wojskowy. To firma finansowa BlackRock, która już jest właścicielem 30% Ukrainy.

Ukraina ogłosiła w środę [11 maja] , że prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski odbył telekonferencję wideo z dyrektorem generalnym BlackRock Larrym Finkiem .[He grew up in a Jewish family]…

Para najwyraźniej zawarła umowę, aby skoordynować wysiłki inwestycyjne w celu odbudowy rozdartego wojną kraju.

Opisujący spotkanie na stronie internetowej prezydenta Ukrainy chwalił się zaangażowaniem BlackRock, nazywając firmę „jednym z wiodących światowych menedżerów inwestycyjnych” i odnotowano, że „zarządza aktywami klientów o wartości około 8 bilionów dolarów” .

„Zełenski i Larry Fink uzgodnili, że w najbliższym czasie skupią się na koordynowaniu wysiłków wszystkich potencjalnych inwestorów i uczestników odbudowy naszego kraju, kierując inwestycje do najbardziej istotnych i wpływowych sektorów ukraińskiej gospodarki”. W komunikacie stwierdzono również, że niektórzy dyrektorzy BlackRock odwiedzą Ukrainę w 2023 roku, aby „wypełnić swoje obowiązki doradcze”.

„Zgodnie ze wstępnymi porozumieniami zawartymi na początku tego roku między głową państwa a Larrym Finkiem, zespół BlackRock od kilku miesięcy pracuje nad projektem doradzania ukraińskiemu rządowi, jak ustrukturyzować fundusze na odbudowę kraju”. 

Jedną z takich wstępnych umów zawartych między BlackRock a Ukrainą było memorandum o porozumieniu podpisane przez ukraińskie Ministerstwo Gospodarki i BlackRock Financial Markets Advisory w Waszyngtonie w dniu 10 XI 2022 r. W notatce stwierdzono, że BlackRock FMA będzie doradzać ukraińskiemu rządowi, w szczególności Ministerstwa Gospodarki w sprawie inwestycyjnej mapy drogowej odbudowy gospodarki Ukrainy.

Komunikat prasowy BlackRock o notatce z 10 listopada jest pełen pustych korporacyjnych przemówień.

Poprzednie wrześniowe spotkanie Zełenskiego i Finka, najwyraźniej zaaranżowane przez Andrew Forresta z Fortescue Metals Group, położyło podwaliny pod rosnącą współpracę ukraińskiego rządu z BlackRock. Prezydent Ukrainy i dyrektor generalny BlackRock podobno rozmawiali o tym, jak przyciągnąć publiczne i prywatne inwestycje na Ukrainę.

Po powrocie do Stanów firma inwestycyjna z Nowego Jorku trafia na pierwsze strony gazet. Raport z Wall Street Journal z lata twierdził, że BlackRock była jedną z kilku dużych firm inwestycyjnych powodujących zakłócenia na rynku mieszkaniowym. W raporcie opisano, w jaki sposób BlackRock i podobne firmy wykorzystują swoje ogromne ilości kapitału do kupowania domów jednorodzinnych, podnosząc przy tym ceny.
Wspomniane podwyżki cen mają dwa bezpośrednie skutki ekonomiczne. Po pierwsze, wyższe koszty mieszkaniowe są korzystne dla nieruchomości już posiadanych przez BlackRock, zwłaszcza w obszarach, w których firma dużo zainwestowała. Drugim skutkiem jest sztucznie zawyżone ceny, które wypierają pracujące rodziny, pozostawiając jedynie bogatych lub firmy inwestycyjne dysponujące ogromnymi zasobami kapitału jako jedyni gracze pozostali na rynku.

Na przykład w Houston miliarder Fink odpowiada za jedną czwartą ostatnich zakupów domów. Po prostu wykupuje całe dzielnice i wynajmuje je. BlackRock pomaga stworzyć klasę stałych najemców, chociaż od dawna wiadomo, że posiadanie domu jest jednym z kluczowych elementów budowania bogactwa i utrzymania amerykańskiej klasy średniej.

To wszystko jest dość irytujące: można niemal zagwarantować, że BlackRock otrzyma sowite wynagrodzenie od ukraińskiego rządu za doradztwo „w sprawie planu odbudowy”.

A skąd ukraiński rząd obecnie czerpie fundusze, biorąc pod uwagę, że jego gospodarka jest w rozsypce, a wojna jest kosztownym przedsięwzięciem? Oczywiście od rządu Stanów Zjednoczonych. Do końca roku kalendarzowego Stany Zjednoczone przekażą rządowi Ukrainy bezpośrednie wsparcie budżetowe w wysokości 13 miliardów dolarów, aby uniknąć niedoborów i całkowitego bankructwa, a prezydent Joe Biden obiecał wspierać Ukrainę „tak długo, jak to będzie konieczne”.

Tak więc BlackRock jest opłacany przez amerykańskich podatników za pośrednictwem ukraińskiego rządu za opracowanie planu, który zapewni powodzenie ich przyszłych inwestycji na Ukrainie, zarobionych z pieniędzy uzyskanych z uczynienia amerykańskich mieszkań nieopłacalnymi. Z taką umową dla naszej elity finansowej i politycznej, dlaczego mieliby chcieć pokoju?

https://www.globalresearch.ca/blackrock-plots-buy-ukraine/5803685