Spadek realnych płac to w czasie obecnego kryzysu gospodarczego globalny problem, ale nie dotyka on wszystkich tak samo. Niestety Polska zajmuje pod tym względem haniebne drugie miejsce. Gorszy wynik odnotowano jedynie w Nikaragui.
Spadek realnej wartości płac wynika z różnych czynników, które dotykają obecnie światowej gospodarki. Mowa tu przede wszystkim o kryzysie inflacyjnym, niewielkim wzroście gospodarczym i panującej na rynku niepewności.
Według raportu Global Wage Report 2022-23 globalnie miesięczne płace spadły średnio o 0,9 proc. wartości. Do ponadprzeciętnych spadków płac realnych doszło w Ameryce Północnej (3,2 proc.) i Unii Europejskiej (2,4 proc.).
W państwach grupy G20, które zatrudniają około 60 proc. światowej liczby pracowników najemnych, realna wartość płac spadła w pierwszej połowie 2022 roku o 2,2 proc.
Największy spadek na świecie – z dostępnych danych – odnotowało środkowoamerykańskie państwo Nikaragua. Tam wartość miesięcznych wypłat spadła średnio o 7,56 proc.
Niestety na drugim miejscu na tej liście hańby znalazła się Polska z wysokim spadkiem – 6,9 proc. Oznacza to, że polscy obywatele biednieją nie tylko w stosunku do swoich zarobków sprzed kryzysu, ale także w stosunku do reszty świata.
Najsilniej spadek wartości płac odczuwają osoby najuboższe, które swoje wypłaty wydają w większości na podstawowe towary i usługi, których ceny rosną najmocniej.
Próba Venceslausa Lepusa Unicoviusa – Mundus Novus & Novus Ordo Mundi
Palące promienie rozjarzonego w zenicie słońca parzyły twarz śpiącego mężczyzny, który leżał u podnóża rozwalin jakiegoś kamiennego muru skruszonego czy to przez czas, czy to ludzką ręką – nie wiadomo.
Mężczyzna się przecknął, otwarł oczy, przetarł je kciukami zwiniętych w kułaki dłoni, dźwignął się i usiadł, wspierając się plecami o chropawą kamienną ścianę.
Rozejrzał się wokół i zdumiał, ujrzawszy rośliny, jakich nigdy w życiu nie oglądał i nie potrafiłby ich nazwać. A rosły tam jukki o ciemnozielonych, twardych, mieczowatych liściach i dzwonkowatych, kremowobiałych kwiatach, dumnie pięło się ku niebu potężne drzewo ceiby yaxché, gęsto pokryte różowym wonnym kwieciem, otoczone zewsząd przez zarośla złożone z krzewów białej szałwi oraz kryjącej się w jej cieniu szałwi wieszczej, wydzielających upajające i odurzające balsamiczne aromaty. Nieco dalej, na bardziej otwartej przestrzeni, ujrzał dziwaczne, nastroszone ostrymi, kłującymi areolami rośliny bez gałęzi i bez liści – niektóre o płaskich pędach, inne o kulistych, jeszcze inne o maczugowatych. Były to kaktusy – opuncje i cereusy, a tu i ówdzie skromne, niepozorne blossfeldie.
Zarośla owe przecinała wąska ścieżka prowadząca w dół niezbyt łagodnego zbocza. Mężczyzna dźwignął się na nogi, rozejrzał raz jeszcze wokół, ale, prócz ruin i dzikich zarośli, przeciętych niepozorną dróżką, nie wypatrzył niczego więcej. Ruszył tedy z westchnieniem ku podnóżu, ostrożnie stawiając stopy, bo chociaż przywykły był do górzystego terenu stron ojczystych i rodzinnego miasta, to jednak wolałby na tym odludziu nie skręcić nogi.
Po jakimś czasie wędrowiec dotarł do miejsca, skąd u swoich stóp ujrzał ogromną metropolię leżącą na jeziorze i wgryzającą się w jego toń licznymi budowlami, mniejszymi wyspami i wysepkami, wyglądającymi stąd niczym pływające bajkowe ogrody. Widok był zachwycający.
Mężczyzna przyspieszył kroku, aby czym prędzej znaleźć się między ludźmi. Nie miał pojęcia ani gdzie jest, ani skąd się tu wziął. Ostatnie, co pamiętał, to była jaskinia w Salamance, uczta, dziwne, rozwiązłe kobiety o alabastrowych twarzach i gadzich oczach, mnich, który go zaprowadził w owo tajemnicze miejsce, będący najwyraźniej, jak i on sam, kandydatem na adepta, młody polski szlachcic, którego teraz tutaj z nim nie było, androgyniczna istota na tronie, trumna, w której spoczywali i czarne świece jarzące się żółtawymi płomykami wokół owej trumny.
W zestawieniu z tym, co teraz zobaczył, przyszło mu na myśl, że umarł i znalazł się na drugim brzegu żywota, ale dokąd go zawiedzie ta ścieżyna? Do nieba, czy w piekielne czeluście?…
Nie zawiodła go wszakże ni tu, ni tu.
Kiedy bowiem dotarł do brukowanej drogi, skąd do pierwszych budynków miasta było co najwyżej kilkaset kroków, naraz usłyszał słowa wypowiedziane przez jakiegoś bez wątpienia rodowitego Kastylijczyka:
– O! Coś podobnego?! Świecki doktor! Nie rycerz, nie ksiądz, a doktor! I togę ma i biret i bodaj nawet dyplom w garści! Cóż was, panie, tu sprowadza? Jesteście lekarzem?
– Nie, filozofem.
Kastylijczyk ryknął śmiechem.
– Hm… ale gdzie ja jestem? – niezrażony tym wędrowiec zapytał nieśmiało.
– No nie! Chyba mi nie powiesz mój panie, żeś podróż przez cały ocean przebył tak pijany, iż teraz nie wiesz, gdzieś zacumował?!
– Hmm… No niby… – doktor się jąkał. – No podpowiedz señor, nazwa trudna, nie spamiętałem…
– Kraj to Nowa Hiszpania, Meksyk, a miasto Tenochtitlan.
Doktor stanął jak wryty, z otwartą ze zdumienia gębą. Niczego już pojąć nie umiał. W końcu przyszło mu na myśl, że to nadnaturalne przeniesienie go z Salamanki do Tenochtitlanu, to nic innego tylko owa próba, której miał zostać poddany, tak jak mu to oznajmiono w jaskini.
– Señor – zagadnął Kastylijczyka przybranego w półpancerz i hełm – a można tu coś dostać do jedzenia?
– A i owszem, o ile masz czym zapłacić.
– Mam… Byle tanio…
Doktor pomacał sakiewkę i wyczuł w niej te kilka miedziaków, które przybyły tu wraz z nim z Salamanki. Westchnął, bo w jego sytuacji nic nie zmieniło się na lepsze. Jeśli tu ceny były podobne do tych w Hiszpanii, to kilka dni jakoś przeciągnie, ale co potem? Kraść nie umiał, żebrać się wstydził, a na żadną pracę raczej nie mógł tu liczyć…
– Więc co tu jest? Jaki to kraj? – raz jeszcze zapytał żołnierza.
– Raczej świat, panie, raczej świat. A świat to nowy i nowy też będzie porządek tegoż świata, bo właśnie w nim go zaprowadzamy.
– Nowy Świat i Nowy Porządek Świata… Mundus Novus et Novus Ordo Mundi – doktor ciężko westchnął. – A wskażecie mi drogę do jakiejś taniej gospody, panie rycerzu?
– A i owszem, trzymajcie się mnie panie, ponieważ i ja tam właśnie zmierzam. Lecz nie używajcie łaciny, bo jej ni w ząb nie rozumiem.
– Jak chcecie. A jesteście, panie rycerzu, szlachcicem?
– Oczywiście! Jakże by inaczej.
Na dłuższą chwilę zapadło milczenie. W końcu Hiszpan zapytał:
– Mieliście, panie, wątpliwości co do mojego szlachectwa? I czegóż to?
– Hm… Jakby wam to, señor, rzec, a nie urazić.
– Mówcie, będę dla was wyrozumiały.
– Zdawało mi się, że każdy szlachcic czy lepiej, czy gorzej, ale łacinę znać powinien…
– Nie macie, panie, większych zmartwień?
– Hm… No niby mam… Mundus Novus et Novus Ordo Mundi – doktor ciężko westchnął – doktor raz jeszcze wypowiedział to zdanie i z rezygnacją machnął ręką. – I moje życie też na nowo się zaczyna… nowe życie?…
* * *
Na znacznych rozmiarów bazaltowym, gładko wypolerowanym głazie, spoczywającym na brzegu jeziora Texcoco, siedział mężczyzna, Europejczyk, i zamyślony wpatrywał się w leciutko falującą toń. Na jego twarzy malowała się troska, a gdyby mu się lepiej przyjrzeć, można by dostrzec nawet rozpacz i to skrywaną z trudem.
Był to chudy jegomość nikczemnego wzrostu, na oko liczący jakieś niespełna czterdzieści lat. Twarz miał szczupłą, cienkie, sterczące, jak u szczura, wąsiki i capią bródkę rudawej barwy. Głowę zaś porośniętą żółtawymi kępami włosów pozostającymi w nieładzie. Przyodziewek miał w miarę przyzwoity, choć podniszczony nieco, lecz wyglądał na wygłodzonego.
Od grobli wiodącej ku jednej z wysepek, ku siedzącemu na głazie zbliżał się ubrany na czarno szlachcic, z karmazynowym piórem przy kapeluszu. Podszedł, zatrzymał się, trzema palcami prawej dłoni podpadł sobie brodę, a lewą wsparł na ozdobnej rękojeści szpady znakomitej francuskiej roboty.
Dłuższą chwilę tkwili tak bez ruchu nieopodal siebie, od czasu do czasu zerkając tylko jeden na drugiego, aż wreszcie przybyły zagaił rozmowę.
– Mężu uczony – sądząc z ubioru i postury – proszę wybaczyć, iżem się dotychczas nie przedstawił – z drwiną w głosie odezwał się szlachcic. – Jestem diuk Ferulci de Atanas de Piserente y Diofio. Przedstawiam się pierwszy, bo, jako żywo, niezwykle cenię ludzi światłych i wielkiego umysłu. A takim człowiekiem bez wątpienia być musisz. Chylę więc przed tobą czoło.
– Jam zaś jest Václav Zajíc z Uničova w Czechach, alias Venceslaus Lepus Unicovius magister artium et philosophiae doctor.
– Liche mniemanie macie doktorze o sobie – Atanas parsknął śmiechem – skoro taki przydomek sobie obraliście. Nie można było czegoś wzniosłego, patetycznego? Lepus – Zając! No, no! A i owo imię pogańskie jakieś, chociaż zawierające w sobie nadzieję, iż staniecie się sławni1. Jeśli tego świętego obraliście sobie na patrona, to bądźcie ostrożni, iżby was brat wasz u drzwi kościoła nie zamordował.
– Nie mam brata, mości książę.
– To i macie szczęście, bo jak nic zadźgałby was przed jakąś świątynią. Za sam wygląd choćby! Ha, ha, ha! Nie dość, żeście zając to jeszcze Venceslaus! Wnosząc z tego oraz z miejsca tuż przy drodze, przy której tkwicie, nie omylę się, jeśli powiem, iżeście, doktorze, jest perypatetykiem, jeśli się oczywiście jakiś chętny słuchacz trafi, ale czy także i stoikiem2?
– Panie, nie drwij, zęby zjadłem, pochłaniając wiedzę!
– Panie, zęby ci się popsuły, boś o nie nie dbał!
– Szydzisz ze mnie, książę. Szydzisz, bom ubogi, ale wiedz, iż mądrość z bogactwem nie chadzają w parze.
– Ejże! Aby na pewno? Miałem zamiar wesprzeć cię kilkoma realami, ale skoro uważasz mnie za głupca… to… syć się swoją mądrością! – Atanas odwrócił się na pięcie i chciał odejść, ale w tejże samej chwili doktor porwał się na równe nogi i składając ręce, zawołał:
– Panie! Mądrość mnie przecie nie nakarmi! Chleba za nią nie kupię!
– Mądrość?… ta by cię akurat nakarmiła, tyle że jest jej w tobie tyle tylko, co oleju w jednym ziarnku maku. Zdobyłeś pewien zasób wiedzy, co potwierdza twój doktorski dyplom, ale nie mądrość, nie mieszaj pojęć. – Atanas znów się odwrócił od rozmówcy i zamierzał podążyć w swoją stronę, ten ostatni jednak nie dawał za wygraną.
– Książę miłościwy, a czy nie trzeba ci wiernego, oddanego sługi?
Atanas znów przystanął.
– Przecież ty nic nie umiesz!
– Panie, ale ja w lot się uczę!
– Nie dajesz za wygraną. A to dla mnie pozytywna cecha. Nie chcę cię za sługę, ale mogę wziąć na ucznia.
– Na ucznia? Jakiegoż znów ucznia? Mnie? Doktora? – Venceslaus aż gębę otwarł ze zdumienia, a potem świdrował kaprawymi oczkami de Atanasa i milczał. A tamten stał i cierpliwie czekał, co uczony mąż powie. I doczekał się.
– Miłościwy książę… panie… wy jesteście adeptem… wielkim wtajemniczonym... – wyszeptał z nabożnym podziwem, po czym pochylił się w głębokim ukłonie i skwapliwie ucałował dłoń, którą wyciągnął ku niemu arystokrata.
– Choć nie trafiłeś w samo sedno, toś trafił w pobliskie jego rejony. Widzę, iż nie jesteś głupcem, choć brak ci zaradności, albo… szczęścia, albo… patrona. Czy zatem istotnie chcesz zostać moim towarzyszem w podróży, w której jestem?
– Z rozkoszą! Z największą rozkoszą!
– Nie będzie ci łatwo. Ani… być może… bezpiecznie…
– Niechaj tam! Bylebyś mnie panie zechciał wtajemniczyć w arkana prawdziwej mądrości… no i nie będziesz skąpił chleba…
Atanas nic nie odpowiedział, a jedynie, na znak zgody, skinął głową. Szli dość szparko, nie odzywając się do siebie. W końcu Atanas przerwał milczenie i odezwał się do towarzysza po czesku:
– A w ogóle, to skąd się tu wziąłeś? Wszak Uničov w bardzo odległej krainie się znajduje, aż w Czechach.
– Panie! Ty mówisz w moim ojczystym języku? – doktor zdumiał się niepomiernie. Gdzieś go posiadł? I wiesz, gdzie leży Uničov!
– Nadto jesteś ciekawy.
– A to źle?
Atanas zbył go wzruszeniem ramion.
– Więc skąd się tu wziąłeś? Tu w Nowej Hiszpanii?
– Studiowałem, panie, w Salamance…
– Aha, to już wszystko rozumiem… żądza złota? Czyż nie? A skoro nie nauczyli cię tam, jak go robić, to miałeś nadzieję, że tu się nieźle obłowisz, rabując tubylców.
– Zdaje mi się, że się nadasz. Miałem do niedawna na służbie innego doktora, także po studiach w Salamance, twojego pobratymca nieomal, bo Polaka, ale gdzieś się zawieruszył. Nawet się nie pożegnał, a choć tyle mi się należało za kilkadziesiąt wspólnie spędzonych lat i mnóstwo łaskawości ilem mu okazał.
– Kilkadziesiąt lat?… Wszak, miłościwy książę, nie wyglądacie na zgrzybiałego starca, lecz na męża w sile wieku, na jakieś lat czterdzieści najwyżej… Nie rozumiem…
– Nie musisz. Chociaż pewnie kiedyś zrozumiesz… Jeśli zatem decydujesz się zostać ze mną, musimy jakąś umowę spisać. Jakieś pacta zawrzeć.
Doktor skwapliwie skinął głową.
– A jak się zwał ów mój poprzednik w służbie u was dostojny panie?
– Miałeś już więcej pytań nie zadawać. Ale ci odpowiem, żaden to sekret. Cadaver, Cadaver Illuminatus się zwał… Czmychnął, ale ja go znajdę. Niewdzięcznik… Przede mną nie ma ucieczki. Ale dość już tej pogawędki.
– Idiotycznie i horrendalnie. Zaczynam się lękać. – mruknął pod nosem sam do siebie Venceslaus i już się więcej nie odezwał. Szedł posłusznie pół kroku za diukiem. Dokąd jednak szedł – nie wiedział…
* * *
Kwietniowy dzień, jak na tę wczesnowiosenną porę, był wyjątkowo ciepły, słoneczny i spokojny. Ptaki śpiewały po zaroślach, a łagodny wietrzyk, przesycony słodkimi zapachami rozwitych, egzotycznych kwiatów i balsamiczną wonią ziół, delikatnie poruszał listkami drzew i krzów. Na zapylonej pustej drodze widać było dwóch samotnych jeźdźców – szlachcica przyodzianego na czarno, dosiadającego pysznego andaluzyjskiego dzianeta o karym umaszczeniu, rzadkim u tej rasy i chudego uczonego męża, w todze i birecie doktorskim, jadącego na zgrabnym mule o ciemnoczekoladowej sierści.
Byli to książę de Atanas i doktor Venceslaus.
Zmierzali w stronę Tlatelolco, gdzie osiedli franciszkańscy misjonarze przybyli tutaj z Hiszpanii, aby nawracać tubylców na wiarę katolicką, zdawać więc by się mogło, że jadą tam, iżby wziąć udział w nabożeństwie, akurat bowiem była to Wielka Sobota.
I kto by tak pomyślał – bynajmniej by się nie omylił.
Kiedy dotarli na miejsce, ujrzeli tłum Indian, otaczający spory brukowany placyk, z kamiennym prowizorycznym ołtarzem pośrodku, przy którym się zaczęło odprawiać nabożeństwo, bo do kościoła cały przybyły tu tłum żadną miarą nie mógłby się pomieścić.
Szlachcic i uczony trzymali się z boku, nie pchając bynajmniej w pobliże ołtarza, ale znaleźli sobie takie miejsce, skąd wszystko widać było jak na dłoni.
Celebrans miał donośny głos i mimo że wszystko działo się na dworze, bardzo dobrze było go słychać.
– Czy znasz tego klechę? – szeptem zapytał de Atanas, zwracając się do uczonego. – Plączesz się tutaj od jakiegoś czasu, toś chyba powinien go znać.
– Osobiście nie, ale wiem, jak się nazywa.
– Więc jak?
– To franciszkanin, ojciec Juan de Valencia. Pobożny bardzo, ale i odrobinę fanatyczny. A przynajmniej taką sławą się cieszy. To wszystko.
Diuk skinieniem głowy podziękował informatorowi i dalej pilnie śledził przebieg nabożeństwa. Rysy twarzy miał napięte, a palce niespokojne, które co i raz wyłamywał, aż strzelało w stawach, jakby czekał na jakieś ważne wydarzenie.
I doczekał się. Nadszedł kulminacyjny punkt uroczystości. Z tłumu, w stronę ołtarza, wolno, z powagą ruszyli pierwsi tubylcy – mężczyzna i kobieta, najwyraźniej małżeństwo.
Celebrans odwrócił się do nich, ujął za ręce i podprowadził do ogromnej kadzi napełnionej po wręby wodą. Pierwszy do niej wszedł, podkasawszy wysoko szatę, mężczyzna. Kapłan rozpoczął ceremonię.
Gdy doszedł do jej sedna, rzekł:
– Już nie będziesz nosił pogańskiego imienia i wylawszy wodę na głowę katechumena, wypowiedział sakramentalne:
– Carlosie Diego, ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego…
Potem przyszła kolej na kobietę:
– María Lucía, ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego…
A potem ruszył się tłum i ku chrzcielnicy szli i szli, mężczyźni, kobiety, dzieci, a szło ich dziesiątki, dziesiątki, dziesiątki… nieporachowany tłum…
Na ten widok don Ferulci de Atanas de Piserente y Diofio szarpnął doktora za rękaw togi i śpiesznym krokiem, nawet się nie oglądając, czy ten ostatni nadąża za nim, skierował się w stronę wierzchowców.
Wskoczył na grzbiet swojego dzianeta, z całej siły wbił mu ostrogi w boki, aż zwierzę zarżało żałośnie i stanęło dęba, po czym pognał cwałem, kierując się jak najdalej od miasta, szukając bezludnych, pierwotnych ostępów.
Po dłuższym czasie jeźdźcy dotarli do niezbyt szerokiego parowu, którego łagodne zbocza porastały dzikie astry, braunerie, rudbekie, polipogony, ostnice, szałwie, jukki i kaktusy, dnem zaś płynął dość wartko strumień niosący czystą, krystaliczną wręcz wodę, szemrząc przy tym i cichuśko bulgocząc, jakby zapraszając, by jej pokosztować.
Atanas zeskoczył z ogiera i puścił go wolno, w jego ślady poszedł doktor. Ten ostatni jednakże, po dłuższej chwili, złapawszy oddech, urwał parę przygarści trawy, zwinął je w wiechcie i wytarł nimi do sucha spocone i zakurzone szyje i boki wierzchowców, a potem, dopiero gdy nieco ostygły, pozwolił im się napić do syta.
Książę niby obserwował to wszystko, ale widać było, iż myślami jest daleko. Milczał. Więc i doktor milczał.
Mijały chwile, upływały kwadranse, aż wreszcie Atanas zapytał:
– O czym marzysz, doktorze? Co jest twoim największym pragnieniem? Czego byś oczekiwał od życia, losu, czy jak to tam jeszcze można nazwać? Bogactwa? Sławy?
Venceslaus nie odpowiedział od razu, wbił wzrok w ziemię i milczał, w końcu jednak podniósł głowę i wpatrując się wprost w żółtozielonkawe oczy diuka, rzekł:
– Bogactwa? Sławy? Zapewne. Kiedyś tak, tylko tego. I dziś też… po trosze. Ale co najwyżej jako apendyksów pragnień upływającego tymczasu. Wszelako każdy chyba śmiertelnik pożąda dwóch rzeczy: poznania tajemnicy istnienia i pełni szczęścia. Tego bym chciał zaznać, tego posmakować i zamknąć to w jednej jedynej chwili, lecz tak, iżby ta chwila zatrzymała się poza czasem, stając się wiecznością. By trwała… by owa chwila nigdy nie mijała, by trwała… trwała… Lecz czemu pytasz? Czyż możesz mi to dać?… – uśmiechnął się smutno.
– A gdybym mógł?
Doktor ze smutkiem pokręcił głową.
– Nie, to niemożliwe, musiałbyś być Bogiem…
– Albo?…
Na te słowa Venceslaus gwałtownie przybliżając swoją twarz do twarzy księcia, wychrypiał:
– Albo Szatanem…
– Czyż nie na jedno wychodzi?…
– Więc daj mi, czego pragnę, a uczynię, czego zażądasz… Szatanie… – prychnął lekceważąco.
– Więc odprzysięgnij się Tego, którego dotąd uważałeś za swego pana i…
– I?
– Mnie przyjmij zamiast Niego.
– Nie natrząsaj się ze mnie!
– Nie natrząsam i nie drwię… Jestem jak Śmierć sama poważny… bo i jestem Śmiercią – te ostatnie słowa wypowiedział tak cicho, że doktor ich nie dosłyszał.
Teraz na odmianę Atanas przybliżył swoją twarz do twarzy Venceslausa i mocowali się wzrokiem.
I naraz doktor sobie uświadomił, iż oczy diuka są jakieś inne. Bynajmniej nie ludzkie. Zielonożółtą tęczówkę przecinała pionowo czarna źrenica. Było to oko węża.
– A więc naprawdę nim jesteś… – wyszeptał i gwałtownie, z bojaźnią, szarpnął się do tyłu.
– Zatem?
Doktor drżał cały. Inaczej bowiem jest jak się teoretyzuje bądź plecie trzy po trzy, a inaczej, gdy trzeba podjąć decyzję na wieczność.
Atanas wyciągnął do niego rękę. Venceslaus po chwili wahania wyciągnął i swoją. Mocno uścisnęli sobie dłonie… Atanas na sekundę wypuścił dłoń doktora i pochwycił jego rękę, wysoko ponad łokciem, jednocześnie przyciągając go do siebie, aż się dotknęli piersiami…
* * *
Venceslaus klęczał pośrodku strumienia. Woda była lodowatozimna, tak zimna, że aż czuł dotkliwy ból w stopach i poczęły drętwieć mu łydki, ostry żwir wbijał mu się w kolana, które zaczęły krwawić. Diuk stojąc na brzegu, nabrał w złożone „w kubek” dłonie wody i chlusnął nią na głowę Venceslausa, jednocześnie wypowiadając formułę:
– Niechże Bóg, któregoś właśnie odrzucił i któregoś się wyrzekł, którego już nie czcisz, ani nie wyznajesz, opuści cię wraz z ową wodą, która cię omywa i opłynąwszy, uchodzi precz, niechaj ta odpływająca woda poniesie też ze sobą twoje dawne imiona. Ja na ich miejsce nadaję ci nowe: Sapientissimus Invincibilis3.
– Unicovius4 – dorzucił człowiek, nad którym dokonano obrzędu odczynieniachrztu… bo widać bardzo kochał swoje rodzinne miasto…
I oto skończył się dzień. Ogromny księżyc wypełzł na niebo i prószył srebrnym blaskiem, budząc w tym dzikim ostępie jakieś dziwne cienie, którym towarzyszyły odgłosy kwileń i szeptów…
* * *
Unicovius był sam… Niebo błękitne, tu i owdzie popstrzone drobnymi klaczkami białych obłoczków, rozciągało się nad jego głową niczym baldachim. Unicovius był sam…
Diuk Atanas, zanim ruszył w swoją stronę, swoje sprawy załatwiać, wyznaczył mu tutaj zadanie, zadanie nader ważne – siania wątpliwości w sercach tak Hiszpanów, jak i nowo ochrzczonych Indian… Wątpliwości co do bożej miłości, bożej sprawiedliwości, bożego miłosierdzia…
I Unicovius tak czynił…
Udało mu się nawet obałamucić jednego z księży, tak iż ów nasamprzód stracił wiarę, a w końcu przeżarty rozpaczą się powiesił…
Unicovius chciał dotrzeć jak najdalej w głąb kraju, obejść jak największe jego połacie i głosić tę poruczoną mu antyewangelię…
Unicovius pod południe, wyczerpany wędrówką, przysiadł w cieniu drzewa rosnącego nieopodal drogi i oparłszy się plecami o chropawy pień, przymknął oczy i odpoczywał. Zaczynał nawet podrzemywać, kiedy naraz do jego uszu dobiegł trzask łamanej suchej gałązki. Jednej… drugiej…
Unicovius wstał, w obawie, że może to jakiś dziki zwierz może go niespodzianie, od tyłu, zaatakować. Ale to było coś groźniejszego niż zwierz… Oczyma, z których wprost tryskała nienawiść, wpatrywał się w niego indiański kapłan…
Unicovius próbował uciekać, lecz dwie pary krzepkich, brunatnych dłoni tubylców, osadziło go na miejscu, przytrzymując żelaznym chwytem palców za ramiona.
Skrępowano mu ręce, na szyję zarzucono pętlę uplecioną z mocnych roślinnych włókien i powleczono w głąb dżungli.
– Och, dzięki wam, bogowie, dzięki! – zawołał ściszonym głosem kapłan, spoglądając w niebo. – Dzięki za ten dobrowieszczący dar…
Unicovius, gdy nieco ochłonął z przerażenia, rozejrzał się bacznie dokoła. Nie był jedynym mężczyzną prowadzonym dokądś w pętach. Zadrżał, bo pojął, iż został przeznaczony na rytualną ofiarę… Tylko czy już, dziś, czy dopiero za jakiś czas?… Czy uda mu się umknąć, czy też jego los został przesądzony?…
Jął się modlić, wzywając na pomoc Atanasa, swego nowego boga, ale daremnie. Na modlitwy owe nijakiego nie było odzewu…
Wilgotne wyziewy puszczy osłabiały go za to coraz bardziej i z minuty na minutę tracił siły. W końcu indiański wojownik musiał go nieomal wlec. Najchętniej już tu i teraz rozpłatałby gardło ostrym obsydianowym nożem temu białemu ścierwu, ale wiedział, że kapłani nim samym mogliby zastąpić tego obcego przybłędę zza wielkiej wody… więc pohamował emocje…
Pod wieczór tubylcy wraz z jeńcami prowadzonymi na postronkach przybyli do samego serca tropikalnego lasu, gdzie ponad korony drzew wystawały wierzchołki na poły zrujnowanych pradawnych piramid…
Unicovius pomyślał, że to chyba tu się dokona jego smutny i ciężki żywot. I porzucił wszelką nadzieję, bo gdyby nawet udało mu się umknąć, to i tak by zginął w tym niegościnnym, przesyconym parującą gorącą wilgocią, lesie… Nie umiałby o własnych siłach odnaleźć drogi do cywilizacji.
Oczy zamgliły mu się łzami, a z piersi wyrwał krótki szloch bólu, lęku i przerażenia…
* * *
Unicovius poczuł na żebrach kilka tęgich kopniaków. Nowy dzień rozświetlało dopiero co omyte w porannej rosie słońce.
Szarpnął sznur zarzucony na szyję doktora, aż temu ostatniemu tchu przybrakło.
– Iść! Iść dalej – Indianin pokrzykiwał łamaną hiszpańszczyzną.
– A więc to nie tu… Jeszcze nie tu… – Unicovius podźwignął się na nogi i posłusznie ruszył za Indianinem.
Nadzieja znów zakiełkowała mu w sercu…
* * *
Dzień był piękny, ciepły, ale nie nazbyt upalny. Wilgotne nieruchome powietrze cokolwiek zatykało dech w piersiach, ale za to aż drżało od ptasich śpiewów, a kwiaty pachniały, och jak pachniały!
Zza grupy dostojnych drzew-olbrzymów, oplecionych gibkimi lianami i otulonych poroślami złożonymi z cudownych orchidei, guzmanii i oplątw – tych kwietnych klejnotów, z paproci, mchów i porostów, wysunął się orszak azteckich kapłanów, prowadzących na rzeź kilku mężczyzn, pośród których jeden był biały. Nabożeństwo miało być skromne, bo o ofiary było coraz trudniej.
Uroczysty pochód dotarł do pojedyńczej starej, pogruchotanej i mocno skruszonej przez czas piramidy skrytej w jeszcze odleglejszym od zamieszkałych terenów gąszczu dżungli, jednej z niewielu już, gdzie sprawowano kult, a której jeszcze nie odnaleźli hiszpańscy konkwistadorzy.
Budząca grozę procesja jęła się wspinać ku szczytowi budowli, a gdy go już osiągnęła, za chwil parę miało się rozpocząć przerażające, makabryczne nabożeństwo.
Lecz nim się ono zaczęło, zza pleców Unicoviusa wyłoniła się owa androgyniczna istota, którą przed laty ujrzał tronującą w Jaskini Salamanki i szepnęła mu do ucha:
– Nie zdałeś egzaminu. Byłeś tylko nędznym chciwym chwały człeczyną, który oddał mi ledwo parę dusz niewinnych… ledwo parę dusz… Sam przez to niczego nie zyskując… Zatem kończysz, jak kończysz. Tyś opętywał ich umysły, a ja pożerałem im dusze – zaśmiał się chrapliwie i rozpłynąwszy zniknął.
Procesja dotarła do szczytu. Unicoviusa rozciągnięto na kamiennym ołtarzu. Nożami z obsydianu rozpłatano pierś tej pierwszej z ofiar – białego człowieka – i wyrwano bijące jeszcze serce. Trzeba było niemałej siły i zręczności, żeby tak sprawnie i szybko rozciąć mostek, rozchylić żebra i jednym szarpnięciem wydrzeć serce… Widać było, iż z wyglądu niemłody już kapłan ma w tym ogromną wprawę. Cóż, pewnie lata doświadczeń…
Gdy ten skończył, do trupa podbiegł drugi i wprawnie obdarł go ze skóry, którą natychmiast zaczął naciągać na swoje nagie ciało. W tymże czasie zaś trzeci, odciął zwłokom głowę, uniósł ją wysoko, tak aby stojący u podnóża piramidy mogli się jej dobrze przyjrzeć, po czym cisnął ją w dół, a ta, odbijając się niczym piłka od kolejnych stopni, spoczęła wreszcie u cokołu budowli, między poskręcaniami gałęziami i korzeniami jakichś skarlałych drzewek… a może były to tylko bardziej wybujałe krzewy?…
Oprawionego trupa wypatroszono i zaczęto ćwiartować. Wyglądało na to, iż kapłani mają zamiar go spożyć.
Nie dane im jednak było dokończyć ceremonii, bo oto ni stąd, ni zowąd pojawiła się inna grupa mężczyzn, rosłych i dobrze uzbrojonych Indian, pod wodzą hiszpańskiego żołnierza, powtarzających okrzyk:
Zadawali celnie mierzone ciosy lancami, których końce zaopatrzone były w ostre jak brzytwa groty z obsydianu. Hiszpan natomiast wprost w grupkę kapłanów wypalił z arkebuza, trafiając mistrza ceremonii prosto między oczy. Ten zaś, śmiertelnie raniony, rozłożywszy ręce na całą szerokość, runął tyłem z wysokości i podobnie jak głowa ofiary spoczął w tej samej plątaninie gałęzi i korzeni krzów.
Pozostali ze skazanych na śmierć, po uwolnieniu ich z więzów, upadli na twarze przed wybawicielami. Nie umiejąc ukryć radości i wdzięczności pełzli ku nim, a potem usiłowali całować buty Hiszpana.
Ten wszakże odskoczył jak oparzony.
– Nie mnie dziękujcie, lecz Synowi Bożemu, Panu Jezusowi, który, iżby was ocalić, oddał Swoje życie za was i świętemu Jakubowi, który jest naszym patronem i śmierć męczeńską za wiarę poniósł. Taka jest cena waszego okupu!
A potem wszyscy razem ruszyli w stronę Tenochtitlanu…
Gdy wyszli z leśnej gęstwiny, łagodny wietrzyk owionął ich twarze, a serca wypełniły się ulgą i spokojem. Całowały ich ciepłe promienie słońca, które minęło już zenit. Koiła słodka cisza, chrzęst żwiru pod stopami, dzień zmierzający ku wieczorowi… Życie zamiast śmierci… Niedowierzanie. Wdzięczność. A potem? Potem kolejne pochylone głowy i spływająca na nie krystaliczna źródlana woda…
Ja ciebie chrzczę… Ja ciebie chrzczę… Ja ciebie chrzczę… Ja ciebie chrzczę…
Zmierzch. Noc. Spokojny sen bez budzących trwogę majaków…
* * *
Diuk Atanas obserwował, skryty w przesiąkniętym wilgocią tropikalnym gąszczu to, co się przy piramidzie wydarzyło. Był wściekły. Przebiegło mu przez myśl, że tu jego czas na razie dobiegał końca. Pocieszał się jednak myślą o Lutrze, Niemcach, Europie…
Samobójstwa, mordy, napaści, grabieże… dobre i to, lepsze wszakże było oglądać te setki trupów z powyrywanymi sercami, jakie każdego dnia staczały do stóp piramid, milej było słuchać przerażających wrzasków dzieci, którym wyrywano paznokcie, czy napawać się widokiem tańców kapłanów przyobleczonych w skóry zdarte ze swych ofiar, kiedy te jeszcze żyły… Ale to już mija… już mija… jeszcze tylko gdzieniegdzie, w głuchych leśnych ostępach, w ruinach dawnych, zapomnianych miast, pokruszonych piramid… aż i tam skończy się to bezpowrotnie… Przyjdą jednak lepsze czasy… wiedział to… przyjdą… za setki lat, za mgnienie chwili… Ale już dziś trzeba zacząć odrabiać straty! Już dziś…
1Wacław, łac. Venceslaus, oznacza tego, który zdobędzie sławę. Patron doktora, św. Wacław, książę czeski, męczennik, zginął z ręki własnego brata, wchodząc do kościoła.
2Perypatetyk zwolennik arystotelizmu, nauczający podczas przechadzek; stoik – tu osoba cierpliwie znosząca przeciwności losu.
Grupa ukraińskich gangsterów przemycała marihuanę z Hiszpanii do różnych krajów europejskich, pod przykrywką pomocy humanitarnej dla ogarniętej wojną ich ojczyzny.
Handlarze narkotyków nawiązali współpracę z operującymi na terenie Andaluzji gangami w tym marokańskimi i skupowali duże ilości „trawki”. Skończyło się to [?? Czyżby? md] aresztowaniem 29 osób i przejęciem ok. 800 tys. euro.
[Nie „skończyło”.. To gałązka wielkiego DRZEWA. MD]
Ponad stu funkcjonariuszy Gwardii Cywilnej (Guardia Civil) wzięło udział w operacji wymierzonej w wyjątkowo [?? hi, hi.. md] cynicznych handlarzy narkotyków. Śledczy odkryli niedawno, że na Costa del Sol pojawiła się grupa ukraińskich gangsterów. Skupowali znaczne ilości marihuany i wysyłali ją do Europy. Gangsterzy ukrywali narkotyk w kartonach mających zawierać pomoc humanitarną dla Ukrainy. Furgonetki z „trawką” włączały się do konwojów jadących do ogarniętego wojną kraju. A po drodze odbijały od nich, ruszając do odbiorców marihuany.
Gwardia Cywilna wykryła w Fuengiroli (Malaga) dwie furgonetki zarejestrowane na Ukrainie, w których ukryto łącznie 109 paczek pakowanej próżniowo „trawki”. Aresztowano cztery osoby jadące tymi pojazdami.
Porządki
Po zebraniu dowodów i ustaleniu powiązań ukraińskich gangsterów z lokalnym półświatkiem [??] śledczy uderzyli. W pierwszej fazie operacji, funkcjonariusze dokonali serii przeszukań w prowincji Malaga. Znaleźli wówczas 740 tys. euro, 25,2 tys. dolarów amerykańskich i 20 kg pąków marihuany.
Gwardziści przejęli też kilka pistoletów oraz akcesoria policyjne i nadajniki GPS. Gangsterzy ze wschodu nie zamierzali się ograniczać li tylko do przemytu narkotyków. Zatrzymano wówczas 11 osób. Faza druga dotyczyła dostawców marihuany z w prowincjach Granada, Kordoba i Sewilla. Aresztowano wówczas 14 osób. Tym razem przejęto 1,5 tys. krzaków konopi, 10 kg zapakowanej hermetycznie marihuany, pięć sztuk broni i 15 tys. euro. Dwóch podejrzanych próbowało uciec, taranując radiowóz Gwardii, ale zostali zatrzymani.
Najgorętsze spory wybuchają u nas wokół spraw mało prawdopodobnych. Tak było – i jest – w sprawie reparacji wojennych od Niemiec i tak się stało po złożeniu przez rząd niemiecki propozycji rozmieszczenia dwóch baterii rakiet “Patriot” na polskiej granicy wschodniej.
Jak pamiętamy, pan minister Błaszczak najpierw się ucieszył, ale potem został zmitygowany przez Naczelnika Państwa, więc już się tak nie cieszył, tylko zaproponował, by te “Patrioty” podarować Ukrainie. Ostatnio nieubłagane stanowisko zajął pan premier Morawiecki – że “Patrioty powinny trafić na Ukrainę. Tego można było się spodziewać; pan premier, gdyby tylko mógł, to podarowałby Ukrainie nie tylko “Patrioty”, ale i całą Polskę, podobnie, jak pan prezydent Duda – o czym zresztą mówił 3 maja. Na razie jednak Niemcy żadnych “Patriotów” ani Polsce, ani – tym bardziej – Ukrainie nie dali, wyjaśniając, że te rakiety mogą być rozmieszczone tylko na terenie państw NATO, do którego Ukraina jeszcze nie należy. Jak bowiem powiedział sekretarz generalny NATO, pan Stoltenberg, Ukraina może być przyjęta do NATO dopiero po ostatecznym zwycięstwie nad Rosją, w czym NATO zamierza jej pomagać, wysyłając broń, by walczyła i walczyła – aż do ostatniego Ukraińca.
Ale niemiecka propozycja wzbudziła też podejrzenia, że za tą wielkodusznością może kryć się jeszcze jedna intencja. Jak mówią militaryści, korzystajcie z wojny, bo pokój będzie straszny, toteż kiedy tylko Rosja na Ukrainę uderzyła, Niemcy postanowiły szybko wzmocnić Bundeswehrę, wykładajac na to 100 mld euro rocznie. Nietrudno się domyślić, że w dymach bijących z wojny na Ukrainie, chciałyby uwędzić również swój półgęsek ideowy w postaci utworzenia europejskich sił zbrojnych, niezależnych od NATO. Jeśli chodzi o “Patrioty”, to tej intencji też można się w tej propozycji dopatrzeć. Sęk w tym, że polscy żolnierze, a tym bardziej – ukraińscy – “Patriotów” obsługiwać nie umieją, więc jeśli trafiłyby one do Polski, to ich obsługą musieliby siłą rzeczy zająć się żołnierze niemieccy, podobnie jak w przypadku ochraniania polskiego nieba przez niemiecki myśliwce. To niby nic, ale czyż nie przybliżyłoby to momentu, gdy europejskie siły zbrojne stałyby się rzeczywistością?
Kiedy w roku 1990 Niemcy odzyskały swobodę ruchów w Europie, to wspólnie z Francją stały się wyznawcami doktryny “europeizacji Europy”, co oznacza delkatne, ale cierpliwe i metodyczne wypychanie Ameryki z polityki europejskiej, a zwłaszcza – z funkcji kierownika tej polityki. Nietrudno się domyślić, dlaczego Niemcy. W XX wieku, na skutek dwukrotnego wtrącenia się Ameryki do polityki europejskiej, przegrały dwie wojny, które przecież mogły wygrać. Motywacje francuskie są trochę bardziej skomplikowane, ale równie silne, czemu wyraz nie tak dawno dał prezydent Emmanuel Macron. Toteż Niemcy po 1990 roku co i rusz puszczają takie próbne balony, czy może by tak utworzyć te europejskie siły zbrojne? Za każdym jednak razem tego rodzaju pomysły natrafiały na stanowcze, amerykańskie: “NIET!” – z wyjątkiem krótkiego okresu, kiedy prezydent Obama dokonał słynnego resetu w stosunkach amerykańsko-rosyjskich.
Wprawdzie Amerykanie w roku 1954, gwoli zrównoważenia sowieckiej presji militarnej na Europę, zgodzili się na remilitaryzację Niemiec, to znaczy – na pozwolenie Niemcom na posiadanie armii, ale nie byli pewni, czy Hitler nie zmartwychwstanie. Na wypadek gdyby zmartwychwstał, kiedy w roku 1955 utworzona została Bundeswehra, Amerykanie wmontowali ją w całości w struktury NATO, za pośrednictwem których mają nad nią kontrolę. Utworzenie eurpejskich sił zbrojnych niezależnych od NATO oznaczałoby więc wyprowadzenie Bundeswehry spod amerykańskiej kurateli, co oznaczałoby nie tylko przekreślenie jeszcze jednego skutku wojny przegranej przez Adolfa Hitlera, ale i stworzenie militarnego fundamentu dla IV Rzeszy, której budowa postępuje w integracji metodą “pokojowego jednoczenia” Europy. Z tego powodu nie wykluczam, że gdy tylko pojawiła się niemiecka propozycja w sprawie “Patriotów”, Naczelnik Państwa mógł odebrać tajny telefon od JE ambasadora Marka Brzezińskiego, żeby w żadnym wypadku na to się nie godzić, a gorący kartofel podrzucić Niemcom, podobnie, jak to zrobił pan minister Rau w sprawie przekazania Ukrainie polskich samolotów MIG-29. Jak pamiętamy, “ogłosiło” że Polska te samoloty Ukrainie przekaże, na co uzyskała pozwolenie Departamentu Stanu, który z naciskiem podkreślił, że będzie to “suwerenna decyzja Polski”, co oznaczało, że USA nie mają z tym nic wspólnego.
I kiedy wydawało się, że operacja wkręcania Polski w ruską maszynkę do mięsa, w którą wcześniej dała się wkręcić Ukraina, właśnie się rozpoczęła, pan minister Rau – ludzie pobożni uważają, że z natchnienia Królowej Polski – zaproponował, że naturalnie, jakże by inaczej – ale żeby te samoloty najpierw poleciały do amerykańskiej bazy lotniczej w Ramstein w Niemczech, a tam niech już sami Amerykanie podejmą suwerenną decyzję, co dalej z nimi zrobić. I wtedy Departament Stanu oświadczył nie bez zgorszenia, że ten suwerenny pomysł nie był z nim skonsultowany, a w ogóle jest niefortunny. Dlaczego – tego początkowo nie wiedzieliśmy, ale już następnego dnia się okazało, że dlatego, iż był to pomysł “ryzykowny”.
Dlaczego “ryzykowny”? Żeby to wyjaśnić musimy cofnąć się do pierwszej połowy lat 60-tych, kiedy to Robert McNamara, sekretarz obrony w administracji prezydenta Kennedy`ego, a potem – Johnsona, sformułował doktrynę “elastycznego reagowania”. Po chamsku i w uproszczeniu można ją streścić następująco: haratamy się – ale na przedpolach – taktownie oszczędzając nawzajem własne terytoria. Niekiedy o przedpola trzeba było wojować osobiście, to znaczy – samemu – ale po co się kotłować po Wietnamach, Irakach, Afganistanach, czy innych Kurdystanach, kiedy lepiej połączyć piękne z pożytecznym, to znaczy – walkę o uzyskanie dogodnego przedpola z walką o wolność? Toteż i z walką o wolność, zwłaszcza “za waszą naszą” musimy bardzo uważać, bo w euforii łatwo dać się wkręcić w maszynkę do mięsa – ale skutki takiej decyzji bywają i tragiczne i przede wszystkim – trwałe – o czym mogliśmy przekonać się podczas i po II wojnie światowej.
Święty Domek w Loreto jest wielkim, świętym i budzącym respekt miejscem, gdzie Chrystus Żywy Bóg i Człowiek ze swoją Matką i uczniami mieszkał, modlił się, odpoczywał, jadł i pił. Dowody.
Przechodzimy teraz do dowodów naukowych, które ustaliły zgodność budulca Świętego Domku w Loreto z rodzajem kamienia, który był obcy dla Włoch, ale rodzimy dla Palestyny. Było rzeczą naturalną, że katoliccy, wierząc w świadectwo cudów dokonanych w Loreto, chcieli również zaspokoić swoją ciekawość co do materiału z jakiego zbudowano Święty Domek i zastanawiali się, czy istnieją jakieś namacalne dowody na to, że rzeczywiście pochodzi on z okolic Nazaretu.
Nie oznacza to, że wątpili w autentyczność tradycji loretańskiej; po prostu szukali dowodów na potwierdzenie swoich przekonań. Na ogół zadowalały ich zapewnienia pielgrzymów, którzy przywozili z Nazaretu próbki kamienia, które dla niefachowego oka wyglądały podobnie do materiału, z którego zbudowano Święty Domek.
Nikt nie zastanawiał się nad dalszym badaniem tej sprawy aż do połowy XIX wieku, kiedy to wątpliwości co do kamienia, z którego zbudowano Święty Domek, zgłosił anglikański duchowny Arthur Penrhyn Stanley, dziekan opactwa westminsterskiego. Dziekan Stanley, jak go popularnie nazywano, był rzeczywiście kimś, z kim należało się liczyć, ponieważ był osobistością wysoko umocowaną, zarówno w Kościele anglikańskim, jak i na dworze królowej Wiktorii, gdzie był honorowym kapelanem księcia Walii (późniejszego króla Edwarda VII). (1)
Jako historyk i autor książki Sinai and Palestine (1856), był uważany za największy autorytet w Anglii w dziedzinie Ziemi Świętej, co spowodowało jego wybór na przewodnika i towarzysza księcia Walii podczas jego podróży w tamte okolice. Zatem to, co Stanley miał do powiedzenia na ten temat, było traktowane przez jego współczesnych z ewangeliczną powagą.
Opisał on budulec Świętego Domku jako „ciemnoczerwony, polerowany kamień, zupełnie niepodobny do niczego w Palestynie”, wszystkie tamtejsze budynki były zbudowane „z lokalnego, naturalnego szarego wapienia”. (2) Opinia ta mogła być potencjalnie druzgocąca dla tradycji Świętego Domku. Oczywiście w tej sytuacji, konieczny był ekspert w dziedzinie mineralogii (którym Stanley nie był), aby zbadać chemiczne i fizyczne (w tym optyczne) właściwości kamienia i określić jego skład i pochodzenie.
Tak więc, na polecenie kardynała, Arcybiskupa Westminsteru, Nicholasa Wisemana, przeprowadzono badania kamienia ze Świętego Domku i budynków w Nazarecie. Angielski hierarcha skorzystał z pomocy bpa Domenico Bartoliniego (późniejszego kardynała), (3) który miał właśnie odbyć pielgrzymkę do Nazaretu i który uzyskał od papieża Piusa IX pozwolenie na pobranie ze Świętego Domku małych próbek kamienia i zaprawy do analizy naukowej.
Bp Bartolini przywiózł z Nazaretu próbki kamieni i zaprawy murarskiej wydobyte ze starożytnych budowli w mieście i okolicy, gdzie pierwotnie stał Święty Domek. (4)
Po powrocie do Rzymu w 1857 roku, bp Bartolini wysłał próbki z każdego miejsca w osobnych paczkach, bez żadnych informacji o ich pochodzeniu, do profesora chemii na Uniwersytecie Sapienza, dr Francesco Ratti, z prośbą o ich analizę. Dr Ratti poddał próbki analizie chemicznej i mikroskopowej, a jego podpisany raport (5) został w całości opublikowany przez bpa Bartoliniego w języku włoskim. (6) Został on również przetłumaczony na język angielski przez Filipina O. Williama Antony’ego Hutchisona w 1863 roku. (7)
Badanie to wykazało, że cechy fizyczne każdego z kamieni były identyczne: węglany wapnia i magnezu wraz z gliną żelazistą. Stwierdzono, że były to elementy charakterystyczne dla rodzaju wapienia występującego w okolicach Nazaretu. (8) Jest to istotne, ponieważ w całym regionie wokół Loreto nie było kamieniołomów i wszystkie tamtejsze domy były budowane wyłącznie z cegły. (9)
W osobnym eksperymencie, dr Ratti stwierdził, że próbki zaprawy z Nazaretu i domu w Loreto składały się z wapna lub kredy połączonej z węglem pochodzenia roślinnego, zgodnie z techniką stosowaną w Palestynie 2000 lat temu, w przeciwieństwie do substancji wulkanicznych znajdujących się we włoskiej glebie.
Jeśli chodzi o pozorną rozbieżność w kolorze – między czerwonym a szarym – wspomnianą przez dr Stanleya, to można ją łatwo wyjaśnić. Kamienie z Nazaretu i Loreto były mieszaniną obu kolorów, tj. czerwona zabarwioną szarością, jak to opisano w raporcie dr Ratti. (10) Nawiasem mówiąc, odpowiada to temu, co opisał francuski podróżnik, gdy odwiedził Święty Domek w 1688 roku i odnotował, że widział kilka „szarawych lub czerwonawych kamieni.” (11)
Jeśli kamienie Świętego Domku miały „ciemnoczerwony, wypolerowany” wygląd, kiedy odwiedził je Dr Stanley, było to efektem połączenia wielu czynników: naturalnego procesu starzenia się kamienia; (12) osadu sadzy z ciągle palących się lamp; oraz kontaktu przez dotknięcia i pobożne pocałunki milionów pielgrzymów na przestrzeni wieków.
W nowym wydaniu swojej słynnej książki w 1866 r., Dr Stanley przyznał w przypisie (ale nie zmieniając żadnego ze swoich zarzutów), że pewne jego stwierdzenia zostały zakwestionowane przez ks. Hutchisona, autora Loreto i Nazaretu. Bardzo się jednak starał, aby nie wspomnieć ani słowem o bp. Bartolinim. Jednak, jak zauważył ks. Hutchison: „Gdyby nie atak na Loreto ze strony prof. Stanleya, prawdopodobnie nie cieszylibyśmy z dobrodziejstwa niezwykłych dociekań bp. Bartoliniego”. (13)
Niezależnie od tego, czy te badania przekonały dr Stanleya, dzięki badaniu kamieni Świętego Domku, nastąpiło nawrócenie innego anglikańskiego duchownego i wykładowcy z Oksfordu, dr Fallera . Historia ta, opowiedziana przez innego konwertytę, O. Marie-Alphonse Ratisbonne’a w 1856 r., ma prawdziwie ironiczny wydźwięk.
Faller był jeszcze bardziej zdeterminowany niż Stanley, aby obalić tradycję Świętego Domku, i wyruszył do Nazaretu uzbrojony w obfity zapas instrumentów i substancji chemicznych, aby przeprowadzić eksperymenty na wszelkich śladach, jakie pozostały po mieszkaniu Świętej Rodziny. Po dokładnym zmierzeniu i przeanalizowaniu odpowiedniego materiału, wyruszył do Loreto i powtórzył te same czynności, porównując wyniki z tymi uzyskanymi w Nazarecie.
Następnie powtórzył badania w Galilei i Loreto, aby uświadomić sobie, ku swemu zakłopotaniu i zmieszaniu, że kierował się uprzedzeniami religijnymi. Po raz trzeci wrócił do Nazaretu, już nie jako sceptyczny naukowiec, ale jako przekonany katolik.(14)
Nullius in verba (Nie wierz nikomu na słowo) (15)
Współczesny, sceptyczny umysł, typu „wierzę w naukę”, nie ufa tradycji ustnej, a przekonany jest, że wierzyć należy jedynie dowodom empirycznym. Na poparcie tradycji Loreto, przeprowadzono dalsze badania, już w czasach współczesnych, przez ekspertów w dziedzinie archeologii i architektury, którzy pracowali zgodnie z najwyższymi standardami zawodowymi, mając na szali swoją międzynarodową reputację. Zobaczymy, jak w zadziwiający sposób, ich wyniki potwierdziły ustne relacje z Tersatto i Loreto.
W latach 1962-1965 badania prowadził zespół pod kierunkiem archeologa i specjalisty od topografii średniowiecznej, Nereo Alfieri, profesora Uniwersytetu Bolońskiego, wspomaganego przez geologa Edmondo Forlani i archiwistę sanktuarium, O. Floriano Grimaldi. Ku ich własnemu zaskoczeniu, potwierdzili oni przesłanki tradycji Loreto:
– Święty Domek miał tylko trzy ściany, ponieważ stał przed wejściem do jaskini w Nazarecie;
– Technika murarska były nabatejska, (16) pochodząca z regionu południowej Palestyny i nieznana na Zachodzie;
– Budynek nie miał fundamentów
– Budynek stał częściowo na drodze publicznej
– Zawierał on liczne graffiti (17), określone jako pochodzące z Ziemi Świętej. (18)
Nie ujawniając ich pochodzenia, Alfieri pokazał graffiti znanym na całym świecie archeologom franciszkańskim, .O Bellarmino Bagatti i O. Emanuale Testa, ze Studium Biblicum Franciscanum w Jerozolimie, którzy niedawno prowadzili wykopaliska na terenie Nazaretu.
Obaj eksperci zgodzili się, że są one pochodzenia wczesno-chrześcijańskiego, a O. Testa zauważył, że dwa z nich pasują do graffiti znalezionych w grocie sąsiadującej z grotą, przy której stał Święty Domek w Nazarecie. (19)
Ponadto włoski architekt i inżynier, Nanni Monelli, przeprowadził szeroko zakrojone badania kamienia ołtarzowego w Świętym Domku i ustalił, że jest on tego samego typu, co inne kamienie w Domku. (20) To potwierdza ustną tradycję Objawienia Matki Bożej w XIII wieku, że Święty Domek był używany jako kościół już od czasów Apostołów. (21)
Kamienie wołać będą
Tradycja zawsze utrzymywała, że trzy kamienne ściany nazaretańskiego domu, wraz z jego kamiennym ołtarzem, zostały w cudowny sposób przeniesione do Tersatto i Loretto. Badania naukowe pozwoliły kamieniom przemówić i ogłosić, że są domem Dziewicy Maryi, tym samym mieszkaniem, które kiedyś stało w Nazarecie, gdzie otrzymała Ona Pozdrowienie Anielskie i gdzie Słowo Stało się Ciałem, i gdzie mieszkała Święta Rodzina.
O. Angelita, oczywiście, powiedział to wszystko przed wiekami, że Święty Domek w Loreto był „wielkim, świętym i budzącym respekt miejscem, gdzie Chrystus Żywy Bóg i Człowiek ze swoją Matką i uczniami mieszkał, modlił się, odpoczywał, jadł i pił.” (22)
Jednak większość ludzi dzisiaj, nawet w Kościele katolickim, choć być może zaakceptuje tożsamość Świętego Domku na podstawie dowodów naukowych, to jednak a priori wykluczy nadprzyrodzone wyjaśnienia jego cudownego Przeniesienia do Loreto. Chociaż dowody naukowe nie dostarczają absolutnego dowodu tego zjawiska, to jednak, jak zawsze w sprawach dotyczących niewidzialnej mocy dzieł Bożych w naszym świecie, potrzebna jest wiara małego dziecka.
c.d.n.
Dr Carol Byrne
1. Po uzyskaniu tytułu kanonika katedry w Canterbury i profesora historii kościelnej na Uniwersytecie Oksfordzkim, Stanley został mianowany dziekanem opactwa westminsterskiego w 1864 roku. Jego związki z domem królewskim zostały nawiązane, gdy poślubił Lady Augustę Bruce, damę dworu królowej Wiktorii.
2. A. P. Stanley, Sinai and Palestine, in Connection with their History, London: John Murray, 1856, s. 441, 442.
3. Bp Domenico Bartolini (1813-1887) był wybitnym archeologiem, historykiem i hagiografem.
4. Domenico Bartolini, Sopra la Santa Casa di Loreto confrontata cogli accessori di essa che rimangono in Nazareth di Galilea per confirmare l’autententicità osservazioni storico-critiche, topografiche, fisiche ed archeologiche, Rome: S. C. Propaganda Fide, 1861, s. 85. Były to m.in. grota w Nazarecie przylegająca do pierwotnego domu, warsztat Św. Józefa i miejscowa synagoga, dom Św. Zachariasza na wzgórzach Judei oraz Studnia Jakuba w Nablusie.
5. Relacja ta została odtworzona w oryginalnej formie w W. Garrett, Loreto the New Nazareth, London: Art and Book Co., 1895, s. 27-28.
6. Tamże, s. 76-79.
7. W. A. Hutchison, Loreto and Nazareth: Two Lectures, Containing the Results of Personal Investigation of the Two Sanctuaries. London: E. Dillon, 1863, s. 80-82.
8. Bp Bartolini (Sopra la Santa Casa di Loreto, s. 72) określił je jako pochodzące z dwóch odmian wapienia: twardego (Jabes) i miękkiego (Nahari), z których pierwszy stanowi większość murów Świętego Domu, a drugi tylko niewielki fragment.
9. Michele Faloci-Pulignani, La S. Casa di Loreto secondo un fresco di Gubbio, Rome: Desclée, 1907, s. 102.
10. Profesor wymienił różne odcienie szarości („palombino”) oraz niektóre kamienie o czerwonawym odcieniu (tende un poco al rosso)
11. François-Maximilian Misson, A New Voyage to Italy: with curious observations on several other countries, as Germany, Switzerland, Savoy, Geneva, Flanders and Holland, 2 volumes, London: R. Bentley, 1695, t. 1, s. 233.
12. D. Bartolini, (Sopra la Santa Casa di Loreto, s. 67) wyjaśnił, że ten rodzaj kamienia ciemnieje z wiekiem.
13. W. A. Hutchison, Loreto i Nazaret, s. 91-92.
14. Alphonse Ratisbonne, Annales de la Mission de Notre Dame de Sion, 1858, apud Alphonse Eschbach CSSP, Loreto and the Ultimatum of M. U. Chevalier, Rome: Desclée, 1915, s. 53-54.
15. Dosłownie „na słowo nikogo”, motto Royal Society pochodzi z 1663 roku i wyraża przekonanie Koleżanek i Kolegów, że fakty nie powinny być przyjmowane za prawdziwe na podstawie autorytetu, ale empirycznych metod naukowych.
16. Nabatejczycy byli koczowniczym semickim plemieniem z Pustyni Arabskiej, które mówiło zarówno po arabsku, jak i w dialekcie aramejskim i osiedliło się w południowej Palestynie w okolicach dzisiejszej Jordanii. Ich królestwo, którego stolicą było słynne „różano-czerwone” miasto Petra, kwitło jeszcze w I wieku n.e. Nabatejczycy rozwinęli charakterystyczną metodę kamieniarską, która jest widoczna w konstrukcji Świętego Domku.
17. Wśród graffiti na ścianach Świętego Domku znalazły się krzyże, christogramy oraz niektóre znaki hebrajskie i greckie.
18. N. Alfieri, E. Forlani, F. Grimaldi, „Contributi archeologici per la storia della Santa Casa di Loreto”, Studia Picena 35, Loreto, 1967, s. 64-128.
19. Giuseppe Santarelli, Loreto. L’altra metà di Nazaret: la storia, il mistero e l’arte della Santa Casa, Mediolan: wyd. Terra Santa, 2016, s. 34, 36.
20. Nanni Monelli, La Santa Casa a Loreto – Święty Dom w Nazarecie, Loreto: Congregatione Universale de la Santa Casa, 1991, oraz Giuseppe Santarelli, Nanni Monelli, L’altare degli Apostoli nella Santa Casa di Loreto, Loreto, 2012.
21. Informacja ta pochodzi ze świadectwa ks. Aleksandra, proboszcza z Tersatto, że otrzymał on wizję i cudowne uzdrowienie od Matki Bożej, gdy Święty Domek przebywał w Dalmacji. Kopie dokumentów rejestrujących to świadectwo i inne sprawy związane z Tersatto zostały przesłane do O. Angelita, sekretarza gminy Recanati, a oryginały widział O. Franjo Glavinich (patrz część 94).
22. Girolamo Angelita, De Almae Domus Lauretanae in Agro Recanatensi Mira Translatione Brevis et Fidelis Enarratio (1531), s. 4: „In loco autem isto magno, sancto, atque terribili Deus & homo vivens Christus cum Matre & Discipulis versatus est, oravit, quievit, manducavit, bibit”.
W czasach gdy zaczynałam pracę w liceum prace maturalne sprawdzało się w domu. Nikt nie podejrzewał nauczycieli o oszustwo choć oczywiście nie można wykluczyć, że jakieś oszustwa się zdarzały. W środowisku nauczycielskim, jak w każdej populacji, może przecież zdarzyć się czarna owca. W tych czasach ludzie poczuwali się jednak do odpowiedzialności za swoje postępowanie i nie były im potrzebne procedury regulujące każdą czynność i każdy najdrobniejszy ruch. Nauczyciele poczuwali się przede wszystkim do odpowiedzialności za wyniki matur uczniów, więc w naszej szkole organizowaliśmy bezpłatne konsultacje. Tylko nieliczni uczniowie brali korepetycje. Czuliśmy się również zobowiązani do sprawiedliwego oceniania uczniów. Jeżeli na przykład uczeń podczas egzaminu przez pomyłkę zmienił treść zadania na trudniejsze i rozwiązał je bezbłędnie to za zgodą komisji egzaminacyjnej ( komisji szkolnej) ocenialiśmy to zadanie na maximum punktów.
Obecna procedura wymaga natomiast żeby każda zmiana treści zadania (na przykład zmiana znaku w równaniu na przeciwny) oznaczała 0 punktów za to zadanie. Procedura ta ma zapobiegać potencjalnym oszustwom polegającym na zmianie treści zadania na łatwiejsze. Przyjmuje się więc z góry, że uczeń jest oszustem, a wyklucza możliwość, że jest po prostu roztargniony albo tylko zdenerwowany egzaminem. Mechaniczne posługiwanie się procedurą przez egzaminatorów wymusza ślepe posłuszeństwo uczniów. Dobra odpowiedź to odpowiedź zgodna z kluczem a nie koniecznie prawdziwa.
Podobnie działa system oceniania uczniów za pomocą testów. Zamiast zastanawiać się jaka odpowiedź jest poprawna uczeń kombinuje jaką uznaje za poprawną autor klucza do odpowiedzi. Pisząc rozprawkę uczeń liczy słowa jakby ich liczba była ważniejsza od sposobu przedstawienia i uzasadnienia swoich poglądów. Takie wymagania premiują brak własnego zdania i pokorne podporządkowanie się bezsensownym przepisom. Jest to doskonała szkoła oportunizmu.
O nierzetelności i braku obiektywizmu podobnego sposobu oceniania najlepiej świadczy fakt, że dwaj profesorowie i znani pisarze (Marcin Król i Antoni Libera) polegli na maturze z języka polskiego, której poddali się kilka lat temu dla eksperymentu. Jeden z nich nie zdał, a drugi zdał maturę tak słabo, że z całą pewnością nie dostałby się na studia na tym wydziale, na którym jest obecnie nauczycielem akademickim.
Procedury zastąpiły indywidualną odpowiedzialność również w medycynie. Obecnie lekarz nie musi troszczyć się czy pacjent przeżyje i wyzdrowieje. Chory może sobie spokojnie umrzeć byle w zgodzie z procedurą. Skończyły się czasy gdy lekarz jechał zimą w nocy chłopskimi saniami do porodu i zamiast zażądać honorarium zostawiał położnicy pieniądze na niezbędne wydatki. Takim lekarzem był jak słyszałam od mieszkańców Mińska Mazowieckiego Władysław Gucewicz – od 1934 r. do lat powojennych lekarz powiatowy w Mińsku. Władysław Gucewicz został oddelegowany przez prezydenta Ignacego Mościckiego do stworzenia systemu opieki zdrowotnej II Rzeczpospolitej. Był absolwentem Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie. Wśród zasług Władysława Gucewicza wymienić należy powołanie do życia systemu kas chorych oraz stworzenie sieci ośrodków zdrowia. Wielokrotnie honorowano dr. Gucewicza najwyższymi godnościami okresu międzywojennego. Obecna Rada Mińska Mazowieckiego poświęciła Władysławowi Gucewiczowi ulicę w tym mieście.
Już w bliższych nam czasach takim charyzmatycznym lekarzem był pediatra-doktor Leśkiewicz. Doktor Leśkiewicz przyjmował w przychodni rejonowej przy ulicy Szczęśliwickiej w Warszawie. W tej przychodni nigdy nie czekało się z dziećmi w kolejce na wizytę czy na szczepienie. Pielęgniarki biegały jak frygi z dokumentami, przychodziły również do domu aby odwołać wizytę czy przypomnieć o terminie szczepień. (Nie było wtedy telefonów komórkowych a na telefon stacjonarny czekało się wiele lat).
O doktorze Leśkiewiczu krążyły legendy. Kiedyś podobno wyrzucił przez okno puchowy becik, w którym matka przyniosła przy 30 stopniowym upale przegrzane niemowlę. Innej histerycznej mamusi, która mierzyła dziecku co godzinę temperaturę zagroził przełożeniem przez kolano. Stawiał bezbłędne diagnozy bez odsyłania dziecka na niepotrzebne badania. Kierował się zdrowym rozsądkiem, poczuciem własnej odpowiedzialności i wiedzą a nie procedurami. Ostro sztorcowane matki ceniły go a dzieci uwielbiały. Znam przypadek dziewczyny, która wybrała jako specjalność pediatrię tylko dlatego, że była zapatrzona jak w obraz w doktora Leśkiewicza.
Świat w którym moralność, życzliwość, empatię i poczucie odpowiedzialności zastępuje niewolnicze trzymanie się procedur jest dla jednostki światem groźnym. Mniej jest istotne czy jednostka przeżyje czy zginie czy będzie zdrowa czy chora czy będzie mądra czy głupia niż ślepa zgodność postępowania osób, od których losy tej jednostki zależą – czyli lekarzy, nauczycieli, sędziów i pilotów -z procedurami.
Doskonale pokazuje ten problem historia amerykańskiego pilota Chesley’a Sullenbergera. Sullenberger stał się postacią powszechnie znaną po tym, jak 15 stycznia 2009 roku jako pilot samolotu rejsowego lotu US Airways 1549 zwodował swój samolot na rzece Hudson. Tuż po starcie jego Airbus A320 zderzył się z kluczem gęsi, w wyniku czego obydwa silniki samolotu uległy awarii. Spośród 150 pasażerów i 5 członków załogi znajdujących się na pokładzie nikt nie zginął. Wyczyn Sullenbergera zwanego przez przyjaciół Sully został doceniony przez społeczeństwo, kolegów po fachu, burmistrza Nowego Jorku i dwóch amerykańskich prezydentów lecz nie ominęło go uciążliwe śledztwo, w którym jedynym zarzutem było nie przestrzeganie procedur i odmowa podporządkowania się poleceniom wieży kontroli lotów. Jednak gdyby Sully słuchał kontrolera z pewnością rozbiłby samolot, a wszyscy pasażerowie wraz z nim samym zginęliby w katastrofie.
Wtedy zginęliby zgodnie z procedurą, a więc całkowicie legalnie, natomiast uratowani zostali wbrew procedurze czyli właściwie nielegalnie.
Ludobójca Klaus Schwab i jego liczni wyznawcy… także w Polsce, mają się dobrze.
================= Światowe Forum Ekonomiczne i jego gospodarze mogą być zadowoleni: umieralność na świecie rośnie, spada liczba urodzeń. Co charakterystyczne, gwałtownie wzrosła śmiertelność „z nieznanych przyczyn”.
Jednocześnie zabrania się zakładać, że wpłynęły na to szczepienia nieprzetestowanymi szczepionkami oficjalnie przeznaczonymi do zwalczania koronawirusa. Zabrania się kwestionowania zyskownego programu szczepień i programu Wielkiego Resetu. Spadła też liczba urodzeń. „Eksperci” nie mogą znaleźć jasnego wyjaśnienia.
Jednocześnie na początku tego roku przyrost naturalny na Tajwanie spadł o 27%, w Niemczech – o 12%, w Holandii – o 11%, w Wielkiej Brytanii – o 9%. Skoro mówimy o Wielkiej Brytanii, warto osobno zatrzymać się nad gwałtownym wzrostem śmiertelności noworodków i dzieci poniżej 4 tygodnia życia w Szkocji we wrześniu ubiegłego roku. Liczba takich zgonów wzrosła o 123%. Public Health Scotland przeprowadziło dochodzenie, ale pominęło pytanie, czy przyszłe matki były szczepione. Podano proste wyjaśnienie, wyniki te „mogą zostać wykorzystane do podważenia wiarygodności szczepionki w tym krytycznym momencie”. Nie sprawdzano, czy któraś z matek zmarłych niemowląt była szczepiona, czy nie. Według „ekspertów” nie było to konieczne.
Jeszcze bardziej zdumiewające dane pochodzą z amerykańskiego systemu zgłaszania zdarzeń niepożądanych szczepionek (VAERS). Jest to amerykański program bezpieczeństwa szczepionek prowadzony zarówno przez amerykańskie Centra Kontroli i Zapobiegania Chorobom (CDC), jak i amerykańską Agencję ds. Żywności i Leków (FDA). Jego celem jest zebranie informacji o zdarzeniach niepożądanych i możliwych szkodliwych skutkach ubocznych, które występują np. po podaniu szczepionki, w celu ustalenia, czy stosunek korzyści do ryzyka jest wystarczająco wysoki, aby uzasadniać dalsze stosowanie określonej szczepionki. Według danych VAERS, wzrost liczby poronień wyniósł szokujące 4070%.
Nic więc dziwnego, że w Nowej Zelandii przetoczyła się fala protestów w obronie rodziców ciężko chorego 4-miesięcznego dziecka, którzy domagali się, aby szpital, gdzie dziecko idzie pod nóż z powodu zwężenia zastawki płucnej, przetoczył mu dodatkową krew od niezaszczepionych dawców mRNA.
Krajowa służba krwi stwierdziła, że nie oddziela krwi od zaszczepionych szczepionek mRNA i nieszczepionych dawców oraz że szczepionka Covid-19 nie stanowi żadnego ryzyka. Prośba rodziców została odrzucona przez Nowozelandzką Służbę Zdrowia, która stwierdziła, że szczepionki nie stanowią zagrożenia dla zapasów krwi dawcy, a sąd przychylił się do wniosku o usunięcie dziecka z rodziny w celu przeprowadzenia operacji.
Właściwie to wszystko. Nie trzeba zadawać zbyt wielu pytań. Elity najlepiej wiedzą, czego naprawdę potrzebujesz. ŹRÓDŁO Лежава. Деньги и жизнь .
To całe WHO to taki zbiorowy dr Mengele. Wniosek? Czarci pomiot też się uczy i czerpie garściami z doświadczeń III Rzeszy.
Od 12 grudnia można rejestrować na szprycowanie przeciw COVID-19 dzieci w wieku od 6 miesięcy do 4 lat. Do Polski przybyło 504 tys. dawek preparatu, co wystarczy na zaszczepienie blisko 168 tys. dzieci. Rejestracja dzieci możliwa jest przez Moje IKP, infolinię lub w punkcie szczepień.
Informacje te podał „minister pandemii” Adam Niedzielski na czwartkowej konferencji prasowej w Warszawie. Dodał, że w nocy z 11 na 12 grudnia wystawione zostaną e-skierowania na szprycowanie przeciw COVID-19 dla dzieci od 6 miesięcy do 4 lat.
– Populacja tej grupy wiekowej to blisko 2 mln dzieci. Już od 12 grudnia będzie można zarejestrować się na szczepienie albo poprzez Moje IKP bądź tradycyjnie przez infolinię pod numerem 989 – przypominam, że jest ona czynna codziennie w godzinach od 7.00 do 20.00 – albo bezpośrednio, w punkcie szczepień – poinformował.
Podkreślił, że kwalifikację do szczepienia dzieci może przeprowadzić jedynie lekarz, także szczepienia będą odbywać się w punktach, gdzie przyjmuje lekarz. – Tych punktów w tej chwili mamy w skali kraju ok. 7 tys. – zaznaczył.
Szef pandemicznego MZ poinformował, że 5 grudnia do Polski przybyło pół miliona dawek szprycy przeciwko COVID-19 dla dzieci w wieku od 6 miesięcy do 4 lat.
– Schemat szczepienia jest trójdawkowy, więc to wystarczy na zaszczepienie blisko 168 tys. dzieci. Oczywiście, w przypadku większego zapotrzebowania dostawy mogą zostać uzupełnione – mówił.
Wyjaśnił, że pierwsza i druga dawka szczepionki będą podawane w odstępie 3 tygodni, a trzecia po 8 tygodniach od przyjęcia drugiej dawki.
– Od 7 grudnia punkty szczepień mogą podawać tę szczepionkę w naszym systemie informatycznym. To są takie same procedury, jakie obowiązywały w przypadku innych grup wiekowych – zaznaczył Niedzielski.
„Minister pandemii” zapewnił, że preparat, którym będą szprycowane osoby „jest sprawdzony, przetestowany, zbadany, dopuszczony przez EMA, ale również przez polskie organy, które dopuszczają do obrotu”.
=============================================
ostrzeżenia dotyczące szczepienia niemowląt i dzieci na covid-19:
But to były sowiecki wojskowy, który stał się najbardziej znanym i zuchwałym handlarzem bronią w historii. W USA odsiadywał wyrok 25 lat więzienia. [„Pracował” zwykle z wojskowego lotniska Siewiernyj pod Smoleńskiem, gdzie potem, 10 kwietnia miał się rozbić polski Tu-154. M. Dakowski]
======================
Koszykarka Brittney Griner, która została skazana w Rosji na karę 9 lat więzienia za posiadanie olejku haszyszowego została wymieniona na przebywającego od lat w amerykańskim więzieniu rosyjskiego handlarza bronią Wiktora Buta – podała CNN.
Informację o uwolnieniu Griner potwierdził prezydent USA Joe Biden. „Przed chwilą rozmawiałem z Brittney Griner. Jest bezpieczna. Jest w samolocie. Jest w drodze do domu” – napisał na Twitterze prezydenta USA.
O wymianie Griner na Buta powiadomiła jako pierwsza telewizja CNN. Informację o wymianie, która odbyła się na lotnisku w Abu Dhabi, potwierdziło rosyjskie MSZ.
Griner, zawodniczka WNBA, dwukrotna mistrzyni olimpijska, została w Rosji skazana na dziewięć lat więzienia po tym, jak w lutym została zatrzymana na moskiewskim lotnisku Szeremietiewo za posiadanie wkładów do e-papierosów, zawierających olejek haszyszowy.
Sprawa zatrzymania i skazania Amerykanki na tle wojny w Ukrainie oraz narastającej konfrontacji Rosji i USA, przeszła w płaszczyznę polityczną. Zabiegi o uwolnienie koszykarki, którą departament stanu uznał za niesłusznie skazaną, toczyły się na najwyższym szczeblu.
CNN odnotowuje, że w ramach wymiany nie udało się uwolnić drugiego niesłusznie przetrzymywanego w rosyjskim więzieniu obywatela USA – Paula Whelana, chociaż wiadomo, że do tego w trudnych negocjacjach z Rosją dążyła strona amerykańska.
Whelan został zatrzymany w Moskwie w 2018 r.; zarzucono mu szpiegostwo. Został skazany na 16 lat więzienia.
But to były sowiecki wojskowy, który stał się niemal najbardziej znanym i zuchwałym handlarzem bronią w historii. W USA odsiadywał wyrok 25 lat więzienia.
==============================
Co to za układ, by wymienić koszykarkę, która nienawidzi naszego kraju, na jednego z największych handlarzy bronią i człowieka odpowiedzialnego za śmierć tysięcy osób? – pytał b. prezydent USA Trump. – Dlaczego były żołnierz piechoty morskiej Paul Whelan nie został uwzględniony w tej całkowicie jednostronnej transakcji? Co za głupie i niepatriotyczne zachowanie dla USA – dodał.
Na podstawie najbardziej szczegółowych danych na świecie dotyczących tego, jak ludzie czują się po szczepionce Pfizer COVID, Izrael odkrył, że mniej niż 0,3 procent miało skutki uboczne, które uważali za wystarczająco poważne, aby zgłosić je lekarzom – odsetek ten jest zdumiewająco 100 razy niższy niż wskaźniki skutków ubocznych zgłaszane w USA.
Urzędnicy [izraelskiego] Ministerstwa Zdrowia, którzy opublikowali wyniki badań, wierzą, że zapewnią one spokój ducha wielu ludziom na całym świecie, którzy pragną uzyskać obraz wpływu szczepionki. Napisali, że działania niepożądane są „podobne pod względem częstotliwości i charakteru do objawów zgłaszanych po innych szczepionkach podawanych populacji”.
Po pierwszym zastrzyku 6 575 z 2 768 200 Izraelczyków szukało pomocy medycznej z powodu skutków ubocznych, co stanowi 0,24%. Liczba po drugim zastrzyku wyniosła 0,26% — 3 592 z 1 377 827 odbiorców.
Ta ostatnia liczba wskazuje, że chociaż wiadomo, że drugi zastrzyk sprawia, że niektórzy ludzie czują się gorzej pod wpływem pogody, rzadko dochodzi do eskalacji do formalnych skarg medycznych.
Lekarze entuzjastycznie zareagowali na te dane. „Ludzie na całym świecie powinni czuć się pewniej” – powiedział The Times of Israel Yoav Yehezkeli, lekarz i ekspert ds. zdrowia publicznego z Uniwersytetu w Tel Awiwie, który nie brał udziału w badaniu.
Niewiele skarg zakończyło się hospitalizacją – średnio 17 pacjentów na milion po pierwszym zastrzyku i trzech pacjentów na milion po drugim zastrzyku. Yehezkeli powiedział, że lekarze spodziewali się znaczących skutków ubocznych u kilku pacjentów i osobiście leczył pacjenta, który miał częściowy paraliż nerwu twarzowego po drugim zastrzyku, ale powiedział, że statystyki pokazują, że częstość występowania jest niska. Jego pacjent wyzdrowiał.
Była to pierwsza poważna analiza skutków ubocznych w świecie rzeczywistym, obejmująca o wiele razy więcej osób niż w badaniach klinicznych firmy Pfizer. Jego ustalenia, które są dokładne do 27 stycznia, odpowiadają oczekiwaniom organizacji zdrowotnych na całym świecie na podstawie danych z badań.
Amerykańskie Centra Kontroli i Zapobiegania Chorobom zauważyły, zanim szczepionka stała się dostępna, że może ona powodować działania niepożądane, które zwykle są „łagodne do umiarkowanych”, podczas gdy „niewielka liczba osób miała poważne skutki uboczne”.
CDC spodziewało się, że głównymi skutkami ubocznymi będą miejscowy ból lub szersze objawy, takie jak dreszcze i ból głowy, które „mogą przypominać objawy grypy”. Tak wynika z izraelskich danych.
Zdecydowana większość skarg dotyczyła miejscowego bólu ramienia lub ogólnego złego samopoczucia. Ból ramienia stanowił 50% skarg pierwszego zastrzyku i 22% skarg drugiego zastrzyku. Około 41% skarg po pierwszym zastrzyku i 73% skarg po drugim zastrzyku zgłosiło ogólne złe samopoczucie.
Były też bardziej niezwykłe skutki uboczne.
Objawy neurologiczne zgłosiło 287 osób zaszczepionych pierwszą dawką i 96 zaszczepionych drugą dawką. Było 165 zgłoszeń reakcji alergicznych, w tym anafilaksji, po pierwszym zastrzyku i 47 po drugim zastrzyku. Inne nietypowe działania niepożądane zgłosiło odpowiednio 60 i 19 osób po pierwszym i drugim zastrzyku.
Statystyki Izraela należy traktować jako wiarygodne, ponieważ system opieki zdrowotnej tego kraju obejmuje „aktywny nadzór” skutków ubocznych, powiedział Yehezkeli. „Są to ważne liczby, ponieważ wiele osób w Izraelu zostało już zaszczepionych, a system opieki zdrowotnej jest bardzo zorganizowany z metodami zgłaszania skutków ubocznych” – skomentował.
Pomimo twierdzeń zawartych w tym artykule, w żaden sposób te izraelskie statystyki dotyczące skutków ubocznych nie pasują do danych z badań klinicznych firmy Pfizer – gdzie poważne skutki uboczne zgłaszano u 10% do 15% uczestników – różnica rzędu 100 razy. Ale to nie jest tak, że ta rozbieżność jest bezprecedensowa – wskaźniki autyzmu w USA sięgają 1 na 50 chłopców – konserwatywnie 1 na 100 – podczas gdy w Izraelu jest to tylko 1 na 1000 chłopców. Dlaczego dziecko w Ameryce miałoby mieć dziesięć razy prawdopodobieństwo zachorowania na autyzm jak dziecko w Izraelu?
Aby wyjaśnić tę zdumiewającą rozbieżność, będą twierdzić, że początkowe raporty o skutkach ubocznych w badaniach Pfizer w USA były „niedokładne” w porównaniu z „znacznie bardziej rygorystycznymi” danymi izraelskimi.
W USA CDC zgłosiło już ponad 300 zgonów ludzi po otrzymaniu szczepionki – ale mamy wierzyć, że żadne takie zgony nie zostały oficjalnie zgłoszone – ani uznane – w Izraelu – pomimo znacznie wyższego wskaźnika szczepień.
Albo dane dotyczące skutków ubocznych zgłaszane przez firmę Pfizer i CDC w Ameryce są całkowicie błędne – albo dane izraelskie są błędne – jeśli nie, istnieje tylko jedna inna możliwość wyjaśnienia tych ogromnych rozbieżności….
Szczepionka „Pfizer” podawana Izraelczykom NIE jest tą samą szczepionką, którą podaje się Amerykanom i Europejczykom.
Miesiące temu przewidzieliśmy ten problem, z którym borykają się Izraelczycy – czy by się zgodzili gdyby poddali własną populację – w tym ich bardzo cenionych starszych ocalałych z Holokaustu – tym niebezpiecznym i nieprzetestowanym szczepionkom – czy pozwoliliby potencjalnie milionom Żydów w Izraelu zostać rannymi, okaleczonymi i zabitymi przez te nieprzetestowane „szczepionki”?
Wczesne doniesienia napływające z Izraela sugerowały znacznie wyższy odsetek osób, które odmówiłyby przyjęcia szczepionki niż donosiła większość głównych mediów – co sugeruje, że Izraelczycy byli świadomi niebezpieczeństwa związanego z tymi nieprzetestowanymi szczepionkami.
Tak więc, stosując brzytwę Ockhama w tej kwestii – najprostsze wyjaśnienie jest najprawdopodobniej prawdą – musimy poważnie rozważyć prawdopodobieństwo, że wyjątkowo niską częstość występowania poważnych skutków ubocznych wśród zaszczepionych Izraelczyków w porównaniu z Amerykanami można najlepiej wytłumaczyć faktem, że zupełnie inne szczepionki są stosowane na tych różnych populacjach – i że Izraelczycy są szczepieni czymś, co jest równoznaczne z placebo, które powoduje tylko najbardziej łagodne lokalne skutki uboczne.
A biorąc pod uwagę, jak opiekuńczy jest rząd izraelski w stosunku do ludności, wniosek ten ma największy sens.
Uwagi:
Co jeszcze jest godne uwagi, to fakt, że Żydzi są znacznie bardziej skłonni niż inne populacje do składania skarg medycznych. Jeśli coś się stanie, to oni jako pierwsi udają się do lekarza. Tak więc brak skutków ubocznych jest szczególnie widoczny.
To niemożliwe, aby były to te same szczepionki, ze 100-krotną różnicą w skutkach ubocznych. Statystyczna niemożliwość. Żadnego racjonalnego wyjaśnienia, dlaczego Izraelczycy nie mieliby doświadczyć takich samych skutków ubocznych jak Amerykanie. Och, chyba że Żydzi naprawdę są rasą panów odporną na skutki uboczne szczepionek….. wątpliwe….
Wojna wstrząsnęła Europą Wschodnią, a obie walczące strony poniosły już ciężkie straty. Pomimo wytrwałości Ukrainy i jej ostatnich osiągnięć na polu walki, zwycięstwo Ukrainy w ostatecznym rachunku, może być najwyżej pyrrusowe. Rosja przysporzyła sobie nowych kandydatów do NATO na swojej północnej flance i wypala swoje zasoby, a jej gospodarka kurczy się. Obserwując rozwój sytuacji, trudno sobie wyobrazić, aby ktokolwiek mógł wyjść z niej zwycięsko.
A może jednak? Komentatorzy antywojenni skupili się przede wszystkim na amerykańskim przemyśle zbrojeniowym, a do ich głosów dołączyli ostatnio przywódcy europejscy, którzy publicznie mówią o spekulacjach związanych z obrotem bronią. Z pewnością coś w tym jest, biorąc pod uwagę miliardy dolarów przeznaczane na broń i amunicję, które są wysyłane za granicę. Jest jednak jeszcze jeden element amerykańskiej struktury władzy, która zadowolona z siebie, stoi z boku i pozwala, aby handlarze bronią brali na siebie cały ciężar odpowiedzialności. Historia ostatnich 100 lat daje nam kilka ważnych lekcji na temat tego, kto korzysta z zawieruchy wojennej. Podczas pierwszej wojny światowej prezydent Wilson został wybrany na drugą kadencję w oparciu o pokojową narrację. Jego słynny slogan z kampanii w 1916 roku brzmiał „uchronił nas przed wojną”. Oczywiście, to uległo zmianie. Choć uwaga opinii publicznej skupiała się wówczas na zagrożeniu ze strony niemieckich łodzi podwodnych, syndykat bankierów pod wodzą J.P. Morgana Jr., odegrał dużą, choć mało widoczną, rolę w zmianie polityki Wilsona. Syndykat Morgana sfinansował wysiłek wojenny państw Ententy, na kwotę 1,5 miliarda dolarów, a perspektywa zwycięstwa państw Centralnych, stanowiła zagrożenie dla całej gospodarki amerykańskiej. W 1917 roku PKB Stanów Zjednoczonych wynosiło około 60 miliardów dolarów. Prezydent Wilson rozumiał sytuację, Morganowi i spółce też nie trzeba było tłumaczyć, co się stanie, jeśli ich pożyczki nie zostaną spłacone.
Oczywiście, nie mogąc przegapić takiej okazji, po zakończeniu wojny Morgan udzielił 10 miliardów dolarów pożyczki na odbudowę zniszczonej Europy. Należy zauważyć, że amerykańska opinia publiczna niekoniecznie podzielała nowe zapatrywania prezydenta Wilsona na temat wojny. Administracja Wilsona utworzyła więc Komitet Informacji Publicznej (CPI), kierowany przez dziennikarza George’a Creela. Misją CPI było propagandowanie wśród Amerykanów poparcia dla militarnego zaangażowania w to, co do tej pory powszechnie postrzegano jako wyłączny problem Europejczyków. CPI stworzyła przekonanie, że przystąpienie Ameryki do I wojny światowej było konieczne, aby „uczynić świat bezpiecznym dla demokracji” i ochronić cywilów z państw Ententy przed krwiożerczymi Hunami. Caveat emptor( niech kupujący się strzeże), historie o okrucieństwie Niemców stały się nieodłącznym elementem przekazów medialnych. Dwie dekady później, wielka finansjera ponownie wykorzystała swoją siłę przebicia. W początkowej fazie II wojny światowej Fundacja Rockefellera przekazała Radzie Stosunków Zagranicznych fundusze na uruchomienie Studium Wojny i Pokoju, projektu, który dyskretnie dostarczał Departamentowi Stanu wskazówek, dotyczących polityki zagranicznej. Amerykańskie elity bardzo wcześnie przewidziały, że dzięki geografii, Stany Zjednoczone będą jedyną potęgą przemysłową i militarną, która pozostanie nienaruszona po zakończeniu wojny, co oznaczało, że będzie istniał rynek zbytu dla amerykańskiego eksportu oraz okazja do uzyskania kurateli nad państwami europejskimi. Dawne światowe potęgi, zniszczone latami walk, będą rozpaczliwie potrzebować pomocy i dlatego będą otwarte na amerykańskie propozycje. [i m.inn. dlatego dali przyzwolenie na rzeź Amerykanów w Pearl Harbor, o przygotowaniach do której wiedzieli. MD]Amerykańskie elity były na tyle spostrzegawcze, że Studium Wojny i Pokoju posłużyło jako swoisty plan dla Pax Americana, który później nastąpił. Około 1945 roku odbudowa znalazła się w centrum uwagi, a pożyczki zostały udzielone w celu przekształcenia sojuszników i wrogów w „wiarygodnych partnerów handlowych”. Na przykład w 1945 roku Stany Zjednoczone pożyczyły Anglii ponad 4 miliardy dolarów, czyniąc z niegdyś potężnego Imperium Brytyjskiego zaledwie drobnego wspólnika.
Jednak prawdziwą podstawą amerykańskiej dominacji było Porozumienie z Bretton Woods z 1944 roku. Porozumienie to narzuciło dolara amerykańskiego, jako światową walutę rezerwową, co oznaczało, że dolar będzie wymienialny na złoto, a inne waluty narodowe będą miały wartość określaną w stosunku do dolara. Porozumienie z Bretton Woods stworzyło popyt na dolary, który do dziś pozwala Wujowi Samowi pożyczać pieniądze taniej niż inne kraje. Ten popyt na dolary pozwala również Stanom Zjednoczonym na zaciąganie niezwykle wysokiego długu publicznego, który następnie wykorzystuje się do opłacania długotrwałych kampanii wojskowych, takich jak 20-letnia „wojna z terroryzmem”. Pomyślmy o tym w ten sposób: w sektorze biznesowym, w którym pieniądze służą jako surowiec, amerykańskie instytucje finansowe mają wyraźną i godną pozazdroszczenia przewagę. Skarb Państwa może drukować pieniądze, a inne kraje nie mają wyboru, muszą zaakceptować tę pozbawioną nominalnej wartości walutę. Innym rezultatem porozumienia z Bretton Woods było utworzenie Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, które zostały powołane do udzielania kredytów państwom próbującym odbudować swoje gospodarki. Prawie 80 lat później obie instytucje nadal istnieją. W 2021 roku Bank Światowy wyemitował dług na ponad 98 miliardów dolarów. Jeszcze w 2016 roku, prezydent Obama podkreślał, że Ukraina jest „wewnętrzną sprawą Rosji, nie Ameryki”.
Co więc spowodowało ten nagły zwrot w polityce zagranicznej USA, który w efekcie dał Ukrainie czek in blanco? W wypowiedziach publicznych można znaleźć wiele różnych wersji odpowiedzi. Według sekretarza obrony Lloyda Austina, Stany Zjednoczone interweniowały, aby „sprawdzić, na ile Rosja jest osłabiona” – wyjaśnienie, które ma pewne uzasadnienie, ponieważ rosyjska machina wojenna wykazuje oznaki zmęczenia. Prezydent Biden, wybierając błyskotliwe ogólniki, powiedział reporterom, że „bronimy wolności i demokracji” (brzmi znajomo?) poprzez konfrontację z autokratami. To dziwne stanowisko, biorąc pod uwagę jego słynnego „żółwika” z przywódcą Arabii Saudyjskiej.
Tymczasem autorzy scenariuszy politycznych, którzy zamieszkują globalistyczne think tanki, ostrzegają, że Putin chce „zmienić wynik zimnej wojny”, tak że nie ma innego wyjścia, jak tylko zaangażować się, zanim Rosja wyjdzie poza Ukrainę i spróbuje odzyskać to, co Związek Radziecki stracił w wyniku rozpadu. To trochę niewygodna pozycja, ponieważ pociąga za sobą pewien dysonans poznawczy dotyczący artykułu V traktatu NATO i perspektywę wojny nuklearnej. Niezależnie od intencji naszych przywódców i motywów, które nimi kierują, jedno jest pewne: im dłużej trwa ta wojna, tym większe są zniszczenia. Wojna niszczy regiony nią dotknięte.
Kiedy opadnie kurz bitewny, resztki Ukrainy trzeba będzie odbudować od podstaw. A to, drogi czytelniku, będzie kosztować całkiem sporo. Pojawi się dług, mnóstwo długu, na taką samą skalę jak w przypadku Iraku, gdzie Stany Zjednoczone wydały więcej niż w Niemczech i Japonii po II wojnie światowej. Prezydent Biden oświadczył, że ” nic o Ukrainie bez Ukrainy”, ale w tym momencie trudno postrzegać Ukrainę jako coś innego niż państwo klienckie, kupione i opłacone za palety pieniędzy podatników. Kiedy walki w końcu ustaną, Drużyna Zelenskiego będzie rozpaczliwie potrzebowała pożyczek – setek miliardów dolarów pożyczek. Powojenna odnowa gospodarcza jest najbardziej kosztowną rzeczą ze wszystkich. Zgadnijcie, kto tam będzie, gdy nadejdzie czas, aby Zelensky złożył podpis na kropkowanej linii na dole umowy kredytowej? Będą to te same instytucje finansowe, które obecnie obserwują rynek i zasoby naturalne Ukrainy – instytucje, które wyszły z Wielkiej Recesji 2008 roku z jeszcze większym kapitałem i wpływami. Bez względu na to, jak zakończy się wojna, wygra wielka finansjera.
(Peter Paul Rubens, Public domain, via Wikimedia Commons)
8 grudnia obchodzimy uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Wyraża ono odwieczne przekonanie, że Maryja przyszła na świat wolna od grzechu pierworodnego. W sposób oficjalny prawda ta została ogłoszona jako dogmat w 1854 r. przez papieża Piusa IX. Święto Niepokalanego Poczęcia obchodzone jednak było już wcześniej, w całym Kościele od 1708 r.
Prawdę o niepokalanym poczęciu Maryi Kościół uroczyście ogłosił jako dogmat wiary w połowie XIX w. – w epoce narastającego racjonalizmu i scjentyzmu. A jednocześnie na ten czas przypadał rozwój różnych form duchowości, tworzenia nowych zgromadzeń zakonnych i objawień maryjnych. Ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi Panny dokonał uroczyście Pius IX 8 grudnia 1854 r. w bulli „Ineffabilis Deus” (Niewyrażalny Bóg), używając formuły: „Najświętsza Maryja Dziewica od pierwszej chwili swego poczęcia, przez łaskę i szczególny przywilej Boga wszechmogącego, na mocy przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego, została zachowana nienaruszona od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego”.
Czym jest niepokalane poczęcie?
Według wiary katolickiej każdy człowiek przychodzący na świat jest naznaczony grzechem pierworodnym. Grzech ten jest „przenoszony” wraz z przekazywaniem natury ludzkiej, która u Prarodziców, ze względu na ich nieufność i nieposłuszeństwo Bogu – o czym mówią pierwsze rozdziały Biblii – została pozbawiona pierwotnej świętości i sprawiedliwości. Grzech pierworodny – jak wyjaśnia Katechizm Kościoła Katolickiego (nr 404) – nie jest popełniany, lecz zaciągany, nie jest aktem, ale stanem, w jakim poczyna się człowiek. Z grzechu pierworodnego uwalnia człowieka dopiero chrzest święty.
Maryja natomiast od tego dziedzictwa grzechu została zachowana, dlatego też Pismo Święte nazywa Ją „Pełna łaski” (Łk 1,28). Kościół naucza, że wypadało, aby Ta, która miała stać się „Matką swojego Stworzyciela” i Zbawiciela świata, była w sposób szczególny przygotowana przez Boga. „Niepokalanie poczęta” oznacza nie tylko, że Maryja była wolna od grzechu pierworodnego, ale też wyraża Jej szczególną bliskość z Bogiem, całkowite zawierzenie Bogu, wewnętrzną harmonię i pełnię człowieczeństwa.
Objawienia potwierdzają prawdziwość dogmatu
Zanim dogmat o niepokalanym poczęciu został ogłoszony przez papieża, prawdę tę przypomniała sama Maryja w słynnych objawieniach z 1830 r. św. Katarzynie Labouré, na rue du Bac w Paryżu. Matka Boża nakazuje wówczas wybicie specjalnego medalika z napisem: „O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy”.
A już po proklamacji dogmatu w 1854 r., w 4 lata później został on potwierdzony przez samą Maryję w trakcie objawień we francuskim Lourdes, miejscowej pasterce Bernadecie Soubirous. Na jednym z jej spotkań z Białą Panią w grocie Massabielskiej nad brzegoem rzeki Gav, Maryja oświadczyła wprost: „Jestem Niepokalanym Poczęciem”.
Tę samą prawdę Matka Boża potwierdziła 19 lat później w warmińskim Gietrzwałdzie. 1 lipca 1877 r. jedna z widzących, Justyna Szafryńska zapytała: „Kto Ty jesteś?” i usłyszała w gwarze warmińskiej (bliskiej językowi polskiemu) odpowiedź: „Jestem Najświętsza Panna Maryja Niepokalanie Poczęta”.
Tradycja Kościoła
Wiara w niepokalane poczęcie Najświętszej Maryi Panny ma wielowiekową tradycję. Teologiczny spór na ten temat toczył się już od pierwszych wieków. Za uznaniem niezwykłego przywileju Maryi opowiadali się już św. Justyn (100-167), św. Ireneusz (ok. 140-200), a zwłaszcza św. Augustyn (354-430), natomiast przeciwny mu był w późniejszym czasie m.in. św. Tomasz z Akwinu (1224-1274). W XV stuleciu istniały już pierwsze orzeczenia Kościoła na ten temat, choć nie miały one jeszcze rangi dogmatu.
W 1617 r. papież Paweł IV zakazał wygłaszania publicznie opinii sprzecznych z wiarą w Niepokalane Poczęcie. W 1661 r. na prośbę króla Hiszpanii Filipa IV papież Aleksander VII wydał bullę, w której streszcza dzieje kultu Niepokalanego Poczęcia używając tam słów, które później Pius IX powtórzył w swojej formule dogmatycznej. Papież Klemens XI ustanowił w 1708 r. dzień 8 grudnia świętem obowiązującym w całym Kościele katolickim. Wreszcie 8 grudnia 1854 r. Pius IX ogłosił dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny.
Dogmat o Niepokalanym Poczęciu Maryi obowiązuje od 1854 r. w Kościele zachodnim, natomiast wiara ta w Kościołach wschodnich jest podobna, choć nie została nigdy zdogmatyzowana.
Stolica Apostolska planuje wprowadzenie zmian w katolickiej liturgii. Jakich? Chodzi podobno o to, aby stała się ona bardziej „synodalna” i „inkluzywna”. Ma być „przestrzenią spotkania” i „czerpania energii”. „Celebracje liturgiczne” mają pozwalać na „włączenie” tych, którzy są „wykluczeni” i redukować „protagonizm celebransa”, pozwalając na „prawdziwie aktywne uczestnictwo” wiernych. Co to może oznaczać w praktyce?
Transsubstancjacja… to nie dogmat?
W 2017 roku włoski liturgista, profesor Andrea Grillo z Papieskiego Uniwersytetu San’Anselmo w Rzymie napisał w mediach społecznościowych, że „transsubstancjacja nie jest dogmatem”, jako że „przeczy metafizyce”. Ktoś powie: opinia jednego z wielu liturgistów, w dodatku jakiegoś ewidentnego modernisty albo krypto-protestanta – czy warto się tym zajmować? Warto, jak najbardziej, bo prof. Grillo jest jednym z czołowych ideologów liturgicznych pontyfikatu obecnego papieża. To on na kilka lat przed ogłoszeniem Traditionis custodes zapowiedział, że Franciszek tylko „czeka na śmierć” Benedykta XVI, żeby „odwołać Summorum pontificum”. Grillo na długo zanim światło dzienne ujrzało motu proprio faktycznie spychające Mszę tradycyjną do narożnika, pisał też, jak powinna zostać uregulowana kwestia liturgii i jakie należy wprowadzić restrykcje… Cóż, nie był prorokiem – ale człowiekiem bezpośrednio zaangażowanym w prace na tym obszarze. Kiedy w styczniu 2021 roku papież przyjął wymuszoną wiekiem rezygnację kard. Roberta Saraha z urzędu prefekta Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, droga do uderzenia w liturgię trydencką stanęła otworem. Stery w Kongregacji przejął abp Arthur Roche (od 2022 roku kardynał), człowiek wielkiego elektora Jorge Marii Bergoglia, czyli kardynała Cormaca Murphy-O’Connora. To również jeden ze spadkobierców abp. Annibale Bugniniego, autora posoborowej „reformy” – kard. Roche nosi na palcu jego pierścień biskupi. Niższe funkcje w Kongregacji przejęli natychmiast ludzie związani z Anselmianum, a więc duchowni koledzy Grilla. Dlatego gdy profesor ogłosił w 2017 roku, iż „transsubstancjacja nie jest dogmatem”, część watykanistów – jak bezkompromisowy Marco Tosatti – ostrzegła: to dowód, że na ten temat rozmawia się w najbardziej wpływowych rzymskich kręgach liturgicznych.
Dobrze więc, ale dlaczego przypominać o tym właśnie teraz? Innymi słowy, jaki związek słowa Grilla o transsubstancjacji mogą mieć z rzeczywistymi planami watykańskimi? Cóż: fundamentalny, bo na gruncie trwającego od 2021 roku Synodu o Synodalności Kościół katolicki czekają duże zmiany – i to na wielu polach. Jednym z nich będzie właśnie liturgia, o czym pouczył nas skrzętnie przygotowany przez ekipę synodalnych rewolucjonistów Dokument Kontynentalny z 24 października 2022 roku. Chodzi o tekst, jaki opublikował Sekretariat Synodu na podstawie ankiet spływających z całego świata. Tekst ten stanowi podstawę debat biskupów i świeckich w ramach grup kontynentalnych, które mają w zasadniczy sposób ukierunkować późniejsze obrady dwóch Synodów Biskupów w Rzymie.
Teraz przyjrzymy się krótko zapisom Dokumentu Kontynentalnego na temat liturgii, by w dalszej części wyjaśnić, co może to oznaczać w praktyce i jaki jest związek tego tekstu z „antytranssubstancjalną” narracją profesora Grillo.
Dokument Kontynentalny. Treść
Kwestii liturgicznych dotyczą bezpośrednio punkty 88 – 97 Dokumentu Kontynentalnego. Podobnie jak w całym tekście – ani razu nie pada tam określenie „ofiara”; słowo „Msza” pojawia się tylko raz jeden – odnośnie Mszy świętej w rycie przedsoborowym (pkt. 92). Zamiast tego tekst mówi niemal wyłącznie o „celebracjach liturgicznych”. Jest to samo w sobie określenie dla Kościoła ostatnich dziesięcioleci zwyczajne. Trudno jednak nie zauważyć jego otwartości interpretacyjnej i istotowej podatności na zręczne modelowanie w kierunku założonym przez jakąś grupę ideologiczną.
Pkt 89 Dokumentu Kontynentalnego mówi, że „Eucharystia… jest źródłem i szczytem dynamizmu synodalnego w Kościele”. II Sobór Watykański nauczał, że jest „źródłem i szczytem” całego „życia chrześcijańskiego”. Teraz „życie chrześcijańskie” zostaje zamienione na „dynamizm synodalny”, choć konia z rzędem temu, kto potrafiłby tę frazę racjonalnie i kategorycznie wyjaśnić, nie popadając w mętną paplaninę, która nie ma żadnego właściwego i obiektywnego sensu.
Ten sam pkt 89 głosi, iż „celebracja liturgiczna i modlitwa są przeżywane jako siła jedności i mobilizacji energii ludzkich i duchowych. Dominuje pogląd, że modlitwa sprzyja radości życia i poczuciu wspólnoty, ponieważ jest postrzegana jako punkt odniesienia, miejsce siły i oaza spokoju”. Podobnie brzmi pkt. 97, gdzie na podstawie syntez urugwajskich czytamy:
„Wszystkie otrzymane wypowiedzi mówią o celebracjach jako przestrzeniach, które mogą oferować natchnienie i pomoc w przeżywaniu wiary w życiu osobistym, rodzinnym i zawodowym, w dzielnicy i w samej wspólnocie”.
Punkt 91 mówi z kolei o „synodalnym stylu celebracji liturgicznej”, który będzie pozwalał na „na aktywny udział wszystkich wiernych w przyjęciu wszystkich różnic, docenieniu wszystkich posług i uznaniu wszystkich charyzmatów”. Miałoby to oznaczać szersze dopuszczenie do „aktywności” liturgicznej osób świeckich; Dokument zaleca refleksję „nad liturgią, która jest zbyt skoncentrowana na celebransie” a także nad sposobami „aktywnego uczestnictwa świeckich” czy też nad „dostępem kobiet do ról ministerialnych”. „Celebracja liturgiczna” ma stać się „bardziej żywa”, tak, by uczestniczyła w niej „cała wspólnota liturgiczna”, tj. kapłani, świeccy, młodzież i dzieci.
Tak jak wskazano wcześniej, w punkcie 92 mowa o sytuacjach „konfliktowych” i stwarzających „napięcia”. W tym kontekście Dokument Kontynentalny wskazuje na takie kwestie jak „wspólne sprawowanie Eucharystii” z niekatolikami oraz przede wszystkim na „relację do obrzędów przedsoborowych”. Dokument zwraca uwagę, że „Eucharystia… nie może stać się powodem konfrontacji, ideologii, rozdźwięku czy podziału”.
Zgodnie z pkt. 93 istnieją „wady praktyki celebracji”, które – uwaga – „zaciemniają jej synodalną skuteczność”. Główną wadą ma być „liturgiczny protagonizm kapłana” oraz „bierność uczestników” jak i „dystans przepowiadania od konkretu życia” czy też niska jakość homilii.
Dalej czytamy o „niepokojących sytuacjach”, które wiążą się z „utrudnieniem” lub „uniemożliwieniem” dostępu do Eucharystii. Obok takich kwestii jak brak kapłanów lub „opłaty za dostęp do celebracji” (?) pojawiają się tutaj wątki… rozwodników w nowych związkach oraz poligamistów (pkt 94).
Kolejny punkt (95) przekonuje czytelnika o możliwości „zróżnicowania liturgii na korzyść celebracji Słowa czyli momentów modlitwy, które w centrum stawiają medytację nad tekstami biblijnymi”.
We wcześniejszych punktach, niedotyczących wprost liturgii, można było też przeczytać o „powszechnym wołaniu” o dopuszczenie kobiet do diakonatu oraz o pojawiających się głosach na rzecz kapłaństwa kobiet. Wskazano również na możliwość tworzenia „nowych posług” dla osób świeckich.
Omówienie krytyczne treści Dokumentu Kontynentalnego
Dokument Kontynentalny wskazuje tym samym na ogólny kierunek modyfikacji, jakie miałyby być wprowadzane w liturgii. W kontekście wcześniej prowadzonych w Kościele debat na temat możliwych zmian w tym zakresie można wskazać na następujące postulaty:
– postrzegania „celebracji eucharystycznych” w większym stopniu jako okazji do spotkania lokalnej wspólnoty (najpewniej kosztem charakteru ofiarnego Mszy);
– włączania do tej wspólnoty „celebracyjnej” także tych katolików, którzy żyją w niezgodzie z nauczaniem Kościoła lub zgoła osób, które wcale do Kościoła katolickiego nie należą (wątek ekumeniczny);
– odejścia od skupienia się na Sakramencie Ołtarza, który jest postrzegany przez niektóre grupy jako „wykluczający” (rozwodnicy, poligamiści, niekatolicy; również homoseksualiści, o których mówi Dokument Kontynentalny w innym punkcie – 51);
– zmniejszenia liturgicznej roli kapłana, który miałby być w kolejnych aktach liturgicznych zastępowany przez osoby świeckie, a zwłaszcza przez kobiety mające otrzymać możliwość zostawania co najmniej diakonisami;
– zwiększenia „aktywnego” i „radosnego” wymiaru liturgii kosztem wymiaru kontemplatywnego, dziękczynnego i ofiarnego;
– zaostrzania restrykcji nałożonych na Mszę świętą w rycie przedsoborowym, bo katolicy z nią związani są postrzegani jako „ideolodzy”, którzy „wprowadzają podziały”.
Jak to wszystko mogłoby wyglądać w praktyce? O tym za chwilę, ale najpierw przyjrzymy się „problemowi” Eucharystii.
Co z Eucharystią?
Wróćmy najpierw do twierdzenia profesora Grillo o rzekomej niedogmatyczności transsubstancjacji. Jak wiadomo, transsubstancjację odrzucają protestanci. Wiąże się to w ogóle z ich spojrzeniem na liturgię. Jak wiadomo, dla Marcina Lutra i innych nauczycieli pseudo-reformacji Msza święta jako Najświętsza Ofiara była „największym zgorszeniem”, czy zgoła – przepraszam za słownictwo, ale to język herezjarchów – „obrzydliwością papistowską” czy wręcz „bałwochwalstwem rzymskiego Antychrysta”. Uważali oni, że Msza nie jest Ofiarą, bowiem Jezus Chrystus złożył taką ofiarę raz jeden i na zawsze, stąd nie można jej powtarzać.
Nadto protestanci negowali i negują samą istotę sprawowania Najświętszej Ofiary składanej przez kapłana w osobie Chrystusa, bo negują kapłaństwo urzędowe. Ich zdaniem wszyscy członkowie wspólnoty ochrzczonych mają identyczny status kapłański, więc można mówić tylko o „przewodniku”, „głównym celebransie”, który został oddelegowany przez formalny dekret wspólnoty do szczegółowego udziału w czynnościach liturgicznych, ale mógłby w gruncie rzeczy zostać zastąpiony przez każdego innego uczestnika wspólnoty.
Wreszcie – i tu docieramy do sedna idei Grilla – według protestantów, nie ma transsubstancjacji. Marcin Luter odrzucał prawdę na ten temat, twierdząc, iż jest scholastycznym „absurdem” nauka Kościoła, iż pod postaciami eucharystycznymi obecny jest nasz Zbawiciel w tym sensie, iż postacie te zachowują przypadłości, ale tracą swoją substancję na rzecz substancji Ciała i Krwi Chrystusa. Luter nie wyjaśniał tego zbyt szczegółowo; dziś często pisze się w tym kontekście o konsubstancjacji, czyli o jednoczesnym współistnieniu substancji chleba i Ciała Pańskiego oraz wina i Krwi Pańskiej. Inni protestanci nie uznali nauki Lutra, przyjmując interpretację duchową (Kalwin) lub czysto symboliczną (Zwingli, Bucer, anglikanie). Dzisiaj większość światowych protestantów traktuje Eucharystię wyłącznie symbolicznie, idąc w tym za nauką zwingliańską, zwłaszcza w jej wersji anglikańskiej, spopularyzowanej później przez „kościoły” zielonoświątkowe, zwłaszcza te wyrastające z pnia metodystycznego. Tym samym dla wszystkich tych herezjarchów nauczanie Kościoła katolickiego jest błędne i gorszące, toteż nie chcieliby oni uczestniczyć we Mszy świętej (chyba, że mają to po prostu w głębokim poważaniu, jak na przykład protestanci w Niemczech, którym obojętnie jest, kto i kiedy rozdaje im „opłatki”).
Jesteśmy zatem w sytuacji, w której Msza święta Kościoła katolickiego bardzo silnie przeszkadza protestantom i nie pozwala na „postępy ekumeniczne”. Na tym jednak nie koniec: Msza święta wadzi też rozwodnikom, poligamistom, homoseksualistom i innym, którzy nie mogą przyjmować Komunii świętej, bo nie chcą żyć w zgodzie z nauką Kościoła.
Nowe nabożeństwa?
Stąd wydaje się możliwe i na gruncie pseudo-logiki rewolucyjnej w pełni uzasadnione, by utworzyć nowe synodalne nabożeństwa, które nie będą nikogo wykluczały. Odrzucenie nauki o transsubstancjacji jest mimo wszystko mało prawdopodobne, bo została z całą mocą wyłożona przez Sobór Trydencki, pod groźbą ekskomuniki dla każdego, kto by ją negował (co z Grillem?). Dlatego rozwiązaniem zadowalającym stronę rewolucyjną może być wprowadzenie nowego synodalno-ekumeniczno-inkluzywnego nabożeństwa, które:
– nie zachowa Eucharystii, albo Eucharystia będzie jedynie na marginesie „dla chętnych” już po nabożeństwie;
– nie będzie w niej kapłana, a jedynie przewodnik spotkania, dowolnej płci czy orientacji seksualnej;
– w centrum stać ma czytanie Pisma Świętego oraz nowatorskie obrzędy podkreślające „celebrację wspólnotowości”;
– obrzęd nie będzie wykluczać nikogo tak, aby tworzyć prawdziwie inkluzywną „dynamikę synodalną”.
A może zmiany we Mszy świętej?
W gruncie rzeczy stworzenie takiego nabożeństwa nie byłoby jeszcze najgorszym, co może nas spotkać. Oczywiście, stanowiłoby tragedię i niejednokrotnie prowadziłoby najpewniej do wielkich zgorszeń. Zachowana zostałaby jednak pewna jasność: tu jest katolicka Msza święta, a tu synodalno-inkluzywne spotkania celebracyjne. Pozwalałoby to katolikom na dystansowanie się od wynalazków środowisk rewolucyjnych i w miarę spokojne uczestnictwo we Mszy.
Nie można jednak wykluczyć, że plan jest bardziej „ambitny”, to znaczy obliczony na przekształcenie samej Mszy. Nie wiadomo obecnie nic na temat opracowywania jakichś nowych ksiąg liturgicznych, a zwłaszcza nowego Mszału, który moglibyśmy nazwać, antycypując – Mszałem Rzymsko-Synodalnym. Nie, takich informacji nie ma. Są za to konkretne zmiany. Po pierwsze, wskutek decyzji papieża Franciszka do kilku posług liturgicznych zostały dopuszczone kobiety – jako akolitki i lektorki. Na gruncie Synodu o Synodalności jest możliwe wprowadzenie dodatkowo diakonatu kobiet, a ponadto – zupełnie nowych posług. Sprawią one, że zachowany będzie, by tak rzec, znany nam schemat instytucjonalno-formalny liturgii, ale dokonana zostanie przy tym subwersywna wymiana treści. Będziemy mieć zatem osoby świeckie obojga płci i w różnym w wieku wykonujące rozmaite czynności, które dotąd sprawowali wyłącznie kapłani.
Niewykluczone są jednak również inne modyfikacje, bardziej strukturalne. Od 2020 roku pracuje specjalna komisja liturgiczna, która opracowuje nowy ryt – dla Amazonii. Wydaje się, że ten ryt może być eksperymentem mającym pokazać sposób nowej „inkulturacji” liturgii. Nie chodzi o to, byśmy mieli na Mszy świętej (czy na „celebracjach liturgicznych”) biegać w pióropuszach i oddawać hołd duchom przodków; raczej o to, by zaszczepić liturgii zasadę głębokiego czerpania z lokalnej kultury. W efekcie można byłoby zaakceptować – na przykład – liturgiczne błogosławienie związków jednopłciowych w Belgii, Holandii czy Niemczech (a może kiedyś i w Polsce?), bo to przecież odpowiada „lokalnej kulturze”. I tak dalej.
Czy tak musi być?
Powstaje pytanie: czy te lub inne zmiany w liturgii są nieuchronne? Wydaje się, że o ile możemy zastanawiać się nad skalą i kierunkiem poszczególnych zmian, to nie ulega wątpliwości sam fakt podjęcia dążeń do jakiejś przebudowy liturgii. Jak to się wyrazi, pozostaje otwartym, choć kierunki starałem się wyżej zarysować. W związku z tym istnieje poważne niebezpieczeństwo, że wielki chaos liturgiczny, który pojawił się w Kościele katolickim po 1970 roku, nie był bynajmniej ostatnim aktem bitwy o tradycję modlitwy Kościoła. Czekają nas kolejne, może ostrzejsze jeszcze trudności. Ktoś mógłby na to odpowiedzieć: dobrze, ale to problem tych, którzy chodzą na „posoborową” Mszę; na Vetus Ordo takich kłopotów nie ma. Bezpośrednio, tak – ale chcemy przecież jedności w Kościele. Dlatego to problem wszystkich bez wyjątku katolików – problem, a zarazem zadanie.
W swoich wspomnieniach Adam Grzymała-Siedlecki pisze o ziemianinie Ludwiku Perskim, zaprzysięgłym starym kawalerze, którego sama myśl o współżyciu z kobietą napawała przerażeniem. Przytrafiła mu się jednak taka przygoda, że pewnego razu w karnawale został zaproszony do zaprzyjaźnionego dworu na bal, a tam, już w dobrym chmielu, oświadczył się jakiejś panience. Następnego dnia wprawdzie pamiętał o oświadczynach, ale za żadne skarby nie mógł sobie przypomnieć, co to była za panienka. Poprosił tedy gospodarzy balu o listę wszystkich obecnych tam panien, po czym wsiadł w sanki i odwiedzał wszystkie po kolei. Za którymś razem, gdy dyplomatycznie zapytał kolejną rozmówczynię, czy to przypadkiem nie jej się oświadczył, ta odpowiedziała: owszem, uczynił mi pan ten zaszczyt, ja jednak od razu odpowiedziałam odmownie. Uszczęśliwiony wrócił tedy do domu, a potem nawet odbył pielgrzymkę do Częstochowy „na intencję cudownego ocalenia”.
Przypomnijmy, że działo się to jeszcze przed pierwszą wojną światową, kiedy wprawdzie kobiety były już oprymowane przez męskie szowinistyczne świnie, ale do tej opresji władze państwowe w zasadzie jeszcze się nie wtrącały. Zresztą chyba nie tylko męskie szowinistyczne świnie znęcały się nad kobietami. Musiało też bywać odwrotnie, skoro Honoriusz Balzac, niewątpliwy znawca ówczesnych obyczajów napisał, że „małżeństwo jest walką aż do śmierci”. Cóż by napisał teraz, kiedy pod rosnącą presją dam, które marszałek Piłsudski podejrzewał o – jak to nazywał – „rozdziwaczoną płeć” – a które zrzeszają się w bojowych organizacjach feministycznych, do tej małżeńskiej, a właściwie nie tylko małżeńskiej, ale w ogóle – wojny domowej, włączyły się władze publiczne, z całą przemocą państwa?
A właśnie Sejm znowelizował był ustawę o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, którą po tym zabiegu przyjęła nazwę ustawy o przeciwdziałaniu „przemocy domowej”. Tutaj, jak w soczewce, skupia się cała schizofrenia obecnego życia publicznego, które przenika stopniowo również do życia prywatnego. Zresztą jakże mówić o jakiejkolwiek prywatności w epoce totalnej inwigilacji? Na to oczywiście żadnego wpływu nie mamy, chociaż wiadomo, że gdy ktoś ma w domu telewizor, komputer i telefon komórkowy, to ma trzech szpiegów. Zapewnił mnie o tym pewien mój rozmówca, biegły w technikach inwigilacji, którego chciałem trochę pociągnąć za język. Był jednak nieugięty, a kiedy już znudziło go molestowanie z mojej strony, na odczepnego powiedział mi właśnie o tych trzech szpiegach.
Wróćmy jednak do wspomnianej schizofrenii. Otóż nie tylko w naszym nieszczęśliwym kraju, ale również w innych nieszczęśliwych krajach, które pod wpływem obłąkanych doktrynerów lekkomyślnie uznały, że wszyscy ludzie są równi, mamy do czynienia z postępującym kryzysem demograficznym, który dlaczegoś nie dotyka krajów, gdzie bigoteria równościowa jeszcze nie dotarła. Więc rządy pozostające pod wpływem obłąkańców z jednej strony pogrążają swoje kraje w równościowej bigoterii, a jednocześnie z drugiej podejmują starania mające na celu przeciwdziałanie wspomnianemu kryzysowi demograficznemu.
Inna sprawa, że te przedsięwzięcia, jak na przykład program „500 plus” prawdopodobnie mają charakter pozorny, za czym przemawiałyby dwie okoliczności. Po pierwsze, nie doprowadził on do żadnej, zauważalnej poprawy w dziedzinie demograficznej, a po drugie – nakierowany on jest i to w sposób widoczny, na rozrost aparatu biurokratycznego, podobnie zresztą, jak i wspomniana nowelizacja ustawy o przeciwdziałaniu przemocy – tym razem już „domowej”.
Nowelizacja ta roztacza przed nami rozległy obszar straszliwej wiedzy, która najwidoczniej musi rozszerzać się z szybkością światła. Przede wszystkim dowiadujemy się stamtąd, co to właściwie jest, ta cała przemoc domowa. Okazuje się tedy, że chodzi o jednorazowe, albo powtarzające się umyślne działanie lub zaniechanie, wykorzystujące przewagę fizyczną, psychiczną lub ekonomiczną, naruszające prawa lub dobra osobiste osoby doznającej przemocy domowej. Chodzi tu między innymi o działania lub zaniechania powodujące szkody na zdrowiu fizycznym lub psychicznym osoby doznającej przemocy, wywołujące u tej osoby cierpienia lub krzywdy moralne. Ciekawe są tu zwłaszcza „cierpienia” i „krzywdy moralne”, tym bardziej, że ustawa wprowadza pojęcie „przemocy ekonomicznej” a jednym z objawów przemocy jest ograniczenie dostępu do środków finansowych.
Ciekawe, że ustawa nie precyzuje, czy chodzi o środki finansowe będące własnością osoby doznającej przemocy ekonomicznej, czy też – o środki cudze – na przykład będące własnością osoby stosującej przemoc domową lub w ogóle – osoby trzeciej.
Wyobraźmy sobie tedy sytuację, gdy żona, albo jeszcze lepiej – utrzymanka jakiegoś jegomościa, który dostarcza jej środków finansowych w zamian za udostępnianie mu słodyczy jej płci, zaczyna cierpieć na tak zwane „migreny”, ale jej zapotrzebowanie na „środki finansowe” mimo to wcale nie maleje. Taka sytuacja miała miejsce w przypadku Stanisława Augusta, którego ukochana Francuzeczka zapragnęła brylantów, będących – jak wiadomo – prawdziwymi przyjaciółmi kobiet. Kiedy pewnego razu król – a był to akurat Wielki Czwartek – chciał wziąć ją w ramiona, a przynajmniej – trochę pokaresować – odepchnęła go mówiąc: „Ty rozpustniku! W Wielki Czwartek?! Gdybyś przynajmniej miał brylanty!” Król, któremu akurat nie udało się uzyskać pożyczki u żadnego lichwiarza, zgrzytnął tylko zębami i opuścił buduar.
Ale w tamtej epoce panowały trochę inne obyczaje, niż dzisiaj. Cóż jednak miałby zrobić jegomość, gdy jego utrzymanka odmawia mu słodyczy swojej płci pod pretekstem, że jej przyjaciółka, którą utrzymuje inny jegomość, właśnie dostała futro z nurków, w którym wygląda olśniewająco, podczas gdy ona już drugi rok chodzi w tym samym futrze, które w ogóle wygląda jak worek? Ma on dwie możliwości: albo okraść kasę – jeśli na przykład jest kasjerem – i kupić swojej metresie upragnione futro, albo zerwać umowę w trybie natychmiastowym. W tym drugim jednak przypadku naraża się na straszliwe niebezpieczeństwo oskarżenia o „przemoc ekonomiczną” w postaci „ograniczenia dostępu do środków finansowych”, co – rzecz prosta – sprawia osobie doznającej przemocy niewymowne cierpienia i katiusze. Myślę, że okradzenie kasy jest w tym przypadku znacznie bezpieczniejsze, bo – po pierwsze – może nie zostać na czas wykryte – a po drugie – gdyby nawet, to zwyczajnie wystarczy zapłacić i odsiedzieć. Tymczasem w przypadku oskarżenia o „przemoc ekonomiczną”, delikwent na resztę życia dostaje się w szpony specjalistów od programów edukacyjno-korekcyjnych, którym ustawa, nie wiedzieć czemu, przypisuje niezwykłe umiejętności zarówno w zakresie korekcji i edukacji przemocników ekonomicznych. Pomijam już okoliczność, że takie dożywotnie uwikłanie się w zależność od wspomnianych zespołów korekcyjno-edukacyjnych jest gorsze od śmierci, bo między innymi trzeba się przed nimi wyspowiadać staranniej niż na spowiedzi, ale chociażby ilość miejsca, jakie ustawa tym zespołom i stosowanym przez nie procedurom poświęca pokazuje, że tak naprawdę chodzi o stworzenie komfortowego żerowiska dla rozmaitych darmozjadów, co to w wyższych szkołach gotowania na gazie pokończyły „resocjalizacje” i inne takie dyscypliny nauki przodującej, a teraz trzeba znaleźć im posady „zgodne z wykształceniem”. Tak samo było za pierwszej komuny, kiedy dobrze urodzone panienki studiowały rozmaite „socjologie”, no a potem rodzice wpadli na pomysł, by każde państwowe przedsiębiorstwo wzięło takiego jednego z drugim socjologa na etat i co miesiąc wypłacało mu szmalec – właściwie nie bardzo wiadomo – za co.
I co w takiej sytuacji powinni zrobić potencjalni kandydaci na sprawców „przemocy ekonomicznej” – niechby nawet „jednorazowej”? To jasne – powinni szerokim łukiem omijać wszystkie napotkane kobiety, bo jeśli nawet nie oskarżą ich one o „molestowanie” i w ten sposób wymuszą utrzymywanie ich bez żadnego z ich strony ekwiwalentu, to chwilowa nieostrożność zakończona mariażem, czy niechby – konkubinatem wpędzi ich w sytuację bez żadnego ratunku. W moim wieku łatwo takie rzeczy mówić – ale co mają robić młodzi mężczyźni, którzy czują w sobie potęgę wigoru? Najgorsze są nieproszone rady, ale skoro już do tego przyszło, to radziłbym im nawiązywać niezobowiązujące flirty przelotne, najchętniej z kobietami które słodycz swojej płci zawodowo komercjalizują – bo alternatywą jest powiększenie grona sodomczyków.
Ich rosnąca liczba i natarczywość pokazuje, że coraz więcej młodych mężczyzn obiera tę właśnie linię postępowania, całkowicie – mówiąc nawiasem – zgodną z przebiegiem eksperymentu z żyjącymi w komforcie myszami, wśród których coraz częściej zaczęły pojawiać się agresywne samiczki, podczas gdy samczykowie wyżywali się w pielęgnowaniu futerek i sodomii. Jak pamiętamy, tamten eksperyment zakończył się wymarciem całej kolonii myszy, więc staje się jasne, że i nowelizacja wspomnianej ustawy jest elementem kampanii depopulacyjnej, jaką aplikują nam starsi i mądrzejsi, a skorumpowane przez nich biurokratyczne gangi, okupujące poszczególne państwa, skwapliwie to zadanie wykonują.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.
Niestary jeszcze, pod czterdziestkę co najwyżej mający mężczyzna, szpetny jednakowoż niczym tyłek pawiana i o prawie bezwłosym czerepie, z rzadka tylko porośniętym żółtawymi kłakami, chociaż twarz przyozdobił rzadkim zarostem, przypominającym jakby mech na psiej kupie, zakończył właśnie kolejne studia, po Paryżu i Padwie w Salamance, z nadzieją, że zdobędzie wiedzę jawną i tajemną, ukrytą i odsłonioną, dzięki czemu uda mu się urządzić w miarę wygodne i bezpieczne życie, że mu wystarczy grosza na życie przynajmniej godziwe, już nie na żadne tam zbytki i luksusy, lecz na pełny brzuch, przyzwoity przyodziewek i dach nad głową, na ciepły piec, w którym zimą wesoło buzuje ogień, na odrobinę szacunku zamiast ustawicznych drwin, czy bolesnych szyderstw ze strony bliźnich, jakich doświadczał od najwcześniejszych dziecięcych lat, ale te jego rojenia spełzły na niczym.
Na głowie miał biret doktorski, a przyodziany był w mocno zniszczoną togę, ściągniętą w talii rzemiennym paskiem, do którego przytroczona była chuda, zapewne pusta albo prawie pusta sakiewka, która miała mu wedle jego wyobrażeń przydawać powagi.
Jakby był trochę sprytniejszy, to mógł był ją napełnić kamykami, przez co by rzeczywiście wyglądał na osobę, jeśli nie zamożną, to przynajmniej nie na nędzarza, jakim pozostawał. Ale jakoś mu to nie przyszło do głowy. Zapewne od nadmiaru niepotrzebnej wiedzy, jaką wtłoczono w ten wielki czerep osadzony na krótkiej szyi.
Stał tak, dość mocno zdezorientowany, co mu dalej czynić wypada, bowiem od mnogości dyplomów i stopni naukowych, jakie już posiadł, ani mu się w życiu nie poprawiło, ani nic nie wskazywało na to, że mu się kiedykolwiek poprawi. A wiedzy tajemnej, której pragnął się wyuczyć, wcale w Salamance nie posiadł, chociaż taką opinią cieszył się miejscowy uniwersytet – opinią gniazda okultystów, astrologów i czarnomagów.
Wreszcie, po tylu latach trudów, wyrzeczeń, głodowania, marznięcia w biednych pokoikach na poddaszach czy wręcz strychach, zrozumiał, iż ani zdolności, ani talenty, ani wiedza, ani nawet i te dyplomy, które przez wszystkie owe lata poniewierki zgromadził, niczym są w porównaniu z tym, kim się urodziłeś i jakie miejsce zajmujesz z tej tylko racji w hierarchii społecznej. A on był mieszczańskim, a właściwie to przedmieszczańskim synem, któremu po trosze wmówiono, a po trosze sam to sobie uroił, iż mimo to może coś w życiu osiągnąć, byleby tylko być upartym i wytrwałym.
Pewnie by i tak było, gdyby został księdzem, lecz w tej epoce religijnego – nazwijmy to nader delikatnie – rozgardiaszu, zetknąwszy się zresztą w ojczyźnie już w początkach swojego życia, jako młody chłopak, z husyckim odszczepieństwem, a potem i z bluźnierczym arianizmem, nie umiałby się przełamać i zostać rzymskim duchownym, choć za tym szła stabilność, bezpieczeństwo i jakieś regularne dochody. Co prawda wiary jeszcze całkiem nie stracił, ale powoli zaczynał wątpić, czy aby oddaje cześć właściwej Istocie, którą by obchodził jego los, bo jakoś nie umiał dostrzec choćby odrobiny bożego błogosławieństwa, ani krztyny opieki. Ba! zwykłego choćby zainteresowania!
Co prawda cokolwiek sobie tylko zaplanował, jakiego by sobie celu nie wyznaczył, to go osiągał, do mety docierał, tyle iż nic użytecznego z tego nie wynikało. Zupełnie nic… i to zawsze… Czasem przychodziło mu nawet na myśl, że może go ktoś przeklął…
No więc dotarł do finału, został doktorem, miał ten dyplom pięknie wypisany na pergaminie i zwinięty w rulon. I co z tego? Nawet się nie mógł nim podetrzeć, bo pergamin się do tego nie nadawał.
Był rozgoryczony i zdezorientowany. Tu, w Salamance, już nie miał czego szukać. Tu się kolejny etap jego życia właśnie skończył. Dwie czy trzy drobne monety, które kołatały w sakiewce, mówiły mu, iż może jakoś nadchodzący tydzień jeszcze przebieduje – o suchym chlebie i kwaśnym winie, mocno rozcieńczonym wodą, bo na nic innego stać go już nie było, ale co potem? Czarna rozpacz.
Doprawdy, nie wiedział, co ma począć, ani w jaką obrócić się stronę…
I oto naraz – ni stąd, ni zowąd – podszedł do niego młodzik jakiś, dzieciuch nieomal, nader dostatnio odziany i zaczepił go po łacinie:
– Sądząc, panie, z twojego stroju i miejsca, w którym się znajdujesz, mniemam, że mógłbyś mi dopomóc.
– A to w jaki sposób? – w tym samym języku odpowiedział doktor.
– Ano w taki, by mną pokierować, gdzie i do kogo mam się udać, iżby się zapisać na ten tu oto uniwersytet – tu wskazał dłonią gmach uczelni.
– I owszem, ale czas mój cenny… – zaryzykował doktor, nie bacząc, iż odrobinę niestosowne było, co powiedział.
– Domyślam się – przerwał mu młodzik, robiąc poważną minę, tym samym dowodząc, jak bardzo nieobeznany jest w świecie. – Nie obawiaj się panie, zyskasz na tym kilka monet.
– I wieczerzę! – dodał doktor.
– Niechaj będzie – i wieczerzę.
– Tedy pójdź za mną.
Młodzikiem owym był nie kto inny, ale Jur Białecki, zaś doktorem Václav Zajíc z Uničova w Czechach, który przybrał łacińskie imię Venceslaus Lepus Unicovius.
Mężczyźni, w drodze pod właściwe drzwi, przedstawili się sobie nawzajem, a Jur, nim zapukał, ozwał się do towarzysza:
– Zaczekajcie na mnie, panie, na podworcu, bliżej bramy. Gdy tylko pozałatwiam wszystko, co tu mam załatwić, przyjdę po was i jako przyobiecałem, udamy się razem, żeby się posilić. Wy miasto znacie, to i gospodę jakąś przyzwoitą wskażecie. Ma być smacznie i niedrogo.
– Pewnie, pewnie – doktor ochoczo pokiwał głową, a na samą myśl o tym, iż może mu się udać i napełnić brzuch, ślinka napłynęła temu wyposzczonemu osobnikowi do ust.
Czas jednak płynął, minęła jedna godzina, zegar na wieży wydzwonił połowę następnej, a młodego szlachcica nie było widać.
Venceslausowi coraz głośniej burczało w brzuchu, a na dodatek zaczynał tracić nadzieję, że coś z tej fundowanej kolacji wyjdzie. Pomyślał sobie, że zaczeka jeszcze kwadrans, a jak polski panicz się nie pojawi, będzie sam musiał zatroszczyć się o pożywienie.
W tym samym nieomal momencie podszedł do niego wyglądający na jakieś osiemnaście-dwadzieścia lat, mnich w stroju hieronimickim, składającym się z białej sukni, brązowego szkaplerza i takiejże barwy kaptura i zagadnął zepsutą hiszpańszczyzną, czyli po portugalsku:
– Bom dia, doutor. Dzień dobry, doktorze.
– Buenos dias, padre. Dzień dobry, ojcze – odpowiedział mu po hiszpańsku zagadnięty.
– Wybaczcie, doktorze, ale nie wiedzieć czemu wziąłem was za Portugalczyka. Chodźcie za mną.
– A dokąd?
– Nie pytajcie, chodźcie.
Świeżo upieczony doktor pomyślał, że miast tkwić na dziedzińcu swojej Alma Mater salmantina, nie mając pojęcia, co dalej ze sobą począć, może udać się za mnichem. A nuż zaprowadzi go gdzieś, gdzie go nakarmią? W brzuchu bowiem burczało mu już wręcz sromotnie, a wydawać ostatnie miedziaki było żal. I zdecydowanie wolałby się z tym wstrzymać do następnego dnia. Zawsze to na dzień dłużej by ich starczyło.
Już mieli ruszać, gdy na horyzoncie nareszcie się pojawił młody pan Białecki.
– Wstrzymajcie się ojcze – ozwał się Venceslaus – rzeknę tylko temu tam młodzianowi, iż udaję się z wami, a on niech sam już sobie dalej radzi. Wyczekałem się na niego bowiem ponad miarę.
– Jak tam chcecie, doktorze, ale – tu mnich bacznie zlustrował Jerzego – i on by mógł nam towarzyszyć.
– Panie – ozwał się doktor – ten wielebny ojciec zaprasza nas obu do siebie. Co ty na to?
Białecki stanął, podrapał się po głowie, bo nie bardzo wiedział co ma począć. Z jednej strony dwu nieznajomych, którzy może chcą go zwabić w pułapkę, pozbawić sakiewki, a może nawet i życia, z drugiej – jeden z nich był bezwątpieniadoktorem, drugi zaś osobąduchowną. Wyglądało więc na to, iż ryzyko, o ile w ogóle, to było minimalne, natomiast miał szanse nawiązać pierwsze znajomości w mieście, w którym przyjdzie mu spędzić dwa długie lata.
Ostatecznie więc skinął głową na znak zgody:
– Niechże tak i będzie. Pójdźmy.
Venceslaus pomyślał, iż mnich zawiedzie ich do klasztoru San Jerónimo de Buenavista, to znaczy do sewilskiej siedziby hieronimitów, ale on pomaszerował w innym kierunku. Zdziwiło to doktora, niemniej dreptał wytrwale za przewodnikiem, a Jur tuż za nim. Czechowi w brzuchu burczało coraz głośniej.
Mnich stąpał cichuśko, w milczeniu, w ogóle nie zwracając uwagi na towarzyszy. Nie odpowiedział też na kilka pytań, jakie mu usiłowali zadać. Od czasu do czasu tylko dyskretnie zerkał na doktora i młodego szlachcica, czy go aby nie mają zamiaru porzucić. Doktor jednak, licząc na jakąś – choćby nawet najskromniejszą – kolację, nawet o tym nie pomyślał. A skoro ten ostatni dreptał wytrwale, to i pan Białecki również.
W końcu, chociaż dzień się już chylił ku wieczorowi i mocno zmierzchało, doktor, znający doskonale Salamankę, zorientował się dokąd podążają – nie gdzie indziej, tylko w kierunku murów otaczających Stare Miasto, a dokładniej ku miejscu, gdzie wznosiła się starożytna świątynia San Cebrián, a nieopodal niej strzelała ku niebu wieża pałacu markiza de Villena, o którym opowiadano straszliwe, mrożące krew w żyłach historie.
Hieronimita podążał już prosto ku bocznym, północnym, drzwiom, wiodącym do wnętrza kościoła. Nacisnął klamkę, a one otworzyły się bezszelestnie. Widać było, iż ktoś dbał o to, by zawiasy zawsze były dobrze naoliwione i – broń Boże – nie skrzypiały.
Weszli do środka. W chramie1, którego mury i powietrze przesycone były wonią przywiędłych kwiatów i balsamiczno-słodkawych kadzideł z lekko cierpkawą żywiczną nutą olibanum, panował już mrok. Mnich szedł jednak pewnie, a doktor trop w trop za nim, aż dotarli do prezbiterium, w którego ścianie, w pobliżu ołtarza, gdzie przed Sanctissimum pełgał pomarańczowo płomyk wiecznej lampki, pokazały się drzwi prowadzące do zakrystii, równie licho oświetlonej, niemniej oświetlonej, co mocno zdumiało doktora, bo nie widział takiej potrzeby, skoro żadne już nabożeństwo nie miało się odbyć tego dnia w owej świątyni. Ale czy by marnowano oliwę po próżnicy? Raczej nie…
Weszli tedy do zakrystii, przemierzyli na skos jej budzące przygnębienie wnętrze i na koniec stanęli przed umurowanym z żółtawego, ciosanego kamienia solidnym murem, niepobielonym, nieotynkowanym, całkiem surowym i chropawym. Teraz mnich, zwracając się do doktora i Białeckiego, rzekł:
– Odwróćcie się i nie patrzcie.
A gdy oni to uczynili, pomajstrował coś przy jednym z wielu nierównych głazów i ściana ze skrzypieniem się rozwarła, ukazując czarną czeluść prowadzącą schodami gdzieś w głąb, poniżej kościelnej posadzki.
Hieronimita pomacał jedną ze ścian i zdjął z niezbyt szerokiego gzymsu trzy pochodnie, które jakby czekały na odwiedzających owo miejsce. Zapalił je od kaganka, jedną zachował, pozostałe zaś wręczył doktorowi i jego towarzyszowi, a następnie, ostrożnie stawiając stopy, aby nie spaść z dość stromych, lekko oślizgłych i nieco koślawych kamiennych schodów o nierównych stopniach, począł zmierzać w dół.
I w tej chwili doktor pojął, że to, co uchodziło za legendę, bynajmniej legendą nie było. Oto prowadzono go do jak najbardziej realnej, budzącej grozę jaskini salamanckiej…
W ciągu paru chwil przypomniał sobie wszystko, co wiedział na jej temat, że to podobno sam piekielny duch, Asmodeusz, książę nieczystości i rozpusty, ją wydrążył i ukrył w niej wszelkie księgi zawierające całeprawdziwepoznanie. Że tu urządził Akademię, w której w siedmioletnich cyklach studiowało po siedmiu uczniów, ale tylko jeden z nich zdobywał pełną, a nie cząstkową wiedzę tajemną, przedzierzgał się w adepta2 i nie tylko uchodził stąd z życiem, ale stawał się potężny, bogaty i sławny, a co się działo z pozostałymi – nikt nie wiedział – bo gdzieś bez wieści znikali.
Podobno pobierał tu nauki kastylijski szlachcic krwi królewskiej – wnuk króla Jakuba II Aragońskiego i królowej Blanki Andegaweńskiej, Enrique de Aragon, markiz de Villena3, señor miasta Iniesta, mnich-rycerz i przez kilka lat wielki mistrz Zakonu Calatrava4, który, iżby nim zostać, skłamał, że jest impotentem, co dało podstawę do unieważnienia wcześniej zawartego małżeństwa i otworzyło mu podwoje Calatravy.
Jednocześnie był to nekromanta parający się czarną magią i astrolog – słowem uznany okultysta, a prócz tego i pisarz i tłumacz, spod którego pióra wyszły takie między innymi sławne dzieła jak Księga Śmierci, Traktat o Alchemii czy Anioł Raziel. I otóż ów markiz, jakimś cudem niepojętym, uciekł stąd, z tej jaskini diabła, tuż przed końcem edukacji, zdobywszy ogromną wiedzę i zachowując życie. Z ogromnym trudem udało mu się wymknąć na zewnątrz i ujść demonowi, który goniąc zbiega, sromotnie go poturbował, zadając tak głębokie rany, że blizny po nich były widoczne na ciele markiza aż do śmierci.
Doktor uświadomiwszy sobie to wszystko, jął drżeć cały i spoglądać za siebie, pragnąc zawrócić. Niestety drzwi wchodowe do podziemia ujrzał zamknięte na głucho, a na domiar złego tuż za nim szedł Jur, którego żadną miarą na tych stromych i wąziuchnych stopniach nie dałoby się ominąć. Westchnąwszy tedy głęboko, widząc, iż nie ma innego wyjścia, schodził niżej.
Jeszcze kilka kroków i znaleźli się jakby w przedsionku większego pomieszczenia. Tutaj mnich zzuł sandały i rozdział się do gołego, na co ze zdumieniem i przerażeniem zarazem, patrzyli doktor i jego towarzysz. Z jednego z licznych haków nierówno wbitych w wapienne spoiny między kamieniami muru zdjął czarnej barwy cucullę5 z doszytym do niej szpiczastym, również czarnym, kapturem i nałożył ją na swoje nagie ciało.
Przebierając się, dawał znaki, by goście poszli w jego ślady. Rychło więc wszyscy trzej przeodziani, przestąpili próg przedsionka i znaleźli się w głównym pomieszczeniu – w jaskini demona. Oświetlona była suto, w kilku bowiem metalowych naczyniach w kształcie czaszek trupich płonął ogień, a każdy był innej barwy: delikatnie błękitny, jaskrawożółty, czerwony, fioletowy, różowy, zielony… Ledwo wyczuwalny przeciąg sprawiał, że pląsały one w jakimś magicznym tańcu, budząc przy tym tajemnicze cienie, które pełgały po posadzce, sprzętach i ścianach.
Jaskinia wyglądała niczym połączenie sali tronowej monarchy z kaplicą, sypialnią i biblioteką. Przy ścianie znajdującej się na wprost wejścia, na podwyższeniu stał tron wyrzezany z hebanu, a inkrustowany elektrum o barwie jasnego bursztynu.
Na środku sali stał ołtarz gładki, wyrobiony z jednej bryły ciemnozielonego malachitu, po jego dwu bokach zaś wygodne leża z malachitu zielonkawego, przerośniętego błękitnymi konkrecjami azurytu, zasłane purpurowej barwy pościelą, ściany zaś zakryte były potężnymi dębowymi regałami szczelnie zapełnionymi księgami, z których jedne wyglądały na bardzo stare, inne zaś na całkiem niedawno tłoczone. Prócz ksiąg były też tam zwoje papirusów i pergaminów pozwijanych w rulony. Doktor pożądliwie wpatrywał się w ów przebogaty księgozbiór, ale bał się podchodzić do półek. Stał, prawie się nie ruszając, i czekał, co też będzie dalej się działo. Prócz niego, Białeckiego i mnicha nie było tu bowiem nikogo więcej.
W pewnej chwili weszły do jaskini trzy niewiasty odziane w dziwacznego kroju brokatowe, bordowej barwy habity i szkaplerze ze srebrnej lamy. Zbliżyły się do mężczyzn i ująwszy ich delikatnie pod łokcie, podprowadziły ich do łoży, a potem, delikatnie przymusiły, aby położyli się na nich. Następnie wniosły niskie a długie stoliki, czy może bardziej ławy, ustawiły je przy na wpółleżących, wspierających się na łokciach, a otwartymi dłońmi podpierających głowy mężczyznach, i zastawiły półmiskami i talerzami napełnionymi wykwintnymi, smakowicie pachnącymi potrawami, umieszczając pomiędzy nimi omszałe flasze wina. Na koniec i owe dziwne mniszki zległy obok przybyszów, aby usługiwać im, podając co smaczniejsze kęsy, i dolewać trunku do opróżnianych kielichów.
Doktor był tak głodny, że nie czekając nawet na zaproszenie, sam łapczywie zabrał się za jedzenie, a i wina sobie nie skąpił. Jak bardziej zgadł, niż wyczuł, nigdy bowiem tak unikalnego, a na dodatek starego i wybornego trunku nie pił, było to dojrzałe, o cudownym bukiecie i mahoniowej barwie palo cortado6. Czuł niebiański nieomal smak tego wina, które jest bardzo unikalne i które może powstać wyłącznie samoistnie, bo żadnemu człowiekowi nigdy jeszcze nie udało się go w sposób celowy i zamierzony wyprodukować. Syty i odprężony wyciągnął się na łożu, przymknął oczy i odpoczął, zapadając się w czarną, miękką niczym plusz otchłań… Czuł jeszcze pieszczotę delikatnych kobiecych dłoni, ale znajdował się już na granicy jawy i snu, aby miał chęć, siłę i zdolność, iżby ją odwzajemnić. Z niezmiernym trudem otwarł jeszcze raz i drugi ołowiane powieki i spojrzał w niewieścią twarz pochylającą się nad jego twarzą. Dziwna ona była – biała i prześwitująca – niczym wyrzeźbiona z najczystszego alabastru. Oczy zaś, choć żywe, nie przypominały jednak oczu człowieka, ale raczej ślepia jaszczura…
Można się domyślić, że młody pan Jerzy Białecki doświadczał tego samego, co i doktor.
* * *
Doktor i Jur się ocknęli. Nie mieli poczucia ni miejsca, ni czasu. Otworzyli oczy, wsparli się na łokciach i rozejrzeli dokoła. Z przerażeniem spostrzegli, iż spoczywają w… trumnach. Dokoła trumien zaś, w srebrnych wysokich lichtarzach, płonęły świece z barwionego na czarno i czerwono wosku.
Naraz ich oczy spoczęły na dziwacznym stworze siedzącym na tronie wpodle ściany. Była to jakaś androgyniczna istota, której twarz skrywał mrok. Doktor usiłował wstać, ale ogarnęła go straszliwa niemoc, a zawrót głowy sprawił, iż znów musiał położyć się na plecach… Jur natomiast na parę chwil omdlał z przerażenia, coś jednak – nie wiedzieć co – rychło go jednak ocuciło…
A potem po raz drugi zapadli się w miękki mrok, nie tracąc jednak świadomości… Od tronu, od istoty na nim siedzącej doleciał ich zduszony szept, na tyle jednak wyraźny, że zrozumieli każde słowo:
– A teraz czas, by poddać was próbie, jeśli przejdziecie ją pomyślnie, wrócicie tutaj i nasycicie się wiedzą, jakiej nigdzie i nigdy nie moglibyście zdobyć… Jeśli nie przejdziecie, cóż… cóż… cóż…
Doktor próbował zapytać, jaka to ma być próba, i co owo niedokończone zdanie, to cóż oznacza, lecz nie mógł wydobyć z siebie głosu.
Próbował… próbował… ale udało mu się wydać tylko jakiś nieartykułowany dźwięk…
2Adeptem nazywa się osobę, która posiadła wiedzę tajemną.
3 Enrique de Aragon (1384-1434), w latach 1404-1407 wielki mistrz Zakonu Calatrava.
4 Orden de Calatrava – Zakon Rycerski Kalatrawy – utworzony w 1158 roku w Kastylii przez opata Rajmunda z cysterskiego opactwa Fitero, od 1487 podległy królom Hiszpanii.
5Długa do ziemi zwierzchnia szata mnichów z niektórych zakonów z niezwykle szerokimi rękawami, czasem posiadająca kaptur, a czasem nie.
6 Typ czy rodzaj xeresu (ang. sherry) z pogranicza dwóch klasycznych wyrobów: amontillado i oloroso.
Czy dziś, czwartek między 15 a 18, czeka nas BLACKOUT? PSE sugerują żeby oszczędzać energię w godzinach. RCB radzi jak się zachować w przypadku braku prądu
Coraz więcej krajów przestrzega przed możliwymi przerwami w dostawach energii elektrycznej. Co robić na wypadek blackoutu?
[Oczywiście żadnych wyłączeń nie będzie, tylko straszą, by nas do tego, do niepewności przyzwyczaić. S-syny... MD]
Polskie władze zapewniają wprawdzie, że blackout nam nie grozi, ale jednocześnie apelują, by dla dobra wydajności systemu energetycznego oszczędzać prąd w godzinach szczytu.
Na stronie pse.pl powstał nawet specjalny pasek, na którym oznaczone są godziny szczytu dla zużycia prądu w Polsce. Według tych wyliczeń w czwartek, 8 grudnia to pomiędzy 15 a 18. Każdego dnia to inna pora.
Polskie Sieci Energetyczne sugerują, by w tych godzinach szczególnie oszczędzać prąd, czyli wyłączać urządzenia, które pozostają w trybie czuwania, odłączać zasilacze i ładowarki oraz wyłączać światła w pomieszczeniach, z których się nie korzysta. Ponadto apeluje się, by odkurzać, prać czy piec w innych godzinach. Więcej na ten temat przeczytasz w tym miejscu.
Rządowe Centrum Bezpieczeństwa jakiś czas temu opublikowało instrukcje, w której radzi, jak przygotować się do ewentualnego blackoutu i jak się zachować, gdy on już nastąpi.
Co RCB uznaje za najważniejsze w przypadku dłuższej przerwy w dostawie prądu?
Miej przy sobie latarkę, świecę, apteczkę oraz dokumenty, które będą dla Ciebie łatwo dostępne.
Wyposaż się w przenośną ładowarkę, z naładowaną baterią, czyli w tzw. powerbank.
Zabezpiecz zapasy jedzenia, które nie wymagają przechowywania i przygotowania przy pomocy urządzeń elektrycznych (np. lodówki lub mikrofalówki).
W przypadku, gdyby rzeczywiście doszło do kilkudniowej przerwie w dostawie prądu, skutki byłyby naprawdę trudne do oszacowania. Brak prądu oznacza nie tylko brak światła w mieszkaniu, ale w dłuższej perspektywie zamknięte sklepy, brak płatności elektronicznych i niemożliwość wypłaty pieniędzy z bankomatu (a gdyby wszyscy ruszyli do banku po pieniądze, to pieniędzy po prostu zabraknie) czy brak wody w kranie, co sprawi, że nie tylko nie będzie można się umyć, ale nawet… spuścić wody w toalecie. To oczywiście tylko wierzchołek góry problemów wywołanych blackoutem.
Więcej na temat tego, jak zachować się w przypadku braku prądu, ale i innych zagrożeniach, przedstawiono niedawno w poradniku na czas kryzysu i wojny. Więcej na ten temat …
Tutaj, w Ontario przed Lokalną Izbą Lekarską toczy się proces, a właściwie postępowanie dyscyplinarne trojga lekarzy, którzy są oskarżeni o to, że „źle się zachowywali”, czyli nie wypełniali zaleceń sanitarnych w kontaktach ze swoimi pacjentami; udzielali im zwolnień, jeśli chodzi o szczepienia przeciwko Covidowi, krytykowali politykę sanitarną i stosowali leczenie, które nie było rekomendowane, a wręcz było zakazane przez izbę lekarską. Chodzi przede wszystkim o iwermektynę.
Dlaczego to postępowanie jest ważne? Otóż, chodzi w nim o to dla kogo pracuje lekarz? Czy dla nas, czy dla państwa i korporacji, czy to jest człowiek służący nam poradą w naszym najlepiej pojętym interesie, czy też jest to pracownik na usługach państwa, którego zadaniem jest podporządkowanie nas aktualnej polityce zdrowotnej. Jest to kwestia wiarygodności i zaufania do kogoś, kto w sposób najbardziej intymny poznaje nasze słabości, schorzenia, nałogi…
Przecież idąc do lekarza, mamy nadzieję, że nie będzie nas on namawiał byśmy sobie zrobili coś złego, co może pogorszyć stan naszego zdrowia, czy też w wieku 55 lat poddali się eutanazji – a coraz bardziej na to właśnie się zanosi.
Kiedyś zaufanie to było postrzegane podobnie jak zaufanie do adwokata, który broni nas w sprawie kryminalnej.
Stawką jest to, kim jest lekarz, jaki jest status tego zawodu i czy czasem ktoś nam tego zawodu właśnie nie likwiduje.
Wracając do tej nieszczęsnej, iwermektyny, to jest lek szeroko stosowany; szeroko stosowany przez lekarzy i szeroko stosowany przez weterynarzy, do czego się odwoływali krytycy zastosowania tego medykamentu przeciwko Covidowi usiłując ośmieszyć pomysł.
Tymczasem do tej pory w pandemiach czy epidemiach obowiązywała zasada, że jeżeli jakieś lekarstwo nie szkodzi – a iwermektyna nie szkodzi i ma bardzo dobrze rozpoznane skutki uboczne – a może pomóc, czy też nawet jeśli pacjent o tym że może pomóc jest bardzo mocno przekonany, no to może mieć choćby efekt placebo, i można je przepisać.
Więc dlaczego tym razem nie wolno było tego robić?!
Gdybym był lekarzem, przepisywałbym coś takiego, właśnie ze względu na to, że nie zaszkodzi, może pomóc, a pacjent lepiej się poczuje.
Wszystkie te posunięcia sanitarne, do których przymuszono lekarzy, były skutkiem nie tyle wiedzy medycznej, co polityki sanitarnej państwa, przymuszania nas wszystkich, a właściwie terroryzowania nas wszystkich pod groźbą utraty pracy, zakazu podróżowania itd. do tego, żebyśmy liczyli wyłącznie na nowatorską szczepionkę nie sprawdzoną do końca i dopuszczoną do stosowania na drodze nadzwyczajnej. Abyśmy ją przyjęli często wbrew naszemu dobru, bo warunki, które od szczepionki zwalniały, były bardzo wąskie, a sytuacja zdrowotna każdego z nas jest unikatowa; każdy organizm jest inny, kżady ma inne pasmo przebytych schorzeń w związku z czym to właśnie nasz lekarz powinien decydować o tym, co dla nas najlepsze.
I ci lekarze, którzy w ten sposób zadbali o zdrowie swych pacjentów są teraz pozbawieni prawa wykonywania zawodu właśnie ze na to, że indywidualnie do nich podchodzili!
Jest to bardzo ważny czas, bo jeżeli rzeczywiście ta izba lekarska uzna, że lekarze po prostu mają robić, co im się każe, i nawet nie móc wyrazić opinii na ten temat no to znaczy, że zawód lekarza został zlikwidowany – będziemy sobie musieli radzić sami, bo lekarz będzie jedynie urzędnikiem państwowym w zakresie zdrowia.
Jest to kolejny przyczynek do zniszczenia systemu opieki medycznej jaki znaliśmy dotychczas: zbiurokratyzowany autorytaryzm polityki sanitarnej wymyślanej przez ludzi nie związanych z medycyną; w federalnym panelu doradczym podczas pandemii bodajże jedna osoba miała jakieś doświadczenie w tych sprawach.
To może nawet byłoby śmieszne, gdyby nie było tragiczne.
[Tylko sygnalizuję, podaję adres. Każdy zainteresowany może sobie ściągnąć lub przeczytać całość. MD]
1) Synagoga Szatana: tajna historia żydowskiej dominacji świata Są miliony ludzi na świecie którzy uważają, że za kulisami istnieje niewidzialny rząd który kontroluje wydarzenia światowe. Niestety, wielu ludzi którzy badali i publikowali prace o tym fenomenie doszli tylko tak daleko, że zidentyfikowali mgliste organizacje takie jak grupa Bilderberg i Rada Stosunków Międzynarodowych (CFR). Teraz, nareszcie, mamy książkę która identyfikuje zakulisowy rząd światowy i opisuje w porządku chronologicznym to co robił i dlaczego. Książka mówi o prawdziwym spisku na naszej planecie, spisku przepowiedzianym biblijnie, który rozpoczął się przewrotem w światowym systemie bankowym, i jego celem jest zakończenie niszczenia nowoczesnej cywilizacji. Dedykowana milionom mężczyzn, kobiet i dzieci, którzy na przestrzeni wieków cierpieli na życzenie tej synagogi szatana. Nie jesteście zapomniani. Rzekł do nich Jezus: Gdyby Bóg był waszym Ojcem, to i Mnie byście miłowali. Ja bowiem od Boga wyszedłem i przychodzę. Nie wyszedłem od siebie, lecz On Mnie posłał. Dlaczego nie rozumiecie mowy mojej? Bo nie możecie słuchać mojej nauki. Wy macie diabła za ojca i chcecie spełniać pożądania waszego ojca. Od początku był on zabójcą i w prawdzie nie wytrwał, bo prawdy w nim nie ma. Kiedy mówi kłamstwo, od siebie mówi, bo jest kłamcą i ojcem kłamstwa. A ponieważ Ja mówię prawdę, dlatego Mi nie wierzycie. Kto z was udowodni Mi grzech? Jeżeli prawdę mówię, dlaczego Mi nie wierzycie? Kto jest z Boga, słów Bożych słucha. Wy dlatego nie słuchacie, że z Boga nie jesteście. Odpowiedzieli Mu Żydzi… (Jan 8:42-48) Zajmując się kryminalną historią syjonistyczną w latach , ta książka szybko pokaże starą krwawą historię międzynarodowej siatki przestępczej.
2) W 740 AD na obszarze zamkniętym między Morzami Czarnym i Kaspijskim, znanym pod nazwą Chazaria, obszarze który obecnie zajmuje Gruzja, ale sięga również do Rosji, Polski, Litwy, Węgier i Rumunii, rodzi się nowa rasa. Nowoczesna żydowska rasa, która, nota bene, nie jest żydowska. Jak to może być, zapytasz? Cóż, w tamtych czasach lud chazarski czuł się zagrożony, bo z jednej strony miał muzułmanów, z drugiej chrześcijan, i dlatego stale obawiał się ataków z każdej z tych stron. Co więcej, chazarski lud nie miał żadnej wiary, i praktykował kult pogański, i był łatwym łupem dla ludów które chciały go nawrócić na ustanowioną wiarę. Król Chazarii, Bulan, postanowił, że by chronić się przed atakami, trzeba przyjąć jedno z tych wierzeń, ale które? Jeśli przejdą na wiarę muzułmańską, zaryzykują ataki ze strony chrześcijan, a jeśli przejdą na chrześcijaństwo, zaryzykują ataki ze strony muzułmanów. Miał pomysł. Była inna rasa o której wiedział, że potrafiła radzić sobie zarówno z muzułmanami, jak i chrześcijanami, głównie w dziedzinie handlu. Rasa która w taki sam sposób radziła sobie z Chazarami. Tą rasą byli Żydzi. Król Bulan postanowił, że jeśli nakaże swojemu ludowi przejść na judaizm, zadowoli zarówno muzułmanów jak i chrześcijan, bo oni już handlowali z Żydami, więc tak zrobił. Król Bulan miał rację. Dożyje czasów kiedy jego kraj nie będzie podbijany, jego lud z entuzjazmem przejdzie na judaizm i przyjmie zasady najświętszej żydowskiej księgi, Talmudu. Ale jest wiele rzeczy których król nie dożył i nie zobaczył.
3) Nie dożył by zobaczyć swoją azjatycką rasę konwertytów na judaizm, pewnego dnia reprezentującą 90% wszystkich Żydów na świecie, i nazywającą się aszkenazyjskimi Żydami, kiedy faktycznie nie byli Żydami, a tylko azjatycką rasą ludzi, którzy przeszli na żydowską religię, choć nadal posługiwali się chazarskim językiem jidysz, całkowicie innym od hebrajskiego. Nie dożył by zobaczyć swój lud zwracający się do potomków człowieka dużo potężniejszego niż on sam, który urodzi się w Niemczech ponad 1000 lat później, człowieka o nazwisku Bauer, który rozpocznie dynastię Rotszyldów. Nie dożył by zobaczyć tę dynastię uzurpującą sobie bogactwa świata poprzez oszustwo i intrygi, które będą finansować dzięki ogromnym fortunom nagromadzonym z uzurpowania sobie bogactwa świata zdobywając kontrolę nad światową podażą pieniądza. Nie dożył by zobaczyć jak jego lud żąda dla siebie ojczyzny w Palestynie jako ich prawo urodzenia, i zagwarantować by każdy jej premier od samego powstania w 1948 był aszkenazyjskim Żydem, mimo że prawdziwa ojczyzna aszkenazyjskich Żydów, Chazaria, jego królestwo, jest odległe o około 1200 km. I nie dożył by zobaczyć jak jego lud spełnia biblijne proroctwo jako synagoga szatana Oliver Cromwell zdobywa poparcie brytyjskiego parlamentu dla egzekucji króla Karola I z powodu oskarżenia go o zdradę. Następnie Cromwell zezwala Żydom na powrót do Anglii, ale nie anuluje Edyktu Wypędzenia wydanego przez króla Edwarda I w 1290, który na zawsze wypędził wszystkich Żydów z Anglii, i wydał przepis, że każdy kto pozostał po 1 listopada 1290 miał zostać poddany egzekucji. Faktycznie Anglia nie jest pierwszym krajem który wypędził Żydów. Poniżej częściowa lista wszystkich terenów z których wygnano Żydów, niekiedy więcej niż jeden raz, na przestrzeni ostatniego lat. Mainz 1012 Litwa Francja 1182 Portugalia 1496 Górna Bawaria 1276 Neapol 1496 Anglia 1290 Nawarra Francja 1306 Norymberga Francja 1322 Brandenburgia Saksonia 1349 Prusy Węgry 1360 Genua Belgia 1370 Neapol 1533 Italia 1540 Słowacja Francja Neapol Austria 1420 Praga Lyons 1420 Genua 1550 Kolonia 1424 Bawaria 1551 Mainz 1438 Praga 1557 Augsburg 1438 Państwa Papieskie 1569 Górna Bawaria 1442 Węgry
4) Holandia 1444 Hamburg 1649 Brandenburgia 1446 Wiedeń 1669 Mainz 1462 Słowacja 1744 Mainz 1483 Morawy 1744 Warszawa 1483 Czechy / Bohemia Hiszpania 1492 Moskwa Italy 1492 Oliver Cromwell Król Karol I i król Edward I
5) W książce Historia i przyczyny antysemityzmu [L antisémitisme son histoire et ses causes] opublikowanej w 1894, znany żydowski autor, Bernard Lazare, stwierdził co następuje na temat tych wypędzeń Żydów: Gdyby tę wrogość, a nawet awersję, okazywano jedynie wobec Żydów w jednym czasie i w jednym kraju, byłoby łatwo zdefiniować ograniczone powody tej złości, ale ta rasa, wręcz przeciwnie, była przedmiotem nienawiści dla wszystkich narodów pośród których się osiedlała. A zatem, skoro wrogowie Żydów należeli do najróżniejszych ras, skoro mieszkali w krajach bardzo od siebie odległych, skoro byli rządzeni bardzo różnymi prawami, zarządzani przez przeciwne zasady, skoro nie mieli ani takich samych zasad moralnych ani zwyczajów, skoro ożywiało ich inne usposobienie, które nie pozwalało im oceniać niczego w taki sam sposób, to dlatego należy stwierdzić, że ogólny powód antysemityzmu zawsze leżał w samym Izraelu, a nie w tych którzy walczyli z Izraelem.
6) Prof. Jesse H Holmes wyraził podobne poglądy w The American Hebrew : To wcale może nie być przypadek, że antagonizm skierowany przeciwko Żydom występuje niemal wszędzie na świecie gdzie żyją Żydzi i nie-żydzi. A skoro Żydzi są wspólnym elementem tej sytuacji, wydaje się prawdopodobne, na pierwszy rzut oka, że powód tego jest w nich, a nie w bardzo różniących się od siebie grupach odczuwających ten antagonizm A. N. Field w książce Te wszystkie rzeczy [All These Things] wydanej w 1931, wyjaśnia sytuację w Anglii w tym roku, powstałą w wyniku decyzji Cromwella by ignorować prawo zakazujące Żydom wjazdu do Anglii, i pozwolić im na powrót wbrew wydanemu tylko 33 lata wcześniej prawu, w następujący sposób: Po 33 latach od pozwolenia Cromwella na powrót Żydów do Brytanii, z Amsterdamu przybył holenderski książę otoczony całym rojem Żydów z tego żydowskiego centrum finansowego. Po wypędzeniu z królestwa swojego królewskiego teścia, łaskawie zgodził się wstąpić na tron Brytanii. Bardzo naturalnym skutkiem tego wydarzenia była inauguracja Długu Narodowego przez ustanowienie 6 lat później Banku Anglii w celu udzielania pożyczek Koronie. Brytania zapłaciła za drogę którą szła, aż do przybycia Żydów. 1694
7) Powstaje oszukańczo nazwany Bank Anglii. Ma oszukańczą nazwę, bo sprawia wrażenie, że jest pod kontrolą angielskiego rządu, kiedy faktycznie jest prywatną instytucją założoną przez Żydów. W książce Rozpad pieniądza [The Breakdown of Money] wydanej w 1934, ustanowienie Banku Anglii Christopher Hollis tłumaczy w następujący sposób: W 1694 rząd Williama III (który przybył z Holandii z Żydami) był w poważnych tarapatach finansowych. Firma bogatych ludzi pod kierownictwem pewnego Williama Petersona zaproponowała Williamowi pożyczkę w wysokości 1,200,000 na 8%, pod warunkiem, że gubernator i firma Bank of England, jak się nazywali, otrzyma prawo emisji banknotów do pełnej wartości jej kapitału. To oznacza, że Bank będzie miał prawo zgromadzenia złota i srebra do wartości i zamienić je na (czyli podwoić), pożyczając w złocie i srebrze rządowi, a banknoty w pozostałej kwocie do wykorzystania przez nich samych. Paterson miał rację w tym, że ten przywilej dany Bankowi był przywilejem robienia pieniędzy… W praktyce nie trzymali rezerwy w gotówce w kwocie prawie W 1696 (czyli w ciągu 2 lat) na rynku już są banknoty w kwocie przeciwko rezerwie gotówkowej To z zabezpieczeniem tylko około 2% tego co emitowali i od czego liczyli odsetki. Nazwisk żydowskich kontrolerów Banku Anglii nigdy nie ujawniono, ale wiadomo, że już w tym roku, dzięki kontroli Banku Anglii, Żydzi mieli pod kontrolą brytyjską rodzinę królewską. Ale mimo że ich tożsamość jest chroniona, to mogli sobie życzyć iż wybiorą bardziej dyskretnego człowieka na frontmana, kiedy William Peterson oświadczył: Bank robił zyski na wszystkich pieniądzach które tworzył z niczego. To że Peterson zdecydował ujawnić w ten sposób tajemnicę, może tłumaczyć dlaczego zmarł jako biedny człowiek, opuszczony przez kolegów, a może ten shabbez goy (nie-żyd który potajemnie reprezentuje żydowskie interesy) tylko przeżył swoją przydatność dla Żydów za kulisami Po 4 latach Banku Anglii, żydowska kontrola brytyjskiej podaży pieniądza zwiększała się błyskawicznie. Zalali kraj tak wielką ilością pieniędzy, że dług rządowy wobec banku z początkowej kwoty wzrósł do tylko w ciągu 4 lat, wzrost o 1.280%. Dlaczego to robili? Proste, jeśli w kraju podaż pieniądza wynosi , a powstaje bank centralny i drukuje kolejnych , pierwszy etap planu, i dostarcza je do gospodarki poprzez pożyczki itd., to naturalnie zmniejszy wartość początkowych , które były w obiegu przed utworzeniem banku. Powodem tego jest to, że początkowe , które było 100% gospodarki, teraz jest tylko 25% tej gospodarki. To da również bankowi kontrolę nad 75% pieniędzy w obiegu z 15,000,000 jakie dostarczyli do gospodarki.
8) To wywołuje inflację, która jest zmniejszeniem wartości pieniądza, ponoszoną przez zwykłego człowieka, z uwagi na ekonomię zalewaną nadmiarem ilości pieniędzy, ekonomię za którą odpowiedzialny jest bank centralny. Kiedy pieniądz zwykłego człowieka staje się mniej wart, musi udać się do banku po pożyczkę by pomóc sobie w biznesie itd., a kiedy bank centralny jest zadowolony z tego, że wystarczająca liczba ludzi jest zadłużona, zaczyna zmniejszać ilość pieniądza poprzez nie proponowanie pożyczek. To jest drugi etap planu. Trzeci etap siedzi i czeka by zadłużeni zbankrutowali, pozwalając bankowi na przejęcie ich majątku, biznesu, nieruchomości itp. za grosze. Inflacja nigdy nie dotyka banku centralnego, faktycznie są jedyną grupą odnoszącą z niej korzyści, bo kiedy brakuje im pieniędzy, po prostu je drukują lutego we Frankfurcie, Niemcy, rodzi się Mayer Amschel Bauer, aszkenazyjski Żyd, syn Mosesa Amschela Bauera, pożyczkodawcy i właściciela kantoru. Nad drzwiami wejściowymi do kantoru Moses Amschel Bauer umieszcza czerwony znak. Jest to heksagram (geometrycznie i numerycznie oznacza liczbę 666), który zgodnie z instrukcjami Rotszylda pojawi się na izraelskiej fladze około 200 lat później.
9) 1753 Szanowanemu kupcowi o nazwisku Wolf Salomon Schnaper rodzi się Gutle Schnaper, aszkenazyjska Żydówka (przyszła żona Mayera Amschela Bauera) W tej dekadzie Mayer Amschel Bauer pracuje w należącym do Oppenheimerów banku w Hanoverze, Niemcy. Odnosi sukcesy i staje się młodszym partnerem. Pracując w banku poznaje gen. von Estorffa. Po śmierci ojca Bauer wraca do Frankfurtu by kierować jego biznesem. Docenia znaczenie czerwonego heksagramu czy znaku oznaczającego 666 wiszącego nad drzwiami wejściowymi ( Rot w języku niemieckim = czerwony, Schild = tarcza albo znak ). Mając nową tożsamość Mayer Amschel Rothschild, dowiaduje się, że gen. von Estorff jest teraz związany z dworem księcia Williama IX z Hesji-Hanau, jednego z najbogatszych rodów królewskich Europy, który zbił majątek na wynajmowaniu żołnierzy z Hesji obcym krajom za ogromne zyski (praktyka kontynuowana obecnie w formie eksportu na cały świat pokojowych sił ONZ). Odnawia znajomość z generałem pod pretekstem sprzedaży mu cennych monet i bibelotów po zniżonych cenach. Czyniąc plany, Rotszyld zostaje następnie przedstawiony samemu księciu Williamowi, który jest bardzo zadowolony z obniżonych cen, po których sprzedaje rzadkie monety i bibeloty, i Rotszyld oferuje mu formę prowizji za każdy inny interes jaki książę może mu podrzucić. W końcu Rotszyld staje się bliskim znajomym księcia Williama, i robi biznes z nim i innymi członkami dworu. Wkrótce odkrywa, że pożyczanie pieniędzy rządom i monarchom jest dużo bardziej zyskowne niż pożyczanie jednostkom, bo pożyczki są większe i zabezpieczone podatkami narodu Mayer Amschel Rotszyld zostaje nadwornym agentem księcia Williama IX z Hesji-Cassel, wnuka Jerzego II z Anglii, kuzyna Jerzego III, bratanka króla Danii, i szwagra króla Szwecji. Otrzymuje zgodę księcia Williama na wywieszenie znaku nad drzwiami wejściowymi swoich biur, że on jest M A Rotszyld, doradca Jego Wysokości księcia Williama z Hanau Mayer Amschel Rotszyld pracuje nad planem utworzenia Iluminatów, a jej organizację i rozwój powierza aszkenazyjskiemu Żydowi o nazwisku Adam Weishaupt, krypto-żydowi
10) (Żyd udający nie-żyda), który pozornie jest katolikiem. Iluminaci opierają się na naukach Talmudu, który z kolei jest nauką rabinicznych Żydów. Ma nazywać się Iluminaci, lucyferiańskie określenie oznaczające kustoszy światła. 29 sierpnia Mayer Amschel Rotszyld żeni się z Gutle Schnaper sierpnia rodzi się Schönche Jeannette Rotszyld, pierwsza z 5 córek Mayera Amschela Rotszylda. Później zostanie żoną Benedikta Mosesa Wormsa czerwca rodzi się Amschel Mayer Rotszyld, pierwszy z 5 synów Mayera Amschela Rotszylda. On, tak jak wszyscy jego bracia, w wieku 12 lat wejdzie w rodzinny interes września rodzi się Salomon Mayer Rotszyld maja Adam Weishaupt oficjalnie kończy prace nad organizacją Iluminatów. Ich celem jest dokonanie podziału nie-żydów metodami politycznymi, ekonomicznymi, społecznymi i religijnymi. Plan polega na zbrojeniu przeciwnych sobie stron Gojów (nie-żydów), i wywoływanie incydentów żeby walczyli między sobą, zniszczeniu narodowych rządów, zniszczeniu instytucji religijnych, i w końcu zniszczeniu siebie nawzajem. Wkrótce Weishaupt dokonuje infiltracji Kontynentalnego Zakonu Masońskiego doktrynami iluminackimi i ustanawia loże Wielkiego Wschodu jako tajne siedziby. To wszystko powstaje z nakazów i dzięki finansom Mayera Amschela Rotszylda i ta koncepcja wkrótce szerzy się w lożach masońskich na całym świecie do chwili obecnej. Weishaupt werbuje także płatnych zwolenników, w tym najbardziej inteligentnych ludzi z dziedziny sztuki i literatury, edukacji, nauki, finansów i przemysłu. Ich struktura ma stosować następujące metody w celu kontrolowania ludzi: 1. Stosowanie przekupstwa pieniężnego i seksualnego w celu zdobycia kontroli nad osobami już na wysokich stanowiskach, na różnych szczeblach rządowych i w innych dziedzinach działalności. Kiedy już wpływowe osoby ulegną kłamstwom, oszustwom i pokusom iluminatów, znajdą się w ich jarzmie dzięki stosowaniu politycznych i innych form szantażu, gróźb ruiny finansowej, ujawnieniu publicznemu i szkód finnsowych, a nawet śmierci ich i członków ich rodzin. 2. Wydziały kolegiów i uniwersytetów mają kultywować studentów posiadających wyjątkowe zdolności psychiczne, a także należących do wysoko postawionych rodzin o międzynarodowych koneksjach, i polecać je na specjalne szkolenia w internacjonalizmie, a raczej przekonaniu, że tylko jeden rząd światowy może położyć kres powtarzającym się wojnom i konfliktom. Takie szkolenie będzie odbywać się poprzez przyznawanie stypendiów tym wybranym przez iluminatów. 3. Każdy wpływowy człowiek złapany w pułapkę kontroli iluminatów, jak również studenci o szczególnym wykształceniu i szkoleniu, będą agentami umieszczonymi za kulisami wszystkich rządów jako eksperci i specjaliści. Celem tego jest gwarancja, że będą doradzać najważniejszym osobom w akceptacji polityki, która w długim okresie będzie służyć tajnym planom iluminatów, spiskowi jednego świata i doprowadzą do zniszczenia rządów i religii, do jakich zostali wybrani by służyć.
11) 4. Zdobycie absolutnej kontroli prasy, wtedy jedynego medium masowej komunikacji przekazującej informacje społeczeństwom, tak żeby wszelkie wiadomości i informacje można było przekręcać po to, żeby społeczeństwo wierzyło iż jeden rząd światowy jest jedynym rozwiązaniem wielu i różnorodnych problemów świata września rodzi się Nathan Mayer Rotszyld lipca rodzi się Isabella Rotszyld sierpnia rodzi się Babette Rotszyld. Adam Weishaupt wydaje w formie książki rozkaz rozpoczęcia rewolucji francuskiej przez Maximiliena Robespierre a. Autorem książki jest jeden z współpracowników Weishaupta, Xavier Zwack, zostaje wysłana przez kuriera z Frankfurtu do Paryża. Ale w drodze kuriera poraża piorun, a książka ze szczegółami tego planu zostaje odkryta przez policję i przekazana bawarskim władzom. W wyniku tego bawarski rząd nakazuje policji przeszukanie masońskich lóż Wielkiego Wschodu Weishaupta i domów jego najbardziej wpływowych towarzyszy. Władze bawarskie były przekonane, że zdobyta książka stanowiła bardzo realne zagrożenie ze strony prywatnej grupy wpływowych osób, które planowały wykorzystywać wojny i rewolucje do realizacji swoich celów politycznych Bawarski rząd zakazuje iluminatów i zamyka wszystkie bawarskie loże Wielkiego Wschodu. Mayer Amschel Rotszyld przeprowadza rodzinę do 5-piętrowego budynku we Frankfurcie, dzieli go z rodziną Schiffów Bawarski rząd publikuje szczegóły iluminackiego spisku, w dokumencie zatytułowanym Oryginalne pisma Zakonu i Sekty Iluminatów [The Original Writings of The Order and Sect of The Illuminati]. Dokument rozsyłają do wszystkich głów kościoła i państwa w całej Europie, którzy ignorują to ostrzeżenie kwietnia rodzi się Kalmann (Carl) Mayer Rotszyld Z powodu zignorowania przez Europę ostrzeżenia bawarskiego rządu, iluminacki plan rewolucji francuskiej jest realizowany do jego zakończenia w Ta rewolucja jest marzeniem głównych bankierów, bo ustanawia nową konstytucję i uchwala prawa zakazujące Kościołowi Rzymskiemu pobierania dziesięcin (podatki), oraz likwiduje zwolnienie Kościoła od podatków Mayer Amschel Rotszyld oświadcza: Jeśli ja będę kontrolował pieniądz krajowy, to nie będzie mnie obchodziło kto pisze prawo. 1 maja rodzi się Julie Rotszyld. 1791
12 Dzięki Aleksandrowi Hamiltonowi (ich agent w rządzie George a Waszyngtona) Rotszyldowie zdobywają kontrolę krajowego pieniądza, kiedy ustanawiają bank centralny Stanów Zjednoczonych pod nazwą First Bank of the United States, z licencją na 20 lat. W pierwszych 10 latach istnienia tego banku centralnego, amerykański rząd pożycza od niego $ , i ceny w kraju rosną o 72%. W wyniku tych nadmiernych pożyczek i inflacji, Thomas Jefferson, ówczesny sekretarz stanu oświadcza: Chciałbym by możliwe było uchwalenie jednej poprawki konstytucji żeby rządowi federalnemu odebrać prawo zaciągania pożyczek. Rodzi się Henriette ( Jette ) Rotszyld, późniejsza żona Mosesa Montefiore, prezesa Zarządu Deputowanych Brytyjskich Żydów w latach maja rodzi się Jacob (James) Mayer Rotszyld, ostatnie dziecko Mayera Amschela Rotszylda Amschel Mayer Rotszyld poślubia Ewę Hanau John Robison publikuje książkę Dowody na spisek przeciwko wszystkim religiom i rządom Europy organizowany na tajnych spotkaniach masonów, iluminatów i stowarzyszeń czytelniczych [Proofs of a Conspiracy Against All the Religions and Governments of Europe Carried on in the Secret Meetings of Freemasons, Illuminati and Reading Societies]. W książce prof. Robison z University of Edinburgh, jeden z wiodących umysłów tamtych czasów, który w 1783 został wybrany na sekretarza generalnego Królewskiego Towarzystwa [Royal Society of Edinburgh], ujawnia szczegóły całego spisku Rotszyldów i iluminatów. Opowiada o tym jak będąc masonem wysokiego stopnia w szkockim rycie, zaproszony przez Adama Weishaupta do Europy, otrzymał egzemplarz opracowanego spisku. Ale mimo że udawał się z nim zgadzać, prof. Robison nie aprobował go i dlatego opublikował wspomnianą książkę by go ujawnić. W książce były szczegóły o śledztwie bawarskigo rządu w sprawie iluminatów i francuskiej rewolucji. 19 lipca David Pappen, prezydent Harvard University, głosi wykłady studentom ostatniego roku na temat wpływu iluminizmu na amerykańską politykę i religię. Nathan Mayer Rotszyld, 29, wyjeżdża z Frankfurtu do Anglii, gdzie dzięki dużej kwocie pieniędzy od ojca zakłada bank w Londynie We Francji powstaje Bank of France. Wkrótce Napoleon zauważy, że wolna Francja będzie oznaczać kraj wolny od długów, i oświadcza: Ręka która daje jest ręką która odbiera. Pieniądz nie ma ojczyzny, finansiści nie mają patriotyzmu i przyzwoitości, ich jedynym celem jest zysk. Salomon Mayer Rotszyld poślubia Caroline Stern Napoleon oświadcza, że jego celem jest odsuięcie od władzy rodu Hesse-Cassel i usunięcie go z listy potęg. Słysząc to książę William IX z Hesse-Hanau, ucieka z Niemiec do Danii, a swoją fortunę o wartości $ deponuje u Mayera Amschela Rotszylda.
13 Nathan Mayer Rotszyld żeni się z Hannah Barent Cohen, córką bogatego kupca z Londynu Prezydent Thomas Jefferson (3 prezydent USA ), daje jedno z pierwszych szczerych spostrzeżeń na temat nieuczciwości i zepsucia mediów kiedy stwierdza: Nie można teraz wierzyć niczemu co jest w dziennikach. Sama prawda staje się podejrzana kiedy wkłada się ją w to skażone medium. Prawdziwy zakres tego stanu dezinformacji jest znany tylko tym, którzy są w sytuacji by skonfrontować znane im fakty z kłamstwami dnia Nathan Mayer Rotszyld ma pierwszego syna, Lionela Nathana de Rotszylda Umierają Sir Francis Baring and Abraham Goldsmid. Nathan Mayer Rotszyld staje się jedynym głównym bankierem w Anglii. Salomon Mayer Rotszyld jedzie do Wiednia, Austria, i zakłada bank M von Rotszyld und Söhne Kończy się licencja Banku Rotszyldów w USA i Kongres głosuje przeciwko jej odnowieniu. Nathan Mayer Rotszyld nie jest zadowolony i oświadcza: Albo wniosek o odnowienie zostanie załatwiony pozytywnie, albo Ameryka zaangażuje się najbardziej katastrofalną wojnę. Ale Ameryka zajmuje twarde stanowisko i licencji nie odnawia, w wyniku czego Nathan Mayer Rotszyld wydaje kolejną groźbę, kiedy mówi: Dajmy tym bezczelnym Amerykanom lekcję. Sprowadźmy ich z powrotem do statusu kolonii Mając poparcie w pieniądzach Rotszylda, i z rozkazu Nathana Mayera Rotszylda, Brytyjczycy wypowiadają wojnę Ameryce. Celem Rotszyldów jest spowodowanie takiego zadłużenia Ameryki w tej wojnie, by nie mieli innego wyjścia jak poddać się Brytyjczykom i odnowić licencję dla należącego do Rotszyldów First Banku. Ale kiedy Brytyjczycy nadal zajęci są walką z Napoleonem, nie są w stanie zorganizować ataku i wojna kończy się w 1814 z niepokonaną Ameryką. 19 września umiera Mayer Amschel Rotszyld. W testamencie przedstawia szczególne przepisy do przestrzegania w Domu Rotszyldów: 1. Wszystkie kluczowe stanowiska są jedynie dla członków rodziny. 2. Tylko członkowie płci męskiej rodziny mogą uczestniczyć w rodzinnym interesie. To włączało rzekomego szóstego syna bękarta (trzeba tu zauważyć, że Mayer Amschel Rotszyld miał także 6 córek, więc obecnie dynastia Rotszyldów bez nazwiska Rotszyld występuje wszędzie, i Żydzi uważają, że mieszany potomek żydowskiej matki jest Żydem). 3. Rodzina ma być tak wymieszana z pierwszymi i drugimi kuzynami żeby zachować rodzinną fortunę (Co ciekawe, jak mówi Żydowska encyklopedia z 1905, spośród 59 małżeństw Rotszyldów, dokładnie połowa, albo 29, zawarto między kuzynami praktyka znana dzisiaj jako endogamia). 4. Nie będzie się publikować inwentarza jego majątku.
14 5. Nie będzie podejmować się żadnej legalnej akcji w odniesieniu do wartości spadku. 6. Najstarszy syn będzie głową rodziny (ten warunek można unieważnić jedynie za zgodą większości rodziny). Przepis No. 6 znajduje zastosowanie od razu kiedy na następcę ojca jako głowy rodziny zostaje wybrany Nathan Mayer Rotszyld. Jacob (James) Mayer Rotszyld wyjeżdża do Paryża, Francja, i zakłada bank de Rothschild Frères. Rodzi się Nathaniel de Rotszyld, syn Nathana Mayera Rotszylda Jeśli chodzi o $3,000,000 zdeponowane przez księcia Williama IX z Hesji-Hanau u Mayera Amschela Rotszylda, Żydowska encyklopedia z 1905, t.10, s. 494 informuje: Jak mówi legenda, te pieniądze były ukryte w beczkach na wino, i uciekając przed przeszukiwaniami żołnierzy Napoleona kiedy wkroczyli do Frankfurtu, były zwrócone nietknięte w tych samych beczkach w 1814, kiedy elektor (książę William IX z Hesji-Hanau) wrócił do elektoratu (Niemcy). Fakty są mniej romatyczne, a bardziej poważne. Ostatnie zdanie wykazuje, że Rotszyld nigdy nie zwrócił pieniędzy księciu Williamowi IX z Hesji-Harnau. Encyklopedia twierdzi dalej: Nathan Mayer Rotszyld zainwestował te $3,000,000 w złocie w East India Co. wiedząc, że będą potrzebne dla kampanii Werllingtona. Ponadto, na skradzionych pieniądzach Nathan zarobił nie mniej niż czterokrotnie: 1. Na sprzedaży papierów Wellingtona które kupił za 50 centów na dolarze i zgromadził at par 2. Na sprzedaży złota Wellingtonowi 3. Na odkupieniu go 4. Na przesłaniu go do Portugalii Pięciu braci Rotszyldów pracują nad dostawą złota dla obu armii Wellingtona (przez Nathana w Anglii) i Napoleona (przez Jacoba we Francji), i rozpoczynają swoją politykę finansowania obu stron wojny. Rotszyldowie kochają wojny, bo są ogromnymi generatorami pozbawionych ryzyka długów. Pozbawione ryzyka, bo długi są gwarantowane przez rząd kraju, a zatem przez wysiłki populacji tego kraju, a ponadto nieważne jest który kraj przegra wojnę, gdyż pożyczki udzielane są z gwarancją, że zwycięzca będzie honorował długi pokonanego. Podczas gdy Rotszyldowie finansują obie strony tej wojny, wykorzystują banki ulokowane w całej Europie by dać im okazję do ustanowienia niezrównanej sieci usług pocztowych tajnych tras i szybkich kurierów. Stosowna poczta przenoszona przez tych kurierów jest przez nich otwierana i szczegóły ich zawartości przekazywane Rotszyldom, by zawsze byli krok przed obecnymi wydarzeniami. Ci kurierzy Rotszylda są jedynymi handlarzami mającymi pozwolenie na przekraczanie angielskich i francuskich blokad, co wykorzystują do stałego informowania Nathana Mayera Rotszylda o sytuacji na wojnie, by mógł wykorzystać tę wiedzę w zakupie i sprzedaży na giełdzie.
15 Jeden z kurierów Rotszylda o nazwisku Rothworth, dowiedziawszy się, że Brytyjczycy wygrali bitwę pod Waterloo, spieszy nad kanał i przekazuje wiadomość Nathanowi Mayerowi Rotszyldowi, 24 godziny przed kurierem Wellingtona. Mając tę wiedzę Nathan Mayer Rothschild wchodzi na giełdę i instruuje wszystkich swoich pracowników by zaczęli sprzedawać obligacje. Z uwagi na jego reputację jako posiadającego najnowsze informacje, inni handlarze panikują, myśląc iż Brytyjczycy ponieśli klęskę i rozpoczęli frantyczną sprzedaż. W rezultacie cena obligacji gwałtownie spada, a wtedy Nathan Mayer Rotszyld dyskretnie instruuje pracowników by zakupili wszystkie jakie są dostępne. Kiedy dochodzi wiadomość, że Brytyjczycy faktycznie wygrali wojnę, cena obligacji tak bardzo wzrosła, że przekroczyła cenę sprzed wojny, dając Rotszyldowi zwrot inwestycji około 20:1. W rzeczywistości Nathan Rotszyld otwarcie przechwala się, że w ciągu 17 lat pobytu w Anglii otrzymane od ojca zwiększył razy do Posiadanie tych obligacji daje rodzinie Rotszyldów całkowitą kontrolę nad brytyjską gospodarką, teraz niekwestionowanym centrum finansowym świata (po klęsce Napoleona), i zmusza Brytyjczyków do ustanowienia nowego Banku Anglii pod kontrolą Nathana Mayera Rotszylda. Co ciekawe, 100 lat później New York Times opisał tę historię twierdząc, że wnuk Nathana Mayera Rotszylda usiłował dostać nakaz sądowy niepublikowania książki, w której była sprawa skorzystania z poufnych informacji giełdowych. Rodzina Rotszyldów twierdziła, że publikowana historia była nieprawdziwa i oszczercza, ale sąd uchylił ten wniosek i nakazał rodzinie opłacić koszty sądowe. Wracając do 1815, to wtedy Nathan Mayer Rotszyld wygłasza swoje słynne oświadczenie: Nie obchodzi mnie która marionetka zasiada na angielskim tronie by rządzić imperium nad którym nigdy nie zachodzi słońce. Ten kto rządzi podażą brytyjskiego pieniądza rządzi Imperium Brytyjskim. Kontrolę Banku Anglii Rotszyldowie wykorzystują także w zastąpieniu metody transportu złota z kraju do kraju zamiast korzystać ze swoich ulokowanych w Europie 5 banków, żeby ustanowić papierowe debety i kredyty, dzisiejszy system bankowy. Do końca tego wieku, znanego pod nazwą wiek Rotszyldów, szacuje się iż rodzina ta będzie kontrolowała połowę bogactwa świata. Faktycznie w liście Solomana do Nathana z 28 lutego tego roku, Soloman twierdzi: Jesteśmy jak mechanizm zegarka, każda część jest niezbędna. Ale coś nie poszło tak jak chcieli Rotszyldowie w tym roku, a mianowicie Kongres Wiedeński rozpoczęty we wrześniu 1814 i zakończony w czerwcu tego roku. Powodem tego kongresu była wola Rotszyldów utworzenia rządu światowego, poprzez wykorzystanie długów jakie miały liczne kraje europejskie wobec nich jako sposób oddania im kontroli politycznej nad większością cywilizowanego świata. Kongres rozpoczął się dobrze, kiedy Rotszyldom udało się doprowadzić do ogłoszenia Szwajcarii na zawsze neutralnej w wojnach, żeby dać im neutralne terytorium, z którego będą mogli finansować obie strony w długach zaciągniętych wywoływaniem wojen. Udało im się także poszerzenie granic Szwajcarii poprzez włączenie Valais, Neuchatel i Genewy. Ale ich ostateczny plan światowego rządu nie udaje się kiedy car Rosji Aleksander I, jednej z wielkich potęg, który nie uległ centralnemu bankowi Rotszyldów, odmawia akceptacji rządu światowego.
16 Rozjuszony tym Nathan Mayer Rotszyld przysięga, że pewnego dnia, on albo jego potomkowie zniszczą całą rodzinę i potomków cara Aleksandra I. Niestety, te słowa okazały się prawdą, kiedy 102 lata później Rotszyldowie sfinansowali żydowskich bolszewików by zrealizowali tę obietnicę. Co ciekawe, fanatyk rządu światowego i aszkenazyjski Żyd Henry Kissinger napisał rozprawę doktorską o Kongresie Wiedeńskim. 19 czerwca umiera Julie Rotszyld Amerykański Kongres wydaje uchwałę pozwalającą na jeszcze jeden dominowany przez Rotszyldów bank, co daje im znowu kontrolę nad podażą pieniądza. Nazywa się Second Bank of USA [Drugi Bank] i otrzymuje licencję na 20 lat. To oczywiście oznacza koniec brytyjskiej wojny z Ameryką, ze śmiercią tysięcy brytyjskich i amerykańskich żołnierzy, i utworzeniem jeszcze jednego należącego do Rotszyldów banku centralnego Po udzieleniu ogromnych pożyczek Francuzom w 1817 w celu udzielenia pomocy po ich katastrofalnej klęsce pod Waterloo, agenci Rotszyldów zakupują wielką liczbę obligacji francuskiego rządu powodując wzrost ich wartości. 5 listopada rzucają te obligacje na otwarty rynek i przez to ich wartość spada, a Francja jako całość wpada w panikę finansową. Następnie Rotszyldowie wkraczają by przejąć kontrolę nad francuską podażą pieniądza, w podobny sposób jak zmanipulowali brytyjską giełdę 6 lat wcześniej Kalmann (Carl) Mayer Rotszyld zostaje wysłany do Neapolu, Włochy. Tam załatwia liczne interesy z Watykanem, i w końcu papież Grzegorz XVI przyznaje mu Krzyż św. Jerzego. Również za każdym razem kiedy papież przyjmuje Kalmanna, daje mu do ucałowania dłoń, a nie zwyczajowo palec u nogi, co wywołuje niepokój co do skali władzy Kalmanna Rotszylda nad Watykanem. 1822
17 Cesarz Austrii (Franciszek I) nadaje 5 braciom Rotszyldom tytuły baronów. Nathan Mayer Rotszyld postanawia nie przyjąć tego tytułu Rotszyldowie przejmują operacje finansowe Kościoła Katolickiego na całym świecie Sir Walter Scott publikuje 9-tomowe Życie Napoleona [The Life of Napoleon], i w t. 2 stwierdza, że rewolucję francuską zaplanowali Iluminaci (Adam Weishaupt) i sfinansowali europejscy finansiści (Rotszyldowie) Rotszyld Franciszek I Austriacki Po 12 latach w których Second Bank USA bezwzględnie manipulował amerykańską gospodarką z uszczerbkiem dla narodu, ale z korzyścią dla swoich grabieżczych celów, Amerykanie, co nie było zaskakujące, mieli dosyć, i przeciwnicy tego banku nominowali sen. Andrew Jacksona z Tennessee na kandydata na prezydenta. Ku osłupieniu Rotszyldów, Jackson wygrywa wybory i jasno mówi, że swój mandat zamierza przy pierwszej okazji wykorzystać do zlikwidowania tego banku. To rozpoczyna już robić w pierwszej kadencji, zwalniając wielu sługusów tego banku ze stanowisk rządowych. Żeby pokazać jak głęboko zakorzeniony był ten rak w rządzie, spośród pracowników federalnego rządu musiał zwolnić David Sassoon, bagdadzki Żyd i żydowski bankier z David Sassoon & Co., z filiami w Chinach, Japonii i Hong Kongu, wykorzystuje swój monopol w handlu opium na tych terenach, w imieniu kontrolowanego przez Rotszyldów brytyjskiego rządu, w sprzedaży skrzyń opium, zarabiając miliony dolarów dla Rotszyldów i brytyjskiej rodziny królewskiej Second Bank Ameryki składa wniosek w Kongresie o odnowienie licencji banku, 4 lata wcześniej. Kongres uwzględnia go i przekazuje uchwałę do podpisu prezydentowi Jacksonowi (7 prezydent Ameryki ). Prezydent nie zgadza się i swoją decyzję motywuje następująco: To nie są tylko nasi obywatele, którzy mają doznać hojności naszego rządu. Ponad akcji banku jest w posiadaniu obcokrajowców… Czy nie jest niebezpieczny dla naszej wolności i niezależności bank, który z natury ma tak mało związków z naszym krajem?
18 Kontrolowanie naszej waluty, otrzymywanie naszych pieniędzy publicznych i uzależnianie tysięcy naszych obywateli… będzie groźniejsze i bardziej niebezpieczne niż potęga militarna wroga. Jeśli rząd będzie dawał jednakową ochronę, i, tak jak niebo zsyła deszcze kropiąc na wyżyny i niziny, obsypywał przychylnością jednakowo bogatych i biednych, byłoby to bez zastrzeżeń błogosławieństwem. W przedstawionej mi ustawie wydaje się być szerokie i niepotrzebne odejście od tych sprawiedliwych zasad. W lipcu Kongresowi nie udaje się anulować weta prezydenta Jacksona. I wtedy prezydent staje do ponownych wyborów, i po raz pierwszy w amerykańskiej historii swoją decyzję przedstawia bezpośrednio narodowi prowadząc kampanię wyborczą na ulicach. Jego sloganem jest Jackson tak, bank nie! Mimo że Rotszyldowie przelewają $ na kampanię oponenta Jacksona, republikańskiego senatora Henry ego Claysa, w listopadzie prezydent Jackson zostaje ponownie wybrany. Ale prezydent wie, że walka dopiero się zaczyna, i po zwycięstwie oświadcza:
19 Hydra korupcji jest tylko zadraśnięta, nie martwa! 1833 Prezydent Jackson zaczyna usuwać depozyty rządowe z kontrolowanego przez Rotszyldów Drugiego Banku i deponuje je w bankach zarządzanych przez demokratycznych liderów. To wywołuje panikę wśród Rotszyldów i robią co mogą kontraktując podaż pieniądza i wywołując kryzys. Prezydent zna ich zamiary i później mówi: Jesteście jaskinią złodziejskich żmij, i zamierzam was się pozbyć, i na Wiecznego Boga, pozbędę się was Włoski lider rewolucyjny, Guiseppe Mazzini, zostaje wybrany przez Iluminatów na szefa ich rewolucyjnego programu na całym świecie i zajmuje to stanowisko do śmierci w 1872.
20 stycznia zamachowiec próbuje zastrzelić prezydenta Jacksona, ale w cudowny sposób oba pistolety nie wypalają. Później prezydent twierdzi, że wiedział iż za tę próbę zamachu odpowiadali Rotszyldowie. On nie jest w tym jedyny. Faktycznie, nawet zamachowiec, Richard Lawrence, uniewinniony z powodu niepoczytalności, później przechwala się tym iż potężni Europejczycy wynajęli go i obiecali mu ochronę gdyby został ujęty. Rotszyldowie dostają koncesję na Almadén, kopalnię rtęci w Hiszpanii. W tamtych czasach była to największa koncesja na świecie, a rtęć jest kluczowym komponentem w rafinowaniu złota lub srebra, co daje Rotszyldom praktycznie światowy monopol. W rezultacie N M Rothschild & Sons rozpoczynają rafinację złota i srebra dla Royal Mint [Mennica Królewska], dla Banku Anglii i wielu innych międzynarodowych klientów Po latach walki z Rotszyldami i ich bankiem centralnym w Ameryce, prezydentowi Andrew Jacksonowi udaje się w końcu wyrzucić centralny bank Rotszyldów z Ameryki, kiedy licencja nie zostaje odnowiona. Dopiero w 1913 Rotszyldowie będą mogli ustanowić trzeci bank centralny w Ameryce, Rezerwę Federalną. 28 lipca umiera Nathan Mayer Rotszyld, i kontrola jego banku N M Rothschild & Sons przechodzi na jego młodszego brata, Jamesa Mayera Rotszylda. David Sassoon, handlarz narkotyków Rotszyldów w Chinach zwiększa obroty do ponad skrzyń opium rocznie, i uzależnienie od narkotyków w nadmorskich miastach staje się endemiczne.
21 1837 Rotszyldowie wysyłają do Ameryki swojego człowieka, Augusta Belmonta, aszkenazyjskiego krypto-żyda (prawdziwe nazwisko Schönberg) by natychmiast rozpoczął działania dla uratowania ich interesów bankowych, zniszczonych przez prezydenta Jacksona stycznia prezydent Jackson spłaca pierwszą ratę długu krajowego, wykreowanego przez pozwolenie bankom na emisję waluty za obligacje rządowe, zamiast po prostu emisji bonów skarbowych bez takiego długu. Staje się jedynym prezydentem który kiedykolwiek spłacił długi Z uwagi na szalejące uzależnienie od opium w Chinach, przynoszące zyski dla Davida Sassoona, brytyjskiej rodziny królewskiej i Rotszyldów, cesarz Manchu, Xuan Zong Daoguang (Tao-kuang) wydaje zakaz tego handlu. Na lidera kampanii przeciwko opium mianuje komisarza Cantonu, Lin Tse-Hsu. Ten organizuje przejęcie skrzyń opium Sassoona i nakazuje wyrzucić je do rzeki. David Sassoon informuje o tym Rotszyldów, ci żądają by brytyjskie siły wojskowe wzięły odwet by chronić ich narkotykowy biznes.
22 W ten sposób rozpoczęły się wojny opiumowe, armia brytyjska jeszcze raz walczyła jako najemnicy dla interesów Rotszyldów. Atakowali miasta i blokowali porty. Chińska armia, teraz zdziesiątkowana 10 latami szalejącego uzależnienia od opium, nie była przeciwnikiem godnym Brytyjczyków. Wojna kończy się w 1842 podpisaniem Traktatu Nankińskiego. W traktacie zamieszczono następujące prowizje gwarantujące Rotszyldom prawo dostarczania opium całemu społeczeństwu, poprzez ich marionetkę Davis Sassoona: 1. Pełna legalizacja handlu opium w Chinach. 2. Kompensacja dla Davida Sassoona w kwocie za opium wrzucone do rzeki przez Lin Tse-Hsu. 3. Suwerenność terytorialna Korony Brytyjskiej nad kilku wyznaczonymi przybrzeżnymi wyspami Rotszyldowie nazywają się pośrednikami złota Banku Anglii. Ustanawiają agencje w Kalifornii i Australii. 1841
23 Prezydent John Tyler (10 prezydent USA ) nie wyraża zgody na odnowienie licencji Banu USA, o które ubiegają się w Kongresie agenci Rotszylda. Otrzymuje setki listów z pogróżkami o egzekucji W Nowym Jorku Żydzi organizują masońską lożę B nai B rith. 70 lat później ta grupa ustanowi Ligę Przeciwko Zniesławieniu (ADL), w celu uznania jako antysemicką każdą krytykę żydowskiej supremacji czy przestępczości Salomon Mayer Rotszyld kupuje United Coal Mines [kopalnie węgla] w Wítkowicach i austro-węgierską firmę Blast Furnace [huta], które staną się jednym z 10 największych globalnych koncernów przemysłowych. Benjamin Disraeli, sefardyjski Żyd (późniejszy premier Brytanii) publikuje Coningsby, w której tak charakteryzuje Nathana Mayera Rotszylda:… Pan i Władca rynków walutowych świata, i oczywiście praktycznie Pan i Władca wszystkiego innego. Dosłownie w łapie trzyma dochody południowych Włoch, i monarchowie i ministrowie wszystkich krajów zabiegali o jego rady i kierowali się jego propozycjami. Disraeli wydał także następujące ciekawe oświadczenie: W historii świata kluczowa jest kwestia rasowa… wszystko jest rasą, nie ma innej prawdy Umiera Andrew Jackson (7 prezydent USA). Pozostawia instrukcje by na jego grobowcu umieszczono następujący napis, zgodnie z tym co uważał za swoją najważniejszą zasługę dla ludzkości: To ja zabiłem bank. Dostosowano się do jego życzenia i oczywiście do tego, że w 1836 zniszczył Drugi Bank USA Rotszyldów.
24 Jacob (James) Mayer Rotszyld (teraz ożeniony z bratanicą, Betty, córką Salomona Mayera Rotszylda), znany jako Baron James de Rotszyld, wygrywa kontrakt na pierwszą główną linię kolejową biegnącą przez cały kraj. Nazywano ją Chemin De Fer Du Nord, i początkowo biegła z Paryża do Valenciennes, a następnie łączyła się z austriacką siecią kolejową zbudowaną przez jego brata (który, oczywiście, jest też ojcem jego żony), Salomona Mayera Rotszylda. James Mayer Rotszyld i Betty von Rothschild mają syna Edmonda de Rotszylda. Jest ich najmłodszym [?] dzieckiem Lionel de Rotszyld, teraz ożeniony z córką swego wuja, Kalmanna (Carla) Mayera Rotszylda, zostaje wybrany do parlamentu z terenu londyńskiego City. Wymogiem zasiadania w parlamencie jest złożenie przysięgi w prawdziwej wierze chrześcijańskiej. Lionel de Rotszyld odmawia spełnienia go z uwagi na swoją judajską wiarę, która odrzuca Chrystusa, i dlatego jego miejsce w parlamencie pozostaje wolne przez 11 lat, do czasu zezwolenia na składanie nowych przysiąg. Ciekawe jest to, że zdołał zachować miejsce w parlamencie przez 11 lat, mimo że w tym czasie nie mógł reprezentować swoich wyborców w żadnym głosowaniu. 1848
25 Aszkenazyjski Żyd, Karol Marks (krypto-żyd, prawdziwe nazwisko Moses Mordecai Levy), publikuje Manifest komunistyczny [The Communist Manifesto]. Co ciekawe, kiedy on pracuje nad tym dziełem, Karl Ritter z Frankfurt University pisze antytezę, która stanie się podstawą dla nietzscheanizmu Friedricha Wilhelma Nietzschego. Z tego nietzscheanizmu później powstanie faszyzm i nazizm, i będzie wykorzystywany do wywołania I i II wojny światowej. Marks, Ritter i Nietzsche są finansowani i instruowani przez Rotszyldów. Idea za tym planem jest taka, że ci którzy kierują całym spiskiem mogą wykorzystywać różnice w tzw. ideologiach by umożliwić im dzielić coraz większe frakcje ludzkiej rasy na przeciwne obozy, żeby ich zbroić, a potem prać im mózgi by walczyli ze sobą i wzajemnie się wyniszczali, a szczególnie niszczyli wszystkie instytucje polityczne i religijne. Mniej więcej taki sam plan przedstawił Weishaupt w Ciekawe jest to, że marksizm, komunizm i jego pochodna socjalizm, widziane w praktyce 7 lat później, są niczym innym jak państwowym kapitalizmem i władzą uprzywilejowanej mniejszości, sprawującej despotyczną i całkowita kontrolę nad większością, której nie pozostawiono praktycznie żadnej własności czy ustawowych praw. To tłumaczy dlaczego Rotszyldów tak bardzo interesowało finansowanie tych ideologii, które później rozwiną się w demokrację, system 2-partyjnego państwa, z obu partiami kontrolowanymi przez tę samą siłę, i choć mogą istnieć sprzeczki o nieistotne sprawy, by sprawiać wrażenie iż są wobec siebie przeciwne, one faktycznie wyznają tę samą podstawową ideologię, i dlatego mieszkańcy krajów demokratycznych wkrótce dowiadują się, że nie jest ważne na kogo głosują, bo i tak nigdy nic się nie zmienia. Umiera Eva Hanau, żona Amschela Mayera Rotszylda Umiera Gutle Schnaper, żona Mayera Amschela Rotszylda. Przed śmiercią oświadczyła nonszalancko: Gdyby moi synowie nie chcieli wojen, nie byłoby ich.
26
27 1850 W tym dziesięcioleciu rozpoczyna się budowa posiadłości Mentmore w Anglii i Ferrières we Francji, na całym świecie powstanie więcej posiadłości Rotszyldów wypełnionych bezcennymi dziełami sztuki. Jacob (James) Rotszyld we Francji, mówi się, jest wart [—-]
A ja tobie powiadam, iżeś ty jest opoka, a na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie zwyciężą go. Mt 16,18 ———————
Słowa Pana Jezusa pocieszają nas, że Kościół nigdy nie zostanie pokonany, ale ostrzegają nas również, że bramy piekielne będą próbowały pokonać Kościół, a czasami mogą nawet wydawać się być bliskie sukcesu.
Korneliusz Lapide rozwinął te słowa naszego Pana w swoim komentarzu do Ewangelii Św. Mateusza:
„Swoim słowem, Chrystus najpierw zachęca Swój Kościół, aby nie słabł, gdy widzi, że jest atakowany przez całą moc szatana i złych ludzi. W drugiej kolejności; brzmi jakby trąbą, aby Kościół zawsze czuwał odziany w zbroję, przeciwko wrogom, którzy Go z taką nienawiścią atakują.”
Kiedy widzimy, że Kościół jest atakowany przez szatana, nie powinniśmy rozpaczać, nasz Pan powiedział nam, że tak się stanie, więc naszą odpowiedzią powinno być zaufanie Bogu i walka jak prawdziwi Chrześcijanie.
Szatan zawsze prowadził tę wojnę, nie tylko przeciwko Kościołowi, ale przeciwko całej ludzkości. Dziś widzimy, że atakuje z większą intensywnością niż ktokolwiek i robi to zupełnie otwarcie. Chociaż wszyscy moglibyśmy wskazać różne sposoby, w jakie te ataki stały się bardziej widoczne w ostatnich latach, poniższe okropności wskazują na stopień, w jakim szatan zdobył ogromną władzę nad społeczeństwem świeckim:
– Propagowanie aborcji nie tylko jako godnej pożałowania ostateczności, ale jako podstawowego prawa, które należy pielęgnować
– Ataki na dzieci, zwłaszcza w postaci rozpowszechnionej pedofilii
– Żarliwe propagowanie transgenderyzmu i płynnej tożsamości płciowej jako prawdy niepodlegającej dyskusji, którą wszyscy musimy zaakceptować, jeśli chcemy uczestniczyć w życiu społecznym
– Naleganie, abyśmy wszyscy zaakceptowali najbardziej niedorzeczne i niegodziwe kłamstwa naszych rządów, mediów i tak zwanych „pedagogów”
– Rosnąca tyrania medyczna, która wywyższa wewnętrznie sprzeczną „naukę” ponad zdrowy rozsądek i rzeczywistość widzialną
– Oczywiste spełnienie się proroczego ostrzeżenia Siostry Łucji dla kardynała Carlo Caffarra, że „decydująca bitwa pomiędzy Królestwem Chrystusa a szatanem będzie dotyczyć małżeństwa i rodziny”.
– Wzrost jawnego „satanizmu”, z klubami szatana w szkołach, a nawet satanistycznymi przesłaniami w rozrywce kierowanej do dzieci’ ============================== Mamy więc te, i inne, wyraźne oznaki rosnącego wpływu szatana w społeczeństwie. Możemy nie wiedzieć, dlaczego tak się dzieje, ale nie możemy kwestionować faktu, że tak jest.
Ponieważ szatan ma coraz większy wpływ na społeczeństwo świeckie, możemy również się spodziewać, że będzie w stanie prowadzić wzmożoną wojnę z Kościołem. I rzeczywiście, mamy wiele oznak tego wzmożonego ataku na Kościół katolicki, między innymi takie jak:
– Oddawanie przez Franciszka czci Pachamamie
– Poparcie Watykanu dla różnych antykatolickich inicjatyw Wielkiego Resetu, w tym „szczepionek”
– Jawnie heretycki i niemoralny Synod o Synodalności
– Coraz bardziej bezpośrednie i nikczemne ataki Franciszka na tradycyjny katolicyzm, w miarę jak faworyzuje on różne religie niekatolickie
W świetle tych i innych bluźnierczych wydarzeń, widzimy, że bramy piekieł wydają się być bliskie zwycięstwa nad Kościołem. Jak powiedział kardynał Gerhard Müller o Synodzie na temat synodalności w przełomowym wywiadzie z Raymondem Arroyo, „Jeśli im się uda, będzie to koniec Kościoła katolickiego”.[Powinno raczej być: „Jeśli BY im się udaŁO, byłby to koniec Kościoła. md]
Musimy jednak stwierdzić, że w przeciwieństwie do zgorszenia obecnego w religiach niekatolickich, wszystkie te bluźniercze zjawiska są obce naturze Kościoła. Szatan i jego zwolennicy wykorzystali wszystkie przejawy „ducha” SW II, aby zaatakować Kościół katolicki w podobny sposób, w jaki wojownik może próbować otruć swojego wroga. Nie możemy winić Kościoła za to zło, tak jak nie winilibyśmy ofiary otrucia za truciznę, którą podał mu jego wróg.
Jednak dla niektórych bezkrytycznych obserwatorów, te narastające skandale wychodzące z Rzymu sugerują, że Kościół katolicki nie może być prawdziwym Kościołem ustanowionym przez naszego Pana. Taki wniosek całkowicie ignorowałby lub źle rozumiałby słowa naszego Pana o bramach piekielnych, a są one przecież dalekie od sugestii, że Kościół nie pochodzi od Boga. Te lepiące się do Kościoła ataki bram piekielnych stawiają w centrum uwagi Instytucję, której szatan nienawidzi najbardziej. Wręcz przeciwnie, jeśli czytamy uważnie słowa Św. Hieronima, musimy dojść do wniosku, że brak prześladowań ze strony szatana, zwłaszcza dzisiaj, byłby rozstrzygającym dowodem na to, że Kościół nie pochodzi od Boga:
„Wiemy, że Kościół będzie nękany prześladowaniami aż do końca świata, ale nie będzie zniszczony: będzie wystawiany na próby, ale nie będzie pokonany, bo taka jest obietnica Wszechmocnego Boga, którego słowo jest prawem natury”.
Mamy więc do czynienia z paradoksem.
Ponieważ bramy piekielne tak zawzięcie atakują Kościół, możemy być pewni, że Kościół jest jedynym miejscem, w którym powinniśmy teraz być. Gdyby nie obietnica Pana Jezusa, że bramy piekielne nie przemogą Kościoła, moglibyśmy pomyśleć, że lepiej byłoby znaleźć się gdzie indziej. Ale obietnica naszego Pana odnosi się tylko do Kościoła katolickiego, który jest jedynym Kościołem, jaki On ustanowił, Kościół jest jedyną „bezpieczną przystanią”. Jak to podkreślił Michael Matt w swoim ostatnim filmie w Remnant TV, gdybyśmy porzucili Wiarę Katolicką, stracilibyśmy ochronę obiecaną przez Pana Jezusa.
Wszystko to powinno uspokajać katolików, którzy postanowili pozostać w Kościele, ale musimy rozważyć dwa inne aspekty, aby określić „gdzie powinniśmy stać”, gdy bramy piekielne próbują zwyciężyć Kościół. Czy musimy koniecznie być Tradycyjnymi katolikami; i czy ataki szatana na Kościół nakładają na nas jakieś specjalne zobowiązania.
Po pierwsze, musimy stwierdzić, że szatan nie „atakuje” tzw. „kościoła soborowego” (który Franciszek, dla swojej wygody, nazwał „kościołem synodalnym”). Szatan raczej wykorzystuje „kościół synodalny” i jego perwersje do prowadzenia wojny z Kościołem katolickim. W tej walce, infiltratorzy atakują jedynie niezmienną Wiarę Katolicką i Tradycyjnych Katolików. W związku z tym, tzw. katolików synodalnych powinno zaniepokoić to, że chociaż szatan ma większą niż kiedykolwiek władzę nad światem i nienawidzi Kościoła katolickiego bardziej niż czegokolwiek innego, ich pasterze przyklaskują tej nowej wiośnie, w której tolerowane są wszystkie wyznania, poza Tradycyjnym Katolicyzmem!
Czy to się komuś podoba, czy nie, „katolicy synodalni” stoją za Franciszkiem, Cupichem i ks. Jamesem Martinem, gdy ci fałszywi pasterze atakują tradycyjnych katolików za to, że wierzą i praktykują to, w co wierzyli i praktykowali wszyscy święci. To właśnie z tego powodu, szatan swiadczy „kościołowi synodalnemu”, usługi bram piekielnych.
Co więcej, Pan Jezus kazał nam sądzić po owocach i możemy z łatwością zauważyć, że owoce tradycyjnego katolicyzmu są wyjątkowo zdrowe i prawdziwie katolickie, podczas gdy owoce „kościoła synodalnego” są zadziwiająco zgniłe i antykatolickie. Żaden rozsądny obserwator nie może pomyśleć, że „kościół synodalny” jest spadkobiercą obietnicy naszego Pana, że bramy piekielne Go nie przemogą. O wiele bardziej logicznym wnioskiem jest postrzeganie „kościoła synodalnego” jako istotnej części bram piekielnych. Musimy zatem być „Tradycyjnymi Katolikami”, jeśli chcemy pozostać katolikami.
Ta oczywistość nasuwa pytanie, jak powinniśmy się zachowywać? Czy ta sytuacja nakłada na nas jakieś szczególne zobowiązania. Oczywiście musimy bronić tradycyjnego katolicyzmu i sprzeciwiać się „kościołowi synodalnemu” i całemu jego nadęciu. Chociaż wszyscy możemy odegrać w tym rolę zgodną z naszymi obowiązkami stanu, biskupi z pewnością mają tutaj największą odpowiedzialność.
Czy dobrym pasterzom wypada szukać wygodnych i bezpiecznych kryjówek, gdy wilki pożerają stado? Czy nie powinno być raczej tak, że pasterze mają obowiązek zrobić wszystko, co w ich mocy, aby odeprzeć wilki? Pasterze nie mogą się wymigać od tego obowiązku, ubolewając nad tym, że wilkami są inni biskupi, w tym jeden ubrany na biało. Nasz Pan powiedział nam, abyśmy strzegli się wilków w owczej skórze. Gdyby zamiast tego miał na myśli cierpliwe znoszenie wilków w owczej skórze, to oczywiście mógłby znaleźć słowa, aby tę myśl wyrazić.
W tej kwestii powinniśmy rozważyć poważne szkody spowodowane cierpliwym tolerowaniem wilków, które pożerają stado. Leon XIII jasno stwierdził, że milcząc, stajemy się wspólnikami wrogów:
„To są nasi wrogowie, a ich planem jest (i nawet tego nie ukrywają, ale mówią to otwarcie) unicestwienie, jeśli to możliwe, prawdziwej religii, prawdziwej religii katolickiej. Aby odnieść sukces, nie cofną się przed niczym; wiedzą dobrze, że zastraszenie dobrych dusz ułatwi ten cel. . . . Zaniechanie lub milczenie w obliczu tego jazgotu przeciwko prawdzie jest albo czystą słabością, albo zwątpieniem w wierze. W obu przypadkach, jest to pohańbienie Boga. Zarówno Zbawienie własnej duszy jak i innych dusz byłoby w takiej sytuacji poważnie zagrożone, ponieważ byłaby to praca na rzecz wrogów Wiary, gdyż nic tak nie zachęca złoczyńców do zuchwałości jak słabość dobrych ludzi. . . Dodajmy: Chrześcijanie rodzą się po to, by walczyć”. (z Liberalism & Catholicism O. A Roussel’a, s. 131).
Mamy więc obowiązek bronić prawdy, co oznacza, że musimy jej bronić w całości, do tego stopnia ile to możliwe.
Bez wątpienia, każdy z nas powinien współpracować z Łaską Bożą najlepiej jak potrafi. Gdybyśmy bronili twierdzy atakowanej przez wroga, który chce torturować i zabijać niewinne dusze w niej przebywające, oczywiście zrobilibyśmy wszystko, co w naszej mocy, aby pokonać wroga. Wiemy, że w tej duchowej wojnie jesteśmy silni, proporcjonalnie do siły naszej determinacji w wypełnianiu woli Bożej jako święci.
Jak czytamy u Św. Pawła na początku Adwentu, musimy się oblec w zbroję światłości:
„A to wiedząc czas, iż jest godzina, abyśmy już ze snu powstali. Albowiem teraz bliższe jest nasze zbawienie, niż kiedyśmy uwierzyli. Noc przeminęła, a dzień się przybliżył. Odrzućmyż tedy uczynki ciemności, a obleczmy się w zbroję światłości. Jako we dnie uczciwie chodźmy: nie w biesiadach i pijaństwach, nie w łożach i niewstydliwościach, nie w zwadzie i w zazdrości,ale się obleczcie w Pana Jezusa Chrystusa, a starania o ciele nie czyńcie w pożądliwościach.” Rz 13, 11-14
Jeśli chcemy mężnie bronić się przed bramami piekielnymi, musimy postępować tak, jakbyśmy naprawdę wierzyli w to, czego nauczał Pan Jezus i Jego święci. Oznacza to, że powinniśmy starać się prowadzić święte życie.
Gdzie zatem jesteśmy, gdy bramy piekielne wydają się tak bliskie zwycięstwa nad Kościołem? Jeśli jesteśmy zdeterminowanymi tradycyjnymi katolikami, powinniśmy zrobić wszystko, co w naszej mocy, by bronić Mistycznego Ciała Chrystusa, a szatan będzie nas wtedy nienawidził. Jeśli tak właśnie robimy, możemy mieć absolutną pewność, że Bóg nigdy nas nie opuści i że będziemy wśród tych, których użyje do obrony swojego Kościoła przed tymi przerażającymi atakami bram piekielnych.
Niech Najświętsza Maryja Panna pomaga nam zawsze walczyć jak prawdziwi Chrześcijanie! Niepokalane Serce Maryi, módl się za nami!