Agenci zrównoważonego rozwoju [ONZ, Agenda 2030] chcę wymusić szybszą depopulację. Depopulacyjne tornado nadejdzie?

Agenci zrównoważonego rozwoju [ONZ, Agenda 2030] chcę wymusić szybszą depopulację. Twierdzą, że następuje za wolno. Depopulacyjne tornado nadejdzie?

Agnieszka Stelmach https://pch24.pl/depopulacyjne-tornado-nadejdzie-agenci-zrownowazonego-rozwoju-twierdza-ze-za-wolno/

Wzrost liczby ludności utrudnia osiągnięcie celów zrównoważonego rozwoju. Trzeba w jeszcze większym stopniu regulować[znaczy: zmniejszać md]płodność.

===============================

Organizacja Narodów Zjednoczonych opublikowała nowe prognozy dotyczące globalnych, regionalnych i krajowych zmian populacji do 2100 roku. Opracowanie sugeruje, że jeszcze w tym stuleciu liczba ludności świata po osiągnięciu szczytu zacznie spadać. ONZ podaje także, że w ciągu ostatnich 70 lat o ponad połowę zmniejszył się współczynnik dzietności. Jednak zdaniem ekspertów od wdrażania Agendy 2030 na rzecz zrównoważonego rozwoju, proces ten postępuje i tak zbyt wolno i należy go przyspieszyć.

World Population Prospects 2022 przygotowany został przez Wydział Ludności Narodów Zjednoczonych (UNPD) na 11 lipca, czyli Światowy Dzień Ludności. Od ostatniego raportu w sprawie demografii upłynęły 3 lata. Najnowszy dokument wskazuje, że do lat 80. obecnego wieku pojawi się na świecie kolejne 2,4 miliarda ludzi. Do 2030 roku ma być nas 8,5 miliarda, a w 2050 r. – 9,7 mld, by ostatecznie, u końca naszego stulecia osiągnąć poziom 10,4 miliarda. Wedle prognoz, po osiągnięciu tego szczytu, liczba ludności na świecie zacznie spadać.

Współczynniki dzietności mają nadal spadać w miejscach o największej liczbie urodzeń i nieznacznie rosnąć w krajach o niskiej dzietności.

Scenariusz dotyczący niskiej płodności zakłada, że ​​co druga kobieta na świecie będzie miała o jedno dziecko mniej niż przewidywano w wariancie średnim. Z kolei scenariusz wysokiej płodności zakłada, że ​​co druga kobieta będzie miała jeszcze jedno dziecko. Scenariusz stałej płodności przewiduje utrzymanie się wskaźnika na obecnym poziomie.

Globalny wskaźnik wynosi obecnie około 2,3 dziecka na kobietę, ale ma spaść do połowy wieku do poziomu 2,1 dzięki tak zwanym: edukacji, opiece zdrowotnej i równouprawnieniu płci.

Na utrzymujący się wzrost populacji ma mieć wpływ wydłużenie życia coraz większej liczby ludności. Chociaż średnia długość życia spadała w okresie COVID-19 z 72,8 lat w 2019 r. do 71 lat w 2021 r. Oczekuje się jednak, że średnia długość życia ponownie wydłuży się i osiągnie 77 lat w 2050 r.

Największy przyrost ludności odnotuje Afryka Subsaharyjska (ponad połowę przewidywanego globalnego wzrostu populacji do 2050 r.). Region ten będzie najbardziej zaludnionym na świecie pod koniec lat 60. obecnego stulecia. W dalszej kolejności są: Azja Wschodnia i Południowo-Wschodnia oraz Azja Środkowa i Południowa. Ponad połowa globalnego wzrostu liczby ludności do 2050 r. przypadnie na kilka państw: Demokratyczną Republikę Konga, Egipt, Etiopię, Indie, Nigerię, Pakistan, Filipiny i Tanzanię. Indie mają wyprzedzić Chiny pod względem liczby ludności już w przyszłym roku.

Zdaniem analityków ONZ, populacja kilku regionów zacznie spadać przed 2100 r., a 61 krajów odnotuje ubytek liczby ludności o co najmniej 1 procent do 2050 r. W niektórych krajach, takich jak: Bułgaria, Łotwa, Litwa, Serbia i Ukraina spadek liczby ludności będzie jeszcze bardziej drastyczny wskutek emigracji.

Populacja liczonych łącznie Ameryki Północnej i Europy skurczy się z 1,13 miliarda w 2038 r. do 1 miliarda w 2100 r. ONZ przekonuje, że nie oznacza to załamania, ponieważ region Europy i Ameryki Północnej nadal ma jeden z najwyższych odsetków osób w wieku 25–64 lata, co jest najbardziej korzystne dla gospodarki.

Na całym świecie w 2018 roku po raz pierwszy liczba osób w wieku 65 lat i starszych przewyższała liczbę dzieci poniżej piątego roku życia, ale oznacza to, że wciąż jest znacznie więcej młodych osób na utrzymaniu niż starszych. Świat będzie się starzeć, a odsetek osób w wieku 65 lat lub starszych wzrośnie z 10 procent dzisiaj do 16 proc. w 2050 r. Chociaż istnieje większa niepewność, przewiduje się, że ostatecznie osoby w tym wieku będą stanowić jedną czwartą populacji świata do 2100 r.

Wzrost liczby ludności utrudnia osiągnięcie celów zrównoważonego rozwoju. Trzeba w jeszcze większym stopniu regulować płodność

ONZ ostrzega, że szybki wzrost liczby ludności na świecie – mimo spadku płodności o połowę – utrudnia osiągnięcie celów zrównoważonego rozwoju i należy coś zrobić z problemem wczesnego rodzenia dzieci przez nastolatki, na które ma przypadać 10 procent wszystkich dzieci na świecie.

46 najszybciej zaludniających się krajów należy do grupy najbardziej zubożałych i „najbardziej narażonych na zmiany klimatu”. Jednocześnie rzekomo znacznie przyczyniają się one do negatywnego wpływu ludzi na środowisko. Dlatego ONZ postuluje konieczność regulacji płodności, by zmniejszyć presję ekologiczną i umożliwić rozwój gospodarczy.

Chociaż w raporcie przyznano, że tempo wzrostu światowej populacji zwalnia i w 2020 r. po raz pierwszy od 1950 r. spadło poniżej 1 proc. rocznie, to jednak dwie trzecie przewidywanego wzrostu światowej populacji do 2050 r. będzie napędzane przez dynamikę z przeszłości.

Dlatego też rządy chcące ograniczyć dzietność nie miałyby większego wpływu na tempo wzrostu od teraz do połowy stulecia. Niemniej jednak, zasugerowano że gdyby skumulowany efekt niższej płodności utrzymał się przez kilka dziesięcioleci, może być bardziej znaczącym ograniczeniem globalnego wzrostu populacji w drugiej połowie wieku.

ONZ stwierdza, że „szybki wzrost populacji jest zarówno przyczyną, jak i konsekwencją powolnego postępu w rozwoju. Utrzymująca się wysoka dzietność i szybki wzrost populacji stanowią wyzwania dla osiągnięcia zrównoważonego rozwoju. Na przykład konieczność kształcenia coraz większej liczby dzieci i młodzieży ogranicza środki na rzecz poprawy jakości edukacji. Jednocześnie w miarę osiągania Celów Zrównoważonego Rozwoju (SDGs), szczególnie tych związanych ze zdrowiem, edukacją i gender, prawdopodobnie nastąpi przyspieszenie transformacji w kierunku niższej dzietności w krajach z utrzymującymi się wysokimi wskaźnikami dzietności”.

W wielu państwach w ostatnich dziesięcioleciach płodność znacznie spadła. Obecnie dwie trzecie światowej populacji mieszka na obszarach, w których wskaźnik dzietności jest niższy niż 2,1 urodzeń na kobietę, czyli utrzymuje się na poziomie wymaganym dla „zerowego wzrostu” na dłuższą metę dla populacji o niskiej śmiertelności.

Uporządkowana migracja remedium na ubytek liczby mieszkańców w niektórych państwach

Populacje 61 krajów mają skurczyć się o 1 procent lub więcej w latach 2022–2050 ze względu na utrzymujący się niski poziom płodności, a w niektórych przypadkach podwyższony wskaźnik migracji.

Międzynarodowa migracja oczywiście ma istotny wpływ na trendy demograficzne w niektórych krajach. W ciągu najbliższych kilku dekad migracja będzie jedynym motorem wzrostu liczby ludności w krajach o wysokich dochodach.

ONZ wskazuje, że „wszystkie państwa, niezależnie od tego, czy doświadczają napływów netto, czy odpływów migrantów, powinny podjąć kroki ułatwiające uporządkowaną, bezpieczną, regularną i odpowiedzialną migrację, zgodnie z celem SDG [zrównoważonego rozwoju – przyp. red.] 10.7”.

Raport wskazuje ponadto, że „pandemia COVID-19 wpłynęła na wszystkie trzy elementy zmiany populacji”, to jest globalną średnią długość życia, która spadła do 71 lat w 2021 r., w porównaniu z 72,8 w 2019 r., na obniżoną płodność oraz migracje.

W styczniu 2022 r. Narodowe Biuro Statystyczne Chin podało, że piąty rok z rzędu wskaźnik urodzeń w tym kraju spadł. W 2021 r. urodziło się 10,6 mln dzieci, w porównaniu z 12 mln rok wcześniej. I stało się tak, mimo uchylania przez rząd uciążliwej „polityki jednego dziecka”. Pekin zezwolił od 2021 r. na posiadanie do trojga dzieci.

Jednak wiele Chinek twierdzi, że ​​nie stać je na posiadanie więcej niż jednego dziecka. Populacja Chin może wkrótce zacząć się kurczyć, podobnie jak populacja Japonii.

W Ameryce Łacińskiej i na Karaibach, w Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej, Europie i Ameryce Północnej, Australii i Nowej Zelandii wskaźnik dzietności (TFR) utrzymuje się poniżej poziomu zastępowalności pokoleń (około 2,1 dziecka na kobietę) w 2020 r. Z kolei populacja Afryki Subsaharyjskiej wzrośnie sześciokrotnie w tym stuleciu (wskaźnik TFR wynosi 4,72, w porównaniu z 5,88 dwie dekady temu).

W Nigerii dzieci i młodzież stanowią połowę populacji, podczas gdy na przykład w małych miasteczkach Korei Południowej szkoły podstawowe są zamykane z powodu braku uczniów. Do 2050 roku Etiopia i Demokratyczna Republika Konga (DRK) znajdą się w pierwszej dziesiątce najludniejszych krajów świata, dołączając do Brazylii i Indii. I to te kraje mają najszybciej rozwijać się pod względem ekonomicznym. Sytuacja demograficzna i rozwojowa niektórych państw może jednak ulec zmianie wskutek toczonych wojen.

Aby złagodzić ekonomiczne skutki starzenia się populacji w Europie, czy innych regionach ekonomiści wskazują cztery opcje: podniesienie wieku emerytalnego, obniżenie świadczeń, zmuszenie większej liczby osób do pracy lub zwiększenie imigracji młodych ludzi, by utrzymywali nierentowne systemy emerytalne.

W przypadku Europy „uporządkowana migracja” ma odegrać kluczową rolę. Bez migracji populacja Europy miałaby skurczyć się z około 521 milionów do około 482 milionów do połowy wieku.

Mniej ludzi i mniej zamożnych konsumentów, „by nie wywierać presji na środowisko”.

Sposobem zaś na ograniczenie „presji ludności na zasoby naturalne” jest utrzymanie na dłuższą metę jak najmniejszej liczby zamożnych konsumentów.

Warto zauważyć, że propagatorzy zrównoważonego rozwoju, jak np. prof. Jeffrey Sachs wielokrotnie przy okazji swoich wykładów na temat celów Agendy 2030 wskazywali na rzekomy wielki problem wzrostu liczby ludności w krajach Afryki Subsaharyjskiej. Jednak ludność ta jest bardzo uboga, a jej konsumpcja znikoma w porównaniu chociażby z przeciętnym mieszkańcem Zachodu.

Według raportu Center for Global Development w Waszyngtonie, do końca pierwszego tygodnia stycznia 2022 r. przeciętny mieszkaniec Stanów Zjednoczonych miał przekroczyć roczną emisję dwutlenku węgla równoważną obywatelom w 22 krajach o niskich dochodach. Ale to przede wszystkim od tych ubogich mieszkańców wymaga się stosowania środków kontroli urodzeń.

Od czasu pojawienia się książki „Bomba populacyjna” w 1968 r. autorstwa Paula i Anne Ehrlich antynatalistyczne podejście osób odpowiedzialnych za globalne strategie rozwoju nie zmieniło się. I chociaż mają oni powód do zadowolenia – wszak w ciągu ostatnich 70 lat współczynniki dzietności spadły na całym świecie łącznie o połowę – wciąż przekonują, że jeśli jeszcze bardziej nie ograniczy się płodności, to grozi nam katastrofa.

Dlatego postulują dalsze „wzmacnianie pozycji kobiet” i „zwiększanie kosztów wychowywania dzieci” oraz zapewnienie wszystkim osobom: kobietom i mężczyznom „nowoczesnej antykoncepcji”, która obejmuje aborcję i sterylizację.

Tom Bollyky, dyrektor Globalnego Programu Zdrowia przypomina, że płodność, wielkość populacji w wieku produkcyjnym mają istotne konsekwencje na poziomie krajowym i globalnym. Wpływają na „czynniki napędzające zmiany klimatyczne, wywołują presję na środowisko, produkcję żywności, wszystko, od wielkości siły roboczej, potęgi militarnej, przez wzrost gospodarczy, po rentowność systemów opieki zdrowotnej i opieki społecznej”.

I przez ostatnie 70 lat rozumienie tego, jak demografia będzie kształtować przyszłość, było w dużej mierze napędzane przez prognozy ONZ dotyczące populacji. Niektóre z nich Bollyky zakwestionował jednak, sugerując, że współczynniki dzietności będą znacznie niższe niż prognozy ONZ i spadną znacznie szybciej w Afryce Subsaharyjskiej. To z kolei będzie miało poważne konsekwencje społeczne i ekonomiczne dla całego świata.

Demografia, istotny czynnik geopolityki

Z kolei prof. Chris Murray, dyrektor Institute for Health Metrics and Evaluation na Uniwersytecie w Waszyngtonie twierdzi, że wykształcenie kobiet i dostęp do usług w zakresie „zdrowia reprodukcyjnego” (aborcja, sterylizacja, antykoncepcja) wyjaśniają większość wszystkich wzorców płodności. Kombinacja tych dwóch składników de facto ma daleko idące konsekwencje w postaci szybszego starzenia się społeczeństwa, konieczności zapewnienia opieki nad osobami starszymi i mniejszej podstawy opodatkowania. W tej sytuacji nie jest możliwe podtrzymanie wzrostu gospodarczego. Nowe pokolenie ekonomistów ze Stanforda pisze o tym; że „młodsi ludzie są często motorem innowacji”, bo kupują dobra konsumpcyjne trwałego użytku, pożyczają pieniądze i zwiększają wydatki konsumenckie, a starsi w większości stanowią problem.

Profesor dodaje, że populacja ma kolosalne znaczenie jako czynnik geopolityczny. Przykładowo, biorąc pod uwagę transformację taką jak w Chinach, gdzie populacja osób w wieku produkcyjnym spadnie o 50 procent lub więcej w tym stuleciu, wzrost gospodarczy musi wyhamować, co z kolei odbije się na zmianie w rankingu największych gospodarek świata. – Chiny osiągnęły lub są blisko osiągnięcia szczytu pod względem potęgi geopolitycznej i te siły demograficzne mogą naprawdę prowadzić do spadku. A kraj taki jak Nigeria może bardzo poprawić swoją pozycję geopolityczną w ciągu tego stulecia – wskazuje.

Zdaniem profesora, tak naprawdę od zmian demograficznych, zwłaszcza od spadku liczby ludności w poszczególnych krajach, zależy to, jak będzie wyglądał świat i z jakimi wyzwaniami będzie się mierzył.

Wielki problem będą mieć: Rosja, państwa w Azji Środkowej, Europie Wschodniej, dla których kwestie demograficzne są kwestiami bezpieczeństwa. Chcąc uchronić się przed negatywnymi skutkami geopolitycznymi, niektóre kraje np. Japonia czy Singapur stawiają na zachęty dla kobiet, by chciały rodzić więcej dzieci. Inne wybierają migrację np. Australia, Nowa Zelandia, Kanada, USA.

Jeszcze inne kraje wywierają ogromną presję na kobiety, by rodziły więcej dzieci, ograniczając ich dostęp do „niektórych usług w zakresie zdrowia reprodukcyjnego”. W ocenie prof. Murraya, ta ostatnia opcja jest wielce niebezpieczna, bo stanowi zagrożenie dla „praw reprodukcyjnych” kobiet.

Zmiany demograficzne jednym z pięciu megatrendów kształtujących przyszłość

Dr Natalia Kanem z UNFPA zaznaczyła niedawno, że „Sekretarz Generalny ONZ, Antonio Guterres zidentyfikował zmiany demograficzne wraz ze zmianami klimatycznymi i innymi rzeczami, jako jeden z pięciu megatrendów, które będą kształtować wspólną przyszłość”.

Podkreśliła, że celem ONZ jest oczywiście „promowanie pokoju i zrównoważonego rozwoju, zwłaszcza poprzez usługi reprodukcyjne i seksualne”. Organizacja Narodów Zjednoczonych jest wręcz zdeterminowana, aby nie zmieniać strategii dotyczącej ograniczenia liczby ludności na świecie, chociaż niskie współczynniki dzietności zapoczątkowały łańcuch wydarzeń gospodarczych. Mniejsza liczba młodych ludzi prowadzi do mniejszej siły roboczej, co odbija się na wpływach z podatków, emerytur i składek na opiekę zdrowotną. Gospodarka z niedoborem siły roboczej doświadcza wyższych kosztów pracy, jest mniej wydajna. W rezultacie w danym kraju spada standard życia.

W 2016 r. czyli rok po przyjęciu Agendy 2030, Guy J. Abel, Bilal Barakat, Samir KC oraz Wolfgang Lutz w artykule naukowym: Meeting the Sustainable Development Goals leads to lower world population growth pisali, że „osiągnięcie celów zrównoważonego rozwoju prowadzi do niższego wzrostu liczby ludności na świecie”.

„Przyszłość wzrostu liczby ludności na świecie ma znaczenie dla przyszłego dobrobytu ludzi i interakcji ze środowiskiem naturalnym. Pokazujemy, w jakim stopniu wzrost liczby ludności na świecie można ograniczyć poprzez pełne wdrożenie celów zrównoważonego rozwoju (SDG), których cele zdrowotne i edukacyjne mają bezpośrednie i pośrednie konsekwencje dla przyszłych trendów umieralności i płodności” – czytamy.

Autorzy szczegółowo odnieśli się oni do konkretnych celów i zadań zapisanych w programie Agendy 2030, których wdrażanie jest monitorowane za pośrednictwem specjalnych wskaźników.

Prognozowali, że „w oparciu o wielowymiarowy model dynamiki populacji” dzięki wdrożeniu konkretnych celów uda się osiągnąć wielkość populacji między 8,2 a 8,7 miliarda w 2100 roku.

„Niektóre z tych celów, jeśli zostaną faktycznie zrealizowane, w szczególności w dziedzinie zdrowia reprodukcyjnego i edukacji kobiet, będą miały silny bezpośredni i pośredni wpływ na przyszłe trendy populacji, głównie w kierunku jej niższego wzrostu” – zaznaczyli.

Agenda 2030 na rzecz zrównoważonego rozwoju, zatwierdzona przez Zgromadzenie Ogólne ONZ w obecności większości głów państw we wrześniu 2015 r., obejmuje 17 celów i 169 zadań szczegółowych. „W przeciwieństwie do poprzednich Milenijnych Celów Rozwoju (MCR), które zostały ustalone w 2000 r. wraz z docelowym rokiem 2015, SDG odnoszą się nie tylko do krajów rozwijających się, ale zamiast tego do wszystkich krajów na świecie i obejmują wymiar środowiskowy oprócz wymiaru społecznego oraz gospodarczego (…) Trendy demograficzne nie są wyraźnie wymienione w SDGs, ale kilka z celów SDGs jest bezpośrednio lub pośrednio związanych z przyszłymi trendami demograficznymi. Cele SDG dotyczące śmiertelności dzieci, śmiertelności matek, przyczyn zgonów i zdrowia reprodukcyjnego można przełożyć mniej lub bardziej bezpośrednio na przyszłą śmiertelność i ścieżki płodności” – wskazano.

Autorzy opracowania zaznaczyli, że „główną ideą jest to, że wdrożenie SDGs pomoże przyspieszyć proces transformacji demograficznej, który w innym wypadku przebiegałby wolniej”. Po 2030 r. rozwój populacji miałby przebiegać w bardziej uporządkowany sposób.

Prezentując dane najnowszego raportu ONZ dotyczącego prognoz ludnościowych Sekretarz Generalny ONZ Antonio Guterres apelował dość enigmatycznie, by zastanowić się w kontekście „naszej wspólnej odpowiedzialności za planetę” (…), „gdzie wciąż nie wywiązujemy się z naszych zobowiązań”.

Sekretarz nawiązał do kwestii koncentracji w przyszłych dziesięcioleciach ponad połowy światowej populacji w ośmiu krajach: Demokratycznej Republice Konga, Egipcie, Etiopii, Indiach, Nigerii, Pakistanie, Filipinach i Tanzanii.

ONZ długo nie zmieni sposobu postrzegania globalnej populacji. Zrobią to jednak niektóre państwa, borykające się z problemem szybko starzejących się społeczeństw i zabiegające o utrzymanie globalnej pozycji. W najbliższych dziesięcioleciach czynnik demograficzny odegra bardzo ważną rolę w gospodarce światowej i w kwestii bezpieczeństwa.

Agnieszka Stelmach

Opętanie Ojca Surin. Jansenizm: Konwulsjoniści z cmentarza św. Medarda.

Opętanie Ojca Surin

Andrzej Sarwa UDRĘCZENI PRZEZ DEMONY; opowieści o szatańskim zniewoleniu

Jan Józef Surin S.J., urodził się w roku 1600 w Bordeaux. W roku 1616 wstąpił do zakonu jezuitów, gdzie ukończył studia teologiczne. Następnie, w roku 1628, został wyświęcony na kapłana. 17 grudnia 1634 roku, w kilka miesięcy po wykonaniu wyroku śmierci na księdzu Grandier (a zatem - nie był zamieszany w sprawę tego występnego duchownego!), skierowano go do egzorcyzmowania opętanych urszulanek w Loudun. Z powierzonego mu zadania wywiązał się nadzwyczaj sumiennie. Widząc jednak, iż jego wysiłki nie przynoszą spodziewanego rezultatu, po kilku miesiącach bezowocnych prób uwolnienia opętanych spod władzy demonów, ofiarował się Bogu jako ofiara zastępcza owego opętania, prosząc by demony opuściły ciała zakonnic, a weszły w niego. Jego prośby zostały wysłuchane i tak też się stało.
Ojciec Surin był przekonany, że jego ciało i wyobraźnia podlegają jakiejś obcej woli. Stan opętania świątobliwego kapłana utrzymywał się nieustannie od tego czasu do roku 1658, a więc przez ponad dwadzieścia lat.
Przez pewien okres - uznany przez władze zakonne za umysłowo chorego - przebywał w odosobnieniu. W tym też właśnie czasie powstały jego głębokie dzieła ascetyczne, które są najlepszym dowodem na to, iż Ojciec Surin był całkowicie zdrowy psychicznie i że stan, któremu podlegał był rzeczywistym, a nie urojonym opętaniem (poseją). Dopiero na trzy lata przed śmiercią został uwolniony spod władzy demonów. Potworne udręczenie ustąpiło miejsca niewyobrażalnej wprost radości. Umarł w Bordeaux 22. kwietnia 1665 roku. Napisał wiele dzieł i rozpraw, w tym i na temat opętania w Loudun. Nas interesować będzie, jak sam określał swój stan i co odczuwał, znajdując się we władaniu demonów. (Encyklopedia Kościelna... przez X. Michała Nowodworskiego, Warszawa 1904, t. XXVII, s. 147.).
A oto słowa Ojca Surin:
''Zdawało się, że cała moja istota, wszystkie władze mojej duszy i członki ciała, z niewypowiedzianą gwałtownością wydzierały się ku Panu Bogu mojemu, którego uznawałem jako najwyższe moje szczęście, jako dobro nieskończone, jako jedyny przedmiot mojego istnienia. Ale jednocześnie czułem, że jakaś siła, mimo mojego oporu, gwałtem mnie odrywa i trzyma z dala od Niego tak dalece, iż stworzony na to, aby żyć, widziałem się i czułem pozbawiony Tego, który jest Żywotem; stworzony dla prawdy i światła, widziałem się stanowczo odpychanym od światłości i prawdy. Stworzony dla miłości, byłem bez miłości i odepchnięty od niej. Stworzony dla dobra, byłem pogrążony w otchłani zła. Trwogę, rozpacz, która przenikała mnie w tym niewymownym ścisku serca, mógłbym chyba przyrównać do stanu lecącej strzały, z wielką mocą wypuszczonej ku pewnemu celowi, a nieustannie od niego odpychanej nieprzepartą siłą: koniecznie dążyć musi naprzód, a ciągle coś ją odpycha wstecz.'' (Ks. L.G. de Ségur: Piekło..., s. 32.).

Konwulsjoniści z cmentarza św. Medarda

Przypadki, bądź to sporadycznych, bądź epidemicznie występujących, konwulsji, wywoływanych albo przyczynami naturalnymi, albo pozanaturalnymi o charakterze szatańskim, są odnotowywane od najgłębszego średniowiecza poczynając.
Najgłośniejsze z konwulsji są te, związane z jansenizmem, kultem diakona Parisa i cmentarzem św. Medarda w Paryżu.
Na wstępie kilka słów wyjaśnienia. Oto w XVII wieku powstała błędna nauka o łasce Bożej, która zyskała licznych zwolenników zwanych - od nazwiska autora heretyckiego dzieła - jansenistami. Przeciw jansenistom i ich błędom ostro wystąpił Rzym, ostatecznie potępiając ich bullą papieską Unigenitus (z 8.09.1713 r.).
Janseniści wszakże nie dali za wygraną i postanowili apelować od decyzji papieża do przyszłego Soboru Powszechnego. Jednocześnie wciąż szerzyli swoją naukę, którą w pewnym okresie wsparli rzekomymi cudami, które jakoby się miały dziać - jako potwierdzenie z nieba - tego czego uczyli.
Tak więc, czego nie mogli dokonać przy użyciu innych środków, postanowili przeprowadzić za pomocą rzekomych cudów zmarłego w Paryżu w roku 1726 diakona Franciszka de Paris, który swoim pełnym umartwień i prowadzeniem działalności dobroczynnej życiem zyskał duży rozgłos w stolicy Francji. Rozpuszczono wieści, że przy grobie owego diakona, pogrzebanego na cmentarzu św. Medarda, dochodzi do licznych cudownych uzdrowień. Sprawiło to, że na grób de Parisa wyruszyły tysiące pielgrzymów.
Zaczęto wówczas, wobec licznych świadków, dochodzić do zachwytów i ekstaz, objawiających się straszliwymi konwulsjami i wykręcaniem członków ciała. 
Na wieść o tym król Ludwik XV zakazał wstępu na rzeczony cmentarz. Wtedy czciciele zmarłego diakona, ze swymi praktykami przenieśli się do prywatnych domów, gdzie grób ''świętego'' zastępowała przyniesiona z niego garść ziemi.
Nie ma absolutnie żadnych podstaw i możliwości, by zaprzeczyć realności konwulsji, ponieważ ich świadkami było tysiące ludzi i to zarówno jansenistów (zwolenników konwulsjonizmu), jak i katolików (upatrujących w konwulsjoniźmie działań diabelskich). Ludzie ci mogli doskonale kontrolować się nawzajem. Tedy - bezwzględnie wykluczyć trzeba oszustwo.
Franciszek de Paris był diakonem, wyznawcą jansenizmu, który należał do stronnictwa apelantów (odwołujących się od bulli Unigenitus do Soboru Powszechnego). Żył, srodze umartwiając swe ciało, i słynąc z dobroczynności. Umierając oświadczył, że umiera jako jansenista. W glorii sławy świętego, przez swoich współwyznawców, został 1 maja 1727 roku pochowany na wspomnianym cmentarzu św. Medarda w Paryżu. 
O rzekomych cudach, których komisja kościelna nie uznała za prawdziwe, już wspomniałem wcześniej.
W lipcu 1731 roku zdarzył się pierwszy wypadek konwulsji na grobie ''świętego'' u niejakiej Amalii Pivert. W sierpniu podlega jej pewna głuchoniema kobieta z Wersalu, oraz ksiądz Bescherrant.
Z czasem konwulsje tak się rozpowszechniają, że ulegają im tysiące ludzi. Konwulsje owe są przyczyną wielkich cierpień tych, którzy im ulegli.
Konwulsjonistom się zdaje, że przynosi im ulgę, gdy się ich... bije po żołądkach, ściska ciała i traktuje kopniakami. Zadanie tegoż ''przynoszenia ulgi'' przypadło ludziom nazwanym wspomożycielami. Wspomożyciele owi, zwykle mężczyźni, bili swe ofiary pięścią, niekiedy po dwunastu kładli się na desce, gniotącej ciało konwulsjonisty. Później z tego zwykłego wspomagania, wynikł drugi jego rodzaj - wspomaganie zabójcze, dokonywane poprzez uderzanie ofiary sztabą żelaza lub drągiem drewnianym.
Władza - zarówno świecka, jak i duchowna (z wyjątkiem biskupów sprzyjających jansenizmowi) - rozpoczęła ostrą walkę z konwulsjonistami, zabraniając im występowania publicznie.
Mimo to, zjawisko nie tylko, że nie ustępuje, ale nawet się wzmaga. Zgromadzeni po prywatnych domach janseniści doświadczają konwulsji, popadają w ekstazy, przemawiają nieznanymi językami, prorokują. Mimo fizycznego znęcania się przez ''wspomożycieli'' nad ich ciałami, nie doznają najmniejszych nawet urazów! Na ciałach niektórych pojawiają się stygmaty Męki Jezusa i zjawisko konania. Ta epidemia trwa aż do wybuchu Rewolucji Francuskiej w 1789 roku. Potem o niej już nie słychać.
Co sądzić o tych dziwnych wydarzeniach?
Wykluczając oszustwo (bo było niemożliwe na tak wielką skalę) musimy przypuścić, że konwulsje na cmentarzu św. Medarda, z towarzyszącymi im zwykle objawami, miały w istocie początek pozanaturalny. Nie możemy jednak przypisać ich pochodzenia ani działaniu Boga, ani dobrych aniołów, a jedynie szatana, bowiem w samych konwulsjach, w postępowaniu konwulsjonistów ich przemowach daje się zauważyć cechy diabelskie. 
Np. niejaki brat Augustyn, kładł się na stole i twierdząc, że jest ''Barankiem bez zmazy'' kazał sobie oddawać cześć boską. Inny z konwulsjonistów, ks. Vaillant, ogłosił się wcieleniem proroka Eliasza. Ba! dzięki działalności ''braci wspomagających'' dwanaście dziewcząt konwulsjonistek zaszło w ciążę, a prorocy konwulsjoniści w swych przemowach namawiali matki, by te same oddawały im córki, bo to podoba się Bogu.
Dalej. Cóż może mieć wspólnego z dziełem bożym (jak o konwulsjonizmie mówili janseniści) tzw. wielkie wspomaganie, zwłaszcza wspomaganie zabójcze? Niesłychanie brutalne katowanie ludzi znajdujących się w transie? Do okrucieństwa dodajmy rozpacz (nieomylny znak działania Szatana!). Widziano jak jedna z konwulsjonistek, rozorawszy sobie twarz paznokciami, usiłowała popełnić samobójstwo. W czasie zaś przemów i obrzędów konwulsjonistycznych dopuszczano się wielu bluźnierstw i świętokradztw.
Np. jedna z kobiet konwulsjonistek odprawiała mszę, do której służyli jej księża. Inna także odprawiała mszę, z godnością i powagą, w nikomu nieznanym języku. Jeszcze inna także odprawiała mszę, ale na leżąco, wijąc się i rzucając w sposób nieprzyzwoity tak, że musiano przytrzymywać jej ubranie, aby nie zostały odsłonięte intymne części ciała.
Co się tyczy pozanaturalnych objawów konwulsjonizmu, to słuszna jest ocena jednego z teologów, że są one przejawem działania Szatana. Dowody? Wdowa Thévenet wznosiła się od czasu do czasu na siedem lub osiem stóp nad ziemię, aż do sufitu. A unosząc się pociągała za sobą na trzy stopy od ziemi dwie inne osoby, które całym swoim ciężarem wisiały u jej nóg. Wypadek jeszcze bardziej dziwny - podczas gdy wspomniana wdowa podnosiła głowę do góry, jej spódnice i bielizna zwijały się jakby własną siłą ponad jej głową. 
Istotnym będzie zaznaczenie faktu, iż konwulsje wybuchały właśnie w chwili, kiedy dana osoba dotykała grobu diakona Parisa, a bezzwłocznie ustępowały, skoro ją tylko od grobu odsuwano. 
Nadzwyczajność bywała jeszcze bardziej widoczna, kiedy relikwie rzekomego świętego przykładano do ciał dzieci, lub dorosłych którzy nie byli tego świadomi, albo pogrążeni w głębokim śnie, a natychmiast po owym przyłożeniu relikwii następowały gwałtowne konwulsje. W momencie, gdy relikwie usuwano, natychmiast konwulsje ustawały.
Niezliczone są jeszcze bardzo okrutne doświadczenia, którym poddano dziewczęta konwulsjonistki. Niejaką Nisettę bito w głowę drągiem drewnianym. Czterech mężczyzn waliło z całej mocy pięściami w głowę Małgorzatę-Katarzynę Turpin. Tęż samą bito w twarz, plecy, boki i brzuch kawałem drewna tak grubym, że z trudem można było unieść oburącz. Takich ciosów zadawano jej nieraz aż do dwóch tysięcy (!). I tu rzecz znamienna: uderzenia owe nigdy nie pozostawiały najmniejszego nawet śladu zranienia!!! (Słownik apologetyczny..., t. II, s. 305 – 316.).
Opisane powyżej zdarzenia, jako dziejące się niezbyt dawno, i to w obecności tysięcy świadków, nie dadzą się skwitować pogardliwym wzruszeniem ramion i ''naukowym'' stwierdzeniem: zabobon.
=====================

UDRĘCZENI PRZEZ DEMONY

opowieści o szatańskim zniewoleniu

z różnych autorów zebrał, ale i własnym piórem opisał i do druku podał

Andrzej Sarwa

* * *

Książka niniejsza jest dostępna w wersjach papierowej:

wydawnictwo.armoryka@armoryka.pl

Wydawnictwo Armoryka Marta Elżbieta Sarwa

w postaci e-booka:

https://virtualo.pl/ebook/udreczeni-przez-demony-opowiesci-o-szatanskim-zniewoleniu-i5686/

i audiobooka:

https://virtualo.pl/audiobook/udreczeni-przez-demony-opowiesci-o-szatanskim-zniewoleniu-i795/
	

To Putin destabilizuje Polskę…

Putin destabilizuje Polskę

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  •  15 listopada 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5283

Na Ukrainie Putinowi idzie, jak z kamienia, a szczerze mówiąc – nie idzie mu wcale, z czego szef ukraińskiej razwiedki wnioskuje, a nasze niezależne media posłusznie powtarzają, że nie doczeka on końca wojny. Wszystko to być może, zwłaszcza gdy wojna przeciągnie się na lata – tylko czy z Ukrainy jeszcze coś wtedy zostanie?

Jak widzimy, wszystko ma swoje plusy dodatnie i ujemne, bo jakże tu się nie cieszyć, że Putin nie doczeka końca wojny, ale z drugiej strony… Najwyraźniej takie myśli muszą docierać również do głowy pana ministra Błaszczaka, który właśnie ogłosił kolejne strategiczne posunięcie – że mianowicie postawi płot wzdłuż granicy z Obwodem Królewieckim. Ale i ten pomysł, chociaż oczywiście znakomity, ma swoją ciemną stronę. Chodzi o to, że – jak donoszą wojskowi specjaliści – Obwód Królewiecki praktycznie został pozbawiony wojska, a to, które tam jest, to niedobitki wylizujące rany zadane im na Ukrainie. W tej sytuacji nasza niezwyciężona armia mogłaby zająć ten Obwód z marszu, co z pewnością przyczyniłoby się do dalszego pognębienia Putina. Czy jednak postawienie płotu na granicy nie utrudni marszu na Kaliningrad? Co na to pan generał Skrzypczak, albo pan generał Polko, którzy sprawy wojskowe mają w małych paluszkach? Pan minister Błaszczak jest cywilem, a cywile – wiadomo: często popadają w uniesienie, podczas gdy generałowie w nic takiego nie popadają, a jeżeli już – to w tak zwany „szał bojowy”.

Czy jednak szał bojowy właściwy jest tylko osobom wojskowym? Przecież pan minister Błaszczak, chociaż cywil, od pewnego czasu sprawia wrażenie, jakby też pozostawał pod wpływem szału bojowego. Przyjmuje to postać zakupów broni, co jest oczywiście korzystne, chociaż z drugiej strony rodzi pytania, skąd nasz nieszczęśliwy kraj weźmie na to pieniądze? Zgodnie z ustawą o obronie Ojczyzny mają się one brać ze sprzedaży obligacji emitowanych przez Bank Gospodarstwa Krajowego. Żeby jednak były one kupowane przez lichwiarską międzynarodówkę, muszą być coraz wyżej oprocentowane; 9 procent i więcej, bo przecież nikt w tej sprawie nie powiedział ostatniego słowa. Z pozoru wydawałoby się to trochę ryzykowne, zwłaszcza gdy sobie pomyślimy, że te obligacje trzeba będzie wykupić i zapłacić te procenty, ale w tym bojowym szale jest metoda.

Rzecz w tym, że takiego zadłużonego kraju nikomu nie opłaci się najeżdżać ani okupować, bo czyż wtedy lichwiarska międzynarodówka nie skierowałaby swoich roszczeń do okupanta? Skoro my to wiemy, to tym bardziej musi to wiedzieć zimny ruski czekista Putin, więc z bezsilnej złości obgryza palce, od czego może mu się tam wdać gangrena, no a wtedy informacje szefa ukraińskiej razwiedki mogą okazać się prorocze.

Toteż Putin już nie zajmuje jakichś nowych ukraińskich terytoriów, tylko bombardiruje Ukrainę balistycznymi kartaczami, tym razem nie celując już specjalnie w przedszkola i żłobki, tylko w infrastrukturę energetyczną, a powiadają, że wkrótce również w kolejową. Ponieważ NATO jest zdeterminowane osłabiać Rosję do ostatniego Ukraińca, to w tym szaleństwie Putina też może być metoda. Gdyby tak okupował Ukrainę, to on musiałby ją odbudowywać z gruzów, a jeśli przezornie się przed okupacją powstrzyma, to nie ma rady; Ukrainę będą musiały podnosić z gruzów państwa NATO, co z pewnością ekonomicznie je wycieńczy i w ten sposób Rosja będzie mogła przywrócić stan chwiejnej równowagi. Nie ma co, nieźle to sobie zimny ruski czekista wykombinował i chyba zaczyna sobie to uświadamiać nawet pan premier Morawiecki, bo pojawiły się fałszywe pogłoski, że ukraińscy uchodźcy przestaną dostawać socjal, tylko będą musieli na siebie zarabiać.

Ale na tym nie koniec chytrości zimnego ruskiego czekisty. Chociaż na Ukrainie idzie mu jak z kamienia, to uknuty przezeń plan destabilizacji Polski rozwija się w tempie zaiste stachanowskim. Jak wiadomo, w Sejmie aż się roi od ruskich agentów, których zainstalował tam Putin, kupując od pana Marka Falenty materiały z afery podsłuchowej. Tak w każdym razie uważał pan generał Dukaczewski, który, jako szef starych kiejkutów, coś tam przecież musi wiedzieć. Ale pan generał Dukaczewski tak uważał, bo „mały świadek koronny” powiedział, iż pan Falenta materiały podsłuchowe sprzedał. Tymczasem pan Falenta właśnie „przerwał milczenie”, oznajmiając, że on nic nikomu nie sprzedawał, a wspomniane materiały pozyskał, korzystając z pomocy pierwszorzędnych fachowców z ABW i że stało się to za wiedzą i zgodą Naczelnika Państwa, a nawet pana Andrzeja Dudy, który potem został prezydentem naszego bantustanu.

Zawsze coś takiego podejrzewałem, ale naiwnie myślałem, że pierwszorzędnych fachowców nasłali Amerykanie. Tymczasem po co mieliby to robić w sytuacji, gdy zgodnie z moją ulubioną teorią spiskową, CIA ma w Polsce na swoje usługi bezpieczniaków, którzy się do niej przewerbowali jeszcze w ramach transformacji ustrojowej w zamian za gwarancje zachowania pozycji społecznej w nowych warunkach ustrojowych i zachowania wszystkiego, co sobie jeszcze za komuny, a i potem też, nakradli? Zatem powoli zbliżamy się do wyjaśnienia mechanizmu podmianki na pozycji lidera politycznej sceny w roku 2015, natomiast największymi smakowitościami, prawdziwym mięchem, będziemy mogli delektować się już wkrótce. Właśnie pan premier Morawiecki oznajmił, że w ciągu dwóch tygodni ma być gotowa ustawa w sprawie sejmowej komisji śledczej. Tymczasem pan Falenta, indagowany przez ciekawskich oświadczył, że wyjaśnienie sprawy 600 tys. euro łapówki, o której wzięcie „mały świadek koronny” posądził pana Michała Tuska, zachowuje sobie właśnie na komisję śledczą.

Co tu ukrywać; kampania do przyszłorocznych wyborów może rozpocząć się jeszcze przed Bożym Narodzeniem, a chociaż będziemy oszczędzać energię elektryczną i w ogóle, to czyż nie rozgrzeje nas to wszystko, czego się przy tej okazji nasłuchamy? A destabilizacja będzie w związku z tym postępować, aż miło tym bardziej, że nawet w obozie „dobrej zmiany” właśnie obserwujemy zwiastuny nadchodzącej burzy. Oto pan premier Morawiecki, najwyraźniej zniecierpliwiony sypaniem mu piasku w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów przez pana ministra Ziobrę, postanowił napuścić na niego pana Mariana Banasia, który w nieukrywaną przyjemnością odsłoni wszystkie wstydliwe zakątki Funduszu Sprawiedliwości. Jak wy mi tak, to ja wam tak – ale przecież pan minister Ziobro, chociaż może tak wygląda, to też nie jest dzieckiem i w odwecie może pana premiera Morawieckiego też przyprawić o bóle głowy, bo – jak powiada zimny ruski czekista Putin, co to właśnie destabilizuje Polskę – nikt nie jest bez grzechu wobec Boga, ani bez winy wobec cara.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Walka o JOWy była ostatnią (a może jedyną), podjętą po transformacji ustrojowej, próbą wyłaniania patriotycznej elity politycznej.

POCHWAŁA LOGIKI

W 10. rocznicę śmierci śp. Jerzego Przystawy.

Walka o JOWy była ostatnią (a może jedyną), podjętą po transformacji ustrojowej próbą stworzenia mechanizmu wyłaniania patriotycznej elity politycznej, kierującej się interesem państwa i dobrem wspólnym jego obywateli.

Tomasz MIANOWICZ 3 listopada 2022 r.

Mirek Dakowski i Staszek Sauć przywieźli z Bonn miłe informacje o Panu, m.in. o tym, że wyrażał Pan chęć nawiązania ze mną kontaktu. Bardzo mnie ta wiadomość ucieszyła, gdyż znając z Kultury Pańską publicystykę miałem cichą nadzieję, że może istotnie uda nam się kiedyś spotkać i połączyć nasze skromne siły”.

Tak zaczynał się pierwszy list Jerzego Przystawy do mnie, datowany „2.10.92”. Owszem, wyrażona w liście nadzieja spełniła się. Odwiedził mnie w Monachium, w towarzystwie Krystyny Chmieleńskiej, mniej więcej rok później. Trudności w kontaktach osobistych były m.in. wynikiem faktu, że nie akceptując sytuacji powstałej na skutek ustaleń z „Magdalenki” i umów „okrągłostołowych”, do 1996 roku utrzymywałem status uchodźcy politycznego. Posługiwałem się titre de voyage, wydanym w oparciu o Konwencję Genewską, który ważny był na wszystkie kraje świata, z wyjątkiem Polski.

Nietaktem byłoby jednak zajmowanie się tutaj samym sobą. Również pisząc o Jurku, będę się starał uniknąć wątków, którymi zajmowały się już osoby bardziej ode mnie kompetentne i których głos ma większą wagę od mego.

We wspomnianym liście autor pisał, że przyszły kształt stosunków polsko-niemieckich uważa za podstawowy dla naszej narodowej egzystencji i w związku z tym założył we Wrocławiu Stowarzyszenie Inicjatyw Polsko-Niemieckich. W jednym z kolejnych listów podkreślał, że szuka kontaktów poza establishmentem (niemieckim). A to niespodzianka! – pomyślałem. Fizyk z Polski, nieznający – jak sam pisał – ani Niemiec, ani języka niemieckiego – szuka kontaktów, aby sprawy stosunków z naszym zachodnim sąsiadem nie pozostały „w rękach facetów, którzy na tę kwestię patrzą przez pryzmat interesów indywidualnych bądź grupowych”. Przez dziesięciolecia zachowaniem Polaków wobec Niemiec – także na emigracji, czyli w Wolnym Świecie – rządził „kompleks niemiecki” (by użyć określenia, jakim posłużył się Józef Mackiewicz w „Zwycięstwie prowokacji”). Kontaktów z konserwatywnymi siłami politycznymi w RFN unikano niczym diabeł święconej wody. Jeszcze w latach 1980-tych, gdy w Niemczech uczestniczyłem w spotkaniach lub konferencjach o jednoznacznie antykomunistycznym i antysowieckim charakterze, byłem z reguły ich jedynym polskim uczestnikiem. Lewica imprez tego typu nie organizowała, zaś zdecydowana większość niemieckich intelektualistów co najmniej sympatyzowała z zaangażowaną w Ostpolitik SPD, o ile nie była członkami tej partii, zaś „zieloni” byli wyraźnie zainfekowani marksizmem.

Nie trzeba było zatem przekonywać mnie do SIPN; starałem się z Monachium wesprzeć Stowarzyszenie. Ostrzegałem jednak równocześnie jego twórcę, że niemiecki establishment polityczny nie będzie zainteresowany współpracą z grupami czy strukturami niezależnymi, nawet jeśli proponują one dyskusję na tematy podstawowe dla stosunków między obu państwami i społeczeństwami. Niemcy już wówczas wybierali polskich partnerów według własnych interesów politycznych. „Obraz polski w RFN tworzą głównie pp. Bartoszewski i Szczypiorski” – pisałem – (mogłem był dorzucić jeszcze 2 lub trzy nazwiska osób o poglądach zbliżonych do obu wymienionych prominentów, ale nie więcej); to oni są obecni w najbardziej prestiżowych mediach, utrzymują kontakty z niemiecką elitą kulturalną, są bywalcami salonów politycznych w Berlinie i – co również nie bez znaczenia – często mogą się cieszyć z różnych nagród i apanaży. Okazało się jednak, że moje ostrzeżenia były zbyteczne. Konsulat RFN we Wrocławiu traktował SIPN z „ostentacyjnym lekceważeniem” – pisał Przystawa.

W 1993 roku związana z SPD Fundacja Friedricha Eberta zobowiązała się do sponsorowania organizowanej przez SIPN w Książu konferencji, poświęconej problemom ekologicznym. Przygotowania trwały już pół roku, gdy fundacja nagle – trzy tygodnie przed rozpoczęciem konferencji! – poinformowała organizatorów, że wycofuje się ze sponsorowania imprezy. Ta wiadomość nie oburzyła mnie tylko dlatego, że po 10 latach pobytu w Niemczech znałem już podobne sytuacje: niepodziewane wycofanie obiecanych funduszów, wstrzymanie publikacji przyjętego już do druku materiału, ba, zdarzały się przypadki zablokowania nominacji profesorskich (najczęściej na wydziałach historycznych), gdy nagle okazywało się, że kandydat w jakimś wcześniejszym artykule naruszył zasadę ideologicznej poprawności.

Takie były początki.

Berlin już od lat 1990-tych tworzył w Polsce swoich „partnerów” i dysponuje obecnie potężnym ugrupowaniem, gotowym przejąć „ster rządów”. Jak sądzę, nastąpi to prędzej czy później; prędzej – jeśli Niemcy zdecydują się zastąpić Tuska bardziej popularnym kandydatem, np. Trzaskowskim. Prezydent Warszawy był w tym roku gościem Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium, a to o czymś świadczy.

Pomiędzy początkiem lat 1990-tych a chwilą obecną miało miejsce jeszcze jedno wydarzenie, istotne dla periodyzacji najnowszej historii politycznej, lecz ważne również w kontekście mojej współpracy z Jerzym Przystawą. Otóż w Roku Pańskim 2000 Unia Europejska obłożyła sankcjami Austrię, ponieważ utworzony tam w wyniku demokratycznych wyborów rząd z udziałem Freiheitliche Partei Österreich FPÖ (czyli Wolnościowej Partii Austrii) nie odpowiadał ideologicznym preferencjom Berlina-Brukseli. Sankcje wprowadzono z naruszeniem tzw. „prawa europejskiego”, ale dla niniejszych uwag jest to sprawa drugorzędna.

Ważniejszy jest fakt, że ta decyzja zapoczątkowała nowy etap niemieckiej polityki: współdecydowania o tym, które siły polityczne mogę wchodzić do rządów w państwach członkowskich UE (ten wątek powinien nas obecnie żywo interesować).

Szwajcarskie Stowarzyszenie Mut zur Ethik (Mut – to po niemiecku odwaga, zaś słowa Ethik tłumaczyć nie trzeba) zareagowało na ogłoszenie sankcji przeciwko Austrii zwołaniem dwóch niejako ponadplanowych konferencji, poświęconych temu zagadnieniu. Współorganizatorem były francuskie Les états généraux de la souveraineténationale, a wśród referentów – ich przewodniczący profesor Jean-Paul Bled, którego niedługo potem przeniesiono z paryskiej Sorbony na prowincjonalny uniwersytet w Strasburgu. Oprócz niego m.in. Władimir Bukowski – mówił o sowietyzacji Unii Europejskiej, niemiecki prawnik profesor Karl-Albrecht Schachtschneider o erozji demokracji i praw podstawowych w UE, zaś francuski historyk Christophe Réveillard o mniej znanych aspektach działalności Jeana Monneta, jako rzekomego „ojca” integracji europejskiej. Referat wygłosił również Karmenu Mifsud Bonnici – były socjaldemokratyczny premier Malty, która długo opierała się włączeniu do UE i dzięki temu uzyskała najwięcej derogacji w zakresie przymusu stosowania prawa unijnego. Miałem okazję przedstawić kilka uwag dotyczących dezinformacji, rozpowszechnianej przez media w związku z sytuacją w Austrii, ale na tym „polski udział” w konferencji się skończył.

Ze stowarzyszeniem współpracowałem już od kilku lat. Jego siedzibą był Zurych, a działaczami – oprócz Szwajcarów – Niemcy (po części emigranci, którzy opuścili RFN z powodu systematycznego ograniczania wolności obywatelskich i ideologicznej presji, wywieranej na nauczycieli, naukowców czy też niezależnych dziennikarzy) i Austriacy. Mut zur Ethik było organizacją o profilu konserwatywnym, występując w obronie suwerenności narodowej, prawa międzynarodowego, wolności słowa a przeciwko eutanazji, ułatwianiu dostępu do narkotyków, liberalizacji przepisów zezwalających na spędzanie płodu. Po roku 2000 stowarzyszenie otworzyło się na współpracę z przedstawicielami lewicy, tymi, którzy w europeizmie, globalizmie, neoliberalnym modelu gospodarczym i w militarnym interwencjonizmie dostrzegli zagrożenie dla socjalnej gospodarki rynkowej, czy też zasady pokojowego rozwiązywania konfliktów międzynarodowych.

Coroczne kongresy Mut zur Ethik odbywały się we wrześniu w Feldkirchu w austriackim Voralbergu, korzystając z życzliwości lokalnego wikariusza generalnego dra Elmara Fischera (w roku 2005 został biskupem diecezji Feldkirch). Miały one charakter międzynarodowy, brali w nich udział naukowcy, publicyści i działacze polityczni z Europy, ze Stanów Zjednoczonych, z Izraela, Palestyny, a nawet z kilku krajów afrykańskich.

Chociaż stowarzyszenia Mut zur Ethik w żadnym wypadku nie można uznać za organizację niemieckiej prawicy, nawet wśród słuchaczy wykładów brakowało Polaków. Stąd też mój pomysł, aby doprowadzić do kontaktu pomiędzy zuryskim stowarzyszeniem a ruchem na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, którego twórcą i spiritus movens był Jerzy Przystawa. Na dorocznym kongresie, we wrześniu pamiętnego 2000 roku, Jurek wygłosił w Feldkirchu referat How a Post-Communist Society Can Contribute to the Future. Materiały konferencji ukazywały się później drukiem.

Na następne kongresy organizowane przez Mut zur Ethik przyjeżdżała już większa reprezentacja ruchu JOW. Spośród nich odeszli tymczasem ks. Jan Kurdybelski („kapelan JOWu”), zasłużony „woJOWnik” Jerzy Gieysztor z Wrocławia, czy Janusz Sanocki, były burmistrz Nysy; jako publicysta obdarzony – podobnie jak Jerzy Przystawa – zdolnością logicznej argumentacji i zdrowym sceptycyzmem wobec treści propagowanych przez mass-madia. Przyjeżdżała do Feldkirchu też młoda generacja: córka Jurka – Agnieszka , zaś Januszowi Sanockiemu towarzyszyły córki. Z kontaktów, które tam nawiązano, warto wspomnieć współpracę z Peterem Bachmaierem (dziś professor emeritus), który w St. Pölten kierował filią austriackiego Instytutu Europy Wschodniej. Ten kontakt zaowocował opublikowaniem artykułu Krystyny Chmieleńskiej i Jerzego Przystawy na temat wpływu „europeizmu” na system szkolnictwa w Polsce. Tekst ten ukazał się w 2005 roku w tomie Der kulturelle Umbruch in Ostmitteleuropa, którego redaktorami byli Peter Bachmaier i jego słowacka współpracowniczka Beata Blehova.

Problemom edukacji w Polsce, a zwłaszcza trudnej sytuacji nauczycieli szkolnych i akademickich, profesor Przystawa poświęcił osobną publikację – „Nauka jak niepodległość” (Wrocław 1999). Uprzednio trzykrotnie odmówił przyjęcia nominacji profesorskiej, aby zwrócić w ten sposób uwagę na katastrofalną sytuację nauki w Polsce oraz położenie nauczycieli szkolnych i akademickich.

Jednak – z perspektywy historycznej – najważniejszym obszarem działalności Jurka był bez wątpienia Ruch Obywatelski na Rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych – JOW. Swego czasu sprawa systemu wyborczego istniała w przestrzeni publicznej , była tematem debat, a na temat ordynacji większościowej wypowiadali się czołowi aktorzy polskiej sceny politycznej (co ciekawe – pozytywnie; jako zwolennicy JOW deklarowali się przecież zarówno Jarosław Kaczyński, jak i Donald Tusk). Owa popularność tematu była zasługą Jerzego Przystawy, który wkładając ogromne kwantum energii, czasu, pracy a nierzadko również własne pieniądze, forsował kampanię na rzecz JOW, w zmianie ordynacji wyborczej widząc warunek konieczny uzdrowienia sytuacji politycznej w Polsce; tylko brytyjski model wyborów prowadzi do odpowiedzialności posła wobec wyborców, a nie wobec przewodniczącego czy sekretarza generalnego partii.

Chodziło więc o nic innego jak o demokratyzację systemu wyborczego. Prawo wyborcze tylko formalnie jest częścią prawa powszechnego, materialnie – ma rangę prawa konstytucyjnego. To ono decyduje o kształcie państwa i stosunku pomiędzy rządzącymi a rządzonymi. Jurek odszedł zbyt wcześniej, aby doczekać orzeczenia włoskiego trybunału konstytucyjnego z grudnia 2013 roku. Corte Costituzionale zdefiniował wówczas warunki, które muszą być spełnione, aby wybory uznać za demokratyczne: głos oddany przez wyborcę na konkretnego kandydata musi być bezpośrednio zaliczony na korzyść tego ostatniego i decydujący o tym, kto wejdzie do parlamentu (orzeczenie to przemilczały mass media poza Włochami). W wypadku głosowania na listy partyjne warunek ten spełniony nie jest.

Nie będę tutaj zachwalał większościowej ordynacji wyborczej, bowiem najlepsze argumenty na rzecz jej wprowadzenia można znaleźć w tekstach Jerzego Przystawy. Wskażę tylko na pragmatyczny wymiar zagadnienia: Gdyby nie system JOW Zjednoczone Królestwo nie opuściłoby Unii Europejskiej, czyli nie zdołałoby odzyskać suwerenności państwowej, ponieważ nie doszłoby do referendum w sprawie Brexitu. Posłowie – niezależnie od przynależności partyjnej – w tej sprawie musieli reprezentować opinię wyborców. Partia konserwatywna sama z siebie doprowadziła niedawno do ustąpienia Borisa Johnsona, gdyż stracił poparcie wyborców.

Dokładnym odwróceniem tych demokratycznych mechanizmów jest sytuacja w Niemczech: (pseudo)proporcjonalna ordynacja, w połączeniu z 5-procentowym progiem wyborczym i z (sprzeczną z ustawą zasadniczą) dyscypliną partyjną, prowadzą do tego, że wpływ obywateli na polityczne decyzje rządu jest w efekcie teoretyczny. Minister spraw zagranicznych RFN Kinkel, tak komentował kiedyś niekorzystny dla własnej partii wynik wyborów: „Musimy lepiej wytłumaczyć naszą politykę wyborcom”. W leninizmie partia potrzebowała „pasów transmisyjnych”, aby przekazać swą wolę masom.

Argumenty, które Przystawa formułował dla poparcia zmiany ordynacji wyborczej, odznaczają się żelazną logiką. „Tym, co w tej sprawie zaskakuje, jest praktycznie brak jakiegokolwiek odzewu na wysiłki Jerzego” – pisał jego kolega po fachu, doktor fizyki Krzysztof J. Rapcewicz, we wstępie do wydanej w 1999 roku książki „transATLANTIC” (jest zbiór tekstów Jurka, publikowanych w 1998 roku w „Tygodniku Nowojorskim”). Równocześnie Rapcewicz wyjaśniał przyczyny tego stanu rzeczy, pisząc o „oczywistej logice” wywodów Przystawy:

Inteligencja polska nie wypełniła swego obowiązku analizy wydarzeń, ponieważ logika tych wywodów prowadziła ją tam, dokąd nie chciała iść.

I dalej:

Źródło tych postaw jest to samo: niechęć do przemyślenia wysuwanych argumentów jest wynikiem konfliktu pomiędzy oczekiwaniami i konkluzją, jaka z tych argumentów wynika.

Dla mnie walka o JOWy była ostatnią (a może jedyną), podjętą po transformacji ustrojowej próbą stworzenia mechanizmu wyłaniania patriotycznej elity politycznej, kierującej się interesem państwa i dobrem wspólnym jego obywateli. Nie sądzę, abym raz jeszcze mógł być świadkiem podobnych wysiłków. Obawiam się, że Polska znajduje się na drodze prowadzącej do kolejnej katastrofy narodowej (o ile stanu wieloletniej zimnej wojny domowej pomiędzy partiami walczącymi o władzę, już teraz nie należy uznać za katastrofę).

Kończę zatem tym smutnym akcentem, który jednak pasuje do nastroju dzisiejszego dnia. 10 lat temu odszedł Jerzy Przystawa.

Monachium, 3 listopada 2022 r.

Tomasz MIANOWICZ

Satanizm zajmuje naczelne warstwy najbardziej ekskluzywnych stowarzyszeń: Rothschildo – Syjonistów oraz sieci pedofilów.

https://gloria.tv/post/vauQwZNoZuCM3uHo4LwdVVRQC

Zygmunt Bronislaw Polatynski

Wiele osób uzna to za coś kontrowersyjnego, ja jednak nie bawię się w jakieś „niuanse”, nie interesuje mnie „poprawność polityczna”, czy inne tego typu „wytrychy” do oficjalnego cenzurowania obiegu informacji i wolnej myśli. To też napiszę wprost, że od lat ideologia LGBT, jest wstępem do usankcjonowania prawnego pedofilii. Brzmi to szokująco? Cóż, to jest szokujące, ale niestety prawdziwe. Naszą cywilizacją sterują ludzie, którzy wyznają czysty [? brudny raczej… MD] satanizm.

Leonardo Da Vinci powiedział: „nic tak nie wzmacnia autorytetu władzy jak milczenie”. Ja milczeć nie będę, prawda sama się w dzisiejszych czasach nie obroni, należy jej dopomóc. Wszystko rozpoczyna się od pojedynczego źdźbła trawy, a tym źdźbłem jest dostęp do informacji, do wiedzy. To z kolei umożliwia przebudzenie, zyskanie świadomości o otaczającym nas świecie Na szczycie hierarchii systemu współczesnej globalnej władzy, umiejscowiony jest satanizm. Złączony jest on z globalną siecią o strukturze pierścieni zawartych w kolejnych pierścieniach, w których satanizm zajmuje naczelne warstwy największych i najbardziej ekskluzywnych tajnych stowarzyszeń, Rothschildo – Syjonistów, oraz sieci pedofilów. Wszystko to funkcjonuje jako jednolita struktura.

Dlaczego mowa jest o sieci pedofilów? Odpowiedź jest taka sama jak na pytanie, dlaczego na przestrzeni tysięcy lat sataniści poświęcili na ofiary tak wiele dzieci, które rozumiemy także pod pojęciem „młodych dziewic”. Lucyfer i wszelkie przejawy jego „sług”, pożądają energii dzieci bardziej niż czegokolwiek innego. Dlatego też dzieci stają się powodem obsesyjnego wykorzystywania seksualnego na całym świecie i to w niewyobrażalnej skali. Dlatego też niewiarygodna liczba ludzi u władzy jest zarówno satanistami, jak i pedofilami. Spójrzcie tylko na „PLANdemię” COVID-19. To wszystko co wyrabiało się dookoła niej, jest zaiste diaboliczne, a ten kto tego nie dostrzega, jest chyba ślepy. Oby jednak czym prędzej się przebudził, dla swojego dobra. Demon pochłania energię dzieci w chwili, gdy są one uśmiercane, a także wtedy, gdy są one wykorzystywane seksualnie przez pedofilów opętanych przez demona.
Wiem, że trudno to pojąć i przykro mi, że to ja wam to przekazuję, ale Hollywood to zinstytucjonalizowany krąg pedofilów. Wykorzystują dzieci dla swoich własnych chorych duchowych przekonań, jeśli w ogóle można je tak nazwać. Sam nie do końca to rozumiem, ale zabierają tym dzieciakom energię i ucztują w ich krwi. I im bardziej niewinne dziecko tym bardziej jest przerażone i tym więcej kumuluje energii.
Co to znaczy? Zbierają krew dzieci i j
edzą ich mięso, ponieważ myślą, że daje im to jakąś siłę życiową. Jeśli dziecko cierpiało psychicznie i fizycznie w momencie śmierci, to daje im dodatkową siłę życiową. Nie rozumiem, dlaczego to robią. Większość z nas ma kompas moralny, który prowadzi nas przez życie, prawda? Ci ludzie tego nie mają, a jeśli tak, to wskazuje on w przeciwnym kierunku.”Mel Gibson.
Stosunek płciowy w zakresie: „opętany pedofil a dziecko”, umożliwia także opętanie danego dziecka. W ten sposób dzieci z „wyselekcjonowanych rodów”, są już opętane we wczesnym wieku i jest to jedna z przyczyn tego, że pedofilia i kazirodztwo są normą w tych środowiskach. Te „linie genealogiczne” czynią to od tak dawna, że pragnienie seksu z dziećmi jest już bardzo zakodowane w ich DNA/RNA [wątpię. MD] . Pedofilia stała się także pewnego rodzaju zabezpieczeniem dla tych „wyselekcjonowanych rodów”.

Otóż każdy, kto nie wywodzi się z tych „wyselekcjonowanych rodów”, ale dla nich „pracuje”, musi być również poddany pewnego rodzaju szantażowi, gdyby kiedyś opamiętał się i chciał opuścić struktury „globalnej władzy” lub pisząc inaczej: „globalnego kręgu pedofilów”. Tego typu sytuacje się przecież zdarzają. Wówczas zaczyna działać zasada: „monetarna i seksualna korupcja, która jest wykorzystywana do uzyskania władzy nad mężczyznami zajmującymi wysokie stanowiska”. Zatem uratować się od tego szaleństwa może tylko ten, kto nie dopuścił się pedofilii i dlatego też „oni” nie mają na niego „haków”. Istnieje jednak inne zagrożenie, otóż, jeżeli taka osoba odejdzie i będzie chciała wyjawić to, co wie, wówczas może czekać ją śmierć (nie z przyczyn naturalnych).

Na koniec chciałbym zauważyć jeszcze pewną zależność, otóż jakże często za pewne „skandaliczne” decyzje, obwiniamy tego czy tamtego polityka, taką czy inną „kukiełkę”, ale zapominamy o „sile” , która stoi „za tronem”. Musimy zrozumieć, że nie mamy do czynienia z aktorami, którzy zostali „kupieni” oraz „wypromowani” na zajmowane stanowiska, ale z prastarymi rodami, które od wieków pociągają za sznurki.

===================

mail:

W neo-PRL-u taki szantażowany starzec – pedofil plącze się na szczytach sejmu… Zrobi oczywiście wszystko, co mu każą. Filmiki ma ukrainiec- burdel-tata.

Lewackie „Klimaschutz über alles”. Utopia anty-energetyczna, anty-gospodarcza. W stronę „klimatycznego” komunizmu. Przypominam, żebyście kiedyś nie mówili: „Ojej, nie wiedziałem”

Lewackie „Klimaschutz über alles”. Utopia anty-energetyczna, anty-gospodarcza. W stronę „klimatycznego” komunizmu.

[Przypominam, żebyście nie mówili: „Ojej, nie wiedziałem”. MD]

Tomasz Mysłek https://nczas.com/2021/11/05/anty-energetyczna-anty-gospodarcza-w-strone-klimatycznego-komunizmu/

W związku z szaleńczą „klimatyczną”, czyli anty-energetyczną i anty-gospodarczą polityką władz Unii Europejskiej (coraz bardziej lewacko-komunistycznych), również w Niemczech, podobnie jak w Polsce, w ostatnich miesiącach podrożało niemal wszystko. Oprócz postępującej drożyzny towarów, usług i inflacji, niemieckie sklepy, firmy i konsumentów prześladują także duże opóźnienia w dostawach i inne problemy.

9 października aż 38 dostawców gazu ziemnego ogłosiło, że cena tego surowca dla konsumentów w Niemczech, w tym dla firm i gospodarstw domowych, wzrośnie w ostatnim kwartale br. o średnio 13 procent.

W pierwszym półroczu 2021 r. przeciętne niemieckie gospodarstwo domowe musiało zapłacić za prąd i gaz łącznie już o 4,7 proc. więcej, niż w drugim półroczu 2020 r. Natomiast ceny produktów energetycznych w Niemczech (jak informował dziennik „Die Welt”) były we wrześniu br. aż o 14,3 proc. wyższe, niż rok wcześniej. Szczególnie dużo wzrosły ceny oleju opałowego (aż o 76,5 proc.) i paliw do samochodów (o 28,4 proc.). A cena benzyny na wielu stacjach w Saksonii i innych landach wynosiła 17 października już nawet 1,779 euro za litr (tj. ok. 8,14 zł). Ceny detaliczne gazu ziemnego wzrosły przez ten rok o 5,7 proc., ceny energii elektrycznej o 6,6 proc., a żywności średnio o 4,9 proc. (ale np. ceny warzyw aż o 9,2 proc.). Z kolei koszty ogrzewania w Niemczech wzrosły we wrześniu br. aż o 33 proc. w porównaniu z wrześniem 2020 r. (!). W związku z tym jedna z kilkunastu bardzo „postępowych” i „demokratycznych” posłanek SPD do parlamentu UE, tj. Katarina Barley, poradziła niemieckim konsumentom, żeby w swoich mieszkaniach przykręcili ogrzewanie i nosili ciepłe swetry. Sehr schön und demokratisch!

Rosnące na rynkach świata i Europy od miesięcy hurtowe ceny węgla i gazu skutkują ponoć również tym, że w wielu niemieckich magazynach i elektrowniach już od kilku tygodni gazu i węgla brakuje i nie jest pewne, czy tych nośników energii wystarczy na całą nadchodzącą zimę. Należy jednak pamiętać, że w Niemczech aż około 75 proc. końcowej, detalicznej ceny energii elektrycznej i kosztów ogrzewania domów nie jest pochodną samych kosztów surowców i kosztów wytworzenia tej energii, ale przede wszystkim efektem licznych podatków, tzw. opłat sieciowych i innych oraz różnych przymusowych dopłat. A więc skutkiem niemieckiego i unijnego socjalizmu!

Ciągle rosnące koszty i ceny energii i paliw, a także liczne inne „zielone”, „klimatyczne”, finansowo-podatkowe i biurokratyczne wymagania władz UE i władz krajowych, powodują więc rosnącą drożyznę towarów i usług i coraz większą inflację. Jak podał oficjalnie niemiecki GUS (14 października), w sumie inflacja w Niemczech wyniosła we wrześniu br. już 4,1 proc. rocznie – tj. najwięcej od prawie 28 lat. A to przecież zapewne nie koniec jej postępów i wzrostów. Tym bardziej, że ceny w niemieckich hurtowniach były we wrześniu br. już o 13,2 proc. wyższe, niż w tym samym okresie roku 2020. Tak wysokiej inflacji w niemieckim handlu hurtowym nie było ponoć od roku 1974. Z kolei, jak podawał monachijski instytut ekonomiczny Ifo, aż 74 proc. ankietowanych niemieckich sklepów detalicznych skarżyło się we wrześniu br. na coraz większe problemy i opóźnienia z dostawami towarów. W przypadku sklepów budowlanych na zaległości i opóźnienia w dostawach narzekało aż 98 proc. tych placówek handlowych, a np. wśród ankietowanych sklepów z meblami 94 proc. Natomiast w dziedzinie sklepów spożywczych te zaległości i opóźnienia dotknęły „tylko” 47 proc. z nich.

Co na to wykonawcze władze UE?

Co w reakcji na tę skandaliczną drożyznę podstawowych dóbr i usług i ciągle rosnącą inflację (także w Polsce, Rumunii, Italii, socjalistycznej Republice Francuskiej i pozostałych krajach euro-kołchozu) proponują wykonawcze władze UE? Czyli brukselska Komisja UE (zwana przez lewicowych polityków i lewicowe media „Komisją Europejską”), w tym niezwykle „zielone” i „postępowe” komisarki, ich rzeczniczki i inne urzędniczki? Ano, proponują – jak to zwykle wszelkiego rodzaju euro-socjaliści i komuniści płci obojga – „dopłaty do rachunków za gaz i prąd dla najuboższych” oraz „dopłaty dla firm najbardziej dotkniętych podwyżkami” (chodzi oczywiście o dopłaty na koszt ogółu podatników, w tym tych ubogich). Ponadto, zamiast pożądanej przez cały przemysł i ogół konsumentów całkowitej likwidacji czy choćby znacznej redukcji przymusowo-złodziejskich unijnych opłat za dozwolone emisje dwutlenku węgla czy np. wielkiej redukcji podatków w branży energetycznej, postulują jakiś zagadkowy „system specjalnych bonów energetycznych” (który miałby być finansowany ze środków pochodzących z unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji gazów, czyli tzw. ETS). Ponadto postulują jakiś system „dotacji w ramach dozwolonej pomocy publicznej” dla firm i „na dłuższą metę być może także wspólne zakupy gazu przez kraje UE”. Komisarka UE do spraw energii Kadri Simson zapowiedziała (13 października), że jej urzędnicy już „pracują” nad systemem wspólnych zamówień gazu przez państwa UE oraz nad planem „koordynacji zmagazynowanych rezerw gazu” we wszystkich krajach UE. Ale zaraz czujnie dodała: musimy mieć jednak pewność, że nadal będziemy mogli realizować nasz Europejski Zielony Ład (..) i nasze cele klimatyczne (!).

Sehr dumm und demokratisch!

Tego samego 13 października komisarze UE przedstawili – obok powyższych „propozycji” – także swoją opinię, że „przejście na energię czystą jest najlepszym zabezpieczeniem przed skokami cen w przyszłości, więc to przejście należy przyspieszyć”. W związku z tym zapowiedzieli „dalsze wspieranie inwestycji w energię odnawialną i w energetyczną efektywność”. Widać więc wyraźnie, że przy tym ich całym neo-sowieckim „centralnym planowaniu” i „koordynowaniu” polityki energetycznej i innej we wszystkich 27 państwach UE, ci brukselscy i inni euro-komuniści nadal twardo obstają przy swoim ideologiczno-absurdalnym i niezwykle kosztownym (dla ludzi i firm) „Zielonym Ładzie”. Czyli przy systemie centralistyczno-socjalistycznym, który chcą zaprowadzić w niemal całej Europie. Furchtbar!

Co proponują kierownicy niemieckich partii?

Tymczasem w reakcji na te „klimatyczno”-energetyczne szaleństwa i plany (tysięcy polityków i urzędników UE i Niemiec) oraz na wielkie problemy przez nich wywołane, już nawet (nieduża) część lewicowej elity Niemiec wyraziła publicznie swoje silne zaniepokojenie postępującymi deficytami i rekordowo wysokimi cenami energii, paliw oraz związanymi z tym licznymi problemami. Np. jeden z liderów pokomunistycznej partii Lewica (Die Linke), Dietmar Bartsch, opowiedział się nawet za czasowym obniżeniem podatków i ceł na benzynę i olej napędowy. Z kolei np. w zbiorowym liście, podpisanym przez kilkudziesięciu niemieckich i innych „europejskich” publicystów i dziennikarzy, w tym m.in. przez byłego naczelnego redaktora opiniotwórczego tygodnika „Die Zeit” Theo Sommera, wezwali oni władze Republiki Federalnej, żeby – wbrew swoim wciąż obowiązującym planom (z roku 2011 i 2012) – nie rezygnowały jednak z dalszej i wieloletniej produkcji energii atomowej. Według sygnatariuszy listu, całkowite odejście od energii atomowej przyczyniłoby się bowiem nie tylko do zwiększenia problemów gospodarczych i socjalnych, ale także do znacznego zwiększenia krajowej emisji dwutlenku węgla. A także do znacznego opóźnienia osiągnięcia unijnych i niemiecko-rządowych „celów klimatycznych”. Bo energię jądrową w Niemczech, w razie jej braku, mogą zastąpić jedynie paliwa kopalne, a to by oznaczało „dodatkowe 60 mln ton dwutlenku węgla” rocznie. Wskutek tego emisja tego (złowrogiego) gazu wzrosłaby wówczas w Niemczech co najmniej o 5 proc. – alarmują mocno zatroskani (głównie o „klimat”) pismacy lewicy (wg welt.de).

A co proponują kierownicy pięciu parlamentarnych niemieckich partii (licząc z dwoma partiami chadeków), które chcą w Niemczech rządzić (zapewne już za 1-2 miesiące) w już nowym partyjno-powyborczym układzie? Wydaje się, że na razie w palącej kwestii ww. drożyzny, inflacji, braków węgla i gazu itp. problemów nic istotnego i nic mądrego nie proponują. Choć rozmowy zwycięskiej w wyborach (26 września) lewicowej SPD z euro-komunistycznymi Zielonymi i demo-liberałami z FDP na temat utworzenia nowego rządu trwają już od 11 października, to na razie (tj. do 18 października włącznie) partie te, jak podawała niemiecka prasa, osiągnęły „wstępne porozumienie” głównie w sprawie tzw. płacy minimalnej – czyli w sprawie stałego priorytetu (stałego hopla) lewicy. Ponoć ta płaca ma zostać podniesiona aż ok. 25 proc. – z obecnych 9,60 euro brutto za godzinę pracy do 12 euro za godzinę (!). I to już w pierwszym roku ich partyjnych rządów. W skali miesiąca ma to dać niemieckim „minimalnym” podwyżkę aż o ponad 290 euro brutto, a ich „płaca minimalna” ma wynieść w sumie już ok. 1980 euro miesięcznie i ma być drugą najwyższą w całym euro-socjalistycznym kołchozie (po Luksemburgu). Wunderbar!

Należy przy tym pamiętać, że w dość licznych sektorach niemieckiej gospodarki, jak np. w przemyśle motoryzacyjnym, obowiązują jeszcze wyższe (niż 9,60 euro/godz.) „płace minimalne”. Wyższe, bo ustalane na podstawie branżowych tzw. układów zbiorowych (kierownictw firm ze związkami zawodowymi i radami pracowników). A nie zanosi się przecież na obniżenie jakichkolwiek podatków i opłat obciążających niemieckie przedsiębiorstwa przemysłowe i handlowe. Zanosi się więc na to, że w razie kilkuletnich wspólnych rządów ww. dwóch partii lewicy i demo-liberalnej FDP w znacznej części branż niemieckie produkty i niemiecka gospodarka utracą na rynkach świata swoją dotychczasową (jako taką) cenową atrakcyjność i konkurencyjność. Pytanie tylko – kiedy utracą? Może już w drugim czy trzecim kwartale przyszłego roku?Sehr schlimm!

Z przecieków do krytycznej prasy (jak tygodnik „Junge Freiheit”) wynika, że już nie Deutschland über alles, jak dawniej, ale lewackie „Klimaschutz über alles („ochrona klimatu nade wszystko”) stało się dewizą i naczelnym priorytetem większości niemieckich polityków. Podobno „liberałowie” z FDP zgodzili się już wstępnie i warunkowo na: powszechny przymus instalowania solarów na wszelkich dachach w Niemczech, na przyspieszenie całkowitej rezygnacji Niemiec z węgla kamiennego i węgla brunatnego w energetyce i ciepłownictwie oraz na zbudowanie wiatraków („farm wiatrowych”) na łącznej powierzchni aż 2 procent całego lądowego terytorium Niemiec (!). Czy tych zwariowanych i już niemal zbrodniczych szaleńców, lewaków i euro-komunistów z partii Zieloni, SPD i innych – w tym także tych z euro-komunistycznej Brukseli i Paryża – już nikt i nic w naszej Europie nie powstrzyma?

Generał KGB Traktor [to imię] Gałkin alias Jego Świątobliwość Metropolita Ilja o Fatimie.

Generał KGB Traktor [to imię] Gałkin alias Jego Świątobliwość Metropolita Ilja o Fatimie.

Vladimir Volkoff, „Gość Papieża”.Wyd. Dębogóra 2005

[rok 1978, początek września. Pierwsze dni pontyfikatu Papieża Jana Pawła I. md]

=========================

[Raport dla Jego Świątobliwości Ilji od podwładnego, kapłana, kapitana KGB]:

Prace budowlane bazyliki w Fatimie rozpoczęto w roku 1928. 13 października 1930 roku Kościół katolicki ustami biskupa Leirii uznał objawienia Matki Bożej. 13 października 1942 papież Pius XII ukoronował „Najświętszą Marię Pannę z Fatimy” królową Portugalii i świata.  Oddawanie czci Najświętszej Marii Pannie z Fatimy było odtąd oficjalne i spowodowało liczne pielgrzymki, dochodzące czasami do liczby dwóch milionów osób rocznie.

Są to inne pielgrzymki niż te do Lourdes, mniej ważny bowiem jest w nich aspekt „uzdrawiania chorych”, stąd  młode małżeństwa udają się często do Fatimy, aby tam prosić o błogosławieństwo dla swojego szczęścia.  W odróżnieniu od Lourdes przesłanie z Fatimy nie zawiera żadnych udziwnień teologicznych. Matka Boża prosi przede wszystkim o modlitwy – głównie w formie różańca, bardzo rozpowszechnionego u rzymskich katolików – a osobiste poświęcenia mają na celu zbawienie  grzeszników.

Arcybiskup podrapał się w czubek nosa.

  ,,Udziwnienia teologiczne?” Wiem, co ten Jurij chce przez to powiedzieć. Nie było mowy o Niepokalanym Poczęciu. Tak, ta Matka Boża zachowuje się w sposób doskonale prawosławny.  Różaniec? Oni mają różaniec, my modlitwę Jezusową. Technika  zaś jest ta sama”.  Anioł z wizji początkowych miał podobno nauczyć dzieci modlitwy, która szła w tym samym kierunku. „Proszę o łaskę dla tych, którzy  nie wierzą, którzy nie wielbią, którzy nie mają nadziei i nie kochają”. . .  ,,Cóż, komunia świętych. U nich to dogmat z odwracalnością  zasług, u nas to wiara. Czyli podobnie”. 

I podał im komunię pod dwiema postaciami…  „A to. .. to naprawdę zaskakujące. Dlaczego pod dwiema postaciami? Wiem, że robią to czasami od drugiego Soboru Watykańskiego i że robili to zawsze w rytach wschodnich, ale żeby wtedy, w środku Portugalii, schodził anioł z nieba, aby ustanowić nie dyskryminującą nikogo komunię… Tylko księża przyjmowali wtedy komunię pod dwiema postaciami. Może anioł też był prawosławny?”.

Przesłania fatimskie mają trzy części, tak zwane „tajemnice”, gdyż ich wyjawienie nie było równoczesne. 

Pierwsza tajemnica. Chodzi o wizję piekła, podobną do „oceanu ognia„. Pastuszkowie podobno widzieli „zanurzone w tym ogniu demony i dusze, jakby głownie, przejrzyste i czarne, albo brązowe o ludzkich kształtach. Płynęły w ogniu, podtrzymywane przez płomienie, które unosiły się same wraz z chmurami dymu, opadając na wszystkie strony, podobne do iskier w czasie wielkich pożarów, jakby nieważkie. Krzyczały i jęczały z boleści i beznadziei, które to krzyki przerażały, powodowały drżenie i strach… Demony miały straszne, odpychające postacie nieznanych zwierząt i były jak rozpalone czarne węgle.

Temat nie był dobry do śmiechu, ale arcybiskup uśmiechnął się mimo wszystko.  „Nie wiem, co myśleć o tej wizji, ale rozpoznaję tu rękę mojego Jurija, nie oszczędził mi ani jednej iskry, ani jednego jęku. Na pewno zainspiruje go to do niedzielnego kazania”. 

Druga tajemnica. Poza proroctwami na temat końca pierwszej wojny światowej i początku drugiej (o ile nie nastąpi zbiorowa skrucha). .. 

Proroctwa zrealizowane”. 

…Najświętsza Maria Panna z Fatimy chce poświęcenia Rosji jej przeczystemu sercu (kult rzymskokatolicki pochodzący z XVII wieku i wprowadzony przez świętego Jana Eudesa).

Jeżeli moje prośby zostaną wysłuchane – powiedziała Matka Boża 13 lipca l9l7 roku –  Rosja się nawróci i nastanie pokój. Jeżeli nie, rozniesie swoje błędy na cały świat”.

Ilja wstał podekscytowany.  ,,Rosja?”.  Poczuł gryzące wyrzuty sumienia.  ,,Zapomniałem, że Najświętsza Maria Panna zajmowała się Rosją -jak mogłem !”.  Odwrócił się w stronę małej przedziurawionej ikony przedstawiającej Marię. To była naiwna litografia bez żadnej wartości artystycznej. Odbarwione tło było żółtawe, Maria miała koronę bardzo zdobioną, żółtą, a pod koroną czerwony welon opadał na suknię  tego samego koloru. Twarz miała miłą z maleńkimi usteczkami i poważnym spojrzeniem. Na lewym ręku trzymała Dziecię, które w rękach dzierżyło papirus. Prawą ręką nieśmiało wskazywała swojego syna. Kolano dziecka, a w konsekwencji i pierś Marii, do której przyciskała Dziecię, przedziurawione było jakimś gwoździem wbitym w ikonę jakieś pięćdziesiąt lat wcześniej. i  „Biedni ludzie! – pomyślał llja po raz kolejny – Nadal  krzyżują Naszego Pana”. 

Potem wrócił do tekstu. Najświętsza Maria Panna zajęła się Rosją i to zajęła się nią w najtragiczniejszym momencie jej historii. Czymże były jarzmo tatarskie i okres niepokojów w porównaniu z rewolucją? Zajęła się Rosją w momencie, kiedy kraj miał się pogrążyć w piekle szatańskich prześladowań ze wszystkimi pokusami, jakie tego typu prześladowania ze sobą niosą.

„Rzeczywiście, to piekło, które widzieli pastuszkowie, czy to  nie nasze przyszłe męczeństwo? Ale dlaczego dowiedzieli się o tym mali Portugalczycy, dzieci, które z pewnością nigdy nawet nie słyszały o Rosji? A jeżeli naprawdę była to Matka Boża, dlaczego przemówiła do Portugalczyków? Czy nie lepiej było do Rosjan? Tak, pewnie wiara trochę u nas osłabła. Może staliśmy się zbyt światowi, rytualistyczni, racjonalni, może nazbyt zatopieni byliśmy w wirach rewolucji, by usłyszeć takie przesłanie, podczas gdy trójka pastuszków, analfabetów….  Ale jednak to  dziwne. l9l7 rok, brzeg Atlantyku, trójka pastuszków, a Matka Boska mówi im o Rosji! I mówi im, że Rosja ‹‹rozniesie swoje grzechy po świecie››.

Zastanówmy się”.  Chodził dookoła celi.  Załóżmy, że pastuszków zbytnio oczarował rzymski Kościół katolicki, albo nawet załóżmy, że to katolicy mają rację, a my, prawosławni, po prostu się mylimy. Czy w jednym albo drugim przypadku istnieje jakiekolwiek prawdopodobieństwo, że Maria,  wspominając rosyjskie „błędy”, miała na myśli schizmę? Schizmę, w którą weszliśmy, idąc za Grekami, schizmę, którą nie przejmowała się przez tysiąc lat, i w „rozprzestrzenianiu” po świecie nie braliśmy żadnego udziału.

I nagle miałaby powiedzieć: ‹‹Trzeba, żeby Rosja poddała się papieżowi, bo jeśli nie,  to. . .?››. Wiem, że tak właśnie wierzy ten angielski student, które-  go Wiera teraz oprawia, ale to absurd. Jedyne błędy, które Rosja rzeczywiście próbowała „roznieść na cały świat”, to błędy polityczne, których powodem był ateizm, a w który wpadła dlatego,  że zafascynowała się zachodnimi myślicielami: Rousseau, Babeufem, Heglem, Marksem. . . I prawdą jest, że wystarczyłoby, by wróciła do chrześcijaństwa, aby pokój, choćby czasowo, został zaprowadzony. I to trójka pastuszków z Portugalii dostaje misję, by o tym powiadomić świat?”.

Należy dodać, że ta prośba jest potwierdzona inną wizją, wizją z 1929 roku, w trakcie której Matka Boska objawiła się Łucji, najstarszej z trójki pastuszków, która została karmelitanką w Tuy w Hiszpanii, i miała jej powiedzieć: „Nadszedł moment, w którym Bóg prosi Ojca Świętego, aby w połączeniu z wszystkimi biskupami świata poświęcił  Rosję mojemu niepokalanemu sercu, obiecując ją uratować”.  

Poświęcenia tego nigdy nie dokonano. 13 października 1942 roku, w 25 rocznicę ostatniego objawienia, papież poprosił tylko, by Najświętsza Maria Panna obdarowała pokojem ,,ludy podzielone przez błędy i niezgodę” i aby sprowadziła je „do jedynej owczarni Chrystusa, do jedynego i prawdziwego pasterza”. Nie wymienił Rosji.

7 lipca 1952 roku  papież poszedł o krok dalej. Napisał „do ludów Rosji” list apostolski, w którym mówi: ,,Poświęcamy, w szczególny sposób, wszystkie narody Rosji niepokalanemu sercu Dziewicy Maryi”.

Wyraźnie jednak mowa jest o narodach Rosji, a nie o samej Rosji i że „wszyscy biskupi świata” wcale nie biorą w tym udziału i że to zdarzenie nie jest nawet uroczyste.  Do dzisiaj to formalne poświęcenie, o które prosiła (według słów siostry Łucji) Matka Boska papieża, nadal nie miało miejsca.

Jego Wielebność usiadł i jeszcze raz odczytał ten ustęp.  Że poświęcenie nie miało jeszcze miejsca, dziwne nie było. Od pewnego czasu Watykan targował się ze Związkiem Radzieckim. Sam Ilja uczestniczył w tajnych negocjacjach, które zaprowadziły prawosławnych obserwatorów na Sobór Watykański II, w zamian za zaniechanie ponownego potępienia komunizmu.

Pomiędzy Dziewicą Maryja, która mogła poczekać, a Ostpolítik, która była sprawą aktualną, Stolica Apostolska, wraz z jej zobowiązaniami na  świecie, zdecydowała się zająć tym, co pilniejsze. Prawdę powiedziawszy, generał-arcybiskup nie był człowiekiem na odpowiednim miejscu, by oburzać się, że niebo ma układy z ziemią.

Wyrażenie „narody Rosji” mogło być wybiegiem. Chcieli poświęcić narody, ale nie świętą Rosję z jej własnym przeznaczeniem. Może też chodziło o oddzielenie tych „poświęconych” narodów od Rosji, która poświęcona nie była, i aby sprowadzić je powoli „do jedynej owczarni Chrystusa, do jedynego i prawdziwego pasterza”, co byłoby trudniejsze, niż gdyby Rosja biorąca swoją istotę z prawosławia znajdowała się już pod ochronnym płaszczem Serca Maryi.

Ilji wydawało się jednak, że najważniejsza formuła, najwięcej mówiąca, która łatwo mogła ujść niezauważona, była taka: „W połączeniu z wszystkimi biskupami świata. .. Ojciec Święty  w połączeniu z wszystkimi biskupami świata.., W połączeniu.  Wszyscy biskupi świata. Wszyscy biskupi..”      

Ilja spuścił oczy na wielobarwną ikonę, oznakę władzy, wiszącą na jego szerokiej piersi.  Znów zabrał się do czytania.

Trzecia tajemnica. Trzecia tajemnica nie została jeszcze wyjawiona.  Była zapisana na kartce papieru z zeszytu szkolnego, na której Łucja zapisała tekst 9 stycznia 1944 roku swoim regularnym pismem, pełnym prawdopodobnie błędów ortograficznych. Kartka ta znajduje się w kopercie, którą w rękach miał Wielebny da Silva, biskup Leirii, który to później włożył ją w drugą, zalakowaną kopertę. Po jego śmierci kopertę tę przekazano kardynałowi Lizbony. Jego Wielebność Venancio, zastępca da Silvy, miał okazję zobaczyć przez prześwit, że wiadomość zapisana była na kartce o marginesach trzy czwarte centymetra.  Siostra Łucja prosiła, aby sekret został wyjawiony światu albo po jej śmierci albo w roku 1960 (data podana bez wyjaśnienia przez Matkę Bożą, kiedy przemawiała do Łucji).

Watykan zabrał kopertę w roku  1957. Papież Pius XII, nie otwierając jej, prawdopodobnie schował ją w sejfie. Papież Jan XXIII dowiedział się o niej, dołączył do niej notę, która została włożona do jednej z dwóch kopert i zdecydował się, by minął rok 1960 bez wyjawiania sekretu.

Takie podał powody: l. Siostra  Łucja żyje nadal. 2. Watykan zna już zawartość pisma. 3. Mimo że Kościół uznaje objawienia fatimskie, nie chce brać odpowiedzialności za  prawdziwość słów, które, jak mówią pastuszkowie, miała wypowiedzieć Matka Boska.

W tych okolicznościach jest prawdopodobne, że trzecia tajemnica fatimska pozostanie sekretem na zawsze.

Z tego, co wiadomo, siostra Łucja żyje nadal. Obecny papież Paweł VI złożył jej nawet wizytę.  Ilja powoli złożył kartki.  Wynikało z nich coś, o czym miał ochotę napisać.  Jako że w celi nie miał nic do pisania (nie dowierzał temu, co  mnisi nazywają „myślami”, a co ich oddala od Boga) poszedł do  swojego biura. Całkowity kontrast. Bogate meble z brzozy karelskiej. Brokatowe zasłony i firany. Ikony na złotych blachach, a nad nimi czerwone lampki.  Usiadł przy biurku i zaczął pisać:

1. Święta dziewica z Fatimy:

– Nie mówi o niepokalanym poczęciu. 

– Daje komunię pod dwiema postaciami.

– Uznaje komunie świętych.

– Niepokoi się o Rosję w momencie najstraszniejszym w historii  tego kraju. 

– Chce uczestnictwa wszystkich biskupów w poświęceniu Rosji jej Sercu – a ani Kościół prawosławny, ani katolicki nigdy nie podawały w wątpliwość swoich święceń biskupich. 

2. Papiestwo:

Nie wykonuje woli Świętej Dziewicy wyrażonej w drugiej tajemnicy

– Odmawia wyjawienia trzeciej.

3. Dlaczego?

Wrócił do swojej celi, ukląkł, długo się modlił, w końcu wstał i powiedział głośno

– Muszę pojechać do Fatimy.       

Los Europy, gdyby Polacy byli na Kremlu jesienią 1920. A mogli.

Polacy na Kremlu 1920

Piotr Zychowicz, Pakt Piłsudski – Lenin, czyli jak Polacy uratowali bolszewizm i zmarnowali szansę na budowę imperium. Wyd. Rebis, 2015

Rozdz.. I

Potężna armia inwazyjna marszałka Michaiła Tuchaczewskiego zo­stała rozniesiona w puch. Bolszewicy w popłochu uciekali na wschód. Drogę ich odwrotu znaczyły końskie i ludzkie trupy, porzucony sprzęt wojskowy i rozbite furmanki. Wiatr rozwiewał po polach banknoty z rozbitych kas pułkowych i propagandowe ulotki zapowiadające ry­chły podbój świata.

Pierwsze lanie czerwoni dostali 15 sierpnia 1920 roku na przed­polach Warszawy. Cios ostateczny armia Rzeczypospolitej zadała im w wielkiej bitwie nad Niemnem. Wojska Józefa Piłsudskiego doścignęły uciekającego nieprzyjaciela i z marszu, z pełnym impetem uderzyły na sowieckie dywizje. Był 28 sierpnia 1920 roku. Cały front Armii Czer­wonej poszedł ostatecznie w rozsypkę.

Na Kremlu wybuchła panika. Reżim bolszewicki został bowiem wzięty w nieubłaganie zaciskają­ce się kleszcze. Z zachodu nacierali Polacy, a na froncie południowym pod biało -niebiesko-czerwonymi sztandarami do przodu szła biała ar­mia rosyjskiego generała Piotra Wrangla zwanego Czarnym Baronem. W tej rozpaczliwej dla rewolucji sytuacji Włodzimierz Lenin wystąpił wobec Warszawy z ofertą zawarcia natychmiastowego zawieszenia broni.

Naczelnik Państwa Józef Piłsudski stanął przed dylematem. Mógł podpisać rozejm i pozwolić, aby wojna polsko-bolszewicka zakończyła się bez rozstrzygnięcia. Albo wykorzystać do końca zwycięstwo pod Warszawą. Czyli pójść na Moskwę, aby w kolebce urwać łeb czerwonej bestii. Po krótkim wahaniu wybrał drugie rozwiązanie. Rozkaz był krót­ki: „Do ataku!”. Polskie wojska ruszyły z kopyta, rozbijając grupki so­wieckich maruderów, które ocalały z pogromu armii Tuchaczewskiego.

Tempo polskiej ofensywy było zawrotne. 5 września wyzwolona zo­stała Lida, 8 września Mińsk, a 12 września Orsza i Mohylew. Wkracza­jące oddziały wszędzie były entuzjastycznie witane przez miejscowych Polaków. 15 września polskie wojska stanęły w Bramie Smoleńskiej, osiągając przedrozbiorową granicę Rzeczpospolitej z 1772 roku. Naród ogarnęła euforia, spełniały się najśmielsze marzenia pokoleń Polaków. W kościołach Poznania, Warszawy, Wilna, Lwowa, Mińska i Kijowa bito w dzwony.

Po krótkim odpoczynku i podciągnięciu odwodów Józef Piłsudski wydał rozkaz, który przeszedł do historii jako „dyrektywa moskiew­ska„. Nakazywał on podjęcie marszu na bolszewicką stolicę. Naczelnik Państwa wszedł na szlak, którym w 1610 roku podążał hetman Stani­sław Żółkiewski i jego husaria. Cofnął wskazówki zegara do czasów największej świetności oręża i politycznej potęgi Rzeczypospolitej.

Smoleńsk padł po krótkim oblężeniu. Załoga miasta wyrżnęła swo­ich komisarzy politycznych i przeszła na stronę Polaków. Na ulice, aby powitać wyzwolicieli, wyległy wiwatujące dumy, pod kopyta ułańskich koni sypały się naręcza kwiatów. Na budynkach pojawiły się obok sie­bie flagi biało-czerwone i rosyjskie trójkolorowe. Zerwane z masztów czerwone szmaty walały się w rynsztokach. .

Marszałek Piłsudski, który triumfalnie wjechał do miasta, wydał uroczystą odezwę do narodu rosyjskiego:

Bracia Moskale!

Wojska Rzeczypospolitej Polskiej na rozkaz mój ruszyły naprzód, wstę­pując głęboko na ziemie Rosji. Ludności ziem tych czynię wiadomem, że wojska polskie usuną bolszewików z terenów przez naród rosyjski zamiesz­kanych. Usuną naszego wspólnego wroga, który niósł wam gwałt, rozbój i grabieże. Wojska polskie pozostaną w Rosji przez czas potrzebny po to, by władzę na ziemiach tych mógł objąć prawy rząd rosyjski.

Z chwilą, gdy rząd narodowy Rosji powoła do życia władze państwo­we zdolne uchronić kraj ten przed nawrotem azjatyckiego bolszewizmu, a wolny naród sam o losach swoich stanowić będzie mocen – żołnierz polski powróci w granice Rzeczypospolitej Polskiej, spełniwszy szczytne zadanie walki o wolność ludów.

Razem z wojskami polskiemi wracają na ziemie rosyjskie szeregi wa­lecznych jej synów pod wodzą premiera Borisa Sawinkowa i generała Borisa Piermikina. Szeregi, które w Rzeczypospolitej Polskiej znalazły schronienie i pomoc w najcięższych dniach próby dla ludu rosyjskiego.

Wierzę, że naród rosyjski wytęży wszystkie siły, by z pomocą Rzeczy­pospolitej Polskiej wywalczyć wolność własną i zapewnić żyznym ziemiom swej ojczyzny szczęście i dobrobyt, któremi cieszyć się będzie po powrocie do pracy i pokoju.

Józef Piłsudski

Wódz Naczelny Wojsk Polskich

20 września 1920 r., kwatera główna w Smoleńsku

Do Smoleńska u boku Polaków wkroczyła wspomniana przez Na­czelnika Państwa rosyjska 3. Armia. Była to stworzona w Polsce antybol­szewicka formacja zbrojna. W Smoleńsku proklamowano zaś powstanie nowego, demokratycznego rządu Rosji, na czele którego stanął przybyły z Warszawy przywódca eserowców Boris Sawinkow.

Choć na początku kampanii armia Piermikina liczyła zaledwie 20 ty­sięcy bagnetów i szabel, z każdym dniem ofensywy powiększała swoje stany. Na jej stronę przechodziły całe oddziały Armii Czerwonej, maso­wo garnęli się do niej nowi rekruci. Polacy i ich rosyjscy sojusznicy nie marnowali bowiem czasu. 4 października wyzwolili Wiaźmę, a 10 paź­dziernika Możajsk. Dzień później stanęli na przedpolach Moskwy.

Aż do tego miejsca Polacy i Rosjanie niemal nie natrafili na opór. Armia Czerwona po klęskach pod Warszawą i nad Niemnem była w sta­nie rozkładu. Morale padło, dowódcy stracili głowę, żołnierze nie mieli broni, amunicji, a nawet butów i mundurów. Duża część jednostek Ar­mii Czerwonej zaangażowana była na Syberii i w innych częściach kraju ogarniętych pożogą gwałtownych chłopskich i kozackich powstań. Na Kaukazie do walki zerwali się Gruzini, Azerowie i Ormianie.

Krytyczna dla bolszewików sytuacja wytworzyła się również na Rusi. Wojska polskiego Frontu Południowego i walcząca u ich boku armia atamana Symona Petlury wyzwoliły Kijów i przekroczyły Dniepr. Na­stępnie w rejonie Czerkasów połączyły się z kontrrewolucyjną armią Wrangla. Po krótkim przegrupowaniu potężne polsko-rosyjsko-ukraiń­skie siły zaczęły nacierać w kierunku Moskwy. Wątły reżim bolszewi­cki zaczął trzeszczeć w szwach.

Towarzysze! – krzyczał histerycznie Lenin na wielkim wiecu zwołanym w Moskwie. – Nasza święta sprawa, sprawa światowej rewolucji proleta­riatu, znalazła się w śmiertelnym niebezpieczeństwie! Ważą się losy ko­munizmu! Ważą się losy klasy robotniczej! Polscy imperialiści zbliżają się do naszej stolicy. Wszystkie siły do obrony Moskwy! Wszystkie siły dla frontu zachodniego! Zwycięstwo albo śmierć!

Bolszewicy przeprowadzili totalną mobilizację. Wyciągnęli z biur działaczy partyjnych, urzędników, a nawet czekistów. A z fabryk za­ufanych robotników. Rozdali im karabiny i utworzyli naprędce sztur­mowe formacje, które miały opanować panikę szerzącą się w szeregach Armii Czerwonej.

Większość posiłków, które Lew Trocki próbował ściągnąć z odle­głych części Rosji, utknęła po drodze. Drogi i linie kolejowe zosta­ły zablokowane przez chłopskich rebeliantów – „zielonych” – którzy na wieść o postępach polskiej ofensywy zdwoili siły w walce ze zniena­widzonym reżimem. Bolszewikom we znaki dawała się również ope­rująca na wschodniej Rusi armia anarchistycznego watażki Nestora Machny.

Ludność Rosji nie ukrywała wrogiego stosunku do czerwonych. Kraj ogarnęła fala strajków, głodni ludzie wychodzili na ulice. Rozpo­częły się ataki na pojedynczych żołnierzy i akty sabotażu. Zapłonęły komitety partyjne i siedziby Czeki. Tłumy rozbijały więzienia i łagry. Rosjanie mieli dość krwawego terroru i nędzy, które zafundował im Lenin.

Wszystko to utrudniało Sowietom przygotowania do rozstrzygającej bitwy o Moskwę. Dowodzący wojskami inwazyjnymi Józef Piłsudski ściągał tymczasem posiłki i dokonywał przegrupowania. U boku Po­laków znalazły się liczne formacje sojusznicze: rosyjska armia generała Piermikina, brygada Kozaków dońskich Aleksandra Salnikowa, dywizja Kozaków kubańskich esauła Wadima Jakowlewa i złożona z antykomu­nistycznych idealistów wielonarodowa armia legendarnego zagończyka generała Stanisława Bułak-Bałachowicza.

Polacy dysponowali nowoczesnym uzbrojeniem pochodzącym ze świeżych amerykańskich i francuskich dostaw. Morale stało wysoko. Wojsko Polskie było uskrzydlone zawrotnymi sukcesami ostatnich ty­godni. Żołnierze zdawali sobie sprawę, że biorą udział w wydarzeniach, które dla ich państwa i narodu mają charakter epokowy. Chodziło bowiem nie tylko o wygranie kampanii. Gra toczyła się o wykucie imperium.

Żołnierze! – napisał Józef Piłsudski w odezwie do wojska – Wybiła dzie­jowa godzina. Jesteście spadkobiercami dzielnych rycerzy Rzeczypospo­litej Obojga Narodów, którzy trzy wieki temu, rozbiwszy hufce Moskali, zatknęli polską chorągiew na kremlowskich wieżach. Tak jak oni wtedy, tak i wy teraz piszecie historię. Cała Rzeczpospolita patrzy na was z po­dziwem i nadzieją. Śmierć bolszewickiej zarazie! Niech żyje wielka Polska!

Do wielkiej bitwy – którą Edgar Vincent D’Abernon nazwał póź­niej trzecią najważniejszą batalią w dziejach świata – doszło 6 listopada 1920 roku. Gdy Polacy ruszyli do natarcia, przywitał ich grad pocisków artyleryjskich i gęsty ogień kulomiotów. W pierwszej sowieckiej linii stanęły elitarne jednostki fanatycznych komunistów. Wiedzieli bowiem, że gra toczy się nie tylko o przetrwanie rewolucji, ale również o ich życie. Jasne było, że po okrucieństwach, jakich dokonywali w Polsce, pardonu nikt im dawać nie będzie.

Polaków ten zdecydowany opór zaskoczył. Ich natarcie straciło im­pet, aż w końcu ugrzęzło. Był to przełomowy moment bitwy, kiedy wydawało się, że czerwoni zdołają się obronić. Wówczas jednak doszło do wydarzenia, które złośliwa opozycyjna prasa warszawska nazwała później „Cudem pod Moskwą”. Otóż kawaleria generała Bułak-Bała­chowicza pod osłoną nocy przekradła się między sowieckimi dywizjami i teraz jak grom z jasnego nieba spadła na bolszewickie tyły.

Malowniczy wschodni jeźdźcy jakby żywcem wyjęci z kart Trylogii Sienkiewicza z groźnym okrzykiem bojowym zaczęli rąbać szablami przerażonych bolszewików. Ten nagły atak wywołał panikę, która szyb­ko ogarnęła całe sowieckie linie. Dywizja za dywizją czerwonoarmiści zaczęli rzucać broń i rozbiegać się na wszystkie strony.

Widząc, co się dzieje, polskie dowództwo rzuciło piechotę do fron­talnego natarcia. Polacy wdarli się między nieprzyjacielskie pozycje. Komunistyczne oddziały złożone z Łotyszy, Węgrów, czekistów i człon­ków partii bolszewickiej zostały wycięte w pień. A następnie polscy wyzwoliciele na karkach niedobitków wpadli na ulice czerwonej stolicy.

W mieście rozegrały się sceny mrożące krew w żyłach. Zdobywcy, wsparci przez tłumy moskwian, polowali na komunistów. Doszło do linczów na bolszewickich katach, których wywlekano z komitetów par­tyjnych i mieszkań. Załoga Łubianki została rozerwana na strzępy przez rozwścieczonych bliskich ofiar czerwonego terroru. Po ulicach walały się porzucone dokumenty, legitymacje partyjne i mundury. Komuniści starali się wmieszać w tłum i ocalić życie.

Zgromadzeni na Kremlu członkowie Rady Komisarzy Ludowych do końca nie zdawali sobie sprawy z katastrofy. Dowiedzieli się o niej, dopiero gdy przez okno sali plenarnej wpadł pocisk artyleryjski. Ko­misarze z wrzaskiem pospadali z krzeseł, posypały się na nich ostre jak brzytwa odłamki szkła i kawałki cegieł.

Tak oto swoje przybycie zaanonsował oddział zagończyków z Wiel­kiego Księstwa Litewskiego dowodzony przez rotmistrza Jerzego Dąmb­rowskiego „Łupaszkę”. To jego żołnierze podtoczyli na plac Czerwony zdobyczne działo i oddali strzał w stronę Kremla. Oni też wysiekli ochronę budynku i wdarli się do środka.

Włodzimierz Lenin próbował – w przebraniu kobiety – wymknąć się tylnym wyjściem. Drogę zagrodził mu młody ułan, który dojrzawszy wąsy i brodę pod babską chustą, wzniósł ramię do ciosu. Słońce błys­nęło na klindze szabli. Polak celował w szyję, chcąc zrąbać czerep, ale nie trafił. Cios poszedł w powietrze. Lenin, zanim dosięgła go szabla, padł bowiem trupem. Jak ustalili później w trakcie sekcji zwłok wybitni rosyjscy lekarze, ze strachu dostał silnego ataku serca.

Tym młodym kawalerzystą był litewski ziemianin Józef Mackiewicz. Wówczas osiemnastoletni ochotnik, a w przyszłości najwybitniejszy polski prozaik. Kilka miesięcy po zdobyciu Moskwy w rodzinnym Wilnie Józef Piłsudski za ten bohaterski czyn udekorował go krzyżem Virtuti Militari.

Lwa Trockiego Polacy znaleźli ukrytego w kremlowskiej latrynie. Wywleczony za uszy na plac Czerwony został – ku uciesze gawiedzi ­powieszony na najbliższym drzewie. Obok niego zawisnęli inni komu­niści: Nikołaj Bucharin, Gieorgij Cziczerin i Karol Radek. Ten sam los spotkał zdrajców Feliksa Dzierżyńskiego, Juliana Marchlewskiego, Józefa Unszlichta i Feliksa Kona, członków Polskiego Komitetu Re­wolucyjnego, który w imieniu Kremla miał rządzić ujarzmioną Polską. Z całego tego towarzystwa jedynie „Krwawy Feliks” przyjął śmierć z godnością i nie błagał o litość.

Na wieść o upadku Moskwy kapitulowały dywizje Armii Czerwonej walczące na południu przeciwko Polakom, Ukraińcom i armii Wran­gla. Komisarz polityczny tego frontu, Józef Stalin, włożył sobie w usta niemiecki pistolet Walther i nacisnął spust. Kula przeszła przez kark, druzgocząc kręgi szyjne. Gdy do sowieckiej kwatery wdarli się polscy żołnierze, zobaczyli sowieckiego dygnitarza leżącego na ziemi z dziurą w tyle czaszki. Pistolet jeszcze dymił.

To był koniec komunizmu. Ludobójczego systemu, który przez trzy lata zgładził setki tysięcy ludzi. Była to więc choroba gwałtowna, ale ­na szczęście dla Rosji, Polski i całego świata – krótka.

Nad Kremlem tymczasem pierwszy raz od 1612 roku załopotał pol­ski sztandar. A wkrótce na placu Czerwonym Józef Piłsudski, premier Boris Sawinkow i generał Piotr Wrangel przyjmowali wielką polsko­ -rosyjską defiladę zwycięstwa nad bolszewikami. Tłumy mieszkańców miasta wiwatowały na widok ułanów w rogatywkach jadących strzemię w strzemię z kirasjerami z moskiewskiego pułku lejbgwardii.

Obietnica Józefa Piłsudskiego o szybkim opuszczeniu przez Woj­sko Polskie terenu Rosji niestety nie została dotrzymana. Ale nikt o to do Polaków nie miał pretensji. Mimo pokonania bolszewików sytuacja Rosji – która została ogłoszona republiką parlamentarną – była bowiem krytyczna. Nowe władze nie były zdolne zapanować nad licznymi bun­tami i powstaniami.

Opór nowej władzy stawiała bolszewicka partyzantka, „zieloni” oraz plemiona Dalekiego Wschodu. Gospodarka spustoszonego przez woj­nę domową kraju była w stanie katastrofalnym. Co gorsza lewicowy premier Sawinkow ustawicznie darł koty z prawicowym prezydentem Wranglem. Sami Rosjanie poprosili więc Polaków, aby zostali i pomogli im w posprzątaniu bałaganu, który pozostał po bolszewikach.

Słaba, uzależniona od Polski Rosja podpisała z Rzecząpospolitą trak­tat o ostatecznym przebiegu granic. Wrangel, choć nie był zachwycony takim obrotem spraw, nie miał wyboru i musiał uznać utworzone przez Józefa Piłsudskiego imperium. W jego skład weszły Polska, Ukraina, Wielkie Księstwo Litewskie, Łotwa i Estonia. Kraje te zostały połączo­ne więzami federacji. Finlandia, Rumunia, Gruzja, Armenia i Azerbej­dżan stały się zaś częścią polskiej strefy wpływów. Ów potężny blok rozciągał się na olbrzymiej przestrzeni między Zatoką Fińską a Mo­rzem Kaspijskim.

Federacja Piłsudskiego stanowiła barierę przeciwko rewizjonistycz­nym apetytom Rosji i Niemiec. Uznawszy fakty dokonane, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone i Francja porzuciły swoją rosyjską so­juszniczkę i zawarły z Polską umowę o sojuszu wojskowym i wymianie handlowej. Tak oto Rzeczpospolita wróciła na swoje miejsce, które na sto pięćdziesiąt lat odebrała jej Rosja. Było to miejsce hegemona Europy Wschodniej. Choć od opisywanych wydarzeń minęło dziewięćdziesiąt pięć lat, nie zmieniło się to do dziś.

Warszawa szybko zdetronizowała Paryż i stała się kulturalną stolicą Europy. Powstały w niej wspaniałe sale koncertowe, muzea i galerie.

Z całego kontynentu do polskiej stolicy zjeżdżali poszukujący szczęścia i szczodrych mecenasów artyści. Do tej ostatniej roli idealnie nadawali się bajecznie bogaci magnaci Litwy i Rusi, których włości rozciąga­ły się na szerokich przestrzeniach wschodu. Jednym z nich był książę Janusz Radziwiłł.

Pewnego razu, 1 września 1939 roku, książę siedział w salonie swo­jego warszawskiego pałacu, popijał kawę i stawiał porannego pasjansa. Przyjemną chwilę przerwał mu kamerdyner, który zaanonsował przy­bycie ubogiego zagranicznego malarza. Książę raczył przyjąć gościa, przybył on bowiem z polecenia jednego z radziwiłłowskich przyjaciół.

Interesant przedstawiał sobą żałosny widok. Stanął przed księciem w wymiętym pocerowanym garniturze i dziurawych butach. Mówił łamaną polszczyzną, był wyraźnie zdenerwowany i speszony. Jego głos przechodził momentami w skrzek, zdecydowanie zbyt mocno gesty­kulował. Malarz spoglądał na arystokratę pokornym, psim wzrokiem.

Pod pachą miał teczkę ze swoimi pracami. Obrazy były słabe i nie spodobały się wyraźnie znudzonemu księciu. Kierowany litością kupił jednak dwa za pięćdziesiąt złotych. Kazał malarza nakarmić w kuch­ni i wypuścić czarnymi schodami. Wzruszony artysta na pożegnanie długo czapkował arystokracie.

Jeszcze tego samego dnia książę Radziwiłł spotkał się na raucie w Polskim Towarzystwie Kolonialnym (Polska kupiła akurat od Wiel­kiej Brytanii Ugandę) ze swoim przyjacielem.

– No i jakże ci się spodobał ten nasz niemiecki malarz? – spytał przyjaciel. – Prawda, że pocieszny?

– Mówiąc szczerze, mój drogi, jakoś nie przypadł mi do gustu – od­parł książę Janusz Radziwiłł, zastanawiając się nad dobraniem właściwej sałatki do śledzia. – Ale to, zdaje się, nie jest Niemiec, tylko Austriak.

– Czy to nie wszystko jedno?

– Rzeczywiście, wszystko jedno. Straszny jednak z niego gaduła. I antysemita.

„Green” Greta Thunberg Turns Left… and Red. [To dyktat „kapitału”].

„Green” Greta Thunberg Turns Left… and Red

by John Horvat II https://www.tfp.org/greta-thunberg-turns-leftand-red/

When climate activist Greta Thunberg appeared on the scene some years ago, the media celebrated her as a child hero intent on saving the earth’s environment. She scolded world elites for depriving her of her childhood, an act that made her an overnight sensation. Time Magazine selected her as its Person of the Year. Now, as the 19-year-old Swedish activist matures into adulthood, she is showing her true colors. And the color is red, not green.

At a recent book launching in London, Greta shocked some observers by targeting the West’s “oppressive” capitalist system as the cause of all climatic ills. The move is surprising since she has always made generous use of this oppressive system to spread her alarmist message. Indeed, Greta has no problem using the capitalist marketing system as a platform for promoting her new book. She also sees no harm in sacrificing plenty of trees the publishing industry needs to print up books for a mass audience.

However, what surprises many is that this strange darling of the greens would align herself so clearly with Marxist ideas. Part of her effectiveness was her ability to display a naïve childlike attitude that psychologically disarmed those who heard her. She seemed immune to leftist propaganda and incapable of a hidden agenda.

Coming Out Red

As she grows up in her bitterness, the poster child of the eco-movement comes out of the red closet. Her embracing of the left proves that climate activism taken to its final consequences will always lead to anti-Western communist ideology. The various doctrines of the left all eventually merge into one. Catholic thinker and man of action, Prof. Plinio Corrêa de Oliveira, likens this to a thousand individual fires that come together to form the unity of a single forest fire. So also, the ecological cause melds into the Marxist pot.

Thus, “exploitation” of the earth seamlessly becomes synonymous with economic oppression. Greta is now calling for “system-wide transformation.” She rails against “those in power,” which she identifies as the cause of climate breakdown. All these things are part of “the exploitation of people and the planet.” She imagines the system as having “roots in racist, oppressive extractivism (sic!)” that only desires to “maximize short-term profits for a few.”

Greta now minces no words, calling for the overthrow of the whole capitalist system that is “a system defined by colonialism, imperialism, oppression and genocide by the so-called global North to accumulate wealth that still shapes our current world order.”

No Marxist attack is complete without a tirade against the opposition, which she instantly labels as “fascist movements offering easy, false solutions and scapegoats to complex problems.”

All these attacks are read straight from the Marxist script.

A Book Greta Did Not Write

The broadside against capitalism did not get in the way of the business of selling her book. The de-growth activist appeared at London’s prestigious Royal Festival Hall in late October to launch her 464-page manifesto, The Climate Book: The Facts and Solutions. The liberal establishment pulled out all the stops to welcome this book that desires the West’s destruction. Amazon’s algorithms are already hard at work turning this full-color tome into a bestseller. Penguin Press is drumming up publicity as it releases it in the U.K. and worldwide. Americans will have to wait for the official U.S. release on February 14, 2023.

The hullaballoo is all about a work that Greta did not write entirely. Following sound marketing practice, her name is attached to the work. She merely stitches together a compilation of essays from 100 leftist “experts,” which make up most of the title’s content.

Scattered inside its pages are well-known leftists like writer Naomi Klein, World Health Organization chief Tedros Adhanom Ghebreyesus, eco-writer Bill McKibben and French economist Thomas Piketty. However, for the most part, the diverse collection is a who-is-not-who of obscure scientists, novelists, indigenous leaders and other “experts” that make up the closed eco-world of activists peddling their tired narrative of doom. Most people will not recognize the “experts” or follow their pseudo-science.

Finding Merit

The new book does have some merits. It shows that while the leftist experts manifest themselves differently, they all come together to promote a single cause. The book also documents Greta’s transformation from a climate change campaigner to an anti-capitalistic, anti-everything leftist militant.

The launching makes it clear that Greta is a creature of the media, supported by the liberal establishment that she hates. The carbon-heavy production of the work shows how activists break their own rules when it comes to advancing their revolution.

The shame, however, is that it is a waste of good trees…

Przypadek lewitacji u opętanej Hiszpanki. Dobrowolna zgoda na opętanie. Opętanie w Loudun.

Przypadek lewitacji u opętanej Hiszpanki. Dobrowolna zgoda na opętanie. Opętanie w Loudun.
=============================

Andrzej Sarwa

Przypadek Marii Cecylii Pistorini

Dawniejsza literatura dotycząca tak opętań, jak i czarownictwa nader często zamieszcza opisy unoszenia się ludzi w powietrzu.
Na polecenie cesarzowej austriackiej Marii Teresy (1717 - 1780) opat Oswald Laschert szczegółowo przebadał przypadek opętania niejakiej Marii Cecylii Pistorini, jednej z mniszek klasztoru kierowanego przez ksienię Renatę Seanger, oskarżoną o uprawianie czarnej magii i rzucanie uroków na podległe sobie zakonnice.
Według świadectwa uczonego opata Maria Cecylia wielokrotnie, kilkadziesiąt, do stu razy na dzień, była gwałtownie unoszona w powietrze, a potem z ogromna siłą ciskana o posadzkę, co jednak nie powodowało obrażeń zagrażających jej życiu. Poddana zabiegom egzorcyzmowania, również została - wraz z krzesłem - uniesiona do góry.
W czasie masowych opętań, jakie miały miejsce w XVII wieku w Loudun i Marsylii, prócz objawów katalepsji, znieczulenia ciała na ból, ujawniania się dodatkowych osobowości, telepatii i jasnowidzenia, obserwowane były również - u niektórych z opętanych niewiast - również i zdolności lewitacyjne. (Ignacy Matuszewski, Czarnoksięstwo..., s. 86 i n.).

Przypadek lewitacji u opętanej Hiszpanki

W hiszpańskim dziele ''Historia del Emperados Carlos V'' wydanym w roku 1507, znajduje się opis badania inkwizytorskiego kobiety podejrzanej o zawarcie paktu z diabłem. Przesłuchujący ją biskup Pampeluny Prudencio de Sandoval, powodowany ciekawością, zażyczył sobie, aby owa niewiasta pokazała mu swoje nienaturalne umiejętności. I wówczas ona, wydostawszy się przez okno, poczęła schodzić po murze głową w dół, a później swobodnie uniosła się w powietrzu. 
Jeśliby ktoś mniemał, że tego rodzaju opisy pochodzą jedynie z protokołów inkwizytorskich przesłuchań prowadzonych przez duchownych rzymskokatolickich, jest w błędzie. Napotyka się je bowiem zdecydowanie częściej w dokumentach protestanckich. 
W jednym z nich, pochodzącym z siedemnastego wieku, występuje, pod datą 1620, informacja na temat opętanej Anny Fleischer, która zachowując się bardzo nienaturalnie, kręcąc się, rzucając, wijąc jak robak, wstrząsana konwulsjami, na koniec całkowicie oderwała się od ziemi i zawisła w powietrzu. Świadkami tego zdarzenia były osoby raczej wiarygodne, a mianowicie dwaj diakoni protestanccy Kacper Dachsel i Tobiasz Walpurger. (Tamże, s. 88.).

Demon imieniem Gabbage

Pewien mężczyzna, po dość długim okresie utraty przytomności najpierw usłyszał męski głos, który oświadczył, że należy do istoty imieniem Gabbage, po jakimś czasie zaś ujrzał swego rozmówcę, który - jako żywo - przypominał diabła z podań ludowych. Miał bowiem wygląd niespełna czterdziestoletniego osobnika, był silnie zbudowany, o gęstym czarnym zaroście, takiejż czuprynie i brwiach, pałających ciemnych oczach. Ukazywał się zawsze w stroju myśliwego. W czasie rozmów, jakie prowadził z bohaterem niniejszej opowiastki, ustawicznie namawiał go do działań destrukcyjnych (kazał mu niszczyć rozmaite wartościowe przedmioty i targnąć się na własne życie). Osobnik ów posłuchał w końcu owych podszeptów i popełnił samobójstwo rzucając się z trzeciego piętra na bruk. (Tamże, s. 158.).

Opętanie w klasztorze urszulanek

W roku 1610 miało miejsce masowe opętanie w klasztorze żeńskim św. Urszuli w Marsylii. Pierwsze oznaki posesji diabelskiej wykazała nowicjuszka Magdalena de la Palud, po niej zaś inne.
Magdalena, poddana indagacji ze strony inkwizytorów, wyznała, że wszystko to sprawił niejaki ks. Ludwik Gaufridi, proboszcz miejscowy, który gdy dzieckiem jeszcze była, wprowadził ją do kręgu osób oddających cześć szatanowi na miejscu ustronnym. Od tamtej pory wiele razy uczestniczyła w sabacie, podczas którego oddawała się wyuzdanym orgiom seksualnym, bluźniła Bogu i Kościołowi. Jednocześnie przez cały ten czas była kochanką Gaufridiego.
Ten, pojmany i stawiony na przesłuchanie, przyznał się co prawda do tego, że współżył seksualnie z młodą zakonnicą, ale kategorycznie wyparł się przypisywanych praktyk satanistycznych. Dopiero później zmienił zdanie i przyznał się do wszystkiego, co mu zarzucała kochanka. Oddany władzy świeckiej, wyrokiem sądu spłonął na stosie.
W trakcie badań okazało się, że Magdalena de la Palud wykazuje nienormalne właściwości. Między innymi ustalono, że biegle włada łaciną, czyli językiem, którego nigdy się nie uczyła. Ponieważ sama się oskarżała przed inkwizytorami, zachowano ją przy życiu, uprzednio poddano egzorcyzmom, które przyniosły pożądany skutek.

Dobrowolna zgoda na opętanie

Kolejny przykład dotyczy Szwajcarki (nb. żyjącej współcześnie) niejakiej R.B., która została opętana w wieku 15 lat przez cztery demony. Opętanie owo nie było spowodowane niemoralnym życiem dziewczyny, bo takiego nigdy nie prowadziła, żyjąc w zgodzie z prawem Bożym, lecz zostało jej zaproponowane (jeśli można użyć tego dość niefortunnego określenia), jako zadośćuczynienie za grzechy świata i w celu ostrzeżenia ludzkości przed grożącą jej straszliwą karą, jeśli się nie opamięta i nie nawróci.
Ponieważ R.B. zgodziła się przyjąć cierpienie, które dotknęło ją w ukrytej formie, w żaden sposób się nie uzewnętrzniając, opętanie stało się faktem.
Po upływie wielu lat, przeżywając nieopisany wprost koszmar i po wędrówkach od lekarza do lekarza, po gruntownych wielokrotnych badaniach psychiatrycznych, które wykazały, iż jest zupełnie normalna, trafiła wreszcie w ręce egzorcystów. Ci, niestety, mimo wielu wysiłków, nie umieli jej okazać pomocy. Udało się im jednak zmusić demony do ujawnienia i do mówienia, choć czyniły to bardzo niechętnie i pod silnym przymusem.
Ponieważ nie miejsce tutaj na szczegółowe rozpisywanie się na temat ostrzeżenia, jakie Pan Bóg i Matka Boża zsyłają za pośrednictwem duchów nieczystych (może to zabrzmieć dziwnie, ale skoro ludzie odrzucają jakże liczne objawienia Boskie oraz nadzwyczaj jasne i czytelne znaki czasów, nadeszła pora, by nawet piekło zmusić do świadczenia o prawdzie), nie będę tutaj rozwodził się nad treścią przekazów zasłyszanych od demonów.
Opętana na specjalne życzenie spisała swój życiorys, w którym zawarła opisy udręk spowodowanych faktem zniewolenia przez złe moce.
Zarówno z jej słów, jak i z zeznań świadków wynika, że za dnia nie odczuwa poważniejszych dolegliwości (spełnia obowiązku żony i matki), straszne są natomiast dla niej noce, podczas których przeżywa niewyobrażalne wprost katusze psychiczne. (Piekło wypluwa prawdę [w:] Ks. L.G. de Ségur: Piekło....., s. 136 – 137.).

Opętanie Annelise Michel

Wydaje się, że na uwagę zasługuje również przypadek opętania niemieckiej studentki pedagogiki, pochodzącej z Klengenbergu, niejakiej Annelise Michel. Ten przypadek opętania tym znów różnił się od licznych uprzednio wymienionych, że było to świadomie przyjęte cierpienie, jako wynagrodzenie za grzechy świata. Nie mogły zatem egzorcyzmy odprawiane nad ową dziewczyną przynieść oczekiwanego rezultatu. Annelise Michel wycierpiała bardzo wiele i męczyła się strasznie, ponieważ do zgonu doszło na skutek nie przyjmowania przez nią pokarmów i napojów, mimo strasznego głodu i pragnienia. Ta głośna niezbyt dawno sprawa, która miała miejsce w roku 1976, rozeszła się szerokim echem po całym świecie. ''Postępowe'' media o spowodowanie śmierci opętanej oskarżały duchownych egzorcystów, jednocześnie ośmieszając całą sprawę i domagając się sądownego ukarania kapłanów, którzy ''hołdując średniowiecznemu zabobonowi'' doprowadzili - rzekomo - do tak strasznej tragedii: śmierci dziewczyny. Jakoś jednak nikt nie wspomniał, że i ''naukowa'' terapia nie przyniosła żadnego, nawet minimalnego pozytywnego rezultatu, i że wcale w tym wypadku nie chodziło o schorzenie psychiczne, a o jakąś bliżej nie określoną (dla ''naukowców'') dolegliwość, co do której medycyna była bezsilna, nie tylko nie umiejąc jej leczyć, ale nawet i nazwać!

Opętanie w Loudun

W roku 1626 założono w Loudun klasztor Urszulanek. Zakonnice w większości odznaczały się wysokimi przymiotami i na ogół pochodziły z dobrych domów, i zgodnie ze swym powołaniem zajmowały się wychowaniem dziewcząt.
Pierwszym spowiednikiem urszulanek był przeor O. Moussant. W niedługi czas po jego śmierci poczęły się dziać w budynku klasztornym rzeczy co najmniej dziwne. Dawało się zupełnie wyraźnie słyszeć w nocy hałasy, a wiele spośród zakonnic uległo dziwnym objawom przypominającym opętanie. Samej matce przełożonej ukazywały się widma, przypominające bądź to zmarłego spowiednika, bądź też jakowąś inną osobę duchowną.
Ponieważ owe dziwne zjawiska trwały bez ustanku, zakonnice poinformowały o wszystkim nowego spowiednika, ks. Jana Mignon, kanonika z kościoła św. Krzyża w Loudun, pomijając głównego bohatera dramatu ks. Urbana Grandier. Powód pominięcie Grandiera nie jest znany, wydaje się jednak prawdopodobnym, że urszulanki nie zaproponowały mu stanowiska swego spowiednika, z powodu faktu złej opinii, jaką ów duchowny miał. Zamieszany był nawet w procesy sądowe, a w końcu ukarany przez miejscowego biskupa za złe prowadzenie się. Ale Grandier nic sobie z tego nie robił, apelował do wyższych instancji, przez które został od kary uwolniony.
Tymczasem zjawiska natury szatańskiej w klasztorze urszulanek nie ustawały. Widząc to ks. Mignon poprosił o radę i wsparcie ks. Piotra Barré, proboszcza kościoła św. Jakuba i kanonika de Saint Meme. Owi duchowni, w towarzystwie jeszcze dwu karmelitów sporządzili szczegółowy protokół, dotyczący niezwykłych zjawisk, który zaopatrzyli własnymi podpisami.
Niebawem zjawiska przybrały wyraźniejszy charakter, wiele zakonnic i sama przełożona podlegały dziwnym konwulsjom, a ich czynności i rozmowy w czasie ataków zupełnie były niezgodne z zachowaniem jakie przystoi mniszkom.
Wówczas księża Mignon i Barré, mając na to zgodę biskupa z Poitiers, odprawili nad opętanymi zakonnicami egzorcyzmy. Było to latem 1613 roku. W październiku - wobec bezskuteczności tamtych egzorcyzmów - odprawiono nowe, tym razem w obecności władz świeckich.
Opętane zakonnice badano, zadając im pytania po łacinie, czyli w języku, którego się uczyły, a demony odpowiadały, że przyczyną opętania jest ks. kanonik Urban Grandier, proboszcz u św. Piotra. Można sobie wyobrazić jakie wrażenie na świadkach wywołało takie oświadczenie. W tym miejscu - co istotne - należy zaznaczyć, że egzorcyzmy odbywały się zawsze w obecności świadków.
Pod koniec listopada ksiądz Barré uznał za stosowne, aby biskup Poitiers dodał mu dwóch nowych świadków do obrzędu egzorcyzmów. I rzeczywiście dodano mu dziekanów kapituły Champiny i Thouars. Z kolei podejrzany o spowodowanie opętanie ks. Urban Grandier ze swej strony wniósł prośbę do arcybiskupa Bordeaux, który przeznaczył na egzorcystów ks. Barré, O. Escaye, jezuitę z Poitiers, i O. Gau, oratorianina z Tours, dał im szczegółową instrukcję i rozkazał oddalić wszystkich innych świadków, oprócz mera miasta Loudun, prezesa sądów kryminalnych i przełożonego opactwa Saint Jouin.
Pech chciał, że w tym samym czasie - w zupełnie innej sprawie - w Loudun znajdował się delegat królewski, którego kuzynka była przełożoną owego klasztoru urszulanek. Była to panna Belsiel, w zakonie nosząca imię (rozsławione w negatywny sposób przez literaturę i film) Matki Joanny od Aniołów.
Delegat królewski dowiedziawszy się o wszystkim, co się u urszulanek dzieje, pojechał czym prędzej do Paryża, zdał sprawę królowi Ludwikowi XIII i kardynałowi Richelieu, po czym, dnia 30 listopada 1633 roku przybył do Loudun z komisją królewską, która miała zbadać całą sprawę.
Komisja swoją pracę zaczęła od aresztowania ks. Urbana Grandier i dokładnej rewizji w jego domu. Nie znaleziono niczego kompromitującego, poza odręcznym pismem księdza wymierzonym przeciwko celibatowi duchowieństwa. Pismo owo miało uspokoić sumienie pewnej dziewczyny, która dała się uwieść temu występnemu kapłanowi.
Niemniej był to kamyczek, który pociągnął za sobą lawinę. Przeciw Ks. kan. Urbanowi Grandier komisja królewska wytoczyła formalny proces kryminalny i powołała licznych świadków, którzy zeznawali przeciw niemu. Badanie świadków wykazało u ks. Grandier wiele wykroczeń przeciw moralności, a jedna z zeznających kobiet, niejaka Elżbieta Blanchard zeznała, iż oskarżony proponował jej, że ją uczyni czarownicą.
W tym samym czasie w klasztorze urszulanek, gdzie objawy opętania nie zanikły, zarządzono nowe egzorcyzmy. Brali w nich udział m. in. O. Laktancjusz, reformat, O. Tranquille, kapucyn i O. Józef, kapucyn.
Proces przeciwko ks. Grandier, oskarżonemu o spowodowanie opętania zakonnic, i egzorcyzmy odprawiane nad nimi, trwały siedem miesięcy, po czym akta procesu przewieziono do Paryża, gdzie po ich dokładnym zbadaniu uznano, że Grandier jest winny i 3 lipca 1634 roku ustanowiono specjalną komisję złożoną z 14 urzędników duchownych i świeckich, dla wydania ostatecznego wyroku. Dnia 18 sierpnia komisja owa uznała ks. kanonika Urbana Grandier winnym magii, czarnoksięstwa, spowodowania opętania i skazała go na śmierć. 
Grandier tego samego dnia został stracony.
Mimo to, objawy opętania nie ustawały. Udzielały się nawet wielu świeckim kobietom w Loudun i jego okolicach, a także w Chinon. Również opętani zostali niektórzy spośród egzorcystów. Przytrafiło się to między innymi O. Laktancjuszowi, który zmarł 18 września 1634, O. Tranquille, który żył jeszcze kilka lat, mianowicie do roku 1638 i O. Surin, który zastępował O. Laktanciusza po jego śmierci. O. Surin pozostawił nam szczegółowy opis swego stanu i wiele spostrzeżeń o wypadkach opętania, zaszłych po śmierci księdza Grandier.
O. Surin przybył do Loudun dopiero w cztery miesiące po wyroku na księdza Grandier, uwolnił on w części matkę Joannę od Aniołów spod władzy demonów i został odwołany, a zastąpiony przez O. Recés, również jezuitę. W czasie od śmierci ks. Grandier do roku 1639 i 1640, kiedy opętania ustały i wieści o nich znacznie ucichły, mamy do zaznaczenia niektóre wizyty znakomitych osób, świadczących za rzeczywistością opętania. Oprócz kilku biskupów był tam rodzony brat królewski i dał świadectwo autentyczne, własną ręką podpisane dnia 11 maja, na rzecz prawdziwości opętania, na podstawie dokonanych prób z opętanymi, które sam sprawdzał. Nie możemy też pominąć świadectwa lorda Montagu i pana de Quériolet, którzy tak byli wstrząśnięci tym, co widzieli, iż nie tylko opętanie uznali za absolutnie prawdziwe, ale - ponadto - stało się to okazją do głośnego i niespodziewanego nawrócenia wspomnianego lorda.
Opętanie w Loudun przez licznych pisarzy o ''krytycznym i postępowym'' nastawieniu uznane zostało, bez gruntownego zbadania, za fałszerstwo z premedytacją przygotowane i przeprowadzone przez księży i zakonnice.
Tymczasem bezstronne badanie dowiodło, iż w opętaniu w Loudun dało się zauważyć wszystkie cechy prawdziwego opętania. I tak: na ręce Matki Joanny od Aniołów pokazywały się napisy o nadnaturalnym pochodzeniu, zakonnice nie znające łaciny, odpowiadały po łacinie na po łacinie zadawane im pytania, wyjawiały ukryte tajemnice i widziały na odległość. (Słownik apologetyczny wiary katolickiej, podług d-ra Jana Jauge'a oprac. i wydany przez X. Wł. Szcześniaka i grono współpracowników, Warszawa 1894, s. 505 – 514.).
=========================

UDRĘCZENI PRZEZ DEMONY

opowieści o szatańskim zniewoleniu

z różnych autorów zebrał, ale i własnym piórem opisał i do druku podał

Andrzej Sarwa

* * *

Książka niniejsza jest dostępna w wersjach papierowej:

wydawnictwo.armoryka@armoryka.pl

Wydawnictwo Armoryka Marta Elżbieta Sarwa

w postaci e-booka:

https://virtualo.pl/ebook/udreczeni-przez-demony-opowiesci-o-szatanskim-zniewoleniu-i5686/

i audiobooka:

https://virtualo.pl/audiobook/udreczeni-przez-demony-opowiesci-o-szatanskim-zniewoleniu-i795/
	

Marsz poparcia dla wschodnioeuropejskich pogrobowców Stepana Bandery i Adolfa Hitlera

Marsz poparcia dla wschodnioeuropejskich pogrobowców Stepana Bandery i Adolfa Hitlera

http://kresywekrwi.blogspot.com/2022/11/marsz-poparcia-dla-wschodnioeuropejskic.html?m=0

Hasłem tegorocznego tzw. ,,Marszu Niepodległości”, było hasło Silny Naród, Wielka Polska, którą symbolizował plakat będący przeróbką propagandowego plakatu z czasów wojny z bolszewikami w roku 1920. Dziś jego nieudolna przeróbka, była rzucającą się w oczy prymitywną agitką idei Ukro – Polin, czyli jednego, wspólnego państwa z banderowską Ukrainą, stręczoną obecnie na przysłowiowego chama przez reżimową propagandę PiS i całej tzw. opozycji PO, Lewicy i PSL. Na plakacie reklamującym tegoroczny ,,Marsz Niepodległości”, który od razu też okazał się kompromitacją jego organizatorów, czyli jego prezesa Roberta Bąkiewicza i jego świty, na czapce polskiego ułana widniał orzeł, stylizowany na banderowskiego tryzuba, atakującego, bynajmniej nie bolszewickiego bojca, ale rosyjskiego żołnierza, na którego czapce widnieje symbol litery Z, będącej znakiem rozpoznawczym wojsk rosyjskich, prowadzących specjalną operację wojskową na Ukrainie. 

 

Dlatego nawet dla laika, plakat tegorocznego ,,Marszu Niepodległości” był otwartym przekazem propagandowym opowiedzenia się organizatorów marszu po stronie banderowskiej Ukrainy, zupełnie niepomnych na stosunek tegoż państwa do Polski i Polaków, oraz kwestii rozliczenia się za zbrodnie ludobójstwa dokonane przez ukraińskich szowinistów na naszych rodakach na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej oraz zakaz ekshumacji i godnego pochówku setek tysięcy Polaków, oraz wysuwane nadal przez Ukraińców roszczenia terytorialne wobec naszego państwa. Dlatego też ratując przed całkowitym blamażem swojego prezesa Roberta Bąkiewicza, Ruch Narodowy i Młodzież Wszechpolska naprędce wymyślili nowe hasło tegorocznego marszu – Polska Państwem Narodowym, do którego wprawdzie w ciągu kilku miesięcy przesiedlono 10 milionów Ukraińców,  i jest  ono w tej chwili tak samo narodowe jak dawny ZSRR, ale to w niczym nie umniejszyło dobrego samopoczucia Wszechpolaków i Roberta Winnickiego. 

 

 

W tym roku, w marszu przejętym przez panującą władzę uczestniczyli również licznie ukraińscy nacjonaliści, jak również wielu białoruskich pogrobowców, kolaborantów Adolfa Hitlera i III Rzeszy, choć pan Bąkiewicz usilnie zaprzeczał temu faktowi od samego początku, że informacje takie rozpowszechniają wyłącznie, a jakże putinowskie trolle. Jak było w rzeczywistości, świadczy o tym ukraiński plakat, reklamujący tegoroczny ,,Marsz Niepodległości” w Warszawie, którego hasło brzmiało, że wspólnie walczymy… ZA NASZĄ I WASZĄ NIEZALEŻNOŚĆ, jak również wiele zdjęć i filmów, które okiem bezstronnej kamery zarejestrowały, jak wyglądał tegoroczny warszawski marsz i co naprawdę było jego głównym przesłaniem.

W 1938 Sanacja obchodziła ten swój 11 listopada razem… z hitkerowskimi dygnitarzami III Rzeszy, z którymi razem pili wtedy wódkę i polowania, a niespełna rok później zostali przez swoich ówczesnych, niemieckich przyjaciół dosłownie zaorani równo z trawą. Wczoraj natomiast, 11 listopada szli w Warszawie razem z ukraińskimi nazistami i niedługo ich obecni przyjaciele spod znaku tryzuba, zrobią im powtórkę z przeszłości. Jak widać, historia zatoczyła koło, a głupi, bezrozumni Polacy, nie wyciągnęli z niej żadnej nauki, ani jakichkolwiek wniosków

 

Warszawa 11 listopada 1938 rok. Obchody Święta Niepodległości, których głównymi gośćmi byli dygnitarze hitlerowskich Niemiec

Marsz Niepodległości. Kukła Putina zawisła na moście  

Jakimi najważniejszymi tematami, najbardziej istotnymi dla Polaków i Naszej Ojczyzny, stanowiły dla uczestników tegorocznego ,,Marszu Niepodległości” w Warszawie? Czy były to kwestie związane z obecnym stanem naszego państwa, gospodarki, mających niebagatelny wpływ na życie Polaków i ich kondycję finansową, pozwalającą bez obawy patrzeć w przyszłość własną i swoich dzieci? Bynajmniej! Jak podaje na swoich strona internetowych portal onet.pl, uczestników tegorocznego ,,Marszu Niepodległości”, najbardziej zajmowały… głosy wsparcia dla Kijowa oraz krytyka Rosji. Jak informuje Gazeta.pl, grupka uczestników pochodu wywiesiła na moście Poniatowskiego kukłę Władimira Putina.

 


 

Na tegorocznym Marszu Niepodległości obecni byli m.in. ludzie Grzegorza Brauna z hasłem „Stop ukrainizacji Polski”. Z drugiej strony jednak inni uczestnicy pochodu wyrażali popracie dla Ukraińców. Reporter Onetu Bartłomiej Bublewicz relacjonował, że członkowie organizacji Autonomiczni Nacjonaliści wznosili hasło „Kijów, Warszawa, wspólna sprawa”

 

 

Czarne słońce” Himmlera (SS). Na ulicach Warszawy, którą na śmierć zatłukł jego podwładny – SS Obergruppenfuhrer Erich von dem Bach-Zelewski. Rzeźnik Warszawy.
Widzą to setki ludzi, nikt nie reaguje.

 

Jak bardzo trzeba nienawidzić swoich rodaków, aby stać ramię w ramię obok z mordercami twoich dziadków? I jeszcze to kretyńskie hasło… Kijów – Warszawa wspólna sprawa. Czy wszyscy ci durnie, którzy je wypisują na wszelkich tego rodzaju marszach, zastanowili się choć raz w swoim życiu, od kiedy to, dla władz w Kijowie i Ukraińców polskie interesy narodowe były dla nich kiedykolwiek, choćby  w minimalnym stopniu wspólne, czy tożsame, z ich interesami? Przenigdy! Tak może myśleć jedynie skończony dureń lub jawny zdrajca.   

Flaga fanów nazizmu z pułku #Azov na #MarszNiepodległości. Bez komentarza.

 

https://twitter.com/KrystianJachacy/status/1591495562050043905?s=20&t=-aEUzh13gRxCPXjzEk95LQ

 

 

Opozycjoniści białoruscy byli obecni na Marszu Niepodległości. Upamiętnili tam… kolaborantów hitlerowskich biorących udział w pacyfikacjach ludności cywilnej podczas niemieckiej okupacji 1941-44.

To tak jakby ktoś nadal nie rozumiał, dlaczego nie chodzimy na MN i postrzegamy go z każdym rokiem jako coraz bardziej szkodliwe wydarzenie dla idei narodowej i Polski.

 

 

Warszawa, Marsz Niepodległości 2022 – Maszerują białoruscy wyznawcy niemieckiego nazizmu

https://www.youtube.com/watch?v=-IN5JqI9d4Q

 

Prawda o fladze nazistów z Białorusi

 [filmiki są w oryginale artykułu, nie POTRAFIę skopiować MD]

https://www.youtube.com/embed/i9HWPD5xyX4  

 https://www.youtube.com/watch?v=i9HWPD5xyX4

 

Kraków czwartek wieczorem, Sukiennice…  Hymn UPA, Czerwona Kalina w samym centrum starego miasta

 

 

https://youtu.be/FrRumcrSeSs

 

 

Transparent z ideą międzymorza. Amerykański, zatruty cukierek dla banderowca i głupiego Polaka. Jeszcze napisali głupcom… Imperium z WASZEJ KRWI!

 

Tylko tych ofiar nie wolno w obecnej Polsce wspominać nawet jednym słowem, bo mówienie, czy pisanie o polskich ofiarach ukraińskiego bestialstwa na Wołyniu, Małopolsce Wschodniej i pomordowanych przez banderowców na obecnych południowo – wschodnich ziemiach obecnej Polski, to mowa nienawiści, o czym przekonał się we Wrocławiu 11 listopada  Pan Witold Listowski, który jest nie tylko znanym działaczem, ale inspiratorem i koordynatorem środowisk kresowych. Lokalnie, to prezes Stowarzyszenia Kresowian Kędzierzyn-Koźle, a w skali ogólnopolskiej to prezes Patriotycznego Związku Organizacji Kresowych i Kombatanckich. To oficjalne funkcje, a przecież bardziej jest znany, jako sympatyczny 77-letni Pan z którym można godzinami gawędzić. Jest patriotą i wydawcą czasopism oraz książek, organizatorem sesji naukowych, inicjatorem zmian legislacyjnych.

 

 

Pan Witold Listowski, z lewej strony, trzyma transparent STOP UKRAINIZACJI POLSKI

 

Pan Witold w Narodowe Święto Niepodległości wziął udział we wrocławskim Marszu Niepodległości. Niósł baner z hasłem „STOP UKRAINIZACJI POLSKI” i jak mówi „to hasło wyraża obawy, jakie niepokoją wielu Polaków”. Nie jest to hasło dyskryminujące inne nacje, ani powstrzymujące niesienie pomocy poszkodowanym. Ono wskazuje, że zagrożeni jesteśmy my, jako naród i jako państwo. Gdy głębiej zastanowimy się, to skierowane jest nie do Ukraińców, ale do rządzących i tzw. „totalnej opozycji” w Polsce. Z tego to powodu, podczas Marszu młodzi ludzie wykonali kilkadziesiąt fotografii baneru i osób niosących go. Jak się potem okazało, byli to funkcjonariusze policji w cywilnych ubraniach. Po oficjalnym zakończeniu wydarzenia Pan Witold i jego kolega zostali zatrzymani przez trójkę policjantów. Policjanci nie byli w stanie przedstawić podstawy prawnej, a jedynie mówili, że wykonują rozkazy z góry. Panowie mieli być przewiezieni na komisariat w celu złożenia wyjaśnień. Wywiązała się dłuższa dyskusja w której Panowie nie dali się zastraszyć, odmówili składania wyjaśnień i ciągle żądali podstawy prawnej. Policjanci, po dłuższych konsultacjach z przełożonymi, pozwolili odejść zatrzymanym, jednak zaznaczyli, że będą wezwani w celu złożenia wyjaśnień.

„Kochasz Polskę i Polaków, to poprzyj nas, bo gdy dojdziemy do władzy, będziesz mógł swobodnie wyrażać poglądy”. Takie zachęty słyszeliśmy nie tylko przed 1989r., ale w każdej kolejnej kampanii wyborczej. Jednak gdy w obecnej sytuacji masz odmienny pogląd od władzy, gdy uważasz, że należy pomagać ale nie ograbiać własny naród, gdy domagasz się rozliczenia zbrodni na Polakach, potępienia zbrodniarzy i pogrzebów ofiar, gdy sprzeciwiasz się powolnemu wciąganiu Polski w wojnę, gdy domagasz się, aby politycy ukraińscy wyrzekli się roszczeń terytorialnych względem Polski i gdy lękasz się, że kilkumilionowa imigracja może stanowić zagrożenie dla naszej tożsamości cywilizacyjnej, to stajesz się wrogiem. Kto czytał „Rok 1984” G. Orwell’a ten wie, że według władzy, myślozbrodnia jest najcięższym przewinieniem i to z dwóch powodów: jest najbardziej skuteczną w walce ze zdeprawowaną i totalitarną władzą, a jednocześnie najtrudniejszą do wykrycia. W Polsce ciągle demokracja demokracją, ale to władza określa które poglądy są dobre, a które zasługują na wykluczenie społeczne, szykany i interwencję służb państwowych.

Polak pobity przez polskich nazistów wspierających ukraińskich szowinistów

https://t.me/dostawcy/14028

 
Nic strasznego – tylko Polaka który krzyczał „Jebać Banderę” pobili Polacy, którzy popierają banderowców

Autonomiczne bojówki tzw. szturmowcy, niestety działają już długo, a mało kto o nich mówił kiedyś. Teraz wyznawcy belgijskiego esesmana Leona Degrella są w swoim żywiole. I jakoś w żaden sposób nie są ścigani za propagowanie nazizmu.

 Na pierwszym planie same chazarstwo. W końcu to oni wymyślili i  ustanowili to ,,święto” dla Polaków. A jak do tego doszło, o tym mówi ten film…

Józef Ginet Piłsudski – Kłamstwo prawie doskonałe – Dokument Uświadamiający

 https://www.youtube.com/embed/ra1Rua2NBps

https://www.youtube.com/watch?v=ra1Rua2NBps

Jacek Boki – 13 Listopad 2022 r.

Źródła:

Ruch Narodowy i Młodzież Wszechpolska zaprezentowały plakat i hasło Marszu Niepodległości

 

https://dorzeczy.pl/kraj/353965/rn-i-mw-zaprezentowaly-plakat-i-haslo-marszu-niepodleglosci.html 

 

Marsz Niepodległości. Kukła Putina zawisła na moście 

 

https://wiadomosci.onet.pl/warszawa/marsz-niepodleglosci-kukla-putina-zawisla-na-moscie-poniatowskiego/z78tmh3

 

NASZ PREZES DOKONAŁ MYŚLOZBRODNI I UJAWNIŁ TO 11 LISTOPADA.

 

http://kresykedzierzynkozle.pl/2022/nasz-prezes-dokonal-myslozbrodni-i-ujawnil-to-11-listopada/

Prowadzenie tego bloga to moja pasja ale także wielogodzinna praca. Jeśli uważasz, że to co robię ma sens to możesz wesprzeć mnie w tym co robię, za co serca już teraz dziękuję.

PKO BP SA Numer konta: 44 1020 1752 0000 0402 0095 7431

Gates nie pomagał „walczyć z pandemią” wyłącznie dla połechtania swojego, cierpiącego na kompleks mesjasza, ego.

Jaką władzę realnie posiada Bill Gates? Gates jednak nie pomagał „walczyć z pandemią” wyłącznie dla połechtania swojego, cierpiącego na kompleks mesjasza, ego. Czas podsumowań.

Piotr Relich  https://pch24.pl/czas-podsumowan-jaka-wladze-realnie-posiada-bill-gates/

Gdy bezradne wobec nieznanego zagrożenia elity rozkładały ręce, Gates et concortes wydawali się „jedynym stałym punktem i spokojną przystanią” w zasięgu wzroku. Nic dziwnego, że doświadczeni w praktyce „spychologii” demo-liberalni liderzy bez wahania oddali zmagania z wirusem w ręce prywatne. I to był moment, na który Amerykanin czekał od lat.

One man show

Przez dwa lata dziennikarze niezgadzający się z oficjalną pandemiczną narracją próbowali ułożyć w miarę spójny obraz z mieszaniny szumu medialnego i szczątków dostępnych informacji. Dzisiaj, gdy walka z wirusem praktycznie dobiegła końca, zmieniająca się mądrość etapu pozwala napisać rzeczy, za które jeszcze rok temu groziła społeczna infamia i wykluczenie z grona ludzi powszechnie uważanych za zdrowych psychicznie.

Z opadającego po pandemicznej bitwie kurzu wyłania się prawdziwa, nie okraszona glejtem „dezinformacji medycznej” historia „światowej odpowiedzi”. I jest to głównie opowieść o jednym człowieku.

Gates przez lata „przygotowywał” się do tego, co w podręcznikach historii opisane zostanie jak „pandemia COVID-19”. Przynajmniej od 2010 r. prowadził kampanię na rzecz opracowywania i upowszechniania nowych szczepionek, oraz finansował projekty zajmujące się modelowaniem gier pandemicznych w Imperial College czy John Hopkins University. Jeszcze w 2015 r., po epidemii eboli przypominał, że „nie jesteśmy gotowi” na podobne zagrożenie w skali globalnej. A skoro – według jego doradców – co roku dochodziło do około 200 „epizodów epidemicznych”, szansa, że któryś przerodzi się w poważny kryzys, była całkiem spora.

Resztę już znamy. Kiedy na początku 2020 roku skonsternowane władze największych mocarstw świata dopiero zasiadały do debaty, instytucje powołane przez miliardera przejęły kontrolę nad kryzysem. „Uzbrojone w fachową wiedzę, wzmocnione przez kontakty na najwyższych szczeblach państw zachodnich i umocnione dobrze rozwiniętymi relacjami z producentami leków, cztery organizacje przejęły role, które powinny odgrywać rządy” – czytamy w wynikach siedmiomiesięcznego śledztwa dziennikarzy „Die Welt” i „POLITICO”.

Wymienione podmioty to Fundacja Billa i Melindy Gatesów, GAVI (założony przez Gatesów sojusz na rzecz upowszechnienia szczepionek), Wellcome Trust – brytyjska fundacja z wielomiliardowym funduszem współpracująca z Amerykanami – oraz CEPI (Coalition for Epidemic Preparedness Innovations) – powołana przez B&MGF i Wellcome Trust w 2017 r.
Organizacje pozarządowe momentalnie zidentyfikowały potencjalnych producentów szczepionek i ukierunkowały inwestycje w stronę opracowania testów, „leczenia” i sieci dystrybucyjnych. Od 2020 r. wydały na walkę z covid-19 prawie 10 mld dolarów — tyle samo, co główna amerykańska agencja zajmująca się walką koronawirusem poza granicami USA. Z kolei na działania koordynującej zmagania w skali światowej WHO przeznaczyły łącznie 1,4 mld dol.

Sam Gates regularnie pojawiał się w mediach, gdzie odgrywał rolę pandemicznej wyroczni.

Za ogromne pieniądze kupiono również wpływy polityczne. Liderzy organizacji mieli bezprecedensowy dostęp do najwyższych szczebli rządowych, biorąc udział w spotkaniach z przywódcami państw, pozostając w stałym kontakcie z ekspertami krajowymi i na bieżąco im „doradzając”. „Zasoby ludzkie” okazały się najtańszym narzędziem walki. Od 2020 r. na lobbing wśród ustawodawców i urzędników w USA i Europie wydano zaledwie 8,3 mln USD.

Ponadto spora część urzędników ds. zdrowia z USA, UE i WHO przewinęła się wcześniej przez podmioty Gatesa jako wieloletni pracownicy. Ci „podwójni agenci” mieli kluczowy wpływ w umocnieniu jego politycznych i finansowych wpływów w Waszyngtonie i Brukseli.

Kiedy masz do czynienia z Fundacją Gatesów, to prawie tak, jakbyś miał do czynienia z dużym krajem – mówił prowadzącym śledztwo anonimowy urzędnik ds. zdrowia w USA. Bliższe prawdy jest jednak chyba określenie „mocarstwo”.

Biznes nowego wzoru

Pan Gates jednak nie pomagał „walczyć z pandemią” wyłącznie dla połechtania swojego, cierpiącego na kompleks mesjasza, ego. Nie bez przyczyny charakter jego działalności już jakiś czas temu określono mianem filantro-kapitalizmu. Modele biznesowe wypracowane przez Amerykanina przynoszą nie tylko gigantyczne dochody, ale dzięki rządowym gwarancjom zapewniają ich stały dopływ niezależnie od koniunktury. Miliarder z Seattle nauczył się, jak nie zarzynać kury znoszącej złote jaja, ale i jak wykluwać kolejne cudowne ptaki.

Podczas, gdy światowa gospodarka umierała w męczarniach lockdownu, na partnerstwie rządowo-biznesowym bajońskie sumy zarabiali producenci szczepionek, przemysł farmaceutyczny, „znajomi królika” oraz przede wszystkim sponsorzy całej zabawy. Sam Gates powiększył swój majątek o 30 miliardów USD (ok. 40 proc.).

Nad osobliwym modelem biznesowym udało się również rozłożyć swoisty moralny parasol ochronny. Nikt poważny nie powie złego słowa wobec człowieka, który dzięki szczepionkom i szybkiej reakcji „ocalił miliony ludzkich istnień”. Nawet jeżeli „skutki uboczne” wypracowanych przez niego rozwiązań: zarówno medyczne jak i gospodarcze czy społeczne, przyczyniły się do śmiertelnego bilansu pandemii bardziej niż sam wirus. – Choć popełniono błędy, pokażcie kto miał lepszy pomysł –  mówią jego obrońcy.

Jeżeli już lewicowo-liberalne media wysuwają względem niego jakieś oskarżenia, to jedynie z powodu nierównomiernej dystrybucji preparatów czy prowadzenia działalności zbytnio wymykającej się kontroli państwa.

Zalążek czegoś większego

COVID-19 stworzył niebezpieczny precedens: światu sprzedano narrację, że elity polityczne poszczególnych krajów nie są w stanie sprostać globalnym wyzwaniom XXI wieku.

Dlatego dzisiaj Gates wzywa do opracowania kompleksowego, globalnego systemu reagowania pandemicznego, zorganizowanego – oficjalnie – pod auspicjami WHO i państw członkowskich, ale w praktyce pod dyktando prywatnych sponsorów. A co najważniejsze; z prawem zawieszania suwerenności poszczególnych krajów, których kompetencje przejmują siedzący w prywatnej kieszeni eksperci i niewybieralni urzędnicy organizacji międzynarodowych.

Choć szczegóły prawne (np. traktat antypandemiczny) należy jeszcze dograć, to całość została już oficjalnie przyklepana od strony finansowej. Tylko na działalność Gavi w latach 2021–2026 USA, GBR, Niemcy i KE przeznaczą łącznie 10,5 miliardów dolarów. Natomiast sam Gates na projekty swojej fundacji wyłoży z własnej kieszeni dwa razy więcej, bo aż 20 mld dolarów.

Działalność Gatesa doskonale odzwierciedla współczesne podejście korporacyjnych elit, przekonanych, że w obliczu kryzysu demokracji liberalnej, ich misją dziejową jest chwycenie ludzkości za twarz, i uratowanie jej od rządów nieporadnych i nieodpowiedzialnych polityków.
A jak słyszymy, światu oprócz kolejnych pandemii grozi również (albo przede wszystkim) kryzys klimatyczny. Tutaj również poszczególni przywódcy – nawet takich mocarstw jak USA czy Wielka Brytania – pełnią zaledwie rolę pudeł rezonansowych dla planów rozpisanych na lata po zakończeniu ich kadencji. Planów, w opracowaniu, ale przede wszystkim finansowaniu których niemały udział ma amerykański miliarder.

Tym samym już nie w cieniu gabinetów, ale świetle kamer kształtuje się zalążek rządu światowego, prowadzącego poważną politykę za kulisami teatru dla mas. A założyciel Microsoftu pełni w nim rolę kogoś na kształt… ministra finansów i zdrowia jednocześnie.

Chcesz zobaczyć film o Billu Gatesie? Sprawdź jak uzyskać dostęp:

“Władcy świata” – serial, którego boi się YouTube dostępny w bazie filmowej PCh24 TV! Obejrzyj już teraz!

Długo wyczekiwana PREMIEROWA odsłona pierwszego w historii PCh24.tv serialu pt. “Władcy świata” jest już dostępna w bazie filmowej PCh24.TV. Już dzisiaj możesz poznać skrywane oblicze i intencje informatycznego magnata, Billa Gatesa, który tworząc jedno z największych światowych konsorcjów wpłynął na życie miliardów ludzi na Ziemi. Zobacz serial już teraz! Serial w reżyserii Piotra Relicha to idealny … Czytaj dalej

Czy, formalnie rzecz biorąc, Ukraina jest nadal administracyjną prowincją Rosji?

Czy, formalnie rzecz biorąc, Ukraina jest nadal administracyjną prowincją Rosji?

https://niemcy.neon24.info/post/169941,ukrainy-nigdy-nie-bylo-nie-ma-i-nie-bedzie

  • Joanna M.Wiórkiewicz

„Ukrainy nigdy nie było, nie ma i nie będzie”.To tytułowe zdanie wygłosił na spotkaniu z publicznością 7 lat temu ppłk. (wówczas kapitan) Konstanty Kopf, żołnierz Narodowych Sił Zbrojnych

Polecam uwadze Czytelników poniższą wypowiedź  ppłk. (wówczas kapitana) Konstantego Kopfa, wygłoszoną 7 lat temu na spotkaniu z publicznością: 
https://youtu.be/PCFYBTEm1go
=====================================

]Czy wiadomo Państwu, że w formalnym sensie takiego państwa jak Ukraina w ogóle nie ma?

Kilka  lat temu, w kwietniu 2014 r.  Sekretarz Generalny ONZ Ban Ki – Moon przyznał publicznie, że od roku 1991, czyli od ogłoszenia się przez Ukrainę suwerennym państwem, aż po dzień dzisiejszy Ukraina nie była w stanie określić swoich granic, dlatego nie złożyła akcesu  o członkostwo w ONZ.
Dziwna rzecz –  według Wiki rzekomo Ukraina przystąpiła do ONZ już 24 września 1945 roku, (w tym samym dniu, co i Polska)  kiedy bynajmniej nie była wtedy suwerennym krajem, a  jedynie administracyjną prowincją ZSRR.
Czyli formalnie rzecz biorąc, Ukraina jest nadal administracyjną prowincją Rosji (tak, jak wcześniej ZSRR).

Za tym przemawia również jeszcze jeden fakt: Otóż w 1991 r. prowincje- kraje  ZSRR, które się odłączyły od tego państwa  i ogłosiły suwerenność założyły wspólnie  tzw. Commonwelth of Independent States (CIS) .
Ukraina nigdy do niego nie przystąpiła pozostając tylko niecałe 4 lata w latah 2014-2018 członkiem niezrzeszonym, po czym kompletnie się odłączając w r. 2018 z powodu wojny z Rosją. 
Tak więc  wygląda na to zdaniem  ekspertów, że zawierucha wojenna na Ukrainie z prawnego punktu widzenia to wojna domowa w Rosji. A wtrącanie się państw NATO do tej zawieruchy i podtrzymywanie jej to atak sił zacjodnich na Rosję. 
Czy tak jest faktycznie? 
_________________
The Commonwealth of Independent States (CIS)[a] is a regional intergovernmental organization in Eastern EuropeCentral AsiaEastern Asia, and Western Asia.

Wspólnota Niepodległych Państw, skrót WNP: zawierał dwa synonimy, gdyż państwo z samej swej natury jest niepodległe. [to z viki]

WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (4). Diuk Ferulci de Atanas de Piserente y Diofio.

Andrzej Juliusz Sarwa

WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (4)

Diuk Ferulci de Atanas de Piserente y Diofio.

...Chwila doskonałego zjednoczenia się materialno-duchowych przeciwieństw: kobiety i mężczyzny – przeistoczonych w androgynie w idealną istność.

======================

Przyszły król Henryk, wraz z towarzyszącym mu ogromnym orszakiem, składającym się z ponad tysiąca dwustu jezdnych, niezliczonych powozów, którymi podróżowały niewiasty, i to zarówno damy dworu, jak i najpiękniejsze paryskie nierządnice i zgrabne cherubinki o gładkich twarzyczkach, których jeszcze nie zeszpecił zarost, wreszcie z taborów z prowiantem dla ludzi i koni, wyruszył do Polski, aby zasiąść na krakowskim tronie.

Tymczasem młody pan Jakub Białecki, wciąż dręczony chorobą duszy, pośrednio niszczącą mu również i ciało, zamieszkał w pokoju na piętrze, jego zaś pachoł w sionce przed drzwiami, sypiając na wiązce słomy, przykrytej byle jaką derką, tak aby ciągle znajdować się blisko pana i być gotowym na każde jego wezwanie.

Medyk, u którego młodzieniec zamieszkał, czyli uczony Giovanni Battista Negroni, magister artium et medicinae doctor, opiekował się cierpiącym, jak potrafił najlepiej – często upuszczał mu krwi, stosował odpowiednią dietę, faszerował pigułkami i proszkami, poił nastojami i naparami, kąpał w ziołowych wywarach i maceratach olejowych, oblewał ukropem, a potem obkładał lodem – słowem czynił wszystko to, co zalecała ówczesna wiedza medyczna. Rezultaty jednakowoż były nawet nie mizerne, ale wręcz żadne.

Doszedł tedy Negroni do wniosku, że sam nie podoła i wezwał na pomoc swojego serdecznego druha, niejakiego Girolama Fiorello, także doświadczonego konsyliarza. Lecz i ów nic nie wskórał, a jego leki i zabiegi również nie przyniosły pożądanego skutku. Tymczasem młodzieniec marniał w oczach. Chociaż co prawda ani Negroni, ani Fiorello nie przejmowali się zbytnio tym, czy ich pacjent wyzdrowieje, czy też zejdzie z tego padołu, jego bowiem leczenie było opłacone z góry, niemniej ich ciekawość została poruszona do tego stopnia, iż za wszelką cenę chcieli odnaleźć remedium na ów niematerialny, a przecież zabójczy toksykant, który zatruł duszę Jakuba i wyniszczał mu ciało.

I któregoś dnia zdało się medykom, że sprzyja im niebywałe szczęście, pojawili się bowiem jednocześnie w stolicy dwaj najwięksi francuscy lekarze owej doby – Michel Marescot i André du Laurens, nie licząc najgenialniejszego tamtoczesnego chirurga, którym uznawano pana Ambroise’a Paré1, ale jego nie brano pod uwagę, cierpienia Jakuba były bowiem natury duchowej, nie zaś cielesnej. Gdyby na przykład został poszkodowany w pojedynku, to co innego, Paré byłby jak najbardziej pożądany, jednakowoż do leczenia ran dusznych akurat się nie nadawał.

Udali się tedy oba konsyliarze do sławnych doktorów i opowiedziawszy o owym trudnym przypadku, ubłagali znamienitych kolegów po fachu, iżby zgodzili się pofatygować do chorego, obejrzeć go i drobiazgowo przebadać, tak by można było zdecydować o dalszych poczynaniach i ewentualnych sposobach leczenia.

Po oględzinach pacjenta, jego gruntownym zbadaniu i szczegółowym przepytaniu dotyczącym dolegliwości, jakie odczuwa, Marescot i du Laurens zgodnie stwierdzili, iż dotychczasowe leczenie prowadzone było prawidłowo, oni sami niczego więcej by nie mogli zaordynować, dlatego zalecili jedynie kontynuację prowadzonej uprzednio kuracji i… oddanie chorego pod Bożą opiekę.

Pożegnali się tedy i wyszli z izby. Ale kiedy byli już na schodach, jeden z nich, bodaj du Laurens, zatrzymał się jeszcze na chwilę i rzucił przez ramię:

– Słyszałem, że niedawno przybył do Paryża jakiś nadzwyczajny cudzoziemski medicus, a powiada się, że doktor i diuk zarazem, chociaż nosi się raczej jak mnich. Podobno umie działać cuda. Może jego, panowie, poszukajcie?

– A jakże się on zwie? – zapytał Fiorello.

– Atanas. Diuk Atanas? Hrabia Atanas? Doktor Atanas? Opat Atanas? Czy jakoś tak… – odpowiedział du Laurens i oddalił się ku wyjściu. Po chwili dało się słyszeć trzaśnięcie drzwi prowadzących z sieni na ulicę, a później zapadła cisza.

Lekarze spojrzeli po sobie.

– Może warto spróbować?… – Negroni nieco niepewnym głosem zagadnął przyjaciela.

* * *

W mrocznej izbie, z pojedynczym wąskim oknem, wychodzącym na wewnętrzny dziedziniec starego, opuszczonego i na wpół zrujnowanego domostwa znajdującego się na jednym z odleglejszych przedmieść Paryża, przy prostym świerkowym stole, którego blat był dość mocno poznaczony przez korniki, siedział mężczyzna z wyglądu około czterdziestoletni, szczupły i zgrabny, o twarzy inteligentnej i szlachetnych arystokratycznych rysach.

Odziany był w rodzaj pątniczej opończy czy też habitu, z szerokimi rękawami uszytego z czarnej tafty, czyli drogiej tkaniny jedwabnej, gęstej i dość sztywnej, która mieniła się i szeleściła, kiedy mężczyzna się poruszał. Habit ów ściągnięty był w pasie grubym zgrzebnym sznurem, splecionym z surowych włókien konopnych, co dziwnie kontrastowało z tą bardzo kosztowną materią, z jakiej był uszyty. Niemniej dziwne było jeszcze i to, co nawet mało bystremu obserwatorowi od razu musiało rzucić się w oczy, że mężczyzna, z pozoru wyglądający na mnicha, nie miał na sobie, a i też przy sobie, żadnych przedmiotów religijnych – ni krzyża, ni różańca – nic. Zupełnie jak nie mnich. Bo może to i nie był mnich, chociaż taki pozór najwyraźniej chciał sprawiać. Tylko czemu jakiś diuk, czy hrabia, nawet i cudzoziemski, miałby się ubierać aż tak ekscentrycznie? I w izbie także nie można było wypatrzyć żadnych obiektów kultu, nawet prostego krucyfiksu.

We wszystkich kątach pomieszczenia porozsnuwane były za to zarówno dopiero co utkane, jak i stare, obrosłe już kurzem pajęczyny, a z tynku po wielokroć pobielanego wapnem, odpadły tu i ówdzie jego wielkie pecyny, odsłaniając zmurszałą i kruszącą się cegłę. Spróchniała i przeżarta grzybem podłoga pozapadała się była miejscami, tak iż strach było po niej mocniej stąpać. W powietrzu natomiast unosił niemiły odór wilgoci i duszącej stęchlizny.

Diuk, czy też opat miał gładko wygoloną brodę i policzki, głowę nakrytą kapturem dość głęboko naciągniętym na oczy, więc nie można było dostrzec jego włosów. Twarz zaś dziwnie bladą, wręcz białą, jakby z niej odpłynęła cała krew. Wysmukłe i delikatne palce z długimi, wypiłowanymi w szpic paznokciami, mocno kontrastowały z tym na poły zakonnym, na poły pielgrzymim strojem.

Mężczyzna siedział bez ruchu, zatopiony w rozmyślaniach. Od czasu do czasu tylko zerkał w stronę drzwi, jak gdyby spodziewał się odwiedzin.

* * *

Doktorowie Fiorello i Negroni z trudem odszukali oddalony od centrum Paryża zaułek i skryte w nim zatęchłe domostwo, w którym rzekomo miał mieszkać tajemniczy przybysz. Gdy przekroczyli niegdyś piękną, a teraz pogiętą i potrzaskaną kutą bramę i zapuścili się na podwórzec cały zarosły uschłymi już chwastami, miejscami sięgającymi im po pachy, zatrzymali się niezdecydowani, bo to, co ujrzeli, nie wskazywało bynajmniej, żeby owo siedlisko mogło być przez kogokolwiek, nie mówiąc już o jakimś sławnym medyku, zamieszkane.

– Nie, Negroni, ktoś, podając ten adres, wyraźnie z nas zadrwił. Zawracajmy! – powiedział Fiorello.

W tej samej jednak chwili od strony domostwa dobiegł dźwięk przypominający dwukrotne głośne trzaśnięcie drzwiami. Medycy wzdrygnęli się najpierw, ale zaraz potem zdecydowanym krokiem ruszyli w tamtym kierunku. Ruina nie mogła być pusta.

Po paru chwilach znaleźli się w ciemnej i zatęchłej, przesyconej odorem zbutwiałego drewna i zagrzybionej cegły, sieni, w której było kilkoro drzwi i schody prowadzące na wyższe kondygnacje. Rozglądali się trochę bezradnie, nie mając pojęcia, za którą klamkę ująć, gdy oto nagle do ich uszu dobiegł nieco chrapliwy i jakby znużony męski głos:

– Fiorello… Negroni… Zapraszam… tutaj… tutaj… drzwi z prawej…

Przybyłych ogarnęło niebywałe zdumienie. Skądże ów ktoś, kogo głos przed momentem usłyszeli, wiedział nie tylko, że znajdują się w sieni, ale na dodatek znał ich nazwiska!

Negroni nacisnął klamkę. Drzwi otwarły się nieomal bezszelestnie i doktorzy stanęli twarzą w twarz z dziwnym, mającym posturę zakonnika, osobnikiem.

Mężczyzna nie wstał, by powitać gości. Siedział, nadal opierając głowę na dłoni, i tylko intensywnie wpatrywał się w twarze przybyszów. A ci czuli się tak, jakby wwiercał się im w mózgi i wysysał z nich całą jego esencję… cały jego smak… całą jego zawiesistość… i całą jego trzeźwość. Poczuli się puści, zmięci, udręczeni. Poczuli się bezlotni i bezprzytomni niczym kukły poruszane sznurkami zbiegającymi się w palcach lalkarza…

– I cóż panów do mnie sprowadza? Moja niezwykła umysłowość? Bystrość? Geniusz? Polot?… – w jego głosie nie było drwiny, był on matowy i beznamiętny. – Przyprowadźcie do mnie chorego za tydzień… równo za tydzień… zaradzimy temu, co go trapi, niszczy, zabija…

– Doktorze… książę… hrabio Atanas… domniemywam bowiem, iż takie nazwisko pan nosi… A może mam się zwracać słowem „ojcze”, a nie „panie”?… bo tak naprawdę to nie wiem z kim…

Fiorello próbował nawiązać rozmowę z ekscentrycznym nieznajomym. Ten jednak zbył go machnięciem ręki, po czym z pewnym trudem podźwignął się z zydla i skierował ku zarośniętemu brudem oknu.

– Jestem don Ferulci de Atanas de Piserente y Diofio. A z panami porozmawiam za tydzień, panowie, za tydzień…

Zapatrzył się na zapuszczoną resztkę parku, na grupę grabowego starodrzewu, którego czarniawe konary oblepione były zbrązowiałymi uschniętymi liśćmi, na ogromny czerwony buk o nagich potężnych konarach i na rachityczną brzozę, niegdyś strzaskaną przez piorun i teraz pochyloną, jakby w kornym pokłonie, przed owym dostojnym olbrzymem. Tu i ówdzie, na jej wiotkich obwisłych rózeczkach, drżały na wietrze nieliczne nieopadłe do końca złocistożółte, romboidalne, ząbkowane i spiczasto zakończone listki.

Fiorello i Negroni postali jeszcze przez czas jakiś, mając nadzieję, że Atanas zechce jednak zamienić z nimi słowo. Chwile jednak mijały, cisza była taka, że można było usłyszeć, jak kornik drąży nowy korytarz w blacie stołu. A za oknem zaczynało mrocznieć.

Medycy ostatecznie ruszyli więc w kierunku drzwi.

– Dobrej nocy życzymy, ojcze opacie… doktorze… książę?…

Atanas ani drgnął.

* * *

Fiorello i Negroni wkroczywszy w znajomy im już zaułek i dotarłszy do domostwa, w którym przemieszkiwał Atanas, stanęli jak wryci. Oto bowiem na tle zimowych drzew o nagich konarach, gdzieniegdzie tylko ubarwionych żółtawozielonymi kępami wrośniętej w nie jemioły, rysowała się bynajmniej nie opuszczona rozwalina, ale zgrabny pałacyk, którego gładkie tynki lśniły na przemian czystą bielą i różem pompejańskim. Podworzec przed budynkiem wybrukowany był płytami z polerowanego, zielonkawego granitu kładzionymi naprzemiennie z różowym, również polerowanym, sjenitem. Ani śladu brudu, ani śladu chwastów, śmieci, zmurszałych zwałów cegieł i zwalonych na nieregularne kupy obrośniętych mchem kamieni. Żelazne ogrodzenie także zostało gruntownie wyremontowane, jego pręty poczerniono, a szpice pociągnięto pozłotą.

Per Bacco!2 Czary… – wyszeptał jeden z medyków.

Per tutti i Diavoli!3 Zaiste… – zgodził się z nim drugi.

Jedynie pan Jakub Białecki stał milczący i jakby zatopiony w sobie. Oczy miał puste i niewidzące. Usta wykrzywione w gorzkim, bolesnym grymasie, blade policzki i wyostrzone rysy.

– I owszem czary – zza ich pleców dobiegł znajomy im już głos diuka Atanasa. – Mają one nawet swoją nazwę.

– Jakąż to? – zapytał Negroni, wyraźnie mocno zaciekawiony.

– Złoto, venerabile dottore, złoto.

– Ech! Mając złoto, wiele można dokonać, wiele osiągnąć, nieomal prawie wszystko, ale nie w takim czasie! Oto bowiem ledwo tydzień minął, jakżeśmy ostatni raz tu byli i naprawdę doskonale pamiętamy jak owo miejsce, jak ten dom, wyglądały.

– Wierzcie albo i nie wierzcie. Wasza wola. Ja jednak powtórzę, te czary to złoto. Baaardzo dużo złota, baaardzo dużo najlepszych robotników, znakomita organizacja pracy… a doba liczy przecież dwadzieścia cztery godziny…

– To i w nocy pracowano?

– A jakże. Parę beczek z płonącą smołą i jest widno niczym w dzień.

– Nie powiesz nam, padre… – zawahał się na moment – padre abate4, że cały dom, od piwnic po strych wygląda tak świeżo, jak jego zewnętrze?

– Nie, tego nie powiem. Jest jednak teraz kilka wygodnych komnat, w których i królów można by gościć. Ale nie stójmy tutaj, zapraszam do środka – powiedział po włosku.

Następnie zaś ujął pana Białeckiego za rękę, a on drgnął, jakby budząc się z letargu i zdumionymi oczyma spojrzał w twarz diuka. Ten ostatni zaś półgłosem odezwał się po polsku:

– Pójdź, młodzieńcze i nie lękaj się mnie… Nie taki diabeł straszny, jak go malują.

Medycy znów spojrzeli po sobie zdziwieni.

– Ile, ojcze, znasz języków?

– Ile mi tylko potrzeba – diuk się szczerze roześmiał.

* * *

– Zatem ustaliliśmy, że ten oto młody polski szlachcic, zostaje u mnie, a ja się zobowiązuję go wyleczyć? Tak? Zgadzacie się panowie, bo to przecie wam oddano go pod opiekę, a nie mnie.

– Cóż, skoro nasza wiedza okazała się za mała, a my całkiem nieskuteczni, to tak będzie dla słabującego najkorzystniej. Prawią o was, ojcze opacie, prawdziwe legendy, o waszej wiedzy medycznej, a i o cudach, jakich czasem dokonujecie… Opinię w środowisku lekarskim macie znakomitą, chociaż nie brakuje tam zawistników i zazdrośników… ale taki już los ludzi nadprzeciętnych… W lepsze niż wasze ręce nie mógłby chłopak trafić. Jedno tylko jeszcze chcielibyśmy wiedzieć – ile zażądacie, panie, za kurację… Nasze zasoby są skromne… większość kwoty, jaką nam pozostawiono, wydaliśmy na dotychczasowe, bezowocne zabiegi i na utrzymanie młodzieńca…

– Tym się nie trapcie. Nie potrzebuję waszych pieniędzy. Swoich mam aż nadto. A przypadek tego młodzieńca jest dla mnie tak ważny, że zajmę się nim za darmo. Teraz zaś żegnam panów.

Diuk wstał, a obydwaj lekarze wraz z nim. Wtedy podszedł do nich zdecydowanym krokiem i prawie napierając na obu ramieniem, pokierował ich ku drzwiom, otwarł je, gwałtownym gestem zaprosił do wyjścia, a gdy znaleźli się za progiem, przekręcił klucz w zamku.

Per Diana!5 Co za cham i arogant! – wykrzyknął Negroni. – Prostak i gbur! – dodał wzburzony.

Fiorelii wzruszył tylko ramionami i pociągając towarzysza za ramię, rzekł:

– Idźmy już stąd. I nie wracajmy więcej, caro amico6.

* * *

Jakub oczyma zbitego psa wdrążał się w zimne źrenice księcia. Ten ostatni zaś w końcu pochylił się nad nim i cedząc słowa, zapytał:

– Czy naprawdę… całą duszą… pragniesz zespolenia… z damą… przez którą… zmącił ci się rozum?

– Tak, panie, tak!

– A jeśli ci to ułatwię, to cóż będę miał z tego?

– Oddam ci wszystko, co posiadam… – Jakub sięgnął za pazuchę i wydobył całkiem jeszcze pękaty mieszek napełniony monetami.

Atanas uśmiechnął się kpiąco.

– Masz mnie za rajfura7, a Margot za ulicznicę, którą można mieć za garść monet?

– Panie… ojcze! Ja ją kocham! Patrz, oto moja szabla, po pradziadach… rodzinna pamiątka… ze srebrną rękojeścią wysadzaną kamieniami… też jest wiele warta…

Diuk zjadliwie wykrzywił wargi, w czymś, co niby miało być uśmiechem, a potem cierpko powiedział:

– Nie o zapłatę tu chodzi, bo i co mi po tych błyskotkach?

– Więc czego chcesz?! Ja ją kocham! Jak ja ją strasznie kocham!

– Strasznie? Może to i najbardziej odpowiednie słowo… a że kochasz, to tylko ci się wydaje… Nic więcej… Ale niech i tak będzie… choć ona tego nie jest warta… Jeszcze gorzko pożałujesz, tyle że będzie już za późno. I obyś nie wyrzucał mi kiedyś, iż cię nie ostrzegałem… Skoro jednak takie to ważne dla ciebie, niechże się stanie wedle twej pożądliwości… Musisz mi jednak dać coś więcej niż tę przygarść złota i jakieś świecidełka…

– Wszystko, czego tylko zażądasz!

– Więc… daj mi… siebie…

– Jak to? Nie pojmuję…

– Swoją duszę, swój umysł, swą wierność, swe przywiązanie, swą lojalność… siebie… całego… Gotóweś na taką ofiarę? – diuk palącym spojrzeniem wwiercał się w oczy Jakuba, a ten nie mogąc znieść piekącego ogniem wzroku, opuścił na piersi głowę i powiedział cichym głosem:

– Tak… najdostojniejszy…

– Tak? Czy za te parę chwil błogostanu, za babranie się w wysiękach lepkiego śluzu, za smakowanie cuchnących miazmatów, wyziewów smrodliwego potu, za te parę chwil rzężeń, chrapań i parsknięć, jęków, mlaskań i kwileń, stękań i postękiwań?… Warto?…

– Warto…

– Zatem, panie Białecki, podpisz mi ten dokument.

Atanas wydobył z rękawa welinową kartę zwiniętą w rulon i podał szlachcicowi. Jakub wziął ją odruchowo, rozwinął i począł czytać łaciński tekst, wypisany brunatnym inkaustem.

Kiedy skończył na poły zakłopotany, na poły przerażony zapytał:

– Kimże ty jesteś, panie?…

– Właśnie tym, kim mniemasz.

Atanas podsunął młodzieńcowi świeżo zaostrzone gęsie pióro.

– A gdzie atrament? – zapytał szlachcic.

– Masz go w sobie.

– Jak to?

– Natnij żyłę, umocz pióro we krwi i podpisz. Innego inkaustu tu nie znajdziesz…

* * *

Jakub od bardzo dawna nie spał tak dobrze i spokojnie jak ostatniej nocy. Obudził się wypoczęty i spokojny. Na dworze szarzał już zimowy świt. Za oknem z nieba osypywały się grube płatki śniegu, bezszelestnie osiadając na okiennym parapecie, na rozległej płaszczyźnie podworca, na czarnych konarach nagich drzew.

Ktoś delikatnie zapukał do drzwi, po czym na zaproszenie Jakuba uchylił je i cichuchno wślizgnął się do środka. Był to jego pachoł, wystrojony w cudzoziemskie ubranie i na pierwszy rzut oka wyglądający niczym jakiś francuski panicz. Niósł kosz wiklinowy, mocno i gęsto pleciony i aż po wręby napełniony grubymi bukowymi szczapami. Podszedł do kominka, mosiężnym pogrzebaczem rozgarnął konający już żar, sypnął nań przygarść przesyconych żywicą sosnowych wiórów, kilkakroć dmuchnął w ledwo tlące się węgliki, a gdy buchnął płomień, delikatnie jął układać na nim najpierw najcieńsze drzazgi, potem smolne i pachnące żywicą szczapki sosnowe, a jeszcze potem całkiem już spore bierwiona. Gdy się zajęły i zewsząd ogarnął je ogień, chłopak wstał z kolan i nieśmiało zerknął w stronę łoża.

– A podejdź no tu, Michałku – odezwał się Jakub.

– Tak, jaśnie panie? – chłopak był wystraszony i speszony.

– A nie bójże się! Już mi lepiej.

– Bogu dziękować! Napaliłem, zaraz będzie tu ciepło, to panicz wstanie i się odzieje.

– A czemuż to zaraz mam wstawać?

– Ano, bo ojciec Atanas szykuje się do wyjazdu i chciał jeszcze z paniczem zamienić słowo.

– O?!

– No, taka to nowina!

– Właśnie, bo nic mi o tym wczoraj nie wspominał. Podaj mi, Michałku, przyodziewek.

Chłopak zbliżył się do posłania i podał Jakubowi, o co ten go prosił.

– Cóż mi to dajesz? To nie moje? Gdzie kontusz? Gdzie reszta?

– Nie ma. Jest tylko ten francuski strój paniczu. To mi kazali przynieść, a pańskie stare ubranie gdzieś, wczora jeszcze, zabrali.

– Kto niby?

– A taki jeden… Mędrek jakiś czy co. Ale po naszemu gada, choć jakoś tak po cudacku i dziwacznie się odziewa.

– A zwie się on jakoś?

– Nie pomnę, panie. Też jakoś tak, niczym cudak… Wiem ino, że on też doktór.

Pan Białecki z ciężkim westchnieniem podźwignął się odrobinę, wsparł na łokciu, chuchnął parę razy w powietrze, ale nie dojrzał wydychanej pary, co świadczyło, iż w komnacie jest już na tyle ciepło, że spokojnie można wyleźć spod przykrycia. Co też i uczynił. Później obejrzał dostarczone mu ubranie i stwierdziwszy, że jest nowiutkie, wprost spod krawieckiej igły, i to niezłej igły, przywdział je na siebie.

Ledwo skończył, a znów usłyszał pukanie do drzwi.

– Gość, gość poranny – z korytarza dobiegł jakiś męski głos, ale jakby trochę miękki i niepewny.

– Jużem się ubrał, więc zachodźcie, proszę.

Podwoje się otwarły i w progu stanął chudy jegomość nikczemnego wzrostu, na oko liczący jakieś niespełna pięćdziesiąt lat. Twarz miał szczupłą, cienkie sterczące jak u szczura wąsiki i capią bródkę rudawej barwy. Głowę zaś wygoloną do czysta i jakby wypolerowaną sadłem, bo się z dala nieco błyszczała. Chyba że to była iluzja, że może światło tak padało, wprowadzając obserwatora w błąd. Z tej odległości trudno to było panu Jakubowi orzec z całą pewnością.

– Kim jesteście, panie? – zagadnął Białecki.

– Proszę wybaczyć, iżem się dotychczas nie przedstawił. Jestem Cadaver Illuminatus de Sandomiria magister artium et philosophiae doctor8.

– Że jak? Jak się nazywacie? – Jakub aż usta otwarł ze zdumienia i oczy wybałuszył.

– Cadaver Illuminatus de Sandomiria.

– A wyście, doktorze, aby zdrowi na umyśle? Bo sądząc po tym, jakoście się nazwali, można powątpiewać. Wszak każdy szlachcic zna łacinę i usłyszawszy wasze nazwisko, jak nic za wariata was weźmie! Nie będzie inaczej!

– Może w Polsce, przecie nie tu, nie we Francji, gdzie szlachta nieuczona, a prawdę rzekłszy ciemna bardzo, ciemna niczym ze trzy noce w kupie. A zresztą… ileż tej szlachty? Ze dwa-trzy procent? A reszta to motłoch jeszcze od swych panów ciemniejszy! A ci, co mogą zrozumieć, pojmą też i sens, albowiem nazwisko, jakie przybrałem, ma głębokie znaczenie mistyczne i symboliczne. Inszych tajemnic do objaśnienia tu nie ma… przynajmniej na razie…

– Hm… dziwne… Kimże zatem jesteście? Generosus9? Honoratus? Famatus? Honestus10?

– Och nie, laboriosus11, niestety tylko laboriosus… chociaż z wolnych kmieciów, bo ojciec mieli ponad łan nadzwyczaj urodzajnej ziemi…

– To skąd owo de Sandomiria? To skąd ów magister artium et philosophiae doctor? Jakże waszego ojca wołali?

– Ojca? Cóż… Matejek Rypała alias Obibok… matkę zasię Kochna12 Rypalino… a całą resztę zaraz waszmości wyłuszczę, tylko po drodze. Pójdźmy już, pójdźmy czym prędzej, bo dostojny diuk Atanas czeka i pewnie się niecierpliwi.

I poszli. Najsampierw korytarzem na piętrze, potem wspięli się po schodach na kolejną kondygnację i wreszcie weszli w następny długi korytarz. Uczony Illuminatus miał zatem czas, iżby – chociaż w wielkim skrócie – opowiedzieć o sobie młodemu szlachcicowi.

– Jak pewnie, waszmość panie, wiecie, zawirowania, jakie nastały w Czechach po spaleniu na stosie księdza Jana Husa z Husinca w 1415 roku na soborze w Konstancji, doprowadziły do ostatecznego wyodrębnienia się z ruchu husytów umiarkowanych utrakwistów, kalikstynami13 też zwanych, którym Rzym, z bólem serca, zezwolił na liturgię w czeskim języku i przyjmowanie Komunii św. pod dwiema postaciami – chleba i wina. Cóż jednak z tego, że im zezwolił, kiedy nie było komu święcić dla nich księży. Ale to się zmieniło, gdy biskup santoryński, a po prawdzie episcopus vagans14, Agostino Luciani Bessarione de Mirandola, powodowany litością (być może, a być może powód był inny) począł święcić czeskich kleryków, którzy odbywali studia teologiczne w Italii. Ci zaś wracali potem do ojczyzny i zasilali szeregi husyckiego duchowieństwa. Ale gdy się o tym dowiedział papież della Rovere, co to Sykstusa IV imię przybrał, zakazał prałatowi onych praktyk, grożąc mu suspensą, a to się ściśle wiązało z wyschnięciem wąskiego, bo wąskiego, niemniej spokojnie dotąd płynącego strumyczka dochodów z prebendy, jaką miał we Włoszech. Agostino Luciani wolał zatem nie ryzykować i czmychnął do Czech, gdzie zamieszkał w Kutnej Horze. Tu dopiero nareszcie był już całkiem spokojny o środki do życia, a panowie czescy z frakcji utrakwistów pewni, iż skończyły się ich problemy z wyświęcaniem nowych księży. Ponieważ jednak nikt nie jest wieczny, biskup Bessarione de Mirandola, którego zdrowie było mocno nadszarpnięte pijaństwem i niebywałą rozpustą, roku Pańskiego 1493 wyzionął ducha. Szybciutko jednak jego miejsce zajął inny biskup, także episcopus vagans, przybyły z Italii niejaki de Villanueva. Ten ostatni potajemnie pokonsekrował na biskupa pewnego kleryka z Sandomierza, niejakiego Andreasa Juliusa, skrycie sprzyjającego husytyzmowi, ów zaś – Bóg raczy wiedzieć czemu, bo bynajmniej nie był sodomitą – wziął mnie na utrzymanie, skorom się tylko urodził. W niemowlęctwie powierzył moje wychowanie miejscowym beginkom, a kiedym osiągnął stosowny wiek, oddał na naukę do sandomierskiej szkoły kolegiackiej, a gdym w niej przeszedł trivium i quadrivium i posiadł stopień magistra artium, posłał najpierw do Pragi, a potem do Salamanki na tameczne uniwersytety. I tym sposobem jestem i laboriosus, bom z chłopskiego stanu formalnie nie wyszedł, jako że mnie ów episcopus vagans Andreas Julius nie usynowił, ale i de Sandomiria, bom w Sandomierzu od urodzenia mieszkał i tu szkoły pokończył. A philosophiae doctor? To już wiadomo – Praga i Salamanka. Ot, i wszystko, waszmość panie…

– No dobrze, pojmuję, odpowiedzcie mi jednak, doktorze, na dwa pytania: po co żeście mi tu bajdurzyli o onym biskupie-wagancie Agostino Lucianim, z którym was nic nigdy nie łączyło ani nawet łączyć nie mogło, bo zmarł on, zanim o was wróble ćwierkać zaczęły – to primo, a secundo: czemuż głowę do gołej skóry golicie i czemu się wam ona tak świeci? Podobnego zjawiska, o tym świeceniu mówię, rzecz jasna, jak żyję, jeszcze nie widziałem.

– O biskupie wam opowiedziałem, bo primo: lubuję się w takich historiach, a secundo, dla wzmocnienia dramatyzmu całej opowieści, chociaż bynajmniej nie mam pewności czy nie był to zabieg chybiony, co mogę wnosić z miny waszmości. Co się zaś tyczy mojej głowy… Och, to rzecz banalna. Otóż posiadłszy tyle wiedzy i mądrości, moja głowa całej jej nie jest w stanie zatrzymać. A że coraz to i nowej nabywam, to musi się w czerepie robić miejsce dla niej. Ponieważ kość się nie nadciągnie, dlatego jej, to jest onej mądrości, naddatek, stale, w postaci oleum, wysącza mi się szwami w czerepie, a potem przez skórę, czaszkę powlekającą, przenika. A włosy zacząłem golić, iżby ich owo oleum nie sklejało. Można by co prawda nadmiar oleum wypuszczać nosem alboli też uszami, lecz wyglądałoby to nader obrzydliwie. A tak? Od czasu do czasu przetrę głowę biretem tudzież rękawem togi i po kłopocie. Ot i cała tajemnica.

– Drwisz ze mnie? Jeśli drwisz, to wypłazuję! – Jakub odruchowo sięgnął do boku, lecz nie namacał rękojeści szabli, bo i tę mu zabrano. Zazgrzytał tedy zębami i ręką się zamierzył na Illuminatusa, ów jednak zgrabnie zrobił unik, położył palec na wargach i szepnął:

– Sza! Strzeżmy się, iżby diuk nie usłyszał.

A potem delikatnie poskrobał paznokciami w drzwi, przed którymi akurat się zatrzymali.

– Zachodźcie – posłyszeli głos Atanasa.

Ręka Jakuba zawisła w powietrzu nie sięgnąwszy celu. A potem na poły ze złością, na poły z rezygnacją machnął nią tylko i podążył za doktorem, który otwarł podwoje i przestąpił próg.

Atanas w bezruchu tkwił przy oknie, wspierając się rękami o framugę. W komnacie unosił się dziwny zapach – jakby pomieszane wonie ziół wrotyczu, bagna i asafetydy i jeszcze końskiego potu i zgniłych jaj.

Białecki najpierw z przykrością wciągnął w nozdrza powietrze przesycone niemiłym fetorem, ale po jakimś czasie zdołał jakoś do niego przywyknąć. A odór ów raz słabł, a raz się nasilał, jakby w rytm ludzkiego oddechu. Albo jakby go ktoś dolnym otworem z kiszek upuszczał. Jakub nawet pomyślał, że Atanas najzwyczajniej w świecie popierduje, mając za nic ich obecność. Ostatecznie atoli doszedł do wniosku, że jednak nie, bo zapach był zdecydowanie inny od ludzkiej bździny, chociaż bardzo mocno ją przypominał.

Atanas ubrany był jak zawsze – w habit z drogiej czarnej materii, sznur konopny i kaptur nasunięty głęboko na oczy. Tylko stóp hrabiego nie można było wypatrzyć. Chociaż w pewnej chwili Jakubowi się zdało, jakby spod fałd powłóczystej szaty na mgnienie oka wysunęło się coś, jakby but dziwaczny, na kształt końskiego kopyta uszyty.

Pomyślał jednak, że w oczach mu się mieni. Z choroby zapewne, z osłabienia. Wypatrywał później pilnie, czy nie zauważy czegoś podobnego, ale już niczego nie dostrzegł. Poza ironicznym uśmieszkiem tylko, jaki błąkał się po wąskich i zaciśniętych wrogo wargach hrabiego, czyli też diuka.

– Ja dzisiaj usunę się z tego domu, bo pora mi gdzie indziej. Zostaniecie tutaj tylko wy dwaj i służba. Czy i kiedy mnie jeszcze zobaczycie – tego nie mogę wam zdradzić. Pamiętaj młodzieńcze, wycelował woskowożółty palec ze śpiczasto opiłowanym sinym paznokciem wprost w pierś pana Białeckiego – masz we wszystkim słuchać doktora. We wszystkim. Pojąłeś? Tak, jakbyś mnie słuchał!

– A wasza obietnica, dostojny panie?

– Będzie spełniona.

– Kiedy?

Nie doczekał się odpowiedzi…

* * *

Jakub usnął, ledwo tylko przyłożył głowę do poduszki. Jak długo spał? Nie wiedział. Gdy się obudził, był jednak całkiem przytomny i wypoczęty, choć nadal było ciemno. Smolisty mrok zalegający sypialnię był tak gęsty, że nieomal dotykalny. Jedyną jaśniejszą plamę stanowił prostokąt okna, za którym światło gwiazd, bo księżyca nie było tej nocy na niebie, rozjaśniało nieco zimną śnieżną połać rozciągającą się wokół domu.

Panowała niczym niezmącona cisza, cisza tak przerażająca, że słyszał gwałtowne i nierówne, przejęte drżeniem, chaotyczne bicie własnego serca.

Naraz poczuł, że czyjaś drobna dłoń, która dotknęła go jakby przypadkiem, odchyla kołdrę i nieokreślona gibka postać wślizguje się pod nią, jednocześnie ramionami oplatając jego tors i szyję. Najpierw zdrętwiał zaskoczony i nieco przerażony, lecz rychło rozpoznał po kształtach i zapachu, po fryzurze i słodkim oddechu tę, dla której zaprzedał swoją duszę.

– Margot… Margot… moja miłości…

Lecz kobieta położyła mu palec na ustach, a potem wpiła się w nie swoimi soczystymi, lecz lodowatymi wargami.

Świat zawirował, rozjarzyły się miriady słońc, jakby eksplodujących na granatowej i posępnej opończy nieba. Drażniąca, o ostrych i chropawych akordach, którym wtórowało tępe dudnienie, muzyka sfer spłynęła skądś z wysokości, spoza materialnego wymiaru, bynajmniej nie kojąc duszy Jakuba, natomiast jego umysł wprawiając w dziwne odrętwienie. Owe dźwięki zgrały się nie tylko z rytmem serca młodzieńca, lecz i z rytmem jego myśli. Już nie był w stanie się poruszyć. Leżał niczym sparaliżowany, łapczywie chwytając powietrze w płuca, a istota, o której przez tak długi czas marzył, przywołując ją w myślach i w snach, położywszy się wzdłuż, na jego ciele, zrazu przywarła do niego, a później powoli je przenikała, wgłębiając się w nie, aż w końcu zespolili się ze sobą tak, iż nawet mięśnie, żyły, mózgowie, włókna nerwów, kości, żółć, krew, limfa i z czego tam jeszcze składa się człowiek, zespoliły się ze sobą, tworząc jeden byt. Już nie było kobiety i mężczyzny. Ich miejsce zajęła androgyniczna istność…

Jakub wiele by dał, żeby móc ucieszyć oczy widokiem twarzy umiłowanej, ale ilekroć usiłował podnieść się z łoża, opanowywał go dziwny bezwład, a potem znów wpadał w wir orgiastycznego rozpasania… Dziwnego rozpasania, które nie miało cech relacji dwu płci, ale raczej czegoś, co można by przyrównać do potwornie bolesnego gwałtu na samym sobie. Ale przecież czuł tę żeńską istotę… przecież czuł! Kogo czuł? Margot? Była realna i nierealna jednocześnie, mógł jej dotknąć i nie mógł zarazem. Mógł oddawać pocałunki i nie był w stanie poruszyć wargami. Był sobą i nią jednocześnie. I ona była sobą i nim jednocześnie. Czuł jej kurczącą się i pulsującą macicę w sobie. I nie czuł siebie w niej, lecz siebie w sobie samym…

I tak mijały minuty, godziny… a może wręcz wieki całe?…

Gdy niebo na wschodzie poczynało szarzeć, młody szlachcic był już tak wyczerpany, że wreszcie zmroczony zwiądł i odpłynął gdzieś w niezmierzone dale…

* * *

W odległym Luwrze samotna Margot gwałtownie zadrżała i omdlała w ramionach mężczyzny, którego w ciemnościach co prawda nie widziała, lecz poczuwszy go w sobie, bezbłędnie rozpoznała. A przynajmniej zdało się jej, że rozpoznała. Nie wiedziała, skąd się tu wziął. Było jej to jednak obojętne.

Chociaż od czasu, gdy w wieku piętnastu lat stała się kochanką swoich trzech braci, czegoś takiego jak teraz nie przeżyła nigdy. Krzyknęła tylko jeden jedyny raz, a jej głos zawibrował, wzbudzając rezonans w potężnych murach pałacu, który śród drżeń i falowań poniósł ją niczym potężny hipogryf z mroku nocy wprost w eksplodującą kulę Czarnego Słońca.

Wylękniona pokojowa rozbudzona okrzykiem królowej wbiegła do jej komnaty ze świecą w ręku. Spojrzała na łoże i skamieniała ze zgrozy, to bowiem co zobaczyła, przerosło wszystko, co jako najgorszy koszmar mogłaby ją nawiedzić we śnie, co by w sennym majaku mogła ujrzeć…

Na zmiętej pościeli leżała męskokobieca istota złożona z dwóch ciał, niesplecionych ze sobą, a przenikających się wzajem, a u wezgłowia prężyło się cielsko wężowego potwora o ludzkiej głowie, który przez czas jakiś z wielkim zainteresowaniem przyglądał się androgynicznej istocie, a potem, owinąwszy ją swymi skrętami, jął pożerać własny ogon… Był to Uroboros, do którego wszystko się wlewa i z którego wszystko wypływa… Karmiący się samym sobą, siebie samego pożerający, a nie umierający nigdy…

Dziewczyna zachwiała się, ugięły się pod nią nogi i zemdlona runęła na marmurową posadzkę. Padając zaś, całą siłą bezwładności uderzyła potylicą w krawędź porfirowego blatu stolika.

Za oknem budził się świt… blady i nijaki… Z uszu i nosa służebnej pociekły zrazu wąskie, a później zbierające się w kałużę, strugi krwi…

Margot się ocknęła i otworzyła oczy. Ale w tejże chwili, z trzaskiem na oścież rozwierając drzwi, wkroczył poprzedzany przez myśliwskiego psa, jej brat, Karol IX. Tu, o tej porze, z psem? Taka myśl przemknęła królowej przez głowę. Nie zastanawiała się jednak dłużej nad tym i nie zapytała brata o powód niezwyczajnej wizyty, widząc bowiem, co robi, tak się zlękła, iż prawie przestała oddychać.

Karol, spostrzegłszy rozlaną krew, w której leżała służebna, przykucnął nad nią i zapatrzył się w tężejącą już posokę rozszerzonymi od pożądania i fascynacji oczami. Pies powąchał krew i zaczął ją chłeptać. Karol natomiast umoczył w niej palec i włożył go do ust. Raz… drugi… trzeci…

Margot usiadła i patrzyła w milczeniu na scenę rozgrywająca się tuż przy jej posłaniu. Chciała krzyczeć, lecz brat w porę to zauważył, rzucił się na nią, usta zakrył dłonią, kilkakroć uderzył tyłem jej głowy o zagłówek z twardego śliwkowego drewna, aż osunęła się bezwładnie, a potem zdarł z niej wszystko i po wielokroć, raz po raz, raz po raz, raz po raz, brutalnie gwałcił…

Gdy w końcu miał już dość wyczerpany opuścił sypialnię, Margot pociągnęła za taśmę dzwonka, wzywając służbę. Kiedy zaś ta się pojawiła, bez słowa wskazała na trupa leżącego na posadzce, a potem wstała i na drżących nogach udała się do sąsiedniego pomieszczenia…

Za oknem był już dzień, ciepły wiatr rozpuszczał resztki brudnego śniegu, słońce leniwie wspinało się na wyblakły firmament…

* * *

Pan Białecki obudził się, lecz nie miał siły, by powstać z łoża. W tej samej wszakże chwili – bez pukania – wszedł do jego sypialni doktor Cadaver Illuminatus. W jednej ręce trzymał kryształowy pucharek napełniony wodą, w drugiej flakonik misternie wyrzezany z jednego ogromnego, mierzącego co najmniej 3 cale najsoczystszej barwy i czystości szmaragdu. Naczyńko zatkane było rubinowym koreczkiem w kształcie filigranowej głowy kozła z oczami z oszlifowanych kęsków złocistego berylu zwanego heliodorem i rogami z elektrum15 – naturalnego białego złota.

Doktor otworzył flakonik, przechylił nad kielichem i uważnie odmierzył 6 kropli intensywnie zielonego płynu, który po zmieszaniu się z wodą, zmienił jej barwę na purpurową.

– Proszę, panie, wypij.

Lecz szlachcic nie kwapił się do tego, podejrzliwie spoglądając na Illuminatusa.

Wtedy doktor sam skosztował płynu i znów podał kielich Jakubowi.

– Nie otruję cię waszmość. Nie musisz się tego obawiać. Wypij i staniesz na nogi. Czas nagli, a wiele, wiele przed nami…

Jakub, jako że odczuwał pragnienie, chociaż z ociąganiem i nieufnością, przyjął kielich i duszkiem wypił jego zawartość. Nie minął kwadrans, a poczuł, jak krew burzy mu się w żyłach, a jakaś przedziwna energia wręcz zmusza go do działania. W kilka minut przyodział się i czekał, co dalej postanowi doktor.

Jednocześnie jednak przez głowę przemknęła mu myśl, aby z tego miejsca czmychnąć jak najdalej i jak najprędzej. I nawet nie chodziło o to, że zwykły cham ośmiela się dyrygować nim, szlachcicem, lecz raczej jakieś niejasne przeczucie podszeptywało mu, iż wpędza się w kłopoty, z których być może nie będzie się łatwo wywikłać.

To, co sprawiło, iż ongiś zapadł na miłosną niemoc, teraz gdzieś znikło, rozpływając się wraz z topniejącym śniegiem, który wątlał pod ciepłymi podmuchami wiatru niosącego odwilż.

Wszystkie cierpienia, wszystkie zdarzenia, wraz z ostatnim, tym z minionej nocy, zdały mu się jakimś sennym majakiem, który zblakł i rozwiał się wraz z brzaskiem dnia.

Już nie marzył o królowej Margot, już jej nie pragnął, nie pożądał, i nawet sama myśl, że przez tę kobietę prawie rozum stracił, zdała mu się śmieszna, a on sam sobie wydał się żałosnym.

Jednakowoż w tejże samej chwili uzmysłowił sobie, iż teraz nie ma już odwrotu. Bo coś komuś przysiągł, coś podpisał, na coś się zgodził. Na pewno dobrowolnie i raczej też świadomie… łudził się, iż może nie do końca świadomie, jakby szukając punktu zaczepienia do wycofania się z honorem z zawartego paktu, lecz nie mógł sam siebie okłamywać…

I wtedy dreszcz nieopisanej grozy przebiegł przez całe jego ciało, wprawiając w drżenie włókienko każdego mięśnia i każdego nerwu… Co przyniesie przyszłość?…

Doktor Illuminatus stał w pobliżu drzwi, mierząc pana Białeckiego drwiącym wzrokiem. Cyniczny uśmieszek błąkał mu się po wargach, a urągliwy wyraz twarzy mówił jasno: „jesteś dla mnie nikim… nikim… szlachetko…”

Na głos powiedział jednakowoż coś innego:

– Idźmy już. Idźmy…

* * *

Illuminatus rozniecił ogień pod alembikiem, do którego wlewał jakieś płyny, sypał jakieś proszki, zioła, korzenie. Uwijał się bez przestanku, a w naczyniu wrzało, bulgotało, skraplając się potem w odbieralniku o kształcie kulistej kolby z długą szyjką.

Jednocześnie doktor pracował i przy atanorze16, w którym miarowym, spokojnym, słabym płomieniem, ledwo pełgającym nad żarem, spalał się węgiel drzewny, wydzielając stabilne i równe ciepło. Wewnątrz atanora, gdy otwarło się jego górne drzwiczki, można było dostrzec jajo filozoficzne, napełnione tynkturą, przybierająca już barwę czerwoną, ostatecznie mającą doprowadzić do transmutacji ołowiu w złoto.

Chociaż jednak proces trwał blisko cztery dni, nie przynosił spodziewanego efektu, co dowodziło, iż to, co uzyskał doktor, jednak prawdziwą tynkturą, czyli kamieniem filozoficznym, nie było, i owo wprawiało Illuminatusa w zły nastrój, żeby nie powiedzieć nawet, że we wściekłość.

Czegoś tu było brak… Jednego składnika… Jednego elementu… Tylko czego? I naraz maga olśniło! Ależ tak! W jego niedoskonałej tynkturze zbrakło współistnienia sprzeczności w wymiarze pozamaterialnym. A skąd owo można było pozyskać? Z doskonałego zjednoczenia się materialno-duchowych przeciwieństw: kobiety i mężczyzny – przeistoczonych w androgynie w idealną istność. W istność skupiającą w jedności zarówno pierwiastek męski, jak i kobiecy. I przez takową transmutację utworzyć, z dwu odrębnych i niepełnych istot, jedną, kompletną. I dopiero dodanie do tynktury po kropli wszystkich jej naturalnych wydzielin mogło sprawić, iż w jaju pojawi się prawdziwy kamień filozoficzny. A wówczas? Złota i srebra ile tylko dusza zapragnie, a na dodatek i elixir vitae… Czyli? Bogactwo i… śmierć pokonana!

Gdy tak Illuminatus miotał się od alembika do atanora, gdy mamrotał coś sam do siebie, obcierał pot, który obficie rosił mu czoło, podrzucał węgla do ognia, albo przystawał zamyślony, pan Jakub stał z boku, nie poruszając się nawet. Z początku to dzikie i dziwaczne, to tajemnicze przedstawienie intrygowało go nawet, ale ponieważ czas płynął i tak naprawdę nic się nie działo, począł się nudzić i coraz częściej spoglądać ku zaryglowanym na głucho drzwiom.

Zauważył to alchemik, czarownik, czy diabli wiedzą, kim on tam naprawdę był.

– Kończymy, rychło kończymy. Tyle że w nocy zajdziemy tu jeszcze raz, aby sfinalizować dzieło.

– I po cóż?

– Obaczysz waszmość, obaczysz! I nie pożałujesz, to ci mogę zagwarantować!

* * *

Wieczór nadszedł szybko, tak jak to bywa zimą. Kolację, którą w milczeniu spożywali szlachcic i czarownik, podała jakaś zakwefiona niewiasta, sądząc z postury i ruchów – młode dziewczę, lecz z niekontrolowanego drżenia rąk powleczonych pergaminową skórą – zgrzybiała staruszka.

Zanim zaczęli jeść, Jakub chciał się przeżegnać, jak to miał w zwyczaju, jak to widywał w domu rodzinnym, jak go matka uczyła. Nie udało mu się jednak podnieść ręki dalej niż na wysokość ust. Spróbował raz i drugi – nie wyszło. Dał tedy spokój i nałożył sobie na talerz solidny kawał wołowej pieczeni… A wino było wyśmienite… wino było… wyśmien… wyśm…

* * *

Jakub pędził gdzieś w głąb czarnego tunelu, mijając po drodze gromady skier, przypominających gwiazdy roziskrzone na czystym zimowym niebie. Nie był sam. A właściwie był sam. Był sobą i dziewczęciem, które go z wieczora nakarmiło i starcem zarazem – Adamem Kadmonem, który miał doświadczenie przeżytych wieków. Lecz wciąż odczuwał głód, straszliwy, zwierzęcy, szarpiący mu wnętrzności. Jął więc pożerać samego siebie, odradzać się i znów pożerać… Czuł, jak wchłania w swoją głębię istotę kobiecości Margot – owej Lilith, która zaistniała nim pojawiła się pramatka Ewa, jak stapia się ona z jego istotą męskości. Stał się wszechoceanem ducha i materii, zespolonych ze sobą i przemieszanych tak, iż nie było sposobu, aby je rozdzielić. I naraz ostry ból przeszył jego jaźń, która rozpadła się, zdezintegrowała, a kompletny został tylko jej cień, który wniknął w jajo filozoficzne, zaś niedonoszony płód, który się począł w androgynie, stał się zalążkiem homunkulusa, który ostatecznie zamknięty w butli, miał oczekiwać, aż ojciec/matka już na zawsze, a nie na chwilę błysku eksplodującej świadomości, staną się jednością duchową i fizyczną… in saecula saeculorum…

Jakub popadł w stupor. Margot rozpłynęła się w nicość. Alchemik zarżał z radości. Tynktura przybrała właściwą barwę…

Alchemik, niczym zaczarowany, szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w tynkturę, jednocześnie odliczając minuty i drżąc z lęku, iżby w pewnym określonym czasie nie powróciła do pierwotnego koloru. Czas minął. Właściwa barwa pozostała… Odetchnął z ulgą… Od ostatecznego efektu dzieliło go mniej niż grubość źdźbła trawy…

Kolejna noc zbliżała się ku końcowi. Gdzieś w oddali zapiał kogut. Raz… drugi… trzeci… Wiatr gwałtownie załomotał okiennicami… Przerażony szczur z piskiem skrył się w swej norze. Niebo przecięła błyskawica. Zagrzmiało i nastała cisza…

================================================

Książkę w wersji papierowej można kupić tu:

Wydawnictwo Armoryka

wydawnictwo.armoryka@armoryka.pl

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierza

e-book tu:

https://virtualo.pl/ebook/wieszczba-krwawej-glowy-i235158/

audiobook tu:

https://virtualo.pl/audiobook/wieszczba-krwawej-glowy-i246215/

1Wszyscy ci trzej medycy to postaci historyczne.

2Na Bachusa! – w znaczeniu: do licha!

3Do wszystkich diabłów!

4Ojcze opacie.

5Na Dianę! – tu wyraz bezbrzeżnego zdumienia połączonego z dezaprobatą.

6Drogi przyjacielu.

7Rajfur – stręczyciel, alfons.

8Cadaver Illuminatus de Sandomiria – Trup Oświecony z Sandomierza.

9Urodzony, szlachcic, właściciel wsi.

10Zacny, mieszczanin, rzemieślnik, przedmieszczanin.

11Pracowity, uczciwy, chłop.

12Kochna, staropolska wersja zdrobnienia imienia Katarzyna, ale też gra słów.

13Od łac. calix – kielich.

14Biskup włóczęga, w rzeczywistości nieposiadający własnej diecezji.

15Elektrum, elektron bardzo rzadki minerał stanowiący naturalny stop złota (80%) i srebra (20%) barwy jasnego bursztynu. Jeśli stosunek procentowy metali jest inny, inna też będzie jego barwa – jaśniejsza bądź ciemniejsza.

16Atanor – piec alchemiczny.

==========================================

Diuk Ferulci de Atanas de Piserente y Diofio.:

No przecież to proste! [mruga]

Anagramy słów łacińskio-grecko-hiszpańskich ułożone w formę hiszpańskiego nazwiska.

Składowe:

Atanas – Satanás – Szatan

Ferulci – Lucifer – Lucyfer

Diofio – Ofídio – Wąż

===========================
mail:

Zdziwienie? A przecież stolica Kazachstanu to… Astana – Satana, z wszystkimi „świątyniami”, kolumnami Boaz i Jakim

Zmiana klimatu to złośliwy, niebezpieczny mit: „Życie na Ziemi umiera, miliardy umrą, a upadek cywilizacji już się rozpoczął”

„Życie na Ziemi umiera, miliardy umrą, a upadek cywilizacji już się rozpoczął”

Dr Vernon Coleman https://gloria.tv/post/ZsDotGGQtKWr1fLcEC8Br6ama

To oszustwo związane z globalnym ociepleniem ma nas zniszczyć. To szaleni zieloni, fałszywi ekolodzy, świętoszkowaci i zadufani w sobie, którzy chcą zabić nas, zmuszając do jedzenia zimnego indyka, do rezygnacji z paliw kopalnych i życia w zimnym, okrutnym świecie, gdzie najbiedniejsi będą głodować lub zamarzać na śmierć i gdzie wybrana garstka, samozwańcza elita, będzie ignorować rzeczywistość, cieszyć się elektrycznością (wytwarzaną z malejących paliw kopalnych) i tworzyć pseudonaukowy kryzys z powietrza, aby uciskać, tłumić i wygnać z naszego życia człowieczeństwo, przyzwoitość, godność i szacunek.

Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC) przewiduje, że globalne ocieplenie od 2,5 stopnia Celsjusza do 4 stopni Celsjusza zmniejszy globalny PKB o 2% do 5% do roku 2100, ale że globalna gospodarka do roku 2100 będzie od 300% do 500% większa niż obecnie. To niszczy argument, że zmiany klimatyczne będą miały zauważalny wpływ na gospodarkę światową. Międzynarodowa Agencja Energetyczna stwierdziła, że do roku 2040 nasza planeta nadal będzie uzyskiwać tylko około 5% swojego zapotrzebowania na energię ze źródeł odnawialnych . Jeśli szaleni zieloni mają swoje sposoby i powstrzymają nas od używania paliw kopalnych, jest tylko jedna pewność: miliardy umrą z zimna i głodu.
Oczywiście, większość z tych wyniosłych, zadowolonych z siebie, ignoranckich wyznawców globalnego ocieplenia tak naprawdę wierzy, że świat się kończy – przez zmiany klimatyczne . Ci wyznawcy z klasy średniej są zbyt nie mądrzy, by zdać sobie sprawę, że pracują dla spiskowców zdecydowanych odebrać nam wolność i nasze człowieczeństwo oraz kontrolować nas za pomocą kredytu społecznego i cyfrowych pieniędzy. Najnowszym strasznym nonsensem jest to, że wszystko w centrum Londynu znajdzie się pod wodą, zanim zdążymy założyć kalosze, udać się na najbliższą górę i rozbić obóz, gdzie będziemy mogli wybrać między zamarznięciem na śmierć a śmiercią głodową. Szalonym fanatykom powiedziano, że planeta nie przetrwa i że miliardy zginą, gdy wody będą nieubłaganie wznosić się ku niebu. Oczywiście nie ma na to żadnych dowodów. Zaczęli od nazwania tej sprawy „globalnym ociepleniem”, ale musieli zmienić nazwę oszustwa, kiedy stało się jasne, że planeta wydaje się być częściej chłodniejsza niż cieplejsza i zdali sobie sprawę, że nazwanie tego zmianą klimatu da im większe pole do popisu, by włączyć do swojej propagandy więcej odmian klęski żywiołowej. A cały ten przekręt został stworzony dziesiątki lat temu, aby przygotować się do Wielkiego Resetu.
Grupa brytyjskich psychologów poinformowała, że dzieci cierpią z powodu niepokoju spowodowanego przerażającymi prognozami osób przewidujących, że zmiany klimatyczne wpłyną na naszą przyszłość. Cały ten stres należy dodać do ogromnego niepokoju spowodowanego oszustwem covid-19.
Zwolennicy globalnego ocieplenia prognozowali, że „życie na ziemi umiera, miliardy umrą, a upadek cywilizacji już się rozpoczął” (dlatego to powodują szczepieniami ). Porównali oni również globalne ocieplenie do Holokaustu, ale „na znacznie większą skalę”. Nie ma na to ani jednego dowodu. Spójrzmy na fakty: W latach 20 ubiegłego wieku pół miliona ludzi zginęło w wyniku katastrof pogodowych. W ostatniej dekadzie było to 18 000. W 1900 roku prawie 5% powierzchni lądowej na świecie uległo pożarom. Teraz liczba ta jest bliska 3%. Wielka Rafa Koralowa i niedźwiedzie polarne przeżywają rozkwit. IPPC szacuje, że poziom mórz może wzrosnąć o dwie stopy do 2100 roku. Jak sądzicie, jak wielki jest to kryzys, biorąc pod uwagę, że jedna trzecia Holandii zawsze znajdowała się poniżej poziomu morza – niektóre z nich ponad 60 stóp poniżej poziomu morza? (chyba dlatego prowokują konflikt nuklearny- aby to się spełniło dopow.)
Szaleńcy wierzą w te bzdury, ponieważ wielokrotnie mówiono im, że to prawda. BBC mówi, że to prawda i nie pozwala na debatę. Policja pozwala tym fanatykom zamknąć Londyn, ponieważ powiedziano im, że mają pozwolić im robić to, co chcą, aby pomóc zniszczyć to, co pozostało z gospodarki. Nawiasem mówiąc, widzę, że w Londynie postawili ogromny różowy stół. Ciekawe, z czego jest zrobiony – i ile energii zużyto do jego produkcji. Czy używano jakichś elektronarzędzi? Po prostu jestem ciekaw.

Zwolennicy globalnego ocieplenia nie zdają sobie sprawy, że zawsze mieliśmy pogodę i zawsze byli zwolennicy ostrzegania, że koniec świata jest bliski. W 1817 roku prezes Towarzystwa Królewskiego w Londynie ostrzegał, że nastąpiła znaczna zmiana klimatu, która doprowadzi do ogromnych zmian. W 1947 roku szwedzki geofizyk ostrzegał, że klimat się ociepla. W latach 70. BBC, to odwieczne źródło dezinformacji, ostrzegało przed nadchodzącą epoką lodowcową – tak wielkim zagrożeniem dla życia jak wojna nuklearna. W 2007 roku ostrzegano nas, że mamy pięć lat na uratowanie planety. W 2011 roku Międzynarodowa Agencja Energii stwierdziła, że zostało nam pięć lat. W 2017 roku Organizacja Narodów Zjednoczonych powiedziała, że zostały nam trzy lata. W 2013 roku profesor z Cambridge powiedział, że cały lód arktyczny zniknie do 2015 roku. W 2009 roku Gordon Brown, ówczesny premier Wielkiej Brytanii, wziął czas wolny od rozwalania gospodarki, aby powiedzieć nam, że zostało nam 50 dni. W 2004 roku gazeta Observer powiedziała nam, że do 2020 roku będziemy żyć w klimacie syberyjskim. Jedenaście lat temu książę Karol powiedział, że zostało nam osiem lat na uratowanie planety.

Jeśli w ostatnich latach miały miejsce jakieś dziwne zjawiska pogodowe, to były one spowodowane przez człowieka – ale celowo, a nie przypadkowo (np; chemitrails). Nie wierzę, że jakikolwiek racjonalny naukowiec, który przyjrzał się dowodom, wierzy w mit o globalnym ociepleniu. Za każdym razem, gdy pada deszcz, ci fanatycy obwiniają globalne ocieplenie. Ale najbardziej mokry dzień w Wielkiej Brytanii tego lata był mniej niż jedną trzecią tak mokry jak najbardziej mokry dzień w 1929 roku i tylko jedną czwartą tak mokry jak Dorset w 1955 roku. Mówi się nam, że huragany są teraz częstsze. Ale to kłamstwo. Próbują podnieść liczby, licząc bryzy jako burze, ale dowody są jasne: nie ma dziś więcej huraganów niż kiedyś. Media robią tylko więcej zamieszania, bo to pomaga im w realizacji programu. Nie ma też więcej pożarów lasów. Obrońcy zmian klimatycznych twierdzą, że pożary lasów są wynikiem globalnego ocieplenia. Jednak eksperci zarówno w Australii, jak i w Ameryce stwierdzili, że zmiany klimatyczne miały niewielki lub żaden wpływ na rozwój pożarów lasów – które w każdym razie są rzadsze niż kiedyś. Średni roczny areał spalonych amerykańskich lasów wynosi obecnie – około 6,6 miliona. W 1928 roku średni roczny areał amerykańskich lasów utraconych w wyniku pożarów wynosił 41,7 miliona. Jestem całkiem pewny, że 41,7 jest liczbą większą niż 6,6.

Od 1931 r. (szczyt) do 2020 r. nastąpił 99,7% spadek śmiertelności z powodu katastrof naturalnych na całym świecie.

Fanatycy, którzy niszczą zaopatrzenie, nie zdają sobie sprawy, że bez węgla nie można wyprodukować stali, a bez stali nie można wyprodukować wiatraków czy paneli słonecznych. Wierzą, że potrzebujemy więcej drzew, aby utrzymać nas w zdrowiu, ale kiedy nie ścinają ich i nie przerabiają na pelety do produkcji energii elektrycznej, to ścinają je, ponieważ zakłócają działanie nowego sprzętu 5G, który pomoże kontrolować naszą nową cyfrową przyszłość. Duża część tak zwanej czystej energii elektrycznej sprzedawanej obecnie w Wielkiej Brytanii powstaje w wyniku spalania drewna. Drewno pochodzi z Ameryki, gdzie drzewa są ścinane, a następnie zamieniane na granulat drzewny znany jako biomasa, który jest następnie przewożony przez Atlantyk w dużych statkach napędzanych silnikami Diesla.
Zamieniają żywność w biopaliwo i skazują miliony na śmierć głodową, abyśmy mogli zmniejszyć nasze zużycie paliw kopalnych. Nowa mieszanka benzyny i biopaliw nie będzie działać w starszych samochodach, więc biedni będą musieli wszędzie chodzić pieszo. Fanatycy twierdzili, że zmiany klimatyczne spowodują wyginięcie misiów koala (między innymi zwierząt). Obecnie na wolności żyje 300 tys. misiów koala, a głównym zagrożeniem dla ich istnienia jest niszczenie ich siedlisk – w wyniku tego, że rolnicy potrzebują więcej ziemi, na której można uprawiać biopaliwa.

Organizacja Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa twierdzi, że do roku 2050 plony wzrosną o 30%. W najbiedniejszych krajach planety plony wzrosną o 80-90%. Ale wzrost plonów będzie zależał od użycia traktorów i ciężkich maszyn, które oczywiście będą wymagały ropy naftowej (obszary wiejskie biednych krajów nie będą mogły sobie pozwolić na elektryczność i punkty ładowania, dopóki nie będą bogatsze). Wyznawcy globalnego ocieplenia zmuszą biedne kraje do pozostania biednymi – i będą odpowiedzialni za miliony wczesnych zgonów.

A wariaci twierdzą teraz, że są w stanie wyprodukować `zieloną stal’. Jak już wcześniej zaznaczyłem, tradycyjnie niemożliwe jest produkowanie stali bez węgla. Ale według Billa Gatesa gazety The Guardian – gazeta dla pustych głów – istnieją plany, aby produkować stal bez użycia węgla. Jak więc można tego dokonać?

Najwyraźniej nowa zielona stal będzie produkowana przy użyciu wodoru jako paliwa zamiast węgla. A skąd się bierze wodór? Cóż, ponieważ czysty wodór jest trudny do zdobycia, w 95% jest wytwarzany z paliw kopalnych. Tak więc w ten sposób będą produkować zielony węgiel bez spalania paliw kopalnych.

Będą wytwarzać wodór poprzez spalanie paliw kopalnych, a następnie używać wodoru do produkcji stali. Ekspert inżynier Gordon Murray zwraca uwagę na inne problemy z wykorzystaniem wodoru. Do jego produkcji potrzeba ogromnych ilości energii, a jego przechowywanie jest niebezpieczne. Murray mówi, że wyprodukowanie litra wodoru zużywa więcej ropy niż potrzeba do wyprodukowania litra benzyny. Trzeba się śmiać, prawda?

A rząd brytyjski chce, abyśmy wszyscy zastąpili kotły gazowe kotłami wodorowymi – wiedząc cholernie dobrze, nawiasem mówiąc, że kotły wodorowe są mniej wydajne.

Obsesyjni , którzy z półreligijną gorliwością sortują wszystkie śmieci, nie rozumieją, że wszystkie dowody pokazują, że recykling kosztuje pieniądze, energię i czas, i udowodniono, że przynosi o wiele więcej szkody niż pożytku. To dlatego tak wiele starannie posortowanego recyklingu jest wywożone za granicę na wysypisko. Problemem jest teraz to, że niewiele krajów przyjmie niechciany brytyjski recykling, ponieważ nie jest to po prostu opłacalne. Oszustwo recyklingu było tylko po to, aby wyrobić posłuszeństwo, zgodność – i przygotować ciemniaków do noszenia masek i eksperymentalnych „kąsaczy”.

Fanatyka zdaje się nie obchodzić, że odejście od paliw kopalnych nie zrobi żadnej różnicy dla planety, ale spowoduje miliardy zgonów i ogromny wzrost podatków, który jeszcze bardziej zuboży i tak już zubożałych. Szaleni, zwodzeni zieloni i fałszywi ekolodzy chcą powstrzymać nas od używania paliw kopalnych i w ciągu kilku lat unicestwić związane z nimi branże. Politycy, wykorzystując szczerość szaleńców jako usprawiedliwienie dla ich szalonej polityki i ignorując zarówno fakty, jak i odczucia społeczne, wprowadzają absurdalne nowe prawa, które zniszczą wszystko, co każdy z nas ceni. W Szkocji Zieloni i SNP połączyli się, tworząc nieświęty sojusz szalonych kultystów.

Entuzjastyczni zwolennicy samochodów elektrycznych i turbin wiatrowych nie zdają sobie sprawy, że będziemy potrzebowali ogromnych nowych kopalni, aby wydobyć ogromne ilości kobaltu, litu, niklu i innych niezbędnych surowców. Spróbujcie wykopać kopalnie bez paliw kopalnych. Pojazdy elektryczne mają wyższy ślad węglowy niż samochody z silnikami spalinowymi, a na domiar złego energia elektryczna, którą zużywają, często powstaje w wyniku spalania paliw kopalnych. A te głupie dusze, które kupią samochody elektryczne, wkrótce przekonają się, że mają trudności ze znalezieniem miejsca, w którym mogłyby je prowadzić, ponieważ wszędzie drogi są dzielone, aby zapewnić tysiące mil źle zaprojektowanych ścieżek rowerowych.

Starannie, celowo i okrutnie stworzony mit globalnego ocieplenia stał się obecnie integralną częścią światowej gospodarki. Profesjonalny menedżer inwestycyjny publicznie ogłosił niedawno, że „świat przechodzi gwałtowne zmiany w związku z degradacją środowiska naturalnego i zbliżającym się załamaniem globalnego systemu klimatycznego”. Nie ma na to ani jednego dowodu. A przy braku dowodów, fanatycy na szczycie celowo tworzą zmiany w naszym klimacie za pomocą geoinżynieriimanipulują pogodą od dawna, ale w ostatnich latach to się przyspieszyło. Ponadto zamierzają wysłać tony węglanu wapnia do stratosfery, aby zablokować słońce pod pozorem walki z globalnym ociepleniem. Kiedy w rzeczywistości, to tylko skróci sezony wegetacyjne powodując masowy głód – jest niespodzianka!

Dyrektorzy firm są tak przerażeni krytyką ze strony tych fanatyków i szaleńców, którzy promują mit globalnego ocieplenia, że w zasadzie wszyscy przewrócili się i zgodzili się robić wszystko, co każe im robić hałaśliwa mniejszość. (Ci sami tchórze z cnotami nadal płacą sobie nieprzyzwoite premie, wydatki i emerytury). Niektórzy szefowie firm zdejmują swoje spółki z giełdy, oddając je w prywatne ręce, aby mogli uniknąć szalonych akcjonariuszy i regulacji. Brytyjski regulator emerytur ostrzegł zarządzających programami emerytalnymi, że będą mieli kłopoty, jeśli nie dokonają obowiązkowego ujawnienia ryzyka klimatycznego. Będą musieli zgłosić swoje inwestycje w firmy, które nie wprowadzą satysfakcjonujących zmian, aby dopasować się do wyimaginowanych obaw o globalne ocieplenie. Podejrzewam, że w rezultacie emerytury drastycznie spadną.

W Ameryce Rezerwa Federalna, regulator finansowy i Ministerstwo Skarbu rozważają włączenie polityki dotyczącej globalnego ocieplenia do regulacji finansowych. To samo dzieje się w Unii Europejskiej i w Wielkiej Brytanii. W rzeczywistości Wielka Brytania wydaje się przewodzić światu we wprowadzaniu nowych, opresyjnych i niebezpiecznych przepisów. Prawda jest oczywiście taka, że nie ma żadnych dowodów naukowych na poparcie teorii, że globalne ocieplenie (lub jakakolwiek jego odmiana) będzie w jakikolwiek sposób zagrażać naszemu sposobowi życia. Z pewnością nie ma żadnych dowodów sugerujących, nie mówiąc już o udowodnieniu, że globalne ocieplenie będzie miało jakikolwiek wpływ na instytucje finansowe lub świat korporacji.

To, co się dzieje, to oczywiście fakt, że regulacje finansowe są wykorzystywane do przeforsowania agresywnej polityki globalnego ocieplenia, która nie jest ani konieczna, ani popularna, ale która jest częścią globalnego resetu Agendy 21 i która ma nas boleśnie wprowadzić w świat Nowej Normy.

Co więcej, aktywiści wszędzie przejmują kontrolę nad wcześniej niezależnymi firmami. W maju 2021 roku holenderski sąd orzekł, że Shell, koncern naftowy, musi do 2030 roku obniżyć emisję dwutlenku węgla o 45% w porównaniu z jej poziomem z 2019 roku. Grupa aktywistów posiadająca zaledwie 0,02% udziałów w Exxonie, innej firmie naftowej, w jakiś sposób zdołała zdobyć dwa miejsca w 12-osobowym zarządzie firmy.

Nie dając się prześcignąć, rząd brytyjski zobowiązał się, że do 2035 roku Wielka Brytania zmniejszy emisję gazów cieplarnianych o 78% w porównaniu z poziomem z 1990 roku. Wydaje się, że nikt nie powiedział rządowi, że w tym okresie liczba ludności wzrosła o wiele milionów i bez wątpienia będzie nadal rosła. Wielka Brytania w roku 2035 będzie ciemnym, zimnym, nieszczęśliwym miejscem. Cel Wielkiej Brytanii jest najbardziej ambitny na świecie i będzie kosztował podatników łącznie 3 biliony funtów. Będą wyższe podatki i wyższe koszty wszystkiego. Wymiana istniejących systemów ogrzewania i gotowania na energię elektryczną (która, jak się wydaje zarówno politykom, jak i działaczom, rośnie na drzewach) będzie kosztować gospodarstwa domowe ogromne sumy.

Od roku 2025 nielegalne będzie wyposażenie domu w kocioł gazowy. A istniejące kotły i systemy będą nielegalne od połowy lat 2030. Właściciele domów będą musieli wydać dziesiątki tysięcy funtów na obowiązkowe pompy ciepła, izolację itp. Jeśli domy nie zostaną wystarczająco zmienione, właściciele domów nie będą mogli ich sprzedać po roku 2028. Nie będą też mogli ich wynajmować. W rezultacie, oczywiście, ceny domów spadną (ze względu na koszt wymaganych prawem ulepszeń), a ceny wynajmu gwałtownie wzrosną. Biedni znów będą cierpieć.

Organizacja Narodów Zjednoczonych wpadła w ekstazę z zachwytu, gdy poinformowała, że jej cele klimatyczne na rok 2020 zostały prawie osiągnięte dzięki globalnym blokadom covid-19. Będą musiały istnieć prawie ciągłe blokady, aby uszczęśliwić wariatów od globalnego ocieplenia.

Bogaci ludzie stojący na czele bogatych rządów obiecują zakończenie używania paliw kopalnych do 2050 roku. Ciekawe, czy wiedzą, jak wiele bólu będzie się z tym wiązało. Biedni będą musieli za to zapłacić poprzez taryfy węglowe. Kraje rozwijające się zostaną ukarane, zanim jeszcze zaczną korzystać z rozkoszy paliw kopalnych. Mówienie, że setki milionów umrze z głodu i zimna, jest niedocenianiem. „Uświęcone czubki” od globalnego ocieplenia są tak niedoinformowani, że nieświadomie wspierają plany globalnego ludobójstwa. Gdyby wiedzieli cokolwiek i naprawdę dbali o środowisko, prowadziliby kampanię przeciwko bezsensownym maskom na twarz – zamiast je nosić. Miliardy wyrzuconych maseczek stanowią obecnie poważne zagrożenie dla wszystkich form dzikiej przyrody.

Teraz, kiedy większość została opanowana przez oszustwo Covid-19, musimy zredefiniować nasze przekonania, nasze postrzeganie i przewartościować naszych wrogów. Na przykład, powinniście wiedzieć, że każdy kto mówi o zrównoważonym rozwoju jest złym człowiekiem. Filozofia znana jako – zrównoważony rozwój – jest bezpośrednią drogą do końca demokracji i ludzkości. Nigdy nie jest łagodna. Niekompetentni modelarze matematyczni i snajperzy w mediach społecznościowych szerzą strach i tłumią prawdę z tą samą, wyćwiczoną umiejętnością, którą wykorzystywali do rozpalania strachu przed covid i demonizowania głosicieli prawdy.

I tak, szaleni błądzący, którzy przestraszyli świat fałszywą pandemią covidu, teraz, jak przewidziałem, zgrabnie przejdą do straszenia świata fałszywą pandemią „globalnego ocieplenia”, którą wymyślili w ubiegłym stuleciu i której celem było kontrolowanie i zabijać, a nie ratować ani chronić. System kredytu społecznego w stylu chińskim, przed którym ostrzegałem, już istnieje. Globalne ocieplenie zostanie wykorzystane do zaostrzenia zasad i dalszego ucisku. Szaleni pseudo-ekolodzy nie są łagodni ani nie mają dobrych intencji. Są albo niedoinformowani, albo głupi, albo złośliwi, albo wszystko trzy. I są nam wrogi. Obawiam się, że oszustwo covid-19 to dopiero początek.

Prawda jest taka, że idea globalnego ocieplenia ma tyle samo solidnych faktów, co istnienie drogiej, starej wróżki zębuszki…, jest nawet więc więce dowodów na poparcie istnienia wróżki zębuszki niż na poparcie istnienia globalnego ocieplenia, globalnego ochłodzenia, zmiany klimatu lub jakkolwiek szaleńcy zdecydowali się to nazwać w tym tygodniu.

Dr Vernon Coleman był profesorem holistycznych nauk medycznych na International Open University na Sri Lance. Posiada tytuł doktora honoris causa. Zeznawał przed Izbą Gmin i Izbą Lordów w Wielkiej Brytanii. Jest autorem ponad 100 książek , w tym „ A Bigger Problem than Climate Change: The End of Oil ”, która odnosi się do powyższego artykułu. Od samego początku „pandemii” Covida dr Coleman wypowiadał się przeciwko kłamstwom dotyczącym koronawirusa. Zaczął robić regularne filmy, które zostały zakazane na wielu platformach. Pierwszy z jego filmów został opublikowany 18 marca 2020 roku. Jego filmy znajdziecie TUTAJ . Climate Change is a Malicious, Dangerous Myth

Badania: Obecne poziomy dwutlenku węgla w atmosferze NIE stanowią zagrożenia dla ludzi ani środowiska

Belle Carter
( Natural News ) Craig Idso, założyciel i dyrektor generalny Center for the Study of Carbon Dioxide and Global Change, obalił twierdzenia panikarzy klimatycznych, że wysoki poziom atmosferycznego dwutlenku węgla (CO2) powoduje bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia oraz sprawia, że rośliny pogrubiają liście i są mniej wydajne w sekwestracji węgla, co powoduje wzrost temperatur i sporadyczne fale upałów. Według Idso, poziom CO2 musiałby gwałtownie wzrosnąć 36 razy powyżej obecnego stężenia, zanim zacząłby nawet stanowić łagodne zagrożenie dla zdrowia. „Wartość ta (tj. 15 000 ppm) nigdy nie wystąpi, ponieważ jest ona dziesięć razy wyższa od przybliżonego limitu 1500 ppm atmosferycznego CO2, który według naukowców jest możliwy do osiągnięcia, jeśli społeczeństwo wykorzysta wszystkie obecnie znane rezerwy paliw kopalnych na planecie” – wyjaśnił. (Powiązane: Craig Idso: Wysoki poziom CO2 latem zmniejsza stres temperaturowy u roślin .)

W konsekwencji, jeśli CO2 jest mało w atmosferze, to to właśnie stanowi zagrożenie dla ludzkości . „Im więcej CO2 tym lepiej, innymi słowy” – wskazał we wpisie na blogu Watts Up With That. „CO2 dosłownie jest 'pokarmem’, który podtrzymuje zasadniczo wszystkie rośliny (i zwierzęta konsumujące rośliny, w tym ludzi) na powierzchni ziemi. I kiedy ta podaż żywności jest zmniejszona, natura zaczyna się zmniejszać.”

Przytoczył badanie z 2020 roku, w którym badano wpływ niskiego poziomu CO2 na afrykańską szczawnicę (Oxalis pes-caprae). Ten gatunek roślin był kluczowym źródłem węglowodanów dla ludzi w środkowym plejstocenie, ponieważ są one zbierane dla ich jadalnych kłączy. Naukowcy uprawiali okazy żółtej rośliny kwitnącej przez trzy miesiące w mini komorach z otwartym dachem, w których stężenie CO2 wynosiło poniżej średniej 227, 285, 320 i 390 części na milion (ppm), gdzie wszystkie rośliny otrzymywały wystarczającą ilość wody i składników odżywczych. Według Idso, rośliny uprawiane w warunkach obniżonego stężenia CO2 wykazywały „znacząco obniżoną biomasę roślin i plon cebulek.” „Jeśli chodzi o ludzki wpływ takich redukcji wzrostu spowodowanych niskim CO2, autorzy zauważyli, że niższe stężenie CO2 wpływa zarówno na wartość USO jako źródła węglowodanów, jak i na wysiłek, który byłby wymagany do zebrania wystarczającej biomasy, aby osiągnąć dzienne zapotrzebowanie kaloryczne” – powiedział Idso. „I w odniesieniu do tego ostatniego, obliczają, że czas wymagany do zebrania 2000 kalorii był ponad dwukrotnie dłuższy, gdy CO2 został zmniejszony z 400 do 180 ppm”. W artykule stwierdzono, że zmniejszenie zawartości CO2 w atmosferze negatywnie wpłynie na przyrodę i zmniejszy podaż żywności. Wyższa zawartość CO2 w powietrzu prowadzi do większej efektywności wykorzystania wody i zwiększa zdolność planety do wytrzymywania lepszych warunków środowiskowych. Badanie dodatkowo dyskredytuje twierdzenie ekspertów klimatycznych, że węgiel jest głównym czynnikiem przyczyniającym się do zmian klimatycznych.

Wysoki poziom CO2 wzmacnia właściwości lecznicze roślin
Na osobnym blogu Idso przytoczył badania, które dowiodły, jak podwyższony poziom CO2 w powietrzu zwiększa wartość leczniczą roślin . W jednym z badań zbadano wartości odżywcze, fitochemikalia (tj. barwniki, fenole, flawonoidy, witaminy, profile mineralne i wydajność olejków eterycznych) oraz aktywność przeciwutleniającą kiełków kminku i dojrzałych roślin. Autorzy badania zbadali hipotezę, że rosnące poziomy CO2 w atmosferze zwykle sprzyjają fotosyntezie roślin i produkcji związków wtórnych. Zespół badawczy uprawiał kminek w komorach o kontrolowanym środowisku w warunkach otoczenia (400 ppm) lub podwyższonego (620 ppm) CO2. Zbierano je po dziewięciu lub 45 dniach (odpowiednio jako kiełki lub dojrzałe rośliny). Naukowcy odkryli, że „podwyższony poziom CO2 wywołał zmiany w fitochemicznej zawartości kminku, szczególnie na etapie kiełkowania, poprawiając w ten sposób ich właściwości odżywcze i prozdrowotne”. Kminek jest stosowany w mieszankach ziołowych jako lek na zaburzenia trawienne, wiatropędne. Idso wskazał, że istnieją inne badania, które mogą udowodnić, jak korzystne są wysokie poziomy CO2 dla środowiska i zdrowia. „W ciągu ostatniego ćwierćwiecza zarchiwizowałem wiele takich badań na mojej stronie CO2 Science w temacie Skutki zdrowotne ( dwutlenek węgla: substancje prozdrowotne, rośliny lecznicze ). Daje to zupełnie nowe spojrzenie na wiele korzyści płynących ze wzbogacania atmosfery CO2” – powiedział.
www-naturalnews-com.translate.goog/…rrent-atmospheric-carbon-dioxide-not-a-threat.html

O sławnym magu niemieckim, Johannes Faust. Opętani i nękani.

O sławnym magu niemieckim, Johannes Faust. Opętani i nękani.

Andrzej Sarwa
Sądzę, że każdy z Czytelników słyszał o sławnym magu niemieckim, żyjącym na przełomie XV i XVI stulecia, niejakim doktorze Johannesie Fauście. Chociaż niektórzy uważają, że to postać mityczna, szczegółowe badania przeprowadzone przez historyków oraz badaczy zjawisk okultystycznych udowodniły, że to na pewno postać autentyczna, działająca przed wiekami na terenie Niemiec.
Mimo iż literatura nie informuje, że Faust był opętany, analiza opowieści o życiu niemieckiego alchemika i czarnoksiężnika zdaje się bezsprzecznie wskazywać na fakt, że jego ciałem zawładnął demon.
Wszystko zaczęło się w chwili, gdy Johannes Faust zaprzestawszy studiów teologicznych, całym sobą oddał się badaniom rzeczywistości piekielnej. Z wielką energią zajął się krystalomancją (czyli wróżeniem przy pomocy wpatrywania się w kryształową kulę, zwierciadło, albo powierzchnię wody lub jakąkolwiek inną, błyszczącą powierzchnię) oraz wywoływanie demonów.
Po dość długim i uporczywym ćwiczeniu się w tej sztuce, przyszły oznaki pierwszych sukcesów - Faust jął widywać sylwetki ludzkie i latające światełka, oraz słyszeć głosy dochodzące skądś z bliżej nieokreślonej przestrzeni, z których jedne były cichsze, inne głośniejsze. Ucieszyło go to niezmiernie i teraz był już pewny, iż uda mu się przymusić piekło do posłuszeństwa.
Zachęcony pozytywnymi osiągnięciami swych praktyk, uczony doktor nie zamierzał bynajmniej poprzestać na tym. Zgodnie z posiadaną wiedzą czarnoksięską udał się teraz do lasu i tam przestrzegając rytuału i ceremoniału magicznego jął przywoływać do siebie demona.
Przez dłuższy czas nic się nie działo, aż raptem śród drzew rozległ się hałas potężny, a zaraz po nim pojawiło - przez mgnienie oka zaledwie - widmo jakiejś zwierzokształtnej postaci. Wreszcie skądś z góry spadła ognista kula, z której wydobył się płomień. Ten początkowo rozdzielił się na kilka smug, a później sformował w ludzką szkaradną postać, z grubsza przypominającą swym wyglądem mnicha. Demon w rozmowie z czarnoksiężnikiem podał swe imię Mefistofeles, a później, przymuszony [??] zaklęciami, obiecał pokazywać się odtąd w mieszkaniu Fausta i służyć mu.
Dzięki Mefistofelesowi zyskał on nie tylko zdolność przepowiadania przyszłości i jasnowidzenia, ale również moc oddziaływania na innych ludzi, a konkretnie paraliżowanie ich własnej woli i poddawanie woli swojej. Dalej - powodowanie przedziwnych wizualnych zjawisk - miraży (na przykład na oczach nader licznie zgromadzonych świadków wyczarował iluzję zamku, lub formował zastępy widmowych rycerzy), dokonywanie tzw. aportów, czyli materializowania nie znajdujących się wcześniej w danym pomieszczeniu przedmiotów (za pośrednictwem demona Mefistofelesa otrzymywał w ten sposób nie tylko wykwintne jadło i napitek, ale również kosztowności, co pozwalało na prowadzenie beztroskiego i niezależnego trybu życia).
Oprócz demona wymienianego już z imienia, a posłusznego rozkazom czarnoksiężnika, miewał on również wizje i innych duchów nieczystych, nieraz w znacznej liczbie. Ich materializacjom towarzyszyło zawsze tak dotkliwe uczucie zimna, iż doktorowi zdawało się , iż zamarznie. Johannes Faust, jak przystało na potężnego maga, posiadł był również i sztukę lewitacji.
Dzięki obcowaniu z demonami nie narzekał na brak środków do utrzymania, ba! powodziło mu się bardzo dobrze. Cieszył się tedy dobrym humorem, bo i zdrowie również mu dopisywało. Często, a nawet bardzo często upijał się i z prawdziwą lubością oddawał najmilszemu swemu zajęciu - wyrafinowanej rozpuście.

Atoli wszystko to do czasu. Nadszedł bowiem taki moment, że zły duch przestał być dla Fausta łaskawy, a jął go dręczyć na najrozmaitsze sposoby. Wpadł tedy doktor Johannes w przygnębienie i rozpacz, stając się nadzwyczaj rozdrażnionym. Często płakał, ubolewając nad swoim losem, od którego już nie widział ucieczki. 
Wreszcie doszło do tego, że diabeł jął potwornie wstrząsać jego ciałem. Cierpiał na okrutne konwulsje, które w końcu stały się przyczyną śmierci. Demon rzucając nim po całym pomieszczeniu, obijając ciało o podłogę i ściany, w końcu zatłukł go na śmierć. (Ignacy Matuszewki, Czarnoksięstwo i medyumizm, Warszawa 1896 s. 167–192.).
	
Opętany ksiądz czeski

Jak podają dawne kroniki, za pontyfikatu papieża Piusa II (1458 - 1464), miało miejsce takie oto zdarzenie:
Pewien kapłan, Czech z pochodzenia, został opętany przez ducha nieczystego. Ponieważ ani modły, ani egzorcyzmy odprawiane nad nim w ojczystym kraju nie przyniosły pożądanego rezultatu, zrozpaczony ojciec owego księdza udał się z nim do Rzymu, z nadzieją w sercu, że jego dziecko zostanie uwolnione od demona.
Opętany ów na ogół zachowywał się zupełnie normalnie, od czasu do czasu tylko wpadał w szał. Odczuwał także niewypowiedziany wstręt do rzeczy świętych. Nie mógł odprawiać mszy, ani nawet przekroczyć progu kościoła.
Władza duchowna przekonawszy się o rzeczywistym opętaniu owego kapłana, zaleciła by prowadzać go do miejsc szczególnie uświęconych, gdzie odprawiano nad nim egzorcyzmy. Skoro się one rozpoczynały, demon obsiedlający jego ciało miotał nim, przeklinał i bluźnił.
Wreszcie przywiązano go do słupa kamiennego, przy którym - jak głosiła tradycja - ubiczowano Pana Jezusa. Wówczas szał opętanego rozgorzał w dwójnasób i kąsając zębami kamień, pokrwawionymi ustami, przerażającym głosem wył:
- Tu stał! Tu stał! - mając na myśli Jezusa.
Później jął przemawiać po włosku, chociaż – jako Czech, który nigdy się owej mowy nie uczył - zupełnie nie znał tego języka. Na koniec demon, zamieszkujący to nieszczęsne ciało, na naleganie egzorcystów stanowczo oświadczył, iż nie uwolni opętanego.
Dopiero pewien biskup grecki, który przed Turkami uciekł z Konstantynopola do Rzymu, pożałował nieszczęśnika, jął na jego intencję pościć o chlebie i wodzie, oddając się też wielogodzinnym modlitwom, jednocześnie przez wiele dni odprawiając egzorcyzmy nad opętanym, aż w końcu go wyzwolił, tak - że uszczęśliwiony i zdrowy - mógł wrócić wraz z ojcem w rodzinne strony.

O pewnej kobiecie dręczonej przez diabła

Też same piętnastowieczne kroniki wspominają o pewnej kobiecie, która doznała napaści ze strony demona, który przez pół roku przyprawiał ją o potworne, wręcz nie do zniesienia bóle. 
Chociaż miała ona świadomość - bo złe moce jej to ujawniały, że one są przyczyną dolegliwości - pochodzenia owych cierpień, i mówiła o tym zarówno własnemu mężowi, jak i miejscowemu proboszczowi, spotkała się z ich strony jedynie z drwiną i twierdzeniem, że jest chora z urojenia. 
Dopiero gdy na oczach świadków zwymiotowała ciernie, kawałki kości, drewna i fragmenty okrytych ostrymi kolcami gałązek dzikiej róży, uwierzono iż jej cierpienia nie pochodziły z wybujałej fantazji, a ich pochodzenie nie mogło mieć naturalnej przyczyny.
Jednym ze znaków opętania może być właśnie wydalanie z organizmu osoby podległej demonowi takich dziwnych przedmiotów, na co bywają niepodważalne dowody i wiarygodni świadkowie. 

Opętanie ośmioletniej dziewczynki

W mieście Sienie, w Italii, mieszkał człowiek pewien, Michał Noualdy, mający żonę i dwie córki. Był on uczony i pobożny. Skoro osiągnął dojrzałe lata, za zgodą małżonki postanowił oddać dzieci do klasztoru św. Jana, a sam poświęcić się na wyłączną służbę Bogu, zajmując się doczesnymi potrzebami wzmiankowanego klasztoru, mieszkając nieopodal niego.
Z dopustu Bożego, którego przyczyny zakryte były przed ludźmi, stało się, że jedna z córek owego pobożnego człowieka, licząca zaledwie osiem lat, została opętana przez ducha nieczystego, który jej ciało srodze dręczył. Zakonnice wystraszone, zażądały, iżby ojciec opętaną córkę od nich zabrał, co też się i stało. 
Przy badaniu przez egzorcystów demon przemawiał przez usta dziewczynki po łacinie, wdając się w uczone dysputy z teologami, zajmując się kwestiami trudnymi i bardzo głębokimi.
Ponadto publicznie odkrywał trzymane w tajemnicy grzechy i występki tych, którzy się do owego nieszczęśliwego dziecka zbliżali. 
Smucili się i frasowali niepomiernie rodzice, nie widząc sposobu - bo egzorcyzm zawodził - uleczenia swego dziecka. Prowadzili ją do rozmaitych relikwii, aby przez ich moc i zasługi owo diabelstwo mogło być wypędzone. Niestety - nigdy nie bywali wysłuchani - bo, jak można domniemywać, ani grzech owego dziecka, ani grzechy jego rodziców, ale jakieś tajemne zamysły i dopust Boży sprawiły, iż doszło do tegoż opętania. Po to zapewne, aby nawrócić grzeszników, ukazując im na przykładzie, iż oprócz znanej, materialnej rzeczywistości, istnieje również inna, mogąca się niekiedy manifestować w naszym wymiarze. 
Słuchając rad życzliwych ludzi, rodzice nieszczęśliwego dziecka zwrócili się o pomoc do św. Katarzyny Sieneńskiej, lecz ta kategorycznie odmówiła mieszania się do owej sprawy.
Dopiero przymuszona świętym posłuszeństwem przez swego spowiednika, zgodziła się przetrzymać opętane dziecka w swojej celi. Całą noc spędziła na modlitwie, i dopiero to dało pożądany skutek. Skoro noc się zbliżała, ku końcowi, demon opuścił młode ciałko.

Lecz to jeszcze nie koniec naszej opowieści.
Po kilku dniach duch nieczysty ponownie wszedł w ciało owej dziewczynki. Zatem znów św. Katarzyna Sieneńska przez całą noc w obecności nieszczęśliwego dziecka modliła się w swojej celi. Wszakże duch nieczysty był krnąbrny i nie chciał ustąpić, odgrażając się nawet:
- Jeśli wyjdę z tego dziecka, wejdę w twoje ciało! Zaniechaj więc tego, co robisz!
A na to święta mu odpowiedziała:
- Sam z siebie nic uczynić nie możesz. Lecz jeśli taka jest wola Boża, pokornie się jej podporządkuję. 
Demon pokonany pokorą świętej i jej całkowitemu zaufaniu Jezusowi, upokorzony, na koniec poddał się i opuścił dziecko, by już nigdy go nie opętać. (Żywot przedziwny..., Kraków 1609, s. 354 – 364.).

O opętanej dwórce

Święta Katarzyna Sieneńska pewnego razu odwiedziła zaprzyjaźnionych ze sobą ludzi, którzy mieszkali w bogatym pałacu. Jedna z dwórek pani domu była opętana przez ducha nieczystego.
Ucieszyli się gospodarze - wiedząc już, że czarty przed św. Katarzyną uciekają - iż zostali nawiedzeni przez też pobożną niewiastę. Poprosili ją zatem co rychlej, aby wyzwoliła nieszczęsną opętaną z mocy ducha ciemności.
Ponieważ Katarzyna akurat nie miała czasu, musiała bowiem odwiedzić - w ważnej i nie cierpiącej zwłoki sprawie - jeszcze jeden dom w tym mieście, widząc, iż w pałacu przebywa znany z pokory i nabożeństwa mnich, nakazała przyprowadzić opętaną. A gdy ją przywiedziono, nakazała jej uklęknąć przed mnichem i ułożywszy głowę na jego kolanach trwać tak bez ruchu aż do jej powrotu z owego drugiego domu, o którym wcześniej wspomnieliśmy.
Zły duch zaklęty w imię Jezusa, związany wolą świętej panny, musiał być posłuszny rozkazowi. 
Cały czas jednak poprzez usta opętanej złorzeczył, bluźnił i przeklinał, jednocześnie informując, gdzie się Katarzyna w danej chwili znajduje. Na koniec krzyknął:
- Oto wchodzi w drzwi domu tego!
I rzeczywiście, Katarzyna weszła do pałacu, a znalazłszy się w komnacie, w której przebywała opętana usłyszała jęki i zawodzenia demona:
- Ach! Czemuż mnie zatrzymujesz?! Czemu mnie dręczysz?!
Św. Katarzyna zaś na to:
- Wstań nędzniku, wyjdź z dziewczyny, opuść to stworzenie Pana Jezusowe, i więcej w nią nie wchodź. 
Na owe słowa diabeł opuścił ciało opętanej, a ta została na trwałe uleczona. (Tamże, s. 364 – 368.).

Epidemie opętań

W dawnych wiekach, kiedy mniej sceptycznie podchodzono do zjawisk nadprzyrodzonych, nierzadko obserwowano i opisywano nie tylko opętanie pojedynczych osób, ale całych - mniejszych, bądź większych - społeczności.
I tak na przykład w 1487 roku miała miejsce prawdziwa ''epidemia'' opętań, która ogarnęła wiele miast niemieckich i niderlandzkich. Jednym z najbardziej odrażających jej objawów były mnożące się przypadki kanibalizmu, głównie pożerania niemowląt. Za popełnienie tej zbrodni, na śmierć skazano blisko pięćdziesiąt osób.
	
Ojciec Pio i opętana

W maju 1922 roku, któregoś niedzielnego popołudnia, przyprowadzono do Ojca Pio osobę podejrzaną o to, iż jest opętana przez demona. Ta - na widok zakonnika - poczęła ordynarnie przeklinać i bluźnić, wyjąc i rycząc donośnie. Egzorcysta, nie zwracając na owo najmniejszej uwagi, natychmiast przystąpił do odprawiania obrzędu. Nie trwał on nazbyt długo, gdy opętana wydawszy z siebie jeszcze donioślejszy, od uprzednio wydawanych, ryk, uniosła się około 1 metra nad ziemię, a potem opadła z powrotem na dół, już bez oznak opętania przez ducha nieczystego.
====================================

UDRĘCZENI PRZEZ DEMONY

opowieści o szatańskim zniewoleniu

z różnych autorów zebrał, ale i własnym piórem opisał i do druku podał

Andrzej Sarwa

* * *

Książka niniejsza jest dostępna w wersjach papierowej:

wydawnictwo.armoryka@armoryka.pl

Wydawnictwo Armoryka Marta Elżbieta Sarwa

w postaci e-booka:

https://virtualo.pl/ebook/udreczeni-przez-demony-opowiesci-o-szatanskim-zniewoleniu-i5686/

i audiobooka:

https://virtualo.pl/audiobook/udreczeni-przez-demony-opowiesci-o-szatanskim-zniewoleniu-i795/
	

Jaki śliczny miss 😕: Brian Nguyen nie uszanował konstytucji i został Miss Greater Derry

Jaki śliczny miss 😕: Brian Nguyen nie uszanował konstytucji i został Miss Greater Derry

Piotr Wielgucki https://www.patrzymy.pl/brian-nguyen-nie-uszanowal-konstytucji-i-zostal-miss-greater-derry/

W USA od 1987 roku odbywa się konkurs piękności Miss Greater Derry, w którym mogą brać udział wszystkie osoby w wieku od 17 do 24 lat. Konkurs jest lokalną imprezą, ale ma status pozwalający zwycięzcom na udział w ogólnokrajowym konkursie Miss America. 8 listopada w New Hampshire odbyły się tegoroczny festiwal kobiecej piękności i zwycięzcą okazał się transpłciowy Brian Nguyen.

Szczęśliwy miss podzielił się swoją radością na Instagramie:

Jestem zachwycona, że jestem PIERWSZĄ transpłciową kobietą, która została lokalną posiadaczką tytułu Miss America i mam nadzieję, że wszyscy będą dumni i jako pierwsza wejdę na scenę Miss America. Jestem Brían Nguyen, twoja panna Greater Derry 2023.

Rozstrzygniecie konkursu spotkało się z wieloma komentarzami w mediach społecznościowych, z czego większość, łagodnie mówiąc, nie była przychylna świeżo wybranemu miss. Co ciekawe na zwycięzcy suchej nitki nie zostawiły nawet feministki:

Kobiety: musicie być szczupłe, mieć dobre piersi, ładne nogi, piękną twarz i niegroźną osobowość. Za taki komplet możemy wam nawet przyznać stypendium. Chyba że jesteś Brianem. Wtedy możesz być dowolną kobietą – napisała na Twitterze Sophie Walker.

Zwycięstwo Nguyen zbiegło się z głośnym wyrokiem sądu, dosłownie kilka dni wcześniej sąd w San Francisco orzekł, że konkursy piękności kobiet nie są prawnie zobowiązane, by dopuszczać do udziału w zawodach mężczyzn identyfikujących się jako osoby transpłciowe. Sprawa została wniesiona do sądu [—]

Chlew, panie, nie salon. „Świat pozbawiony rozumu, cywilizacja szaleńców. Rynsztokowa elita”

Chlew, panie, nie salon. „Świat pozbawiony rozumu, cywilizacja szaleńców. Rynsztokowa elita”

Deeskalacja zdrowego rozsądku. Świat, w którym stowarzyszenie byłych SS-manów potępia ustawę o IPN, a multikulti jest nawozem dżihadu. Chlew i ciemnogród, bezczelność bez granic.

We Francji budżet, jak oznajmiła pani premier, zostanie przyjęty bez głosowania w parlamencie ze względu na brak konsensusu w tej kwestii. Patrzę na postępowanie Unii Europejskiej wobec Polski i Włoch: jakie będą konsekwencje zaprzestania udawania przez zachodni establishment, że demokracja jest dla niego jakąkolwiek wartością?

A w Polsce. Salon? Chlew III RP! Język żuli, brak zasad, akceptacja prawa do przestępstwa u swoich. Rynsztokowa elita. Jakie są konsekwencje odwrócenia wektorów stratyfikacji społecznej?

W wyniku odrzucenia pojęcia grzechu i chrześcijańskiej antropologii pokolenie X – roczniki 1965–1980 – jest najbardziej poranionym przez aborcję pokoleniem w historii USA. Abortowano co trzeciego z jego potencjalnych członków, a połowa rodziców tych ludzi jest rozwiedziona lub w separacji. Sześć tygodni temu lokalna świątynia kościoła satanistycznego zaskarżyła w sądzie zakaz aborcji w stanie Indiana, ponieważ wprowadzenie prawa chroniącego życie dzieci w łonach matek „narusza wolność religijną jej członków zamieszkujących na terenie tego stanu”.

W Polsce między 1956 a 1993 r. zabito od 12 do 18 mln dzieci nienarodzonych. Ktoś myśli, że duchowe, społeczne i psychosomatyczne konsekwencje takiej zbrodni nie dotykają do dziś naszych narodów?

Świat pozbawiony rozumu, cywilizacja szaleńców. Na wiosnę 2023 r. w Berlinie otwarte zostanie pierwsze przedszkole LGBT+. Już teraz zapisanych do niego jest 60 dzieci. Nadzór nad placówką sprawuje dotowana przez niemieckie ministerstwo ds. rodziny organizacja Schwulenberatung Berlin zajmująca się poradnictwem gejowskim. Dyrektor Schwulenberatung Berlin Marcel de Groot powiedział prasie:

W przedszkolach należy zilustrować, jak to jest być gejem lub lesbijką

W zarządzie Schwulenberatung Berlin znajduje się Rüdiger Lautmann, aktywista działający na rzecz legalizacji pedofilii. Domaga się on usunięcia z niemieckiego kodeksu karnego paragrafu kryminalizującego seks z dziećmi. Jest autorem książki zatytułowanej „Przyjemność z dzieckiem”. Do takiej skrajności – wcześniej abdykując – doprowadziła Zachód ideologia liberalna.

A na kim wzorują się dzisiaj dzieci? Popularny brytyjski youtuber Oli London chce być znów mężczyzną, po tym jak przeszedł 32 operacje, by być koreańską kobietą. W Polsce fanka rapera o pseudonimie Popek, która pięć lat temu poddała się zabiegowi wstrzyknięcia tuszu do gałek ocznych, by upodobnić się do swojego idola, straciła całkowicie wzrok, pracę i środki do życia. Zapowiada, że będzie „walczyć o sprawiedliwość” w sądzie. Ale to jeszcze nic, przez reprezentatywnych przedstawicieli najmłodszego pokolenia van Gogh został uznany za winnego produkcji spalin samochodowych, więc za 13 lat samochody spalające benzynę i ropę nie będą już w Europie produkowane. Rozsądek pokonany przez ideologię i pieniądz. Ciemnogród. Rewolucyjny establishment w miejsce elit.

Termin „ciemnogród” wymyślił i upowszechnił żyjący w latach 1812–1881 Polak Teodor Tripplin, doktor medycyny, podróżnik, pisarz, jeden z prekursorów literatury fantastycznonaukowej, powstaniec listopadowy, działacz emigracyjny, uczestnik walk niepodległościowych we Włoszech i w Serbii. Ten zapomniany polski Verne Ciemnogrodem nazywał, jak opisuje na swoim profilu społecznościowym Robert Kowalczyk:

ludzi ograniczonych, bez wiedzy, bardziej ufających modnym nowinkom naukowym niż Panu Bogu (miernych duszą choćby wydawali się wyżsi nauką), liczykrupów (lichwiarzy, bankierów), warszawskich przestrzegaczy wszelkich regulaminów i ukazów, tzw. zawistników z towarzystwa i tych, co zawsze wiedzą lepiej, ale nigdy nikomu nie pomogą z dobrego serca. Tych ostatnich pozbawiał w ogóle zdolności honorowej

Teodor Tripplin opracował nowoczesne zasady higieny i wydał je po polsku, przyczyniając się do zmniejszenia śmiertelności na zakażenia, na suchoty i zatrucia. Był przez wiele lat najlepiej zarabiającym polskim pisarzem, ale mimo to, ocenzurowany przez warszawkę, został kompletnie zapomniany.

Podobnie jak Feliks Koneczny, najwybitniejszy polski historiozof. Twórca naukowych prac o cywilizacjach, których precyzji pozazdrościłby Samuel Huntington, autor słynnego „Zderzenia cywilizacji”, gdyby w ogóle Konecznego przeczytał. [Czytał, miałem z nim kontakt mail’owy. Ale, ponieważ odwrócił kota ogonem, to nie cytował. Mirosław Dakowski]

Nie znamy wielkich, bo zostali zamilczeni. Literacką Nagrodę Nobla dostaje feministka głównie za opis swojej aborcji. Kogo są w stanie wychować elity Ciemnogrodu?

Mąż idzie na randkę. Ja też chodzę na randki. Ustaliliśmy granice naszego związku

Tak ze swego ciemnogrodzkiego piedestału deprawuje naród moherowych beretów witruwiańska „Gazeta Wyborcza”.

Chlew, panie, nie salon.

Wszystkie firmy budujące Stadion Narodowy upadły. To całkiem jak z firmami budującymi autostrady. Parę MEM’ów.

Skrót na podst.: https://przegladsportowy.onet.pl/inne-sporty/wszystkie-firmy-budujace-stadion-narodowy-upadly

Stadion Narodowy został zamknięty z powodu poważnej usterki. Ministerstwo Sportu i Turystyki chce szukać raczej jej przyczyn, a nie winnych. Interesujące jest to, że wszystkie firmy, które budowały Stadion Narodowy, upadły.

Firmy Alpine Bau GmbH oraz Hydrobudowa Polska i PBG już nie istnieją. Odpowiadały za budowę Stadionu Narodowego.

Obiekt w Warszawie stał się najbardziej reprezentatywnym polskim stadionem sportowym. Zbudowany został na miejscu dawnego Stadionu Dziesięciolecia, który po latach świetności został największym bazarem w tej części Europy. Stadion Narodowy stworzono z myślą o Euro 2012.

W październiku 2012 r. obiekt przegrał ze strugami deszczu i mecz Polska — Anglia nie mógł się odbyć, mimo że kibice byli już na trybunach, a piłkarze czekali w szatni na rozpoczęcie spotkania. Zawiódł system odprowadzania wody z murawy, co obśmiało paru śmiałków, którzy z trybun zbiegli rzucić się wprost wielkie kałuże znajdujące się na płycie boiska. Zdjęcia z tych wydarzeń obiegły cały świat, a stadion żartobliwie przechrzczono na „basen narodowy”.

Wszystkie wpadki Stadionu Narodowego! MEMY

basen

W lutym 2013 r. głośno było o tym, że obiekt nie spełnia standardów przeciwpożarowych.

Alpine Bau GmbH było liderem konsorcjum, które budowało warszawski Stadion Narodowy. W skład wchodziły jeszcze firmy PBG i Hydrobudowa. Obiekt budowano w atmosferze nieustających sporów o pieniądze. PBG z czasem przejęło rolę lidera, a budowa obiektu opóźniła się o półtora roku. Hydrobudowa i PBG dosłownie chwilę przed Euro 2012 ogłosiły upadłość. Alpine Bau GmbH nieco później, bo w czerwcu 2013 r. Byli pracownicy ostatniej z wymienionych firm jeszcze długo domagali się pieniędzy. W 2015 r. chcieli odzyskać łącznie 8 mln zł z tytułu niezapłaconych pensji.

Obecnie wykryta usterka zagrażała życiu i doprowadziła do przeniesienia meczu Polska — Chile.

— Będziemy szukać przyczyn, nie wiem, czy winnych — mówił minister sportu, Kamil Bortniczuk. — Jeżeli okaże się, że winny jest projektant czy wykonawca odlewu, będziemy dochodzić swoich praw, by jak najmniej obciążyć budżet państwa — dodał .