Walka o JOWy była ostatnią (a może jedyną), podjętą po transformacji ustrojowej, próbą wyłaniania patriotycznej elity politycznej.

POCHWAŁA LOGIKI

W 10. rocznicę śmierci śp. Jerzego Przystawy.

Walka o JOWy była ostatnią (a może jedyną), podjętą po transformacji ustrojowej próbą stworzenia mechanizmu wyłaniania patriotycznej elity politycznej, kierującej się interesem państwa i dobrem wspólnym jego obywateli.

Tomasz MIANOWICZ 3 listopada 2022 r.

Mirek Dakowski i Staszek Sauć przywieźli z Bonn miłe informacje o Panu, m.in. o tym, że wyrażał Pan chęć nawiązania ze mną kontaktu. Bardzo mnie ta wiadomość ucieszyła, gdyż znając z Kultury Pańską publicystykę miałem cichą nadzieję, że może istotnie uda nam się kiedyś spotkać i połączyć nasze skromne siły”.

Tak zaczynał się pierwszy list Jerzego Przystawy do mnie, datowany „2.10.92”. Owszem, wyrażona w liście nadzieja spełniła się. Odwiedził mnie w Monachium, w towarzystwie Krystyny Chmieleńskiej, mniej więcej rok później. Trudności w kontaktach osobistych były m.in. wynikiem faktu, że nie akceptując sytuacji powstałej na skutek ustaleń z „Magdalenki” i umów „okrągłostołowych”, do 1996 roku utrzymywałem status uchodźcy politycznego. Posługiwałem się titre de voyage, wydanym w oparciu o Konwencję Genewską, który ważny był na wszystkie kraje świata, z wyjątkiem Polski.

Nietaktem byłoby jednak zajmowanie się tutaj samym sobą. Również pisząc o Jurku, będę się starał uniknąć wątków, którymi zajmowały się już osoby bardziej ode mnie kompetentne i których głos ma większą wagę od mego.

We wspomnianym liście autor pisał, że przyszły kształt stosunków polsko-niemieckich uważa za podstawowy dla naszej narodowej egzystencji i w związku z tym założył we Wrocławiu Stowarzyszenie Inicjatyw Polsko-Niemieckich. W jednym z kolejnych listów podkreślał, że szuka kontaktów poza establishmentem (niemieckim). A to niespodzianka! – pomyślałem. Fizyk z Polski, nieznający – jak sam pisał – ani Niemiec, ani języka niemieckiego – szuka kontaktów, aby sprawy stosunków z naszym zachodnim sąsiadem nie pozostały „w rękach facetów, którzy na tę kwestię patrzą przez pryzmat interesów indywidualnych bądź grupowych”. Przez dziesięciolecia zachowaniem Polaków wobec Niemiec – także na emigracji, czyli w Wolnym Świecie – rządził „kompleks niemiecki” (by użyć określenia, jakim posłużył się Józef Mackiewicz w „Zwycięstwie prowokacji”). Kontaktów z konserwatywnymi siłami politycznymi w RFN unikano niczym diabeł święconej wody. Jeszcze w latach 1980-tych, gdy w Niemczech uczestniczyłem w spotkaniach lub konferencjach o jednoznacznie antykomunistycznym i antysowieckim charakterze, byłem z reguły ich jedynym polskim uczestnikiem. Lewica imprez tego typu nie organizowała, zaś zdecydowana większość niemieckich intelektualistów co najmniej sympatyzowała z zaangażowaną w Ostpolitik SPD, o ile nie była członkami tej partii, zaś „zieloni” byli wyraźnie zainfekowani marksizmem.

Nie trzeba było zatem przekonywać mnie do SIPN; starałem się z Monachium wesprzeć Stowarzyszenie. Ostrzegałem jednak równocześnie jego twórcę, że niemiecki establishment polityczny nie będzie zainteresowany współpracą z grupami czy strukturami niezależnymi, nawet jeśli proponują one dyskusję na tematy podstawowe dla stosunków między obu państwami i społeczeństwami. Niemcy już wówczas wybierali polskich partnerów według własnych interesów politycznych. „Obraz polski w RFN tworzą głównie pp. Bartoszewski i Szczypiorski” – pisałem – (mogłem był dorzucić jeszcze 2 lub trzy nazwiska osób o poglądach zbliżonych do obu wymienionych prominentów, ale nie więcej); to oni są obecni w najbardziej prestiżowych mediach, utrzymują kontakty z niemiecką elitą kulturalną, są bywalcami salonów politycznych w Berlinie i – co również nie bez znaczenia – często mogą się cieszyć z różnych nagród i apanaży. Okazało się jednak, że moje ostrzeżenia były zbyteczne. Konsulat RFN we Wrocławiu traktował SIPN z „ostentacyjnym lekceważeniem” – pisał Przystawa.

W 1993 roku związana z SPD Fundacja Friedricha Eberta zobowiązała się do sponsorowania organizowanej przez SIPN w Książu konferencji, poświęconej problemom ekologicznym. Przygotowania trwały już pół roku, gdy fundacja nagle – trzy tygodnie przed rozpoczęciem konferencji! – poinformowała organizatorów, że wycofuje się ze sponsorowania imprezy. Ta wiadomość nie oburzyła mnie tylko dlatego, że po 10 latach pobytu w Niemczech znałem już podobne sytuacje: niepodziewane wycofanie obiecanych funduszów, wstrzymanie publikacji przyjętego już do druku materiału, ba, zdarzały się przypadki zablokowania nominacji profesorskich (najczęściej na wydziałach historycznych), gdy nagle okazywało się, że kandydat w jakimś wcześniejszym artykule naruszył zasadę ideologicznej poprawności.

Takie były początki.

Berlin już od lat 1990-tych tworzył w Polsce swoich „partnerów” i dysponuje obecnie potężnym ugrupowaniem, gotowym przejąć „ster rządów”. Jak sądzę, nastąpi to prędzej czy później; prędzej – jeśli Niemcy zdecydują się zastąpić Tuska bardziej popularnym kandydatem, np. Trzaskowskim. Prezydent Warszawy był w tym roku gościem Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium, a to o czymś świadczy.

Pomiędzy początkiem lat 1990-tych a chwilą obecną miało miejsce jeszcze jedno wydarzenie, istotne dla periodyzacji najnowszej historii politycznej, lecz ważne również w kontekście mojej współpracy z Jerzym Przystawą. Otóż w Roku Pańskim 2000 Unia Europejska obłożyła sankcjami Austrię, ponieważ utworzony tam w wyniku demokratycznych wyborów rząd z udziałem Freiheitliche Partei Österreich FPÖ (czyli Wolnościowej Partii Austrii) nie odpowiadał ideologicznym preferencjom Berlina-Brukseli. Sankcje wprowadzono z naruszeniem tzw. „prawa europejskiego”, ale dla niniejszych uwag jest to sprawa drugorzędna.

Ważniejszy jest fakt, że ta decyzja zapoczątkowała nowy etap niemieckiej polityki: współdecydowania o tym, które siły polityczne mogę wchodzić do rządów w państwach członkowskich UE (ten wątek powinien nas obecnie żywo interesować).

Szwajcarskie Stowarzyszenie Mut zur Ethik (Mut – to po niemiecku odwaga, zaś słowa Ethik tłumaczyć nie trzeba) zareagowało na ogłoszenie sankcji przeciwko Austrii zwołaniem dwóch niejako ponadplanowych konferencji, poświęconych temu zagadnieniu. Współorganizatorem były francuskie Les états généraux de la souveraineténationale, a wśród referentów – ich przewodniczący profesor Jean-Paul Bled, którego niedługo potem przeniesiono z paryskiej Sorbony na prowincjonalny uniwersytet w Strasburgu. Oprócz niego m.in. Władimir Bukowski – mówił o sowietyzacji Unii Europejskiej, niemiecki prawnik profesor Karl-Albrecht Schachtschneider o erozji demokracji i praw podstawowych w UE, zaś francuski historyk Christophe Réveillard o mniej znanych aspektach działalności Jeana Monneta, jako rzekomego „ojca” integracji europejskiej. Referat wygłosił również Karmenu Mifsud Bonnici – były socjaldemokratyczny premier Malty, która długo opierała się włączeniu do UE i dzięki temu uzyskała najwięcej derogacji w zakresie przymusu stosowania prawa unijnego. Miałem okazję przedstawić kilka uwag dotyczących dezinformacji, rozpowszechnianej przez media w związku z sytuacją w Austrii, ale na tym „polski udział” w konferencji się skończył.

Ze stowarzyszeniem współpracowałem już od kilku lat. Jego siedzibą był Zurych, a działaczami – oprócz Szwajcarów – Niemcy (po części emigranci, którzy opuścili RFN z powodu systematycznego ograniczania wolności obywatelskich i ideologicznej presji, wywieranej na nauczycieli, naukowców czy też niezależnych dziennikarzy) i Austriacy. Mut zur Ethik było organizacją o profilu konserwatywnym, występując w obronie suwerenności narodowej, prawa międzynarodowego, wolności słowa a przeciwko eutanazji, ułatwianiu dostępu do narkotyków, liberalizacji przepisów zezwalających na spędzanie płodu. Po roku 2000 stowarzyszenie otworzyło się na współpracę z przedstawicielami lewicy, tymi, którzy w europeizmie, globalizmie, neoliberalnym modelu gospodarczym i w militarnym interwencjonizmie dostrzegli zagrożenie dla socjalnej gospodarki rynkowej, czy też zasady pokojowego rozwiązywania konfliktów międzynarodowych.

Coroczne kongresy Mut zur Ethik odbywały się we wrześniu w Feldkirchu w austriackim Voralbergu, korzystając z życzliwości lokalnego wikariusza generalnego dra Elmara Fischera (w roku 2005 został biskupem diecezji Feldkirch). Miały one charakter międzynarodowy, brali w nich udział naukowcy, publicyści i działacze polityczni z Europy, ze Stanów Zjednoczonych, z Izraela, Palestyny, a nawet z kilku krajów afrykańskich.

Chociaż stowarzyszenia Mut zur Ethik w żadnym wypadku nie można uznać za organizację niemieckiej prawicy, nawet wśród słuchaczy wykładów brakowało Polaków. Stąd też mój pomysł, aby doprowadzić do kontaktu pomiędzy zuryskim stowarzyszeniem a ruchem na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, którego twórcą i spiritus movens był Jerzy Przystawa. Na dorocznym kongresie, we wrześniu pamiętnego 2000 roku, Jurek wygłosił w Feldkirchu referat How a Post-Communist Society Can Contribute to the Future. Materiały konferencji ukazywały się później drukiem.

Na następne kongresy organizowane przez Mut zur Ethik przyjeżdżała już większa reprezentacja ruchu JOW. Spośród nich odeszli tymczasem ks. Jan Kurdybelski („kapelan JOWu”), zasłużony „woJOWnik” Jerzy Gieysztor z Wrocławia, czy Janusz Sanocki, były burmistrz Nysy; jako publicysta obdarzony – podobnie jak Jerzy Przystawa – zdolnością logicznej argumentacji i zdrowym sceptycyzmem wobec treści propagowanych przez mass-madia. Przyjeżdżała do Feldkirchu też młoda generacja: córka Jurka – Agnieszka , zaś Januszowi Sanockiemu towarzyszyły córki. Z kontaktów, które tam nawiązano, warto wspomnieć współpracę z Peterem Bachmaierem (dziś professor emeritus), który w St. Pölten kierował filią austriackiego Instytutu Europy Wschodniej. Ten kontakt zaowocował opublikowaniem artykułu Krystyny Chmieleńskiej i Jerzego Przystawy na temat wpływu „europeizmu” na system szkolnictwa w Polsce. Tekst ten ukazał się w 2005 roku w tomie Der kulturelle Umbruch in Ostmitteleuropa, którego redaktorami byli Peter Bachmaier i jego słowacka współpracowniczka Beata Blehova.

Problemom edukacji w Polsce, a zwłaszcza trudnej sytuacji nauczycieli szkolnych i akademickich, profesor Przystawa poświęcił osobną publikację – „Nauka jak niepodległość” (Wrocław 1999). Uprzednio trzykrotnie odmówił przyjęcia nominacji profesorskiej, aby zwrócić w ten sposób uwagę na katastrofalną sytuację nauki w Polsce oraz położenie nauczycieli szkolnych i akademickich.

Jednak – z perspektywy historycznej – najważniejszym obszarem działalności Jurka był bez wątpienia Ruch Obywatelski na Rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych – JOW. Swego czasu sprawa systemu wyborczego istniała w przestrzeni publicznej , była tematem debat, a na temat ordynacji większościowej wypowiadali się czołowi aktorzy polskiej sceny politycznej (co ciekawe – pozytywnie; jako zwolennicy JOW deklarowali się przecież zarówno Jarosław Kaczyński, jak i Donald Tusk). Owa popularność tematu była zasługą Jerzego Przystawy, który wkładając ogromne kwantum energii, czasu, pracy a nierzadko również własne pieniądze, forsował kampanię na rzecz JOW, w zmianie ordynacji wyborczej widząc warunek konieczny uzdrowienia sytuacji politycznej w Polsce; tylko brytyjski model wyborów prowadzi do odpowiedzialności posła wobec wyborców, a nie wobec przewodniczącego czy sekretarza generalnego partii.

Chodziło więc o nic innego jak o demokratyzację systemu wyborczego. Prawo wyborcze tylko formalnie jest częścią prawa powszechnego, materialnie – ma rangę prawa konstytucyjnego. To ono decyduje o kształcie państwa i stosunku pomiędzy rządzącymi a rządzonymi. Jurek odszedł zbyt wcześniej, aby doczekać orzeczenia włoskiego trybunału konstytucyjnego z grudnia 2013 roku. Corte Costituzionale zdefiniował wówczas warunki, które muszą być spełnione, aby wybory uznać za demokratyczne: głos oddany przez wyborcę na konkretnego kandydata musi być bezpośrednio zaliczony na korzyść tego ostatniego i decydujący o tym, kto wejdzie do parlamentu (orzeczenie to przemilczały mass media poza Włochami). W wypadku głosowania na listy partyjne warunek ten spełniony nie jest.

Nie będę tutaj zachwalał większościowej ordynacji wyborczej, bowiem najlepsze argumenty na rzecz jej wprowadzenia można znaleźć w tekstach Jerzego Przystawy. Wskażę tylko na pragmatyczny wymiar zagadnienia: Gdyby nie system JOW Zjednoczone Królestwo nie opuściłoby Unii Europejskiej, czyli nie zdołałoby odzyskać suwerenności państwowej, ponieważ nie doszłoby do referendum w sprawie Brexitu. Posłowie – niezależnie od przynależności partyjnej – w tej sprawie musieli reprezentować opinię wyborców. Partia konserwatywna sama z siebie doprowadziła niedawno do ustąpienia Borisa Johnsona, gdyż stracił poparcie wyborców.

Dokładnym odwróceniem tych demokratycznych mechanizmów jest sytuacja w Niemczech: (pseudo)proporcjonalna ordynacja, w połączeniu z 5-procentowym progiem wyborczym i z (sprzeczną z ustawą zasadniczą) dyscypliną partyjną, prowadzą do tego, że wpływ obywateli na polityczne decyzje rządu jest w efekcie teoretyczny. Minister spraw zagranicznych RFN Kinkel, tak komentował kiedyś niekorzystny dla własnej partii wynik wyborów: „Musimy lepiej wytłumaczyć naszą politykę wyborcom”. W leninizmie partia potrzebowała „pasów transmisyjnych”, aby przekazać swą wolę masom.

Argumenty, które Przystawa formułował dla poparcia zmiany ordynacji wyborczej, odznaczają się żelazną logiką. „Tym, co w tej sprawie zaskakuje, jest praktycznie brak jakiegokolwiek odzewu na wysiłki Jerzego” – pisał jego kolega po fachu, doktor fizyki Krzysztof J. Rapcewicz, we wstępie do wydanej w 1999 roku książki „transATLANTIC” (jest zbiór tekstów Jurka, publikowanych w 1998 roku w „Tygodniku Nowojorskim”). Równocześnie Rapcewicz wyjaśniał przyczyny tego stanu rzeczy, pisząc o „oczywistej logice” wywodów Przystawy:

Inteligencja polska nie wypełniła swego obowiązku analizy wydarzeń, ponieważ logika tych wywodów prowadziła ją tam, dokąd nie chciała iść.

I dalej:

Źródło tych postaw jest to samo: niechęć do przemyślenia wysuwanych argumentów jest wynikiem konfliktu pomiędzy oczekiwaniami i konkluzją, jaka z tych argumentów wynika.

Dla mnie walka o JOWy była ostatnią (a może jedyną), podjętą po transformacji ustrojowej próbą stworzenia mechanizmu wyłaniania patriotycznej elity politycznej, kierującej się interesem państwa i dobrem wspólnym jego obywateli. Nie sądzę, abym raz jeszcze mógł być świadkiem podobnych wysiłków. Obawiam się, że Polska znajduje się na drodze prowadzącej do kolejnej katastrofy narodowej (o ile stanu wieloletniej zimnej wojny domowej pomiędzy partiami walczącymi o władzę, już teraz nie należy uznać za katastrofę).

Kończę zatem tym smutnym akcentem, który jednak pasuje do nastroju dzisiejszego dnia. 10 lat temu odszedł Jerzy Przystawa.

Monachium, 3 listopada 2022 r.

Tomasz MIANOWICZ

Czemu nauczyciele odchodzą z zawodu? Pensje ich – a pensje wojewodów. Dziś a przed stu laty.

Jerzy Przystawa

===============

Czytam SOBIE: Nauczyciele żegnają się ze szkołą i zawodem. „Takiego roku nie było”. Gdzie będą pracować?

Więcej: https://wiadomosci.radiozet.pl/Polska/Nauczyciele-zegnaja-sie-ze-szkola-i-zawodem.-Takiego-roku-nie-bylo-.-Gdzie-beda-pracowac

Usługi szkoleniowe, przemysł, branża kosmetyczna. Nauczyciele z powodzeniem znajdują pracę w dużych firmach albo zakładają własne działalności i na zawsze żegnają się ze szkołą. Takie osoby można liczyć już w tysiącach. –

========================

Powyższe czytam dziś. 3. VI. 2022. Jeremiady.

A od 30 lat wiadomo, czemu tak się dzieje. Oto kolejny artykuł prof. Jerzego Przystawy z „TAMTYCH LAT”.. md

================================

Święto polskiego nauczyciela?

 Jerzy Przystawa

        14 października jest tradycyjnie, jak „za komuny, obchodzony w Polsce jako tzw. Dzień Nauczyciela. Uczniowie mają labę i nie potrzebują nudzić się na lekcjach, nauczyciele spotykają się na „akademiach ku czci”, otrzymują kwiatki i czekoladki, niektórzy z nich nawet medale, wręczane przez dygnitarzy różnego szczebla. Ponieważ akurat trwa kampania wyborcza do samorządów terytorialnych, więc słowo „edukacja”, odmieniane we wszystkich przypadkach, wypisane jest wśród sloganów wyborczych wszystkich partii politycznych.

W tym reklamowaniu swojego umiłowania „edukacji” i oddania tej sprawie, przoduje, jak zwykle, spadkobierca PZPR – Sojusz Lewicy Demokratycznej. Idzie im najłatwiej, bo mają w tym „boju o edukację” najdłuższy staż i doświadczenie. Ale w gadaniu o roli i znaczeniu edukacji nikt nie chce pozostać w tyle. Szczególnie gorliwie gardłują zagorzali euroentuzjaści. Unia Europejska, której brakuje taniej siły roboczej, ma jeszcze trochę miejsc pracy przy karmieniu świń, sprzątaniu ulic, biur i sklepów, myciu naczyń w hotelach i restauracjach i dobrze wykształcone, polskie panienki, znające parę zachodnich języków byłyby jak znalazł.

Mają więc wzięcie korepetytorzy angielskiego czy niemieckiego i nawet Anglik, Francuz czy Amerykanin może w Polsce całkiem przyzwoicie zarobić. Gorzej z polskimi nauczycielami zbędnych przedmiotów jak, nie przymierzając, fizyka, chemia czy biologia, historia czy, mało w Europie przydatny, język polski. Do nauczania języków obcych mało się nadają, gdyż komuna nie przewidywała naszego „wchodzenia do Europy”, więc jeśli już o jakieś języki dbała to raczej o rosyjski, który znowuż dzisiaj okazuje się być bardziej zbędny od niepotrzebnego. Nie ma się więc co dziwić, że w III RP, tak jak w PRL, nauczyciel jest społecznym pariasem. Jeśli ma szczęście i po ukończeniu studiów znajdzie pracę w szkole, dostanie pensję w wysokości 700 złotych, a więc nie całych 175 USD na miesiąc. Jeśli będzie kontynuował studia i po 4-5 latach pracy zrobi doktorat i uzyska pracę na uczelni, to jako adiunkt uniwersytecki dostanie może i dwa razy więcej.

Nauczyciele polscy, wśród których nie ma już ludzi pamiętających lepsze czasy, robią wrażenie grupy zawodowej pogodzonej ze swoim losem. Odnosi się wrażenie, że nie tylko nie wierzą w możliwość poprawy swego żebraczego statusu, ale nawet nie mają świadomości, że ten status mógłby być inny. Kiedy się im mówi, że polska tradycja jest inna, reagują z niechęcią, jakby to do nich odnosiły się słowa Poety:

Kto z was podniesie skargę, dla mnie jego skarga

Będzie jak psa szczekanie, który tak się wdroży

Do cierpliwie i długo noszonej obroży,

Że w końcu gotów kąsać – rękę, co ją targa.

A przecież polska tradycja jest inna. Tradycja Polski Niepodległej, która wiedziała od zawsze, że takie będą Rzeczypospolite, jakie ich synów chowanie. Przypomnijmy więc, przy okazji tego malowanego dnia nauczyciela, jak prawdziwie Wolna i Niepodległa Rzeczpospolita traktowała swoich nauczycieli i jak chowała swoich synów.

Z datą 9 października 1923 Sejm II Rzeczypospolitej Polskiej uchwalił Ustawę o uposażeniu funkcjonariuszów państwowych i wojska (Dz.U. R. P. Nr. 116 z r. 1923, poz. 924, str. 1389). W Ustawie tej ustanowił 16 grup uposażenia, a w każdej z tych grup pewną ilość szczebli. Tabela obejmowała wszystkich pracowników, jak to się dzisiaj pięknie mówi, sfery budżetowej. W każdej pozycji tabeli podana była ilość punktów, określająca wysokość uposażenia przysługującego odpowiedniej kategorii. Art. 5 tej Ustawy stanowił, że na dzień 1 października 1923 liczbę punktów należy pomnożyć przez 11600 mkp. Kwota ta odpowiadała kosztom utrzymania w pierwszej połowie września 1923 r. Aby uniknąć kłopotów z inflacją, deflacją, wzrostem czy upadkiem gospodarki, Ustawa przewidywała, że konkretną wysokość mnożnej, czy to w markach polskich czy w złotych, każdorazowo, najpóźniej do 20 dnia każdego miesiąca, określi Rada Ministrów, na wniosek Ministra Spraw Wewnętrznych w porozumieniu z Ministrem Skarbu biorąc pod uwagę zmianę wysokości kosztów utrzymania w okresie od dnia 15 ubiegłego miesiąca do dnia 15 bieżącego miesiąca oraz zmianę dodatku regulacyjnego.

Przyjrzyjmy się teraz, jak Ustawa regulowała płace nauczycieli.

Art. 25 stanowił, że Profesorowie zwyczajni szkół akademickich otrzymują uposażenie grupy IV, profesorowie nadzwyczajni otrzymują uposażenie grupy V. Profesorom zwyczajnym i nadzwyczajnym po upływie 3 lat, spędzonych w ostatnim szczeblu odnośnej grupy, dodaje się po 100 punktów.

Kto otrzymywał uposażenie na tym samym poziomie co profesorowie? W wojsku grupę IV stanowili generałowie brygady i kontradmirałowie. Do grupy V zaliczano pułkowników i komandorów. W Policji Państwowej grupę IV miał tylko Komendant Główny, grupa V przysługiwała nadinspektorom. W ministerstwach grupę IV posiadali dyrektorzy departamentów, wojewodowie, Delegat Rządu w Wilnie, Komisarz Generalny R.P w Gdańsku, Prezes Izby Skarbowej. Grupa V przysługiwała wicewojewodom i naczelnikom wydziałów.

Art. 31 stanowił: Nauczyciele posiadający kwalifikacje, przepisane ustawą z dnia 22 września 1922 r. Z wyjątkiem nauczycieli rysunku, pracy ręcznej, śpiewu, muzyki i gimnastyki, nie mających matury gimnazjalnej lub seminarjalnej i ukończonych co najmniej dwuletnich specjalnych kursów zawodowych, otrzymują przy mianowaniu uposażenie grupy VIII, po przesłużeniu 6 lat – grupy VII, po dalszych 9 latach – grupy VI, wreszcie po następnych 12 latach – grupy V.

A zatem nauczyciel z odpowiednim kwalifikacjami i stażem awansował do uposażenia wicewojewody. W ministerstwach grupę VI otrzymywali naczelnicy wydziałów, w wojsku podpułkownicy, w policji inspektorzy. Po 6 latach pracy nauczyciel zarabiał tyle, co kapitan w wojsku, nadkomisarz w PP, sekretarz poselstwa lub wicekonsul. Pracę zaczynał z pensją porucznika albo podkomisarza Policji Państwowej, lekarza powiatowego, powiatowego architekta, Redaktora PAT, Dyrektora Drukarń Państwowych. Zaczynał od uposażenia grupy VIII, a wszystkich było 16, a zatem nie jak teraz od minimalnej płacy ustawowej na poziomie zasiłku dla bezrobotnego. Prezes Dyrekcji Ceł był w grupie V, jak profesor nadzwyczajny, a zwykły poborca celny dopiero w grupie XII, a przecież nie słyszeliśmy o wstrząsających krajem aferach przemytniczych, będących jakoby wynikiem niskiego uposażenia celników!

4 lata temu, w czerwcu 1998, zawiązał się Komitet Ratowania Nauki Polskiej, do którego weszli wybitni profesorowie różnych polskich uczelni. Komitet ten zanosi pokorne supliki do miłościwie nam panujących ministrów, żeby zechcieli wziąć pod uwagę, że nauka polska ginie, że Polska z roku na rok obsuwa się niżej w rankingu cywilizowanych krajów świata. Kiedy jednak przesłałem Wysokiemu Komitetowi Ustawę z 9. X. 1923 i zachęcałem ich do podniesienia tego tematu, moja propozycja została zignorowana. Prywatnie, różni moi Uczeni Koledzy, przekonywali mnie na wyścigi, że pomysł aby zastosować rozwiązania jakie z tak wspaniałym skutkiem stosowała II Rzeczpospolita, jest pomysłem z gatunku science fiction, że nie ma w ogóle o czym mówić, że przed wojną nauczycieli było mało, a teraz jest dużo, że jesteśmy za biedni, a w ogóle to jak to można, żeby nauczycielom i profesorom płacić według jakiegoś rozdzielnika? Przecież nauczyciel nauczycielowi nie równy, a o profesorach to już w ogóle nie ma co mówić!

10 lipca 1998 rozesłałem „List Otwarty przede wszystkim do Wielce Szanownych Profesorów Zwyczajnych i Nadzwyczajnych RP”. W liście tym zwracałem uwagę, że moja propozycja wprowadzenia w życie Ustawy z 9. X. 1923, wbrew temu co twierdzą, nie wymaga dodatkowych nakładów inwestycyjnych na pensje nauczycieli i profesorów! Przecież jeśli nie ma pieniędzy, żeby profesorom płacić tyle ile się płaci wojewodom i dyrektorom departamentów w ministerstwach, to przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby płacić wojewodom i dyrektorom tyle samo ile się płaci profesorom!? Dlaczegóż, skoro jesteśmy tak biedni, tylko profesorowie i nauczyciele mają to rozumieć i ponosić koszta? Dlaczego wojewodowie, dyrektorzy i generałowie maja być od tego rozumienia zwolnieni? Czyż to nie są Polacy – patrioci, gotowi pocierpieć trochę dla Ojczyzny?

Nie odpowiedzieli na mój list otwarty uczeni mężowie i panie, zatroskani stanem edukacji i nauki polskiej. W moim uniwersytecie, tak jak i we wszystkich innych uniwersytetach w Polsce, działają organizacje związkowe, w tym sławna NSZZ „Solidarność”. Jej członkowie i komisje nie ustają w lamentach nad niskimi płacami naukowców i nauczycieli. Dla nich specjalnie napisałem i wydałem książeczkę pt.: „Nauka jak Niepodległość”. Kosztowała 5 złotych, tyle ile kufel piwa w byle jakiej knajpie. Stała sobie samotnie na wystawie w kiosku uniwersyteckim, nie budząc żadnego zainteresowania. Za darmo przekazałem ją różnym komisjom. Wszystko na próżno. Uczeni i wychowawcy, po 50 latach tak się wdrożyli do cierpliwie i długo noszonej obroży, że nawet po cichu nie dopuszczą myśli, że kraj, jeśli chce być wolny i niepodległy, jeśli chce się liczyć w cywilizacyjnym wyścigu, jeśli chce coś znaczyć wśród narodów Europy i Świata, musi zacząć inaczej traktować nauczycieli i sprawa ta musi mieć priorytet najwyższy.

Rozumieli to dobrze twórcy II Rzeczypospolitej. Przypomnijmy tę datę: 9 października 1923. Zaledwie 5 lat od zakończenia straszliwej I Wojny Światowej i nie całe dwa lata od zakończenia okropnej, rujnującej Wojny Polsko – Bolszewickiej. Sejm, wyłoniony na podstawie niedobrej ordynacji tzw. proporcjonalnej, niestabilny, targany walkami ideologicznymi, jest miejscem potępieńczych niekiedy swarów i gorszących kłótni. Ale kłótnie te toczą między sobą Obywatele – Posłowie Rzeczypospolitej, którzy swego oddania Polsce dowiedli ponad wszelką wątpliwość, i którzy rozumieją, że ich Ojczyzna zdobyta krwią i blizną wymaga ludzi światłych, wykształconych na najwyższym światowym poziomie, i ich podziały, waśnie i wzajemne urazy, nie przeszkadzają im w podjęciu decyzji o przyznaniu profesji wychowawcy młodzieży Pozycji Numer Jeden.

Nauczyciel Polski docenił ofiarę jaką na jego rzecz uczynił zniszczony wojnami kraj. Zrewanżował się swoją pracą, z której Polska miała prawo być dumną. Przez 20 lat niepodległości wykształcił i wychował pokolenie, którego jakość i wartość okazała się w całej pełni w straszliwych latach wojny i okupacji. Nauczyciel Polski swój egzamin przed Historią zdał. Nie jest jego winą, że los skazał to pokolenie na przepadłe, że poszli jak kamienie na szaniec, ale ten szaniec nie okazał się wystarczający.

Dzisiaj, 13 lat po Okrągłym Stole, kiedy Polska została ogłoszona za wolną i niepodległą, widzimy wyraźnie, że ludzie, którzy wzięli na swoje barki losy III RP, pochodzą z innej gleby, z innej ideologii, z innego systemu wartości, niż ci, którzy uchwalali Ustawę z 9. X. 1923. Pierwszy Prezydent tej Rzeczypospolitej chwalił się publicznie, że: gdybym się w szkole lepiej uczył, to dzisiaj byłbym inżynierem i byłbym po drugiej stronie. (Lech Wałęsa w wywiadzie telewizyjnym w lecie 1989 r.) Gdybym się lepiej uczył – byłbym dzisiaj nikim, ale że byłem leniem i obijbokiem, to dzisiaj jestem waszym prezydentem i laureatem Nagrody Nobla. Drugi Prezydent III RP usiłował oszukać swój naród lipnym dyplomem magistra. Czy po takich ludziach można się spodziewać zrozumienia roli i znaczenia wychowawcy – nauczyciela? Roli i znaczenia nauki? Zresztą dla nich Niepodległa Polska to szkodliwy anachronizm, przeszkoda na drodze do Unii Europejskiej, której Niepodległa Polska jest potrzebna jak dziura w moście. Unii Europejskiej potrzebne są ładne polskie panienki do ścielenia łóżek w eleganckich hotelach i sprytni i zdrowi chłopcy do malowania pokoi i remontowania mieszkań, ewentualnie jako parobcy na nielicznych farmach. Do czego tu polskie uniwersytety i świetni wychowawcy-nauczyciele?

Dzisiaj już wiemy, że agenci obcych interesów nie zadbają o polską szkołę, nie zadbają o polskiego nauczyciela, nie stworzą im warunków do pracy takich, jakich wymaga kraj aspirujący do niepodległości i godnej pozycji w świecie.

Jak się wyrwać z tej pułapki i odwrócić ten zabójczy trend? Jak wyjąć Polskę z rąk kompradorów?

Wydaje się, że to, co jeszcze wciąż można zrobić, to doprowadzić jak najszybciej do zmiany systemu wyłaniania elit. Trzeba zmienić ordynację wyborczą do Sejmu i wprowadzić, na wzór brytyjski, jednomandatowe okręgi wyborcze. Póki jeszcze jest cokolwiek do uratowania. Muszą to zrozumieć, jak najszybciej, przede wszystkim, polscy nauczyciele