Wszystkie firmy budujące Stadion Narodowy upadły. To całkiem jak z firmami budującymi autostrady. Parę MEM’ów.

Skrót na podst.: https://przegladsportowy.onet.pl/inne-sporty/wszystkie-firmy-budujace-stadion-narodowy-upadly

Stadion Narodowy został zamknięty z powodu poważnej usterki. Ministerstwo Sportu i Turystyki chce szukać raczej jej przyczyn, a nie winnych. Interesujące jest to, że wszystkie firmy, które budowały Stadion Narodowy, upadły.

Firmy Alpine Bau GmbH oraz Hydrobudowa Polska i PBG już nie istnieją. Odpowiadały za budowę Stadionu Narodowego.

Obiekt w Warszawie stał się najbardziej reprezentatywnym polskim stadionem sportowym. Zbudowany został na miejscu dawnego Stadionu Dziesięciolecia, który po latach świetności został największym bazarem w tej części Europy. Stadion Narodowy stworzono z myślą o Euro 2012.

W październiku 2012 r. obiekt przegrał ze strugami deszczu i mecz Polska — Anglia nie mógł się odbyć, mimo że kibice byli już na trybunach, a piłkarze czekali w szatni na rozpoczęcie spotkania. Zawiódł system odprowadzania wody z murawy, co obśmiało paru śmiałków, którzy z trybun zbiegli rzucić się wprost wielkie kałuże znajdujące się na płycie boiska. Zdjęcia z tych wydarzeń obiegły cały świat, a stadion żartobliwie przechrzczono na „basen narodowy”.

Wszystkie wpadki Stadionu Narodowego! MEMY

basen

W lutym 2013 r. głośno było o tym, że obiekt nie spełnia standardów przeciwpożarowych.

Alpine Bau GmbH było liderem konsorcjum, które budowało warszawski Stadion Narodowy. W skład wchodziły jeszcze firmy PBG i Hydrobudowa. Obiekt budowano w atmosferze nieustających sporów o pieniądze. PBG z czasem przejęło rolę lidera, a budowa obiektu opóźniła się o półtora roku. Hydrobudowa i PBG dosłownie chwilę przed Euro 2012 ogłosiły upadłość. Alpine Bau GmbH nieco później, bo w czerwcu 2013 r. Byli pracownicy ostatniej z wymienionych firm jeszcze długo domagali się pieniędzy. W 2015 r. chcieli odzyskać łącznie 8 mln zł z tytułu niezapłaconych pensji.

Obecnie wykryta usterka zagrażała życiu i doprowadziła do przeniesienia meczu Polska — Chile.

— Będziemy szukać przyczyn, nie wiem, czy winnych — mówił minister sportu, Kamil Bortniczuk. — Jeżeli okaże się, że winny jest projektant czy wykonawca odlewu, będziemy dochodzić swoich praw, by jak najmniej obciążyć budżet państwa — dodał .

Więcej uroczystości – mniej niepodległości. Czy po zapędzeniu się w kozi róg jest jeszcze jakaś droga odwrotu.

Więcej uroczystości – mniej niepodległości

Stanisław Michalkiewicz https://www.magnapolonia.org/wiecej-uroczystosci-mniej-niepodleglosci/

11 listopada przypada święto odzyskania przez Polskę niepodległości. Ustanowione zostało akurat tego dnia, by w ten również sposób umocnić kult Józefa Piłsudskiego, na którym sanacja fundowała sobie moralną legitymację władzy, podobnie jak PZPR na granicy na Odrze i Nysie. Tak naprawdę bowiem 11 listopada w Polsce nie wydarzyło się nic ważnego, jeśli chodzi o niepodległość państwa.

Niepodległość Polski została proklamowana 7 października 1918 roku przez Radę Regencyjną, która za podstawę tej proklamacji przyjęła 13 punkt listy amerykańskich celów wojennych, mówiący o niepodległej Polsce z dostępem do morza i gospodarką regulowaną traktatami. Józef Piłsudski, przyjmując z rąk Rady Regencyjnej władzę nad wojskiem, musiał chyba uznawać jej władzę, podobnie, gdy kilka dni później przejmował z rąk tejże Rady, która następnie się rozwiązała, pełnię władzy nad państwem, jako jego Naczelnik. Skoro przekazała mu władzę nad państwem, to znaczy, że państwo, czyli różne jego agendy, albo były już zorganizowane, albo znajdowały się w trakcie organizacji. Można tedy powiedzieć, że 10 listopada Józef Piłsudski przyjechał na gotowe. Ale mniejsza o to, chociaż szkoda, że wśród tylu uroczystości żadna chyba nie była poświęcona Radzie Regencyjnej, której uczestnicy, podobnie jak ich zasługi, są niemal zapomniane.

Więc uroczystości jest bez liku, bo każdy na rok przed wyborami, chce pokazać jakim to jest szermierzem niepodległości. Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński  z tej okazji odgrzał nawet miesięcznicę smoleńską, chociaż przezornie wolał przemawiać pod pomnikiem Józefa Piłsudskiego, a nie pod pomnikiem prezydenta Lecha Kaczyńskiego, chociaż jego kult, a nawet zdolności profetyczne, wprawdzie jeszcze nie dorównują rozmachowi kultu Józefa Piłsudskiego, ale przecież jesteśmy dopiero na początku drogi. W swoim przemówieniu Naczelnik Państwa dał do zrozumienia, że niepodległość Polski znajduje się dzisiaj w delikatnym momencie. To akurat prawda, ale jeśli już tak szczerze o tej niepodległości rozmawiamy, to warto przypomnieć, że do tej delikatności Jarosław Kaczyński przyłożył rękę i to nie raz. Zresztą nie on jeden, bo również Donald Tusk, również Aleksander Kwaśniewski, którego uważam za prawdziwe nieszczęście dla Polski, podobnie jak Leszek Miller, a nwet niektórzy przedstawiciele przewielebnego duchowieństwa, figurujący w kartotekach Służby Bezpieczeństwa. W referendum akcesyjnym w czerwcu 2003 roku wszyscy oni, ponad podziałami, zgodnie stręczyli Polsce Anschluss, podobnie jak wcześniej – “plan Balcerowicza”, wobec którego – podobnie jak wobec Anschlussu – “nie było alternatywy”.

Tymczasem w roku 2003 mijało 10 lat od wejścia w życie traktatu z Maastricht, który w sposób zasadniczy zmieniał formułę funkcjonowania Wspólnot Europejskich – bo Unia, jaklo odrębny podmiot prawa międzynarodowego, powstała dopiero 1 grudnia 2009 roku, po ratyfikacji traktatu lizbońskiego. Traktat z Maastricht  odchodził od formuły konfederacji, czyli związku państw, czyli “Europy Ojczyzn”, ku formule federacji, czyli państwa związkowego, a więc Rzeszy, której państwa członkowskie będą częściami składowymi. A czy część składowa jakiegokolwiek państwa jest niepodległa? To wykluczone, ponieważ podlega władzom tego państwa, właśnie jako jego część składowa.

Przypuszczenie, że Jarosław Kaczyński, Donald Tusk, Leszek Miller,  czy Aleksander Kwaśniewski w roku 2003 mogli o tym nie wiedzieć, byłoby niegrzeczne. A skoro wiedzieli, to dlaczego stręczyli?

Dlatego, że po II wojnie światowej Europa, wskutek dwóch wielkich wojen w XX wieku, które można potraktować również jako europejskie wojny domowe, utraciła znaczenie polityczne. Ilustracją tej degradacji był porządek jałtański, którego gwarantem z jednej strony były Stany Zjednoczone, a z drugiej – Związek Sowiecki, z którym prezydent Roosevelt zamierzał dzielić władzę nad światem, po tym, jak przyłożył rękę do likwidowania Imperium Brytyjskiego, by USA zajęły jego miejsce. Francja i odtworzona w roku 1949 RFN uznały, że w tych warunkach walka o hegemonię w Europie nie ma najmniejszego sensu i że lepiej wkroczyć na drogę pokojowego “jednoczenia Europy” to znaczy – rozpocząć przekupywanie biurokratycznych gangów, okupujących poszczególne kraje europejskie i w ten sposób, po długim marszu, odzyskać pozycję równorzędną, albo przynajmniej zbliżoną do USA. Ta metoda okazała się strzałem w dziesiątkę, bo biurokratyczne gangi aż przebierały nogami, by ktoś zaczął je przekupywać i dzięki temu 1 maja 2004 roku Anschluss objął państwa Europy Środkowej, oczywiście po uprzednim zlikwidowaniu Jugosławii w ramach wysadzania w powietrze Heksagonale, które mogłoby stanowić przeszkodę z budowie europejskiego imperium.

Potem nastąpiły dalsze kroki na drodze “pogłębiania integracji”, przede wszystkim w postaci traktatu lizbońskiego, który amputował Polsce, podobnie jak innym państwom członkowskim – z wyjątkiem Republiki Federalnej Niemiec –  ogromny kawał suwerenności, poddając je władzy instytucji Unii Europejskiej. Warto przypomnieć, że za ustawą z 1 kwietnia 2008 roku, upoważniającą prezydenta Kaczyńskiego do ratyfikowania tego traktatu, głosował – z pewnymi wyjątkami – zarówno obóz  płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm z Jarosławem Kaczyńskim, jak i obóz zdrady i zaprzaństwa z Donaldem Tuskiem. Jarosław Kaczyński, zapytany o to na niedawnym spotkaniu w Nysie, powiedział, że gdyby  tego traktatu nie ratyfikował obóz  patriotyczny, to ratyfikowałby go obóz zdrady i zaprzaństwa. Słowem – jeśli Polskę pozbawiają niepodległości zdrajcy, to oczywiście fatalnie, bo oni robią to byle jak, podczas  gdy obóz patriotyczny robi wprawdzie to samo – ale po Bożemu.

Tymczasem traktat lizboński, a szczególnie ustanowiona w nim zasada lojalnej współpracy, stworzyła możliwość systematycznego wypłukiwania suwerenności z państw członkowskich, bo zgodnie z nią, każde nich musi powstrzymać się przed każdym działaniem, które mogłoby zagrozić urzeczywistnieniu celów Unii Europejskiej. Wystarczy tedy, by Komisja Europejska, czy TSUE napisały, że celem Unii Europejskiej jest “praworządność”, czyli m.in. napuszczanie jednych niezawisłych sędziów na drugich, albo zapewnienie dobrostanu sodomczykom, a już na podstawie tego pozoru legalności można stosować wobec niepokornych bantustanów szantaż finansowy, który miedzy innymi Polskę ma skłonić do subordynacji. Jakby tego było mało, to całkiem niedawno Jarosław Kaczyński osobiście przyłożył rękę do dalszego “pogłębiania integracji”, przy pomocy Lewicy przeforsowując w Sejmie ratyfikację ustawy o zasobach własnych Unii Europejskiej, wyposażającej Komisję Europejską w prawo zaciągania zobowiązań finansowych w imieniu całej Unii i nakładania “unijnych” podatków.

Przypominam to wszystko, bo Jarosław Kaczyński w swoim przemówieniu namawiał Polaków, by w tej sytuacji skupili się wokół rządu, którego on jest akuszerem. No dobrze – ale co właściwie rząd “dobrej zmiany” zamierza z tym fantem zrobić? Tego już nam Naczelnik Państwa nie powiedział, bo widocznie sam nie wie, czy po zapędzeniu się w kozi róg jest jeszcze jakaś droga odwrotu.

Klątwa faraona i klątwa Jagiellończyka

Izabela Brodacka 12-11-2022

W październiku 2021 roku filmowcy z Wielkiej Brytanii zrealizowali w Krakowie na zlecenie National Geographic i Channel 4  film dokumentalny związany ze stuleciem otwarcia grobowca faraona Tutenchamona, które przypadło w tym roku. Jego bogato  wyposażony grobowiec w Dolinie Królów odkrył Howard Carter. Mumię faraona wielokrotnie przebadano dostępnymi w tamtych czasach metodami. Dziś uznalibyśmy je za niedopuszczalne i profanujące zwłoki. Badający zwłoki faraona dr Douglas Derry stwierdził, że Tutenchamon w chwili śmierci miał około 19 lat co raczej wykluczało śmierć z przyczyn naturalnych. Badanie rentgenowskie przeprowadzone dopiero w 1968 roku przez doktora Harrisona z Liverpoolu potwierdziło podejrzenia odkrywców mumii. U podstawy czaszki młodego faraona znaleziono ślad po rozległym krwiaku. Najprawdopodobniej faraon został zamordowany przez konkurentów do władzy w Egipcie.
Po otwarciu grobowca  nastąpiła seria tajemniczych zgonów, które uznano za klątwę faraona. Pierwszy zmarł lord Carnavron , kolejni zmarli to Douglas Reid, który prześwietlał mumię, egiptolog Arthur Weigall, lord Westbury i jego syn. W sumie zmarło  z niewyjaśnionych przyczyn około 20 osób.

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Z podobną serią niewyjaśnionych zgonów mieli  do czynienia badacze po otwarciu grobów królewskich na Wawelu. Szczegółowo opisał historię tych badań i związane z nią odkrycia polski pisarz Zbigniew Święch. Co ciekawe Zbigniew Święch pierwszy zwrócił uwagę  na to, że zgony mogły być spowodowane obecnością w grobowcach grzyba, kropidlaka złocistego ( Aspergirllus flavus).  Historię odkryć w grobach królewskich na Wawelu Zbigniew Święch szczegółowo opisał w trylogii  „Klątwy, mikroby i uczeni”, która uzyskała entuzjastyczne recenzje  wielu znawców przedmiotu, a przede wszystkim historyka Aleksandra  Gieysztora. Zaczęło się to właściwie przypadkiem. Otóż Zbigniew Święch realizujący wraz z Adamem Bujakiem cykl filmowy na temat obrzędów religijnych różnych kultów na terenie Polski dowiedział się, że w katedrze wawelskiej odbędzie się powtórny pogrzeb pary królewskiej Kazimierza Jagiellończyka i Elżbiety Rakuszanki. Uroczystość celebrowana przez prymasa polski kardynała Stefana Wyszyńskiego oraz metropolitę krakowskiego kardynała Karola Wojtyłę odbyła się 18 października 1973 roku. Dwa pierwsze rozdziały trylogii Zbigniewa Święcha do której zbierał materiały przez wiele lat ukazały się w piśmie „Literatura” w 1983 roku. 2 lipca tego samego roku napisał o tym brytyjski „The Times” a za nim cała światowa prasa. Pisano o „Klątwie Jagiellończyka” w Niemczech, we Włoszech, we Francji, w ZSRR a nawet w Bułgarii. W następnym roku wytwórnia „Lotos- Film” we współpracy z UNESCO nakręciła film dokumentalny pod tytułem „ Klątwa Faraona”. Jedną trzecią tego dokumentu poświęcono wątkowi wawelskiemu eksponując postacie Zbigniewa Święcha i  mikrobiologa profesora Bolesława Smyka zasłużonych w wyjaśnieniu tajemnicy Tutenchamona. Film ten był emitowany w wielu krajach w tym trzykrotnie w Polsce. W uznaniu zasług Zbigniew Święch jako jeden z nielicznych Polaków  został członkiem elitarnego „The Explorers Club”.
Rocznica odkrycia grobowca Tutenchamona to dokładnie 4 listopada bieżącego roku. Właśnie 4 listopada 1922 roku brytyjski archeolog Howard Carter odkrył kamienne stopnie prowadzące do nienaruszonego przez trzy tysiące lat grobowca faraona Tutenchamona. Dwa wieki po śmierci Tutenchamona tuż obok jego grobu wykuto w skale grobowiec dla Ramzesa V (w którym potem kazał się pochować także Ramzes VI) a wejście do grobu Tutenchamona zostało zasypane gruzem przez co stało się niewidoczne co pozwoliło mu przetrwać gdyż groby były okradane. Kapłani usuwali mumie i kosztowności z komór grobowych, aby ukryć je przed złodziejami i niemal wszystkie grobowce w Dolinie Królów zostały puste.  Tylko grób Tutenchamona czekał na swego odkrywcę. W kilka miesięcy po odkryciu grobu, 4 kwietnia 1923 roku zmarł sponsor wykopalisk lord Carnarvon.
Inne nagłe i niewyjaśnione zgony wśród osób mających związek z wykopaliskami  przypisywano „ klątwie faraonów”, choć bezpośredni odkrywca grobu Howard Carter dożył wieku 64 lat i zmarł dopiero w 1939 roku.
W nakręconym w ubiegłym roku filmie pojawi się również słynne otwarcie grobu króla Kazimierza IV Jagiellończyka gdyż od wiosny 1974 roku wiele osób z kręgu badaczy grobu Kazimierza Jagiellończyka zmarło gwałtowną śmiercią – na zawał serca i wylew krwi. W ciągu dziesięciu lat było piętnaście ofiar „klątwy Jagiellończyka”. Sprawę opisał właśnie Zbigniew Święch we wstępie do książki „Klątwy, mikroby i uczeni” poświęconej tematyce eksploracji królewskich grobowców oraz w książkach „Budzenie wawelskiej pani Królowej Jadwigi”  i „Czakram wawelski, największa tajemnica wzgórza”. Filmowcy z  Anglii nagrali z nim wielogodzinne wywiady dzięki którym wydarzenia związane z otwarciem królewskich grobów oraz z ponownym pogrzebem na Wawelu Kazimierza Jagiellończyka i jego żony Elżbiety  staną się znane na całym świecie. Wywiady przeprowadzano również z profesorem Akademii Rolniczej Wiesławem Barabaszem  obecnym szefem Katedry Mikrobiologii UR (katedrą Mikrobiologii Rolnej do chwili przejścia na emeryturę kierował profesor Bolesław Smyk, następnie profesor Edward Różycki a profesor Wiesław Barabasz kieruje katedrą od 1996 roku), z wawelskim archeologiem Stanisławem Koziełem oraz ze znanym fotografem Adamem Bujakiem.
Polska historia jest niezwykle interesująca i bogata w wydarzenia. Szkoda, że bardziej interesują się nią  dziennikarze innych krajów i obce telewizje niż nasze własne. Nasze telewizje karmią widzów wulgarnymi wypowiedziami polityków, a w najlepszym przypadku  konkursami na układanie klocków lego, na gotowanie na gazie, oraz na rozpoznawanie piosenek popularnych pięćdziesiąt lat temu.

Tak zwana kultura wysoka jest w nich praktycznie nieobecna. W telewizyjnych programach brak jest transmisji koncertów symfonicznych, brak programów naukowych i historycznych. A szkoda.

Czym różni się propozycja „kup pan cegłę” od dzisiejszego „kup pozytywne opinie w sieci”?

https://mtodd.pl/?wysija-page=1&controller=email&action=view&email_id=526&user_id=0&wysijap=subscriptions   

  Szanowni Państwo!
       Czym różni się dawna propozycja „kup pan cegłę”, od dzisiejszego „kup pozytywne opinie w sieci”? Od tej pierwszej transakcji trudno było odstąpić będąc w ciemnym zaułku. Propozycja nie dawała sie odrzucić. Druga jest dobrowolna. W obydwu przypadkach pieniądze są realne, a towar iluzoryczny. Po co komu cegła? Kij bejsbolowy poręczniejszy przecież i pewnie skuteczniejszy. Po co nieszczere komplementy? Nie mają one sprawiać przyjemności komplementowanemu, tylko naciągać jego potencjalnych klientów. Odkąd kłamstwo ma równe prawa z prawdą, oszustwo nie hańbi, ba, stało się wyrazem „moralnej nowoczesności”.
       Skończyła się era autorytetów, co jest wielce niepokojące. Ot taki przykład: fakt, że osoba pokroju Ewy Kopacz została „premierką”, nie dziwi, bo jej niedowład umysłowy musiał budzić zachwyt wśród berlińskich mocodawców. Natomiast fakt, że taka osoba nie tylko skończyła pomyślnie studia medyczne, ale „leczyła” ludzi, powinien budzić przerażenie! Skutecznym lekarzem okazał się za to Putin. Napadając na Ukrainę, rozprawił się niechcący z „pandemią”, która ustała z dnia na dzień.
       Wróciliśmy do starych, sprawdzonych plag, które gnębią nas nieprzerwanie i coraz bardziej skutecznie. Wśród nich króluje głupota i ignorancja przyzwalające na ogólnoinformacyjne zakłamanie.
       Wracamy do epoki kamienia łupanego i „wykształconych” czarownic?

Z pozdrowieniami

Małgorzata Todd

Norwegowie płacą Żydom za dostęp do polskiego rynku! Talmudyczne „prawo” CHAZAKA.

Norwegowie płacą Żydom za dostęp do polskiego rynku! Talmudyczne „prawo” CHAZAKA.

K. Treter-Sierpińska https://medianarodowe.com/2020/03/07/szok-norwegowie-placa-zydom-za-dostep-do-polskiego-rynku-wideo/

Talmudyczne „prawo” CHAZAKA zastosowano wobec Norwegów! Norwegowie przekazali na Muzeum POLIN 42 mln. w zamian za obietnice ze strony żydowskiej dostępu do rynku polskiego. Uzyskanie koncesji. To prawo działało/działa w kahałach. Innymi słowy, żyd mógł opłacić w kahale prawo do przejęcia na własność majętności innego obywatela, ale goja, nie żyda, zanim delikwent wpadał w jakiekolwiek kłopoty finansowe.

===================

„Chazaka (hebr.; jid. chazoke) – pojęcie oznaczające w prawie żydowskim sposób wejścia w posiadanie, dowód prawa własności lub domniemanie określonego stanu rzeczy, jak również reputację lub konkluzję Jedna z najważniejszych zasad żydowskiego prawa cywilnego, której źródłami są teorie własności i posiadania, osobisty i rytualny status zainteresowanego oraz lokalne zwyczaje (minhag). Zagadnienia związane z ch. omówione zostały głównie w Misznie w trzecim rozdziale traktatu Bawa Batra. W skrócie, zasady ch. sprowadzają się do tego, że jeśli człowiek, nie posiadając dowodów (dokumentów) własności, potrafi uzasadnić jej objęcie, a następnie ma ją w swoim posiadaniu przez 3 lata, bez protestów osób trzecich – zostaje uznany za właściciela, na zasadzie domniemania. Owo domniemanie powoduje, że ch. ma także zastosowanie w innych sprawach i pojawia się jako pojęcie w innych częściach Miszny (np. w traktacie Ketubot oznacza konkluzję, wynikającą z domniemania, że nikt nie zawrze małżeństwa, bez uprzedniego sprawdzenia fizycznej zdolności doń drugiej strony). Ch. była także rodzajem szeroko pojmowanej koncesji, tj. zgody udzielanej przez gminę na: zamieszkanie w mieście i bycie jej członkiem, posiadanie domu, wykonywanie działalności handlowej lub rzemieślniczej, objęcie i prowadzenie dzierżawy. W zamian za wydanie ch. do kasy gminnej wnoszono wysoką opłatę (również zwaną chazaką). Utrata ch. mogła nastąpić na skutek zaniechania wnoszenia opłat, wykroczenia przeciw prawu religijnemu lub popełnienia przestępstwa kryminalnego.”

Sponsoring rosyjskich wywrotowców. „Kongres” w Jabłonnej. Chcą obalić Putina siłą.

Sponsoring rosyjskich wywrotowców. „Kongres” w Jabłonnej.

Chcą obalić Putina siłą. Rozmawiali pod Warszawą o tym, jak to zrobić

Alija Azar https://wiadomosci.onet.pl/swiat/chca-obalic-putina-sila-wlasnie-rozmawiali-o-tym-pod-warszawa/kjst1s8

Kilka dni temu w pałacu w Jabłonnie pod Warszawą zakończył się trzydniowy I Kongres Deputowanych Ludowych, nowopowołany zjazd rosyjskich polityków sprzeciwiających się dyktaturze Władimira Putina. Ilja Ponomariow, były poseł Dumy, który był organizatorem Kongresu, powiedział, że zjazd ma pomóc przejąć opozycji władzę po upadku Putina. A do tego upadku, jego zdaniem, można doprowadzić tylko siłą.

  • Kilka dni temu pod Warszawą spotkała się grupa rosyjskich polityków, którzy chcą obalić Władimira Putina. Jeśli trzeba — siłą
  • Organizatorem zjazdu był Ilja Ponomariow, zwolennik walki partyzanckiej z reżimem Putina
  • Na zjeździe pojawił się m.in. pomysł uczynienia z „Murów” Jacka Kaczmarskiego i Lluisa Llacha hymnu demokratycznej Rosji
  • „Dni Putina są policzone, a Rosja przyszłości będzie zależała od tego, jak skutecznie będziemy działać” — mówił Ponomariow
  • Na zjeździe, utrudnionym licznymi sporami uczestników, pojawił się natomiast pomysł zabicia Władimira Putina jako „głównego zadania dla opozycji”
  • Uczestnicy kongresu przyznają, że na razie ich szanse na przejęcie władzy w Rosji nie są olbrzymie, ale „gdy Lenin zaczynał rewolucję, też się z niego śmiano”

Ponomariow, który na stałe mieszka w Kijowie, opowiedział się za zbrojną walką Rosjan z Kremlem i promuje tę ideę na wszelkie możliwe sposoby. Wielu uważa go za prowokatora, on siebie — co najmniej za Lenina przygotowującego nową rosyjską rewolucję. Na kongresie jego były kolega z Dumy Giennadij Gudkow, były doradca Putina Andriej Iłłarionow i dwa tuziny mniej znanych delegatów uchwalili Akt Oporu, uznający walkę zbrojną za legalną metodę przejęcia władzy.

[—-]

Zwycięstwa różańcowe. Obrazy, inne redakcje.

Zwycięstwa różańcowe.

 [Nie mogę znaleźć własnego artykułu o dziewięciu zwycięstwach różańcowych na  świecie. Podobno w internecie nic nie ginie – może ktoś to znajdzie?Telegimelka, pomóż ! Tymczasem przypominam, bo to obecnie bardzo ważne. Mirosław Dakowski]

https://www.sekretariatfatimski.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=276:zwyciestwa-rozancowe&catid=10&Itemid=351

Bitwa pod Lepanto.

Było to w roku 1571. Olbrzymia flota turecka wyruszyła na podbój Europy. Żadne państwo chrześcijańskie nie miało tyle okrętów, żeby stawić czoło nieprzyjaciołom. Siły tureckie były zaś tak wielkie, że zdawało się, że to nie okręty, ale całe olbrzymie miasta wypłynęły na otwarte morze w pobliżu Lepanto, w zatoce korynckiej. Sułtan był pewien zwycięstwa. Mówił że z bazyliki Świętego Piotra zrobi stajnie dla swoich koni.

Co było robić w obliczu tak strasznego niebezpieczeństwa, zagrożenia całej chrześcijańskiej Europy? Papież Pius V postanowił zarządzić wielką błagalną modlitwę różańcową. Żołnierze przystępowali do sakramentów i przygotowywali się do bitwy przez trzy dniowy post i modlitwę różańcową. Hasłem do walki były słowa: „Królowa Różańca Świętego”. Na sztandarze zawieszono ogromny różaniec. W całej Europie zorganizowano procesje różańcowe.

Szczególnie uroczyście odbywała się ona w Rzymie. Śpiewając różaniec niesiono po ulicach obraz Matki Bożej Śnieżnej.

I wtedy wbrew przewidywaniom wojskowych, 7 października , niewielka flota hiszpańska i wenecka [byli też genueńczycy i okręty, żołnierze Papieża md] odniosły druzgocące zwycięstwo nad wrogiem. Dla wszystkich stało się jasne, że to była interwencja Królowej Nieba. Papież Pius V zadecydował wtedy, ze ten fakt nie powinien być zapomniany i dlatego ustanowił 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej, które nazwano potem świętem Matki Bożej Różańcowej , od tego czasu październik jest miesiącem różańca świętego.

Wiadomo że dobry dowódca potrafi mniejszą armia pokonać silniejszego wroga. Maryja Królowa Świata chce także dzisiaj dokonywać wielkich zwycięstw wybierając szczególnie na swych rycerzy; dzieci, ludzi skromnych, ukrytych, chorych…

 

Bitwa pod Chocimiem.

W XVII wieku Turcja była najpotężniejszym militarne państwem stanowiącym ogromne zagrożenie dla chrześcijańskiej  Europy . W 1621 roku młody sułtan Osman II ruszył w kierunku wschodnich granic Polski. Marzył, że „połknie całą Polskę” a potem podbije inne chrześcijańskie kraje. Nigdy dotąd tak wielka siła zbrojna nie stawała u progów Polski: czterysta tysięcy żołnierzy, sto pięćdziesiąt większych dział, dwieście sześćdziesiąt dział polowych, dziesięć tysięcy wielbłądów, i dwa razy tyle bawołów . Naprzeciw tej rzeszy wyruszył hetman Karol Chodkiewicz, który zdołał zebrać zaledwie trzydzieści pięć tysięcy żołnierzy. Na pomoc przyszło jeszcze trzydzieści tysięcy Kozaków zaporoskich.

Drugiego września 1621 roku rozbito obóz pod Chocimiem. Osman pienił się że taka szczupła garstka urąga jego olbrzymim wojskom i zaklinał się że nie weźmie pokarmu do ust , dopóki tych zuchwalców w pień nie wytnie.  Tymczasem Polacy ufni w pomoc Bogarodzicy z pierwszej walki wyszli zwycięsko. Jednak 21 września dotknął ich straszny cios; umarł z powodu ran hetman Chodkiewicz. Po nim dowództwo objął Stanisław Lubomirski. Powstało zamieszanie. Do decydującej bitwy nie doszło. Polacy bronili tylko zaciekle okopów. Jak się to jednak stało że między 6 a 9 października zawarto pokój na bardzo korzystnych dla nas warunkach? Co skłoniło sułtana, wiodącego tak ogromną armie, że dążył do rozejmu w momencie, kiedy w obozie polskim nie było ani amunicji ani żywności , a zaraza dziesiątkowała żołnierzy? Odpowiedź na to pytanie możemy dać dopiero wtedy, gdy dowiemy się, co działo się w tym czasie w Krakowie.

Kiedy tragiczna wiadomość o śmierci hetmana dotarła do królewskiego grodu, trwoga ogarnęła mieszkańców miasta. Gdzie szukać ratunku? Tylko u Tej, która jest Matką Boską Zwycięską, naszym Wodzem i Tarczą dla naszej Ojczyzny. Biskup Marcin Szyszkowski zarządził procesje różańcową. Wyniesiono na ulice z kościoła Dominikanów obraz Matki Bożej Różańcowej. Była to kopia tego wizerunku Maryi, który był niesiony procesjonalnie w czasie zwycięstwa pod Lepanto. Odezwał się huk armat z baszt i bram miasta. Rozbrzmiały dzwony wszystkich kościołów, zwołując na tę uroczystość okoliczną ludność. Nie sposób było pytać, kto na niej był. Należało raczej pytać, kogo tam nie było?

Trzysta świec płonęło dokoła obrazu, stu śpiewaków królewskich intonowało różaniec. Kto tylko mógł, modlił się o ratunek dla wiary i ojczyzny! Było to 3 października. W kilka dni później podpisano pomyślne dla Polski traktaty. Nikt nie wątpił o tym, że to Matka Boża odniosła zwycięstwo. Stwierdził to sam hetman Lubomirski. (…)

„Już  przez sześć dni pertraktowaliśmy o pokój z Turkami, ale przystać na ich warunki nie można było, bo mniejsza już o stratę, jaką poniosłaby Rzeczpospolita, ale pokój ten byłby hańbiący.  Wtem w nocy z 3 na 4 października, gdym nie spał, bo nieszczęścia Ojczyzny sen odegnały ode mnie, a nawet śpiąc czuwałem, pojawiła mi się Matka Boża, bo kto  by Jej nie rozpoznał po otaczającym Ją świetle z wszystkich barw, od których noc zajaśniała mi jasnością nawet w życiu moim nie widzianą wśród dnia i usłyszałem od Niej to jedno słowo: „WYTRWAŁOŚĆ”.

Znikła, a ja w zachwyceniu ukląkłem, lecz potem dopiero odzyskałem wiedzę, co mi czynić należy: podniósłszy oczy, ręce i serce w niebo, złożyłem dzięki Bogu, że mnie niegodnemu tem napomnieniem dał poradę. I dzięki złożyłem Najświętszej Maryi …

O! To pojawienie taką ufnością i pewnością natchnęło mnie, że na drugi dzień dałem sułtanowi odpowiedź, że jedynie zapewnienie z jego strony o dotrzymaniu dawnych umów z Polską wstrzyma mnie od dalszej wojny, do której prowadzenia mieliśmy, jak mi Bóg miły, tylko jedną już beczkę prochu w obozie. I tą odpowiedzią tak mu zaimponowałem, iż teraz wielki wezyr Dylawer słał nam łagodniejsze warunki, ale ich nie przyjąłem obstając przy pierwszych, które podałem; a tak po trzydniowych rokowaniach, mając na pamięci święte słowo: „WYTRWAŁOŚĆ” przywiodłem pogan do tego, że zrobiłem pokój, jaki sam chciałem”.

– Pod Chocimiem  Matka Boża posłużyła się małą garstką rycerzy, aby uratować Polskę i Europę przed zalewem pogaństwa – (…) – Dzisiaj także nasza Królowa pragnie okazać potęgę. Przygotowuje więc swoją armię i rozdziela broń. Każdy, także dzieci, może być rycerzem w tym zwycięskim wojsku, jeśli tylko wybiera Maryję na Wodza i chce być posłuszny Jej rozkazom.  […]

Wspomnienie o bitwach króla Jana III Sobieskiego.

(…) Wspomnienie o bitwach króla Jana III Sobieskiego, wielkiego pogromcy Turków. Był to genialny wódz, jednak nigdy nie przypisywał sukcesów sobie, ale Bogu i Najświętszej Panience. Świadczą o tym nie tylko jego wypowiedzi, ale także liczne wota, jakie składał w sanktuariach maryjnych, i fundowane przez niego kościoły jako znak wdzięczności za zwycięstwa.

Rodzice Jana już od wczesnych lat zaszczepiali w synach głęboką wiarę i przekonanie, że o własnych siłach nie można niczego wielkiego dokonać, lecz należy ufać bezgranicznie wszechmocy Bożej. Swoim życiem i czynami uczyli dzieci kochać Maryję – Królową Nieba i Ziemi, u Niej  szukać pomocy we wszystkich trudnych sprawach. Także pradziad króla Jana, hetman Żółkiewski, bohater spod Cecory, pozostawił po sobie wielkie świadectwo miłości do Matki Bożej.

Nosił on pierścień z napisem „Mancipium Mariae”  – to znaczy – „Niewolnik Maryi”, aby w ten sposób wyrazić swoje całkowite zawierzenia i oddanie. Nic też dziwnego, że Jana Sobieski był nadzwyczaj religijnym człowiekiem. Należał do bractwa różańcowego, pościł w soboty o chlebie i wodzie, nie zaczynał żadnej ważniejszej pracy bez modlitwy. Gdy wyruszał na wyprawę wojenną, to poprzedzał ją zawsze procesją. Pobożność nauczyła go bezinteresowności i cenienia bardziej Boga i dobra Ojczyzny niż swojego własnego. Jako hetman wielokrotnie wspierał i finansował wyprawy wojenne przeciw Turkom i Tatarom.

W 1675 roku Sobieski został wybrany królem. Trwał właśnie sejm koronacyjny, Gdy nad Lwowem zawisło poważne niebezpieczeństwo. Około trzystu tysięczna armia turecko-tatarska pod dowództwem Nuradyna zbliżała się do miasta. Król natychmiast przerwał uroczystości, by wyruszyć na odsiecz. Za nim podążyła jego żona Marysieńka, aby modlitwami wspierać męża. Wykazała wielką odwagę, bo wówczas, kiedy mieszkańcy Lwowa uciekali w popłochu  z miasta, ona zorganizowała wielką  modlitwę różańcową w kościołach.

Sobieski zdołał zebrać tylko sześć tysięcy żołnierzy. Sytuacja wydawała się beznadziejna, ale ufano, że Matka Boża przyjdzie na ratunek. 25 sierpnia podjazdy polskie dały znać o zbliżaniu się nieprzyjaciela. Na odgłos dzwonów wypełniły się kościoły. Tłumy modliły się na klęczkach przed wizerunkiem Matki Bożej Zwycięskiej w kościele jezuickim. Wkrótce zawrzała walka. Lewe skrzydło polskie cofnęło się pod naporem wroga. Wtedy to gromadzące się od samego rana obłoki zebrały się nad miastem i wojskiem Sobieskiego w jedną, ogromną, ciemną, ciężką chmurę. Zagrzmiały polskie działa. Zawtórował im huk pierwszych piorunów. Równocześnie król rzucił resztę sił do ataku.

Z okrzykiem: „Żyje Jezus, żyje Maryja!” ruszyła husaria i chorągwie pancerne, a wraz z rzeszą ludzi i koni gnała pędzona huraganem straszna burza. Na armię najeźdźcy lunęła ulewa, sypał grad. Niemilknące pioruny ogłuszały hukiem, oślepiały błyskawicami, a siła wichury obalała jeźdźców. Starcie było krótkie. Armia turecka w popłochu rzuciła się do ucieczki. Tego wieczoru nad Lwowem długo biły dzwony i rozbrzmiewały triumfalne okrzyki: „Żyje Jezus, żyje Maryja!” Wkrótce potem odebrano Turkom niemal całą Ukrainę Kijowską.

(…..) Król Władysław IV jeszcze za panowania swojego ojca Zygmunta III przybył na Jasną Górę z darami dziękczynnymi za zwycięstwo pod Chocimiem w 1621 roku.  Przed cudownym wizerunkiem kazał poświęcić sztandar husarii polskiej. Ustanowił także „Order Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny” z wezwaniem skierowanym do Maryi: „Zwyciężyłaś – zwyciężaj”. Był to pierwszy polski order. Miał być wręczany szczególnie zasłużonym. Odznaczeni mieli tworzyć rodzaj zakonu rycerskiego, walczącego o królowanie Matki Bożej w naszym narodzie.

Potem w 1656 roku inny król, brat Władysława IV, Jan Kazimierz uroczyście, w obecności nuncjusza papieskiego i przedstawicieli wszystkich stanów, dokonał ofiarowania korony polskie Pani Nieba i Ziemi. Podobnie jego następca Michał Korybut Wiśniowiecki, prawie zaraz po swoim wyborze, udał się na Jasną Górę i tam złożył szczerozłote serce. Wewnątrz umieścił, napisany na pergaminie, akt całkowitego oddania siebie, a także swej królewskiej władzy w świętą niewolę Matce Bożej.

Również hetmani wyrażali często swoje poświęcenie Maryi. Wspomniałem wam już o Stanisławie Żółkiewskim, który nosił pierścień z napisem: „Niewolnik Maryi”. Może zaciekawi was fakt, że kiedy wielki kanclerz królewski Jerzy Ossoliński w 1650 roku ufundował ołtarz na Jasnej Górze w kaplicy cudownego obrazu (do dzisiaj istniejącego), kazał u góry umieścić łańcuch jako symbol oddania się Maryi i napisać po łacinie: „Wielkiej Matce Dziewicy Jej najnędzniejszy niewolnik, Jerzy, pan na Ossolinie”. Hetman Karol Chodkiewicz, który bronił Polski przed Turkami i Tatarami oraz hetman Stefan Czarniecki, który wsławił się w walkach ze Szwedami, zapragnęli jeszcze bardziej oddać się Matce Bożej. Złożyli ślub czystości, nie zakładali własnych rodzin, ale pozostając na służbie Niepokalanej, poświęcili całe życie w obronie Ojczyzny i chrześcijaństwa. (…)

 

Ważny rozkaz królowej. Sobieski pod Wiedniem.

(…) W 1683 roku nawała turecka znowu groziła całej Europie. Wojska mahometańskie posunęły się aż pod Wiedeń. Wydawało się, że nie ma już ratunku ani dla oblężonego miasta, ani dla całego chrześcijaństwa. W tym ciężkim położeniu wyprawił papież Innocenty XI posła do Jana III Sobieskiego z prośbą, aby król pośpieszył na odsiecz. Także od cesarza austriackiego przybył poseł, aby błagać o pomoc. Jednak sejm polski, mając na uwadze pusty skarb i wyczerpany wojnami kraj, wahał się …

Wtedy to szalę przechylił świątobliwy ojciec Stanisław Papczyński, spowiednik króla. Na modlitwie błagał on Maryję o radę. Matka Boża ukazała się swemu czcicielowi i zapewniła zwycięstwo. Kazała iść pod Wiedeń i walczyć. Ojciec Papczyński wystąpił wobec króla, senatu, legata papieskiego i przemówił tymi słowami: „Zapewniam cię, królu, Imieniem Dziewicy Maryi, że zwyciężysz i okryjesz siebie, rycerstwo polskie i ojczyznę nieśmiertelną chwałą”. Sobieski słysząc, że sama Królowa wyraziła swą wolę, wyruszył na odsiecz Wiednia, zabierając ze sobą około dwudziestu siedmiu tysięcy wojska. Przedtem jednak zatrzymał się na Jasnej Górze.

Przez cały dzień gorąco modlił się i służył do Mszy świętej. Wstępował też po drodze do innych sanktuariów maryjnych, aby błagać Najświętszą Pannę o pomoc. W Krakowie król odbył pielgrzymkę do siedmiu kościołów i 15 sierpnia, w święto Wniebowzięcia Najświętszej Panny Maryi, opuścił miasto, aby dołączyć do wojska, które wyszło wcześniej pod dowództwem hetmanów Sieniawskiego i Jabłonowskiego. Królowa Marysieńka odprowadziła męża do Będzina, a potem powróciła do królewskiego grodu. Tutaj, jak zaświadczają opisy z tego okresu, mieszkańcy miasta trwali na nieustannej modlitwie, towarzysząc w ten sposób wojsku. Nawet w nocy dzwony budziły ich, aby według zaleceń biskupa uklękli i odśpiewali pieśni Ojcze nasz  i  Święty Boże.

Budującym dla wszystkich przykładem była sama królowa Marysieńka. Każdego ranka udawała się ona do innego sanktuarium krakowskiego na specjalne nabożeństwo. O północy zaś wraz z całym dworem udawała się do kaplicy kazimierzowskiego pałacu w Łobzowie, aby błagać o zwycięstwo. 10 września (właśnie w czasie nocnej modlitwy) dotarł do królowej kurier z wiadomością, że wojska polskie przekroczyły granicę austriacką. Nowina ta lotem błyskawicy obiegła Kraków. Opuszczano domy, pogaszone ognie, wypełniły się kościoły. Ludność poszcząc o chlebie i wodzie modliła się przez cały dzień.

W tym czasie Sobieski stanął na szczycie kalemberskiej góry, naprzeciw Wiednia. Na widok ponad stutysięcznej armii nieprzyjacielskiej znużeni i wygłodniali rycerze polscy zadrżeli. Król jednak wprawnym okiem dostrzegł błędne rozporządzenia wodza nieprzyjaciół i uznał to za pierwszy znak pomocy Bożej.

Nazajutrz 12 września Sobieski uczestniczył w trzech Mszach świętych. Przystąpił do Komunii świętej i leżąc krzyżem, wraz z całym wojskiem ufnie polecał się Matce Najświętszej. Chcąc, aby wszystko działo się pod Jej znakiem, dał rycerstwu hasło: W Imię Panny Maryi – Panie Boże, dopomóż!

O godzinie drugiej po południu ruszono do ataku, śpiewając Bogurodzicę. Sobieski stał na wzgórzu, błogosławił walczących drzewem Krzyża świętego i relikwiami świętych, a w rozstrzygającym momencie sam dowodził husarią.

I co się stało? Rozsypała się w proch potęga muzułmańska. Tego dnia zginęło dwadzieścia pięć tysięcy Turków, a Polaków tylko jeden tysiąc.

Tak jak wcześniej przepowiedział Pan Jezus św. Małgorzacie, nasz pokorny władca nie przypisał sobie tego zwycięstwa, lecz Bogu i Jego Matce, wypowiadając pamiętne słowa: „Przybyłem, zobaczyłem, a Bóg zwyciężył”. Wysłał też list do papieża z prośbą, aby ustanowił dzień 12 września świętem Imienia Maryi. Miał to być znak wdzięczności i świadectwo dla wszystkich pokoleń, że mocą tego Imienia osiągnięto tak wielkie zwycięstwo. To święto do  dzisiejszego dnia obchodzone jest w całym Kościele.

Warto poznać jeszcze jeden ciekawy fakt. W tym czasie, kiedy nasi rycerze walczyli pod Wiedniem, w Krakowie wyruszył z katedry na Wawelu w kierunku kościoła Mariackiego procesjonalny pochód „wojska duchowego”. Ze śpiewem różańca niesiono Najświętszy Sakrament i cudowny obraz Matki Bożej Różańcowej Zwycięskiej z kościoła Ojców Dominikanów (ten sam, z którym odbyła się procesja w czasie zwycięskiej bitwy pod Chocimiem). Po drodze przy ustawionych specjalnie ołtarzach, wygłaszano kazania. Nieprzeliczone rzesze ludzi brały udział w tej uroczystości. Za Najświętszym Sakramentem szła królowa w czarnej pokutnej sukni, a za nią dwór składający się z przeszło tysiąca osób. Następnie około sześciuset zakonników niosło relikwie różnych świętych, a pięćdziesięciu patrycjuszów z płonącymi świecami otaczało obraz Matki Bożej. Tego dnia wszyscy mieszkańcy Krakowa zmobilizowali się do gorącej modlitwy różańcowej. Ustał handel, nie myślano o pracy zarobkowej ani nawet o przygotowaniu posiłków. Ważne było tylko jedno: wymodlić zwycięstwo! Nie dziwimy się więc, że ówczesne opisy mówią: „ nie ma o tym dubium ( tzn. wątpliwości), że Kraków wymodlił to zwycięstwo …!

Dużo  jeszcze można powiedzieć o wiktorii wiedeńskiej, o wotach dziękczynnych, jakie składał król w sanktuariach maryjnych, o kościołach przez niego ufundowanych. Są one świadectwem, że to Bóg zwyciężył i Jego Matka.  (….)

 

Cud nad Wisłą.

Było to w 1920 roku. Niepodległość Polski, odzyskana po wielu latach niewoli, znowu została zagrożona. Od frontu wschodniego napływały straszne wieści. Armia polska cofała się pod naporem wojsk bolszewickich. Opuszczano kolejne linie obrony. Stracono Wilno i Grodno. W Białymstoku zatrzymali się Marchlewski z Dzierżyńskim,  którzy mieli  z woli Lenina sprawować rządy w okrojonej Polsce (bez Wielkopolski, Śląska i Pomorza). Lęk i zwątpienie ogarnęły naród polski. Czy obronimy się? Armia nasza, złożona przeważnie z rekrutów, cofając się na przestrzeni kilkuset kilometrów, była w stanie „zupełnego rozkładu” (jak pisał Adam Grzymała-Siedlecki we Wspomnieniach korespondenta wojennego). Powstał popłoch. Z kraju dochodziły wieści nie najlepsze. W rządzie i sejmie niezgoda. Wśród bezrobotnych i rolników agitowano na rzecz bolszewików. A sytuacja międzynarodowa? Dla nikogo nie było tajemnicą, że Niemcy oczekują niecierpliwie zdobycia Warszawy. Miało to stać się hasłem do oderwania Gdańska i Górnego Śląska. Mówiło się o końcu państwowości polskiej.  Zrewolucjonizowana armia niemiecka oczekiwała zwycięstwa czerwonych. Kto myślał głębiej, wiedział, że to rozprawa o wielką stawkę.

Gdzie szukać ratunku?  W tym czasie młody  dwudziestosześcioletni katecheta ksiądz Ignacy Skorupka, jak drugi ojciec Kordecki, budził wiarę w pomoc Maryi. 31 lipca wołał:

Nie martwcie się, Bóg i Matka Boska Częstochowska, Królowa Korony Polskiej, nie opuści nas… Nastąpi zwycięstwo. Bliskim jest ten dzień! Nie minie dzień 15 sierpnia, dzień Matki Boskiej Zielnej, a wróg będzie pobity.

Słowa te zapisał jego biograf Stanisław Helsztyński. Podobną przepowiednię księdza Skorupki zanotował kapral Seweryn Dzik z 236. pułku piechoty armii ochotniczej:

Najświętsza Panna Patronka i Królowa ludu polskiego nie dopuści, by naród zginął, lecz modlitwą swą i prośbą uzyska u Boga łaskę cudu! W dniu 15 sierpnia, w święto Wniebowzięcia, Polacy przestaną się cofać i rozpoczną się dni triumfu polskiego.

W lipcu, celem zasilenia wyczerpanych oddziałów liniowych, zaczęto organizować Armię Ochotniczą pod komendą generała Józefa Hallera. Do jej szeregów przyjęto sto pięć tysięcy chętnych. Przeważała młodzież, a właściwie dzieci do osiemnastego roku życia. Ksiądz Ignacy  jako jeden z pierwszych zgłosił się do armii. Otrzymał zgodę, aby zostać lotnym kapelanem garnizonu stołecznego. We dnie i w nocy udzielał posługi idącym  na front i rannym w szpitalach. Zachęcał młodzież, gimnazjalistów i uczniów szkół rzemieślniczych, aby wstępowała do batalionów ochotniczych, z których w przyszłości miała powstać dywizja ochotnicza. Widziano go, jak na dworcach kolejowych i placach przekonywał wahających się, że wysiłek jest konieczny, a pomoc Królowej Polski zapewniona. Sam przygotowywał się głęboko do decydującej bitwy. 12 sierpnia odbył spowiedź generalną z całego życia u ojców kapucynów na ulicy Miodowej. Ofiarował też swoje życie przez ręce Maryi w intencji Ojczyzny.

Ta sama wiara ożywiła wielkiego apostoła różańcowego z Neapolu bł. Bartolo Longo, budowniczego sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Pompei.

Wystosował on list otwarty do katolików całego świata, by się modlili za Polskę. W pierwszych dniach sierpnia 1920 roku powiedział do księdza Stanisława Mystkowskiego:

Przekonany jestem święcie, że Matka Boska Różańcowa, która jest Królową Korony Polskiej, nie pozwoli, by Jej ukochany naród jęczał ponownie w niewoli rosyjskiej ….  Polska ma świetlaną przyszłość przed sobą…

Tymczasem nieprzyjaciel zbliżał się do Warszawy. Mieszkańcy stolicy przejęci trwogą, wypełnili świątynię. Na Placu Zamkowym postawiono ołtarz polowy, na którym umieszczono relikwie świętych. Około trzydzieści tysięcy ludzi modliło się w tym miejscu gorąco na różańcu, leżało krzyżem. Generał Weygand napisał, że nigdy nie widział ludzi tak modlących się jak w Warszawie.

W tym samym czasie Episkopat Polski zgromadzony na Jasnej Górze ofiarowywał ojczyznę Maryi Królowej.

Wreszcie bitwa warszawska zaczynała się. Na szyki polskie nadciągała XVI armia Tuchaczewskiego, naczelnego wodza sowieckiego, zwanego „demonem wojny”. 14 sierpnia miała zająć Pragę. Walka zaczęła się w nocy z 13 na 14 sierpnia. Ksiądz Ignacy Skorupka wziął w niej udział na odcinku Ossów, w I Batalionie wchodzącym w skład 236. Ochotniczego Pułku Piechoty. Ciemna noc, liczne łuny, odgłosy walki, to wszystko robiło wstrząsające wrażenie na młodych chłopcach. Ksiądz Ignacy krążył między plutonami i dodawał otuchy. Zapewniał o bliskim zwycięstwie za przyczyną Maryi. Odwiedził szpital polowy, spowiadał rannych.

14 sierpnia o godzinie 3.30 Ossów znalazł się w zasięgu ostrzału sowieckiej artylerii. Wisiała gęsta mgła. Dowódcy szykowali batalion do ataku. Ksiądz Ignacy wyszedł naprzód, przed żołnierzy i na cały głos wypowiedział następujące słowa:

Pamiętajcie chłopcy, nasze jest zwycięstwo, bo z nami jest Matka Boża, zaufajcie Jej!

Następnie pobłogosławił żołnierzy krzyżem. Dowódca prosił go, aby został wśród rannych, lecz on poszedł przed batalionem z krzyżem wzniesionym wysoko. Budząc wiarę, dawał przykład odwagi i męstwa. Poległ, trafiony w głowę odłamkiem pocisku. Dowódca batalionu porucznik Słowikowski stwierdził:

Własne życie oddał za cenę zwycięstwa Polski. Ofiarował je Maryi jeszcze w Warszawie.

W napisanym na krótko przed śmiercią wierszu ksiądz Skorupka wyraził prośbę:

Prowadź me kroki Chryste na bój,

niech polegnę,

lecz niech ze zwycięstwem Polski

w niebo Twe wbiegnę!

Zwycięstwo zdobywane na stukilometrowej linii frontu dokonało  się w dniu 15 sierpnia, dwadzieścia cztery godziny po śmierci księdza. Jednak 14 sierpnia był dla społeczeństwa szczytem największego napięcia. W tym momencie ofiara bohaterskiego kapelana stała się impulsem nadprzyrodzonym, który miał wielki wpływ na ducha narodu i wojska. W święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny załamała się potęga wroga i rozpoczął się szybki  odwrót.

Spełniły się słowa Matki Bożej, powiedziane 15 sierpnia 1873 roku do Sługi Bożej Wandy Malczewskiej.

Dzień dzisiejszy będzie uroczystym świętem moim, gdy Polska znów wolną będzie… W tym dniu mój naród odniesie świetne zwycięstwo nad wrogiem. Skoro Polska otrzyma niepodległość, to niedługo powstaną przeciw niej dawni gnębiciele, aby ją zdusić, ale moja młoda armia, w Imię moje walcząca, pokona ich, odpędzi daleko i zmusi do zawarcia pokoju. Ja jej dopomogę.

(….)

Powstał w Polsce ruch, aby skłonić rząd Polski do oficjalnego wystąpienia z prośbą do papieża, o ustanowieniu dogmatu Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Kobiety polskie złożyły przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej  jako wotum złote berło i jabłko. Od 1936 roku 15 sierpnia zaczęto obchodzić także jako święto armii (po wieloletniej przerwie w 1992 roku znowu powrócono do tej tradycji). Papież Pius XI, który w 1920 roku przebywał w Warszawie jako nuncjusz i był świadkiem tego cudu, kazał wykonać dwa malowidła przedstawiające to wydarzenie. Polecił, aby w sanktuarium w Loreto umieszczono wizerunek Matki Bożej Częstochowskiej, po lewej  jego stronie postać księdza Skorupki, a po prawej kardynałów: Kakowskiego, Dalbora i siebie jako nuncjusza. Podobnie urządzono kaplicę w Castel Gandolfo, w rezydencji papieskiej. Malarz polski Jan Rosen wykonał, na zamówienie Piusa XI, wielkie malowidło ścienne wyobrażające bitwę pod Ossowem z księdzem Skorupką jako figurą centralną. Malarze polscy: Jerzy Kossak, Roman Bratkowski i inni upodobali sobie tę scenę jako symboliczną dla całej bitwy warszawskiej. Przedstawiono w niej Maryję, ukazującą się nad wojskiem polskim i zsyłającą promienie łask.

Historia nauczycielką życia? – jeszcze jeden dowód, że nigdy, nawet w najtrudniejszych sytuacjach, nie należy się załamywać, ale ufać i chwytać za broń najpotężniejszą.

 

Niewidzialna linia obrony (Austria).

Austria w 1945 roku została podzielona na cztery strefy okupacyjne. W roku 1947 franciszkanin ojciec Piotr Pawlicek założył w Wiedniu Krucjatę Ekspiacji Różańcowej (ekspiacja to znaczy wynagrodzenie). Krucjata miała na celu spełnienie próśb Matki Bożej z Fatimy. Około dwóch milionów ludzi ze stu siedmiu państw  zgłosiło gotowość modlitwy za cały świat. Raz w miesiącu gromadzono się na czuwanie modlitewne. W Wiedniu 12 września odbywała się  zawsze procesja błagalna. Na jej czele szedł ojciec Piotr i najwyższe władze państwowe. Ojciec Pawlicek pewnego dnia wezwał także Austriaków, aby odmówili wraz z nim różaniec wynagradzający za swoją ojczyznę. Wtedy stała się rzecz niezwykła. 15 sierpnia 1955 roku, został niespodziewanie podpisany traktat pokojowy, w następstwie którego wycofały się z kraju wszystkie wojska okupacyjne, w tym także radzieckie. Austria odzyskała suwerenność i niepodległość. Ówczesny kanclerz republiki Julius Raab, komentując to wydarzenie, powiedział:

Matka Boska pomogła nam w uzyskaniu traktatu pokojowego … Jesteśmy wolni, dziękujemy Ci, Maryjo.

Jeszcze wiele lat później dziwili się komunistyczni przywódcy w Moskwie, jak mogło dojść do tak szkodliwego dla nich politycznie i strategicznie kroku, do tak „niemarksistowskiej” decyzji.

Ojciec Pawlicek wzywał przez radio Austriaków, aby połączyli się we wspólnej modlitwie.

Papież [t.zw. „papież”??] ponownie przyjmuje aktywistę LGBTQ, homo-promotora o. Jamesa Martina SJ. Rozmawiano o „katolikach LGBTQ”.

Papież ponownie przyjmuje aktywistę LGBTQ, homo-promotora o. Jamesa Martina SJ. Rozmawiano o „katolikach LGBTQ”

#franciszek #homolobby #homoseksualizm #LGBT #o. James Martin SJ #USA #Watykan

https://pch24.pl/papiez-ponownie-przyjmuje-homo-promotora-o-jamesa-martina-sj-rozmawiano-o-katolikach-lgbtq/

Aktywista LGBTQ i amerykański jezuita o. James Martin spotkał się w piątek z papieżem Franciszkiem. Rozmowa dotyczyła „radości i nadziei, smutków i trosk” katolików LGBTQ” – poinformował o. Martin na Twitterze po spotkaniu. Jak zaznaczył, 45-minutowa audiencja w Watykanie była „serdeczna, inspirująca i zachęcająca”.

O. Martin od lat prowadzi kampanię na rzecz bezwzględnej akceptacji grzechu sodomskiego i postulatów społeczno-politycznych środowisk LGBTQ w Kościele katolickim. Nad jego działalnością błogosławieństwo roztacza sam Franciszek, który przyjął dysydenckiego kapłana podczas prywatnej audiencji już drugi raz.

„Jestem głęboko wdzięczny za spotkanie z Ojcem Świętym, które odbyło się dziś rano w Pałacu Apostolskim. Dzieliłem się z papieżem Franciszkiem radościami i nadziejami, smutkami i niepokojami katolików LGBTQ. To było ciepłe, inspirujące i zachęcające spotkanie, przerywane śmiechem, którego nigdy nie zapomnę…”- napisał o. Martin na Twitterze.

Papież napisał niedawno list z okazji konferencji zorganizowanej przez internetowy portal o. Martina „Outreach”, który zajmował się np. „teologią dla katolików LGBTQ” czy „pracą z osobami transpłciowymi”. Franciszek udzielił w nim także krótkiego wywiadu. W sierpniu jezuicie przedłużono na kolejne pięć lat funkcję doradcy Dykasterii ds. Komunikacji Stolicy Apostolskiej 

Papież Franciszek ostatni raz przyjął amerykańskiego jezuitę osobiście latem 2021 roku. Zachęcił go do kontynuowania zaangażowania duszpasterskiego.

KAI

Jesteśmy świadkami wyludniania i osłabiania społeczeństw przez Agendę 21. Profesor Dolores Cahill.

Jesteśmy świadkami wyludniania i osłabiania społeczeństw przez Agendę 21

Prof. Dolores Cahill https://gloria.tv/post/kbeyR7bbJUZ32KQnkHAmVHoBN

Kamil Szydełko

W połowie października profesor Dolores Cahill udzieliła wywiadu agencji Zee Media. Mówiła o tym, jak program wywołania depopulacji i bezpłodności przy użyciu „szczepionek” Covid wpisuje się w Agendę 21. Mówiła również o walutach cyfrowych i o tym jak operacja psychologiczna Agendy 21 znana jako „agenda demoralizacji” jest wykorzystywana do podważania rządów prawa.

Profesor Dolores Cahill jest współzałożycielką i prezesem World Freedom Alliance oraz prezesem World Doctors Alliance. Posiada wykształcenie z zakresu genetyki molekularnej i immunologii.

W połowie lat dziewięćdziesiątych prof. Cahill wraz z innymi w niemieckich Instytutach Maxa Plancka opracowała wysokoprzepustowe matryce białkowe. Jej prace były przełomem dla rozwoju technologii tych matryc i ich zastosowań w badaniach biologicznych, diagnostycznych i medycznych.
[Mikromatryca białkowa czyli czip bialkowy ( a protein microarray or protein chip) – jest to urządzenie o dużej przepustowości do badania białek i ich oddziaływań. Zaletą jest to, że pozwala śledzić jednocześnie zachowanie dużej liczby białek.]

„Możemy pokazać, że wiele przeciwciał używanych w testach diagnostycznych, do diagnozowania takich chorób jak rak czy choroby autoimmunologiczne było błędnych. I wtedy zacząłam dostawać różne naciski, ponieważ oznaczało to, że producenci testów diagnostycznych – którym wykazano, że ich testy są niedokładne – nie mogli już sprzedawać swoich produktów” – powiedziała prof. Cahill do Marii Zee podczas wywiadu.

Prof. Cahill i jej współpracownicy wykazali, że wiele osób, u których zdiagnozowano raka i choroby autoimmunologiczne, w rzeczywistości nie miało tych chorób.

Kolejnym odkryciem prof. Cahill było to, że choć dzieci umierały 2 i 4 miesiące po wstrzyknięciu im „szczepionek”, nikt tego procederu nie powstrzymywał.

Prof. Cahill starała się radzić rządowi Irlandii i Unii Europejskiej, próbowała ostrzec urzędników akademickich, diagnostycznych, farmaceutycznych i rządowych przed niepożądanymi odczynami poszczepiennymi, a także powiadamiać o sposobach leczenia poważnych chorób. „Cała moja kariera polegała na próbie przekazania informacji, że można leczyć te tak zwane poważne choroby poprzez proste zmiany stylu życia: redukcję stresu, dobre witaminowe odżywianie”.
Agenda 21

W powyższym wywiadzie prof. Cahill powiedziała, że Covid-19 był ósmą zaplanowaną „pandemią”. „Było ich wiele wcześniej, w tym te, które zostały powstrzymane przez profesora Wodarga” – powiedziała.

Dr Wolfgang Wodarg zdemaskował i walnie przyczynił się do zakończenia skandalu ze świńską grypą w 2009 roku. Jego działania spowodowały dochodzenie Parlamentu Europejskiego „w celu przyjrzenia się kwestii 'sfałszowanej pandemii’, która została ogłoszona przez WHO w czerwcu 2009 roku za radą grupy ekspertów akademickich, SAGE. Udokumentowano, że wielu członków tej grupy ma intensywne powiązania finansowe z tymi samymi gigantami farmaceutycznymi, takimi jak GlaxoSmithKline, Roche, Novartis, które czerpią korzyści z produkcji leków i niesprawdzonych szczepionek H1N1.”

W 2002 roku, kiedy wystąpiła pierwsza tzw. pandemia koronawirusów – której nigdy nie było – prof. Cahill „przyglądała się jej w czasie rzeczywistym.” Była wtedy świadoma, że skutki uboczne szczepionek wystąpiły tam, gdzie rządy i Unia Europejska finansowały szczepienia.

„Jeśli wstrzykujesz ludziom, szczególnie dzieciom, trucizny – takie jak rtęć i aluminium, to pojawiają się skutki toksyczne: alergie, choroba autoimmunologiczna, dysfunkcja jelit znana jako choroba Leśniowskiego – Crohna, bezpłodność… Rtęć i aluminium są również neurotoksynami, więc masz neuro-poznawcze upośledzenie, które ujawnia się w chrobie Alzheimera lub autyzmie…”

„Kiedy zacząłam studiować kwestie zdrowotne – a wiedziałem, że wiele z tego, co działo się w nauce w latach 90-tych było niedokładne – a potem, kiedy pojawił się koronawirus, ten początkowy w 2002/3 roku, wtedy zaczęłam zastanawiać się nad tym, co się działo wokoło [poza kwestiami zdrowotnymi], bo wiedziałem, że była profilaktyka i leczenie – nawet wtedy, 20 lat temu – a także przepisywano witaminy”.

„Wtedy zaczęłam przyglądać się Światowej Organizacji Zdrowia i temu jak wdrażali [Agendę 21] oraz kontroli mediów. Znałam również dokumenty CIA i dokumenty ONZ , i zdawałam sobie sprawę z tego, jak zamierzali zastraszyć ludzi, którzy się wypowiadali, szczególnie ekspertów i naukowców.”

Prof. Cahill wyjaśniła, że w książce z 1971 r. zatytułowanej „None Dare Call It Conspiracy” przedstawiono Agendę 21. A książka z 1992 roku zatytułowana „The Committee of 300” opisuje dokładnie agendę zatruwania, o której się dowiedziała. Wymienia również osoby zaangażowane w spisek w tamtym czasie.

Agenda 21 to agenda Organizacji Narodów Zjednoczonych na XXI wiek. Została ogłoszona w 1992 roku i obejmuje okres do 2099 roku. „Tak więc jest to agenda na cały ten wiek (…) Macie Agendę 2020, Agendę 2030, 2040, 2050. A to co kryje się za Agendą 21 to szczegółowy plan na każdy rok od 1992 roku przez całe stulecie” – powiedziała prof. Cahill. „Oni w zasadzie planują, i realizują, zniszczenie od wewnątrz każdej dziedziny naszego społeczeństwa „.

Plan jest bardzo szczegółowy. Obejmuje on. na przykład, policję włączającą syreny swoich pojazdów w losowych momentach lub zmniejszenie oświetlenia ulic w nocy celem zwiększenia poziomu niepokoju lub poczucia braku bezpieczeństwa wśród mieszkańców.

W dniach 17/18 września 2019 r. nastąpiło załamanie giełdy. „Wiedziałem, że to wydarzenie spustowe dla następnej pandemii”, powiedziała prof. Cahill, „a było to miesiąc przed wydarzeniem 201 … Obserwowałam wydarzenie 201 w czasie rzeczywistym”.

Pod koniec 2019 r. prof. Cahill jako wolontariuszka reprezentowała Irlandię pełniąc rolę wiceprzewodniczącego inicjatywy Unii Europejskiej w zakresie medycyny innowacyjnej. „Wpychali pieniądze w szczepienia mRNA w ramach mechanizmu finansowania UE w styczniu / lutym 2020 roku. I z wewnątrz [UE], otrzymałam informacje co do witamin i , że nie jest konieczne to, co nie było zarządzone.”

Prof. Cahill następnie zapytała Centralny Urząd Statystyczny Irlandii, ile osób zmarło na Covid-19 do marca 2020 roku. Kiedy urząd statystyczny powiedział, że było zero zgonów z powodu Covid w Irlandii i po sprawdzeniu dalszych informacji przez jej „sieć”, prof. Cahill udzieliła wywiadu w maju 2020 r. z gospodarzem Computing Forever Dave’em Cullenem, wyjaśniając, co odkryła, jak również wyjaśniając, że istniało zapobieganie i leczenie. Wywiad ten stał się wirusowy (w tym znaczeniu, że jego treść bardzo szybko rozprzestrzeniła się w sieci).

Depopulacja i bezpłodność

Agenda na XXI wiek będzie „mówiła o redukcji populacji, ale także o wzroście bezpłodności wywołanym przez te zastrzyki”, wyjaśniła prof. Cahill. „Dwadzieścia/dziesiąt lat temu mówili, że zabójcze lata to okres między 2020 a 2026 rokiem”.

Celem dla tej dekady jest zaszczepienie ludzi w odpowiedzi na „pandemię” , do tego skoordynowanie oszustw medialnych i zastraszanie. „[Celem jest] sprawienie, by stan zdrowia ludzi się pogorszył, by zmniejszyć ich oczekiwaną długość życia i by ludzi zabijać. I właśnie dlatego się odezwałam, że wydaje się, że ten zastrzyk mRNA został tak zaprojektowany, aby zakłócać płodność zarówno u mężczyzn, jak i u kobiet. Tak więc, ich plan … jest wstrzyknięcie młodemu pokoleniu … Co nie wiemy … czy można przekazać czynnik niepłodności poprzez stosunek seksualny,” powiedziała prof. Cahill. Ich planem jest ogromny wzrost bezpłodności w tym wieku, powiedziała jeszcze, „ich celem jest spadek liczby ludzi” do końca wieku.

Przez dziesięciolecia były środki bezpłodności w zastrzykach przeciwtężcowych, powiedziała prof. Cahill „i to zostało unaocznione w Afryce, ponieważ mieli wojsko, przychodzili do miast i wsi w całej Afryce i wstrzykiwali przymusowo … i wstrzykiwali szczepionki przeciwtężcowe tylko kobietom w wieku od 14 do 45 lat.”

Białko kolca (spike protein) w zastrzyku Covid działa w podobny sposób jak zastrzyk przeciwtężcowy: wydaje się, ze atakuje nabłonek i osłonkę macicy. „To dlatego było dużo zakrzepów i ciężkich krwawień u ludzi niezależnie od tego, czy byli otrzymali zastrzyk, czy nie” – wyjaśnił prof. Cahill.

W połączeniu ze szczepionką HPV efekt jest taki, że organizm atakuje jajniki, więc w ciągu 10-15 lat następuje ich kurczenie się. „Dziewczynki, które dostały szczepionkę HPV w wieku 12 lat, wchodzą we wczesną menopauzę [co również] ma wpływ na ich płodność” – powiedziała.

Długość życia zaszczepionych

W maju 2020 roku, podczas wywiadu z Dave’em Cullenem na Computing Forever i ponownie kilka dni później w wywiadzie z Del Bigtree gospodarzem The Highwire, prof. Cahill powiedziała, że do 2020 roku żadne zastrzyki z mRNA nigdzie na świecie nie były licencjonowane. Powodem tego, powiedziała prof. Cahill było to, że:

„W niektórych badaniach na zwierzętach, wszystkie zwierzęta padły. Ale w dłuższym okresie po wstrzyknięciu … ponieważ wymaga czasu uczenie się układu odpornościowego i potrzeba miesięcy lub lat, aby układ odpornościowy aktywował się – całkowicie w zły sposób – aby następnie zabić ludzi … i podtrzymuję to, co powiedziałam w maju 2020 r. To co powiedziałam odnosi się do zastrzyków mRNA – nie wszystkie zastrzyki są mRNA.”

Profesor wyjaśniła, że niektóre partie zastrzyków są placebo, a inne z powodu złego mieszania składników w procesie produkcyjnym, mogą mieć bardzo mało mRNA. „Ale u tych, którzy dostali mRNA, jak powiedziałam w maju 2020 roku, występuje zmuszenie ich ciała do ataku na samego siebie. To jest układ odpornościowy, który jest już nauczony i może mieć homologię z jakimkolwiek mRNA albo peptydą albo białkiem występującym w organach. Wtedy układ odpornościowy atakuje ten organ”.

„Świat medyczny zobaczy niezwykłe objawy, takie jak powiększenie serca, nagła śmierć dorosłych, duszność lub sepsa.

„To, co powiedziałem w maju 2020 roku, że ci co otrzymali mRNA umrą w ciągu 3 lat do 5 lat po wstrzyknięciu należy powiązać z ich wiekiem i stanem zdrowia.”

„Więc to, niestety, jest prawdą. Niestety.”

Wcześniej w wywiadzie Profesor wspomniała o próbach na zwierzętach, o tym, że padły wszystkie zwierzęta, którym wstrzyknięto mRNA. Ale w niektórych eksperymentach na zwierzętach, tylko połowa zwierząt padła po wstrzyknięciu mRNA.

Prof. Cahill wyjaśniła, że w próbach na zwierzętach, w których tylko 50% zwierząt padło w ciągu sześciu miesięcy, wynik 50% zgonów był spowodowany tym, że eksperyment przerwano i resztę zwierząt zabito. Gdyby zachowali te zwierzęta przy życiu, (te które przeżyły sześć miesięcy) i kontynuowali eksperyment przez rok, to wyniki byłyby takie, że wszystkie zwierzęta padłyby w ramach czasowych, które byłyby u ludzi odpowiednikiem czasu 3-5 lat.

„W przypadku zastrzyków wielokrotnych, w szczepionkach ujawniają się czynniki toksyczne o innym mechanizmie zabijania. Tak więc te, które widzimy w Open VAERS, z ludzi, którzy umierają w ciągu pierwszego miesiąca … jeden na czterech umiera w ciągu 48 godzin. I prawdopodobnie jest tak, że umierają oni z innego powodu, że są nadwrażliwi na składniki, które są w zastrzyku, takie jak polisorbat 80 … lub glikol polietylenowy („PEG”) lub SM-102.”

Prawdziwe pieniądze kontra waluta cyfrowa

Agenda rozpoczęła się na poważnie w 1913 roku. Ich plan był realizowany przez około dwa pokolenia. „W pewnym sensie, oni naprawdę wdrożyli może 50% Agendy. Jest to więc Agenda systematyczna, wzrostowa i sterowana” – powiedziała prof. Cahill.

Agenda 21 ogłoszona w 1992 roku, jest kontynuacją tej samej Agendy, a jej częścią jest podkopywanie społeczeństwa od wewnątrz. Jest to przeszło stuletni plan, który rozwijał się stopniowo tak, aby z pokolenia na pokolenie ludzie nie byli świadomi, że to się dzieje. Jedną z głównych dźwigni jest tzw. szczepionka, a drugą system bankowy.

Plan obejmuje podważanie wszystkich aspektów społeczeństwa – czy to prawo, zgodne z prawem działania policji, system edukacji, system opieki zdrowotnej, system regulacyjny, media bieżące, rząd lub system bankowy, wyjaśniła prof. Cahill.

„Gotówka to wolność … Jeśli masz pieniądze, pieniądze w gotówce, możesz po prostu kupować i sprzedawać, a także możesz zarabiać na życie prywatnie. Prywatność jest bardzo ważna w prawie. I właściwe pieniądze, które rzeczywiście mają wartość, i gotówka, to sposób, w jaki mężczyźni i kobiety działają zgodnie z prawem, w prywatności … Mamy niezbywalne prawo do prywatności. Jeśli masz prawdziwe pieniądze i gotówkę, to zapewnia ci prywatność.”

Jeśli chcesz podważyć prawo i podważyć społeczeństwo, to jak to zrobić? Można to zrobić za pośrednictwem systemu bankowego, ingerując w pieniądz oparty na złocie, a następnie próbując śledzić i wyśledzić transakcje cyfrowe wszystkich osób, powiedział prof. Cahill.

„A następnie przejść z systemu, w którym możesz mieć 'własne aktywa zgodnie z prawem’ i nikt nie może wtargnąć na nie lub ingerować w nie, do systemu, w którym próbują [przenieść] wszystkie twoje aktywa do swojego systemu i mogą go następnie odciąć w dowolny sposób”.

W ich cyfrowym systemie wszystkie nasze aktywa nie będą już należały do nas, będą należały do systemu bankowego. Tak więc, oni będą właścicielami naszych aktywów.

„To co mamy w ramach tej Agendy 21 to bezprawna warstwa, w systemie bankowym, na wierzchu tego co uważamy za system zgodny z prawem … Wszystko, co robią ma na celu zwiększenie strachu i zubożenie ludzi.

„To jest program wielopokoleniowy … jeśli mogą to zrobić w jednym pokoleniu, to pokolenie, które jest teraz pięciolatkami, za 20/30 lat będzie myślało, że to normalne, że prawdziwe pieniądze i gotówka nie są akceptowane”.

Jeśli chodzi o część Agendy dotyczącą przejścia z prawdziwych pieniędzy na waluty cyfrowe, „są [prawdopodobnie] w połowie drogi [wdrażania jej],” powiedziała prof. Cahill.

Program demoralizacji

„Ale myślę, że to, co jest bardzo obiecujące”, powiedziała prof. Cahill, to to,że „cała sprawa jest bardzo prosta do rozwiązania … Nikt nie jest ponad prawem … Kiedy ludzie zdadzą sobie z tego sprawę, możemy faktycznie zatrzymać to bardzo prosto”.

Innymi słowy, rozwiązaniem jest pociągnięcie każdego – z lekarzy, policjantów, biegłych sądowych i opiekunów domowych – do odpowiedzialności w zakresie ich obowiązków za to, co zrobili lub czego nie zrobili.

Na przykład w Irlandii istnieje organizacja o nazwie Irlandzkie Bractwo Republikańskie („IRB”), najstarszy ruch polityczny w Irlandii. „Odtworzyliśmy [IRB] … i to, co teraz robimy – mamy setki ludzi, tysiące ludzi, którzy są zdeterminowani, aby rozwiązać to wszystko – musimy tylko zapytać ludzi, którzy są opłacani jako sędziowie, nadzorcy lub policja: 'czy to, co robisz, jest zgodne z prawem i jaka jest twoja rola?'”, powiedziała prof. Cahill.

Podała przykład 10 domów opieki w Irlandii w styczniu 2021 roku, w których ludzie zmarli krótko po wstrzyknięciu im „szczepionki” Covid. Lokalny konstabl policji został opłacony i złożył przysięgę, że zbada te zgony.

„My w społeczeństwie mamy społeczną więź i to jest to, że ludzie nie mogą przejść obojętnie, gdy są zabijani ludzie [bez względu na to, kim jesteś i jakie stanowisko zajmujesz]. To bardzo proste. A komu płacimy za zapewnienie, że ludziom dosłownie nie ujdzie na sucho morderstwo? … Kiedy dochodzi do masowych zgonów, jak w przypadku 8 osób [w jednym domu opieki] w ciągu 48 godzin, musimy wtedy przeprowadzić śledztwo i powiedzieć 'cóż, czy lokalny policjant zgłosił to jako podejrzaną śmierć, czy zgłosili to przedsiębiorcy pogrzebowi, czy właściciele domu opieki [zgłosili to], czy ludzie, którym płacimy, koronerzy, przeprowadzili śledztwo?’.

„Dla koronera lub lekarza podanie niewłaściwej przyczyny śmierci na świadectwie zgonu, oznacza pięć lat więzienia za każdy przypadek. Takie jest prawo … Jeśli rodzina składa skargę, a policja nie bada, czy koroner wykonuje swoją pracę, lub ludzie, którzy są przez nas opłacani jako sędziowie [nie badają] – jest to drugie najwyższe przestępstwo w urzędzie publicznym i kryminalne działanie na szkodę popełnione przez sędziego, który ignoruje tego typu przestępstwa.”

Dlaczego do tej pory ludziom nie udało się skłonić np. policji do przeprowadzenia śledztwa?

Przez ostatnie pokolenie Agenda 21 podkopała rządy prawa. Uczyniła to przez sądy, policję, koronerów i patologów działających niezgodnie z prawem. „W ramach Agendy 21 mają szczegółowy program analizy psychologii stojącej za zachowaniami przestępczymi … [to] co nazywa się 'agendą demoralizacji'”, powiedziała prof. Cahill.

Chcą, aby ludzie byli bezskuteczni w powstrzymywaniu zachowań przestępczych, aby zdemoralizować populację tak, aby czuła się „beznadziejnie”. Nieudane działania prawne „bojowników o wolność” są częścią agendy demoralizacji, aby wyglądało na to, że pewne systemy nie będą działać.

Źródło: Prof. Dolores Cahill: We Are Witnessing the Rollout of Agenda 21’s Depopulation and Undermining of Society19 października 2022 roku Profesor Dolores Cahill przeprowadziła z Maria Zee głęboką dyskusję na temat Agendy 21, potwierdzając, że żyjemy w czasie “masowego zabijania”.

Prof. Dolores Cahill – We’re in the Mass Killing Phase of Agenda 21

www.bitchute.com › video › uAnYytrdIpfn

U Św. Piotra oddaje się cześć nieczystemu bożkowi. Regnavit a ligno Deus. Dialog siostry zakonnej i arcybiskupa Viganò .

Gdyby Król królów i Pan panujących miał powrócić dzisiaj w Swojej chwale, czy rozpoznałby Swoją Oblubienicę, Kościół?

Do jakiego stopnia możemy nałożyć na siebie Kościół bergogliański i Kościół katolicki, akceptując, że w jakimś aspekcie są one do siebie podobne?

https://www.lifesitenews.com/opinion/archbishop-vigano-francis-church-no-longer-church/


Uwaga Redakcji: Publikujemy poniżej wymianę listów pomiędzy zakonnicą, a Arcybiskupem Carlo Maria Viganò. Pierwsza część artykułu to list zakonnicy do Jego Ekscelencji, druga część, to odpowiedź Jego Ekscelencji. 

============================

Najprzewielebniejszy Ekscelencjo,

Piszę do Was z okazji zbliżającej się Uroczystości Chrystusa Króla i pozwalam sobie podzielić się z Wami pewnym fundamentalnym pytaniem:

Czy jest jeszcze jakiś sens obchodzenia i przywoływania łaski, o którą zabiegano, gdy to święto liturgiczne zostało ustanowione?

Gdyby Król królów i Pan panujących (por. 1 Tm 6,15; Ap 19,16) powrócił dzisiaj w swojej chwale, czy poznałby Swoją Oblubienicę, Kościół?

Zadając te pytania, mogę sprawiać wrażenie braku szacunku i zaufania w obietnicę: „a bramy piekielne niezwyciężą go” (Mt 16,19), która pobrzmiewa jako nadzieja, której mogą się trzymać ci nieliczni, którzy ocaleli od zawieruchy śmiertelnej apostazji, który wtargnęła do Kościoła. Cóż, prowokacyjny ton tych pytań streszcza poczucie zagubienia tych nielicznych  wiernych, którzy jeszcze poszukują jakiegoś nawiązania do Magisterium, ważnego Sakramentu i spójności życia pasterzy. Zwracam się do Was, jak do „Głosu na pustyni”, który tyle razy oświetlał tyle zagubionych i zniechęconych dusz.

Chcę  się z Wami podzielić tą małą historią, która mi się przydarzyła:

Kilka dni temu pewna pani, która przyniosła do klasztoru jakieś datki, powiedziała do mnie: „Wie Siostra, nie śledzę zbytnio tych spraw, ale wydaje mi się, że kierunek, w którym ostatnio podąża Kościół, nie jest zbyt dobry…!”. Ze sposobu, w jaki mówiła, z tonu jej głosu, odniosłam wrażenie, że była zawstydzona tym, że wyraziła się w ten sposób wobec kogoś, kto jej zdaniem reprezentował ten „Kościół”, który właśnie skrytykowała. Mogłam wygłosić do niej wspaniałe przemówienie; jednak moja odpowiedź była prostym apelem o potrzebie wzmocnienia naszej osobistej modlitwy, pozostawiając tę panią w jej niewiedzy, a sama, „utożsamiłam się” z tym „Kościołem”, którego tak naprawdę nie czuję się przedstawicielką… 

 Odczuwałam wielką niemoc, niemożność udzielenia wyczerpujących i prawdziwych odpowiedzi. Kilka minut wcześniej czytałam słowa papieża Piusa XI, który sto lat temu w encyklice Ubi Arcano Dei napominał katolików o obowiązku przyspieszenia powrotu Społecznego Królowania Chrystusa, jako „moralnego obowiązku”, osobistego i zbiorowego zobowiązania.

Czy to zobowiązanie jest nadal aktualne? Jak powinniśmy je realizować w praktyce, skoro „Kościół” nie jest już „Kościołem”?

Encyklika Ubi Arcano Dei dała początek instytucji Święta Chrystusa Króla, które miało pierwszy raz miejsce w 1925 roku, właśnie po to, aby uniknąć bałaganu, którego doświadczamy w ostatnich latach. W tej encyklice, Królewski Majestat Chrystusa był rozumiany jako remedium na sekularyzm i na wszystkie te błędy, które – z perspektywy stu lat – zostały wspaniałomyślnie przyjęte przez wielu hierarchów, biskupów, kardynałów, a nawet tego, który deklaruje się jako Wikariusz Chrystusa i który, posługując się tym tytułem, promował  przyspieszoną ruinę owczarni, „zwodniczo” mu powierzonej.

Franciszek jest uważany za papieża – apostatę, ale czy jest papieżem? Czy kiedykolwiek był papieżem?
Kiedy Piłat zapytał Jezusa, czym jest prawda, mimo że miał przed sobą samą Prawdę, spojrzenie Chrystusa, Sędziego świata, przeniknęło przeciętność tego słabego człowieka, który przed nim stał. Piłat zadrżał na chwilę, ale blask jego osobistej pychy zwyciężył. Chrystus Król powraca dziś w tej samej postaci i patrzy w oczy biskupom i kardynałom, tym, którzy nie uznają Korony Cierniowej, którą On założył za nich, płacąc cenę za ich zdradę, pychę i niegodziwe zaślepienie.

Przypominam sobie lekturę Dzienniczka Św. Faustyny Kowalskiej – Świętej Miłosierdzia . Pewnego dnia ukazał się jej Pan Jezus, ubiczowany, zakrwawiony i ukoronowany cierniem: spojrzał jej w oczy i powiedział: „Oblubienica musi upodobnić się do swego Oblubieńca”. Święta zrozumiała, co oznacza to wezwanie do „zaślubin”, do dzielenia się wszystkim. Prawdopodobnie jest to ta forma uznania Królewskiego Majestatu Chrystusa, której od każdego prawdziwego katolika,  domagają się obecne czasy. 

Tak, wydaje mi się, że to jest powołanie „prawdziwego Kościoła” w naszych czasach: tej małej trzódki, która spotykając się ze spojrzeniem Chrystusa Króla, zmaltretowanego i oszpeconego przez bluźnierstwo i przewrotność, ma jeszcze odwagę dać świadectwo miłości, wierności i spójności sumienia, która nie jest w stanie się Go wyprzeć, ponieważ w przeciwnym razie wyparłaby się Chrystusa Króla, tak jak Piłat, Herod i wszyscy przywódcy narodów.

Nie ukrywam przed Wami, że tymi słowami chciałam poprosić o kolejny z Waszych esejów, które są pełne chrześcijańskiej nadziei dla tej małej resztki, która jest pogubiona, ponieważ jest bez Pasterza, bez Wikariusza Chrystusa, który powinien strzec i bronić powierzonego mu Kościoła.

Zadałam kilka pytań, które wielu zadaje ze smutkiem w sercu i jestem pewna, że Duch Święty udzieli Wam odpowiedzi, które rozpalą na nowo oczekiwanie na powrót triumfu Królestwa Chrystusowego w społeczeństwie, w każdym sercu i nad całym obliczem ziemi!
Pacificus vocabitur, et thronus eius erit firmissimus in perpetuum!” 

==========================

Odpowiedź Arcybiskupa Viganò


Wielebna i Najdroższa Siostro,

Z żywym zainteresowaniem i poruszeniem przeczytałem list, który mi przesłałaś. Pozwól, że odpowiem najlepiej jak potrafię.

Twoje pierwsze pytanie jest tak bezpośrednie, że aż rozbrajające: „Gdyby Król królów i Pan panujących miał powrócić dzisiaj w Swojej chwale, czy nadal rozpoznałby Swoją Oblubienicę, Kościół?”. Oczywiście, że rozpoznałby Ją! Ale nie w sekcie, która zasłania Stolicę Piotrową, raczej w wielu dobrych duszach, zwłaszcza w kapłanach, zakonnikach i  zakonnicach, a także w wielu prostych wiernych duszach, które, nawet jeśli nie mają rogów światła na czole, jak Mojżesz (Wj 34,29), są nadal rozpoznawalne jako żyjący członkowie Kościoła Chrystusowego.

Nie rozpoznałby Jej u Św. Piotra, gdzie oddaje się cześć nieczystemu bożkowi; ani w Domu Św. Marty, gdzie sztuczne ubóstwo i nadęta pokora Lokatora, są pomnikiem jego ogromnego ego; ani na Synodzie o Synodalności, gdzie fikcja demokracji służy do dokończenia demontażu Boskiego gmachu Kościoła katolickiego i narzuceniu gorszących sposobów życia; ani w diecezjach i parafiach, w których ideologia soborowa zastąpiła wiarę katolicką i usuniętą Tradycję. Pan, jako Głowa Kościoła, rozpoznaje pulsujących życiem członków Jego Mistycznego Ciała oraz tych, którzy są już martwi i gniją, wyrwani od Chrystusa przez herezję, pożądliwość i pychę, i którzy są poddani szatanowi. Więc tak: Król Królów rozpoznałby pusillus grex(małe stadko), nawet gdyby musiał szukać ich zgromadzonych wokół ołtarza gdzieś na strychu, w piwnicy lub w środku lasu.

Wspominasz, że obietnica Non prævalebunt może rozbrzmiewać jak „nadzieja, której mogą się trzymać nieliczni” oraz że, ” prowokacyjny ton tych pytań streszcza poczucie zagubienia tych nielicznych  wiernych, którzy jeszcze poszukują jakiegoś nawiązania do Magisterium, ważnego Sakramentu i spójności życia pasterzy.”

Obietnica naszego Pana dla Św. Piotra jest w pewnym sensie prowokacyjna, ponieważ wychodzi z dwóch założeń: pierwsze to, że bramy piekielne nie zwyciężą, co nie mówi nam nic o poziomie prześladowań, jakie będzie musiał znosić Kościół.

Drugie, logiczne następstwo pierwszego, jest takie, że Kościół będzie prześladowany, ale nie pokonany. W obu przypadkach jesteśmy proszeni o dokonanie aktu wiary w Słowo Zbawiciela i w Jego wszechmoc, wraz z aktem pokornego realizmu, uznającego naszą słabość i fakt, że zasługujemy na najgorsze kary, zarówno jako „moderniści”, jak i „tradycjonaliści”.

Pytasz mnie, jak wprowadzić w życie apel Piusa XI o przywrócenie Społecznego Królowania Chrystusa, „jeśli 'Kościół’ nie jest już 'Kościołem’.” Z pewnością Kościół widzialny, któremu świat nadaje nazwę „Kościoła katolickiego” i którego papieżem jest Bergoglio, nie jest już Kościołem, przynajmniej w odniesieniu do tych kardynałów, biskupów i księży, którzy z przekonaniem wyznają inną doktrynę i deklarują się jako wyznawcy „Kościoła soborowego” w antytezie do „Kościoła przedsoborowego”.

 Ale czy Ty i ja, a także liczni księża, zakonnicy i wierni, jesteśmy częścią tego kościoła czy też Kościoła Chrystusowego? Do jakiego stopnia możemy nałożyć na siebie Kościół bergogliański i Kościół katolicki, akceptując, że w jakimś aspekcie są one do siebie podobne? Problem polega na tym, że rewolucja soborowa rozerwała więź tożsamości między Kościołem Chrystusowym a hierarchią katolicką.

Przed SW II było nie do pomyślenia, że papież mógłby otwarcie zaprzeczyć swoim poprzednikom w kwestiach doktrynalnych lub moralnych, ponieważ hierarchia bardzo jasno znała swoją rolę i swoją moralną odpowiedzialność w administrowaniu władzą Świętych Kluczy i autorytetem Wikariusza Chrystusa i pasterzy. Sobór, zaczynając właśnie od anomalnej definicji, którą sam podał, i od zerwania z przeszłością w postaci eliminacji kanonów i anatem, pokazał, że możliwe jest, aby ktoś, kto nie ma zmysłu moralnego, sprawował świętą rolę w Kościele, nawet jeśli jest niegodny z powodu tych trzech aspektów, które słusznie wyliczyłaś:

„Magisterium, ważny Sakrament i spójność życia pasterzy”. Ci pasterze, dewianci w doktrynie, moralności i liturgii, nie czują się związani z faktem, że są wikariuszami Chrystusa, a zatem mogą rządzić Kościołem tylko wtedy, gdy ich władza jest wykonywana zgodnie z celami, które ją legitymizują. Dlatego nadużywają własnej władzy, uzurpują sobie autorytet, którego Boskiego pochodzenia się wypierają, i poniżają świętą instytucję, która gwarantuje ich autorytet.

Ten zerwanie, to gwałtowne rozdarcie, dokonało się na płaszczyźnie duchowej w momencie sekularyzacji władzy hierarchów, podobnie jak to się stało w sferze cywilnej. Gdziekolwiek władza przestaje być święta, usankcjonowana z góry, sprawowana w miejsce Tego, który łączy w sobie duchową władzę Najwyższego Pasterza oraz doczesną władzę Króla i Pana, tam ulega zdeprawowaniu i popada w tyranię, zaprzedaje się korupcji i popełnia samobójstwo poprzez anarchię.

Piszesz: „Chrystus Król powraca dziś w tej samej postaci i patrzy w oczy biskupom i kardynałom, tym, którzy nie uznają Korony Cierniowej, którą On założył na ich miejsce, przyjmując cenę ich zdrady, ich pychy i ich niegodnej ślepoty”. Pod taką właśnie postacią , Droga Siostro, możemy dziś rozpoznać Kościół Święty.

Tak jak byliśmy zgorszeni widząc Jego Głowę poniżoną i wyszydzoną, ubiczowaną i krwawiącą, ubraną w szatę, trzymającą trzcinę i ukoronowaną cierniem, tak teraz jesteśmy zgorszeni widząc cały Kościół Walczący leżący na ziemi, zraniony, pokryty plwociną, znieważony i wyszydzony. Ale jeżeli Głowa chciała przyjąć ofiarę przez upokorzenie samego siebie aż do śmierci, śmierci krzyżowej, to z jakiego powodu my mielibyśmy przypuszczać, że zasługujemy na lepszy koniec, skoro jesteśmy Jego członkami, jeżeli naprawdę chcemy z Nim królować? Na jakim tronie zasiada Baranek, jeśli nie na królewskim tronie  Krzyża? Regnavit a ligno Deus. Taki był triumf Chrystusa; taki będzie triumf Kościoła, Jego Mistycznego Ciała. Słusznie komentujesz: „Oblubienica musi upodobnić się do swego Oblubieńca”. I kontynuujesz: „Tak, wydaje mi się, że to jest powołanie „prawdziwego Kościoła” w naszych czasach: tej małej trzódki, która spotykając się ze spojrzeniem Chrystusa Króla, zmaltretowanego i oszpeconego przez bluźnierstwo i przewrotność, ma jeszcze odwagę dać świadectwo miłości, wierności i spójności sumienia, która nie jest w stanie się Go wyprzeć, ponieważ w przeciwnym razie wyparłaby się Chrystusa Króla, tak jak Piłat, Herod i wszyscy przywódcy narodów.”

Twój list, Najdroższa Siostro, jest dla nas wszystkich okazją do refleksji nad tajemnicą passio Ecclesiæ, która jest tak bliska temu, co dzieje się w tych strasznych czasach. Kończę, przypominając „prowokację” Non prævalebunt: tak jak Zbawiciel znał cień grobu, tak my musimy wiedzieć, że stanie się to z Kościołem, a może już się dzieje. Ale On „Umocni kroki moje na ścieżkach twoich, aby się nie chwiały stopy moje. „(Ps 16), i sprawi, że Oblubienica powstanie tak, jak On sam powstał z martwych. W tym sensie słowa „Oblubienica musi upodobnić się do Oblubieńca” nabierają pełnego znaczenia, ukazując nam, że tylko idąc za Boskim Oblubieńcem po stromym zboczu na Golgotę, będziemy mogli zasłużyć na to, by pójść za Nim w chwale po prawicy Ojca.

Zachęcam was do czerpania duchowej korzyści z tych myśli, i udzielam Tobie i Twoim drogim współsiostrom mojego  ojcowskiego Błogosławieństwa.

+ Carlo Maria Viganò, Arcybiskup

4 listopada 2022

Św. Karola Boromeusza, Biskupa i Wyznawcy

Prawo Boże przeciwko sodomii. Boża anatema.

Prawo Boże przeciwko sodomii. Boża anatema.


Biskupi-sekretarze Bizantyjskiego Katolickiego Patriarchatu 

byzcathpatriarchate@gmail.com

—————————————————————-

Prawo Boże przeciwko sodomii. Boża anatema.

wideo: http://vkpatriarhat.org/pl/?p=19976  https://la-legge.wistia.com/medias/id4nx7duf2

https://rumble.com/v1tahs0-prawo-boe.html  cos.tv/videos/play/40254205830927360

ugetube.com/watch/G8QEXYymnZy8fIJ  bitchute.com/video/rgltdbSlD8FQ/

Każdy biskup lub ksiądz, który nadużywa władzy kościelnej i promuje sodomię, ściąga na siebie ipso facto Bożą klątwę i wykluczenie z Kościoła za głoszenie fałszywej ewangelii, czyli niebiblijnej nauki Kościoła (por. Ga 1,8).

Ziemia została splugawiona przez swoich mieszkańców, bo pogwałcili prawa, przestąpili przykazania, złamali wieczyste przymierze. Dlatego ziemię pochłania przekleństwo, a jej mieszkańcy odpokutowują; dlatego się przerzedzają mieszkańcy ziemi i mało ludzi zostało” (Iz 24:5-6).

Wiemy, że Boże groźby w przeszłości nie spełniły się, gdy ludzie pokutowali. Ale jeśli obecny Kościół odrzuca pokutę, do niego odnoszą się słowa Jezusa: „Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy zginiecie” (Łk 13:3)

Potępieńców czeka nie tylko zguba, ale także wieczny ogień: „…będą cierpieć katusze we dnie i w nocy na wieki wieków” (Ap 20:10)

Jest różnica między tym, który ma skłonność do sodomii i walczy z tą nieczystą namiętnością, by nie grzeszyć, a tym, który czyni się równym Bogu, usuwa prawo Boże, grzech już nie nazywa grzechem i narzuca go innym jako nową normę. Takie zachowanie jest już szatańskie. Jest to publiczny bunt przeciwko Bogu i Jego przykazaniom oraz przeciwko obiektywnym normom moralnym.

Za taką postawę spada Boża klątwa przede wszystkim na biskupów i księży, którzy aprobują sodomię i tym samym głoszą anty-pokutę. Przerażającym przykładem jest tak zwana droga synodalna, promowana zwłaszcza przez biskupów w Niemczech. Pseudo-papież Franciszek ją milcząco aprobuje, a tym samym, wbrew Bożemu słowu, podstępnie promuję legalizację perwersji. Boże słowo natomiast grozi za sodomię, połączoną z nieskruszonością, karą wiecznego ognia:

Jak Sodoma i Gomora i w ich sąsiedztwie położone miasta – w podobny sposób jak one oddawszy się rozpuście i pożądaniu cudzego ciała  stanowią przykład przez to, że ponoszą karę wiecznego ognia” (Judy 7)

„…mężczyźni z mężczyznami uprawiając bezwstyd i na samych sobie ponosząc zapłatę należną za zboczenie” (Rz 1:27).

Także miasta Sodomę i Gomorę obróciwszy w popiół (Bóg) skazał na zagładę dając przykład kary tym, którzy będą żyli bezbożnie” (2Pt 2:6).

Bóg w Starym Testamencie, aby zapobiec rozprzestrzenianiu się tej moralnej infekcji, ustanowił karę śmierci.

Ktokolwiek obcuje cieleśnie z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą, popełnia obrzydliwość. Obaj będą ukarani śmiercią, sami tę śmierć na siebie ściągnęli”  (Kpł 20,13)

W średniowieczu prawo świeckie karało akt sodomii, podobnie jak morderstwo lub inne poważne przestępstwo, także karą śmierci. Święty papież Pius V duchownych za zbrodnię sodomii degradował z urzędu i tym samym przekazał ich świeckiemu sądu. Papież dodał: „W przeciwnym razie ta perwersja nie zostanie wykorzeniona.” Muzułmanie akt sodomii do dzisiaj karzą śmiercią.

===================

To, że prawo świeckie dziś legalizuje sodomię, wiąże się z globalnym wysiłkiem redukcji ludzkości, czyli jej eksterminacji. Szczytem hipokryzji jest to, że to promują kościelni duchowni, nadużywający Bożego autorytetu.

Obecna satanistyczna ideologia wywraca wszystko do góry nogami. Zaprzecza naturalnym moralnym normom, a nawet legalizuje przestępczość i niemoralność, zaprzecza rozumowi i sumieniu, co widzimy w promowaniu genderu i tzw. transhumanizmu.

Tragedią jest to, że obecne kierownictwo Kościoła ten proces autodestrukcji ludzkości jeszcze przyspiesza. To są najpoważniejsze zbrodnie przeciwko Bogu i ludzkości. To nie tylko grzechy przeciwko Duchowi Świętemu, ale także grzechy, wołające do nieba! Prosty katolik jest całkowicie zdezorientowany duchem tego świata, który rozprzestrzenia się ze środków masowego przekazu i ze zmienionej opinii publicznej. Ale to, co najbardziej dezorientuje ludzi, – to fakt, że ten duch kłamstwa i śmierci jest promowany właśnie przez wielu kościelnych prałatów.

Nawet świat jest zszokowany tak zwaną synodalną drogą, która legalizuje sodomię jako nową naukę Kościoła. W rzeczywistości jest to fałszywa ewangelia, za którą spada Boża klątwa na tych, którzy ją promują, i na tych, którzy ją przyjmują. Słyszymy o biskupach flamandzkich, którzy otwarcie promują małżeństwa sodomitów w kościołach, słyszymy o konferencji biskupów niemieckich, którzy również to promują i to samo słyszymy o konferencji biskupów Australii i w innych miejscach. Dlaczego otrzymują zielone światło? Ponieważ pseudo-papież Franciszek promuje sodomię i małżeństwa sodomitów na każdym kroku. Nawet opowiada się za adopcją przez nich dzieci. Jeśli dziś katolik jest posłuszny tej bezczelnej i wrogiej Bogu hierarchii kościelnej, wchodzi na fałszywą ścieżkę, która prowadzi do wiecznego zniszczenia.

Trzeba sobie zdać sprawę, że grzech sodomii wiąże się z opętaniem przez demony, duchową ślepotą, zatwardziałością i buntem przeciwko Bogu. Wielu kościelnych prałatów zmienia myślenie wierzących na temat sodomii, uniemożliwiając im pokutę. Kto jednak odrzuca pokutę, tym samym odrzuca Boże miłosierdzie i sprowadza na siebie wyrok wiecznej śmierci. W godzinie śmierci znajdzie się w piekle.

Bóg ogłasza anatemę, czyli ekskomunikę, dlatego, aby ci, którzy żyją w zatwardziałości i buncie przeciwko Bogu, otrzymali zbawczą bojaźń, pokutowali i w ten sposób ocalili swoje dusze.

Dlatego w posłuszeństwie Bogu, w prorockim i apostolskim autorytecie, publikujemy Bożą anatemę:

W imię Boga w Trójcy Jedynego, Ojca, Syna i Ducha Świętego, tym ogłaszam na każdego kapłana i każdego biskupa, który publicznie promuje grzech sodomii, Bożą anatemę. Amen. Amen. Amen.

Jeśli taki zwodziciel Bożego ludu, czy to kapłan, czy biskup, nie będzie pokutował i umrze w zatwardziałości i buncie przeciwko Bogu, zostanie na wieki potępiony w piekle.

+ Eliasz

Patriarcha Bizantyjskiego Katolickiego Patriarchatu

+ Metodiusz OSBMr                + Tymoteusz OSBMr

biskupi-sekretarze

 28.10.2022

Prawo Boże przeciwko sodomii. Boża anatema

vkpatriarhat.org/en/?p=22392  /english/

vkpatriarhat.org/it/?p=9251  /italiano/

vkpatriarhat.org/fr/?p=15765  /français/

vkpatriarhat.org/es/?p=12499  /español/

11 listopada. Jakie święto – taka niepodległość? Prawdziwa data i prawdziwy sprawca.  Sprytne przejęcie narodowych dziejów.

11 listopada. Jakie święto – taka niepodległość? Prawdziwa data i prawdziwy sprawca.  Sprytne przejęcie narodowych dziejów.

  Jerzy Wolak

https://pch24.pl/jerzy-wolak-11-listopada-jakie-swieto-taka-niepodleglosc/

Niepodległość jest rzeczą wielką i wspaniałą. Należy się nią cieszyć i celebrować ją. Ale mądrze. Niestety świętowanie przez Polaków rocznicy odzyskania niepodległości w dniu 11 listopada jest pozbawione głębszego sensu i wszelkiej historycznej podstawy.

Narodowe Święto Niepodległości Rzeczypospolitej wisi w próżni – nie wyznacza go data proklamacji żadnego oficjalnego dokumentu czy też orędzia. Nie wyznacza go data żadnego przełomowego wydarzenia. Bo też w istocie 11 listopada nic się nie wydarzyło – jak historia Polski długa i bogata. No chyba, że wspaniałe zwycięstwo odniesione przez wojska polskie pod wodzą hetmana wielkiego koronnego Jana Sobieskiego nad Turkami pod Chocimiem. Ale to było w roku 1673 – sto lat przed pierwszym rozbiorem Rzeczypospolitej, więc choć okazja zacna, za nic nie pasuje do kontekstu.

Podobnie nie pasuje doń Dzień Świętego Marcina, czyli przypadające w Kościele katolickim na 11 listopada wspomnienie niezwykle na ziemiach polskich popularnego Marcina z Tours.

Wszakże znacznie bliżej Tours leży Las Compiègne, pośrodku którego w specjalnym wagonie kolejowym właśnie 11 listopada 1918 roku podpisano rozejm kończący czteroletnie zmagania Wielkiej Wojny. A to już znacznie bardziej pasuje do kontekstu. Ale nie polskiego. Dla Zachodu, owszem, jedenasty dzień listopada stanowi pamiątkę ze wszech miar ważną, w dziejach Polski jednak marginalną.

Cóż się bowiem wydarzyło 11 listopada 1918 roku w Polsce? Rada Regencyjna w Warszawie przekazała przybyłemu dzień wcześniej z Berlina Józefowi Piłsudskiemu zwierzchnictwo i naczelne dowództwo nad Wojskiem Polskim. Czy to jednak słuszny powód, aby dzień ów czcić jako pamiątkę odzyskania niepodległości? Żadną miarą! Machina naszej niepodległości pracowała już bowiem od ponad miesiąca. Józef Piłsudski przyszedł na gotowe. 10 listopada 1918 roku przyjechał niemieckim pociągiem do Polski już niepodległej.

  Prawdziwa data i prawdziwy sprawca

Kiedy zatem powinniśmy świętować odzyskanie niepodległości po wieku rozbiorów? Siódmego dnia października. Tego dnia bowiem została publicznie ogłoszona deklaracja niepodległości Rzeczypospolitej. Proklamowała ją najwyższa legalna polska władza – Rada Regencyjna Królestwa Polskiego – 7 października 1918 roku.

W odezwie do narodu polskiego wydanej tegoż dnia przez Radę Regencyjną czytamy:

„Polacy! Obecnie już losy nasze w znacznej mierze w naszych spoczywają rękach. Okażmy się godnymi tych potężnych nadziei, które z górą przez wiek żywili wśród ucisku i niedoli ojcowie nasi. Niech zamilknie wszystko, co nas wzajemnie dzielić może, a niech zabrzmi jeden wielki głos: Polska zjednoczona niepodległa!”

Niestety, w świadomości współczesnych Polaków, karmionych maksymalnie uproszczoną legendą, Rada Regencyjna Królestwa Polskiego – czynnik kluczowy w procesie odzyskiwania niepodległości przez Polaków po stu dwudziestu trzech latach rozbiorów – praktycznie nie istnieje. Niesłuszne to i niesprawiedliwe. Była ona bowiem pierwszym organem władzy odrodzonej Rzeczypospolitej.

Niektórzy to jednak kwestionują, by – co niezmiernie ciekawe – niemal na tym samym oddechu pochwalać oddanie przez nią władzy w ręce Józefa Piłsudskiego. I w najmniejszym nawet stopniu nie poczuwają się do niekonsekwencji. Bo skoro Rada miałaby być nielegalna, to władza przekazana brygadierowi nie była warta funta kłaków…

Inni deprecjonują Radę Regencyjną jako instytucję powstałą z nadania zaborcy i okupanta. To równie niegodziwe. Czyż bowiem wszyscy patrioci polscy owego czasu nie wiązali nadziei z jedną bądź drugą stroną „wojny powszechnej za wolność ludów”? Czy Roman Dmowski i Komitet Narodowy Polski nie postawili w tej rozgrywce na Rosję, a Józef Piłsudski i Związek Walki Czynnej – na Austro-Węgry i Niemcy? A że w odpowiednim momencie uwolnili się od zaborczej kurateli, by prowadzić samodzielną politykę? To samo przecież uczyniła Rada Regencyjna. I to z rewolucyjną wręcz jak na konserwatystów szybkością.

Kiedy 5 października 1918 roku kanclerz Cesarstwa Niemieckiego Maksymilian Badeński zwrócił się do prezydenta Stanów Zjednoczonych Thomasa Woodrowa Wilsona z ofertą rokowań pokojowych na podstawie czternastopunktowego amerykańskiego orędzia ogłoszonego w styczniu tego samego roku, trzeźwi polscy dyplomaci natychmiast dostrzegli w tym nieomylny sygnał, iż Rzesza wojnę nieodwołalnie przegrała. A skoro jeszcze Niemcy się godzą, ba sami proponują, by negocjować zakończenie konfliktu na podstawie dokumentu, którego trzynasty paragraf wyraźnie oznajmia, iż „powinno zostać utworzone niepodległe państwo polskie”, to nie ma na co czekać, tylko ogłosić niepodległość państwa polskiego.

I to właśnie uczynili – całkowicie ignorując status quo, czyli fakt urzędowania w Warszawie niemieckiego generalnego gubernatora Hansa Hartwiga von Beselera oraz zajmowania większości terytorium Królestwa Polskiego przez żołnierzy w pikielhaubach oraz sprzymierzonych z nimi c.k. dezerterów. W oparciu o postulat amerykańskiego prezydenta, iż „powinno zostać utworzone niepodległe państwo polskie na terytoriach zamieszkanych przez ludność bezsprzecznie polską, z wolnym dostępem do morza, a niepodległość polityczna i gospodarcza oraz integralność terytoriów tego państwa powinna być zagwarantowana przez konwencję międzynarodową”, obwieścili Polsce i światu, że „wielka godzina, na którą cały naród polski czekał z upragnieniem, już wybija. Zbliża się pokój, a wraz z nim ziszczenie nigdy nieprzedawnionych dążeń narodu polskiego do zupełnej niepodległości. W tej godzinie wola narodu polskiego jest jasna, stanowcza i jednomyślna”.

Stało się to zaledwie dwa dni po nocie niemieckiego kanclerza – 7 października 1918 roku, i ten właśnie dzień powinien pozostać na wieczną rzeczy pamiątkę Narodowym Dniem Niepodległości.

  Sprytne przejęcie narodowych dziejów

Ale nim nie jest. Dlaczego? Za sprawą wiernych akolitów Józefa Piłsudskiego uzurpujących sobie monopol na historię Polski. W ich narracji wszystko, do czego nie przyłożył ręki Brygadier-Marszałek-Wódz, nie miało dla naszych narodowych dziejów żadnego znaczenia – jakby zupełnie nie zaistniało. Więc po co o tym wspominać, po co to pamiętać?

Stąd data odzyskania niepodległości – 11 listopada – dzień, w którym Rada Regencyjna mianowała Komendanta głównodowodzącym Wojska Polskiego, od czego – w ich optyce – rozpoczęło się dzieło odbudowy polskiej państwowości. Józef Piłsudski przybył, zobaczył, zwyciężył – uniósł ręce nad Polską zupełnie jak Mojżesz podczas starcia Izraelitów z Amalekitami pod Refidim i dalsze wypadki dziejowe potoczyły się zgodnie z jego politycznym geniuszem.

A że akurat tego samego dnia podpisano rozejm na froncie zachodnim, co przyjęło się uznawać za datę zakończenia pierwszej wojny światowej, to tym lepiej, bo można było wątpliwej wagi wydarzenie lokalne podeprzeć faktem o niepodważalnym znaczeniu globalnym, i na takim pomyślnym splocie budować legendę.

A Polacy – naród na wskroś romantyczny – legendy nad wyraz lubią i przedkładają je ponad rzeczywistość. Niespecjalnie do nich przemawia konstatacja Józefa Mackiewicza, że „tylko prawda jest ciekawa”. Polacy preferują raczej dobrze wysmażoną propagandę, zwłaszcza obficie podlaną sosem poezji – menu w sam raz na wieczornice, apele, akademie. To w istotnej części efekt romantyczno-lewoskrętnej edukacji całych pokoleń Polaków – czy można się więc dziwić ich naturalnej, wręcz instynktownej skłonności ku lewicowym narracjom, schematom i stereotypom?

  Stateczni, roztropni realiści

Tymczasem – co warto sobie uzmysłowić i zapamiętać – niepodległość Polski proklamowali konserwatyści.

To także bywa dziś cierniem w oku wielu historyków. A jednak właśnie fakt, iż Radę tworzyli polityczni realiści o światopoglądzie zachowawczo-monarchistycznym, przesądzał o jej powadze, stateczności, rzetelności i ostatecznie – skuteczności. Rada Regencyjna stanowiła prawdziwy przekrój elity społeczno-polityczno-duchowej ówczesnej Rzeczypospolitej.

Oto książę Zdzisław Lubomirski – filantrop i promotor edukacji, prezydent Warszawy i działacz samorządowy; oto Józef Ostrowski – ziemianin i prawnik, prezes konserwatywnego Stronnictwa Polityki Realnej; oto wreszcie Aleksander Kakowski – arcybiskup metropolita warszawski, czyli prymas Królestwa Polskiego. Zwłaszcza obecność tego ostatniego w Radzie Regencyjnej, powołanej wszak – jak sama nazwa wskazuje – w celu sprawowania władzy w imieniu monarchy pod jego nieobecność, wpisuje się w odwieczną tradycję ustrojową Rzeczypospolitej, zgodnie z którą w czasie bezkrólewia funkcje monarsze sprawował prymas Polski.

Jako ludzie poważni, stateczni i cnotliwi, regenci nie ograniczyli się do pustego frazesu, lecz od razu zaczęli przekuwać deklarację w czyn. Już zresztą wcześniej – przez niemal równy rok działalności – Rada Regencyjna krok po kroku poszerzała przestrzeń suwerenności, kładąc trwałe podwaliny porządku polityczno-społecznego odrodzonego państwa polskiego. Zorganizowała i rozbudowała administrację państwową, utworzyła zalążek polskiej dyplomacji, rozwijała polskie szkolnictwo i sądownictwo oraz – last but not least – zbudowała polskie siły zbrojne. Ówcześni Polacy ze wszystkich zaborów (z wyjątkiem, jak zwykle, lewaków) postrzegali Radę jako prawowitą władzę Polski, której powrót na mapy świata już od wiosny 1918 roku wręcz „czuło się w kościach”. Dowodzi tego choćby decyzja sztabu I Korpusu Polskiego w Rosji o uznaniu zwierzchnictwa Rady Regencyjnej.

Ówczesnym Polakom ani przez myśl nie przeszło kwestionować uprawnienia regentów do ogłoszenia niepodległości. Na manifest Rady zareagowali zachwytem przechodzącym w upojenie.

„Wczoraj od południa Warszawa zmieniła oblicze” – czytamy w „Kurierze Porannym” z 8 października – „zmieniła je nagle, jak za uderzeniem pioruna. Bo, zaiste, uderzył piorun! (…) Piorun błogosławiony! (…) Chwila uroczysta, godzina wielkiego cudu: zrasta się w jedno ciało rozcięty po trzykroć narodowy organizm. (…) Zwracają nam dzieje to, co nam odjęły”.

„Czy to prawda? Czy to być może?” – zanotowała w dzienniku tego samego dnia znana lwowska nauczycielka, uczestniczka powstania styczniowego, Zofia Romanowiczówna. – „Mówią mi, że powiedziano przed godziną, że Polska ogłoszona wolną i niepodległą, cała, od morza do morza! Ach! Nie mam słów na to, co się dzieje w mojej duszy”.

„Żyjemy w baśni, w najprzecudniejszej baśni” – entuzjazmowała się Maria Dąbrowska. – „Zdaje mi się, że nie jesteśmy dość wielcy, aby czuć się dostatecznie szczęśliwi. Nie jesteśmy dość dobrzy, aby być godni”.

A 14 października „Przegląd Poranny” doniósł, że „zgromadzeni w liczbie około dwóch tysięcy w Alei Jerozolimskiej oficerowie i żołnierze korpusu Dowbora-Muśnickiego przemaszerowali plutonami z orkiestrą na czele przez Nowy Świat, Krakowskie Przedmieście do Zamku Królewskiego”.

Dwa dni wcześniej Rada Regencyjna przejęła od Niemców władzę zwierzchnią nad wojskiem i ustanowiła dlań polską rotę przysięgi; tydzień później przyjmie dymisję niemieckiego wodza naczelnego polskiej siły zbrojnej, by po kolejnym tygodniu mianować szefem sztabu generalnego Wojska Polskiego generała Tadeusza Rozwadowskiego.

Nie dość jednak na tym. Deklaracja niepodległości zainicjowała nie tylko ruchy administracyjno-gabinetowe, ale też popchnęła do działania zwolenników akcji bezpośredniej. 31 października w Krakowie rozpoczęło się rozbrajanie żołnierzy armii zaborczych. „Było około 11.30, gdy odwach objęli pierwsi żołnierze wolnej Polski. (…) Entuzjazm był nie do opisania” – wspominał kapitan Antoni Stawarz.

Sprawa polska nabrała ogromnego przyspieszenia.

  Gwałtowny skręt w lewo

W takiej to sytuacji 10 listopada przybył do Warszawy specjalnym pociągiem z Berlina, czyli w iście niemieckim stylu wypróbowanym na Leninie, Józef Piłsudski.

I dalsze wypadki potoczyły się w zupełnie niewytłumaczalny sposób. Rada Regencyjna bowiem z miejsca postanowiła się rozwiązać, by – jak zapisano w dekrecie z 11 listopada – „wobec grożącego niebezpieczeństwa zewnętrznego i wewnętrznego dla ujednostajnienia wszystkich zarządzeń wojskowych i utrzymania porządku w kraju” przekazać władzę wojskową i naczelne dowództwo wojsk polskich brygadierowi Józefowi Piłsudskiemu. Dlaczego to uczynili?

Czyżby faktycznie – jak głoszą podręczniki do historii – przestraszyli się ulicy? Listopad 1918 roku przyniósł bowiem ogromną aktywizację lewicy. Polonia Restituta od samego urodzenia (można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że w ostatnim stadium prenatalnym) wybrała kurs na lewo. Czy zresztą można się temu dziwić? Przez cały miniony wiek „duch demokratyzmu równającym pługiem orał społeczną glebę” – jak to z poetyckim polotem określiła Eliza Orzeszkowa. Wobec załamania dotychczasowego porządku jak grzyby po deszczu wyrastały na prowincji półbolszewickie gremia roszczące sobie prawo do sprawowania władzy na polskiej ziemi: Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej Daszyńskiego, Republika Tarnobrzeska, Polska Komisja Likwidacyjna Witosa. Rzut oka na ich programy do dziś jeży włosy na głowie…

A jednak to nie do końca z obawy wyniknęło przekazanie władzy przez Radę Regencyjną Józefowi Piłsudskiemu. Ani też z bezradności – wbrew temu, co wywnioskował z rozmowy z księciem Zdzisławem Lubomirskim w roku 1919 Hipolit Korwin-Milewski, mianowicie, iż „jeśli ten niepozbawiony energii mąż stanu w chwili runięcia potęgi niemieckiej znalazł się zupełnie bezbronnym wobec agitacji ulicznej, zakusów PPS, machinacji Daszyńskiego w Krakowie i Lublinie, to dlatego, że nie skorzystał w ostatnich miesiącach z osłabienia łapy niemieckiej, żeby sobie zorganizować zawczasu, czy to przez porozumienie z Dowbór-Muśnickim, czy przez urządzenie w Warszawie i w głównych miastach z elementów umiarkowanych rodzaju milicji, swoją własną siłę zbrojną”.

  W pułapce przesądów

Szkopuł wydaje się tkwić gdzie indziej. Oto bowiem z jednej strony regenci za wszelką cenę pragnęli zapobiec wewnętrznemu konfliktowi w łonie młodego państwa, z drugiej jednak, polskie ziemiaństwo i arystokracja przez cały XIX wiek spędzony na walce i konspiracji, w rewolucyjnym ferworze i duchu „postępu”, mocno poczerwieniały. U początku XX stulecia naturalne elity społeczne Rzeczypospolitej podświadomie wierzyły w słuszność demokratyzacji świata – stąd chociażby zawarty w samej deklaracji niepodległości z 7 października dezyderat wypracowania porządku polityczno-prawnego opartego „na szerokich zasadach demokratycznych”.

Kłopotu mógł za to nastręczać transfer kompetencji – i tu, jak się wydaje, starzy konserwatyści wpadli w pułapkę przesądów światopoglądowych własnej sfery. Demokratyzacja, owszem, jak najbardziej, ale przecież nie w wykonaniu postpańszczyźnianych chłopów czy łyczków z endecji. Z ulgą więc, ba, z przyjemnością powitali przedstawiciela starej, dobrej, szlacheckiej rodziny o irredentystycznych tradycjach, aby zgodnie z zaleceniem markiza Juana Donoso Cortésa (znanego w Polsce, bo tłumaczonego na łamach rodzimej prasy konserwatywnej) w obliczu dyktatury sztyletu zgodzić się na dyktaturę szabli.

No bo czym innym wytłumaczyć skwapliwość, z jaką złożyli losy zmartwychwstałej ojczyzny w rękach socjalisty-eksterrorysty? De facto, acz chyba nieświadomie, traktując go jak króla. Problem w tym, że Józef Piłsudski wcale nie chciał być królem. Ani nawet zachowywać się jak król. On wolał być carem…

Obchodzenie świąt bez treści, celebrowanie „pustych” rocznic, fetowanie okazji bez pokrycia wskazuje, że zainteresowanym nimi nie chodzi o upamiętnienie konkretnego wydarzenia – co ma naród wiązać z jego przeszłością i dawać mu naukę na przyszłość – tylko o samo świętowanie, czyli zwykłą, pospolitą fiestę. To zaś wzbudza przerażające podejrzenie, że treść niepodległości i prawda na jej temat jest Polakom w zasadzie obojętna, byle tylko istniała okazja do świętowania. Zaprawdę, koszmarna to hipoteza, choć sensownie wyjaśnia, dlaczego ta nasza niepodległość jest taka marna i powierzchowna…

  Jerzy Wolak

WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (3). W Luwrze.

Andrzej Juliusz Sarwa

WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (3)

W Luwrze

Ponieważ na wyjazd króla Henryka do Polski trzeba było poczekać jeszcze parę tygodni, bo niezwykle starannie przygotowywano się do tej podróży, młody pan Jakub Białecki, poza skromnymi obowiązkami, które mu wyznaczono, czasu wolnego miał co niemiara. Nie nudził się jednak bynajmniej, albowiem zwiedzał Paryż, który wzbudzał w nim nieco mieszane uczucia. Z jednej strony znaczne miasto tętniące życiem, jakiego jeszcze ani razu nie widział, bo poza Sandomierz zwykle się dalej nie wypuszczał, przyprawiało o zawrót głowy, z drugiej wszystko tu było inne i obce. Tęsknił więc za czymś swojskim, za czymś, co by mu przypomniało ojczyznę, ale kościoły, domostwa, ludzie, a nawet kramy przekupek były odmienne od tych, które znał z Polski. Ba! Nawet i sprzedajne dziewki uliczne były inne!

Któregoś jednak dnia zabłąkał się nad Sekwanę i natknął tam na okraweczek zapuszczonej łąki, gdzie po przejściu kilku kroków owionął go słodkawockliwy, z wyraźnym miodowym akcentem, jakby lekko lepki, pozostawiający jednak chropawy posmak, zapach żółtych kwiatów kozibrodu.

Przymknął oczy i wyobraził sobie gęstą murawę nieopodal rodzinnego dworu bogato poprzetykaną tym złocistym kwieciem, a później jeden z jego ulubionych sandomierskich parowów, gdzie w słoneczne i ciepłe letnie przedpołudnia pachniało tak samo, jak tutaj. Nie dane mu jednak było długo się delektować tymi wyobrażeniami. Szybko wrócił do rzeczywistości, kiedy posłyszał za plecami energiczne męskie kroki i pytanie, najwyraźniej skierowane do niego:

Monsieur le Chevalier! Czy aby pan nie pobłądził, panie polski rycerzu?

Jakub przystanął i, obejrzawszy się, ujrzał francuskiego szlachcica w stroju gwardzisty królewskiego, na oko swojego rówieśnika, który prawą ręką dwornie uchylał kapelusza, lewą zaś wspierał na rękojeści szpady.

Zapytany odkłonił się grzecznie i odparł:

– Ano cóż, monsieur, z braku przewodnika błąkam się bez celu i planu. A może wręcz i bez sensu trochę. Zwiedziłem najważniejsze miejsca waszej stolicy, chociaż bynajmniej pewnie nie wszystkie, bo niewiele wiem o Paryżu.

– A czy w Luwrze pan byłeś? – zapytał Francuz.

– Ba! A niby jak? Czyż można tak komu bądź i kiedy bądź wchodzić do siedziby monarchy?

– A pan by chciał, panie kawalerze?

– A czy to możliwe?

– I owszem!

– Więc?

– Zawracaj zatem i chodźmy, monsieur! Pełnię dziś wartę w pałacu, więc ci to ułatwię.

– A nie obawiasz się, panie, że mogę być kimś, kto mógłby zagrozić bezpieczeństwu króla?

– Przecie należysz do oficjalnej polskiej delegacji, zatem musisz być osobą najwyższego zaufania. A poza tym w swoim niezwykłym stroju nie skryjesz się pomiędzy innymi, zawsze będziesz się wyróżniał. A to udaremnia jakiekolwiek próby zamachu. A… poza tym... poza tym… prędzej król tobie zagrozi niż ty królowi…

– W istocie – uśmiechnął się Jakub. – Poprawnie pan rozumujesz, chociaż pewności jednak nigdy mieć nie można. Wybacz, monsieur, ale zdajesz mi się być dosyć lekkomyślny. Gdybym ja się znajdował na pańskim miejscu, na pewno bym nie zaryzykował.

Francuz wzruszył ramionami i podkręcił wąsa:

– Więc idziesz pan, czy nie? Bo jeśli nie, to niech każdy z nas rusza w swoją stronę!

– Oczywiście, że idę. Nie przegapię takiej okazji!

Ostatecznie więc zawrócili i poszli. Po niewielu minutach marszu dotarli do Ogrodów Tuileries, a potem skierowali się w stronę królewskiej siedziby, do której dostali się bocznym wejściem. Znalazłszy się w budynku, polski szlachcic wyczuł jakiś niemiły odór, jakby starego moczu. Jednakowoż uznał, że może węch mu płata figle, że może to tylko jakiś rodzaj stęchlizny, albo skądś od rzeki przygnało ten smród. Tak czy inaczej, nie pachniało tu ładnie, chociaż wnętrze robiło duże wrażenie.

– A teraz panie kawalerze, kiedyś już w środku, możesz się rozpatrzeć, jak we Francji mieszkają władcy.

– Władcy? I skądże ta liczba mnoga?

– Jakże skąd? No przecież król Francji Karol, król Polski Henryk, królowa-matka Katarzyna, królowa Nawarry Margot…

– Prawda, umknęło mi to z pamięci. Ale jakżeś to pan wymienił te imiona? Zdaje się, że niezgodnie z precedencją1?

– Panie, kpisz pan ze mnie? – gwardzista chwycił za rękojeść szpady.

– A skądże! Nie obznajmiony jeszcze jestem z dworską etykietą, z protokołem… Korzystam więc, gdzie i jak się da, żeby się czegoś nauczyć.

Francuz słysząc takie słowa, nic już nie powiedział, zresztą nie musiał, bo jego bezbrzeżnie zdumiona mina wszystko powiedziała za niego.

– Zatem, monsieur, czy mam rację? – Jakub nie ustępował.

Gwardzista, potrząsając głową z niejaką dezaprobatą, w końcu dość gwałtownie ujął Jakuba za łokieć i poprowadził schodami w stronę jednego z korytarzy, wiodących w głąb gmachu. Nie uszli daleko, kiedy Francuz skierował się w stronę wnęki w ścianie, w której ustawiony był marmurowy tors jakiegoś mędrca czy greckiego bożka.

– Wybacz, panie kawalerze – przeprosił towarzysza, po czym bezceremonialnie rozpiął spodnie i odwróciwszy się w stronę postumentu, na którym była umieszczona rzeźba, zaczął oddawać mocz.

Skończył, otrzepał się, głośno wypuścił gazy, zapiął spodnie, odwrócił się z uśmiechem do kompana i jakby nigdy nic rzucił:

– No! Teraz mi lżej!

Jakub stał ze szczętem skonfundowany, bo czegoś takiego w życiu by się nie spodziewał. Jednocześnie dotarło do niego, że to, co wyczuł zaraz po wejściu do budynku, to naprawdę był stary, wyschły i zatęchły mocz.

– I cóżeś pan zrobił?… – wydusił z siebie z Polak.

– No jakże co? Ulżyłem naturalnej potrzebie, przecież pan widział, monsieur.

– Potrzeba może i naturalna, lecz nie miejsce, by sobie ulżyć – żachnął się Białecki.

– Nie rozumiem?… – Francuz zrobił tak zdziwioną i zarazem zakłopotaną minę, iż widać było, że naprawdę nie wie, o co rozmówcy chodzi. – A w owej waszej Polsce gdzie potrzebujący może ulżyć pęcherzowi? Bo nie wyobrażam sobie…

– W wychodku, czyli locum secretum, monsieur, w wychodku! – Jakub nie pozwolił mu dokończyć zdania.

– A i cóż to takiego?

– Osobne pomieszczenie, skąd nieczystości odprowadzane są od razu poza mury zamkowe! Drzwi ma zawsze zawarte to i smrody po korytarzach i komnatach się nie rozchodzą!

– Dziwne… i po cóż to? Nie łatwiej tak jak u nas?

Jakub aż złapał się za głowę:

– Bo to i nieprzystojnie, nieobyczajnie, to raz i żeby nie śmierdziało, to dwa.

– Może i jest w tym jakaś szczypta racji… może… tylko czy, u licha, warto komplikować proste sprawy? Przecież służba posprząta. Ale zakończmy ten temat, bo nie ma w nim niczego interesującego. Teraz zaś, monsieur, zostawię cię samego. Po pałacu możesz chodzić do woli. Jeśli byś jednak zapragnął gdzieś zerknąć za zamknięte drzwi, radzę ostrożność, iżbyś sobie jakiejś biedy nie napytał.

– A gdy mnie ktoś zaczepi i zacznie dochodzić, jakem tu wszedł, to jak się mam tłumaczyć?

– Nijak. Skoroś tu jest, to widać ci wolno. Nikt o nic pytać cię nie będzie. Zapamiętaj tylko drogę, byś trafił prosto do wyjścia, a nie pogubił się i potem nie błąkał.

* * *

Wnętrza Luwru zrobiły na Jakubie ogromne wrażenie. Bogactwo, przepych, okazałość… Rozległe, wysokie, ciągnące się hen korytarze i komnaty o krzyżowych i kolebkowych sklepieniach, pokrytych stiukami, przepysznymi malowidłami i złoceniami. Ściany z rzędami okien i drzwi, których wnęki były równie bogato zdobione, co i sufity. Fryzy, gzymsy, belkowania, kolumny, palmety, pilastry, stiuki, medaliony, wspaniałe meble ze szlachetnych gatunków drewna zdobione markietażem2, inkrustowane, intarsjowane… Feeria barw, blask złota i srebra, macica perłowa, polerowane brązy, kość słoniowa, niezliczone obrazy i rzeźby, elegancja, wykwint i zbytek, ale zawsze pełen smaku… Przepych… przepych… przepych… Aż kręciło się w głowie…

Galerie i krużganki, tajemnicze schodki, zaciszne pokoiki i obszerne komnaty, tapety z bogato tłoczonych w fantazyjne wzory kolorowanych, złoconych i srebrzonych szlachetnych skór i tapiserie – arrasy ze scenami rodzajowymi i gobeliny zdobione werdiurami3. Boazerie, w które wkomponowano obrazy w pysznych, bogato zdobionych ramach, cudowne rzeźby poustawiane w niszach, a wszystko to jak z fantastycznego snu…

* * *

Jakub, zwiedzając pałac, dotarł na ostatek do pewnej niewielkiej, lecz przytulnej komnaty, mającej nie więcej niż dziesięć kroków na długość i jakieś osiem na szerokość. Posiadała ona tylko jedno wąskie okno, za to dwoje drzwi umieszczonych w naprzeciwległych ścianach. Jej wyjątkowo skromne umeblowanie składało się z filigranowego stolika, równie filigranowej ozdobnej hebanowej szafki inkrustowanej srebrem, w której zamku tkwił kluczyk, kilku krzeseł oraz obszernego wygodnego łoża, które zajmowało nieomal połowę powierzchni pomieszczenia. Było to dziwne, ponieważ pokój nie wyglądał na sypialnię.

Pan Białecki ruszył ode drzwi, przez które wszedł i skierował się ku drzwiom znajdującym się po przeciwnej stronie komnaty, po czym położył rękę na klamce. Nie zdążył jednak jej nacisnąć, bo czyjaś inna dłoń otwarła je z drugiej strony i teraz zaskoczony młodzieniec znalazł się twarzą w twarz z wytwornie ubranym mężczyzną, z kolczykiem w uchu, obficie skropionym pachnidłami, w którym rozpoznał… króla Henryka.

Obydwaj, zdezorientowani nieco, przez chwilę zamarli w bezruchu, po czym Jakub cofnął się gwałtownie, blednąc i czerwieniąc się na przemian, następnie zaś skłonił się przed przybyłym, najdworniej jak umiał.

Król był równie zaskoczony, nie spodziewał się bowiem w tym miejscu zacisznym i skrytym, położonym z dala od serca pałacu, spotkać jednego ze swoich przyszłych polskich poddanych.

Jakub przez parę chwil nie potrafił wydobyć z siebie głosu, dopiero po dłuższej chwili, kłaniając się po raz kolejny, wydusił tylko te kilka słów:

– Wasza Królewska Mość! Sire!…

Król, widząc zakłopotanie intruza, natychmiast odzyskał rezon i z uśmiechem, siląc się na polski, powiedział:

Dządobrhy, Monsieur le Chevalier!

Młodzik odetchnął z ulgą i, jednocześnie zginając się w ukłonie, po francusku odpowiedział królowi:

Sa Majesté! Najjaśniejszy Panie!

Henryk wszedł do komnaty, a zaraz za nim jakiś jeszcze szlachcic, w którym Jakub rozpoznał drugiego z braci – króla Francji Karola IX. Skłonił się więc ponownie, lecz tym razem całkiem stracił już i głos i odwagę. Stał więc w milczeniu niczym skamieniały, bo nie wiedział jak wybrnąć z niezwykle kłopotliwej sytuacji.

Tymczasem władcy rozsiedli się na krzesłach i przyglądali Polakowi, z jakimiś dziwnymi wyrazami twarzy, lubieżnymi półuśmieszkami na ustach, drapieżnymi błyskami w oczach, trochę z drwiną, trochę z szyderstwem, a trochę z dziwnym jakowymś podnieceniem.

W końcu Henryk powstał i wyciągnął rękę w kierunku szafki, której wcześniej, siedząc, dotykał ramieniem. Przekręcił klucz, otwarł drzwiczki i wydobył ze środka flaszę o dziwnym kształcie, napełnioną jakimś złocistym i jakby lekko opalizującym płynem. A może to szkło flaszy opalizowało? Postawił flaszę na stoliku i sięgnął ponownie w głąb kredensiku, wyciągając tym razem wysmukły kielich z weneckiego szkła na kręconej nóżce.

Odkorkował butelkę, a następnie napełnił kielich po wręby płynem, który zawierała. Później przesunął delikatnie naczynie w stronę Jakuba i przywołał go gestem.

– Wypij, monsieur. Za nasze zdrowie. I za zdrowie naszego brata.

– I cóż to jest, Najjaśniejszy Panie?

– Wino, panie kawalerze, wino, a cóż by innego?!

– Nie ma u nas zwyczaju, by samemu pić…

– Lecz nie jesteśmy u was, lecz na razie jeszcze u nas. Monarsze się nie odmawia. I zapewniamy cię, że takiego wina nigdy w życiu nie kosztowałeś. Być może będziesz je wspominał przez długie lata?

Chłopak nic już nie rzekł, tylko chwycił nóżkę kielicha w palce, z szacunkiem pochylił głowę, potem podniósł go niezbyt wysoko i dobitnie wypowiedział słowa toastu:

– Vivat dux Henricus! Vivat rex Carolus!4 Dziękuję za niebywały zaszczyt, jakiego dostąpiłem, ze strony Waszych Królewskich Mości.

Przyłożył brzeg naczynia do ust i upił ze dwa łyki, a wtedy zdało mu się, że to jakowaś ambrozja bogów olimpijskich, rozkoszny nektar nieznany, specjał nieziemski wlewa mu się do wnętrza, a stamtąd przenika do żył i napełnia całe ciało cudownym, mistycznym niemal, nasyceniem! Już się więc nie ociągał, wypił wino kilkoma długimi łykami, aż mrużąc oczy z zachwytu. Kiedy zaś spełnił toast, postawił kielich na brzegu stoliczka i czekał, co będzie dalej. Ale nic nie było, Henryk ponownie napełnił puchar po wręby i znów delikatnie przesunął go w stronę młodzieńca…

* * *

Jakub był odurzony i bezsilny. Nie był skrępowany, lecz nie mógł się poruszyć. Przed oczami przesuwały mu się jakieś twarze, jedne realne, inne jakby z miłych baśniowych majaków, a jeszcze inne niczym dręczące widma ze snów koszmarnych. Nie odczuwał jednak lęku. Był obojętny na wszystko, co się wokół niego działo, a nawet na to, co jego samego spotykało. Uzmysłowił sobie, że leży na obszernym łożu, które zajmowało większą część komnaty, a tuż nad swoją twarzą ujrzał twarz króla, a właściwie księcia, bo przecież nie był jeszcze koronowany, Henryka. Władca zbliżył swoje usta do ust młodzieńca i jął całować je namiętnie. Potem zaś zaczął go rozbierać, nieomal zdzierając z niego przyodziewek. Gdy był już nagi, odwrócił go na brzuch i zaczął gładzić, a potem lekko kąsać w zadek, tak jednak, żeby go nie pokaleczyć, szepcząc coś przy tym, ale, mimo iż słowa docierały do uszu Jakuba, nie rozumiał ich, rozróżniał co prawda poszczególne dźwięki i sylaby, sensu jednak nie chwytał, mimo iż były to słowa znajome. To przez tę pustkę w głowie… Zamiast myśli – martwota, niemoc, otępienie…

Nie protestował, bo było mu obojętne, co się z nim dzieje. W końcu poczuł jeszcze intensywniejszą woń perfum Henryka, a potem jego ciężar na sobie. Smukłe i delikatne palce zaczęły rozsuwać mu pośladki…

– Henryku! Nie! – jakiś ostry, podniesiony młody kobiecy głos rozległ się komnacie. – Henryku!!! Ani się waż!

Czyjeś ręce zacisnęły się na ramionach księcia i poczęły go ściągać z Jakuba.

Henryk dźwignął się na nogi, podciągnął spodnie i z wściekłością schwycił napastniczkę w żelazny uścisk, a potem z całych sił pchnął ją na ścianę.

Ferme ta gueule! Casse-toi!5 – wrzasnął ordynarnie.

Siedzący dotychczas bez ruchu i tylko przypatrujący się bratu i jego poczynaniom względem Polaka, Karol IX, teraz się odezwał:

– I czemuż to, Margot, wtrącasz się w nieswoje sprawy? A może zazdrościsz? Poproś Henryka to i tobie wygodzi, jak to już nie raz bywało – i począł się donośnie śmiać, ale zaraz zamilkł. Jakiś skurcz przebiegł mu przez twarz i wykrzywił usta w okropnym grymasie. Karol schwycił się za głowę i wyjęczał:

– Znów płonę… znów płonę… och! Niechże mi ktoś ulży…

Margot podeszła do niego, przytuliła głowę brata do piersi i zaczęła ją gładzić.

– Już dobrze braciszku, już dobrze… To minie, za parę chwil minie…

Król drżał jeszcze przez jakiś czas, aż w końcu się uspokoił, kiedy jednak Margot chciała się od niego odsunąć, przytrzymywał ją z całych sił, błagając:

– Zostań, Margot, zostań…

Henryk, rozzłoszczony, rzucił się na krzesło, wyciągnął nogi jak najdalej przed siebie i założywszy ręce na piersiach, sapał z wściekłości.

– Henryku – Margot spokojnym głosem odezwała się do niego. – Henryku. Czy wiesz, jakie by mogły być konsekwencje tego, czegoś chciał się tu dopuścić?

– Żadne… – burknął książę i wzruszył ramionami.

– Nie, nie żadne. Polacy to nie Francuzi, z polską szlachtą nie można tak sobie poczynać, jak z francuską. To raz, a dwa – jeszcze jesteś w Paryżu, a nie w Krakowie i jeszcze nie zostałeś koronowany!

Henryk znów wzruszył ramionami.

– Gdyby wybuchł skandal, to polski tron mógłby cię ominąć. Wątpię, żeby Polacy puścili płazem taką zniewagę. Toż to poseł! Może nie magnat, nie arystokrata, ale poseł! Powinieneś to zrozumieć. I tak już cała nasza rodzina ma w świecie złą reputację, nie dokładajmy do niej kolejnych zgorszeń, braciszku. Raczej trzeba się nam zastanowić, jak zatuszować całą tę niemiłą historię. Ów młodzieniec w końcu dojdzie do przytomności i będzie chciał wrócić do swoich. I co się stanie, gdy im opowie o tym, co go tu spotkało? Oby niczego sobie nie przypomniał, lecz nie można mieć takiej pewności, bo a nuż wszystko zachowa w pamięci?

– Margot ma rację – zgodził się Karol, po czym wyswobodził się z jej objęć, sięgnął po sztylet i skierował w stronę wciąż półprzytomnego Polaka. Jego wąska i chuda szczurza twarz o chytrym wyrazie, w jednej chwili zmieniła się w twarz krwiożerczą, oczy mu płonęły żądzą mordu i drżał cały, jakby z pożądania.

– Co chcesz uczynić?! – zawołała Margot.

– Jakże co? Zabić! Rozwiązać problem. Usunąć przeszkodę. Tak będzie najprościej.

– Zaczną go szukać – Henryk pokręcił głową z dezaprobatą. – Nie bracie, nie można go tu zaszlachtować, co jak wiemy, emocjonuje cię, podnieca i uspokaja zarazem, chociaż zgadzam się, że tak by było najprościej i w innych okolicznościach bym cię nie powstrzymywał.

– Więc? – Karol spojrzał pytająco na Henryka.

– Może na początek przenieście go do mnie, do mojej komnaty? – wtrąciła Margot.

– A potem?

– Potem coś wymyślę. Czyż to raz ratowałam was z opresji?

Obydwaj Walezjusze ujęli młodzieńca mocno pod ramiona i poprzedzani przez Margot powlekli tajemnym korytarzem do jej sypialni.

Nad Paryżem poczynało zmierzchać…

* * *

Jakub Białecki obudził się zmęczony i nie całkiem przytomny. Czuł się otępiały i lekko zamroczony. W pierwszej chwili nie wiedział, gdzie się znajduje, ale spojrzawszy na bogato dekorowany sufit, ściany, sprzęty, zrozumiał, że wciąż jest w Luwrze. Jeszcze bardziej się zdumiał, gdy usiadł i dostrzegł leżącą obok, może nie uderzająco piękną, lecz za to bardzo pociągającą młodą kobietę, mogącą liczyć jakieś dwadzieścia lat, która spała wciąż głębokim snem. Nie pojmując, kiedy i jak tu się znalazł, zaczął przyglądać się jej z uwagą. Twarz miała miękko zaokrągloną, czoło wysokie, nos dość wydatny, podobnie uszy, usta duże, ale o szlachetnym wykroju, a ciemnoblond włosy ufryzowane w gęste drobne loczki.

Jakub uchylił przykrycia i zobaczył, iż oboje są całkiem nadzy, co go i przeraziło i do końca zbiło z tropu. Nie pojmował, jak mogło do tego dojść i dlaczego niczego nie pamięta. Miniony wieczór był dla niego czarną bezdenną studnią. Miał pustkę w głowie, a ostatnim, co mu przychodziło na myśl, było dość mgliste wspomnienie tego, jak wchodził do niewielkiej komnaty z obszernym łożem i dwojgiem drzwi. Lecz to nie była komnata, w której się teraz przebudził!

Chłopak pomyślał, że skoro leżą tu obnażeni, to musiał dopuścić się grzechu nieczystego… On, który do minionej nocy żył cnotliwie, a był tak skromny, iż nawet wstydził odzywać się do dziewcząt, nie mógł teraz pojąć, jak doszło do tego, że leży taki, jakim go Pan Bóg stworzył, obok rozebranej kobiety w jednej z królewskich komnat Luwru… I kimże jest jego towarzyszka?…

W głowie kłębiły mu się najróżniejsze myśli, jedna goniła drugą, lecz nijakiego rozsądnego rozwiązania sytuacji, w której się znalazł, żadna z nich nie przynosiła.

Nie wiedział, gdzie jest, poza tym, że w pałacu królów Francji, nie wiedział, z kim jest i – co najgorsza – nie miał pojęcia, jak się stąd wymknąć niepostrzeżenie i wydostać na zewnątrz. Może gdyby ktoś go podprowadził do owej niewielkiej komnatki, którą zapamiętał jako ostatnią, to pewnie jakoś by mu się udało trafić do wyjścia. Tyle, iż na coś takiego nie mógł przecież liczyć. A jeśli nawet chciałby spróbować odnaleźć drogę na własną rękę, to jak? Wszak był goły!

Więc raz jeszcze rozejrzał się, tym razem bardzo, bardzo uważnie, po sypialni i skonstatował, iż musi ona należeć do kogoś znacznie wyżej postawionego w hierarchii pałacowej, niż zwykła dwórka. Hrabina? Jakaś księżna? A może nawet… Czym prędzej zgasił tę myśl. Nie, nie! To nie byłoby możliwe… Żadną miarą… chociaż… chociaż bardzo mu kogoś przypominała. Tak jakby już ją kiedyś widział… W katedrze Notre-Dame? Gdy elekt zaprzysięgał pacta conventa? Nie!… To absurdalne przypuszczenie! Jakub przeraził się własnych myśli. Nie, nie! Inaczej się wygląda w ubraniu, pomiędzy ludźmi, w świetle dnia, a inaczej nago w pościeli, w cokolwiek mrocznej sypialni…

Tymczasem leżąca obok urocza nieznajoma w końcu otworzyła oczy, potem rozkosznie się przeciągnęła i uśmiechem powitała młodzieńca. Ten ostatni zaczerwienił się po samo czoło.

– Jakże ci się spało, panie kawalerze? – zapytała.

Jakub milczał.

– Pogniewałeś się na mnie? A fe! Nieładnie, panie kawalerze! Gdzież twoja dworność? I to po nocy spędzonej w jednym łożu?… – wyciągnęła wypielęgnowaną dłoń i pogładziła Jakuba po policzku. Potem zaś, wsparłszy się na łokciu, zajrzała mu głęboko w oczy i drapieżnie przywarła wargami do jego warg.

Młodzieńcowi aż zakręciło się w głowie i na chwilę stracił dech. Nieznajoma odsunęła się od niego i nadal na wpół siedząc, na wpół leżąc, z filuternym uśmieszkiem i diablikami w oczach zapytała:

– I cóż, mon cherie? Wciąż milczysz?

– Pani! Ani nie wiem, kim jesteś… ani też, kiedy i jak się tu znalazłem…

– Naprawdę nie pamiętasz, jak się tu znalazłeś? – spojrzała na niego z niedowierzaniem.

– Naprawdę.

– I nie zachowałeś żadnego wspomnienia?

– Niestety!

– A jakie ostatnie zdarzenie przetrwało w twej pamięci?

– To, że wchodzę do niewielkiej, zacisznej komnaty… a potem dopiero moje przebudzenie obok ciebie, pani. Gdybyś tylko zechciała mi przypomnieć… – złożył ręce w błagalnym geście.

– Może przypomnę… ale dopiero za chwilę… Musisz poczekać…

Wysunęła się zwinnie z pościeli i wydobywszy spod łoża porcelanowy, bogato zdobiony wytwornymi malunkami urynał, zwany bourdaloue usiadła na nim, by załatwić potrzebę naturalną.

– Jeśli i ty potrzebujesz sobie ulżyć, nie krępuj się, śmiało, zrób to do kominka.

Jakub wiedział już, że innej możliwości tu nie ma, zatem – chociaż bardzo się wstydził – opróżnił pęcherz w miejsce wskazane mu przez nieznajomą. Silny strumień moczu rozbryzgiwał się w miałkim popiele, który sklejając się w drobne bryłki, pryskał i osiadał na wszystkim dookoła.

Dama, skończywszy, głośno wypuściła gazy, przykryła nocnik, wsunęła go pod łóżko i ponownie rzuciła się na posłanie. Młodzieniec natomiast rozglądał się gorączkowo, wypatrując swojego ubrania.

– Nie ma go tu – rzekła nieznajoma. – Zabrano je do oczyszczenia. Lepiej wracaj do mnie – uśmiechnęła się zalotnie i kilka razy klepnęła otwartą dłonią w miejsce obok siebie. – No chodź! Jeszcze wcześnie! Chyba nie będziesz stał tu nagi, nie wiadomo jak długo i marzł?

Jakub, wstydliwie zakrywając sobie przyrodzenie dłońmi, usłuchał zaproszenia i wślizgnął się pod przykrycie, starając się jednak, aby nie dotykać swoim ciałem delikatnego, lecz i jędrnego ciała nieznajomej.

Ta jednak wybuchnęła śmiechem, odrzuciła nakrycie i objąwszy ramionami tors młodzieńca, przygarnęła go do siebie, a w końcu legła na nim… Chłopakowi aż tchu zabrakło i zmroczyło się w oczach. Próbował walczyć sam ze sobą, próbował, Bóg świadkiem, lecz żądza okazała się silniejsza… nie umiał jej opanować i… przegrał.

* * *

Nieznajoma, przytulając się do Jakuba, z zadumą wpatrywała się w jego na wpół dziecięcą, wciąż jeszcze niewinną twarz.

– Wybacz, mon cherie, nie wiedziałam, że to twój pierwszy raz… naprawdę mi przykro, że nie mogłam ofiarować ci tego samego… – pogładziła go czule po głowie, zagłębiając długie, delikatne, wypielęgnowane palce w jego miękkie jasne włosy, przeczesując je i bawiąc się nimi. Delikatnie ugryzła go w ucho. – Opowiedz mi coś o sobie.

Wsłuchała się w głos chłopaka, który z początku dość nieporadnie, potem jednak z coraz większą swobodą mówił o matce i ojcu, siostrzyczce, o rodzinnym dworze, o Polsce, o pięknie ojczystej ziemi… A kiedy już skończył, zebrał się na odwagę i zapytał:

– Kimże ty jesteś, cudna pani?

– Nie domyślasz się, panie kawalerze?

– Być może, ale myśl tę odpędzam, jako świętokradczą…

Dama uśmiechnęła się smutno.

– Świętokradczą… Tak… Niczego piękniejszego dotychczas w całym moim życiu nie usłyszałam… A jakże brzmi twoje imię w moim języku? – zmieniła temat.

– Jacques.

Jacques… – zawiesiła głos na moment. – Jacques… Pora więc zaspokoić i twoją ciekawość, Jacques… Jestem Marguerite de Valois, przez najbliższych nazywana Margot, królowa Nawarry – mówiąc to, usiadła na łożu i energicznie pociągnęła za taśmę dzwonka, przywołując pokojową.

Jakub chwycił królową za rękę, chcąc jej przeszkodzić.

– Kocham cię, pani… – wyszeptał. – Całą swoją duszą, sercem, umysłem… Kocham!

Margot spojrzała na niego z czułością, ale też ze smutkiem i litością. Milczała.

– Musisz już iść – powiedziała w końcu, siląc się na oziębłość.

– Dlaczego?

– Przecież wiesz…

– Czy zobaczę cię kiedyś jeszcze?

– Pewnie tak… lecz co najwyżej z daleka…

– Margot!

– Nie zapominaj się, panie kawalerze!

– Najjaśniejsza Pani!…

– Już dosyć, dosyć… – położyła mu palec na ustach.

Weszła pokojowa z ubraniem Jakuba. Zakładał je w milczeniu, niezgrabnie, nerwowo, myląc części garderoby i potykając się o własne stopy…

– Pójdźmy, panie.

– Dokąd?

Lecz pokojowa nie odpowiedziała, tylko ujęła chłopaka za łokieć i powiodła w stronę ukrytego przejścia.

W milczeniu mijali puste jeszcze korytarze, budząc w nich ponure echa. Jakiś dziwny chłód ścisnął serce Jakuba. Pokojowa poprowadziła go ku kutym, kręconym schodom prowadzącym ostro w dół, bezpośrednio ku podziemiom. Na ostatek dotarli do lochu o chropawych ścianach, umurowanych z szarego kamiennego ciosu, nagich, zimnych i wilgotnych, ciągnącego się prosto, jak strzelił, kędyś w mrok. Dziewczyna przystanęła, skrzesała ognia i zapaliła świecę. A później powędrowali dalej, ostrożnie stawiając stopy. Po kilkunastu minutach na końcu tunelu pojawiły się niewielkie drzwiczki, które przewodniczka bez trudu otworzyła i gestem pokazała młodzieńcowi drogę. Bezwiednie jej usłuchał i wyszedł na zewnątrz. Był w Ogrodach Tuileries.

I dopiero teraz ocknął się z martwoty i zamyślenia, gwałtownie odwracając, aby zatrzymać dziewczynę. Tyle pytań kłębiło mu się pod czaszką! Lecz już jej nie było. Usłyszał tylko odgłos zatrzaskiwanych drzwiczek i stukot szybkich kroków oddalających się gdzieś w głąb podziemia… Usiadł na trawie i wtulił twarz w dłonie. Wszystko, co przeżył, zdało mu się przedziwnym snem, słodkim i jednocześnie bolesnym majakiem, cudownym i zarazem strasznym…

– Margot… – wyszeptał. – Margot… moja miłości… – w gardle poczuł ucisk i gorycz, a w kącikach oczu zaszkliły mu się łzy. – Margot!

Jeszcze nie minęło pół godziny, od chwili, gdy rozstał się z kochanką, a już przeraźliwa tęsknota za nią rozrywała mu serce, pożerała duszę i mąciła rozum.

* * *

Jakub po nocy spędzonej w Luwrze powrócił między swoich całkiem odmieniony. Ci, którzy znali go wcześniej, albo zaprzyjaźnili się z nim w czasie podróży do Francji, nie mogli go teraz poznać. W ciągu zaledwie paru dni stał się zamknięty w sobie, ciągle smutny i milczący. Już sam wygląd świadczył, iż cierpi. Twarz miał bladą, cerę ziemistą, oczy podkrążone i jakby nieobecne, utkwione w martwym punkcie, wzrok mętny. Białka oczu przekrwione z bezsenności. Prawie przestał jeść, więc chudł w oczach i to tak dramatycznie, że już po tygodniu ubrania wisiały na nim jak na kołku.

Gdy pytano, co mu dolega, nigdy nie odpowiadał, a tylko wzruszał ramionami. Czasem jednak wybuchał niepohamowanym śmiechem, a czasem kulił się w sobie i milcząc, chyłkiem uciekał w jakiś kąt, gdzie zanosił się łkaniem. Zachowywał się niczym obłąkany.

Za to każdego dnia z rana, kiedy to odprawiały się msze św., przesiadywał w kościele Saint Germain l’Auxerrois będącym w pewnym sensie królewską świątynią parafialną. Nikt jednak nie widział, żeby się tam kiedykolwiek modlił, za to wciąż rozglądał się niespokojnie, jakby kogoś wypatrywał, albo na kogoś czekał. Później zaś godzinami krążył wokół Luwru. Z nikim nie rozmawiał i na zaczepki nie reagował.

Tymczasem zbliżała się pora wyjazdu orszaku królewskiego do Polski, a młody szlachcic miał się coraz gorzej. W stanie, w jakim się znajdował, absolutnie nie nadawał się do podróży. Rada w radę, przyjaciele postanowili powiadomić o wszystkim pana Tomickiego, ten zaś zdecydował, że nie można dłużej tego bagatelizować i nakazał czym prędzej wezwać medyka.

Przyszło ich nawet dwóch – jeden Włoch, drugi Francuz. Obydwaj dość mocno już leciwi, pomarszczeni i zasuszeni. I obydwaj jednakowo nieprzyjemni w obejściu.

Jakub najpierw nie chciał się poddać oględzinom, ale lekarze, nie zważając na protesty pacjenta, nieomal fizycznie przełamując jego upór, zabrali się do badania tak zdecydowanie, że w końcu im uległ.

Obmacywali go, opukiwali, osłuchiwali, stwierdzając między innymi puls mocno nieregularny, palpitacje serca, dreszcze wywołane lekką gorączką, bóle brzucha zlokalizowane w okolicy żołądka, pieczenie i ucisk w klatce piersiowej.

Z wcześniejszego wywiadu, jaki zebrali w otoczeniu młodzieńca, dowiedzieli się, że jest sfrustrowany, że przeżywa skrajne emocje i zmiany nastroju – od zwykłego rozmarzenia i roztargnienia, po zawroty głowy, odrętwienie i czarną melancholię, nieomal stupor.

Medycy naradzali się długo. Potem raz jeszcze obejrzeli cierpiącego i ostatecznie zawyrokowali, że wymaga on dalszej obserwacji, a doraźnie mogą mu tylko zaoferować puszczenie krwi, co też i uczynili. Potem, a jakże, wzięli honorarium i skierowali się ku wyjściu, obiecując, że odwiedzą chorego rankiem następnego dnia.

* * *

Ledwo świt zaróżowił nieboskłon, obydwaj doktorzy pojawili się na kwaterze Jakuba. Towarzyszyło im dwóch polskich szlachciców, kalwinistów, przyjaciół młodzieńca, którzy przywiedli ze sobą hugenockiego ministra Louisa-Antoine Belmaina, iżby się pomodlił nad chorym, chociaż ten ostatni był katolikiem. Być może mieli też nadzieję, że jeśli pacierze poskutkują, to zyskają nowego współwyznawcę? A może i nie, może to naprawdę było ze szczerej troski i dobroci serca? Kto wie?

Po modłach, gdy medycy znów zajęli się badaniem Jakuba, wielebny Belmain zaczął ściszonym głosem opowiadać towarzyszom, jak to minionego popołudnia, bawiąc w Luwrze, niespodzianie się natknął na królową Nawarry, i że ta nawet zaszczyciła go spojrzeniem.

– Margot… – Belmain wymówił owo imię z rozmarzeniem i niejakim uczuciem. – Margot… choć nie cieszy się najlepszą reputacją, to przecież trudno nie docenić jej urody, wdzięku… Och! Margot… że też nie urodziłem się księciem krwi!

Słysząc to wyznanie, wszyscy się roześmiali.

– Ależ ona i lokajom daje! – ktoś zakrzyknął.

Ale gdy pastor wypowiedział imię królowej po raz trzeci, słabujący Jakub raptem mocno się ożywił, gwałtownie uniósł głowę i wpił oczyma w twarz mówiącego. W tym samym momencie medycy wyczuli nasilone kołatanie jego serca, a nierówny i dotychczas słaby puls gwałtownie przyspieszył, stając się mocny i miarowy. Lekarze spojrzeli po sobie.

Le chagrin d’amour? – zapytał Francuz.

– Bez wątpienia – zgodził się Włoch i kiwnął głową.

– Co takiego? – zdziwił się pastor.

– To, co żeś pan usłyszał.

– Wytłumaczcie i nam, jakaż to dolegliwość – odezwał się jeden z Polaków. – Nasz druh choruje, to widać, ale na co?!

– Na miłość, monsieur, na miłość – odpowiedział mu ironicznie Włoch. A po chwili dorzucił, popisując się swoją erudycją: – Amor verus semper dolor est6.

– Nieprawdopodobne! On nigdy nie miał kochanki! On nawet nie myślał o kochance! – polski szlachcic z niedowierzaniem kręcił głową.

– Objawy pokazują coś innego zgoła. I nawet odkryły nam jej imię.

– Jakież to?

– Margot… królowa Margot…

– Niemożliwe! Niby jak, skąd? Jakimż cudem? Może to uczcicie platoniczne?

– Nie sądzę, iżby miało być ono platoniczne. Objawy są jak najbardziej typowe. Cud zaś w tym przypadku nie byłby konieczny, panie kawalerze. Królowa jest rozwiązła, a w swojej rozwiązłości… jakby to ująć… mało powściągliwa i mało wybredna. Wasz przyjaciel, panowie, mógł spotkać ją przypadkiem. Ona go wykorzystała, a on… on zakochał się bez przytomności i bez wzajemności. Ona być może już o nim nie pamięta, tymczasem jego serce cierpi katusze większe, niż może udźwignąć. Ów brak wzajemności powoduje u waszego druha desperację mogącą doprowadzić nawet do tego, że sam na siebie rękę podniesie. Popatrzcie na niego: spocone dłonie i suchość w ustach, przygnębienie i łzy, bo nie jest przy obiekcie swoich uczuć, utrata apetytu, bóle żołądka, ale gdy usłyszał imię ukochanej, natychmiast przyspieszyła czynność serca, puls stał się mocny i regularny, rozbudziły emocje.

– A jak długo może trwać owa choroba? – zapytał hugenocki minister.

– To zależy. U każdego człowieka przebiega ona nieco inaczej. Jeden cierpi przez kilka dni, inny przez kilka miesięcy, a w skrajnych przypadkach nawet i przez kilka lat. Pięć, sześć lat… czasami zaś nawet i do końca życia…

– Lat?! Do końca życia?!

– I owszem.

– Czy da się to jakoś leczyć?

– Niby tak, ale łatwe to nie jest.

– A co by mogło w miarę szybko poskutkować?

– Chyba tylko schadzka z ukochaną.

– Ba! To przecież niemożliwe!

– No właśnie.

– Więc co robić? Czy ten młody człowiek będzie zdolny odbyć wielotygodniową podróż do Polski? I to na dodatek zimową porą?

– W żadnym razie. Nie w tym stanie.

– Zatem?…

– Zatem musi zostać we Francji. Spróbujemy kuracji. Może się nam poszczęści. A gdy już wyzdrowieje – o ile wyzdrowieje – to sam wróci do ojczystego kraju.

– Niechże i tak będzie – pastor ze strapioną miną zgodził się na ofertę medyków.

– A pieniądze? Kuracja nie będzie tania – ozwał się doktor Francuz.

Hugenocki predykat7 spojrzał na pytającego spode brwi i powiedział:

– Pewnie ma coś w mieszku, ja jednakowoż dołożę trochę złota od siebie. W Polsce odbiorę sobie tę pożyczkę od ojca tego młodego szlachcica.

– To i my coś dorzucimy – ozwali się prawie jednocześnie druhowie Jakuba i wyciągnęli sakiewki. – Ale zwrotu żądać nie będziem!

Obydwaj medycy z aprobatą i wyraźnym zadowoleniem skinęli głowami.

– Zważcie panowie, że tutaj, w tej kwaterze, chory nie może zostać – odezwał się Włoch.

– To kłopot – strapił się hugenot. – A czy da mu się jakoś zaradzić?

– Mogę go zabrać do siebie. Mam niekrepującą izdebkę na pięterku, za ów kąt i strawę nie policzę drogo, wręcz symbolicznie. A będzie to z korzyścią dla chorego, będę bowiem mógł go codziennie doglądać. Co wy na to panowie? – zwrócił się do przyjaciół Jakuba.

Jeden popatrzył na drugiego i zgodnie skinęli głowami.

– Przystajemy na to – odpowiedzieli zgodnie.

– Znakomicie.

– Czy to już wszystko?

– Nie… nie… Jeszcze trzeba mi go dostarczyć, w waszej panowie asystencji. Mnie nie zna, to i może protestować, nie godząc się na tę translokację.

Książkę w wersji papierowej można kupić tu:

Wydawnictwo Armoryka

wydawnictwo.armoryka@armoryka.pl

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierza

e-book tu:

https://virtualo.pl/ebook/wieszczba-krwawej-glowy-i235158/

audiobook tu:

https://virtualo.pl/audiobook/wieszczba-krwawej-glowy-i246215/

1Precedencja – protokolarny porządek pierwszeństwa.

2Markietaż – to sztuka zdobnicza m.in. w meblarstwie, polegająca na nanoszeniu różnobarwnych fornirów pozyskiwanych z rozmaitych gatunków drewna, na jednobarwne powierzchnie, tworząc w ten sposób dekoracyjne wzory, a niekiedy nawet wręcz obrazy.

3Czyli motywami roślinnymi, zwierzęcymi bądź heraldycznymi.

4Niech żyje książę Henryk! Niech żyje król Karol!

5Stul pysk! Zjeżdżaj stąd!

6Prawdziwa miłość zawsze sprawia ból.

7Predykant – kaznodzieja.

Szatan nękał także św. Teresę od Dzieciątka Jezusa. I św. proboszcza z Ars – Jana Marię Vianney.

Andrzej Sarwa
Szatan nękał także św. Teresę od Dzieciątka Jezusa:

''Wczoraj wieczór - mówiła /św. Teresa/ do matki Agnieszki od Jezusa - opanowała mnie trwoga, a ciemności wzmogły się. Jakiś głos wrogi mówił do mnie: ''Czy jesteś pewna, że Bóg cię miłuje? Czy przyszedł i to ci powiedział? Zdanie niektórych ludzi nie uczyni cię przed Nim sprawiedliwą.'' (...)
W miesiącu sierpniu była /św. Teresa/ przez kilka dni w takim stanie duszy, jakoby od siebie odchodziła, i błagała nas, aby się za nią modlić. Nigdy nie widziałyśmy jej w podobnym stanie duszy. W tym niewypowiedzianym udręczeniu powtarzała co chwila:
''O, gdyby ludzie wiedzieli, jak potrzeba się modlić za konających!''
Pewnej nocy prosiła infirmerkę, by skropiła jej łóżko święconą wodą, mówiąc:
''Szatan jest koło mnie; nie widzę go, ale czuję... dręczy mię, trzyma mnie jakby żelazną ręką, by nie dopuścić najmniejszej ulgi; przysparza mi cierpień, aby mnie przywieść do zwątpienia... A nie mogę się modlić!... Mogę tylko patrzeć na Najśw. Pannę i wymawiać: Jezus! Jakże potrzebna jest modlitwa komplety:
''Procul recedant somnia, et noctium phantasmata! Wybaw nas od widziadeł nocnych!''
''Dziwne mam uczucie, nie cierpię za siebie, lecz za inną jakąś duszę... a szatan nie chce tego.''
Infirmerka wzruszona, zapaliła gromnicę, a duch ciemności uciekł bezpowrotnie. Jednak nasza siostra /św. Teresa/ zostawała aż do końca w bolesnych trwogach.'' (DZIEJE DUSZY czyli żywot św. Teresy od Dzieciątka Jezus i od Najśw. Oblicza Karmelitanki Bosej przez nią samą skreślony. Listy - Poezje - Cuda, Poznań - Warszawa - Wilno - Lublin 1925, s. 247 – 248).

***
Kolejną postacią, o której opowiem w tym rozdziale będzie św. Proboszcz z Ars - Jan Maria Vianney. Żył w wieku XIX i po dziś dzień jest niejako klasycznym przykładem, często przytaczanym w różnych dziełach, nękania przez złego ducha.
Był nieuczonym, lecz niezwykle świątobliwym, ascetycznym kapłanem, który za cel życia postawił sobie przyprowadzenie jak największej liczby dusz do Boga.
Od momentu objęcia przezeń bardzo zaniedbanej moralnie parafii w Ars, i podjęcia działań, by ją odrodzić do życia w zgodzie z prawem Bożym, począł nękać go demon, którego on na poły żartobliwie nazywał Grappinem.
Początkowo nie działał wprost, ale za pośrednictwem oszczerstw i obelg rzucanych na proboszcza przez wrogich mu ludzi, nie widząc jednak żadnego pozytywnego rezultatu takowych działań, jął go osobiście dręczyć. 
Napaści szatańskie na świętego rozpoczęły się w szóstym roku jego proboszczowania, gdy liczył sobie trzydzieści osiem lat.
Demon począł go nawiedzać w nocy i wyłącznie w nocy. W dzień nie miał do niego przystępu. A oto opis niektórych nadnaturalnych zjawisk:
Początkowo demon, każdej nocy, tylko szarpał zasłony wokół łóżka, na którym sypiał kapłan. Skoro to jednak nie niepokoiło proboszcza (zjawisko przypisywał harcom szczurów) zły duch posunął się dalej:
Następnych nocy dało się słyszeć dobijanie do drzwi i dziwne krzyki rozlegające się we wnętrzu budynku plebani. Tym razem Jan Maria Vianney przypuszczał, że to złodzieje, próbujący go ograbić.
Dla tego też powodu poprosił jednego z miejscowych osiłków André Verchére, by spędził noc na plebani i jeśli to rzeczywiście włamywacze kręcą się koło niej, wraz z proboszczem, spróbował ich przegonić.
André nie miał nic przeciwko temu. Zaopatrzony w nabitą strzelbę udał się do wyznaczonego mu przez proboszcza pokoju, rozebrał i usiłował zasnąć.
Nie było mu to przecież dane. Ledwie minęło kilka chwil od jego udania się na spoczynek, posłyszał okropne, niezwykle silne uderzenia w drzwi wejściowe, które pod ich wpływem całe się trzęsły, a wewnątrz pomieszczenia plebani dało się słyszeć huki i łoskot.
Schwyciwszy strzelbę, odważnie pobiegł na poszukiwanie intruza. Nie znalazł jednak nikogo. Tymczasem potworny łoskot, huki i walenie w drzwi trwały nadal. Wówczas gość proboszcza zrozumiał, że z diabłem to sprawa.
Gdy demon wreszcie zamilkł, udali się na spoczynek, a następnego dnia, gdy ksiądz go prosił, by znów przyszedł na nocleg, zdecydowanie odmówił.
Kolejne dwanaście nocy spędziło na plebani dwóch silnych i odważnych młodych mężczyzn, im jednak demon nie dał się słyszeć.
Proboszcz upewnił się - ostatecznie - co do szatańskiego pochodzenia owych zjawisk dopiero wówczas, gdy pewnej zimowej nocy, kiedy spadł świeży śnieg i przysypał cały plac wokół plebani i kościoła, z owego placu dało się słyszeć dźwięki głośnych rozmów i krzyki, jakby wielkiej liczby ludzi, którzy tam się znajdowali. Duchowny natychmiast wyszedł z latarką na dwór - na świeżym śniegu nie było ani jednego śladu. Niepokalana biel pokrywała wszystko wokół.
Jak sam relacjonował później, dopiero po tym zdarzeniu począł odczuwać strach.
Od tej pory nie miał już ani jednej spokojnej nocy. Każdej dawało się słyszeć mniej lub bardziej nasilone hałasy.
Po dłuższym czasie święty doszedł do wniosku, iż w sposób szczególny nasilają się one wówczas, gdy następnego dnia ma do Ars przybyć jakiś zatwardziały grzesznik i tu się nawróci.
W miarę upływu czasu proboszcz przestawał się bać. Ot, po prostu, przyzwyczaił się do Grappina. Kiedy ów zaczynał harce żegnał się znakiem krzyża, a z demona kpił i mu urągał. Traktując go jak idiotę.
Pewnego razu Grappin, czyli demon nękający św. Proboszcza, powędrował wraz z nim poza Ars, do Saint Trivier, gdzie nocą, na plebani, dał się słyszeć przerażający łoskot i huki dobiegające z sypialni Jana Marii. Byli liczni świadkowie, spośród okolicznego duchowieństwa.
Diabeł nękający Proboszcza z Ars dręczył go i na inne sposoby - a to ni stąd, ni zowąd, w postnym posiłku pojawiało się mięso, a to odgrażał mu się i urągał, przemawiając strasznym, grozę budzącym głosem.
Wielokroć demon dyszał mu w twarz, bądź przesuwał się po niej jakby pod postacią niewidzialnego szczura.
Demon ukazywał mu się również widomie, raz jako potworny, potężny czarny pies o ognistych oczach rozkopujący mogiłę, w której pochowano zmarłego bez sakramentów zatwardziałego grzesznika, a raz pod postacią niezliczonej ilości nietoperzy, które napełniły całą jego sypialnię, to znów pod postacią roju pszczół.
Innym razem przed świtem, grudniowego dnia 1826 roku, gdy znajdował się w drodze do sąsiedniej parafii, wokół niego, w powietrzu, jęły się unosić kłęby ognia, a po chwili zdało się, iż drzewa i krzewy po obydwu stronach drogi płoną.
Szatan znieważał i plugawił obraz Zwiastowania N.M.P., tak często, że proboszcz musiał go zabrać z plebani i przenieść do kościoła.
Hałasy na plebani, bądź przesuwanie się mebli słyszeli i widzieli liczni świadkowie, np. Maria Ricotier, Franciszek Pertinard, Ks. Dionizy Chaland.
Również liczne osoby słyszeli głos demona, który wołał:
- Vianney, Vianney! Wynoś się stąd! I tak cię dostanę!
Demon wielokroć, w nocy, ciągnął łóżko, na którym spoczywał św. Proboszcz, po całym pokoju. A ukoronowaniem prześladowań diabelskich było podpalenie owego łóżka. Na szczęście wówczas, gdy Jana Marii nie było w sypiali, lecz w kościele, gdzie siedział w konfesjonale i od pięciu godzin spowiadał.
Pod koniec życia proboszcza napaści szatańskie i dręczenia nocne ustały zupełnie, tak że mógł spokojnie przenieść się do Wieczności. (Ks. Franciszek Truchu, Proboszcz z Ars. Święty Jan Marja Vianney 1786 - 1859. Na podstawie aktów procesu kanonizacyjnego i niewydanych dokumentów. Z francuskiego przełożył ks. dr Piotr Mańkowski Arcybiskup Enejski, brak miejsca wydania, 1932 rok, s. 216 – 231.).

UDRĘCZENI PRZEZ DEMONY

opowieści o szatańskim zniewoleniu

z różnych autorów zebrał, ale i własnym piórem opisał i do druku podał

Andrzej Sarwa

* * *

Książka niniejsza jest dostępna w wersjach papierowej:

wydawnictwo.armoryka@armoryka.pl

Wydawnictwo Armoryka Marta Elżbieta Sarwa

w postaci e-booka:

https://virtualo.pl/ebook/udreczeni-przez-demony-opowiesci-o-szatanskim-zniewoleniu-i5686/

i audiobooka:

https://virtualo.pl/audiobook/udreczeni-przez-demony-opowiesci-o-szatanskim-zniewoleniu-i795/

					

Swoistość i jakość odpowiedzi immunologicznej na nowe szczepy jest często obniżona u osób szczepionych wielokrotnie.

Swoistość i jakość odpowiedzi immunologicznej na nowe szczepy jest często obniżona u osób szczepionych wielokrotnie. Imprinting – grzech antygenowy

Czy antygenowy grzech pierworodny zagraża szczepionym na COVID?

Mariusz Jagóra https://mariuszjagora.substack.com/p/imprinting-grzech-antygenowy

27 czerwca 2022 zeznając przed senatem Teksasu Robert Malone zwrócił uwagę na zjawisko imprintingu immunologicznego i zagrożenia jakie to zjawisko może nieść przy globalnym szczepieniu populacyjnym. Malone ostrzegał, że skłonność ludzkiego organizmu do wykorzystywania pamięci immunologicznej, opartej na wcześniejszej infekcji lub aktywowanej po szczepieniu może spowodować, że nasz ​​układ odpornościowy „zaprogramowany” przez pierwotną odpowiedź immunologiczną na wirusa, uniemożliwi mu konstruowanie skuteczniejszych odpowiedzi ochronnych na infekcje przez nieco zmienione warianty wirusa:

„To, z czym nasz organizm, układ odpornościowy spotkał się wcześniej, wpływa na to, jak reaguje później – Omikron wykorzystał to i ewoluował, uciekają od sposobu, w jaki organizm może się bronić bazując na podstawie szczepionki na wariant oryginalny z Wuhan. Dlatego obserwuje się takie wskaźniki ponownych zakażeń, a dane wskazują, że jeżeli nadal będziemy szczepić ludzi „szczepem Wuhan”, to tylko pogorszymy sytuację. Nawet 30% osób, które po szczepieniu zostaną zakażone Omikronem, nie będą dobrze chronione przed hospitalizacją i śmiercią. Dodatkowo wydaje się, że rozwija się u nich obniżona odporność, która może umożliwić częste i szybkie ponowne zakażenie lub zakażenie przewlekłe. Osoby te mogą w nieproporcjonalny sposób przyczyniać się do dalszego rozwoju bardziej zakaźnych i patogennych mutacji wirusowych”.

Profesor biologii ewolucyjnej Michael Worobey z Uniwersytetu w Arizonie, który prowadził badania nad imprintingiem grypy, powiedział w wywiadzie dla STAT News: „Za pięć lat możemy faktycznie zauważyć niższą skuteczność nowych szczepionek, ponieważ układ odpornościowy będzie przypominał sobie reakcję na pierwszy antygen”.

1 listopada 2022 medRxiv – serwer pre-printów – opublikował nierecenzowane badanie pt: „COVID-19 seria podstawowa i szczepienie uzupełniające oraz imprinting immunologiczny (COVID-19 primary series and booster vaccination and immune imprinting).

Epidemiologiczne dowody na antygenowy grzech pierworodny (z ang. OAS – original antigenic sin lub immune imprintng) badano w historiach immunologicznych związanych ze szczepieniami w Katarze od początku fali omikrona, między 19 grudnia 2021, a 15 września 2022.

Antygenowy grzech pierworodny, znany również jako „efekt Hoskins’a” odnosi się do „skłonności immunologicznego systemu ludzkiego organizmu do preferencyjnego wykorzystywania pamięci immunologicznej, opartej na wcześniejszej infekcji i aktywowanej po nowym kontakcie z czynnikiem zakaźnym lub po spotkaniu z nieco inną wersją tego antygenu (jednostka obca, taka jak wirus lub bakteria). To sprawia, że ​​układ odpornościowy zostaje „zaprogramowany” przez pierwszą odpowiedź na dany antygen, uniemożliwiając mu konstruowanie potencjalnie skuteczniejszych odpowiedzi immunologicznych na kolejne infekcje nieco innym antygenem”.

Efekt antygenowego grzechu pierworodnego ma poważne implikacje dla rozwoju szczepionek. W przypadku grypy, w której dominujący wirus na jednej półkuli zmienia się co roku, swoistość i jakość odpowiedzi immunologicznej na nowe szczepy grypy jest często obniżona u osób szczepionych wielokrotnie (poprzez szczepienia lub nawracające infekcje). Jak wykazano w cytowanym badaniu, podobny efekt mają wielokrotne szczepienia przeciwko wirusowi SARS-CoV-2.

W trakcie badania przeprowadzono dopasowane, retrospektywne, kohortowe analizy w celu porównania różnic w częstości występowania reinfekcji SARS-CoV-2 w krajowej kohorcie osób, które przeszły pierwotne zakażenie omikronem, ale miału różne historie szczepień. Historia szczepień serii podstawowej (dwie dawki) została porównana z historią braku szczepień, historia szczepień przypominających (trzy dawki) została porównana z historią szczepień dwudawkowych, a historia szczepień przypominających została porównana z historią braku szczepień. Badacze doszli do wniosku, że szczepienia serii podstawowej zwiększają ochronę immunologiczną przed reinfekcją omikronem, ale szczepienia przypominające zmniejszają ochronę przed reinfekcją. Wyniki te nie podważają krótkoterminowej przydatności szczepień przypominających dla zdrowia publicznego. Jednak korzyści wynikające z kolejnych szczepień, również tych dedykowanych nowym wariantom będą coraz mniejsze, podczas gdy ryzyko niepożądanych efektów ubocznych pozostaje niezmienne lub wręcz rośnie.

Pomoc i inspiracja – pawe1ski

Źródła:

https://www.medrxiv.org/content/10.1101/2022.10.31.22281756v1.full
https://pl.wikipedia.org/wiki/Odpowied%C5%BA_poliklonalna_limfocyt%C3%B3w_B#Ograniczenia_uk%C5%82adu_immunologicznego_w_walce_z_szybko_mutuj%C4%85cymi_wirusami
https://pl.frwiki.wiki/wiki/P%C3%A9ch%C3%A9_originel_antig%C3%A9nique#Le_%C2%AB_p%C3%A9ch%C3%A9_originel_antig%C3%A9nique_%C2%BB_et_les_vaccins
https://polish.mercola.com/sites/articles/archive/2021/06/06/rodzicielskie-pietno-genomowe.aspx
https://www.jimmunol.org/content/202/2/335
https://gloria.tv/post/Uwb2aGkoje2D2F6MgEwMfTogj

Czy „prosty naród” musi mieć jednego bohatera? A tego jednego bohatera wybrano przed wojną. Właściwie on sam się wybrał.

Czy „prosty naród” musi mieć jednego bohatera? A tego jednego bohatera wybrano przed wojną. Właściwie on sam się wybrał.

Właściwie on sam się wybrał i teraz tak jak dynia na Halloween, niby „Mikołaj” z reklam w czerwonym kubraku na Boże Narodzenie – tak na Święto Niepodległości jest wąsaty Piłsudski.

=================================

Korwin-Mikke i Ziemkiewicz odkłamują Święto Niepodległości. „W Polsce nic wtedy się wielkiego nie wydarzyło”

https://nczas.com/2022/11/11/korwin-mikke-i-ziemkiewicz-odklamuja-swieto-niepodleglosci-w-polsce-nic-wtedy-sie-wielkiego-nie-wydarzylo/

Jesteście państwo okłamywani od początku. 11 listopada nie jest żadną rocznicą odzyskania niepodległości – przypomina Janusz Korwin-Mikke. W podobnym tonie o oficjalnie obchodzonym Święcie Niepodległości wypowiada się publicysta Rafał Ziemkiewicz.

– Niepodległość Polski została ogłoszona 7 października przez Radę Regencyjną, która zdążyła już stworzyć rząd, siły zbrojne. Polska już była niepodległym państwem i właśnie 7 (października – red.) zadeklarowała oderwanie się od mocarstw centralnych i tę rocznicę świętujemy, a nie rocznicę przekazania tej władzy socjaliście. 11 listopada nastąpiło tylko przekazanie władzy przez Radę Regencyjną towarzyszowi Ziukowi z Polskiej Partii Socjalistycznej, czyli Piłsudskiemu – mówi Korwin-Mikke, wskazując, dlaczego środowiskom wolnościowym bliżej do daty 7.10, a nie 11.11 w kwestii odzyskania przez Polskę niepodległości.

Niestety nastroje rewolucyjne na ulicy powodowały, że Rada uznała, że lepiej powierzyć władzę socjaliście niż, żeby władzę przejął rząd lubelski złożony właściwie z komunistów. Woleli przekazać ją Piłsudskiemu.

– Powtarzam, to nie miało nic wspólnego z niepodległością. 11 listopada został ogłoszony przez sanację dopiero w 1937 roku. Tylko dwa razy był obchodzony. Rząd londyński zakazał obchodzenia tego, rząd londyński zakazał również grania „Pierwszej brygady”, bo to jest hymn przecież piłsudczyków, czyli ludzi, którzy doprowadzili Polskę do ruiny, do zguby, do klęski – zaznaczył Korwin-Mikke.

Ziemkiewicz: Tym, którzy na upamiętnienie zasługują, tego upamiętnienia się odmawia od lat

Według Rafała Ziemkiewicza „Święto Niepodległości w Polsce jest niestety także świętem niesprawiedliwości”. Wskazuje, że odebrano je bowiem tym, którzy zasługują na upamiętnienie. Podkreśla, że choć „11 listopada jest bardzo modny”, to w rzeczywistości „w Polsce nic wtedy się wielkiego nie wydarzyło”.

– Tym, którzy na upamiętnienie zasługują, tego upamiętnienia się odmawia od lat. Być może w dobrej wierze, sądząc, że prosty naród musi mieć jednego bohatera, a tego jednego bohatera wybrano przed wojną. Właściwie on sam się wybrał i teraz tak jak dynia na Halloween, niby Święty Mikołaj z reklam w czerwonym kubraku na Boże Narodzenie – tak na Święto Niepodległości jest wąsaty Piłsudski – ironizował publicysta.

Jak mówił, „Piłsudski ma być ikoną wszystkiego, bo on wszystko wiedział, wszystko przewidział (…) on nam dał niepodległość i basta”.

Tak to nie było. Oczywiście tych ludzi zaangażowanych, bez których niepodległości by nie było, było znacznie więcej – wskazał.

Zdaniem Ziemkiewicza, jedną z takich postaci, która „doznaje krzywd szczególnych”, jest Roman Dmowski. Ziemkiewicz wskazał, że wokół Dmowskiego narosło wiele czarnych stereotypów. Przy okazji Święta Niepodległości 2021 postanowił nagrać film, w którym obalił niektóre z nich.

Rzekoma prorosyjskość Dmowskiego

Dmowski nie był prorosyjski. To już nie chodzi o to, że nie był rusofilem, bo to już kompletna bzdura. Jego logiczny, chłodny stosunek do spraw narodowych wykluczał jakiekolwiek sympatie czy antypatie, słowianofilię, czy słowianofobię. On po prostu w sensie politycznym namawiał przed I wojną światową do ułożenia sobie stosunków z Rosją. Występowania u jej boku w wojnie – mówił.

Ziemkiewicz podkreślił, że źródłem takiej postawy była „probrytyjskość”.

To była racjonalna kalkulacja, którą oczywiście rzeczywistość potwierdziła, że wojnę światową wygrają państwa ententy, w związku z czym Polacy muszą być w tym obozie, który wygra. A niestety w tym obozie jest także Rosja – wskazał.

Trzeba powiedzieć, że tylko dlatego mieliśmy przyznane państwo polskie, że Polacy byli w Wersalu. A w Wersalu mógł być tylko Dmowski. Z Piłsudskim, sojusznikiem niemieckim przesłanym do Warszawy z Magdeburga po to, żeby objął władzę, bo Niemcy woleli, żeby ich sojusznik – krnąbrny, bo krnąbrny, ale ich – objął tę władzę, a nie ktokolwiek inny – z nim by nikt na Zachodzie nie rozmawiał i na pewno nikt by mu nie pozwolił wygłosić pięciogodzinnego przemówienia przed najmożniejszymi tego świata – dodał Ziemkiewicz.

Jak przypomniał, właśnie dzięki temu przemówieniu Dmowski przekonał możnowładców, że „Polska musi być niepodległa, bo to jest w ich, zachodniego świata, interesie, bo inaczej nigdy stabilizacji w Europie Środkowej nie będzie”.

Rzekomy antysemityzm Dmowskiego

Dmowski odżegnywał się od antysemityzmu, nie dlatego żeby to był jakiś wstyd w jego czasach. Przeciwnie, to było bardzo modne. Odżegnywał się od antysemityzmu, bo uważał, że antysemityzm jest sprawą głupią, emocjonalną – mówił Ziemkiewicz.

Jak zaznaczył publicysta, Ruch Narodowy przedstawiał się jako „ruch pozytywny, którego stosunek do Żydów – tak jak Niemców, Rosjan i kogokolwiek innego – jest logicznym skutkiem przyjętych założeń, a te założenia by nie były inne, nawet gdyby Żydów, czy tych innych narodów, na świecie by nie było”.

Ziemkiewicz podkreślił, że założeniem Ruchu Narodowego była budowa demokracji, a więc zbudowanie klasy średniej.

Dlaczego w Polsce klasy średniej nie było? Ponieważ w dawnej Rzeczpospolitej Obojga Narodów dziwną warstwą, unikalną w sakli świata, pośredników między szlachtą a wyzyskiwanym przez nią chłopstwem, byli Żydzi. I oni zajęli miejsce klasy średniej, więc żeby zbudować nowoczesne polskie społeczeństwo, trzeba ich było wypchnąć po prostu – mówił Ziemkiewicz.

Jak podkreślił, nie była to więc kwestia rasowa, a konfliktu interesów. Ziemkiewicz wskazał, że w 1932 roku Dmowski tak pisał o kwestii żydowskiej: „ta paląca kwestia różnic dzielących nas między sobą nigdy nie została należycie przedyskutowana i jest obowiązkiem i Żydów i Polaków i wszystkich w ogóle, czym prędzej do takiej dyskusji przystąpić i jakieś znaleźć wyważenie wspólnych interesów”.

Abp. Viganò: Christ would not recognize His Church in ‘the sect’ that’s eclipsing the See of Peter.

Abp. Viganò: Christ would not recognize His Church in ‘the sect’ that’s eclipsing the See of Peter


https://www.lifesitenews.com/opinion/archbishop-vigano-francis-church-no-longer-church/

’This rupture, this violent tear, was consummated on the spiritual level at the moment in which the authority of the prelates was secularized, just like what happened in the civil sphere.’

Archbishop Carlo Maria Viganò


Editor’s note: Below is an exchange of letters between a cloistered nun and Archbishop Carlo Maria Viganò. The first part of the piece is the nun’s letter to His Excellency, the second part is His Excellency’s reply. 

(LifeSiteNews)

=========================

— Most Reverend Excellency,

I am writing to you on the occasion of the coming Feast of Christ the King, and I permit myself to share with you a certain fundamental question:

Is there still any meaning in celebrating and invoking the grace that this liturgical feast so longed for when it was instituted?

If the King of kings and Lord of lords (cf. 1 Tim 6:15; Apoc. 19:16) were to return today in His glory, would He still recognize His Spouse, the Church?

By asking these questions, I will seem irreverent and lacking faith in the promise, “the gates of hell shall not prevail” (Mt 16:19), that resonates as a hope to cling to for those few survivors of the wind of mortal apostasy that has invaded the Church. Well, the provocative tone of these questions summarizes the feeling of confusion of the few remaining faithful, faithful in searching for some reference to the Magisterium, a valid Sacrament, and coherence of life among the shepherds. I turn to you as to a “Voice in the desert” that so many times has illuminated so many lost and disheartened souls.

I wanted to share with you this little story that happened to me:

A few days ago, a lady who brought some donations to the convent said to me: ‘You know, I don’t follow these things very much, but it seems to me that the direction the Church has taken lately is not so good…!’ From the way she spoke, the tone of her voice, I perceived that she was embarrassed for expressing herself in this way to someone whom she believed represented that ‘Church’ that she had just questioned. I could make a great speech to her: my answer was a simple appeal about the need to intensify our personal prayer, leaving the lady in her ignorance and allowing me to ‘identify’ with that ‘church’ that I do not really feel I represent… The sensation was one of great impotence, in the impossibility of being able to give exhaustive and truthful answers. A few minutes earlier I had read the exhortation of Pope Pius XI when, one hundred years ago in his Encyclical Ubi Arcano Dei he had exhorted Catholics about their duty to hasten the return of the social kingship of Christ. A sort of ‘moral duty,’ of a personal and collective commitment.

Is this commitment still valid? And how should we put it into practice if the “Church” is no longer the “Church”?

The letter Ubi Arcano Dei was the beginning of the institution of the Feast of the Kingship of Christ, which took place in 1925 precisely in order to avoid the mess that we have experienced in the recent years. In that encyclical, the Kingship of Christ was understood as the remedy to secularism and to all of those errors that – at a distance of one hundred years – have been generously welcomed by many prelates, bishops, cardinals, and even he who presents himself as the representative of Christ and who under this insignia has promoted the ruinous acceleration of the flock “deceptively” entrusted to him.

Francis is considered to be the pope, albeit an apostate, but is he the pope? Was he ever the pope?

When Pilate asked Jesus what truth was, despite having Truth Himself right in front of him, the gaze of Christ, the Judge of the world, penetrated the mediocrity of the weak man who stood before him. Pilate trembled for a moment, but the glamor of his personal pride prevailed. Christ the King returns today in the same form and looks the bishops and cardinals in the eye, those who do not recognize the Crown of Thorns that He has worn in their place, assuming the price of their betrayal, their pride, and their unworthy blindness.

I recall having read in the Diary of Saint Faustina Kowalska – the saint of Mercy – that one day Jesus appeared to her completely scourged, covered in blood and crowned with thorns: he looked her in the eyes and said to her “The bride must resemble Her Bridegroom.” The saint understood what was meant by that call to “nuptiality,” to sharing everything. Probably this is the form of recognition of the Kingship of Christ that our historical moment is demanding personally of every true Catholic.

Yes, it seems to me that this is the vocation of the “true Church” in our time: of that little flock which, meeting the gaze of Christ the King mistreated and disfigured by blasphemy and perversion, still has the courage to give a response of love, fidelity, and consistency of conscience that is unable to deny Him, because otherwise it would deny Christ the King just as did Pilate, Herod, and all the leaders of the people.

I do not hide from you that with these lines I wanted to ask for one of your essays, which are full of Christian hope for the little remnant that is bewildered because it is without a Shepherd, without the representative of Christ who ought to guard and defend the Church entrusted to him.

I have asked you some questions that many are asking with such sorrow in their hearts, and I am certain that the Holy Spirit will give you the answers that will rekindle expectation for the return of the triumph of the Kingdom of Christ in society, in every heart, and over the entire face of the earth!

“Pacificus vocabitur, et thronus eius erit firmissimus in perpetuum!” 

– A cloistered nun

======================

Archbishop Viganò’s reply

Reverend and dearest Sister,

I read the letter you sent me with keen interest and edification. Permit me to respond to as well as I can.

Your first question is as direct as it is disarming: “If the King of Kings and Lord of Lords were to return today in His glory, would he still recognize His Bride, the Church?” Of course He would recognize Her!

But not in the sect that eclipses the See of Peter, rather in the many good souls, especially in the priests, men and women religious, and in many simple faithful souls, who, even if they do not have horns of light on their brow as Moses did (Ex 34:29), are still recognizable as living members of the Church of Christ.

He would not find Her at Saint Peter’s, where worship has been offered to an unclean idol; nor at Santa Marta, where the artificial poverty and inflated humility of the Tenant are a monument to his immense ego; nor at the Synod on Synodality, where the fiction of democracy serves to complete the dismantling of the divine edifice of the Catholic Church and to impose scandalous ways of life; not in the dioceses and parishes in which the conciliar ideology has replaced the Catholic Faith and cancelled Tradition. The Lord, as Head of the Church, recognizes the pulsating and living members of His Mystical Body and those who are dead and rotting, having been snatched from Christ by heresy, lust, and pride, and who are now subject to Satan. So yes: the King of kings would recognize the pusillus grex, even if he had to look for it gathered around an altar in an attic, a cellar, or the middle of the woods.

You mention that the promise of the Non prævalebunt may resound “as a hope to cling to,” and that “the provocative tone of these questions summarizes the feeling of confusion of the few remaining faithful, faithful in searching for some reference to the Magisterium, a valid Sacrament, and coherence of life among the shepherds.”

Our Lord’s promise to St. Peter is provocative, in a certain sense, because it starts from two assumptions: the first is that the gates of hell will not prevail, which tells us nothing about the level of persecution that the Church will have to endure. The second, a logical consequence of the first, is that the Church will be persecuted but not defeated. For both, we are asked to make an act of Faith in the word of the Savior and in His omnipotence, along with an act of humble realism, acknowledging our weakness and the fact that we deserve the worst punishments, both among the “modernists” and also among the “traditionalists.”

You ask me how to put into practice the appeal of Pius XI for the restoration of the social Kingship of Christ, “if the ‘Church’ is no longer the ‘Church.’” Certainly, the visible church, to which the world gives the name of Catholic Church and of which it considers Bergoglio as Pope, is no longer Church, at least with regard to those cardinals, bishops, and priests who convincedly profess another doctrine and declare themselves to be adherents of the “conciliar church” in antithesis to the “preconciliar church.” But are you and I, and the many priests, religious and faithful, part of that church or of the Church of Christ? To what extent can we superimpose the Bergoglian church and the Catholic Church, accepting that they are superimposable in some aspect? The problem is that the conciliar revolution has torn the bond of identity between the Church of Christ and the Catholic hierarchy.

Before Vatican II it was unthinkable that a pope could have openly contradicted his predecessors in doctrinal or moral questions, because the hierarchy was very clear about its role and its moral responsibility in administering the power of the Holy Keys and the authority of the Vicar of Christ and the shepherds. The Council, beginning right with the anomalous definition it gave of itself and with the rupture with the past present in the elimination of the canons and anathemas, showed how it is possible, for anyone who does not have moral sense, to hold a sacred role in the Church even though unworthy in the three aspects that you have duly enumerated: “Magisterium, valid Sacrament, and coherence of the life of the Shepherds.” These shepherds, deviants in doctrine, morality, and liturgy, do not feel bound to the fact that they are vicars of Christ, and of thus being able to govern the Church only if their authority is exercised coherently with the purposes that legitimize it. This is why they abuse their own power, usurp an authority whose divine origin they deny, and humiliate the sacred institution which in some way guarantees the authority of those Shepherds.

This rupture, this violent tear, was consummated on the spiritual level at the moment in which the authority of the prelates was secularized, just like what happened in the civil sphere. Wherever authority ceases to be sacred, sanctioned from above, exercised in the place of He who combines in himself the spiritual authority of Supreme Pontiff and the temporal authority of King and Lord, it is there corrupted into tyranny, sold with corruption, and commits suicide in anarchy. You write: “Christ the King returns today in the same form and looks the bishops and cardinals in the eye, those who do not recognize the Crown of Thorns that He has worn in their place, assuming the price of their betrayal, their pride, and their unworthy blindness.”

In those same features, dear sister, we must recognize the Holy Church. And as we were scandalized in seeing her Head humiliated and mocked, scourged and bleeding, wearing the robe, holding a reed, and crowned with thorns, so we are scandalized now in seeing in an analogous way the entire Church Militant laying prostrate, wounded, covered with spit, insulted, and mocked. But if the Head wanted to embrace the Sacrifice by humiliating Himself even unto death, death on a Cross, for what reason would we presume to merit a better end, since we are His members, if we really wish to reign with Him? On which throne is the Lamb seated, if not on the royal throne of the Cross? Regnavit a ligno Deus: this was the triumph of Christ; this will be the triumph of the Church, His Mystical Body. You rightly comment: “The Bride must resemble Her Bridegroom.” And you continue: “Yes, it seems to me that this is the vocation of the ‘true Church’ in our time: of that little flock which, meeting the gaze of Christ the King mistreated and disfigured by blasphemy and perversion, still has the courage to give a response of love, fidelity, and consistency of conscience that is unable to deny Him, because otherwise it would deny Christ the King just as did Pilate, Herod, and all the leaders of the people.”

Your letter, dearest sister, is for all of us an opportunity to reflect on the mystery of the passio Ecclesiæ that is so near to what is happening in these terrible times. And I conclude by recalling the “provocation” of the Non prævalebunt: just as the Savior knew the shadow of the tomb, so we must know it will happen to the Church, and perhaps it is already happening. But He will not allow his Holy One to know corruption (Ps 16), and He will make Her rise just as He Himself rose from the dead. In this sense, the words “The Bride must resemble the Bridegroom” acquire their full significance, showing us how only by following the Divine Bridegroom up the steep slope to Golgotha will we be able to merit to follow Him in glory to the right hand of the Father.

I exhort you to draw spiritual profit from these thoughts, as I impart to you and your dear fellow sisters my fullest and fatherly blessing.

+ Carlo Maria Viganò, Archbishop

4 November 2022

S.cti Caroli Borromæi, Pont. Conf.

Polska jest semi-demokracją. Zaplanowana de-edukacja i de-medycynizacja. Jak zniszczyć NARÓD? – Na marginesie Święta Niepodległości.

Jak zniszczyć NARÓD? – Na marginesie Święta Niepodległości. Polska jest semi-demokracją. Zaplanowana deedukacja i demedycynizacja

https://www.antypartia.org/aktualnosci/jak-zniszczyc-narod-na-marginesie-swieta-niepodleglosci/

Jednym ze najskuteczniejszych sposobów panowania imperiów nad podbitymi narodami było utrzymywanie ich w słabej kondycji fizycznej i niski poziom edukacji. Znacznie bowiem łatwiej jest zniewalać ludzi mało sprawnych fizycznie i umysłowo. 

Wypróbowane metody panowania nomenklatury:

zaplanowana deedukacja i demedycynizacja

Oczywiście historia zna jeszcze bardziej brutalne sposoby kontrolowania i niszczenia podbitych narodów – np. Sowieci przesiedlali miliony ludzi na tereny o bardzo trudnych warunkach życia i zmuszali do niewolniczej pracy, zaś Niemcy mordowali przy pomocy gazu.

Także w dzisiejszych czasach panujący (również w systemach, które profesor Matyja określa mianem „semidemokracji”) stosują – znane od tysięcy lat – skuteczne techniki zniewalania poddanych, zwanych obecne często przez nich paradoksalnie „obywatelami” lub „wyborcami”.

Słabo wykształconymi ludźmi, pozbawionymi prawdy poprzez kulturową (głównie medialną) dezinformację oraz skutecznej opieki medycznej, znacznie łatwiej rządzić.  Z tego zdawali sobie sprawę komuniści w czasach PRL-u, stosując brutalną cenzurę, quasi edukację oraz niski poziom usług medycznych.

Niestety także po roku 1989 kolejne ekipy rządzące, które można by nazwać „nową nomenklaturą”, stosują podobne metody jak niegdyś – nazwani prze Leszka Nowaka „trój-ciemiężcami” –  komunistyczni władcy-właściciele-kapłani  (patrz: Michael Voslensky: Nomenklatura: the Soviet ruling class –  https://archive.org/details/nomenklaturasovi0000vosl_l7v8

 Jak ogłupić homo semi-democraticus

Najnowsza historia świata jasno wskazuje, iż największych skoków cywilizacyjnych dokonywały narody, które decydowały się na intensyfikacje procesów edukacyjnych obywateli. Na przykład Irlandia czy Finlandia, które postawiły na wzmożoną, nowoczesną  edukację, szybko znalazły się w czołówce na wszystkich możliwych listach rankingowych,  obrazujących rozwój cywilizacyjny i standard życia. 

Stany Zjednoczone, których 8 uniwersytetów znajduje się w pierwszej dziesiątce najlepszych uczelni świata, a zdecydowana większość Nagród Nobla przypada amerykańskim naukowcom, od ponad 100 lat dominują praktycznie w każdej dziedzinie rozwoju cywilizacyjnego.  

Jest chyba truizmem twierdzenie, iż poziom edukacji (zwłaszcza w XXI wieku) decyduje o tempie rozwoju i standardzie życia w danym państwie. Jeśli jednak dla panujących ważniejszym od poziomu życia obywateli jest ich skuteczne ogłupianie (np. przez centralnie sterowaną propagandę), wówczas nie tylko nie będą zabiegać o wysoki poziom nauczania (od przedszkola po wyższą uczelnię), lecz tak je organizować, by obywatel kończąc swą edukację (czy to po maturze czy obronie pracy doktorskiej), nie był zbyt inteligentny, by dokonywać słusznych wyborów. To znacznie ułatwia utrzymanie się przy władzy nowej nomenklaturze w semi-demokracji, jaka panuje w Polsce po 1989 roku.

Najlepszym dowodem na słaby poziom nauczania w Polsce są odległe miejsca polskich uczelni w tzw. Rankingu Szanghajskim. Od lat wypadają one wyjątkowo blado (by użyć eufemizmu) na tle innych.

W Rankingu Szanghajskim 2022 – wśród 1000 najlepszych na świecie uczelni Uniwersytet Jagielloński i Uniwersytet Warszawski znalazły się w piątej setce – w grupie 401-500. Ich pozycja teraz jest gorsza niż kilka lat temu – np. w 2020 Uniwersytet Warszawski był w czwartej setce, podobnie jak Uniwersytet Jagielloński – w 2019 !  
patrz: https://www.shanghairanking.com/rankings/arwu/2022

Pracownicy polskich wyższych uczelni od lat skarżą się na bardzo niski poziom wykształcenia absolwentów szkół średnich, którzy zaczynają swe studia.  Niski poziom nauczania zarówno w szkołach średnich jak i podstawowych wynika nie tylko z chaosu edukacyjnego, jaki niosą ze sobą kolejne „reformy oświatowe” po 1989 roku (np. powstanie gimnazjów etc.), ale także (a może przede wszystkim) z negatywnej selekcji w zawodzie nauczyciela, będącej skutkiem ok. 2-krotnie niższego wynagradzania pracowników oświaty w stosunku do wynagrodzeń na tzw. Zachodzie.

Nie chodzi tu bynajmniej o to, iż polscy nauczyciele zarabiają 2-3 razy mniej niż w Niemczech czy Szwajcarii, lecz o to, że stosunek ich wynagrodzeń do płac w innych zawodach w Polce znacząco odbiega od tego typu relacji na tzw.  Zachodzie.  W naszym kraju zawód nauczyciela stracił swój prestiż i w związku z tym związane z nim odpowiednie wynagrodzenie za pracę. Szkoły polskie nie mają najmniejszych szans przyciągnąć świetnych nauczycieli, bo ci wybierają po prostu lepiej płatne prace. Obserwuje się często negatywny stosunek społeczeństwa do zawodu nauczyciela, co jest zjawiskiem kuriozalnym. Co z tego wynika? Ostatni raz Polak otrzymał Nagrodę Nobla z dziedziny nauk ścisłych 111 lat temu (Skłodowska).

Nie mniej groźnym dla polskiego narodu zjawiskiem jest ogłupianie ludzi poprzez coś, co nadal prezentuje się (głównie w telewizji)  jako „kultura”. To, co niegdyś było faktyczną  kulturą,  zastępuje się świadomie zjawiskami, które symbolicznie możemy nazwać „Zenkiem Martyniukiem”. Obywatele bujają się w rytmie disco polo, co ma im pomóc podjąć właściwą (z punktu widzenia nowej nomenklatury) decyzję np. przy urnie wyborczej. Stosowana zaś przez obydwa walczące ze sobą w wojnie polsko-polskiej „plemiona” cenzura i różne metody dezinformacyjne mają kształtować w odpowiedni (dla tych „plemion” politycznych) sposób homo semi-democraticus. W podobny sposób komuniści tworzyli kiedyś homo sovieticus, co świetnie zrelacjonował np. Aleksader Zinowjew, patrz https://ruj.uj.edu.pl/xmlui/bitstream/handle/item/87376/gwizdz_aleksandra_zinowiewa_koncepcja_istoty_2008.pdf?sequence=1&isAllowed=y:

Tak „wykształcony” i zmanipulowany Polak głosuje na przykład na 23-letniego magazyniera spod Wieliczki tylko dlatego, że nosi nazwisko znanego polityka (autentyczny przypadek z tarnowskiego okręgu wyborczego!) lub na kandydata na radnego, gdyż ten „ładnie śpiewa godzinki” (tak było naprawdę w czasie wyborów samorządowych w małopolskim Tarnowie)

 Czy nowa nomenklatura po 1989 chce zniszczyć naród fizycznie

Dlaczego w ciągu ponad 30 lat żadna z rządzących ekip nie przeprowadziła takich zmian w systemie ochrony zdrowia, które nie kazałyby czekać dziecku polskiemu na ściągnięcie gipsu ze złamanej ręki kilka miesięcy (osobiście znam taki przypadek!) lub nie skazywałyby  staruszka na ekonomiczną eutanazję? Problemy polskiej służby zdrowia wynikają nie tylko z braku pieniędzy, ale przede wszystkim z fatalnej jej organizacji, co potwierdzają znający się na tym specjaliści.

Naczelna Rada Lekarska ocenia, że w Polsce brakuje ok. 68 tysięcy lekarzy; jest ich ok. 140 tysięcy i ok. 38 tysięcy dentystów (wielu polskich lekarzy jest już w wieku emerytalnym), patrz:

https://www.medonet.pl/zdrowie,lekarze-w-polsce—ilu-ich-jest–ile-maja-lat—infografika-,artykul,02798385.html

Od wielu już lat z Polski ucieka ok. 1.000 młodych lekarzy rocznie. Z jednej strony ordynatorzy czy lekarze na kontrakcie zarabiają gigantyczne pieniądze, z drugiej zaś – młodzi stażyści  otrzymują wynagrodzenia porównywalne z pensją sprzedawczyni w supermarkecie i dlatego po studiach emigrują, (zwłaszcza, iż staż trwa zbyt długo). Rozwiązanie tego problemu wydaje się proste, lecz nowa nomenklatura go nie stosuje od ponad 30 lat. Samo zwiększenie liczby studentów medycyny nic nie da. Trzeba skrócić okres stażu lekarza, zwiększyć znacząco wynagrodzenie młodych lekarzy, a z drugiej strony np. zobowiązać studentów medycyny do zwrotu kosztów kształcenia w razie emigracji z Polski w okresie – powiedzmy – 10 lat od chwili ukończenia studiów.

Do 2030 roku liczba zatrudnionych pielęgniarek i położnych zmniejszy się  o 16%! Na 231 tysięcy pielęgniarek aż 146 tysięcy ma więcej niż 60 lat; średnia wieku pielęgniarek i położnych wynosi 51 lat; prawie 70 tysięcy pracuje mimo uzyskania uprawnień emerytalnych.
patrz:  https://www.prawo.pl/zdrowie/w-szpitalach-brakuje-pielegniarek,513431.html

Zawód pielęgniarki i położnej jest niedoceniany w Polsce podobnie jak zawód nauczyciela. Oczywiście przyczyna braku chętnych do wykonywania tego zawodu w Polsce jest podobna jak w przypadku młodych lekarzy – zbyt niskie wynagrodzenie w stosunku do kwalifikacji i obowiązków.

Nowe ugrupowanie – Antypartia (www.antypartia.org) zaproponowało m.in. likwidację podwójnej administracji w województwach, która jest kuriozum w skali całego świata (wojewoda i urząd wojewódzki oraz marszałek województwa i sejmik wojewódzki). Antypartia proponuje pozostawić tylko samorząd, podobnie jak na całym cywilizowanym świecie! W Polsce jest 380 powiatów, które tak naprawdę stanowią swego rodzaju „koryto” dla szwagrów partyjnych. Gdybyśmy zlikwidowali 380 starostw powiatowych, w których pracują przeważnie przysłowiowi „znajomi i krewni królika”, a ich kompetencje przekazali gminom (których jest zbyt dużo – 2.500, a wystarczyłoby ok. 2.000) oraz urzędy wojewódzkie, zaoszczędzilibyśmy rocznie – jak oblicza Antypartia – taką sumę, która wystarczyłaby na podwyższenie miesięcznego wynagrodzenia każdej polskiej pielęgniarki o ok. 2.000 zł netto, czyli prawie 2-krotnie!

Choć liczba mieszkańców USA jest ok. 8 razy większa niż w Polsce, w amerykańskiej Izbie Reprezentantów jest 435 kongresmenów, czyli mniej niż posłów w Sejmie RP. Antypartia proponuje redukcję liczby posłów oraz ich wynagrodzeń, a zaoszczędzone w ten sposób  pieniądze – przeznaczać np. na konieczne zabiegi medyczne, na które teraz podobno brakuje funduszy.

Jeśli do procesu systematycznego osłabiania siły fizycznej narodu poprzez kulejący system ochrony zdrowia w Polsce dodany ujemny przyrost naturalny oraz trwającą ciągle emigrację  ekonomiczną, musimy dojść do wniosku, że nowa nomenklatura dąży świadomie do takiego stanu społeczeństwa polskiego, który ułatwi nad nim panowanie, tym bardziej, iż w Polsce funkcjonuje „najgłupsza na świecie” ordynacja wyborcza (jak ją określił doradca ds. bezpieczeństwa jednego z prezydentów USA), a  niezwykle ważne w demokracji narzędzie, jakim jest referendum, w praktyce jest fikcją.

Polska jest w rzeczy samej semi-demokracją, w której siła społeczeństwa jest w znaczący sposób świadomie osłabiana przez nową nomenklaturę od ponad 30 lat nie tylko poprzez wadliwy system polityczny, ale także ogłupiający obywateli system edukacji, kultury (w tym przed wszystkim dezinformacji) oraz brak skutecznego systemu ochrony zdrowia Polaków.

Marek Ciesielczyk

Autor – doktor politologii Uniwersytetu w Monachium, profesor University of Illinois w Chicago, Fellow w European University Institute we Florencji, pracownik naukowy  Forschungsinstitut fur sowjetische Gegewart (którego dyrektorem był prof. Michael Voslensky), niezależny radny Rady Miejskiej w Tarnowie 5-ciu kadencji, Przewodniczący Antypartii (www.antypartia.org),

e-mail: dr.ciesielczyk@gmail.com , tel. 601 255 849

Czy polityczna nikczemność (poprawność) stała się znakiem firmowym Roberta Bąkiewicza?

Bąkiewicz zmienia formułę Marszu Niepodległości?

CzarnaLimuzyna https://www.ekspedyt.org/2022/11/10/bakiewicz-zmienia-formule-marszu-niepodleglosci/

Od czasu przełomowego Marszu Niepodległości w 2011 roku aż do tego roku myślałem, że rzeczą najważniejszą w obchodach 11 listopada jest sprawa Niepodległości naszej Ojczyzny.

Niestety, wygląda na to, że Marsz Niepodległości może przekształcić się, tak jak pozostałe święta, w jedną z wielu politycznie poprawnych dekoracji maskujących rzeczywistą sytuację Polski.

Kilka dni temu na pisowskim portalu ukazały się fragmenty rozmowy z Robertem Bąkiewiczem, który mówiąc o Marszu Niepodległości, złożył jednocześnie swoistą deklarację politycznej lojalności, powtarzając propagandową narrację i pomijając milczeniem sprawę realnej utraty przez „państwo polskie” już nie Niepodległości, ale kolejnych marnych resztek suwerenności w ramach realizowanego Wielkiego Resetu w polityce i gospodarce.

Silny Naród, Wielka Polska?

Główne hasło Marszu Silny Naród, Wielka Polska brzmi groteskowo w sytuacji, gdy 200 tys. Polaków straciło życie w wyniku lockdownu w Służbie Zdrowia, a osoby odpowiedzialne za ten stan rzeczy kontynuują dzieło dalszego niszczenia Polski pod postacią węglowego lockdownu.

Tymczasem uwaga uczestników Marszu ma być skierowana tylko w stronę Rosji, a patriotyczna energia trwoniona na śpiewanie piosenek.

Jeszcze bardziej niż w poprzednich latach będziemy stawiali na to, aby było mniej okrzyków, a więcej wspólnego śpiewania pieśni patriotycznych.

“Mniej okrzyków”? Brzmi podobnie jak zalecenie Dudy w sprawach Wołynia, by się “miarkować w słowach”.

Chcemy zwrócić uwagę na zagrożenia płynące dziś z polityki imperialnej Rosji, ale również sojuszu Berlina z Moskwą. /Robert Bąkiewicz dla TVP info/.

A gdzie inne ważne tematy?

Wygląda na to, że polityczna nikczemność (poprawność) stała się znakiem firmowym Roberta Bąkiewicza. Jestem ciekaw co na to uczestnicy Marszu, czy wezmą w nim udział jako lunatycy czy może przemówią własnym głosem – upominając się o Polskę – nie o tą “Polskę” z telewizji, lecz o tę prawdziwą?

Niepodległość Polski ogłosiła Rada Regencyjna 7 października 1918 roku. Polska miała stać się monarchią.

Niepodległość Polski ogłosiła Rada Regencyjna 7 października 1918 roku. Miała stać się monarchią.

Nie odzyskaliśmy niepodległości 11 listopada.

https://nczas.com/2022/11/11/nie-odzyskalismy-niepodleglosci-11-listopada-swietowac-powinnismy-innego-dnia/

Choć władza państwowa bezrefleksyjnie obchodzi Święto Niepodległości 11 listopada, to konserwatyści pamiętają, że niepodległość Rzeczypospolitej Polskiej ogłoszono 7 października 1918 roku.

Rada Regencyjna, w skład której wchodzili: abp Aleksander Kakowski herbu Kościesza, Książę Zdzisław Lubomirski herbu Szreniawa bez Krzyża i hrabia Józef Ostrowski herbu Korab, powołując się na 14 punktów Wilsona zaakceptowanych kilka dni wcześniej przez państwa centralne, 7 października 1918 roku proklamowała niepodległość Polski.

Nasze państwo miało stać się docelowo monarchią – tak, jak to było przed rozbiorami.

2 października ta sama Rada przejęła od okupantów władzę zwierzchnią nad wojskiem. 25 października powołano rząd Józefa Świeżyńskiego – to on jako pierwszy nie musiał starać się o akceptację władz okupacyjnych niemieckich i austro-węgierskich.

Świeżyński później, 3 listopada, próbował przeprowadzić przeciwko Radzie zamach stanu.

Rada jednak odparła atak i powołała na urząd tymczasowego szefa prowizorium rządowego Władysława Wróblewskiego.

Warto zauważyć jak długo Państwo Polskie już działa; zajmuje się swoimi sprawami; a żaden piłsudczyk jeszcze go nie tknął.

Dopiero 11 listopada Rada Regencyjna oddała zwierzchnią władzę wojskową oraz naczelne dowództwo nad wojskiem polskim socjalistycznemu rewolucjoniście – Józefowi Piłsudskiemu. To niestety pogrzebało szanse Polski na przywrócenie monarchii.

Dziś Święto Niepodległości obchodzimy 11 listopada – w ślad za poplecznikami Piłsudskiego i Polskiej Partii Socjalistycznej. Tak naprawdę jednak Niepodległa Polska działała już jako suwerenny byt państwowy od 7 października 1918.