Norwegowie płacą Żydom za dostęp do polskiego rynku! Talmudyczne „prawo” CHAZAKA.

Norwegowie płacą Żydom za dostęp do polskiego rynku! Talmudyczne „prawo” CHAZAKA.

K. Treter-Sierpińska https://medianarodowe.com/2020/03/07/szok-norwegowie-placa-zydom-za-dostep-do-polskiego-rynku-wideo/

Talmudyczne „prawo” CHAZAKA zastosowano wobec Norwegów! Norwegowie przekazali na Muzeum POLIN 42 mln. w zamian za obietnice ze strony żydowskiej dostępu do rynku polskiego. Uzyskanie koncesji. To prawo działało/działa w kahałach. Innymi słowy, żyd mógł opłacić w kahale prawo do przejęcia na własność majętności innego obywatela, ale goja, nie żyda, zanim delikwent wpadał w jakiekolwiek kłopoty finansowe.

===================

„Chazaka (hebr.; jid. chazoke) – pojęcie oznaczające w prawie żydowskim sposób wejścia w posiadanie, dowód prawa własności lub domniemanie określonego stanu rzeczy, jak również reputację lub konkluzję Jedna z najważniejszych zasad żydowskiego prawa cywilnego, której źródłami są teorie własności i posiadania, osobisty i rytualny status zainteresowanego oraz lokalne zwyczaje (minhag). Zagadnienia związane z ch. omówione zostały głównie w Misznie w trzecim rozdziale traktatu Bawa Batra. W skrócie, zasady ch. sprowadzają się do tego, że jeśli człowiek, nie posiadając dowodów (dokumentów) własności, potrafi uzasadnić jej objęcie, a następnie ma ją w swoim posiadaniu przez 3 lata, bez protestów osób trzecich – zostaje uznany za właściciela, na zasadzie domniemania. Owo domniemanie powoduje, że ch. ma także zastosowanie w innych sprawach i pojawia się jako pojęcie w innych częściach Miszny (np. w traktacie Ketubot oznacza konkluzję, wynikającą z domniemania, że nikt nie zawrze małżeństwa, bez uprzedniego sprawdzenia fizycznej zdolności doń drugiej strony). Ch. była także rodzajem szeroko pojmowanej koncesji, tj. zgody udzielanej przez gminę na: zamieszkanie w mieście i bycie jej członkiem, posiadanie domu, wykonywanie działalności handlowej lub rzemieślniczej, objęcie i prowadzenie dzierżawy. W zamian za wydanie ch. do kasy gminnej wnoszono wysoką opłatę (również zwaną chazaką). Utrata ch. mogła nastąpić na skutek zaniechania wnoszenia opłat, wykroczenia przeciw prawu religijnemu lub popełnienia przestępstwa kryminalnego.”

Ludzkość, jak wiadomo, dzieli się na dwie kategorie: Żydów i “gojów”.

Ludzkość, jak wiadomo, dzieli się na dwie kategorie: Żydów i “gojów”. Kryterium tego podziału jest proste, jak budowa cepa; “gojami” są wszyscy, którzy nie są Żydami. Żydzi bowiem, jak wiele innych ludów, które przechowały aż do dzisiejszego dnia anachroniczne wyobrażenia o sobie – na przykład Kanakowie, a “Kanaka” to znaczy po prostu człowiek – tylko siebie uważają za ludzi, podczas gdy wszystkich pozostałych – za istoty tylko człekopodobne.

Stanisław Michalkiewicz: https://prawy.pl/118066-stanislaw-michalkiewicz-goje-i-geje-felieton/

Tak w każdym razie pisał w broszurze “Chrześcijanin w Talmudzie żydowskim” ksiądz Bonawentura Pranajtis, który naukowo specjalizował się w hebraistyce i był uważany za jednego z najlepszych znawców Talmudu. Ponieważ nieznajomości Talmudu niepodobna mu było zarzucić, był tedy oskarżany o “tendencyjną” jego interpretację. Ale we wspomnianej broszurze, oprócz “interpretacji” są też cytaty, więc jeśli ktoś odrzuca “interpretacje” księdza Pranajtisa, to na podstawie tych cytatów może wyrobić sobie własny pogląd. Ot na przykład coś takiego: “Stworzył ich (Bóg) w kształcie ludzi na cześć Izraela, nie są bowiem stworzeni w innym celu, jak dla służenia (Żydom) dniem i nocą.”

Ciekawe, czy wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler mówiąc o “nadludziach” i “podludziach” nie inspirował się przypadkiem właśnie Talmudem? Kiedyś bowiem był on znacznie bardziej rozpowszechniony, niż teraz. Stanisław Cat-Mackiewicz wspomina, że kiedy był redaktorem wileńskiego “Słowa”, ze zdziwieniem dowiedział się, że oprócz drukarni tej gazety, posiadającej bodajże tylko dwa linotypy, jest w Wilnie drukarnia, mająca ich ponad 60. Należała ona do “Wdowy i braci Romm” i drukowała właśnie Talmudy, rozsyłane potem na cały świat.

Wspomniałem tu o Adolfie Hitlerze, który – chociaż Żydów nienawidził – paradoksalnie przyczynił się do umocnienia ich pozycji międzynarodowej. Wykorzystując współczucie świata dla Żydów po masakrze, jaka spotkała ich z rąk Niemców podczas II wojny światowej, zaczęli oni formułować wobec “gojów” coraz bardziej kategoryczne żądania, które – dzięki wpływowi, jaki uzyskali w Stanach Zjednoczonych – przybrały postać ustawy o zwalczaniu antysemityzmu w Europie. Zdefiniowane zostały tam iście orwellowskie “myślozbrodnie”, które albo już są, albo wkrótce będą karane sądownie. Jedną z takich “myślozbrodni” jest “formułowanie (…) stereotypowych opinii (…) o kontrolowaniu przez Żydów mediów, gospodarki, rządu lub innhych społecznych instytucji”. Każdy, kto był, a przynajmniej – kto słyszał o stosunkach panujących w USA, to wie, że takie “opinie”, to najprawdziwsza prawda, że Żydzi w znacznym stopniu kontrolują tamtejsze media, przemysł rozrywkowy i gospodarkę, przede wszystkim poprzez kontrolowanie sektora finansowego.

Co do kontrolowania rządów, to nie musimy wcale sięgać do przykładów amerykańskich, bo przecież nie tak w końcu dawno, rząd Izraela oficjalnie występował pod adresem Polski o odwołanie z rządu ówczesnego wicepremiera i ministra edukacji Romana Giertycha.

Wprawdzie wydarzenia potoczyły się trochę inaczej, ale samo takie żądanie jest dowodem, iż Żydzi przynajmniej chcieliby mieć wpływ na kontrolowanie rządów państw “gojowskich”. Ale jeszcze lepszym dowodem takich ambicji jest fragment całkiem świeżego, bo pochodzącego z dni ostatnich, wspólnego oświadczenia organizacji żydowskich “poparcia roboczej definicji antysemityzmu międzynarodowego sojuszu na rzecz pamięci o holokauście”: Po wyliczeniu wszystkich “myślozbrodni” sygnatariusze deklaracji oświadczają: “Będziemy wykorzystywać definicję IHRA, między innymi w szkoleniach i edukacji, jako narzędzie zaangażowania i edukacji decydentów, organów ścigania, wychowawców i liderów społeczności nieżydowskich. Będziemy zachęcać do stosowania definicji IHRA, jako wskazówki dla nauczycieli, sędziów, prokuratorów i funkcjonariuszy organów ścigania w rozpoznaniu działań antysemickich lub ustaleniu, czy domniemany czyn był motywowany antysemityzmem.” Mamy tu wyłożony cały program tresury “gojów”. Żeby było zabawniej, to we wspomnianym “oświadczeniu” czytamy m.in. o “micie o międzynarodowym spisku żydowskim”. Jak widzimy, to nie żaden “mit”, tylko rzeczywista rzeczywistość. Toteż Wielce Czcigodna Wanda Nowicka, której syn pochwalał katyński mord na polskich oficerach, bo dzięki temu łatwiej było Sowietom przeprowadzić w Polsce rewolucję komunistyczną, nawołuje do “potępienia” przez Sejm kaliskiego marszu, którego kulminacyjnym momentem było groteskowe spalenie “Statutu Kaliskiego” – dokumentu, który nie obowiązuje co najmniej od 300 lat. Za tym “potępieniem” mogą pójść represje wobec każdego, kto podpadnie pod definicję antysemityzmu z IHRA, która najwyraźniej stawia znak równości między antysemityzmem i spostrzegawczością.

Może to rodzić rozmaite dysonanse poznawcze. Na przykład, gdy biją Murzynów, to bardzo źle i w swoim czasie to właśnie zarzucano Amerykanom, by wykazać wyższość ustroju socjalistycznego nad kapitalistycznym. Gdy goje biją Żydów, to jeszcze gorzej; już nic gorszego być nie może.

Jak jednak potraktować sytuację, gdy Żydów biją Murzyni? Tak właśnie było kiedyś w Nowym Jorku, gdzie Murzyni bili Żydów z inspiracji Ludwika Farrakhana, co to oskarża Żydów że wymyślili socjalizm, żeby zniszczyć Murzynów i grozi oskarżeniem ich za udział w handlu niewolnikami, co – mówiąc nawiasem – nie jest pozbawione podstaw i tak się stało całkiem niedawno w Londynie. Murzyni bowiem żadnymi definicjami IHRA się nie przejmują, podobnie jak innymi myślo -zbrodniami i na przykład w rozmowach między sobą nazywają się wzajemnie “czarnuchami”, podczas gdy biały człowiek za coś takiego wędruje za kraty. Ale każda akcja rodzi reakcję i pewnie dlatego przewodniczący Światowego Kongresu Żydów bije na alarm, że co trzeci Niemiec poniżej 25 lat ma “antysemickie” poglądy. Najwyraźniej Niemcy, w odróżnieniu od safandulskich Polaków, bardziej zdecydowanie reagują na tresurę, więc sytuacja pewnie ma charakter rozwojowy.

Na tle tego wszystkiego lepiej rozumiemy, dlaczego polscy “wychowawcy” i “liderzy” Kościoła katolickiego tak gorliwie uprawiają judaszyzm, podczas gdy niemieccy – być może ze względów, o których wspomina przewodniczący Światowego Kongresu Żydów, podlizują się “gejom”, czyli sodomczykom płci obojga. To podlizywanie się sodomczykom przybiera również postać nowej, uproszczonej teologii, według której Pan Bóg, który stworzył wszystko, a więc – również sodomczyków – a przy tym widział, że wszystko, co stworzył, było “bardzo dobre”, nie ma teraz wyjścia, tylko musi “kochać” wszystkich jak leci i na wszystko patrzeć przez palce. Prekursorem tej nowej teologii był poeta Henryk Heine, z pierwszorzędnymi korzeniami. Kiedy na łożu śmierci proponowano mu pojednanie się z Bogiem, odparł po francusku: “Dieu me pardonnera, c`est son metier”, co sie wykłada, że Bóg mi wybaczy, to Jego zawód.

„Dzień dialogu” synkretyzmu z judaizmem – religią opartą na nienawiści do Jezusa Zbawiciela, Maryi i chrześcijan

Dziś, 17 stycznia, hierarchia [posoborowie. MD] obchodzi dzień dialogu z judaizmem, święto hipokryzji, zakłamania, i ukrywania faktów. Media klerykalne, w duchu pseudo posoborowego wykorzeniania katolicyzmu z Kościoła, są pełen ckliwych filosemickich artykułów, zachwytów nad chasydami, ekumenicznych bredni, które służą ukrywaniu bolesnej prawdy o nienawiści rasowej Żydów wobec chrześcijan wyrosłej z judaizmu.

Od wielu wrogie siły sabotujące działania Kościoła katolickiego chcą wykorzenić z Kościoła katolicyzm i zastąpić go bluźnierczym uwielbieniem dla judaizmu i religii holocaustu. Służy temu również i dzień dialogu z judaizmem.

Warto więc przypomnieć pełne mowy nienawiści wobec chrześcijan modlitwy judaistów i nauczanie Talmudu szkalujące Jezusa.

Przeklinanie chrześcijan

Żydowskie modlitwy przybliżył polskiemu czytelnikowi Paweł Lisicki w wydanej przez Fabrykę Słów książce „Krew na naszych rękach?”. Żydzi od wieków przeklinają chrześcijan, Jezusa i jego nauczanie. Dziś znane są (pochodzące od XI do XIX wieku) 124 rękopisy żydowskich anty ewangelii. W rękopisach tych Matka Boska przedstawiana jest jako prostytutka, a Jezus jako bękart i magik.

Od wieków judaiści obchody święta Purim wykorzystywali do antykatolickich ekscesów (zakazał je w IV wieku cesarz Teodozjan). W V wieku Sokrates Scholastyk opisywał, jak w 415 judaiści w Purim ukrzyżowali i zabili w czasie purimowej zabawy chrześcijańskiego chłopca.

W swoich modlitwach judaiści mianem Amalekitów (ludu wyrżniętego przez Izraelitów w Starym Testamencie) określali chrześcijan, uznając, że eksterminacja wyznawców Jezusa jest obowiązkiem religijnym.

Nienawiść do krzyża

Przez wieki judaiści demonstrowali swoją nienawiść do krzyża. Na jego widok pokazywali swoje genitalia, oddawali mocz na krucyfiksy, niszczyli przydrożne krzyże i kapliczki. Od XIII wieku judaiści profanowali hostię – wiązało się to z ogłoszeniem przez IV Sobór Laterański dogmatu o realnym przeistoczeniu i wprowadzeniu święta Bożego Ciała.

Żydowskie modlitwy z okazji judaistycznych świąt pełne były złorzeczenia wobec chrześcijaństwa. Pomimo to Kościół katolicki przeciwstawiał się nienawiści wobec Żydów. Nienawiść świeckich wobec Żydów spowodowana była żydowskim wyzyskiem ekonomicznym (między innymi lichwą i zbieraniem podatków, z których duża część trafiała do żydowskich kieszeni, a nie do państwa) i wspieraniem przez Żydów islamskiej agresji na Europę.

Katolicyzm — prawdziwy Izrael

Dość poważnym błędem jest postrzeganie judaizmu jako religii, która w niezmienionej formie przetrwać miała od czasów biblijnych Izraelitów, religii, z której wyrosnąć miało chrześcijaństwo. W rzeczywistości chrześcijaństwo i judaizm wyrosły z monoteizmu biblijnych Izraelitów. Chrześcijaństwo to przyjęcie Jezusa zapowiadanego przez biblijnych proroków i zachowanie wybraństwa bożego. Judaizm to odrzucenie Jezusa, a więc i starotestamentowych proroków oraz wybraństwa. Dziś prawdziwym i jedynym Izraelem, narodem wybranym, jest katolicyzm. Judaizm to błędna nauka, która przez wieki kształtowała się w wyniku nienawiści do Jezusa i jego nauki.

Wyrazem nienawiści do Jezusa i jego nauki jest to, jak Jezus jest opisany w Talmudzie. Ostateczna wersja Talmudu powstała w III i IV wieku. W Talmudzie znalazły się nauki żydowskie o Jezusie z pierwszych wieków. Jezus opisywany jest w Talmudzie (konkretnie w tych wersjach, które mogłyby być przeczytane przez gojów) bez podania imienia. Taka praktyka podyktowana była pogardą judaistów dla Jezusa, który zdaniem judaistów nie był godzien, by pamiętano o jego imieniu. Jezus w Talmudzie nazywany jest mianem ”peloni” czyli ”niejaki”.

Jezus w piekle?

Według Talmudu Jezusa i jego naukę należy zapomnieć i odrzucić, bo Jezus miał być oszustem, zdrajcą i niewiernym. Autorzy Talmudu opisując Jezusa, parodiują opowieści ewangeliczne, nadając im odmienne przesłanie. W Talmudzie judaiści deklarują swoją dumę z zabicia Jezusa, z racji na to, że Jezus był, zdaniem twórców Talmudu, bluźniercą i bałwochwalcą. Według nauk Talmudu Jezus i jego uczniowie mieli trafić do piekła, gdzie Jezus mam przez wieczność cierpieć męki przebywając w kotle gotującego się kału.

Talmud głosi, że Jezus był bękartem, synem rzymskiego żołnierza ”Pantery” lub „Pandery” (słowo to brzmi podobnie po hebrajsku jak dziwka, mit nieizraelickiego pochodzenia Jezusa pochodzący z Talmudu rozpowszechniali też niemieccy narodowi socjaliści, którzy nie kryli, że inspiracją dla nazizmu były rasizm żydowski). Jezus, według Talmudu, miał poznać arkana magii w Egipcie i wykorzystywać diabelską czarną magię do dokonywania cudów. Maryja matka Jezusa, według Talmudu, miała być prostytutką i fryzjerką, a więc Jezus, zgodnie z naukami Talmudu, był synem dziwki.

Według Talmudu nie było niepokalanego poczęcia, Jezus był równie niemoralny, jak jego matka – według Talmudu Maria Magdalen była nie tylko kochanka Jezusa, ale i jego siostra, z którą Jezus współżył, gdy ta miała okres i którą miał zdradzać z innymi kobietami.

Tematykę nienawiści Talmudu do Jezusa w poruszył Piotr Zychowicz w swojej rozmowie (zamieszczonej w pracy „Żydzi”) z Peterem Schäferem (autorem książki ”Jesus in the Talmud”). Zdaniem Petera Schäfera Talmud (napisany w duchu polemiki z Ewangeliami) głosił, że Jezus był bękartem, synem Panthery i Maryi. Według Talmudu Jezus miał mieć dzieci ze swoja kochanką Marią Magdaleną i miał być czarnoksiężnikiem. Nie da się ukryć związków talmudycznych treści o Jezusie z treściami gnostyckimi i heretyckimi. Według Talmudu Jezus został przez Żydów ukamienowany, a jego zmasakrowane zwłoki powieszono na drzewie. Talmud negatywnie też oceniał chrześcijan jako bałwochwalców, uprawiających rytualne orgie seksualne, kanibali zjadających dzieci. Antychrześcijańskie treści w Talmudzie były w pierwszych wiekach paliwem dla prześladowań chrześcijan, jakie dokonywali Żydzi.

Treści zawarte w Talmudzie a dotyczące Jezusa opisał w książce „Żydowskie dzieje i religia” Izrael Szahak. Według Izraela Szachaka Talmud i inne pisma talmudyczne zawierają wiele bluźnierstw pod adresem Jezusa. Pisma talmudyczne i Talmud zarzucają Jezusowi, że był zboczeńcem seksualnym, głoszą, że Jezus za karę będzie gotował się w odchodach, dodają po imieniu Jezusa „niechaj sczeźnie imię tego niegodziwca”.

Talmud zdaniem Izraela Szahaka nakazuje publiczne palenie Nowego Testamentu, nakaz ten jest do dzisiaj aktualny i praktykowany. „23 marca 1980 roku spalono w Jerozolimie, ceremonialnie i pod auspicjami Jad Leachim, żydowskiej organizacji religijnej, subsydiowanej przez izraelskie Ministerstwo ds. Wyznań, setki egzemplarzy Nowego Testamentu”.

Żydzi, by nie dopuścić do publikacji książek obnażających bluźnierstwa Talmudu, przekupywali władze, by zakazały rozpowszechniania takich tekstów.

Jan Bodakowski https://medianarodowe.com/2022/01/17/bodakowski-dzis-dzien-dialogu-z-judaizmem-religia-oparta-na-nienawisci-do-jezusa-i-chrzescijan/

Czy islam jest autentyczny?

Poniższy artykuł jest opracowaniem z dziedziny krytyki historycznej. W swoich zasadniczych tezach podważa on autentyczność islamskiej tra­dycji, stanowiąc nowe, inspirujące spojrzenie na fenomen rzekomej „reli­gii Mahometa”. Autor niniejszego studium, tradycyjny katolik i uczony, pragnął zachować anonimowość z powodów osobistych

Wprowadzenie

           Czy islam jest autentyczny? ?atwo po­stawić podobne pytanie, lecz odpo­wiedź na nie jest daleko trudniejsza i to nie tylko dlatego, że zależy od osoby, która jej udziela. Będzie to rzecz jasna uderzające dla czytelnika, gdyż problem wydaje się analogiczny do tych doty­czących judaizmu i katolicyzmu i jako taki zdaje się wykraczać poza sferę za­sadniczo subiektywnych odpowiedzi.

                        Jednakże pytanie o autentyczność isla­mu nie doczeka się obiektywnej odpo­wiedzi w poniższym artykule. Powo­dem takiego stanu rzeczy jest fakt, że islam jest jednocześnie rzeczywistością i iluzją – sprzecznością, która w trak­cie niniejszego studium ukaże swój pa­radoksalny charakter o olbrzymich kon­sekwencjach nie tylko dla Kościoła ka­tolickiego, lecz również dla każdego co szóstego mieszkańca ziemi nazywają­cego siebie muzułmaninem.

            W ubiegłych wiekach niektórzy żydow­scy teologowie uważali islam za juda­istyczną herezję, podobnie jak wiarę w Jezusa Chrystusa. Trzeba jednak po­wiedzieć, że niejednokrotnie żydostwo uważało za możliwą współpracę z mu­zułmanami, nie dopuszczając jednocze­śnie możliwości współpracy z chrześci­jaństwem. Pozostaje kwestią do dysku­sji, czy wynikało to z historycznych okoliczności i wyobrażeń, czy też może z uwarunkowań czysto psychologicz­nych – niemniej jednak istnieją podsta­wy do uznania a priori, że u samej isto­ty chrześcijaństwa znajduje się coś, cze­go strasznie obawiają się żydzi, a co nie występuje w islamie. Niektóre fakty przytoczone w niniejszym artykule mogą dodatkowo świadczyć na rzecz prawdziwości tego wyobrażenia.

           W Kościele katolickim teologowie tacy jak św. Tomasz z Akwinu oraz pisarze świeccy, jak Hilaire Belloc, uważali is­lam za herezję chrześcijańską. Zasko­czy to wielu czytelników, którzy zosta­li wychowani myśląc, że islam jest czymś całkiem odmiennym od wiary katolickiej, jednak wbrew pozorom pogląd o islamie jako herezji chrześci­jańskiej ma uzasadnienie. Przykładowo, Belloc pisze, że „mahometanizm był herezją: należy zdać sobie sprawę z tej fundamentalnej prawdy zanim pójdzie się dalej w rozważaniach. Rozpoczął się jako herezja, niejako nowa religia. Nie był pogańskim przeciwieństwem Ko­ścioła, całkowicie obcym wrogiem. Był wypaczeniem doktryny chrześcijań­skiej. Jego żywotność i długi okres trwa­nia szybko nadały mu zewnętrzne po­zory nowej religii. lecz jego współcze­śni, ci którzy byli świadkami jego poja­wienia się, jasno widzieli czym był na­prawdę – nie zaprzeczeniem, lecz do­stosowaniem i nadużyciem zasady chrześcijańskiej” (Wielkie herezje, 1938). Ks. Sheehan, arcybiskup Germii, w swo­jej Apologetyce i doktrynie katolickiej (1944) napisał o islamie: „Fragmenty objawionej prawdy zawarte w tej reli­gii zostały zaczerpnięte z judaizmu i chrześcijaństwa„. Innymi słowy, jeśli is­lam czerpie z obu tych doktryn, to jest pewna doza prawdy w stwierdzeniu, że jest on jednocześnie herezją żydowską i chrześcijańską.

Oficjalna wersja

Popatrzmy na to, co świat w ogólności, a muzułmanie w szczególności rozu­mieją pod pojęciem autentycznego is­lamu. Dowiadujemy się, że jest to nowa reli­gia założona przez proroka Mahome­ ta, urodzonego w 570 r. w Mekce w za­chodniej Arabii – dużym i ważnym cen­trum handlowym oraz miejscu pielgrzy­mek pogańskich religii. Pakistański au­tor Dilip Hiro mówi nam w swoim Is­lamskim fundamentalizmie (1988), że sło­wo „islam” oznacza ’poddanie się’ (woli Bożej – przyp. red. Zawsze Wierni). Profesor Edward Hulmes z uniwersyte­tów w Durham i Princeton twierdzi w swojej wydanej w 1986 r. przez To­warzystwo Prawdy Katolickiej ulotce pt. Mahomet, że „islam” znaczy tyle, co 'po­kój osiągany dzięki poddaniu się obja­wionej woli Bożej’. Twierdzi się, że Mahomet inspirowany przez Archanio­ła Gabriela napisał świętą księgę isla­mu, Qur’an (Koran), a księga ta, pełna subtelności, mądrości i wnikliwości sta­nowi jasny dowód proroczych zdolno­ści Mahometa, który jako człowiek nie­wykształcony – pasterz bądź kupiec ­nie umiał czytać ani pisać. Fakt, że Ko­ran jest napisany klasycznym arabskim i nie posiada żadnego wcześniejszego literackiego odpowiednika nadaje do­datkowej powagi stwierdzeniu, że Ma­homet był natchniony przez Boga. Mówi się, że poświęcił się on głosze­niu islamskiej doktryny wśród pogan z Mekki, lecz został wygnany i zmuszo­ny, aby szukać schronienia w Medynie (a właściwie w Jatribie, które to miasto nazwano później na jego cześć Madinat an-nabi czyli 'miastem proroka’ ­przyp. red. Zawsze Wierni); oba te miasta znajdują się w zachodniej czę­ści dzisiejszej Arabii Saudyjskiej. Jed­nakże nie ustawał, nawracając ludzi tu i tam dzięki sile swego słowa i przykła­du. Z uwagi na gwałtowny charakter ówczesnych społeczeństw, popadł w konflikt z otaczającymi go siłami po­gańskimi, a w roku 624 wygrał decydu­jącą bitwę pod Badrem. Kilka lat póź­niej Mekka przyjęła prawdę islamu, a Ka’ba, dom do tej pory mieszczący w sobie kamienne pogańskie bałwany (był tam święty kamień czczony w całej Arabii, który rzekomo Abraham otrzy­mał od anioła Gabriela – przyp. red. Za­wsze Wierni), przekształcił się w Dom Boży. Ka’ba stała się centrum islamskie­go świata, pierwszą świątynią, do któ­rej każdy muzułmanin musi udać się z pielgrzymką przynajmniej raz w życiu.

            Oto w skrócie odpowiedź na pytanie o autentyczność islamu. Jest to standar­dowa informacja, którą znajdujemy w książkach napisanych przez katoli­ków, muzułmańskich duchownych, świeckich akademików i zachodnich is­lamologów. Jedyny problem związany z powyższym opisem da się zamknąć w jednym zdaniu: właściwie nic z tego nie jest prawdą! Dla wielu będzie to szokujące, ale to tylko dlatego, że przy­jęli na wiarę przekazywane im nie­sprawdzone informacje. W tym przy­padku sprawa ma się dokładnie tak samo, jak z przekonaniem wielu sobo­rowych katolików, że abp Lefebvre zo­stał ekskomunikowany jako schizmatyk – nie jest to coś, o czym przekonali się poprzez lekturę, badania czy analizy, lecz coś, co po prostu wzięli za prawdę tylko dlatego, że powtarzano im to z każdej strony jednym chórem. Jednak­że samo powtarzanie, czy to przez aka­demików, czy to przez ignorantów, nie jest probierzem prawdy. Dlatego też, aby dotrzeć do prawdy o islamie, aby odnaleźć prawdziwie obiektywny i hi­storyczny „klucz” do islamu, zamierza­my zbadać to zagadnienie bardziej wnikliwie. Nie mamy przy tym intencji atakowania lub znieważania muzułma­nów – oni również są stworzeniami Bo­żymi, uczynionymi na obraz i podobień­stwo Boże – towarzyszy nam jedynie ta intencja, aby przynieść światło, które roz­proszy panujący mrok, tak aby prawda mogła zajaśnieć i uwolnić tych, którzy są usposobieni do przyjęcia ?aski Bożej.

Pycha i uprzedzenie

We wczesnych latach osiemdziesiątych dr Maurice Bucaille opublikował książ­kę zatytułowaną Biblia. Koran i nauka: Święte Księgi w świetle współczesnej wie­dzy (w wydawnictwie Seghers z Pary­ża). W swojej pracy Bucaille z naciskiem podkreśla, że porównując chrześcijań­ską Biblię z Koranem działa w sposób czysto obiektywny. Przyrównuje się do chirurga uformowanego w duchu za­chodniego obiektywizmu naukowego. podkreślając jednocześnie. że nie miał sprecyzowanych wniosków już przed rozpoczęciem pracy. Niedługo po roz­poczęciu lektury czytelnik odkrywa. że jedynym celem książki jest ukazanie niższości Biblii w stosunku do Koranu. i to w imię „badania naukowego”. Na samym początku książki (s. 6) okazuje się. że „obecnie niemożliwe jest zaprze­czanie twierdzeniu. iż Biblia zawiera błędy naukowe”. Autor konkluduje. że Koran nie zawiera błędów naukowych i dlatego stanowi prawdziwe objawio­ne Słowo Boże.

Dla naszych rozważań równie istotne jest inne stwierdzenie autora: „Na Za­chodzie krytyczna analiza Pisma jest czymś stosunkowo nowym. Przez set­ki lat ludzie zadowalali się przyjmowa­niem Biblii taką. jaką jest. Najmniejsza krytyka wysuwana pod jej adresem była traktowana jako grzech” (ibidem. s. 16).

Wyczuwa się lekko kpiący ton w tym „naukowym” spojrzeniu na masy wie­rzące w biblijne „przesądy”. Rozprawa Bucaile jest napisana w duchu XVłłł i XIX-wiecznych racjonalistów „podwa­żających” Biblię – z tą różnicą. że uka­zuje się w wieku XX. Rzecz jasna. ze wspomnianych wywodów wynika po­średnio. że inaczej ma się rzecz z Kora­nem – ten został zweryfikowany i sprawdzony zgodnie z wymogami na­uki. Nie dajmy się zwieść. „Naukowe” podejście dr. Bucaille jest kłamstwem pierwszego rzędu, charakterystycznym dla tak wielu islamskich apologetów, czy to będących praktykującymi muzuł­manami, czy to nazywających siebie świeckimi i agnostykami!

            Oczywiście jest prawdą, że systema­tyczne krytyczne studium Starego i No­wego Testamentu ze strony chrześcijan, znajdujące wyraz w wielu dyscyplinach takich jak krytyka tekstu, archeologia, epigrafia, historia, teologia, etc. – roz­poczęło się na początku bieżącego stu­lecia (niestety, fałszywe i kierowane pychą studium krytyczne stało się bro­nią modernistów stosowaną dla podwa­żania wiarygodności Biblii – przyp. red. „Angelus”). Natomiast pozostaje brutal­ną prawdą, że muzułmanie nawet nie rozpoczęli podobnych studiów w od­niesieniu do swoich ksiąg religijnych! I tak u o. (almela OP czytamy: „Muzuł­manie nigdy nie poddali krytyce swo­ich ksiąg religijnych. W ich mniemaniu uczyniwszy to, uczyniliby siebie winny­mi profanacji i świętokradztwa. Od momentu, kiedy jedna z ich ksiąg zo­stała uznana za objawioną przez Boga, niedopuszczalnym stało się jej zgłębia­nie przez historyczną myśl człowieka. My ze swej strony nie zwykliśmy pa­trzeć na sprawy w taki sposób – dla katolika niezrozumiałe jest założenie o rozdziale Bożej wiary od historycz­nego lub filozoficznego wnioskowania” (Islam: przedsięwzięcie żydowskie, 1961).

            Na wypadek gdyby ktoś pomyślał. że o. Calmel jest stronniczy, należy zwró­cić uwagę, że wielu zachodnich islam 0­logów, nie będących przyjaciółmi chrze­ścijaństwa, mówi dokładnie to samo. Powiedzieli to chociażby Regis Blache­re i Denise Masson. autorzy (nieuda­nych) prób spójnego tłumaczenia Ko­ranu. Masson pisze: „Historyczna i tek­stowa krytyka. oparta na epigrafii i ar­cheologii wciąż nie została zastosowa­na w odniesieniu do Koranu z wykorzy­staniem normalnych metod” (wstęp do jej tłumaczenia Koranu, Pleiade 1967). Gdy Denise Masson usiłowała zasuge­rować, że „niektóre wersy” Koranu są niejasne”, Najwyższa Rada Islamu, do której się zwróciła, zakazała jej rozpowszechniania podobnych sugestii.

            Gdy Jerozolimska Szkoła Biblijna roz­poczynała na początku obecnego stu­lecia krytyczne studium Starego i No­wego Testamentu, znalazło się również kilku uczonych, którzy podjęli badania nad tradycją islamską. Należy zdać so­bie sprawę, że obok Koranu istnieją trzy inne dzieła, które składają się na trady­cję islamską. Pierwszym z nich jest Ha­dith czyli Mowy proroka Mahometa, ze­brane dwieście lat po jego śmierci, co do których uważa się, że zostały po­świadczone przez towarzyszy i świad­ków proroka, którzy przekazali zawar­te w nich informacje z pokolenia na po­kolenie. Drugim jest Sunna, stanowią­ca właściwe islamowi prawodawstwo, trzecim zaś Sira Życie Mahometa (w islamie są jednak odłamy, które róż­nią się stosunkiem do tych źródeł ­przyp. red. Zawsze Wierni). Wszystkie trzy księgi miały być złożone – rzeko­mo przez Ibn Hisama żyjącego w dzie­wiątym wieku – w znaną współcześnie jedną całość. O człowieku tym wiemy bardzo niewiele lub prawie nic, oprócz tego, że również utrzymywał. iż infor­macje zawarte w Sira są autentyczne jako przekazane z pokolenia na poko­lenie przez towarzyszy i świadków proroka.

Odkrywanie prawdy

           Pierwszym człowiekiem, który zaczął odkrywać niepewny charakter źródeł is­lamu był o. Lammens, jezuita pracują­cy na Uniwersytecie Św. Józefa w Bej­rucie (Liban) na początku obecnego stu­lecia. Wykorzystując opracowania wie­lu uczonych, w tym de Weila z 1843 r. i Caetaniego z 1905 r. wykazał on, że naoczni świadkowie gwarantujący au­tentyczność ksiąg Hadith i Sira to czy­sta fikcja, a wspomniane księgi są ni­czym więcej, jak tylko parafrazami i upiększeniami twierdzeń zawartych w Koranie. O. Lammens pisze: ,Twier­dzenia zawarte w świętych pismach mu­zułmańskiej tradycji ani nie tworzą pra­wa, ani też nie są źródłem dalszych in­formacji, jak uważano do tej pory; są natomiast przedmiotem fantastycznej ewolucji. Na bazie koranicznego tekstu Hadith tworzy legendy, z zadowoleniem wymyśla imiona bohaterów wydarzeń i w ten sposób wypełnia treścią koranicz­ne schematy” (Koran a Tradycja, 1910).

           Francuski mnich, br. Bruno Bonnet-Ey­mard, o którym wspomnimy jeszcze w dalszej części artykułu, w taki oto spo­sób streszcza stanowisko o. Lammen­sa: „Tradycja wyjaśnia Koran, a sam Ko­ran jest fundamentem tradycji”. Inny­mi słowy jest to błędne koło, którego nie są w stanie zauważyć „naukowe” rozprawy w rodzaju tej autorstwa Bu­caille.

            Czy o. Lammens nie był po prostu uprzedzonym księdzem? W odpowie­dzi możemy zacytować prof. Goldzihe­ra, Żyda, który w swoich Studiach ma­hometańskich (1989) pisze o „głęboko tendencyjnym charakterze islamskiej Tradycji”. Zaś w Kościelnym Słowniku Hi­storii i Geografii autorstwa Rene Aigra­ina (1924) pod hasłem „Arabia” czyta­my: „W takich okolicznościach nie moż­na już badać życia Mahometa przyjmu­jąc za podstawowe źródło księgę Sira, jak czyniło to wielu biografów proroka”.

            Caetani w swoim dziele Annali dell’Islam pisze między innymi: „W Tradycji nie odnajdujemy prawie niczego prawdzi­wego na temat Mahometa; wszystkie tradycyjne materiały jakie posiadamy możemy odrzucić jako apokryficzne”. Maxime Robinson w książce pt. Maho­met (1974) donosi, że „nie istnieje nic, co pozwalałoby nam chociażby na stwierdzenie: to i to pochodzi bez wąt­pienia z czasów Mahometa”. Nawet ci autorzy, którzy nie są w stanie odsunąć dzieł Sira i Hadith jako fikcyjnych (m.in. Gaudefroy-Demombynes, Noldeke i in­ni) nie czynią tego ze względu na nie­odparte dowody na historyczność tych ksiąg, lecz jedynie ze względu na alter­natywę, którą jest powrót do punktu wyjścia. Przykładowo, Noldeke stwierdza po prostu, że pozostawia na boku „ta­jemnice otaczające osobę Mahometa” (cyt. za O. Lammens, Koran a Tradycja).

            Nie da się przecenić pracy Lammensa, gdyż obraca ona w ruinę „islam”, który znaliśmy do tej pory – z chwilą, kiedy wyeliminujemy księgi Hadith i Sira nie ma ani jednego, pozytywnego źródła świadczącego o samym nawet istnieniu Mahometa! Nie do wiary, gdy weźmie się pod uwagę ogromne zbiory manu­skryptów, pergaminów, pomników, rzeźb, grobowców i dedykacji pocho­dzących z antycznego świata, które przetrwały do dnia dzisiejszego. Diłip Hiro mógł opisać Mahometa następu­jącymi słowami: „Wyrósł na krzepkie­go mężczyznę średniego wzrostu, o za­krzywionym nosie, dużych oczach, zmysłowych ustach i gęstych, lekko krę­conych włosach”. Jednakże bez księgi Sira nie ma niczego na poparcie tego skądinąd rozsądnego opisu. Rzadko się o tym słyszy, a czytelnik może sam wyrobić sobie zdanie na temat przy­czyn takiego stanu rzeczy. W żaden sposób nie umniejsza to jednak istnie­nia faktu (braku wiarygodnych źródełświadczących o autentyczności islamu – przyp. tłum.).

Głębsze poszukiwania

            O. Lammens nie ukazał nam całej drogi do prawdy. Rozpoczął jedynie pewien proces, który miafbyć podjęty i konty­nuowany 50 lat później przez domini­kanina o. Thery, piszącego pod pseu­donimem Hanna Zakarias.

            O. Thery był w swoich czasach słynnym mediewistą i cieszył się wielkim uzna­niem w środowisku naukowym. Uwa­żany jest za twórcę naukowej egzege­zy Koranu, chociaż nie czytał po arab­sku i hebrajsku, opierając się na różnych tłumaczeniach. Jego intuicja, która w dużym stopniu przyczyniła się do po­stępu w badaniach nad Koranem, wy­nikała ze zrozumienia tekstów i znajo­mości procesów ich powstawania. Pod­stawowy krytyczny wkład o. Thery w analizę Koranu stanowiła konkluzja jego dzieła pt. Ocena islamu (1957), we­dle której Koran wcale nie powstał w Arabii, a jego autorem był „erudyta spoza Arabii, twórca arabskiego języka religijnego„. Jest to bardzo istotne, gdyż według irackich „egzegetów” z dziewiątego stulecia fakt, że Kora nie miał żadnych wcześniejszych lite­rackich odpowiedników był sam w so­bie „cudem”. O. Thery będąc dalekim od uznania Koranu za bezużyteczny stwierdza fakt. że dzieło to posiada samo w sobie pewną rzeczywistą war­tość, której na próżno szukać w innych elementach islamskiej tradycji. W opra­cowaniu zatytułowanym Koran nie jest arabski (1957) o. Thery porównując tekst Koranu z księgą Sira dochodzi do wniosku, że ta ostatnia jest jedynie głupią dziecięcą paplaniną, której nie­równy tekst w zadziwiający sposób za­równo w poszczególnych elementach jak i całościowej wymowie odznacza się niespójnością, nieprawdopodobień­stwem i prymitywizmem legend z ży­cia Proroka”. Niech poniższy przykład zilustruje, co miał na myśli o. Thery. Otóż jak pokazał o. Lammens, wszyst­ko co znajduje się w [islamskiej] trady­cji zostało zaczerpnięte z Koranu i upiększone. I tak koraniczny tekst „wysyłamy wam światło” (będący w rze­czywistości niepoprawnym tłumacze­niem), został rozwinięty w księgach Sira i Hadith w taki sposób, że odnosi się tam bezpośrednio do samej postaci proroka. Dlatego według islamskiej tra­dycji Mahomet faktycznie wysyłał fale świetlne, będąc widocznym nawet w naj­głębszej ciemności. Światło jakie dawał miało być tak intensywne, że pozwalało odnaleźć w ciemności zagubioną igłę!

           O. Thery porównując Koran z hebraj­ską Biblią i rabinackim Midraszem do­chodzi do wniosku, że Koran był jedy­nie „Biblią dostosowaną do mentalno­ści Arabów„. Wyodrębnia przy tym jed­nakże pewną część. która dzięki zawar­tym w niej aluzjom do wydarzeń wspó­łczesnych autorowi Koranu nie daje się wyjaśnić w podobny sposób. Tę pozo­stałość o. Thery nazywa Aktami islamu (nazwa ma być analogią do Akt Apostol­skich), przedstawiając ją tym samym jako rodzaj dokumentacji rabinackich wysiłków podejmowanych w kierunku nawrócenia Arabów na judaizm………….. …….. 

Cho­ciaż o. Thery nie stworzył całkiem za­mkniętej, satysfakcjonującej teorii, po­sunął jednak do przodu studia nad isla­mem stwierdzając, że kluczem do dal­szych odkryć będzie systematyczne, naukowe tłumaczenie Koranu jako je­dynego pewnego dokumentu. Sądził przy tym. że Koran będzie wyjaśniał się sam, podobnie jak Biblia. Jednakże ję­zykowe braki o. Thery uniemożliwiły mu podjęcie się tego zadania. Ogromne zaawansowanie tego dzieła w czasach nam współczesnych zawdzię­czamy bratu Bruno Bonnet-Eymard. Jest on nie tylko zdolnym teologiem podej­mującym głębokie studia nad chrześci­jaństwem, judaizmem i islamem, lecz również utalentowanym językoznawcą władającym hebrajskim, aramejskim, greką, łaciną i arabskim.  ­

           Należy przede wszystkim zdać sobie sprawę, że to systematyczne tłumacze­nie Koranu jest tym bardziej koniecz­ne, że nikt do tej pory nie zdołał go dokonać w sposób satysfakcjonujący. Powód jest taki, że tłumacze zamiast trzymać się rzeczywistego znaczenia tekstu brali pod uwagę przede wszyst­kim jego „ogólnie przyjęty sens„. W rze­czywistości nie istnieje zgodne tłuma­czenie Koranu! Mogliśmy przyzwycza­ić się do zmian w uwypukleniu poszcze­gólnych zdań oraz do różnic frazeolo­gicznych istniejących pomiędzy różny­mi wydaniami Biblii, lecz nikt przy tym nie dyskutował o zasadniczym znacze­niu. W przypadku Koranu jest całkiem przeciwnie. Jeden pisarz będzie tłuma­czył dane wyrażenie w jeden sposób, drugi zrobi to zupełnie inaczej, a jeden i drugi będzie mówił o lukach w zna­czeniu, interpolacjach, poprawkach i adaptacjach w celu ukrycia zasadniczej bezużyteczności swego dzieła. O. de Nantes, przyjaciel br. Bruno, w następu­jący sposób podsumowuje podobne tłumaczenia: „Nonsens, fantastyczne wymysły, sprzeczności, niespójność, nie wspominając już o niezliczonych opusz­czeniach kłopotliwych słów i źle umiej­scowionych dodatkach – oto metoda tradycyjnego tłumaczenia od trzynastu stuleci”. I tak kiedy koraniczny tekst (sura III, w. 14) mówi jasno o „złocie i złocie oczyszczonym„, tłumacze w ro­dzaju Blachere i Masson piszą o „złocie i srebrze„, gdyż nie rozumieją odnie­sienia. Tworzą słowo „srebro”, które nie występuje w tekście, chociaż od­niesienie w oczywisty sposób zosta­ło zaczerpnięte z Psalmów – „Cenniej­sze niż złoto, niż złoto naj czystsze , a słodsze od miodu płynącego z pla­stra” (Ps 19, 11).

            Jest to przykład wymysłów, od których roi się w podobnych tłumaczeniach. Z kolei sprzeczności można wykazać na przykładzie słowa mitlayhim (sura III, w. 13). Według Blachere słowo to zna­czy tyle co ’w równej liczbie’, podczas gdy Masson podaje, że oznacza ono ’dwukrotnie większą liczbę’. Które z tłu­maczeń jest właściwe? Idąc dalej, ist­nieje problem dowolnego znaczenia, kiedy to temu samemu słowu przypi­suje się całkowicie odmienne znacze­nie w zależności od kontekstu, w któ­rym jest używane. I tak tekst (sura m, w. 25) zawiera słowo wuffiyat, tłumaczo­ne jako 'wiernie zachowywać przymie­rze’, podczas gdy gdzie indziej (sura II) to samo słowo ma znaczyć tyle co ’otrzymać sprawiedliwą nagrodę’.

            Ograniczone ramy niniejszego opraco­wania nie pozwalają w tej chwili na dal­sze rozważania – dość powiedzieć, że mamy tutaj do czynienia ze swoistymi językowymi ruchomymi piaskami; z problemem który domaga się rozwią­zania zanim będzie możliwa jakakol­wiek poważna odpowiedź na pytanie o autentyczność islamu. Oto historycz­ne zadanie, które stało i stoi przed br. Bruno. Do tej pory opublikował on trzy tomy tłumaczenia (około 1000 stron drobnym drukiem) i bardzo dogłębne­go wyjaśnienia pierwszych pięciu sur (rozdziałów) Koranu. Jego badania po­kazują, że Koran nie tylko nie jest nie­logiczną, pogmatwaną pracą teolo­giczną o wątpliwej wartości, jak moż­na było sądzić na podstawie dotych­czasowych tłumaczeń, lecz nawet można go uznać za kopalnię spójnych i interesujących informacji; dzieło prawdziwie uczonego człowieka. Cho­ciaż do przetłumaczenia pozostało następne 109 sur, prace br. Bruno zre­wolucjonizowały badania nad Kora­nem do tego stopnia, że można już powiedzieć, iż islam, jaki do tej pory znaliśmy, był fatalną pomyłką.

            Br. Bruno rozpoczyna od stwierdzenia: ,,O ile pozostaje niepewność co do po­chodzenia arabskiego rękopisu, o tyle jest niekwestionowanym faktem, że system alfabetyczny został ściśle usta­lony dla osiągnięcia tylko jednego celu: opublikowania Koranu„. Kontynuując br. Bruno stwierdza: „nasza egzegeza jasno wykaże, iż alfabet zastosowany w Koranie jest czystym i prostym prze­kształceniem alfabetu hebrajskiego w arabski.”

            Tak więc intuicja o. Thery, według któ­rej autor Koranu miał być rabinem, mimo że nie znalazła jeszcze absolut­nego potwierdzenia, jednak w znaczą­cy sposób nie chybiła celu.  Jak przekonaliśmy się na początku ni­niejszego artykułu, słowo „islam” jest tradycyjnie tłumaczone jako ’poddanie się’. Według br. Bruno takie tłumacze­nie jest w oczywisty sposób błędne i ca­łkowicie niezwiązane z tekstem. He­brajski źródłosłów, slm, można również odnaleźć w aramejskim i oznacza po arabsku po prostu ’aslim, czyli ’dosko­nały’ – po aramejsku, hawei selim zna­czy tyle co: ’Bądź doskonały!. W swo­im czasie dowiemy się, dlaczego tak po­winno wyglądać właściwe tłumaczenie.

Historia i geografia

            Podążanie w ślad za całym tłumacze­niem br. Bruno nie jest rzecz jasna ce­lem niniejszego opracowania. Dlatego też musimy ograniczyć się do pobież­nego przeglądu tekstu, który ukaże prawdziwe znaczenie Koranu, jak rów­nież do spojrzenia na pewne słowa klu­czowe. Zanim jednak to uczynimy, mu­simy dokonać krótkiej powtórki z hi­storii, tak, aby czytelnik w pełni zrozu­miał znaczenie dokonanych odkryć.

            Po zburzeniu świątyni jerozolimskiej w r. 70, Żydzi ulegli rozproszeniu. Do­kąd się udali? Historycy tacy jak Torrey uważają, że wielu z nich poszło do Te­imy, oazy w południowej Palestynie, wierząc i żywiąc nadzieję, że pewnego dnia dane im będzie powrócić. To, co nie podlega dyskusji, to fakt, że Półwy­sep Arabski ma niezwykle długą histo­rię, która dopiero w dniu dzisiejszym jest odkrywana. a w której zasadniczą rolę odgrywali Żydzi. Dla tych, którzy wyobrażali sobie Arabię jedynie jako kilometry piasku, po których bez celu podróżowali na wielbłądach Arabowie, poniższe fakty będą zaskakujące.

            Otóż z zapisków pochodzących z 280 r. wiemy, ze mieszkańcy Sheby i Jemenu czcili Athar, czyli boginię Venus, jednak­że do 378 r. owo pogaństwo zanikło i zostało zastąpione monoteizmem, który wzywał „Pana nieba i ziemi„, okre­ślanego mianem „miłosiernego„. Od hi­storyków takich jak Jamme i Danielou wiemy, że południowa Arabia odgrywa­ła od końca czwartego wieku dominu­jącą rolę w historii Półwyspu Arabskie­go. Wiemy również, że Jemen był nie tylko krainą urodzajną i prosperującą, lecz również widownią rzeczywistych prób bezprecedensowej, całkowitej ju­daizacji.

            Naturalnie możemy zastanawiać się dla­czego i jak do tego doszło. Pierwszą rzeczą, z której należy zdać sobie spra­wę to fakt, że dzisiejszy judaizm od dawna już aktywnie nie poszukuje kon­wertytów; byłoby jednak błędem są­dzić, że tak było zawsze. U początków chrześcijaństwa żydostwo długo i za­wzięcie walczyło przeciwko chrześci­jańskim misjonarzom gdziekolwiek się oni pojawili, używając wszystkich do­stępnych metod, a wśród nich prób pozyskiwania ludzi dla judaizmu. Po drugie należy pamiętać, że judaizm roz­przestrzenił się łatwo na Półwyspie Arabskim z uwagi na to, że wśród Ara­bów powszechne było obrzezanie. Po trzecie wreszcie należy wiedzieć, że na terenach Himarytów (dzisiejszego Je­menu) było wielu Żydów – fakt ten zo­stał potwierdzony przez Filostorgiusza (greckiego historyka Kościoła, herety­ka – przyp. red. Zawsze Wierni),któ­ry donosi o napotkaniu w roku 356 ariańskiej misji kierowanej przez Teofi­la z Dibous. Od Filostorgiusza dowia­dujemy się, że podczas gdy większość populacji w owym czasie była pogań­ska, Teofil dokonywał wielkich najaz­dów, nawracając króla i budując wszę­dzie kościoły. Tego rodzaju doniesienia pokazują skalę ekspansji rzymskiej i chrześcijańskiej, lecz ukazują również, że ekspansja ta napotykała na dobrze utwierdzoną na tych terenach społecz­ność żydowską.

            W 378 r. król Jemenu zwrócił się prze­ciwko Imperium Rzymskiemu, sprzy­mierzając się z Imperium Perskim. Zmiana ta została przeprowadzona przy udziale Żydów, którzy stanowili jedyną intelektualną i społeczną elitę w kraju. Oznaczało to głęboki kryzys rzymskich wysiłków podejmowanych w kierunku kolonizacji półwyspu, a rów­nież niekorzystną aurę dla misjonar­skich wysiłków chrześcijan, gdyż Per­sowie byli dalecy od okazywania sym­patii wobec religii ich imperialnego ry­wala. W ten sposób od piątego wieku region zaczął już na zawsze zyskiwać perspektywę hebrajską.

            Od Jana z Efezu wiemy, że na początku szóstego stulecia wybuchła wojna po­między Aidogiem, księciem Etiopii a Di­mionem, królem Jemenu. Ten ostatni był bardzo wyraźnie pro-żydowski – do tego stopnia, że nakazał aresztować wszystkich rzymskich kupców, którzy przekroczyli granice Jemenu, z uwagi na rzymskie prześladowania Żydów. Niemniej jednak etiopski książę odniósł zwycięstwo, nawrócił się na chrześci­jaństwo i wszędzie zbudował kościoły. Ta chrześcijańska ekspansja została uznana przez społeczność żydowską za prowokację. Simon de Beth Arsham, perski biskup donosi, że ..Żydzi tybe­riadzcy (główna ówczesna szkoła ży­dowska) wysyłali swych kapłanów z ro­ku na rok i z sezonu na sezon, po to, aby prowokować kłopoty wśród chrze­ścijańskich Himarytów”. Ruchem anty­-etiopskim i anty-chrześcijańskim kiero­wał Żyd Du Nuwas, który szybko sprzy­mierzył się z Persami. Również i on zo­stał pokonany przez siły chrześcijań­skie. Z zapisków pochodzących z 618 r. dowiadujemy się, że król Jemenu był monofizyckim (ariańskim) chrześcijani­nem imieniem Abramus, a jego dedy­kacja, napisana stylizowaną na pismo arabskie kursywą brzmiała: „Z władzy, łaski i miłosierdzia Najmiłosierniejsze­go, jego Mesjasza i Ducha Świętego”.

            W północnej Arabii rozwinęła się inna sytuacja. Imperialny konflikt między Bizancjum i Persją zmusił pewne arab­skie plemiona do zjednoczenia – nie­które z nich opowiedziały się za pierw­szym, inne za drugim imperium. Wia­domo jednak, że Arabowie nawróceni na chrześcijaństwo nie pozostawali w Al-Hijaz, gdzie ma znajdować się współczesna Mekka, lecz emigrowali do Syrii, Palestyny i Egiptu. Negatywny wy­nik tego był taki, że do roku 582 AI­Hijaz jawiła się oczom całego świata już jako prowincja żydowska. Obfite lite­rackie i epigraficzne dowody na żydow­ską obecność w Al-Hijaz w pierwszych wiekach chrześcijaństwa można znaleźć np. w artykule Josepha Horowitza za­tytułowanym Arabia, opublikowanym w Encyclopedia Judaica w roku 1929.

            Francois Nau w swoim dziele pt. Chrze­ścijańscy Arabowie Mezopotamii i Syrii w siódmym i ósmym stuleciu (1933) pisze, że „na początku siódmego wieku wszy­scy Arabowie Mezopotamii i Syrii byli do pewnego stopnia chrześcijanami, przynajmniej jeśli chodzi o atmosferę życia. Wszędzie widziano jakichś pu­stelników i ascetów, wszyscy jadali w progach klasztorów, wszyscy byli obecni w sporach pomiędzy monofizy­tami i duofizytami„. O. Henri Charles w swoim Chrześcijaństwie wśród koczow­niczych Arabów z Limes i pustyni syryjsko­ mezopotamskiej w regionie Hegira (Le Roux, 1936) twierdzi. że „silna osobo­wość słynnego pustelnika św. Eutyche­sa naznaczyła początek bardzo owocnej misji, tak, że do roku 570 teryto­rium Gessanidów obfitowało w arab­skie, monofizyckie klasztory.

            Tak więc Półwysep Arabski był przez wieki nie tylko terenem działań wojen­nych, lecz również sceną walki teolo­gicznej: walki pomiędzy żydami i chrze­ścijanami oraz między rozmaitymi chrześcijańskimi, heretyckimi sektami nawróconych oraz nauczyli je czytać i pisać. Tak zwany klasyczny arabski nie jest wyjątkiem. Jego alfabet należy przy­pisać chrześcijanom, gdyż to właśnie u chrześcijańskich Arabów z Syrii znale­ziono najstarsze przykłady tego pisma”.

Miejsce i czas powstania oraz autorstwo Koranu

            Naszkicowawszy historyczne tło po­wstania Koranu, możemy teraz umie­ścić to dzieło wraz z jego przesłaniem w odpowiednim kontekście. Koran nie jest dziełem spontanicznym, objawie­niem spływającym z niebios; jest pracą o głębokich korzeniach, antycznym ro­dowodzie oraz „zacięciu” pasującym do tamtych czasów.

            Nawet po krótkim przejrzeniu Koranu można się przekonać, że postacią cen­tralną dla islamu jest Abraham, a już w początkowej modlitwie można zauważyć wyraźny brak „islamskiego ko­lorytu”: „W imię Boga Miłosiernego, Dawcy Miłosierdzia, chwała niech bę­dzie Bogu, Panu Wszechświata, Miło­siernemu i Dawcy Miłosierdzia! Wład­co w dniu sądu! Ciebie czcimy i u Cie­bie szukamy pomocy. Prowadź nas dro­gą prostą, drogą tych, którym sprzyjasz, drogą tych, którzy nie są przyczyną Twego gniewu; tych, którzy nie idą na zatracenie” (Koran w tłumaczeniu Tho­masa Ballantine Irvinga, Islamic Founda­tion, Anglia, 1979). Można z łatwością zauważyć, że w modlitwie powyższej nie ma nic specyficznie islamskiego. Rzeczywiście, na pierwszy rzut oka mo­głaby być modlitwą o rodowodzie za- ze równo żydowskim, jak i chrześcijańskim. Jeśli się nad tym zastanowić, to et z pewnością okaże się to dziwnym zjawiskiem w przypadku islamu, rzekomo nowej religii. Jednakże br. Bruno wykazał, że w rzeczywistości modlitwa ta jest m bardzo starą modlitwą żydowską o subtelnym nastawieniu anty-trynitarnym, a tłumaczenie Irvingajest nieścisłe i nie oddaje całej subtelności oraz finezji koranicznego oryginału. W miarę jak br. Bruno postępował naprzód w tłumaczeniu pierwszych dwóch sur Koranu, jaśniejszym stawał się właściwy temat tego dzieła oraz pojawiły się wskazówki co do autora Koranu i jego formacji.  

            Jest oczywistym, że autor Koranu, stanąwszy w obliczu gwałtownych, niekończących się konfliktów między żydami i chrześcijanami na terenie półwyspu, zmuszony był do refleksji nad przyczynami tak żałosnego końca owego sojuszu, jaki stanowiło przymierze z Bo­giem. Zauważa, że znakiem przymierza z Bogiem jest obrzezanie, a przymie­rze zostało zawarte z Abrahamem. Jed­nak zwraca również uwagę na to, że pierwszym synem Abrahama podda­nym obrzezaniu nie miał być Izaak, lecz Izmael, jego syn z niewolnicy Hagar. Przypomnijmy, że Bóg okazał swą moc wobec Abrahama dając syna Izaaka jego starej żonie, Sarze. Wiemy również, że wskutek nalegań Sary, Hagar i Izmael zostali odprawieni, a Izmael stał się oj­cem narodu arabskiego. W ten sposób zostało zawarte przymierze z Abraha­mem, który nie był ani żydem, ani chrześcijaninem, lecz poganinem któ­ry stał się „doskonały” – pierwszym mu­zułmaninem. Abraham i jego syn Izma­el zostali uczynieni „doskonałymi” ­muslimayn. Mieli oni poświęcić Bogu swych następców w celu uczynienia ich „narodem doskonałym” – muslimat. To wezwanie do doskonałości jest „spra­wiedliwością”, która stała się udziałem Abrahama i Izmaela (albowiem Bóg, według autora Koranu nigdy nie prze­stał wysłuchiwać modlitw Hagar i jej syna), a również Izaaka, Jakuba oraz wszystkich proroków bez różnicy, nie wyłączając Mojżesza i Jezusa. Innymi słowy, nie ma różnicy między Starym a Nowym Testamentem, gdyż według autora Pięcioksiąg żydów i Ewangelie chrześcijan zostały źle wykorzystane dla wprowadzenia podziału wśród Na­rodów Księgi. Żydzi odpadli od Prawa, a chrześcijanie wykrzywili proroctwo Jezusa uczyniwszy Bogiem zwykłego człowieka i w ten sposób popadli w apostazję. Ostatecznie autor Koranu wzywa do ponownego zjednoczenia Narodów Księgi. Bazuje przy tym na ra­sowej linii Żydów. istniejącej dzięki obrzezaniu, i dodaje do tego wezwa­nie do doskonałości pochodzące z Ewangelii. przez cały czas podkreśla­jąc. że zerwanie przymierza z Bogiem przez żydów i chrześcijan nie unieważ­nia przymierza zawartego z Abraha­mem i Izmaelem. Mamy tutaj do czynienia z inną wizją islamu, postrzeganego jako „wezwanie do doskonałości„. W pewnym sensie musimy zauważyć w tej teologicznej argumentacji odbłysk geniuszu autora Koranu; coś, co pasowało do burzliwej atmosfery teologicznej półwyspu. Br. Bruno stwierdza: „Zamiarem autora Koranu nie było stworzenie trzeciej re­ligii, lecz obalenie dwóch poprzednich – żydowskiej i chrześcijańskiej – po­przez przywrócenie tego, co w jego mniemaniu było jedyną «tradycją» (gi­blat), czyli prawdziwym dziedzictwem Abrahama”. Podczas gdy pierwsza sura Koranu jest bardzo stara i czysto ży­dowska, sury druga i trzeca koncentru­ją się odpowiednio na przypomnieniu ludziom wymagań żydowskiej Tory i chrześcijańskich Ewangelii. Dlatego też sura II kończy się modlitwą stwo­rzoną przez autora, Panie Nasz, Dawco Obrzezania, która sytuuje się po­między Yahweh żydów i Pater Noster chrześcijan.

Przywrócenie prawdy ­- po islamsku

           W jaki sposób, według autora Koranu, można odbudować prawdziwą religię Abrahama? Po prostu poprzez powrót do Jerozolimy, przez powrót do miej­sca, gdzie stoi dom Abrahama oraz przez zjednoczenie z prawdziwymi wyznawcami, potomstwem Izmaela. Tradycja mówi nam, że dom Abrahama ma się znajdować w ruinach Świątyni Jerozolimskiej, to zaś ze względu na to, że według przekazów świątynia miała być położona w tym miejscu na górze Moria, gdzie Abraham został wezwany do złożenia ofiary z Izaaka. Dom nosi nazwę Bakka, a najczystszą formą wier­ności przymierzu jest „pielgrzymka do domu” (hiju l’bayti) Bakka. Pielgrzymka przedstawiana jest jako nieograniczo­ne błogosławieństwo i „droga” do Boga. Autor Koranu silnie podkreślając jej konieczność atakuje tym samym żydów, którzy przed wiekami przerwali swą pielgrzymkę do ruin świątyni, a także chrześcijan, którzy zabronili jej w imię Ewangelii, gdyż to nie prawo lecz duch jest tym, który zbawia.

          Jednocześnie widzimy, że autor Kora­nu, mając nastawienie anty-chrześcijań­skie, nie postrzega wszystkich chrześci­jan w jednakowym świetle, ale czyni rozróżnienia. W surze III (w. 113) mówi o tych chrześcijanach, „którzy stoją re­cytując słowa Boże pośród nocy„, zaś w innym miejscu tej samej sury (w. 114) stwierdza: „mówią z łagodnością i po­zostają cisi, są dalecy wobec tego co poboczne i dobrowolnie oddają samych siebie. Są wśród tych, którzy cieszą się szczęściem”. Są to jasne odniesienia do mnichów-pustelników, a Airgrain pod hasłem „Arabia” w Kościelnym słowniku historii i geografii (1924) wspomina, że „mnisi, ze swoją siłą nawracania cieszyli się wysokim prestiżem wśród Arabów”. Tak więc nie powinno nikogo zaskaki­wać, że autor Koranu, człowiek wielkie­go intelektu i subtelności, również po­dziwiał chrześcijański fenomen, który bezpośrednio znał. Co więcej, br. Bru­no wykazuje, że autor dysponował im­ponującą wiedzą na temat kultury chrześcijańskiej, głęboko analizował Ewangelie i inne księgi chrześcijańskie­go Objawienia. Wszystko to znalazło swój wyraz w odniesieniach i precyzji koranicznego tekstu. Autor Koranu był erudytą pierwszej klasy.

           Celem autora i „wiernych” jest więc piel­grzymka i powrót do domu Abrahama (Bakka). IV i V sura Koranu koncentruje się na środkach wiodących do tego celu.

            Historia mówi nam, że Jerozolima upa­dła w 614 r., kiedy to armie cesarza Herakliusza z Bizancjum zostały zmiażdżone przez Persów. Krauss w swojej Historii żydowskiej donosi, że Żydzi z południowej Palestyny sprzy­mierzyli się z Persami – być może byli to Żydzi ze wspominanej przez Torreya oazy Teima; mogły to być również ban­dy arabskie. Po przybyciu do Jerozolimy Żydzi z wściekłością zwrócili się przeciwko ludowi chrześcijańskiemu i jego świątyniom, w tym naturalnie przeciwko Grobowi Pańskiemu. Zano­towano jednak, że z największą furią Żydzi uderzyli w kościół Matki Bożej, Nea, którego znaczenie podkreślimy jeszcze w dalszej części artykułu.

            Według Kraussa w 617 r. Żydzi „zażą­dali określonych praw do autonomii w Świętym Mieście”. Persowie już od trzech lat żyli w obecności chrześcijan z Jerozolimy i postrzegali ich jako ze wszech miar przychylnych i kompromi­sowych, toteż po pojawieniu się żydow­skich żądań autonomii doszli do wnio­sku, że miara się przebrała. Postanowi­li wygnać Żydów do Persji. Z pism hi­storyków takich jak Krauss i Graetz wynika, że jeszcze przedtem arabskie bandy zostały rozbite (przez Persów ­przyp. tłum.) na skutek zdrady Żydów, a sura III Koranu w tłumaczeniu br. Bru­no (w. 118-119, 122) zawiera skargi na zdradę i perfidię fałszywych braci, sy­nów Izraela.

Sura III Koranu traktuje o tej porażce Arabów; autor mówi tam o swojej „kal­warii”, lecz ostatecznie doprowadza własne rozważania Ewangelii do pozytywnego wniosku stwierdzając, że po­rażka ta nie jest klęska absolutną, lecz tylko oczyszczeniem. W tym miejscu pojawia się wspominany wcześniej hi­storyczny mit o bitwie pod Badrem.

            Badr jest obecnie małym miasteczkiem położonym na południowy zachód od Medyny, jednakże żadna z map staro­żytności nic nie mówi o jego istnieniu. Co więcej, słowo badr nie występuje w żadnym miejscu w Koranie – ani w surze Vłłł, w którym wszyscy po­przedni tłumacze uparcie wspominają o bitwie pod Badrem, ani w surze m, gdzie słowo bi-badrin jest nieprawidło­wo przetłumaczone jako ’pod Badrem’. W surze IV (w. 6) pokrewne słowo bi­daran jest właściwie przetłumaczone przez Blachere i Masson jako ’rozszcze­pienie’ lub ’rozproszenie’ i jest prostym zapożyczeniem z rabinistycznego, he­brajskiego słowa bidder, tzn. ’rozpra­szać’. Tak więc bi-badrin oznacza ’przez rozproszenie’ albo ’dzięki rozprosze­niu’. Islamolodzy tłumaczą to słowo jako 'Badr’, gdyż nie biorą pod uwagę ani całościowego, ani też częściowego znaczenia tekstu. Z drugiej strony, tłu­maczenie br. Bruno tworzy logiczną ca­łość. Autor Koranu mówi o „cudzie” ocalenia owych arabskich band „po­przez rozproszenie” spowodowane przez Persów w 617 r. Jest to jeden z wielu przykładów, kiedy to tekst za­chowuje jasny sens lingwistyczny i hi­storyczny, podczas gdy tłumacze wprowadzają jedynie zamieszanie i sprzeczności.

CZY prawdziwy „Mahomet” zechce ukazać swoje oblicze?

           Do tej pory ciągle mówiliśmy o „auto­rze Koranu” zamiast o Mahomecie, któ­remu wszędzie przypisywane jest au­torstwo tego dzieła. Dlaczego? Z pro­stego powodu: człowiek zwany Maho­metem nie napisał Koranu.

            Wspomnieliśmy powyżej, że jeśli odło­żyć na bok fantastyczne mity ksiąg Ha­dith i Sira, nie ma niezbitego dowodu na istnienie Mahometa. Jednakże histo­rycznie muzułmanie twierdzą, że w ko­ranicznym tekście autor sam nazywa siebie Mahometem, toteż nie może być żadnych wątpliwości co do jego tożsa­mości. Czy tak jest naprawdę?

            Oczywiście jest prawdą, że w Koranie autor czyni szereg odniesień do same­go siebie, nie mniej jednak daje się po­znać jako człowiek oszczędny, jeśli cho­dzi o szczegóły dotyczące swej własnej osoby. W surze III (w. 144) nazywa sie­bie muhammadun, a określenie to zo­stało wzięte przez wspomnianego wcześniej Ibn Hisama za rzeczywiste imię założyciela islamu. Br. Bruno twier­dzi, że zabieg taki nie ma uzasadnienia i podaje szczegółowe dowody. Cieka­we, że twierdzenie o nieistnieniu Ma­hometa nie spotkało się z prostym od­parciem ze strony ks. Michela Lagarde, który nie tylko sam jest ekspertem w tej dziedzinie, lecz również głęboko po­święcił się dla dialogu islamsko-chrze­ścijańskiego.

           Br. Bruno tłumaczy słowo muhammadun jako 'umiłowany’. Twierdzi, że jako ta­kie słowo to nie jest imieniem, lecz ty­tułem nadawanym jakiejś osobie – tro­chę tak, jakby powiedzieć np. o wła­snym dziecku „światło mego życia”, co rzecz jasna nie może być interpretowa­ne jako właściwe imię dziecka. Według br. Bruno słowo muhammadun pocho­dzi od słowa źródłowego hmd, które jest arabskim zapożyczeniem biblijne­go, źródłowego słowa hómad, czyli ’po­żądać’ lub ’pragnąć’. W surze l (w. 2) br. Bruno wykazał, że pokrewne słowo ’al hamdu oznacza miłość, jaką każdy po­winien żywić wobec „Boga, Pana wie­ków”. Z kolei południowo-arabskie za­pisy z Jamme zawierają słowo mhmd, używane na określenie 'Boga żydów’, tak więc oczywisty sens wyrażenia mu­hammadun sprowadza się do znaczenia 'ten, który jest przedmiotem miłości’ ­’umiłowany’ – najwyższe imię Boże. To zaś powinno wywołać w pamięci czy­telnika słowa Ewangelii: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodoba­nie, Jego słuchajcie” (Mt 17, 5). Nie jest to jedyny raz, kiedy Jezus jest nazywa­ny „umiłowanym(muhammadun) Boga. W relacji ze spotkania Naszego Pana ze św. Janem Chrzcicielem nad rzeką Jordan czytamy: „A oto otworzyły Mu się niebiosa i ujrzał Ducha Bożego zstępu­jącego jak gołębicę i przychodzącego na Niego. A głos z nieba mówił: «Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie»” (Mt 3, 16-17). Koranicz­ny tekst nie wskazuje na to, jakoby au­tor przedstawiał się lub myślał o sobie jako o Bogu. W pierwszym rozdziale przedstawia raczej siebie i Naszego Pana Jezusa Chrystusa jako rasulun, czyli wy­rocznie, proroków; w obu przypadkach chodzi tu o ludzi, o „umiłowanych” Boga. W Księdze Proroka Daniela prorok na­zywany jest „człowiekiem upodoba­nym„, czyli is hamudót. Rzeczownik is znaczy 'człowiek’ i jest w biblijnym wyrażeniu zastąpiony arabskim przed­rostkiem „m” – czyli mhamudót, ’maho­met’. Dla tych z nas, którzy nie są uczo­nymi-lingwistami może się to wydać nieco skomplikowane, lecz dzięki odro­binie wytrwałości przekonamy się, że jest do doskonale zrozumiałe w okre­ślonym kontekście.

            Z tekstu Koranu w sposób oczywisty wynika, że autor znał pisma św. Pawła i wykorzystał je do osiągnięcia pożąda­nego przez siebie celu, to jest do przy­pisania Bożego przymierza synom Izmaela, ludowi doskonałemu, musliy­mat. Ks. de Nantes, kolega br. Bruno, idzie dalej – uważa on, że w całej l su­rze Koranu podobieństwa do Ewange­lii są tak bliskie i liczne, iż należy są­dzić, że intencją autora było nie tylko naśladowanie podejścia św. Pawła, lecz postawienie siebie w miejsce Chrystu­sa. Ten ostatni wniosek może nie by tak daleko idący, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. „Porażka” Chrystu­sa prowadząca na Kalwarię porówny­wana jest do „niepowodzenia” autora Koranu polegającego na niemożności dotarcia do „domu Bakka” w Jerozoli­mie w 614 r.Jego wierni zostali rozpro­szeni – oto jego „kalwaria”. Używa przy tym terminu qarhun, oznaczającego „kalwarię”, specjalnie dla podkreślenia paraleli. Daje jednak do zrozumienia, że „porażka” nie zdołała go zmusić do za­niechania realizacji wytyczonego celu.

            Spójrzmy teraz na słowo „Mekka„, o którym mówi się, że jest tłumacze­niem wyrazu Bakka. Od Hiro dowiadu­jemy się, że Mekka była miejscem uro­dzin Mahometa, centrum handlowym skupiającym około 5000 ludzi i miej­scem, w którym Mahomet rozpoczął swój apostolat. Pojawiają się tutaj dwa problemy: po pierwsze, słowo Mekka wcale nie występuje w Koranie. To ra­czej słowo Bakka pojawia się raz i jest błędnie tłumaczone jako Mekka. Po dru­gie, wszystkie mapy starożytności do­wodzą ponad wszelka wątpliwość, że miasto Mekka nie istniało w siódmym stuleciu. Znakomity kartograf XIX wie­ku, Vidal de la Blanche był ekspertem w dziedzinie wielkich szlaków handlo­wych starożytności. Wykorzystując Geo­grafię Ptolemeusza wykazał on, że Mek­ka nie istniała (w siódmym stuleciu ­przyp. tłum.). Nie kwestionują tego ani ks. Lagarde, który w 1990 r. w publika­cji Islamo Christiana dokonał przeglądu pierwszego tomu tłumaczenia Koranu autorstwa br. Bruno, ani nawet Blache­re. Rzeczywiście, biorąc pod uwagę dążenie Blachere do promocji islamu kosztem chrześcijaństwa, jego świadec­two nabiera tu jeszcze większej warto­ści: „Bez wątpienia bizantyjscy pisarze dostarczyli nam cennych informacji na temat arabskich emirów panujących na stepach Syrii za przyzwoleniem cesarza. Dzięki tym autorom dysponujemy roz­sądnymi danymi na temat konfliktów wspomnianych emirów z ich babiloń­skimi odpowiednikami pozostającymi w służbie perskich Sasanidów. Możemy również ustalić religijną przynależność zarówno koczowniczych, jak i osiadłych arabskich plemion w Jordanii i ze ste­pów na zachód od Eufratu. Nawet tajem­niczy Jemen dostarcza nam strzępów in­formacji o swej przeszłości i pozwala nam zrozumieć obce trendy – niektóre z nich zawędrowały tu z Etiopii wspó­łistniejąc z jej prastarym pogaństwem. Lecz o kołysce islamu Al-Hijaz i o Mek­ce, jego świętym mieście, nie mamy nic ponad przykłady islamskich «kartogra­fów»” (Problem Mahometa, 1952).

           Innymi słowy, nie istnieje przed-islam­ska mapa świata, która wskazywałaby na istnienie Mekki. Próby wykazania, że Mekka istniała pod inną nazwą, Maco­raba, zawsze były czystymi spekulacja­mi, a na ich poparcie nie istniały poważ­ne dowody.

            Tak więc jeśli nie istnieje Mekka, jakie jest znaczenie słowa Bakka? Słowo to pojawia się tylko raz w całym tekście Koranu (sura III, w. 96), w tym samym rozdziale, który mówi o powrocie wier­nych do jerozolimy. W surze II (w. 125 i 127) autor mówi o domu – al bayt ­i przypisuje jego założenie Abrahamo­wi. Dlatego też jest absolutnie oczywi­ste, że „dom” znajduje się w Jerozolimie, a dokładnie wśród ruin Świątyni. Właśnie tak się składa, że słowo Bakka użyte jest w rozdziale w związku z do­mem, a może być jedynie odniesieniem do „doliny Baka”, która znajduje się na północ od doliny Hinnom i na zachód od Jerozolimy. W rzeczywistości znaczenie tego słowa jest tak jasne, że aż dziw bie­rze, dlaczego żaden z naukowych infor­matorów nie zasugerował go nawet jako jednej z możliwości. Ale to nie wszystko.

            Koran nie daje nam żadnego pojęcia co do położenia i układu Mekki, dostarcza za to szczegółowych informacji o Jerozolimie, co dodatkowo świadczy na korzyść faktu, że do tej pory zasadni­czy temat Koranu koncentruje się wo­kół powrotu do Jerozolimy, do tej ko­lebki przymierza zawartego przez Boga z Abrahamem i jego synem, Izmaelem.

W surze II, w. 158, autor używa termi­nu as-safii, który jest hebrajskim zapo­życzeniem słowa ha-sóphim, oznaczają­cego 'wartownię’. Tak się składa, że na północ od Jerozolimy znajduje się wzgórze połączone z Górą Oliwną, określane po grecku jako skopos. Moż­na znaleźć o nim wzmianki w literatu­rze rabinistycznej; jest to punkt, z któ­rego można obserwować Jerozolimę niczym z wartowni. Skopos oznacza po grecku ’wartownię’.

            Następnie, autor Koranu obiecując wiernym w surze IV w. 13 i gdzie in­dziej, że „wejdą do ogrodów – janna­ gdzie płyną podziemne rzeki -min tah­tiha” nie stosuje wcale figur literackich. Przeciwnie, dokładnie opisuje system nawadniania ówczesnej Jerozolimy! W okresie bizantyjskim, obszar położo­ny na północny zachód od murów Jerozolimy był znany jako ..Ogrody”. Chrześcijanie mówiący po aramejsku określali je słowem Pordesaya. Grecy nazywali je Phordesa, a Żydzi Pardesaya. Wszystkie te słowa oznaczają ..raj”. Nie­trudno dostrzec uzasadnienie dla takiej nazwy. Jerozolima, położona na trud­nym terenie, zawsze narzekała na su­szę trwającą od maja aż do październi­ka. Sytuację pogarszał wiatr, przeważ­nie wschodni. W celu zapobieżenia tym problemom zbudowano podziemny system zbiorników, który łączył się z powierzchnią poprzez wąski wylot. Zbiorniki te napełniały się w okresie od listopada do marca dzięki ciągłym opadom deszczu i w ten sposób umoż­liwiały pomyślne zbiory. J. T. Milik w swojej książce Św. Tomasz z Phorde­sa pisze, że był to „kompletny, złożo­ny system irygacyjny”. Oto wasze „podziemne rzeki”,

                        Jeszcze inny przykład. Słowo „Gehen­na” pojawia się jednokrotnie w surze II, trzykrotnie w surze III i siedmiokrot­nie w surze IV. W języku arabskim sło­wo to brzmi jahannam i jest używane na określenie „doliny gniewu”. Gehen­na jest doliną położoną na południe od Jerozolimy, wychodzącą na zachód z doliny Baka. Było to opustoszałe pu­bliczne miejsce, w którym nieustannie płonął ogień spalający śmieci. Ognie Gehenny są symbolem wiecznego po­tępienia, lub, jeśli ktoś woli, wieczne­go gniewu. Tekst jest szczególnie po­ruszający, gdyż przemieszczając się z doliny Baka w kierunku doliny Gehen­na podróżujemy z raju do piekła – fi­zyczna rzeczywistość ze składową teo­logiczną.

Ka’ba, Kawa’iba, Kubos

           Zajmijmy się w końcu problemem ka­miennej świątyni lub Domu Bożego zwanego Ka’ba, mającego znajdować się w środku meczetu w Mekce, a bę­dącego najważniejszym sanktuarium islamskiego świata. Ponieważ Mekka nie istniała w siódmym stuleciu. Musi­my zadać sobie pytanie co znaczyło sło­wo Ka’ba dla autora Koranu.

            Po raz pierwszy słowo to zostało użyte w surze IV, w. 6. Oznacza ono ’sześcian’ (kostkę) – po grecku kubos – i odnosi się do fundamentu kamiennego domu. Ks. Jomier w swoim artykule Ka’ba twierdzi, że wyraz ten pochodzi od „mniej więcej «sześciennej» formy tego sanktuarium”. Jego zdaniem „słowo to było już wcześniej używane na określe­nie specyficznych sanktuariów o tym samym kształcie„. Br. Bruno zdołał zi­dentyfikować dwa takie sanktuaria: pierwsze w Petrze, skąd autor Koranu wraz ze swymi wiernymi wyruszyli w drogę powrotną do Jerozolimy, dru­gie zaś u wrót samej Jerozolimy. Waż­ne jest, aby zwrócić uwagę, iż słowo Ka’ba pojawia się po raz czwarty i ostat­ni w surze LXXVIII, w. 33 w całkiem in­nym znaczeniu: 'dziewice’ – kawa’iba. Te dwa znaczenia są tak radykalnie od­mienne, że uzasadnionym będzie pyta­nie: czy Ka’ba to określenie 'domu’, czy też 'dziewicy’?

            Wiemy, że określenie Ka’ba było zwy­kle powiązane (w tekście Koranu ­przyp. tłum.) z promenadą (maqam) Abrahama, a zarówno jedno jak i dru­gie było związane z „domem” – ’al bay­ta. „Dom” jest Świątynią jerozolimską, a maqam to dziedziniec świątyni – czy­li, można powiedzieć, święta Skała Góry Moria. Dlatego też, jeśli chcemy zna­leźć rzeczywiste źródło określenia Ka­’ba, musimy znów zwrócić nasze spoj­rzenie w stronę Jerozolimy.

            Z homilii św. Germana z Konstantyno­pola (634-733), poświęconej zaśnięciu Matki Bożej i przeniesieniu jej ciała z domu w Świętym Syjonie do „gro­bowca” w Gethsemani dowiadujemy się, że po drodze znajduje się monu­ment znany w języku greckim jako Ku­bas. Św. German mówi: „Na szlaku or­szaku pogrzebowego prowadzącego w dół doliny Jozafata ma znajdować się monument w kształcie sześcianu… W centrum tego pomnika znajduje się czcigodna kolumna wzniesiona na pa­miątkę cudu uleczenia bezbożnego żyda„. Wiemy również o mnichu imie­niem Epifaniusz, który odbywając w siódmym stuleciu pielgrzymkę do Ziemi Świętej opisuje ten monument słowem tetrakiinin. Epifaniusz stwier­dza, że była to „sześcienna budowla z czterema kolumnami zwieńczona ko­pułą”. O. Daniel (1099-1185) jest nawet bardziej precyzyjny: ,,100 jardów od wrót miasta Jerozolimy) znajduje się miejsce, w którym Jofoniasz (najwyższy kapłan) próbował zrzucić ciało Matki Bożej niesionej przez apostołów na no­szach do Getsemani. Pojawił się anioł i mieczem odciął obie ręce Jofoniasza, które pozostały przytwierdzone do noszy”. O. Daniel dodaje: „Od tego miej­sca do grobowca Matki Bożej pozosta­je 200 jardów„. Pozwala to precyzyjnie usytuować monument położony u wschodnich wrót świętego miasta. Cud wspomniany przez św. Germana polegał na tym, że „bezbożny żyd” Jo­foniasz odzyskał swe ręce i nawrócił się do Kościoła katolickiego. W tej chwili zagadka jest już łatwa do rozwiązania.

            W celu zadośćuczynienia za atak na Matkę Bożą, chrześcijanie Jerozolimy wznieśli pomnik ku Jej czci. Najwyższy kapłan Jofoniasz przybył tam i został cudownie uzdrowiony. Jest prawdopo­dobne, że w siódmym stuleciu, w cza­sach Epifaniusza, muzułmanie ciągle żywili szacunek i cześć wobec tego świętego miejsca (kubas) poświęcone­go Dziewicy (ka’ba) i splamionego bez­bożnym działaniem Jofoniasza. W ten sposób widzimy, jak łatwo (na pozio­mie lingwistycznym – przyp. tłum.) sze­ścian mógł stać się dziewicą. Na obec­nym etapie badań hipoteza dobrego mnicha br. Bruno sprowadza się do tego, że muzułmanie wzięli Kubos za symbol domu Abrahama i przenieśli go (lub tylko jego podstawę) w inne miej­sce z nieznanych powodów. Oczywiście jest możliwe, że Ka’ba w Mekce ma zu­pełnie inne pochodzenie, nie mające związku z czymkolwiek, co występuje w Koranie.

                        Jedynym celem tego artykułu była pró­ba przekazania niektórych spektakular­nych odkryć dokonanych przede wszystkim przez br. Bruno – z nadzie­ją, że zachęcą one zainteresowanych do głębszych poszukiwań. Badania są da­lekie od ukończenia. Pozostaje do prze­tłumaczenia dalsze 109 sur, z których każda niesie ze sobą istotne, odkryw­cze informacje na temat początków i rozwoju islamu naszkicowanych przez autora Koranu. Z pewnością istotnych informacji dostarczą również eksperci zaangażowani w prace archeologiczne nad rozległym chrześcijańskim opac­twem odkrytym w piaskach Al Oosour (1990) datowanym aż na koniec szóste­go, a być może na siódmy wiek. To wszystko w przyszłości.

            Dzięki poważnej, autentycznej naukowej analizie, prawdziwość islamskiej tradycji spod znaku ksiąg Hadith i Sira została zakwestionowana. Można wy­kazać, że ani Mekka, ani Badr nie ist­niały w owych czasach, a wraz z tym wszystkie historie o proroctwach i mi­litarnych zwycięstwach Mahometa są jedynie jednym wielkim wymysłem. W rzeczywistości można wykazać, że postać taka nigdy nie istniała. Dzięki systematycznemu tłumaczeniu Koranu okazało się, że nawet samo znaczenie słowa „islam” zostało przekręcone. Tłu­maczenie ukazało za to podłoże teolo­giczne i historyczne, dzięki któremu możliwe było pojawienie się Koranu. Istotna rola, którą odegrała w tym teo­logiczno-historycznym rozwoju spo­łeczność żydowska, skierowała badaczy ku poszukiwaniom prawdziwej tożsa­mości autora Koranu, człowieka niewąt­pliwie o wyjątkowym talencie, energii i przenikliwości. W rzeczywistości ba­dania br. Bruno to inspirujące dzieło wskazujące na to, że islam jest faktem – gdyż islam wyłaniający się z Koranu rzeczywiście jest faktem. Jednocześnie jednak staje się coraz bardziej oczywi­stym, że islam dnia dzisiejszego jest ilu­zją, która tak naprawdę z wybitnym ge­niuszem autora Koranu ma wspólną je­dynie nazwę religii, bo nawet nie jego potężną księgę, którą rozumie opacz­nie. Oto sprzeczność stająca się para­doksem, o której wspomniano na po­czątku artykułu.

„The Angelus”, grudzień 1998. Tłumaczenie: Adam Branicki.[poniższy artykuł wzięty z dwumiesięcznika Zawsze Wierni, nr. 31, 1999. Tam też zobacz piękne ilustracje, których nie potrafię kopiować. MD]