RĘKOPIS ZNALEZIONY W MECZECIE w stolicy Jemenu – Sanaa – czyli inne odczytanie Koranu


W 1972 roku podczas remontu Wielkiego Meczetu w stolicy Jemenu – Sanaa – robotnicy budowlani natknęli się na poddaszu na zamurowane pomieszczenie, w którym odnaleziono wielką ilość starych manuskryptów. Powiązane w węzełki rękopisy zapakowano do dwudziestu parcianych worków i upchano pod wiodącymi na górę schodami minaretów. Na znalezisko zwrócił uwagę dopiero po dłuższym czasie Qadhi Ismaii al-Akwa, szef jemeńskiego urzędu do spraw zabytków. W 1973 roku zainteresował tym odkryciem niemieckich naukowców, którzy po pierwszych oględzinach stwierdzili, że manuskrypty są najprawdopodobniej wczesnymi kodyfikacjami Koranu, pochodzącymi z IX, VIII, a nawet VII wieku – a więc z tych kluczowych stuleci, w których formował się islam.
Głównym problemem badaczy religii muzułmańskiej jest brak źródeł pochodzących właśnie z VII-VIII stulecia. W swojej pisanej przed dwudziestu laty biografii Mahometa jeden z najwybitniejszych znawców islamu na świecie, prof. Michael Cook wzdychał: „Wspaniale byłoby odnaleźć jaskinię pełną dokumentów lub zapisków współczesnych Mahometowi, lecz czegoś takiego nie mamy i pewnie nigdy nie będziemy mieli”. Kreśląc te słowa Cook nie przypuszczał zapewne, że jego westchnienia zostaną tak szybko wysłuchane, zaś doniosłość znaleziska w sanaańskim meczecie porównać będzie można z najważniejszymi XX-wiecznymi odkryciami rękopisów – gnostyckich papirusów w Nag Hammadi (w Egipcie) i esseńskich zwojów z Qumran (w Izraelu). Być może nawet znaczenie manuskryptów odnalezionych w Jemenie będzie jeszcze większe – ponieważ to, co się w nich znajduje, podważa ortodoksyjną tradycję na temat pochodzenia Koranu obowiązującą w całym świecie islamu.
Naukowcy czy bluźniercy?
W 1981 roku jako pierwszy badacz do rękopisów z Sanaa dopuszczony został niemiecki profesor Gerd Riidiger Puin z Uniwersytetu Kraju Saary w Saarbrücken, wybitny specjalista w dziedzinie kaligrafii arabskiej i paleografii Koranu. Już po wstępnej analizie stwierdził on, że ma do czynienia z bezcennym zjawiskiem. Zwrócił uwagę m.in. na pojawiające się w manuskryptach niekonwencjonalne iluminacje wersetów, częste odmienności od kanonicznego tekstu, rzadko występujący wczesny typ pisma arabskiego – tzw. hijazi czy też niespotykane często odmiany ortografii. Wiele z rękopisów okazało się też palimpsestami, tzn. zawierały wersje ajatów koranicznych napisane na wersjach wcześniejszych, częściowo usuniętych lub wyblakłych. Po tych badaniach profesor Puin nie ma wątpliwości, że tekst Koranu ewoluował w czasie, nie powstał zaś w całości za jednym razem. Już samo to stwierdzenie jest w islamie zamachem na świętość, ponieważ muzułmanie wierzą, że Koran jest słowem w całości objawionym przez Boga Mahometowi i nigdy nie podlegał żadnym zmianom czy ewolucjom.
’W swoich dyskusjach ż chrześcijanami przedstawiciele islamu z jednej strony nie pozwalają na żadną krytyczną lekturę Koranu, z drugiej zaś zachęcają do jak najbardziej krytycznych studiów nad Biblią, która – jak utrzymują – została zafałszowana przez żydów i chrześcijan.
Wróćmy jednak do odkryć. Na początku lat 80-tych trwało w Sanaa sortowanie, czyszczenie i restaurowanie odnalezionych fragmentów pism. Władzom jemeńskim nie zależało jednak – jak twierdzi prof. Puin – na dogłębnej analizie krytycznej oraz interpretacji owych wersetów, lecz raczej na zbadaniu ornamentyki zapisów i estetyki pisma. Tylko dwóch naukowców – oprócz wspomnianego już Puina także profesor Hans Caspar Graf von Bothmer, również z uniwersytetu w Saarsbrücken – otrzymało zezwolenie na bliższe zaznajomienie się ze znaleziskami. O wynikach swoich badań informowali jedynie na łamach specjalistycznych czasopism naukowych, bojąc się, że upublicznienie efektów ich pracy w wysoko-nakładowych mediach spowodowałoby cofnięcie zezwolenia ze strony władz jemeńskich.
W 1997 roku profesor von Bothmer zakończył dokumentowanie odkrytych zbiorów i wywiózł do Niemiec 35.000 mikrofilmów. Od tej pory w Instytucie Badań Koranicznych na Uniwersytecie w Saarsbrücken rozpoczęły się poważne prace naukowe nad znalezionymi tekstami.
Profesor Andrew Rippin z Uniwersytetu w Calgary uważa, że manuskrypty z Sanaa staną się przełomem w badaniach nad islamem. Jego zdaniem, odnaleziony materiał jest na tyle duży i reprezentatywny, że teza, iż Koran powstawał w dłuższym okresie czasowym i ewoluował pod wpływem różnych źródeł, stanie się nie do obalenia. Kłopot polega na tym, że dla miliarda muzułmanów na całym świecie takie twierdzenie jest bluźnierstwem.
O tym zaś, jak islam traktuje bluźnierców, przekonał się chociażby Salman Rushdie, ukrywający się od 1989 roku przed wydanym na niego wyrokiem śmierci.
Żeby przekonać się, dlaczego odkrycia z Sanaa mogą mieć dalekosiężne implikacje dla samego islamu, musimy najpierw poznać jego naukę na temat Koranu.
Koran jak Chrystus
Koran jest uważany przez muzułmanów nie za dzieło Mahometa, lecz objawienie Allaha przekazane ludziom za pośrednictwem Proroka. Owo samo-objawiające się Słowo Boga jest jedyne, doskonałe, niezmienne, ostatecznie skończone. Wyznawcy islamu wierzą, że ich święta księga nigdy nie była poprawiana i nie ewoluowała w czasie.
Profesor Stephen Humphreys z Uniwersytetu w Santa Barbara uważa, że historyzacja Koranu spowoduje delegalizację całego wspólnego doświadczenia społeczności islamskiej, którą powołał do istnienia i kształtował właśnie Koran. Według niego, jeśli okaże się, że święta księga muzułmanów nie jest niezmiennym Słowem Boga, lecz tylko podlegającym ewolucji historycznym świadectwem epoki, wówczas czternaście wieków islamskiej historii okaże się bezsensowne.
Wydana w 1981 roku „Encyklopedia islamu” stwierdza, że roli Koranu w mahometanizmie nie da się porównać do roli Biblii w chrześcijaństwie. Jest ona znacznie donioślejsza i jeśli na miejscu byłyby jakieś porównania, to należałoby powiedzieć, że Koran dla islamu jest tym samym, kim Chrystus dla chrześcijaństwa. Tak jak Chrystus był Słowem, które stało się ciałem, tak Koran jest Słowem Boga, które stało się tekstem. Analfabetyzm Mahometa pełni tą samą rolę, co dziewictwo Maryi – podkreśla objawiony charakter Słowa. Forma i treść Koranu są jakby odpowiednikiem ciała Chrystusa. Dlatego też największym grzechem dla muzułmanów jest właśnie podważanie autorytetu Koranu, o czym przekonał się nie tylko Salman Rushdie, lecz również Nadżib Mahfouz, egipski pisarz, laureat literackiej Nagrody Nobla, który w 1994 roku został pchnięty nożem, gdyż napisał powieść, której kompozycja przypominała Koran, lecz treść została uznana za heretycką.
Za bluźnierców uważani są także ci naukowcy, którzy próbują badać Koran, wykorzystując osiągnięcia hermeneutyki, metody krytycznej czy historycznej interpretacji tekstów. Takie podejście do świętej księgi jest w świecie islamskim równoznaczne z profanacją i świętokradztwem, ponieważ niedopuszczalne jest zgłębianie myśli Boga przez historyczną i spekulatywną myśl człowieka.
O ile Nowy Testament, zwłaszcza od początku XX wieku, stał się obiektem intensywnych badań metodami historyczno-krytycznymi, wśród których wymienić można Formgeschichte (historię form), Redaktionsgeschichte (historię redakcji) czy Wirkungsgeschichte (historię efektów) – i wyszedł z tego egzaminu zwycięsko, tzn. jego historyczna wiarygodność nie została podważona, a przesłanie chrześcijańskie nie uległo na skutek tych badań reinterpretacji, o tyle Koran nie został jeszcze poważnie poddany takiej próbie. Trudno powiedzieć zresztą, czy by ją wytrzymał, biorąc pod uwagę zwłaszcza obowiązujące w islamie podejście do tej księgi (notabene przypominające stosunek członków fundamentalistycznych sekt protestanckich do Biblii).
Nie bezzasadnie pyta więc Vittorio Messori: „Co stanie się z Koranem. kiedy w tym zbiorze wzniosłej poezji i głębokiego uczucia religijnego, a także przepisów higienicznych do użytku nomadów na pustyni, oraz różnych niepokonalnych sprzeczności zanurzy się lancet krytyki? Kiedy – podobnie jak to się dzieje od wieków i z ogromnym zaangażowaniem z Pismami chrześcijan – także wobec Pism muzułmańskich dokona się krytyczny egzamin? Od samego początku, od pierwszej sury. Chodzi o pierwszy rozdział, ten, o którym wierzący zapewniają, że objawił się płonącymi literami na posłaniu wobec Mahometa przerażonego głosem i spojrzeniem biblijnego archanioła Gabriela. Co się stanie, kiedy muzułmanin z ludu – a nie tylko specjalista – dowie się, ilu cytatom, nawarstwieniom, wtrąceniom z tekstów żydowskich i z ewangelii apokryficznych został poddany Koran, który – jak stwierdza wiara – był ’słowo w słowo’ podyktowany przez samego Boga?”
Zdaniem niektórych specjalistów, jeśli rolę Koranu w islamie przyrównać do roli Chrystusa w chrześcijaństwie, to odkrycia z Sanaa mogą wywołać w świecie muzułmańskim trzęsienie podobne do tego, jakie powstałoby w świecie chrześcijańskim, gdyby odkryto grób Jezusa z Jego ciałem w środku.


Twarda skała czy lotny piasek?

Jak już zostało powiedziane, poważne badania nad islamem są bardzo utrudnione ze względu na skąpą liczbę źródeł z pierwszego okresu tej religii. Najstarsze pisane źródła na temat życia Mahometa, który zmarł w roku 632, pochodzą z II połowy VIII i początków IX wieku. Do najbardziej znanych należą dzieła Al-Wakidiego (zm. 823) czy Ibn Hiszama (zm. 833), który powołuje się na zaginione pisma Ibn Ishaka (zm. 767). Podobnie zaginęła biografia Proroka napisana przez Mamara Ibn Raszida (zm. 770), cytowana przez autorów późniejszych.
Tak więc najstarsze pisma dotyczące życia Mahometa, jakimi dysponujemy, zostały napisane około 200 lat po jego śmierci, a powołują się one na dzieła powstałe 150 lat po zgonie Proroka. Obowiązująca w świecie islamskim historia życia Mahometa i objawienia Koranu wywodzi się więc ze źródeł od połowy VIII do połowy X wieku.
W porównaniu z Nowym Testamentem jest to kolosalna różnica – opowieści o życiu Chrystusa czyli Ewangelie spisane zostały przez apostołów lub ich uczniów stosunkowo niedługo po śmierci Jezusa. Egzegeci przyjmują, że najstarsze pisma chrześcijańskie – listy św. Pawła i ewangelia św. Marka powstały już około 20 lat po ukrzyżowaniu Chrystusa.
Wiedza o Mahomecie przez ponad stulecie przekazywana była więc ustnie i istnieje duże prawdopodobieństwo, że mogła ulec w tym czasie poważnym zmianom. Tym bardziej, że jeśli porówna się relacje na ten sam temat (np. okoliczności śmierci ojca Proroka – Abd Allaha), to widoczna jest wyraźna ewolucja – od niepewności do obfitości szczegółów – i tak biografowie w IX wieku wykazują się znacznie większą znajomością różnych detali niż ich poprzednicy pół wieku wcześniej.
Maxime Rodinson, współczesny biograf Proroka, pisze, że „nie istnieje nic, co pozwalałoby nam chociażby na stwierdzenie: to i to pochodzi bez wątpienia z czasów Mahometa„. Badacze tacy, jak Gaudefroy-Demombynes czy Noldeke, uważają, że powstałe dwa wieki po śmierci Mahometa hadisy (mowy Proroka) i sira (żywot Proroka) nie stanowią wystarczającego dowodu historycznego, ale ich odrzucenie spowodowałoby znalezienie sięw punkcie zerowym. Podobnie sądzi wspomniany już Michael Cook, który pisze wprost, że gdyby odrzucić wszelkie źródła historyczne na temat islamu, których nie jesteśmy bezwarunkowo pewni, to wówczas zamiast skalnej opoki pozostanie nam tylko lotny piasek.
Profesor Stephen Humphreys twierdzi, że ze źródeł muzułmańskich da się zrekonstruować sposób, w jaki wyznawcy Allaha na przełomie VIII i IX stulecia rozumieli narodziny swojej społeczności, nie da się jednak odtworzyć, jak te narodziny wyglądały rzeczywiście w VIl wieku. Co ciekawe, badania egipskiego profesora Tahy Husseina, który w latach międzywojennych analizował przed-islamską poezję arabską, doprowadziły go do wniosku, że większość tej literatury została w rzeczywistości sfabrykowana już po pojawieniu się islamu po to, by uwiarygodnić koraniczną mitologię.
Mekki nie ma na mapie
Nie istnieje także zbyt wiele zachowanych źródeł nie-muzułmańskich z czasów współczesnych Mahometowi. Najstarszy zapis o jego życiu pojawia się w ormiańskiej kronice z lat 60-tych VII wieku. Poza tym naukowcy dysponują niewielką liczbą materiałów w języku greckim i syryjskim, pochodzących również z VII stulecia. Ze źródeł tych wynika, że pierwsi muzułmanie modlili się zwróceni twarzą nie w kierunku Mekki, lecz jakiegoś miejsca położonego znacznie dalej na północy, co wskazywałoby, że ich sanktuarium pierwotnie znajdowało się gdzie indziej. Co zastanawiające zresztą, nie ma żadnych historycznych dowodów na istnienie Mekki w VII wieku. Wybitny kartograf Vidal de la Blanche, specjalista w dziedzinie wielkich szlaków handlowych starożytności, opierając się na przed-islamskich mapach świata, wykazał, że w VII stuleciu Mekka nie istniała. A przecież w tym mieście i w tym czasie – według muzułmańskiej ortodoksji – miały się dziać najważniejsze rzeczy w życiu Proroka…
Współczesny Mahometowi VII-wieczny kronikarz ormiański opisuje jego działalność zupełnie inaczej niż podaje to tradycja muzułmańska, co ma zresztą dla islamu poważne implikacje doktrynalne. Otóż pisze on, że pierwotnie Prorok założył społeczność obejmującą dziedziców Abrahama – potomków Izmaela czyli Arabów oraz potomków Izaaka czyli Izraelitów – którzy razem ruszyli na podbój Palestyny (zerwanie Izmaelitów z Żydami nastąpić miało dopiero po arabskim podboju Jerozolimy). Podobne wiadomości podaje źródło greckie, w którym wyczytać możemy o arabskim Proroku głoszącym żydowskiego Mesjasza i o „Żydach, którzy mieszają się z Saracenami [czyli Arabami]”. O sojuszu arabsko-żydowskim wspomina też hebrajska apokalipsa z VII stulecia.
W świetle źródeł nie-muzułmańskich to Jerozolima, a nie Mekka, odgrywa dla wyznawców islamu pierwszoplanową rolę. Muzułmańskie biografie Mahometa podają, że planował on wysłanie ekspedycji na rzymskie terytorium w Palestynie, ale śmierć Proroka przerwała te plany. Zdobycie Jerozolimy przez muzułmanów nastąpiło dopiero po zgonie Mahometa, za panowania kalifa Omara. Podbój ten, według źródeł nie-muzułmańskich, miał charakter religijny. Zdaniem ormiańskiego kronikarza, Prorok uzasadniał prawo Arabów do Palestyny tym, że jako potomkowie Izmaela mają również prawo do ziemi, którą Bóg obiecał Abrahamowi i jego potomstwu.
Mekki nie ma w Koranie
Jeszcze więcej niepewności rodzi się przy studiowaniu Koranu w jego oryginalnym języku – arabskim. Jest to tekst bardzo trudny nawet dla ludzi wykształconych, pełen niekonsekwencji i sprzeczności – miejscami z wersu na wers zmienia się zarówno treść historii, jak i jej styl; w tym samym zdaniu Bóg występuje raz w pierwszej, raz w trzeciej osobie; te same zdarzenia opowiedziane są w różnych wersjach; Boskie rozporządzenia są sprzeczne ze sobą; pojawiają się opuszczenia, czyniące całe partie tekstu niezrozumiałymi; pewne zwroty wyglądają na zwyczajne błędy gramatyczne.
Teologowie islamscy zdają sobie sprawę z tych trudności i tłumaczą je niewspółmiernością między Boskim posłannictwem a ludzkim odbiorcą. Według Seyyeda Hosseina Nasra, niespójność tekstu koranicznego jest tylko pozorna i wskazuje raczej na niespójność ludzkiego wnętrza. Kiedy Denise Masson, tłumaczka księgi na język francuski, próbowała zasugerować, że „niektóre wersy Koranu są niejasne”, została upomniana przez Najwyższą Radę Islamu we Francji, która to Rada zabroniła jej głoszenia podobnych opinii.
Co charakterystyczne, Koran nie może być traktowany jako źródło wiedzy na temat Mahometa, ponieważ ledwie wspomina o niektórych wydarzeniach z jego życia. Prorok wymieniony jest w księdze zaledwie cztery razy lub pięć, jeśli przyjąć, że Ahmad i Mahomet to ta sama osoba. Nie pojawia się natomiast w całym Koranie ani razu słowo Mekka. Zaledwie raz wymieniona jest Bakka, o której tradycja (spisana ok. 200 lat po Mahomecie) mówi, że to wcześniejsza nazwa Mekki.

W ogóle w porównaniu z Biblią, która pełna jest zawsze konkretów, Koran operuje raczej ogólnikami. O ile w Biblii Żydzi zawsze walczą z konkretnymi przeciwnikami – Filistynami, Jebusytami czy Amalekitami – o tyle w Koranie naprzeciw wiernych stają zazwyczaj „niewierni”, „hipokryci”, „wrogowie Boga” lub „przyjaciele Szatana”. Islamska księga ucieka od podawania konkretnych nazw geograficznych, grup etnicznych czy religijnych lub imion własnych. Jak twierdzi Michael Cook – „identyfikacja tego, o czym mówi Koran w kontekście mu współczesnym, jest zwykle niemożliwa bez interpretacji, która (…) zależy głównie od Tradycji”. Bez tej Tradycji, polegając jedynie na Koranie, nie można nawet stwierdzić, że Mahomet pochodził z Mekki, i że w mieście tym znajdowało się główne sanktuarium. Rozwój zaś owej Tradycji, zwłaszcza jej pierwsze stulecie, giną dla badaczy w mroku dziejów.
Dlatego tak wielkiego znaczenia nabierają odkrycia z Sanaa. Zawierają one bowiem najstarsze zapisy Koranu, z jakimi nie zetknęli się dotąd żadni badacze na świecie – i podważają całkowicie obowiązującą w islamie tezę o pochodzeniu Koranu.
Czy Mahomet był mesjaszem?
Zanim przejdziemy do omówienia wyników badań profesora Puina, zatrzymajmy się przez chwilę na pracach innych naukowców, którzy – nie dysponując tak obfitym materiałem badawczym starali się już wcześniej przedstawić interesujące nas kwestie w innym świetle niż ortodoksja muzułmańska.
Kiedy na początku XX wieku Jerozolimska Szkoła Biblijna rozpoczynała krytyczne studia nad Starym i Nowym Testamentem, kilku uczonych postanowiło podjąć podobne badania nad tradycją islamu. Do najbardziej znanych należał jezuita o. Henri Lamers, który w 1910 roku w swej pracy „Koran a Tradycja” pisał: „Twierdzenia zawarte w świętych pismach muzułmańskiej tradycji ani nie tworzą prawa, ani też nie są źródłem dalszych informacji, jak uważano do tej pory; są natomiast przedmiotem fantastycznej ewolucji. Na bazie koranicznego tekstu hadisy tworzą legendy, z zadowoleniem wymyślają imiona bohaterów wydarzeń i w ten sposób wypełniają treścią koraniczne schematy.”
Jako pierwszy studiami islamistycznymi wstrząsnął jednak nie katolicki duchowny (można go było podejrzewać o stronniczość), lecz świecki naukowiec, brytyjski profesor John Wansbrough, który był jednym z prekursorów zastosowania wobec Koranu instrumentów krytyki biblijnej. Jego zdaniem, Koran ewoluował stopniowo od VII do VIII wieku – w okresie, kiedy żydowskie i chrześcijańskie sekty toczyły na Półwyspie Arabskim zażarte spory teologiczne – i zawierał w sobie ślady owych kontrowersji. Wansbrough uważał, że muzułmańska księga składa się z nakładających się na siebie logii, naznaczonych piętnem mozaizmu i przystosowujących obraz biblijnego proroka do realiów arabskich. Twierdził też, że opowieść o początkach Koranu oraz islamu powstała znacznie później, a następnie rzutowana była na przeszłość.
W 1994 roku w czasopiśmie Jerusalem Studies in Arabie and Islam ukazał się pośmiertny tekst profesora Yehudy D. Nevo z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie, który zbadał pochodzące z VII i VIII wieku arabskie napisy na kamiennych tablicach na Pustyni Negev i doszedł do wniosku, że cytaty koraniczne na tych inskrypcjach różnią się od tekstu kanonicznego. Podobne rozbieżności pojawiają się też na arabskich monetach z VII stulecia.
Profesor Patricia Crone, historyk wczesnego islamu z Uniwersytetu w Princeton, uważa, że wytłumaczenie owych różnic w napisach przestanie stanowić problem, jeżeli tylko odrzuci się tradycyjny pogląd muzułmański na powstanie Koranu. To właśnie Patricia Crone wspólnie z Michaelem Cookiem opublikowała w 1977 roku książkę, która całkowicie zanegowała kanoniczną interpretację dziejów wczesnego islamu. Jej tytuł „Hagaryzm. Powstanie świata islamskiego” nawiązywał do biblijnej postaci niewolnicy Hagar, od potomstwa której z Abrahamem wywodzili swój ród Izmaelici czyli Arabowie.
Dwójka naukowców postanowiła odrzucić jako niemiarodajne źródła muzułmańskie, powstałe dwa wieki po Mahomecie – i skoncentrować się na źródłach nie-muzułmańskich, lecz współczesnych Prorokowi.

Po przeanalizowaniu tego materiału doszli oni do wniosku, że tekst Koranu powstał później niż się powszechnie uważa, Mekka nie była od początku głównym sanktuarium islamu, wyznawcy Allaha nie nazywali siebie „muzułmanami” (termin ten nie był w ogóle używany we wczesnym okresie islamu), mit hidżry (czyli emigracji Mahometa z Mekki do Medyny) pojawił się dopiero po śmierci Proroka, zaś arabskie podboje poprzedzały instytucjonalizację islamu. Najciekawszy w „Hagaryzmie” jest jednak wątek pierwotnych założeń doktryny Mahometa. Otóż zdaniem autorów misja Proroka miała swoje źródło nie w pragnieniu zapewnienia sobie ochrony przed plemieniem Kurajszytów przez sojusz z mieszkańcami Medyny – jak utrzymuje tradycja islamska – ale w głoszeniu przez niego idei odkupienia dla Żydów. Wiele wskazuje na to, że Mahomet uważał się za oczekiwanego przez nich odkupiciela. Z VII-wiecznych źródeł niemuzułmańskich wynika, że został zaakceptowany przez Żydów, którzy zawarli sojusz z mahometanami. Rozejście się Arabów z Izraelitami nastąpiło dopiero po zdobyciu Jerozolimy.
Hagaryzm” spotkał się na całym świecie nie tylko z atakiem teologów muzułmańskich, co jest w pełni zrozumiałe (niedopuszczalne było dla nich zwłaszcza opieranie się na świadectwach „niewiernych” czyli źródłach ormiańskich, greckich, syryjskich i hebrajskich), spotkał się jednak również z krytyką wielu zachodnich uczonych. Debata, jaka rozgorzała wokół książki, pokazała stopień uzależnienia zachodnich naukowców od islamskich wpływów interpretacyjnych.
Zdaniem niektórych publicystów, wpływy te wynikają nie tyle z nieodpartej siły argumentów, co raczej z bardziej prozaicznego uzależnienia. Otóż wiele instytucji badawczych na Zachodzie, zajmujących się islamem, powstało i rozwija się dzięki pomocy krajów muzułmańskich (np. Instytut Studiów Islamskich na Uniwersytecie w Berkeley został wybudowany za pieniądze Arabii Saudyjskiej). Większość specjalistów może prowadzić swoje badania dzięki stypendiom, dotacjom czy grantom z państw arabskich. Publiczne podważenie przez naukowca muzułmańskiej ortodoksji – nawet z powołaniem się na źródła historyczne – oznacza narażenie się ze strony owych krajów na odmowę wizy wjazdowej, zamknięcie archiwów, wycofanie się z dotychczasowych umów itd. Grozi to paraliżem całej działalności naukowej takiego śmiałka.
„Zbrodnia przeciw samym sobie”
W jeszcze gorszej sytuacji są naukowcy z państw muzułmańskich, których prace stanowią wyzwanie dla tradycyjnych poglądów islamskich. Na przykład egipski teolog Abu Zaid został w 1995 roku uznany za apostatę, gdyż ośmielił się zaprezentować inną od obowiązującej wykładnię Koranu. W 1996 roku Sąd Najwyższy Egiptu podtrzymał to orzeczenie i na tej podstawie wymusił rozwód Abu Zaida z jego żoną, gdyż muzułmańskim kobietom nie wolno przebywać w związku małżeńskim z „niewiernymi„. Teolog utrzymywał, że jest pobożnym muzułmaninem, ale rozumie posłanie Mahometa w sposób bardziej mistyczny niż islamska ortodoksja, która – jego zdaniem – zredukowała przesłanie Proroka. Nękany i zastraszany Abu Zaid, w obawie o własne życie, wyemigrował do Holandii.
Za swojego patrona uważa on XIX-wiecznego myśliciela Muhammada Abduha, który dążył do wskrzeszenia w islamskiej teologii tradycji mutazylizmu. Była to znacząca w świecie muzułmańskim szkoła interpretacji Koranu, która zanikła jednak ostatecznie w X wieku i jest uważana dziś za heretycką. Kładła ona nacisk na metaforyczne a nie literalne rozumienie tekstu. W 1936 roku egipski pisarz Ahmad Amin napisał, że „odrzucenie mutazylizmu było największym nieszczęściem, jakie dotknęło muzułmanów; popełnili oni zbrodnię przeciw samym sobie”. W tym kierunku zmierzała też refleksja kilku wybitnych teologów XX-wiecznych (m.in. Paki stańczyka Fazlura Rahmana czy Irańczyka Ali Dashtiego), byli oni jednak wyjątkami. Profesor Mohammad Arkoun, Algierczyk wykładający na paryskim uniwersytecie, uważa, że odejście od literalnego rozumienia Koranu z jednej strony może co prawda zdemistyfikować tekst, lecz z drugiej przez podkreślenie prawdziwości ogólniejszych intuicji islamu dopomoże jego duchowemu pogłębieniu.
Muzułmańscy teologowie odrzucają jednak wszelkie rewizjonistyczne teorie na temat powstania islamu oraz Koranu, uważając, że są one motywowane ideologicznie i nie mają nic wspólnego z prawdziwą nauką. Islamski apologeta Parvez Manzur pisze wprost o „wybuchu psychopatycznego wandalizmu” i „dyskursie nagiej siły”.
Trzeba przyznać, że muzułmanie mają już doświadczenie obcowania ze zideologizowaną pseudo-nauką wymierzoną w islam. Wystarczy wspomnieć prace sowieckich orientalistów, np. Tołstowa czy Morozowa, który potrafił utrzymywać, że Mahomet i pierwsi kalifowie nie istnieli realnie, lecz byli tylko figurami symbolicznymi.
Nie sposób jednak na podobnej płaszczyźnie traktować dociekań zachodnich naukowców, którzy odkryli, że Koran ma swoją historię, tak jak wszystkie inne pisma. Patricia Crone mówi, że nie zamierza nikomu odbierać jego wiary. Problem polega tylko na tym, że to, co ona przedstawia jako naukowo udowodnione, kłóci się z islamskim wyznaniem wiary.
Wszystko wskazuje na to, że jeszcze większe zamieszanie może wywołać wkrótce ogłoszenie przez profesora Puina wyników jego badań. Żeby lepiej zrozumieć ich znaczenie, warto zatrzymać się chwilę przy islamskiej tradycji dotyczącej powstania (a właściwie – jak utrzymują muzułmanie – objawienia) Koranu.
„Cocktail różnych tekstów”
Zgodnie z islamską tradycją Mahomet otrzymywał od Allaha, za pośrednictwem Archanioła Gabriela, objawienia, które słowo w słowo zachowywał w pamięci. Przekazywał je swoim towarzyszom, a ci przechowywali je w stanie nienaruszonym „na liściach palmowych, płaskich kamieniach i w sercach ludzkich”. Wkrótce po śmierci Proroka (zmarłego, przypomnijmy, w 632 roku), za panowania trzeciego kalifa Usmana (644-656) Koran został spisany i od tego czasu obowiązuje jedyna i niezmienna kanoniczna formuła świętej księgi.
Trzy najstarsze egzemplarze Koranu, jakie istnieją dziś na świecie, znajdują się w Muzeum Topkapi w Stambule, w Bibliotece w Taszkiencie oraz w British Library w Londynie. Tymczasem w meczecie w Sanaa odnaleziono wiele manuskryptów Koranu starszych od najstarszych znanych do tej pory.
Te najbardziej unikalne pochodzą z VII wieku. Napisane zostały rzadką odmianą arabskiego pisma z Hijaz, a więc z okolic, z których pochodzić miał Mahomet.
Do tej pory niemal wszyscy badacze islamu przyjmowali jako oczywistość muzułmańską wersję powstania i pochodzenia Koranu – również dlatego, że zbyt mało było źródeł historycznych, na których można się było oprzeć. Wszystko wskazuje na to, że jemeńskie odkrycia, znane na razie wąskiemu gronu fachowców, zmienią to powszechne nastawienie.
Ocena profesora Puina, który najlepiej poznał manuskrypty z Sanaa, jest druzgocąca dla obowiązującej w islamie tradycji. Otóż z jego badań wynika, że Koran stanowi swego rodzaju cocktail różnych tekstów, z których najstarsze powstały nawet sto lat przed Mahometem. Jemeńskie odkrycia przeczą też muzułmańskiej tezie, że od czasu kodyfikacji dokonanej za czasów kalifa Usmana treść Koranu nie podlegała zmianom. W tym kontekście Puin cytuje zdanie Hajjaja bin Jusufa, panującego w Iraku w latach 694-714, który był dumny z tego, że dodał do Koranu ponad tysiąc alifów (alif to pierwsza litera arabskiego alfabetu). Profesor Allen Jones z Uniwersytetu w Oxfordzie uważa, że Hajjaj miał znacznie większy wpływ na ostateczny kształt Koranu niż kolegium redaktorskie powołane wcześniej przez kalifa Usmana.
Co ciekawe, w 1991 roku profesor James Bellamy z Uniwersytetu Michigan na łamach Journal of the American Oriental Society – nie znając odkryć z Sanaa, lecz opierając się innych źródłach – zamieścił wykaz tych fragmentów Koranu, które jego zdaniem uległy zmianie, co przez muzułmanów nie może być odbierane inaczej niż jak poprawianie Pana Boga.
O tym, że do Koranu wkradły się tekty przed-islamskie, pisał wcześniej również profesor Cook, podając przykład zamieszczonej w Surze 12 opowieści o Józefie i żonie Putyfara. Otóż jest ona zupełnie niezrozumiała bez znajomości tradycji żydowskiej. W Koranie jest opis jak żona Putyfara zaprasza na ucztę swoje przyjaciółki, każdej z nich daje nóż, a kiedy zjawia się Józef, wszystkie one kaleczą sobie ręce. Ten dziwny opis nabiera sensu dopiero po zaznajomieniu się z post-biblijną legendą żydowską, która opowiada, że kobiety kroiły owoce i plotkowały, a kiedy wszedł Józef, zapatrzone w niego, nie przestawały kroić owoców i niechcący się pokaleczyły.
Zdaniem profesora Cooka na materiale koranicznym bardzo mocno odcisnęło się piętno tradycji judaistycznej. Koresponduje to z opiniami wielu teologów żydowskich, którzy na przestrzeni wieków uważali islam za judaistyczną herezję, czy też z sądami niektórych religioznawców określających islam jako „judaizm dla gojów”.
Podróż z Raju do Piekła
Równie spektakularne i w wielu punktach zbieżne z dociekaniami Patricii Crone i Michaela Cooka są wyniki badań francuskiego mnicha br. Bruno Bonnet-Eymarda, teologa specjalizującego się w studiach porównawczych chrześcijaństwa, judaizmu i islamu, a zarazem językoznawcy biegle władającego hebrajskim, aramejskim, greką, łaciną i arabskim. Rozpoczął on monumentalne dzieło przekładu Koranu na język francuski wraz z dokładnym opracowaniem krytycznym. Do tej pory przetłumaczył i opatrzył komentarzami pierwszych pięć sur Koranu, co zajęło około 1000 stron w trzech tomach. Przeprowadzona przez niego egzegeza dowodzi, że „alfabet zastosowany w Koranie jest czystym i prostym przekształceniem alfabetu hebrajskiego w arabski”. Modlitwę otwierającą świętą księgę muzułmanów br. Bonnet-Eymard identyfikuje jako starą modlitwę żydowską o subtelnym zabarwieniu anty-trynitarnym.
W świetle badań francuskiego egzegety, początki islamu jawią się zupełnie inaczej niż w muzułmańskiej teologii. W VII stuleciu Półwysep Arabski był miejscem teologicznych konfliktów pomiędzy chrześcijanami a wyznawcami judaizmu, zarówno w ich ortodoksyjnych nurtach, jak też heretyckich. W odróżnieniu od współczesnego judaizmu ówcześni Żydzi aktywnie poszukiwali konwertytów wśród innych narodów. Z Arabami umieli znaleźć wspólny język, gdyż łączyło ich wspólne pochodzenie od Abrahama i zawarte przez tego patriarchę przymierze z Bogiem. Znakiem owego przymierza było obrzezanie, któremu jako pierwszy z potomków „ojca wiary” poddał się nie Izaak, lecz Izmael – syn Abrahama i niewolnicy Hagar. Abraham i jego syn Izmael nie byli ani Żydami, ani chrześcijanami, lecz pierwszymi „doskonałymi” (po hebrajsku: slm, po arabsku: aslim – według br. Bonnet-Eymarda od tego właśnie słowa, a nie od „poddania się” wywodzi się nazwa islam).
Autor Koranu, zgorszony starciami między chrześcijanami a Żydami, zaczął wzywać do „doskonałości”, jaka była udziałem Abrahama i Izmaela. Według niego interpretacja Tory przez Żydów oraz Ewangelii przez chrześcijan były błędne i wprowadzały tylko podziały między Narody Księgi. Br. Bonnet-Eymard pisze: „Zamiarem autora Koranu nie było stworzenie trzeciej religii, lecz obalenie dwóch poprzednich – żydowskiej i chrześcijańskiej – poprzez przywrócenie tego, co w jego mniemaniu było jedyną 'tradycją’ (giblat), czyli prawdziwym dziedzictwem Abrahama”.
Odbudować prawdziwą religię Abrahama można przez powrót do Jerozolimy czyli miejsca, w którym stoi dom owego patriarchy. Właśnie w kontekście powrotu do domu Abrahama (który, jak mówi tradycja, znajdował się w ruinach Świątyni Jerozolimskiej) pojawia się słowo Bakka. Tą właśnie nazwę, jak pamiętamy, muzułmanie uważają za stare określenie Mekki, która w Koranie nie występuje. Zdaniem br. Bonnet-Eymarda, słowo to odnosi się raczej do „doliny Baka”, znajdującej się na zachód od Jerozolimy. W ogóle lektura Koranu nie daje nam żadnego pojęcia o położeniu i układzie Mekki, natomiast dostarcza wiele szczegółowych informacji o Jerozolimie jako kolebce przymierza zawartego przez Boga z Abrahamem i Izmaelem. Na przykład w Surze 2 występuje słowo as-safa (po hebrajsku: ha-sophim, po grecku: skopos) oznaczające „wartownię” – tak nazywało się wzgórze połączone z Górą Oliwną.
Sura 4, gdy mówi o „wejściu do ogrodów„, gdzie „płyną podziemne rzeki„, nie używa figur literackich, lecz wiernie opisuje system nawadniania ówczesnej Jerozolimy. Otóż obszar położony na północny zachód od murów miasta był nazywany Ogrodami. Po aramejsku mówiono na nie: Pordesaya, po grecku: Phordesa, po hebrajsku: Pardesaya. Wszystkie te słowa oznaczały „raj„. W tym właśnie miejscu zbudowano podziemny ciąg zbiorników, które pełniły rolę systemu irygacyjnego. W tej samej Surze 4 aż siedem razy pojawia się słowo jahannam, na określenie „doliny gniewu”, w której płonie ogień wiecznego potępienia. Otóż słowo to po hebrajsku brzmi gehenna i jest nazwą doliny położonej na południe od Jerozolimy i graniczącej na zachodzie z doliną Baka. Gehenna pełniła rolę jerozolimskiego wysypiska śmieci – było to opustoszałe miejsce, w którym nieustannie płonął ogień spalający nieczystości wywożone z miasta. Br. Bonnet-Eymard zauważa, że podróżując przez miejsca opisane w Surze 4 – z Ogrodów Pordesaya do Doliny Gehenna – nie odbywamy wcale zaświatowej podróży z „raju” do „piekła”, lecz poruszamy się w okolicach Jerozolimy.
Francuski egzegeta pisze też o kamiennej świątyni zwanej Kaba. Według muzułmanów chodzi o ich główne sanktuarium znajdujące się w Mekce. Samo słowo Kaba jest tłumaczone na dwa sposoby: albo jako sześcienna świątynia (w formie kostki – po grecku: kubos), albo jako dziewica. Brat Bruno zidentyfikował dwa istniejące w VII wieku sanktuaria w kształcie sześcianu pierwsze znajdowało się w Petrze, drugie zaś u wrót Jerozolimy i poświęcone było Najświętszej Maryi Pannie.
Br. Bonnet-Eymard ma przed sobą jeszcze wiele pracy – zostało mu do przetłumaczenia i skomentowania jeszcze ponad sto sur, ale wyniki jego dotychczasowych badań już teraz stanowią przełom w naukach islamistycznych.
Kanon czy stenogram?
Na podstawie analizy sanaańskich manuskryptów profesor Puin tłumaczy, dlaczego Koran pełen jest niekonsekwencji i sprzeczności. Otóż w swej pierwotnej wersji zapis koraniczny w języku arabskim, w którym brakuje samogłosek i znaków diakrytycznych, mógł być rozumiany w pełni jedynie przez tych, którzy dobrze rozumieli tradycję ustną. Powstał więc nie tyle jako tekst kanoniczny, lecz raczej jako pomoc czy przewodnik dla tych, którzy znali tekst na pamięć. Był więc czymś w rodzaju stenogramu. To tłumaczyłoby, dlaczego tak wiele sur zaczyna się od tajemniczych kombinacji arabskich liter, niezrozumiałych zupełnie dla współczesnych komentatorów. Z czasem jednak odczytanie Koranu stało się niejasne, gdyż – w miarę upływu czasu i rozprzestrzeniania się islamu – malała liczba osób znających tradycję oralną. Następowała więc standaryzacja tekstu, która – zdaniem Puina – zakończyła się ostatecznie w IX a nie w VII stuleciu.
Inna teza niemieckiego profesora, nie do przyjęcia dla muzułmanów, kwestionuje panujące powszechnie przekonanie, że Koran napisany został w najczystszym języku arabskim. Jego badania wykazały, że w księdze znalazło się wiele wyrażeń obcego pochodzenia. Samo słowo Koran Puin wywodzi nie tak, jak w obowiązującej wersji muzułmańskiej od arabskiego określenia oznaczającego „recytację”, lecz od aramejskiego odpowiednika słowa „lekcjonarz„. Uściślając, że lekcjonarz był zbiorem fragmentów Pisma Świętego, przeznaczonych do czytania podczas liturgii i przedstawiających w skróconej wersji historię biblijną, Puin zwraca uwagę, że Koran w dużej mierze stanowi również skrót biblijnych dziejów Adama i Ewy, Noego, Abrahama, Mojżesza, Dawida, Salomona i Jezusa.
Co ciekawe, podobna teza pojawiła się już w badaniach nad islamem. W swej pracy „Ocena islamu” z 1957 roku dominikanin o. Thery, publikujący pod pseudonimem Hanna Zakarias, po porównaniu świętej księgi muzułmanów z hebrajską Biblią i rabinackimi midraszami, doszedł do wniosku, że Koran to „Biblia dostosowana do mentalności Arabów” oraz uzupełniona o pisma nazwane przez niego „Aktami islamu”.

Konkluzja profesora Puina po zbadaniu sanaańskich manuskryptów jest jednoznaczna: „Prawie jedna piąta Koranu musi zostać odczytana na nowo!”
Enerdowski zecer jako islamski teolog
Niemiecki naukowiec obawia się, że jego bluźniercza teza o tym, że Koran był zmieniany i rewidowany, ściągnie na niego akty przemocy ze strony muzułmańskich aktywistów. Obecnie pracuje on nad książką, w której opublikuje wyniki swoich badań. Boi się jednak, że publikacja może rozpętać piekło. Ze wstępnych sondaży wynika, że kilka prestiżowych wydawnictw uniwersyteckich odmówiło druku podobnych treści, bojąc się zamachów islamskich fundamentalistów.
Jako ostrzeżenie można traktować list niejakiego Abula Kasima do Yemen Times z listopada 2000 roku, zatytułowany „Konspiracja przeciw islamowi„. Autor nie ma wątpliwości, że działalność profesora Puina nie ma charakteru naukowego, lecz chodzi mu o zniszczenie islamu. Abul Kasim apeluje do jemeńskich władz, aby nie udostępniały znalezisk żadnym naukowcom, a jeśli rękopisy z Wielkiego Meczetu okażą się niekanoniczne, to należy je niezwłocznie spalić. Władze Jemenu zakazały już naukowcom dostępu do manuskryptów. Badań jednak nie da się zahamować, gdyż istnieją mikrofilmy.
Jeśli odkrycia profesora Puina zostaną przez muzułmanów potraktowane jako wypowiedzenie wojny religijnej, będzie to zasługą również niektórych polityków zachodnich, takich jak np. przewodniczący niemieckiego Bundestagu Wolfgang Thierse z SPD, który w grudniu 2001 roku powiedział, że Europejczycy powinni zająć się ucywilizowaniem islamu zgodnie z tradycją oświeceniową i stworzyć na swoich uniwersytetach nową islamską teologię, inną od obowiązującej w Arabii Saudyjskiej, Iranie czy Sudanie, opartą za to na tolerancji i pluralizmie. Jak zauważył jeden z komentatorów: „Trudno sobie wyobrazić, żeby wyznawcy islamu (…) przyjęli z entuzjazmem ideę, aby były zecer, a potem historyk literatury NRD Wolfgang Thierse interpretował dla nich na nowo Koran.”
Być może do uszu działacza SPD doszły wieści o badaniach profesora Puina i od razu w jego głowie powstał śmiały plan przeorientowania całej myśli muzułmańskiej. Jednak zaangażowanie się polityki po stronie teologii i to w z góry określonym celu może spowodować tylko to, że wyniki badań nad Koranem nie zostaną w świecie islamskim odebrane jako rezultat rzeczywistych dociekań naukowych, lecz jako instrument ideologicznego nacisku.
Stephan Olschovsky (tłumaczył Norbert Jankowski)
PS. Chętni, którzy chcą zaznajomić się z wynikami badań profesora Puina, mogą je znaleźć na stronach internetowych Uniwersytetu w Saarsbrücken:
idw-online.de/public/pmid-16522/zeige-pm.html
www.uni-saarland.de/…/20-UdS_neues_ze…www.uni.saarland.de/…/10-Koran.html

Czy islam jest autentyczny?

Poniższy artykuł jest opracowaniem z dziedziny krytyki historycznej. W swoich zasadniczych tezach podważa on autentyczność islamskiej tra­dycji, stanowiąc nowe, inspirujące spojrzenie na fenomen rzekomej „reli­gii Mahometa”. Autor niniejszego studium, tradycyjny katolik i uczony, pragnął zachować anonimowość z powodów osobistych

Wprowadzenie

           Czy islam jest autentyczny? ?atwo po­stawić podobne pytanie, lecz odpo­wiedź na nie jest daleko trudniejsza i to nie tylko dlatego, że zależy od osoby, która jej udziela. Będzie to rzecz jasna uderzające dla czytelnika, gdyż problem wydaje się analogiczny do tych doty­czących judaizmu i katolicyzmu i jako taki zdaje się wykraczać poza sferę za­sadniczo subiektywnych odpowiedzi.

                        Jednakże pytanie o autentyczność isla­mu nie doczeka się obiektywnej odpo­wiedzi w poniższym artykule. Powo­dem takiego stanu rzeczy jest fakt, że islam jest jednocześnie rzeczywistością i iluzją – sprzecznością, która w trak­cie niniejszego studium ukaże swój pa­radoksalny charakter o olbrzymich kon­sekwencjach nie tylko dla Kościoła ka­tolickiego, lecz również dla każdego co szóstego mieszkańca ziemi nazywają­cego siebie muzułmaninem.

            W ubiegłych wiekach niektórzy żydow­scy teologowie uważali islam za juda­istyczną herezję, podobnie jak wiarę w Jezusa Chrystusa. Trzeba jednak po­wiedzieć, że niejednokrotnie żydostwo uważało za możliwą współpracę z mu­zułmanami, nie dopuszczając jednocze­śnie możliwości współpracy z chrześci­jaństwem. Pozostaje kwestią do dysku­sji, czy wynikało to z historycznych okoliczności i wyobrażeń, czy też może z uwarunkowań czysto psychologicz­nych – niemniej jednak istnieją podsta­wy do uznania a priori, że u samej isto­ty chrześcijaństwa znajduje się coś, cze­go strasznie obawiają się żydzi, a co nie występuje w islamie. Niektóre fakty przytoczone w niniejszym artykule mogą dodatkowo świadczyć na rzecz prawdziwości tego wyobrażenia.

           W Kościele katolickim teologowie tacy jak św. Tomasz z Akwinu oraz pisarze świeccy, jak Hilaire Belloc, uważali is­lam za herezję chrześcijańską. Zasko­czy to wielu czytelników, którzy zosta­li wychowani myśląc, że islam jest czymś całkiem odmiennym od wiary katolickiej, jednak wbrew pozorom pogląd o islamie jako herezji chrześci­jańskiej ma uzasadnienie. Przykładowo, Belloc pisze, że „mahometanizm był herezją: należy zdać sobie sprawę z tej fundamentalnej prawdy zanim pójdzie się dalej w rozważaniach. Rozpoczął się jako herezja, niejako nowa religia. Nie był pogańskim przeciwieństwem Ko­ścioła, całkowicie obcym wrogiem. Był wypaczeniem doktryny chrześcijań­skiej. Jego żywotność i długi okres trwa­nia szybko nadały mu zewnętrzne po­zory nowej religii. lecz jego współcze­śni, ci którzy byli świadkami jego poja­wienia się, jasno widzieli czym był na­prawdę – nie zaprzeczeniem, lecz do­stosowaniem i nadużyciem zasady chrześcijańskiej” (Wielkie herezje, 1938). Ks. Sheehan, arcybiskup Germii, w swo­jej Apologetyce i doktrynie katolickiej (1944) napisał o islamie: „Fragmenty objawionej prawdy zawarte w tej reli­gii zostały zaczerpnięte z judaizmu i chrześcijaństwa„. Innymi słowy, jeśli is­lam czerpie z obu tych doktryn, to jest pewna doza prawdy w stwierdzeniu, że jest on jednocześnie herezją żydowską i chrześcijańską.

Oficjalna wersja

Popatrzmy na to, co świat w ogólności, a muzułmanie w szczególności rozu­mieją pod pojęciem autentycznego is­lamu. Dowiadujemy się, że jest to nowa reli­gia założona przez proroka Mahome­ ta, urodzonego w 570 r. w Mekce w za­chodniej Arabii – dużym i ważnym cen­trum handlowym oraz miejscu pielgrzy­mek pogańskich religii. Pakistański au­tor Dilip Hiro mówi nam w swoim Is­lamskim fundamentalizmie (1988), że sło­wo „islam” oznacza ’poddanie się’ (woli Bożej – przyp. red. Zawsze Wierni). Profesor Edward Hulmes z uniwersyte­tów w Durham i Princeton twierdzi w swojej wydanej w 1986 r. przez To­warzystwo Prawdy Katolickiej ulotce pt. Mahomet, że „islam” znaczy tyle, co 'po­kój osiągany dzięki poddaniu się obja­wionej woli Bożej’. Twierdzi się, że Mahomet inspirowany przez Archanio­ła Gabriela napisał świętą księgę isla­mu, Qur’an (Koran), a księga ta, pełna subtelności, mądrości i wnikliwości sta­nowi jasny dowód proroczych zdolno­ści Mahometa, który jako człowiek nie­wykształcony – pasterz bądź kupiec ­nie umiał czytać ani pisać. Fakt, że Ko­ran jest napisany klasycznym arabskim i nie posiada żadnego wcześniejszego literackiego odpowiednika nadaje do­datkowej powagi stwierdzeniu, że Ma­homet był natchniony przez Boga. Mówi się, że poświęcił się on głosze­niu islamskiej doktryny wśród pogan z Mekki, lecz został wygnany i zmuszo­ny, aby szukać schronienia w Medynie (a właściwie w Jatribie, które to miasto nazwano później na jego cześć Madinat an-nabi czyli 'miastem proroka’ ­przyp. red. Zawsze Wierni); oba te miasta znajdują się w zachodniej czę­ści dzisiejszej Arabii Saudyjskiej. Jed­nakże nie ustawał, nawracając ludzi tu i tam dzięki sile swego słowa i przykła­du. Z uwagi na gwałtowny charakter ówczesnych społeczeństw, popadł w konflikt z otaczającymi go siłami po­gańskimi, a w roku 624 wygrał decydu­jącą bitwę pod Badrem. Kilka lat póź­niej Mekka przyjęła prawdę islamu, a Ka’ba, dom do tej pory mieszczący w sobie kamienne pogańskie bałwany (był tam święty kamień czczony w całej Arabii, który rzekomo Abraham otrzy­mał od anioła Gabriela – przyp. red. Za­wsze Wierni), przekształcił się w Dom Boży. Ka’ba stała się centrum islamskie­go świata, pierwszą świątynią, do któ­rej każdy muzułmanin musi udać się z pielgrzymką przynajmniej raz w życiu.

            Oto w skrócie odpowiedź na pytanie o autentyczność islamu. Jest to standar­dowa informacja, którą znajdujemy w książkach napisanych przez katoli­ków, muzułmańskich duchownych, świeckich akademików i zachodnich is­lamologów. Jedyny problem związany z powyższym opisem da się zamknąć w jednym zdaniu: właściwie nic z tego nie jest prawdą! Dla wielu będzie to szokujące, ale to tylko dlatego, że przy­jęli na wiarę przekazywane im nie­sprawdzone informacje. W tym przy­padku sprawa ma się dokładnie tak samo, jak z przekonaniem wielu sobo­rowych katolików, że abp Lefebvre zo­stał ekskomunikowany jako schizmatyk – nie jest to coś, o czym przekonali się poprzez lekturę, badania czy analizy, lecz coś, co po prostu wzięli za prawdę tylko dlatego, że powtarzano im to z każdej strony jednym chórem. Jednak­że samo powtarzanie, czy to przez aka­demików, czy to przez ignorantów, nie jest probierzem prawdy. Dlatego też, aby dotrzeć do prawdy o islamie, aby odnaleźć prawdziwie obiektywny i hi­storyczny „klucz” do islamu, zamierza­my zbadać to zagadnienie bardziej wnikliwie. Nie mamy przy tym intencji atakowania lub znieważania muzułma­nów – oni również są stworzeniami Bo­żymi, uczynionymi na obraz i podobień­stwo Boże – towarzyszy nam jedynie ta intencja, aby przynieść światło, które roz­proszy panujący mrok, tak aby prawda mogła zajaśnieć i uwolnić tych, którzy są usposobieni do przyjęcia ?aski Bożej.

Pycha i uprzedzenie

We wczesnych latach osiemdziesiątych dr Maurice Bucaille opublikował książ­kę zatytułowaną Biblia. Koran i nauka: Święte Księgi w świetle współczesnej wie­dzy (w wydawnictwie Seghers z Pary­ża). W swojej pracy Bucaille z naciskiem podkreśla, że porównując chrześcijań­ską Biblię z Koranem działa w sposób czysto obiektywny. Przyrównuje się do chirurga uformowanego w duchu za­chodniego obiektywizmu naukowego. podkreślając jednocześnie. że nie miał sprecyzowanych wniosków już przed rozpoczęciem pracy. Niedługo po roz­poczęciu lektury czytelnik odkrywa. że jedynym celem książki jest ukazanie niższości Biblii w stosunku do Koranu. i to w imię „badania naukowego”. Na samym początku książki (s. 6) okazuje się. że „obecnie niemożliwe jest zaprze­czanie twierdzeniu. iż Biblia zawiera błędy naukowe”. Autor konkluduje. że Koran nie zawiera błędów naukowych i dlatego stanowi prawdziwe objawio­ne Słowo Boże.

Dla naszych rozważań równie istotne jest inne stwierdzenie autora: „Na Za­chodzie krytyczna analiza Pisma jest czymś stosunkowo nowym. Przez set­ki lat ludzie zadowalali się przyjmowa­niem Biblii taką. jaką jest. Najmniejsza krytyka wysuwana pod jej adresem była traktowana jako grzech” (ibidem. s. 16).

Wyczuwa się lekko kpiący ton w tym „naukowym” spojrzeniu na masy wie­rzące w biblijne „przesądy”. Rozprawa Bucaile jest napisana w duchu XVłłł i XIX-wiecznych racjonalistów „podwa­żających” Biblię – z tą różnicą. że uka­zuje się w wieku XX. Rzecz jasna. ze wspomnianych wywodów wynika po­średnio. że inaczej ma się rzecz z Kora­nem – ten został zweryfikowany i sprawdzony zgodnie z wymogami na­uki. Nie dajmy się zwieść. „Naukowe” podejście dr. Bucaille jest kłamstwem pierwszego rzędu, charakterystycznym dla tak wielu islamskich apologetów, czy to będących praktykującymi muzuł­manami, czy to nazywających siebie świeckimi i agnostykami!

            Oczywiście jest prawdą, że systema­tyczne krytyczne studium Starego i No­wego Testamentu ze strony chrześcijan, znajdujące wyraz w wielu dyscyplinach takich jak krytyka tekstu, archeologia, epigrafia, historia, teologia, etc. – roz­poczęło się na początku bieżącego stu­lecia (niestety, fałszywe i kierowane pychą studium krytyczne stało się bro­nią modernistów stosowaną dla podwa­żania wiarygodności Biblii – przyp. red. „Angelus”). Natomiast pozostaje brutal­ną prawdą, że muzułmanie nawet nie rozpoczęli podobnych studiów w od­niesieniu do swoich ksiąg religijnych! I tak u o. (almela OP czytamy: „Muzuł­manie nigdy nie poddali krytyce swo­ich ksiąg religijnych. W ich mniemaniu uczyniwszy to, uczyniliby siebie winny­mi profanacji i świętokradztwa. Od momentu, kiedy jedna z ich ksiąg zo­stała uznana za objawioną przez Boga, niedopuszczalnym stało się jej zgłębia­nie przez historyczną myśl człowieka. My ze swej strony nie zwykliśmy pa­trzeć na sprawy w taki sposób – dla katolika niezrozumiałe jest założenie o rozdziale Bożej wiary od historycz­nego lub filozoficznego wnioskowania” (Islam: przedsięwzięcie żydowskie, 1961).

            Na wypadek gdyby ktoś pomyślał. że o. Calmel jest stronniczy, należy zwró­cić uwagę, że wielu zachodnich islam 0­logów, nie będących przyjaciółmi chrze­ścijaństwa, mówi dokładnie to samo. Powiedzieli to chociażby Regis Blache­re i Denise Masson. autorzy (nieuda­nych) prób spójnego tłumaczenia Ko­ranu. Masson pisze: „Historyczna i tek­stowa krytyka. oparta na epigrafii i ar­cheologii wciąż nie została zastosowa­na w odniesieniu do Koranu z wykorzy­staniem normalnych metod” (wstęp do jej tłumaczenia Koranu, Pleiade 1967). Gdy Denise Masson usiłowała zasuge­rować, że „niektóre wersy” Koranu są niejasne”, Najwyższa Rada Islamu, do której się zwróciła, zakazała jej rozpowszechniania podobnych sugestii.

            Gdy Jerozolimska Szkoła Biblijna roz­poczynała na początku obecnego stu­lecia krytyczne studium Starego i No­wego Testamentu, znalazło się również kilku uczonych, którzy podjęli badania nad tradycją islamską. Należy zdać so­bie sprawę, że obok Koranu istnieją trzy inne dzieła, które składają się na trady­cję islamską. Pierwszym z nich jest Ha­dith czyli Mowy proroka Mahometa, ze­brane dwieście lat po jego śmierci, co do których uważa się, że zostały po­świadczone przez towarzyszy i świad­ków proroka, którzy przekazali zawar­te w nich informacje z pokolenia na po­kolenie. Drugim jest Sunna, stanowią­ca właściwe islamowi prawodawstwo, trzecim zaś Sira Życie Mahometa (w islamie są jednak odłamy, które róż­nią się stosunkiem do tych źródeł ­przyp. red. Zawsze Wierni). Wszystkie trzy księgi miały być złożone – rzeko­mo przez Ibn Hisama żyjącego w dzie­wiątym wieku – w znaną współcześnie jedną całość. O człowieku tym wiemy bardzo niewiele lub prawie nic, oprócz tego, że również utrzymywał. iż infor­macje zawarte w Sira są autentyczne jako przekazane z pokolenia na poko­lenie przez towarzyszy i świadków proroka.

Odkrywanie prawdy

           Pierwszym człowiekiem, który zaczął odkrywać niepewny charakter źródeł is­lamu był o. Lammens, jezuita pracują­cy na Uniwersytecie Św. Józefa w Bej­rucie (Liban) na początku obecnego stu­lecia. Wykorzystując opracowania wie­lu uczonych, w tym de Weila z 1843 r. i Caetaniego z 1905 r. wykazał on, że naoczni świadkowie gwarantujący au­tentyczność ksiąg Hadith i Sira to czy­sta fikcja, a wspomniane księgi są ni­czym więcej, jak tylko parafrazami i upiększeniami twierdzeń zawartych w Koranie. O. Lammens pisze: ,Twier­dzenia zawarte w świętych pismach mu­zułmańskiej tradycji ani nie tworzą pra­wa, ani też nie są źródłem dalszych in­formacji, jak uważano do tej pory; są natomiast przedmiotem fantastycznej ewolucji. Na bazie koranicznego tekstu Hadith tworzy legendy, z zadowoleniem wymyśla imiona bohaterów wydarzeń i w ten sposób wypełnia treścią koranicz­ne schematy” (Koran a Tradycja, 1910).

           Francuski mnich, br. Bruno Bonnet-Ey­mard, o którym wspomnimy jeszcze w dalszej części artykułu, w taki oto spo­sób streszcza stanowisko o. Lammen­sa: „Tradycja wyjaśnia Koran, a sam Ko­ran jest fundamentem tradycji”. Inny­mi słowy jest to błędne koło, którego nie są w stanie zauważyć „naukowe” rozprawy w rodzaju tej autorstwa Bu­caille.

            Czy o. Lammens nie był po prostu uprzedzonym księdzem? W odpowie­dzi możemy zacytować prof. Goldzihe­ra, Żyda, który w swoich Studiach ma­hometańskich (1989) pisze o „głęboko tendencyjnym charakterze islamskiej Tradycji”. Zaś w Kościelnym Słowniku Hi­storii i Geografii autorstwa Rene Aigra­ina (1924) pod hasłem „Arabia” czyta­my: „W takich okolicznościach nie moż­na już badać życia Mahometa przyjmu­jąc za podstawowe źródło księgę Sira, jak czyniło to wielu biografów proroka”.

            Caetani w swoim dziele Annali dell’Islam pisze między innymi: „W Tradycji nie odnajdujemy prawie niczego prawdzi­wego na temat Mahometa; wszystkie tradycyjne materiały jakie posiadamy możemy odrzucić jako apokryficzne”. Maxime Robinson w książce pt. Maho­met (1974) donosi, że „nie istnieje nic, co pozwalałoby nam chociażby na stwierdzenie: to i to pochodzi bez wąt­pienia z czasów Mahometa”. Nawet ci autorzy, którzy nie są w stanie odsunąć dzieł Sira i Hadith jako fikcyjnych (m.in. Gaudefroy-Demombynes, Noldeke i in­ni) nie czynią tego ze względu na nie­odparte dowody na historyczność tych ksiąg, lecz jedynie ze względu na alter­natywę, którą jest powrót do punktu wyjścia. Przykładowo, Noldeke stwierdza po prostu, że pozostawia na boku „ta­jemnice otaczające osobę Mahometa” (cyt. za O. Lammens, Koran a Tradycja).

            Nie da się przecenić pracy Lammensa, gdyż obraca ona w ruinę „islam”, który znaliśmy do tej pory – z chwilą, kiedy wyeliminujemy księgi Hadith i Sira nie ma ani jednego, pozytywnego źródła świadczącego o samym nawet istnieniu Mahometa! Nie do wiary, gdy weźmie się pod uwagę ogromne zbiory manu­skryptów, pergaminów, pomników, rzeźb, grobowców i dedykacji pocho­dzących z antycznego świata, które przetrwały do dnia dzisiejszego. Diłip Hiro mógł opisać Mahometa następu­jącymi słowami: „Wyrósł na krzepkie­go mężczyznę średniego wzrostu, o za­krzywionym nosie, dużych oczach, zmysłowych ustach i gęstych, lekko krę­conych włosach”. Jednakże bez księgi Sira nie ma niczego na poparcie tego skądinąd rozsądnego opisu. Rzadko się o tym słyszy, a czytelnik może sam wyrobić sobie zdanie na temat przy­czyn takiego stanu rzeczy. W żaden sposób nie umniejsza to jednak istnie­nia faktu (braku wiarygodnych źródełświadczących o autentyczności islamu – przyp. tłum.).

Głębsze poszukiwania

            O. Lammens nie ukazał nam całej drogi do prawdy. Rozpoczął jedynie pewien proces, który miafbyć podjęty i konty­nuowany 50 lat później przez domini­kanina o. Thery, piszącego pod pseu­donimem Hanna Zakarias.

            O. Thery był w swoich czasach słynnym mediewistą i cieszył się wielkim uzna­niem w środowisku naukowym. Uwa­żany jest za twórcę naukowej egzege­zy Koranu, chociaż nie czytał po arab­sku i hebrajsku, opierając się na różnych tłumaczeniach. Jego intuicja, która w dużym stopniu przyczyniła się do po­stępu w badaniach nad Koranem, wy­nikała ze zrozumienia tekstów i znajo­mości procesów ich powstawania. Pod­stawowy krytyczny wkład o. Thery w analizę Koranu stanowiła konkluzja jego dzieła pt. Ocena islamu (1957), we­dle której Koran wcale nie powstał w Arabii, a jego autorem był „erudyta spoza Arabii, twórca arabskiego języka religijnego„. Jest to bardzo istotne, gdyż według irackich „egzegetów” z dziewiątego stulecia fakt, że Kora nie miał żadnych wcześniejszych lite­rackich odpowiedników był sam w so­bie „cudem”. O. Thery będąc dalekim od uznania Koranu za bezużyteczny stwierdza fakt. że dzieło to posiada samo w sobie pewną rzeczywistą war­tość, której na próżno szukać w innych elementach islamskiej tradycji. W opra­cowaniu zatytułowanym Koran nie jest arabski (1957) o. Thery porównując tekst Koranu z księgą Sira dochodzi do wniosku, że ta ostatnia jest jedynie głupią dziecięcą paplaniną, której nie­równy tekst w zadziwiający sposób za­równo w poszczególnych elementach jak i całościowej wymowie odznacza się niespójnością, nieprawdopodobień­stwem i prymitywizmem legend z ży­cia Proroka”. Niech poniższy przykład zilustruje, co miał na myśli o. Thery. Otóż jak pokazał o. Lammens, wszyst­ko co znajduje się w [islamskiej] trady­cji zostało zaczerpnięte z Koranu i upiększone. I tak koraniczny tekst „wysyłamy wam światło” (będący w rze­czywistości niepoprawnym tłumacze­niem), został rozwinięty w księgach Sira i Hadith w taki sposób, że odnosi się tam bezpośrednio do samej postaci proroka. Dlatego według islamskiej tra­dycji Mahomet faktycznie wysyłał fale świetlne, będąc widocznym nawet w naj­głębszej ciemności. Światło jakie dawał miało być tak intensywne, że pozwalało odnaleźć w ciemności zagubioną igłę!

           O. Thery porównując Koran z hebraj­ską Biblią i rabinackim Midraszem do­chodzi do wniosku, że Koran był jedy­nie „Biblią dostosowaną do mentalno­ści Arabów„. Wyodrębnia przy tym jed­nakże pewną część. która dzięki zawar­tym w niej aluzjom do wydarzeń wspó­łczesnych autorowi Koranu nie daje się wyjaśnić w podobny sposób. Tę pozo­stałość o. Thery nazywa Aktami islamu (nazwa ma być analogią do Akt Apostol­skich), przedstawiając ją tym samym jako rodzaj dokumentacji rabinackich wysiłków podejmowanych w kierunku nawrócenia Arabów na judaizm………….. …….. 

Cho­ciaż o. Thery nie stworzył całkiem za­mkniętej, satysfakcjonującej teorii, po­sunął jednak do przodu studia nad isla­mem stwierdzając, że kluczem do dal­szych odkryć będzie systematyczne, naukowe tłumaczenie Koranu jako je­dynego pewnego dokumentu. Sądził przy tym. że Koran będzie wyjaśniał się sam, podobnie jak Biblia. Jednakże ję­zykowe braki o. Thery uniemożliwiły mu podjęcie się tego zadania. Ogromne zaawansowanie tego dzieła w czasach nam współczesnych zawdzię­czamy bratu Bruno Bonnet-Eymard. Jest on nie tylko zdolnym teologiem podej­mującym głębokie studia nad chrześci­jaństwem, judaizmem i islamem, lecz również utalentowanym językoznawcą władającym hebrajskim, aramejskim, greką, łaciną i arabskim.  ­

           Należy przede wszystkim zdać sobie sprawę, że to systematyczne tłumacze­nie Koranu jest tym bardziej koniecz­ne, że nikt do tej pory nie zdołał go dokonać w sposób satysfakcjonujący. Powód jest taki, że tłumacze zamiast trzymać się rzeczywistego znaczenia tekstu brali pod uwagę przede wszyst­kim jego „ogólnie przyjęty sens„. W rze­czywistości nie istnieje zgodne tłuma­czenie Koranu! Mogliśmy przyzwycza­ić się do zmian w uwypukleniu poszcze­gólnych zdań oraz do różnic frazeolo­gicznych istniejących pomiędzy różny­mi wydaniami Biblii, lecz nikt przy tym nie dyskutował o zasadniczym znacze­niu. W przypadku Koranu jest całkiem przeciwnie. Jeden pisarz będzie tłuma­czył dane wyrażenie w jeden sposób, drugi zrobi to zupełnie inaczej, a jeden i drugi będzie mówił o lukach w zna­czeniu, interpolacjach, poprawkach i adaptacjach w celu ukrycia zasadniczej bezużyteczności swego dzieła. O. de Nantes, przyjaciel br. Bruno, w następu­jący sposób podsumowuje podobne tłumaczenia: „Nonsens, fantastyczne wymysły, sprzeczności, niespójność, nie wspominając już o niezliczonych opusz­czeniach kłopotliwych słów i źle umiej­scowionych dodatkach – oto metoda tradycyjnego tłumaczenia od trzynastu stuleci”. I tak kiedy koraniczny tekst (sura III, w. 14) mówi jasno o „złocie i złocie oczyszczonym„, tłumacze w ro­dzaju Blachere i Masson piszą o „złocie i srebrze„, gdyż nie rozumieją odnie­sienia. Tworzą słowo „srebro”, które nie występuje w tekście, chociaż od­niesienie w oczywisty sposób zosta­ło zaczerpnięte z Psalmów – „Cenniej­sze niż złoto, niż złoto naj czystsze , a słodsze od miodu płynącego z pla­stra” (Ps 19, 11).

            Jest to przykład wymysłów, od których roi się w podobnych tłumaczeniach. Z kolei sprzeczności można wykazać na przykładzie słowa mitlayhim (sura III, w. 13). Według Blachere słowo to zna­czy tyle co ’w równej liczbie’, podczas gdy Masson podaje, że oznacza ono ’dwukrotnie większą liczbę’. Które z tłu­maczeń jest właściwe? Idąc dalej, ist­nieje problem dowolnego znaczenia, kiedy to temu samemu słowu przypi­suje się całkowicie odmienne znacze­nie w zależności od kontekstu, w któ­rym jest używane. I tak tekst (sura m, w. 25) zawiera słowo wuffiyat, tłumaczo­ne jako 'wiernie zachowywać przymie­rze’, podczas gdy gdzie indziej (sura II) to samo słowo ma znaczyć tyle co ’otrzymać sprawiedliwą nagrodę’.

            Ograniczone ramy niniejszego opraco­wania nie pozwalają w tej chwili na dal­sze rozważania – dość powiedzieć, że mamy tutaj do czynienia ze swoistymi językowymi ruchomymi piaskami; z problemem który domaga się rozwią­zania zanim będzie możliwa jakakol­wiek poważna odpowiedź na pytanie o autentyczność islamu. Oto historycz­ne zadanie, które stało i stoi przed br. Bruno. Do tej pory opublikował on trzy tomy tłumaczenia (około 1000 stron drobnym drukiem) i bardzo dogłębne­go wyjaśnienia pierwszych pięciu sur (rozdziałów) Koranu. Jego badania po­kazują, że Koran nie tylko nie jest nie­logiczną, pogmatwaną pracą teolo­giczną o wątpliwej wartości, jak moż­na było sądzić na podstawie dotych­czasowych tłumaczeń, lecz nawet można go uznać za kopalnię spójnych i interesujących informacji; dzieło prawdziwie uczonego człowieka. Cho­ciaż do przetłumaczenia pozostało następne 109 sur, prace br. Bruno zre­wolucjonizowały badania nad Kora­nem do tego stopnia, że można już powiedzieć, iż islam, jaki do tej pory znaliśmy, był fatalną pomyłką.

            Br. Bruno rozpoczyna od stwierdzenia: ,,O ile pozostaje niepewność co do po­chodzenia arabskiego rękopisu, o tyle jest niekwestionowanym faktem, że system alfabetyczny został ściśle usta­lony dla osiągnięcia tylko jednego celu: opublikowania Koranu„. Kontynuując br. Bruno stwierdza: „nasza egzegeza jasno wykaże, iż alfabet zastosowany w Koranie jest czystym i prostym prze­kształceniem alfabetu hebrajskiego w arabski.”

            Tak więc intuicja o. Thery, według któ­rej autor Koranu miał być rabinem, mimo że nie znalazła jeszcze absolut­nego potwierdzenia, jednak w znaczą­cy sposób nie chybiła celu.  Jak przekonaliśmy się na początku ni­niejszego artykułu, słowo „islam” jest tradycyjnie tłumaczone jako ’poddanie się’. Według br. Bruno takie tłumacze­nie jest w oczywisty sposób błędne i ca­łkowicie niezwiązane z tekstem. He­brajski źródłosłów, slm, można również odnaleźć w aramejskim i oznacza po arabsku po prostu ’aslim, czyli ’dosko­nały’ – po aramejsku, hawei selim zna­czy tyle co: ’Bądź doskonały!. W swo­im czasie dowiemy się, dlaczego tak po­winno wyglądać właściwe tłumaczenie.

Historia i geografia

            Podążanie w ślad za całym tłumacze­niem br. Bruno nie jest rzecz jasna ce­lem niniejszego opracowania. Dlatego też musimy ograniczyć się do pobież­nego przeglądu tekstu, który ukaże prawdziwe znaczenie Koranu, jak rów­nież do spojrzenia na pewne słowa klu­czowe. Zanim jednak to uczynimy, mu­simy dokonać krótkiej powtórki z hi­storii, tak, aby czytelnik w pełni zrozu­miał znaczenie dokonanych odkryć.

            Po zburzeniu świątyni jerozolimskiej w r. 70, Żydzi ulegli rozproszeniu. Do­kąd się udali? Historycy tacy jak Torrey uważają, że wielu z nich poszło do Te­imy, oazy w południowej Palestynie, wierząc i żywiąc nadzieję, że pewnego dnia dane im będzie powrócić. To, co nie podlega dyskusji, to fakt, że Półwy­sep Arabski ma niezwykle długą histo­rię, która dopiero w dniu dzisiejszym jest odkrywana. a w której zasadniczą rolę odgrywali Żydzi. Dla tych, którzy wyobrażali sobie Arabię jedynie jako kilometry piasku, po których bez celu podróżowali na wielbłądach Arabowie, poniższe fakty będą zaskakujące.

            Otóż z zapisków pochodzących z 280 r. wiemy, ze mieszkańcy Sheby i Jemenu czcili Athar, czyli boginię Venus, jednak­że do 378 r. owo pogaństwo zanikło i zostało zastąpione monoteizmem, który wzywał „Pana nieba i ziemi„, okre­ślanego mianem „miłosiernego„. Od hi­storyków takich jak Jamme i Danielou wiemy, że południowa Arabia odgrywa­ła od końca czwartego wieku dominu­jącą rolę w historii Półwyspu Arabskie­go. Wiemy również, że Jemen był nie tylko krainą urodzajną i prosperującą, lecz również widownią rzeczywistych prób bezprecedensowej, całkowitej ju­daizacji.

            Naturalnie możemy zastanawiać się dla­czego i jak do tego doszło. Pierwszą rzeczą, z której należy zdać sobie spra­wę to fakt, że dzisiejszy judaizm od dawna już aktywnie nie poszukuje kon­wertytów; byłoby jednak błędem są­dzić, że tak było zawsze. U początków chrześcijaństwa żydostwo długo i za­wzięcie walczyło przeciwko chrześci­jańskim misjonarzom gdziekolwiek się oni pojawili, używając wszystkich do­stępnych metod, a wśród nich prób pozyskiwania ludzi dla judaizmu. Po drugie należy pamiętać, że judaizm roz­przestrzenił się łatwo na Półwyspie Arabskim z uwagi na to, że wśród Ara­bów powszechne było obrzezanie. Po trzecie wreszcie należy wiedzieć, że na terenach Himarytów (dzisiejszego Je­menu) było wielu Żydów – fakt ten zo­stał potwierdzony przez Filostorgiusza (greckiego historyka Kościoła, herety­ka – przyp. red. Zawsze Wierni),któ­ry donosi o napotkaniu w roku 356 ariańskiej misji kierowanej przez Teofi­la z Dibous. Od Filostorgiusza dowia­dujemy się, że podczas gdy większość populacji w owym czasie była pogań­ska, Teofil dokonywał wielkich najaz­dów, nawracając króla i budując wszę­dzie kościoły. Tego rodzaju doniesienia pokazują skalę ekspansji rzymskiej i chrześcijańskiej, lecz ukazują również, że ekspansja ta napotykała na dobrze utwierdzoną na tych terenach społecz­ność żydowską.

            W 378 r. król Jemenu zwrócił się prze­ciwko Imperium Rzymskiemu, sprzy­mierzając się z Imperium Perskim. Zmiana ta została przeprowadzona przy udziale Żydów, którzy stanowili jedyną intelektualną i społeczną elitę w kraju. Oznaczało to głęboki kryzys rzymskich wysiłków podejmowanych w kierunku kolonizacji półwyspu, a rów­nież niekorzystną aurę dla misjonar­skich wysiłków chrześcijan, gdyż Per­sowie byli dalecy od okazywania sym­patii wobec religii ich imperialnego ry­wala. W ten sposób od piątego wieku region zaczął już na zawsze zyskiwać perspektywę hebrajską.

            Od Jana z Efezu wiemy, że na początku szóstego stulecia wybuchła wojna po­między Aidogiem, księciem Etiopii a Di­mionem, królem Jemenu. Ten ostatni był bardzo wyraźnie pro-żydowski – do tego stopnia, że nakazał aresztować wszystkich rzymskich kupców, którzy przekroczyli granice Jemenu, z uwagi na rzymskie prześladowania Żydów. Niemniej jednak etiopski książę odniósł zwycięstwo, nawrócił się na chrześci­jaństwo i wszędzie zbudował kościoły. Ta chrześcijańska ekspansja została uznana przez społeczność żydowską za prowokację. Simon de Beth Arsham, perski biskup donosi, że ..Żydzi tybe­riadzcy (główna ówczesna szkoła ży­dowska) wysyłali swych kapłanów z ro­ku na rok i z sezonu na sezon, po to, aby prowokować kłopoty wśród chrze­ścijańskich Himarytów”. Ruchem anty­-etiopskim i anty-chrześcijańskim kiero­wał Żyd Du Nuwas, który szybko sprzy­mierzył się z Persami. Również i on zo­stał pokonany przez siły chrześcijań­skie. Z zapisków pochodzących z 618 r. dowiadujemy się, że król Jemenu był monofizyckim (ariańskim) chrześcijani­nem imieniem Abramus, a jego dedy­kacja, napisana stylizowaną na pismo arabskie kursywą brzmiała: „Z władzy, łaski i miłosierdzia Najmiłosierniejsze­go, jego Mesjasza i Ducha Świętego”.

            W północnej Arabii rozwinęła się inna sytuacja. Imperialny konflikt między Bizancjum i Persją zmusił pewne arab­skie plemiona do zjednoczenia – nie­które z nich opowiedziały się za pierw­szym, inne za drugim imperium. Wia­domo jednak, że Arabowie nawróceni na chrześcijaństwo nie pozostawali w Al-Hijaz, gdzie ma znajdować się współczesna Mekka, lecz emigrowali do Syrii, Palestyny i Egiptu. Negatywny wy­nik tego był taki, że do roku 582 AI­Hijaz jawiła się oczom całego świata już jako prowincja żydowska. Obfite lite­rackie i epigraficzne dowody na żydow­ską obecność w Al-Hijaz w pierwszych wiekach chrześcijaństwa można znaleźć np. w artykule Josepha Horowitza za­tytułowanym Arabia, opublikowanym w Encyclopedia Judaica w roku 1929.

            Francois Nau w swoim dziele pt. Chrze­ścijańscy Arabowie Mezopotamii i Syrii w siódmym i ósmym stuleciu (1933) pisze, że „na początku siódmego wieku wszy­scy Arabowie Mezopotamii i Syrii byli do pewnego stopnia chrześcijanami, przynajmniej jeśli chodzi o atmosferę życia. Wszędzie widziano jakichś pu­stelników i ascetów, wszyscy jadali w progach klasztorów, wszyscy byli obecni w sporach pomiędzy monofizy­tami i duofizytami„. O. Henri Charles w swoim Chrześcijaństwie wśród koczow­niczych Arabów z Limes i pustyni syryjsko­ mezopotamskiej w regionie Hegira (Le Roux, 1936) twierdzi. że „silna osobo­wość słynnego pustelnika św. Eutyche­sa naznaczyła początek bardzo owocnej misji, tak, że do roku 570 teryto­rium Gessanidów obfitowało w arab­skie, monofizyckie klasztory.

            Tak więc Półwysep Arabski był przez wieki nie tylko terenem działań wojen­nych, lecz również sceną walki teolo­gicznej: walki pomiędzy żydami i chrze­ścijanami oraz między rozmaitymi chrześcijańskimi, heretyckimi sektami nawróconych oraz nauczyli je czytać i pisać. Tak zwany klasyczny arabski nie jest wyjątkiem. Jego alfabet należy przy­pisać chrześcijanom, gdyż to właśnie u chrześcijańskich Arabów z Syrii znale­ziono najstarsze przykłady tego pisma”.

Miejsce i czas powstania oraz autorstwo Koranu

            Naszkicowawszy historyczne tło po­wstania Koranu, możemy teraz umie­ścić to dzieło wraz z jego przesłaniem w odpowiednim kontekście. Koran nie jest dziełem spontanicznym, objawie­niem spływającym z niebios; jest pracą o głębokich korzeniach, antycznym ro­dowodzie oraz „zacięciu” pasującym do tamtych czasów.

            Nawet po krótkim przejrzeniu Koranu można się przekonać, że postacią cen­tralną dla islamu jest Abraham, a już w początkowej modlitwie można zauważyć wyraźny brak „islamskiego ko­lorytu”: „W imię Boga Miłosiernego, Dawcy Miłosierdzia, chwała niech bę­dzie Bogu, Panu Wszechświata, Miło­siernemu i Dawcy Miłosierdzia! Wład­co w dniu sądu! Ciebie czcimy i u Cie­bie szukamy pomocy. Prowadź nas dro­gą prostą, drogą tych, którym sprzyjasz, drogą tych, którzy nie są przyczyną Twego gniewu; tych, którzy nie idą na zatracenie” (Koran w tłumaczeniu Tho­masa Ballantine Irvinga, Islamic Founda­tion, Anglia, 1979). Można z łatwością zauważyć, że w modlitwie powyższej nie ma nic specyficznie islamskiego. Rzeczywiście, na pierwszy rzut oka mo­głaby być modlitwą o rodowodzie za- ze równo żydowskim, jak i chrześcijańskim. Jeśli się nad tym zastanowić, to et z pewnością okaże się to dziwnym zjawiskiem w przypadku islamu, rzekomo nowej religii. Jednakże br. Bruno wykazał, że w rzeczywistości modlitwa ta jest m bardzo starą modlitwą żydowską o subtelnym nastawieniu anty-trynitarnym, a tłumaczenie Irvingajest nieścisłe i nie oddaje całej subtelności oraz finezji koranicznego oryginału. W miarę jak br. Bruno postępował naprzód w tłumaczeniu pierwszych dwóch sur Koranu, jaśniejszym stawał się właściwy temat tego dzieła oraz pojawiły się wskazówki co do autora Koranu i jego formacji.  

            Jest oczywistym, że autor Koranu, stanąwszy w obliczu gwałtownych, niekończących się konfliktów między żydami i chrześcijanami na terenie półwyspu, zmuszony był do refleksji nad przyczynami tak żałosnego końca owego sojuszu, jaki stanowiło przymierze z Bo­giem. Zauważa, że znakiem przymierza z Bogiem jest obrzezanie, a przymie­rze zostało zawarte z Abrahamem. Jed­nak zwraca również uwagę na to, że pierwszym synem Abrahama podda­nym obrzezaniu nie miał być Izaak, lecz Izmael, jego syn z niewolnicy Hagar. Przypomnijmy, że Bóg okazał swą moc wobec Abrahama dając syna Izaaka jego starej żonie, Sarze. Wiemy również, że wskutek nalegań Sary, Hagar i Izmael zostali odprawieni, a Izmael stał się oj­cem narodu arabskiego. W ten sposób zostało zawarte przymierze z Abraha­mem, który nie był ani żydem, ani chrześcijaninem, lecz poganinem któ­ry stał się „doskonały” – pierwszym mu­zułmaninem. Abraham i jego syn Izma­el zostali uczynieni „doskonałymi” ­muslimayn. Mieli oni poświęcić Bogu swych następców w celu uczynienia ich „narodem doskonałym” – muslimat. To wezwanie do doskonałości jest „spra­wiedliwością”, która stała się udziałem Abrahama i Izmaela (albowiem Bóg, według autora Koranu nigdy nie prze­stał wysłuchiwać modlitw Hagar i jej syna), a również Izaaka, Jakuba oraz wszystkich proroków bez różnicy, nie wyłączając Mojżesza i Jezusa. Innymi słowy, nie ma różnicy między Starym a Nowym Testamentem, gdyż według autora Pięcioksiąg żydów i Ewangelie chrześcijan zostały źle wykorzystane dla wprowadzenia podziału wśród Na­rodów Księgi. Żydzi odpadli od Prawa, a chrześcijanie wykrzywili proroctwo Jezusa uczyniwszy Bogiem zwykłego człowieka i w ten sposób popadli w apostazję. Ostatecznie autor Koranu wzywa do ponownego zjednoczenia Narodów Księgi. Bazuje przy tym na ra­sowej linii Żydów. istniejącej dzięki obrzezaniu, i dodaje do tego wezwa­nie do doskonałości pochodzące z Ewangelii. przez cały czas podkreśla­jąc. że zerwanie przymierza z Bogiem przez żydów i chrześcijan nie unieważ­nia przymierza zawartego z Abraha­mem i Izmaelem. Mamy tutaj do czynienia z inną wizją islamu, postrzeganego jako „wezwanie do doskonałości„. W pewnym sensie musimy zauważyć w tej teologicznej argumentacji odbłysk geniuszu autora Koranu; coś, co pasowało do burzliwej atmosfery teologicznej półwyspu. Br. Bruno stwierdza: „Zamiarem autora Koranu nie było stworzenie trzeciej re­ligii, lecz obalenie dwóch poprzednich – żydowskiej i chrześcijańskiej – po­przez przywrócenie tego, co w jego mniemaniu było jedyną «tradycją» (gi­blat), czyli prawdziwym dziedzictwem Abrahama”. Podczas gdy pierwsza sura Koranu jest bardzo stara i czysto ży­dowska, sury druga i trzeca koncentru­ją się odpowiednio na przypomnieniu ludziom wymagań żydowskiej Tory i chrześcijańskich Ewangelii. Dlatego też sura II kończy się modlitwą stwo­rzoną przez autora, Panie Nasz, Dawco Obrzezania, która sytuuje się po­między Yahweh żydów i Pater Noster chrześcijan.

Przywrócenie prawdy ­- po islamsku

           W jaki sposób, według autora Koranu, można odbudować prawdziwą religię Abrahama? Po prostu poprzez powrót do Jerozolimy, przez powrót do miej­sca, gdzie stoi dom Abrahama oraz przez zjednoczenie z prawdziwymi wyznawcami, potomstwem Izmaela. Tradycja mówi nam, że dom Abrahama ma się znajdować w ruinach Świątyni Jerozolimskiej, to zaś ze względu na to, że według przekazów świątynia miała być położona w tym miejscu na górze Moria, gdzie Abraham został wezwany do złożenia ofiary z Izaaka. Dom nosi nazwę Bakka, a najczystszą formą wier­ności przymierzu jest „pielgrzymka do domu” (hiju l’bayti) Bakka. Pielgrzymka przedstawiana jest jako nieograniczo­ne błogosławieństwo i „droga” do Boga. Autor Koranu silnie podkreślając jej konieczność atakuje tym samym żydów, którzy przed wiekami przerwali swą pielgrzymkę do ruin świątyni, a także chrześcijan, którzy zabronili jej w imię Ewangelii, gdyż to nie prawo lecz duch jest tym, który zbawia.

          Jednocześnie widzimy, że autor Kora­nu, mając nastawienie anty-chrześcijań­skie, nie postrzega wszystkich chrześci­jan w jednakowym świetle, ale czyni rozróżnienia. W surze III (w. 113) mówi o tych chrześcijanach, „którzy stoją re­cytując słowa Boże pośród nocy„, zaś w innym miejscu tej samej sury (w. 114) stwierdza: „mówią z łagodnością i po­zostają cisi, są dalecy wobec tego co poboczne i dobrowolnie oddają samych siebie. Są wśród tych, którzy cieszą się szczęściem”. Są to jasne odniesienia do mnichów-pustelników, a Airgrain pod hasłem „Arabia” w Kościelnym słowniku historii i geografii (1924) wspomina, że „mnisi, ze swoją siłą nawracania cieszyli się wysokim prestiżem wśród Arabów”. Tak więc nie powinno nikogo zaskaki­wać, że autor Koranu, człowiek wielkie­go intelektu i subtelności, również po­dziwiał chrześcijański fenomen, który bezpośrednio znał. Co więcej, br. Bru­no wykazuje, że autor dysponował im­ponującą wiedzą na temat kultury chrześcijańskiej, głęboko analizował Ewangelie i inne księgi chrześcijańskie­go Objawienia. Wszystko to znalazło swój wyraz w odniesieniach i precyzji koranicznego tekstu. Autor Koranu był erudytą pierwszej klasy.

           Celem autora i „wiernych” jest więc piel­grzymka i powrót do domu Abrahama (Bakka). IV i V sura Koranu koncentruje się na środkach wiodących do tego celu.

            Historia mówi nam, że Jerozolima upa­dła w 614 r., kiedy to armie cesarza Herakliusza z Bizancjum zostały zmiażdżone przez Persów. Krauss w swojej Historii żydowskiej donosi, że Żydzi z południowej Palestyny sprzy­mierzyli się z Persami – być może byli to Żydzi ze wspominanej przez Torreya oazy Teima; mogły to być również ban­dy arabskie. Po przybyciu do Jerozolimy Żydzi z wściekłością zwrócili się przeciwko ludowi chrześcijańskiemu i jego świątyniom, w tym naturalnie przeciwko Grobowi Pańskiemu. Zano­towano jednak, że z największą furią Żydzi uderzyli w kościół Matki Bożej, Nea, którego znaczenie podkreślimy jeszcze w dalszej części artykułu.

            Według Kraussa w 617 r. Żydzi „zażą­dali określonych praw do autonomii w Świętym Mieście”. Persowie już od trzech lat żyli w obecności chrześcijan z Jerozolimy i postrzegali ich jako ze wszech miar przychylnych i kompromi­sowych, toteż po pojawieniu się żydow­skich żądań autonomii doszli do wnio­sku, że miara się przebrała. Postanowi­li wygnać Żydów do Persji. Z pism hi­storyków takich jak Krauss i Graetz wynika, że jeszcze przedtem arabskie bandy zostały rozbite (przez Persów ­przyp. tłum.) na skutek zdrady Żydów, a sura III Koranu w tłumaczeniu br. Bru­no (w. 118-119, 122) zawiera skargi na zdradę i perfidię fałszywych braci, sy­nów Izraela.

Sura III Koranu traktuje o tej porażce Arabów; autor mówi tam o swojej „kal­warii”, lecz ostatecznie doprowadza własne rozważania Ewangelii do pozytywnego wniosku stwierdzając, że po­rażka ta nie jest klęska absolutną, lecz tylko oczyszczeniem. W tym miejscu pojawia się wspominany wcześniej hi­storyczny mit o bitwie pod Badrem.

            Badr jest obecnie małym miasteczkiem położonym na południowy zachód od Medyny, jednakże żadna z map staro­żytności nic nie mówi o jego istnieniu. Co więcej, słowo badr nie występuje w żadnym miejscu w Koranie – ani w surze Vłłł, w którym wszyscy po­przedni tłumacze uparcie wspominają o bitwie pod Badrem, ani w surze m, gdzie słowo bi-badrin jest nieprawidło­wo przetłumaczone jako ’pod Badrem’. W surze IV (w. 6) pokrewne słowo bi­daran jest właściwie przetłumaczone przez Blachere i Masson jako ’rozszcze­pienie’ lub ’rozproszenie’ i jest prostym zapożyczeniem z rabinistycznego, he­brajskiego słowa bidder, tzn. ’rozpra­szać’. Tak więc bi-badrin oznacza ’przez rozproszenie’ albo ’dzięki rozprosze­niu’. Islamolodzy tłumaczą to słowo jako 'Badr’, gdyż nie biorą pod uwagę ani całościowego, ani też częściowego znaczenia tekstu. Z drugiej strony, tłu­maczenie br. Bruno tworzy logiczną ca­łość. Autor Koranu mówi o „cudzie” ocalenia owych arabskich band „po­przez rozproszenie” spowodowane przez Persów w 617 r. Jest to jeden z wielu przykładów, kiedy to tekst za­chowuje jasny sens lingwistyczny i hi­storyczny, podczas gdy tłumacze wprowadzają jedynie zamieszanie i sprzeczności.

CZY prawdziwy „Mahomet” zechce ukazać swoje oblicze?

           Do tej pory ciągle mówiliśmy o „auto­rze Koranu” zamiast o Mahomecie, któ­remu wszędzie przypisywane jest au­torstwo tego dzieła. Dlaczego? Z pro­stego powodu: człowiek zwany Maho­metem nie napisał Koranu.

            Wspomnieliśmy powyżej, że jeśli odło­żyć na bok fantastyczne mity ksiąg Ha­dith i Sira, nie ma niezbitego dowodu na istnienie Mahometa. Jednakże histo­rycznie muzułmanie twierdzą, że w ko­ranicznym tekście autor sam nazywa siebie Mahometem, toteż nie może być żadnych wątpliwości co do jego tożsa­mości. Czy tak jest naprawdę?

            Oczywiście jest prawdą, że w Koranie autor czyni szereg odniesień do same­go siebie, nie mniej jednak daje się po­znać jako człowiek oszczędny, jeśli cho­dzi o szczegóły dotyczące swej własnej osoby. W surze III (w. 144) nazywa sie­bie muhammadun, a określenie to zo­stało wzięte przez wspomnianego wcześniej Ibn Hisama za rzeczywiste imię założyciela islamu. Br. Bruno twier­dzi, że zabieg taki nie ma uzasadnienia i podaje szczegółowe dowody. Cieka­we, że twierdzenie o nieistnieniu Ma­hometa nie spotkało się z prostym od­parciem ze strony ks. Michela Lagarde, który nie tylko sam jest ekspertem w tej dziedzinie, lecz również głęboko po­święcił się dla dialogu islamsko-chrze­ścijańskiego.

           Br. Bruno tłumaczy słowo muhammadun jako 'umiłowany’. Twierdzi, że jako ta­kie słowo to nie jest imieniem, lecz ty­tułem nadawanym jakiejś osobie – tro­chę tak, jakby powiedzieć np. o wła­snym dziecku „światło mego życia”, co rzecz jasna nie może być interpretowa­ne jako właściwe imię dziecka. Według br. Bruno słowo muhammadun pocho­dzi od słowa źródłowego hmd, które jest arabskim zapożyczeniem biblijne­go, źródłowego słowa hómad, czyli ’po­żądać’ lub ’pragnąć’. W surze l (w. 2) br. Bruno wykazał, że pokrewne słowo ’al hamdu oznacza miłość, jaką każdy po­winien żywić wobec „Boga, Pana wie­ków”. Z kolei południowo-arabskie za­pisy z Jamme zawierają słowo mhmd, używane na określenie 'Boga żydów’, tak więc oczywisty sens wyrażenia mu­hammadun sprowadza się do znaczenia 'ten, który jest przedmiotem miłości’ ­’umiłowany’ – najwyższe imię Boże. To zaś powinno wywołać w pamięci czy­telnika słowa Ewangelii: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodoba­nie, Jego słuchajcie” (Mt 17, 5). Nie jest to jedyny raz, kiedy Jezus jest nazywa­ny „umiłowanym(muhammadun) Boga. W relacji ze spotkania Naszego Pana ze św. Janem Chrzcicielem nad rzeką Jordan czytamy: „A oto otworzyły Mu się niebiosa i ujrzał Ducha Bożego zstępu­jącego jak gołębicę i przychodzącego na Niego. A głos z nieba mówił: «Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie»” (Mt 3, 16-17). Koranicz­ny tekst nie wskazuje na to, jakoby au­tor przedstawiał się lub myślał o sobie jako o Bogu. W pierwszym rozdziale przedstawia raczej siebie i Naszego Pana Jezusa Chrystusa jako rasulun, czyli wy­rocznie, proroków; w obu przypadkach chodzi tu o ludzi, o „umiłowanych” Boga. W Księdze Proroka Daniela prorok na­zywany jest „człowiekiem upodoba­nym„, czyli is hamudót. Rzeczownik is znaczy 'człowiek’ i jest w biblijnym wyrażeniu zastąpiony arabskim przed­rostkiem „m” – czyli mhamudót, ’maho­met’. Dla tych z nas, którzy nie są uczo­nymi-lingwistami może się to wydać nieco skomplikowane, lecz dzięki odro­binie wytrwałości przekonamy się, że jest do doskonale zrozumiałe w okre­ślonym kontekście.

            Z tekstu Koranu w sposób oczywisty wynika, że autor znał pisma św. Pawła i wykorzystał je do osiągnięcia pożąda­nego przez siebie celu, to jest do przy­pisania Bożego przymierza synom Izmaela, ludowi doskonałemu, musliy­mat. Ks. de Nantes, kolega br. Bruno, idzie dalej – uważa on, że w całej l su­rze Koranu podobieństwa do Ewange­lii są tak bliskie i liczne, iż należy są­dzić, że intencją autora było nie tylko naśladowanie podejścia św. Pawła, lecz postawienie siebie w miejsce Chrystu­sa. Ten ostatni wniosek może nie by tak daleko idący, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. „Porażka” Chrystu­sa prowadząca na Kalwarię porówny­wana jest do „niepowodzenia” autora Koranu polegającego na niemożności dotarcia do „domu Bakka” w Jerozoli­mie w 614 r.Jego wierni zostali rozpro­szeni – oto jego „kalwaria”. Używa przy tym terminu qarhun, oznaczającego „kalwarię”, specjalnie dla podkreślenia paraleli. Daje jednak do zrozumienia, że „porażka” nie zdołała go zmusić do za­niechania realizacji wytyczonego celu.

            Spójrzmy teraz na słowo „Mekka„, o którym mówi się, że jest tłumacze­niem wyrazu Bakka. Od Hiro dowiadu­jemy się, że Mekka była miejscem uro­dzin Mahometa, centrum handlowym skupiającym około 5000 ludzi i miej­scem, w którym Mahomet rozpoczął swój apostolat. Pojawiają się tutaj dwa problemy: po pierwsze, słowo Mekka wcale nie występuje w Koranie. To ra­czej słowo Bakka pojawia się raz i jest błędnie tłumaczone jako Mekka. Po dru­gie, wszystkie mapy starożytności do­wodzą ponad wszelka wątpliwość, że miasto Mekka nie istniało w siódmym stuleciu. Znakomity kartograf XIX wie­ku, Vidal de la Blanche był ekspertem w dziedzinie wielkich szlaków handlo­wych starożytności. Wykorzystując Geo­grafię Ptolemeusza wykazał on, że Mek­ka nie istniała (w siódmym stuleciu ­przyp. tłum.). Nie kwestionują tego ani ks. Lagarde, który w 1990 r. w publika­cji Islamo Christiana dokonał przeglądu pierwszego tomu tłumaczenia Koranu autorstwa br. Bruno, ani nawet Blache­re. Rzeczywiście, biorąc pod uwagę dążenie Blachere do promocji islamu kosztem chrześcijaństwa, jego świadec­two nabiera tu jeszcze większej warto­ści: „Bez wątpienia bizantyjscy pisarze dostarczyli nam cennych informacji na temat arabskich emirów panujących na stepach Syrii za przyzwoleniem cesarza. Dzięki tym autorom dysponujemy roz­sądnymi danymi na temat konfliktów wspomnianych emirów z ich babiloń­skimi odpowiednikami pozostającymi w służbie perskich Sasanidów. Możemy również ustalić religijną przynależność zarówno koczowniczych, jak i osiadłych arabskich plemion w Jordanii i ze ste­pów na zachód od Eufratu. Nawet tajem­niczy Jemen dostarcza nam strzępów in­formacji o swej przeszłości i pozwala nam zrozumieć obce trendy – niektóre z nich zawędrowały tu z Etiopii wspó­łistniejąc z jej prastarym pogaństwem. Lecz o kołysce islamu Al-Hijaz i o Mek­ce, jego świętym mieście, nie mamy nic ponad przykłady islamskich «kartogra­fów»” (Problem Mahometa, 1952).

           Innymi słowy, nie istnieje przed-islam­ska mapa świata, która wskazywałaby na istnienie Mekki. Próby wykazania, że Mekka istniała pod inną nazwą, Maco­raba, zawsze były czystymi spekulacja­mi, a na ich poparcie nie istniały poważ­ne dowody.

            Tak więc jeśli nie istnieje Mekka, jakie jest znaczenie słowa Bakka? Słowo to pojawia się tylko raz w całym tekście Koranu (sura III, w. 96), w tym samym rozdziale, który mówi o powrocie wier­nych do jerozolimy. W surze II (w. 125 i 127) autor mówi o domu – al bayt ­i przypisuje jego założenie Abrahamo­wi. Dlatego też jest absolutnie oczywi­ste, że „dom” znajduje się w Jerozolimie, a dokładnie wśród ruin Świątyni. Właśnie tak się składa, że słowo Bakka użyte jest w rozdziale w związku z do­mem, a może być jedynie odniesieniem do „doliny Baka”, która znajduje się na północ od doliny Hinnom i na zachód od Jerozolimy. W rzeczywistości znaczenie tego słowa jest tak jasne, że aż dziw bie­rze, dlaczego żaden z naukowych infor­matorów nie zasugerował go nawet jako jednej z możliwości. Ale to nie wszystko.

            Koran nie daje nam żadnego pojęcia co do położenia i układu Mekki, dostarcza za to szczegółowych informacji o Jerozolimie, co dodatkowo świadczy na korzyść faktu, że do tej pory zasadni­czy temat Koranu koncentruje się wo­kół powrotu do Jerozolimy, do tej ko­lebki przymierza zawartego przez Boga z Abrahamem i jego synem, Izmaelem.

W surze II, w. 158, autor używa termi­nu as-safii, który jest hebrajskim zapo­życzeniem słowa ha-sóphim, oznaczają­cego 'wartownię’. Tak się składa, że na północ od Jerozolimy znajduje się wzgórze połączone z Górą Oliwną, określane po grecku jako skopos. Moż­na znaleźć o nim wzmianki w literatu­rze rabinistycznej; jest to punkt, z któ­rego można obserwować Jerozolimę niczym z wartowni. Skopos oznacza po grecku ’wartownię’.

            Następnie, autor Koranu obiecując wiernym w surze IV w. 13 i gdzie in­dziej, że „wejdą do ogrodów – janna­ gdzie płyną podziemne rzeki -min tah­tiha” nie stosuje wcale figur literackich. Przeciwnie, dokładnie opisuje system nawadniania ówczesnej Jerozolimy! W okresie bizantyjskim, obszar położo­ny na północny zachód od murów Jerozolimy był znany jako ..Ogrody”. Chrześcijanie mówiący po aramejsku określali je słowem Pordesaya. Grecy nazywali je Phordesa, a Żydzi Pardesaya. Wszystkie te słowa oznaczają ..raj”. Nie­trudno dostrzec uzasadnienie dla takiej nazwy. Jerozolima, położona na trud­nym terenie, zawsze narzekała na su­szę trwającą od maja aż do październi­ka. Sytuację pogarszał wiatr, przeważ­nie wschodni. W celu zapobieżenia tym problemom zbudowano podziemny system zbiorników, który łączył się z powierzchnią poprzez wąski wylot. Zbiorniki te napełniały się w okresie od listopada do marca dzięki ciągłym opadom deszczu i w ten sposób umoż­liwiały pomyślne zbiory. J. T. Milik w swojej książce Św. Tomasz z Phorde­sa pisze, że był to „kompletny, złożo­ny system irygacyjny”. Oto wasze „podziemne rzeki”,

                        Jeszcze inny przykład. Słowo „Gehen­na” pojawia się jednokrotnie w surze II, trzykrotnie w surze III i siedmiokrot­nie w surze IV. W języku arabskim sło­wo to brzmi jahannam i jest używane na określenie „doliny gniewu”. Gehen­na jest doliną położoną na południe od Jerozolimy, wychodzącą na zachód z doliny Baka. Było to opustoszałe pu­bliczne miejsce, w którym nieustannie płonął ogień spalający śmieci. Ognie Gehenny są symbolem wiecznego po­tępienia, lub, jeśli ktoś woli, wieczne­go gniewu. Tekst jest szczególnie po­ruszający, gdyż przemieszczając się z doliny Baka w kierunku doliny Gehen­na podróżujemy z raju do piekła – fi­zyczna rzeczywistość ze składową teo­logiczną.

Ka’ba, Kawa’iba, Kubos

           Zajmijmy się w końcu problemem ka­miennej świątyni lub Domu Bożego zwanego Ka’ba, mającego znajdować się w środku meczetu w Mekce, a bę­dącego najważniejszym sanktuarium islamskiego świata. Ponieważ Mekka nie istniała w siódmym stuleciu. Musi­my zadać sobie pytanie co znaczyło sło­wo Ka’ba dla autora Koranu.

            Po raz pierwszy słowo to zostało użyte w surze IV, w. 6. Oznacza ono ’sześcian’ (kostkę) – po grecku kubos – i odnosi się do fundamentu kamiennego domu. Ks. Jomier w swoim artykule Ka’ba twierdzi, że wyraz ten pochodzi od „mniej więcej «sześciennej» formy tego sanktuarium”. Jego zdaniem „słowo to było już wcześniej używane na określe­nie specyficznych sanktuariów o tym samym kształcie„. Br. Bruno zdołał zi­dentyfikować dwa takie sanktuaria: pierwsze w Petrze, skąd autor Koranu wraz ze swymi wiernymi wyruszyli w drogę powrotną do Jerozolimy, dru­gie zaś u wrót samej Jerozolimy. Waż­ne jest, aby zwrócić uwagę, iż słowo Ka’ba pojawia się po raz czwarty i ostat­ni w surze LXXVIII, w. 33 w całkiem in­nym znaczeniu: 'dziewice’ – kawa’iba. Te dwa znaczenia są tak radykalnie od­mienne, że uzasadnionym będzie pyta­nie: czy Ka’ba to określenie 'domu’, czy też 'dziewicy’?

            Wiemy, że określenie Ka’ba było zwy­kle powiązane (w tekście Koranu ­przyp. tłum.) z promenadą (maqam) Abrahama, a zarówno jedno jak i dru­gie było związane z „domem” – ’al bay­ta. „Dom” jest Świątynią jerozolimską, a maqam to dziedziniec świątyni – czy­li, można powiedzieć, święta Skała Góry Moria. Dlatego też, jeśli chcemy zna­leźć rzeczywiste źródło określenia Ka­’ba, musimy znów zwrócić nasze spoj­rzenie w stronę Jerozolimy.

            Z homilii św. Germana z Konstantyno­pola (634-733), poświęconej zaśnięciu Matki Bożej i przeniesieniu jej ciała z domu w Świętym Syjonie do „gro­bowca” w Gethsemani dowiadujemy się, że po drodze znajduje się monu­ment znany w języku greckim jako Ku­bas. Św. German mówi: „Na szlaku or­szaku pogrzebowego prowadzącego w dół doliny Jozafata ma znajdować się monument w kształcie sześcianu… W centrum tego pomnika znajduje się czcigodna kolumna wzniesiona na pa­miątkę cudu uleczenia bezbożnego żyda„. Wiemy również o mnichu imie­niem Epifaniusz, który odbywając w siódmym stuleciu pielgrzymkę do Ziemi Świętej opisuje ten monument słowem tetrakiinin. Epifaniusz stwier­dza, że była to „sześcienna budowla z czterema kolumnami zwieńczona ko­pułą”. O. Daniel (1099-1185) jest nawet bardziej precyzyjny: ,,100 jardów od wrót miasta Jerozolimy) znajduje się miejsce, w którym Jofoniasz (najwyższy kapłan) próbował zrzucić ciało Matki Bożej niesionej przez apostołów na no­szach do Getsemani. Pojawił się anioł i mieczem odciął obie ręce Jofoniasza, które pozostały przytwierdzone do noszy”. O. Daniel dodaje: „Od tego miej­sca do grobowca Matki Bożej pozosta­je 200 jardów„. Pozwala to precyzyjnie usytuować monument położony u wschodnich wrót świętego miasta. Cud wspomniany przez św. Germana polegał na tym, że „bezbożny żyd” Jo­foniasz odzyskał swe ręce i nawrócił się do Kościoła katolickiego. W tej chwili zagadka jest już łatwa do rozwiązania.

            W celu zadośćuczynienia za atak na Matkę Bożą, chrześcijanie Jerozolimy wznieśli pomnik ku Jej czci. Najwyższy kapłan Jofoniasz przybył tam i został cudownie uzdrowiony. Jest prawdopo­dobne, że w siódmym stuleciu, w cza­sach Epifaniusza, muzułmanie ciągle żywili szacunek i cześć wobec tego świętego miejsca (kubas) poświęcone­go Dziewicy (ka’ba) i splamionego bez­bożnym działaniem Jofoniasza. W ten sposób widzimy, jak łatwo (na pozio­mie lingwistycznym – przyp. tłum.) sze­ścian mógł stać się dziewicą. Na obec­nym etapie badań hipoteza dobrego mnicha br. Bruno sprowadza się do tego, że muzułmanie wzięli Kubos za symbol domu Abrahama i przenieśli go (lub tylko jego podstawę) w inne miej­sce z nieznanych powodów. Oczywiście jest możliwe, że Ka’ba w Mekce ma zu­pełnie inne pochodzenie, nie mające związku z czymkolwiek, co występuje w Koranie.

                        Jedynym celem tego artykułu była pró­ba przekazania niektórych spektakular­nych odkryć dokonanych przede wszystkim przez br. Bruno – z nadzie­ją, że zachęcą one zainteresowanych do głębszych poszukiwań. Badania są da­lekie od ukończenia. Pozostaje do prze­tłumaczenia dalsze 109 sur, z których każda niesie ze sobą istotne, odkryw­cze informacje na temat początków i rozwoju islamu naszkicowanych przez autora Koranu. Z pewnością istotnych informacji dostarczą również eksperci zaangażowani w prace archeologiczne nad rozległym chrześcijańskim opac­twem odkrytym w piaskach Al Oosour (1990) datowanym aż na koniec szóste­go, a być może na siódmy wiek. To wszystko w przyszłości.

            Dzięki poważnej, autentycznej naukowej analizie, prawdziwość islamskiej tradycji spod znaku ksiąg Hadith i Sira została zakwestionowana. Można wy­kazać, że ani Mekka, ani Badr nie ist­niały w owych czasach, a wraz z tym wszystkie historie o proroctwach i mi­litarnych zwycięstwach Mahometa są jedynie jednym wielkim wymysłem. W rzeczywistości można wykazać, że postać taka nigdy nie istniała. Dzięki systematycznemu tłumaczeniu Koranu okazało się, że nawet samo znaczenie słowa „islam” zostało przekręcone. Tłu­maczenie ukazało za to podłoże teolo­giczne i historyczne, dzięki któremu możliwe było pojawienie się Koranu. Istotna rola, którą odegrała w tym teo­logiczno-historycznym rozwoju spo­łeczność żydowska, skierowała badaczy ku poszukiwaniom prawdziwej tożsa­mości autora Koranu, człowieka niewąt­pliwie o wyjątkowym talencie, energii i przenikliwości. W rzeczywistości ba­dania br. Bruno to inspirujące dzieło wskazujące na to, że islam jest faktem – gdyż islam wyłaniający się z Koranu rzeczywiście jest faktem. Jednocześnie jednak staje się coraz bardziej oczywi­stym, że islam dnia dzisiejszego jest ilu­zją, która tak naprawdę z wybitnym ge­niuszem autora Koranu ma wspólną je­dynie nazwę religii, bo nawet nie jego potężną księgę, którą rozumie opacz­nie. Oto sprzeczność stająca się para­doksem, o której wspomniano na po­czątku artykułu.

„The Angelus”, grudzień 1998. Tłumaczenie: Adam Branicki.[poniższy artykuł wzięty z dwumiesięcznika Zawsze Wierni, nr. 31, 1999. Tam też zobacz piękne ilustracje, których nie potrafię kopiować. MD]

Janczarzy, „styl życia” a KRUCJATY czyli głowy Rigby, Gordona i Konstantyna XI

U dziennikarzy portalu Fronda.pl, obcięta głowa dobosza Rigbiego, brytyjskiego żołnierza zarżniętego tępym rzeźnickim nożem na jednej z ulic Londynu (tępym, bo w końcu okazało się, że wyznawca miłującej pokój religii, który się tej zbrodni dopuścił, nie zdołał nieszczęsnego dobosza skutecznie zdekapitować) wywołała skojarzenie z obciętą i zatkniętą na palu głową brytyjskiego generała-majora Charlesa Gordona, poległego w 1885 r. podczas obrony Chartumu przed wojskami islamskich mahdystów. Skojarzenie słuszne, choć mam inne, jak mi się wydaje jeszcze trafniejsze.

Dziś mija 560 rocznica upadku Konstantynopola zdobytego przez sułtana i kalifa Mehmeda II – najwyższego wówczas religijnego przywódcę muzułmanów. To właśnie Mehmed kazał pozbawić głowy ciało cesarza Konstantyna XI Paleologa i osadzić ją na kolumnie na placu Augusteum, a później zakonserwowaną w miodzie obwozić po muzułmańskich dworach („Kiedy więc spotkacie tych, którzy nie wierzą, to uderzcie ich mieczem po szyi”, Koran 47,4). 

Islamska agresja była bezpośrednią przyczyną upadku Cesarstwa Wschodniego, ale najpewniej nie doszłoby do niego, gdyby nie przyczyny, których należy szukać w samym Bizancjum. Można je znakomicie opisać cytatem ze słów Chrystusa Pana, który mówił do faryzeuszów, że „dom, jeśliby przeciw sobie był rozdzielony, taki dom nie może się ostać” (Mk 3,25). I nie chodzi tylko o to, że historia bizantyjskiego dworu przypomina krwawą szekspirowską pięcioaktówkę Tytus Andronikus, o której znawcy teatru mówią, że gdyby miała akt szósty, to wówczas mordowano by już widzów w pierwszych rzędach.

Idzie również o rolę Zachodu, który w decydującej chwili nie kiwnął palcem w obronie Konstantynopola (choć nie należy zapominać o poświęceniu garstki śmiałków z Wenecji, Genui i Katalonii), a 250 lat wcześniej, w wyniku niesławnej IV krucjaty, doprowadził Bizancjum do upadku, z którego Cesarstwo już się nie podniosło. To wówczas rycerze z Zachodu zmienili cel swojej pielgrzymki, którym nie był już Grób Pański, ale groby cesarzy Bizancjum.

Różnica była taka, że Grób Pański był pusty, a groby cesarskie pełne kosztowności (od bizantyjskiego historyka Niketasa Choniatesa wiemy, że nie oszczędzono nawet grobu Justyniana Wielkiego, którego zwłoki ograbiono – na Zachodzie powiemy zwłoki, ale dla prawosławnych były to relikwie, bo Justynian, czego by o nim nie sądzić, czczony jest przez nich jako święty). 

Tymi, którzy jako pierwsi wdarli się do upadającego Drugiego Rzymu byli janczarzy – oddziały formowane z porwanych chrześcijańskich chłopców zmuszanych do przyjęcia islamu i wychowywanych na religijnych fanatyków gotowych zginąć w imię religii, która ich uciemiężyła.

Kim innym, jeśli nie współczesnym janczarem był morderca dobosza Rigbiego, Michael Adebolajo? Urodził się przecież w praktykującej chrześcijańskiej rodzinie w Wielkiej Brytanii. I to na Wyspach, a nie w Nigerii, skąd pochodzą jego rodzice, dostał się pod wpływ muzułmańskich imamów i jako nastolatek przeszedł na islam.

Brytania jest dziś przeżarta polityczną poprawnością (o czym świadczą kolejne aresztowania internautów dających upust swej bezsilnej złości) i tak finansowo zależna od kapitału spod znaku półksiężyca, jak Bizancjum było przeżarte korupcją, a w całej Europie Zachodniej nie ma dziś żadnej wspólnej idei, która byłaby w stanie zjednoczyć jej mieszkańców w walce przeciwko muzułmańskiemu zagrożeniu. „Będziemy bronić naszego stylu życia” – mówią politycy, ale przecież nikt nie będzie umierać za „styl życia”.

Jedyną receptą wydaje się poważne potraktowanie przez Europejczyków możliwości powrotu do ich chrześcijańskiej wiary. I tutaj ujawnia się kolejne podobieństwo do sytuacji Bizancjum. Kiedy szukając obrony dla swego kraju cesarz Konstantyn XI zawarł unię z Rzymem, wówczas usłyszał od swych wzburzonych poddanych, że „woleliby zobaczyć w środku miasta turecki turban, niż papieską tiarę”.

Wygląda więc na to, że historia się powtórzy, bo nie sądzę by Brytyjczycy byli w stanie powtórzyć nad Tamizą zwycięstwo lorda Kitchenera spod Omdurmanu, albo Polacy – zarówno na ci Wyspach, jak i ci na Kontynencie – potrafili dokonać dzieła podobnego temu, którego dokonał król Jana III (swoją drogą w tym roku mija również 330 rocznica Wiktorii Wiedeńskiej, kiedy to na jakiś czas – na jaki, to się dopiero okaże – powstrzymano islam w jego marszu przez Europę).

Cóż, muszę się pospieszyć ze zwiedzaniem angielskiej prowincji, zanim widoki zostaną zeszpecone przez wieże minaretów.

[dedykuję Polakom – mamy w Polsce Krucjaty Różańcowe ! MD]

Jacques Blutoir  Za: Pod mitrą – nie tylko kościelne safari (29.05.2013)

Jacques Blutoir 2013-05-30 http://www.bibula.com/?p=68618