Hrabstwo Oxfordshire przechodzi „próbę” blokady klimatycznej, która rozpocznie się w 2024 r. Aby „uratować planetę”. Komunizm poprawi pogodę !!

Hrabstwo Oxfordshire przechodzi „próbę” blokady klimatycznej, która rozpocznie się w 2024 r. Aby „uratować planetę” . Komunizm poprawi pogodę !!

https://gloria.tv/share/haqmFb7QXdck4z2iZXCq77mR7

Mieszkańcy będą zamknięci w swojej okolicy i będą musieli poprosić o pozwolenie na opuszczenie tego wszystkiego, aby „uratować planetę”.

Rada hrabstwa Oxfordshire zatwierdziła wczoraj plany zamknięcia mieszkańców w jednej z sześciu stref, aby „uratować planetę” przed globalnym ociepleniem. Najnowszym etapem programu „15 minut miasta” jest umieszczenie elektronicznych bramek na kluczowych drogach wjazdowych i wyjazdowych z miasta, ograniczając mieszkańców do ich własnych dzielnic.

Zgodnie z nowym programem, jeśli mieszkańcy chcą opuścić swoją strefę, będą potrzebować pozwolenia od Rady, która decyduje, kto jest godny wolności, a kto nie. W ramach nowego programu mieszkańcy będą mogli opuszczać swoją strefę maksymalnie 100 dni w roku, ale aby to uzyskać, każdy mieszkaniec będzie musiał zarejestrować dane swojego samochodu w urzędzie, który następnie będzie śledził ich ruchy za pomocą inteligentnych kamer wokół Miasta.

Komunizm poprawi pogodę.
Rada hrabstwa Oxfordshire, kierowana przez Partię Pracy, Liberalnych Demokratów i Partię Zielonych, potajemnie zdecydowała o podzieleniu Oksfordu na sześć „15-minutowych” dzielnic w 2021 r., wkrótce po tym, jak zostali wybrani na urząd. Żaden z radnych nie zadeklarował oczywiście w swoich manifestach intencji uwięzienia okolicznych mieszkańców, preferując zamiast tego niejasne twierdzenia o tym, jak „poprawią środowisko”.

Każdy mieszkaniec będzie musiał zarejestrować swój samochód w Radzie Hrabstwa, która następnie będzie monitorować, za pomocą kamer rozpoznających tablice rejestracyjne ile razy opuszcza swoją dzielnicę. I nie myśl, że możesz pokonać system, jeśli masz dwa samochody w gospodarstwie domowym. Te dwa samochody będą liczone jako jeden, co oznacza, że będziecie musieli podzielić między siebie przejazdy. 2 samochody po 50 przejazdów każdy; 3 samochody po 33 przejazdy każdy i tak dalej.

Zgodnie z nowymi zasadami twoje życie towarzyskie staje się nieistotne. De facto Rady decydują, ile razy w roku można widywać się z przyjaciółmi i rodziną. Zostaniesz powstrzymany przed brataniem się z kimkolwiek spoza twojego okręgu, a jeśli chcesz w przyszłości związku na odległość, zapomnij o tym, jesteś ograniczony do umawiania się tylko z osobami znajdującymi się w odległości 15 minut spacerem od twojego domu.

Życie pojedynczej osoby będzie na łasce komunistów w urzędzie centralnym, dyktujących ten sam rodzaj drakońskich zasad, które musieliśmy zastosować, aby zapobiec ostatniemu kryzysowi, łagodnemu wirusowi grypy, tak śmiercionośnemu, że 80% ludzi nawet nie wiedziało, że go ma.

Pod kłamstwem ratowania planety mieszkańcom Oksfordu (i kolejnych miast) narzucana jest zupełnie nowa struktura społeczna. ale tak naprawdę jest to plan Dowodzenia i Kontroli. Będą pozwolenia, kary i jeszcze więcej wszechobecnej inwigilacji. Urzędnicy Rady określą, gdzie możesz się udać i jak często, i będą rejestrować za każdym razem, gdy to zrobisz. 15-minutowe miasta czy 15-minutowe więzienia?

Czy nadszedł już czas aby ustawiać gilotyny i szubienice na każdym rynku?

==============================

Te „nowe” plany globalistów były już proroczo opisane w książce Janusza Zajdla „Limes inferior”. Warto ją przeczytać. Jest dostępna. To jeden z najlepszych pisarzy „science fiction”, a mój magistrant w fizyce rozszczepienia. MD

===========================

mail: Tam, pod koniec, jednak jeden z głównych prowodyrów NWO napisał do swoich wodzów, literami wielkimi na 15 km każda [ wyręby w lasach]: „Mamy was w dupie”.

===========

mail:

Co wyrosło z „młodych, wściekłych” ? Starzy, wkurwieni – oraz starzy, skurwieni…

Zielone piekło: „15-minutowe miasta”. „Pionierskie”: Kraków, Warszawa, Łódź, Rzeszów i Wrocław. Poligony doświadczalne dla Agendy 2030.

Zielone piekło: „15-minutowe miasta”. „Pionierskie”: Kraków, Warszawa, Łódź, Rzeszów i Wrocław. Poligony doświadczalne dla Agendy 2030.

Inteligentne i „odporne”. Czy „15-minutowe miasta” mają stać się gettem?

Unijne miasta jako „naturalne poligony doświadczalne” dla Agendy 2030

Tzw. idea miasta 15-minutowego: Mieszkańcy mają mieć zapewnioną możliwość „spełnienia wszystkich potrzeb życiowych” „w bezpośrednim sąsiedztwie miejsca zamieszkania”.

Miasta mają być podzielone na kwartały, które w razie potrzeby można odciąć od innych dzielnic.

=============================

Agnieszka Stelmach https://pch24.pl/inteligentne-i-odporne-czy-miasto-ma-stac-sie-gettem/

#agenda 2030 #dekarbonizacja #miasto #miasto 15 minutowe #zrównoważony rozwój

(GS/PCh24.pl)

Kraków, Warszawa, Łódź, Rzeszów i Wrocław to „pionierskie” miejsca, które mają być szybciej przekształcone w tzw. miasta odporne, zdekarbonizowane do 2030 roku. Wnioski płynące z wdrożenia tam „innowacyjnych” rozwiązań posłużą za wzór do naśladowania w całej UE i na świecie.

29 września 2021 r. Komisja Europejska w ramach programu Horyzont Europa uruchomiła pięć misji, które z założenia mają poprawić jakość życia mieszkańców. Jedna dotyczy tworzenia do końca obecnej dekady neutralnych dla klimatu, „odpornych” i „inteligentnych miast”. W kwietniu 2022 r. wybrano do eksperymentalnego programu – spośród 377 zgłoszonych aglomeracji – 100 miast z całej Europy i kilka spoza niej.

Z Polski wydelegowane zostały: Kraków, Warszawa, Łódź, Rzeszów i Wrocław.

Inne „misje” obejmują program przystosowania się do zmian klimatu – który na mobilizację dzieci i młodzieży do strajków ekologicznych na dużą skalę przewiduje 100 mln euro – czy projekty związane z ochroną oceanów, mórz i wód, walki z rakiem i zapewnienia zdrowej gleby oraz żywności.

Misje to „projekty badawcze i innowacyjne, środki polityczne i inicjatywy ustawodawcze, służące osiągnięciu konkretnych celów o dużym wpływie społecznym i w określonym czasie”. Jak zaznacza KE, „pięć misji będzie miało na celu dostarczenie rozwiązań dla kluczowych globalnych wyzwań do 2030 r.”

Komisarz Margrethe Vestager, odpowiedzialna m.in. za cyfryzację i konkurencję unijnej gospodarki wyjaśniła, że misja to „oryginalna koncepcja w polityce UE”, a Komisja Europejska chce „dostarczać rozwiązania dla kluczowych globalnych wyzwań do 2030 roku!”. Miasta wybrane do projektu przedstawią Climate City Contracts (kontrakty klimatyczne zawarte pomiędzy włodarzami miast a mieszkańcami). Do 2023 r. wybrane aglomeracje mają położyć podwaliny pod realizację ambitnych planów dekarbonizacji, na co przeznaczono z unijnych środków 1,9 mld euro.

Na całym świecie obszary zurbanizowane obejmują zaledwie 1 proc. powierzchni gruntów. W Europie na terenie miast mieszka 3/4 obywateli. Bruksela twierdzi, że w skali globalnej obszary miejskie zużywają 2/3 światowej energii. Ponadto mają odpowiadać za ponad 70 procent emisji dwutlenku węgla. KE tłumaczy, że „ważne jest, aby miasta działały jako ekosystemy eksperymentów i innowacji, pomagając wszystkim innym w ich transformacji w kierunku neutralności klimatycznej do 2050 roku”.

Unijne miasta jako „naturalne poligony doświadczalne” dla Agendy 2030

Szefowa KE Ursula von der Leyen, mówiąc w kwietniu o ekologicznej transformacji w Europie, podkreśliła, że „zawsze potrzebni są pionierzy, którzy stawiają sobie jeszcze wyższe cele”. Do tych „pionierów” należy między innymi Kraków.

Zgodnie z „kontraktami klimatycznymi”, miasta powinny przedstawić ogólny plan osiągnięcia neutralności klimatycznej w sektorach takich, jak: energia, budownictwo, gospodarka odpadami i transport, wraz z powiązanymi planami inwestycyjnymi.

Wiceszef KE Frans Timmermans, odpowiedzialny za Europejski Zielony Ład zaznaczył, że „miasta są często ośrodkiem zmian, których Europa potrzebuje, aby odnieść sukces w przejściu na neutralność klimatyczną”.

Wiceprzewodnicząca KE Vestager dodała, że Europa „musi przyspieszyć przejście na neutralność klimatyczną”, „zakończyć zależność od paliw kopalnych”. Z kolei Adina Vălean, komisarz ds. transportu wprost stwierdziła, że „w dążeniu do tego, by do 2030 r. stać się inteligentnymi i neutralnymi dla klimatu, 100 ogłoszonych dziś miast UE będzie naturalnymi poligonami doświadczalnymi innowacyjnych, zintegrowanych rozwiązań wielu problemów, z którymi borykają się dziś nasi obywatele, w tym mobilności miejskiej”.

Nabór do programu misji ogłoszono w listopadzie 2021 r. i trwał on do końca grudnia. Ostatecznie – po dwuetapowym procesie – w kwietniu KE wybrała spośród 377 zgłoszonych miast 100, w których mieszka 12 proc. ludności UE. W misji biorą udział m.in. miasta z: Finlandii (Espoo, Helsinki, Lahti, Lappeenranta, Tampere, Turku), Estonii (Tartu), Łotwy (Lipawa, Ryga), Litwy (Taurage, Wilno); wspomniane już pięć z Polski, a także z Czech (Liberec), ze Słowacji (Bratysława, Koszyce), Węgier (Budapeszt, Miszkolc, Pecz), Cypru (Limassol), Danii (Aarhus, Kopenhaga, Sønderborg), Holandii (Amsterdam, Eindhoven i Helmond, Groningen, Rotterdam, Haga, Utrecht), Belgii (Antwerpia, Region Stołeczny Brukseli, La Louviere, Leuven), Francji (Metropolia Angers-Loara, Metropolia Bordeaux, Metropolia Dijon, Dunkierka, Grenoble-Alpy, Metropolia Lyon, Marsylia, Metropolia Nantes, Paryż), Luksemburga, Bułgarii (Gabrowo, Sofia), Rumunii (Bukareszt, Kluż-Napoka, Suczawa), Grecji (Ateny, Janina, Kalamata, Kozani, Saloniki, Trikala), Chorwacji (Zagrzeb), Słowenii (Kranj, Lublana, Velenje), Malty (Gozo), Niemiec (Akwizgran, Dortmund, Drezno, Frankfurt nad Menem, Heidelberg, Lipsk, Mannheim, Monachium, Münster ), Austrii (Klagenfurt), Włoch (Bergamo, Bolonia, Florencja, Mediolan, Padwa, Parma, Prato, Rzym, Turyn), Szwecji (Gävle, Göteborg, Helsingborg, Lund, Malmo, Sztokholm, Umea), Irlandii, Hiszpanii (Barcelona, Madryt, Sewilla, Walencja, Valladolid, Vitoria-Gasteiz, Saragossa), Portugalii (Guimarães, Lizbona, Porto) itd. Te miasta mają być „centrami eksperymentów i innowacji”.

Sztandarowym modelem dla nich jest tzw. miasto 15-minutowe.

Kraków i „Klimatyczny Kwartał”

Zarząd Transportu Publicznego w Krakowie wskazuje, że zgodnie z ideą „15-minutowego miasta” realizuje projekt „Klimatyczny Kwartał” na obszarze dzielnicy Kazimierz oraz części Grzegórzek. „(…) to przełomowy projekt urbanistyczny (…). Obejmuje działania dotyczące poprawy jakości przestrzeni publicznej, mobilności, zieleni oraz rewitalizacji. Klimatyczny Kwartał jest początkiem zmian w myśleniu, planowaniu i kształtowaniu przestrzeni publicznej naszego miasta (…). Ważny, o ile nie najważniejszy, jest w tym projekcie wymiar ludzki wyrażany w budowaniu nowych więzi sąsiedzkich i mocniejszym dbaniu o już istniejące, zwiększaniu udziału tych, którzy na co dzień tam żyją i pracują w kształtowaniu ich otoczenia oraz wsparciu miasta w dążeniach do ww. zmian”.

Obszar programu ograniczony jest ulicami: Dietla, Grzegórzecką, Aleją Daszyńskiego i rzeką Wisłą. W ramach kwartału realizowane są projekty związane: „z przywróceniem rezydencyjnego charakteru ul. Dietla, zdefiniowaniem funkcji zrewitalizowanej ul. Krakowskiej, rewitalizacja Placu Wolnica, stworzenie ulic ogrodów, przebudowa i rewitalizacja Placu Nowego, przebudowa i rewitalizacja ul. Starowiślnej, park Kolejowy i rowero-strada, zielony Plac Grzegórzecki SKA”.

Zarząd tłumaczy, że „jednym z głównych założeń projektu jest urzeczywistnienie tzw. idei miasta 15-minutowego”. Mieszkańcy mają mieć zapewnioną możliwość „spełnienia wszystkich potrzeb życiowych” „w bezpośrednim sąsiedztwie miejsca zamieszkania, bez konieczności odbywania zbędnych podróży na dłuższe odległości”. Powinni być w stanie zrobić codzienne zakupy i zrealizować hobby, spotkać się ze znajomymi w dystansie, który można pokonać w ciągu 15 minut pieszo lub na rowerze.

„Miasta 15-minutowe”, czyli jakie?

Mają być neutralne dla klimatu, chronić środowisko i przestrzeń miejską, sprzyjać budowaniu wspólnoty poprzez większe zaangażowanie obywateli i przymusową interakcję. Społeczność musi przyjąć do wiadomości, że takie zmiany są konieczne w celu redukcji emisji dwutlenku węgla, które to emisje rzekomo mają „negatywnie wpływać na zdrowie i jakość życia”.

Chociaż KE podkreśla, że „kontrakty miast klimatycznych”, przewidujące osiągnięcie tzw. neutralności klimatycznej w przyspieszonym tempie, bo już do 2030 roku, są planami politycznymi, to jednak nie stanowią prawnie wiążących zobowiązań.

Tymczasem radni Krakowa są zdeterminowani realizować szereg programów ideologicznych i poddawać obywateli eksperymentom, ingerując w ich podstawowe prawa i wolności.

Do przyspieszenia wdrażania tego typu programów w UE przyczyniła się tzw. pandemia. Oto znaleziono uzasadnienie dla budowania „odpornych” i „zrównoważonych” miast, którymi będzie można sprawniej zarządzać i które pozwolą na lepszą kontrolę obywateli.

„15-minutowe miasta” są tworzone poprzez usuwanie miejsc parkingowych, mnożenie barier dla kierowców, zmuszanie (poprzez wysokie opłaty) do rezygnacji z posiadania samochodów. Miasta takie koncentrują się na zapobieganiu rozlewania się na zewnątrz (zwarta zabudowa i dogęszczanie), co pozwoli ograniczyć konieczność rozbudowy i utrzymania niezbędnej infrastruktury dostarczającej wodę, ciepło, odbierającej śmieci, ścieki itp. Miasta takie mają być integracyjne, różnorodne i równe.

Zgodnie ze zdecentralizowanym modelem planowania urbanistycznego, dzieli się tereny miejskie na sektory/kwartały, w których w ciągu 15 minut pieszo lub na rowerze będzie można dotrzeć do sklepu spożywczego, przychodni, szkoły czy pracy. Dzielnice mają być maksymalnie zróżnicowane etnicznie, a także pod względem dochodów, „orientacji seksualnej” itp. Ludzie winni być stłoczeni na małej powierzchni, by często wchodzili w interakcje i się integrowali. Najlepiej byłoby, aby znaczną część czasu spędzali na ulicach – już nie przeznaczonych do jazdy samochodami – ale przerobionych na ścieżki rowerowe, ogródki kawiarniane, platformy do ładowania hulajnóg itp. Powinni także mniej konsumować i nie produkować zbyt wiele śmieci. Ludzie winni mieliby zadowolić się nabywaniem rzeczy używanych i gorszej jakości. W programie zawarte są jednak także atrakcyjne elementy, mające zapewnić społeczną przychylność. Między innymi, w myśl założeń, bieżące potrzeby żywnościowe winny zapewnić lokalne warzywniaki, w których sprzedawano by produkty uprawiane wspólnie albo dostarczane z pobliskich gospodarstw itp.

Idea wywodzi się z lat 20. ubiegłego wieku, ale została zmodyfikowana niecałą dekadę temu, a „pandemia” przyspieszyła jej wdrażanie

„Miasta 15-minutowe” nawiązują do idei „jednostek sąsiedzkich” opracowanych przez amerykańskiego planistę Clarence’a Perry’ego, który był przerażony chaotycznym rozwojem Nowego Jorku i liczbą wypadków. Stąd starał się tak projektować dzielnice, by gwarantować np. bezpieczne dojście do szkoły. Jego idea spotkała się z krytyką i licznymi kontrowersjami, ponieważ model projektowania dzielnic sprzyjał gettyzacji i utrwalaniu patologii. Osiedla zamiast łączyć i integrować, dzieliły mieszkańców na sektory pod względem: rasowym, religijnym i klasowym. Miasta rozlewały się na zewnątrz.

Mimo krytyki koncepcja zyskała na znaczeniu w latach 80. minionego stulecia, a w szczególności w ostatnim dziesięcioleciu. Nieco zmodyfikował ją francusko-kolumbijski profesor Carlos Moreno wykładający na Sorbonie. Idea jest lansowana zwłaszcza przez paryską burmistrzynię Anne Hidalgo, która wypowiedziała wojnę autom już w 2014 r. Prof. Moreno jest jej bezpośrednim doradcą. Swoich rad udziela także agendom oenzetowskim.

Ideę miast 15-miniutowych promuje stowarzyszenie burmistrzów – C40 Mayors. Pomysł jest zalecany w tzw. zielonych ładach, czyli programach zaproponowanych w celu odbudowy gospodarki po tzw. pandemii.

Model „15-mntiowych miast” jest ściśle związany z tzw. budżetem partycypacyjnym. Zaangażowanie obywateli w planowanie niektórych wydatków ma legitymizować model dekarbonizacji miast w przyspieszonym tempie.

Maimunah Mohd Sharif, dyrektor wykonawczy UN-Habitat wskazuje, że „15-minutowe miasta” skupiają się na „rozwoju zorientowanym na transport, który promując gęściejszą, mieszaną zabudowę wokół usług transportu publicznego i ścieżek dla pieszych, przyspiesza odejście na dużą skalę od polegania na prywatnych pojazdach silnikowych”.

Financial Times przekonuje, że „15-minutowe miasta” promują zaangażowanie społeczności lokalnej, zmniejszają korki i poprawiają jakość życia w dzielnicach. Szybciej zaspokajają podstawowe potrzeby, dzięki czemu życie w miastach staje się wygodniejsze i mniej stresujące. Ponadto pozwalają zapewnić „równość w strukturach życiowych i możliwościach zawodowych, wraz z silną akceptacją społeczności dla różnych kultur i stanowią filary odpornego życia”.

Przebudowa miast zgodnie z tą ideą służy zaprojektowaniu „nowego miejskiego stylu życia”. Stylu narzucanego odgórnie przez miejskich planistów i włodarzy.

W Agendzie burmistrzów C40 podkreśla się, że chodzi o stworzenie „odpornych miast” przygotowanych na kolejne blokady z powodu pandemii, buntów czy innych przyczyn. Miasta mają być podzielone na kwartały, które w razie potrzeby można odciąć od innych dzielnic. W każdym kwartale ma być zapewniony dostęp do artykułów spożywczych, świeżej żywności i opieki zdrowotnej.

W wielokulturowych dzielnicach mają być dostępne różne typy przystępnych cenowo mieszkań. Osoby je zamieszkujące powinny być w stanie pracować w okolicy albo przynajmniej zdalnie lub w systemie mieszanym. Należy dążyć do eliminacji samochodów prywatnych, mnożyć przeszkody dla kierowców i zmusić obywateli do chodzenia pieszo lub jazdy na rowerze albo hulajnogami, ewentualnie wynajmowanymi samochodami elektrycznymi.

Powinno powstać więcej skwerów zielonych, siłowni na świeżym powietrzu, gdzie będzie odbywała się integracja obywateli i gdzie łatwo będzie można zbierać dane o ich wzorcach zachowania za pośrednictwem licznych czujników (inteligentne miasta). W każdej dzielnicy winny powstać mniejsze biura oraz przestrzenie handlowe, hotelarskie i co-workingowe.

Wprost mówi się o konieczności tworzenia barier dla kierowców, przekształcania jezdni w ścieżki rowerowe i korytarze dla pieszych, ułatwiające „miękki” transport i zmniejszające wygodę podróżowania samochodem (np. drogi jednokierunkowe, likwidacja miejsc parkingowych itp.).

Wskazuje się planistom, by skorelowali cele zrównoważonego rozwoju z inicjatywami urbanistycznymi. Bardzo ważne jest zapewnienie poparcia społeczności dla idei „miast zwartych”, ponieważ będą one wymagały szeroko zakrojonej transformacji i poniesienia dużych kosztów.

Ludzie mają zaakceptować technokratyczne narzucone z góry projekty. Wprost pisze się o tym, że mieszkańcy „muszą być świadomi korzyści i zaakceptować zmianę”. Nie mogą przeciwstawić się idei planistów. Dlatego też postuluje się nowy typ zarządzania określany mianem: „zarządzania miejscem”. Idee tę rozwija amerykański uniwersytet Georgetown.

Testowane na ludziach

Przed trzema laty, w ramach Zielonego Nowego Ładu Los Angeles ogłosiło zamiar zbudowania zdecentralizowanej infrastruktury społecznej. Chodziło o to, by na wypadek blokad i innych zagrożeń wszyscy mieszkańcy o niskich dochodach żyli w promieniu pół mili od źródeł świeżej żywności.

Wdrożenie programów promujących przystępne cenowo mieszkania w każdej dzielnicy włodarze miast zamierzają osiągnąć poprzez ustanowienie obowiązkowych wymogów dotyczących każdej nowej inwestycji. Innym sposobem był przykładowo podział na strefy integracyjne. Ponadto urbaniści i deweloperzy mogą otrzymać zachęty lub premie za budownictwo wielorodzinne służące dogęszczaniu dzielnic, jak np. w Johannesburgu, który w 2020 roku prowadził programy zwiększenia niezbyt drogich mieszkań i rozwiązania problemu braku różnorodności społecznej pod względem rasy i dochodów w całym mieście.

Zgodnie z koncepcją „15-minutowych miast” planuje się zmianę zasad użytkowanie przestrzeni miejskich i nieruchomości, co wiąże się z wysiedlaniem ze śródmieść ludzi mniej zamożnych, którzy nie będą w stanie wytrzymać presji podatkowej. Ewentualnie będą oni musieli zdecydować się na tzw. co-living, czyli wspólne zamieszkiwanie np. z obcymi osobami (starsi ze studentami itd.).

Generalnie podzielone na sektory miasta czeka maksymalne dogęszczenie i zróżnicowanie pod każdym możliwym względem. Stłoczonych ludzi na małych powierzchniach zmuszać się będzie do interakcji. Najmniej zarabiający mają prowadzić warzywniaki, warsztaty, sprzedawać na straganach. Ludzie będą zachęcani do tworzenia małych spółdzielni, uprawiania warzyw, by ograniczyć potrzebę transportu żywności w razie lockdownu. Mają nie wytwarzać śmieci i zużywać mniej wszelkich dóbr konsumpcyjnych. Postuluje się upowszechnienie wszelkich second-handów, warsztatów naprawy oraz swoistych „kopalni” odzyskiwania surowców do produkcji (gospodarka o obiegu zamkniętym).

Co więcej, ludzie mają wzajemnie się obserwować, oddziaływać na swoje zachowanie, by ułatwić proces zarządzania społecznością. Pomogą w tym nowe aplikacje i systemy monitoringu tzw. inteligentnych miast. To swoiste przygotowanie do wdrożenia na większą skalę systemu kredytu społecznego, jak w Chinach, w którym za pożądane przez władze zachowanie będzie się nagradzać, a karać za „niepoprawne”.

W Paryżu burmistrz Anne Hidalgo poprzez program La Ville Du Quart d’Heure (dzielnica – godzinne miasto) chce sprawić, by stolica Francji stała się zeroemisyjna do 2030 r. Dlatego zamierza zlikwidować liczne miejsca parkingowe i na każdej ulicy poprowadzić ścieżkę dla rowerzystów. Wszystkie dzielnice mają być w stanie zaspokoić podstawowe potrzeby paryżan w ciągu 15 minut od wyjścia z domu pieszo bądź wyjazdu rowerem lub środkami transportu publicznego.

Priorytetowy ma być łatwy dostęp do miejsc pracy, sklepów, szkół, przychodni i wydarzeń kulturalnych. Ta ekologiczna transformacja opiera się na czterech filarach: bliskości, różnorodności, gęstości i wszechobecności.

Miasto przyjęło podejście „hiper-bliskości” i „wielofunkcyjnych lokalizacji”. Stąd radykalne zmniejszenie liczby pasów dla samochodów, aby zwolnić miejsce na drogach dla pieszych i rowerzystów. Szkoły w nocy mają służyć za obiekty rekreacyjne. W planach jest utworzenie „ulic dziecięcych” w pobliżu szkół. Ma powstać więcej straganów, gdzie lokalną żywność będzie sprzedawała kolorowa ludność.

Burmistrz zapowiedziała 350 mln euro dofinansowania na stworzenie ścieżki rowerowej na każdej ulicy do 2024 r. i likwidację 60 tysięcy miejsc parkingowych dla samochodów prywatnych. Koszary Minimes i inne przemysłowe zabudowania przerabiane są na mieszkania komunalne.

W Portland (USA) np. realizuje się pilotażowe plany wydawania pozwolenia na parkowanie współ-użytkowanych pojazdów i na tzw. sprawiedliwą mobilność, likwiduje „strefy wykluczające” poprzez budowanie w dzielnicach dla zamożnych mieszkań komunalnych.

W Sztokholmie realizuje się hiperlokalną odmianę, „jednominutowego miasta” na dużą skalę. W 2020 r. wszczęto pilotażowy projekt agencji innowacji Vinnova i think-tanku projektowego ArkDes. Plan koncentruje się na zagospodarowaniu „przestrzeni przed twoimi drzwiami – oraz sąsiadów obok i naprzeciw”. Z kolei Street Moves – na przekształceniu ulic w przestrzenie wielofunkcyjne i integracyjne. Jak się wskazuje, chodzi „o odzyskiwanie miejsc parkingowych w celu poprawy życia w mieście” i „eksperymentowanie z prototypami, które dają pierwszeństwo pieszym i rowerzystom”. Instaluje się platformy drewniane z ławeczkami na ulicach w celu zmuszenia obywateli do integracji.

Ulice – zgodnie z intencją pomysłodawców – mają stać się „rozbudowanymi przestrzeniami mieszkalnymi dla obywateli”. Jak w przypadku Latynosów, życie domowników powinno przenieść się właśnie na ulice. Przestrzeń można w dowolny sposób przekształcać w zależności od lokalnych potrzeb.

Street Moves to projekt realizowany przez ArkDes, włodarzy Sztokholmu, Szwedzką Agencję Transportu, firmę zajmującą się współdzieleniem samochodów Volvo Car Mobility oraz serwis skuterów elektrycznych Voi. Projekt jest finansowany przez Vinnovę.

Pilotaże prowadzi się w Sztokholmie, Göteborgu i Helsingborgu. Celem zaś „nie jest udostępnienie wszystkiego w ciągu jednej minuty, ale raczej ponowne wyobrażenie sobie skrawków ulicy bezpośrednio przed domem jako krytycznych przestrzeni łączących społeczności, a nie tylko miejsc do przemieszczania się i parkowania samochodów”. Jeśli projekt powiedzie się, Szwecja planuje wdrożyć program na każdej ulicy w kraju do 2030 roku.

Prof. Moreno o roli „15-minutowych miast”

Prof. Moreno, który od 2016 r. popularyzuje koncepcję „15-minutowego miasta” wyjaśnia, że chodzi o to, aby miasto mogło spełniać sześć podstawowych funkcji (mieszkania, pracy, handlu, zdrowia, edukacji i rozrywki) w odległości kwadransowego spaceru lub przejażdżki rowerem od domu. Podstawowe filary modelu to: gęstość, bliskość, różnorodność i cyfryzacja.

Miasto powinno podążać za rytmem ludzi, a nie samochodów. Każdy metr kwadratowy służyć ma do wielu celów. Miasta będą projektowane w taki sposób, by ludzie przestali podróżować. Konieczna jest więc: masowa decentralizacja przestrzenna; transformacja istniejącej infrastruktury; rozwój nowych usług dla każdej dzielnicy; przekształcenie ulic w ścieżki rowerowe i strefy dla pieszych; nowe modele ekonomiczne, które pozwolą na rozwój lokalnego biznesu.

Krytyka: gettyzacja i pozbawianie ludzi możliwości rozwoju

Tego typu model jest krytykowany za promocję gettyzacji, segregacji i izolacji dzielnic. Prof. Edward Glaeser z Uniwersytetu Harvarda wzywa do „zakopania pomysłu podziału miast na 15-minutowe kwartały”, mówiąc że zwłaszcza po tzw. pandemii covid-19 powinno dążyć się do uzyskania większej więzi społecznej między dzielnicami, a nie ich izolacji.

Wskazuje, że de facto powstają getta, a mieszkańcy niektórych dzielnic pozbawiani są możliwości rozwoju.

Naukowiec powołał się na badania na temat mobilności, sugerujące, że dorastający w miastach radzą sobie znacznie gorzej jako dorośli niż dzieci, które dorastały na przedmieściach i nie były przywiązane do gorszej jakości szkół, jak to niekiedy ma miejsce w niektórych dzielnicach aglomeracji miejskich. Prof. Glaeser obawia się przywiązania ludzi do kwadransowych dzielnic, w których niekoniecznie będzie dobra szkoła, przychodnia itp. Zostaną ograniczone możliwości rozwoju albo będzie panowała segregacja. Kompaktowe miasta mogą sprzyjać większej izolacji bogatych od biednych i pogłębianiu nierówności oraz tworzeniu swoistego systemu kastowego, niejako zamykając drogę do wyrwania się z niego.

Profesor sugeruje, że zgodnie z koncepcją „15-minutowego miasta” zakłada się, iż niemal wszyscy będą w stanie pracować zdalnie. Tymczasem np. w USA w czasie tzw. lockdownów 30 proc. ludzi nie mogło wykonywać swojej pracy wirtualnie. Co więcej, jedynie 5 procent Amerykanów bez wykształcenia średniego pracowało zdalnie.

Przyjęcie modelu „15-minutowego miasta” – w jego opinii – pogłębi te dysproporcje i „świat stanie się jeszcze bardziej katastrofalnie nierówny”.

Wykładowca Harvarda jest przeciwny zastępowaniu kontaktów twarzą w twarz pracą zdalną, Mamy dowody, że niszczą one delikatną tkankę więzi społecznych i negatywnie odbijają się na zdrowiu psychicznym ludzi.

Inni krytycy „15-minutowego miasta” zwracają uwagę, że ten model nie nadaje się do wdrożenia poza Europą. Ponadto, jest to próba tworzenia nowej urbanistycznej eutopii (miejsca idealnego dobrobytu), która nie powiedzie się i wygeneruje szereg problemów oraz pogłębi stare.

Podnosi się argumenty, że taki model urbanizacji uniemożliwi mniej zamożnym mieszkańcom możliwość dojazdu do pracy z przedmieść do metropolii. Przyczyni się także do drastycznego wzrostu cen mieszkań, jak np. w Paryżu.

Tamtejsze władze, by poradzić sobie z tym problemem zachęcają do dogęszczania mieszkań i promują co-living (wspólne zamieszkiwanie starszych ludzi z młodszymi), by obniżyć koszty utrzymania i tworzyć więzi społeczne między pokoleniami. Jednocześnie celowo podnoszą opłaty za mieszkania w śródmieściu, aby na rynku pojawiło się więcej ofert nieruchomości.

Socjolog Elisa Pieri z Uniwersytetu w Manchesterze przestrzega, by planując tego typu transformację miast upewnić się, że w każdej dzielnicy, w każdym sektorze dostępna jest infrastruktura o wysokich standardach, aby się nie okazało, że niektórzy mieszkańcy będą skazani na życie w dzielnicach zmarginalizowanych, z fatalnymi lekarzami i szkołami. Może to bowiem doprowadzić do dyskryminacji i nierówności oraz „stygmatyzacji terytorialnej”.

Elena Magrini, analityk z brytyjskiego think-tanku Centre for Cities ostrzega, że próba wypychania mieszkańców z centrów miast i zamykania ich w dzielnicach może ograniczyć kreatywność.

Feargus O’Sullivan ostrzega przed próbą zaszczepienia tego typu miast w Ameryce Północnej, obawiając się utrwalenia gettyzacji. Z kolei Doug Bright wątpi, by „15-minutowe miasta” były w stanie zagwarantować równość. Badacz analizował kwestie ubóstwa i dostępności pewnych usług w dzielnicach Chicago. Na podstawie wyników swoich obserwacji sugeruje, że wszelkie strategie planowania zaimportowane (zwłaszcza w sposób odgórny) z innych miast, należy traktować ze zdrowym sceptycyzmem, ponieważ nie uwzględniają one ważnych niuansów i kontekstów.

Model „15-minutowych miast” ma rzekomo sprzyjać tworzeniu egalitarnych siedlisk i „ponownemu łączeniu ludzi z obszarami lokalnymi i lokalizowania życia miejskiego”. Dzielnice mają być samowystarczalne, by nie trzeba było zapewniać wydajnych środków transportu publicznego, umożliwiających dostęp do udogodnień w innych częściach aglomeracji.

Przy przeprojektowywaniu skupisk miejskich istotne jest określenie parametrów (jak definiujemy i mierzymy bliskość kluczowych udogodnień miejskich). Konieczne jest określenie krytycznej infrastruktury, różnych obszarów oddziaływania, a także czynników związanych z bliskością, jak również sposobów zaspokajania nowo pojawiających się potrzeb społeczności.

Tworzone gęste, wielofunkcyjne dzielnice mają emitować mniejsze ilości dwutlenku węgla i być bardziej oszczędne.

Moreno, strategiczny partner w inicjatywie C40/NREP i UN-Habitat wskazuje, że pilotażowe programy „15-minutowych miast” mają być jedną z pierwszych prób skoordynowania wysiłków lokalnych urzędników z całego świata w celu ustanowienia standardów projektowych i planów, które mogą naśladować inne miasta.

Nowy model planowania urbanistycznego taki, jak jest wdrażany w Paryżu, ma stanowić szablon tworzenia silniejszych i bardziej szczęśliwych społeczności lokalnych.

Moreno, który specjalizuje się w złożonych systemach i innowacjach na Uniwersytecie Paryskim 1 Panthéon-Sorbonne, uważa, że ​​„nigdy nie będzie” powrotu do miejskiego życia, takiego, jakie istniało przed tzw. pandemią.

Jako specjalny wysłannik paryskiego ratusza ds. inteligentnych miast, uważany za kluczowego teoretyka stojącego za niedawnym odrodzeniem się nowego modelu planowania urbanistycznego, wyjaśnia, że „15-minutowe miasta” są w programie obszarów metropolitalnych na całym świecie, a w Paryżu ten model wdrażany jest już od 2014 r., odkąd burmistrz Hidalgo zakazała wjazdu do centrum pojazdów emitujących duże ilości zanieczyszczeń.

Zdaniem Richarda Bentalla, profesora psychologii z University of Sheffield, który badał wpływ covid-19 na zdrowie psychiczne i społeczne, zmiana struktury miast sprawi, że ludzie będą odporniejsi na nowe wstrząsy, blokady itp. – Coraz bardziej stajemy się gatunkiem miejskim, ale środowisko miejskie wiąże się z gorszym zdrowiem psychicznym. W przypadku covid niektórzy ludzie ucierpieli, inni odnieśli korzyści. Badania pokazują, że im częściej wchodzisz w interakcje z sąsiadami, tym lepiej. Jeśli masz poczucie przynależności do swojej okolicy, jest to potężna ochrona twojego zdrowia psychicznego. Jeśli 15-minutowe miasta mogą osiągnąć tę równowagę, być może uda się osiągnąć szczęśliwą przyszłość miejską – wyraził nadzieję.

Prof. Moreno uważa, że wskutek „pandemii” ludzie zrozumieli, iż można pracować inaczej, mieć więcej wolnego czasu, by spędzać go z rodziną i przyjaciółmi. Ludzie docenili sąsiedztwo. Dlatego badacz jest przekonany, że wdrożenie „15-minutowych miast” pomoże nam w osiągnięciu szczęścia i sprawi, że „będziemy bardziej zaangażowanymi mieszkańcami”.

Tak czy inaczej, europejskie miasta już stały się gęściejsze, co wynika z połączenia pustych działek, większej liczby osób mieszkających we wspólnych mieszkaniach oraz przekształcania istniejących gruntów śródmiejskich w gęściejszą zabudowę. Rozwój gruntów naturalnych lub rolniczych na obrzeżach miast dramatycznie zwolnił.

To efekt unijnej polityki wprowadzonej w 2011 r.: „zero zajmowania gruntów netto do 2050 r.”, by zatrzymać proces „rozlewania się miast na zewnątrz”. Zabudowa miejska ma być gęsta, zwarta, łatwa do kontrolowania za pośrednictwem systemu monitoringu i czujników instalowanych w ramach tzw. inteligentnych miast. Gęstsza zabudowa sprzyja cyfryzacji i technologiom Czwartej Rewolucji Przemysłowej (Internet rzeczy, 6G, cyfrowe bliźniaki itp.). Pozwoli na szybsze zbieranie danych o aktywności ludzi i modelowanie ich zachowań. Poza tym znacznie zadłużone miasta zaoszczędzą środki w związku z dostawą mediów i transportu publicznego.

W kontekście tych „zalet”, stłoczenie znacznej liczby mieszkańców w jednym miejscu i realne pogorszenie ich jakości życia, atomizacja jednostek, chcących zachować odrobinę intymności, schodzą na dalszy plan.

Włodarze miast nie przejmują się drastycznym pogarszaniem warunków, wprowadzając odgórne zakazy, a to dotyczące ogrzewania domu w określony sposób, a to poruszania się prywatnym autem. Centralne sterowanie ma się dobrze.

Agnieszka Stelmach

=====================

mail:

Traffic filters will divide city into six „15 minute” neighbourhoods, agrees highways councillor

https://www.oxfordmail.co.uk/news/23073992.traffic-filters-will-divide-city-six-15-minute-neighbourhoods-agrees-highways-councillor/

ROAD blocks stopping most motorists from driving through Oxford city centre will divide the city into six „15 minute” neighbourhoods, a county council travel chief has said.

And he insisted the controversial plan would go ahead whether people liked it or not.

„Green” Greta Thunberg Turns Left… and Red. [To dyktat „kapitału”].

„Green” Greta Thunberg Turns Left… and Red

by John Horvat II https://www.tfp.org/greta-thunberg-turns-leftand-red/

When climate activist Greta Thunberg appeared on the scene some years ago, the media celebrated her as a child hero intent on saving the earth’s environment. She scolded world elites for depriving her of her childhood, an act that made her an overnight sensation. Time Magazine selected her as its Person of the Year. Now, as the 19-year-old Swedish activist matures into adulthood, she is showing her true colors. And the color is red, not green.

At a recent book launching in London, Greta shocked some observers by targeting the West’s “oppressive” capitalist system as the cause of all climatic ills. The move is surprising since she has always made generous use of this oppressive system to spread her alarmist message. Indeed, Greta has no problem using the capitalist marketing system as a platform for promoting her new book. She also sees no harm in sacrificing plenty of trees the publishing industry needs to print up books for a mass audience.

However, what surprises many is that this strange darling of the greens would align herself so clearly with Marxist ideas. Part of her effectiveness was her ability to display a naïve childlike attitude that psychologically disarmed those who heard her. She seemed immune to leftist propaganda and incapable of a hidden agenda.

Coming Out Red

As she grows up in her bitterness, the poster child of the eco-movement comes out of the red closet. Her embracing of the left proves that climate activism taken to its final consequences will always lead to anti-Western communist ideology. The various doctrines of the left all eventually merge into one. Catholic thinker and man of action, Prof. Plinio Corrêa de Oliveira, likens this to a thousand individual fires that come together to form the unity of a single forest fire. So also, the ecological cause melds into the Marxist pot.

Thus, “exploitation” of the earth seamlessly becomes synonymous with economic oppression. Greta is now calling for “system-wide transformation.” She rails against “those in power,” which she identifies as the cause of climate breakdown. All these things are part of “the exploitation of people and the planet.” She imagines the system as having “roots in racist, oppressive extractivism (sic!)” that only desires to “maximize short-term profits for a few.”

Greta now minces no words, calling for the overthrow of the whole capitalist system that is “a system defined by colonialism, imperialism, oppression and genocide by the so-called global North to accumulate wealth that still shapes our current world order.”

No Marxist attack is complete without a tirade against the opposition, which she instantly labels as “fascist movements offering easy, false solutions and scapegoats to complex problems.”

All these attacks are read straight from the Marxist script.

A Book Greta Did Not Write

The broadside against capitalism did not get in the way of the business of selling her book. The de-growth activist appeared at London’s prestigious Royal Festival Hall in late October to launch her 464-page manifesto, The Climate Book: The Facts and Solutions. The liberal establishment pulled out all the stops to welcome this book that desires the West’s destruction. Amazon’s algorithms are already hard at work turning this full-color tome into a bestseller. Penguin Press is drumming up publicity as it releases it in the U.K. and worldwide. Americans will have to wait for the official U.S. release on February 14, 2023.

The hullaballoo is all about a work that Greta did not write entirely. Following sound marketing practice, her name is attached to the work. She merely stitches together a compilation of essays from 100 leftist “experts,” which make up most of the title’s content.

Scattered inside its pages are well-known leftists like writer Naomi Klein, World Health Organization chief Tedros Adhanom Ghebreyesus, eco-writer Bill McKibben and French economist Thomas Piketty. However, for the most part, the diverse collection is a who-is-not-who of obscure scientists, novelists, indigenous leaders and other “experts” that make up the closed eco-world of activists peddling their tired narrative of doom. Most people will not recognize the “experts” or follow their pseudo-science.

Finding Merit

The new book does have some merits. It shows that while the leftist experts manifest themselves differently, they all come together to promote a single cause. The book also documents Greta’s transformation from a climate change campaigner to an anti-capitalistic, anti-everything leftist militant.

The launching makes it clear that Greta is a creature of the media, supported by the liberal establishment that she hates. The carbon-heavy production of the work shows how activists break their own rules when it comes to advancing their revolution.

The shame, however, is that it is a waste of good trees…

COP27. Wzywają do ograniczenia mięsa. Ich menu: Medaliony wołowe,łosoś, owoce morza; najdroższe wina. Przylecą, czy przypłyną kajakami, jak  Aleksander Doba?

COP27. Wzywają do ograniczenia mięsa. Menu: Medaliony wołowe,łosoś, owoce morza; najdroższe wina. Przypłyną kajakami, jak  Aleksander Doba?

https://nczas.com/2022/11/08/cop27-wzywaja-do-ograniczenia-miesa-tymczasem-menu-na-szczycie-wyglada-tak/

Światowi przywódcy i delegaci lecący do Egiptu na konferencję klimatyczną COP27 będą mogli zjeść najlepsze dania z mięsa. Co jest ciekawe, bo na tym samym szczycie będą przekonywać zwykłych ludzi, że powinni ograniczyć spożycie mięsa dla dobra planety.

Medaliony wołowe z wołowiny sezonowej Angus, kremowy łosoś, czy owoce morza – to tylko niektóre z dań, które politycy, dyplomaci i aktywiści będą mogli zjeść na forum klimatycznym COP27. Do tego wszystkiego oczywiście najdroższe wina.

Na tym samym szczycie ci sami ludzie będą przekonywać świat, że należy ograniczyć spożycie mięsa, by uratować planetę przed zmianami klimatycznymi, które wywołują m.in. gazy wydzielane przez krowy.

Będą również przekonywać do ograniczenia jedzenia ryb, by przestać naruszać naturalną gospodarkę morską.

To jednak nie koniec hipokryzji, bo warto też prześledzić, jak większość z nich dociera na konferencję. Klimatyści nieustannie przypominają, jak wielki ślad węglowy zostawiają samoloty.

Tymczasem większość delegatów dotrze na tę ekologiczną imprezę właśnie drogą powietrzną. Wątpliwe jednak, by media szerzej zwróciły na to wszystko uwagę.

Najwyraźniej te wszystkie ograniczenia mają być stosowane przez zwykłych szarych ludzi, a nie przez tych, którzy te szkodliwe slogany głoszą.

O modnych pseudo-ekspertach „od wszystkiego”, co należy nagłośnić.

Pseudoekspert od „zielonej energii” twierdzi, że „ruscy kradli w Szwecji fotoradary, żeby włożyć je w swoje drony”

==============================

[Umieszczam ten, może trochę jedynie złośliwy, lecz realistyczny felieton – jakby po znajomości, bo ten sam pan Jakub Wiech wybiega w mediach również za specjalistę od energetyki jądrowej [tej taniej, sprawdzonej i bezpiecznej]. Poziom i wszechstronność jego intelektu [rozwielitki chyba się nie obrażą?], przypomina mi jego sponsora i „naszego” zarządzającego decydenta –z zawodu chyba „polityka”? – wicepremiera Jacka Sasina. Również wiedza o energetyce jądrowej i ekonomice jest na porównywalnym poziomie.Porównywalnym również z amerykańską „ekspert” – Żorżetą. Mirosław Dakowski.]

===========================

 Zdzisław Markowski 6.11.2022 https://prawy.pl/122790-pseudoekspert-od-zielonej-energii-twierdzi-ze-ruscy-kradli-w-szwecji-fotoradary-zeby-wlozyc-je-w-swoje-drony-felieton/

Jakub Wiech to typowy pseudo-ekspert naszych czasów. To taki „ekspert” na którego nie zasługujemy. Szczególnie za ciężkie pieniądze z naszych podatków, którymi takich ekspertów się futruje. W każdym razie nic nie umie, na niczym się nie zna, ale bryluje na salonach. W tym także na salonach medialnych. Dostał robotę nie tylko na portalu energetyka24.com, ale także na defence24.pl. Ma więc gdzie się błaźnić. Zajmuje się więc „zieloną energią”, „ekologią” i „obronnością”.

I teraz właśnie ogłosił, że… Ruscy kradną w Szwecji fotoradary, żeby je wykorzystywać w swoich dronach…

Błazenady ciąg dalszy

 Mamy w Polsce polityków, którzy mówią w sześciu językach i w żadnym nie mają nic sensownego do powiedzenia, a których zniknięcie z tego ziemskiego łez padołu mogłoby nam Polakom tylko pomóc, lekarzy usilnie przez kilka lat broniących wirusa przed pacjentami, generałów namawiających do uderzenia naszej rozbrojonej armii na Kaliningrad, a już w marcu twierdzących, że „Ruscy mają amunicji na trzy dni”. Mamy wreszcie całą watahę pseudo-ekspertów od energii, ze szczególnym uwzględnieniem tej zielonej. I właśnie do tej ostatniej grupy zalicza się Jakub Wiech. Facet jest tak często cytowany i prezentowany w mediach, że zaczynam się obawiać, że zaraz wyskoczy mi z lodówki ze swoimi mądrościami.

 Fantastyczny wpis „eksperta”

 „W Szwecji skradziono w ostatnich tygodniach ok. 150 fotoradarów. Istnieje spora szansa, że kradną je Rosjanie – pozyskując w ten sposób części do dronów. Chodzi konkretnie o używane w radarach cyfrowe lustrzanki Canon. Sprzęt taki został znaleziony w rosyjskich dronach”. (PAP)

9:59 PM · 21 paź 2022·Twitter for iPhone – napisał na swoim twitterze Jakub Wiech. Kto chce może tę mądrość sam sobie przeczytać na jego twitterze:

 Pytanie brzmi, czy on tylko zacytował jakiś wpis Polskiej Agencji Prasowej, czy może w pełni tę opinię podziela. Sam wpis z wielu przyczyn jest nieprawdopodobnie kretyński i pokazuje upadek Polskiej Agencji Prasowej (PAP). Jednak żaden rozsądny człowiek nie wziąłby tego kretynizmu na serio. Z kilku powodów – otóż gdyby Rosja potrzebowała owe 150 aparatów cyfrowych, to wystarczyłoby, żeby rosyjska policja przeszła się po rozmaitych organizacjach obrony praw człowieka w Moskwie i Petersburgu (często i gęsto finansowanych z innych krajów) i dokonała rekwizycji sprzętu „używanego na szkodę państwa rosyjskiego”. I tyle. Jeszcze lepszy efekt byłby, gdyby ogłoszono zbiórkę takich aparatów. W kilkunastomilionowej (nie licząc gastarbeiterów z całej Azji) Moskwie setki, jak nie tysiące ludzi oddałoby swoje aparaty z pobudek patriotycznych, a gdyby w zamian były jakieś inne gratyfikacje to byłyby to dziesiątki tysięcy ofiarodawców. Zwłaszcza, że mówimy o bardzo bogatym mieście, gdzie jest więcej luksusowych mercedesów, niż w Monachium.
 Cóż musimy sobie jawnie powiedzieć – Jakub Wiech ma potencjał intelektualny rozwielitki pchłowatej i jest „ekspertem” na którego nie zasługujemy. O „dziennikarzach” z Polskiej Agencji Prasowej, którzy wymodzili taki wpis nic już nie wspomnę. Litościwie opuszczając nań zasłonę milczenia.

Największe oszustwo Eko-religii; CO2 i ocieplenie klimatu

Edward7 https://gloria.tv/post/8gYHxVBUPxGkACLuwareh7Mkg

Paradygmat roślinny zawiera inne podejście do ziemi i środowiska. Rośliny wiedzą, jak współpracować z otaczającym je środowiskiem , a nawet gdy konkurują, tak naprawdę współpracują dla dobra ekosystemu. Uczmy się od pokory roślin” . Franciszek @Pontifex_es 24 września

Aktywiści klimatyczni chyba go posłuchali; „produkcja żywności jest przyczyną globalnego kryzysu ekologicznego” – czyli trzeba jeść kamienie, bo biedne pokorne roślinki cierpią…

G. K. Mitchell

Kłamstwo Ewolucji
W 1912 roku archeolog-amator Charles Dawson twierdził, że odkrył „brakujące ogniwo” między małpą a człowiekiem, znane jako „Człowiek z Piltdown”. Znalazł część podobnej do człowieka czaszki w plejstoceńskich żwirowych łóżkach w pobliżu miasta Piltdown w hrabstwie Sussex w Anglii. Dawson wysłał znalezisko do Arthura Smitha Woodwarda , urzędnika ds. geologii w Muzeum Historii Naturalnej.

Smith Woodward dokonał rekonstrukcji fragmentów czaszki, a archeolodzy postawili hipotezę, że znalezisko wskazuje na istnienie ludzkiego przodka, który żył 500 000 lat temu.

Ogłosili swoje odkrycie na spotkaniu Towarzystwa Geologicznego w 1912 roku. W większości ich historia została przyjęta jako fakt.


Jednak późniejsze testy chemiczne wykazały, że fragmenty czaszki i szczęki faktycznie pochodziły od dwóch różnych gatunków, człowieka i małpy.
Konkluzja: Człowiek z Piltdown był zuchwałym , fałszywym i wyrafinowanym naukowym oszustwem
Od odkrycia „Człowieka z Piltdown” do stwierdzenia, że jest to oszustwo , upłynęło czterdzieści jeden lat .

W 1988 roku Organizacja Narodów Zjednoczonych utworzyła Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu ( IPCC ). W swoim przełomowym raporcie z 1990 roku IPCC ONZ stwierdził, że: „Przy obecnym tempie globalnych emisji CO2 średnia globalna temperatura prawdopodobnie wzrośnie o 1°C do 2025 r. ”

Stwierdzenie to stało się podstawą hipotezy, że antropogeniczne (wywołane przez człowieka) globalne ocieplenie wynikało ze zwiększonego stężenia CO 2 w dolnych warstwach atmosfery Ziemi w wyniku działalności człowieka. Istotą hipotezy było to, że temperatura w dolnej troposferze wzrośnie wraz ze wzrostem stężenia CO 2 w troposferze. Dlatego w swoim raporcie z 1990 r. UN IPCC stwierdził: bezpośredni związek między stężeniem CO 2 w atmosferze a temperaturą dolnej troposfery

Naukowa metoda dociekania kieruje badaniami naukowymi i badaniami od ponad 400 lat. W podsumowaniu; Metoda naukowa wymaga od badacza obserwacji zjawiska, postawienia hipotezy o przyczynie zjawiska, a następnie przeprowadzenia eksperymentów naukowych lub badań mających na celu sfalsyfikowanie hipotezy.

Zgodnie z naukową metodą klimatolog, który sądzi, że człowiek spowodował globalne ocieplenie, musi opracować złożoną hipotezę, taką jak:

Nastąpiło globalne ocieplenie, czyli temperatura światowych oceanów, masy lądowej i odpowiedniej atmosfery wzrosła w badanym okresie o statystycznie istotną wartość.

Działalność człowieka jest odpowiedzialna za globalne ocieplenie, które nastąpiło.

Stopień, w jakim globalne ocieplenie wystąpiło lub można się spodziewać, że nastąpi w przyszłości, wpłynie negatywnie na życie na Ziemi.


Jeśli którekolwiek z powyższych złożonych hipotez zostanie uznane za nieważne, złożona hipoteza zostanie uznana za fałszywą i zostanie odrzucona lub zmodyfikowana.

W 1978 roku Narodowa Administracja Oceaniczna i Atmosferyczna (NOAA) rozpoczęła wystrzeliwanie serii satelitów w celu okrążenia globu podbiegunowego przy użyciu technologii sondowania mikrofalowego do pomiaru temperatury dolnej troposfery (pierwszych 8 km ziemskiej atmosfery). Wyniki pokazują, że; W latach 1979-1998 średnia miesięczna anomalia temperatury dolnej troposfery zmniejszała się o około 0,3°C rocznie, podczas gdy stężenie CO 2 w atmosferze wzrosło z 335 ppm do 370 ppm.

W latach 1979-1998 bezstronny klimatolog z UN IPCC powinien był zauważyć, że temperatura troposfery znacznie się ochłodziła , podczas gdy
stężenie CO 2 wzrosło , co jest sprzeczne z fundamentalną zasadą hipotezy globalnego ocieplenia…

Komitet powinien zebrać się w celu sprawdzenia dokładności danych dotyczących temperatury i stężenia CO 2 .

Hipoteza wywołanego przez człowieka globalnego ocieplenia okazała się fałszywa, gdyby dane były dokładne.

Żadne takie działanie nie miało miejsca.

Do czasu pojawienia się antropogenicznej hipotezy globalnego ocieplenia Człowiek z Piltdown był najbardziej znaczącym oszustwem naukowym w historii.

Hipoteza antropogenicznego globalnego ocieplenia przyjęła teraz ten tytuł…!
El Calentamiento Global es el 'Mayor Fraude Científico’ de la Historia

Absurd: Aktywiści klimatyczni twierdzą, że produkcja żywności jest przyczyną globalnego kryzysu ekologicznego

Belle Carter


( Natural News ) Podczas niedawnego spotkania producentów żywności, odbywającego się co dwa lata w Turynie, we Włoszech, ironiczny okrzyk bojowy uczestników brzmiał: „żywność jest przyczyną kryzysu ekologicznego ”. W zorganizowanym przez ruch „Slow Food” festiwalu „Terra Madre Salone del Gusto” wzięli udział rolnicy m.in. z USA, Japonii, Australii, Ugandy i Włoch. Rozmawiali o tym, jak katastrofy spowodowane przez człowieka, takie jak susza, powódź, pożary, burze, fale upałów i plagi szkodników zniszczyły ich źródła utrzymania.


Według ruchu produkcja żywności odpowiada za prawie 37 procent globalnej emisji gazów cieplarnianych. Prezes Slow Food Edward Mukiibi powiedział, że konwencjonalne rolnictwo dąży do maksymalizacji produkcji poprzez wielkoskalowe gospodarstwa, które opierają się na uprawach monokulturowych karmionych nawozami emitującymi gazy cieplarniane, chronionych przez pestycydy niszczące bioróżnorodność i zbieranych przez kombajny i traktory wyrzucające paliwa kopalne. „Rolnictwo przemysłowe może być w stanie tanio produkować żywność, ale wiąże się z dużymi kosztami środowiskowymi” – powiedział Mukiibi. Zwolennicy organizacji zwrócili uwagę, że przyjęcie praktyk rolniczych przyjaznych dla klimatu i przyjęcie bardziej elastycznego podejścia do tego, „co jest uprawiane gdzie” sprawi, że produkcja żywności będzie bardziej odporna na zmiany klimatu. „Ale nawet wtedy może to nie wystarczyć – przy braku znacznej redukcji emisji z paliw kopalnych, niektóre miejsca prawdopodobnie będą musiały całkowicie zrezygnować z rolnictwa w najbliższej przyszłości”, powiedział Aryn Baker, starszy korespondent ds. klimatu i środowiska w Time . Baker dodał, że „ewangeliści” ruchu promują zmiany, aby zacząć od indywidualnych wyborów, w tym kupowania produktów lokalnych, produktów ekologicznych, ograniczania spożycia mięsa i unikania marnowania żywności. Analitycy kwestionują teraz powody, dla których organizacje „oddolne”, takie jak Slow Food, przekonują producentów żywności do samo-sabotażu i zaprzestania używania nawozów, co może ostatecznie powstrzymać produkcję żywności. Cały świat cierpi obecnie z powodu malejącej podaży żywności, a ceny towarów gwałtownie rosną z powodu różnych wydarzeń, takich jak pandemia (COVID-19) i wojna na Ukrainie. Prędzej niż później wielu ludzi po prostu nie będzie w ogóle stać na jedzenie.Aby wyżywić dzisiejszy świat, potrzebujemy masowej produkcji rolnej, paliw kopalnych i chemikaliów, a nie ignoranckich teorii i katastrofalnych wyborów politycznych”, napisał Eric Worrall w swoim eseju na temat Watts Up With That .


Moskwa do ONZ: powiedz Zachodowi, żeby zniósł ograniczenia w eksporcie rosyjskich nawozów
Zdesperowany z powodu zbliżającego się globalnego załamania żywnościowego , Organizacja Narodów Zjednoczonych (ONZ) rozpoczęła we wrześniu „pilne” negocjacje z Rosją i Ukrainą, aby uzyskać porozumienie w sprawie eksportu chemikaliów przez Morze Czarne. W odpowiedzi rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa wezwała ONZ do zniesienia przez kraje zachodnie ograniczeń w eksporcie rosyjskich nawozów. Na konferencji prasowej 29 września podkreśliła konieczność zniesienia zakazu wchodzenia rosyjskich statków do zagranicznych portów i zagranicznych statków do ich portów. W eksporcie nawozów utrudniają też sankcje nałożone na Rosyjski Bank Rolny, który obsługuje dużą część transakcji związanych z sektorem rolnym. „Oczekujemy, że ONZ podejmie wysiłki, aby Europejczycy i Amerykanie usunęli szereg przeszkód, które nie pozwalają nam w pełni dostarczać rosyjskich nawozów i zboża na rynek światowy” – powiedziała Zacharowa. „Mówimy o zezwoleniu na wchodzenie rosyjskich statków do europejskich portów, zagranicznych statków do rosyjskich, konieczne jest zniesienie sankcji z Rosselkhozbanku, ponieważ obsługuje lwią część wszystkich transakcji z nawozami i żywnością”. W lipcu skonfliktowane kraje podpisały negocjowaną przez ONZ umowę o wznowieniu eksportu zboża przez wcześniej zabarykadowane porty Morza Czarnego. Porozumienie wskazywało również na zaangażowanie ONZ w pomoc w zniesieniu sankcji na eksport rosyjskich produktów spożywczych i nawozów. Jednak prezydent Rosji Władimir Putin skrytykował ten układ i powiedział, że „prawie całe zboże eksportowane z Ukrainy” jest wysyłane do Unii Europejskiej zamiast do najbiedniejszych krajów rozwijających się. Absurd: Climate activists say food production is the cause of global environmental crisis

Tworzy się nowa antyludzka Eko-religia (bez Chrystusa) …Kardynał: nie ma miejsca dla sceptyków klimatycznych… Cardinal: no room for climate skeptics

Komunistyczne USA nakaz rejestracji nawet ogródków działkowych (rejestracja to pierwszy stopień do likwidacji) USDA teraz prosi ludzi o zarejestrowanie swoich ogrodów warzywnych w krajowej bazie danych… W ruchu, który wielu ludzi drapie się po głowach, Departament Rolnictwa Stanów Zjednoczonych (USDA) ponowił nacisk na Inicjatywę Ogrodów Ludowych, która obejmuje teraz rejestrację ogrodów warzywnych w całym kraju. Według USDA ma to na celu wspieranie „bardziej zróżnicowanego i odpornego lokalnego systemu żywnościowego, aby umożliwić społecznościom rozwiązywanie problemów, takich jak dostęp do żywności i zmiana klimatu”. Ale ci, którzy od lat ściśle śledzą USDA, wiedzą, że nie mogą mniej dbać o twoje zdrowie i odżywianie.
USDA Now Asking People to Register Their Vegetable Gardens for National Database – Activist Post

Zielona Rewolucja zjada.. szkło!! Więc… samochody podrożeją…

[a to tytuł tego żurnalisty MD:] „Europa musi się szykować na samochody bez szyb. W sam raz na zimę”. [artykulik napisany głupawo, niby prześmiewczo.

Ale.. szkło jest znane od początku cywilizacji ludzkiej. Wytapiano je w ognisku. I teraz – „zielona rewolucja” nas chce go pozbawić… Mirosław Dakowski]

======================================

Samochody bez szyb mogą niedługo stać na przyfabrycznych parkingach, bo nadciąga kolejny kryzys w branży dostaw. Tym razem będzie problem ze szkłem.

Od dwóch lat słowo kryzys jest odmieniane przez wszystkie przypadki. Półprzewodniki, ropa, gaz, stal, metale szlachetne. Tego wszystkiego brakuje, przez co biedni producenci nie mogą oferować klientom podstawowych wersji swoich samochodów, bo mają na nich zbyt niską marżę. Pomimo tych braków koncerny motoryzacyjne zanotowały w zeszłym roku gigantyczne zyski. Nie wyszliśmy jeszcze z tych kryzysów, a okazuje się, że nadciąga kolejny. Tym razem zabraknie szyb, bo jest problem z produkcją szkła. Producenci już zacierają ręce.

Samochody bez szyb nadciągają [to ma być dowcip? Chodzi tylko o zwiększenie ceny!! md]

Wall Street Journal informuje, że Volkswagen zaczyna gromadzić szyby, żeby przygotować się na nadciągający kryzys z dostępnością szkła. Dodatkowo szuka nowych dostawców szkła spoza Europy. Niedobór szkła ma być spowodowany sankcjami nałożonymi na Rosję. Z ich powodu gaz ziemny, który jest używany do produkcji szkła, znacznie podrożał i jest go mniej. Dodatkowo Europa przygotowuje się na trudną zimę, więc w zachodnich państwach tworzone są plany jak ja przetrwać w obliczu niedoboru gazu. Jeden z planów zakłada zmniejszenie dostaw gazu ziemnego do zakładów produkcyjnych, dzięki czemu obywatele będą mogli mieć ciepło w swoich domach i mieszkaniach.

Dlatego Volkswagen gromadzi tyle szklanych komponentów ile może, bo za dwa miesiące ich cena może wystrzelić w powietrze. [i o to chodzi, frajerzy!!! MD]

Kryzys w branży szklanej dotknie wszystkich

Tych, którzy i tak nie kupują nowego samochodu, więc wydaje im się, że kryzys ze szkłem ich nie dotyczy, spieszę z wyjaśnieniem, że są w błędzie. Nie zliczę branż, w których szkło jest potrzebne — budowlana, farmaceutyczna, spożywcza to tylko niektóre z nich. Problemem jest również to, że pieców i maszyn formujących szkło nie da się po prostu zatrzymać ot tak, bo znajduje się w nich płynne szkło, które po ustaniu ogrzewania stwardnieje i popsuje maszyny. Zakłady produkcyjne szukają innych metod ogrzewania, ale okazuje się, że nie dość, że są kosztowne, to wymagają czasu. [sic!! MD]

Oprócz producentów motoryzacyjnych ten problem dotyka browary. Szykują nam się trudne czasy. Nie dość, że  ze względu na ceny prądu i opału trzeba będzie siedzieć po ciemku w zimnie, to jeszcze zabraknie piwa, a w samochodzie trzeba będzie jeździć w kasku. [Aż wstrząsa mnie głupota tego komentarza… MD]

Pierwszy basen w Polsce zamknięty z powodu dwunastokrotnego wzrostu cen za energię, gaz.

https://nczas.com/2022/09/11/zaczelo-sie-pierwszy-basen-w-polsce-zamkniety-z-powodu-drastycznego-wzrostu-cen-za-energie/

Pływalnia w Brzegu Dolnym została zamknięta z powodu drastycznych podwyżek za prąd i gaz. Administratorzy obiektu wskazują, że dotychczas za energię płacili ok. 20 tys. zł miesięcznie, a po podwyżkach koszt rośnie aż do 250 tys. zł miesięcznie. Basen najwcześniej otworzy się w 2024 roku.

Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji w Brzegu Dolnym wskazuje, że ogromną podwyżkę za prąd nie jest w stanie pokryć z podwyżki cen biletów, bo te musiałby wzrosnąć wielokrotnie. W związku z tym zdecydował o zamknięciu pływalni.

„Pływalnia nie została objęta programem ulg obniżających stawki za pobór gazu i energii elektrycznej w związku z czym ponosi olbrzymie koszty związane z utrzymaniem obiektu” – podkreśla MOSiR.

„W związku z sytuacją związaną z podwyżkami cen nośników energii oraz planowaną termomodernizacją, która rozpocznie się niebawem, obiekt pływalni będzie nieczynny do momentu zakończenia prac termomodernizacyjnych pozwalających zastosować nowoczesne rozwiązania oszczędzające gaz i energię elektryczną” – informuje brzeski urząd miejski i dodaje, że pływalnie najwcześniej zostanie otwarta w 2024 roku.

Zielona polityka w praktyce. Jak będziemy dalej unijną politykę „walki z globalnym ociepleniem” popierać i realizować, to będzie jeszcze gorzej. Polska, leżąca na węglu, mogłaby tanio produkować energię z własnych zasobów, ale z ideologicznych przyczyn tego nie robi.

Lotnisko w Monachium wygasza światła. I nie ogrzeje hal zimą. Ani chłodzi w upały.

September 1, 2022 https://www.bibula.com/kleksy/?p=427

Lotnisko w Monachium wygasza “zbędne” światła i obniża temperaturę w sezonie ogrzewczym, celem “oszczędzania” energii na nadchodzącą zimę.

Port lotniczy Munich Airport – Flughafen München, drugie największe lotnisko w Niemczech, już wygasiło 7 tysięcy lamp, w tym ikonę-logo lotniska, czyli neon z literą M. Również zaprojektowany z rozmachem szklany dach, będący wizytówką lotniska, nie będzie podświetalny.

Zimą, pasażerowie będą zmuszeni ubierać się w płaszcze i swetry, gdyż maksymalna dopuszczalna temperatura nie może przekraczać 19 stopni Celsjusza. Można mieć pewność, że przysłowiowa niemiecka solidność w przestrzeganiu tych przepisów na nowo odżyje, tym bardziej, że zapowiedziano ustanowienie “grup roboczych” nadzorujących i szukających dalszych możliwości oszczędności. Można jednak być pewnym, że jako ostatnie zostaną na lotnisku wyłączone monitory telewizyjne, z których obowiązkowo sączy się jad nienawiści. Prędzej, zmarzniętym podróżnym będzie serwowana zimna jajecznica.

Przywódcy państw zachodnich, którzy przyłączyli się do antyrosyjskich sankcji, dobrowolnie skazały swoje społeczeństwa na cierpienia, niewygody i bankructwa biznesów.

Previous

USA nie są w stanie zastąpić importowanego z Rosji uranu

Analitycy wyliczyli, że Polskę będzie kosztował pakiet klimatyczny UE pięć budżetów rocznych.

Unia Europejska przedstawiła w lipcu 2021 r. program Fit for 55, który zakłada rygorystyczne ograniczenie emisji gazów cieplarnianych do 2030 r. Pakiet Fit for 55 podwyższa cel redukcji emisji w UE na 2030 r. z 40 do 55 proc. względem poziomu z 1990 r. Eksperci Banku Pekao SA oszacowali, że koszty dla Polski wzrosną łącznie o 189 mld euro do 2030 r. względem planu redukcji emisji o 40 proc. W ciągu zaledwie 8 lat musielibyśmy więc zapłacić 865 mld złotych za samą realizację utopijnego i zbędnego celu wyznaczonego przez EU. Jest to ponad 22 tys. złotych na każdego Polaka, dorosłego, pracującego i emeryta, ale też dziecko.

 Chris Klinsky https://prawy.pl/118046-szok-analitycy-banku-pko-sa-wyliczyli-ile-polske-bedzie-kosztowal-pakiet-klimatyczny-ue/

————————–

Na tę liczbę wpłynie m.in. wzrost cen uprawnień do emisji CO2 w systemie EU ETS. Ponadto wpływ wywrze także tzw. mini-ETS, czyli rozszerzenie systemu handlu emisjami na budownictwo i transport drogowy. Tak, jak obecnie firmy energetyczne płacą w gruncie rzeczy dodatkowy podatek za emisję CO2, tak samo płacić miałyby firmy budowlane i transportowe. Oznaczać to będzie wzrost kosztów wszystkiego, nie tylko mieszkań czy biletów na autobusy i kolej. Wiele branż opiera się bowiem na transporcie, wszystkie dostawy są realizowane w ten sposób.

Mówimy tu zaś jedynie o dodatkowym celu i dodatkowym koszcie. Fit for 55 uzupełnia bowiem już bieżące zobowiązanie Fit for 40. Analitycy Pekao uważają, że wypełnienie dzisiejszych regulacji klimatycznych UE będzie kosztować 338 mld euro. W tym są koszty niezbędnych inwestycji w sektorze energetycznym (186 mld euro) oraz te dotyczące efektywności energetycznej w gospodarstwach domowych (prawie 100 mld). Do tego dochodzą koszty unijnego systemu handlu emisjami ETS.

Łącznie wynosi to 527,5 mld euro, czyli 2 bln 400 tys. złotych! W przeliczeniu na jednego Polaka (nie tylko pracującego) jest to ponad 63 tys. złotych!

Jest to niewyobrażalna suma, która odbije się na każdej rodzinie i to w sposób znaczny. Oczywiście, analitycy Pekao SA zwracają też uwagę, że do polskiego budżetu wpłynie 220 mld euro, pochodzących przede wszystkim z uprawnień do handlu emisjami, a także unijnego Funduszu Odbudowy i wieloletnich ram finansowych UE. Po pierwsze jednak, już teraz polski rząd przejada pieniądze z handlu emisjami. Po drugie, raczej nie ma co liczyć na unijny Fundusz Odbudowy, z którego wypłaty dla Polski zostały wstrzymane ze względów ideologicznych. Jeśli nawet nastąpi ich odblokowanie, to za wielką cenę, jaką zapłacimy, przyjmując skrajnie lewicowe rozwiązania. Po trzecie, „wieloletnie ramy finansowe UE” także, na skutek np. „niepraworządności” w Polsce, mogą być dla nas niekorzystne.

Dodać trzeba, że analitycy Pekao SA wcale nie odrzucają z tego powodu Fit for 55, ale doniesienia medialne mówią, że prezentacja ich raportu na posiedzeniu rządowym wstrząsnęła wieloma politykami. Część z nich wprost mówi, że Polski nie stać na taki wydatek.

Jacek Sasin, wicepremier i minister aktywów państwowych, powiedział: „Budżet państwa to 500 mld zł na rok, więc te 2,5 biliona to jest pięć budżetów polskiego państwa. To jest coś, na co nas nie stać. Oznaczałoby to cofnięcie nas w rozwoju naszej gospodarki, Polski jako kraju w stosunku do krajów zachodniej Europy. 256 tysięcy złotych na 4 osobową rodzinę. To spowodowałoby ogromne rozwarstwienia społeczne. Musimy zadać sobie pytanie czy to jest propozycja dla nas do przyjęcia:.

Jarosław Kaczyński stwierdził natomiast: „Uważam, iż w kwestiach klimatu rzeczywistość szybko dezawuuje różne tezy. Zatem czasami bardziej opłaca się na coś zgodzić, odciąć od tego kupon, bo i tak można mieć pewność, iż te najbardziej radykalne rozwiązania nie wejdą w życie”.

W jego wypowiedzi, dla Gazety Polskiej zaznaczmy, widać taką sugestię, że Polska godzi się na klimatyczne szaleństwo, bo wie, że pomysły ekologistów nigdy nie wejdą w życie, a oni sami będą musieli szybko wycofać się ze swoich utopijnych założeń. W ten sposób natomiast polski rząd wyjdzie na postępowy i otwarty. Problem w tym, że jest to tylko interpretacja prezesa PiS.

Szaleńcy z Brukseli mogą przeć do wdrożenia swoich rozwiązań za wszelką cenę, a Polska, godząc się na nie, coraz bardziej zamyka sobie drogę odwrotu. Tym bardziej, że już dawno weszła na tę ścieżkę, przyjmując, i czerpiąc z tego profity, system handlu emisjami.

Chiny uruchamiają największą elektrownię węglową. Za 4 lata 150 gigawatów nowych mocy. A Europa pogrążona w „zielonej rewolucji”.

Operator elektrowni, firma Guodian Power Shanghaimiao Corporation poinformowała o ukończeniu prac nad pierwszym blokiem. W sumie elektrownia będzie wyposażona w cztery jednostki wytwórcze i ma dostarczać energię do położonej na wschodnim wybrzeżu Chin prowincji Shandong .

Potężna elektrownia węglowa

Shanghaimiao zlokalizowana jest w bogatym w węgiel północno-zachodnim regionie Mongolii Wewnętrznej. Operator zakładu zapewnia, że wykorzystywana technologia jest najbardziej wydajna na świecie, z najniższymi wskaźnikami zużycia węgla i wody.

Agencja Reutera zauważa przy tym, że Chiny są odpowiedzialne za ponad połowę światowej produkcji energii elektrycznej z węgla i oczekuje się, że w 2021 r. nastąpi wzrost o 9 proc. rok do roku – jak wynika z grudniowego raportu Międzynarodowej Agencji Energii.

Pekin co prawda zobowiązał się do rozpoczęcia redukcji zużycia węgla, ale zrobi to dopiero po 2025 roku – na razie dalej zwiększając moc z węgla.

Pekin się nie zatrzymuje. A reszta [durnie i samobójcy. MD] płaci…


Eksperci China’s State Grid Corporation szacują, że w latach 2021-2025 w Chinach powstanie aż 150 gigawatów nowej mocy w elektrowniach węglowych.

Pekin znalazł się pod ostrzałem krytyki za tak mocne postawienie na węgiel w sytuacji, gdy inne kraje próbują ograniczyć emisję gazów cieplarnianych.

Wg. https://www.tvp.info/57719280/chiny-uruchamiaja-najwieksza-elektrownie-weglowa-w-kraju-pekin-w-ogniu-krytyki-bo-swiat-ogranicza-emisje-gazow-cieplarnianych

Wygaszają górnictwo. Poza katastrofą energetyczną i inflacją dopłacimy do tego 30 miliardów [obecnych]…

Sektor węglowy do wygaszenia. Sejm przyjął nowelizację o funkcjonowaniu górnictwa

Sejm przyjął nowelizację ustawy o funkcjonowaniu górnictwa kamiennego. W praktyce oznacza to stopniowe wygaszanie sektora wydobywczego. W ramach strategii przewidziano ogromne rekompensaty.

Za nowelizacją głosowało 276 osób, przeciw było 11, a 165 wstrzymało się od głosu. Wcześniej posłowie odrzucili zgłoszone poprawki.

Nowela przekłada na język legislacyjny uzgodnienia „Umowy społecznej”, zawartej w maju między przedstawicielami rządu i górniczymi związkami zawodowymi.

Uzgodniono wówczas stopniowe wygaszanie polskich kopalń węgla energetycznego do końca 2049 roku oraz subsydiowanie górnictwa w tym okresie w postaci m.in. dopłat do redukcji zdolności produkcyjnych. Aby program ruszył, rządzący muszę jeszcze otrzymać zgodę Komisji Europejskiej.

Zmiany w ustawie będą w latach 2022–2031 kosztowały budżet państwa ponad 28 mld złotych. Co roku w ustawie budżetowej znajdzie się zapis o wysokości dopłat do górnictwa.

Źródło: money.pl / dorzeczy.pl

„Strollowana rewolucja” Rafała Ziemkiewicza – szwindel klimatyczny

„Strollowana rewolucja” Rafała Ziemkiewicza – szwindel klimatyczny [FRAGMENT KSIĄŻKI]

„Polska zamyka nowo wybudowaną węglową elektrownię w Ostrołęce, zanim jeszcze zaczęła ona pracę, i przerabia ją na elektrownię gazową. Gaz ma być z rurociągu Baltic Pipe, chyba że ten gazociąg nie powstanie (akurat gdy to piszę, budowę wstrzymano ze względu na ochronę mających pechowo siedliska na drodze zaplanowanej rury polnych myszy), wtedy będziemy w niej palić gazem rosyjskim z Nordstreamu, kupowanym od Niemiec” – pisze Rafał Ziemkiewicz w swojej najnowszej książce. Zapraszamy do lektury dłuższego fragmentu!

Szwindel klimatyczny jest jednym z największych oszustw, jakie kiedykolwiek wymyślono, i prawdopodobnie będzie w przyszłych podręcznikach konkurować z histerią wokół COVID-19 o pozycję symbolicznego końca Zachodu i systemu demokracji liberalnej – w podobny sposób, w jaki o miano końca średniowiecza rywalizują daty upadku Konstantynopola, odkrycia Ameryki i wystąpienia Marcina Lutra.

Nie wiem, kto pierwszy wpadł na ten genialny pomysł, że można – dosłownie – wypłukiwać złoto z powietrza, opodatkować je i uczynić gaz obecny w nim od zawsze postrachem ludzkości, uzasadniającym nakładanie jej kolejnych jarzm. W osiemnastowiecznej angielszczyźnie funkcjonował wprawdzie idiom „to trade the air” jako określenie wyjątkowo bezczelnego oszustwa – ale używający go uważali zapewne „handlowanie powietrzem” za tak oczywisty absurd, że do głowy by im nie przyszło, iż za kilkaset lat stanie się ono największym biznesem świata.

W ogóle nie będę się tu zajmował problemem, czy teoria, jakoby sztuczna emisja dwutlenku węgla powodowała globalne ocieplenie, które doprowadzi do katastrofy ludzkości, podobnie jak miała doprowadzić do niej dziura ozonowa, ma solidne naukowe podstawy, czy jest humbugiem, wygenerowanym dzięki korupcji i konformizmowi środowisk naukowych, tak jak generowano kiedyś odpowiednio wspartym „zamówieniem społecznym” naukowe teorie o wyższości jednych ras nad drugimi.

Po profesorach ekonomii udowadniających na zlecenie banków, że piramida długów nigdy nie runie, profesorach medycyny jawnie utrzymywanych przez koncerny Big Pharma, po całych profesorskich konferencjach i instytutach utrzymywanych przez koncerny żywnościowe, żeby udowadniały, że cukier jest zdrowy i im więcej się go je od dziecka, tym lepiej, a już gazowane napoje z izoglukozą to samo najlepsze – zwyczajnie nie umiem wykrzesać z siebie wiary, że wbijane nam w głowę klimatyczne dogmaty są tylko przypadkiem zbieżne z interesami największych magnatów tego świata i nikt wcale nie fałszował żadnych danych ani ich nie „fryzował”, ani nie wpływał na proces dochodzenia naukowców do prawdy, nagradzając grantami i innymi beneficjami tych badaczy i te ośrodki, które stawały po stronie „słuszności”, a cenzurując i wyciszając opornych.

Jak każdego człowieka sceptycznego wobec rosnących zysków i potęgi szwindlarzy od handlu powietrzem, łatwo zarzucić mnie świętymi tekstami klimatyzmu, liczbami, nazwami renomowanych ośrodków i nazwiskami autorytetów nawzajem zaświadczających o swoim autorytecie. Nie będę zanudzał siebie i czytelników przegryzaniem się przez to wszystko, tym bardziej że nie warto. Dobrze, na użytek naszej rozmowy zgódźmy się z góry na wszystko. Powiedzmy, że Ziemia się ociepla jak nigdy dotąd, i to nie wskutek zmian aktywności słonecznej, nie wskutek jakichś swoich wewnętrznych przemian (co wiemy tak naprawdę o wnętrzu tej kuli, na której siedzimy?), nie wskutek innych gazów cieplarnianych, z parą wodną na czele, tylko właśnie wskutek CO2, odpowiadającego ponoć za aż kilka procent „efektu cieplarnianego”, i to nie CO2 ze źródeł naturalnych, wybuchów wulkanów, planktonu morskiego – nie, o ociepleniu decyduje tylko ten CO2, który powstał w wyniku spalania różnych paliw przez człowieka.

A teraz, dla świętego spokoju przyjąwszy to założenie, zobaczmy, czy motywowane paniką klimatyczną i walką z CO2 działania rzeczywiście skutkują zmniejszeniem globalnej emisji tego gazu – a jeśli nie, to jakie są ich skutki.

Dzięki wszystkim zastosowanym dotąd środkom, podpisanym konwencjom, wyznaczonym limitom emisji, wycofywaniu starych, „wysokoemisyjnych” technologii dla zastąpienia ich nowymi, „niskoemisyjnymi” i innym przedsięwzięciom udało się uzyskać „spowolnienie wzrostu” globalnej emisji. To znaczy nadal światowa gospodarka, rozwijając się, produkuje więcej energii ze spalania, ale ten wzrost jest coraz mniejszy. Pierwsze realne zmniejszenie emisji miało miejsce w roku 2020, ale to akurat nie jest skutek jakichś „antyemisyjnych” działań, tylko paniki koronawirusowej i spowodowanych nią lockdownów.

Nie może być inaczej, skoro klimat jest globalny, a wysiłki lokalne. Największym emitentem dwutlenku węgla są Chiny – od prawie jednej trzeciej do niemal połowy całej światowej emisji (zależy, czy wierzymy w oficjalne dane chińskie, czy w zachodnie szacunki). Oprę się na źródle, które podaje, że emisja chińska to 10 gigaton rocznie (bo to ładna, okrągła liczba, a w końcu chodzi tu tylko o proporcje). Drugie w tej konkurencji Stany Zjednoczone wytwarzają o połowę mniej, 5 gigaton rocznie. Potem są Indie – znowu o połowę mniej od Ameryki, 2,5 gigatony, potem Rosja i Japonia, obie z ponad tysiącem, i dopiero na miejscu szóstym największa gospodarka Unii Europejskiej, Niemcy, z 0,8 gigatony. Cała Unia Europejska, według innego źródła, wytwarza 10 procent emisji światowej.

Jeśli emisja CO2 jest problemem, to logika nakazuje szukać rozwiązania tego problemu wśród tych, którzy emitują najwięcej. Ale Chiny wszelkie porozumienia klimatyczne mają gdzieś i nawet nie udają, że są gotowe jakkolwiek uczestniczyć w „ratowaniu klimatu”. Przepraszam – od czasu do czasu udają, ale ogranicza się to do zapewnienia, że kiedyś, gdy będzie to możliwe, zmniejszą swoją emisję (padła kiedyś nawet w miarę konkretna data: 2060), ale na razie będą ją zwiększać, ponieważ co roku oddają do użytku po kilkanaście nowych elektrowni węglowych, nie licząc innych nowych źródeł emisji.

Nawet samych tych elektrowni nie wiadomo dokładnie, ile budują, bo Chińczycy są narodem skrytym, ale podobno w różnych fazach realizacji mają około trzystu inwestycji. W samym tylko roku 2020 uruchomili, wedle informacji Agencji Reutera, tradycyjne elektrownie o mocy trzy razy większej niż cała reszta świata (prawie 40 gigawatów).

Nie do końca można o to mieć pretensje do Chińczyków, oni przecież tego prądu nie jedzą – zużywają go na produkcję konsumowaną przez Zachód. Bo ograniczanie emisji wykazywane na papierze przez kraje przodujące w klimatycznych porozumieniach polega głównie na jej przesuwaniu, wraz z produkcją, właśnie do Chin i innych krajów tańszej siły roboczej. Można zresztą sądzić, że gdyby to wyprowadzanie produkcji nie było dla koncernów korzystne, nigdy by nie pozwoliły one swoim rządom szaleć z jakimiś „celami klimatycznymi”.

Przykład typowy, szczególnie smakowity, z ostatnich chwil przed drukiem tej książki: „Wall Street Journal” opublikował raport o „ekologicznych” panelach fotowoltaicznych, których upowszechnienie ma ochłodzić klimat poprzez zmniejszenie emisji dwutlenku węgla. Mniejsza już o to, że fotowoltaika wytwarza też bardzo dużo ciepła (z tego samego raportu wynika, że gdyby zrealizowano wielki projekt wyłożenia panelami słonecznymi Sahary, pokrycie tylko 10 procent jej powierzchni podniosłoby lokalnie temperaturę o 1,5 stopnia). [Tu p. Rafał naczytał się bzdur: Wystarczy 1% Sahary, by zaspokoić potrzeby energetyczne Europy. MD] Do jej wytwarzania potrzebne są tak zwane monokrzemy, których 75 procent światowej produkcji wytwarza się właśnie w Chinach. A dlatego w Chinach, że przetworzenie wielokrzemów w monokrzemy wymaga dużej ilości energii, która właśnie w Chinach jest najtańsza, dzięki elektrowniom węglowym i odmowie płacenia za jakiekolwiek limity emisji. Mówiąc krótko, nawet politycznie poprawny „Wall Street Journal” przyznaje, że promowanie fotowoltaiki w skali globalnej emisję „gazu cieplarnianego” zwiększa, a nie zmniejsza.

USA do czasów Baracka Obamy również w „ratowaniu klimatu” nie uczestniczyły, potem obiecały, że będą uczestniczyć, następnie Trump oficjalnie to odwołał, teraz Joe Biden zapowiedział, że jednak będą, i jedną z pierwszych decyzji wstrzymał pracę nad budową rurociągu z Kanady, który miał zasilać ropą naftową z północy rafinerie i terminale portowe na południu. Chyba jednak była to decyzja dotycząca polityki wewnętrznej, bo jednocześnie leciwy prezydent dał zielone światło na dokończenie innego wielkiego rurociągu, który Trump starał się zablokować: wiodącego z Rosji do Niemiec gazowego Nordstream 2 – co też nie wynikało ze stosunku USA do klimatu, tylko ze zmiany polityki wobec Europy i decyzji oparcia jej o bismarckowską oś Berlin – Moskwa.

Indie, Rosja i szereg innych wielkich emitentów też albo odmawiają, albo pozorują dobrą wolę, obiecując redukowanie emisji w przyszłości, ale na razie je pod wpływem różnych konieczności zwiększając.

Jedynie owa dziesięcioprocentowa Unia Europejska zapałała gorącym entuzjazmem do przestawiania energetyki na nowe, „ekologiczne” tory. W kolejnych coraz ostrzejszych planach narzucanych państwom członkowskim doszła nawet do zapowiedzi „zrównoważenia emisji” w roku 2035. Z tym że najbardziej popychające ku temu i najwięcej emitujące Niemcy na razie też stawiają kolejne elektrownie węglowe. Pod budowę jednej z nich – nawiasem mówiąc, na węgiel brunatny, a więc ten ekologicznie najbrudniejszy – wycięła nawet starożytny las Hambach, tym samym zmniejszając europejską powierzchnię absorbującej zabójczy CO2 zieleni.

Ale za to Polska zamyka nowo wybudowaną węglową elektrownię w Ostrołęce, zanim jeszcze zaczęła ona pracę, i przerabia ją na elektrownię gazową. Gaz ma być z rurociągu Baltic Pipe, chyba że ten gazociąg nie powstanie (akurat gdy to piszę, budowę wstrzymano ze względu na ochronę mających pechowo siedliska na drodze zaplanowanej rury polnych myszy), wtedy będziemy w niej palić gazem rosyjskim z Nordstreamu, kupowanym od Niemiec. Zamykamy też, na mocy podpisanego przez premiera Morawieckiego porozumienia o europejskim „zielonym ładzie energetycznym”, nasze kopalnie.

Był plan, żeby zbudować elektrownię atomową. Jeśli wytwarzanie CO2 jest złe, to właściwie ludzkość nie ma innego ruchu niż elektrownie atomowe – to jedyny bezpieczny sposób wytworzenia naprawdę dużych ilości energii bez spalania [musiał czytać jakiegoś Wiecha, bo akurat jest nieprawda. MD] . Niestety, plan budowy w Polsce elektrowni atomowych, wedle nieoficjalnych sygnałów, bardzo się nie podoba Niemcom, więc pewnie zostanie przez Unię Europejską wstrzymany.

Żeby nie przedłużać tematu – ciekawym polecam książkę Jakuba Wiecha „Energiewende. Nowe niemieckie imperium”, w której autor, analityk portalu Defence24.pl, wyjaśnia – wedle noty wydawcy albo jego samego – „jak Berlin zaprojektował i wdrożył misterną machinę polityczno-gospodarczą, która pod maską ochrony środowiska pomaga budować nowe niemieckie imperium w Europie”. To streszczenie doskonale odpowiada zawartości książki i zarazem wyjaśnia, skąd się bierze szczególne wzmożenie Unii, która ze swoimi 10 procentami i tak klimatu nie uratuje, nawet gdyby w ogóle zamknęła na klucz wszystkie gospodarki i jeszcze pozwoliła swoim obywatelom oddychać tylko co drugi raz.

Niemcy mają w takich „Energieschwindel” wprawę – przypomnijmy sobie choćby wspólną walutę euro i jej „kryteria zbieżności”, które nakazywały wszystkim uczestnikom projektu utrzymywać deficyt budżetu poniżej 3 procent PKB, wszyscy cięli więc budżety i narażali się na różne niewygody, by warunek ten spełnić, Niemcy zaś przez wiele lat mieli deficyt większy, bo inwestowali w rozwój przemysłu (zarazem pouczając nas przez swoje fundacje, doradców i wykupione polskojęzyczne media, że przemysł trzeba zamykać, bo to przeżytek) – i co im kto mógł zrobić? Tak samo zresztą i Polacy mają wprawę w głupim poświęcaniu się „za wolność naszą i waszą”, czy raczej w tym wypadku „za klimat nasz i wasz”. Nasz udział w światowej emisji jest tak mały, że tutejsi klimatyści musieli ukuć niezwykle wymyślne hasło: „Polska należy do grupy dwudziestu krajów, które razem odpowiadają za 78 procent światowej emisji CO2!”.

Mówiąc obrazowo: pośród ogromnych, zionących dwutlenkiem węgla kominów my mamy skromniutki piecyk i właściciele owych wielkich kominów właśnie nam ten nasz piecyk każą dla ratowania planety zgasić. Jeśli chcemy ciepłego posiłku, będziemy go musieli kupić od nich.

Spyta ktoś, czy może nasza stosunkowo skromna emisja – 0,3 gigatony, dwa i pół raza mniej od Niemiec, dwudzieste pierwsze miejsce na świecie – nie wynika z tego, że jesteśmy krajem stosunkowo małym, ale przez nasze węglowe uzależnienie wytwarzamy nieprzeciętnie dużo dwutlenku węgla w przeliczeniu na głowę mieszkańca? Nic podobnego, pod tym względem jesteśmy dokładnie pośrodku unijnej stawki, daleko za jej najsilniejszymi gospodarkami. Nawiasem mówiąc, pod względem emisji per capita absolutnymi liderami są bogate państwa Zatoki Perskiej – Katar, Emiraty i Arabia Saudyjska. Nie sądzę, żeby któryś z prezydentów i premierów Zachodu odważył się na spotkaniu z przywódcami tych krajów zasugerować, żeby zakazały używania klimatyzacji. Dokładnie z tego samego powodu, dla którego nie wywiesza się tam tęczowych banerów na ambasadach i nie poucza, że karanie śmiercią za homoseksualizm to obyczaj wykluczający z grona krajów cywilizowanych.

Na otarcie łez dostaniemy za nasze klimatyczne wyrzeczenia kilkaset miliardów, na poczet kilku bilionów, które będziemy musieli wydać na zakup od unijnych potęg „ekologicznych” ich technologii. Fundusze Unii Europejskiej, jak wiele razy mówiłem, to nic innego niż promocyjny kredyt bankowy. Jeśli ktoś wierzy, że bank zachęcający do wzięcia kredytu jakimiś upustami czy nawet gotówkowym bonusem daje mu pieniądze, bo go kocha, uważany jest za idiotę. A jeśli ktoś wierzy, że kraje zachodniej Europy dają nam via Bruksela pieniądze za nic, tak z czystej sympatii, to należy do wciąż, niestety, statystycznej większości rodaków.

Porównanie do kredytu, muszę się nad tym na chwilę zatrzymać, jest o tyle zawodne, że banki z reguły nie zmieniają jednostronnie umowy w trakcie jej trwania, a Unia Europejska to właśnie robi. Jeśli trwać przy tej metaforze, wygląda to tak, że wzięliśmy kredyt na budowę domu, rozpisany na wiele lat, spłacamy go zgodnie z umową, w ogóle trzymamy się tej umowy, a tymczasem do naszego domu przychodzą goście z banku i mówią:
umowa jest nieważna, bo tak uznaliśmy w naszym dziale kontroli. Zbudowaliście ten dom za nasze pieniądze, więc my tu rządzimy. Należy natychmiast zdjąć ze ścian wszystkie krzyże i święte obrazki, zamiast obecnego ogrzewania musicie założyć nasze, po wyznaczonej przez nas cenie, pies won na podwórko, a córka nie idzie na studia, tylko do technikum pszczelarskiego.

Co najgorsze, taka bezczelność wierzyciela spotyka się w Polsce z ekstatycznym zachwytem liberalistokratycznych elit, podchwytujących argument, że było nie było, dom zbudowaliśmy za europejskie pieniądze, więc powinniśmy być wdzięczni i pokornie słuchać – a do wspomnianej statystycznej większości ten argument wydaje się przemawiać. No cóż, wszystko staje się bardziej zrozumiałe, jeśli uświadomimy sobie szczegóły „zielonego” rachunku: stracimy miliardy, dostaniemy paręset milionów, ale miliardy zapłacą pozbawione głosu „masy”, a miliony trafią do warstw wyższych, do „elit”.

Wracając do dwutlenku węgla i klimatyzmu, podniesionego ostatnio do roli religii panującej zachodnich liberalnych demokracji, warto zadać pytanie, dlaczego akurat węgiel znalazł się na celowniku jej zelotów, skoro wedle samych klimatystów spalanie go jest źródłem zaledwie 6 procent światowej emisji CO2, podczas gdy ropy naftowej – 34 procent, a gazu – 20 procent? Odpowiedź jest analogiczna do odpowiedzi na pytanie, dlaczego żeby ograniczyć emisję, nie postuluje się budowania elektrowni jądrowych, tylko przejście na spalanie wodoru: bo ci, którzy wykreowali tę histerię, mają akurat do opchnięcia technologię wodorową, a nie atomową.

Nawiasem mówiąc: spalanie wodoru nie wytwarza wprawdzie CO2, ale jego produkcja owszem. Konkretnie – według danych oficjalnie przedstawionych na szczycie klimatycznym w Katowicach w roku 2018 przez naukowców z krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej – wyprodukowanie 1 kilograma wodoru powoduje wytworzenie 6–8 kilogramów (zależnie od stosowanej technologii) dwutlenku węgla.

W optyce „europejskiego zielonego ładu” najgorszy jest akurat węgiel (oczywiście z wyjątkiem węgla brunatnego spod wyciętego lasu Hambach), bo Polska ma wciąż wielkie rezerwy tego surowca i mogłaby swoją niezależność oprzeć właśnie na nim. Wolno podejrzewać, że gdyby istniało coś takiego jak złoża wodoru i Polska miałaby trzecie co do wielkości jego złoża na świecie, Niemcy zaś do opchnięcia technologie węglowe, to prorocy klimatyzmu ogłosiliby, że złem najgorszym jest wodór, więc dla ratowania planety Polacy muszą swój wodór zatkać korkiem i kupować od sąsiadów węgiel. Najlepiej ten spod wyciętego lasu Hambach.

Pamiętają jeszcze Państwo nasze rozważanie, co właściwie jest ekologiczne i dlaczego raz ekologiczna jest papierowa torba, bo co prawda na bezdurno wycięto przetwarzające dwutlenek węgla w tlen drzewo, ale za to jest biodegradowalna, a raz sztuczne futro, bo co prawda nie rozłoży się przez dziesięć tysięcy lat, a jego wyprodukowanie uwolniło do atmosfery mnóstwo chemicznych trucizn, lecz za to nie zabito na nie zwierzęcia, choć gdyby to zwierzę zabito na buty albo pasek, to to by już było dopuszczalne? Otóż walka z emisją CO2, a tym samym „klimatyczną zagładą”, na której uniknięcie mamy już od czterdziestu lat tylko dziewięć lat, rządzi się identyczną logiką.

Dajmy na to – rolnictwo. Wedle świętych ksiąg „nauki o klimacie” rolnictwo odpowiada za kilka procent emisji CO2 (z czego dużą część stanowi „spalanie biomasy”, które przecież zadekretowano swego czasu jako ekologiczne). Dużo mniej niż energetyka, dużo mniej niż transport, dużo mniej niż na przykład zajmująca w tej konkurencji czwarte miejsce po spalaniu ropy, gazu i węgla produkcja betonu i, ogólnie, budownictwo (4 procent światowej emisji). Tymczasem nigdy nie słyszałem, żeby poruszeni perspektywą klimatycznej zagłady politycy, działacze i tak zwani liderzy opinii mieli coś przeciwko budowaniu z betonu i gotowi byli przenieść swoje piękne biura do chatek z trzciny. A te kilka procent emisji z rolnictwa ściąga na nie regularnie ataki fanatycznych wegan w rodzaju naszej europoseł Spurek.

Otóż dzięki temu, że moda na weganizm doznała w pewnym momencie wielkiego sponsorskiego wzmocnienia, zupełnie zniknęła obawa przed tak zwanym GMO, czyli żywnością genetycznie modyfikowaną. Tak jak „zagłada klimatyczna” praktycznie uwolniła koncerny od krytyki za zatruwanie środowiska chemikaliami, które w przyrodzie same z siebie nie występują, bo „ekologia” sprowadzona została wyłącznie do rytuałów walki z dwutlenkiem węgla, tak z kolei walka z hodowlą zwierząt uwolniła koncerny żywnościowe od ataków na stosowane przez nie technologie uprawy roślin. No bo co kryje się pod hasłem „go vegan!” lansowanym przez panią pobierającą – nie wymawiając – miesięczne diety, za które przeciętny rolnik przeżyłby z rodziną z pięć lat? Kryje się: jedz soję, w takiej czy innej przemysłowej formie. A czy jest na świecie jakaś inna soja niż genetycznie zmodyfikowana? Pewnie jeszcze jest, ale na pewno nie w ilościach przemysłowych.

Czy Państwo wiedzą, o co chodzi z tym GMO? Obiekcje wobec genetycznego modyfikowania żywności dość skutecznie ośmieszono, nagłaśniając ludzi, którzy straszyli, że kto takie zmutowane geny zje, ten sam zacznie być mutantem, jak w tanich horrorach SF z najniższej półki (ten sam mechanizm wykorzystują teraz z powodzeniem politycy i koncerny Big Pharma do ośmieszania obiekcji wobec szczepionek).

Tymczasem istota sprawy leży zupełnie w czymś innym. Upowszechnienie się GMO oznacza, że całe rolnictwo zostanie zmonopolizowane przez kilku największych producentów „materiału siewnego”. Ziarno roślin modyfikowanych, przypomnę, nie nadaje się do zasiania i po zebraniu plonów po ziarno na nowy zasiew trzeba zwrócić się do producenta. Z kolei rozległe plantacje roślin modyfikowanych same z siebie niszczą ewentualne rośliny niemodyfikowane, uprawiane w sąsiedztwie, bo pszczoły i inne owady, nie odróżniając, przenoszą na nie zombizowane pyłki. Kładzie to kres rolnictwu, jakie znaliśmy od wieków, i całkowicie uzależnia farmerów oraz całe państwa od producentów GMO.

Rafał Ziemkiewicz, „Strollowana rewolucja”, Fabryka Słów, Lublin-Warszawa 2021.