Jak podaje „Do rzeczy”, Ministerstwo spraw zagranicznych Ukrainy włączyło się w promocję tzw. „Miesiąca Dumy LGBT”.
W Stanach Zjednoczonych trwa właśnie tzw. „Miesiąc Dumy” środowisk sodomicko-gomoryckich. Tymczasem do promocji akcji włączyły się też czynniki rządowe na Ukrainie. Tamtejsze MSZ zmieniło swoje awatary w mediach społecznościowych, zastępując barwy Ukrainy kolorami tzw. „tęczowej flagi ruchu LGBT”.
Na oficjalnym koncie MSZ Ukrainy na Twitterze zamieszczono z tej okazji post, do którego dołączono hasztagi „Równość dla wszystkich” i „Duma2023”.
Polska już odczuwa efekty nielegalnej migracji – kraje UE, w tym głównie Niemcy, masowo odsyłają nam cudzoziemców, którzy przez nasz kraj dostali się z Białorusi na Zachód. Dotyczy to kilku tysięcy migrantów rocznie.
Tylko w tym roku – do początku czerwca – państwa członkowskie zadeklarowały przekazanie nam już blisko 2,2 tys. takich osób, a w całym ubiegłym – 3,9 tys. Najwięcej cudzoziemców chcą do Polski przekazać Niemcy, a w dalszej kolejności Francja, Holandia, Norwegia oraz Szwecja.
Chociaż zapora na granicy z Białorusią, w większości naszpikowana elektroniką, znacząco ograniczyła nielegalną migrację, to nie zablokowała jej całkowicie.
Zorganizowane grupy przestępcze nadal przez Rosję i Białoruś przemycają ludzi, którzy słono płacą za miraż lepszego życia na Zachodzie. W tym roku usiłowało nielegalnie dostać się do Polski już ponad 10 tys. migrantów z kilkudziesięciu krajów świata.
Wielu wpadło już przy wschodniej granicy, ale niektórzy docierają aż do Niemiec, które – jak sami przyznają – najczęściej stanowią cel ich podróży. Najwięcej migrantów odsyłanych przez Niemcy oraz inne kraje pochodziło z Iraku, Białorusi, Rosji i Afganistanu – i dotyczy to zarówno obecnego, jak i ubiegłego roku.
Trzy domy w zabudowie szeregowej doszczętnie spłonęły po tym, jak zapalił się samochód elektryczny. Auto stało przy jednym ze środkowych domów. Akcję gaśniczą utrudniał wiatr, przez pewien czas istniało też zagrożenie dla pobliskiej stacji benzynowej. Ogień pojawił się w sobotnie popołudnie w jednej z dzielnic Sztokholmu.
———-
Poważny pożar wybuchł w sobotę po południu w okręgu Hässelby w zachodniej części stolicy Szwecji.
Pożar w Szwecji. Zaczęło się od pożaru auta elektrycznego
Akcja gaśnicza była bardzo wymagająca, w pewnym momencie, z uwagi na wiatr, pojawiło się nawet zagrożenie dla pobliskiej stacji benzynowej.
O godzinie 21 trzy budynki mieszkalne w zachodnim Sztokholmie nadal płonęły, a wiadomo, że zgłoszenie dotarło do centrali kilka chwil przed 17.
Zanim straż pożarna dotarła na miejsce, ogień próbowali gasić mieszkańcy. Wykorzystywali do tego własne węże ogrodowe. Widać to na filmie, który pojawił się w mediach społecznościowych. W oczy rzucają się jednak przede wszystkim górujące nad budynkami płomienie, jak i kłębiący się nad nimi czarny dym.
Auto elektryczne stało przy jednym ze środkowych budynków. Sprzyjało to rozwojowi pożaru, a strażakom utrudniało działania. Finalnie służbom gaśniczym udało się opanować groźną sytuację i wyeliminować zagrożenie rozprzestrzeniania się ognia na kolejne budynki. Ostatecznie doszczętnie spłonęło trzy z pięciu domów szeregowych.
W 2022 roku w Polsce wydano prawie 365,5 tys. zezwoleń na pracę dla cudzoziemców, z czego ponad 136 tys. zezwoleń dotyczy osób z krajów muzułmańskich, w większości z Azji Centralnej – wynika z danym rządu.
Według danych Departamentu Rynku Pracy Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w 2022 roku wydano łącznie niecałe 365,5 tys. zezwoleń na pracę dla cudzoziemców. Kobiety stanowią nieco ponad 17 proc. z nich, reszta to mężczyźni – w zdecydowanej większości poniżej 45 lat (260 tys.), głównie w wieku 25-34 lata (121,5 tys.).
Pod względem miejsca wykonywania pracy, najwięcej zezwoleń wydano dla woj. mazowieckiego (66,7 tys.), wielkopolskiego (53,2 tys.), śląskiego (37,2 tys.), pomorskiego (32,1 tys.) i dolnośląskiego (27,3 tys.), a najmniej dla warmińsko-mazurskiego (4,5 tys.) i podkarpackiego (5,1 tys.).
Uwagę zwracają dane dotyczące cudzoziemców z krajów muzułmańskich, dla których wydano w 2022 roku ponad 136 tys. zezwoleń. Dotyczą one głównie obywateli Uzbekistanu (33,3 tys.), Turcji (25 tys.), Bangladeszu (13,5 tys.), Turkmenistanu (11,9 tys.), Indonezji (10 tys.), Kazachstanu (8,8 tys.), Kirgistanu (8 tys.), Azerbejdżanu (7,7 tys.), Tadżykistanu (niecałe 5,4 tys.), a także Pakistanu (4,6 tys.). Są to w zdecydowanej większości mężczyźni, głównie młodzi.
Z tych danych wynika, że blisko połowa to imigranci z krajów Azji Centralnej. Na tym tle, przybyszy z muzułmańskich państw afrykańskich czy bliskowschodnich jest zdecydowanie mniej. Najwięcej zezwoleń wydano w tym przypadku dla obywateli Nigerii (1,6 tys.), Maroka (1,2 tys.) i Egiptu (ponad 900). Jeśli chodzi o kraje Bliskiego Wschodu, to najwięcej zezwoleń dotyczy osób z Iranu (353), Syrii (216) i Iraku (191).
Ogólnie, według zestawienia przybysze z Afryki stanowią stosunkowo nieduży odsetek. Poza Egiptem, można wymienić np. cudzoziemców z Kenii (2 tys.), Ugandy (1,3 tys.), Rwandy (niecałe tysiąc), Zimbabwe (815), Ghana (687), Kamerun (557), Etiopia (535), Tunezja (377) i RPA (223). Co ciekawe, według danych ministerstwa imigranci z Afryki pracują najczęściej w Wielkopolsce.
Spośród państw azjatyckich, poza wymienionymi wcześniej, najwięcej zezwoleń dotyczy obcokrajowców przede wszystkim z Indii (41,6 tys.), Filipin (22,5 tys.) i Nepalu (20 tys.), a także z Wietnamu (5,9 tys.), Sri Lanki (1,6 tys.), Korei Południowej (niecałe 1,9 tys.), Tajlandii (732). W przypadku Filipin, kobiet jest więcej niż mężczyzn (11,4 tys. wobec 11,1 tys.).
W przypadku Ameryki Południowej najliczniejsi są imigranci z Kolumbii (4,1 tys.).
W przypadku Ukraińców, w ubiegłym roku wydano nieco ponad 85 tys. zezwoleń na pracę, przede wszystkim dla woj. mazowieckiego (13,4 tys.), wielkopolskiego (13 tys.), a także pomorskiego (8,9 tys.). Należy jednak zaznaczyć, że obywatele Ukrainy są zdecydowanie częściej zatrudnianiu w Polsce na podstawie innych, prostszych trybów.
Ponadto, wydano też 18,4 tys. zezwoleń na pracę dla obywateli Białorusi, głównie w woj. mazowieckim (4,3 tys.) i lubelskim (4 tys.). Rosjan dotyczy 2,3 tys. zezwoleń.
Dodatkowo, ponad 2,2 tys. zezwoleń dotyczy Chińczyków, 18,8 tys. Mołdawian, 1,7 tys. Kosowian, 1,3 tys. Serbów, a także 4,2 tys. Gruzinów.
Dane dotyczące liczby wydanych zezwoleń dla przybyszy z krajów muzułmańskich skomentował poseł Konfederacji, Krzysztof Bosak.
„Proimigracyjny PiS oszukał i zdradził wyborców – fala przyjętych przez rząd PiS muzułmanów to już wielokrotność tego co chciała nam przysłać UE w 2015 roku” – napisał Bosak na Twitterze.
Proimigracyjny PiS oszukał i zdradził wyborców – fala przyjętych przez rząd PiS muzułmanów to już wielokrotność tego co chciała nam przysłać UE w 2015 roku https://t.co/mjHfgMXdNx
Z kolei Janusz Piechociński, były wicepremier i minister gospodarki zwrócił uwagę, że w ujęciu rok do roku, w przypadku Indii w 2022 r. wydano o 171 proc. więcej zezwoleń. W przypadku obywateli Uzbekistanu to wzrost o 122 proc., Nepalu – o 85 proc., Filipin – o 70 proc., a Turcji aż o 240 proc.
W przypadku Indii w 2022 wydano o 171 proc. więcej zezwoleń rok do roku, dla obywateli Uzbekistanu wydano 122 % więcej zezwoleń rok do roku, dla Turków 240 proc. więcej zezwoleń rok do roku, dla Filipińczyków 70 % więcej rok do roku, a dla Nepalczyków 85 proc. więcej rok do roku.
Należy zaznaczyć, że omawiane statystyki dotyczą formalnie liczby wydanych zezwoleń na pracę, co nie przekłada się wprost na liczbę osób, którzy przyjechały do Polski. Specjaliści z tej branży zaznaczają, że uzyskanie pozwolenia nie jest równoznaczne z uzyskaniem wizy. Cześć z nich twierdzi, że faktyczna liczba cudzoziemców, którzy przyjechali w 2022 roku do naszego kraju, jest znacznie niższa, niż wynikałoby to z danych ministerstwa. Nie podają jednak żadnych konkretnych danych liczbowych, poza własnymi, ogólnymi szacunkami.
Przypomnijmy w tym kontekście, że według Europejskiego Sondażu Społecznego, jednego z największych tego rodzaju badań w Europie, 2/3 Polaków opowiada się za liberalizacją polityki migracyjnej. Jak podano, 65 proc. respondentów z Polski uważa, że polskie władze powinny zezwalać „dużej lub pewnej liczbie osób” innej rasy lub z innej grupy etnicznej na przyjazd i zamieszkanie w naszym kraju. W przypadku imigrantów z krajów bliskich kulturowo, np. z Ukrainy, poparcie jest większe. Ponadto, badanie pokazuje wyraźny postęp procesów liberalizacyjnych wśród mieszkańców dużych miast, ale również na wsi. Dotyczy to szczególnie stosunku do imigracji i homoseksualizmu, w wyraźniej mniejszym stopniu poparcia dla adopcji dzieci przez pary jednopłciowe.
Zdecydowanymi przeciwnikami liberalnej polityki imigracyjnej są natomiast Węgrzy i Czesi. W przypadku Węgier, tylko nieco ponad 16 proc. ankietowanych chciałoby przyjmować imigrantów innej rasy albo z innej grupy etnicznej „w dużej lub pewnej liczbie”. W przypadku Czech to niewiele ponad 27 proc. społeczeństwa.
Jak informowaliśmy, w czerwcu 2022 r. think tank „Wise Europa” opublikował dokument pt. „Gościnna Polska 2022+”. Dotyczył on kwestii imigracji. Materiał został podany przez największe polskie media, m.in. Polską Agencję Prasową. Ambasada Ukrainy w Polsce objęła projekt patronatem honorowym, a był on współfinansowany przy wsparciu Fundacji im. Stefana Batorego. Wskazano, że Polska zmienia się z państwa emigracyjnego w imigracyjne.
Przypomnijmy, że jeszcze przed rozpoczęciem wojny, w 2021 r. padł rekord liczby wystawionych obcokrajowcom zezwoleń na pracę w Polsce i oświadczeń dotyczących zatrudnienia pracowników ze Wschodu. Wówczas wystawiono cudzoziemcom prawie 3 mln takich dokumentów. To ponad 30 proc. więcej niż rok wcześniej.
Informowaliśmy, że pod koniec 2021 roku w ZUS do ubezpieczeń emerytalnego i rentowego zgłoszono niemal 872 tys. obcokrajowców z około 160 państw. Obywatele Ukrainy stanowili najliczniejszą grupę (635 tys. ubezpieczonych). Systematycznie rośnie także liczba Białorusinów pracujących w Polsce.
Z kolei na koniec III kwartału 2022 roku w ZUS zarejestrowanych było ponad milion obcokrajowców, w tym prawie 750 tys. Ukraińców, o ponad 20 proc. więcej niż rok temu. Ogółem, cudzoziemcy stanowią już 6,5 proc. wszystkich ubezpieczonych w Polsce. Dla porównania, w październiku 2021 roku obcokrajowcy stanowili 5,3 proc. ubezpieczonych.
Zwracaliśmy uwagę, że dane Państwowego Instytutu Ekonomicznego wskazywały, że już w 2018 r. Polska była największym rynkiem pracy spośród państw OECD przyjmującym tymczasowych pracowników z innych krajów. Z kolei w 2020 roku, mimo pandemii koronawirusa, zaobserwowano wzrost liczby zatrudnionych obcokrajowców w polskiej gospodarce. Autorzy zwrócili uwagę, że pod względem liczby tymczasowych migrantów zarobkowych wyprzedziliśmy Stany Zjednoczone i Niemcy.
Z racji tego, że Dodgersi „uhonorowali” fanatyczną grupę homoseksualistów w strojach „zakonnic”, tysiące ludzi zgromadziło się 16 czerwca w Los Angeles, aby wraz z Biskupem Tyler, Josephem Stricklandem, wziąć udział w demonstracjach.
Miejsce było upakowane po brzegi, włączając w to przyboczne ulice, podczas gdy Stadion Dodgersów, gdzie miało miejsce niechlubne zajście, świecił pustkami. Na nic się zdała oligarchiczna propaganda (film).
Drużyna baseballowa Dodgers jest własnością amerykańskiego oligarchy Marka Waltera (wartość netto: 1,8 mld USD).
Wprawdzie transformacja ustrojowa wiele w Polsce zmieniła, ale tak się wydaje tylko na pierwszy rzut oka. Kiedy jednak po 33 latach od jej proklamowania przyjrzymy się uważniej, przekonujemy się, że w znacznym stopniu powtarza się sytuacja, z jaką mieliśmy do czynienia za pierwszej komuny. Wtedy zadekretowana została „jedność moralno-polityczna” narodu, która polegała na tym, że „cały naród” musiał zaakceptować zasady ustroju socjalistycznego, z kierowniczą rola partii i sojuszem ze Związkiem Radzieckim na czele. Dopiero na gruncie akceptacji ustroju socjalistycznego i sojuszy mogła rozwijać się krytyka – ale też tylko „konstruktywna” – bo niekonstruktywna przestawała być krytyką, tylko była „malkontenctwem”.
Czym różniła się krytyka konstruktywna od malkontenctwa? Tym, że krytyka konstruktywna powinna najpierw zawierać pochwałę nie tylko ustroju socjalistycznego, ale również – polityki partii i rządu – a dopiero potem, ewentualnie zwracać uwagę, albo nawet piętnować „niedociągnięcia”, które jednak zdarzały się jedynie „tu i ówdzie”. Jeśli krytykant zapomniał o pochwale socjalizmu, albo polityki partii i rządu, albo wreszcie usiłował stworzyć wrażenie, że „niedociągnięcia” nie występują „tu i ówdzie”, ale wszędzie – stawał się malkontentem. Było to niebezpieczne, bo graniczyło z przepisem kodeksu karnego o rozpowszechnianiu fałszywych wiadomości mogących wzbudzić niepokój publiczny. Z tego powodu cenzura czujnie wyłapywała tego typu wypowiedzi, a niezależnie od tego ludzie sami się pilnowali, nawet jeśli chcieli w mondzie uchodzić za buntowników.
Przykładem jest słynny „protest-song” Czesława Niemena: „Dziwny jest ten świat”. Śpiewał on tam między innymi, że ten świat jest „dziwny”, bo „jeszcze wciąż” mieści się na nim „wiele zła”. Wynikało z tego, że zło zasadniczo zostało już wykorzenione, ale „tu i ówdzie” jeszcze „wiele” go zostało. To spostrzeżenie miało jednak efekt konstruktywny, mobilizujący do walki. Jak pamiętamy, ów protest-song kończył się bowiem rodzajem wesołego oberka, że „ludzie dobrej woli”, których „jest więcej”, nie dopuszczą, by niedobite zło doprowadziło do zagłady świata, który – chociaż może jest „dziwny” – to przecież zasadniczo jest dobry, bo jakże może być zły świat, w których istnieje Związek Radziecki i bratnie kraje socjalistyczne? W związku z tym na każdym obywatelu spoczywa obowiązek zniszczenia w sobie „nienawiści”. To rzeczywiście był pewien postęp, bo w czasach stalinowskich, a i później też, tak zwana „nienawiść klasowa” została awansowana do rangi cnoty.
Warto tedy zwrócić uwagę, że to przesłanie do zniszczenia nienawiści, po 56 latach, nabiera nieoczekiwanej aktualności – również w aspekcie prawno-karnym – bo według nowych rozkazów nienawiść musi zostać raz na zawsze znienawidzona – również przy pomocy niezawisłych sądów, które na nienawistników, zgodnie z rozkazem, będą sypać piękne wyroki. A kto jest nienawistnikiem? To proste, jak budowa cepa; ten, czyje poglądy nie podobają się „partii i rządowi”, których kompetencje w tej dziedzinie przejął dzisiaj Judenrat „Gazety Wyborczej” oraz ochotnicza rezerwa milicji obywatelskiej w postaci organizacji „Nigdy Więcej” pana Rafała Pankowskiego, albo „Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych”, utworzonego przez pana Rafała Gawła – obecnie na azylu w Norwegii, dokąd pośpiesznie się przedostał w celu uniknięcia w Polsce kary za oszustwa pieniężne.
Więc jeśli na odcinku politycznym, czy – dajmy na to – gospodarczym, a nawet naukowym, obowiązywała surowa dyscyplina ideologiczna, to partia i rząd luzowały nieco tę dyscyplinę na odcinku kulturalnym, a zwłaszcza – rozrywkowym. Toteż w charakterze wentyla bezpieczeństwa już w roku 1963 uruchomiono Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu. Rządowa telewizja transmitowała festiwalowe koncerty, toteż w czasie transmisji miasta i wsie pustoszały, bo kto tylko miał dostęp do telewizora, albo własnego, albo sąsiedzkiego, albo w jakiejś świetlicy, zasiadał przed ekranem, żeby chociaż przez dwie godziny trochę oderwać się od coraz ciaśniej otaczającej go rzeczywistości. Ale nie tylko zwykli obywatele przy okazji festiwalu się relaksowali. Jeszcze bardziej było to widoczne w ówczesnych mediach, którym z tej okazji rozluźniano cenzorski gorset. Toteż nie tylko recenzenci muzyczni, ale także zwykli dziennikarze, wzbijali się na szczyty wyrafinowania, analizując poszczególne piosenki, no i oczywiście – porównując wykonawców. Było to częściowo usprawiedliwione tym, że większość tekstów ówczesnych piosenek pisali autorzy o sporej kulturze literackiej, więc rzeczywiście było co analizować. A potem festiwal się kończył i następował bolesny powrót do rzeczywistości.
A akurat teraz, to znaczy – 9 czerwca – przypadła 60 rocznica pierwszego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Z tej okazji rządowa telewizja przygotowała się do transmisji – ale nie wzbudziło to takiego powszechnego entuzjazmu, jak kiedyś. Na przykład Judenrat „Gazety Wyborczej” od samego początku, to znaczy – zanim jeszcze ktokolwiek cokolwiek tam zaśpiewał – stanął na nieubłaganym stanowisku, że ten cały festiwal to jeden Scheiss, a za nim, jak za panią matką, zaczęli tę krytyczną ocenę powielać w innych niezależnych mediach dziennikarze drobniejszego płazu. Próżno jednak w tych ocenach doszukiwać się finezji z czasów pierwszej komuny. Rzecz w tym, że Judenrat „Gazety Wyborczej” i dostrajające się do niego niezależne media nierządne, w odróżnieniu od partii i rządu za pierwszej komuny, żadnego luzu na odcinku przemysłu rozrywkowego nie dopuszczają, traktując go jako bardzo ważny odcinek frontu ideologicznego, na którym obowiązuje surowa, niemal wojenna dyscyplina. Nieważne jest to, o czym się tam śpiewa, bo teksty współczesnych piosenek są raczej prymitywne i niespecjalnie nadają się do przeprowadzania jakichś subtelnych, wyrafinowanych analiz.
Ważne jest, kto w tym festiwalu uczestniczy, a kto go bojkotuje. Od tego zależą hierarchie artystyczne, to znaczy – który piosenkarz, czy piosenkarka jest nadymany przez odpowiednie media, jako wielki artysta, a który nadymany nie jest – za czym idzie oczywiście forsa. Od tej zasady zdarzają się potwierdzające regułę wyjątki. Chodzi tu przede wszystkim o piosenkarzy, którzy laury zdobyli już wcześniej i Judenrat przezornie nie próbuje nawet podważać ich rangi, ale inni muszą się pilnować i posłusznie „rządowy” festiwal w Opolu bojkotują, roniąc pewnie w ukryciu gorzkie łzy za utraconymi honorariami. Inni – jak na przykład pan Kuba Badach, prywatnie małżonek pani Aleksandry Kwaśniewskiej – wprawdzie wziął udział w festiwalu, ale złożył samokrytykę, że uczynił to nie dla kasy, tylko złożył ofiarę z własnej osoby dla dobra publiczności. Ale – jak podkreślają autorzy mediów społecznościowych – małżonka pana Badacha ani słowem nie skomentowała udziału męża w festiwalu. Jest to ilustracja pokazująca, że poziom świadomej dyscypliny nie jest bynajmniej niższy, niż za pierwszej komuny. I to jest chyba dobra wiadomość.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
5 maja WHO dokonała na swojej stronie internetowej podsumowania „pandemii” Covid-19. Konsekwentnie przedstawiają fałszywą narrację.
5 maja WHO dokonała na swojej stronie internetowej podsumowania „pandemii” Covid-19. Wnioski są oczywiste. Zrealizowano potężny plan w interesie Big Pharmy:
„Pandemia COVID-19 to globalna epidemia koronawirusa, choroby zakaźnej wywoływanej przez wirusa SARS-CoV-2 (zespołu ciężkiej ostrej niewydolności oddechowej). Pierwsze przypadki nowego koronawirusa (nCoV) wykryto po raz pierwszy w Chinach w grudniu 2019 r., a wirus szybko rozprzestrzenił się na inne kraje na całym świecie. To skłoniło WHO do ogłoszenia w dniu 30 stycznia 2020 r. stanu zagrożenia zdrowia publicznego o zasięgu międzynarodowym (PHEIC) oraz do określenia wybuchu epidemii jako pandemii w dniu 11 marca 2020 r.
W dniu 5 maja 2023 r., po ponad trzech latach od wybuchu pandemii, Komitet ds. Nagłych Wypadków WHO ds. COVID-19 zalecił Dyrektorowi Generalnemu, który zaakceptował to zalecenie, że biorąc pod uwagę, iż choroba jest już „ugruntowana i trwa”, nie pasuje to do dalszego utrzymywania stanu PHEIC. Nie oznacza to, że sama pandemia się skończyła, ale że globalna sytuacja kryzysowa, którą spowodowała, jest na razie opanowana. Komitet przeglądowy, który ma zostać powołany, opracuje długoterminowe, stałe zalecenia dla krajów dotyczące sposobu zarządzania COVID-19 na bieżąco”.
Przypomnijmy zatem, co ogłaszał 11 maja 2020 r. Dyrektor Generalny WHO podczas briefingu dla mediów na temat COVID-19. Jego wypowiedź była kompilacją sprzecznych i wątpliwych komunikatów: m.in. informacji o liczbie chorych i zgonów, które w żaden sposób nie były alarmujące, fałszywej wiadomości, że nie było jeszcze pandemii koronawirusowych (gdy nawet angielska Wiki podaje, że grypa azjatycka z lat 1889–1890 mogła być spowodowana koronawirusem OC43), informacji, że epidemię można kontrolować, przy czym środki kontrolowania epidemii są ciężkie, jak w Chinach, a zatem kryzys dotknie każdy sektor publiczny i gospodarczy, itp., etc. Cytuję tą emocjonalno-manipulacyjną enuncjację:
„W ciągu ostatnich dwóch tygodni liczba przypadków COVID-19 poza Chinami wzrosła 13-krotnie, a liczba dotkniętych krajów potroiła się. Obecnie jest ponad 118 000 przypadków w 114 krajach, a 4291 osób straciło życie. Tysiące innych walczy o życie w szpitalach. Spodziewamy się, że w nadchodzących dniach i tygodniach liczba przypadków, liczba zgonów i liczba dotkniętych krajów wzrośnie jeszcze bardziej.
WHO ocenia tę epidemię przez całą dobę i jesteśmy głęboko zaniepokojeni zarówno alarmującym poziomem rozprzestrzeniania się i dotkliwości, jak i alarmującym poziomem bezczynności. W związku z tym dokonaliśmy oceny, że COVID-19 można scharakteryzować jako pandemię.
Pandemia nie jest słowem, którego można używać lekko lub beztrosko. Jest to słowo, którego niewłaściwe użycie może wywołać nieuzasadniony strach lub nieuzasadnioną akceptację zakończenia walki, prowadząc do niepotrzebnego cierpienia i śmierci. (,,,) Nigdy wcześniej nie widzieliśmy pandemii wywołanej przez koronawirusa (…) Jak powiedziałem w poniedziałek, samo spojrzenie na liczbę przypadków i liczbę dotkniętych krajów nie mówi wszystkiego. Spośród 118 000 przypadków zgłoszonych na całym świecie w 114 krajach, ponad 90 procent przypadków występuje tylko w czterech krajach, a dwa z nich – Chiny i Republika Korei – mają znacznie zmniejszające się epidemie. 81 krajów nie zgłosiło żadnych przypadków, a 57 krajów zgłosiło 10 przypadków lub mniej (…) Kilka krajów wykazało, że tego wirusa można stłumić i kontrolować. (…) Jesteśmy wdzięczni za środki podjęte w Iranie, Włoszech i Republice Korei w celu spowolnienia wirusa i kontrolowania ich epidemii. Wiemy, że środki te zbierają ciężkie żniwo w społeczeństwach i gospodarkach, tak jak miało to miejsce w Chinach (…) Wszystkie kraje muszą znaleźć równowagę między ochroną zdrowia, minimalizacją zakłóceń gospodarczych i społecznych oraz poszanowaniem praw człowieka. Misją WHO jest zdrowie publiczne. (…) To nie jest tylko kryzys zdrowia publicznego, to kryzys, który dotknie każdy sektor – więc każdy sektor i każda osoba muszą być zaangażowani w walkę. Od początku mówiłem, że kraje muszą przyjąć podejście obejmujące cały rząd, całe społeczeństwo, zbudowane wokół kompleksowej strategii zapobiegania infekcjom, ratowania życia i minimalizowania skutków. (…) Przypominam wszystkim krajom, że wzywamy was do uruchomienia i zwiększenia skali waszych mechanizmów reagowania kryzysowego; Komunikuj się ze swoimi pracownikami o zagrożeniach i o tym, jak mogą się chronić – to sprawa każdego z nas; Znajdź, wyizoluj, przetestuj i lecz każdy przypadek oraz prześledź każdy kontakt; Przygotujcie swoje szpitale; Chroń i szkol swoich pracowników służby zdrowia. I wszyscy dbajmy o siebie nawzajem, bo potrzebujemy siebie nawzajem. (…) Jesteśmy w tym razem, aby ze spokojem robić właściwe rzeczy i chronić obywateli świata. To wykonalne”.
Absurdalny plan został wykonany.
Choroba Covid-19 pod względem klinicznym nie różni się – co podawało oficjalnie WHO – od grypy. Na stronie internetowej potwierdzała to 22.10.2021 r. dr Sylvie Briand. Cytuję:
„Tak więc grypa jest bardzo powszechna, zwłaszcza w sezonie, a zwykle jej objawami są gorączka, ból głowy, ból mięśni, ale także objawy ze strony górnych dróg oddechowych, takie jak kichanie i kaszel. W przypadku COVID-19 są to w zasadzie te same objawy, ale dodatkowo mamy specyficzne objawy, takie jak anosmia, czyli brak węchu i ageusia, czyli brak smaku (…). Ale czasami ludzie mają bardzo niewiele objawów, czy to grypy, czy COVID-19. To naprawdę zależy od poziomu odporności. W przypadku tych dwóch chorób ważne jest, aby wiedzieć, że środki zapobiegawcze działają w przypadku obu z nich, a szczególnie mycie rąk jest bardzo ważne. Następnie wietrzenie pomieszczeń, gdy jesteś w zatłoczonych pomieszczeniach, w których jest dużo ludzi, w szczególności, aby otworzyć okno. Również noszenie maseczek, jeśli nie można otworzyć okna i zachowanie dystansu fizycznego. A obu chorobom można naprawdę zapobiec, jeśli zastosujemy te środki”.
Trzeba też przypomnieć, że zgodnie z definicją WHO, pandemia jest epidemią występującą na skalę przekraczającą granice międzynarodowe, na skalę światową, gdy następuje niemal jednoczesna transmisja. W 2009 roku (podczas świńskiej grypy A/H1N1) WHO usunęła ze swojej definicji słowa „z ogromną liczbą zgonów i chorób”. Deborah Cohen and Philip Carter twierdzą w artykule pt. „WHO and the pandemic flu “conspiracies”” („ WHO i „spiski” związane z pandemią grypy”), że: „Kluczowi naukowcy doradzający Światowej Organizacji Zdrowia podczas pandemii grypy wykonywali płatną pracę dla firm farmaceutycznych, które mogły zyskać na przygotowywanych wytycznych. Te konflikty interesów nigdy nie zostały publicznie ujawnione przez WHO, a WHO odrzuciła zapytania dotyczące postępowania z pandemią A/H1N1 jako „teorie spiskowe””.
Bezsporne jest jednak, że w 2009 roku (cytuję za: Marcin Bojanowski „Gigantyczny rachunek za świńską grypę”, 2010-03-26): „Ogłoszenie pandemii spowodowało obciążenie podatników w wielu krajach dodatkowymi kosztami. Straty poniesiono m.in. z powodu zakupu szczepionek. Rząd Holandii wydał w tym celu 300 mln euro, czego następstwem stały się zalegające, nikomu niepotrzebne szczepionki. Z zamówionych przez rząd Francji szczepionek za 860 mln euro, skorzystało 5% obywateli. Wśród Włochów, nabywcami szczepionek o wartości 184 mln euro zamówionych przez rząd, okazało się tylko 4% obywateli. Natomiast z niemieckich zasobów o wartości 417 mln euro skorzystało 10% Niemców.
Dodatkowym wydatkiem były wynagrodzenia dla pracujących po godzinach lekarzy i pielęgniarek. W samej Francji wydano w tym celu 150 mln euro; a także 95 mln euro – na wynajęcie magazynów; 8,5 mln – na strzykawki, a 6 mln euro pochłonęły tam same kampanie informacyjne. Dodatkowo, oprócz wydatków na sam zakup leków, rządy poniosły straty za zwroty tych, które zalegały w magazynach. Taki koszt wyniósłby w samej Francji 358 mln euro, jednak po zawarciu ugody z trzema koncernami, obniżył się do 48 mln euro. Również inne rządy (m.in. Niemiec, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii, Holandii, Hiszpanii, Czech) negocjują warunki zwrotu zalegających szczepionek. W Europie tylko jeden kraj nie zamówił szczepionek – Polska. W związku z tym, była minister zdrowia – Ewa Kopacz – miała być ekspertem w jednym z europejskich śledztw przeciwko WHO”.
Niestety, z powyższej sytuacji rządy na świecie nie wyciągnęły żadnych wniosków. Wszystko wskazuje na to, że kolejna „walka z pandemią”, tym razem covida, przyjętymi środkami (w tym szczepieniami) okazała się dramatycznie szkodliwa (nadmiarowe zgony, lockdowny, potężne koszty, skutki uboczne szczepień) i ponownie korzystna przede wszystkim dla Big Pharmy. Śmiertelność choroby Covid-19 była bowiem niska, co było wiadome od samego początku.
Na stronie WHO opublikowano wyniki badań światowej klasy epidemiologa Johna Ioannidisa dotyczące wskaźnika śmiertelności zakażeń COVID-19 ( Biuletyn Światowej Organizacji Zdrowia, 99 (1), 19 – 33F. Światowej Organizacji Zdrowia ttp://dx.doi.org/10.2471/BLT.20.265892). W 51 badanych lokalizacjach mediana rzeczywistego współczynnika śmiertelności dla COVID-19 wyniosła 0,27% (0,23% po korekcie).
A zatem, urządzono wielki światowy sanitarny stan wojenny bez żadnych podstaw. Szukanie „winnych” odbywa się opornie lub nie odbywa się wcale, a najskuteczniejszy w USA prokurator generalny Teksasu Ken Paxton, który prowadził śledztwo w sprawie szkodliwości preparatów promowanych jako „szczepionki przeciw COVID-19”, został właśnie poddany procedurze usunięcia z urzędu przez Izbę Reprezentantów.
Czyżby macki Big Pharmy były jeszcze potężniejsze, niż nam się wydaje i groził nam rząd światowy WHO?
Opublikowałam w “Warszawskiej Gazecie” z 9 czerwca.
Bona diagnosis, bona curatio. Bez Boga ani do proga. Zna się na zarządzaniu. Konserwatystka. W wieku średnim, ale bez oznak kryzysu. Nie znosi polityków mamiących ludzi obietnicami bez pokrycia (fumum vendere – dosł.: sprzedających dym).
3 komentarze:
Rebeliantka 18 czerwca 2023
Pytanie kończące artykuł ma oczywiście charakter retoryczny. Po ostatnich wypowiedziach szefa WHO, Instytut Ordo Iuris ponownie alarmuje:“”Nie tylko nas zaniepokoiły niedawne słowa dyrektora WHO Thedrosa Adhanoma Ghebreyesusa na temat „przygotowań do kolejnej pandemii”, w których kluczową rolę ma odegrać negocjowany od kilkunastu miesięcy pod auspicjami WHO traktat pandemiczny. W podobnym tonie co WHO wypowiedział się również jeden z największych sponsorów WHO – Bill Gates, który postulował utworzenie globalnych narzędzi przeciwdziałania pandemiom.Skuteczności WHO przeczy jednak niedawna publikacja naukowców z amerykańskiego Uniwersytetu Johna Hopkinsa oraz szwedzkiego Uniwersytetu w Lund, którzy przeanalizowali prawie 20 tys. badań na temat sposobów walki z pandemią Covid‑19. Ich ustalenia jasno wskazują, że wprowadzenie promowanych przez WHO lockdownów miało „znikomy wpływ” na ograniczenie śmiertelności z powodu choroby a korzyści z tej polityki były „kroplą w morzu w porównaniu z szokującymi kosztami ubocznymi”. Nie chcąc, aby przyjęcie traktatu WHO uderzyło w polskie interesy, nasi eksperci szczegółowo monitorowali ostatnie posiedzenie Międzyrządowego Organu Negocjacyjnego WHO, który jest odpowiedzialny za przygotowanie kontrowersyjnego traktatu. Właściwie wszystkie delegacje państw poparły przygotowany dokument i rosnącą pozycję WHO. To jasne świadectwo braku refleksji z ich strony. Podobnie jak rok temu, gdy skompromitowany dyrektor WHO został wybrany na kolejna kadencję, a Korea Północna zdobyła miejsce w Radzie Wykonawczej WHO.Dlatego zabierając głos w konsultacjach publicznych nad dokumentem podkreśliliśmy, że nie może on prowadzić do ograniczenia suwerenności państw narodowych i przekazania kompetencji niewybieralnym urzędnikom WHO. Nasze stanowisko podzieliła ogromna większość uczestników dwóch tur konsultacji. Na początku czerwca opublikowano nowy projekt dokumentu. Nadal znajdują się w nim fragmenty mówiące o „centralnej roli WHO jako organu kierującego i koordynującego międzynarodowe działania w zakresie zdrowia” oraz o tym, że o ogłoszeniu pandemii decyduje dyrektor generalny WHO. Z dokumentu wycofano jednak fragment mogący bezpośrednio uderzać w suwerenność państw sygnatariuszy traktatu. Zamiast tego pojawiło się bardzo wyraźne zapewnienie, że rządy krajowe mają „suwerenne prawo do stanowienia i wdrażania ustawodawstwa w celu realizacji swojej polityki zdrowotnej.”Niestety obecna wersja traktatu zawiera także groźne fragmenty o walce z „infodemią”, czyli zbyt dużą liczbą informacji na temat pandemii. Może to posłużyć do wprowadzenia odgórnej cenzury pod pretekstem walki z fake newsami, co ograniczy wolność debaty naukowej, utrudniając wyłonienie skutecznych metod walk z chorobami”.
Nowy 18 czerwca 2023
WHO jest firmą prywatną. A sam wirus okazał się mniej inteligentny niż przewidywano. Miał szansę na swoje odrodzenie podczas niekontrolowanej migracji z Ukrainy do Polski niezaszczepionych osób w liczbie kilku milionów. Dlaczego mu się to nie udało. O to pytają już dzieci w podstawówce.
Rebeliantka 18 czerwca 2023
Dzieci w podstawówce może i tak. Ale wielu posłów nadal powtarza jak mantrę, że rzekomo była jakaś pandemia.
Rozpoczyna się prawdziwy maraton radykalnych projektów w ONZ i WHO. Każdy z nich ma na celu zmianę życia zwyczajnych ludzi na całym świecie. Wbrew ich woli, bez pytania ich o zgodę, ponad głowami wybranych przez nich władz państwowych.
W ONZ we wrześniu będą dyskutować o dostępie dzieci z całego świata do edukacji o „kwestiach populacyjnych”, czyli aborcji i antykoncepcji. Genderowa Edukacja Transformatywna zaowocuje wdrażaniem od żłobka neutralnych płciowo zachowań i promocją subkultury LGBT. Reforma traktatu WHO wprowadza podstawy dla globalnej cenzury oraz oddaje w ręce biurokratów władzę ogłaszania pandemii, wdrażania restrykcji i rozliczania się ze skuteczności tych działań.
To tylko wierzchołek góry lodowej pomysłów, które są nieustannie debatowane w międzynarodowych organizacjach. Doszło do tego, że w promowanym przez agendy ONZ poradniku dla rządów, autorstwa Międzynarodowej Komisji Prawników, otwiera się drogę do legalizacji pedofilii. Autorzy piszą wprost, że „zachowania seksualne osób poniżej wieku dopuszczalnej zgody mogą być faktycznie dobrowolne” i rekomendują wprowadzenie przepisów, które w efekcie zalegalizują wiele przypadków pedofilii.
Dlatego od roku intensyfikujemy nasze działania na poziomie międzynarodowym. Regularnie uczestniczymy w posiedzeniach konsultacyjnych WHO. Nasi pracownicy mają już status „Staff” („personel”) w siedzibie ONZ w Nowym Jorku. Dzięki szerokiej aktywności analitycznej i budowie międzynarodowej koalicji, zaczynamy ścigać się z globalnymi lobbystami aborcji i ideologii gender. Tylko od naszego wspólnego zaangażowania, łączącego Darczyńców, Przyjaciół i ekspertów Ordo Iuris, zależą losy starań o powstrzymanie rewolucyjnych koncepcji międzynarodowych.
Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w poniższy przycisk
Nie tylko nas zaniepokoiły niedawne słowa dyrektora WHO Thedrosa Adhanoma Ghebreyesusa na temat „przygotowań do kolejnej pandemii”, w których kluczową rolę ma odegrać negocjowany od kilkunastu miesięcy pod auspicjami WHO traktat pandemiczny. W podobnym tonie wypowiedział się również jeden z największych sponsorów WHO – Bill Gates, który postulował utworzenie globalnych narzędzi przeciwdziałania pandemiom.
Skuteczności WHO przeczy jednak niedawna publikacja naukowców z amerykańskiego Uniwersytetu Johna Hopkinsa oraz szwedzkiego Uniwersytetu w Lund, którzy przeanalizowali prawie 20 tys. badań na temat sposobów walki z pandemią Covid‑19. Ich ustalenia jasno wskazują, że wprowadzenie promowanych przez WHO lockdownów miało „znikomy wpływ” na ograniczenie śmiertelności z powodu choroby a korzyści z tej polityki były „kroplą w morzu w porównaniu z szokującymi kosztami ubocznymi”.
Nie chcąc, aby przyjęcie traktatu WHO uderzyło w polskie interesy, nasi eksperci szczegółowo monitorowali ostatnie posiedzenie Międzyrządowego Organu Negocjacyjnego WHO, który jest odpowiedzialny za przygotowanie kontrowersyjnego traktatu. Właściwie wszystkie delegacje państw poparły przygotowany dokument i rosnącą pozycję WHO. To jasne świadectwo braku refleksji z ich strony. Podobnie jak rok temu, gdy skompromitowany dyrektor WHO został wybrany na kolejna kadencję, a Korea Północna zdobyła miejsce w Radzie Wykonawczej WHO.
Dlatego zabierając głos w konsultacjach publicznych nad dokumentem podkreśliliśmy, że nie może on prowadzić do ograniczenia suwerenności państw narodowych i przekazania kompetencji niewybieralnym urzędnikom WHO. Nasze stanowisko podzieliła ogromna większość uczestników dwóch tur konsultacji. Na początku czerwca opublikowano nowy projekt dokumentu. Nadal znajdują się w nim fragmenty mówiące o „centralnej roli WHO jako organu kierującego i koordynującego międzynarodowe działania w zakresie zdrowia” oraz o tym, że o ogłoszeniu pandemii decyduje dyrektor generalny WHO. Z dokumentu wycofano jednak fragment mogący bezpośrednio uderzać w suwerenność państw sygnatariuszy traktatu. Zamiast tego pojawiło się bardzo wyraźne zapewnienie, że rządy krajowe mają „suwerenne prawo do stanowienia i wdrażania ustawodawstwa w celu realizacji swojej polityki zdrowotnej.”
Niestety obecna wersja traktatu zawiera także groźne fragmenty o walce z „infodemią”, czyli zbyt dużą liczbą informacji na temat pandemii. Może to posłużyć do wprowadzenia odgórnej cenzury pod pretekstem walki z fake newsami, co ograniczy wolność debaty naukowej, utrudniając wyłonienie skutecznych metod walk z chorobami.
Jednocześnie wysłaliśmy do Ministerstwa Zdrowia pismo z zapytaniem o stanowisko Polski w trwających negocjacjach. Z otrzymanej odpowiedzi wynika, że Polska uczestniczy w bieżących pracach nad dokumentem, potwierdzając, że „WHO powinna być liderem w obszarze zapobiegania, gotowości i reagowania na sytuacje kryzysowe związane ze zdrowiem”, podkreślając jednakże konieczność poszanowania zasady suwerenności państw i kompetencji krajowych jako podstawowe i wskazując, że głównym instrumentem zapobiegania pandemii powinny pozostać Międzynarodowe Przepisy Zdrowotne.
Widzimy zatem, że nasza presja przynosi pozytywne rezultaty.
Mamy na tym polu więcej sukcesów. W ostatni czwartek podczas szesnastej sesji Konferencji ONZ o Prawach Osób Niepełnosprawnych, reprezentujący Polskę minister Paweł Wdówik z dumą wskazał na Polskę, która zakazując aborcji eugenicznej dokonała wielkiego kroku naprzód w zakresie walki z dyskryminacją osób niepełnosprawnych. Nasze działania okazały się skuteczne także w sprawie umowy karaibskiej, za pomocą której zdominowane przez radykałów kraje Unii Europejskiej chciały uzależnić pomoc finansową wspólnoty dla biedniejszych państw świata od przyjęcia postulatów genderowej agendy. Przygotowaliśmy w tej sprawie ekspertyzy, w których zwróciliśmy rządom państw europejskich uwagę na to, że obecny kształt porozumienia będzie prowadził do ideologicznej kolonizacji blisko 80 krajów świata. Aktywność naszych ekspertów przełożyła się na zablokowanie przyjęcia dokumentu przez polskie władze.
Stanowisko Polski było zgodne z argumentami Ordo Iuris także w kwestii nowego Traktatu o zbrodniach przeciwko ludzkości, z którego radykałowie usiłują uczynić oręż w walce z „homofobią”. Polskie przedstawicielstwo przy ONZ w Nowym Jorku – przedstawiając argumenty zbieżne z tymi, które mu przekazaliśmy – zgłosiło sprzeciw wobec przyjęcia tego dokumentu.
Rozpoczęliśmy także prace nad powołaniem stałego przedstawicielstwa Ordo Iuris w Nowym Jorku, działającego nieustannie przy agendach ONZ. Na ten krok nie zdobyła się jeszcze żadna organizacja konserwatywna Europy. Łącząc siły z Collegium Intermarium oraz partnerami z szeregu państw europejskich, dzięki wsparciu naszych Darczyńców, możemy przełamać monopol globalnych lobbystów aborcji, cenzury i seksedukacji w ONZ. To także szansa na prowadzenie badań i ujawnianie procesów, jakie przez dekady zachodziły za zamkniętymi drzwiami.
Wierzę, że z Pana pomocą zatrzymamy pochód radykalnych ideologów przez międzynarodowe instytucje i przywrócimy prawom człowieka ich prawdziwe znaczenie.
ONZ popiera legalizację pedofilii?
Radykałowie od dawna usiłują wpisać genderowe postulaty w rodzaju legalizacji aborcji „na życzenie”, wprowadzenia do szkół wulgarnej edukacji seksualnej czy homoadopcji w system ochrony praw człowieka.
Nowym narzędziem służącym do tego jest opublikowany z okazji Dnia Kobiet poradnik zawierający 21 zasad dotyczących podejścia prawa karnego do „zachowań związanych z seksem, reprodukcją, używaniem narkotyków, HIV, bezdomnością i ubóstwem”. Autorzy publikacji wprost zachęcają do dekryminalizacji aborcji, chcąc pełnej legalizacji mordowania bezbronnych dzieci nienarodzonych.
Dokument promuje również agendę ruchu LGBT oraz zachęca do tego, aby w pewnych sytuacjach nie egzekwować prawa karnego ustanowionego w celu ochrony nieletnich przed przestępstwami seksualnymi. Wystarczający powód zawieszenia przepisów ma stanowić świadoma zgoda wyrażona przez nieletnich. Problem w tym, że autorzy poradnika nie podają dolnej granicy wieku, co wskazuje na to, że ów „wyjątek” może dotyczyć nie tylko 17‑latków, ale też 14‑latków, a nawet 10‑latków i młodszych dzieci. Wdrożenie owej zasady prowadziłoby więc do legalizacji pedofilii.
Nie mogąc do tego dopuścić, eksperci Ordo Iuris szczegółowo analizują poradnik. Efektem naszej pracy będzie komentarz prawny, w którym omówimy wszystkie zagrożenie wiążące się z ewentualną implementacją postulowanych w poradniku zasad do polskiego prawa.
Jednocześnie, aby dać każdemu zainteresowanemu możliwość włączenia się w obronę prawdziwych praw człowieka na forum ONZ, przygotowujemy poradnik dotyczący funkcjonowania tej organizacji. Wskażemy w nim narzędzia, które pozwalają na skuteczną ochronę praw podstawowych.
Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w poniższy przycisk
Traktat WHO pod okiem Ordo Iuris
Prawnicy Ordo Iuris śledzą prace nad traktatem pandemicznym, który może przekazać w ręce niewybieralnych urzędników WHO ogromne kompetencje w zakresie kontrolowania polityk zdrowotnych suwerennych państw.
Gdy tylko pojawiły się pierwsze doniesienia o pracach nad dokumentem, opracowaliśmy analizę prawną, wskazując, że ewentualna ratyfikacja traktatu przez Polskę wymaga zgody narodu wyrażonej w ogólnopolskim referendum albo poprzez ustawę parlamentarną popartą odpowiednią większością głosów. Wcześniej – jako pierwsi w Polsce – ostrzegaliśmy, że międzynarodowe organizacje takie jak WHO usiłują wykorzystać pandemię Covid‑19 do bezprawnego poszerzenia zakresu przyznanych im przez państwa kompetencji, próbując zarządzać systemem walki z epidemią za pomocą swoich zaleceń.
Aby przygotowywany traktat uwzględniał polskie interesy, skierowaliśmy do WHO wniosek o dopuszczenie ekspertów Ordo Iuris do prac nad dokumentem. Niestety do dziś nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Niezależnie od tego, zabraliśmy głos w trakcie dwóch tur konsultacji społecznych nad traktatem. W trakcie pierwszej z nich, podkreśliliśmy konieczność ochrony suwerenności państw oraz wolnej debaty naukowej na temat tego, jak skutecznie zwalczać choroby zakaźne. Podczas drugiej, przypomnieliśmy, że próby globalnego zarządzania walką z pandemią Covid‑19 okazały się nieefektywne. Znacząca większość uczestników konsultacji podzielała stanowisko Ordo Iuris, opowiadając się z całą stanowczością przeciw przekazywaniu urzędnikom WHO nowych kompetencji.
Choć z nowego projektu dokumentu usunięto część zapisów uderzających w suwerenność państw narodowych, to traktat wciąż zawiera wiele niebezpiecznych propozycji. Należy do nich między innymi utworzenie dwóch nowych funduszy, mających na celu walkę z pandemiami. Fundusze mają być finansowane nie tylko ze składek państw członkowskich WHO, ale także „producentów produktów związanych z pandemią”. W rezultacie decydującym kryterium przy wydawaniu zaleceń WHO mogą stać się nie względy medyczne, skuteczność danych form walki z chorobami, ale interesy finansowe zainteresowanych maksymalizacją swoich zysków globalnych koncernów farmaceutycznych.
Nie mogąc na to pozwolić, analizujemy właśnie nowy projekt traktatu, by dokładnie poznać skalę zagrożeń i ujawnić ją Polakom oraz rządzącym.
Polska blokuje ideologiczną kolonizację Afryki, Karaibów i Pacyfiku
Ogromnym zagrożeniem dla suwerenności Polski i obrony wartości takich jak życie, małżeństwo czy rodzina jest także projekt tzw. umowy karaibskiej, za pomocą której radykalni politycy z Unii Europejskiej chcą zmusić ubogie kraje Afryki, Karaibów i Pacyfiku do popierania na forum międzynarodowym aborcji, wulgarnej edukacji seksualnej i ideologii gender. Narzędziem finansowego szantażu miała być pomoc finansowa ze strony Unii Europejskiej.
Gdyby negocjowana przez kilka lat umowa weszła w życie w obecnym kształcie to 79 państw Afryki, Karaibów i Pacyfiku zostałoby zobowiązanych do głosowania w ONZ razem ze zdominowanymi przez radykałów reprezentacjami krajów Unii Europejskiej, dzięki czemu urzędnicy z Brukseli uzyskaliby „pakiet kontrolny” w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ. W rezultacie budowa skutecznej koalicji obrońców wartości w Nowym Jorku byłaby niemożliwa.
Zdając sobie sprawę z rangi zagrożenia, prawnicy Ordo Iuris przygotowali szereg analiz dotyczących umowy, które trafiły do liderów państw UE. Podkreślaliśmy w nich, że dokument ma charakter postkolonialny, nadużywając pozycję Unii Europejskiej oraz uderzając w kultury i tradycje biedniejszych państw. Zwracaliśmy uwagę także na jego sprzeczność z prawem międzynarodowym.
Nasza aktywność przyczyniła się do tego, że w maju ratyfikacja niebezpiecznego dokumentu została zablokowana przez polskie władze.
Homofobia zbrodnią przeciwko ludzkości?
Broniąc interesów Polski na forum ONZ, interweniowaliśmy podczas posiedzenia Szóstego Komitetu Zgromadzenia Ogólnego Organizacji Narodów Zjednoczonych, gdzie debatowano nad projektem nowego Traktatu o zbrodniach przeciwko ludzkości. Niebezpieczny dokument pomija definicję płci sformułowaną w 1998 r. w Statucie Rzymskim Międzynarodowego Trybunału Karnego, która wyraźnie mówi, że występują tylko dwie płcie – męska i żeńska.
Odejście od tej definicji w nowym traktacie miałoby dalekosiężne konsekwencje, robiąc miejsce dla genderowej definicji płci rozumianej jako płynnego i całkowicie niezależnego od biologicznych uwarunkowań konstruktu społecznego. Taki wniosek wynika z uzasadnienia Komisji Prawa Międzynarodowego ONZ, która odrzucenie definicji płci motywowała tym, że rozumienie tego terminu ewoluuje w kierunku „płci jako społecznie skonstruowanej (a nie biologicznej) koncepcji”.
Dlatego ewentualne przyjęcie dokumentu w jego obecnej wersji może skutkować taką interpretacją Traktatu, w myśl której brak uznania „niebinarnej tożsamości płciowej” zostanie nazwany prześladowaniem ze względu na płeć. W rezultacie państwa i ludzie, którzy będą twierdzić, że istnieją tylko dwie płcie albo będą bronić tożsamości małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny, staną w obliczu bezpodstawnych zarzutów o łamanie praw człowieka. Polacy i inne konserwatywne narody zostaną poddani ideologicznej presji, której celem będzie zmuszenie nas do akceptacji radykalnych postulatów ideologii gender.
Nie mogąc do tego dopuścić, przesłaliśmy polskiemu Stałemu Przedstawicielstwu przy ONZ pismo, w którym zwróciliśmy uwagę na zagrożenia związane z procedowanym dokumentem. Zgłoszone przez polskiego ambasadora stanowisko było zgodne z argumentacją naszych prawników i wskazywało, że projekt Traktatu o zbrodniach przeciwko ludzkości powinien zachować „uzgodnioną i skodyfikowaną w Statucie Rzymskim definicję” płci, co przyczyni się do utrzymania niezbędnej „spójności w prawie międzynarodowym”.
To jednak dopiero początek walki w tej sprawie. Rzeczony dokument pozostaje w obiegu prawnym i będzie podlegał negocjacjom. Na razie udało nam się przyczynić do tego, że jego groźne fragmenty nie zostały uznane za uzgodnione. Przygotowaliśmy już międzynarodowy apel w tej sprawie, którego sygnatariusze wyrażają sprzeciw wobec próby przekształcenia systemu praw człowieka w narzędzie wprowadzania zmian społeczno-kulturowych.
Obrońcy wartości muszą wspólnie stawić czoła radykałom
Aby skutecznie przeciwstawić się próbom ideologizacji praw człowieka, cały czas pracujemy nad budową szerokiej koalicji obrońców wartości. W tym celu wzmacniamy współpracę pomiędzy konserwatywnymi organizacjami. W drugiej połowie maja wzięliśmy udział w międzynarodowej konferencji pt. „Stając w obronie praw naturalnych, wspólnie ocalmy Europę”, która odbyła się w Wilnie. Wydarzenie zostało zorganizowane przez naszych partnerów z Litewskiego Ruchu Rodzin.
Uczestnicy konferencji przyjęli wspólną deklarację, wyrażając przywiązanie do małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny oraz podkreślając, że ideologia gender „jest fałszywa i prowadzi społeczeństwa i państwa w ślepy zaułek”.
Z kolei na początku czerwca zabraliśmy głos w międzynarodowej konferencji konserwatywnych środowisk obu Ameryk i Europy, która miała miejsce w stolicy Argentyny. Rezultatem konferencji było przyjęcie „Karty Buenos Aires”, która stanowi ideową podstawę kolejnych działań uczestników wydarzenia. Jej sygnatariusze zgodzili się co do tego, że wolność „jest przyrodzonym prawem każdego człowieka”, i wiąże się z koniecznością obrony „świętego prawa do życia na wszystkich jego etapach”. W dokumencie wyrażono sprzeciw wobec działalności „potęg globalistycznych”, które wspierają ruchy radykalne mające na celu „zniszczenie fundamentalnych wartości kultury zachodniej, a tym samym osłabienie potęgi narodów, bezpośrednio atakując siłę i samostanowienie narodów oraz ich suwerenność”.
Na początku maja delegacje Ordo Iuris oraz Collegium Intermarium uczestniczyły także w jednym z największych spotkań środowisk konserwatywnych na świecie, organizowanej na Węgrzech konferencji CPAC, która od lat 70. jest corocznym spotkaniem konserwatystów amerykańskich, a od pewnego czasu także europejskich. Przemawiając do uczestników wydarzenia, zwróciłem uwagę na to, że forsowana przez radykałów ideologizacja praw człowieka, która wpisuje w nie „prawo do aborcji”, walkę z tzw. „mową nienawiści” czy „prawo dzieci do tranzycji”, skutkuje rewolucyjnym ograniczaniem praw i wolności, o które walczyli nasi przodkowie. Przywołałem przy tym słowa św. Jana Pawła II z encykliki „Centissimus Annus”, który podkreślał, że „demokracja bez wartości łatwo przemienia się w jawny lub ukryty totalitaryzm”.
Aborcja nie jest prawem człowieka
Stworzenie szerokiej i skutecznej koalicji obrońców wartości jest tym ważniejsze, że radykałowie dwukrotnie w ostatnich miesiącach przegłosowali w ONZ rezolucje, uznające aborcję za „prawo człowieka”. W obu przypadkach zwracaliśmy się do polskiej delegacji przy ONZ, aby głosowała przeciw ideologicznym rezolucjom. Niestety Polska nie przyłączyła się do antyaborcyjnej koalicji państw Afryki, Azji i Ameryki Południowej.
Chcąc wpłynąć na rządzących, skierowaliśmy do Kancelarii Prezydenta, Ministerstwa Spraw Zagranicznych i polskiej delegacji przy ONZ pisma, wyjaśniając szczegółowo, że choć rezolucje Zgromadzenia Ogólnego ONZ nie są dla Polski aktami wiążącego prawa międzynarodowego, to w praktyce mają przemożny wpływ na kształtowanie się prawa zwyczajowego, które jest już obligujące dla państw. Właśnie w ten sposób aborcyjni lobbyści realizują swój strategiczny plan narzucenia Polakom aborcji, pomimo tego, że Polska nie podpisała żadnego traktatu nakładającego taki obowiązek.
Nasza presja przyniosła efekt. Podczas szesnastej sesji Konferencji Państw-Stron Konwencji ONZ o Prawach Osób Niepełnosprawnych, przemawiający w imieniu Polski Przedstawiciel Rządu ds. Osób Niepełnosprawnych Paweł Wdówik zdecydowanie opowiedział się przeciwko aborcji, wskazując, że przełomowy wyrok polskiego Trybunału Konstytucyjnego przyczynił się do polepszenia sytuacji osób niepełnosprawnych w naszym kraju, którym przed stwierdzeniem niekonstytucyjności aborcji eugenicznej odmawiano prawa do życia.
Aby uświadomić Polakom skalę zagrożenia, nasi eksperci pracują nad analizą dotyczącą koncepcji tzw. praw reprodukcyjnych i seksualnych, za pomocą których radykałowie usiłują doprowadzić do uznania aborcji za „prawo człowieka”.Kompleksowo pokażemy w niej źródła tej koncepcji oraz omówimy efekty, do jakich prowadzi jej wdrożenie. Jasno i precyzyjnie wykażemy, że promując tzw. prawa reprodukcyjne i seksualne radykałowie wcale nie mają na względzie zdrowia kobiet, dążąc do realnej poprawy standardu opieki medycznej, ale chcą doprowadzić do sytuacji, w której prawo będzie pozwalało na mordowanie niewinnych i bezbronnych dzieci nienarodzonych.
Jednocześnie kończymy prace nad analizą, dotyczącą kompetencji sześciu międzynarodowych komitetów ONZ i Rady Europy, które monitorują przestrzeganie praw człowieka na świecie. Ich praca jest ważna w kontekście tego, że radykałowie wielokrotnie zarzucali Polsce łamanie praw człowieka. W publikacji jasno wskażemy, że uprawnienia komitetów w większości ograniczają się do gromadzenia i komentowania informacji na temat konkretnych krajów. Żaden z nich nie posiada kompetencji pozwalających na wydawanie wiążących orzeczeń nakazujących suwerennym państwom podjęcie określonych działań.
Razem obronimy polską suwerenność
Globalni lobbyści radykalnych ideologii za wszelką cenę starają się zdominować międzynarodowe organizacje i zmusić ich państwa członkowskie do odgórnego przyjęcia genderowej agendy, której nie akceptują obywatele wielu państw świata. Przeciwstawiając się ideologizacji praw człowieka, prawnicy Ordo Iuris przywracają ich prawdziwe znaczenie na forum ONZ oraz wskazują rządom państw skuteczne środki oporu.
Monitorowanie prac Organizacji Narodów Zjednoczonych i Światowej Organizacji Zdrowia pochłania jednak wiele godzin pracy naszych analityków, czego miesięczny koszt nie jest mniejszy niż 8 000 zł. Ale dzięki temu zaangażowaniu, możemy reagować na bieżąco, gdy tylko interes Polski jest zagrożony.
Przygotowanie jednej analizy dotyczącej projektu traktatu pandemicznego, rezolucji ONZ lub innego traktatu międzynarodowego to w zależności od długości aktu prawnego i stopnia jego skomplikowania wydatek od 10 000 do 15 000 zł.
Przygotowanie poradnika, w którym szczegółowo przeanalizujemy prace ONZ, wyjaśniając każdemu zainteresowanemu, jak działa ta instytucja oraz jak można się włączyć w międzynarodowy opór przeciwko próbom ideologizacji praw człowieka, wymaga zabezpieczenia środków rzędu 12 000 zł.
Aby dokończyć ekspertyzę poświęconą granicom kompetencji komitetów monitorujących przestrzeganie praw człowieka, potrzebujemy jeszcze 5 000 zł.Zapoznanie się z publikacją pomoże zrozumieć, w jaki sposób organy ONZ usiłują bezprawnie wpływać na polityki suwerennych państw.
Opracowanie analizy poświęconej forsowanej przez radykałów koncepcji praw reprodukcyjnych i seksualnych, które obejmują „prawo do aborcji”, to wydatek nie mniejszy niż 10 000 zł. Tylko rozumiejąc, z czym się mierzymy, będziemy mogli skutecznie stawić opór ideologizacji praw człowieka.
P.S. Dominacja radykałów na forum ONZ jest wynikiem wieloletniej bierności obrońców wartości. Tylko zmieniając ten niekorzystny stan rzeczy, możemy skutecznie zatrzymać wpisanie genderowego szaleństwa w system ochrony praw człowieka. W przeciwnym razie obrona tradycyjnych wartości już niedługo może zostać uznana za zbrodnię przeciwko ludzkości. Nadal nie jest za późno. Wciąż możemy to powstrzymać. Wierzę, że z Pana pomocą będziemy mogli działać na forum ONZ jeszcze silniej i skuteczniej, broniąc wartości takich jak życie, małżeństwo, rodzina, wolność czy własność.
W normalnym kraju po tym i wielu innych faktach, Ukrainę uznano by za kraj wrogi. Przecież Ukraina działa na dużą skalę całkowicie otwarcie przeciw polskim interesom gospodarczym. Władze Ukrainy konsekwentnie starają się wciągnąć Polskę do wojny.
Polityka międzypaństwowa prowadzona przez PiS, która odnośnie Ukrainy, Rosji oraz Chin, popierana jest przez PO, PSL i Lewicę, stała się już kompletnym absurdem. Utarło się, że w polityce między wrogimi państwami, obowiązywała zasada „wróg mojego wroga jest moim sojusznikiem”.
Polityka rządów PiS-u, co prawda prowadzona na krótkiej smyczy przez ambasadora USA o polskim nazwisku, wywróciła tę zasadę do góry nogami. Cały czas dla większości Polaków Rosja jest największym wrogiem. Ukraina będąca wrogiem Rosji stała się zatem, według wspomnianej zasady, sojusznikiem Polski.
Jednak co zrobić, jeśli to rozumowanie nie trzyma się kupy? Oto ostatnie wystąpienie kierującego ukraińskim odpowiednikiem polskiego Instytutu Pamięci Narodowej, to jakby przypieczętowanie faktu, że myślenie o Ukrainie, jako sojuszniku Polski zawaliło się w gruzy. To myślenie nigdy nie miało szans na przekształcenie się w solidny gmach, ponieważ jego fundamentem miało być i wygląda, iż nadal jest, zapomnienie o dziesiątkach tysięcy Polaków wymordowanych przez Ukraińców. I o tym po raz kolejny przekonał w ostatnich dniach wspomniany szef ukraińskiej instytucji od polityki historycznej.
Rozmiary tego tekstu nie pozwalają na cytowanie tego, co powiedział wspomniany Ukrainiec ani nie warto wspominać jego nazwiska. Wystarczy stwierdzić, że nie dał żadnych nadziei na to, iż Ukraińcy mają zamiar budować relacje z Polską na innym fundamencie niż ten wspomniany powyżej.
W normalnym kraju po tym i wielu innych faktach, Ukrainę uznano by za kraj wrogi. Przecież Ukraina działa na dużą skalę całkowicie otwarcie przeciw polskim interesom gospodarczym. Władze Ukrainy konsekwentnie starają się wciągnąć Polskę do wojny. Polityka Ukrainy w przestrzeni pamięci historycznej, która w relacjach polsko-ukraińskich jest szczególnie ważna, jest również otwarcie wroga wobec Polski, czego kolejnym dowodem jest wspomniane wystąpienie ukraińskiego urzędnika. I co? I nic! Znaleźliśmy się w nonsensownym układzie, w którym wróg (Ukraina) naszego wroga (Rosja) jest naszym wrogiem, a nie sojusznikiem.
Idiotyzm działań PiS-u w tej sytuacji dopełnia polityka wrogości wobec Niemiec. W minionych dwustu latach największym zagrożeniem dla Polski był sojusz rosyjsko-niemiecki, który z reguły kończył się unicestwieniem naszego państwa. Szansą dla Polski była sytuacja, w której Rosja i Niemcy były w konflikcie. Tak jest teraz, a rząd PiS-u zamiast wyciągać z tego korzyści, doprowadza do absurdalnej sytuacji coraz większego konfliktowania się zarówno z Rosją, jak i z Niemcami.
Ten absurd polityki wobec Ukrainy, Rosji i Niemiec dobrze obrazuje krążąca w internecie myśli według której rząd PiS-u domaga się miliardowych odszkodowań od Niemców, którzy do zbrodni na Polakach się przyznali, przeprosili za nie i przepraszać nie przestają, a jednocześnie miliardy płacą tym, którzy do zbrodni się nie przyznali, uparcie o tym kłamią i tym bardziej nie mają zamiaru przepraszać.
Uważam, że wszystkie sznurki polityki wobec Ukrainy, Rosji i Niemiec dzierży wspomniany ambasador USA w Warszawie, którym oczywiście kierują jego zwierzchnicy w Waszyngtonie. Pewnie również oni – jako bez-alternatywny sojusznik – dbają o to, by nikt w Polsce nie odważył się nazwać Ukrainy inaczej niż „sojusznikiem”.
Służby specjalne w Polsce – już dawno przejęte przez Amerykanów – pilnie baczą, żeby żaden polityk nie ośmielił się oficjalnie określić Ukrainy państwem wrogim. Biorąc pod uwagę liczbę polityków na których różne służby – również zagraniczne – mają różne haki, nie należy oczekiwać, żeby na przykład z trybuny sejmowej padło to stwierdzenie.
W rządzie PiS-u są takie porządki, że ze stanowiska wylatuje minister, który odważył się ledwie wspomnieć o ludobójstwie Ukraińców na Polakach. Czy za stwierdzenie zgodne z faktami, że Ukraina, to państwo wrogie Polsce, będzie się lądować w więzieniu? A może kogoś takiego spotka los Andrzeja Leppera? To nie demagogia!
Trawestując powiedzenie Stalina można wysunąć hipotezę, że w miarę zacieśniania – amerykańskim łańcuchem – oficjalnego sojuszu ukraińsko-polskiego, będzie narastać walka z tymi, którzy widzą i ośmielają się publicznie mówić, o jego katastrofalnych skutkach dla Polski.
Jak podaje „Rzeczpospolita”, Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) skierowała zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez byłego wiceministra obrony Ukrainy Wiaczesława Szapowałowa oraz dyrektora departamentu zakupów MON, Bohdana Chmielnickiego.
Szapowałow i Chmielnicki mieli w ciągu ostatniego roku wyprowadzić z budżetu państwa gigantyczną kwotę. To dalszy ciąg wielkiej afery korupcyjnej w ukraińskiej armii, która z czasem zatacza coraz szersze kręgi. Według SBU, w nowej odsłowie afery korupcyjnej chodzi m.in. o zakup blisko 3000 kamizelek kuloodpornych o wartości 130 mln hrywien (z tej kwoty przywłaszczonych miało zostać ponad 100 mln hrywien). Kamizelki miały nie spełniać deklarowanej klasy ochrony, a ich rzeczywista wartość wynosiła 25 mln hrywien.
Straty rzędu miliarda hrywien
SBU podała, że uczestnicy afery kupili też hurtową partię niskiej jakości kurtek i spodni zimowych dla żołnierzy Sił Zbrojnych Ukrainy za łączną kwotę 900 mln hrywien, a odzież ta nie spełniała wymogów użytkowania „w zimnych porach roku w kontekście intensywnych działań wojennych”. Działania oskarżonych miały – według Służby Bezpieczeństwa Ukrainy – spowodować straty dla ukraińskiego budżetu w łącznej wysokości ponad 1 mld hrywien (równowartość ok. 110 mln zł). Z tej kwoty były wiceminister obrony i były szef Departamentu Zamówień Państwowych mieli przywłaszczyć sobie ponad 100 mln hrywien. Podejrzani zostali aresztowani. Według źródeł agencji Ukrinform w organach ścigania, zatrzymani to były wiceminister obrony Wiaczesław Szapowałow oraz były dyrektor departamentu zakupów MON Bohdan Chmielnicki. Podał się do dymisji w styczniu br. Jak napisał, miało to związek z „medialnymi oskarżeniami” o korupcję. Stanowisko stracił wówczas również zastępca prokuratora generalnego Ukrainy. Media zarzucały resortowi obrony przepłacanie dostawcom żywności dla armii. Firma zaopatrująca wojsko w żywność twierdziła z kolei, że „popełniła błąd techniczny” i zapewniła, że nie otrzymała żadnych nienależnych jej pieniędzy. Oświadczenie na stronie Ministerstwa Obrony głosiło, że dymisja, złożona przez Szapowałowa ma „pomóc w zachowaniu zaufania do resortu”.
Jeśli ktoś wierzy w przekaz mediów głównego nurtu o wspaniałych Ukraińcach i ich rządzie, bohatersko walczących „za wolność naszą i waszą”, oczywiście nie możemy zabronić mu tej wiary, natomiast sami jej nie podzielamy. Państwo ukraińskie nie stało się nagle, wraz z inwazją rosyjską, aniołem. Od samego swojego zarania przeżarte jest korupcją i nepotyzmem. Pod tym względem praktycznie nic się tam nie zmieniło od 30 lat, o czym jeszcze do niedawna, bez skrępowania informowały media od lewa do prawa.
Norwedzy muszą przestrzegać nakazów żywieniowych, jeśli „cele klimatyczne” mają zostać osiągnięte.
Naukowcy dbający o realizację „ambitnych celów klimatycznych” chcą, by ograniczyć spożycie mięsa o 75 procent. Redukcja ilości spożywanego mięsa staje się kluczowa w dążeniu do założeń wyznaczonych przez klimatystów.
Raport „Środki klimatyczne w Norwegii do 2030” Norweska Agencja Środowiska opublikowała 2 czerwca br. Jedzenie zgodne z zaleceniami dietetycznymi znajduje się na szczycie listy najważniejszych środków, które mają pomóc osiągnąć cele klimatyczne w ciągu siedmiu lat.
Okazuje się, że zielona Norwegia, która produkuje prąd głównie w elektrowniach wodnych, a po jej drogach jeździ najwięcej w Europie pojazdów elektrycznych musi zażądać od obywateli… zmiany diety. Dane Eurostatu z 2021 roku wskazują, że aż 15,5 procent samochodów w Norwegii to pojazdy w pełni elektryczne; dla porównania w Holandii plasującej się na drugim miejscu – samochody elektryczne stanowiły 2,8 procenta.
Przesłanie dla mieszkańców kraju fiordów jest klarowne: nikt nie powinien przekraczać aktualnych krajowych zaleceń żywieniowych i nie powinien spożywać więcej niż 500 gr czerwonego i przetworzonego mięsa tygodniowo (paczka mięsa mielonego ma wagę 400 gr). Zaleca się spożywanie większej ilości (norweskiego) zboża, roślin strączkowych, warzyw i owoców.
Autorzy raportu przeanalizowali 85 różnych środków, które mogą zmniejszyć krajowe emisje CO2 i doszli do wniosku, że tylko poprzez przeprowadzenie wszystkich działań, emisje w 2030 roku mogą być o 53 procent niższe niż w 1990 roku.
Do tej pory emisje zostały obniżone o mniej niż 5 procent. Zatem aby osiągnąć cel klimatyczny w ciągu siedmiu lat, musi nastąpić „bezprecedensowa przebudowa całego społeczeństwa”.
Nowa dieta, nowe społeczeństwo
„Obecnie niewiele jest instrumentów, które zapewniają zmianę diety w kierunku zaleceń dietetycznych, a barier jest wiele” piszą autorzy raportu.
Jak więc wpłynąć na nawyki i preferencje, które są trudne do zmiany?
W osiągnięciu celu pomoże zmiana popytu na żywność, która ma wpłynąć na produkcję. By do tego doszło, należy „przeprowadzić restrukturyzację w kilku częściach łańcucha wartości, w tym w rozwoju produktu i zmianie cen” – sugerują.
Chcą też jaśniejszej komunikacji, ze wskazaniem tego, czym jest zdrowa i zrównoważona dieta.
– Opracowanie nowych narzędzi, zmiana zachowań i wdrożenie nowej technologii wymaga czasu. Jeśli ma być możliwe osiągnięcie tak dużych redukcji emisji tak szybko jak zakładaliśmy, potrzebny jest bardzo szybki rozwój polityki klimatycznej – przekazuje Ellen Hambro, dyrektorka Norweskiej Agencji Środowiska. – Można powiedzieć, że wszystko, co wskazaliśmy, musi zostać wykonane i wiele musi się wydarzyć równolegle, jeśli cele mają zostać osiągnięte.
Lider Partii Zielonych (MDG) Arild Hermstad chce, by rząd obniżył VAT na niektóre produkty spożywcze oraz obniżył ceny alternatyw dla mięs.
Wkrótce nowe zalecenia
Wspólna nordycka grupa ekspertów (zwana NNR2023) pracuje nad nowymi poradami dietetycznymi, które oprócz zdrowia uwzględnią cele środowiskowe.
Według wspomnianej grupy, mieszkańcy Norwegii powinni jeść maksymalnie 350 gramów czerwonego mięsa tygodniowo, czyli jeszcze mniej niż wynika z raportu Norweskiej Agencji Środowiska. Rada spotyka się z silnym sprzeciwem minister rolnictwa Sandry Borch (Sp).
W sobotę 17 czerwca ulicami Warszawy przeszła tzw. „parada równości”. W tęczowym pochodzie wziął udział ambasador Stanów Zjednoczonych w Polsce – Mark Brzeziński.
Pochód otwierała platforma organizatorów. Na jego czele byli także inicjatorzy marszów równości w innych polskich miastach oraz w Kijowie, przedstawiciele społeczności ukraińskiej w Polsce i dyplomaci.
W przemarszu wzięli też udział politycy Lewicy, którzy również mieli swoją platformę, i reprezentanci różnych firm. Imprezę zabezpieczyły duże siły policji.
Wśród uczestników parady był także ambasador USA w Polsce Mark Brzezinski, który niósł flagę swojego kraju.
– Ambasada USA jest tutaj, ponieważ Stany Zjednoczone bronią równości. Bronimy równości na całym świecie, w tym w Polsce – powiedział.
JE Marek Brzezinski nurza w g***ie flagę USA. Przeciętny Polak myśli o Nim: Debil skończony! A ja mówię: „Nie! To wysoki oficer Frontu Walki z Normalnym Społeczeństwem. Doskonale wie, z czym walczy. Nie wie tylko, że gdyby ONI wygrali, to nastąpiłby koniec naszej cywilizacji”.
Iwonna @IwonkaWawa
Ambasador Mark Brzeziński na #ParadaRównosci , Warszawa dziś
W latach 90. – po prawie pół wieku sowieckiej izolacji – otworzyliśmy się na wpływy z „Zachodu”. W praktyce oznaczało to napełnienie sklepów, giełd, bazarów i wypożyczalni kasetami VHS i CC, z których spływały amerykańskie dzieła filmowe i muzyczne. Ale w samej Ameryce ścierały się wpływy liberalne i konserwatywne…
Czy ta walka kulturowa miała swoje przełożenie na Polskę?
Kalifornia to stan umysłu. Począwszy od lat 60., gdy jadąc do San Francisco należało wpiąć kwiaty we włosy, ten niegdyś Złoty, a dziś można by powiedzieć Zgniły Stan, rozpowszechnia model życia oparty o niczym nieskrępowaną swobodę podążania za instynktem i popędem, opakowując to w ładną i łagodną estetykę ciepłego oceanu, smukłych ciał i subtelnych głosów, napełniając przekaz bijącym niczym słońce poczuciem luzu i zadowolenia. Tak można by określić proces kulturowy, którego nazwę –Californication– spopularyzował w naszych czasach zespół Red Hot Chilli Peppers, a po raz pierwszy pojawiła się ona w magazynie „Time” w roku 1966. Po polsku mówi się kalifornizacja, ale dla zachowania indywidualnego charakteru tego zjawiska będę używał słowa kalifornikacja, jakkolwiek mam świadomość, że brzmi on ani poprawnie, ani zgrabnie.
Sama piosenka leciała w kółko od roku 1999 przez następne kilka lat. Weszła nam w ucho, ale czy dotarła do nas jej treść? Ta bowiem jest istną kopalnią znaczeń i, można powiedzieć, swoistym manifestem współczesnego marksizmu (pop)kulturowego. Posłuchajmy…
Mentalni szpiedzy z Chin chcą ci ukraść równowagę umysłu – wybrzmiewają pierwsze słowa. Dalej mamy szwedzką dziewczynkę, która marzy o srebrnym ekranie i szerszą analizę: To kraniec świata i całej zachodniej cywilizacji, słońce ma wzejść na Wschodzie, ale przynajmniej zachodzi w miejscu przeznaczenia…
Ale tu autorzy tekstu wyciągają cokolwiek dziwny wniosek, pisząc dosłownie wers dalej, że… zrozumiałe jest, że Hollywood kolportuje kalifornikację… Jaka w tym logika? Nasz świat upada, a pałeczkę mają przejąć Chińczycy wraz ze swymi sojusznikami, a my w takiej chwili – w sposób zrozumiały – rozsyłamy w świat zarodki obyczajowego zepsucia i cywilizacyjnej dekonstrukcji… Jest tylko jedna „logika”, która to tłumaczy: logika marksizmu kulturowego, czy też po prostu neomarksizmu.
Dalej mamy kalejdoskop motywów właściwych dla amerykańskiej kultury schyłkowej: próba zdjęcia „klątwy starzenia” przez chirurgię plastyczną czy „hardcorowe soft porno” (czyli pornografia przemycana pod „łagodniejszymi” formami). W pewnym momencie pada zdanie: Zrodzeni i wychowani przez tych, co wychwalają kontrolę urodzeń. Natomiast w ostatniej zwrotne odnajdujemy puentę:
Destrukcja prowadzi na bardzo wyboistą drogę Lecz wydaje z siebie twórcze moce Dla dziewczęcej gitary trzęsienie ziemi To tylko kolejna dobra wibracja A pływy morskie nie ochronią świata Przed kalifornikacją…
Ileż treści w jednej zwrotce! Pierwsze dwa wersy to typowy motyw, który przyswoił sobie amerykański styl życia: choć żyjemy w degrengoladzie, to szukamy sposobów na jej twórcze wykorzystanie (Choć potrafię dekonstruować kulturę w moich pracach, to jestem wciąż podatna na jej wpływ – wyznaje autorka filmu Generation Wealth poświęconego właśnie degeneracji kulturowej w Kalifornii).
Kolejne dwa wersy równie dobrze mogłaby zobrazować okładka albumu Supertrampów Crisis? What Crisis?, na której widzimy post-industrialne zgliszcza, a wśród nich postawiony leżak ze stolikiem i parasolem oraz chillującego jakby nigdy nic mężczyznę w slipkach. Największy ładunek niejednoznacznych odniesień zawierają dwa ostatnie wersy. Cykl przypływów i odpływów może symbolizować po prostu naturę, przeciwko której występuje marksizm kulturowy, a może też wyrażać przekonanie, że zmiany, jakie on wprowadził w ludzkiej naturze są na tyle głębokie, że wahania kultury, raz na prawo, raz na lewo, nie będą już miało na to większego wpływu…
Chuck Norris na szańcach cywilizacji
O ile w Kalifornii dokonano swoistej zachodniej adaptacji drogi życia opartej na pozornej harmonii yin i i yang – wierząc, że życie i śmierć, moralność i rozpasanie, roztropność i folgowanie zmysłom, czy też po prostu dobro i zło mogą istnieć w jakiegoś rodzaju równowadze, „bez oceniania” – o tyle kawałek dalej na wschód, w Teksasie, podobne wzorce kulturowe nie znalazły podatnego gruntu.
W filmach z Chuckiem Norrisem dobro jest dobrem, zło jest złem, a to pierwsze nieodmiennie występuje w uprzywilejowanej pozycji do „skopania tyłka” temu drugiemu. Choć postacie grane przez „chrześcijanina i konserwatystę” Norrisa nie są krystalicznie czyste (pod względem obyczajowym), to jednak reprezentują przeciwległy biegun do modeli forsowanych przez „kalifornikatorów”.
Weźmy choćby kapitalną pozycję Bohater i strach. Protagonista nie mówi do siebie: Jestem słaby, więc zapuszczę włosy i założę kapelę soft rockową. Mówi: Jestem mężczyzną i dlatego muszę pokonać strach, który prześladuje mnie po nocach – muszę zmierzyć się ze swoim ograniczeniem, podjąć raz jeszcze walkę z niebezpiecznym przestępcą, który prześladuje mnie w koszmarach. Idzie i walczy, a ostateczne zwycięstwo bardziej z siły duszy niż z siły mięśni, które nie są jego atutem w starciu z olbrzymim psychopatą.
Z kolei w Człowieku prezydenta postać grana przez Chucka mówi do zdolnego, ale nieokrzesanego i zarozumiałego żołnierza: Są rzeczy ważniejsze niż instynkt – na przykład mózg.
Od propagatorów kalifornizacji coś podobnego moglibyśmy usłyszeć najwyżej pół żartem, pół serio. Idąc dalej, Samotny wilk McQuade czy też Walker Strażnik Teksasu są tym, czym Brudny Harry w Kalifornii. Z tym że postać grana przez Clinta Eastwooda to istny rodzynek w ogólnej mieszance kulturowej, podczas gdy McQuade i Walker wyrażają tradycyjne i wciąż trwające usposobienie większej części Teksańczyków.
Tam liczy się poszanowanie prawa, ale nie popadające w absurdy biurokracji. Tam miejsce zła jest w… piekle. W różnych filmach pada często zwrot do zobaczenia w piekle, przy czym wypowiadają go postacie, które faktycznie, choć walczą po przeciwnych stronach, bez różnicy się do niego nadają. Natomiast gdy główny bohater filmu Inwazja na USA mówi do zobaczenia w piekle, to nie mamy wątpliwości, że kwestia pozbawiona jest jakiegokolwiek zabarwienia metafizycznego, a chodzi tylko i wyłącznie o piekło na ziemi, jakie Chuck Norris zgotuje ludziom złym, którzy nie chcą ulec jego sile przekonywania.
Nie brakuje też motywu odnoszącego się do szerokiego procesu kalifornikacji.
Otóż w Oddziale Deltajeden z bohaterów mówi: Byłem w Bejrucie 20 lat temu. Żałujcie, że was nie było. Wszystko tu mieli – nocne kluby, dancingi, koncerty, śmiech. To było Las Vegas Bliskiego Wschodu – piękne miasto… To samo widzieliśmy zresztą na Kubie, gdzie przed wpadnięciem w jeszcze większe zło, jakim jest komunizm, amerykański wpływ był mierzony bardziej bujnością życia nocnego niż zdobyczami cywilizacji.
Gdzie Sacramento i Houston, a gdzie… Warszawa?
Łatwiej czynić zło niż dobro. Zło jest szybsze, nie wymaga wysiłku, ale to lep, od którego nie da się tak prędko odkleić… – stwierdza dramaturg Éric-Emmanuel Schmitt. Powodzenie kalifornikacyjnej ofensywy jest proste do wytłumaczenia. Choć świat post-sowiecki nie miał w sobie nic z Ameryki – ani ugruntowanego przywiązania do wolności ani wiary, że genialnym pomysłem i ciężką pracą można osiągnąć nieograniczony sukces – to jednak chętnie „łyknął” amerykańską popkulturę i mam wrażenie, że niespecjalnie zadawał sobie przy tej okazji trud rozgraniczania pomiędzy tym, co liberalne, a tym, co konserwatywne…
O prawdziwym konserwatyzmie, ani w USA ani w Polsce, oczywiście nie ma w tamtych czasach mowy. Istotą konserwatyzmu jest bowiem przekonanie o supremacji prawa naturalnego nad stanowionym, a nad takimi kwestiami nikt się nie zastanawiał (choć można powiedzieć, że pośrednio one gdzieniegdzie występowały). Mówimy tu raczej o pozostałościach konserwatywnego porządku społecznego, o pewnych przyzwyczajeniach, które były jeszcze po prostu normalne.
W tym sensie konserwatyzm w Polsce był w latach 90. i 2000. czymś jeszcze w miarę oczywistym, a w każdym razie na tyle oczywistym, że nikt nie zdawał sobie sprawy z potrzeby sięgnięcia do jego ideowych źródeł, żeby w dalszej perspektywie obronić się przed zalewem barbarzyństwa…
Filmy z Teksasu wpisywały się w rzeczywistość, w której jeszcze wypadało dać chamowi po gębie i w której ludzie mieli jeszcze resztki skłonności do publicznego reagowania siłą na zło. Ale jednocześnie ziarno, które siały filmy z Kalifornii, padło na grunt społeczeństwa o przetrąconym przez lata komunizmu kręgosłupie moralnym, społeczeństwo pozbawione elit i zdrowych ośrodków kulturotwórczych…
Filmy z Chuckiem Norrisem mówiły, że dobro musi zwyciężać, ale w naszych realiach były jak bajki dla dorosłych dzieci, które nie mogły znaleźć swojego oddźwięku w rzeczywistości. Natomiast filmy z nurtu liberalnego stymulowały zachłyśnięcie się rzekomym „Zachodem” jako niosącym „wyzwolenie” z więzów obyczajowych. Były jak wspomniany wyżej lep, który niepostrzeżenie przyczepiał się do umysłów, sumień i dusz, prowadząc je do dzisiejszej, coraz bardziej widocznej, degrengolady młodych, wykształconych z wielkich miast.
Żeby naśladować Chucka Norrisa, trzeba było najpierw zapytać o własne słabości i ograniczenia, przezwyciężyć je, a wreszcie zacząć budować siłę charakteru i ciała. Czyż nie tak wygląda droga rozwoju w katolickiej duchowości? Mówi ona przecież jasno, że najpierw musimy poznać swoją wadę główną, następnie nad nią zapanować, a na końcu kształtować cnoty przeciwne tej wadzie. W tym sensie konserwatywna kultura z Teksasu rozpoznaje – w pewnym stopniu i na poziomie czysto przyrodzonym – prawidłowości, którymi rządzi się życie człowieka jako istoty rozumnej i duchowej.
Ale ów konserwatyzm (a raczej namiastka konserwatyzmu) nigdy nie stał się świadomy. Nie wyciągnęliśmy z niego konsekwencji (podobnie zresztą jak Amerykanie, dlatego ten rodzaj kultury wygasł w latach 2000., gdy na drogę stopniowego tryumfu wkraczała ideologia genderowa).
Kalifornikacji nie trzeba było naśladować, ona po prostu wchodziła w dusze jak w masło… Jak jedwabiste, ni to męskie, ni to kobiece, głosy wokalistów soft rockowych… Logika marksizmu kulturowego jest logiką zła, dlatego najpierw twardy komunizm musiał rozbić konserwatywną strukturę społeczną (najpierw czerpiącą z pierwotnego porządku naturalnego, a potem z chrześcijańskiego objawienia), żeby ludzie nie mogli już bronić się przed zepsuciem przy pomocy norm obyczajowych i mechanizmów napiętnowania społecznego uruchamianych w przypadku ich łamania.
Po latach PRL-u, skoro nie odwołaliśmy się w sposób programowy do swoich katolickich korzeni, nie przemyśleliśmy kwestii co to dziś znaczy byćkonserwatystą, to niestety kali-fornikacja musiała stać się dominującym żywiołem kulturowym…
Republika Federalna Niemiec mierzy się obecnie z nietypowym[ależ.. przewidywanym! MD]problemem. Nad Ren wraz z migrantami z Bliskiego Wschodu przyszły także ich klanowe waśnie.
Ok. 80 osób wzięło udział w bójce ulicznej – choć lepszym słowem jest może „bitwa” – która miała miejsce w Essen, w kraju związkowym Nadrenia Północna-Westfalia.
Poza walczącymi na miejscu zebrali się także gapie, więc w sumie było tam ponad 100 osób. Próżno było szukać wśród nich jednak Nadreńczyków, bo nie bili się Niemcy, tylko Libijczycy i Syryjczycy.
W dodatku nie było to ich pierwsze starcie, bo dzień wcześniej starli się już w Castrop-Rauxel w tym samym kraju związkowym.
Obecnie dwóch z nich znajduje się w stanie ciężkim w szpitalu, a w sumie poszkodowanych jest siedem osób.
„Bild: pisze wprost, że najpewniej były to walki klanów z Libii i Syrii,. Rzecznik policji w powiecie Recklinghausen nie ukrywa, że walczący „prawdopodobnie znów będą chcieli się spotkać”.
Policja podejrzewa, że do następnego starcia klany chcą zmobilizować po kilkaset osób. Obecnie niemieckie służby wzmagają patrole w tym regionie.
===============================
mail: Turcy już nie muszą, bo rządzą, np. „klimatem’ i zielona energetyką.
Lepiej późno niż wcale – instytucja państwowa zajęła oficjalne stanowisko na temat ostatnich zdarzeń związanych ze śmiercią kobiety.
Polskie Towarzystwo Ginekologów i Położników wydało oświadczenie na temat ostatnich wydarzeń. Czytamy w nim m.in.:
Zdecydowanie i stanowczo protestujemy, domagając się pozostawienia oceny postępowania medycznego biegłym ekspertom, jako że przedwczesne osądy bez podstaw merytorycznych, bez znajomości pełnej dokumentacji medycznej to, w tak dramatycznych okolicznościach, podsycanie złych emocji w społeczeństwie służących pogarszaniu, a nie poprawie wspólnych wysiłków dla ratowania pacjentek.
Jako Polskie Towarzystwo Ginekologów i Położników stoimy na stanowisku, ze obecnie prowadzona kampania przedwczesnych osądów jest zjawiskiem absurdalnym, głęboko niemerytorycznym, nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwą i rzetelną dyskusją i nosi znamiona linczu publicznego. (…)
Pragniemy jednocześnie przypomnieć, że jeszcze żaden kraj nie stworzył systemu medycznego, który całkowicie wyeliminowałby możliwość wystąpienia powikłań. Niestety mogą one mieć najcięższy i najtragiczniejszy przebieg, zakończony śmiercią kobiety i dziecka. Nie oznacza to jednak, że ktokolwiek celowo dopuścił się zaniedbań.
NASZA OCENA: W oświadczeniu zabrakło jednak otwartej krytyki skrajnie lewicowego lobby aborcyjnego, które stoi za wspomnianymi przedwczesnymi osądami i niemerytorycznymi atakami, za niszczeniem zaufania do lekarzy, wywieraniem na nich presji, a także straszeniem znajdujących się w ciąży Polek.
============================
Mail:
W rozmowie ze znajomą wyraziłam oburzenie, że tragedia kobiety, która zmarła w szpitalu na skutek źle prowadzonej ciąży w 5 miesiącu jej trwania, jest wykorzystywana przez wściekłe lewactwo do odgrzewania tematu prawa do aborcji, najlepiej do 9 miesiąca.
Moje oburzenie dotyczyło faktu (jeśli prawdą jest to co podają media), że jeśli odeszły wody, to nie może być mowy o żadnej aborcji, bo zaczęła się przedwczesna akcja porodowa, czyli było niebezpieczeństwo naturalnego poronienia. To powinno być dzwonkiem alarmowym dla całego personelu, bo przecież to jest bezpośrednie zagrożenie życia dziecka i matki. Jak widać nie było i nie tylko dziecko zmarło, ale i matka.
Moja znajoma, która ostatnio musi dość często korzystać z publicznej służby zdrowia, skomentowała to bardzo spokojnie i dobitnie: „oni czekali na łapówkę…”
Mam nadzieję, że „ich” czekanie zakończy się kilkoma latami w odosobnieniu, żeby mogli wyleczyć się z nadmiernej pazerności raz na zawsze, a przy okazji, żeby zdalnie wyleczyli innych z takiej samej zachłanności.
Prawo i Sprawiedliwość zaproponowało projekt noweli Prawa geologicznego i górniczego. Krzysztof Bosak z Konfederacji wskazał na hipokryzję władzy i podsumował politykę klimatyczną, jaką prowadzą PiS do spółki z Unią Europejską.
Podczas sejmowego wystąpienia Bosak wskazał, że założenia ustawy są całkiem dobre. Jednocześnie przypomniał, że wszystkie działania PiS-u w ostatnich latach były odwrotne do proponowanych zmian.
– Mamy tutaj uproszczenia, mamy tutaj ułatwienia, mamy tutaj definiowanie złóż strategicznych, mamy nawet możliwość ponownego otwarcia wydobycia w zamkniętych kopalniach. Jakby to wszystko podsumować, to wygląda to tak, jakby rząd przygotowywał się na jakiś taki intensywny rozwój górnictwa i szykował się co najmniej na upadek unijnej polityki klimatycznej i renesans korzystania właśnie z węgla albo z innych kopalin. Tymczasem przecież jest to całkowicie sprzeczne z polityką, którą ten rząd realizuje – rozpoczął.
Następnie przypomniał, jaką politykę w ostatnich latach prowadził PiS.
– Rząd w porozumieniu z Komisją Europejską systemowo zwija polskie górnictwo. Rząd w tym zakresie obiecał cały szereg najróżniejszych rzeczy. Kopalnie nie tylko są łączone, likwidowane, a wydobycie jest wstrzymywane. Mieliśmy nawet zdjęcia z wysadzania szybów i zalewania ich wodą. Przypomnijmy, że od kiedy PiS przejął władzę, postawiono w stan całkowitej likwidacji aż 14 kopalń, a wydobycie węgla spadło – mówił współprzewodniczący Konfederacji.
Wskazał, że zlikwidowane zostały m.in. kopalnia Brzeszcze Wschód, kopalnia Anna, kopalnia Jas-Mos, kopalnia Pokój I, kopalnia Makoszowy, kopalnia Krupiński, kopalnia Wieczorek I, kopalnia Śląsk, kopalnia Wieczorek II, kopalnia Mysłowice-Wesoła I, kopalnia Rydułtowy I, kopalnia Piekary I, kopalnia Jastrzębie III, kopalnia Pokój II.
– Drogi PiS-ie, wasz dorobek to zwijanie polskiego górnictwa w dużo szybszym tempie, niż wcześniej robiła to Platforma. Wydajecie ogromne pieniądze na przekwalifikowywanie górników i usunięcie ich z zawodu. Przypominam, że wasz rząd realizuje plan wygaszenia wszystkich kopalń do 2049 r. W 2022 r. wydaliście na to 6 mld zł. Do roku 2031 zarezerwowaliście na likwidację polskiego górnictwa 28 mld zł – kontynuował Bosak.
– Uzależniacie Polskę od importu węgla. Najpierw dopuszczaliście – również przez spółki Skarbu Państwa – import węgla rosyjskiego – w tej chwili sami organizujecie import z Indonezji, z Kolumbii, z RPA. Tylko w 2022 r. importowaliśmy 17 mln ton węgla kamiennego przy zapotrzebowaniu na 67 mln ton – to jest następstwo waszej polityki. Zwijacie polskie górnictwo i importujecie coraz więcej. Teraz przynosicie nam projekt, który ma tutaj coś upraszczać i przyspieszać? Może wy nie wiecie, jaka jest strategia waszego rządu, a może próbujecie wprowadzić w błąd opinię publiczną. Tutaj trzeba działać transparentnie. Konfederacja nie zgadza się na taką hipokryzję, jaką prezentuje ten rząd – podsumował.
Janusz Korwin-Mikke wypowiedział się z mównicy sejmowej na temat powołania „Państwowej Komisji do spraw badania wpływów rosyjskich”.
Andrzej Duda błyskawicznie zdecydował o podpisaniu ustawy, dzięki której warszawski rząd będzie mógł stworzyć zależną od polityków komisję weryfikacyjną „do spraw badania rosyjskich wpływów”.
Sejm powołał komisję, odrzucając weto Senatu, pod koniec ubiegłego tygodnia. Z obozu prezydenckiego, ustami Andrzeja Dery, płynęły wieści, że prezydent decyzję o podpisaniu bądź zawetowaniu ustawy podejmie w „mniej niż trzy tygodnie”.
Duda zrobił to błyskawicznie. 29 maja oświadczył, że zdecydował się „na podpisanie ustawy”. Jednocześnie Duda poinformował, że poza podpisaniem ustawy, skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego. To raczej rzadki ruch – dotychczas, przy ewentualnych wątpliwościach, prezydent najpierw kierował ustawę do TK, a potem podpisywał.
Publicyści ostrzegają, że komisja może być niebezpiecznym narzędziem w rękach państwa. Warszawa będzie mogła jak nigdy wcześniej zastraszać dziennikarzy i osoby publiczne.
Korwin-Mikke przemawiając z mównicy sejmowej stwierdził, że komisja jest niekonstytucyjna. Jeśli jednak zostałaby powołana, to zdaniem posła Konfederacji powinna zbadać także wpływy innych państw.
– Moim zdaniem ta ustawa jest niekonstytucyjna, ale jeżeli Trybunał Konstytucyjny orzeknie, że ona jest konstytucyjna, to trzeba będzie również zabrać się za wpływy Berlina, za wpływy Brukseli. Wykonujemy bardzo wiele rzeczy niekorzystnych dla Polski a korzystnych dla Brukseli – powiedział.
– Wykonujemy bardzo wiele rzeczy niekorzystnych dla Polski a korzystnych dla Waszyngtonu – i dodał, że tak samo, jego zdaniem, robimy dużo dla Ukrainy, choć niekoniecznie jest to zgodne z polskim interesem.
– Kto rozbroił polską armię, w wyniku czego nasze uzbrojenie w 1/3 znajduje się w tej chwili nie w Polsce, a na Ukrainie? – spytał Korwin-Mikke.
– Wpływy obce oczywiście trzeba ujawniać i trzeba je potępiać. Mam nadzieję, że to wszystko zostanie kiedyś ujawnione – podsumował.
===============================
mail: Uśś… Czemu ten paskud JKM zapomniał o nas, żydkach? Przecież to Izrael trzęsie np. USA !!
Podczas trwającego posiedzenia Sejmu poseł Konfederacji Grzegorz Braun przypomniał informacje sprzed pół roku, jakie ujawnił dziennikarz śledczy Leszek Szymowski. Wskazał, że do tej pory żadne służby nie zainteresowały się sprawą.
– Pół roku temu Leszek Szymowski, dziennikarz śledczy, poinformował opinię publiczną o rejestracji niejakiego Mateusza Jakuba Morawieckiego przez niemiecką sowiecką tajną służbę STASI. Pseudonimy tajnego współpracownika tej służby przypisane nazwisku Morawiecki, te pseudonimy „Jakob”, „Student” – zapytałem premiera, (…) co w ciągu półrocza, które upłynęło jego rząd zrobił w tej sprawie? – mówił Braun.
– Bo ja wiem, że np. nikt ze strony służb jawnych, tajnych nie zadał żadnych pytań posłańcowi tej złej nowiny Leszkowi Szymowskiemu. Nikt go nie wzywa ani na przesłuchanie ani też po żadnych sądach nie włóczy – podkreślił.
– Są zatem tylko dwie wersje: albo służby są do tego stopnia indolentne, niewydolne, żeby tolerować rozsiewanie takich niesprawdzonych wieści, co skutkować może zamętem i wpłynąć negatywnie na bezpieczeństwo państwa albo też na to bezpieczeństwo Rzeczpospolitej Polskiej jeszcze bardziej negatywnie wpływa zasiadanie w ławach rządowych Mateusza Jakuba Morawieckiego z jakimiś felerami w biografii, które mogą go czynić kompletnie nieasertywnym w relacjach z zagranicznymi partnerami i którzy być może są jego partnerami prowadzącymi – skwitował polityk.
Braun dwukrotnie też pytał o to z mównicy sejmowej. Za pierwszym razem jednak wyłączono mu mikrofon, co widać w powyższym nagraniu.
– No więc jeszcze raz, Mateusz Jakub Morawiecki był czy nie był tajnym współpracownikiem STASI, zarejestrowanym pod pseudonimami „Jakob”, „Student”? Ma czy nie ma w swojej biografii felerów, które mogą mieć charakter kompromatu, który mógłby stanowić podstawę do szantażu i tłumaczyć brak asertywności Mateusza Jakuba Morawieckiego w relacjach międzynarodowych? – pytał po raz drugi w Sejmie.
–Składam wniosek formalny na podstawie art. 184 Regulaminu Sejmu, pkt. 3, podpunkt 1. o przerwanie tego posiedzenia do czasu wyjaśnienia tego faktu. Tego faktu, od którego ogłoszenia już pół roku minęło, a służby, jawne i tajne, Rzeczpospolitej Polskiej bynajmniej nie wzywają na przesłuchanie osób, które te informacje upowszechniły – dodał Braun.