Król Julian na prezydenta

Król Julian na prezydenta

Izabela Brodacka

W trakcie wyborów prezydenckich w 2005 roku byłam z ramienia PiS mężem zaufania w jednej z mokotowskich komisji wyborczych. Ku mojemu  zdumieniu na bardzo wielu kartach wyborczych widniał dopisek: „ król Julian na prezydenta”. Nie rozumiałam o co chodzi dowcipnisiom, szczególnie, że głosy z różnymi, nawet wulgarnymi dopiskami okazały się ważne, dopóki zgorszone moją ignorancją wnuki nie namówiły mnie do obejrzenia ich ulubionego serialu:  „Pingwiny z Madagaskaru”. 

Kilka dni temu z prawdziwą przyjemnością obejrzałam odcinek „Pingwinów” poświęcony pandemii, która wybuchła w ZOO. Objawem choroby było nieznośne swędzenie. Dla bezpieczeństwa ZOO król Julian, narcystyczny lemur, zarządził kwarantannę chorych w akwarium, do którego wepchnięto ich jak worki z kartoflami, jednego na drugim. Warto posłuchać wypowiedzi króla Juliana na temat jego odpowiedzialności za losy całego ZOO. Jakbym słyszała naszych propagandzistów od szczepionek, maseczek i zamykania ludzi w domach. Król Julian jest poza tym esencją – jeżeli można tak powiedzieć- przezydenckości.  Esencją polityka, którego jedyną rolą jest pilnowanie żyrandola, lecz który swoimi chaotycznymi i megalomańskimi posunięciami przynosi społeczności ZOO wiele szkody. Po wielu latach zrozumiałam wreszcie o co chodziło dowcipnisiom z 2005 roku i bardzo się wstydzę, że nie widziałam tego wcześniej.

Wzorcem władcy absolutnego,  zawsze  słuchanego przez swoich poddanych jest również król z którym spotyka się Mały Książe, bohater słynnej powieści dla dzieci od roku do stu lat, którą napisał Antoine de Saint-Exupéry. 

Król podczas rozmowy przekazuje Małemu Księciu filozofię swojej władzy.  Otóż jeżeli władca chce być dokładnie wysłuchiwany przez swoich poddanych musi im wydawać wyłącznie rozsądne rozkazy.

„Si j’ordonnais à un général de voler une fleur à l’autre à la façon d’un papillon, ou d’écrire une tragédie, ou de se changer en oiseau de mer, et si le général n’exécutait pas l’ordre reçu, qui, de lui ou de moi, serait dans son tort?” Co znaczy:

„Gdybym nakazał generałowi latać jak motylek z kwiatka na kwiatek, albo napisać tragedię, albo zmienić się w morskiego ptaka i jeżeli generał nie wykonałby otrzymanego rozkazu to kto popełniłby błąd, on czy ja?” 

Mały Książę dobrze zrozumiał króla. Poza tym poczuł się trochę znudzony jego wywodami więc powiedział:

Si votre majesté désirait être obéie ponctuellement, elle pourrait me donner un ordre raisonnable. Elle pourrait m’ordonner, par exemple, de partir avant une minute”. Co znaczy:

Jeżeli Wasza Wysokość pragnie być dokładnie wysłuchany może mi wydać jakiś rozsądny rozkaz. Może mi na przykład rozkazać abym odszedł stąd przed upływem minuty”.

Ne mogłam się oprzeć przed zacytowaniem tych tekstów w oryginale bo podczas szkolnego międzynarodowego obozu językowego w Giżycku odgrywałam właśnie rolę króla i swoją rolę pamiętam do dziś. Małego Księcia brawurowo odegrała koleżanka Basia Sokół. Na marginesie. W szkolnych przedstawieniach zawsze grałam króla, mędrca albo smoka. Nigdy nie zagrałam królewny, księżniczki a nawet choćby tylko nieszczęsnej topielicy czyli Ofelii – a tak o tym marzyłam. Taki już jest mój podły los.

Kiedy Mały Książę poprosił króla żeby rozkazał słońcu zajść ten odparł, że czeka na sprzyjające okoliczności. Na planetoidzie numer 325 oprócz króla mieszkał – o ile dobrze pamiętam – tylko stary szczur. Król zaproponował księciu aby jako minister sprawiedliwości regularnie skazywał tego szczura na śmierć a potem go ułaskawiał. A Małego Księcia opuszczającego planetoidę zgodnie z wydanym rozsądnym rozkazem król mianował swoim ambasadorem.

Revenons à nos moutons – wracając do naszych baranów czyli do naszego tematu.

Wydaje mi się, że filozofia władzy jaką prezentuje król z planety Małego Księcia jest dokładnie filozofią władzy naszego obecnego prezydenta. On też usiłuje zawsze być rozsądny i wydawać wyłącznie rozsądne rozkazy. Nie chce rozumieć, że nie da się wszystkich zadowolić i trzeba czasami zdecydowanie opowiedzieć  się po jednej ze stron. Nie da się służyć Ukrainie ( takie sformułowanie padło w oficjalnej rządowej narracji)  oraz  przyjaźnić z jej dość operetkowym prezydentem i wytłumaczyć potomkom ofiar rzezi wołyńskiej, dlaczego bezskutecznie się walczy o prawo do godnego pochówku ich krewnych. Jeżeli Ukraińcy chcą budować swą tożsamość narodową w oparciu o kult Bandery nie mamy prawa w tym uczestniczyć. Doszukiwanie się zasług Bandery oraz symetrii wzajemnych krzywd jest dla nas po prostu niedopuszczalne. To tak jakby trawestując znane powiedzenie zapalić Panu Bogu tylko ogarek a diabłu całą świecę. Nie można cieszyć się, że wilk jest syty jeżeli owca została pożarta.  

W innych działaniach prezydenta też widać zdumiewającą niekonsekwencję.  Bez sensu jest inicjować reformę systemu prawnego i natychmiast tę reformę blokować. Albo wnosić poprawki do już przegłosowanej  i skierowanej tylko do podpisania  ustawy. Pragnienie żeby zadowolić wszystkich to syndrom Zeliga, któremu w Chinach robią się skośne oczy.  Trzeba wreszcie zrozumieć, że tak jak niemożliwa jest synkretyczna religia, niemożliwe jest stworzenie synkretycznej wersji historii. Interesy ludzkie są sprzeczne, podobnie sprzeczne są interesy narodowe. Sprawa sądowa, z której obydwie strony wychodzą usatysfakcjonowane wyrokiem jest jedną ze szlachetnych utopii. Podobną utopią okazał się koniec historii, który głosił Francis Fukuyama. Natomiast niefrasobliwe pisanie historii pod cudze dyktando grozi, że staniemy się w oczach świata winnymi wszystkich jego nieszczęść i wszelkich zbrodni. Forsowanie podyktowanej doraźnymi względami politycznymi wersji historii grozi również utratą narodowej tożsamości . Szczególnie niebezpieczne jest gdy doraźnie przyjęty paradygmat polityczny jest traktowany jak dogmat, a sprzeciwiający się jego wyznawaniu traktowani jak schizmatycy. Tak został potraktowany ksiądz Isakowicz Zaleski upominający się o pamięć o wołyńskim ludobójstwie nazywanym dla rozmycia odpowiedzialności tragedią.

========================

mail:

Dla ignorantów:

„Doktor Mengele byłby dumny”. Ks. Bortkiewicz o współczesnym eutanazizmie.

„Doktor Mengele byłby dumny”.
Ks. Bortkiewicz o współczesnym eutanazizmie

doktor-mengele-bylby-dumny

#Belgia #eutanazizm #eutanazja #medycyna #mengele #Paweł Bortkiewicz #samobójstwo

(fot. GSZ/PCh24)

 Życie naznaczone cierpieniem, według „zachodnich” określeń – bezużytecznym, staje się nieopłacalne. Zamiast cierpiącym ludziom pomóc – lepiej ich wyeliminować. Tak w rozmowie z PCh24.pl ks. prof. Paweł Bortkiewicz komentuje uduszenie poduszką 36-latki, której nie udało się zabić „eutanazją”. 

PCh24.pl: W Belgii przeprowadzano tzw. eutanazję 36-letniej kobiety. Miała raka. Została ostatecznie uduszona przy pomocy poduszki. Kobiecie podano zbyt małą ilość środków mających legalnie i w majestacie państwa belgijskiego zakończyć jej życie… Powiem szczerze: nawet nie wiem, co powiedzieć… Lekarz i dwie pielęgniarki, którzy tego dokonali twierdzili, że „chcą jej pomóc”…

Ks. prof. Paweł Bortkiewicz TChr: Cała ta historia pokazuje ogromne zakłamanie tej rzeczywistości, która kryje się pod słowem eutanazja. Samo słowo eutanazja znane jest jako synonim „dobrej śmierci bez cierpienia”, „pomocy w umieraniu”, a czasem „zabójstwa z miłosierdzia”. Te wszystkie eufemizmy w gruncie rzeczy próbują zakryć rzeczywistość, która jest jednoznaczna: eutanazja to zabójstwo człowieka cierpiącego albo pomoc w samobójstwie. Każde z tych pojęć zawiera w sobie w rzeczywistości akt bezradności wobec tajemnicy ludzkiego cierpienia. Bezradności, która wyraża się ostatecznie w akcie agresji. W pewnym sensie dobrze, że ten tragiczny i wstrząsający wypadek został ujawniony światu, bo on pokazuje najdobitniej, że żadne słowa nie są w stanie zakryć rzeczywistości, która kryje się za eutanazją. To jest zabójstwo człowieka cierpiącego czasem wbrew jego woli. To jest okazanie pogardy dla wartości ludzkiego cierpienia. To jest po prostu akt agresji.

Eutanazja 36-letniej kobiety, o której rozmawiamy nie udała się, pacjentka przeżyła. Wiem jak tragicznie i mrocznie to brzmi…

Pacjent przeżył, ale lekarz i pielęgniarki uznali, że tak być nie może, więc dopełnili „zabieg” eutanazji poprzez prymitywne morderstwo, które w niczym nie ustępuje mordom, za które ludzie są skazywani na dożywocie czy w niektórych wypadkach na karę śmierci.

Lekarz i pielęgniarki prawdopodobnie będą mieli postawione zarzuty prokuratorskie za uduszenie kobiety poduszką. Gdyby zastrzyk zadziałał, to nie byłoby sprawy…

To pokazuje ogromny stan hipokryzji i zepsucia współczesnego świata, współczesnej kultury prawnej, kultury medycznej i etyki medycznej, która przestaje być etyką. To pokazuje ogromny cynizm i jakieś chore wyrachowanie, które opanowało sumienia, umysły i dusze wielu ludzi.

Zabójstwo dokonane w białych rękawiczkach jest „działaniem medycznym”, a zabójstwo w tej samej sprawie dokonane bez białych rękawiczek okazuje się być przestępstwem. Otóż nie! Jest to to samo zabójstwo, ten sam akt zabicia człowieka. Różni się tylko technika.

Jeżeli technika staje się kryterium oceny etycznej, to po prostu wpadamy w straszliwą pułapkę barbarzyństwa. Właśnie dlatego Kościół katolicki od zarania swojej nauki moralnej przypomina, że są czyny wewnętrznie złe, które nie mogą podlegać żadnemu usprawiedliwieniu. Niezależnie od okoliczności, niezależnie od sposobu dokonania tego czynu, zawsze pozostaje on złem. Takim czynem jest m. in. eutanazja.

Nie wszyscy są gotowi na cierpienie. Dlaczego jednak na Zachodzie tak wiele osób decyduje się na eutanazję, żeby tylko uniknąć cierpienia? Jak to się stało, że śmierć jest postrzegana jako jedyny ratunek przed cierpieniem?

Nie każdy jest gotowy na cierpienie – to oczywisty fakt, i dlatego jako społeczeństwo powinniśmy służyć pomocą przynosząc ulgę i wsparcie w cierpieniu na ile to jest możliwe przede wszystkim poprzez żywą obecność.

Proste pytanie, jakie często odnosimy do krajów, gdzie eutanazja jest legalna i coraz bardziej poszerza swoje zakresy: ile hospicjów, ile domów opieki paliatywnej znajduje się w tych krajach? To jest pytanie retoryczne, które otwiera się na zbiór pusty, ponieważ okazuje się, że takich form opieki w takich krajach praktycznie się nie praktykuje.

Myślę, że wiąże się to z dwiema kwestiami: z jednej strony rzeczywiście mamy do czynienia z brakiem zrozumienia wartości cierpienia, które jest wartością bardzo trudną i oczywiście nikt z nas sobie tego na ogół nie życzy. Musimy jednak pamiętać, że cierpienia nie unikniemy. Cierpienie jest wkomponowane w nasze życie. Jest tylko pytanie o stopień tego cierpienia i o sposób uczynienia z cierpienia minimalnej wartości, jeśli oczywiście jest to możliwe.

Z drugiej strony dyskusja, która toczy się w tej sprawie, pokazuje, że współczesny świat przelicza ludzkie życie w kategoriach jakości życia. To jest też element, na który koniecznie trzeba zwracać uwagę przy dyskusjach aborcyjnych i eutanazyjnych, bo po prostu wartość ludzkiego życia została zamieniona na jakość życia.

Życie, które jest naznaczone cierpieniem – na Zachodzie często dodają do słowa cierpienie określenie „bezużyteczne” – brakiem produktywności, a więc nieużytecznością jest według współczesnego świata odarte z jakości i takie życie jest po prostu nieopłacalne, dlatego zamiast towarzyszyć takiemu życiu to życie się eliminuje.

Dzisiaj można odnieść wrażanie, że wartością jest… samobójstwo. Raz, żeby nie cierpieć. Dwa, żeby nie obciążać służby zdrowia. Trzy, żeby chronić klimat. Można wymieniać i wymieniać. Współczesny świat nakręca nas, żebyśmy jak najszybciej umarli, jak tylko przestaniemy konsumować…

Tak. Przestajemy konsumować i z miejsca przestajemy być użyteczni.

Samobójstwo dodatkowo ma jeszcze w sobie bardzo nośny dzisiaj ładunek rzekomej decyzyjności, rzekomego samostanowienia. Tutaj też kryje się „atrakcyjność”, że wmawia się nam, że decydujemy sami o sobie, że to jest wręcz modelowo „wolna decyzja”, że „odchodzimy na własnych warunkach”. Nikt jednak nie podnosi, że „odchodzenie na własnych warunkach” dokonuje się w szczelinie naszych możliwości, która jest zawężona bardzo mocno przez cierpienia, brak zdolności wartościowania, brak zdolności myślenia. To jest po prostu sprowadzenie człowieka do istoty tak dogłębnie zniszczonej cierpieniem, że wręcz zdeterminowanej do samobójstwa.

To rzekome „odchodzenie na własnych warunkach” jest w gruncie rzeczy aktem ucieczki przed cierpieniem, przed bólem, przy braku ludzkiej pomocy. To jest śmierć straszliwie niegodna człowieka i straszliwie urągająca godności osoby ludzkiej.

Kto ma większy grzech: osoba, która decyduje się na eutanazję, ponieważ sama z różnych względów boi się popełnić samobójstwo, czy też osoba, która dokonuje „zabiegu” eutanazji?

Bardzo wahałbym się w dokonywaniu definitywnych pomiarów wagi tego grzechu. Myślę jednak, że osoba, która jest zdeterminowana bólem dokonuje swojej decyzji przy ograniczonej świadomości i ograniczonej wolności. Często jest ona tak mocno poddana presji bólu, samotności…

Tylko, że np. w krajach Beneluksu nie trzeba cierpieć, żeby zdecydować się na eutanazję. Niedawno ogłoszono tam, że przesłanką do eutanazji jest… autyzm.

Pozwoli Pan, że wrócę do próby zmierzenia wagi grzechu. Chcę powiedzieć tylko tyle, że osoba, która sama decyduje się na eutanazję bardzo często podejmuje tę próbę na pewno pod wpływem różnych czynników ograniczających jej świadomość i wolność. Nie mówię, że zwalnia ją to z odpowiedzialności, ale w jakiś sposób może tę odpowiedzialność pomniejszać. MOŻE, ale nie musi.

Z kolei ci, którzy decydują się na wykonanie „zabiegu” nie są niczym zdeterminowani. To są ludzie, którzy po prostu wykonują wyrok śmierci, który bardzo często wcześniej sami wydali i dlatego ich odpowiedzialność w moim przekonaniu jest zdecydowanie większa.

To, że powody eutanazji są coraz bardziej rozszerzane, to wstrząsający fakt. To jest sytuacja, która pokazuje, jak bardzo ludzkie życie przestaje być w cenie i jednocześnie jak bardzo na różne sposoby i różnymi metodami dąży się do depopulacji, do wyrugowania ze społeczeństwa ludzi nieproduktywnych i nieużytecznych, bo zarówno dziecko dotknięte autyzmem, jak i człowiek żyjący w stanie jakiejś demencji czy upośledzony – to są ludzie, którzy według współczesnych trendów absorbują koszty obsługi zdrowotnej, są nieproduktywne i nie konsumują, więc są nikomu niepotrzebni i powinny zniknąć.

To jest straszliwa eugenika, która szerzy się w naszej współczesności w sposób nie mniej, a nawet bardziej drastyczny niż w okresie swojego rozkwitu w czasie II Wojny Światowej.

Skąd ta determinacja u lekarzy i pielęgniarek do zabijania? Znane są przypadki, kiedy pacjent przed podaniem śmiertelnego zastrzyku prosi, aby tego nie robić, bo zmienił zdanie. Oni jednak wstrzykiwali mu truciznę, a potem tłumaczyli, że przed samym „zabiegiem” zawsze jest panika – teraz pacjent powie „nie”, a za tydzień wróci, więc po co odkładać to na później…

Dotykamy tutaj tematu jakiejś ogromnej dewastacji, erozji etyki lekarskiej i godności zawodu lekarza. Oczywiście nie rozciągam tego na wszystkich lekarzy i całą profesję, bo mówimy tutaj o konkretnych przypadkach.

Co jest tego powodem? Przede wszystkim źle uformowane sumienia, które poddają się presji kultury utylitarnej. Brak rzetelnej etyki w czasie studiów medycznych. Nie chcę tutaj posługiwać się nazwiskami, więc przywołam sytuację sprzed kilku lat z Akademii Medycznej w Warszawie, gdzie wykłady z etyki prowadzili czołowi polscy utylitaryści – zwolennicy eutanazji, aborcji i eugeniki.

Przyczyn jest jeszcze więcej, ale zawsze koncentrują się one w ludzkim sumieniu. Jeśli to sumienie nie jest dobrze uformowane, to zawsze znajdą się ludzie, którzy będą tłumaczyć, że wykonali orzeczenie, wykonali decyzję pacjenta i nie jest dla nich ważne, że pacjent może doświadczyć chwilowej ulgi i wycofać się z decyzji o śmierci.

Na koniec chciałem zapytać o biznes, jakim jest śmierć. W Danii działa krematorium, które zapewnia ogrzewanie lokalnym mieszkańcom. W Holandii krematoria chwalą się, ile to pieniędzy zarobiły na sprzedaży złotych zębów, platynowych bioder i innych metalowych części, które nie spłonęły w piecu razem z ludzkimi zwłokami.

Inny przykład: eutanazja to dobry sposób do promocji handlu organami. Cierpiąca osoba i tak umrze, więc nie można dopuścić, żeby organy się zmarnowały. Doktor Mengele byłby dumny…

Oczywiście, że byłby dumny. Kiedy przypominam sobie fakty, które Pan przywołał, to pierwsze skojarzenie, jakie przychodzi mi do głowy, to medycyna z Auschwitz. To jest dokładnie ten sam sposób myślenia niezależnie od różnic technologicznych. To jest sposób dokładnie ten sam sposób myślenia o utylizacji człowieka i jego zwłok.

To właśnie pokazuje jednoznacznie do jakiego poziomu dzisiaj schodzimy odrzucając prawdę o godności człowieka jako istoty stworzonej przez Boga, o powołaniu człowieka do życia wiecznego oraz o godności ludzkiego ciała.

Godność to chyba słowo dzisiaj zakazane…

Ono jest używane, ale w innym znaczeniu.

Godnością jest dzisiaj zezwolenie kobiecie na zabójstwo człowieka w swoim łonie. Godnością jest dzisiaj śmierć poprzez podanie śmiertelnego zastrzyku, ale nie jest nią uduszenie poduszką. Św. Maksymilian Maria Kolbe zmarł więc godnie, a tę godną śmierci zorganizowali mu Niemcy…

No właśnie. Słowu godność nadaje się wartość ustanowioną. To człowiek ma orzekać, co jest godnym życiem, a co nie. Który człowiek zasługuje na życie, a który nie. To jest zupełne odwrócenie porządku rzeczywistości. Niestety, ale w świecie odrzucającym prawdę o Panu Bogu – Stwórcy i Zbawcy takie pojęcia jak godność absolutnie nie trafiają do współczesnej mentalności…

Bóg zapłać za rozmowę.

Tomasz D. Kolanek

Anatema na uczestników zgromadzenia „drogi synodalnej” LGBTQ w Watykanie (4-29 października)

BKP: Anatema na uczestników zgromadzenia synodalnej LGBTQ drogi w Watykanie (4-29 października 2023)

wideo: https://vkpatriarhat.org/pl/?p=20690 https://salvacion.wistia.com/medias/pdllt45v2g

https://bcp-video.org/pl/anatema-na-uczestnikow/ https://rumble.com/v37c2wianatemanauczestnikw.html

https://cos.tv/videos/play/46521464051503104 https://ugetube.com/watch/UZIaWKdBhue3aYB

W dniu 4 października 2023 r. ma rozpocząć się ogólnoświatowe zgromadzenie tzw. synodalnej drogi. Do dziś jej prawdziwe intencje są ukryte. W rzeczywistości ma na celu duchowe i zewnętrzne samobójstwo Kościoła katolickiego w samej jego istocie. Zgromadzenia kontynentalne, które odbywały się od stycznia do marca 2023 roku, do tego kościelnego samobójstwa celowo przygotowały warunki. W styczniu Bergoglio powiedział światowym mediom, że biskupi muszą przejść proces konwersji, aby powitać LGBTQ osoby w Kościele.

Jest absolutnie jasne, że Synod ma na celu promowanie ideologii i nieczystych duchów LGBTQ. Jezus te demony wypędzał, ale bergogliańska sekta wita ich w Kościele. Jest to proces likwidacji Bożych przykazań i drogi zbawienia, a to jest podła zdrada Jezusa Chrystusa.

Podstawowym krokiem i podstawowym warunkiem na drodze zbawienia jest pokuta i wiara w Ewangelię (por. Mk 1,15). Nieważny papież jednak promuje inną drogę – drogę antypokuty i pseudo-wiary w antyewangelię (por. Ga 1:8-9). Wynikiem jest wieczne potępienie. Musimy uświadomić sobie, że chodzi o wieczne, tak, o wieczne potępienie! To jest prawdziwe oblicze synodalnej LGBTQ drogi.

Z prasy dowiadujemy się, że bp Bätzing chce propagować tzw. nowe idee, „jak założyć Kościół inaczej” (24.07.2023). Franciszek wyraża na to milczącą zgodę. Biskup Robert Barron z USA stwierdził: „Wiele osób z różnych powodów odseparowało się od Kościoła. Synod zajmie się kwestią, jak ponownie przywrócić tych ludzi do Kościoła.” Człowiek się od Kościoła i od Chrystusa odseparuje poprzez grzech i tylko poprzez pokutę może powrócić. Innej drogi powrotnej nie ma. Jednak ci, odseparowaniod Boga prałaci, sami odrzucają pokutę i nawet nikogo do niej nie prowadzą. Taki Kościół nikogo nie zbawi, a wręcz przeciwnie, legalizując i błogosławiąc grzech, zabija sumienie i ciągnie dusze do wiecznej zguby.

Na synodzie między innymi chodzi o kościelną legalizacjię absurdalnej psychopatycznej synodalnej drogi Niemiec i Belgii.

Na październikowe zgromadzenie ze Stanów Zjednoczonych wybrano następujących delegatów: kardynała Timothy’ego Dolana, biskupa Daniela Floresa, biskupa Kevina Rhoadesa i arcybiskupa Timothy’ego Broglio. Franciszek sam mianował na Synod (i z prawem głosu) zwolenników antyewangelia LGBTQ: jezuitę Martina oraz kardynałów Cupicha i McElroya. Barron obłudnie pociesza opozycyjną stronę, że tutaj rzekomo odbędzie się wielka dyskusja i głosowanie. Z góry ale wiadomo, że zaproszeni prałaci i świeccy  to w większości zwolennicy LGBTQ, więc symboliczna opozycja zostanie przekrzyczana i przegłosowana. Ten zbójnicki Synod następnie wyda jako nowe nauczanie Kościoła wiążące dokumenty, które zalegalizują niemoralność i herezje na wzór niemieckiej i belgijskiej drogi.

W istocie jest to zorganizowane oszustwo i manipulacja, uświęcona posłuszeństwem „Ojcu Świętemu”. Na koniec obłudnie ogłoszą: „Roma locuta, causa finita” (Rzym przemówił, sprawa zakończona).

Jest tu zasadnicze pytanie: czy Franciszek, który promuje antyewangelię LGBTQ i który poświęcił się demonom w Kanadzie, jest prawowitym papieżem? Jeśli ktoś twierdzi, że jest, to już nie obowiązuje Ewangelia Chrystusa i nie jest to już Kościół Chrystusowy, ale pseudo-kościół antychrysta.

O synodalnej drodze wypowiedział się były prefekt Kongregacji Nauki Wiary, kardynał Müller takto: „Droga synodalna jest dogmatycznie niekompetentna i kościelno-kanonicznie nielegalna”.

Na temat obecnej sytuacji zarówno na świecie, jak i w Kościele realistycznie wypowiedział się były nuncjusz w USA, Carlo Maria Viganò, mówiąc, że Głębokie Państwo i Głęboki Kościół, na którego czele stoi Bergoglio, są w jedności.

Dlaczego Jezus założył swój Kościół? Dla zbawienia dusz. W żadnym wypadku nie po to, aby fałszywi apostołowie (2 Kor 11:13) zmieniali Boże i Chrystusowe przykazania oraz ciągnęli ludzi do piekła. Obecnie doszło do największej zbrodni nadużycia najwyższej władzy Kościoła, zarówno papieskiej, jak i apostolskiej. Ci pseudoapostołowie wraz ze swoim fałszywym papieżem manipulują zwrotami religijnymi i wprowadzają fałszywe nauki, aby uczynić z katolików media nieczystych demonów.

Nowy model Bergogliowego antykościoła to bunt przeciwko Bogu. Jeśli biskupom Ameryki zależy na prawdziwej reewangelizacji i wierności Duchowi Chrystusowemu i nauczaniu, niech radykalnie odmówią udziału w październikowym zbójeckim synodzie. Czyniąc to, publicznie ujawnią, że katolicy USA nie uczestniczą w zaprogramowanym samobójstwie Kościoła katolickiego.

Dnia 4 lipca w amerykańskich kinach pojawił się wstrząsający film „Dźwięk wolności”. Przestępczy handel dziećmi jest haniebnym owocem legalizacji seksualnych Q-dewiacji. Październikowy Synod w Watykanie, witając osoby LGBTQ, legalizuje również przerażające zbrodnie przeciwko dzieciom!

Bergoglio już cztery lata temu w samolocie z Panamy gorliwie promował tzw. edukację seksualną, która jest systematyczną demoralizacją dzieci. Publicznie opowiadał się za „seksem bez rygoryzmu” dla dzieci. W Irlandii zachęcał rodziców, aby nie bronili swoim dzieciom w zmianie tzw. seksualnej orientacji. Całując stopy transseksualisty, de facto zatwierdził i przestępcze przeoperowanie płci. W Rzymie Bergoglio ostro potępił dwumilionową demonstrację przeciwko wykorzystywaniu dzieci przez homoseksualistów przy tzw. adopcji. W tym roku zadeklarował, że homoseksualizm, a tym samym pedofilia, nie mogą być penalizowane.

Biskupi USA, ale także inni biskupi, którzy mimo wszystko wezmą udział w październikowym zbrodniczym synodzie, sprowadzają na siebie Bożą anatemę – wykluczenie z Mistycznego Ciała Chrystusa i ekskomunikę latae sententiae. To wykluczenie, a zarazem Boże przekleństwo, już wielokrotnie ściągał na siebie nieważny papież Franciszek. Trzeba sobie ponownie uświadomić, że dzisiejszy Kościół nie ma papieża; jest stan sede vacante. Arcyheretyk, wyrzucony z Kościoła nie może być jego głową! Kto go słucha, sam sprowadza na siebie klątwę, anatemę. Jest to duchowa rzeczywistość, wynikająca z Pisma Świętego i Tradycji Kościoła.

+ Eliasz

Patriarcha Bizantyjskiego Katolickiego Patriarchatu

+ Metodiusz OSBMr + Tymoteusz OSBMr

biskupi-sekretarze

2.08.2023

Prawdziwy cel październikowego synodu w Watykanie

https://vkpatriarhat.org/en/?p=23390 /english/

http://vkpatriarhat.org/it/?p=9993 /italiano/

http://vkpatriarhat.org/fr/?p=16809 /français/

https://vkpatriarhat.org/es/?p=13302 /español/

https://vkpatriarhat.org/cz/?p=50446 /čeština/

https://vkpatriarhat.org/hu/anathema/ /magyar/

https://vkpatriarhat.org/ru/?p=30376 /русский/

https://vkpatriarhat.org/anatema-na-uchasnykiv/ /українська/

https://vkpatriarhat.org/pg/anatema-do-caminho-sinodal/ /português/

Zapisz się do naszego newsletterhttps://lb.benchmarkemail.com//listbuilder/signupnew?5hjt8JVutE5bZ8guod7%252Fpf5pwVnAjsSIi5iGuoPZdjDtO5iNRn8gS049TyW7spdJ

Franciszek w Mongolii zachwyca się ludobójcą chrześcijan Czyngis Chanem, szamanami, buddyzmem i ekologią jurt

Papież Franciszek w Mongolii zachwyca się ludobójcą chrześcijan, szamanami, buddyzmem i ekologią jurt

franciszek-w-mongolii-zachwyca-sie-ludobojca-chrzescijan-szamanami-i-ekologia-jurt

Franciszek ponownie wychwala imperializm. Tym razem „przywódca katolików” zrobił to w Mongolii. Ojciec Święty zachwycał się Czyngis Chanem – krwawym tyranem i ludobójcą chrześcijan.

Franciszek niejednokrotnie wprawiał katolików na całym świecie w konsternację swoimi czynami. Już nie raz wygłaszał tezy, które zdawały się [są !! md] sprzeczne z nauką chrześcijańską. W obliczu rosyjskiej napaści na Ukrainę wykazywał prorosyjskie sympatie, a podczas spotkań z Indianami brał udział w rytuałach, które można uznać za pogańskie i odprawiane ku czci bożków. Po papieskiej wizycie w Mongolii katolicy znów mogą czuć się zdezorientowani.

Papież znów o ekologii

Podczas wizyty w Mongolii papież Franciszek zachwycał się tradycyjnymi mongolskimi jurtami. Ojciec Święty stwierdził, że są one przykładem dla ludzi w reszcie świata, bo są ekologiczne, czyli „wszechstronne, wielofunkcyjne i mają zerowy wpływ na środowisko”.

Franciszek zauważył, że „jurty dzięki swojej zdolności adaptacji do skrajności klimatycznych, umożliwiają życie na bardzo zróżnicowanych terytoriach”.

W ogóle papież zaskakująco dużo miejsca w swoim przemówieniu poświęcił właśnie jurtom. Może jednak lepiej byłoby, gdyby przez całe przemówienie trzymał się właśnie tego tematu. Reszta tego, co powiedział, jest bowiem o wiele bardziej kontrowersyjna.

Franciszek zachwyca się szamanami i buddyzmem

W dalszej części przemówienia Ojciec Święty zachwycał się buddyzmem i mongolskimi szamanami. Zdaje się, że przywódca katolików przejawia jakiś rodzaj fascynacji religiami szamanistycznymi, bo to nie pierwszy raz, gdy wyraża tego rodzaju podziw.

W Mongolii Franciszek mówił, że „holistyczna wizja mongolskiej tradycji szamańskiej i szacunek dla każdej istoty żywej wywodzący się z filozofii buddyjskiej, stanowią ważny wkład w pilne zaangażowanie na rzecz ochrony planety Ziemi”.

Papież znów chwali imperializm i zachwyca się ludobójcą chrześcijan

Franciszek przypomniał Mongołom, że przybył do nich „w czasie ważnej dla was rocznicy, 860-lecia urodzin Czyngis-Chana”. Papież wyraził podziw dla przodków gospodarzy, że „ogarniali przez wieki ziemie tak odległe i zróżnicowane”. Zdaniem papieża imperium Czyngis Chana może być przykładem dla dzisiejszej cywilizacji, jak przywrócić pokój i harmonię na świecie naznaczonym przez konflikty.

Franciszek zupełnie pominął fakt, że Czyngis Chan rozszerzał swoje imperium poprzez prowadzenie krwawych podbojów i mordowanie autochtonicznych ludów – najczęściej chrześcijan. W 1240 roku Mongołowie zajęli Kijów, a następnie organizowali najazdy na Polskę, podczas których zginęło ok. 20 tys. mieszkańców ziem polskich, co, odnosząc do mniejszej liczebności ludzi niż obecnie, można uznać za ogromne i krwawe ludobójstwo.

To jednak nie pierwszy raz, gdy Ojciec Święty zachwyca się imperializmem. Nie tak dawno w rozmowie z rosyjską młodzieżą mówił młodym ludziom z Rosji, że są spadkobiercami wielkiej Rosji Piotra I i Katarzyny II i apelował, by nie rezygnowali ze swojego dziedzictwa.

[Dalej NCz cytuje jakiegoś lewaka z UWarsz., nie warto powtarzać lewych sloganów poganina. MD]

—————————–

Ratyfikacja Traktatu Lizbońskiego bez czytania. Za coś takiego powinna być natychmiastowa dymisja.

Ratyfikacja Traktatu Lizbońskiego bez czytania. Za coś takiego to w porządnym państwie powinna być natychmiastowa dymisja

Stanisław Michalkiewicz

w-porzadnym-panstwie-powinna-byc-natychmiastowa-dymisja

W serii pytań i odpowiedzi na swoim kanale na YouTube Stanisław Michalkiewicz wskazywał m.in. na podobieństwa między PiS-em a Koalicją Obywatelską.

Przypomniał wspólne głosowania partii Kaczyńskiego i Tuska w sprawach dla Polski niezwykle istotnych.

„Często w swoich wypowiedziach powtarza Pan, że PiS i KO, dawniej PO, w sprawach istotnych głosują jednomyślnie. Czy mógłby Pan podać kilka takich najistotniejszych głosowań? Czego dotyczyły?” – pytał jeden z internautów.

– Mógłbym, oczywiście. I to w sprawach naprawdę przesądzających o losie państwa na dziesięciolecia, jeśli nie na stulecie – wskazał Michalkiewicz.

Przypomniał, że w roku 2003 przed referendum akcesyjnym „i Prawo i Sprawiedliwość i Platforma Obywatelska, ręka w rękę, zgodnie agitowały (…), stręczyły Polakom Unię Europejską”.

Jako drugi przykład Michalkiewicz podał „głosowanie w Sejmie 1 kwietnia 2008 roku nad ustawą upoważniającą prezydenta Kaczyńskiego do ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego”. – I Platforma Obywatelska i PiS, co prawda część posłów (…) się zbuntowała i nie głosowała za tym, ale reszta głosowała. „Naczelnik państwa” głosował „za”, podobnie jak Platforma Obywatelska – wskazał.

Michalkiewicz zaznaczył też, że „ratyfikacja Traktatu Lizbońskiego, nawiasem mówiąc 13 grudnia 2007 roku Donald Tusk, razem z «księciem małżonkiem», czyli ministrem spraw zagranicznych Radosławem Sikorskim podpisali Traktat w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej, jak się okazało bez czytania, do czego Donald Tusk się przyznał”.

– No to jak Donald Tusk go nie czytał, to „książę małżonek” tym bardziej go nie czytał. Za coś takiego to w porządnym państwie, na dobry początek, powinna być natychmiastowa dymisja, na szpicach butów powinien taki premier wylecieć – ocenił Michalkiewicz.

– No ale Polska jest państwem pozostałym, także przeszło to bez echa, w ogóle nikt nie zwrócił na to uwagi, mimo że Donald Tusk bez bicia się przyznał – wskazał.

Michalkiewicz zaznaczył, że „dopiero teraz się dowiadujemy jak ogromny kawał suwerenności ten traktat Polsce amputował”, ale „do końca tego nie wiemy”.

Prawdopodobnie nikt tego nie czytał, również ci posłowie, którzy głosowali za ustawą upoważniającą prezydenta Kaczyńskiego do ratyfikacji tego Traktatu i obawiam się, że prezydent Kaczyński też go nie czytał i podpisał, ratyfikował ten Traktat 10 października 2009 roku i teraz czkawką nam się to odbija – stwierdził Michalkiewicz.

– Całkiem niedawny przykład. Tu akurat Koalicja Obywatelska nie w całości współpracowała z „naczelnikiem państwa”, ale na przykład klub parlamentarny Lewicy jak najbardziej. Dzięki niemu właśnie „naczelnik państwa” przeforsował ratyfikację ustawy o zasobach własnych Unii Europejskiej wyliczał dalej Michalkiewicz.

– Ta ustawa przewidywała wyposażenie Komisji Europejskiej w dwa nowe uprawnienia, których ona przedtem nie miała. Uprawnienie do zaciągania zobowiązań finansowych w imieniu całej Unii i uprawnienie do nakładania bezpośrednich, unijnych podatków wyjaśnił.

Michalkiewicz podkreślił, że „tu nawet znaczna część PiS-u się zbuntowała”, więc „nie było innej rady, żeby tę ratyfikację przepchnąć, to «naczelnik państwa» odwołał się do swoich takich wrogów zaprzysięgłych, mianowicie klubu Lewicy i tymi głosami to przeforsował”.

– W sprawach rzeczywiście istotnych, które decydują o losie państwa, te formacje działają ręka w rękę – skwitował publicysta.

ŹRÓDŁO YouTube/Stanisław Michalkiewicz

Halina i Jasiek. Legenda sandomierska – Cz. III

Andrzej Juliusz Sarwa

Opowieść o Halinie córce Piotra z Krępy

legenda sandomierska – Cz. III

Halina i Jasiek

Wiosna tego roku przyszła wcześniej niż zwykle. Już pod koniec lutego nie uświadczyłbyś szczypty śniegu, nawet po jarach i rozpadlinach, gdzie słońce rzadko zagląda. Na gałęziach krzów i drzew nabrzmiewały pąki, opite sokami wyssanymi z ziemi-rodzicielki.

Z początkiem marca zaś, na tle czerni i szarzyzn, widniały całe plamy młodej zieleni. Okwitły leszczyny i olsze, a podbiały całymi łanami porastały miejsca niżej położone, o wilgotniejszej glebie, tak iż zdawało się, że to nie gąszcz kwiatów, ale kałuże żółtej farby, którą rozlał jakiś nieuważny malarz. 

Oto minęło już osiem lat od onej pamiętnej, a tragicznej dla Haliny zimy, podczas której Tatarzy pozbawili ją ojca, a i sama omal nie straciła życia. 

Pierwsze tygodnie i pierwsze miesiące, kiedy wróciła do Krępy po uciążliwej wędrówce, podczas której wraz z piastunką przymierały głodem, kąsane przez mróz, dla dwunastoletniej wówczas dziewczynki były straszne. 

Chociaż za dnia starała się zachowywać zupełnie spokojnie, maskując lęk i boleść, które nie opuszczały jej ani na chwilę, nocą, wtuliwszy głowę w poduszkę, płakała cichutko. Tęskniła za ojcem, który przecież odszedł z jej życia na zawsze, i tęskniła za rodzinnym Sandomierzem. 

Gdy Tatarzy, przeszedłszy przez kraj niczym huragan, wycofali się do swych pieleszy, poza ruską ziemią leżących, a ludzie odzyskali nieco spokoju, opłakali zmarłych i uprowadzonych oraz odżałowali już utracony dobytek, krewniacy – Nałęcze przypomnieli sobie o sierocie. 

Dziewczynka rodzinę miała liczną, zamożną i wpływową, więc nie musiała się lękać o swoją przyszłość. Jedna z ciotek zresztą rychło wzięła ją do siebie na wychowanie.

Ale gdy księżna Kinga dowiedziała się, iż córka Piotra Krępy żyje, nakazała, by sprowadziła się na dwór książęcy i odtąd sama miała nad nią pieczę. 

Mijały lata. Halina z dziecka przeistoczyła się w piękną pannę i nie jeden chłopak strzelał za nią oczyma, ale ona jakoś na żadnego nie zwracała uwagi. Zresztą księżna Kinga swoje dwórki żelazną trzymała ręką i nawet marzyć nie mogły o jakichś znajomościach, o których by ona sama nie zadecydowała. 

Życie płynęło Halinie monotonnie, chociaż nie w lenistwie, bo przez cały dzień miała jakieś zajęcie. Trochę przemieszkiwała w Krakowie, trochę w Sandomierzu, w zależności od tego, w której z owych dwu stolic akurat przebywał dwór. Ostatnio wszakże najczęściej w Sączu, stanowiącym własność księżny, która najchętniej nie ruszałaby się stamtąd wcale. 

Wyjazdy do Sandomierza sprawiały Halinie niewymowną radość. Oto każdy kamień, każdy krzak były jej tu bliskie. Chociaż czasem budziły się w dziewczynie smutne wspomnienia, to przecież jednak, wędrując malowniczymi lessowymi wąwozami, czy spacerując brzegiem Wisły, wracała oczyma wyobraźni do tych dni szczęśliwych, gdy trzymając ojca za rękę, dreptała obok niego po tych samych dróżkach. 

Księżna Kinga nie pozwalała swoim dwórkom włóczyć się po mieście, ale Halina rozmaite stosując wybiegi, wymykała się, ilekroć to tylko było możliwe.

Tym razem dwór zjechał do Sandomierza, by spędzić tu święta wielkanocne. Bito wieprze i cielęta, pieczono słodkie ciasta i kołacze. Woń kiełbas, czosnku, wędzonych mięs, zamorskich korzeni, piwa i miodu wypełniała ogromną zamkową kuchnię. Spodziewano się licznych i wysoko postawionych gości, bo oboje księstwo nigdy by dla siebie i swego tylko dworu nie kazali nagotować takiej obfitości jadła. Wstrzemięźliwi byli oboje nad miarę i jadali skromnie, co jak można się domyślać, wcale nie cieszyło dworzan. 

Poza tym – jak to przed świętami – panowała atmosfera ożywienia, podniecenia nawet. Dziewczęta z otoczenia księżny, na ogół zdyscyplinowane i ciche, teraz zmieniły się nie do poznania. Po wszystkich korytarzach niósł się ich śmiech, a co odważniejsze wpadały do kuchni, by porwać jakiś smakołyk, a później z piskiem uciec przed rozdrażnionym kucharzem, dwojącym się i trojącym wokół palenisk i saganów, co przypominało jakiś cudaczny taniec. 

Halina ryzykując, iż księżna może się na nią pogniewać, wymykała się teraz z zamku już co dnia i włóczyła poza miastem. Śnieg stopniał dość dawno, nie padały deszcze, a za to przyświecało słonko, więc ziemia obeschła dobrze i bez narażenia się na ubłocenie mogła odwiedzać swe ulubione zakątki: brzeg wiślany i głęboki, mroczny wąwóz przerzynający, aż do jego serca prawie, całe Wzgórze Świętopawelskie. 

Spacerując po okolicy, z przyjemnością spoglądała dookoła. Przyroda budziła się już na dobre z zimowego snu. Zioła wychylały się z ziemi. Coraz częściej można było – nie licząc podbiałów, stokrotek i przebiśniegów – zoczyć kwiat jaki, a trawa poczęła nabierać swej naturalnej zieleni. Tej zieleni, która zda się zachęcać, aby pożywszy się na niej na wznak, wsłuchując się w szmery i odgłosy stworzeń wiodących swoje ciche żywoty śród źdźbeł, wystawiwszy twarz ku promieniom słonecznym, śledzić białe obłoki niesione po firmamencie łagodnym podmuchem wietrzyku. 

Halina, znalazłszy się nad Wisłą, przysiadła na ogromnym dębowym pniu, poczerniałym od wody i starości, który wyrzucił tutaj nurt. Patrzyła w zamyśleniu na szarą taflę rzeki, która niebieszczała dopiero gdzieś hen, w oddali, odbijając niczym zwierciadło błękit wiosennego nieba. Pachniało mułem i wierzbowymi baziami.

Gdzieś blisko dał się słyszeć plusk. 

„Ryby się rzucają” – pomyślała dziewczyna. 

Przymknąwszy oczy i odrzuciwszy głowę do tyłu, oddała się rojeniom.

Oto znów była małą dziewczynką. Ojciec niósł ją na rękach, a ona śmiejąc się, chwytała go za włosy. Musiało to być wspomnienie z bardzo wczesnego dzieciństwa. 

Potem znów przypomniała sobie jakieś letnie popołudnie. Żar lejący się z nieba, brzęczenie pszczół zbierających słodki nektar z lipowego kwiecia. Słodkawy, cudowny jego zapach sycił powietrze. Ostrożnie, by nie płoszyć owadów, zrywała gałązkę po gałązce, a później wkładała je do przepaścistej wiklinowej kobiałki. Miał to być zapas na całą zimę, kiedy to z lipowego suszu parzy się woniejący słodkawo, o miodowym odcieniu, napój. W kubku pozłocistego płynu zaklęte było lato, i słońce, i kumkanie żab, i dzwonienie koników polnych, i spokój jeszcze jednego beztrosko przeżytego dnia… 

Wspominała swoje najszczęśliwsze lata. 

Naraz z owych rojeń wyrwał ją niski, spokojny, męski głos: 

– Nie boisz się, dziewczyno, siedzieć sama na tym odludziu? 

Wystraszona zerwała się na równe nogi i spojrzała w stronę, z której ów głos ją dobiegł. 

Na pochyłości łagodnego w tym miejscu, wiślanego brzegu stał młody mężczyzna. Stał z gołą głową i wiatr rozwiewał mu jasne, niczym żytnia słoma, włosy. 

Odziany był w bogaty kaftan z grubego niemieckiego sukna. Jedną ręką podparł się pod bok, w drugiej dzierżył giętką wiklinową witkę, którą od czasu do czasu uderzał się po bucie. 

Halina spłoniła się, jakby złapana na gorącym uczynku czynienia czegoś niedozwolonego, a później jąkając się z przejęcia, rzekła: 

– Nie… nie… lękam się. 

A po chwili odzyskawszy panowanie nad głosem, dorzuciła:

– Niby czego miałabym się lękać? Czyż nie jestem bezpieczna w Sandomierzu? Książę z dworem tu stoi, straży pełno, któż by się odważył napastować dwórkę księżny? 

– A choćby ja! – zawołał z przekorą w głosie nieznajomy. 

– Nie żartujcie, panie. Lepiej pozwólcie mi przejść. 

Halina skierowała się w stronę miasta. 

Ale mężczyzna zastąpił jej drogę. 

– Wpierw mi musisz rzec jak ci na imię, dziewczyno. Nie widziałem piękniejszej od ciebie. 

Ostatnie słowa wyrzekł z taką mocą w głosie i z takim przekonaniem, iż Halina zrozumiała, że wyrzekł je szczerze.

Zatrzymała się więc. Śmiało spojrzała mu w oczy, a potem powiedziała: 

– Na imię mi Halina, skoroś taki ciekawy. A jak tobie? 

– Jasiek.

– Tedy mnie przepuść, Jaśku, jeśli nie chcesz mieć do czynienia z pana wojewody sandomierskiego strażą. Sprawiedliwy to pan, jak słyszałam, i o krzywdę sieroty upomnieć się potrafi. Zawszeć to lepiej po wolności chodzić, tym bardziej że coraz piękniej na świecie, niż w zamkowym lochu gnić, albo i też katu głowę dać.

Słuchał Jasiek owej perory z niejakim zdziwieniem, zaskoczony tak wielką pewnością siebie i odwagą panny. Ale wysłuchawszy jej do końca, zaniósł się gromkim śmiechem, jakby istotnie coś zabawnego, a nie pogróżki usłyszał. 

A ona nie czekając, aż natręt przestanie się śmiać, pchnęła go z całej siły w piersi, tak iż zachwiał się z lekka, nie będąc przygotowany na cios. Halina, utorowawszy sobie w ten sposób drogę, ile sił w nogach pobiegła do zamku. 

Umykając, posłyszała jeszcze głos Jaśka: 

– A strzeż się, bo rychło cię dopadnę! Nie umkniesz mi, dziewczyno, nie umkniesz! 

Skoro Halina znalazła się już pośród grodowych obwałowań, uprzytomniła sobie, iż owa przygoda mogła się była skończyć zgoła inaczej. Chwalić Boga, nie był to widać żaden łotr, lecz jakowyś żartowniś tylko. Postanowiła wszelako, iż od tej pory nie będzie sama jedna włóczyć się po odludnych miejscach, niezbyt to bowiem bezpieczne. 

Chociaż była odważna, to jeszcze na wspomnienie owego zdarzenia czuła drżenie w łydkach i mrowienie w krzyżu. Wzięła się jednak w garść, przygładziła rozwiane w czasie ucieczki włosy i spokojnym krokiem podążyła do komnaty, w której zwykle księżna pani przebywała z dwórkami.

* * *

W komnacie owej panowało dziwne jakieś podniecenie. Księżny Kingi nie było, nie było też dwu czy trzech dziewcząt, które zabrała ze sobą dla towarzystwa. Pozostałe dwórki zaś rozprawiały o czymś tak zawzięcie, iż nie zauważyły wejścia Haliny. 

Dopiero gdy spytała – a pytanie powtarzać musiała kilkakroć, aby zostało wreszcie usłyszane – co też się dzieje, dziewczęta ją otoczyły i jęły podniesionymi głosami, z przejęciem wielkim, jedna przez drugą wołać: 

– Gdzieś była? 

– Księżna cię szukała! 

– Ma przyjechać dzisiaj nowy pan wojewoda sandomierski! 

– Z rycerską drużyną! 

– Może sobie jakiegoś rycerza upatrzę? – marzyła w głos jedna z dziewcząt. 

– A któryż cię zechce? – pokpiwała z niej druga. 

– A dlaczegoż by miał mnie nie zechcieć? Brakuje mi czego? – oburzyła się pierwsza. 

Inna znów wtrąciła się do rozmowy: 

– A mnie może i sam wojewoda wybierze? 

– Patrzcie, patrzcie! Cóż to się jej roi?! – kpiła jej przyjaciółka. 

– Dlaczego nie? Przecie to jeszcze kawaler! 

Halina machnęła ręką i poszła w kąt, gdzie wziąwszy płat jedwabnej tkaniny, poczęła haftować na nim rozpoczętą wcześniej kiść gron winnych. Chciała opowiedzieć dziewczętom o swojej przygodzie, ale uznała, że żadnej to nie zainteresuje, że teraz myślą tylko o jednym, aby jak najlepiej wyglądać i przypodobać się nowo przybyłym wraz z wojewodą rycerzom. 

Siedziała tedy w kącie zajęta swoją robotą, a harmider, miast maleć, narastał jeszcze. Aż oto ustał nagle jakby nożem ucięty. Otworzyły się bowiem drzwi i w progu stanęła księżna. 

– Moje panny – rzekła. – Przybył do zamku dzisiaj nowy pan wojewoda sandomierski i jeszcze kilku godnych mężów, o czym zresztą, jak widzę, już wiecie. Mój książęcy małżonek będzie z nimi wieczerzał. Przyodziejcie się tedy, jak możecie najpiękniej, aby mnie, książęciu i całemu dworowi wstydu nie przynieść. A teraz dość już owego harmidru, co go to pewnie aż na mieście słychać. Niechaj każda weźmie się za swoją robotę. Bierzcie przykład z Haliny. Spójrzcie, jak pilnie wyszywa!

Skończywszy tę przemowę, pani Kinga sama jęła haftować przepiękną tuwalnię dla kościoła Świętego Jana przeznaczoną. Jej zręczne palce malowały nicią pozłociste pszeniczne kłosy, podbarwiały je z lekka czerwienią, tak iż wyglądały, jak największy skarb tej ziemi – czerwonokłosa pszenica-sandomierka. 

Dalsze godziny upływały monotonnie. Jedyne urozmaicenie stanowił skromny południowy posiłek, który tym razem spożyły, nie opuszczając komnaty.

Gdy jednak na dworze jęło się z lekka zmierzchać, księżna powiedziała:

– Dość już na dzisiaj, moje panny. Niechaj teraz każda przyodzieje się w to, co ma najlepszego, najpiękniejszego, a potem razem ze mną uda się na wieczerzę. Pamiętajcie tylko o skromności – największym i najcenniejszym skarbie, jaki posiada dziewczyna. 

Usłyszawszy te słowa, dwórki z piskiem rozbiegły się do swoich izdebek. Halina tylko ociągała się z wyjściem, chcąc skończyć haft jednej jeszcze jagódki w winnej kiści. 

– Nie męcz już oczu, dziecko. Wystarczy na dziś – dobrotliwie ozwała się księżna. – Zawsześ smutna jakaś, zamyślona. Idź, przyodziej się godnie, jak na Krępiankę przystało. Zobaczymy nowe twarze, może usłyszymy ciekawe jakie opowieści. Rozerwiemy się nieco.

Odłożyła tedy Halina igłę i posłuszna poszła wykonać polecenie księżny Kingi. 

Ubierając się i czesząc swoje pyszne, pozłociste włosy, rozmyślała o dzisiejszej przygodzie, jaka ją spotkała na wiślanym brzegu. I o dziwo, im dłużej myślała, tym przyjaźniejsze uczucia zaczynała żywić względem owego młodzieńca. 

W końcu złapała się na tym, iż wabi jego obraz pod przymknięte powieki, a myśl kieruje ku jego osobie. 

„Przecie to nie żaden zbrodzień” – kotłowało jej w głowie. 

„Wyglądał raczej na syna jakowegoś możnego pana. Ubrany był dostatnio…” 

„Gdyby chciał mnie ukrzywdzić, cóż mu niby stało na przeszkodzie?” 

„Niewinnie posądziłam człeka o złe zamiary”. „Ach, jakiż on urodziwy, jaki urodziwy. Jeszcze żaden mi się taki nie wydawał”.

„Czy go spotkam kiedykolwiek?” 

Skończyła toaletę i dołączyła do dwórek, które całą gromadą udawały się do komnat księżny. Pani Kinga też już była wyszła na korytarz i na czele dziewcząt udała się do sali jadalnej.

Książę siedział u szczytu stołu. Na widok małżonki wstał z uszanowaniem i wskazał jej miejsce po swej prawej stronie. Idąc za jego przykładem, powstali również obecni tam rycerze i urzędnicy dworscy.

Dziewczęta rozlokowały się, każda na przeznaczonym jej miejscu i bacznie rozglądały się dookoła, wypatrując nowych twarzy. 

Halina dostąpiła nie lada zaszczytu, bo posadzono ją po lewej ręce księcia Bolka, Wstydliwym przez lud nazwanego, od którego dzieliło ją tylko jedno puste miejsce. Widno przeznaczone dla pana wojewody sandomierskiego, który miał być dzisiaj najważniejszym gościem, a podczas wieczerzy opowiedzieć o swych ostatnich zmaganiach z Tatarami w okolicach Lublina, jednego z najważniejszych grodów Sandomierskiej Ziemi. 

Ale mimo iż wieczerza już się miała rozpocząć i obcych twarzy rycerskich z drużyny pana sandomierskiego sporo już widać było między zebranymi, miejsce wojewody pozostawało puste. 

Książę począł się niecierpliwić. A wiadomym było powszechnie, iż nie znosi niepunktualności. Wszelako zniecierpliwienie jego okazało się przedwczesne, bo oto w drzwiach ukazała się męska postać, a na sali dał się słyszeć czyjś głos: 

– A oto i Jan Pilawa, pan wojewoda sandomierski!

Na co chudy podkanclerzy dodał po łacinie: 

– Comes Joannes palatinus sandomiriensis. 

Oczy zebranych obróciły się ku wejściu. Spojrzała w tę stronę i Halina, wiedziona ciekawością i w tejże samej chwili zamarła, zaskoczona widokiem, którego nie spodziewała się ujrzeć. Do sali wchodził jej nieznajomy znad Wisły!

Wspomniawszy wszystko, co doń mówiła, a szczególnie owo straszenie go wojewodzińską strażą, zawstydziła się tak bardzo, iż najchętniej zapadłaby się popod ziemię. Zgarbiła się tedy, jak najbardziej mogła, i pochyliła twarz nad stołem, nie podnosząc wzroku.

Tymczasem wojewoda podszedł do wskazanego mu przez księcia siedziska i oddawszy wprzód uszanowanie władcy i jego małżonce, rozparł się wygodnie i jął z zainteresowaniem rozglądać się śród obecnych.

Okazało się, iż miał pośród nich wielu znajomych i krewniaków, toteż kłaniał się na prawo i lewo, słał lub odwzajemniał uśmiechy. 

Halina drżała na myśl o tym, co będzie, gdy w końcu i na nią zwróci uwagę i, co nie daj Bóg, rozpozna.

Uczyniła tedy rzecz najgłupszą, jaką mogła uczynić. Wyjęła z rękawa chusteczkę, przytknęła ją do policzka, chcąc w ten sposób ukryć twarz. 

Księżna Kinga zauważyła to natychmiast i w głos zapytała: 

– Cóż ci się stało, Halino? Czyżby zęby jęły ci dokuczać? 

Na głos księżnej, a pewnie również na dźwięk wypowiedzianego przez nią imienia, spojrzał wojewoda na siedzącą obok dziewczynę i, jak można się było tego spodziewać, natychmiast ją rozpoznał.

Uśmiechnął się szeroko, bo zrozumiał, iż to nie ból zębów, miała ta chusteczka koić, ale nie dając nic poznać po sobie, ozwał się w te słowa: 

– Jakaż szkoda, że akurat teraz poczęłaś odczuwać cierpienie, kiedy stół zastawiony suto. A może mógłbym ci pomóc? Znam się nieco na zębach. Wraz przygotuję lekarstwo. 

Rzekłszy to, pochylił się do ucha Haliny i wyrzekł jeszcze ściszonym głosem: 

– A nie mówiłem, Halino, że mi nie uciekniesz? 

Dziewczyna zapłoniła się niczym polny mak i odpowiedziała szeptem:

– Nie wiedziałam, że to w zwyczaju wojewodów zachowywać się wobec niewiast po pogańsku. 

Księżna bacznie obserwowała oboje, bo zdało się jej, iż mają oni jakowąś wspólną tajemnicę. Ale nie chciała indagować ich o to przy całym dworze. W duchu jednak pomyślała, iż doskonalszej od Pilawy partii nie mogłaby dla Haliny wyszukać. A chciała ją przecie wydać za mąż jak najlepiej, bacząc na zasługi ojca i zobowiązania, jakie byli księstwo wobec tego rodu zaciągnęli.

Nie przypuszczała jednakże, iż młodzi mogą się mieć ku sobie, bo i skąd, jeśli nie znali się wcześniej. Niemniej coś kazało jej sądzić, iż jednak nie są sobie zupełnie obcy. Rozpaliło to ciekawość księżny, postanowiła zatem, iż zaraz po wieczerzy rozmówi się z obydwojgiem. 

Wieczerza, chociaż postna, była dość wyszukana. Kucharz przeszedł samego siebie i nagotował tak smakowitych i tak wymyślnych potraw z ryb i raków, jakich dostarczyła Wisła i książęce stawy, że nikt nie czuł się niesyt. 

Wesoło było i gwarno. Pilawa i jego rycerze rozprawiali o starciach na granicy księstwa z Rusią, pomiędzy nimi a tatarskimi zagonami. 

Cieszono się z przewag swojaków, winszowano zwycięstw. Książę, słuchając tego wszystkiego, radował się w duchu, że tak słusznego dokonał wyboru, czyniąc młodziutkiego Jaśka wojewodą. Chociaż, znający życie doradcy, ganili go za to, uważając, iż brak Pilawie doświadczenia w dowodzeniu rycerstwem, książę czuł, że nikogo odpowiedniejszego nie mógłby owym stanowiskiem zaszczycić. I oto okazało się, iż jego rachuby były trafne.

Gdy wszyscy się już posilili, a i powoli jęło brakować tematów do rozmów, księżna i książę podnieśli się zza stołu i oddzielnie udali się do swych komnat.

Księżna Kinga odchodząc, rzekła do Pilawy:

– A przyjdźże zaraz do mnie, wojewodo. Mam z tobą do pomówienia.

– Nie omieszkam, miłościwa pani. Dobrze się składa, iż chcesz ze mną mówić, bowiem i ja mam sprawę do ciebie. Ważną dla mnie niczym samo życie.

Rzekłszy to, rzucił ogniste spojrzenie na Halinę, a ta zaczerwieniła się po samo czoło. Księżna nie miała już żadnych wątpliwości. Nie mogła tylko jednego pojąć. Jakże można tak szybko obdarzyć uczuciem nieznajomą osobę. 

– A zatem czekam – dodała na odchodnym. – Halino, pójdź ze mną. 

* * *

Znalazłszy się w swej komnacie, księżna Kinga usiadła na dębowym, rzezanym w jakoweś zamorskie liście i owoce zydlu. Stał on w pobliżu wnęki okiennej. Drewniane ramy obciągnięte były cienką pergaminową skórką albo błonami ze świńskich pęcherzy, które prawie wcale nie przepuszczały światła, chociaż na dworze widno było prawie jak w dzień, bowiem księżyc stał w pełni.

Oliwny kaganek dawał lichy poblask. Od migotliwego płomienia kładły się na ścianach chybotliwe cienie, długie jakieś i zniekształcone. W kominie pogwizdywał wiatr. Po rozgwarze i radości sali biesiadnej tutaj panował dziwny smutek. 

Halina stała wpodle kominka, w którym tlił się żar, i czekała, co też ma jej do powiedzenia księżna. Ale Kinga milczała dłuższy czas. Miała opuszczoną głowę i wpatrywała się w swoje wychudłe dłonie, splecione na brzuchu. Rozmyślała widać nad czymś niewesołym. Może nad losem sierocym, a może nad tym, iż nie tak winna była ułożyć sobie życie, jak ułożyła. Później zaś westchnęła ciężko i podniósłszy głowę, spojrzała Halinie prosto w oczy: 

– Skąd się znacie z wojewodą?

Dziewczyna tak była zaskoczona owym niespodzianym pytaniem, którego przewidzieć w żaden sposób nie mogła, iż nie próbowała nawet żadnych wykrętów i z całą prostotą odrzekła: 

– Poznaliśmy się dzisiaj przypadkiem nad Wisłą. 

– Gdzie?! – nieomal krzyknęła księżna. – A cóżeś tam robiła bez mojej wiedzy i zgody? 

– Daruj, miłościwa pani. Daruj. Wiem, że źle uczyniłam, ale ilekroć dwór zjedzie do Sandomierza, nie mogę się oprzeć pokusie, aby odwiedzić wszystkie zakątki, kędyśmy ongiś z panem ojcem chadzali. Przeciem tu się rodziła. Kocham to miasto. Daruj, miłościwa pani. Więcej tak już nie uczynię. 

– Nie dam ci po temu okazji. Będę bardziej na ciebie baczyła. Wiesz, żem nie tylko twoją panią, ale i matką. I czuję się w sumieniu odpowiedzialna za ciebie.

Halina poczęła szlochać i upadłszy do nóg księżny, przepraszała ją z całego serca. 

– No już dobrze, dobrze. Wiem, że z lekkomyślności nie byłaś mi posłuszna, ale też cię rozumiem. Ach, jakże ja tęsknię nieraz za swoją rodzinną ziemią. Tęsknię tak, iżbym, gdyby nie wstyd, w głos płakała. Ale powiedz mi, córuchno, długoście nad tą Wisłą ze sobą rozmawiali? 

– Nie, miłościwa pani. Ledwie chwil kilka, bo jak mnie Jasiek – tu spłoniła się i poprawiła zaraz – wybaczcie, wojewoda, zaczepił, zarazem go pchnęła z całej mocy i uciekła do grodu. 

Rozbawiło księżnę to wyznanie i poczęła śmiać się w głos. 

– Swoją drogą nie brak ci odwagi – rzekła. – A gdybyż to był zbój jaki, na twoje życie dybiący?

– Ale – chwalić Boga – nie był. 

– I jakże ci się widzi ów wojewoda? Młodzik to jeszcze, ale już najwyższych zaszczytów dostąpił. 

Halina spłoniła się znowu, co nie uszło bacznym oczom księżny. 

– Cóż, miłościwa pani. Urodziwy jest, a jak się okazało z opowieści o bitwach z poganami, waleczny także.

– To i dobrze, że ci się widzi. To i dobrze. A teraz idź do swojej komnaty – dorzuciła. – Zostaw mnie samą, bo, jak wiesz, czekam tutaj na Pilawę.

Ledwo za Haliną zamknęły się drzwi, a jej kroki ścichły za zakrętem korytarza, załomotał ktoś ostro we framugę. 

– Wejdźcie, wojewodo, wejdźcie – ozwała się księżna. 

Dźwierza rozwarły się ze skrzypieniem nieoliwionych wrzeciądzy i do komnaty wszedł krokiem pewnym, chociaż na licu malowało mu się jakieś dziwne pomieszanie, Jasiek Pilawa. 

– Miłościwa pani… – tu skłonił się dwornie. 

– Darujcie sobie, wojewodo, te ceremonie. Nie lubię ich, jeśli mam być szczera. Usiądźcie lepiej na tamtym oto zydlu wpodle ognia, bo chociaż już prawie wiosna, to jednak noce ostre niczym w zimie. Chciałam z wami pomówić, ale jeśli i wy macie do mnie jakowyś interes, tedy najpierw was wysłucham.

Ale Pilawa jakoś nie kwapił się do rozmowy. Widać było, iż coś mu bardzo ciąży na sercu, a tu bądź nie śmie, bądź wstyd mu o tym czymś rozprawiać. Księżna widząc jego niezdecydowanie, ofuknęła go: 

– At, dzielny mąż! Taki co to woje wodzi, a zachowuje się niczym panna. Mówcież, panie Janie, co wam na sercu leży, bo widzę po minie, iż to coś okrutnie wam doskwiera. 

Wojewoda poczerwieniał mocniej, przejechał rozcapierzonymi palcami po gęstej czuprynie i widomie mocując się ze sobą, w końcu podniósł się z zydla, a potem runął przed Kingą na oba kolana i zawołał:

– Miłościwa pani, księżno moja! Ulituj się nade mną biednym! Daj mi twoją dwórkę, oną Halinę za żonę! Nie żyć mi bez niej! Nijak nie żyć! 

Uśmiechnęła się księżna, ale tak nieznacznie, żeby rycerz tego nie dostrzegł i udając oburzenie, zawołała: 

– Wstańcie natychmiast, panie. Za stateczniejszego męża was miałam. A wyście płochy, jak widzę. Poznał dziewczynę przed południem, nie wie, kto ona, a chciałby się żenić. Wstyd! 

– Ale, miłościwa pani! – zaprotestował Pilawa. – Skorom tylko ją ujrzał, od razu zrozumiałem, że albo ta, albo żadna. 

Zamilkł i na powrót usiadł na wskazanym mu pierwej przez księżnę miejscu. Pani Kinga czas jakiś nic nie mówiła, tylko bacznie przyglądała się młodzieńcowi. W końcu zaś ozwała się w te słowa: 

– Widzisz, wojewodo. Owa Halina to nie byle kto i z równego twemu, o ile nawet nie szlachetniejszego jeszcze rodu pochodzi. 

– A któż ona? – z zaciekawieniem spytał Jasiek. 

– Krępianka – odparła księżna. 

– Córka Piotra z Krępy, kasztelana sandomierskiego, który poległ był, broniąc miasta przed Tatarami? 

– Ta sama. 

– To tym goręcej jej pragnę! Szlachetną krew ze szlachetną krwią łączyć się godzi! 

– Cóż, wojewodo. Jeśli mam być szczera – powiedziała księżna – to i ja rada bym widziała wasz związek. Boję się tylko jednego, że to tylko chwilowe jakieś zadurzenie. Że minie parę niedziel, a zapomnisz o niej. Te wyznania, którem dzisiaj tutaj usłyszała, wydadzą ci się śmieszne, a serce przylgnie do innej dziewczyny. 

– Nigdy! – gwałtownie zaprzeczył Pilawa. 

– Cóż ty wiesz, młodziku, cóż wiesz? Nie takiem namiętności oglądała w swym życiu, które nie tylko w obojętność, ale i w nienawiść się przeradzały. 

– Miłościwa pani! – zawołał wojewoda i znów upadł przed księżną na kolana. – Miłościwa pani, miej litość nade mną, nie odmawiaj! 

– Ależ ja nie odmawiam! Wiem o tobie, żeś zacny i duszę masz szczerą. Wiem, żeś bogaty i że ród twój szlachetny. Ale na niepewne dziewki nie dam. Jej ojciec życie stracił dla ojczyzny. Jam jej teraz matką i opiekunką. Muszę dbać o przyszły los dziewczyny, aby był szczęśliwy! Myślę, iż najlepiej będzie – ciągnęła dalej księżna – jeśli poprosisz mnie o rękę Haliny po roku. Jeśli przez ten czas zyskasz jej przychylność, a sam nie odmienisz uczucia, sprawimy zrękowiny. I cóż ty na to? 

Wojewoda westchnął ciężko i rzekł: 

– Ano cóż? Niczego innego mi do wyboru nie dano. Uczynię, jak chcecie, pani. Ale uschnę bez niej. Tęsknota mnie zagryzie! 

– Nie plećcie byle czego, wojewodo. Przecie będziecie się widywać. Nie odeślę jej nigdzie, zostanie przy dworze, jak dotychczas było. A i wy przecież przy księciu musicie przebywać – powiedziała pani Kinga.

Po chwili milczenia dorzuciła: 

– A teraz zostawcie mnie już samą. Dobranoc. 

– Dobranoc – odrzekł wojewoda, lecz położywszy rękę na klamce, stał dalej niezdecydowany. 

– Czego jeszcze chcecie, panie? – zapytała księżna.

– Ja? Niczego. Ale przecież to wy, miłościwa księżno, wzywaliście mnie tutaj w jakiejś sprawie. 

– Cóż – roześmiała się księżna – chciałam cię wybadać, jakie masz wobec Haliny zamysły. Ślepa nie jestem i podczas wieczerzy dobrze widziałam, jakeś ją oczami jadł. No, ale idź już wreszcie. Późno się zrobiło bardzo. 

Pilawa pokłonił się nisko swej pani i wyszedł z komnaty. Jeszcze przez chwilę rozlegał się na korytarzu odgłos jego energicznych kroków, ale rychło zamilkł.

* * *

Na święta wielkanocne najechało się gości co niemiara. Możni panowie, tak świeccy, jako i duchowni wraz z orszakami. Wniosło to trochę ożywienia do monotonnie mijających dni na dworze Bolesława i Kingi. 

Dziewczęta z otoczenia księżnej znalazły nareszcie okazję, aby stroić się, w co miały najlepszego. Dla niektórych zaś z nich były to już ostatnie święta w Sandomierzu, bowiem za zgodą panujących powychodziły za mąż i porozjeżdżały się do mężowskich dworzyszcz. 

Święta minęły szybko. To tylko same przygotowania do nich trwały długo. Później znów powiało nudą z mrocznych korytarzy sandomierskiego zamczyska. 

Książę Bolesław i księżna Kinga nieradzi widzieli bowiem światowe rozrywki. Wiodąc na poły mniszy żywot, pragnęli aby spokoju i ciszy, tak potrzebnych do kontemplacji i modlitwy. 

Halina od owej pamiętnej rozmowy z księżną, podczas której opowiedziała o swym pierwszym spotkaniu z Pilawą na wiślanym brzegu, korzystać mogła z większej niż dotąd swobody. 

Pani Kinga rozumiejąc sentyment dziewczęcia, pozwalała jej odtąd na codzienne spacery po Sandomierzu i najbliższej okolicy. Pod warunkiem jednak, iż za każdym razem opowie dokładnie, dokąd idzie, i weźmie sobie jedną lub dwie przyjaciółki do towarzystwa.

Radość Haliny z owej swobody była ogromna. I nie trzeba dodawać, iż ilekroć tylko mogła, korzystała z przywileju. A i dziewczęta, które zabierała ze sobą, cieszyły się z tego, bo przecież zawsze to lepiej wędrować po Bożym świecie, tym bardziej iż wiosna uczyniła go tak pięknym, niż siedzieć w ciszy mrocznej i zatęchłej izby. 

Zaraz na pierwszy spacer, wziąwszy jeszcze dwie panny ze sobą, chciała pójść daleko od miasta, aż do Gór Pieprzowych, kędy ją gnała niewypowiedziana jakaś tęsknota. Ale dziwna to była tęsknota, bo przecież z górami onymi wiązało się najprzykrzejsze z dziecięcych wspomnień Haliny. 

Wszelako chciała odszukać to miejsce, gdzie razem z piastunką wyszły po wędrówce przez lochy na swobodę i gdzie kryła się krypta grobowa pięknej i nieszczęśliwej Judyty. 

Ślicznie było na dworze. Słonko przygrzewało mocno. Ptaki świergotały śród gałęzi okrytych delikatną pianą młodziutkich listków, a łagodny wietrzyk niósł w nozdrza zapach świeżo zaoranej ziemi, która rychło przyjąć miała w siebie ziarno, z którego wyrasta chleb.

Na łagodnym skłonie wzgórza zakonnik dominikański w białej sukni i czarnym płaszczu, który mu wiatr rozdymał, tak iż przypominało to jakby skrzydła ogromnego ptaka, oglądał z zaciekawieniem i uwagą młode drzewka rosnące w klasztornym sadzie.

Dziewczęta mijając go, pozdrowiły pięknie, a on pomachał do nich dłonią i zawołał: 

– A przyjdźcie tutaj do mnie, to wam coś pokażę! 

Skręciły posłuszne, a podszedłszy bliżej, jedna z nich zapytała: 

– Czegóż to chcesz od nas, ojcze? 

– Patrzcie, dziewczęta – szerokim gestem ręki objął sad. Widać było, iż owe drzewka, które oglądał, to cały jego świat, całe jego życie i ukochanie, że bez nich byłby bardzo nieszczęśliwy. Widać też było, że ich widok cieszy go tak bardzo, iż radością swoją chciałby się z kimś podzielić. 

– Patrzcie, dziewczęta. Powiadali, że się nie uda, a oto się udało! 

– Ale co, ojcze? Co takiego? 

– No jakże? Mówili mi, że nie urośnie na tej ziemi morela. Cudowne drzewo, które krzyżowcy z Armenii do Italii przywieźli, a które wydaje najwyborniejsze owoce spośród wszystkich, jakich kosztowałem w życiu. 

– A cóż to za owoce, ojcze? – zaciekawiła się Halina. 

– Zobaczysz, jak dojrzeją. Bo w tym roku będzie już pierwszy zbiór. Ale powiem ci też nieco o nich. 

– Mają one barwę złocistą, czasem czerwonawy rumieniec na skórce, smak słodki, z kwaskowym odcieniem, a zapach tak cudny, że go opisać nie sposób.

Pochylił się, nabrał garść żółtawej ziemi i przesiewając ją między palcami, ciągnął w zamyśleniu, jakby mówił sam do siebie: 

– Błogosławionaż to ziemia, sandomierska ziemia. I pszenicę urodzi, i żyto, i jęczmień, ale i plon gron winnych wyda, i orzechy włoskie wykarmi, i oną morelę… Moją morelę… Przyjdźcie, dziewczęta, tutaj w pełni lata, a i potem też, gdy jesień wybarwi późniejsze owoce. Dam wam skosztować i moreli, i winogron, i onych orzechów, które to święty Jacek z rodu Odrowążów z italskiej ziemi przywiózł. Wiedział ów mąż Boży, że najprędzej je sandomierska ziemia przyjmie, najprędzej wykarmi, że tu tylko plon wydać mogą stokrotny. I nie omylił się!

– Dzięki ci, ojcze, nie omieszkamy przyjść, skosztować takowych specjałów! – odparły dwórki. – Ale pora nam udać się w swoją stronę. Tedy bywajcie!

– Bywajcie – odrzekł i uśmiechnąwszy się przyjaźnie, powrócił do swego około drzew zajęcia. 

Dziewczęta skręciły na mocno wydeptany, bo też i często uczęszczany, szlak idący wzdłuż biegu Wisły, w dół jej leniwego nurtu. Nie bały się oddalać od grodu, toteż podążały gościńcem wiodącym ku odległemu o kęs drogi brodowi prowadzącemu na drugą stronę rzeki, naprzeciw którego leżała wieś Gorzyce, a dalej wił się trakt ku Przemyślowi wiodący i ku ruskim grodom. 

Minąwszy Rybitwy, gdzie na opłotkach widać było rozciągnięte rybackie sieci i inny sprzęt do chwytania wodnych stworzeń sposobny, poszły ku wsi Kamień. Między brzegiem wiślanym, a gościńcem, ziemia gęsto zakryta była krzewami jeżyn, których ostre i kolące witki stanowiły gąszcz trudny do przebycia. Prócz jeżyn rosły tam potężne drzewa wierzbowe, a gdzieniegdzie olszyna i czarny bez.

Halina, wróciwszy wspomnieniami ku tamtym strasznym dniom zimowym, kiedy dzicz tatarska wyła pod wałami grodu, kiedy wdarła się do jego wnętrza, a ona wraz z piastunką błądziła w ciemnościach podziemnych korytarzy, błagając boskiego zmiłowania, stała się smutna. 

Zapragnęła naraz podzielić się z przyjaciółkami tym wszystkim, co kamieniem, mimo upływu lat, ciągle leżało jej na sercu. Poczęła tedy opowiadać. O mordach, pożodze, o lęku i głodzie, i zimnie, o wilkach, które wyły na pobojowisku… 

Dziewczęta słuchały przejęte, bo chociaż opowieści takowe nie były dla nich czymś nowym, a dzieje Haliny znały dobrze, to jednak po raz pierwszy posłyszały wszystko, co ją bolało. 

Droga minęła im szybko. Nie wiedzieć kiedy, zasłuchane, stanęły u podnóża Gór Pieprzowych. Opadały one ku dopływowi Wisły – przez miejscowych Wisełką zwanemu – bądź łagodnymi stokami lessowymi, bądź osypiskami kruszącego się na tysiączne drobiny czekoladowej barwy łupku. 

Skoro znalazły się już na miejscu, ciekawość połączona ze zniecierpliwieniem gnała je, aby jak najprędzej dotrzeć do owego podziemnego lochu, w którym – jak mówiła Halina – Żydówka Judyta znalazła wieczny odpoczynek. 

Ale gdy podeszły do kępy krzewów tarniny, poza którą znajdować się miało owo małe okienko krypty, przystanęły, bojąc się iść dalej, bojąc się niemiłego widoku ludzkich kości. 

Wszakże próżny był ich lęk, bo skoro jednak przełamały obawy i weszły w gąszcz, rozczarowane zobaczyły niezbyt stary obryw ziemi, który pogrzebał w swym wnętrzu i loch, i wejście do niego, i tajemniczą mogiłę. To pewnie Wisła, gdy wezbrała wiosennymi roztopami, podmyła lessową ścianę, a ta osunąwszy się, zatarła wszelki ślad, jaki tutaj ongiś pozostawiła ręka człowiecza. 

Postały tedy dziewczęta jeszcze czas jakiś u podnóża góry, podumały nad opowieścią zasłyszaną z ust Haliny, obejrzały złoty pierścień – pamiątkę i zarazem ostatni ślad po nieszczęsnej Judycie – a potem wróciły do miasta.

* * *

Jasiek Pilawa nerwowo przechadzał się po dziedzińcu zamkowym, pełen niepokoju, że przegapi wyjście Haliny na codzienną przechadzkę. Od kilku dni już niepostrzeżenie wymykała się, tak że nawet nie mógł pokłonić się jej choćby z daleka.

Pamiętał, co ongiś rzekła mu księżna, że musi sobie zaskarbić przychylność dziewczyny i dopiero wówczas wolno mu będzie myśleć o ożenku z nią. Tymczasem dni płynęły jeden za drugim. W Sandomierzu bywał z rzadka, bowiem rycerskie obowiązki co rusz pędziły go w pole, walczyć z Tatarami, Litwinami, Jadźwingami czy Rusią, bezustannie nękającymi granice Sandomierskiej Ziemi.

Bał się, że rok minie, a on nie tylko nie zmówi sobie dziewczyny, ale jej nawet lepiej nie pozna. Toteż gdy teraz był w mieście, nie chciał stracić okazji porozmawiania z nią. 

W tym samym czasie, gdy Jasiek z niepokojem spoglądał dookoła, wypatrując Haliny, ona zerkała przez ledwo uchylone okno i obserwowała go. W jej spojrzeniu widać było czułość i tęsknotę, ale czy to nieśmiałość, czy może raczej panieński wstyd kazały jej unikać spotkań z wojewodą. 

Gdy ujrzała, iż Pilawa, opuściwszy ze smutkiem głowę, oddala się w stronę bramy wiodącej z grodu do miasta, odeszła od okna i przemknąwszy mrocznymi zamkowymi korytarzami, wybiegła na dwór. 

Tym razem jednak los nie był dla niej łaskawy (a może odwrotnie, może właśnie był łaskawszy niż zwykle?) i próba, by wymknąć się na przechadzkę i nie zostać przez Jaśka zauważoną, spełzła na niczym.

Nieomal zderzyli się w bramie, bo wojewoda właśnie nawrócił do grodu. 

– Ach, to wy, panie Janie?! – zawołała Halina, nie bardzo wiedząc, co ma rzec, i zaczerwieniła się przy tym po samo czoło. 

– Witaj, Halino – odparł Pilawa. – Mówże mi jak wtedy, nad Wisłą, po imieniu. 

Dziewczyna zawstydzona opuściła oczy i rzekła: 

– Niech będzie. Witaj, Jaśku. 

A po chwili dodała: 

– Ale ty się spieszysz i ja się spieszę. Pójdę już w swoją stronę. 

– Mnie nie spieszno – odezwał się młodzieniec. – A po prawdzie to na ciebie czekałem. 

– Na mnie? – zdziwiła się dziewczyna. – A po co?

– Cóż… widzisz… Bo to wszystko, com ci ongiś, tam nad Wisłą mówił, to szczera prawda. Ale przecie nie stójmy tu, w bramie. Wiem, że idziesz na przechadzkę. Jeśli pozwolisz, pójdę z tobą. 

– Ale czy to wypada? – zaniepokoiła się Halina, lecz dostrzegłszy niemą prośbę w oczach wojewody, dodała: 

– No dobrze, chodźmy. Tylko niezbyt daleko.

Szli powoli w stronę wzgórza leżącego naprzeciw zamku, w głębi za Wzgórzem Kolegiackim, wznoszącego się stromymi obrywami skarp zarosłych na łagodniejszych skłonach sztywną srebrzystozieloną trawą i gąszczem krzewów czarnego bzu, szakłaku, trzmieliny i dzikiej róży. Na caliznach gołego lessu zieleniały uczepione cienkimi, acz mocnymi korzeniami duże kępy dzikich wisienek stepowych.

Na płaskim szczycie wzniesienia wrzała praca. Murarze i cieśle budowali rzędy domów, wyznaczających rynki i nowe ulice tam, kędy do tej pory złociły się tylko pszeniczne łany lub srebrzyły zagony żyta. 

Wzgórza Świętojakubskie i Świętopawelskie, gdzie przed paru jeszcze laty wąskie, kręte uliczki pełne miejskiego gwaru, tętniły życiem i radością, teraz były puste, ciche, wymarłe. 

Przeszło osiem lat od owej przerażającej rzezi, jaką Tatarzy urządzili sandomierzanom, a pamięć o nieszczęściu ciągle jeszcze była żywa. Lęk przed ponownym doświadczeniem podobnego koszmaru, a i przed ciągłymi wspomnieniami minionego, sprawił, iż ludzie nie chcieli wracać tam, gdzie ongiś stały ich domostwa. 

Nazbyt wiele krwi i łez wsiąkło w ową ziemię. Woleli tedy wznosić nowe domy, na nowym miejscu, a świeżo przybyli osadnicy poszli w ich ślady i rychło stary Sandomierz wyludnił się do cna i poza kilkorgiem chałup lada jakich i trzema kościołami, nic nie świadczyło o tym, iż kiedykolwiek było tam miasto.

Jasiek z Haliną mijali poszczególne budowy, skąd dochodził zapach wilgotnej gliny, świeżo zlasowanego wapna i miła woń żywicy sącząca się z belek i desek, których stosy całe przygotowane były do zbijania pował, dachów i facjat.

– Ależ to pilnie pracują! Jeszcze kilka lat i stanie tu większe i piękniejsze miasto niż ono stare, które spalili Tatarzy – powiedział Pilawa. 

– Może i większe, może i piękniejsze, ale przecież ja zawsze czuć się będę u siebie tylko na Starym Sandomierzu – odrzekła Halina. 

– Wybacz – ozwał się Jasiek. – Wiem, ciebie to boli, jeszcze się rany na sercu nie całkiem zagoiły. 

– I nigdy się nie zabliźnią. Och! Jaśku, mnie się tamto wciąż śni po nocach. Budzę się z krzykiem, spocona i przerażona, mając pod powiekami obrazy owych zdarzeń.

Halina, jak przed nikim dotąd, otworzyła swe serce przed Jaśkiem. Przez tę bolesność wspomnień poczęła drżeć na całym ciele i łzy zaszkliły się jej w kącikach oczu. 

Pilawa odruchowo ujął ją za rękę, a wolną dłonią począł gładzić włosy dziewczyny. Nie broniła się przed pieszczotą. Stała milcząca i płakała. 

– Już dobrze, dobrze. Nie myśl o tym, co przeszło, przeminęło i nie wróci. Już nie musisz być sama na tym okrutnym świecie. Nie musisz. Rzeknij tylko jedno słowo, a w ogień dla ciebie skoczę, wpław przebędę morze. Boś ty dla mnie wszystkim – i dniem, i nocą, i snem, i jawą. Jedynym sensem wędrówki przez życie. 

Nie wiedzieć kiedy wyszli poza obręb nowo wznoszonego miasta i znaleźli się na krawędzi wąwozu, którego dnem prowadził gościniec ku Lublinowi. Zatrzymali się tedy, nie mogąc iść dalej. 

– Nie mów tak, Jaśku – odezwała się Halina. – Po co te wielkie słowa, których mógłbyś później żałować. 

– Ale przecie to wszystko prawda! Od owej pory, gdy cię zoczyłem siedzącą na zwalonym pniu na wiślanym brzegu, pomyślałem – śmiertelniczka to, czy rusałka-wodna boginka? I wraz serce żywiej zabiło mi w piersiach, bom zrozumiał, że albo ty, albo żadna inna, że bez ciebie mi nie żyć na tym świecie. 

– Proszę cię, Jaśku. Nie mów tak. Nie wypowiadaj słów, których mógłbyś potem żałować. Lepiej usiądźmy tutaj. Patrz, jak pięknie! 

Istotnie, pięknie tam było. W dole wąwóz opadał łagodnie do stóp wzgórza. Jego bokiem płynął wąski strumyczek kryształowo czystej wody, szemrząc cichutko. Strome ściany parowu odcinały się delikatną żółcią lessowej glinki od sinosrebrnych traw przetykanych liliowymi dzwonkami i sztywnymi łodygami żółto kwitnącego dziurawca. Gdzieniegdzie widniały rozłożyste kępy dzikich goździków o pąsowych główkach, krzaki liliowej driakwi lub żółciły się gąszcze złocieni. Karłowate wisienki stepowe czepiały się długimi korzeniami największych stromizn skarp. Na tle ciemnozielonych, błyszczących, skórzastych listków czerwieniały miniaturowe owocki.

Wokoło było słychać brzęczenie pszczół i trzmieli. Gdzieś kłóciły się wróble, a z oddali dobiegało pianie kogutów. 

Od soczystej murawy smużył się niepowtarzalny, cudny zapach lipcowego przedpołudnia, gdy słońce wypije już rosę, ale jeszcze nie nęka upałem. 

Jasiek i Halina usiedli na trawie, zapatrzeni w najdalszą dal nieba, po którym – mącąc nieco spokój czystego błękitu – sunęły wolno białe, kłębiaste obłoczki. 

Nie mówili nic, zasłuchani w szelest liści trącanych leciutkim podmuchem wietrzyku, w odgłosy życia dobiegające spośród gałęzi drzew, źdźbeł traw i kęp ziół rosnących wokoło.

Nie mówili nic, ale ich ręce, bezwiednie, zbliżały się do siebie, by wreszcie się spleść w uścisku znaczącym więcej niż słowa. 

Upłynął spory szmat czasu i słońce zbliżyło się już do zenitu, gdy wreszcie Jasiek przemógł sam siebie, swoje zażenowanie, lęk i zapytał: 

– Chcesz mnie za męża, Halino? 

A ona odpowiedziała: 

– Chcę, Jaśku. 

I były to ostatnie już słowa, jakie tego dnia wyrzekli do siebie. Od tej chwili byli już pewni, że nigdy, przenigdy się nie rozstaną, że od tej pory ich los spłynie w jedno łożysko, którym podąży ku kresowi żywota, dając im przez wszystkie wspólne lata tak wiele szczęścia, jak nikomu jeszcze nie dał. 

* * *

Pilawa zaraz następnego dnia, nie czekając, aż minie wyznaczony mu przez księżnę roczny okres wyczekiwania, poszedł – teraz już pewien swego – prosić księżnę Kingę o rękę Haliny. 

– Cóż, skoro ci ona przychylna, niech tak będzie, jak chcesz. Sprawimy zrękowiny, a na Boże Narodzenie ślub – odezwała się, wysłuchawszy wojewody księżna Kinga. 

– A wiecie, panie Janie? – dorzuciła po chwili. – To nawet dobrze, żeście się tak rychło uwinęli, bo przynajmniej nie będziecie się już lękać o przyszłość.

– Czemuż to? – zapytał zdziwiony Pilawa. 

– Bo za dwie niedziele jadę z dwórkami do mojego umiłowanego Sącza, gdzie byś, panie, raczej nie miał okazji do spotkań z Haliną. Nie mówiąc już o tym, iż nie byłoby ci po drodze w tamtą stronę – roześmiała się księżna. 

Pilawa zaniepokoił się, słysząc te słowa: 

– A kiedyż na nowo, miłościwa pani, zawitasz do Sandomierza albo do Krakowa? 

Księżna westchnęła głęboko: 

– Ach, gdybyż to tylko ode mnie zależało, to ani tu, ani tu bym się więcej nie zjawiła. Najlepiej mi w Sączu. Lecz cóż, nie zawsze władamy swym losem, nawet my, panujący. Pytasz, kiedy ściągnę do Sandomierza? Nie wcześniej jak na wasze weselisko. Zatem do tej pory musisz się zadowolić marzeniami. A teraz już idź.

Odprawiła go skinieniem ręki.

Wojewoda, schyliwszy się głęboko przed Kingą, wycofał się ku drzwiom, a potem wyszedł na korytarz. Słowa, które usłyszał na odchodne, zmartwiły go niezmiernie. Nie wiedział, jak doczeka grudniowych świąt, do których ponad pięć miesięcy zostało. Jak ich doczeka, tęskniąc za Haliną. 

Wyszedł z zamku i jął krążyć po wewnętrznym dziedzińcu, czekając dziewczyny, która jak co dnia miała wyjść mu na spotkanie. Pragnął co prędzej podzielić się z nią ową wieścią, ale i nacieszyć, póki jeszcze można, jej widokiem. 

* * *

Czas do Bożego Narodzenia minął o wiele szybciej, niż się to Pilawie wydawało owego lipcowego dnia, kiedy księżna powiedziała mu o wyjeździe do Sącza.

Sprawy publiczne i wojaczka wypełniały wojewodzie czas tak dokładnie, iż brakowało mu go na to, aby oddawać się smutkowi. Tęsknił, to prawda, i to bardzo tęsknił za Haliną, ale przecież jakoś owo wytrzymywał. Pracowicie spędzane dnie mijały mu nad wyraz szybko, nie zostawiając wiele czasu na rozpamiętywania, a zmęczenie sprawiało, iż nocami spał snem kamiennym, bez marzeń i majaków.

Gorzej było z Haliną. Jej godziny, dnie i tygodnie upływały wolno, bo wypełnione nudnymi, monotonnymi obowiązkami – tkaniem, haftowaniem, szyciem… Rzadkie przechadzki dostarczały niewiele radości. A poza tym do tęsknoty za Pilawą dołączyła się tęsknota za rodzinnym Sandomierzem. 

Toteż gdy wreszcie jesień przebarwiła liście na drzewach, krasząc je złotem, czerwienią, żółcią i rozmaitymi odcieniami brązu, gdy potem przymrozki jęły ścinać kałuże, a wreszcie śnieg ubielił cały świat, jej serce przepełniło się radością. Oto zbliżał się czas upragniony, czas wyjazdu z Sącza i czas ślubu z Jaśkiem. Z jej Jaśkiem, dzielnym, pięknym, mądrym, poza którym nie widziała świata. 

Księżna Kinga dotrzymała słowa i gdy wraz z dwórkami stanęła z początkiem grudnia w sandomierskim zamku, natychmiast nakazała czynić przygotowania do ślubu i do weselnej uczty. 

Bito wieprze, cielęta i owce. Woń kiełbas, wędzonego mięsiwa i ryb, czosnku i zamorskich korzeni przesyciła powietrze w całym wielkim gmachu. Księżna pragnęła, aby ślub Krępianki wypadł jak najokazalej i by w ten sposób spłacić choćby cząstkę długu, jaki księstwo zaciągnęło u jej ojca. O ile dług krwi można spłacić czymkolwiek. 

A poza tym Kinga rzeczywiście traktowała Halinę jak córkę rodzoną. Może dlatego, iż nie miała dzieci, a może dlatego, że przypominała trochę ją samą? Jedna i druga, księżna i dwórka, chowały się samotne na tym świecie, bez rodziców. Obie jednakowo spragnione były ciepła matczynych rąk i ojcowskiej czułości. 

Ta między nimi była tylko różnica, że Halinie zabrała rodziców śmierć, a księżna musiała ich zostawić dla dobra ojczyzny. Odesłano ją bowiem, jako ośmioletnią dziewczynkę, ze stolicy Węgier do Sandomierza – drugiej ze stolic Małopolski – przeznaczając na żonę dla innego dziecka – księcia Bolka. Owo małżeństwo miało dla Węgrów istotne znaczenie, ponieważ zyskiwali przez nie pewnych sojuszników do walki z Tatarami, którzy wciąż, niby chmura gradowa, wisieli nad granicami łacińskiej Europy. 

Nikt i nigdy nie pytał Kingi o zgodę, nikogo nie interesowało, iż tam, daleko, za masywnym łańcuchem gór, w cudzej ziemi, będzie płakać z żalu i tęsknoty. 

Gdy dowiedziała się o smutnym losie Haliny, zrozumiała, iż jest to bliska jej istota, bliska przez swoją niedolę. Tak samo samotna i pokrzywdzona przez życie. I od tamtej pory postanowiła, iż o ile to tylko będzie w jej mocy, zastąpi dziewczynie matkę. 

Dlatego teraz, skoro nadszedł czas ślubu Haliny, chciała, aby wypadł on jak najokazalej, aby godny był książęcej wychowanicy i jednego z najpierwszych w Polsce panów. Wszelkie przygotowania doń prowadzone tedy były z rozmachem. 

Gdy książę przybył z Krakowa w otoczeniu licznych dworzan i panów, właściwie wszystko było już gotowe. Księżna zadbała, aby stoły były pełne jadła i napitków rozmaitych, przez wiele dni. Gotowa też już była suknia Haliny. Wyglądała pysznie. Szyta z białej jedwabnej materii, zdobiona srebrnym haftem i aplikacjami z pereł, budzić mogła zazdrość nie tylko dwórek – przyjaciółek Haliny, ale i najbogatszych niewiast w kraju. Ba! Samych księżnych nawet!

Skoro nadszedł ten dzień, dzień długo wyczekiwany, rozdzwoniły się dzwony wszystkich kościołów w mieście. Barwny orszak weselników sunął z zamku ku kościołowi Świętego Jakuba, gdzie Halina przez pamięć przeora Sadoka i pomordowanych dominikanów pragnęła oddać swą rękę Jaśkowi. 

Po obu stronach ulicy stały nieprzebrane tłumy mieszczan, chłopstwa, które ściągnęło na tę uroczystość z okolicznych wsi, i czerni zamieszkującej liczne przedmieścia Sandomierza. 

Tu i ówdzie dały się słyszeć z tłumu okrzyki wznoszone na cześć młodych, a głównie Haliny, którą miejscowi kochali przez wzgląd na ojca i stryja, a i przez wzgląd na to, co sama wycierpiała także.

Gdy Jasiek i Halina weszli do świątyni, już ich tam oczekiwał, stojąc przed ołtarzem sam biskup krakowski. Ubrany był we wspaniałą kapę z białego adamaszku, szytą złotem i srebrną nicią w krzyże, winne grona i pszeniczne kłosy, a przyozdobioną suto półszlachetnymi kamieniami. W równie pięknie haftowanej infule na głowie, z pastorałem w ręku, złotym krzyżem napierśnym i wielkim pierścieniem z ogromnym rubinem na wskazującym palcu, wyglądał bardzo dostojnie. 

Skoro młodzi zbliżyli się do niego i przyklęknęli na stopniach ołtarza, oddał pastorał jednemu z asystujących mu diakonów i rozpoczął ceremoniał ślubny.

Halina i Jasiek, zapatrzeni w siebie, przysięgali miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz to, iż jedno drugiego nie opuści, aż ich śmierć rozłączy. Powtarzali w głos słowa roty za biskupem. A gdy ów, związał im dłonie stułą, poczuli się tak szczęśliwi, jak jeszcze nigdy dotąd. Halina zaś, prócz tego, poczuła się spokojna i ufna. Tak spokojna i tak ufna, jak wiele lat temu, kiedy zasypiała przytulona do ojcowskiej piersi, gdy w kominku płonął ogień, na ścianach chybotały roztańczone cienie, a za oknami szalała wichura, miotąc zimne strugi dżdżu. 

Ale oto uroczystość się skończyła, biskup odchodził od ołtarza, mnisi o gładko wygolonych tonsurach jęli śpiewać jakąś pieśń łacińską. Otworzyła Halina wpół przymknięte powieki i podtrzymywana przez Jaśka podniosła się z klęczek. Spojrzała mu w oczy i nie mogąc się opanować, przywarła doń całym ciałem.

– Teraz-eś mój, mój, na zawsze – wyszeptała. 

– Jako ty moja – odrzekł. – I nigdy się już nie rozstaniemy. Nigdy.

KSIĄŻKA JEST DOSTĘPNA W SPRZEDAŻY:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/Opowiesc_o_Halinie_corce_Piotra_z_Krepy_Legenda_sandomierska.html

———–

Andrzej Sarwa

Franciszek i rewolucjoniści. Jego Watykan na ścieżce budowy lewicowego świata.

Franciszek i rewolucjoniści. Jego Watykan na ścieżce budowy lewicowego świata.

Agnieszka Stelmach franciszek-i-rewolucjonisci-na-sciezce-budowy-nowego-lewicowego-swiata

W sierpniu Watykan poinformował o uznaniu przez papieża Franciszka Panamerykańskiego Komitetu Sędziów ds. Praw Społecznych i Doktryny Franciszkańskiej jako prywatnego stowarzyszenia wiernych o charakterze międzynarodowym. Pod auspicjami tego gremium działać ma nowy „Instytut Badań Prawnych” Ojca Bartolomé de las Casas. Poświęci się on promocji praw społecznych i odwróceniu skutków kolonializmu.

W dokumencie wydanym przez Stolicę Apostolską zwraca się uwagę, że organizacja sędziowska Comité Panamericano de Juezas y Jueces por los Derechos Sociales y la Doctrina Franciscana (COPAJU) – Panamerykański Komitet Sędziów ds. Praw Społecznych i Doktryny Franciszkańskiej powstał w następstwie spotkania w 2018 roku na Wydziale Prawa Uniwersytetu w Buenos Aires.

Formalnie COPAJU – jak podkreślił Franciszek – został zainicjowany w Watykanie, z jego polecenia w czerwcu 2019 roku, gdy ponad 120 sędziów z trzech Ameryk przybyło na konferencję organizowaną w siedzibie Papieskiej Akademii Nauk Społecznych.

Organizacja ma chronić i promować prawa społeczne, ze szczególnym naciskiem na zmarginalizowane grupy, które ucierpiały wskutek procesów kolonializmu i neokolonializmu.

Komitet ma oddziały w Argentynie, Chile, Kolumbii, Peru, Brazylii, Meksyku, Stanach Zjednoczonych i Paragwaju. Ambicją gremium jest jednak stworzenie sieci sędziów obejmującej także inne kontynenty.

Sędziowie zaangażowani na rzecz tak zwanego orzecznictwa ziemskiego, „praw zwierząt”, uroszczeń zwolenników aborcji, subkultury LGBT+, szeroko rozumianych praw gospodarczych, społecznych i kulturowych różnych mniejszości, w tym ludności tubylczej zorganizowali spotkania w Rzymie w 2019 i 2023 r., w Iguazú (Argentyna) w 2021 r., w Meksyku w 2022 r. i w Asunción (Paragwaj) w 2023 roku. Wydali szereg oświadczeń politycznych, między innymi w sprawie przewrotu na terenie Boliwii czy niepokojów w Chile.

Papież poinformował, że na prośbę założycieli wyraził zgodę, by Panamerykański Komitet Sędziów ds. Praw Społecznych i Doktryny Franciszkańskiej stał się prywatnym stowarzyszeniem wiernych o charakterze międzynarodowym zgodnie z kanonami 298-311 i 321-329 – erygowanym jako prywatna osoba prawna w porządku kanonicznym zgodnie z kan. 322, § 1.

Franciszek zatwierdził statut organizacji i powołał na pięcioletnią kadencję na przewodniczącego COPAJU dotychczasowego szefa, sędziego Roberto Andrésa Gallardo z Argentyny. Jego zastępcą jest Ana Algorta Latorre z Brazylii, a sekretarzem Gustavo Daniel Moreno, również z Argentyny. Inni członkowie to m.in. sędziowie: María Julia Figueredo Vivas z Republiki Kolumbii, Tamila Ipema z USA, Daniel Urrutia Laubreaux z Chile i Janet Tello Gilardi z Peru.

Jednocześnie zatwierdził utworzenie Instituto para lavestigación y promoción de los Derechos Sociales Fray Bartolomé de las Casas (Instytut Badań i Promocji Praw Socjalnych Fray Bartolomé de las Casas) w celach akademickich, dydaktycznych i formacyjnych dotyczących praw społecznych, migracji i kolonializmu. Instytut będzie wspierany finansowo, a także kierowany i administrowany przez sędziów COPAJU, pod auspicjami Papieskiej Akademii Nauk Społecznych.

Na czele stanęli profesorowie Raúl Eugenio Zaffaroni, Alberto Filippi i Marcelo Suárez Orozco, którzy tworzą Radę Założycielską Instytutu. Ich propozycje będą aprobowane przez Franciszka.

O wszystkich tych zmianach wprowadzonych 15 sierpnia 2023 r. Watykan poinformował kilka dni później.

Wkrótce po tym, jak się okazało, że w najwyższych władzach nowo powołanego instytutu zasiądzie Eugenio Zaffaroni (83 l.), były członek Sądu Najwyższego Argentyny w latach 2003-2014 oraz sędzia Międzyamerykańskiego Trybunału Praw Człowieka w latach 2016-2022, emerytowany wykładowca uniwersytetu w Buenos Aires, podniósł się alarm.

Zwracano uwagę, że sędzia w swoich orzeczeniach był orędownikiem aborcji i uroszczeń lobby mniejszości seksualnych. Ponadto uwikłał się w skandal związany z wykorzystywaniem sześciu spośród jego piętnastu mieszkań do procederu prostytucji z udziałem biednych kobiet z Salvadoru.

Pośród lewicujących prawników i aktywistów sędzia cieszy się wielkim prestiżem. Jest zapraszany na różne konferencje, wyraża opinie, doradza przywódcom, np. Evo Moralesowi. Jest doradcą w sprawach prawa międzynarodowego i był silnie związany z prezydentem Nestorem Kirchnerem oraz wiceprezydent Cristiną Fernandez, w imieniu której prosił o ułaskawienie i oczyszczenie z zarzutów.

Model realizmu marginalnego

Zaffaroni jest uważany za twórcę „modelu minimalizmu karnego” (książka En busca das penas perdidas), który ma prowadzić do abolicjonizmu, do „stworzenia przestrzeni dla wolności społecznej” oraz odbudowy spójności tkanki społecznej. Odwołuje się do: a) teorii marksistowskiej, wiążąc przestępczość i kryminalizację z kapitalistycznym systemem produkcyjnym; b) interakcjonizmu symbolicznego (teoria socjologiczna) i fenomenologii; c) Foucaultowskiej teorii władzy-wiedzy.

Stworzony przez niego model reformy systemu karnego – model realizmu marginalnego – kładzie nacisk na zjawisko kolonializmu i neokolonializmu, które przyczyniły się do powstania dominującego obecnie modelu społeczno-ekonomicznego wymagającego zmiany.

Dla Zaffaroniego, kolonializm to „przede wszystkim ruch XV-wieczny oparty na tradycjach teokratycznych, mający na celu podporządkowanie i poniżenie innych cywilizacji; z drugiej strony neokolonializm zaczyna się w XVIII wieku od innych dyskursów, racjonalistycznego, nowoczesnego, naukowego, pozytywistycznego, powiązanego z naukami biologicznymi, co w ostatecznej analizie nazwiemy eugeniką”. Neokolonializm wykorzystany podczas II wojny światowej, zwłaszcza przez nazistów został zracjonalizowany przez „pozytywistycznych rasistów”.

Więzienia postrzega jako rodzaj instytucji kolonialnej. „Walkę z terroryzmem” czy „satanizacją marksizmu” uważa za przejaw „dyskursu kolonialnego”, który sprzeciwia się egalitaryzmowi.

W wywiadzie udzielonym magazynowi „Lapso” wskazał, że „system sądownictwa karnego we współczesnych społeczeństwach stara się racjonalnie kanalizować zemstę”. „Z tego powodu” uważa, że „władza karna nigdy nie odegrała roli, jaką twierdzi, że odgrywa; zawsze służąc czemuś innemu”. Na początku pretekstem do karania był „szatan i dziewczyny, potem heretycy, następnie kiła, alkoholizm, narkotyki, a na końcu międzynarodowy terroryzm. To nigdy niczego nie rozwiązało; żaden z tych problemów nie został rozwiązany za pomocą systemu środków karnych” – wskazał.

Dodał, że „władza karna jest historycznym oszustwem, największym oszustwem w historii. Ale to fakt polityczny i istnieje”. Prominentny sędzia chce powstrzymać „falę zemsty”, propagując abolicjonizm karny. Zaffaroni postuluje delegitymizację „arbitralnego i brutalnego funkcjonowania systemu karnego” w regionie Ameryki Łacińskiej.

Nie lubi mediów. Uważa, że przyczyniają się do utrzymywania „kolonialnego dyskursu” i dlatego postuluje ich ścisłą kontrolę. Pisze o „neutralizacji brutalnego aparatu propagandowego systemu przestępczego” i o technicznej kontroli nad wiadomościami, by uniknąć publikacji fałszywych przekazów oraz materiałów, które będą podżegały do przemocy.

Postuluje również zajęcie się innymi „ideologicznymi fabrykami reprodukcji” i asymilacji kolonializmu oraz neokolonializmu, to jest uniwersytetami i środkami produkcji kapitału.

W ramach reformy systemu karnego proponuje uporanie się z „niesprawiedliwym” dyskursem organów wykonawczych władzy, to jest aparatu policji i służb, które mają być kształtowane przez pryzmat „moralizującego dyskursu zewnętrznego”, ideologii centralnej i importowanej z zewnątrz.

Wskazuje, że rolą sędziów jest ciągła obrona praw człowieka i zerwanie z manichejską wizją zła. Uważa, że trzeba ponownie przemyśleć kary, ich funkcje i stosowanie z wyraźnym wskazaniem na łagodzenie, a nawet odchodzenie od wymierzania sprawiedliwości w niektórych sytuacjach, gdy sprawca także dozna uszczerbku z powodu swoich czynów, aby dalej go nie stygmatyzować.

Profesor prawa jest zwolennikiem nie tylko legalizacji prostytucji, ale także marihuany. Wzywa do przemodelowania konstytucjonalizmu, zwłaszcza w krajach marginalizowanych, jak na przykład w Brazylii.

Propagator praw Pachamamy

Zaffaronii to także zwolennik rewolucji ekocentrycznej zmieniającej cały system prawny („ekologizacja praw człowieka”).

Jest autorem książki La Pachamama y el ser Humano. Recenzujący ją eko-teolog wyzwolenia Leonardo Boff, współtwórca oenzetowskiej Karty Ziemi wraz z Michaiłem Gorbaczowem i Stevenem Rockefellerem oraz Mauricem Strongiem, którą cytował papież Franciszek w swoje encyklice Laudato si’, zwracał uwagę, że porusza ona problematykę ekologii integralnej.

Eko-filozoficzna monografia poddaje krytyce „dominujący paradygmat, który zrodził się u ojców założycieli nowoczesności w XVI i XVII wieku, a który nagle wprowadził głęboki podział na człowieka i naturę. Umowa z naturą, obecna od niepamiętnych czasów w kulturze Zachodu i Wschodu, doznała śmiertelnego i zabójczego ciosu. Ziemia przestała być Magna Mater starożytności, Pachamamą narodów Andów… Gają współczesnych, czymś żywym i generatorem życia, a została przekształcona w rzecz bezwładną (res extensa Rene Descartesa): zbiór zasobów, którymi dysponują żarłoczni ludzie”.

Boff kontynuował, pisząc, że ludzie uznali się za „panów natury” i „zrobili co im się podobało z nią”. „Cała współczesna kultura została zbudowana na założeniu, że rzeczy dla człowieka – jako pana i właściciela wszystkiego – mają wartość tylko dlatego, że mogą mu służyć. Stąd Europejczycy realizowali program ujarzmiania przyrody, inwazji i podboju świata, kolonizacji całych narodów, ludobójstwa, ekobójstwa i niszczenia kultury przodków. Najpierw czynili to za pomocą krzyża i miecza, a obecnie robią to za pomocą broni zdolnej unicestwić gatunek ludzki” – czytamy w recenzji Boffa.

Wskazuje na potrzebę zapewnienia szerokich praw zwierzętom. „Tylko zastępując braterską wiedzę o dominus, możemy odzyskać ludzką godność i doświadczyć braterstwa oraz siostrzeństwa ze wszystkimi innymi istotami” – wskazuje sędzia, domagając się ekologizacji praw człowieka.

Wpływowy latynoski prawnik chce upowszechnienia ekologicznego konstytucjonalizmu, uznania „praw Natury” i „Matki Ziemi”. Wychwala prawa społeczne i potencjał tkwiący w andyjskiej wizji „dobrego życia oraz współistnienia (sumak kawsay) – harmonii istoty ludzkiej z naturą; i jak widać także w wizji Gaji – Ziemi pojmowanej jako żywy, samoregulujący się super-organizm, zawsze produkujący i reprodukujący życie. Pachamama i Gaja to dwie ścieżki, które spotykają się w szczęśliwym zbiegu centrum i peryferii mocy planetarnej”. Obie te wizje mają dawać nadzieję na „wspólny dom na Ziemi, w którym uwzględnione będą wszystkie istoty. Wyzwolą nas od apokaliptycznych zagrożeń końca naszej cywilizacji i życia”.

Zaffaroni wspiera także oenzetowski program rewolucji ekocentrycznej Harmony with Nature, chwaląc planetarną etykę ekologiczną, tak zwaną sprawiedliwość klimatyczną i prawa przyszłych pokoleń – koncepcję coraz bardziej rozbudowywaną i zyskującą na znaczeniu pośród globalistycznych elit, które chcą przejścia od antropocentrycznego kształtowania prawa do ekocentrycznego. Wymaga to uznania szeroko rozumianych „praw Natury” (orzecznictwo ziemskie), rozszerzenia „listy odbiorców praw człowieka” na wszystkie gatunki, z którymi człowiek dzieli planetę i respektowania tych praw, o ile nie naruszą „granic planetarnych” (koncepcja rozwinięta przez Stockholm Resilience Centre).

Zaffaroni walczy o „sprawiedliwość ekologiczną”, zgodnie z priorytetem zasad zrównoważonego rozwoju zapisanych w deklaracji z Rio z 1992 r.

Dąży do reinterpretacji na nowo współczesnego systemu prawnego, tworzenia prawa i podejmowania decyzji zgodnie z regułami „orzecznictwa ziemskiego” i upowszechnienia ziemskiego prawoznawstwa oraz modyfikacji systemu gospodarczego – obecnie sankcjonującego antropocentryczny kolonializm. Innymi słowy wypowiada wojnę kapitalizmowi.

Czego można spodziewać się po założonej nowego instytutu i COPJA?

Zgodnie ze statutem Panamerykańskiego Komitetu Sędziów na rzecz Praw Społecznych i Doktryny Franciszkańskiej, organizacja ma zbudować sieć sędziów, którzy zaangażują się politycznie, zmieniając prawa gospodarcze, społeczne, kulturowe i środowiskowe. Sprawią, że będą one wykonalne, chroniąc w szczególności osoby zmarginalizowane.

Sędziowie powinni zbudować sieć także na innych kontynentach, nie tylko w trzech Amerykach (Południowa, Północna i Środkowa), prowadzić badania i upowszechniać ich wyniki w tym zakresie, jednocześnie koordynować działania na poziomie regionalnym i międzynarodowym. Mają piętnować naruszenia praw gospodarczych, społecznych, kulturowych i środowiskowych, promować politykę ułatwiania dostępu do wymiaru sprawiedliwości dla osób znajdujących się w trudnej sytuacji. Jednocześnie, prawnicy mają się wzajemnie bronić w razie zagrożenia lub prześladowania wskutek zaangażowania politycznego w promocję i obronę praw środowiskowych itp. Mają także rozwijać doktrynę orzecznictwa w zakresie tych praw, szkolić młodych prawników, ustanawiać relacje instytucjonalne z państwami narodowymi, wpływać na proces stanowienia i egzekwowania prawa na szczeblu międzynarodowym, krajowym, prowincjonalnym, jak i stanowym, oraz lokalnym; służyć wiedzą ekspercką i wydawać deklaracje, manifesty, oświadczenia itp.

Statut przewiduje budowę szerokiego ruchu wraz z innymi NGO-sami na rzecz zmiany społecznej, odwrócenia procesów kolonializmu.

Po konferencji w Watykanie w 2019 r. poświęconej prawom społecznym i doktrynie franciszkańskiej, Papieska Akademia Nauk Społecznych opublikowała Deklarację Rzymską.

Papież Franciszek uznając oficjalnie COPJA i powołując nowy instytut badawczy oraz mianując Zaffaroniego i Andrésa Gallardo oczekuje od sędziów przede wszystkim walki z „logiką uległości i neokolonializmu”, z „lawfare”, czyli zjawiskiem dominacji politycznej i ujarzmiania gospodarczego.

Instytut Badań Prawnych Fray Bartolomé de las Casas i sędzia Gallardo

Instytut Badań Prawnych Fray Bartolomé de las Casas jest odpowiedzialny za prawa społeczne, migrację i walką z kolonializmem. Ma szkolić w zakresie transformacji eko-społecznej, kładąc szczególny nacisk na „odrzucone sektory społeczne, dotknięte różnymi procesami neokolonializmu” – jak zaznaczył Gallardo.

Sędzia z Buenos Aires, który zasłynął z tego, że zawstydza władze miasta i podziwia Che Guevarę, wskazał, iż nad projektem pracowano od kilku lat i ma to być „potrzebne narzędzie dla sędziów trzech Ameryk”, którzy będą czuwać nad realizacją praw społecznych i integralności planety.

Prawnik, absolwent UBA, były zastępca generalnego obrońcy miasta Buenos Aires i sędzia od 2000 r. popadł w konflikt z trzema byłymi szefami rządu, kwestionując legalność decyzji władz.

Określa siebie mianem lewicowca, wyznającego od 20 lat te same idee, chociaż nieco zaktualizowane. W jego biurze mają znajdować się zdjęcia Lenina, Che Guevary, Salvadora Allende, Alfredo Palacios, Hebe de Bonafin i… kilka krzyży.

Papież wysłał odręczny list do Gallardo, w którym podkreślił, że „nie ma demokracji z głodem, rozwoju z biedą i nie ma sprawiedliwości z nierównością”. Wskazywał, że potrzeba „silnego i zaangażowanego sądownictwa na rzecz ludzi i planety w zapobieganiu anomii, degradacji i ostracyzmowi”.

Gallardo, ojciec trzech dorosłych córek i trójki wnuków, podkreśla, że poglądów nie zmienił i jego celem jest „przyczynienie się do stworzenia bardziej sprawiedliwego modelu społeczeństwa”.

Równa płaca

W szczycie Sędziów na temat Praw Społecznych i Doktryny Franciszkańskiej w Casina Pío IV w dniach 3-4 czerwca 2019 r. sędzia Gross mówił, że „wspólnie można stworzyć najlepsze praktyki, aby zmniejszyć ubóstwo, położyć kres głodowi, zapewnić wszystkim opiekę zdrowotną, wysokiej jakości bezpłatną edukację, w tym edukację na poziomie uniwersyteckim”. Ostatecznie należy jednak „zapewnić równą płacę wszystkim pracownikom, którzy szanują równość rasy, kultury, seksualności i płci”.

Na szczycie poruszono kwestię konieczności stworzenia ustawodawstwa chroniącego prawa człowieka, a także określono, w jaki sposób zapewnić wsparcie dla sędziów znajdujących się w obliczu nacisków politycznych z powodu zaangażowania w sprawiedliwość społeczną.

Grupa zastanawiała się nie tylko nad „równą płacą dla wszystkich”, ale także nad sposobami wdrożenia „trzy t”: tierra, techo y trabajo, czyli ziemi, mieszkania i pracy jako środków sprawiedliwości społecznej. Zastanawiano się nad przezwyciężeniem ograniczeń budżetowych, nacisków politycznych, z którymi boryka się wielu sędziów oraz utworzeniem globalnego ruchu promującego prawa społeczne.

Sędzia Tamila Ipema, prezes Krajowego Stowarzyszenia Sędziów Kobiet zaangażowana w obronę praw migrantów i uchodźców, miała błagać o obronę sędziów z Kalifornii, którzy usankcjonowali swoimi decyzjami postępową agendę, a teraz spotykają się z atakami politycznymi.

Sędzia Jennifer Gross mówiła o potrzebie uregulowania kwestii czystej wody, uznania zmian klimatycznych i stworzenia przepisów prawnych mających na celu łagodzenie szkód w środowisku, a także wprowadzenia systemów radzenia sobie z katastrofalnymi klęskami żywiołowymi, jakie przyniosą zmiany klimatu.

Podczas wydarzenia przemawiał także papież Franciszek, wzywając do stworzenia zdrowego systemu polityczno-gospodarczego, który będzie gwarantował przestrzeganie praw społecznych.

Uczestnicy Panamerykańskiego Szczytu Sędziów ds. Praw Społecznych i Doktryny Franciszkańskiej zakończyli konferencję deklaracją wzywającą wszystkie kraje do osiągnięcia celów zrównoważonego rozwoju ONZ (Agenda 2030) i poszanowania sędziów, którzy o to zabiegają. Potępiono rosnącą niesprawiedliwość i przemoc na całym świecie, a także niepowodzenie światowego systemu gospodarczego w utrzymaniu stabilności środowiska.

Zaznaczono, że „dzięki odpowiednim systemom wsparcia sędziowie mogą ograniczyć działania, które są destrukcyjne i poniżające dla ludzkości i planety”.

Wezwano do bezwarunkowego egzekwowania praw gospodarczych, społecznych i kulturalnych oraz zmodyfikowania polityki budżetowej i podjęcia zdecydowanych działań, by osiągnąć cele Porozumienia klimatycznego z Paryża.

Nowa instytucja – zgodnie z życzeniem papieża – ma być orędownikiem i obrońcą praw społecznych, propagować transformację wymiaru sprawiedliwości.

Warto zauważyć, że członkiem COPJA jest np. sędzia Elena Liberatori specjalizującą się w prawie administracyjnym, absolwentka Uniwersytetu w Buenos Aires (UBA), która otrzymała nagrodę od Argentyńskiej Federacji Lesbijek, Gejów, Biseksualistów i Trans (FALGTB) za „swoje wsparcie, wkład i zaangażowane działania na rzecz bardziej sprawiedliwego i egalitarnego kraju”.

W 2015 r. jako pierwsza sędzia w kraju i jedna z pierwszych na świecie uznała osobowość zwierzęcia – sprawa „Sandra”. Liberatori jest jedną z osób, które podpisały się pod Deklaracją Rzymską wydaną w 2019 r. po konferencji w Papieskiej Akademii Nauk Społecznych. W 2020 r. otrzymała Dyplom Honorowy Senatu Narodu Argentyńskiego w uznaniu za eko-feministyczne zaangażowanie w obronę programu „harmonii z Naturą”, w ramach hołdu złożonego dziedzictwu Berty Cáceres. W tym samym roku otrzymała nagrodę Shining World Leadership Award for Justice przyznaną przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Najwyższej Mistrzyni Ching Hai (eko-aktywizm), a w 2021 roku została mianowana honorowym dyrektorem akademickim Instytutu Praw Zwierząt Stowarzyszenia Prawników San Martín. Od maja 2021 roku jest członkiem argentyńskiego oddziału Panamerykańskiego Komitetu Sędziów ds. Praw Społecznych i Doktryny Franciszkańskiej.

W marcu 2023 r. papież Franciszek potępił „doktrynę odkrycia” i przeprosił „za czyny niektórych wierzących chrześcijan, którzy w przeszłości bezpośrednio lub pośrednio przyczynili się do procesów dominacji politycznej i terytorialnej różnych narodów Ameryki i Afryki”. Ostrzegał przed współczesnym kolonializmem gospodarczym i ideologicznym. – Żadna władza – polityczna, gospodarcza, ideologiczna – nie jest uprawniona do jednostronnego określania tożsamości narodu lub grupy społecznej – mówił podczas międzykontynentalnych warsztatów na temat współczesnego neokolonializmu. Dodawał, że „ujarzmianie i grabież narodów przy użyciu siły lub penetracji kulturowej i politycznej jest zbrodnią”.

Nowa umowa społeczna

Działania watykańskie wpisują się w inicjatywy podejmowane przez szefa ONZ Antonio Guterresa i zwołany przez niego Szczyt Społeczny w 2025 r. Proponuje on gruntowną przebudowę gospodarki i systemu globalnego zarządzania (program reform przedstawił w Our Common Agenda), o czym będzie mowa podczas tegorocznego szczytu SDG 2023 (cele zrównoważonego rozwoju) w Nowym Jorku oraz Szczytu Przyszłości rok później. Ma pojawić się projekt nowej umowy społecznej: Pakt Przyszłości, kładący nacisk na prawa społeczne, przyszłych pokoleń i „prawa Natury”.

„Maryśka” dla mas! Itd. Dwa filmiki z dużych miast..

Maryśka dla mas!

NIEMCY

Komentarze niemerytoryczne są usuwane. Autorzy komentarzy obraźliwych są blokowani.

Niech żyje postęp! Młodzi i starzy z miast i wsi – cieszcie się! Od teraz maryśka dla wszystkich!

LEGALIZACJA MARIHUANY W POLSCE 2023. WSZYSTKO, CO MUSISZ WIEDZIEĆ

https://cannabis-spot.pl/legalizacja-marihuany-w-polsce-wszystko-co-musisz-wiedziec-w-2023/

Dwa pierwsze lepsze obrazki z miast, gdzie maryśkę już dawno zalegalizowano. Czy u nas będzie inaczej?

(Streets of Philadelphia) you won’t believe this situation || Kensington Ave

17:11 / 20:28 https://www.youtube.com/watch?v=AG4ouh6rrhA&t=1031s

🇨🇦 City Walk. Downtown Vancouver BC, Canada. July 2023.

https://youtu.be/Y76wy0rgMOo


  • ================================================
  • mail:
  • W tekście z 10 września 2023
  • “Maryśka” dla mas! Itd. Dwa filmiki z dużych miast..
  • pani Joanna M.Wiórkiewicz przedstawia marihuanę jako bardzo degradujący i uzależniający narkotyk. 
  • Zupełnie inaczej marihuanę przedstawia prof. Andrzej Frydrychowski w trakcie bardzo interesującego wykładu „JAK ZOSTAĆ SUPER STULATKIEM” na SYMPOZJUM ZIELARSKIM w 2022 r.
  • od 31min 14 sek do 34min 47sek
  • W tym świetle czy tekst pani Joanna M.Wiórkiewicz przyczynia się do powstania dobra czy wręcz przeciwnie?
  • Dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło
  • =========================
  • MD:
  • Pani Wiórkiewicz pokazuje ćpunów „prawdziwych”, tych od amfy itp.
  • „Maryśka” tak nie szkodzi… ale wygodna nazwa

Sunday Strip: Compliance or Resistance -Choose Wisely my Friends. MEMy zza Oceanu

Sunday Strip: Compliance or Resistance –

Choose Wisely My Friends

ROBERT W MALONE MD, MSSEP 10
 

Unfortunately, at this point all indicators are that justice is no longer blind. But time will tell in this case…

From the USA Herald:

The heart of the digital realm pulsates anxiously, as Google squares off against U.S. Justice Department claims that it established an illegal digital dominance by shelling out billions yearly to be the default search choice on iPhones, Mozilla browsers, and Verizon devices.

At the helm is U.S. District Judge Amit P. Mehta, who poignantly inquired during an April hearing, “If Google is so superior, why buy loyalty?”

The DOJ retaliated with a striking analogy, questioning why Google, after “crossing the Rubicon” of monopoly, should dictate search options for Apple and Mozilla. This battle of words meant that by the time the gavel sounded, Google was already on the back foot, unable to shake off the government’s allegations pre-trial.

The Echoes of the Past and Future Ripples

Born from a painstaking investigation culminating in an October 2020 complaint, the trial’s shockwaves could redefine the future digital landscape. It’s not just another lawsuit; it parallels the iconic government case against Microsoft and paves the way for subsequent antitrust battles aimed at tech titans like Meta Platforms Inc. and Amazon.com Inc.






”Who is Robert Malone” is entirely supported by our readers, please consider subscribing.

Upgrade to paid







State Approved Propaganda About the Presidential Candidates! (On Rumble)


Thank you for reading Who is Robert Malone. This post is public so feel free to share it.




You’re currently a free subscriber to Who is Robert Malone. For the full experience, upgrade your subscription.

Chaos

Chaos m-todd

       Szanowni Państwo!
       Wróżki mają się najlepiej, kiedy inni mają się najgorzej, bo wtedy przychodzą po odrobinę nadziei. W czasach jako tako normalnych ludzie wierzą, że są kowalami własnego losu, przestają chodzić do wróżek, ale przed podejmowaniem decyzji opierają się na prognozach.
       Iść na spacer, czy zostać w domu? Oto jest pytanie! Dawniej prognozy pogody zależały od tego, ile danych meteorologom udało się zgromadzić i jak trafnie umieli je odczytać. Od czego zależą dzisiaj? Nie mam pojęcia, ale podejrzewam, że w ramach powszechnej prywatyzacji Instytut Meteorologii odsprzedano jakimś rosyjskim oligarchom z siedzibą na Kamczatce. Wnoszę to z prognozy w moim komputerze. Przez całe wyjątkowo upalne lato i bezchmurne niebo nad Warszawą, komunikat był ten sam: opady ciągłe.

Taka sama prawda, jak i ta, że cały świat płonie. Sorry, taki mamy klimat, jak mawiała Bieńkowska, za rządów powszechnej wyprzedaży. Mogą uratować nas jedynie „klimatyści” siedzący w jakimś klimatyzowanym pomieszczeniu bez okien i nadają co trzeba, żeby zamieszać w głowach coraz mniej licznej grupie ludzi, próbujących kierować się zdrowym rozsądkiem.
       Proponuję zatrudnić mnie jako eksperta. Zobowiązuję się wyglądać od czasu do czasu przez okno i komunikować o chmurach, deszczu, słońcu, a nawet o temperaturze, mam bowiem za oknem takie staromodne urządzenie, zwane termometrem!
       Pogoda się zmienia, ale problem pozostają. Jest nim powszechna bylejakość.

To jest konkluzja optymistyczna. Pesymiści mogą w narastającym chaosie upatrywać pretekstu do rewolucji i totalnego zamordyzmu. Im większy zrobi się bałagan, tym na więcej terroru ludzie w przyszłości pozwolą. Czyż nie na to liczą uzurpatorzy do władzy nad światem?

Z pozdrowieniami

Małgorzata Todd

W lochach Sandomierza. Książę Henryk i Judyta. Opowieść o Halinie córce Piotra z Krępy. Cz. II.

Andrzej Juliusz Sarwa

Opowieść o Halinie córce Piotra z Krępy

legenda sandomierska

rozdział 2

W lochach


Znalazłszy się w podziemiach książęcego dworzyszcza, stara piastunka nie straciła głowy. W wielkiej sklepionej sali, którą już była wcześniej poznała, ukryła parę godzin wcześniej dwa tobołki z żywnością i spory zapas pochodni. Teraz podźwignęła pakunki, stękając ciężko, a wręczywszy Halinie gorejącą gałąź, poleciła jej iść przodem i oświetlać drogę.

Plan miała jasny i prosty. Oto odejdzie najdalej, jak tylko można odejść w podziemia bez obawy zabłądzenia, tam przeczeka kilka dni, aż Tatarzy odejdą dalej w swoją drogę, a potem powędruje z dziewczynką do rodzinnej wsi, do Krępy. 

Szły tedy obie niespiesznie, długim, wąskim chodnikiem, wydrążonym w miękkim żółtym lessie, czyniąc co pewien czas kopciem ślady na stropie, aby nie pobłądzić i móc tą samą drogą powrócić ku wyjściu. 

Gdzieś z oddali dobiegał stłumiony odgłos walki w grodzie, ale w miarę jak posuwały się do przodu, podążając w głąb wzgórza, milkł on, by w końcu zupełnie zamrzeć. 

Zapanowała cisza tak wielka, iż słyszały pulsowanie własnej krwi w skroniach i bicie serc. Ogarnęło je jakieś dziwne onieśmielenie. Czuły się przytłoczone tajemniczością owego podziemia, w którym zdawały się drzemać duchy przeszłych zdarzeń, przynależne do świata, który już dawno przeminął. 

Żółtawe ściany były chłodne i wilgotne, pachniały stęchlizną. Grunt pod nogami zaś, lekko oślizgły, łagodnie opadał ku dołowi, wiodąc wędrowczynie ku sercu grodowego wzgórza. 

Po pewnym czasie korytarz począł się rozszerzać i zobaczyły, że jego ściany są w regularnych odstępach powzmacniane szerokimi filarami, obmurowanymi polnymi kamieniami. Uszły jeszcze kilkadziesiąt kroków i znalazły się w sali tak niskiej, że piastunka prawie dotykała głową jej powały. 

– Zaczekaj, moje dziecko – powiedziała do Haliny.

Stanęła niezdecydowana, bezradnie rozglądając się wokół. W dokładnie obmurowanych kamiennym szpatem ścianach pomieszczenia ziały czarne dziury licznych otworów, dając początek nowym korytarzom.

Staruszka nie wiedziała, co czynić. Czy wystarczy zatrzymać się tutaj i tutaj przeczekać owe kilka dni, czy też iść dalej. A jeśli dalej, to dokąd i jak długo jeszcze? 

Na razie jednak postanowiła zatrzymać się na odpoczynek, bo serce ciężko waliło jej w piersi, a płuca z trudem łapały oddech. Halina także wyglądała mizernie. Usiadły zatem na jednym z tobołków pod ścianą, zatykając pochodnię w szparę między kamieniami. 

Piastunka wyciągnęła kawał kiełbasy, rozłamała go sprawiedliwie na pół, a z wielkiego bochna o chrupiącej skórce kasztanowej barwy oderwała dwa spore kęsy chleba i podawszy jedną porcję dziewczynce, sama poczęła jeść drugą.

Z lubością zagłębiła pożółkłe, ale ostre jeszcze zęby w pachnącym miąższu razowca, a później odgryzała kawałki kiełbasy. Żuła to dokładnie, pomlaskując z zadowoleniem, a gdy skończyła, obtarła usta rękawem i rzekła: 

– Oj, przydałby się teraz kusztyczek miodu! Albo chociaż piwa – dodała z westchnieniem. 

Tymczasem Halina siedziała smutna, z głową opuszczoną na piersi, a chleb i kiełbasa leżały nietknięte na jej zsuniętych kolanach. Staruszka popatrzyła na nią z czułością, ale i ze smutkiem. 

– Mój ty robaczku, kruszyno ty moja! Samaś została na świecie, sama jak palec! Ciężki żywot cię czeka, ale przecie kiedyś i dla ciebie słonko zaświeci…

Dziewczynka nie wytrzymała dłużej i rozszlochała się w głos. Piastunka zawtórowała temu, gdy dziecko przywarło do niej i oplotło jej szyję ramionami.

– Wypłacz się, wypłacz, robaczku. To ci ulży. 

A gdy Halina po dłuższej chwili uspokoiła się nieco, mówiła dalej: 

– Ale nie martw się, kruszynko. Dopokąd ja żyję, nie dam ci zginąć. Wychowałam twojego ojca, wychowam i ciebie. Pójdziemy do naszych, do Krępy. Teraz tyś tam pani, bo już z twego rodu nikogo na tym świecie nie masz… 

Naraz przerwała w pół zdania, bo z głębi korytarza, którym tu przyszły, dał się słyszeć jakiś dziwny odgłos. Coś jakby głuche dudnienie. 

Piastunka zastanawiała się, cóż by to mogło być, aż dźwięki stały się wyraźniejsze i jej uszu dobiegły niewyraźne strzępy mowy ludzkiej. 

Nie wiedziała, kto zacz się zbliża. Istniały bowiem dwie możliwości. Albo jacyś nieszczęśnicy, którzy uszli spod noża najeźdźców i szukają, jako i one same, schronu w tych podziemiach, i wtedy dobrze byłoby się z nimi połączyć, bo raźniej w kupie i bezpieczniej. Albo też są to Tatarzy, który zapuścili się aż tutaj w poszukiwaniu skarbów. 

Postanowiła zaczekać (chociaż było to nadzwyczaj ryzykowne), aby móc podjąć ostateczną decyzję, co czynić, dopiero wówczas, gdy owi ludzie przybliżą się na tyle, iż ich głosy staną się rozpoznawalne. 

Nie chcąc straszyć Haliny, nie podzieliła się z nią swymi obawami. Siedziała milcząca, nasłuchując pilnie. Czas dłużył się niemiłosiernie i upłynął spory jego kęs, zanim pochwyciła strzępki rozmowy na tyle wyraźne, że dało się rozróżnić poszczególne słowa. Ale nie była to mowa polska, ani nawet ruska. Słowa były niezrozumiałe. Oto zawisło nad uciekinierkami śmiertelne niebezpieczeństwo – zbliżali się ku nim Tatarzy.

Teraz staruszka nie zwlekała już dłużej. Porwała się na nogi, podniosła zawiniątka z jedzeniem, wsadziła pod pachę pęk pochodni i wskazując Halinie wlot najbliższego korytarza, wyszeptała: 

– Uciekajmy tędy! Zaraz nadejdą Tatarzy. 

Dziewczynce nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Porwała zapaloną pochodnię i skręciła w chodnik tak wąski, że starej piastunce trudno się było w nim zmieścić.

Nowa droga na odmianę wspinała się ku górze. Powietrze bardziej tam było zatęchłe, a podłoże wysypane grubo miałkim, szarawym piaskiem z dna Wisły, utrudniało szybki marsz. 

Posuwały się, jak tylko mogły najprędzej, ale i tak po jakimś czasie usłyszały z tyłu gwar licznych męskich głosów. Piastunka wyrwała pochodnię z rąk Haliny i cisnąwszy ją na ziemię, zdeptała nogami. 

Ogarnęła je ciemność tak gęsta, że aż dotykalna. Serca zaś, spłoszone, waliły głucho w piersiach spiesznym rytmem. 

– Matko, czy oni tu przyjdą? – zapytała szeptem Halina. 

– Cicho, robaczku, cicho. Da Bóg, nie przyjdą. Ale nie stójmy jak słupy. Podaj rękę i chodźmy. Tylko wysoko stawiaj nogi, byś się o coś nie potknęła. 

Trzymając mocno Halinę, szła po omacku. Tobołki z jedzeniem ciążyły jej coraz bardziej, a pochodnie ugniatały w bok. Uszły już spory szmat drogi i zdawało im się, iż niebezpieczeństwo minęło, lecz oto naraz z tyłu, w oddali, zapełgał nikły poblask czerwonożółtego światła na ścianach lochu. Tatarzy byli na ich tropie. Coś je musiało zdradzić. Ale co? 

W tej samej chwili staruszka zrozumiała. Przejęta grożącym niebezpieczeństwem nie zauważyła nawet, iż nie ma chustki na głowie. Pewnie musiała ją zgubić u wejścia do tego tunelu, bo czemuż by inaczej Tatarzy ów wybrali właśnie, a nie któryś z pozostałych? Poczuła zimno i mrowienie w krzyżu. Zdało się, iż nic ich nie uratuje od śmierci. 

Ale oto ściana, o którą od czasu do czasu opierała się barkiem, gdzieś zniknęła. Z prawej strony otwierało się wejście do nowego korytarza. Bez namysłu skręciła tam, pociągając za sobą dziewczynkę. Korytarz ostro opadał ku dołowi i był chyba szerszy od poprzedniego, bo nie mogła dosięgnąć rękoma obydwu jego ścian naraz. 

Uszły zaledwie kilkanaście kroków, gdy wpadły na ścianę wyrosłą raptem przed nimi. Piastunka pomyślała, iż tunel kończy się ślepo i że znalazły się w pułapce, z której Tatarzy zbiorą je jak ryby z saka, lecz wyciągając ramiona na boki, stwierdziła z ulgą, że tak nie jest. Oto bowiem korytarz zakręcał tylko pod prostym kątem i prowadził kędyś hen, w nieznane. 

Szły nadal bez chwili odpoczynku. Ale szły powoli, bo po omacku. Skręcały w coraz to nowe korytarze pojawiające się przed nimi, tak iż zupełnie zatraciły poczucie kierunku, z którego nadeszły. Gnał je strach przed okrucieństwem Tatarów i o tym teraz tylko myślały, o niczym więcej. 

Ale wreszcie piastunka pomyślała sobie, iż niebezpieczeństwo minęło, że prześladowcy, choćby najbardziej nawet tego chcieli, nie znajdą ich przecież w tym podziemnym labiryncie. I jednocześnie poczuła grozę. Zrozumiała bowiem, że jeśli Tatarom nie może się udać natrafienie na ich ślad, to również i im nie może się udać powrót do wyjścia. Nogi ugięły się pod starowiną i osunąwszy się na ziemię, usiadła wsparta plecami o wilgotną lessową ścianę. 

– Matko! Co wam?! – zawołała Halina. – Matko, boję się! Boję się bardzo! Czy mnie słyszycie?! 

Krzyczała teraz pełnym głosem i jednocześnie potrząsała piastunką. Ta ostatnia całą siłą woli opanowała swój lęk i spokojnym już głosem rzekła: 

– Cicho. Cicho, córuchno. Już dobrze. Cichutko. Uspokój się. Zesłabłam od wysiłku. Tchu brakło. Odpocznę nieco, zapalimy pochodnię i pójdziemy dalej.

Wszelako zapalenie pochodni okazało się nie takie proste. W zatęchłym powietrzu podziemi hubka niesiona przez piastunkę w zanadrzu zawilgła. Darmo padały na nią snopy iskier wydobywane z krzesiwa. Nie chciała się rozżarzyć. 

Minęło sporo czasu w niepewności, czy nie przyjdzie im tu sczeznąć w ciemnościach, aż oto wreszcie hubka rozżarzyła się, a zapalona od niej cieniuchna smolna drzazga zapłonęła nikłym płomyczkiem. Na końcu zaś silny płomień objął pochodnię. 

Znów miały ogień, a ów przegnał precz rozpacz i zwątpienie czające się w mroku. Obydwom zrobiło się trochę lżej na sercach. 

Rozejrzały się z ciekawością. Długi – prosty korytarz, w którym teraz się znajdowały, opadał łagodnie w dół i ginął kędyś hen, gdzie nie docierał blask pochodni. W pobliżu miejsca, w którym stały, nie widać było żadnych odgałęzień. 

Piastunka, westchnąwszy ciężko, powiedziała do Haliny: 

– Cóż, pójdziemy dalej, kwiatuszku. Da Bóg, wyjdziemy stąd kiedyś. 

Postanowiła też sobie, iż od owej pory, wędrując w zawikłaniu mrocznych korytarzy, stale będzie skręcać w prawo i podążać wzdłuż ścian po prawej ręce. Ufała, że może w ten sposób uda się jej w końcu dotrzeć na powierzchnię ziemi. 

Szły zatem wytrwale, ale wreszcie nogi odmówiły im posłuszeństwa, marsz bowiem trwał już bardzo długo. Nie wiedziały jednak ile, bo tutaj, w sercu ziemi, zatraciły nie tylko poczucie kierunku, ale i poczucie upływającego czasu. Staruszka doszła w końcu do przekonania, że na górze musi już chyba panować noc. Wyszukała tedy dogodne miejsce, usiadła pod ścianą, nakłaniając do tego samego dziewczynkę, i wsparłszy głowę na węzełku, zamknęła oczy.

Ani jedna, ani druga nie miały kłopotów z zaśnięciem. Nieludzko zmęczone, w kilka chwil zaledwie zapadły w czarną czeluść bez marzeń.

* * *

Obudził je chłód przewiercający ciało, przenikający aż do szpiku kości, wstrząsający dreszczami. Dygotały zziębnięte, szczękając zębami. Pochodnia przez ten czas zgasła, wypaliwszy się do końca, tak iż nie mogły nawet ogrzać zgrabiałych rąk. 

Nim ciepły, jasny, wesoły ogień zapłonął na nowo, znów musiało minąć wiele chwil i posypać wiele iskier. Ale w końcu poweselał ponury mrok podziemia. Stanęły bliziuchno pochodni, wchłaniając z lubością ciepło emanujące od pozłocistego płomienia. 

Wszakże gdy tylko ogrzały się nieco, obudził się w nich ostry, szarpiący trzewia głód. Zaspokajały go łapczywie, rwąc zębami kawały sczerstwiałego chleba, zagryzając boczkiem mocno uwędzonym w wonnym jałowcowym dymie. 

Przez dłuższy czas odgryzały kęsy, żuły i połykały, nie odzywając się do siebie. Halina pierwsza skończyła posiłek, wytarła ręce o połę ciepłego kaftana i rzekła: 

– Matko, dajcie teraz pić. 

Na te słowa piastunka przestała żuć i odruchowo sięgnęła w stronę węzełka z prowiantem. Ale oto pojęła, iż nie mają ani kropli wody. Poczuła, jak cierpnie jej skóra, a włosy lekko unoszą się na głowie. 

Przygotowując zapasy na czas, przez który miały się ukrywać, nie zabrała ze sobą napitku, sądząc, iż będą mogły bez żadnych ograniczeń czerpać ze studni znajdującej się w wielkiej sali blisko zamkowego wejścia do lochów. Nie przewidziała tego, co się później stało.

I oto czeka je śmierć stokroć straszniejsza od tej, którą mogły były ponieść z rąk tatarskich, a której szczęśliwie uniknęły. Teraz bowiem czeka je śmierć w męczarniach z pragnienia. W plątaninie korytarzy zupełnie straciła orientację i nie miała ani cienia nadziei, iż będzie umiała odnaleźć drogę wiodącą do owej zbawczej studni. Rozumiała, iż chyba tylko cud może je uratować. 

Wszelako nie powiedziała tego dziewczynce, nie chcąc jej dodatkowo dręczyć. Ozwała się tylko: 

– Nie mamy ze sobą wody, dziecino. Skoro się posiliłaś, to wstań. Pójdziemy szukać studni. Wiesz przecie, że są studnie w podziemiach. 

Sama podźwignęła się z trudem, bo przez noc i ranek zastały się w stawach jej stare kości i potrzebowała nieco czasu, aby się rozruszać. 

Zabrawszy swój skromny dobytek, powędrowały wzdłuż korytarza. Piastunka nie mając pojęcia o tym, gdzie się znajdują, a wiedząc tylko, że – o ile nie kręcą się w kółko – powinny były już dawno oddalić się nie tylko od Zamkowego Wzgórza, ale nawet wyjść poza miasto, skręcała do tych lochów, które wiodły nie w dół, lecz wznosiły się ku górze. Żywiła nadzieję, iż w ten sposób zbliżają się ku powierzchni ziemi, a przez to samo szansa na znalezienie wyjścia z owego labiryntu stale rośnie. 

Szły długo. Tak długo, aż poczuły w końcu dojmujący ból w nogach i musiały odpocząć. Halina błagalnie patrzyła na staruszkę i szeptała cichutko:

– Pić, dajcie mi pić. 

– Cierpliwości, moja malutka. Cierpliwości. Przecie w końcu trafimy na studnię. 

– A daleko to jeszcze? – pytało dziecko. 

– Jeszcze kęs drogi. Jeszcze kęs. Ale dojdziemy, dojdziemy. 

Staruszka kłamała z rozmysłem, a bolesny skurcz chwytał ją za gardło, tak że całą siłą woli opanowywała szloch. 

– Masz tu, kruszynko, skibkę chleba. Oderwij ośródkę, a skórkę żuj. Długo żuj. To tymczasem stępi pragnienie. 

Lecz nie na wiele owo im pomogło. Pragnienie ozwało się po chwili na nowo i to ze zdwojoną siłą. 

Piastunka wiedziała, że nie mogą tu dłużej zostać, bo w końcu zesłabną tak bardzo, iż nie będą mogły iść. Podniosła się sama i pomogła podnieść się Halinie. Dopokąd szły, istniała szansa, czy może cień szansy, że ocaleją. 

Ale w końcu ustały w tym marszu. Najlżejszy choćby wysiłek okazał się dla nich nadludzkim wyczynem, tak iż wreszcie musiały zatrzymać się na nocleg.

* * *

Tym razem sen miały ciężki. Męczyły je koszmary. Jakieś twarze straszne, o pustych oczodołach pochylały się nad nimi, oplatały je węże, dusiły zmory. 

Pod wpływem majaków Halina obudziła się z krzykiem. Piastunka otworzyła oczy, objęła ją ramionami i przytuliła do siebie. Dziecko drżało na całym ciele, przerażone. Staruszka głaskała długo sękatą, spracowaną dłonią miękkie, jedwabiste włosy i obsypywała je pocałunkami. 

Próbowała mówić, pocieszać dziewczynkę, ale wyschnięty język skołkowaciał jej w ustach. W gardle czuła skurcz i szorstkość, a spierzchłe wargi ją bolały. Halina była w takim samym stanie. 

Piastunka myślała, że może uda im się jeszcze zasnąć, choćby na krótko, ale straszliwe pragnienie precz przegnało sen. Na koniec jęły nimi wstrząsać dreszcze, ale tym razem nie z zimna, a z gorączki, która rozogniła im czoła i policzki. 

Przykładała swoją twarz i twarz dziecka do chłodnych gliniastych ścian lochu, szukając w tym ulgi. Ziemia pachniała wilgocią. Uskrobała palcami kilka grudek ziemi, wsunęła je do ust, chcąc z nich wyssać choćby parę kropel rosy, lecz nic z tego nie wyszło. 

Ale mimo gorączki i mimo pragnienia wiedziała jedno i jedna tylko myśl kołatała pod czaszką:

„Iść, za wszelką cenę iść! Może nie wszystko stracone. Gdzieś musi być wyjście!” 

Podniosła się z trudem i podniosła dziecko. Nie miała już siły dźwigać tobołków z jedzeniem. Porzuciła je tedy i zapaliwszy ostatnią już pochodnię, powędrowała przed siebie, trzymając mocno rękę Haliny i prawie wlokąc ją za sobą. 

Nogi im drżały i obie zataczały się jak pijane. Zmęczenie i pragnienie sprawiły, iż kręciło się im w głowach, a oczy zasłaniała czerwonawa mgiełka. Ale staruszka wiedziała, że nie mogą usiąść, bo skoro tylko to uczynią, nie podniosą się już więcej i zostaną w tym wąskim, zimnym lochu na zawsze. 

Halina pochlipywała cichutko, lecz w końcu przestała, bo nie stało jej sił nawet na to, by płakać. Odbijając się od ścian, szły uparcie, przestawiając sztywno nogi: krok naprzód, jeszcze krok i jeszcze krok… 

Nie wiedziały, ile mógł trwać ów marsz, chyba jednak bardzo długo, bo gdy staruszce wróciła na chwilę jasność myśli, spostrzegła z przerażeniem, iż ostatnia już pochodnia dogorywa. 

Z jej piersi wydobyło się urywane łkanie. Zatknęła resztkę smolnej gałęzi w szczelinę w ścianie i z jękiem osunęła się na ziemię. Halina upadła obok niej. Rozwartymi szeroko przez strach oczyma patrzyły jak zahipnotyzowane w coraz słabszy płomyk chybocący na ułomku drewna, aż w końcu wystrzelił on gwałtownie ku górze, a potem zagasł. Tylko przez jakiś czas jeszcze żarzył się krwawo koniuszek pochodni. Ale w końcu i on począł ciemnieć, aż zniknął im z oczu. Wokół zapanował mrok tak gęsty, iż zdało się, że można go dotknąć.

Poczuły się jeszcze bardziej zmęczone i mimo grozy sytuacji nie umiały zapanować nad snem. Powieki zaciążyły im ołowiem i wkrótce pogrążyły się w czeluść niepamięci. 

* * *

Spały długo, a po przebudzeniu pragnienie osłabło nieco. Języki im trochę stęchły, chociaż gardła były dalej szorstkie, jakby wypchane gorącym piachem. Piastunka zdała sobie sprawę z tego, iż dalsze oszukiwanie Haliny nic nie da. Zresztą ta ostatnia sama już dobrze wiedziała, że oto zbliża się ich kres. 

Staruszka ozwała się ochrypłym, urywanym głosem: 

– Kruszynko ty moja… koniec z nami… Nie mamy wody… Nie mamy światła… Nie wiemy… gdzie jesteśmy… Tylko cud… tylko cud… Módl się… może nas… wysłucha… zlituje… 

A Halina cienkim, drżącym głosikiem jęła odmawiać wszystkie modlitwy, jakie tylko znała: do Zbawiciela i do Bogarodzicy. Do świętych pańskich i Krzyża Świętego. Lecz ratunek, cudowne ocalenie, na które czekały ufne, że ich prośby nie pozostaną bez echa, nie nadchodził. 

I wtedy stara piastunka głosem pełnym mocy, poważnym, uroczystym, przemógłszy ból gardła, suchość warg i języka, poczęła mówić: 

– Żmiju, Żmiju, dobry boże,

sandomierski nasz piastunie, 

Ty mieszkasz na uroczysku,

na Żmigrodzie masz mieszkanie. 

Białym orłem mkniesz przez niebo,

błyskawicą świecisz nocą,

Gromem niszczysz naszych wrogów,

a twym dzieciom błogosławisz. 

Usłysz Żmiju me błaganie,

dobry boże, nasz piastunie! 

Oświeć swym niebiańskim światłem,

drogę, co na ziemię wiedzie!

Nie poskąpię ci mięsiwa,

słodkich miodów i kołaczy. 

Mleka, sera, jaj i grzybów

nie poskąpię, dobry boże! 

Tylko nas uwolnij z lochów,

daj się cieszyć twoim słonkiem!

Halina słuchała tego ze zgrozą. 

– Matko! – zawołała. – Co czynicie?! Nie wzywajcie demonów! Do Bogarodzicy się módlcie! 

– Nie wiem, dziecko. Nie wiem. Czy on demon? Toż to bóg naszych naddziadów. Źle im się żyło? Przecie nie! Składali mu ofiary, a on im błogosławił. A bywało, że sam przybywał z niebios na ziemię w postaci pięknego młodzieńca, brał którąś z naszych dziewek za żonę i mieszkał z nami pospołu. Toż on nasz, sandomierski bóg. 

Zamyśliła się przez chwilę, a później ciągnęła w zadumie dalej:

– Ale czy zechce nas wysłuchać? Któż to wie? Przegnali go przecie księża precz. Święconą wodą całe Żmijowe Wzgórze skropili, święty gaj dębowy wycięli, czarne bzy wydarli, płomieniom na żer rzucili. Nowych bogów przywiedli z krain dalekich, cudzych bogów, co naszej mowy nie znają… 

– Cóż wy pleciecie! – oponowała Halina. – Toć przecie was, matko, ochrzczono! Do kościoła chodzicie, do Zbawiciela pacierze mówicie!

– A tak, ochrzczono, ale byli tacy, co i starych bogów nauczyli kochać. Naszych bogów, sandomierskich, z którymi stary kniaź Sandomir rozmawiał i żerce w gajach i po chramach obiaty im składali. Moja babka uczyła mnie o nich, a ją jej babka.

Zamilkły obie, bo znowu pragnienie się wzmogło, a długa rozmowa zmęczyła. Po jakimś czasie starowina próbowała podźwignąć się na nogi, próbowała tego i Halina, ale im się nie udało. Wszelako nie dały za wygraną i wytężając całą siłę woli, wydobywając resztki energii z mięśni, jęły się czołgać wzdłuż lochu. Byle dalej, byle dalej… 

Ale nadszedł czas, iż ów wysiłek zdał się im daremny. Poddały się losowi i zamarły w bezruchu, czekając na tę, która koi wszystkie smutki, odpędza precz lęki i utula do snu wiekuistego. Zapadły w jakieś dziwne odrętwienie, w coś na kształt pół snu, pół jawy.

I oto naraz Halinie zdało się, iż słyszy głos. Wyraźny głos ojca. Z trudem, przezwyciężając ból opuchłych powiek, otworzyła oczy. Nie było nikogo. Już miała na powrót wtulić twarz w zagłębienie gliniastej ściany, gdy w oddali spostrzegła maleńki, jasny punkcik. Zrazu wzięła go za omamienie jakieś i przetarła oczy pięściami, ale światełko nie znikało. 

Nadzieja wstąpiła w serduszko dziewczynki. Poczęła szarpać piastunkę z całych sił, aż ta z ociąganiem się usiadła. 

– Matko, patrzcie tam! – mówiła Halina, wskazując jednocześnie jasny punkt w oddali. – Co by to mogło być? 

Staruszka wpatrzyła się uważnie w głąb lochu, ścierając palcami mgłę z oczu, ale sporo chwil minęło, nim sobie zdała sprawę z tego, co widzi. 

– Dzięki ci, Żmiju, że nas wysłuchałeś! Dzięki! – zawołała.

Lecz Halina zaprotestowała: 

– To nie wasze pogańskie modlitwy pomogły, lecz moje! To ojciec-nieboszczyk nas tu przywiódł! Słyszałam jego głos, słyszałam, jak mówił do mnie! Wtedy otwarłam oczy i spostrzegłam światło!

W obliczu nadziei ocalenia nie wiadomo skąd wstąpiły w nie nowe siły. Poczęły się czołgać najprędzej, jak tylko mogły, a im bliżej były światła, im stawało się ono większe i jaśniejsze, tym większa ogarniała je radość i moc wstępowała w mięśnie. W końcu udało im się podźwignąć na nogi i wspierając o ściany, potykając i zataczając, parły niestrudzenie do przodu. 

Wreszcie w korytarzu pojaśniało tak, że widziały już siebie nawzajem. Zbliżyły się do wylotu lochu, który kończył się kilkunastoma kamiennymi stopniami opadającymi ostro kędyś w dół. Nie wahając się ani chwili, zeszły nimi do nowego pomieszczenia.

Była to niziutka, acz bardzo obszerna sala, cała zbudowana z białego kamiennego ciosu. Jedyne wejście wiodące do niej stanowiło to, którym przybyły. Rozświetlał je zaś niezbyt wielki otwór okienny znajdujący się prawie pod beczkowatą sklepioną powałą, przez który wpadało światło dzienne. 

W najodleglejszym od wejścia miejscu, na kamiennym podwyższeniu majaczyło coś na kształt stołu, na którym spoczywał… ludzki szkielet. 

Halina, spostrzegłszy go, poczęła drżeć ze strachu i tulić się do piastunki. Ta zaś, nie zmieszana, bacznie rozglądała się dookoła.

– Nie lękaj się, dziecino – mówiła. – Nie lękaj się. Cóż ci mogą zrobić kości? Złych ludzi się bój, ale nie umarłych. Żywy, zły człowiek skrzywdzi, a i zabić może! A nieboszczyk cóż? Nieruchawy niczym pień powalony, butwiejący w lesie. 

Później zaś zlustrowała bacznie owo okienko i mruknąwszy pod nosem: – Da się wyleźć na dwór, pociągnęła Halinę lekko i zbliżyła się do podwyższenia. 

Na wielkim dębowym stole obitym srebrną blachą, tłoczoną w roślinne ornamenty, gwiazdy i geometryczne kształty na arabską modłę, leżały poczerniałe od wilgoci kości. Dziwnym trafem, choć ciało rozpadło się w pył, zachowały się włosy. Były długie i czarne, co kontrastując z trupim uśmiechem czaszki, sprawiało niesamowite wrażenie. One to, razem z resztkami sukni dowodziły, iż mają przed sobą szczątki kobiety. 

Domyśliły się bez trudu, iż za życia była wielką damą, pochowano ją bowiem w złotogłowiach, bogato naszywanych szlachetnymi kamieniami. W słonecznym świetle wpadającym przez okienny otwór mieniły się cudnie szafiry, rubiny, topazy, ametysty… Połyskiwały złote nici – jedyne co pozostało z tkaniny – i złote blaszki, pewnie spięte ongi ze sobą i tworzące pektorał, a dziś rozsypane w nieładzie. Na kostkach palców tkwiły liczne, niesłychanej piękności, pierścienie.

Z tyłu za szkieletem na wysokim, dębowym postumencie, stał wielki, ciężki, kuty ze złota żydowski siedmioramienny świecznik – menora. Gdy piastunka go spostrzegła, zawołała głosem, w którym pobrzmiewało podniecenie: 

– Żydówka Judyta!

Halina, przełamując lęk i onieśmielenie, zapytała: 

– Kim ona była, matko?

– Za chwilę ci opowiem, ale najpierw ugaśmy pragnienie. 

Rzekłszy to, podeszła w pobliże okna i zgarniając rękoma śnieg, którego dużo tam nawiało, poczęła go łapczywie wpychać do ust i nie czekając, aż się rozpuści, połykać z lubością. Dziewczynka poszła w jej ślady.

Chociaż męki niezaspokojonego pragnienia opuściły je teraz, to jednak zęby całkiem im zdrętwiały z zimna.

Halina jęła pytać z niepokojem: 

– A czy aby na pewno uda się nam stąd wyjść, matko? 

– Nie od razu, dziecko. Nie liczę dwunastu wiosen jak ty, ale życie miałam twarde. Zaprawionam do trudów i znoju. Toteż gdy odpocznę sobie nieco, to i wylezę. Nie bój się. 

Po chwili zaś dorzuciła z westchnieniem: 

– Żeby tak jeszcze co zjeść! Ale przecie niczego już nie mamy. 

– Zaczekajcie, matko – rzekła Halina i poczęła zawzięcie grzebać w obszernych kieszeniach kaftana. Po chwili zaś wyciągnęła kawałek kiełbasy i spory ułomek niemiłosiernie pogniecionego podczas wędrówki razowca. Była to owa porcja z pierwszego posiłku, której dziewczynka nie zjadła. Uciekając przed Tatarami, musiała bez ochyby odruchowo schować ją do kieszeni. Wyglądało to na kolejny znak Opatrzności i było niejako dowodem, iż los postanowił darować im życie.

Teraz zasię, podzieliwszy się sprawiedliwie owym skromnym jadłem, przez czas jakiś me odzywały się do siebie, zawzięcie gryząc i żując stwardniałe kęsy strawy. Piastunka skończyła pierwsza i westchnąwszy głęboko z żalu, że było tego tak mało, poczęła wybierać okruchy z podołka spódnicy i wkładać je do ust.

Halina zaś ozwała się z pełną buzią: 

– A teraz… matko, opowia…dajcie o onej Judycie. 

– At! Mała jesteś! Nie dla ciebie takie gadki. 

Ale to zastrzeżenie tylko rozpaliło ciekawość dziewczynki:

– Przyrzekliście przecie! Przyrzekliście! Nie wymawiajcie się teraz! 

Piastunka westchnęła głęboko, przełknęła ostatni okruszek i poczęła mówić: 

Panował ongiś w Sandomierzu młody i dzielny książę Henryk, najmłodszy syn Bolka Krzywoustego. Wielki to był pan, odważny i pobożny wielce. Lubił też szukać przygód, a iż podówczas w kraju było w miarę spokojnie, czuł, że powinien ruszyć w świat szeroki.

Marzył o tym, by walczyć ze smokami, wolność nieść damom, wspomagać sieroty. Wszelako nie godziło mu się porzucać księstwa! Aż razu jednego, z dalekiego frankońskiego kraju, a może z Italii – nie wiem tego – przybył na dwór sandomierski rycerz pewien. 

Broń i zbroję miał najpierwszej roboty, lecz płaszcz lichy, z naszytym na wierzchu wielkim czerwonym krzyżem. Ów rycerz powiedział naszemu książęciu, że rzymski papież głosi wojnę przeciw Saracenom. Że kwiat rycerstwa z całego chrześcijaństwa od lat walczy z poganami. 

Narzekał jeszcze ów cudzoziemski rycerz, że żaden z polskich panów i władyków nie chce iść na to chwalebne bojowanie. Kpił, że nasz kraj to ziemia tchórzy, aż książę Henryk się rozsierdził i to bladł, to czerwieniał, słuchając tych obelg. Na koniec wszakże postanowił, iż sam z drużyną wiernych mu rycerzy pójdzie przelewać krew w imię Jezusowe. Jak postanowił, tako i uczynił.

Długo trwała podróż do Ziemi Świętej. Najpierw jechali konno przez lasy i góry, przebywali w bród rzeki, gubili podkowy. Marzli na szczytach, lodowatym wichrem smaganych, palił ich żar słoneczny na stepach Panonii, a bywało, że i głód dręczył srogi i srogie pragnienie. 

Jednak nareszcie przybyli do cudnego miasta Konstantynopola w ziemi greckiej leżącego, gdzie spotkali wielką mnogość frankońskich rycerzy. Ach, cóż to za miasto! Domy pospólstwa większe i bogatsze tam, jak u nas książęce sadyby. A kościoły! 

Naszego księcia, jako udzielnego pana, zaproszono na cesarski dwór. Oglądał pałac, oczom swym nie wierząc. Ach! Nie mogły go wznieść zwykłe ludzkie ręce! Nie obyło się pewnie bez czarów! 

Wszędzie ściany zdobne były drogocennymi kamieniami, kobiercami, a oponami złotem i srebrem tkanymi. W niektórych komnatach posadzki cudnie układane były w obrazy kunsztowne z kolorowych kamyków, a tak błyszczące i śliskie, że z trudem prawy rycerz mógł się tam na nogach utrzymać.

A sam cesarz! Ach! Za jego strój można by pewnie z pół sandomierskiego księstwa kupić, a za bogate przecie ono uchodzi! 

Ale nasz książę nie stracił głowy. Rozmawiał z cesarzem jak równy z równym. Sprawiedliwość oddać trzeba, że i frankońscy, i italscy, i niemieccy rycerze też tak się zachowywali.

Nie w smak to było Grekom, wielmożom i księżom. Ci ostatni szemrali szczególnie głośno, judząc cesarza, aby naszych przegnał. Wszelako cesarz posłuchu im nie dał i rycerstwo krzyżowe, Saracenów bić mające, ugościł, a potem przez morze przeprawił. A w ogóle to greccy księża dziwni są bardzo i cudaccy. Włosy splatają w warkoczyki, brody trefią i pachnidłami skrapiają. Zaś na ich szatach ni plamki, ni pyłku najmniejszego nie znajdziesz, takie czyste. A na dodatek żony miewają! Naszych zaś księży pędzą, nie dozwalając im w swoich świątyniach Mszy odprawować, a gdy przez upór uda się naszym Mszę oną odprawić, to Grecy później kościół powtórnie święcą! 

Potem już była Ziemia Święta, gdzie żył i umarł Pan nasz, Jezus Chrystus, a którą pustoszą Saraceni, Mohunda, po ichniemu Muhammadem zwanego czczą i za proroka jedynego Boga mają. 

I zaczęła się wojna. Nasi bili Saracenów, a oni naszych. Nasi z imieniem Bogarodzicy, a oni – Mohunda na ustach – odrąbywali głowy, ramiona, krew wylewali z powalonych. Aż wreszcie nasi byli górą, bo Najświętsza Panienka mocniejsza od Mohunda. 

Zobaczył książę Henryk i jego sandomierska drużyna Jerozolimę i Grób Pański, a rycerz jeden, Jaksa z Miechowa, uskrobał z Grobu onego ziemi garstkę i w woreczku skórzanym do Polski ją przywiózł. W swojej wsi, w Krakowskiej Ziemi leżącej, klasztor i kościół zacny pobudował z Grobem Pańskim w środku, w którym oną ziemię umieścił, na pamiątkę jerozolimskiego. A i zakonników tam z Palestyny przybyłych osadził. 

Ale księcia Henryka straszne tam dotknęło nieszczęście, bo zbył się rozumu! Oto bowiem, gdy którejś niedzieli jechał konno w orszaku króla jerozolimskiego na Mszę do bazyliki Grobu Świętego, zauważył w jednym z okien pannę przecudnej urody.

Od pierwszego wejrzenia rozmiłował się w niej tak okrutnie, że nie mógł już żyć bez onej panny. Poszedł tedy do domu, w którym ją wówczas ujrzał – a był to dom ormiańskiego kupca – i odkupił odeń cudne dziewczę, które okazało się żydowską niewolnicą. 

Chciał ją książę Henryk uczynić swą panią i prawowitą małżonką, wszelako zgiełk się okrutny podniósł przeciw niemu i to nie tylko śród Franków, Italczyków, Niemców czy Angielczyków, ale nawet i w jego własnej drużynie! Bo jakże? Pan możny i książę udzielny miałby połączyć swój los z losem niechrzczonej prostaczki podłego stanu? Jakiż to wstyd i jaka hańba dla rycerstwa! 

Lecz rozstać się z nią Henryk i nie chciał, i nie potrafił. Gdy przyszło mu wracać do Polski, zabrał ze sobą Judytę (bo takie imię nosiła Żydówka). Zamieszkali oboje na sandomierskim zamku, ku zgorszeniu tak możnych, jako i pospólstwa. 

I szemrano, i wymówki czyniono książęciu, a biskupi straszyli go klątwą, jeśli dziewki nie przepędzi na cztery wiatry, a niegodnej miłości się nie wyrzeknie, aż w końcu uległ i ogłosił, że ją odprawi. Lecz owo w tym samym prawie czasie ogłoszono również, iż Judyta na jakąś ciężką, a nieznaną zapadła chorobę, a później nikt jej już nie widział i wszelki słuch o niej zaginął i nikt nie wiedział, co się było stało. 

Bajali ludzie i bajają dotąd – a osobliwie Żydzi – że książę Henryk podziemny pałac jej pobudował i że oboje – nieśmiertelni dzięki jej żydowskim czarom – żyją tam aż do dzisiaj. Wszelako myśmy ten „pałac” znalazły. Zmarła, nieboraczka, a on tak ją kochał, iż w tajemnicy z przepychem ów grób tu urządził. I pewnie, póki siedział na zamku, przychodził doń podziemnym chodnikiem płakać przy jej zewłoku. Ot i już koniec mojej opowieści – dodała na ostatku piastunka. 

– A co się stało z księciem? – zapytała Halina. 

– Rychło ruszył z Bolkiem Kędzierzawym na wyprawę przeciw Prusom. Twój pradziad, który mu w niej towarzyszył, opowiadał później – co dobrze pamiętam! – że książę jakoby umyślnie szukał śmierci w bitwie. I nie wrócił, niebożę, już z tej wojny.

– Wszystko, coście mi tu opowiedzieli, wiecie od mego pradziada? – pytała dalej dziewczynka. 

– Ano wszystko. I o księciu, i o cesarzu. O miastach dalekich i o Ziemi Świętej. Twój pradziad, kruszynko, żył długo, a na stare lata bardzo lubił opowiadać o wszystkim, co w życiu widział i co go spotkało. A że często prawił nieraz o tym samym, to i udało mi się jego opowieści dobrze zapamiętać. 

Umilkła i obie pogrążyły się w zadumie. Dziewczynka inaczej już patrzyła na poczerniałe kości obsypane złotem i skarbami. Żal się jej zrobiło owej kobiety. Po dłuższej chwili piastunka podniosła się i rzekła: 

– Ale na nas już czas najwyższy. Odpoczęłam, więc wyjdźmy wreszcie na świat Boży. 

Podeszła do postumentu, zdjęła zeń złotolity świecznik, a dębowy kloc przetoczyła pod okienko, by wspiąwszy się po nim w górę, wyczołgać się przez otwór. Wszelako naraz, odwróciwszy się i podszedłszy do mar, z jednej kostki zsunęła przepiękny kuty pierścień, z rubinem wielkości laskowego orzecha i podała go Halinie.

– Masz, dziecko – rzekła. – Jej już niepotrzebny, a ty, ilekroć nań spojrzysz, wspomnisz nie tylko tę przygodę, ale i ową wielką miłość księcia i onej, która tu leży w pyle i zapomnieniu. 

Halina zawahała się, lecz przełamawszy wstręt i obawy, nasunęła klejnot na swój palec.

Najpierw piastunka wygramoliła się z wielkim trudem, stękaniem i narzekaniem na powierzchnię ziemi sama, a później pomogła Halinie, windując ją tam za obydwie ręce. 

Blade, zimowe słońce, ich oczom odwykłym od światła, zdało się nadzwyczaj jaskrawe i wiele czasu minęło, zanim do niego przywykły. Stały teraz, z lubością wciągając w płuca rześkie, mroźne powietrze.

Znajdowały się oto w zbitych, kłujących zaroślach tarniny, u podnóża wyniosłej, stromej skarpy, ostro opadającej ku Wiśle. Za nimi widniały sfałdowania Gór Pieprzowych, porosłe gąszczem bezlistnych teraz, dzikich róż, których nieopadłe owoce jaskrawą czerwienią ostro odcinały od nieskalanej bieli śniegu. 

Na łagodnych stokach wystrzelały ku górze dorodne jałowce, tworząc ciemnozielone plamy. Gdzieniegdzie zaś zobaczyć można było wątłe brzózki, nad którymi górowała sosna o wysmukłym pniu.

Nad samą wodą krzaki jeżyn o długich, ciernistych witkach wiły się nieprzebranym gąszczem, splątane ciasno z pędami dzikiego chmielu, na których wisiało całe mnóstwo szyszek. Halina zerwała jedną z nich, roztarła w palcach i z lubością wciągnęła w nozdrza gorzkawo-balsamiczną woń. 

Gdzieś w oddali dało się słyszeć poszczekiwanie psów i pianie kogutów, a środkiem zamarzniętej Wisły kicał sobie beztrosko zając. Przyroda żyła swoim życiem, nie bacząc na Tatarów, wojnę, mord i pożogę.

W oczach dziewczynki zalśniły łzy i wyszeptała cichutko: 

– Tatku kochany. Tatku! Czemuś mnie zostawił samą na świecie? Czemu?… Pusto tu bez ciebie, smutno mi… 

Później zaś odwróciła się w stronę Sandomierza, którego sylweta rysowała się na horyzoncie. Był piękny, jak zawsze, i nie dostrzegało się stąd, iż budowle są wypalone i martwe. 

– Nie stójmy tutaj, moje dziecko. Rychło południe, a my przed wieczorem musimy poszukać jeszcze czegoś do zjedzenia i jakiegoś noclegu – rzekła piastunka.

I ruszyły obie zaśnieżoną drogą, która miała je zaprowadzić do rodzinnej Krępy.

=========================

CDN

==========================

KSIĄŻKA JEST DOSTĘPNA W SPRZEDAŻY:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/Opowiesc_o_Halinie_corce_Piotra_z_Krepy_Legenda_sandomierska.html

KTO PYTA, SAM SOBIE SZKODZI

KTO PYTA, SAM SOBIE SZKODZI

Krzysztof Baliński 10 września 2023

Po głowie chodzi pewna teoria. Nie spiskowa, ale tak dla Polski wielce niebezpieczna. Po wizycie w Waszyngtonie w lutym 2022 roku, kanclerz Niemiec otwarcie i bez ogródek zaczął mówić o budowie federalnego europejskiego państwa pod przywództwem Berlina. Jeszcze bardziej tajemnicze było spotkanie Scholza z Bidenem w marcu tego roku, po którym politycy niemieccy, bez żadnych ogródek głosić zaczęli zamiar podporządkowania sobie Polski, a Mark Brzezinski równie otwarcie i demonstracyjnie stawiać zaczął na partię wnuka żołdaka z Wehrmachtu. Innymi słowy Waszyngton dał zielone światło na dominację Berlina w Europie, a Tusk na ustanowienie w Warszawie marionetkowego rządu, któremu nie będą roiły się w głowie mrzonki o reparacjach wojennych od Niemiec.

Za co zostaliśmy sprzedani? Może to forma nacisku, aby prezydent RP dalej przepraszał za zbrodnie na Żydach dokonane przez Niemców, a Polska nadal wypłacała odszkodowania Żydom? A może chodzi o Judeopolonię? Niemcy zręcznie wykorzystują sytuację związaną z wojną dla ożywienia projektu Mitteleuropy, w niczym nie różniącym się od projektu Judeopolonii.

Czy podkopywanie wasalnego, skrajnie proamerykańskiego rządu ma związek z tym, że w polsko-żydowskim „dialogu” obowiązują bezlitosne zasady gry, które nie przewidują żadnego kompromisu? A jak już wycisną z Polski wszystkie żywotne soki, jak już ogołocą armię z wszelkiej broni, jak już spłacą żydowskie roszczenia, Mark Brzezinski powie: „Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść”. Oczywiście w nowym, poprawnym politycznie brzmieniu: „Polak zrobił swoje, Polak może odejść”.

W grudniu ubiegłego roku falę oburzenia wywołał wpis Janusza Korwin-Mikkego: „Ja się nie boję Niemców pro-rosyjskich! Boję się Niemców pro-ukraińskich, którzy wczoraj popierali Stefana Banderę, a jutro razem z Ukrainą mogą ruszyć po Wrocław, Przemyśl, Szczecin, Rzeszów, Opole, Chełm, Koszalin, Zamość. Nawet gdyby w Rosji było okropnie i panowało tam ludożerstwo, byłbym za dobrymi stosunkami z Rosją, bo boję się rosnącej w potęgę Ukrainy”. Przypomnijmy, że Korwin-Mikke oskarżał lidera PiS o „wspomaganie utworzenia na naszej wschodniej granicy proniemieckiego i antypolskiego państwa ukraińskiego” (oraz o „uczestnictwo w „żydowskiej agenturze”).

Czy to przypadek, że ukraińscy „uchodźcy” osiedlają się (lub są osiedlani) głównie na Ziemiach Odzyskanych? Czy to prawda, że akcję koordynują żydobanderowcy w Kijowie, diaspora ukraińska w Kanadzie i Berlin, i że celem jest „odzyskanie” tych terenów dla Niemców? Jeśli dorzucimy do tego pretensje terytorialne Ukrainy do kilkunastu powiatów na wschodzie Polski, to co z Polski zostanie? Tu drugie pytanie: Dlaczego fanatycznie proukraiński minister spraw wewnętrznych i podlegająca mu ABW pozwalają Niemcom na odzyskanie Ziem Odzyskanych przez wykup ziemi i, przy pomocy służb ukraińskich naszpikowanych banderowcami, polują na tych, którzy o tym mówią?

Stało się to, czego się trzeba było obawiać najbardziej – Rosja, jedyne państwo na świecie, którego media nie obwiniały Polski o holokaust, zmieniła front. Zanim to nastąpiło doszło do intensywnych kontaktów Netanjahu z Putinem, który nazwał Rosję „największym przyjacielem Izraela”. Potem przyszły gierki Izraela z Rosją na Bliskim Wschodzie. Potem nastąpiło przypieczętowanie interesów Rosji w odniesieniu do Krymu, który przyznano jej za koncesje na Bliskim Wschodzie. Potem nastąpiła synergia działań na arenie międzynarodowej, wymierzona w podstawowe interesy Polski. I na taki rozwój wydarzeń nie zareagował żaden prożydowski polityk PiS, a pogeremkowskie złogi w MSZ, które się bezpośrednio do tego przyczyniły, obnażyły swoją całą dyplomatyczną nędzę proponując, jako antidotum, zacieśnienie współpracy z Izraelem, unię z Ukrainą i… Ukropolin. Izrael i Rosja ogłosiły światu nową narrację: Związek Sowiecki, wyzwalając Polskę z rąk antysemitów, przyczynił się do ograniczenia skali Zagłady. I tak, szybkimi krokami zbliżamy się do wysunięcia tezy, że bandyci z UPA napadli na Polaków po to, by ratować Żydów przed pogromami.

Czy częścią tej układanki nie jest to, że rządzące Ukrainą oligarchiczne i hajdamacki klany nie przepraszają za ludobójstwo, bo wiedzą, że patron zza Wielkiej Wody nie zgadza się na polską martyrologię, gdyż monopol na tym polu przysługuje tylko Żydom? Wiedzą też, że amerykańscy Żydzi nawet żydowskim niedobitkom na Ukrainie nie pozwalają powiedzieć na Banderę złego słowa. Ale nie tylko Żydzi i nie tylko amerykańscy. Bo, kto w Polsce bierze czynny udział w promowaniu banderowskiej narracji historycznej? Od początku istnienia III RP środowisko trockistowskiego KOR, które za cel główny swoich działań postawiło sobie lansowanie idei pojednania polsko-ukraińskiego, które tropiąc wszelkie przejawy nacjonalizmu w Polsce,  przeszło do porządku dziennego nad skrajnie szowinistyczną ideologią OUN-UPA, któremu nie przeszkadza, że ludzie, których wzięli w obronę mają na sumieniu śmierć tysięcy Żydów. Główną wykładnią stały się słowa Jacka Kuronia: „Jeśli Ukraina chce być niepodległa, nie może wyrzec się pamięci o UPA. UPA była powstańczą armią walczącą o niepodległość”. Inną sprawą jest, czy pomysł był autorstwa wiecznie pijanego Kuronia, czy raczej wiecznie uganiającego się za ukraińskimi tirówkami Geremka, i czy u podłoża miłości PiS do Ukrainy, nie leży to, że i Polską i Ukrainą i USA od dekad rządzi żydokomuna pochodząca z dzisiejszej Ukrainy?

Problemem, który ujawnił się bardzo wyraźnie, było także to, że polsko-izraelskie strategiczne partnerstwo, o które z wielkim poświęceniem zabiegają kolejne rządy w Polsce, jest dzisiaj tylko mitem. Izrael i jego diaspora bardziej ceni sobie Niemcy i, co jeszcze bardziej  niebezpieczne, Rosję. W tym kontekście poważne znaczenie ma wybitna pozycja mniejszości żydowskiej w Rosji, 20 procentowy elektorat rosyjskojęzyczny w Izraelu i 200 tysięcy żydowskich przesiedleńców w Niemczech. Inny wymowny element – Izrael jest zmuszony do negocjowania swego bezpieczeństwa z Rosją, przy całych wynikających z tego poważnych konsekwencjach geopolitycznych dla Polski.

Dlaczego ogłosili wrogami Rosję i Białoruś – dwa państwa, które roszczeń wobec Polski nie wysuwają, a za najbliższych przyjaciół uważają Izrael i Ukrainę – dwa państwa, które roszczenia wobec Polski głoszą?

„Ukraińskimi” miastami jest nie tylko Chełm i Przemyśl. W wersji dalej idącej ukraińskim jest Kraków i ziemia aż po Wisłę. Ukraiński hymn opiewa topienie we krwi ziemi od Sanu do Donu. A nad Sanem leży Przemyśl i Sandomierz. Jest też w nim odniesienie do Maksyma Żeleźniaka, „hieroja”, który zabił swoją matkę, bo była z pochodzenia Laszką i katoliczką, i przywodził rzezi humańskiej – morzu zbrodni na Polakach.

Nachodzi refleksja: Gdyby w przyszłości przyszło nam rywalizować z pewnym państwem na literę „U”, wrogo nastawionym do Polaków, które, jak tylko odsapnie po wojence z Rosją, lufy otrzymanych od rządu polskiego czołgów i haubic skieruje na Polaków, wtedy sojusznikiem może okazać się Rosja. Dlaczego nie chcą mieć za sąsiada stabilne państwo, nawet rządzone przez dyktatora, lecz państwo rządzone przez demokratów od Sorosa? Dlaczego wywołują Majdan w Mińsku, podczas gdy zachowanie Białorusi w obecnym geopolitycznym kształcie to doskonała okazja do zrównoważenia relacji z Ukrainą? Kaczyński biadoli od lat o złodziejskiej transformacji ustrojowej w Polsce, a bezkrytycznie poparł ukraińską Magdalenkę, dorwanie się do władzy oligarchów pochodzenia sowieckiego i świadomie wpycha Ukrainę w łapy Sorosa, czyli tych samych globalistycznych korporacji, które Polskę okradły.

Prekursorami wszystkich komunistycznych rewolucji byli Żydzi emigrujący do Ameryki z terenów polskich Kresów. W Polsce pozostawili po sobie Komunistyczną Partię Polski, zgrupowanie kilku tysięcy żydowskich fanatyków, marzących o dorwaniu się do władzy drogą krwawej rewolty. Po roku 1945 Stalin skierował do Lublina tysiące takich lumpów, którzy zajęli miejsce wyniszczonych polskich elit. Ich łupem padły też wszystkie organa władzy w Polsce posierpniowej, gdy władzę przejęli z rąk Kiszczaka ludzie związani z elitą towarzysko-rodzinną wywodzącą się ze środowisk trockistowskich. Swych przedstawicieli umieścili we wszystkich instytucjach i partiach rządowych, a na wszelki wypadek także w instytucjach i partiach antyrządowych.

Innego zdania jest „nasz” Duda: „Polacy i Żydzi na tych ziemiach to tysiącletnia tradycja współżycia dwóch narodów, kultur, często małżeństw, pokrewieństwa, przyjaźni, znajomości. 1000 lat wspólnej historii i trwania razem – w Polin, ziemi przyjaznej żydowskiemu narodowi”. Czyli stuletni okres „współżycia Polaków z żydokomuną” ot, tak sobie, pominął. A może wyjaśniają to chanukowe imprezy Chabad Lubawicz w Belwederze? A może prawdą jest, że tak, jak Stalin oddał Polskę w arendę Żydom, tak Jaruzelski oddał Polskę w łapy Geremka i Michnika, a Kaczyńscy przejęli schedę po tych dwóch trockistach?

Transformację ustrojową w Polsce zaprojektował z ramienia Departamentu Stanu Daniel Fried, który o sobie mówił: „Jestem małym żydkiem z Galicji”. Zapytajmy zatem: Dlaczego wojna jest w interesie rządzących w USA skomunizowanych „żydków z Galicji”? Dlaczego nacjonalista żydowski stał się nacjonalistą ukraińskim? Dlaczego neonazistom nie przeszkadzają Żydzi, a Żydom nie przeszkadzają neonaziści? Dlaczego sowieckiemu żydkowi Zełenskiemu nie przeszkadzają pomniki nazistowskich kolaborantów? A może chodzi o coś całkiem prozaicznego? Z polskiego doświadczenia wiemy, że gdy chodzi o „interes” gotowi są nawet na kolaborację ze swoimi katami. Tak, jak ten handełes z przedwojennej anegdoty. Karcony przez rabina za handel antysemickimi broszurami, odpowiada: Jakie one antysemickie, kiedy od każdej sprzedanej sztuki mam 20 groszy.

„Konserwatyzm” funkcjonującej w Waszyngtonie formacji politycznej (przez siebie przewrotnie albo dla niepoznaki zwanej neokonserwatywną, a przez prawdziwych konserwatystów zwanej neotrockistowską) sprowadza się do zapalczywości w awanturach wojennych w interesie Izraela, a nazwa „neokonserwatysta” odbierana jest w Ameryce jak antysemicka obelga (jeden z nich jest autorem słów:„Nienawidzę terminu neokonserwatysta, bo w wielu kręgach to grzeczne określenie Żyda”). To oni wywołali inwazję na Irak. To oni stali za przewrotem na Majdanie. To oni bronili „demokracji” w Syrii, a dziś bronią „demokracji w Ukrainie”. Po zwycięstwie Joe Bidena wrócili do Białego Domu z politycznej Syberii, na którą zesłał ich Trump. Problem jednak w tym, że nie rządzi Biden, lecz ocierające się o komunizm radykalne skrzydło Demokratów. Ich duplikatem w Polsce są politycy PiS, na których Trump działał, jak czerwona płachta na byka. Czy nie dlatego, że przeraziła ich doktryna „Najpierw zadbamy o nasz kraj, zanim będziemy się przejmować wszystkimi innymi”? A poza tym PiS jest neokonserwatywny także dlatego, że konserwuje żydokomunę.

Gdzie zbiegają się wszystkie nitki? Do kogo należy pociągająca za nie ręka? Na czyje polecenie żydowskie gazety dla Amerykanów i żydowskie gazety dla Polaków nawołują do bezgranicznej pomocy dla Ukrainy (i równocześnie podgrzewają temat antysemityzmu Polaków)? Czy to przypadek, że są pod kontrolą żydków z Galicji? Potwierdzają to dwie rzekomo wrogie sobie gazety – „Gazeta Wyborcza” i „Gazeta Polska” oraz dwie rzekomo wrogie sobie telewizje – TVP i TVN, zgodnie nawołujące do pomocy dla ukraińskich oligarchów (i zgodnie wzywające do rozprawienia się z tymi, którzy „antysemityzm wypili z mlekiem matki”).

Dlaczego centra dezinformacji zgodnie wzywają do rozprawienia się z „krwawym satrapą” w Moskwie i „krwawym ajatollahem” w Teheranie? Na zdrowy rozum wojna z Rosją jest niekorzystna dla interesów USA. Ale podobnie było z inwazją na Bagdad. Czy w obu przypadkach nie chodzi o machinację – wojna niekorzystna dla interesów USA, ale korzystna dla interesów lobby żydowskiego? Dlaczego właśnie teraz?Czy nie dlatego, że w łby rządzących wtłoczyli rozumowanie: Bezpieczeństwo Polski zależy nie od Kongresu, ale Amerykańskiego Kongresu Żydów, i że Polska powinna stać u boku jakiegoś państwa, niezależnie od tego, czy jej się to opłaca, czy nie? W rezultacie, polscy żołnierze ginęli w Iraku kierując się interesem bezpieczeństwa Izraela, a w niedalekiej przyszłości będą ginąć w Persji.

Wkrótce zamrożą konflikt. Zełenski pogodzi się z utratą Krymu. Ukraina zostanie drugim Izraelem w Europie, a Polska drugą Palestyną w Europie – państwem trzymanym pod parą, aktywowanym „na gwizdek”, w zależności od potrzeb „strategicznych sojuszników”. Gdy zabraknie frontu z Rosją, pójdziemy na front z Persją. Bo Polak łatwo wykonuje nakazy z góry: Obama kazał kochać Putina. Biden kazał kochać Zełenskiego, a jutro każe pokochać Putina i znienawidzić ajatollaha. Wszyscy kierują się w stosunkach międzynarodowych własnym interesem. My za swój przyjęliśmy interes ukraiński, konflikt uznaliśmy za „naszą wojnę”, a za doktrynę polityki zagranicznej: „Jesteśmy sługami narodu ukraińskiego”. Czy w przyszłości, broniąc Izraela przed ajatollahami, nie przerobią jej na: „Jesteśmy sługami narodu izraelskiego”, a Antek Macierewicz nie podpisze umowę o nieodpłatnym przekazaniu wszystkich zasobów państwa polskiego Izraelowi?

Co Lech uzyskał w zamian za poparcie „naszej wojny” w Iraku? Żydowskie roszczenia majątkowe. A co jego brat w zamian za umizgi wobec nowojorskich trockistów? Tytuł „mocarstwa humanitarnego” i zaszczyt bycia największym dostawcą pomocy wojskowej dla Ukrainy. Przypomnijmy – interesy w „wyzwolonym” Iraku robił każdy, tylko nie my. Z wartego 3 mld dolarów programu uzbrojenia nowej irackiej armii, 85 procent przypadło Ukraińcom, tym samym, którzy biorą od nas broń za darmo. Czy czegoś to nie przypomina? Kaczyński robi wszystko, by „strategiczni partnerzy” uznali go za jedynego plenipotenta swoich interesów w Polsce. Problem w tym, że aby to osiągnąć musi zapomnieć o polskich interesach. I na tej ścieżce postąpił już bardzo daleko. Scenariusz, w którym Biden dogaduje się z Putinem, a Kaczyński przygląda się temu z rozdziawioną gębę, wydawał się koszmarem. Ale tak się właśnie dzieje – przegrywamy, i to z kretesem, bo za Krym, oprócz Polski, nikt nie chce umierać. Na koniec powtórzmy raz jeszcze: Wiemy, że jest wojna, ale nie wiemy, kto strzela.

Krzysztof Baliński

=======================

Trocki Lew

Antoni Macierewicz


Mariusz Kamiński

====================

Daniek Fried

Wielki, przenikliwy polityk – Dmowski o ew. państwie ukraińskim: „Kolekcja kanalii” i „zbiegowisko międzynarodowych aferzystów”.

Wielki, przenikliwy polityk – Dmowski o ew. państwie ukraińskim: „Kolekcja kanalii” i „zbiegowisko międzynarodowych aferzystów”.

„Zbiegowisko kanalii” – jak Roman Dmowski przewidział wojnę na Ukrainie

Marek Skalski zbiegowisko-kanalii-jak-dmowski-przewidzial-wojne-na-ukrainie

„Kolekcja kanalii” i „zbiegowisko aferzystów” – tak Roman Dmowski określał środowiska, które mogą chcieć rozgrywać kwestię ukraińską. Blisko 100 lat temu, w roku 1930 Roman Dmowski opublikował swoje opracowanie pt. „Kwestia ukraińska”.

Tekst ten poraża dziś swoim trafnym i aktualnym przesłaniem. Czytając ten tekst, czytelnicy mogą odnieść wrażenie, że został napisany współcześnie, w roku 2023.

Na początku lat dwudziestych lider obozu Narodowej Demokracji, były szef Komitetu Narodowego Polskiego oraz były minister spraw zagranicznych rządu RP praktycznie porzucił aktywną działalność publiczną. W kraju od kilku lat szalał terror rządów sanacyjnych, w roku 1930 aresztowano najwybitniejszych polityków opozycji do rządów Piłsudskiego. Było to preludiom do słynnego procesu brzeskiego, w trakcie którego orzeczono kary więzienia dla uznanych polskich polityków opozycyjnych. Za kratki mieli wkrótce pójść tak oddani polskiej sprawie ludzie, jak Wincenty Witos czy Wojciech Korfanty. O Berezie Kartuskiej na razie niewiele się słyszało, ale już wkrótce wątpliwe uroki tego poleskiego miasteczka, a zwłaszcza zlokalizowanego właśnie tam specjalnego obozu odosobnienia, poznać mieli wszyscy ci, którzy ważyli się zadrzeć z marszałkiem.

Roman Dmowski mieszkający już od pewnego czasu w dworku w pod-poznańskim Chludowie oddał się niemal całkowicie swojej działalności pisarskiej i publicystycznej. Pod pseudonimem Kazimierz Wybranowski napisał nawet powieść historyczną pt. „Dziedzictwo”, ale przede wszystkim pisał opracowania społeczno-polityczne, w tym szczególnie chętnie o tematyce międzynarodowej, w której czuł się szczególnie kompetentny.

Kierunek Wschód

Polityka wschodnia II RP, szczególnie kwestia rosyjska, była mu szczególnie bliska, a to przede wszystkim ze względu na jego polityczną drogę (był przecież przez wiele lat posłem do rosyjskiej Dumy Państwowej, a politycy obozu, któremu patronował, byli w dużej mierze odpowiedzialni za przebieg i kształt granicy wschodniej niepodległej Polski. Tezy, które Dmowski przedstawił w swojej pracy, mogły ówczesnych czytelników zaskoczyć, być może nawet szokować. Ukraina jako niezależny byt państwowy wówczas nie istniała, a jej narodowe terytorium podzielone było pomiędzy silniejszych sąsiadów. Przede wszystkim Polskę i Rosję Sowiecką, w mniejszym stopniu Czechosłowację i Rumunię. I choć wewnętrzne problemy na tle stosunków narodowościowych polsko-rusińskich przetaczały się regularnie przez polską scenę polityczną, to nie stanowiły w żadnym wypadku najważniejszej osi dyskursu politycznego w kraju.

A jednak Dmowski w „Kwestii ukraińskiej” postawił tezę, że zagadnienie ukraińskiej tożsamości jest problematem nie tylko wagi regionalnej, ale wręcz ogólnoświatowej.

„Jednym z ważniejszych zagadnień naszej polityki zarówno wewnętrznej, jak i zewnętrznej – jest kwestia ukraińska. Pojmuje się ją powszechnie jako jedną z kwestii narodowości, które się obudziły do samoistnego życia w dziewiętnastym stuleciu, podniosły swą mowę z narzecza ludowego do godności języka literackiego, a w końcu osiągnęły niezawisły byt państwowy”.

Dmowski antycypował, że prędzej czy później musi pojawić się niepodległe państwo ukraińskie.

W tym pojęciu, na mapie Europy – zjawienie się odrębnego państwa ukraińskiego – jest tylko kwestią czasu i to niedalekiego”.

Lider polskiego ruchu narodowego widział ogromne możliwości przyszłego państwa kijowskiego. Rozumiał jego potencjał ludnościowy oraz potęgę wynikającą z ogromnych bogactw naturalnych w zakresie produkcji żywności czy eksploatacji kopalin. Już w siedemnastym stuleciu ziemie ukrainne określano jako Egipt Wschodu i wielki spichlerz Europy. Dlatego też szczególnie akcentował predyspozycje gospodarcze dawnej Rusi Kijowskiej. Jednocześnie krytykował ówczesne polskie elity, które kwestię ukraińską traktowały z lekceważeniem.

„Kwestia ukraińska w obecnej swojej postaci daleko wykracza poza granice miejscowego zagadnienia narodowości: jako kwestia narodowości – jest ona o wiele mniej interesująca i mniej doniosła, niż jako zagadnienie gospodarczo-polityczne, od którego rozwiązania zależą wielkie rzeczy w przyszłym układzie sił nie tylko Europy, ale całego świata. To jej znaczenie trzeba przede wszystkim rozumieć, ażeby móc w niej zająć jakiekolwiek świadome własnych celów stanowisko. Nie licząca się z nim polityka ukraińska będzie niepoczytalną.

Kwestii tedy ukraińskiej nie można tak traktować, jak się traktuje kwestię pierwszej lepszej narodowości, obudzonej do życia politycznego w XIX stuleciu. Znaczeniem swoim przerasta ona wszystkie inne ze względu na liczbę ludności mówiącej po małorusku, jak na rolę obszaru przez nią zajmowanego i jego bogactw naturalnych w zagadnieniach polityki światowej”.

Kolekcja kanalii

Obserwując, co od kilkunastu lat, a szczególnie silnie od wiosny ubiegłego roku, dzieje się nad Dnieprem, można się szczerze zdumieć nad profetyzmem i umiejętnością przenikania przyszłych wydarzeń urodzonego w Warszawie polityka. Dmowski pisze, że pojawienie się niepodległego państwa nad Dnieprem wywoła efekt pojawienia się tam „zbiegowiska aferzystów”, stając się poletkiem dla mętnych interesów „bogatej kolekcji międzynarodowych kanalii”. Czy to nam dziś czegoś nie przypomina? Oczywiście język pana Romana może dziś szokować, ale wówczas nie odbiegał specjalnie swym zabarwieniem emocjonalnym od polskiej średniej (żeby przypomnieć choćby słynne prostackie wypowiedzi Piłsudskiego).

Nie ma siły ludzkiej, zdolnej przeszkodzić temu, ażeby oderwana od Rosji i przekształcona na niezawisłe państwo Ukraina stała się zbiegowiskiem aferzystów całego świata, którym dziś bardzo ciasno jest we własnych krajach, kapitalistów i poszukiwaczy kapitału, organizatorów przemysłu, techników i kupców, spekulantów i intrygantów, rzezimieszków i organizatorów wszelkiego gatunku prostytucji: Niemcom, Francuzom, Belgom, Włochom, Anglikom i Amerykanom pośpieszyliby z pomocą miejscowi lub pobliscy Rosjanie, Polacy, Ormianie, Grecy, wreszcie najliczniejsi i najważniejsi ze wszystkich Żydzi. Zebrałaby się tu cała swoista Liga Narodów…

Te wszystkie żywioły przy udziale sprytniejszych, bardziej biegłych w interesach Ukraińców, wytworzyłyby przewodnią warstwę, elitę kraju. Byłaby to wszakże szczególna elita, bo chyba żaden kraj nie mógłby poszczycić się tak bogatą kolekcją międzynarodowych kanalii”.

Ideowy przywódca endecji oczywiście dostrzegał wagę, jaką stanowił aspekt ukraiński w polityce niemieckiej. Już od drugiej połowy XIX wieku emancypacja dążeń Rusinów była wykorzystywana przez rządy monarchii Habsburgów i Hohenzollernów w walce z głównym przeciwnikiem Niemczyzny na wschodzie, za jaki tradycyjnie uważana była Polska. Rodzący się ukraiński ruch narodowy obok nieco słabszego litewskiego czy białoruskiego miał osłabiać polskie dążenia do odbudowy dawnej Rzeczpospolitej.

„Już pod koniec ubiegłego stulecia zajęła ona poczesne miejsce w planach polityki Niemiec, pod których patronatem została tak szeroko postawiona. Odbudowanie państwa polskiego nie zmniejszyło, ale raczej zwiększyło jej znaczenie w widokach polityki niemieckiej: z jej rozwiązaniem wiążą się nadzieje na zmianę granicy niemiecko-polskiej i na zredukowanie Polski do obszaru, na którym byłaby państewkiem nic nie znaczącym, od Niemiec całkowicie uzależnionym.

Ekonomiczna zaś strona kwestii tak wielką rolę grająca w widokach mocarstwa Hohenzollernów, dla dzisiejszych Niemiec, przy ich potężnych trudnościach gospodarczych, jest jeszcze donioślejsza. Niewątpliwie miał ją między innymi na myśli szef rządu niemieckiego, gdy niedawno w swej mowie wskazywał główne źródło finansowych i gospodarczych kłopotów niemieckich w układzie rzeczy politycznych na wschód od Niemiec.

W ostatnich latach, dzięki węglowi i żelazu Zagłębia Donieckiego oraz nafcie kaukaskiej, Ukraina stała się przedmiotem żywego zainteresowania przedstawicieli kapitału europejskiego i amerykańskiego i zajęła miejsce w ich planach gospodarczego i politycznego urządzenia świata na najbliższą przyszłość.

Do tego trzeba dodać – co nie jest wcale najmniej znaczącym – rolę, jaką Ukraina obok Polski odgrywa w zagadnieniach polityki żydowskiej”.

Polski polityk doskonale przewidział, że niepodległa Ukraina wkrótce może zacząć dryfować nie w kierunku tworzenia zdrowych podstaw silnego i niepodległego państwa, ale powoli zacznie przekształcać się w coś na kształt „międzynarodowego przedsiębiorstwa” toczonego przez „szybki postęp rozkładu i zgnilizny”.

„Ukraina stałaby się wrzodem na ciele Europy; ludzie zaś marzący o wytworzeniu kulturalnego, zdrowego i silnego narodu ukraińskiego, dojrzewającego we własnym państwie, przekonaliby się, że zamiast własnego państwa, mają międzynarodowe przedsiębiorstwo, a zamiast zdrowego rozwoju, szybki postęp rozkładu i zgnilizny. Ten, kto przypuszcza, że przy położeniu geograficznym Ukrainy i jej obszarze, przy stanie, w jakim znajduje się żywioł ukraiński, przy jego zasobach duchowych i materialnych, wreszcie przy tej roli, jaką posiada kwestia ukraińska w dzisiejszym położeniu gospodarczym i politycznym świata, mogłoby być inaczej – nie ma za grosz wyobraźni.

Kwestia ukraińska ma rozmaitych orędowników, za¬równo na samej Ukrainie, jak poza jej granicami. Między ostatnimi zwłaszcza jest wielu takich, którzy dobrze wiedzą, do czego idą. Są wszakże i tacy, którzy rozwiązanie tej kwestii przez oderwanie Ukrainy od Rosji przedstawiają sobie bardzo sielankowo. Ci naiwni najlepiej by zrobili, trzymając ręce od niej z daleka”.

Ukraina i kwestia chińska

W swej pracy Dmowski dostrzegał istotną rolę Chin w naszej wschodnio-europejskiej układance. Ostrzegał wprost, że pozbawienie Rosji (nie ważne w jakiej formie ustrojowej) gospodarczego znaczenia Donbasu i rolniczego zaplecza słynnych ukraińskich czarnoziemów osłabi mocarstwo moskiewskie w nieubłaganej konfrontacji z Państwem Środka.

Było to o tyle zaskakujące, że ówczesna Republika Chińska była państwem pogrążonym w anarchii i piekle wojen domowych, które rozdzierały dawne azjatyckie imperium. Już wkrótce kraj ten miał zmierzyć się agresją Cesarstwa Japonii. W tej sytuacji mało kto zawracał sobie ówcześnie głowę potencjalnym chińskim zagrożeniem. Dmowski przeciwnie, już w okresie międzywojennym dostrzegał ogromny potencjał Chin i przewidywał, że prędzej czy później państwo to stanie się super-mocarstwem.

„Gdyby Rosja została pozbawiona Ukrainy, a przez to węgla, żelaza i nafty została pozbawiona – jej widoki na przeciwstawienie się Chinom w wojnie stałyby się wkrótce znikome. Historia bliskiej przyszłości byłaby historią posuwania się państwowego i kolonizacji chińskiej ku Bajkałowi, a potem niezawodnie dalej. Byłaby to zguba Rosji, z punktu widzenia niejednej polityki pożądana. Przyszedłby wszakże czas, i to może dość rychło, kiedy narody europejskie spostrzegłyby i nawet odczuły, że Chiny są za blisko.

To położenie sprawia, że Rosja, jakikolwiek rząd w niej będzie rządził, musi bronić Ukrainy jako swej ziemi, do ostatniego tchu, w poczuciu, że strata jej by¬łaby dla niej ciosem śmiertelnym”.

Ukraina a Polska

Roman Dmowski nigdy nie lekceważył dążeń emancypacyjnych Ukraińców. Przeciwnie, był przekonany, że dla Polski są one skrajnie niebezpieczne. W jego opinii zostały one wystarczająco jasno wyrażone w zapisach Traktatu Brzeskiego. Niepodległa Ukraina, jeśli miałaby być władna przeciwstawić się Rosji, musiałaby być potencjalnie jak najsilniejsza, władać maksymalnie dużym terytorium i posiadać odpowiednio jak najliczniejszą i dobrze uzbrojoną armię.

„Położenie nasze w tej sprawie jest bardzo wyraźne. Choćbyśmy mieli najmętniejsze pojęcie o dążeniach ukraińskich, to przecie posiadamy pisany dokument, będący oficjalnym programem państwa ukraińskiego. Jest nim traktat brzeski. Konspirujący z naszymi konspiratorami Ukraińcy mogą nawet szczerze dziś deklarować wiele rzeczy, ale zdrowo myśląca polityka nie może się przecie opierać na deklaracjach pojedynczych ludzi czy organizacji, czy nawet urzędowych przedstawicieli całego narodu. Musi ona patrzeć przede wszystkim na to, co tkwi w instynktach, w dążeniach ludów i w logice rzeczy. Jakiekolwiek byłoby państwo ukraińskie, zawsze musiałoby ono dążyć do objęcia wszystkich ziem, na których rozbrzmiewa mowa ruska. Musiałoby dążyć nie tylko dlatego, że takie są aspiracje ruchu ukraińskiego, ale także dlatego, że chcąc się ostać wobec Rosji, która by się nigdy z jego istnieniem nie pogodziła, musiałoby być jak największym i posiadać jak najliczniejszą armię”.

Jak pokazała historia, Dmowski miał całkowitą rację i pojawienie się niepodległej Ukrainy owocuje dziś potężnymi problemami na skalę ogólnoświatową. Dmowski przewidział zainteresowanie Ukrainą międzynarodowych środowisk żydowskich i pierwszorzędną rolę Chin w przyszłym konflikcie. Oczywiście dostrzegał rolę Niemiec, nie docenił tylko pozycji USA, której w swoich pracach nie widział w roli światowego hegemona, może dlatego, że w tamtym okresie Stany Zjednoczone przeżywały okres izolacjonizmu i dyplomatycznej bierności.

Zdumiewać musi przenikliwość i słuszność osądu pana Romana, a martwić może fakt, że tej miary polityk i mąż stanu został skazany na przymusową wewnętrzną emigrację przez polityków ówczesnego reżimu.

Opowieść o Halinie córce Piotra z Krępy. Legenda sandomierska….O pax mongolica (tatarica), Franciszku…

Andrzej Juliusz Sarwa

Opowieść o Halinie córce Piotra z Krępy

legenda sandomierska

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Tomasz Obara

Tatarzy

Zima roku 1260 nie nadchodziła długo. Drzewa i krzewy czarniawymi gałęźmi ostro rysowały się na tle białosinego nieboskłonu. Przymrozki, nocą ścinające kałuże kładące się pośrodku wąskich sandomierskich uliczek, uchodziły precz, gdy słońce mocniej przygrzewało. Lepkie błoto, z żółtego lessu powstałe, kleiło się do nóg przechodniów.

Aż oto ludzie z utęsknieniem wyglądający zimy doczekali się jej wreszcie. Któregoś ranka świat cały utonął w bieli. Dachy domostw, kościołów, zabudowań grodowych przykrywały puszyste czapy, nasunięte na oczy okiennych otworów. 

Śród zasp wydeptano wąskie ścieżyny. Przechodnie uśmiechali się do siebie i z lubością wciągali w nozdrza rześkie, mroźne powietrze, a później wydychali obłoczki pary. 

Świat poweselał, nową szatę przywdziawszy. Precz ujść miały choróbska, które się lęgły we mgle i wilgoci. Tylko żebracy markotnie spoglądali wkoło, bo oto na nich ciężki czas przychodził. 

Z westchnieniem wspominali letnie upalne dnie, gdy wylegiwali się na trawie u stóp rozłożystych lip, Świętojackową ręką posadzonych, lub pod konarami prastarych, pogańskich dębów, rosnących u podnóża góry, na której szczycie kościół Panny Maryi połyskiwał białymi murami. 

Za dnia kulili się w zimnych kruchtach świątynnych, wyciągając ręce pokrzywione niczym sękate konary, jękliwymi głosami prosząc o jałmużnę. Gorsze były noce, gdy śnieg sypki chrzęścił pod stopami, w dziurawe łapcie obutymi, i skrzył się w srebrnosinym poblasku księżyca, a mróz bez miłosierdzia kąsał uszy, policzki i palce. 

Skoro zima już dobrze się rozsiadła na sandomierskich wzgórzach, a Wisła stanęła powleczona grubą warstwą lodu, któregoś popołudnia, gdy zmierzch jął się rozpościerać nad miastem, powietrze szarzeć, a mróz tężeć, na drodze od Zawichostu idącej ujrzano konnego, który co sił bódł wierzchowca piętami i leciał ku Sandomierzowi niczym zamieć śnieżna.

Rozwarto na oścież bramę, którą już poczęto przymykać, a ów wpadłszy w nią galopem, zsunął się z konia na ziemię i ciężko łapiąc powietrze szeroko rozwartymi ustami, wychrypiał:

– Tatarzy idą… Lublin złupiony… 

Opadł na kolana, a później zarył twarzą w miękkim, białym puchu. 

Próżno go cucono, przeniósłszy do grodu. Olbrzymi wysiłek, pospołu z mroźnym powietrzem sprawiły, iż serce ściśnięte potężnym skurczem ustało.

Śród ludzi otaczających przybyłego zapadła cisza. Spoglądali na siebie, a niejednemu w oczach czaił się lęk. 

– Boże, jeśli to prawda, co ów rzekł, cóż poczniemy?! Jak raz nie ma księcia w Sandomierzu, a nim da się mu znać, nim przybędzie z Krakowa, może już być po wszystkim. 

I zgromadzeni pojęli, ile grozy się kryje w owym „po wszystkim”. 

Ktoś drugi zawołał: 

– Boże miłosierny! Miej litość nad nami! 

– Nie kraczcie, nie kraczcie! Jeszcze nie ma Tatarów, a ponadto sporo nas tu zbrojnych. Gród silnie obwarowany, nie zdobędą go łatwo. Z miesiąc zabawią pod wałami, a tymczasem książę przybędzie z odsieczą. 

Słowa te wyrzekł rosły mężczyzna, o szerokich barach, przyodziany w bogate suknie i okryty płaszczem podbitym sobolowym futrem. 

Mógł mieć około trzydziestu pięciu lat, nie więcej. Głowę trzymał prosto uniesioną ku górze. Jasne włosy w nieładzie opadały mu na ramiona, lecz nie wyglądało to niechlujnie. Gęsta broda o złotawym odcieniu miękko okalała twarz. Niebieskie oczy dobrotliwie spoglądały spod niedbale odgarniętej z czoła grzywki. Był to Piotr z Krępy, kasztelan sandomierski.

Na jego słowa chmurne dotąd oblicza, okalających zmarłego mężczyzn, poweselały nieco. 

– Naprawdę myślisz, panie Piotrze, że wytrzymamy aż miesiąc? – zapytał jeden z obecnych. 

– A dlaczego by nie? – odpowiedział pytaniem kasztelan. – Jak mówiłem, gród warowny, jedzenia i wody mamy pod dostatkiem, a chociaż rycerstwo z panem naszym, księciem Bolkiem, do Krakowa się udało, to przecież niemało nas zbrojnych, by wały obsadzić. 

– O grodzie mówisz. Zgoda. A miasto? Co z miastem? Czy zostawisz tylu ludzi poganom na rzeź?

Owo pytanie ciężko zawisło w powietrzu. Mężczyźni pomarkotnieli znowu. 

– Zapasów jest tyle, że i dla mieszczan starczy. Schronią się w grodzie – odpowiedział Krępa. 

Ale zebrani kręcili głowami bez przekonania, a później jęli się rozchodzić do domów.

* * *

Na dworze zapadła głęboka noc. Ogromny, majestatyczny księżyc wypłynął zza widnokręgu i zalał ziemię potokiem sinosrebrzystej poświaty.

Śnieg ostro chrzęścił pod stopami kasztelana, a mróz kłuł mu płatki uszu milionem igieł, osiadał szadzią na wąsach i brodzie, chwytał za palce u nóg. Krępa minął swój dom i wyszedłszy z obwałowań grodowych, skierował się na sąsiednie wzgórze, gdzie na tle ciemnego nieba ledwo majaczyły zwalistą, niekształtną masą zabudowania klasztorne i kościół Świętego Jakuba. 

Ciężko mu było wspinać się wyślizganą setkami stóp ścieżyną. Spojrzawszy w prawo, dostrzegł odcinające się czernią od wysrebrzonej księżycem bieli śnieżnego tła, dziesiątki krzyży cmentarnych wpodle Świętego Jana.

Straszno mu się zrobiło na ten widok, przypominający, iż taki nas wszystkich kres czeka. Straszno i smutno zarazem. Oto tu bowiem śród licznych kopczyków żółtej ziemi była mogiła jego żony, która umarła, wydając na świat córkę, Halinę, dzisiaj dwanaście lat już liczącą. 

Coś dziwnie ścisnęło Krępę za gardło. Przetarł zwilgotniałe oczy połą płaszcza i schyliwszy się pod brzemieniem wspomnień, jął piąć się ku górze jeszcze wolniej. 

„Tyle już lat, tyle lat, a on nigdy nie może myśleć o umarłej bez wzruszenia. Jedną ją kochał, a los niełaskawy zakazał mu się cieszyć tą miłością. Śmierć zabrała ją rychło, niespełna w dwa lata po ślubie”.

I od owej pory nigdy już Krępa nie spojrzał na żadną niewiastę. A przecież chętnych, by wydać się za młodego, bogatego kasztelana, było co niemiara. Próbowano go też wielokroć wyswatać, ale gdy odrzucał każdą kolejną propozycję, w końcu dano temu spokój, poczytując go za dziwaka. 

Życie płynęło mu powoli, niczym Wisła, która – gdy żar letniego słońca wypije z niej wodę – toczy się leniwym nurtem śród łach szarego piachu. 

Życie upływało mu na służbie publicznej i na wychowywaniu córki, poza którą świata nie widział. A ona odwzajemniała się temu, co jej był i ojcem, i matką pospołu, równie wielką miłością. 

W miarę jak rosła, rosło też jej podobieństwo do zmarłej matki. Była drobna, szczupła, lecz żywa jak skierka. Długie, jedwabiste włosy kładły się jej niczym płaszcz z drogocennej materii na plecach, lub opadały ciężkim warkoczem, jeśli go akurat splotła piastunka.

Spod puszystej grzywki spoglądało dwoje oczu bystrych i wesołych o barwie rzadkiej u blondynek – nie błękitnych, jakby się spodziewać można było, lecz brązowych. 

Na wspomnienie córki uśmiechnął się Krępa do siebie. Dotarł już w pobliże kościoła i teraz wszedłszy w mrok rzucany przez konary Świętojackowych lip, na których leżały płaty śniegu, skierował się ku furcie klasztornej. 

Pociągnął za sznur sygnaturki raz i drugi i wsparłszy się o ceglany mur, cierpliwie czekał. Po długiej chwili dały się słyszeć stłumione śniegiem kroki, a później starczy głos zapytał: 

– Kto tam?

– Otwórzcie, ojcze furtianie, to ja, Piotr z Krępy. 

– Czego szukacie u nas, panie, po nocy? 

– Z przeorem chcę mówić. W pilnej sprawie. Prowadź mnie do niego. 

Zaskrzypiały nienasmarowane wrzeciądze, furta uchyliła się tylko tyle, by mógł przez szparę prześlizgnąć się człowiek i gdy Krępa wszedł do wnętrza, z głuchym łoskotem się zatrzasnęła. 

Szli ciemnymi krużgankami. Od płomienia łuczywa, którym furtian oświetlał drogę, pełgał krwawy poblask po ceglanych, surowych ścianach, kładąc drżące cienie w kątach i zakamarkach.

Powietrze przesycone było słodkawą wonią uschłych kwiatów, kadzidła i kurzu. Kamienna posadzka niosła echem po korytarzach kroki idących – prędkie klaskanie mniszych chodaków i ciężkie stąpanie kasztelana.

Po dłuższej chwili przystanęli u solidnych drzwi dębowych, wpuszczonych w równie solidne, murowane odrzwia. Starzec zakołatał raz i drugi, a gdy nie doczekał się odpowiedzi, wziąwszy za klamkę, pchnął je silnie i zajrzał do celi. 

Uniósł łuczywo, aż rozjaśniło się wnętrze. Było puste. Nienaruszone posłanie świadczyło, iż tego wieczora nikt na nim nie spoczywał.

– Nie ma ojca przeora. Pewnie jeszcze się modli w kościele – powiedział furtian. 

– Więc chodźmy tam, ojcze. 

– Ale czy można przeszkadzać w modlitwie, kasztelanie? – odrzekł zakonnik.

– Sprawa jest taka, iż nie tylko się godzi, a nawet potrzeba. 

– Cóż to za sprawa, panie? 

Krępa westchnął ciężko i odrzekł: 

– Chciałem ci zaoszczędzić troski, chociaż na tę noc jeszcze, ale widzę, że to się nie uda. Tatarzy idą na Sandomierz… 

– Chryste Jezu! A w grodzie ni księcia, ni rycerzy! Cóż poczniem, panie Piotrze? Cóż poczniem?! 

Furtian nie zwlekał już. Jakby mu raptem lat ubyło, prawie biegnąc, skręcił w korytarz wiodący do kościoła. Krępa, idąc za nim, ledwo mógł nadążyć.

Wnętrze świątyni spowijał głęboki mrok, tylko przed Sanctissimum pełgał wątły płomyk kaganka, prósząc w okrąg słabym żółtawym poblaskiem. W jego środku widać było klęczącą postać ludzką w białej zakonnej sukni z czarnym płaszczem narzuconym na ramiona. 

Krępa z furtianem przystanął tuż za modlącym się.

– Ojcze Sadoku – powiedział półgłosem kasztelan – chcę ci coś rzec. Coś bardzo ważnego. 

Przeor powoli odwrócił głowę i bystrym spojrzeniem obrzucił mówiącego, a ujrzawszy na jego twarzy skupienie i powagę, pojął, iż nie dla błahej przyczyny modły mu przerywa. Uczynił tedy na piersi szeroki znak krzyża i czym prędzej podźwignął się z kolan.

– Chodźmy, panie Piotrze. 

Skoro tylko znaleźli się w celi przeora i usiedli na twardych zydlach. Krępa, widząc wyczekiwanie w oczach zakonnika, rzekł:

– Tatarzy idą na Sandomierz…

Przeor ukrył twarz w dłoniach: 

– Bądź nam miłościw, Boże. Bądź miłościw… 

– Ojcze Sadoku, jutro, skoro świt, przeniesiecie się z braćmi do grodu. Cóż, ciasno nam będzie, bo i mieszczan musimy tam zmieścić, ale przecież się nie podusimy. Przyszło mi na myśl, żebyście na ten czas zamieszkali w grodowym kościółku Świętego Mikołaja Cudotwórcy. Chyba się święty biskup Mir-Licejski nie pogniewa o to?

– Zapewne, zapewne… Oby jeszcze chciał u tronu Bożego wybłagać zmiłowanie dla Sandomierza…

– Tedy budźcie zakonników, ojcze. Spakujcie, co macie cennego, i gdy tylko brzask wstanie, przybywajcie do grodu. 

Podniósł się Krępa z zydla, skłonił przed Sadokiem i wyszedł z celi. Za drzwiami czekał furtian, by wyprowadzić go z klasztoru.

* * *

Na dworze mróz się wzmógł, śnieg ostro chrzęścił pod stopami. Gdzieś śród zabudowań poszczekiwały psy, a gdy milkły, cisza niczym całun zawisała nad miastem i grodem. Bolesna cisza. 

„A co będzie, jeśli nie strzymamy?!” 

„A co będzie, jeśli książę nie przybędzie na czas?” 

„Co będzie, co będzie, co będzie”… 

Złe myśli krążyły w głowie Piotra niczym gawrony kraczące nad jesiennym rżyskiem. Odpędzał je precz, ale one – natrętne – wracały. 

Nie o siebie się bał. Cóż, jemu wszystko jedno, jego szczęście zgasło przed wieloma łaty. Ot, żyje, bo żyje i tyle. Ale dzieci, niewiasty, nieobznajomione z wojną łyki. Halina!… 

Nie śmiał nawet myśleć, jaki los ją czeka, gdyby gród nie wytrzymał natarcia.

– Jezu Chryste! – chwycił się za głowę i pobiegł, potykając się o przyczajone pod śniegiem grudy. 

Gdy wszedł do swej izby, od progu uderzyła go fala gorąca. Zdjął wierzchnie odzienie i usiadł przy stole. Ale niepokój znów go porwał na nogi. Przebiegał izbę to w tę, to w drugą stronę, i myślał, myślał, czy nie znalazłoby się jakieś inne wyjście prócz obrony. 

„Poddać miasto”. – Ta myśl niczym pokusa szatańska nachodziła go, natrętna i uporczywa. 

„Poddać i co dalej? Chociaż Tatarzy oszczędzą mi życie w zamian, to przecież zażądają okupu. W złocie i w… ludziach. O to pierwsze, mniejsza. Ale ludzie, jakże zaprzedać tych, którzy mi zawierzyli, którzy we mnie upatrują obrońcy? Wszak jestem kasztelanem!” 

I znów ów drugi głos odzywał się w jego czaszce: 

„Poddać miasto! Cóż mi ludzie?! Niech ich piekło pochłonie! Ja i Halina ocalejemy! Ona jeszcze taka mała. Życie przed nią. A może zabrać dziecko i uciec?” 

Chwytał się za głowę, mocował sam ze sobą. Zachodził patrzeć na uśpioną córkę. Ale gdy usłyszał pianie pierwszych kogutów, był już spokojny, chociaż nieludzko zmęczony. 

Wszak był rycerzem i kasztelanem. Honor i obowiązek, wierność swemu księciu nakazywały mu jedno: bronić, póki tylko było to możliwe, wszystkich słabych, maluczkich i owego miasta, i owego grodu, który strzegł Polski, niczym groźny brytan, od napaści półdzikich sąsiadów ze Wschodu. 

I chociaż często skatowany i prawie w agonii, zawsze wylizywał się z ran, by znów bronić mlekiem i miodem płynącego kraju, by znów przyjmować pierwsze ciosy, łagodzić impet uderzenia, dawać czas innym, by gotowali się do walki. 

Niebo poszarzało nad widnokręgiem, po kościołach jęły dudnić dzwony. Krępa, przyodziawszy się ciepło, miał już wyjść z domu, by sposobić gród do obrony, gdy nagle Halina, bosa i w samej tylko koszuli, trąc pięściami zaspane jeszcze oczy, podbiegła do niego.

– Czyś, ojcze, nie spał dzisiaj wcale?! 

– Nie spałem, córeczko, jak widzisz. Złe czasy nastały, złe bardzo. Wczoraj posłaniec przybył od Lublina ze straszną wieścią, że Tatarzy idą ku nam.

– I co się stanie, ojcze? 

– Cóż, będziemy się bronić. Da Bóg, przyjdzie nam książę z odsieczą.

– A jeśli nie przyjdzie? 

– To wtedy zginiemy. 

– Czy musimy ginąć? Czy nie lepiej skryć się w puszczy za Wisłą, tatku? Tam nas nikt nie znajdzie.

– Widzisz, dziecko, ta ziemia, to miasto, ten gród, to wszystko nasza ojczyzna. Tu pogrzebane kości naszych dziadów, tu twoja spoczywa matka. Ale ta ziemia, to też ojczyzna tych, co przyjdą po nas. Jeśli tedy ją porzucimy, oddamy na łup, na splugawienie, cóż o nas kiedyś powiedzą? Nie masz nic świętszego od ziemi ojców – ciągnął dalej – i jeśli nawet umrzeć by ci przyszło, aby ją uratować, to pamiętaj, że trzeba umrzeć. Ta ziemia cię karmi, poi i odziewa. Syci zapachem kwiatów, dojrzewających zbóż, jesiennych mgieł, topniejących śniegów. Z niej ulepione twoje kości i w niej się schronisz, gdy zakończysz bieg żywota. Jakże jej tedy nie kochać, nie bronić? Jakże, córuchno?

Halina słuchała słów ojcowych z powagą, ale usteczka jej drżały i widać było, iż całą siłą woli panuje nad sobą, żeby nie wybuchnąć szlochem. Po chwili, łamiącym się głosem zapytała: 

– Ale ty, ojcze, nie zginiesz? 

– Da Bóg, nie zginę, Halinko. 

Przygarnął ją do piersi. Przycisnął z całej siły, jakby chciał zdusić, a później uniósł do góry i serdecznie ucałował. 

– No, uciekaj na posłanie, bo marzniesz!

* * *

Od samego rana ludzie miotali się po mieście, wylęknieni wieścią o Tatarach, która błyskawicznie rozniosła się wokół. W grodzie tymczasem sposobiono się do walki. Obchodzono wały, sprawdzając, czy nie są gdzieś nadwyrężone. Przygotowywano sterty kamieni, belki, beki smoły… 

Tak minął czas do południa. Ale gdy dzwony wybiły Anioł Pański, dostrzeżono czarniawe mrowie ludzkie na gościńcach wiodących do miasta. I na tym od Zawichostu i na tym od Opatowa. I na tym od Krakowa również. 

Początkowo wszczął się tumult, bo mieszczanie sądzili, iż owo już zagony tatarskie. Wszelako rychło rozpoznano w tym mrowiu uciekinierów, którzy szli schronić się w Sandomierzu. 

– Jezus, Maryja! – krzyknął Krępa. – Na nic moje rachuby! Tegom się nie spodziewał. Jeszcze naszych mieszczan można by wyżywić, ale ową czerń, co bieży nawet i stamtąd, gdzie Tatar by się nie zapędził? 

Naraz usłyszał kroki licznych stóp za sobą. Odwrócił się i ujrzał, że oto mnisi dominikańscy, na czele z przeorem Sadokiem, kierują się ku wyjściu z grodu. 

– Ojcze Sadoku, co czynisz? – zapytał kasztelan.

– Cóż, panie Piotrze. Spójrz, ilu teraz ludzi będziesz musiał zmieścić. Święty Jakub warowny, może go poganie nie wezmą. A wezmą, to cóż, wola Boska!

– Ojcze Sadoku, zastanów się jeszcze! 

– Już się zastanowiłem. Będziecie tu mieli bardziej niż my potrzebujących opieki. 

Na to Krępa się już nie odezwał, tylko patrzył długo na dwuszereg zakonników, wspinających się wolno na Świętojakubskie Wzgórze, jakby żegnał ich w ten sposób. 

Gdy masa ludzka wlała się w obwarowania miejskie, poczęto ją lokować i w mieście i w grodzie. Ale z powodu ogromnej ciżby i miejscowych, i przybyszów ledwo dziesiąta część się tam pomieściła. Reszta, miotając się w popłochu, szukała schronu w miejscach bardziej warownych, za najbezpieczniejszy uznając w końcu kościół Narodzenia Panny Maryi, wystawiony z białego kamiennego ciosu na stromym wzgórzu, oddzielonym od reszty miasta przepaścistymi wąwozami.

Tak minęło dni kilka, podczas których co raz to przybywało uciekinierów. Wreszcie czatownik siedzący na jednej z wież zamkowych zadął w róg, obwieszczając zbliżanie się wojsk nieprzyjacielskich.

I rychło zaroiło się pod wałami od zbrojnych, pomykających na niewielkich, acz silnych konikach. Potok ludzki wypływał z okolicznych wąwozów, powietrzem niosła się wrzawa, nad którą górowały pojedyncze, przenikliwe okrzyki dowódców lub dźwięk kościanych gwizdków, ostro wibrujący w uszach.

Tatarzy, aczkolwiek pełni zapału, ochłódli nieco na widok potężnej warowni górującej nad okolicą. Nie zamierzali jednak rezygnować, licząc na zdobycie cennych łupów i mnogość niewolników po zajęciu miasta i grodu. 

Toteż po chwilowym odpoczynku i odbyciu narad, u stóp wałów ukazał się sam naczelny wódz. Ubrany był w piękny, bogaty płaszcz z połyskliwej materii żółtej barwy, podbitej popielicowym futrem. Równie drogocenny kaftan, spodnie i buty dopełniały stroju. W ręku trzymał szpiczastą czapkę, którą przed chwilą zdjął z głowy. Po bokach miał tatarskich setników i ruskich kniaziów: Wasylkę włodzimierskiego oraz Romana i Lwa Daniłowiczów halickich. 

Tych ostatnich Krępa znał, bo już spotykał ich ongi, jeżdżąc z poselstwem na Ruś. Oni także go poznali, bo naraz Roman ściągnął wodze, zamachał ręką i krzyknął: 

– Witaj mi kasztelanie! 

– Ja ciebie nie witam, boś nie jako druh przybył pod Sandomierz, ale jako wróg! – odkrzyknął na to Piotr Krępa. 

Tatarzy i Rusini zatrzymali się naprzeciw niego. 

– Nie masz racji, kasztelanie! – ciągnął Roman. – Jako druh tum przybył, chcąc ratować cię od śmierci! Spójrz, ilu wojowników przywiódł pan mój, wielki Burundaj! – tu wskazał ręką na bogato przyodzianego Tatara. – Nie zdzierżysz mocy jego potęgi. Polegniesz i ty, i twoi ludzie. Oszczędź ich krwi, poddaj miasto!

– Żeby ich oddać w gorszą od śmierci niewolę? Zaiste, przemawiasz jak druh prawdziwy, namawiając mnie do hańby! Odejdźcie, nie chcę z wami rozmawiać! – Rzekłszy to, odwrócił się i zszedł z wałów.

W tejże samej chwili, jakby na potwierdzenie wiarołomstwa Rusinów, obok ucha bzyknęła długa, smukła strzała, wypuszczona ręką kniazia Wasyla. Wbiła się w zlodowaciały pagórek śniegowy, a bełt z piór czaplich zachybotał ostro. Wasyl zaniósł się rubasznym śmiechem. 

Wojsko tatarskie wspierane przez ruskie oddziały z całą mocą natarło na wały miejskie. Polacy bronili się mężnie. Na głowy atakujących lał się ukrop i wrząca smoła, sypał grad kamieni i ciężkie kłody drzewa. Odpychano drabiny ze wspinającymi się po nich napastnikami, te z trzaskiem waliły się w dół, a krzyk spadających unosił się pod niebo.

W trudzie i znoju odpierano atak po ataku. Ręce mdlały rycerzom, przybywało zabitych i rannych i chociaż mieszczanie włączyli się do obrony, Krępa wiedział, iż już rychło będzie musiał oddać miasto. Nie sprosta bowiem tatarskiemu mrowiu.

Tymczasem mrok nocy przerwał walkę w chwili, gdy sandomierzanom nie stało już sił. Nakazał tedy Krępa odwrót do grodu, gdzie mieli odpocząć, aby z pierwszym brzaskiem dnia znów stanąć do walki. Odchodzili zbrojni na Wzgórze Zamkowe żegnani lamentem i płaczem tych, co schronienia poszukali w mieście. Wiedzieli bowiem, iż tym samym wyrok na nich zapadł.

* * *

Następnego dnia rankiem, zanim świt rozjaśnił widnokrąg, stary przeor Sadok długo klęczał przed krucyfiksem. 

Ręce splótł tak silnie, że aż zbielały mu knykcie, oczy utkwił w postaci Ukrzyżowanego i bezgłośnie poruszał ustami: 

„Niech zmartwychwstanie Bóg, a będą rozproszeni nieprzyjaciele Jego. Niech uciekną sprzed oblicza Jego ci, którzy Go nienawidzą. Jako ginie dym, tak niech przepadną. Jako wosk się rozpływa od ognia, tak niech zginą szatani sprzed oblicza miłujących Boga, żegnających się znamieniem św. Krzyża i z weselem głoszących: Pozdrowiony bądź Krzyżu, Najczcigodniejszy i Ożywiający Krzyżu Pański, który rozpędzasz szatanów mocą na tobie Ukrzyżowanego. O przezacny, o czcigodny, o życiotwórczy Krzyżu Chrystusowy, bądź nam ku pomocy z Przeczystą Bogarodzicą i wszystkimi świętymi na wieki”.

Modlitwę przeora przerwał dźwięk sygnaturki, wzywający zakonników na Mszę poranną. Podźwignął się tedy z kolan i wyszedłszy z celi, skierował do kościoła. 

Przyoblókłszy się w zakrystii w szaty kapłańskie, w asyście diakonów Stefana i Mojżesza wyszedł do ołtarza. Przed rozpoczęciem liturgii, po otwarciu mszału, chciał odczytać, jak to było w zwyczaju, których to świętych Kościół wspomina owego dnia.

Lecz gdy zajrzał do księgi, ogarnął go lęk. Oto z pergaminowej karty bił w oczy, nasycony własnym światłem, pozłocisty napis: „Dziś Sadoka i czterdziestu ośmiu braci w Sandomierzu przez Tatarów pobitych”.

Skurcz go jakowyś chwycił za gardło, chciał przełknąć ślinę i nie mógł. Litery tańczyły mu przed oczami. Przetarł je grzbietem dłoni, myśląc, iż to pewnie omamienie jakieś, ale napis nie znikał. Próbował go tedy odczytać na głos, lecz ten mu drżał i łamał się. 

Zgromadzeni mnisi z niepokojeni patrzyli na przeora, nie wiedząc, co też z nim dziać się może. A ów skinął wreszcie na diakona Stefana i wskazując ręką na stronę otwartego mszału, wychrypiał jedno słowo: 

– Czytaj…

Młodzieniec wsparł ręce o boki księgi, pochylił się, by lepiej widzieć, i drżąc z przejęcia, odczytał:

– Dziś błogosławionego Sadoka, przeora, i czterdziestu ośmiu braci dominikańskich, w Sandomierzu przez Tatarów pobitych. 

Cisza martwa zawisła nad zgromadzonymi. Jedni spoglądali na drugich przerażeni. 

Oto cud, oto znak, oto pewność, iż odziedziczą szczęście wiekuiste w Królestwie Bożym, a oni, miast radować się z tego, dyszą ciężko, zdjęci lękiem. Boją się bólu, boją się oddać żywot tak lichy, tak nikczemny, w zamian za nieustające rozkosze rajskich ogrodów. 

Aż nagle ową ciszę przerwał czyjś głośny szept, zakończony urywanym szlochem: 

– Ale czemu czterdziestu ośmiu, kiedy jest nas czterdziestu dziewięciu braci? 

Na tę uwagę podniósł się szmer licznych głosów: 

– Właśnie!

– Czemu?!

– Kto ocaleje?! 

– Dlaczego tylko jeden?! 

Na to Sadok, który już odzyskał spokój, uniósł obie ręce w górę, w geście nakazującym milczenie i rzekł: 

– Nie wstyd wam, bracia? Uspokójcie się! Czyż nie widzicie widomego znaku łaski Bożej?! Uspokójcież się zatem. Wszak korony męczeńskie, jakie dziś tutaj przyjąć mamy, to nie tylko wielkie wyróżnienie, nie tylko dowód zaufania okazany nam przez Zbawiciela, lecz również pewność, że dziś jeszcze będziemy w raju. A dlaczego nie znajdzie się tam jeden z nas? Któż to wie?

Znów nastała cisza. Mnisi, pochyliwszy głowy, czekali, aż przeor pocznie odprawiać Mszę. A on, zbliżywszy się do stopni ołtarza, głosem mocnym i pewnym rozpoczął modlitwy:

– Introibo ad altare Dei. 

– Przystąpię do ołtarza Bożego.

– Ad Deum qui letificat iuventutem meam.

– Do Boga, który uweselił młodość moją.

Przez okna prezbiterium wpadła szeroka smuga słonecznego światła, kładąc się pozłocistą plamą na posadzce. Oświetliła głowy stojących przy ołtarzu, tak iż wyglądały, jakby otaczały je promieniste aureole.

I oto naraz do uszu dominikanów dobiegł gwar licznych głosów, szczęk broni, okrzyki, płacz, dzikie wycie, rzężenie konających. To Tatarzy wdarli się bez przeszkód na niechronione wały, a znalazłszy się w mieście, wywlekali z domów znajdujących się tam ludzi. Silnych oddzielali i wiązali, przeznaczając na niewolników, a starych, chorych i dzieci mordowali na miejscu. Kościół Panny Maryi płonął, a ci, co szukali w nim schronu, nie żyli. Żołdacy wlekli później owe ciała pobitych i ciskali je do fosy oddzielającej gród od miasta. 

I stało się wreszcie, iż pierwsze ciosy spadły na drzwi kościoła Świętego Jakuba – mocne, dębowe, nabijane żelaznymi ćwiekami – w chwili, gdy stary przeor unosił w górę białą hostię.

Podczas Komunii puściła jedna zawiasa, a gdy wyrzekł: „Ite missa est” – „Idźcie, Msza skończona” – puściła druga, a za chwilę drzwi runęły pod naporem nacierających, otwierając wolny dostęp do wnętrza świątyni. 

Mnisi stojący w dwuszeregu na środku prezbiterium spokojnie czekali na razy jataganów, na męczeńską śmierć. 

Lecz naraz Mojżesz, subdiakon, stojący przy ołtarzu obok Sadoka, zaintonował pieśń za zmarłych:

– Salve Regina, Mater misericordiae… Witaj Królowo, matko miłosierdzia…

I oto wzniósł się ów śpiew, zrazu nieśmiały, przerywany, ale potężniejący z każdą chwilą, by wreszcie wybuchnąć całą mocą z wszystkich piersi. I odbijał się pogłos od stropu, od surowych nieotynkowanych ścian z czerwonej cegły, powtarzając echem ostatnie sylaby wersów w chwilach przerw. 

Zatrzymali się Tatarzy zdziwieni i wylęknieni. Nikt bowiem do tej pory tak ich nie witał, lecz jękiem, skamleniem o litość, bądź obelgami. I żaden nie odważył się podnieść miecza na tych dziwnych, białych zakonników.

Dopiero po pewnym czasie jeden z wojowników zdjął z pleców łuk, wyjął z kołczanu prostą, smukłą strzałę i posłał ją z brzękiem cięciwy w stronę śpiewających. I oto dwuszereg się załamał, gdy jeden z zakonników rażony śmiertelnie ową strzałą, która aż po bełt utkwiła w jego piersi, zachwiał się, opadł na kolana, a później runął twarzą do przodu, brocząc szare piaskowe płyty posadzki gęstą, parującą na zimnie krwią. 

Teraz jedna po drugiej strzały mknęły ku zakonnikom, a oni padali jak ścięte kłosy. Wreszcie oddział tatarski wyzbył się lęku, widząc, iż nie dzieje się nic niezwykłego, iż nie grożą im czary. Dobyto krzywych mieczy i tnąc nimi na prawo i lewo, odrąbując ręce, rozplątując czaszki, uciszono wreszcie ów śpiew dziwny, niepokojący, budzący w ich sercach grozę.

Ale nie wszyscy mnisi spoczęli na środku kościoła. Jeden z nich bowiem, lękiem zdjęty, gdy Msza dobiegała końca, chyłkiem wymknął się i schował na chórze. Stamtąd, ukryty, obserwował wszystko, co się działo, zatykając sobie usta dłońmi, by nie krzyczeć z trwogi. 

I oto naraz, gdy wszyscy legli już nieżywi, a Tatarzy rozbiegli się po świątyni i klasztornych zakamarkach w poszukiwaniu łupów, ujrzał, iż aniołowie niebiescy unoszą się nad pobojowiskiem i na nieruchome ciała męczeńskie rzucają palmy, gałązki oliwne i wieńce uplecione z gałązek wawrzynu. 

Wówczas zawstydzony zszedł z chóru, a widząc go jakiś spóźniony wojownik, który dopiero co przekroczył próg kościoła, ciął zakonnika mieczem na odlew i pozbawił życia.

Ale chociaż aniołowie wciąż byli w świątyni, to żaden z nich nie zrzucił na to ostatnie martwe ciało ni palmy, ni gałązki, ni wieńca z lauru. I tak wypełniło się dokładnie wszystko, o czym mówił złoty napis w mszale.

* * *

W zdobytym mieście działy się rzeczy straszne. Krzyki i rzężenie mordowanych, wycie obłąkanych z trwogi, przekleństwa najeźdźców mieszały się ze sobą, czyniąc wrzask nie do opisania. Krew płynęła strugami po ulicach, aż śnieg, rozdeptywany setkami nóg wpół roztajał, przybierając szkarłatną barwę. W powietrzu czuć było odór krwi i surowego mięsa. Stos ciał w fosie grodowej rósł z godziny na godzinę, tak iż pod wieczór wypełnił ją prawie całą, a na rano była zasypana zupełnie i bez przeszkód po tym makabrycznym moście można było dostać się pod wały grodowe. 

Nocą Tatarzy jęli podpalać domy, by grzać się i piec w zgliszczach kawały mięsiwa wykrawane ze zdobycznego bydła, którego sporo wybili na ucztę.

Tymczasem ludzie zamknięci w grodzie patrzyli na te przerażające sceny z wałów pełni wściekłości i świadomi swojej bezsiły.

Ale rychło musieli zająć się samymi sobą, bo skoro tylko pierwszy brzask rozświetlił niebo na wschodzie, poczęli pod wały napływać, najpierw pojedynczo, a później grupami, Tatarzy i Rusini, próbując się dostać do grodu. Około południa rozpoczął się regularny atak, trwający aż do czasu, gdy niebo spowiła zupełna ciemność.

Ręce obrońców mdlały od wysiłku, pot zalewał im oczy, lecz za każdym razem udawało im się odepchnąć owo morze głów, które przypuszczało szturm za szturmem. Nikt nie siedział bezczynnie, nawet kobiety i dzieci brały udział w walce, donosząc obrońcom kamienie i sagany z wrzątkiem. 

Tak mijały dnie i noce. Tak minął jeden tydzień i minął drugi. A na początku trzeciego tygodnia Zbigniew, brat Piotra z Krępy, poprosił go o chwilę rozmowy na osobności. 

– Czy to ważne, bracie? Widzisz, że tu na wałach jestem nieodzowny.

– Gdyby to nie było ważne, nie zawracałbym ci głowy i nie zabierał czasu. Wiesz o tym dobrze. 

– A zatem dokąd pójdziemy? 

– Udaj się za mną – powiedział Zbigniew i ruszył w kierunku zamku. 

Gdy znaleźli się w jego wnętrzu, Zbigniew miast do komnat, skierował się do podziemi. W wielkiej, sklepionej sali, będącej niejako przedsionkiem lochów, zdjął ze ściany dwie pochodnie i zapaliwszy je, jedną podał bratu. 

Schodzili po szerokich, kamiennych schodach, w mroczną głąb. Światło pochodni pełgało po oślizgłych ścianach, na których osiadły gęste kożuchy białych kryształków saletry. Podziemia przytłaczały swą tajemniczością. Grube ściany nie dopuszczały do wnętrza najmniejszego nawet dźwięku, a blask ognia, drżący i rozmigotany, budził po kątach i załomach fantastyczne cienie. Kasztelanowi zdawało się, iż znalazł się raptem w innym, zaklętym świecie, i mimo woli ściszył głos: 

– Dokąd mnie wiedziesz, Zbigniewie?

– Zobaczysz – odparł zagadnięty. 

Minęli jeszcze jeden zakręt i oto ich oczom ukazała się ogromna komnata. Nie była zbyt wysoka, lecz tak rozległa, iż światło pochodni nie rozjaśniało jej całej i przeciwległy kraniec spowijała nieprzenikniona ciemność. 

Zbigniew skierował się ku jej środkowi, a tam, jak zobaczył kasztelan, znajdowała się płytka studnia, na której dnie połyskiwała woda.

– Spójrz, Piotrze. Owa studnia jest podziemnymi kanałami połączona ze wszystkimi studniami w grodzie. Tę ogromną, wspaniałą pracę wykonano bardzo dawno temu. Ponoć jeszcze w czasach księcia Sandomira, przed podbojem naszego sandomierskiego grodu przez polańskich Piastów. 

– Tak, widzę, ale po co mnie tu przywiodłeś i po co to pokazujesz? 

Westchnął Zbigniew głęboko i ciągnął dalej: 

– Owoż ona studnia mówi nam, ile jeszcze wody zostało. Przed rozpoczęciem oblężenia jej lustro sięgało prawie po cembrowinę, a teraz ledwo zakrywa dno. Jeszcze dzień, najwyżej dwa i skończy się zupełnie.

– Dlaczego? Przecież zawsze mówiono, iż grodowych studni nie da się wyczerpać, że sięgają poziomu Wisły i że z niej to przenika do nich woda. 

– Obyż to była prawda! Ale sam widzisz, że nie jest… Wody ubywa, bo wyczerpujemy ją szybciej, niż zdąży napłynąć z podziemnych źródeł czy strumieni. Powtarzam: jeszcze dzień, dwa i studnie wyschną! 

– Boże, Boże… To już koniec – rzekł Piotr Krępa. – Może czas jakiś da się wytrzymać bez jadła, ale bez wody? 

– Tak, nie strzymamy i dwu dni. Po to cię tu przywiodłem, aby owo pokazać. Teraz, gdy znasz sytuację, będziesz musiał podjąć jakąś decyzję. 

– Chryste! Jakąś! A jakąż tu można? Muszę poddać gród! Dwa dni wcześniej, dwa dni później, co za różnica?… 

Zbigniew się nie odezwał i zapadła pełna napięcia cisza. Piotr usiadł na cembrowinie, objął głowę rękoma i zrozpaczony kołysał się miarowo w tył i w przód. Dopiero po dłuższej chwili począł mówić ni to do siebie, ni to do brata:

– Nie ma wyjścia, ale ot tak, po prostu iść do Tatarów i powiedzieć po dwu tygodniach walki: „Poddajemy się”? Tego nie można uczynić. To oznacza jedno – wyrok śmierci na nas wszystkich, na zbrojnych, na mieszczan, na kobiety, na dzieci. Śmierci strasznej, w mękach i boleści.

– Trzeba czekać, choćby nawet języki miały nam popękać z pragnienia. Trzeba czekać, aż Tatarzy zaproponują, byśmy się poddali – ciągnął dalej. – Może wówczas uda się wytargować życie jako warunek poddania? A jeśli nawet się nie uda, to przynajmniej nie będę miał wyrzutów sumienia, że nie próbowałem… Co o tym myślisz, Zbigniewie? – zapytał na końcu. 

– Myślę, że masz rację, że niczego lepszego, ani mądrzejszego nie da się uczynić. 

– Czy ktoś prócz nas dwu wie o tym, co mi powiedziałeś? – zapytał kasztelan. 

– Nie, nikt. I lepiej, by nadal pozostało to tajemnicą. Po cóż dodatkowo dręczyć i tak już ponad miarę udręczonych ludzi? Po co doprowadzać ich do rozpaczy albo i czego gorszego? – odrzekł Zbigniew. 

– Ale jeśli woda się skończy, nim ja poddam miasto? Co wówczas? 

– Nie myśl teraz o tym, Piotrze. Da Bóg, a wszystko się ułoży. Może książę nadciągnie z odsieczą?

– Nie nadciągnie – kasztelan pokręcił głową. – Gdyby miał nadciągnąć, już by tu był. Albo tedy wstrzymują go jakieś ważniejsze niż nasz los sprawy, albo posłaniec nie dotarł do Krakowa. 

Wracali w milczeniu. Byli zbyt przejęci grozą położenia, by chciało im się rozmawiać o czymś innym niż o oblężeniu, a o tym ostatnim nie chcieli już mówić.

Wyszedłszy z zamku, wpadli znów w wir walki. Naraz Piotr spostrzegł, iż pali się dom, w którym mieszkał. Przerażony pobiegł tam czym prędzej. Halina z piastunką stała na zewnątrz z naręczami ubrań na rękach i z bezsilnością patrzyły w ogień, który z trzaskiem pożerał smolne bierwiona. Przepalony dach zapadł się z łoskotem do środka, wzbijając tumany iskier.

Domu kasztelana nikt nie próbował ratować. Sypano rozmiękły śnieg i lano wodę na zabudowania stojące obok, aby ogień nie rozniósł się po grodzie, chociaż i tak wiadomo było, że wcześniej czy później ogień rozpełznie się wokoło.

Krępa wziął córkę na ręce i zaniósł ją do zamku. Z tyłu za nimi podążała truchcikiem stara, tłusta piastunka, blisko siedemdziesiąt lat licząca. Gdy znaleźli się we wnętrzu książęcego dworzyszcza, kasztelan zwrócił się do niej:

– Pilnujcie mi Haliny, matko. Pilnujcie, jak największego skarbu. Kto wie, co się jeszcze wydarzyć może. Kto wie, co się ze mną stanie. A gdyby doszło do najgorszego, gdyby Tatarzy dostali się tutaj, uciekajcie do zamkowych lochów. Lepiej zginąć tam z głodu w zawikłaniu mrocznych korytarzy, niż oddać życie w boleściach i hańbie.

Staruszka rozpłakała się i przypadła do kolan Krępy.

– Nie opuszczajcie nas, panie! Nie opuszczajcie! Wyście jedyna nasza obrona!

– Nie mogę, matko. Nie mogę. Tam gród na mnie czeka i ludzie, którymi dowodzę. 

A widząc, iż Halina lada chwila się rozpłacze, zawołał:

– Nie wolno ci płakać! Rycerską jesteś córką! 

Przycisnął ją do serca, a później, nie odwracając głowy, wybiegł na dwór.

W obozie tatarskim rosło zniecierpliwienie. Oblężenie się przedłużało, coraz więcej ginęło niewolników, nadzieja na bogate łupy oddalała się. 

Rozgniewany Burundaj niczym pantera pomykał po namiocie, wyłamywał z trzaskiem palce i przeklinał z cicha. Czekał na swych dowódców i na ruskich kniaziów, których wezwał tego ranka, by ich zapytać o zdanie. 

Gdy przyszli i ustawili się rzędem przy wejściu, kornie chyląc głowy na znak szacunku, rzucił przez zaciśnięte zęby: 

– Co czynić dalej?! Zbyt długo tu stoimy. Kto wie, czy nie nadejdzie odsiecz? 

– Myślę – powiedział kniaź Roman – że trzeba próbować rozmów z Krępą. On nie głupi, on wie, że już długo nie strzyma, jeśli go książę Bolko nie wesprze.

– No właśnie – powiedział Burundaj. – Jeśli go Bolko nie wesprze. 

– Czyż nie widzisz, panie, że się na to nie zanosi? Gdyby tu miała przybyć odsiecz, już by przybyła. 

– Tak, tak. Ale Sandomierz to gród mocno warowny. Jadła też im pewnikiem nie brakuje, ni napitku.

– Owszem, wielki Burundaju – ozwał się kniaź Lew – ale przecie Lachy nie są z żelaza, wykruszają się powoli, a ci, co żyją, muszą już być nadludzko zmęczeni. Wciąż brak im snu, wciąż brak czasu, by spokojnie najeść się do syta, odetchnąć pełną piersią, do końca ugasić pragnienie. 

– Cóż zatem proponujecie? 

Znów ozwał się książę Roman: 

– Pójdziemy obaj z Lwem do grodu, namówimy Krępę, żeby poddał Sandomierz. 

– I myślicie, że was usłucha? – z niedowierzaniem i z kpiną w głosie warknął Burundaj. 

– Może posłucha, może i nie. Próbować warto. 

– A zatem próbujcie. Idźcie już, skoro nic mądrzejszego nie macie mi do powiedzenia! 

– A co możemy obiecywać Lachom? – zapytał Lew. 

– Co chcecie. To wasza sprawa – uśmiechnął się, odsłaniając ostre białe zęby Burundaj. 

Tego ranka po raz pierwszy od bardzo dawna nie przypuszczono szturmu na wały. Polacy zdziwieni i zaniepokojeni ową ciszą czekali na dalszy bieg zdarzeń. 

Nie czekali długo. Z obozu tatarskiego, na rosłych, innych niż mongolskie, rumakach wyjechali dwaj kniaziowie ruscy: Roman i Lew haliccy. Krzycząc już z daleka, iż są posłami, zbliżyli się do zawartej bramy grodowej.

Krępa dał znak ręką, by nie strzelać do nich z łuków, ani też ciskać kamieniami i opuścić most zwodzony, by przybywający nie musieli jechać po trupach zalegających fosę. Oto bowiem, jak sądził, nadarzyła się sposobność poddania grodu na jakichś godziwych warunkach. 

Gdy przybysze stanęli u wrót, zapytał spoza częstokołu: 

– Czego tu szukacie? Czego tu chcecie? 

– Rozmawiać z tobą – odrzekli. 

– Jeśli się w waszych sercach nie kryje zdrada, to wejdźcie. 

Zeskoczyli obaj posłowie z wierzchowców, które przywiązali do rosnącego u wrót krzewu dzikiego bzu czarnego i weszli poza obwarowanie małą furtką, którą Krępa kazał swoim ludziom rozewrzeć. 

Rusini bacznie i z ciekawością rozglądali się wokół. Zniszczeń było sporo i obrońcy zmęczeni, ale nic nie wskazywało na to, by gród rychło mógł być zdobyty.

– Pójdźmy na zamek – rzekł Krępa i udał się przodem. 

Skoro znaleźli się na miejscu, zapytał: 

– Jakież to wieści, czy propozycje nam przynosicie, kniaziowie? 

– Nie będziemy kręcić, wprost rzekniem: poddaj gród, kasztelanie – powiedział Roman. 

Zaśmiał się ochryple Krępa: 

– Żarty się was trzymają! Nadłamaliście zęby na Sandomierzu, połamiecie je ze szczętem! 

– Albo i nie połamiemy! Ludzi masz zmordowanych, rannych, a i pobitych sporo! Strzymasz jeszcze tydzień, może trochę dłużej i co potem?

– Książę Bolko przybędzie! 

– Łudzisz się, kasztelanie? Nie łudź się zatem! Schwytali Tatarzy waszych posłańców i sam Burundaj gardła im poderżnął! – ozwał się na to kniaź Lew.

Piotr Krępa głośno przełknął ślinę, któryś z obecnych przy rozmowie sandomierzan westchnął głęboko, a inny wyszeptał: 

– Boże, bądź nam miłościw… 

– Tedy widzisz – ciągnął Lew – że darmo wierzgasz. Rychło gród zdobędziemy, a wtedy nie będzie już dla was litości. 

– Grozisz?! – krzyknął Zbigniew Krępa. 

– Nie, nie grożę. Ja ostrzegam – odrzekł Lew. – Nie udaj głupca, który nie wie, co czynią Tatarzy z opornymi. 

– A jeślibym poddał Sandomierz, to co mi obiecasz, książę? – zapytał kasztelan. 

– Cóż, puścimy z życiem ciebie i twoją familię. 

– To mało! 

– A czego chciałbyś nadto?! Winieneś się cieszyć, że całą uniesiesz głowę!

– Poddam gród tylko wówczas, jeśli wszyscy – obrońcy, mieszczanie, kobiety i dzieci będą mogli odejść wolno. 

Zaśmiał się na to Roman: 

– Nie jesteś aby nazbyt chciwy? Będziesz musiał zapłacić okup. W złocie i w niewolnikach! A ty żądasz, by twoi ludzie mogli odejść wolno! 

– Jeśli nie darujecie im życia i wolności, będziemy się bronić dalej! – zawołał z pasją w głosie Zbigniew. 

Lew obrzucił go ironicznym spojrzeniem. 

– Nie bądźcie, panie, naiwny. 

– Tak! I ja to samo myślę, co mój brat. Możecie brać złoto, srebro i wszelki dobytek, ale zostawcie ludzi. Jeśli przyrzekniecie, że wyjdą z grodu żywi i wolni, pomyślimy o tym, czy by go nie poddać! – dorzucił kasztelan. 

– Moglibyśmy co najwyżej przyobiecać, że puścimy z życiem twoich zbrojnych – powiedział kniaź Roman. – Cóż cię, panie, obchodzą mieszczanie i ich rodziny? Pośledni to stan, nie masz w ich żyłach szlachetnej krwi. Na sługi się narodzili i na naszych rabów.

– Mniemam, że winieneś się zadowolić, iż sam i twoje krewieństwo cało uniesiecie głowy – dorzucił Lew. 

– Zamilczcie! – krzyknął Piotr Krępa. – Com powiedział na początku, mówię i teraz. Albo puścicie nas wszystkich w dobrym zdrowiu i wolno, albo nie mamy o czym ze sobą rozmawiać! 

Skinął dłonią na pachołków i dodał: 

– Wyprowadźcie książąt do furty. Nie możemy się – widzę – porozumieć! 

Na to porwał się Lew i czerwony z wściekłości zawołał: 

– Pożałujesz tego, głupcze! Chodźmy, bracie, do naszych! 

Lecz Roman nie podniósł się z zydla. 

– Uspokój się, bracie – powiedział – i nie obrażaj kasztelana. 

– A czy istotnie poddałbyś gród – zwrócił się do Krępy – gdybyśmy przyrzekli, że wszystkich znajdujących się w nim, i waszych i przybyłych tu w poszukiwaniu schronienia, ludzi puścimy wolno? 

– Owszem, bo zdaje mi się, że dosyć już rozlanej krwi. Lecz wpierw musielibyście mi przysięgnąć, iż rzeczywiście puścicie wolno nas wszystkich – odrzekł kasztelan. 

Na owe słowa, których się nikt nie spodziewał, zapadła cisza, a później jeden z obrońców, stary, wysłużony rycerz zapytał: 

– Czy myślisz o tym poważnie, panie Piotrze? 

– Wybaczcie, kniaziowie – powiedział Krępa. – Wyjdę z moimi na naradę. – I skinąwszy ręką na zebranych sandomierzan, opuścił komnatę. 

Gdy znaleźli się sami, wszczął się gwar nie do opisania. Zarzucano kasztelanowi tchórzostwo, dbałość o własną skórę, ba! zdradę nawet! A on siedział z pochyloną głową, milczący i dopiero gdy ucichło nieco, powiedział:

– Nie macie racji, gdy mnie oskarżacie. Jeden jest tylko powód, dla którego myślę o poddaniu naszego grodu. 

– Jakiż to powód? – z ironią w głosie zapytał jakiś młodzik z głową obwiązaną płótnem przesiąkniętym zaschłą, sczerniałą krwią.

Krępa wpił się w niego oczyma i wyrzekł głośno i dobitnie, siląc się na spokój: 

– Ten tylko, iż kończy się woda; 

– Jakże? To niemożliwe! – zakrzyknięto wokół. 

– Owszem, możliwe – ozwał się Zbigniew, brat kasztelana, i opowiedział o wszystkim dokładnie. 

Zebrani zamilkli spoglądając na siebie z przerażeniem. 

– A zatem dalej uważacie, że mamy się bronić? – spytał Piotr z Krępy. 

– Nie ma wyjścia! 

– Trzeba się poddać! 

– Bez wody zginiemy! 

Wrócono tedy do komnaty, w której zostawiono Rusinów. Kasztelan wysunął się przed swoich i powiedział: 

– Uradziliśmy poddać gród, ale pod warunkiem, jaki wam postawiłem wcześniej, a który macie zaprzysiąc w kościele. Czy jesteście gotowi na to? 

Spojrzeli po sobie ruscy kniaziowie i zgodnie odrzekli: 

– Gotowi.

* * *

W grodowym kościółku Świętego Mikołaja Cudotwórcy rozdzwoniła się srebrna sygnaturka. Jej perliste dźwięki wzywały wszystkich, by byli świadkami zawierania umów między obleganymi a najeźdźcami.

W grodzie zapanowała radość nie do opisania. Oto bowiem kończyły się wreszcie dni i noce pełne znoju. Oto kończył się czas, gdy lęk dzierżył wszystkich w swoich szponach. Oto kończyły się krwawe zapasy. 

Sandomierzanie wiedzieli, że wysoką za wolność będą musieli cenę zapłacić – oddać cały dobytek, jaki tylko kto posiadał. Ale wiedzieli również, że i tak zyskują na tym, bo ocalą życie, a nad nie przecież nie ma nic, co można by nazwać cenniejszym. 

Utworzonym przez gapiów szpalerem podążał orszak, który wiódł Piotr z Krępy. Za nim dostojnie kroczyli obaj ruscy kniaziowie, na końcu zaś szło parami kilkunastu najznamienitszych mężów, tak spośród rycerstwa, jak i spośród mieszczan.

W kościółku ścisk był straszliwy, lecz środek nawy pozostawał wolny. Nim to teraz kroczył orszak, na który przed ołtarzem czekał stary kapelan zamkowy, przyodziany w pąsową kapę haftowaną gęsto, złotą i srebrną nicią, w krzyże, fantazyjne wzory i roślinne ornamenty.

Kniaziowie Lew i Roman zatrzymali się u stopni ołtarza, zaś ci, którzy im towarzyszyli, stanęli z boku.

Kapłan podniósł ku górze krucyfiks i zapytał donośnym głosem:

– Miłościwi kniaziowie! Czy macie nieprzymuszoną wolę złożyć tu oto w obliczu Boga i moim, w przytomności zebranych panów i ludu, przysięgę? 

– Mamy – zgodnie odrzekli obaj zapytani. 

– Tedy powtarzajcie za mną: My, kniazie ruscy… 

– My, kniazie ruscy… 

– Lew i Roman, synowie Daniły halickiego, przysięgamy… 

– …przysięgamy.

– Iż w zamian za poddanie grodu Sandomierza i za skarby w nim przechowywane obdarujemy życiem i wolnością znajdujących się w obrębie jego wałów. Tak panów, jako i pospólstwo. 

– …i pospólstwo. 

– Tak nam dopomóż Bóg, w Trójcy Świętej jedyny, Przeczysta Bogurodzica i wszyscy niebiescy święci. Amen.

– Amen!

Gdy padło owo ostatnie słowo, ludzie nie bacząc na miejsce, jęli krzyczeć z radości. Jedni drugich ściskali, obcy się całowali. Rzucano do góry czapki i śmiano się w głos. Tylko Piotr z Krępy i brat jego, Zbigniew, pozostali pochmurni. Nie tak wyobrażali sobie koniec oblężenia. Do ostatka nie tracili nadziei, że mimo wszystko nadejdą posiłki, że książę pospieszy z odsieczą. 

Lecz owo się nie sprawdziło. Chociaż na godziwych warunkach, ba! bardzo nawet dobrych, to jednak poddawali gród. Mieli odejść pokonani. A ponadto Piotr gryzł się w sobie, wspominając tę mnogość pobitych w zdobytym przez Tatarów mieście. Czy mogło się obejść bez ofiar? Zapewne nie, lecz on mimo wszystko obwiniał się o śmierć tych ludzi. 

– Cóż, kasztelanie? – kniaź Roman podszedł do Krępy. – Teraz by trzeba, aby przed ostatecznym otwarciem bram udać się do Burundaja i pokłonić mu się nisko, jak rab kłania się swemu panu, zwyciężony – zwycięzcy. 

Piotr chciał coś odpowiedzieć oburzony, ale Roman, odgadłszy jego zamiar, uniósł dłoń ku górze i rzekł:

– Cicho… cicho… Lepiej nic nie mów… Po cóż zaraz się obrażać? Czyż życie ich wszystkich – tu rozejrzał się wolno dookoła – nie jest warte drobnego upokorzenia? Nie szafujesz swoim tylko losem, ale i wielkiej liczby ludzi. Honor rzecz piękna, lecz gdy można sobie nań pozwolić. Tymczasem macie wszyscy nóż tatarski na gardle. Ostry ci on i umie ciąć głęboko. Czyżbyś chciał resztkę krwi wytoczyć z Sandomierza? Nie pochwali cię twój książę, żeś mu stołeczne miasto przywiódł do ostatecznej ruiny. Bo przecie wierzysz w swojej naiwności, iż on tu powróci?

Przygryzł Krępa wargi i już nic nie rzekł, chociaż widać było, że wściekłość go rozsadza. Tymczasem kniaź Roman ciągnął dalej: 

– Tedy chodźmy, kasztelanie, do tatarskiego obozu. Im wcześniej się tam pokażesz, tym lepiej. 

– Nie! – krzyknął Zbigniew. – Nie od razu. Pójdziemy do Burundaja, lecz dopiero jutro. Niech nie myśli, że się go boimy, że na pierwsze skinienie pobiegniemy bić mu czołem. 

Roman obojętnie wzruszył ramionami, a Lew powiedział: 

– Jeśli taka wasza wola?… Czyńcie, jak uważacie za słuszne. Wszelako wiedzcie, że jeśli jutro do południa nie stawicie się w naszym obozie, to dzisiejsze przysięgi będą tyle warte co dym z ogniska, który wiatr rozwiewa. 

Obydwaj Rusini skinęli obecnym głowami, odwrócili się i skierowali ku furtce, którą dostali się do grodu. Pachołek strzegący jej spojrzał pytająco na kasztelana, nie wiedząc, co czynić. Dopiero gdy ten przyzwolił, otworzył ją i wypuścił kniaziów. 

Po chwili dał się słyszeć stukot końskich kopyt uderzających w zmarzłą ziemię, a później zapadła cisza. Ponieważ już zmierzchało, powoli poczęto rozchodzić się do domów. A w końcu na wałach zostali tylko czatownicy. 

Ta noc była pierwszą nocą od dwu tygodni, podczas której sandomierzanie mogli wreszcie odpocząć. Gród spał, zmęczony bardzo morderczą walką i nadludzkim wysiłkiem. 

Na głębokiej czerni nieba migotały miriady gwiazd. Czyste powietrze znieruchomiało od mrozu, śnieg skrzył się w księżycowej poświacie. W obozie tatarskim tliły się ognie, obok których spoczywali na ciepłych skórach, okutani w baranie kożuchy, niezmordowani wojownicy. Wypluły ich ze swoich przepastnych trzewi stepy dalekiej Azji, krainy tak odległe, że nikt o nich nawet tutaj nie słyszał. Dzięki wielkiemu okrucieństwu Tatarów tak lud prosty, jak i uczeni mężowie uznali ich za wysłanników piekieł, za wojsko szatańskie, które pożre i unicestwi ogniem całą Europę.

I oto właśnie do jednego z wodzów tego piekielnego ludu miał pójść Piotr Krępa, aby poddać gród. 

Kasztelan nie spał. Siedział w jednej z komnat książęcego dworzyszcza. W kominku z trzaskiem płonęły smolne sosnowe szczapy i dębowe bierwiona. Naprzeciwko niego, po drugiej stronie stołu wspierał głowę na pięści Zbigniew i mówił: 

– Tak, Piotrze. Gdy jutro pójdziemy do Burundaja, nie możemy się z nim targować. Ile tylko haraczu zażąda, a będziemy w stanie go zapłacić, musimy mu dać. 

– Ty, Zbigniewie, myślisz o układach, a ja – nie wiem czemu – pełen jestem niepokoju. Zda mi się, że rankiem nie wolność znajdziemy, lecz śmierć… 

– Wyrzuć z serca złe myśli! Przecie Rusini przysięgali, że całe uniesiemy głowy. Na krzyż przysięgali i na Bogarodzicę! 

– Tak, wiem o tym, a jednak… Och, gdybyż to już był jutrzejszy wieczór!

– Nie trap się nadto, a bez powodu. Czyś wczoraj jeszcze sądził, że aż tyle uda się nam wytargować? A oto patrz. Pan Bóg miłosierny ulitował się nad nami. Zmiękczył zatwardziałość serc tatarskich. Wszystko będzie dobrze, obaczysz! 

– Może masz rację, ale mnie jednak jakoś straszno. Zbyt wiele krwi widziałem ostatnimi czasy, zbyt wiele łez… 

– Mazgaisz się, panie bracie, niczym baba! A cóż to dla rycerza krew?! Cudzą przelewa i swojej nie szczędzi! 

– Ach, Zbigniewie! Nie rozumiemy się! Toż ja nie o rycerskiej krwi mówię, ale o niewinnie przelanej. O krwi mieszczan, ich żon, matek, dzieci… 

Naraz do komnaty wsunęła się cicho stara piastunka Haliny. Na jej widok kasztelan uśmiechnął się, bo przypomniała mu szczęśliwe dzieciństwo, ojcowy dwór, dobre ręce matki, zapach lip i smak miodu o jantarowej barwie. 

– Czego chcecie, matko? – zapytał. – W waszym wieku wypoczywać się godzi, a nie utykać po nocy. 

– Mnie tam już snu wiele nie potrzeba. Czas leci i zgrzybiałość a starość na kark włażą. Tylko patrzeć, jak sen wiekuisty mnie utuli, a ukołysze. 

– Dajcie, matko, pokój! – zawołał Piotr z Krępy. – Gdzie wam do śmierci?! Jeszcze byście mogli niejednemu chłopu w głowie zawrócić. Ba! I młodzianowi nawet!

– Nie oplatalibyście bodaj czego, panie kasztelanie. Nie na prześmiewki przyszłam do was. 

– A po co? 

– Idziecie jutro do Tatarów… 

– Ano idę – rzekł z ciężkim westchnieniem Piotr. 

– Idziecie tedy do Tatarów – ciągnęła dalej. – To naród dziki i okrutny srodze. Powiadają ludzie, że sam diabeł ich spłodził na wygubienie rodzaju ludzkiego. Umyśliłam sobie, że skoro tam iść musicie, a różnie owo skończyć się może, dobrze by było, gdybyście mi pokazali wejście do onych lochów, o których ongi żeście wspominali. 

– Co wy, matko?! Jutro wolni wyjdziemy z grodu! – zaoponował Zbigniew. 

– Ja wiem, co mówię! Pokażcie tedy owo wejście.

Krępowie przestali protestować i żartować ze staruszki, udzieliła się im bowiem jej powaga. Podźwignęli się tedy obydwa zza stołu i powiedli ją do podziemi. Gdy znaleźli się już w onej sali ze studnią, Zbigniew powiedział: 

– Jak widzicie, korytarzy tu bez liku i woda jest. Można się ukryć, a jeśliby tylko było co jeść, to i rok siedzieć! Chyba żeby nieprzyjaciel znalazł lub dymem wykurzył. 

Starowinka bacznie rozglądała się wokół, a później zapytała: 

– Powiedzcie lepiej, panie Zbigniewie, czy jest stąd jakieś inne jeszcze wyjście na świat Boży? 

– Ponoć jest i to nie jedno, ale ja ich nie znam. I chyba nikt już nie zna, bo niepamięć ludzka je okryła. Powiadają, że jakieś wiedzie do Żmigrodu, dzisiaj noszącego miano Góry Świętego Michała i rzekomo książę Sandomir chadzał tamtędy do pogańskiego chramu bożkom ofiary składać, cześć bałwanom oddawać. Innym można się dostać do podziemnego pałacu, który urządził, jak wieść niesie, książę Henryk, swojej żydowskiej miłośnicy Judycie, przywiezionej z wojny krzyżowej, z Ziemi Świętej, na zgorszenie i panom, i pospólstwu. Jeszcze inne prowadzi nad sam brzeg wiślany, a może i dalej, pod dnem rzeki…

Zbigniew mówił dalej, lecz piastunka go już nie słuchała. 

– A zatem są inne wyjścia, tylko nikt nie wie, jak na nie trafić. Ha! Dobre i to wiedzieć – mruknęła do siebie.

* * * 

Nad ranem przyszła odwilż. Ciepły wiatr wiejący od południa zawlókł niebo chmurami i jął roztapiać śnieg. Z dachów kapała woda, żłobiąc w lodowej skorupie nierówne otwory. 

Obydwaj Krępowie pozałatwiawszy wszystko, co było do załatwienia, i dawszy ostatnie instrukcje, szykowali się, by wyjść do obozu tatarskiego. 

Przyodziali się tedy dostatnio, jak na możnych panów przystało, i dosiedli koni. Nie zabierali ze sobą broni. Kasztelan Piotr, siedząc już na wierzchowcu, skinął dłonią na swoją córkę Halinę, która wraz ze starą piastunką żegnała go u bramy. Gdy podeszła, pochylił się ku niej, wziął na ręce, przytulił mocno do piersi i powiedział: 

– Pamiętaj, córeczko, jeśliby mi się coś złego stało, bądź we wszystkim posłuszna piastunce. I nie płacz. Zawsze miej to w pamięci, żeś rycerską córką.

Dziewczynce drżały usteczka, ale siląc się na spokój, rzekła: 

– Niech was Bóg prowadzi, tatku. I was, stryju, także. 

– Obaczysz, rychło powrócimy – powiedział wesoło Zbigniew, a później krzyknął donośnie: 

– Otwierać bramę! 

Skoro tylko spełniono ów rozkaz, spiął konia ostrogami i ruszył do przodu. Mokry, przesycony wodą śnieg i lepkie błoto pryskały na boki, brudząc licznie zebranych gapiów. Piotr nie chcąc pozostawać z tyłu, ruszył za bratem. 

Ostrym kłusem zjechali ze stromego wzgórza grodowego, lecz na dole musieli zwolnić, bo oczekiwało ich tam całe mrowie tatarskiego wojska. 

Wojownicy na widok dwu sandomierzan wydali okrzyk – nie wiadomo czy radości, czy triumfu, czy też może witali ich w ten sposób. 

Rychło też otoczył ich silny oddział konnych, którzy pokrzykując coś gardłowo, wskazywali rękoma na spalony kościół Panny Maryi, a później wraz z Krępami skierowali się ku niemu.

Gdy podjechano do połamanych i częściowo zwęglonych drzwi świątyni, Tatarzy pokazali na migi, by obaj sandomierzanie zsiedli z koni, a później wprowadzili ich do wnętrza. 

W jednej z bocznych kaplic o niezrujnowanym stropie rozbity był niewielki namiot, w którym sypiał Burundaj. Teraz wszakże przebywał na zewnątrz. Siedział, w otoczeniu swych dowódców i ruskich kniaziów, na stercie miękkich skór baranich, przykrytych ornatami i kapami szytymi ze złotogłowiu, brokatu, adamaszku i rozmaitych drogocennych tkanin, wywleczonych ze złupionego kościelnego skarbca.

– Zatem jesteście – ozwał się Burundaj łamaną ruską mową. A ja nie wierzyłem kniaziom, gdy zapewniali, iż przybędziecie. 

Uśmiechnął się dobrotliwie i przymknąwszy oczy, siedział nieruchomo, oczekując odpowiedzi. 

– Witaj, wielki wodzu! – rzekł Piotr Krępa. 

– Witaj, Burundaju! – dorzucił Zbigniew. 

Twarz Burundaja zmieniła się w mgnieniu oka. Z dobrotliwego wielmoży przeistoczył się w dzikiego tygrysa. Błysnął śnieżnobiałymi zębami, popatrzył groźnie na obydwu sandomierzan, a później wrzasnął: 

– Tak możecie witać swego lackiego księcia, który już rychło zostanie moim niewolnikiem! Na kolana! Na twarze! Padnijcie na twarze, psy! 

Krępowie zaskoczeni takim obrotem sprawy nie wiedzieli, jak zareagować, aż oto silne ciosy w plecy, jakie głowniami mieczy wymierzyli im tatarscy wojownicy, powaliły ich na ziemię. Żołdacy przyciskali im twarze do posadzki. Piotr Krępa poczuł w ustach słonawy smak krwi, która sączyła się z rozciętego języka. Silnie zacisnął powieki, by nie naszło mu do oczu brudnego, rozmiękłego śniegu, którego nawiał tutaj wiatr przez powyrywane okna, a który zmienił się w półpłynną bryję zmieszaną z końskim gnojem, rozdeptywaną setkami nóg. 

– Tak należy witać wielkiego Burundaja! – zaśmiał się książę Wasylko włodzimierski. 

– Powstańcie! – łaskawie zezwolił Tatar. 

Krępowie podźwignęli się na nogi, obcierając zbrukane twarze połami kaftanów. 

– A zatem chcecie mi poddać gród?

– Tak.

– Dobrze, uczynię wam łaskę i zgodzę się na to. Chociaż właściwie bym nie musiał. Jeszcze dzień, jeszcze dwa i tak byśmy go zdobyli. 

Zbigniew nie wytrzymał i z pasją w głosie zawołał:

– Nie bądź taki pewny! Nie bądź taki pewny! Ileż to już czasu zmitrężyliście?! Jeśli chcemy poddać gród, to tylko dlatego, by wreszcie skończył się niepotrzebny rozlew krwi! To jedno. A drugie, czemu nas obrażasz? Czemu poniewierasz? 

– Zamilcz, psie, bo cię każę żywcem obłupić ze skóry. To ci lackie porządki! Żadnego posłuszeństwa. Krzty pokory ni szacunku dla władzy. 

– Tak, tak, Burundaju! – rzucił Roman halicki. – U Lachów zawsze był nadmiar swobody! Ale skoro tylko nasze porządki tutaj zapanują, wraz się ten bałagan skończy! 

Uśmiechnął się Burundaj: 

– Pewnie byś chciał, Romanie, żeby właśnie tobie dać we władanie Sandomierską Ziemię? 

– Jeśli wielki chan pozwoli?… 

– Zachłanny jesteś. O! Bardzo zachłanny! Ale kto wie? Zobaczymy. Porozmawiam z chanem. 

– Dzięki. Stokrotne dzięki, władyko. 

Roman kornie uderzył czołem przed Tatarem. 

Ów ozwał się znów do Krępów: 

– Powiem wam moje warunki. Oddacie cały dobytek – wyczekująco patrzył na kasztelana. 

– Dobrze – odpowiedział Piotr. 

– I wszystkich młodych mężczyzn i kobiety – dorzucił Burundaj. – Staruchów i dzieci możesz sobie zabrać. Gród opuścicie do wieczora. 

– Nigdy! Nie takie były umowy! – zakrzyknął Zbigniew. 

– Jakie umowy? – zdziwił się Burundaj. – Z kim się umawiałeś? 

– Przecie kniaziowie Lew i Roman poprzysięgli, że wszyscy ludzie wyjdą z grodu wolni! 

– Lew i Roman? – znów zdziwił się Burundaj. – A cóż oni mogli poprzysięgać? Rabami naszymi są, ot co! Jeślim ich wysłał do grodu, to tylko po to, aby was tu zawezwali. I jak widać, jesteście. Warunki zasię będę stawiał ja! A są one teraz już takie: wszystek dobytek i wszystkich ludzi. Życie daruję tylko wam i waszemu krewieństwu. 

Piotr wzburzony chciał coś rzec, ale Burundaj mu przeszkodził: 

– Zanim mi odpowiesz, pięć razy pomyśl! Jeśli znów się nie zgodzicie, to i wy postradacie głowy! A gród i tak weźmiemy! 

Usłyszawszy te słowa, popatrzył kasztelan z wyrzutem na haliczan i zbolałym głosem zapytał: 

– To tyle waży wasze słowo, kniaziowskie słowo? Jacyż z was chrześcijanie? Na Krzyż Święty i na Przeczystą Bogarodzicę przysięgaliście, że wszyscy wyjdziemy żywi i wolni z Sandomierza.

Roman opuścił głowę, ale Lew zaśmiał się głosem ochrypłym od piwa i miodu: 

– A czyż my wam bronimy? Idźcież do wszystkich diabłów! Żaden Rusin was nie tknie! A co do Tatarów, to już inna sprawa. Oni, jak widać, mają insze zdanie. No i nie przysięgali! 

– Psy! Zdrajcy! Pomiot szatański! – krzyknął Zbigniew i rzucił się z pięściami w kierunku ruskich książąt. Ale nie dane mu było ich dopaść. Tatarzy powalili Krępów na ziemię po raz drugi i poczęli okładać batami z surowej skóry i kopać, gdzie popadło.

Leżący osłaniali tylko ramionami głowy, chroniąc je przed ciosami. Burundaj dał swoim znak, aby zaprzestali, po czym rzekł: 

– Ostatni raz was pytam: Czy przystajecie na moje warunki? Wy i wasze rodziny możecie odejść wolno, a resztę zostawcie nam. 

Podniósł się kasztelan zrazu na kolana, później podźwignął ciężko na nogi i odrzekł: 

– Za kogóż nas bierzesz, poganinie? Myślisz, że złamiesz naszą wolę batem, pięścią i obiecankami? Nie zdradzimy ludu, który nam zaufał. Nie splamimy honoru. Nie rodziła nas bowiem matka na zdrajców i na niewolników. – Tu z pogardą spojrzał na Rusinów.

Burundaj słuchał tych słów, zda się, z kamiennym spokojem, a gdy Krępa dopowiedział je do końca, syknął przez zaciśnięte zęby do otaczającej go straży. 

– Ubijcie ich. 

Nie trzeba było tego powtarzać żołdakom dwa razy. Rzucili się na Krępów i powalonych wywlekli za włosy na dwór. Na ich głowy spadły ciosy kijów, w ciałach jęły pogrążać się ostrza dzid. Na plecach, ramionach, twarzach tworzyły się krwawe pręgi od uderzeń batów. Leżących począł tratować tłum, a w końcu obydwom rzuciła się krew z ust i wyzionęli ducha.

Na ów widok tłuszcza zawyła radośnie. Jakiś olbrzym w kudłatym kożuchu i ogromnej czapie przypadł do Krępów i razami miecza oddzielił ich głowy od tułowi. Te makabryczne trofea poniesiono przed Burundaja. Skoro wódz je zobaczył, podniósł się i zawołał:

– Do ataku! Dziś zdobędziemy zamek! 

Odpowiedział mu przeciągły wrzask. Rychło też dały się słyszeć dźwięki kościanych gwizdków, zwołujących oddziały do sformowania się. Nie minęła i godzina, gdy uderzono na wały z takim impetem, jakiego do tej pory sandomierzanie jeszcze nie oglądali.

Polacy, miast bronić się przed oddziałami tatarskimi, miotali się tylko w bezładzie wzdłuż wałów. Zaskoczenie było zupełne, a i wodza zabrakło. Nikt się nie spodziewał takiego obrotu rzeczy. Zewsząd też dały się słyszeć głosy: 

– Zdrada! Zdrada! 

– Krępy nas wydali! 

– Niech ich piekło pochłonie! 

Lecz oto naraz, jakby w odpowiedzi na owe okrzyki, nad morzem głów tatarskich ukazały się dwie długie żerdzie z zatkniętymi na nich głowami Piotra i Zbigniewa. 

Sandomierzanie zamarli w przerażeniu, umilkły oskarżenia. Stara piastunka, która wraz z Haliną stała wpodle bramy w oczekiwaniu na powrót ojca i stryja dziewczynki, na ów widok straszny chciała zakryć jej oczy. Lecz dziecko z całej siły odepchnęło ręce staruszki i patrzyło na makabryczne zwieńczenie żerdzi, na głowę tego, którego kochała nad życie. Na głowę najlepszego z ojców. 

Patrzyła długo, jakby chciała ów obraz zachować pod powiekami do końca swych dni. Bródka i usteczka jej drżały i krzywiły się w podkówkę, a w kątach oczu szkliły się łzy. Powstrzymywała się jednak od płaczu, pomna ostatnich słów ojca, które wyrzekł do niej na odjezdnym.

Piastunka pociągnęła ją silnie za ubranie, a później schwyciwszy za rękę, ile sił w starych nogach pobiegła do zamku. 

Pora była najwyższa, bo napastnicy wdarli się na wały. Rozpoczęła się rzeź. Przerażeni sandomierzanie stawiali słaby opór, padając pokotem pod ciosami mieczów i gradem strzał. Później poczęto wywlekać z domów ludzi i rabować wszystko, co miało najmniejszą choćby wartość. Powtórzyły się te same sceny, które działy się po zdobyciu miasta. Silnych, którzy nadawali się na niewolników, oszczędzano, resztę wyrzynano na miejscu. Później zaś wąskimi uliczkami grodowymi przebiegali Tatarzy i ciskali do wnętrz domostw zapalone pochodnie. 

Rychło nad grodem zafalowało morze ognia. Szkarłatne jęzory strzelały ku górze, a pod niebo wzbijały się kłęby czarnego dymu i sadzy. Słychać było przerażające krzyki rannych, którzy nie mogąc uciec, teraz żywcem piekli się w zgliszczach. 

Wojska tatarskie i ruskie, syte łupów i mordu, wycofały się do miasta. Burundaj w otoczeniu świty stał na wzgórzu wpodle kościoła Panny Maryi i przyglądał się zniszczeniu.

– Czy nikt nie uszedł z grodu? 

– Nikt, panie. Część w pętach, reszta ubita. 

– To dobrze. A jutro na Kraków. 

Odwrócił się obojętnie i wszedł do wpół rozwalonego kościoła.

Andrzej Sarwa

===================================================

książka jest dostępna w sprzedaży:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/Opowiesc_o_Halinie_corce_Piotra_z_Krepy_Legenda_sandomierska.html

O dzielnej Marysi i siedmiu wrednych zarazach.

O dzielnej Marysi i siedmiu wrednych zarazach.

Paweł Kowalik

Przeczytałem Pana artykuł o tym, jak Marysia z Łubna sprzedawała na parkingu wiśnie zerwane w sadzie dziadka. https://www.dakowski.pl/gorzka-lekcja-przedsiebiorczosci-jak-wladza-uczy-mlodziez-biernosci-a-popiera-donosicieli/

Faktycznie jest to gorzka lekcja przedsiębiorczości, ale także i prawa, a raczej ustawowego bezprawia.

Marysia zobaczyła jak mają przedsiębiorcy którzy muszą spełnić szereg często absurdalnych czy niezwykle kosztownych i nieadekwatnych wymagań, bo takie jest tzw. „prawo”. Faktycznie zaś ma to mniej więcej tyle wspólnego z prawem co krzesło elektryczne z krzesłem. Poniżej wyjaśniam dlaczego. 

Pierwsza sprawa – słowo klucz, czyli osoba. Jeżeli weźmiemy jakąkolwiek ustawę, to mowa jest w niej o osobach i że dotyczy ona osób, organy władzy mają takie a takie uprawnienia wobec osób, osoby mają takie obowiązki itp. Wyjątkiem jest bodajże ustawa o policji gdzie jest mowa, że ma ona obowiązek chronić ludzi (nie osoby). Osoba nie jest człowiekiem, przynajmniej tak to jest traktowane w tzw. prawie stanowionym (zwanym też prawem morskim czy prawem admiralicji morskiej).
Słowo osoba oznacza maskę, którą zakładał aktor w teatrze starożytnym aby grać rolę kobiety. Takie jest też łacińskie znaczenie słowa persona, czyli osoba. W amerykańskim słowniku prawa Blacka (VII edycja) mamy podane, że osoba to podmiot, taki jak korporacja, rozpoznawany przez prawo, mający prawa i obowiązki człowieka. Czyli osoba to korporacja. Potwierdza to też art. 43 kodeksu cywilnego. W pkt 1 wymienia on że m.in. osoba fizyczna prowadząca działalność gospodarczą lub zawodową we własnym imieniu jest przedsiębiorcą, w pkt 2 jest napisane, że przedsiębiorca działa pod firmą, a w pkt 4 jest napisane, że firmą osoby fizycznej jest jej imię i nazwisko.

Zatem każdy z nas jest traktowany jako firma JAN KOWALSKI, a nie jako żyjący człowiek Jan Kowalski. Sposób zapisu nie jest przypadkowy, bo JAN KOWALSKI to właśnie jest firma, czyli coś co jest martwe (tak samo zapisuje się imiona i nazwiska zmarłych na grobach, tak też pisano imiona i nazwiska niewolników w starożytnym Rzymie – mieli status Capitus Deminutio Maxima -największe pozbawienie praw). Ludzie o tym powszechnie nie wiedzą, choć nie jest to żadna tajemnica skoro kodeks cywilny w art. 43 wprost o tym stanowi. 
Ta firma JAN KOWALSKI powstała w momencie gdy matka Jana podpisała w USC akt urodzenia. W ten sposób matka nieświadomie zrzekła się w naszym imieniu praw do bycia traktowanym jako człowiek. W tym momencie suweren Jan Kowalski, posiadający 1/38 000 000 całej Polski stał się niewolnikiem tzw. państwa („zasobem ludzkim”) i zaczął podlegać pod jego „prawo”, a nie pod prawo naturalne czyli najwyższe prawo Stwórcy. W akcie urodzenia imię i nazwisko też jest zapisane w całości wielkimi literami jak firma.

Czy mamy państwo? Nie! Od 2002 r. Polska jest zarejestrowana w USA w rejestrze Securities and Exchange Commision pod nr 0000079312 jako firma POLAND REPUBLIC OF. Rzekomo chodzi o sprzedaż obligacji. Tylko dlaczego nikt nas,obywateli nie poinformował o tym? Gdzie jest zgoda narodu na to? A skąd wiemy, że chodzi tylko o obligacje? A może faktycznie o obligacje tyle, że zrobione z naszych aktów urodzenia, jak twierdzą różni jak to się ich określa teoretycy spiskowi? Nic tak naprawdę nie wiemy poza tym, że Polska jest zarejestrowana jako firma. Stało się to w 2002 r. Czy wcześniej nasz kraj nie sprzedawał obligacji? Na pewno. I nie była potrzebna żadna firma POLAND REPUBLIC OF. Ja tego tłumaczenia rządu nie kupuję. 

Czy istnieją urzędy państwowe? Nie!

Wszystkie ważne tzw. urzędy i tzw. organy państwowe są także zarejestrowane jako firmy w rejestrze UPIK i mają nr DUNS – międzynarodowy numer handlowy. Można to dość łatwo sprawdzić jak ktoś chce. Policja jest firmą, ma nr DUNS, Sanepid, Urzędy Skarbowe, ZUS, Kancelaria Sejmu i Senatu, Sąd Najwyższy, sądy rejonowe, okręgowe itd. Żaden z urzędników nie posiada legitymacji urzędnika państwowego. Nawet sędziowie ich nie mają, a jedynie legitymacje służbowe, korporacyjne. Legitymacji takich jak w II RP nie mają. Sprawdziło to już wielu świadomych ludzi. 

Zatem to co Bartłomiej Sienkiewicz powiedział na taśmie u Sowy, że „państwo polskie istnieje tylko teoretycznie”, a praktycznie nie istnieje jest prawdą. Również Mateusz Morawiecki to oficjalnie potwierdził mówiąc, że cyt. „Polska jest krajem posiadanym przez kogoś zza granicy” (rozmowa z Bronisławem Wildsteinem w TVP Info w 2017 r.) Istnieje tylko fasada, symulująca państwo, a praktycznie to wszystko są geszefty handlowe zarejestrowane w USA czy Niemczech bez naszej wiedzy i zgody. Od 2002 r. nie ma urzędów i urzędników państwowych. Są jedynie pracownicy korporacji o nazwie urząd, sąd, sanepid itp.

Podstawą prawa handlowego i w ogóle wszelkiego od tysięcy lat jest maksyma Consensus facit legem – zgoda/umowa tworzy prawo. Jeżeli człowiek Jan Kowalski (nie osoba) sprzedaje swoje wiśnie, z własnego ogrodu np. na parkingu i przychodzę tam ja człowiek Paweł Kowalik (nie osoba) i obejrzę te wiśnie, spróbuję może jedną czy dwie i chcę kupić np. 2 kg tych wiśni to zawieram Janem Kowalskim umowę – on mi daje 2 kg wiśni, ja mu płacę tyle ile on chce (inaczej bym nie kupił) i je zabieram.

I nikomu nic do tego czy Jan Kowalski ma książeczkę sanepidu, czy spełnia wymagania HACCP czy innych dyrektyw eurokołchozowych. Żadna firma policja czy firma sanepid nie ma prawa się wtrącać. Jeżeli Kowalski sprzeda mi wiśnie które mi zaszkodzą tak, że poważnie zachoruję następnego dnia po ich zjedzeniu, to wtedy Kowalski za to odpowiada, bo mnie oszukał. Gdybym wiedział że po zjedzeniu zachoruję to przecież bym tych wiśni nie kupił. Zatem w interesie Jana Kowalskiego jest to, aby te wiśnie sprzedać w takich warunkach, aby nikogo nimi nie zatruć. Jest to oczywiste dla Kowalskiego jako człowieka o ile jest przynajmniej przeciętnie inteligentny. Nie musi mu tego nakazywać żaden paragraf żadnej ustawy, rozporządzenia, zarządzenia, kodeksu czy dyrektywy.   
Jeżeli mimo to firma policja z firmą sanepid wkraczają w tę transakcję ze swoimi paragrafami to jest to rażące bezprawie, bo ani Jan Kowalski ani ja umowy z tymi firmami o żadne pośrednictwo nie zawieraliśmy! 

Art. 4 konstytucji stanowi, że my jesteśmy suwerenami czyli zwierzchnikami władzy. My płacimy podatki i władza ma chronić nasze prawa i godność (art. 30 konstytucji), bo nasza godność jest źródłem naszych praw

 jako ludzi i obywateli. Tymczasem nasi pracownicy, nasi słudzy dyktują nam jak mamy żyć, narzucają nam swoje ustaw(k)owe bezprawie i nas terroryzują. Żyjemy w systemie całkowitego bezprawia. I tego właśnie bezprawia doświadczyła Marysia. 

Te dwie „urzędniczki” z firmy sanepid nie ponoszą dużej winy. One są tylko pionkami w tym systemie, nie wiedząc jak on działa i myśląc, że egzekwują prawo. Faktycznie zaś egzekwują bezprawie. 

Drogą do tego, aby to zmienić jest uświadamianie innych jak jest, jakie są nasze prawa i domaganie się swoich praw naturalnych potwierdzonych (a nie ustanowionych) w Konstytucji czy Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Tylko tak możemy coś zmienić na lepsze. Kto bowiem nie dochodzi swoich praw, ten nie ma ich wcale.

Paweł Kowalik

===============

 trzy linki potwierdzające to co piszę.

Komenda Główna Policji – firma o nr DUNS: 52-289-5457: https://www.dnb.com/de-de/upik-profile-en/522895457/komenda_glowna_policji

Główny Inspektorat Sanitarny – firma o nr DUNS: 42-409-9648

firma Poland Republic Of nr 0000079312, w rejestrze SEC: https://www.sec.gov/cgi-bin/browse-edgar?CIK=0000079312

To może być potrzebne przed pierwszym zebraniem w szkole. I po…

Jeśli wiadomość nie wyświetla się poprawnie, należy skorzystać z linku – wersja przeglądarkowa

RatujŻycie.pl

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

Rozpoczął się rok szkolny, a wraz z nim wraca zagrożenie LGBT w szkołach. Tylko w tym tygodniu otrzymałam sygnały z kilku miejsc w Polsce, że sześciokolorowa ideologia atakuje z całą mocą – zarówno dzieci, jak i pedagogów.

Dyrektorzy terroryzują nauczycieli nakazując im mówić do uczniów zgodnie z ich „odczuwaną” płcią, a nie płcią faktyczną.

Dzieci w szkołach są poddawane podobnej presji – aby genderować rówieśników.

W wielu przypadkach genderowanie (zmiana imienia i zaimków) jest wstępem do tranzycji, czyli brutalnych i nieodwracalnych procedur „zmiany” płci. Zaczyna się od słów, a kończy na okaleczaniu.

Zmuszanie innych, by mówili do chłopaka jak do dziewczyny to gwałt na sumieniu, prawdzie i zdrowym rozsądku. Nie wolno zgadzać się na ideologiczny terror.

Poniżej znajdzie Pan wzory ważnych dokumentów:

– dla rodziców, którzy chcą zabezpieczyć dziecko przed niezdrowymi treściami oraz przed przymusem „genderowania” koleżanek lub kolegów,

– oraz dla nauczycieli, którzy wiedzą, że płci są tylko dwie i chcą do swoich uczniów mówić normalnie – zgodnie z ich naturalną biologiczną płcią.

Dokumenty należy wydrukować, podpisać, wpisać miejscowość i datę oraz złożyć u Dyrekcji szkoły. Dobrze jest wziąć potwierdzenie złożenia na kopii!

Dla rodziców: https://ratujzycie.pl/zabezpiecz-dziecko-przed-warsztatami-gender-w-szkole-wzor-oswiadczenia/.

Dla nauczycieli: https://ratujzycie.pl/pracujesz-w-szkole-nie-daj-sie-zmusic-do-genderowania-dzieciwzor-oswiadczenia-dla-nauczycieli/.

Jeśli któraś z tych sytuacji dotyczy Pana lub osoby Panu bliskiej – proszę nie wahać się i wysłać linki. Zaczynają się pierwsze zebrania w szkołach i może to być dobry moment, by rodzice wraz z wieloma innymi dokumentami złożyli także swoje oświadczenia i zabezpieczyli dzieci.

Serdecznie Pana pozdrawiam!

Kaja GodekKaja GodekKaja Godek
Fundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl

PS – Szkoła jest miejscem, które powinno przede wszystkim służyć prawdzie. Ideologia LGBT zakłamuje rzeczywistość, dlatego nie wolno jej ulegać.

WSPIERAM

NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW

MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/

Wzięli się za łby: Skorumpowany miliarder Kołomoyski – czyli sława, władza i… areszt

Skorumpowany miliarder czyli sława, władza i… areszt

Kategoria: Archiwum, Co piszą inni, Gospodarka, Kontrowersyjne, Polecane, Polityka, Świat, Ważne

Autor: AlterCabrio , 8 września 2023

Z majątkiem szacowanym na niecałe 1,7 miliarda dolarów Ihor Kołomojski znajduje się w piątce najbogatszych obywateli Ukrainy. W weekend został aresztowany przez władze Ukrainy pod zarzutem szeregu oszustw i prania pieniędzy. W delikatnym momencie rząd stara się pokazać światu, że potrafi uporać się z głęboko zakorzenioną korupcją.

−∗−

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org ekspedyt-skorumpowany-miliarder-czyli-slawa-wladza-i-areszt

−∗−

Skorumpowany miliarder odpowiedzialny za dojście Zełenskiego do sławy i władzy aresztowany

Z majątkiem szacowanym na niecałe 1,7 miliarda dolarów Ihor Kołomojski znajduje się w piątce najbogatszych obywateli Ukrainy. W weekend został aresztowany przez władze Ukrainy pod zarzutem szeregu oszustw i prania pieniędzy. W delikatnym momencie rząd stara się pokazać światu, że potrafi uporać się z głęboko zakorzenioną korupcją.

W sobotnim oświadczeniu Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) stwierdzono, że miliarder, określany jako „de facto właściciel dużej grupy finansowo-przemysłowej” – rzekomo próbował wyprać ponad 500 milionów hrywien ukraińskich (13,5 miliona dolarów) za pomocą „transferu ich za granicę, przy wykorzystaniu infrastruktury kontrolowanych przez niego instytucji bankowych.”

W związku z toczącym się śledztwem kijowski sąd nakazał tymczasowe aresztowanie go na dwa miesiące, a kaucję ustalono na oszałamiające 14 milionów dolarów.

Co ważne, dziennik „The New York Timeswe wtorkowej relacji z aresztowania Kołomojskiego podkreślił, że był on wcześniej głównym zwolennikiem obecnego prezydenta Wołodymyra Zełenskiego i przyczynił się w dużej mierze do doprowadzenia go do władzy. Powszechnie uważa się, że w różnych okresach finansował prywatne armie ekstremistycznych milicji.

Jak pisze „NY Times”: „Jego zainteresowania biznesowe obejmowały ropę naftową i bankowość, a kiedyś uważano go za patrona pana Zełenskiego, byłego komika, którego popularne programy były emitowane w kanale telewizyjnym pana Kołomojskiego, zanim jeszcze skutecznie ubiegał się o urząd prezydenta”.

Dalsze bardzo odkrywcze szczegóły znajdują się w raporcie Timesa:

Podejrzenia o korupcję i defraudację nie odstępują Kołomojskiego od lat. W 2017r. wyjechał z Ukrainy do Szwajcarii i Izraela po tym, jak rząd ówczesnego prezydenta Petra O. Poroszenki przejął bank, którego był współwłaścicielem i oskarżył go o oszustwo na dużą skalę, które groziło destabilizacją gospodarki Ukrainy.

Wrócił w 2019r. po zwycięstwie Zełenskiego nad Poroszenką, budząc obawy, że więzi z nowym prezydentem pomogą mu odzyskać siłę gospodarczą i polityczną.

Naturalnie więc zachodnia prasa głównego nurtu przedstawia teraz to jako oskarżenie wobec „grubej ryby”, pokazujące, że Zełenski staje się „twardy” i wreszcie zaczyna działać ‘bez rękawiczek’, ujawniając długotrwałą korupcję.

Moment również jest interesujący, biorąc pod uwagę, że Zełenski właśnie zwolnił własnego ministra obrony, co nastąpiło w ten sam weekend, co aresztowanie miliardera Kołomojskiego. „W tym tygodniu parlament zostanie poproszony o podjęcie decyzji personalnej… Zdecydowałem się na zmianę ministra obrony Ukrainy. Oleksji Reznikow przeżył ponad 550 dni wojny na pełną skalę” – powiedział w weekend Zełenski.

I zgadnijcie, kogo i ile dzieliło od Huntera Bidena, podejrzewanego o dziwne związki z Burismą? „Oprócz kontaktów za pośrednictwem giganta energetycznego Burisma, Hunter Biden prowadził interesy z bankiem Ihora Kołomojskiego” – czytamy w jednym z wcześniejszych raportów.

Kwadratowe zdjęcie profilowe

New York Post

@nypost

Hunter Biden’s Ukraine contact allegedly a 'fixer’ for shady oligarchs https://trib.al/hvYTr89

Zdjęcie

Jeśli chodzi o zwolnionego ministra obrony, Reznikow znajdował się w centrum śledztwa o łapówkarstwo w sprawie płacenia przez wojsko zawyżonych cen za importowane produkty, czasami droższych trzykrotnie lub więcej, z czego, jak się uważa, zyski napełniały kieszenie czołowych urzędników wojskowych. Dochodzi do tego także niedawny skandal rekrutacyjny, podczas którego główni rekruterzy otrzymywali duże łapówki, aby umożliwić poszczególnym osobom uniknięcie poboru do wojska.

W tle wniosek Ukrainy o przystąpienie do Unii Europejskiej. Oczywiście fakt, że Ukraina znajduje się na szczycie listy najbardziej skorumpowanych społeczeństw w Europie, prawdopodobnie pozostanie główną przeszkodą w nadchodzących latach.

Tymczasem rosyjskie media zwróciły uwagę, że Kołomojski czasami osobiście wkraczał na arenę polityczną i że jego pieniądze wywarły ogromny wpływ na kraj w znany i nieznany sposób:

Kołomojski wdarł się na scenę polityczną w 2014 roku, kiedy został mianowany gubernatorem południowo-wschodniego obwodu dniepropietrowskiego po wspieranym przez Zachód zamachu stanu w Kijowie. Rok później został jednak odwołany ze stanowiska w związku z konfliktem z ówczesnym prezydentem Ukrainy Petrem Poroszenką w ramach walki o kontrolę nad Ukrnaftą i państwowym operatorem rurociągów naftowych Ukrtransnafta.

W 2016 roku władze ukraińskie znacjonalizowały także PrivatBank Kołomojskiego, uznając go za główne zagrożenie dla systemu finansowego kraju w następstwie zarzutów o oszustwa na dużą skalę.

Powszechnie uważa się, że Kołomojski odegrał główną rolę w dojściu do władzy prezydenta Władimira Zełenskiego. Przed rozpoczęciem kampanii politycznej w 2019r. Zełenski był komikiem, którego program emitował kontrolowany przez Kołomojskiego holding medialny. Sam magnat mówił, że „chciał”, aby Zełenski został prezydentem, zaprzeczył jednak bliskim kontaktom z nim.

W tym konkretnym przypadku jest bardzo prawdopodobne, że to Waszyngton wywarł presję na Kijów, biorąc pod uwagę, że już w 2021 roku Departament Stanu USA nałożył sankcje na Kołomojskiego i członków jego rodziny. W ówczesnym oświadczeniu USA stwierdzono, że był on zaangażowany „w działania korupcyjne, które podważały praworządność i wiarę ukraińskiego społeczeństwa w demokratyczne instytucje ich rządu”.

Zlatti71

@djuric_zlatko

Ukrainian oligarch Igor Kolomoisky faces charges related to fraud and the laundering of unlawfully acquired assets, according to reports from the Security Service of Ukraine (SBU). The SBU’s findings indicate that during the period spanning 2013 to 2020, Igor Kolomoisky allegedly engaged in the process of legalizing over half a billion hryvnias by transferring them abroad, leveraging the infrastructure of banking institutions under his control.

Zdjęcie

Być może w pewnym momencie pozbawiono go nawet ukraińskiego paszportu, ale osobiście zaprzeczył tym doniesieniom, a także szeroko rozpowszechnionym zarzutom o korupcję, uznając je za „nonsens” i pozbawione podstaw.

Scott Horton

@scotthortonshow

Ukraine is so corrupt the USA just made them fire their DEFENSE MINISTER for stealing. All the untold thousands you’ve paid the IRS over your lifetime of hard work is equal to what they piss away on coke and whores in a night.

·

* * *

Być może dlatego Zełenskiemu łatwo było teraz (po tylu latach „otwartej” korupcji) postawić go przed sądem? Począwszy od 2019 roku Kołomojski zaczął wygłaszać pewne prorosyjskie oświadczenia, w mocno odwróconym kierunku

Ukraina powinna porzucić Zachód i wrócić do rosyjskiej strefy, powiedział wpływowy ukraiński miliarder Ihor Kołomojski w środowym wywiadzie dla „The New York Times”.

Powiązania biznesowe Kołomojskiego z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim są przedmiotem szczegółowej analizy od początku tegorocznej kampanii wyborczej byłego komika. Obaj mężczyźni odrzucili sugestie jakoby Kołomojski miał zakulisowy wpływ na Zełenskiego.

„Moscow Times” wybrał cytaty z emocjonalnego i przepełnionego wulgaryzmami wywiadu Kołomojskiego, które według „The New York Times” oznaczają „niezwykłą zmianę nastawienia” ze strony byłego przeciwnika Rosji.

Dean O’Brien

@DeanoBeano1

As Ukraine announces that it will now start to conscript women into the armed forces you can be fairly certain that the daughter of the head of the Ukrainian Chernigov region conscription office, Alexander Sapon won’t be recruited. Here she shows off her luxury lifestyle…

____________________

Corrupt Billionaire Behind Zelensky’s Rise To Fame & Power Arrested, 6 September, 2023

Alternatywnie:

Corrupt Billionaire Behind Zelensky’s Rise To Fame & Power Arrested, Tyler Durden, Sep 06, 2023

−∗−

Tagi:Burisma, Departament Stanu USA, Hunter Biden, Ihor Kołomojski, korupcja, Oleksji Reznikow, Petr O. Poroszenko, pranie pieniędzy, prezydent Wołodymyr Zełenski, PrivatBank, Rosja, SBU, transfery finansowe, UE, Ukraina, Ukrnafta, Ukrtransnafta, USA

O autorze: AlterCabrio

If you don’t know what freedom is, better figure it out now!

  1. AlterCabrio 8 września 2023
  2. Uprzedzę. WSZYSTKIE odnośniki DZIAŁAJĄ. Lecz niektóre z nich prowadzą do anglojęzycznej wersji RT, a do tego serwisu nie dostaniemy się z polskiej strefy internetu. Zainteresowani mogą próbować przez serwery proxy.
    _________________
  3. Odnośnie ostatniego TT w tekście [bo panowie mogą być zainteresowani, z przyczyn politycznych, of’coz], to chodzi o to:Ponieważ Ukraina ogłasza, że od teraz rozpocznie pobór kobiet do sił zbrojnych, można być niemal pewnym, że córka szefa ukraińskiego urzędu poborowego obwodu czernihowskiego Aleksandra Sapona nie zostanie powołana.Tutaj pokazuje swój luksusowy styl życia…

1 komentarz

Friday Funnies: Tastes funny – and it definitely isn’t chicken… – Nie bój się, otwieraj ! to MEMy..

and it definitely isn’t chicken…

Friday Funnies: Tastes Funny –

and it definitely isn’t chicken…

ROBERT W MALONE MD, MS SEP 8
 
READ IN APP
 









Who is Robert Malone” is a reader supported publication. Please consider joining our great community and by obtaining subscription.

Upgrade to paid





North of Richmond – PARODY – Oliver Anthony (on Rumble)

I almost didn’t include this – because it is rude. So, if you are offended easily, don’t watch. 



Who is Robert Malone is a reader-supported publication. To receive new posts and support my work, consider becoming a free or paid subscriber.

Upgrade to paid

MEMy i anegdotka

==============================

Anegdotka księżowska, opowiedziana przez biskupa;

Trójca Święta, zmęczona ciągłym doglądaniem krnąbrnych ludzi, wybiera się na wakacje.

Bóg Ojciec mówi: wybieram Nową Zelandię, tam stworzyliśmy takie urocze góry, przełomy rzek, wulkany…

Jezus mówi: A ja pojawię się w Kanadzie, teraz tam są takie piękne bukowe lasy…

Duch Święty: Ja muszę do Rzymu, tak dawno już tam nie byłem…