Środowiska promujące aborcję pod pretekstem troski o zdrowie psychiczne kobiet forsują rozwiązania, które umożliwią lekarzom zabijanie nienarodzonych właściwie na każde życzenie kobiety. W Ministerstwie Zdrowia powstał zespół, którego zadaniem jest opracowanie procedur dotyczących „zakończenia ciąży”. W jego skład wchodzą osoby znane ze swoich proaborcyjnych poglądów.
Apelujemy do Minister Zdrowia Katarzyny Sójki o zajęcie zdecydowanej postawy w obronie życia dzieci nienarodzonych, podejmowanie działań mających na celu wzmocnienie standardów opieki dla matek oczekujących narodzin dziecka oraz wyraźny sprzeciw wobec presji aborcyjnych aktywistów.
PODPISZ APEL!
Szanowna Pani Katarzyna Sójka Minister Zdrowia
Szanowna Pani Minister, w odpowiedzi na podnoszony w debacie publicznej postulat rozszerzenia kryteriów legalności przerywania ciąży o dopuszczenie uśmiercenia nienarodzonego dziecka ze względu na zagrożenie zdrowia psychicznego matki, apeluję do Pani Minister o zajęcie zdecydowanego stanowiska w sprawie obrony życia dzieci nienarodzonych oraz o zapewnienie jak najlepszej opieki dla matek spodziewających się narodzin swojego dziecka.
Gdy 10 sierpnia 2023 r. wzięła Pani na siebie odpowiedzialność za zdrowie i życie Polaków, mówiąc: „przystępujemy do ciężkiej pracy, bo najważniejsze jest dobro pacjentów”, wyraziła Pani tym samym troskę o życie każdego, także najmniejszego Polaka, którego życie rozwija się pod sercem matki.
Dlatego domagam się skutecznej ochrony każdego życia ludzkiego i podstawowych praw człowieka, niezależnie od stadium jego rozwoju.
W tym kontekście przypominam również stanowisko Zespołu Ekspertów Konferencji Episkopatu Polski ds. Bioetycznych w sprawie dopuszczalności aborcji w oparciu o przesłankę zdrowia psychicznego z 4 września br. Aborcja – jak przypominają eksperci KEP – nie należy do metod terapeutycznych stosowanych w leczeniu, a zabójstwo dziecka nie może być uważane za środek do przywrócenia zdrowia kobiety. Taki akt nie mieści się w standardach leczniczych.
Pojawiające się w przestrzeni publicznej, sprzeczne z Konstytucją RP, roszczenia zmian w interpretacji obowiązującego prawa, są de facto dążeniem do legalizacji aborcji na żądanie.
Domagam się zatem zdecydowanego sprzeciwu wobec nacisków wywieranych na resort zdrowia przez lobby aborcyjne, których wyrazem jest m.in. powołanie przez byłego Ministra Zdrowia Adama Niedzielskiego zespołu ds. opracowania wytycznych dla podmiotów leczniczych w zakresie procedur związanych z zakończeniem ciąży, zdominowanego przez ekspertów o poglądach proaborcyjnych.
Nie ma mojej zgody, aby wbrew prawu – a także bez uczciwej i rzetelnej współpracy specjalistów – ustalane były procedury ułatwiające dokonywanie aborcji w polskich szpitalach.
Liczę, że nie ulegnie Pani Minister presji środowisk, którym zależy na tym, aby w Polsce dochodziło do masowego zabijania niewinnych i bezbronnych dzieci,nawet na kilka dni przed porodem.
Mam nadzieję, że prace resortu powierzonego Pani kierownictwu przyczynią się do umacniania szacunku wobec każdego życia, na każdym etapie jego rozwoju, podnosząc także standardy wszechstronnej opieki dla matek oczekujących narodzin dziecka.
Rzadko śledzę debaty przed wyborami. Nie wiem czy to przypadek, ale trafiam na dyskusje o problemach sięgających swoimi skutkami najwyżej kilku lat w przyszłość.
Czyżby problemy, które już są, a będą skutkować na pokolenia, nie były przedmiotem debat przed nadchodzącymi wyborami?
Te problemy swoją skalą i zasięgiem czasowym są z natury trudne do ogarnięcia, ale przez to samo stają się najważniejszymi. Byłoby to fatalne, ale patrząc na poziom polskiego życia politycznego, to raczej nie dziwi.
W tych dniach Główny Urząd Statystyczny ogłosił, że Polska wchodzi w kolejny kryzys demograficzny, a potwierdzeniem tego ma być fakt, iż w roku ubiegłym urodziło się najmniej dzieci od zakończenia II wojny światowej.
Przez najbliższe 20 – 30 lat ludność Polski zmniejszy się co najmniej o kilka milionów. To tak jakby wymarły więcej niż dwa województwa podkarpackie. Przypomnijmy, że województwo podkarpackie aktualnie zamieszkuje nieco ponad dwa miliony osób. Trudno mi sobie wyobrazić, że jadę ze Stalowej Woli do Ustrzyk Dolnych i po drodze nigdzie żywego ducha.
Jednak fakt, że Polska wymiera, to tylko część problemu. Bodaj większym problemem jest fakt starzenia się społeczeństwa. To rodzi większe problemy ekonomiczne, społeczne i polityczne niż wymieranie. Jeśli emeryt umarł, to koszt pogrzebu jest w zasadzie ostatnim kosztem, który wygenerował. Emeryt, który żyje, ale jest schorowany, zniedołężniały lub w inny sposób niezdolny do samodzielnego życia, generuje wysokie, dodatkowe koszty, choćby na opiekę medyczną. Polityczny problem polega na tym, że tacy emeryci stają się coraz większą siłą polityczną.
Powyższe fakty łączę z informacją o tym, że rząd PiS-u planuje budżet na przyszły rok z gigantycznym deficytem, czyli de facto zadłużeniem. Politycy PiS-u nawet tego nie kryją, że zadłużają państwo, by przekupić emerytów – wyborców. Dodatkowo w kampanii wyborczej obiecują, że nie podniosą wieku emerytalnego. Jeszcze kilkanaście lat temu mieliśmy w Polsce sytuację, gdy dwóch – trzech pracujących składało się na emeryturę jednego emeryta. Dużymi krokami zbliżamy się do sytuacji, w której jeden pracujący będzie musiał utrzymać dwóch – trzech emerytów. Kto to wytrzyma? Przecież już widać na horyzoncie punkt, w którym już nie da się ani zapożyczać, ani dodrukowywać pieniędzy. Taka polityka jest cynicznym oszustwem i prowadzi wprost do katastrofy w różnych wymiarach. Jednak póki co nie ma siły politycznej w Polsce, która miałaby odwagę powiedzieć to publicznie, a zwłaszcza w kampanii wyborczej. Żeby choćby próbować zapobiec tej katastrofie już teraz trzeba podjąć wiele bardzo niepopularnych decyzji.
Całość tych problemów odnoszę do swojej sytuacji osobistej, czyli kogoś, kto za kilka lat znajdzie się w wieku emerytalnym. Sytuacja życiowa zmusza mnie do pozostania w Stalowej Woli, a spodziewam się nędznej emerytury. Obecnie Stalowa Wola to najszybciej wyludniające się miasto w województwie. To miasto w czołówce miast z najmniejszym przyrostem naturalnym i jednocześnie to miasto w pierwszej trójce miast w województwie z najstarszą populacją. Za góra kilkanaście lat połowę dorosłych mieszkańców Stalowej Woli będą stanowić emeryci.
Co to oznacza dla takiego miasta? Najogólniej mówiąc ogromną degradację pod każdym względem. Stalowa Wola będzie przytłaczana problemami ludzi strych, w dużej części schorowanych i w dodatku niezamożnych. O ile wiem obecne władze miasta w ogóle nie zastanawiają się, jak przystosować miasto do innych zasad funkcjonowania, zwłaszcza pod względem finansowym. Stalowa Wola, podobnie jak całe państwo, jest ogromnie zadłużona i to zadłużenie będzie rosnąć. W którymś momencie to zadłużenie państwa, jak i miasta zderzy się z procesami społecznymi i gospodarczymi wpływającymi negatywnie na możliwości finansowe i państwa, i miasta. Emeryci to w polskich warunkach słabi nabywcy i płatnicy podatków.
Co wtedy? Szukaniem odpowiedzi na to pytanie nie zaprzątają sobie głowy żadne siły polityczne ani w państwie, ani w Stalowej Woli. Efekty takiego braku dalekosiężnego myślenia i jakiegokolwiek braku poczucia odpowiedzialności już nas poniewierają. Przez trzydzieści lat nie potrafiono zbudować ponadpartyjnego konsensusu, żeby przebudować i zmodernizować system energetyczny w Polsce. W efekcie mamy ciągle rosnące ceny energii elektrycznej, a skutkiem tego jedne z najwyższych w Europie. Stoimy pod ścianą wobec dostosowania naszego systemu energetycznego do wymogów Unii Europejskiej, co grozi katastrofalnymi konsekwencjami dla polskiej gospodarki. Kręcimy się w błędnym kole. Z jednej strony trzeba twardo powiedzieć emerytom i nie tylko, że dalsza polityka przekupywania ich różnymi świadczeniami socjalnymi obraca się przeciwko nim. Z drugiej strony emerytów jako rosnącej siły politycznej nie wolno sobie zrażać, bo nie będzie wygranej w wyborach, więc brnie się w ekonomiczne nonsensy.
I cóż w tej sytuacji czeka mnie w Stalowej Woli? Ano bieda i ból. Bieda, bo emerytura głodowa i prawie żadnej możliwości dorobienia, ponieważ ani kodeks pracy, ani inne ustawy mające na to wpływ nie tworzą systemu zachęcającego pracodawców do zatrudniania emerytów albo tworzenia dla nich miejsc pracy. Ból, ponieważ mam choroby, które wraz z wiekiem się nasilają i jak widzę wokół siebie, czynią życie udręką, a przy tym pogłębia się degradacja systemu opieki medycznej.
Jeśli Stalowa Wola ma pozostać ośrodkiem przemysłowym, to jest nieuchronnym, że pojawią się w dużej liczbie imigranci, jako siła robocza. Jeśli będą stanowić jedną trzecią liczby mieszkańców miasta (a wcześniej niż później będą), to staną się już nie tylko siłą ekonomiczną, ale i społeczną oraz koniec końców polityczną. Zarówno oni, a zwłaszcza urodzone w Stalowej Woli ich dzieci, mogą nie zechcieć łożyć na takich, jak ja. Co wtedy? Przecież te obszary przyszłych problemów i konfliktów gospodarczych, społecznych i politycznych już są widoczne gołym okiem. Zarówno w Stalowej Woli, jak i w całej Polsce o tym cisza. Czy znajdzie się siła polityczna, która ją przerwie? Niestety nie wygląda na to, żeby ujawniła się przed tymi wyborami. Po wyborach raczej też się nie ujawni.
Partia Demokratyczna już dwa razy wykorzystała tzw. pandemię i głosowania kopertowe, które jej towarzyszyły, by nieuczciwie wpłynąć na wyniki wyborów, teraz zamierza zrobić to po raz kolejny i dlatego w USA jest mowa o powrocie do covidowych restrykcji – zwracają uwagę amerykańscy konserwatyści.
Jak ostrzega senator Ted Cruz z Teksasu, należy spodziewać się, że za niecały rok, przed wyborami prezydenckimi, może pojawić nowy, „najbardziej zjadliwy” wariant koronawirusa, jak ironizuje polityk – „wariant wyborczy”.
Cruz podkreśla przy tym, że propagatorzy reżimu covidowego nadają swoim narracjom rangę niemal religijną. Wmawianie ludziom zagrożenia z powodu rzekomej pandemii to dla Demokratów „artykuł wiary”, czego celem jest „kontrolowanie ludzi, niezależnie od tego, czy chodzi o nakaz noszenia masek, czy o nakaz szczepionek, czy o 437. dawkę przypominającą”.
– Nawiasem mówiąc, za rok będziemy świadkami najbardziej zjadliwego wariantu Covid-19, jaki kiedykolwiek widziano: „wariantu wyborczego”, a przed wyborami będą musieli wszystko zamknąć, ponieważ chcą wprowadzić wszędzie głosowania kopertowe, bo wiedzą, że pomaga w wybraniu Demokratów– tłumaczy.
– Sam Fauci wie, że to, co mówi, jest nieprawdziwe – podkreśla Cruz, wskazując, że w e-mailu do byłej sekretarz Departamentu Zdrowia przyznał, że maski nie działają, po czym zadecydował, że należy je wprowadzić ze względów politycznych.
Opinia senatora Cruza pokrywa się z najnowszymi wypowiedziami Donalda Trumpa, który – pomimo początkowego popierania pewnych środków „przeciwko” wirusowi – stopniowo wycofywał się z tego stanowiska, a obecnie w zdecydowanych słowach odciął się od zamordystów covidowych, deklarując, że wolni Amerykanie nie podporządkują się ich szaleństwom, a on jako prezydent rozprawi się wprowadzanym przez nich reżimem.
– Chcą ponownie wywołać histerię związaną z Covid-19, aby uzasadnić dalsze lockdowny, większą cenzurę, więcej nielegalnych skrzynek do głosowania kopertowego, więcej wysyłanych pocztą kart do głosowania i biliony dolarów w postaci wypłat dla swoich sojuszników politycznych przed wyborami w 2024 roku – powiedział Trump.
Piszę ten felieton w 26 rocznicę śmierci księżnej Walii – Diany. Ukaże się zapewne w okolicach 22 rocznicy tzw. ataku na Amerykę, czyli wydarzeń z 11 września 2001 roku. Co łączy obie te daty? Wspominałem o tym w książce „Projekt Phoenix”, ale nadarza się okazja, by w dużym skrócie przypomnieć. Musimy się jednak cofnąć do czasów prezydentury Clintona, a niektórych miejscach nawet odrobinę dalej.
To wtedy bowiem, amerykańskie „jastrzębie” doszły do przekonania, że Rosję można pozbawić dochodowych ropociągów, inwestując w nakręcanie spirali terroru w jej strefie wpływów, a następnie oskarżając ją o zbrodnie wojenne. Żeby osłabić Rosję postanowiono zainwestować ogromne pieniądze w eskalację wojny w Czeczenii. Miało to w założeniu zniechęcić otencjalnych zachodnich inwestorów do zawierania umów z Rosją. W tym samym czasie administracja Clintona ostentacyjnie zbliżyła się do Iranu, forsując azerbejdżańską trasę ropociągu, podpalając jednocześnie Kaukaz eksplozją islamskiego dżihadu. Ludźmi najważniejszymi, w grupie realizatorów planu, byli z pewnością dwaj najbogatsi osobnicy ówczesnego wschodu i zachodu. Borys Bierezowski i Adnan Khashoggi. Ten ostatni przewijał się przez karty najnowszej historii USA wielokrotnie. Zawsze tam, gdzie działo się coś głośnego i z pozoru niezrozumiałego. Wspominała o nim „Rzeczpospolita”, ta sama, którą właśnie przejmuje konsorcjum niejakiego Sorosa.
„Z ustaleń „Rz” wynika, że w czerwcu 2007 r. Robert Draba, minister w Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, wyczarterowanym samolotem wybrał się w podróż do Gruzji. Na pokładzie towarzyszyli mu m.in. Abdul Rahman el Assir, międzynarodowy handlarz bronią, oraz Artur Trzeciakowski, ówczesny wiceprezes Bumaru. Mieli oni negocjować warunki dostawy do Gruzji uzbrojenia produkowanego przez spółkę. Sprawa budzi kontrowersje, ponieważ z informacji Agencji Wywiadu wynika, że el Assir, były pracownik Ambasady Libanu w Egipcie, podejrzewany był o dostarczanie broni Hezbollahowi oraz związki z terrorystami z al Kaidy – Takie informacje pojawiały się w Bumarze – potwierdza jeden z funkcyjnych pracowników spółki. El Assir przez lata handlował bronią przede wszystkim na Bliskim Wschodzie i Afryce. W tym czasie miał spotykać się m.in. z członkami rodziny terrorysty i szefa al Kaidy Osamy bin Ladena. Jak donosiły amerykańskie media, z rodziną bin Ladenów związany jest także saudyjski handlarz bronią Adnan Khashoggi, który wprowadzał el Assira w tajniki biznesu. Khashoggi pierwszy biznes zrobił w latach 50. dzięki ojcu Osamy, Mohammedowi, pośrednicząc w kupnie amerykańskich ciężarówek dla rodzinnej firmy budowlanej bin Ladenów. Po ataku terrorystycznym z września 2001 r. w amerykańskiej prasie pojawiły się spekulacje, że Khashoggi przez jakiś czas wspierał finansowo działalność Osamy (…)”[1].
Dziś można dodać, jako ciekawostkę, że swoistym hubem działalności Khashoggi’ego na wschodzie było lotnisko Smoleńsk Siewiernyj. Ale to wątek poboczny, ponieważ dla potrzeb niniejszego felietonu ważniejsze jest, że Adnan Khashoggi był szwagrem … Mohameda Al-Fayed’a, właściciela słynnego, londyńskiego domu towarowego Harrods. Al Fayed, to z kolei były wspólnik El-Amira Atty, ojca jednego z domniemanych porywaczy samolotów z 11 września. Sam natomiast był ojcem Dodi’ego – wybranka lady Di, z którym zginęła w wypadku samochodowym.
Al Fayed był również postacią nietuzinkową. Należał do grupy nazywanej Pinay Circle. Krąg ten powstał w r. 1969, choć przymiarki do niego czyniono, przy współudziale Konrada Adenauera, już w latach 50.. Jest jednym z najbardziej tajnych i intrygujących klubów politycznych. Istnieje po dziś dzień. Hojnie dotował spotkania, na których oficjalnym tematem była przez wiele lat kwestia „bezpieczeństwa europejskiego i problemu sowieckiego”.
Spotkania jego członków odbywają się dwa razy do roku. Dyskutują wtedy oczywiście o polityce międzynarodowej i pieniądzach. Innymi słowy – kreują to, co później oglądamy w „Wiadomościach”. Przez lata odgrywali znaczącą rolę w destabilizowaniu wielu rządów. Brytyjscy członkowie klubu, zaangażowani byli szczególnie w handel bronią, w zamian za narkotyki pochodzące z Pakistanu i Bośni. Ich francuscy koledzy nie pozostawali w tyle. W latach 70. agenci francuskich specsłużb dokonali wielu przewrotów w Afryce Centralnej, Kongo, Nigerii i Mali. Szefem SDECE był w tym okresie jeden z głównych członków Kręgu – hrabia Alexander de Marenches. Jego oczkiem w głowie stał się wkrótce projekt „Safari Club”, który miał być konsorcjum tajnych policji szacha Iranu, Saddama Husseina z Iraku, Anwara Sadata w Egipcie i służb wywiadu saudyjskiego, zarządzanych przez Kamala Adhama, jednego z głównych później graczy w aferze banku BCCI.
„Safari Club” miał swój udział w obaleniu prezydenta Sekou Toure w Gwinei oraz zabójstwie Amilcara Cabrala, przywódcy ruchu wolnościowego w tym państwie. Komando zabójców klubu Safari próbowało również zlikwidować przywódcę libijskiego, Muammara Kadafi’ego. Przyczyniło się do powrotu do władzy dyktatora Barre w Somalii. Czynnie wspierało irańskiego szacha i tajne służby RPA.
Kiedy w 1981 r. do władzy doszedł F. Mitterand, SDECE rozwiązano, jednak w to miejsce powołano wkrótce do życia DGSE, którego szefem został Pierre Marion. Ten szybko przerzucił zaangażowanie polityczne służb na tory biznesowe. Główne siły poszły na wzmocnienie francuskiego holdingu wojskowo-przemysłowego o nazwie Grupa Bull. Ów militarny kompleks położył nacisk na współpracę z amerykańską firmą Honeywell. W latach 90. obie te firmy powołały do życia konsorcjum pod nazwą Honeywell–Bull, wspólnie pracując nad wieloma projektami. Podobnie ścisłą współpracę zawiązały w tym czasie tajne służby obu państw, CIA i DGSE.
Dla obu tych służb, niewygodna mogła się stać księżna Walii – Diana. W tym czasie była główną orędowniczką zakazu produkcji i używania min przeciwpiechotnych. Wytwórcom tych min z obu współpracujących krajów, międzynarodowa działalność księżnej z pewnością nie była obojętna. To wtedy administracja Clintona wspomogła muzułmańskich Bośniaków dostawą broni wartej 400 mln dol.. Francuzi zaś podpisali z Iranem kontrakt na dostawy ropy wart 2 mld dol.. Rozliczenia za ten interes były najprawdopodobniej dokonywane w postaci dostaw uzbrojenia dla Bośni. Coraz głośniejszy sprzeciw wobec min przeciwpiechotnych, jaki podnosił się w tym czasie za sprawą nawołującej do ich wycofania księżnej, mógł być powodem, dla którego rozstała się z tym światem. Wojna z terrorem była tuż za rogiem. Wielu wpływowych członków Kręgu z pewnością nie rozpaczało po tej stracie.
Wiadomo, że znała doskonale co najmniej trzech z nich. To Henry Kissinger, George Soros i miliarder Jeremy Goldsmith. O lobbowaniu tego pierwszego dla firm zbrojeniowych mówiło się prawie otwarcie. Soros z kolei zapewniał księżnej transport swymi prywatnymi samolotami w jej podróżach do Bośni. Możliwe, że tymi samymi maszynami kursowała tam broń. Z ostatnim z tej trójki Diana miała relacje prawie rodzinne. Przyjaźniła się z jego żoną – Annabel. Mark Shand, brat Kamili Parker-Bowles, ożenił się z Clio Goldsmith, siostrzenicą miliardera.
Ojciec Dodi’ego – Al Fayed, który zmarł w przeddzień rocznicy śmierci swego syna, 30 sierpnia tego roku – uważał, że wypadek Diany został przygotowany i zrealizowany przez brytyjskie służby specjalne. Twierdził, że rodzina królewska nie chciała zaakceptować Egipcjanina, jako ojczyma przyszłego króla Wielkiej Brytanii. Przekonywał, że Diana była z jego synem w ciąży. Służby z obu stron Atlantyku nie pozostały mu dłużne i uderzyły w Al Fayeda bardzo mocno, próbując połączyć jego nazwisko z Al Kaidą. Na cud zakrawa, że się z tych zarzutów wywinął. Może pomogło to, że w r. 1953, Al Fayed współzarządzał firmą produkującą maszyny do szycia Singer, a jego partnerem w tym biznesie był nie kto inny, jak późniejszy prezydent USA – George H. W. Bush, którego syn o wiele większe interesy robił przecież z rodziną Bin Laden.
Czyżby po panu wiceministrze Wawrzyku w Ministerstwie Spraw Zagranicznych szykowała się kolejna dymisja? Mam oczywiście na myśli pana wiceministra Arkadiusza Mularczyka, który w swoim czasie musiał przekonać Naczelnika Państwa, że dobrze by było uruchomić nowego samograja do duraczenia wyznawców PiS, którzy najwyraźniej położyli lachę na katastrofę smoleńską. Takim nowym samograjem mogłyby być reparacje wojenne od Niemiec.
Komu w dzisiejszych czasach nie przydałaby się forsa, tym bardziej, że od Niemców, więc można by dać upust chciwości w poczuciu spełniania wyroków sprawiedliwości dziejowej, a może nawet – Boskiej? Pan wiceminister Mularczyk, jako egzekutor sprawiedliwości Boskiej – pourquoi pas?
Oczywiście pan Mularczyk dojrzewał do tego stopniowo. Początkowo, jako adwokat, wpadł na pomysł, by Polacy pozywali Niemcy przed niezawisłe sądy – ale ktoś starszy i mądrzejszy musiał zwrócić mu uwagę, że państwa korzystają z immunitetu państw suwerennych, więc ot tak sobie zaciągać ich przed niezawisłe sądy nie bardzo można. Nawet Polska, którą pozwali do tamtejszego niezawisłego sądu jacyś amerykańscy Żydowie o “roszczenia”, z tego immunitetu skorzystała – chociaż niezawisły sędzia nie był pewien, czy ten immunitet przysługuje również naszemu mniej wartościowemu bantustanowi, bo zastanawiał się nad tym aż dwa lata – ale w końcu wyszło na nasze.
Tedy Wielce Czcigodny poseł Mularczyk wpadł na pomysł, by “Polacy” składali pozwy o reparacje do polskich sądów. Sądy – jak to sądy – z pewnością wydawałyby piękne wyroki, a potem już tylko wyegzekwować je na Niemczech – i sprawa załatwiona. Czy rzeczywiście – tego nie wiemy – ale jedno jest pewne, że kancelaria pana mecenasa Mularczyka, która by te pozwy pisała – no bo niby któż inny? – wyszłaby na swoje.
Widocznie jednak jakoś nie było chętnych (“bo taka głupia to ja już nie jestem; może głupia, ale taka to już nie” – śpiewała przed laty w Piwnicy pod Baranami Krystyna Zachwatowicz), więc Wielce Czcigodny poseł Mularczyk zapragnął służyć Polsce w tej sprawie na stanowisku wiceministra spraw zagranicznych – i uzyskał błogosławieństwo Naczelnika Państwa, który zwęszył w tym korzyści polityczne przed wyborami. A jakie? Nietrudno się domyślić, że Donald Tusk z żadnymi roszczeniami o reparacje wobec Niemiec nie ośmieli się wystąpić, więc i na tym odcinku będzie można dźgać go nieubłaganym palcem w chore z nienawiści oczy.
W ten sposób Wielce Czcigodny Arkadiusz Mularczyk powiększył grono a…, to znaczy pardon; jakich tam znowu “aniołków”! Nie żadnych “aniołków” tylko luminarzy naszej dyplomacji.
Wyglądało to z pozoru całkiem bezpiecznie, bo – jak w swoim czasie, podczas konferencji prasowej z udziałem ówczesnego niemieckiego ministra spraw zagranicznych Waltera Steinmeiera, oświadczył polski minister spraw zagranicznych w rządzie premiera Morawieckiego Jacek Czaputowicz – “w stosunkach polsko-niemieckich problem reparacji wojennych nie istnieje”.
A nie istnieje dlatego, że w 1945 roku państwo niemieckie zostało zlikwidowane i wszystkie sprawy dotyczące Niemiec, m.in. – również sprawy reparacji wojennych – rozstrzygała Konferencja w Poczdamie. I rozstrzygnęła, że Polska miała otrzymać reparacje wojenne z sowieckiej strefy okupacyjnej. Ale Sowieci – jak to Sowieci – dzielili się z Polską reparacjami “po bratersku”, to znaczy – nie dawali Polsce nic, a w zamian za to zażądali darmowego wybierania górnośląskiego węgla.
I dopóki Stalin żył, nikt nie ośmielił się pisnąć słówka, ale kiedy w 1953 roku umarł, to ówczesny rząd PRL zrzekł się tych reparacji, z których Polska nic nie miała, ale pod warunkiem, że Sowieci przestaną brać górnośląski węgiel. I Sowieci się zgodzili, z tym, że przestali wybierać ten węgiel dopiero w 1956 roku. W związku z tym stanowisko rządu niemieckiego jest następujące: Niemcy wykonały postanowienia Konferencji Poczdamskiej w sprawie reparacji, natomiast jakie były rozliczenia między Polską i Związkiem Sowieckim – to już rządu niemieckiego nie obchodzi.
Oczywiście rząd “dobrej zmiany” nie przyjmuje tego do wiadomości, ekscytując swoich wyznawców korzyściami z reparacji, które w międzyczasie pan wiceminister Mularczyk wyliczył na astronomiczną sumę ponad 6 bilionów złotych. Jak dotąd jednak w tej sprawie nie było żadnego postępu, chociaż pan wiceminister Mularczyk odbył wiele podróży, m.in. do Ameryki, gdzie przekonywał do naszej świętej sprawy różne tamtejsze polskie organizacje, a nawet powysyłał listy do wszystkich amerykańskich kongresmanów, ale nie wiadomo, czy jakiś twardziel coś mu odpowiedział.
To znaczy – przepraszam – ostatnio prasa doniosła, że jeden z tych twardzieli powiedział, że byłoby dobrze, gdyby Niemcy Polsce reparacje zapłaciły. Ano, jużci prawda.
I kiedy wydawało się, że pan wiceminister Mularczyk będzie załatwiał te reparacje od Niemiec aż do przejścia na zasłużoną emeryturę, niczym grom z jasnego nieba spadła na nas wieść hiobowa, która może przyczynić się do przerwania panu wiceministrowi Mularczykowi dobrego fartu. Oto Judenrat “Gazety Wyborczej” doniósł, że pani Anna Fotyga, kiedy była ministrem spraw zagranicznych w rządzie premiera Jarosława Kaczyńskiego, podpisała w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej zrzeczenie reparacji wojennych od Niemiec.
Dotychczas nikt o tym nie wiedział, i gdyby nie jakaś Schwein, która w papierach Ministerstwa Spraw Zagranicznych wyszperała ten świstek, nikt by się nie dowiedział. Niestety, mleko się rozlało tym bardziej, że pani Anna Fotyga bynajmniej nie zapiera się, że takie pismo mogła podpisać, tylko tłumaczy się, że ktoś je jej do podpisu “podsunął” – no a ona podpisała.
Muszę w tym miejscu się pochwalić, że proroctwa mnie wspierały, bo w rozmowie Pipermana z Biberglancem wspomniałem o procedurze podpisywania papierów, co prawda nie przez panią minister Fotygę, tylko przez Księcia-Małżonka, czyli pana ministra Sikorskiego.
O trzeciej przychodził do jego gabinetu portier i wołał: “nu, panie Szykorski, podpisujemy papiery!” W pierwszej chwili nawet Piperman nie chciał w to uwierzyć, ale Biberglanc mu wyjaśnił, że ten portier to nie takich sadzał na nodze od stołka i jak go Berman posadził w MSZ na portierni, to siedzi tam do dnia dzisiejszego. Początkowo Książę-Małżonek też był zdziwiony i chciał te papiery czytać, ale portier zapytał go, czy on aby umie czytać, zwłaszcza ze zrozumieniem i wyjaśnił, że gdyby nawet, to nie ma potrzeby, żeby on je czytał, skoro starsi i mądrzejsi już je przeczytali.
Skoro tak, to nie dziwię się, że i pani Anna Fotyga też podpisywała dokumenty w tym trybie i teraz czarne chmury gromadzą się nad Bogu ducha winnym wiceministrem Mularczykiem.
Gorzka lekcja przedsiębiorczości. Jak „władza” uczy młodzież bierności a popiera donosicieli…
[Cała Polska się śmieje z tych urzędniczek spod Wałcza. Połowa śmieje się z ich złośliwej głupoty, a połowa po prostu wrze z oburzenia. My przyłączamy się do obu tych chórów. A poparcia babskom, wrednie wyszukującym „procedury”, udziela tylko chór wujów. MD]
16-letnia mieszkanka Lubna (gm. Wałcz), Marysia, żeby zarobić na kieszonkowe na wycieczkę szkolną, sprzedawała wiśnie z sadu dziadka.
Jej przygoda z zarabianiem pieniędzy skończyła się bardzo szybko interwencją pracowników Inspekcji Sanitarnej w asyście policjantów, nieprzyjętym mandatem karnym i wnioskiem do sądu o ukaranie.
Owoce w sadzie dziadka Marysi w tym roku wyjątkowo obrodziły. Żeby się nie zmarnowały i żeby uczyć córkę przedsiębiorczości, rodzice nastolatki zaproponowali, by zajęła się ich oberwaniem i sprzedażą. Zarobione w ten sposób pieniądze miały być jej wkładem w wyjazd na wycieczkę. Ponieważ dziadek nastolatki prowadzi w Lubnie sklep spożywczy, dorośli postanowili, że na parkingu tego sklepu będzie i bezpiecznie, i higienicznie, ponieważ na zapleczu znajduje się toaleta z dostępem do bieżącej wody.
Marysia przez dwa dni pakowała zebrane rano wiśnie do czystych skrzynek, stawiała je na tekturze i wkładała klientom do plastikowych woreczków za pomocą jednorazowych rękawiczek. Sprzedała w ten sposób kilkanaście kilogramów owoców. Przez dwa dni nic szczególnego się nie działo, trzeciego na stoisku zszokowanej nastolatki pojawiły się dwie urzędniczki Inspekcji Sanitarnej z Wałcza w towarzystwie kierowcy i policyjnego patrolu. Marysia natychmiast zadzwoniła po rodziców.
Urzędniczkom bardzo zależało na tym, żeby ukarać nasze dziecko. Kontrola trwała ponad 2 godziny – relacjonuje mama Marysi, Ewa. – Urzędniczki dzwoniły w różne miejsca, radziły się chyba bardziej doświadczonych kolegów, szukały paragrafów. I je znalazły. Nałożyły na mojego męża, który zdecydował się reprezentować dziecko, mandat w wysokości 100 zł. Mąż mandatu nie przyjął. I nie chodziło nam o pieniądze, tylko o zasady. Tyle się mówi o tym, jaka młodzież jest roszczeniowa, że żąda wszystkiego od rodziców, że do niczego się nie garnie, że spędza czas z telefonem, a kiedy już podejmie pracę, zderza się brutalnie z machiną urzędniczą. Prosiliśmy panie, żeby pouczyły Marysię i nie nakładały od razu mandatu. Niestety, nie dały się przebłagać.
Urzędnicy zarzucają ojcu Marysi, że zatrudniona przez niego córka nie posiadała orzeczenia lekarskiego do celów sanitarno-epidemiologicznych oraz, cyt.: „(…) brak wdrażania w zakładzie procedur opartych na zasadach systemu HACCP”.
Napisaliśmy odwołanie do Inspekcji Sanitarnej w Wałczu, w którym wskazaliśmy, że Marysia nie została przez ojca zatrudniona, dlatego nie musiała posiadać tych badań. Zresztą podczas kontroli pokazaliśmy urzędnikom zgodę, którą przygotowaliśmy dla niej wcześniej i w której napisaliśmy, że zezwalamy jej na sprzedaż wiśni z sadu dziadka. Zarobione pieniądze były wyłącznie na jej użytek, córka nie podpisywała z nami żadnej umowy o pracę, zlecenia itp. – dodaje mama Marysi. – W odwołaniu zaznaczyliśmy ponadto, że procedury HACCP dotyczą przedsiębiorców, a nie okazjonalnej sprzedaży owoców czy warzyw.
Powiatowy Inspektor Sanitarny uznał odwołanie za bezzasadne i skierował do sądu wniosek o ukaranie ojca Marysi, Piotra.
Nasza córka jest nieśmiała. Cieszyliśmy się, że się przełamała i zechciała zająć się sprzedażą tych wiśni, co ją początkowo stresowało. Przygoda z pierwszą pracą tylko utwierdziła ją w przekonaniu, że lepiej się nie wychylać, nie starać, że łatwiej jest brać pieniądze od rodziców. Była to dla niej praktyczna lekcja przedsiębiorczości – ubolewa pani Ewa. – Pół powiatu zachwycało się zaradnymi dzieciakami, które sprzedawały lemoniadę i jagodzianki. Przestrzegam przed tym. Nie mogę sobie nawet wyobrazić, co by czuły, gdyby przeżyły nalot Inspekcji Sanitarnej i policjantów. To by ich skutecznie wyleczyło z chęci zarabiania pieniędzy, podobnie jak moją córkę.
O wypowiedź i wskazówki dotyczące takiej organizacji sprzedaży owoców, żeby nie narazić się na podobne nieprzyjemności, poprosiliśmy dyrektora Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Wałczu Karola Subocza.
Z nadesłanej do naszej redakcji odpowiedzi dowiedzieliśmy się, że osoba, która wprowadza do obrotu owoce, musi spełniać wymagania prawa żywnościowego, w szczególności:
– ustawy z dnia 25 sierpnia 2006 r. o bezpieczeństwie żywności i żywienia i rozporządzeń wykonawczych wydanych na podstawie tej ustawy;
– rozporządzenia (WE) nr 178/2002 Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 28 stycznia 2002 r. ustanawiającego ogólne zasady i wymagania prawa żywnościowego, powołującego Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności oraz ustanawiającego procedury w zakresie bezpieczeństwa żywności;
– rozporządzenia (WE) nr 852/2004 Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 29 kwietnia 2004 r. w sprawie higieny środków spożywczych.
Ze względu na charakter i formę prowadzenia ruchomych i tymczasowych obiektów sprzedaży, takich jak stragany i stoiska, stosuje się elastyczne podejście do wdrażania wymagań higienicznych zawartych w rozporządzeniu nr 852/2004, jednak należy zapewnić m.in. odpowiedni stan zdrowia osób pracujących w kontakcie z żywnością, co potwierdzane jest aktualnym orzeczeniem do celów sanitarno-epidemiologicznych – czytamy w odpowiedzi. – Z uwagi na to, iż owoce często spożywane są na surowo, bez obróbki cieplej, eliminującej zagrożenia mikrobiologiczne, tj. bakterie, wirusy, szczególnie istotne jest przestrzeganie zasad higieny ujętych w w/w przepisach.
W Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Wałczu dowiedzieliśmy się także, że przed rozpoczęciem sprzedaży owoców czy warzyw, należy złożyć wniosek o zatwierdzenie i wpis zakładu do rejestru zakładów podlegających urzędowej kontroli organów Państwowej Inspekcji Sanitarnej i uzyskać zatwierdzenie zakładu.
Należy wyjaśnić, że obowiązkowi zatwierdzenia podlegają zakłady działające na rynku spożywczym, a nie podmioty prowadzące te zakłady – czytamy. – Definicja podmiotu gospodarczego nie jest tożsama z definicją podmiotu prowadzącego przedsiębiorstwo spożywcze, zawartą w art. 3 rozporządzenia (WE) nr 178/2002. Podmiot prowadzący przedsiębiorstwo spożywcze oznacza osoby fizyczne lub prawne, odpowiedzialne za spełnienie wymogów prawa żywnościowego w przedsiębiorstwie spożywczym pozostającym pod ich kontrolą.
Trwa sezon grzybowy, więc gdyby komuś przyszło do głowy grzyby sprzedawać, musi wiedzieć, że:
Osoby sprzedające grzyby i jagody mają obowiązek przestrzegać prawa żywnościowego, ponadto w przypadku sprzedaży grzybów należy przestrzegać wymagań określonych w rozporządzeniu Ministra Zdrowia z dnia 17.05.2011 r. w sprawie grzybów dopuszczonych do obrotu lub produkcji przetworów grzybowych, środków spożywczych zawierających grzyby oraz uprawnień klasyfikatora grzybów i grzyboznawcy, m in. w:
§ 4 ust. 1. „Grzyby świeże, rosnące w warunkach naturalnych, oraz grzyby suszone pozyskiwane z grzybów rosnących w warunkach naturalnych, mogą być oferowane konsumentowi finalnemu:
1) wyłącznie w placówkach handlowych lub na targowiskach;
2) pod warunkiem uzyskania atestu na grzyby świeże lub atestu na grzyby suszone”.
Nie ma więc możliwości sprzedaży grzybów w pasie drogowym, a oferowane do sprzedaży grzyby muszą posiadać atest wystawiony przez grzyboznawcę lub klasyfikatora.
Z pisma nadesłanego przez wałecki Sanepid wynika, że kontrola na stoisku z wiśniami w Lubnie, prowadzonym przez 16-latkę, odbyła się na czyjeś zgłoszenie. A więc ktoś po prostu nasłał na nastolatkę urzędników.
Marysia w wakacje odbyła więc dwie ważne lekcje – lekcję przedsiębiorczości i zwykłej ludzkiej „życzliwości”.
=================
mail:
…pojawiły się dwie urzędniczki sprostowanie: biurwy, produkujące tylko papierzyska i łajno.
[bez daty; niechluje. Chyba z pierwszych lat tysiąclecia. MD]
Francuski (pochodzenia żydowskiego) historyk idei i publicysta. Urodził się w 1932 roku w Paryżu. Jako student został członkiem partii komunistycznej, z której wystąpił w 1956 roku, a rychło stał się nieprzejednanym antykomunistą i liberałem. Od 1977 roku jest dyrektorem naukowym Szkoły Wyższej Nauk Społecznych w Paryżu, a od 1996 – członkiem Akademii Nauk Moralnych i Politycznych. W latach 1983-1988 był komentatorem tygodnika L’Express, a od 1986 zasiada w radzie redakcyjnej miesięcznika Commentaire.
Główną część dorobku Besançona stanowią prace rusycystyczne (Zgładzony carewicz, 1967; Wychowanie i społeczeństwo w Rosji, 1974; Być Rosjaninem w XIX wieku, 1974) oraz sowietologiczne (Krótki traktat sowietologii na użytek władz cywilnych, wojskowych i kościelnych, 1976, wyd. polskie: 1984 (II obieg); Źródła intelektualne leninizmu, 1977; Sowiecka teraźniejszość i rosyjska przeszłość, 1980; Anatomia widma: ekonomia polityczna realnego socjalizmu, 1981, wyd. polskie: 1984 (II obieg)). Po polsku, w drugim obiegu, ukazały się też: Nacjonalizm i bolszewizm w ZSRR (1988) oraz Krótki kurs polskiej kwadratury koła, czyli krytyka obserwatora z zewnątrz (1989), a współcześnie obszerny, dwutomowy wybór: Alain Besançon – świadek wieku (Warszawa 2006).
W interpretacji Besançona komunizm reprezentuje rodzaj perversa imitatio – zepsutego naśladownictwa chrześcijaństwa.
Intelektualne korzenie leninizmu to gnoza, czyli idea, że zbawienia dostępuje się przez odkrycie wewnętrznej zasady rządzącej światem, która oświeca teraźniejszość, przeszłość i przyszłość ludzkości oraz „przemienia” człowieka. Istnieje atoli różnica pomiędzy „klasyczną” (parareligijną) gnozą a ideologią komunistyczną: gnoza stanowi kontr-dogmat uformowany na sposób dogmatu ortodoksyjnego, lecz w postaci mitu, natomiast ideologia zgłasza pretensje do bycia nauką w rozumieniu nowożytnym i pozytywnym. W tym też leży zasadnicza odmienność komunizmu od dawnych tyranii, że nie wystarcza mu podporządkowanie podbitych społeczeństw terrorem fizycznym, ale koniecznym narzędziem panowania ideologii staje się sam sposób identyfikacji rzeczywistości, czyli język.
Wobec katolicyzmu i Kościoła zajmuje Besançon pozycję „życzliwego mentora”, który wytykając zaniechanie potępienia komunizmu przez Vaticanum II, a także błąd intelektualny polegający na stosowaniu „fałszywej symetrii” potępień socjalizmu i liberalizmu, wikła tę (nie pozbawioną racji) krytykę w tendencyjny slogan o „drugim milczeniu Kościoła”, gdzie milczeniem „pierwszym” miało być niepotępienie holocaustu przez Piusa XII (Pomieszanie języków, 1978, wyd. polskie: 1988 (II obieg); Trzy kuszenia Kościoła, 1996). Pogląd o „jedyności Shoah” stanowi także leitmotiv analizy porównawczej komunizmu i nazizmu – Przekleństwo wieku (1998, wyd. polskie: 2000).
U podstaw religii opartych na wierze jest świadoma nie-wiedza. Abraham, św. Jan, Mahomet, wiedzą, że nie wiedzą.
Kiedy Lenin oznajmia, że materialistyczna koncepcja historii nie jest hipotezą, ale udowodnioną naukowo doktryną, to chodzi tu o wiarę, którą sobie wyobraża jako udowodnioną, opartą na doświadczeniu. […] Lenin nie wie, że wierzy. On wierzy, że wie.
Z Maryją Królową Polski modlić się będziemy o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu
BIŁGORAJ – w każdą drugą niedzielę miesiąca w kościele pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny o godz. 18.00 Msza Święta za Ojczyznę i Pokutny Marsz Różańcowy!
WARSZAWA – zapraszamy na comiesięczny Pokutny Marsz Różańcowy, który już od 9 lat odbywa się w stolicy. Rozpoczynamy Mszą Świętą o godz. 8.00 w kościele św. Andrzeja Apostoła i św. Brata Alberta na pl. Teatralnym 20, po niej udajemy się ulicami Warszawy pod Sejm RP.
Zgodnie ze słowami Najświętszej Dziewicy Maryi (zawartych we wszystkich uznanych objawieniach) modlitwa na Różańcu Świętym jest ostatnim ratunkiem dla świata. To jest FAKT – władze tego świata, odrzucają Boga a na Jego miejsce intronizują zachcianki człowieka (lub w najlepszym wypadku sentymentalnie celebrują humanizm).
Trasa naszego comiesięcznego Pokutnego Marszu Różańcowego w Warszawie: Po drodze z placu Teatralnego idziemy ogarniając modlitwą Różańca Świętego ważne instytucje i ministerstwa położone przy Krakowskim Przedmieściu, modlimy się za Prezydenta RP pod jego siedzibą, skręcamy w ul. Świętokrzyską by modlić się pod Ministerstwem Finansów, później przy pl. Powstańców Warszawskich 7 dochodzimy do budynku TVP, gdzie mieszczą się główne studia informacyjne telewizji publicznej (przez dziesięciolecia komunizmu i liberalizmu siejących nienawiść oraz kłamstwa). Modlić się będziemy o konieczne zmiany w mediach i nawrócenie środowisk dziennikarskich. Kierujemy się później w stronę placu Trzech Krzyży i na ul. Wiejską aby ogarnąć modlitwą władze ustawodawcze naszego Kraju. Zakończenie Pokutnego Marszu Różańcowego będzie pod Sejmem i Senatem RP (wcześniej podejdziemy pod ambasadę Kanady, gdzie Panu Bogu i Jego Matce zawierzać będziemy Mary Wagner, która toczy samotny bój o przestrzeganie prawa Bożego w Kanadzie).
Będziemy się modlić o ustanie kłamliwych ataków na nasz Kościół i Ojczyznę, o nawrócenie nieprzyjaciół i pojednanie ludzi, narodów i państw na fundamencie prawdy, aby wobec ofiar zbrodni i ludobójstwa nastąpiło sprawiedliwe zadośćuczynienie za zło jakiego doświadczyli od prześladowców. Będziemy modlić się także o to by dla wszystkich narodów, dawniej i dziś zamieszkujących ziemie Rzeczypospolitej i Europę Środkowo Wschodnią, Jezus Chrystus był j e d y n ą Drogą, Prawdą i Życiem, o to też by na ziemiach nasączonych krwią ofiarną poprzednich pokoleń umocniona została święta wiara katolicka, poza którą nie ma zbawienia, by porzucone zostały błędne wyznania i religie wiodące na bezdroża nienawiści.
– W pierwszych czterech miesiącach 2023 r., gdy trwały już protesty polskich rolników, sprowadzono z Ukrainy prawie 338 tys. ton pszenicy. To aż 610 razy więcej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego – mówi dr hab. inż. Arkadiusz Artyszak, prof. SGGW. Na zdjęciu protest rolników przy przejeździe kolejowym w Hrubieszowie w kwietniu br.
W ciągu roku import zbóż do Polski potroił się – z 1,1 mln ton w 2021 r. do 3,2 mln ton w 2022 r., a największy wzrost dotyczy pszenicy i kukurydzy, której w ubiegłym roku sprowadziliśmy ponad 2 mln ton – dane Ministerstwa Finansów i Krajowej Administracji Skarbowej, które „Rzeczpospolita” uzyskała z resortu rolnictwa, potwierdzają rekordowy, nienotowany dotąd wwóz produktów rolnych z Ukrainy.
– W pierwszych czterech miesiącach 2023 r., gdy trwały już protesty polskich rolników, sprowadzono z Ukrainy prawie 338 tys. ton pszenicy. To aż 610 razy więcej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego – mówi dr hab. inż. Arkadiusz Artyszak, prof. SGGW. – Skala importu zbóż z Ukrainy w ostatnim półtora roku jest dla mnie szokująca – dodaje.
Z 6 tys. ton kukurydzy z Ukrainy w 2021 r. do blisko 2 mln ton w roku ubiegłym – przedstawiamy szokujące dane rządu o polskim imporcie zbóż.
Zalew zbóż to efekt decyzji Brukseli z maja 2022 r. o bezcłowym otwarciu granic dla produktów rolnych z Ukrainy.
Zboże z Ukrainy. Techniczne zjedliśmy?
Nie wiadomo, czy dane te uwzględniają zboże techniczne (uprawiane na potrzeby przemysłowe, nie do spożycia), a i takie sprowadzano z Ukrainy. Pojęcie to wymyślono, by obejść kontrole na granicy i przyspieszyć wwóz.
Według resortu rolnictwa w 2022 r. z Ukrainy sprowadzono blisko 101 tys. ton zbóż deklarowanych jako techniczne i przemysłowe, a w obecnym (styczeń–kwiecień) – 2 tys. ton. Po wjeździe było sprzedawane jako paszowe lub konsumpcyjne. Trwa śledztwo w sprawie oszustw związanych ze zbożem technicznym, obejmuje ok. 90 spraw. – W czerwcu KAS przeszukała ponad 200 firm i agencji celnych – wskazuje Biernat-Łożańska, rzeczniczka Prokuratury Regionalnej w Rzeszowie.
Rząd puścił na żywioł tranzyt ukraińskiej żywności przez Polskę, zalała więc nasz rynek. To zagrożenie dla rodzimej produkcji. Pomysłów na systemowe rozwiązanie problemu nie widać.
Co się stało ze „zbożem technicznym” z Ukrainy? – Zjedliśmy je, a część poszła na paszę. Nie słyszałem, żeby zostało spalone w piecach – mówi nam Wiesław Gryń, lider stowarzyszenia Oszukana Wieś.
Obawy rolników ws. zboża z Ukrainy
Blokadę na cztery zboża z Ukrainy do pięciu państw UE przedłużono tylko do połowy września. Rolnicy boją się, że potem KE otworzy granice.
Oliwy do ognia dolały słowa prezydenta Andrzeja Dudy w Kijowie, które odczytano jako opowiedzenie się za szybkim uwolnieniem handlu. Ukraiński portal Kyiv Post napisał wprost, że „Polska zgadza się na zniesienie blokady Ukrainy po 15 września”. Wpis usunięto po reakcji ministra Przydacza z Kancelarii Prezydenta. „W rzeczywistości prezydent powiedział, że istnieje potrzeba skutecznego mechanizmu zapobiegania nadużyciom” – wyjaśnił sekretarz stanu. Protestujący rolnicy ze stowarzyszenia Oszukana Wieś zapowiedzieli, że jeżeli embargo zostanie zniesione, zablokują granicę.
Nie przycicha sprawa sprzedaży skażonego, zboża ukraińskich oligarchów w Polsce. Choć tranzyt tego zboża cały czas trwa, Kijów domaga się możliwości zalania nim polskiego rynku. Straszy też sądem.
Ukraina zapowiada pozew przeciwko Polsce. –Z pełnym szacunkiem i wdzięcznością dla Polski, w przypadku wprowadzenia jakichkolwiek zakazów po 15 września, Ukraina wniesie sprawę przeciwko Polsce i UE do Światowej Organizacji Handlu – powiedział w rozmowie z Politico Taras Kachka, wiceminister gospodarki Ukrainy.
Jak przypomina amerykańskie medium, eksport zboża z Ukrainy jest obecnie objęty zakazem na rynki Polski, Węgier i trzech innych krajów UE na mocy porozumienia zawartego z Komisją Europejską na początku tego roku, aby chronić rolników przed napływem tańszych produktów z ich rozdartych wojną krajów sąsiadujących.
–Nadmiar, wywołany inwazją Rosji na Ukrainę i blokadą przez nią tradycyjnych szlaków eksportowych tego kraju nad Morzem Czarnym, wbił klin między Ukrainą a państwami wschodniego frontu UE, które były jednymi z największych zwolenników militarnej walki Kijowa – czytamy w Politico.
Ograniczenia wygasną 15 września. W obliczu spekulacji, że przewodnicząca Komisji Ursula von der Leyen pozwoli na ich wygaśnięcie, Polska i Węgry zagroziły nałożeniem własnych jednostronnych zakazów importu, co stanowi naruszenie wspólnych zasad handlowych bloku.
Komentarze Kachki potwierdziły ostrzeżenie wydane w tym tygodniu przez doradcę prezydenta Zełenskiego. Jeśli Bruksela nie podejmie działań przeciwko krajom, które naruszają umowę handlową, Kijów „zastrzega sobie wybór mechanizmów prawnych dotyczących reakcji” – powiedziała Igor Żółka Interfax-Ukraine.
Ministerstwo spraw zagranicznych Ukrainy stwierdziło, że Kijów zastrzega sobie prawo do wszczęcia postępowania arbitrażowego w ramach układu o stowarzyszeniu z UE lub do wystąpienia do WTO.
–Niemamy zamiaru natychmiast podejmować działań odwetowych, biorąc pod uwagę ducha przyjaźni i solidarności między Ukrainą a UE – wyjaśnił Kaczka. Dodał jednak, że systemowe zagrożenie dla interesów Ukrainy „zmusza nas do wniesienia tej sprawy do WTO”.
Kaczka w pisemnych uwagach nadesłanych w odpowiedzi na pytania Politico stwierdził, że nie ma dowodów na istnienie odchyleń cenowych lub znaczącego wzrostu dostaw zbóż, które uzasadniałyby rozszerzenie ograniczeń importowych. Kijów zaangażował się w „konstruktywną współpracę” z Komisją, pięcioma państwami członkowskimi, a także z Mołdawią, kluczowym węzłem tranzytowym dla ukraińskiego eksportu do UE.
–Otrzymaliśmy duże wsparcie w zapewnieniu lepszego tranzytu towarów przez terytorium sąsiadujących państw członkowskich, w tym Polski i Węgier – przyznał Kachka.
Sprawę wymownie skomentował m.in. europoseł PiS, Jacek Saryusz-Wolski. Napisał m.in.: “Ukraina w tej sprawie działa w złej wierze, wykorzystując sytuację wojenną do wymuszenia na UE nienależnego otwarcia dla UA na stałe rynku rolnego UE i utrwalenia tego czasowo ograniczonego precedensu. (…) Czyniąc to, Kijów szkodzi sam sobie, marnując kapitał dobrej woli po stronie tych, którzy jak Polska, najbardziej Ukrainie pomagają i zarazem tworząc napięcia, które są w interesie Moskwy.”
===========================
NASZ KOMENTARZ: Swoją dwuletnią już uległością, rząd warszawski spowodował, że bezczelność ukraińska osiągnęła niesamowite rozmiary. Jej zachowanie idealnie wpisuje się w powiedzenie ludowe: “Daj kurze grzędę, a ona: jeszcze wyżej siędę”.
Cogitationis poenam nemo patitur – mawiali starożytni Rzymianie, którzy – w odróżnieniu od innych starożytnych Żymian – każde spostrzeżenie zaraz ubierali w postać pełnej mądrości sentencji. Ta zacytowana wykłada się, że myśli nie podlegają karze. Tak było w koszmarnych czasach starożytnych, ale kiedy rewolucja francuska zapoczątkowała erę nowoczesności, pojawiły się – jak to nazwał Jerzy Orwell – „myślozbrodnie”, które od tamtej pory już nam towarzyszą. Na przykład w Stanach Zjednoczonych za myślozbrodnię uchodzi krytykowanie tamtejszej konstytucji, podczas gdy w Związku Radzieckim amerykańską konstytucję, nie mówiąc już o prezydencie, można było krytykować do woli. Za to krytyka konstytucji stalinowskiej stanowiła w ZSRR potworną myślozbrodnię, za którą – na podstawie art. 58 kodeksu karnego RFSRR – wędrowało się do dołu z wapnem, a w najlepszym razie – na tak zwaną „ćwiarę”, czyli na 25 lat do łagru. W Polsce za sanacji myślozbrodnię stanowiło demonstrowanie niewiary w tak zwaną „legendę” Józefa Piłsudskiego, którego kult rozwinął się wtedy do rozmiarów jeszcze większych od obecnego kultu prezydenta Lecha Kaczyńskiego – ale w tej sprawie jesteśmy dopiero na początku drogi. Z kolei za pierwszej komuny w Polsce myślozbrodnię stanowiło krytykowanie ustroju socjalistycznego i sojuszy. Na tym właśnie polegała różnica między dozwoloną krytyką konstruktywną, a myślozbrodniczym krytykanctwem; krytyka konstruktywna musiała stać na nieubłaganym gruncie akceptacji socjalizmu i sojuszy, bo w przeciwnym razie stawała się krytykanctwem. Transformacja ustrojowa i odwrócenie sojuszy nic tu w zasadzie nie zmieniły; myślozbrodnie nie przestały nam towarzyszyć, z tym, że zyskały zupełnie inną treść. No, może niezupełnie zupełnie inną, bo na przykład krytykowanie socjalizmu spotyka się z niezmiennym odporem i to w dodatku – płynącym z tych samych środowisk, które taki odpór organizowały również za pierwszej komuny. Mówię oczywiście nie tylko o Lewicy, z ramienia której do Sejmu będzie kandydowała moja faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus, ale również – a może przede wszystkim – o Judenracie „Gazety Wyborczej”, który przez całe dziesięciolecia znajdował się w awangardzie rewolucji komunistycznej, a zmieniały się tylko tytuły gazet. Dzisiaj przeciwko myślozbrodniczemu krytykowaniu socjalizmu w wykonaniu pana Sławomira Mentzena, zdecydowany odpór daje pan Ryszard Petru – w okresie dobrego fartu przewodniczący partii Nowoczesna – który obecnie znalazł przytułek w „Trzeciej Drodze”, podobnie jak pan Artur Dziambor.
Ale mamy do czynienia nie tylko z myślozbrodniami świeckimi. Zwłaszcza w okresach przedwyborczych pojawiają się też myślozbrodnie o charakterze nadprzyrodzonym, nazywane inaczej grzechami, które – jak wiadomo – można popełnić na trzy sposoby: myślą, mową i uczynkiem. Na przykład podczas kampanii w wyborach prezydenckich w 1995 roku, JE ks. biskup Tadeusz Pieronek ogłosił nowy grzech. Grzechem mianowicie miało być powstrzymanie się od uczestnictwa w wyborach, w których trzeba było dokonać wyboru między dżumą a tyfusem, czyli między Lechem Wałęsą, a Aleksandrem Kwaśniewskim. Już miałem się z tego grzechu wyspowiadać, ale po wyborach, które Lech Wałęsa przegrał, JE ks. biskup Pieronek ten grzech odwołał, w dodatku na łamach „Życia Warszawy” piętnując tych, którzy „w kampanii wyborczej nadużywali religii dla celów politycznych”. Wspominam o tym, bo właśnie wielkie oburzenie w środowiskach zawodowych katolików wywołała myślozbrodnia JŚ. papieża Franciszka, który – zamiast wykląć i ekskomunikować rosyjskich katolików zgromadzonych w Petersburgu – zachęcał ich do kontynuowania dzieła zapoczątkowanego przez Piotra Wielkiego i Katarzynę II. Słów oburzenia nie krył pan red. Terlikowski, podobnie jak pan minister Czarnek, a także oczywiście – władze Ukrainy, którym najwyraźniej nie wystarcza demonstrowanie mocarstwowości wobec Polski, ale chętnie zajęłyby mocarstwową pozycję również wobec Królestwa Niebieskiego. To, że pan red. Terlikowski najwyraźniej uznaje te ambicje ukraińskich oligarchów za oczywiste, nie powinno nas dziwić, bo od pewnego czasu ma on we wszystkich sprawach poglądy takie, jak trzeba – to znaczy – zatwierdzone przez odpowiednie instancje. Pewne zaskoczenie natomiast wzbudziły objawy rygorystycznego przestrzegania ukraińskich norm życia partyjnego i w ogóle ukraińskich norm moralnych przez luminarzy tubylczej telewizyjnej publicystyki, np. panią red. Agnieszkę Gozdyrę. Pani red. Gozdyra przyswoiła sobie metodę wprowadzoną do tubylczego dziennikarstwa przez resortową „Stokrotkę”, czyli panią red. Monikę Olejnik, która swoich rozmówców wprawdzie jeszcze nie bije, tylko zwyczajnie przesłuchuje i sztorcuje za udzielanie nieprawidłowych odpowiedzi. Toteż kiedy zabrała się do przesłuchiwania pani Małgorzaty Zych, która chciała dostać się do Senatu z ramienia PSL, od razu zadała jej „śmiertelnego” w postaci podchwytliwego pytania, czy nazwałaby ruskiego prezydenta Putina „zbrodniarzem wojennym”. Pani Zych, zamiast skorzystać z mojej rady i scenicznym szeptem zapytać panią Gozdyrę, jak brzmi poprawna odpowiedź, a potem głośno powtórzyć ją do kamery, zaczęła plątać się w zeznaniach, co pani redaktor Gozdyrze wystarczyło do udowodnienia jej myślozbrodni w postaci wątpliwości, czy Putin jest zbrodniarzem wojennym. Tymczasem żadnych wątpliwości w tej kwestii nikomu mieć nie wolno, skoro nie tylko prezydent Zełeński obdarzył go takim epitetem, ale w dodatku Senat USA tak właśnie go podsumował. Wprawdzie Rosja nie poddała się jurysdykcji Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze, ale USA też przezornie nie poddały się tej jurysdykcji z obawy, by ich przywódcy nie zostali skazani za zbrodnie wojenne Iraku i Afganistanie – ale kto w Polsce by zawracał sobie głowę takimi głupstwami, kiedy jest rozkaz, że kto głośniej wymyśla Putinowi, ten bardziej kocha nasz nieszczęśliwy kraj? Pewien dysonans poznawczy może wzbudzić okoliczność, że Polska utrzymuje ze zbrodniczą Rosją stosunki dyplomatyczne, podobnie zresztą, jak Stany Zjednoczone. Ciekaw jestem tedy, czy standardy demonstrowane przez panią red. Agnieszkę Gozdyrę, dotyczą również charge d’affaires Rzeczypospolitej w Moskwie, pana Jacka Śladewskiego, który podczas wręczania listów uwierzytelniających prezydentowi Rosji Włodzimierzowi Putinowi I przy innych okazjach, powinien zwracać się do niego per: „ty s…synu, wojenny zbrodniarzu, podetrzyj się tymi papierami!” – i tak dalej – czy może jednak w sposób trochę bardziej wyszukany? Ale skoro by się okazało, że pan Śladewski nie ma obowiązku obsobaczać Putina, to dlaczego pani red. Gozdyra uważa, że pani Małgorzata Zych taki obowiązek ma? Byłoby to sprzeczne z konstytucyjną zasadą równości obywateli wobec prawa. Czyżby pani red. Agnieszka Gozdyra tej zasady nie uznawała? To by znaczyło, że i ona dopuściła się myślozbrodni. Ładny interes!
W środę „Gazeta Wyborcza” napisała, że polski MSZ mógł sprowadzić do Europy setki tysięcy migrantów, a premier Mateusz Morawiecki przyznał, że dymisja wiceministra Piotra Wawrzyka jest wynikiem dochodzenia służb w MSZ. „Możliwe, że chodzi o wielką aferę korupcyjną, w wyniku której do Europy napłynęły setki tysięcy imigrantów” – napisał dziennik. W czwartek Radio ZET ujawnia zaś kulisy całego procederu.
„GW” napisała, że Wawrzyk był w MSZ odpowiedzialny za sprawy konsularne i wizowe. Dziennik podał, że okazał się on autorem projektu rozporządzenia w sprawie ułatwień wizowych dla robotników tymczasowych z około 20 krajów, w tym krajów islamskich. „Zakładało ono możliwość zatrudnienia w Polsce do 400 tys. pracowników” – pisze „GW”.
Dziennik napisał, że „z nieoficjalnych informacji wyłania się jednak obraz afery korupcyjnej, która umożliwiała napływ do Europy dziesiątków tysięcy imigrantów za pośrednictwem międzynarodowych firm rekruterskich. To one, według informacji «Wyborczej», stały za projektem rozporządzenia ministra Wawrzyka” – napisała „GW”. Podała, że w 2022 r. do Polski przybyło około 200 tys. migrantów, w tym 130 tys. z krajów muzułmańskich.
W rozmowie z Radiem ZET jeden z wysoko postawionych urzędników resortu spraw zagranicznych miał wyjaśnić, na czym polegał proceder dotyczący wydawanych wiz. Ujawnił m.in., że w jednym z krajów afrykańskich „przed naszą ambasadą stały stoiska, gdzie można było kupić już podstemplowane dokumenty”.
CBA w MSZ
W zeszły czwartek do MSZ weszło CBA. Agenci przedstawili postanowienie o zabezpieczeniu sprzętu elektronicznego należącego do wiceministra Wawrzyka – który kilka godzin później stracił stanowisko. Oficjalnie powodem dymisji był „brak satysfakcjonującej współpracy”.
Z nieoficjalnych doniesień wynika, że akcja CBA ma związek z aferą korupcyjną dotyczącą przyznawania – niezgodnie z przepisami – polskich wiz migrantom z Afryki i Bliskiego Wschodu. W ciągu ostatnich trzech lat mogło dojść do nawet 350 tys. takich przypadków. Tak przynajmniej wynika ze środowej kontroli poselskiej, jaką w MSZ przeprowadzili posłowie KO Marcin Kierwiński i Jan Grabiec.
Nielegalny proceder
Radio ZET, powołując się na swojego rozmówcę – urzędnika MSZ, który chce pozostać anonimowy – ujawniło, jak wyglądać miał proceder załatwiania nielegalnych wiz dla cudzoziemców. Do nieprawidłowości miało dochodzić już w konsulatach, m.in. w jednym z krajów w Afryce.
– Przed naszą ambasadą stały stoiska, gdzie można było kupić już podstemplowane dokumenty, wystarczyło wpisać nazwisko. Wysłaliśmy tam kontrolę i zdecydowaliśmy o wstrzymaniu wydawania wiz – mówił urzędnik w rozmowie z Mariuszem Gierszewskim i Radosławem Grucą.
– Najpierw w ambasadzie urywały się telefony od lokalnych oficjeli, a później z MSZ-tu prawie nie wychodził ambasador tego kraju. W końcu musieliśmy ustąpić – dodał.
Z doniesień medialnych wynika, że specjalne firmy pośredniczyły w „obchodzeniu systemu”. Za otrzymanie polskiej wizy cudzoziemcy mieli płacić od 4 do 5 tys. dolarów. To zaś dawało im możliwość starania się o legalne zatrudnienie w Polsce.
– Ocena ryzyka imigracyjnego należy do konsula. Jeśli firmy miały problem z szybkim załatwieniem wiz w konsulacie, przychodziły do centrali i mówiły: „jeśli nam nie pomożecie, to cena owoców będzie 2-3 razy wyższa, bo bez pracowników z zagranicy ich nie zbierzemy”. Każda firma przychodziła z politykiem, przychodzili ze wszystkich stron sceny politycznej – twierdził cytowany przez Radio ZET urzędnik MSZ. Jak dodał, „znaleźliśmy się pod presją”.
Polska liderem
Według unijnych statystyk Polska jest liderem wśród państw UE – jeśli chodzi o przyznawanie imigrantom zezwoleń na tzw. pierwszy pobyt. Z danych Eurostatu wynika, że w 2022 roku Polska wydała ponad 700 tys. takich pozwoleń cudzoziemcom ze 148 państw, czyli najwięcej w całej Unii. Dalej były Niemcy (540 tys.), Hiszpania (ponad 450 tys.), czy Włochy (prawie 340 tys.).
Co więcej, z opublikowanego w czerwcu raportu ZUS-u „Cudzoziemcy w polskim systemie ubezpieczeń 2022” wynika, że przybywa zgłoszeń do systemu ubezpieczeń emerytalnych i rentowych m.in. dla obywateli Gruzji, Turkmenistanu, czy Indonezji. Są to wzrosty rzędu odpowiednio ponad 54-krotności, ponad 39-krotności i ponad 36-krotności.
„Urzędnicza pomyłka”
Z informacji ujawnionych Radiu ZET przez urzędnika polskiego resortu dyplomacji wynika też, że sygnały o nieprawidłowościach miały pojawiać się już dwa lata temu. Przynajmniej w jednym takim przypadku ministerstwo miało przekazać sprawę służbom.
Jednocześnie cytowany przez rozgłośnię urzędnik twierdził, że były już wiceminister Wawrzyk mógł paść ofiarą „różnych grup interesów”. – Mogło chodzić też o polityczne wskazanie kozła ofiarnego za rozporządzenie, z którego musiał wycofać się PiS – zastrzegł.
Chodzi o projekt rozporządzenia MSZ, który pojawił się na stronach rządowych w czerwcu 2023 roku. Zakładał on ułatwienie imigracji do Polski obywatelom 21, w większości obcych nam kulturowo, państw (Arabia Saudyjska, Armenia, Azerbejdżan, Białoruś, Filipiny, Gruzja, Indie, Indonezja, Iran, Katar, Kazachstan, Kuwejt, Mołdawia, Nigeria, Pakistan, Tajlandia, Turcja, Ukraina, Uzbekistan, Wietnam oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie).
Już na początku lipca ówczesny wiceminister Wawrzyk stwierdził w Sejmie, że „rozporządzenie było urzędniczą pomyłką”. Oświadczył, że „zostało wycofane”.
Wchodzę na konto mbanku, a tam dług w wysokości 2 milionów.
Ja, przeciętny młody obywatel, 21 letni pracownik firmy zajmującej się wentylacją i klimatyzacją mam dług w wysokości prawie 2 milionów złotych. Pierwsza myśl – sprawdzam sygnaturę egzekucyjną i dzwonię do Urzędu Skarbowego. Okazało się, że zadłużenie nie jest moje, a US, który zablokował te środki znajduje się w Żarach – 500km od miejsca, w którym mieszkam i żyje. Pani, która odebrała ten telefon oznajmiła, że dług o tej sygnaturze wystawiony jest na zupełnie inną osobę, a ja nawet nie widnieje w ich rejestrze, więc błąd leży po stronie banku. A dokładnie mBank Polska. W placówce @mbank poinformowano mnie, że nie zdejmą ze mnie długu, bo przecież wystawiony jest na mnie (tak, bo ktoś niekompetentny zajął moje konto, a nie prawdziwego dłużnika).
Sprawę zgłosiłem na policję, lecz ci odmówili przyjęcia i skierowali mnie do prokuratury. Co jest z Tobą nie tak Polsko? Jak to jest, że z dnia na dzień z powodu braku kompetencji i profesjonalizmu urzędników i pracowników banku (osób, do których społeczeństwo powinno mieć zaufanie), budzisz się i nagle stajesz się dłużnikiem państwa na prawie 2 MILIONY złotych!?
Urząd Skarbowy w Żarach nie może wystawić oficjalnego pisma potwierdzającego, że dług nie należy do mnie, dopóki sami nie otrzymają ode mnie oficjalnego pisma z prośbą o wystawienie takiego dokumentu. Ile to może potrwać? Nie wiem. Tydzień, miesiąc, 2 lata… Jak wiadomo urzędy lubią w papierologie.
Nie wiem przed czym tutaj was przestrzec. Przed bankiem, urzędem czy po prostu byciem Polakiem, bo mogą pomylić Was z innym? Nie wiem czego mogę się spodziewać – że będę musiał płacić czyjeś długi, iść do więzienia za czyiś dług publiczny? Bo widząc obecną postawę obsługi mBank Polska, US czy policji na szybkie rozwiązanie tej sprawy nie mam co liczyć.
Sprawdźcie swoje konta bankowe – może też macie miliony, o których nie wiecie.
Update:
Udałem się do placówki mbank, aby przedłożyli mi dokumenty, na podstawie, których dokonali zajęcia mojego konta. Zamiast tego otrzymałem informację, że pracownik pomylił numer rachunku bankowego i po prostu zdejmą dług w wysokości 2 mln złotych z mojego konta jeszcze dzisiaj. Tak po prostu. Dlaczego nie mogli zrobić tego od razu? Nie wiem. Chyba presja i siła internetu, za co dziękuję!
Nie otrzymałem przeprosin, ani żadnej dokumentacji. Nadal zostaje w kontakcie z prawnikiem.
Do łask wracają piece kaflowe i ziemne piwniczki. W ten sposób Polacy próbują omijać podwyżki cen za ogrzewanie i prąd
Tomasz Kolanek
Podwyżki cen gazu i prądu spowodowały, że Polacy coraz częściej wracają do dawnych rozwiązań grzewczych, czy chłodniczych. Ogromnym zainteresowaniem cieszą się obecnie piece i kuchnie kaflowe. Na wsiach i w miastach budowanych jest też coraz więcej piwnic ziemnych, których nasi przodkowie używali jako lodówek.
Obecnie działalność w Polsce prowadzi około dwustu zdunów. To niewielka liczba, zważywszy na fakt, iż zamówień na kuchnie i piece kaflowe jest mnóstwo.
Jacek Tetelewski, zdun z Kielc, zauważa że zainteresowanie stawianiem kaflowych pieców w prywatnych domach w ostatnich latach mocno wzrosło. – Wszystko przez inflację, podwyżki cen gazu i kryzys energetyczny. Od ubiegłego roku zainteresowanie budową kuchni i pieców w naszej firmie wzrosło o 30 procent. I z tego co wiem u innych zdunów jest podobnie. Klienci boją się, że może być brak dostępu do prądu, do gazu z uwagi na sytuację za granicami i wtedy takim niezależnym źródłem grzania i gotowania jest jednak drewno i piec kaflowy z kuchnią– mówi Jacek Tetelewski. Dobrze wykonany piec kaflowy, po napaleniu drewnem, potrafi trzymać ciepło nawet przez 14 godzin.
Problemem w stawianiu pieców czy kuchni kaflowych jest nie tylko mała ilość zdunów, ale też kafli, gdyż z powodu braku zamówień, co miało miejsce w przeszłości, kaflarnie upadły. Jest jeszcze w Polsce kilka punktów, gdzie się je wyrabia, ale kafle są tam bardzo drogie. Zainteresowani budową w swoim domu pieca kaflowego, kupują raczej używane kafle pochodzące z rozbiórek. Można je nabyć w specjalnych magazynach.
Co ciekawe wśród Polaków wraca też zainteresowanie, życiem na wsi. We wschodniej części województwa podlaskiego, gdzie rdzennych mieszkańców jest coraz mniej, osiedla się coraz więcej byłych mieszkańców wielkich miast. Kupują oni opuszczone siedliska, remontują je i tam zamieszkują. Pracują przeważnie zdalnie.
Coraz większą popularnością cieszą się też ogrody działkowe, gdzie znów uprawia się warzywa i owoce. Budżet domowy na tym korzysta, gdyż w sklepach są one bardzo drogie. Poza tym są to uprawy super ekologiczne, zdrowe.
Warzywniaki powstają też koło domów jednorodzinnych. Wraz z nimi wraca zapotrzebowanie na, dawniej obecne przy każdej wiejskiej chacie, ziemne piwnice. Obecnie jest coraz więcej firm, które je wykonują.
W takich piwnicach, w których warunki przechowania żywności są optymalne (temperatura, wilgotność) przy zerowym zużyciu energii eklektycznej, składuje się warzywa i owoce oraz inną żywność. Obecnie podczas częstych letnich upałach, w piwnicy takiej samemu można się doskonale schłodzić, bez przeziębiania się klimatyzatorami, gdyż latem panuje tam temperatura zdecydowanie niższa, niż na zewnątrz.
Adam Białous
=====================================
M. Dakowski: Pamiętajcie, że są nowoczesne, wysoko-sprawne kotły centralnego ogrzewania: ŻUBR, wylansowałem ten typ kotłów już dwie dekady temu. Oni ciągle ulepszają – a „władze” usiłują szkodzić..
Huragan Idalia, który siał zniszczenie na Florydzie w minionym tygodniu, spowodował nie tylko typowe zniszczenia domów, ale także pozostawił bomby z opóźnionym zapłonem. Samochody elektryczne, które zaczęły stawać w płomieniach po czasie.
Według relacji CBS News, przynajmniej dwie Tesle stanęły w płomieniach w wyniku zanurzenia w słonej wodzie podczas powodzi towarzyszącej huraganowi Idalia. Jeden z tych incydentów miał miejsce podczas próby holowania przez straż pożarną w hrabstwie Pinellas. Te wydarzenia skłoniły straż pożarną w Palm Harbor do wydania ostrzeżenia dla właścicieli pojazdów elektrycznych, w którym zaleca się wyprowadzenie ich z garaży, jeśli miały kontakt ze słoną wodą. Departament ostrzega, że akumulatory litowo-jonowe w pojazdach elektrycznych mogą stanowić zagrożenie po kontakcie z wodą morską. To ostrzeżenie dotyczy nie tylko pojazdów osobowych, ale także mniejszych pojazdów elektrycznych, takich jak hulajnogi czy rowery, które również korzystają z akumulatorów litowo-jonowych.
Samochody elektryczne po zalaniu słoną wodą, to bomby z opóźnionym zapłonem. Już po ustaniu huraganu Idalia w USA, Tesle stają w płomieniach przez pozostałości soli, które działają jak przewodnik.
Departament ostrzega również przed prowadzeniem pojazdów elektrycznych w obszarach zalanych słoną wodą, ponieważ resztki soli działają jak przewodnik między ogniwami akumulatora, co zwiększa potencjalne ryzyko pożaru. Chociaż sól może zwiększać to ryzyko we wszystkich rodzajach pojazdów elektrycznych, większe pojazdy są bardziej podatne niż np. rowery elektryczne, ponieważ mają znacznie większą liczbę ogniw w akumulatorach. Hybrydy typu plug-in (PHEV) także są narażone, ponieważ zawierają akumulatory litowo-jonowe.
Warto również zaznaczyć, że Tesla również ostrzega użytkowników przed prowadzeniem pojazdów elektrycznych, które miały kontakt z wodą. Zaleca się holowanie lub przeniesienie takich pojazdów na odległość co najmniej 15 metrów od innych materiałów palnych, takich jak inne pojazdy czy mienie osobiste. Firma doradza także skontaktowanie się z ubezpieczycielem w takiej sytuacji.
If you’ve been reading any news about wildfires this summer—from Canada to Europe to Maui—you will surely get the impression that they are mostly the result of climate change.
Here’s the AP: Climate change keeps making wildfires and smoke worse. Scientists call it the “new abnormal.”
And PBS NewsHour: Wildfires driven by climate change are on the rise—Spain must do more to prepare, experts say.
And The New York Times: How Climate Change Turned Lush Hawaii Into a Tinderbox.
And Bloomberg: Maui Fires Show Climate Change’s Ugly Reach.
I am a climate scientist. And while climate change is an important factor affecting wildfires over many parts of the world, it isn’t close to the only factor that deserves our sole focus.
So why does the press focus so intently on climate change as the root cause? Perhaps for the same reasons I just did in an academic paper about wildfires in Nature, one of the world’s most prestigious journals: it fits a simple storyline that rewards the person telling it.
The paper I just published—“Climate warming increases extreme daily wildfire growth risk in California”—focuses exclusively on how climate change has affected extreme wildfire behavior. I knew not to try to quantify key aspects other than climate change in my research because it would dilute the story that prestigious journals like Nature and its rival, Science, want to tell.
This matters because it is critically important for scientists to be published in high-profile journals; in many ways, they are the gatekeepers for career success in academia. And the editors of these journals have made it abundantly clear, both by what they publish and what they reject, that they want climate papers that support certain preapproved narratives—even when those narratives come at the expense of broader knowledge for society.
To put it bluntly, climate science has become less about understanding the complexities of the world and more about serving as a kind of Cassandra, urgently warning the public about the dangers of climate change. However understandable this instinct may be, it distorts a great deal of climate science research, misinforms the public, and most importantly, makes practical solutions more difficult to achieve.
The aftermath of the wildfire in western Maui, Hawaii, on August 14, 2023. (Yuki Iwamura via Getty Images)
Why is this happening?
It starts with the fact that a researcher’s career depends on his or her work being cited widely and perceived as important. This triggers the self-reinforcing feedback loops of name recognition, funding, quality applications from aspiring PhD students and postdocs, and of course, accolades.
But as the number of researchers has skyrocketed in recent years—there are close to six times more PhDs earned in the U.S. each year than there were in the early 1960s—it has become more difficult than ever to stand out from the crowd. So while there has always been a tremendous premium placed on publishing in journals like Nature and Science, it’s also become extraordinarily more competitive.
In theory, scientific research should prize curiosity, dispassionate objectivity, and a commitment to uncovering the truth. Surely those are the qualities that editors of scientific journals should value.
In reality, though, the biases of the editors (and the reviewers they call upon to evaluate submissions) exert a major influence on the collective output of entire fields. They select what gets published from a large pool of entries, and in doing so, they also shape how research is conducted more broadly. Savvy researchers tailor their studies to maximize the likelihood that their work is accepted. I know this because I am one of them.
Here’s how it works.
The first thing the astute climate researcher knows is that his or her work should support the mainstream narrative—namely, that the effects of climate change are both pervasive and catastrophic and that the primary way to deal with them is not by employing practical adaptation measures like stronger, more resilient infrastructure, better zoning and building codes, more air conditioning—or in the case of wildfires, better forest management or undergrounding power lines—but through policies like the Inflation Reduction Act, aimed at reducing greenhouse gas emissions.
So in my recent Nature paper, which I authored with seven others, I focused narrowly on the influence of climate change on extreme wildfire behavior. Make no mistake: that influence is very real. But there are also other factors that can be just as or more important, such as poor forest management and the increasing number of people who start wildfires either accidentally or purposely. (A startling fact: over 80 percent of wildfires in the US are ignited by humans.)
In my paper, we didn’t bother to study the influence of these other obviously relevant factors. Did I know that including them would make for a more realistic and useful analysis? I did. But I also knew that it would detract from the clean narrative centered on the negative impact of climate change and thus decrease the odds that the paper would pass muster with Nature’s editors and reviewers.
This type of framing, with the influence of climate change unrealistically considered in isolation, is the norm for high-profile research papers. For example, in another recent influential Nature paper, scientists calculated that the two largest climate change impacts on society are deaths related to extreme heat and damage to agriculture. However, the authors never mention that climate change is not the dominant driver for either one of these impacts: heat-related deaths have been declining, and crop yields have been increasing for decades despite climate change. To acknowledge this would imply that the world has succeeded in some areas despite climate change—which, the thinking goes, would undermine the motivation for emissions reductions.
This leads to a second unspoken rule in writing a successful climate paper. The authors should ignore—or at least downplay—practical actions that can counter the impact of climate change. If deaths due to extreme heat are decreasing and crop yields are increasing, then it stands to reason that we can overcome some major negative effects of climate change. Shouldn’t we then study how we have been able to achieve success so that we can facilitate more of it? Of course we should. But studying solutions rather than focusing on problems is simply not going to rouse the public—or the press. Besides, many mainstream climate scientists tend to view the whole prospect of, say, using technology to adapt to climate change as wrongheaded; addressing emissions is the right approach. So the savvy researcher knows to stay away from practical solutions.
Here’s a third trick: be sure to focus on metrics that will generate the most eye-popping numbers. Our paper, for instance, could have focused on a simple, intuitive metric like the number of additional acres that burned or the increase in intensity of wildfires because of climate change. Instead, we followed the common practice of looking at the change in risk of an extreme event—in our case, the increased risk of wildfires burning more than 10,000 acres in a single day.
This is a far less intuitive metric that is more difficult to translate into actionable information. So why is this more complicated and less useful kind of metric so common? Because it generally produces larger factors of increase than other calculations. To wit: you get bigger numbers that justify the importance of your work, its rightful place in Nature or Science, and widespread media coverage.
Another way to get the kind of big numbers that will justify the importance of your research—and impress editors, reviewers, and the media—is to always assess the magnitude of climate change over centuries, even if that timescale is irrelevant to the impact you are studying.
For example, it is standard practice to assess impacts on society using the amount of climate change since the industrial revolution, but to ignore technological and societal changes over that time. This makes little sense from a practical standpoint since societal changes in population distribution, infrastructure, behavior, disaster preparedness, etc., have had far more influence on our sensitivity to weather extremes than climate change has since the 1800s. This can be seen, for example, in the precipitous decline in deaths from weather and climate disasters over the last century. Similarly, it is standard practice to calculate impacts for scary hypothetical future warming scenarios that strain credibility while ignoring potential changes in technology and resilience that would lessen the impact. Those scenarios always make for good headlines.
A much more useful analysis would focus on changes in climate from the recent past that living people have actually experienced and then forecasting the foreseeable future—the next several decades—while accounting for changes in technology and resilience.
In the case of my recent Nature paper, this would mean considering the impact of climate change in conjunction with anticipated reforms to forest management practices over the next several decades. In fact, our current research indicates that these changes in forest management practices could completely negate the detrimental impacts of climate change on wildfires.
This more practical kind of analysis is discouraged, however, because looking at changes in impacts over shorter time periods and including other relevant factors reduces the calculated magnitude of the impact of climate change, and thus it weakens the case for greenhouse gas emissions reductions.
Science journals—once considered the gold standard for truth—have succumbed to the confirmation biases of their editors and reviewers. (Astrid Riecken via Getty Images)
You might be wondering at this point if I’m disowning my own paper. I’m not. On the contrary, I think it advances our understanding of climate change’s role in day-to-day wildfire behavior. It’s just that the process of customizing the research for an eminent journal caused it to be less usefulthan it could have been.
As to why I followed the formula despite my criticisms, the answer is simple: I wanted the research to be published in the highest profile venue possible. When I began the research for this paper in 2020, I was a new assistant professor needing to maximize my prospects for a successful career. When I had previously attempted to deviate from the formula, my papers were rejected out of hand by the editors of distinguished journals, and I had to settle for less prestigious outlets. To put it another way, I sacrificed contributing the most valuable knowledge for society in order for the research to be compatible with the confirmation bias of the editors and reviewers of the journals I was targeting.
I left academia over a year ago, partially because I felt the pressures put on academic scientists caused too much of the research to be distorted. Now, as a member of a private nonprofit research center, The Breakthrough Institute, I feel much less pressure to mold my research to the preferences of prominent journal editors and the rest of the field.
This means conducting the version of the research on wildfires that I believe adds much more practical value for real-world decisions: studying the impacts of climate change over relevant time frames and in the context of other important changes, like the number of fires started by people and the effects of forest management. The research may not generate the same clean story and desired headlines, but it will be more useful in devising climate change strategies.
But climate scientists shouldn’t have to exile themselves from academia to publish the most useful versions of their research. We need a culture change across academia and elite media that allows for a much broader conversation on societal resilience to climate.
The media, for instance, should stop accepting these papers at face value and do some digging on what’s been left out. The editors of the prominent journals need to expand beyond a narrow focus that pushes the reduction of greenhouse gas emissions. And the researchers themselves need to start standing up to editors, or find other places to publish.
What really should matter isn’t citations for the journals, clicks for the media, or career status for the academics—but research that actually helps society.
Patrick Brown is a PhD climate scientist and co-director of the Climate and Energy Team at The Breakthrough Institute. Follow him on Twitter (now X) @PatrickTBrown31. And read Jamie Blackett’s Free Press piece to find out how European farmers are fighting climate change through innovation.
Naukowcy z wielu krajów wspólnie podpisali deklarację odrzucającą istnienie kryzysu klimatycznego i podkreślającą, że dwutlenek węgla jest korzystny dla Ziemi.
„Nie ma zagrożenia klimatycznego” – stwierdziła Global Climate Intelligence Group (CLINTEL) w swojej Światowej Deklaracji Klimatycznej upublicznionej w sierpniu. „Nauki o klimacie powinny być mniej polityczne, a polityka klimatyczna powinna być bardziej naukowa. Naukowcy powinni otwarcie zająć się niepewnością i przesadą w swoich przewidywaniach dotyczących globalnego ocieplenia, podczas gdy politycy powinni beznamiętnie liczyć rzeczywiste koszty, a także wyobrażone korzyści swoich środków politycznych”.
Deklarację podpisało łącznie 1609 naukowców i specjalistów z całego świata, w tym 321 ze Stanów Zjednoczonych. Koalicja wskazała, że klimat Ziemi zmieniał się od początku jej istnienia, a planeta przechodzi kilka faz zimnych i ciepłych. Twierdzą, że mała epoka lodowcowa zakończyła się dopiero w 1850 roku.
„Dlatego nie jest zaskoczeniem, że doświadczamy obecnie okresu ocieplenia” – stwierdzono w deklaracji. Ocieplenie postępuje „znacznie wolniej” niż przewidywał Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu. „Modele klimatyczne mają wiele niedociągnięć i w najmniejszym stopniu nie są wiarygodne jako narzędzia polityczne” – stwierdziła koalicja, dodając, że modele te „wyolbrzymiają wpływ gazów cieplarnianych” i „ignorują fakt, że wzbogacanie atmosfery CO2 jest korzystne”. Na przykład, chociaż panikarze klimatyczni określają CO2 jako szkodliwy dla środowiska, koalicja wskazała, że gaz ten „nie jest substancją zanieczyszczającą”.
Dwutlenek węgla jest „niezbędny” dla wszelkiego życia na ziemi i jest „korzystny” dla przyrody. Dodatkowy CO2 powoduje wzrost globalnej biomasy roślinnej, jednocześnie zwiększając plony upraw na całym świecie.
CLINTEL odrzucił także narrację o powiązaniu globalnego ocieplenia ze zwiększoną liczbą klęsk żywiołowych, takich jak huragany, powodzie i susze, podkreślając, że „nie ma dowodów statystycznych” na poparcie tych twierdzeń.
„Nie ma stanu nadzwyczajnego klimatycznego. Dlatego nie ma powodu do paniki i niepokoju. Zdecydowanie sprzeciwiamy się szkodliwej i nierealistycznej polityce zerowej emisji CO2 netto zaproponowanej na rok 2050. Zamiast łagodzić, postaw na adaptację; adaptacja działa bez względu na przyczyny” – stwierdzono.
„Wiara w wynik modelu klimatycznego oznacza wiarę w to, co włożyli twórcy modelu. To jest właśnie problem dzisiejszej dyskusji klimatycznej, w której modele klimatyczne odgrywają kluczową rolę. Nauka o klimacie przerodziła się w dyskusję opartą na przekonaniach, a nie na solidnej nauce. Czy nie powinniśmy uwolnić się od naiwnej wiary w niedojrzałe modele klimatyczne?”
Wśród sygnatariuszy CLINTEL jest dwóch laureatów Nagrody Nobla – fizycy John Francis Clauser ze Stanów Zjednoczonych i Ivan Giaever, Amerykanin pochodzenia norweskiego.
„Popularna narracja o zmianach klimatycznych odzwierciedla niebezpieczne zepsucie nauki, które zagraża światowej gospodarce i dobrobytowi miliardów ludzi” – stwierdził Clauser w oświadczeniu z 5 maja.
„Wprowadzająca w błąd nauka o klimacie przekształciła się w masową szokującą pseudonaukę dziennikarską. Z kolei pseudonauka stała się kozłem ofiarnym wielu innych, niepowiązanych ze sobą problemów.
Oświadczenie CLINTELA przeciwko narracji o zmianie klimatu przeciwstawia się propagandzie szerzonej przez alarmistów klimatycznych, którzy od dawna przepowiadają scenariusze zagłady wywołane globalnym ociepleniem, z których żaden nigdy się nie spełnił.
“The world is coming to an end, and the climate is the reason.”
Code Red for Humanity
Ask almost anyone, and they will tell you the above statement is accurate. It must be true. There is, after all, an “overwhelming scientific consensus.” Children learn about it in school as they have for at least two decades. The news media take every possible opportunity to parrot this message. President Biden announces oncoming doom, as in this speech from July 2022.
“I come here today with a message: As President, I have a responsibility to act with urgency and resolve when our nation faces clear and present danger. And that’s what climate change is about. It is literally, not figuratively, a clear and present danger.”
Then, he applied one of the oldest rhetorical tricks in the book—the appeal to an absent authority.
“The U.N.’s leading international climate scientists called the latest climate report nothing less than, quote, ‘code red for humanity.’ Let me say it again: ‘Code red for humanity.’ It’s not a group of political officials—elected officials. These are the scientists.” =====================================
“All the Scientists Say…”
President Biden would have you believe that all scientists agree with the sentence at the beginning of this article. The message is clear. The scientists know more than you do. Therefore, you should listen to them and give the politicians the power to deal with the crisis.
That power includes telling you how much electricity and water you can use, what kind of car you can drive and if you can continue to live in your home. In comparison to the incredible risk, individual freedoms count for nothing.
“I said last week, and I’ll say it again loud and clear: As President, I’ll use my executive powers to combat climate—the climate crisis in the absence of congressional actions, notwithstanding their incredible action.”
Apparently, the traditional separation of powers counts for nothing.
A Nobel Prizewinner
What President Biden, the news media and the sixth-grade teachers don’t tell you is that there are scientists who disagree. There are lots of these scientists, and some are very knowledgeable.
One of them is Dr. John Clauser. He is no ordinary scientist. He won the 2022 Nobel Prize for Physics.
On July 25, 2023, Dr. Clauser made a speech to the Brownstone Institute. Its title is intriguing, “The Crisis of Pseudoscience.”
Spreading Scientific Disinformation
Dr. Clauser begins with a fundamental scientific truth: “Good science is always based upon good experiments.” On the other hand, poorly done experiments lead in the wrong direction and “provide scientific disinformation.”
Once produced, that disinformation can be misused. “Its promotion by a commercial enterprise is called marketing…. When promotion is done by government or political groups, it’s called spin or propaganda.”
Then, the physicist aims at one of the most potent sources of politico-scientific propaganda.
“[I]n my opinion, the IPCC [the U.N.’s International Panel on Climate Change] is one of the worst sources of dangerous misinformation.”
Then he provides his conclusion.
“I believe that climate change is not a crisis.”
No Tolerance for Dissenting Opinions
The academic establishment will not tolerate such opinions regardless of a scientist’s qualifications. According to Zero Hedge’s financial news site, he was scheduled to speak to the International Monetary Fund’s (IMF) “Independent Evaluation Office.” His topic sounds intriguing, “Let’s talk—How much can we trust IPCC climate predictions?”
The IMF is one of the most powerful non-government organizations in the world. Its self-description drips with self-satisfaction and power.
“The IMF works to achieve sustainable growth and prosperity for all of this 190 member countries. It does so by supporting economic policies that promote financial stability and monetary cooperation, which are essential to increase productivity, job creation, and economic well-being.”
Indeed, so important a group would want to know if the risks presented by climate change are real or phony, wouldn’t it?
Apparently not. The IMF canceled Dr. Clauser’s talk.
Dr. Clauser is not the IPCC’s only critic. Another is climatologist Judith Curry of the Georgia Institute of Technology, who was quoted by American Insider. According to Dr. Curry, the U.N. agenda was “manufactured.” Furthermore, its motivation was the socialist mentality prevalent throughout the organization.
The Roots of Climate Change “Science”
If anything, Dr. Curry’s background is even more applicable to this issue than Dr. Clauser’s. She has been a fellow of the American Meteorological Society since 1995 and a fellow of the American Geophysical Union since 2004. She co-authored Kinetics and Thermodynamics of Clouds and Precipitation and Thermodynamics of Atmospheres and Oceans.
“‘The origins go back to the U.N. environmental program,’ says Curry. U.N. officials were motivated by ‘anti-capitalism. They hated the oil companies and seized on the climate change issue to move their policies along.’”
Eliminating Opposition
“‘The IPCC wasn’t supposed to focus on any benefits of warming. The IPCC’s mandate was to look for dangerous human-caused climate change.’”
If you are looking for a way to end free market economics, climate change absolutism would be an excellent way to do it. The only way that reasonable people, in the absence of other constraints, will give up their natural, God-provided rights is in the face of some overwhelming threat. So the IPCC, aided by Marxist university administrators, set out to create such a threat.
The process was relatively simple. “Promote the alarming papers! Don’t even send the other ones out for review.” Then, ensure that budding scientists knew that acquiescence was the price of success. “If you wanted to advance in your career, like be at a prestigious university and get a big salary, have big laboratory space, get lots of grant funding, be director of an institute, there was clearly one path to go.”
World Climate Declaration
Fortunately, some scientists are willing to resist the prevailing sentiment. In 2019, the “Global Climate Intelligence Group” (CLINTEL) authored a “World Climate Declaration” that now claims over 1,609 signatories. Dr. Clauser added his signature in August 2023.
The Declaration makes six significant points:
Natural as well as anthropogenic factors cause warming.
Warming is far slower than predicted.
Climate policy relies on inadequate models.
CO2 is plant food, the basis of all life on Earth.
Global warming has not increased natural disasters.
Climate policy must respect scientific and economic realities.
There is little doubt that some of the 1,609 signatories are more qualified than others. Even with that caveat, however, that number alone should serve to make one point loudly and clearly. No matter what the climate absolutists say, there is no “overwhelming scientific consensus.”
Szanowni Państwo, Nie tak dawno pisaliśmy o wyzwaniach na TikToku, które doprowadziły do licznych tragedii, w tym do śmierci uczestników. Dziś piszemy o kolejnej aplikacji, lecz tym razem w kontekście otwartego zaangażowania jej twórców w promowanie ideologii gender i wspieranie środowisk LGBT. Zapewniamy, że nie pisalibyśmy o niej, gdyby dotyczyło to jakiejś niszy. Ale chodzi tutaj o jedną z najpopularniejszych aplikacji do nauki języków, z której korzysta już ponad 500 000 000 użytkowników na całym świecie – o Duolingo. Myślę, że wielu z Państwa ją zna, niewykluczone, że z niej korzysta, a być może uczą się przy jej pomocy także i Państwa dzieci. Albo zamierzają to robić w nowym roku szkolnym. Nie ma co ukrywać: jest profesjonalnie zrobiona, przyjemna w użyciu i pomaga w nauce licznych języków, zwłaszcza – dzięki swojej kolorowości, opcjom zdobywania nagród, odkrywania skarbów i wygrywania lig – najmłodszym użytkownikom… I tu dotykamy sedna problemu: Duolingo jest oficjalnym „sojusznikiem LGBT” i te wartości… chcieliśmy napisać, że przemyca, ale tak nie jest.
Po prostu otwarcie je wprowadziło i wręcz kpi z tych, którzy ośmielają się to krytykować!arch. Centrum Życia i Rodziny W artykule na naszym portalu opisujemy, że w czerwcu 2021 r. na oficjalnym blogu firmy pojawił się artykuł zatytułowany „Reprezentacja LGBTQIA+ w historiach i postaciach Duolingo”. Celem jest „normalizowanie odmienności w historiach Duolingo”. Pozwolenie na istnienie postaci LGBTQ bez szczególnego zwracania uwagi na tę tożsamość – naszym zdaniem powinno być najlepszą praktyką w opowiadaniu historii. Aby coś znormalizować, po prostu przedstawiasz to jako normalne, co oznacza, że nie zwracasz na to uwagi podczas przedstawiania – podają pracownicy aplikacji. Główna myśl jest jasna: powinieneś przecież wierzyć, że z moralnego punktu widzenia [sic!] nie ma różnicy między stylem życia osoby homo- czy biseksualnej, a stylem życia kogokolwiek innego. Jak wspomnieliśmy, Duolingo chlubi się ze swojej „tęczowej” polityki. W postach w mediach społecznościowych firma umieściła tłumaczenia takich sformułowań, jak „walczy o prawa gejów”, „ona ma dziewczynę” czy „moja babcia ma dziewczynę”. W przytoczonym wpisie na blogu znajdujemy taki dialog: [kobieta]: To mój miesiąc miodowy…[mężczyzna]: A gdzie jest Twój mąż? [kobieta]: Nie mam męża. Mam za to trudną żonę! To przecież normalny dialog, bardzo przydatny w nauce języka, prawda? Przekora i zadufanie zarządzających tą aplikacją zdaje się nie mieć granic. Opublikowali nawet na TikToku film, w którym drwią z tych, którzy nie zgadzają się z ich stanowiskiem w sprawie programu LGBT. Sugerują, że te osoby prawdopodobnie… pójdą do piekła.
Szanowni Państwo, chyba jest jasne, że celem takiego kursu jest oswajanie najmłodszych z „tęczową normalnością”. Nie możemy na to pozwolić! Z aplikacji korzysta kilka, jeśli nie kilkadziesiąt tysięcy młodych Polaków. Czy ich rodzice wiedzą, jakie „wartości” są w niej promowane? Czy nauczyciele wiedzą, co polecają swoim uczniom? Bardzo więc prosimy Państwa o wsparcie promocji tego artykułu. Informacja o „tęczowym” kursie Duolingo musi trafić do jak największej liczby odbiorców. Dlatego bardzo prosimy Państwa o pomoc w rozpowszechnieniu tego artykułu poprzez datek w kwocie 30 zł, 60 zł, 100 zł, a nawet i 200 zł. Nie dajmy oswajać naszych dzieci z ideologią LGBT pod przykrywką nauki języków! Wspieram promocję tego artykułu! Już teraz serdecznie dziękujemy za Państwa hojność i każde wsparcie, które przekazują Państwo na rozwój naszego wspólnego projektu! Z pozdrowieniami Redakcja portalu Marsz.info
Wydawca portalu: Centrum Życia i Rodziny Skrytka Pocztowa 99, 00-963 Warszawa 81tel. +48 22 629 11 76 Dane do przelewu: Centrum Życia i Rodziny, Skrytka pocztowa 99, 00-963 Warszawa 81 Nr konta: 32 1240 4432 1111 0011 0433 7056 / Bank Pekao SAZ dopiskiem: „Darowizna na działalność statutową Centrum Życia i Rodziny” SWIFT: PKOPPLPWIBAN: PL32 1240 4432 1111 0011 0433 7056