Od dawna przedstawiciele niezwykle ważnych i wartościowych społecznie zawodów, nauczyciele i lekarze zarabiali grosze. To się radykalnie zmieniło. Obecnie tylko nauczyciele pozostali biedakami. Lekarze zarabiają znakomicie. Jeśli Państwo nie pamiętają, to uprzejmie przypomnę, że pensje lekarzy wystrzeliły w kosmos, w okresie fałszywej pandemii, w wyniku decyzji premiera Morawieckiego. Z osób piastujących publiczne stanowiska najlepiej zarabiają: sekretarz generalny ONZ, szef NATO i prezydent Stanów Zjednoczonych.
Jednak znacznie od nich lepiej zarabia dwudziestoośmioletni młodzieniec z Warszawy, lekarz bez specjalizacji. W zeznaniu podatkowym za rok 2025 ujawnił dochody w wysokości około 1 600 000 złotych! Ten szczęśliwiec jest politykiem Koalicji Obywatelskiej, radnym dzielnicy Ursus, dyrektorem Oddziału SOR w Warszawskim Szpitalu Południowym. Nazywa się Dawid Kacprzyk. W kampanii wyborczej do samorządu otrzymał mocne poparcie partii i osobistą pomoc posła Arłukowicza, który roznosił jego ulotki i publicznie się z nim fotografował. Oczywiście, gdy wybuchła afera pazernego doktorka, pan poseł za Św. Piotrem oznajmił: „Nie znam tego człowieka”.
Dziennikarze niezależnej, nowej Telewizji Kanał Zero, zaczęli badać jak jest zorganizowany szpital, w którym tak dobrze płacą i otworzyli nie puszkę, a wielką beczkę Pandory, z której, po jej otwarciu, obrzydliwie cuchnie.
Okazało się bowiem, że w tym szpitalu, bynajmniej nie na peryferiach, urządzono szybką ścieżkę badań diagnostycznych i leczenia swojaków z Koalicji Obywatelskiej. Integralną częścią tego medycznego luksusu dla politycznej kasty KO, był elegancki salon VIP. To oczywiste, poseł, czy inny senator nie będzie przecież siedzieć kilku, czy kilkunastu godzin w ciasnej i tłocznej poczekalni z pospólstwem. Redaktor Patryk Słowik, który ujawnił tę gigantyczną, a charakterystyczną dla elity rządzącej aferę dysponuje listą prominentnych beneficjentów. Nie ujawnia ich jednak oczekując aż zrobi to prokuratura stawiając im zarzuty. A jak prokuratura ich nie ujawni, zrobi to redaktor Słowik. Ten scenariusz jest prawdopodobny.
Dotychczas poznaliśmy tylko jedną uczestniczkę szpitalnego saloniku VIP i beneficjentkę badań bez kolejki. Jest nią pani poseł kilku kadencji, będąca członkiem naszego parlamentu od kilkunastu lat, pani Pępek, która sama się ujawniła. Nie znają Państwo tej damy? Ja też nie. To jak tłumaczyła korzystanie z badań poza kolejką, w której długo czekają zwykli pacjenci, świadczy o tym, że ona nie jest najostrzejszą kredką w parlamentarnym piórniku i tłumaczy dlaczego niczego nie robi w Senacie. Nie widzi bowiem w pomijaniu kolejki niczego karygodnego. To może lepiej, że ona niczym w Senacie się nie zajmuje.
Afera Warszawskiego Szpitala Południowego zatacza coraz większe kręgi. W Kanale Zero, w rozmowie z Krzysztofem Stanowskim, wystąpił doktor Emil Jędrzejewski, chirurg z kilkudziesięcioletnim stażem, mający najwyższy stopień specjalizacji medycznej, bardzo ceniony w środowisku medycznym fachowiec, były ordynator Oddziału Chirurgicznego Warszawskiego Szpitala Południowego. Poważny mężczyzna, pułkownik wojska.
Właśnie, były ordynator. Został bowiem zwolniony z pracy po tym jak napisał do prezydenta Rafała Trzaskowskiego o tym, że w szpitalu bardzo źle się dzieje, a pan ordynator SOR , bez potrzebnych kompetencji, fatalnie zarządza tym newralgicznym z punktu widzenia funkcjonowania szpitala, oddziałem. Doktora Emila Jędrzejewskiego zwolniła Renata Kaznowska, wiceprezydent Warszawy, odpowiedzialna w stolicy za opiekę zdrowotną, a prywatnie koleżanka partyjna i osobista Dawida Kacprzyka.
Podczas tego wywiadu doktor Jędrzejewski był bardzo powściągliwy, wypowiadał się bardzo ostrożnie. Pomimo tego padły z jego ust oskarżenia najcięższego kalibru, jakie mogą spotkać lekarza. Powiedział bowiem, że z winy lekarza Kacprzyka i w wyniku jego niekompetencji, umierali ludzie. Opowiedział ponadto o procederze podrabiania, fałszowania kart zgonu.
A jedna z historii mogła przerazić nawet człowieka o najmocniejszym układzie nerwowym. Powiedział bowiem, że zdarzyło się na tym SORze, że po wielu godzinach oczekiwania zmarł pacjent. Po czym dla ukrycia faktu nieudzielenia mu pomocy, zlecono wykonanie tomografii komputerowej nieboszczykowi.
Nazajutrz po tym wywiadzie, pan doktor Emil Jędrzejewski zostaw wezwany w charakterze świadka do prokuratury, żeby złożył zeznania. Pod prokuraturą czekał na niego tłum dziennikarzy i fotoreporterów. Ci z mediów rządowych agresywnie i arogancko wykrzykiwali ponawiając pytanie czy ma dowody na swoje oskarżenia. Było oczywiste, że funkcjonariusze mediów reżimowych dostali instrukcje, że trzeba zaatakować, przestraszyć i spostponować sygnalistę, który odważył się ujawnić afery ich politycznych mocodawców. Pan doktor nie odpowiedział dziennikarzom ani prokuratorowi na żadne pytanie. Powiedział, że będzie odpowiadał na nie w obecności swego obrońcy.
Rzecznik prokuratury łamiąc prawo poinformował o odmowie składania zeznań przez świadka. Pan doktor Emil Jędrzejewski był wezwany do prokuratury w charakterze świadka, nie oskarżonego. Tylko w przypadku oskarżonych prokuratura ma prawo wydawać takie oświadczenie. Nota bene, nawet oskarżony ma prawo do odmowy składania zeznań, nie musi oskarżać sam siebie.
Premier Tusk oświadczył, jeszcze przed przesłuchaniem, że pan doktor Jędrzejewski nie jest świadkiem wiarygodnym. Zdaniem premiera, agresywny patol Jacek Murański, kryminalista i człowiek skazywany za fałszywe oskarżenia, „to postać znana i wiarygodna”. Pan doktor tak pochlebnej oceny od premiera nie otrzymał. Osobą Dawida Kacprzyka prokuratura się nie interesuje. Nie chce go przesłuchiwać. Ale on jest ostrożny i przewidujący. Zatrudnił już do własnej obrony słynnego mecenasa, Jacka Dubois, który w jawny i otwarty sposób sprzyja Koalicji Obywatelskiej. Ba, z jej nadania jest funkcjonariuszem KO, zastępcą Przewodniczącego Trybunału Stanu.
Kolejny imigrancki skandal w Wielkiej Brytanii. Przywódca pakistańskiego gangu z Rochdale w Anglii, Shabir Ahmed, został zwolniony z więzienia – i będzie mógł dalej mieszkać na Wyspach.
W 2012 roku Pakistańczyk został skazany na 22 lata odsiadki za gwałty na nieletnich. Stracił też brytyjskie obywatelstwo. Teoretycznie powinien zostać teraz odesłany do Pakistanu, ale… w prawie brytyjskim jest luka. W efekcie ten brutalny przestępca pozostanie w Wielkiej Brytanii. Będzie mieszkał na wolności, przebywając jedynie pod nadzorem policyjnym i pod kontrolą systemu GPS.
Ahmed przyjechał do Wielkiej Brytanii w 1967 roku. Pakistan był dawniej brytyjską kolonią. Zgodnie z prawem, obywatele państw dawnej brytyjskiej Wspólnoty Narodów nie mogą zostać odesłani z Wysp, jeżeli mieszkali na nich już przed 1973 rokiem.
Gang, którym kierował Pakistańczyk, działał w latach 2008-2010. Przestępcy podawali nieletnim alkohol i narkotyki. Gwałcili je i pozwalali robić to samo innym w zamian za pieniądze. Imigranci brali na celownik nawet 12-letnie dzieci. Pakistańczyk nie wykazywał skruchy. Podczas swojego procesu nazwał sędzię „rasistowską szmatą”.
Przestępcza organizacja z Rochdale była tylko jednym z elementów wielkiej siatki analogicznych gangów. Imigranci tworzyli podobne struktury w sumie od 1997 do 2013 roku. Szacuje się, że ich ofiarą padło w sumie 1400 dziewcząt, przy czym najmłodsze miały 11 lat.
USA potrzebują drugiej deklaracji Niepodległości, tym razem od Izraela.
Nie ma ważniejszego wysiłku w kierunku odzyskania suwerenności i obrony integralności terytorialnej Republiki amerykańskiej niż rząd federalny USA całkowicie rozwiązujący wszelkie relacje, oficjalne i inne, z Syjonistycznym Państwem Izrael.
To, że Izrael przekształcił się w niezwykle niebezpiecznego śmiertelnego wroga Stanów Zjednoczonych Ameryki, nie jest już przedmiotem żadnej debaty po tym, co następuje:
The Israeli Attack on the USS Liberty The USS Liberty: A Failed Israeli False Flag Attack Against the United States Israel assassinated JFK, RFK & MLK Hard Proof Israel Killed The Kennedy Brothers Israel’s traitorous CIA point man for both Kennedy assassinations 9/11: All Roads Lead To Israel INDISPUTABLE EVIDENCE CONFIRMS: 9/11 was both an “Inside Job” and “Mossad Job” The Zionist State Of Israel Assassinated Charlie Kirk
Izraelski atak na USS Liberty: nieudany izraelski atak fałszywej flagi na Stany Zjednoczone
Izrael zamordował JFK, RFK i MLK
Izrael zabił Braci Kennedy
Zdradziecki Izrael CIA wskazuje człowieka za oba zabójstwa Kennedy’ego
9/11: Wszystkie Drogi Prowadzą Do Izraela
Bezsporne dowody potwierdzają: 9/11 był zarówno „pracą wewnętrzną”, jak i „pracą Mossadu”
Syjonistyczne Państwo Izrael zamordowało Charlie Kirka
Zarówno zabójstwo Charlie Kirka przez Izrael, jak i niezmiernie bezczelne i lekkomyślne podżeganie do wojny z Iranem w 2026 roku, są być może słomkami, które złamały grzbiet wielbłąda, w tym, co dotyczy złośliwej syjonistycznej perfidii i złej woli wobec narodu amerykańskiego.
Chazarscy Barbarzyńcy Zdejmują Maski
Naprawdę, syjonistyczni władcy Trumpa w Tel Awiwie zostali ujawnieni jak nigdy dotąd, ponieważ wielkie przebudzenie ma miejsce w całej amerykańskiej polityce. Gdy masa krytyczna obywateli USA zrozumie, że Izrael jest ich najbardziej zdradliwym wrogiem, wszystko zmieni się z dnia na dzień. Mam nadzieję, że punkt zwrotny nastąpi w tym najbardziej doniosłym półwieczu Stanów Zjednoczonych.
W świetle następującej niepodważalnej rzeczywistości, dlaczego Stany Zjednoczone miałyby chcieć mieć jakikolwiek związek z Syjonistycznym Państwem Izrael?!
USA potrzebują drugiej deklaracji Niepodległości, tym razem od Izraela.
CMV
Widzę wiele podobieństw między obecnymi stosunkami USA / Izrael a przedrewolucyjnymi stosunkami między koloniami amerykańskimi a Wielką Brytanią. Wiele skarg przedstawionych w Deklaracji Niepodległości odbija się echem dzisiaj.
Chcę jasno powiedzieć, że mówię o izraelskim rządzie, proizraelskich organizacjach politycznych i zwolennikach polityki rządu izraelskiego. Nie mówię o żydach jako całości, którzy są zróżnicowaną grupą o szerokim spektrum poglądów na Izrael i jego rząd.
Jedna z najbardziej znanych pretensji kolonialnych dotyczyła podatków i reprezentacji politycznej. Dziś Stany Zjednoczone wysyłają miliardy dolarów podatników do Izraela pomimo sondaży, które często wykazują znaczny sprzeciw opinii publicznej. Obrońcy związku mogą argumentować, że Amerykanie wybierają przedstawicieli, którzy podejmują te decyzje. Nieważny z natury niereprezentatywny charakter amerykańskiego rządu, proizraelskie organizacje lobbingowe wydają znaczne sumy pieniędzy, próbując wpłynąć na wybory i politykę publiczną. Ponadto uchwalono wiele ustaw mających na celu uciszenie krytyki Izraela. I widzimy, jak nasi demokratycznie wybrani przywódcy z obu partii często ulegają wpływowi Netanjahu przy stole negocjacyjnym.
Można powiedzieć, że znaczna część tego wpływu nie pochodzi od samego rządu izraelskiego, ale od obywateli amerykańskich, którzy wspierają Izrael i korzystają ze swoich praw politycznych. Jednak z mojej perspektywy osoby te są analogiczne do lojalistów kolonialnych, którzy popierali dalsze dostosowywanie się do brytyjskich interesów. Fakt, że wpływy wywierane są przez podmioty krajowe, a nie wyłącznie z zagranicy, niekoniecznie unieważnia porównanie.
Innym argumentem jest to, że Stany Zjednoczone i Izrael są partnerami o zgodnych interesach, a zatem Stany Zjednoczone nie są pod wpływem wbrew ich woli. Myślę, że może to dokładnie opisać niektórych członków elity politycznej i gospodarczej. Jednak, jestem mniej przekonany, że przeciętny Amerykanin korzysta z relacji w tym samym stopniu. Na przykład konflikty zbrojne na Bliskim Wschodzie (w tym wojna w Iranie), postrzegane przez wielu Amerykanów jako związane z izraelskimi interesami bezpieczeństwa, mogą nakładać na Stany Zjednoczone koszty w postaci wydatków wojskowych, zwiększonego ryzyka bezpieczeństwa, wyższych cen gazu i utraty życia żołnierzy amerykańskich.
Mój pogląd zależy od założenia, że Izrael wywiera znaczący wpływ na amerykańską politykę i kształtowanie polityki. Jeśli to prawda, to uważam, że związek zaczyna przypominać historyczne przypadki, w których ludność uważała, że ważne decyzje są kształtowane przez obce interesy, które nie są w pełni zgodne z ich własnymi. Zdaję sobie sprawę, że analogia jest niedoskonała, ponieważ żadne dwa ruchy niepodległościowe nie są identyczne. Twierdzę, że Izrael wykazuje duży negatywny wpływ na naród amerykański, a zerwanie stosunków wymagałoby od ludzi odebrania izraelskiej władzy w sposób odzwierciedlający historyczne ruchy niepodległościowe.
Aby zmienić mój pogląd, należałoby mnie przekonać do jednego z poniższych:
Że stopień Izraelskiego wpływu na amerykańską politykę spada znacznie poniżej tego, co byłoby wymagane, aby porównania z poprzednimi ruchami niepodległościowymi były znaczące, potencjalnie włączając w to rewolucję amerykańską.
Że stosunki między Stanami Zjednoczonymi a Izraelem zapewniają znaczne korzyści zwykłym Amerykanom, które przeważają nad obawami, które podniosłem.
To zerwanie stosunków z Izraelem można zrobić w sposób, który nie odzwierciedla historycznego ruchu niepodległościowego.
Książka, którą dziś kardynał Víctor Manuel „Tucho” Fernández wydał w Meksyku w 1998 roku, pod tytułem La Pasión Mística. Duchowość i zmysłowość, pojawiła się ponownie w ten poniedziałek, 8 stycznia 2024 roku.
Książka została odnaleziona przez argentyńskiego blogera i została ujawniona przez inne media.
Jak w przypadku Saname’a z ustami. Sztuka całowania, wydana przez ówczesne P. Víctor Fernández w 1995 roku w Argentynie, La Pasión Mítica nie znajduje się na liście dzieł, które Biuro Prasowe Watykanu rozpowszechniło 1 lipca 2023 roku, kiedy jego nominacja została uporządkowana jako nowy prefekt Dykasterii dla Doktryny Wiary. La Pasión Mística listado de obras que difundió la Oficina de Prensa del Vaticano
Tekst tego artykułu może zaszkodzić wrażliwości czytelnika.
Kontrowersyjne wiadomości o miłości i seksualności [Jeśli szukam, to : Deletion notice The document <strong>La pasión mística VMF</strong> has been deleted. md]
Mistyczna pasja. Duchowość i zmysłowość składa się z dziewięciu rozdziałów: „Ogień boskiej miłości”, „Studnia wzniosłej namiętności”, „Szalona historia miłosna”, „Mistyczna namiętność”, „Do końca”, „Moje piękno, przyjdź”, „Męski i kobiecy orgazm”, „Droga do orgazmu” i „Bóg w orgazmie pary”.
Na okładce książki znajduje się obraz The Rapture of Psyche, dzieło Francuza Williama-Adolphe’a Bouguereau, które pokazuje greckich bogów Erosa i Psyche przytulonych i nagich pokrytych ledwie fioletowym płaszczem.
W prezentacji książki można przeczytać: „Ta praca jest zaproszeniem do świata namiętnej miłości, który kryje się w głębi naszej istoty”.
„Tutaj jesteśmy zaproszeni do chodzenia z najbardziej namiętnymi mężczyznami i kobietami w historii na wysublimowanych ścieżkach mistycznego zjednoczenia, aż do osiągnięcia punktu, w którym wydaje się, że dotykamy niemożliwego. Odważmy się przeżyć tę przygodę” – dodał.
3 najbardziej kontrowersyjne rozdziały
Trzy ostatnie rozdziały książki są prawdopodobnie najbardziej kontrowersyjne.
W rozdziale 7 „Mężczyzna i kobieta orgazm” Fernández przedstawia swoją analizę „jak mężczyzna i kobieta żyją orgazmem i jaka jest różnica między orgazmem męskim a kobiecym orgazmem”.
Następnie wyraźnie odnosi się do aktu seksualnego i tego, co rozumie jako preferencje mężczyzny i kobiety, i nazwał go „nienasyconym”.
Wykonując graficzny opis podniecenia seksualnego, Fernández przedstawia rolę „twardej pornografii” bez ostrzeżenia o jej skutkach lub wyjaśnianiu aspektu moralnego, stwierdzając, że kobieta „mniej pociąga mężczyznę do oglądania zdjęć z brutalnymi scenami seksualnymi, obrazami orgii itp.”, nie dlatego, że jej nie ekscytuje, „ale cieszy się tym i ceni to mniej, a w niektórych przypadkach budzi strach”.
Później Fernández wskazuje, że „na poziomie hormonalnym i psychologicznym nie ma czystego mężczyzny ani czystej kobiety”.
Następnie proponuje się przeanalizowanie, czy „cząstki mężczyzny i kobiety w orgazmie” są powiązane „w jakiś sposób w mistycznej relacji z Bogiem”.
Dla Fernández, będąc „bardziej otwartą” kobietą niż mężczyzna, byłaby „lepiej skłonna pozwolić się przyjąć przez Boga” i być „bardziej otwarta na doświadczenie religijne”. Następnie teoretyzuje o związku tej rzekomej wrażliwości na obecność kobiet w kościele: „Dlatego kobiety dominują w świątyniach”.
W rozdziale 8 „Ścieżka do orgazmu”, obecny prefekt Dykasterii Nauki Wiary odnosi się do tego, co nazywa „upojnymi doświadczeniami Boga” w życiu niektórych świętych.
Wśród nich wspomina św. Teresa z Lisieux: „Święta Teresa Jezusa, chociaż była czule kochana przez Boga, nigdy nie miała bardzo «zmysłowych’ doświadczeń swojej miłości i wydaje się, że osiągnęła tylko przepełnioną i namiętną radość w chwili swojej śmierci, kiedy jej oblicze zostało przemienione i wypowiedziała ostatnie słowa: «Kocham cię, o mój Boże, kocham cię!»”
W rozdziale 9, „Bóg w orgazmie pary”, jako kontynuację tego, co uważał za refleksję „nad możliwością osiągnięcia pewnego rodzaju uporządkowanego orgazmu w naszej relacji z Bogiem”, Fernández zapewnia, że „Bóg przychodzi dotknąć duszy-korporacyjnego centrum przyjemności, tak że doświadcza się satysfakcji, która obejmuje całą osobę”.
Aby podkreślić to, co uważa za „głęboką ocenę przyjemności seksualnej” w innych religiach, pod koniec swojej książki Fernández ucieka się do muzułmańskiego myśliciela Dżalala al-Din al-Suyuti (którego nazywa „Al Sonuouti”), autora różnych islamskich tekstów erotycznych i którego chwali jako „czcigodnego XV-wiecznego egipskiego teologa”.
Cytat, który zawiera muzułmańskiego autora, brzmi: „Chwała Allahowi, który potwierdza twarde i wyprostowane penisy, takie jak włócznie, aby prowadzić wojnę w pochwach”.
Kim jest kardynał Víctor Manuel „Tucho” Fernández?
Urodzony 18 lipca 1962 roku w Alcira Gigena, Kordoba (Argentyna), kardynał Fernández, obecnie 61, został wyświęcony na kapłana 15 sierpnia 1986 roku, w wieku 24 lat.
Ukończył teologię ze specjalizacją biblijną na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie w 1988 roku, a w 1990 roku uzyskał doktorat z teologii na Wydziale Teologicznym Papieskiego Katolickiego Uniwersytetu Argentyńskiego (UCA).
Zanim ukazała się Mistyczna Pasja. Duchowość i zmysłowość miały 35 lat, 12 z nich jako kapłan.
W 2009 roku ówczesny arcybiskup Buenos Aires, kardynał Jorge Mario Bergoglio (obecnie papież Franciszek) zaproponował go jako rektora UCA, ale potwierdzenie powinno być udzielone przez Watykan, poprzez ówczesny Kongregacja na rzecz Edukacji Katolickiej, obecnie Dykasterię Kultury i Edukacji.
Ta dykasteria z kolei wymagała poświadczenia przez Zgromadzenie – dziś Dykasterię – dla Doktryny Wiary, że nie ma nic problematycznego w nowym rektorze.
Były prefekt Dykasterii Nauki Wiary, kardynał Gerhard Müller, potwierdził w Krajowym Rejestrze Katolickim w lipcu 2023 r., że Watykan miał dossier na temat Fernandeza . Z powodu pytań, pytań i pytań z ciała Stolicy Apostolskiej, obecnie kardynał Fernández nie mógł objąć stanowiska rektora UCA do maja 2011 roku, prawie dwa i pół roku po jego nominacji.
W maju 2013 roku papież Franciszek mianował go arcybiskupem bez przypisania mu konkretnej archidiecezji. Pięć lat później, 2 czerwca 2018 roku, został mianowany arcybiskupem La Plata.
Fernández sprawował to stanowisko do czasu swojej niedawnej nominacji jako prefekta Dykasterii dla Doktryny Wiary. 30 września 2023 roku został stworzony przez papieża Franciszka.
Uważany jest za „teologa papieża Franciszka” i pisarza „ducha” – za kilkoma pismami Papieża.
Zarzut prefekta Dykasterii dla Doktryny Wiary jest prawdopodobnie drugą najpotężniejszą pozycją w Watykanie, tylko po tym, jak papież. Najnowsi byli wybitni teologowie, tacy jak kardynał Luis Francisco Ladaria, Hiszpan; i kardynał Gerhard Müller, Niemiec. Jest to również stanowisko kardynała Josepha Ratzingera aż do śmierci św. Jana Pawła II, po czym został wybrany na papieża i przyjął imię Benedykt XVI.
Wśród jej głównych funkcji jest zapewnienie prawidłowej doktryny katolickiej i reagowanie na obawy doktrynalne. Chociaż formalnie nie zależy to od tej dykasterii, wewnątrz znajduje się Papieska Komisja Ochrony Mniejszych, watykański organ, który walczy z nadużyciami seksualnymi w Kościele katolickim.
Ostatnią i najbardziej kontrowersyjną publikacją, którą kardynał Fernández podpisał jako prefekt Dykasterii Nauki Wiary, była niewątpliwie stwierdzenie Fiducia supplicans, z 18 grudnia 2023 r., Które stwierdza, że księża mogą „błogosławić pary w nieregularnych sytuacjach i par jednopłciowych, bez oficjalnego potwierdzania ich statusu lub zmiany w jakikolwiek sposób odwiecznego nauczania Kościoła o małżeństwie”.Fiducia supplicans
Deklaracja spowodowała globalną niepewność i podziały, a episkopaty na kontynencie afrykańskim ostrzegły, że nie będą czynić błogosławieństw, które fiducjańscy supplicjanie uważają za „zasób duszpasterski”.
Aborcja to nie medycyna i nie jest to leczenie. To zbrodnia – nawet jeśli czasem jest legalna.
Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!
Szpital im. Stefana Kardynała Wyszyńskiego [sic!! md] w Lublinie przysłał mi pismo przedprocesowe. Grożą mi sądem. Identyczny dokument otrzymała Fundacja Życie i Rodzina. Prawnicy i dyrekcja placówki oburzyli się, że ujawniliśmy prawdę: w murach ich szpitala doszło do urodzenia żywego dziecka z aborcji i jego śmierci już na tym świecie.
W Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Lublinie dziecko przeżyło procedurę aborcyjną i urodziło się żywe. Następnie zostało przekazane na Oddział Neonatologii do reanimacji. Pomyślmy o tym absurdzie: najpierw jedni lekarze robią wszystko, aby pozbawić dziecko życia, a gdy im się to nie udaje, kolejni próbują ratować ofiarę. Bezskutecznie – mały człowiek zmarł w męczarniach.
Teraz nad tą tragedią ma zapaść absolutna cisza. Próbują nas zakneblować – najpierw pismem, potem procesem.
Szpital uruchamia prawników, by ukryć prawdę. Pomóż nam odpędzić ten atak:
Dyrektorowi szpitala, Piotrowi Matejowi, szczególnie przeszkadza prawda. Nie podoba mu się określenie „zabijanie dzieci poprzez aborcję”. Jak zatem inaczej nazwać to, co działo się na Kraśnickiej? Matej twierdzi, że procedury były legalne. Czy według jego logiki, skoro uśmiercanie bezbronnych bywa zalegalizowane przez państwo, to nagle przestaje być zabijaniem? Przecież to kpina z sumienia i rozumu.
Dyrekcja ubolewa, że kampania Fundacji uderza w zaufanie pacjentów do szpitala. Czy mamy milczeć, żeby ludzie żyli w iluzji, że w tej placówce chroni się życie? Czy wyobraża Pan sobie taką obłudę – zabijać dzieci, a potem żądać aplauzu i nieinformowania o aborcji w imię dobrej opinii o samym abortorium?
Szpital wysłał do mediów oświadczenie, zarzucając nam kłamstwo. Śmiało zaprzecza faktom. Sprawa dziecka z Lublina jest udokumentowana, znajduje się w oficjalnych rejestrach medycznych, była przedmiotem interwencji poselskiej, a sam szpital wcześniej potwierdzał, że na oddziale leżał żywy wcześniak po nieudanej tzw. „terminacji”.
Ta sprawa nie zostanie zamieciona pod dywan. Jesteśmy to winni temu maleństwu oraz wszystkim dzieciom zagrożonym aborcją w szpitalu przy Alei Kraśnickiej.
Zarząd szpitala działa na pełnych obrotach, aby zamknąć nam usta. Ich problemem są nasze pikiety i fakt, że podnosimy alarm w sprawie praktyk za zamkniętymi drzwiami. W murach szpitala imienia bł. Kardynała Wyszyńskiego w ciągu zaledwie 6 lat zginęło aż 14 dzieci.
8 z nich zabito na podstawie tzw. przesłanki psychiatrycznej – np. pod pretekstem zaburzeń adaptacyjnych u matek. Zamiast zaoferować kobietom prawdziwą terapię i pomoc psychologiczną i psychiatryczną, wykonywano wyrok śmierci na ich dzieciach. Z czym wracała taka kobieta do domu? Z ciałkiem dziecka do pochówku lub nawet bez niego, jeśli poszło do odpadów medycznych lub spalarni.
Aborcja to nie medycyna i nie jest to leczenie. To zbrodnia – nawet jeśli czasem jest legalna.
Szanowny Panie,
Czy wobec gróźb ze strony sprawców aborcji zamierzamy milczeć i czy przestraszymy się ich prawników?
Nigdy.
Odpowiadamy jeszcze większą mobilizacją. Zapraszam Pana oraz każdego, komu nie jest obojętny los nienarodzonych, a kto może dotrzeć do Lublina, na Publiczny Różaniec o zatrzymanie aborcji. Pod tym właśnie szpitalem – stańmy tam razem i pokażmy prawdę.
PUBLICZNY RÓŻANIEC NA ALEI KRAŚNICKIEJ W LUBLINIE:
📅 Najbliższy poniedziałek – 6 lipca
🕔 Godzina 17:00
📍 Wojewódzki Szpital Specjalistyczny w Lublinie, Al. Kraśnicka 100
Wściekła reakcja aborterów uświadamia mi jedno: potrzeba jeszcze więcej modlitwy, potrzeba więcej pokazywania prawdy o aborcji – aby przebić mur obojętności, poruszyć serca i sumienia. I ratować życie dzieci, choćby aborcjoniści chcieli spuścić zasłonę milczenia na swoje okrutne działania.
Przyjdźmy licznie. Okażmy solidarność z zabijanymi dziećmi, a nie z nieczułymi decydentami – w ministerstwach, gabinetach politycznych i zarządach szpitali – którzy w miękkich fotelach lekką ręką podpisują wyroki śmierci na bezbronnych.
Działalność Fundacji Życie i Rodzina i skuteczna obrona prawna przed kłamstwami aborcjonistów zależy od Twojej ofiarności:
Szpitalowi na Kraśnickiej mówię natomiast jedno: zamiast straszyć pozwami i wydawać oświadczenia – skończcie z aborcją. Poczęte dzieci to przecież także Wasi malutcy pacjenci.
Dziękuję Panu za każde wsparcie – modlitwę, obecność i ofiarność. Tylko razem jesteśmy w stanie przeciwstawić się kulturze śmierci. Do zobaczenia w Lublinie.
PS – Nie wycofuję się z żadnego słowa, nie przepraszam za obronę życia. Z pewnością zgodzi się Pan ze mną, że nie można oczekiwać sytuacji, w której robi się aborcję, ale nikt o nią nie pyta i nikt się nie oburza. Każda aborcja to zbrodnia.
WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
Książka przedstawia wyimaginowaną zmysłową relację między Chrystusem a nastolatkiem, łączy ludzki orgazm z boską intymnością i mówi o grzesznych czynnościach seksualnych wykonywanych w sposób „bez poczucia winy i bez utraty łaski Bożej ani doświadczenia Jego miłości”.
======================================
„Nie napisałbym tego teraz”. Kardynał tłumaczy się z kontrowersyjnej książki
Kardynał Victor Manuel Fernandez Źródło: PAP/EPA
Kardynał Víctor Manuel Fernández, kierujący pracami Dykasterii ds. Nauki Wiary, odpowiedział na krytykę dotyczącą napisanej w latach 90. książki o duchowości i zmysłowości.
W napisanej w 1998 roku książce argentyński kapłan przedstawił duchową refleksję na temat ludzkiej seksualności i znaczenia orgazmu. Tekst wypłynął ponownie na światło dzienne w związku z kontrowersyjną deklaracją„Fiducia supplicans” wydanej przez Dykasterię ds. Nauki Wiary i zaaprobowanej przez papieża Franciszka, która, pod pewnymi warunkami, zezwala na błogosławieństwo par osób tej samej płci.
– Z pewnością nie napisałbym tego teraz – powiedział portalowi Cruxowi kardynał Fernández, zauważając, że napisał tę książkę, gdy był młodszy.
Kardynał zauważył, że anulował publikację książki o tematyce seksualnej wkrótce po jej ukazaniu się i „nigdy nie pozwolił na jej przedruk”. Dodał, że napisał ją z myślą o młodych parach, które „chciały lepiej zrozumieć duchowe znaczenie swoich związków”, ale potem zdał sobie sprawę, że książka „mogła zostać źle zinterpretowana”.
– Dlatego nie sądzę, że rozpowszechnianie tego teraz jest dobrym rozwiązaniem. W rzeczywistości nie wyraziłem na to zgody i jest to sprzeczne z moją wolą– powiedział Fernández.
Kontrowersyjna książka
Książka przedstawia wyimaginowaną zmysłową relację między Chrystusem a nastolatkiem, łączy ludzki orgazm z boską intymnością i mówi o grzesznych czynnościach seksualnych wykonywanych w sposób „bez poczucia winy i bez utraty łaski Bożej ani doświadczenia Jego miłości”.
W siódmym rozdziale książki Fernández porusza temat pornografii i podniecenia seksualnego, stwierdzając, że „kobietę […] mniej niż mężczyznę pociąga oglądanie zdjęć zawierających sceny przemocy, obrazy orgii itp. Nie oznacza to, że nie podnieca ją hardcorowa pornografia, ale raczej to, że mniej ją to cieszy i mniej ceni”.
W dalszej części tekstu omawiana jest „możliwość osiągnięcia w naszej relacji z Bogiem pewnego rodzaju satysfakcjonującego orgazmu, który nie oznacza tyle fizycznych zmian, co po prostu to, że Bogu udaje się dotknąć duchowo-cielesnego centrum przyjemności, tak że zaspokojenie, które obejmuje całą osobę, jest doświadczane”.
„Pamiętajmy, że łaska Boża może współistnieć ze słabościami, a także z grzechami, gdy zachodzi bardzo silne uwarunkowanie. W takich przypadkach osoba może robić rzeczy, które są obiektywnie grzeszne, ale nie jest temu winna i nie traci łaski Bożej” – stwierdził z kolei autor we fragmencie dotyczącym homoseksualizmu.
NCZAS.INFO | „Sąsiedzi. Preludium” na Prime Video / fot. X / Rafał Otoka-Frąckiewicz
Na platformie Prime Video pojawił się film dokumentalny Jacka Międlara „Sąsiedzi”. Opowiada on historię ukraińskiego ludobójstwa na Polakach żyjących na Kresach Wschodnich II RP w trakcie i po II wojnie światowej. Film dostępny jest w 11 językach.
„Wieści zza oceanu mówią, że Ukraińcy już za parę dni będą świętować ogólnoświatową promocję ich bohaterów, historii i kultury, którą podziwiać będą mogli ludzie na wszystkich kontynentach naszego globu” – napisał we wtorek Otoka-Frąckiewicz na X.
W czwartek natomiast okazało się, że chodzi o film „Sąsiedzi” Jacka Międlara. Trafił on na platformę Prime Video, gdzie jest dostępny w kilkunastu językach i zyskuje wielką popularność.
„Stało się. Seria Sąsiedzi traktująca o zbrodniach ukraińskich nazistów na Wołyniu w reżyserii pana @jacekmiedlar trafiła na @PrimeVideo i dostępna jest w kilkudziesięciu krajach świata w 11 wersjach językowych z miejsca stając się numerem jeden wśród filmów dokumentalnych na tej platformie” – napisał na X Otoka-Frąckiewicz.
Przypomniał, że „film powstał dzięki składkom Polaków i nie wsparło jego powstania żadne z ministerstw, ani instytucji takich jak @ipngovpl”.
W praktyce oznacza to, że świat ma okazję poznać historię Kresów Wschodnich II RP i ukraińskiego ludobójstwa na Polakach – w mediach w Polsce często fałszywie spłycanego do zbrodni wyłącznie UPA jedynie w rejonie Wołynia, choć skala była większa i w ludobójstwie masowo brali udział tzw. zwykli Ukraińcy – oraz historię UPA, gdy Kijów ogłasza tychże zbrodniarzy bohaterami.
W komentarzach pojawiły się informacje o problemach z wyświetlaniem filmu. Jacek Międlar jednak napisał, że „będzie” w porządku wkrótce.
Sporo słyszymy o kolejnych atakach ukraińskich, mających rzekomo świadczyć, że Rosja jest kolosem uginającym się od ciosów na swoich glinianych nogach.
Tymczasem rzadko kiedy jesteśmy w stanie dowiedzieć się czegoś o działaniach strony przeciwnej, czyli rosyjskiej przeciwko Ukrainie.
Strzały do Kijowa
Tymczasem tylko wczoraj doszło do ataków na stołeczny Kijów. Rosyjskie rakiety i drony trafiły m. in. w obiekty spółki Fire Point (kontrolowanej przez otoczenie Zełenskiego, w tym zbiegłego do Izraela Timura Mindicza) produkujące elementy do rakiet Flamingo, czyli flagowego produktu owej firmy. Do tego uszkodzone zostały Kijowskie Zakłady Radiowe, magazyny paliwowe i olejowe fabryki Kijów-3. Równoległe Rosjanie zaatakowali podstacje gazowe dostarczające ten surowiec energetyczny do wspomnianych zakładów.
Likwidacja przemysłu rakietowego Ukrainy?
Rosyjskie uderzenia z jednej strony przedstawia się jako reakcję odwetową za przeprowadzone niedawno ostrzały celów cywilnych w Rosji, w tym infrastruktury energetycznej i transportowej. Nacelowane były one jednak dość precyzyjnie w kluczowe zakłady umożliwiające funkcjonowanie ukraińskiego przemysłu rakietowego.
Przykładem są zakłady spółki Radioniks, bez których w praktyce nie jest możliwa dalsza produkcja rakiet przez Ukrainę. Chodzi o wspomniane już rakiety Flamingo będące chlubą ukraińskich władz i mające zasięg pozwalający na atakowanie celów położonych w głębi terytorium Federacji Rosyjskiej.
Zaatakowane zakłady Radioniks
Atak na magazyny dronów
Z kolei w zachodniej części obwodu kijowskiego ofiarą rosyjskich uderzeń padły wczoraj magazyny dronów i części do nich, co ma znacznie ograniczyć zdolności ofensywne ukraińskich wojsk używających przeciwko Rosjanom systemów bezzałogowych.
Uszkodzenia obiektów cywilnych w Kijowie
Strona ukraińska tradycyjnie wskazuje, że celem rosyjskich uderzeń miały być obiekty cywilne. Tymczasem analiza niektórych materiałów filmowych i fotograficznych wykonanych przez mieszkańców Kijowa wskazuje, że wiele domów mieszkalnych wykazuje zniszczenia typowe dla działania systemów rakietowych obrony przeciwlotniczej (wiele uszkodzeń wynikających z rozbijania się ich pociskowa mniejsze części).
Dodatkowo świadkowie relacjonują, że część rakiet obrony ukraińskiej rozpadała się już w powietrzu, co świadczy o ich niskiej jakości, względnie braku umiejętności korzystania z nich przez wojska ukraińskie. Jest to zresztą problemem już od dawna, ale ostatnio kłopot ten się nasila w związku z dotkliwym brakiem amunicji do szeregu systemów zachodnich, w tym zestawów Patriot zestawów Zjednoczonych i od ich europejskich partnerów.
Pożar na osiedlu Kwartał Francuski w Kijowie wskutek uderzenia ukraińskiej rakiety obrony przeciwlotniczej
Na stronie sorosowskiej Fundacji Batorego zamieszczono Wspólne oświadczenie polskich i ukraińskich organizacji, działaczy i działaczek społecznych. Zamieszczam nudne oświadczenie i niezwykle ciekawą pełną listę sygnatariuszy. „Współpraca polskiego i ukraińskiego społeczeństwa obywatelskiego rozwija się nieprzerwanie od wielu już dekad. Zapewniamy Was, że nie przerwą jej ani nie osłabią ostatnie wydarzenia polityczne. Nasza przyjaźń trwa i jedynie krzepnie w obliczu rosyjskiej agresji i dzięki heroicznej walce narodu ukraińskiego, „za wolność waszą i naszą”. Wspólnie działaliśmy, działamy i będziemy nadal działać na rzecz niepodległych, bezpiecznych, demokratycznych i zaprzyjaźnionych Ukrainy i Polski, w których szanowane są prawa i wolności człowieka”.
Oświadczenie podpisali między innymi: Helsińska Fundacja Praw Człowieka, Центр громадянських свобод – Centrum Wolności Obywatelskich, Олександра Матвійчук – Oleksandra Matviichuk, Folkowisko Ukraina, Forum SAN, Polskie Forum Migracyjne, Fundacja Ukraiński Dom, Fundacja im. Stefana Batorego, Komitet Obrony Demokracji (KOD), Organizacja pozarządowa “Ukraińsko-Polski Związek Paderewskiego“, Związek Ukraińców w Polsce, Obywatele RP, Instytut Spraw Publicznych, Fundacja Jaw Dikh, Euromajdan-Warszawa, Klub Inteligencji Katolickiej, Fundacja Edukacja dla Demokracji, Kampania Przeciw Homofobii, Akcja Demokracja, Fundacja Sunflowers, Otwarta Rzeczpospolita – Stowarzyszenie przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii Polskie, Towarzystwo Prawa Antydyskryminacyjnego, Stowarzyszenie “SOS Wioski Dziecięce w Polsce”, Fundacja Ogólnopolski Strajk Kobiet, Institute of Innovative Governance (ГО “Інститут Інноваційного Врядування), Marta Lempart, Institute for social innovation NGO (ГО “Інститут розвитку суспільних інновацій”), Stowarzyszenie Lepsza Demokracja, Kongres Katoliczek i Katolików, Fundacja Wolne Sądy i dziesiątki innych.
Polska jest opleciona przez tysiące różnorakich fundacji i fundacyjek. Ich działania dalej są niedoceniane. Organizacje te lobbują za różnorakimi sprawami i rozwiązaniami, często sprzecznymi z interesem narodu polskiego.
Moim zdaniem w walnej części to one odpowiadają za stan dzisiejszej Polski i źle wyglądającą przyszłość. Ich mnogość powoduje niemałe trudności z rozszyfrowaniem i umożliwia im skuteczne działanie. Funkcjonują osobno, uderzają razem. Domagamy się, by oznaczać odpowiednio produkty w sklepach. I jest to słuszne, bo chcemy wiedzieć czy kupowane ziemniaki i marchew pochodzi z naszych upraw, czy przywieziono je z Ukrainy, RPA, Rosji, Holandii czy Izraela.
Tym bardziej powinno się również, tak oznaczać stowarzyszenia, organizacje, gazety, portale internetowe czy partie polityczne. Należałoby je oznaczać zarówno w nazwach jak i znakach graficznych. Taka informacja miałaby znaczenie przy ocenie danego stowarzyszenia, ruchu, organizacji. Powinniśmy wiedzieć kto kogo finansuje. Jaka ambasada, fundacja czy milioner stoi za danym projektem społecznym czy politycznym. To by wiele wyjaśniło. Byłby to najprawdopodobniej koniec bredzenia o rubelkach. I z całą pewnością trzeba by zacząć rozmawiać o euro i dolarach. I być może spowodowało jakiś otrzeźwienie naszego narodu.
Fundacja Batorego, założona przez ciągle żyjącego 96-letniego George’a Sorosa. W radzie tej fundacji zasiadają między innymi: Ola Hnatiuk, Mikołaj Cześnik, Rafał Dutkiewicz, Jan Olbrecht. W przeszłości należeli do niej Olga Tokarczuk, Helena Łuczywo, Agnieszka Holland, Jan Krzysztof Bielecki czy Andrzej Rychard.
Widzimy pajęczynę powiązań finansowych, ideowych i środowiskowych. A właściwie widzimy ich jawną część. Skalę jawnych wpływów można ocenić na przykład poprzez wspólne stanowiska.
Żarty o blondynkach mają się dobrze i nikt nie pyta skąd się wzięły. A może były przygrywką do prawdziwego rasizmu, z którym mamy do czynienia obecnie?
Odważni pytają skąd brytyjska policja, wezwana do rannego Polaka z góry wiedziała, że zasłużył on sobie na taki los? Wystarczył oczywiście sam kolor skóry. Biały, znaczy winny, czarny – oj przepraszam – afroamerykański znaczy niewinny, mimo że zabił.
Blondynka, znaczy głupia. Tego typu do-w-cipy cieszą gawiedź, która może się poczuć mądrzejsza od tej „głupiej baby”. Przerobienie blondynki naafro-amerykankęeuropejskiego pochodzenia nic by nie dało, nawet gdyby ktoś się na to odważył. Taka bohaterka opowiastki, musiałaby wówczas być mądra (przemądrzała) do tego stopnia, że nikt przeciętny by nie rozumiał w czym rzecz.
Rasizm próbuje zawłaszczyć wszystkie, (prócz fioletowego) barwy. Fioletowy oznacza mądrość, a z tą rasistom nie po drodze. Zmieniając barwy, rasizm pozostaje nadal głupią ideologią, na którą nie ma metody.
Ku skojarzeniom
– Kuku… – zaczęła Małgorzata. –Na muniu. – dokończył DUCH CZASU. – Dlaczego zaraz na muniu? – A na czym? – Zgadnij, albo zapytaj raczej, co robi. – Łka. – Biedna, ale dlaczego? – Bo kuku łka. – Aha. – Albo lepiej: łeczka. – Co to jest łeczka? – Też ptak. Kukułeczka kuka, chłopiec panny szuka. – A może zamiast szukać, lepiej by latał? – Nad kukułczym gniazdem? – Gdyby takie istniało. – Niekiedy odnoszę wrażenie, że wszyscy odbywamy czasem lot nad kukułczym gniazdem. ‒ No, może jednak nie wszyscy. My dwoje należymy do tych, co raczej twardo stąpają po ziemi. – Racja. Lotów nad kukułczym gniazdem dokonują ci, dla których Qr jest przerywnikiem, bez którego nie potrafią sklecić najprostszego zdania. – Zakładając, że nie jest to ciągłe wzywanie mamusi według domniemanej profesji.
Marcin Fijas, który od początku wojny wielokrotnie jeździł z pomocą do Polaków mieszkających na Ukrainie, opowiedział w podcaście Tomasza Drwala o sytuacji Kresowiaków wcielanych do ukraińskiej armii. Działacz twierdzi, że został zatrzymany przez SBU pod zarzutem dywersji, a pomoc Polakom na Ukrainie jest problemem zarówno dla Kijowa, jak i Warszawy.
Marcin Fijas, Polak zaangażowany w pomoc Kresowiakom na Ukrainie, był 16 czerwca gościem podcastu Tomasza Drwala. W rozmowie mówił o sytuacji Polaków mieszkających na Ukrainie, w tym osób wcielanych do ukraińskiej armii.
Fijas przekazał, że szóstego dnia wojny wyjechał na Ukrainę i wstąpił do Legionu Międzynarodowego. Po powrocie do Polski przez trzy lata organizował pomoc dla Polaków z Kresów, przede wszystkim tych, którzy – jak twierdzi – zostali wbrew własnej woli wcieleni do Sił Zbrojnych Ukrainy.
Według relacji Fijasa był on na Ukrainie blisko 60 razy. Miał pomagać setkom rodzin, organizować pikniki w polskich wioskach oraz przewozić paczki, sprzęt i pomoc medyczną.
Działacz mówił również o działaniach ukraińskiego TCK (Terytorialnego Centrum Rekrutacji i Wsparcia Społecznego, jednym z głównych zadań centrum jest mobilizacja ludności do armii) wobec Polaków mieszkających na Ukrainie. Twierdził, że mężczyźni są zabierani z ulic, sprzed domów i kościołów, a następnie wcielani do wojska. W jego ocenie na froncie znajduje się co najmniej około 100 osób, które czują się Polakami.
Fijas stwierdził także, że Polska „nie zrobiła nic” dla Polaków wcielanych do ukraińskiej armii ani dla rodzin żołnierzy, które pozostały same w domach. Według niego temat ten jest nieopłacalny politycznie dla polskich władz.
Według Fijasa ukraińskie służby mają prowadzić szczególnie wzmożony pobór w miejscowościach zamieszkanych w dużej części przez Polaków. Twierdził, że takie działania są mniej aktywnie prowadzone w wioskach, w których przeważa ludność węgierska lub rumuńska. W jego ocenie Polacy mieszkający na Ukrainie znaleźli się przez to w wyjątkowo trudnej sytuacji.
W rozmowie opowiedział również o swoim zatrzymaniu przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy. Jak mówił, 25 lutego 2026 roku został zatrzymany 17 km od granicy z Rosją pod zarzutem dywersji i szpiegostwa na rzecz Rosji. W rękach ukraińskich służb miał spędzić 16 godzin. Według jego relacji SBU nie przyjęła jego wyjaśnień, a dopiero interwencja polskiej ambasady pomogła w rozwiązaniu sprawy.
Fijas twierdzi, że państwo ukraińskie uniemożliwia mu dalszą pomoc Kresowiakom. Nadal zbiera jednak środki na wsparcie Polaków z Ukrainy, którzy trafili na front, oraz ich rodzin. Organizowane mają być paczki dla dzieci i osób starszych pochodzenia polskiego, a także kolonie dla polskich dzieci.
W opisie zbiórki wskazano również, że jeśli uda się zebrać odpowiednią kwotę, część środków miałaby zostać przeznaczona na pomoc dla polskiego Radia Lwów „Na Lwowskiej Fali”, które nie otrzymało finansowania na działalność radiową. Jej koszt określono na minimum 120 tys. zł.
„Polacy na Ukrainie są w najgorszej sytuacji ze wszystkich Polaków na świecie po 1945 roku” – napisano na stronie zbiórki.
Jednym z kolejnych kroków, jakie mogą zrobić banderowcy na drabinie nienawiści, jest terroryzm, i wiele wskazuje na to, że już jesteśmy na tym etapie, na co wskazują podpalenia obiektów w Polsce, rozwój ukraińskich band i swobodne działania ich służb. Możemy per analogiam posłużyć się historią II RP, i dalej wyczekiwać napaści i zamachów na konkretne osoby. Jeśli natomiast nastąpi jakiś poważny kryzys państwa i władza nie będzie w stanie zapewnić bezpieczeństwa Polakom na terytorium Polski, możemy spodziewać się powtórki z tego, co było na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej.
◊
Obraz na wstępie: twórczość ludowa z Lubelszczyzny, przełom XIX/XX w.: LINK
Debanderyzację czas zacząć
To, co się stało w stosunkach ukraińsko – polskich ma wymiar symbolu i staje się przełomem. Symboliczny wymiar zachowań władz Nowej Chazarii z końca wiosny 2026 r. polega na tym, że ludzie ci jak w pigułce pokazali, co o nas sądzą, sądzili cały wcześniejszy czas i sądzić zamierzają. Traktują nas gorzej, niż frajerów, gorzej, niż ofiary losu. Oni nas traktują jako ofiary swoje, należne im jako triumfalnej żarłocznej sile. To coś gorszego, niż turańszczyzna, to złączenie azjatyckiej dziczy z talmudyczną nienawiścią do wszystkiego, co nie swoje i z darwinistycznym poglądem o ewolucji stosunków międzyludzkich. Tego nauczyli ich Niemcy już w XIX w., znajdujący się od czasów Lutra pod najpierw dyskretnym, a potem stanowczym wpływem Talmudu, co się objawia kultem czystej siły człowieka. To samo, co u banderowców było u esmanów, i to samo widzimy dziś w stosunku Żydów do Palestyńczyków lub Irańczyków. Do Polaków zresztą też. Co nie dziwi, gdy się wie, jak wielkie wpływy mają różne środowiska żydowskie na Ukrainie.
Wartość przełomu polega na tym, że Polacy błyskawicznie zostali odarci ze złudzeń przez samych banderowców. Wcześniej łudziliśmy się, że powstał naród ukraiński, pragnący wolności, który będzie w stanie wybić się do szlachetności i żyć w pokoju z sąsiadami, zwłaszcza z Polakami. Łudziliśmy się, że doświadczenie czasów sowieckich i wcześniejszych tragedii, jakie spotkały tą ludność, i cierpień, jakie ta ludność sama zadawała innym narodom, głównie Polakom, będzie dla nich oczyszczeniem. Że będą w stanie stanąć w prawdzie, poprosić o przebaczenie, docenić wagę sąsiedztwa Polski i budować swoją przyszłość w sojuszu z Polską. Polacy byli w stanie wybaczyć wiele Ukraińcom. Byliśmy w stanie odżałować nasze Kresy, nasze ziemie koronne, zajęte przez państwo ukraińskie. Byliśmy w stanie wybaczyć Ukraińcom okrutne rzezie na Polakach, nie tylko tą z XX wieku, ale również te z wieków poprzednich.
Byliśmy w stanie wybaczyć im niewierność, gdy zdradzali Rzeczpospolitą i Króla z Tatarami i Moskwą. Byliśmy w stanie wybaczyć im niewdzięczność za to, że nie docenili bycia pograniczem Polski, gdy potężni Polacy zlitowali się nad Rusinami i litościwie osłaniali swoim orężem od czambułów tatarskich i jasyru, by lud ukraiński w spokoju mógł żyć i pracować. Byliśmy w stanie wybaczyć im, że zmarnowali całe wieki polskiej pracy na polskich kresach, zwanych Ukrainą, a które oni teraz okupują i nie chcą pamiętać, kto jest prawowitym panem tych ziem. Byliśmy w stanie podarować im ogrom naszych dóbr i samemu od ust sobie odjąć, aby mogli osłonić się przed Moskalem. Byliśmy w stanie przyjąć ich pod nasze dachy i udzielić gościny, niewiele żądając w zamian. Jednak teraz kagan kijowski i jego horda przelali czarę goryczy. Skończyło się sentymentalne myślenie o Ukrainie i jej mieszkańcach, a zaczął się twardy realizm.
Jednym z kolejnych kroków, jakie mogą zrobić banderowcy na drabinie nienawiści, jest terroryzm, i wiele wskazuje na to, że już jesteśmy na tym etapie, na co wskazują podpalenia obiektów w Polsce, rozwój ukraińskich band i swobodne działania ich służb. Możemy per analogiam posłużyć się historią II RP, i dalej wyczekiwać napaści i zamachów na konkretne osoby. Jeśli natomiast nastąpi jakiś poważny kryzys państwa i władza nie będzie w stanie zapewnić bezpieczeństwa Polakom na terytorium Polski, możemy spodziewać się powtórki z tego, co było na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej. Nie zrobiliby oczywiście tego sami, ale jako narządzie na komendę, aby oczyścić Polskę z Polaków, tak, jak to zrobili na Kresach. Chętnych do oczyszczenia Polski z elementów niepożądanych jest dwóch: Niemcy i talmudyści. I oni właśnie mają wielkie wpływy na Ukrainie.
Po 1991 r. wielu Polaków zadawało sobie pytanie, czy możliwa jest tożsamość ukraińska inna, niż banderowska. Ostatnie lata rządów Zelenskiego pokazały, że nie. Nie mają całej głębi kulturowej i historycznej, a podatni są na kult siły i darwinizm, stanowiące filozoficzne i antropologiczne podstawy nazizmu, syjonizmu i banderyzmu. Wszystko, co szlachetne w ich historii, związane jest albo z Rusią Kijowską, bytem zbyt odległym, aby stać się podstawą państwowości, poza tym częściowo już zaanektowanym przez Rosję, albo z Polską, której banderyzm nienawidzi, tak samo zresztą, jak wszystkich innych nacji, poza Niemcami i Amerykanami. Fundamentem tamtejszej myśli państwowej jest nienawiść i pogarda, w odróżnieniu od myśli polskiej, zbudowanej na miłości i pokoju między narodami. Złudzenia co do państwa ukraińskiego pękają nie tylko na skutek stosunku władz Chazarii do innych państw.
Bo reżim kijowski agresywny jest nie tylko wobec Polski, ale w ogóle wobec sąsiadów, i wszystkim swym dobrodziejom grozi zemstą i pożogą. Wielka bańka złudzeń pod tytułem Ukraina pęka przede wszystkim, gdy widzi się stosunek władzy kijowskiej do własnych obywateli. Obecna wojna ukraińska zaczęła się od ataku banderowców na obywateli Ukrainy pochodzenia rosyjskiego, mieszkających na Donbasie. Wszystko, co wydarzyło się dalej było już tylko konsekwencją krwiożerczych działań reżimu kijowskiego. Można spojrzeć, ilu obywateli Ukrainy skorzystało z pretekstu agresji rosyjskiej i wyjechało ze swojego kraju, aby szukać szczęścia gdzie indziej.
Przecież Ukraina to nie pustynia, to kraina mlekiem i miodem płynąca, spichlerz Europy, a ludzie stamtąd uciekają, częściowo tylko przez Putina, bardziej przez kaganów Nowej Chazarii. Trudno o inne odczucia, gdy się jest rabem, wyzyskiwanym przez oligarchów i zwierzyną, ściganą przez hycli, przeznaczoną na mięso armatnie. Bo ktoś sobie ubzdurał, że zrobi tam Nową Jerozolimę bez Słowian, i osadził swoich ludzie na tronie kijowskim. Nie jest możliwa obecnie inna tożsamość ukraińska, niż banderowska, i nie zmieni się to przez co najmniej sto lat. Aby było inaczej, Ukraińcy sami musieliby tego banderyzmu się wyzbyć, przegonić chazarów, wyrwać się spod władzy Usraela i dogadać się z sąsiadami, głównie z Rosją i Polską.
Tak jednak raczej nie będzie, Ukraina w końcu zostanie odzyskana przez Rosję, i jest to obecnie jedyna siła, która potrafi i chce sobie poradzić z banderyzmem. Polska dziś jeszcze jest na to za słaba, nie ma własnej elity politycznej i własnej polityki, ani nawet własnej wizji, to wszystko dopiero jest w tworzeniu, i najbliższe lata pokażą, czy Polacy to wykształcą, czy się do reszty poddadzą obcym wpływom. Jeśli Polacy nie wybiją Polski na niepodległość, wówczas każda potęga, która będzie chciała zaszkodzić lub coś odebrać Polsce będzie mogła wykorzystać reżim kijowski i Ukraińców w Polsce. Albo więc wybijemy się na niepodległość, albo ulegniemy banderyzmowi.
Aby jednak wybić się na niepodległość i nie dać się pokonać banderowcom Nowej Chazarii, wpierw musimy pozbyć się spośród nas dwóch samobójczych tendencji: szabesgoizmu i banderyzmu. Jeden warunkuje drugi, przy czym szabesgoizm jest pierwotny w stosunku do banderyzmu. Ten pierwszy polega na poddaniu się we wszystkim Żydom i spełnianiu wszystkich ich żądań, ten drugi na tym samym wobec banderowskiej Ukrainy. Oba nurty niszczą nas potężnie i blokują samodzielne myślenie państwowe, upajając iluzjami, które pryskają dopiero, gdy jest już za późno na działanie.
Podam trzy przykłady, znamienne i symptomatyczne, środowisk, które ukształtowały obecny stan umysłów w Polsce. Przykład pierwszy to grupa specjalistów od geopolityki z panem doktorem Jackiem Bartosiakiem na czele, mająca duże wpływy w środowisku PiS, główni dostarczyciele wiedzy i refleksji dla koncepcji polityki zagranicznej i obronnej, grupa osób wielce wpływowych. Z tego środowiska płynie pewność, że Polacy bardzo zyskują na współpracy z Ukrainą, że armia ukraińska broni nas przed inwazją Rosji, że Polska poprawiła swoją sytuację dzięki swojemu zaangażowaniu w wojnie przeciw Rosji po stronie Ukrainy. Najnowsze wyczyny władz kijowskich pan Bartosiak tłumaczy ich emancypacją z pozycji junior-partnera Polski, jakoby to Ukraińcy pokazali, że wygrywają wojnę z Rosją i robią to sami, a Polacy nie chcą im tego przyznać, bo myślą zbyt peryferyjnie. Być może na kształt tej refleksji ma wpływ żydowskie pochodzenie pana doktora, którego zresztą nie ukrywa.
Drugi przypadek to pan Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny Gazety Polskiej, dumny posiadacz medalu, przyznanego w 2014 r. przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy za zaangażowanie w walkę o wolność tego państwa. Zaangażowanie tych mediów w proukraińską narrację w Polsce jest oczywiste i znane i nie ma potrzeby tego rozwijać. Przypadek trzeci to tuzy Episkopatu z arcybiskupem kardynałem Grzegorzem Rysiem na czele. Mało jest w Polsce ludzi tak zasłużonych dla torowania wpływów żydowskich, a przykładem pomnikowym firmowany przezeń list Komisji Episkopatu Polski, ogłoszony w marcu 2026 r., wzywający katolików do synagogi, namawiający do przyznania się do antysemityzmu i uznania tego za grzech prywatny i publiczny. W dniu 29 czerwca 2026 r. przedstawiciele duchowieństwa przedstawili Polakom kolejny akt swojej wiary w postaci wspólnego apelu kardynałów Polski i Ukrainy o pojednanie obu narodów. Ze strony polskiej podpisali go kardynałowie: Konrad Krajewski, Kazimierz Nycz i Grzegorz Ryś, a z ukraińskiej grekokatolicy: kardynał Mykoła Byczok i arcybiskup Swiatosław Szewczuk.
Pojednanie służy dobru, i gdyby ten apel rzeczywiście takowe budował, sam poparłbym go gorąco. Ale pojednanie, aby było prawdziwe i nie stało się pozornym usprawiedliwieniem zbrodni przeszłych i przyszłych, musi bazować na prawdzie i wyznaniu win. Tymczasem ten apel wpisuje się w politykę historyczną Kijowa, aby nie mówić o szczegółach i okolicznościach, zrównywać katów z ofiarami i mówić mgliście o „tragedii wołyńskiej”, powołując się przy tym na autorytet Jana Pawła II. Pomija się też udział przedstawicieli duchowieństwa grekokatolickiego w uświęcaniu mordów. Podobnie wcześniejsze wezwanie do synagogi również powoływało się na Jana Pawła II.
Musimy raz na zawsze skończyć z tą pedagogiką wstydu, z przepraszaniem za cudze winy i z upraszaniem się naszych zdrajców, zdzierców i morderców o łaskawe pozwolenie do życia. Ludy, którym próbujemy się przypodobać uznają naszą podmiotowość dopiero wtedy, gdy okażemy naszą siłę. Turan dopiero wtedy będzie szanował Lacha, gdy przypomni sobie blask lackiej szabli. Chazar dopiero wtedy uszanuje kogokolwiek, gdy się go wykopie za drzwi. Ukraińcy dopiero wtedy uszanują Polaków, gdy przekonają się, że nie są frajerzy, ale polskie pany. Zanim jednak zaczniemy debanderyzować Ukrainę, musimy zdebanderyzować Polskę.
Oznacza to odsunięcie od wszelkich wpływów społecznych wszelkich ludzi, popierających banderyzm. Obejmuje to tych wszystkich, którzy wpuścili Polaków w ukrainozę, a do Polski wpuścili tych wszystkich Ukraińców. Ci, którzy ukrainizowali Polskę są jednocześnie banderystami, i nie traktujmy ich inaczej, bo praktycznym skutkiem ich działań jest wystawianie Polaków na łaskę banderowców. Za jedną okazją możemy też dokonać drugiego koniecznego dzieła: pozbyć się szabesgojów, bo dopóki tego nie zrobimy, oni z uporem maniaków będą nam tu chcieli zaprowadzić ukropolin. Musimy więc pozbyć się popisowych politruków, szabsgojskich propagandystów i duchowych przebierańców.
Tak więc, proszę państwa, niech łączą się antybanderowcy wszystkich krajów, a judobanderskie onuce won z Polski.
3 czerwca 2026 roku Niemcy przegrały głosowanie, którego nie przegrały od zjednoczenia. W wyborach niestałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ Republika Federalna Niemiec uzyskała 104 głosy – mniej niż Austria (131) i Portugalia (134). W głosowaniu wzięło udział łącznie 191 państw; wymagana większość dwóch trzecich głosów wyniosła 127. Niemcy zasiadały wcześniej w Radzie sześć razy, ostatnio w 2019 i 2020 roku, i ubiegały się o reelekcję co osiem lat, nigdy nie tracąc mandatu. Tym razem przegrały już w pierwszej turze głosowania, jak ogłosiła Annalena Baerbock, Przewodnicząca Zgromadzenia Ogólnego.
Jak na ironię, drugi co do wielkości płatnik składek w systemie ONZ, który przez dekady uważał się za multi-lateralistę, nie uzyskał większości. Skalę tego spadku można zmierzyć: w poprzedniej próbie Niemcy uzyskały 184 ze 190 oddanych głosów i weszły do Rady z przytłaczającą przewagą. Osiem lat później pozostało 104. Rząd federalny ogłosił, że nie będzie on ponownie obowiązywał przed okresami 2035/36 i 2043/44.
Powody są sporne i stanowią część oceny. Minister spraw zagranicznych Johann Wadephul obwinił przede wszystkim późne przystąpienie do procesu przetargowego – Niemcy złożyły wniosek dopiero w 2024 roku, podczas gdy Wiedeń i Lizbona zabiegały o niego od lat – i jednocześnie obwinił Moskwę, która, jak twierdził, działała za kulisami, aby udaremnić kandydaturę. Inni wskazywali na oskarżenia o podwójne standardy: przewodniczący Niemieckiego Stowarzyszenia Narodów Zjednoczonych przytoczył krytykę wielu państw, że Niemcy stanowczo nalegają na przestrzeganie prawa międzynarodowego w stosunkach z Hamasem, ale znacznie rzadziej, jeśli chodzi o prowadzenie wojny przez Izrael. Do tego doszedł fakt, że sam kanclerz określił wojnę z Iranem na szczycie G7 w czerwcu 2025 roku jako „brudną robotę, którą Izrael wykonuje dla nas wszystkich” – stanowisko daleko wykraczające poza powściągliwość – oraz działania USA w Wenezueli. Nie można odizolować jednej przyczyny. Ale jeden wątek przewija się przez te wyjaśnienia i prowadzi nie do Wiednia czy Lizbony, ale do tych regionów świata, na których głosy Niemcy liczyły: Globalnego Południa. To, co wydaje się porażką dyplomatyczną, jest prawdopodobnie pierwszym widocznym symptomem cichszego ruchu – takiego, którego ślady można odnaleźć nie w sali plenarnej Nowego Jorku, lecz w halach fabrycznych Gauting, Schrobenhausen i Ludwigsfelde.
Pytanie w trybie łączącym
Część 1 tej analizy przedstawia następujący wniosek: Niemcy wycofują się w czterech etapach – partyjniactwo polityczne, pomoc finansowa i wojskowa, produkcja zbrojeniowa na terytorium niemieckim oraz reorganizacja przemysłu cywilnego – ze strefy chronionej prawem międzynarodowym, której dokładne granice nie są określone przez samo prawo międzynarodowe. Trzeci etap opiera się na milczącym założeniu: niemieckie lokalizacje są uważane za bezpieczne przed atakami rosyjskimi, podczas gdy fabryki na Ukrainie nie są objęte wojną. Część 2 podejmuje właśnie to założenie bezpieczeństwa.
Pytanie nie brzmi, czy Rosja byłaby uzasadniona w ataku na niemieckie bazy wojskowe. Pytanie brzmi: jakie opcje oferuje ruch Niemiec przeciwnikowi, którego wcześniej mu brakowało – i czy Republika Federalna jest tego świadoma? To, czy Rosja skorzysta z tych opcji, jest przedmiotem debaty, która rzadko jest podejmowana w głównym nurcie polityki – ale z pewnością jest podejmowana w szerszej sferze publicznej. Jednak ci, którzy czynią to, co możliwe, bardziej prawdopodobnym i milczą na temat celu własnego ruchu, powinni zadać sobie pytanie o konsekwencje. Jest to bardziej niewygodna kontynuacja pytania z Części 1: tam pytanie dotyczyło tego, czy Niemcy się poruszają; tutaj chodzi o to, co ten ruch umożliwia. Można rozważyć trzy scenariusze. Wszystkie trzy są hipotetyczne, wszystkie trzy odzwierciedlają rosyjskie argumenty, a nie niemieckie oskarżenia. I wszystkie trzy kończą się w tym samym punkcie: tam, gdzie kończy się argumentacja, a zaczyna decyzja.
Scenariusz pierwszy: Fabryka jako miejsce docelowe
Pierwszy scenariusz dotyczy prawa wojennego. Prawo konfliktów zbrojnych wyróżnia jasną kategorię obiektów, które mogą być przedmiotem ataku. Zgodnie z definicją prawa zwyczajowego, zawartą w artykule 52, ust. 2 Pierwszego Protokołu Dodatkowego do Konwencji Genewskich oraz w Regule 8 studium Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża dotyczącego prawa zwyczajowego, celami wojskowymi są obiekty, które ze względu na swój charakter, lokalizację, cel lub zastosowanie skutecznie przyczyniają się do działań wojskowych i których zniszczenie daje wyraźną przewagę militarną. Czerwony Krzyż wyraźnie podaje fabrykę amunicji jako podręcznikowy przykład – i zauważa, że cywile tam pracujący dzielą ryzyko ataku na ten obiekt, nie będąc jednocześnie kombatantami.
Na ziemi niemieckiej budowane są właśnie takie obiekty. Zakład Quantum Frontline Industries pod Monachium produkuje drony bojowe wyłącznie dla państwa aktywnie zaangażowanego w działania wojenne; spółka joint venture Auterion Airlogix ma produkować tysiące autonomicznych dronów o zasięgu do około 1500 kilometrów, przeznaczonych do ataków głęboko w Rosji; a w Schrobenhausen z linii montażowej zjeżdżają pociski kierowane Patriot. Według badań niemieckiego wywiadu „German Foreign Policy”, deklarowanym powodem przeniesienia części tej produkcji do Niemiec jest wyraźnie to, że niemieckie lokalizacje są uważane za bezpieczne przed atakami rosyjskimi – podczas gdy fabryki na Ukrainie, z powodu wojny, takie nie są. To właśnie to założenie bezpieczeństwa jest tu kwestionowane. Zgodnie ze standardami, które każde państwo walczące stosuje do celów wojskowych, fabryki te można by zakwalifikować jako cele wojskowe. Nie jest to ustalenie niemieckie ani rosyjskie – to logika samego międzynarodowego prawa humanitarnego, która ma zastosowanie niezależnie od tego, kto ją formułuje.
To, że strona konfliktu jest gotowa wdrożyć tę logikę na obcej ziemi, nie jest jedynie teorią. 23 czerwca 2025 roku, podczas dwunastu dni wojny, Iran, w odwecie za amerykańskie ataki na jego obiekty nuklearne, ostrzelał amerykańską bazę lotniczą Al Udeid w Katarze – największą amerykańską bazę na Bliskim Wschodzie.
Różnica była znacząca: Iran obrał sobie za cel bazę, a nie Katar. Teheran wyraźnie podkreślił, że atak nie był skierowany przeciwko „przyjaznemu i braterskiemu” Katarowi, a rzecznik MSZ Kataru, Majid al-Ansari, potwierdził, że Iran oświadczył kilka miesięcy wcześniej, iż amerykańskie bazy na obcej ziemi staną się legalnymi celami w przypadku amerykańskiego ataku na terytorium Iranu. Był to drugi atak Iranu na bazę amerykańską, po ataku na Ain al-Assad w Iraku w 2020 roku; schemat ten powtórzył się w walkach w 2026 roku. W ten sposób strona konfliktu dokonała rozróżnienia między państwem przyjmującym a bazą wojskową na swoim terytorium – i zaatakowała tę bazę. Na uwagę zasługuje również kalibracja: Iran zapowiedział atak z wyprzedzeniem, aby zachować kontrolę nad sytuacją – dowód, że strona walcząca może zaatakować cel militarny na obcym terytorium i jednocześnie próbować kontrolować eskalację konfliktu.
Zastosowane do sytuacji w Niemczech, doprowadziłoby to do scenariusza, którego oficjalne założenie bezpieczeństwa nie uwzględnia. W tym miejscu należy jednak postawić pierwszą barierę, i to wyraźną. Klasyfikacja obiektu jako celu wojskowego podlega prawu wojny, które reguluje sposób użycia siły w trwającym konflikcie zbrojnym. Nie tworzy to prawa do wojny, czyli prawa do otwarcia nowego frontu przeciwko państwu niebędącemu stroną konfliktu. Przeskok od stwierdzenia „fabryka jest celem wojskowym” do stwierdzenia „Rosja miałaby prawo zaatakować terytorium niemieckie” zakłada, że Niemcy są już stroną konfliktu – a dokładniej progu, którego przekroczenie w części 1 zostało określone jako niezdefiniowane i zaprzeczone przez oficjalne stanowisko. Należy jednak dokonać rozróżnienia. Klasyfikacja obiektu jako celu wojskowego podlega prawu wojny – reguluje ono, co może zostać zaatakowane w konflikcie zbrojnym. Nie jest to to samo, co prawo do wojny, czyli kwestia, czy państwo jest w ogóle upoważnione do użycia siły przeciwko innemu państwu. Przejście od stwierdzenia „fabryka jest celem wojskowym” do stwierdzenia „dlatego może zostać zaatakowana” zakłada odpowiedź na drugie pytanie – i to właśnie ta odpowiedź jest przedmiotem sporu. Scenariusz go nie rozstrzyga. Pokazuje on, że założenie bezpieczeństwa opiera się na progu, który same Niemcy przesuwają.
Do tego dochodzi druga, w dużej mierze pomijana bariera – ta, która według oficjalnego Berlina będzie amortyzowała wszystko. Gdyby Rosja faktycznie zaatakowała niemiecką bazę, Niemcy wpadłyby w pułapkę, którą można by nazwać pułapką NATO. Artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego jest przez wielu uważany za automatyczny mechanizm odstraszający każdego agresora. Brzmienie tego artykułu mówi co innego. Każdy sojusznik jest zobowiązany do udzielenia pomocy atakowanemu partnerowi „takimi środkami, jakie uzna za konieczne” – środkami, które mogą obejmować siłę militarną, ale nie muszą. Każde państwo decyduje samodzielnie; nawet powołanie się na Artykuł 5 wymaga konsensusu w sojuszu. To ogranicza obie strony. Niemcy nie mogłyby polegać na automatycznej pomocy wojskowej, a ograniczony atak nie wywołałby automatycznie pożaru , którego się obawiają. To właśnie ta polityczna swoboda pozwoliłaby Niemcom na samodzielne zaabsorbowanie wyważonego ataku – wystarczająco silnego, by trafić w cel, wystarczająco ograniczonego, by nie uruchomić Artykułu 5. Oba wygodne założenia – bezpieczne schronienie i automatyzm odstraszania – byłyby jednocześnie kruche.
Scenariusz drugi: Klauzula, której nikt nie usunął.
Drugi scenariusz dotyczy tekstu, który pozostaje niezmieniony w Karcie Narodów Zjednoczonych od ośmiu dekad. Artykuły 53 i 107 Karty zawierają tzw. klauzulę o państwach wrogich. Zgodnie z tą klauzulą, środki przymusu mogą być stosowane wobec „państw wrogich” z czasów II wojny światowej – przede wszystkim Niemiec i Japonii – bez wyraźnego upoważnienia Rady Bezpieczeństwa, gdyby ponownie podjęły agresywną politykę. Zgromadzenie Ogólne ONZ wielokrotnie uznawało tę klauzulę za nieaktualną, ostatnio jednomyślnie w rezolucji 50/52 z 11 grudnia 1995 r.: „stała się nieaktualna”. Nigdy nie została ona usunięta. Powód jest proceduralny: usunięcie wymaga formalnej zmiany Karty zgodnie z ustaloną procedurą, która jeszcze nie została zainicjowana.
Dokładność jest tu kluczowa, jak już wielokrotnie podkreślano. Zadaniem analizy nie jest ocena, czy postanowienie zawarte w traktacie, którego nigdy nie usunięto, jest nieaktualne, ponieważ nigdy nie zostało zastosowane. To kwestia opinii i prerogatywa czytelnika. Ustalenia muszą zostać odnotowane. Ustalenie pierwsze: Tekst istnieje i, jak trzeźwo stwierdza Służba Badawcza Niemieckiego Bundestagu w swoim raporcie z 2017 roku, „nigdy nie został formalnie zmieniony od czasu jego przyjęcia w 1945 roku”. Ustalenie drugie: Ten sam raport nie stwierdza nieaktualności jako faktu, lecz raczej w trybie łączącym – artykuł 107 „można by omówić jako przykład tego, jak postanowienie traktatu może utracić swoją moc prawną w wyniku konsekwentnego niestosowania”. To sam establishment, a nie głos powiązany z Kremlem, waha się w tej sprawie.
O tym, że klauzula ta nie jest martwą literą, lecz instrumentem, który był już wykorzystywany dyplomatycznie, świadczą protokoły z posiedzeń rządu federalnego. W 1968 roku, w kontekście inwazji na Czechosłowację i negocjacji w sprawie Traktatu o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej, Moskwa przypomniała Bonn o klauzuli w aide-mémoire. Trzy mocarstwa zachodnie zapewniły następnie Republikę Federalną – w deklaracjach z 16 i 17 września 1968 roku – że klauzule dotyczące państwa wrogiego nie uprawniają Związku Radzieckiego do jednostronnego użycia siły w Republice Federalnej; 23 września 1968 roku Bonn przekazało aliantom własną interpretację prawną. Klauzula ta była zatem niegdyś prawdziwą kartą przetargową, a nie zabytkiem. Ci, którzy dziś uznają ją za martwą, wypowiadają się na temat jej skutków, a nie jej dalszego istnienia; litera prawa pozostaje, ale jej skutki są kwestionowane. Scenariusz jest następujący: państwo mogłoby jednostronnie powołać się na tekst, który nigdy nie został uchylony – jako na argument legitymizujący, jako podstawę prawną, jako uzasadnienie dla środków, które w innym przypadku wymagałyby autoryzacji Rady Bezpieczeństwa.
Przeciwny pogląd zasługuje na rzetelne i pełne przedstawienie. Od momentu przystąpienia obu państw niemieckich do Organizacji Narodów Zjednoczonych we wrześniu 1973 r. rząd niemiecki utrzymywał, że klauzula ta jest przestarzała; fakt, że Niemcy wielokrotnie zasiadały w Radzie Bezpieczeństwa i mianowały Przewodniczącego Zgromadzenia Ogólnego, dowodzi, że korzystają z pełni praw równoprawnego członka. Argument ten utrzymuje, że umowa „dwa plus cztery” z 1990 r., zawarta z Niemcami, skutecznie wyeliminowała podstawę tej klauzuli. I w tym tkwi sedno sprawy: argument o niezastosowaniu, leżący u podstaw zapewnienia, jest błędny po obu stronach. Ci, którzy twierdzą, że klauzula wygasła z powodu konsekwentnego niestosowania, powołują się właśnie na zasadę desuetudo, która jednocześnie ujawnia kruchość zapewnienia: jest to zasada bez ustalonej daty końcowej, która obowiązuje tylko tak długo, jak długo wszystkie strony jej przestrzegają. Co więcej, zapewnienie to jest kruche, ponieważ opiera się na porozumieniu Dwa Plus Cztery – tym samym traktacie, którego ducha Niemcy obecnie zmieniają poprzez własne działania, jak pokazuje trzeci scenariusz.
Bardziej rygorystyczne ograniczenie tkwi jednak w innym traktacie. 12 sierpnia 1970 roku Republika Federalna Niemiec i Związek Radziecki podpisały Traktat Moskiewski, którego sednem było wzajemne wyrzeczenie się użycia siły: oba państwa zobowiązały się, zgodnie z artykułem 2 Karty Narodów Zjednoczonych, do powstrzymania się w swoich stosunkach od groźby lub użycia siły. Rosja, jako sukcesor Związku Radzieckiego, jest związana tym zobowiązaniem – zobowiązaniem potwierdzonym przez Układ Dwa Plus Cztery z 1990 roku, w którym sam Związek Radziecki uczestniczył jako jedno z czterech mocarstw. Każdy, kto chciałby powołać się na klauzulę państwa wrogiego wobec Niemiec, musiałby jednocześnie odnieść się do własnego, zapisanego w umowie wyrzeczenia się siły w Traktacie Moskiewskim – dwóch dokumentów, które idą w przeciwnych kierunkach. Który z nich ma większą wagę, nie jest kwestią akademicką. To pytanie pojawia się w dniu, w którym państwo decyduje się nadać priorytet jednemu dokumentowi nad drugim – i działa odpowiednio.
Scenariusz trzeci: Duch umowy
Trzeci scenariusz nie obejmuje strzału, lecz deklaracji – i nie złamania litery prawa, lecz erozji ducha. U podstaw tego wszystkiego leży fakt rzadko wspominany w codziennej polityce: dla Niemiec II wojna światowa nigdy nie zakończyła się klasycznym traktatem pokojowym. Zamiast tego, w 1990 roku, podpisano porozumienie „dwa plus cztery”, w pełnym brzmieniu „Traktat o ostatecznym uregulowaniu stosunków z Niemcami” – prawnie porozumienie, a nie traktat pokojowy w tradycyjnym znaczeniu, podpisane przez dwa państwa niemieckie i cztery zwycięskie mocarstwa, w tym Związek Radziecki. Artykuł 2 zobowiązuje Republikę Federalną do oświadczenia, że z terytorium Niemiec będzie emanował jedynie pokój; działania, które mogą zakłócić pokojowe współistnienie narodów i są podejmowane z takim zamiarem, w szczególności przygotowania do wojny agresywnej, są zatem niekonstytucyjne i podlegają karze. W artykule 3 Niemcy zrzekają się broni jądrowej, biologicznej i chemicznej oraz liczebności wojsk przekraczającej 370 000 żołnierzy. Traktat ten stanowi podstawę stosunków handlowych, na których opiera się założenie, że Niemcy są i pozostaną bezpieczne.
Dziś, w kontraście do tego ducha, dominuje inny ton. W swoim oświadczeniu rządowym z 14 maja 2025 roku kanclerz Friedrich Merz zapowiedział, że rząd niemiecki zapewni wszystkie środki finansowe, „których Bundeswehra potrzebuje, aby stać się najsilniejszą armią konwencjonalną w Europie”. Argumentował, że jest to właściwe dla najludniejszego i najpotężniejszego gospodarczo kraju w Europie, którego domagają się jego partnerzy. Kontrast z językiem z początków zjednoczenia Niemiec jest wymierny: dostawa ciężkiego uzbrojenia, o której dyskutowano tygodniami w 2022 roku, w 2026 roku zostaje zepchnięta do przypisu; zapowiedź wspólnej produkcji broni pojawia się jako informacja biznesowa. Powstaje napięcie między traktatem, który zakładał „tylko pokój” na terytorium niemieckim, a deklarowanym celem najsilniejszej armii konwencjonalnej kontynentu – powiązanej z terytorium niemieckim, która produkuje broń dalekiego zasięgu do walki czynnej. Nie jest to naruszenie prawa; Niemcy nie prowadzą wojny agresywnej i żaden szanowany ekspert prawny nie twierdzi inaczej. Jest to rozbieżność między literą traktatu a jego duchem, która zasługuje na omówienie.
Nawet gdyby podążać za rosyjskim tokiem rozumowania i założyć naruszenie tej fundamentalnej zasady, droga ta nie prowadziłaby tam, gdzie powinna. Prawo umów przewiduje zasadę exceptio non adimpleti contractus – obronę przed niewykonaniem zobowiązania – w przypadkach naruszenia zobowiązań przez jedną ze stron, a także, skodyfikowane w artykule 60 Konwencji Wiedeńskiej o prawie umów, prawo do zawieszenia własnych zobowiązań lub rozwiązania umowy w przypadku istotnego naruszenia. Konsekwencją prawną naruszenia umowy jest zatem zawieszenie zobowiązań, a nie przyznanie prawa do użycia siły. Strona umowy, która zakwestionowałaby fundamentalną zasadę, mogłaby uwolnić się od własnych zobowiązań – krok o istotnych konsekwencjach politycznych, ale nie dający pozwolenia na użycie siły. Ta ścieżka również kończy się na tym samym poziomie, co dwie pozostałe.
W tym obrazie mieści się historyczny element układanki, który należy traktować z należytą ostrożnością. W grudniu 2022 roku była kanclerz Angela Merkel stwierdziła w wywiadzie dla „Die Zeit”, że porozumienia mińskie z 2014 roku były „próbą dania Ukrainie czasu”; Ukraina „wykorzystała ten czas, aby się wzmocnić”. Sformułowanie to nie podlega dyskusji – można je również znaleźć w odpowiedzi rządu niemieckiego w dokumencie Bundestagu 20/6861. Kilka tygodni później były prezydent Francji François Hollande potwierdził w „Kyiv Independent”, że Merkel miała „rację w tej kwestii”; to zasługa porozumień mińskich, że armia ukraińska otrzymała „tę szansę” na lepsze szkolenie i wyposażenie. Hollande odniósł się do formatu normandzkiego, w którym Poroszenko, Merkel, Putin i on omawiali postępy w realizacji protokołów mińskich w długich, comiesięcznych rozmowach telefonicznych – prawdziwy, choć żmudny, proces, a nie zwykły manewr. Dowodzi to, że porozumienia zyskały czas, a Ukraina wykorzystała go na wzmocnienie swoich sił zbrojnych. Merkel i Hollande opisali traktat, którego deklarowanym celem nie była jego główna treść, ale raczej zyskanie czasu dla jednej ze stron na wzmocnienie sił zbrojnych. Rosja nazywa to oszustwem. Serwis UE EUvsDisinfo klasyfikuje tę interpretację jako prorosyjskie zniekształcenie. Każdy, kto czyta słowa sygnatariuszy, może wyciągnąć wnioski w obie strony – i właśnie to sprawia, że ten element układanki jest tak wybuchowy: problemem nie jest sama interpretacja, ale fakt, że słowa obu sygnatariuszy na nią pozwalają. To, co jawi się jako element układanki w rosyjskiej argumentacji, opiera się na cytatach wypowiedzianych w Berlinie i Paryżu.
Logika władzy: Kto korzysta na milczeniu?
Kwestia cui bono również tutaj nie prowadzi do spisku, lecz do pewnej struktury. Niemiecki ruch generuje interesy, które utrudniają kwestionowanie założenia bezpieczeństwa. Ministerstwo Obrony planuje zamówienia rzędu 400 miliardów euro; borykający się z problemami przemysł motoryzacyjny, który według prognoz Niemieckiego Stowarzyszenia Przemysłu Motoryzacyjnego straci do 225 000 miejsc pracy do 2035 roku, stara się wykorzystać potencjał zakładów, których cywilna przyszłość dobiega końca; producenci uzbrojenia poszukują mocy produkcyjnych, aby wypełnić portfele zamówień. Dla branży, która zmaga się jednocześnie z wysokimi kosztami energii i słabnącą gospodarką, zbrojenia nie są przede wszystkim decyzją polityczną, lecz biznesową – i właśnie to sprawia, że tak trudno odwrócić tę zmianę: napędza ją nie ideologia, lecz portfele zamówień. Co więcej, gdy państwo staje się głównym udziałowcem producenta czołgów za pośrednictwem państwowego banku rozwoju KfW, granica między regulatorem a interesariuszami zaciera się. W tej złożonej sytuacji prawie żaden istotny podmiot nie ma interesu w otwartym kwestionowaniu skuteczności niemieckiej bezpiecznej przystani.
W tym kontekście na uwagę zasługuje klimat otaczający tę konwersję. W Osnabrücku państwowe służby bezpieczeństwa badały inicjatywę antymilitarystyczną, która krytykowała ministra obrony; na zebraniu zakładowym załoga otrzymała polecenie, aby nie rozmawiać z aktywistami ani prasą. Samo miasto pokoju westfalskiego, które nazywa siebie „miastem pokoju”, mogłoby stać się miejscem zwiększonej produkcji zbrojeniowej. To obserwacja, a nie osąd – ale wpisuje się w obraz debaty, która jest bardziej zamknięta niż otwarta wewnętrznie, podczas gdy na zewnątrz każdy krok wydaje się jedyną opcją.
Tutaj należy unikać tego samego błędu logicznego, co w Części 1: fakt, że pytanie jest niewygodne i wiąże się z interesami partykularnymi, nie oznacza, że zapewnienia są błędne. Oficjalne stanowisko może być słuszne i żaden scenariusz nie musi się ziścić. Logika władzy nie wyjaśnia, dlaczego założenie o bezpieczeństwie jest nietrafne – wyjaśnia, dlaczego pytanie to zadawane jest tak rzadko. Ponad logiką zarządzania biznesem kryje się jednak logika polityki zagranicznej i tutaj zataczamy koło. Remilitaryzacja, która wydaje się nie mieć alternatywy w kraju, jest interpretowana inaczej w dużej części Globalnego Południa – jako odejście od Niemiec, które postrzegały siebie jako orędownika porządku opartego na zasadach. Milczenie jednych jest wstrzymaniem się od głosu innych. Porażka w Nowym Jorku, która zbiegła się z oskarżeniami o podwójne standardy i malejące poparcie, nie jest dowodem – przyczyny są wielorakie, a konkurenci mieli przewagę. Jest jednak zwiastunem. Ruch obiecujący bezpieczeństwo wewnętrzne może prowadzić do izolacji zewnętrznej. To, co ma być siłą, może przynieść odwrotny skutek: im wyraźniej Niemcy stają się wiodącą potęgą militarną w Europie, tym mniej dostrzegają to ci, którzy uważają je za bezstronnego multi-lateralistę, jakim chciały być.
Zakończenie
Trzy scenariusze, jeden wniosek. W każdym z tych trzech przypadków Rosja może dojść do wniosku, którego Niemcy nie mogą chcieć – z uznania fabryki za cel wojskowy, z klauzuli, która nigdy nie została usunięta, z erozji kontraktu. To, czy Rosja wyciągnie te wnioski, jest kwestią otwartą. To, czy istnieją ku temu podstawy, nie istnieje. Trzy scenariusze, jeden wniosek. W każdym z tych trzech przypadków Rosja może dojść do wniosku, którego Niemcy nie mogą chcieć – z uznania fabryki za cel wojskowy, z klauzuli, która nigdy nie została usunięta, z erozji kontraktu. To, czy Rosja wyciągnie te wnioski, jest kwestią otwartą. To, czy istnieją ku temu podstawy, nie istnieje. Działania Niemiec stwarzają okazje, podstawy i drogi do odwołania – i przesuwają próg, powyżej którego ich własne bezpieczeństwo jest uznawane za pewnik, o krok dalej każdego miesiąca, nawet nie próbując tego zrobić. Tego ruchu nie da się odwrócić. Linia produkcyjna, w którą zainwestowano miliard euro i od której zależą tysiące miejsc pracy, rozwija siłę bezwładności, która wymyka się kontroli politycznej. To, co wydawało się politycznie odwracalne, jest mocno zakorzenione w zasadach biznesowych.
Nikt nie twierdzi, że Rosja będzie rozważać te opcje. Pytanie nie dotyczy Moskwy, lecz Berlina. Społeczeństwo, które produkuje broń na wojnę i jednocześnie wierzy, że wojna ta go nie dotknie, powinno przynajmniej umieć nazwać, na czym opiera się to zaufanie. Nie potrafi. Akceptuje drony, celebruje błyskawiczną prędkość produkcji, szacuje koszty na miliardy – i pozostawia kwestię ceny w milczeniu. To jest prawdziwa anomalia: nie sam ruch, ale milczenie na temat jego celu. Quo vadis, Niemcy? Niepokojące nie jest to, że odpowiedź byłaby niewygodna. Niepokojące jest to, że kraj opuszcza swoją bezpieczną przystań, nawet nie patrząc na drzwi za sobą.
+++
Notatki i źródła
Michael Hollister służył sześć lat w niemieckich siłach zbrojnych (SFOR, KFOR) i posiada wiedzę na temat wewnętrznych mechanizmów strategii wojskowych. Po 14 latach pracy w dziedzinie bezpieczeństwa IT analizuje militaryzację Europy, politykę interwencjonizmu Zachodu oraz geopolityczne zmiany sił, korzystając ze źródeł pierwotnych. Jego praca koncentruje się na Azji, a zwłaszcza na Azji Południowo-Wschodniej, gdzie bada zależności strategiczne, strefy wpływów i architekturę bezpieczeństwa. Hollister łączy wiedzę operacyjną z bezkompromisową krytyką systemową – daleką od dziennikarstwa opiniotwórczego. Jego prace są publikowane dwujęzycznie na stronie www.michael-hollister.com oraz w krytycznych mediach w krajach niemiecko- i anglojęzycznych.
Aby zrozumieć obecną sytuację na Ukrainie przypomnieć musimy sobie, że zarówno Zełeński – jak też całe jego otoczenie – to żydzi. Tacy – najgorszego sortu.
Omotali Ukraińców obietnicą likwidacji korupcji i wymuszeń na Ukrainie – przez co udało się im przejąć władzę na Ukrainie – autoryzowaną przez klauna Zełeńskiego.
A wtedy korupcja dopiero wystrzeliła.
Atak Putina na Ukrainę jest dla mnie wielką zagadką.
Całkowicie nieprzygotowany militarnie i politycznie – poniósł porażkę w pierwszych dniach wojny. Ogromnie ważną rolę miała Polska – gdy przyjęła kilka milionów uciekinierów, a w drugą stronę bezinteresownie wysłała broń. Równocześnie wysłaliśmy ogromnie ilości żywności i innych towarów.
Zełęński wtedy zobaczył, że ma do dyspozycji nieewidencjonowany towar – z którym może zrobić co chce. I on – oraz jego wspólnicy handlowali darami od Polaków.
Ale największe pieniądze zebrał – gdy Amerykanie przesłali Ukrainie od 100-300 miliardów dolarów. Defraudacja tych pieniędzy była tak ogromna, że kupowali sobie jachty, wille na lazurowym wybrzeżu, a na Ukrainę szły transporty Maybachów – co sam widziałem.
Równocześnie Ukraińcy rozplenili się po całej Europie – przejmując ośrodki w centrach wielkich miast. Cała Europa finansuje Ukraińców, a nieRząd Tuska zgodził się oddawać ukraińskim część z polskiego PKB (!)
Pomoc Polski dla Ukrainy stanowi od około 3,8% do 6,7% polskiego PKB podczas gdy na całą Służbę Zdrowia przeznacza się 6% PKB.
Po co więc w takiej sytuacji Zełeński rozpoczął z Polakami wojnę o banderowców?
Ukraińcy mają koncesje w całej Europie. Unia Europejska dała im prawie tyle samo praw – co posiadają członkowie UE. Jednocześnie Ukraina nie musi spełniać ŻADNYCH warunków obowiązujących członków UE.
A gdyby rozpoczął się „proces stowarzyszeniowy” to światło dzienne ujrzałaby niewyobrażalna dla nas skala korupcji panująca na Ukrainie. Europejczycy mogli by się dowiedzieć – jak rozgrabiono dary dobrego serca.
Zełeński i jego klika nie chcą do tego dopuścić. Dlatego chcą zawieszenia wszystkich procedur stowarzyszeniowych, ale odpowiedzialność za to zwalić na innych.
Trudno o większą bezczelność – jak nazwanie oddziału wojskowego imieniem UPA. To musiało skończyć się protestem Polaków i zapowiedzią, że „z Banderą Ukraina nie wejdzie do Unii Europejskiej”.
Teraz Zełeński ma uzasadnienie, że to „przez Polaków Ukraina nie wejdzie do Unii Europejskiej”, a monstrualna korupcja na Ukrainie znika z pola widzenia. I taki był od samego początku plan z nazwaniem jednostki wojskowej imieniem banderowców.
O tym, że przemysł farmaceutyczny jest mafią, pisałem już ponad pięć lat temu. Teraz, na przykładzie wczorajszego artykułu na thedigger.co – Inclisiran: Jak NHS stała się narzędziem polityki przemysłowej,źródło – możecie prześledzić krok po kroku, cały proces dopuszczenia wybranego przez mafię niezbadanego „leku” na niezdrowe obniżenie poziomu niezbędnego do życia cholesterolu. Cudzysłów przy słowie „lek” stanie się zbędny, jeśli zgodzimy się na moją definicję tego specyfiku:
Lek – chemiczna substancja podawana w celu łagodzenie objawów lub dopasowywania wyników badań laboratoryjnych do manipulowanych przez farmację norm, bez uruchamiania procesów samoleczenia, wywołująca dodatkowe choroby.
Kwestia pieniędzy w medycynie jest ważna, ale złożona i trudna do zrozumienia intuicyjnie. Aby zgłębić ten problem, pokażę Ci drogę jednego leku, od jego odkrycia aż po dostarczenie do szpitala. W ten sposób zobaczysz, jak każdy węzeł, przez który przechodzi, zniekształca rzeczywistość, zanim ostatecznie trafi na Twoją receptę.
Potężna jest władza pieniądza wykorzystywana przez korporacje farmaceutyczne do forsowania niebezpiecznych produktów w celach komercyjnych. Opisywany w artykule medykament jest jednym z niezliczonych przykładów generowania pieniędzy kosztem naszego zdrowia. Przypadek statyn i kłamstwa cholesterolowego jest dobrze opisany w badaniach naukowych niesponsorowanych przez wielką farmację.
Zamiast statyn, weź szprycę. Cóż z tego, że droga i bardziej szkodzi. Za to przynosi duże korzyści farmacji i oddanym jej lekarzom.
… przemysł farmaceutyczny nienawidzi wygasania patentów. Ciężko pracując nad stworzeniem rynku (poprzez obniżenie progu „wysokiego” cholesterolu), nie mogą pozwolić, by ich dojna krowa zginęła z powodu wygaśnięcia patentów. Przemysł ma sprawdzone rozwiązanie tego irytującego problemu. Wymyślają zupełnie nowe sposoby na obniżenie poziomu cholesterolu, a następnie lobbują i sprzedają swoje nowe (dostępne) wersje systemom opieki zdrowotnej na całym świecie. Po co wydawać grosze na leczenie, skoro lepsze (i droższe) leczenie na rynku już jest?
Roche i Novartis to nie są jedynie firmy, to święte krowy, które zapewniają ogromne dywidendy. Że przy okazji Twoja składka ubezpieczeniowa rośnie? To logiczna konsekwencja systemu, w którym pacjenci przewlekle chorzy są najlepszymi klientami, a skutki uboczne dają dodatkowy zysk. Leki pochłaniają już olbrzymią część składek, ale politycy biją brawo, dopóki akcje big farmy stoją wysoko.
11.06.2026 r. Dr Joseph Ladapo, główny lekarz stanu Floryda, otwarcie wyraził to, co wielu myśli: szaleństwo okresu pandemii kowid nie wynikało wyłącznie z niekompetencji. Ujawnił on głęboką korupcję, która stała się integralną i nieodłączną częścią rządu Stanów Zjednoczonych oraz systemu opieki zdrowotnej. Ladapo opisuje przypadki, w których całkowicie zdrowi ludzie otrzymali szprycę, a następnego dnia zmarli – podczas gdy przedstawiciele władz uparcie twierdzili, że nie ma „żadnych dowodów” na istnienie związku między szczepieniem a zgonem. Nie mógł uwierzyć, w jaki sposób stworzono i utrzymywano alternatywną rzeczywistość dotyczącą pseudo-szczepionek. Źródło.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
======================
(tu warto dołączyć książkę Johna Virapena „Skutek uboczny śmierć” – bezpłatny pdf do pobrania https://docer.pl/doc )
Wszystko, co musiałby zrobić, to zagrozić, że Polska przestanie pełnić funkcję państwa tranzytowego dla 90% ukraińskiego importu sprzętu wojskowo-technicznego z NATO, co albo wystarczyłoby, aby Ukraina zastosowała się do warunków przed odcięciem, albo prawdopodobnie uczyniłaby to wkrótce potem, — ale brakuje mu woli politycznej.
Bardzo podobają mi się artykuły Andrzeja Korybko. Przekazują nietuzinkowe spojrzenie na geopolityczną sytuację w naszym zakątku świata. Także ostatni przedstawiony powyżej artykuł określiłbym podobnie. Kwestią, którą chciałbym się dzisiaj zająć, jest słowo w tytule „mogłaby”. Na pytanie: czy Polska mogłaby zablokować dostawy wojskowe NATO na Ukrainę, odpowiedź jest jednoznaczna – tak. Tyle że, jak w przysłowiowym powiedzeniu o saperze – Polska mogłaby tylko raz się tak pomylić.
Polska nie jest jedynym krajem, przez który jest wysyłana natowska broń na Ukrainę.
Osobiście wcale nie uważałbym tego za błąd. Dlaczego nie może dojść do podjęcia decyzji o blokadzie transferu broni przez NATO na Ukrainę? Ponieważ Polska nie jest suwerennym krajem. Podobnie jak większość państw europejskich. Europejscy politycy nie zasługują na miano „mężów stanu”. Znacznie lepiej pasowałoby „sługusy globalistów”. To właśnie dla nich od ponad 30 lat organizowano w Davos szkołę przekształcania świata w kierunku globalizmu zwaną Young Global Leaders. Dlatego dzisiaj marionetki zarówno lewicy jak prawicy przepychają globalistyczne prawa przez posłusznych finansowym motywom lub zwykłemu szantażowi parlamentarzystów.
Globaliści opanowali ONZ, Komisję Europejską i wiele instytucji w szeregu krajów świata. Także rządy w Australii, Nowej Zelandii, Wielkiej Brytanii, Kanadzie i w większości krajów UE.
Sytuacja nielegalnego prezydenta. Ukrainy jest jeszcze bardziej zawiła. Żadne groźby nie są w stanie zmusić go do wystąpienia przeciwko własnym oddziałom Azowa, które są opanowane przez faszystowskie – zorganizowane przy pomocy CIA – banderowskie bojówki.
29.06.2026 r. Ukraiński oligarcha Wadim Ermolaev, objęty sankcjami przez Zełenskiego, wraz z żoną i nastoletnim synem odniósł ciężkie obrażenia w wyniku wybuchu w Monako. Sprawca zostawił torbę z bombą i uciekł. Wygląda na to, że Zełenski zlecił zamach w Monako, aby ukarać go za powiązania z Rosją.
Moim zdaniem trzy światowe potęgi, pomimo trwających zastępczych potyczek w stylu ukraińsko-irańskim, są w głównych celach ze sobą dogadane. I mam nadzieję, że ta „koalicja” wymierzona jest przeciwko czwartej potędze na świecie – globalizmowi.
Putin zakończył kolejną plandemię: hantawirusa.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com