Raport Kongresu USA: Co najmniej 81 samolotów zostało uszkodzonych lub utraconych w wojnie z Iranem

Raport Kongresu USA: Co najmniej 81 samolotów zostało uszkodzonych lub utraconych w wojnie z Iranem

8 października 2026 r. przez dr. Petera F. Mayera tkp-at/us-kongressbericht-mindestens-81-beschaedigte-oder-verlorene-flugzeuge-im-iran-krieg


Wojna z Iranem staje się coraz bardziej katastrofą militarną dla USA. Według najnowszych raportów, rosną również straty w lotnictwie wojskowym.

Zaktualizowany raport Congressional Research Service (CRS) z 5 października 2026 r. wymienia co najmniej 81 amerykańskich samolotów wojskowych – zarządzanych i bezzałogowych – które zostały uszkodzone lub utracone w wojnie z Iranem od rozpoczęcia operacji Epic Fury 28 lutego 2026 r. Liczba ta jest prawie dwukrotnie wyższa niż w raporcie CRS z maja (42 samoloty) . Raport zatytułowany „Straty bojowe samolotów USA w operacji Epic Fury: Rozważania dla Kongresu” (IN12692) opiera się na informacjach z Pentagonu, Centralnego Dowództwa USA (CENTCOM), Inspektora Generalnego Pentagonu oraz doniesieniach medialnych.

Autorzy wyraźnie podkreślają, że liczba ta może ulec zmianie i że niektóre uszkodzone maszyny powróciły do ​​służby.

Szczegółowe zestawienie strat

Zdecydowanie największą część stanowią systemy bezzałogowe:

  • 45 dronów MQ-9 Reaper (znacznie więcej niż 24 wymienione w raporcie z maja)
  • 3 drony MQ-1
  • 1 MQ-4C Triton

Do załogowych statków powietrznych i śmigłowców zalicza się:

12 F-15E Strike Eagle

  • 7 KC-135 Stratotanker
  • 2 A-10 Thunderbolt II
  • 2 MC-130J Commando II
  • 1 F-35A Lightning II
  • 1 E-3 Sentry (AWACS)
  • 1 HH-60W Jolly Green II
  • 1 AH-64 Apache
  • 4 AH-6 Małe Ptaki
  • 1 MH-60 Sea Hawk

Do przyczyn zaliczają się irańskie ataki na bazy USA i państw partnerskich, zestrzelenia przez irańską obronę powietrzną, ostrzał ze strony własnych sił, wypadki, a w odosobnionych przypadkach celowe niszczenie podczas operacji ratunkowych.

Ważne indywidualne incydenty

Do najpoważniejszych incydentów należą trzy myśliwce F-15E, zestrzelone nad Kuwejtem przez kuwejcką obronę powietrzną w ogniu własnym 2 marca 2026 roku ; sześciu członków załogi zdołało się bezpiecznie katapultować. Kolejny myśliwiec F-15E został utracony nad Iranem 5 kwietnia.

Osiem innych samolotów F-15E uległo niewielkim uszkodzeniom podczas irańskiego ataku rakietowego na bazę lotniczą Muwaffaq Salti w Jordanii 9-10 września, a następnie powróciło do służby. Samolot KC-135 rozbił się w zachodnim Iraku 12 marca, w wyniku czego zginęła cała sześcioosobowa załoga; inny samolot-cysterna awaryjnie lądował.

Samolot E-3 Sentry został poważnie uszkodzony podczas ataku na bazę lotniczą Prince Sultan w Arabii Saudyjskiej. Dwa MC-130J zostały celowo zniszczone podczas akcji ratunkowej. ( Gulf News , Military Times , NDTV )

Koszty i wpływ na zdolność operacyjną

Biuro Budżetowe Kongresu (CBO) oszacowało koszt strat w sprzęcie do 1 sierpnia na kwotę od 1,9 do 3,3 miliarda dolarów, w zależności od tego, czy i czym zostaną wymienione systemy. Inne obliczenia, oparte na kosztach jednostkowych, oszacowały koszt wymiany znacznej części maszyn na około 5,1 miliarda dolarów.

Same straty samolotów MQ -9 zmniejszyły flotę operacyjną do około 135 samolotów, według wcześniejszych raportów (wymagane co najmniej 189). Raport CRS ostrzega, że ​​straty w starzejących się, wymagających systemach, takich jak tankowce KC-135 i drony Reaper, mogą stworzyć luki w wydajności w innych obszarach działalności i nadwyrężyć zdolności produkcyjne.

CENTCOM szacuje obecnie całkowity koszt wojny z Iranem na około 43,6 miliarda dolarów (stan na początek września), z czego znaczną część stanowią koszty amunicji i godzin lotu. Raport CRS stanowi jedno z najbardziej kompleksowych, publicznie dostępnych zestawień strat powietrznych USA.

Podkreśla podatność systemów bezzałogowych na ataki nowoczesnych systemów obrony powietrznej oraz wysokie koszty intensywnych operacji powietrznych w dłuższym okresie. Rzeczywiste kwoty mogą być wyższe, ponieważ nie uwzględniają one w pełni informacji niejawnych.

Święto Matki Bożej Różańcowej. Pamiątka cudownej interwencji Maryi pod Lepanto

Święto Matki Bożej Różańcowej.

Pamiątka cudownej interwencji

Maryi pod Lepanto

7 października 2026 pch24/swieto-matki-bozej-rozancowej-pamiatka-cudownej-interwencji-maryi-pod-lepanto

31363.jpg
Lepanto. Andries van Eertvelt

Październik w Kościele katolickim jest miesiącem poświęconym Maryi i modlitwie różańcowej. 7 października Kościół obchodzi święto Matki Bożej Różańcowej, ustanowione przez papieża Piusa V w 1572 r.

Święto Matki Bożej Różańcowej zostało ustanowione na pamiątkę zwycięstwa wojsk Ligi Świętej, skupionej wokół Państwa Kościelnego, nad wojskami Imperium Osmańskiego, odniesionego pod Lepanto 7 października 1571 r.

Przed bitwą, w obliczu zagrożenia islamizacją Europy, papież Pius V, dominikanin, skierował do całego Kościoła wezwanie do modlitwy różańcowej w intencji zwycięstwa chrześcijan. Według tradycji w czasie modlitwy różańcowej Pius V miał wizję, w której zobaczył zatokę, gdzie toczyła się walka, a nad nią Maryję patrzącą ze spokojem na zmagania.

Bitwa, która rozstrzygnęła o losach wojny, przypadła akurat w dzień, kiedy dominikanie obchodzili wspomnienie Maryi Królowej Różańca. Mimo znacznej przewagi liczebnej wojska Imperium Osmańskiego poniosły klęskę. Do zwycięstwa przyczyniła się raptowna zmiana kierunku wiatru, co papież przypisał interwencji Maryi.

W podzięce ustanowił 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej i zezwolił na jego obchodzenie w tych kościołach, w których istniały Bractwa Różańcowe. Dwa lata później papież Grzegorz XIII zmienił nazwę święta na święto Matki Bożej Różańcowej a jego obchody przeniósł na pierwszą niedzielę października. Obchody święta na cały Kościół rozszerzył w 1716 r. papież Klemens XI, w podzięce za odniesione pod Belgradem kolejne zwycięstwo nad Turkami.

W 1883 r. Leon XIII wprowadził do Litanii loretańskiej do Najświętszej Marii Panny wezwanie „Królowo różańca świętego – módl się za nami”, a w dwa lata później zalecił, by w kościołach odmawiano różaniec przez cały październik.

Pierwsze ślady modlitwy różańcowej zostały zanotowane wśród egipskich pustelników w V w. n.e. Mnisi powtarzali wielokrotnie pierwszą część modlitwy Zdrowaś Maryjo, czyli pozdrowienie anielskie, i błogosławieństwo św. Elżbiety. Drugą część modlitwy dodano prawdopodobnie w XIV w. podczas epidemii dżumy w Europie. Ostateczny tekst modlitwy Zdrowaś Maryjo zatwierdził papież Pius V w 1568 r.

Powstanie modlitwy różańcowej w formie zbliżonej do znanej obecnie tradycja Kościoła przypisuje założycielowi zakonu dominikanów św. Dominikowi Guzmánowi. Matka Boża miała mu się objawić i podarować różaniec, zachęcając go do odmawiania tej modlitwy.

Różaniec składający się z trzech części – radosnej, bolesnej i chwalebnej – i z 15 tajemnic, zatwierdził po soborze trydenckim w roku 1569 papież Pius V.

Na modlitwę różańcową jako szczególnie skuteczną i miłą Bogu wskazywało wielu papieży, począwszy od Piusa X. Wielkim czcicielem różańca był m.in. papież Leon XIII, którego pontyfikat przypadał na lata 1878-1903. Napisał on 12 encyklik i dwa listy apostolskie poświęcone różańcowi. Papież Paweł VI w adhortacji Marialis cultus z 2 lutego 1974 r. wskazał na różaniec jako na modlitwę głęboko zakorzenioną w Biblii.

W liście apostolskim Rosarium Virginis Mariae z 16 października 2002 r. papież Jan Paweł II nazwał różaniec „modlitwą o wielkim znaczeniu, przynoszącą owoce świętości”.

„W powściągliwości swych elementów skupia w sobie głębię całego przesłania ewangelicznego, którego jest jakby streszczeniem” – zaznaczył papież. Podkreślił, że od młodzieńczych lat modlitwa ta miała ważne miejsce w jego życiu duchowym i zachęcał wszystkich do jej odmawiania.

Jak wskazał, różaniec jest szczególnie skuteczną modlitwą o dar pokoju. Zachęcał, by różańcem modlić się w rodzinach.

„Powrót do różańca w rodzinach chrześcijańskich ma być, w ramach szerzej zakrojonego duszpasterstwa rodzin, skuteczną pomocą, by zapobiec zgubnym następstwom tego kryzysu znamiennego dla naszej epoki” – pisał.

Za „naszą wojnę” płacimy w cenach paliw

Modzelewski: Za „naszą wojnę” płacimy w cenach paliw

prof. Witold Modzelewski

Już od prawie pięciu lat klasa polityczna oraz wspierający ją „komentariat” straszą nas wojną: Rosja ma nas nieuchronnie zaatakować. Ostatecznie upadła więc polityka „odstraszania”.

Przypomnę tylko, że przez co najmniej kilkanaście lat wmawiano nam natrętnie, że „kolektywny Zachód”, do którego ponoć „należymy”, jest tak straszny, że Rosja nigdy nie zaatakuje państw NATO oraz ich protegowanych. W ówczesnej narracji Rosja mogła zrobić tylko to, na co ów Zachód jej „pozwolił”.

Od dnia 24 lutego 2022 roku zaczęła się wojna („bez zezwolenia”?), którą szybko przemianowano na „naszą wojnę”. Złośliwie przypomnę, że jej deklarowanym swego czasu celem było… „całkowite zwycięstwo Ukrainy” i wyzwolenie spod „okupacji rosyjskiej” jej terytorium, łącznie z Krymem. Potem byliśmy karmieni krzepiącymi informacjami o niekończącym się paśmie zwycięstw „walczącej Ukrainy” i klęskach Rosji.

Teraz okazuje się, że ten „słoń na glinianych nogach”, po blisko pięciu latach totalnych porażek musi nas koniecznie zaatakować, co ni mniej ni więcej oznacza, że chyba również przegraliśmy „naszą wojnę”, której sens tłumaczono nam w ten sposób, że wykrwawianie Ukrainy za nasze pieniądze eliminuje niebezpieczeństwo bezpośredniej agresji ze strony Rosji. Jak widać nic z tego nie wyszło.

Być może jest zupełnie inaczej: straszenie nas bezpośrednim atakiem ze strony Rosji jest spazmatyczną próbą „przykrycia” porażek w polityce wewnętrznej (zapaść fiskalna, drożyzna cen paliw silnikowych i innych źródeł energii, katastrofa demograficzna), a wielkimi krokami zbliżają się wybory. Za te porażki odpowiada cały POPiS, ale w polityce prowojennej od lat mówi jednym głosem – z fatalnymi zresztą skutkami (dla nas i dla siebie).

Jedynym w miarę racjonalnym uzasadnieniem dla jakiejś prowokacji ze strony Rosji jest gra na destrukcję NATO, które ma skompromitować się poprzez niewykonanie swoich sojuszniczych zobowiązań. Lecz nie jest to konieczne: trwają już trzy wojny (na Ukrainie, na Bliskim Wschodzie, Izraela z Arabami i USA – Iran), na które potrzeba nie tylko wielkich pieniędzy, ale również… paliw silnikowych, a dla Zachodu (i dla nas) stają się one coraz mniej dostępne. To dużo ważniejszy problem niż sukcesy lub klęski „walczącej Ukrainy”. Ich kontynuacja pogłębia jeszcze bardziej kryzys paliwowy: to może przekreślić istniejące sojusze.

Swoją drogą żyjemy w świecie współzawodnictwa absurdów, bo jeszcze do niedawna opowiadano nam, że Zachód nauczył się żyć bez rosyjskich węglowodorów – taki był cel „miażdżących sankcji”. Gdy zaczęło ich brakować również w wyniku przegranej wojny z Iranem, my, zwykli ludzie, będziemy płacić 10 zł za litr oleju napędowego, a może więcej. My też już za drogo płacimy za „sukcesy” w naszej wojnie oraz za klęski „strategicznego sojusznika” w agresji na Iran. Wiemy już, że prezydent USA zakazał Zełenskiemu ataków na rosyjskie rafineria, bo potrzebuje rosyjskiego oleju napędowego. Czy to już zdrada Zachodu, o której pisałem w cyklu przed kilku laty? Odpowiedź znamy, tylko nie mamy odwagi jej głośno sformułować.

Czy, gdy zgodnie z zapowiadanym scenariuszem, Rosja nas zaatakuje, to USA pospieszą nam z pomocą, razem z Portugalczykami, Grekami i Hiszpanami? To mało prawdopodobne, bo przecież Rosja robi tylko to, na co jej Zachód pozawala, jest „pariasem”, z którym się nikt nie liczy, ale może nie dostarczyć paliwa do natowskich czołgów i samolotów, które mają ruszyć nam na odsiecz.

Nie będę dalej znęcać się nad naszą beznadzieją. Nie chciałbym być w skórze tych, którzy będą odpowiedzialni za wciągnięcie nas do jakiejkolwiek wojny. Może na wszelki wypadek niech wezmą swój plecaczek i szybko wyjadą do ciepłych krajów?

prof. Witold Modzelewski

Myśl Polska, nr 41-42 (11-18.10.2026)

Ukraina: To już koniec – część I

Ukraina: to już koniec – część I

Putin odrzuca wszelkie hamulce, a Zachód przeżywa szok

Pisze EuroYankee: 

Od lat śledzę prowadzoną przez NATO wojnę zastępczą na Ukrainie, więc to, co się obecnie dzieje, nie jest dla mnie zaskoczeniem. W rzeczywistości spodziewałem się takiego obrotu spraw już od pewnego czasu. Podsumujmy najpierw bieżącą sytuację: Rosja bombarduje Kijów dniem i nocą. To nowość. Wcześniej rosyjskie drony i rakiety nadlatywały falami, z przerwami trwającymi wiele dni lub tygodni. Teraz odstępy między atakami liczy się w minutach.

Rosja atakuje infrastrukturę energetyczną w sposób, którego wcześniej unikała. Celem tych ataków jest uczynienie Kijowa praktycznie niezdatnym do zamieszkania tej zimy, gdyż Ukraina nie będzie w stanie wytwarzać ani dostarczać ludności energii elektrycznej. Rosja niszczy również ukraińską infrastrukturę logistyczną: zniszczono magazyny. Ukraiński rząd oświadczył, że utracił 90% swoich zdolności w zakresie logistyki żywności.

Sytuacja na froncie również wygląda dla Ukrainy znacznie gorzej. Rosja wreszcie posuwa się naprzód, a ostatnie miasta z szerokiego pasa tzw. ‚miast-twierdz’  w obwodzie donieckim – Słowiańsk i Kramatorsk – prawdopodobnie padną w ciągu najbliższych tygodni. Po upadku tych dwóch miast praktycznie nic nie będzie już stało na drodze Rosjan do Dniepru, stanowiącego bramę do Kijowa.

Powyższa mapa pochodzi z proukraińskiego ośrodka „Institute for the Study of War”, jednak ma już ponad rok. Od tego czasu linia frontu znacznie przesunęła się na zachód

O tej grożącej katastrofie mówił Jimmy Rushton – brytyjski dziennikarz związany z kijowskim serwisem ‚Kyiv Independent’  oraz ekspert ds. polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, opowiadający się po stronie Ukrainy. We wrześniu 2025 roku tak opisał on istniejące zagrożenie: „Ukraina dysponuje linią obrony w Donbasie – siecią umocnień rozciągającą się na obszarze Doniecka… Gdyby Ukraina z niej zrezygnowała, nie pozostałoby jej niemal nic… Teren położony za nią jest płaski i otwarty, pozbawiony przygotowanych pozycji obronnych…”.

Analitycy są w zasadzie zgodni: rezygnacja z obrony Donbasu byłaby dla Ukrainy równoznaczna z ‚militarną klęską’. Mimo to, po latach ‚mozolnych’  postępów – często określanych przez zachodnie media mianem ‚ślimaczych’ – Rosja jest teraz o krok od zwycięstwa, które osiąga powoli, lecz nieuchronnie.

Dlaczego Zachód stoi w obliczu szoku

Od samego początku konfliktu zachodni analitycy nie rozumieli rosyjskiej strategii na Ukrainie. W chwili rozpoczęcia inwazji przedstawiciele amerykańskiej armii byli całkowicie zdezorientowani: doktryna USA zakłada bowiem działania zdecydowane, szybkie i zabójcze – oparte na tym, co amerykański sekretarz obrony Pete Hegseth nazywa ‚maksymalną siłą rażenia’. Strategia ta znalazła pełne zastosowanie w 2003 roku podczas ataku w duchu doktryny ‚Shock and Awe’ (szok i przerażenie), przeprowadzonego przez administrację George’a W. Busha przeciwko Saddamowi Husajnowi, a także – w ostatnim czasie – podczas bezlitosnego bombardowania Iranu przez Donalda Trumpa.

21 marca 2003 roku dym spowił budynki rządowe w Bagdadzie w trakcie zmasowanego nalotu na stolicę Iraku, przeprowadzonego pod wodzą USA w ramach ofensywy znanej jako kampania ‚Shock and Awe’. Według korespondenta AFP dym unosił się nad kilkoma zaatakowanymi celami, w tym nad jednym z pałaców prezydenta Saddama Husajna

Zastanawiano się, dlaczego Rosja miałaby wkroczyć na Ukrainę w tak nieprzekonujący sposób – bez zmasowanych bombardowań czy nalotów, bez niszczenia kluczowej infrastruktury Ukrainy i dysponując zaledwie 150 tysiącami żołnierzy. W oczach Amerykanów takie działanie czyniło Putina niepoważnym. Jak mógł w ogóle liczyć na to, że podporządkuje sobie społeczeństwo liczące (wówczas) 35 milionów ludzi, dysponując tak niewielkimi siłami?

Dla porównania: kiedy Hitler postanowił podbić Polskę, wkroczył do niej z armią liczącą 1,5 MILIONA żołnierzy.

Niedorzeczne wydaje się przekonanie, że Putin sądził, iż do ujarzmienia Ukrainy wystarczy mu zaledwie jedna dziesiąta tej liczby – a mowa o kraju dwukrotnie większym od Polski, o którym wiedział, że od 2014 roku był militaryzowany przez NATO (dostawy broni, sprzętu i zaopatrzenia o wartości miliardów dolarów oraz szkolenia w zakresie najnowszych technik walki stosowanych przez Sojusz).

Zachodnim analitykom wydawało się wręcz, że Putin wcale nie chce podbić Ukrainy

Rosyjski konwój w drodze do Kijowa – zdjęcie wykonane przez firmę Maxar, prywatnego dostawcę satelitarnych zdjęć lotniczych

Cóż, szokująca prawda jest taka, że tego nie zrobił. Putin NIGDY nie chciał podbić Ukrainy. Chciał jedynie, by Zachód potraktował go poważnie, gdy mówił NIET w kwestii przystąpienia Ukrainy do NATO i nalegał, by kraj ten pozostał wierny swojej konstytucji z 1991 roku oraz zachował stałą neutralność.

Całkowita niezdolność Zachodu do zrozumienia tego, co Clausewitz określał mianem natury konfliktu, uczyniła go ślepym na rzeczywisty przebieg wydarzeń i w końcu sprawi, że pozostanie on wstrząśnięty i zszokowany, gdy konflikt ten dobiegnie swego nieuchronnego końca.

‚Bratnie narody’

Powodem, dla którego Rosjanie przyjęli powściągliwą postawę wobec Ukrainy, jest specyficznie rosyjska koncepcja dosłownego pokrewieństwa między narodami słowiańskimi. Koncepcja ta została przedstawiona w lipcu 2021 roku, kiedy to Władimir Putin opublikował artykuł zatytułowany „O historycznej jedności Rosjan i Ukraińców”. Wyjaśnił w nim, że Rosjanie i Ukraińcy – podobnie jak Białorusini – są bratnimi narodami; tworzą swoistą trójcę narodów, które wywodzą się z tego samego źródła: Rusi Kijowskiej.

Dla Putina fundamentem jedności tych trzech narodów była – częściowo lub nawet w przeważającej mierze – wspólna wiara religijna, a mianowicie prawosławie reprezentowane przez Rosyjski Kościół Prawosławny:

„Rosjanie, Ukraińcy i Białorusini są potomkami Rusi Kijowskiej, która była niegdyś największym państwem w Europie. Plemiona słowiańskie i inne, zamieszkujące ten rozległy obszar, łączył wspólny język, więzi gospodarcze oraz – po chrzcie Rusi – wiara prawosławna. Duchowa decyzja świętego Włodzimierza, który był zarówno księciem nowogrodzkim, jak i wielkim księciem kijowskim, do dziś w istotny sposób kształtuje nasze wzajemne więzi”.

Putin ubolewa również nad tym, że owa więź między Rosją a Ukrainą została podważona: „Przede wszystkim chciałbym podkreślić, że mur, jaki w ostatnich latach wyrósł między Rosją a Ukrainą – między częściami tego, co w gruncie rzeczy stanowi jedną i tę samą przestrzeń historyczną i duchową – jest moim zdaniem naszym wielkim wspólnym nieszczęściem i tragedią”.

Użycie przez rosyjskiego prezydenta słowa ‚tragedia’  przywodzi na myśl wcześniejsze wystąpienie – orędzie noworoczne – w którym określił on upadek i rozpad Związku Radzieckiego mianem ‚katastrofy‚: „Przede wszystkim musimy uznać, że rozpad Związku Radzieckiego był jedną z największych katastrof geopolitycznych stulecia”.

Prezydent Rosji Władimir Putin wygłasza coroczne orędzie przed Zgromadzeniem Federalnym w Moskwie (21 kwietnia 2021 r.)

Cytat ten został natychmiast wykorzystany przez zachodnich neokonserwatystów jako dowód na to, że Putin dąży do realizacji celów imperialnych i ekspansjonistycznych oraz chce „odbudować imperium sowieckie”. Taki pogląd był i jest kompletną bzdurą. Putin zdecydowanie NIE jest zwolennikiem Związku Radzieckiego ani komunizmu. W rzeczywistości jego największym przeciwnikiem politycznym we współczesnej Rosji pozostaje Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej.

W swoim przemówieniu Putin wyjaśnił również, DLACZEGO rozpad ZSRR był tak wielką tragedią: „Dla narodu rosyjskiego stało się to prawdziwym dramatem. Dziesiątki milionów naszych współobywateli i rodaków nagle znalazły się poza terytorium państwa rosyjskiego”. Według danych UNHCR (Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców) aż 25 milionów Rosjan pewnego ranka obudziło się z bezwartościowymi radzieckimi paszportami i musiało skonfrontować się z faktem, że nie mieszkają już na terytorium Rosji.

Miliony Rosjan mieszkają we wschodniej Ukrainie

Dotyczyło to w szczególności Ukrainy, na którą przypadała niemal POŁOWA tej pozbawionej ojczyzny rosyjskiej populacji (12 milionów). W rzeczywistości przed 2014 rokiem 83% mieszkańców Donbasu – wliczając w to znaczną część obwodów wschodnich i południowych – stanowili etniczni Rosjanie lub osoby posługujące się językiem rosyjskim. Łącznie niemal połowa mieszkańców Ukrainy mówiła po rosyjsku. Powszechnie wiadomo na przykład, że językiem ojczystym Wołodymyra Zełenskiego był rosyjski, a ukraińskiego nauczył się on dopiero po wyborze na prezydenta.

Następnie w swoim przemówieniu Putin wyjaśnił przyczyny tej tragedii: „Są to przede wszystkim skutki naszych własnych błędów, popełnionych w różnych momentach. Są one jednak również wynikiem celowych działań sił, które zawsze dążyły do podważenia naszej jedności. Stosowana przez nie strategia jest znana od dawna – ‚dziel i rządź’. Nie ma w tym nic nowego”.

Jest oczywiste, że mówiąc o ‚tych siłach’, Putin ma na myśli Stany Zjednoczone i ich zachodnich sojuszników – w szczególności Wielką Brytanię, która od początku ‚Wielkiej Gry’  (rozpoczętej około 200 lat temu) aktywnie dąży do rozbicia Rosji. Większość ludzi na Zachodzie nie zdaje sobie sprawy z tego, że – ze względu na opisane wyżej wydarzenia historyczne – obecny konflikt na Ukrainie jest z rosyjskiego punktu widzenia WOJNĄ DOMOWĄ.

uncutnews.ch/ukraine-das-ist-das-ende

Napisał: EuroYankee

Opracował: Zygmunt Białas

Zbrodnicza arytmetyka Netanjahu

Według obliczeń samego Netanjahu, obszar Gazy jest 3900 razy większy od obszaru 11 września.

Autorstwa Larry’ego C. Johnsona

Benjamin Netanjahu lubi przekładać żałobę Izraela na język amerykański. W zeszłym miesiącu, w Organizacji Narodów Zjednoczonych, pomnożył liczbę ofiar śmiertelnych z 7 października przez stosunek liczby ludności amerykańskiej do izraelskiej. Powiedział, że 1200 Izraelczyków zabitych tego dnia odpowiadało „40 000 niewinnych Amerykanów zamordowanych w niecałe 24 godziny. To 16 razy więcej niż liczba ofiar 11 września”.

Porównania per capita to w pełni uzasadnione narzędzie. Mały kraj odczuwa masakrę dotkliwiej niż duży, a Amerykanie powinni zrozumieć, co 7 października oznaczał dla Izraelczyków. Ale metoda jest uczciwa tylko wtedy, gdy jest się gotowym zastosować ją do każdego. Zastosujmy więc metodę Netanjahu do ludzi, których jego armia zabijała przez ostatnie trzy lata.

Przed wojną Gaza liczyła około 2,2 miliona mieszkańców. Stany Zjednoczone mają około 341 milionów – około 155 razy więcej. Przyjmijmy ostrożną liczbę 75 000 Palestyńczyków zabitych w Gazie, nieco powyżej obecnych danych Ministerstwa Zdrowia Gazy, które wynoszą ponad 73 000. Pomnóżmy to przez logikę samego Netanjahu, a otrzymamy około 11,6 miliona Amerykanów.

Jedenaście i sześć milionów. To mniej więcej tyle, ile liczy populacja Ohio. To ponad dziesięć razy więcej niż liczba Amerykanów poległych we wszystkich wojnach Stanów Zjednoczonych razem wziętych – od rewolucji po Afganistan. To około piętnaście razy więcej niż liczba Amerykanów poległych w wojnie secesyjnej, najkrwawszym konflikcie w historii kraju.

Zgodnie z jednostką wybraną przez Netanjahu, liczba ta wynosi około 3900 razy tyle, ile wynosi data 11 września.

Jeśli przeliczymy według standardów Izraela, wynik będzie taki sam. 75 000 zabitych w populacji liczącej 2,2 miliona ludzi odpowiada około 340 000 Izraelczyków. Netanjahu zbudował przemówienie, wojnę i politykę zagraniczną na 1200 ofiarach. Wyobraźcie sobie, co powiedziałby o 340 000.

Praktyczny mnożnik

Obrońcy premiera będą argumentować, że porównanie jest niesprawiedliwe, ponieważ wielu zabitych w Strefie Gazy to bojownicy Hamasu. W porządku. Odejmijmy każdego bojownika, którego uznało za członka izraelskiej armii, i zastosujmy mnożnik do pozostałej liczby. Nawet 50 000 ofiar to i tak prawie 8 milionów Amerykanów – około 2600 razy więcej niż liczba ofiar 11 września. Można dyskutować o każdym pojedynczym wpisie w tym zestawieniu, ale wynik i tak mierzy się w milionach.

Arytmetyka Netanjahu ma swoje problemy nawet na jego własnych warunkach. 40 000 Amerykanów podzielone przez 2977 osób, które zginęły 11 września, daje około 13,4-krotność liczby ofiar 11 września – a nie 16-krotność. Kiedy retoryka wymaga większej liczby, wydaje się, że jest ona zaokrąglana w górę.

Ale prawdziwym problemem nie jest zaokrąglanie. Chodzi o selektywność. Mnożnik Netanjahu ma działać tylko w jednym kierunku. Powiększa on liczbę ofiar wśród Izraelczyków do rozmiarów amerykańskiej katastrofy, aby amerykańska publiczność mogła wczuć się w to, co czuli Izraelczycy. Zastosowany do Palestyńczyków, daje tak wysokie liczby, że każdy amerykański widz zastanawiałby się, za co płaci. Dlatego nigdy go wobec nich nie stosuje.

Co tak naprawdę pokazuje porównanie

Celem porównania per capita jest uświadomienie skali strat osobom z zewnątrz. Netanjahu chce, aby Amerykanie wyobrazili sobie, że 40 000 ich rodaków zostało zamordowanych w ciągu jednego dnia – i aby wszystko, co Izrael zrobił od tamtej pory, uznali za naturalną reakcję. Dobrze. Następnie wyobraźcie sobie, że Amerykanie 11,6 miliona ich rodaków zginęło na terytorium, które odcina wszelką możliwość ucieczki – i nazwijcie to samoobroną.

Żaden amerykański prezydent nie nazwałby 11,6 miliona ofiar śmiertelnych w Ameryce proporcjonalną reakcją na cokolwiek. Żaden Amerykanin nie przyznałby, że zmarli na to zasłużyli, ponieważ niektórzy z nich byli uzbrojeni. I nikt, kto to policzył, nie zaakceptuje założenia arytmetyki Netanjahu – że życie Izraelczyków jest liczone, a Palestyńczyków nie.

Metoda ta wywodzi się od Netanjahu. Podobnie jak odpowiedź, którą ona udziela: według jego własnych standardów katastrofa w Strefie Gazy jest około 290 razy większa niż ta, o której prosi świat, by o niej pamiętał.

Kogo Leon XIV zaprosił do Rzymu? „Amoris laetitia”. Szokująca lista

Kogo Leon XIV zaprosił do Rzymu? „Amoris laetitia”. Szokująca lista

7 października 2026 pch24/kogo-leon-xiv-zaprosil-do-rzymu-szokujaca-lista

2345r24t34gh2i834ygt2ht0h23.jpg
Leon XIV na Lampedusie, fot. Vatican News/YouTube

Stolica Apostolska przedstawiła listę uczestników specjalnego spotkania papieża Leona XIV z szefami episkopatów z całego świata. Oprócz osób, które biorą w nim udział z urzędu, wrażenie robi lista osób zaproszonych przez Watykan. 

Obecność szefów episkopatów czy urzędników Kurii Rzymskiej na spotkaniu Leona XIV z biskupami świata to rzecz oczywista – na tym polega spotkanie. Papież chce porozmawiać z hierarchami o tym, jak w ostatnich latach implementowano w życie adhortację „Amoris laetitia” papieża Franciszka i co zrobić z tym dalej. Chodzi o dokument, w którym wskazuje się na bardziej zindywidualizowaną rolę ludzkiego sumienia, zwłaszcza w kontekście dopuszczenia do Komunii świętej rozwodników w powtórnych związkach.

Zastanawiająca jest lista uczestników spotkania, których Stolica Apostolska określiła mianem „zaproszonych” – „invitati„. To grupa biskupów, którzy nie musieliby brać udziału w spotkaniu, ale ktoś w Watykanie chciał, by jednak wzięli.

Wśród niech będą na przykład: liberalny, prodemokratyczny kardynał Blase Cupich, metropolita Chicago; liberalny, prosynodalny kardynał Jean-Claude Hollerich, arcybiskup Luksemburga; liberalny, protęczowy kardynał Robert McElroy, arcybiskup Waszyngtonu.

Będą też inni kardynałowie znani z apologii wobec „Amoris laetitia” – zaproszono kardynała Victora Manuela Fernándeza, prawą rękę Franciszka; kardynała Louisa Antonio Tagle’a z Filipin, który gorąco bronił tego dokumentu; czy też kardynała Josepha Tobina z USA, który przyjmował „pielgrzymki” LGBT.

Wśród zaproszonych nie ma nikogo, kto byłby krytykiem „Amoris laetitia”. 

Pach

Apostołowie głosili Ewangelię bez próby dostosowania jej do ducha czasu w Rzymie

Bp Rob Mutsaerts:

Współczesna rewolucja

w Kościele kontra…

śmierć apostołów

8 października 2026 pch24/bp-rob-mutsaerts-wspolczesna-rewolucja-w-kosciele-kontra-smierc-apostolow

download-e1705396360675.jpg
bp Robert Mutsaerts

Apostołowie głosili Ewangelię bez próby dostosowania jej do ówczesnego ducha czasu w Rzymie. Nie zostali za to zaproszeni do synodalnego stołu rozmów. Zostali zabici – pisze bp Rob Mutsaerts, biskup pomocniczy diecezji s’-Hertogenbosch w Holandii.

W ciągu dwóch tysięcy lat Kościół katolicki doświadczył niemal wszystkiego, co może spotkać jakąkolwiek instytucję: złych papieży, skorumpowanych biskupów, herezji, schizm, rewolucji, prześladowań, zdeprawowanych klasztorów, rozwiązłych duchownych oraz teologów, którzy tak bardzo pragnęli być oryginalni, że w końcu tylko oni sami rozumieli, o co im chodziło.

A jednak Kościół wciąż istnieje. Nie dlatego, że katolicy zawsze postępowali rozsądnie. Byłaby to dość śmiała hipoteza historyczna. Kościół przetrwał, ponieważ wciąż na nowo pojawiało się jedno niezwykłe zjawisko: po zamęcie, sporach i intelektualnych akrobacjach ortodoksja katolicka okazywała się niezwykle trwała. Ariusz zniknął, Nicea pozostała. Katarzy zniknęli, Credo pozostało. Jansenizm, modernizm i dziesiątki innych modnych nurtów jawiły się jako przyszłość, a kończyły jako przypis. Katolicyzm ma dość proste kryterium sprawdzające: ciągłość. Stąd znaczenie Tradycji, przekazanego dziedzictwa wiary.

Zróbmy to razem!

  • 25 zł
  • 50 zł
  • 100 zł
  • 200 zł
  • 500 zł

Nie oznacza to jednak, że nic nigdy nie może się zmienić. Liturgia ewoluowała, prawo kościelne uległo zmianom, zasady kościelne zostały zmodyfikowane, a sformułowania teologiczne dopracowano. Dąb po pięciuset latach wygląda inaczej niż wtedy, gdy był jeszcze żołędziem. Ale gdy z tego żołędzia nagle wyrośnie tulipan, słowo „ewolucja” nie jest już właściwe. Właśnie w tym tkwi problem obecnego kryzysu kościelnego. Nie ma bowiem mowy o spektakularnym szturmie na Watykan. Na początku nauka pozostaje niezmienna. Współczesna formuła kościelna brzmi mniej więcej tak: „Nauka oczywiście się nie zmienia, ale nasze podejście duszpasterskie musi ulec zmianie”. Brzmi to uspokajająco… dopóki praktyka duszpasterska przez lata nie przekazuje dokładnie czegoś przeciwnego do nauki, która rzekomo pozostała niezmieniona.

Weźmy na przykład Niemcy. Niemiecka „Droga Synodalna” nie ograniczała się jedynie do dyskusji na temat reform administracyjnych czy lepszej kontroli nad władzą biskupią. W oficjalnym porządku obrad znalazły się takie kwestie, jak seksualność, homoseksualizm, pozycja kobiet w urzędach kościelnych oraz struktura władzy kościelnej. W 2023 roku „Synodalna Droga” przyjęła nawet uchwałę, w której zwrócono się o wprowadzenie oficjalnych ceremonii błogosławieństwa m.in. dla par homoseksualnych i powtórnych związków cywilnych, wraz z formami liturgicznymi, które miały zostać opracowane.

Rzym również dostrzegł ten problem. W 2022 roku Stolica Apostolska wyraźnie oświadczyła, że niemiecka „Droga Synodalna” nie ma uprawnień do narzucania nowych form zarządzania ani nowych kierunków w zakresie nauki i moralności, ponieważ mogłoby to stanowić „ranę dla wspólnoty kościelnej” oraz zagrożenie dla jedności Kościoła. To dość poważne oświadczenie. Kiedy Rzym musi publicznie ostrzec proces kierowany przez biskupów, że nie wolno mu wprowadzać nowej moralności, najwyraźniej nie mówimy tu wyłącznie o czasach niepewności.

Tymczasem proces ten trwa nadal. W kwietniu 2025 roku przedstawiciele Niemieckiej Konferencji Biskupów i ZdK opublikowali wytyczne, w których wyraźnie zachęcano do udzielania błogosławieństwa osobom rozwiedzionym, które ponownie zawarły związek małżeński, parom o każdej orientacji seksualnej oraz innym parom pozostającym w związkach niekościelnych. I znów: „nie chodzi o to, że stara nauka jest błędna”, ale „towarzyszymy ludziom”. Nie: „zmienia się moralność”. To jest „pastoralna bliskość”. Kto zgłasza zastrzeżenia, szybko zostaje przypisany do roli faryzeusza. Nowator posiada miłość; ortodoksyjny katolik posiada najwyraźniej jedynie kodeks. Jest to retorycznie niezwykle wygodne.

Ten sam problem ujawnił się w związku z dokumentem „Fiducia supplicans”. Ten dokument z 2023 roku formalnie i wyraźnie opiera się na katolickiej nauce o małżeństwie. Stwierdza on nawet, że związków homoseksualnych nie wolno mylić z małżeństwem oraz że wspomniane błogosławieństwa nie mogą przybierać liturgicznej formy przypominającej ślub. Jednocześnie dokument ten dopuszcza, by pary tej samej płci mogły być spontanicznie błogosławione. Trzeba być wyjątkowo naiwnym, by sądzić, że symboliczne gesty nie niosą ze sobą żadnego przesłania.

Dzień po opublikowaniu tego dokumentu amerykański jezuita James Martin udzielił błogosławieństwa homoseksualnej parze żyjącej w związku małżeńskim w Nowym Jorku, w obecności przedstawicieli prasy. Formalnie można powiedzieć, że nie zawarto małżeństwa. W praktyce jednak połowa świata była świadkiem, jak dwóch mężczyzn żyjących jako para otrzymało wspólnie błogosławieństwo od katolickiego księdza.

I tu znów pojawia się to osobliwe rozróżnienie: „To, co widzicie, nie jest tym, co mamy na myśli”. W dłuższej perspektywie jest to trudna strategia duszpasterska. Język sakramentalny Kościoła składa się przecież właśnie z widzialnych znaków. Kiedy przez lata uczymy się, że gesty mają znaczenie, trudno nam nagle twierdzić, że kościelne błogosławieństwo należy rozumieć wyłącznie poprzez przypisy do rzymskiego dokumentu.

A potem biskup Johan Bonny z Antwerpii. W marcu 2026 roku oświadczył, że zamierza wyświęcić w Antwerpii w 2028 roku żonatych mężczyzn na kapłanów (po niezwykle krótkim okresie przygotowań; do kapłaństwa naprawdę potrzeba znacznie więcej lat). Sformułował to nawet w ten sposób, że jego zdaniem nie chodzi już o to, czy to się stanie, ale kiedy. W międzyczasie przygotowuje się kandydatów, podczas gdy do faktycznej konsekracji nadal potrzebna jest zgoda Rzymu. I właśnie to ilustruje nowy styl zarządzania w Kościele. Najpierw buduje się oczekiwania. Następnie organizuje się praktykę. Potem zwraca się do Rzymu z prośbą o uregulowanie powstałej w międzyczasie rzeczywistości. Pytanie nie brzmi: „Na co Kościół pozwala?”, ale: „Co możemy już teraz zrobić, aby Kościół miał później trudności z cofnięciem tej decyzji?”. To nie jest synodalność. To teologia faktów dokonanych.

I tym samym dochodzimy do papieża Franciszka. Jego pontyfikat sprzyjał kulturze, w której niejasności niezwykle często interpretowano w sposób postępowy. Schemat był zawsze mniej więcej ten sam: nauka pozostaje nienaruszona, ale konkretny przypadek jest skomplikowany; normy nadal obowiązują, ale należy dokonywać rozróżnienia; doktryna jest jasna, ale jej zastosowanie duszpasterskie może się różnić. Samo w sobie nie ma w tym nic niekatolickiego. Również Tomasz z Akwinu wiedział, że  w konkretnych okolicznościach trzeba wydać mądry osąd. Jednak gdy niemal każdy wyjątek zmierza w tym samym kierunku, uzasadnione staje się pytanie, czy w ogóle mamy jeszcze do czynienia z wyjątkami.

Jest to niepokojące. Dlaczego? Przeczytajmy historię Kościoła. Zmiany kościelne rzadko zaczynają się od oświadczenia: „Od poniedziałku znosimy dwutysięczną tradycję katolicką”. Dzieje się to inaczej. Najpierw mówi się, że dana nauka jest „błędnie rozumiana”. Potem, że terminologia jest „obraźliwa”. Następnie, że nikt nie chce zmieniać nauki, ale potrzebna jest „przestrzeń duszpasterska”. Potem pojawiają się lokalne eksperymenty. Eksperymenty stają się praktyką. Praktyka buduje oczekiwania. Oczekiwania stają się „rzeczywistością życia”. I w końcu tych, którzy bronią pierwotnej doktryny, pyta się, dlaczego tak uparcie trzymają się sformułowania, które jest już przestarzałe. To właśnie cicha rewolucja!

Nie zaprzeczenie dogmatowi, ale jego zanikanie. Nie: „To już nie jest prawdą”, ale: „Obecnie powinniśmy mówić o tym w sposób bardziej zniuansowany”. Nie: „Szóste przykazanie już nie obowiązuje”, ale: „Musimy unikać obciążania ludzi zasadami”. Nie: „Kapłaństwo się zmienia”, ale: „Potrzeby lokalnej wspólnoty wymagają nowych form”. W ten sposób nauka może formalnie pozostawać w Katechizmie jeszcze przez wiele lat, podczas gdy w praktyce duszpasterskiej odgrywa coraz mniejszą rolę.

Czasami Kościół musi znaleźć nowe słowa, by w zrozumiały sposób głosić tę samą prawdę. Ale właśnie dlatego decydujące pytanie nie brzmi: czy coś się zmienia? Pytanie brzmi: czy to, co się zmienia, można rozpoznać jako organiczny rozwój tego, co było wcześniej, czy też mamy do czynienia z zerwaniem z przeszłością? Dlatego ciągłość nie jest tylko jakieś hobby nostalgików. Jest to katolickie kryterium. Katolickie pytanie nigdy nie brzmi wyłącznie: „Czy to jest przyjazne?”, „Czy to jest inkluzywne?”, „Czy to sprawdza się w duszpasterstwie?”. Decydującym pytaniem pozostaje: czy jest to ta sama wiara, którą otrzymaliśmy? Wiara Pawła, Augustyna, Tomasza, Soboru Trydenckiego, Newmana, Jana Pawła II i Benedykta XVI?

Być może najbardziej ironiczne w obecnej sytuacji jest to, że od sześćdziesięciu lat postępowe reformy są przedstawiane jako niezbędne do tego, by uczynić Kościół bardziej atrakcyjnym dla współczesnego człowieka. A tymczasem kościoły pustoszeją właśnie w krajach silnie zsekularyzowanych. Być może współczesny człowiek jest jednak mniej pod wrażeniem Kościoła, który powtarza mu to, co przeczytał już wczoraj w gazecie. Dlaczego ktoś miałby wstawać wcześnie w niedzielny poranek, aby w kościele usłyszeć te same przesłania moralne, które w sobotę wieczorem otrzymał za darmo w talk-show? Kiedy idąc drogą ktoś po pewnym czasie nie widzi już nikogo przed sobą, ten może pomyśleć, że znalazł się w punkcie proroczej awangardy. Istnieje jednak jeszcze inna możliwość: po prostu skręcił w złą stronę.

Kościół posiada tylko jeden prawdziwie rewolucyjny produkt: Ewangelię. Niestety, produktu tego nie da się dostosować do potrzeb działu marketingu. Chrześcijaństwo nie powstało dlatego, że dwunastu apostołów postanowiło lepiej dostosować się do ówczesnego ducha rzymskiego. Głosili oni coś, co ich otoczenie uznawało czasem za wspaniałe, czasem za szalone, a czasem za obraźliwe. Nie zaproszono ich za to do synodalnego stołu rozmów. Zostali za to zabici.

Bp Rob Mutsaerts

Paarse Pepers

Siódmego października 1918 roku Rada Regencyjna Królestwa Polskiego proklamowała niepodległość Polski

Prawdziwa data odzyskania niepodległości Polski. To inny dzień, niż większość myśli. „Jesteście państwo okłamywani od początku”

7.10.2026 nczas/prawdziwa-data-odzyskania-niepodleglosci-polski-to-inny-dzien-niz-wiekszosc-mysli-jestescie-panstwo-oklamywani-od-poczatku

Flaga Polski
NCZAS.INFO | Flaga Polski. Obrazek ilustracyjny wygenerowany przez AI. / Źródło: Grok

To właśnie dziś, 7 października, przypada prawdziwa rocznica odzyskania niepodległości przez Polskę. Z tej okazji przypominamy, co o wydarzeniach sprzed 108-miu lat mówili publicyści „Najwyższego Czas-u!” Stanisław Michalkiewicz oraz Janusz Korwin-Mikke.

To właśnie 7 października 1918 roku Rada Regencyjna Królestwa Polskiego [tak !! MD] przejęła zwierzchność nad wojskiem polskim i rozpoczęła proces przejmowania władzy i formowania Państwa Polskiego.

„11 listopada właściwie nic takiego się nie stało”

Stanisław Michalkiewicz podkreślał, że „11 listopada właściwie nic takiego się nie stało, żadna niepodległość nie została wówczas proklamowana″. – Niepodległość Polski po 123 latach niewoli została proklamowana 7 października przez Radę Regencyjną na wieść o tym, że Niemcy próbują utworzyć niepodległą Ukrainę, do której chcieliby inkorporować Lwów – mówił publicysta.

– Rada Regencyjna uznała, że to zagraża żywotnym interesom państwa Polskiego i w związku z tym 7 października 1918 roku proklamowała niepodległość Polski. 11 listopada Rada Regencyjna przekazała Piłsudskiemu władzę wojskową. Czyli co dokładnie? Przekazała mu zorganizowane wcześniej państwo – wyjaśnił Michalkiewicz.

[14 listopada 1918 r. Rada Regencyjna rozwiązała się i przekazała Piłsudskiemu także pełnię władzy cywilnej, mianując go Naczelnikiem Państwa. md]

– Dopiero 16 listopada 1918 roku Piłsudski notyfikował powstanie państwa Polskiego opartego na podstawach demokratycznych. (…) Z tego wynika, że proces odzyskiwania przez Polskę niepodległości był rozciągnięty w czasie – dodawał.

„11 listopada nie jest żadną rocznicą”

Janusz Korwin-Mikke podkreślił, iż „jesteście państwo okłamywani od początku, 11 listopada nie jest żadną rocznicą odzyskania niepodległości″. – 11 listopada nastąpiło jedynie przekazanie władzy przez Radę Regencyjną towarzyszowi Ziółkowi z partii socjalistycznej, czyli Piłsudskiemu – mówił poseł.

– 7 października Rada Regencyjna zadekretowała oderwanie się od mocarstw centralnych i tę rocznicę świętujemy, a nie rocznicę przekazania władzy socjaliście (…) niestety takie były wówczas nastroje społeczne, że Rada Regencyjna uznała, że lepiej przekazać władzę Piłsudskiemu, niż żeby miał być rząd lubelski złożony z komunistów – przypominał Korwin-Mikke.

– 11 listopada jako data odzyskania niepodległości został ogłoszony dopiero w 1937 roku i tylko dwa razy był obchodzony przed wojną. Rząd londyński zakazał obchodzenia tego (…) Chodzi o zamanifestowanie, że 7 października nastąpiło odzyskanie niepodległości, a 11 listopada władzę przejęli socjaliści, którzy potem gnębili Polskę podatkami i doprowadzili do klęski. 11 listopada to jest rocznica klęski – wyjaśnił.

Widmo Egona Bahra powraca do Moskwy

Widmo Egona Bahra powraca do Moskwy

forumgeopolitica/the-spectre-of-egon-bahr-returns-to-moscow

W 1963 roku Bahr opracował Ostpolitik („Politykę Wschodnią”), która faworyzowała zbliżenie z ZSRR nad wrogością. Pod koniec życia nazwał wybór konfrontacji przez Zachód „błędem stulecia”.

Marco Fernandes 7 paź 2026

Wieczorem 1 października, przed zamknięciem plenarnego posiedzenia dorocznego Klubu Wałdajskiego – w którym miałem okazję uczestniczyć – Władimir Putin niespodziewanie zboczył z tematu, odwołując się do materiałów znalezionych w sowieckich archiwach. Odnalazł ostrzeżenia sprzed prawie czterech dekad, wydane przez Niemca, którego prawie nikt już nie pamięta: Egona Bahra, członka kierownictwa Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD). To właśnie Bahr opracował w 1963 roku tzw. Ostpolitik („Politykę Wschodnią”), która stawiała na zbliżenie ZSRR z Zachodem, a nie na polaryzację przeciwko niemu. Niemcy, jak proponował Bahr, powinny być mostem między dwiema stronami muru. Jako sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta – innymi słowy, prawa ręka Willy’ego Brandta – Bahr negocjował traktaty wschodnie Brandta (kanclerza Niemiec w latach 1969–1974). W latach 1970–1973 Bonn podpisało traktaty wschodnie z Moskwą, Warszawą i Berlinem Wschodnim: uznając granice powstałe w wyniku wojny oraz istnienie innych Niemiec w zamian za gwarancję tranzytu i wizyt rodzinnych. Była to formuła Bahra w formie prawnej – zaakceptować to, co istnieje, aby rzeczy mogły się zmienić poprzez współistnienie. Chadecy (CDU) zwalczali traktaty do tego stopnia, że ​​niemal doprowadzili Brandta do upadku: wniosek o wotum nieufności z 1972 roku został odrzucony zaledwie dwoma głosami.

W Wałdaju Putin odczytał trzy fragmenty z sowieckich archiwów. W pierwszym Bahr zidentyfikował w samym NATO te kręgi, które w ogóle nie chcą podążać ścieżką współpracy paneuropejskiej i wygaszania konfrontacji. W drugim ostrzegł, że bez zdecydowanych kroków w celu przezwyciężenia podziału Europy na wrogie bloki, rozwój wydarzeń przybierze skrajnie niekorzystny charakter, skazując ZSRR na międzynarodową izolację. Przedstawił też, co powinno zastąpić bloki: Radę Bezpieczeństwa o szerokich uprawnieniach, skupiającą Stany Zjednoczone, Związek Radziecki i całą Europę Środkową i Wschodnią – bez posuwania się NATO na wschód. Po znalezieniu tego w archiwach, Putin powiedział, ostrzegając, że zabrzmi to „niedyplomatycznie”: „Opadła mi szczęka”. W obliczu Niemiec, których retoryka z dnia na dzień staje się coraz bardziej agresywna i które uparcie podsycają widmo „rosyjskiego zagrożenia”, to rzeczywiście zdumiewające, że jeden z czołowych umysłów niemieckiej polityki zagranicznej przez ponad dwie dekady był tak wyczulony na niebezpieczeństwa zaostrzającej się polaryzacji między Zachodem a ZSRR i zaproponował nową, odważną architekturę bezpieczeństwa dla Europy, jednocześnie sprzeciwiając się ekspansji NATO na wschód. Dla prezydenta Rosji to tak, jakby Bahr zajrzał w szklaną kulę.

Ważne jest, aby zwrócić uwagę na moment, w którym to powiedziano. Dwadzieścia cztery godziny wcześniej Moskwa wysłała do NATO memorandum z ostrzeżeniem, że w razie próby nałożenia blokady Kaliningradu przez sojusz sięgnie po wszelkie dostępne środki obrony. W Wałdaju Putin stwierdził, że nie wspomniano o broni jądrowej; jednak tego samego dnia stały przedstawiciel Rosji przy Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, Dmitrij Polański, powiedział na posiedzeniu Stałej Rady tej organizacji, że w rosyjskich dokumentach doktrynalnych przewidziano odpowiedź nuklearną w takim przypadku. Tego samego 1 października kanclerz Niemiec Friedrich Merz ostrzegał, że Europa musi przygotować się na rozszerzone rosyjskie operacje hybrydowe. To właśnie w tej atmosferze prezydent Rosji decyduje się mówić o Niemczech. Ale mówi o tym ustami Niemca.

W lutym 1990 roku Bahr przebywał w Moskwie w imieniu frakcji parlamentarnej SPD, w towarzystwie posła Karstena Voigta, i powiedział Aleksandrowi Jakowlewowi – architektowi pierestrojki – w obecności Walentina Falina, który był ambasadorem ZSRR w Bonn w latach Ostpolitik , że Helmut Kohl (z CDU, ówczesny kanclerz Niemiec) chciał „NATO aż do Odry”, rzeki oddzielającej Niemcy od Polski (dziś sojusz rozciąga się tysiąc kilometrów dalej, 130 km od Petersburga). I że jeśli Związek Radziecki nic nie zrobi, by temu zapobiec, nigdy nie wróci do Moskwy – jak opowiedział nam Putin. Następnego dnia zaproponował radzieckiemu ministrowi spraw zagranicznych Eduardowi Szewardnadze europejski system bezpieczeństwa z własnym dowództwem, do którego zjednoczone Niemcy miałyby się przywiązać w miejsce bloków opozycyjnych – i ostrzegł, że jeśli Moskwa zaakceptuje przystąpienie Niemiec do NATO, sama SPD zmieni swoje stanowisko i skapituluje. Szewardnadze odpowiedział : „Związek Radziecki nie skapituluje”. Trzy miesiące później, w Waszyngtonie, Gorbaczow przyznał Niemcom prawo wyboru własnego sojuszu. Osiemnaście miesięcy później Związek Radziecki dosłownie skapitulował. Wkrótce potem, ironicznie lub tragicznie, optymistyczny Szewardnadze został prezydentem byłej radzieckiej republiki Gruzji.

Putin wykorzystał Bahra nie tylko do krytyki obecnego rządu niemieckiego czy rządu UE, ale także do krytyki Gorbaczowa. Radzieckie kierownictwo, jak powiedział, „słuchało, słuchało i nic nie zrobiło”. Voigt – przekonany atlantysta, który nie zgadzał się z Bahrem w swojej delegacji – opublikował swoją wersję spotkania w 2016 roku: Sowieci „nie mieli własnej koncepcji”, byli przeciwni przystąpieniu do NATO, ale „nie mieli przekonujących alternatyw do zaoferowania” i wydawali się bardziej zainteresowani relacjami z Waszyngtonem. Siedem tygodni później Falin napisał do Gorbaczowa, że ​​radziecka polityka europejska popadła w „kontemplacja i refleksja, żeby nie powiedzieć depresja”, że „Zachód nas przechytrza” i że wspólny europejski dom „zamienia się teraz w miraż”. Innymi słowy, doświadczony radziecki dyplomata ostrzegał przed złudzeniem, że pewnego dnia mogą być mile widziani w tak zwanej „cywilizacji zachodniej”.

Oto, co Putin pozostawił między wierszami w Wałdaju: w 1990 roku niemiecki socjaldemokrata i czołowy radziecki ekspert ds. Niemiec wystosowali ten sam apel z przeciwnych stron, ale został zignorowany przez tego samego człowieka, Gorbaczowa. Cena, jaką zapłacił ZSRR, a później Rosja, była wysoka – a przesłanie ma podwójny adres. Wewnętrznie powtarza ono stanowisko samego Putina, od dawna ostrzegając rosyjskie elity przed złudzeniami dotyczącymi Zachodu. Zewnętrznie stara się przypomnieć Niemcom – i Europie – że kiedyś byli zdolni do prowadzenia minimalnie racjonalnej polityki wobec Rosji.

Ile kosztuje gospodarcze samobójstwo Niemiec?

Niemcy, do których adresowane było to przesłanie, przeżywają prawdziwy kryzys gospodarczy. Niemiecki Instytut Ekonomiczny – IW z Kolonii, think tank finansowany przez związki pracodawców i poza wszelkimi podejrzeniami o sympatiach rosyjskich – obliczył w lutym tego roku, że od 2020 roku niemiecka gospodarka odnotowała niedobór produkcji w wysokości prawie biliona euro. W 2025 roku niemiecka produkcja ledwo przekroczyła poziom z 2019 roku. Innymi słowy, sześć lat paraliżu. IW nie oddziela wstrząsów: pandemia, wojna i konfrontacyjna polityka Waszyngtonu nakładają się na siebie od 2022 roku. Ale strona energetyczna rachunku jest po prostu oszałamiająca.

W 2021 roku Rosja odpowiadała za 55% niemieckiego importu gazu, a sam Nord Stream 1 dostarczył 59,2 mld metrów sześciennych, przekraczając własne nominalne moce. Było to paliwo dla struktury przemysłowej zbudowanej na taniej energii. TTF, referencyjna cena gazu w Europie, utrzymywała się poniżej 20 euro za megawatogodzinę przez większość 2019 i 2020 roku; we wrześniu 2026 roku, po osiągnięciu szczytu 340 euro w 2022 roku, nadal utrzymywała się między 73 a 80 – trzy do czterech razy więcej niż wcześniej.

Niemcy zastąpiły rosyjskie rurociągi statkami z dalekich krajów: w pierwszym kwartale tego roku 89% ich LNG pochodziło ze Stanów Zjednoczonych. W latach 2022-2025 Unia Europejska wydała około 281 mld euro na gaz skroplony, z czego 131,5 mld euro przeznaczono na ładunki amerykańskie. Doszło do ogromnego transferu dochodów przez Atlantyk.

Wpływ na realną gospodarkę widać w oficjalnych statystykach. Według Destatis , niemieckiego federalnego urzędu statystycznego, produkcja w sektorach energochłonnych spadła o 15,2% między lutym 2022 r. a marcem 2026 r., w porównaniu z 9,5% w całym przemyśle. Firma konsultingowa EY, opierając się na danych z tego samego federalnego instytutu, naliczyła 124 000 miejsc pracy w przemyśle zlikwidowanych w 2025 r., prawie dwukrotnie więcej niż w 2024 r., z czego 50 000 w przemyśle motoryzacyjnym. Od 2019 r. niemiecki przemysł stracił około 266 000 miejsc pracy, a sektor motoryzacyjny 111 000 — 13% jego całości. Czwarty kwartał 2025 r. był dziesiątym z rzędu kwartałem spadku przychodów przemysłowych.

Najbardziej wymowna jest jednak cicha decyzja kapitału: w badaniu przeprowadzonym wśród 3000 firm, cztery na dziesięć deklaruje, że rozważa ograniczenie produkcji w Niemczech lub przeniesienie jej za granicę – odsetek ten w 2022 roku wyniósł 21%. Podczas gdy BASF otwierał w marcu tego roku kompleks o wartości 10 miliardów euro w Zhanjiang w Chinach – największą pojedynczą inwestycję w swojej historii – ArcelorMittal informował niemiecki rząd, że nie zbuduje swoich zielonych hut stali w Bremie i Eisenhüttenstadt, rezygnując z 1,3 miliarda euro już zatwierdzonych dotacji. Jako powód podano cenę niemieckiej energii elektrycznej. Prezes firmy, Geert van Poelvoorde, oświadczył: „Europejski przemysł stalowy jest pod bezprecedensową presją, aby utrzymać rentowność – i to bez dodatkowych kosztów wymaganych do dekarbonizacji”. PKB spadł o 0,3% w 2023 r. i 0,2% w 2024 r., a w 2025 r. wzrósł o 0,2%. Nie jest to spowolnienie cykliczne, lecz zagrożenie dla samych fundamentów bazy produkcyjnej kraju.

Innymi słowy, jest to przyspieszony proces de-industrializacji, spowodowany decyzją polityczną podjętą w Berlinie, który zdecydował się zrezygnować z taniego rosyjskiego gazu w zamian za ten sam surowiec, trzykrotnie droższy i oddalony o ocean. Nazywanie tego gospodarczym samobójstwem nie jest retoryczną przesadą.

Reindustrializacja za pomocą środków militarnych: złowrogie déjà vu

W obliczu tego obrazu rząd Friedricha Merza dokonał wyboru, który zna już historia Europy, a którego skutki okazały się katastrofalne: industrializacja kraju pod przewodnictwem przemysłu zbrojeniowego to to, co Niemcy robili w latach 30. XX wieku. 18 marca 2025 roku Bundestag zatwierdził, 513 głosami do 207, poprawkę do konstytucji, zwalniającą wszystkie wydatki na obronę przekraczające 1% PKB z limitu zadłużenia. Hamulec zadłużenia, wpisany do Ustawy Zasadniczej w celu dyscyplinowania państwa niemieckiego, przestał obowiązywać właśnie w odniesieniu do zbrojeń. Budżet na obronę wzrasta z 86 miliardów euro w 2025 roku do 108,2 miliarda w 2026 roku i ma przekroczyć 150 miliardów w 2029 roku, osiągając poziom 3,5% PKB. Tylko do grudnia Bundeswehra (niemieckie siły zbrojne) zamierza podpisać 153 duże kontrakty na zamówienia publiczne o wartości około 83 miliardów euro. Volkswagen, jedna z pereł niemieckiego przemysłu, niedawno ogłosił redukcję zatrudnienia o 50 000 osób, lecz krótko przedtem poinformował również o swoim wejściu na rynek zbrojeniowy.

Retoryka dotrzymała kroku budżetowi i staje się coraz bardziej alarmująca. W czerwcu 2024 roku, w parlamencie, minister obrony Boris Pistorius – socjaldemokrata – postawił sobie cel w zdaniu, które weszło do niemieckiego słownika politycznego: „musimy być gotowi do wojny do 2029 roku”. Merz w swoim pierwszym oświadczeniu rządowym obiecał uczynić Bundeswehrę „najsilniejszą armią konwencjonalną w Europie”. 29 września 2025 roku, w Düsseldorfie, ostrzegł, że zamierza powiedzieć coś „być może na pierwszy rzut oka nieco szokującego”: „nie jesteśmy w stanie wojny, ale nie jesteśmy już też w stanie pokoju”. Wojna Rosji, dodał, to „wojna przeciwko naszej demokracji i wojna przeciwko naszej wolności”.

Niemcy i Rosja od wieków łączyły, że tak powiem, złożone relacje. Katarzyna II Wielka, caryca rosyjska (1762–1796), była niemiecką księżniczką ze Szczecina, a rosyjska dynastia formalnie nosiła nazwę Romanow-Holsztyn-Gottorp od 1762 do 1917 roku. Traktatem reasekuracyjnym Bismarck związał Rosję w 1887 roku, aby nigdy nie musieć walczyć na dwóch frontach, ale jego następcy złamali go w 1890 roku, popychając Rosję w kierunku Francji i tworząc warunki, które eksplodowały w 1914 roku wraz z wybuchem I wojny światowej. Nie trzeba przypominać, że oba kraje stoczyły najkrwawsze bitwy w historii po inwazji Hitlera na ZSRR w 1941 roku.

Trzeci element zdaje się jeszcze bardziej komplikować tę relację. W 1962 roku, pod naciskiem Waszyngtonu, NATO zakazało sprzedaży niemieckich rur do ZSRR, a niemieckie firmy musiały zerwać podpisane kontrakty. Wiele lat później Brandt odrzucił weto: w lutym 1970 roku zawarto umowę „niemieckie rury za radziecki gaz”, sześć miesięcy przed traktatem moskiewskim – wynegocjowanym przez Bahra – w którym Bonn ostatecznie uznało powojenne granice.

W 1982 roku, w kontekście rurociągu syberyjskiego, Waszyngton nałożył sankcje na europejskie firmy, ale rządy europejskie domagały się mimo wszystko honorowania kontraktów, dopóki Reagan nie ustąpił. To były dobre stare czasy, kiedy Europa wciąż zachowywała swoją suwerenność i była w stanie przeciwstawić się sankcjom USA. Do 2019 roku samo zagrożenie ze strony Białego Domu wystarczyło, aby szwajcarska firma Allseas porzuciła Nord Stream 2 w ciągu 24 godzin – a do lutego 2021 roku osiemnaście europejskich firm zrobiło to samo, w tym certyfikatorzy i ubezpieczyciele, bez których rurociąg, nawet po ukończeniu, nie mógłby działać. Wreszcie, we wrześniu 2022 roku, materiały wybuchowe rozstrzygnęły sprawę na dnie Bałtyku wraz z atakiem terrorystycznym na kontrowersyjny rurociąg.

W reportażu śledczym znany dziennikarz Seymour Hersh przypisał eksplozję operacji amerykańskiej, czemu Waszyngton zaprzeczył; W czerwcu tego roku niemiecka prokuratura oskarżyła Ukraińca o dowodzenie żaglowcem, który rzekomo przewoził ładunki wybuchowe. Pewne jest, że niemiecka infrastruktura energetyczna została zniszczona i po czterech latach nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności, a Berlin nigdy nie traktował tego incydentu jako ataku, a tym bardziej jako casus belli . Ukończony we wrześniu 2021 roku, kosztem około 9,5 miliarda euro, Nord Stream 2 nie działał ani jednego dnia. Straty nie poniósł tylko rosyjski Gazprom – który sfinansował połowę projektu – ale także firmy z Niemiec, Austrii, Francji, Wielkiej Brytanii i Holandii.

Tę relację strachu i fascynacji, sojuszu i zniszczenia, niemiecka historiografia, podążając za Gerdem Koenenem, nazywa „ Russland-Komplex” . Dziś wahadło znajduje się na jednym krańcu, a jedynym miejscem w rządzie, gdzie drugi biegun wciąż żyje, jest SPD: w czerwcu 2025 roku ponad stu socjaldemokratów podpisało manifest wzywający do „niezwykle trudnej próby” ponownego zaangażowania się w Moskwę, „gdy tylko ucichną działa”. Pistorius, członek tej samej partii, nazwał ten tekst „zaprzeczeniem rzeczywistości”.

Polityka Merza jest oceniana w głosowaniu

W jednej ze swoich odpowiedzi na plenarnym posiedzeniu w Wałdaju Putin przypisał agresywną eskalację europejskiej retoryki o rzekomym „rosyjskim zagrożeniu” próbie odwrócenia uwagi opinii publicznej od poważnych problemów gospodarczych i społecznych, z którymi borykają się główne państwa europejskie. Sądząc jednak po ostatnich wyborach landowych w Niemczech, taktyka Berlina nie działa. W ciągu piętnastu dni września 2026 roku odbyły się trzy wybory: 6 września w Saksonii-Anhalt, gdzie CDU spadła z 37% do 17%, a AfD pokonała ją z wynikiem 43,8% (najlepszy wynik wyborczy w historii); 20 września w Meklemburgii-Pomorzu Przednim nie tylko AfD wygrała z wynikiem 38,2%, ale CDU z wynikiem 4,9% nie weszła do parlamentu. W Berlinie Die Linke pokonało koalicję CDU-SPD i będzie rządzić stolicą, prawdopodobnie wspólnie z Zielonymi i SPD.

Merz nazwał wynik „katastrofą”, ale zapowiedział, że pozostanie na stanowisku. Sekretarz stanu Philipp Amthor, reprezentujący własne skrzydło partii, podsumował nastrój: „stawką jest wszystko”. W sondażach krajowych AfD oscyluje między 25% a 27%, na równi z CDU. Niemiecki elektorat karze partię zbrojeń z obu stron – z prawej strony AfD, siły walczącej z sankcjami i opowiadającej się za powrotem rosyjskiego gazu; z lewej Die Linke, w stolicy, gdzie właśnie zwyciężyła partia najbardziej otwarcie sprzeciwiająca się eskalacji militarnej. Nie sposób zrozumieć tych wyników bez wspomnienia 124 000 zwolnień w przemyśle w 2025 roku i potrojenia rachunków za energię.

Czy istnieje szansa na kolejny „błąd stulecia”?

Pod koniec życia Bahr nazwał zachodni wybór konfrontacji „błędem stulecia” i stwierdził, że NATO stało się „instrumentem służącym hegemonicznej strategii Stanów Zjednoczonych”. Mniej więcej w czasie śmierci Bahra, George Friedman – Węgier, który uciekł przed komunizmem i nigdy nie żywił sympatii do Moskwy, założyciel Stratfor, geopolitycznej agencji wywiadowczej nazywanej „prywatną CIA” – wyjaśnił publiczności w Chicago, że „pierwotnym interesem Stanów Zjednoczonych, o które przez stulecie toczyliśmy wojny – Pierwszą, Drugą, Zimną Wojnę – były relacje między Niemcami a Rosją. Ponieważ zjednoczeni, są jedyną siłą, która może nam zagrozić. I upewnić się, że to się nie stanie”.

Jedenaście lat później Niemcy importują 89% swojego gazu skroplonego ze Stanów Zjednoczonych, straciły równowartość całego roku produkcji i debatują nad tym, czy już są w stanie wojny. Najwyraźniej Biały Dom wykonał dobrą robotę. Ale Putin najwyraźniej powołał się na Bahra, mając nadzieję, że jedynym argumentem zdolnym do podważenia niemieckiego konsensusu jest argument sam w sobie niemiecki.

Zakład prezydenta Rosji wywołał niezwykłą atmosferę na plenarnym posiedzeniu. Przed zadaniem pytań redaktor naczelny szwajcarskiej gazety „Weltwoche” , Roger Köppel, zaznaczył, że znał Egona Bahra i podziwiał jego wizję polityczną. Putin zaczął odpowiadać na inne pytania, aż nagle przerwał swój tok myślenia i powiedział, że byłoby ciekawie usłyszeć więcej o Egonie Bahrze, ponieważ nigdy go nie spotkał. A potem, niespodziewanie, oddał głos Köppelowi, prosząc go o podzielenie się swoją opinią na temat polityki Bahra. Zaskoczony Köppel odpowiedział, że uważa go za człowieka imponującego, pogodnego i wysoce inteligentnego, realistę, nieulegającego „moralnemu imperializmowi” współczesnej Europy, który „uważa, że ​​Europa jest cmentarzyskiem dawnych imperiów, [ale] że może być kontynentem pokoju i powiązań między USA a Rosją”. Pod koniec sesji plenarnej mój znajomy z Klubu Wałdaj powiedział mi, że nie przypomina sobie innej sytuacji, w której prezydent zadałby pytanie komuś z publiczności.

Rozmawiałem z doświadczoną rosyjską analityczką polityczną, która od lat uważnie śledzi przemówienia Putina. Powiedziała mi, że to wyjątkowe przemówienie, zwłaszcza w sesji pytań i odpowiedzi, w którym prezydent Rosji przemawiał z wielką szczerością, momentami graniczącą z ponurością, i wyrażał autentyczne zaniepokojenie obecną sytuacją geopolityczną. Jej zdaniem Putin zdawał się apelować do globalnych elit decyzyjnych, jakby chciał powiedzieć, że ich obowiązkiem jest niedopuszczenie do wymknięcia się procesów transformacji porządku światowego spod kontroli, bo jeśli tak się stanie, nie będzie zwycięzców. Dodała: „Ton tego przemówienia przypominał mi słynne przemówienie z konferencji monachijskiej z 2007 roku”.

Słysząc uwagę Köppela o „moralnym imperializmie” i „Europie jako cmentarzysku imperiów”, Putin odpowiedział: „Być może dlatego wielu w Europie chce dokończyć dzieło zniszczenia Imperium Rosyjskiego, którego od dawna nie ma? Ale oni najwyraźniej o tym nie wiedzą”.

Ostatnim razem, gdy Niemcy stosowały tak agresywną retorykę wobec Rosji, jednocześnie czyniąc się „najpotężniejszą armią w Europie” – jak chce Friedrich Merz – ludzkość pogrążyła się w największej i najkrwawszej wojnie w swojej historii. Ale Niemcy najwyraźniej już o tym nie pamiętają – ani o Egonie Bahr.

Stany Zjednoczone twierdzą, że Iran „przegrał”, zaś doniesienia mówią o powrocie przedwojennego przepływu ropy [pod kontrolą Iranu]

Stany Zjednoczone twierdzą, że Iran „przegrał”, podczas gdy doniesienia mówią o powrocie przedwojennego przepływu ropy

Symplicjusz simplicius/us-claims-iran-has-lost-as-pre-war

Konflikt o Cieśninę Ormuz wciąż odrywa się od rzeczywistości, o czym ostrzegaliśmy ostatnio. Wygląda na to, że teraz nikt nie może się zgodzić co do tego, co tak naprawdę dzieje się z ropą ani kto „wygrywa”.

Wiele źródeł donosi, że przepływ ropy powrócił do poziomu sprzed wojny, co naturalnie doprowadziło komentatorów do triumfalnych wniosków, że Iran przegrał wojnę lub jest w trakcie jej przegrywania:

https://www.wsj.com/business/energy-oil/middle-east-crude-oil-exports-back-at-prewar-levels-analitycy-say-b5582027

Analitycy twierdzą, że eksport ropy naftowej z Bliskiego Wschodu powrócił do poziomu sprzed wojny, ponieważ najwięksi producenci ropy w regionie zwiększają dostawy za pośrednictwem alternatywnych rurociągów, portów i transferów między statkami, aby sprostać zakłóceniom spowodowanym konfliktem z Iranem.

Goldman Sachs szacuje, że eksport ropy naftowej z Zatoki Perskiej osiągnął 19 milionów baryłek dziennie w ciągu ostatniego tygodnia, do poniedziałku. Ropa naftowa stanowiła prawie 90% ożywienia w całym eksporcie ropy naftowej z regionu we wrześniu, napędzanego zwiększonymi dostawami przez cieśninę Ormuz. Zdolność Iranu do blokowania przepływu ropy przez cieśninę Ormuz załamuje się, a kraj ten nie jest w stanie przesyłać własnej ropy tą drogą wodną od czasu przywrócenia blokady morskiej przez USA w lipcu, donosi „The Wall Street Journal”.

Należy przyznać, że powyższy artykuł ma już prawie tydzień, a sytuacja zmienia się codziennie. W ciągu ostatnich kilku dni pojawiły się nowe doniesienia o atakach Iranu na kolejne statki, co po raz kolejny wywróciło dotychczasowe poglądy do góry nogami:

https://www.wsj.com/world/middle-east/ropa-wylewała-się-ponownie-przez-cieśninę-hormuz-again-then-attacks-on-shipping-resurged-fe9f0dd9

W powyższym tekście napisano, że po krótkim „odrodzeniu” eksportu ropy naftowej Iran ponownie zaczął atakować statki:

DUBAJ — Nowa fala ataków na statki w Cieśninie Ormuz zagraża ożywieniu eksportu ropy naftowej z Bliskiego Wschodu— w momencie, gdy producenci z Zatoki Perskiej zdołali przywrócić dostawy ropy do poziomu sprzed wojny.

Szybki wzrost dostaw w ostatnich tygodniach był napędzany przez amerykańską ochronę morską, wspomaganą wcześniejszymi falami ataków, które zniszczyły irańskie radary i systemy łączności wzdłuż spornej cieśniny. Zjednoczone Emiraty Arabskie i inni producenci stworzyli rozbudowany system przewozów wahadłowych, w ramach którego tankowce ładują ropę naftową w Zatoce Perskiej, opuszczają Ormuz i przeładowują ją na statki oczekujące poza szlakiem wodnym.

Jednak po kilku dniach bez zgłaszania ataków na statki pod koniec ubiegłego miesiąca, brytyjska Służba Operacji Handlowych Morskich (MBTC), która jest powiązana z Królewską Marynarką Wojenną, zgłosiła siedem ataków na jednostki pływające na tym szlaku wodnym od 28 września. W niedzielę poinformowano o kolejnym ataku, ale nie podano, kiedy doszło do incydentu.

Mapowanie AMK 🇳🇿@ AMK_Mapping_

A amerykańskiej odpowiedzi wciąż nie ma 😁 Irański odstraszacz działa.

6:06 · 6 paź 2026 · 21 tys. wyświetleń


6 odpowiedzi · 41 repostów · 455 polubieńBloomberg@ biznes

W ostatnich dniach Iran zwiększył tempo ataków na tankowce w Cieśninie Ormuz, tuż przed osiągnięciem poziomu sprzed wojny w transporcie ropy przez wąskie gardło energetycznebloomberg.comIran nasila ataki na statki w Ormuz w związku ze wzrostem przepływu ropy i gazu21:00 · 6 paź 2026

———————————————

Z tego możemy wyciągnąć dwa wnioski:

Iran wydaje się mieć możliwość wstrzymania, a przynajmniej znacznego ograniczenia, tych tranzytów w dowolnym momencie. Jeśli tranzyty się udają, wydaje się, że dzieje się tak jedynie dzięki dorozumianemu, choć być może tajnemu, zezwoleniu Iranu. Dlaczego Iran miałby udzielać takich zezwoleń? Krążą pogłoski, że Iran zawarł specjalne umowy z niektórymi krajami, które płacą „pod stołem” za zezwolenie na tranzyt, nawet szlakiem omańskim.

Przypomnijmy, że w przeszłości praktycznie potwierdzono istnienie takich tajnych umów. Informowaliśmy o tym w artykule na początku tego roku , powołując się na doniesienia takie jak poniższe:

https://www.israelhayom.com/2026/06/15/trump-secretly-approved-qatar-iran-cash-deal/

W którym stwierdzono:

Stany Zjednoczone potajemnie zatwierdziły porozumienie finansowe i morskie między Katarem a Iranem, na mocy któregoTeheranowi zapłacono miliardy dolarów w zamian za swobodny przepływ katarskich tankowcówi statków przez Cieśninę Ormuz – potwierdzają to trzej dyplomaci.

Teraz może to być rozwinięcie tej samej gry:

Powodem takich gierek jest to, że ostatecznie przynoszą one korzyści obu stronom: Trump może chwalić się „zwycięstwem” przed swoją publicznością w kraju, podczas gdy Iran otrzymuje pomoc gospodarczą i nadal może rościć sobie prawo do kontroli nad Ormuz, biorąc pod uwagę, że „tajne” nocne transfery USA są w zasadzie nie do podważenia. Kiedy konflikt osiąga etap strategicznego impasu, logiczne jest, że obie strony zawierają tajne umowy dla zachowania ciągłości. Mówią w zasadzie: „Słuchajcie, żadna z nas nie ma siły, by całkowicie wyeliminować drugą z gry i żadna z nas nie może publicznie się wycofać ani poddać. Dlatego naszą jedyną opcją jest zawarcie umów, które będą korzystne dla obu stron”.

Jeden z badaczy trafnie zauważył zachodzące obecnie zmiany, pisząc, że nawet jeśli przepływy ropy naftowej sprzed wojny zostaną przywrócone, niewiele to zmieni, jeśli stawki frachtowe za ropę naftową pozostaną na niemożliwym do utrzymania poziomie:

Matt Burnell@ mdburnell

Od kilku tygodni próbuję powtarzać ten komunikat zwolennikom hasła: „ROPA PŁYNIE ZBLIŻONA DO POZIOMÓW SPOZA WOJNY, IRAN STRACIŁ KONTROLĘ”. Można by czerpać 100% przedwojennego wypływu ropy z Zatoki Perskiej, ale nie miałoby to żadnego znaczenia dla ceny ropy, ponieważ…

Ed Finley–Richardson @ ed_fin

„Stawki VLCC osiągnęły bezprecedensowy poziom i wynoszą obecnie 1,3 miliona dolarów dziennie (43 razy więcej niż w styczniu). To równowartość prawie 33 dolarów za baryłkę, czyli 27% kosztu dostawy ropy naftowej”.

9:01 · 4 paź 2026 ·

——————————-

Można by czerpać 100% przedwojennego wydobycia ropy z Zatoki Perskiej, a to nie miałoby najmniejszego znaczenia dla ceny ropy, ponieważ dopóki statki będą regularnie trafiane, koszty transportu ropy będą astronomiczne.

Stawki frachtowe za ropę naftową wynosiły kiedyś 2-3% kosztu dostawy, obecnie zbliżają się do 30%.

To po prostu nie do utrzymania dla branży i będzie nadal rosło wraz ze wzrostem tempa i skuteczności irańskich ataków na żeglugę. Iran nie traci kontroli nad Cieśniną, wręcz przeciwnie, osłabia swoją kontrolę. Nadal ma wystarczające możliwości, aby w razie potrzeby wzmocnić tę kontrolę, co widzieliśmy w tym tygodniu po dużym wzroście liczby ataków i spadku eksportu w porównaniu z poprzednim tygodniem.Co to oznacza w przyszłości? Nic dobrego. Marynarka Wojenna USA wciąż jest zbyt przerażona irańskimi możliwościami zwalczania okrętów, aby umieszczać niszczyciele w pobliżu Cieśniny, a bez fizycznej eskorty morskiej Iran będzie nadal odnosił wystarczające sukcesy w tych atakach, aby utrzymać astronomicznie wysokie stawki frachtowe, a jak zwykle, koszt ten zostanie przerzucony na konsumenta.Będzie gorzej, zanim się poprawi. Nie zdziwiłbym się, gdyby cena Brentu jutro przekroczyła 103 dolary, chyba że administracja zafunduje nam sporą dawkę manipulacji na rynku niedzielnym.






Max Boot, pisząc dla CFR, zgadza się:

https://www.cfr.org/articles/more-oil-same-war-why-increased-exports-arent-a-sign-of-irans-collapse

Eksport ropy naftowej z Bliskiego Wschodu odbił, podsycając twierdzenia, że ​​Stany Zjednoczone wygrywają wojnę z Iranem. Cieśnina Ormuz pozostaje jednak zdradliwa, Teheran nie jest ani o krok bliżej zaakceptowania warunków Waszyngtonu, a koszty konfliktu stale rosną po obu stronach.

Twierdzi, że ceny pozostają znacznie wyższe niż przed wojną, ponieważ większość przesyłu powrotnego pochodzi teraz z droższych tras objazdowych:

Jednak większość wzrostu eksportu pochodzi nie z cieśniny, ale z alternatywnych, okrężnych tras przez Morze Czerwone, Morze Śródziemne (przez Kanał Sueski) i Morze Arabskie. Te alternatywne trasy są dłuższe i droższe niż ta, którą zastępują: „The Wall Street Journal” donosi, że koszt transportu tankowca z ropą z Bliskiego Wschodu do Chin gwałtownie wzrósł z 7 dolarów za baryłkę przed wojną do 35 dolarów za baryłkę obecnie.

Prawdą jest, jak sam wspomina, że ​​Iran ponosi straty gospodarcze z powodu blokady dostaw ropy naftowej przez Stany Zjednoczone w znacznym stopniu. NYT donosi o oświadczeniach szefa irańskich służb bezpieczeństwa Mohsena Rezaeia na temat pogarszającej się sytuacji gospodarczej:

https://www.nytimes.com/2026/10/04/world/middleeast/iran-economy-rial.html

Włączenie artykułu z „New York Timesa” służy jedynie do skontrastowania obu stron, pokazując, jak przesadne zachodnie doniesienia potrafią kreować pesymizm, gdy go nie ma. Powyższy nagłówek zdaje się sugerować, że Iran pogrąża się w terminalnym kryzysie. W rzeczywistości spotkanie przedstawicieli przemysłu i gospodarki, o którym mowa w artykule, któremu przewodniczył Mohsen Rezaei, było w większości pobieżne i miało na celu wzmocnienie różnych reakcji gospodarczych. Zachodnie media gorączkowo trzymały się jedynego, mimochodem powiedzianego przez Rezaei stwierdzenia o „trudnościach”, wyolbrzymiając je. Oto autentyczna treść oświadczenia ze spotkania, wydanego przez oficjalne irańskie media :

W innej części spotkania, Mohsen Rezaei, sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego, odnosząc się do szczególnej sytuacji kraju, podkreślił znaczenie synergii i wsparcia ze strony wszystkich agencji dla kierownictwa wykonawczego kraju. Wyrażając wdzięczność za działania rządu i prezydenta,określił obecną sytuację jako jeden z najtrudniejszych okresów dla kraju.

Sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego, odnosząc się do przebiegu negocjacji, podkreślił powagę tej drogi, mówiąc, że w sferze gospodarczej SNSC jest gotowa udzielić wszelkiego niezbędnego wsparcia i współpracy w celu posunięcia spraw do przodu i pomocy w zarządzaniu sytuacją gospodarczą kraju.

Cóż, oczywiście, to trudny okres – kraj toczy wojnę z najpotężniejszym sojuszem militarnym w historii ludzkości, na litość boską. Jak inaczej można to opisać? Ale czy to oznacza, że ​​Iran jest degradowany do poziomu kapitulacji? Ani trochę: Iran może i z łatwością przetrwa Stany Zjednoczone.

https://www.bloomberg.com/news/articles/2026-10-02/dotacje-do-paliw-mogą-przekroczyć-bilion-w-miarę-trwania-wojny-w-iranie-mówi-un

Rezerwy ropy naftowej w krajach zachodnich wyczerpują się z powodu konfliktu z Iranem.

▪️Rezerwy ropy naftowej w krajach zachodnich zostały niemal całkowicie wyczerpane na tle konfliktu z Iranem, według Russella Hardy’ego, dyrektora generalnego największego niezależnego tradera ropy naftowej, Vitol.
➖ „Na Zachodzie nie ma już rezerw, które można sprzedać. Sprzedaliśmy wszystko, co mieliśmy” – cytuje go Bloomberg.
▪️Według Hardy’ego sytuacja z produktami naftowymi pozostaje szczególnie napięta, a niedobór rezerw może się utrzymywać w miarę zbliżania się zimy.
▪️Amin Nasser, dyrektor generalny Saudi Aramco, stwierdził również, że globalny „bufor” ropy naftowej stał się krytycznie cienki: rezerwy komercyjne wynoszą mniej niż 6 miliardów baryłek, a ze względu na ograniczenia techniczne i logistyczne praktycznie dostępne jest mniej niż 10% tej objętości.
▪️Wiosną JPMorgan ostrzegał, że jeśli zakłócenia będą się utrzymywać, poziom 7,6 miliarda baryłek stanie się strefą napięć operacyjnych, a 6,8 miliarda baryłek będzie minimalną ilością potrzebną do normalnego funkcjonowania rurociągów, magazynów i rafinerii.
▪️W tym kontekście ryzyko kolejnej eskalacji utrzymuje się: negocjacje między Stanami Zjednoczonymi a Iranem pozostają w impasie, a Donald Trump zasugerował możliwość wznowienia ataków na dużą skalę w przypadku braku porozumienia.

FT podaje, że kapitanowie statków otrzymują obecnie horrendalnie wysokie stawki za przepływanie przez cieśninę:

https://www.ft.com/content/0d665e5b-d8c8-4f1e-acf5-bba7193b4e6e

Jak zrównoważone mogłoby to być?

Przypomnijmy, że Stany Zjednoczone angażują obecnie około 30% swoich sił morskich do pilnowania cieśniny, którą Iran całkowicie przejmie, gdy tylko Stany Zjednoczone ją opuszczą. Oznacza to, że aby utrzymać taki status quo „blokady Iranu”, Stany Zjednoczone muszą w zasadzie na czas nieokreślony zablokować połowę swojej floty w tym jednym sektorze świata , nadmiernie osłabiając swoje możliwości projekcji siły na całym świecie.

Teraz Trump próbuje zrzucić winę za swoje megalomańskie niepowodzenia w Ormuz na Ukrainę:

Jednocześnie wciąż grożąc całkowitą zagładą Iranu… a nawet Los Angeles:

Could not load video.

Could not load video.

Oczywiście to wszystko blef — ten marny papierowy tygrys nie jest w stanie nic zrobić Iranowi, chyba że użyje broni nuklearnej, co oczywiście nie nastąpi, poza może 1% szansą na jej użycie przeciwko Pickaxe Mountain.

Trump nadal niszczy flotę, rzekomo wysyłając lotniskowiec USS Roosevelt do Iranu w ramach kolejnej rzekomej rozbudowy sił zbrojnych, która nie przyniesie większych efektów.

W obliczu tej niepowodzeń, NYT opublikował ciekawy artykuł, który po raz kolejny podkreśla historyczne rozliczenie, jakiego doświadcza porządek zachodni:

https://www.nytimes.com/2026/10/05/business/economy/iran-war-oil-geography.html

Zapowiada, że ​​geografia „powróciła ze zdwojoną siłą”, po tym jak uśpiony świat globalizacji uśpił się w fałszywym poczuciu bezpieczeństwa:

Geografia powraca ze zdwojoną siłą.

„Myśląc o gospodarce globalnej czy współczesnej, często zapominamy o podstawowej kwestii, jaką jest logistyka” – powiedziała Shannon O’Neil, starsza wiceprezes ds. studiów i przewodnicząca Rady Stosunków Zagranicznych im. Maurice’a R. Greenberga. „Wciąż trzeba coś załatwić”.

A co najważniejszego wynieśli autorzy o otępiałych mózgach? Dominacja geograficzna góruje nad wypasionymi gadżetami technologicznymi:

Kraje i grupy zbrojne, które nie są w stanie równać się z potęgą militarną, technologiczną i ekonomiczną Stanów Zjednoczonych, w pewnym stopniu trzymają światową gospodarkę jako zakładnika, po prostu ze względu na swoje położenie na mapie.

Dalej ogłaszają, że powojenny porządek globalny stał się podporządkowany siłom geograficznym i realiom:

Powojenny porządek globalny uległ załamaniu.

Geografia zawsze była potężną siłą w sprawach międzynarodowych. W V wieku p.n.e. Sparta wykorzystała kontrolę nad cieśniną Dardanele, aby odciąć Ateny od dostaw zboża podczas wojny peloponeskiej.

Jednakże za naszego życia, odkąd w latach 90. XX wieku globalizacja nabrała tempa, technologia często przyćmiewa geografię.

Jednakże ten porządek międzynarodowy opierał się na wizji wzajemnie korzystnej współpracy globalnej i systemie zasad i praw, który ulega erozji.

Ponownie – zwróć uwagę na ostatnie zdanie: „System zasad i praw ulega erozji”. Kto tej erozji dopuścił się? Kto dopuszcza się jawnego piractwa, kradnąc i niszcząc statki po arbitralnym pozbawieniu ich polis ubezpieczeniowych i oznaczeniu jako „cieni” wyrzutków? Wygląda na to, że redakcja „New York Timesa” nie jest zainteresowana tą wiedzą.

Dobra wiadomość jest taka, że ​​przynajmniej zaczynają po cichu akceptować fakt, że era nieograniczonego globalizmu dobiegła końca:

„Myślę, że to w pewnym sensie sygnał, jak bardzo odeszliśmy od paradygmatu globalizacji, że nawet elementy geograficzne stają się bronią” – powiedział Fishman, były dyplomata. „I myślę, że to będzie stały trend”.

Jednak to przyznanie zawiera w sobie kłamstwo: dopiero teraz, gdy Globalne Południe zaczęło stosować przeciwko sobie zasady Zachodu, można uznać to za koniec pewnej ery prawa i porządku:

Zagrożenie to stawia pod znakiem zapytania otwarty dostęp do światowych dróg wodnych, co od zakończenia II wojny światowej jest uznawane za oczywistość.Stany Zjednoczone były zasadniczo egzekutorem wolnej żeglugi, ale ich gotowość do pozostania w tej roli osłabła, podczas gdy inne mocarstwa ośmieliły się to kwestionować.

Czy Stany Zjednoczone były „egzekutorem wolności żeglugi”? Dla siebie i swoich sojuszników – być może. Dla wszystkich innych, wykorzystywały te same realia geograficzne, aby utrudniać, blokować i brać w niewolę gospodarki wszystkich pozostałych przeciwników.

Zatem Zachód nie musi się teraz zmagać z jakąś odradzającą się siłą „geografii”, lecz z arbitralnymi przywilejami Zachodu, które uległy demokratyzacji w wyniku lat drapieżnych oszustw i nadużyć w zakresie uczciwości i wolności na rynkach globalnych.

Za każdym razem, gdy Zachód zostaje zmuszony do skosztowania własnego lekarstwa, ogłasza się to jako moment „końca pewnej ery” lub wielkie odkrycie jakiejś wewnętrznej, nowej, globalnej rzeczywistości. Okazuje się jednak, że wrzaski, które tak wstrząsnęły „New York Timesem”, to nie szlochające okrzyki narodzin geografii, która się odradza, lecz po prostu ponure, przedśmiertne konwulsje Starego Imperializmu.


Za późno, by uratować Europę: Co Putin, Ławrow, Orieszkin i Karaganow powiedzieli w Wałdaju

© SCF

Za późno, by uratować Europę: co Putin, Ławrow, Orieszkin i Karaganow powiedzieli mi na szczycie w Wałdaju w 2026 r.

Autorstwa Lorenza Marii Paciniego

Jeśli drzwi, które Moskwa uważa za otwarte, są w istocie zamknięte, to są one zamknięte po tej stronie – i to nie Rzym zamknął je z własnej woli.

Szczyt Wałdajski z dala od głównego miejsca wydarzenia

To, co opiszę w tym artykule, jest mniej techniczne i bardziej osobiste niż zwykle. Dotyczy on spostrzeżeń, jakie zdobyłem podczas kilku dni wypełnionych dialogami, dyskusjami i, jak się wydaje, „skandalicznym” pytaniem, które wywołało ogromne poruszenie w europejskich mediach – ponieważ zapytałem prezydenta Federacji Rosyjskiej, Władimira Władimirowicza Putina, co stanie się z Europą.

Pełne nagranie przemówienia Władimira Putina na Forum Wałdajskim można znaleźć tutaj .

Moje oświadczenia i odpowiedzi Putina można znaleźć tutaj .

W tym roku Forum Wałdaj nie odbyło się w Soczi. W zaproszeniach wysłanych latem nadal wymieniano to miasto nad Morzem Czarnym jako miejsce organizacji, ale pod koniec sierpnia organizatorzy ogłosili przeniesienie do obwodu moskiewskiego. Według „Financial Times”, Federalna Służba Bezpieczeństwa wnioskowała o zmianę, obawiając się zagrożenia ze strony ukraińskich dronów po serii letnich ataków na nadmorskie rafinerie. Ten szczegół logistyczny ma swoją wagę. Wojna – o której zawsze mówi się w Wałdaju językiem systemu międzynarodowego – wpływa teraz również na praktyczną organizację forum.

23. doroczne spotkanie odbyło się w dniach 28 września – 1 października pod tytułem, który brzmi niemal jak osobiste pytanie do Europejczyka: „Odpowiedzialność za przyszłość: granice możliwości czy nieograniczone możliwości?”. Sesja otwarcia obejmowała prezentację rocznego raportu klubu zatytułowanego „ Zachowaj spokój: państwo i odpowiedzialność za przyszłość ”, który autorzy – nawiązując do Kubricka – przedstawiają jako przewodnik po zaprzestaniu rozmyślania i nauce akceptowania chaosu. Następnie odbyło się dziewięć sesji tematycznych, sesja specjalna, a ostatniego dnia sesja plenarna z prezesem.

Przybyłem jako Włoch i Europejczyk, w pełni świadomy, że te dwie tożsamości mają w tych salach różny ciężar. W ciągu tygodnia rozmawiałem w szczególności z czterema wysoko postawionymi rozmówcami: Siergiejem Karaganowem, Maksimem Orieszkinem, Siergiejem Ławrowem oraz – podczas sesji plenarnej – Władimirem Putinem. Pierwsze trzy rozmowy odbyły się na marginesie sesji i relacjonuję je z moich notatek – zasadniczo, nie dosłownie. Czwarta wymiana zdań była publiczna i udokumentowana transkrypcją, z której cytuję bezpośrednio.

Rozpatrywane osobno, cztery dialogi przekazują treści znane każdemu śledzącemu rosyjską debatę. Oglądane jednak po kolei, malują jaśniejszy obraz: wspólną ocenę Europy i cztery różne sposoby wyciągania z niej wniosków. A przede wszystkim przyszłość, która wcale nie rysuje się w różowych barwach.

Karaganow: Europa jako źródło zła

Siergiej Karaganow jest jednym z założycieli Klubu Wałdajskiego, honorowym przewodniczącym Rady Polityki Zagranicznej i Obronnej oraz przez lata najbardziej radykalnym głosem rosyjskiego realizmu. Z nim rozmowa natychmiast rozpoczęła się od najbardziej kontrowersyjnego punktu. Powiedział, że Europa jest źródłem wszelkiego zła. Gdyby została zniszczona, nikt by jej nie opłakiwał. [?? Chodzi zapewne o Unię E.?? md]

Taktyczny konflikt nuklearny na jej terytorium nie angażowałby żadnych innych aktorów. Europejczycy mieli wystarczająco dużo czasu, aby znaleźć rozwiązanie własnych problemów; teraz, gdy postanowili przygotować się do wojny z Rosją, było za późno, aby dać im kolejną szansę.

Muszę być szczery: nigdy nie byłem fanem Karaganowa; często uważałem jego poglądy za zbyt radykalne i staromodne. Ale zaczynając od kawy po obiedzie – i kontynuując przez tydzień dyskusji – odkryłem, że myślimy bardzo podobnie i że jego poglądy bynajmniej nie są trywialne. Każdy, kto przeczytał jego ostatnie wypowiedzi, rozpozna ten sposób myślenia. W czerwcu 2023 roku Karaganow publicznie argumentował, że Rosja powinna obniżyć próg użycia broni jądrowej, aby przywrócić wiarygodność swojego odstraszania i zachęcić Zachód do wycofania się z konfliktu na Ukrainie. Część tego podejścia znalazła następnie swoje odzwierciedlenie w oficjalnych dokumentach : Zasady polityki państwowej Federacji Rosyjskiej w zakresie odstraszania jądrowego, zaktualizowane w listopadzie 2024 roku, traktują atak państwa nieposiadającego broni jądrowej przeprowadzony z udziałem lub wsparciem mocarstwa jądrowego jako atak wspólny.

Jego słowa zawierają jednak trzy odrębne stwierdzenia i warto je rozważyć oddzielnie. Pierwsze to osąd historyczny i cywilizacyjny: Europa jako źródło wielkich katastrof nowoczesności, od wojen światowych po kolonializm. Jest to teza, którą Karaganow od dawna podtrzymuje i którą można podważyć, ale która mieści się w sferze interpretacji. Drugie – że nikt nie będzie opłakiwał Europy – to przewidywanie dotyczące reakcji innych; z tego, co obserwowałem w tamtych czasach, znalazło ono oddźwięk u znacznej części uczestników z Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej. Trzecie to strategiczna hipoteza leżąca u podstaw wszystkiego innego: eskalacja nuklearna w Europie pozostałaby ograniczona do Europy.

Kwestia ta jest przedmiotem debaty w literaturze poświęconej odstraszaniu od siedemdziesięciu lat i – na szczęście – brakuje dowodów empirycznych. Czynnik komplikuje tę hipotezę w samej Europie. Francja i Wielka Brytania posiadają arsenały narodowe, a w marcu 2025 roku Paryż oficjalnie rozpoczął debatę na temat europejskiego wymiaru swojego odstraszania. Konflikt nuklearny o charakterze czysto europejskim zakłada, że ​​dwa europejskie mocarstwa nuklearne będą biernie przyglądać się sytuacji. To najsłabsze założenie w całym rozumowaniu, niezależnie od tego, jak ocenia się pozostałe dwa.

Należy również zauważyć, że Karaganow nie przemawia w imieniu rządu. Na Forum Wałdajskim reprezentuje on skrzydło rosyjskiej debaty, które popycha Kreml w kierunku bardziej zdecydowanych stanowisk, a jednym z jego zadań jest właśnie poszerzanie granic tego, co wolno mówić. W tym świetle jego „za późno” jest raczej oznaką trendu niż doktryny.

Oreszkin: Rynek, którego już nie ma

Ton Maksima Orieszkina całkowicie się zmienił. Jako wiceszef Administracji Prezydenta, były minister rozwoju gospodarczego, a później doradca ekonomiczny prezydenta, Orieszkin argumentował w kategoriach przepływów pieniężnych i bilansów. Jego ocena była bezkompromisowa: Europa jest skończona. Nie ma już realnej konkurencji na rynku energii, ponieważ Chiny i Indie zajmują obecnie czołowe miejsca wśród rosyjskich odbiorców. Nie ma też powodu, by inwestować w europejski bailout, skoro Europejczycy jak dotąd nie wykazali zainteresowania znalezieniem pokojowego i rozsądnego rozwiązania. Pytanie, które zadałem mu podczas spotkania z uczestnikami Wałdaju, brzmiało: „Skoro gazociąg Nord Stream 2 nie jest już dostępny – ponieważ został sabotowany – czy zamierza pan znaleźć nowy system przesyłu energii, zakładając, że Europa dojdzie do pojednania, a sytuacja dyplomatyczna się poprawi?”. Jego bezkompromisowa – i być może brutalna – odpowiedź jest niczym sztylet prawdy wbity w sumienie każdego Europejczyka.

„Koniec” należy rozumieć w sensie technicznym. Orieszkin nie mówił wprost o cywilizacji europejskiej, lecz o Europie jako partnerze handlowym: rynku, który nie odgrywa już centralnej roli dla Rosji i dlatego nie uzasadnia żadnych ustępstw politycznych w celu jego odzyskania. Po 2022 roku rosyjska ropa naftowa znalazła swoich głównych nabywców w Chinach i Indiach, a Bruksela, poprzez porozumienie między Radą a Parlamentem Europejskim z grudnia 2025 roku, zobowiązała się do stopniowego wycofywania importu rosyjskiego gazu – w tym gazu rurociągowego i LNG – do 2027 roku.

Współzależność energetyczna, która łączyła Europę i Rosję przez pół wieku – nawet w najgorszych okresach zimnej wojny – była demontowana przez obie strony. Argument Orieszkina zwięźle ujmuje najprostszą konsekwencję: ten, kto nie jest już głównym nabywcą, traci również jakikolwiek wpływ. Takie są prawa rynku i ani w Londynie, ani w Berlinie, ani w Brukseli nie ma już polityków ani grup władzy, które mogłyby dyktować Rosji, „co ma robić”.

W Moskwie również dobrze znana jest ta negatywna strona. Rynek zdominowany przez dwóch dużych nabywców pozwala im żądać rabatów, a zastąpienie Europy Azją wiąże się z kosztami w postaci cen i dostępu do technologii. Jednak zgodnie z przedstawioną mi logiką, pytanie nie brzmi już, czy Europa leży w interesie Rosji. Chodzi o to, ile kosztowałoby ponowne uczynienie jej korzystną, a domyślna odpowiedź brzmi, że Europejczycy muszą ponieść ten koszt.

Ławrow: Drzwi do „tego” rozkazu są zamknięte.

Siergiej Ławrow przeniósł dyskusję z kwestii ekonomicznych na dyplomację, ale konkluzja pozostała ta sama. Europa, jak powiedział, miała wiele okazji do wznowienia dialogu z Rosją, ale zamiast tego zdecydowała się na eskalację bezpośredniej konfrontacji. Teraz było już za późno, by się wycofać: wszystkie granice zostały przekroczone, a przy obecnym porządku europejskim nie było już drogi powrotu do poprzednich relacji.

Chciałbym, abyśmy zatrzymali się na chwilę i zastanowili nad wagą tych słów. Każdy, kto zna Ławrowa, wie, że jest politykiem, który waży każde słowo z wielką przenikliwością, nawet w bardziej swobodnych okolicznościach, takich jak szczyt w Wałdaju. „Granice zostały przekroczone”. Wymienianie tych granic byłoby bezcelowe, ponieważ są tak oczywiste dla całego świata, że ​​byłoby to po prostu stratą czasu. Ale spojrzenie w oczach Ławrowa, kiedy mówił o Europie – tego nigdy nie zapomnę. Spotykałem się z nim wiele razy, ale tym razem było w nim coś innego.

Minister może wskazać na szereg wydarzeń, do których regularnie odwołuje się rosyjska dyplomacja: porozumienia mińskie, projekt traktatów o gwarancjach bezpieczeństwa przedstawiony Stanom Zjednoczonym i NATO 17 grudnia 2021 r. oraz negocjacje w Stambule wiosną 2022 r. Rosyjska interpretacja każdego z tych wydarzeń jest kontrowersyjna i kwestionowana w Europie. Mnie interesuje tu inny aspekt – ograniczenie, które po ponownym przeczytaniu po sesji plenarnej okazało się kluczowe dla całego tygodnia. Powrót jest niemożliwy w obecnych europejskich warunkach . Nie z Europą w jej obecnym kształcie – czyli UE i NATO. Odrzucenie dotyczy klasy rządzącej i architektury instytucjonalnej, a nie krajów, które są jej częścią.

Zastanawiam się, jak bardzo rosyjska cierpliwość została nadużyta, zanim padły takie słowa. Klasyczna literatura rosyjska oferuje nam godne podziwu przykłady zdolności rosyjskich polityków do grania na zwłokę, ignorowania problemów i wykazywania się cierpliwością. I nie da się zaprzeczyć, że taka była konsekwentna postawa rosyjskiej klasy rządzącej w ostatnich latach konfliktu. Stwierdzenie, że granica została przekroczona – co Putin później powtórzy na sesji plenarnej szczytu – oznacza, że ​​nie można już marnować zasobów na cierpliwe czekanie; oznacza, że ​​niedźwiedź został wybudzony z hibernacji w niewłaściwym momencie; oznacza, że ​​konsekwencje tych działań będą epokowe.

Ławrow dodał coś jeszcze: „Jesteśmy gotowi uderzyć w Europę w sposób wzorowy, a nie tak, jak zrobiliśmy to na Ukrainie”. Zapamiętajcie te słowa, drodzy europejscy przyjaciele. Przeczytajcie je jeszcze raz i zastanówcie się nad ich znaczeniem. Nic więcej nie trzeba dodawać.

Włoski profesor zadaje pytanie Putinowi

Dochodzimy teraz do jednego z najniebezpieczniejszych momentów w mojej karierze. Sesja plenarna odbyła się, zgodnie z tradycją, w obecności prezydenta Rosji, a przewodniczył jej Fiodor Łukjanow. Zabrałem głos i zadałem dwuczęściowe pytanie:

„Pochodzę z Włoch, kraju, który obecnie nie utrzymuje dobrych stosunków z Rosją. Jako Europejczyk, chciałbym zapytać: Jakie warunki Rosja postawi dla rozwoju nowego systemu bezpieczeństwa dla krajów europejskich? A jeśli wyobrazimy sobie Europę po upadku Unii Europejskiej, czy będzie ona częścią szerokiego partnerstwa euroazjatyckiego, czy też Stany Zjednoczone i Rosja będą zawsze konkurować o te terytoria?”

Putin zaczął od drugiej części i kolejność nie jest przypadkowa:

„Włochy leżą w Europie, a mówię o partnerstwie euroazjatyckim: oczywiste jest zatem, że będziemy również uważać Włochy za partnera euroazjatyckiego – i już to robimy”.

Zaraz potem wyjaśnił, że los Unii Europejskiej i dalsze członkostwo Włoch „nie jest naszą sprawą”. Moskwa nie zamierza nawet o tym dyskutować, ponieważ każde oświadczenie w tej sprawie zostałoby zinterpretowane jako próba podziału UE, „podczas gdy my nie chcemy niczego dzielić. Chcemy tylko budować i współpracować”.

Odnośnie warunków nowego systemu bezpieczeństwa, odpowiedź była jednoznaczna: „Nie mamy żadnych warunków wstępnych”. Jego zdaniem przeszkoda leży gdzie indziej. Niektórzy europejscy politycy uważają za niedopuszczalne, aby jeden kraj angażował się w dialog z Rosją, a Putin określił to żądanie jako dyktat jeszcze ostrzejszy niż ten z czasów sowieckich. Porównanie zostało starannie dobrane: ZSRR był zjednoczonym i silnie scentralizowanym państwem, którego republiki stanowiły część jednolitej struktury państwowej; Unia Europejska teoretycznie nie jest taka, ale w praktyce zachowuje się tak, jakby nią była. „Nikt nam nie zabrania; jesteśmy gotowi”.

W tym momencie Łukjanow wygłosił prowokacyjną uwagę, typową dla doświadczonego moderatora: Skoro Bruksela tego zabrania, czy nie lepiej byłoby przyczynić się trochę do rozpadu UE, aby ułatwić sobie kontakty z poszczególnymi krajami? Odpowiedź padła bez wahania: „Ale to nie jest konieczne – same się rozpadną”.

Następnie Putin zwrócił się bezpośrednio do mnie. „Nasz włoski kolega wie o tym lepiej niż my” – powiedział i zaczął wymieniać liczby: dług publiczny Włoch wynosi 140%, deficyt około 3%, a w innych krajach europejskich blisko 5%. Liczby były zaokrąglone, ale niewiele odbiegały od prawdy. Według Istat i Eurostatu dług publiczny Włoch na koniec 2024 roku wynosił 135,3% PKB, a zadłużenie netto 3,4%. W tym fragmencie nie chodziło jednak o miejsca po przecinku. Wszystkie problemy zaczynają się w gospodarce: poziom życia spada, bezrobocie rośnie, a obywatele największych gospodarek europejskich odczuwają skutki na własnej skórze – a to, jak powiedział, „podważa również fundamenty Unii Europejskiej. Ale to nie nasza sprawa; nie ingerujemy”.

Podsumowując, potwierdził ofertę w sposób zrównoważony: dialog z Unią jako całością, jeśli Unia tego zapragnie, lub z poszczególnymi krajami, bez warunków wstępnych. „Ale nie może być też żadnych warunków wstępnych ze strony europejskiej”.

Próba uchwycenia wagi tych słów, politycznej równowagi, którą one ujawniają, i siły męża stanu, który troszczy się nie tylko o dobrobyt swojego kraju, ale także o dobrobyt całego innego kontynentu, jest prawdziwą lekcją tego, czym naprawdę jest polityka.

Posłuchaj całego przemówienia Putina, a zrozumiesz, jak w niecałe pięć minut można uchwycić upadek całej Europy w każdym aspekcie, a jednocześnie z nutą melancholii potwierdzić, że Rosja zrobiła wszystko, co w jej mocy, by zaoferować pomoc. Ale decyzje samych Europejczyków należą do nich, niezależnie od tego, pod jaką flagą się udadzą. Rosja szanuje i zawsze będzie szanować fundamentalne zasady swojej polityki zagranicznej i tradycji politycznej. Nie ma cudownego mesjanizmu, nie ma improwizowanego zbawiciela.

Europa – a raczej Europejczycy tej Europy – co zamierzają zrobić?

Przeczytałem ponownie moje notatki z podróży

Kiedy ponownie czytam swoje notatki po powrocie, pierwszą rzeczą, która mnie uderza, jest zgodność opinii. Strateg, ekonomista, minister spraw zagranicznych i prezydent, każdy z nich wyraził tę samą ocenę własnymi słowami: Dzisiejsza Europa wyczerpała już swój kredyt zaufania wobec Moskwy. Drugą rzeczą, która mnie uderza, jest to, że każdy z nich wyciąga z tej diagnozy inny wniosek.

Dla Karaganowa konkluzja jest nieunikniona i nabiera niemal eschatologicznego wydźwięku: Europa miała swoją szansę, a to, co następuje, nie jest już kwestią dyplomacji. Dla Orieszkina jest to kwestia trzeźwej, twardej kalkulacji: Europa nie jest warta inwestycji, które byłyby potrzebne, aby ją odzyskać. Dla Ławrowa jest to ograniczony dyplomatyczny odwrót, koncentrujący się bardziej na strukturze politycznej niż na ludziach. Wreszcie, dla Putina drzwi pozostają otwarte – choć wobec poszczególnych państw, a nie wobec Brukseli – w połączeniu z oczekiwaniem, że recesja gospodarcza dokona reszty.

Pozorna sprzeczność między stanowiskiem „za późno” pierwszych trzech państw a stanowiskiem „bez warunków wstępnych” czwartego państwa została właśnie rozwiązana w charakterystyce Ławrowa. Rezultatem jest spójna linia, którą nazwałbym „bilateralizacją”: Moskwa nie będzie negocjować z Unią jako podmiotem politycznym, dopóki jej obecne kierownictwo pozostaje u władzy; oferuje poszczególnym państwom członkowskim kanały bez warunków wstępnych i pozwala, by wewnętrzne trudności Europy uczyniły te kanały atrakcyjnymi. Wzmianka o Włoszech jako euroazjatyckim partnerze „już dziś” musi być rozumiana w tym kontekście: nie jest to gest kurtuazyjny, lecz wskazanie, którego rozmówcę preferuje Moskwa.

Z pewnością nie mogę twierdzić, że czwórka prominentnych rozmówców doszła do porozumienia – to oczywiste – ale uznałem ten konsensus za prawdziwie „proroczy”. Wałdaj zawsze był miejscem, gdzie szeroki zakres rosyjskiej debaty był prezentowany zagranicznej publiczności. Mogę powiedzieć, że te perspektywy są ze sobą zgodne i wzajemnie się wzmacniają: nieprzejednane stanowisko Karaganowa sprawia, że ​​oferta Putina wydaje się umiarkowana; wypowiedzi Orieszkina uwiarygodniają tezę, że Moskwa nie musi iść na żadne ustępstwa; a formuła Ławrowa stanowi równowagę między determinacją a otwartością.

Kryzys zadłużenia państwowego w latach 2010–2012 doprowadził do powstania Europejskiego Mechanizmu Stabilności i Unii Bankowej; pandemia doprowadziła do powstania Next Generation EU i pierwszego wspólnego zaciągania pożyczek na dużą skalę. W Unii kryzysy doprowadziły do ​​co najmniej tyle samo centralizacji, co fragmentacji. Stwierdzenie „rozpadną się same” jest zatem hazardem, a nie pewnością – nawet jeśli ryzyko to niewiele kosztuje tych, którzy je podejmują: jeśli UE się utrzyma, Moskwa przynajmniej zaoferowała dialog; jeśli się rozpadnie, ma już do dyspozycji kanały dwustronne.

Wskaźniki, które będziemy obserwować w ciągu najbliższych dwunastu do osiemnastu miesięcy, są dość jednoznaczne. Pierwszy dotyczy dwustronnych wizyt przywódców UE w Moskwie, oprócz wcześniejszych wizyt Viktora Orbána w lipcu 2024 roku i Roberta Fico w maju 2025 roku. Drugi to pytanie o to, czy w sprawie półrocznych przedłużeń sankcji, gdzie jedno weto wystarczy, aby wywołać konflikt, przeważy jednomyślność. Trzeci dotyczy krajowych odstępstw od harmonogramu wycofywania rosyjskiego gazu. Czwarty – i dla nas najważniejszy – to ewentualne otwarcie zorganizowanego kanału przez jedną z głównych stolic, w tym Rzym.

Co z tego wynoszę? Jako Włoch, zdanie, które wynoszę, nie dotyczy rozpadu, lecz drugiego: „Uważamy już Włochy za partnera euroazjatyckiego”. Zawiera ono zarówno ofertę, jak i oświadczenie skierowane do nas. Jeśli drzwi, które Moskwa uważa za otwarte, są w rzeczywistości zamknięte, to są zamknięte po tej stronie – i to nie Rzym zamknął je z własnej woli.

Jak długo kraj z długiem przekraczającym 135% PKB może pozwolić sobie na pozostawianie innym decydowania, kto z kim może rozmawiać? Nikt w Moskwie mnie o to nie pytał. To pytanie zabrałem ze sobą do domu. I każdy Włoch z czystym sumieniem, każdy Europejczyk z sercem zna odpowiedź.

Źródło: Za późno, by uratować Europę: co Putin, Ławrow, Orieszkin i Karaganow powiedzieli mi na szczycie w Wałdaju w 2026 r.

Ukraińskie zboże nie dla UE?

Ukraińskie zboże nie dla UE?

Łukasz Jastrzębski

„Ukraina nie zgodzi się na członkostwo w Unii Europejskiej, jeśli obowiązywałyby ją limity sprzedaży produktów rolnych” – powiedział ukraiński minister rolnictwa Taras Wysocki. W oświadczeniu dla portalu POLITICO minister podkreślił, że Kijów widzi „fundamentalną różnicę między okresem przejściowym a stałym ograniczeniem”. O ile ten pierwszy model jest dla Ukrainy akceptowalny, o tyle stałe limity handlowe według niego byłyby sprzeczne z samą logiką i ideą pełnego członkostwa.

Bruksela swoimi oświadczeniami próbuje uśpić obawy rolników z Francji, Włoch i Polski dla, których masowy import towarów z bardzo wydajnego ukraińskiego sektora rolniczego oznaczałby dorżnięcie i tak wykastrowanego przez Brukselę rodzimego rolnictwa. Rolnicy znając los hutników i górników nie powinni dać się nabrać na te czcze obietnice. Bruksela musi również uspokoić Kijów. Właśnie dlatego zaraz usłyszmy deklaracje ze strony Brukseli, że Komisja Europejska dołoży wszelakich starań by pomagać państwu Wołodymyra Zełenskiego w działaniach na rzecz powrotu ukraińskiego rolnictwa na rynki zbytu w Afryce i na Bliskim Wschodzie.

Rolnicy w Europie próbują walczyć o przyszłość swoją i swoich dzieci. Prounijne i cyniczne rządy w Unii Europejskiej dbają przede wszystkim o swój własny prywatny i koteryjny interes. Odrealnieni brukselscy biurokraci i politykierzy walczą nie tylko o swoje przywileje, ale również stoją na straży obyczajowych i gospodarczych szaleństw. Chcą za wszelką cenę, zachować jedność kolosa na glinianych nogach. Wojująca z Rosją Ukraina z swoimi oligarchami walczy o przetrwanie, pieniądze i wpływy. Do tego dochodzą interesy Stanów Zjednoczonych, Federacji Rosyjskiej, Chin, Kościoła katolickiego, lobbystów i korporacji bankierskich i zbrojeniowych. Pajęczna jawnych i tajnych sitw. Zapewne tym razem znów uda się UE i Ukrainie uzyskać jakiś rodzaj zgniłego kompromisu – odsuwającego problemy na później – ale całość układu mocno trzeszczy.

Nie dzieje się nic niespodziewanego. Nikt poważny tak na serio nie chciał Ukrainy w Unii Europejskiej. Wszyscy zdają sobie sprawę, że to jak wpuszczenie lisa do kurnika – konkurencyjność wynikająca z braku unijnego kagańca jest dla wysoce niebezpieczna dla państw unijnych. Opowieści o konieczności przynależenia Ukrainy do zachodnich struktur politycznych i wojskowych były tylko i wyłącznie sloganem reklamowym. Nikt z poważnych graczy nie ma interesu w tym był Ukraina była pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej, nie mówiąc już o NATO. Zasady i tradycje tego kraju są zupełnie dalekie od tych wyznawanych w Starej Europie.

USA, Wielka Brytania, Francja, Niemcy deklarują konieczność europeizacji i atlantyzacji Ukrainy. Ale moim zdaniem chodziło właśnie tylko i wyłącznie o deklaracje. Bo te deklaracje hartują ducha Ukraińców. Waszyngton chciał przy pomocy Ukrainy osłabić Rosję, ale nie chce jej upadku – ponieważ doskonale wie, kto jest jego głównym rywalem.

To różni Stany Zjednoczone, od Wielkiej Brytanii. Londyn, Paryż i Berlin potrzebują Kijowa w swoim aktualnym układzie, by wzmocnić swoją pozycję w Europie i usprawiedliwić gigantyczne zadłużenie państw poszczególnych państw. Władze i oligarchowie na Ukrainie zwęszyli na wojnie z Rosją możliwość pomnożenia kwot na swoich kontach dzięki specyficznie pojmowanej tam uczciwości.

Inna jest sytuacja Polski. U nas znaczna część polityków głównego nurtu rzeczywiście wierzy w to, że Ukraina przynależy do Świata Zachodniego. I nie ma tu znaczenia fakt, że prawie wszystko temu przeczy. To dziwna i niebezpieczna mieszanka romantycznych ramot, chciejstwa, bezrozumnego zaufania dla zachodnich struktur i prymitywnego poczucia wyższości, które w rzeczywistości ma podłoże rusofobiczne. Ten stan rzeczy ma różnorakie przyczyny – ale główną jest to, że znaczna część sceny politycznej i medialnej składa się z brojlerów wyhodowanych przez różnorakich Sorosów.

Stawiam tezy, że w fazie końcowej Waszyngton umyje ręce – a symbolem tego będzie spotkanie Trump-Putin w Rosji. Stara Europa będzie odkładać terminy europeizacji Ukrainy „na święty nigdy”. Federacja Rosyjska pozostanie na swoim stanowisku względem Ukrainy. Oligarchowie na Ukrainie dogadani z zachodnimi biznesmenami, rozpoczną interesy z rosyjskimi oligarchami. Nowe władze na Ukrainie, będą nabierać coraz większego dystansu i w końcu machną rękę na Brukselę. I tylko Warszawa wraz z kilkoma bardziej lub mniej prowincjonalnymi stolicami w Europie dalej będzie bredzić o post-turańskiej Ukrainie jako części naszej kultury i cywilizacji.

Łukasz Jastrzębski

Pożegnanie z Międzymorzem

Pożegnanie z Międzymorzem

Jan Engelgard

W prowadzonym przez  prof. Andrzeja Nowaka (już jako redaktora emeritusa) periodyku „Arcana”, który od samego początku propagował różne prometejskie i mesjanistyczne koncepcje polskiej polityki wschodniej, czytam:

„Obalenie  prorosyjskiego  prezydenta Ukrainy, Wiktora Janunkowycza, otworzyło przed Warszawą wielką okazję do zbliżenia z Kijowem. W chwili obecnej jest oczywiste, że te nadzieje się nie spełniły. Piszemy to z żalem, albowiem idea Intermarium była i jest nam bliska, czego daliśmy niejednokrotnie wyraz, także na tych łamach. Osią Intermarium, które obejmuje całą przestrzeń post-Jagiellońską, czyli Kraje Bałtyckie, Białoruś, Ukrainę i Polskę, siłą rzeczy muszą być te dwa ostatnie państwa. Bez ścisłej współpracy Warszawy i Kijowa o żadnym Intermarium mowy być nie może”.

I dalej: „Naszym zdaniem, przyjmując to stanowisko [gloryfikacji OUN-UPA] rząd w Kijowie nie tylko grzebie możliwości ścisłej współpracy z Warszawą, ale wyłącza się poza nawias narodów cywilizowanych, w zachodnim tego słowa znaczeniu”. Sam prof. Andrzej Nowak w tym samym numerze „Aracanów” ubolewa, że nie mamy sensownego traktatu  Ukrainą, a jej elity są zapatrzone w Brukselę i Berlin.

A więc – odwrót od „wielkiej” koncepcji budowy potężnego antyrosyjskiego bloku zwanego Międzymorzem, którego osią miał być sojusz polsko-ukraiński? To miało dać Polsce pozycję niemal mocarstwa regionalnego. Dzisiaj politycy i publicyści lansujący tę utopię – albo milczą, albo tak jak tutaj wylewają swoje żale. Myśl narodowa od zawsze przestrzegała przed ukraińskimi mirażami. Owszem, byli też tacy w obozie narodowym, którzy temu mirażowi ulegali, ale zawsze stanowili mniejszość i traktowani byli jako odstępcy od linii zasadniczej. To zdumiewające, że mimo tylu nauczek i lekcji – ta chora idea wciąż się tli i rozpala umysły a zwłaszcza emocje tak wielu ludzi, wydawać by się mogło poważnych.

Dzisiaj problem polega nie na tym, jak z Ukrainą iść na Moskwę i zbudować wielki blok Międzymorza pod naszym przewodem, ale jak zneutralizować wielkie zagrożenia dla Polski z racji istnienia zbyt silnej i szowinistycznej Ukrainy. Im szybciej to epigoni idei Międzymorza zrozumieją, tym lepiej. W naszej tradycji politycznej były koncepcje i projekty, które skutecznie, całymi latami, były usuwane z polskiej świadomości. Teraz widać jak nigdy przedtem, że są one wciąż aktualne i bardziej przydatne niż miraże rusosfobicznych obsesjonatów. Wystarczy tylko po nie sięgnąć.

Jan Engelgard

ZMIANY KLIMATU, EFEKT CIEPLARNIANY; CZY UDZIAŁ CZŁOWIEKA JEST ISTOTNY? I CZY JEST UDOKUMENTOWANY?

Arkadiusz Wysokiński, Mirosław Dakowski

[Ta praca została opublikowana ponad 20 lat temu, w 2005 roku. Nikt nie obalił argumantów, ale „mainstream” ciągle ignoruje. Widać, że „światem” rządzą Zbrodniarze]

1. „Polityka ekologiczna” a dane geofizyczne

Około 10 tysięcy lat temu skończyła się ostatnia duża epoka lodowa. W sprzyjających (co nie znaczy „łagodnych”!) warunkach klimatycznych rozwinęła się cywilizacja. Wraz z rozwojem techniki człowiek zaczął w coraz większym stopniu oddziaływać na klimat Ziemi, dodając czynniki antropogenne do istniejących naturalnych sił wpływających na klimat. Czy wiemy już wystarczająco dobrze jak zmieniał się klimat naszej Planety w poprzednich epokach i erach? Czy na podstawie tych danych i pomiarów wykonywanych obecnie jesteśmy w stanie przewidzieć, jakie zmiany w klimacie będą następowały w najbliższej i dalszej przyszłości? Wydaje się, że ciągle mamy za mało precyzyjnych danych. Jak ważna jest tu dokładność pomiarów i prognoz zobaczymy, gdy popatrzymy na dwie liczby: Energia docierająca ze Słońca w okolice orbity Ziemi ma wartość około 1390 W/m2. Sumaryczna zmiana jaka wywołała ostatnią dużą epokę lodową miała wartość około 2 W/m2. Zmiana przyczyn zaledwie o około 2 promile spowodowała więc wielkie zmiany w warunkach panujących na Ziemi. Jednocześnie ciągle jeszcze niewiele wiemy na temat bardzo złożonych mechanizmów i współzależności tysięcy parametrów wpływających na zmiany klimatu. Modele wykorzystywane do prognozowania zmian klimatycznych są zbyt proste i opierają się na danych pomiarowych uzyskanych w większości tylko dla wybranych rejonów, a nie dla całego globu. (Np. badania prowadzi się tam gdzie można uzyskać pieniądze na stacje pomiarowe). Nie chodzi tu raczej o „niedostateczną moc obliczeniową” największych i najnowocześniejszych komputerów, chodzi w znacznej części o to, że rozwiązania złożonych zależności matematycznych są niestabilne, oscylujące przy minimalnych zmianach danych wejściowych. Doświadczenie wykazuje, że klimat Planety jest – w skali setek milionów lat – samoregulujący się. A najważniejsze jest dla nas przecież pytanie o samoregulację klimatu. Czy ma przewagę stabilnych, ujemnych sprzężeń również w skali setek lub dziesiątków lat?
Poznanie wszystkich przyczyn i mechanizmów rządzących klimatem jest wyzwaniem, które stoi przed ludzkością. Istotne jest, aby zrobić to w sposób tani i jednocześnie skuteczny.
Bardzo popularnym tematem, pojawiającym się niemal codziennie w mediach, jest problem zmian klimatu Ziemi pod wpływem działalności człowieka, potocznie zwanym „efektem cieplarnianym”. Nie wszyscy publicyści i dziennikarze zauważają jednak, że na podstawie tych samych (lub podobnych) danych pomiarowych, różni uczeni autorzy wyciągają diametralnie różne wnioski. Można więc przeczytać prognozy gwałtownego ocieplania się ziemskiego klimatu, jak również opracowania dowodzące, że w najbliższej przyszłości czeka nas kolejna „epoka lodowa”. W takim wypadku nasuwa się pytanie: która ze stron ma rację? A może wszyscy dostrzegają i opisują tylko „część prawdy”, opierając się na zbyt małej liczbie danych podstawowych, które dotyczą wydzielonych obszarów naszego globu, ale nie odzwierciedlają całości zmian i ich przyczyn. W grę wchodzą decyzje dotyczące kierunku wydawania co najmniej setek miliardów dolarów rocznie, warto więc przyjrzeć się krytycznie geofizycznym założeniom tej polityki finansowej.

 2. „Magiczne przyczyny” EFEKTU CIEPLARNIANEGO !

Powszechnie (również w dyskusjach naukowców) mówi się, że podstawową przyczyną wzrostu temperatury na Ziemi jest przyrost ilości dwutlenku węgla w atmosferze powstający podczas spalania paliw kopalnych (węgla kamiennego i brunatnego, ropy naftowej i jej produktów, gazu ziemnego). Jest to zgodne z poniższą definicja:
efekt cieplarniany2 – geofiz, wzrost średniej temperatury przyziemnej warstwy powietrza wskutek coraz większej koncentracji CO2 w atmosferze; CO2 przepuszcza krótkofalowe promieniowanie słoneczne utrudniając równocześnie ucieczkę z Ziemi promieniowania długofalowego.
Jest to definicja bardzo krótka i lakoniczna. Popatrzmy więc na inną:
CIEPLARNIANY EFEKT3, efekt szklarniowy, podwyższenie temperatury powierzchni Ziemi spowodowane istnieniem atmosfery ziemskiej (średnia temp. ok. 14-15°C, w nieobecności atmosfery byłaby mniejsza o ok. 30°C); atmosfera ziemska przepuszcza w kierunku Ziemi znaczną część promieniowania słonecznego (promieniowanie krótkofalowe); promieniowanie to jest pochłaniane przez powierzchnię Ziemi (niewielka jego część zostaje odbita) i zamieniane na ciepło, a ogrzana powierzchnia Ziemi emituje promieniowanie długofalowe, w dużym stopniu pochłaniane przez atmosferę (gł. przez cząsteczki pary wodnej i dwutlenku węgla oraz kropelki wody w chmurach); energia przekazana atmosferze jest przez nią wypromieniowywana gł. z powrotem w kierunku powierzchni Ziemi (tzw. promieniowanie zwrotne – podstawowa przyczyna występowania e. c.), a częściowo w przestrzeń kosmiczną; działalność gospodarcza człowieka powoduje stopniowe zwiększanie się stężenia substancji absorbujących długofalowe promieniowanie ziemskie (gł. dwutlenku węgla, metanu, tlenków azotu), co może spowodować pogłębienie się e. c., wzrost temperatury i zmianę klimatu na kuli ziemskiej.

GaztśredGłówne procesy usuwania z atmosfery
N2400 mln latfotochemiczne
He20 mln latucieczka w kosmos
O2600 latbiochemiczne
CF2Cl260 latfotochemiczne
CO210 latbiochemiczne
N2O5-50 latfotochemiczne
NO, NO2kilka tygodnifotochemiczne
NH31 dzieńbiochemiczne
H2Sdo 1 dniafotochemiczne

Tabela 1 Średni czas pozostawania w atmosferze.1

Tak więc to nie tylko dwutlenek węgla ma wpływ na wzrost temperatury, ale również metan, tlenki azotu i „głównie … cząsteczki pary wodnej i … kropelki wody w chmurach”
Czy – i jak – znajduje to odbicie w modelach na których oparto politykę gospodarczą państw?

3. Para wodna – podstawowy gaz cieplarniany

Najważniejszym gazem cieplarnianym jest para wodna, na którą przypada 96 do 99% efektu ocieplania się atmosfery. Ostatnie badania wskazują, że cały zawarty w atmosferze CO2 odpowiedzialny jest za 1 do 5% efektu cieplarnianego. Pozostałe gazy cieplarniane mają jeszcze mniejszy udział. Pomiary izotopowe wskazują, że jedynie 5% z CO2 znajdującego się obecnie w atmosferze ziemskiej pochodzi ze spalania paliw kopalnych. Zatem przemysłowy CO2 zwiększa naturalny efekt cieplarniany zaledwie o 0,05 do 0,25%. J. Daly8 przytacza wyniki badań zwykle ignorowane w „publicystyce ekologicznej” i publicystyce szerokiego nurtu.
Satelitarne pomiary temperatury dolnych warstw atmosfery prowadzone od 1979 r., pokrywające 95% powierzchni Ziemi, ukazują stałą tendencję obniżania się temperatury (w latach 1979-97 o -0,04°C). Pomiary naziemne, niezgodne z satelitarnymi, są mniej pewne, gdyż wpływa na nie efekt „wysp ciepła” wokół rozrastających się miast, gdzie zwykle umieszczone są stacje meteorologiczne. Pomiary satelitarne i glacjologiczne wskazują przyrost lodu na Grenlandii i Antarktydzie z taką szybkością, że około 2030 r. jego akumulacja spowoduje obniżenie się poziomu oceanu światowego o około 30 cm.15

Istnieją jeszcze inne związki przyczyniające się do wzrostu efektu cieplarnianego, pomijane w bardziej popularnych lub tendencyjnych publikacjach.

Rodzaj gazuGWP
CO21
CH430-50
CFC-1311 000

Tabela 2 wielkość wpływu wywieranego przez różne gazów na efekt szklarniowy
(GWP – Global Warming Potential – Potencjał Ocieplenia Globalnego) w odniesieniu do GWP dwutlenku węgla.

W „PROTOKÓLE Z KIOTO DO RAMOWEJ KONWENCJI NARODÓW ZJEDNOCZONYCH W SPRAWIE ZMIAN KLIMATU” w załączniku A zostały wymienione gazy cieplarniane. Oto one:

  1. Dwutlenek węgla (CO2)
  2. Metan (CH4)
  3. Podtlenek azotu (N2O)
  4. Fluorowęglowodory (HFCs)
  5. Perfluorokarbony (PFCs)
  6. Sześciofluorek siarki (SF6)

Jest ich tu tylko sześć. Sygnatariusze jakby zapomnieli o istnieniu pary wodnej. Nie uwzględniają również w sposób ilościowy wkładu kropelek wody (chmury na różnych wysokościach) do albedo (bezpośredniego odbijania promieniowania słonecznego w kosmos). A jest to czynnik, jak widzieliśmy, znaczący.

4. Diagnozy J. Hansena

źródłem istotnych danych klimatologicznych i poważnych analiz jest grupa badaczy skupiona wokół J. Hansen’a w Goddard Institute for Space Studies (NASA), p. np.5 Dr James E. Hansen tak opisuje podstawowe przyczyny zmian klimatu :
„Klimat Ziemi zmienia się z roku na rok i ze stulecia na stulecie, naprawdę jako zmiany aury z dnia na dzień. Są to zmiany chaotyczne, mają miejsce bez wyraźnej przyczyny, ale są ograniczonej wielkości. Klimat również odpowiada na pobudzanie przez różne czynniki. Jeżeli Słońce świeci jaśniej, w sposób naturalny, Ziemia staje się cieplejsza. Jeśli wielki wulkan wyrzuca drobiny materii do stratosfery, wtedy mała część promieniowania słonecznego jest dodatkowo odbijana w przestrzeń kosmiczną i Ziemia ochładza się. To samo dotyczy czynników powstających w wyniku działalności człowieka. Mierzymy te czynniki w watach na metr kwadratowy (W/m2). Dla przykładu, wszystkie gazy cieplarniane wyprodukowane przez człowieka obecnie powodują wpływ około 2 W/m2. To jest tak jakby postawić dwie miniaturowe lampki choinkowe nad każdym metrem kwadratowym powierzchni Ziemi. Jest to równoważne zwiększeniu jasności Słońca o około 0,2 procent.
Rozumiemy dość dobrze jak delikatny jest to wpływ na ziemski klimat. Najpewniejsze dane pochodzą z historii Ziemi. Możemy porównać bieżący ciepły okres, który trwa już kilka tysięcy lat, do poprzedniej epoki lodowej, około 20 000 lat temu. Skład atmosfery podczas epoki lodowej znamy z analizy ilościowej baniek powietrza, które zostały uwięzione gdy warstwy lodu na Grenlandii i w Antarktyce rosły z padającego śniegu.


Wykres 1 Czynniki wpływające na zmiany klimatu w czasie epoki lodowej ok. 20 000 lat wstecz

Zmiany te, razem przedstawione na wykresie 1, wywoływały zmniejszenie energii dochodzącej do Ziemi o około 6,5 W/m2 (z błędem 1,5 W/m2). Ta sumaryczna zmiana utrzymywała planetę o 5°C zimniejszą niż dziś. To empiryczne wyliczenie informuje, że czułość klimatu jest około 3/4°C na zmianę o jeden wat wymuszenia. Modele klimatu zakładające taką samą czułość (W/oC) na wymuszenie, dostarczają zadowalającej zgodności pomiędzy modelami komputerowymi używanymi do przepowiadania jak klimat może zmieniać się w przyszłości, a światem realnym.
Jest jeszcze inny ważny czynnik wymagający zrozumienia i analizy ilościowej: opóźnienia procesów. Zmiany klimatu nie zachodzą w sposób bezpośrednio porównywalny, równocześnie do zaistniałych przyczyn. Potrzeba na przykład długiego czasu i złożonych procesów (prądy, konwekcja), żeby podgrzać ocean. Zwykle trwa kilka dekad lub więcej, aż dojdzie do pewnego zrównoważenia zmian klimatu z ich przyczynami. W czasie około 100 lat zaistniałe zmiany w klimacie odpowiadają jedynie w 60 do 90 procentach wywołującym je przyczynom. Ten długi czas reagowania klimatu komplikuje problem dla obserwatorów i uczonych. Oznacza to, że możemy wnieść do ciągu zmian klimatu to czego efekty będą się pojawiać podczas życia naszych dzieci i wnuków. Dlatego musimy odpowiednio wcześniej być czujni w poznawaniu i zrozumieniu zmian klimatu, ponieważ większość rozpoczętych działań musi ulegać modyfikacjom.”
Tyle cytat z Hansena, którego potraktujemy jako Autorytet Krytyczny.

5. Wymuszenia atmosferyczne – ilościowo


Wykres 2 Czynniki zmieniające klimat obecnie.10

Na wykresie 2 przedstawione są czynniki wpływające obecnie na zmiany klimatu. Są tu przyczyny naturalne (wpływ erupcji wulkanów i wahań emisji Słońca), które się wzajemnie prawie równoważą. Są tu również przyczyny zależne od działalności człowieka. Wśród nich jest wpływ gazów cieplarnianych (podgrzewanie atmosfery) i aerozoli w troposferze (ochładzanie). Aerozole można poglądowo przedstawić jako cząstki jasne („białe„), odbijają więc one pełne widmo (nie-selektywnie) promieniowania słonecznego zwiększając albedo. Wyjątkiem wśród aerozoli jest udział tzw. czarnego węgla (sadza) mającego dodatni wpływ na wzrost temperatury. Na wykresie 2 widać również bardzo istotny wpływ metanu na klimat, chociaż ilość tego gazu w atmosferze jest znikoma, jedynie setki ppb.
      Bardzo dużo i często poruszany jest w prasie, również fachowej temat potrzeby „walki” z emisją dwutlenku węgla jako głównym czynnikiem destabilizującym klimat. Podpisane zostały nawet porozumienia międzynarodowe (Szczyt w Rio 1992, Protokół z Kioto 1997) dotyczące ograniczania emisji tego gazu. Dużo mniej uwagi zwracają natomiast politycy i ich doradcy na inne czynniki zmieniające klimat. Zwróćmy uwagę, że jednoczesny wpływ metanu i „czarnego węgla” na klimat jest porównywalny, tak co do wielkości jak i zwrotu, do „wymuszenia” jakie daje atmosferyczny dwutlenek węgla. W dostępnej obecnie technologii nie jest możliwe radykalne a tanie zmniejszenie poziomu CO2 w atmosferze. Możemy jedynie ograniczać jego emisję poprzez zwiększanie efektywności energetycznej. Niestety znane liczne strategie poszanowania energii pozwalają jedynie na zmniejszenie dynamiki wzrostu stężenia tego gazu.
Przeciwnie jest w przypadku metanu. Uzyskanie zmniejszenia emisji metanu może przynieść dodatkowe korzyści – i dochody. Wydzielanie metanu towarzyszy różnym procesom biologicznym np. rozkładowi odpadów organicznych na wysypiskach śmieci. Jak wiemy z licznych przykładów, zastosowanie instalacji zbierających biogaz daje źródło taniej energii (prawie darmowej po zamortyzowaniu się urządzeń). Zastosowanie na szeroką skalę bioreaktorów przerabiających odpadową biomasę różnego pochodzenia, może wpłynąć pozytywnie z jednej strony na klimat, ale z drugiej również na gospodarkę regionu lub państwa. Innym znacznym źródłem metanu związanym z gospodarką ludzką jest uprawa ryżu. Wymiana odmian ryżu i warunków ich uprawy pozwoliłoby na kilkakrotną redukcję tych emisji. Znaczący ułamek „antropogennych” emisji metanu pochodzi z hodowli bydła. Jedna krowa przy standardowym żywieniu emituje blisko 1 m3 biogazu na dobę. Opracowane są zmiany diety bydła zmniejszające emisje o 30-70%. Możliwe jest również (w zimie) używanie, w kotłach grzewczych, powietrza z wentylowania obór. Tak zwane „metanowe” kopalnie węgla na przełomie lat 80/90 zeszłego wieku jedynie w Polsce emitowały do atmosfery 2-3 mld m3 metanu rocznie. Również ten metan można użyć, choćby jako dodatek dla kotłów energetycznych. O skali zjawiska świadczy fakt, że całe roczne zużycie gazu w Polsce wynosiło wtedy ok. 11 mld m3. Trzy ostatnie sprawy bardzo trudno jest przeprowadzić przy dominującym na świecie systemie BAU (Business As Usual), bo zysk – ogromny – byłby globalny, ale wkład finansowy – lokalny.
Podobnie w efektywny i technologicznie opanowany sposób można zmniejszyć emisję do atmosfery tzw. czarnego węgla. Wystarczy zastosowanie odpowiednich filtrów pyłów na kominach. Jest to proste chociaż nie tak tanie jak w przypadku „walki” z metanem. W ten sposób możemy znacznie ograniczyć czynniki wpływające na ocieplanie się klimatu, ponosząc przy tym nieduże nakłady finansowe, lub wręcz, jak w przypadku odzyskiwania metanu – zarabiając.

6. Dane klimatyczne z przeszłości

Zobaczmy, jak przedstawia się obecne stężenie dwutlenku węgla w atmosferze na tle danych z ostatnich 160 tys. lat.


Wykres 3Zmiany temperatury, CO2, CH4″zapisane” w lodzie w okolicach stacji Vostok, Antarktyda.1

Czerwona (położona najwyżej na wykresie) linia obrazuje zmiany zawartości dwutlenku węgla (w ppm – cząsteczek na milion. Uwaga: Czas biegnie od prawej do lewej.). Stopniowy wzrost stężenia CO2 rozpoczął się około 20 tysięcy lat temu (od poziomu ok. 200 ppm) i trwa do dziś. Tylko wzrost w ostatnich kilkuset latach może być w znacznym stopniu spowodowany przez działalność człowieka. (Na tym wykresie byłaby to prawie pionowa kreseczka przy punkcie „zero”.) Wykres zmian temperatury (w °C) zmienia się podobnie jak stężenie CO2, lecz nie trudno zauważyć przedziały czasu, w których tak nie jest (por. 70, 100 lub 120 kyr). Podobnie zachowuje się wykres zmian stężenia CH4 (w ppb – cząsteczek na miliard). Zarówno obserwowana obecnie ilość dwutlenku węgla jak i metanu w atmosferze jest porównywalna do wartości maksymalnych dla tych gazów w ostatnich 160 tysiącach lat. Pozatem podkreślmy, że zawartość dwutlenku węgla w atmosferze była wiele razy w historii Ziemi dużo większa niż obecnie. Sytuacja taka miała miejsce m. inn. w okresie ponad 300 mln lat temu, przed erą karbonu.
Obecne poziomy nie są więc nienaturalnie wysokie, takie, z którymi ekosystem nie byłby w stanie poradzić sobie w sposób naturalny.


Wykres 4 Dane za ostatnie 500 000 lat wskazują na następowanie po sobie większych epok lodowych i okresów ociepleń. Przedstawiają pięć cykli zlodowaceń, które występowały co ok. 100 tys. lat.17

Okresy ciepłe i zimne powtarzają się w procesie zmian klimatu Ziemi ze sporą regularnością. Obecnie jesteśmy w stadium zmian klimatu charakteryzującym się znacznym i trwającym już dość długo (przeszło 15 tys. lat) ocieplaniem. Ziemia weszła w okres gorący około 10 000 lat temu. Przez ekstrapolację prawidłowości zobrazowanych na wykresie 4 możemy wnioskować, iż jesteśmy dopiero na początku okresu ciepłego, który będzie trwał jeszcze (zapewne z wahaniami) około 40 000 lat. Nie dysponujemy jednak na razie bardziej precyzyjnymi danymi, aby stwierdzić jak długo jeszcze będzie trwał proces ocieplania się klimatu wywołany przyczynami naturalnymi i w jakim stopniu został on zakłócony i będzie modyfikowany przez wpływ działalności człowieka. Zwykłe przedłużenie (ekstrapolacja) na kolejne lata, dekady i stulecia obecnych trendów w zmianach klimatu może okazać się dalekie od rzeczywistych zmian jakie nastąpią. Spowodowane jest to zbyt małą ilością danych pomiarowych jaką dysponujemy i ich zbyt małą dokładnością. Co najważniejsze – jeszcze brak wiarygodnego nodelu zmian klimatu. Jaką możemy mieć pewność, że obecnie obserwowane zmiany odzwierciedlają tendencje długookresowe, a nie są jedynie drobnymi (w skali np. istnienia życia na Ziemi) fluktuacjami.12 Przykładowo pewne zmiany klimatu jakie obserwujemy w ostatnim 10-leciu mogą mieć związek z dużym wybuchem wulkanu Pinatubo na Filipinach, który miał miejsce w roku 1991. Takich przyczyn przypadkowych wahań można wskazać wiele.

7. Czy i jak wpływać na zmiany klimatu?

Należy z mocą podkreślić, że do skutecznego regulowania przez człowieka zmian jakim podlega klimat Ziemi potrzebne są dokładne i rzetelne dane pomiarowe dotyczące całego globu, a ściślej – poszczególnych jego części składowych. Nie wolno nam wpływać na zmiany klimatu, nim z pewnością nie poznamy samych procesów tych zmian. Można by się zgodzić z poglądem, że powinniśmy jednak wypracować mechanizmy przeciwdziałania zarówno nadmiernemu ocieplaniu się klimatu, jak również przeciwdziałające zbytniemu jego ochładzaniu. Dla obecnej cywilizacji obie te ewentualności mogą okazać się groźne. ?atwym i skutecznym regulatorem może okazać się jeden z gazów cieplarnianych – metan. Szerzej dyskutujemy to w rozdz. 11. Ewentualne działania należy prowadzić bardzo ostrożnie, gdyż błędne akcje mogą doprowadzić do większego niż obecnie rozregulowania klimatu naszej planety.

8. Scenariusze

Przewidywane scenariusze zmian klimatu dla najbliższych 50 – 100 lat różnią się znacznie w zależności od autorów, czasu powstawania prognozy, źródeł finansowania laboratorium. Wykres 5 przedstawia cztery z nich. Pierwszy oznaczony „A” odpowiada rozwojowi gospodarczemu przebiegającemu pod dyktando „wielkiego biznesu” – „business as usual”. Drugi, „B”, zakłada powolny wzrost gospodarczy. Trzeci, „C”, zakłada zerowy wzrost gospodarczy. Czwarty jest scenariuszem „alternatywnym ” zaproponowanym przez J. Hansen w roku 2000.5


Wykres 5 Scenariusze zmian klimatu do roku 2050.1

9. Przykład obecnej niepewności danych: Poziom oceanów.


Według zwolenników istnienia antropogennego „efektu cieplarnianego” skutkiem zmian klimatu ma być m. in. wzrost poziomu wody w oceanach, co spowoduje zatopienie niżej położonych części lądów. Mogłoby to zatopić wiele niskich wysp Pacyfiku lub znaczną część Bangladeszu. Zobaczmy, jak ta hipoteza wygląda w świetle faktów.


Rysunek 6 Różnice poziomu oceanów w roku 1998.8


Wykres 7 Zmiany poziomu oceanów (skorygowane) rejestrowane przez satelitę
TOPEX/POSEIDON w roku 1993
8

Według NOAA przy utrzymaniu się obecnej (z ostatnich dwóch dekad) tendencji wzrostu poziomu oceanów po 100 latach możemy spodziewać się wzrostu poziomu wody o ok. 22cm +/- 1cm. W ciągu ostatnich 20 tys. lat poziom oceanów podniósł się jednak o blisko 90 metrów10, co daje średnią (przyczyny wyłącznie naturalne) 45 cm na 100 lat. Jest to dwukrotnie więcej niż obserwowany obecnie wzrost przypisany przez (powiedzmy szczerze) propagandystów do „antropogennego efektu cieplarnianego”.
Zwraca również uwagę fakt, że mierzone w pewnych punktach globu wzrosty poziomu morza bywają dużo większe. Globalnie jednak wzrost jest niewielki. Dane globalne można uzyskać jedynie dzięki pomiarom satelitarnym. Pomiary takie są prowadzone tylko dla kilku ostatnich lat i nie mogą obrazować trendów długookresowych. Liniowa ekstrapolacja takich wyników może prowadzić do mylnych wniosków.

10. Obserwowane zmiany temperatury na Antarktydzie.

Przeciętna temperatura powietrza nad powierzchnią ziemi wzrasta o około 0.06 °C na dekadę w dwudziestym wieku, i o około 0.19 °C na dekadę w latach od 1979 do 199811. Modele klimatu generalnie zakładają zwiększanie temperatury w regionach polarnych. Było to również doświadczalnie obserwowane w regionie półwyspów antarktycznych w drugiej połowie dwudziestego wieku. Jednocześnie poprzednie raporty sugerują wcześniejsze delikatne ocieplenie kontynentu.11 Tymczasem analiza przestrzenna danych meteorologicznych dla Antarktydy pokazuje ochłodzenie netto Antarktydy pomiędzy latami 1966 i 2000, szczególnie podczas lata i jesieni. Dla przykładu: Dolina McMurdo ochładza się o 0.7 °C na dekadę pomiędzy latami 1986 i 2000. Chłodniejsze lato jest szczególnie istotne dla ekosystemu Antarktydy. To zjawisko przesuwa bowiem punkt równowagi pomiędzy lodem i wodą: większa część opadów śniegu nie topnieje, lecz przetwarza się w lądolód. Kontynent Antarktydy ochładza się, szczególnie ochładza się wnętrze tego kontynentu. Ten fakt wymusza nowe poszukiwania modeli zmian klimatu i ekosystemu.11

11. Możliwość wpływu hydratów na klimat

Rysunek 8 Porównanie źródeł ziemskiego węgla organicznego (Kvenvolden)12

W latach 90-tych ubiegłego stulecia okazało się, że największe zasoby węgla pierwiastkowego blisko powierzchni Ziemi (potencjalnie, po spaleniu w postaci dwutlenku węgla) występują nie w postaci węgla kamiennego i brunatnego, ropy naftowej i gazu, lecz w postaci hydratów węglowodorów (głównie metanu). Udokumentowane pokłady hydratów metanu zalegają w postaci złóż o ogromnej miąższości (do setek metrów) na terenach wiecznej zmarzliny (płn. Syberia, płn. Kanada) oraz w głębi mórz i oceanów (zach. wybrzeża Stanów Zjednoczonych, litoral brzegów Japonii, Morze Czarne, Morze Kaspijskie, …) [zob. np. 13 i 14]. Kluczową sprawą dla ilości metanu w atmosferze, a więc dla wymuszeń efektu cieplarnianego staje się więc zachowanie hydratów. Są one niestabilne w pewnych warunkach temperatur i ciśnienia. Jest to tym istotniejsze, że metan jest gazem 30-50 razy silniej wpływającym na efekt cieplarniany niż dwutlenek węgla.
Z hydratami metanu wiąże się niebezpieczeństwo zaistnienia silnego dodatniego sprzężenia zwrotnego wpływającego na ocieplanie się klimatu. Wzrost temperatury atmosfery oraz mórz i oceanów ponad pewien poziom (próg) może spowodować nagłą, lawinową dehydratyzację czyli uwalnianie metanu ze złóż hydratów. Udokumentowano, że takie zjawiska miały już miejsce w geologicznej historii Ziemi.

Przed ok. 8000 laty obsunęły się, zapewne na skutek podwyższenia temperatury i zmian położenia nurtu atlantyckiego prądu Golfstrom, duże obszary wybrzeży obecnej zachodniej Norwegii na wysokości miejscowości Trondheim. Wielkie masy skalne – około 5600 km3 – „spłynęły”, na odległość 800 km od górnej krawędzi stoku kontynentalnego, do Morza Norweskiego na warstwie rozpływającego się lodu zbudowanego z hydratów metanu. Oceny tej katastrofy wskazują na równoczesne uwolnienie do atmosfery wielu miliardów metrów sześciennych metanu jak również wywołanie olbrzymich niszczących fal morskich podobnych do tsunami.14
Bardzo interesującym akwenem ze względu na występowanie hydratów gazów w dość płytkiej wodzie jest Morze Barentsa leżące poza kołem polarnym. Z powodu mroźnego klimatu związki klatkowe są tam trwałe także na stosunkowo niewielkich głębokościach. Właśnie przez to mogą one stanowić zagrożenie już przy niewielkim wzroście temperatury. O realności zagrożenia świadczą miejsca z wyglądającymi jak leje po bombach ogromnymi kraterami, które występują na objętych badaniami obszarach pomiędzy Przylądkiem Północnym a Spitsbergenem. Kratery znajdują się na głębokości 300-350 m i leżą w bezpośrednim sąsiedztwie hydratów gazowych, zalegających poniżej poziomu dna oceanu. Jedno z takich kraterowych pól rozciąga się na powierzchni ponad 35 km2. Leje mają szerokość 30-700 m i głębokość 30 m, a ich kształt sugeruje występowanie erupcji gazu. Nie jest pewne czy występowały one mniej więcej równocześnie. Prawdopodobnie wydarzyły się pod koniec ostatniej epoki lodowcowej, około 15 tys. lat temu, kiedy szelf pod Morzem Barentsa nie musiał już utrzymywać ciężaru ogromnych mas lodu.
Istnieje niebezpieczeństwo, że już wzrost o 1oC temperatury przydennych warstw wody w morzach i oceanach wystarczyłby aby wyprowadzić hydraty gazów ze stanu stabilności.
Podobne zjawiska obsuwania się wybrzeży na skutek topnienia warstw hydratów udokumentowano u zachodnich wybrzeży USA.
Dysocjacją dużych ilości hydratów można tłumaczyć duże globalne ocieplenie w późnym Paleocenie (ok. 55 mln lat temu). Doszło wtedy do katastrofalnego wzrostu temperatury oceanu o około 5-7oC.12 Również zakończenie epok lodowych można powiązać z wpływem dysocjacji pewnych (dużych) ilości hydratów.12
Podobne, choć na trochę mniejszą skalę gwałtowne zjawiska klimatyczne zdarzały się w czasach dużo nam bliższych. Cytuję poglądy kilku naukowców za agencją Reuter’a : „Badania rdzenia lodowego z Antarktydy wykazują, że 19 tys. lat temu temperatura na południowym biegunie mogła wzrosnąć o 4 st. C. – Tak znaczący skok w tamtym okresie to zjawisko wstrząsające – ocenia dr David Etheridge z australijskiego Commonwealth Scientific and Industrial Research Organisation (CSIRO). Budzi to szczególne zainteresowanie, gdyż w tym samym mniej więcej czasie, kiedy wzrosła temperatura, raptownie i znacznie podniósł się poziom morza, co potwierdzają badania australijskiego narodowego uniwersytetu.
Prof. Pat Quilty z Uniwersytetu Tasmania, były szef grupy badawczej z Australian Antarctic Division (AAD) – organizacji powołanej przez rząd, przestrzega: nowe odkrycie potwierdza teorię o „dniu sądu ostatecznego”, kiedy antarktyczna pokrywa lodowa ruszy z posad. Niezależnie od tego, czy globalne zmiany klimatu są procesem naturalnym czy też spowodowanym działalnością człowieka, będą one w skutkach dramatyczne – powiedział.
Dr David Etheridge tłumaczy, że ocieplenie klimatu tysiące lat temu związane było ze zmianą nachylenia orbity Ziemi i to zjawisko spowodowało uwolnienie gazów cieplarnianych, zwłaszcza dwutlenku węgla z oceanów.”16
Jednocześnie należy podkreślić, że jest to tylko hipoteza i tak naprawdę „Pomimo że udało się odkryć wiele sekretów białego kontynentu, nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, co spowodowało tak raptowne zmiany klimatu i podniesienie się poziomu morza 19 tys. lat temu.”16
Potrzebne są dalsze badania, m. inn. dla sprawdzenia hipotezy o lawinowym uwalnianiu metanu z hydratów.
Mechanizm powstania epok lodowych związany jest ze wzrostem dodatniego sprzężenia zwrotnego między (chwilowym) ochłodzeniem klimatu, spowodowanym nim wzrostem powierzchni pokrytej śniegiem i lodem, wzrostem albedo, a więc większym wypromieniowaniem energii odbitego światła słonecznego – i dalszym ochładzaniem. Wynikają z tego wzrost grubości i masy lodowców.
Istnieją uzasadnione przypuszczenia, że miały już miejsce katastrofy spowodowane tym faktem. Obniżenie poziomów oceanów (o kilkadziesiąt metrów!) obniża też ciśnienie w podmorskich (uprzednio) złożach hydratów, co powoduje lawinową ich destabilizację i przejście metanu do atmosfery. Zwiększona zawartość metanu w atmosferze prowadzi do dalszego wzrostu temperatury atmosfery, co intensyfikuje proces dehydratyzacji. Ponieważ ilość hydratów jest ogromna, to taki proces może bardzo mocno podnieść temperaturę Planety. Takie zjawisko przybiera postać kataklizmu i poprzez nagły wzrost temperatur może doprowadzić do odwrócenia tendencji, czyli do zakończenia epoki lodowej. Wspomniany uprzednio wzrost temperatur oceanu o 5-7oC [Hyndman oraz Dickens 17] może być spowodowany taką katastrofą.
A w naszych czasach występowanie na Ziemi ogromnych złóż hydratów może zostać wykorzystane do zaspokojenia rosnących potrzeb energetycznych ludzkości. Dla ludzkości istotnym staje się bowiem, aby korzystanie z energii zgromadzonych w postaci hydratów metanu możliwie szybko rozpocząć. Przemawia za tym kilka faktów:
Po pierwsze jest to bardzo duże i praktycznie nietknięte źródło energii. Dehydratyzacja i spalanie metanu jest procesem, w którym oprócz energii powstaje jedynie woda i dwutlenek węgla.
Z drugiej strony metan z pokładów hydratów może zostać uwolniony do atmosfery w sposób niekontrolowany (na skutek wzrostu temperatury i/lub spadku ciśnienia w złożu), co (jak wykazaliśmy wyżej) mogłoby spowodować znaczne wzmocnienie efektu cieplarnianego. Pozwalając na dehydratyzację wywołaną przyczynami naturalnymi tracimy nie tylko złoża doskonałego nośnika energii, ale narażamy się na dalszą destabilizację klimatu. Spalenie metanu ze złóż, które inaczej w łatwy a niekontrolowany sposób mogłyby ulec uwolnieniu, zmniejsza potencjał gazów cieplarnianych, które mogłyby dostać się do atmosfery.
Zastąpienie paliw kopalnych takich jak ropa naftowa i węgiel przez hydraty ma jeszcze jeden plus. Pamiętajmy, że ropa i węgiel są również cennymi surowcami dla innych przemysłów (np. chemicznego), a nie tylko nośnikami energii.

12. Skala wpływu dwutlenku węgla na klimat

Cząsteczki gazowe występujące w atmosferze, takie jak H2O, CO2, CH4, N2O, O3 i CFC są zdolne do pochłaniania charakterystycznych (dla każdej cząsteczki różnych) części widma promieniowania słonecznego, w szczególności podczerwonego. Ilość zaabsorbowanego promieniowania podczerwonego zmienia się wraz z rodzajem związku i jest proporcjonalna do liczby cząsteczek danego związku w atmosferze.
Ilość promieniowania słonecznego docierającego do atmosfery ziemskiej jest zrównoważona ilością promieniowania opuszczającego atmosferę. Wraz ze wzrostem ilości cząsteczek absorbujących promieniowanie podczerwone w atmosferze zwiększeniu ulega temperatura, aż do momentu ustalenia się nowego stanu równowagi między ilością promieniowania emitowanego i pochłoniętego. W przypadku, gdy para wodna oraz dwutlenek węgla byłyby nieobecne w atmosferze, temperatura przy powierzchni Ziemi wynosiłaby około 254K (-l9oC) i znane nam życie nie mogłoby istnieć.
Stwierdzono, że w ostatnich dziesięcioleciach ilość występujących w atmosferze substancji gazowych, takich jak CO2, CH4, N2O, O3 i CFC systematycznie wzrasta. Zawartość pary wodnej zmienia się jednak w tak szerokich granicach (0-5%), że nie jest możliwe ilościowe określenie występujących w tym przypadku zmian. Należy przypomnieć i podkreślić, że para wodna jest ilościowo bardziej odpowiedzialna za absorpcję promieniowania podczerwonego niż jakikolwiek inny składnik atmosfery. Zwykle jednakże (z niewiedzy!) przyjmuje się, że wpływ pary wodnej jest w przybliżeniu stały i zmiany jej zawartości określone są przez inne czynniki. Dwutlenek węgla i para wodna absorbują promieniowanie podczerwone przy długości fali mniejszej niż 8 000 nm i większej niż 12 000 nm. Promieniowanie o długościach fal nie mieszczących się w powyższych granicach nie ulega zaabsorbowaniu. Ostatnio wprowadzone związki chlorofluorowęglowe (CFC) i wodorochlorofluorowęglowe (HCFC) absorbują promieniowanie podczerwone w przedziale 8 000-12 000 nm. Zakres ten odpowiada długościom fal, przy których intensywną absorpcję wykazują również ozon, metan i tlenek azotu (N2O). Szacuje się, że podwojenie stężenia dwutlenku węgla występującego w atmosferze spowoduje wzrost intensywności absorpcji promieniowania podczerwonego (wymuszenie) o jedynie 4 W/m2 powierzchni Ziemi. To dodatkowe ciepło będzie powodowało, że do atmosfery przeniknie więcej pary wodnej, która jest zdolna zaabsorbować dalsze 2 W/m2. Wzrost ten jest względnie mały w porównaniu z całkowitą ilością (wynoszącą 240 W/m2) absorbowanego promieniowania podczerwonego. Około 100 W/m2 z całkowitej ilości przypisuje się pochłanianiu przez parę wodną, a 50 W/m2 przez dwutlenek węgla. Podwojenie zawartości dwutlenku węgla powodować będzie tak mały skutek, ponieważ duża już istniejąca ilość cząsteczek absorbujących w zakresie widma 8 000-12 000 nm sprawia, że większość promieniowania ulega pochłonięciu przez obecną już w atmosferze parę wodną i dwutlenek węgla.18
O niepewności danych i modeli świadczy fakt, że inni autorzy szacują, że gdyby wszystkie znane nam rezerwy paliw kopalnych (bez hydratów) zostały spalone, wówczas maksymalne stężenie dwutlenku węgla w atmosferze może osiągnąć wartość 2000 ppm w ciągu 200 do 300 lat, powodując wzrost temperatury globalnej o ok. 6 K.18

Wiele publikacji wskazuje na brak zależności krzywej zmian temperatury powietrza od zmian antropogennej (szczególnie przemysłowej) emisji CO2. Natomiast zmiany temperatury w latach 1860-1990 są idealnie zgodne ze zmianami aktywności Słońca.15 Wzrost zawartości CO2 w powietrzu, obserwowany od roku 1958, związany jest, wg. tych autorów, z podwyższeniem temperatury wód oceanu (w cieplejszej wodzie zmniejsza się rozpuszczalność CO2 i jest on „wydychany” z oceanu). Byłby to jednak proces dodatniego sprzężenia zwrotnego. Ten wzrost stężenia dwutlenku węgla jest korzystny dla świata roślin. Ocenia się, że do 2050 roku „nawożenie” przy pomocy wzrostu atmosferycznego CO2 spowoduje przyrost masy drzewnej na świecie o około 25%. Nawożenie to jest zapewne, przyczyną zauważonego ostatnio szybkiego przyrostu lasów rosyjskich i północno-amerykańskich. Usiłowanie obniżenia przemysłowej emisji CO2 i innych gazów cieplarnianych nie wpłynie na klimat, ale może doprowadzić do światowej katastrofy ekonomicznej.1513. Podsumowanie

Niektóre czynniki niepewności w danych i modelach paleo-klimatu (w skali setek, tysięcy i milionów lat)
– zmiany osi ziemskiej
– niestabilności mocy Słońca
– nieznajomość parametrów absorpcji metanu i dwutlenku węgla w oceanie
– wpływ różnych gazów i aerozoli cieplarnianych
– wpływ wody w atmosferze na albedo
– trudności przy ilościowym ujęciu konwekcji w atmosferze i oceanie
– opóźnienia w ustalaniu się równowagi

Niektóre czynniki niepewności w modelach antropogennego efektu cieplarnianego (w skali dziesięcioleci)
– woda oraz para wodna (pomijane w obliczeniach modelowych!)
– aerozole („białe ” i „czarne”)
– bardzo nieprecyzyjne uwzględnianie w modelach klimatu kapryśnych procesów konwekcji energii
– pomiary zmian poziomu oceanów częściej u wybrzeży, niż na środku oceanu, zbyt krótki czas pomiarów (od lat 80-tych zeszłego wieku)
– pomiary temperatur wokół „wysp ciepła” (miasta) lub w warunkach sporej ignorancji („trzeci świat”)
– efekt nieliniowości (nasycenia) absorpcji promieniowania cieplnego przy wzroście stężenia CO2
– związek przyczynowo-skutkowy między temperaturą powierzchni oceanu a ilością CO2 w atmosferze (nieduża wiarygodność istniejących uproszczonych modeli).

Przyroda i Ziemia zmieniają się w czasie. Z coraz lepiej poznawanej historii życia wynika, iż Ziemia przeżywa okresy raz sprzyjające rozwojowi jednych form życia, raz innych. Ważne jest jednak to, że biosfera ciągle trwa. Człowiek swą działalnością walnie przyczynił się do przyspieszenia pewnych procesów, w większości negatywnych dla środowiska oraz dla stabilności klimatu. Na szczęście ludzkość nie jest jeszcze tak silna, żeby mieć pierwszoplanowy ani wyłączny wpływ na wszystko to co dzieje się na Ziemi. Mam głębokie przekonanie, że Ziemia przetrwa bez większego uszczerbku różnorakie akty prawne, które mają ją „chronić”, np. akcje eliminowania freonów z produkcji, walki z nadmierną emisją dwutlenku węgla, przeciwdziałania globalnemu ociepleniu (lub ochłodzeniu). Może nie przetrwać wraz z wieloma innymi gatunkami twórca tych „wspaniałych” akcji i pomysłów – człowiek. Przy obecnym stanie wiedzy i techniki to mieszkańcy muszą się przystosować do warunków panujących na Planecie, a nie przystosowywać Ją do swoich potrzeb, a raczej do często infantylnych, a nierzadko i zbrodniczych pomysłów klas rządzących.
Z tych analiz wynika, że zdolności Ziemi do samo-regulacji sięgają znacznie większych amplitud wahań parametrów, niż może wywołać homo sapiens sapiens. Oby.LITERATURA:

1 Into The Arctic.
2 „LEKSYKON naukowo-techniczny z suplementem”, Wydawnictwa Naukowo-Techniczne, Warszawa 1989.
3 „MAŁA ENCYKLOPEDIA POWSZECHNA PWN”, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1997.
4 Witold Mizerski, „Tablice chemiczne”, Wydawnictwo Adamantan, Warszawa 1997.
5 James E. Hansen, A Brighter Future; NASA Goddard Institute for Space Studies, New York, NY (to appear in Climate Change, anticipated publication date of Summer 2001)
8 John Daly, www.john-daly.com, 2002 i AVISO website http://www.jason.oceanobs.com/html/portail/actu/actu-welcome-uk.php3
10 Statement of Dr. James E. Hansem Head NASA Goddard Institute for Space Studies before the Committee on Commerce, Science and Transportation United States Senate May 1, 2001
11 Peter T. Doran, John C. Priscu, W. Berry Lyons, John E. Walsh, Andrew G. Fountain, Diane M. McKnight, Daryl L. Moorhead, Ross A. Virginia, Diana H. Wall, Gary D. Clow, Christian H. Fritsen, Christopher P. McKay & Andrew N. Parsons, Nature AOP, Published online: 13 January 2002; DOI: 10.1038/nature710, Nature 415, 517 – 520 (2002),
12 Hyndman, and S.R. Dallimore, Canadian Society of Exploration Geophysicists, Natural Gas Hydrate Studies in Canada, R.D. The Recorder, 26, 11-20, 2001,
13 Mirosław Dakowski „Rurociągi” nr 4, 2001,
14 Erwin Suess, GerhardBohrmann, Jens Greinert, Erwin Lausch, „Płonący lód”, „Świat Nauki” nr 2, luty 2000.
15 Zbigniew Jaworowski, „Czy obniżenie nadmiernej emisji gazów cieplarnianych do atmosfery zlikwiduje problem ocieplania się klimatu na Ziemi?”, Centralne Laboratorium Ochrony Radiologicznej, Warszawa
16 Krystyna Forowicz, Klimatyczne archiwum Ziemi, Rzeczpospolita nr 15, 18.01.2001,
17 Daniel P. Schrag, Of ice and elephants, NATURE|VOL 404 |2 MARCH 2000 |www.nature.com
18 Peter O’Neill, Chemia środowiska, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa-Wrocław 1998.

Na użytek tej publikacji definiujemy „wymuszenie” (ang. forcing) jako zmianę ilości energii słonecznej dochodzącej do powierzchni Ziemi, a wywołanej czynnikami klimatyczno-biologicznymi w jednostkach W/m2. Arkadiusz Wysokiński, Mirosław Dakowski
Zakład Energii Odnawialnych
Akademia Podlaska w Siedlcach (ok. 2005r.)

[przypominam, bo kłamcy klimatyści te i podobne DANE ignorują. A kotły ze smołą dla nich już diabły grzeją. MD

Powtarzamy z uporem: Uwalniany przez człowieka CO2 nie powoduje efektu cieplarnianego.

Uwalniany przez człowieka CO2 nie powoduje efektu cieplarnianego. Poznaj publikację, która rozprawia się z ETS

7 października 2026 pch24/uwalniany-przez-czlowieka-co2-nie-powoduje-efektu-cieplarnianego-poznaj-publikacje-ktora-rozprawia-sie-z-ets

co2-3139225_1280.jpg
pixabay.com

Profesor Steven Chu, noblista w dziedzinie fizyki, w liście do swoich współpracowników napisał: „W świecie nauki ludzie są oceniani na podstawie treści swoich idei. Postępy pojawiają się dzięki nowym spostrzeżeniom, ale ostatecznym arbitrem każdego punktu widzenia są eksperymenty poszukujące bezstronnej prawdy, a nie informacje wyselekcjonowane, by poprzeć konkretny punkt widzenia. Siła naszej pracy wynika z tego fundamentu”1 .

Z kolei polski filozof, logik i etyk, prof. Tadeusz Kotarbiński, stwierdził, że: „Nauka polega na podważaniu wszystkiego, co można podważyć, bo tylko dzięki temu można wykryć to, czego podważyć się nie da”.

Stoimy zatem na stanowisku, że opieranie się na tzw. konsensusie naukowym w kwestii roli emitowanego obecnie przez człowieka dwutlenku węgla nie jest ani wyznacznikiem prawdy, ani naukowym podejściem (w istocie to anty-nauka). I nie ma tu znaczenia, ile osób (naukowców) taki konsensus popiera, bo jak słusznie zauważył Paul Claudel, „Prawda nie ma nic wspólnego z liczbą ludzi, którzy są o niej przekonani”.

Mimo to w opinii publicznej funkcjonuje narracja o szkodliwym wpływie CO2 na klimat, oparta na tzw. konsensusie dziesiątków tysięcy prac modelowych i symulacjach, która powoduje, że wiele osób obawia się kwestionować tę szeroko rozpowszechnioną hipotezę.

Tymczasem materiał przedstawiony w niniejszej pracy zawiera wyniki eksperymentów, które dowodzą, że dalszy wzrost stężenia CO2 w atmosferze, przy jego obecnym poziomie, nie może powodować wzrostu temperatury Ziemi. Oznacza to, że dodatkowe ilości dwutlenku węgla nie powodują już efektu cieplarnianego.

Obecne stężenie CO2 w atmosferze jest niskie (biorąc pod uwagę historię Ziemi) i wynosi około 420 ppm (części na milion), a już od wartości zaledwie około 150 ppm gaz ten nie powoduje efektu cieplarnianego, co bezpośrednio dowodzą dane empiryczne przedstawione w pracy [1] omawianej w niniejszym opracowaniu. Z danych tych wynika również, że usuwanie dwutlenku węgla z atmosfery nie ma najmniejszego sensu, ponieważ efekt cieplarniany do wartości około 150 ppm będzie prawie taki sam.

Jednak zbyt niskie poziomy CO2 szkodzą wzrostowi roślin. Na przykład, gdyby zawartość CO2 została obniżona do około 150 ppm, to wzrost roślin spowolniłby o 30–40%.

W wielu szklarniach powietrze jest wzbogacane do 1600 ppm CO2 w celu stymulowania wzrostu roślin. Ze względu na obecnie coraz szybszy wzrost roślin, stymulowany zwiększoną wydajnością fotosyntetyczną w wyniku wyższych poziomów CO2 w połączeniu z cieplejszymi warunkami otoczenia, powierzchnia roślin liściastych i iglastych na kontynentalnej powierzchni Ziemi zwiększa się rocznie o mniej więcej powierzchnię Niemiec2.

Przed rewolucją przemysłową (ok. 1750 r.) stężenie CO2 wynosiło około 280 ppm, natomiast najniższą wartość w historii Ziemi – około 180 ppm – gaz ten osiągał podczas okresów zlodowaceń. Z kolei najwyższe stężenia CO2 wynosiły od aż 1000 do 4000 ppm i wiązały się z występowaniem bujnej roślinności.

Przedstawione wyniki pełnej analizy ilościowej, opartej na danych pomiarowych z przeprowadzonych eksperymentów, wskazują, że już przy stężeniu CO2 znacznie niższym od obecnego mamy do czynienia z tzw. nasyceniem pochłaniania promieniowania odpowiedzialnego za chłodzenie naszej planety. Innymi słowy, promieniowanie (a zatem energia w postaci ciepła) schładzające Ziemię na skutek odprowadzania tej energii z atmosfery w przestrzeń kosmiczną nie może już być bardziej zatrzymywane przez dodatkowy CO2 generowany na przykład przez człowieka, czyli efekt cieplarniany nie może wzrastać.

A zatem dodatkowy dwutlenek węgla nie może bardziej ograniczać procesu chłodzenia (powodować wzrostu temperatury atmosfery i Ziemi), a tym samym nie odgrywa już roli gazu cieplarnianego.

Ponadto należy odnotować, że wykresy opracowane przez norweskich profesorów na podstawie danych z licznych stacji pomiarowych rozmieszczonych na całym świecie, analizowanych w krótkich odstępach miesięcznych, pokazują, że najpierw wzrasta temperatura, a dopiero po kilku miesiącach rośnie stężenie dwutlenku węgla w atmosferze.

Podobnie wyniki tzw. eksperymentu księżycowego wskazują, że promieniowanie podczerwone emitowane przez Księżyc, którego widmo jest zbliżone do widma promieniowania podczerwonego emitowanego przez Ziemię, po przejściu przez atmosferę ziemską nie jest pochłaniane przez dodatkowe ilości CO2 emitowane przez człowieka lub jakiekolwiek inne źródło. Zatem również i ten eksperyment potwierdza, że dodatkowy CO2 nie powoduje efektu cieplarnianego.

Z kolei pomiary satelitarne wykonane w odstępie 27 lat pokazują, że wzrost stężenia CO2 w atmosferze o 12,5% spowodował wzrost średniej temperatury Ziemi o mniej niż 0,02°C, czyli o wartość praktycznie niezauważalną, mieszczącą się w granicach błędu pomiarowego.

Warto zauważyć, że fakty (pochodzące w naszym przypadku z eksperymentu), w przeciwieństwie do opinii, nie wymagają potwierdzenia przez osoby cieszące się szczególnym autorytetem.

Więcej przeczytasz w publikacji „Uwalniany przez człowieka CO2 nie powoduje efektu cieplarnianego. Dowody eksperymentalne. ETS – wbrew nauce”

Kliknij TUTAJ i pobierz e-book

co2 (1)

1 Secretary Steven Chu Announces Departure, Accomplishments in a Letter to Energy Department Employees, *Renewable Energy World*, 1.03.2013, (https://www.renewableenergyworld.com/solar/secretary-steven-chu-announces-departure-accomplishments-in-a-letter-to-energy-department-employees/)

2 Winkler A.J. et al. (2019), *Earth system models underestimate carbon fixation by plants in the high latitudes*. *Nature Communications*, 10(1):885, s. 8.

Rafinerie na trzech kontynentach płoną jedna po drugiej… i nikt tego nie łączy?…

Rafinerie na trzech kontynentach płoną jedna po drugiej i nikt tego nie łączy

zmianynaziemi/rafinerie-na-trzech-kontynentach-plona-jedna-po-drugiej-i-nikt-tego-nie-laczy

W ciągu kilku tygodni na trzech kontynentach stanęły w ogniu rafinerie i zbiorniki paliw. Część ma wyjaśnienie, część nie. Zbitka jest na tyle gęsta, że trudno ją złożyć wyłącznie z przypadku.

6 października w wenezuelskiej rafinerii Cardón, drugiej co do wielkości w kraju, pękła linia gazu. Były eksplozje, personel ewakuowano, ogień ugaszono w niecałą godzinę, zakład o mocy 310 tysięcy baryłek dziennie stanął. Państwowy koncern PDVSA mówi o awarii i powołuje komisję. Pożary w obiektach PDVSA nie są rzadkością. Tym razem zbiegły się jednak z serią innych.

Tydzień wcześniej, 30 września, w indyjskiej rafinerii MRPL w Mangaluru rozerwał się separator wysokociśnieniowy. Zginął jeden pracownik, ośmiu lub dziewięciu zostało rannych. Policja bada przyczynę techniczną. W Meksyku Pemex gasił krótki pożar w Salina Cruz podczas planowego przeglądu. W Rotterdamie eksplozja przy zbiorniku magazynowym podczas konserwacji zabiła jedną osobę. Wiosną branżowy serwis Chemical Processing liczył jedenaście poważnych incydentów rafineryjnych w około sześćdziesiąt dni, od Teksasu po Ekwador, i wskazywał na starzejące się instalacje oraz odkładane remonty.

Obok tego idzie wojna, i tu sprawca jest znany. Ukraina od miesięcy bije dronami w rosyjski przerób. 26 września płonęła rafineria w Ilsku, lokalne władze mówiły o trzech zabitych. Dzień wcześniej ogień był w zakładzie Łukoilu w Permie i w Nowoszachtyńsku. 20 września płonęła rafineria pod Moskwą. Kijów tych uderzeń nie ukrywa. Rosja przedłużyła zakaz eksportu oleju napędowego.

W Arabii Saudyjskiej obraz jest mieszany. 8 września Huti trafili obiekty na południu, w tym okolice rafinerii w Dżizanie. Ministerstwo energii przyznało pożary i czasowe postoje, koalicja podała 73 rannych. O uderzeniu w rafinerię pod Dżuddą z 5–6 października mówią Huti i irańskie media. Krążą nagrania ognia. Rijad i Aramco ataku nie potwierdziły.

Każde z tych zdarzeń da się opowiedzieć osobno: dron, rakieta, pęknięta rura, błąd przy remoncie. Kłopot w tym, że opowiedziane razem układają się w jeden sezon. Rafinerie pracują ostrzej, bo cieśnina Ormuz jest nadal ograniczona, a bliskowschodni przerób uszkodzony. Przeciążona instalacja psuje się częściej. To tłumaczy część awarii. Nie tłumaczy, dlaczego w tym samym oknie czasowym płoną zakłady od Krasnodaru po Falcón i od Dżizanu po Mangaluru, ani dlaczego przy każdym słupie dymu najpierw leci wersja o ataku, a dopiero potem sprostowanie.

Ropa zachowuje się spokojniej niż paliwo. Brent stoi koło 101 dolarów za baryłkę, daleko od wiosennego szczytu powyżej 126, ale wciąż około połowy drożej niż przed wojną z Iranem. Drożeje produkt. W połowie września diesel w Unii bił rekordy serii Komisji Europejskiej, około 2,20 euro za litr. Marże rafineryjne na olej napędowy w Europie Północno-Zachodniej przekraczały 100 dolarów za baryłkę. W Polsce od 3 października znowu działają urzędowe ceny maksymalne: 6,86 zł za litr benzyny 95 i 7,80 zł za diesla, przy VAT ściętym do 8 procent. Jeszcze pod koniec września diesel na stacjach kosztował średnio ponad 9 zł.

Rynek wycenia więc nie jeden pożar, tylko brak produktu. Ropa przez Hormuz wraca. Olej napędowy nie, bo rafinerie, które miały go robić, stoją albo płoną. Czy to zbieg przeciążenia, wojny i pecha, czy coś gęstszego, na razie rozstrzygają komunikaty stron, a nie wspólne śledztwo. Dopóki nikt nie zestawi tych incydentów obok siebie inaczej niż w wątku na portalu społecznościowym, wrażenie, że rafinerie gasną jedna po drugiej, zostanie. I nie jest całkiem bezpodstawne.

Źródła:

https://iuvmpress.co/en/post/serial_fires_at_oil_refineri…

https://stratnewsglobal.com/west-asia/do-global-refinery-…

https://ij-reportika.com/global-surge-in-refinery-fires-r…

https://www.indiatoday.in/world/story/rajasthan-oil-refin…

Niedziela: Biłgoraj, Warszawa – comiesięczne Msze Święte za Ojczyznę i Pokutne Marsze Różańcowe

Biłgoraj, Warszawa – comiesięczne Msze Święte za Ojczyznę i Pokutne Marsze Różańcowe

07/10/2026 przez antyk2013

Z Maryją Królową Polski modlić się będziemy o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu

BIŁGORAJ – w każdą drugą niedzielę miesiąca w kościele pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny o godz. 18.00 Msza Święta za Ojczyznę i Pokutny Marsz Różańcowy!

==========================

WARSZAWA – zapraszamy na comiesięczny Pokutny Marsz Różańcowy, który już od 9 lat odbywa się w stolicy. Rozpoczynamy Mszą Świętą o godz. 8.00 w kościele św. Andrzeja Apostoła i św. Brata Alberta na pl. Teatralnym 20, po niej udajemy się ulicami Warszawy pod Sejm RP.

Zgodnie ze słowami Najświętszej Dziewicy Maryi (zawartych we wszystkich uznanych objawieniach) modlitwa na Różańcu Świętym jest ostatnim ratunkiem dla świata. To jest FAKT – władze tego świata, odrzucają Boga a na Jego miejsce intronizują zachcianki człowieka (lub w najlepszym wypadku sentymentalnie celebrują humanizm).

Trasa naszego comiesięcznego Pokutnego Marszu Różańcowego w Warszawie:  Po drodze z placu Teatralnego idziemy ogarniając modlitwą Różańca Świętego ważne instytucje i ministerstwa położone przy Krakowskim Przedmieściu, modlimy się za Prezydenta RP pod jego siedzibą, skręcamy w  ul. Świętokrzyską by modlić się pod Ministerstwem Finansów, później przy pl. Powstańców Warszawskich 7 dochodzimy do budynku TVP, gdzie mieszczą się główne studia informacyjne telewizji publicznej (przez dziesięciolecia komunizmu i liberalizmu siejących nienawiść oraz kłamstwa). Modlić się będziemy o konieczne zmiany w mediach i nawrócenie środowisk dziennikarskich. Kierujemy się później w stronę placu Trzech Krzyży i na ul. Wiejską aby ogarnąć modlitwą władze ustawodawcze naszego Kraju. Zakończenie Pokutnego Marszu Różańcowego będzie pod Sejmem i Senatem RP (wcześniej podejdziemy pod ambasadę Kanady, gdzie Panu Bogu i Jego Matce zawierzać będziemy Mary Wagner, która toczy samotny bój o przestrzeganie prawa Bożego w Kanadzie).

Będziemy się modlić o ustanie kłamliwych ataków na nasz Kościół i Ojczyznę, o nawrócenie nieprzyjaciół i pojednanie ludzi, narodów i państw na fundamencie prawdy, aby wobec ofiar zbrodni i ludobójstwa nastąpiło sprawiedliwe zadośćuczynienie za zło jakiego doświadczyli od prześladowców. Będziemy modlić się także o to by dla wszystkich narodów, dawniej i dziś zamieszkujących ziemie Rzeczypospolitej i Europę Środkowo Wschodnią, Jezus Chrystus był  j e d y n ą  Drogą, Prawdą i Życiem, o to też by na ziemiach nasączonych krwią ofiarną poprzednich pokoleń umocniona została święta wiara katolicka, poza którą nie ma zbawienia, by porzucone zostały błędne wyznania i religie wiodące na bezdroża nienawiści.

Iran odrzuca ofertę Trumpa i zmienia zasady gry w Cieśninie Ormuz

Iran odrzuca ofertę Trumpa i zmienia zasady gry w Cieśninie Ormuz

Iran zacieśnia kontrolę nad Cieśniną Ormuz. Według informacji ujawnionych w niedawnym wywiadzie z geopolitycznym analitykiem Pepe Escobarem, irańska Najwyższa Rada Bezpieczeństwa Narodowego podjęła dwie daleko idące decyzje: ostatnia kontr-propozycja prezydenta USA Donalda Trumpa została całkowicie odrzucona, a opłaty za przejazd przez Cieśninę Ormuz będą odtąd pobierane wyłącznie w rialach irańskich.

Informacje pochodzą z rozmowy Escobara z prowadzącym, który twierdzi, że ma bezpośrednie kontakty z władzami Iranu i Pakistanu. Escobar wyjaśnia na początku, że kanał ma bezpośredni dostęp do najwyższych rangą urzędników obu rządów i otrzymuje od nich poufne informacje.

Każdy, kto chce przejechać przez Hormus, powinien kupić Rial.

Pierwsza decyzja bezpośrednio dotyczy kontroli gospodarczej nad Cieśniną Ormuz.

Do tej pory Iran akceptował płatności w juanach chińskich, między innymi, za opłaty tranzytowe. Rozmawiano również o walucie rosyjskiej i kryptowalutach. To się teraz skończy.

Z wywiadu wynika, że ​​irańska Rada Bezpieczeństwa Narodowego postanowiła, że ​​w przyszłości będzie akceptować „tylko walutę irańską”. Oznacza to, że każdy, kto chce przekroczyć Cieśninę Ormuz, będzie musiał najpierw kupić irańskie riale na targu, a następnie zapłacić nimi wymaganą opłatę tranzytową.

Ekonomiczna intencja stojąca za tym działaniem została otwarcie opisana w rozmowie: Wymuszony popyt na rial ma na celu wsparcie irańskiej waluty, a jednocześnie wprowadzenie twardej waluty obcej do irańskiej gospodarki.

Transakcje przez Chiny zamiast przez Zachód

Druga część planu ma jeszcze większy zasięg.

Według źródeł, płatności mają być przetwarzane za pośrednictwem chińskiej infrastruktury finansowej. Mowa tu konkretnie o chińskim systemie płatności transgranicznych CIPS.

Escobar wyjaśnia, że ​​Iran chce całkowicie zerwać z zachodnim systemem płatności i zamiast tego działać za pośrednictwem chińskiego systemu. Yuan mógłby na przykład zostać przeliczony na riale za pośrednictwem CIPS.

Uczyniłoby to Cieśninę Ormuz nie tylko instrumentem irańskiej polityki energetycznej i bezpieczeństwa, ale w coraz większym stopniu również instrumentem polityki monetarnej. Iran wykorzystałby swoją kontrolę geograficzną nad jednym z najważniejszych szlaków energetycznych świata, aby stworzyć międzynarodowy popyt na własną walutę, jednocześnie omijając zachodnie kanały finansowe.

Trump otrzymuje kategoryczne „nie” od Teheranu

Druga decyzja Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego bezpośrednio dotyczy negocjacji z Waszyngtonem.

Trump wysłał kontrpropozycję do Teheranu za pośrednictwem Kataru. Według źródła, oferta ta została „kategorycznie” odrzucona przez irańską Radę Bezpieczeństwa Narodowego zaledwie kilka godzin przed emisją .

Wyraźnie odmówił podania szczegółów dotyczących dokładnej treści amerykańskiej kontroferty. Stwierdził jednak, że został poinformowany, iż Iran nie zaakceptował ani jednego jej elementu.

„Nic z kontrpropozycji nie zostało przyjęte. Ani trochę” – ujawniono w rozmowie. Według osób zaangażowanych w rozmowę, irańska odpowiedź została przekazana przez ministra spraw zagranicznych Abbasa Araghchiego ministrowi spraw zagranicznych Pakistanu Ishaqowi Darowi, który następnie poinformował o tym Steve’a Witkoffa.

Wiadomość z Teheranu: Iran zamierza nadal wyłącznie przestrzegać już uzgodnionych zasad i ostatnio sformułowanych warunków.

Trzy warunki otwarcia Ormuzu

W rozmowie wspomniano o trzech kluczowych warunkach ze strony Iranu:

Amerykańska blokada morska musi zostać zniesiona, sankcje zniesione, a Iran musi otrzymać co najmniej dwanaście miliardów dolarów. Jeśli te warunki zostaną spełnione, Iran, według rozmówców, będzie gotowy ponownie otworzyć Cieśninę Ormuz w ciągu siedmiu dni.

Nie oznaczałoby to jednak całkowitego powrotu do poprzedniej sytuacji. Iran wyraźnie podtrzymuje zamiar pobierania opłat tranzytowych w przyszłości. Nazwa tej opłaty nie ma znaczenia dla Teheranu. Stanowisko Iranu zostało jednoznacznie wyrażone w wywiadzie:

„Możesz to nazywać jak chcesz, ale przepłynięcie Cieśniny Ormuz będzie ciężką próbą”.

Nazywaj to jak chcesz – za przejazd przez Hormus pobierana będzie opłata.

Kanał dyplomatyczny jest zablokowany.

Escobar wyciąga z tego daleko idący wniosek: kanał dyplomatyczny między Waszyngtonem a Teheranem jest na razie praktycznie martwy.

Jego rozmówca tylko częściowo się z tym nie zgadza. Pakistan kontynuuje rozmowy z zaangażowanymi stronami i wspólnie z innymi podmiotami stara się znaleźć rozwiązanie. Jednak amerykańska kontrpropozycja została całkowicie odrzucona.

Jednocześnie w wywiadzie opisano Iran jako kraj przygotowany militarnie na dalszą eskalację.

Według źródeł irańskich Teheran dysponuje potencjałem wojskowym, który nie został jeszcze wykorzystany ani publicznie zademonstrowany. Gdyby Izrael podjął kolejną akcję militarną, odpowiedź, według tych źródeł, będzie znacznie ostrzejsza niż dotychczas.

Iran i Jemen są postrzegane jako konflikt.

Escobar nie postrzega konfliktu irańskiego w oderwaniu od wojny w Jemenie.

Dla niego oba fronty tworzą spójny pakiet geopolityczny. Rozwój sytuacji dyplomatycznej po jednej stronie ma bezpośrednie reperkusje po drugiej.

Według raportu, Pakistan i Chiny podejmują intensywne wysiłki, aby zapobiec dalszej eskalacji. Pakistan utrzymuje wyjątkowo bliskie stosunki z Iranem, podczas gdy Chiny z kolei utrzymują bliskie relacje z Pakistanem. Chiński minister spraw zagranicznych Wang Yi utrzymuje regularny kontakt z Ishaqiem Darem; Dar z kolei rozmawia z Araghchim, czasami kilka razy dziennie. Celem pozostaje znalezienie rozwiązania dyplomatycznego.

Jednak wojna między Arabią Saudyjską a Ansarallah w Jemenie jednocześnie się zaostrza. Według źródeł, Pakistan wysłał wojska do południowej Arabii Saudyjskiej, w pobliżu granicy z Jemenem. Wojska te mają być wykorzystywane wyłącznie do celów obronnych i zareagują tylko w przypadku bezpośredniego ataku.

Hormus staje się dźwignią walutową

Według wywiadu, dwie irańskie decyzje znacząco zmieniają dotychczasową sytuację. Teheran odrzuca amerykańską kontrpropozycję i trzyma się jej warunków. Jednocześnie Iran zamierza powiązać kontrolę nad Ormuzem z własną walutą.

Uczyniłoby to opłatę tranzytową dodatkową dźwignią ekonomiczną:

Ci, którzy chcą przejechać przez Ormuz, powinni zapłacić. Ci, którzy chcą zapłacić, powinni kupić riale. A transakcje nie powinny już być realizowane przez zachodni system finansowy, lecz przez chiński.

Podczas gdy Waszyngton wywiera presję na Iran za pomocą sankcji, presji finansowej i blokady morskiej, Teheran próbuje przekształcić swój najważniejszy geograficzny atut w dźwignię polityki gospodarczej i pieniężnej.

Cieśnina Ormuz nie byłaby już tylko centrum wojny naftowej.

Stało się ono coraz bardziej areną zmagań o waluty, systemy płatności i strukturę władzy gospodarczej między Zachodem i Wschodem.

Multikulti. MEM-y III.

———————————–

————————–

———————————————–

————————————————–

————————————————————————–

—————————–

————————

—————————–

——————————–

——————————–

Arcy-rabin Ryś poucza katolików

Heterodoksyjny kardynał. „Teologia przy winie”

KRAKÓW (LifeSiteNews) – Heterodoksyjny polski kardynał powiedział, że katolicy powinni odczytywać „całą Tradycję Kościoła w świetle” Soboru Watykańskiego II.

lifesitenews/heterodox-cardinal-says-entire-tradition-must-be-read-in-light-of-vatican-ii

3 października kardynał Grzegorz Ryś, arcybiskup krakowski, wypowiedział szereg uderzających uwag o relacji między Tradycją a Vaticanum II w rozmowie z dr. Konstantym Pilawą podczas spotkania z cyklu „Teologia przy winie” Klubu Jagiellońskiego. Wywiad opublikował następnie polski portal katolicki Gość.pl.

„Trzeba czytać całą tradycję Kościoła w świetle nauczania Soboru. Tak pozostajemy w Kościele” – powiedział Ryś. „Bardzo niepokoi mnie odrzucanie Soboru. Dziś nie brakuje postaw, które o wszystko obwiniają Sobór”.

„Sobór nie był odejściem od Tradycji. Był powrotem do tego nurtu Tradycji, który jest najstarszy i wyznacza miarę” – dodał.

Ryś został kardynałem z nominacji papieża Franciszka w 2023 roku, a w 2025 roku papież Leon XIV mianował go arcybiskupem krakowskim, czyli metropolitą dawnej diecezji przyszłego papieża Jana Pawła II. Uchodzi powszechnie za jednego z najbardziej progresywnych biskupów w kraju i bywa określany jako „człowiek papieża Franciszka” w Polsce.

Kardynała zapytano, czy podobny problem może pojawić się wśród katolików związanych z Kościołem „otwartym” lub „progresywnym”, mianowicie skłonność do utożsamiania katolickiej Tradycji z Vaticanum II przy pomijaniu tego, co je poprzedzało. Ryś odpowiedział, definiując tę różnicę przede wszystkim w kategoriach miłosierdzia.

„Kościół otwarty to Kościół miłosierny; nie ma innego otwartego Kościoła. Kościół zamknięty to Kościół niemiłosierny” – powiedział.

Ryś przyznał, że „Kościół otwarty”, z którym jest zwykle kojarzony, sam może zamknąć się na odmienne opinie. Zakończył tę wymianę zdań, przywołując polskiego filozofa i kapłana Józefa Tischnera: „Może masz rację, ale co z tego dobrego wynika?”

Co najważniejsze, kardynał mówił o odrodzeniu Akcji Katolickiej w Polsce. Stwierdził, że jej tradycyjna duchowość opierała się na obrazie Chrystusa Króla, podczas gdy Vaticanum II przedstawił Chrystusa Sługę jako podstawę rozwoju duchowości. Z tego powodu, jak argumentował, Akcji Katolickiej nie można po prostu odtworzyć według wcześniejszego wzoru bez wypracowania nowych ram teologicznych i duchowych.

W odniesieniu do zarzutów wobec Karola Wojtyły dotyczących jego postępowania w sprawach wykorzystywania seksualnego Ryś argumentował, że Jana Pawła II nie należy oceniać wyłącznie według współczesnej wiedzy o wykorzystywaniu seksualnym. Przypomniał, że w 2000 roku polski papież wezwał Kościół do rachunku sumienia z przeszłości, w tym z nadużyć popełnianych w imię wiary, antysemityzmu i pogardy dla kobiet.

Ryś powiedział, że Wojtyła był „z pewnością wielkim człowiekiem”, ale zakwestionował, czy można było rozsądnie oczekiwać, że o pół wieku wyprzedzi współczesne „rozumienie” wykorzystywania seksualnego i jego zapobiegania. Dodał, że Jan Paweł II wykazał zdolność uczenia się w miarę stykania się z tym problemem i rozwijał swoje rozumienie tego, jak Kościół powinien na niego odpowiadać.

Mówiąc o przyszłości, Ryś wyraził nadzieję, że Kościół w Polsce będzie coraz bardziej funkcjonował poprzez „żywe, braterskie, małe wspólnoty” skupione wokół Ewangelii i Eucharystii. Opisał to nie jako nieuchronny skutek spadku liczby wiernych, lecz jako świadomy wybór innego modelu życia Kościoła. Powiązał tę wizję z synodalnym procesem Kościoła i stwierdził, że da się ją pogodzić z ideą Kościoła „masowego” czy „ludowego”.

„Nie musi to być wynikiem okoliczności zewnętrznych. Przeciwnie, powinno to być wynikiem świadomego, wolnego wyboru Kościoła” – powiedział Ryś.

„Odchodzimy od modelu Kościoła, który jest urzędem, tylko administracją, strukturą, tłumem. Przechodzimy do obrazu Kościoła, w którym każdy, ponieważ jest ochrzczony, czuje się odpowiedzialny, włącza się, bo to jest jego wspólnota; nie jest tym, który chodzi do kościoła, lecz kimś, kto tworzy Kościół” – zakończył kardynał.