W pierwszej połowie roku przeprowadzono w Warszawie 1928 kontroli taksówek – poinformował stołeczny ratusz. Nieprawidłowości wykryto w 434 przypadkach, najczęściej kierowcy łamali prawo miejscowe i nie posiadali uprawnień.
Kontrole prowadził Wydział Ruchu Drogowego Komendy Stołecznej Policji, Nadwiślański Oddział Straży Granicznej i Mazowiecki Urząd Celno-Skarbowy.
Z danych urzędu miasta wynika, że 159 kierowców naruszało przepisy prawa miejscowego, 74 osoby nie posiadały uprawnień do kierowania, a 71 kierowców nie miało przy sobie wypisu z licencji taksówkarskiej.
W wyniku kontroli zatrzymano 28 osób przebywających w Polsce nielegalnie, 16 osób poszukiwanych przez służby, a 16 osobom zatrzymano prawo jazdy. 14 badanych kierowców było pod wpływem alkoholu lub środków odurzających, a 13 okazało fałszywe prawo jazdy. Pozostałe wykryte nieprawidłowości to m.in. niewydanie paragonu, brak ewidencji usługi, brak kasy fiskalnej czy podrobione tablice rejestracyjne.
Stołeczny ratusz przypomina, że wsiadając do taksówki, należy sprawdzić, czy samochód ma oznaczenia boczne na drzwiach i lampę na dachu z napisem TAXI (wymóg taksówek licencjonowanych). Oznaczenia boczne składają się z żółto-czerwonego pasa oraz numeru bocznego taksówki i herbu Warszawy.
Na paragonie, który taksówkarz ma obowiązek wydać po zakończeniu kursu, powinien się znaleźć numer boczny i numer rejestracyjny pojazdu. Pasażer, który podejrzewa, że kierowca wykonujący usługę złamał przepisy, może zgłosić to do Urzędu m. st. Warszawy np. przez portal Warszawa 19115.
Policjanci złożyli już ponad 20 wniosków o ukaranie obrońców życia.
W kilkunastu sprawach sądy wydały już skandaliczne wyroki nakazowe (czyli zaoczne, jak sądy kapturowe – bez jakiejkolwiek możliwości obrony).
==========================
Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!
Piszę do Pana z wielkim ciężarem na sercu. Mam złe wiadomości i powiem wprost: już dawno nie było tak źle jak teraz.
W Warszawie machina państwowa ruszyła przeciwko bezbronnym dzieciom i tym, którzy stają w ich obronie. Warszawska policja realizuje bezwzględne, polityczne zlecenie na obrońców życia, przekraczając przy tym granice bezprawia.
Mowa o nielegalnej, krwawej katowni aborcyjnej ABOTAK, którą feministki otworzyły w Warszawie, tuż pod oknami Sejmu, śmiejąc się wszystkim prosto w twarz.
Właśnie mija 17. miesiąc naszej nieustannej blokady tego miejsca – to już blisko półtora roku. Wolontariusze Fundacji Życie i Rodzina trwają tam nieustannie – organizując protesty, pikiety i Publiczny Różaniec o zatrzymanie aborcji. Nie odpuszczamy ani na krok.
I właśnie dlatego uderzono w nas z wielką siłą.
Policja jako prywatna ochrona aborterek? Chyba tak, skoro zamiast ścigać przestępców, funkcjonariusze postawili sobie za punkt honoru przegonienie nas z Wiejskiej. Służby, które powinny chronić obywateli, zachowują się jak prywatna agencja ochroniarska tej rzeźni.
Feministki Aborcyjnego Dream Teamu – nieformalnej grupy polskojęzycznych aborterek finansowanej z zagranicznych funduszy – mają na swoim koncie porażające podłości:
Aborcję selektywną na bliźniaku,
Zaopatrywanie szpitali w sprzęt do aborcji próżniowej,
Instruktaże zabijania dzieci tabletkami – celowo kierowane do nastoletnich matek,
Przemyt nielegalnych środków poronnych na teren Polski przy pomocy francuskich europosłanek.
Środowisko Abotaku to bezwzględna siatka biznesowa nastawiona na depopulację i zabijanie polskich dzieci. Ostatnio te zdemoralizowane kobiety straciły grunt pod nogami – zagraniczny sponsor odciął im fundusze, a Facebook zablokował ich profile. A zatem nawet wielki biznes aborcyjny zauważył, że Polacy mają dość aborcyjnego barbarzyństwa.
Niestety, w tym samym momencie aborterki zyskały nowego, potężnego sojusznika – władzę i policję.
FESTIWAL ABSURDALNYCH ZARZUTÓW I NĘKANIA
Funkcjonariusze są obecni niemal na każdej naszej modlitwie. Czy myśli Pan, że wchodzą do środka, by powstrzymać zabijanie? Ależ skąd. Specjalnie patrzą w drugą stronę, gdy agresywni lewaccy bojówkarze plują na nas, krzyczą i próbują zakłócać modlitwę.
W zamian policjanci polują na… nas. Szukają jakichkolwiek haków na działaczy Fundacji.
Machina ruszyła. Policjanci złożyli już ponad 20 wniosków o ukaranie obrońców życia. W kilkunastu sprawach sądy wydały już skandaliczne wyroki nakazowe (czyli zaoczne, jak sądy kapturowe – bez jakiejkolwiek możliwości obrony).
Za co chcą skazywać ludzi? Za pokazywanie prawdy o aborcji, za Publiczny Różaniec, który w policyjnych protokołach nazywa się burzeniem spokoju i zakłócaniem porządku, za używanie legalnego nagłośnienia na zgłoszonych zgromadzeniach. To, co lewicowym aktywistom uchodzi na sucho, dla katolika i obrońcy życia staje się podstawą do ciągania po sądach.
„To legalnie działająca klinika” – powtarzają policjanci, legitymując modlących się ludzi. Stosują celową politykę zastraszania. Naszych wolontariuszy wzywa się na komisariaty, nakazuje składać długie zeznania i zmusza do ciągłych przyjazdów do sądów. W ten sposób realizowana jest zaplanowana taktyka zmęczenia proliferów. Chcą nas zastraszyć, zniszczyć psychicznie, finansowo i zasiać paraliżujący lęk przed wyrokami z Kodeksu Karnego.
Gdy jesienią 2024 roku gruchnęła wiadomość, że w Warszawie ma powstać placówka śmierci, wiedzieliśmy, że nie możemy milczeć. Przez kolejne miesiące próbowano oswoić Polaków z myślą, że sto metrów od parlamentu będzie się masowo zabijało dzieci. 8 marca 2025 roku, gdy tylko otworzyli Abotak, Fundacja Życie i Rodzina ruszyła do natychmiastowego oblężenia.
Trwamy na posterunku do dziś. Ale koszty tej walki drastycznie wzrosły.
Jedno postępowanie – od przesłuchania na komendzie, przez pisanie pism procesowych, aż po wielomiesięczne (które mogą się przerodzić w wieloletnie) batalie sądowe – to koszt od 7 000 do 9 000 złotych.
Prawnicy Fundacji złożyli skuteczne odwołania od zaocznych wyroków, ale teraz musimy stawiać się w sądach karnych i walczyć o sprawiedliwość.
Bez Pańskiego pilnego wsparcia finansowego, koszty procesowe nas zmiażdżą, a Wolontariusze Fundacji zostaną sami na placu boju. Nie mogę na to pozwolić. Muszę obronić młodych działaczy przed tym przedziwnym sojuszem policji i lobby aborcyjnego.
Proszę Pana o pilną darowiznę już dziś. Proszę o pomoc nie dla siebie, ale by opłacić obronę prawną dla tych, którzy ryzykują własną wolnością, by ratować bezbronne dzieci. Poświęcają swój spokój, narażają się i… właśnie TERAZ potrzebują pomocy.
Koszty obrony prawnej w sprawach związanych z akcją „Stop ABOTAK” wyniosą finalnie kilkadziesiąt tysięcy złotych. W najbliższych dniach przede mną pierwsza duża faktura do zapłacenia: na niemal 16 tysięcy złotych.
PS – Proszę pomyśleć, jak czuje się wolontariusz, który przyszedł pod Abotak modlić się i protestować przeciw zabijaniu dzieci. I nagle skończył w sądzie. Tym dobrym ludziom naprawdę potrzebna jest pomoc. Dlatego proszę usilnie, by nie odkładał Pan decyzji o wsparciu.
WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
Dla jego zwolenników nie są istotne wielokrotne i konsekwentne herezje, głoszone przez synodalnych hierarchów, nie są istotne gorszące akty obrazy Najświętszego Sakramentu i zaparcia się wiary w Chrystusa, nie jest istotne zaprzeczenie odwiecznemu Magisterium Kościoła, nie jest istotna herezja papolatrii, uprawiana przez Watykan i synodalistów. Dla nich istotne jest tylko to, aby być posłusznym człowiekowi, formalnie przez nich uznawanemu za pełniącego urząd, niezależnie od tego, co ten człowiek robi.
◊
Obraz tytułowy: Ariusz Heretyk, bohater Kościoła synodalnego LINK
Synagoga ekskomunikuje Kościół
Przeciętny wierny Kościoła katolickiego, również w Polsce zapewne nie zdaje sobie sprawy z wagi tego, co wydarzyło się 2 lipca 2026 r.
W tym dniu Victor Manuel kardynał Fernandez, prefekt Dykasterii Nauki Wiary, prawa ręka drugiego już papieża synodalnego Leona XIV podpisał dekret i notę wyjaśniającą, dotyczącą czterech konsekracji biskupich, dokonanych 1 lipca 2026 r. w Econ, w strukturach Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X. Dokument określa to wydarzenie jako czyn o charakterze schizmatyckim, a jego uczestników jako obłożonych ekskomuniką latae sententiae, czyli mocą samego prawa kanonicznego. Watykan poszedł daleko w swoich sankcjach, stwierdził bowiem stan ekskomuniki u wszystkich biskupów i kapłanów Bractwa, a także wszystkich wiernych, związanych formalnie z Bractwem.
Co do tego ostatniego punktu, jego zakres z pewnością dopiero będzie interpretowany, i może tu być zastosowana wykładnia zawężająca ekskomunikę tylko do świeckich, funkcjonujących formalnie w Bractwie, np. tercjarzy, lub rozszerzająca na wszystkich słuchających mszy w kaplicach Bractwa. Sądzę, że zostanie tu zastosowana formuła stalinowska – po rewolucji walka klas się zaostrza, widać bowiem, że synodaliści z Watykanu zdecydowali się na frontalny konflikt, dążąc do rozbicia Bractwa i pozbawienia go wiernych.
Czy tak się stanie, należy wątpić, sądzę, że będzie odwrotnie, że Watykan będzie teraz postrzegany jak Gwiazda Śmierci synodalnego Imperium, i coraz więcej wiernych przyciągać będzie romantyczna aura bojowników za wiarę, prześladowanych przez coraz bardziej skostniały reżim. Jak jednak jest w istocie – tu będą dwa sprzeczne stanowiska, zwolennicy Watykanu będą twierdzić, że Bractwo znalazło się poza Kościołem, a zwolennicy Bractwa, że nie ma schizmy ani stanu ekskomuniki, a Watykan się myli, powołując się na analogiczny stan, który zaistniał w 1988 r.
Jak jednak jest naprawdę, to zostanie w przyszłości rozstrzygnięte autorytatywnie, na dziś jednak wymaga od wiernych chociaż minimum własnego rozumu i wolnej woli. Jeśliby uznać argumentację Watykanu, że Bractwo złamało obowiązek posłuszeństwa wobec papieża i prawo kanoniczne, co spowodowało automatyczną schizmę i ekskomunikę, to należałoby zacząć traktować Bractwo jako kolejną grupę odłączoną od Kościoła, podobnie, jak prawosławnych. Ale to właśnie te wszystkie grupy odłączone: heretyckie i schizmatyckie są przez Watykan radośnie witane w Kościele, podobnie, jak obce religie, z islamem włącznie i z talmudycznym judaizmem na czele.
Synodalni hierarchowie odprawiają serdeczne spotkania, na przykład niedawna wizyta kobiety, podającej się za arcybiskupa Canterbury, głowę Kościoła anglikańskiego, gdzie była wspólna modlitwa i błogosławieństwo tej pani, przyjęte przez papieża. Do kościołów spraszani są pastorzy zielonoświątkowi i wszyscy inni na wspólne ceremonie uwielbienia i wylania ducha, popierają to biskupi i uczestniczą księża. Urządzane są dni islamu i dni judaizmu, cóż więc stoi na przeszkodzie, aby dołożyć jeszcze dni katolicyzmu, i potraktować Bractwo choćby tak serdecznie, jak Żydów lub panią niby-biskupkę? Albo ogłosić taką samą inkluzję dla Bractwa, jak dla sodomitów i ludzi w grzechach, z którymi Kościół synodalny jest w komunii?
W przypadku tych wszystkich grup, z którymi synodalny Watykan i jego akolici chcą być w połączeniu jest różnica istotowa w stosunku do Bractwa. Bractwo uznaje zwierzchność Papieża jako wikariusza Chrystusa, uznając także jego jurysdykcję we wszystkich kwestiach, które nie są sprzeczne z Objawieniem. Natomiast wszystkim innym Objawienie pozostaje nieznane, obojętne lub wrogie, ale oni nie wchodzą w komunię z Papieżem i Kościołem katolickim, lecz w sitwę z kolejnym przywódcą religijnym, nazywającym się papieżem, reprezentującym Kościół synodalny. Tenże Kościół ma już swoje własne objawienie i własne magisterium, zaczynające się od Soboru Watykańskiego II. Większość obecnych tam ojców soborowych nie zdawała sobie sprawy z wagi momentu historycznego, było to bowiem wrogie żydomasońskie przejęcie władzy w Kościele katolickim i inauguracja nowego procesu, który od samego początku miał zamienić Kościół katolicki w Kościół synodalny, czyli przywrócić żydowską Synagogę, czyli ustanowić antykościół Lucyfera. Waga tamtego momentu ukazuje się nam dopiero dziś, po pontyfikacie Franciszka, Synodzie o synodalności, deklaracji Fiducia Supplicans i wielu innych dokumentach i aktach faktycznych. Dzięki zaś deklaracji Dykasterii Nauki Wiary, wydanej dnia 2 lipca 2026 r. Kościół synodalny dokonał ważnego aktu oddzielenia się od Kościoła katolickiego.
Aktów faktycznych, które wyraźnie wskazywały, że Watykan nie jest już katolicki było multum, szczególnie za papieża Franciszka. Jego pontyfikat historia Kościoła zapewne zapamięta jako czas Wielkiej Tranzycji. Natomiast Leon XIV, niedługo po pierwszej rocznicy swojego pontyfikatu dokonał formalnie tego, czego wcześniej można było się tylko domyślać – ekskomunikował Watykan, a właściwie poprzez dokument kardynała Fernadeza stwierdził ekskomunikę Kościoła synodalnego. Akt ten wydany został błyskawicznie i jest bardzo zdecydowany, co znaczy, że był już gotowy wcześniej i Watykan nie miał żadnych wątpliwości, co musi uczynić.
Należy być wdzięcznym kardynałowi Fernandezowi i papieżowi Leonowi za tak jawne postawienie sprawy, tak samo, jak powinniśmy być wdzięczni kardynałowi Rysiowi za jego list Komisji Episkopatu Polski o Żydach. Wszystko bowiem staje się jasne: Kościół synodalny nie jest Kościołem katolickim, lecz Synagogą szatana, w której miejsce jest dla wszystkich bez szczególnych zasług, jak w piekle, wystarczy tylko posłuszeństwo wobec władzy doczesnej, którą reprezentuje obecny Watykan. Dla jego zwolenników nie są istotne wielokrotne i konsekwentne herezje, głoszone przez synodalnych hierarchów, nie są istotne gorszące akty obrazy Najświętszego Sakramentu i zaparcia się wiary w Chrystusa, nie jest istotne zaprzeczenie odwiecznemu Magisterium Kościoła, nie jest istotna herezja papolatrii, uprawiana przez Watykan i synodalistów.
Dla nich istotne jest tylko to, aby być posłusznym człowiekowi, formalnie przez nich uznawanemu za pełniącego urząd, niezależnie od tego, co ten człowiek robi. Oto mamy nową herezję, równoznaczną z apostazją: serwilizm, łączący w sobie modernizm jako ściek wszelkich herezji, papolatrię jako ślepe posłuszeństwo doczesnej władzy papieża i zaparcie się Chrystusa na rzecz nowej wiary, ciągle aktualizowanej i podawanej do wierzenia przez Watykan.
Przyszło nam żyć w ciekawych czasach, i ja bardzo to sobie chwalę, mamy bowiem wyjaśnionych wiele wątpliwości, więc jeśli ktoś używa rozumu i ma wolę niespętaną herezją serwilizmu, ten wie, co powinien robić. Przy synodalnym stole ofiarnym, na którym będzie składana nowa ofiara dla szatana będzie miejsce dla wszystkich religii i denominacji i dla wszystkich ludzi, niezależnie od stanu ich sumień i sytuacji moralnej. Oto wymarzona religia masonów, religia ludzkości, łącząca wszystkich bez różnicy wyznań. Oto wymarzona wiara Żydów dla gojów, religia siedmiu praw noachitów. Do stołu ofiarnego tej religii zostają zaproszeni wszyscy, ze świętokradczym użyciem imienia Jezusa. Nie będzie tam miejsca tylko dla jednej wiary, jednego Kościoła i jednej grupy ludzi: wiary w prawdziwego Jezusa Chrystusa, Kościoła katolickiego i katolików.
Problemu nie mają wierni Bractwa, ale wszyscy pozostali, czy przyłączyć się do żydo-masońskiej Synagogi, która prowadzi do szatana, czy do prawdziwego Kościoła Chrystusa. Katolicy zaś mogą spodziewać się zastraszania i obelg, a nawet prób prawnych zakazów działalności Bractwa, które Kościół synodalny będzie próbował wymusić na władzach świeckich. Katolicy powinni już teraz mentalnie przygotować się do stawienia oporu wobec prześladowań, bo Kościół synodalny nie odpuści, zbyt ważna to sprawa dla Watykanu, który zrobi wiele, aby Bractwa nie było w ogóle. Wierni katolicy już teraz powinni planować nie tylko pokorną modlitwę w intencji nawrócenia papieża i biskupów na prawdziwą wiarę, ale zorganizowany ruch krucjatowy, który przywróci łączność Watykanu z Kościołem Chrystusa. Teraz Bractwo ma misję, wyrwać jak najwięcej dusz z objęć Synagogi aby przywrócić je do Eklezji.
Ostry konflikt polityczny – w tym zwracanie orderów oraz walka na wrogie oświadczenia w relacjach Warszawa-Kijów – jest faktem, którego już nie da się wyciszyć lub zagłuszyć.
Podobnym językiem mówią do nas (czasami) tylko politycy Izraela, bo przecież im wiadomo, że „antysemityzm wyssaliśmy z mlekiem matki”, a my „rewanżujemy się” infantylnym tłumaczeniem ich dlaczego mogą nami pomiatać. Również na „froncie ukraińskim” słyszymy z „naszej” strony głosy dystansujące się od tego konfliktu, zwłaszcza usprawiedliwiające działania prezydenta… Zełenskiego (ponoć nie mógł odmówić wojskowym uczczenia „bohaterów UPA”. Jeżeli takich bohaterów ma armia ukraińska i prezydent tego kraju i musi zgodzić się na jej dyktat, to chyba mamy się czego bać w przyszłości, gdy owa armia wyjdzie z tej wojny zwycięsko).
Część proukraińskich polityków przedstawia się w roli… „arbitra” w konflikcie między dwoma prezydentami – tylko pogratulować (braku) instynktu politycznego. Lecz to gadanie tylko radykalizuje nastroje po obu stronach: oni, czyli politycy ukraińscy, traktują to jako wyraz naszej słabości, my – jako prowokację lub głupotę. Tu już nie ma i nie będzie stanów pośrednich: stosunek do UPA (nie tylko jej „bohaterów”) jest dziś najważniejszą granicą podziału („kto pierwszy nas rozpoznał, kto wrogów, kto przyjaciół”) – tu rozpoznawalność jest jednoznaczna. Jeżeli potomkowie owych „bohaterów UPA” poprosiliby o przebaczenie, potępili zbrodnie i zbrodniarzy i uczcili pamięć ich ofiar, może byłaby szansa na budowę czegoś na przyszłość. Ale nic takiego się nie stanie.
Ukraińcy oraz ich „sługi” w naszym kraju tłumaczą, że idzie tu nie o „bohaterów UPA”, którzy mordowali kobiety i dzieci na Wołyniu i w Galicji Wschodniej, lecz o tych, którzy „walczyli z Sowietami” w latach 1944-1945. Pozwolę sobie przypomnieć, że w tym czasie Polska była członkiem koalicji antyhitlerowskiej i walczyła na wszystkich frontach II wojny światowej przeciwko Niemcom i ich kolaborantom, w tym przeciwko UPA, która była po stronie naszego wspólnego wroga, którym byli Niemcy. Wszystkim rusofobom oraz „sługom narodu ukraińskiego” przypomnę, kto był członkiem owej koalicji; jej liderzy tworzyli „Wielką Trójkę”, czyli USA, Wielka Brytania i ZSRR. Wtedy my i UPA byliśmy po dwóch przeciwnych stronach frontu, który wyznaczał granicę dobra i zła.
Władze w Kijowie nie przejmują się naszym oburzeniem, bo wiedzą, że dalej za darmo i bezwarunkowo będziemy wspierać „walczącą Ukrainę”. Przecież strategicznym celem naszej polityki jest całkowite zwycięstwo armii, która ma na sztandarach „bohaterów UPA”.
Może jednak przy okazji odpowiedzielibyśmy (sobie) na pytanie, czy nas stać na tę szczodrość? Czy koszt tego zwycięstwa będzie przerzucony na kolejne pokolenia, czy też zredukujemy bieżące wydatki? Na co? Może zmniejszymy o połowę wydatki na 800 plus lub na naukę czy kulturę? Że o służbie zdrowia nie wspomnę.
„A któryż z was ojca prosi o chleb, zali mu da kamień? Abo o rybę, izali miasto ryby poda mu węża? Abo jeśliby prosił o jaje, izali mu poda niedźwiadka? Jeśliż tedy wy, będąc złymi, umiecie dawać dobre datki dzieciom waszym, jakoż daleko więcej Ojciec wasz z nieba da ducha dobrego tym, którzy go proszą” (Łk 11, 11–13).
Ojcze Święty!
Zawiadomienie o decyzji podjętej przez Stolicę Apostolską wobec Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, podpisane przez Jego Eminencję kard. Fernándeza, dotarło do nas i stało się już publicznie znane.
Wydaje się nam, że ta decyzja po raz kolejny rzuca światło na niezwykle tragiczny kontekst, w jakim znajduje się Kościół powszechny. To, co Bractwo św. Piusa X czyniło i nadal czynić będzie, nie jest niczym innym jak rozwiązaniem w ostateczności dla ratowania dusz pośród doktrynalnego i moralnego zamętu, w jakim pogrążony jest Kościół. W żadnym wypadku nie pretendujemy do zastępowania Kościoła i nie mamy innej ambicji, jak tylko pozostać Mu wiernymi.
W sumieniu nie uznaliśmy, że możemy uchylać się od moralnego obowiązku jaki mamy wobec dusz, jak już wyjaśnialiśmy Waszej Świątobliwości zarówno prywatnie, jak i publicznie.
Prosiliśmy o chleb – to znaczy o odrobinę zrozumienia dla szczerego przypadku sumienia, o ojcowski gest nie tyle wobec Bractwa św. Piusa X, ile wobec dusz – obiecując uczynić z nich prawdziwych synów Kościoła rzymskiego. Niestety, otrzymaliśmy kamień.
Prosiliśmy o rybę – to znaczy o możliwość czasowego uzyskania środków koniecznych do dalszego formowania dobrych kapłanów, aby mogli oni kontynuować swą misję przybliżania duszom Pana Jezusa. Niestety, otrzymaliśmy węża.
Prosiliśmy o jajko, obiecując zwrócić je, gdy tylko będzie to możliwe. Święta Tradycja, którą zachowujemy w duszach, należy bowiem do Kościoła, naszej Matki – a nie do Bractwa św. Piusa X – i jesteśmy pewni, że pewnego dnia jakiś papież zechce się nią posłużyć dla dobra Kościoła powszechnego. Niestety, otrzymaliśmy skorpiona.
Prosiliśmy, żeby nas nauczano i utwierdzano w wierze wszech czasów. Zamiast tego po raz drugi zostaliśmy ogłoszeni schizmatykami.
Mimo sankcji, które w nas uderzają, Bractwo św. Piusa X szczerze odnawia obietnicę, którą już wcześniej złożyło Waszej Świątobliwości. Proszę pozwolić, że przytoczę tu swobodnie to, co już wcześniej wyraziłem:
„Bractwo obiecuje Waszej Świątobliwości […] poświęcić wszystkie swe siły, żeby strzec Tradycji i oddawać ją na służbę Kościoła. Czyniąc to, Bractwo św. Piusa X nie poprzestaje na zachowaniu starych zwyczajów; sprzyja powołaniom kapłańskim i zakonnym, rodzinom wielodzietnym i głęboko chrześcijańskim, i te powołania i rodziny zachowuje; jednym słowem – wszystko to, co objawia żywotność Kościoła, łaski i wiary katolickiej. Naszym zamiarem nie jest ofiarowanie Kościołowi muzeum dawnych rzeczy, lecz integralnej Tradycji – płodnej, będącej źródłem życia duchowego, wcielonej i przeżywanej w duszach.
[…] Jestem pewien, że pewnego dnia Wasza Świątobliwość lub jeden z Jej następców będziecie mógł i zechce skorzystać z tej posługi, której sprawowanie w Kościele i dla Kościoła stanowi jedyny powód naszego istnienia”. (list osobisty, skierowany do Jego Świątobliwości z 21 listopada 2025 r.)
Przede wszystkim jednak Bractwo św. Piusa X obiecuje dziś Waszej Świątobliwości, że nie przyjmie tych nowych sankcji – obiektywnie niesprawiedliwych i nieważnych – w zgorzkniałości ani buncie.
Ostatnie potępienia, podobnie jak te z przeszłości, dotykają nas w tym, co mamy najdroższego: w naszym przywiązaniu do naszej Matki, Kościoła rzymskiego. Jednakże nawet w tej próbie wszystko powinno przyczyniać się do dobra dusz i samego Kościoła. Dlatego potępienia te pobudzają nas do jeszcze większej miłości do Kościoła świętego i do niesienia mu pomocy ze wszystkich naszych sił, bardziej niż kiedykolwiek. Z tego samego powodu Bractwo św. Piusa X ochoczo ofiaruje cierpienie spowodowane nowymi sankcjami za dobro Kościoła powszechnego i Waszej Świątobliwości.
Jesteśmy pewni, że pewnego dnia Wasza Świątobliwość lub jeden z Jej następców zechce uczynić swoim program świętego Piusa X: „Wszystko odnowić w Chrystusie” – Instaurare omnia in Christo.W tym dniu Ojciec Święty odkryje w Bractwie św. Piusa X nie zbiorowisko węży i skorpionów, lecz małą armię lojalnych synów, gotowych na wszystko, by wesprzeć Papieża w dziele odnowy wszystkich rzeczy w Chrystusie Panu oraz żeby wobec całej ludzkości upominać się o niezbywalne prawa Chrystusa Króla nad wszystkimi duszami i nad wszystkimi narodami.
W tym dniu Ojciec Święty odkryje z wielką radością i głęboką pociechą autentycznie katolickie dusze, których więź z Kościołem nigdy nie opierała się na ruchomych piaskach dwuznacznego dialogu, lecz na skale Piotrowej wiary.
Prosimy Najświętszą Dziewicę Maryję, by przyśpieszyła nadejście tego dnia, a przede wszystkim życzymy Waszej Świątobliwości, żeby jak najszybciej zaznał tej radości i pociechy.
W oczekiwaniu na to, proszę, jeśli Wasza Świątobliwość może, mimo swojej niedawnej decyzji, pobłogosławić nas jako swoich synów. Dla nas nic się nie zmieniło i nigdy się nie zmieni.
Z ufnością w opatrzność Bożą, której nic nie umyka i która czyta aż do głębi serca każdego człowieka, zapewniam Waszą Świątobliwość o moim synowskim oddaniu w Panu.
ks. Dawid Pagliarani FSSPX, przełożony generalny Écône, dn. 3 lipca 2026 r.
„Zburzmy kijowski burdel”: Rozmowy Zełenskiego na temat rakiet SCALP udowodniły, że zawieszenie broni z Kijowem jest niemożliwe.
Ukraina, z pomocą Macrona, przygotowuje rakiety do ataków głęboko na Rosję.
Według ukraińskiego ministra obrony Mychajła Fiodorowa, Ukraina prowadzi negocjacje w sprawie licencji na produkcję francuskich pocisków manewrujących SCALP.
Według Fiodorowa, Zełenski i Macron rozmawiali o tym we Francji, ale jest za wcześnie, by mówić o konkretnych rezultatach. Negocjacje z rządem francuskim i producentem rakiet trwają i „już widać postęp”.
Warto pamiętać, że to nie pierwszy raz, kiedy Ukraina porusza kwestię licencjonowanej produkcji broni NATO. Zełenski rozmawiał z Trumpem o produkcji pocisków przechwytujących dla systemów obrony powietrznej Patriot i mówił również o postępach.
Dla Ukrainy i Zachodu licencjonowana produkcja to dobry model działania. Jeśli pociski są ukraińskie, jakie roszczenia może mieć NATO? A ukraińska fabryka może nawet nie znajdować się na Ukrainie. Tak, Rosja ostrzegała, że takie zakłady produkcyjne mogą być celem. Ale…
SCALP to pocisk manewrujący dalekiego zasięgu, francuski odpowiednik brytyjskiego Storm Shadow. Rosja ostrzegała również latem 2023 roku o tragicznych konsekwencjach użycia tych pocisków (a nawet Hymarów) przez wroga w atakach w głąb kraju. Przykłady ich użycia są łatwe do znalezienia. Najnowszym przykładem jest użycie Storm Shadow w ataku na fabrykę elektroniki w Briańsku w marcu tego roku.
Kijów używa obecnie wolno poruszających się bezzałogowych statków powietrznych i stosunkowo prymitywnych, „lokalnych” pocisków manewrujących Flamingo (jak widać w ataku na elektrownię w Woroneżu), aby uderzyć głęboko w Rosję. I oczywiście marzy o wykorzystaniu nowoczesnych pocisków. Próbuje zorganizować produkcję. I rzeczywiście ją organizuje.
Oznacza to, że powstrzymanie działań wojennych wzdłuż LBS (na co Rosja się nie zgodzi), a nawet wzdłuż granic Donbasu i Noworosji bez obalenia reżimu w Kijowie, z pewnością nie przyniesie rezultatów. Nie będzie demilitaryzacji bez denazyfikacji.
Jeśli wyobrazimy sobie, że walki ustały, ale przywódcy po drugiej stronie pozostają ci sami (nawet jeśli nie personalnie, ale ideologicznie), będzie to jedynie chwila wytchnienia i wzmocnienie sił Ukrainy (Zachodu). A kolejny nieunikniony etap konfliktu zostanie zainicjowany przez Siły Zbrojne Ukrainy uderzeniami z użyciem szybkich, precyzyjnych i najnowocześniejszych pocisków rakietowych, które będą gromadzić i produkować w wystarczających ilościach.
Właściwie, nawet teraz, wraz z uruchomieniem licencjonowanej produkcji, możemy się spodziewać, że Ukraina zacznie uderzać w nasze systemy energetyczne, grzewcze i wodociągowe, po przemyśle naftowym. A skoro „ukraińska” produkcja nie znajduje się na Ukrainie…
Jest tylko jedno rozwiązanie: w kijowskim burdelu nie powinniśmy zmieniać zasłon. Ani nawet personelu. Trzeba go zburzyć.
Artykuł • tygodnik „Najwyższy Czas!” • 4 lipca 2026
Od dawna twierdzę, mówię i piszę, że Konfederacja – najpierw ta pod nazwą „Wolność i Niepodległość” – jeszcze z Januszem Korwinem-Mikke i Grzegorzem Braunem, którzy wkrótce zostali po kolei z niej wyciśnięci – była rodzajem wypadku przy pracy. W niemieckiej BND po prostu ktoś zaspał, wskutek czego Niemcy nie podkręcili tubylczych starych kiejkutów, żeby podjęli jakieś środki zaradcze – i w ten sposób na tubylczej scenie politycznej pojawiła się formacja, która nie miała prawa się pojawić – bo przecież wiadomo, że na tubylczej scenie politycznej mogą być tylko formacje zatwierdzone, to znaczy takie, które gwarantują, że bez względu na to, która z nich wygra wybory – będą one wygrane.
Tak właśnie uważał klasyk demokracji Józef Stalin, według którego jeszcze ważniejsze od tego, kto liczy głosy, jest zaproponowanie „suwerenom”, komplementowanym przez Umiłowanych Przywódców, że stanowią „sól ziemi czarnej”, prawidłowej alternatywy na „święto demokracji”, jakim są wybory. A kiedy alternatywa jest prawidłowa? A wtedy, kiedy bez względu na to, kto wybory wygra – będą one wygrane. Oczywiście demokracja – jak to demokracja – niesie ze sobą rozmaite niespodzianki, które od reżyserów sceny politycznej wymagają szybkiego reagowania. Zazwyczaj przybiera ono postać tworzenia na użytek wyborów ugrupowań jednorazowego użytku, które uwodzą „suwerenów”, co to myślą, że z tą demokracją, to wszystko naprawdę – no a kiedy już jest po wszystkim, sytuacja wraca do normy. Czasami taka formacja, pomyślana jako partia jednorazowego użytku, nie realizuje scenariusza napisanego przez reżysera politycznej sceny.
Tak było np. z „Samoobroną” pana Andrzeja Leppera. Doszło nawet do tego, że Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, po zgryzotach z panem Kazimierzem Marcinkiewiczem, którego w końcu przytłoczył nadmiar szczęścia, musiał objąć stolec premiera rządu koalicyjnego, z udziałem nie tylko ”Samoobrony”, ale i Ligi Polskich Rodzin, na czele której stanął obecnie zażywający sławy Wielce Czcigodnego obrońcy praworządności obywatel Giertych Roman. Nawiasem mówiąc, obywatela Giertycha Romana wystrugał z banana przewielebny Ojciec Dyrektor Tadeusz Rydzyk, który z krzykliwego herszta niewielkiej grupki pretensjonalnie nazwanej „Młodzieżą Wszechpolską”, uczynił z niego tak zwanego „poważnego polityka”, co to został nawet wicepremierem i ministrem edukacji, przeciwko czemu protestował nie tylko S(r)alon („Giertych do wora, wór do jeziora!”), ale również bezcenny Izrael. Skończyło się to – jak pamiętamy – kompromitacją. Naczelnik Państwa wykombinował sobie, że pana Andrzeja przyłapie na gorącym uczynku przyjęcia łapówki i w ten sposób go wyeliminuje z życia politycznego – chociaż „Samoobrona” miała nadal zostać w koalicji, jako mięsko armatnie dla Naczelnika. Sam bym w tę naiwną kombinację nie uwierzył, gdybym o niej nie przeczytał w wywiadzie, jakiego Naczelnik Państwa udzielił „Naszemu Dziennikowi”. Miało być tak, że pan Andrzej „odda się” do dyspozycji pro9kuratury, ale „Samoobrona” pozostanie w koalicji, jak gdyby nigdy-nic. Oczywiście nic z tej intrygi nie wyszło, bo pan minister Kamiński wprawdzie prowokację przygotował, – ale pana Andrzeja ktoś życzliwy w porę ostrzegł i do przyjęcia łapówki w zamian za „odrolnienie” działki na Mazurach nie doszło. Kto to był – do dzisiaj nie wiadomo, ale bo też pan Andrzej – podobnie jak Kukuniek – nie na darmo kolekcjonował doktoraty honoris causa uczelni białoruskich i ukraińskich. Na tych doktoratach nie było oczywiście napisane, że nadały je odnośne razwiedki – ale po co pisać takie rzeczy, kiedy i tak wszyscy wiedzą, o co chodzi?
Zresztą na swoim odcinku działał Judenrat, rozpętując „seksaferę” z udziałem „knurów”, co to uwzięli się na szlachetną panią Anetę. Dopiero jak testy DNA wykluczyły autorstwo „knurów”, a pani Aneta wyraziła przypuszczenie, że ojcem córeczki może być anonimowy mężczyzna, któremu oddała się w okolicach dworca kolejowego w Piotrkowie Trybunalskim, Juderat włączył surdynę. W rezultacie została tylko „afera gruntowa” i tak rozpoczął się rozpad rządowej koalicji, której gwóźdź do trumny wbił pan Janusz Kaczmarek, podobno znajomy prezydenta Lecha Kaczyńskiego z Gdańska, który został ministrem spraw wewnętrznych na miejsce Ludwika Dorna i w tym charakterze miał on być „biczem Bożym” na „układ”. Kiedy jednak został przyłapany, jak o północy na 40 piętrze warszawskiego hotelu „Marriott” składał meldunek sytuacyjny swojemu prawdziwemu zwierzchnikowi w osobie pana Ryszarda Krauzego, zrobiło się już tak śmiesznie, że nie było innego wyjścia, jak podać rząd Naczelnika Państwa do dymisji. Wielce Czcigodny Giertych
to przeżył, że pojawiły się wątpliwości, czy zachował poczucie rzeczywistości – bo na oczach całego naszego nieszczęśliwego kraju zaczął lansować pana Kaczmarka na przyszłego premiera. W rezultacie w roku 2007 wybory wygrała Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda. Zbiegło się to w czasie z pierwszym „resetem” amerykańskiego prezydenta Obamy, który 17 września 2009 roku z aktywnej polityki w naszym zakątku Europy – a tę polityczną próżnię wypełnili ówcześni strategiczni partnerzy: Niemcy i Rosja. I kiedy w katastrofie smoleńskiej zginął prezydent Kaczyński, a kraj początkowo pogrążył się w takiej żałobie, że nawet resortowa „Stokrotka” dostała takich spazmów, że aż musiała ją utulać sama pani Jolanta Kwaśniewska. Długo to nie trwało, bo „były w partii siły, co kres tej orgii położyły”. Kiedy żałobnicy znowu zebrali się na Krakowskim Przedmieściu, by odprawiać swoje sabaty, pewien kuchcik, niejaki Dominik Taras, „skrzyknął” grupę „silnych ludzi” ze złotymi łańcuchami z tombaku na byczych karczychach, którzy zebranym tam starszym paniom proponowali, by „pokazały cycki”, a w końcu pogasili znicze własnym ciepłym moczem.
Ukoronowaniem była dziwaczna ceremonia „przeniesienia krzyża” do kościoła św. Anny, po czym obchodzone były już tylko „miesięcznice” z udziałem policji, która – w zależności od etapu – raz nie dopuszcza malkontentów, a innym razem – dopuszcza. Wspominam o akcji pana Tarasa, bo bardzo się ona spodobała Judenratowi „Gazety Wyborczej”, która pisała o „ożywczym powiewie”, jaki wraz z „silnymi ludźmi” pojawił się na Krakowskim Przedmieściu. Stanowisko Judenratu było zaś podyktowane tym, że właśnie okrzepła koordynacja polityki historycznej niemieckiej i żydowskiej.
Celem polityki niemieckiej jest stopniowe zdejmowanie z Niemiec odpowiedzialności za ekscesy II wojny światowej, zaś celem polityki żydowskiej jest zagwarantowanie możliwości obcinania kuponów od holokaustu, bo wymaga wskazania nieubłaganym palcem winowajcy zastępczego, na którego została wytypowana Polska. W tej sytuacji jest oczywiste, że żadnej tubylczej, mniej wartościowej martyrologii, propagować nie można, bez względu na to, czy ma to być katastrofa smoleńska, czy – na przykład – ludobójstwo wołyńskie. Toteż po szczycie NATO w Lizbonie 20 listopada 2010 roku, na którym proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO-Rosja, nawet na Zamku Królewskim podpisana została w sierpniu 2012 roku przez abpa Józefa Michalika i patriarchę Moskwy i Wszechrusi Cyryla, deklaracja o pojednaniu między narodami polskim i rosyjskim. Kiedy jednak prezydent Obama zresetował swój poprzedni reset, wykładając 5 mld dolarów na urządzenie na Ukrainie „Majdanu”, którego celem było wyłuskanie Ukrainy z rosyjskiej części Europy, wszyscy – oczywiście z wyjątkiem osób zaliczonych przez karny S(r)alon do grona „ruskich onuc” – zaczęli ćwierkać z całkiem innego klucza i śpiewać inne piosenki.
Drugi „reset” prezydenta Obamy w roku 2014 oznaczał bowiem, że Ameryka wraca – i to wejściem smoka – do aktywnej polityki w naszym zakątku Europy. W związku z tym pojawiła się konieczność dokonania podmianki na pozycji lidera politycznej sceny naszego bantustanu. Dopóki byliśmy pod kuratelą strategicznych partnerów, tzn. Niemiec i Rosji, naturalne było, że liderem jest Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda. Kiedy jednak znowu przeszliśmy pod kuratelę amerykańską, to już nie.
Toteż trzej kelnerzy podjudzeni przez pana Marka Falentę uknuli straszliwy spisek przeciwko III RP, podsłuchując szczere rozmowy w warszawskiej knajpie „Pod Pluskwami” i w innych modnych miejscach. W tej sposób opinia publiczna zapoznała się z opinią pana ministra-pułkownika Bartłomieja Sienkiewicza, że Polska to „chuj, dupa i kamieni kupa”. Skoro takie rzeczy mówi sam minister spraw wewnętrznych, to chyba nie wypada się spierać. W rezultacie wybory prezydenckie w roku 2015 wygrał pan Andrzej Duda, a parlamentarne – PiS, w imieniu którego Naczelnik Państwa na premiera rządu wyznaczył panią Beatę Szydło.
W tak zwanym międzyczasie, stare kiejkuty widząc, że przechodzimy – i to na dobre – pod kuratelę amerykańską, podjęły staranie, by Amerykanie wciągnęli ich na listę tzw. „naszych sukinsynów”. W tym celu 18 czerwca 2015 roku urządzili międzynarodową konferencję naukową „Most” w 25 rocznicę uruchomienia pierwszego transportu rosyjskich Żydów do Izraela. Pretekstem były kombatanckie wspominki, ale tak naprawdę chodziło o wpisanie na tę listę. Dlatego konferencja była „międzynarodowa”, co oznaczało tylko tyle, że oprócz przedstawicieli najważniejszych ubeckich dynastii z Polski, uczestniczyli w niej ważni ubecy z Izraela, którzy mieli wobec Amerykanów żyrować obecność polskich ubeków na tej liście. Amerykanie chyba się wahali; a warto w ogóle was wciągać? Pokażcie no, co potraficie. Starym kiejkutom nie trzeba było tego dwa razy powtarzać, Uwinęli się i zaraz powstała partia polityczna „Nowoczesna” z p;anem Ryszardem Petru na fasadzie. I zanim pan Ryszard zdążył otworzyć usta, by powiedzieć, jak zamierza Polakom przychylać nieba, to już naród obdarzył Nowoczesną 11 procentami zaufania. Wyjaśnić ten fenomen można chyba tylko tak, że konfidenci dostali rozkaz: w prawo zwrot! Do pana Ryszarda marsz!” – i jest partia i 11 procent zaufania.
A wspominam o tym wszystkim, bo właśnie pan Ryszard Petru ogłosił, że zakłada nową partię. Która z angielska ma się nazywać „Konfederacja light”. Ma to być partia nader „wolnościowa”, ale jednocześnie – „proeuropejska”. Znaczy się – tyle wolności na ile pozwoli Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje no i niemiecki kanclerz. Bo Ordnung muss sein! Okazuje się, że stare kiejkuty już rozpisały role: obywatel Żurek Waldemar ze swoimi siepaczami z prokuratury i nienawistnych sądów będzie z Konfederacją, albo nawet z obydwiema Konfederacjami robił porządek na swoim odcinku, podczas gdy stare kiejkuty – na swoim. W tej sytuacji wybory w roku 2027 powinny być wygrane i to bez względu na to, kto formalnie je wygra. Bo przecież ktoś musi – no nie?
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.
Jak podaje izraelska gazeta, w najbliższych tygodniach ocaleni Palestyńczycy zostaną przeniesieni do ogrodzonych „humanitarnych stref bezpieczeństwa” w Strefie Gazy w ramach planu realizowanego przez „Radę Pokoju” przy prezydencie USA Donaldzie Trumpie .
Umożliwiłoby to Siłom Obronnym Izraela (IDF) zajęcie dalszych części Strefy Gazy i „pogłębienie kontroli nad obszarami za żółtą linią” – poinformował we wtorek Israel Hayom .
Plan spotkał się z ostrą krytyką w mediach społecznościowych. Historyk Assal Rad napisał na X:
„Budują obozy koncentracyjne”.
W ramach projektu pilotażowego nieuzbrojeni cywile mają zostać przewiezieni do strefy początkowej w Tel al-Sultan w pobliżu Rafah – obszaru systematycznie niszczonego przez izraelskie wojsko.
Palestyńczycy w obozach mają znajdować się pod kontrolą wojsk międzynarodowych – tzw. Międzynarodowych Sił Stabilizacyjnych (ISF) Rady Pokoju . Dostawa żywności i pomocy humanitarnej ma być powiązana z tą kontrolą.
Według Israela Hayoma , przedstawiciele Rady Pokoju obiecali , że na tych terenach nie zostanie dostarczony żaden beton na potrzeby odbudowy Strefy Gazy.
Baza dla wojsk zagranicznych została już utworzona. Ponadto Rada Pokoju rozpoczęła już wybór lokalizacji dużych magazynów logistycznych, które posłużą do organizacji zaopatrzenia i zarządzania obozami.
Israel Hayom określił ten plan mianem „ruchu okrążającego” : Podczas gdy izraelska armia stopniowo przejmuje kontrolę nad kolejnymi obszarami znajdującymi się pod kontrolą Hamasu, Rada Pokoju ma jednocześnie oddzielić ludność cywilną od Hamasu.
Plan ten jest zgodny z wcześniej ujawnionymi dokumentami, które opisują „monitorowane, zabezpieczone punktami kontrolnymi, zaplanowane miasto”. Według Drop Site News , zmusiłoby to Palestyńczyków do wejścia w system przypominający „izraelski panoptikon ” .
Izraelskie operacje wojskowe w Strefie Gazy są kontynuowane pomimo zawieszenia broni, które weszło w życie w październiku 2025 roku. Według artykułu, Izrael naruszył zawieszenie broni tysiące razy, zabijając ponad 1000 Palestyńczyków, w tym dzieci.
Na wniosek policji Monako Interpol umieścił 39-letnią obywatelkę Ukrainy Anastazję Bieriezowską na liście osób poszukiwanych w związku z eksplozją w księstwie, poinformowała na swojej stronie internetowej organizacja.
Jest uważana za główną podejrzaną w sprawie eksplozji, w której ranne zostały trzy osoby, w tym pochodzący z Ukrainy biznesmen Wadim Jermołajew.
Wcześniej stacja BFMTV, powołując się na prokuraturę, poinformowała o aresztowaniu dwóch mężczyzn. Zostali oni już zwolnieni .
Agencja TASS zebrała najważniejsze informacje na temat podejrzanego.
Podejrzany
Według bazy danych Interpolu, Berezowska jest poszukiwana na wniosek Monako w związku z podejrzeniem usiłowania zabójstwa w miejscu publicznym z użyciem materiałów wybuchowych.
Jak podaje gazeta Monaco-Matin , powołując się na dokument Interpolu, w 2022 roku zwróciła się ona o azyl w Niemczech .
Należy zauważyć, że mówi po niemiecku i do tej pory mieszkała w ośrodku dla osób ubiegających się o azyl w Hofheim (Hesja, środkowe Niemcy), gdzie została zarejestrowana jako uchodźca 4 października 2022 r.
W publikacji nie podano szczegółów, czy przyznano jej azyl.
Według policji w Monako „ta osoba potrafi przebrać się za mężczyznę”.
Szukaj
Jak wynika ze wspólnego oświadczenia Prokuratury Generalnej Niemiec, Prokuratury Generalnej we Frankfurcie nad Menem oraz Urzędu Śledczego Hesji, niemiecka policja przeprowadziła przeszukanie w miejscu zamieszkania podejrzanego.
W poszukiwaniach wzięły udział siły specjalne.
Udało się zabezpieczyć dowody rzeczowe, które zostaną przekazane władzom Monako.
Pierwsze aresztowania
Policja w Monako aresztowała dwóch mężczyzn w związku z eksplozją.
Nie ustalono jeszcze, czy zatrzymani brali udział w przestępstwie.
Prokuratura zauważyła, że poszukiwana kobieta „nie działała sama”.
Później dwie z zatrzymanych osób zostały zwolnione.
Śledztwo nie wykazało czynnego udziału tych osób w wydarzeniach z 29 czerwca.
Reakcja
Według Wiktora Medwedczuka, lidera ruchu „Inna Ukraina” i byłego lidera zakazanej partii Platforma Opozycyjna – Za Życie, zachodni „partnerzy” Kijowa stworzyli z Ukrainy państwo terrorystyczne, które obecnie zagraża samej Europie, przenosząc rozliczenia polityczne na jej terytorium, tak jak to miało miejsce w Monako.
Eksplozja w Monako to dopiero początek niszczenia Europy jako bezpiecznej przystani dla bogaczy. Medvedczuk uważa, że reputacja Monako jako celu podróży dla „superbogatych” została nieodwracalnie nadszarpnięta.
Według niego, nastawienie Europy do „Batalionu Monako” – bogatych Ukraińców, którzy „poza pieniędzmi stanowią śmiertelne zagrożenie dla otoczenia” – może się teraz zmienić.
Przypomniał, że z Kijowa już zaczęły docierać groźby pod adresem europejskich polityków.
Według deputowanej Rady Najwyższej Anny Skorochod Ukraina może mieć problemy na szczeblu państwowym z powodu tej próby zamachu .
Incydent z 29 czerwca
29 czerwca doszło do eksplozji przy wejściu do budynku mieszkalnego w Monako.
Według BFMTV, jedną z trzech rannych osób był Wadim Jermołajew, obywatel Cypru, którego media wcześniej zaliczały do najbogatszych biznesmenów Ukrainy.
Doniesienia medialne wskazywały, że był właścicielem sieci fałszywych call center na Ukrainie.
Jermołajew zrzekł się obywatelstwa ukraińskiego w 2019 roku.
W 2023 roku władze Kijowa nałożyły na niego sankcje.
Prokuratura w Monako wszczęła śledztwo w sprawie incydentu pod kątem „usiłowania zabójstwa”.
Jak podaje dziennik Le Figaro, powołując się na źródła, śledczy skłaniają się ku teorii, że za tą zbrodnią stoi Służba Bezpieczeństwa Ukrainy.
Błędne postrzeganie, nazywane mispercepcją, jest jednym z kluczowych, choć nie zawsze uświadamianych uwarunkowań, destabilizujących stosunki międzynarodowe.
Komplikacje w stosunkach polsko-ukraińskich pokazują, jak liczne zakłócenia poznawcze, spowodowane błędami percepcyjnymi, konfliktami pamięci i świadomie kreowanymi „politykami historycznymi” oraz asymetryczną strukturą relacji między państwami mogą zatrząść nie tylko komunikacją dyplomatyczną, ale i zachwiać podstawami wzajemnego zrozumienia.
W klasycznej monografii Roberta Jervisa, amerykańskiego badacza w zakresie psychologii stosunków międzynarodowych („Perception and Misperception in International Politics”, 1976, 2017), pokazano, jak decydenci państwa „filtrują” swoje postrzeganie innych przez własne doświadczenia historyczne, doznania, uprzedzenia i nastawienia oraz potrzeby polityczne. Na kształtowanie wzajemnych wizerunków, będących rezultatem percepcji, wpływa wiele czynników, w tym indoktrynacja, nauczanie historii i procesy wychowawcze oraz nabywane w procesie socjalizacji opinie i sądy wartościujące, często o zabarwieniu negatywnym (np. stereotypy czy mity).
Niemałą rolę odgrywa megalomania narodowa i przecenianie swojego wpływu na innych, przekonanie o wyższości czy wyjątkowości. Ważne jest też „lustrzane odbicie” w oczach partnera, zwłaszcza gdy strony nie szczędzą wobec siebie obłudnych pochwał i komplementów. Jervis podkreślał „zwrotną” rolę postrzegania, tj. konieczność uwzględniania w swojej aktywności poznawczej percepcji innych, „jak oni nas postrzegają”.
Przekonanie o wyjątkowości oraz niezdolność do samooceny, a zwłaszcza rozpoznania i przyznania się do błędów, utrudnia nie tylko diagnozę swojego położenia w kontekście innych uczestników, ale także uniemożliwia zbudowanie trwałej strategii, odpornej na doraźne zakłócenia. Brak krytycznej refleksji oraz nadmierna pewność siebie powodują, że polityczni decydenci są ciągle zaskakiwani niepożądanymi i niespodziewanymi zachowaniami innych, co wywołuje dyskomfort psychiczny i dysonans poznawczy.
Racjonalna spójność poznawcza powoduje, że decydenci dopasowują informacje do już istniejących przekonań i postrzegają je w sposób, którego się spodziewają. A zatem to, co ma być podstawą racjonalności, czyli zdolność przeciwstawiania się fałszywym przesłankom decyzji, zostaje stłamszone przez wcześniej ustanowiony dogmat. Jest to tzw. błąd konfirmacji. Decydenci tak dobierają informacje i nadają im takie znaczenia, aby potwierdzić własne przekonania. Nie są zdolni do ich rewizji ani tym bardziej odrzucenia.
Miłe złego początki
Powyższe obserwacje śmiało można odnieść do współczesnych relacji polsko-ukraińskich. Wszystko zaczęło się od entuzjastycznego, acz fatalnego w skutkach przyjęcia przez rząd Hanny Suchockiej założenia o „strategicznym partnerstwie” Polski z Ukrainą.
W deklaracji prezydentów Polski i Ukrainy o partnerstwie strategicznym z 25 czerwca 1996 roku obdarzono kredytem zaufania państwo niedojrzałe pod względem ustrojowym i niestabilne w sensie uznania jego podmiotowości prawno-międzynarodowej. Jego długotrwałe spory z Rosją o schedę poradziecką były tego przykładem. Obecnie zapomina się także o tym, że Ukraina należała do najbardziej zsowietyzowanych republik radzieckich, stąd kultura polityczna nowego państwa, pozbawionego na dodatek własnej tożsamości narodowej, daleko odbiegała od standardów przyjmowanych przez Polskę.
Wiarę w możliwość zbudowania przez obywateli Ukrainy normalnego państwa oparto na traktacie o dobrym sąsiedztwie i współpracy z 18 maja 1992 roku, który obie strony wykorzystały raczej do zademonstrowania swojej suwerenności przed Moskwą, a nie źródło realnych zobowiązań. Świadczy o tym lekceważący stosunek do wielu kwestii, choćby w odniesieniu do ochrony polskiej mniejszości narodowej czy opieki nad polskimi cmentarzami na Ukrainie. Błędem okazała się także ideologizacja przez polskie rządy relacji z Kijowem, oparta na fałszywie i wybiórczo interpretowanej doktrynie Giedroycia-Mieroszewskiego, będącej mieszanką rusofobii i neoprometeizmu. Inaczej mówiąc, powrócono do dawno skompromitowanych założeń, które nie wróżyły polityce wschodniej nic dobrego.
Mimo mody i nobilitacji „studiów wschodnich”, nie wyciągnięto żadnych wniosków z historii, które powinny uwzględniać nie tylko odpowiedzi na pytania o tragiczne obciążenia w stosunkach wzajemnych, ale i dlaczego do nich doszło. Zrozumienie istoty zła ukraińskiego szowinizmu ograniczało się do wąskich kręgów badaczy i komentatorów. Nikt nie upominał się u włodarzy państwa ukraińskiego rozliczeń z haniebną przeszłością, co oznaczało w istocie sprzyjanie postępującym procesom banderyzacji. Ośrodki analityczne, zamiast podsuwać decydentom dowody narastającego kultu zbrodniczych formacji, same ulegały aberracjom poznawczym i fałszywej ideologizacji.
Dwa czynniki przesądziły o oddalaniu się wzajemnych percepcji i oczekiwań względem siebie. Po pierwsze, tuż za wschodnią granicą ukształtowało się w ciągu kilku dekad państwo oligarchiczne, autorytarne, oparte na kleptokracji i narastającej recydywie nacjonalistycznej. Generowana przez Zachód bezwarunkowa pomoc dla walczącej z Rosją Ukrainy, z dużym udziałem bezkrytycznego wsparcia ze strony Polski, spowodowała zaskakujący efekt. Państwo oczekujące pomocy od innych stało się nagle bezczelnym graczem, pretendującym do narzucania się ze swoimi roszczeniami i pretensjami. Jego przywódcy z prezydentem na czele uznali, że mimo braku atutów własnych, mogą dyktować zachowania innym, w tym „strategicznym partnerom”, takim jak Polska.
Po drugie, polscy politycy, angażując się emocjonalnie we wsparcie dla Ukrainy, zaczęli przeceniać stopień, w jakim ich gesty i zachowania są rozumiane przez stronę ukraińską. Okazało się, że niezwykła pomoc nie tylko nie jest należycie doceniana, ale traktowana w kategoriach cynicznych i instrumentalnych, bez żadnych zobowiązań politycznych. Ukraina bowiem dokonuje wyborów, zgodnych przede wszystkim z własną logiką „preferowania i równoważenia” interesów i partnerów z Unii Europejskiej. Na tym tle widać pilną potrzebę uczenia się polskich decydentów twardej postawy transakcyjnej i – paradoksalnie – wzorowania się na sojuszniku amerykańskim.
Lepiej późno niż wcale?
Gdy zostały przekroczone w sferze symbolicznej „granice wytrzymałości”, podjęto próbę rewizji załganej historii i zakwestionowania fałszywej polityki Ukrainy. Decyzję „orderową” prezydenta Karola Nawrockiego należy zatem odczytywać nie jako niepotrzebny i nieprzemyślany incydent, lecz jako godną uwagi próbę odwrócenia negatywnych trendów w zachowaniu rządzących wobec reżimu kijowskiego. Potrzebny jest zdecydowany kontrapunkt wobec narastającego ukraińskiego lobbingu i wpływów w sferze informacyjnej. Nastaje czas weryfikacji wielu decyzji z przeszłości, dotyczących także ogromnej diaspory ukraińskiej w Polsce.
Przez ponad trzy dekady polscy politycy różnych orientacji błędnie odczytywali sygnały płynące z Kijowa. Przyjmowali za dobrą monetę wszelkie deklaracje, choć ze strony polityków ukraińskich nie było woli rzetelnego i uczciwego rozliczenia się z „grzechami” z przeszłości. Sprawę rzezi wołyńskiej skwapliwie przykrywano zbrodnią katyńską, doprowadzając ostatecznie do zażegnania sporu z Rosją, ale zapominając o konieczności podobnego rozwiązania z Ukrainą.
Strona ukraińska umiejętnie odwracała uwagę od spraw drażliwych, podsycając polskie pretensje i wrogość wobec Rosji. W rezultacie, przekonani o sile w ramach instytucjonalnego Zachodu (NATO i UE), polscy decydenci dołączyli gremialnie do jego krucjaty antyrosyjskiej, widząc w niej okazję do historycznego odegrania się i „ukarania” Rosji.
Bez specjalnego zaproszenia ze strony Kijowa, polscy politycy zaangażowali się gorliwie w przyciąganie Ukrainy na stronę Zachodu. Przypisywanie sobie roli „adwokata” miało nobilitować Polskę, ale w rezultacie po stronie ukraińskiej rodziło poczucie pewnego zażenowania, a po stronie rosyjskiej poczucie „dylematu bezpieczeństwa”. Nie przewidziano, że afiliowanie Ukrainy, a zwłaszcza jej uzbrajanie przez Zachód zostanie odczytane przez Rosję jako zasadniczo wrogie i agresywne, co siłą rzeczy zmusi ją do zdecydowanej reakcji. Zignorowano podstawowe reguły odstraszania, stawiając na konfrontację, niemal na granicy konfliktu nuklearnego. Skutki tego okazały się fatalne, nie tylko dla samej Ukrainy, ale i dla wszystkich jej popleczników.
Na przykładzie takiej polityki widać, jak emocje stają się czynnikiem napędowym nie tylko przekonań, ale także decyzji i działań. Ograniczenia poznawcze, uprzedzenia oraz – jak w przypadku prezydenta Ukrainy – dziwactwa osobowości, sprawiają, że decydentom trudno jest poddać się autodiagnozie, czemu bynajmniej nie sprzyjają ani usłużni doradcy, ani żyjące z manipulacji politycznej media masowe.
Decyzja prezydenta Nawrockiego pokazuje, że wola jednego polityka może przełamać cały ciąg determinizmów, składających się na błędne postrzeganie. Wszystkie argumenty na rzecz przerwania nieracjonalnej, a nawet szkodliwej polityki wobec Ukrainy nie miały takiej siły przebicia, jak to jedno spektakularne posunięcie. Ten przypadek decyzyjny zasługuje na pogłębione badania z zakresu psychologii politycznej, aby wykazać, że mimo dogmatyzacji dotychczasowej polityki, z istotnym udziałem czynnika zewnętrznego, można skutecznie przywracać zdolność rozumienia interesu narodowego i demonstrować odwagę artykułowania sprzeciwu wobec jego błędnego postrzegania.
Tama pękła
To, co się teraz dzieje w sferze publicznej, jest dopiero początkiem czekających nas przewartościowań. Najbardziej niepokojące jest to, że dzisiejsze pseudoelity, gremialnie zblatowane z banderyzmem, nie są w stanie odrzucić błędnych wizerunków Ukrainy. Przestraszone narastającym oporem opinii społecznej będą dążyć do połowicznych rozwiązań trudnych kwestii w relacjach z Ukrainą w postaci „zgniłych” kompromisów i bałamutnej narracji. Najgorszym zjawiskiem, jakie może nas czekać, jest pogrążenie się w niemocy, degrengoladzie i paraliżu procesów decyzyjnych oraz skoncentrowaniu się na utarczkach między obozem prezydenckim a rządem, zamiast wspólnej inicjatywności i racjonalizacji decyzji. Widać wyraźnie, że jedynie wymiana decydentów u steru władzy państwowej może doprowadzić do jakiegoś przełomu i radykalnej rewizji polityki wschodniej. Podstawowym kryterium naboru do nowych sił politycznych powinna być lojalność wobec państwa polskiego oraz promocja osób gotowych i zdolnych do wzięcia odpowiedzialności za wyprowadzenie Polski z potężnego impasu.
Otwarcie nowej perspektywy dla stosunków Polski z Ukrainą wymaga od rządzących diagnozy błędów w postrzeganiu wzajemnym oraz odrzucenia ideologicznych dogmatów o „naszej wojnie” oraz wyolbrzymianej roli reżimu ukraińskiego w „obronie Polski i Europy przed Rosją”. Potrzebny jest rzetelny bilans poniesionych kosztów pomocy państwu ukraińskiemu i Ukraińcom w Polsce. Przyjmując jako narzędzie poznawcze tzw. teorię perspektywy, warto zastanowić się, czy nadziei na zyski materialne i polityczne nie przekreśli widmo rysujących się potężnych strat oraz ryzyko dalszego antagonizowania stosunków wzajemnych. Może warto skorzystać w tej sprawie z doświadczeń amerykańskich i niezależnie od trafności ocen służb wywiadowczych USA, poddać każde wyzwanie „ocenie zagrożeń”.
Na razie rządzący wraz z opozycją znajdują się w stanie dezorientacji. Dyskusja skupia się wokół słuszności decyzji „orderowej” i jej konsekwencji, a nie wokół sposobów zerwania z dotychczasowym kursem serwilizmu wobec Kijowa. Sprawa nie jest jednak beznadziejna. Dzięki zdrowej części opozycji, także pozaparlamentarnej, Polskę stać na taką mobilizację, aby mogła samodzielnie kontrolować wszelkie posunięcia wobec sąsiedzkiego środowiska i decydować o swoim losie. Trzeba zerwać z wizerunkiem „państwa frajerskiego” w odbiorze ukraińskich polityków i nauczyć się asertywności. Wrogość wobec Rosji, a subordynacja wobec atlantydów nie mogą usprawiedliwiać ślepoty poznawczej w sprawach Ukrainy!
Co należy robić
Należy przywrócić racjonalne i realistyczne myślenie w kategoriach regionalnej równowagi. Wojna pokazała, że w sytuacji pata sytuacyjnego, to Ukraina, a nie Rosja chce rozdawać karty i ustawiać sąsiednie państwa, zwłaszcza Polskę, w pozycji podporządkowania. Gotowość do zastąpienia baz amerykańskich wojskami ukraińskimi, zgłaszana przez prezydenta Zełenskiego, trąci nie tylko groteską. Pokazuje, jak megalomania i butne poczucie wyjątkowości, przy wzmożeniu nacjonalistycznym, psuje perspektywy poznawcze decydentów.
Nadchodzi czas, aby polscy politycy uwierzyli we własne możliwości oddziaływań dyplomatycznych. Kolejny raz dają nam przykład Węgry, które także z nowym premierem Péterem Magyarem potrafią przeciwstawiać się presjom i szantażom strony ukraińskiej. Potrzebne jest nowe i wnikliwe rozpoznanie motywów i intencji władz Ukrainy oraz racjonalizacja stanowiska wobec Rosji z uwzględnieniem wszystkich zmian, jakie zachodzą w środowisku geopolitycznym.
Zamiast moralizmu, trzeba zacząć kierować się realizmem politycznym. Zamiast altruizmu, wszelkie kalkulacje należy oprzeć na dobrze pojętym egoizmie, na prymacie szacunku dla własnych obywateli i interesów narodu. Wobec Ukrainy należy przyjąć regułę ograniczonego zaufania, a w stronę Rosji wysłać sygnał o gotowości do przywrócenia komunikacji dyplomatycznej. Należy skończyć z pasywnością i ciemięstwem, gdyż za dzisiejsze błędy naiwnych polityków będą płacić wysoką cenę kolejne pokolenia.
Od rządzących w Polsce należy oczekiwać zerwania z polityką, która doprowadziła do fatalnych błędów, odkrywanych obecnie w przestrzeni publicznej. Mniemanie o skuteczności osobistej poszczególnych polityków należy wreszcie skorelować i zweryfikować z powszechnym postrzeganiem w społeczeństwie. Warto pamiętać, że w ostatecznym rozrachunku prawda zawsze leży po stronie społecznych odczuć, a nie po stronie błądzących jak w mgle oficjeli i sprzedajnego komentariatu. Pokazały to wielokrotnie rozmaite wydarzenia historyczne, od najbardziej wzniosłych decyzji o zrywach powstańczych, po ocenę zachowań wyborczych „przypadkowego” społeczeństwa. Im dłużej będzie trwać uparte uzasadnianie przy pomocy masowych mediów ugruntowanej i zdogmatyzowanej pozycji rządzących, tym większe będą napięcia i straty wizerunkowe. Dysonans poznawczy ostatecznie może sprowokować konfrontację między rządzącymi a społeczeństwem. Widać wyraźnie, że w Polsce mamy do czynienia z narastającym kryzysem zaufania do władz. Mimo licznych dowodów na ewidentnie antypolską politykę Ukrainy, siły polityczne głównego nurtu uparcie odrzucają informacje, które podważają ich dotychczasowe przekonania. Takie „antyuczenie się” przeważnie ma fatalne następstwa.
Interesy, tylko interesy
Kryzys dyplomatyczny w stosunkach polsko-ukraińskich powinien uświadomić obu stronom błędy prowadzonych dotąd „polityk historycznych”, traktowanych jako narzędzia legitymizacji wewnętrznej władz. Reprodukcja wrogich narracji moralnych prowadzi prostą drogą do skonfliktowania społeczeństw. Selektywne eksponowanie cierpienia własnej wspólnoty oraz relatywizowanie win innych tworzy fałszywą perspektywę „równoważenia pamięci”. Zamiast podgrzewania napiętej atmosfery, należy przystąpić do wyciszania sporów symbolicznych. Może warto uruchomić wąskie forum dialogu na poziomie najwyższej dyplomacji, celem nazwania rzeczy po imieniu, zmniejszenia dystansu i uzgodnienia pryncypiów, których broni każda ze stron. Połączenie wysiłków środowisk prezydenta i rządu zdejmie w wokandy spór o to, kto ma w nim większą rację.
Oddzielenie od siebie sfery merytorycznej współpracy z Ukrainą od spraw emocjonalnych, skoncentrowanie się na diagnozie interesów (ich zgodności, rozbieżności i sprzeczności), wreszcie na możliwych wariantach rozwiązań istniejących problemów, bez niepotrzebnej propagandy i tromtadracji, pozwoli wypracować aideologiczną metodologię układania się na zasadzie kompromisu i obopólnych korzyści. Nie ma innej drogi do uspokojenia rozhuśtanych emocji.
Obecnie wszystkie badania opinii publicznej po każdej ze stron pokazują wyraźną polaryzację i wzrost negatywnych wskaźników wzajemnych nastawień. W tym kontekście można ludziom zarzucać emocjonalne wzmożenie i uproszczenia poznawcze, ale nie da się zaprzeczyć, że to na rządzących po obu stronach spoczywa główna odpowiedzialność za przywrócenie pewnej równowagi nastrojów. Oby tylko nie kosztem relatywizacji własnych narracji, na przykład przychylania się do ambiwalentnej oceny UPA czy zgody na ukraińską wersję o współodpowiedzialności za zbrodnie na Polakach.
Wydaje się, że w sensie operacyjnym Polska dysponuje wieloma dźwigniami wpływu i nacisku na władze w Kijowie, aby przywrócić właściwe proporcje w uznawaniu wzajemnych racji. Trzeba przede wszystkim wyprowadzić kijowski reżim z błędu, że Polska nie ma żadnego trwałego „długu moralnego”, aby ponosić długofalowe koszty ekonomiczne wojny, która jest wynikiem szalonych kalkulacji geopolitycznych Zachodu i „biznesowego” myślenia oligarchów ukraińskich. Potrzebna jest nowa legitymizacja współpracy i odbudowa zaufania, czego po polskiej stronie może obecnie dokonać jedynie administracja prezydencka.
Będę dzisiaj takim Nostradamusem czy innym Jackowskim i napiszę co się wydarzy w najbliższych dniach w stosunkach polsko-ukraińskich i co mniej więcej, będą pisać media głównego nurtu. Nie wymaga to naprawdę wielkiej ekwilibrystyki umysłowej. Jeśli ktoś wie jakie główne siły stoją za większością polityków i mediów, to analizowanie polskiej sceny politycznej jest dziecinnie proste.
Władze na Ukrainie były przekonane, że społeczeństwo jest równie proukraińskie jak „elity” administrujące Polską. Strona ukraińska była przekonana, że nie musi już skrywać zupełnie swojej polityki historycznej i może ją śmiało eksponować nie tylko w kraju, ale również poza jego granicami. Okazało się, ze ogół Polaków znużonych długotrwałą pomocą dla roszczeniowych uchodźców, radykalnie odrzucił bezczelną próbę jawnej rehabilitacji banderyzmu. To musiało być zaskoczeniem do przyzwyczajonych do całkowitej uległości Polski władz Ukrainy.
Nawet środowiska skrajnie proukrainskie i rusofobiczne z kręgów bliskich PiS-owi, nie były wstanie znieść jawnie antypolskich gestów jakimi był uroczysty pochowek zbrodniarza i kolaboranta III Rzeszy Andrija Melnyka czy odesłania kurierem Orderu Orła Białego. Realne ośrodki władzy zauważyły ten trend, który potwierdziły liczne w całym kraju inicjatywy mające na celu uczczenie rzeszy Polaków pomordowanych przez Ukraińców w latach 1939-1947. Uruchomiono procesy mające na celu ratowanie tezy o konieczności sojuszu polsko-ukraińskiego. Moim zdaniem koła ratunkowe w kierunku Ukrainy ze strony władz w Polsce zostały już rzucone.
Zapewne za kilka godzin usłyszymy pobąkiwania o możliwości ekshumacji Polaków pomordowanych przez Ukraińców. Będą one zapewne znów obwarowane jakimiś dziwacznymi warunkami, o czym media będą raczej milczeć. Zapewne w kilku miejscach nawet rozpoczną się prace ekshumacyjne. Zawodowi kresowiacy będą w mediach chwalić dobroduszność władz ukraińskich. Usłyszymy zapewne w okolicach 11 lipca jakąś deklarację o gotowości przeprosin. Myślę, że nawet usłyszmy coś co będzie w jakimś stopniu substytutem przeprosin. Władze ukraińskie złożą kwiaty pod jakimś krzyżem czy tablicą. Ambasador Ukrainy wystąpi z jakimś ckliwy przemówieniem. Odprawione zostaną wspólne polsko-ukraińskie msze. Konferencja Episkopatu Polski po raz kolejny podkreśli znaczenie dialogu i wybaczenia.
Będzie w mediach bardzo dużo o nieuchronnym braterstwie i sporo wspólnym ruskim wrogu. Usłyszymy, że emocje poszły za daleko z dwóch stron. I zapewne, że jeśli polska reakcja nie była inspirowana przez Moskwę, to budzi tam zapewne radość. Jeśli sytuacja nie będzie odpowiednio szybko się uspokajać, to obejrzymy wtedy coś w rodzaju orędzia do Polaków Wołodymyra Zełenskiego. Powie, ze dziękuje za pomoc i rozumie polskie stanowisko.
To niczego istotnego nie zmienia. Polacy nie potrzebują żadnych przeprosin ze strony państwa ukraińskiego. Ponieważ te przeprosiny nie będą szczere i nie będą wynikały z świadomego wyrzeczenia się zbrodniczej tradycji. Będzie to kolejny teatr mający na celu zmiękczenie serc Polaków i czasowe oddalenie jawnej gloryfikacji antypolskiego banderyzmu. Będzie to odbębniony rytuał, który umożliwi dalsze korzystanie z lotniska w Jasionce.
Nasze władze – gdyby były odrobinę suwerenne – już dawno powinny określić minimum oczekiwań względem Ukrainy:
1) penalizacja banderyzmu, 2) jednoznaczne potępienie organizacji banderowskich i neobanderowskich, 3) umożliwienie przeprowadzenia bezwarunkowej ekshumacji i zabrania szczątków Polaków do kraju, 3) budowę muzeum ofiar integralnego nacjonalizmu (szowinizmu) ukraińskiego i pomnika pomordowanych przez Ukraińców w latach 1939-1947 w Kijowie 4) natychmiastową i ostateczną rezygnację z kuriozalnych pomysłów mówiących o budowie czy odbudowie miejsc pamięci banderowców na terenie Polski 5) podpisanie umów gwarantujących systematyczną spłatę pomocy i pożyczek udzielanych w latach 2022-2026.
Naszym odniesieniem do wszelkich działań politycznych powinien być naród polski, a nie żaden obcy naród czy wymyślona ponadnarodowa koncepcja, jak jakieś Międzymorze/ULB. Odniesieniem musi być bezpieczeństwo, dostatek i pomyślność Polski. Pamiętając o przeszłości, obserwując teraźniejszość, trzeba przede wszystkim patrzeć na przyszłość naszego narodu i państwa. Rządzący powinni myśleć jak ułożyć korzystnie dla nas stosunki z sąsiadami po zakończeniu tej wojny. Jak odzyskać to można, a co zostało bezrozumnie oddane.
Wracając do Nostradamusa lub Jackowskiego, będzie zapewne tak jak było. Być może trochę mniej bezczelnie, mniej manifestacyjnie i bardziej ostrożnie. Ale kierunek pozostanie ten sam. Filozofia rządzenia również ta sama. Nie ma w Polsce moim zdaniem sił, które są wstanie przepchać Polskę na inne tory geopolityczne. To musiałoby sie stać na poziomie mocarstw.
Zaledwie kilka godzin po tym, jak Zełenski ostrzegł przed zbliżającą się rosyjską eskalacją konfliktu, nad stolicą Ukrainy przetoczyło się potężna gradobicie dronów i pocisków. W nocnym ataku rakietowym i dronów, który przytłoczył obronę powietrzną Kijowa, zginęło co najmniej 20 osób, a dziesiątki zostały ranne. Sama skala bombardowań sugeruje znaczną eskalację odwetowej strategii Moskwy, po tygodniach, a nawet miesiącach, masowych ataków ukraińskich dronów na terytorium Rosji, wymierzonych w szczególności w rafinerie ropy naftowej i infrastrukturę energetyczną.
Mer stolicy Witalij Kliczko potwierdził, że sześć pięter budynku mieszkalnego częściowo się zawaliło po bezpośrednim trafieniu rosyjskim pociskiem. „Kijów jest atakowany pociskami balistycznymi i dronami” – napisał Kliczko na Telegramie późnym wieczorem. Urzędnicy poinformowali również, że wśród rannych jest co najmniej dwoje dzieci, a w atakach uszkodzeniu uległo trzydzieści kilka miejsc w całym mieście. Kliczko dodał, że był to jak dotąd największy atak na stolicę.
BBC informuje: „Chociaż w poprzednich atakach zginęło więcej osób, w tym najnowszym użyto największej ilości broni przeciwko stolicy i uderzono w wiele miejsc na rozległym obszarze Kijowa. Kilka dzielnic zostało ewakuowanych, gdy ataki wstrząsnęły budynkami w całym mieście. Po ataku ukraińskie siły powietrzne wydały na Telegramie oświadczenie: „Składamy kondolencje wszystkim ofiarom i rodzinom, które straciły bliskich w tym przerażającym ataku terrorystycznym. Zemścimy się!”.
„Mieszkańcy donoszą, że ataki stają się coraz intensywniejsze, obejmując coraz większy obszar regionu stołecznego i trwając dłużej. Atak na Kijów trwał ponad 11 godzin i przebiegał w kilku falach, począwszy od ataku dronów na Stare Miasto w Kijowie, który wywołał pożar w hotelu w centrum miasta” – dodaje BBC. Zełenski przerwał swoją wizytę w Irlandii po rosyjskim ataku.
Zgłoszono szkody w 30 lokalizacjach w całym mieście, głównie w budynkach mieszkalnych i infrastrukturze cywilnej, powiedział Tymur Tkaczenko, szef miejskiej administracji wojskowej w Kijowie. Minister spraw wewnętrznych Ihor Kłymenko poinformował, że w całym mieście uszkodzonych zostało 20 budynków mieszkalnych. Służby ratunkowe poinformowały o wysłaniu prawie 500 funkcjonariuszy i 100 pojazdów specjalistycznych, w tym śmigłowca, do radzenia sobie ze skutkami ataku.
Minister spraw zagranicznych Andrij Sybiha wezwał sojuszników Ukrainy do wzmocnienia obrony powietrznej kraju po tym, jak wydarzenia w Kijowie nazwał ‚nocą grozy’, wzywając partnerów do nieopóźniania decyzji w sprawie dostawy systemów obrony powietrznej i pocisków rakietowych. W poście na X Sybiha stwierdził, że liczba ofiar śmiertelnych ataku może nadal rosnąć, ponieważ ratownicy kontynuują działania.
Odnośnie liczby wystrzelonych pocisków, ukraińskie Siły Powietrzne oszacowały, że Rosja wystrzeliła podczas ataku 74 pociski i 496 dronów. To ogromna liczba, skoncentrowana wyłącznie na stolicy. Wojsko poinformowało, że jego jednostki obrony powietrznej zestrzeliły większość z nich, ale mimo to 25 pocisków balistycznych i 12 dronów trafiło w 33 cele.
Według ukraińskich sił powietrznych, Rosjanie użyli w ataku w nocy ze środy na czwartek 24 pociski balistyczne Iskander-M, 4 hipersoniczne pociski 3M22 Cyrkon, 34 pociski manewrujące Ch-101 odpalane z powietrza, 8 pocisków manewrujących Kalibr odpalanych z morza oraz 496 dronów dalekiego zasięgu Szahed/Geran. Głównym celem ataku była stolica Ukrainy, Kijów. Poza tym ataki były skierowane na inne miasta.
Sąsiadująca z Ukrainą Polska poinformowała, że atak był tak rozległy, że w czwartek na krótko poderwano myśliwce w ramach środków ostrożności, aby monitorować potencjalne naruszenia przestrzeni powietrznej przez nadlatujące pociski, drony lub myśliwce przechwytujące. Gdy tylko stało się jasne, że nie doszło do żadnych naruszeń, myśliwce powróciły do bazy.
Podczas gdy wydarzenie to jest ledwie omawiane w stolicach zachodnich, głowy państw i rządów, a także wysoko postawione delegacje z wielu krajów, gromadzą się dziś w Teheranie, aby oddać hołd zamordowanemu Najwyższemu Przywódcy Iranu, ajatollahowi Aliemu Chameneiemu. W chwili publikacji artykułu przyjazdy wciąż trwają.
Rosja i Chiny, dwaj członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ posiadający prawo weta, również wysyłają oficjalnych specjalnych wysłanników. Rosję będzie reprezentował były prezydent Dmitrij Miedwiediew, a Chiny – specjalny wysłannik prezydenta Xi Jinpinga. Oczekuje się również przybycia wysokiej rangi delegacji Korei Północnej.
Szef irańskiej policji ogłosił mobilizację 265 000 żołnierzy w celu zabezpieczenia zbliżającego się pogrzebu ajatollaha Chameneiego.
Śmierć Chameneiego stanowi historyczny punkt zwrotny. Według irańskich relacji, zginął on w amerykańskim nalocie – wydarzeniu, które fundamentalnie zmieniło sytuację geopolityczną na Bliskim Wschodzie. Chociaż wiele krajów Globalnego Południa jest reprezentowanych przez oficjalne delegacje, reakcja państw członkowskich NATO była niewielka.
Wśród gości, którzy już przybyli, znajdują się prezydent Iraku, prezydenci Gruzji, Kirgistanu, Tadżykistanu, Kazachstanu i Uzbekistanu, a także wysocy rangą przedstawiciele Armenii i Namibii. Do Teheranu udał się również premier Pakistanu Szehbaz Szarif. Indie wysłały wysoko postawioną delegację na pokładzie samolotu sił powietrznych.
Z Jemenu przybyło kilka delegacji, w tym wysoko postawieni przedstawiciele ruchu Ansarallah (Huti). Obecne były również delegacje libańskiego Ruchu Amal, Hezbollahu, irackiego ruchu oporu, a także przedstawiciele Palestyny i uczeni religijni. W ceremonii pogrzebowej uczestniczyła również delegacja Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny (LFWP). Ponadto na uroczystość przybyli przedstawiciele talibów z Afganistanu oraz prezydent Regionu Kurdystanu w Iraku.
Pogrzeb staje się jednym z największych spotkań dyplomatycznych w świecie poza-zachodnim od lat.
Szczególnie uderzający jest kontrast z doniesieniami na Zachodzie. Podczas gdy inne celowe zabójstwa polityków lub głów państw regularnie wywołują ożywione debaty na temat prawa międzynarodowego, suwerenności i ryzyka eskalacji, zabójstwo irańskiej głowy państwa pozostało w dużej mierze niezauważone przez wiele zachodnich mediów i rządy państw NATO.
Niezależnie od politycznej oceny systemu irańskiego, sprawa ta rodzi fundamentalne pytania: Jakie są konsekwencje dla porządku międzynarodowego, gdy urzędujący przywódca państwa ginie w ataku militarnym? I jaki to niesie ze sobą przekaz, skoro o takim wydarzeniu niewiele mówi się publicznie w dużej części Zachodu, podczas gdy liczne państwa z Azji, Afryki i Bliskiego Wschodu wysyłają swoich przywódców na uroczystości pogrzebowe?
Z każdą nową delegacją staje się jasne, że pogrzeb to coś więcej niż tylko wydarzenie religijne. Stał się demonstracją polityczną – a jednocześnie symbolem narastającego podziału między Zachodem a znaczną częścią reszty świata.
BREAKING: Major countries are sending a delegation to the Funeral of Grand Ayatollah Khamenei The list includes: Russia China Pakistan India Turkey Turkmenistan Tajikistan Iraq Georgia Armenia Afghanistan Oman Qatar Azerbaijan Kyrgyzstan Uzbekistan Bangladesh Egypt Kazakhstan Ghana Nicaragua Congo Serbia Tunisia Lebanon Namibia Malaysia Cuba Sri Lanka Myanmar Gambia Thailand
To raport o potencjale wybuchowym: Według „New York Timesa” urzędnicy rządu USA obawiali się, że Izrael może zamordować dwóch czołowych irańskich negocjatorów, Abbasa Araghchiego i Mohammada Baghera Ghalibafa, podczas delikatnych rozmów z Teheranem. Stany Zjednoczone podobno ostrzegły Iran za pośrednictwem pośredników. ( New York Post )
Rodzi to poważne oskarżenie: Izraelowi zarzuca się nie tylko ataki na cele wojskowe, bombardowanie Gazy, atakowanie irańskich dowódców i naukowców, ale także, że rozważał zabójstwa czołowych polityków, nawet w trakcie rozmów dyplomatycznych.
Moment jest szczególnie napięty. Podczas gdy Waszyngton oficjalnie negocjował deeskalację, amerykańscy urzędnicy podobno obawiali się, że Izrael mógłby wykorzystać te rozmowy do wyeliminowania kluczowych irańskich partnerów negocjacyjnych. Według doniesień, Araghchi i Ghalibaf byli już na izraelskiej „liście osób do zabicia”, ale zostali tymczasowo usunięci po naciskach dyplomatycznych.
Ten schemat nie jest nowy. Izrael od lat jest powiązany z celowymi zabójstwami irańskich żołnierzy, naukowców i urzędników. W przypadku zabójstwa irańskiego naukowca nuklearnego Mohsena Fakhrizadeha, Izrael został również uznany za odpowiedzialnego przez źródła amerykańskie i wywiadowcze.
Nowy raport „New York Timesa” przenosi jednak debatę na inny poziom. Skoro nawet najbliżsi sojusznicy Izraela w Waszyngtonie obawiają się, że Izrael może zabić dyplomatów lub urzędników państwowych podczas trwających rozmów, to nie chodzi już tylko o „operacje bezpieczeństwa”. Chodzi o systematyczny sabotaż dyplomacji.
Izrael konsekwentnie odrzucał takie oskarżenia lub odmawiał ich skomentowania w przeszłości. Jednak szkody polityczne są ogromne. Każdy, kto prowadzi negocjacje, jednocześnie dopuszczając możliwość zamachu na drugą stronę, niszczy wszelkie zaufanie do dyplomacji międzynarodowej.
Gaza, Iran, Syria, Liban: Polityka Izraela coraz mniej przypomina obronę państwa, a coraz bardziej system permanentnej eskalacji. Raport „New York Timesa” jasno stwierdza: Nawet w Waszyngtonie narastają obawy, że Izrael nie tylko prowadzi wojny, ale także celowo sabotuje rozwiązania dyplomatyczne.
Od dawna przedstawiciele niezwykle ważnych i wartościowych społecznie zawodów, nauczyciele i lekarze zarabiali grosze. To się radykalnie zmieniło. Obecnie tylko nauczyciele pozostali biedakami. Lekarze zarabiają znakomicie. Jeśli Państwo nie pamiętają, to uprzejmie przypomnę, że pensje lekarzy wystrzeliły w kosmos, w okresie fałszywej pandemii, w wyniku decyzji premiera Morawieckiego. Z osób piastujących publiczne stanowiska najlepiej zarabiają: sekretarz generalny ONZ, szef NATO i prezydent Stanów Zjednoczonych.
Jednak znacznie od nich lepiej zarabia dwudziestoośmioletni młodzieniec z Warszawy, lekarz bez specjalizacji. W zeznaniu podatkowym za rok 2025 ujawnił dochody w wysokości około 1 600 000 złotych! Ten szczęśliwiec jest politykiem Koalicji Obywatelskiej, radnym dzielnicy Ursus, dyrektorem Oddziału SOR w Warszawskim Szpitalu Południowym. Nazywa się Dawid Kacprzyk. W kampanii wyborczej do samorządu otrzymał mocne poparcie partii i osobistą pomoc posła Arłukowicza, który roznosił jego ulotki i publicznie się z nim fotografował. Oczywiście, gdy wybuchła afera pazernego doktorka, pan poseł za Św. Piotrem oznajmił: „Nie znam tego człowieka”.
Dziennikarze niezależnej, nowej Telewizji Kanał Zero, zaczęli badać jak jest zorganizowany szpital, w którym tak dobrze płacą i otworzyli nie puszkę, a wielką beczkę Pandory, z której, po jej otwarciu, obrzydliwie cuchnie.
Okazało się bowiem, że w tym szpitalu, bynajmniej nie na peryferiach, urządzono szybką ścieżkę badań diagnostycznych i leczenia swojaków z Koalicji Obywatelskiej. Integralną częścią tego medycznego luksusu dla politycznej kasty KO, był elegancki salon VIP. To oczywiste, poseł, czy inny senator nie będzie przecież siedzieć kilku, czy kilkunastu godzin w ciasnej i tłocznej poczekalni z pospólstwem. Redaktor Patryk Słowik, który ujawnił tę gigantyczną, a charakterystyczną dla elity rządzącej aferę dysponuje listą prominentnych beneficjentów. Nie ujawnia ich jednak oczekując aż zrobi to prokuratura stawiając im zarzuty. A jak prokuratura ich nie ujawni, zrobi to redaktor Słowik. Ten scenariusz jest prawdopodobny.
Dotychczas poznaliśmy tylko jedną uczestniczkę szpitalnego saloniku VIP i beneficjentkę badań bez kolejki. Jest nią pani poseł kilku kadencji, będąca członkiem naszego parlamentu od kilkunastu lat, pani Pępek, która sama się ujawniła. Nie znają Państwo tej damy? Ja też nie. To jak tłumaczyła korzystanie z badań poza kolejką, w której długo czekają zwykli pacjenci, świadczy o tym, że ona nie jest najostrzejszą kredką w parlamentarnym piórniku i tłumaczy dlaczego niczego nie robi w Senacie. Nie widzi bowiem w pomijaniu kolejki niczego karygodnego. To może lepiej, że ona niczym w Senacie się nie zajmuje.
Afera Warszawskiego Szpitala Południowego zatacza coraz większe kręgi. W Kanale Zero, w rozmowie z Krzysztofem Stanowskim, wystąpił doktor Emil Jędrzejewski, chirurg z kilkudziesięcioletnim stażem, mający najwyższy stopień specjalizacji medycznej, bardzo ceniony w środowisku medycznym fachowiec, były ordynator Oddziału Chirurgicznego Warszawskiego Szpitala Południowego. Poważny mężczyzna, pułkownik wojska.
Właśnie, były ordynator. Został bowiem zwolniony z pracy po tym jak napisał do prezydenta Rafała Trzaskowskiego o tym, że w szpitalu bardzo źle się dzieje, a pan ordynator SOR , bez potrzebnych kompetencji, fatalnie zarządza tym newralgicznym z punktu widzenia funkcjonowania szpitala, oddziałem. Doktora Emila Jędrzejewskiego zwolniła Renata Kaznowska, wiceprezydent Warszawy, odpowiedzialna w stolicy za opiekę zdrowotną, a prywatnie koleżanka partyjna i osobista Dawida Kacprzyka.
Podczas tego wywiadu doktor Jędrzejewski był bardzo powściągliwy, wypowiadał się bardzo ostrożnie. Pomimo tego padły z jego ust oskarżenia najcięższego kalibru, jakie mogą spotkać lekarza. Powiedział bowiem, że z winy lekarza Kacprzyka i w wyniku jego niekompetencji, umierali ludzie. Opowiedział ponadto o procederze podrabiania, fałszowania kart zgonu.
A jedna z historii mogła przerazić nawet człowieka o najmocniejszym układzie nerwowym. Powiedział bowiem, że zdarzyło się na tym SORze, że po wielu godzinach oczekiwania zmarł pacjent. Po czym dla ukrycia faktu nieudzielenia mu pomocy, zlecono wykonanie tomografii komputerowej nieboszczykowi.
Nazajutrz po tym wywiadzie, pan doktor Emil Jędrzejewski zostaw wezwany w charakterze świadka do prokuratury, żeby złożył zeznania. Pod prokuraturą czekał na niego tłum dziennikarzy i fotoreporterów. Ci z mediów rządowych agresywnie i arogancko wykrzykiwali ponawiając pytanie czy ma dowody na swoje oskarżenia. Było oczywiste, że funkcjonariusze mediów reżimowych dostali instrukcje, że trzeba zaatakować, przestraszyć i spostponować sygnalistę, który odważył się ujawnić afery ich politycznych mocodawców. Pan doktor nie odpowiedział dziennikarzom ani prokuratorowi na żadne pytanie. Powiedział, że będzie odpowiadał na nie w obecności swego obrońcy.
Rzecznik prokuratury łamiąc prawo poinformował o odmowie składania zeznań przez świadka. Pan doktor Emil Jędrzejewski był wezwany do prokuratury w charakterze świadka, nie oskarżonego. Tylko w przypadku oskarżonych prokuratura ma prawo wydawać takie oświadczenie. Nota bene, nawet oskarżony ma prawo do odmowy składania zeznań, nie musi oskarżać sam siebie.
Premier Tusk oświadczył, jeszcze przed przesłuchaniem, że pan doktor Jędrzejewski nie jest świadkiem wiarygodnym. Zdaniem premiera, agresywny patol Jacek Murański, kryminalista i człowiek skazywany za fałszywe oskarżenia, „to postać znana i wiarygodna”. Pan doktor tak pochlebnej oceny od premiera nie otrzymał. Osobą Dawida Kacprzyka prokuratura się nie interesuje. Nie chce go przesłuchiwać. Ale on jest ostrożny i przewidujący. Zatrudnił już do własnej obrony słynnego mecenasa, Jacka Dubois, który w jawny i otwarty sposób sprzyja Koalicji Obywatelskiej. Ba, z jej nadania jest funkcjonariuszem KO, zastępcą Przewodniczącego Trybunału Stanu.