Ataki w szkołach? Naprawmy państwo: kara śmierci, pobór, religia

Ataki w szkołach? Naprawmy państwo: kara śmierci, pobór, religia

9 października 2026 Paweł Chmielewski pch24/ataki-w-szkolach-naprawmy-panstwo-kara-smierci-pobor-religia

Lupa capitolina 329u3.jpg
fot. picryl.com

Ataki nastoletnich nożowników w polskich szkołach to kolejny przykład rozpowszechnienia głupoty. Głupota może zakorzeniać się tam, gdzie panuje brak powagi. Brak powagi jest z kolei zakotwiczony w niemoralności.

Polska AD 2026 jest krajem głęboko niemoralnym. Nie chodzi tylko o indywidualne wybory jej mieszkańców, ale przede wszystkim o urządzenia społeczne. Jako wspólnota podjęliśmy decyzję, by nie opierać naszego funkcjonowania na uniwersalnych zasadach moralnych, które wynikają z prawa naturalnego i nauki Kościoła powszechnego. Pozwalamy na to, by życie traktować lekko – a konsekwencją tego podejścia są w konieczny sposób najrozmaitsze plagi.

Trud, którego nie da się uniknąć

Co można zrobić, żeby przywrócić społeczne panowanie powagi? Po pierwsze należy zauważyć, że zadanie jest niezwykle trudne. Wspólnoty polityczne odnoszą sukcesy, jeżeli są oparte na cnotach i mają w sobie ducha poświęcenia. Jeżeli zakorzeni się w nich zgnilizna moralna, a duch poświęcenia zostanie odrzucony, znajdują się na drodze ku przepaści. Czy z tej drogi można w ogóle zawrócić? To wątpliwe, bo ci, którzy prowadzili kraj do katastrofy, są z konieczności zepsuci, więc nie można spodziewać się od nich otrzeźwienia; ci, którzy zostali przez nich wychowani, są podobnie zepsuci. Dlatego w społeczeństwie przegniłym moralnie nie ma silnego podmiotu, który mógłby podjąć strukturalną decyzję o naprawie państwa. Gdyby zresztą nawet taki podmiot się znalazł, z kim miałby pracować? To problemy, które jawią się jako nierozwiązywalne. Nie można jednak się poddawać; to oznaczałoby poddanie się desperacji i beznadziei, które nie są chrześcijańskimi cnotami, ale raczej kolejnym przejawem moralnych plag. Dlatego pomimo przewidywalnych kłopotów na drodze do społecznego odrodzenia, należy próbować.

Kara śmierci

W pierwszej kolejności polska wspólnota powinna przywrócić karę śmierci. To bardzo dobra kara, którą ludzkość stosowała od zawsze, aż do naszych zepsutych moralnie czasów. Kara śmierci przywraca społeczeństwu równowagę, pokazując, że życie ma swoje ostateczności, a niektórych wyborów w żaden sposób nie da się cofnąć. W Polsce – tak jak w innych krajach europejskich – podchodzimy do kar zbyt lekko. Kara długoletniego więzienia może być bardzo dotkliwa dla skazańca, ale nie zawiera w sobie tego samego ładunku powagi, co kara śmierci, bo nie ma waloru ostateczności. Czytelnik mógłby oponować, mówiąc, że kara śmierci funkcjonuje w Stanach Zjednoczonych, ale nie pomaga to bynajmniej w przywróceniu w tamtym kraju społecznej powagi. To prawda, ale amerykański model kary śmierci jest fałszywy. Amerykanie mogą mieć dobre intuicje, po pierwsze są jednak kulturowymi barbarzyńcami, a po drugie sami zmagają się z panowaniem libertynizmu i nie potrafią przeprowadzić tych intuicji do końca. Kara śmierci musi być stosowana w sposób konkretny – bez długoletnich procesów i oczekiwania. Ten, kto chce w Polsce popełnić ciężkie przestępstwo, jak zabójstwo, musi wiedzieć, że nie uniknie śmierci.

Pobór powszechny

Drugim koniecznym rozwiązaniem jest pobór powszechny. Wcielenie do wojska ma to samo znaczenie, co kara śmierci: przywraca powagę, pokazując na istnienie ostateczności i ograniczeń ludzkiego życia. Kto jest w wojsku, ten wie, że od niego zależą losy ojczyzny; że jako obywatel ma obowiązek jej obrony i że w chwili zagrożenia musi być gotów złożyć swoje życie w ofierze za całą wspólnotę. Jest oczywiste, że pobór powszechny wiąże się z wieloma uciążliwościami; ale cnoty wypracowuje się właśnie pośród uciążliwości, a nie w wygodzie. Dlatego pobór należy przywrócić szybko, nie starając się uprzednio o jakąś niezwykle rozbudowaną infrastrukturę. Młodzi mężczyźni dorastając będą pamiętać, że muszą przygotowywać się duchowo i fizycznie do trudnej próby, jaką będzie służba wojskowa – i że tej próby w żaden sposób nie unikną, o ile nie są poważnie chorzy.

Wolność dla obywateli – ograniczenie social mediów

Kolejnym krokiem jest znaczące ograniczenie dostępności social mediów. Funkcjonowanie tych mediów w obecnym kształcie jest oparte na poronionej idei wolności słowa, która z kolei wywodzi się z rewolucyjnej koncepcji egalitaryzmu. Każdy uważa, że może mówić co chce, bo jest wart dokładnie tyle samo, co inni. To nieprawda, o czym każdego dnia poucza rzeczywistość. Media społecznościowe są rodzajem agory publicznej. Na publicznej agorze nie powinni wypowiadać się ci, którzy nie są obywatelami. Dlatego należy wprowadzić używalność mediów społecznościowych wyłącznie dla obywateli posługujących się własnym imieniem i nazwiskiem. Wyklucza to dzieci i nastolatków oraz konta anonimowe. Należy zlekceważyć jojczenie tych, którzy będą protestować w imię wolności, bo, powtarzam, jest to zwyrodniałe pojęcie wolności. Obywatel nie musi wypowiadać się anonimowo. Każdy człowiek ponosi pełną odpowiedzialność za swoje czyny, a podstawą tej odpowiedzialności jest tożsamość. Nie pozwalamy, by na publicznym placu przemawiał zamaskowany nastolatek; nie pozwalajmy, żeby przemawiał w sieci, bo między jednym a drugim nie ma wcale istotnej różnicy. Nie ma potrzeby „cenzurowania” sieci poprzez nowe narzędzia rządowe, jeżeli taka cenzura ma chronić dzieci. Wystarczy odciąć dzieci od mediów społecznościowych, a dorosłych zobowiązać do wypowiadania się z odkrytą przyłbicą.

Koniec łatwych rozwodów – i życia na kocią łapę

Dalej, konieczne jest ograniczenie plagi rozwodów oraz związków nieformalnych. W Polsce zapanowało idiotyczne przekonanie, że ludzie mogą żyć ze sobą w parach tak, jak im się podoba – zmieniać partnerów jak rękawiczki. W naszej cywilizacji małżeństwo było jednak zawsze traktowane jako rzecz poważna i jako taka, nierozerwalna. Dlatego wspólne życie poza małżeństwem powinno być objęte ostracyzmem społecznym wspomaganym przez stosowne kary. Należy też w znaczący sposób ograniczyć swobodę rozwodów. Jeżeli ktoś mierzy się z problemem przemocy albo alkoholizmu w małżeństwie, ma narzędzie separacji. Rozwody na życzenie są błędem, bo likwidują ostateczny charakter małżeństwa, czyniąc życie lekkim i niepoważnym. Z wielu badań społecznych wiadomo, że rozbite rodziny oraz rodziny oparte na związkach nieformalnych są znacznie bardziej podatne na wylęganie się w nich różnych patologii. Nic dziwnego – środowisko domowe, w którym nawet od strony formalnej podeptano cnoty, z natury rzeczy łatwiej prowadzi do wychowania w nieporządku.

Społeczne panowanie Chrystusa… i odnowa Kościoła

Wreszcie – społeczne panowanie Chrystusa. Życie wspólnoty musi być oparte na konkretnych zasadach etycznych. W naszej cywilizacji takie zasady oferuje wyłącznie jeden podmiot, czyli Kościół katolicki. Dlatego uznanie religii katolickiej za religię państwową jest właściwe i konieczne, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Katolicyzm jako religia państwowa nie wiąże się z ograniczeniem wolności sumienia, bo nie oznacza narzucania wiary tym, którzy nie chcą jej przyjąć. Oznacza, że wspólnota narodowa orientuje się na katolickie prawdy i moralność, czerpiąc z tych źródeł w stanowieniu prawa i urządzaniu całego życia społecznego. Przyjęcie katolicyzmu jako religii państwowej pozwoliłoby na penalizowanie rozmaitych niemoralności, takich jak działalność sekt, promocja pornografii czy okultyzmu. Żeby społeczne panowanie Chrystusa stało się możliwe, proces przywracania powagi musi zostać przeprowadzony również w Kościele katolickim. Przede wszystkim liturgia musi cechować się pobożnością i orientacją na Boga, będąc daleka od groteski ludowego festynu albo spotkania kółka emocjonalnie zaburzonych nastolatków. Doskonałą do tego drogą jest upowszechnienie liturgii w tradycyjnym rycie rzymskim, albo też silne strydentynizowanie nowej liturgii.

Potrzebujemy rzymskiej cnoty powagi

Koniecznych kroków jest oczywiście więcej, wymieniłem tylko kilka, które uważam za najważniejsze. Ujmując rzecz lapidarnie, Polska pilnie potrzebuje przywrócenia klasycznych cnót, wśród których za najważniejszą uważam powagę – czyli rzymską gravitas. Bez przywrócenia tej cnoty będziemy dalej pogrążać się w niemoralności, podążając ku społecznej przepaści. Ktoś może stwierdzić, że to groteskowe narzekanie na upadek obyczajów. Rzut oka na społeczeństwo pokazuje jednak, że tak nie jest: skrajnie niska dzietność, niechęć do obrony własnej ojczyzny, demoralizacja dzieci i nastolatków, dorośli zajmujący się wszystkim, tylko nie religią, państwem i rodziną. Moralna zgnilizna jest faktem i żeby przetrwać jako żywotna wspólnota, trzeba się jej pozbyć.

Przywróćmy Polsce powagę.

Paweł Chmielewski

Prevost chwali “pojednawczy charakter” dokumentu założycielskiego luteranizmu

Prevost chwali

“pojednawczy charakter”

dokumentu założycielskiego

luteranizmu

Date: 8 ottobre 2026 Author: Uczta Baltazara babylonianempire/prevost-chwali-pojednawczy-charakter-dokumentu-zalozycielskiego-luteranizmu

Papież zwrócił szczególną uwagę na «Wyznanie Augsburskie» – dokument z 1530 roku, który stał się podstawowym wyznaniem wiary ruchu luterańskiego wikipedia.org/wiki/Wyznanie_augsburskie.

Leon XIV wezwał katolików i luteranów do odzyskania wspólnego dziedzictwa „apostolskiego i przed-wyznaniowego” w drodze „ku pełnej, widzialnej jedności”. press.vatican.va/salastampa/en/bollettino/pubblico

1 października 2026 papież Leon XIV przyjął przedstawicieli Światowej Federacji Luterańskiej w prywatnej bibliotece Pałacu Apostolskiego. Papież stwierdził, że ekumeniczna droga katolików i luteranów powinna zmierzać ku „odnowionej wspólnocie w wierze apostolskiej, w sakramentach i w posługach”. Wśród obecnych byli prezes Światowej Federacji Luterańskiej Henrik Stubkjær oraz kardynał Kurt Koch, prefekt watykańskiej Dykasterii ds. Promowania Jedności Chrześcijan.

„Rok 2030, w którym przypada 500-lecie wyznania augsburskiego, może stać się właśnie taką wspólną chwilą: głębokim doświadczeniem ekumenicznym, które może tchnąć nową energię i radość w nasze działania zmierzające ku pełnej, widzialnej jedności” – powiedział papież Leon.

Papież zwrócił szczególną uwagę na Wyznanie augsburskie, dokument z 1530 roku, który stał się fundamentalnym wyznaniem wiary ruchu luterańskiego. Według papieża jego pierwotnym celem nie było ustanowienie odrębnego wyznania, ale dążenie do pojednania w obrębie Kościoła zachodniego.

„Kiedy 25 czerwca 1530 r. w Augsburgu odczytano Confessio Augustana, jedność Kościoła zachodniego była zagrożona, ale jeszcze nie została zniszczona” – powiedział. Cytując Jana Pawła II, Leon XIV dodał, że jej XVI-wieczni autorzy zamierzali dać świadectwo swojej wierze w „jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół”.

Leo dodał również, że dopiero później uznano ten dokument za element procesu podziałów związanych z rozłamem wyznaniowym. W perspektywie 500-lecia, które przypada w 2030 roku, stwierdził, że katolicy i luteranie powinni dążyć do odzyskania tego, co nazwał „ekumenicznym potencjałem sprzed rozłamu wyznaniowego”.

„Z całego serca apeluję do wszystkich wierzących, a zwłaszcza do teologów, aby skupili swoje myśli na Chrystusie i Jego Ewangelii” – powiedział papież. Wezwał do powrotu „do wiary wczesnego Kościoła i Ojców Kościoła”, aby na nowo odkryć „apostolskie i przedwyznaniowe dziedzictwo, które prawdziwie jednoczy nas jako braci i siostry w Chrystusie”.

Papież podkreślił również postęp teologiczny osiągnięty w ramach dialogu katolicko-luterańskiego w ostatnich dziesięcioleciach. Jako ważny kamień milowy wymienił Wspólną deklarację w sprawie doktryny usprawiedliwienia, podpisaną w 1999 roku, a także wcześniejsze wspólne dokumenty dotyczące Eucharystii, posługi w Kościele oraz dróg prowadzących do głębszej łączności.

Leon XIV przypomniał wreszcie przemówienie papieża Franciszka wygłoszone w 2021 roku przed Światową Federacją Luterańską, w którym Franciszek opisał ekumenizm jako „drogę łaski”, a nie jako „dyplomację kościelną”.

W 2030 roku minie 500 lat od przedstawienia Wyznania augsburskiego w Augsburgu 25 czerwca 1530 roku. Dopuszczając, że «Wyznanie augsburskie» nie miało na celu podzielenia Kościoła, to mimo to odrzucało ono szereg ważnych doktryn, które już wcześniej zostały oficjalnie zdefiniowane przez Kościół.

!Wyznanie” z 1530 r., sporządzone przez teologa luterańskiego Filipa Melanchtona i przedstawione katolickiemu cesarzowi Karolowi V, miało na celu wykazanie, że jego zwolennicy zajmowali się tym, co postrzegali jako „nadużycia teologiczne i kościelne”, przywracając jednocześnie wiarę i praktyki „wczesnej wspólnoty chrześcijańskiej”.

Owe „nadużycia” stanowiły szereg doktryn i praktyk od dawna obowiązujących w Kościele Katolickim, w tym przyjmowanie Komunii Świętej pod jedną postacią, celibat kapłański, ofiarny charakter Mszy Świętej, tradycyjne rozumienie spowiedzi sakramentalnej i pokuty oraz pewne aspekty relacji między władzą kościelną a świecką.

Odpowiedź Kościoła Katolickiego pojawiła się w postaci „Confutatio Augustana” – szczegółowego opracowania przygotowanego przez teologów papieskich i przedstawionego władzom cesarskim. Dokument ten systematycznie odnosił się do twierdzeń luterańskich i wzywał do przestrzegania pełnego nauczania katolickiego. Wiele kwestii teologicznych poruszonych w tej wymianie poglądów zostało później dokładniej zbadanych przez Sobór Trydencki, który przedstawił ostateczną odpowiedź Kościoła na wyzwania związane z rewolucją protestancką.

Wypowiedź papieża Leona XIV nawiązywała do uwag, które już wcześniej w tym roku zgłosił arcybiskup Flavio Pace, sekretarz Dykasterii ds. Promowania Jedności Chrześcijan. W wywiadzie udzielonym 22 stycznia 2026 r. serwisowi Vatican News z okazji Tygodnia Modlitwy o Jedność Chrześcijan Pace pochwalił „Confessio Augustana”  z 1530 r. jako znaczącą próbę znalezienia wspólnej płaszczyzny porozumienia między katolikami a rodzącym się ruchem protestanckim. Zasugerował już wówczas, że dokument ten “mógłby służyć jako cenny punkt odniesienia dla refleksji ekumenicznej w przededniu jego pięćsetnej rocznicy w 2030 r.”

INFO: lifesitenews./leo-xiv-praises-conciliatory-aim-of-lutheran-founding-document

JOW: Pakt senacki Kaczyńskiego z Tuskiem. Tylko z Braunem prawica ma szansę.

Pakt senacki Kaczyńskiego z Tuskiem.

Tylko z Braunem prawica ma szansę

9.10.2026 Stefan Klopotowski nczas/pakt-senacki-kaczynskiego-z-tuskiem-tylko-z-braunem-prawica-ma-szanse

Donald Tusk z Jarosławem Kaczyńskim. Obrazek ilustracyjny wygenerowany przez AI.
NCZAS.INFO | Donald Tusk z Jarosławem Kaczyńskim.

Jarosław Kaczyński, odrzucając Grzegorza Brauna, oddaje Senat Donaldowi Tuskowi.

To nie wróżba, to matematyka. Policzyła to Fundacja Dobry Rząd w raporcie „Pakt Prezydencki kontra Pakt Senacki” i liczby są bezlitosne. Prezes PiS-u może w kontekście niechęci – a może po prostu strachu? – do lidera „Korony” dalej opowiadać o „sferze cywilizacji”, „jaszczurach” i „granicach nieprzekraczalnych”, ale w stu jednomandatowych okręgach senackich te frazesy znaczą jedno: rozdrobnienie prawicy i walkower dla Koalicji 13 Grudnia.

Wybory do Senatu to nie to samo co do Parlamentu. Tu nie ma d’Hondta, nie ma progów, nie ma list ogólnokrajowych. Tu wygrywa ten, kto w okręgu zbierze najwięcej głosów. Jeden mandat, jeden zwycięzca.

Gdy trzy formacje prawicowe wystawiają trzech kandydatów przeciw jednemu kandydatowi Paktu Senackiego, prawica przegrywa nawet tam, gdzie łącznie ma większość. To elementarna arytmetyka, którą Donald Tusk i Szymon Hołownia zrozumieli już w 2019 i 2023 roku. Dlatego wtedy powstał Pakt Senacki. Dlatego dzisiaj koalicja rządząca nie zamierza go rozwiązywać. A Kaczyński udaje, że tej lekcji nie rozumie.

Raport Dobrego Rządu oparto na wynikach I tury wyborów prezydenckich 2025, skorygowanych o średnie z sondaży i o fakt, że w szerokich koalicjach 1 plus 1 rzadko przekłada się na 2.

Tylko dwa scenariusze na korzyść prawicy

Autorzy raportu rozważyli kilka scenariuszy. Wariant zerowy, czyli start każdej formacji osobno (także Koalicji Obywatelskiej), daje partii Tuska 66 mandatów senackich, a PiS-owi 34. Już na tym etapie widać, kto skorzysta na rozdrobnieniu. Scenariusz pierwszy, czyli powtórka klasycznego Paktu Senackiego przeciw prawicy startującej osobno, jest jeszcze gorszy: Pakt Senacki zgarnia 78 miejsc, PiS zostaje z 22. To nie jest „walka o Polskę”. To kapitulacja. Kolejny wariant to Pakt Prezydencki, czyli PiS plus Konfederacja bez Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna, przeciw pełnemu Paktowi Senackiemu. Taki układ daje prawicy zaledwie 36 mandatów. Pakt Senacki ma ich 64. Nawet jeśli obciąć Pakt Senacki do węższego wariantu, Pakt Prezydencki wciąż kończy z wynikiem poniżej 40 mandatów.

Dopiero Pakt Konserwatywno-Narodowy – obejmujący PiS oraz pełną Konfederację (wraz z Koroną Grzegorza Brauna) – daje wynik 48 do 52 (z niewielką przewagą KO i spółki). A gdy po drugiej stronie staje tylko „mały” Pakt Senacki (KO, ale bez części lewicy), szeroka prawica wychodzi na 53 mandaty przeciw 47. Dostaje większość – jedyną większość, jaką prawica może realnie zdobyć w wyborach do Senatu 2027.

Innymi słowy: bez Brauna Senat zostaje u Tuska. Z Braunem prawica ma szansę.

Zakonserwować duopol

Tymczasem Kaczyński wybiera wariant pierwszy i nazywa to obroną cywilizacji. To jest ten sam mechanizm, który od lat pozwala III RP trzymać prawicę w szachu. PiS lubi być jedynym „poważnym” obozem po prawej stronie. Konfederacja ma być dodatkiem, przystawką… Korona – pariasem, z którym nikt się nie liczy. Prezes mówi, że Braun jest „bardzo niebezpieczny”, że „nie mieści się w naszej sferze cywilizacji”, że współpraca byłaby „kompromitująca”.

Tusk przytakuje, kiwa głową… Wie, że bez Brauna Kaczyński i tak nie ma szans, a dla władzy na tzw. prawicy prezes poświęci wszystko. Oba komunikaty służą temu samemu celowi: utrzymać duopol. Zakonserwować go w naftalinie. Jeden straszy „ruskim agentem”, drugi straszy „skrajną prawicą”. Elektorat konserwatywny, katolicki, antyunijny ma się wstydzić własnych poglądów i albo wrócić pod skrzydła Nowogrodzkiej, albo zostać w domu.

Tymczasem to właśnie elektorat Brauna decyduje o tym, czy w dziesiątkach okręgów prawicowy kandydat przebija kandydata KO, PSL i Lewicy. Senat nie wymaga wspólnego rządu, wspólnego programu gospodarczego ani wspólnej polityki zagranicznej. Wymaga tylko tego, by w okręgu X nie stanęło trzech prawicowców przeciw jednemu liberałowi. To nie jest małżeństwo ideowe. To zawieszenie ognia na czas wrzucenia jednej karty do głosowania. Kaczyński nawet tego nie chce. Posłowie prawicy słyszą od polityków PiS-u jasny przekaz: prezes woli mieć o połowę mniej senatorów, niż dopuścić do tego, by własne miejsca w Senacie mieli ludzie Konfederacji, Korony i Rozwoju Plus. To nie strategia. To pycha.

Skutki będą oczywiste. Nawet jeśli w 2027 roku prawica zbierze w Sejmie większość – a sondaże od miesięcy pokazują, że bez Korony ta większość jest krucha albo nieistniejąca – Senat pozostanie zaporą. Ustawy wrócą z poprawkami, nominacje utkną, budżet stanie się przedmiotem szantażu. Prezydent – ktokolwiek nim zostanie – będzie musiał negocjować z izbą, w której rządzi obóz Tuska. To dokładnie ten układ, który od 2023 roku paraliżuje państwo i pozwala koalicji 13 grudnia rządzić mimo słabnącego poparcia. Kaczyński, odrzucając Brauna, ten układ konserwuje.

Tusk może spać spokojnie?

Nie trzeba lubić Grzegorza Brauna, by to zauważyć. Można uważać jego wystąpienia za zbyt ostrożne albo zbyt radykalne, można nie podzielać wszystkich tez Korony. Ordynacja senacka nie pyta o gust. Pyta o sumę głosów w okręgu. Raport Dobrego Rządu nie jest wyrocznią, ale pokazuje kierunek: im szerszy pakt po prawej, tym większa szansa na odbicie izby wyższej. Im bardziej stanowcze weto prezesa z Nowogrodzkiej, tym pewniejszy Senat dla KO, Trzeciej Drogi i Lewicy.

Historia lubi ironię. Ten sam Kaczyński, który kiedyś przysięgał, że z Samoobroną nigdy nie pójdzie, potem rządził z Samoobroną. Dziś przysięga, że z Braunem nie będzie współpracował nigdy, „nawet za cenę pata”. Tymczasem pat w Senacie to nie abstrakcja. To narzędzie w rękach Donalda Tuska: blokada ustaw, blokada reform, blokada rozliczeń. Jeśli prezes PiS-u naprawdę uważa, że Tusk jest zagrożeniem dla Polski, to jego polityka senacka jest polityką samobójczą. Albo – co gorsza – polityką kogoś, kto woli być drugim graczem w starym układzie, niż pierwszym w nowym. Najwyższy czas nazwać rzeczy po imieniu. Odrzucenie Brauna nie jest aktem moralnej czystości. Jest prezentem dla koalicji, która od trzech lat rozmontowuje resztki suwerenności, cenzuruje niewygodne media, udaje walkę z inflacją i tłumaczy Polakom, że „miękkie lądowanie” dla swoich to sprawiedliwość.

Kaczyński może dalej mówić o ratowaniu cywilizacji. Tusk nie musi nawet dziękować. Wystarczy, że w 2027 roku Pakt Senacki znów zgarnie sześćdziesiąt kilka mandatów, a prawica będzie się kłócić, kto komu ukradł trzy punkty procentowe. Senat 2027 nie rozstrzygnie się na konferencjach o „granicach nieprzekraczalnych”. Rozstrzygnie się w okręgach, gdzie jeden wspólny kandydat prawicy może wygrać, a trzech osobnych – przegrać. Fundacja Dobry Rząd te okręgi policzyła. Kaczyński te liczby zignorował. Tusk może spać spokojnie.

Departament Wojny USA przedstawia „Dowództwo Wojny Autonomicznej” (i inne nieuczciwe pomysły)

Departament Wojny przedstawia „Dowództwo Wojny Autonomicznej” (i inne nieuczciwe pomysły)

Symplicjusz simplicius/department-of-war-unveils-autonomous

Kilka dni temu asystent sekretarza wojny ds. kontaktów z opinią publiczną Sean Parnell ogłosił, że Departament Wojny Pete’a Hegsetha tworzy Dowództwo Wojny Autonomicznej, w istocie nowe „dowództwo bojowe” dla sił dronów:

Sean Parnell@ SeanParnellASW

Dziś, na polecenie Sekretarza Hegsetha, Departament Wojny rozpoczyna tworzenie Dowództwa Wojny Autonomicznej. Będzie to nowe, czterogwiazdkowe dowództwo bojowe – z uprawnieniami na poziomie służby – stworzone w celu skalowania zdolności autonomicznych i robotycznych w Siłach Połączonych w…

Szybka reakcja DOW @ DOWResponse.@SECWAR

„Dziś, na moje polecenie, ogłaszamy utworzenie Dowództwa ds. Działań Autonomicznych, czyli AutoWarCom: nowego 4-gwiazdkowego dowództwa bojowego z uprawnieniami na poziomie służby, zbudowanego w celu skalowania autonomicznych i robotycznych możliwości w ramach Połączonych Sił w najszybszej zmianie w czasie pokoju w historii

22:21 · 30 września 2026 · 439 tys. wyświetleń

——————————-

Będzie to nowe, 4-gwiazdkowe dowództwo bojowe – z uprawnieniami na poziomie służby wojskowej – stworzone z myślą o skalowaniu autonomicznych i robotycznych możliwości w ramach Połączonych Sił w najszybszej zmianie czasu pokoju w historii nowoczesnej armii.

Hegseth nazywa nowe dowództwo Dowództwem Wojny Autonomicznej, w skrócie AUTOWARCOM.

Nie byłoby to amerykańskie, gdyby nie miało chwytliwego, korporacyjnego brzmienia.

Dla tych, którzy nie rozumieją znaczenia słowa „SI” w powyższym filmie, przypomnijmy, że w zeszłym tygodniu Trump oficjalnie zmienił nazwę Sztucznej Inteligencji na Superinteligencję, podpisując dekret Białego Domu, w którym błędnie zapisano nazwę jego własnego kraju jako „Stany Zjednoczone”:

I tak, post nadal jest dostępny na oficjalnym koncie:

Biały Dom@ Biały DomPorozumienie Białego Domu w sprawie superwywiadu

15:44 · 30 września 2026 · 24,1 mln wyświetleń


5,88 tys. odpowiedzi · 3,61 tys. udostępnień · 25,3 tys. polubień

============================

Jest rzeczą oczywistą, że dokument podpisała częściowo zagraniczna techno-kabala, która obecnie w istocie rządzi krajem – dla niej nie ma już znaczenia, jak nazywa się ten kraj, jest on niczym więcej niż cyfrowym pastwiskiem dla ich maszyny do pozyskiwania kapitału.

Przypomnijmy, że w ciągu ostatnich dwóch lat lwią część zysków na giełdzie stanowiło zaledwie kilka czołowych firm technologicznych, a około siedem największych odpowiada za niemal połowę obecnej wyceny indeksu S&P 500.

Niepokojące jest to, jak wiele — bez urazy — administracja wkłada w możliwości sztucznej inteligencji (red.: przepraszam odpowiednie władze, autor miał na myśli oficjalną nazwę SI) —

https://truthsocial.com/@realDonaldTrump/posts/117406176604364910

— biorąc pod uwagę, że wychwalana SISI (półinteligentna superinteligencja) nie potrafi wyłapać literówek, takich jak „Stany Zjednoczone”, w oficjalnych dekretach, ani odróżnić szkoły dla dziewcząt od kryjówki terrorystów. Polianistyczny klan Hegseth również nie wydaje się przejmować skutkami wojny z Iranem, zaplanowanej przez Claude’a i AI, która doprowadziła do historycznej porażki strategicznej USA.

W związku z powyższym Departament Wojny ogłosił kolejną, nową, sztandarową inicjatywę o nazwie Projekt Meridian, która ma na celu zaangażowanie Elona Muska i Palmera Luckeya z Anduril w celu wymiany pomysłów i opracowania koncepcji przyszłości wojny, aby lepiej przygotować do niej amerykańskie siły zbrojne.

Informację tę podał serwis Pirate Wires, a oficjalne konto DoW opublikowało następującą wiadomość:

Dyrektor ds. technologii Departamentu Wojny@ DoWCTO

PROJEKT MERIDIAN zapewni transformacyjną wizję, która zapewni amerykańską dominację w każdej przyszłej dziedzinie działań wojennych. Amerykańscy wojownicy będą uzbrojeni w absolutną przewagę technologiczną, ponieważ DZIŚ dysponujemy dalekowzrocznością umysłów o przełomowych poglądach. 🇺🇸

23:23 · 30 września 2026 · 88,6 tys. wyświetleń

————————-

Sekretarz Wojny Pete Hegseth ogłasza dziś Projekt Meridian, którym kierują Elon Musk, Palmer Luckey i były przewodniczący Izby Reprezentantów Newt Gingrich.Projekt, jak podaje Pentagon, będzie badał miejsca przyszłych działań militarnych (np. na Marsie, w Rowie Mariańskim lub gdziekolwiek pomiędzy) oraz nowe technologie, które Departament Wojny musi zakupić, aby wygrać.

Zespół będzie miał ograniczony czas i dostęp do DoW, aby przygotować swój przyszłościowy raport:

Osoby zaznajomione z projektem twierdzą, że szybkość będzie szła w parze z głębokim dostępem do struktur DOW — zespół będzie miał dostęp do ekspertów z obszarów rzadko poddawanych badaniom lub reformom, takich jak społeczność wywiadowcza lub Jednostka Innowacji Obronnych (biuro DOW w Dolinie Krzemowej).

Oczywiście Palmer i Elon nie są politycznymi maniakami ani ekspertami od Pentagonu. Są założycielami. Ich zadaniem jest wizualizacja rozwiązań dla przyszłości wojny –takiej, która może obejmować wszystko, od podziemnych walk (molemaxxing) po broń w przestrzeni okołoksiężycowej.

Będą mieli przy tym znaczną swobodę działania.

Molemaxing. Brzmi naprawdę użytecznie.

W razie gdybyś się martwił, poniższy akapit powinien uspokoić cię w kwestii praktyczności tego najnowszego przedsięwzięcia:

Jeden z urzędników Pentagonu powiedział mi, że Meridian nie skupi się wyłącznie na „rozwiązywaniu problemów związanych ze sztuczną inteligencją, cybernetyką czy kosmosem”. Nie ma obowiązkowych obszarów raportowania; zamiast tego Elon i Palmer mają carte blanche, wraz z innymi ekspertami z sektora prywatnego, na rozważanie tego, co nazywam „dziwnymi rzeczami na wojnę”.Cytując byłego szefa Pentagonu Donalda Rumsfelda, będą badać „nieznane niewiadome” – wykraczając poza znane niedociągnięcia Pentagonu (oprogramowanie, sztuczna inteligencja i produkcja), aby zbadać przyszłe luki w zabezpieczeniach.

Cóż, przynajmniej jest to całkowicie zgodne z ogólnym, studenckim podejściem Hegsetha i „rewolucyjnym” nastawieniem w siłach zbrojnych. Spodziewajcie się usłyszeć więcej błyskotliwych korporacyjnych sloganów, pustych haseł i typowej dla wojska brawury w stylu leetspeak o „etosie wojownika”, „niezrównanej śmiercionośności w różnych dziedzinach” i tym podobnych.

„Amerykanie zawsze osiągali najlepsze wyniki, gdy łączyli swoich najzdolniejszych naukowców, inżynierów i technologów, aby wspólnie rozwiązywać najtrudniejsze problemy bezpieczeństwa narodowego” – powiedział Palmer. „Projekt Meridian właśnie o to chodzi. Razem nie tylko przeanalizujemy toczące się obecnie wojny, ale także poważnie zastanowimy się nad wojnami, na które nie możemy sobie pozwolić w 2030, 2050 i 2100 roku – i nad tym, co Ameryka musi teraz zbudować, aby im zapobiec”.

Cóż, to pocieszające: przyszłość amerykańskiej armii w rękach dwóch ekscentrycznych, boho-playboyów, którzy wymieniają się książkami za bongosy. Skoro to działa w filmach Marvela, dlaczego nie miałoby działać w prawdziwym życiu? Z drugiej strony, będzie można zawrzeć kilka lukratywnych kontraktów rządowych.

W rzeczywistości prawdziwy postęp dokonuje się na froncie, gdzie ludzie bezpośrednio doświadczają wojny. Oto Eric Schmidt, który po raz kolejny podkreśla, że ​​Rosja zdobyła innowacyjną przewagę na Ukrainie:Nie można załadować wideo.

Te najnowsze, dalekowzroczne informacje pochodzą z tej samej administracji i oficjalnego konta DoW, które publikuje tego typu rzeczy, widziane dziś wcześniej:

Dyrektor ds. technologii Departamentu Wojny@ DoWCTO

Wielkie Przebudzenie Kwantowe. ZŁOTY WIEK NAUKI 🇺🇸

18:58 · 8 paź 2026 · 138 tys. wyświetleń

—————————

Kto jeszcze może traktować ten cyrk poważnie? Cały kraj ulega silikonowemu urokowi technokartelu klaunów i oszustów z doliny głupców.

Jeśli chodzi o realne rezultaty, armia amerykańska nie wykazała takiego samego zainteresowania, jak odległymi, teoretycznymi i fantastycznymi aspektami rozwoju uzbrojenia. Miesiąc temu osoba mianowana przez Hegseth odrzuciła nową jednostkę dronów, która miała uczyć się bezpośrednio z doświadczeń zdobytych na miejscu w wojnie na Ukrainie:

https://www.wsj.com/politics/national-security/new-drone-unit-to-be-phased-out-as-hegseths-army-pick-makes-his-mark-ff5f5fc8

W styczniu armia podjęła ważny krok w kierunku przygotowań do przyszłych wojen, tworząc w Europie nowy batalion, którego zadaniem było opanowanie sztuki walki za pomocą dronów i robotów naziemnych.

Pomysł polegał na wyciągnięciu wniosków z konfliktu na Ukrainie, który szaleje za granicami Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego, i opracowaniu najnowocześniejszych systemów wojskowych i taktyk, które mogłyby przeciwdziałać zagrożeniu ze strony Rosji.

Jednak szeroko reklamowany batalion dronów szturmowych jest stopniowo wycofywany.Po udziale w dużych ćwiczeniach w Niemczech w sierpniu i wrześniu, jednostka przekaże swoje wnioski armii, aby pokierować przyszłymi eksperymentami, zrezygnuje z roli dronów szturmowych i „ponownie skupi się na swoich podstawowych zadaniach bojowych jako powietrznodesantowy batalion piechoty” – poinformował przedstawiciel armii w oświadczeniu dla „The Wall Street Journal”.

Wygląda na to, że i tak niewiele się nauczyli, biorąc pod uwagę nagranie ze wspólnych ćwiczeń z ubiegłego roku, podczas których ukraińskie drony błyskawicznie rozprawiły się z amerykańskimi jednostkami pancernymi:Nie można załadować wideo.

UKRAINA UCZY AMERYKĘ, JAK BĘDZIE PROWADZIĆ KOLEJNĄ WOJNĘ.

Podczas wspólnych ćwiczeń ukraiński dron zrzuca piłkę tenisową imitującą granat odłamkowy przez otwarty właz bojowego wozu piechoty Bradley, którego załogą są żołnierze amerykańscy.

Członek załogi zdaje się słyszeć drona i sięga do włazu. Piłka uderza go w głowę, odbija się od Bradleya, a on zatrzaskuje właz. W walce zamknąłby granat w środku wraz z załogą.

Bloomberg nie daje się jednak zniechęcić i ogłasza, że ​​NATO planuje „szybko” pokonać Rosję za pomocą dronów i sztucznej inteligencji:

https://www.bloomberg.com/news/articles/2026-10-05/projekt-NATO-plan-odparcia-rosyjskiego-ataku-za-pomocą-dronów-i-sztucznej-inteligencji

Najwyższy dowódca wojskowy NATO opracowuje strategię, która ma umożliwić szybkie pokonanie rosyjskiego ataku na wschodnią flankę NATO. Szczególny nacisk zostanie położony na integrację nowych technologii obronnych, takich jak drony i sztuczna inteligencja, z tradycyjnymi środkami walki.

Bloomberg miał dostęp do dokumentu trafnie zatytułowanego „Teoria zwycięstwa” – z silnym naciskiem na „teorię” – w którym opisano, w jaki sposób NATO planuje odpowiedzieć militarnie na zbliżającą się inwazję Rosji na Europę:

Dokument zatytułowany „Teoria zwycięstwa”, który Bloomberg widział w niejawnej wersji, zostanie przedstawiony przez Naczelnego Dowódcę Sił Sojuszniczych NATO w Europie, generała Alexusa Grynkewicha, w Polsce 12 października w czasie wzmożonych napięć między NATO a Rosją.

Według wysokich rangą urzędników i dyplomatów zaznajomionych ze sprawą, ma to na celu wyjaśnienie, jak sojusz poradziłby sobie z ewentualnym wtargnięciem na terytorium NATO. Ostatnio pojawiły się liczne doniesienia, że ​​Moskwa rozważa takie działania.

Ty decydujesz, jak realistycznie brzmi dokument:

Gdyby jednak NATO zostało zaatakowane, zablokowałoby inwazję, wykorzystując połączenie sił lądowych i innych zasobów z Inicjatywy Odstraszania na Wschodniej Flance NATO, koncepcji opartej na tanich dronach, systemach z minimalną liczbą załóg i namierzaniu wspomaganym sztuczną inteligencją.Po uzyskaniu swobody manewru, NATO dążyłoby do zniszczenia wrogich systemów dowodzenia i kontroli, dążąc do szybkiego i przytłaczającego pokonania sił rosyjskich.

Odnosi się wrażenie, że ci ludzie po prostu wyciągają z kapelusza slogany i mają nadzieję, że zabrzmią przekonująco. Naprawdę nie mają pojęcia, jak prowadzić wojnę i prawdopodobnie ich „zaawansowane systemy sztucznej inteligencji” doradziłyby im po prostu, żeby skapitulować, aby uniknąć kompromitacji.

Dziennik „Wall Street Journal” odkrył, że między mrzonkami administracji a rzeczywistością, czyli tym, co jej skostniała baza przemysłowa jest w stanie faktycznie osiągnąć, istnieje ogromna rozbieżność:

https://www.wsj.com/politics/national-security/firmy-obronne-śpieszą-się-ze-wzmocnieniem-produkcji-rakiet-nadchodzi-zbyt-późno-ea6dd7ea

Z powyższego:

W następstwie wojny na Ukrainie, Rada Naukowa Armii – organ doradczy – przeprowadziła badanie dotyczące możliwości zwiększenia produkcji amunicji w przemyśle zbrojeniowym.Rada odkryła, że ​​baza przemysłowa została wyludniona.

„To cud, że mamy cokolwiek, co wybucha” – powiedziała Mackenzie Eaglen, członkini zespołu koordynującego badanie.

Mimo że Tomahawk istnieje od lat 80. XX wieku, nadal jest preferowanym pociskiem manewrującym dalekiego zasięgu przez Stany Zjednoczone i wielu ich sojuszników.

Jednak zamówienia Pentagonu na pociski rakietowe dla fabryki w Tucson spadły w ostatnich latach tak bardzo, że dalsze cięcia groziły zamknięciem linii produkcyjnej Tomahawk. Kontrakty na modernizację starych pocisków rakietowych poprzez doposażenie ich w nowe systemy nawigacyjne pozwoliły utrzymać fabrykę w ruchu.

Twierdzą jednak, że sytuacja powoli się zmienia, a nowe kontrakty rządowe przynoszą „okres rozkwitu”, przynajmniej w produkcji pocisków rakietowych.

Biorąc pod uwagę szokujące odkrycia z „futurystycznej” fabryki w Teksasie, która miała produkować pociski kalibru 155 mm, o której pisaliśmy w poprzednim artykule, możemy pozostać jedynie sceptyczni:

Rewelacja: reklamowana jako „futurystyczna” fabryka w Teksasie nie wyprodukowała ani jednej sztuki naboju 155 mm w ramach mega-klapy MIC

Symplicjusz·15 sie

Rewelacja: reklamowana jako „futurystyczna” fabryka w Teksasie nie wyprodukowała ani jednej sztuki naboju 155 mm w ramach mega-klapy MIC

Agencja ProPublica opublikowała sensacyjny raport na temat szeroko reklamowanej nowej fabryki General Dynamics w Mesquite w Teksasie, która miała znacząco zwiększyć amerykańską produkcję pocisków artyleryjskich kalibru 155 mm dla Ukrainy i innych krajów.

Przeczytaj całą historię

Ale nie martwcie się, jestem pewien, że sprośni faceci w hawajskich koszulach i nazwiskach jak z źle zlokalizowanej japońskiej gry wideo z lat 90. uratują sytuację swoim niezwykłym geniuszem i zamiłowaniem do „dziwnych rzeczy”.

W końcu w Ameryce Baudrillarda XXI wieku stworzenie pozoru „zwycięstwa” jest ważniejsze niż jego faktyczne osiągnięcie.


Usrael. NAZA. MEM-y IV.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie HUH5l2GXQAAw-HC.jpg

———————————-

————————————-

————————-

————————-

————————————-

—————

————————————————————–

————————

————————–

Po co Polsce tworzy się wizerunek państwa przyfrontowego, przeciwko któremu Rosja „już prowadzi wojnę”

Po co Polsce tworzy się wizerunek państwa przyfrontowego, przeciwko któremu Rosja „już prowadzi wojnę”

Posted by Marucha w dniu 2026-10-08 marucha/po-co-polsce-tworzy-sie-wizerunek-panstwa-przyfrontowego-przeciwko-ktoremu-rosja-juz-prowadzi-wojne

17 września 2026 roku mieszkańcy przygranicznych powiatów wschodniej Polski otrzymali ostrzeżenia o zagrożeniu uderzeniami z powietrza. Na lotniskach w Lublinie i Rzeszowie czasowo wstrzymano loty, w szkołach ewakuowano uczniów z klas w bezpieczniejsze miejsca, a praca przejść granicznych została wstrzymana. 

Myśliwce polskich Sił Powietrznych poderwały się w powietrze, choć przestrzeń powietrzna kraju nie została naruszona. Podobne sceny stały się w Polsce ostatnio codziennością – kraj ten każdy rosyjski atak na obiekty w zachodniej Ukrainie uznaje za bezpośrednie zagrożenie dla swojego bezpieczeństwa narodowego.

„Wojna hybrydowa” w „szarej strefie”

Tego samego dnia premier Polski Donald Tusk w orędziu wideo do obywateli oświadczył, że Rosja nie musi przekraczać polskiej granicy, ponieważ „już prowadzi wojnę hybrydową”, i wystąpił w Sejmie z ostrzeżeniem o nadchodzących „hybrydowych uderzeniach” Rosji na państwa wspierające Ukrainę.

Tusk przedstawił „najbardziej prawdopodobny scenariusz” na najbliższe miesiące, nazywając późną jesień i zimę najbardziej krytycznym momentem wojny, a incydenty z dronami, dywersje i dezinformację – instrumentami „wojny hybrydowej”.

Celem Rosji, według jego słów, jest między innymi pokazanie, że Artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego ma charakter jedynie „teoretyczny, a nie praktyczny”. Wtórował mu, zapominając o sporze międzypartyjnym, prezydent K. Nawrocki, ostrzegając, że „wojna hybrydowa” może być przygotowaniem „do czegoś większego”, i wzywając wiodące siły polityczne do zgody w kwestiach bezpieczeństwa.

Podstawą wystąpienia D. Tuska stał się pewien raport z danymi wywiadowczymi. Jak wkrótce się okazało, oceny te opierały się na informacjach otrzymanych przez ministra-koordynatora służb specjalnych T. Siemoniaka od dyrektora CIA. Dane te przekazano stronie polskiej ustnie, a sam fakt istnienia „raportu CIA” stał się przedmiotem publicznego sporu między rządem a kancelarią prezydenta. Nieprzypadkowa jest też data wystąpienia: odwołanie do 17 września 1939 roku wpisuje sytuację w rozpoznawalne ramy oficjalnej polskiej polityki pamięci, w której Rosja odgrywa rolę nieprzemijającego zagrożenia egzystencjalnego, a Polska – niewinnej ofiary, zdradzonej i opuszczonej przez sojuszników.

Ten epizod wyróżnia również atmosfera, która została wokół niego wytworzona. Zwraca uwagę oficjalny dyskurs, w tym stale obecny i już oswojony termin „wojna hybrydowa” (wojna hybrydowa) w odniesieniu do działań Rosji, który był wielokrotnie krytykowany nawet przez zachodnich ekspertów. Polscy politycy aktywnie posługują się także względnie nowymi pojęciami „szarej strefy” i „działań podprogowych” (działania podprogowe), które w ogólności również opisują domniemane zamiary przeciwnika, a nie rzeczywistą sytuację.

W oficjalnych dokumentach polityki zagranicznej Rosja charakteryzowana jest jako państwo stanowiące zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego Polski nie tylko w przypadku potencjalnej zakrojonej na szeroką skalę agresji wojskowej, ale także na poziomie działań „podprogowych” – zdarzeń formalnie niepodpadających pod definicję agresji, lecz wywierających destabilizujący wpływ.

W przypadku sytuacji „podprogowych” Polska liczy na demonstrację solidarności ze strony graczy regionalnych. Pojęcie „szarej strefy” w polskim dyskursie politycznym nabrało ostatnio charakteru uniwersalnej interpretacji: tłumaczy się nim praktycznie każde zdarzenie, które ma miejsce przy wschodniej granicy. Wykrycie niezidentyfikowanego obiektu, dywersja na kolei czy lot samolotu rozpoznawczego w przestrzeni międzynarodowej – wszystko to interpretowane jest jako element rosyjskiej strategii wojny hybrydowej.

Takie podejście jest wygodne, ponieważ praktycznie nie wymaga dowodów. Jeśli incydent przypisuje się Rosji, potwierdza to istnienie stałego zagrożenia; jeśli przypisanie jest niemożliwe, tłumaczy się to wyrafinowaniem przeciwnika i jego „działaniami podprogowymi”.

Zwracają uwagę również zmiany, które zaszły w retoryce rządowej we wrześniu 2026 roku: od trybu warunkowego „jeśli Rosja napadnie” polskie władze przeszły praktycznie do twierdzącego „Rosja już prowadzi wojnę, tyle że w innej formie”. Część środowiska ekspertów wojskowych, reprezentowana przez emerytowanych generałów i byłych szefów organów bezpieczeństwa, formułuje nową sytuację Polski jeszcze bardziej radykalnie.

W szczególności generał Stanisław Koziej, były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, utrzymuje, że nasilone ostatnio incydenty z dronami nie są przypadkowe: „albo Moskwa świadomie kieruje drony i rakiety na terytorium NATO, albo świadomie podejmuje wysokie ryzyko, że tam spadną”. Oba warianty uważa jednak za elementy przemyślanej strategii wojskowej, przybliżającej „presję hybrydową” do granic zastosowania Artykułu 5.

Zagrożenie jako zasób

Militarystyczny alarmizm rozwija się w warunkach rozpoczęcia mobilizacji politycznej elektoratu przed wyborami parlamentarnymi jesienią 2027 roku. Wystąpienie D. Tuska w Sejmie zostało przedstawione właśnie jako apel lidera politycznego do narodu o zjednoczenie w chwili niebezpieczeństwa. Wszelkie siły polityczne, w szczególności osobno wymieniona przez premiera prawicowa konserwatywno-tradycjonalistyczna „Konfederacja”, które krytykują pomoc dla Kijowa lub poddają w wątpliwość skuteczność polskich wydatków obronnych, oskarżane są o działanie na rzecz realizacji „rosyjskiej strategii”.

Efekt skupienia wokół flagi został częściowo osiągnięty. Według danych sondażowych ponad 68% Polaków pod koniec września 2026 roku obawiało się zbrojnej prowokacji ze strony Rosji, co jest wynikiem o osiem punktów wyższym niż w lipcu. [Samospełniające się proroctwa? – admin]

Deklarowane pozostawanie praktycznie „w stanie wojny” ułatwia mobilizację społeczeństwa i legitymizuje wydatki obronne oraz nowe środki nadzwyczajne. Od lipca 2026 roku rozpoczęło się rozmieszczanie nowego komponentu wielobrygadowego w ramach polskiego programu „Tarcza Wschód”, łączącego cztery brygady obrony terytorialnej wzdłuż wschodniej i północno-wschodniej granicy.

Towarzyszy temu zakrojony na szeroką skalę program zakupu nowego uzbrojenia, w szczególności pozyskanie do 2027 roku nawet 288 południowokoreańskich wyrzutni rakietowych K239 Chunmoo, a także umocnienie kolejnych 200 km granicy, w tym pól minowych, co stało się możliwe po wyjściu Polski w lutym 2026 roku z konwencji ottawskiej o zakazie użycia, składowania i produkcji min przeciwpiechotnych.

Takie wzmacnianie sił oznacza, że w regionie skoncentrowano już więcej sił i sprzętu niż kiedykolwiek od zakończenia zimnej wojny, dlatego nawet ograniczony lub niejednoznaczny incydent ma miejsce w bardziej wybuchowej atmosferze niż kilka lat temu.

„Stan nadzwyczajny” usprawiedliwia też kolejne kroki. Pierwszym skutkiem wrześniowej dyskusji stała się zmiana zasad użycia broni w powietrzu. 28 września wiceminister obrony C. Tomczyk ogłosił przejście od identyfikacji wzrokowej celów powietrznych do tak zwanej identyfikacji pozytywnej, pozwalającej pilotowi lub dowódcy operacyjnemu podjąć decyzję o zniszczeniu obiektu na podstawie danych radarowych.

Przy tym, według samego Tomczyka, procedura ta jest zwykle przewidziana dla stanu wojny lub stanu nadzwyczajnego. Tym samym decyzja ta nie tylko zwiększa ryzyko omyłkowego rażenia, ale i normalizuje stosowanie procedur czasu wojny pod pretekstem spodziewanej „możliwości przylotu dronów ze strony Rosji” w czasie pokoju.

Deklaracje o wojnie hybrydowej ze strony Rosji skierowane są również do sojuszników. Z tego punktu widzenia wymowne jest skoordynowane z wystąpieniami Tuska wrześniowe wystąpienie ministra spraw zagranicznych Polski R. Sikorskiego na forum w Kijowie, w którym zaproponował on NATO prowadzenie intensywniejszych ćwiczeń wojskowych w pobliżu obwodu kaliningradzkiego, które odwracałyby uwagę Moskwy od specjalnej operacji wojskowej.

Przede wszystkim ma ono służyć jako sygnał, że Polska, coraz bardziej uchylając się od zwiększania pomocy dla Ukrainy i bezpośredniego angażowania się w konflikt, Kijowa jednak „nie porzuca” i szuka sposobów na ulżenie Siłom Zbrojnym Ukrainy na froncie.

Podobne wypowiedzi pomagają też odwrócić uwagę od trwającego polsko-ukraińskiego konfliktu politycznego. Napięcie między Polską a Ukrainą – zarówno na szczeblu rządowym, jak i społecznym – nabrało w 2026 roku samodzielnego znaczenia. Rozbieżności w sferze polityki historycznej i polityki pamięci, sprzeczności gospodarcze oraz wzrost nastrojów antyukraińskich w polskim społeczeństwie najprawdopodobniej stopniowo doprowadzą do tego, że realne i polityczne wsparcie Ukrainy ze strony Warszawy z czasem stanie się bardziej warunkowe i ograniczone.

Wypowiedzi polskich polityków mają też adresatów na Zachodzie. Propozycja prowadzenia „bardziej agresywnych ćwiczeń” NATO przy granicach Rosji skierowana jest nie tylko do tych, których Warszawa uważa za niezdecydowanych, ale i do tych, którzy zarzucają samej Polsce niewystarczającą wojowniczość wobec Moskwy.

Oczywiste jest, że perspektywie bezpośredniego zaangażowania się w konflikt Warszawa przedkłada dziś zaostrzenie retoryki na poziomie UE i NATO oraz wzmocnienie presji sankcyjnej i politycznej na Moskwę.

Strona polska stara się zatem określić granice swojego udziału w domniemanych wariantach zaangażowania państw europejskich w konflikt, demonstrując gotowość udostępnienia swojej infrastruktury i, jak dotychczas, odgrywania roli poligonu dla ćwiczeń oraz kluczowego hubu logistycznego, ale nie aktywnego uczestnika konfliktu. Dla takiej postawy istnieje wiele przyczyn zewnętrznych i wewnętrznych.

„Twierdza Polska”?

Od 2022 roku Polska stara się ugruntować swoją rolę głównego zaplecza wojskowego i jednocześnie wysuniętego rubieża NATO. W tym roku na obronę przeznaczono rekordowe 201 mld złotych (około 55 mld dolarów) z budżetu państwa i pozabudżetowego Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych, co stanowi 4,8% PKB. Polska zmodernizowała siły zbrojne i zintensyfikowała współpracę z USA i Koreą Południową, przeznaczając miliardy na sprzęt wojskowy i umacniając wschodnią granicę. Kluczowym elementem tej strategii są również negocjacje ze Stanami Zjednoczonymi o utworzeniu stałej amerykańskiej bazy wojskowej w kraju.

Jednak mimo imponującego wyglądu tej „twierdzy Polska” widać w niej już pęknięcia. Ambitne cele przekształcenia się w forpocztę NATO na wschodniej flance napotykają na poważne trudności. Tak więc zwiększanie liczebności wojsk prowadzi do braków kadrowych w pododdziałach, które w niektórych przypadkach stanowią jedynie „puste skorupy”, a polski przemysł zbrojeniowy cierpi na strukturalne słabości, brak zaangażowania w ogólnoeuropejskie projekty przemysłu wojskowego i nie jest w stanie zaspokoić wzmożonego popytu na uzbrojenie.

Ponadto obecna gorączka wojskowa i wysokie tempo przezbrojenia polskiej armii kosztem dostaw uzbrojenia z USA tworzą krytyczną zależność strategiczną od późniejszego serwisowania amerykańskiego sprzętu. Poza tym Waszyngton udziela sojusznikom celowych kredytów z warunkiem zakupu wyłącznie amerykańskiej broni, a sama infrastruktura wojskowa Polski jest od początku standaryzowana pod amerykańskie bazy. Zależność od USA ogranicza możliwości manewru Polski i wyraźnie utrudnia integrację z europejskimi projektami obronnymi.

Kolejnym problemem jest czas. Z powodu znacznej pomocy wojskowej udzielonej Ukrainie polska armia nadal odczuwa braki sprzętowe. Choć nowy sprzęt z USA i Korei Południowej napływa stopniowo, pełna gotowość bojowa zostanie osiągnięta nie wcześniej niż w latach 30. XXI wieku, pod warunkiem potwierdzenia wszystkich porozumień ramowych i dostaw. Wzmacnianie polskiej armii przekształca się zatem w wyścig z czasem, który nadal będzie wymagał znacznych wysiłków i wielokierunkowego wsparcia z zewnątrz.

Kolejnym słabym punktem pozostaje struktura finansowania. Około 35–39% wydatków obronnych pokrywane jest instrumentami Funduszu, którego zadłużenie do końca 2026 roku może osiągnąć 39 mld dolarów, a ciężar spłaty w latach 2027–2031 spadnie na budżet państwa. Innymi słowy, obecny zryw został częściowo pożyczony od następnego rządu, który będzie musiał zmierzyć się również z wysoką inflacją i spowolnieniem dynamiki gospodarczej.

Zwraca uwagę również to, że mimo oficjalnego militarystycznego alarmizmu i wysiłków władz na rzecz militaryzacji społeczeństwa, w latach 2024–2026 w Polsce obserwuje się proces odwrotny – spadek gotowości do obrony ojczyzny. Wyniki sondaży przeprowadzonych we wrześniu 2026 roku pokazują, że w sytuacji zagrożenia wojną jedynie 27% respondentów jest gotowych bronić kraju, a 58,1% – nie.

Przyczynia się do tego w niemałym stopniu zakrojony na szeroką skalę kryzys w stosunkach z głównym sojusznikiem na wschodzie – Kijowem. Później doszły do tego wyraźny spadek wiary w zwycięstwo Ukrainy i rosnący strach przed eskalacją konfliktu, co osłabia abstrakcyjną chęć aktywnego udziału w działaniach bojowych.

Polski dyskurs o „szarej strefie” jest z powodzeniem wykorzystywany przez elity nie tylko do mobilizacji politycznej elektoratu na początku przedwyborczej kampanii parlamentarnej, ale i do realizacji celów polityki zagranicznej. Wizerunek państwa przyfrontowego, przeciwko któremu Rosja „już prowadzi wojnę”, może być skutecznie wykorzystany jednocześnie do pozyskania zachodniego finansowania na potrzeby obronne i do ugruntowania swojej roli w konflikcie ukraińskim.

Niezrozumiałe pozostaje tylko jedno: jeśli celem „wojny hybrydowej” ze strony Rosji, jak twierdzą przedstawiciele Polski, jest destabilizacja polskiego społeczeństwa poprzez stałe poczucie zagrożenia, to czy polskie elity, usilnie transmitujące to odczucie, nie wykonują części pracy za swojego „przeciwnika”?

Maria Pawłowa, RSMD
https://pl.news-front.su

Ukraina: To już koniec – część III (ostatnia)

\

Ukraina: To już koniec – część III (ostatnia)

link do części 1     dakowski.pl/ukraina-to-juz-koniec-czesc-i/

link do części 2    dakowski.pl/ukraina-to-juz-koniec-czesc-ii/

Wojna na wyczerpanie

Kijów

Pożar magazynu w rejonie Kijowa

Kolejnym aspektem konfliktu na Ukrainie, który często umykał uwadze i zrozumieniu zachodnich analityków, jest prawdziwa ‚istota’  putinowskiej specjalnej operacji wojskowej (SOW). Operacja ta zakłada realizację kilku głównych celów, przy czym nadrzędnym jest wyparcie NATO z Ukrainy i zapewnienie Rosji ‚neutralnego’  sąsiada, który nie stanowiłby zagrożenia ani dla samej Rosji, ani dla Rosjan zamieszkujących terytorium Ukrainy. Innymi słowy: Rosja dąży do demilitaryzacji i denazyfikacji Ukrainy.

Zachodni analitycy i elity polityczne nieustannie wskazują na to, że Rosja powoli posuwa się naprzód na froncie. Umyka im jednak istota sprawy. Owszem, Putin działa powoli i rozważnie, lecz konflikt ten jest wojną na wyczerpanie, której nie mierzy się zdobyczami terytorialnymi, lecz zdolnością jednej ze stron do zniszczenia potencjału bojowego przeciwnika. Jak opisywał to Clausewitz, chodzi tu o strategię polegającą na wyczerpaniu woli i zdolności przeciwnika do prowadzenia walki.

W wojnie na wyczerpanie o zwycięstwie strony decyduje to, ilu żołnierzy oraz ile broni i sprzętu przeciwnika zdoła ona zniszczyć – zwłaszcza w zestawieniu ze stosunkowo niewielkimi stratami własnymi. Innymi słowy: celem jest demilitaryzacja przeciwnika poprzez eliminację jego sił zbrojnych w skali znacznie przewyższającej własne straty. I biorąc pod uwagę to kryterium, specjalna operacja wojskowa okazała się spektakularnym sukcesem.

Przez cały okres konfliktu Rosja utrzymywała w zakresie strat ‚przewagę’  nad Ukrainą w stosunku 7:1, a nawet 10:1. Relacja ta odzwierciedla miażdżącą przewagę w sile ognia artyleryjskiego, jaką – co przyznają nawet zachodni obserwatorzy – Rosja wniosła do walki. Jak donosił serwis United24  w 2025 roku: „Rosja produkuje miesięcznie około 250 000 pocisków artyleryjskich, co daje rocznie około 3 milionów sztuk. W 2024 roku Rosja wystrzeliwała dziennie około 10 000 pocisków, podczas gdy strona ukraińska oddawała ich zaledwie 2000 – jak przekazał stacji CNN przedstawiciel europejskich służb wywiadowczych”.

Dysproporcja w liczbie ofiar znajduje również odzwierciedlenie w regularnych wymianach ciał poległych żołnierzy. W ostatnich latach stosunek liczby poległych Ukraińców do poległych Rosjan przekazywanych w ramach wymiany między stronami wynosił 34:1, a ostatnio nawet 36:1. Na przykład w lutym 2026 roku Rosja przekazała ciała 1000 ukraińskich żołnierzy, a w zamian Ukraina oddała ciała 35 poległych żołnierzy rosyjskich. W styczniu, w ramach podobnej wymiany, przekazano szczątki 1000 Ukraińców i 36 Rosjan.

Zdjęcie opublikowane 29 stycznia 2026 roku przez Centrum Koordynacyjne ds. Traktowania Jeńców Wojennych. Dwóch pracowników Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża idzie drogą podczas procesu repatriacji

Cztery lata tak zaciętej wojny na wyczerpanie doprowadziły do niemal całkowitego zniszczenia potencjału bojowego Ukrainy. Choć Kijów odmawia podania liczby ofiar, niezależni analitycy szacują, że Ukraina poniosła straty sięgające nawet 3 milionów ludzi.

Magazyn „Military Watch Magazine”  z siedzibą w Korei Południowej podał w 2025 roku, że Ukraina straciła już 1,7 miliona żołnierzy, a tempo tych strat rośnie: „Według dostępnych danych w 2022 roku zginęło lub zaginęło 118 500 żołnierzy, w 2023 roku – 405 400, w 2024 roku – 595 000, a w samym tylko 2025 roku (do tej pory) – 621 000. Potwierdza to narastające od ponad trzech lat sygnały, że skala strat jest ogromna i osiągnęła poziom niemożliwy do udźwignięcia”.

W rzeczywistości Kyryło Budanow, szef biura prezydenta Ukrainy, przyznał w sierpniu 2026 roku, że Ukraina traciła co miesiąc co najmniej 30 000 żołnierzy. „Nie możemy mobilizować mniej niż 30 000 osób miesięcznie. To minimalna liczba niezbędna do utrzymania obecnego stanu” – powiedział Budanow.

Kyryło Budanow, szef biura prezydenta, oświadczył, że Ukraina musi mobilizować co najmniej 30 000 osób miesięcznie, aby zastąpić tych, którzy polegli w walce

Straty Rosji są (stosunkowo) niewielkie

Z kolei zweryfikowane dane o rosyjskich stratach, opublikowane przez serwis Mediazona (część rosyjskiej redakcji brytyjskiej BBC), wskazują na liczbę 259 000 poległych żołnierzy. Ten stosunkowo niski wskaźnik strat dowodzi, że Putin mówił poważnie, deklarując chęć ocalenia życia rosyjskich żołnierzy.

Oczywiście ćwierć miliona rosyjskich ofiar to wciąż ogromne obciążenie, ale mówimy tu o Rosji, która w czasie II wojny światowej straciła 14 MILIONÓW ludzi (a cały ZSRR – 27 milionów). Należy jednak zauważyć, że ostrożna strategia Putina doprowadziła do wojny, która trwa już dłużej niż II wojna światowa. Mimo to ostrożność Putina w końcu przyniesie owoce.

Na tym zdjęciu lotniczym Bachmutu na Ukrainie, wykonanym w kwietniu 2023 roku, widać dym unoszący się nad budynkami. Była to tylko jedna z wielu „maszynek do mielenia mięsa”, w których Rosjanie zabili dosłownie setki tysięcy ukraińskich żołnierzy

Postępy terytorialne trwają w najlepsze

W obliczu ‚nie do zniesienia’  wysokich strat oraz przerwanych lub całkowicie zniszczonych szlaków zaopatrzeniowych i logistycznych, Ukraińcy w tych dwóch ostatnich ‚twierdzach’  Donbasu znaleźli się w rozpaczliwym położeniu i nieuchronnie padną ofiarą niepowstrzymanego rosyjskiego natarcia. Gdy to nastąpi, na drodze rosyjskiej armii do Dniepru i samego Kijowa nie stanie już ‚niemal nic’  (jak stwierdził Rushton). Krótko mówiąc: Ukraina jest bliska upadku. To tylko kwestia czasu.

Wojska rosyjskie posuwają się naprzód, by 24 września 2026 roku w rejonie Dobropolja (w Donbasie) utworzyć kolejny kocioł, w którym znajdą się okrążone siły ukraińskie

Co wydarzy się dalej – i kiedy?

Znawcy konfliktu rosyjsko-ukraińskiego dyskutują obecnie nad tym, co doprowadzi do ostatecznego upadku nazistowskiego reżimu w Kijowie. Czy będzie to niszczycielska wojna powietrzna, która zrujnuje infrastrukturę Kijowa i pozbawi go zdolności do zapewnienia warunków niezbędnych do życia? Czy też będzie to ostateczne rozbicie ukraińskich sił zbrojnych i śmierć owego słynnego ‚ostatniego Ukraińca’ – symbolu granicy, do której zachodni protektorzy Ukrainy obiecali wspierać walkę Kijowa?

Tak czy inaczej, na Ukrainie rozpoczęła się już faza końcowa. Front się załamuje, oddziały są zdemoralizowane, cierpią na braki w zaopatrzeniu i niedożywienie, a na całej długości liczącego 1200 kilometrów frontu znajdują się pod ciągłą presją; tysiące żołnierzy dezerteruje lub poddaje się. Setki tysięcy ukraińskich żołnierzy po prostu porzuciło swoje stanowiska. Ukraińskie miasta są nieustannie ostrzeliwane, a kraj traci zdolność do wytwarzania energii elektrycznej, a nawet wyżywienia własnej ludności: sklepowe półki świecą pustkami.

Puste półki w ukraińskich supermarketach wskutek rosyjskich ataków odwetowych

—————————

Doprowadzenie sprawy do końca na Ukrainie

Nie wiem dokładnie, kiedy nadejdzie koniec, ale nastąpi wkrótce; wówczas Rosja zrealizuje swój drugi priorytetowy cel: denazyfikację. Odbędą się procesy zbrodniarzy wojennych. Rosja najprawdopodobniej przeprowadzi własną wersję procesu norymberskiego, dążąc do wykorzenienia elementów nazistowskich z ukraińskiego społeczeństwa. Jak już wcześniej pisałem, biorąc pod uwagę zakres i głębokość wpływów narodowosocjalistycznych, będzie to gigantyczne przedsięwzięcie – i to nie tylko w odniesieniu do ukraińskiego rządu, ale także szkół i społeczeństwa obywatelskiego.

W lipcu 2025 roku napisałem artykuł zatytułowany „Był sobie kraj zwany Ukrainą…”, w którym przewidywałem upadek i ostateczne, faktyczne zniknięcie narodu ukraińskiego.

Dziadek opowiada wnukom w przyszłości o niemal mitycznym miejscu, które niegdyś nosiło nazwę Ukraina

W tamtym artykule pisałem, że upadek i zniknięcie Ukrainy nastąpią w 2026 roku. Obecnie wydaje się prawdopodobne, że proces ten przeciągnie się do 2027 roku. Nie zdawałem sobie sprawy, z jaką fanatyczną determinacją zachodnie – a zwłaszcza europejskie – elity dążyły i dążą do kontynuowania wojny dosłownie aż do śmierci wspomnianego wcześniej ‚ostatniego Ukraińca’.

W 2021 roku Władimir Putin określił oderwanie Ukrainy od Rosji, wymuszone przez te siły Zachodu, mianem „wielkiego wspólnego nieszczęścia i tragedii”. Prędzej czy później – a prawdopodobnie raczej prędzej – tragedia ta zmierzać będzie do swego nieuniknionego i godnego ubolewania finału, jakim stanie się rozpad narodu ukraińskiego.

uncutnews.ch/ukraine-das-ist-das-ende

Napisał: EuroYankee

Opracował: Zygmunt Białas

======================

link do części 1     dakowski.pl/ukraina-to-juz-koniec-czesc-i/

link do części 2    dakowski.pl/ukraina-to-juz-koniec-czesc-ii/

Fatamorgana “Flamingo”

Fatamorgana “Flamingo”

Date: 8 ottobre 2026 Author: Uczta Baltazara babylonianempire./fatamorgana-flamingo

Iluzje są niezwykle niebezpieczne, ponieważ funkcjonują jak uzależniający narkotyk, któremu ulegają, tj. w który wierzą także mainstreamowi pusher, tj. ci, którzy owe iluzje tworzą i rozpowszechniają; skutek jest taki, że z czasem nie zauważają, iż ich opowieściom co tylko nadano finał.

W tych dniach, z Polski nadeszła „świetna wiadomość”, że Ukraińcy dopracowują nową wersję Flamingo, znanego również jako FP-5 – pocisku, który ma rzekomo być dwukrotnie potężniejszy od amerykańskiego Tomahawka, a także charakteryzować się większą prędkością i zasięgiem. W rzeczywistości, „Flamingo” – który w w świecie fantazji miał trafić do produkcji seryjnej –  został użyte jedynie dwa razy w roku 2025, a potem przepadł bez śladu. Rosjanie nazwali go „Hlamingo”, od rosyjskiego słowa „Хлам”, oznaczającego śmieci.

Zabawne jest to, że informacja o nowej wersji owej rakiety pojawia się w momencie, gdy firma Fire Point – czyli jej producent – została całkowicie zniszczona, co widać na załączonym filmie (patrz INFO poniżej). https://en.wikipedia.org/wiki/Fire_Point_(Ukrainian_firm)

https://en.wikipedia.org/wiki/FP-5_Flamingo

=========================================

Krótko mówiąc, im bardziej nasilają się upokorzenia militarne – szczególnie dotkliwe teraz, gdy Rosja zmieniła taktykę i jest zdecydowana zadać Ukrainie ciężki cios (prawdopodobnie także po to, by okazać silny sprzeciw wobec Zełenskiego, a tym samym wobec NATO) – tym bardziej nasilają się mrzonki i narracje, które służą jako ostatnia deska ratunku, by przetrwać ów trudny okres, a także przekonać samych siebie, że w końcu nie jest aż tak źle.

Wygląda to jak jeden z tych niekończących się scenariuszy filmowych z Hollywood, w których ludzi potrąconych przez ciężarówkę, postrzelonych lub dźgniętych nożem pyta się: „Wszystko w porządku?”

INFO – VIDEO: ilsimplicissimus2.com/2026/10/08/miraggio-flamingo

………

Rosyjskie siły zbrojne przeprowadziły atak na zakład „Kijowska Fabryka Kartonu i Papieru”, który służył jako zakład produkcyjny i magazynowy dla pocisków manewrujących FP-5 „Flamingo” oraz ich komponentów

MOSKWA, 7 października 2026. /TASS/. Siły rosyjskie przeprowadziły w nocy potężny atak, uderzając w zakłady przemysłowe produkujące pociski „Flamingo” i drony w Kijowie oraz w sześciu regionach Ukrainy – poinformowało w środę rosyjskie Ministerstwo Obrony.

Agencja TASS zebrała najważniejsze informacje dotyczące tych ataków.

Oświadczenie Ministerstwa Obrony

– Siły zbrojne Rosji przeprowadziły potężny atak przy użyciu precyzyjnie kierowanych pocisków wystrzelonych z lądu, morza i powietrza oraz bezzałogowych statków powietrznych (UAV), uderzając w ukraińskie cele – poinformowało Ministerstwo Obrony.

– Według ministerstwa w wyniku ataku uderzono w ukraińskie obiekty przemysłu zbrojeniowego zajmujące się produkcją i magazynowaniem pocisków manewrujących „Flamingo” oraz bezzałogowych statków powietrznych dalekiego i średniego zasięgu dla firmy „Fire Point” w Kijowie oraz w obwodach kijowskim, czernihowskim, kirowogradzkim, dniepropetrowskim, połtawskim i charkowskim.

– Ponadto siły rosyjskie zaatakowały infrastrukturę portową i stoczniową w obwodzie odeskim oraz jednostki pływające wykorzystywane przez armię ukraińską.

Rosyjskie siły zbrojne zaatakowały statek do przewozu ładunków suchych z zaopatrzeniem dla sił ukraińskich w porcie Jużny w obwodzie odeskim, wykorzystując drony Geran-4 Seeker – poinformowało Ministerstwo Obrony, publikując nagranie z ataku.

– Siły rosyjskie zaatakowały również magazyn paliw i smarów w porcie Czernomorsk w obwodzie odeskim, wykorzystując drony Geran.

Trafione cele

– Ministerstwo Obrony poinformowało później, że siły rosyjskie uderzyły w zakład przemysłowy „Smart Ammunition”, zajmujący się montażem i magazynowaniem pocisków manewrujących FP-5 „Flamingo”, pocisków taktycznych FP-9 oraz ich komponentów w Kijowie.

– Wojska rosyjskie uderzyły również w zakład „Kijowska Fabryka Kartonu i Papieru”, który służył jako zakład produkcyjny i magazynowy dla pocisków manewrujących FP-5 „Flamingo” oraz ich komponentów w miejscowości Obuchow w obwodzie kijowskim.

– Ponadto w miejscowości Priluki w obwodzie czernihowskim trafiono zakład przemysłowy „Trading House Plastmas-Priluki”, który produkował i przechowywał komponenty do pocisków manewrujących FP-5 „Flamingo”.

– W miejscowości Aleksandria w obwodzie kirowogradzkim został zbombardowany zakład należący do Grupy Aleksandria, skupiającej przedsiębiorstwa przemysłowe zajmujące się produkcją komponentów do bezzałogowych statków powietrznych dalekiego i średniego zasięgu, w tym dronów stało-płatowych.

– Siły rosyjskie uderzyły również w zakład przemysłu rakietowego i kosmicznego należący do Państwowego Związku Produkcyjnego „Zakład Maszynowy im. O.M. Makarowa w Jużnym”, który produkował, przechowywał i dostarczał armii ukraińskiej pociski manewrujące FP-5 „Flamingo”, a także drony dalekiego i średniego zasięgu typu FP-1 i FP-2, w mieście Dniepr w obwodzie dniepropetrowskim.

– Ponadto w mieście Kremenczug w obwodzie połtawskim uderzono w fabrykę „AvtoKrAZ”, gdzie produkowano i przechowywano transportery-montowniki-wyrzutnie do pocisków manewrujących FP-5 „Flamingo”.

– Siły rosyjskie zaatakowały również fabrykę tytoniową JTI Ukraine w mieście Kremenczug, gdzie na liniach produkcyjnych wytwarzano amunicję do broni strzeleckiej dla armii ukraińskiej.

– Co więcej, armia rosyjska zbombardowała zakład mechaniczny w miejscowości Lozowaja w obwodzie charkowskim, gdzie montowano i przechowywano pociski manewrujące FP-5 „Flamingo” oraz ich komponenty. (…)

INFO: tass.com/politics

Tusko-prawdy… MEM-y II.

——————————————

———————————–

————————-

—————————————-

—————————————————–

——————————————–

—————————————————————–

—————————————-

—————————

————————————–

Czy Legion św. Ekspedyta ma coś wspólnego z antysemityzmem? Sugestia modernisty

Czy Legion św. Ekspedyta ma coś wspólnego z antysemityzmem? Sugestia modernisty

Autor: CzarnaLimuzyna, 9 października 2026

We wrześniu opublikowałem ocenę dokumentu Watykańskiego, dokonaną m.in. przez Pawła Lisickiego. Całkiem niedawno zaważyłem tekst polemiczny krytykujący redaktora doRzeczy.

Moim zdaniem nielogiczny modernista lub modernistka atakując Pawła Lisickiego, tylko potwierdził… jego tezę, która brzmiała:

Dokument ten, tak jak i pozostałe dokumenty tego rodzaju, czyli właśnie związane z Nostra aetate i z jego recepcją, przyjęciem i tak dalej, wykazuje się taką samą dwuznacznością, mętnością, nieokreślonością jak wszystkie inne pozostałe.

Postanowiłem odpowiedzieć w formie wstępu opartego o fundament nauki katolickiej, a potem odpowiedzieć na poszczególne „modernizmy”.

Wstęp

Współcześni moderniści odczuwając chorobliwą obsesję na punkcie Żydów, stręczą ich, nam katolikom, jako współczesnych „starszych braci w wierze”. Przypominam, że najstarszymi braćmi w wierze dla katolików są Żydzi – uczniowie Jezusa Chrystusa. Braćmi w wierze nie okazali się ci, do których Zbawiciel powiedział  „Wy macie diabła za ojca…”

Drugim, tak samo nielogicznym i absurdalnym fałszem jest teza, że Żydzi pomimo odrzucenia Chrystusa, pozostali ludem wybranym czyli częścią przymierza z Bogiem. Nowe Przymierze z ludem wybranym zawarł w pełni objawiony Bóg w trzech osobach: Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty.

Oferta Bożego wybrania, którą przedstawił ludzkości Bóg w formie Nowego Przymierza jest skierowana do wszystkich narodów. Jest ofertą szczodrą i miłosierną. Innej nie będzie. Żydzi ją odrzucili.

Argumenty i kontrargumenty

Modernista na czerwono; moje odpowiedzi bold

Modernista: …udział Żydów w zbawieniu jest pewny, a to, jak jest możliwy bez wyraźnego wyznania Chrystusa, pozostaje niezgłębioną tajemnicą Bożą. To pokora wobec tego, czego Kościół nie wie. Drugiej drogi zbawienia z tego zdania nie da się wyczytać, choćby się bardzo chciało.

Herezja i brak logiki. Herezją jest głoszeniem zbawienia dla Żydów bez Chrystusa, a brakiem logiki zaprzeczenie, że się tego nie robi. Uwzniośleniem tej herezji jest podniesienie jej do „tajemnicy Bożej” z równoczesnym bełkotem „pokora wobec tego, czego Kościół nie wie”. Kościół doskonale wie, bo mu to objawił Jezus Chrystus i Autorzy Ewangelii.

“A i oni, jeżeli nie będą trwać w niewierze, zostaną wszczepieni” – pisze św. Paweł.  Jeżeli nie będą trwać w niewierze.

Modernista: Wiara żydowska, w odróżnieniu od innych religii niechrześcijańskich, jest już odpowiedzią na Boże objawienie w Starym Przymierzu (KKK 839). Brakuje jej uznania Syna. To poważny brak i Kościół go nie ukrywa. Ale niewiara w Syna nie zamienia Ojca w bożka.

Aktualna wiara żydowska także jest religią niechrześcijańską i jest negatywną odpowiedzią na Boże Objawienie. Jest odrzuceniem Nowego Przymierza z Bogiem. Chrystus mówi, że Ja i Ojciec to jedno; nie znając Jego, Żydzi nie znają również Ojca.

Modernista: W Liście do Rzymian pisze o współczesnych mu Żydach, którzy Ewangelię właśnie odrzucili. Nazywa ich nieprzyjaciółmi ze względu na Ewangelię i umiłowanymi ze względu na wybranie, bo „dary łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne” (Rz 11,28–29).

Modernista bazuje na błędnym tłumaczeniu Biblii. Czy był to, swego czasu popełniony „progresywny” błąd, nie wiem. Zacytuję ks. prof. Waldemara Chrostowskiego:

Co się tyczy tych słów o “nieodwołalności”, które tutaj panowie przytoczyli, one po grecku (a potem po polsku), brzmią dosłownie: Nieżałowanymi bowiem dary i powołanie Boga.

Biblia Wujka: Albowiem bez żałowania są dary i wezwania Boże.
Biblia Warszawska: Nie żałuje Bóg bowiem darów i wezwania.

To jest co innego.

Bóg nie żałuje. Nie żałuje tego w przeszłości, nie żałuje dziś, nie żałuje w przyszłości… ale co Izrael z tym zrobił, jaka jest jego odpowiedź?

PRZYMIERZE MA DWIE STRONY od strony Boga to jest prawda, Bóg nie żałuje, ale sprawa ODPOWIEDZI – wraz z Jezusem Chrystusem, jego przyjściem, jego uznaniem albo nie uznaniem …

Na sam koniec modernista prezentuje pogląd w formie sugestii, że Lisicki zbiera plon antysemityzmu na portalu Legion św. Ekspedyta

Modernista: Z antysemityzmem Lisicki ma kłopot odwrotny. Twierdzi, że dokumenty go nie definiują. Nostra aetate (nr 4) wymienia nienawiść, prześladowania i przejawy antysemityzmu wymierzone w Żydów kiedykolwiek i przez kogokolwiek, a Katechizm odrzuca obarczanie Żydów zbiorową winą za śmierć Jezusa (KKK 597–598). Na co dzień wystarcza.

A jeśli komuś brakuje przykładu, dostarcza go los samej wypowiedzi Lisickiego. Portal, który ją przedrukował, dał jej tytuł o „wyznawcach Antychrysta”, a Nostra aetate opatrzył tagiem „zaczyn herezji”. Lisicki tak nie mówi. Ale gdy publicysta przez kilka minut rozprowadza słowa „antychryst”, „zafałszowanie” i „bogowie cudzy” wokół jednego narodu, nie powinien się dziwić, kto i jak je potem zbiera.

Po raz kolejny okazało się, że lewoskrętni moderniści mają nieodpartą skłonność do nazywania antydiabelskości, antysemityzmem.

Kłamstwa opowiadane w interesie Izraela wpędziły nas [USA] w wojnę z Iranem

Kłamstwa opowiadane w interesie Izraela wpędziły nas w wojnę z Iranem.

Paul Craig Roberts

Dwa dni temu, 5 października, zarówno „Wall Street Journal”, jak i „New York Times” poinformowały, że „zagrożenie irańskim atakiem dronów skłoniło Stany Zjednoczone do wycofania bombowców z brytyjskiej bazy” (> LINK )

Nagłówek *NYT* brzmiał: „Możliwy atak irańskiego drona doprowadził do wycofania amerykańskich samolotów z brytyjskiej bazy lotniczej” (> LINK )

Jak podaje *NY Times*, potrzebę przeniesienia bombowców z bazy uznano za tak pilną, że część samolotów wraz z załogami już wystartowała, a samoloty-cysterny były wciąż wysyłane w celu wsparcia ich lotu do Stanów Zjednoczonych.

Dziennik *NY Times* informuje także o „pośpiesznej ewakuacji 85 domów, robocie do usuwania bomb, który przeszukiwał furgonetki w poszukiwaniu materiałów wybuchowych i naradzie w sprawie bezpieczeństwa narodowego zwołanej przez premiera Burnhama”.

Myśliwce amerykańskich sił powietrznych w odległej Wielkiej Brytanii nie są bezpieczne przed atakami ze strony Iranu. *NY Times* donosi również, że „Izrael ostrzegł Niemcy, że amerykańskie bazy w Europie są narażone na zwiększone ryzyko ataków ze strony Iranu”.

Dziennik *Wall Street Journal* pisze, że zaplanowany atak był częścią szerszego irańskiego spisku, mającego na celu zaatakowanie samolotu i zabicie amerykańskich pilotów w bazie RAF Fairford.

„The New York Times” określił to jako „podejrzewany” lub możliwy atak. Wiceprezydent USA J.D. Vance zbagatelizował incydent, stwierdzając, że Pentagon przerzucił bombowce „wyłącznie w ramach środków ostrożności, aby chronić naszych obywateli”. Niemniej jednak Vance wykorzystał domniemany atak do propagandy przeciwko Iranowi, oskarżając ten kraj o „robienie tego, co państwo irańskie robi od 49 lat: przeprowadzanie aktów terroryzmu przeciwko Stanom Zjednoczonym i wielu innym narodom”. Vance przeinacza fakty. To Stany Zjednoczone od dziesięcioleci atakują Iran, zarówno militarnie, jak i gospodarczo, poprzez sankcje.

Waszyngton po raz pierwszy nałożył sankcje na Iran w 1979 roku – 47 lat temu – kiedy Irańczycy obalili marionetkowego amerykańskiego władcę i odzyskali samostanowienie. Utracili je 19 sierpnia 1953 roku, kiedy CIA i MI6 zorganizowały zamach stanu, w którym demokratycznie wybrany premier Iranu Mohammed Mossadeg został obalony, a jego miejsce zajął generał Fazlollah Zahedi, a Reza Pahlawi został przywrócony na stanowisko szacha.

Dwadzieścia sześć lat później Irańczycy odzyskali samostanowienie wraz z rewolucją z 1979 roku. 14 listopada 1979 roku prezydent Jimmy Carter odpowiedział na irańską rewolucję, podpisując dekret wykonawczy nr 12170, który zamroził 12 miliardów dolarów irańskich aktywów państwowych i depozytów bankowych w Stanach Zjednoczonych. Sankcja ta została następnie poparta zakazem importu i embargiem handlowym, co zapoczątkowało kolejne dekady sankcji wobec Iranu.

Iran nie zbombardował ani jednego amerykańskiego szpitala, szkoły ani osiedla mieszkaniowego, ani nie zamordował amerykańskich polityków, personelu wojskowego ani naukowców.

Waszyngton i Izrael natomiast działały jak terroryści, dokonując masakry irańskich kobiet, dzieci, personelu medycznego, naukowców i wysoko postawionych irańskich przywódców.

Panie Vance, proszę podać nam kilka faktów dotyczących irańskich „aktów terroryzmu przeciwko Stanom Zjednoczonym i wielu innym ludziom”. Fakt, że agresja Waszyngtonu na Iran musi być usprawiedliwiana kłamstwami, dowodzi, że ta agresja jest nieuzasadniona. Waszyngton nie chroni USA przed „irańską bronią jądrową”. Waszyngton wykorzystuje amerykańską krew i pieniądze, by realizować syjonistyczny plan „Wielkiego Izraela”.

A, Panie Vance: Jeśli amerykańskie samoloty nie są bezpieczne przed irańskimi atakami dronów w Wielkiej Brytanii, jak Waszyngton może utrzymać kontrolę nad Cieśniną Ormuz, jak twierdzą Centralne Dowództwo USA i Sekretarz Skarbu? Jeśli amerykańskie samoloty nie są bezpieczne w dalekiej Wielkiej Brytanii, jak mogą być bezpieczne w Zatoce Perskiej?

Źródło: Służąc Izraelowi, wysłaliśmy nas na wojnę z Iranem

Narracja „rosyjskiej wojny hybrydowej”: dowody, ataki i strategia napięcia

Narracja „rosyjskiej wojny hybrydowej”: dowody, ataki i strategia napięcia

28 października 2026 przez dr. Petera F. Mayera tkp-at/das-narrativ-vom-russischen-hybridkrieg-belege-anschlaege-und-die-strategie-der-spannung


W Europie nie ma dnia bez alarmu o dronach, pożaru lub awarii zasilania przypisywanych Rosji. Przedstawiciele UE i NATO mówią o nieustającej „wojnie hybrydowej”: naruszeniach przestrzeni powietrznej, sabotażu, podpaleniach, cyberatakach i zakłóceniach w nawigacji.

7 października 2026 roku włoski publicysta Thomas Fazi przedstawił najpełniejszą jak dotąd analizę krytyczną . Jego pytanie nie dotyczy tego, czy Moskwa realizuje swoje interesy lub utrzymuje służby wywiadowcze. Chodzi o to, czy dowody potwierdzają narrację – czy też sama narracja stanowi pole działań.

„Ostatnio w Europie prawie nie ma dnia bez alarmu dronowego, pożaru lub awarii zasilania, z których odpowiedzialność spada na Rosję” – pisze Fazi. „Mówi się nam, że te incydenty są częścią nieustającej »wojny hybrydowej«, którą Rosja toczy przeciwko Europie. […] Czy dowody potwierdzają tę narrację? Czy raczej wskazują na »wojnę hybrydową« – kampanię wojny psychologicznej – którą sam establishment UE-NATO prowadzi przeciwko własnej ludności?”

Liczby bez wspólnej definicji

Jako dowód skoordynowanej kampanii przytaczane są bazy danych i raporty ośrodków analitycznych: Europejskie Repozytorium Cyberincydentów , zbiór danych Uniwersytetu w Lejdzie , Centrum Soufana , analizy Associated Press , CSIS , IISS i GLOBSEC .

Zakresy są ogromne. „W zależności od tego, który raport czytasz, Rosja przeprowadziła od 52 do 255 ataków hybrydowych w Europie po lutym 2022 roku – pięciokrotnie więcej niż w przypadku rzekomo tej samej kampanii” – pisze Fazi. „Centrum Soufana, które obejmuje tylko sześć krajów – dwa z nich, Mołdawię i Gruzję, spoza UE – odnotowuje więcej incydentów w samym 2025 roku niż CSIS w ciągu trzech lat na całym kontynencie”. Nowsze dane z Kijowa, takie jak dane z systemu śledzenia Centrum Bezpieczeństwa Sahajdacznyj, wskazują na ponad 500 incydentów „przypisanych lub zgodnych ze schematem” od 2022 roku; przedstawiciel NATO powiedział National Security News, że liczba niezgłoszonych incydentów w 2026 roku jest jeszcze wyższa.

Różnica tkwi w definicji. Samo IISS przyznaje, że wojna hybrydowa to „termin amorficzny”. Wysokie liczby wynikają z obserwacji dronów, które w większości przypadków zostały później zdementowane; większość raportów je pomija, mimo że podsycają publiczne oburzenie. „Poza tymi doniesieniami, dowody na to, że Rosja stała za konkretnym incydentem, zazwyczaj sprowadzają się do artykułu prasowego informującego o podejrzeniach ze strony urzędników” – mówi Fazi. „Ostatecznie większość tropów prowadzi do tego samego zbioru doniesień medialnych o oficjalnych twierdzeniach – w większości przypadków o „możliwym” lub „prawdopodobnym” zaangażowaniu Rosji”.

Sprawy, które rozpadły się pod wpływem kontroli

Alert GPS dotyczący Ursuli von der Leyen we wrześniu 2025 roku jest najwyraźniejszym przykładem. „Financial Times” doniósł, że Rosja „bezmyślnie” zagłuszyła GPS jej samolotu nad Bułgarią; piloci musieli krążyć przez godzinę i lądować, korzystając z papierowych map. Politico udokumentowało późniejszy upadek tej historii.

Flightradar24 ustalił, że transponder nadawał wartość dokładności nawigacji wskazującą na brak zakłóceń przez cały lot, a samolot wylądował z dziewięciominutowym opóźnieniem, a nie godzinnym. Minister transportu Bułgarii Grozdan Karadżow oświadczył, że według danych władz cywilnych i wojskowych „nie ma ani jednego faktu” uzasadniającego celowe tłumienie sygnału GPS. Pierwsi reporterzy nie przedstawili szeroko zakrojonej korekty.

W listopadzie 2024 roku uszkodzenia kabli na Morzu Bałtyckim przypisano Rosji, w tym ówczesnemu ministrowi obrony Niemiec . Później okazało się, że szkody spowodowały statki pływające pod banderami Hongkongu i Chin; Pekin przyznał się do wypadku z udziałem gazociągu . Szwecja nie znalazła dowodów na działanie umyślne. Fińska agencja wywiadowcza SUPO wskazuje , że uszkodzenia kabli na Morzu Bałtyckim są typowe i zazwyczaj spowodowane przez kotwice i sprzęt holowniczy.

W tym samym miesiącu w Wilnie rozbił się samolot transportowy DHL. Minister spraw zagranicznych Annalena Baerbock publicznie wyraziła wątpliwość , czy był to incydent hybrydowy. Litewskie śledztwo z marca 2025 roku wskazało błąd pilota jako przyczynę; korekta nie objęła jednak całego zakresu, jaki obejmował pierwotny raport. Pożar w podstacji, który sparaliżował lotnisko Heathrow w marcu 2025 roku, również został zaklasyfikowany jako incydent hybrydowy. Kilka miesięcy później ustalono, że przyczyną była niewystarczająca konserwacja przez sprywatyzowanego operatora sieci.

Fala dronów jesienią 2025 roku przebiegała według tego samego schematu. Holenderski dziennik Trouw przeanalizował prawie 60 kolejnych obserwacji i stwierdził „dużą panikę i praktycznie brak dowodów rosyjskiego zaangażowania”. Tam, gdzie rosyjskie drony ewidentnie wkraczały w przestrzeń powietrzną NATO, prawie zawsze miało to miejsce w pobliżu granicy z Ukrainą podczas ataków na cele ukraińskie – według Fazi, był to efekt uboczny wojny toczącej się tuż za rogiem, a nie odrębna kampania przeciwko Europie. Jeśli chodzi o incydent w Lipsku/Halle, najbardziej znaczący politycznie z całej serii, niemiecki rząd, według Fazi, nie przedstawił jeszcze żadnych publicznie weryfikowalnych dowodów rosyjskiego zaangażowania.

Rumunia to wyjątkowy przypadek w polityce informacyjnej. W listopadzie 2024 roku Trybunał Konstytucyjny unieważnił pierwszą turę głosowania, po tym jak zwyciężył kandydat Călin Georgescu, krytykujący UE i NATO, powołując się na kampanię na TikToku o rzekomo rosyjskim podłożu. Nie przedstawiono żadnych publicznie dostępnych dowodów na kontrolę państwa. Samo unieważnienie głosowania stało się dowodem na istnienie postrzeganego zagrożenia.

Co pozostaje po odjęciu spekulacji

„Wiele z najbardziej nagłośnionych przypadków domniemanej rosyjskiej „wojny hybrydowej” – zagłuszony samolot von der Leyen, kable na Morzu Bałtyckim, katastrofa DHL w Wilnie, pożar na lotnisku Heathrow, fala dronów, która przetoczyła się przez Europę jesienią 2025 roku, rumuńska kampania na TikToku – okazało się spekulacjami podsycanymi przez media, które upadły pod wpływem prostej analizy, a gdy już się pojawiły, pojawiły się sprostowania, które przyciągnęły jedynie ułamek uwagi ze strony pierwotnych zarzutów” – pisze Fazi.

Pozostają pojedyncze przypadki sabotażu, zakończone wyrokami skazującymi. Na przykład Polska skazała 14 członków siatki, która planowała wykolejenie pociągów z pomocą humanitarną na Ukrainę w 2023 roku, a trzech Ukraińców w 2025 roku za przynależność do grupy sabotażowej. „Łącznie te przypadki pokazują, że doszło do pewnych rzeczywistych aktów sabotażu, ale podczas gdy służby wywiadowcze w stolicach zachodnich zazwyczaj przypisują te hybrydowe działania Rosji, dowody faktycznie badane w sądach europejskich często ujawniają znacznie mniej realne fakty operacyjne: płatne pełnomocnictwa, anonimowe dowództwo cyfrowe i niejasne operacje, które rzadko wykazują udowodnione powiązania z państwem rosyjskim. W żadnym przypadku nie zidentyfikowano rosyjskiego urzędnika, nie mówiąc już o postawieniu go przed sądem”.

Nawet jeśli każdy z tych przypadków przypisać Moskwie, według Faziego liczba incydentów sięga kilkudziesięciu rocznie, żaden z nich nie jest śmiertelny, a szkody ograniczają się do pojedynczych obiektów. „Być może jest to realny problem wywiadowczy, o ile jest realny; ale trudno to porównać do egzystencjalnego zagrożenia czy trwającej totalnej wojny hybrydowej, na którą rutynowo powołują się europejscy przywódcy – i nie da się tego nawet w przybliżeniu porównać do trwającej kampanii ataków dronów, którą państwa NATO umożliwiają głęboko w Rosji, w tym na cele cywilne, zapewniając Ukrainie rozpoznanie i wsparcie satelitarne, a coraz częściej również drony, a także pociski dalekiego zasięgu”.

Funkcja narracji

Fazi wyciąga wniosek leżący u podstaw tekstu: toczy się wojna hybrydowa – prowadzona przez establishment UE-NATO przeciwko własnej ludności, jako strategia napięć. Seria bezpodstawnych lub nieuzasadnionych twierdzeń podtrzymuje oczekiwanie zbliżającej się wojny, uzasadnia zbrojenia, wyjątkowe uprawnienia i marginalizację stron sprzeciwiających się, a także zapewnia polityczną osłonę dla przemysłu, który żyje z zagrożenia. Helsing , najwyżej ceniony europejski startup zbrojeniowy, reprezentuje materialny aspekt tego zjawiska.

Głosy sprzeciwu w NATO pozostają cichsze. Prezydent Finlandii Alexander Stubb zaapelował do swoich europejskich kolegów o zachowanie spokoju. Wewnętrzne oceny NATO wielokrotnie wskazywały na brak bezpośredniego zagrożenia konwencjonalnego. Jednocześnie duńskie i bałtyckie służby wywiadowcze ostrzegają przed testem w nadchodzących miesiącach, a Ministerstwo Spraw Zagranicznych określa serię ataków jako nową, bardziej niebezpieczną fazę. Dyskurs publiczny nie rozróżnia tych dwóch poziomów analizy.

Fazi nie zaprzecza, że ​​Rosja prowadzi cyberoperacje, handluje wpływami i korzysta z pośredników. Zaprzecza, że ​​publicznie przedstawione dowody potwierdzają narrację o egzystencjalnej wojnie hybrydowej i że sprostowania mają taki sam zakres jak alarmy. Dopóki w relacjach nie zostaną rozróżnione atrybucje, orzeczenia sądowe i późniejsze obalenia, strategia napięcia pozostaje bardziej przekonującym rezultatem niż kampania, którą ma dokumentować.

BND, Turcy i Azerowie

BND, Turcy i Azerowie

Arkadiusz Miksa

W okresie zimnej wojny zarówno STASI jak i BND stanowiły elitę służb specjalnych na świecie. Po zjednoczeniu Niemiec Stasi przestała istnieć, Rosja była w kryzysie, a tym samym rola i znaczenie BND znacząco spadło. Służby niemieckie skupiły się teraz głownie na budowaniu trwałych przyczółków gospodarczych w dawnych krajach Bloku Wschodniego. W międzyczasie jednak miejsce rywalizacji po wrogich służbach z Demoludów zajęły służby z innych kierunków. Oczywiście jeszcze przed zjednoczeniem Niemiec BND miała swój „ogon” w postaci CIA. Amerykanie argumentowali swoje poczynania ograniczonym zaufaniem do swojego zimnowojennego sojusznika. Niemcy byli z tą sytuacją niejako pogodzeni zdając sobie sprawę ze swojego położenia oraz dużo poważniejszymi problemami państwa z nazistowską etykietą.

Żeby pozbyć się tej etykiety Niemcy przystają na propozycję Izraela i w zamian za pomoc wojskową oraz pieniądze otrzymują od Izraela przerzucenie części odpowiedzialności za Holocaust na Polskę. Z czasem jednak Izrael wymusza podpisanie umowy między Niemcami a Izraelem, która pozwala na operacyjną swobodę działania służb Izraela na terytorium Niemiec. Od tego momentu służby Izraela działają na ich terytorium na takich samych zasadach na jakich funkcjonują w Izraelu. Pobicia, porwania, skrytobójcze mordy stają się chlebem powszednim w Niemczech.

Z każdą kolejną dekadą przybywa w Niemczech obywateli Turcji. Ankara wykorzystuje swoich rodaków do budowy siatek wywiadowczych, które mają zbierać informacje przede wszystkim z obszaru niemieckiej gospodarki oraz przemysłu obronnego. Oczywiście turecka diaspora otrzymuje również oddziaływania na sytuację społeczno-polityczną Berlina. Rosną w siłę Szare Wilki. Wpływy te są na tyle znaczące i trudne do eliminacji, że BND sprawia z czasem wrażenie pogodzonej z tą sytuacją.

Nieco zaskakujące są ostatnie doniesienia o tym, że były szef BND August Hanning, przez długie lata zbierał dane wywiadowcze dla wywiadu azerskiego. Ta informacja to nie tylko potężny cios wizerunkowy uderzający dotkliwe nie tylko w tradycje niemieckich służb, ale również w autorytet państwa niemieckiego. Moją uwagę skupił jednak zupełnie inny wątek. Mianowicie skoro oficjalnie Azerowie są bratnim narodem Turków, oba państwa łączy szczera przyjaźń i ambitne plany utworzenia pantureckiej przestrzeni od Turcji po Kazachstan, to czemu Azerowie wchodzą w paradę Turkom w Niemczech.

Być może azerski mafijny klan Alijewów poczuł się na tyle pewnie dzięki zyskom z ropy oraz tranzytu paliw przez Azerbejdżan, że rozpoczął realizację własnych regionalnych ambicji. Punktem zapalnym stał się również stosunek dwóch turkijskich narodów względem polityki Izraela. Turcja dostrzegła, bowiem, że geopolityczne aspiracje Izraela stanowią coraz większe zagrożenie dla ich własnych wpływów i planów na przyszłość. Turcy piętnują mordy Izraela na Palestyńczykach, w odwecie Izrael potępił ludobójstwo Turków na Ormianach w trakcie I wojny światowej wiedząc, że to rozwścieczy Turków, którzy za wszelką cenę próbują rzucić odium odpowiedzialności za bestialskie wymordowanie półtora miliona Ormian.

Tymczasem Azerowie kilka lat temu korzystali ze wsparcia wojskowego i wywiadowczego Izraela podczas ataku i zdobycia Górskiego Karabachu. Takiego wsparcia i gestów solidarności udzieliła również Azerom Ukraina, uznając Ormian za sojuszników Rosjan, a tym samym zasługujących na śmierć lub wypędzenie.

Turcja zachowuje w gruncie rzeczy neutralność w konfrontacji Rosji z Ukrainą, pozorując wsparcie dla Ukrainy, które wynika bardziej nie z solidarności Ukrainą, co niechęci do wzmocnienia się pozycji Rosji w basenie Morza Czarnego. Azerbejdżan wspiera Ukrainę i wysyła jej swoich najemników, dzieląc się również swoimi doświadczeniami z wykorzystania dronów w wojnie z Ormianami. Co ciekawe również Ukraina popiera bestialstwo Izraela w Palestynie uznając tę rzeź za uzasadnioną, a wydawałoby się, że ten cierpiący na skutek nalotów naród będzie pierwszym, który będzie się litował nad losem Palestyńczyków.

Tak wygląda w praktyce polityczna proza relacji na świecie. Byli wrogowie na potrzeby chwili stają się przyjaciółmi, a rzekomi przyjaciele na terytorium odległych Niemiec walczą o wpływy między sobą, korzystając z niemieckiego osłabienia. Tej prawidłowości nie może lub celowo nie chce przyjąć do wiadomości „polska” dyplomacja uwikłana w schematy i archaiczne stereotypy geopolityczne.

Kiedyś to Niemcy mieli rozbudowane siatki wywiadowcze oraz agenturę wpływu w takich państwach jak Turcja, a dziś z drapieżnika stali się ofiarą. Oczywiście na odrębną analizę zasługują wpływy wywiadu rosyjskiego i chińskiego, który również odnosi tu sukcesy. Ostatnim akordem w tej partii są z pewnością rosnące wpływy wywiadu ukraińskiego, który wykorzystuje wielotysięczną ukraińską społeczność, która zalała Niemcy od 2022 roku do realizacji zarówno bieżących potrzeb wywiadowczych oraz do budowy podobnie jak w Polsce czy Kanadzie, długotrwałej struktury zdolnej do politycznego oddziaływania.

Arkadiusz Miksa

Nierówność. Równość byłaby największą niesprawiedliwością.

Feliks Koneczny, O ład w historii

Nierówność


Równość, to jednakowość w jednostajności. Tylko utwory sztuczne mogą być tak
dalece jednakowe, iżby mogły być aż równymi.

Do równości można zmierzać tylko przymusem i gwałtem, a to obniżając poziom u
wszystkich i we wszystkim, i pod każdym względem. W ten sposób mechanizuje się
zrzeszenia ludzkie bardziej, co sprowadza często istne degeneracje.

Pomiędzy mechanizowaniem a przymusowym zaprowadzaniem równości zachodzi stosunek prosty kwadratowy. Równych w nędzy i tępocie umysłowej najłatwiej urządzać w mechanizmy.
Równość byłaby największą niesprawiedliwością. Sprawiedliwość polega na
sprawiedliwym rozdziale nierówności.

Wielką nierówność wprowadziło odkrycie ognia i utrzymuje ją ciągle na znacznej
części powierzchni Ziemi. Dotychczas u niektórych plemion tylko starostowie rodowi
mają prawo posiadać ognisko; u wielu prymitywnych obowiązują rozmaite zastrzeżenia i
przywileje co do użycia ognia. Innym czynnikiem nierówności był stan liczby rodów, a
powodzenie zawisło przede wszystkim od stopnia rozrodzenia, od nierównej płodności i
różnej śmiertelności. Zasadnicze zaś nierówności powstały wszędzie ze starszeństwa lub
młodości linii po wspólnym przodku.
U niektórych ludów wytworzył się postulat równości majątkowej. Znać to dotychczas u Eskimosów, u Murzynów afrykańskich tudzież u wschodnich Turańców (niedawno jeszcze u Jakutów). Jednostce godzi się posiadać tylko tyle, ile „potrzebuje”, a nie wolno pracować ponad konieczną potrzebę. Wszędzie tam nawet najbogatszy jest ubogim, a żadna osada nie zdoła przetrzymać klęski ekonomicznej. Łatwo stwierdzić, że tych wszystkich, którzy sprzeciwiają się gromadzeniu dostatków w jednym ręku, dotknął zastój.
Wolność produkcji i pełna własność owoców własnej pracy umożliwiają
indywidualne bogacenie się. Nie ma zaś i nie może być innej drogi do rozwoju, jak
naśladowanie jednostki wybitnej przez jednostki następne. A zatem nierówność stanowi
konieczny warunek postępu.
Następnie zróżnicowanie się społeczeństw wywołało nowe nierówności, lecz im
większe zróżnicowanie, tym lepiej dla rozwoju społeczeństw i państw. Postęp zmierza ku
rozmaitości, a wcale nie ku jednostajności.
Wszelkie próby wprowadzenia równości w którejkolwiek z cywilizacji
historycznych zawiodły; mogły cywilizacje nabrać mocy tylko przy nierówności.
Zwolennikom równości nie pozostaje nic innego, jak zaczynać historię powszechną od
samych siebie.
Najgorliwsi bojownicy równości zwykli atoli zaczynać od tego, że wprowadzają
nową szlachtę, nową warstwę uprzywilejowaną.
Najgorliwszym nie wystarcza jednak równość majątkowa, lecz domagają się
powszechnej wspólności majątkowej.
Komunizm jest wnioskiem najprymitywniejszym, nasuwającym się metodzie
medytacyjnej. Zapanował w Chinach około r. 1065 przed Chrystusem i przez lat 18 świat
tam wypadał z zawiasów. W Helladzie pomysłom komunistycznym dawano cięte odprawy w
literaturze, układano parodie, ale w Pergamonie w II w. po Chrystusie tłum wziął parodię
na serio i próbował stosować do niej życie zbiorowe.

W Europie pojawia się praktyka komunizmu po raz pierwszy u Albigensów, w pierwszej połowie XIII w., powtórnie w spokojnym skrzydle taborytów husyckich w XV w. (Adamici). Po raz trzeci z początkiem dziejów protestantyzmu niemieckiego w wojnie chłopskiej i u anabaptystów w Turyngii (1524 r.), w dziesięć lat potem w Monasterze. Za każdym razem łączyła się z komunizmem konfiskata dóbr, zarazem wspólność kobiet.

Wznowił agitację komunistyczną Babeuf w
Paryżu w r. 1795, a uczniowie jego założyli w r. 1837 na nowo partię komunistyczną,
oświadczając się przeciw instytucji rodziny. Nie mieli powodzenia. Bezowocna była też
agitacja Roberta Owena, który już od r. 1812 żądał proletaryzowania wszystkich.
Komunistyczno-nihilistyczny kierunek pochodzi od Bakunina, wydał on epizod komuny
paryskiej w r. 1871.

Przeszedłszy następnie przez pewne odmiany, doszedł do szczytu w
bolszewizmie.
Przepastne zaiste przeciwieństwa w zapatrywaniach na majątek i pracę możliwe
są dlatego, ponieważ poglądy na genezę i przyczyny ubóstwi wywodzą się z dwóch
przeciwnych mniemań co do zmienności lub niezmienności dóbr ziemskich. Niektórzy
sądzą, że ilość ta jest stała, a dostateczna aż nadto do zaspokojenia potrzeb „ludzkości”.
Nie liczą się z faktem, że od prehistorii aż do naszych czasów, plemiona prymitywne giną
często z głodu. Przyroda w ogóle dostarcza niezmiernie mało środków żywności, lecz
tylko sposobności do wypracowania sobie pożytków. Głody usuwa się pracą i wysiłkiem
zabiegów, nauką i ulepszaniem komunikacji. Skoro zaś wystarczalność środków do życia
zależy od wysiłków człowieka, tym samym trzeba ilość dóbr uznać za zmienną. Ilość dóbr
jest niestała, a zależy od produkcji.
Popularnością cieszy się pogląd, jakoby przyczyną ubóstwa jednych była zamożność innych. Od św. Bazylego, w IV w. po Chrystusie, aż po dzień dzisiejszy pokutuje
to złudzenie, że „bogacze” mogliby usunąć ubóstwo, gdyby chcieli, podczas gdy indukcja
poucza, że gdyby nie było zamożniejszych, wszyscy byliby nędzarzami.
Mylność mniemania, jakoby podział dostatków pomiędzy ubogich mógł
zapobiegać ubóstwu, stwierdzona jest przykładem z Dziejów Apostolskich. Gminy
chrześcijańskie posiadały już wówczas swoje kasy zapomogowe, do których zamożniejsi
wnosili ofiary (niektórzy nawet oddając cały mają tek) na „wspólny pożytek” ubogich
według dyspozycji diakona. Jedynie gmina jerozolimska urządziła się komunistycznie, ale
też znajdowała się w ciągłych opałach pieniężnych, a św. Paweł kwestował na nie bez
ustanku w swych podróżach.
Komunizm „apostolski” mógł łatwo istnieć między dwunastu osobami, lecz trwał
niedługo, gdyż apostołowie rozjechali się na cztery strony świata. Powoływanie się na
Ojców Kościoła jest argumentacją niefortunną. Z ich pism da się przytoczyć wprawdzie to
i owo na pochwałę wspólnego posiadania, lecz dziesięć razy więcej cytat zebrano na
obronę własności indywidualnej. O św. zaś Bazylim, jako najstarszym, trzeba pamiętać, że
pracował w Azji Mniejszej, w najbogatszym ciągle jeszcze (w drugiej połowie IV w.) kraju
świata, lecz jeszcze jakże zacofanym! Około r. 370 własność ojca na dzieciach była
uznawana przez państwo tak dalece, iż za zaległe podatki urząd skarbowy konfiskował
ojcu dzieci i sprzedawał je na publicznym targu. Zresztą św. Bazyli żąda jałmużny
wyraźnie z tego, co zbywa, uznaje dziedziczenie i uważa średnią zamożność za stan
najlepszy.


Nie istniał zaś, ani nie istnieje nigdzie rzekomy komunizm łowiecki, ani też
„murzyński”. Cała historia powszechna i cała etnologia nie dostarczają przykładu
komunizmu w jakimkolwiek znaczniejszym zrzeszeniu. Komunizm rodzinny był i jest
bardzo względny, gdyż istnieje tylko z woli głowy rodziny, prawego i jedynego właściciela
całego mienia.
W ostatnich latach, przeżywszy renesans naiwności ekonomicznej Ojców Kościoła,
mnożą się programy polegające na tezie, że nie byłoby ubóstwa, gdyby nie było bogaczy.
Wysilają się na rozmaite koncepty, jakby przeszkodzić bogaceniu się. Uznają np. własność
osobistą (boć Stolica Apostolska uznała ją wyraźnie tyle razy), ale radzą ograniczyć jej
używalność przez właściciela do minimum tego, co mu „potrzeba” (zupełnie jak Murzyni),
a wszystko co posiada ponadto, ma być zabrane dla ubogich. Reformatorzy ci powinni się
nareszcie zdecydować, czego właściwie chcą, grubej jałmużny, czy grubego podatku na
ubogich? Jałmużna jest zawsze czymś dobrowolnym, a co do drugiej ewentualności, warto
przestudiować dzieje i urządzenia odpowiedniego podatku angielskiego. Jeżeli jednak ma
być zamożnemu odebrany cały dochód ponad niezbędne koszty utrzymania, któż zechce
gromadzić dostatki, skoro wie, że zostaną mu odebrane? Któż więc będzie następnie
udzielać jałmużny lub płacić wysokie podatki?
Kwestia zbożnego lub bezbożnego zarządzania własnym majątkiem jest ściśle
etyczna, lecz nie ekonomiczna. W starożytnej Helladzie tyle razy zabierano dobra
majętnym i nadawano je ubogim! I co z tego wynikło?


Historia dostarcza aż nadto przykładów pomyłek w miłości bliźniego. Taką
pomyłką były i są doktryny wszystkie, zwrócone przeciw dostatkom. Do tegoż szeregu
należą wymysły o zniesieniu procentów, o stanowieniu z urzędu iustum pretium. O
„taksach maksymalnych” na towary (od Dioklecjana po dzień dzisiejszy), merkantylizm,
fizjokratyzm, a w końcu socjalizm, z którego najkonsekwentniej wynika komunizm.
Zalecają przemianę wstecz społeczeństwa na społeczność jednoklasową i całkowite
sproletaryzowanie społeczności. Można być zdania wręcz przeciwnego, że w
społeczeństwie zdrowym proletariatu być nie powinno, że tedy należy dążyć do tego, by
jak najwięcej bliźnich wyrwać z proletariackiej grzędzieli. Na razie zastrzega socjalizm dla
proletariatu stanowisko uprzywilejowane, lecz można być tego zdania, że żadna warstwa
społeczna nie powinna być uprzywilejowana przed innymi.
Socjalizm głosi, jakoby był przeciwnikiem kapitalizmu. Ale nigdy go tępić nie
zamierzał, tylko prywatny zamienia na państwowy. Socjalizm opiera się na kapitalizmie
bardziej niż jakiekolwiek inne doktryny, lecz państwowym. Kapitalizm państwowy nie
przestaje jednak być kapitalizmem.
„Przeobrażenie państwa w proste zarządzanie produkcją” wpisane jest już na
postulaty „manifestu komunistycznego” w r. 1848. Socjalizm wydrwiwany jest tam przez
Marksa i Engelsa jako jakieś nijactwo, dobre na razie o tyle, że rewolucyjne; lecz celem
tylko komunizm. Spełniają się kolejno postulaty marksizmu. Czekamy już tylko na
zniesienie prawa dziedziczenia, w owym manifeście również zapowiedziane. Komunizm
przybrał zaś formę spółki, do której nie trzeba robić żadnych wkładów, a można z niej
wszystko czerpać.
Wszelkie dążenie do równości jako przeciwne naturze rzeczy, wiedzie do wyników
ujemnych. Hasło równości podobne jest do roli ciepła w świecie materii. Gdyby wszyscy
stali się naprawdę równymi, ustałby wszelki ruch umysłowy i gospodarczy, nastałby
koniec człowieczeństwa w danym zrzeszeniu: martwota całkowita.
O ile chodzi o równość majątkową, my chrześcijanie niepotrzebnie się sprzeczamy
o sprawy, określone przed wiekami przez samego Zbawiciela.
Słynny werset z Ewangelii św. Mateusza (VI 26-34), zakończony słowy: „Nie
troszczcie się więc o jutro”, pragnie tylko i poleca żeby nie oddawać się wyłącznie
gromadzeniu dostatków, a dbać bardziej o łaskę i pomoc Bożą przy pracach doczesnych!
Gdy pięć tysięcy słuchaczy słowa Bożego poczęło odczuwać głód, nie sprawia Pan cudu,
by głód przestał się odzywać, lecz rozmnaża cudownie żywność i nakarmia ich. Gdy zaś
Judasz gorszy się, że Maria z Betanii wydała trzysta denarów, by Zbawiciela namaścić
wonnościami, padły z ust Boskich wyrazy, które wszyscy umiemy na pamięć: „Ubogich
zawsze macie wśród siebie (z sobą), mnie zaś nie zawsze macie”.
Zwraca się tu Chrystus Pan najwidoczniej do osób, których znaczna większość nie
jest uboga. Ubogim jest ten, kto potrzebuje jałmużny. Niema zaś jałmużny bez zamożności
z drugiej strony, a zatem zamożność jest potrzebna. Zbawienie nie może być bliższym
tych, którzy potrzebują wsparcia, boć w takim razie obowiązkiem naszym byłoby dążyć
do powszechnego, jak największego zubożenia. Nie można zaś określać ubóstwa w taki
sposób, jako ubogim jest każdy, kto zarobkuje własną pracą. Niektórzy dodają jeszcze:
„pracą rąk własnych”. W takim razie wirtuoz jest uboższy od ulicznego przekupnia
zapałek, który „rękoma własnymi” nie robi nic. Wiadomo zaś, jak pracowitymi są
miliarderzy amerykańscy.
Użycie przysłowia o wielbłądzie i uchu igielnym świadczy, że bogacz żyjący
zbożnie ma zasługę większą niż ubogi. Bogacz powinien być „ubogim duchem”, umieć
odczuwać ubogiego.
Nawet najbogatszy winien posiadać wartości osobiste, które nadawałyby mu
wartość w razie straty majątku. Zbieraliśmy co do tego dużo doświadczenia z dwóch
wojen powszechnych; czy przyznać wyższość moralną zubożałym „bogaczom”, czy
ubogim wzbogaconym?
W całej Ewangelii nie ma nigdzie błogosławieństwa ubóstwu, jako antytezy zamożności; błogosławieni są tylko ubodzy w duchu. Ten obowiązek ciąży również na ubogich. Ubogi szemrający całe życie i myślący wciąż o tym, jakby przymusowo zubożyć
majętnych – nie jest oczywiście ubogim w duchu.


Zamożność nie jest moralnie niższa od ubóstwa.

Strona, która wykonuje pierwszy krok, niekoniecznie jest agresorem…

Osoba, która wykonuje pierwszy krok, niekoniecznie jest agresorem…

…ale ten, kto wymusza ten krok

Luźno oparty na Niccolò Machiavellim

Autorstwa Uwe Froschauera

===========================================

Boję się.

Nie o siebie. Boję się o moje dzieci, o moich bliskich, o młodych ludzi, którzy mają przed sobą całe życie. Boję się, że nieodpowiedzialni politycy wmanewrują Europę w wojnę, której większość ludzi nie chce i w której ostatecznie będą tylko przegrani. Ten strach nie czyni mnie tchórzem. On czyni mnie pacyfistą.

To, co dzieje się obecnie w Europie, jest moim zdaniem niezwykle niebezpieczne. Dozbrojenie, „gotowość wojenna”, nowe systemy uzbrojenia, manewry wojskowe, groźby, kontrataki, gry wojenne, obowiązkowy pobór do wojska, przygotowywanie szpitali na przyjęcie mas rannych żołnierzy – jeden element układanki dokłada się do drugiego.

Kiedy to się wreszcie skończy? Kiedy mieszkańcy Europy powiedzą: „Dość!”?

Prawdziwym agresorem niekoniecznie jest ten, kto stawia pierwszy krok ku wojnie, lecz ten, kto go wymusza. Niemniej jednak nawet ten pierwszy krok jest niewybaczalny. Wyraziłem już tę ideę w poprzednich artykułach. Dla mnie opisuje ona zasadniczą różnicę między czynnikiem wywołującym wojnę a przyczyną jej wybuchu.

Rosja najechała Ukrainę 24 lutego 2022 roku. To fakt. Ale ktokolwiek, kto na tej podstawie wyciąga wniosek, że historia tej wojny rozpoczęła się tamtego poranka, nadmiernie upraszcza sprawę. Wojny nie spadają z nieba. Mają historię. Wynikają z interesów, zmian władzy, prowokacji, lęków, błędnych kalkulacji, złamanego zaufania i nieudanej dyplomacji. I powstają, gdy ludzie w końcu przestają ze sobą rozmawiać. Europa przeszła przerażająco długą drogę tą drogą.

Tyker szaleństwa

Wystarczy spojrzeć na to, co wydarzyło się w ciągu ostatnich kilku dni i tygodni.

14 września 2026 r.

Włoski myśliwiec NATO zestrzelił drona, który przedostał się na Litwę z Białorusi. Władze litewskie poinformowały, że dron przewoził materiały wybuchowe.

Ponownie skupiamy się na Rosji i Białorusi, ponownie na zagrożeniach i reakcjach NATO. Każdy incydent może mieć swoje wytłumaczenie. Martwi mnie jednak ogólny obraz. Konfrontacja militarna zbliża się do bezpośredniego kontaktu między Rosją a NATO, a każdy taki kontakt niesie ze sobą ryzyko popełnienia błędu.

Połowa września 2026 r.

Niemcy i USA zamierzają dalej integrować swoje przemysły obronne. Planowane jest rozszerzenie wspólnego rozwoju i produkcji nowoczesnych systemów uzbrojenia, komponentów i amunicji. Niemcy planują również zakup amerykańskich pocisków manewrujących Tomahawk.

Czy rakiety mają przynieść pokój? Czy stale rosnące zbrojenia mają przynieść coraz większe bezpieczeństwo? Każdy, kto chce, może w to uwierzyć. Ja nie.

25 września 2026 r.

A potem dzieje się coś, co daje mi nadzieję. Młodzi ludzie wychodzą na ulice – nie po broń, nie po gotowość bojową, a już na pewno nie po miejsce w okopach. Protestują przeciwko rozwojowi wydarzeń, którego konsekwencje, w prawdziwym konflikcie, poniosłoby ich pokolenie.

Zgodnie z inicjatywą „Strajk Szkolny Przeciwko Poborowi” ponad 45 000 uczniów w około 100 miastach w całych Niemczech bierze udział w protestach przeciwko potencjalnemu poborowi i obowiązkowym badaniom lekarskim. W samym Berlinie policja naliczyła około 2400 demonstrantów.

To jest doskonałe!

Bo ci, którzy dziś mówią o gotowości bojowej, prawdopodobnie nie będą leżeć w okopach, kiedy nadejdzie czas. Będą tam leżeć inni: młodzi mężczyźni i młode kobiety, synowie i córki – nasze dzieci.

Mogą zapłacić życiem za decyzje polityczne podejmowane przez innych. Pytam panie i panów gotowych do wojny w Berlinie, Paryżu, Londynie, Warszawie i Brukseli: Czy wysłalibyście swoje dzieci na front, wsadzili syna do czołgu, czy wręczylibyście córce karabin i powiedzieli: „Idź i giń, jeśli będziesz musiała?”. A może to czyjeś dzieci powinny zrobić to samo?

Koniec września 2026 r. – u wybrzeży Szkocji

U wybrzeży Szkocji ćwiczone są działania wojenne na morzu. W dowodzonych przez Brytyjczyków ćwiczeniach „Strike Warrior” około 1300 żołnierzy z różnych państw NATO ćwiczy między innymi polowanie na okręty podwodne, operacje powietrzne i manewry abordażowe. Niemal jednocześnie Wielka Brytania i Stany Zjednoczone demonstrują swoje zdolności ofensywne w ramach ćwiczeń „Atlantic Thunder”. 29 września Royal Navy informuje o zaatakowaniu i zatopieniu wycofanej ze służby amerykańskiej fregaty USS Klakring przy użyciu różnych systemów uzbrojenia, w tym pocisków rakietowych i torped.

Oczywiście, takie manewry oficjalnie służą obronie i odstraszaniu. Jednak druga strona również argumentuje w ten sposób, powołując się na własne potrzeby bezpieczeństwa. Problem pojawia się, gdy obie strony interpretują własną rozbudowę sił zbrojnych jako konieczną obronę, a działania drugiej strony jako agresję. Jaki sygnał ma otrzymać Moskwa, gdy bezpośrednio u wybrzeży Europy prowadzone są ćwiczenia z zakresu zwalczania okrętów podwodnych, ataków rakietowych i zatopienia okrętu wojennego? I jakiego sygnału oczekuje Zachód w odpowiedzi? To klasyczny dylemat bezpieczeństwa – tyle że tym razem w grę wchodzi broń jądrowa.

30 września 2026 r.

Kaliningrad.

Silnie uzbrojone terytorium rosyjskie między Polską a Litwą, geograficznie oddzielone od centralnej części Rosji, przekształca się w jeden z najniebezpieczniejszych, potencjalnych punktów zapalnych bezpośredniej konfrontacji między Rosją a NATO.

Rosja obecnie wyraźnie ostrzega przed militarną izolacją lub atakiem na Kaliningrad, a nawet rozważa użycie broni jądrowej w takim przypadku. To szaleństwo. Groźby nuklearne nie są błahe i są nieodpowiedzialne, nawet jeśli pochodzą z Moskwy.

Ale w tym wszystkim jest też trochę prawdy. W sierpniu, według zachodniego źródła wojskowego, które rozmawiało z agencją Reuters, samoloty NATO przeprowadziły niezapowiedzianą operację wokół Kaliningradu. To pokazało, że w razie konfliktu łączność radiowa, radarowa i obrony powietrznej z rosyjską eksklawą może zostać przerwana.

Jaki jest zamierzony rezultat – pokój? Czy Rosja ma obserwować taką operację, a potem uspokajać się: „Wszystko w porządku, NATO przecież chce się tylko bawić”?

Jednocześnie Sekretarz Generalny NATO Mark Rutte oświadczył 30 września, że ​​nie ma bezpośredniego zagrożenia dla terytorium NATO ze strony Rosji. To oświadczenie powinno dać nam do myślenia. Skoro nie ma bezpośredniego zagrożenia, dlaczego tworzy się atmosfera, w której wojna coraz częściej jawi się jako coś, na co Europa musi się przygotować intelektualnie, gospodarczo, społecznie i militarnie?

Zabawa z ogniem

Rosja posiada największy na świecie arsenał nuklearny. Według szacunków Federacji Amerykańskich Naukowców, do 2026 roku Rosja będzie dysponować łącznie około 5400 głowicami jądrowymi, co plasuje ją tuż przed Stanami Zjednoczonymi. A niektórzy europejscy politycy najwyraźniej chcą sprawdzić granice swoich możliwości w tym kraju?

Czy oni stracili rozum?

Wojna nuklearna między Rosją a NATO nie byłaby grą komputerową, grą wojenną w jakiejś siedzibie NATO, seminarium strategicznym ani telewizyjnym talk-show. Zginęłyby ludzie, być może miliony. Mogłyby zginąć nasze dzieci i wnuki. A Europa, która doświadczyła już dwóch wojen światowych, znów zaczęłaby mówić o swojej gotowości do wojny.

Cóż za kompletne szaleństwo!

Kto tu właściwie komu grozi?

Przez lata mówiono ludziom, że Rosja może zaatakować kraje NATO, po Ukrainie. Putin wielokrotnie zaprzeczał takim zamiarom. Pod koniec 2025 roku powtórzył, że Rosja nigdy nie planowała ataku na Europę i była nawet gotowa to potwierdzić na piśmie.

Można wierzyć Putinowi albo mu nie ufać. Oba są uzasadnione. Nie akceptuję jednak czegoś innego: rosyjskie oświadczenia są często traktowane jako z natury bezwartościowe, podczas gdy zachodnie analizy zagrożeń są przedstawiane jako obiektywnie prawdziwe. Dlaczego?

Zachodni politycy również realizują własne interesy, sekretarze NATO angażują się w politykę, a rządy posługują się propagandą. Oczywiście, zachodni politycy też potrafią kłamać – i robią to, czasami wręcz bezczelnie! Niemniej jednak nie muszę wierzyć Putinowi ani Merzowi, Ławrowowi ani Pistoriusowi, Moskwie ani Brukseli. Mogę patrzeć na to, co mówią, a co ważniejsze, co robią.

To, co obecnie widzę w Europie, zupełnie do mnie nie przemawia. I jeszcze jedno: bardziej ufam Putinowi niż europejskim podżegaczom wojennym. Najwyraźniej 27 milionów rosyjskich ofiar spowodowanych przez nazistowskie Niemcy zostało już zapomniane. Czy Niemcy najechały Rosję, czy odwrotnie? Nigdy więcej?

Gotowy do wojny

Friedrich Merz chce uczynić niemieckie siły zbrojne najsilniejszą armią konwencjonalną w Europie. Boris Pistorius przywrócił niesmaczne określenie „gotowość wojenna”. Emmanuel Macron od lat forsuje debatę na temat silniejszej roli militarnej Europy. Wielka Brytania należy do najbardziej zdecydowanych zwolenników militarnej kontynuacji wojny na Ukrainie. Polska dokonuje masowego zbrojenia. Ursula von der Leyen naciska na wzmocnienie europejskiego przemysłu zbrojeniowego. Mark Rutte domaga się coraz większych wysiłków militarnych ze strony państw NATO.

Broń, amunicja, pociski, drony, czołgi i myśliwce – miliardy miliardów są mobilizowane na te cele. Ale gdzie są plany pokojowe i ważne europejskie inicjatywy dyplomatyczne? Gdzie są mężowie stanu, którzy jadą do Moskwy i mówią: „Musimy rozmawiać”? Gdzie są politycy, którzy mają odwagę usiąść do stołu, zamiast zamawiać kolejny pocisk?

Jest już wystarczająco dużo mężczyzn gotowych do wojny. Europa w końcu znów potrzebuje mężczyzn gotowych do pokoju .

Rosja nie jest bezbronna

Uderza mnie kolejna sprzeczność. Z jednej strony Rosja jest przedstawiana jako zagrożenie militarne, przeciwko któremu Europa musi się masowo zbroić. Z drugiej strony, europejskie państwa NATO, razem wzięte, mają znacznie większy dochód gospodarczy niż Rosja i nominalnie wydają kilka razy więcej na swoje siły zbrojne.

Rosja w żadnym wypadku nie jest wszechmocna konwencjonalnie. Energia jądrowa to zupełnie inna sprawa. Każdy, kto uważa, że ​​Rosję można wywierać na coraz większą presję tylko dlatego, że Europa ma przewagę ekonomiczną, źle zrozumiał naturę odstraszania nuklearnego. Mocarstwo jądrowe nie musi być w stanie wygrać wojny konwencjonalnej, aby zniszczyć Europę. Wystarczy, że będzie posiadać wystarczającą ilość broni jądrowej. Rosja ma jej aż nadto.

Jaki jest więc sens tej gry?

Nie chcę tej wojny

Nie chcę wojny z Rosją ani z żadnym innym krajem. Nie chcę, żeby młodzi Niemcy walczyli z młodymi Rosjanami, którzy nie wyrządzili sobie nawzajem krzywdy. Nie chcę, żeby młody człowiek z Monachium strzelał do młodego człowieka z Moskwy, bo politycy, generałowie i stratedzy nie potrafili rozwiązać konfliktów przy stole negocjacyjnym.

I z pewnością nie chcę, aby moi bliscy płacili za niekompetencję, pychę i brak skrupułów jakichkolwiek polityków.

Uważam ten rozwój sytuacji za obrzydliwy.

Ludzie, którzy lekkomyślnie ryzykują wojnę z mocarstwem nuklearnym, ponoszą ogromną odpowiedzialność. Ci, którzy igrają z życiem innych, powinni przynajmniej zdawać sobie sprawę z tego, co jest stawką. Nie chodzi o figury na szachownicy, ale o ludzi – i potencjalnie o życie naszych dzieci.
Pycha europejskich podżegaczy wojennych wydaje się bezgraniczna.

Dość tego szaleństwa!

Europa nie potrzebuje ani dalszej eskalacji, ani nowych wrogów, ani polityków, którzy mówią ludziom, że muszą znów przygotować się na wojnę. Europa potrzebuje polityków, którzy zapobiegną wybuchowi wojny.

Rozmawiajcie ze sobą, negocjujcie i traktujcie poważnie interesy bezpieczeństwa drugiej strony! Przestańcie odrzucać każdą prośbę o dyplomację jako naiwność, uległość lub „sympatię dla Putina”. Ci, którzy pragną pokoju, muszą rozmawiać ze swoimi przeciwnikami. Nie ma potrzeby negocjowania pokoju z przyjaciółmi.

Przede wszystkim ci, którzy dziś tak nonszalancko mówią o gotowości bojowej, odstraszaniu i sile militarnej, nigdy nie powinni zapominać o jednym: w przypadku prawdziwego zagrożenia zginą nie ich gry wojenne, ale ludzie – być może nasze dzieci.

I ktokolwiek lekkomyślnie naraża swoje życie, nie powinien mówić mi, że robi to dla mojego bezpieczeństwa.

Wstaje!

Mój apel do wszystkich, którzy tak jak ja nie chcą tego szaleństwa: Powstańcie! Wstańcie z kanap! Oburzcie się! Mówcie głośno! Wyjdźcie na ulice, pokojowo demonstrujcie, organizujcie się i jasno dajcie do zrozumienia tym, którzy igrają z cudzym życiem: Nie z nami. Nie z naszymi dziećmi.

Demokracja nie rozwija się dzięki ludziom, którzy milczą, lecz dzięki obywatelom, którzy się angażują. Artykuł 20, ust. 2 Ustawy Zasadniczej zaczyna się od zdania, które niektórzy politycy powinni zapamiętać: „Wszelka władza państwowa pochodzi od ludu”. Nawet prawo do oporu jest zapisane w naszej Ustawie Zasadniczej. Artykuł 20, ust. 4 przyznaje wszystkim Niemcom prawo do stawiania oporu każdemu, kto próbuje obalić porządek konstytucyjny, jeśli nie ma innego rozwiązania. Nie jest to przyzwolenie na przemoc ani ogólne prawo do stawiania oporu decyzjom politycznym, które się nie podobają. Pokazuje to jednak, jaką wartość nasza konstytucja przypisuje swoim obywatelom, gdy fundamentalny porządek demokratyczny jest rzeczywiście zagrożony.

Nie musi do tego dojść. Jest wiele pokojowych i demokratycznych sposobów, aby się zaangażować. Wykorzystaj je! Pisz do swoich przedstawicieli, podpisuj petycje, organizuj wydarzenia, wspieraj inicjatywy pokojowe i wyjdź na ulice. A przede wszystkim: nie pozwól, aby ktokolwiek wmówił ci, że i tak niczego nie możesz zmienić. Każdy, kto czeka, aż inni naprawią coś za niego, równie dobrze może stać na przystanku autobusowym i czekać na następny statek.

Nic się nie zmienia tylko dlatego, że ludzie pragną zmian. Rzeczy zmieniają się, gdy ludzie zaczynają coś robić, aby je zmienić.

Więc powstańcie. Oburzcie się. Mówcie głośno. Spokojnie, ale głośno.

Decyzje dotyczące wojny i pokoju mogą zapadać w budynkach rządowych, parlamentach i kwaterach głównych NATO. Ale w kryzysie to inni muszą tam umrzeć.

I mogą być naszymi dziećmi.

Jeśli podobał Ci się ten post, udostępnij go ponownie. Dziękuję. Miłego czasu.

=============================

Książka „Korona – ostatni rozdział jeszcze nie napisany” ukazała się w Internecie 20 sierpnia 2026 roku.

amazon.de/s?k=uwe+froschauer+Corona+-+das+letzte+Kapitel+ist+noch+nicht+geschrieben&__

Wiele napisano o pandemii koronawirusa – koncentrując się głównie na jej indywidualnych aspektach. Niniejsza książka jest próbą poskładania tych licznych fragmentów w spójny obraz. W 18 rozdziałach analizuje ona polityczne, społeczne, medyczne, medialne i psychologiczne aspekty pandemii: od statystyk i kampanii szczepień, przez naruszenia praw podstawowych, protokoły RKI i medialną manipulację opinią publiczną, aż po opór i wciąż niewystarczające rozliczenie się z pandemią.

Ta książka jest skierowana szczególnie do osób, które w obliczu sprzecznych relacji wciąż zadają sobie pytanie: Co właściwie wydarzyło się w tamtych czasach? Nie daje ona gotowej odpowiedzi, lecz raczej powiązania, sprzeczności i różne perspektywy jako podstawę do wyrobienia sobie własnego osądu.

Ci, którzy chcą wyrobić sobie opinię, powinni znać cały obraz.

Recenzja tej książki autorstwa Helmuta Sterza, autora bestsellerów Spiegla („Mafia szczepionkowa”):
wassersaege.com/blogbeitraege/rezension-des-buches-corona-das-letzte-kapitel-ist-noch-nicht-geschrieben/

Od 31 sierpnia jest to bestseller numer 1 na Amazonie w kategorii polityki zdrowotnej.

Logika hegemona

Logika hegemona

Date: 3 ottobre 2026 Author: Uczta Baltazara babylonianempire/logika-hegemona

„Jeśli potrafisz pokonać strategicznego wroga bez angażowania amerykańskich żołnierzy, oznacza to, że osiągnąłeś szczyt profesjonalizmu” – generał Keith Kellogg. https://en.wikipedia.org/wiki/Keith_Kellogg

Hipoteza

Zakładając, że za działaniami Stanów Zjednoczonych na wszystkich frontach kryje się jakaś logika i że istnieje nadrzędna strategia, jak mogłaby ona wyglądać?

Mroczną, ale prawdopodobną hipotezą jest to, że obecna strategia amerykańska polega na „ukrainizacji” Europy po to, by gdy zabraknie Ukraińców, można było uzupełnić ich szeregami Europejczyków. Nie chodzi o to, by kopiować wszystkie środki zastosowane na Ukrainie. Chodzi o osiągnięcie tego samego rezultatu: obszaru tak ubogiego, tak ściśle kontrolowanego i tak odizolowanego od Rosji za pomocą propagandy, że można go wykorzystać jako materiał na linię frontu.

Na Ukrainie osiągnięto to dzięki terapii szokowej MFW, deindustrializacji oraz długotrwałej kampanii, która przekształciła kraj w projekt antyrosyjski. W Europie narzędzia są inne: szok energetyczny, utrata tanich rosyjskich surowców, napór fiskalny, zbrojenia NATO oraz ten sam rodzaj wojny informacyjnej. Aby wszystko to zadziałało, muszą wzrosnąć bezrobocie i desperacja i należy także sprowokować lub sfabrykować jakąś formę ataku ze strony Rosji.

Przygotowania te nie ograniczają się do frontu konwencjonalnego. Jeśli pójść tą samą ścieżką wystarczająco daleko, prowadzi ona do domeny nuklearnej: tj. Europy na tyle zdesperowanej, by doprowadzić do eskalacji, oraz Stanów Zjednoczonych, które mogą pozostać poza zasięgiem jej konsekwencji. W konfrontacjach nuklearnych, podobnie jak w szachach, celem często nie jest doprowadzenie partii do końca, ale postawienie przeciwnika w sytuacji zugzwangu: pozycji, w której każdy możliwy ruch pogarsza sytuację.

Ola Tunander en.wikipedia.org/wiki/Ola_Tunander w pracy „Od horyzontalnej eskalacji Stanów Zjednoczonych do rosyjskiej dominacji w eskalacji” opisuje, w jaki sposób Stany Zjednoczone osiągnęły dominację w eskalacji pod koniec zimnej wojny dzięki przewadze technologicznej w zakresie okrętów podwodnych klasy atak. Grożąc radzieckim okrętom podwodnym, które przewoziły radzieckie pociski nuklearne służące do odwetu, Waszyngton podważył wiarygodność radzieckiej zdolności do drugiego uderzenia – czyli zdolności do odwetu po amerykańskim pierwszym uderzeniu. Głównym problemem dla przywódców radzieckich była doktryna MAD (Mutual Assured Destruction – gwarantowane wzajemne zniszczenie): zasada, zgodnie z którą żadna ze stron nie przeprowadzi pierwszego uderzenia nuklearnego, ponieważ druga strona nadal będzie w stanie zniszczyć ją w odwecie. Gdy zdolność do drugiego uderzenia została podana w wątpliwość, logika MAD zaczęła się rozpadać, a Związek Radziecki został zmuszony do ustąpienia.

Z punktu widzenia czołowych zachodnich strategów wojskowych upadek Związku Radzieckiego i rozwiązanie Układu Warszawskiego stanowiły prawdziwe zwycięstwo militarne. Klasa polityczna w większości interpretowała rok 1991 jako koniec walki ideologicznej, ale ci, którzy postrzegali go jako triumf militarny, nigdy nie porzucili założenia, że zwycięzca zachowuje prawo do dyktowania warunków. Przywrócenie przez Putina rosyjskiej suwerenności zostało zatem odebrane jako naruszenie tego przywileju.

Dzisiaj stosunki uległy odwróceniu. Rosja nadrobiła zaległości w dziedzinie okrętów podwodnych i wprowadziła do służby pociski hipersoniczne – „Awangard”, „Cyrkon”, „Kinzhal” i „Oresznik” – które poruszają się z ekstremalną prędkością i manewrują w locie, co sprawia, że ich przechwycenie przez obecne systemy obronne USA i NATO jest niezwykle trudne. Przewaga w zakresie eskalacji przeszła na stronę rosyjską. Każdy ruch, który niesie ze sobą ryzyko eskalacji pionowej, wiąże się obecnie z większą niepewnością dla Waszyngtonu niż dla Moskwy.

Właśnie dlatego opracowano nową strategię. Ponieważ Stany Zjednoczone nie mogą już ryzykować samodzielnego eskalowania konfliktu, przenoszą konfrontację – przy zachowaniu pewnego stopnia przekonywującej negacji ja chodzi o odpowiedzialność – na podmiot działający w ich imieniu: Europę dysponującą bronią jądrową lub korzystającą z programu wspólnego dostępu do broni jądrowej, doprowadzoną do skrajnej desperacji. Taka desperacja mogłaby pojawić się po tym, jak rosyjskie pociski hipersoniczne zniszczą kluczowe europejskie fabryki zbrojeniowe, po tym, jak dziesiątki tysięcy europejskich żołnierzy zginie na Ukrainie, oraz po tym, jak siły rosyjskie zbliżą się do Kijowa, a nawet do granicy z Polską.

W takim momencie to Europa stałaby się stroną mającą najsilniejszy bezpośredni motyw do eskalacji, podczas gdy Stany Zjednoczone zachowałyby zarówno dystans, jak i możliwość zrzucenia z siebie odpowiedzialności. Europie brakuje konwencjonalnych zasobów wojskowych, by samodzielnie przeprowadzić jakąkolwiek decydującą eskalację; oceny przedstawicieli NATO i europejskich służb wywiadowczych wskazują, że poważna gotowość konwencjonalna do przeciwstawienia się Rosji jest mało prawdopodobna przed początkiem lub połową lat trzydziestych XXI wieku.

W obliczu takiej konwencjonalnej bezsilności broń jądrowa może wydawać się jedynym dostępnym „szybkim rozwiązaniem”. Mantra, że groźby nuklearne Putina to „blef”, obniża barierę psychologiczną wobec eskalacji, co mogłoby skłonić Moskwę do użycia broni jądrowej w celu przywrócenia wiarygodności swojego potencjału odstraszającego.

Ta logika jest zgodna z tym, co wykazał Tunander na temat historycznej rzeczywistości amerykańskiego „parasola nuklearnego”. Nie oznaczało to, że Stany Zjednoczone były gotowe do przeprowadzenia ataku na terytorium Rosji w celu ocalenia swoich sojuszników z NATO, ryzykując tym samym zniszczenie amerykańskich miast. Amerykańska taktyczna broń jądrowa miała być używana w Europie, przeciwko siłom na terytorium europejskim, właśnie po to, by ograniczyć zasięg ewentualnej wymiany nuklearnej do konkretnego obszaru geograficznego.

Wraz z zanikiem Układu Warszawskiego jako dogodnego zestawu celów oraz utratą przez Stany Zjednoczone przewagi w eskalacji konfliktu, parasol ten praktycznie przestał istnieć. W przypadku poważnej konfrontacji, Stany Zjednoczone miałyby wszelkie powody, by przerzucić zarówno walkę, jak i ryzyko nuklearne na Europejczyków.

Strategia ta ma na celu postawienie Rosji w sytuacji, w której jedyną alternatywą jest strategiczne wycofanie się lub zniszczenie Europy w roli proxy – zniszczenie, które nastąpiłoby z powodu szkód, jakie europejska broń jądrowa wyrządziłaby na terytorium Rosji i jej siłom, podczas gdy terytorium Stanów Zjednoczonych pozostałoby poza zasięgiem. Można by racjonalnie oczekiwać, że Rosja ustąpi pod taką presją. Jednak metoda ta zwielokrotnia ryzyko przypadkowej wojny jądrowej.

Stawia to również Rosję przed poważnym dylematem. Siergiej Karaganow od kilku lat otwarcie opowiada się za ograniczonym atakiem nuklearnym na cele europejskie, aby przywrócić strach przed bronią jądrową wśród europejskich elit i społeczeństw, a tym samym zmusić je do wycofania poparcia dla wojny. Jednak każdy ograniczony atak nuklearny na Europę sam w sobie obniżyłby próg użycia broni jądrowej przez Europę przeciwko Rosji lub groziłby wywołaniem natychmiastowego kontrataku.

Rosja stanęłaby zatem przed wyborem, który nie ma optymalnego rozwiązania: albo tolerować stopniowe tworzenie się zdesperowanego, uzbrojonego w broń jądrową frontu europejskiego, albo działać wcześnie i tym samym ryzykować właśnie tę eskalację, której stara się zapobiec – ale przeciwko przeciwnikowi, który jest wciąż nieco słabszy niż stałby się, gdyby Rosja powstrzymała się od uderzenia.

Wydaje się, że Amerykanie liczą na to, że ten dylemat da się wykorzystać. Stopniowo zwiększając presję – utrzymując Rosję w sytuacji „zugzwangu”, nie dopuszczając jednak do otwartej strategicznej wymiany nuklearnej – Stany Zjednoczone mają nadzieję zmusić Moskwę do ustąpienia, zamiast ponoszenia kosztów szerszej wojny. Im bardziej Europa jest pozycjonowana jako front nuklearny, którym można poświęcić, tym ostrzejszy staje się ten dylemat. Celem może być wymuszenie przyznania się do porażki, które wielu na Zachodzie nadal uważa za należne po roku 1991. Praktycznym skutkiem jest postawienie całego kontynentu europejskiego – oraz rosyjskiego procesu decyzyjnego – na czułym progu.

Poniżej przedstawiono analizę motywacji stojących za tą niezwykle niebezpieczną (i psychopatyczną) strategią oraz posunięć ekonomicznych, politycznych i militarnych, które wydają się mieć na celu stworzenie właśnie takich warunków.

Motyw: przesadne ambicje imperialne

Co mogłoby skłonić mocarstwo do rozważenia tak radykalnego porzucenia i zdrady własnych sojuszników? – Odpowiedzią jest stan systemu, który nie jest już w stanie utrzymać się na dotychczasowych zasadach, przy czym jego kierownictwo zdaje sobie sprawę z konsekwencji jego upadku.

Nie jest to „Wielki Plan” opracowany w zadymionym pokoju przez garstkę spiskowców. Jest to raczej wynik podążania ścieżką najmniejszego oporu wewnątrz zagrożonej sieci władzy. Jak wykazały akta Epsteina, pewne środowisko społeczne może zachować swoje tajemnice nie poprzez formalną konspirację, ale poprzez współdzieloną podatność na zagrożenia i wspólny interes. Gdy kariery, aktywa i zobowiązania prawne są powiązane z tym samym systemem, racjonalnym wyborem dla każdego z uczestników jest ochrona owego systemu za wszelką cenę. Rezultat jest nie do odróżnienia od jakiegoś wielkiego planu, ale znacznie trudniejszy do obalenia.

Przez dziesięciolecia zachodni rdzeń ekonomiczny utrzymywał się dzięki finansjalizacji i systematycznemu przenoszeniu produkcji za granicę. Moce produkcyjne przenoszono do krajów o niskich płacach, podczas gdy gospodarki metropolitalne skupiały się na czerpaniu zysków z rent, inflacji aktywów oraz recyklingu globalnych oszczędności poprzez system dolara. Niemal całkowita zapaść z roku 2008 ujawniła, jak blisko przepaści znalazła się ta struktura. Jak wykazał Michael Hudson w książce „Killing the Host”, uratowano banki, pozostawiając przy tym podłoże zadłużenia w nienaruszonym stanie. Zerowe stopy procentowe i kolejne rundy luzowania ilościowego nie przywróciły zdolności produkcyjnych; spowodowały one natomiast powstanie jeszcze większych baniek na rynkach akcji, obligacji i nieruchomości. Lata pandemii Covid powtórzyły ten schemat na większą skalę. Problemy strukturalne pozostają nierozwiązane. To, co zostało skonstruowane, to system jeszcze bardziej zadłużony i kruchy.

Ale stare instrumenty kontroli zewnętrznej zaczęły zawodzić. Klasyczny model Economic Hit Man (ekonomiczny zabójca), oparty na zadłużeniu, prywatyzacji i politycznej uległości, nie sprawdza się już w przypadku państw, które dysponują rozwiązaniami alternatywnymi. Sankcje, które miały zredukować rosyjską gospodarkę do stanu ruiny i zamienić rubla w „gruz”, nie osiągnęły żadnego z tych celów. Iran również przetrwał. Postęp technologiczny Chin w większości kluczowych dziedzin zmiótł założenie o trwałej przewadze Zachodu. Podmioty z Afryki i innych krajów Globalnego Południa coraz częściej zwracają się ku nowym partnerom. Od dawna utrzymywana zdolność do utrzymywania słabszych regionów w stanie trwałego zacofania powoli zanika.

Jednocześnie osoby na szczytach władzy wiedzą, że mają krew na rękach – i że prawdziwy upadek systemu mógłby w końcu pociągnąć je do odpowiedzialności. Rzecznicy chińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych wyrazili tę kwestię z szokującą bezpośredniością. W sierpniu 2022 roku Zhao Lijian upublicznił mem, który w praktyce oskarżał Stany Zjednoczone o przeprowadzenie ataków z 11 września jako operacji pod fałszywą flagą – działania kryminalnego najcięższego kalibru, którego celem było zmobilizowanie krajowego i międzynarodowego poparcia dla serii wojen i zbrodni wojennych, które nastąpiły później.

Podobnie rzecznik chińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Wang Wenbin wezwał społeczność międzynarodową do zbadania zbrodni wojennych popełnionych przez Stany Zjednoczone i pociągnięcia winnych do odpowiedzialności, dodając, że sprawiedliwość może się opóźnić, ale nie zostanie wstrzymana. Lista przestępstw jest długa: sfabrykowane opowieści o okrucieństwach wykorzystywane do pozyskania poparcia dla wojny (zeznania dotyczące inkubatorów w Kuwejcie przygotowane przez agencję Hill & Knowlton, zarzuty o gwałty po zażyciu Viagry pod adresem Libii, dossier na temat broni masowego rażenia w Iraku), długa seria operacji mających na celu zmianę reżimu oraz formalne mechanizmy prawne, takie jak amerykańska ustawa o ochronie członków sił zbrojnych (American Service-Members’ Protection Act) – powszechnie znana jako „Hague Invasion Act” – mająca na celu ochronę personelu amerykańskiego i sojuszniczego przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym. Zgodnie z zasadami ustanowionymi w Norymberdze planowanie i rozpoczęcie wojny agresywnej stanowiło najwyższą zbrodnię międzynarodową. Elita, która od dziesięcioleci działała w warunkach niemal całkowitej bezkarności, rozumie, co prawdziwy upadek systemu mógłby oznaczać dla jej własnego bezpieczeństwa. Walka o hegemonię ma charakter egzystencjalny dla tych, którzy kierują systemem. Gdy nie pozostaną już żadne bezpieczniejsze opcje, zastosują oni każdy środek, który ma choćby najmniejsze szanse powodzenia.

Kanibalizacja wasali

Bezpieczeństwo Europy od dawna stanowi dla Stanów Zjednoczonych spory koszt. Przez dziesięciolecia oba podmioty tworzyły jeden imperialny szczyt: historyczne jądro systemu pozostawało kulturowo i instytucjonalnie europejskie, podczas gdy siła militarna i struktura dowodzenia finansowego stopniowo koncentrowały się w Stanach Zjednoczonych. Przez dziesięciolecia Ameryka odgrywała rolę silniejszego partnera, który jednak nadal okazywał szacunek cywilizacji europejskiej. Niedawny spektakularny występ sekretarza generalnego NATO Marka Rutte, który nazwał Trumpa „tatą”, pokazuje, jak bardzo zmieniły się te relacje – i w którą stronę obecnie płynie ów szacunek.

Obecnie, układ ten ulega rozpadowi. W Waszyngtonie władzę przejęły siły bardziej nacjonalistyczne, mniej romantycznie nastawione do Europy. Kontynent europejski nie jest już traktowany jako równorzędny partner na szczycie porządku opartego na zasadach, ale jako zasób, z którego można czerpać: ekonomicznie wydrenowany, politycznie podporządkowany i militarnie przygotowany jako teatr działań, który poniesie koszty upadku imperium.

Stany Zjednoczone poczyniły znaczne inwestycje w zwiększenie krajowej produkcji energii, aby przetrwać zbliżające się zakłócenia — lub całkowite załamanie — eksportu energii z Zatoki Perskiej. Przygotowały się na obecny konflikt, który same wywołały, zgodnie ze strategią nakreśloną w dokumencie z 2009 roku pt. „Which Path to Persia?” („Którą drogą do Persji?”), opracowanym przez Brookings Institution — think tank skupiający przedstawicieli sektora wojskowo-przemysłowego. Jednocześnie, udając, że dążą do rozwiązania konfliktu, nieustannie podejmują nowe kroki w celu jego eskalacji, między innymi wykorzystując Izrael jako narzędzie.

Europa jest obecnie uzależniona od energii amerykańskiej. Niezależnie od tego, czy dojdzie do wojny na pełną skalę w Zatoce Perskiej, czy też do długotrwałego zamknięcia Cieśniny Ormuz (a potencjalnie także Morza Czerwonego), skutki dla Europy będą takie same. Gdy kryzys się pogłębi, Amerykanie będą mogli powiedzieć: „Przykro nam, chłopcy, ale teraz potrzebujemy całej energii dla siebie”. Wynikający z tego szok energetyczny mógłby przyspieszyć „ukrainizację” Europy – a prawdopodobnie także Japonii, Filipin i Korei Południowej – zamieniając je w bardziej zdesperowane i łatwiejsze do kontrolowania aktywa na pierwszej linii frontu przeciwko wschodniej flance Rosji oraz przeciwko Chinom.

Nie trzeba być geniuszem, żeby zrozumieć, jaki związek ma z tym wysadzenie gazociągu „Nord Stream”. Biden wyraźnie stwierdził, że gazociąg zostanie wysadzony, jeśli Rosja zaatakuje Ukrainę, a Blinken i Nuland otwarcie świętowali, gdy to się stało. Szwecja, Dania i Niemcy uznały swoje śledztwa za tajne, powołując się na bezpieczeństwo narodowe i poufność wstępnych dochodzeń. W praktyce oznaczało to, że wyniki tych dochodzeń nigdy nigdy nie mają zostać ujawnione Rosji – ani żadnej innej zainteresowanej stronie.

Stany Zjednoczone od lat robią dokładnie to, przed czym ostrzegała grupa ich najbardziej doświadczonych obserwatorów geostrategicznych, twierdząc, że doprowadzi to do rosyjskiej interwencji zbrojnej na Ukrainie. W roku 2008, ówczesny ambasador w Moskwie William Burns (późniejszy dyrektor CIA) wysłał depeszę, której temat brzmiał: „Nyet oznacza Nyet”. Napisał, że przystąpienie Ukrainy do NATO stanowiło „najważniejszą z wszystkich czerwonych linii dla rosyjskiej elity (nie tylko Putina)”, i dodał, że Rosja była szczególnie zaniepokojona tym, iż głębokie podziały wewnątrz Ukrainy dotyczące członkostwa w NATO „mogą doprowadzić do poważnego rozłamu, połączonego z przemocą lub, w najgorszym przypadku, do wojny domowej. W takiej sytuacji Rosja musiałaby podjąć decyzję o interwencji – a jest to decyzja, przed którą Rosja nie chce stanąć”. Dziesięć lat wcześniej George Kennan, twórca strategii powstrzymywania, powiedział „New York Timesowi”, że rozszerzenie NATO było „najbardziej fatalnym błędem amerykańskiej polityki w całej erze po zimnej wojnie” oraz „początkiem nowej zimnej wojny”. Stephen Cohen i John Mearsheimer od lat wystosowywali to samo ostrzeżenie: popchnięcie Ukrainy w kierunku NATO i Zachodu zmusi Rosję do reakcji militarnej. Ostrzeżenia były jasne, powtarzane i ignorowane. Polityka ta była kontynuowana.

Dlaczego europejskie elity postępują wbrew interesom swoich krajów

Prawie wszyscy analitycy z mediów alternatywnych są zdumieni widokiem europejskich polityków zachowujących się tak, jakby ich kraje nie miały żadnych własnych interesów. Rosja nie jest jedynie konwencjonalnym supermocarstwem wojskowym – zajmującym drugie miejsce po Stanach Zjednoczonych w niezależnych rankingach, takich jak Global Firepower Index, i wielokrotnie opisywanym przez samego Naczelnego Dowódcę Sił Sojuszniczych NATO, generała Christophera Cavoli, jako kraj dysponujący potężnym potencjałem w wielu dziedzinach, na który wojna na Ukrainie nie ma większego wpływu. Jest to również potęga nuklearna pierwszej klasy.

Długoterminowe bezpieczeństwo i przetrwanie gospodarcze Europy zależą od dostępu do rosyjskiej energii i surowców; jest to coś, co niemieccy przemysłowcy i wielu bardziej trzeźwo myślących polityków rozumie od dawna. To, że obecne kierownictwo Europy wydaje się niezdolne do uznania tej podstawowej rzeczywistości, nieustannie zadziwia obserwatorów spoza głównego nurtu.

Według doświadczonego korespondenta wojennego Patrika Baaba, zarówno elity europejskie, jak i ukraińskie potrzebują trwającego konfliktu, by zabezpieczyć własne przetrwanie polityczne i realizację swych ambicji. Przywódcy z Europy Zachodniej, którzy kierowali swoje kraje ku wojnie i jej finansowym konsekwencjom, nie mogą przyznać się do porażki bez utraty władzy, dlatego też eskalują konflikt jeszcze bardziej. Dodaje on, że niektóre elity niemieckie kierują się również utrzymującą się chęcią zemsty za historyczne porażki, takie jak Stalingrad. Jest to z pewnością ważna część wyjaśnienia. Trudno jednak uwierzyć, że takie autodestrukcyjne zachowanie nie wynika również ze świadomej amerykańskiej manipulacji europejską polityką. Argumenty przemawiające za systematycznym wpływem Stanów Zjednoczonych na europejski proces decyzyjny są silniejsze, niż większość grzecznych dyskusji politycznych jest gotowa przyznać.

Pułkownik Lawrence Wilkerson (były szef sztabu Colina Powella) opisuje, w jaki sposób Stany Zjednoczone systematycznie wymuszały polityczne posłuszeństwo Europy i rozszerzenie NATO poprzez skoordynowane operacje wywierania wpływu. Po zakończeniu zimnej wojny, Waszyngton uznał, że każde państwo europejskie – niezależnie od wielkości, stopnia demokratyzacji czy woli społeczeństwa – powinno przystąpić do NATO. W przypadku krajów, które wolały zachować neutralność lub których społeczeństwa sprzeciwiały się członkostwu, Stany Zjednoczone prowadziły kampanie wzorowane na „kolorowych rewolucjach”. Obejmowały one działania sieci organizacji pozarządowych, organizacji quasi-rządowych, agencji rządowych oraz głośne wizyty amerykańskich senatorów i posłów, które celowo wspierały pro-natowskie mniejszości polityczne („tyrania mniejszości”) zamiast opinii większości. Dzięki temu udało się wciągnąć do sojuszu takie kraje jak Czarnogóra i Albania.

Wilkerson dodaje, że CIA, USAID i powiązane instytucje zostały wykorzystane do kształtowania Europy po zakończeniu zimnej wojny – szkoląc i promując przywódców posłusznych, a jednocześnie odsuwając na bok tych, którzy nie pasowali do pożądanego profilu. Przypomina, jak nieustannie identyfikowano i wybierano polityków, których „potrzebowaliśmy”, skreślając pozostałych z listy. Zadanie to realizowały zespoły krajowe i ambasadorzy w terenie, kierowani czasem przez Departament Stanu, a czasem przez CIA.

Ten schemat wywierania wpływu nie jest nowy. Jak wyjaśnił pułkownik L. Fletcher Prouty – który przez lata koordynował wsparcie wojskowe dla tajnych operacji CIA – w swojej książce „The Secret Team” na temat Programu Pomocy Wojskowej:

«Istotnym aspektem Programu Pomocy Wojskowej jest to, że wprowadził on pewne nowe definicje roli i odpowiedzialności sił zbrojnych kraju. Początkowo definicje te wydawały się całkiem trafne i sprawiały, że Program Pomocy Wojskowej nabrał większego znaczenia dla Amerykanów. Jednak wraz z upływem lat, gdy działania w ramach MAP stały się rutyną, a te wcześniejsze doktryny weszły na stałe do „języka wojskowego” obu zaangażowanych stron – Stanów Zjednoczonych i kraju przyjmującego – zaczęły one powodować subtelne zmiany w roli amerykańskich sił zbrojnych. Doprowadziło to do bardzo wyrafinowanej formy bezpośredniej interwencji w sprawy wewnętrzne czterdziestu krajów przyjmujących, a w niektórych przypadkach skutkowało bezpośrednio oddzieleniem sił zbrojnych danego kraju od kontroli politycznej poprzez praktyki, które zostaną wyjaśnione. W tym sensie rozbudowane deklaracje misji programów wzajemnego bezpieczeństwa stanowią dopracowaną przykrywkę. Program pomocy wojskowej staje się środkiem, dzięki któremu [Tajny Zespół] może, ilekroć wykryje lub podejrzewa „inspirowaną przez komunistów wywrotową rebelię”, zwiększać swoją rolę w siłach zbrojnych i organizacjach politycznych kraju przyjmującego, aż do momentu, gdy problem przerodzi się w wybuch otwartej wrogości. W ten sposób „strażak” staje się człowiekiem, który podpala, a nie tym, który gasi pożary».

Przez „tajny zespół” Prouty miał na myśli nieformalną sieć wysokich rangą funkcjonariuszy CIA, personelu wojskowych operacji specjalnych oraz ich sojuszników w władzy wykonawczej i sektorze prywatnym, która działała przy ograniczonym nadzorze i wykorzystywała oficjalne programy, takie jak pomoc wojskowa, jako narzędzia tajnych interwencji. To, co opisał w odniesieniu do Trzeciego Świata w okresie zimnej wojny, ma wyraźne odpowiedniki na arenie europejskiej po zakończeniu zimnej wojny: stopniową integrację krajowych sił zbrojnych ze strukturami NATO, ciągły przepływ pomocy wojskowej i szkoleń oraz stopniowe uniezależnianie tych sił od wyłącznie krajowej kontroli politycznej – a wszystko to pod przykrywką wzajemnego bezpieczeństwa oraz „odstraszania”.

Aby uniemożliwić dojście do władzy politykom, których Waszyngton nie popierał, stosowano brutalne metody. Od sieci Gladio typu „stay-behind”, które stworzyły tajne struktury zarówno w krajach NATO, jak i w krajach neutralnych, i dopuściły się aktów terroryzmu, które pomogły utrzymać pod kontrolą wszelkie rzeczywiste wpływy lewicy lub sił suwerennych, po nierozwiązane lub podejrzanie zsynchronizowane zabójstwa takich postaci jak Aldo Moro, Olof Palme https://en.wikipedia.org/wiki/Olof_Palme oraz Alfred Herrhausen https://en.wikipedia.org/wiki/Alfred_Herrhausen – przywódców, którzy zagrażali istniejącemu porządkowi atlantyckiemu lub dążyli do bardziej niezależnych rozwiązań gospodarczych oraz tych dotyczących bezpieczeństwa; schemat ten polega na selektywnym wywieraniu presji i eliminacji. (https://babylonianempire.wordpress.com/?s=Aldo+Moro)

Do tego dochodzi potwierdzona inwigilacja Angeli Merkel i innych europejskich przywódców przez NSA, a także cichsze, ale uporczywe kształtowanie kadry poprzez masowe programy propagandowe oraz elitarne programy społecznościowe, takie jak „Young Global Leaders” Światowego Forum Ekonomicznego, które umieściły postacie o poglądach atlantystycznych w kluczowych ministerstwach, bankach centralnych i instytucjach UE na całym kontynencie. (https://babylonianempire.wordpress.com/?s=young+global+leaders) Gdy spojrzy się na te instrumenty w połączeniu z długą historią sprzeciwu Stanów Zjednoczonych wobec prawdziwej europejskiej neutralności, wyłania się obraz nieustannych wysiłków mających na celu zapewnienie, by europejskie elity polityczne pozostawały strukturalnie posłuszne Waszyngtonowi, także gdy w sposób oczywisty szkodzi to materialnym interesom ich własnych społeczeństw.

Ten sam schemat, który przygotował Ukrainę do całkowitej mobilizacji, jest obecnie stosowany w Europie, tyle że na większą skalę i z większym wyrafinowaniem. Na Ukrainie proces ten przebiegał w przyspieszonym tempie: zniszczenie przemysłu w Donbasie, zerwanie powiązań energetycznych i handlowych z Rosją, systematyczne zubożanie znacznej części społeczeństwa oraz utrzymywanie permanentnego stanu egzystencjalnego zagrożenia. Równolegle z materialną dewastacją toczyła się kompleksowa czystka informacyjna i polityczna. Partie opozycyjne, które opowiadały się za jakąkolwiek formą normalizacji stosunków z Rosją, zostały zawieszone, a później zakazane. Ograniczono lub wyeliminowano media rosyjskojęzyczne. Ludność została odcięta od narracji strony przeciwnej. Rosjan systematycznie dehumanizowano, tak aby idea negocjacji z nimi, a nawet uznania ich człowieczeństwa, stała się politycznie toksyczna.

Europa poddawana jest powolniejszym, ale strukturalnie identycznym działaniom. Zniszczenie gazociągu „Nord Stream”, wymuszone odcięcie od rosyjskiej energii i surowców, wynikająca z tego de-industrializacja (najbardziej widoczna w niemieckim przemyśle chemicznym i motoryzacyjnym), gwałtowny wzrost cen energii oraz stopniowa erozja płac realnych tworzą te same warunki materialne: rosnące bezrobocie, obniżający się standard życia oraz narastające poczucie, że przyszłość została unicestwiona. Jednocześnie potężna kampania propagandowa sprawiła, że Rosja i Rosjanie zostali pozbawieni człowieczeństwa. Pierwsze strony tabloidów (jak udokumentowano w analizach nagłówków szwedzkiego „Expressen”) przedstawiają nieustanny strumień demonizacji. Rosyjscy sportowcy, w tym zawodnicy niepełnosprawni, rosyjskie osobistości świata kultury, a nawet rosyjskie koty na wystawach, zostały poddane zbiorowej karze. Rosyjskie media państwowe zostały zakazane w całej Unii Europejskiej, tak aby obywatele nie mogli usłyszeć argumentów drugiej strony. Partie polityczne lub głosy wzywające do negocjacji lub normalizacji stosunków są marginalizowane, poddawane dochodzeniom lub traktowane jako zagrożenie dla bezpieczeństwa – ta sama logika, która doprowadziła Ukrainę do zakazania jedenastu partii opozycyjnych w pierwszych tygodniach rosyjskiej inwazji.

Ci, którzy podważają tę narrację, ponoszą konkretne konsekwencje zawodowe i osobiste. Jacques Baud, doświadczony analityk szwajcarskich służb wywiadowczych mieszkający w Brukseli, został objęty sankcjami UE w grudniu 2025 roku: bez procesu zamrożono jego aktywa i nałożono ograniczenia w podróżowaniu za przestępstwo polegające na przedstawianiu analiz sprzecznych z oficjalną linią. W Szwecji badaczka stosunków międzynarodowych Frida Stranne została poddana długotrwałej kampanii oczerniania, która sprawiła, że stała się niemal pariasem dla mediów i kręgów politycznych. W Norwegii profesor Glenn Diesen od lat boryka się z systematycznym oczernianiem, kampaniami medialnymi przedstawiającymi go jako rosyjskiego propagandystę, naciskami na jego uczelnię, by go zwolnić, oraz powtarzającymi się próbami odwołania jego publicznych wystąpień. Przesłanie jest jednoznaczne: odejście od zatwierdzonego sposobu przedstawiania sytuacji nie jest prawowitą różnicą zdań, lecz formą nielojalności.

Gdy wystarczająca liczba Europejczyków doświadczy tej samej kombinacji rozpaczy ekonomicznej, izolacji informacyjnej i sfabrykowanego zagrożenia zewnętrznego, z jaką borykali się Ukraińcy, próg polityczny pozwalający wysłać europejskich mężczyzn do „młynka mięsnego” drastycznie się obniży.

Wojna nuklearna prowadzona przez pośredników

Co więcej, ten wpływ na europejski proces decyzyjny można wykorzystać do stworzenia właśnie takiej sytuacji, która została zarysowana wcześniej: Europy wyposażonej w broń jądrową, którą można ustawić jako front jednorazowego użytku w konfrontacji z Rosją, podczas gdy Stany Zjednoczone zachowują zarówno dystans geograficzny, jak i pewną dozę wiarygodnego wyparcia się odpowiedzialności za tę sytuację.

W skrajnej wersji tej logiki, państwa europejskie – czy to poprzez amerykańskie bomby jądrowe, do zrzucania których szkoleni są europejscy piloci w ramach porozumień NATO o wspólnym wykorzystaniu broni jądrowej, czy też poprzez jakąś formę zdolności krajowej lub wspólnej europejskiej – stają się stronami, które efektywnie przekraczają próg jądrowy. Uderzenie przeprowadzone z terytorium krajów skandynawskich lub Niemiec w kierunku Sankt Petersburga lub Moskwy niemal na pewno wywołałoby rosyjską reakcję skierowaną przeciwko krajom, które je przeprowadziły. Nie zmusiłoby to jednak automatycznie Rosji do uderzenia na terytorium Stanów Zjednoczonych, ponieważ groziłoby to wzajemną zagładą tego, co pozostało z cywilizacji przemysłowej, w tym samej Rosji.

Przyjmuje się zatem, że Rosję można zmusić do strategicznego odwrotu – lub do ograniczonej wymiany nuklearnej ograniczonej do Europy – bez konieczności, by Stany Zjednoczone ponosiły odpowiedzialność za zainicjowanie zagrożenia. Oznaczałoby to jawniejsze potwierdzenie porażki, które wielu przedstawicieli zachodnich kręgów bezpieczeństwa nadal uważa za konieczne po roku 1991. Dopiero wtedy, zgodnie z tym tokiem rozumowania, Stany Zjednoczone mogłyby w pełni skupić się na szerszej rozgrywce z Chinami.

Czy w ten sposób kontrolowany wynik jest rzeczywiście możliwy do osiągnięcia po przekroczeniu progu nuklearnego, to już inna kwestia. Praktycznym skutkiem tej strategii jest jednak postawienie kontynentu europejskiego na progu wojny, podczas gdy terytorium Stanów Zjednoczonych pozostaje na razie spokojnym tyłem.

Podobny scenariusz przedstawia profesor Ola Tunanders w swoim artykule „Jak zakończy się wojna na Ukrainie?”:

Scenariusz C: „Wojna będzie trwała, a ataki rakietowe doprowadzą do użycia broni jądrowej. Rosyjskie rakiety „Awangard” i „Oresznik”, wyposażone w uzbrojenie konwencjonalne, prawdopodobnie zniszczą europejskie bazy wojskowe oraz część infrastruktury cywilnej. Brytyjczycy i Francuzi mogą poczuć się zmuszeni do odpowiedzi z użyciem broni jądrowej. Rosja również zareaguje wówczas użyciem broni jądrowej. Brytyjskie i amerykańskie struktury wojskowe w Europie zostaną w znacznej mierze zniszczone. Zginą setki tysięcy ludzi. Straty rosyjskie również będą znaczne, podczas gdy Stany Zjednoczone, podobnie jak Chiny, będą starały się uniknąć wciągnięcia w wojnę. Dojdzie do rozłamu między Stanami Zjednoczonymi a Europą, a NATO może ulec rozpadowi. Cele wojskowe i infrastruktura, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, zostaną zniszczone. Norwegia wyjdzie z tego lepiej, ale zależy to od kierunku wiatru”.

Jeśli cofniemy się w czasie i przyjrzymy się amerykańskim planom na wypadek wojny nuklearnej z czasów zimnej wojny, okaże się, że nie jest to wcale niemożliwe. Zależy to jedynie od tego, jakie siły sprawują władzę w Stanach Zjednoczonych, a ja zdecydowanie uważam, że wszystko wskazuje na to, iż zmierzają one w kierunku jeszcze bardziej skrajnego reżimu. Dobrobyt Ameryki zależy od możliwości czerpania wartości dodanej z reszty świata. Dolar jako waluta rezerwowa, przewaga technologiczna, genialna propaganda i siły zbrojne były narzędziami służącymi do utrzymania tego systemu. Narzędzia te tracą obecnie swoją skuteczność, między innymi z powodu krajów BRICS – jednak muszą one nadal podtrzymywać system, jeśli Ameryka chce uniknąć załamania gospodarczego i politycznego. Wojna ta ma charakter egzystencjalny dla wszystkich stron.

Drabina eskalacji

Czy Amerykanie przygotowują grunt pod takiego rodzaju scenariusz? – Wiele rzeczy, które na pierwszy rzut oka wydają się nie mieć sensu, zaczyna robić się całkiem logiczne, jeśli założymy, że tak właśnie jest.

Wydaje się więc, że odpowiedź brzmi: tak. To, czego jesteśmy świadkami, nie jest serią niepowiązanych ze sobą improwizacji, lecz starannie zaplanowaną eskalacją, w której każda „czerwona linia” została przesunięta do przodu, gdy stało się jasne, że Rosja nie zareaguje totalnym odwetem wcześniej przedstawianym jako powód powściągliwości.

W pierwszych miesiącach wojny zachodni przywódcy mówili wyłącznie o pomocy humanitarnej i ograniczonym sprzęcie obronnym. Sam Biden oświadczył w marcu 2022 roku, że dostarczenie myśliwców – nie mówiąc już o amerykańskich pilotach czy załogach – oznaczałoby „III wojnę światową”. Ta granica została przekroczona. Dostarczono samoloty F-16. Zachodnie systemy dalekiego zasięgu (ATACMS, Storm Shadow i ich odpowiedniki) są obecnie rutynowo wystrzeliwane z terytorium Ukrainy w głąb Rosji. Ukraińskie drony uderzyły w bazy lotnicze, w których stacjonują strategiczne bombowce zdolne do przenoszenia broni jądrowej, położone tysiące kilometrów od linii frontu – operacja ta wymagała tak zaawansowanej logistyki, że trudno zignorować twierdzenia o wsparciu wywiadowczym i technicznym ze strony Zachodu. Udokumentowano, że brytyjskie sieci wywiadu wojskowego planują i szkolą tajne ukraińskie oddziały partyzanckie i sabotażowe do ataków na rosyjskie cele. Pociski i drony, które lądują na terytorium Polski lub Rumunii, są w pierwszej kolejności przypisywane Rosji – niezależnie od późniejszych ustaleń technicznych. Zniszczenie gazociągu Nord Stream zostało natychmiast przedstawione jako działanie Rosji. Równolegle z tą eskalacją militarną toczy się systematyczna kwarantanna kultury i sportu wszystkiego, co rosyjskie, dopełniająca przygotowanie psychologiczne poprzez uczynienie przeciwnika totalnie „innym”.

Wcześniej każdy z tych kroków uznawano za nie do pomyślenia. Jednak po jego wykonaniu stawał się nowym punktem odniesienia. Efekt polityczny ma charakter kumulacyjny: europejska opinia publiczna i jej przywódcy zostali przyzwyczajeni do postrzegania jako coś normalnego tego, co jeszcze kilka lat temu uznano by za zaangażowanie bezpośrednie.

Widać już kolejne szczeble tej drabiny. W ramach Koalicji Chętnych trwa otwarta dyskusja na temat obecności europejskich żołnierzy na terytorium Ukrainy – przedstawianej jako „siły zapewniające bezpieczeństwo” po zawieszeniu działań wojennych – pomimo rosyjskich oświadczeń, że siły takie będą traktowane jako uzasadnione cele. Ogromne programy zbrojeniowe, otwarcie uzasadniane koniecznością przygotowania się do intensywnego konfliktu z Rosją w ciągu kilku lat, tworzą własną logikę strategiczną: dają Moskwie racjonalną motywację do prewencyjnego uderzenia na europejskie fabryki zbrojeniowe i centra logistyczne. Udany rosyjski atak tego rodzaju dostarczyłby z kolei rządom europejskim kapitału politycznego niezbędnego do stłumienia pozostałej opozycji i przyspieszenia bezpośredniego zaangażowania. Po stronie rosyjskiej głosy wzywające do ograniczonego użycia broni jądrowej przeciwko celom europejskim w celu wzbudzenia strachu nie są już ograniczone do marginesu.

To właśnie w takim kontekście operacyjnym Stany Zjednoczone są w stanie kontrolować eskalację. Koszty — konwencjonalne straty oraz, jeśli sytuacja będzie się nasilać, ograniczona wymiana nuklearna — będą ponoszone przez Europę. Terytorium Stanów Zjednoczonych pozostaje bezpieczną przystanią. Ta sama logika, która niegdyś pozwalała obliczyć „akceptowalne straty” rzędu setek milionów ofiar w europejskiej wymianie nuklearnej w czasach zimnej wojny, znajduje obecnie swój współczesny wyraz w odpowiednio skalibrowanym poziomie ryzyka proxy eskalacji.

„Ukrainizacja” Europy to stopniowa transformacja kontynentu w główne pole bitwy konfliktu, którego strategicznym celem jest wyczerpanie dwóch rywali Ameryki przy jednoczesnym zachowaniu rdzenia amerykańskiej potęgi.

Sama Europa otwiera drzwi dla broni jądrowej w sposób, który jeszcze kilka lat temu byłby politycznie nie do pomyślenia. Ukraińscy przywódcy, w tym prezydent Zełenski, wielokrotnie przedstawiali ten wybór jako dylemat zero-jedynkowy: albo członkostwo w NATO z wiarygodnymi gwarancjami bezpieczeństwa, albo przywrócenie potencjału jądrowego. Opinia publiczna na Ukrainie uległa odpowiedniej zmianie; sondaże wskazują obecnie na znaczne poparcie dla broni jądrowej jako preferowanej alternatywy wobec niepewnych zobowiązań Zachodu. W Niemczech tabu uległo pęknięciu. Generałowie, byli ministrowie spraw zagranicznych i czołowi politycy otwarcie dyskutowali o potrzebie posiadania przez Niemcy taktycznej broni jądrowej lub europejskiego środka odstraszania niezależnego od Stanów Zjednoczonych. Chociaż rząd nadal odrzuca pomysł posiadania własnej bomby jądrowej, trwają rozmowy z Francją na temat „odstraszania wyprzedzającego” — w tym ewentualnego tymczasowego rozmieszczenia francuskich samolotów zdolnych do przenoszenia broni jądrowej na terytorium sojuszników. W Szwecji minister obrony oświadczył, że w czasie wojny na terytorium Szwecji można by zaakceptować obecność broni jądrowej, a rząd potwierdził wstępne rozmowy z Francją i Wielką Brytanią na temat współpracy w dziedzinie broni jądrowej.

Umowy o współpracy w dziedzinie obronności podpisane przez Szwecję i Finlandię ze Stanami Zjednoczonymi celowo pozostawiają tę kwestię otwartą: nie zawierają one jednoznacznego zakazu w czasie pokoju, który uniemożliwiałby wprowadzenie amerykańskiej broni jądrowej w sytuacji kryzysowej lub w czasie wojny. Szwecja uczestniczyła już w ćwiczeniach jądrowych NATO „Steadfast Noon”. Na całym kontynencie dyskusja przesunęła się od całkowitego odrzucenia do planowania na wypadek sytuacji kryzysowych. W praktyce oznacza to przygotowanie terytorium Europy, uzyskanie europejskiej zgody politycznej oraz dostosowanie europejskich systemów przenoszenia do pełnienia roli w kontekście broni jądrowej – a jest to właśnie ta rola, która jest niezbędna, jeśli Stany Zjednoczone zamierzają ograniczyć ewentualną ograniczoną wymianę uderzeń jądrowych do teatru działań wojennych w Europie i na razie uchronić terytorium Stanów Zjednoczonych przed zagładą jądrową.

Interpretacja ta zyskuje na znaczeniu w świetle faktu, że podsekretarz obrony ds. polityki Elbridge Colby nadzoruje obecnie tajny przegląd strategii jądrowej, który celowo kładzie większy nacisk na taktyczną broń jądrową krótkiego zasięgu przeznaczoną do konfliktów regionalnych z Rosją lub Chinami. Zamiast opierać się przede wszystkim na groźbie masowego odwetu strategicznego, przegląd ten ma na celu poszerzenie „przestrzeni decyzyjnej” prezydenta o bardziej wiarygodne systemy o mniejszej mocy, które mogłyby zostać użyte przeciwko konkretnym celom wojskowym bez automatycznego wywołania totalnej wojny jądrowej. Urzędnicy zaznajomieni z tymi pracami opisują je jako wzmocnienie rozszerzonego odstraszania i zarządzania eskalacją w cieniu zagrożenia nuklearnego – czyli właśnie tego rodzaju wyważonych możliwości operacyjnych na poziomie teatru działań wojennych, które uczyniłyby bardziej prawdopodobne wysyłanie sygnałów nuklearnych za pośrednictwem terytorium Europy, przy jednoczesnym zachowaniu terytorium Stanów Zjednoczonych jako strategicznej bazy tyłowej.

Definiowanie zwycięstwa

W tym świetle dawne kalkulacje z czasów zimnej wojny dotyczące „wygrania” konfliktu nuklearnego nabierają nowego, mrożącego krew w żyłach znaczenia. Wspomniane oceny z lat 70-tych, znane z oświadczenia Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych, zgodnie z którym Ameryka mogłaby stracić dwieście milionów ludzi, a mimo to dysponować populacją większą niż w czasach wojny secesyjnej, były zimnymi, wyrachowanymi analizami mającymi na celu zapewnienie przetrwania elity rządzącej i kluczowych instytucji władzy, nawet gdyby ogromna liczba zwykłych ludzi zginęła.

Prawdziwym miernikiem zwycięstwa było przetrwanie struktur dowodzenia, protokołów sukcesji, wzmocnionych bunkrów dowódczych, powietrznych stanowisk dowodzenia oraz wystarczających zasobów przemysłowych i finansowych (rezerwy walutowe, kadry kluczowych pracowników), aby utrzymać funkcjonujący amerykański aparat państwowy na szczycie systemu globalnego.

Programy zapewnienia ciągłości działania rządu (COG), takie jak Mount Weather, Raven Rock, bunkier kongresowy w Greenbrier, mobilne konwoje dowodzenia oraz rozmieszczone z wyprzedzeniem zespoły wsparcia sukcesorów, stworzone w celu ochrony urzędu prezydenta, Krajowego Dowództwa, zdolności Rezerwy Federalnej do ponownego emisji waluty oraz łańcucha dowodzenia, który pozwala na kontynuację czerpania wartości w warunkach post-apokaliptycznych. Ta sama logika, która w latach 70-tych i 80-tych tolerowała „akceptowalne straty” w skali cywilizacyjnej, znajduje obecnie swoje odzwierciedlenie w wyważonym ryzyku eskalacji konfliktu zastępczego w Europie.

Jeśli terytorium krajów skandynawskich, Niemiec lub jakiegokolwiek innego państwa europejskiego stanie się bazą wypadową dla ataków, które sprowokują rosyjski odwet, kontynentalna część Stanów Zjednoczonych, chroniona odległością i doktryną wzajemnego zagwarantowanego zniszczenia (MAD), zachowa swoją władzę, dominację energetyczną oraz pozycję pozwalającą dyktować warunki Europie rozerwanej na strzępy oraz krwawiącej Rosji.

Te same siły, które zainwestowały w niezależność energetyczną Stanów Zjednoczonych, odcięły Europie bezpośrednie źródło zaopatrzenia w energię z Rosji i utrzymały opcję proxy-eskalacji nuklearnej, rozumieją, że prawdziwą strategiczną porażką dla Ameryki byłaby utrata zdolności do dyktowania warunków globalnego wydobycia surowców. Ograniczona wymiana nuklearna, ograniczona głównie do terytoriów Europy i Rosji, po której nastąpiłaby odbudowa pod przewodnictwem Stanów Zjednoczonych na warunkach wyprzedaży po zaniżonych cenach, wpisuje się w ten schemat.

Gdy Europa i Rosja wyniszczą się nawzajem w konwencjonalnej wojnie na wyczerpanie lub w ograniczonej wymianie nuklearnej, pozostawiając kontynent w ruinie, jego przemysł dostępny za grosze, a pozostałą przy życiu ludność w desperacji, Stany Zjednoczone będą wreszcie mogły zdecydowanie skierować swoją uwagę na swojego jedynego prawdziwego równego sobie konkurenta: Chiny.

Amerykańscy stratedzy wojskowi od dawna twierdzą, że prawdziwym zagrożeniem egzystencjalnym nie jest Moskwa, lecz Pekin. Oficjalna doktryna w coraz większym stopniu to odzwierciedla: Strategia Obrony Narodowej z 2026 r. nadaje priorytet obronie terytorium kraju oraz powstrzymywaniu Chin w regionie Indo-Pacyfiku.

Krwawiąca Rosja nie będzie w stanie skutecznie wspierać Chin; a Stany Zjednoczone, które czerpały nadwyżkę wartości z upadku Europy, mają nadzieję, że będą w stanie stawić czoła Pekinowi z pozycji względnej siły – czy to poprzez gospodarcze dławienie, czy też starannie wyważony konflikt na Pacyfiku, który ponownie ma na celu oszczędzenie terytorium Stanów Zjednoczonych od działań wojennych. Ta sama logika, która raz pozwalała obliczyć dopuszczalne straty w europejskiej wymianie nuklearnej, stanowi teraz podstawę planowania działań w regionie Indo-Pacyfiku: zwycięstwo definiuje się nie przez przetrwanie ludności, ani nawet formalnych sojuszników, ale przez utrzymującą się zdolność systemu amerykańskiego do dyktowania warunków globalnego czerpania korzyści kosztem swojego głównego rywala.

Cui Bono?

Większość ludzi uznaje działania Ameryki pod rządami neokonserwatystów za czyste szaleństwo, ale jak nauczył nas Michael Parenti:

„Stwierdzenie, że polityka George’a Busha nie jest skuteczna, jest opinią bezsensowną. Nie jest to opinia zdefiniowana politycznie. Trzeba zadać pytanie: skuteczna dla kogo? – Cui bono?

Kiedy myślisz, że ci, którzy tobą rządzą, którzy rządzą bogactwem, którzy kontrolują rynki, siłę roboczą i zasoby społeczeństwa, ustalają płace i kontrolują rynek mediów – kiedy myślisz, że są głupi, to ty jesteś głupi. Rozumiesz? OK!

Jeśli wiesz to i nie wiesz nic więcej, wiesz więcej niż gdybyś wiedział wszystko inne, ale nie wiedział tego. Kiedy rządzący wydają się pędzić na oślep ku katastrofie, zapytaj: komu to służy!”

Ostatecznie, najsilniejszym motywem stojącym za całą tą strategią może być ten najprostszy i najbardziej prywatny. Sieci, które były motorem porządku ustanowionego po zakończeniu zimnej wojny, wiedzą, że prawdziwy upadek systemu nie tylko położyłby kres ich geopolitycznej dominacji – ale także ujawniłby ich prawdziwe oblicze. Nie dałoby się już dłużej ukrywać licznych nielegalnych wojen, fałszywych pretekstów, grabieży gospodarczej i celowego poświęcania sojuszników. Chińscy urzędnicy zaczęli już publicznie wymieniać te zbrodnie; inni pójdą w ich ślady, jeśli zawiedzie mechanizm ochronny systemu.

Dla tych, którzy od dziesięcioleci żyją ponad prawem, „ukrainizacja” Europy i świadome ryzyko eskalacji konfliktu nuklearnego są aktami samozachowawczymi. Lepiej doprowadzić kontynent do desperacji i wymusić konfrontację, która utrzyma system przy życiu, niż stawić czoła dniu, w którym “muzyka ucichnie” i nastąpi ostateczne rozliczenie.

Strategia ta może zatem polegać nie tyle na zapewnieniu trwałej hegemonii amerykańskiej, co na odłożeniu w czasie momentu, w którym sprawiedliwość w końcu dopadnie tych, którzy traktowali inne kraje jak dobra jednorazowego użytku.

INFO: https://mattiasforsgren.substack.com/p/hegemonic-logic (przekład automatyczny; wszystkie odnośniki w tekście oryginalnym)

Ukraina: To już koniec – część II

Ukraina: To już koniec – część II

link do części 1 dakowski.pl/ukraina-to-juz-koniec-czesc-i/

Warto zauważyć, że jedna trzecia wszystkich Rosjan ma krewnych na Ukrainie. Co więcej, przed przewrotem w 2014 roku, który doprowadził do zmiany władzy w Kijowie, 74% Rosjan odnosiło się do Ukrainy pozytywnie – najwyraźniej nie tylko Putin postrzegał Ukraińców jako ‚bratni naród’. W rzeczywistości 75% lub więcej Rosjan zamieszkujących wschodnią Ukrainę – gdzie toczą się walki – posługuje się językiem rosyjskim, przy czym znaczna część z nich wskazuje rosyjski jako swój jedyny język ojczysty.

Władimir Putin i Wiktor Janukowicz

Prawdziwa wojna domowa

Z faktów tych można wywnioskować, że wydarzenia w obwodach wschodniej Ukrainy stanowią de facto  wojnę domową. Podobnie jak w przypadku wojny secesyjnej w USA, obie strony posługują się tym samym językiem i dzielą wspólne dziedzictwo, a wielu ludzi łączą nawet więzy rodzinne. Innymi słowy, jest to w praktyce walka ‚brata przeciwko bratu’  (określenie często używane do opisania amerykańskiej wojny domowej).

Kolejnym obszarem zachodnich nieporozumień – czy też, jak mówią Niemcy, błędem w myśleniu – jest pozornie powolne, metodyczne, a nawet pełne wahania podejście Putina do konfliktu.

Specjalna operacja wojskowa

Przede wszystkim należy wspomnieć o tym, że Putin upierał się, iż konflikt ten nie jest wojną, lecz specjalną operacją wojskową (SOW). Na Zachodzie wyśmiewano to określenie i odmawiano jego używania, argumentując, że stanowi ono jedynie niedorzeczną zasłonę dymną mającą ukryć tzw. ‚pełnoskalową inwazję’  (którą w rzeczywistości nie była). Powodem tego było to, że Putin nie chciał stosować taktyki spalonej ziemi w warunkach wojny totalnej. Nie chciał też wypowiadać wojny ‚bratniemu narodowi‚ – zwłaszcza że blisko 50 milionów Rosjan miało tam krewnych.

Władimir Putin dokładał wszelkich starań, by przedstawić użycie siły militarnej jako swego rodzaju ‚misję ratunkową’, mającą na celu ochronę Rosjan zamieszkujących wschód Ukrainy (Donbas) przed reżimem w Kijowie. Siły tego reżimu codziennie ostrzeliwały ich z artylerii i broni snajperskiej oraz bombardowały, co w latach poprzedzających rosyjską inwazję w 2022 roku doprowadziło do śmierci około 10 tysięcy z nich [w Wikipedii czytamy, że zamordowanych zostało 14 400 mieszkańców Donbasu – przypis ZB].

Innymi słowy: Putin interweniował, aby powstrzymać zabijanie Rosjan na Ukrainie, a nie po to, by w wyniku strat pobocznych (kolateralnych) uśmiercić jeszcze więcej ludzi. DLATEGO też prezydent FR przyjął na Ukrainie strategię ‚powolnego działania’. Wydał nawet rosyjskim wojskowym polecenie, by unikali przejeżdżania czołgami przez pola uprawne należące do rolników. Celem tak zwanej ‚inwazji’  było zmuszenie Ukrainy do negocjacji i zakończenie wojny na tyle szybko, by rosyjska ludność we wschodniej Ukrainie mogła powrócić do normalnego życia. Krótko mówiąc: Putin nie postrzega Ukraińców jako wrogów, lecz jako przyszłych obywateli Rosji, czekających na wyzwolenie.

Życie w Kijowie toczyło się nadal normalnie

Wojna powietrzna na Ukrainie – aż do niedawna – przebiegała stosunkowo spokojnie. Ataki zdarzały się jedynie sporadycznie, a kluczowe obiekty nie były brane na cel. W rzeczywistości Kijów zawsze uchodził za miejsce na tyle bezpieczne, że przedstawiciele władz USA i UE mogli uprawiać swego rodzaju ‚turystykę wojenną’: często podróżowali pociągiem z Polski do ukraińskiej stolicy, wiedząc, że – przynajmniej do niedawna – nie stanie się on celem ataku. W Kijowie mieszkańcy nadal wiedli normalne życie: bary i kluby były otwarte, ludzie chodzili do pracy i funkcjonowali tak jak zwykle.

Klub w Kijowie w 2025 roku, trzy lata po wybuchu wojny

Co się zmieniło – i dlaczego?

Od początku tzw. specjalnej operacji wojskowej Putin znajdował się pod wewnętrzną presją, by „wreszcie wziąć się do roboty”  i szybko pokonać Ukraińców. Wielu przedstawicieli elit – a nawet szeroka opinia publiczna – zadawało sobie pytania: dlaczego ukraińskie koleje, mosty i inne elementy infrastruktury pozostają nienaruszone? Dlaczego pozwala się Ukrainie nadal sprzedawać zboże na rynki światowe i uzyskiwać dewizy? Dlaczego działania na froncie przebiegają tak powoli?

Odpowiedź tkwi w typowo rosyjskiej koncepcji ‚bratnich narodów’, o której Putin wspomniał w swoim eseju z 2021 roku. A jak już wspomniano, jeszcze w 2012 roku 74% Rosjan miało pozytywne zdanie o Ukraińcach. Cóż, mamy już inne czasy niż w 2012 roku.

Rosjanie mieli powody oburzać się na ukraińskich ‚braci’

Gdy w 2014 roku doszło do przewrotu na Majdanie, sytuacja zaczęła się zmieniać nie tylko na Ukrainie, ale i w Rosji. Rosyjska opinia publiczna była oburzona, gdy bombardowano ją doniesieniami, nagraniami i zdjęciami przedstawiającymi etnicznych Rosjan mordowanych przez nazistowskie bataliony z zachodniej Ukrainy. Skrajnie prawicowe ukraińskie ugrupowania nacjonalistyczne, takie jak bataliony Azow i Ajdar, Prawy Sektor i inne, zamordowały tysiące niewinnych mieszkańców Donbasu, których jedyną ‚zbrodnią’ było to, że byli etnicznymi Rosjanami i należeli do Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego.

Członkowie słynnego batalionu Azow z flagami symbolizującymi ich potrójną lojalność: wobec Ukrainy, nazistowskich Niemiec i NATO

Jednak dla tych nazistów rosyjskojęzyczni Ukraińcy byli podludźmi. Co więcej, Jaceniuk – premier wskazany przez USA, który miał objąć władzę po przewrocie – w jednej ze swoich wypowiedzi dosłownie tak ich określił. Mimo to, jeszcze w przededniu inwazji Putina na Ukrainę, podjętej w celu ratowania prześladowanych Rosjan w Donbasie, niemal połowa Rosjan miała pozytywne zdanie o Ukrainie.

Jednak w 2026 roku już tylko 16% Rosjan postrzega swoich ‚słowiańskich braci‚  w ten sposób. Atak dronów na Starobielsk zmienił wszystko. 22 maja 2026 roku Ukraińcy – oczywiście przy wsparciu CIA – przeprowadzili atak dronów na budynek dydaktyczny i akademik szkoły wyższej w Starobielsku (będącej częścią tamtejszego uniwersytetu pedagogicznego w Rosji), gdzie (głównie) młode kobiety kształciły się na nauczycielki.

Atak przeprowadzono w trzech falach, co przywodziło na myśl stosowaną przez USA w Iranie taktykę ‚double-tap’  (podwójnego uderzenia). Zginęło sześć młodych kobiet, a 40 zostało rannych. Rosyjska opinia publiczna była oburzona. Jak ‚bratni naród’  mógł dopuścić się czegoś takiego? – Zamach w Starobielsku stanowił punkt zwrotny w nastrojach społecznych, a także przyniósł zmianę w podejściu Putina do konfliktu z Ukrainą.

Teraz zaczyna się prawdziwa walka

Obserwatorzy konfliktu na Ukrainie odnotowali wyraźną eskalację rosyjskich ataków w okresie letnim. Ataki dronów i rakiet, które wcześniej zdarzały się jedynie sporadycznie, stały się teraz codziennością. O ile wcześniej uderzenia przeprowadzano tylko nocą, dzięki czemu praca i handel mogły toczyć się w ciągu dnia normalnym rytmem, o tyle teraz odbywają się one przez całą dobę.

Kluczowe ośrodki dowodzenia i kierowania, w których przebywali doradcy z NATO oraz zachodni personel – a które w pierwszych latach konfliktu pozostawały w dużej mierze nienaruszone – są teraz niszczone; na listę celów trafiły wreszcie także mosty, linie kolejowe i lokomotywy. Atakowane są centra logistyczne, magazyny, a nawet serwerownie.

Rosyjska rakieta uderza w centrum Kijowa

W ramach działań katastrofalnych dla ukraińskiej gospodarki Rosja zaatakowała również Odessę i zablokowała wszystkie ukraińskie porty nad Morzem Czarnym, przez co Ukraina stała się państwem śródlądowym. Doprowadziło to faktycznie do wstrzymania 92% ukraińskiego eksportu zboża oraz 60% całego eksportu kraju.

Najbardziej krytyczna sytuacja dotyczy jednak infrastruktury energetycznej oraz sieci elektroenergetycznych i gazowych; choć Rosja atakowała je już wcześniej, nigdy ich całkowicie nie zniszczyła – teraz zaś są one systematycznie i całkowicie niszczone, co sprawi, że nadchodzącej zimy miasta takie jak Kijów nie będą w stanie zapewnić swoim mieszkańcom ogrzewania. W minionych latach Rosja zawsze pozwalała Ukrainie na utrzymanie funkcjonowania kluczowych systemów energetycznych w okresie zimowym – obecnie natomiast zadowala się tym, że pozostawia Ukraińców, swój ‚bratni naród’, by marzli w zimowych ciemnościach.

uncutnews.ch/ukraine-das-ist-das-ende

Napisał: EuroYankee

Opracował: Zygmunt Białas