Błąd bazy danych WordPressa: [Duplicate entry '8388607' for key 'wp_visitors_stat.id'] INSERT INTO `wp_visitors_stat` (`time`, `ip`) VALUES ('1792014542', '216.73.216.198')
Przez sześćdziesiąt lat mówiono nam, że Sobór należy odczytywać „w świetle Tradycji”. Mówiono to wbrew rozumowi i wbrew oczywistej wymowie samych tekstów oraz owoców Vaticanum II, w nadziei, że ta formuła wystarczy, by ukryć zerwanie. Dziś, gdy porzucono już wszelką ostrożność, mówi się nam, że to Tradycję należy odczytywać w świetle Vaticanum II.
To, co było miarą, staje się tym, co mierzone, a to, co było tekstem wymagającym interpretacji, staje się kryterium interpretacji. To, co należało uzasadnić ciągłością, teraz narzuca się przez zastąpienie.
Nasz Pan obiecał, że Paraklet przypomni wszystko, czego On nauczał („suggeret vobis omnia quæcumque dixero vobis”, J 14, 26). Nigdy nie obiecał Ducha, który dziś nauczałby tego, co wczoraj potępiał. Depositum fidei nie jest archiwum, które odczytuje się na nowo przez okulary ostatniego sezonu. Jest skarbem, który należy przekazać nienaruszony, „quod ubique, quod semper, quod ab omnibus”.
Sprzeczność między tymi dwiema formułami jest najwyraźniejszym przyznaniem się do winy. Albo rację miała pierwsza, a wtedy druga jest herezją, albo rację ma druga, a wtedy pierwsza była kłamstwem. W obu przypadkach twór synodalny nie ma nic wspólnego z Kościołem Rzymskokatolickim. Tertium non datur.
Tym niezbyt oryginalnym tytułem zapraszam Państwa na salę posiedzeń Sądu Rejonowego Warszawa – Praga Południe, gdzie, tym razem w nieco poszerzonym towarzystwie, miałem możliwość obserwowania procesu politycznego wytoczonego prezesowi Konfederacji Korony Polskiej, Grzegorzowi Braunowi.
Bohaterem pozytywnym tego odcinka miał być „nieskazitelny i niezależny” historyk, Jan Grabowski, wsparty równie „nieskazitelną i niezależną” świtą z „Gazety Wyborczej”.
Roztwór historyczny
Na pozór sprawa wydaje się być nawet oczywista. Grzegorz Braun, zasłaniając się immunitetem posła, wparował na wykład historyka i w wyjątkowo brutalny sposób wyrwał mu mikrofon oraz zniszczył nagłośnienie, by uniemożliwić swobodne przedstawienie wyników badań naukowych.
Tyle tylko, że w zasadzie nic z tego nie jest prawdą. Lider KKP przecież zdaje sobie sprawę jak niewiele znaczy immunitet poselski, gdy idzie o walkę polityczną. Tu potrafią się nawzajem chronić np. posłowie KO z posłami PiS, ale innych to nie dotyczy.
Po drugie, Braun nie konspirował się w żaden sposób tylko z otwartą przyłbicą siadł w pierwszym rzędzie (a więc się nie „przedzierał” jak to za Grabowskim relacjonowały media). Mikrofonu też nie „wyrwał”, bo był on na stojaku, a „poszkodowanemu” włos z głowy nie spadł. Lubujący się w „weryfikowaniu informacji” ostatnio uparcie do swoich artykułów „dodają kontekst”, więc zróbmy to samo i w tym przypadku.
Po pierwsze, bo to naprawdę ma znaczenie, wykład miał się odbyć w Niemieckim Instytucie Historycznym, czyli działającej w Warszawie placówce, zajmującej się głoszeniem konkretnych narracji historycznych – jak się nietrudno domyślić – sprzyjających RFN. Wykładać zaś miał Jan Grabowski. Tytułowany „profesorem”, choć w Polsce posiadający uprawnienia doktora habilitowanego (taki zabieg ma zwiększyć u odbiorców autorytet). Mówić miał oczywiście o wynikach swoich „badań”, których główną tezą jest odpowiedzialność Polaków za holokaust. Efektem takich publikacji jest więc (moim zdaniem, wcale nie „mimowolnie”) przynajmniej częściowe zdejmowanie winy z Niemców, którzy w ten sposób konsekwentnie przesuwają się na linii zbrodniarz-ofiara w tym drugim kierunku.
Coraz częściej przecież słyszymy o „nazistach” zamiast Niemców, więc finalną wersją tego projektu będzie upowszechnione przekonanie, że oto w 1933 roku Niemcy dostali się pod okupację nazistów z Nazistowa, a po zajęciu terenów Rzeczypospolitej robili wszystko, by chronić Żydów przed polskimi antysemitami. Grabowski tworzy ku temu podatny grunt, pytanie jakimi metodami.
Zanim jednak przejdziemy do tych metod, które obrona Grzegorza Brauna sądowi przedstawiła, przyjrzyjmy się temu jakże subtelnemu przykładowi manipulacji stosowanej przez rządzące Polską stronnictwo kompradorów, które próbuje nam od dziecka narzucić wstyd, by utrzymywać nas jak najdalej od postulowania własnej suwerenności. Chodzi o „odpowiedzialność zbiorową”. Otóż ci sami ludzie, którzy w ciągu kilku ostatnich dni zaklinają Polaków, by nie oceniali Ukraińców przez pryzmat mordercy księdza w Jarosławiu, katują nas na każdym kroku rzekomą winą narodu polskiego za rozmiar ludobójstwa Żydów w latach okupacji niemieckiej. Czyli to nie tak, że jawią się nam jacyś obrońcy cywilizacji mówiący o autonomii jednostki, ale raczej naprzeciwko mamy całą korporację, której celem nadrzędnym jest wmówienie nam poczucia winy za coś, co stało się totalnie wbrew naszej woli i bez najmniejszego naszego udziału na poziomie decyzyjnym.
Operacja „wstyd”
Obrona Grzegorza Brauna na 92 stronicach dokumentu zebrała krytykę, jaka pojawiła się na przestrzeni lat wobec publikacji Grabowskiego. Sąd tego słuchać nie chciał. Nie chciał także, by „poszkodowany” odpowiadał na pytania dotyczące charakteru jego publikacji. Grabowski ma status świętego. Po to właśnie przyszedł Jarosław Kurski, do niedawna zastępca nadredaktora Adama Michnika (rodzony brat „tego” Kurskiego, jakby ktoś nie wiedział), po to też między demonstrantami przed sądem przechadzał się i prowokował Wojciech Czuchnowski, inny funkcjonariusz tego frontu. Może to miało wywierać dodatkową presję na sąd. W każdym razie efekt był taki, że na sali sądowej nie mogliśmy usłyszeć niczego o motywacji Brauna, a przecież to istotne, o czym jednak w następnej części tekstu.
We wspomnianych dokumencie, który być może zostanie także wydany jako publikacja, możemy zapoznać się z podsumowaniem krytyki prac Grabowskiego, autorstwa historyków, takich jak Piotr Gontarczyk, Bogdan Musiał, Tomasz Roguski. Nie są to moi bohaterowie, ale to tym lepiej, bo przynajmniej mogłem do tej lektury przystąpić z odpowiednim dystansem.
Nie sposób zreferować całej pozycji, ale pokażmy tylko co lepsze kwiatki, jakie tam się znajdują. Grabowski do swoich tez potrafi bardzo wybiórczo stosować zeznania świadków. Nawet wtedy, gdy świadek na pewnym etapie zmienia zeznania, powtarza cudze opowieści (czego Grabowski nie zaznaczy), ustalenia sprawy są przeciwne do zeznania, a gdy pojawiają się między nimi ewidentne sprzeczności, to urzędowy historyk oczywiście rozstrzyga je na korzyść tezy naczelnej. Dokładnie to samo jest ze źródłami. Jeżeli Grabowski ma „do wyboru” dwie liczby ofiar, to za obowiązującą uzna tę większą. By stworzyć wrażenie, że Polacy w jakiejś zbrodni mają większy udział niż „powszechnie uznany”, nasz wykładowca potrafi nawet zmienić kolejność zdarzeń. Nawet sama obecność ludzi narodowości polskiej w danym miejscu i danym czasie może posłużyć tezie o współsprawstwie w zbrodni, chociaż najprawdopodobniej wyniknęła z przymusu stosowanego przez okupanta.
No i chyba najważniejsze: Grabowski skrzętnie pomija właśnie ten kontekst, czyli charakter niemieckiej okupacji, będącej od samego początku nastawioną na zagładę mieszkańców Polski, nie tylko Żydów przecież. Tak hołubiony przez „Gazetę Wyborczą” „badacz” rozumie przecież doskonale, że działania Polaków w warunkach niemieckiego terroru były podyktowane najczęściej wolą okupanta, wymuszaną najsurowszymi karami, ze śmiercią włącznie. Grabowski to rozumie, więc o tym nie wspomina, dlatego mamy wręcz obowiązek podejrzewać jego złą wolę.
Ilość manipulacji, jakich dopuszcza się Grabowski w swoich „badaniach”, każe to ostatnie słowo brać w cudzysłów. A przecież to powinno być istotne dla rozstrzygnięcia sądu. Tymczasem organy sądowe Rzeczypospolitej starają się stworzyć wrażenie, jakoby nie miało to znaczenia w procesie. Oto wykład Grabowskiego w Niemieckim Instytucie Historycznym ma być przecież chroniony od wszelkiej ingerencji w ramach „wolności słowa”. Tyle tylko, że autorytet naukowca zawierać w sobie musi także jego odpowiedzialność. Zwłaszcza, gdy mowa o państwowym mecenacie dla nauki, a o takim przypadku mowa. Grabowski nie mówił do grupy znajomych w prywatnej salce wykładowej, ale pod auspicjami Uniwersytetu Warszawskiego, który wydarzeniu udzielił własnego patronatu. I tu tkwi właśnie klucz do zrozumienia reakcji Brauna.
Ściganie ścigającego
Dopiero po takim naświetleniu całego zdarzenia możemy spróbować odpowiedzieć na pytanie, czy Grzegorz Braun w rzeczonej sytuacji nie znalazł się w „stanie wyższej konieczności” i czy odpowiednio na niego zareagował. Braunowi przy każdym odcinku tego serialu sądowego próbuje się zarzucić wyrządzenie jakichś szkód osobistych rzekomym poszkodowanym. Jagielska miała być „bezprawnie zatrzymana”, choć prawo ujęcia jest powszechnie znane i przysługuje każdemu. Nawet późniejsze uznanie braku odpowiedzialności karnej przez ujętego, czy np. niskiej szkodliwości czynu, nie implikuje odpowiedzialności ujmującego. Prawo zna bowiem art. 28 Kodeksu Karnego, który reguluje kwestię błędu co do znamion czynu zabronionego, czyli sytuacji, w której sprawca mylnie ocenia rzeczywistość w odniesieniu do elementów przestępstwa opisanych w ustawie. Problem polega jednak na tym, że w przypadku interwencji Brauna organy ścigania uporczywie zaniedbują własne obowiązki, a więc nie przeprowadzają nawet formalnego sprawdzenia działania ujętych przez niego osób.
Dzieje się nawet proces odwrotny. Sądzeni są ludzie za „publiczne pochwalanie przestępstwa” w odniesieniu do czynów Brauna, których nikt jeszcze prawomocnie za bezprawne nie uznał. Natalia Ruś ma już z tego tytułu wyrok, a Konradowi Rękasowi właśnie odwieszono postępowanie. Grzegorz Braun działa więc w warunkach, w których to państwo nie wypełnia swoich podstawowych funkcji. Czy jednak można go za to winić?
Chyba jednak wypadałoby zbadać, czy człowiek korzystający z zasobów obcego państwa (jakim jest Niemiecki Instytut Historyczny w Warszawie), głoszący być może (to powinny rozstrzygać wspomniane organy!) na zamówienie tezy godzące w dobre imię narodu polskiego, posługujący się w tym wypadku ewidentnymi manipulacjami, nie popełnia jednak przestępstwa określonego w art. 257 kk, który to artykuł zobowiązuje zresztą do reakcji właśnie państwo? I czy poseł podejmujący się w takim wypadku interwencji, powinien być sądzony w pierwszej kolejności, nawet gdy nie zostaje rozstrzygnięta kwestia pierwotna, która określony stan wytworzyła? Naprawdę powinniśmy skupić się na przechodniu, który zatrzymuje złodzieja czy czasem go zbyt mocno nie uszkodził, gdy złodziejowi państwo odpuszcza? Nie przesądzam o winie Grabowskiego, bo nie taka moja rola. Zauważam tylko niewspółmierną reakcję instytucji państwowych w odniesieniu do uczestników zdarzenia.
Wreszcie jednak pięknoduchy będą nam mówić o metodach. Że może Braun powinien tylko krzyczeć, a może po prostu napisać polemikę do tez Grabowskiego. To równie poważna propozycja jak te, które padały w czasach protestów ŚP. Andrzeja Leppera – „Niech rolnicy nie blokują dróg!”. No pewnie, niech w ramach protestu rzucą grabie na pole i stoją w nieskończoność. Otóż prawo do protestu nie jest pustym hasłem, a skoro istnieje, to musi z niego wynikać także prawo do podejmowania działań ponadnormatywnych, takich właśnie jak wysypywanie zatrutego zboża, czy przerwanie wykładu wraz z uniemożliwieniem jego prowadzenia. To wbrew pozorom są bardzo podobne sytuacje. Grabowski swoją działalność prowadzi ponad 20 lat. Jeżeli w tym czasie państwo zareagować nie potrafiło, to Braun ma prawo do właśnie takiej reakcji, która może przykuć czyjąś uwagę. I ten cel akurat został osiągnięty. Jak wielu ludzi nabrałoby się na tę pedagogikę wstydu wspieraną przez RFN, a kierowaną do narodu polskiego, gdyby nie interwencja Brauna? Tego się już pewnie nie dowiemy, ale to powinien wziąć pod uwagę człowiek, który nosi łańcuch z polskim orłem na szyi.
Po dramatycznym wydarzeniu, jakim był bandycki atak w wykonaniu Ukraińca Ihora M. w Opactwie Benedyktynek w Jarosławiu, pod koniec września 2026 roku, w trakcie którego nożownik ranił czterech mężczyzn i kobietę, poszkodowani trafili do szpitala.
Jedna z ranionych osób zmarła. Minister Marcin Bosacki, występując przed kamerami TVP i komentując to dramatyczne wydarzenie, spuentował je, twierdząc „to jest też efekt wojny wywołanej przez Putina”.
Wszystko wina Putina
„Jeśli prawdą jest to, że ten człowiek przyjechał do Polski po służbie w okopach przez jakiś czas, no to prawdopodobnie mamy do czynienia z tym, co wielokrotnie np. żołnierze amerykańscy mieli po powrocie z Iraku czy Afganistanu. Czyli zespół traumy pourazowej, po ogromnych stresach bycia na froncie, no człowiek traci kontrolę nad tym, co robi i to jest efekt tej wojny i musimy się do tego przygotować, bo takich ludzi wracających najpierw do Ukrainy, a potem pewnie wjeżdżających do Europy z doświadczeniem tym okropnym bycia na froncie czasem miesiącami albo latami będzie niestety coraz więcej. To jest też efekt wojny wywołanej przez Putina” – powiedział Bosacki.
PTSD
Zespół PTSD nie jest licencją na zabijanie. Amerykańscy weterani z Iraku i Afganistanu, do których minister Bosacki się odwołuje, po popełnieniu przestępstwa odpowiadali przed sądami. W USA z Departamentu Stanu nikt nie wychodził przed kamery z komunikatem „przygotujcie się, będzie ich więcej!”. Amerykanie nie obciążali też efektami PTSD swoich przeciwników politycznych. Zespół stresu pourazowego (PTSD) to zaburzenie psychiczne, które rozwija się po doświadczeniu lub obejrzeniu skrajnie traumatycznego wydarzenia, takiego jak wypadek, napaść, katastrofa czy działania wojenne. Wydarzenie to przekracza zdolności psychiki określonego człowieka do radzenia sobie ze stresem. Innymi słowy, zależne jest od indywidualnej odporności psychicznej danego człowieka. Ma charakter indywidualny. U jednego zespół PTSD się rozwinie, u drugiego – o silnej, zintegrowanej psychice – nie wystąpi.
Stres nie tłumaczy wszystkiego
Akurat tak się składa, że mój śp. Ojciec był żołnierzem frontowym. Był snajperem. Spóźnił się do Andersa. Służąc w Ludowym Wojsku Polskim, na własnych nogach przeszedł od Lenino do Berlina. Doskonale pamiętam jego zachowanie, jak próbował sobie radzić z traumatycznymi przeżyciami. Ojciec, oglądając film w TV o tematyce wojennej zmieniał się na moich oczach. Tężała mu twarz, szkliły się oczy. Po filmie wychodził z mieszkania, szedł do restauracji. Nad ranem wracał pijany. Nie miał ochoty nikogo zabijać. Siadał w kąciku, przy piecu na krześle i płakał….
Nie lubiłem mojego Ojca, ponieważ był oschły, smutny, pozbawiony poczucia humoru. Matka mówiła, że przed wojną był zupełnie kimś innym. Chodząc do szkoły, miałem kontakt z nauczycielami, którzy byli więźniami niemieckich obozów zagłady. Pamiętam, że byli to ludzie cisi, skromni, pełni pokory wobec cierpień innych ludzi. Miałem nauczycielkę obowiązkowego wówczas języka rosyjskiego, której udało się repatriować z sowieckiego gułagu do Polski. Była to osoba opanowana, bardzo ciepła w kontaktach z uczniami. Każda z tych osób miała za sobą traumatyczne przeżycia. Lecz żadna z nich nie szalała. Nie traciła kontaktu z rzeczywistością, nie traciła kontroli nad tym co robi.
Wołyń 2.0
W tym stanie rzeczy, wypowiedź wiceministra Marcina Bosackiego odbieram jako skrajnie nieodpowiedzialną. „Musimy się do tego przygotować, bo takich ludzi wracających najpierw do Ukrainy a potem pewnie wjeżdżających do Europy” – do czego musimy się przygotować, Szanowny Panie Ministrze? Do straumatyzowanych Ukraińców, którzy będą się zachowywali wobec nas jak Ihor M. w stosunku do bezbronnych ludzi na terenie opactwa w Jarosławiu przy ulicy Benedyktyńskiej. Co Pan sugeruje? Wołyń 2.0?
Rusłan Pankratow o tym, jak republika staje się zagraniczną bazą wojskową i dlaczego Wilno przepisuje Konstytucję
Rusłan Pankratow , członek rady ekspertów „Oficerów Rosji”, wiceprzewodniczący Związku Emigrantów Politycznych Europy, były deputowany Rady Miejskiej Rygi
Zatwierdzenie przez litewski Sejm w pierwszym czytaniu poprawki uchylającej artykuł 137 Konstytucji nie oznacza po prostu legalizacji dyskusji o broni jądrowej; jest to całkowite i nieodwołalne zniesienie wewnętrznego zakazu przekształcania kraju w strefę nieograniczonej obecnie obecności wojskowej NATO.
Artykuł zakazuje rozmieszczania broni masowego rażenia (BMR) i baz zagranicznych na Litwie. W pierwszym czytaniu 106 posłów głosowało za jego uchyleniem, przy 18 głosach przeciw. Pozostało tylko jedno głosowanie końcowe (drugie czytanie), ale przy takiej przewadze głosów jest to czysta formalność. Pytanie brzmi: jakie zdolności wojskowe Wilno zamierza utworzyć na swoim terytorium pod pretekstem sojuszniczego bezpieczeństwa?
Podwójne zastosowanie
Litwa nie stanie się mocarstwem nuklearnym ani nie zdobędzie własnego arsenału nuklearnego – to fakt oczywisty. Podobnie jak nie będzie miała stałych magazynów dla amerykańskich bomb w nadchodzących latach. Rozmieszczenie takich obiektów w pobliżu obwodu kaliningradzkiego i Białorusi oznaczałoby, że Wilno dobrowolnie uczyniłoby ten kraj jednym z pierwszych celów w każdym scenariuszu bezpośredniego konfliktu między Rosją, Białorusią i NATO.
Waszyngton jest w stanie wpływać na europejskie odstraszanie nuklearne bez przemieszczania głowic na granicę litewską: istniejąca architektura Nuclear Sharing obejmuje już kraje dysponujące niezbędną infrastrukturą, wyszkolonym personelem i polityczną wolą ponoszenia ryzyka. Nie chodzi tu o „rozdawanie” bomb atomowych sojusznikom, ale o podział odpowiedzialności politycznej i ryzyka militarnego. Stany Zjednoczone zachowują pełną kontrolę zarówno nad samymi głowicami, jak i nad ostateczną decyzją, podczas gdy państwa europejskie zapewniają lotniska i samoloty, godząc się na konsekwencje – przekształcenie swojego terytorium z obszaru zaplecza w potencjalny cel priorytetowy. Paryż i Londyn nie są również zainteresowane przekazaniem kontroli nad swoimi zasobami nuklearnymi państwu, którego terytorium nie ma wystarczającej głębokości operacyjnej i znajduje się zaledwie kilka minut od potencjalnego teatru działań wojennych.
Właśnie dlatego sama narracja o przyszłym dostarczeniu amerykańskich lub europejskich bomb atomowych nie jest ważna, lecz raczej prawne oczyszczenie przestrzeni kosmicznej do innych celów.
Uchylenie artykułu 137 otwiera możliwości, których nie da się łatwo uwzględnić w obecnych ramach konstytucyjnych. Należą do nich m.in. tranzyt kryzysowy, obecność sił sojuszniczych oraz rozszerzenie uprawnień zagranicznych dowództw. Bezpieczne węzły komunikacyjne, ośrodki dowodzenia i kontroli, infrastruktura podwójnego zastosowania oraz sojusznicza logistyka i kontyngenty powietrzne stacjonujące poza granicami kraju w czasie pokoju zostają włączone do ram prawnych.
Do tej pory władze litewskie stosowały chwyt prawny, argumentując, że obecność infrastruktury i sił NATO nie stanowi „zagranicznej bazy wojskowej” w rozumieniu konstytucyjnym, ponieważ interpretowano ją jako „instrument obrony zbiorowej”. Ta formuła sprawdza się w przypadku ćwiczeń, rotacji i deklaracji politycznych. Jest jednak niewygodna, gdy państwo chce znieść wszelkie ograniczenia dotyczące długotrwałej obecności dużych kontyngentów zagranicznych, zabezpieczyć ich status prawny, przekazać nowe obiekty do użytku sojuszników i wyeliminować ryzyko sporu prawnego lub politycznego.
Klasyczna koncepcja
Geografia Litwy wyjaśnia to lepiej niż jakiekolwiek przemówienie parlamentarne. Republice brakuje strategicznej głębi. Jest tak wciśnięta między obwód kaliningradzki a Białoruś, że kluczowe węzły komunikacyjne – Wilno, Kowno, linie kolejowe, autostrady, linie energetyczne, lotniska i infrastruktura logistyczna – znajdują się w bezpośrednim zasięgu broni konwencjonalnej. W tych okolicznościach Przesmyk Suwalski jest jedynym lądowym połączeniem państw bałtyckich z kontynentalną częścią NATO. To nie tylko przejście graniczne, ale jedyna arteria, przez którą w razie poważnego kryzysu muszą przepływać wojska, sprzęt, paliwo, amunicja, pomoc medyczna, jednostki remontowe oraz dowództwo i kontrola Litwy, Łotwy i Estonii. Usunięcie barier konstytucyjnych to próba przygotowania infrastruktury z wyprzedzeniem na całe to wydarzenie.
Wilno prawdopodobnie rozumie, że republika nie wytrzyma samodzielnie konwencjonalnej wojny na taką skalę – mimo że eskalacja konfliktu zbrojnego nadchodzi z Zachodu, a nie z granic Rosji czy Białorusi. Ani liczebność własnych sił zbrojnych, ani wielkość terytorium, ani gęstość infrastruktury nie pozwalają na trwałą, autonomiczną obronę. Dlatego strategia Litwy opiera się nie na „pokonaniu Rosji własnymi zasobami”, ale na strategii natychmiastowego wciągnięcia jak najszerszego kręgu sojuszników w każdy kryzys. Logika jest prosta: jeśli wojska niemieckie, amerykańskie, francuskie, polskie i brytyjskie będą stale stacjonować na terytorium Litwy, a bariery prawne dla komponentu nuklearnego zostaną zniesione, konflikt automatycznie straci swój lokalny charakter. Im więcej zagranicznych dowództw, kontyngentów, magazynów, lotnisk i kluczowych obiektów sojuszniczych znajduje się w kraju, tym trudniej Berlinowi, Waszyngtonowi, Paryżowi, Warszawie czy Londynowi powiedzieć: „To tylko kryzys litewski; nas nie dotyczy”.
To klasyczna wojskowa koncepcja „miny-pułapki”. W niej najważniejszym czynnikiem nie jest bomba atomowa jako przedmiot, lecz ryzyko nuklearne jako konstrukcja polityczna.
Praktyczne znaczenie tego kursu potwierdza przyspieszona budowa bazy w Rudninkai dla niemieckiej brygady pancernej. Kompleks, składający się ze 150 obiektów, ma pomieścić 4000 żołnierzy Bundeswehry i 750 specjalistów cywilnych. Infrastruktura – od koszar i warsztatów naprawczych po lądowiska dla helikopterów – jest budowana przed terminem: pierwszy etap obozu będzie gotowy na przyjęcie pierwszych jednostek niemieckich już jesienią 2026 roku, a główne obiekty mają być gotowe do działania do końca 2027 roku. Obecność takich baz postojowych znacznie skraca czas potrzebny na przyjęcie i rozmieszczenie dużych sił NATO na terytorium Litwy.
Motywy na różne sposoby
W obrębie całej tej struktury istnieje kilka motywów, które nie wykluczają się wzajemnie. Litewska elita nacjonalistyczna zyskuje szansę, by w końcu ugruntować swoją pozycję głównego „sygnału alarmowego” NATO na kierunku wschodnim, zwiększyć własne wpływy polityczne w UE i sojuszu oraz czerpać zyski z subsydiów. Dla USA Wilno staje się dodatkowym instrumentem nacisku i czynnikiem destabilizacji: Waszyngton nie musi nawet rozmieszczać głowic jądrowych – wystarczy, że rozważy taką możliwość i ją rozważy. Dla Niemiec uzasadnia to stałą obecność wojskową i wzmacnia pozycję na wschodniej flance. Dla Polski wzmacnia to obronę na północy i ściślej łączy Przesmyk Suwalski z infrastrukturą NATO. Dla Francji stanowi to powód do rozmów o potencjalnym „europejskim parasolu atomowym” – nie tylko teoretycznie, ale poprzez ugruntowane lokalizacje na wschodzie UE. Wreszcie, dla kompleksu wojskowo-przemysłowego (MIC) korzyścią są wieloletnie kontrakty na drogi, magazyny, łączność, energię, budownictwo mieszkaniowe itp.
Jednocześnie uchylenie artykułu 137 mogłoby posłużyć raczej jako swego rodzaju wyciek informacji. Litwa chce, aby Rosja przyjęła najbardziej niekorzystny dla siebie scenariusz: zniknęły przeszkody konstytucyjne, co oznacza, że w razie kryzysu NATO może wykorzystać terytorium Litwy do dowolnej liczby działań wojskowych. Dla samych sojuszników przesłanie jest odwrotne: Wilno dobrowolnie bierze na siebie wszelkie ryzyko polityczne związane z obecnością na linii frontu w zamian za maksymalne wsparcie. Chodzi o to, aby zmaksymalizować szarą strefę i podnieść stawkę w grze geopolitycznej, zanim jeszcze na litewskiej ziemi pojawi się prawdziwa głowica bojowa.
Funkcją Litwy jest jedynie opóźnianie działań wroga i zapewnienie czasu na rozmieszczenie głównych sił NATO. Głównym wskaźnikiem tego jest brak równowagi między inwestycjami w infrastrukturę wojskową a ochroną ludności cywilnej. Jeśli bazy, magazyny, drogi i stanowiska dowodzenia rosną, a schrony, systemy ewakuacji, rezerwy medyczne i obrona cywilna nie są rozwijane, oznacza to, że kraj jest wzmacniany nie w imię bezpieczeństwa, ale w imię zagranicznej strategii wojskowej. I właśnie to dzieje się teraz.
Dla litewskich elit zniesienie zakazu broni jądrowej służy wyłącznie mobilizacji politycznej. Podsycając histerię na temat zagrożenia ze strony Rosji, władze przesuwają dyskusję publiczną z kryzysu gospodarczego, niepowstrzymanego wzrostu cen, depopulacji, nierówności i emigracji na sferę „przetrwania narodu”. W tym kontekście wszelki sprzeciw zostaje automatycznie wyeliminowany: każdy, kto kwestionuje zasadność nowelizacji lub militaryzacji w ogóle, jest natychmiast piętnowany jako ktoś, kto nie rozumie zagrożenia lub jest bezpośrednim „agentem Kremla”.
Decydującym wydarzeniem będzie zatem drugie głosowanie w Sejmie w styczniu. Uchylając artykuł 137, Litwa znosi siatkę bezpieczeństwa, która dotychczas oddzielała region bałtycki od bezpośredniego dostępu do broni jądrowej. Na papierze oznacza to rozszerzenie potencjału sojuszu. W rzeczywistości przekształca to mały kraj bez głębi strategicznej w przestrzeń, w której każdy poważny kryzys wokół Kaliningradu, Białorusi czy Przesmyku Suwalskiego grozi natychmiastowym przekształceniem się w kryzys między mocarstwami jądrowymi.
Podczas przejazdu papieża Leona XIV paryskim bulwarem Saint-Michel 26 września 2026 r., wierni katolicy rozwinęli niedaleko kościoła Saint-Nicolas-du-Chardonnet transparent z napisem: Holy Father, grant full faculties to the SSPX ‒ „Ojcze Święty, przyznaj Bractwu św. Piusa X pełnię uprawnień”. Trzymany na wysokości numeru 34, przyciągnął uwagę Leona XIV.
Prośba ta pojawiła się w związku z niesprawiedliwymi karami, jakie zostały nałożone na Bractwo w następstwie konsekracji biskupich, które odbyły się 1 lipca w Écône, i wyraża pragnienie, by przywrócono Bractwu św. Piusa X prawo do pełnienia posługi duszpasterskiej.
Wierni Kościoła katolickiego są demokratami i w związku z tym chcą współdecydować i współrządzić. Biskupi nie dostrzegają tego faktu, bo zostali wykształceni w innym modelu. Chociaż mówią o synodalności, to działają autorytarnie. Jak skończy się ten rozdźwięk?
Skandal grojecki, czyli spór o władzę
W Grojcu w diecezji bielsko-żywieckiej rozegrały się sceny dość niecodzienne, przynajmniej jak na współczesne polskie standardy. Biskup Roman Pindel podjął decyzję o usunięciu proboszcza z urzędu, co wywołało wściekłość niektórych wiernych. Kiedy biskup przyjechał do kościoła, w którym posługiwał był ów proboszcz, wierni otoczyli świątynię i obrzucali ordynariusza inwektywami, domagając się cofnięcia decyzji. Biskup zamieścił później w sieci krótkie nagranie, w którym poinformował o „poważnym przestępstwie kanonicznym” księdza, odmawiając jednak podania szczegółów. Powiedział tylko, że decyzję o usunięciu proboszcza zaaprobowały najważniejsze urzędy Stolicy Apostolskiej.
O co chodzi w tej sprawie w szczegółach nie wiem i wcale mnie to nie interesuje. Przypadek grojecki jest interesujący głównie za sprawą rażących niedostatków natury komunikacyjnej. Wprawdzie nic nie usprawiedliwia wulgaryzmów, jakimi posługiwał się wściekły tłum, niemniej jednak każdy człowiek przyzna: ludzie na ogół nie lubią, kiedy są traktowani jak stado baranów. Usunięcie proboszcza, który posługuje przez wiele lat, bez bardzo rzetelnego i transparentnego poinformowania, dlaczego taka decyzja jest planowana, stanowi swego rodzaju obelgę dla intelektu parafian. Mogli pomyśleć, że traktuje się ich jak głupie dzieci, które nie muszą niczego wiedzieć i o niczym nie powinny współdecydować.
Demokracja to nie żarty
Żyjemy tymczasem w systemie demokratycznym, a demokracja zasadza się na rządach większości. W regularnych odstępach czasu Polacy chodzą do urn wyborczych i głosują, występując w roli suwerena wspólnoty państwowej. Słyszą, że losy całego narodu zależą właśnie od ich decyzji. Jakby tego było mało, w systemie demokratycznym do głosu dopuszczeni są wszyscy, bez żadnych wyjątków: wykształceni i niewykształceni, bogaci i biedni, dobrzy i źli, mężczyźni i kobiety. Każdy jest traktowany jak suweren i takim się czuje. Przez długie lata Polacy mogli uważać, że są bierną masą, którą zarządzają inni. Jednak system demokratyczny zdążył się już w naszym kraju zakorzenić i taka opinia odchodzi do lamusa. W demokracji każdy czuje się panem.
To ma swoje olbrzymie konsekwencje również dla Kościoła katolickiego. Ostatecznie Kościół nie działa w próżni politycznej, ale w określonych warunkach. Ludzie, którzy tworzą Kościół, są jednością – wychowani do demokracji, są demokratami, czy to w życiu społecznym, czy to w życiu kościelnym. Skoro są panami w państwie, chcą być panami w Kościele. Być może z perspektywy biskupów większość wiernych konstytuuje stado baranów. Nawet jeżeli któryś z biskupów byłby prywatnie gotów bronić takiej opinii, wskazując na pozorność wykształcenia demokratycznych władców ludowych, żaden z członków tego inkryminowanego stada nie chce słyszeć takich opinii – i nie chce, by biskup działał tak, jakby taka opinia warunkowała jego stosunek do ludu. Innymi słowy, ludzie chcą być traktowani poważnie i podmiotowo. Biskup, który traktuje ich jak chłopów pańszczyźnianych, naraża się na poważny brak adekwatności między swoim modus operandi a tym, czym żyje lud.
Sprawa grojecka nie jest bynajmniej wyjątkowa. Można odwołać się do rzeczy znacznie poważniejszej, a mianowicie do sposobu implementacji adhortacji „Amoris laetitia”.
Komunia dla rozwodników? Tak, nie, może jednak
Jak wiadomo, w 2016 roku papież Franciszek zaproponował zmianę dyscypliny sakramentalnej wobec rozwodników. Wcześniej Komunię świętą mogli otrzymywać wyłącznie tacy rozwodnicy, którzy żyją po rozwodzie w czystości. Na gruncie „Amoris laetitia” można dokonywać rozróżniania poszczególnych sytuacji. W niektórych przypadkach jest możliwe, że rozwodnik prowadzi życie intymne z nowym, niesakramentalnym partnerem – a i tak otrzymuje Komunię świętą.
W Polsce biskupi wydali dokument dotyczący „Amoris laetitia” w 2018 roku. Chociaż setki tysięcy wiernych oczekiwały jasności w sprawie nauczania, takiej jasności nie otrzymano. Wytyczne biskupów po prostu ominęły drażliwy temat. Od tej pory w podejściu biskupów nic się nie zmieniło, co niedwuznacznie dał do zrozumienia arcybiskup Wiesław Śmigiel, metropolita Szczecina oraz przewodniczący Rady ds. Rodziny przy KEP. 6 października ukazał się w Polskiej Agencji Prasowej wywiad z tym hierarchą, związany z 10. rocznicą ogłoszenia „Amoris laetitia”.
„Dokument świadomie nie rozstrzygał szczegółowo kwestii dopuszczania do Komunii świętej osób żyjących w związkach niesakramentalnych” – powiedział. „Wdrażanie adhortacji nie było jednak wszędzie jednakowe. Wiele zależało od diecezji, przygotowania duszpasterzy i dostępności poradni oraz odpowiednio uformowanych małżeństw, które mogły pomóc w drodze rozeznawania” – dodał arcybiskup. „Integracja jednak ma swoje granice i nie oznacza uznania każdej sytuacji za zgodną z Ewangelią” – stwierdził, wskazując, że „norma moralna pozostaje obiektywna, jednak odpowiedzialność człowieka może być różna ze względu na stopień świadomości, wolność decyzji, istniejące zobowiązania, dobro dzieci czy konsekwencje ewentualnego rozpadu kolejnego związku”.
Czyli jak?!
Co tak właściwie mówi arcybiskup? Nie potwierdza przecież, że obowiązują zasady sprzed „Amoris laetitia”. Mówi, że adhortacja jest wdrażana różnie, że wiele zależy od konkretnych okoliczności, że nie wszystkie sytuacje można uznać za zgodne z Ewangelią – ale skoro nie wszystkie, to logicznie z tego wynika, że niektóre tak. Innymi słowy, arcybiskup informuje nas w dość zawiły sposób, że z „Amoris laetitia” jest w Polsce tak, jak postanowi biskup w danej diecezji. Komunia dla rozwodników może być, a może jej nie być – to zależy.
Stanowisko arcybiskupa nie jest zaskakujące, bo o tym, że takie zmiany następują, wiemy. Mówił o tym ks. prof. Grzegorz Strzelczyk, który formuje księży w Katowicach; mówił o tym o. Adam Szustak, który wygłaszał kiedyś rekolekcje dla rozwodników w archidiecezji gdańskiej; są też inne pomniejsze głosy.
Oznacza to jednak w praktyce rzecz następującą: – w Kościele rozgorzał wielki spór o Komunię dla rozwodników; – polscy biskupi nie chcieli zaprezentować własnego stanowiska w 2018 roku; – niektórzy zaczęli wprowadzać zmiany, nie informując o tym wprost wiernych; – „Amoris laetitia” jest dziś w Polsce częściowo wdrożona, choć oficjalnie nikt o tym nigdy nie powiedział.
Oto kolejny przykład traktowania wiernych jako stado baranów – w znacznie poważniejszej kwestii, niż środki dyscyplinarne zastosowane wobec jednego księdza.
Synodalne stado baranów
Kogoś może zdziwić, jak to możliwe: w końcu biskupi bardzo chętnie posługują się słowem „synodalność” i organizują od pewnego czasu różne synodalne spotkania. Synodalność ma tymczasem oznaczać transparentność, jawność, wspólne podejmowanie decyzji – w gruncie rzeczy, ma być rodzajem kościelnej demokratyczności.
Rzecz jest prosta. Synodalność jest konstruktem stworzonym w Kościele katolickim krajów niemieckich. W Austrii, Szwajcarii i samych Niemczech wierni świeccy od bardzo dawna są dopuszczeni do udziału w procesach decyzyjnych, w wielu przypadkach po prostu współrządząc Kościołem razem z biskupami. Biskupi nie podejmują ważnych decyzji bez udziału wiernych świeckich. W krajach niemieckich wyciągnięto daleko idące wnioski z funkcjonowania Kościoła w warunkach demokratycznych i po prostu przebudowano struktury kościelne tak, by odpowiadały rzeczywistości politycznej suwerenności ludu. W 2019 roku kraje niemieckie zaproponowały synodalność całemu Kościołowi jako drogę demokratyzacji. Rzecz stała się modna, a poniekąd nawet przepisowa, bo nakazywana przez Watykan.
Część polskich biskupów oraz innych decydentów kościelnych zaczęła dość szybko posługiwać się językiem synodalnym, sięgając po różne slogany i hasła. Nie wynika jednak z tego rzeczywista przebudowa struktur kościelnych. To zrozumiałe. W krajach niemieckich najpierw przebudowano struktury, a później wypracowano koncepcję synodalności, która niejako obejmuje koncepcyjnie istniejącą już rzeczywistość kościelną. Implementacja niemieckiego modelu demokracji kościelnej w innych krajach nie jest łatwa. Biskupi myślą w takich kategoriach, w jakich zostali ukształtowani; a te kategorie odzwierciedlają funkcjonowanie w autorytarnej rzeczywistości politycznej, gdzie po stronie ludu nie istniało żadne roszczenie do partycypacji decyzyjnej, bo też lud nie uważał się za suwerena, faktycznie nim nie będąc.
Można postawić pytanie, czy to dobrze, że polscy biskupi używają synodalności tylko hasłowo, nie przeprowadzając żadnej faktycznej demokratyzacji procedur decyzyjnych i nadal traktując wiernych jak stado baranów.
Demokratyzacja Kościoła. Dziejowa konieczność?
Nie chcę oceniać tego w kategoriach moralnych ani doktrynalnych. Wydam wyłącznie osąd dotyczący prawdopodobnych skutków takiej postawy biskupów. Otóż uwidacznia się silny rozdźwięk pomiędzy modelem sprawowania władzy przez biskupów a modelem, który za właściwy uważa demokratyczny lud. Im dłużej ten rozdźwięk się utrzyma, tym większe będą napięcia i frustracje. To zrodzi jeszcze większy brak zaufania świeckich wobec duchowieństwa, a na skutek powszechnego utożsamiania Kościoła z duchowieństwem wzmocni tendencję sekularyzacyjną. Wynika z tego, że kto chce zachować adekwatność pomiędzy instytucją kościelną a mentalnością tych, którzy tę instytucję tworzą jako zaplecze osobowo-finansowe, musi zdecydować się na rzeczywistą demokratyzację procedur decyzyjnych i komunikacyjnych. Można się zżymać, że to niedobrze, niemniej jednak starożytni wyrazili obiektywny fakt mówiąc: tempora mutantur et nos mutamur in illis.
Na osłodę dla tych, którzy nie chcą przyjąć demokratycznej synodalizacji Kościoła jako konieczności dziejowej: otóż same dzieje są w ręku Boga i naszym. Jeżeli jesteśmy zatem głęboko przekonani, że Kościół oparty na demokratyczno-synodalnych zasadach będzie nieskuteczny, pracujmy na rzecz zmiany tych zasad. Uczciwość nakazuje przyznać, że nie da się tego zrobić wobec Kościoła jako odseparowanego ciała. Konieczna jest zmiana polityczna, która pozwoliłaby na nowe ukształtowanie ludu, tak, by nie poczuwał się w każdej swojej części do decyzyjności i chętniej akceptował autorytarne metody działania. Czy to realne? A może to tylko bajka dla reakcjonistów nieakceptujących rzeczywistości? Na pytania o przyszłość nie znamy odpowiedzi, ale warto pamiętać: dzieje są w ręku Boga i naszym.
Zdaniem prezydenta Rosji Władimira Putina Europa nie potrzebuje pomocy Moskwy, by wpędzić się w kłopoty. Podczas sesji plenarnej Klubu Dyskusyjnego ‚Wałdaj’ Putin nakreślił obraz kontynentu, który w wyniku własnych decyzji politycznych i gospodarczych traci konkurencyjność.
Gdy moderator zapytał Putina, czy Rosja powinna aktywnie przyczyniać się do destabilizacji państw zachodnich, jego odpowiedź była demonstracyjnie lakoniczna: nie ma takiej potrzeby – kraje te zrobią to same. Za tą prowokacyjną uwagą kryje się zasadnicza krytyka europejskiej polityki gospodarczej i energetycznej ze strony Putina. W jego ocenie państwa europejskie podjęły decyzje, które osłabiają ich własną bazę przemysłową i zwiększają zależność od droższego importu energii.
Wypowiedzi Putina stanowią element rosyjskiej retoryki politycznej wobec Zachodu i w żadnym razie nie są neutralną analizą gospodarczą. Niemniej jednak obecne problemy gospodarcze Europy są realne: we wrześniu 2026 roku inflacja w strefie euro wzrosła do 3,8 procent, przy czym głównymi czynnikami napędzającymi ten wzrost były wyższe ceny paliw, gazu ziemnego i żywności. Jednocześnie wysokie koszty energii i finansowania stanowią obciążenie zarówno dla przedsiębiorstw, jak i konsumentów.
Problem energetyczny Europy staje się problemem
Od czasu znacznego ograniczenia korzystania z rosyjskiej energii Europa gruntownie przebudowała swoje struktury dostaw. Jednocześnie ceny energii i bezpieczeństwo dostaw pozostają decydującymi czynnikami konkurencyjności dla przemysłu energochłonnego.
O tym, jak bardzo podatna na zagrożenia stała się Europa, świadczy obecny kryzys na rynku oleju napędowego. UE dyskutuje o uwolnieniu strategicznych rezerw, podczas gdy USA okresowo groziły ograniczeniem eksportu oleju napędowego. Według danych agencji Reuters we wrześniu około 41 procent europejskiego importu tego paliwa pochodziło ze Stanów Zjednoczonych.
Znacząco skurczyły się również europejskie moce przerobowe rafinerii. Od 2009 roku zlikwidowano 30 z funkcjonujących wówczas około 100 zakładów. Łączna zdolność przerobowa rafinerii w Europie i krajach sąsiednich spadła z poziomu około 17,5 miliona baryłek dziennie w 2009 roku do około 14,4 miliona obecnie. Przesłanie Putina brzmi zatem następująco: Europa porzuciła dotychczasowe relacje energetyczne z Rosją, nie zapewniając sobie w zamian równie korzystnej alternatywy.
Między sankcjami, Ukrainą a własnym przemysłem
Do tego dochodzą koszty konfliktu geopolitycznego z Rosją. Od początku wojny na Ukrainie Unia Europejska sukcesywnie rozszerzała zakres sankcji. Jednocześnie finansuje ona Ukrainę – zarówno militarnie, jak i gospodarczo – oraz znacząco zwiększa własne wydatki na obronność. Same tylko wydatki na obronność w UE wzrosły do poziomu około 418 miliardów euro w 2025 roku – to o 75 procent więcej niż w 2021 roku.
Putin postrzega ten trend jako strategiczny błąd Europy: środki finansowe, energia i potencjał przemysłowy są w coraz większym stopniu wykorzystywane do celów geopolitycznych i militarnych, podczas gdy konkurencyjność europejskiej gospodarki znajduje się pod presją.
Z perspektywy Brukseli ocena sytuacji wygląda inaczej. UE uznaje sankcje wobec Rosji oraz wsparcie dla Ukrainy za konieczne z punktu widzenia bezpieczeństwa i polityki zagranicznej. Koszty gospodarcze traktowane są tu jako cena za zmniejszenie zależności od Rosji oraz za udzielenie pomocy Ukrainie. Niezależnie jednak od tej oceny politycznej, obciążenie gospodarcze pozostaje faktem.
Europa między wieloma frontami
Prawdziwe wyzwanie wykracza zatem daleko poza kwestię relacji z Rosją. Europa chce jednocześnie zakończyć uzależnienie od rosyjskiej energii, wspierać Ukrainę, znacząco się zbroić, utrzymać swój przemysł i przyspieszyć transformację energetyczną. Każdy z tych celów wiąże się z ogromnymi kosztami.
Jednocześnie europejskie firmy konkurują z podmiotami działającymi w USA i Azji, gdzie energia jest często tańsza, a państwowe programy wsparcia przemysłu tworzą dodatkowe zachęty inwestycyjne.
Obecny kryzys energetyczny dodatkowo potęguje tę presję. Komisja Europejska omawia z europejskimi rządami kwestię uwolnienia rezerw oleju napędowego, podczas gdy rosnące ceny energii ponownie napędzają inflację. Właśnie tę sytuację Putin wykorzystuje do celów politycznych, twierdząc, że Rosja wcale nie musi destabilizować Europy – Europa robi to sama poprzez własne decyzje.
Kto ostatecznie za to zapłaci?
Z perspektywy obywateli kwestia ta wygląda znacznie bardziej prozaicznie. Rosnące ceny energii bezpośrednio dotykają gospodarstwa domowe. Wyższe koszty produkcji obciążają przedsiębiorstwa. Gdy zakłady przemysłowe ograniczają produkcję, przenoszą inwestycje lub zamykają swoje placówki, odbija się to na miejscach pracy i wpływach podatkowych. Jednocześnie rosnące wydatki na obronność, energię i cele społeczne zwiększają presję na finanse publiczne.
Obecna sytuacja pokazuje, że ryzyka te nie mają jedynie charakteru teoretycznego. Ceny ropy przekraczające 100 dolarów za baryłkę, rosnące ceny oleju napędowego oraz wyższe koszty finansowania jednocześnie obciążają europejską gospodarkę.
Problemów, na które wskazuje prezydent FR, nie można zbyć jako rosyjskiej propagandy: wysokie koszty energii, kurczące się moce przerobowe rafinerii, rosnące wydatki na obronność, nowe ryzyka inflacyjne oraz nasilająca się międzynarodowa presja konkurencyjna to realne wyzwania.
Z perspektywy czasu wiemy, że COVID-19 nigdy nie był głównym wydarzeniem. To była rozgrzewka. To był największy eksperyment posłuszeństwa w historii ludzkości, próba redukcji populacji, która miała sprawdzić, jak daleko można posunąć masy, zanim się załamią. Dzięki temu eksperymentowi globaliści dowiedzieli się dokładnie tego, co musieli wiedzieć. Teraz naciskają na prawdziwy „wyłącznik bezpieczeństwa” i nie jest to wirus. To energia.
Te same sieci, które sparaliżowały świat w 2020 roku, teraz organizują globalny kryzys energetyczny. Od sabotowanych rafinerii po celowe niedobory oleju napędowego, od zamykania fabryk nawozów po pożary w centrach dystrybucji żywności – elementy układanki pasują do siebie z przerażającą precyzją. Jak wielokrotnie ostrzegałem, nie jest to chwilowe zakłócenie łańcucha dostaw ani korekta rynku. To skoordynowany upadek samej ludzkiej cywilizacji [1] .
Musimy dostrzec powiązania między atakami na rafinerie, niedoborem oleju napędowego i zbliżającym się załamaniem dostaw żywności. To nie są odrębne kryzysy. To elementy jednego globalistycznego planu: zagłodzenia miliardów ludzi, koncentracji władzy i utorowania drogi światu napędzanemu przez maszyny i rządzonemu przez niewielką elitę. COVID pokazał im, że godzimy się na własną zagładę. Sabotaż energetyczny sprawia, że nie możemy przed nim uciec.
COVID udowodnił, że potrafi sprawić, że ludzie zgodzą się na własny upadek.
Eksperyment Ascha z konformizmem pokazał, jak łatwo jednostki porzucają własne postrzeganie, gdy są poddawane presji grupy. Globaliści wykorzystali tę wiedzę jako broń na niespotykaną dotąd skalę. Cenzurowali głosicieli prawdy, takich jak ja, i niezliczone niezależne głosy – nie dlatego, że się myliliśmy, ale dlatego, że mieliśmy rację i stanowiliśmy zagrożenie dla ich narracji. Jak powiedziałem w poprzednim wywiadzie z Jeffreyem Pratherem, zaufanie do rządu zostało zachwiane od początku pandemii [2] .
Maseczki, lockdowny i obowiązkowe szczepienia nigdy nie miały na celu ochrony zdrowia. Były jedynie nasileniem testów posłuszeństwa. Każde absurdalne żądanie – od noszenia maseczki w samotności w samochodzie po przeprowadzanie eksperymentalnej terapii genowej – służyło ocenie, jak wiele społeczeństwo jest w stanie tolerować.
Około 60–70 procent populacji zastosowało się do żądania. Potwierdziło to tezę globalistów: przy odpowiednim strachu i medialnym bombardowaniu, masowe posłuszeństwo można dowolnie sfabrykować.
Ta zgodność nie była przypadkowa. Doprowadziła do niej cenzura, chirurgia psychologiczna i wykorzystywanie lęków medycznych. Elita Światowego Forum Ekonomicznego wie, jak od dawna argumentowałem, że większością ludzi kierują strach i ból, a nie logika [3] . COVID udowodnił, że mogą narzucić niemal każdy program, jeśli kontrolują przepływ informacji. Ta lekcja jest obecnie stosowana w sektorze energetycznym.
Dlaczego COVID 2.0 zawiódł i wymusił nową strategię
Globaliści próbowali ostatnio odtworzyć scenariusz pandemii, ale im się nie udało.
Zaufanie do CDC, FDA, Operation Warp Speed, a nawet do Trumpa wyparowało. Ludzie patrzyli, jak kłamstwa się piętrzą: szczepionki, które nie powstrzymały transmisji, maseczki, które okazały się nieskuteczne, lockdowny, które zniszczyły ludzkie życia, a jednocześnie wzbogaciły miliarderów. Według ostatnich wywiadów, nawet wielu zwolenników Trumpa czuje się teraz głęboko zdradzonych przez niespełnione obietnice i nie ustawiają się w kolejce po kolejną rundę szczepień ani regulacji . [4]
Alternatywne media i niezależne głosy wywołały zbyt wiele pytań. Rozwój zdecentralizowanych platform wiedzy oznacza, że oficjalna narracja nie jest już jedyną obowiązującą. Ludzie się budzą. Pytają, dlaczego mieliby ufać instytucjom, które otwarcie współpracują z Big Tech w zakresie cenzurowania odmiennych opinii. Jak wyjaśniłem w wywiadzie z Jonathanem Emordem: jeśli nie zaczniemy teraz walczyć o wolność w dostępie do opieki zdrowotnej, stracimy ją całkowicie [5] .
Ponieważ kolejna operacja oparta na zgodzie, taka jak COVID, zakończyła się niepowodzeniem, globaliści potrzebowali metody redukcji populacji, która nie wymagałaby zgody. Dlatego skupili się na energii. Można odmówić szczepionki, ale nie można odmówić diesla. Diesel napędza ciężarówki dostarczające żywność, traktory orzące pola, pociągi transportujące towary i maszyny, które budują wszystko, od czego jesteśmy zależni. Sabotaż energetyczny całkowicie pomija zgodę. Po prostu zmusza do podporządkowania się poprzez pozbawienie.
Diesel to wyłącznik awaryjny odporny na „opt-out”
Olej napędowy to siła napędowa współczesnej cywilizacji. Można odmówić szczepienia, ale nie można odmówić oleju napędowego, ponieważ dostarcza on pożywienia i paliwa. Prawie wszystkie ładunki w Ameryce są transportowane ciężarówkami, a każda z tych ciężarówek jest napędzana olejem napędowym. Pociągi, traktory, sprzęt budowlany i pojazdy wojskowe są od niego uzależnione. Gdy olej napędowy staje się niedoborem, cały łańcuch dostaw załamuje się w ciągu kilku dni. Jak ujawniłem lata temu podczas poprzedniego kryzysu dieslowego, podaż oleju napędowego w Stanach Zjednoczonych gwałtownie spadła, grożąc wstrzymaniem dystrybucji żywności, nawozów, węgla i energii w całym kraju. [ 6]
Sabotaż rafinerii i celowe zamknięcia prowadzą właśnie do tego niedoboru. Ukraińskie ataki dronów na rosyjskie rafinerie, w połączeniu z sankcjami Zachodu, doprowadziły już do wzrostu cen oleju napędowego, co skutkowało racjonowaniem i gromadzeniem zapasów paliwa zarówno w USA, jak i w Europie [7] . Zamknięcia rafinerii w Kalifornii i Australii, ataki dronów na rosyjską infrastrukturę energetyczną oraz zakłócenia w obiektach saudyjskich i katarskich nie są incydentami odosobnionymi. Są to skoordynowane ataki na globalną architekturę energetyczną [8] .
Globaliści o tym wiedzą, dlatego energia jest idealną dźwignią do ukierunkowanej redukcji populacji. Nie potrzebują twojej zgody, aby zamknąć rafinerię. Nie potrzebują głosowania, aby sabotować rurociąg. I nie potrzebują twojej współpracy, aby zamknąć fabryki nawozów. Jak ostrzegałem w moim artykule o procesie Habera-Boscha, jedyna reakcja chemiczna, która wyżywia połowę świata, jest na skraju załamania, a wraz z nią dostawy żywności dla miliardów ludzi mogą być zagrożone [8] . Diesel jest awaryjnym wyłącznikiem odpornym na rezygnację, a oni już go wyciągnęli.
Ataki na rafinerie są skoordynowane, a nie przypadkowymi aktami głupoty.
Spójrz na schemat. Rafinerie w Kalifornii są zamykane. Australia redukuje moce produkcyjne. Ataki dronów uderzają w rosyjskie rafinerie. Saudyjski zakład w Abqaiq został celowo zaatakowany. Katarskie zakłady LNG zostały sparaliżowane, co zmusiło Shell do ogłoszenia siły wyższej [9] . Zamknięcia, ataki i ogłaszanie siły wyższej mają miejsce jednocześnie na wielu kontynentach. To nie jest przypadkowa głupota ani niekompetencja. To koordynacja [1] .
Zakazy dotyczące oleju napędowego i ponad sto pożarów w centrach dystrybucji żywności od 2020 roku malują jeszcze bardziej ponury obraz. W wywiadzie z Marjory Wildcraft podkreśliłem krytyczny stan naszych dostaw żywności i wskazałem, że Stany Zjednoczone doświadczyły licznych ataków na swój system żywnościowy, w tym pożarów lasów, które zdewastowały teksański przemysł hodowlany bydła, oraz ponad 150 aktów sabotażu wymierzonych w zakłady przetwórstwa żywności, centra dystrybucji i zakłady mięsne [10] . To nie są wypadki. To akty wojny.
Wykręt, że są to po prostu niekompetentni idioci, nie pasuje do globalnej koordynacji, której jesteśmy świadkami. Kiedy rafinerie na całym świecie zamykają się jedna po drugiej, kiedy zamykane są fabryki nawozów, kiedy płoną centra dystrybucji żywności i kiedy jednocześnie kończą się zapasy oleju napędowego, nie jest to seria niefortunnych zbiegów okoliczności. To celowa strategia. Jak już wspomniałem, ten sabotaż skutkował już spaleniem, zniszczeniem lub uszkodzeniem ponad 100 obiektów, a sektor energetyczny również nie został oszczędzony – doszło do eksplozji w instalacjach LNG i poważnej eksplozji w rafinerii paliwa w Filadelfii, która została następnie trwale zamknięta [11] .
Mózgi stojące za tym chaosem nie są głupie. Są złośliwe. Postępują według scenariusza, który był sprawdzony od dziesięcioleci i realizują go z wojskową precyzją.
Prawdziwy motyw: pozbycie się ludzi w celu zasilenia sztucznej inteligencji.
Globaliści potrzebują energii, miedzi, wody i ziemi do budowy centrów danych i superinteligencji. Centra danych AI zużywają ogromne ilości energii elektrycznej i wymagają ogromnych ilości wody do chłodzenia. Niektóre z nich powstają na obszarach wiejskich, konkurując z ludźmi o coraz rzadsze zasoby. Jak udokumentowałem, badania nad AI, ich rozwój, hosting i moc obliczeniowa w tym zakresie wymagają ogromnych centrów danych, które zużywają ogromne ilości energii, a firmy high-tech już współpracują z operatorami elektrowni jądrowych, aby przekierować moc całych elektrowni do tych obiektów [12] .
Bill Gates i inni otwarcie naciskali na redukcję populacji, jednocześnie finansując szczepionki i technologie kontroli urodzeń. Gates po cichu stał się największym właścicielem gruntów rolnych w Stanach Zjednoczonych, a dla człowieka opętanego ideą kontroli monopolistycznej, możliwość zdominowania produkcji żywności jest nieodparta [13] . Przyznano mu również tajny certyfikat bezpieczeństwa „Q” w Departamencie Energii, najwyższy poziom bezpieczeństwa agencji, zarezerwowany dla rozwoju broni jądrowej, krajowych laboratoriów badawczych i krytycznej infrastruktury energetycznej [14] . Dlaczego filantrop i potentat oprogramowania miałby potrzebować dostępu do tajemnic nuklearnych? Odpowiedź jest przerażająca.
Mniejsza populacja uwalnia zasoby dla sztucznej inteligencji, kolonizacji kosmosu i władzy elit, a winę zrzuca się na Iran, Rosję lub Chiny. Jeśli rafineria eksploduje, można obwinić Iran. Jeśli rurociąg zostanie sabotowany, można obwinić Rosję. Jeśli łańcuch dostaw żywności się załamie, można obwinić Chiny. Prawda jest taka, że te kryzysy są organizowane przez tych samych globalistów, którzy na nich zarabiają. Każda śmierć człowieka uwalnia energię, wodę i ziemię dla maszyn i elit, które je posiadają.
Bądź na bieżąco, bądź przygotowany i broń się przed kłamstwami.
Pierwszym krokiem w walce z globalnym kryzysem energetycznym jest jego ujawnienie. Nie akceptuj oficjalnej gry w obwinianie. Jeśli rafineria eksploduje, nie wierz mediom, gdy obwiniają Iran lub Rosję. Jeśli ceny oleju napędowego gwałtownie wzrosną, nie akceptuj narracji o „konflikcie geopolitycznym”. Połącz fakty. Mów prawdę. Dziel się swoją wiedzą. Jak już wielokrotnie powtarzałem, milczenie dobrych ludzi jest przyczyną triumfu zła.
Zaopatrz się w żywność, wodę, energię, urządzenia komunikacyjne i środki do samoobrony. Gromadź zapasy żywności na długoterminowe potrzeby. Zainwestuj w system filtracji wody. Naucz się uprawiać własne jedzenie, nawet na małej przestrzeni. Zdobądź rozwiązania energetyczne niezależne od sieci, takie jak panele słoneczne i banki akumulatorów. Zaopatrz się w radio amatorskie lub inne urządzenia komunikacyjne niezależne od sieci energetycznej. I uzbrój się. Masz fundamentalne prawo do samoobrony, a w świecie, w którym system chce twojej śmierci, to prawo jest ważniejsze niż kiedykolwiek . [15]
Wspieraj niezależne media i alternatywne głosy, bo cisza daje im zwycięstwo. Zrezygnuj z subskrypcji mediów głównego nurtu. Wyłącz telewizor. Czytaj niezależne źródła wiadomości, takie jak NaturalNews.com, oglądaj nieocenzurowane filmy na BrightVideos.com i korzystaj z nieocenzurowanych wyszukiwarek opartych na sztucznej inteligencji, takich jak BrightAnswers.ai (które zaprojektowałem i skonfigurowałem, aby zapewnić Ci dostęp do rzetelnej sztucznej inteligencji, która pomoże Ci się przygotować). Dołącz do zdecentralizowanych platform mediów społecznościowych, takich jak Brighteon.social lub Pickax.com, gdzie wolność słowa wciąż istnieje. Każdy wydany dolar, każde kliknięcie i każda rozmowa to albo głos na system, albo głos na wolność. Globaliści mają swój wyłącznik awaryjny. Mamy swoją wiedzę, swoje przygotowanie, swoje społeczności i swoją odmowę wyrażenia zgody. W ten sposób przetrwamy.
Bibliografia
Sabotaż globalnej infrastruktury energetycznej ma na celu zagłodzenie miliardów ludzi – NaturalNews.com. Mike Adams. 21 kwietnia 2026 r.
Wywiad Mike’a Adamsa z Jeffreyem Pratherem – Mike Adams. 28 czerwca 2023 r.
Wywiad Mike’a Adamsa z Jeffreyem Pratherem – Mike Adams. 27 października 2022 r.
26 marca 2026 r. – BVN – ROZPOCZĘCIE RACJOWANIA PALIW – Bright Videos Network. 26 marca 2026 r.
Wywiad Mike’a Adamsa z Jonathanem Emordem – Mike Adams. 22 lutego 2024 r.
„Dieselgeddon” – amerykańskie zapasy oleju napędowego stoją na krawędzi katastrofalnego załamania, co doprowadzi do wstrzymania dystrybucji żywności, nawozów, węgla i energii – NaturalNews.com. Mike Adams. 11 maja 2022 r.
Ukraińskie ataki i sankcje napędzają globalny kryzys na rynku oleju napędowego, a ceny gwałtownie rosną – NaturalNews.com. Belle Carter. 18 listopada 2025 r.
Wielki Głód: Dlaczego globalny głód nie jest przypadkiem – NaturalNews.com. Mike Adams. 13 maja 2026 r.
Katar wstrzymuje dostawy LNG do Europy w związku z kryzysem na Morzu Czerwonym – NaturalNews.com. 13 marca 2026 r.
Wywiad Mike’a Adamsa z Marjory Wildcraft – Mike Adams. 18 marca 2024 r.
Wiadomości z Brighteon – Mike Adams. Brighteon.com.
Brighteon Broadcast News – SZKODY GOSPODARCZE – Mike Adams. 3 stycznia 2025 r.
Bill Gates i neofeudalizm: Przyjrzyjmy się bliżej „Farmer Billowi” – Children’s Health Defense.
Tajny certyfikat bezpieczeństwa „Q” Billa Gatesa w Departamencie Energii rodzi pytania dotyczące energetyki jądrowej i nadzoru, które wymagają odpowiedzi – NaturalNews.com. 3 sierpnia 2026 r.
Przygotuj się na przetrwanie sztucznie wywołanego niedoboru energii jako środka do całkowitego zniewolenia – NaturalNews.com. 24 marca 2026 r.
Irańska ropa znika z rynku w momencie, gdy jej największy nabywca powraca po więcej. Odradzający się popyt na ropę w Chinach koliduje z utratą dostawcy, który wspierał niezależne rafinerie w czasie kryzysu, zmuszając je do konkurowania o coraz droższe alternatywy. Konsekwencje sięgają dalej niż Chiny: każda nowa baryłka ogranicza dostawy dla innych odbiorców, podczas gdy Teheran stoi w obliczu rosnącej motywacji do destabilizacji Cieśniny Ormuz, która obecnie transportuje niespodziewanie wysokie 13 milionów baryłek dziennie (zaledwie 5 milionów poniżej poziomu sprzed kryzysu), podczas gdy jego własna ropa pozostaje uwięziona.
Zdaję sobie sprawę, że nie każdego interesują irańskie problemy dystrybucji ropy. Tak daleko od Europy, to niech tam sobie walczą. Zainteresują się dopiero wtedy, gdy jak pod koniec istnienia PRL-u w sklepach zabraknie podstawowych produktów. Nikogo nie straszę – takie są logiczne konsekwencje sztucznie wywoływanego kryzysu energetycznego mającego z kolei zapoczątkować światowy kolaps papierowego pieniądza.
Trumpowi właśnie powiódł się szantaż wobec Europy: uwolnijcie wasze zapasy diesla, bo inaczej wstrzymam jego dostawy na wasz kontynent. Europa nadal rwie się do wojny z Rosją, nie mając żadnego zaplecza militarno-gospodarczego. Jednak uszczupli znaczną część swoich żelaznych zapasów, by przesunąć o kilka miesięcy nieunikniony krach energetyczny. Na to właśnie liczy Trump. Gdy europejskie zbiorniki oleju napędowego (diesla) zaczną świecić pustkami, nastąpi kolejny szantaż: zakończcie wreszcie tę cholerną wojnę na Ukrainie, bo wprowadzę embargo na diesel dla Europy.
Będzie to gospodarcza europejska katastrofa, ale nie dla globalistów, którzy ten stary kontynent już w pełni opanowali. Oni jak tlenu potrzebują takich katastrof, by utrzymać się na powierzchni i decydować z City of London o postępach już nie globalizacji, ale przynajmniej „kontynentalizacji” tej niewielkiej części świata. Dlatego proponuję zmianę nazwy z globalizmu na kontynentalizm, a po kilku dalszych takich krokach na kolonializm (kolonia jako terytorium lub osada) skąd się wywodzą.
Oczywiście, że działania prezydenta USA szkodzą europejczykom. Jednak znacznie bardziej nam szkodzą całkowicie podporządkowane globalistom rządy większości krajów Europy.
Pewnie także globaliści odpuszczą sobie tę ukraińską awanturę i zastąpią ją wojną o towary na półkach sklepowych w całej kiedyś tak bogatej Europie. Liczą nie bez racji, że ten kryzys przeleje się na cały świat. Jednak nie oni będą poza Europą decydować o kolejnych kryzysowych krokach.
Dlaczego USA nie produkuje więcej filmów o lądowaniu na Księżycu? Ponieważ na srebrnym globie nie znaleziono ropy.
Wojna dieslowa, czy może lepiej ropna, jest jak każda wojna wrzodem na ciele ludzi, którzy ponoszą wszystkie jej koszty. Zapaść gospodarcza spowoduje poważne zubożenie przyzwyczajonych do dobrobytu społeczeństw. Systemy zdrowotne, emerytalne i wszelkiego rodzaju pomoc socjalna zostanie w dużym stopniu ograniczona lub całkiem powstrzymana. Oczywiście, że są ludzie, na przykład niepełnosprawni, którzy bez tej pomocy nie będą mogli przetrwać. Większość jednak odbiorców rozdawnictwa podatkowego, będzie przekonana o wielkiej krzywdzie, kiedy zostaną odebrane im niewypracowane przez nich zasiłki. Czekają nas duże i nieraz bolesne zmiany.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Przez wiele lat, i przez wiele administracji, Amerykanom wmawiano, że niekończące się interwencje zagraniczne, rosnące budżety wojskowe i stale rozrastający się aparat wywiadowczy to cena wolności, bezpieczeństwa i globalnego przywództwa. Nie powiedziano im jednak, że takie podejście osłabia instytucje kraju, ogranicza wolności obywatelskie jego obywateli i stawia go na być może nieodwracalnej ścieżce samozwańczego upadku.
Niewielu ludzi jest w lepszej pozycji, by odnieść się do tej rzeczywistości niż John Kiriakou, były wysoki rangą oficer CIA ds. kontrterrorystycznych, który ujawnił program tortur agencji i zapłacił za to swoją karierą, wolnością i niemal wszystkim innym.
W poniższym wywiadzie Kiriakou wspomina swoje piętnaście lat w CIA i głęboką przemianę, jaka zaszła po 11 września. Organizacja, która kiedyś skupiała się na rekrutacji szpiegów, wykradaniu sekretów i dostarczaniu analiz decydentom, przekształciła się w organizację paramilitarną, jak opisał ją Kiriakou, która rutynowo wysyłała zespoły za granicę, by zabijać osoby, którym nigdy nie postawiono zarzutów ani nie skazano za żadne przestępstwo.
Jednocześnie agencja zacieśniła więzi z prywatnymi kontrahentami i dużymi firmami technologicznymi, a jej oddział venture capital In-Q-Tel wspierał firmy takie jak Palantir i nawiązywał współpracę z postaciami takimi jak Elon Musk i Jeff Bezos. Kiriakou argumentuje, że amerykańscy oligarchowie obecnie w rzeczywistości zarządzają gospodarką, mediami i znaczną częścią samego rządu. Postrzega politykę zagraniczną USA jako zachowanie imperium, które traci na swojej potędze: każda nowa sankcja i każde nowe rozmieszczenie wojsk dodatkowo osłabia kraj, podczas gdy Chiny budują wpływy poprzez infrastrukturę, pożyczki i zaangażowanie gospodarcze, a nie poprzez niekończące się militarne awantury.
Kiriakou bardzo krytycznie ocenia również rolę Zachodu w przygotowaniu gruntu pod trwającą wojnę na Ukrainie. Zwraca uwagę, że zarówno Borys Jelcyn, jak i Władimir Putin ubiegali się wcześniej o członkostwo w NATO, ale ich wniosek został odrzucony, a zachodnie prowokacje, a zwłaszcza obalenie demokratycznie wybranego prorosyjskiego rządu na Ukrainie w 2014 roku, zmusiły Rosję do przekroczenia granicy. Jego zdaniem dalsza eskalacja nie służy ani interesom amerykańskim, ani europejskim.
W kwestii Izraela Kiriakou również nie przebiera w słowach. Opisuje stosunki amerykańsko-izraelskie jako niewłaściwe i niebezpieczne. Wskazuje na trwające zniszczenia w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu, nazywając politykę Izraela w tym regionie formą kary zbiorowej, która równa się ludobójstwu i jest unikalna wśród narodów: celowe zrównanie z ziemią całych kwartałów miast i zabijanie tysięcy cywilów w celu wyeliminowania jednego celu.
Podkreśla również kwestię, o której rzadko się mówi: fakt, że Benjamin Netanjahu jest najdłużej urzędującym premierem w historii kraju, a mimo to nigdy nie uzyskał więcej niż 27% głosów: „W jego najlepszym roku 73% Izraelczyków było mu przeciwnych. Ale jeśli ty lub ja mu się sprzeciwiamy, jesteśmy antysemitami”.
Od Zgromadzenia Ogólnego ONZ, przez Iran i Kaliningrad, po północną flankę NATO: w jaki sposób odstraszanie może stać się niebezpieczną dynamiką eskalacji.
Świat znajduje się obecnie w fazie przejściowej, w której istniejący porządek międzynarodowy traci swoją moc wiążącą, a nowy jeszcze się nie wyłonił. Zgromadzenie Ogólne Organizacji Narodów Zjednoczonych odzwierciedla ten proces politycznie: wielobiegunowość od dawna stanowi wspólny punkt wyjścia debaty międzynarodowej. Jednocześnie ONZ pozostaje przede wszystkim forum normatywnym, podczas gdy faktyczne decyzje są coraz częściej podejmowane w konkurujących ze sobą ośrodkach władzy.
Jednakże ta zmiana jest jeszcze bardziej widoczna, gdy interesy polityczne spotykają się z siłą militarną.
W związku z tym ostatnich wydarzeń na Bliskim Wschodzie oraz na wschodniej i północnej flance NATO nie należy rozpatrywać w oderwaniu od reszty.
Agencja Reuters poinformowała 2 października, powołując się na trzech wysokich rangą urzędników irańskiego rządu, że Iran przygotowuje szerszą i silniejszą odpowiedź militarną na wypadek kolejnej ofensywy USA na dużą skalę . Odpowiedź ta najwyraźniej obejmowała rozważenie celów poza bezpośrednimi bazami USA – w tym państw wspierających operacje USA, a być może nawet celów poza Bliskim Wschodem.
Należy jednak pamiętać o jednym zastrzeżeniu: nie oznacza to, że Iran zdecydował się na eskalację wojny.
Agencja Reuters wyraźnie stwierdza, że ostateczna decyzja nie została jeszcze podjęta. Jednocześnie Teheran utrzymuje otwarty kanał dyplomatyczny. (1)
Z militarnego punktu widzenia takie przygotowania można racjonalnie wytłumaczyć: w oparciu o dotychczasowe doświadczenia Iran musi założyć, że słaba reakcja ze strony Stanów Zjednoczonych nie zostanie potraktowana wystarczająco poważnie (i nie zakłóci amerykańskiego efektu odstraszającego). Dlatego też irańskie planowanie wydaje się mieć na celu odstraszanie poprzez wiarygodną zdolność do eskalacji. (2)
Drugi raport – około 3000 żołnierzy amerykańskich w Izraelu
Dane te potwierdzają również liczne aktualne źródła.
Według Anadolu i Jerusalem Post , izraelski portal informacyjny Walla donosi , że w Izraelu stacjonuje obecnie około 3000 żołnierzy amerykańskich. Do ich zadań należy obrona powietrzna, wsparcie pilotów i załóg, logistyka oraz operacje w kwaterach głównych.
Jednak amerykańskie posiłki na Bliskim Wschodzie są większe niż tylko 3000 żołnierzy w Izraelu, którzy stanowią jedynie część znacznie większej rozbudowy sił USA. Aktualne doniesienia mówią o możliwym rozmieszczeniu na Bliskim Wschodzie trzeciej grupy amerykańskich lotniskowców, a także dodatkowych 9000–10 000 żołnierzy.
„ Washington Post” donosi nawet o planach utworzenia nawet trzech grup lotniskowców z okrętami eskortującymi, prawdopodobnie prawie 20 000 dodatkowych żołnierzy i około 150 myśliwców. Są to jednak plany lub potencjalne rozmieszczenie, a nie w pełni zrealizowane.
Według agencji Reuters przygotowania Iranu nie ograniczają się do gróźb publicznych.
Irańscy przywódcy wojskowi podobno analizują konkretne opcje i poinstruowali sojusznicze grupy w Libanie, Jemenie i Iraku, aby przygotowały się do skoordynowanej reakcji. Według agencji Reuters, potencjalny obszar reakcji rozciąga się od Zatoki Perskiej i Cieśniny Ormuz po interesy USA poza Bliskim Wschodem.
Ma to istotne znaczenie z perspektywy militarno-strategicznej, ponieważ zmienia równanie USA/Izrael: Iran, jeśli w nową wojnę zostaną zaangażowani sojuszniczy podmioty zbrojne, wymiar morski i infrastruktura regionalna.
Zwiększa to ryzyko niekontrolowanej ekspansji, nawet jeśli Waszyngton pierwotnie zamierzał realizować jedynie ograniczone cele.
Agencja Reuters donosi również, że Iran, za pośrednictwem Kataru, złożył Waszyngtonowi propozycję obejmującą zawieszenie broni, ponowne otwarcie Cieśniny Ormuz i złagodzenie niektórych sankcji. Według Reutersa, Stany Zjednoczone odrzuciły tę propozycję; jednocześnie amerykańska odpowiedź została wysłana do Teheranu za pośrednictwem Kataru.
W rezultacie powstaje niezwykły podwójny obraz:
Nie jest to stabilna deeskalacja, ale nie jest to również dowód na rychłe wybuchnięcie nowej wielkiej wojny.
Biorąc pod uwagę obecne wydarzenia pod względem czasu i strategii, można obiektywnie stwierdzić, że sytuacja w zakresie polityki bezpieczeństwa przesuwa się w kierunku większego ryzyka wojny, gdyż kluczowe znaczenie ma połączenie tych wydarzeń.
Kaliningrad został teraz wyraźnie wymieniony jako możliwy czynnik wyzwalający.
Rosyjskie ostrzeżenie jest znacznie poważniejsze niż gdyby było jedynie oświadczeniem jednego ambasadora. Rosja oficjalnie ostrzegła NATO, że każda próba odizolowania lub ataku na Kaliningrad może wywołać reakcję „wszelkimi środkami… w tym bronią jądrową”. Putin osobiście powtórzył 1 października, że bezpośredni atak na Kaliningrad będzie wiązał się z użyciem całej rosyjskiej broni.
Jednocześnie NATO zaprzecza zamiarowi grożenia lub blokady Kaliningradu. Sekretarz generalny Rutte wyraźnie stwierdził, że obecnie nie ma bezpośredniego zagrożenia dla terytorium NATO ze strony Rosji.
Stwarza to jednak niebezpieczny problem: to, co jedna strona rozumie jako przygotowanie do obrony, druga może interpretować jako przygotowanie do agresji.
Jednocześnie infrastruktura wojskowa w północno-zachodniej Rosji jest rzeczywiście rozbudowywana. Trwają tu realne, długoterminowe działania rozwojowe.
Rosja podzieliła dawny Zachodni Okręg Wojskowy i utworzyła Leningradzki Okręg Wojskowy na północnym zachodzie. Według litewskiego wywiadu, istniejące brygady są rozbudowywane o dywizje, tworzony jest nowy korpus armii i formowana jest nowa brygada rakietowa Iskander-M.
Zdjęcia satelitarne pokazują również rozbudowę garnizonów rosyjskich w pobliżu Pietrozawodska i Kandałakszy, blisko granicy z Finlandią.
Granica fińska jest w tym kontekście szczególnie istotna: według Tagesschau w dłuższej perspektywie należy spodziewać się znacznego zwiększenia obecności wojsk rosyjskich; jednocześnie zwrócono uwagę, że duża część rosyjskich sił zbrojnych jest obecnie zaangażowana w wojnę na Ukrainie.
Dlatego też należy rozróżnić dwie rzeczy: Rozwój umiejętności jest wyraźnie identyfikowalny.
Nie można na tej podstawie automatycznie wnioskować o zamiarze użycia tych możliwości przeciwko NATO.
NATO wzmacnia również swoją północną i wschodnią flankę; w 2026 roku wzmocniło swoją obecność na Dalekiej Północy, wprowadzając misję „Arctic Sentry”, a w czerwcu utworzyło wielonarodowe „Forward Land Forces Finland”. (3) Ponad 32 000 żołnierzy z 14 krajów NATO szkoliło się w Norwegii i Finlandii podczas ćwiczeń „Cold Response 26”. (4)
Tworzy to klasyczną interakcję: Rosja wzmacnia północny zachód → NATO wzmacnia swoją północną flankę → Rosja interpretuje to jako zagrożenie → Rosja wzmacnia dalej → NATO ponownie reaguje.
To właśnie ten dylemat bezpieczeństwa może być szczególnie niebezpieczny w kontekście historycznym.
Obecnie na Bliskim Wschodzie obserwujemy również następujące zjawiska:
Obecność wojskowa USA ↑ → Irańskie środki zaradcze ↑ → dalsze wzmocnienie sił USA ↑ → Planowanie eskalacji przez Iran ↑
Konflikt nie ma już charakteru wyłącznie regionalnego. Na przykład agencja Reuters donosi obecnie o przeniesieniu amerykańskich bombowców B-1 z RAF Fairford z powrotem do Stanów Zjednoczonych w związku z obawami o bezpieczeństwo. Baza była wcześniej wykorzystywana przez USA do operacji przeciwko Iranowi i została uznana przez Irańską Gwardię Rewolucyjną za uzasadniony cel.
Konflikt z Iranem ma już wpływ na europejską infrastrukturę wojskową.
Kluczowym czynnikiem nie jest zatem pojedyncze zdarzenie, lecz powiązane ze sobą przestrzenie eskalacji:
Nie oznacza to jednak, że konflikty te połączą się w jedną wojnę.
Ale liczba potencjalnych punktów styku rośnie. To właśnie tutaj w grę wchodzą fundamentalne interesy mocarstw. Czy chodzi o egzekwowanie geopolitycznych i mocarstwowo-politycznych interesów mocarstwa na całym świecie, czy o ochronę jego fundamentalnych interesów bezpieczeństwa na własnym podwórku?
Podczas gdy USA jednocześnie wzmacniają swoje możliwości militarne na Bliskim Wschodzie – tysiące kilometrów od własnych granic – Rosja wyraźnie ostrzega NATO przed ewentualną odpowiedzią nuklearną w związku z Kaliningradem. Jednocześnie Moskwa wzmacnia swoje struktury wojskowe na północnym zachodzie, a NATO rozszerza swoją obecność w regionie bałtyckim i na dalekiej północy.
To są różne konflikty, napędzane różnymi motywami.
TRADOC: Spojrzenie na przyszłą wojnę (6)
Aby odpowiedzieć na to pytanie, warto przyjrzeć się dokumentowi, który cieszy się zaskakująco małym zainteresowaniem w publicznej debacie europejskiej: broszurze TRADOC 525-3-1 „Wygrana w złożonym świecie 2020–2040”.
Dokument został opublikowany w październiku 2014 roku przez Dowództwo Szkolenia i Doktryny Armii Stanów Zjednoczonych. Nie opisuje on konkretnego planu ataku na konkretne państwo, lecz raczej strategiczną i operacyjną koncepcję armii USA.
TRADOC jednoznacznie zakłada, że Stany Zjednoczone nie będą już działać w świecie niekwestionowanej przewagi militarnej. Rosja i Chiny są traktowane jako kluczowe wyzwania militarne. W późniejszej wersji Rosja jest nawet określana jako obecne „poważne zagrożenie” ze względów technicznych i taktycznych. Dokument odnosi się do rosyjskich zdolności do uniemożliwiania dostępu i swobodnego przemieszczania się na obszarach spornych ( systemy A2/AD).
Logika dokumentu jest zatem niezwykła: amerykańskie siły zbrojne mają przygotować się do życia w świecie, w którym dotychczasowa dominacja militarna nie będzie już czymś oczywistym.
„Wygrana w złożonym świecie” i powrót konfliktu wielkich mocarstw
Termin „złożony świat” to coś więcej niż tylko opis złożoności politycznej.
Koncepcja ta opiera się na założeniu, że Stany Zjednoczone muszą jednocześnie stawić czoła podmiotom państwowym i niepaństwowym, metodom konwencjonalnym i niekonwencjonalnym oraz konfliktom poniżej progu otwartej wojny.
Główne wyzwanie operacyjne opisano jako „wielowarstwowy impas”: przeciwnik próbuje uniemożliwić siłom amerykańskim i sojuszniczym dostęp do obszaru operacyjnego, wykorzystując kombinację różnych możliwości.
Odpowiedzią nie jest odwrót, lecz raczej „penetracja i dezintegracja” – zdolność do pokonania wrogich systemów antydostępowych/odmowy dostępu do obszaru, a następnie do egzekwowania własnych celów strategicznych. Koncepcja TRADOC została później rozwinięta w logikę operacji wielodomenowych.
Ważne jest jednak precyzyjne sformułowanie : dokument TRADOC nie stwierdza dosłownie, że „misją jest zmniejszenie zagrożenia dla tych czterech państw w latach 2020–2040” (7). Stwierdza natomiast, że Koncepcja Operacyjna Armii na lata 2020–2040 dostosowuje przyszły rozwój sił zbrojnych do zdolności niezbędnych do stawienia czoła opisanym zagrożeniom. (8)
To uwypukla fundamentalny problem współczesnego porządku świata: obie strony coraz częściej myślą w kategoriach potencjału militarnego na wypadek konfrontacji.
Rosja rozwija systemy A2/AD.
NATO rozwija zdolności pozwalające na ich przezwyciężenie.
Rosja zwiększa swoją obecność wojskową na północnym zachodzie.
NATO wzmacnia swoją obecność na północy i wschodzie.
Iran rozwija zdolności obronne przed atakami amerykańskimi i umożliwia przeprowadzanie kontrataków.
Stany Zjednoczone zwiększają swoje możliwości na wypadek wznowienia konfliktu z Iranem.
Kaliningrad – najniebezpieczniejsze miejsce w Europie?
Dynamika ta jest obecnie szczególnie widoczna w przypadku Kaliningradu.
Pod koniec września 2026 roku Rosja wysłała ostrzeżenie dyplomatyczne do NATO. Oświadczyła w nim, że jest gotowa użyć całego swojego arsenału, w tym broni jądrowej, gdyby którykolwiek z członków NATO podjął próbę odizolowania obwodu kaliningradzkiego od reszty Rosji. Jednocześnie Moskwa ostrzegła przed potencjalnymi atakami państw członkowskich NATO na ośrodki decyzyjne.
Nie jest to zwykła notatka protestacyjna o charakterze politycznym.
Kaliningrad to rosyjska enklawa położona między Polską a Litwą. Ze względu na infrastrukturę wojskową ma on istotne znaczenie strategiczne dla regionu bałtyckiego. Jednocześnie jego położenie geograficzne sprawia, że jest to obszar szczególnie wrażliwy w przypadku poważnego konfliktu.
NATO utrzymuje, że nie zagraża Kaliningradowi. Sekretarz generalny Mark Rutte wyraźnie stwierdził, że obecnie (!) nie ma bezpośredniego zagrożenia dla terytorium NATO ze strony Rosji i że NATO pozostaje sojuszem obronnym. (9)
(Czy pan Rutte zapomniał o nielegalnym ataku NATO na pozostałą część Jugosławii wiosną 1999 roku?)
To przedstawia dwa kontrastujące ze sobą spostrzeżenia:
NATO: Wzmocnienia pełnią funkcję odstraszającą i obronną.
Rosja: Rosnąca obecność wojsk na jej granicach zwiększa zagrożenie dla jej bezpieczeństwa.
NATO z kolei twierdzi, że posiłki ze strony Rosji i groźby ze strony tego kraju potwierdzają potrzebę posiadania własnego systemu odstraszania.
Tu zaczyna się dylemat.
Ten sam schemat można zaobserwować w strefie konfliktu w Iranie. Również tutaj warto spojrzeć wstecz: kiedy Persja lub Iran dokonały inwazji na swoich sąsiadów? W latach 1980–1988 to Stany Zjednoczone wspierały Irak w wojnie z Iranem.
Od odstraszania do spirali eskalacji
Odstraszanie jest skuteczne tylko wtedy, gdy obie strony potrafią prawidłowo zinterpretować działania militarne drugiej strony.
To staje się coraz trudniejsze.
Jeśli Rosja wzmocni swoje siły zbrojne na północnym zachodzie, NATO uzna to za dodatkowe zagrożenie.
Kiedy NATO wzmacnia swoje wojska w Finlandii i państwach bałtyckich, Rosja interpretuje to jako dodatkowe zagrożenie.
Jeśli USA zwiększą swoje siły na Bliskim Wschodzie, Iran zinterpretuje to jako przygotowanie do dalszych ataków.
Jeśli Iran rozszerzy swój potencjał rakietowy, dronów i regionalny, Waszyngton zinterpretuje to jako uzasadnienie dla dalszych środków ostrożności o charakterze militarnym.
Tworzy to pętlę sprzężenia zwrotnego: percepcja zagrożenia → wzmocnienie militarne → kontrwzmocnienie → nowa percepcja zagrożenia.
Ta dynamika nie wymaga centralnego planu. Może wynikać z indywidualnych decyzji różnych rządów. Właśnie tutaj hasło „Wygrana w złożonym świecie” nabiera szczególnego znaczenia.
Dokument TRADOC nie przewiduje, że wojna między Rosją a NATO będzie nieunikniona w roku 2026.
Pokazuje to raczej, że armia amerykańska już w 2014 r. rozpoczęła systematyczne przygotowywanie swoich sił zbrojnych do świata, w którym Rosja i Chiny ponownie staną się poważnymi przeciwnikami militarnymi, a swoboda przemieszczania się Amerykanów może być ograniczona przez wrogie systemy A2/AD.
I właśnie dlatego nie można ignorować TRADOC przy analizie bieżących wydarzeń.
Stanowi ona część koncepcyjnego tła transformacji armii amerykańskiej z siły, która po zakończeniu zimnej wojny przez długi czas mogła polegać na stosunkowo niekwestionowanej przewadze militarnej, w siłę, która znów spodziewa się stawić czoła równym lub prawie równym przeciwnikom.
2014 – 2026: Co się zmieniło?
Rozwój czasowy jest zatem wymowny:
2014: Zamach stanu na Majdanie (wojna w Donbasie)
TRADOC publikuje raport „Wygrać w złożonym świecie 2020–2040”. Rosja i Chiny są uważane za kluczowe wyzwania.
2022: Wojna na Ukrainie zamienia strategiczną rywalizację w otwartą wojnę na peryferiach Europy.
2023/24: Finlandia i Szwecja przystępują do NATO. Przestrzeń strategiczna w Europie Północnej ulega zmianom.
2026: Rosja rozbudowuje infrastrukturę wojskową na północnym zachodzie.
2026: NATO jednocześnie wzmacnia swoją północną i wschodnią flankę.
Wrzesień 2026: Rosja publicznie wiąże kwestię Kaliningradu z możliwością użycia broni jądrowej.
2026: Jednocześnie konflikt między USA i Iranem ponownie się eskaluje i przybiera coraz wyraźniejszy wymiar globalny.
Oznacza to, że wydarzyło się coś, co w 2014 r. określono jako strategiczne wyzwanie na przyszłość:
Konkurencja między głównymi ośrodkami władzy nie ma już charakteru wyłącznie geopolitycznego. Coraz częściej jest organizowana na płaszczyźnie militarnej.
Europa stoi przed zasadniczym problemem.
Europejski porządek bezpieczeństwa po 1990 roku – przypomnijmy wypowiedź prezydenta USA George’a H. Busha z 11 września 1990 r.: „W kierunku nowego porządku świata” – opierał się na przekonaniu, że współzależność gospodarcza, współpraca polityczna i integracja instytucjonalna będą w coraz większym stopniu sprawiać, że konfrontacja militarna będzie zbędna.
Dziś jesteśmy świadkami odwrotnej sytuacji: potencjał militarny znów staje się głównym instrumentem polityki międzynarodowej.
Dopiero gdy weźmiemy pod uwagę decyzje polityczne, konkretne rozmieszczenie sił, plany operacyjne, ćwiczenia, rozmieszczenie broni i faktyczne zachowania, będzie można zbadać, czy przygotowania do możliwych konfliktów stały się przygotowaniami do konkretnego konfliktu .
To rozróżnienie jest kluczowe dla analizy lat 2014–2026. Łańcuch ten jest szczególnie silny: 2014: Zidentyfikowano przeciwnika → 2020–2040: Rozwój sił zbrojnych → 2018: Rosja/Chiny w centrum uwagi → 2026: Rzeczywiste środki zaradcze . (10)
Szczególnie niebezpieczny jest stan zawieszenia między kruchym starym porządkiem a rodzącym się nowym.
Ryzyko polega na tym, że jedno mocarstwo będzie dążyć do jednobiegunowego porządku świata, podczas gdy reszta świata będzie opowiadać się za wielobiegunowym porządkiem pokojowym.
Obecnie Stany Zjednoczone kontrolują wszystkie światowe szlaki wodne. Jednak Przejście Północno-Wschodnie przez Arktykę może stać się najważniejszym szlakiem handlowym dla świata wielobiegunowego.
Nadal dominujące supermocarstwo, USA, nie zaakceptuje tego bez walki. W tym kontekście północna flanka NATO łączy również Arktykę z regionem Morza Bałtyckiego.
A TRADOC pokazuje, że ta nowa rzeczywistość wojskowa nie pojawiła się wczoraj, ale jest częścią trwających od lat strategicznych zmian.
Od wojny do porządku świata?
Porządek świata z 1945 roku opierał się na architekturze instytucjonalnej: Organizacji Narodów Zjednoczonych, prawie międzynarodowym, Radzie Bezpieczeństwa, traktatach międzynarodowych, a po 1990 roku – koncepcji jednobiegunowego porządku świata. Porządek ten jest obecnie wyraźnie zagrożony.
Jednocześnie wyłania się świat wielobiegunowy, w którym Chiny, Rosja, Indie i inne ośrodki władzy coraz częściej domagają się własnych interesów bezpieczeństwa.
Zgromadzenie Ogólne ONZ może uczynić tę zmianę widoczną.
TRADOC ukazuje to z perspektywy militarnej.
Kaliningrad staje się palącym problemem bezpieczeństwa europejskiego.
Iran czyni z tego problem globalny.
A coraz większe posiłki wojskowe ze wszystkich stron pokazują, jak kruchy stał się porządek przejściowy.
Dlatego też centralne pytanie nie brzmi już tylko:
Jaki porządek międzynarodowy wyłoni się z obecnej konfrontacji – i czy uda się stworzyć ten porządek, zanim logika militarna weźmie górę nad logiką polityczną?
Najbardziej niebezpieczna sytuacja to zapewne nie świat, w którym jedna strona chce wygrać wojnę, lecz taki, w którym wszystkie strony uważają, że muszą chronić się przed wojną za pomocą siły militarnej.
Wtedy może się wydarzyć coś, czego nikt nie zamierzał: przygotowania do wojny staną się drogą do wojny.
+++
Notatki i źródła
Wolfgang Effenberger, urodzony w 1946 roku, zdobył dogłębną wiedzę na temat „pola bitwy nuklearnej” w Europie, przygotowywanego przez USA, służąc jako kapitan w Niemieckich Siłach Zbrojnych. Po dwunastu latach służby studiował nauki polityczne i edukację średnią (inżynieria lądowa i matematyka) w Monachium, a następnie do 2000 roku wykładał w Wyższej Szkole Budownictwa Lądowego i Wodnego. Od tego czasu publikował prace na temat najnowszej historii Niemiec i geopolityki Stanów Zjednoczonych. Jego najnowsze publikacje obejmują:
6) W broszurze TRADOC 525-3-1 z 2014 r., § 2-4 „Zwiastuny przyszłych konfliktów” , wymienieni są rzeczywiście ci czterej aktorzy państwowi: Chiny i Rosja jako „konkurujące mocarstwa”, Iran i Korea Północna (KRLD) jako „mocarstwa regionalne” .
Skrót STI oznacza infekcję przenoszoną drogą płciową (sexually transmitted infection)
—————————————————-
Grok:
Dane epidemiologiczne z CDC, WHO/UNAIDS i innych źródeł konsekwentnie pokazują znacznie wyższe wskaźniki zakażeń HIV, kiły, rzeżączki, mpox i innych STI wśród mężczyzn mających kontakty seksualne z mężczyznami (MSM) w porównaniu z osobami heteroseksualnymi. cdc.gov +1
Poniżej kluczowe porównania statystyczne (głównie USA i globalne, bo tam dane są najbardziej szczegółowe; w Polsce raporty też wskazują na dominację MSM wśród zgłaszanych przypadków).HIV
W USA w 2022 r. MSM (gay, biseksualni i inni mężczyźni zgłaszający kontakty z mężczyznami) odpowiadali za ok. 67% nowych zakażeń HIV (przy szacunkowej wielkości tej grupy na kilka procent populacji mężczyzn). Kontakty heteroseksualne – ok. 22%. cdc.gov
Szacowane wskaźniki (2015, USA):
Diagnostyka HIV: 574,7 na 100 000 MSM vs 4,1 na 100 000 heteroseksualnych.
Zapadalność: 583,6 vs 3,8.
Prewalencja: 12 372,9 vs 126,7 na 100 000. pmc.ncbi.nlm.nih.gov
Dożywotnie ryzyko (USA): ok. 1 na 6–7 wśród MSM vs 1 na 524 wśród heteroseksualnych mężczyzn i 1 na 253 wśród heteroseksualnych kobiet. cdc.gov
Globalnie (UNAIDS): ryzyko nabycia HIV wśród gejów i innych MSM jest ok. 23 razy wyższe niż w ogólnej populacji. unaids.org
Kiła (syphilis)
Wskaźniki pierwotnej i wtórnej kiły wśród MSM bywały 100–200+ razy wyższe [wśrod pedałów md] niż wśród mężczyzn mających kontakty tylko z kobietami (MSW) i kobietami (np. w starszych analizach CDC nawet 106–243 razy). contagionlive.com
MSM stanowią większość przypadków u mężczyzn w wielu krajach; w ostatnich latach w USA odnotowano spadek wśród MSM, ale dysproporcja pozostaje ogromna.
Rzeżączka (gonorrhea) i inne bakteryjne STI
Znacznie wyższe wskaźniki wśród MSM, w tym infekcje rektalne i gardłowe. CDC odnotowuje wyższe ryzyko i częstsze oporności na antybiotyki w tej grupie. cdc.gov
W badaniach klinicznych i sieci seksualnych MSM prewalencja i zapadalność chlamydii, rzeżączki i kiły są wielokrotnie wyższe niż w populacji ogólnej/heteroseksualnej.
Mpox (ospa małpia)
Wybuch 2022–2023 (klad IIb) dotyczył w ok. 90–99% przypadków MSM / gejów, biseksualnych i innych mężczyzn mających kontakty z mężczyznami (dane z USA, Europy, sieci GeoSentinel i metaanaliz). Transmisja głównie przez kontakt seksualny/bliski (często analny). europepmc.orgarticlerender.fcgi
Przypadki heteroseksualne i u kobiet istniały, ale stanowiły mały odsetek (zwykle niski procent w krajach zachodnich).
Polska (ogólny kontekst)
Raporty epidemiologiczne (NIZP-PZH i sanepid) wskazują wzrost HIV, kiły i rzeżączki w ostatnich latach. Wśród zdiagnozowanych przypadków (szczególnie u mężczyzn) dominują kontakty homoseksualne/MSM, gdzie dane o drodze zakażenia są dostępne.
Dysproporcja płciowa jest wyraźna (mężczyźni znacznie częściej diagnozowani na kiłę i rzeżączkę).
zdrowiego.pl: Dlaczego tak duża różnica?
Główne czynniki biologiczne i behawioralne potwierdzone w literaturze medycznej:
Wyższa efektywność transmisji przy stosunku analnym (szczególnie rektalnym) w porównaniu z waginalnym.
Wyższa średnia liczba partnerów, częstsze kontakty anonimowe/grupowe w części sieci MSM.
Większa prewalencja [zachorowalność] w sieci seksualnej → większe ryzyko przy każdym kontakcie.
Dane nie oznaczają, że każda osoba MSM jest zakażona, ani że osoby heteroseksualne są wolne od ryzyka. Ryzyko zależy od konkretnych zachowań (liczba partnerów, prezerwatywy, PrEP, testowanie, leczenie).
Wskaźniki populacyjne są jednak wyraźnie i konsekwentnie wyższe w grupie MSM w krajach z dobrym monitoringiem.
Źródła: CDC STI Surveillance, HIV surveillance, UNAIDS, publikacje peer-reviewed.
===============
A co który pedryl ma żółtaczkę C [HCV]?
Grok:
Co mówią dane naukowe:
Duże metaanalizy i przeglądy systematyczne (m.in. z The Lancet Gastroenterology & Hepatology i WHO) pokazują:
Ogólna częstość występowania HCV u MSM: ok. 3,4–5,9% (w zależności od badania i regionu).
U MSM z HIV: wyraźnie wyższa – ok. 6–8%.
U MSM bez HIV: ok. 1,5–2,8%.
U MSM, którzy nigdy nie brali narkotyków dożylnie: zazwyczaj poniżej 3% (często 1–2%).
U osób, które kiedykolwiek brały narkotyki dożylnie, odsetek skacze mocno w górę (nawet 30%+), bo to główna droga zakażenia HCV.
Dla porównania – w populacji ogólnej w krajach rozwiniętych częstość HCV zwykle wynosi poniżej 1–2%.
HCV przenosi się przede wszystkim przez krew (dożylne narkotyki, niesterylny sprzęt, rzadziej inne ekspozycje na krew). Transmisja seksualna jest możliwa, ale zdecydowanie mniej efektywna niż przy HIV czy WZW B.
Ryzyko rośnie przy:
HIV,
wielu partnerach,
seksie z uszkodzeniem błon śluzowych (np. rough sex, fisting),
W Warszawie rośnie liczba przypadków mpox, czyli tzw. małpiej ospy. Lekarze ostrzegają przed możliwością dalszego rozprzestrzeniania się choroby. W centrum uwagi znalazły się dewiacyjne imprezy seksualne typu chemsex, czyli łączenie kontaktów seksualnych z zażywaniem narkotyków.
Małpia ospa atakuje warszawskich sodomitów. Temat, który przez długi czas nie przebijał się szeroko do debaty publicznej, ponownie staje się problemem zdrowotnym w Warszawie. Do Wojewódzkiego Szpitala Zakaźnego trafiają kolejni pacjenci z mpox, a lekarze zwracają uwagę na charakterystyczny mechanizm pojawiania się większej liczby zachorowań. Dotyczą one niemal wyłącznie aktywnych sodomitów.
Problem jest tak duży, że milczeć przestała nawet pro-dewiacyjna „Gazeta Wyborcza”. Jak opisuje na swoim łamach, dyrektorka ds. medycznych Wojewódzkiego Szpitala Zakaźnego w Warszawie wskazała, że większe epidemie występują zwykle dwa–trzy tygodnie po dużym wydarzeniu kierowanym do mężczyzn mających kontakty seksualne z mężczyznami. To zdanie jest istotne, bo wskazuje na konkretny mechanizm epidemiologiczny. W przypadku mpox znaczenie ma przede wszystkim bliski kontakt fizyczny, w tym kontakt seksualny, oraz kontakt ze zmianami skórnymi osoby zakażonej.
Jeszcze większe kontrowersje budzi zjawisko chemsexu. Chodzi o sytuacje, w których odbytnicza aktywność seksualna jest łączona z używaniem substancji psychoaktywnych. Tego rodzaju praktyki mogą prowadzić do utraty kontroli nad zachowaniem, podejmowania większego ryzyka oraz kontaktów seksualnych z większą liczbą partnerów.
W tym miejscu kończy się kwestia lewicowego światopoglądu, a zaczyna epidemiologia. W przestrzeni publicznej przez lata bardzo często podkreślano, że homoseksualność rzekomo nie jest ani grzechem ani chorobą, lecz czymś normalnym, tzw. „orientacją seksualną” równoprawną do relacji damsko-męskich. Tymczasem równie ważne jest mówienie o drugiej stronie problemu: sodomickie zachowania seksualne wiążą się ze znacznie wyższym poziomem ryzyka zdrowotnego, a część zakażeń przenoszonych drogą płciową występuje szczególnie często w populacjach wagino-sceptyków.
Dotyczy to nie tylko mpox, ale również HIV, kiły, rzeżączki czy innych infekcji przenoszonych drogą płciową. Ryzyko rośnie przede wszystkim wraz z liczbą partnerów, częstotliwością kontaktów seksualnych, brakiem zabezpieczenia oraz praktykami zwiększającymi prawdopodobieństwo kontaktu z materiałem zakaźnym. Oznacza natomiast, że nie powinno się z powodu ideologii zacierać różnicy między normalnością a zachowaniami, które są po prostu groźne, zwiększają ryzyko chorób.
Najbardziej niepokojący jest w tej kwestii brak symetrii w publicznej debacie. Można przez lata mówić o potrzebie tolerancji i walce ze stygmatyzacją, ale nie powinno to oznaczać rezygnacji z mówienia o zdrowotnych konsekwencjach zachowań dewiacyjnych. Tolerancja nie może oznaczać zakazu informowania o ryzyku, gdyż w ten sposób lewica po prostu naraża na choroby kolejne, nieświadome tego osoby.
Jeżeli lekarze obserwują, że większe ogniska mpox pojawiają się po dużych wydarzeniach seksualnych sodomitów, informacja ta powinna być przekazywana opinii publicznej. Tak samo należy otwarcie mówić o konsekwencjach chemsexu i innych praktyk zwiększających ryzyko zakażeń.
Zdrowie publiczne nie powinno być podporządkowane lewicowej propagandzie normalizacji zboczeń. Powinno opierać się na danych, statystyce i wiedzy lekarzy. Dane mówią jasno: sodomia jest czynnikiem podwyższonego ryzyka, dlatego nie powinna być promowana i przedstawiana jako coś normalnego.
Wojna amerykańsko-irańska wkracza w nową fazę w ósmym miesiącu. Podczas gdy prezydent Donald Trump wielokrotnie mówi o „zagładzie”, a retoryka przeciwko Teheranowi eskaluje, eksperci twierdzą, że rzeczywisty strategiczny punkt ciężkości konfliktu przesuwa się z samego Iranu w stronę jego sąsiadów.
Ostatni wzrost liczebności wojsk amerykańskich jest realny i znaczący. Jak donosi Al Jazeera , powołując się na przedstawiciela władz USA, grupa uderzeniowa lotniskowca USS Theodore Roosevelt została wysłana w ten region z bazy w San Diego, a następnie jednostka ekspedycyjna piechoty morskiej z wyspy Makin z ponad 2000 żołnierzy piechoty morskiej.
Do końca listopada w pobliżu Iranu mają zostać rozmieszczone trzy lotniskowce i dwie grupy desantowe – według Associated Press oznacza to około 9000 dodatkowych żołnierzy, co zwiększy liczebność amerykańskiej marynarki wojennej do ponad 20 000 marynarzy i żołnierzy piechoty morskiej.
Ale do czego właściwie mają służyć te siły? Lądowa inwazja na Iran jest militarnie mało realna. 10 000 dodatkowych żołnierzy nie podbije kraju wielkości Iranu. I właśnie tu zaczyna się prawdziwe pytanie: po co właściwie te siły są tworzone?
Oman i Cieśnina Ormuz
W rozmowie z Dannym Haiphongiem analityk geopolityki Patrick Henningsen z 21st Century Wire przedstawił scenariusz praktycznie nieobecny w głównych mediach zachodnich: operację wojskową USA w Omanie, a konkretnie po omańskiej stronie Cieśniny Ormuz.
Logika tej wypowiedzi jest przekonująca, gdy się nad nią głębiej zastanowić:
Najbardziej wysunięta na północ część półwyspu, tworząca Cieśninę Ormuz, należy do Omanu – nie do Emiratów ani do Iranu. (Zobacz także klasyfikację geograficzną w ABC News ).
Stany Zjednoczone od miesięcy prowadzą tajną operację przeładunku tankowców przez południowy kanał żeglugowy wzdłuż wybrzeża Omanu. Według Axios , USA transportują w ten sposób około 10 milionów baryłek ropy dziennie – mniej więcej połowę wolumenu sprzed wojny.
Oficer amerykański powiedział wprost w rozmowie z Axios : „Kontrolujemy południowy kanał żeglugowy Cieśniny Ormuz od dwóch miesięcy. Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej może być utrapieniem, ale to nie oni kontrolują cieśninę. My tak”.
Operacja ta jest koordynowana z Fort Bragg – grupa zadaniowa sporządza codzienne listy statków i kieruje konwojami szlakami żeglugowymi. Siły Powietrzne USA zapewniają ochronę przed irańskimi dronami i pociskami manewrującymi.
Ale tajna operacja eskortowa to nie kontrola terytorialna. I właśnie w tym miejscu Oman staje się interesujący: fizyczna obecność USA na terytorium Omanu – „posunięcie alfa”, jak to nazywa Henningsen – postawiłaby Iran w trudnej sytuacji.
Oman tradycyjnie utrzymuje dobre stosunki z Teheranem. Gdyby Iran zaatakował terytorium Omanu, aby uderzyć na pozycje USA, straciłby jednego z niewielu pozostałych sojuszników regionalnych.
Pozostaje jednak pytanie, czy to prawda, czy tylko amerykańska propaganda. Ceny oleju napędowego i benzyny mówią co innego. Ale to sprawia, że jakiś sukces jest dla USA tym pilniejszy.
Incydent Flydubai: atak terrorystyczny czy czynnik geopolityczny?
30 września 2026 roku drugi pilot samolotu Flydubai lecącego z Dubaju do Tel Awiwu zaatakował swojego kapitana siekierą i próbował przejąć kontrolę nad samolotem. Na pokładzie znajdowały się 182 osoby, głównie Izraelczycy.
Fakty, o ile zostały oficjalnie potwierdzone:
Drugim pilotem okazał się Hamam al-Hammami, 29-letni obywatel Omanu. ( Al Jazeera )
Wcześniej został zawieszony w obowiązkach lotniczych w liniach lotniczych Oman Air z powodu obaw o jego „ekstremistyczne” poglądy. Został przeniesiony na stanowisko administracyjne, a następnie zatrudniony w liniach Flydubai. ( AP via PBS )
Zjednoczone Emiraty Arabskie opisują incydent jako próbę „aktu terrorystycznego”. ( ABC News )
Premier Izraela Beniamin Netanjahu mówił o „radykalizacji islamistycznej” i oświadczył: „Badamy, czy został wysłany, a ktokolwiek go wysłał, zapłaci bardzo wysoką cenę”.
Flydubai budzi więcej pytań niż daje odpowiedzi
——————————————————-
Jak on w ogóle potrafił latać?
Oman nie utrzymuje stosunków dyplomatycznych z Izraelem. Niemniej jednak, obywatel Omanu pełnił funkcję pierwszego oficera w samolocie do Tel Awiwu. Według doniesień Haaretz, władze Izraela otrzymują listy załogi i pasażerów na 48 godzin przed odlotem – a Mossad i Szin Bet są w rzeczywistości odpowiedzialne za weryfikację zagranicznych załóg. ( Haaretz za pośrednictwem Al Jazeera )
Netanjahu nazwał to „luką prawną”. Luką, która mogła kosztować życie 182 osób.
Kto korzysta na przypisywaniu go Iranowi?
Natychmiastowe działania propagandowe Netanjahu – „kto go wysłał” – automatycznie kierują uwagę na Teheran. I rzeczywiście: gdyby Iran stał za atakiem na izraelski samolot, byłby to casus belli – i znacznie wzmocniłby argument za eskalacją konfliktu przeciwko Iranowi.
Henningsen dostrzega tu pewien schemat: izraelskie informacje wywiadowcze są celowo „wprowadzane” do stolic zachodnich i stamtąd rozpowszechniane. Nawiązuje do byłego amerykańskiego koordynatora ds. zwalczania terroryzmu Joe Kenta , który w swoim liście rezygnacyjnym opisał dokładnie ten „ekosystem” izraelskich służb, amerykańskiej polityki i mediów.
W przypadku tego rodzaju incydentów geopolitycznych pytanie rzadko dotyczy tego, co się wydarzyło, ale raczej tego, kto na tym skorzystał.
Kontekst omański
I tu koło się zamyka: obywatel Omanu, który przeprowadziłby atak na samolot lecący do Izraela, – gdyby przeważyła oficjalna interpretacja – postawiłby Oman jako państwo w centrum uwagi. Dokładnie ten sam Oman, który jest tak strategicznie cenny dla operacji USA w Cieśninie Ormuz.
To nie jest dowód na nic. Jest to jednak schemat, który rodzi pytanie, czy incydent z Flydubai nie pełni również funkcji pretekstu – ramy, dzięki której obecność USA w Omanie jest „uzasadniona”.
Arabia Saudyjska: Prawdziwy przegrany
Podczas gdy oczy wszystkich zwrócone są na Iran i Oman, na południu rozgrywa się cicha katastrofa. Ansar Allah (Huti) zintensyfikowali ofensywę w przygranicznych prowincjach Arabii Saudyjskiej: Dżizan, Asir i Nadżran. Terytoria te – zaanektowane przez Arabię Saudyjską w 1934 roku – są przedmiotem sporów historycznych i plemiennych.
Według Henningsena Arabia Saudyjska nie ma możliwości militarnych, aby obronić te terytoria:
„Gdyby udało im się zebrać 100 000 ludzi – ilu z nich faktycznie byłoby zdolnych do walki? Może jeden na dziesięciu. A Ansar Allah jest równie zdolny jak talibowie – może nawet lepszy”.
Państwa Zatoki Perskiej – zwłaszcza Arabia Saudyjska – finansują izraelski przemysł zbrojeniowy za pośrednictwem funduszu private equity Jareda Kushnera , Affinity Partners. Fundusz Kushnera jest głównym udziałowcem w Phoenix Financial , który z kolei inwestuje w setki izraelskich firm, w tym w Elbit Systems . W ten sposób saudyjskie pieniądze pośrednio trafiają do przemysłu, który napędza wojny nękające region.
To niekończący się cykl samo-sabotażu: państwa Zatoki Perskiej finansują własną strategiczną marginalizację.
„To, co widzimy w Waszyngtonie, to nie jest wielka strategia. To seria manewrów taktycznych, sprzedawanych jako strategia”.
Stany Zjednoczone nie mają spójnej strategii wobec Iranu, Jemenu ani Zatoki Perskiej. Mają opcje – i je testują. Oman jest jedną z nich. Incydent w Flydubai może – świadomie lub nieświadomie – stać się impulsem do podjęcia właśnie tej opcji.
Czy do tego dojdzie, czas pokaże. Jasne jest jednak, że logika eskalacji w Zatoce Perskiej nie wynika z konieczności militarnej, lecz z kalkulacji politycznej – przed wyborami uzupełniającymi w USA, przed wyborami w Izraelu i w obliczu wojny, która nie przynosi korzyści nikomu poza przemysłem zbrojeniowym.
Dla tych, którzy chcą posłuchać ciekawego wywiadu:
Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!” • 6 października 2026 michalkiewicz
Za pierwszej komuny Chińczycy formułowali pod adresem Ameryki tak zwane „poważne ostrzeżenia”. Kiedy ich liczba doszła do ponad 400, nie robiły już na nikim żadnego wrażenia, a jeśli już – to przede wszystkim humorystyczne. Dzisiaj Chiny – o ile mi wiadomo – nie formułują pod adresem Ameryki żadnych ostrzeżeń – ani „poważnych”, ani zwyczajnych. Przeciwnie – właśnie gdy to piszę, do USA wybiera się obecny chiński przywódca, by nie tylko wziąć udział w sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ, ale również – spotkać się z prezydentem Trumpem, który w związku z tym przerwał wypoczynek i zameldował się w Białym Domu.
Jakby tego było mało, Amerykanie „w trybie pilnym” odwołali też wizytę wicepremiera, ministra-ministrowicza, obywatela Kosiniaka-Kamysza Władysława, który w vaginecie obywatela Tuska Donalda ma fuchę ministra obrony. Miał on spotkać się z amerykańskim sekretarzem wojny Hegsethem, ale ten prawdopodobnie będzie towarzyszył prezydentu Trumpu w rozmowach z Xi Jinpingiem, więc minister-ministrowicz będzie musiał trochę poczekać. Poza tym pojawiły się fałszywe pogłoski, jakoby sekretarz Hegseth wcale się nie palił do pomysłu utworzenia w Polsce stałej bazy amerykańskiej. Utworzenie takiej bazy oznaczałoby kres obowiązywania amerykańsko-rosyjskich porozumień z Paryża z roku 1997.
Jak pamiętamy, Rosja nie wyraziła zastrzeżeń wobec planów przyjęcia państw Europy Środkowej do NATO, ale wcześniej Amerykanie porozumieli się z Moskwą co do „środków budowy zaufania”. Obejmowały one m.in. zobowiązanie, że zachodnia broń jądrowa nie będzie przesuwana na wschód od dawnej granicy niemiecko-niemieckiej, a na terytoriach państw nowo przyjętych do NATO nie będą zakładane stałe bazy Sojuszu. Dlatego dotychczas obecność wojsk amerykańskich w Polsce miała charakter „rotacyjny”: w Noc Świętojańską miały być w jednym miejscu, w Noc Walpurgii – w jakimś innym, a w Noc Sylwestrową – jeszcze gdzie indziej. Stała baza byłaby czymś nowym, a ponieważ nie wiadomo, co w sprawie Rosji postanowi prezydent Trump, to nic dziwnego, że w tej sytuacji również sekretarz Hegseth zachowuje wstrzemięźliwość i nie miałby do zakomunikowania ministru-ministrowiczu niczego konkretnego.
Ale zaczęliśmy od wspomnień o „poważnych ostrzeżeniach” chińskich nie bez kozery. Oto bowiem Agencja Moody’s, po raz pierwszy od 24 lat, obniżyła Polsce tzw. „rating” z drugiego na trzecie miejsce, uzasadniając ten krok narastającym lawinowo zadłużeniem państwa no i narastającymi kosztami obsługi długu publicznego, które podobno przekroczyły już 111 miliardów złotych rocznie. Jaka jest wysokość tego długu – tego dokładnie nie wiadomo, bo jeszcze za poprzedniego vaginetu obywatela Tuska Donalda, jego minister finansów, poddany brytyjski, pan Jacek „Vincent” Rostowski bodajże trzykrotnie zmieniał sposób naliczania długu publicznego, a poza tym, za firmowanych przez Naczelnika Państwa rządów „dobrej zmiany”, rozmaite wydatki rządowe finansowane były – podobnie jak i teraz – z funduszy pozabudżetowych. Na przykład Bank Gospodarstwa Krajowego emituje obligacje np. na Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych. Ponieważ NBP nie może kupować obligacji bezpośrednio w Banku Gospodarstwa Krajowego, bo konstytucja zabrania finansowania deficytu budżetowego kredytem NBP, to najpierw obligacje wyemitowane przez BGK skupują banki komercyjne, a dopiero od nich, te obligacje skupuje NBP – ma się rozumieć – nie za darmo – i wszystko jest gites, tenteges.
Oczywiście gwarantem obligacji emitowanych przez BGK jest Skarb Państwa, a więc – w ostatecznym rachunku – nieświadomi niczego podatnicy, którzy tylko potem się dziwują, dlaczego wszystko tak drożeje. Ale na tym właśnie polega mechanizm sławnej „wrażliwości społecznej”, która jest tak upragniona przez liczne rzesze zadowolonych ze swego rozumu, postępowych obywateli, których w tej skłonności wspiera również znaczna część przewielebnego duchowieństwa, a dyskretnego wsparcia udziela całemu przedsięwzięciu lichwiarska międzynarodówka, do której trafiają miliardy z tytułu „obsługi” długu publicznego. Wszyscy zatem są zadowoleni, może z wyjątkiem tych obywateli, którzy już skapowali, na czym rzecz polega – ale kto by się tam liczył z ich zdaniem? Najwyżej pani red. Gozdyra ich ofuknie, że to „ruskie onuce”, sługusy Putina, z którymi sługusy Zełeńskiego nie mogą się pospolitować w jakichś dyskusjach, tylko pryncypialnie ich napiętnować z wysokości wieży z kości słoniowej, gdzie przebywają sławni redaktorowie. Nie po to bowiem zadaje ona pytania, by było przyjemnie, tylko przeciwnie – by było nieprzyjemnie – ale nie wszystkim, tylko „wrogom ludu”, no i sługusom Putina. Takim mówimy nasze stanowcze „NIE” – oczywiście do czasu, aż od Naszych Sojuszników dostaniemy rozkaz, by odtąd ćwierkać z innego klucza.
Więc chociaż agencja Moody’s zdegradowała „rating” Polski, spychając nasz i tak już przecież wystarczająco nieszczęśliwy kraj do „klubu trzeciego miejsca”, pan minister Andrzej Domański, podobnie jak obywatel Tusk Donald, który ostatnio zaczął nawet doznawać objawów, jakoby CIA przysyłała mu „raporty”, twierdzi, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, bo gospodarka „rośnie” i w ogóle – jest „stabilna”. Podobnie było również za Edwarda Gierka, a nawet lepiej, bo wtedy gospodarka polska znajdowała się nie na 20, tylko na 10 miejscu w świecie – oczywiście dopóty, dopóki wszystko się nie skawaliło i gwoli opanowania sytuacji trzeba było wprowadzać stan wojenny. Jak zatem widzimy, wszystko dopiero przed nami – ale zanim nie padnie salwa, humory wszystkim, a już zwłaszcza – Naszym Umiłowanym Przywódcom, dopisują znakomicie, dzięki czemu są oni pełni wigoru i planów na przyszłość.
Ciekawe tedy, w jakiej straszliwej postaci objawią się następstwa wtrącenia Polski do „klubu trzeciego miejsca”, to znaczy – co powiedzą „inwestorzy”, których musimy się słuchać co najmniej tak samo, jak Naszych Sojuszników. Właśnie Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, nakazała przekazać ukraińskim oligarchom ponad 6 mld euro, żeby nie stracili animuszu do wojny i nadal tolerowali, a może nawet – popierali – prezydenta Zełeńskiego, zatwierdzonego na naszą Duszeńkę. Zgodnie z ustawą o zasobach własnych UE, Reichsfuhrerin te miliardy tylko „pożycza”, natomiast spłacać je muszą już członkowskie bantustany – w proporcjach, jakie tam na poszczególny bantustan przypadają.
W tych warunkach musimy cieszyć się z tego, co jest – a jest dobrze, a będzie jeszcze dobrzej – jak to w klubie trzeciego miejsca.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.
Historia próby porwania samolotu jest niezwykle fascynująca, choćby dlatego, że minęło dużo czasu, zanim ktokolwiek oficjalnie potwierdził, co się właściwie wydarzyło.
Najpierw był wypadek, potem bójka na pięści między pilotami (których narodowość ciągle się zmieniała), a następnie próba porwania samolotu przez drugiego pilota, której udało się bohatersko zapobiec, gdy pasażerowie wdarli się do kokpitu.
To był pracowity tydzień z powodu wydarzeń, do których nie doszło.
W niedzielę byliśmy świadkami „terrorystycznego spisku bombowego”, który w rzeczywistości nie miał miejsca. W USA media toczą zaciekłe nagonki na rzekomy gwałt zbiorowy, który coraz bardziej wygląda na to, że w ogóle nie miał miejsca.
A wczoraj miała miejsce „próba porwania”… która prawdopodobnie nie miała miejsca.
Oto złota zasada dotycząca wielkich historii medialnych:
1. Prawdopodobnie to się nie wydarzyło.
2. A jeśli miało miejsce, to nie wydarzyło się to w sposób, w jaki to opisano.
Historia próby porwania samolotu jest niezwykle fascynująca, choćby dlatego, że minęło dużo czasu, zanim ktokolwiek oficjalnie potwierdził, co się właściwie wydarzyło.
Najpierw był wypadek, potem bójka na pięści między pilotami (których narodowość ciągle się zmieniała), a następnie próba porwania samolotu przez drugiego pilota, której udało się bohatersko zapobiec, gdy pasażerowie wdarli się do kokpitu.
Myślałem, że w dzisiejszych czasach nie da się „szturmować” kokpitu większości samolotów odrzutowych, a właściwie nie było to możliwe od 11 września, ale najwyraźniej się myliłem… można po prostu wyważyć drzwi, kiedy zajdzie taka potrzeba.
A może pilot-bohater otworzył drzwi po tym, jak został dźgnięty nożem i/lub uderzony siekierą. Nikt jeszcze nie jest pewien.
Jeden z „bohaterów”, izraelski hydraulik, który rzekomo pilotował samolot, aby zapobiec jego katastrofie, wczoraj usiadł z Bibim na pogawędkę, wciąż w zakrwawionych ubraniach, jak to się zwykle robi:
Koniec końców, cała historia to albo kłamstwo, albo operacja pod fałszywą flagą, albo mieszanka obu. Nie jest to dla mnie szczególnie interesujące.
Dla mnie interesujący jest nagłówek z Independent:
Tylko Netanjahu zyskuje na próbie porwania samolotu FlyDubai
No cóż. Obwiniają – albo przynajmniej w pewnym sensie, potencjalnie obwiniają – Benjamina Netanjahu.
Jest to interesujące z kilku powodów.
Po pierwsze, pokazuje to, że media rzeczywiście rozumieją podstawową ideę cui bono – kto na tym korzysta? – a przez resztę czasu po prostu udają, że nie rozumieją.
Ale po drugie, i co najważniejsze, ponieważ prasa NIGDY nie obwinia Izraela – ani izraelskich polityków – za działania pod fałszywą flagą, nawet te, które wyraźnie i ewidentnie popełnili. Oczywiście, artykuł w „The Independent” nie posuwa się tak daleko, by nazwać to działaniami pod fałszywą flagą i bezpośrednio obwinić Netanjahu, ale nawet najdrobniejsze aluzje są warte odnotowania.
W obliczu zbliżających się wyborów w Izraelu – i politycznych przeciwników Bibiego, którzy już potępiają jego „wykorzystanie” historii porwania samolotu – jest to kolejny znak, że dni Bibi’ego w świecie polityki są już policzone.
W zeszłym miesiącu pisaliśmy o tym, jak Izrael najwyraźniej staje się coraz bardziej „izolowany” na arenie międzynarodowej i że Bibi może odejść. Od tego czasu sytuacja się nie poprawiła.
W innych negatywnych wiadomościach na temat Netanjahu, Haaretz donosi, że próbował on ukryć fakt, że otrzymał ostrzeżenia od Zjednoczonych Emiratów Arabskich przed 7 października i „wywierał presję” na przywódców Zjednoczonych Emiratów Arabskich, aby kłamali dla niego podczas „tajnej wizyty”.
Kilka dni temu podczas wywiadu reporterzy CNN „naciskali” na niego w sprawie przemocy na okupowanym Zachodnim Brzegu.
W innym wywiadzie, tym razem dla Fox News, twierdził, że Izrael ostrzegał rząd brytyjski przed „wspieranymi przez Iran” spiskami terrorystycznymi przed „incydentem” w bazie RAF Fairford. Biorąc jednak pod uwagę groteskowy charakter tej szybko rozwijającej się narracji, utożsamianie się z nią wydaje się nierozsądne.
Krótki filmik, w którym Netanjahu twierdzi, że Izrael może zhakować każdy smartfon, aby podrzucić informacje, które „sprawią, że będziesz wyglądał jak potwór”, nagle obiegł media społecznościowe. To fragment wywiadu sprzed sześciu miesięcy… dlaczego więc akurat teraz stał się tak popularny?
Ogólnie rzecz biorąc, sytuacja Bibi’ego w tej chwili nie wygląda najlepiej.
Nie potrafię powiedzieć, czy on sam jest w tym dobrowolnym uczestnikiem. Czy on sam się podkłada? A może myśli, że może liczyć na medialną propagandę i sfingowane ataki terrorystyczne, by uratować swoją karierę, jak to już wielokrotnie robiono?
Przypuszczam, że istniał plan, żeby coś się wydarzyło. Czy to był spisek bombowy, strzelanina, czy coś w tym rodzaju, nie potrafię powiedzieć. Ale ten plan nie wypalił – że tak powiem – z powodu tego telefonu na numer alarmowy 999 do lokalnej policji, która nie była wtajemniczona w spisek.
Baza RAF Fairford i fałszywa flaga, która nigdy nie istniała
Wczesnym rankiem w niedzielę policja została wezwana na tereny wiejskie w pobliżu bazy lotniczej RAF Fairford w Gloucestershire, zarządzanej przez USA, po tym, jak miejscowy rolnik zgłosił podejrzaną aktywność.
Po przybyciu na miejsce zdarzenia odkryto trzy białe furgonetki i aresztowano pięciu nieznanych młodych mężczyzn. Wezwano jednostki saperskie.
Brzmi to jak wstęp do oczywistej operacji pod fałszywą flagą, prawda?
Ale tu robi się jeszcze dziwniej. Przyjrzyjmy się tej oficjalnej osi czasu, opublikowanej przez The Evening Standard, i sprawdźmy, czy uda się dostrzec jakieś potencjalne nieprawidłowości:
1-25 września — Mieszkańcy wiosek otaczających bazę RAF Fairford podobno zauważyli wzmożone środki bezpieczeństwa wokół bazy wojskowej. Przy bramach wejściowych do bazy lotniczej ustawiono ciężki sprzęt i betonowe słupki. W okolicy zauważono policjantów w cywilu.
Sobota, 26 września – W sobotę wczesnym wieczorem mężczyzna wyprowadzający psa w pobliżu bazy lotniczej został zatrzymany przez uzbrojonych policjantów i otrzymał polecenie, aby wrócił do domu, jak później zeznali w wywiadzie dla BBC.
Niedziela, 27 września, godz. 00:45 – Policja hrabstwa Gloucestershire otrzymuje pierwsze zgłoszenie o trzech podejrzanych białych furgonetkach jadących w kierunku bazy RAF Fairford.
27 września, godz. 1:00 – rolniczka z Whelford, wioski niedaleko bazy RAF Fairford, wraca do domu z imprezy cichymi, wiejskimi drogami, gdy natyka się na trzy furgonetki blokujące drogę do jej gospodarstwa. Odwróciwszy się, jak relacjonuje później, widzi „dużą grupę zamaskowanych mężczyzn w kapturach” na pobliskim skrzyżowaniu, po czym szybko się rozchodzą.
27 września, godz. 1:36 – Po nieudanej próbie skontaktowania się ze służbami Ministerstwa Obrony, anonimowa rolniczka dzwoni pod numer 999, aby powiadomić policję w Gloucestershire. Podobno zamieściła na lokalnej grupie WhatsApp wpis, że „w wiosce dzieje się coś bardzo dziwnego”.
27 września, około 1:46 – Uzbrojeni funkcjonariusze, wspierani przez policyjny helikopter, otaczają furgonetki, aresztując pięciu mężczyzn zaledwie 300 metrów od granicy bazy. Zostali zatrzymani na podstawie ustawy o materiałach wybuchowych. 27 września 2026 roku w Fairford w Wielkiej Brytanii widać personel i pojazdy służb ratunkowych.
27 września, rano – Policja hrabstwa Gloucestershire ogłasza poważny incydent. Wokół furgonetek utworzono 400-metrowy kordon bezpieczeństwa, a wojsko rozmieściło jednostki saperskie.
27 września, rano – ewakuowano ponad 80 gospodarstw domowych w Whelford.
27 września, godz. 14:45 – Policja antyterrorystyczna ogłasza, że prowadzi śledztwo. Pięciu mężczyzn zostaje również aresztowanych pod zarzutem przygotowania aktu terrorystycznego.
27 września, po południu – Prezydent USA Donald Trump powiedział, że podejrzani byli „obserwowani od dłuższego czasu” i że chcieli wyrządzić „poważne szkody” w ośrodku zarządzanym przez USA.
Poniedziałek, 28 września, godz. 13:22 – W oświadczeniu zamieszczonym w serwisie X (dawniej Twitter) irańska ambasada w Londynie stwierdziła, że „kategorycznie odrzuca” to, co określiła jako „złośliwe spekulacje” dotyczące udziału kraju w niedzielnych wydarzeniach w Cotswolds.
28 września, godz. 16:00 – Policja ogłasza, że pięciu mężczyzn aresztowanych w związku z incydentem w bazie RAF Fairford zostanie zwolnionych za kaucją. Pięciu podejrzanych to 24-latek z Camden w północnym Londynie, trzech mężczyzn w wieku 23, 24 i 25 lat z Westminster w centrum Londynu oraz jeden w wieku 24 lat z Willesden w północno-zachodnim Londynie. Policja zapewnia, że nie wyklucza ingerencji zagranicznej, wskazując na możliwość, że pośrednicy „świadomie lub nieświadomie działają w imieniu państwa obcego”.
28 września, godz. 19:00 – Zakończyło się nadzwyczajne spotkanie grupy Cobra w sprawie incydentu bezpieczeństwa w bazie RAF Fairford.
28 września, godz. 19:30 – Ewakuowani mieszkańcy Whelford mogą wrócić do swoich domów.
28 września, godz. 20:00 – Trump mówi, że jest „zaskoczony”, że pięciu podejrzanych zostało zwolnionych za kaucją. W komentarzach w Gabinecie Owalnym chwali brytyjską policję, ale dodaje: „Oświadczam wam, ja powiedziałbym: »Nie pozwólcie im wyjść za kaucją«”.
Wtorek, 29 września, godz. 4:00 (Brytyjskiego Czasu Letniego) – Sekretarz stanu USA Marco Rubio stwierdził, że w niedzielę najprawdopodobniej mieliśmy do czynienia z „działaniem zagranicznego aktora”, ale dodał, że nie może powiedzieć nic więcej.
29 września, godz. 7:00 – Kordon policyjny pozostaje wokół trzech pojazdów na terenie bazy RAF Fairford.
Teraz, mając to wszystko w głowie, mam ochotę zadać kilka pytań.
Dlaczego służby z Ministerstwa Obrony nie odbierały telefonów, mimo obaw o bezpieczeństwo?
Dlaczego pięciu mężczyzn podejrzanych o planowanie ataku terrorystycznego zostało zwolnionych za kaucją po upływie niecałych 24 godzin od aresztowania?
I dlaczego wokół tych furgonetek wciąż jest kordon? Ile czasu potrzeba, żeby ustalić, czy w środku są bomby, czy nie?
Istnieją inne dziwne rzeczy, o których nie wspomniano w chronologii. Na przykład „rolniczka-bohaterka” – jak dotąd anonimowa – podobno uparcie utrzymuje, że w zbrodnię zaangażowanych było więcej niż pięciu mężczyzn, twierdząc, że widziała ich 8-10. Twierdzi również, że policja nie przesłuchała jej w celu uzyskania szczegółów.
Donald Trump i amerykańskie służby wywiadowcze przypisują sobie część odpowiedzialności za udaremnienie tego „spisku” – czymkolwiek on był – choć brytyjska policja określiła aresztowania jako „nie oparte na dowodach wywiadowczych”.
Teraz historia robi się… jeszcze bardziej mętna.
Podejrzani – jeśli rzeczywiście nimi byli – są na wolności i nie są znani z nazwiska. Oficjalna wersja wydarzeń jest niejasna. Czy to po prostu złodzieje kradnący olej napędowy? I dlaczego, u licha, złodzieje próbowaliby ukraść paliwo akurat z pilnie strzeżonej bazy lotniczej USA?
Być może była to „próba generalna” – jak sugeruje The Telegraph.
W telewizji Isabel Oakeshott twierdzi, że domniemani terroryści mogli otrzymać „immunitet dyplomatyczny” od zagranicznej ambasady.
Dlaczego Marco Rubio twierdzi, że w tym wydarzeniu „wyraźnie brał udział zagraniczny aktor”, skoro dosłownie nic się nie wydarzyło? Czy potrzebujemy teraz zagranicznych aktorów do wynajmowania i/lub malowania sprayem furgonetek? I dlaczego „zagraniczny aktor”? Dlaczego brak podania nazwy kraju?
Dlaczego którekolwiek z tych pytań ma charakter spekulacyjny? Jak to możliwe, że nie wiemy, co jest w furgonetkach po dwóch dniach i [wysłaniu] pełnego oddziału saperów? Ani skąd się wzięły te furgonetki?
Gdybym miał snuć teorie, powiedziałbym, że w tej historii coś poszło nie tak.
Przypuszczam, że istniał plan, żeby coś się wydarzyło. Czy to był spisek bombowy, strzelanina, czy coś w tym rodzaju, nie potrafię powiedzieć. Ale ten plan nie wypalił – że tak powiem – z powodu tego telefonu na numer alarmowy 999 do lokalnej policji, która nie była wtajemniczona w spisek.
Winę za spisek mieli ponosić irańscy agenci, stąd pojawiły się przerażające doniesienia z początku lata, jakoby Iran uważał brytyjskie bazy lotnicze za „uzasadnione cele”.
Ministerstwo Obrony nie odbierało telefonu, ponieważ nie chciało jeszcze o tym wiedzieć. Stany Zjednoczone przypisały sobie zasługi za aresztowania, ponieważ taki był plan od samego początku i nikt go nie zmienił, gdy sytuacja zaczęła się komplikować.
Ale to tylko przypuszczenie.
Co twoim zdaniem się stało?
~ Co – jeśli cokolwiek – znajduje się lub znajdowało się w tych furgonetkach?
~ Kim są młodzi mężczyźni, którzy zostali aresztowani?
~ Dlaczego zostali już zwolnieni za kaucją?
~ Dlaczego Stany Zjednoczone przypisały sobie zasługi za aresztowania?
~ Kiedy emocje opadną, jaka będzie oficjalna wersja wydarzeń?
AKTUALIZACJA 2, 30.09.2026: Brytyjski premier Andy Burnham twierdzi, że istnieją „silne przesłanki” wskazujące na to, że za „spiskiem bombowym” stał Iran, co jest dziwnym określeniem, ponieważ – rzekomo – nie znaleziono żadnych materiałów wybuchowych. Zamachowcy zapomnieli o swoich bombach.