Podczas gdy Arabowie w Zatoce Perskiej doszli do wniosku po wojnie z Iranem, że Izrael jest drapieżnikiem, a Stany Zjednoczone nie są [nie powinni być.. md] światowym policjantem, Amerykanie wciąż nie wiedzą, co myśleć o Benjaminie Netanjahu i jego koalicji. „Rewizjonistyczni syjoniści” próbują przeniknąć do Partii Republikańskiej i Demokratycznej kandydatów popierających Izrael, podczas gdy większość wyborców nie chce już popierać tego ludobójczego państwa. Co więcej, próbują podburzyć Arabów w Zatoce przeciwko Iranowi i wznowić izraelską operację w Libanie.
Sieć Voltaire | Paryż (Francja) 30 czerwca 2026 r.
Rodzice Rahma Emanuela i Benjamina Netanjahu byli już bliskimi przyjaciółmi.
Memorandum z Islamabadu [ 1 ] nie tylko ustanowiło pokój w Zatoce Perskiej. Stanowiło ono również, że Iran powinien otrzymać 300 miliardów dolarów – nie w formie „reparacji wojennych”, lecz na cele „inwestycyjne”. W ten sposób, choć nie zostało to wyraźnie stwierdzone, przypieczętowało zwycięstwo Republiki Islamskiej.
To zwycięstwo nie oznacza militarnej klęski Stanów Zjednoczonych, lecz polityczną klęskę określonej frakcji w USA. Przegranymi są tradycyjni zwolennicy Izraela, którzy odmawiają uznania masakr ludności cywilnej dokonanych przez tzw. „państwo żydowskie” w Palestynie i Libanie.
Klęska rewizjonistycznych syjonistów
Ślepota wspólników Izraela wynika z ich niezdolności do oceny państwa na podstawie jego czynów, a nie autoportretu. Mylą oni swoje marzenie o ojczyźnie, mającej być schronieniem dla ofiar europejskich pogromów, z rzeczywistością państwa rządzonego przez faszystów w historycznym sensie tego słowa.
To zamieszanie jest tym bardziej zaskakujące, że podczas palestyńskiej operacji „Potop Al-Aksa” słusznie rozróżniali cywilów od kombatantów. Niektórzy z nich nie kwestionowali niezbywalnego prawa Palestyńczyków do stawiania oporu izraelskiej okupacji, lecz potępiali masakry ludności cywilnej. Czyniąc to, zniesławiali pamięć Izz ad-Dina al-Kassama (1882–1935) – od którego nazwiska wzięły nazwę brygady Hamasu. Człowiek ten nie był bynajmniej bojownikiem ruchu oporu, ale przede wszystkim antysemitą, który szczycił się masakrowaniem żydowskiej ludności cywilnej.
Dziś „rewizjonistyczni syjoniści”, czyli zwolennicy Władimira Zeewa Żabotyńskiego, jednoczą się wokół Benjamina Milejkowskiego-Netanjahu, by obalić prezydenta Donalda Trumpa. Liczą na wszystkich tych, którzy żyją w zamieszaniu, które właśnie opisałem.
Chciałbym przypomnieć, że „rewizjonistyczni syjoniści”, zwolennicy Żabotyńskiego, zawsze byli w gwałtownej opozycji do „syjonistów” (w ogólnym sensie) Theodora Herzla. Obie grupy prowadziły ze sobą zaciętą wojnę, począwszy od sojuszu Żabotyńskiego z ukraińskimi „integralnymi nacjonalistami” w celu dokonania masakry sowieckich Żydów, poprzez poparcie Żabotyńskiego dla Duce Benito Mussoliniego [ 2 ] , aż po negocjacje z nazistami w sprawie przejęcia majątku węgierskich syjonistów. [ 3 ] Chociaż konflikt ten został zawieszony przez pierwszego premiera Izraela, Dawida Grün-Ben-Guriona, po założeniu ich wspólnego państwa pod warunkiem, że szczątki Żabotyńskiego nigdy nie zostaną pochowane w Izraelu, konflikt ten rozgorzał teraz na nowo wraz z „zamachem stanu”, który zmienił podstawowe prawa kraju i utorował drogę dyktaturze. W ciągu ostatnich trzech lat większość Izraelczyków głośno protestowała przeciwko tym „reformom”, popieranym przez zdecydowaną większość byłych urzędników armii i służb bezpieczeństwa.
Masakry, których byliśmy świadkami, nie wzięły się znikąd. Są one realizacją polityki prowadzonej już w latach dwudziestych XX wieku, jeszcze przed nazizmem – polityki potępionej na całym świecie po II wojnie światowej.
Następca Donalda Trumpa
Zwolennicy tej polityki w Stanach Zjednoczonych zgromadzili się wokół Fundacji Adelsona, nazwanej na cześć ukraińskiego właściciela kasyna z Las Vegas. Początkowo sfinansowali oni kandydaturę Marco Rubio w 2016 roku, a następnie Donalda Trumpa w 2023 roku. Dziś ponownie wspierają Marco Rubio po stronie Republikanów i Rahma Emanuela po stronie Demokratów [ 4 ] .
Ten drugi jest synem rewizjonistycznego syjonisty Benjamina Auerbacha, członka organizacji terrorystycznej Irgun, który uciekł z Izraela po zabójstwie specjalnego wysłannika ONZ, hrabiego Folke Bernadotte w 1948 roku.
W czasie prezydentury George’a H. Busha (41. prezydenta) Rahm Auerbach-Emanuel zgłosił się na ochotnika do Sił Obronnych Izraela (IDF) i wziął udział w wojnie w Zatoce Perskiej przeciwko Irakowi.
Rahm był jednym z doradców prezydenta Demokratów Billa Clintona.
Rahm był przedstawicielem stanu Illinois w rządzie republikańskiego prezydenta George’a W. Busha.
Za prezydentury Baracka Obamy został szefem sztabu, czyli sekretarzem generalnym Białego Domu. Podczas drugiej kadencji Obamy i pierwszej Donalda Trumpa pełnił funkcję burmistrza Chicago. W tej roli zamknął około pięćdziesięciu szkół publicznych w dzielnicach zamieszkiwanych przez Afroamerykanów i Latynosów – największe masowe zamknięcie szkół w historii USA – podniósł ceny biletów za transport publiczny i parkowanie oraz sprywatyzował Chicago Transit Authority. Co najważniejsze, próbował stłumić zabójstwo 17-letniego Laquana McDonalda przez policję w 2014 roku . [ 5 ] Następnie został mianowany ambasadorem w Tokio za rządów Joe Bidena. Tam nadzorował przekupywanie ustawodawców Liberalnej Partii Demokratycznej (LDP) przez Kościół Zjednoczeniowy (znany również jako „Sekta Księżyca”), który był kontrolowany przez CIA. Jego ciągła wojowniczość przyniosła mu przydomek „Rambo”; nie bał się używać wulgaryzmów, a nawet pięści. Rahm ma dwóch braci: dr. Ezéchiela Emanuela, który pełnił funkcję specjalnego doradcy ds. polityki zdrowotnej w administracji Obamy, oraz Alego Emanuela, założyciela i dyrektora agencji talentów Endeavor. Kiedy Izrael próbował przejąć kontrolę nad Twitterem/X, zaoferował swojemu przyjacielowi Elonowi Muskowi 100 milionów dolarów za zmianę wizerunku portalu społecznościowego, co doprowadziło do konfliktu między nimi.
W obliczu ostrej reakcji Demokratów na masakry dokonane przez Benjamina Netanjahu, „rewizjonistyczni syjoniści” trzymają w rezerwie mniej kontrowersyjnego kandydata: gubernatora Pensylwanii, Josha Shapiro.
Po stronie Republikanów ich kandydatem jest obecny sekretarz stanu, Marco Rubio. Już podczas kampanii w 2015 roku cieszył się poparciem zmarłego Sheldona Adelsona. Starszy właściciel kasyna, ukraińsko-izraelsko-amerykańskiego pochodzenia, postrzegał go jako kolejne dziecko imigrantów i wziął go sobie do serca.
Porozumienia Abrahama ratują
Jedną z konsekwencji Memorandum z Islamabadu jest to, że Zjednoczone Emiraty Arabskie po raz kolejny zmieniły swoje stanowisko. W przeszłości były bardzo zaangażowane w sprawę palestyńską, którą hojnie finansowały za pośrednictwem księcia Ahmeda, jednego z synów szejka al-Zayeda. Został on jednak zamordowany przez CIA w Maroku w 2010 roku. Był młodszym bratem obecnego władcy Abu Zabi i prezydenta siedmiu Zjednoczonych Emiratów Arabskich, szejka Mohammeda bin Zayeda. Jednak w 2020 roku ponownie zmienił zdanie. Zdecydował się na sojusz z Izraelem przeciwko Iranowi, któremu Emiraty zawdzięczały część swojego majątku (port w Dubaju posłużył do obejścia blokady Iranu przez USA). W ten sposób podpisały Porozumienia Abrahama wraz z Bahrajnem.
Jednakże, gdy Izrael i Stany Zjednoczone zaatakowały Iran, Emiraty nie mogły zrozumieć irańskiej reakcji w postaci bombardowania. Próbowały wszystkiego, aby uzyskać pozytywne głosowanie w Radzie Bezpieczeństwa ONZ [ 6 ] , a następnie w Międzynarodowej Organizacji Morskiej [ 7 ] , zanim zrozumiały i przyznały, że w takiej samej sytuacji postąpiłyby dokładnie tak samo jak Iran [ 8 ] . Dlatego w zeszłym tygodniu Emiraty potajemnie zgodziły się usiąść do stołu negocjacyjnego ze swoimi byłymi irańskimi przyjaciółmi.
Podobnie Arabia Saudyjska, która wznowiła stosunki dyplomatyczne z Iranem w 2023 roku na prośbę Chin, zapewniła prezydenta Trumpa przed rozpoczęciem wojny, że nie widzi problemu w obaleniu Republiki Islamskiej przez Pentagon. Następnie Arabia Saudyjska zaprotestowała przeciwko irańskim działaniom odwetowym na jej terytorium. Dziś jednak wyciąga własne wnioski z konfliktu: Izrael jest gotów zrobić wszystko, by zbudować imperium, a Stany Zjednoczone nie chronią swoich wasali, lecz czynią ich celem ataku. Rijad przygotowuje zatem szczyt pojednawczy, w którym wezmą udział wszystkie państwa Zatoki Perskiej, w tym Iran.
W tym kontekście Marco Rubio udał się w dniach 23–25 czerwca do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Kuwejtu i wreszcie do Bahrajnu, gdzie spotkał się ze wszystkimi członkami Rady Współpracy Zatoki Perskiej (GCC). Podjął próbę reaktywacji Porozumień Abrahama [ 9 ] , tym bardziej że osoba odpowiedzialna za to dossier od momentu jego podpisania – żydowski zięć Donalda Trumpa, Jared Kushner – nie ukrywa już faktu, że uważa teraz Netanjahu za chorego psychicznie.
Jednak wysiłki Marco Rubio nie przyniosły rezultatu.
Kwestia Libanu
Dlatego też 27 czerwca sekretarz stanu, po powrocie do Waszyngtonu, zmusił ambasador Libanu, Nadę Hamadé Mouawad, do podpisania „umowy ramowej” ze Stanami Zjednoczonymi i Izraelem. Umowa ta rewiduje to, co zostało uzgodnione w Memorandum z Islamabadu wynegocjowanym przez Jareda Kushnera i J.D. Vance’a , które wzywa do „trwałego zakończenia wojny na wszystkich frontach, w tym w Libanie” (artykuł 1). Natomiast „umowa ramowa” przedstawiona przez Marco Rubio stanowi: „Rząd Izraela podkreśla, że jego działania wojskowe w Libanie są wyłącznie konsekwencją ataków, zagrożenia, jakie one stwarzają, oraz wrogich zamiarów niepaństwowych grup zbrojnych, w szczególności Hezbollahu” (artykuł 5) [ 10 ] .
Celem jest potwierdzenie izraelskiej retoryki, że państwo żydowskie nigdy nie próbowało aneksji Libanu, lecz jedynie zareagowało na działania grupy terrorystycznej; narracji, która ignoruje próbę Léona Bluma utworzenia państwa Izrael w Libanie (1936); wojnę arabsko-izraelską z 1948 r. (zakończoną zwycięstwem wojsk brytyjskich w Transjordanii); inwazję Izraela z 1982 r. oraz inwazję z 2006 r.
Te ramy zaprzeczają, że Hezbollah stanowi trzon libańskiego oporu wobec inwazji. Sugerują, że to opór jest przyczyną okupacji, a nie odwrotnie. Nikt nie może w to wątpić: podpisany tekst wciąż nie jest dostępny na stronie internetowej libańskiego prezydenta. Przewodniczący parlamentu Nabih Berry natychmiast ogłosił, że nie zostanie on ratyfikowany, a wielu czołowych polityków już go odrzuciło. Nie chodzi tu o sekciarstwo, ale o libańską tożsamość.
Po podpisaniu Memorandum z Islamabadu, Hezbollah rozmieścił duże plakaty wzdłuż całej autostrady biegnącej przez Liban. Na plakatach widniały portrety dwóch przywódców Chameneiego, Alego i Modżtaby, oraz napis „Dziękujemy Iranowi”. W sobotę usunięto te plakaty, aby zrobić miejsce dla plakatów Ministerstwa Turystyki. Jednak w niedzielę plakaty te zostały zastąpione innymi z flagą Libanu i hasłem „Najpierw Liban” (co oznaczało „bez oporu”). Kierowcy natychmiast zatrzymali się i spalili te plakaty.
NCZAS.INFO | Udział cudzoziemców z aktywnym numerem PESEL wg województw. Źródło: GUS
Główny Urząd Statystyczny opublikował eksperymentalne dane na temat liczby osób przebywających w Polsce na podstawie śladów życia w rejestrach administracyjnych. Według stanu na 31 grudnia 2025 roku w kraju przebywało około 38,8 miliona osób posiadających numer PESEL i wykazujących aktywność w co najmniej jednym dodatkowym rejestrze. Dane wskazują na wzrost populacji o blisko 40 tysięcy osób w porównaniu z rokiem poprzednim, w tym znaczący przyrost liczby cudzoziemców o niemal 215 tysięcy.
Liczba i rozmieszczenie ludności w miastach wojewódzkich
W miastach wojewódzkich, według siedzib wojewodów, przebywało łącznie ponad 8 milionów osób, co stanowi ponad 20 procent ogółu analizowanej populacji. W tej grupie znalazło się ponad 970 tysięcy cudzoziemców. Najwięcej osób przebywało w Warszawie, gdzie liczba przekroczyła 2 miliony, a następnie w Krakowie z prawie 900 tysiącami mieszkańców.
Najmniej osób odnotowano w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie mieszkało nieco ponad 130 tysięcy osób. Te dane podkreślają koncentrację ludności w największych ośrodkach miejskich Polski.
Charakterystyka cudzoziemców przebywających w Polsce
W 2025 roku w Polsce przebywało około 2,3 miliona osób nieposiadających polskiego obywatelstwa, co stanowi blisko 6 procent całej populacji. Aż 73 procent cudzoziemców to obywatele Ukrainy. Przypominamy, że są to tylko osoby posiadające polski numer PESEL – liczba obcokrajowców, łącznie z tymi, którym nie nadano tego numeru, jest z pewnością wyższa.
Udział cudzoziemców był najwyższy w województwie dolnośląskim, gdzie wyniósł 9,8 procent, oraz w mazowieckim z 9,3 procent. Najniższy odsetek odnotowano w województwach podkarpackim i świętokrzyskim, po 2 procent.
Największą liczbę obywateli Ukrainy zaobserwowano w województwie mazowieckim – 346,1 tysiąca osób – oraz w dolnośląskim – 237,3 tysiąca. Wyjątkiem było województwo podlaskie, gdzie więcej cudzoziemców pochodziło z innych krajów niż z Ukrainy.
Cudzoziemcy koncentrowali się przede wszystkim w dużych aglomeracjach miejskich i ich okolicach. W Warszawie ich udział wyniósł 14,5 procent, we Wrocławiu aż 19,5 procent, w Poznaniu 12,5 procent, a w Krakowie 11,3 procent. Najwyższe udziały, sięgające 26-30 procent, zanotowano w gminach takich jak Ustronie Morskie, Mikstat czy Jelcz-Laskowice.
Redaktor naczelny „Najwyższego Czasu!” Tomasz Sommer skomentował kolejne doniesienia o gigantycznych zarobkach lekarzy z naszych pieniędzy. Skrytykował także postawę środowiska, którą porównał do „dziczy wpuszczonej do supermarketu bez ochrony”.
Sommer odniósł się do ogromnych zarobków lekarzy z naszych podatków, które wprowadzano rzekomo po to, by nie było, jak mówili lekarze, podatności na łapówki. W praktyce otrzymano efekt odwrotny od zamierzonego.
„Od lat piszę, że podwyższanie nierynkowych stawek, by nie było 'koniaczku i koperty’ zawsze prowadzi tylko do tego, że koperta będzie jeszcze grubsza, a koniaczek przynajmniej stuletni. Wyższe pensje dla urzędników czy lekarzy tylko zwiększają ich apetyty na łapówki, które też muszą być odpowiednio wyższe” – napisał na X Tomasz Sommer.
Odniósł się też do wpisu użytkownika krzy.bocz., który zamieścił listę pokazującą, że lekarze zarabiali nawet ponad 300 tysięcy złotych miesięcznie.
„Najbogatsi lekarze w szpitalach wojewódzkich (czyli tylko część) w mazowieckim w 2025 r zarabiali nawet ponad 310 tys. miesięcznie. Czyli prawie 4 MILIONY rocznie! W jednym miejscu! Przy nich Kacprzyk to drobny cwaniaczek” – podkreślił internauta.
„Prawda o zarobkach lekarzy powoli wychodzi na jaw. Krucjatę w tej sprawie rozpocząłem rok temu. Kropla wydrążyła skałę” – skomentował Sommer.
Sommer mocno odniósł się też do mentalności polskich lekarzy, którzy dobrze wiedzą, że doją polskiego podatnika najbardziej na świecie. Postawił bardzo krytyczną ocenę dla ogółu środowiska.
„Wstyd powiedzieć, ale polscy lekarze zachowują się jak jakaś dzicz wpuszczona do supermarketu bez ochrony: wynoszą wszystko, co da się im tylko złapać. Tu potrzebna jest terapia moralna, choć jej skuteczność jest wątpliwa, bo u tych ludzi wszelkie zahamowania po prostu zniknęły” – stwierdził.
Kolejne szokujące zarobki wychodzą na jaw. To nie jest sprawa tylko jednego Dawida Kacprzyka z KO z warszawskiego szpitala. To sprawa całego środowiska. Tu warto przytoczyć wpis Michała Łenczyńskiego. Wskazał, że w woj. wielkopolskim 26 lekarzy zarabiało od 1 do 2 mln rocznie.
„Połowa z nich pracuje w Kaliszu. 2 tygodnie temu słyszeliśmy że Dawid Kacprzyk to jednostkowy przypadek. TAK dla jawności płac. TAK dla jawności WYDATKÓW publicznych z naszych podatków” – podkreślił Łenczyński.
Nieopowiedziana dotąd historia afery Clintona, nagrań izraelskich służb specjalnych, szantażu w sprawie Jonathana Pollarda i niepokojący układ kompromitujących materiałów („kompromat”), który do dziś kształtuje amerykańską politykę zagraniczną.
Feliks Abt
W 2018 roku Monica Lewinsky nagle zniknęła ze sceny podczas ważnej międzynarodowej konferencji prasowej w Jerozolimie, zapytana o romans z Billem Clintonem. Dlaczego? Cóż, oto cała historia.
Atrakcyjna, 22-letnia stażystka wpada w oko prezydentowi Stanów Zjednoczonych. Zbliżają się do siebie w Białym Domu. Świat się o tym dowiaduje. Amerykańskie programy telewizyjne późnym wieczorem rzucają się na tę historię. Przeciwnicy polityczni Clinton wykorzystują okazję, by wszcząć procedurę impeachmentu i tak dalej.
Ale dziś chcemy zagłębić się w historię Moniki Lewinsky, której być może jeszcze nie znacie. Konkretnie, pytanie brzmi: czy skandal Clinton -Lewinsky był jedynie obrzydliwą opowieścią o lekkomyślnym, żądnym władzy prezydencie i młodej stażystce, czy też kryło się za nią coś o wiele bardziej złowrogiego: ściśle skoordynowana międzynarodowa operacja szpiegostwa i szantażu, rozgrywająca się na oczach wszystkich?
W 1998 roku administracja Clintona była w rozkwicie. Zimna wojna dobiegła końca. Gospodarka rozkwitała. Indeks Dow Jones Industrial Average po raz pierwszy osiągnął poziom 10 000 punktów. To były dobre czasy.
Aż wszystko się zawaliło.
Wtedy prezydent Clinton zwrócił się do narodu amerykańskiego: „ Chcę coś powiedzieć narodowi amerykańskiemu. Chcę, żebyście mnie posłuchali. Powtórzę to jeszcze raz: nie utrzymywałem stosunków seksualnych z tą kobietą, panną Lewinsky. Nigdy nikomu nie kazałem kłamać. Ani razu. Nigdy. Te oskarżenia są fałszywe”.
W styczniu 1998 roku ujawniono, że 22-letnia była stażystka Białego Domu, Monica Lewinsky, utrzymywała potajemny związek seksualny z 49-letnim prezydentem Billem Clintonem. Lewinsky powiedziała, że włożyła szałwiowo-zielony kostium, który miała na sobie dzień wcześniej, kiedy zwrócił na nią uwagę. Pomyślała: „Może on mnie znowu zauważy”. I tak się stało. Nie wiadomo było wówczas, że romans Clintona i Lewinsky rozpoczął się wiele lat wcześniej.
Ale w grudniu 1998 roku, po tym jak Specjalny Prokurator Kenneth Starr przedstawił druzgocący raport wymieniający jedenaście odrębnych podstaw impeachmentu, Izba Reprezentantów oficjalnie wszczęła takie postępowanie przeciwko Clintonowi. Zarzucono mu krzywoprzysięstwo i utrudnianie wymiaru sprawiedliwości poprzez próbę zatuszowania sprawy pod przysięgą. W tamtym czasie większość mediów głównego nurtu – zwłaszcza prowadzących talk-show późnym wieczorem – obsesyjnie skupiała się na obrzydliwych szczegółach sprawy, odwracając uwagę amerykańskiej opinii publicznej polityczną operą mydlaną. „A potem widzisz nową fryzurę Moniki, zaczesaną do tyłu tym żelem do włosów. Przynajmniej ja myślę, że to był żel do włosów ” – zażartował jeden z telewizyjnych komików.
National Enquirer zaoferował nawet 500 000 dolarów za zdjęcie Moniki Lewinsky w tej niesławnej sukience, rzekomo poplamionej przez prezydenta Clintona. Oto ono.
Zdjęcie: Monica Lewinsky w kostiumie, który zyskał światową sławę.
To właśnie dziś nazwalibyśmy śmieciem. Ale za tym medialnym cyrkiem w kraju krył się prawdziwy, rozwijający się kryzys geopolityczny dla administracji Clintona.
Zaledwie miesiąc po tym, jak Bill Clinton w końcu przyznał się do winy przed wielką ławą przysięgłych, „ Washington Post” opublikował powściągliwy, ale alarmujący raport. Zacytowano w nim dyplomatów i pracowników wywiadu, którzy ostrzegali, że sprawa nie była jedynie skandalem wewnętrznym: seksualne eskapady Clinton mogły sparaliżować amerykańską politykę zagraniczną, szczególnie w odniesieniu do pokoju na Bliskim Wschodzie.
Na szczególną uwagę zasługuje twierdzenie artykułu, że zarówno Izraelczycy, jak i Palestyńczycy byli przekonani, że Lewinsky była agentką Mossadu, izraelskich służb specjalnych.
Prawdopodobnie zastanawiasz się: co wiemy na pewno o tym, co Izraelczycy tak naprawdę robili za zamkniętymi drzwiami? Pierwsze istotne odkrycie pochodzi od doświadczonego dziennikarza wywiadu Gordona Thomasa, zawarte w jego książce „ Gideon’s Spies ”, w której oparł się bezpośrednio na dobrze poinformowanych źródłach w Mossadzie.
„ To była operacja Mossadu , niczym pułapka” – napisał Thomas. Doniósł, że Mossad posiadał nagrania rozmów Clintona z Lewinsky. Na długo zanim Kenneth Starr usłyszał o Monice Lewinsky, izraelska agencja wywiadowcza dysponowała już taśmami zawierającymi 30 godzin intymnych rozmów prezydenta z jego młodą stażystką.
Innymi słowy, jeszcze zanim skandal ujrzał światło dzienne, Izrael rozważał, jak te informacje mogłyby zostać wykorzystane do manipulowania i szantażowania prezydenta. Thomas wyjaśnił, że Izrael zataił te nagrania w celu potencjalnego szantażu – i ochrony domniemanego szpiega Białego Domu o kryptonimie „Mega ”. Strategia niekoniecznie polegała na ujawnieniu nagrań i obaleniu prezydenta. Celem było szantażowanie go i wywieranie na niego wpływu – a mówiąc wprost, kontrolowanie go.
—————————————
W tym miejscu musimy przeanalizować metody Mossadu, wykorzystując siatkę Epsteina jako studium przypadku. Były oficer CIA, John Kiriakou, opisał Jeffreya Epsteina jako doskonały przykład „agenta dostępu ”. Według Kiriakou, rolą Epsteina było budowanie relacji z wpływowymi postaciami, takimi jak Bill Gates i książę Andrzej, w imieniu Mossadu – nie po to, by rekrutować ich jako szpiegów, lecz by uzyskać dostęp do ich sieci i zebrać potencjalnie kompromitujące materiały do szantażu.
Koncepcja ta opiera się na konkretnych metodach kontrwywiadowczych: agent dostępu wykorzystuje swoje bogactwo i powiązania do infiltracji elitarnych kręgów; zamiast tego wykorzystuje niereaktywne cele (wybitne postacie, które są zbyt znane i odmawiają formalnej rekrutacji); a kompromitujące materiały są gromadzone poprzez wystawną gościnność i kompromitujące sytuacje, takie jak gwałt na nieletnich dziewczętach, w celu wpływania na politykę lub monitorowania sytuacji. Kiriakou omówił tę dynamikę w wywiadach dla Piers Morgan Uncensored i Zeteo .
Benjamin Netanjahu był zagorzałym i prominentnym przeciwnikiem Porozumień z Oslo. Odkąd rozmowy pokojowe ujrzały światło dzienne w 1993 roku, Netanjahu – ówczesny przewodniczący ekstremistycznej syjonistycznej partii Likud – przewodził politycznemu oporowi wobec porozumień podpisanych przez premiera Icchaka Rabina i przywódcę OWP Jasera Arafata. Rabin został ostatecznie zamordowany przez zwolenników Wielkiego Izraela i przeciwników porozumienia pokojowego.
Zaledwie kilka tygodni przed zamachem, obecny minister bezpieczeństwa narodowego, Itamar Ben-Gwir, ukradł emblemat Cadillaca z samochodu Rabina i przechwalał się w telewizji na żywo: „ Mamy jego samochód i jego też dorwiemy”. Po zamachu Ben-Gwir – który później został prawnikiem – aktywnie zaangażował się w kampanie prawne, walcząc o poprawę warunków w więzieniach i uwolnienie zabójcy, Jigala Amira.
Po objęciu urzędu premiera Netanjahu miał silny motyw, by wykorzystać potencjalną agentkę Mossadu, Monikę Lewinsky, do sabotowania historycznego porozumienia pokojowego, wykorzystując materiały kompromitujące prezydenta Billa Clintona.
Pod koniec 1998 roku prezydent Clinton zaprosił premiera Netanjahu i Jasera Arafata do plantacji Wye w stanie Maryland na kluczowe rozmowy pokojowe. Jako premier miał możliwość zniweczenia porozumienia pokojowego z Palestyńczykami – a nawet zrobienia czegoś wręcz przeciwnego, czyli wydalenia ich i uciekania się do ludobójczych praktyk w celu realizacji swojego projektu Wielkiego Izraela – nie było potrzeby wykorzystywania kompromitujących materiałów przeciwko Clintonowi do podważania porozumienia pokojowego. Wykorzystał je do wymuszenia innych ustępstw.
Według dziennikarza śledczego Daniela Halpera w jego książce „Clinton, Inc.” , Netanjahu próbował wykorzystać nagrania intymnych rozmów prezydenta Billa Clintona ze stażystką Moniką Lewinsky jako szantaż, aby wymusić uwolnienie Jonathana Pollarda – byłego analityka wywiadu marynarki wojennej USA, uwięzionego za szpiegostwo na rzecz Izraela. Pollard, którego CIA uznała za winnego zdrady tajemnic uranu, a tym samym umożliwienia realizacji nielegalnego programu nuklearnego Izraela, odsiedział dożywocie. (Obecnie mieszka w Izraelu i popiera politykę ludobójstwa wobec Palestyńczyków .)
Według Halpera groźba Netanjahu skłoniła Clintona do działania. Halper wyjaśnił, że Clinton przedstawił żądanie dyrektorowi CIA George’owi Tenetowi, który zagroził rezygnacją w przypadku uwolnienia Pollarda. Clinton zatem ustąpił. Ostatecznie Pollard został zwolniony przez administrację Obamy w geście dobrej woli – co rodzi pytania o to, jakie materiały kompromitujące Obamę mogli posiadać. Chociaż nigdy nie znaleziono rozstrzygających dowodów na to, że Monica Lewinsky była agentką Mosadu – Mosad to oczywiście organizacja zawodowa, która chroni swoich informatorów – seria zbiegów okoliczności jest wymowna:
gdy w styczniu 1999 roku dobiegało końca postępowanie impeachmentu, Żydowska Agencja Telegraficzna opublikowała retrospektywę zatytułowaną „ Królowa Estera i modlitewnik: żydowski udział w aferze Monicagate ”. Zauważono, że Walter Kaye, prominentny żydowski dyrektor ubezpieczeniowy, główny darczyńca Demokratów i przyjaciel Billa Clintona (oraz matki Lewinsky), polecił Lewinsky na staż w Białym Domu w 1995 roku.
Po wybuchu skandalu Lewinsky zatrudniła swojego wieloletniego przyjaciela Williama Ginsburga, żydowskiego adwokata z Los Angeles specjalizującego się w błędach medycznych. Ginsburg zauważył, że ani on, ani jego klientka nie chcieli impeachmentu Clintona, ponieważ był on „bardzo pozytywnie nastawiony do Izraela i Żydów” oraz „ Monica i ja jesteśmy Żydami ”. Rozważał również możliwość, że Monica może wyemigrować do Izraela, gdy wszystko się skończy.
Niektórzy izraelscy Żydzi przypisywali tymczasowe zaprzestanie nacisków USA na Izrael podczas procesu pokojowego historii Purim. Żydowska Agencja Telegraficzna porównała Lewinsky do współczesnej królowej Estery. Podczas śledztwa Kenneth Starr ujawnił, że Lewinsky dała Clintonowi egzemplarz książki „ Oi, The Things They Say: A Book of Jewish Wit” (Oj, rzeczy, które mówią: Księga żydowskiego dowcipu ).
Kolejny niezwykły zbieg okoliczności miał miejsce 11 września 1998 r. — tego samego dnia, w którym Izba Reprezentantów zagłosowała za opublikowaniem w internecie wybuchowego i politycznie dewastującego Raportu Starra. Na kilka godzin przed upublicznieniem intymnych szczegółów afery Lewinsky, Clinton wygłosił swoje potężne, transmitowane w telewizji przemówienie „Zgrzeszyłem” do ponad 100 przywódców religijnych podczas dorocznego śniadania modlitewnego w Białym Domu . Zamiast posługiwać się swoją zwykłą polityczną lub prawną retoryką, Clinton zwrócił się bezpośrednio do teologii żydowskiej, cytując dosłownie „Bramy pokuty ”, oficjalny modlitewnik judaizmu reformowanego na Jom Kipur. Przeczytał fragment o ciężarze teszuwy (pokuty) i powiedział: „Teraz jest czas na pokutę. Jesteśmy obciążeni przeszłymi czynami, których nie możemy cofnąć… Nawróć nas, o Boże, a nawrócimy się”.
Zaledwie kilka dni przed głosowaniem całej Izby Reprezentantów nad jego impeachmentem, Clinton wykonał kolejny bardzo nietypowy zwrot o 180 stopni. Zamiast pozostać w Waszyngtonie, by uporać się ze swoją upadającą obroną prawną, wyruszył w szaloną, trzydniową podróż do Izraela i terytoriów palestyńskich pod pretekstem ratowania zawieszonego Porozumienia Wye River. Plan podróży był przesiąknięty archaiczną, niemal apokaliptyczną symboliką: odwiedził Gazę, by obserwować Palestyńczyków zmieniających swoją kartę, rozpalił choinkę z Jaserem Arafatem w Betlejem i wspiął się na Masadę – pustynną fortecę, gdzie żydowscy zeloci popełnili masowe samobójstwo zamiast poddać się imperium.
Obraz był surrealistyczny: telewizyjne widowisko w formacie podzielonego ekranu, z zagranicznymi dziennikarzami wykrzykującymi pytania o krzywoprzysięstwo i rezygnację, podczas gdy surowy premier Izraela Benjamin Netanjahu stał na sąsiednim podium, wygłaszając wykład dla prasy.
Dla badaczy badających narrację „kompromatu”, ta podróż w ostatniej chwili jest nierozerwalnie związana z ogromną presją, jaką Netanjahu wywierał zaledwie kilka tygodni wcześniej na szczycie nad rzeką Wye. Tam Netanjahu stanowczo domagał się uwolnienia Jonathana Pollarda – amerykańskiego Żyda, zdrajcy skazanego za szpiegostwo na rzecz Izraela. Clinton początkowo przystała na to żądanie, rzekomo w celu zapewnienia porozumienia pokojowego, ale wycofała ofertę po tym, jak dyrektor CIA George Tenet – jak wspomniano wcześniej – zagroził rezygnacją w proteście.
W kontekście – nagłego przyjęcia żydowskiej liturgii w Dniu Wielkiego Postu dokładnie w dniu, w którym ujawniono jego prywatne życie, a następnie fizycznie wyczerpującej, ostatniej chwili podróży, by sprostać izraelskim interesom geopolitycznym, podczas gdy jego własny dom płonął – cała ta sprawa wydaje się mniej autentyczna, duchowo uzdrawiająca czy refleksyjna. Bardziej przypomina zakodowany, geopolityczny rytuał upokorzenia.
Oczywiście, Clinton nie jest jedynym amerykańskim prezydentem ani politykiem, który doświadczył czegoś takiego. Nie sposób mówić o działalności izraelskiego Mossadu bez wspomnienia o Jeffreyu Epsteinie, który – w oparciu o bogactwo udokumentowanych dowodów – jest przez wielu uważany za twórcę globalnej sieci kompromatów w imieniu Izraela. Niedawno Pentagon ostrzegł, że Izrael szpieguje wysoko postawionych urzędników rządowych USA.
W ostatnich tygodniach Stany Zjednoczone prowadziły z Iranem bardzo delikatne dyplomatyczne rozmowy pokojowe. Jednak niektórzy postrzegają trwały pokój na Bliskim Wschodzie jako największe zagrożenie dla regionalnej dominacji Izraela. Izraelscy politycy zasygnalizowali gotowość do sabotowania każdego potencjalnego porozumienia – w razie potrzeby poprzez szantaż.
Według analizy przeprowadzonej przez New York Times na temat niedawnego ujawnienia ogromnej liczby dokumentów przez Departament Sprawiedliwości (około 3 milionów stron lub więcej – wiele z nich zostało w dużej mierze ocenzurowanych, a miliony utajniono), terminy odnoszące się do Trumpa (w tym odniesienia do Donalda Trumpa, Melanii Trump, Mar-a-Lago itp.) pojawiają się w ponad 5300 dokumentach i są łącznie cytowane ponad 38 000 razy.
Jeśli dojdzie do prawdziwego porozumienia z Iranem, Netanjahu będzie próbował je sabotować, prawdopodobnie ujawniając kompromitujące materiały na temat amerykańskich urzędników, w tym Trumpa.
Wybaczcie, że o tym wspominam, ale wydaje się, że nieprzypadkowo podczas negocjacji administracji Trumpa z Iranem, dwóch dziennikarzy „New York Timesa” – zarówno Żydów, jak i syjonistów, zwolenników Izraela – opublikowało książkę „Regime Change ”, która zawierała wysoce poufne, nieobrobione nagrania ze spotkań w Sali Sytuacyjnej Białego Domu. Sala Sytuacyjna to jedno z najbezpieczniejszych pomieszczeń na świecie. Skąd więc wzięły się te nagrania? Który kraj dysponuje takim zaawansowaniem technologicznym i historią, by dokonać czegoś takiego? Myślę, że znacie odpowiedź.
Ostatecznie pytanie, czy Monica Lewinsky była agentką na celowniku, biernym źródłem, czy po prostu szczęśliwym trafem zagranicznych agencji wywiadowczych, jest drugorzędne w stosunku do znacznie bardziej przerażającej rzeczywistości. Od dziesięcioleci kraj, który Amerykanie są przedstawiani jako ich najważniejszy sojusznik – i któremu co roku wysyłają miliardy dolarów w formie pomocy finansowej i innej – prowadzi agresywne, tajne operacje na amerykańskiej ziemi. Ten schemat nie ogranicza się do inwigilacji wewnętrznej. Amerykańscy dziennikarze i cywile byli zabijani przez Izrael w Strefie Gazy i innych miejscach na Bliskim Wschodzie.
Najbardziej znany jest atak izraelskich sił powietrznych i marynarki wojennej na USS Liberty podczas wojny sześciodniowej – statek badawczy operujący na wodach międzynarodowych u wybrzeży Półwyspu Synaj. W ataku zginęło 34 amerykańskich członków załogi, a 171 zostało rannych. Ocaleni potępili go jako operację pod fałszywą flagą, mającą na celu obarczenie Egiptu winą za atak na Amerykę i wciągnięcie USA w wojnę Izraela z Egiptem.
Nadrzędny cel jest jasny: skompromitować czołowych amerykańskich polityków, kontrolować amerykańską politykę zagraniczną zza kulis i zagwarantować, że trwały pokój na Bliskim Wschodzie nigdy nie zostanie osiągnięty na innych warunkach niż te określone przez „Wielki Izrael” – kosztem Palestyńczyków, państw arabskich i Iranu.
Państwowy Urząd Mediów (agencja cenzury): Dostosowanie wszystkich mediów prywatnych
W swoim nowym podcaście profesor Stefan Homburg skrupulatnie analizuje działania „państwowych organów medialnych”, utworzonych w 2020 roku, które oficjalnie deklarują „zaangażowanie na rzecz wolności słowa”, ale w rzeczywistości, kryjąc się za tym podejrzanym określeniem, aktywnie z nią walczą. Argumentuje, że są to państwowe organy cenzury, które próbują dostosować wszystkie media prywatne do systemu nadawania publicznego. Ilustruje ich metody aktualnymi przykładami, które pokazują kierunek, w jakim zmierzają sprawy w tym kraju. Jedno jest bowiem jasne: ci, którzy atakują podstawowe prawo do wolności słowa, chcą wyeliminować demokrację, a raczej to, co z niej pozostało. Poniżej prezentujemy transkrypcję tego skłaniającego do refleksji podcastu. (hl)
Koniec z wolnością słowa! – Ben Berndt jest cenzurowany!
Autorstwa prof. Stefana Homburga
Popularny podcaster Ben Berndt otrzymał list z pogróżkami od Krajowego Urzędu ds. Mediów Nadrenii Północnej-Westfalii. Domagają się od niego zmiany programu. W przeciwnym razie grozi mu kosztowne postępowanie administracyjne.
Czy to samo mogłoby się przydarzyć wam, panie i panowie? I co kryje się za tą cenzurą?
Otóż, w trakcie lockdownu w 2020 roku, niemieckie kraje związkowe zawarły nowy rodzaj traktatu medialnego. Obejmuje on ponad 100 stron i uzupełnia istniejący traktat o nadawaniu. Jego postanowienia obowiązują w całych Niemczech od 2020 roku, ponieważ wszystkie kraje związkowe podpisały traktat. Zgodnie z § 1, ma on zasadniczo zastosowanie do każdego, kto organizuje, oferuje, rozpowszechnia lub udostępnia media teleinformatyczne.
Choć nie jest to wyraźnie określone w umowie, władze stosują swoje zasady również do użytkowników prywatnych o dużym zasięgu. Ci, którzy publikują na Facebooku tylko okazjonalnie, podlegają cenzurze jedynie ze strony agencji informacyjnych, wymiaru sprawiedliwości i samej platformy, która działa jako tzw. pośrednik medialny.
Stajesz się celem ataków państwowego organu medialnego tylko wtedy, gdy masz większy zasięg, na przykład wielu obserwujących lub popularny kanał na YouTube. Było więc jasne, że Ben Berndt w końcu będzie nękany. W końcu jego pozbawione ideologii dyskusje przyciągają więcej uwagi niż większość programów w ARD i ZDF. Na przykład jego ostatnia rozmowa ze mną dotarła już do prawie miliona słuchaczy.
Nadawanie publiczne (ORP) formalnie podlega Międzystanowemu Traktatowi Medialnemu, ale nadrzędny charakter ma Międzystanowy Traktat o Nadawaniu. ORP cieszy się immunitetem przed fake newsami, ponieważ rzekomo podlega skutecznym kontrolom wewnętrznym – głównie ze strony polityków, którzy, oczywiście, czerpią korzyści z fałszywych wiadomości.
Przyjrzyjmy się konkretnemu przypadkowi. Urząd ds. Mediów Nadrenii Północnej-Westfalii to agencja podległa, której urzędnicy są mianowani i kontrolowani przez czarno-zielony rząd koalicyjny Nadrenii Północnej-Westfalii. Jak widać na zapowiedzi mojego programu, ci urzędnicy działają pod hasłem: „Zaangażowani w wolność słowa”.
To oczywiście nonsens i orwellowskie przekłamanie, bo do wolności słowa nie jest potrzebny żaden organ regulacyjny, potrzebna jest sama wolność.
Czego urzędnicy chcą od Bena Berndta? Co powiedział źle? Odpowiedź jest otrzeźwiająca: nie powiedział absolutnie nic złego. Zarzut jest raczej taki, że Ben Berndt nie interweniował, gdy gość powiedział coś, co rząd uważa za nieprawdziwe.
To oczywiście przekracza pewną granicę. Wyobraźmy sobie wywiad ze znanym klimatologiem, który odrzuca teorię antropogenicznej zmiany klimatu. Według państwowego organu nadzorującego media, Ben Berndt musiałby interweniować i zaprotestować w następujący sposób: „Chwileczkę, słyszałem w wiadomościach coś zupełnie innego. Antropogeniczna zmiana klimatu jest faktem i to właśnie dlatego płacimy miliardy dolarów w podatkach od emisji CO2, a Niemcy są deindustrializowane”.
Oczywiście zrujnowałoby to ideę serialu, która polega na słuchaniu gości zamiast mówienia do nich, i spowodowałoby, że kanał stałby się nieatrakcyjny.
Władze stanowe i ich komisja cenzury najwyraźniej chcą, aby rozmowy w kanałach prywatnych przebiegały według tego samego schematu, co talk-show i wywiady w ARD i ZDF: gdy tylko ktoś powie coś niezgodnego z linią rządu, jest przerywany lub upominany. A w każdym przypadku moderator natychmiast podaje politycznie poprawne wyjaśnienie.
Ludzie jednak nie chcą już oglądać tej kontrolowanej przez rząd farsy i coraz częściej wybierają niezależne oferty, w których liczy się obiektywizm, a nie oportunizm.
Stanowi to zagrożenie dla rządzących polityków. Obawiają się utraty kontroli nad narracją. Dlatego była przewodnicząca SPD Saskia Esken natychmiast wezwała do bojkotu kanału Bena Berndta, co oczywiście nie przyniosło skutku. Ten ruch również okazał się nieskuteczny.
W Dolnej Saksonii, kraju związkowym rządzonym przez koalicję czerwono-zieloną, od pewnego czasu toczy się podobna sprawa przeciwko dziennikarzowi z Brunszwiku, Alexandrowi Wallaschowi. Urząd ds. mediów żąda od niego usunięcia niektórych artykułów, przeprowadzenia nieproporcjonalnie dużej kontroli tysięcy starszych artykułów oraz uiszczenia czterocyfrowej opłaty administracyjnej. Sprawa sądowa jest w toku.*
Mając ćwierć miliona obserwujących na X i ponad 100 000 subskrybentów na YouTube, oczywiście znajduję się także na celowniku Krajowego Urzędu ds. Mediów Dolnej Saksonii i od dawna odłożyłem pieniądze na postępowanie prawne.
Do tej pory nie otrzymaliśmy żadnych skarg, a przyczyną może być:
Nie przeprowadzam wywiadów z gośćmi, którzy spontanicznie mówią coś, co urzędnicy mogą później poddać analizie.
Nie formułuję ich spontanicznie, ale do każdego spektaklu piszę scenariusz i
Cechą charakterystyczną mojego programu jest to, że wszystko udowadniam za pomocą linków internetowych.
To twardy orzech do zgryzienia. Jeśli zacytuję RKI (Instytut Roberta Kocha) ze zdaniem: „ Pożegnajmy narrację o odporności stadnej poprzez szczepienia”, to z pewnością będzie to sensacyjne i wysoce niebezpieczne dla wszystkich polityków, którzy wbrew swojemu rozsądkowi propagowali odporność stadną poprzez szczepienia. Ponieważ jednak cytat ten znajduje się w protokole RKI z 8 stycznia 2021 roku, osoby sprawujące władzę nie mogą jeszcze nic z tym zrobić.
Ben Berndt skontaktował się wczoraj (26 czerwca 2026 r.) z hamburskim prawnikiem Joachimem Steinhöfelem, aby wszcząć postępowanie prawne przeciwko temu nadużyciu władzy. Szczerze życzę im powodzenia, zwłaszcza że sprawa dotyczy czegoś znacznie większego: państwowej próby dostosowania wszystkich prywatnych mediów do standardów nadawania publicznego.
Trzynasty rozdział „Księgi Objawienia” zawiera uderzający opis mechanizmu, który ma dotknąć wszystkich ludzi, niezależnie od ich statusu społecznego, klasy czy wyznania, paraliżując ich zdolność do normalnego funkcjonowania i handlu. Współcześni badacze wskazują, że bezgotówkowe systemy transakcyjne, połączone z profilowaniem behawioralnym przez algorytmy Palantiru, stanowią techniczną realizację „znamienia Bestii”.
Świat stanął w obliczu bezprecedensowego zwrotu akcji, gdy niezależne grupy hakerskie dotarły do ściśle strzeżonych zapisów cyfrowych. Wyciek materiałów dokumentujących tajny dialog miliardera Petera Thiela z enigmatyczną organizacją End Times Society odsłonił strukturę, która zdaniem wielu badaczy stanowi kręgosłup „Nowego Porządku Świata” (NWO). To, co dotychczas traktowano jako zbiór odizolowanych „teorii spiskowych”, nagle zyskało materialny dowód pod postacią konkretnych planów globalnej transformacji cywilizacyjnej.
Przepowiednie o ukrytych elitach sterujących losami ludzkości przestają być domeną literackiej fikcji, stając się namacalną rzeczywistością, w której zakulisowe decyzje garstki potężnych ludzi zaczynają bezpośrednio kształtować globalną geopolitykę. W samym centrum tej cyfrowej sieci wpływów znajduje się Palantir – potężna platforma fuzji danych i wojskowej sztucznej inteligencji, której nazwa, zaczerpnięta z mitologii Tolkiena, oznacza „widzący kamień”.
W kontekście eschatologicznym technologia ta zaczyna przypominać biblijne proroctwa o wszechwidzącym oku, które monitoruje każdy krok człowieka na Ziemi. Narzędzie stworzone do integracji danych wywiadowczych, analizy zachowań masowych i zarządzania polem bitwy przestało być zwykłym oprogramowaniem korporacyjnym. Stało się ono autonomicznym systemem operacyjnym dla struktur globalnej władzy, który bez przerwy gromadzi, przetwarza i przekształca informacje w cyfrową broń wymierzoną w suwerenność jednostki.
Wokół tajnych spotkań Thiela narosła aura współczesnego „okultyzmu technologicznego”, w którym tradycyjne rytuały zostały zastąpione przez algorytmy i symulacje trzeciej wojny światowej. Analizy ujawnionych dokumentów sugerują, że End Times Society nie jest jedynie platformą wymiany myśli, lecz nowoczesnym klanem eschatologicznym, zrzeszającym technokratów zafascynowanych budowaniem kultów i inżynierią społeczną.
W tych hermetycznych pokojach wojennych, z dala od oczu opinii publicznej, ważą się losy traktatów nuklearnych, przepływów kapitałowych oraz strategicznych rezerw energetycznych planety. Tradycyjna polityka demokratyczna okazuje się w tej perspektywie jedynie teatrem cieni, maskującym realne centrum decyzyjne ukryte w krzemowych systemach. Zderzenie militarnego AI z apokaliptycznymi wizjami końca świata stanowi ostateczny etap przygotowań do nadejścia ery totalnej kontroli, określanej w literaturze proroczej jako „System Bestii”.
Prorocy i badacze Biblii od wieków ostrzegali przed systemem, który zjednoczy pod jednym przywództwem finanse, wojsko, technologię i politykę. Dzisiejsza fuzja algorytmów predykcyjnych z bazami danych systemów rządowych tworzy strukturę tak szczelną, że ucieczka poza jej ramy staje się matematycznie niemożliwa. Wszystko to dzieje się nie w wyniku nagłego kataklizmu, lecz poprzez systematyczne, pełzające wdrażanie systemów nadzoru pod pretekstem zapewnienia globalnego bezpieczeństwa.
Trzynasty rozdział „Księgi Objawienia” zawiera uderzający opis mechanizmu, który ma dotknąć wszystkich ludzi, niezależnie od ich statusu społecznego, klasy czy wyznania, paraliżując ich zdolność do normalnego funkcjonowania i handlu. Współcześni badacze wskazują, że bezgotówkowe systemy transakcyjne, połączone z profilowaniem behawioralnym przez algorytmy Palantiru, stanowią techniczną realizację „znamienia Bestii”.
Każda transakcja finansowa, każdy ruch w sieci i każda interakcja społeczna są analizowane pod kątem lojalności wobec systemu, co wprost prowadzi do urzeczywistnienia biblijnego scenariusza o absolutnym wykluczeniu osób niepodporządkowanych globalnej machinie. Rola sztucznej inteligencji w planowaniu konfliktów zbrojnych nabiera w tym kontekście wymiaru wręcz demonicznego, gdzie ludzkie życie zostaje sprowadzone do cyfrowych punktów w symulacjach pola walki.
Proroctwa o wielkiej wojnie ostatecznej, Armagedonie, w interpretacji End Times Society przestają być symbolem gniewu Bożego, a stają się z góry zaplanowanym przez AI procesem depopulacji i restartu cywilizacyjnego. Skomplikowane algorytmy decyzyjne, analizując zasoby energii jądrowej oraz potencjał militarny mocarstw, mogą w każdej chwili uruchomić sekwencję zdarzeń, która doprowadzi do globalnego konfliktu, realizując tym samym starożytne wizje o ogniu spadającym z nieba.
Ujawniony przez hakerów „Dialog” pokazuje również głęboką fascynację elit koncepcją transhumanizmu i poszukiwania technologicznej nieśmiertelności, co zbiega się z grzechem pychy i wieżami Babel opisywanymi w świętych księgach. Magnaci technologiczni, dysponując nieograniczonymi funduszami, próbują oszukać ludzką śmiertelność i stworzyć nową formę świadomości opartej na maszynach, co w kategoriach proroczych jest postrzegane jako ostateczna zniewaga wobec stwórcy.
W tym szalonym dążeniu do boskości, elity traktują resztę ludzkości jako biomasę i poligon doświadczalny dla swoich systemów kontroli, budując globalny kult oparty na strachu i technologicznej zależności. Wielu badaczy ukrytych struktur władzy zauważa, że mechanizm działania Palantiru opiera się na ciągłym generowaniu kryzysów, które następnie ta sama technologia ma rzekomo rozwiązywać.
Pandemie, kryzysy klimatyczne, załamania rynków finansowych czy lokalne wojny są precyzyjnie analizowane pod kątem ich wpływu na stabilność społeczną, co pozwala na stopniowe odbieranie wolności obywatelskich w zamian za iluzoryczny spokój. To klasyczna doktryna szoku, która w ujęciu apokaliptycznym stanowi przygotowanie gruntu pod nadejście jednego, globalnego przywódcy, mającego przynieść pokój i ocalenie dla pogrążonego w chaosie świata.
Szalone konsorcjum End Times Society, zdemaskowane przez hakerów, jawi się jako loża współczesnych architektów przeznaczenia, którzy bez żadnego mandatu społecznego decydują o kierunku ewolucji całego gatunku ludzkiego. Fakt, że tak potężne narzędzia nadzoru i fuzji danych znajdują się w rękach prywatnych korporacji powiązanych z agencjami wywiadowczymi, udowadnia istnienie głębokiego państwa (Deep State) na skalę globalną.
Każda demaskatorska informacja, która przedostaje się do opinii publicznej, jest natychmiast cenzurowana lub deprecjonowana jako niedorzeczna teoria spiskowa, co stanowi element mechanizmu obronnego tej potężnej, cyfrowej nadbudowy. Kurtyna została jednak zerwana i światło dzienne ujrzało to, co miało pozostać w wiecznym mroku tajnych serwerów i luksusowych rezydencji.
Stoimy obecnie na krawędzi wypełnienia się najmroczniejszych proroctw, gdzie technologia przestała służyć człowiekowi, a stała się narzędziem jego ostatecznego zniewolenia w ramach „Nowego Porządku Świata”. Świadomość istnienia tego mechanizmu i zrozumienie roli, jaką odgrywają w nim postacie takie jak Peter Thiel oraz platformy pokroju Palantiru, to pierwszy krok do oporu przeciwko cyfrowej apokalipsie, która na naszych oczach przestaje być przepowiednią, a staje się rzeczywistością.
Unia formalnie przyjęła zobowiązania, które Ursula von der Leyen złożyła rok temu Donaldowi Trumpowi. Przez rok trudno było unijnym instytucjom przełknąć ten akt poddaństwa. Trzeba więc było sięgnąć po energetyczny szantaż.
Prawie rok temu amerykański prezydent przyjął łaskawie Ursulę von der Leyen na swoim polu golfowym w Turnberry (Szkocja). Wizyta, mimo że w prywatnej rezydencji, miała charakter oficjalny. Unijna prezydent podpisała tam (Ameryka – Europa 15 : 0 | Myśl Polska) akt kapitulacji przed Wielkim Sojusznikiem, zawierając w imieniu Unii Europejskiej legendarny już „deal”.
Żeby podsumować go krótko – Unia wyzerowała cła importowe dla towarów z USA, godząc się przy tym na 15-procentowe cła amerykańskie wobec europejskiego eksportu (to podwyżka z wcześniejszych 4,8%). Zobowiązała się do końca 2028 roku kupić w Ameryce LNG, ropę naftową i technologie nuklearne za 750 miliardów dolarów. Suma bajońska, wymagająca wielokrotnego wzrostu importu energetycznego. Korporacje europejskie są też zobowiązane zainwestować 600 miliardów USD w USA. Na dodatek Europa uzależniła się od amerykańskich chipów, które ma kupić za 40 mld $. W ten sposób tutejsi konkurenci amerykańskiego Big Techu, o ile tacy w ogóle istnieją lub mieliby szansę się pojawić, mogą zwijać kramik – europejski rynek żelaza dla sztucznej inteligencji został oddany za ocean.
Unia guzdrała się strasznie z przyjęciem tej wiernopoddańczej umowy, przełykając upokorzenie prawie rok. Uzasadniała to groźbami Trumpa wobec Grenlandii i czym tam jeszcze… powodów można było znaleźć kilka dziennie. Amerykanie przycisnęli więc mocniej, zniecierpliwiony Donald Trump wyznaczył Europie termin – 4 lipca, do którego ma się w końcu wykokosić z decyzją. W marcu publicznie zabrał też głos Andrew Puzder, ambasador USA. W wywiadzie dla Financial Times stwierdził, że jeżeli układ z Turnberry nie zostanie bez zmian przyjęty przez Unię, „ze źródłami energii mogą stać się różne rzeczy… mogą zmienić się warunki i… jest mnóstwo innych chętnych.” Ambasador zagroził Unii w szczególnym momencie, niedługo po tym, jak USA i Izrael napadły na Iran i spowodowały, że dostawy ropy naftowej i LNG z tego regionu przestały płynąć.
Ten otwarty szantaż energetyczny zadziałał, Parlament Europejski, tak zawsze wojowniczo nastawiony, skulił po sobie uszy i w końcu wypluł z siebie zgodę na „deal”. W końcu maja został on oficjalnie ratyfikowany przez instytucje europejskie. Ustępstwa zostały jedynie otoczone bombastycznymi frazesami, które jednak nie zmieniły na jotę istoty tego niekorzystnego dal Europy układu.
Choć zatwierdzony przez Unię, został określony przez byłą komisarz ds. handlu Cecilię Malmström jako „upokarzający”. Osiem lat temu, gdy Donald Trump po raz pierwszy uderzył taryfami celnymi w Unię, skutecznie odpowiedziała ona cłami na import z USA. A dzisiaj Bruksela poddała się bez walki, a przecież nie zyskała nic w zamian za swoje zobowiązania i obniżenie ceł. Przyjęła umowy handlowe, które nie są zgodne ze światowymi zasadami handlu WTO ze strachu przed niezadowoleniem amerykańskiego prezydenta. I, jak mówi była komisarz, żeby „Trump zaangażował się po stronie Ukrainy” (ponoć Amerykanie zagrozili całkowitym wycofaniem się z tego konfliktu).
Nie tylko była unijna komisarz ds. handlu uważa to porozumienie za upokarzające. Europejska opinia publiczna była w tej sprawie wyjątkowo zgodna. Ponad połowa (52%) uznała ten „deal” za upokarzający (we Francji aż dwie trzecie), prawie 40 procent nie miało wyrobionego zdania, zaś tylko śladowy procent uznał go za powód do dumy. Oczywiście Polska jest tu wyjątkiem – tylko co czwarty (23%) Polak uznał to za upokorzenia, a ciut więcej (25%) za powód do uspokojenia, a nawet dumy. Do tego ponad trzy czwarte Europejczyków (77%) uważa, że warunki umowy faworyzują Amerykę. Ogromna większość obarcza też odpowiedzialnością Komisję Europejską i Ursulę von der Leyen. Ale co z tego wynika? Nic, demokrację w końcu mamy, nie?
Oczywiście prezydent Ursula von der Leyen przykrywa to wszystko frazesami, ogłaszając osiągnięcie przez Europę energetycznego „momentu niepodległości”. Tylko że to już nawet nie jest śmieszne… Ale komu jeszcze skleroza nie zżarła resztek szarych komórek, powinien pamiętać, że ta sama osoba ogłaszała „strategiczną autonomię” Unii czy „Green Deal” jako „lądowanie człowieka na Księżycu” w europejskim wydaniu.
Ale ten energetyczny szantaż to tylko signum temporis znacznie szerszego procesu. Przyjrzymy mu się.
Wgląd w umysły zachodnich konsumentów antyrosyjskiej propagandy
Autorstwa Larry’ego C. Johnsona
To będzie stosunkowo krótki artykuł. Chcę, abyście sami zobaczyli, jak inspirowana przez CIA ukraińska propaganda zakorzenia się w umysłach Amerykanów.
W zeszłym tygodniu otrzymałem dwie wiadomości, które dobitnie ilustrują, jak propaganda zyskuje przewagę.
Pierwsza wiadomość pochodziła od kobiety, która jest znajomą znajomej. Urodziła się w Rosji, ale mieszka na Karaibach i nie wróciła do Rosji od rozpoczęcia specjalnej operacji wojskowej w lutym 2022 roku.
Ona szczerze wierzy w to, co pisze:
Temat: Rosjanie walczą teraz na ulicach o benzynę – a Putin właśnie przyznał się do kryzysu, który przez miesiące zaprzeczał
Wszystko to jest prawdą i stoimy na skraju momentu krytycznego, który nie będzie przyjemny.
Nie ma benzyny. Bardzo duża część wszystkich rafinerii jest nieczynna i nie da się ich naprawić nawet w perspektywie średnioterminowej – nawet jeśli udałoby się zdobyć części zamienne.
Oznacza to: brak nawadniania pól, brak zbiorów, gdy rośliny dojrzeją. Brak żywności.
Fabryki stoją w dużej mierze, ponieważ nie ma benzyny, żeby dojechać do pracy, a transport publiczny kursuje sporadycznie. Nie ma części zamiennych, pracowników, internetu, a nawet w samej Rosji komunikacja jest słaba. Nie wspominając o wielomiesięcznych opóźnieniach w wypłatach wynagrodzeń spowodowanych pogarszającą się podażą pieniądza.
Rodziny masowo opuszczają swoje domy, albo przenosząc się na dacze (lub do krewnych), w desperackiej próbie samodzielnego uprawiania podstawowych produktów żywnościowych, albo uciekając – jeśli to możliwe – za granicę, aby zacząć nowe życie gdzie indziej.
Ukraińskie ataki dronów stają się coraz bardziej celne i niszczycielskie.
„Centrum Łączności Kosmicznej w Dubnej (często mylone z pobliskim Wspólnym Instytutem Badań Jądrowych w Dubnej) doznało znacznych uszkodzeń fizycznych i konstrukcyjnych w wyniku ukierunkowanych ukraińskich ataków dronów dalekiego zasięgu w nocy 22 czerwca 2026 roku. Zdjęcia satelitarne i raporty wywiadu wojskowego potwierdziły trafienia w „mózg” i główną infrastrukturę największego rosyjskiego naziemnego kompleksu satelitarnego”.
Choć ta dezorganizacja codziennego życia w Rosji może być dla Ukraińców mile widziana, może zmusić Kreml do desperackiego ataku nuklearnego lub z użyciem bomby piaskowej. Oczywiście, ktoś trzeci zostałby za to obwiniony.
Nie będę tracił czasu na obalanie ich twierdzeń punkt po punkcie.
Podzieliłem się jednak jej przesłaniem z czwórką Amerykanów, którzy obecnie mieszkają na stałe w Rosji, po prostu żeby zobaczyć ich reakcję.
I wiesz co?
Wszyscy mają dostęp do Internetu i mogą jeździć samochodami, kiedy tylko tego potrzebują.
O tak – jeszcze jedno: nie muszą czekać tygodniami na wypłatę.
Następną tyradę wygłosił zagorzały syjonista, który 26 lutego przewidział, że USA i Izrael pokonają Iran w ciągu trzech tygodni.
Co kilka tygodni wysyłam mu jego stare przepowiednie, aby przypomnieć mu o jego niekompetencji jako prognosty.
Wykazuje tę samą zdolność w następującej tyradzie:
Pomimo fałszywej propagandy, którą Larry sumiennie szerzy w interesie Rosjan, oraz jego antyamerykańskich i antyizraelskich komentarzy, Rosjanie obecnie wyraźnie przegrywają wojnę na Ukrainie, a ich gospodarka w dalszym ciągu zmaga się z poważnymi trudnościami.
Rosja nie kontroluje dziś większego terytorium niż miała cztery lata temu.
Na każdą stratę poniesioną przez Ukrainę przypada 2,2 straty poniesionej przez Rosję, a ostatnio wskaźnik ten uległ pogorszeniu.
Są to fakty, które każdy może zweryfikować – w przeciwieństwie do tego, co od dawna twierdzi Larry, a mianowicie, że proporcje są dokładnie odwrotne.
Rosja straciła tak wielu ludzi, że nie da się ich już zastąpić w stosunku jeden do jednego.
Nawet rosyjskie źródła potwierdzają, że całkowita liczba strat może przekroczyć 1,2 miliona, w tym co najmniej 350 tysięcy potwierdzonych zgonów na podstawie prawdziwych nekrologów i grobów.
Jakakolwiek by nie była dokładna liczba – jest ona przerażająca i niedopuszczalna.
W 2026 roku Ukraina odnotowała niewielki wzrost netto terytorium.
Rosja jest teraz w trakcie przegrywania wojny.
Gospodarka rosyjska nadal się pogarsza – pomimo sfałszowanych danych opublikowanych przez Rosję.
Brakuje pracowników, przez co nie można w pełni wykorzystać potencjału fabryk.
Koszty kapitału są tak wysokie, że dla wielu przedsiębiorstw inwestycje sektora prywatnego nie są już opłacalne.
Główna stopa procentowa wynosi 14,5 procent.
Liczba bankructw osób fizycznych wzrosła w tym roku o 31 procent, liczba bankructw małych firm wzrosła o 29 procent, a bankructwa przedsiębiorstw są tuszowane przez rząd.
Podobno cieszące się dużą popularnością restauracje są zamykane jeden po drugim z powodu braku klientów.
Inflacja nadal jest zbyt wysoka.
Zniszczenie rafinerii powoduje wzrost cen benzyny, a co za tym idzie także inflacji.
Moskwa i inne części Rosji są obecnie codziennie atakowane dronami i rakietami.
Zniszczeniu uległo 30 procent zdolności przerobowych rafinerii.
Benzyna jest racjonowana.
Krym jest niemal całkowicie odcięty od wszelkich linii zaopatrzeniowych.
Systemy obrony powietrznej musiały zostać przeniesione do Moskwy i innych lokalizacji, przez co linie frontu stały się mniej chronione.
Wojna okazała się totalną katastrofą dla Rosji, Putina i rosyjskiej gospodarki.
Taka jest rzeczywistość.
Mimo wszystkich antyizraelskich komentarzy i subtelnych antysemickich insynuacji, które szerzy Larry, Rosja przegrywa. Izrael kontroluje 70 procent Strefy Gazy, znacznie osłabił Hezbollah i sam nie poniósł żadnych poważniejszych strat.
W miarę jak Rosja będzie kontynuować rozpad Ukrainy, ludzie tacy jak ci dwaj, których wymieniłem powyżej, będą coraz bardziej zdesperowani.
Ich nadzieje i marzenia o pokonanej Rosji zostaną zniszczone.
I tak – będę odczuwać ogromną schadenfreude.
Pozostawiam Wam, drodzy Czytelnicy, wyjaśnienie, dlaczego te dwie osoby są tak dalekie od rzeczywistości.
NCZAS.INFO | Grzegorz Braun podczas rozprawy sądowej. Foto: PAP
W czerwcu mieliśmy kolejne dwa terminy w procesie przeciw polskiemu posłowi do Euro-Kołchozu i przewodniczącemu Konfederacji Korony Polskiej Grzegorzowi Braunowi. Wszyscy oczekiwali, że w sądzie w końcu pojawi się „poszkodowana”, czyli słynna „koparka-agresorka” Magdalena Gudzińska-Adamczyk, która zaatakowała oskarżonego podczas słynnego „incydentu chanukowego” w Sejmie.
Czekaliśmy, czekaliśmy i się nie doczekaliśmy. Sędzia Marcin Brzostko już na początku rozprawy przed Sądem Rejonowym dla Warszawy-Praga Południe w dniu 19 czerwca tego roku ogłosił stronom i zgromadzonym dziennikarzom i publiczności, że pani Magdalena w sądzie warszawskim nie pojawi się. Nie będzie zeznawać ani na tym posiedzeniu, ani na żadnym innym. Taką decyzję sąd podjął już wcześniej, a zakomunikował właśnie na czerwcowym posiedzeniu. Dlaczego tak się stało?
O tym dowiedzieli się tylko oskarżony, pełnomocnicy stron oraz osoby zaufane, wskazane przez oskarżonego. Sędzia utajnił tę część posiedzenia, w którym odczytano uzasadnienie dla wyłączenia przesłuchania przed sądem nadesłane do sądu przez pełnomocnika pani Gudzińskiej-Adamczyk. Wiemy tylko tyle, że uzasadnieniem dla tej bardzo dziwnej i niespotykanej decyzji sądu były względy zdrowotne samej zainteresowanej.
Kwestię niedoszłych zeznań sławetnej lekarski skomentował sam Grzegorz Braun jeszcze przed rozpoczęciem rozprawy. „Pełnomocnik mojej fałszywej oskarżycielki – mówił przed budynkiem sądu – która wezwana była po raz kolejny na dzień dzisiejszy do złożenia zeznań, przysłał do sądu pismo, w którym stwierdza, że ta pani nie może stawić się w sądzie”.
Grzegorz Braun przy okazji nie szczędził uszczypliwych uwag pod adresem prokuratury, której zarzucił, że trzyma się „kanonicznej wersji »Gazety Wyborczej«”. „Prokurator najwyraźniej nie mógł, nie chciał, a może chciał i nawet sprawdził, ale zdecydował się na przyjęcie oficjalnej wykładni redakcji »Gazety Wyborczej«”.
Adwokat „poszkodowanej” miał argumentować w swoim piśmie, że fakt zeznawania w sądzie mógłby doprowadzić do wstrząsu psychicznego pani Magdaleny, która być może nie mogłaby znieść konfrontacji przed sądem i sama perspektywa stanięcia twarzą w twarz z Grzegorzem Braunem mogłaby wywołać u niej ogromny stres i rozstrój nerwowy.
Co tu dużo ukrywać: jest ogromnie dziwne i niespotykane, że sąd w osobie sędziego Brzostko podzielił te obawy i zgodził się na tak wyjątkowe potraktowanie świadka. Tym bardziej że już wcześniej rozważano, że świadek mogłaby zeznawać w trybie wideokonferencji, przebywając w oddzielnym pomieszczeniu, tak by nie musiałaby być narażona na przykre dla niej skutki bezpośredniego – jak można domniemywać – zetknięcia się na sali sądowej z posłem Grzegorzem Braunem.
Tak więc do konfrontacji zeznań nie doszło i już pewnie nie dojdzie. Szkoda. Taka konfrontacja i wzięcie sławetnej „koparki” w krzyżowy ogień pytań przez obrońców, jak i samego oskarżonego, byłaby przecież nie lada gratką. Zapis wideo ze sławetnego wydarzenia w korytarzu sejmowym w grudniu 2023 roku przecież jasno pokazywał, że stroną agresywną była raczej pani Magdalena, więc jej zeznania musiałyby być bardzo ciekawe. No ale zapewne właśnie tego najbardziej obawiała się warszawska lekarka, a przy okazji aktywna i prominentna – jak się okazało – działaczka warszawskiej żydowskiej gminy wyznaniowej.
„Pijak znowu ucieka”
Zamiast więc zeznań pani „koparki-agresorki” mieliśmy w sądzie przesłuchanie innej ciekawej postaci, a mianowicie byłego Ministra Zdrowia z czasów rządów Zjednoczonej Prawicy, czyli kolejnego lekarza – profesora Łukasza Szumowskiego. Znalazł się on w sadzie na okoliczność interwencji poselskiej posła Brauna, która miała miejsce w Narodowym Instytucie Kardiologii w warszawskim Aninie.
Szumowski po tym, jak złożył dymisję z funkcji ministra zdrowia, objął posadę dyrektora tej zasłużonej placówki. Interwencja poselska posła Brauna nastąpiła w wyniku informacji, jakie otrzymał on od pracowników Instytutu, że dyrektor Szumowski po prostu zwalnia pracowników, którzy w określonym czasie nie poddali się szczepieniom przeciw COVID-19.
Szumowski w trakcie przesłuchania potwierdził, że istotnie dochodziło do takich sytuacji. „W momencie, gdy nie byłem pewien, czy pracownicy poddali się szczepieniu, to wyciągałem konsekwencje. W kilkunastu przypadkach doszło do rozwiązania umowy o pracę…”. Obrońcy Grzegorza Brauna usiłowali uzyskać informację od świadka, czy ten był świadom występowania skutków ubocznych po szczepieniu przeciw Covid-19. „Takie skutki zawsze mogą występować – mówił Szumowski – ale korzyści jest więcej niż ryzyka”.
Najwięcej emocji wywołała jednak kwestia nadużywania alkoholu przez świadka. Ta bowiem kwestia była przyczyną, że relacje z interwencji posła w szpitalu obiegły wówczas cały polski internet. Jak mówił poseł Braun, w trakcie interwencji wyczuł woń alkoholu ze strony dyr. Szumowskiego. Kiedy zażądał przebadania się przez świadka alkomatem na obecność występowania alkoholu w wydychanym powietrzu, ten wyrwał się posłowi i opuścił gabinet dyrektora. „Łapać pijaka, pijak ucieka” – krzyczał za nim wówczas poseł Braun. Doszło wówczas nawet do fizycznego ataku na posła, któremu Szumowski bezceremonialnie przytrzasnął ramię drzwiami gabinetu. Przy okazji ucierpiał również asystent społeczny posła i przyszły poseł na Sejm RP Grzegorz Płaczek. Dyrektor Szumowski wytrącił mu bowiem z ręki telefon, którym pan Płaczek nagrywał przebieg całego zajścia.
Dlatego teraz poseł Braun zapytał w sądzie Łukasza Szumowskiego, czy tego dnia pił alkohol. „Czy świadek regularnie spożywa alkohol”? – pytał przewodniczący Konfederacji Korony Polskiej. Lukasz Szumowski unikał odpowiedzi na takie pytania: „To są pytania dotyczące mojego stanu zdrowia”. Sędzia je uchylał, twierdząc, że takie informacje nie mają wpływu na rozstrzygnięcie sądowe. Ostatecznie świadek Szumowski stwierdził, że nie nadużywa alkoholu, bo pełniąc tak odpowiedzialną funkcję nie mógłby sobie na to pozwolić. „Mam czerwoną skórę twarzy, ale to jest wynik alergii, a nie nadużywania alkoholu” – powiedział na koniec, co wywołało wesołość wśród publiczności. „Proszę o śmianie się w duchu, a nie na głos” – w swoim stylu komentował sędzia Brzostko.
„Zdążyłem, bo szybko biegam”
Drugim i ostatnim świadkiem, który był przesłuchiwany tego dnia, był mecenas Wojciech Nartowski. Tym razem chodziło „aferę choinkową”, czyli interwencję posła Brauna w budynku Sądu Okręgowego w Krakowie. Przypomnijmy, że Grzegorz Braun powiadomiony został o tym, że w holu budynku sądu członkowie stowarzyszeń sędziowskich „Iustitia” i „Temis” obstalowali specyficzną choinkę, na której wywieszone zostały „ozdoby” w postaci bombek, na których wymalowano takie hasła, jak „LGBT”, „Konstytucja” czy „prawa kobiet”. Poseł po prostu rzeczonego drapaka wpakował do najbliższego kosza na śmieci.
Okazało się w trakcie składania zeznań, że mecenas Nartowski był właśnie tym człowiekiem, który na wieść o czynie posła Brauna natychmiast udał się do gabinetu sędzi Stoces, która kierowała akcją dekorowania i ustawienia choinki. „Natychmiast pobiegłem do pokoju pani sędzi i powiedziałem jej, że poseł Braun zabrał naszą choinkę – mówił świadek Nartowski. – Co??? Sędzia była oburzona i razem pobiegliśmy na dziedziniec sądu, gdzie był już poseł Braun z naszą choinką”.
Ta wersja bardzo zdziwiła jednego z obrońców Grzegorza Brauna. Mecenas Raczkiewicz, powołując się doskonałą znajomość topografii budynku sądu, wyraził zdumienie, że świadek w tak krótkim czasie zdołał pokonać dystans z holu sądowego na parterze na trzecie piętro do gabinetu sędzi Stoces i z powrotem. „Zdążyłem, bo szybko biegam!” – odpowiedział wyraźnie dumny z siebie adwokat.
Ta sprawa obnażyła jak na dłoni szereg patologii związanych z funkcjonowaniem kasty prawniczej. Zadziwiającym zblatowaniem sędziów, prokuratorów i adwokatów skupionych w pół-formalnych stowarzyszeniach. Skrzykujących się wokół wątpliwych moralnie celów, jak zdobienie kontrowersyjnymi symbolami choinki i ustawianie jej w budynku sądu.
Na koniec Grzegorz Braun złożył zaskakujący wniosek o sprawdzenie, czy rzeczone drzewko posiadało… europejski certyfikat jakości. „No bo jak nie miało – mówił poseł Braun – to przecież jej umieszczenie w ogólnie dostępnej strefie w sądzie mogło stanowić zagrożenie dla zdrowia pracowników i interesantów w sądzie”.
W przerwie między zeznaniami sędzia Marcin Brzostko ogłosił swoje postanowienie co do niedopuszczenia do przewodu opinii biegłej powołanej przez prokuraturę pani Edyty Gawron. Wnioskowała o to obrona, gdyż bezstronność pani Gawron budziła wątpliwości, jako że ta jest członkiem żydowskiej loży B`nai–Birth. Sędzia jednak odrzucił ten wniosek.
Cztery poziomy powiązań i międzynarodowy próg prawny, którego nikt nie określa.
Artykuł opiniotwórczy autorstwa Michaela Hollistera .
13 lutego 2026 roku prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski stanął w hali fabrycznej w Gauting w Bawarii i przyjął drona. Nie był to jedynie symboliczny prezent. Dron LINZA był pierwszym ukraińskim dronem produkowanym masowo w całości na terenie Niemiec – wyprodukowanym przez niemiecko-ukraińską spółkę joint venture Quantum Frontline Industries, będącą efektem współpracy bawarskiego producenta Quantum Systems i ukraińskiej firmy Frontline Robotics. W październiku 2025 roku obie strony podpisały memorandum o porozumieniu w ramach Grupy Kontaktowej ds. Ukrainy, ogłosiły powstanie spółki joint venture w grudniu, a zaledwie dwa miesiące później ruszyła już pierwsza seria produkcyjna. Minister obrony Boris Pistorius, obecny na uroczystości przekazania, mówił o prędkości światła. Deklarowanym celem zakładu jest produkcja do 10 000 dronów rocznie i dostarczenie ich wszystkich ukraińskim siłom zbrojnym. Przekazanie nastąpiło w okresie poprzedzającym Monachijską Konferencję Bezpieczeństwa – celowo wybrane miejsce, które nadało temu posunięciu charakter zarówno przemysłowego, jak i politycznego. To, co zaczęło się jako deklaracja intencji w grudniu, w ciągu kilku tygodni stało się rzeczywistością: linia produkcyjna została osobiście skontrolowana przez głowę państwa obcego.
Sama LINZA nie jest bronią ofensywną dalekiego zasięgu. To sprawdzony w boju, wielofunkcyjny dron z 12-calową ramą, zdolny do przenoszenia do czterech kilogramów ładunku na odległość kilku kilometrów i pozostawania w powietrzu przez około godzinę – stworzony do walki w zwarciu, a nie do ataków na duże odległości. Istotne jest zatem nie samo urządzenie, ale jego lokalizacja. Tutaj, na niemieckim terenie przemysłowym, z taśmy montażowej zjeżdża sprzęt wojskowy, przeznaczony nie dla niemieckiej armii, a dla państwa aktywnie zaangażowanego w działania wojenne – przekazywany prezydentowi podczas publicznej ceremonii w obecności niemieckiego ministra obrony. Pistorius wyraźnie zaznaczył, że nie tylko Ukraina, ale i Niemcy skorzystają na tym modelu. To stwierdzenie uwypukla kwestię, która niemal całkowicie pomijana jest w debacie o niemieckim zbrojeniu.
Pytanie, które rzadko jest zadawane
Pytanie nie brzmi: Czy atak Rosji na Ukrainę jest uzasadniony? Ani czy Niemcy mają prawo wspierać Ukrainę.
Prawdziwe pytanie jest węższe i bardziej niewygodne. Czy Niemcy, ze względu na charakter i głębokość swoich uwikłań, wychodzą poza sferę międzynarodowej ochrony prawnej, którą nadal zapewnia im obowiązująca doktryna jako stronie nieagresywnej – w kierunku progu, którego dokładne położenie nie jest jasno określone przez samo prawo międzynarodowe? A jeśli tak, to dlaczego ten próg nie jest przedmiotem poważnej debaty w Bundestagu ani w szerszej przestrzeni publicznej?
To pytanie do Berlina, a nie do Moskwy. Nie oznacza to, że Rosja byłaby uzasadniona w ataku na niemieckie obiekty przemysłowe. Pytanie dotyczy tego, czy Republika Federalna jest świadoma własnego ruchu – i czy rozumie konsekwencje, które musiałaby uznać za możliwe, a nie tego, czy jest pewna. Droga do tego progu przebiega w czterech etapach: od partyjnictwa politycznego, przez pieniądze, broń i szkolenia, produkcję na ziemi niemieckiej, aż po przekształcanie przemysłu cywilnego. Każdy z tych etapów może wydawać się sam w sobie uzasadniony. Razem tworzą one obraz, którego poszczególne uzasadnienia nie są już w stanie oddać.
Etap pierwszy: Polityka
Pierwszy etap jest polityczny, najstarszy i najmniej kontrowersyjny. Niemcy poparły architekturę sankcji Unii Europejskiej wobec Rosji w ponad tuzinie pakietów, ograniczyły stosunki dyplomatyczne i retorycznie jednoznacznie opowiedziały się po stronie Kijowa. Język używany w tym kontekście uległ zmianie. Podczas gdy na początku tego tak zwanego punktu zwrotnego mówiono o ograniczonej pomocy, kanclerz Friedrich Merz w swojej deklaracji rządowej sformułował cel rozbudowy Bundeswehry w najsilniejszą armię konwencjonalną w Europie, uzasadniając to wielkością i siłą gospodarczą Niemiec, a także oczekiwaniami sojuszników.
Były przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych, Michael Roth, zwięźle podsumował logikę tego etapu: bezpieczeństwo i wolność Niemiec są obecnie bronione na Ukrainie i na wschodniej flance NATO. Na tym poziomie Niemcy wyraźnie pozostają w granicach tego, co państwa zawsze robiły w konfliktach z udziałem stron trzecich: zajmując stanowisko, wywierając presję i kultywując sojusze. Zajęcie stanowiska politycznego nie czyni państwa stroną konfliktu. Każdy, kto podejrzewałby tu próg, musiałby ogłosić połowę świata stroną konfliktu. Scena polityczna nie jest zatem transgresją – jest fundamentem, na którym zbudowane są kolejne trzy etapy, i subtelnie zmienia standard tego, co jest oczywistością. Ten zmieniony standard sam w sobie jest częścią analizy. Dostawa ciężkiego uzbrojenia, która była przedmiotem debaty przez tygodnie w 2022 roku, jest przypisem w 2026 roku; ogłoszenie o wspólnej produkcji uzbrojenia jest podawane jako wiadomość biznesowa. Nie dlatego, że zmieniło się prawo międzynarodowe, ale dlatego, że opinia publiczna nie nadąża za eskalacją konfliktu na swoim terenie.
Etap drugi: broń, pieniądze, szkolenie
Drugi etap ma charakter materialny. Od początku konfliktu Niemcy udzieliły Ukrainie około 39 miliardów euro pomocy cywilnej; wsparcie wojskowe wynosi około 55 miliardów euro. Tylko do 2026 roku rząd niemiecki przeznaczy na Ukrainę 11,5 miliarda euro, co – według własnych deklaracji – czyni ją największym wsparciem dla tego kraju. Minister obrony Ukrainy Mychajło Fiodorow oszacował wkład Niemiec na około jedną trzecią całkowitej pomocy międzynarodowej.
Liczy się nie tylko skala, ale i jakość. 11 maja 2026 roku Pistorius i Fiodorow podpisali w Kijowie porozumienie „Dzielne Niemcy”, wspólny program rozwoju technologii obronnych. Częścią ogłoszonego jednocześnie pakietu o wartości czterech miliardów euro jest inwestycja w wysokości 300 milionów euro w ukraińskie tzw. zdolności uderzeniowe głębokiego zasięgu – broń zdolną do rażenia celów położonych głęboko w Rosji – a także wspólna produkcja początkowych 5000 dronów średniego zasięgu wspomaganych sztuczną inteligencją. Uzupełnieniem jest kilkaset pocisków Patriot i 36 wyrzutni IRIS-T. Fiodorow nazwał te zdolności „sankcjami dalekiego zasięgu” Kijowa. Miał na myśli ataki na logistykę, rafinerie i zakłady zbrojeniowe daleko poza linią frontu – kategorię broni, za pomocą której ukraińskie siły zbrojne niedawno wyrządziły znaczne szkody rosyjskiej infrastrukturze naftowej. Kiedy państwo finansuje rozwój i zakup takich zdolności, nie wspiera już jedynie obrony przed atakiem, ale raczej zdolności do kontrofensywy na terytorium agresora. Warto zauważyć, gdzie produkowana jest część tego sprzętu: pociski przechwytujące Patriot GEM-T są produkowane między innymi w Schrobenhausen w Bawarii, tym samym miejscu, w którym produkowano pociski manewrujące Taurus. To przesuwa rolę Niemiec z dostawcy aktywów obronnych w finansistę i współproducenta zdolności, których wyraźnym celem jest atak na terytorium Rosji. Odejście od wsparcia czysto defensywnego jest niewątpliwe.
Etap trzeci: Produkcja na ziemi niemieckiej
Trzeci etap jest najbardziej istotny jakościowo i tutaj warto rozróżnić dwa procesy, które zacierają się w odbiorze społecznym. Pierwszym z nich jest opisana już produkcja LINZA przez Quantum Frontline Industries pod Monachium: krótki zasięg, duża produkcja, symboliczny charakter i ograniczony potencjał militarny. Oprócz LINZA, spółka joint venture planuje kolejne modele, w tym modele rozpoznawcze i model uzbrojony. Sama firma Quantum Systems, która dostarcza Ukrainie drony rozpoznawcze od 2022 roku, została wyceniona na trzy miliardy euro pod koniec 2025 roku po rundzie finansowania i ma własną spółkę zależną w sektorze obronnym, Stark Defence.
Drugie wydarzenie ma inną skalę. Podczas konsultacji rządowych w Berlinie, 14 kwietnia 2026 roku, Zełenski i Merz podpisali umowę z niemiecko-ukraińską spółką joint venture Auterion Airlogix. Ukraińska firma Airlogix dostarcza platformy, które zostały przetestowane w najbardziej intensywnych działaniach wojennych dronów naszych czasów, podczas gdy niemiecka firma programistyczna Auterion dostarcza system sterowania oparty na sztucznej inteligencji (AI) do autonomicznej nawigacji i odporności elektronicznej. W przyszłości w Niemczech mają być produkowane tysiące autonomicznych dronów rocznie – urządzeń, które będą działać nawet bez nawigacji satelitarnej, a zatem będą odporne na zakłócenia elektroniczne i będą mogły zostać natychmiast zintegrowane ze strukturami dowodzenia NATO. Jest to pierwsze niemieckie zamówienie seryjne na autonomiczne systemy tej klasy. W przeciwieństwie do dronów LINZA, drony te mają zasięg do około 1500 kilometrów i są zatem przeznaczone do ataków głęboko w Rosji. Początkowo systemy trafią wyłącznie na Ukrainę; w drugiej fazie, zgodnie z planem, niemieckie siły zbrojne mogłyby również otrzymać identyczne urządzenia. Umowa wyraźnie stanowi, że z linii produkcyjnej mogą korzystać również inni partnerzy NATO. W ten sposób dwustronny projekt pomocy staje się rdzeniem europejskiej struktury zbrojeniowej.
Tworzy to na terytorium Niemiec potencjał przemysłowy, który zaopatruje aktywnie walczące państwo w broń dalekiego zasięgu – broń, za pomocą której państwo to atakuje terytorium przeciwnika. Przy okazji tych samych konsultacji, monachijski producent Quantum Systems zawarł dwie kolejne umowy joint venture z firmami ukraińskimi, w tym jedną dotyczącą produkcji dronów przechwytujących z naziemnymi stacjami kontroli. Niemiecki przemysł dronów, który jeszcze kilka lat temu zajmował niszę rynkową, szybko stał się centrum europejskiej produkcji uzbrojenia dla Ukrainy.
Otwarcie sformułowane uzasadnienie przeniesienia jest godne uwagi. Według badań serwisu informacyjnego German Foreign Policy, jednym z głównych powodów przeniesienia produkcji do Niemiec jest wyraźnie to, że niemieckie lokalizacje są uważane za bezpieczne przed atakami ze strony Rosji – podczas gdy fabryki na Ukrainie nie są, z powodu wojny. To właśnie to założenie bezpieczeństwa sprawia, że etap trzeci stanowi faktyczny punkt krytyczny analizy. Zakłada on, że bariera ochronna wytrzyma. Czy wytrzyma, to pytanie, którego nikt głośno nie zadaje – i które zostanie omówione w drugiej części tej analizy.
Etap czwarty: ponowne wykorzystanie przemysłu cywilnego
Czwarty etap wykracza poza wąskie ramy sektora obronnego i wkracza w przemysłowe serce Niemiec. Kilka tradycyjnych zakładów motoryzacyjnych jest obecnie badanych lub adaptowanych do produkcji wojskowej – proces ten branża potocznie nazywa konwersją, czyli ponownym wykorzystaniem sektora przemysłowego. Precyzja ma tu kluczowe znaczenie, ponieważ sytuacja uległa zmianie w ostatnich tygodniach.
W Ludwigsfelde w Brandenburgii francusko-niemiecki producent pojazdów opancerzonych KNDS prowadzi z Mercedes-Benz negocjacje dotyczące lokalnej fabryki samochodów dostawczych, w której obecnie około 2000 pracowników produkuje Sprintera. Mercedes planuje przenieść tę produkcję do Jawora w Polsce do końca dekady; KNDS rozważa przejęcie dużej części zakładu lub początkowo dzierżawę części, inwestując około miliarda euro i docelowo produkując transporter opancerzony Boxer zamiast Sprintera. W fazie przejściowej produkcja wojskowa i cywilna mogłaby przebiegać równolegle. Ten krok jest wpisany w niezwykłą strukturę własnościową: w ramach planowanej oferty publicznej we Frankfurcie i Paryżu latem 2026 roku państwowy bank rozwoju KfW ma objąć 40% udziałów w KNDS, co równałoby się udziałowi państwa francuskiego. Prezes Mercedesa, Ola Källenius, podkreśla jednocześnie, że działalność obronna pozostanie drugorzędnym działem jego firmy – jest to sygnał powściągliwości, który jednak nie przyćmiewa kierunku rozwoju firmy.
W zakładzie VW w Osnabrück, gdzie produkcja kabrioletów zakończy się w 2027 roku i gdzie pracuje około 2300 pracowników, sytuacja się odwróciła. Rheinmetall odrzucił wcześniej ofertę przejęcia, a KNDS wycofał swoje zainteresowanie. Zamiast tego izraelski koncern zbrojeniowy Rafael podpisał w kwietniu 2026 roku list intencyjny: komponenty systemu obrony powietrznej mogłyby być w przyszłości produkowane w Osnabrück. Sam Volkswagen przedstawił już dwa projekty pojazdów wojskowych pod marką „DES Defence”, modułowo zaprojektowane do zadań medycznych, dronów i logistyki. Należy zauważyć, że w żadnym z tych przypadków Volkswagen ani Mercedes nie stają się fabrykami amunicji. Koncentrujemy się na pojazdach, komponentach i budynkach fabrycznych – na konwersji, a nie na przekształcaniu przedsiębiorstw cywilnych w producentów broni. Precedensem jest Görlitz w Saksonii, gdzie w 2025 roku KNDS przejął dawny zakład producenta pojazdów szynowych Alstom; Spośród około 700 pozostałych miejsc pracy, firma zapewniła sobie około 580.
Ten etap jest najbardziej rozproszony i zasługuje na największą ostrożność koncepcyjną. Wiele wciąż znajduje się w fazie badań, eksploracji i deklaracji intencji; wiele może jeszcze upaść, jak pokazują doświadczenia z Görlitz, gdzie między ogłoszeniem a wdrożeniem minęło wiele miesięcy. Pozostawanie w trybie łączącym nie jest tu figurą retoryczną, lecz zobowiązaniem. Trend jest jednak wyraźny: przemysł cywilny traci na znaczeniu, podczas gdy przemysł zbrojeniowy przejmuje wolne moce produkcyjne. Niemieckie Stowarzyszenie Przemysłu Motoryzacyjnego przewiduje utratę nawet 225 000 miejsc pracy do 2035 roku – czynnik ekonomiczny, który sprawia, że konwersja jest atrakcyjna, niezależnie od jakichkolwiek strategicznych zamierzeń. Szczególną ironią jest lokalizacja: w Osnabrück, mieście Pokoju Westfalii, które samo nazywa się „Miastem Pokoju”, produkcja wojskowa mogłaby zostać rozszerzona – sprzeczność, którą lokalne inicjatywy uwypuklają hasłem „Gotowi do wojny? Nie z nami!”. Cztery etapy różnią się zatem nie tylko stopniem, ale także jakością ich wiążącego charakteru. Politykę można zmienić, dostawy można wstrzymać. Linia produkcyjna, w którą zainwestowano miliard euro i od której zależą tysiące miejsc pracy, nabiera rozpędu, który w dużej mierze wymyka się kontroli politycznej.
Między neutralnością a wojowniczością
To przedstawia fakty. Kwestia prawa międzynarodowego, którą porusza, jest stara i nierozwiązana. Klasyczne prawo neutralności, skodyfikowane w konwencjach haskich, ustanowiło ścisły podział: każdy, kto dostarczał sprzęt wojenny stronie konfliktu, tracił neutralność i sam mógł stać się stroną. Jednakże prawo to pochodzi z czasów, gdy wojna była uważana za regularny instrument polityki międzypaństwowej. Karta Narodów Zjednoczonych zmieniła tę podstawę. Zakaz użycia siły w artykule 2 zasadniczo zabrania użycia siły przez państwa; artykuł 51 zezwala jedynie na obronę przed atakiem zbrojnym. Zasada ex iniuria ius non oritur – żadne prawo nie powstaje z niesprawiedliwości – działa na korzyść Republiki Federalnej Niemiec: atak Rosji nie usprawiedliwia odwetowego ataku Rosji na zwolenników Ukrainy.
Oficjalne stanowisko Niemiec jest na tej podstawie wewnętrznie spójne i zasługuje na uczciwe i pełne przedstawienie. Były federalny minister sprawiedliwości Marco Buschmann sformułował je jasno: Niemcy stałyby się stroną konfliktu tylko wtedy, gdyby aktywnie interweniowały – na przykład, gdyby umundurowani niemieccy żołnierze walczyli ramię w ramię z Ukraińcami. Samo dostarczenie broni państwu korzystającemu z przysługującego mu prawa do samoobrony nie czyni nikogo stroną konfliktu; podczas pytań do Bundestagu stwierdził to po prostu jako prawnie oczywiste. W późniejszym wywiadzie Buschmann poszedł o krok dalej i wyraźnie uwzględnił produkcję: Jego zdaniem dostawcy broni ani kraje, w których została wyprodukowana, w żadnym wypadku nie staliby się stroną konfliktu, nawet gdyby Ukraina użyła jej do ataków na cele w Rosji. Michael Roth potwierdził, że jest to pogląd prawny całego rządu federalnego; dostawy broni i szkolenie ukraińskich żołnierzy na terytorium Niemiec nie czyniły z Niemiec strony konfliktu. Każdy, kto twierdzi inaczej, powiedział Buschmann, w istocie opiera swoją argumentację na prawie międzynarodowym sprzed stu lat.
Stanowisko to jest szeroko reprezentowane w literaturze prawa międzynarodowego. Nie oznacza to jednak, że można je uznać za obiektywnie ustalalną, dominującą doktrynę. Taka klasyfikacja wymaga ujawnienia doboru, rozmieszczenia geograficznego, zależności instytucjonalnych i ram akademickich rozpatrywanych głosów. Niemniej jednak nie jest to jedynie konstrukcja uzasadniająca stworzona retrospektywnie przez jeden rząd, lecz poważna opinia prawna. Każdy, kto krytykuje podejście Niemiec, musi odnieść się do tego stanowiska i jego argumentów – w przeciwnym razie ryzykuje powieleniem właśnie tej jednostronności, którą zarzuca krytykowanemu dziennikarstwu.
Punkt krytyczny, który sam establishment identyfikuje
A jednak to stanowisko ma wadę, którą ujawnia nie Moskwa, lecz same niemieckie instytucje. Niemiecki Instytut Spraw Międzynarodowych i Bezpieczeństwa (SWP), wiodący niemiecki think tank zajmujący się polityką zagraniczną, ujawnił właśnie tę wadę w analizie eksperta prawa międzynarodowego Christiana Schallera. Rząd niemiecki, jak twierdzi, wspiera Ukrainę w korzystaniu z jej indywidualnego prawa do samoobrony, nie stając się tym samym stroną konfliktu. Jednak z perspektywy prawa międzynarodowego pojawia się pytanie, kiedy wsparcie w konflikcie zbrojnym staje się pośrednim użyciem siły. W takim przypadku należałoby powołać się na prawo do zbiorowej samoobrony – a trudno twierdzić, że nie jest się stroną konfliktu. Kluczowe stwierdzenie: ani zakaz użycia siły, ani międzynarodowe prawo humanitarne nie dają jasnej odpowiedzi, kiedy ten próg zostaje przekroczony. Schaller podsumował sytuację obrazem, który trudno uznać za bardziej trafny: „Przelot z widoczności” – również w odniesieniu do prawa międzynarodowego.
Ta dwuznaczność nie jest wymysłem zwolenników Kremla. Znajduje się ona również w opinii eksperckiej Służby Badawczej Bundestagu, do której Roth odniósł się w swojej odpowiedzi. Stwierdza ona w trybie łączącym, że tylko wtedy, gdy dostawom broni towarzyszy instruktaż i szkolenie w zakresie jej użytkowania, można wyjść poza bezpieczną strefę działań niemilitarnych. Ekspert prawa międzynarodowego z Bochum, Pierre Thielbörger, sformułował to podobnie ostrożnie: same dostawy broni nie stanowią aktu wojny, podczas gdy w przypadku usług doradczych sytuacja może być inna – decydującym czynnikiem pozostaje rozpatrzenie indywidualnego przypadku. Trzy źródła, wszystkie niemieckie, wszystkie uznane, wszystkie z tym samym wnioskiem: istnieje bezpieczna strefa, istnieje próg i nie ma ostrej granicy między nimi.
W tym tkwi sedno sprawy. Nikt z wymienionych nie twierdzi, że Niemcy przekroczyły próg. Wszyscy jednak przyznają, że próg istnieje, którego położenie jest nieokreślone – i o którym dyskurs narodowy milczy, podczas gdy cztery etapy narastają z miesiąca na miesiąc. Szkolenie, które raport Bundestagu określa jako potencjalny punkt zwrotny, jest już w toku; produkcja, którą Buschmann wyraźnie deklaruje jako nieszkodliwą, osiągnęła skalę, której autor raportu nie mógł przewidzieć w 2022 roku. Co więcej, należy wziąć pod uwagę aspekt czasowy: kluczowe raporty i wywiady, na których opierają się zapewnienia, pochodzą głównie z 2022 i 2023 roku – okresu, w którym Niemcy dostarczały broń, ale jeszcze jej nie produkowały, okresu, w którym nie mówiono o finansowaniu Deep Strike ani o masowej produkcji autonomicznych dronów szturmowych na terytorium Niemiec. Sytuację prawną bronią argumenty, których podstawa faktyczna dawno już została zastąpiona przez etapy trzeci i czwarty.
Logika władzy: Kto korzysta na milczeniu?
Pytanie cui bono – kto na tym korzysta – nie prowadzi tu do teorii spiskowej, lecz raczej do obserwacji struktury debaty. Wzajemne powiązania między etapami od drugiego do czwartego generują interesy, które sprawiają, że kwestionowanie tego progu jest niekomfortowe. Borykający się z trudnościami przemysł motoryzacyjny dąży do wykorzystania zakładów, których cywilna przyszłość dobiega końca; firmy zbrojeniowe, takie jak KNDS, Rheinmetall i Rafael, dążą do zapełnienia portfeli zamówień; rząd niemiecki dąży do suwerenności przemysłowej i widocznego wkładu w europejską obronność. Co więcej, gdy państwo staje się głównym udziałowcem producenta czołgów za pośrednictwem KfW, granica między regulatorem a zainteresowaną stroną zaciera się. Sama skala zjawiska wyjaśnia jego znaczenie. Ministerstwo Obrony planuje w nadchodzących latach zakupić sprzęt o wartości około 400 miliardów euro – rynek, którego samo oczekiwanie zmienia strategiczny kierunek całych korporacji na długo przed podpisaniem pierwszego zamówienia. Dla zmagającego się z trudnościami przemysłu motoryzacyjnego, który ryzykuje utratę setek tysięcy miejsc pracy do 2035 roku, uzbrojenie nie jest przede wszystkim decyzją polityczną, lecz biznesową. Właśnie dlatego tak trudno odwrócić tę zmianę: nie jest ona napędzana ideologią, lecz zamówieniami. W tej złożonej sytuacji mało który istotny aktor ma interes w otwartym kwestionowaniu, czy założenie o bezpieczeństwie niemieckiej przestrzeni chronionej jest prawdziwe.
W tym kontekście należy unikać powszechnego błędnego przekonania w krytycznym dziennikarstwie: fakt, że debata jest niewygodna i otoczona interesami partykularnymi, nie oznacza, że oficjalne stanowisko jest błędne. Pogląd dominujący obecnie w publikowanej i w przeważającej mierze pod wpływem Zachodu debacie na temat prawa międzynarodowego może być całkowicie słuszny, a Niemcy nigdy nie mogłyby stać się celem ataku. Logika władzy nie wyjaśnia, dlaczego oficjalne stanowisko jest błędne – wyjaśnia jedynie, dlaczego kwestia progu jest tak rzadko podnoszona. W tym kontekście godny uwagi jest klimat otaczający konwersję zbrojeniową. W Osnabrücku państwowa służba bezpieczeństwa badała inicjatywę antymilitarystyczną, która krytykowała ministra obrony; na spotkaniu firmowym załoga otrzymała polecenie, aby nie rozmawiać z aktywistami ani prasą. To obserwacja, a nie osąd – ale wpisuje się w obraz debaty, która jest bardziej zamknięta niż otwarta wewnętrznie, podczas gdy na zewnątrz każdy krok wydaje się bezalternatywny.
Anomalia historyczna
U podstaw wszystkiego leży fakt rzadko wspominany w codziennej polityce: Dla Niemiec II wojna światowa nigdy nie zakończyła się klasycznym traktatem pokojowym. Zamiast tego, w 1990 roku podpisano porozumienie „dwa plus cztery”, oficjalnie nazywane „Traktatem o ostatecznym uregulowaniu stosunków z Niemcami” – prawnie porozumienie, a nie traktat pokojowy w tradycyjnym znaczeniu. Podpisane 12 września 1990 roku w Moskwie przez dwa państwa niemieckie i cztery zwycięskie mocarstwa, a wchodzące w życie 15 marca 1991 roku, miało na celu ustanowienie ostatecznej suwerenności wewnętrznej i zewnętrznej zjednoczonych Niemiec, a jednocześnie związanie ich pewnymi warunkami.
Dwa z tych warunków mają dziś szczególne znaczenie i – wbrew sporadycznym uproszczeniom – znajdują się w osobnych artykułach. W artykule 2 rządy niemieckie potwierdzają swoją deklarację, że z terytorium Niemiec będzie emanował jedynie pokój; działania, które mogą zakłócić pokojowe współistnienie narodów i są podejmowane z takim zamiarem, w szczególności przygotowania do wojny agresywnej, są niezgodne z konstytucją i podlegają karze na mocy konstytucji zjednoczonych Niemiec. W artykule 3 Niemcy zrzekają się produkcji, posiadania i kontroli nad bronią atomową, biologiczną i chemiczną oraz zobowiązują się do redukcji swoich sił zbrojnych do 370 000 żołnierzy. Preambuła, podpisana przez Hansa-Dietricha Genschera i Lothara de Maizière w imieniu obu państw niemieckich oraz ministrów spraw zagranicznych czterech mocarstw, wpisuje oba te postanowienia w obietnicę trwałego europejskiego porządku pokojowego.
Konieczna jest tu najwyższa precyzja, aby uniknąć mylnego wrażenia. Niemcy same w sobie nie prowadzą wojny agresywnej. Wspierając Ukrainę, nie łamią litery Artykułu 2 – dostarczanie broni państwu broniącemu się nie jest wojną agresywną i żaden szanowany ekspert prawny nie twierdziłby inaczej. Powstaje jednak napięcie między duchem traktatu, którego celem był „tylko pokój” na terytorium niemieckim, a ziemią niemiecką, która obecnie produkuje broń do działań wojennych i której miejsca produkcji są uznawane za bezpieczne. To napięcie nie jest naruszeniem prawa. To anomalia, która zasługuje na nazwanie – i stanowi ona również pomost do tego, co następuje.
Porozumienie Dwa Plus Cztery to nie tylko niemieckie zobowiązanie. To fundament, na którym opiera się pewność, że Niemcy są i pozostaną bezpieczne. Co by się stało, gdyby któraś ze stron zakwestionowała ten fundament? Gdyby bufor ochronny, którego istnienie jest implicite zakładane w etapie trzecim, okazał się mniej bezpieczny, niż zakłada oficjalne stanowisko? Te pytania zostaną poruszone w części drugiej – nie jako przewidywanie, lecz jako rozważanie możliwości, w trybie łączącym i z przypisanymi pozycjami.
Zakończenie
Konkluzja tej pierwszej części jest otrzeźwiająca i można ją streścić w jednym zdaniu: Niemcy wycofują się z chronionej strefy w czterech etapach, której granice nie są nawet określone przez prawo międzynarodowe – i robią to, nawet nie próbując ich zdefiniować.
Oficjalne stanowisko może być słuszne; próg może pozostać odległy. Jednak społeczeństwo, które produkuje broń na wojnę i jednocześnie wierzy, że pozostanie nietknięte przez tę wojnę, powinno sobie zadać przynajmniej pytanie, na czym tak naprawdę opiera się to zaufanie.
Część 2 zgłębi to pytanie – nie po to, by rzucić groźbę, ale by naświetlić, jakie opcje ruch niemiecki mógłby zaoferować innym i jaką cenę płaci społeczeństwo, które woli nie słyszeć odpowiedzi. Niepokojący jest nie sam ruch, ale cisza otaczająca jego cel.
+++
Notatki i źródła
Michael Hollister służył sześć lat w niemieckich siłach zbrojnych (SFOR, KFOR) i posiada wiedzę na temat wewnętrznych mechanizmów strategii wojskowych. Po 14 latach pracy w dziedzinie bezpieczeństwa IT analizuje militaryzację Europy, politykę interwencjonizmu Zachodu oraz geopolityczne zmiany sił, korzystając ze źródeł pierwotnych. Jego praca koncentruje się na Azji, a zwłaszcza na Azji Południowo-Wschodniej, gdzie bada zależności strategiczne, strefy wpływów i architekturę bezpieczeństwa. Hollister łączy wiedzę operacyjną z bezkompromisową krytyką systemową – wykraczając poza ramy dziennikarstwa opiniotwórczego. Jego prace są publikowane dwujęzycznie na stronie www.michael-hollister.com oraz w krytycznych mediach w krajach niemiecko- i anglojęzycznych.
Ten jeden wpis uświadomił mi coś: tym, co prezydent Trump tak naprawdę uosabia, w gruncie rzeczy, jest kiczowatość Ameryki.
Dla tych, którzy nie znają tego terminu, kicz oznacza rodzaj taniej, niewymagającej wysiłku estetyki, będącej często zlepkiem elementów popkultury, niedbale zebranych i spopularyzowanych w latach 50. i 60. na potrzeby konsumpcyjnych pamiątek w postaci małych świecidełek i tanich drobiazgów ze sklepów z pamiątkami.
Nie chcąc popadać w zbytnią pedantyczność ani pretensjonalność, ale kicz jest w pewnym sensie ucieleśnieniem kultury nadmiaru, kultury, która osiągnęła zenit, szczytową fazę rozkwitu i zaczęła więdnąć, bezładnie zrzucając swoje inwazyjne zarodniki na niegdyś dziewiczy ogród. To uwielbienie „zmemifikowanych” symboli kulturowych do granic parodii, co nastąpiło na długo przed wynalezieniem internetowych „memów”. Celowo zwraca na siebie uwagę, stając się rodzajem autoironii, tak jak „ironia” stała się modus vivendi pod na szczęście krótkimi „rządami hipsterów” z początku XXI wieku. Rezonuje nawet w wybranych nazwach: Złota Kopuła, Złoty Wiek, Uczyńmy Amerykę Wielką Ponownie, dziwnym rodzaju duchowo bezwładnej alchemii na odwrót – zamieniającej to, co kiedyś było prawdziwym złotem, w złoto głupców i inne zdegenerowane produkty uboczne.
Rozważenie tych faktów pozwala nam zrozumieć, w jaki sposób estetyczna wizja Trumpa dla Ameryki przedstawia naród jako rodzaj wioski Potiomkinowskiej kiczowatych memów, od dawna oderwanych od podstawowych założeń kulturowych, które w rzeczywistości kiedyś dały życie tym ideom.
Tanie, plastikowe okleiny i niesmaczna, krzykliwa symbolika.
Od dawna jest to ulubiony styl estetyczny filisterskich oligarchów i niewykształconych elit — tandetne, efektowne złote dekoracje i niesmaczne odtworzenia minionych epok, czy to wiktoriańskiej, rzymskiej, czy jakiejkolwiek innej, w jakiej tylko bogacz zechce się oddać.
Obsesja Trumpa na punkcie „złotych er” przeszłości zaprowadziła go do pogoni za pustymi, próżnymi projektami, a ukoronowaniem miała być rekonstrukcja paryskiego Łuku Triumfalnego, którą niedawno zaprezentowano na targach stanowych z okazji 250. rocznicy powstania Stanów Zjednoczonych w Waszyngtonie. Jak zwykle, wizja Trumpa o pomniku amerykańskiej „wielkości” zaowocowała kiczowatą parodią, która, jak można było się spodziewać, spotkała się z powszechną drwiną:
Trump kreuje się na współczesnego Krassusa i Midasa w jednym. Will Schryver ujął to najlepiej, pisząc, że Trump zmienił się w odwróconego króla Midasa:
Nazwa „King Sadim” brzmi znajomo, zwłaszcza że jest homofoniczna z imieniem „Sodoma”.
Nasz współczesny Midas-na-Odwrocie ma nadzieję, że jego hagiografia kiedyś opisze wielki „trud” jego prowadzenia narodu przez historyczne rozdroże, okres przejściowy między epokami. Dlatego stylizuje swoją ikonografię wokół kiczowatych paraleli do epoki pozłacanej, belle époque, fin de siecle itd.; i nie do końca się myli, intuicyjnie odgadując fundamentalny etos naszych czasów, przejściowy okres kapryśnej dekadencji poprzedzający coś strasznego – czas katastrofalnych rewolucji i wojen światowych.
Ale na czym polega różnica? Trump uważa, że został opatrznościowo powołany do tego, by uchronić kraj przed pułapkami związanymi z takimi „epokami końca” i wprowadzić go w złotą erę powszechnego dobrobytu. Niestety, zdaje się być ślepy na nadchodzącą rzeczywistość: sytuacja tylko się pogarsza, a same logi i tandetne pozory sztuczności, które jego zdaniem będą zwiastować tę „wielkość” w przyszłości, zdradzają rozpad, który dokonuje się wokół nas.
A co gorsza, pod złoceniami i tandetną glazurą kryje się niewiele treści. W bezprecedensowym przejawie „woli mocy” Trump próbuje zamanifestować swój „Złoty Wiek”, po prostu krzycząc o nim z dachów. Zamiast realizować rzeczywistą politykę odbudowy i transformacji, naprawiać miejsca pracy, walczyć z inflacją i wszystkimi rzeczywistymi fundamentami zdrowego państwa, woli wznosić domniemane pomniki nadziei, pragnień i potencjalnych osiągnięć.
Ale zaczęło się to jako refleksja nad kiczowatością Ameryki w ogóle, dla której Trump jest jedynie ostatnim apostołem. Kultura staje się kiczowata, gdy traci swoją pierwotną siłę życiową, iskrę twórczą , która niegdyś ją napędzała, i przekształca się w rekurencyjną parodię samej siebie. Taka jest dzisiejsza Ameryka, pozbawiona pierwotnego wigoru i innowacyjności, uwięziona w nieskończonej pętli recyklingu, niczym degeneratywne przewijanie kasety ze starymi przebojami tysiące razy, aż pozostają z niej jedynie ledwo zrozumiałe chrypki. To naród, którego etos wyczerpał idee i który pogodził się z zapożyczeniami z przeszłości – doktryn Monroe, pozłacanych wieków, aż do czasów nowszych: odtwarzając w kółko zepsutą płytę neokonserwatystów z czasów wojny o niepodległość, aż armia amerykańska zostanie zmiażdżona na młyńskim kamieniu historii.
W istocie kraj ten stał się bardzo podobny do tego obrazu: pastiszem lepszych czasów i złudnych nadziei, miejscem, gdzie George Washington może usiąść obok robota Tesli pod łukiem St. Louis, wpatrując się w bielika majestatycznie szybującego nad Statuą Wolności.
Na zakończenie, ku chwale, należy stwierdzić, że kraj nie może osiągnąć tak skrajnej autoparodii, zanim nie przejdzie przez etapy wielkości i osiągnięć, które posłużyłyby za pożywkę dla tak odpychająco pełnej szacunku ikonografii. Zatem tylko w Ameryce kicz mógł stać się definiującym etosem tamtych czasów. Tylko w Ameryce wielkość mogła wznieść się na tak wysoki poziom, że obaliła samą siebie.
Narody na całym świecie zazdroszczą prawa do osiągnięcia takiej wielkości, by skończyć jako parodia samych siebie.
„Taki artykuł musiał powstać, bo zło i barbaria zbliża się do naszego kraju. Wiem, że przeczyta go max kilka tysięcy osób. Ale nawet kilka tysięcy może chociaż trochę przewrócić światopogląd innych na właściwą stronę.”
==============================================
Przypomnijmy, że Prawo i Sprawiedliwość, amerykańsko-żydowska partia wewnętrzna działająca na terytorium Polski, w 2020 roku podpisała haniebną umowę ze Stanami Zjednoczonymi, dokładnie w 100. rocznicę wypchnięcia spod Warszawy innej barbarzyńskiej armii, która chciała nas podbić i zniewolić. Na mocy tej umowy Polska zrzeka się suwerenności na swoim terytorium, oddając ją obcemu mocarstwu. Projekt fundacji „Ad Arma” ustalił, że warunki polsko-amerykańskiej umowy są gorsze niż podobnych umów USA z krajami przez Stany Zjednoczone podbitymi.
Tam gdzie pojawia się wojsko Stanów Zjednoczonych, obok Izraela najbardziej barbarzyńskiego państwa na świecie, tam pojawiają się także eksperymenty na ludności cywilnej. Nie tylko testowanie chemikaliów czy też nowych rodzajów broni. Także brutalne tortury, gwałty i mordowanie cywilów w krajach sojuszniczych. W tym dzieci.
Krótko mówiąc: Oddaliśmy swój kraj obcym siłom bez jednego wystrzału.Ale nie to jest najgorsze.
Historia zna przykłady tego jak Stany Zjednoczone eksperymentowały na ludności cywilnej w krajach sojuszniczych. Od podawania ludziom narkotyków, aby przetestować ich działanie (Francja), przez przygotowywanie wojskowych puczów i wprowadzanie ustroju autorytarnego (Norwegia, Włochy, Turcja), podawanie ludziom chemikaliów a po przetestowaniu mordowaniu ich, w tym uchodźcom wojennym z naszej części Europy (Niemcy), aż po testowanie oddziaływania broni jądrowej i termojądrowej na nieświadomych tego ludziach (Wyspy Marshalla, Japonia), czy też broni chemicznej (Japonia, Wietnam Południowy). O salach tortur CIA w krajach sojuszniczych nie wspominając, gdyż tam prowadzono eksperymenty na ludności sprowadzanej z zewnątrz. Ale również ludności miejscowej, jak w Turcji.
W tym artykule zajmę się więc przykładami tego jak Stany Zjednoczone w krajach sojuszniczych NATO eksperymentowały na ludności cywilnej. Podam także przykłady krajów nie będących państwami NATO gdzie USA prowadziły nieludzkie eksperymenty na cywilach. Zajmę się także ochroną przez amerykańskie służby krajów, które pozyskiwały z Polski kobiety, wywoziły je w celach eksploatacji seksualnej po czym mordowały i pozbywały się ciał, traktując polskie kobiety jak łup, jak zwierzynę. Nie trzeba chyba wspominać, że robił to Izrael.
FRANCJA 1951
W 1951 roku w francuskiej miejscowości Pont-Saint-Esprit ludzie nagle zaczęli szaleć. Jedna osoba zaczęła uważać się za samolot, wyskoczyła z drugiego piętra co spowodowało jej śmierć. 11-letni chłopiec chciał udusić swoją matkę. Inne osoby miały ataki halucynacji i drgawki. Szybko ustalono że przyczyną jest chleb. W przebadanych rodzinach ci którzy jedli chleb zachorowali, ci którzy nie jedli nie zachorowali.
Śledztwo francuskie nie wykazało niczego nadzwyczajnego natomiast w brytyjskim periodyku naukowym opublikowano pracę, która stwierdziła, że powodem zatrucia i masowej paniki oraz problemów psychicznych ludności Pont-Saint-Esprit był grzyb sporysz. Pasożyt żyta.
W poranek wybuchu epidemii nad miasteczkiem leciał jednak samolot. Dwóch autorów prac o tych wydarzeniach Peter Janney oraz Hans Albarelli – ten drugi opierając się na dokumentach CIA – stwierdziło, że przyczyną zatrucia było rozpylenie nad miastem przez amerykański wywiad substancji narkotycznej, wytwarzanej ze sporyszu – LSD. Amerykańskie wojsko w przeszłości oraz przyszłości rozpylać będzie chemikalia nad dzielnicami cywilnymi, aby przetestować ich działanie. W tym także w Stanach Zjednoczonych, gdzie w wyniku tych barbarzyńskich działań ginąć będą ludzie. Między innymi w Kalifornii.
Dwie godziny przed południem do miejscowego lekarza wszedł rolnik, który machał rękoma jakby odganiał się od pszczół. Chwilę później wszedł kolejny mieszkaniec Pont-Saint-Esprit i także zachowywał się jak niezrównoważony psychicznie, notorycznie bełkocząc. Twierdząc, że w jego ciele pełzają węże. W następnych godzinach do tegoż medyka przychodzili kolejni dziwnie zachowujący się mieszkańcy francuskiego miasteczka. W sumie leczono tego dnia 75 osób, z których 22 trzeba było zamknąć w stodole z powodu braku miejsc w klinice. Część z nich trzeba było przywiązać do łóżek aby nie zrobili krzywdy sobie oraz innym. Niektórym zakładano kaftan bezpieczeństwa.
Jednak prawdziwy horror dotknął francuskie dzieci. Jedno z nich, jak już wspomniałem, chciało zabić własną matkę. Inne biegało po ulicy i krzyczało, że martwi ludzie wychodzą z grobów na cmentarzu i zamierzają wszystkich zjeść. Nastoletnia dziewczynka rozebrała się i wydawała z siebie głosy zwierząt gospodarskich. 5-letnie dziewczynka z kolei twierdziła, że tygrysy będą jeść ludzi. Bełkotała że krew spływa z sufitu.
Zwariowały także zwierzęta domowe. Niektóre padły.
Halucynacje dotknęły w sumie 250 osób. 4 z nich zmarły (niektóre źródła podają jednak 7 ofiar). Zaburzenia dotykały dzieci dużo szybciej niż osoby dorosłe. „Według zespołu Gabbi u dzieci zaburzenia rozwijały się szybciej niż u dorosłych” – napisał Albarelli.
Poważne problemy miały także kobiety w ciąży, które obficie krwawiły w wyniku zatrucia.
Dopiero pod koniec lat 1960. zaczęło się pojawiać w kontekście Pont-Saint-Esprit słowo LSD. John Fuller, dziennikarz śledczy, zaczął badać sprawę. W 1968 roku opublikował książkę, która podsumowywała epidemię z francuskiego miasteczka jako coś co zostało spowodowane czymś zbliżonym do LSD. W 1969 roku inny autor potwierdził ustalenia Fullera.
Fuller pominął jednak, że odkrywca LSD Hoffmann, był latem (do zatrucia doszło 15 sierpnia) 1951 roku w tym francuskim mieście. Latem 1951 roku we Francji byli także naukowcy z Fort Detrick, amerykańskiego laboratorium broni biologicznej. W tym Frank Olson, który zostanie zamordowany, najprawdopodobniej przez CIA, gdyż będzie już miał dość uczestniczenia w nieludzkich eksperymentach. Stephen Kinzer, autor pracy „Poisoner in chief” napisał: „Olson spędził dziesięć lat w Camp Detrick i znał większość, jeśli nie wszystkie, tajemnice Wydziału Operacji Specjalnych. Wielokrotnie bywał w Niemczech. […] Był jednym z kilku naukowców z Wydziału Operacji Specjalnych, którzy 16 sierpnia 1951 r. przebywali we Francji, kiedy cała francuska wioska Pont-St.-Esprit została w tajemniczy sposób ogarnięta masową histerią i gwałtownym majaczeniem, które dotknęły ponad dwustu mieszkańców i spowodowały siedem ofiar śmiertelnych”.
Hoffmann wiele lat później, pod koniec lat 1970., opisał wydarzenia z Francji jednak ani słowem nie wspomniał, że był tam tegoż lata.
Nie tylko amerykańscy badacze zasugerowali narkotyki jako przyczynę zniszczenia zdrowia mieszkańców Pont-Saint-Esprit. Także brytyjski lekarz Donald Johnson zasugerował środek odurzający.
Jednak prawdziwy przełom nastąpił pod koniec pierwszej dekady XXI wieku kiedy, po książce Hansa Albarellego, poważne media zainteresowały się operacją zatrucia francuskiej miejscowości.
Albarelli w swojej pracy opublikował dokument CIA zatytułowany „Re: Pont-Saint-Esprit and F.Olson Files. SO Span/France Operation file, inclusive Olson. Intel files. Hand carry to Belin – tell him to see to it that these are buried”, który to jakoby ma dowodzić, że CIA przeprowadziła eksperymenty na mieszkańcach Pont-Saint-Esprit za pomocą LSD. To znaczy wykazałby gdyby został w pełni odtajniony. Wzmocnił go przekaz dokumentu armii Stanów Zjednoczonych z 1949 roku, który jasno stwierdzał, że wojsko ma zacząć rozpylać narkotyki halucynogenne, właśnie owe LSD, „w terenie”. Jakby tego było mało Albarelli dotarł do dokumentu z 1954 roku który zawierał rozmowę agenta CIA z przedstawicielem firmy Sandoz. Była ona jedynym producentem LSD. Dokument ten cytuje pracownika firmy, który jasno daje do zrozumienia, że to nie chleb ani sporysz były źródłem zatrucia. Lecz LSD.
O ile media brytyjskie takie jak BBC wprost nie stwierdziły, że CIA była sprawcą, o tyle inne, także brytyjskie lecz również australijskie nie miały już wątpliwości, że amerykański wywiad był sprawcą wydarzeń z Francji z 1951 roku.
Brytyjski „The Telegraph” bez cienia wątpliwości stwierdził we wstępie swojego artykułu pt. „Francuski chleb z dodatkiem LSD w eksperymencie CIA” iż „trwająca 50 lat zagadka dotycząca »przeklętego chleba« z Pont-Saint-Esprit, który wywołał u mieszkańców halucynacje, została rozwiązana po tym, jak pewien pisarz odkrył, że Stany Zjednoczone dodały do chleba LSD w ramach eksperymentu”.
Najmocniejszym dowodem, o którym wspomina zarówno tekst „The Telegraph” jak i książka Albarellego, na której artykuł jest oparty, jest rozmowa autora z współpracownikami Franka Olsona, zamordowanego agenta CIA, który chciał zakończyć swój udział w nieludzkich eksperymentach, w której to rozmówcy Albarellego stwierdzają, że Pont-Saint-Esprit było miejscem eksperymentu Armii Stanów Zjednoczonych oraz Centralnej Agencji Wywiadu USA mającego na celu zbadanie wpływu narkotyków na możliwości manipulowania ludzką percepcją. Naukowcy ci, pracujący w laboratorium Fort Detrick, zakomunikowali, że zatruto lokalne produkty spożywcze, dodatkowo rozpylając LSD z samolotu.
Innym dowodem, który wzmacniał przekaz Albarellego był dokument Komisji Rockefellera z 1975 roku, który mówił o tym, że w celu eksperymentowania na obywatelach Francji zatrudniono do tego innych obywateli francuskich.
NORWEGIA 1952-1967
Norwegia była specyficznym miejscem amerykańskich eksperymentów wojskowych. Wojsko USA chciało w kraju tym kontrolować tajne jednostki pozostające w cieniu, aby za ich pomocą manipulować polityką państwa. Warunkiem członkostwa w NATO było posiadanie zasobów zdolnych do prowadzenia wojny niekonwencjonalnej. Norwegia sama więc, stając się członkiem sojuszu, zaprosiła do siebie tych, którzy będą chcieli decydować o losie obywateli tego kraju oraz samej Norwegii.
Przystąpienie do NATO wiązało się także ze stworzeniem list proskrypcyjnych osób przeznaczonych do aresztowania w „sytuacji nadzwyczajnej”. Wiemy z historii Niemiec Zachodnich iż takie osoby miały być eliminowane. Czyli mordowane.
Tworzenie tajnych jednostek stay-behind w Norwegii przypada na rok 1948. Jednak zgodnie z definicją z 1952 roku tajna armia miała podlegać Szefowi Sztabu norweskiej armii. A nie Stanom Zjednoczonym. Waszyngton jednak chciał to zmienić. Chciał przejąć kontrolę nad tajnymi grupami paramilitarnymi w Norwegii, aby manipulować tym krajem w swoim interesie. Nie byłoby to możliwe bez amerykańskiego wojska stacjonującego w tym kraju.
Wojska NATO pojawiły się w Norwegii, a jakże, w 1952 roku.
Tajna armia Norwegii ROC od przełomu lat 1940. i 1950. utrzymywała związki z CIA, w tym związki finansowe. Przypuszcza się że Amerykanie mieli listy członków tej struktury. Twórca tajnej armii, minister obrony Hague jasno stwierdził, że jej istnienie było bardziej w interesie USA i Wielkiej Brytanii niż Norwegii. Wszak po co komu wojsko, zinfiltrowane przez obce siły, które mogą nim manipulować i je wykorzystywać do swoich celów?
Pomimo, że w utworzenie, szkolenie i istnienie ROC zaangażowane były trzy siły: Londyn, Waszyngton i Oslo, 50% kosztów sprzętu nie wliczając w to sprzętu radiowego, oraz 100% kosztów szkolenia, pokrywała strona norweska. Norwegia sama sobie finansowała wojsko złożone ze swoich obywateli – żołnierzy i strażników granicznych – którzy mieli prowadzić działania wymierzone w zdrowie i życie obywateli Norwegii, oraz system polityczny kraju, w interesie Anglosasów.
Cóż, Polska sfinansuje miliardami dolarów amerykańską stałą bazę okupacyjną, aby wojsko USA mogło eksperymentować na polskich dzieciach nie tylko poprzez broń psychotroniczną rozmieszczoną przez Elona Muska i Pentagon na orbicie okołoziemskiej, lecz także dużo przyziemnymi (dosłownie) sposobami. A jak ktoś wykryje ten niecny proceder to sprawca ucieknie do eksterytorialnej bazy i wyleci następnie szybko do USA. I ślad po nim zaginie.
Tajna norweska armia pozostająca w cieniu była koordynowana w ramach NATO-wskiego departamentu działań specjalnych. We wspomnianym już 1952 roku Naczelne Dowództwo Sił NATO w Europie postanowiło zwołać spotkanie, którego celem miało być omówienie działań tajnych armii w Europie oraz stosunków ROC z NATO-wskimi strukturami je nadzorującymi. Norwegowie i Duńczycy ustalili, że ich armie będą aktywowane dopiero w trakcie okupacji. Amerykanom to się nie podobało.
Skandynawowie stwierdzili także, że będą kontrolowane przez siły krajowe. Miało się to odbywać poprzez wyłączny wgląd sił krajowych w akta członków armii. Amerykanom to się jeszcze bardziej nie podobało.
W tym samym 1952 roku NATO wydało dokument, który oddawał kontrolę nad armiami w „fazie aktywnej” Naczelnemu Dowództwu. Czyli Stanom Zjednoczonym i Wielkiej Brytanii.
Norwegowie nie mieli zamiaru oddawać swojej armii CIA. „To, że kierownictwo ruchu oporu miałoby podlegać amerykańskiemu generałowi i jego międzynarodowemu sztabowi, wywołałoby burzę polityczną w kraju, gdyby wyszło to na jaw przed okupacją” – pisał Daniele Ganser, autor „Tajnych armii NATO”, cytując memorandum norweskiego wywiadu.
Anglosasi uzyskali ostatecznie kontrolę nad norweskimi jednostkami. Kontrolowali więc najbardziej tajne z tajnych struktur siłowych w Norwegii. Dysponowali także danymi jej członków.
Amerykanie nie poprzestali na danych o ROC. Chcieli mieć dane Norwegów o pacyfistycznych i antyNATO-wskich poglądach. Po co im one były? Znając podobne działania w RFN zapewne po to, aby ich zamordować w odpowiednim momencie. Szpieg amerykański, który próbował okradać Norwegię z danych został w połowie lat 1950. aresztowany. Dane wykradzione przez szpiega Waszyngtonu lądowały w Kwaterze Głównej NATO w Paryżu.
W 1957 roku Norwegowie na forum CPC – organu sojuszu nadzorującego tajne armie – zaprotestowali przeciwko robieniu przez Waszyngton i Londyn „czarnych list” wysokich urzędników norweskich. Czyli po prostu list proskrypcyjnych, znanych z III Rzeszy Niemieckiej czy też Związku Sowieckiego. Skandynawowie zagrozili nawet opuszczeniem CPC – organu kontrolnego wojny niekonwencjonalnej. Groźba została oczywiście spełniona. Anglosasi byli w szoku. Jak Europejczycy mogą chcieć sami się rządzić, bez pomocy Waszyngtonu, Londynu czy też kwatery NATO w Paryżu?
W 1958 roku Norwegia jednak do CPC powróciła, w zamian za przeprosiny. I co gorsze, sami oddali następnie kontrolę nad uruchamianiem tajnej armii brytyjskiemu MI6. Sami zrzekli się suwerenności nad własnym krajem.
Prawdziwy skandal wybuchł jednak dopiero w 1967 roku kiedy to opublikowano dokument, który był w zasadzie NATO-wską doktryną Breżniewa., która to zostanie ogłoszona dopiero w 1968 roku przez sowieckiego genseka.
Dokument ten, należący do sojuszu, mówił o tym, że „w przypadku niepokojów wewnętrznych, które mogłyby poważnie wpłynąć na oddziały amerykańskie lub ich misję, takich jak powstanie wojskowe lub szeroki ruch oporu wewnętrznego przeciwko rządowi kraju przyjmującego, [armia amerykańska] musi zrobić wszystko, co w jej mocy, aby stłumić takie niepokoje, wykorzystując własne zasoby”.
Kto jednak miał decydować o tym co jest niepokojem wewnętrznym albo „szerokim ruchem oporu wewnętrznego”? Wachlarz do interpretacji był szeroki. Tak o to Stany Zjednoczone rościły sobie prawo do manipulowania norweską polityką i pacyfikowania norweskiego społeczeństwa. Tym kończy się obecność wojska Stanów Zjednoczonych na terytorium kraju sojuszniczego. Tym samym czym była wojskowa dominacja ZSRR nad krajami tzw. demokracji ludowej. Możliwością pacyfikacji kiedy narody te będą chciały rządzić się same i same sobie wybierać polityków.
Dokument ten, zatytułowany „Supplement Nr. 3 to the documents of the Civil Affairs Oplan Nr. 100–1”, podpisany przez amerykańskiego generała J. P. Mc. Connella, zastępcę dowódcy sił amerykańskich w Europie, tyczył się 10 europejskich krajów NATO, nie tylko Norwegii. A więc niemal wszystkich europejskich krajów NATO, z wyjątkiem tak słabych i mało istotnych na kontynencie jak Islandia.
„Jeśli te działania okażą się niewystarczające, lub w przypadku, gdy dany rząd zwróci się o pomoc, albo jeśli dowódca sił amerykańskich sam dojdzie do wniosku, że rząd nie jest w stanie stłumić takich niepokojów, wówczas oddziały amerykańskie mogą podjąć środki uznane za konieczne przez dowódcę amerykańskiego z własnej inicjatywy lub we współpracy z danym rządem” – czytamy dalej w dokumencie.
Tłumienie protestów ulicznych przez amerykańskie wojsko? Strzelanie do ludzi z karabinów maszynowych na ulicach Warszawy? Ktoś chętny? 60% Polaków tego chce?
A co sądzą o tym polscy politycy? Chcecie panowie, aby wojsko USA mogło obalić wasz rząd, bez względu na opcję polityczną, jeżeli akurat jego ideologia nie będzie zgadzać się z ideologią Waszyngtonu? Albo jeżeli nie będziecie chcieli wysłać polskich żołnierzy na śmierć na nienasze wojny za Izrael albo interes amerykańskiej zbrojeniówki u granic Rosji? Co na to pisowcy, zwolennicy „suwerennej Polski”? Takiej suwerenności chcecie? Chcecie aby reżim demokratyczny w USA mógł was obalić za pomocą amerykańskiego wojska?
A co na to rządowy obóz liberalny? Chcecie aby Polską rządziło wojsko Stanów Zjednoczonych a nie polski rząd? I aby wyprowadziło kiedyś na ulice swoje oddziały aby obalić wasz rząd bo kupujecie uzbrojenie w nieodpowiednim kraju, np. w znienawidzonej przez USA Hiszpanii.
Dlaczego jednak wspominam o tym dokumencie? Otóż dlatego bo powstał on w trakcie wojny w Wietnamie, kiedy Stany Zjednoczone kompromitowały się udziałem w niej na arenie międzynarodowej. Obecnie USA robią dokładnie to samo: kompromitują się udziałem w izraelskiej wojnie z Iranem. Właśnie w takim momencie aktywność wojska USA na świecie jest największa. Właśnie w takim momencie stanowi ono największe zagrożenie dla ludności krajów w których stacjonuje.
NIEMCY
Amerykanie przejęli w okresie tuż przed i tuż po drugiej wojnie światowej znaczne ilości niemieckich nazistowskich naukowców, którzy eksperymentowali na ludziach w obozach koncentracyjnych. Ci, wiedząc co może ich czekać w ZSRR, wybierali ucieczkę na Zachód. Stany Zjednoczone były bardzo zainteresowane ich wiedzą oraz zdolnościami.
W Niemczech CIA prowadziła eksperymenty na ludziach w ramach projektu „MKNAOMI”, tego samego w ramach którego zatruto francuskie Pont-Saint-Esprit. Frank Olson z tego projektu bywał zresztą w Niemczech lat 1950., zanim go zamordowano.
Miejscem gdzie CIA kontynuowała nazistowskie eksperymenty znane z obozu Oświęcim-Brzezinka, był Camp King, nazwany tak przez Aliantów w 1946 roku obóz dla jeńców wojennych z USA i Wielkiej Brytanii, znajdujący się w mieście Oberursel.
Były tam już cele więzienne oraz pokoje przesłuchań więc wystarczyło już tylko dostarczać narkotyki i inne chemikalia do eksperymentów.
W Camp King stacjonowali zwyrodnialcy z Kontrwywiadu Armii Stanów Zjednoczonych, znani jako „rough boys” (pol. „oprychy”), którzy specjalizowali się w maltretowaniu ludzi.
Ich ulubionymi zajęciami były ścieżki zdrowia, znane raczej z PRL-u. Mało kto jednak wie, że bicie kijami więźniów biegnących przez rząd ustawionych oprychów było także domeną „demokratycznego” świata Zachodu. Bardzo dobrze opisał te działania Stephen Kinzer, dziennikarz New York Timesa, autor pracy „Poisoner in Chief”.
Prócz ścieżek zdrowia, gdzie maltretowano ludzi kijami bejsbolowymi, w Camp King rough boys wstrzykiwali trucizny, narkotyki czy też zanurzali w lodowatej wodzie. Niczym mojego wujka, żołnierza AK i konspiracji antykomunistycznej, stalinowska Informacja Wojskowa w 1946 roku.
Heroina, metrazol, amfetamina, meskalina – tym faszerowano wschodnich Europejczyków w Camp King. Po wyeksploatowaniu więźnia po prostu go mordowano. „Jak ujął to jeden z oficerów CIA we Frankfurcie, »pozbycie się ciała nie stanowiłoby żadnego problemu«” – pisał Kinzer w swojej książce.
Bezkarność bandytom z wojska Stanów Zjednoczonych gwarantowało ulokowanie katowni CIC (Korpus Kontrwywiadu Armii USA) w Niemczech Zachodnich, gdzie sprawowali dyktatorską kontrolę nad procesami politycznymi i społecznymi. Znane jest już dobrze istnienie tajnych jednostek niemieckich, złożonych z byłych SS-manów, które miały mordować niemieckich polityków w odpowiednim do tego czasie. Nie tylko komunistów. Także socjaldemokratów. Oraz przywódców związków zawodowych czy dziennikarzy.
W Camp King realizowano także program Bluebird w ramach którego można było „testować dowolne środki odurzające lub techniki przymusu”.
Kilka mil od Camp King wojsko USA oraz CIA wynajęło inną nieruchomość, gdzie prowadzone będą eksperymenty na ludziach, nazywaną Willa Schuster. W tym na obywatelach krajów bloku wschodniego. Jak zauważa autor „Poisoner in Chief” oprócz komunistycznych agentów trafiały tam także osoby, które zwyczajnie w świecie miały pecha. To właśnie w Willi Schuster dochodziło do najbardziej brutalnych eksperymentów jakie kiedykolwiek rząd Stanów Zjednoczonych przeprowadzał na ludziach. W niemieckim filmie dokumentalnym willę tą nazwano domem tortur CIA.
A Camp King i Wilii Schuster pracowali nazistowscy zbrodniarze z okresu II wojny światowej. Najbardziej znanym z nich był generał Walter Schreiber, który w trakcie wojny prowadził eksperymenty w Oświęcimiu, Dachau i Ravensbruck. Polegały on m.in. na rozcinaniu ciała i badaniu rozwoju gangreny, zamrażaniu więźniów, wstrzykiwaniu im meskaliny oraz narkotyków. Jego eksperymenty kończyły się śmiercią. Był więc cenny dla amerykańskiego wojska i służb. Wszak uchodźcy ze wschodu Europy, na których testowano chemikalia po wojnie, określani byli przez CIA „zbędnymi”. Zbędny więc można go otruć, zabić a zwłoki spalić. Ciała ofiar oprychów z CIC spalano w piecach w których następnie wypiekano chleb. Ot jankeska perwersja.
A raczej jankesko-banderowska. Bo ukraińscy nacjonaliści brali udział wraz z Kontrwywiadem Armii USA w torturowaniu innych Ukraińców, których podejrzewano o komunizm. Ostatecznie tylko 1% zostało uznanych za komunistów. 99% ofiar było niewinnych. No ale byli ze wschodu więc byli zbędni. Więc można było ich spalić w piecu na chleb.
Dzisiaj też Ukraińcy są zbędni i wkrótce na dzikich polach powstanie „wzorowe” imigranckie państwo europejskie, z murzynami i azjatami ściągniętymi tam z całego świata. Czy jednak pozwolimy na to samo w Polsce?
Schreiber, zanim został przyjęty pod opiekę przez CIA i CIC, aby kontynuować swoją pracę z Oświęcimia czy Dachau, trafił do Berlina Wschodniego, aresztowany przez Sowietów. Uciekł jednak na zachód i wybrał torturowanie ludzi na rozkaz demokratycznego zachodu a nie jakichś komunistów.
Och, przepraszam. Schreiber w Berlinie Wschodnim miał się zająć nauką. Dopiero demokratyczny zachód zrobił z niego nowego doktora Mengele. Nowego-starego. Schreiber bardzo szybko zyskał uznanie w Camp King. Zakolegował się także z powiązanym z CIA Henrym Beecherem. Obaj wymieniali swoje doświadczenia.
Amerykańskie wojsko i służby torturowały ludzi w sojuszniczych Niemczech nie tylko w Camp King i pobliskiej Willi Schuster. Katownie CIA i CIC znajdowały się także w Mannheim, Berlinie, Monachium i na przedmieściach Stuttgartu.
Torturowania ludzi przez wojsko i wywiad USA nikt nie nadzorował. Mieli oni pełną swobodę działania. Nie obowiązywało tam żadne prawo. W ten sposób tworzono precedens którego kontynuacja była katownia CIA w Starych Kiejkutach.
JAPONIA
Podobna sieć katowni służb amerykańskich powstała w sojuszniczej Japonii. Działania w tym kraju również prowadzono w ramach projektu Bluebird. Ofiarami byli żołnierze Korei Północnej. Faszerowano ich truciznami i narkotykami, wprowadzano w stan hipnozy, poddawano elektrowstrząsom i wyniszczającemu upałowi. W tym przypadku ludzie CIA mieli ukrywać swoje działania przed resztą establishmentu bezpieczeństwa USA.
WŁOCHY 1965-1980
Włochy okresu zimnej wojny były prawdziwym laboratorium CIA, armii Stanów Zjednoczonych i włoskiego wywiadu wojskowego, gdzie w trakcie kilkunastu lat ołowiu, okresu terroru politycznego zapoczątkowanego przez tajne służby Włoch w 1965 roku, zginęło około 1500 obywateli Italii, kraju sojuszniczego.
Znaczna część z nich to osoby poniżej 25 roku życia. I co najważniejsze – cywile. Jeszcze przed 2022 rokiem na Wikipedii zamachy terrorystyczne z lat ołowiu określane były jako przeprowadzone lub inspirowane przez CIA. Dzisiaj wszystko wyczyszczono, aby nikt nie zorientował się czym są operacje fałszywej flagi CIA, NATO czy też zachodnioeuropejskich służb specjalnych. Pora więc trochę o tym wspomnieć.
W 1965 roku, dokładnie w roku utworzenia SIFAR – włoskiej agencji wywiadu wojskowego – w maju w Rzymie miała miejsce konferencja, która zapoczątkowała strategię napięcia – napuszczanie włoskich neofaszystów na komunistów oraz komunistów na neofaszystów aby ci siali chaos i anarchię a umiarkowany prawicowy rząd wobec ekstremizmu jawił się jako siła umiarkowana, która zapewni bezpieczeństwo, zbijając tym samym poparcie dla znienawidzonych przez Waszyngton komunistów oraz zwalczanych ale tolerowanych socjalistów. Socjaliści byli także przez CIA korumpowani.
Celem strategii napięcia była więc kompromitacja lewicy, aby zbić poparcie socjalistów i komunistów, oraz skrajnej prawicy, aby chadecy byli opcją do zaakceptowania dla niższych warstw społecznych, zwłaszcza robotników, którzy napływali z południa na północ i automatycznie stawali się elektoratem partii komunistycznej.
Konferencja z maja 1965 roku finansowana była oczywiście na zlecenie włoskiego wywiadu wojskowego. Włoski wywiad wojskowy nie był jednak lojalny wobec włoskich władz. Jak zauważył w książce „Służby specjalne” z 1984 roku Pietro Calderoni włoskie wojskowe służby tajne realizowały interesy sojuszu atlantyckiego. Czyli w zasadzie dominujących w nim Stanów Zjednoczonych. To właśnie do siedziby CIA w Langley trafiały materiały kompromitujące na całą włoską elitę – 157 000 osób. Ludzie SIFAR osobiście je dostarczali. Cóż, szef SIFAR de Lorenzo służył w wojskach Mussoliniego. A następnie związał się z ruchem oporu, gdzie znaczną siłą byli komuniści. Na niego więc było także zapewne sporo materiałów kompromitujących.
Enrico de Boccard, faszysta, syn arystokraty Rolanda Orlando de Boccarda, podczas konferencji rzymskiej zakomunikował, że komuniści nie mogą objąć nawet Ministerstwa Poczty, bo jeżeli tego dokonają, to trzeba będzie wdrożyć plan „całkowitej obrony”, czyli interwencji wojskowej.
W 1964 roku Giovanni de Lorenzo przygotował plan wojskowego zamachu stanu oraz internowania do obozu odosobnienia włoskich polityków. Plan nazwano „Piano Solo”. Plan ten przygotowano w kooperacji z funkcjonariuszami CIA oraz szefem operacji Gladio Renzo Roccą, który był fundatorem organizacji rzymskiej konferencji oraz człowiekiem wywiadu wojskowego SIFAR-SID.
Najważniejszym momentem akcji miała być operacja fałszywej flagi – klasyczne modus operandi zachodnich służb specjalnych. Włoski żołnierz miał dokonać zamachu na Aldo Moro, premiera, który łamał amerykańskie reguły niedopuszczania czerwonych do głosu, po czym do akcji wkroczyłoby wojsko i służby.
Politycy mieli zostać internowani do ośrodka szkoleniowego operacji Gladio na Sardynii.
Co jednak ma to wspólnego z wojskiem USA? Otóż okazuje się, że baza Gladio, gdzie miano internować polityków (przypomnijmy, że w RFN internowani politycy mieli być zabijani) została w 1957 roku uwzględniona w planach wojennych USA. Gdyby Włochy zostały opanowane przez „siły wroga” to z Sardynii miała nadciągać pomoc.
Kto więc kontrolowałby internowanych polityków, włoskie służby czy też Stany Zjednoczone?
Przejdźmy jednak do rzeczy najważniejszej a więc zamachów terrorystycznych w ramach strategii napięcia. Osoby znające historię Włoch wiedzą zapewne, że głównymi ofiarami tych zamachów byli cywile. Komuniści czy socjaliści to niewielki procent wszystkich ofiar. Ginęli przede wszystkim cywile, niewinni ludzie.
Najbardziej znane ofiary zamachów dokonywanych przez włoskich neofaszystów, inspirowanych przez CIA oraz włoskie służby specjalne, to zamach w Mediolanie w 1969 roku, w Bresci z 1974 roku, zamach na Italicus Express z tego samego 1974 roku czy też zamach w Bolonii 1980 roku. W tych eksperymentach inżynierii społecznej w ramach strategii napięcia, których celem było zwalenie za nie winy na lewicę oraz zastraszenie reszty społeczeństwa, zginęło bardzo wielu młodych ludzi. Jeden z organizatorów zamachów – Pino Rauti – był finansowany przez Stany Zjednoczone. Był więc co najmniej amerykańskim agentem wpływu. Spójrzmy na ofiary i ich wiek.
W zamachu na Italicus Express, którego celem był najprawdopodobniej Aldo Moro (odmawiał wsparcia dla uzbrajania Izraela w 1973 roku), 4 z 12 ofiar śmiertelnych stanowiły osoby poniżej 25 roku życia. Z czego jedno dziecko.
W Brescii zginęło 8 osób, 102 zostały ranne. Zamach przygotował Pino Rauti, odbiorca gotówki z ambasady USA w Rzymie. Wszystkie ofiary śmiertelne miały 25 lub więcej lat.
W zamachu na Piazza Fontana w Mediolanie zginęło 17 osób. Najmłodsza miała 33 lata. Zamach przygotowali agenci NATO. Carl Digilio, agent natowskich baz we Włoszech, zamachowiec, miał związki z CIA oraz włoskim wywiadem wojskowym. Jednak mózgiem operacji miał być oficer marynarki wojennej USA David Carrett. Tak podają opracowania związane z operacją „Gladio”.
W zamachu w Bolonii zginęło 85 osób. 35 miało mniej niż 25 lat. 8 było dziećmi poniżej 18 lat.
Zamach w Bolonii przeprowadziły Zbrojne Komórki Rewolucyjne – neofaszyści. Finansował go Licio Gelli, agent CIA. Ale także człowiek związany z amerykańską armią.
4 lipca 1981 roku (niedługo mija 45 lat od tego wydarzenia) jego córka został aresztowana z tajnym dokumentem armii Stanów Zjednoczonych, który zalecał przenikanie agentów wojskowych USA do organizacji komunistycznych w krajach sojuszniczych celem ich infiltracji oraz organizowania terroru, aby skompromitować umiarkowanych komunistów i zbić ich poparcie. Dokument ten nazywał się „Stability Operations, Intelligence-Special Fields” („Operacja stabilizacyjne, wywiad – dziedziny specjalne”), autorstwa Williama Westmorelanda, dowódcy wojsk USA w Wietnamie.
Cóż, zapewne jej aresztowanie na lotnisku w Rzymie w 205. rocznicę amerykańskiej deklaracji niepodległości nie było przypadkowe. Czyżby ktoś chciał dać do zrozumienia, że czas amerykańskiego terroru we Italii się kończy?
DANIA
Dania jest przykładem kraju najbardziej obrzydliwego. We Francji CIA oraz wojsko USA eksperymentowało na francuskich dzieciach bez zgody francuskich władz. W Niemczech, Włoszech czy Japonii eksperymenty odbywały się na zasadzie: przegraliście wojnę a my zwycięzcy możemy z wami zrobić co chcemy. Więc trochę poeksperymentujemy, ale za to nie będzie rozliczeń za zbrodnie wojenne w odpowiedniej skali. Jednak reżim duński sam, dobrowolnie, jako ofiara II wojny, zgodził się, aby zwyrodnialcy z USA mogli, we współpracy z lekarzami duńskimi, eksperymentować na duńskich dzieciach. Coś niewyobrażalnego.
W 2021 roku w duńskiej telewizji zaprezentowano film, który mówił o tym, że w latach 1960. reżim duński wraz z Centralną Agencją Wywiadu USA prowadził nieludzkie, brutalne eksperymenty na duńskich dzieciach. Dzieciach w wieku od 4 do 14 lat. Amerykański wywiad działania te finansował. Polska Agencja Prasowa w artykule z grudnia 2021 roku nazwała eksperymenty te torturami.
Autorem filmu jest ofiara tych eksperymentów Per Wennick. Wennick mając 11 lat zgodził się „przeżyć przygodę” za którą zaoferowano mu 16 koron duńskich. Przykuto go do krzesła, do kończyn i serca przymocowano elektrody. Do uszu wtłaczano mu głośne dźwięki.
Dzieci nigdy nie dowiedziały się jaki był cel eksperymentu. Działania te łamały kodeks norymberski, regulujący kwestie zakazu eksperymentów na ludziach.
Pomysłodawcą eksperymentu był żydowski zwyrodnialec Zarnoff Mednick. Nie mógł on prowadzić badań w USA więc przeniósł się do Danii. Tylko w pierwszym roku eksperymentów projekt wsparła CIA kwotą około 600-700 tys. dolarów. Dzisiaj to około 25-30 mln złotych.
Eksperymentom poddano 311 dzieci. Odbywało się to w ramach operacji QKHILLTOP oraz operacji MKULTRA.
Dlaczego jednak wybrano Danię?
Mednick nie prowadził badań w USA ponieważ nie było tam rejestru ludności, niezbędnego do kontaktowania się z nimi w długim okresie czasu. W Danii ewidencja ludności była więc degenerat Mednick wraz z duńskim profesorem Fini Schulsingerem zaprojektowali studium dla 207 dzieci. Część miała w rodzinie przypadki zaburzeń psychicznych, druga część kontrolna nie miała.
W 1977 roku próbowano odtajnić fakt prowadzenia badania jednak duńskie ministerstwo sprawiedliwości na to nie pozwoliło. Dania sama, dobrowolnie pozwalała żydowsko-amerykańskim zwyrodnialcom niszczyć własne dzieci, po czym tuszowała dekadami całą sprawę.
TURCJA 1948-1990
Dzisiaj już wszyscy zorientowani, a zwłaszcza czytający moje artykuły, wiedzą, że Mehmet Ali Agca, członek utworzonej oraz finansowej przez CIA organizacji Szare Wilki, był przeszkolony przez wywiad amerykański – agenta CIA Franka Terpila – a broń, którą oddał strzał do papieża Jana Pawła II dostarczył agent zachodnioniemieckiego wywiadu BND Horst Grillmayer. Ta kwestia nie podlega już dyskusji. Zajrzyjmy jednak głębiej w laboratorium wojskowo-wywiadowcze Stanów Zjednoczonych jakim była zimnowojenna Turcja. Naprawdę warto. Zachęca nas do tego Daniele Ganser, szwajcarski pisarz, autor książki „Tajne armie NATO”. Oto pierwsze zdanie rozdziału tejże pracy o Turcji: „Historia tajnej armii w Turcji jest bardziej brutalna niż historia jakiejkolwiek innej siły typu »stay-behind« w Europie Zachodniej”.
Już wiecie państwo gdzie Stany Zjednoczone zasiały największy terror w krajach NATO? Nie w Niemczech Zachodnich, Francji czy Włoszech. W Turcji.
Motorem napędowym operacji Gladio w Turcji, napędzanej przez wspierane przez USA oraz NATO jednostki pozostające w cieniu, było rozbicie Imperium Osmańskiego, które spowodowało, że znaczna część narodu tureckiego znalazła się w granicach innych państw. W tym ZSRR. Grano więc na nucie antysowieckiej jako narzędziu zjednoczenia Turków w jednym kraju. Jeżeli ZSRR upadnie, Turcy się zjednoczoną. Była to dosyć prosta logika kręgów zachodnich.
W okresie II wojny światowej Turcy byli silnie antysowieccy oraz oczywiście proniemieccy czy nawet wręcz pronazistowscy. Kiedy rozpoczęto operację Barbarossa, a siły niemieckie dojechały aż pod Stalingrad, Turcy szykowali się do wchłonięcia terytoriów sowieckich w celu zjednoczenia ludów tureckich. To się jednak nie udało. Niemcy przegrały wojnę, Sowiety wygrały.
W okresie zimnej wojny Turcja miała strategiczne znaczenie dla USA i NATO. Leżała najbliżej Moskwy ze wszystkich krajów NATO. Dlatego też w 1961 roku rozmieszczono w tym kraju wyrzutnie z głowicami jądrowymi Jupiter, które zdemontowano po kryzysie kubańskim. Kryzys był zresztą odpowiedzią ZSRR na zbliżanie się broni jądrowej pod granice ZSRR.
Aby USA mogły kontrolować Turcję, potrzebowały do tego swoich sukinsynów, zbirów od brudnej roboty. Tymi były Szare Wilki, wprost odwołujący się do Hitlera, ale także inne formacje. Szare Wilki działały jednak na wielu polach: operacje fałszywej flagi przeciwko komunistom (zamach na Jana Pawła II), antykomunistyczny terroryzm w Turcji czy też terror wśród lewicujących Turków w RFN, aby nie dopuścić w Niemczech do komunistycznych wystąpień.
Amerykanie wspierali ruch panturkizmu – zjednoczenia Turków w jednym państwie – poprzez wspieranie Alparsana Turksa, kolaboranta nazistowskiego z okresu II wojny światowej. Turks był gorliwym zwolennikiem cytowania Mein Kampf na ulicznych demonstracjach w tracie II wojny światowej.
W 1948 roku nawiązał współpracę z CIA i zaczął tworzyć tajną armię na terenie Turcji. Ale nie tylko z CIA utrzymywał bliskie relacje. Także z amerykańskim Departamentem Obrony – Pentagonem.
W latach 1955-1958 był członkiem misji wojskowej Turcji przy NATO.
W 1952 roku Turcja została członkiem sojuszu atlantyckiego. Miała już wówczas swoją tajną armię do siania terroru przeciwko lewicy oraz innym przeciwnikom dominacji USA nad tym krajem.
Siedziba tajnej armii Turcji, de facto zbrojnego ramienia wywiadu USA, miała miejsce oczywiście w budynku CIA w dzielnicy Bahcelievler w Ankarze. W 1965 roku grupa ta przybrała nazwę Departamentu Wojny Specjalnej. DWS nadzorowało tureckie Gladio, tureckie stay behind – Counter-Guerillę.
Podstawą tureckiego Gladio jak każdego Gladio w Europie była operacja fałszywej flagi. Podszywanie się pod inne grupy aby zasiać chaos, anarchię i nienawiść pomiędzy różnymi stronami.
W 1955 roku mieliśmy tego idealny przykład, kiedy to DWS wrzucił bombę do tureckiej placówki w Atenach (czyli Turcy mordowali Turków) aby zwalić winę na Greków. Przypomnijmy, że zarówno Turcja jak i Grecja od 1952 roku były krajami NATO. Counter-Guerilli to jednak nie interesowało.
Winą za bombę obarczono grecką policję. W odpowiedzi siły tureckiego Gladio, Counter-Guerilli, zniszczyły setki greckich domów i przedsiębiorstw w Stambule i Izmirze. Zabito 16 Greków, rannych zostało 32. Zgwałcono 200 greckich kobiet. Nic z tego nie było możliwe bez wsparcia Centralnej Agencji Wywiadu USA, której Counter-Guerilla była tureckim, zbrojnym ramieniem.
Oficjalnie zadaniami CG było zwalczanie okupacji terytorium Turcji przez ZSRR. Ponieważ jednak ZSRR nie miał zamiaru atakować bloku zachodniego, co wiemy nie tylko z racji tego iż wybudowano mur berliński, aby rozgraniczyć strefy wpływów, lecz także dlatego iż Chruszczow przyznał, że Stalin bał się Zachodu i chciał utrzymać stan posiadania a nie go powiększać, zająć się musiała czymś innym.
Coś więc bandy terrorystyczne, nazywane niewiadomo dlaczego wojskiem, musiały robić. Jeżeli nie mogły zabijać komunistów, to zabijały kogoś innego. Po czym udawały, że zostały zaatakowane i dalej zabijały. I gwałciły. Jak zauważa Ganser „ponieważ funkcja stay behind łączyła się z kontrolą wewnętrzną i operacjami fałszywej flagi, coraz trudniej było odróżnić oddziały »Counter-Guerilla« od klasycznych terrorystów”.
Porozumienie CIA z rządem tureckim z 1959 roku mówiło m.in. o tym, że tajna armia ma przystąpić do działania także w wypadku buntu przeciwko reżimowi. A więc Stany Zjednoczone poprzez wspieranych przez siebie terrorystów mogą zaatakować kraj kiedy wybuchną protesty antyrządowe. Dlaczego jednak rok później, w 1960 roku, rząd został obalony a tajna armia mu nie pomogła? Bo to tajna armia przeprowadziła pucz. Wspólnie z ludźmi CIA.
Turks, agent CIA, grał w puczu pierwsze skrzypce.
Selahattin Celik, turecki ekspert ds. bezpieczeństwa zauważa, że DWS nie bronił demokracji tureckiej lecz stanowił dla niej największe zagrożenie a jego najważniejszymi działaniami na przestrzeni dekad były 3 zamachy stanu.
Amerykanie już w 1957 roku wiedzieli, że dojdzie do zamachu stanu. Nie zrobili nic aby mu zapobiec. Był im na rękę. Ludzie CIA odgrywali w nim czołowe role.
Turks został po puczu wyrzucony z Turcji na placówkę zagraniczną po czym powrócił i spróbował przeprowadzić kolejny pucz. Ten jednak się nie udał a on sam został aresztowany. Zwolniono go jednak i szybko wrócił do polityki. Założył Partię Działania Narodowego, której młodzieżówką stały się Szare Wilki, istotny element amerykańskiego systemu kontroli Turcji poprzez terror i operacje fałszywej flagi. Szare Wilki przez jednych były podziwiane, przez innych znienawidzone. „Bojownicy” Szarych Wilków byli rekrutowani do Counter-Guerilli Turksa.
Jak w każdym kraju skolonizowanym poprzez służby bezpieczeństwa i tajne wojsko przez USA, i w Turcji istniały sale tortur gdzie niszczono i łamano ludzi. W Turcji takowe znajdowały się w willi Ziverbey w Stambule. Torturowano tam setki osób. Całość nadzorował Eyup Ozalkus z tajnej służby MIT, kontrolowanej (lecz nie w 100%) przez CIA.
Generał Talat Turhan, który w 1960 roku brał udział w puczu wojskowym, w późniejszym okresie był torturowany w katowniach tureckich służb. Opisał jak one wyglądały oraz kto należał do Counter-Guerilli. A należeli do niej oficerowie służb specjalnych MIT oraz członkowie Szarych Wilków. A więc ludzie CIA. Bo zarówno MIT jak i Szare Wilki były wspierane przez Stany Zjednoczone.
Metody stosowane przez CG obejmowały zamachy, zamachy bombowe, napady z bronią w ręku, tortury, ataki, porwania, groźby, prowokacje, branie zakładników, podpalenia, sabotaż, propagandę, dezinformację, przemoc i wymuszenia. A więc cały pakiet przestępczości. Zamiast walki z komunizmem, mieliśmy bandytyzm i terroryzm.
Z dokumentów Pentagonu wiemy, że współpraca amerykańsko-turecka była bardzo intensywna.
Stopień współpracy czy raczej podległości Turcji wobec USA był tak duży, że kiedy jeden z oficerów służb MIT został aresztowany za współpracę z wywiadem USA, ten wyśmiał aresztowanie i stwierdził, że oskarżenie jest absurdalne. Bo taka współpraca jest czymś zupełnie normalnym.
CIA nie tylko wybudowała siedzibę wywiadu tureckiego, dostarczyła sprzęt oraz szkolenia lecz nawet wyposażyła sale tortur. Które de facto były salami CIA, gdzie pełnomocnicy wywiadu USA zajmowali się w interesie USA eksperymentowaniem i maltretowaniem ludzi, w tym nawet zasłużonych tureckich wojskowych, jeżeli ci nie chcieli już więcej niszczyć własnego narodu w obcym interesie.
Tureckie służby współpracowały w mordowaniu ludzi nie tylko z amerykańską CIA. Także z Mossadem.
W latach 1968-1971 MIT mordowało we współpracy z izraelskim wywiadem Palestyńczyków w obozach dla uchodźców w Libanie.
Przypomnijmy, że reżim syjonistyczny w 1967 roku zaatakował swoich sąsiadów, w tym terytoria palestyńskie, co spowodowało eksodus Palestyńczyków do krajów ościennych. W tym do Libanu. I to właśnie w Libanie tureckie służby pomagały Mossadowi zabijać Palestyńczyków. Hiram Abas był tym kolaborantem Izraela z MIT, który pomagał dokonywać krwawych ataków na palestyńską młodzież w Libanie. Abas był blisko związany z CIA.
W samej Turcji Abas zasłynął z tortur i masakry w 1972 roku w mieście Kizildere. Turecka młodzież została tam zamordowana tylko dlatego bo nazwała oprychów od Abasa „ludźmi Wuja Sama”. A więc dlatego bo powiedziała prawdę, że ci są zdrajcami własnego narodu i agentami amerykańskimi.
W odwecie zdrajca Abas został zabity przez kolegów ofiar. Jego patron z CIA Duane Clarridge przybył nawet odwiedzić jego grób. Musiał być ważnym agentem CIA skoro szef placówki wywiadu USA w Stambule oprócz poklepania go po plecach i wręczenia mu pliku dolarów w kopercie bez podatku nawet pofatygował się na jego grób.
Podsumowując więc: USA utworzyły turecką Counter-Guerillę, tureckie stay behind, sponsorowały i wyposażały zarówno wywiad wojskowy Turcji MIT jak i Departament Wojny Specjalnej, w ramach którego działała Kontrpartyzantka. Członkowie CG byli szkoleni w Szkole Ameryk Pentagonu oraz przez Zielone Berety przygotowujące się do wojny w Wietnamie.
Jak zauważa Ganser, ośrodek szkolenia w Szkole Ameryk w Kanale Panamskim był niemal identyczny jak ośrodki szkoleniowe Al-Kaidy Bin Ladena. Cóż, nie jest żadną tajemnicą, że Bin Ladena szkolił człowiek Zielonych Beretów Ali Muhammad.
W podręczniku FM 30-31 na którym szkolono tajne armie zapisano, że w czasie pokoju (kiedy nie ma zbyt dużo komunistów do zabijania) należy stosować przemoc wobec kogoś innego, zwalać winę na komunistów, wywołując tym samym atmosferę strachu i podejrzliwości. Gladiatorzy powinni także zasilać organizacje lewicowe i zachęcać je do przemocy po to aby Gladio i regularne wojsko mogło atakować swoich wrogów w odpowiedzi. Czyli prosta reguła: jak nie ma wroga to trzeba go stworzyć. Bo po co utrzymywać tajne wojsko jak nikt nie chce się z nim bić?
HONDURAS I WIETNAM POŁUDNIOWY – AMERYKAŃSKIE DOMY PUBLICZNE
Żadne z miejsc na świecie, które znalazło się pod dominacją amerykańskiego wojska, nie zostało tak moralnie upodlone i zdeprawowane jak Wietnam Południowy oraz Honduras lat 1980. Na początek zajmę się tym drugim chociaż w sumie mógłbym zakończyć na Hondurasie. Bo Wietnam Południowy był jego lustrzanym tłem a Tegucigalpa stolica latynoamerykańskiego kraju, była odpowiednikiem Sajgonu.
Praca Leslie Cockburn, amerykańskiej polityk, zatytułowana „Poza kontrolą” jest niezwykle trudno dostępna w języku polskim. Nie została nigdy oficjalnie wydana w naszym języku. Jednak istnieją jej polskie wersje z okresu PRL-u wydrukowane w dosyć prymitywny sposób aczkolwiek dosyć przystępny. A szkoda że tak trudno ją dostać. Opisuje ona idealnie jak Stany Zjednoczone upodliły , państwo Honduras i jego ludność, kiedy dokonały tam ekspansji militarnej, aby z Hondurasu koordynować wojnę z narodem nikaraguańskim, który w 1979 roku w rewolucji obalił marionetkowy rząd Waszyngtonu, pod dowództwem Anastasio Somozy.
Oddajmy więc głos L. Cockburn: „Jako drugi najbiedniejszy kraj na półkuli zachodniej, kraj ten chętnie pełnił rolę gospodarza, wkrótce zasługując na swoją reputację lotniskowca Stanów Zjednoczonych. Wszelkie skrupuły lub przebłyski nastrojów nacjonalistycznych wśród honduraskich polityków i generałów były szybko tłumione przez potok pomocy. W stolicy, Tegucigalpie, słynącej z gwałtownego pikowania podczas podejścia do lotniska, stery władzy nie prowadziły do lokalnego pałacu prezydenckiego w centrum miasta, lecz do rozległej ambasady amerykańskiej położonej wysoko na wzgórzu. Zubożałe dzieci i prostytutki dyskretnie ustawiały się przed wejściami do hoteli »Holiday Inn« i »Hotel Maya«, aby pozyskać rosnącą amerykańską klientelę. Kina wypełniały filmy z serii »Rambo« oraz ich podrzędne odpowiedniki, które wydawały się trafiać do dystrybucji wyłącznie za granicą. Pas terenu przed rozbudowującą się amerykańską bazą lotniczą w Palmaroli był usiany domami publicznymi, a tę harmonijną relację tylko na krótko zakłóciło pojawienie się AIDS. Mnóstwo żołnierzy z różnych amerykańskich jednostek i rodzajów sił zbrojnych – sił specjalnych, sił powietrznych, Gwardii Narodowej – tłoczących się na ulicach i w barach Tegucigalpy nadawało temu miejscu atmosferę Sajgonu z lat sześćdziesiątych. Oczywiście tym razem wszystko działo się znacznie bliżej domu”.
W 1966 roku amerykański senator William Fulbright zakomunikował, że Sajgon, stolica Wietnamu Południowego, stała się amerykański burdelem. Było to bardzo słuszne spostrzeżenie.
Panoszenie się przez wojsko USA po Wietnamie było jedną z przyczyn porażki USA w Wietnamie. To właśnie był motor napędowy poparcia dla komunistów na południu. Miliony ludzi żyło w nędzy, w średniowiecznych wioskach, a elita w Sajgonie żyła niczym w Las Vegas.
Oprócz prostytucji i narkomanii dodatkowo szerzyły się przestępstwa wobec wietnamskich kobiet, takie jak gwałty. To jeszcze bardziej potęgowało nienawiść wobec amerykańskiej okupacji oraz poparcie dla Wietkongu i Wietnamu Północnego. Jak zauważył prezydent USA Eisenhower, komuniści mieli w całym Wietnamie 80% poparcia. Nie można było więc zorganizować legalnych, uczciwych wyborów na Południu bo zachód przegrałby je demokratycznie. Stąd wyborcze fałszerstwa. W Sajgonie podczas referendum z połowy lat 1950. frekwencja wyniosła 130%.
USA, amerykańskie wojsko, zmieniło stolicę Wietnamu Południowego więc w stolicę gwałtów, prostytucji, korupcji, narkomanii, potężnego rozwarstwienia społecznego, chorób wenerycznych i innych patologii. Najlepszą pracą w tej tematyce jest praca pod jakże oczywistym tytułem „Amerykański burdel” autorstwa Amandy Boczar. Oddajmy głos autorce: „Departament Obrony nie zadał sobie nawet trudu, by uwzględnić pojedyncze przypadki gwałtów, które miały miejsce w miastach, podczas sporządzania listy innych zbrodni wojennych podobnych do »sprawy Calley’ego«. Tymczasem w miastach południowego Wietnamu żołnierze amerykańskiej armii regularnie dopuszczali się gwałtów na cywilnych kobietach »niezwiązanych z działaniami wojennymi«. To niemożliwe do oszacowania rozróżnienie między przypadkami przedstawionymi przez śledczych w oficjalnych raportach dla prezydenta a tymi, które uznano za niezwiązane z wojną, stanowi uderzającą sprzeczność. Przemocy seksualnej w tyłach nie można było tak łatwo uznać za reakcję na strach lub akt odwetu, tak jak sprawcy usprawiedliwiali gwałty na polu walki. Przypadki te częściej wiązały się z pojedynczymi sprawcami polującymi na kobiety, które znali, lub kelnerki, od których oczekiwali świadczenia usług seksualnych. Niewiele akt żandarmerii wojskowej bezpośrednio potwierdzało gwałt, zaznaczając, że personel nie był w stanie zweryfikować relacji kobiet, które zgłaszały oskarżenia. Jednak typowe reakcje na oskarżenia o napaści lub ataki wskazują na coś szerszego. Relacje ustne byłych funkcjonariuszy żandarmerii wojskowej z więzienia Long Binh, na północ od Sajgonu, wskazują, że zatrzymywali oni żołnierzy amerykańskich za gwałty, ale nie mogli wypowiadać się na temat postępowania karnego. Strażnicy byli zaniepokojeni świadomością, że większość mężczyzn, których przetrzymywali w więzieniu, niezależnie od popełnionego przestępstwa, zostanie później zwolniona i wysłana z powrotem na front”.
Tak, oprócz rzeczy oczywistych, czyli traktowania Wietnamczyków jako ludności podbitej, która ma być politycznie posłuszna, traktowano także wietnamskie kobiety, niektóre bardzo młode, jako zwierzynę do upolowania. A po gwałtach żołnierze wracali sobie na front.
Tak wygląda państwo pod amerykańską wojskową okupacją. Według danych z sondażu przedstawionego na stronie „Rzeczpospolitej” 50% polskich kobiet jest przychylna stałej wojskowej okupacji Polski przez amerykańskie wojsko. Na zasadach, przypomnijmy, eksterytorialności. A więc bezkarności. Ciekawe czy te 50% Polek czytało kiedyś jakąś książkę o Sajgonie albo Hondurasie.
WYSPY MARSHALLA I ZACHODNI PACYFIK – CHEMIKALIA, BROŃ JĄDROWA, HERBICYDY
W podrozdziale mojego tekstu o Wyspach Marshalla gdzie jak zapewne dobrze wiemy wojsko USA testowało działanie broni masowego rażenia (jądrowej i termojądrowej) na ludności cywilnej, zajmę się także zachodnim Pacyfikiem a więc Japonią oraz wspomnianym już tutaj Wietnamem Południowym. Gdyż Pentagon w obu tych krajach prowadził eksperymenty z użyciem chemikaliów, których ofiarami padali cywile.
Zniszczenia jakie broń jądrowa dokonała w Japonii sprawiły, że Stany Zjednoczone obawiały się testowania silniejszych bomb na terytorium USA. Postanowiono więc poszukać lepszego miejsca do tego typu działań. Wybrano Wyspy Marshalla leżące 4000 km od Hawajów.
Wyspy Marshalla w trakcie II wojny światowej były okupowane przez Japonię. Amerykanie w 1944 roku przychodzili tam więc jako wyzwoliciele niosący wolność. Tak przynajmniej miało być. Tak jednak nie było. Na miejsce Japończycy którzy zmuszali miejscową ludność do pracy na rzecz ich imperium, przyszedł okupant 100 razy gorszy – okupant amerykański – który zamiast wolności przyniósł niewyobrażalne cierpienia.
USA odbijały WM od Japończyków przez tydzień. W walkach zginęło zaledwie 370 żołnierzy USA oraz 8000 Japończyków. A także 200 mieszkańców Wysp.
Po wojnie Wyspy Marshalla przeszły pod mandat ONZ, które przekazało nad nimi kontrolę Waszyngtonowi. Ten miał dbać o rozwój archipelagu oraz wspierać postęp gospodarczy i społeczny. Zamiast tego Amerykanie uczynili sobie z Wysp poligon atomowy do testowania broni termojądrowej na żywych organizmach – na ludziach.
Wyspy Marshalla były traktowane przez USA niczym Polska przez III Rzeszę Niemiecką i Związek Sowiecki – jako łup wojenny. Amerykanie przelewali krew za wyrzucenie Japończyków z wyspy więc uznali, że mają pełne prawo do robienia tam co tylko im się żywnie podoba. I robili.
WM były idealnym miejsce dla amerykańskiego poligonu atomowego. Ich odseparowanie od reszty państw oceanicznych sprawiało, że można było zachować nieludzkie eksperymenty na tamtejszej ludności w tajemnicy. Nikt miał się dowiedzieć co tam się działo.
Ponadto populacja wysp była niewielka a Ocean miał pochłonąć promieniowanie powstałe w wyniku eksplozji.
Zbrodniarz wojenny Kissinger miał powiedzieć o Wyspach Marshalla: „tam mieszka tylko 90 000 ludzi, kogo to obchodzi?”.
Nie minął rok od zakończenia II wojny światowej a Amerykanie w lutym 1946 roku poinformowali mieszkańców wysp, że chcą nauczyć się stosować pewną broń „dla dobra ludzkości”. W tym celu potrzebują ich kraju.
Mieszkańców atolu Bikini przez kolejne lata przenoszono z wyspy na wyspę, wraz z rozszerzaniem zasięgu obszaru, który miał podlegać testom. Trafiali w miejsca, gdzie ryby były toksyczne a więc miewali problemy żywnościowe. Waszyngtonu to nie obchodziło.
Amerykanie testy na Wyspach Marshalla rozpoczęli od okrętów wojennych, które rozmieszczano w pobliżu miejsca wybuchu. Nazywano je „flotą królików doświadczalnych”. Na ich pokładzie znajdowały się liczne zwierzęta. Dopiero później królikami doświadczalnymi zostaną ludzie.
W lipcu 1946 roku przeprowadzono pierwszą próbę jądrową na okrętach oraz zwierzętach, które w ogromnej większości zmarły.
Drugi test na atolu Bikini, pod wodą, skaził już ludzi – żołnierzy amerykańskich. Waszyngton nie miał skrupułów nawet dla swoich ludzi. Dziesiątki tysięcy Amerykanów wysłano do odkażania skażonych okrętów bez odzieży ochronnej. Okręty następnie przesunięto na Guam i do bazy Pearl Harbor gdzie kolejne tysiące ludzi były narażone na promieniowanie. Oczywiście byli to Amerykanie. Kiedy Waszyngton zrozumiał, że okręty do niczego już się nie nadają, zatopiono je.
W 1948 roku przeprowadzono tam kolejne 3 testy jądrowe. Spowodowały one dalsze skażenie Oceanu Spokojnego.
W 1952 roku przeprowadzono pierwszy pełny test termojądrowy, który zniszczył całą wyspę archipelagu Wysp Marshalla.
W 1954 roku test spowodował skażenie w odległości dziesiątek kilometrów z powodu wiatru. Amerykanie doskonale sobie zdawali sprawę, że tak się stanie. Bunkier wojska USA oddalony o 40 km został skażony i osoby tam przebywające trzeba było ewakuować helikopterami.
O ile Amerykanom nic się nie stało o tyle miejscowe dzieci, dzieci mieszkańców Wysp Marshalla, zaczęły się bawić pyłem radioaktywnym, którego grubość sięgała 4 centymetrów. Zniszczyło to im zdrowie.
Dopiero po dwóch dniach od testu napromieniowanych już mieszkańców ewakuowano.
Po latach, pod koniec lat 1970., okazało się, że opad radioaktywny skaził nawet te wyspy na które ewakuowano mieszkańców WM. Całe dekady utrzymywano ludzi w kłamstwie.
Oprócz mieszkańców Wysp Marshalla skażenie dotknęło także Japończyków na łodziach rybackich. Mowa o niemal 900 jednostkach nawodnych, które znalazły się w zasięgu oddziaływania skutków wybuchu. Skażenie statku „Lucky Dragon” stało się powszechnie znane w wyniku nagłośnienia tego faktu przez media na całym świecie. Amerykanie odmówili pomocy Japończykom. Przegraliście wojnę? Leczcie się sami.
Japończycy zamiast zaprotestować przeciwko eksperymentowaniu na ich ludności, poparli dalsze testy. Tak kończą kraje znajdując się pod amerykańską okupacją. Waszyngton może na ich ludzi zrzucać radioaktywny pył a ci nie mogą nic z tym zrobić.
Edward Teller, jeden z najbardziej znanych naukowców jądrowych, stwierdził, że śmierć rybaka to nie powód, aby kręcić aferę.
W kolejnych latach zmarło jednak wielu rybaków a ich dzieci były potwornie zdeformowane.
Ale amerykański test z 1954 roku skaził nie tylko łodzie rybackie i połów tam się znajdujący. Skażenie dotarło do samej Japonii w postaci deszczu, który zatruł tamtejsze rolnictwo.
Japończycy zebrali 32 miliony podpisów przeciwko testom jądrowym w okolicach ich kraju. Podpisało się więc około 33% wszystkich Japończyków. Pod presją rząd USA z rządem japońskim zgodzili się wypłacić odszkodowanie w kwocie 2 mln dolarów. Szacowane szkody wynosiły 7,2 mln dolarów.
Dlaczego jednak Japończycy pozwalali na zabijanie i niszczenie własnych ludzi? Otóż CIA przekonywała osoby podejrzane o zbrodnie wojenne, które przecież rządziły po wojnie tym krajem, na swoje sposoby. Wszyscy wiemy jakie: trybunał albo pozwalacie nam robić swoje.
Nie zmieniło to jednak faktu, iż Azjaci uważali że są traktowani jako mięso armatnie Stanów Zjednoczonych.
W sumie na Wyspach Marshalla przeprowadzono 67 testów jądrowych. Promieniowanie skaziło glebę, morze, ryby, zwierzęta i rośliny. Po 1972 roku mieszkańcy atolu Bikini zaczęli wracać na swoją wyspę. Zapewniano ich że jest to bezpieczne. Wszyscy jednak wiedzieli że nie jest to bezpieczne. W ten sposób eksperymenty trwały nadal. Dopiero w 1978 roku ponownie ich wysiedlono.
Z innymi wyspami było podobnie. Było one w oczywisty sposób skażone jednak mieszkańców tam przywracano. Przez całe lata wdychali skażone powietrze i jedli skażone posiłki. Zwrócili się o wsparcie do rządu USA. Ten im go nie udzielił. Nikogo nie obchodzili japońscy rybacy a co dopiero jakieś 90 000 mieszkańców jakichś wysp pacyficznych.
W 1999 roku Amerykańskie Towarzystwo Onkologiczne określiło wskaźnik zachorowalności na nowotwory na WM na ekstremalnie wysoki. Ich częstość występowania była nawet 40 razy większa niż w USA. Tak oto zniszczono naród. Dzisiaj już wiemy, że celowo przywracano ludność Wysp Marshalla na skażone tereny aby badać wpływ skażenia na ich życie. Mieszkańcy WM byli całe dekady królika doświadczalnymi zbrodniczego reżimu amerykańskiego.
Naukowcy z USA byli zadowoleni z tego, że mogą badać swoje króliki doświadczalne. Tak wynika z odtajnionych dokumentów. Ale to nie wszystko. W ramach Projektu 4.1 500 mieszkańców Wysp Marshalla poddano innym eksperymentom – wstrzykiwano im radioaktywne izotopy oraz przeprowadzano im operacje bez ich zgody. Tym się kończy obecność wojska USA na swoim terytorium.
10 lat temu, w 2016 roku, Uniwersytet Columbia przeprowadził swoje badania na atolu Bikini. 70 lat po pierwszym teście. Atol wciąż był skażony. Pogarda dla życia ludzkiego reżimu amerykańskiego nie tyczyła się jedynie mieszkańców WM. Z taką samą pogardą traktowano żołnierzy amerykańskich. Jeżeli eksperymentujemy na własnych ludziach to co będziemy gotowi zrobić innym? Np. Polakom.
Wietnam Południowy – poligon doświadczalny dla wojny chemicznej
Już podczas drugiej wojny światowej Stany Zjednoczone chciały zrzucać na Japonię środki chemiczne takie jak fosgen i iperyt ale także środki wypalające roślinność – herbicydy. Bomby atomowe sprawiły jednak, że plany te porzucono.
Po wojnie Amerykanie przejęli dokumenty ultrazbrodniczej japońskiej Jednostki 731, które dotyczyły wypalania roślinności za pomocą herbicydów. Wraz z nastaniem zimnej wojny Stany Zjednoczone poprzez laboratorium Fort Detrick zaczęły prowadzić własne badania w tej tematyce.
W 1952 roku wojsko USA chciało przetestować Agenta Fioletowego w Korei. Jednak plany te porzucono gdyż wojna się zakończyła.
W okresie lat 1950. swoje testy w Azji Południowo-Wschodniej, dotyczące środków niszczących roślinności, prowadzili Brytyjczycy.
W 1961 roku Stany Zjednoczone zaczęły testować broń biologiczną na japońskiej Okinawie. Testowano także herbicydy, w latach 1960-1962. Wszystkim zajmowało się amerykańskie wojsko.
Jednak prawdziwym laboratorium, prawdziwym poligonem doświadczalnym, był Wietnam Południowy.
Generał Maxwell Taylor nawet nie ukrywał, że kraj ten jest amerykańskim poligonem testowym: „Z wojskowego punktu widzenia […] uznaliśmy znaczenie tego obszaru jako laboratorium”. Ogromna ilość substancji, które tam testowano, była całkiem nowa.
Operacja robienia w Wietnamu poligonu doświadczalnego dla wojska USA nosiła nazwę „Hades” lub też „Ranch Hand”.
Operację tą rozpoczęto w tajemnicy, gdyż była to zasadniczo operacja stosowania broni chemicznej. Pomimo iż celem była roślinność a nie ludzie.
Aby jeszcze bardziej zamaskować udział wojska USA w tych operacjach żołnierze spryskujący Wietnam nie nosili mundurów a samoloty używane do spryskiwania zostały ukryte. Waszyngton wiedział, że robi źle ale robił to pomimo to. A Wietnamczycy, zniewoleni we własnym kraju przez skorumpowaną klasę polityczną, kolaboracyjną wobec wojska USA, rekrutowaną z mniejszości niebuddyjskiej, nie mieli nic do powiedzenia.
Styczeń 1962 roku był pierwszym miesiącem operacji „Ranch Hand”. Wówczas spryskano roślinność w samym pobliżu stolicy kraju – Sajgonu. W sumie wojsko USA wykona niemal 20 000 takich lotów zużywając 76 000 000 litrów chemikaliów. Taką ilości trucizny powodującej nowotwory, w tym wśród żołnierzy USA ale przede wszystkim wietnamskiej ludności cywilnej, ze szczególnymi skutkami ubocznymi dla dzieci, wojsko Stanów Zjednoczonych rozpyliło w zaprzyjaźnionym kraju.
Rozpylanie miało oprócz celów laboratoryjnych cele polityczne: chłopów wietnamskim reżim amerykański chciał wyrzucić ze swoich wiejskich domów i przenieść do miast aby byli lepiej kontrolowani przez siły Waszyngtonu.
Wojsko USA nie poinformowało swoich żołnierzy o szkodliwości chemikaliów. Z beczek po nich żołnierze robili prysznice oraz grille. To samo robili Wietnamczycy. Wiele lat później będą z tego powodu umierać.
Chemikaliami zalewano nie tylko Wietnam Południowy lecz także Tajlandię, Kambodżę oraz Laos. W przypadku dwóch ostatnich za działanie te odpowiadała CIA.
Razem z zalewaniem kraju chemikaliami, reżim południowowietnamski oraz USA prowadziły kampanię propagandową o nieszkodliwości substancji. Wmawiano ludziom, że herbicydy i inne środki chemiczne nie zaszkodzą ani ludziom, ani glebie, ani zwierzętom. Celowo karmiono społeczeństwo kłamstwami, aby uzyskać przyzwolenie na dalsze eksperymenty.
Żołnierzom USA wmawiano: „Agent Orange jest stosunkowo nietoksyczny dla ludzi i zwierząt. Nie odnotowano żadnych obrażeń u personelu narażonego na opryski z samolotów”.
W sumie 3 000 000 Wietnamczyków zachorowało w wyniku stosowania herbicydów. Choroby obejmowały od biegunek czy bólów głowy po cukrzycę, choroby immunologiczne i nowotwory. Szczególnie narażone były, jak już wspomniałem, dzieci. W Wietnamie 20- i 30-latkowie zaczęli zapadać na choroby typowe dla wieku starczego. Ludność zniszczona wojną, dodatkowo została zniszczona chemikaliami, które oddziaływały na nią przez kolejne dekady. Po dziś dzień w Wietnamie rodzą się zdeformowane dzieci. Podobnie jak w Iraku w wyniku stosowania zubożonego uranu.
W sumie 66% Wietnamczyków, którzy byli narażeni na chemikalia, miało dzieci zdeformowane lub cierpiące na różnego rodzaju choroby. Znaczna z nich część natychmiast po urodzeniu umierała. Niektóre umierały jeszcze w łonie matki.
Pewnego dnia skala zniszczenia narodu wietnamskiego była już tak duża, że media w Sajgonie, kontrolowanym przez amerykańskich zbrodniarzy, opublikowały zdjęcia dzieci z 2 głowami, 3 rękami i 20 palcami. Niektóre miały głowy przypominające owcę a twarze przypominające kaczkę.
Amerykańskie wojsko gardziło swoimi ofiarami. Dowódca wojsk USA w Wietnamie Westmoreland, zwolennik mordownia ludzi w zaprzyjaźnionych krajach w ramach operacji fałszywej flagi (patrz podrozdział o Włoszech) powiedzieć miał: „Mieszkańcy Orientu nie przywiązują do życia takiej samej wagi jak ludzie Zachodu. Życie jest tam obfite, życie jest tanie na Wschodzie. Jak głosi filozofia Orientu, życie jest nieważne”.
W sumie 750 000 weteranów wojny w Wietnamie, służących w siłach zbrojnych USA, otrzymało odszkodowania z tytułu narażenia na działania chemikaliów.
W Wietnamie 3 miliony ludzi cierpi z powodu stosowania dioksyn. Ich kolejne pokolenia także będą narażone z powodu wciąż zanieczyszczonego środowiska. Z powodu stosowania samego Agenta Orange – mieszanki różnych herbicydów – według Wietnamczyków, zmarło lub doznało trwałego uszczerbku na zdrowiu, 400 000 obywateli tego kraju.
USA I IZRAEL – CENTRALA PEDOFILII, GWAŁTÓW NA DZIECIACH I BESTIALSKICH MORDÓW
Afera Epsteina, żydowskiego pedofila, agenta wywiadu wojskowego Izraela oraz człowieka ochranianego przez wywiad USA, to nie tylko wyspa na Morzu Karaibskim w archipelagu Wysp Dziewiczych USA, odkupionych od Danii w XX wieku, lecz także ranczo w Nowym Meksyku, gdzie ten zwyrodnialec, który pozyskiwał kobiety także z naszego kraju, z Beskidów, prowadził eksperymenty na swoich ofiarach.
Sprawę tą opisywały intensywnie media pod koniec lutego roku bieżącego. Po czym USA i Izrael zaatakowały Iran i wszystko ucichło. Przyjrzyjmy się jednak temu procederowi.
Epstein miał zamiar na swoim ranczu w stanie Nowy Meksyk wyhodować „nową rasę” poprzez zapładnianie przetrzymywanych tam kobiet. Nie powinno nikogo to dziwić. Amerykanie oraz Żydzi specjalizują się od dekad w nielegalnych eksperymentach na ludziach. Ten artykuł to tylko wycinek ich całego zbrodniczego dorobku.
„Zorro Ranch”, znane także jako „Playboy Ranch”, to posiadłość Epsteina na południu Stanów Zjednoczonych. Według brytyjskiego „Daily Mail” miejsce to było tysiące razy wymieniane w aktach Epsteina. Zboczeniec ten planował tam przeprowadzić eksperymenty genetyczne których celem było zapłodnienie 20 kobiet. W ten sposób miała powstać „Superrasa”. Nie wiem w jaki sposób z połączenia pedofila i niewolnicy seksualnej z biednej amerykańskiej rodziny miałaby powstać jakaś superrasa ale przejdźmy dalej.
Nie wiadomo do końca czy plan ten zrealizowano ani nawet czy go realizowano. Jednak kobiety zgłaszające się do władz stanu Nowy Meksyk twierdzą, że były odurzane, pobierano od nich materiał genetyczny a następnie budziły się podłączone do aparatury medycznej.
Na ranczu bywał książce Andrzej, członek brytyjskiej rodziny królewskiej. Bywała tam także najsłynniejsza ofiara Epsteina Wirginia Giufre, która popełniła samobójstwo w 2025 roku a według jej ojca została zamordowana.
Oprócz tego doniesienia wskazują, że na ranczu w Nowym Meksyku mógł bywać Bill Clinton oraz Woody Allen. Odbywały się tam także gwałty na młodych dziewczynach.
Dwie z gwałconych tam dziewczyn miały zostać zamordowane – uduszone podczas procederu gwałtu. Podobno pochowano je w okolicy.
Dowody zbrodni miały być niszczone. Jednak nic z tym nie robiono. Dopiero po śmierci Epsteina sprawa ta powróciła.
Epstein prowadził jeszcze inne eksperymenty, w tym na dzieciach. Jak podała prof. Magdalena Grzyb z Uniwersytetu Jagiellońskiego, obejmowały one działania które „jeżą włosy na głowie”. Z racji przyzwoitości nie będę ich tutaj opisywał. Wszyscy wiemy co to mogło być. Wspomnieć jedynie warto, że chodzi o eksperymenty seksualne na kilkuletnich dzieciach w celu przygotowywania ich dla bogatych Amerykanów w wiadomym celu. Tym zajmują się amerykańskie i żydowskie elity. Tego chcą w Polsce zwolennicy kontrolowania naszego kraju przez wojsko Stanów Zjednoczonych. Zwolennicy stałych baz USA w Polsce. Ochrony takich procederów. I popełniania samobójstw przez osoby, które chciałyby to nagłośnić.
Jednak na tym nie koniec. Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego jak wielu wysokich rangą amerykańskich wojskowych korzystało z usług młodych osób podstawionych przez Żydów. Wiązało się to z procederem pedofilskim za którego organizacją stał Roy Cohn, prawnik Donalda Trumpa, członek loży B’nai B’rith oraz syn jednego z najważniejszych żydowskich masonów Alberta Cohna.
Cohn organizował pedofilskie orgie w hotelu Plaza w Nowym Jorku. W tzw. niebieskim apartamencie tegoż hotelu. To właśnie tam zapraszano amerykańskich wojskowych. Zapewne nie bez przyczyny. W 1956 roku dowódcy amerykańskiej marynarki wojennej chcieli spacyfikować militarnie Izrael, aby zakończyć tzw. Kryzys Sueski. Cohn był gorliwym obrońcą Izraela. Proceder ten opisała w swojej pracy „One Nation Under Blackmail” Whitney Webb. Oddajmy jej głos: „Dalsze potwierdzenie działalności Rosenstiela i Cohna w »niebieskim apartamencie« – zidentyfikowanym później jako apartament nr 233 – wynika z oświadczeń samego Cohna złożonych przed Jamesem Rothsteinem, byłym detektywem nowojorskiej policji (NYPD) i byłym szefem wydziału ds. handlu ludźmi i przestępstw związanych z przestępczością obyczajową. Rothstein powiedział później Johnowi DeCampowi – byłemu senatorowi stanu Nebraska, który badał aferę Franklina z lat 1980. – że podczas osobistej rozmowy z byłym detektywem Cohn przyznał się do udziału w operacji szantażu seksualnego wymierzonej w polityków z udziałem nieletnich. Rothstein powiedział DeCampowi o Cohnie, co następuje: Zadaniem Cohna było kierowanie grupą małych chłopców. Powiedzmy, że był jakiś admirał, generał czy kongresman, który nie chciał się zgodzić na ten program. Zadaniem Cohna było wrobienie ich, a wtedy się zgadzali. Cohn sam mi to powiedział”.
Siatką, która podstawiała amerykańskim elitom, w tym wojskowym młode nieletnie osoby była siatka o nazwie „Kurczaki i byki”. Jej „klientami” byli m.in. admirałowie i generałowie amerykańscy. Oraz tysiące innych osób.
IZRAELSKIE MAFIE I EKSPLOATACJA SEKSUALNA KOBIET Z EUROPY ŚRODKOWEJ I WSCHODNIEJ
O tym, że przestępcza i zbrodnicza działalność państwa Izrael jest chroniona przez Stany Zjednoczone nikomu chyba już dzisiaj mówić nie trzeba. Widzimy to na co dzień jak Waszyngton podpala cały świat, w tym Europę, w żydowskim interesie. Mało jednak osób zdaje sobie sprawę z tego, że Izrael pozyskiwał kobiety z Europy Środkowej i Wschodniej do niewolniczej eksploatacji seksualnej, w tym z Polski, po czym były one mordowane a ciał się pozbywano. Spójrzmy więc jak ludzie powiązani z izraelskimi służbami specjalnymi pozyskiwali kobiety z naszej części Europy.
Tel Awiw, zanim stał się stolicą ludobójstwa, w latach 1990. był światową stolicą zorganizowanej przestępczości. To właśnie tam swoją siedzibę miał, po ucieczce z Rosji, człowiek izraelskich służb specjalnych, jeden z najbardziej znanych mafiozów na świecie, Siemion Mogilewicz, który w polskojęzycznej propagandzie wciąż niemal zawsze widnieje jako Rosjanin lub człowiek rosyjskiej mafii.
Mogilewicz uciekł z Rosji i osiedlił się w Izraelu. Bardzo szybko uzyskał izraelskie obywatelstwo. Dzięki wieloletniemu agentowi Mossadu Robertowi Maxwellowi, ojcu Ghislaine Maxwell, degeneratce od szantaży z Jeffreyem Epsteinem. Nawiązał także znajomości w tajnych służbach reżimu syjonistycznego. Jego specjalizacją stało się prowadzenie „lokali nocnych”, czyli po prostu domów publicznych, gdzie zatrudniano kobiety z Europy Środkowej i Wschodniej.
Sieć tych lokali stała się, jak zauważa autor książki „Czerwona mafia” jednymi z największych ośrodków prostytucji na świecie. Lokale Mogilewicza rozciągały się przez całą Europę Środkową, skolonizowaną przez USA i Izrael po 1989 roku. Od Rygi na Łotwie, przez Kijów, Pragę aż po Budapeszt. Siedzibą Mogilewicza stał się Budapeszt. Węgry niestety były i wciąż pozostają istotnym miejscem gdzie Żydzi prowadzą lukratywne interesy związane z prostytucją i przemysłem pornograficznym.
Z początku kobiety w lokalach Mogilewicza pochodziły z Niemiec oraz Rosji, jak wiadomo z dwóch najbardziej znienawidzonych przez Żydów nacji. Z czasem jego imperium się rozszerzało. Na całą Eurazję, aż po japońską Yakuzę. Kobiety w jego przybytkach były zmuszane do prostytucji. Handlowano także nimi niczym towarem w sklepie.
Praniem brudnych pieniędzy Mogilewicza zajmowały się banki brytyjskie. Ale nie tylko. Pranie brudnych pieniędzy Mogilewicza odbywało się także w Izraelu oraz USA. Żydowski mafiozo utrzymywał bliskie relacje nie tylko z elitami izraelskimi lecz także anglosaskimi. Wszystko dzięki Maxwellowi. Dzięki współpracy z nim roczne zyski Mogilewicza z działalności przestępczej sięgały astronomicznej sumy 40 mld dolarów.
Z czasem rozszerzył swoją działalność na przemysł zbrojeniowy. Zaczął kupować firmy obronne z Węgier po czym występował na prezentacjach przemysłu obronnego w USA. Jego przestępcza działalność nikogo nie interesowała. Był chroniony przez zachodnie służby.
Ludźmi Mogilewicza byli ludzie specjalizujący się w wywiadzie i kontrwywiadzie a on sam był wielokrotnym donosiciel służb. Znana jest jego współpraca z niemieckim BND jednak to izraelskie służby były tymi, które najmocniej były obecne w jego życiu. Jednym z nielicznych krajów, który postawił zdecydowaną tamę jego działalności była Francja. Miał tam zakaz wjazdu.
Maxwell stał się bliskim współpracownikiem Mogilewicza. Innym członkiem tego zespołu był oficer bułgarskiego wywiadu Iwo Janczew. Jednak to Maxwell umożliwił Mogilewiczowi, swojemu rodakowi, stanie się szanowanym i poważanym człowiekiem międzynarodowego biznesu.
Czy dysponujemy jednak dowodem na to, że Mogilewicz był człowiekiem izraelskiego wywiadu? Wiemy, że jego teczki osobowe znikały z izraelskiego MSW aby zatrzeć ślady po jego współpracy z izraelskimi służbami. Wiemy także, że Mossad monitorował jego działalność oraz ją umożliwiał. Mogilewiczowi Izrael mógł odebrać paszport. Nie zrobiono tego, aby służby tego kraju mogły go śledzić. Znajdował się więc co najmniej pod ochroną rządu Izraela.
Stanisław Głąbińsi w pracy pt. „Niechciana wojna Ameryki” pisze, że „wywiad izraelski […] podobno sam korzystał z usług owego Mogilewicza”.
Czy jednak mamy dowód na to, że żydowskie mafie handlujące ludźmi, pozyskiwały kobiety także z Polski?
W 2018 roku w serwisie „Tygodnik TVP” ukazał się artykuł Eweliny Rubinstein pt. „Brodaci chasydzi na dachach samochodów i tysiące domów publicznych. Agenci Mossadu i bezpańskie koty”, w którym wymieniono kraje, z których kobiety były zmuszane do prostytucji w Izraelu a następnie, po „wyeksploatowaniu”, mordowane. Polska była jednym z tych krajów.
Jakaś z 50% polskich kobiet, które popierają stałe bazy wojsk USA w Polsce chętna jeszcze na obecność wojska Stanów Zjednoczonych, które chroni przestępców i ludobójców z Izraela i podpala w ich obronie cały świat?
Autorstwo: Terminator 2019 Zdjęcia: Terminator 2019, United States Department of Defense (CC0), Alexis Duclos (CC BY-SA 3.0) Źródło: WolneMedia.net
Jawne prowokacje europejskich marionetek sterowanych przez globalistyczne bagno, są w stanie doprowadzić do wojny w Europie, która zakończy się w najlepszym przypadku jak ta z Iranem. NATO-wscy stratedzy, opierający swoje doświadczenie na historii drugiej wojny światowej, nie dostrzegają, że najdroższa broń jest bezsilna wobec prostych i niedrogich sposobów jej zwalczania.
Ramy deeskalacji, które rozwinęły się podczas rozmów USA-Iran w Lucernie, w dużej mierze pozostały wierne pierwotnemu irańskiemu 10-punktowemu planowi. Tymczasem prezydent Trump i wiceprezydent Vance celowo mącą obraz sytuacji, twierdząc, że Iran już zgodził się na inspekcje irańskich obiektów jądrowych przez MAEA (co Iran wielokrotnie dementował): Vance ogłosił, że MAEA mogła rozpocząć inspekcje w tym tygodniu. Nie – „Ramy” odnoszą się jedynie do ewentualnego nadzoru MAEA nad rozcieńczeniem do 60% zapasów wzbogaconego uranu, ostatecznego porozumienia ze Stanami Zjednoczonymi pod warunkiem, że zostanie osiągnięte.
Ten artykuł poniekąd potwierdza „chęć” Rosji do ataku na Europę, ale w odróżnieniu od kłamliwej propagandy medialnej przedstawia także prowokacje europejskich podżegaczy wojennych. Podobnie jak wojna USA-Rosja na Ukrainie, także ta z Europą jest skrupulatnie przygotowywana przez globalistów. Nie uwzględnia jednak nieuniknionej porażki.
A może właśnie uwzględnia i mimo tego do tej wojny dąży. Przecież gorąca wojna jest wraz z wojną biologiczną, zwaną kowidową, najlepszym sposobem na depopulację.
Na Ukrainie ptaki żyjące w strefie przyfrontowej budują gniazda z kabli światłowodowych. Natura dostosowuje się, cierpliwie czekając, aż sami doprowadzimy się do zagłady.
Starszy sierżant Batalionu Systemów Bezzałogowych 5. Samodzielnej Brygady Szturmowej w Kijowie, Jurij Syrotiuk, bezprecedensowo zagroził Polsce podczas obszernego wywiadu „O Polsce i Ukrainie, eksplozjach w Moskwie i ucieczce wroga z Krymu” pod koniec czerwca. Odpowiedni fragment, który ukazał się w czasie 36:00-36:50, oskarżył Polskę o prowadzenie wojny historycznej, która grozi przekształceniem się w wojnę fizyczną, w której Ukraina będzie atakować dronami polskie miasta i zabijać ludzi. Radził więc Polsce, aby nie przekraczała tej granicy.
Mamy więc w Polsce spodziewaną przecież reakcję profaszystowskiego rządu w Kijowie. Kiedy upadają ostatnie bastiony oporu w Donbasie, prezydent Ukrainy szuka ratunku, grożąc wojną Białorusi i Polsce. Najwyraźniej dysponują nadmiarem ochotników do walki za wolną Ukrainę.
Szczęśliwy powrót…
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Maria Zacharowa zareagowała na wypowiedź Władysława Kosiniaka-Kamysza, który w Polsat News stwierdził, że Ukraina nie wejdzie do Unii Europejskiej, jeśli będzie gloryfikować Banderę i UPA.
Według Zacharowej Warszawa przez wiele lat wspierała akcesję Ukrainy do UE, a także „celowo rozdawała broń i pieniądze zwolennikom morderców swoich przodków”.
W poniedziałek w programie „Gość Wydarzeń” na antenie Polsat News wicepremier i minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz odniósł się do polityki historycznej Kijowa oraz perspektywy wejścia Ukrainy do Unii Europejskiej.
Szef MON stwierdził, że Ukraina będzie miała poważny problem z akcesją do UE, jeśli będzie gloryfikować działalność OUN-UPA.
„Nie wolno stawiać na panteonie tych, którzy niszczą współpracę europejską. Z Banderą do Unii Europejskiej Ukraina nie wejdzie […] Nam nikt nie będzie mówił, jak mamy głosować za wejściem danego państwa do Unii Europejskiej” — powiedział w Polsat News Władysław Kosiniak-Kamysz.
Reakcja rosyjskiego MSZ
30 czerwca do słów szefa MON odniosła się rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa.
„No to witajcie, zaczynamy. Przez wiele lat Warszawa nie tylko wspierała dążenia banderowskiego neonazistowskiego reżimu na Ukrainie do członkostwa w UE, ale także celowo rozdawała broń i pieniądze zwolennikom morderców swoich przodków” — napisała na Telegramie rzeczniczka rosyjskiego MSZ Zacharowa.
Zacharowa zarzuciła polskim politykom „nacjonalizm i rusofobię”. Według rzeczniczki rosyjskiego MSZ Warszawa miała w imię rewanżyzmu bratać się ze zwolennikami Stepana Bandery i Romana Szuchewycza.
„Polskie elity są zarażone nacjonalizmem i żarliwie wyznają rusofobię, tak jak w niedziele przystępują do komunii. W tym nacjonalistycznym szaleństwie uznali, że — jak to mówią — raz to nie Zełenski i w imię nieustającego rewanżyzmu mogą bratać się z Banderą” — stwierdziła Zacharowa.
Rzeczniczka rosyjskiego MSZ odwołała się także do słów Antoine’a de Saint-Exupéry’ego z „Małego Księcia”.
„Jak powiedział Saint-Exupéry, który wczoraj obchodziłby urodziny, jesteś odpowiedzialny za tych, których oswoiłeś. Dodałbym: za te krwiożercze potwory. W końcu to ci wychowankowie, w tym Warszawy, zabijają dzieci, wysadzają budynki i malują nazistowskie symbole, w tym swastykę” — skwitowała w wiadomości na Telegramie.
Rosyjskie komentarze wokół sporu historycznego
W ostatnim czasie Kreml wykorzystywał napięcia w relacjach polsko-ukraińskich związane z polityką historyczną Kijowa. Wcześniej były prezydent Rosji, obecnie wiceprzewodniczący Rady Bezpieczeństwa Rosji Dmitrij Miedwiediew, komentował reakcję ukraińskich polityków na decyzję o odebraniu Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego.
„Po odebraniu Zełenskiemu polskiego Orderu Orła Białego, służalczy poddani nieistniejącej Ukrainy również odmówili podobnych odznaczeń. Wniosek jest prosty: czterech żyjących byłych przywódców tak zwanej Ukrainy – Kuczma, Juszczenko, Poroszenko i oczywiście sam Zełenski – zwracając swoje ordery, przyznało się, że są w 100 proc. prawdziwymi nazistami” — stwierdził Dmitrij Miedwiediew.
Zełenski zapowiada Panteon Narodowy
Podczas obchodów Dnia Konstytucji Ukrainy w niedzielę Wołodymyr Zełenski zapowiedział projekt ustawy o ukraińskim Panteonie Narodowym. Ma on obejmować postacie, które w różnych okresach walczyły o Ukrainę.
„Nikt i nigdy nie będzie nakazywał nam, jak żyć, jak mówić, kogo kochać, komu być wdzięcznym i jakich bohaterów szanować” — powiedział.
„Nazwiska wszystkich bohaterów, którzy w różnych epokach i stuleciach walczyli o Ukrainę oraz inspirowali Ukrainę, zostaną zebrane i na zawsze zapisane w naszej historii – wielką literą, z najwyższym szacunkiem i należytą troską ze strony naszego państwa, Ukrainy, które szanuje samo siebie, ceni swoich obywateli i chroni to, co do niego należy. Nasze prawo do bycia Ukraińcami. To jest bardzo ważne” — dodał Zełenski.
„Przyjmujemy tę zapowiedź na chłodno, bo działania Zełenskiego i jego otoczenia mają charakter prowokacyjny, a my nie będziemy elementem scenariusza napisanego przez Kijów, który przy okazji wzmacnia rosyjską propagandę” — powiedział w rozmowie z „Dziennikiem Gazetą Prawną” przedstawiciel Kancelarii Prezydenta RP.
Rozmówca dziennika ocenił, że decyzje prezydenta Ukrainy są skierowane przede wszystkim do wewnątrz i mają wzmacniać jego pozycję polityczną. Wskazał także na kontekst wewnętrznych problemów władz Ukrainy.
Według tej samej osoby działania Zełenskiego mają także na celu „przykrycie skandali korupcyjnych, w które zamieszani są czołowi politycy ukraińscy”.
Ukraiński sierżant z 5. Samodzielnej Brygady Szturmowej Jurij Sirotiuk podczas wywiadu dla ukraińskiej telewizji odniósł się do relacji z Polską i Węgrami po zakończeniu wojny z Rosją. Wojskowy stwierdził m.in., że Polska nie powinna wysuwać wobec Ukrainy żadnych roszczeń. Zapytał z pychą w oczach czy Polacy są gotowi na wojnę, na ukraińskie drony nad swoimi miastami oraz śmierć swoich obywateli. Wypowiedź odbiła się szerokim echem w polskich mediach i wywołała liczne komentarze.
Ukraiński wojskowy grozi Polsce wojną. Słowa Sirotiuka, niezależnie od emocji związanych z trwającą rosyjską inwazją, nie powinny padać pod adresem państwa, które od początku rosyjskiej agresji udzieliło Ukrainie ogromnego wsparcia militarnego, humanitarnego i politycznego. Co więcej, w wywiadzie Sirotiuk ostrzegał, by Polska i Węgry nie wysuwały wobec Ukrainy żadnych roszczeń po zakończeniu wojny, sugerując możliwość gwałtownych reakcji ukraińskich weteranów.
Polska opinia publiczna ma prawo oczekiwać, że podobne wypowiedzi spotkają się z jednoznaczną reakcją władz w Warszawie. Relacje między państwami powinny opierać się na wzajemnym szacunku, a nie na retoryce sugerującej użycie siły wobec sąsiada. Świetnie wpisują się jednak w ukraińską, turańską mentalność w której zdrada, nieszczerość, nienawiść i zemsta jest integralnym elementem polityki i stosunków międzyludzkich.
Nie jest to również pierwszy przypadek, gdy w przestrzeni publicznej pojawiają się treści budzące obawy w Polsce. Od wielu lat w części ukraińskich środowisk politycznych oraz w niektórych publikacjach historycznych powracają twierdzenia, że fragmenty Lubelszczyzny i Podkarpacia stanowią „ukraińskie ziemie etniczne”. Pojawiają się mapy i publikacje przedstawiające takie interpretacje historii oraz postulujące rewizję granic w wymiarze historycznym lub symbolicznym. Choć nie jest to oficjalna polityka państwa ukraińskiego, zjawisko to istnieje i regularnie wywołuje kontrowersje w Polsce.
Właśnie dlatego wszelkie groźby kierowane pod adresem naszego kraju nabierają dodatkowego znaczenia. W połączeniu z działalnością środowisk gloryfikujących UPA, sporami o politykę historyczną czy okresowymi napięciami dyplomatycznymi tworzą obraz, który budzi niepokój wielu Polaków.
Polska ma pełne prawo oczekiwać od swoich partnerów poszanowania własnej suwerenności, pamięci historycznej oraz bezpieczeństwa obywateli. Ostre wypowiedzi wojskowych czy polityków nie powinny być bagatelizowane, zwłaszcza gdy dotyczą użycia przemocy wobec państwa sojuszniczego.
Wsparcie udzielane Ukrainie przez Polskę było jednym z największych w Europie. Tym bardziej oczekiwane są odpowiedzialność, umiarkowanie i jednoznaczne odcięcie się od retoryki gróźb. W relacjach między sąsiadami potrzebny jest dialog i wzajemny szacunek, a nie język, który może prowadzić do dalszej eskalacji napięć. Ukraina niestety, jak na turańskie państwo przystało, nie szanuje nikogo, kto pokazał swoją słabość w jakiejkolwiek formie. Błąd pojawił się już wówczas, gdy rząd warszawski przyjął ukraińską retorykę obrony Europy przed Rosją i bezmyślnie rozdawał jej swoje uzbrojenie.
Wkrótce może się okazać, że ta broń zostanie wykorzystana przeciwko nam. Zapewne nie w otwartych działaniach zbrojnych ale raczej wojnie podjazdowej, hybrydowej nowego typu.
Po odebraniu komikowi Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego ruszyła akcja przyznania mu społecznego Obywatelskiego Orderu Przyszłości.
Pragnąc włączyć się do tej inicjatywy wspieranej różnego rodzaju „autorytetami”, którzy nie zasługują na to, aby ich imiennie wymienić, sugeruję, aby ten Obywatelski Order Przyszłości, zgodnie z XX wieczną tradycją, był z żelaznego metalu, z liśćmi dębu.
Ordery jak cukierki
Ponadto sugeruję też, aby nim zostali odznaczeni wszyscy ci polscy „przyjaciele” z Ukrainy, byli prezydenci Ukrainy: Leonid Kuczma, Wiktor Juszczenko oraz Petro Poroszenko, którzy w ramach solidarności z Zełenskim zwrócili polskie odznaczania. Oddali je w geście pychy, buty i arogancji. Pogarda, z jaką zwrócił najwyższe polskie odznaczenie klaun z Krzywego Rogu, pianista – penisista, prezydentowi Karolowi Nawrockiemu, zobowiązuje do refleksji. Po pierwsze, należy zadać wysokiej jakości pytanie, jak to się dzieje, że polskie odznaczenia państwowe, rozdawane są jak miętowe cukierki wyższym naczelnym w zoo?
Ukraińcy chcą Podkarpacia i Lubelszczyzny
Druga sprawa – w ekstraordynaryjnym trybie należy przystąpić do skatalogowania przedstawicieli V kolumny z polskim obywatelstwem, propagujących polono-banderyzm – jak określił kiedyś to zjawisko Bronisław Łagowski. Albowiem Ukraina w sposób ostentacyjny dokonała wyboru. Dowiodła, że to my, Polacy, zawsze byliśmy dla niej największym wrogiem, gorszym od Rosjan.
Skoro Ukraina zdecydowała się być naszym wrogiem, musimy być gotowi na odparcie agresji z jej strony. Tym bardziej, że w kijowskim wydawnictwie dla weteranów Rainshouse ma miejsce prezentacja książki O ideologii autorstwa Ołeksija Rejnsa, występującego pod pseudonimem „Konsul”. Prezentowana jest tam mapa tzw. Wielkiej Ukrainy, obejmująca część terytorium Polski – województwa podkarpackie i lubelskie. Ukraińscy nacjonaliści twierdzą, że to są etniczne, historyczne ziemie ukraińskie.
Groźby Kijowa
Minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha wprost zagroził Polsce: „Widzimy znaczny wzrost nastrojów antyukraińskich w Polsce. Jest bardzo dużo napadów na Ukraińców, poniżania ich, przemocy wobec dzieci. To stanowi zagrożenie życia dla Ukraińców. Mamy armię widzimy, jaka jest rola Ukrainy i będziemy tę rolę wypełniać”. Na podstawie analizy dalszych wypowiedzi Sybihy stwierdzić można, że mamy wypowiadane wprost groźby, pod adresem Polaki i że należy spodziewać się prowokacji. Mówi się o niemieckim wsparciu dla zbanderyzowanej Ukrainy, którego celem jest wspólne osłabienie Polski. Nie wierzy w amerykańskie wsparcie dla Polski w sytuacji zagrożenia.
Wiemy o co chodzi
Polityka Unii Europejskiej, zmierza do likwidacji państw narodowych, do których zalicza się Polska. Stąd uchwalane są tam tak zwane pakty imigracyjne, zobowiązujące państwa członkowskie do przyjmowania emigrantów.
Na terenie Polski obecnie znajduje się blisko dwumilionowa diaspora ukraińska, która może być wykorzystana przez Kijów do realizacji gróźb, o których mówił Andrij Sybiha. Sojusz banderowsko-niemiecki siłą rzeczy determinuje suflowanie akcjonariuszom inicjatywy przyznania społecznego (różnym poniżonym w ich ocenie przez Polskę), tak zwanego Obywatelskiego Orderu Przyszłości. Sugeruję, żeby zgodnie z XX-wieczną zachodnią tradycją był to order z żelaznego metalu, z liśćmi dębu. Po co się tajniaczyć! Wiemy o co wam chodzi.
Eugeniusz Zinkiewicz
=====================
Grok się BARDZO wykręca, by samej flagi nie pokazać. A slogany wylewa, mimo mych protestów.. md
LIST OJCA ŚWIĘTEGO LEONA XIV DO PRZEŁOŻONEGO GENERALNEGO BRACTWA KAPŁAŃSKIEGO ŚWIĘTEGO PIUSA X
29 czerwca 2026
Do Wielebnego Księdza Davide Pagliaraniego Przełożonego Generalnego Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X
Z ojcowską troską pragnę zwrócić się do Księdza, a za Księdza pośrednictwem do biskupów, kapłanów, seminarzystów i wiernych związanych z Bractwem Kapłańskim Świętego Piusa X, świadomy odpowiedzialności, którą Pan powierzył mi jako Następcy Apostoła Piotra.
Kościół uznaje przywiązanie do życia liturgicznego, zaangażowanie w formację kapłańską, gorliwość apostolską oraz pragnienie wierności Tradycji, które charakteryzują wiele osób i wspólnot związanych z tym Bractwem. To właśnie stanowiło motyw postawy uwagi i życzliwości, jaką moi Poprzednicy nieustannie wam okazywali.
W tym duchu, przepełniony chrześcijańską miłością, wzywam was i proszę z całego serca: zawróćcie z tej drogi! Zachęcam was, abyście z całą powagą rozważyli dobro duchowe wiernych, ponieważ akt schizmy, którego byście się dopuścili, pozbawiłby ich możliwości godziwego, a w niektórych przypadkach nawet ważnego przyjmowania sakramentów, które miłują i których poszukują dla swojego uświęcenia.
Kościół jest gotów podjąć drogę dialogu i porozumienia, którą Duch Święty może uczynić możliwą i owocną.
Modlę się za was, ponieważ rozdzieranie całej tkanej bez szwów Tuniki Chrystusa jest grzechem niezwykle ciężkim. Niech Pan oświeci wasze sumienia i obudzi wasze serca. Mocą władzy otrzymanej od Chrystusa, z sercem przepełnionym bólem, ale wciąż pełnym nadziei, czuję się zobowiązany prosić was, abyście odstąpili od swojego zamiaru, i powierzam te intencje Niepokalanemu Sercu Maryi, Matki Dobrej Rady.
Z Watykanu, dnia 29 czerwca 2026 r., w uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła
List Przełożonego Generalnego w odpowiedzi na apel Jego Świątobliwości Papieża Leona XIV
Przełożony Generalny
Do Jego Świątobliwości
Ojca Świętego Leona XIV
Ecône, 30 czerwca 2026 r.
Ojcze Święty,
Bardzo dziękuję za list skierowany do mnie.
Jestem wzruszony Jego ojcowską troską.
Od dawna pragnąłem mieć okazję spotkać się z Nim, aby osobiście wyrazić i okazać Mu nasze szczere pragnienie służenia Kościołowi. Niestety, nie nadarzyła się taka okazja.
Proszę jedynie o rozważenie autentyczności tych intencji, które wcale nie są fikcyjne. Co paradoksalne, wydaje nam się, że w obecnej sytuacji naszym wyraźnym obowiązkiem jest dołożenie wszelkich starań, by zszyć tunikę Chrystusa, rozdartą przez siły i naciski niezgodne z autentycznym duchem katolickim. Proszę jedynie o rozważenie autentyczności tych intencji, zanim podejmie Jego Świątobliwość decyzję w sprawie Bractwa św. Piusa X. Nie jest jeszcze za późno.
Daleko nam do myśli o odłączeniu się od Kościoła rzymskiego: wręcz przeciwnie, pragniemy mu służyć w wyjątkowy sposób, tak jak Matce znajdującej się w trudnej sytuacji, która potrzebuje szczególnej pomocy, choć nie wszyscy to rozumieją. Jestem jednak przekonany, że Ojciec Święty jest w stanie to pojąć.
Stolica Apostolska udowodniła, że potrafi zrozumieć bardzo złożone sytuacje i zachować cierpliwość.
Pozwalam sobie z synowską pokorą prosić Ojca Świętego, aby przeznaczył czas niezbędny na rozważenie tej sprawy.
Gdyby moje słowa okazały się niewystarczające, prosiłbym Ojca Świętego o zastanowienie się nad dwoma bardzo prostymi faktami. Po pierwsze, Bractwo zostało już uznane za schizmatyckie w 1988 roku, z powodów i w okolicznościach całkowicie analogicznych do obecnych; a jednak po tylu latach rozmawiamy ze sobą jak ojciec ze swoim synem, a Jego Świątobliwość ojcowsko wzywa mnie do uniknięcia schizmy, która – teoretycznie – już miała miejsce. Czy nie uważa Jego Świątobliwość, że być może właśnie ta Jego postawa, której troskę doceniam, jest dowodem na to, że Bractwo nie jest schizmatyckie ani wrogie Kościołowi?
Po drugie, przed laty, Stolica Apostolska powierzyła dwóm biskupom Kościoła zadanie podjęcia dialogu z Bractwem św. Piusa X: ks. Vitusowi Huonderowi, ówczesnemu biskupowi Chur, który już nie żyje, oraz ks. Athanasiusowi Schneiderowi, biskupowi pomocniczemu w Astanie. Obydwaj, po poświęceniu na to niezbędnego czasu, dostrzegli głęboko katolicki charakter Bractwa i publicznie o tym zaświadczyli.
Ale przede wszystkim pozwalam sobie zwrócić się do Jego Świątobliwości w imieniu tysięcy dusz, które dzięki apostolstwu Bractwa odzyskały wiarę katolicką i praktykę religijną. Jest to fakt, który odnotowali Jego poprzednicy. Dusze te mają tylko jedno pragnienie: zbawienie poprzez to narzędzie, które Opatrzność postawiła do ich dyspozycji. Cierpiały i są szczere. Jestem pewien, że Jego ojcowskie serce uniwersalnego pasterza będzie wrażliwe na tę wyjątkową sytuację. Pewnego dnia wszystkie trudności między Stolicą Apostolską a Bractwem zostaną rozwiązane. Gest zrozumienia ze strony Jego Świątobliwości, zamiast zaszkodzić jedności, będzie mógł zademonstrować przed światem i wszystkimi chrześcijanami Jego troskę o jedność oraz Jego ojcowską dobroć.
Pozostawiam to do rozważenia przez Jego Świątobliwość. Ponownie modlę się w Jego intencji.
Od dawna, jeszcze przed Jego wyborem, modlę się do św. Rity o pomoc w obecnej sprawie: w wyborze papieża z zakonu augustianów dostrzegłem znak nadziei. Jestem pewien, że Święta wkroczy do akcji. Nigdy nie jest za późno.
Proszę o błogosławieństwo dla nas.
Korzystam z okazji, by potwierdzić moje najgłębsze oddanie w Panu.
Polska znów wyda kolejne pieniądze na Ukraińców – alarmuje Paweł Usiądek z Konfederacji Wolność i Niepodległość. W tym roku na wsparcie socjalne i bieżącą pomoc dla nich ma być przeznaczony ponad miliard złotych.
„KOLEJNY MILIARD ZŁOTYCH dla Ukraińców!
W 2026 roku Polska przeznaczy 1,08 miliarda złotych na wsparcie socjalne i bieżącą pomoc dla obywateli Ukrainy” – napisał Usiądek.
Wskazał też za co tak naprawdę zapłacą polscy podatnicy. „Z czego składa się ten miliard? Ze świadczeń rodzinnych, leczenia, zakwaterowania zbiorowego i edukacji dzieci z Ukrainy. Wszystko z Funduszu Pomocy, czyli z kieszeni polskiego podatnika” – podkreślił.
Jak dodał, na tym jednak wydatki się nie kończą.
„Do tego dochodzą wydatki wojskowe i pomocowe, które płyną nieprzerwanie: ◾ 48. pakiet pomocy wojskowej o wartości około 200 milionów złotych ◾ 168 milionów złotych na finansowanie terminali Starlink dla ukraińskiej armii ◾ 100 milionów dolarów wpłacone do natowskiego programu zakupów broni dla Ukrainy ◾ Utrzymanie hubu w Jasionce, szkolenia żołnierzy, stypendia, programy odbudowy” – wyliczał.
„A teraz spójrzmy na drugą stronę. Polski dług publiczny rośnie o 1,5 miliarda złotych każdego dnia. Polska firma Control Process została okradziona we Lwowie i wyrzucona z budowy. A Ukraina w tym samym czasie gloryfikuje UPA, sprzedaje naszywki z napisem «Wołyń» i nożem oraz odsyła order polskiemu prezydentowi” – przypomniał.
„Dajemy miliardy. Dostajemy pogardę i kult morderców naszych przodków. Czy politycy PiSu i Platformy mają jakiś instynkt samozachowawczy?
Pora postawić sprawę bez ogródek. Każda złotówka wydana za granicą to złotówka, której nie ma na polski szpital, polską szkołę i polską rodzinę!” – skwitował.