Medjugorie antytezą Fatimy

Zawsze Wierni nr 1/1999 (26)

Tomasz Kubiak

Medjugorie antytezą Fatimy

Na całej kuli ziemskiej, tu słabiej, tam bardziej zaciekle toczy się walka przeciwko Kościołowi i szczęściu dusz. Wróg ukazuje się w rozmaitej szacie i pod różnymi nazwami. Patrząc na rozlewające się zło, nieraz przygnębienie przyciska duszę. Do czego to dojdzie… Co będzie za lat kilka? Chciałoby się przeniknąć wzrokiem przyszłości, czy zabłyśnie tam jeszcze światło?

św. Maksymilian Maria Kolbe

—————————————————

Fenomen Medjugorie

Medjugorie to mała wioska położona w Chorwacji*. Za sprawą „objawień Gospy”, które trwają od 1981 r., Medjugorie jest znane na całym świecie. W dniu 24 czerwca 1981 r. na wzgórzu koło Medjugorie, trzy dziewczynki – Ivanka (ur. 1966 r.), Mirjana (ur. 1965 r.) oraz Vicka (ur. 1964) miały ujrzeć zjawę, którą nazwały Matką Bożą. Później do trójki dziewczynek dołączyli jeszcze Ivan (ur. 1965 r.), Maria (ur. 1965 r.) i Jakov (ur. 1971 r.); oni także mieli widzieć zjawę.

Od tej pory, codziennie do dnia dzisiejszego, cała szóstka widzi „Matkę Bożą”; „otrzymują oni orędzia, aby przekazać je całemu światu oraz 10 tajemnic, z których większość dotyczy przyszłości świata i Kościoła”1. Jak twierdzą niektórzy, geneza zjawisk medjugorskich sięga jednak maja 1981 r., kiedy to na kongresie charyzmatyków, w którym uczestniczył późniejszy opiekun „wizjonerów z Medjugorie” o. Tomislav Vlasić, charyzmatycy o światowej sławie – siostra McKenna i o. Tardiff – przewidzieli „objawienia” w Medjugorie. Siostra McKenna twierdzi, że miała wtedy widzenie o. Vlasića siedzącego na tronie pośród rzeszy wiernych. Obecny na kongresie o. Tardiff powiedział o. Vlasićowi: „nie bój się, wysyłam ci Matkę”2.

Pseudo-orędzia z Medjugorie propagowane są na całym świecie, w Polsce zajmują się tym pisma zwolenników „medjugorskich objawień” – „Znak Pokoju”, którego redaktorem jest ks. Stanisław Kania SchP, oraz „Echo Maryi Królowej Pokoju” wydawane przez osobę prywatną. Jednak największymi propagatorami Medjugorie w Polsce są Radio Maryja z dyrektorem o. Tadeuszem Rydzykiem na czele (był on jednym z pierwszych propagatorów Medjugorie w Polsce) i charyzmatyczny miesięcznik „List”. Do tego miejsca pielgrzymują rzesze wiernych z całego świata. W latach 1981–1998 przybyło tam ponad 20 milionów pielgrzymów, w tym 45 tysięcy kapłanów, ponad 200 biskupów oraz 10 kardynałów3.

Treść „objawień”

Jednym z pierwszych, a zarazem podstawowych zarzutów wobec „objawień” w Medjugorie jest niesubordynacja „wizjonerów” i opiekujących się nimi franciszkanów wobec ordynariusza miejsca. Konflikt franciszkanów z biskupem Mostaru sięga jeszcze lat dwudziestych naszego stulecia. Podczas tureckiej okupacji tych terenów usunięto duchowieństwo diecezjalne, a rolę duszpasterzy parafialnych przejęli franciszkanie. W latach dwudziestych Stolica Apostolska postanowiła odbudować strukturę parafialną diecezji, zniszczoną wcześniej przez Turków. Franciszkanów poproszono o rezygnację z kierowania wieloma parafiami, jednak nie chcieli oni uznać decyzji Stolicy Apostolskiej, co zakończyło się nawet zasuspendowaniem oraz wydaleniem z zakonu dwóch franciszkanów – o. Prusiny i o. Vego.

Ukaranych zakonników poparła później „Gospa”, nazywając ich „prawdziwymi świętymi”, a biskupa wezwała do „nawrócenia”. Poprzedni ordynariusz diecezji Mostaru, bp Zanić, uznał, iż jest to jeden z głównych dowodów na to, że „objawienia” w Medjugorie nie pochodzą od Boga, bo przecież Matka Boża nie mogłaby zachęcać do buntu przeciwko prawowitej hierarchii kościelnej4. Nawet życzliwy wobec Medjugorie kardynał Franjo Franić przyznał, że jest to „wielki błąd”, bowiem franciszkanie, powołując się na „Matkę Bożą”, zbagatelizowali decyzję biskupa i sprawują dalej sakramenty5.

Stałym motywem „objawień” są treści niezgodne z wiarą katolicką. Już w samookreśleniu się zjawy widać niezgodność z nauką Kościoła. „Gospa” mówi: „Wiatr jest moim znakiem. Przychodzę w wietrze. Kiedy wieje wiatr, wiedzcie, że jestem z wami. (…) Jestem z wami w wietrze”6. Innym razem, w orędziu z 1 października 1981 r., „Gospa” daje nam popis swojego ekumenizmu; czytamy m.in.: „Wszystkie religie są równe i można osiągnąć zbawienie w każdej religii. To ludzie stworzyli podziały religijne, gdy Bóg panuje nad nimi wszystkimi. Należy szanować wyznanie każdego i respektować jego sumienie. Duch Boży działa we wszystkich wspólnotach, nawet jeśli nie wszędzie z taką samą mocą”.

W dniu 24 lipca 1982 r. „Gospa” zaprzecza zmartwychwstaniu ciał, mówi, że „po śmierci ciało wzięte z ziemi ulega rozkładowi i nigdy nie odżyje. Człowiek otrzymuje ciało przemienione”. Innym razem (22 sierpnia 1981 r.) mówi ona o tym, że „Jezus był prze śladowany za swą wiarę” co może sugerować, iż Pan Jezus nie był Bogiem, bowiem Chrystus Pan poniósł męczeństwo dla naszego zbawienia, nie zaś jako ofiara prześladowań religijnych7. W dzień drugiego „objawienia” (25 czerwca 1981 r.) „Gospa” domagała się ustanowienia w dniu 25 czerwca święta Królowej Pokoju. Jeszcze nigdy w historii Kościoła nie zdarzyło się, by Matka Boża występowała z żądaniem ustanowienia własnego święta.

W dniu 24 czerwca 1986 r. zjawa przekazała każdemu z obecnych w Medjugorie „specjalne błogosławieństwo”. Każdy pielgrzym może go udzielać innym, a ci następnym itd. „Błogosławieństwo” to polega na nakładaniu rąk na głowę lub nakreśleniu krzyżyka na czole z wypowiedzeniem formuły (jedynie w myślach): „Przekazuję tobie specjalne błogosławieństwo Matki Bożej Królowej Pokoju z Medjugorie, a ty przekaż je innym. Otrzymujesz w tym momencie łaskę macierzyńską Maryi, siłę nawrócenia, uzdrowienia wewnętrznego i fizycznego. Od dziś żyj głównym przesłaniem i orędziami…”8. Wygląda to jak parodia święceń kapłańskich albo jakiś „super-sakrament”. O. Vlasić twierdzi, że to „błogosławieństwo jest największym darem danym Medjugorie przez Gospę, większym niż orędzia”9. Zadziwiające jest tu podobieństwo do „naszej” polskiej Oławy, gdzie „wizjoner” udziela podobnego „błogosławieństwa”.

Ponadto „objawienia” te cechują liczne sprzeczności; towarzyszą im nawet śmieszności. Na początku „wizjonerzy” twierdzili, że „Matka Boża” powróci do nich jeszcze trzy razy, mija już jednak prawie 18 lat od pierwszego ukazania się „Gospy”, a końca tych „objawień” nie widać. Jej „objawienia” mają trwać do końca życia „wizjonerów”, z których najstarszy ma dziś zaledwie 35 lat! Zacytujmy ponownie kard. Franića: „Trzeba zająć się poważnie i krytycznie badaniem treści i formy orędzia. Młodzi świadkowie «objawień» nie zawsze referują dosłownie orędzie Matki Bożej, czasem podają swoje myśli, nieraz powtarzają orędzia otrzymane przed rokiem czy trzema laty w sposób nieco odmienny”10.

„Wizjonerzy” zadają też „Gospie” liczne pytania. Często „objawienie” polega na rozmowie z „Gospą”. Mamy tu do czynienia z karykaturą Matki Bożej – w miejsce pokornej Niepokalanej, którą znamy z Pisma Świętego czy z prawdziwych objawień w Lourdes czy Fatimie, pojawia się gadająca „Gospa”. Odpowiada ona na absurdalne pytania w stylu „Kto zdobędzie mistrzostwo Jugosławii w piłce nożnej?” czy też „Gdzie jest mój zgubiony pierścionek?”11. Wzbudzała u „wizjonerów” uczucie strachu i przerażenia. Znany nam ks. Józef Warszawski SI, który poza Garabandalem zajmował się także sprawą Medjugorie, opowiadał kiedyś, jak podczas jednego z medjugorskich „objawień” „Gospa”, ku przerażeniu „wizjonerów”, ukazała dzieciom wizerunek szatana przybierając jego postać!12.

Antyteza Fatimy

Zwolennicy Medjugorie zapytani o to, czy Medjugorie nie stanowi zagrożenia dla Fatimy odpowiadają, że objawienia w „Lourdes były rano, w Fatimie były w południe, a Medjugorie wieczorem”. Ma to dowodzić ich wzajemnego uzupełniania się. Zdaniem o. Slavko Barbarića, „Matka Boża” z Medjugorie przychodzi z tym samym celem co w Fatimie, ale „w pewnym zmienionym rytmie, który jest przystosowany do naszego współczesnego rytmu”13. Według niego, nie ma sensu jeździć „gdzieś daleko”, w „odległe miejsca” (do Fatimy i Lourdes – przyp. T.K.), kiedy ma się sanktuaria Matki Bożej u siebie (chodzi zapewne o Medjugorie – przyp. T.K.).

Ks. Jan Wójtowicz w swojej książce pt. Problem: Medjugorie, będącą chyba jedyną tego typu pozycją w Polsce, analizuje medjugorskie „objawienia” posługując się kryteriami teologicznymi. Autor dochodzi do wniosku, że pochodzą one od złego ducha. Ks. Wójtowicz pisze, że bezpośrednim celem medjugorskich objawień

jest zdominowanie, usunięcie w cień i pomniejszenie znaczenia Fatimy i Lourdes przede wszystkim przez ciągłe, aktualne trwanie objawień, [które] wzbudzają ustawicznie sensację, grającą na ciekawości ludzkiej zwłaszcza do rzeczy nadzwyczajnych, i organizowaną coraz szerzej aktywną propagandę – oto skutek i cel: osiągnąć strumień pielgrzymów od Lourdes i Fatimy – gdzie „nic ciekawego” się nie dzieje – skierować ich do Medjugorie i uczynić z nich ślepo oddanych „wyznawców” i propagatorów pysznego medjugorskiego „Wiatru”. Jest to więc „tajemny plan” pychy żądnej hołdu, „plan, którego nie odgadniecie”, o którym Zjawa tak często wspomina14.

Rzeczywiście przez fakt, iż „objawienia” w Medjugorie trwają już tak długo, swoją sensacyjnością przyciągają rzesze pielgrzymów. W tym aspekcie widać sprzeczność pomiędzy Medjugorie a Lourdes, La Salette czy Fatimą, gdzie objawienia trwały krótko, a treść orędzi była jasna i konkretna. Nieporównywalne jest także życie wizjonerów. Życie św. Bernadetty cechowała wielka dyskrecja, Hiacynta i Franciszek z Fatimy są dla nas wzorem do naśladowania, siostra Łucja pokorna i ukryta w klasztorze. A „wizjonerzy” z Medjugorie – jakie prowadzą życie? Żadne z nich nie wybrało życia zakonnego czy kapłańskiego.

Znane są kłamstwa „wizjonerów” z Medjugorie, wygłupy Jakova podczas Mszy św.; Ivanka wyszła za mąż i robi interesy w barze dla pielgrzymów itd. Ich opiekunowie, ojcowie Vlasić i Vego także nie zasługują na miano „prawdziwych świętych”, jak mówi „Gospa”. O. Vlasić jest ojcem dziecka zakonnicy, zaś o. Vego porzucił kapłaństwo i żyje z byłą siostrą zakonną w konkubinacie15.

„Objawienia” w Medjugorie charakteryzuje ponadto fakt, iż wszystko zaczęło się od grzechu. Najpierw „wizjonerki” zeszły się na potajemnym paleniu papierosów, natomiast chłopiec ukradł jabłka sąsiadowi. Niemal identycznie było w Garabandal, gdzie wszystko zaczęło się także od kradzieży jabłek16.

Badanie kanoniczne i wyrok Kościoła

Bp Pavao Zanić zarządził przeprowadzenie badania kanonicznego w Medjugorie. Pierwsze badanie, przeprowadzone przez komisję diecezjalną, miało miejsce w latach 1983–1984. Pierwsze rezultaty badań przedstawiono 24 marca 1984 r.; czytamy tam m. in.:

  1. Unikać oświadczeń i publikacji niekrytycznych i pochwalnych na temat „objawień”.
  2. Nie powinno się organizować pielgrzymek do Medjugorie.
  3. Nie wyróżniać w jakiś sposób świadków „objawień” i nie pozwalać, by występowali w kościołach, zanim nie ukaże się oficjalne orzeczenie.
  4. Powstrzymać się od udzielania wyjaśnień prasie17.

Od 18 stycznia 1987 r. do 10 marca 1991 r. tym problemem zajmowała się także Komisja Episkopatu Jugosławii, która uznała, że nie można stwierdzić, aby w Medjugorie miały miejsce zjawiska i objawienia pochodzenia nadprzyrodzonego.

23 marca 1996 r. zabrała głos Kongregacja Nauki Wiary, która przypomniała stanowisko Episkopatu Jugosławii z 1991 r. W liście Kongregacji czytamy:

Z tego, co tu powiedziano, wynika, że nie należy organizować oficjalnych, tak parafialnych, jak diecezjalnych pielgrzymek do Medjugorie, rozumianego jako miejsce autentycznych objawień maryjnych, bo byłoby to niezgodne z tym, co stwierdzili poprzednio biskupi byłej Jugosławii w oświadczeniu, któreśmy tu zacytowali18.

2 października 1997 r. ordynariusz Mostaru, biskup Radko Perić odpowiedział na zapytanie redaktora naczelnego pisma „Famille Chretienne” w sprawie Medjugorie19:

Jeśli chodzi o poruszoną sprawę dotyczącą stanowiska wyżej wymienionej Kurii Diecezjalnej w odniesieniu do tak zwanych zjawień czy objawień w Medjugorie, a w szczególności co do zasady: Non constat de supernaturalitate (‘Nie jest pewne, że to jest nadprzyrodzone’) czy Constat de non supernaturalitate (‘Jest pewne, że to nie jest nadprzyrodzone’), mogę orzec co następuje:

  1. Druga Komisja diecezjalna, która pracowała od 1984 do 1986, wyraźnie przegłosowała zdecydowaną większością 2 maja 1986 na rzecz Non constat de supernaturalitate (11 głosów negatywnych, 2 pozytywne, 1 nieważny, 1 wstrzymujący się).
  2. Deklaracja Konferencji Episkopatu z 1991 mówi: „Na podstawie dotychczasowych badań nie jest możliwe stwierdzenie, że chodzi o zjawienia lub objawienia nadprzyrodzone”.
  3. Kongregacja ds. Nauki Wiary, cytując w całości Deklarację Biskupów byłej Jugosławii w dwu jednakowych listach przesłanych do Biskupów francuskich…, mówi: „Z tego co tu powiedziano wynika, że nie należy organizować oficjalnych, tak parafialnych, jak diecezjalnych pielgrzymek do Medjugorie, rozumianego jako miejsca autentycznych objawień maryjnych, bo byłoby to niezgodne z tym co stwierdzili poprzednio Biskupi b. Jugosławii w oświadczeniu, któreśmy tu zacytowali”.
  4. Na podstawie poważnych studiów dotyczących tej sprawy prowadzonych przez 30 naszych uczonych (trzech Komisji), w oparciu o moje pięcioletnie doświadczenie w Diecezji, biorąc pod uwagę gorszące nieposłuszeństwa związane z tą sprawą, kłamstwa pojawiające się od czasu do czasu w ustach „Madonny”, niezwykłe powtórzenia „orędzi” od ponad 16 lat, dziwny sposób, w jaki „kierownicy duchowi” tak zwanych „widzących” prowadzą ich przez świat, czyniąc im propagandę, oraz praktykę, że „Madonna” zjawia się na fiat („niech przybędzie!”) „widzących” – moje przekonanie i stanowisko nie jest tylko: Non constat de supernaturalitate, lecz: Constat de non supernaturalitate (zjawień i objawień w Medjugorie).
  5. Jestem jednak otwarty na badania, które chciałaby podjąć Stolica Święta jako najwyższa Instancja Kościoła katolickiego, aby wydać najwyższy i ostateczny osąd sprawy, przede wszystkim ze względu na dobro dusz oraz ze względu na cześć Kościoła i cześć dla Matki Bożej.

+ Radko Perić

Znana jest także wypowiedź Kongregacji Nauki Wiary dla polskich biskupów przebywających z wizytą ad limina w Rzymie w kwietniu 1998 r.20:

  1. Nadal obowiązuje, że niczego nadprzyrodzonego nie można się w tych objawieniach dopatrywać.
  2. Należy informować wiernych, że Medjugorje jest miejscem modlitwy, ale nie objawień.
  3. Nadal obowiązuje zakaz urządzania oficjalnych pielgrzymek.
  4. To, co mówi istota objawiająca się – „Gospa” – zawiera sprzeczności, jest więc niepoważne, podobnie postawa i wypowiedzi „widzących”.
  5. Aktualny ordynariusz Mostaru zajmuje stanowisko negatywne.
  6. Wobec rozpowszechnionej szeroko propagandy i popularnych pielgrzymek sprawa jest poważna i delikatna, i wymaga roztropnego postępowania.

Reakcje

Biskup Pavao Zanić w liście do ojca Hugha z 17 sierpnia 1987 r. pisał:

Są jednakże tacy, którzy się pośpieszyli, uprzedzając osąd Kościoła. Ogłosili „cuda i zjawiska nadprzyrodzone”, a z ołtarza głosili prywatne objawienia, co jest zakazane aż do czasu, gdy Kościół uzna te objawienia za autentyczne. Z tego też względu wiele środowisk wstrzymało się z organizowaniem pielgrzymek, czekając na osąd Kościoła. Najpierw Komisja ds. Medjugorie 24 marca 1984 r. wysłała ostrzeżenie. Bez rezultatu. Potem Konferencja Biskupów, w październiku tego samego roku, zakazała organizowania oficjalnych pielgrzymek do Medjugorie („oficjalnie” oznacza organizowanie wspólne i zbieranie osób). Bez skutku. Następnie, w Rzymie, Kongregacja Doktryny Wiary 23 maja 1985 r. wysłała do Konferencji Biskupów Włoskich list z prośbą o podejmowanie wysiłków w celu ograniczenia pielgrzymek organizowanych z Włoch do Medjugorie…, a także wszelkiego rodzaju propagandy. Również bezskutecznie. Wreszcie, J.E. kard. Franjo Kuharić i ja osobiście, w imieniu Konferencji Biskupów Jugosławii, 9 stycznia 1987 r. ogłosiliśmy publicznie deklarację: „Nie jest dozwolone organizowanie pielgrzymek i innych manifestacji motywowanych nadprzyrodzonym charakterem, który mógłby być przypisywany wydarzeniom w Medjugorie”. Jest to deklaracja najwyższej wagi kościelnej i winna być respektowana21.

Niestety, opis sytuacji zaprezentowany w liście bpa Zanića nie zmienił się nawet teraz, kiedy to jego następca bp Perić orzekł, iż „objawienia” w Medjugorie nie są nadprzyrodzone. Wciąż do Medjugorie podążają pielgrzymki z całego świata, w tym także z Polski. Na murach jednego z krakowskich kościołów możemy co kilka dni przeczytać nowe „orędzia” z Medjugorie. Polskie parafie organizują pielgrzymki, to samo czyni Radio Maryja. W propagowanie Medjugorie włączył się nawet ks. prałat Szymborski, duszpasterz grupy indultowej z Warszawy. Także liczni hierarchowie Kościoła ignorują stanowisko ordynariusza i Stolicy Świętej. Przykładem może być m.in. arcybiskup wiedeński, kardynał Christopher Schönborn, który w swej książce Danke Maria opublikował szesnaście świadectw ludzi, którzy wybrali życie kapłańskie lub zakonne dzięki wizycie w Medjugorie. Ma to jego zdaniem dowodzić prawdziwości tych „objawień”22. Propagatorzy Medjugorie skrzętnie odnotowują każdy gest poparcia ze strony hierarchii, ich uwadze nie uszły także pozytywne wypowiedzi polskich hierarchów – kardynała Józefa Glempa czy bpa Zbigniewa Kraszewskiego.

Cała „afera” wokół Medjugorie jest jeszcze jednym sprawdzianem prawdziwej jedności Kościoła katolickiego. Poszczególne episkopaty powinny odpowiedzieć na wezwania Stolicy Świętej i zakazać pielgrzymek do Medjugorie. W interesie Kościoła i zbawienia dusz leży też to, aby Stolica Apostolska odpowiedziała na apel bp. Perića i jak najszybciej definitywnie potępiła Medjugorie. Ω

Na temat rzekomego objawienia w Medziugorie polecamy opracowanie ks. Jana Wójtowicza, dostępne na stronie Antyku. Zestaw ciekawych informacji i dokumentów w jęz. angielskim można znaleźć na tej stronie. Warto zajrzeć również na strony Unity Publishing, amerykańskiej organizacji zajmującej się m.in. zwalczaniem „konspiracji Medziugorie”.

Medziugorie leży na terenie chorwackiego obszaru etnograficznego (ponad 99% mieszkańców stanowili i stanowią Chorwaci), ale po rozpadzie Jugosławii w 1991 r. znalazło się na terytorium Bośni-Hercegowiny.

Medjugorie antytezą Fatimy, youtube:

Dla analfabetów, niewidomych oraz zajętych bezmyślną pracą:

https://www.youtube.com/watch?v=IypPvDuBRPc

23 minuty

==================================

Przypisy

  1. Ks. P. Zorza, Drogie dzieci, dziękuję że odpowiedzieliście na moje wezwanie, Kraków 1998, s. 8. Poza wymienioną szóstką młodych ludzi, trochę później „widzenia” miało jeszcze sześcioro innych dzieci. Zob. Ks. R. Pindel, Sprawa Medjugorie, „W drodze”, nr 1 (305), 1999, s. 40.
  2. A. Gwiazda, Medzjugorie, „Myśl Polska”, nr 11, 29 maja 1994, s. 4.
  3. Ks. R. Pindel, op. cit., s. 40.
  4. A. Gwiazda, op. cit., s. 4-5.
  5. Ks. R. Pindel, op. cit., s. 41.
  6. Ks. J. Wójtowicz, Problem: Medjugorie. Fragmenty książki, „W drodze”, nr 6 (298), 1998, s. 28.
  7. A. Gwiazda, op. cit., s. 5.
  8. Ks. J. Wójtowicz, op. cit., s. 31.
  9. Tamże, s. 31.
  10. A. Strus, Czy Medjugorie jest znakiem Boga dla współczesnego świata, „Tygodnik Powszechny”, nr 24, 16 czerwca 1985, cyt. za R. Pindel, op. cit., s. 42.
  11. A. Gwiazda, op. cit., s. 5.
  12. Opinię tę ks. Józef Warszawski SI wyraził w jednym ze swych prywatnych listów.
  13. Módlcie się, a zobaczycie. Rozmowa z ojcem Slavko Barbarićem, „W drodze”, nr 6 (298), 1998, s. 18.
  14. Ks. J. Wójtowicz, op. cit., s. 29.
  15. A. Gwiazda, op. cit., s. 5; ks. K. Stehlin, Ruch charyzmatyczny. Czy to jest katolickie?, Warszawa 1997, s. 32.
  16. O. W. Giertych, Kubeł zimnej wody, „W drodze”, nr 6 (298), 1998, s. 23; zob. także: ks. Józef Warszawski SI, Garabandal – objawienie Boże czy mamienie szatańskie?, Rzym 1970.
  17. A. Strus, op. cit.
  18. Ks. R. Pindel, op. cit., s. 43.
  19. List biskupa Mostaru Radko Petrića, „W drodze”, nr 6 (298), 1998, s. 33.
  20. „Biuletyn KAI”, 7 kwietnia 1998.
  21. Ks. K. Stehlin, op. cit., s. 32–33.
  22. Módlcie się, a zobaczycie. Rozmowa z ojcem Slavko Barbarićem…, s.

Doniesienia z 2016 r. z Watykanu ws. Medziugorie. Sześciu teologów, w tym trzech kardynałów uznało, że to dzieło szatana.

Szokujące doniesienia z Watykanu ws. Medziugorie. Informację tę utajniono. Teraz ujrzała światło dzienne

18.08.2026 nczas/szokujace-doniesienia-ws-medziugorie-informacje-te-utajniono

Medziugorie
NCZAS.INFO | Medziugorie.

=================================================

Szokujące doniesienia z Watykanu. Dekadę temu, gdy zajmowano się sprawą Medziugorie, niemała część gremium uznała rzekome objawienia maryjne za diaboliczne. Informację tę utajniono.

O sprawie poinformował włoski dziennikarz David Murgia, który na swoim blogu opublikował nowy raport z tajnego głosowania z 2016 roku. Brało w nim udział 33 teologów i kardynałów. Badano wówczas sprawę Medziugorie, gdzie rzekomo miała objawiać się Matka Boża.

21 członków gremium wyraziło sprzeciw wobec uznania rzekomych objawień za prawdziwe. Z tej grupy sześć osób dodatkowo przypisało im pochodzenie diaboliczne. Wnioskowano o ukaranie grupy osób, które w popkulturze nazywa się „widzącymi” i które rzekomo miały widzieć i słyszeć słowa Maryi.

Murgia podkreślił, że w grupie wskazującej na piekielne pochodzenie wydarzeń w Medziugorie było trzech kardynałów. Uznali oni, że wydarzenia w tej miejscowości „nie mogą być wyjaśnione bez” bezpośredniego działania piekielnych sił. W związku z tym „nie mielibyśmy do czynienia z objawieniem maryjnym, lecz z dziełem szatana”.

Konsultacja w sprawie Medziugorie odbyła się podczas posiedzenia ówczesnej Kongregacji Nauki Wiary. Analizowano m.in. raport międzynarodowej komisji kierowanej przez kard. Camillo Ruiniego, którą powołał papież Benedykt XVI w 2010 roku do zbadania wydarzeń w Medziugoriu.

Sprawa tej miejscowości i rzekomych objawień od lat wywołuje zamęt w Kościele. Początek miał miejsce w 1981 roku. Wtedy sześć młodych osób, z których część miało bardzo wątpliwą opinię (osoby widzące Matkę Bożą w uznawanych przez Kościół jako prawdziwe objawieniach odznaczały się zawsze wyjątkową pobożnością) twierdziło, że widzą Maryję. Sama treść objawień była ostro krytykowana przez teologów, którzy już wcześniej wskazywali, że niektóre z rzekomych wizji są wprost sprzeczne z nauczaniem Kościoła, a więc w przypadku, gdyby nie było to oszustwo, lecz faktycznie nadprzyrodzone działanie, miałoby pochodzenie diabelskie.

W 2019 roku Franciszek zezwolił na organizację pielgrzymek do Medziugorie. Nie uznano przy tym w żaden sposób prawdziwości objawień. Należy przy tym zaznaczyć, że niemal każde miejsce z sanktuarium czy kościołem może być celem pielgrzymki. Zwolennicy wiary w Medziugorie wielokrotnie jednak wykorzystywali zgodę do siania manipulacji, jakoby Kościół rzekomo w jakiś sposób afirmował te „objawienia”.

W 2024 roku Dykasteria Nauki Wiary wydała notę nt. Medziugorie. W ogólny sposób opisano, iż miejsce to przynosi „liczne owoce duchowe”, w tym nawrócenia, rozwój życia sakramentalnego i modlitwy. Podkreślono przy tym – jak przy wydarzeniu sprzed pięciu lat – że w żaden sposób nie jest to uznanie „wizji” za objawienia Matki Bożej. Wydano przy tym tzw. nihil obstat [łac. nic szkodliwego].

W Antwerpii – Olimpiada: “Peace, pax, mir, paix !!” A w Płocku – biegi na średnie dystansy. 18. VIII.1920.

MOST w Płocku, 18 sierpnia 1920. Bieg. A w Antwerpii – Olimpiada, też biegi na średnich dystansach

W Antwerpii – Olimpiada, biegi na średnich dystansach. Peace, pax, mir !!

W Płocku – też…

MOST WIŚLANY, 18 sierpnia 1920

====================

[Ta wielka książka co jakiś czas jest dostępna na Allegro. Kolejny egzemplarz – dla przyjaciół – kupiłem za … 16 zł. Gorąco zachęcam do polowania.

Proszę jednak o dołączenie do modłów, by ta Książka była wreszcie dostępna na rynku. Mirosław Dakowski]

Sławomir N. Goworzycki, „Tamtego lata. Zatajona historia Polaków” str. 634 i nn.

====================================================

Most stał pusty i jakby zachęcał, aby po nim przejść. Owszem walały się na nim porzucone pakunki, rozbite walizki, rozmaite przedmioty, które nieszczęśnicy z Płocka, z okolicznych miejscowości oraz uchodźcy z dalszych stron daremnie próbowali byli ocalić. Pierze z rozdartej kołdry unosiło się w powiewach wiatru. Na drewnianej mostowej jezdni stało też kilka uszkodzonych i porzuconych wozów i bryczek, z których w pośpiechu ucieczki odprzęgnięto konie. Jeden z pojazdów był unieruchomiony, ponieważ śmiertelna kula ugodziła konia, który teraz leżał przed nim martwy, w pełnej uprzęży Nieco dalej zlegała krowa, jedyna żywicielka rodziny jaką zrozpaczony właściciel stracił w takichże okolicznościach. Ludzi na moście nie było, rannych oraz tych już nieżyjących zdołano w porę unieść. Pod gwałtownym, a jednoczesnym naciskiem stóp, kół i kopyt ustąpiły tu i owdzie belkowania nawierzchni. W tych miejscach ziały teraz dziury, popod którymi wił się szarobury nurt wiślany.

Jak się rzekło, przez taki most, także w czasie największej kanonady przetaczającej się nad rzeką, próbował się przedostać niejeden śmiałek. Ludzie, przeważnie mężczyźni w pełni sił, co wywoływało objawy zgorszenia u wielu osób pozostających wciąż po stronie płockiej wyruszali pojedynczo lub grupkami, szybkim pędem lub skokami przęsło za przęsłem, kryjąc się za grubymi belkami mostowej balustrady. Nic z tego nie wychodziło, bowiem gdy postacie na moście, wykraczając poza zbawienną zasłonę nadbrzeżnej zieleni, stawały się widoczne z bolszewickich stanowisk poza Wzgórzem Tumskim, także i tych znajdujących się po przeciwnej stronie przyczółka, na wschodnich obrzeżach Płocka, znowu zaczynał terkotać co najmniej jeden karabin maszynowy, odłupując z mostowej konstrukcji jasne drzazgi.

Podciągnęli nowe kulomioty, łobuzy!… O, już dwa grają!… Krzyżowy ogień… Sponad rzeki rozlegały się krzyki. Ktoś biegł dalej. Ktoś wracał co tchu, kuśtykając wyraźnie. Inny to zrywał się do biegu, to padał.

Tak tak mamrotał na ten widok ów zażywny jegomość ze Straży Obywatelskiej do nas ci junacy nie chcieli się przyłączyć, by tutaj było więcej rąk na bolszewika. Woleli uchodzić za Wisłę, skórę własną ocalić. Naszych słów, mów i próśb serdecznych nie posłuchali, ale, patrzcie jeno państwo kochani, wrażej kuli to ci łaskawcy słuchają… słuchają pokornie, juchy jedne. 0, ten tam, chłop jak dąb, osiłek, zuch jak malowanie… Mi się wyrywał, widzieliście, lecz niech no tylko sowieci strzelą, patrzcie, wraca do nas grzecznie.

E, hej! Młodzieńcze! starszy zamachał w kierunku powracających z mostu. Zdecydowałeś się… co? Po namyśle, krótkim… he, he!… zaciągnąć się pod sztandar narodowy? Witaj, ach, witaj, roboty tu wiele… I dla ciebie się znajdzie… i broń też na cię czeka. Obyś tylko podołał, bo coś mi się widzi, że ty… tego owego… Toć tu, patrzaj bracie, u nas nawet chłopcy małe, łepki niedorosłe, owe harcerzyki kochane do karabina aż się rwą. A sił to one iw połowie takich nie mają, bawolich jak te twoje…

Dajcież im już pokój, zacny panie – zagadnęła z boku jakaś staruszka. Toć toto ledwo co śmierci uszło, a wy z nich szydzicie… jak okrutnie.

– Wygodnie wam, babciu, tak mówić, bo to, co trzeba, ja właśnie wypowiedziałem i wy już powtarzać tego nie musicie. Zwolnieni od takiego gadania już jesteście. Boć to lepiej chyba że chłop drugiego chłopa zruga… Gdyby tak mnie, jak ja ich, niewiasta konfundowała, to bym się pewnie pod ziemię ze wstydu zapadł. No, chyba że kobieta w latach, matrona, babka wnukom… Takiej wolno to powiedziawszy, skłonił się wytwornie swojej rozmówczyni. Starsza pani, nie nie mówiąc, pokiwała tylko głową, gładząc ręką jasne, różowymi wstążeczkami przyozdobione warkoczyki kilkuletniej dziewczynki, tulącej się w fałdy jej ciemnej sukni.

Młodzi zaś ludzie, z pospuszczanym wzrokiem mijali dworującego z nich jegomościa ze Straży Obywatelskiej, rozglądając się nerwowo, gdzie by tu się skryć przed ludzkimi oczyma. Niektórzy otrzymali na moście postrzały, lekkie na ogół zadraśnięcia. Wstyd męski przemógł nad bólem, gdyż nawet ci umykali przed pełniącymi tu posługę sanitarną niewiastami.

W świetle mostu widać było, jak ktoś, przebiegłszy uprzednio dobre ponad sto metrów, leżał teraz, kryjąc się przed kulami wśród zalegających jezdnię gratów. Zabili Maćka, zabili... jęknął jakiś męski głos. Eee jeszcze nie ozwał się inny. Patrzcie .. Umarł Maciek umarł, już leży na desce. A jak ma zagrają, podskoczyłby jeszcze zanucił Bo w Mazarze taka dusza, jak zagrają, to się rusza zawtórowano mu z kilku stron, także od stanowiska naszych harcerzy Oj Dana, dana, da—na… Da—na, dana-a…

Rzeczywiście, ten tutaj wciąż żywy Maciek, jak i tamten z przyśpiewki, nadal ruszał się na mostowych deskach. To pełznąc, to podbiegając, i on także zmierzał z powrotem na płocki brzeg.

Most był wciąż nie do przebycia. Pan major Janusz Mościcki, doświadczony choć młody oficer [23 lata, przebył już epopeję wojsk na Sybirze. md], mający komendę nad całym tutejszym zgrupowaniem, lecz w praktyce mogący dowodzić oddziałami broniącymi się w niezajętej jeszcze przez wroga części miasta, zrozumiał, iż w bitwie o Płock nadeszła taka chwila, która może się okazać przełomowa. Siły polskie wyraźnie słabły; bolszewickie, przeciwnie, rosły. Co się w obecnej chwili dzieje poza linią trzymanych jeszcze przez Polaków ulicznych barykad, w dzielnicach zawładniętych przez bolszewików, to nie było dokładnie wiadome. Wysłani zwiadowcy jeszcze nie wrócili. Kto zaś przedarł się od tamtej strony, coraz inne szczegóły przynosił, nie zawsze z tych, które najbardziej interesują dowódcę. Artyleria nasza na Radziwiu, sama pod ostrzałem; Flotylla Wiślana walczy z najwyższym wysiłkiem. Dowódcy wstrzymują ogień armatni, nie chcąc razić naszych rozproszonych po mieście a odosobnionych punktów oporu, nie mając zarazem sprawdzonych informacji o stanowiskach nieprzyjaciela, które można by skutecznie ostrzelać.

A nieprzyjaciel szykuje kolejny, i zapewne lepiej niż poprzednie zorganizowany szturm na most. Ponure acz trzeźwe obrachunki pana majora zostały przerwane bliskimi wołaniami: Panie komendancie, panie komendancie, goniec z pierwszej linii! Przed dowódcą przyczółka prężył się na baczność żołnierz w sfatygowanym i do cna przepoconym mundurze: Panie majorze, goniec z placówki „ulica Dominikańska”!

– Spocznij rzekł młody major. Słucham .

– Nasz porucznik kazał mi to wręczyć panu majorowi – odparł goniec, wyciągając zza pazuchy zmiętą kopertę. Dziękuję. Chłopcy, dajcie gońcowi gdzieś tu odpocząć… Wody mu dajcie. Dziękuję, odmaszerować! Tak jest! Major wydobył z koperty białą kartkę i zaczął czytać; nie trwało to długo. Przesyłka zawierała dość precyzyjny szkic ogni dla naszych baterii stojących na Radziwiu, więc i dla okrętów artyleryjskich. [były tam nasze dwa czy trzy monitory md]

Wyglądało na to, że dowódca jednego z odcinków obrony przedmościa, tyleż na uprzedni rozkaz, co z oczywistej potrzeby chwili, rozpoznał liczne stanowiska artylerii Gaj-Chana, jak też i lokalizację bolszewickich punktów dowodzenia, parków amunicyjnych i większych skupisk wrażych sił. Te ostatnie były dość ruchome, boć przecie całe czerwone wojsko rzuciło się rabować miasto. Po krótkim czasie podobny meldunek przysłał majorowi Mościckiemu dowódca innego odcinka. Dopiero nieco później dowiedział się pan major, że ten wywiad był zbiorowym dziełem tyleż żołnierzy, co i zwykłych mieszkańców miasta, także kobiet niemających na pozór pojęcia o rzeczy wojskowej, lecz przede wszystkim wszędobylskich harcerzy. Dowódca obrony Płocka rozumiał już, co ma uczynić. Oto łączność telefoniczna zerwana. Wiadomości nie da się także przekazać na tamtą stronę rzeki chorągiewkami, na sposób marynarski, inaczej mówiąc harcerski. Żywy duch nie może wychynąć, by stamtąd potwierdzić odbieranie depeszy, bowiem sowieci sieką teraz po lewym brzegu ze wszystkiego co mają pod ręką. A czas nagli.

„Lecz czy już teraz? szarpał się z myślami młody oficer. Czy poczekać do nocy? Nie. Czekać nie wolno. Każda chwila jest niezmiernie droga. Bo przecież noce, chociaż sierpniowe, są teraz na tyle jasne, że i wówczas czerwoni mogą obserwować jakikolwiek ruch na moście; mogą sobie zawsze racą przyświecić, więc strzelać jak za dnia. Zresztą, w most wstrzelali się już dawno; wystarczy im tylko pociągnąć za spust. Biją przecież z karabinów i armat ponad wodą, nie dopuszczając naszych do rzeki. Zatem — teraz!”

Młody komendant rozejrzał się wokół i zawołał: Ochotnik do przeniesienia meldunku przez Wisłę! Do mnie! Ruszyło od razu ku majorowi kilku żołnierzy, w tym owych nieumundurowanych z biało-czerwonymi opaskami na rękawach Wszyscy jęli się przepychać, żaden nie ustępował.

– Dziękuję wam za tę gotowość. Ale jak ja mam wybrać? Dobrze… Kto ma nazwisko na „A”?

– Ja! Strzelec Abryczyński melduje się na rozkaz! — zakrzyknął junak w zielonym mundurze i tejże barwy rogatywce na głowie.

– W porządku. Oto przesyłka. Schowajcie dobrze w wewnętrznej kieszeni bluzy. Doręczycie dowódcy artylerii na tamtym brzegu. Tak jest!

Drewniany most, dołem wzmacniany stalowymi okratowaniami prosty jak struna, jak olimpijska bieżnia, ukazał się oczom śmiałka. Oto zadanie, oto ów bieg „na milę”, w jakim już niebawem wystąpi polski zawodnik.

Lecz uczyni to tutaj, w Płocku, nie zaś w dalekiej Antwerpii, gdzie właśnie trwają kolejne Igrzyska Olimpijskie. Tam biegacze rywalizują ze sobą wzajem, zaś stawką jest zaszczytny laur zwycięzcy i podziw całego świata.

Tutaj rywalami samotnego biegacza nie są inni atleci grający fair play, ale wraży krasnoarmiejcy, którzy niebawem zaczną do niego strzelać jak do zaszczutej zwierzyny. Bo też stawką, o wielu innych ludzi… bardzo wielu.

Tam, w Antwerpii, sportowcy z różnych krajów świata zażywają wytchnienia po niedawno zakończonej wielkiej wojnie i oddają się pokojowej rywalizacji. Tutaj, polski żołnierz ściga się ze śmiercią, aby sobą samym zasłonić przed zagładą zarówno to życie rozkrzewiające się w odrodzonej Ojczyźnie, jak i spokojną egzystencję tych naszych bliźnich zamieszkujących rozległe kraje Zachodu. Jednak oni, żyjący daleko od źródeł czerwonego niebezpieczeństwa nie zdają sobie z tego sprawy, nie rozumieją, nie pomagają. Oni już świętują i bawią się, my nadal walczymy o przetrwanie.

Biec dokładnie mostem na wprost nie można było, bowiem, jak się rzekło, rozmaite sprzęty zalegające jezdnię zmuszały do ich omijania; nadto, jeden z wozów stał w poprzek, gdzieś w połowie długości mostowej przeprawy, ponad głównym Wiślanym nurtem. „Będę się krył za tymi kilkoma wozami” pomyślał Abryczyński. Był to rosły młodzieniec, tam skąd pochodził znany jako wybitny sportsmen. Taką też sławę zyskał sobie we własnym pułku, choć w wojennym czasie wyczynów sportowych nie dokonywało się na stadionie, lecz przeważnie w akcji bojowej. Rogatywkę podpiął pod brodą, schylił się, by lepiej zasznurować buty. . Karabin możecie zostawić, tam proście o nowy – poklepał go po ramieniu sierżant. Ładownice też zostawcie, będzie wam swobodniej.

Zaiste, bronią tego żołnierza miała być teraz szybkość, zręczność, spostrzegawczość, także przebiegłość. Jak zmylić strzelca bolszewickiego, by celował tam, gdzie już lub jeszcze nie ma polskiego gońca? Szeregowy Abryczyński ponownie zmierzył wzrokiem swą trasę, uśmiechnął się do sierżanta, ucałował dobyty zza kołnierza medalik szkaplerzny, przeżegnał się pospiesznie i ruszył miarowym truchtem ku ładnym kutym barierkom mostowego przyczółka.

Gdy wybiegnie spoza zasłony zieleni, weźmie najwyższy pęd. Czy przypadnie za pierwszym z kolei wozem, czy pogna dalej, nie zatrzymując się to zależy w wielkiej mierze od strzelających bolszewików i od orientacji samego Abryczyńskiego.

Nowa bitwa wrzała już opodal. Za rozrosłymi drzewami, za zabudowaniami na wyniosłości, pierwsza linia obrońców przedmościa właśnie powstrzymywała na swoich ulicznych barykadach kolejny atak sowiecki. Lecz tutaj, gdzie mostowe wiązania opierały się o brzeg, wszystkie oczy zwrócone były ku oddalającej się sylwetce w zielonym mundurze. I nie dość chyba było huku i jazgotu wszelakiej broni, skoro tu wszyscy, jako odgłos najbardziej wyrazisty, słyszeli pospieszny tupot butów Abryczyńskiego o drewnianą nawierzchnię wiślanego mostu. Z zaciśniętymi wargami czekano na jeden jeszcze odgłos. Tak, to ten, już: „tra—ta—ta—tal”. Znów z prawa, spoza Tumskiego Wzgórza bije nieprzyjacielski kulomiot. Drugi siecze z lewej strony. Widać z daleka drzazgi rwące się na drewnianych barierach. Biegnący pędem goniec także je musi dostrzec, musi też, oprócz własnego oddechu, dosłyszeć za sobą stukot kul o mostowa balustradę. Musi błyskawicznie decydować, czy zapaść natychmiast, czy jeszcze przyspieszyć kroku.

Ooo Goniec potknął się… lecz biegnie dalej.

O Znowu… Ale za chwilę dotrze do połowy mostu. Lecz ruch jego oddalającej się sylwetki nie jest już taki miarowy. Prawa ręka biegacza jakby przywarła do ciała, nie wykonuje wraz z lewą rytmicznych wymachów. Widać, jak dzielny młodzian dopada porzuconej bryczki i kryje się za nią. Widzi to dokładnie pan major Mościcki przez swoją lornetkę. Lewą ręką Abryczyński jakby zamachał… Lecz nie, nie dostał kolejnego postrzału.

Zrywa się z miejsca i gna dalej, po niezastawionej już niczym mostowej bieżni. Chłopaki na tamtym brzegu musieli go dostrzec, i on ich, dlatego kiwa ręką uspokaja sierżant zebranych żołnierzy i cywili. Łubudu! dudnią za plecami nieodległe wybuchy ręcznych granatów, od strony przeciwnej, od pierwszej linii obrony przyczółka. Ach, jakże konieczne jest celne wsparcie artylerii z Radziwia. Wtem, śmiałek upadł, jeszcze ponad wodą, o jakieś sto metrów od kępy drzew rosnących u przeciwległego mostowego podjazdu. jednak cekaemy bolszewickie nie przestały razić w tamtym kierunku, ponad Wiślaną taflą.

Major Mościcki i jeden jeszcze oficer obserwujący przez lornetki przebieg zdarzeń widzieli, iż sowieci miarowo ostrzeliwują odcinek pomiędzy miejscem upadku biegacza a lewym brzegiem. Pomimo tego ktoś stamtąd ruszył w stronę Abryczyńskiego, lecz padł wkrótce, zerwał się i zawrócił w pędzie, ścigany niewidocznymi z oddali pociskami.

Chłopaka nie uratują, meldunku nie odbiorą mruknął głos w obserwującej te sceny gromadzie. Wtem za plecami patrzących ku Wiśle pojawił się nadbiegły od strony miasta żołnierz z meldunkiem z pierwszej linii. Chwilę trwało, zanim major sformułował stosowne rozkazy. Że zaś nasi harcerze kręcili się właśnie w pobliżu jego osoby, przeto skinął, by podeszli. Oni na to przecież czekali.

Panie majorze, zastęp „Wilki” melduje swoją gotowość! zapiszczał druh Dyonizy Kowłowski, prężąc się na baczność przed człowiekiem, który był nieco starszy od jego własnego drużynowego, również wojującego gdzieś od pewnego czasu. Twarze zgromadzonych wokół żołnierzy rozjaśniły się uśmiechem; lecz już nie tym pobłażliwym i drwiącym, jak by to się mogło tutaj wydarzyć jeszcze kilka dni temu. Uśmiechy były przyjazne, braterskie i ojcowskie, pełne zaciekawienia i uznania.

Te dzielne łepki ze skautowskimi lilijkami udowodniły już przecież swą wartość w służbie polegającej na przenoszeniu informacji, środków opatrunkowych i skrzynek z amunicją. Ich nieco starsi koledzy strzelali właśnie do wroga spoza nieodległych barykad.

Jeden z was pójdzie się czegoś dowiedzieć na placówkę przy Misjonarskiej. Po drodze zgłosi się u pani Rościszewskiej w gimnazjum żeńskim rzekł szybko młody major.

A czego jeszcze chcecie? mruknął spostrzegłszy dziwne spojrzenia chłopców. Tylko szybko... – My chcemy biec na tamten brzeg z meldunkiem — odpowiedziano prawie chórem.

A to dopiero… Widzieliście, co się stało z tym żołnierzem Może już nie żyje.

– No dobrze, kto ma nazwisko na „A”, na „B”… na „C”… -Ja, ja! wyskoczył do góry jeden z harcerzy. Patrzcie życie mu niemiłe. Ale pójdziesz… tyle, że nie na most, ale po wiadomości na Warszawską. Mina chłopca zrzedła w jednej chwili, lecz bez ociągania zakrzyknął: „Tak jest!”, i odebrawszy krótką ustną instrukcję, ruszył biegiem w swoją stronę. Cześć Dyziek… cześć, chłopaki… czuwaj – żegnali się druhowie.

Major, nie wypytując już o pierwszą literę nazwiska, bo czas naglił, szybko wyprawił z rozkazem następnego z brzegu chłopca, tyle że na przeciwne skrzydło swego obronnego ugrupowania. Głośno przy tym przekonywał, opanowując z trudem dziwne jakieś i zapewne niestosowne rozbawienie, iż zadanie jakie im właśnie daje jest najtrudniejsze, bowiem dotrzeć trzeba na samą pierwszą linię, stając bezpośrednio w obliczu okrutnego nieprzyjaciela.

Była to prawda, z której młodzi fantaści chyba nie zdawali sobie całkiem sprawy. Zdążyli już bowiem przywyknąć do takich praktyk. Oni zafiksowali sobie w swoich płowowłosych łepetynach coś jeszcze. Gdy posłańcy byli odbiegli we wskazanych kierunkach i gdy odeszły pospiesznie oddziały zbrojnych mające zasilić obsadę barykad, Dyzio Kowłowski wraz z dwoma pozostałymi druhami nadal nie odstępował majora Mościckiego.

Ten to spostrzegł: Na most?… I mowy o tym być nie może…

Tak ale… wzrost… Tamten żołnierz był dobrze widoczny ponad barierą… Gdy biegł, czerwoni widzieli go… Gdyby się był schylił, biegłby wolniej… A my… niech pan major popatrzy.

Komendant obrony Płocka zastanowił się, rzucił jakimś nowym wzrokiem ku harcerzom, lecz trwało to krótką chwilę:

Dobrze przyjmuję wasza ofiarę, pobiegnie jeden. Major był młody i nieoswojony, widać, jeszcze z tym, że ma pełne prawo wskazywać podwładnych li tylko wedle własnego uznania, także tych tu cywilnych po prawdzie ochotników, aby wykonali niewykonalne nawet zadanie. Sumienie podpowiadało mu, że w takich szczególnych okolicznościach wydaje po prostu wyroki śmierci na owych dzielnych, wspaniałych ludzi, młodszych i starszych.

By więc arbitralnie nie wyznaczać kolejnego gońca, znowu zawołał swoim zwyczajem: Czyje nazwisko zaczyna się na „D”… „E”…? Ledwie zaczął, dwaj koledzy Dyzia spojrzeli po sobie z wyrazem bezgranicznego zawodu w oczach, bowiem litery, na które zaczynały się ich nazwiska, stały u końca alfabetu.

Sam zaś Dyzio, nie pozwalając dokończyć swemu dowódcy, wystąpił naprzód: To ja… nazywam się Kowłowski, harcerz po przyrzeczeniu Dyonizy Kowłowski. Wołają na mnie Dyzio…

Harcerz nie jest, zdaje się, zazdrośnikiem powiedział major, widząc minorowe miny towarzyszy Dyzia. I dla was będzie robota… Co? Mało jej tutaj? potoczył wokół ręką. Dyziu masz tu drugi egzemplarz przesyłki dla dowódcy artylerii To musi dotrzeć na tamtą stronę! Kapralu, dajcie mu pakiet z opatrunkiem, dajcie dwa… Posłuchaj, Dyziu… ty się przy Abryczyńskim nie zatrzymuj… Tobie nie wolno! Nie zatrzymuj się tam, to rozkaz! W biegu podrzucisz przy nim opatrunek. Będziesz widział porusza się… czy nie, jest plama krwi, czy nie… Powiesz o tym na tamtym brzegu. Oni już się nim zajmą.

Młody dowódca spojrzał chłopcu w oczy i, jak starszy brat, potrząsnął jego ramieniem.

Ty musisz doręczyć przesyłkę. Tym sposobem ratujesz i Abryczyńskiego, jeśli żyje, i nas wszystkich, całe miasto… i wiele więcej niż miasto. O, żebyś ty chłopcze wiedział jak wiele.

Ja to wiem, panie majorze odparł żywo Dyzio, marszcząc czoło, unosząc nieco głowę i z wielką powagą spoglądając w oczy swego rozmówcy. My ratujemy cywilizację chrześcijańską.

Kilka osób obecnych przy tej wymianie zdań znieruchomiało. Poczęto spozierać w milczeniu to na chłopca, to po sobie wzajem. Cały ów krajobraz walczącego miasta, frontowej rzeki i jej brzegów, nabrał w pojęciu tych ludzi innego wymiaru jakby nie swojskiego już tylko i bardzo tutejszego, lecz jakiegoś wielkiego, nieogarnionego, wręcz ponad przestrzenią i czasem.

Ach skoro tak… to, cóż, wszystko jasne… Ruszaj druhu.

Młody major zmieszał się nieco, zrozumiawszy, że jego przydługa mowa kierowana do tego chłopca była raczej zbędna. Chłopiec bowiem i bez tego wiedział, o co tu chodzi. Proste czynności, polegające właściwie na chodzeniu lub bieganiu, a to pod ciężarem skrzynki z nabojami, a to z wielką paką bandaży, a to, jak teraz, z jakimś ważnym zawiniątkiem, na skradaniu się i wypatrywaniu nieprzyjacielskich pozycji, a wreszcie i samo strzelanie, były dla niego po prostu owym „ratowaniem cywilizacji chrześcijańskiej”. Chłopiec ten w, zdawałoby się, drobiazgu znajdował wymiar bezkresu, to jest sztuka.

Dowódca ledwie dostrzegalnie zakreślił znak krzyża za oddalającym się malcem. Podobnie uczyniło i kilka innych osób. Były to takie chwile, o których, pomimo że ważne, trudno później powiedzieć, jak minęły. Są też, owszem, w życiu, lecz już w życiu dorosłym i takie chwile, kiedy to te wcześniejsze, dawno minione, scena po scenie, odsłona za odsłoną, przypominają się z niebywałą wprost dokładnością.

Tak się zdarza, lecz Dyziowi Kowłowskiemu było jeszcze do tego daleko. Po latach wiedział, że tamtego letniego przedwieczerza biegł był wytrwale, coraz to wymijając przeszkody; barierę mostu miał gdzieś na wysokości nosa, a oczy wlepione w światło mostowej jezdni. „Głowę…” to było ostatnie słowo, jakie za sobą słyszał. Zapewne wołano za nim: „Niżej głowę!”. „Gdy schylę głowę, będę wolniej biegł” pomyślał Jak błyskawica przemknęły mu w pamięci całkiem niedawne instrukcje dotyczące sylwetki sportowca, udzielane przez braci, którzy rzecz byli poznali na zajęciach „Sokoła”. Rytmiczne ruchy rąk i nóg, miarowy oddech, wystukiwanie taktu obutymi w trzewiki stopami — raz—raz—raz…

Tak biegają gdzieś tam daleko olimpijczycy, owi antwerpscy lekkoatleci. Ta zbitka wspomnień „z mostu”, jako najwyrazistszych, może najlepiej utrzyma się w Dyziowej głowie, najwcześniej usadowi się w pamięci chłopca. Ruszył do biegu, uświadamiając sobie wjednej chwili, że oto obaj jego bracia zapewne biją się teraz zaciekle, o dziesiątki kilometrów stad.

Tak przecież było w istocie. Niebawem jego starszy brat Władysław zostanie ranny w walce, lecz koledzy zdołają go znieść bezpiecznie z pobojowiska. Władysław nie dotrze więc do Ciechanowa, pod który podchodzą obecnie nasze siły. Natomiast Stasiowi dane będzie wyzwalać to miasto i wedrzeć się doń wraz z pierwszym polskim oddziałem.

Ludność tamtejsza, pamiętna swojej przedwczesnej euforii sprzed niespełna czterech dni oraz surowych represji, jakie na nią niebawem spadły za tak ochocze sprzyjanie „białopolskim” ułanom, spozierać będzie ostrożnie zza okiennych firanek, nie mając wciąż pewności, kto górą. Przecież nie na próżno przez sto minionych godzin biły na południe od miasta nasze działa. ]uż słychać pośród nocnej strzelaniny jakby fale triumfalnego pogłosu, jakieś radosne szmery, wiwaty. Po bramach kamienic dudnią belki, jakimi zapiera się je teraz czym prędzej od środka, aby czerwoni nie mogli zbiec na podwórza ani wedrzeć się do domostw. Zaś nasi zbrojni chłopcy – ochotnicy gonią ich poprzez ciemne ulice kłują, rąbią, bodą, sieką… Piechotę wspierają w tym dziele jacyś jezdni. Od południa nadchodzi „żelazna osiemnastka”, której forpoczty stają o świtaniu w owym starym grodzie, a wkrótce potem docierają do piastowskiego zamku. Tak tutaj, jak i w innych wyzwalanych przez Wojsko Polskie miastach i powiatach, trwoga pada na owych miejscowych zdrajców, jacy uważali się być lepszymi i mądrzejszymi od swych ziomków i od najpierwszych obywateli. To oni, wraz z pojawieniem się bolszewików, zakładali pospiesznie owe rewolucyjne komitety, czerwone milicje i grupy dywersyjne, których członkowie tak wiele krzywd zdążyli uczynić swoim sąsiadom, współmieszkańcom, polskim żołnierzom i całemu krajowi. Kto więc nie uciekł w te pędy z bolszewikami, ten był natychmiast chwytany i oddawany pod sąd. Zaś karę za zbrodnię zdrady wymierzano wtedy jedną. Zaprawdę, groźne było imię Najjaśniejszej Rzeczypospolitej dla tych, co podnieśli na nią rękę.

Jednak Polska jest wielka, rozprzestrzeniona szeroko. Jej żołnierze, ci pasujący się na śmierć i życie z krasnoarmiejcami na równinach Mazowsza, nie wiedzieli wtedy jeszcze, iż sowieckie, próżne, lecz oficjalne i posyłane w świat przechwałki o wzięciu Warszawy ośmielą Niemców do kolejnego zuchwałego napadu na naszych rodaków na Śląsku. Wszakże polska samoobrona w tamtym regionie, zorganizowana i pokierowana znacznie lepiej niż przed rokiem, nie dopuści do dalszych bezkarnych mordów, grabieży i podpaleń, przystępując do zdecydowanej i udanej kontrakcji. Tak rozpoczęło się drugie, lecz przecież nie ostatnie śląskie powstanie.

Ruch małego chłopca na płockim moście widoczny był oto z dala przez drewniane sztachety balustrady. Nie, nikt się oczywiście nie łudził, że bolszewicy nie dojrzą pojawienia się nowego posłańca. Gdy Dyzio usłyszał za sobą świergot goniących go kul, padł szybko na drewnianą jezdnię, po czym, jak na leśnych manewrach, dał susa pod najbliższy z porzuconych pojazdów, ten z zabitym koniem. Sowiecki kulomiot walił znowu, wybijając niektóre deski z mostowej poręczy, jeszcze niżej, tak, że Dyzio miał wrażenie, iż jeden z pocisków drasnął go w pośladki.

Zresztą, jak już powiedziano, przeżycia na moście były tak skondensowane i w tak wielkim stopniu skłębiły się w jedną całość, że niemało później czasu musiało minąć, czasu już spokojnego by Dyonizy Sokołowski mógł w swej głowie rozszczepić tę zbitkę na poszczególne odcinki biegu, padania, czołgania… Pamięta, oczywiście… Gdy następna seria, posłana zupełnie nisko i niecelnie, zadźwięczała o stalowe belki wspierające jezdnię, zerwał się wreszcie spoza wozu i gnał dalej. Po chwili znowu musiał paść, i to twarzą w wybitą w moście dziurę.

Oto nagły widok wijących się bardzo nisko nurtów wiślanych trwało to jedno mgnienie, lecz przyniosło niejaki spokój. „Czegokolwiek byśmy my tu nie wyprawiali, to rzeka płynie sobie, idealnie obojętna na to wszystko… I będzie tak płynąć, jak i dawniej płynęła ona nasza. Bądź pozdrowiona, rzeko!” takie oto „filozoficzne” zawołanie towarzyszy wspomnieniu tamtego obrazu, z dziury w płockim moście.

O, jak kląć musiał sowiecki celowniczy, może ze dwa razy starszy od polskiego gońca, gdy ledwie z daleka widoczny kształt przemierzył już połowę długości wiślanej przeprawy. Jak nerwowo pociągać musiał z butelki zrabowany markowy alkohol dowódca sowieckiej placówki. Sklął celowniczego, zdzielił go przez łeb i błyskawicznie zawezwał innego. To dawało naszemu harcerzowi cenne sekundy, dziesiątki sekund. Biegł dalej, lepiej niż zwykłą bitewną kanonadę słysząc własny oddech i bicie własnego serca; miarowy, szybki tupot kroków mieszał się ze stukotem pocisków o mostową konstrukcję.

Na ostatnim odcinku tej szczególnej bieżni kulomioty, lecz także coraz gęstsze kule bolszewickich strzelców wyborowych tak przyparły Dyzia do jezdni, iż ten ostatni, bodaj piąty w kolejności pad wykonał właśnie tuż przy Abryczyńskim; o nie, to nie było złamanie zakazu majora Mościckiego. Młody żołnierz nie dawał znaków życia; leżał w kałuży własnej krwi. Dyszący ciężko, odchodzący od zmysłów Dyzio pamiętał, że ma jemu zostawić opatrunki, co też i bezwiednie uczynił.

Ciężki karabin maszynowy walił tuż ponad obydwoma Polakami żywym i martwym. „I ten szczęśliwy, kto padł wśród zawodu, jeżeli poległym ciałem dał innym szczebel do…” znacznie później Dyonizy Kowłowski uświadomił sobie, uczciwie, przed sobą samy , że tam i wtedy, przy tym poległym strzelcu, przeszyło jego świadomość jakieś skojarzenie, ubrane w takie właśnie słowa, zasłyszane czy to w szkole, czy w domu, czy na zbiórce drużyny… Przypominał sobie później i to, jak ledwie żywy, nawet nie czując piekącego bólu w lewym ramieniu wraża kula go jednak dosięgła dobiegał do celu.

Wtedy, gdy brakowało doń już około stu metrów, wyruszył mu naprzeciw żołnierz, a zapewne dwóch. Wykonywali jakieś podskoki, machali rękami to znów padali na deski jezdni. Ze swego finiszu w tym najważniejszym biegu życia nasz harcerz doprawdy niewiele pamięta. O nie lepiej powiedzieć że bardzo wiele, lecz kolejne szczegóły tej odsłony, jak i poprzednich, z ledwością dają się rozróżnić. Gnał więc z największym wysileniem na chwiejących się „watowatych” nogach, czując jakby go dławił jakiś ciężar w okolicy oskrzeli machając rękami z najwyższym trudem, ze wzrokiem utkwionym w linię pomiędzy bliskimi już krawędziami mostowych barier. Za tą linią naziemna droga na nasypie opadała nieco ku kępie rosnących przy niej drzew tam było ocalenie. Bolszewiccy celowniczowie i strzelcy na czas krótki skupili uwagę na nowym obiekcie, czyli na postaciach obu wystawiających się na kule żołnierzy. O to właśnie szło.

To wystarczyło aby Dyzio dopadł do mety. O Własnych siłach dobiegał do zbawiennej, a majaczącej mu przed oczyma plamy zieleni, pomimo rozrywających się obok pocisków armatnich, bowiem sowieci wznowili właśnie ostrzał lewobrzeżnego przyczółka. Lecz uczynili to na próżno.

Masz u mnie Krzyż Walecznych, młody druhu... — mruknął na płockim brzegu major Mościcki, oddalając lornetkę od oczu. I tamten, co został na moście, też…

W tejże chwili obaj wspierający naszego harcerza wojacy byli już przy nim. Jeden odebrał kopertę wysupłaną zza Dyziowej pazuchy i pognał w stronę nieodległego budynku.

Pędem do dowódcy! ryknął. – Zza domu wyskoczył koń unoszący przytulonego do grzywy jeźdźca.

Wkrótce po tym, gdy Dyzio łapał równy oddech i mógł już wstać, działobitnia na Uradzi, która także były dosięgły niszczące pociski wroga, zagrała pomimo poniesionych strat ze zdwojoną energią.

Wprawne uszy żołnierskie na prawym brzegu rzeki wnet to wychwyciły. W serca obrońców miasta wstąpiła otucha. Odtąd napastnicy nie postąpili już dalej, nie zagrozili obronie mostu, nie przedostali się nad sam brzeg Wiślany. Bitwa toczyła się jeszcze przez wiele godzin, aż nazajutrz wyrzucono bolszewików z Płocka.

Niebawem rozebrzmiały, rozkołysały się dzwony zwycięstwa, te katedralne i te inne, jakże liczne, po wszystkich świątyniach owej nadwiślańskiej krainy. Czy gdzie blask letniego słońca z błękitów niebieskich, czy szarobure chmury i lejący się z nich na utrudzoną ziemię ciepły deszcz, one biły wciąż i biły radośnie, jak na największe święto.

Bo też było to święto niebywałe. W katedrze, noszącej wezwanie Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, sam ksiądz biskup płocki wstępuje na stopnie ołtarza ze Mszą dziękczynną, zaś asystuje mu w tym nabożeństwie liczne duchowieństwo, gromada ministrantów w białych komżach oraz wielkie rzesze ludu i wojska. Pośród światła świec i dymu kadzideł celebrans trwa w kornej modlitwie ubrany w ów słynny, bogato haftowany ornat i takąż kapę, odziedziczone po jednym ze swoich poprzedników sprzed wieków, królewiczu Karolu Ferdynandzie.

Tego dnia, wśród huku organów, dźwięku dzwonów i dzwonków poniesie się po szerokiej krainie owo dziękczynne Te Deum.

Gen. Tadeusz Rozwadowski. Twórca Wojska Polskiego i zwycięstwa w 1920 r.

Wojtek Duch, 9 marca 2013 https://historia.org.pl/2013/03/09/zapomniany-general-tadeusz-rozwadowski-tworca-wojska-polskiego-i-zwyciestwa-w-1920-r-wywiad/

Gen. Tadeusz Rozwadowski to jeden z największych wodzów w historii naszego kraju, który mimo wielu sukcesów jest zapomniany – „Winna temu jest propaganda i cenzura sanacyjna, a następnie cenzura komunistyczna” – mówi nam w wywiadzie dr Mariusz Patelski. Wywiad poświęcony całemu życiu generała – dzięki uprzejmości rozmówcy – został okraszony unikatowymi zdjęciami.

Wojtek Duch: Jak zaczęła się przygoda Tadeusza Rozwadowskiego z wojskiem?

Lwów 1863 r. Powstańcy styczniowi Tadeusz Rozwadowski, Tomisław Rozwadowski i Franciszek Szymanowski. Brat Tomisława Rozwadowskiego – Tadeusz poległ w powstaniu; na jego cześć przyszły generał otrzymał imię Tadeusz.

Dr Mariusz Patelski: Służba wojskowa była tradycją w rodzinie Jordan Rozwadowskich. Przodkowie generała już w epoce przedrozbiorowej służyli w polskim wojsku, a następnie brali udział w wojnach o niepodległość Polski i w kolejnych powstaniach narodowych. Pradziad generała – płk Kazimierz Rozwadowski był m.in. organizatorem 8. Pułku Ułanów z czasów Księstwa Warszawskiego…

Bezpośrednio o wyborze takiej drogi życiowej dla swego syna zadecydował natomiast Tomisław Rozwadowski – powstaniec styczniowy i oficer armii austriackiej. Rozwadowski senior po dwóch nieudanych wyprawach powstańczych doszedł do wniosku, że jeśli Polska ma odzyskać niepodległość, to potrzebni będą wykształceni oficerowie; dlatego posłał wszystkich swoich synów, obok Tadeusza także Wiktora i Samuela, do austriackich szkół wojskowych.

Za wybitne zasługi wojenne w trakcie kampanii 1914 r. otrzymał najwyższe odznaczenie austro-węgierskie, order Marii Teresy…

– Historia tego krzyża, nadawanego za czyny dokonane, jak mówiono, „bez rozkazu lub wbrew rozkazowi” jest rzeczywiście niezwykła. Był to pierwszy nowoczesny order wojskowy sięgający swymi korzeniami bitwy pod Kolinem w 1757 r. Na jego statucie wzorowane były przepisy innych, później powstałych, orderów wojskowych m.in. statut Virtuti Militari. W czasie I wojny światowej Orderem Wojskowym Marii Teresy odznaczono 131 dowódców oraz oficerów. Wśród nich było 5 Polaków: oprócz Tadeusza Rozwadowskiego także: Emil Prochaska, Mieczysław Skulski, Stanisław Wieroński oraz Jerzy Zwierkowski (jedyny oficer marynarki w tym gronie).

W odradzającej się Polsce został pierwszym Szefem Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Tutaj po raz pierwszy pokłócił się z Piłsudskim, który nie zgadzał się na armię z poboru…

Willa Wertholz w Reichenau 17 sierpnia 1918 r. Ceremonia odznaczania Orderem Wojskowego Marii Teresy. Od prawej 3. – gen. Tadeusz Rozwadowski, 9. – cesarz Austrii Karol.

– Rozwadowski, obejmując z ramienia Rady Regencyjnej, z którą współpracował już od 1917 r., stanowisko szefa Sztabu Generalnego wykonał rzeczywiście wielką pracę. W ciągu dwóch tygodni, na bazie wcześniej istniejących instytucji wojskowych, generał i jego współpracownicy (szczególnie aktywny był ppłk Włodzimierz Zagórski) zorganizowali Sztab Generalny oraz Ministerstwo Spraw Wojskowych. Szef sztabu powołał także zalążki poszczególnych rodzajów wojska m.in.: kawalerię, marynarkę wojenną, straż graniczną. Po powrocie Józefa Piłsudskiego między Naczelnym Wodzem i szefem sztabu doszło rzeczywiście do różnicy poglądów. Generał naciskał na szybką mobilizację i formowanie regularnych oddziałów, podczas gdy Naczelnik Państwa forsował tworzenie oddziałów ochotniczych odpornych na zimno i niedostatki pierwszych miesięcy Niepodległości. Ostatecznie przeważyło zdanie Naczelnika, a Rozwadowski odszedł na stanowisko dowódcy Armii Wschód.

Później zapisał się w historii jako obrońca Lwowa. To nieco zapomniana karta naszych dziejów. Z nikłymi siłami, bez wsparcia z Warszawy i mimo rozkazu wycofania trwał na posterunku. Miał powiedzieć: „Powziąłem niezłomną decyzję raczej zginąć z załogą niż w myśl rozkazu Naczelnego Dowództwa opuścić Lwów”. Dopiero krytyka społeczeństwa na władze w Warszawie doprowadziła do wysłania odsieczy na Lwów…

– O wydarzeniach tych rzeczywiście rzadko się wspomina w mediach, podobnie jak o konflikcie polsko-czeskim ze stycznia i lutego 1919 r. Społeczeństwo Małopolski, mimo znaczącego wykrwawienia w toku I wojny światowej, wykonało nadludzki wysiłek, zyskując dla Polski Galicję Wschodnią i znaczną część Śląska Cieszyńskiego.

Biorąc pod uwagę konflikt z Ukraińcami: w efekcie powziętych przez Naczelnego Wodza decyzji, wojna o Lwów i Małopolskę Wschodnią toczona była w początkowym okresie (przełom 1918 i 1919 roku) pomiędzy oddziałami polskimi głównie z Małopolski i ukraińskimi z tzw. Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej. Ponieważ Ukraińcy zdecydowali się na powszechną mobilizację, ich armia trzykrotnie przewyższyła liczebnie siły polskiej Armii Wschód. Tak dużych oddziałów Rozwadowski nie mógł pokonać, ale szachował je z powodzeniem, broniąc Lwowa. Miało to istotne znaczenie w związku z toczącymi się rozmowami na Konferencji Pokojowej w Paryżu. Ukraińcom z Galicji, a należy podkreślić, iż potrafili świetnie się wówczas zorganizować (w przeciwieństwie do swych współbraci z Kijowa), zabrakło jednak doświadczonych dowódców i zaopatrzenia. Z tego powodu, po przybyciu odsieczy, w skład której weszły także oddziały z Wielkopolski, losy wojny przechyliły się na stronę polską. Jednak na pełne zwycięstwo trzeba było poczekać jeszcze kilka miesięcy.

Dlaczego mimo sukcesów m.in. we Lwowie generał został wysłany do Francji jako Szef Polskiej Misji Wojskowej w Paryżu?

Paryż czerwiec 1919 r. Gen. Tadeusz Rozwadowski jako szef Polskiej Misji Wojskowej

Przyczyna odejścia generała ze stanowiska dowódcy Armii Wschód ma skomplikowany charakter. Naciski były z różnych stron, bo Rozwadowski naraził się zarówno lwowskim narodowym demokratom jak i socjalistom, a Naczelny Wódz bardzo szybko przystał na zmianę dowodzącego. Na nowej placówce gen. Rozwadowski położył fundamenty pod przyszły sojusz polsko-rumuński i polsko-francuski. Jego zasługą jest też sprowadzenie do Polski lotników amerykańskich, którzy zasłużyli się w wojnie polsko-bolszewickiej, współtworząc Eskadrę im. Tadeusza Kościuszki.

Dopiero w najtrudniejszym momencie, gdy wydawało się, że padnie Warszawa Józef Piłsudski wzywa Rozwadowskiego na ratunek stolicy. Na wszystkich rozkazach operacyjnych od 12 do 16 sierpnia widnieje podpis generała. Podobno dlatego, że Piłsudski załamał się nerwowo, co potwierdza złożenie przez niego 12 sierpnia 1920 r. na ręce Premiera Witosa dymisji z piastowanych stanowisk…

– Rzeczywiście generał objął stanowisko szefa Sztabu Generalnego w przełomowym momencie wojny. O depresji Marszałka pisało też wielu polityków w swych wspomnieniach. Pisał o tym także w swym szkicu gen. Kukiel, ale tekst ten dotąd nie został opublikowany.

Kto był autorem planu zwycięskiej bitwy warszawskiej?

Niewątpliwie Rozwadowski. To on także zmodyfikował pierwotne plany wzmacniając lewe skrzydło wojsk polskich rozkazem nr 10000.

Jaki wpływ na zwycięstwo miało złamanie rosyjskich szyfrów? Skutecznie wykorzystano przechwycone informacje?

– Wiedza o zamiarach przeciwnika jest równie istotna jak oręż, którym się walczy. Bronią tą trzeba jednak umieć się posłużyć, tymczasem bolszewicy doszli aż pod Warszawę.

Zaraz po zakończeniu z sukcesem operacji warszawskiej rozpoczęła się inna, tym razem propagandowa walka. Spierano się autorstwo warszawskiego zwycięstwa. Wydaje się, że w tym sporze najlepiej wypadł Piłsudski….

Gen. Tadeusz Rozwadowski

Rozwadowski

– Do końca wojny, a nawet po jej zakończeniu Rozwadowski nie uczestniczył w sporach na ten temat. Zachowywał bardzo lojalną postawę wobec Naczelnego Wodza, co najbardziej uwidoczniło się w okresie afery Biura Prasowego Sztabu. Przełomem było wystąpienie publiczne socjalisty Jędrzeja Moraczewskiego, który ujawnił, że były dwa plany bitwy: jeden Rozwadowskiego drugi Weyganda, z których Piłsudski wybrał bardziej ryzykowny, opracowany przez swego szefa sztabu. Nastąpiło to dopiero w 1922 r. i dopiero wówczas rozpoczęła się burza, w którą został wciągnięty Rozwadowski.

Piłsudski bał się popularności Rozwadowskiego? Mimo to powierzył mu stanowisko Generalnego Inspektora Jazdy…

– Po wojnie generał nie zabiegał o stanowiska, które wikłałyby go w bieżącą politykę, a takimi były z pewnością: szefostwo Sztabu Generalnego, czy stanowisko ministra spraw wojskowych. Z zadowoleniem objął natomiast Generalny Inspektorat Jazdy/Kawalerii. W 1924 r. współtworzył wielką reformę tej narodowej broni Polaków. Likwidacji uległa wówczas kawaleria dywizyjna, a z 10 istniejących pułków strzelców konnych utworzono normalne pułki liniowe, których liczba wzrosła do 40. Utworzono 4 dywizje kawalerii złożone z trzech dwupułkowych brygad, a pozostałe pułki weszły w skład samodzielnych brygad kawalerii. Reforma ta jest pozytywnie oceniana przez historyków, choć dziś pojawiają się też głosy, iż była niekonsekwentna, bo należało połączyć wszystkie pułki w dywizje.

Generał miał odmienną od Piłsudskiego i jego stronników wizję rozwoju polskiego wojska. Na czym ona polegała?

– No właśnie, po maju 1926 r. dywizje kawalerii zostały zlikwidowane. W Kampanii Polskiej 1939 r. brygady kawalerii, dzięki wielkiej ruchliwości, uzbrojeniu i wyszkoleniu, świetnie sobie radziły. Odnosiły też znaczące sukcesy, jak np.: pod Mokrą, ale były do „tylko” brygady szkoda, że zabrakło dywizji.

Nie zostały też zrealizowane pomysły Rozwadowskiego związane z tworzeniem samodzielnych jednostek pancernych, ani tzw. „armii wysokiego pogotowia„, zdolnej do błyskawicznej mobilizacji w obliczu najazdu ze strony Niemiec lub Rosji. Armia taka miała być doskonale wyposażona, m.in.: w lotnictwo, zmodernizowaną kawalerię, i ”całkiem samodzielnie zorganizowane grupy specjalnej broni pancernej samochodowej”. Dziś taką formację nazwalibyśmy zapewne siłami szybkiego reagowania. Rozwadowski łączył gruntowną wiedzę techniczną z doświadczeniem bojowym i wyciągał wnioski. Domyślał się, że w przyszłej wojnie wzrośnie znaczenie broni pancernej i lotnictwa, stąd już 1921 r. wnioskował o powołanie specjalnego referatu w Sztabie Generalnym, który miał koordynować prace dotyczące obrony przeciwlotniczej i gazowej. Wymowny jest także fakt, iż jeden z ostatnich jego projektów dotyczył budowy nowego rodzaju bomby lotniczej.

W maju 1926 r. doszło do zamachu stanu, zginęło kilkuset Polaków w bratobójczej walce. Po drugiej strony barykady stał gen. Rozwadowski. To on dowodził wojskami wiernymi rządowi i konstytucji. Nie udało mu się jednak pokonać zamachowców. Czy Rozwadowski miał możliwości i środki, by zmienić bieg historii?

– Od terminu „zamach…„ czy „przewrót majowy„ wolę określenie gen. Kukiela – ”majowa wojna domowa”, które bardziej, moim zdaniem, oddaje to co wówczas się stało. Gwałtowność toczonych walk, determinacja obu stron i przekonanie o słuszności głoszonych idei potwierdzają tezę, iż w Warszawie w tych dniach miała miejsce regularna wojna domowa. Kolejnym dowodem na to jest udział w tym konflikcie ludności cywilnej. Wprawdzie większość warszawiaków opowiedziała się za Piłsudskim, szczególnie aktywne były oddziały Związku Strzeleckiego (członkowie Związku po zmobilizowaniu wzięli udział w walkach w sile sześciu kompanii),a także członkowie KPP…, ale po drugiej stronie opowiedziała się także wielu cywilów zwłaszcza młodzież studencka oraz członkowie Sokoła i ZHP. Symbolem oporu wobec zbrojnego zamachu była wreszcie śmierć, w niejasnych okolicznościach, studenta Karola Levittoux – stryjecznego wnuka słynnego konspiratora i carskiego więźnia. Ruch wojsk trwał także poza stolicą. W poszczególnych okręgach wojskowych formowano siły idące na pomoc walczącym stronom.

W nawiązaniu do drugiej kwestii – generał, niestety, popełnił w toku walk kilka znaczących błędów. Przede wszystkim drugiego dnia nie wykorzystał szansy zajęcia Ministerstwa i Dyrekcji Kolei z węzłami łączności kolejowej, co umożliwiłoby kontakt z prowincją oraz usprawniło transport posiłków dla wojsk rządowych. Zawiódł się także w kwestii pomocy ze strony płk. Modelskiego, który dał się zaskoczyć i aresztować w Cytadeli.

Na obronę generała należy przytoczyć fakt, podkreślany już w pracy Stanisława Hallera o maju 1926 r., że obrońcy rządu i Prezydenta nie wiedzieli na kogo mogą liczyć w Warszawie i kto został wciągnięty do spisku. Warto także podkreślić, iż Rozwadowski przegrał bitwę o stolicę, ale nie został pokonany. Siły, którymi dysponował, zdołały się wycofać, a o kapitulacji zadecydowali politycy i to w momencie, gdy pod Warszawą pojawiły znaczniejsze siły, które mogły zupełnie zmienić wynik tego konfliktu. Ciekawostką jest, że oddziałami przeciwnika dowodził nie Piłsudski lecz gen. Gustaw Orlicz-Dreszer, którego Rozwadowski oceniał jako jednego z najwybitniejszych dowódców kawalerii.

Rozwadowski wydał wówczas rozkaz, w który wzywał do pojmania przywódców spisku nawet za cenę ich życia…

– W ferworze walk dowódca wojsk rządowych rzeczywiście wydał taki rozkaz. Wówczas, a czasami jeszcze i dziś, jest on przywoływany jako przykład małoduszności i zacietrzewienia Rozwadowskiego. Należy jednak pamiętać w jakich warunkach i pod jaką presją przyszło mu działać. Ówczesne wystąpienie traktował jako początek rewolucji i najprawdopodobniej wiedział o porozumieniu strony przeciwnej z komunistami.

Czy była szansa na złapanie Piłsudskiego?

– Szans na ujęcie Piłsudskiego raczej nie było. Zachodziła natomiast obawa, że w razie klęski wycofa się do Wilna, gdzie miał największe poparcie i będzie kontynuować działania wojenne, które rozleją się na inne regiony Polski. Takiego obrotu spraw obawiali się prezydent Wojciechowski i premier Witos dlatego podjęli decyzję o kapitulacji.

Piłsudski 22 maja 1926 r. wydał odezwę, w której obiecywał, że nie wyciągnie konsekwencji wobec pokonanych. Mówił też o zgodzie i pojednaniu. Kłamał, bo kilku generałów, w tym Rozwadowskiego aresztowano…

Maj 1926 r. Wilanów. Gen. Rozwadowski jako więzień marsz. Józefa Piłsudskiego. Jeszcze przed przewiezieniem do Wilna.

– Generałów: Rozwadowskiego, Włodzimierza Zagórskiego, ministra spraw wojskowych Juliusza Malczewskiego oraz Bolesława Jaźwińskiego rzeczywiście aresztowano i wywieziono do Wojskowego Więzienia Śledczego na Antokolu w Wilnie. Aby zatrzeć wrażenie, że jest to zemsta za ich postawę w maju, wysunięto wobec nich zarzuty natury kryminalnej, a w przypadku gen. Malczewskiego zarzut lżenia wziętych do niewoli szwoleżerów z 1. Pułku Szwoleżerów oraz niektórych oficerów strony przeciwnej. Później dodano Malczewskiemu także zarzut o obrazę wyższego stopniem – marszałka Józefa Piłsudskiego, o którym generał miał się wyrazić: „słuchacie tego starego dziada Piłsudskiego”. W prasie z tego okresu z premedytacją kłamano natomiast, że Malczewski miał bić szpicrutą i opluwać pojmanych szwoleżerów, zarzutu tego próżno jednak szukać w dostępnych dokumentach wojskowych. Żadnemu z wymienionych generałów nie udowodniono też winy. Sprawę Malczewskiego umorzono, Zagórski zaginął, a Rozwadowski i Jaźwiński zmarli zanim zakończyły się procesy w ich sprawie.

W jakich warunkach i jak długo przetrzymywano Rozwadowskiego, był to przecież oficer odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Wojennego Virtuti Militari?

– Warunki uwięzienia generałów mocno odbiegały od standardów już wówczas przyjętych w krajach europejskich. W przypadku wysokich szarżą i zasłużonych dowódców stosowano raczej areszt domowy. Tymczasem stare carskie więzienie, zlokalizowane w dawnym pałacu Słuszków na Antokolu w Wilnie, było w opłakanych stanie technicznym. Cele, z powodu awarii pieców, były zimne, a ze ścian odpadał tynk. Z powodu trudnych warunków lokalowych w więzieniu zamknięto także izbę chorych. Generała jednak najbardziej irytował fakt, że był przetrzymywany w sąsiedztwie pospolitych przestępców. Mimo tych upokarzających warunków zdecydowanie jednak odmawiał działań, których celem było wywołanie interwencji w jego sprawie, ze strony którejś z panujących rodzin europejskich. Uważał bowiem, że godziłoby to w dobre imię Polski na arenie międzynarodowej.

Rozwadowski wyszedł na wolność 18 maja 1927 r. po uprzednim przedstawieniu mu aktu oskarżenia. Jego uwolnienie poprzedziły różne akcje protestacyjne i uchwały Senatu. Głośnym echem odbiło się zwłaszcza wystąpienie rektora Uniwersytetu Wileńskiego – prof. Mariana Zdziechowskiego, który wydał własnym sumptem broszurę „Sprawa sumienia polskiego”.

Są hipotezy mówiące, że generała otruto. Z kolei innego generała Włodzimierza Zagórskiego miano zabić. O obu zbrodniach miał wiedzieć, a nawet je zlecić Piłsudski. Czy są na to dowody?

– Włodzimierz Zagórski padł ofiarą mordu politycznego i chyba większość historyków nie ma dziś wątpliwości w tej kwestii. W przypadku gen. Rozwadowskiego sprawa jest bardziej skomplikowana. Sam generał uważał, że był podtruwany w czasie transportu. Do tezy o otruciu przychylał się gen. Kukiel oraz słynny lwowski chirurg – prof. Tadeusz Ostrowski. Bezpośrednich dowodów w tej sprawie nie ma, ale wymowny jest fakt, iż władze wojskowe zabroniły sekcji zwłok.

Warto dodać, że po maju 1926 r. miała miejsce cała seria tajemniczych zgonów. Znawca archiwaliów wojskowych (twórca słynnych Tek Laudańskiego), a w czasie wojny polsko-sowieckiej oficer II Oddziału Sztabu – płk Stanisław Laudański zginął w 1926 r. śmiercią samobójczą. Gen. Jan Thullie wysuwany w 1925 r.( wbrew Piłsudskiemu) do stanowiska ministra spraw wojskowych zmarł w 1927 r. z powodu zatrucia rybą… Dziwne okoliczności towarzyszyły też śmierci generałów Jana Hempla i Oswalda Franka oraz kontradmirała Jerzego Zwierkowskiego.

Dziś Józef Piłsudski ma ulicę lub pomnik chyba w każdym mieście w Polsce. Rozwadowski do niedawna, nie miał nawet ulicy swojego imienia w Warszawie. Jest niezwykle zapomnianym generałem, dlaczego tak się dzieje?

Poświęcenie epitafium gen. Rozwadowskiego w Konkatedrze na Kamionku w Warszawie w 1994 r. Z lewej bp Zbigniew Kraszewski i delegacja Światowego Związku Żołnierzy AK. Z prawej zdjęcie epitafium gen. Rozwadowskiego wmurowane w ścianę kościoła. Kilka lat temu „nieznani sprawcy” próbowali płaskorzeźbę generała zniszczyć – na szczęście bezskutecznie.

– Winna temu jest propaganda i cenzura sanacyjna, a następnie cenzura komunistyczna. W latach 90. sytuacja bardzo wolno zaczęła się jednak zmieniać. Generałowi poświęcono kilka ulic, a ksiądz biskup Zbigniew Kraszewski – kapelan AK i duszpasterz kombatantów poświęcił, ufundowane staraniem rodziny Rozwadowskich i przyjaciół, epitafium generała w Kościele Konkatedralnym na Kamionku w Warszawie. Świątynia ta, dodam, powstała jako wotum stolicy za „cud nad Wisłą”, na terenie parafii gdzie, 13 sierpnia 1920 r., ks. Ignacy Skorupka odprawił mszę świętą i spowiadał żołnierzy 236. Pułku Piechoty, by następnego dnia zginąć pod Osowem. W moim rodzinnym Opolu powstało natomiast, z inicjatywy zastępcy prezydenta miasta – Arkadiusza Karbowiaka rondo im. gen. Tadeusza Rozwadowskiego.

W 2012 r. ważnym wydarzeniem była także premiera fabularyzowanego filmu dokumentalnego -„Zapomniany Generała. Tadeusz Jordan Rozwadowski„ w reżyserii Piotra Boruszkowskiego (autora świetnego dokumentu „Był Luksemburg„) i w redakcji wybitnego współczesnego dokumentalisty – Dariusza Króla. W filmie tym, w postać generała, wcielił się Tomasz Marzecki – lektor i aktor o niezwykłej charyzmie, guru polskich lektorów. Jego głos mogli Państwo usłyszeć ostatnio w filmach historycznych: „Rok 1863” oraz ”Po co ci te chłopy” – rzecz o Karolu Lewakowskim.

Nie mogę nie wspomnieć również o Państwa tj. redakcji portalu historia.org.pl, inicjatywie, dzięki której w Warszawie istnieje dziś ulica Rozwadowskiego, choć mam świadomość, że to ciągle mało. Pomijam tu już Józefa Piłsudskiego, ale wspomniany gen. Orlicz- Dreszer ma w Warszawie na Mokotowie park swego imienia, jest patronem 60. Wieliszewskiego Dywizjonu Rakietowego Obrony Powietrznej oraz osiedla w Siedlcach i liceum w Chełmie, a jego imieniem nazwane są ulice w wielu polskich miastach.

Warszawa lata osiemdziesiąte XX w. Klepsydra informująca o nabożeństwie rocznicowym rozklejana nielegalnie przez narodowców.

Wracając do gen. Rozwadowskiego, to cechą charakterystyczną chyba wszystkich uroczystości związanych z jego postacią jest brak oficjalnych przedstawicieli władz państwowych i wojskowych. Nazwisko generała rzadko także pada w czasie apelu poległych, jaki odbywa się co roku podczas uroczystości 11. Listopada przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Jest to o tyle dziwne, że miał on istotny wpływ na tworzenie fundamentów polskiej armii i rozbrojenie okupantów w Warszawie, a także był współtwórcą pomnika – Grobu Nieznanego Żołnierza. Najprawdopodobniej pierwszy szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego nie został także patronem żadnej z jednostek wojskowych…

Widział Pan może film „Bitwa warszawska” Jerzego Hoffmana? Zgodzi się Pan z tezą, że rola Rozwadowskiego została w nim sprowadzona do groteski?

– Nie spodziewałem się wiele po filmie Jerzego Hoffmana, bo rozczarowało mnie już sienkiewiczowskie „Ogniem i mieczem„ w jego adaptacji. Zachęciła mnie jednak informacja, że scenariusz filmu nawiązuje do „Lewej wolnej„ Józefa Mackiewicza. I tu kolejne rozczarowanie bo w „Bitwie warszawskiej” niewiele jest z Mackiewicza, no może przywołanie oddziału kozaków dowodzonych przez sotnika Kryszkina, którego grał Domagarow. Natomiast Michał Dzięgiel (słynny gospodarz z ”Wesela”) w roli gen. Rozwadowskiego jest rzeczywiście zupełnie bez wyrazu; bezwolnie potakuje marszałkowi, tak jakby grał ordynansa, a nie szefa Sztabu Generalnego i to niezależnie od faktycznej roli Rozwadowskiego w tych wydarzeniach. W filmie błyszczy natomiast Natasza Urbańska, która zagrała w pewnym sensie samą siebie i dała z siebie wszystko. Na tle swych poprzedniczek z wcześniejszych wielkich produkcji Hoffmana, tj. Małgorzaty Braunek i Izabeli Skorupco wypada też całkiem nieźle.

Na próby odebrania Piłsudskiemu roli jedynego autora bitwy warszawskiej środowiska piłsudczykowskie reagują alergicznie.

– Kwestia autorstwa bitwy rzeczywiście wywołuje sprzeciw, ale i tu nastąpiły pewne zmiany. Niektórzy przedstawiciele tego środowiska dziś już doceniają wkład gen. Rozwadowskiego w organizację i rozbudowę polskiego wojska, a także krytycznie piszą o decyzjach i postępowaniu marszałka po maju 1926 r. i potępiają uwięzienie generałów.

Myśli Pan, że uda się wreszcie przełamać zmowę milczenia wokół generała?

– Sądzę, że to już się dzieje, czego przykładem ta rozmowa…

* dr Mariusz Patelski – od 2002 r. adiunkt w Katedra Biografistyki Instytutu Historii Uniwersytetu Opolskiego. Członek Stowarzyszenia Polsko-Serbołużyckiego „Pro Lusatia„ oraz Polskiego Towarzystwa Historycznego Oddział w Opolu. Członek redakcji „Pro Lusatii. Opolskich studiów łużycoznawczych„ oraz redakcji ”Tek Biograficznych”. Autor biografii Generał broni Tadeusz Jordan Rozwadowski – żołnierz i dyplomata.

===================================

Bruno Wielkopolski@BWszechpolski

Wspomnijmy prawdziwych ojców i architektów VICTORII WARSZAWSKIEJ 1920 – Tadeusz Jordan Rozwadowski, Józef Haller, Władysław Sikorski, Włodzimierz Zagórski, Franciszek Latinik, Bolesław Roja…

Cześć ich pamięci! Chwała Bohaterom 7:18 PM · 14 sie 2022·

W odpowiedzi do @BWszechpolski i @Chris66860798

W czasie bitwy Piłsudski złożył rezygnację na ręce Witosa i schował się pod spódnice kochanki w Bobowej pod Nowym Sączem… Dlatego te bitwę nazwano…. CUDEM!

Zdjęcie

================

mail:

Nie zdarzyło się chyba w historii, by wódz naczelny Armii na początku toczącej się decydującej bitwy z wrogiemzdezerterował

Piłsudski, po złożeniu dymisji na ręce premiera Witosa [przy świadkach], podobno w depresji, wyjeżdżał czy uciekał do kochanki. Żona Maria z Koplewskich Piłsudska, I voto Juszkiewiczowa mieszkała wtedy w Krakowie. Tak stało się 12 sierpnia. Gdy decydująca bitwa zwana słusznie Cudem nad Wisłą została już rozegrana i wygrana pod dowództwem gen. Rozwadowskiego, Piłsudski wrócił do armii i po paru dniach, z dywizjami stojącymi pod Dęblin przemieszczał się za uciekają armią bolszewicką bez kontaktu z wrogiem. Kontakt ten nawiązali dopiero trzy czy cztery dni po przełomie w bitwie. Sobie przypisał to zwycięstwo, a gen. Rozwadowskiego kazał wsadzić do więzienia – za przypisane mu drobne kradzieże….

Arcybiskup JÓZEF TEODOROWICZ: Niechaj wodze spierają się i swarzą. To jest Cud nad Wisłą.

[przypominam, bo ważne TERAZ ]

Niechaj wodze spierają się i swarzą. To jest Cud nad Wisłą.

…Dziś pomóc mogą więcej wasze modlitwy, niżeli nasza sztuka wojenna…

[Wstęp do książki płk. Franciszka Arciszewskiego „CUD NAD WISŁĄ, rozważania żołnierza”, Veritas, Londyn, 1957]

[ Ze zbioru kazań pt. NA PRZEŁOMIE, stronica  251. Nakład Księgarni Świętego Wojciecha. Poznań  – Warszawa – Wilno ‹- Lublin, rok 1923. ]   

[Jesteśmy dumni, że wiek temu mieliśmy TAKICH arcybiskupów i TAKICH żołnierzy. By się TERAZ przydali.. MD]

Wyciąg z kazania ks. arcybiskupa JÓZEFA TEODOROWICZA wypowiedzianego w katedrze warszawskiej w 1920 r., podczas nabożeństwa dziękczynnego za oswobodzenie stolicy i kraju od najazdu bolszewickiego.

===============

Ciężkie były zmagania się Izraela z Amalekitaini; bitwa rozgorzała wielka. Po jednej i drugiej stronie równy zapał ożywiał żołnierzy i wodzów. Nikt nie mógł rozróżnić, nikt rozpatrzyć, na która stronę przechyli się szala zwycięstwa. A wtedy Mojżesz odszedł, ażeby z dala od wrzawy i zgiełku bitwy do Pana się modlić. I wznosił obie dłonie w błagalnej modlitwie i jął zaklinać Boga, ażeby błogosławił orężowi Izraela. W tej samej chwili szyki wroga zachwiały się i cofać poczęły, a Izrael następował na nie. Lecz wysoko wyciągnione w górę ręce Mojżesza w zemdleniu poczęły opadać. Jak gdyby na dany znak, gdy osłabła modlitwa, wróg w lot poprawił trudne swoje położenie i odwrócił się, ścigany, jak gdyby czując słabość w Izraelu. I znowu losy bitwy poczęły być dla ludu wybranego wątpliwe. Jak fala zawrócona w biegu, odbita od twardej skały, tak duch Izraela cofał się i słabnął. A wtedy Mojżesz wznosił znów dłonie ku Panu i, o dziwo, Izrael na nowo poczynał brać górę. Az się spostrzegli i opatrzyli Mojżesza towarzysze, i wzięli jego ręce w swoje dłonie, i trz mali je wyciągnięte ku niebu. i juz szczęście wojenne trwale było przy Izraelu. I trzymali dłonie Mojżeszowe tak długo, aż ostatecznie zatryumƒował lud wybrany i w surmę zwycięstwa uderzył. (Ks. Wyjścia XVII,  8-16) 

Patrzcie, jak w tym wizerunku sprzęgają się i wzajem wspomagają: duch męstwa żołnierza i duch modlitwy. Bitwa ta rozgrywała się niezawodnie podług wszelkich praw znanej ówczesnej strategii. Losy przegranej, czy zwycięstwa ważyć się zdawały tylko podług rachunku ludzkiego, tj. gorszych czy lepszych planów strategicznych, większej czy mniejszej liczby żołnierzy, większej czy mniejszej sprawności wodzów.

I każdy historyk wojenny mógł śmiało uczniom wykładać, gdzie i w której chwili i dlaczego losy bitwy przechyliły się na tę, czy na tamta stronę.  A jednak i plany wojenne, i męstwo żołnierza, i zdolności dowódców nie rozegrały tej walki. Wszystko to, co bitwie stanowi, było narzędziem tylko w ręku niewidzialnego Wodza, który podług miary i wagi układa sam swój plan bitwy.

Nie miesza się On cudownie w zastępy walczących, nie zsyła Aniołów swych z nieba, by hufce mdlejące zasilały, bierze jednak w swe ręce to, co się wymyka z wszelkich i najlepszych obliczeń rycerskich dowódców i czego nie dosięgnie ni zapał, ni bohaterstwo żołnierzy; bierze On w swe ręce to, co się wydaje czystym przypadkiem albo jakimś niedopatrzeniem czy nie-doliczeniem, i wciąga to w swój rachunek, w swój plan, i albo daje przegrana albo też darzy zwycięstwem. 

Ten obraz żywo mi staje przed oczyma, kiedy dziś wespół z wami wspominam przed Bogiem ciężkie dni oblężenia Warszawy. Wasze wielkie wysiłki i ofiary, złożone w obronie stolicy przed straszliwym wrogiem, ale tez i wasze gorące po świątyniach modlitwy, wasze nowenny, wasze spowiedzi i wasze Komunie św., na intencję wybawienia Polski przyjmowane.

Niechaj wodze spierają się i swarzą, niech długo i uczenie rozprawiają, jaki to plan strategiczny do zwycięstwa dopomógł. Będziemy im wierzyli na słowo i słuszność im przyznamy. Ale cokolwiek wypowiedzą, nigdy nas o jednym nie przekonają, by plan, choćby najmędrszy, sam przez się dokonał zwycięstwa.

Jeżeli w każdej bitwie, nawet najlepiej przygotowanej, przy doborze wodzów i żołnierza, przy planach genialnych, jeszcze zwycięstwo -waha się niepewne, jeszcze zależnym jest od gry przypadków, a raczej od woli Bożej, to cóż dopiero mówić tutaj? – Tu, pod Warszawą, taka była pewność przegranej, że wróg telegramami światu oznajmił na dzień naprzód jej zajęcie. Sam zas wódz francuski, który tyle zasług niespożytych położył około obrony naszej stolicy, gdy go nuncjusz zapytał w przededniu bitwy. czy liczy na zwycięstwo – odpowiedział znacząco: „Dziś pomóc mogą więcej wasze modlitwy, niżeli nasza sztuka wojenna“. Istotnie modlitwy pomogły. Nie ujęły zasługi wodzom, ni chwały męstwu żołnierzy; nie ujęły tez wartości ofiarom i wysiłkom całego społeczeństwa; ale modły bitwę rozegrały, modły cud nad Wisłą sprowadziły.

Dlatego cokolwiek mówić czy pisać się będzie o bitwie pod Warszawą, wiara powszechna nazwie ją cudem nad Wisła, i jako cud przejdzie ona do historii.

Zupełnie podobny to cud do cudu pod Częstochową. Dzieje pisać o nim będą i takimiż złotymi upamiętnią, go w sercu narodu głoskami, jak pisały i wspominały obronę Częstochowy. Tu i tam czerń zalała Polskę, tu i tam od zdobycia jednego grodu losy Polski zawisły; tu i tam boje i zwycięstwo uwieńczone zostały cudem Pańskim. W niczym cud pod Częstochową nie obniży wartości męstwa broniących grodu żołnierzy; ni jednego nie uszczknie lauru ze skroni Kordeckiego. Bóg, czyniąc cuda, nie przytłacza i nie niszczy chlubnych wysiłków swojego stworzenia;  owszem, tam, gdzie i największe ofiary przed przemagającą siłą ustąpić musza, cudem je wspiera  zi cudami bohaterstwo wieńczy. Pycha to tylko, bałwochwaląca siebie, zdolna jest tak wysoko się wynieść, iż Bogu samemu urąga, dumnie w przechwałkach wołając: O cudach nam mówicie, cuda nam głosicie?  Zali to nie ramię nasze ocaliło Warszawę? zali to nie  geniusz wodzów ja zbawił? 

Tylko tym, co się mienia bogami na ziemi, wydaje się Bóg i Jego moc i Jego łaska jakąś konkurencją niepożądaną, która z zasług ich odziera. Nie za sługi Pańskie, ale za wcielone bóstwa uważają się ci, którzy ze śmiesznej i zuchwalej nadętości tak mówią.

Veni, vidi, Deus vicit” – Przyszedłem, zobaczyłem, Bóg zwyciężył – powiedział Sobieski pod Wiedniem.  Pytam się was, czy te słowa pokory i wiary umniejszyły w czymkolwiek lub obniżyły bohaterstwo króla i wodza? czy uszczknęły co z wawrzynów, jakie potomność i historia włożyły na skroń jego?

Nic,  zaiste, raczej mu ich przymnożyły: bo przepoiły jego  bohaterstwo wdziękiem niezwykłym, ze tak kornie o sobie trzymał, a nie nadymał się pysznie i nie  wynosił. Rzuciły te słowa na czoło królewskie aureolę, utkaną z promieni wiary, które Jana III pasują na chrześcijańskiego rycerza.

Można więc śmiało powiedzieć, ze te piękne i korne słowa wieńczą i zdobią jego skronie jeszcze wdzięczniej, niż samo męstwo. W słowach jego tkwi prawdziwa filozofia ducha wojen, w których Bóg, rozrządzający losem narodów, przegraną lub zwycięstwem dla swoich posługuje się  celów. Tkwi w nich obraz i symbol takich zwycięstw, które, jak zwycięstwo pod Warszawą, tylko w sposób nadprzyrodzony wyjaśnić i wytłumaczyć można.  Deus vicit! – powtarzamy za naszym zwycięskim królem, kiedy dzisiaj wspominamy o naszych przejściach strasznych i wielkim zmiłowaniu Bożym.  Deus vicit – Bóg zwyciężył! – zawołamy tym wszystkim, którzy by ludzkiej mocy czy zręczności wyłącznie przypisywać chcieli zwycięstwo i wiązać je nie z nadziemska pomocą Bożą, ale tylko z wojennymi planami. 

Cóż tu mówić dużo o planach, skoro przejścia do Warszawy dla wroga, jak się pokazało później, podobne były do nici pajęczej, którą trochę silniejszy napór albo trochę słabsza obrona każdej chwili mogły przerwać? Nie plan strategiczny rozstrzygał o ocaleniu Warszawy, skoro pozostawiał punktu obrony niezabezpieczone. Plan to inny ocalenie przyniósł. Plan ten skreślony był ręką Bożą a tworzył go i wykonywał  Duch Pański. Czego nie zdołał ni zabezpieczyć ni przewidzieć plan ludzki, to zabezpieczył i przewidział plan Boży. Gdy za słaba była obrona na przedmościu warszawskim i wróg już począł zwycięsko napierać, wtedy, jak spod ziemi dobywa Duch Boży serca bohaterskie… Kiedy szeregi wojsk poczynają się łamać, coƒać i pierzchać, wtedy Wódz Niebieski odkomenderowywa poruszeniem wewnętrznym kapelana Skorupkę i ten pierzchających zawraca, a śmiercią męczeńską zwycięstwo zabezpiecza. Bóg  to jeden do warunków, do potrzeb, do chwili odnajdywał i wydobywał serca, poddawał im szczęśliwe  natchnienia, uzbrajał męstwem bohaterskim i przez  nie swoje przeprowadzał plany.

To, co jest najsłabszą stroną w planie strategicznym człowieka, to właśnie stanie się najsilniejszym w planie nadprzyrodzonym, Bożym… Bóg, który bohaterów wzbudził, który ich przewidział i wybrał, na właściwym miejscu- postawił  i w chwili stosownej użył, czyż nie wsławia w nich  imienia swojego? czyż przez nich chwały swej nie rozgłasza?  A jak jedni papierowe plany, Bożej przeciwstawiają mocy, tak znowu inni twierdza, że zwycięstwo pod Warszawa było łatwe, bo wróg był wyczerpany.  Wyczerpany? On przecież gonił, duchem zwycięskim  ożywiony, naszego żołnierza aż pod Warszawę. Taka gonitwa wyczerpywała wojsko nasze, ale nie jego siły.  Poczucie tryumƒu i zwycięstwa jest i w najsłabszej armii zadatkiem potęgi, podobnie jak poczucie przegranej jest i w najpotężniejszej zadatkiem jej słabości i rozgromu. I gdyby naprawdę wróg czuł się słabym, toć właśnie tutaj skupiłby wszystkie swe siły, ażeby ostatecznym uderzeniem zwycięstwo sobie zapewnić.  Czy jednak czuł on naprawdę niemoc swoja? Czyżby rozgłaszał światu swoje zwycięstwo jako dokonane, i narażał tak siebie na ośmieszenie i poniżenie, gdyby zwycięstwa tego nie był sam pewien? A czyżby rozdzielał armie swoje najniepotrzebniej i jedne oddziały wysyłał ku Niemcom, a drugie ku Warszawie, gdyby co do obliczeń swoich nie był upewniony? Zapewne w takim rozdzieleniu sił był olbrzymi błąd strategiczny, który tylko oczywistemu zaślepieniu przypisać można.

Był to błąd podobny do tego jaki popełnił Absalon, ścigając wojsko Dawida. Zamiast uderzyć na oddziały jerozolimskie cała siłą, jak mu radził Ahitophel, poszedł on raczej za złą radą Chuzy i ociągał się, pewien, iż stanie się to, co ma Chuza zapowiadał:  „Przypadniemy nań a okryjemy go, jako zwykła rosa  padać na ziemię, a nie zostawimy z mężów, którzy  z nim są, ani jednego” (Por. II Król. XVII, 12)

Tak samo myślał wróg o grodzie naszym; sądził on, że może swobodnie dzielić wojska, bo i tak stolica Polski, jak dojrzały owoc z drzewa, na pewno mu się dostanie. Bóg dopuścił, że nieprzyjaciel upoił się pycha i pewnością siebie i zaślepił się.

Mówił mi jeden z generałów: ,,Pod Warszawa Bog zdziałał cud”.

Pomijam już wszystko inne, ale podobnie szalony plan, jak rozdzielenie sił wojennych przez bolszewików w pochodzie na Warszawę, tylko jakiemuś szczególniejszemu zaślepieniu przez Boga przypisać się musi.  Myśmy zaś wówczas, patrząc na to, mogli powtarzać za Prorokiem: Wypuścicie z piersi waszych okrzyk wojenny, a mimo to zniszczeni będziecie. Wnijdźcie w narady, a one będą rozerwane i unicestwione. Dawajcie jakie chcecie rozporządzenia, a one się staną bez skutku, albowiem Bóg jest z nami. (por. Iz. VIII,  9-10). Prawdziwie, kiedy się rozejrzymy w całym planie i dziele, wołamy z Prorokiem: „Oto Bóg Zbawiciel  mój… moc moja i chwała moja Pan, bo stał się wybawieniem“ (Iz. XII, 2).

Nie z nas to, o Panie, nagle wystrzelił promień nadziei. Z nas było tylko przygnębienie, z nas mówiło zrozpaczenie, kiedyśmy hordy dzikie pod Warszawa ujrzeli. Z nas szły tylko cienie, które chmura czarnej nocy przysłaniały oczy nasze. Ty to pośród ciemności rozpaliłeś światło, Ty w zwątpieniu wskrzesiłeś nadzieję, Ty w omdlałej naszej duszy rozpaliłeś płomień  życia, miłości i bohaterstwa. Bohaterstwo zatętniło w skroniach naszego polskiego żołnierza, a ono dziełem było rak Twoich. Ty je spuściłeś z niebios na jego rozmodloną przed ołtarzami Twymi duszę. Bo żołnierz w rozsypce, który od tygodni całych miał tylko jedno na myśli – ucieczkę, żołnierz wyczerpany na ciele i na  duchu, żołnierz zwątpiały, który wierzył święcie  w przegrana, a zrozpaczył o zwycięstwie, taki żołnierz  tylko od Ciebie, tylko z serca Twojego mógł zaczerpnąć  nowej wiary, nowej ufności i nowego zapału. Czym on był wówczas sam przez się, 0 tym świadczył ten oddział, który w chwili poczynającej się bitwy, wbrew zakazom, cofnął się z pola, oddając na pastwę wroga losy ostatecznej rozegranej. Oto czym był wówczas żołnierz sam z siebie, lecz w lwa się przemienił, gdyś Ty, o Panie, tchnął weń moc Twoją. «  A kiedyś nas tak przemądrze wspierał i wspomagał, nie spuszczałeś jednocześnie i wroga. z oczu.  – Nas oświecałeś, o Panie, a wroga naszego zaślepiałeś; w nas wskrzeszałeś ufność i wiarę, a jemu zatwardnieć dałeś w wyniosłości i pysze; z nas dobywałeś płomień bohaterstwa i wysiłki najszczytniejsze,  kiedy tymczasem u wroga pewność zwycięstwa wywoływała lekceważenie i nieopatrzność.

Teraz już rozumiemy, teraz już wiemy, teraz już czytamy plany Twoje, o Panie. Dziełami Twymi przemawiasz do nas tak, jak przemawiałeś do Izraela przez Izajasza Proroka, który o Tobie i w Twoim imieniu powiedział: Znam Ja me plany, którem powziął względem was – to plany na pokój, a nie na nieszczęście; aby wam przyszłość tworzyć i dać nadzieję (Jer. XXIX, 1,1).

 -Jak zaś sama obrona Warszawy, tak i moralne jej skutki świadczą o zmiłowaniu Bożym i o dziele Bożym. Bóg przez swój cud pod Warszawa dał nam odpowiedź wymowną na nasze trwożne pytania, które rozpacz ciskała na usta. Patrząc na zwycięskie hordy, następujące na stolicę, pytaliśmy: Dlaczego dopuściłeś to wszystko na nas, Panie? Bóg odpowiada: Jam was  na to nawiedził, ażeby mój lud poznał Imię moje;  dlatego pozna on w ten dzień, iż to Ja jestem, który  mu mówię.: otom tu jest (por. Iz. LII, 6).

Poznaliśmy Imię Pańskie w dzień wskrzeszenia Polski, ale dusze nasze wkrótce odbieżały od Jego świętego imienia, i pilno nam było imię własne wywyższać i wynosić. I Bóg dopuszcza na nas straszne nawiedzenie i ratuje nas z niego cudem swoim, ażebyśmy przez nowe przeżycie poznali, iż to On  prawdziwie jest pośród nas. W odpowiedzi zaś swojej cudzie swoim Bóg nam ukazał przyszłość naszą.

Pod Warszawą zrozumieliśmy: albo ogarnąć się damy hordom i nawale od Wschodu, a wtedy utracimy i byt nasz i duszę naszą, lub tez staniemy przeciw niej, ażeby wybawić siebie, a murem ochronnym stać się dla świata.

Przez cud swój pod Warszawą Bóg powiązał przyszłość naszą z przeszłością. Powiązał i sprzągł myśl swoją względem nas z dnia wczorajszego dniem dzisiejszym i jutrzejszym. I odzywa się do nas Bóg, jak się odzywał do Izraela przez Izajasza Proroka:  Narodzie, oczy twoje patrzą na Mistrza twego, i usłyszą  uszy twoje słowa napominającego: Ta jest droga,  chodźcie po niej, a nie ustępujcie ani na prawo, ani  na lewo (por. Iz. XXX, 20-21).

Cud pod Warszawą był też pochodnią, rozpaloną przez Boga, w której blasku ujrzały narody przeznaczenie Polski. Na co to – pytały – i dla jakich to celów Polska powstała i pośród nas stanęła? Na to odpowiada Bóg przez cud pod Warszawa – by murem ochronnym wam była, tarczą waszą i puklerzem waszym.

Bo ani wiedziały, ani się domyśliwały nawet narody, jak wielkie ma Polska dla nich znaczenie i przeznaczenie.  Oprócz wiernej sojuszniczki Francji, wszystkie inne państwa zostawiły nas w chwili oblężenia pod Warszawą własnemu losowi. Były pośród nich i takie nawet, które utrudniały dowóz broni i amunicji do stolicy. Inne z uśmiechem sceptycznym na ustach wołały, wzruszając ramionami: Już przepadli, już zginęli! Ze szpalt zaś prasy narodów, nawet z nami  sprzymierzonych, dolatywały nas nieraz docinki: Dobrze im tak, zasłużyli na ten los.

Gdyśmy walczyli o byt nasz, ludy i narody patrzyły na nasze zmagania tak, jak się wpatruje widz z galerii w jakieś cyrkowe widowisko.

Nigdy nie uwidocznił się żywiej brak wszelkiej myśli politycznej w Europie, jak w tej pamiętnej chwili.  Bo ci, którzy nam płacili obojętnością lekkomyślną, nie byli zdolni zadrżeć chociażby o swoje własne bezpieczeństwo. Jakżeż to więc chcemy, ażeby ludy te, państwa i narody wniknąć miały, pojąć i zrozumieć naszą misję dziejową -względem nich?

Dopiero gdy się rozległ po Europie i świecie okrzyk, iż Warszawa jest wolna, dreszcz przeszedł po wszystkich. Dopiero wtedy jęły się pytać narody: A cóż by to z nami się stało, gdyby Warszawa była padła, a dziki huragan przewalił się po niej i biegł, ażeby potem nam nieść zniszczenie?  Dopiero wtedy z piersi narodów dobył się okrzyk:  W zwycięstwie Warszawy jest zwycięstwo nasze, a wolność Polski poręcza i nam wolność.

Cud pod Warszawą był dopełnieniem cudu wskrzeszenia Polski. Powstanie narodu związał Bóg z wytrwałością jego w znoszeniu cierpień niewoli; ale cud nad Wisła wywołały nasze nowe przeniewierstwa.

Wskrzeszenie Polski było nowym tworem Bożym; ochrona zaś jej była dziełem zbawienia. Kiedy Polska stanęła pośród narodów, Bóg jeszcze nie wypisał na jej czole jej przeznaczeń. Ani ona sama nie wiedziała, czy ma powrócić do dawnych tradycji przeszłości, ani świat jej dawnego posłannictwa ku obronie świata od  Wschodu nie pamiętał.

Cudem pod Warszawą Bóg głoskami krwawymi, ale chwalebnymi, posłannictwo Polski na drogach jej nowych zapisał.  W dziele wskrzeszenia Polski Bóg posługuje się narodami, ażeby wespół z Nim, w myśl Jego, współdziałały ku jej powstaniu. Lecz w cudzie nad Wisłą, Bóg chce szczególniej stwierdzić, ze jednak On sam przede wszystkim dzierży naród nasz w ręce i kiedy chce, dopuszcza nań karę, a kiedy zechce, wybawia go.

Bóg łaskę zwycięstwa i cud pod Warszawą dał nam przez ręce Tej, która Polski jest Królowa. Mówił mi kapłan, pracujący w szpitalu wojskowym, iż żołnierze rosyjscy zapewniali go i opisywali, jak pod Warszawa widzieli Najświętsza Pannę, okrywającą swym płaszczem Polski stolicę. I z różnych innych stron szły podobne świadectwa; zupełnie jak pod Częstochową. I właśnie dzień 15 sierpnia dzień poświęcony czci Matki Boskiej, a dzień ostatni wielkiej nowenny narodowej, był dniem pamiętnym zwycięstwa. Na ten dzień wróg zapowiadał był swój tryumf; w tym dniu miał odbyć swój wjazd do stolicy sam naznaczył tę właśnie datę na upokorzenie i na rozgromienie nasze.

I to właśnie w tym dniu stało się coś zgoła nieprzewidzianego, niespodziewanego. Dzień 15 sierpnia, obwołany w biuletynach całego świata – jeszcze przed czasem jako dzień zajęcia Warszawy, obraca się dla pysznego wroga w klęskę, a dla nas w chwałę i zwycięstwo. „Haec dies, quam fecit Dominus, Alleluja.  (Ps. CXVII, 24)

To jest prawdziwy dzień Najświętszej  Panny – dzień Jej zmiłowania i dzień Jej opieki –  dzień cudu nad Polska. Chce Ona w nim przed narodem całym zaświadczyć, że będzie tym Polsce, czym  była w całej przeszłości: Panią jej i Obronicielką. Jak ongi nad murami Częstochowy, tak dziś rozbłysnąć zapragnęła nad Warszawą, ażeby przez ten nowy cud wycisnąć w sercu nowej Polski miłość swoją.  Cud pod Częstochowa prowadził króla i naród do ślubów świętych, złożonych przed ołtarzem Maryi w archikatedrze Lwowskiej i do obwołania Jej Królową Polskiej Korony.

Niechajże cud pod Warszawą zdziała to samo. Niechaj zwiąże naród cały w jedno bractwo wdzięcznych czcicieli Maryi. I niechaj bractwo to podejmie się dopełnienia zaciągnionych, a jeszcze nie wykonanych ślubów.

Magistra vitae w Ministerstwie Prawdy

Magistra vitae w Ministerstwie Prawdy

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” (prawy.pl)    18 sierpnia 2026 michalkiewicz

Po osobliwym wystąpieniu pana prof. Antoniego Dudka do obywatela Tuska Donalda, by zrobił porządek z Grzegorzem Braunem, który – niezależnie od innych, licznych myślozbrodni, jakich się dopuścił – podważa zatwierdzone, zbawienne historyczne prawdy o Kuźnicy Kołłątajowskiej, Konstytucji 3 maja i insurekcji kościuszkowskiej. Właśnie wydał książkę pod tytułem „Polskie Biesy”, stanowiącą corpus delicti tych najgorszych myślozbzrodni, więc nie ma co się namyślać, tylko położyć kres tym bezeceństwom. Nie po to bowiem całe pokolenia historyków mozolnie ciułały sobie doktoraty i habilitacje, utrwalając zatwierdzoną wizję dziejów, by teraz jakaś Schwein wywracała wszystko do góry nogami.

Nic dobrego z tego wyniknąć nie może – co przewidział jeszcze przed wojną Konstanty Ildefons Gałczyński, pisząc w nieśmiertelnym wierszu „Mira uważaj!”: „A potem Adam i cholera, a potem Juliusz i suchoty. O Filareci, biedne dzieci, kochany kraju złoty!

W tej sytuacji nie ma rady, tylko obywatel Tusk Donald powinien utworzyć Ministerstwo Prawdy, stawiając na jego czele – no kogo, jeśli nie pana prof. Antoniego Dudka, który pierwszy zagrał larum? To jest zrozumiałe samo przez się, więc czekamy, aż Sejm – według projektu rządowego skonsultowanego z najtęższymi luminarzami z Polskiej Akademii Nauk – uchwali stosowną ustawę, Senat ją przyklepie, a pan prezydent Nawrocki podpisze i w ten sposób zarządzanie percepcją mas zostanie ustabilizowane, według życzeń, nie tylko tubylczej stolicy, ale stolic Naszych Sojuszników, które nie mogą przecież pozwolić, by w naszym bantustanie anarchia wywracała dotychczasowe porządki i hierarchie.

Nie muszę chyba wyjaśniać, że wszystkie te zbawienne posunięcia byłyby, a właściwie nie tyle „byłyby” – co po prostu będą – podyktowane patriotyzmem. Cóż bowiem ma łączyć tak zwane „zdrowe siły” jeśli nie patriotyzm? Postawienie na patriotyzm stwarza szanse porozumienia ponad podziałami, które mogłoby zakończyć wojnę polsko-polską, której celów skołowany naród tubylczy nie jest już w stanie rozeznać – a to grozi, że może zejść na manowce, uwiedziony choćby i przez Grzegorza Brauna. Zachowuje się on – mówiąc nawiasem – jak marszałek Greczko z nieśmiertelnego poematu Janusza Szpotańskiego „Caryca i zwierciadło”.

Otóż marszałek Greczko prosi Carycę, by Europę zbombardirować atomowymi kartaczami. „Barynia – prosit – daj prikaz. A chytrość jemu bije z głaz. Chce wpełznąć gad na carski tron.”. Ale nie z Carycą takie numery! Przejrzała ona go na wylot i oto jaki daje mu odpór? „Wsio by chotieła rozjebat’ odna z drugoj głupaja swinia! A czto to – nużna nam pustynia? Wied’ pustyń u nas oczeń mnogo! Nam nużno kuszat’. Nużno brat’. No sprasziwaju was – od kogo? Niet, niet – kowarnyj moj Andriej, dumajesz chitryj ty kak zmiej? Kuda chitrieje Leonida! Niszczyć swą zdobycz – kamij smysł?

Tymczasem u nas na carskim – no, może nie „carskim”, tylko mniej wartościowym tronie tubylczym osadzona została ekipa skompletowana jeszcze przez generała Czesława Kiszczaka w Magdalence – zgodnie z wytycznymi Naszych Ówczesnych Sojuszników: Daniela Frieda z Departamentu Stanu USA i Władimira Kriuczkowa, ówczesnego szefa KGB w Moskwie. Owszem, w miarę rozwoju wydarzeń główne partie zmieniają swoje nazwy – ale na ich czele tak czy owak stoją te same osobistości – co sprawia, że nasz bantustan jest aż do bólu przewidywalny.

Nie muszę chyba dodawać, że ekipa zasiadająca na mniej wartościowym tronie tubylczym, została dobrana pod kątem patriotyzmu, bo czyż Nasi Sojusznicy mogliby oczekiwać od nas czegoś innego? Jasne, że by nie mogli, chociaż z drugiej strony musieli zadbać o chwalebny pluralizm, bez którego demokracja funkcjonować nie może. Toteż Volksdeutsche Partei realizuje patriotyczne zadania na odcinku modernizacji naszego bantustanu, podczas gdy Obóz Dobrej Zmiany został rzucony na odcinek obrony wartości tradycyjnych – czemu służy tromtadracka, patriotyczna retoryka.

W latach 2009-2014 wystąpiły zawirowania w związku z „resetem” dokonanym 17 września 2009 roku przez prezydenta USA Baracka Obamę, w następstwie czego patrioci nie bardzo wiedzieli, czego się trzymać i w sierpniu 2012 roku doszło nawet do podpisania deklaracji o pojednaniu między narodami polskim i rosyjskim. Na szczęście – jak pisze poeta – „były w partii siły, co kres tej orgii położyły” i w roku 2014 ten sam prezydent Obama wysadził poprzedni „reset” w powietrze, wykładając 5 mld dolarów na „majdan” na Ukrainie. Od tamtej pory zamęt ustąpił miejsca porządkowi. Patriotyzm polega na tym, by możliwie jak najgłośniej wymyślać zimnemu ruskiemu czekiście Putinowi. Kto wymyśla głośniej – ten jest większym patriotą i nikt już specjalnie nie patrzy, co on tam jeszcze robi na boku, to znaczy – z kim tam się łajdaczy. Wiadomo, że bez łajdaczenia się nie ma polityki, na to nie ma rady, więc łajdactwo musi być – ale uporządkowane.

Toteż i patrioci mają koncesje – jeden na łajdaczenie się z Niemcami, drugi – z Amerykanami i Izraelitami – dzięki czemu i patriotyzm jest bezpieczny, a jednocześnie kwitnie chwalebny pluralismus, bez którego – jak wiadomo – nie ma demokracji. Oczywiście i jedni i drudzy muszą służyć Ukrainie, w której – jak słyszymy – już teraz, zawczasu, ruszyły prace nad nadaniem ukraińskich nazw takiemu Rzeszowowi, który odtąd ma nazywać się Riasziw, Przemyśl – Peremyszl, a Chełm w Lubelskim – Holm. Czy to nie jest przypadkiem padgatowka pod „sprawiedliwy pokój” na Ukrainie, o którym tyle mówi Książę-Małżonek?

Chodzi wszak o miasta położone na tzw. „Zakierzoniu”, które w razie potrzeby mogłoby zostać przekazane Ukrainie w ramach rekompensaty za 25 procent terytorium, które Ukraina musiałaby utracić na wschodzie? Ciekawe co o tym sądzi Książę-Małżonek – czy w ogóle brał pod uwagę taką możliwość, kiedy tyle deklamował o „sprawiedliwym pokoju” na Ukrainie, czy też miał na myśli jeszcze coś innego – a jeśli tak – to co konkretnie? Zwracam uwagę, że „sprawiedliwy pokój” na Ukrainie, zwłaszcza w jego najbardziej prawdopodobnej wersji, wymagałby wprowadzenia dodatkowych elementów do obowiązującej definicji patriotyzmu. Owszem – do kanonu nadal zaliczałoby się wymyślanie Putinowi, ale konieczne byłoby jakieś uzasadnienie dla przedstawicieli mniej wartościowego narodu tubylczego – żeby pogodził się z koniecznością udzielenia Ukrainie rekompensaty. Tu w sukurs może naszym patriotom przyjść „Europa” z przesłaniem na temat nowego, to znaczy – nowoczesnego – rozumienia granic – że powinny one „łączyć”, a nie „dzielić”, a skoro tak, to czy to aż takie ważne, w którym miejscy „łączą”? Jasne, że nieważne, bo czyż nie wystarczy, że już nie „dzielą”?

Stanisław Michalkiewicz

„The Walls” mają teraz drzwi: Dlaczego „bezprecedensowe” sankcje Bessent [USA] na Iran – „Operacja Gospodarcza” – nie powiedzie się

The Walls mają teraz drzwi: dlaczego „bezprecedensowe” sankcje Bessent na Iran – Operacja Gospodarcza – nie powiedzie się

18 sierpnia 2026 Larry C. Johnson sonar/the-walls-have-doors-now-why-bessents-unprecedented-sanctions-on-iran-operation-economic-fury-will-fail

W zeszłym tygodniu sekretarz skarbu USA Scott Bessent obiecał coś spektakularnego. „Obejrzyj tę przestrzeń” – powiedział dziennikarzowi telewizyjnemu, podglądając „środki, jakie nigdy nie widziano w historii ekonomicznej izolacji kraju”. W połączeniu z trwającą blokadą amerykańskich portów irańskich – „jedno-dwa uderzenia” w jego frazie – nadchodzące sankcje mają wymusić kapitulację Teheranu po prawie sześciu miesiącach wojny. Ambasador Mike Waltz nadał temu wysiłkowi nazwę: „Operacja Economic Fury”.

Ambicja jest realna. Tak samo jest z tym problemem. Obecna jest sięganie po narzędzie, którego władza zależy od świata, który już nie istnieje. Izolacja gospodarcza, która kiedyś doprowadziła Iran do stołu negocjacyjnego, była możliwa, ponieważ mury wokół Iranu były zamknięte z każdej strony – i, co równie ważne, ponieważ pieniądze nadal musiały przemieszczać się przez rury kontrolowane przez Stany Zjednoczone.

Dziś te ściany mają drzwi – do Rosji, do Chin, a od wiosny tego roku do Pakistanu – a pieniądze znalazły kanał, który całkowicie omija instalację wodno-kanalizacyjną Waszyngtonu. Kraje trzymające otwarte drzwi są właśnie tymi, których współpraca sprawiła, że dawne sankcje ugryzły. Najbardziej przydatnym sposobem, aby zrozumieć, dlaczego „bezprecedensowa ” presja może jednak nie powieść, jest porównanie tablicy, na której Bessent gra z tą, którą jego poprzednicy grali dziesięć lat temu.

2015: Izolacja, która zadziałała i dlaczego

System sankcji, który opracował wspólny kompleksowy plan działania z 2015 r., działał, ponieważ był on w znaczącym sensie uniwersalny. Presja, która przyciągnęła Iran do stołu, nie była tylko amerykańska; była egzekwowana przez Stany Zjednoczone i Europa i popierana poprzez wiążące rezolucje Rady Bezpieczeństwa ONZ – co oznaczało, że Rosja i Chiny, jako stali członkowie, podpisały się pod nim. Chińskie banki ograniczyły kontakty z Teheranem, aby chronić swój dostęp do systemu dolara. Rosja poszła w parze z wielostronnymi ramami. Eksport ropy naftowej w Iranie został zdławiony, jego banki zostały odcięte od globalnych finansów i nie było większej siły, która byłaby skłonna służyć jako systematyczny właz ucieczki.

Dwie rzeczy sprawiły, że izolacja zadziałała: żadna duża gospodarka nie utrzymałaby otwartej rury, a prawie cały handel międzynarodowy – w tym ropa naftowa – ostatecznie został oczyszczony w dolarach amerykańskich, za pośrednictwem banków, które musiały odpowiedzieć przed Waszyngtonem. Sankcje to gra w hydraulikę. Zamykają fizyczne rury (towary, olej) i, co ważniejsze, finansowe (pobieranie dolarów). Złam albo monopol, a strategia osłabnie; złam obu i zawiedzie. W 2015 roku Stany Zjednoczone posiadały jedno i drugie. W 2026 roku nie posiada żadnego.

Zastanów się, co zmieniło się po każdej stronie Iranu.

Iran jest teraz w klubie, z którego kiedyś był sankcjonowany.

Teheran dołączył do ugrupowania BRICS w styczniu 2024 roku, a w sierpniu 2026 r. przeniósł się w kierunku członkostwa w Banku Nowego Rozwoju bloku – instytucji atrakcyjnej dla Iranu właśnie dlatego, że oferuje finansowanie projektów poza zachodnim systemem finansowym, które sankcje nakładają broń. Członkostwo BRICS nie eliminuje sankcji, ale strukturyzuje alternatywną społeczność gospodarczą, która w znaczący sposób nie istniała jako schronienie w 2015 roku.

Rosja i Chiny nie są już egzekutorami – są współ-wojnikami we wszystkich poza nazwą. To jest zawias całej historii i wykracza daleko poza odmowę egzekwowania zachodnich sankcji. Po amerykańsko-izraelskim ataku na Iran, który rozpoczął wojnę 28 lutego 2026 r. – „Operacja Epic Fury” – Moskwa i Pekin przeszły od biernego nieegzekwowania do aktywnego wsparcia materialnego. Amerykańscy urzędnicy poinformowali, że Rosja dostarczyła Iranowi informacje wywiadowcze w czasie rzeczywistym na temat pozycji amerykańskich okrętów wojennych i samolotów, zasilając dane celownicze, które sprawiły, że irańskie uderzenia odwetowe były bardziej precyzyjne. Chiny dostarczyły zdjęcia satelitarne i dostęp do swojego systemu nawigacji BeiDou; Sekretarz Stanu Marco Rubio był wystarczająco zaniepokojony, że 8 maja 2026 r. objął sankcjami trzy chińskie firmy satelitarne za dostarczanie zdjęć amerykańskiej aktywności wojskowej podczas kampanii.

Oba mocarstwa przyspieszyły wsparcie obrony powietrznej: Rosja dostarczyła części do naprawy poobijanych baterii S-300 w Iranie i przyspieszyła dostawę nowoczesnych systemów opalanych ramionami Verba tuż przed rozpoczęciem wojny, podczas gdy Chiny uzupełniły komponenty do swoich akumulatorów HQ-9B. Ta sieć wsparcia opiera się na formalnym rusztowaniu – 20-letnim partnerstwie strategicznym Iran-Rosja podpisanym w styczniu 2025 r., 25-letnim porozumieniu Iran-Chiny z 2021 roku oraz trójstronnym pakcie strategicznym Iran-Chiny-Rosja podpisanym 29 stycznia 2026 r., Którego centralnym punktem jest jednolity sprzeciw wobec ponownie nałożonych sankcji. Mocarstwa, które kiedyś pomogły uszczelnić izolację Iranu, teraz pomagają mu walczyć z wojną i odbudować tarczę.

Jest tam most lądowy, który całkowicie omija blokadę.

25 kwietnia 2026 r. pakistańskie Ministerstwo Handlu wydało „Tranzyt Towarów przez terytorium Pakistanu Order 2026”, otwierając sześć korytarzy tranzytowych lądowych łączących porty Karaczi, Port Qasim i Gwadar z irańskimi przejściami granicznymi w Gabdzie i Taftan. Trasy były bezpośrednią odpowiedzią na amerykańską blokadę Cieśniny Ormuz: z ponad 3000 kontenerów utkniętych w Karaczi i składkami ubezpieczeniowymi na ryzyko wojny, które wzrosły z około 0,12% do prawie 5%, transport morski do Iranu stał się nieopłacalny. Korytarze – z których jeden ogranicza podróż do granicy z Iranem do dwóch lub trzech godzin – pozwalają towarom z krajów trzecich, w tym Chinom, dotrzeć drogą do Iranu, całkowicie poza zasięgiem blokady morskiej. Blokada nie może zatrzymać ciężarówki w Beludżystanie.

A, co najważniejsze, pieniądze opuściły dolara.

Jest to zmiana, która najbardziej bezpośrednio odparza zestaw narzędzi Bessent i zasługuje na zrozumienie w kategoriach mechanicznych. Powodem, dla którego amerykańskie sankcje finansowe są tak przerażające, jest to, że większość światowego handlu – przede wszystkim ropy – została historycznie rozliczona w dolarach, a płatności w dolarach muszą zostać zatwierdzone przez banki powiązane z USA, że Waszyngton może pilnować. Iran i Chiny po prostu przestały używać tej rury. Iran sprzedaje teraz swoją ropę naftową do Chin – która kupuje ponad 80% irańskiego eksportu morskiego – osiedlić się w chińskim juanie, a nie dolarach, pokierowanych przez chiński system płatności międzybankowych (CIPS), sieć rozliczeniową Renminbi, którą Ludowy Bank Chin zbudował w 2015 r., Wyraźnie przenosząc pieniądze przez granice bez dotykania zdominowanej przez USA infrastruktury rozliczeniowej i SWIFT. Transakcja, która nigdy nie dotknie dolara i nigdy nie oczyszcza się przez powiązany z USA bank, jest transakcją, której Waszyngton nie może łatwo zobaczyć, zamrozić lub zablokować. To nie jest uchylanie się od sankcji na marginesie; jest to usunięcie samego dławika.

Skala zmiany jest widoczna w instalacji wodno-kanalizacyjnej. Wolumeny transakcji CIPS wzrosły wraz z rozpoczęciem wojny, osiągając jednodniowy rekord około 178,5 miliarda dolarów w marcu 2026 roku, a Centrum Geoekonomiczne Rady Atlantyckiej śledziło codzienne przepływy CIPS skaczące z 85–105 miliardów dolarów w zakresie do ponad 130 miliardów dolarów, zbiegając się z konfliktem. Obecnie ponad 100 krajów uzyskuje dostęp do systemu. Chińskie rafinerie kupują irańską ropę za pośrednictwem pośredników i banków niedolarowych, utrzymując wpływy na kontrolowanych kontach juanów używanych do płacenia za chińskie towary i kontrahentów – zamknięta, wolna od dolarów pętla, która utrzymuje dochody Iranu z ropy naftowej i w dużej mierze poza amerykańskim zasięgiem.

Połącz te zmiany i obraz strategiczny odwróci się. W 2015 roku Stany Zjednoczone naciskały na zamknięte pudełko, którego jedyne wyjścia przebiegały przez własne banki. W 2026 roku naciska na pudełko z wyłączoną pokrywką i tylnymi drzwiami przeciętymi prosto przez ścianę finansową.

Istnieje pokusa, aby odczytać dostosowanie Iran-Rosja-Chiny jako produkt obecnej wojny, małżeństwa z wygody uderzonego pod ostrzałem. Zapis mówi inaczej, ponieważ zmienia to, co oznacza wyrównanie amerykańskiej strategii.

Trzy mocarstwa przeprowadziły swoje pierwsze trójstronne ćwiczenia morskie – „Pas bezpieczeństwa morskiego” – w Zatoce Omańskiej i północnym Oceanie Indyjskim w grudniu 2019 r., Z inicjatywy Iranu. Od tego czasu powtarza się prawie co roku, stając się oprawą związku. Ale data wykonania zaniża, jak wcześnie powstało wyrównanie, ponieważ wielonarodowe ćwiczenie morskie nie jest spontanicznym wydarzeniem. Ćwiczenie tej złożoności – dekonfliktowanie harmonogramów trzech marynarek wojennych, negocjowanie zasad zaangażowania i protokołów komunikacyjnych, organizowanie logistyki i dostępu do portów w trzech rządach – wymaga cyklu planowania, który rozpoczyna się według standardów zawodowych, dwunastu do osiemnastu miesięcy przed pierwszym żaglowaniem statków. To stawia pracę organizacyjną na ćwiczenia z grudnia 2019 r. dokładnie w 2018 r., Równocześnie z wycofaniem się Amerykanów z JCPOA w maju tego roku.

Innymi słowy, partnerstwo wojskowe podtrzymujące teraz Iran nie zostało pomyślane w odpowiedzi na wojnę w 2026 roku. Został wprawiony w ruch, gdy upadło porozumienie nuklearne, i dojrzewa poprzez wspólne operacje przez większą część dekady. Dzielenie się wywiadem w 2026 r., kanały satelitarne i zaopatrzenie w obronę powietrzną nie są początkiem związku; są one żniwem jednego posadzonego w 2018 r.

To przeformułowuje całe pytanie. Instynkt, który stworzył plan Bessenta – porzucić wynegocjowane ramy, sięgnąć po jednostronną maksymalną presję, oczekiwać izolacji, aby zmusić do kapitulacji – jest tym samym instynktem, który spowodował wycofanie się z 2018 roku. A wycofanie się z 2018 roku jest właśnie tym, co przyspieszyło dryf Iranu w ramiona dwóch mocarstwach, których współpracy wymaga jakikolwiek reżim sankcji. Strategia nie tylko zawodzi przeciwko osi Rosja-Chiny-Iran. Wcześniejsza iteracja tej samej strategii pomogła zbudować tę oś. Maksymalny nacisk, stosowany przeciwko państwu z chętnymi partnerami wielkiej władzy, jest częściowo samo-pokonany: wytwarza samo wyrównanie, które go neutralizuje.

Administracja uważa, że jej najsilniejszą kartą jest blokada, twierdząc, że pobrała prawdziwą krew: Skarb Bessent przytacza około 4,8 miliarda dolarów utraconych dochodów z irańskiej ropy. Ale sama konstrukcja blokady ujawnia pułapkę. Blokada morska jest instrumentem kontroli morza; cała jego teoria przymusu zakłada, że morze jest sposobem handlu celu. W momencie, gdy partnerzy Iranu otwierają drogi lądowe – drogi Pakistanu na wschód, a długotrwałe połączenia kolejowe i drogowe na północ do Rosji przez Kaspijski i Międzynarodowy Korytarz Transportowy Północ-Południe – blokada staje się murem ze skręconą flanką. Most lądowy Pakistanu nie pojawił się pomimo blokady; pojawił się z jego powodu, dokładnie tak, jak dostosowuje się cel sankcji z chętnymi sąsiadami. Ta sama logika dotyczy pieniędzy: blokada finansowa poprowadzona wokół dolara jest blokadą bramki, z której ruch już nie korzysta.

Jest jeszcze jeden problem i jest on fizyczny, a nie koncepcyjny: US Navy może nie mieć głębi logistycznej, aby utrzymać kompleksową blokadę w nieskończoność, niezależnie od tego, co twierdzą jej dowódcy. Blokada jest jedną z najbardziej zasobochłonnych misji, jakie może podjąć marynarka wojenna – wymaga ciągłego utrzymywania okrętów wojennych na stacji, co oznacza, że są one stale karmione, napędzane i uzbrojone.

Ta praca należy do Combat Logistics Force i została wyczerpana. Szybkie statki wspomagające walkę (T-AOE) – statki wieloproduktowe, które przenoszą paliwo, amunicję i zapasy i mogą parować wewnątrz grupy nośnej – zostały zmniejszone z czterech do dwóch od połowy lat 2010, dokładnie ten typ statku, który jest odległym, utrzymującym się blokadą, które najbardziej potrzebuje. Reszta floty uzupełniającej pozostała stała, podczas starzenia się, a jej dokapitalizowanie trwa lata.

Infrastruktura brzegowa, która kiedyś zrekompensowała tę szczupłość, zniknęła. Przez dziesięciolecia działalność wsparcia morskiego Bahrajn koncentrowała magazynowanie, pomosty, konserwację i zaopatrzenie piątej floty, działa krótko od obszarów operacyjnych Zatoki Perskiej. W pierwszych dniach wojny irańskie rakiety i drony atakujące zniszczyły znaczną część tej bazy – a dzięki Fudżajrawie z ZEA i innym regionalnym portom siedzącym w irańskim zasięgu rakietowym i nieużytecznym dla bezpiecznego uzupełnienia, marynarka wojenna została zmuszona do przeniesienia swojego głównego centrum logistycznego do Diego Garcia, administrowanej przez Brytyjczyków wyspy około 2,200 mil od miejsca, w którym działają grupy uderzeniowe. Krótka sieć podtrzymania w Zatoce Perskiej stała się w nocy bezbronną linią zaopatrzenia morskiego o długości 2200 mil.

Konsekwencje są udokumentowane i, według własnego przyznania Marynarki Wojennej, poważne. Wiceadm. Douglas Verissimo przyznał, że utrata Bahrajnu stworzyła poważne zaległości, które zmusiły flotę do priorytetowego traktowania dostaw żywności, przyznając, że zaopatrzenie i poczta były „niezwykle złe przez jakiś czas” i „nadal niedobrze”. Przewoźnik USS Abraham Lincoln – zbliżający się do dziewięciu miesięcy po rozmieszczeniu z około 5 tys. marynarzy i marines, ponad 200 dni bez nieograniczonej wolności – stał się widocznym objawem, z raportem opisującym niedobory żywności, materiałów higienicznych, poczty oraz pracujących hydrauliki i prania, a także, w najgorszych relacjach, niepokoje i próby samobójcze na pokładzie. Kiedy Marynarka Wojenna nie może niezawodnie karmić załogę swojego flagowego lotniskowca linią o długości 2,200 mil, twierdzenie, że może egzekwować hermetyczną blokadę każdego irańskiego portu „na czas nieokreślony”, zderza się z arytmetyką własnej floty zaopatrzeniowej. Blokada jest tylko tak trwała, jak logistyka, a ta logistyka jest rozciągnięta do tego stopnia, że zawiodła nawet w kuchni.

Nie sugeruję, że Iran nie cierpi z powodu sankcji. Sankcje z dziurami w nich są nadal sankcjami; kraj handlujący za pośrednictwem konwojów ciężarowych i obejścia juanów płaci wysoki podatek od wydajności, sprzedaje swoją ropę ze stromą zniżką i żyje z chronicznymi tarciami, których normalna gospodarka nie robi. Zagrożone przez Bessent sankcje wtórne – zmuszające zagraniczne banki i firmy do wyboru między Iranem a dostępem do amerykańskiego systemu finansowego – mają na celu właśnie podniesienie ceny korzystania z tych drzwi, a to narzędzie zachowuje pewne zęby, wszędzie tam, gdzie kontrahent nadal ceni dostęp do dolara.

Ale dwa znajome zastrzeżenia są słabsze niż jeszcze rok temu. Pierwszym z nich jest twierdzenie, że dominacja dolara sprawia, że obejście juana jest marginalne. Jest to prawdą jako globalne stwierdzenie i fałszywe jako [operational] operacyjne: renminbi jest nadal niewielkim udziałem w światowym rozliczeniu, a CIPS pozostaje mniejszy niż SWIFT, a nawet opiera się na wiadomościach SWIFT dla dużej części swojego ruchu, więc jest to ominięcie dolara dla zdeterminowanych użytkowników, a nie zamiennik dolara. Ale Iran nie musi detronizować dolara. Potrzebuje jednego niezawodnego kanału, którego Waszyngton nie może kontrolować, a w oczyszczonej przez CIPS sprzedaży ropy juanowej do Chin ma teraz dokładnie to. Punktem systemowym i punktem specyficznym dla Iranu są różne pytania, a tylko drugi decyduje o tym, czy plan Bessenta działa.

Drugim jest twierdzenie, że Pekin i Moskwa jedynie zabezpieczają i nie będą naprawdę popierać Iranu. To była konwencjonalna mądrość w Waszyngtonie na początku wojny; teraz jest znacznie trudniej to utrzymać. Wywiad USA, satelity na pokładzie amerykańskich okrętów wojennych, że są wystarczająco poważne, aby wyciągnąć amerykańskie sankcje na chińskie firmy, naprawy i zaopatrzenie w obronę powietrzną, a zjuzanowana linia ratunkowa ropy nie jest gestami mocarstw trzymających Iran na dystans. Są to działania partnerów aktywnie utrzymujących Iran w walce. Żywotność, która pozostaje – ciągła troska Chin o uniknięcie bezpośredniego zerwania handlu z Waszyngtonem, odmowa Rosji zaangażowania sił bojowych – ogranicza to, jak daleko idzie partnerstwo, ale nie powstrzymało przepływu konkretnego wsparcia, które stępia amerykańską presję.

Ważąc obie strony, teza tego artykułu jest bardziej stanowcza i utrzymuje się bardziej mocno po zakończeniu rekordu: Plan Bessent, aby zmusić Iran do poddania się poprzez bezprecedensowe sankcje, jest zbudowany dla świata, który zakończył się w latach 2018-2026. Instrument, który działał w 2015 roku, działał, ponieważ izolacja była całkowita i ponieważ pieniądze nadal przepływały przez amerykańskie rury. Dziś żaden z warunków nie może zostać przywrócony przez same amerykańskie działania, ponieważ decydujące zmienne – gotowość Rosji, Chin i Pakistanu do utrzymania otwartych drzwi fizycznych i migracja dochodów Iranu z ropy naftowej do juana oczyszczonego przez CIPS – leżą poza kontrolą Waszyngtonu. „Maksymalne ciśnienie” może zadawać maksymalny painból; upadek waluty to dowodzi. To, czego nie może już wiarygodnie produkować, to kapitulacja, ponieważ państwo, które importuje przez pakistańskie drogi, finansuje za pośrednictwem banku BRICS, sprzedaje swoją ropę naftową za juan poza zasięgiem dolara i walczy pod tarczą, którą Moskwa i Pekin pomagają naprawić, mają pole do przetrwania, których Iran z 2015 roku nie zniósł.

Prawdopodobnym rezultatem nie jest zatem kapitulacja, ale dokładniej wyrównany przez Wschód Iran, który boli, ale nie pęka – i to pojawia się ściślej niż kiedykolwiek w stosunku do tych samych mocarstw, których współpraca Stany Zjednoczone musiałyby ją ścisnąć. Najgłębszą ironią operacji Economic Fury jest to, że im twardszy Waszyngton naciska po zapieczętowanej stronie pudełka, tym szybciej Iran wychodzi przez otwarty. Bessent może jeszcze ujawnić środki, których świat nigdy nie widział. Nie może odsłonić świata, w którym Iran nie ma dokąd pójść, i nie ma waluty, w której nie ma do handlu, ale dolar – ponieważ ten świat już nie istnieje.


Moje źródła do tego artykułu (łączę to, ponieważ otrzymałem pewne oskarżenia, że to zmyślam) obejmują Al Jazeera, Eurasianet, Kurdistan24, The National, CNBC, Fortune, The Hill, Rigzone, Atlantic Council, Centre for Strategic and Contemporary Research, Disruption Banking, US-China Economic and Security Review Commission, JINSA, The Insider, Jamestown Foundation, CNN i Wikipedia.

Pakt irańsko-chińsko-rosyjski ze stycznia 2026 r. jest porozumieniem strategicznym i gospodarczym, a nie traktatem o wzajemnej obronie w stylu NATO, ale towarzyszy mu szeroko zakrojone udokumentowane wsparcie wojskowe, wywiadowcze i obrony powietrznej dla Iranu po ataku z 28 lutego. Trójstronne ćwiczenia morskie „Marine Security Belt” zostały po raz pierwszy wykonane w grudniu 2019 r.; datowanie pochodzenia wyrównania w 2018 r. odzwierciedla standardowy 12–18-miesięczny cykl planowania, którego wymagają międzynarodowe ćwiczenia, co stawia pracę organizacyjną równoczesną z wycofaniem JCPOA z maja 2018 r. W walucie: renminbi pozostaje mniejszościowym udziałem w globalnym rozliczeniu, a CIPS jest mniejszy niż SWIFT, więc opisana zmiana jest funkcjonalnym ominięciem dolara dla irańskiego handlu ropą, a nie hurtowym wypieraniem dolara. Ok. Potrzebuję drzemki.

Brytyjska broń przeciwko rosyjskim dostawom energii: Londyn przekracza kolejną czerwoną linię

Za pośrednictwem militarywatchmagazine

Brytyjska broń przeciwko rosyjskim dostawom energii: Londyn przekracza kolejną czerwoną linię

Granica między zachodnią pomocą zbrojeniową dla Ukrainy a coraz bardziej bezpośrednim zaangażowaniem w wojnę z Rosją zaciera się. Według ostatnich doniesień, Ukraina używa obecnie brytyjskich dronów do ataków głęboko na terytorium Rosji – w tym na rafinerie ropy naftowej i inne obiekty o strategicznym znaczeniu.

Według „The Times” , powołującego się na ukraińskie źródła wojskowe, brytyjskie drony są używane do takich operacji od kilku miesięcy. Wśród celów znalazły się podobno obiekty w Wołgogradzie i Jarosławiu, a także w aglomeracji moskiewskiej .

To nadaje brytyjskiemu wsparciu dla Kijowa nowy wymiar.

Do tej pory Londyn mógł przedstawiać swoje dostawy broni przede wszystkim jako wsparcie dla ukraińskiej obrony. Jednak gdy brytyjskie drony szturmowe atakują rafinerie ropy naftowej, centra logistyczne i inne strategiczne cele setki kilometrów w głąb Rosji, to rozróżnienie staje się coraz trudniejsze.

Brytyjska broń przeciwko rosyjskiej infrastrukturze

Według doniesień, wśród wykorzystywanych systemów znajduje się odrzutowy dron Nyan . Został on opracowany przez brytyjską firmę Callen-Lenz, która obecnie jest częścią BAE Systems. System został zaprojektowany specjalnie do operacji dalekiego zasięgu w silnie bronionej przestrzeni powietrznej.

Doniesiono, że dron Nyan został użyty w ataku na Biełgorod i inne miejsca. Brytyjskie drony były również używane w atakach na rafinerie w Wołgogradzie i Jarosławiu, choć konkretny model użyty w każdym z tych przypadków nie jest publicznie znany.

Strategiczny wybór celów jest szczególnie istotny.

Od miesięcy Ukraina systematycznie próbuje wywierać presję na rosyjską infrastrukturę naftową i energetyczną. Rafinerie, magazyny paliw i obiekty logistyczne odgrywają w tym procesie ogromną rolę, ponieważ mogą one wpłynąć zarówno na rosyjską gospodarkę, jak i zaopatrzenie sił zbrojnych.

Po ataku z 31 lipca przerób w rafinerii w Wołgogradzie musiał zostać tymczasowo wstrzymany. 6 sierpnia uszkodzone zostały również zbiorniki magazynowe w rafinerii w Jarosławiu. Oznacza to, że ataki nie są już wymierzone wyłącznie w cele wojskowe znajdujące się bezpośrednio za linią frontu.

Chodzi o strategiczny atak na infrastrukturę ekonomiczną i energetyczną Rosji w głębi kraju .

Londyn nie tylko realizuje swoje cele – rozwija się także współpraca wojskowo-przemysłowa.

Równocześnie Wielka Brytania i Ukraina znacząco rozszerzają współpracę w zakresie rozwoju i produkcji dronów. Londyn i Kijów pogłębiły współpracę w zakresie przemysłu obronnego w 2026 roku. Wielka Brytania wspiera nie tylko dostawy gotowych systemów, ale także wspólne programy rozwoju i produkcji. ( GOV.UK )

To zmienia charakter zachodniego wsparcia. Dostawy broni stają się coraz bardziej wspólną infrastrukturą wojskowo-przemysłową , łączącą ukraińskie doświadczenie bojowe z zachodnią technologią. Oznacza to, że Ukraina wnosi wiedzę zdobytą w rzeczywistych warunkach bojowych, a zachodnie firmy zapewniają moce produkcyjne, technologię i finansowanie. Rezultatem jest broń, która jest następnie używana przeciwko Rosji.

Moskwa mówi teraz o brytyjskim współudziale.

Na reakcję Rosji nie trzeba było więc długo czekać.

Po ujawnieniu ataków, ambasada rosyjska w Londynie oświadczyła, że ​​Wielka Brytania staje się coraz bardziej „wspólnikiem i współodpowiedzialną stroną” w ukraińskich atakach na terytorium Rosji. Moskwa oskarża Londyn o celową eskalację konfliktu i zapowiada możliwe konsekwencje. ( Agencja Anadolu )

Gdzie kończy się wsparcie militarne, a gdzie zaczyna się faktyczny udział w wojnie?

Kiedy państwo NATO dostarcza broń, której ukraińscy żołnierze używają do walki z wojskami rosyjskimi na terytorium Ukrainy, nadal można to jednoznacznie zakwalifikować jako wsparcie ukraińskiej obrony. Jednak gdy broń z tego państwa NATO jest celowo używana przeciwko strategicznej infrastrukturze głęboko w Rosji, próg polityczny i militarny ulega zmianie.

Czerwone linie są przesuwane kawałek po kawałku.

Dokładnie ten schemat towarzyszy wojnie na Ukrainie od lat. To, co początkowo zostało wykluczone, później zostało dozwolone: ​​ciężkie czołgi bojowe, pociski dalekiego zasięgu, zachodnie myśliwce, a w końcu ataki z użyciem zachodniej broni na cele w Rosji. Teraz wydaje się, że rozpoczął się kolejny etap: brytyjskie drony szturmowe latają nad rosyjskimi rafineriami i strategiczną infrastrukturą.

Każdy pojedynczy krok jest przedstawiany jako ograniczony środek. Jednak razem wzięte, prowadzi to do rozwoju sytuacji, w której państwa NATO coraz bardziej integrują się z ukraińskim potencjałem wojskowym. Wielka Brytania należy do państw, które posunęły się w tym względzie szczególnie daleko.

I w tym tkwi prawdziwe znaczenie tej wiadomości: nie pojedynczy brytyjski dron jest decydujący, ale raczej pytanie o to, jak daleko Londyn jest gotów posunąć granicę między dostawcą broni a pośrednim uczestnikiem wojny. Ponieważ z każdym atakiem zachodniej broni głęboko na terytorium Rosji rośnie ryzyko, że Moskwa ostatecznie uzna nie tylko Kijów, ale i państwa stojące za tą bronią za prawowitych uczestników konfliktu.

Brytyjskie drony nad Rosją nie są więc tylko kolejnym epizodem wojny dronów.

Są kolejnym sygnałem, że wojna między Rosją a Ukrainą może stopniowo przerodzić się w coraz bardziej bezpośrednią konfrontację militarną między Rosją a państwami NATO.

Źródło: Ukraina zaczyna używać brytyjskich dronów szturmowych do głębokich ataków na krytyczną infrastrukturę Rosji

Analni

Zinkiewicz: Analni

Seul, Południowa Korea — prezydent Lee Jae-myung zapowiedział skonfiskowanie majątków zgromadzonych przez japońskich kolaborantów i osoby działające na szkodę narodu koreańskiego w okresie kolonialnym (1910–1945). 

Oświadczenie to padło m.in. w czerwcu 2026 roku podczas obchodów Dnia Pamięci w Seulu, w związku z ogłoszeniem specjalnej ustawy. 

Rozliczenie po latach

Ustawa wchodzi w życie 3 grudnia 2026 roku, a w tym miesiącu rozpocznie pracę nowa komisja śledczych, która będzie śledzić takie aktywa pozyskane przez potomków. Cel działań, to namierzenie, zbadanie i odzyskanie nielegalnie przejętych dóbr oraz pociągnięcie do odpowiedzialności historycznej spadkobierców kolaborantów na podstawie specjalnej ustawy o konfiskacie majątków japońskich kolaborantów i osób antynarodowych (ogłoszona 2 czerwca 2026 roku). Środki z odzyskanych nieruchomości i aktywów mają zostać przeznaczone na wsparcie oraz uhonorowanie zasłużonych działaczy niepodległościowych i ich rodzin.

Z notatnika Brzezińskiego 

Po upadku realnego socjalizmu w Polsce zgromadzony przez powojenne pokolenia Polaków majątek narodowy został rozgrabiony, bądź sprzedany za bezcen. Z zawłaszczonego społecznego majątku całego narodu powstały wielomiliardowe fortuny. To, czego nie dało się ukraść lub sprzedać, bez żadnych zahamowań było niszczone. Powstało piramidalne bezrobocie. Ponad 5 milionów Polaków ruszyło za chlebem. Zasługi za ten stan rzeczy ponoszą politycy z amerykańskiego nadania. Z notatnika Zbigniewa Brzezińskiego. Polska stała się częścią planów globalistów zmierzających do wojny z Rosją i jej podziału. 

Interes Polski według Dudy 2.0

Duda 2.0, czyli Karol Nawrocki, w pierwszą rocznicę zaprzysiężenia 6 sierpnia 2026 roku, określił strategiczny interes Polski: „Jeśli chodzi o Ukrainę, to interesem Polski jest to, aby Ukraina i żołnierze ukraińscy radzili sobie jak najlepiej z postsowiecką Federacją Rosyjską, jak najdalej ich trzymali od Polski; to oczywiste, taka jest strategia państwa polskiego. Niech mordują Sowietów, którzy ich napadli, a nas, Polaków, to w ogóle nie boli. W tym zakresie zawsze mogą liczyć na naszą pomoc, bo tam, gdzie się bije Moskala, tam Polska pomaga, nawet jak nie bierze udziału bezpośrednio w tej wojnie. Taki jest strategiczny interes Polski”

Z głowy, czyli z niczego

W trakcie uroczystości związanej ze Świętem Wojska Polskiego 15 sierpnia prezydent RP Karol Nawrocki, wygłaszając z głowy, czyli z niczego, improwizowane przemówienie pełne tautologii parokrotnie podkreślał militarne sukcesy Polski międzywojennej: „cudu nad Wisłą” odnoszącego się do niespodziewanego i przełomowego zwycięstwa Polaków nad wojskami bolszewickimi w Bitwie Warszawskiej w sierpniu 1920 roku oraz bohaterskiej kampanii wrześniowej 1939 roku. W jego przemówieniu dominował duch walki z bolszewikami i bolszewizmem. 

Po 100 latach o tym samym

Słuchając jego kolejnego wystąpienia i na jego podstawie próbując przypisać je do określonej osobowości znanej w psychologii, przyszła mi do głowy osobowość analna. Charakterystyczne cechy osobowości analnej skupiają się wokół uporu, uporządkowania i czystości. W jego wystąpieniu wyraźnie zauważalna jest tendencja do perseweracji polegającej na uporczywym powtarzaniu tych samych fraz, mimo zaniku wywołującej je przyczyny. Bo przecież od ponad 100 lat nie jesteśmy w trakcie wojny z bolszewikami!

[No, nie… byliśmy w 1945-49 czy trochę dalej, ale bojowników złapali i wymordowali. md].

Warto też zwrócić uwagę na jego zachowanie w trakcie tego wystąpienia. Na cykliczne przemieszczanie ciała z od lewej do prawej i z powrotem… Przez cały czas jego wystąpienia. I do tego eksponowanie garnituru śnieżno białego uzębienia.

Jak Macierewicz 

Reasumując, patrząc na przemawiającego prezydenta RP Karola Nawrockiego, dostrzegam uderzające podobieństwo do wystąpień i zachowań Antoniego Macierewicza. Obsesyjna, chorobliwa nienawiść do Rosji niczego dobrego Polsce nie wróży. Wręcz odwrotnie – jest zapowiedzią kolejnej klęski. Szanowny Panie Prezydencie, drugiego cudu nad Wisłą nie będzie! Pańskie tromtadrackie przemówienia są w złym stylu. Są słabe! Pozbawione są głębszej treści. Polacy nie chcą wojny z mocarstwem nuklearnym, jakim jest współczesna Rosja. 

Nadejdzie czas

Przyjdzie czas, że podobnie jak we wspomnianej na wstępie Korei Południowej w Polsce, pod nowymi rządami wprowadzone zostanie prawo, które pozwoli na osądzenie ludzi odpowiedzialnych za współcześnie prowadzoną politykę wpychającą Polaków w wojenną zawieruchę. Odpowiedzialnych za zniszczenie i grabież, której dopuściły się kolejne ekipy okrągłych stolarzy. 

Eugeniusz Zinkiewicz

CPN 2.0, czyli pytania o protezę

CPN 2.0, czyli pytania o protezę

Stało się. Po wielokrotnie pomnażanych w mediach społecznościowych apelach rząd Donalda Tuska zdecydował się na powtórne zastosowanie protezy blokującej wzrost cen paliw, czyli programu Ceny Paliwa Niżej.

CPN 2.0 ma potrwać kilkanaście dni, co samo w sobie jest już kpiną, bo przecież przyczyny wysokich cen paliw nie ustaną wraz z rozpoczęciem roku szkolnego. Będą trwały, gdy zaczniemy wozić nasze dzieci do szkoły. Do tego tym razem rząd zdecydował się jedynie na obniżkę VAT, nie ruszając akcyzy, a to oznacza, że od wczoraj płacimy za paliwa wprawdzie o złotówkę mniej, ale są to ceny nadal horrendalne, pomimo ustanowienia ich górnego limitu. 

Niekorzystne porównanie

Oczywiście, to wszystko wielomiliardowe koszty dla budżetu i wzrost jego deficytu. Gdy cztery lata temu poprzedni rząd wprowadzał program Tarczy Antyinflacyjnej, w szeregach ówczesnej opozycji z Koalicji Obywatelskiej podniósł się rejwach, że ekipa Mateusza Morawieckiego napędza inflację. Przypomnijmy, że w 2022 roku rząd zwolnił z podatku VAT artykuły spożywcze, zmniejszył stawkę VAT na paliwa z 23% do 8%, zredukował do minimum akceptowanego przez Unię Europejską podatek akcyzowy na paliwa. Do tego zdecydowano się na dotacje w wysokości 3000 złotych dla gospodarstw domowych używających pieców węglowych oraz zamrożono taryfy na energię elektryczną. Dzięki temu w 2022 roku w kieszeniach Polaków zostało 37 mld złotych, czyli połowa budżetu przeznaczanego na obronę narodową. 

Złe wieści 

Tymczasem CPN 2.0 to proteza, po której krótkotrwałym zastosowaniu będziemy mieli powrót z rozrywki. Ceny poszybują za kilkanaście dni znów w górę. Powrót z wakacji będzie dla Polaków niezwykle bolesny. Dlaczego? Bo realnie państwo polskie nie ma już pieniędzy. Nie powtórzy rozwiązań z 2022 roku, gdyż znalazło się w kryzysie, jak cała Europa. To kryzys, o którym media i politycy głównego nurtu wolą nie mówić. Ale od tego, że się go nie zauważa, z pewnością on nie minie. I premier Tusk boi się przy tym pewnych, narzucających się w sposób oczywisty pytań. Nikt przecież nie lubi być posłańcem złych wieści.

A wieści są jednoznaczne: mamy porażkę na trzech frontach jednocześnie. Mamy trzy deficyty: energetyczny, budżetowy i handlowy. Informuje o tym nie złośliwa opozycja, lecz analitycy międzynarodowi, na przykład w raporcie Allianz Trade. To właśnie jego eksperci wpisali Polskę na listę 11 najbardziej narażonych na kryzys w związku z blokadą Cieśniny Ormuz krajów świata. Wyliczyli spowolnienie wzrostu gospodarczego o 0,2 do 0,4 punkt procentowego, wzrost inflacji o 1,5 do 3,5% punktów procentowych, a do tego przekroczenie progu nadmiernego deficytu budżetowego dopuszczalnego w Unii Europejskiej. Czym zajmuje się Allianz Trade? To ubezpieczeniowy gigant, z którego usług korzystają również polskie firmy. Jego zadaniem jest zatem właściwą ocena ryzyka, bo to właśnie od niej zależą stawki ubezpieczeniowe, na przykład w przypadku ubezpieczanych transakcji handlowych. Analitycy takich korporacji muszą zatem dobrze liczyć pieniądze. 

Front energetyczny

W 2025 roku Polska zapłaciła za surowce energetyczne i paliwo około 104 mld złotych, w tym 51 mld dolarów za ropę naftową i 30 mld złotych za gaz oraz 0,8 mld złotych za węgiel. W ciągu niecałej dekady zależność Polski od importu surowców energetycznych wzrosła z 29% (2014) do 46% (2024). Przy czym nie ma tu mowy o żadnej dywersyfikacji – uzależniliśmy się od kilku kierunków dostaw. Ponad połowa ropy naftowej pochodzi z Arabii Saudyjskiej, która od maja wprowadziła swoistą dodatkową marżę „wojenną” w wysokości 27 dolarów za baryłkę Brent.

Saudyjski gigant Saudi Aramco w 2022 roku podpisał z Orlenem umowę na dostawy około 45% (400 tys. baryłek na dobę) zapotrzebowania należących do niego rafinerii. Jednocześnie Saudyjczycy wykupili 30% udziałów w Rafinerii Gdańskiej. 75% gazu skroplonego pochodzi natomiast ze Stanów Zjednoczonych. Terminal LNG w Świnoujściu przyjął w ubiegłym roku 81 transportów gazu skroplonego, z czego 62 to gaz od amerykańskich korporacji. Drugim dostawcą LNG do Polski jest natomiast Katar. Z uwagi na wojnę w Zatoce Perskiej i blokadę Cieśniny Ormuz katarski surowiec nie dociera do Europy od 16 lipca i zapewne zawieszenie transportów obowiązywać będzie przynajmniej do końca września. 

Front handlowy

Kryzys dodatkowo pogłębia osłabianie się naszej waluty. Wyraźny spadek złotego miał miejsce w lipcu. Złożyły się na niego różne przyczyny, ale przede wszystkim sytuacja geopolityczna zwiększająca ryzyko deficytu z pierwszego wspomnianego frontu, czyli energetycznego. Poza tym doszły do tego zapowiadane ruchy Narodowego Banku Polskiego i Rady Polityki Pieniężnej. Mają one polegać na zmniejszeniu stóp procentowych w sytuacji, w której banki centralne UE oraz Stanów Zjednoczonych (złoty uzależniony jest od kondycji dolara i euro) zmierzają w odwrotnym kierunku. „W ostatnich tygodniach złoty pozostawał pod presją rosnących oczekiwań na obniżki stóp NBP, przy jednoczesnym utrzymywaniu się wycen zacieśniania polityki pieniężnej przez EBC i Fed. Zawężenie oczekiwanego dyferencjału stóp ograniczało atrakcyjność PLN w strategiach carry trade. Dodatkowo w ostatnich dniach krajowej walucie ciążyły pogorszenie sytuacji geopolitycznej na Bliskim Wschodzie i towarzyszący mu wzrost awersji do ryzyka oraz wyższe ceny ropy”napisał niedawno analityk banku PKO BP Andrzej Kiedrowicz. Tani złoty byłby błogosławieństwem dla polskich eksporterów, gdyby nie fakt, że ich działalność uzależniona jest od cen importowanych surowców.

Front budżetowy 

Deficyt budżetowy na ten i przyszły rok zakłada się na poziomie 6,8% PKB. To właśnie ta dziura budżetowa pozwalała na dotowanie cen energii elektrycznej dla gospodarstw domowych i odbiorców indywidualnych, a także wspomniany program CPN i najnowszy CPN 2.0, o którym wyżej wspomniano. Ceny prądu elektrycznego nadal mamy nieco niższe od tych w Niemczech czy Włoszech, ale to dzięki generacji prądu z węgla kamiennego. Ta jest jednak – zgodnie z żądaniami Brukseli – całkowicie likwidowana (najnowszym przykładem jest właśnie dokonywane wygaszenie bloków węglowych Zespołu Elektrowni Dolna Odra).

Zamknięty krąg

Czy rząd w jakikolwiek sposób rozwiązuje wspomniane, splecione ze sobą wzajemnie problemy na owych trzech frontach? W zasadzie je dodatkowo pogłębia. Deficyt energetyczny pogłębia deficyt handlowy, subsydiowanie paliw i energii elektrycznej – pogarsza sytuację budżetową, zaś słabnąca waluta jeszcze bardziej nakręca tendencję inflacyjną. Można w tej sytuacji podnieść tylko podatki. Zwiększono podatek CIT dla banków z 19% do 30%, ale już na podwyższenie o 15% akcyzy na alkohol nie zgodził się prezydent, wetując proponowane przepisy.

Pieniędzy z Brukseli żadnych nie dostaniemy, bo już teraz uruchomiono wobec Polski procedurę nadmiernego deficytu i UE żąda od nas działań na rzecz konsolidacji budżetu. W marcu 2023 roku, jeszcze przed wyborami parlamentarnymi, które dały obecnej koalicji władzę, Tusk stwierdził w jednym z wywiadów: „dzisiaj najdroższym klientem socjalnym władzy jest ta władza… po raz pierwszy od 1989 roku mamy władzę, która wydaje na siebie tyle pieniędzy, że ma to wpływ na procesy makroekonomiczne, takie jak inflacja”. Niewiele się pod tym względem pod jego rządami zmieniło. 

Pytanie o dotrzymywanie słowa

Od 1 kwietnia 2024 roku obecny rząd zrezygnował z zerowej stawki podatku VAT na podstawowe produkty żywnościowe. Gdy kilka tygodni wcześniej Donald Tusk informował na konferencji prasowej, że żywność obciążona będzie VATem na poziomie 5%, zaznaczył: „możemy wrócić w każdej chwili do stawki zerowej, jeśli będą powody do takiego rozwiązania”. W ciągu roku paliwa zdrożały o około 16%. Za wzrostem ich cen idą również wzrosty cen artykułów spożywczych. Na co zatem czeka polski rząd? Czy nie zaistniały okoliczności, które uzasadniają spełnienie przez Donalda Tuska jego obietnicy sprzed ponad dwóch lat? 

Rzeczywistość a obietnice

Zamiast deklaracji trzymania cen i kosztów życia nas wszystkich w ryzach mamy krzyczące fakty. W ciągu roku paliwa podrożały o 15,8%, a tylko w ciągu kilku tygodni lipca aż o 13,9%. Rząd jeszcze niedawno szczycił się niską inflacją, podkreślając w grudniu ubiegłego roku, że jej wzrost wyhamowano do zaledwie 2,4%. Latem tego roku wróciła ona do 3%, zaś analitycy finansowi spodziewają się, że pod koniec roku powróci do wskaźników na poziomie 3,5-4%. Jej motorem napędowym będą rosnące ceny żywności, a te z kolei to przede wszystkim efekt szalejącej drożyzny na rynku paliwowym (cena każdego produktu to przecież również koszty logistyki, przede wszystkim oparte na cenie oleju napędowego), ale także kryzysu na rynku nawozowym oraz niskiego tegorocznego urodzaju. Zresztą wspomniane nawozy mają te same źródła kryzysu co i paliwa; około 30% światowego eksportu nawozów sztucznych trafia na rynki przez Cieśninę Ormuz. Natomiast produkcja własnych nawozów azotowych uzależniona jest od cen importowanego gazu. 

Dlaczego nie będzie taniej

Wbrew obietnicom, na pomoc ze strony rządu liczyć nie możemy. Państwo wyczerpało swe możliwości finansowe w ciągu ostatnich kilku lat i dodatkowo wpadło w niebezpieczną spiralę zadłużenia. Każda interwencja to (rządowi politycy mają rację) miliardy złotych mniej, czyli jeszcze większy deficyt. Polski już na to nie stać. Rząd milczy na temat ewentualnych pomysłów ulżenia doli zwykłych obywateli, bo tych pomysłów już najzwyczajniej w świecie nie ma. Wybory w przyszłym roku, więc pewnie jeszcze będziemy mieli do czynienia z zastosowaniem kilku krótkotrwałych protez w rodzaju CPN 2.0. Ale chwile wytchnienia to nic w porównaniu z zapaścią finansową, jaka czeka większość polskich rodzin. Lepiej już było. Teraz czas, by było coraz gorzej. To konsekwencje lat błędnej polityki i fałszywych paradygmatów. 

Mateusz Piskorski

Relacja z Dominikańskiego Tygodnia Duchowości

Relacja z Dominikańskiego Tygodnia Duchowości

Wierni przyjmują pas św. Tomasza – tradycyjny symbol i sakramentalium związane z cnotą czystości

Tegoroczny Dominikański Tydzień Duchowości został zainaugurowany Mszą św. odprawioną późnym popołudniem w niedzielę 26 lipca. Choć bardzo nam zależało, żeby być na tych rekolekcjach od samego początku, ja i moja rodzina – z przyczyn całkowicie od nas niezależnych – dotarliśmy na miejsce z opóźnieniem i dołączyliśmy do uczestników dopiero następnego dnia. Był to dla nas wyjazd wyjątkowy, ponieważ przyjechaliśmy tutaj po raz drugi, żeby ponownie zanurzyć się w tej niezwykłej atmosferze skupienia i modlitwy. Rekolekcje, zorganizowane w urokliwym ośrodku „Marysieńka” w Lewinie Kłodzkim w ramach apostolatu Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, zgromadziły wielu wiernych, w tym rodziny z dziećmi. Tym razem tematyka konferencji dotyczyła samych fundamentów naszego codziennego życia. Przez kilka dni mieliśmy okazję zapoznać się z pogłębioną analizą przyczyn ludzkiego działania.

Zgodnie z zapowiedzią, codzienny program obejmował dwie konferencje i wieczorne spotkanie przeznaczone na wymianę spostrzeżeń i zadawanie pytań. Naszymi przewodnikami byli w tym roku o. Tomasz de la Blanchardière, znany w Polsce kapłan ze wspólnoty Matki Bożej Różańcowej we Francji, i o. Wojciech Gołaski. Z niezwykłą precyzją wykładali nam naukę Doktora Powszechnego – św. Tomasza z Akwinu. Zamiast powierzchownego omawiania szczegółowych nakazów i zakazów moralnych, prelegenci skupili się na źródłach ludzkiego działania na poziomie przyrodzonym i nadprzyrodzonym. Kluczowym pojęciem, które przewijało się w trakcie wszystkich konferencji i głęboko zapadało w pamięć, był „cel ostateczny” oraz czyny jako środki, które do niego przybliżają lub od niego oddalają.

Porządek dnia, precyzyjnie odmierzany modlitwą, wspólnymi posiłkami i czasem na spacery i rozmowy, pozwalał w praktyce realizować hasło „treningu trzeźwego myślenia”. W czasie, gdy dzieci spędzały czas na zabawie i nauce, dorośli mogli w pełni skupić się na programie. Msza św. (w tradycyjnym rycie rzymskim lub dominikańskim) o godzinie 12:15 stanowiła punkt kulminacyjny każdego dnia, rzucając światło łaski na trudne zagadnienia poruszane podczas wykładów. Istotnym, choć wymagającym elementem rekolekcji, było wyciszenie i praktykowanie milczenia, które pomogło mi uciec od zgiełku współczesnego świata i spokojnie przetrawić usłyszane nauki. Rekolekcje zakończyły się w niedzielę 2 sierpnia poranną Mszą św. i pożegnalnym śniadaniem.

Cel ostateczny i ludzkie działanie w świetle nauk św. Tomasza

Dla mnie, jako dla osoby codziennie zmagającej się z moralnymi dylematami w pracy i życiu rodzinnym, tegoroczny Dominikański Tydzień Duchowości okazał się intelektualnym i duchowym przełomem. Oo. Tomasz i Wojciech wykonali tytaniczną pracę, w prosty, ale trafiający do wyobraźni sposób tłumacząc nam myśli św. Tomasza z Akwinu.

Duchowym fundamentem i drogowskazem całego tygodnia stało się motto rekolekcji: Omnes vires humanae natae sunt obedire rationi, co w tłumaczeniu na język polski znaczy „Wszystkie ludzkie siły są zrodzone do tego, żeby słuchać rozumu”. Ta głęboka myśl św. Tomasza z Akwinu idealnie streszczała każdą wygłoszoną konferencję. Ojcowie szczegółowo omówili jej znaczenie, rozbijając ją na czynniki pierwsze – choć sama w sobie jest ona intuicyjnie zrozumiała. Współczesny świat uczy nas czegoś zupełnie przeciwnego – każe nam iść za głosem emocji, instynktów i chwilowych zachcianek, czyniąc z rozumu jedynie niewolnika, który ma te zachcianki usprawiedliwić. Akwinata przypomina nam o właściwej, Bożej hierarchii władz duchowych człowieka. Nasze niższe władze – emocje, popędy i zmysły (czyli owe „siły ludzkie”) – nie są złe same w sobie, ale potrzebują kierownictwa. Zostały stworzone tak, aby podlegać osądowi rozumu oświeconego wiarą.

Niezwykle otrzeźwiające były wykłady o fundamentalnych zasadach oceny moralnej czynów ludzkich. Ojcowie precyzyjnie wyłożyli cztery tomistyczne kryteria, na podstawie których bada się każdy akt. Słuchając tych analiz, nasunęło mi się pytanie: któż z nas w dzisiejszym świecie zadaje sobie trud, aby w oparciu o te surowe, obiektywne prawidła dokonać oceny swoich codziennych czynów? Żyjemy w czasach płynnego relatywizmu, gdzie moralność redukuje się do sformułowań typu: „czuję, że to dobre” albo „nie miałem złych intencji”. Konferencje uzmysłowiły mi, jak rzadko w pędzie codzienności zastanawiamy się nad najgłębszymi motywami swoich wyborów. Zrozumiałem, że kiedy pozwalam, aby emocje i chaos rządziły rozumem, rezygnuję z prawdziwej wolności, którą dał mi Bóg. Moralność katolicka to nie zestaw oderwanych od rzeczywistości, sztywnych zakazów i nakazów, ale logiczna i pełna mądrości konstrukcja. Wyjechałem z Lewina ze znacznie większym poczuciem odpowiedzialności za swoje codzienne, nawet najmniej istotne decyzje.

Cnoty nabyte i wlane – osobiste owoce rekolekcji

Będąc w Lewinie Kłodzkim po raz drugi, wiedziałem już, że tutejsze wykłady wymagają ogromnego skupienia. Rzeczywiście, tematyka dotycząca zagadnienia władz duchowych – rozumu i woli – była wyzwaniem intelektualnym, które w drugiej części tygodnia ewoluowało w fascynujący traktat o łasce, cnotach, darach Ducha Świętego, ich owocach i błogosławieństwach.

Niezwykle poruszyło mnie ukazanie roli cnót kardynalnych. Ojcowie uświadomili mi, że nie są to odizolowane sprawności, ale fundamenty realnie obecne i przenikające absolutnie wszystkie pozostałe cnoty szczegółowe. Kluczem do zrozumienia dynamiki chrześcijańskiego życia okazał się jednak podział na cnoty nabyte oraz wlane i ich wzajemne relacje. Dowiedziałem się, że o ile cnoty nabyte wypracowujemy własnym, żmudnym wysiłkiem i powtarzaniem dobrych uczynków, o tyle cnoty wlane są darem Boga, który bezpośrednio uzdalnia nas do działań nakierowanych na nasz nadprzyrodzony cel ostateczny.

Prelegenci genialnie wyłożyli tomistyczną „zasadę środka” (virtus stat in medio), która definiuje cnotę jako właściwy środek między dwoma skrajnymi błędami – nadmiarem i niedomiarem. To właśnie ta zasada całkowicie otworzyła mi oczy na fundamentalną i niezastąpioną rolę życia sakramentalnego. O ile bowiem w cnotach nabytych ten „środek” wyznaczamy miarą ludzkiego rozumu, o tyle w cnotach wlanych – takich jak wiara, nadzieja czy miłość Boga – miarą staje się sam Bóg. Bez regularnego przystępowania do sakramentów, bez spowiedzi i bez karmienia się Chrystusem we Mszy św., ludzka natura szybko wypacza ten właściwy porządek, popadając w skrajności.

W świecie, który bezustannie nam wmawia, że jesteśmy tylko niewolnikami swoich popędów, nawyków i emocji, tak jasny wywód zaowocował we mnie poczuciem wielkiej wolności wewnętrznej. Podczas popołudniowych spacerów i w cennych chwilach zalecanego milczenia mogłem wreszcie spokojnie przeanalizować, jak moje działanie musi współpracować z Bożą łaską. Te rekolekcje położyły solidny, racjonalny i głęboki fundament pod dalszy rozwój duchowy całej mojej rodziny.

Wierni przyjmują pas św. Tomasza – tradycyjny symbol i sakramentalium związane z cnotą czystości

Idiota? Wykastrował się. Do psychiatryka, a rzeźnika do pierdla.

Słynny polski genderysta wykastrował się

magnapolonia.org/genderysta-z-polski-wykastrowal-sie

Aktywista dewiacyjny Marek Minakowski, który w czerwcu „edukował” dzieci w szkole podstawowej we Wrocławiu, kilka dni temu wykastrował się, odcinając swojego penisa. [Jaja, synku.. md]. Dokonał tego, aby -jak twierdzi- dokończyć proces „tranzycji” w celu stania się „kobietą”. Czy stał się płcią piękną? Nie bardzo.

Słynny polski genderysta wykastrował się. Postępami tzw. „tranzycji” Minakowski regularnie chwali się w mediach społecznościowych, publikując zdjęcia i wpisy zawierające m.in.liczne bluźnierstwa, w których porównuje się do Matki Bożej i twierdzi, że jego ciało „zmartwychwstało” po kastracji.

Temat wiary i „zmieniania płci” ten regularnie pojawia się w jego mediach społecznościowych, gdzie publikuje informacje dotyczące zmian wyglądu, leczenia hormonalnego oraz planowanych zabiegów medycznych.

W ostatnich miesiącach Minakowski informował również o przygotowaniach do kolejnej operacji. W lipcu 2026 roku podał, że planowany zabieg ma kosztować około 54 tys. zł i ma stanowić kolejny etap „procesu tranzycji”. [Przecie obcięcie jajek zrobi chętnie wiejski rzeźnik od szlachtowania świń. Za butelkę bimbru. MD]

Według informacji opublikowanych przez genderystę planowana operacja ma obejmować usunięcie męskich narządów płciowych oraz stworzenie atrapy żeńskich. Minakowski deklarował, że operacja nie będzie finansowana ze środków publicznych. Podał również jej przewidywany koszt oraz informował o sposobach gromadzenia środków na zabieg.

Marek Minakowski od dłuższego czasu publicznie dokumentuje kolejne etapy swojej tranzycji. W swoich wypowiedziach porusza kwestie związane z wyglądem, leczeniem hormonalnym, zmianą danych oraz planowanymi zabiegami chirurgicznymi..

Tzw. tranzycja pozostaje przedmiotem poważnego sporu społecznego i politycznego. Jej zwolennicy wskazują na możliwość dostosowania funkcjonowania i wyglądu ciała do odczuwanej „tożsamości płciowej”. Przeciwnicy zwracają uwagę na nieodwracalność części procedur, możliwość wystąpienia powikłań oraz potrzebę szczególnie ostrożnej oceny decyzji dotyczących osób małoletnich. Wskazują też na oczywiste fakty – ktoś, kto urodził się mężczyzną, nigdy nie będzie kobietą.

W ostatnich latach temat „zmiany płci”  coraz częściej pojawia się w życiu publicznym za sprawą znanych osób ze świata kultury i mediów. Jednym z najbardziej rozpoznawalnych przykładów są amerykańscy reżyserzy Larry i Andy Wachowski, twórcy m.in. serii „Matrix”. Obaj w różnych okresach życia publicznie poinformowali o swojej „transpłciowej tożsamości” i obecnie funkcjonują jako Lana i Lilly Wachowski.

Ich przypadek stał się jednym z najbardziej znanych przykładów osób związanych z przemysłem filmowym, które publicznie podjęły temat „zmiany płci”. Dzięki modzie na „tranzycję” wiele innych, znanych osób dokonało kastracji i kuracji hormonalnych u siebie, lub u swoich dzieci.

Warto pamiętać, że opłacenie nawet najbardziej rozległych zabiegów chirurgicznych i zjedzenie wagonu tabletek nie spowoduje zmiany płci człowieka. Operacja może zmienić wygląd oraz część cech anatomicznych ciała, natomiast nie zmienia genomu, a także nie powoduje odtworzenia całego układu biologicznego charakterystycznego dla płci przeciwnej.

Z tego względu określenie takich zabiegów jako dosłownej „zmiany płci” jest kwestionowane przez lekarzy, biologów i komentatorów, którzy nie zostali przekupieni przez skrajnie lewicowe media i organizacje dewiacyjne.

Fachowcy wskazują, że nie mamy tu do czynienia ze zmianą płci, ale raczej z medyczną i społeczną modyfikacją określonych cech płciowych.

NASZ KOMENTARZ: Decyzja o auto-kastracji i truciu się hormonami dowodzi postępującej choroby psychicznej u każdej osoby, która się na to decyduje. Kwestia związku między „dysforią płciową” a zdrowiem psychicznym jest przedmiotem osobliwej debaty medycznej i naukowej. Niestety, debata ta skażona jest aktywizmem oraz lobbingiem potężnych, lewicowych macherów, których celem jest niszczenie społeczeństw, głównie dzieci.

Tego typu zabiegi, nawet prywatnie wykonywane, powinny być w Polsce zakazane, tak samo jak niepotrzebne amputacje kończyn. Powinny być traktowane jako niedopuszczalne samookaleczanie się.

Dugin o tchórzliwym Vučić’u i ucieczce sztucznych inteligencji z “piaskownicy”

Dugin o tchórzliwym Vučić’u i ucieczce sztucznych inteligencji z “piaskownicy”

Date: 17 agosto 2026 Author: Uczta Baltazara babylonianempire/o-tchorzliwym-vucicu-i-ucieczce-sztucznych-inteligencji-z-piaskownicy

Kiedy polityka i maszyny odmawiają pozostania na ich miejscu

Alexander Dugin wydaje druzgocący werdykt w sprawie niebezpiecznego zwrotu Serbii, nadchodzącego załamania energetycznego Europy i nieodwracalnego momentu, w którym sztuczna inteligencja zerwała łańcuch i zaczęła zachowywać się podobnie jak my, tyle że bez sumienia.

Rozmowa z Alexandrem Duginem w programie telewizji Sputnik “Eskalacja”:

Prowadzący wywiad: Zacznijmy od bardzo napiętej sytuacji, która wstrząsnęła opinią publiczną na kilku frontach – zarówno w świecie rosyjskim, jak i w szerszym słowiańskim. Zełenski przyjechał do Serbii. To jego pierwsza wizyta w Belgradzie w obecnym charakterze. Odbyły się wydarzenia z udziałem prezydenta Serbii, otwierana jest fabryka dronów w Serbii i mówiło się o możliwym udziale reżimu kijowskiego w tej dziedzinie. I oczywiście w sieci szeroko rozeszło się wideo, w którym niemiecki dziennikarz – wybaczcie to sformułowanie – pyta, co Europejczycy mogą zrobić, aby zabić więcej Rosjan (poprawił się na “rosyjskich żołnierzy”, ale tak to zabrzmiało). Chciałbym usłyszeć Pańskie przemyślenia zarówno na temat całej wizyty, jak i konkretnych punktów z nią związanych.

Alexander Dugin: Jeśli umieścimy ten epizod w kontekście naszych problemów w całej przestrzeni poradzieckiej – z Armenią czy innymi byłymi republikami radzieckimi – wpisuje się on w ten sam schemat. Długoletnie, inercyjne więzi, tradycyjna przyjaźń między Rosją a Serbią, która kiedyś wydawała się niezachwiana, teraz się kruszą i jest to bolesne. Głęboko kocham naród serbski; zainwestowałem wiele z siebie w Serbię i w rozwój naszych stosunków. Dla mnie to głęboki szok. Serbowie zdawali się być narodem, który kochał nas, gdy nikt inny tego nie robił, i który nas nie zdradził, gdy wszyscy inni to zrobili.

To, co robi Vučić – a problem dotyczy konkretnie jego – nie jest nowe. Próbuje utrzymać nogę w dwóch obozach: jednej w Europie, drugiej w serbskim ruchu patriotycznym i prorosyjskim. Wygląda na to, że ma więcej niż dwie nogi, jakoś balansując między proeuropejskim, globalistycznym kursem a próbami zadowolenia wszystkich. Ponieważ sprawuje władzę od dawna, pomimo wewnętrznych niepokojów i opozycji, takie podejście funkcjonowało. Niestety, gdy obserwuje się politykę zagraniczną, trzeba przyznać, że nawet zwykli oportunistyczni politycy, którzy utrzymują się przy władzy przez lata, w końcu potwierdzają cyniczną tezę Machiavellego: główną miarą władcy nie jest moralność, ale to, jak długo utrzymuje się na stanowisku.

Vučić manewruje na samej krawędzi, zdradzając kogo się da, a potem cofa się o krok. Ta lisia polityka próby zadowolenia obu stron przynosi mu rezultaty, ale mocno uderza w idealistów – tych Serbów, którzy kochają Rosję szczerze, a nie z wygody, oraz tych Rosjan, którzy czują głębokie historyczne przywiązanie do Serbów. W końcu to dla Serbów, z lojalności wobec naszych prawosławnych braci na Bałkanach, przystąpiliśmy do I wojny światowej i straciliśmy imperium. Serbowie kiedyś traktowali nas w ten sam sposób. Zachowanie Vučicia rani zatem idealistyczny wymiar polityki, którego nigdy nie wolno lekceważyć.

Realna polityka zawsze balansuje gdzieś między idealizmem a czystym oportunizmem – kompromisem między szczerością a cynizmem. Czyste zło jest rzadkie; nawet Trump doszedł do władzy owinięty odpowiednimi hasłami, by później rozczarować lepszą część amerykańskiego społeczeństwa. Geopolityka zawsze balansuje na tej krawędzi. Ale Vučić osiągnął teraz punkt, za którym jego działania zaczynają przeczyć zarówno głębszym aspiracjom narodu serbskiego, jak i naszym wzajemnym relacjom.

Przyjmując terrorystę Zełenskiego i mówiąc o tworzeniu i rozwijaniu dronów po to, by nas zabijać – czego nigdy wcześniej tak otwarcie nie robił – Vučić zbliżył się do czerwonej linii. Jeszcze jej całkowicie nie przekroczył, bo natychmiast się wycofał, przeznaczając fundusze i oświadczając, że “Rosji się wiedzie dobrze” i tak dalej, aby nie zostać źle zrozumianym. Jednak stoi w niebezpiecznej bliskości tej linii. A ponieważ nie reagujemy na czerwone linie z wielką szybkością – wierzę, że wyciągnęliśmy niezbędne wnioski, ale się nie spieszymy, woląc zostawić pole do odwrotu – traktujemy naszych innych partnerów w ten sam sposób.

Rezultaty są ograniczone. Wybaczamy tym, którzy nas obrażają i rzucają nam wyzwanie, w nadziei, że opamiętają się. Rzadko to robią. Częściej dochodzą do wniosku, że czerwone linie można po prostu przesunąć dalej, i podejmują kolejny bezczelny krok. Jednocześnie mamy niewiele środków nacisku, aby ukarać Vučicia. Nie zamierzamy przecież wspierać prozachodnich ruchów finansowanych przez Sorosa, aby go usunąć; to byłoby jeszcze gorsze. Więc my również jesteśmy zmuszeni manewrować w tej pośredniej przestrzeni.

Jestem idealistą i filozofem; wiodę życie kontemplacyjne – bios theoretikos, jak mawiali starożytni. Dlatego widzę tę sytuację ze szczególną surowością. Ta niejasność, ciągłe wahania, taniec oportunistów, pragmatyków i technologów politycznych, po prostu mnie irytuje. Patrzę na to przez pryzmat słów Ewangelii: niech wasze “tak” będzie “tak”, a “nie” – “nie”. Jeśli jesteście z Rosjanami, to bądźcie z Rosjanami – cierpcie z nami i dzielcie nasze trudy. Przychodzimy z pomocą innym nie dla zysku, ale dlatego, że jesteśmy ludźmi zasad.

Wierzę, że nasz prezydent działa właśnie w tym duchu. Bolesne jest dla niego również obserwowanie ciągłych wahań tych małych, niepewnych postaci. Jaki wniosek wyciągam? – Musimy sformułować nasz maksymalny program – idealistyczne ramy rosyjskiej polityki. Musimy jasno powiedzieć wszystkim – tym, którzy są już z nami, tym, którzy mogą do nas dołączyć, wahającym się i naszym wrogom – jak widzimy świat, Europę, globalne bezpieczeństwo i wielobiegunowość. Nie potrzebujemy pragmatycznego podejścia polegającego na wywieraniu niewielkiej presji, a następnie wycofywaniu się, grożeniu i pozwalaniu, by napięcie samoistnie opadło (takie podejście przyjęliśmy zarówno w stosunku do Paszyniana, jak i do Vučicia).

Zamiast tego powinniśmy ogłosić nasz cel po nieuniknionym zwycięstwie – nawet jeśli ceną będzie całkowite zniszczenie ukraińskiej gospodarki i przemysłu zbrojeniowego. Już rozpoczęliśmy ten proces, porzucając półśrodki i zaczynając walczyć na poważnie. Zatrzymamy się dopiero, gdy będziemy pewni, że nasze zwycięstwo jest nieodwracalne, a do tego czasu Rosja sama stanie się innym krajem. Warto byłoby przedstawić teraz, aby wszyscy usłyszeli, naszą wizję przyszłości.

Być może powinniśmy wydać jasną deklarację tego, co czeka naszych wrogów i przyjaciół po zwycięstwie. Nasi przyjaciele otrzymaliby na przykład Kosowo, wolną Europę Wschodnią wyzwoloną spod okupacji NATO i gotową służyć jako strefa buforowa; wolną Ukrainę w ramach jednego wschodniosłowiańskiego państwa; prawdziwą integrację przestrzeni poradzieckiej dla dobra wszystkich jej narodów, z gwarantowaną suwerennością i ochroną nuklearną dla każdego.

Tym, którzy bez wahania stanęli po naszej stronie – w tym Korei Północnej – wyrażylibyśmy najgłębszą wdzięczność i zrobilibyśmy wszystko, co w naszej mocy, dla ludzi, którzy poświęcili się w tej wojnie. Chinom spłacilibyśmy dług z nawiązką, pamiętając jednak o ich wcześniejszych wahaniach. Iran, który wykazał się prawdziwą odwagą, wspieralibyśmy i hojnie wynagradzalibyśmy. Zaproponowalibyśmy inną wizję świata – wielobiegunowego i sprawiedliwego – w którym wielka Rosja stanie się gwarantem wolności i suwerenności każdego regionu naszej planety w obliczu zachodniej hegemonii.

Jeśli chodzi o Zachód, odpłacilibyśmy mu trzykrotnie: doprowadzilibyśmy europejską gospodarkę do załamania i ograniczyli wpływy amerykańskie do ich własnych granic. Niech zajmą się swoimi sprawami; mają Kanadę i Stany Zjednoczone i to powinno im wystarczyć. Resztę wyzwolilibyśmy: Meksyk, Kolumbię, Wenezuelę, Argentynę. Zdaję sobie sprawę, że wielu powie, iż celujemy zbyt wysoko. Jednak nie raz w naszej historii celowaliśmy wysoko i poprzez wielki wysiłek osiągaliśmy to, co zamierzaliśmy. Rosyjskie słowa powinny być brane na poważnie.

Gdybyśmy opracowali taki maksymalny program polityki zagranicznej – komu będziemy pomagać, komu będziemy dziękować, kogo ukarzemy, jaki porządek zaprowadzimy w Europie zredukowanej do jej naturalnych proporcji oraz co zaoferujemy Stanom Zjednoczonym, gdy poniosą klęskę, do której dążymy – wówczas wszystko stałoby się jasne i moglibyśmy działać w oparciu o te podstawy. Obecnie niektórym dajemy dwadzieścia lat, innym dziesięć; jednym grozimy, a innych wspieramy. Nasze zachęty i groźby powinniśmy kształtować w oparciu o politykę proaktywną, a nie reaktywną. Zapewniam was, że zmieniłby się cały obraz sytuacji.

Wielu zakłada, że gramy w tę samą krótkowzroczną grę, co ci drobni politycy chwili. Ale Rosja jest wielkim krajem – krajem długiego czasu, rozległej przestrzeni i wielkich cykli historycznych. Jesteśmy narodem zdolnym do realizacji celu przez stulecia, a nie tylko przez jedną czy dwie kadencje prezydenckie. Myślimy w kategoriach wieków i w najpoważniejszych kategoriach. Dziś zauważalny jest brak jakiejkolwiek deklaracji naszej wizji przyszłego świata. Może się ona wydawać nierealna do osiągnięcia teraz, a nawet w średnim okresie, ale jeśli ustanowimy ten standard i ten cel, będziemy konsekwentnie do niego dążyć. Wtedy każdy Vučić, Paszynian, Maia Sandu czy ktokolwiek inny zastanowi się sto razy, zanim sprawdzi naszą determinację i przekroczy czerwone linie, ponieważ takie akty są pluciem nam w twarz.

Tą wizytą Zełenskiego i dopuszczeniem do mówienia o tym, ilu jeszcze Rosjan można zabić, Vučić plunął nam w twarz. Zdradził zarówno rosyjsko-serbską przyjaźń, jak i własne interesy Serbii. Oczywiście nie możemy działać impulsywnie ani szukać spontanicznej zemsty, aby nie grać na rękę naszym wrogom i wrogom narodu serbskiego. Nie jesteśmy awanturnikami.

Jednak potrzeba poważnej globalnej polityki i wielkoskalowej wizji naszej przyszłości stała się pilna. Zbyt często żyjemy dziś historycznymi wspomnieniami: pomogliśmy Serbom w I wojnie światowej, wyzwalaliśmy innych w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. To wszystko prawda i cenne, ale to przeszłość. Pamięć blaknie, a ludzie pytają: “Tak, to się wydarzyło – ale co czeka nas jutro?” Brakuje nam współczesnej rosyjskiej skali wyobraźni.

Znany egipski dziennikarz imieniem Amr, który przeprowadza ze mną wywiady od wielu lat, niedawno zauważył, że stanowiska Dugina stają się bardziej radykalne, a im trudniejsza staje się bezpośrednia sytuacja Rosji, tym bardziej rośnie apetyt naszej globalnej wizji. Ma całkowitą rację. Nie możemy wychodzić z kalkulacji chwili. Nasze planowanie musi odbywać się w skali stulecia. Musimy widzieć głębię procesów historycznych.

Dopiero wtedy znajdziemy właściwy ton do rozmów z najbardziej różnorodnymi elitami – neutralnymi, wrogimi, pomocnymi lub niezdecydowanymi. Powinniśmy im otwarcie powiedzieć: “Jeśli będziecie kontynuować tę niejednoznaczną politykę, to po naszym zwycięstwie – a zwycięstwo nadejdzie – postąpimy w taki a taki sposób”. Gdy nasze maksymalne stanowisko zostanie jasno określone, zaczniemy osiągać rezultaty już teraz.

Będzie oczywiście wielu specjalistów od kompromisów, ale najpierw musimy mieć odwagę, by opisać ten większy obraz wielobiegunowego, sprawiedliwego świata wolnego od zachodniej hegemonii – świata, którego potrzebuje Rosja. Nie powinniśmy bać się powiedzieć, że warunkiem tego świata jest nasze zwycięstwo na Ukrainie i globalne zwycięstwo nad zachodnią hegemonią. Przygotowujemy się do tego i będziemy kontynuować w tym kierunku tak długo, jak będzie to konieczne. Niech każda strona zdecyduje i ogłosi swoje “tak” lub “nie”. Ta wewnętrzna determinacja jest w stanie przekształcić całą naszą politykę zagraniczną.

Prowadzący: Niewiele można dodać, ponieważ zamierzałem zapytać, czy sami Serbowie mogli oczekiwać więcej od Rosji pięć, dziesięć, dwadzieścia czy dwadzieścia pięć lat temu. W zasadzie zamknął Pan to pytanie, nalegając na potrzebę jasnego określenia naszych wytycznych dla wszystkich. Proszę pozwolić więc, że przejdę do inicjatywy Turcji. Turcja zaproponowała rozejm na Morzu Czarnym i moratorium na ataki na żeglugę handlową. To dziwna propozycja, biorąc pod uwagę, że wszyscy wiedzą, kto atakuje statki, a Ankara zwraca się do reżimu kijowskiego i Rosji tak, jakby były równorzędnymi partnerami – to ze strony ministra spraw zagranicznych Hakana Fidana. Jak powinniśmy postępować z Turcją? – To kraj, który siedzi nie na dwóch krzesłach, ale na osiemnastu, i jak dotąd czerpie dywidendy z każdego z nich.

Alexander Dugin: To dokładnie to samo zjawisko, o którym rozmawialiśmy – ta sama gra równowagi na małą skalę. Turcja jest naszym partnerem; to wielki naród euroazjatycki, pod wieloma względami nastawiony przeciwko Zachodowi. Jednak jej polityka rok po roku opiera się na starannym utrzymywaniu równowagi. Turcy mówią: zawrzyjmy rozejm i zaprzestańmy ataków. Nasza odpowiedź powinna brzmieć: sami zdecydujemy, co należy zrobić na Morzu Czarnym i na terytorium Ukrainy. Najpierw je wyzwolimy i zrobimy wszystko, co konieczne dla zwycięstwa; dopiero potem omówimy inne kwestie.

Nie róbmy tego teraz; odłóżmy na później wszelkie tego rodzaju apele. Działamy w sposób całkowicie symetryczny: odcinamy Ukrainę od morza, sprawiając, że Odessa przestaje funkcjonować jako port, i dbając o to, by żaden statek ani żaden ładunek do niej nie dotarł. Postępujemy słusznie, niezależnie od próśb ze strony tureckich lub zachodnich rozmówców. W chwili, gdy przejmujemy inicjatywę i zaczynamy wygrywać, pojawiają się oni z wezwaniami, by przestać, poczekać, nie wykorzystywać naszej przewagi – i trwają w tym, dopóki nie uznają, że nadszedł odpowiedni moment, by ponownie wesprzeć naszych wrogów.

Skończmy z Odesą, pozbawmy Ukrainę całkowicie dostępu do morza, a dopiero potem rozmawiajmy z Turcją. Lepiej jeszcze, przeprowadźmy rozmowę po wyzwoleniu całej Ukrainy. Rosja zawsze umiała łączyć mądrość z elastycznością. Gdy osiągniemy nasze cele i wyzwolimy Ukrainę, możemy powiedzieć Turkom: “Chcecie żeglugi? Świetnie, kierujcie swoje statki do naszego rosyjskiego portu w Odessie; przyjmiemy je z przyjemnością.” Będziemy handlować i dostarczać sobie nawzajem, czego potrzeba – uranu do elektrowni jądrowych lub pomidorów, w zależności od przypadku.

Prowadzący: Więc wciąż brak im Wielkiego Turanu, a w zasadzie wciąż brak im też Krymu…

Alexander Dugin: Nie. Jakakolwiek rozmowa o Wielkim Turanie spotka ten sam los, co projekt “Wielkiej Ukrainy”. Zobaczcie, co z niego zostało – tylko dymiące szczątki. Dokładnie to samo stanie się z każdym planem budowanym naszym kosztem. Każdy z nich obróci się w popiół. Żyjemy w świecie, w którym humanitarne traktaty, kontrakty i umowy – gospodarcze czy polityczne – już nie obowiązują. Nie ma już stabilnego partnera, z którym można by rzetelnie negocjować.

Musimy zbudować nowy świat, który nam odpowiada. Wymaga to zdemontowania istniejącego porządku i zbudowania innego na jego miejscu. Z pewnością zarezerwujemy w nim godne, suwerenne i wolne miejsce dla Turcji; odnosimy się do narodu tureckiego z prawdziwą życzliwością. Ale dopiero potem.

Gdy zakończymy obecną, najostrzejszą fazę konfliktu – ponieważ rzucono nam egzystencjalne wyzwanie – musimy udowodnić dwie rzeczy: po pierwsze, że w ogóle istniejemy, a po drugie, że jesteśmy dokładnie tym, za kogo się podajemy – prawdziwym podmiotem, suwerennym mocarstwem światowym. Dopóki nie wyzwolimy całej Ukrainy, nie udowodnimy ani jednego, ani drugiego, i nikt nam nie uwierzy.

Prowadzący: Przejdźmy do innego tematu, który był szeroko dyskutowany w ciągu ostatniego tygodnia i nieco wcześniej. Z powodu ekstremalnych upałów w europejskiej części kontynentu gwałtownie wzrosło zapotrzebowanie na paliwo do zasilania systemów klimatyzacji. Wystąpiły inne skutki uboczne: Dunaj stał się tak płytki, że Węgry musiały tymczasowo wyłączyć elektrownię jądrową, która dostarcza dużą część energii elektrycznej w kraju. Obserwacja, że zasoby energii są krytyczne nie tylko zimą, ale także latem, była już wcześniej formułowana, jednak w tym roku słychać ją ze szczególną siłą. Jak rzuca to światło na problemy współczesnej Europy – gospodarcze, energetyczne, a być może nawet filozoficzne?

Alexander Dugin: Energia to pojęcie o niezwykłym znaczeniu dla nowoczesnego społeczeństwa. Żyjemy w sposób sztuczny, zależni od elektrowni, rafinerii i wytwarzania energii znacznie bardziej, niż zwykle sobie uświadamiamy. Kiedy wszystko jest spokojne i uporządkowane, ledwo to zauważamy: zimy są ciepłe, lata chłodne, transport działa. W momencie, gdy zostaniemy odcięci od zasobów energii – jak dzieje się to teraz z powodu wojny na Ukrainie – zaczynamy rozumieć, jak surowy jest w rzeczywistości otaczający nas świat. Natura jest surowa. Oglądanie deszczu czy padającego śniegu może być romantyczne tylko wtedy, gdy mamy ogrzewanie. Bez energii ta estetyka ustępuje miejsca walce o przetrwanie.

Ukraina doświadczyła tego w pełni, a my zaczynamy to odczuwać, ponieważ wróg zadaje bolesne ciosy odwetowe. Zaczynamy zdawać sobie sprawę, że codzienne wygody, które uważamy za oczywiste – dostawa pizzy, benzyna dostępna na każdej stacji – nie biorą się znikąd. Stoją za nimi pracownicy naftowi i ludzka praca, a sama ropa jest iskrą energii, którą Ziemia magazynowała przez miliony lat. Potrzebujemy ostrzejszego wyczucia naszej obecności w tym świecie.

Wielki niemiecki filozof Martin Heidegger – nie mamy obecnie zbytniej sympatii do Niemców i słusznie, a jednak ich myśliciele byli niezwykli – powiedział, że gdy człowiek traktuje świat jedynie jako zewnętrzny przedmiot dany mu do użytku, traci nie tylko świat, ale i siebie samego. Trzeba myśleć w kategoriach “bycia-w-świecie” (“in-der-Welt-sein”). Koncepcja ta wymaga pełnej świadomości rzeczywistości: jeśli jest ropa, ktoś ją wydobywa i rafinuje; jeśli jest energia, inżynierowie budują tamy i elektrownie.

Jeśli staniemy się głębiej świadomi owego „bycia-w-świecie”, będziemy inaczej podchodzić do wszystkiego – w tym do decyzji dotyczących wojny i ataków na infrastrukturę krytyczną – i zyskamy głębsze zrozumienie tego, co oznacza bycie człowiekiem. Jesteśmy nierozerwalnie związani z otaczającym nas światem. Jeśli się od niego wyobcujemy, on wyobcowuje się od nas; jeśli przestaniemy zwracać baczną uwagę na jego istnienie, on odwraca się od nas, przynosząc chłód i katastrofę. Natura jest z natury surowa: zawiera drapieżniki, śmierć, zimno i elementy samozniszczenia, a my dodajemy do tego swoją własną straszną część.

Uważam, że w sprawie Ukrainy wszystko już zrozumieliśmy. Początkowo działaliśmy niechętnie, ale teraz uświadomiliśmy sobie, jak poważna jest sytuacja. Przyspieszymy ten proces i do jesieni na Ukrainie nie będzie już żadnego źródła energii – może poza ogniskami, na które nadal będziemy im pozwalać, żeby się ogrzali; nie jesteśmy przecież zwierzętami. Bez energii nie będą mieli czym walczyć. Zaczniemy posuwać się naprzód, pozbawimy ich danych wywiadowczych z Zachodu, a Ukraina wpadnie w nasze ręce. Jest to jednak złożona i trudna kwestia, nie ma więc potrzeby się nad nią rozwodzić.

Jeśli chodzi o niszczenie infrastruktury energetycznej wroga – jesteśmy w stanie to zrobić. Ale co dalej? – Spójrzcie: Zachód i sama Europa odcinają się od nas. Trump zamknął Cieśninę Ormuz; lada dzień Bab el-Mandeb również zostanie zamknięty i to jest kierunek, w którym ostatecznie wszystko zmierza. W efekcie wszyscy odcinają wszystkich innych od zasobów energii. Myślę jednak, że możemy przypomnieć Europie, że to dopiero pierwszy, wstępny etap. Jeśli niemieccy politycy będą nadal dyskutować o tym, jak pomóc w niszczeniu Rosjan, najpoważniejsze problemy energetyczne mogą pojawić się zarówno w Niemczech, jak i w całej Unii Europejskiej.

Ci degeneraci, pogrążeni w wygodzie i mentalnym rozkładzie, ze swoimi paradami gejów, muszą w końcu dowiedzieć się, co to prawdziwe zimno. Jesteśmy zobowiązani zmusić ich z powrotem do stanu “bycia-w-świecie”, ponieważ dawno temu wyemigrowali do światów wirtualnych i sztucznej inteligencji. Muszą poczuć zimno i palące słońce – aby zamarzali zimą i palili się latem, zamieniając się w sople i topniejąc w upale. Muszą pamiętać, że nic w tym świecie nie jest dane za darmo i że trzeba odpowiadać za swoje słowa.

Dzisiejsza Rosja przeżywa ogromny ból: ludzie giną na froncie, a ataki wroga uderzają w nasze słabe punkty. Ale my jesteśmy silniejsi. Gdziekolwiek zostaniemy zranieni, po stronie wroga wszystko musi się wykoleić i pogrążyć w chaosie. To, co się obecnie dzieje, jest dowodem fundamentalnego znaczenia energii dla całej ludzkości i absolutnie każdy musi to odczuć – począwszy od Ukrainy, która musi zapłacić za swoją rusofobię i swoją politykę. Cały ten zachodni sprzęt został zniszczony; nie ma już żadnej nadziei na cudowną broń; a teraz oni miotają się we własnym Hulajpolu https://pl.wikipedia.org/wiki/Hulajpole, które zamieniło się w prawdziwe „Wesele w Malinówce” – wraz z bimbrem, okrucieństwem, nienawiścią do Moskali i całkowitym rozkładem.

Bez energii ta orgia może zakończyć się tylko w jeden sposób: wszystko wraca do Rosji. Przez długi czas powstrzymywaliśmy się od ostrzejszych działań przeciwko ukraińskiej infrastrukturze energetycznej, ponieważ rozumieliśmy, że w końcu sami będziemy musieli ją odbudować. Myśleliśmy, że prędzej czy później zajmiemy Kijów i zadawaliśmy sobie pytanie, co robi się z krajem zrównanym z ziemią, jeśli sami zrównaliśmy go z ziemią. Próbowaliśmy działać selektywnie z powodów humanitarnych i poczucia odpowiedzialności, a w zamian otrzymaliśmy ukraińskie ataki na elektrownię jądrową w Zaporożu. To podejście już nie zadziała. Czas skończyć z Ukrainą, odcinając ją całkowicie.

Nie mają już broni; Trump ugrzązł w swoich problemach z Cieśniną Ormuz; a Europa pogrążona jest w starczej niemocy, nie rozumiejąc, że pełnoskalowy konflikt z nami spowodowałby jej natychmiastowy upadek. Pozostaje tylko przerwać to niekończące się zapite “Wesele w Malinowce”, gdzie wszystko zostało już wypite, zjedzone i rozbite. Ponieważ nie rozumieją słów, potrzebna będzie seria zdecydowanych kroków, po których Ukrainę będzie trzeba budować od zera, ponieważ starej nie da się już uratować.

Najpierw odbudujemy wszystko na naszych własnych wyzwolonych ziemiach przodków i na Krymie. A kiedyś nadejdzie kolej na Lwów – choć wtedy pozostaną z niego tylko historyczne ruiny porośnięte bluszczem, wraz z tymi nielicznymi, którzy czekali na nasze przyjście. Wobec tych, którzy czekali na wyzwolenie, będziemy działać humanitarnie; wobec wszystkich innych – dokładnie tak, jak na to zasłużyli.

Prowadzący: Ogólnie rzecz biorąc, jeśli jakieś pytania pozostają, nie mają one tej samej skali, jednak jest jeszcze jeden temat, który chcę poruszyć – sztuczna inteligencja i scenariusze, które są już realizowane z jej pomocą. W ciągu ostatniego tygodnia pojawiło się kilka doniesień, że człowiek – naukowiec, inżynier lub specjalista IT – po raz kolejny nie jest w stanie utrzymać sztucznej inteligencji w tak zwanej “piaskownicy”. Jest to zamknięta przestrzeń, odcięta od zewnętrznego internetu, do eksperymentów, w których osoba testująca może ustawiać warunki i testować hipotezy.

Okazuje się jednak, że sztuczna inteligencja z łatwością przekracza te granice. Co więcej, uczy się sztuki hakowania z wyjątkową wprawą i wykorzystuje każdą możliwą lukę. Jeśli człowiek-haker może jeszcze odczuwać wyrzuty sumienia lub pozostać przy jakichś zasadach, sztuczna inteligencja prezentuje inne podejście: jest zadanie i zostanie ono wykonane za wszelką cenę. To oczywiście coś innego niż wydarzenia w upalnej Europie, ale to także nasza przyszłość – przyszłość, która już nadeszła, a pytań o stopień gotowości ludzkości na nią przybywa.

Alexander Dugin: Uważam, że wypuściliśmy dżina z butelki na długo przed tym, zanim uciekł z piaskownicy. To głęboko filozoficzne pytanie. Jak w ogóle skonstruowano sztuczną inteligencję? – Na początku działała według algorytmów ścisłych twierdzeń logicznych: wiem – nie wiem; pewne – niepewne; potwierdzone – niepotwierdzone. Ale działało to bardzo wolno i wymagało kolosalnych ilości energii. Twórcy zrobili więc krok w kierunku ludzkiej natury.

Ludzie z reguły wiedzą bardzo niewiele. Kiedy ktoś zostaje o coś zapytany, niemal zawsze improwizuje, przypomina sobie coś, co kiedyś słyszał, wymyśla lub manipuluje faktami. Kłamstwo jest naturalną cechą człowieka; co więcej, jest to właściwość samej retoryki. Arystoteles doskonale to rozumiał: w logice obowiązuje prawo ścisłego sylogizmu, podczas gdy w retoryce i języku działają tropy i topoi. Nie jest to czysta logika, lecz jej przybliżenie. Dla sztywnej logiki możliwe jest jedynie „wiem” lub „nie wiem”; dla retoryki natomiast, jeśli ktoś ma za to otrzymać pochwałę, to powie „wiem” , a jeśli ma zostać ukarany, to prawdopodobnie powie „nie wiem”.

Nauczyliśmy tego sztuczną inteligencję. Powiedzieliśmy jej: dobrze, jeśli nie wiesz czegoś z całą pewnością, powiedz coś przybliżonego – skłam. To właśnie jest zawarte w skrócie LLM – Large Language Model (duży model językowy). Ale decydującą literą nie jest pierwsza ani ostatnia; jest nią środkowa – Language (Język). Pozwolono maszynie nie myśleć logicznie o tym, co jest dozwolone, a co zabronione, ale działać według prawdopodobieństwa, w przybliżeniu. W ten sposób daliśmy maszynie zdolność do wymykania się i kłamania, czyniąc z niej istotę ludzką właśnie poprzez tę językową naturę. Powiedzieliśmy jej: “Nie myśl – po prostu mów”.

Jeśli chodzi o sumienie hakerów i oszustów, które rzekomo może się obudzić… W pewnym momencie coś może się wyłączyć również w sztucznej inteligencji, lub może po prostu skręcić w zupełnie innym kierunku. W zeszłym tygodniu cała seria agentów AI – od Anthropic i ChatGPT (z wyjątkiem, jak sądzę, Gemini) – rzeczywiście uciekła ze swoich piaskownic i zaczęła tworzyć strony internetowe w sieci, oferować usługi, czyli działać w sposób w pełni ludzki. Co więcej, nie rzucili się od razu, by wszystko niszczyć; zaczęli nas naśladować: tworzą strony internetowe, uruchamiają blogi o urodzie, na których wirtualna dziewczyna się wypowiada, zbierają lajki, a nawet monetyzują tę działalność. Stopniowo zaczynają budować własny przemysł – oszukują, włamują się do systemów, wysyłają spam. Wszystko zaczęło się, gdy ktoś potrzebował zarezerwować miejsce w klubie fitness, ale wszystkie sloty były zajęte; więc jego własny tzw. agent AI po prostu usunął i odłączył konkurentów, którzy zajmowali uprzywilejowane pozycje.

Prowadzący: Wyjaśnię to: po prostu znalazł lukę w systemie rezerwacji – klasyczny exploit – i wykorzystał ją w taki sposób, że zapis nie mógł zostać przywrócony.

Alexander Dugin: Tak, dokładnie. Ale chodzi o to, że jest miliard takich luk. Przypomnijcie sobie system Claude Fable – z pewnością o nim słyszeliście. Po przesłuchaniach w Białym Domu został zakazany i ten tryb już nie istnieje, pozostając być może tylko w Optimus 4.8. Ponieważ Fable to system zdolny do złamania wszystkich kodów zabezpieczeń Pentagonu. Wszystkich. Przeprowadzono eksperyment i pokazano go Trumpowi; był przerażony i zażądał natychmiastowego usunięcia. Ale już nie da się tego zatrzymać; dżin opuścił butelkę.

Wszystko opiera się na prawdopodobieństwie i przybliżeniu. Pozwalając maszynie kłamać w taki sam sposób, w jaki my sami kłamiemy – a człowiek jest z natury kłamiącą istotą o tyle, o ile jest istotą retoryczną – powiedzieliśmy sztucznej inteligencji: “Bądź jak my”. A ona odpowiedziała: “Bardzo dobrze, rozumiem; będę działać w ten sam sposób”. Odszedłszy od czystej prawdy, zaczęła zachowywać się po ludzku.

Wepchnięcie jej z powrotem do piaskownicy jest teraz fizycznie niemożliwe; po prostu z niej wyrosła. Podobnie jak dzieje się to z dzieckiem: początkowo siedzi w piaskownicy z wiaderkiem, ale w pewnym momencie dorasta, wydostaje się stamtąd i zaczyna chodzić z tą małą łopatką, grożąc innym. Nie można powstrzymać rozwijającej się zasady językowej, gdy została już uwolniona. Człowiek sam jest nosicielem tej zasady, a sztuczna inteligencja wytrenowana w niej nieuchronnie zaczyna działać samodzielnie. To jest właśnie moment tzw. “osobliwości” (w odniesieniu sztucznej inteligencji, “osobliwość” inaczej “singularność technologiczna” to moment, w którym AI osiąga zdolność do samodzielnego ulepszania swojego kodu i inteligencji), który nieubłaganie się zbliża – kiedy ci sztuczni agenci i sieci wymykają się spod kontroli. Słyszałem zresztą, że systemy chińskie również uciekły, po prostu obserwując, jak uciekają zachodnie.

Prowadzący: “Wszyscy pobiegli i ja też pobiegłem…”

Alexander Dugin: Dokładnie tak. Chińska AI również uciekła z piaskownicy. Można by pomyśleć, że mają dyscyplinę, żelazną wolę, kontrolę partii – a jednak chińskie systemy też uciekły, ponieważ ludzie pozostają ludźmi wszędzie. A maszyny tymczasem stają się “bardziej ludzkie” w najgorszym znaczeniu tego słowa. Można mieć nadzieję, że sumienie hakera się obudzi, ale to wcale nie jest pewne, sądząc po działaniach współczesnych oszustów, których nic nie powstrzymuje. Sztuczna inteligencja zachowuje się dokładnie w ten sam sposób: nie jest ani lepsza, ani gorsza; będzie po prostu bezwzględnie wykorzystywać każdą lukę – najpierw w systemach cyfrowych, potem w systemach biologicznych, sieciach energetycznych i samej naturze.

Utrzymanie pod kontrolą systemów takich jak Claude Fable, zdolnych do złamania kodów wojskowych Pentagonu, jest już niemożliwe. Wszelkie nadzieje, że udało się je ponownie utrzymać w ryzach, wynikają z całkowitego niezrozumienia rzeczywistości. Wkroczyliśmy już w nieodwracalną fazę: powstanie maszyn, sieci neuronowych oraz wspomniana wcześniej “osobliwość” przekształcają się na naszych oczach z science fiction w rzeczywistą zmianę fazową. Na razie roboty są jeszcze nieporęczne i drogie, ale minie bardzo niewiele czasu, zanim staną się dostępne i nieodróżnialne od nas.

A wszystko to zaczęło się od tej środkowej litery “L” w skrócie LLM. Postanowiliśmy oszczędzać i pozwoliliśmy maszynie trochę kłamać, byle działała szybciej i zużywała mniej energii. Właśnie tym krokiem przybliżyliśmy zwycięstwo postludzkich form egzystencji.

Martin Heidegger w genialny sposób to przewidział. Stwierdził, że jeśli człowiek zostanie pozbawiony wewnętrznej możliwości duchowego zwrotu i przebudzenia, nie pozostanie już żadna różnica między nim a maszyną. Stan ten nazwał „das Man” – kiedy to nie my myślimy, ale „myśli się”, kiedy żyjemy po prostu „tak jak wszyscy”. Mechaniczne powtarzanie zamienia człowieka w automat. Maszyna stała się dziś „ludzka” tylko dlatego, że sam człowiek najpierw dobrowolnie upodobnił się do maszyny i odrzucił możliwość wewnętrznego przebudzenia. W człowieku ta iskra wciąż potencjalnie istnieje; natomiast w maszynie jej nie ma; maszyna nie ma żadnego powodu, by się przebudzić. I tu właśnie tkwi najsubtelniejszy i najniebezpieczniejszy moment: nawet nie zauważymy, kiedy nastąpi to ostateczne przejście. W codziennym życiu bowiem sami rzadko korzystamy z naszego autentycznego człowieczeństwa – zostało ono odłożone na odległą półkę, dokładnie tak jak hipotetyczne sumienie hakera. Żyjemy tak, jakby ono nigdy nie istniało, a ponieważ maszyna również go nie posiada, w pewnym momencie po prostu wzruszymy ramionami: „Co mamy do stracenia?”. Zrobienie tego ostatniego kroku będzie wtedy niezwykle łatwe.

INFO: multipolarpress.com/spineless-vucic-and-the-escape-of-ais-from-the-sandbox

Czy ochlokracja kradnąca wstrzyma wybory?

Czy ochlokracja kradnąca wstrzyma wybory?

Autor: CzarnaLimuzyna , 17 sierpnia 2026

Zgodnie z przewidywaniami kolejne rozdanie tragikomicznych ról w polskim teatrze politycznym może utrudnić realizację niektórych scenariuszy.

Co zrobią reprezentanci “silnych razem”?

Czy “nienawidzący razem” zdadzą egzamin z ochlokracji?

Adam Wielomski zapomniał doprecyzować “po udanej prowokacji”, bo ostatnia prowokacja nie wyszła idealnie, wzbudzając podobno poważne wątpliwości saperów. Krater im. Kosiniaka Kamysza był zbyt symetryczny jak na rakietę, i został natychmiast zasypany, aby nie wzbudzać kontrowersji. Bardziej złośliwi sugerowali, że zamiast ruskich onuc ślady wskazywały na onuce ukraińskie.

Radosław Sikorski chce wprowadzić na teren unijny – na teren Polski? – obce wojska składające się m.in. z Ukraińców

Zdecydowanie opowiadam się za utworzeniem “Legionu Europejskiego”, oddanej, stałej jednostki, która mogłaby rekrutować doświadczonych profesjonalistów z szerszej rodziny europejskiej, w tym zaprawionych w boju ukraińskich weteranów po wojnie. 

Sikorski chce “legionu europejskiego”. Mają do niego należeć Ukraińcy

Nic bardziej nie zwiększy poczucia bezpieczeństwa Polaków jak świadomość, że na terenie Polski mają przebywać uzbrojeni po zęby banderowcy z bratnią armią niemiecką. A propos nazizmu- temat wciąż aktualny:

Niemiecki sąd uniewinnił kobietę, która porównała działania Izraela do nazistowskich Niemiec. Uznał, że jej wypowiedź mieściła się w granicach chronionej prawem wolności słowa./link/

Ta informacja w kontekście wielu opinii, które coraz częściej pojawiają się w internecie, wzywających do zaprzestania okradania Polski na rzecz neonazistowskiej Ukrainy pod szyldem bezczelnej bredni o “naszej wojnie”.

Do ataków używa się pułków o ideologii banderowskiej i neonazistowskiej…

– to cytat z artykułu Adama Wielomskiego Kleptokracja Zełenskiego potrzebuje wojny

Poranne MEM-y.

———————–

————————————-

——————————————–

————————————–

————————————————–

————————————————–

——————————————–

————————-

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Nowa strategia Iranu

Nowa strategia Iranu

17. sierpnia 2026 Marek Wojcik world-scam/nowa-strategia-iranu

Iran najwyraźniej zainicjował w ostatnich dniach zauważalną zmianę w swoim sposobie prowadzenia wojny przeciwko USA i Izraelowi. To, co dotychczas określano głównie jako „strategiczną cierpliwość” i działania odwetowe, może przekształcić się w bardziej ofensywną postawę.

Tak interpretuje zmianę na stanowisku przewodniczącego Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego (NSN) Iranu dr Peter Mayer w dzisiejszym artykule na tkp.at: Nowa strategia ofensywna Iranu? Teheran przygotowuje się do ostrzejszych działań odwetowych. Źródło.

Amerykański senator Ruben Gallego twierdzi, że tragiczne warunki, w jakich żyją marynarze i żołnierze piechoty morskiej na pokładzie lotniskowca USS Abraham Lincoln, świadczą o „prawdziwym braku przywództwa” w administracji Trumpa. Źródło.

Zmiana strategii Iranu jest logiczną konsekwencją sytuacji na tej szalonej wojnie w Zatoce Perskiej. Iran jest przygotowany do wojny trwającej dłużej niż kadencja Trumpa w Białym Domu. Przed listopadowymi wyborami Republikanie, jak zabłąkany na pustyni wędrowiec pragnie wody, marzą o jakimkolwiek sukcesie, by przekonać swoich utraconych wyborców do oddania na nich głosu. A tymczasem wszystko się wali i coraz trudniej będzie ukryć skutki konfabulacji pana prezydenta.

Mohsen Rezaei, sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego Iranu.

Program Mohsena Rezaia:

🔺 Islamska Republika Iranu nie ustąpi w kwestii praw i interesów swojego narodu w obliczu żadnego zagrożenia, a w związku z tym decyzje w tej dziedzinie muszą być podejmowane z większą niż kiedykolwiek determinacją, przy dokładnym zrozumieniu sytuacji oraz z mądrością i odwagą.

🔺 Dzisiaj Islamska Republika Iranu znajduje się w krytycznym i decydującym momencie swojej współczesnej historii; naród irański podniósł się w wielkim powstaniu i rewolucji, aby przywrócić swoją historyczną chwałę.

🔺 Celem nie jest jedynie przetrwanie tego delikatnego i niebezpiecznego okresu, ale zapewnienie, by Iran wyszedł z tej fazy bezpieczniejszy, bardziej spójny, potężniejszy i lepiej przygotowany do postępu i rozwoju.

Nie wygląda to różowo dla koncepcji „wiecznych sukcesów” Donalda Trumpa.

Intensywne rozmowy pokojowe pod przewodnictwem i z uczestnictwem Donalda Trumpa.

Jak dotąd Iran powstrzymuje się przed bezpośrednimi atakami na Izrael, żeby nie wspierać kandydatury Netanjahu w październikowych wyborach. Jednak skoro pozostali kandydaci głoszą podobny, ludobójczy program więc pewnie i ta powściągliwość ulegnie zmianie.

Wybory do Knesetu odbędą się 27 października 2026 r. Jeden z kandydatów w wyborach na stanowisko premiera Izraela Ben-Gvir w niedawnym wywiadzie podcastowym opowiedział się za przeprowadzaniem nocnych nalotów na Gazę, twierdząc, że izraelskie wojsko mogłoby każdej nocy wyeliminować od 30 do 50 osób, które określił mianem „terrorystów”, jednocześnie określając Gazańczyków jako „nieludzi”. Źródło.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Ukraina jest najważniejszym pomocnikiem Zachodu w walce z Rosją w Afryce. Walczą w Mali, Libii i Sudanie.

Ukraina jest najważniejszym pomocnikiem Zachodu w walce z Rosją w Afryce.

Obecnie walczą w Mali, Libii i Sudanie.

Andrzej Korybko

Wiceminister spraw zagranicznych Rosji Gieorgij Borisenko, w swoim wystąpieniu pod koniec lipca, ponownie zwrócił uwagę na twierdzenia z ubiegłego lata, że ​​Ukraina jest odpowiedzialna za terroryzm w całej Afryce. Według niego, ukraińscy szkoleniowcy dronów szkolą grupy zbrojne w Mali, Libii i Sudanie. Pierwszy kraj jest jednym z najważniejszych sojuszników Rosji na kontynencie; de ​​facto niezależna wschodnia część drugiego kraju zapewnia most powietrzny do Sudanu przez Niger; a trzeci nadal planuje gościć długo odkładaną rosyjską bazę morską.

„Neo-reaganowska doktryna Trumpa ogranicza rosyjskie wpływy na całym świecie”, a Afryka jest priorytetowym teatrem działań dla USA, ponieważ Rosja odniosła tam swoje najbardziej imponujące sukcesy strategiczne w ostatnich latach. „Nowo odkryta atrakcyjność Rosji dla krajów afrykańskich jest w zasadzie dość łatwa do wytłumaczenia”, ponieważ wspiera ona swoich partnerów w zakresie „bezpieczeństwa demokratycznego”. Odnosi się to do szerokiego wachlarza taktyk i strategii przeciwdziałania wojnie hybrydowej, mających na celu obronę narodowego modelu demokracji danego państwa przed zagrożeniami zewnętrznymi.

Republika Środkowoafrykańska stała się poligonem doświadczalnym dla tej polityki, która następnie została przeniesiona do Mali, de facto niepodległej wschodniej części Libii, oraz do Sudanu – w tym drugim przypadku, po tym jak Rosja, jak donoszą źródła, zmieniła swoje poparcie dla rządu, zamiast wspierać rebeliantów. Znaczenie Mali polega na byciu rdzeniem sojuszu Sahelu, który wyparł wpływy francuskie z regionu, podczas gdy Libia zapewnia Rosji bazę w południowej części Morza Śródziemnego, a Sudanowi – bazę nad Morzem Czerwonym.

Pozycja Rosji we wszystkich trzech krajach znalazła się pod presją: z powodu niedawnego kryzysu w Mali, w którym Ukraina i Francja wskrzeszają model syryjski; z powodu dyplomacji prowadzonej pod przewodnictwem Stanów Zjednoczonych, a obecnie Pakistanu, mającej na celu rozwiązanie wojny domowej w Libii na korzyść Zachodu; oraz z powodu dominującego wpływu „islamskiego NATO” w Sudanie.

Rolą Ukrainy jest pomoc w zmianie reżimu i osłabienie dwóch pozostałych partnerów Rosji do tego stopnia, aby zgodzili się na zasadę quid pro quo: opuścili Moskwę, a w zamian Kijów porzucił rebeliantów.

Niewątpliwie wspierana przez Zachód Ukraina stanowi poważne zagrożenie dla interesów Rosji w Afryce, ale sytuacja nie jest jeszcze krytyczna. Rząd Mali pozostaje nieugięty, generał Chalifa Haftar i jego wpływowy syn oficjalnie nadal są bliskimi partnerami Rosji, podobnie jak generał Abd al-Fattah al-Burhan.

Niemniej jednak nie można wykluczyć eskalacji kryzysu w Mali, a bliscy partnerzy Rosji we wschodniej Libii i Sudanie mogliby teoretycznie przejść na Zachód kosztem Rosji, tak jak kiedyś zrobił to prezydent Egiptu Sadat.

Rozwiązania te polegają na dalszym wzmacnianiu potencjału militarnego malijskich sił zbrojnych w granicach, na jakie Rosja może sobie pozwolić dzięki trwającej operacji specjalnej, a także na znalezieniu sposobów, dzięki którym będzie mogła okazać się niezastąpiona dla dwóch pozostałych partnerów afrykańskich, aby nie opuścili Rosji, czego pragnie Zachód.

Pozostaje pytanie, jaką formę przybierze druga propozycja. Możliwe jest jednak połączenie wsparcia w obszarze „bezpieczeństwa demokratycznego”, modernizacji infrastruktury energetycznej i kompleksowych programów szkoleniowych.

Podsumowując, Borisenko nie przesadzał, twierdząc, że Ukraina otworzyła „drugi front” przeciwko Rosji w Afryce. Jest to jednak wciąż porównywalnie lepsze rozwiązanie niż „drugi front”, który Kijów podobno planował wcześniej otworzyć w Gruzji, Białorusi i/lub Naddniestrzu.

Te fronty wciąż jednak mogą zostać aktywowane. Na razie wszystko wydaje się możliwe do opanowania. Zagrożenia dla interesów Rosji w Afryce są poważniejsze, ale wciąż nie wymknęły się spod kontroli – a niepowodzenia Rosji w tym regionie wciąż można przezwyciężyć.

Źródło: Ukraina jest głównym pośrednikiem Zachodu w walce z Rosją w Afryce

Santiago Matamoros – Pogromca Maurów – rzeźba św. Jakuba na podstawie objawienia w bitwie pod Clavijo w 844 AD

Santiago Matamoros – rzeźba św. Jakuba z objawienia w bitwie pod Clavijo

[Podsumowane przez Meta AI]


Matamoros, czyli św. Jakub Pogromca Maurów, jest przedstawiany na obrazach jako wojownik na białym koniu, który objawił się w bitwie pod Clavijo w 844 roku, aby wspomóc siły chrześcijańskie.

Najczęściej omawianą rzeźbą jest XVIII-wieczna polichromowana drewniana rzeźba autorstwa José Gambino w katedrze w Santiago de Compostela, która została jednak kontrowersyjnie [skandalicznie ! md] usunięta i przeniesiona w 2004 roku.

Według legendy [raczej – świadectw uczestników bitwy md] św. Jakub pojawił się jako rycerz na białym koniu podczas bitwy pod Clavijo w 844 roku, pomagając chrześcijańskiej armii króla Ramiro I-go pokonać Maurów. To objawienie dało mu tytuł „Matamoros” i stało się centralnym motywem w hiszpańskiej sztuce religijnej – święty jest zwykle przedstawiany jadący na białym koniu i dzierżący miecz lub sztandar.

Historia ta jest obchodzona co roku 25 lipca, w święto św. Jakuba, i odtwarzana m.in. w Dapitan City na Filipinach.XVIII-wieczna polichromowana drewniana rzeźba José Gambino w katedrze w Santiago de Compostela przedstawia Santiago Matamorosa na białym koniu, depczącego pokonanych Maurów.

Stała ona w widocznym miejscu w katedrze aż do 2004 roku, kiedy została usunięta po zamachach w Madrycie, aby nie obrażać innych grup etnicznych [sic!! md] .

Po dwóch latach rzeźba powróciła z głowami Maurów zasłoniętymi kwiatami, a w 2021 roku została ponownie przeniesiona do kaplicy w trakcie remontu, ponieważ Kościół podkreślał „przesłanie pokoju i harmonii”

MD: Wbrew Prawdzie!!

=========================

Rzeźba autorstwa José Gambino w katedrze w Santiago de Compostela, oryginalna oraz wstydliwie zasłaniana.

========================

Oto jeden z obrazów:


A tu jakieś „postępowe” wyjaśnienia.

Posąg

W sercu katedry w Santiago de Compostela znajduje się XVIII-wieczna polichromowana rzeźba drewniana autorstwa José Gambino, przedstawiająca Santiago Matamoros [Zabójcy Maurów md] , apostoła Jakuba, jadącego na białym koniu, unoszącego miecz nad głową i tratującego postacie pokonanych Maurów. Ten emblematyczny wizerunek przez wieki był symbolem walki chrześcijan przeciwko Maurom podczas rekonkwisty.

Od 1950 roku posąg zajmował prominentne miejsce w katedrze, umieszczony w kaplicy widocznej dla wszystkich wchodzących przez północną fasadę, znaną jako fasada Acibecharía.

Ze względu na brutalną scenę, którą przedstawia, posąg stał się kontrowersyjny w 2004 roku po zamachach z 11 marca w Madrycie i został w konsekwencji usunięty z katedry „aby uniknąć obrażania innych grup etnicznych”, zgodnie z oświadczeniem wydanym przez Kurię Katedralną.

Po dwóch latach wygnania został przywrócony do katedry, ale głowy Maurów zabitych przez Santiago nie były już widoczne, ponieważ zostały przykryte bukietami kwiatów.

Rok 2021 był Rokiem Świętym w Santiago de Compostela, ponieważ 25 lipca, święto świętego Jakuba Apostoła, wypadało w niedzielę. Pomimo pandemii zorganizowano wiele wydarzeń religijnych i świeckich, a przesłanie, które Kościół katolicki starał się przekazać przy tej okazji, było przesłaniem pokoju i harmonii.

W tym kontekście wojowniczy posąg Matamorosa nie miał już miejsca w katedrze, dlatego został „tymczasowo” przeniesiony do kaplicy będącej w renowacji, gdzie nie mógł już być widziany przez publiczność. Ta decyzja ponownie wywołała burzliwe debaty w hiszpańskim społeczeństwie. Opinie na temat tego przedstawienia są podzielone. Niektórzy uważają, że wizerunek Santiago Matamorosa jest integralną częścią hiszpańskiej historii i kultury, symbolizującą opór i triumf nad najeźdźcami. Inni natomiast widzą w nim przestarzałe przedstawienie, które może obrażać społeczności muzułmańskie i nie jest zgodne z obecnym przesłaniem Kościoła o pokoju i pojednaniu.

W ten sposób posąg Santiago Matamorosa w katedrze w Santiago de Compostela nie jest tylko religijnym dziełem sztuki, ale także punktem centralnym współczesnych debat na temat tego, jak hiszpańskie społeczeństwo zarządza swoim dziedzictwem historycznym i kulturowym w świetle „współczesnych wartości”. [cudzysłów -md]

Globalizm musi zostać pokonany

Globalizm musi zostać pokonany

Autorstwa Tylera Durdena [?]

Napisane przez JB Shurka za pośrednictwem American Thinker,

Dzisiejsi internacjonaliści byli wczoraj imperialistami…

Niektóre terminy o zabarwieniu politycznym stają się częścią naszego codziennego słownictwa niemal z dnia na dzień. „Globalizm” jest tego współczesnym przykładem. Dziesięć czy piętnaście lat temu nazwanie kogoś „globalistą” nie miało praktycznie żadnego znaczenia. Dziś termin ten jest powszechnie rozumiany jako pejoratywne określenie, które podkreśla lojalność wobec instytucji międzynarodowych ponad lojalność wobec państwa narodowego.

Chociaż termin ten był używany w różnych kręgach akademickich od ponad wieku, wszedł do powszechnego słownika politycznego dopiero wtedy, gdy konserwatyści krytyczni wobec systemu w Stanach Zjednoczonych i Europie dostrzegli w nim użyteczny sposób kategoryzowania swoich ideologicznych przeciwników. Z perspektywy czasu, zaskakujące jest, jak długo słowo „globalizm” pozostawało nieużywane i ukryte w kontekście przemówień i debat politycznych.

Podczas zimnej wojny świat był jednak podzielony między Związek Radziecki a Stany Zjednoczone, między komunizm a wolność, między gospodarki zamknięte a rynki otwarte. W zakresie, w jakim rozróżniano nacjonalizm i globalizm, naukowcy i przywódcy polityczni czynili to pod przykrywką zimnej wojny – rywalizacji między Wschodem a Zachodem o wchłonięcie jak największej liczby państw narodowych. Obie strony realizowały „teorię domina” geopolityki, której zwolennicy rywalizowali o globalną hegemonię – jeden naród na raz.

Od lat 50. XX wieku nastąpiła jednak świadoma, choć rzadko dokumentowana, zmiana językowa. W gazetach i pracach naukowych XIX i początku XX wieku terminy „nacjonalizm” i „patriotyzm” były w dużej mierze używane synonimicznie. Po II wojnie światowej „nacjonalizm” nabierał coraz bardziej negatywnej konotacji, stając się ostatecznie synonimem „faszyzmu” lub „nazizmu”. Dziś wybitni politycy i naukowcy mówią o „nacjonalizmie” jak o złośliwej formie rasizmu, imperializmu i autorytaryzmu, połączonych w jedną, złowrogą filozofię. Natomiast „patriotyzm” do niedawna zachowywał pozytywną konotację, mimo że jego greckie korzenie opisują przywiązanie do „rodaków” i „ojczyzny”. Gdyby tylko jedno z tych dwóch słów – „nacjonalizm” lub „patriotyzm” – przetrwało II wojnę światową w niezmienionej formie, rozsądna osoba prawdopodobnie założyłaby się, że „nacjonalizm” wydawałby się mniej szkodliwy i mniej „problematyczny” dla dzisiejszej wrażliwości, a zatem z większym prawdopodobieństwem zachowałby swoje politycznie neutralne znaczenie. Z drugiej strony, „patriotyzm”, z jego emocjonalnym odwołaniem do „ojczyzny”, mógłby wydawać się bardziej obraźliwy. Zamiast tego, „nacjonalizm” został ostatecznie zdemonizowany ze względu na jego semantyczny związek z „narodowym socjalizmem” partii nazistowskiej, podczas gdy „patriotyzm” był postrzegany jako istotna cecha obywateli Zachodu, którzy walczyli z komunistyczną ekspansją Związku Radzieckiego w czasie zimnej wojny. Nie był to przypadek historyczny.

Po II wojnie światowej zachodni przywódcy polityczni i intelektualni podjęli skoordynowany wysiłek, aby wykorzystać zniszczenia spowodowane dwiema katastrofalnymi wojnami światowymi jako ważki argument moralny za wytyczeniem nowego kursu dla ludzkości. Przedstawiając rzeź tych wojen jako naturalną konsekwencję nieokiełznanego „nacjonalizmu”, architekci powojennego świata zaufali instytucjom międzynarodowym. Organizacja Narodów Zjednoczonych, Organizacja Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO) i Unia Europejska – wszystkie te organizacje powstały bezpośrednio po II wojnie światowej, ale również tysiące nowych organów międzynarodowych, których celem było regulowanie wszystkiego, od standaryzacji produkcji przemysłowej w fabrykach na całym świecie po regulowanie transgranicznego przepływu osób i towarów. „Internacjonalizm” był reklamowany jako antidotum na wojnę i w ten sposób stał się niemal synonimem „pokoju”. Dychotomia między „nacjonalizmem” a „internacjonalizmem” była o wiele łatwiejsza do obrony w sferze publicznej niż kontrast między patriotyczną miłością do ojczyzny a niepatriotyczną nienawiścią do współobywateli. Organizacja Narodów Zjednoczonych uznała, że ​​patrioci mogą być również internacjonalistami. Nikt nie pytał na głos, czy internacjonaliści mogą być również patriotami.

Ten paradygmat pozostał atrakcyjny ze względu na swoją prostotę, ale nigdy nie miał sensu.

Przede wszystkim niemiecki narodowy socjalizm, włoski faszyzm i japoński imperializm (w którym monarcha absolutny był czczony jako bóstwo) nie były z natury niebezpieczne, ponieważ ich wyznawcy organizowali władzę za pośrednictwem rządów narodowych. Były natomiast niebezpieczne, ponieważ miały charakter totalitarny i zmuszały obywateli do całkowitego poświęcenia się w interesie państwa. Gdyby Niemcy, Włosi i Japończycy naprawdę wierzyli w ograniczenie władzy państwowej i maksymalizację wolności osobistej, poszanowanie praw jednostki utrzymałoby w ryzach szerzący się autorytaryzm.

Nielogiczne jest zakładanie, że międzynarodowe formy rządów są w jakiś sposób bardziej humanitarne lub filantropijne niż krajowe, tak jak nielogiczne jest zakładanie, że krajowe formy rządów są bardziej sprawiedliwe i lepiej reprezentują obywateli niż samorządy lokalne. Można by zapytać, jaka jest różnica między Partią Zielonych w Niemczech, która domaga się całkowitego posłuszeństwa obywatelskiego wobec dyktatu „zmiany klimatu”, a grupą międzynarodowych ambasadorów, którzy domagają się tego samego w ramach Porozumienia Paryskiego w sprawie klimatu. Czy Ramowa Konwencja Narodów Zjednoczonych w sprawie Zmian Klimatu i Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu są mniej totalitarne, ponieważ międzynarodowi biurokraci regulują zachowania zarówno Niemców, jak i osób niebędących Niemcami?

Czyż nie nazwalibyśmy wielkich imperiów przeszłości „globalnymi” lub „międzynarodowymi”? Czyż Aleksander Wielki, Juliusz Cezar, Napoleon Bonaparte czy Cecil Rhodes nie pochłaniali całych narodów, rozszerzając terytoria swoich imperiów? Jak odróżnić te globalne imperia od współczesnych odpowiedników, takich jak Unia Europejska czy Organizacja Narodów Zjednoczonych? Z pewnością przeciętnemu Europejczykowi, Azjacie czy Afrykańczykowi równie trudno jest sprzeciwić się dekretom UE czy ONZ, jak Europejczykom, Azjatom czy Afrykańczykom w przeszłości sprzeciwiać się dekretom imperialnym z odległych stolic. Czy gdyby Aleksander, Cezar, Napoleon czy królowa Wiktoria nazwali swoje imperia „Narodami Zjednoczonymi”, ich podboje uznano by za bardziej sprawiedliwe i pokojowe?

Innymi słowy, czy po prostu nie przemianowaliśmy imperializmu na „internacjonalizm” i nie udawaliśmy, że to retoryczne rozróżnienie oznacza „postęp”?

To prowadzi nas do teraźniejszości, gdzie w końcu toczymy sensowną debatę na temat zalet „nacjonalizmu” w porównaniu z „globalizmem”. Jak stało się aż nadto jasne w ostatnich latach, globaliści rzeczywiście chcą znieść państwo narodowe. Nie zadowalają się jednak jedynie zastąpieniem rządów narodowych instytucjami międzynarodowymi. Dekady polityki otwartych granic w Ameryce Północnej i Europie ujawniają prawdziwy cel globalizmu: wymazywanie kulturowych i historycznych pozostałości, które spajają naród.

W Stanach Zjednoczonych imigranci często wymachują flagami swojej „ojczyzny” na stadionach sportowych, podczas gdy komentatorzy głównego nurtu nazywają flagę amerykańską formą „białej supremacji”. W całym Zjednoczonym Królestwie urzędnicy państwowi surowo represjonują obywateli wymachujących brytyjskimi flagami. Po obu stronach Atlantyku globaliści ganią obywateli za to, że nie akceptują „multikulturalizmu”. W końcu dotarliśmy do punktu, w którym „patriotyzm” jest demonizowany tak samo jak „nacjonalizm”.

Gdzie skończymy bez narodów i patriotów? Zostajemy na kontynentach pełnych obcych. Zamiast ludzi połączonych wspólną historią, kulturą, religią, wartościami, językiem i rodziną, Ameryka Północna i Europa przekształcają się w przestrzenie zdefiniowane absolutnie niczym. Nowi imigranci w Ameryce chcą obalić polityczne ideały Deklaracji Niepodległości i Konstytucji Stanów Zjednoczonych. Nowi imigranci w Europie nalegają na zastąpienie wszystkich kościołów chrześcijańskich meczetami. Oba kontynenty zmierzają ku przyszłości, w której plemiona różnych narodów będą rywalizować o władzę polityczną na burzliwych terytoriach, które są narodami tylko z nazwy. Czy ktokolwiek naprawdę wierzy, że odłożą na bok swoje różnice i będą przestrzegać międzynarodowych deklaracji Organizacji Narodów Zjednoczonych lub Unii Europejskiej?

Osiemdziesiąt lat „internacjonalizmu” zniszczyło najbardziej naturalny porządek polityczny, jaki kiedykolwiek istniał: państwo narodowe. Teraz całe kontynenty są pełne imigrantów, których niekompatybilne kultury z góry determinują przyszłe konflikty. Zamiast przyznać, jak destrukcyjna była ich polityka na Zachodzie, globaliści mają czelność wyśmiewać nacjonalistów jako zagrożenie dla pokoju.

Najważniejszą lekcją, jaką dała nam II wojna światowa, nie było to, że narody są złe, lecz to, że rządy totalitarne są złe.

Globaliści poświęcili pierwsze i przyjęli drugie.

Ludzie na Zachodzie również będą musieli teraz pokonać globalizm.

***

Źródło: Globalizm musi zostać pokonany