Putin w końcu zdejmuje rękawiczki? Trwają prace nad demontażem mostów w Kijowie, Most Północny został zaatakowany przez drona

Putin w końcu zdejmuje rękawiczki? Trwają prace nad demontażem mostów w Kijowie, Most Północny został właśnie zaatakowany przez drona

Symplicjusz simplicius/putin-finally-takes-gloves-off

Po raz kolejny, tuż po naszym ostatnim raporcie o ataku rosyjskich dronów Geran-4 na most Południowy lub Piwdennyj w Kijowie, Rosja zaatakowała dziś Most Północny.

Początkowo podano, że użyta amunicja to rakieta Banderol, ale na podstawie nagrania można stwierdzić, że porusza się ona zbyt wolno. Prawdopodobnie jest to jakiś duży dron.

Jednak ten most nie ma tego samego typu przęseł kablowych, co most Południowy, a dron najwyraźniej celowo skierował się w samą jezdnię.

Aby dać wyobrażenie o wzmocnionych przekrojach tych mostów, krążyły zdjęcia Mostu Południowego w budowie z czasów Związku Radzieckiego:

Wydaje się mało prawdopodobne, aby dron mógł zniszczyć most, po prostu uderzając w powierzchnię drogi, ale codzienne wizyty drona z pewnością mogłyby trwale wyłączyć most z użytku, gdyby stale go zamykano i remontowano.

Władze Ukrainy już zapowiedziały, że w ramach działań awaryjnych powstanie seria pontonowych przepraw przez rzekę.

https://suspilne.media/1418591-pontonni-perepravi-j-tunel-pid-dniprom-u-kievi-gotuut-alternativu-mostam/

Od przyszłego tygodnia Kijów planuje rozpocząć budowę kilku przejść rezerwowych przez Dniepr. W przyszłości rozważana jest również możliwość budowy tunelu pod rzeką.

Poinformował o tym w wywiadzie dla Suspilnego minister odbudowy, infrastruktury i transportu Ukrainy Mykoła Kałasznik.

Pontony znacznie ograniczyłyby przepływ ruchu i chociaż łatwo je wymienić w razie uszkodzenia, rutynowe loty dronów powinny je wyłączyć na czas nieokreślony. Głównym powodem, dla którego Rosja atakuje mosty, jest chęć zatrzymania wojskowych transferów przez rzekę, które drastycznie by spowolniły, gdyby musiała korzystać wyłącznie z pontonów obok ruchu cywilnego.

Co ciekawe, rosyjska jednostka opublikowała nagranie z pierwszej osoby przedstawiające drona, który wczoraj uderzył w most Południowy.

Uderzenia pododdziału „Geran” z 50. Samodzielnej Brygady Wojsk Powietrznodesantowych „Wariag” w podpory kablowe Mostu Południowego w Kijowie w ciągu ostatnich dwóch dni.

Zwykli zachodni komentatorzy po raz kolejny pokazali swoją całkowitą hipokryzję, czepiając się najnowszych hitów po świętowaniu zniszczenia Mostu Kerczeńskiego:

Podobnie zachodnie media były zszokowane faktem, że Rosja mogłaby wykorzystać przeciwko sobie długoletnie praktyki Ukrainy:

https://www.nytimes.com/2026/10/03/world/europe/russia-ukraine-bridges-kyiv.html

W artykule powyżej czytamy, że pierwszy most został uszkodzony, gdy przejeżdżał po nim pociąg metra:

Do pierwszego ataku na most południowy doszło w czwartek, gdy pociąg metra przejeżdżał przez most.

To ciekawe, biorąc pod uwagę, że jednym z najsłynniejszych zdjęć wielkiego „sukcesu” Ukrainy w bitwie o most Kerczeński było to, na którym widać płonący rosyjski pociąg cywilny, zniszczony w trakcie ataku:

Nie wspominając o cywilach, którzy ginęli podczas każdego ukraińskiego ataku na Kercz.

Ale przejdźmy do konkretów. Intrygującym aspektem ataków było to, że Rosja najwyraźniej strategicznie zdecydowała się na rozpoczęcie dezaktywacji mostów Południowego i Północnego, pozostawiając na razie nienaruszone te pośrodku

Chicagowskie zmienne nastroje

Stanisław Michalkiewicz:

Chicagowskie zmienne nastroje

magnapolonia

Szerokokadłubowy dreamliner „Lotu” z Warszawy do Chicago leci najpierw w kierunku Poznania, ale nad Poznaniem bierze kurs na północny zachód i leci po loksodromie, to znaczy – po łuku, przecinającym wszystkie południki pod tym samym kątem. Tak samoloty latały i przed wojną, a świadectwem tego jest wiersz Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, wówczas już żony lotnika Jasnorzewskiego, który służył w Dęblinie. „Skrzyżowały się drogi lotnika i kaczek. Zamęt powstał na ich loksodromie” – czytamy w wierszu.

Ale dreamlinery latają na wysokości znacznie większej, dokąd kaczki już nie docierają, więc w przypadku wspomnianego lotu do Chicago żadnego „zamętu” z kaczkami na loksodromie nie było.  Zatem za Szczecinem leciał już nad Bałtykiem w kierunku cieśnin duńskich, potem wyleciał nad Morze Północne, Szkocję zostawił po lewej stronie i w ten sposób znalazł się nad Morzem Norweskim. Przeleciał potem nad Islandią i nad południową częścią Grenlandii, a następnie, po godzinnym, a może trochę dłuższym locie nad Atlantykiem, dotarł nad Półwysep Labrador i kierował się w stronę Wielkich Jezior.

Nad jednym z nich, konkretnie – nad Jeziorem Michigan, leży Chicago. W ten sposób, po blisko 10 godzinach od wylotu z Warszawy, dotarliśmy do Chicago, które powitało nas deszczem.  Deszcz rzadko kiedy nastraja optymistycznie, więc i tym razem przystąpiły do nas czarne myśli tym bardziej, że przed odlotem przyjaciel zdążył nas poinformować, że politykowie z Volksdeutsche Partei, na szczęście nie wszyscy, ale niektórzy, już otwartym tekstem perorują o plusach dodatnich jeśli nie wojny z Rosją, to przynajmniej – stanu wojennego, dzięki któremu udałoby się uniknąć ryzyka wyborów.

Więc chociaż przyjaciel życzył nam tyle samo udanych startów, co lądowań, to jednocześnie zauważył, że może nie być już do czego wracać. Tak samo mówił starszy pan, Anglik, w swoim czasie, to znaczy – w czasie „zimnej wojny”, pilot bombowca Vulcan, przeznaczonego w RAF do uderzenia jądrowego na państwa Układu Warszawskiego. Każdy z tych bombowców miał zrzucić bomby jądrowe na wyznaczone cele, a potem wrócić do Anglii. – Nie byliśmy jednak pewni, czy będziemy mieli dokąd wrócić – wspominał po latach ów pilot.

„Mała, zwycięska wojna” bowiem wygląda korzystnie tylko  dopóty, dopóki nie wybuchnie – o czym przekonałby się rosyjski minister Plehwe, gdyby nie zginął w zamachu. On też uważał, że Rosji przydałaby się „mała, zwycięska wojna” i wojna rzeczywiście wybuchła, z Japonią, tylko że nie okazała się wcale zwycięska. Kiedy Japonia militarnie rozgromiła Rosję, z inicjatywy amerykańskiego prezydenta Teodora Roosevelta, Rosja  zawarła z Japonią pokój w Portsmouth, z którego w Warszawie naigrawano się, że jest to „pokój z japońskim obiciem”.

Tymczasem o wojnie z Rosją ćwierkają nie tylko wszystkie wróbelki drobniejszego płazu, ale również rozmaici europejscy urzędnikowie, a w tej sytuacji wszystko staje się możliwe. Jedyna nadzieja w tym, że rosyjski prezydent Putin, któremu od rana do wieczora wymyśla cały chór – nie powiem, że wujów, bo w tym chórze są też osoby wyglądające na zacne, które się tylko dostrajają do tych głupszych, bo wiadomo, że w kupie raźniej, bo kupy nikt nie ruszy – więc że rosyjski prezydent Putin jaki tam jest, to jest – ale że nie jest wariatem.

Myślę bowiem, że tylko wariat, po kilkuletnich doświadczeniach z wojną na Ukrainie, która jest dla Rosji tak samo trudna, jak dla Stanów Zjednoczonych wojna w Wietnamie, nie będzie otwierał sobie drugiego frontu. Jak pamiętamy, Ameryka w Wietnamie nie wojowała przecież z Wietnamem, bo z nim by sobie jakoś poradziła – ale z całym Układem Warszawskim i z Chinami na dodatek.

Jak wiemy, Ameryka tę wojnę przegrała, a ściślej – nie mogła jej wygrać – więc się w końcu zniechęciła, zostawiając wietnamskich sojuszników na pastwę losu. Rosja na Ukrainie prowadzi wojnę z całym Sojuszem Atlantyckim oraz innymi wasalami Stanów Zjednoczonych, więc nie ma co się dziwić, że jest to dla niej trudna wojna. Pewnie dlatego Książę-Małżonek, który uchodzi u nas za wyjątkowo tęgą głowę, publicznie ogłosił, że  NATO by Rosję pokonało, co niewątpliwie musiało zachęcić jegomościów znacznie od Księcia-Małżonka głupszych do propagandy wojennej.

Że taką uprawia Wielka Brytania, to ani nic nowego, ani nic dziwnego. Wielka Brytania, nawet gdy rzeczywiście była jeszcze wielka, chętnie wysuwała do walki narody głupsze, nie troszcząc się specjalnie o ich los, byle tylko konflikt odpowiadał jakimś brytyjskim interesom.

Podobnie jest z Niemcami, które od kwietnia tego roku pozostają w strategicznym partnerstwie z Ukrainą, to znaczy – gotowe są za pośrednictwem Unii Europejskiej zmusić członkowskie bantustany, żeby ukraińskich oligarchów  futrowały i w ten sposób podsycały ich wojenny animusz – no a potem się zobaczy, czy z tej Ukrainy coś będzie, czy nie – bo jak nie, to zawsze będzie można ponownie nawrócić się na linię polityczną kanclerza Bismarcka, według której Niemcy zarządzają Europą w porozumieniu z Rosją.

Rozlanie się ukraińskiej wojny na państwa Europy Środkowej byłoby dla Ukrainy prawdziwym darem Niebios – czego prezydent Zełeński nigdy przecież nawet nie próbował ukrywać. Tyle, że wtedy ukraiński Sztab Generalny de facto musiałby przejąć dowodzenie niezwyciężonymi armiami, nie tylko mocarstw bałtyckich, ale również niezwyciężoną armią polską – bo chyba nikt nie ma złudzeń, że dowodzenie nią można by pozostawić tubylczym generałom.

   Na szczęście następnego ranka zapanowała w Chicago piękna, słoneczna pogoda, więc pogodnego nastroju nie była w stanie zmącić nawet wiadomość, że pan prezydent Karol Nawrocki właśnie podpisał ustawę o podatku od nadzwyczajnych zysków koncernów paliwowych, za pomocą której obywatel Tusk Donald próbował go szantażować groźbą  oskarżenia o maszerowanie na pasku koncernów ze szkodą dla interesów „Polaków”.

Ci prawda pan prezydent próbuje się obywatelu Tusku odgryzać, wytykając mu nieubłaganym palcem zadłużanie państwa i wpędzanie w ten sposób tubylczych obywateli w coraz głębszą niewolę lichwiarskiej międzynarodówki, ale na obywatelu Tusku takie rzeczy nie robią żadnego wrażenia, bo niby dlaczego miałyby robić, skoro pan prezydent informuje go o czymś, o czym on przecież nie może nie wiedzieć. Wygląda tedy, jakby pan prezydent po raz pierwszy cofnął się przed obywatelem Tuskiem.

Skoro raz się cofnął, to co będzie dalej? Czy będzie się cofał i cofał, aż zostanie wysadzony w powietrze „adwokackim” zamachem stanu, czy też poczeka, aż mu wyrośnie „wielka piącha” – jak to zrobił generał Jaruzelski? Ale z czego panu prezydentowi miałaby ta „wielka piącha” wyrosnąć?  Obawiam się, że ani on, ani nikt inny tego w ogóle nie wie, a skoro tak, to nic dziwnego, że obywatel Tusk może w takiej sytuacji podjąć próbę odzyskania inicjatywy strategicznej?

Kto rozpoczął wojnę na Ukrainie

04.10.2026. – Kto rozpoczął wojnę na Ukrainie

Dziennikarz tygodnika ‚Do Rzeczy’ Maciej Pieczyński jest przekonany, że Rosja dokonała najazdu, a jako że Michał Klimek, niedawny kandydat Konfederacji Korony Polskiej na prezydenta Krakowa, uważa inaczej, pisze tekst, w którym stwierdza: „Wojna Rosji z Ukrainą nie jest wojną sprawiedliwą i prewencyjną. Donieck i Ługańsk w 2014 roku należały do Ukrainy i nic nie usprawiedliwia rosyjskiej interwencji, dokonanej rękami tamtejszych prorosyjskich zdrajców(?!). To samo dotyczy Krymu. Oczywiście, nastroje były w dużej mierze prorosyjskie. Ale świętym prawem każdego państwa jest obrona własnej integralności terytorialnej”.

Konsekwencje ataku dronów na rosyjski magazyn paliwa

Pisze dalej Pieczyński, że kompromitujące jest przyjmowanie punktu widzenia Moskwy, bo ten punkt widzenia jest oparty na fałszywym obrazie rzeczywistości. Twierdzi, że Rosja napadła na Ukrainę, nie odwrotnie. Rosja zajęła ukraińskie terytorium, nie odwrotnie. Nie da się logicznie uzasadnić takiego stanowiska.

To byłaby odpowiedź na twierdzenie M. Klimka, który w wywiadzie dla Kanału Zero powiedział: „Ukraina wywołała tę wojnę, bo prowokowała Rosję coraz bardziej zbliżając się do niej i wymordowując Ukraińców pochodzenia rosyjskiego w najbliższych Rosji terenach”.

Jak było faktycznie. Pisze na moim blogu Andrzej Szubert (opolczyk): „Rosja uzasadniła Specjalną Operację jednym z artykułów Karty ONZ (bodajże art. 51). Mówi on, że państwo trzecie może dokonać interwencji zbrojnej w innym państwie, jeśli jego władze prześladują, a tym bardziej mordują własnych mieszkańców. A tak było w Donbasie? – Kijowski reżim wymordował 14 500 mieszkańców tego regionu, o czym zresztą możemy przeczytać w Wikipedii. Dodajmy, że Rosjanie zamieszkujący tereny Ukrainy Wschodniej zbuntowali się m.in. przeciwko samowoli reżimu reprezentowanego przez nowe władze narzucone przez Zachód oraz neobanderowskie organizacje: Prawy Sektor czy bataliony Azow i Ajdar.

Ponadto tuż przed SOW władze Rosji uznały suwerenność republik Ługańskiej i Donieckiej, ich władze z kolei poprosiły Rosję o militarną pomoc przeciwko kijowskiej juncie i o włączenie ich w skład Federacji Rosyjskiej, co Rosja natychmiast uczyniła. Tak więc wojna w Donbasie, według wykładni Rosji toczyła się już na  terytorium Federacji Rosyjskiej, a siły zbrojne kijowskiej junty były tam agresorem i okupantem.

Problem polega na tym, że wszelkie wyjaśnienia Rosji są przez kolektywny Zachód ignorowane i odrzucane. Tenże Zachód nagminnie  łamie prawo międzynarodowe, zarzucając to Rosji. I niestety Rosja nie ma przebicia do zachodnich mediów i na tym polu  na kolektywnym Zachodzie przegrywa. No i ciągle jest oskarżana o imperializm i zapędy do odtworzenia ZSRR”.

Nie jest więc „świętym prawem każdego państwa obrona własnej integralności terytorialnej”, szczególnie w sytuacji zbrojnego przewrotu dokonanego 22 lutego 2014 roku czy osiem lat później, gdy ukraińska armia codziennie ostrzeliwała mieszkańców Doniecka i Ługańska. Dzisiejsze media doszły do perfekcji w stosowaniu propagandy i w stwarzaniu narracji, która często niewiele wspólnego ma z faktami, a gdy idzie o SOW na Ukrainie, to już są tylko kłamstwa i przeinaczenia.

Pisze dalej Pieczyński, że najbardziej kompromitująca nie jest sama prorosyjska postawa takich polityków jak Klimek. Najgorsza jest hipokryzja. Jak można z jednej strony opowiadać się za pokojem, a z drugiej strony sympatyzować ze stroną, która wojnę rozpętała. Tak więc środowisko polityczne Klimka nie jest antywojenne, tylko antyukraińskie i prorosyjskie. Woła więc proukraiński dziennikarz: „Panowie ‚pacyfiści’ – przestańcie się wstydzić i zacznijcie wyrażać swoje poglądy z otwartą przyłbicą. Przyznajcie w końcu, że nie jest wam obojętne, kto wygra wojnę na Ukrainie…”.

Tu przyznam Pieczyńskiemu rację: nie ma się czego wstydzić.

Trzeba wyraźnie mówić jak Grzegorz Braun czy Michał Klimek: 1) Rosja podjęła interwencję w obronie Rosjan mieszkających w Donbasie; 2) W interesie Rosji (a także Polski) jest unicestwienie ukraińskiego nazizmu i militaryzmu; 3) To nie jest nasza wojna; nic nam do niej; 4) A jeśli wyrażamy swoją sympatię, to tym, którzy mają rację. A rację mają Rosjanie.

Zygmunt Białas

Kurwiszon. MEM-y III.

—————————

——————————–

——————————————-

————————–

——————————

———————————-

———————————–

[odp.: Gaza…]

——————-

————————

—————————

————–

Sygnalista, który ujawnił powiązania Lutnicka z Epsteinem, zmarł „w wyniku samobójstwa”

Sygnalista, który ujawnił powiązania Lutnicka z Epsteinem, zmarł „w wyniku samobójstwa”.

Były brytyjski bankier, który spędził ponad 35 lat pracując na rynkach finansowych, zmarł w wyniku samobójstwa

przez Chris Newlands thebanker

Sygnalista, który oznaczył powiązania Lutnicka z Epsteinem, umieraSimon Andriesz (na zdjęciu) ujawnił Howarda Lutnicka (na zdjęciu) powiązania z skazanym przestępcą seksualnym Jeffreyem Epsteinem © Daniel Heuer/Bloomberg

Były brytyjski bankier i sygnalista Simon Andriesz, który oznaczył rzekome powiązania Howarda Lutnicka ze skazanym przestępcą seksualnym Jeffreyem Epsteinem, zmarł w wyniku samobójstwa.

Andriesz był wcześniej dyrektorem zarządzającym w firmie BGC Group na Wall Street, gdzie Lutnick, obecnie sekretarz handlu USA, był dyrektorem generalnym.

Śmierć 57-latka potwierdził Andy Agathangelou, założyciel grupy kampanii Transparency Task Force, która wcześniej gościła wydarzenia związane z sygnalizacją nieprawidłowości z Andrieszem.

Agathangelou powiedział: „Z wielkim smutkiem dzielimy się wiadomością, że Simon Andriesz, ceniony członek naszej społeczności, zmarł w zeszłym tygodniu”.

W lutym Lutnick potwierdził, że odwiedził wyspę Epsteina w 2012 roku, zaprzeczając wcześniejszym oświadczeniom, że zakończył związki z przestępcą seksualnym lata wcześniej.

Przemawiając przed senacką komisją ds. środków, powiedział: „Zjadłem z nim lunch, gdy byłem na łodzi na rodzinnych wakacjach. Moja żona była ze mną, podobnie jak moja czwórka dzieci i nianie. . . Zjedliśmy lunch na wyspie. To prawda. Przez godzinę”.

Andriesz powiedział wcześniej BBC, jak odkrył dowody wskazujące, że Lutnick nie ujawnił relacji biznesowych z Epsteinem, mówiąc nadawcy, że odkrył łańcuch e-mailowy z 2018 roku, w którym Lutnick i Epstein omówili perspektywy działalności w ramach start-upów, w które obaj byli zaangażowani.

Sprawa znalazła się w BBC’s File on 4 Investigates, który został wyemitowany w lipcu w odcinku zatytułowanym The Epstein Files: Lutnick, the Royals and the British Whistleblower.

Lutnick powiedział wcześniej w tej sprawie: „Jednoznacznie potępiam zachowanie przypisywane Jeffreyowi Epsteinowi i wszystkim, którzy uczestniczyli w jego nielegalnej działalności. Ocaleni z jego zbrodni zasługują na nasz szacunek i wsparcie”.

Wkrótce po emisji odcinka Andriesz mówił podczas wydarzenia Transparency Task Force o tym, co powiedział, że jest złym traktowaniem przez brytyjskiego regulatora sygnalistów, opisując osobiste koszty ujawnienia się jego kariery, zdrowia i rodziny.

Andriesz spędził ponad 35 lat pracując na rynkach finansowych.

=====================

„Stale stoimy na krawędzi kryzysu nuklearnego”: O globalnej kruchości i nowych możliwościach negocjacyjnych (część 2)

„Stale stoimy na krawędzi kryzysu nuklearnego”: Wasilij Kaszyn o globalnej kruchości i nowych możliwościach negocjacyjnych (część 2)

4 października 2026 autorstwa Évy Péli nachdenkseiten-de

==================

Wasilij Kaszyn jest dyrektorem Centrum Kompleksowych Studiów Europejskich i Międzynarodowych (CCEIW) na Moskiewskim Państwowym Uniwersytecie Badawczym „HSE”. Jest również starszym pracownikiem naukowym w Centrum Studiów nad Chinami i Projektami Regionalnymi w Moskiewskim Uniwersytecie Państwowym (MGIMO), wykładowcą w Katedrze Bezpieczeństwa Międzynarodowego na Wydziale Polityki Światowej Uniwersytetu Moskiewskiego (MSU) oraz kandydatem nauk politycznych. Jest członkiem Rady Polityki Zagranicznej i Obronnej (SVOP).

link do części 1 Rosjanin: „Dla nas lepiej nie utrzymywać żadnych stosunków z Zachodem, niż stać się przeciwnikiem Chin” (część 1)

==========================

Podczas podróży do Moskwy Éva Péli rozmawiała z wieloma czołowymi politologami, dyplomatami i analitykami geopolitycznymi na temat fundamentalnej reorganizacji polityki światowej. W drugiej części tego ekskluzywnego wywiadu ekspert ds. Chin Wasilij Kaszyn (dyrektor Centrum Kompleksowych Studiów Europejskich i Międzynarodowych w HSE) analizuje strategiczne powściągliwości Chin, realne zagrożenie eskalacją nuklearną oraz obecny stan negocjacji dotyczących Ukrainy, w tym tych z udziałem przedstawicieli USA.

===================================

Éva Péli: Panie Kashin, Pekin nie zajmuje otwartego stanowiska ani w wojnie na Ukrainie, ani w konfliktach wokół Iranu. Co kryje się za tą powściągliwością – strategiczna ostrożność, wyrachowane interesy gospodarcze, czy przygotowania do zbliżającego się wielkiego konfliktu w Azji?

Wasilij Kaszyn: Myślę, że zarówno ostrożność, jak i aktywne przygotowania Chin do własnego kryzysu odgrywają tu rolę. Z tego, co wiemy, Chiny rzeczywiście aktywnie rozbudowują swoje siły zbrojne, gromadzą rezerwy i przygotowują gospodarkę do mobilizacji. Nie można wykluczyć, że Chińczycy przygotowują się do poważnego konfliktu militarno-politycznego w Azji w nadchodzących latach. Jednocześnie w samych Chinach utrzymują się poważne problemy – zarówno polityczne, jak i gospodarcze. Jesteśmy świadkami ogromnej czystki w chińskiej armii i cywilnym aparacie państwowym, podczas gdy rząd stara się rozwiązać dość dotkliwe strukturalne problemy gospodarcze.

W związku z tym Chiny dążą obecnie do ograniczenia poziomu konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi. Podczas wizyty prezydenta USA w Chinach przywódcy obu krajów uzgodnili relacje oparte na konstruktywnej i strategicznej stabilności. Nadal uważają się za głównych przeciwników, ale Chiny nie będą zainteresowane eskalacją tych relacji w najbliższej przyszłości. Konflikty na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie są częściowo korzystne dla Chin, ponieważ pozwalają im zmniejszyć presję USA na Chiny i uniemożliwić Stanom Zjednoczonym koncentrację zasobów w Azji. Chiny aktywnie współpracują ze wszystkimi stronami konfliktów – w szczególności są głównym dostawcą ważnych towarów podwójnego zastosowania do Europy, Ukrainy i Rosji. Realizują własną agendę polityczną, czego zasadniczo można się spodziewać.

W Moskwie toczy się otwarta dyskusja na temat granic eskalacji, w tym środków zapobiegawczych wobec Europy, czego domagał się na przykład Siergiej Karaganow. Gdzie widzi Pan czerwoną linię i jak szeroko rozprzestrzeniła się ta debata w rosyjskim środowisku ekspertów?

Kwestie eskalacji są stale dyskutowane. Postrzegane są przede wszystkim jako możliwa odpowiedź Europy na eskalację. Z naszej perspektywy działania europejskie obejmują na przykład rozmieszczenie broni ofensywnej na terytorium europejskim w celu przeprowadzenia ataków w głąb terytorium Rosji, udział europejskich służb wywiadowczych w sabotażu i operacjach terrorystycznych Ukrainy na naszym terytorium oraz porwania rosyjskich lub powiązanych z Rosją statków handlowych przez państwa europejskie. Rosja musi w jakiś sposób odpowiedzieć na wszystkie te działania.

Jednym z często podnoszonych argumentów jest to, że nawet jeśli poradzimy sobie z konsekwencjami tych działań, brak odwetu z naszej strony osłabia naszą siłę odstraszania. Dlatego kwestia przeprowadzenia kontrataku na Europę w takiej czy innej formie jest stale podnoszona i aktywnie dyskutowana. Do tej pory rosyjskie kierownictwo uważało, że taka eskalacja nie byłaby zgodna z celami specjalnej operacji wojskowej, ale gdy tylko uzna, że ​​korzyści przeważają nad wadami, nastąpi eskalacja.

Prezydent Putin niedawno mówił o kilku możliwościach – na przykład podczas niedawnego spotkania z dowództwem Floty Pacyfiku stwierdził, że Rosja mogłaby przejąć statki handlowe na wodach azjatyckich należące do krajów europejskich, które uczestniczą w przejmowaniu rosyjskich jednostek. To przykład eskalacji: jeśli niektóre kraje europejskie przejmą rosyjskie tankowce, rosyjska Flota Pacyfiku może z łatwością przechwycić i zająć każdy europejski statek płynący do Chin lub Japonii. A Europa nie będzie w stanie temu zapobiec.

Możliwe są również inne scenariusze eskalacji. Zależy to w dużej mierze od oceny obecnej sytuacji. Ponieważ najprawdopodobniej będziemy musieli żyć w warunkach tej konfrontacji przez bardzo długi czas, musimy – podobnie jak w okresie zimnej wojny – wypracować pewne zasady postępowania, aby zapobiec nieprzewidzianym wydarzeniom. Stale stoimy na krawędzi eskalacji i kryzysu nuklearnego; jest to temat nieustającej dyskusji, a argumenty za tym stale się pojawiają.

W odniesieniu do krajów BRICS i rodzącej się wielobiegunowości: czy Chiny są jedynie jednym z wielu aktorów tego nowego porządku świata, czy też jego prawdziwym architektem? I czy zmierzamy w kierunku stabilnego systemu wielobiegunowego, czy w kierunku niekontrolowanej globalnej fragmentacji, w której Europa jest marginalizowana?

Chiny posiadają dziś holistyczną wizję tego, jak powinien rozwijać się świat. Co więcej, są prawdopodobnie jedynym krajem posiadającym szczegółową, kompleksową wizję porządku światowego, ponieważ Stany Zjednoczone utraciły taką wizję. Rosja ma własne koncepcje, ale nie są one tak rozbudowane i szczegółowe jak chińskie. Chiny mają cztery globalne koncepcje Xi Jinpinga i szereg innych fundamentalnych stanowisk.

Jednocześnie widzimy, że pomimo złożonej wizji porządku światowego, Chiny w żadnym wypadku nie są gotowe do jego obrony, podejmowania ryzyka i ponoszenia związanych z tym kosztów. Właśnie dlatego Chiny przyjęły skrajnie bierną postawę w czasie kryzysów wokół Iranu i Wenezueli – nawet w warunkach, w których prezydent USA Donald Trump ogłosił odrodzenie doktryny Monroe i swoje prawo do przewodzenia Ameryce Łacińskiej, która jest kluczowym regionem, rynkiem zbytu i źródłem surowców dla Chin.

Dlatego uważam, że stoimy w obliczu przedłużającego się i bardzo niebezpiecznego okresu chaosu. Widzimy, że Stany Zjednoczone porzuciły swój tradycyjny model przywództwa w zakresie kontrolowania instytucji międzynarodowych i systemu globalnego zarządzania, podczas gdy Chiny nie są gotowe do przejęcia tej roli i najprawdopodobniej nie będą w najbliższej przyszłości. Europa z kolei musi pokonać liczne trudności wewnętrzne, aby stać się niezależnym aktorem w polityce światowej, porównywalnym pod względem wpływów z Chinami, Rosją i Stanami Zjednoczonymi. Europa pogrąża się w swoim własnym kryzysie wewnętrznym, którego wynik jest niejasny: nie wiemy, kto będzie rządził czołowymi krajami europejskimi za kilka lat, jakie siły polityczne dojdą do władzy, jaki program będą realizować i jak będą się ze sobą łączyć.

Wyjątkowość obecnego okresu polega nie tylko na tym, że zmienia się równowaga sił między krajami i grupami państw, ale także na tym, że w każdym większym państwie i sojuszu trwa poważny kryzys wewnętrzny. Kryzysy istnieją w Chinach, USA, Europie i Japonii, a w Rosji i Indiach zachodzą złożone procesy transformacyjne. Wiele będzie zależeć nie od relacji międzypaństwowych, ale od toczących się równolegle wewnętrznych procesów politycznych. Czekają nas bardzo niebezpieczne dekady. Początek XX wieku był prawdopodobnie ostatnim okresem podobnego niebezpieczeństwa, kiedy to w każdym większym państwie dochodziło do równoczesnych poważnych wstrząsów i konfliktów między nimi. Obecne czasy są jeszcze bardziej niebezpieczne, ponieważ istnieje więcej podmiotów i dodatkowy czynnik w postaci broni jądrowej. Dlatego kluczowe jest, abyśmy z jednej strony szczerze przyznali się do wrogiego charakteru naszych relacji i faktu, że taki pozostanie, a z drugiej strony systematycznie pracowali nad znalezieniem sposobów pokojowego współistnienia, ponieważ jesteśmy już na krawędzi kryzysu nuklearnego.

W świetle obecnych wydarzeń politycznych w kraju, jak ocenia Pan rolę i przyszłość Niemiec w Europie? Jak Pan wyjaśni szczególną trudną sytuację i ładunek emocjonalny w obecnych stosunkach niemiecko-rosyjskich?

Niemcy znajdują się obecnie w stanie wielkiej wewnętrznej niepewności politycznej. Nie wiemy nawet, jak kraj będzie wyglądał politycznie za kilka lat, biorąc pod uwagę niezaprzeczalny upadek tradycyjnych partii i wzrost nowych sił – zarówno po prawej, jak i po lewej stronie. Jak dotąd nie jest jasne, jak potoczy się ta walka polityczna.

Oczywiście, Niemcy dążą do umocnienia swojej pozycji lidera w Europie i kształtowania transformacji Unii Europejskiej. Jednocześnie jednak nasilają się wewnętrzne problemy gospodarcze, a my jesteśmy świadkami zauważalnego spowolnienia gospodarczego. Utrata przewagi przemysłowej i technologicznej przez Niemcy będzie stopniowo zmniejszać ich znaczenie i przestanie być kluczowym czynnikiem geopolitycznym. Obecnie jednak sytuacja charakteryzuje się dużą nieprzewidywalnością.

W grę wchodzą tu liczne emocje, ponieważ Niemcy przez lata były najważniejszym partnerem Rosji w Europie, a relacje między Rosją a UE pod wieloma względami budowane były wokół tej osi. Dlatego ich zerwanie ma szczególnie emocjonalny charakter: jesteśmy świadkami skrajnie wrogiej retoryki z obu stron i, niestety, wielokrotnego odwoływania się do mrocznych rozdziałów naszej wspólnej historii.

Prawdopodobieństwo, że wejdziemy w przedłużającą się i szczególnie trudną konfrontację, podsycaną emocjami i odwołaniami historycznymi, jest dość wysokie. Są to trudne relacje, w których bezpośrednie kanały dialogu praktycznie nie istnieją. Niemniej jednak, jeśli uda nam się stopniowo przywrócić możliwość utrzymywania kontaktu i racjonalnego omawiania sytuacji, ten negatywny trend mógłby zostać zahamowany. Jak dotąd jednak należy stwierdzić, że relacje z Niemcami rozwijają się trudniej niż z większością innych państw europejskich.

Podsumowując: jak ocenia Pan obecny stan i perspektywy negocjacji dotyczących Ukrainy w świetle ostatnich działań Stanów Zjednoczonych?

Mówiąc o merytorycznych negocjacjach dotyczących Ukrainy: W istocie, prawdziwe rozmowy toczyły się jedynie przez bardzo krótki okres w styczniu i lutym tego roku [2026] – konkretnie negocjacje w Abu Zabi, które zostały przerwane atakiem USA na Iran. Były to prawdziwe negocjacje z udziałem wysokich rangą wojskowych obu stron, choć strona ukraińska podejmowała próby ich sabotażu. Na przykład, podczas rozmów ukraińskie służby specjalne usiłowały dokonać zamachu na generała Aleksiejewa, który brał udział w tych procesach. Niemniej jednak, odbyła się prawdziwa dyskusja na temat konkretnych kwestii związanych z porozumieniem pokojowym.

Pozytywnym sygnałem jest obecnie to, że strona amerykańska jest zaangażowana nie tylko w rozmowy ze Stevem Witkoffem, ale także z szerszymi delegacjami – w tym z dyrektorem CIA Johnem Ratcliffe’em i Jaredem Kushnerem w roli Specjalnego Wysłannika, a także z przedstawicielami różnych agencji amerykańskich. Daje to uzasadnioną nadzieję na rozpoczęcie pełnoprawnego procesu dyplomatycznego.

Najważniejszą rzeczą, na którą możemy liczyć, jest wznowienie zaplanowanych, merytorycznych negocjacji, w ramach których tworzone są grupy robocze, a kwestie są omawiane krok po kroku. Nie możemy być pewni szybkiego postępu, ale przynajmniej wyłania się ustrukturyzowany proces negocjacyjny. Jestem przekonany, że Rosja będzie obstawać przy warunkach wcześniej omawianych w Anchorage [na Alasce] i nie zgodzi się na żadne istotne ustępstwa ani daleko idące kompromisy. Niemniej jednak, kluczowe jest teraz, aby ten proces w ogóle się rozpoczął.

Panie Kaschin, dziękuję bardzo za wywiad.

Wasilij Kaszyn jest dyrektorem Centrum Kompleksowych Studiów Europejskich i Międzynarodowych (CCEIW) na Moskiewskim Państwowym Uniwersytecie Badawczym „HSE”. Jest również starszym pracownikiem naukowym w Centrum Studiów nad Chinami i Projektami Regionalnymi w Moskiewskim Uniwersytecie Państwowym (MGIMO), wykładowcą w Katedrze Bezpieczeństwa Międzynarodowego na Wydziale Polityki Światowej Uniwersytetu Moskiewskiego (MSU) oraz kandydatem nauk politycznych. Jest członkiem Rady Polityki Zagranicznej i Obronnej (SVOP).

Zdjęcie na okładce: © Tilo Gräser

Transhumanizm i posthumanizm: prosty przewodnik po dwóch ważnych ideologiach

Transhumanizm i posthumanizm:

prosty przewodnik

po dwóch ważnych ideach

Posted by Marucha w dniu 2026-10-04 marucha/transhumanizm-i-posthumanizm-prosty-przewodnik-po-dwoch-waznych-ideach

Terminy te coraz częściej pojawiają się w dokumentach Kościoła, debatach politycznych i dyskusjach o nowych technologiach. Oto, co właściwie oznaczają, skąd się wywodzą i dlaczego mają znaczenie.

Zanim zaczniemy: w tym artykule transhumanizm i posthumanizm przedstawione są na ich własnych zasadach, z szeroko rozumianej świeckiej i filozoficznej perspektywy. Celem jest najpierw zrozumienie, co rzeczywiście głoszą te nurty, a dopiero potem ich ocena. W końcowej części krótko przedstawiono miejsce myśli katolickiej — a konkretnie nauczania papieża Leona XIV — wobec obu tych kierunków.


Dwa pojęcia coraz częściej pojawiają się w dokumentach watykańskich, encyklikach papieskich i debatach dotyczących etyki technologii: transhumanizm i posthumanizm. Niekiedy używa się ich zamiennie, czasem są ze sobą mylone, a często także błędnie rozumiane. Nie oznaczają tego samego. Łączy je zainteresowanie tym, co dzieje się z człowiekiem w epoce gwałtownie rozwijających się technologii. Wyrastają jednak z różnych tradycji intelektualnych, przedstawiają odmienne argumenty i mają inne konsekwencje.

Skąd wzięły się te idee?

Termin „transhumanizm” stworzył biolog Julian Huxley — brat Aldousa Huxleya, autora Nowego wspaniałego świata — w eseju z 1957 roku zatytułowanym po prostu „Transhumanism”. Huxley twierdził, że człowiek może i powinien wykorzystywać naukę oraz technologię do przekraczania swoich obecnych ograniczeń biologicznych.

Idea ta miała wcześniejsze źródła: można ich szukać w oświeceniowym przekonaniu o możliwości doskonalenia człowieka, w wizji Francisa Bacona, który postrzegał naukę jako narzędzie podporządkowania sobie natury, a także w koncepcji Übermenscha Nietzschego. Transhumaniści zwykle jednak ostrożnie podchodzą do tego ostatniego związku, z oczywistych względów historycznych.

Współczesny ruch transhumanistyczny ukształtował się w latach 80. i 90. XX wieku, głównie w Kalifornii. Max More, urodzony w Wielkiej Brytanii filozof, który osiadł w Los Angeles, założył w 1991 roku Extropy Institute i rozwinął koncepcję, którą określał mianem „ekstropianizmu”. Jej podstawą były takie idee jak nieustanny postęp, samodoskonalenie, praktyczny optymizm i inteligentne wykorzystanie technologii.

W 1998 roku oksfordzki filozof Nick Bostrom — dziś prawdopodobnie najbardziej wpływowy myśliciel transhumanistyczny — współtworzył World Transhumanist Association, później przemianowane na Humanity+, które zapewniło temu ruchowi zaplecze akademickie i organizacyjne.

Bostrom definiuje transhumanizm jako „sposób myślenia o przyszłości oparty na założeniu, że obecna postać gatunku ludzkiego nie jest końcem naszego rozwoju, lecz raczej stosunkowo wczesnym jego etapem”. Celem nie jest zastąpienie człowieka, lecz jego udoskonalenie — za pomocą biotechnologii, inżynierii genetycznej, sztucznej inteligencji, a w przyszłości także nanotechnologii — aż do momentu, w którym uda się przezwyciężyć biologiczne ograniczenia związane z chorobami, pogorszeniem sprawności poznawczej i śmiercią.

Posthumanizm ma inną genealogię intelektualną. Termin ten upowszechnił się w latach 90. XX wieku za sprawą takich badaczek jak Donna Haraway — której „Manifest cyborga” z 1985 roku jest jednym z tekstów założycielskich tego nurtu — oraz N. Katherine Hayles. W swojej książce How We Became Posthuman z 1999 roku Hayles analizowała zacieranie granicy między człowiekiem a maszyną w cybernetyce i teorii informacji.

Podczas gdy transhumanizm jest w dużej mierze nurtem angloamerykańskim i nastawionym optymistycznie, posthumanizm czerpie więcej z francuskiej teorii filozoficznej — m.in. z Deleuze’a i Guattariego, Foucaulta czy Derridy — i jest znacznie bardziej sceptyczny, a przynajmniej ambiwalentny, wobec kierunku, w którym prowadzą te przemiany.

Na czym polega różnica?

Najprościej można to ująć tak: transhumanizm chce uczynić człowieka lepszym, podczas gdy posthumanizm pyta, czy człowiek jako trwała kategoria filozoficzna w ogóle jeszcze istnieje.

Transhumanizm jest w istocie „ulepszonym humanizmem”. Bierze projekt oświeceniowy — przekonanie, że dzięki rozumowi i nauce można poprawić ludzką kondycję — i przyspiesza go za pomocą technologii. Wierzy w pojedynczego człowieka, w jego możliwości rozwoju i w wartość tego rozwoju. Jak zauważają jego krytycy, jest przy tym konsekwentnie optymistyczny, niekiedy aż do naiwności. Jego celem jest istota, która pozostaje rozpoznawalnie ludzka, ale jest zarazem inteligentniejsza, zdrowsza, żyjąca dłużej, a w przyszłości być może nawet nieśmiertelna.

Posthumanizm jest bardziej radykalny i filozoficznie bardziej niepokojący. Nie chodzi w nim jedynie o udoskonalenie człowieka. Nurt ten podważa całą koncepcję „człowieka” jako znaczącej i stabilnej kategorii.

Donna Haraway zasłynęła stwierdzeniem, że „wolałaby być cyborgiem niż boginią”. Wyrażała w ten sposób przekonanie, że woli złożoną, hybrydyczną rzeczywistość istoty już uwikłanej w relacje z maszynami od nostalgicznej wizji czystej i autonomicznej natury ludzkiej. Posthumanizm podważa rozróżnienia między człowiekiem a zwierzęciem, człowiekiem a maszyną oraz naturą a kulturą. W swoich najbardziej rozwiniętych postaciach jest krytyką samego humanizmu — a więc założenia, że „człowiek” jest szczególną, uprzywilejowaną kategorią, której należy się szczególna troska moralna.

Kto jest ich głównym przedstawicielem?

Najważniejszymi przedstawicielami transhumanizmu są Nick Bostrom, filozof z Oksfordu, Ray Kurzweil, futurysta związany z Google, Yuval Noah Harari, historyk i autor książki Homo Deus, oraz Eliezer Yudkowsky, teoretyk sztucznej inteligencji. W ostatnich latach jednym z najbardziej widocznych praktycznych przejawów transhumanistycznych ambicji stał się projekt Neuralink Elona Muska, którego celem jest tworzenie interfejsów mózg–komputer wszczepianych do ludzkiej czaszki.

Do najważniejszych przedstawicieli posthumanizmu należą Donna Haraway, badaczka feministycznych studiów nad nauką, N. Katherine Hayles, zajmująca się teorią literatury i cybernetyką, filozofka Rosi Braidotti, autorka książki The Posthuman, oraz Cary Wolfe, badacz literatury. Ich prace są mniej widoczne w przestrzeni komercyjnej niż działalność transhumanistów, ale wywarły znaczący wpływ na sposób, w jaki przedstawiciele nauk humanistycznych myślą o relacji człowieka i technologii.

Dlaczego ma to znaczenie?

Idee te nie są już zamknięte w akademickich seminariach i prezentacjach start-upów z Doliny Krzemowej. Wpływają na decyzje inwestycyjne dotyczące bilionów dolarów, strategie rządowe dotyczące sztucznej inteligencji, politykę bioetyczną, a także na sposób, w jaki przedstawiciele największych firm technologicznych postrzegają samych siebie i przyszłość człowieka.

Kiedy Elon Musk mówi o przekształceniu ludzkości w gatunek „multiplanetarny” jako sposobie na zapewnienie jej przetrwania albo o połączeniu człowieka ze sztuczną inteligencją, aby uniknąć „pozostania w tyle” za superinteligencją, porusza się w ramach myślenia zasadniczo transhumanistycznego. Kiedy natomiast badacze twierdzą, że granica między człowiekiem a maszyną już tak bardzo się zatarła, że straciła znaczenie, mamy do czynienia z posthumanizmem.

Pytania, które stawiają oba te nurty, są rzeczywiste i ważne. Czy powinniśmy wykorzystywać technologie genetyczne do eliminowania chorób dziedzicznych? Czy należy rozwijać interfejsy mózg–komputer, które zwiększałyby ludzkie możliwości poznawcze? W którym momencie udoskonalenie człowieka staje się jego przekształceniem? Kiedy istota powstała dzięki tym technologiom przestaje być człowiekiem w jakimkolwiek znaczącym sensie — i czy ma to znaczenie?

Jakie są ich słabe strony?

Oba nurty mają istotne słabe punkty, na które wskazują zarówno ich świeccy, jak i religijni krytycy.

Najbardziej podstawowy zarzut wobec transhumanizmu dotyczy tego, kto będzie korzystał z jego osiągnięć. Proponowane technologie — udoskonalenia genetyczne, wydłużanie życia czy zwiększanie możliwości poznawczych — przynajmniej początkowo będą niezwykle kosztowne. W rezultacie zamiast udoskonalenia ludzkości może dojść do powstania nowego rodzaju nierówności: między tymi, których stać będzie na „udoskonalanie” siebie, a tymi, których nie będzie na to stać.

Leon Kass, bioetyk i były przewodniczący Prezydenckiej Rady ds. Bioetyki za prezydentury George’a W. Busha, określił to mianem „zniesienia człowieka”, nawiązując do określenia C.S. Lewisa. Chodzi o ryzyko, że projekt udoskonalania człowieka, jeśli będzie realizowany bez moralnych ograniczeń, doprowadzi do zniszczenia właśnie tego, co miał udoskonalić — człowieczeństwa.

Drugą słabością jest stosunek transhumanizmu do śmierci. Transhumanizm traktuje śmierć jako problem, który należy rozwiązać, niemal jak błąd konstrukcyjny wymagający naprawy. Tymczasem założenie, że śmierć jest po prostu czymś złym, a nieśmiertelność — czymś jednoznacznie pożądanym, jest z filozoficznego punktu widzenia znacznie bardziej dyskusyjne, niż zwykle przyznają transhumaniści.

Słynny argument Bernarda Williamsa głosił, że nieśmiertelność mogłaby być nie błogosławieństwem, lecz przekleństwem: życie pozbawione kresu stałoby się w końcu nie do zniesienia, ponieważ ludzkie motywacje są związane z doświadczeniem skończoności. Argument ten do dziś nie doczekał się przekonującej odpowiedzi.

Najgłębszy problem posthumanizmu polega na tym, że podważając „człowieka” jako stabilną kategorię, podważa on zarazem samo pojęcie ludzkiej godności, na którym ostatecznie musi opierać się każda etyka technologii. Jeśli nie ma znaczącej różnicy między człowiekiem a istotą nie-ludzką, trudno wyjaśnić, dlaczego człowiekowi należy się szczególna ochrona moralna — albo dlaczego cierpienie osoby miałoby mieć większe znaczenie niż nieprawidłowe działanie maszyny. Posthumanizm potrafi z dużą subtelnością opisywać zacieranie granic, trudniej natomiast przychodzi mu odpowiedź na pytanie, dlaczego miałoby nas to obchodzić.

Drugą słabością jest tendencja do tego, co krytycy nazywają „techno-determinizmem” — przekonania, że skoro granica między człowiekiem a maszyną już się zaciera, to musi i powinna zacierać się jeszcze bardziej, a sprzeciw wobec tego procesu jest jedynie wyrazem nostalgii. To jednak nie wynika logicznie z samego faktu zachodzenia takiego procesu. To, że coś się dzieje, nie oznacza jeszcze, że jest to pożądane.

Gdzie w tym wszystkim znajduje się Leon XIV?

Stosunek papieża Leona XIV do tych zagadnień cechuje poczucie pilności. W encyklice Magnifica Humanitas, poświęconej sztucznej inteligencji, oraz w dokumencie Międzynarodowej Komisji Teologicznej Quo Vadis, Humanitas? — oba dokumenty bezpośrednio odnoszą się do transhumanizmu i posthumanizmu — stanowisko katolickie nie sprowadza się ani do prostego odrzucenia postępu technologicznego, ani do jego bezkrytycznej akceptacji.

Krytyka transhumanizmu ze strony Kościoła dotyczy jego antropologii: założenia, że człowiek jest w istocie zbiorem zdolności, które należy nieustannie udoskonalać, zamiast osobą — jednością ciała i duszy — której godność poprzedza i stanowi podstawę wszelkich osiągnięć. Krytyka posthumanizmu dotyczy natomiast jego epistemologii: podważenie człowieka jako stabilnej kategorii usuwa zarazem fundament, na którym opiera się moralna troska o osoby.

Wobec obu tych nurtów tradycja katolicka proponuje nie statyczne ani nostalgiczne rozumienie natury ludzkiej, lecz rozumienie dynamiczne. Człowiek jest powołany do rozwoju, do kształtowania świata oraz wykorzystywania swojej inteligencji i kreatywności w służbie dobru wspólnemu. Ten rozwój ma jednak swój porządek i cel — jest podporządkowany godności każdej osoby, dobru wspólnoty i temu, co Leon XIV podczas audiencji 23 września określił jako postęp „ożywiany i kierowany przez miłość”. W obliczu każdej nowej technologii tradycja ta powraca więc do pytania nie tylko: „czy możemy?”, lecz także: „dla kogo?”

Daniel Esparza https://pl.aleteia.org

Komensky, UNESCO i droga ku religijnemu indyferentyzmowi

Komensky, UNESCO i droga ku religijnemu indyferentyzmowi

magnapolonia./komensky-unesco-i-droga-ku-religijnemu-indyferentyzmowi

Komensky, UNESCO i droga ku religijnemu indyferentyzmowi

Co łączy XVII-wiecznego protestanta Jana Amosa Komenskyego z UNESCO i dlaczego katolik powinien z niepokojem patrzeć na papieską wizytę w tej instytucji? 25 września 2026 roku papież Leon XIV odwiedził paryską siedzibę UNESCO. Sam fakt spotkania papieża z przedstawicielami międzynarodowej organizacji nie musiałby budzić szczególnych zastrzeżeń. Kościół zawsze prowadził dialog z ludźmi i instytucjami, także z tymi, którzy nie podzielają wiary katolickiej. Problem pojawia się wtedy, gdy dialog przestaje być okazją do głoszenia prawdy, a zaczyna oznaczać przyjęcie języka i założeń strony przeciwnej.

Właśnie dlatego szczególnie interesujący jest patron duchowy, którego UNESCO samo wskazuje jako jednego ze swoich poprzedników: Jan Amos Komensky (Comenius).

We współczesnych opracowaniach Komensky przedstawiany jest zazwyczaj jako wielki reformator szkolnictwa, zwolennik powszechnej edukacji i prekursor międzynarodowej współpracy oświatowej. Jean Piaget, którego tekst o Komenskym został opublikowany przez UNESCO, rzeczywiście wskazywał go jako prekursora m.in. edukacji międzynarodowej. Co jednak znamienne, Piaget widział w jego projekcie znacznie więcej niż tylko reformę metod nauczania.

Komensky marzył o powszechnej reformie rodzaju ludzkiego. Edukacja miała być jednym z podstawowych narzędzi przebudowy społeczeństwa, a jego projekty obejmowały również ponadnarodową organizację wiedzy, współpracę polityczną i religijne pojednanie chrześcijan.

Nie mamy więc do czynienia wyłącznie z pytaniem: jak lepiej uczyć dzieci? Chodzi o znacznie bardziej ambitny projekt: jak poprzez edukację, organizację wiedzy i ponadnarodową współpracę przekształcić całą ludzkość? I właśnie tutaj zaczyna się problem, którego nie można przemilczeć.

Człowiek, którego Kościół nie był „centrum”

Komensky był protestantem, związanym z Jednotą Braci Czeskich. Nie uznawał autorytetu Kościoła katolickiego ani papieskiego prymatu. Co więcej, jego eschatologiczne pisma zawierają zdecydowanie antyrzymskie treści. W wydanym w 1657 roku Lux in tenebris Komensky zebrał i opublikował proroctwa oraz wizje Christophora Kottera, Krystyny Poniatowskiej i Mikołaja Drabika. Samo dzieło zachowało się w wydaniu z 1657 roku, a współczesne opracowania dokumentują jego profetyczny i millenarystyczny charakter.

Co jeszcze bardziej znamienne, Komensky angażował te proroctwa w bieżącą walkę polityczno-religijną. Historyczne opracowania wskazują, że oczekiwał upadku Habsburgów i wiązał swoją wizję przyszłości z triumfem protestantyzmu. Nie jest zatem uczciwe przedstawianie Komenskyego wyłącznie jako niewinnego poprzednika współczesnej pedagogiki. Był teologiem protestanckim, millenarystą, autorem wizjonerskich i profetycznych dzieł oraz człowiekiem zaangażowanym w wielki projekt religijno-politycznej przemiany Europy. Wielkość jako pedagoga nie może być więc wykorzystywana do wymazania jego zasadniczej wizji religijnej.

Od pansofii do światowego systemu edukacji

W projekcie Komenskyego szczególne miejsce zajmowała pansophia – idea powszechnej wiedzy, która miała objąć całość ludzkiego poznania. Nie chodziło tylko o to, aby człowiek wiedział więcej.

Chodziło o stworzenie uniwersalnego systemu wiedzy, wychowania i organizacji społeczeństwa, który prowadziłby ludzkość ku określonemu celowi. I właśnie dlatego z punktu widzenia katolickiego trzeba zachować szczególną ostrożność.

Katolicyzm nie zna bowiem neutralnego wychowania. Każde wychowanie prowadzi człowieka ku jakiemuś rozumieniu prawdy, dobra, człowieka i jego ostatecznego celu. Jeżeli szkoła nie prowadzi dziecka ku Bogu, nie oznacza to, że jest neutralna. Oznacza to jedynie, że za punkt odniesienia przyjmuje coś innego. Może nim być państwo. Może nim być społeczeństwo. Może nim być nauka. Może nim być ludzkość. Może nim być „postęp”. Ale w każdym przypadku jest to już określona filozofia człowieka.

UNESCO powiedziało to wprost

Tutaj dochodzimy do dokumentu, którego nie trzeba interpretować ani podejrzewać o ukryte intencje. W 1946 roku Julian Huxley, pierwszy dyrektor generalny UNESCO, opublikował broszurę UNESCO: Its Purpose and Its Philosophy. Dokument znajduje się dziś w oficjalnych zasobach UNESCO.

Huxley pisał, że UNESCO nie może opierać swojej filozofii na jednej z konkurujących religii – wymieniając m.in. katolicyzm, protestantyzm, islam, judaizm czy hinduizm. Następnie wskazywał, że filozofia UNESCO powinna mieć charakter „scientific world humanism”, czyli naukowego humanizmu światowego, oraz – co szczególnie istotne – „evolutionary humanism”, humanizmu ewolucyjnego. Nie trzeba dopisywać tutaj żadnej teorii spiskowej. Wystarczy przeczytać dokument.

Według Huxleya podejście ewolucyjne miało pozwalać rozpoznawać pożądane i niepożądane kierunki rozwoju, określać, jakie działania należy wspierać, a jakich unikać, oraz traktować człowieka jako odpowiedzialnego za dalszy postęp ewolucyjny. Z punktu widzenia wiary katolickiej jest to zasadnicza różnica. Katolik nie może uznać ludzkości za najwyższego gospodarza własnego przeznaczenia. Człowiek nie jest sam dla siebie ostatecznym celem. Nie ludzkość jest miarą prawdy. Nie ewolucyjny „postęp” jest najwyższym dobrem. Nie UNESCO określa, które kierunki rozwoju człowieka są „pożądane”.

Ostatecznym celem człowieka jest Bóg, a prawdziwym dobrem człowieka jest życie zgodne z prawem Bożym i osiągnięcie zbawienia. Tutaj pojawia się przepaść między katolickim rozumieniem człowieka a filozofią, którą Huxley proponował UNESCO.

Człowiek czy Chrystus?

W przemówieniu z 25 września Leon XIV mówił wiele o pokoju, sprawiedliwości, edukacji, kulturze, godności człowieka i prawdzie. Są to oczywiście rzeczy same w sobie dobre. Papież przypomniał nawet, że wolność musi być ukierunkowana ku dobru i prawdzie, a edukacja pozbawiona prawdy może stać się narzędziem manipulacji sumieniami. Problem polega na tym, że kiedy przychodzi do przedstawienia źródła tej prawdy, wypowiedź staje się znacznie mniej jednoznaczna.

Leon XIV powiedział: „Dla wiary chrześcijańskiej tajemnica osoby ludzkiej znajduje swoje pełne światło w Chrystusie”. To sformułowanie jest symptomatyczne. Nie: „Chrystus objawia człowiekowi prawdę o nim samym”. Nie: „Jezus Chrystus jest jedynym Zbawicielem człowieka”. Nie: „Kościół katolicki posiada pełnię środków zbawienia”. Lecz: „dla wiary chrześcijańskiej”.

Oczywiście można powiedzieć, że zdanie samo w sobie jest prawdziwe. Chrześcijanin rzeczywiście wierzy, że Chrystus objawia pełnię tajemnicy człowieka. Ale w kontekście przemówienia skierowanego do instytucji, której oficjalna filozofia od początku odrzucała oparcie się na jednej religii, pojawia się pytanie: czy Chrystus został przedstawiony jako prawda obiektywna i powszechna, czy jedynie jako chrześcijańska perspektywa na człowieka? To nie jest drobna różnica. To różnica pomiędzy głoszeniem Ewangelii a prezentowaniem chrześcijaństwa jako jednego z wielu sposobów rozumienia świata.

„Religie” zamiast religii prawdziwej

Jeszcze bardziej znamienny jest dalszy fragment przemówienia. Papież mówi o tym, że „tradycje religijne” mają niezastąpioną rolę kulturową i że religie wyrażają pytania człowieka o początek i cel życia. Następnie mówi o wspólnym poszukiwaniu sensu oraz o narodach, które rozpoznają siebie jako dzieci „tego samego Ojca”. Znów: wiele z tych słów można interpretować w sposób zgodny z katolicką nauką o powszechnym ojcostwie Boga w porządku stworzenia. Ale pozostaje pytanie, którego papież w UNESCO nie postawił wystarczająco jasno:

Czy wszystkie religie prowadzą człowieka do tego samego Boga w ten sam sposób? Katolicka odpowiedź brzmi: nie. Kościół nie głosi, że religie świata są równorzędnymi drogami do prawdy. Chrystus nie jest jednym z wielu nauczycieli religijnych. Ewangelia nie jest jednym z wielu równoprawnych systemów duchowych. Chrystus powiedział: „Ja jestem drogą i prawdą, i żywotem. Żaden nie przychodzi do Ojca, jedno przeze Mnie”. To nie jest język „wspólnego poszukiwania”. To jest język objawionej prawdy.

Papież w domu UNESCO

I dlatego szczególnie niepokojący jest nie tyle sam fakt wizyty Leona XIV w UNESCO, ile sposób, w jaki papież ustawił relację między Ewangelią a współczesnym projektem międzynarodowym.

Papież mówił o UNESCO jako miejscu, w którym ludzkość może zastanawiać się nad sobą, swoją historią i przyszłością. Wyraził także wdzięczność pracownikom organizacji za jej misję promowania pokoju poprzez rozwój ludzkiej sztuki i nauki. Tymczasem sam Huxley pisał, że UNESCO potrzebuje własnej filozofii – i filozofia ta miała być humanistyczna, światowa, naukowa i ewolucyjna.

Czy zatem Kościół przychodzi do UNESCO, aby nawrócić UNESCO na Chrystusa? A może Kościół przychodzi tam jako jeden z uczestników wielkiego światowego dialogu, w którym chrześcijaństwo jest jednym z wielu głosów? To jest pytanie zasadnicze. bo Kościół może i powinien rozmawiać ze wszystkimi, ale nie może zapomnieć, że ma coś więcej niż propozycję dialogu. Ma Ewangelię. Ma Objawienie. Ma prawdę o Bogu. Ma prawdę o człowieku. Ma prawdę o grzechu. Ma prawdę o odkupieniu. I ma imię, które nie może zostać sprowadzone do jednej z wielu tradycji religijnych: Jezus Chrystus.

Nie Komensky jest tutaj najważniejszy

Ostatecznie problem nie polega nawet na tym, że UNESCO fascynuje się Komenskym. Polega na tym, że Kościół katolicki nie powinien przejmować od świata jego wizji człowieka i następnie ubierać jej w chrześcijańską terminologię.

Komensky marzył o powszechnej reformie ludzkości poprzez edukację, wiedzę i ponadnarodową organizację. UNESCO przejęło część tej wizji w świeckiej, humanistycznej formie. Huxley uczynił z niej projekt światowego humanizmu ewolucyjnego. A dziś papież przychodzi do tej instytucji i mówi o pokoju, kulturze, edukacji, ludzkiej godności, wspólnym poszukiwaniu sensu i jednej ludzkiej rodzinie.

Wszystkie te słowa mogą brzmieć pięknie. Ale piękne słowa nie wystarczą. Jeżeli nie prowadzą do Chrystusa, mogą zostać wykorzystane przez każdą ideologię. Pokój bez Chrystusa może stać się jedynie równowagą interesów. Jedność bez prawdy może stać się przymusem. Dialog bez prawdy może stać się relatywizmem. Edukacja bez Boga może stać się tresurą człowieka dla potrzeb państwa albo międzynarodowych instytucji. Kultura bez chrześcijaństwa może zachować piękne formy, ale utracić odpowiedź na pytanie, po co człowiek żyje.

Potrzebujemy nie nowego humanizmu, lecz Chrystusa

Największym błędem współczesnej polityki Kościoła nie jest to, że papież rozmawia ze światem. Błędem jest sytuacja, w której świat zaczyna być traktowany jako nauczyciel Kościoła w sprawach, w których Kościół od dwóch tysięcy lat posiada Objawienie. Chrystus nie powiedział Apostołom: Idźcie i prowadźcie z narodami wspólne poszukiwanie sensu. Powiedział: „Idąc tedy, nauczajcie wszystkie narody”. I dlatego katolik ma prawo oczekiwać od Najwyższego Pasterza czegoś więcej niż pięknych słów o pokoju i godności człowieka.

Ma prawo oczekiwać wyznania prawdy, że Chrystus jest Królem nie tylko ludzkich serc, lecz także prawdy i moralności. Że prawo Boże nie jest prywatną opinią wierzących. Że religia katolicka nie jest jedną z wielu równorzędnych tradycji. Że człowiek nie jest najwyższym sędzią własnego przeznaczenia. Że prawdziwa edukacja nie może być oderwana od prawdy o Bogu. I że żadna międzynarodowa instytucja – choćby posiadała ogromne możliwości oddziaływania na szkoły, kulturę i środki komunikacji – nie ma prawa zajmować miejsca, które należy do Boga.

Komensky chciał reformować świat poprzez powszechną edukację. Huxley chciał budować światowy humanizm ewolucyjny. UNESCO odziedziczyło znaczną część tego języka. Kościół natomiast nie potrzebuje kolejnego projektu przebudowy ludzkości. Potrzebuje powrotu do tego, co zawsze było jego największą siłą: „Jezus Chrystus wczoraj i dziś, tenże i na wieki”. Bo świata nie zbawi ani UNESCO, ani edukacja, ani międzynarodowy dialog. Świat zbawił Chrystus.

Damian Marszał

Boty generują 57% ruchu w sieci. Teoria „martwego internetu” potwierdzona doświadczalnie.

Boty generują 57% ruchu w sieci.

Teoria martwego internetu

przestaje być konspiracją

admin3 ndz., 04/10/2026 – zmianynaziemi/boty-generuja-57-ruchu-w-sieci-teoria-martwego-internetu-przestaje-byc-konspiracja

Źródło: AI Generated

Cloudflare odnotował w czerwcu 2026 roku, że boty generują 57% wszystkich zapytań do stron internetowych. Oznacza to, że ruch generowany przez sztuczną inteligencję po raz pierwszy przeważył nad aktywnością ludzi. Matthew Prince, dyrektor generalny Cloudflare, przyznał, że tempo tego procesu przekroczyło jego wcześniejsze prognozy. Zjawisko to wiąże się z teorią martwego internetu, która zakłada, że większość treści i interakcji w sieci nie jest już wynikiem ludzkiej aktywności, lecz efektem działania zautomatyzowanych algorytmów.

Video URL

https://zmianynaziemi.pl/media/oembed?url=https%3A//www.youtube.com/watch%3Fv%3DV8sXijj3R6Q&max_width=800&max_height=600&hash=1rIitMDKF5jJ1dhSMl9Cbi0Vr1_9B7qwCpPv_Kgj7hs

Teoria martwego internetu pojawiła się na forach internetowych w 2018 roku, jednak szeroką rozpoznawalność zyskała w 2021 roku. Jej głównym propagatorem stał się użytkownik o pseudonimie IlluminatiPirate, który w eseju opublikowanym na forum Agora Road’s Macintosh Cafe postawił tezę, że autentyczny internet, w którym ludzie samodzielnie tworzyli treści i komunikowali się ze sobą, przestał istnieć około 2016 roku. Według tej koncepcji przestrzeń cyfrowa została przejęta przez boty i algorytmy, które imitują ludzkie zachowania poprzez masowe generowanie polubień, komentarzy oraz udział w głosowaniach.

Obecny stan sieci potwierdzają dane z sierpnia 2026 roku opublikowane przez Pew Research. Badanie wykazało, że 35% stron internetowych opublikowanych po listopadzie 2022 roku, czyli po premierze ChatGPT, wykazuje znaczące cechy autorstwa sztucznej inteligencji. Analiza losowej próbki 10 000 stron z lipca 2026 roku wskazała, że 10% z nich zostało napisanych przez AI, jednak po odfiltrowaniu starszych zasobów odsetek ten wzrósł ponad trzykrotnie. Firma SEO Graphite szacuje, że ponad połowa wszystkich nowych artykułów w języku angielskim powstaje przy udziale AI.

Video URL

https://zmianynaziemi.pl/media/oembed?url=https%3A//www.youtube.com/watch%3Fv%3DSZl9a9iVP_g&max_width=800&max_height=600&hash=7JvJFVxzN2irMxb8Z_tdvGwfpLLze4__mk1IBPXq-dA

Wzrost aktywności agentów AI jest gwałtowny. Firma HUMAN odnotowała, że ruch generowany przez te narzędzia wzrósł o 7 851% w ciągu jednego roku. Agenty te nie tylko tworzą treści, ale coraz częściej służą do wyszukiwania informacji. Odczytują one zawartość stron i wyciągają z nich dane, aby sformułować odpowiedź dla użytkownika, jednak nie klikają w reklamy i nie przechodzą do linków zewnętrznych. Dla właścicieli małych witryn i wydawców oznacza to utratę przychodów przy jednoczesnym obciążeniu infrastruktury serwerowej przez boty.

Analitycy zachowują ostrożność w interpretacji tych danych. Rudy Jan z firmy Pitchbook zauważa, że mimo braku pełnych danych, większość dostępnych wskaźników potwierdza wzrost aktywności botów. Ksenia Tenisheva, dyrektor programów socjologicznych w Szkole Obliczeniowych Nauk Społecznych EUSPb, określa teorię martwego internetu mianem trafnej metafory lęków użytkowników i podkreśla, że nie ma jeszcze empirycznego potwierdzenia dokładnego procentowego udziału botów w całej produkcji treści i reklam.

Image

W obliczu dominacji algorytmów ludzie zaczęli migrować do zamkniętych przestrzeni cyfrowych. Obserwuje się wzrost popularności aplikacji takich jak Discord i WhatsApp oraz tzw. ciemnych sieci społecznościowych, gdzie dostęp jest ograniczony i trudniej o infiltrację przez boty. Publiczna sieć WWW staje się w tym modelu jedynie witryną, na której większość interakcji odbywa się między systemami AI, podczas gdy realni użytkownicy przenoszą swoją komunikację do prywatnych, szyfrowanych kanałów.

Video URL

https://zmianynaziemi.pl/media/oembed?url=https%3A//www.youtube.com/watch%3Fv%3DWIPgISQ5Bhg&max_width=800&max_height=600&hash=HSSaauDFQz9kOz1i-NsnW7NNfwMi63n46YrevPObCY0

Źródła:

https://en.wikipedia.org/wiki/Dead_Internet_theory

https://time.com/7316046/sam-altman-dead-internet-theory

https://www.researchgate.net/publication/382118410_Dead_I…

Kłamstwo dotyczące drzwi kokpitu obnaża izraelską operację pod fałszywą flagą „FlyDubai”

Kłamstwo dotyczące drzwi kokpitu obnaża izraelską operację pod fałszywą flagą „FlyDubai”

Date: 4 ottobre 2026 Author: Uczta Baltazara babylonianempire/klamstwo-dotyczace-drzwi-kokpitu-obnaza-izraelska-operacje-pod-falszywa-flaga-flydubai

Ujawnione kłamstwo dotyczące drzwi zburzyło narrację Izraela i potwierdziło, że „incydent” z «FlyDubai» był „operacją pod fałszywą flagą”, o czym wiedzieliśmy od początku. thecanary.co/skwawkbox/2026/10/03/flydubai-false-flag

„Hydraulik”, który odgrywał kluczową rolę w tej narracji – rzekomo obezwładnił „terrorystycznego” pilota i wyrwał samolot z nurkowania – twierdził, że wraz z innym pasażerem mieli trudności z przedostaniem się do kokpitu, ponieważ ciało rannego pilota blokowało wejście:

«Pilot, który odniósł obrażenia, znajdował się bardzo blisko drzwi, więc trudno nam było je otworzyć…Podszedłem do drzwi kokpitu – były otwarte. Razem z jednym z członków załogi pchnęliśmy drzwi z całej siły i udało nam się wejść do środka».

VIDEO: https://www.instagram.com/reel/Dd_05jGx0M9/?stkn=ajVneTg3ZDhseXFt

Drzwi kokpitu FlyDubai – otwarte i zamknięte…

Ale drzwi do kokpitu w samolotach typu Boeing 737 otwierają się na zewnątrz:

«Złapaliśmy tego małego kłamliwego drania. Drzwi kokpitu otwierają się na zewnątrz, w stronę pasażera… A NIE DO ŚRODKA. Członek załogi (hydraulik najpierw mówi „pilot”, ale zostaje sprostowany przez prowadzącego wywiad) według hydraulika uniemożliwiał OTWARCIE DRZWI POPRZEZ PCHNIĘCIE… co, jak twierdzi hydraulik, w końcu mu się udało… chociaż leżący po drugiej stronie drzwi ranny pilot utrudniał ich otwarcie…»

https://twitter.com/Shnauser1/status/2106232123699171459/video/1

Trochę za późno, trochę za dużo

Pilot z Omanu (którego nazwisko w tłumaczeniu brzmi „Łazienka nad łazienkami”) miał rzekomo opublikować komentarze o charakterze terrorystycznym na swoim profilu na LinkedIn i Instagramie — dziewięć godzin po ataku terrorystycznym. https://edition.cnn.com/2026/10/02/world/flydubai-attacker-pilot-intl Oba konta zostały następnie szybko usunięte:

A zdjęcia, które rzekomo przedstawiają „Łazienkę” jako pilota , zostały wygenerowane przez sztuczną inteligencję – zdradza to obecność silnika odrzutowego w kokpicie:

W obliczu załamania się izraelskiej narracji, „mainstreamowe” media robią wszystko, co w ich mocy, by ją podtrzymać — i przy okazji zdradzają się jeszcze bardziej. «Łazienka» miał rzekomo zostać wcześniej uznany za zagrożenie dla bezpieczeństwa straitstimes.com/world/middle-east/suspect-in-flydubai-attack-was-barred-from-flying-in-oman-media:

«Więc mam uwierzyć, że Zjednoczone Emiraty Arabskie – kraj, w którym jeden tweet może sprawić, że znikniesz z powierzchni ziemi, a nawet wizyta w salonie kosmetycznym wiąże się z inwigilacją pod paznokciami – zatrudniły pilota, który już wcześniej został uznany za zagrożenie dla bezpieczeństwa, wsadziły go do samolotu lecącego do Tel Awiwu i, o dziwo… spośród wszystkich krajów arabskich okazuje się, że jest to człowiek z Omanu. Fabuła zbliża się, kurwa, naprawdę bardzo blisko do finału…»

Ale piloci z Omanu w ogóle nie mają pozwolenia na loty do Izraela. Tak więc całe to rzekome „zagrożenie dla bezpieczeństwa” tylko jeszcze bardziej uwidacznia, że cała narracja forsowana przez Izrael i jego lobbystów to wielka kupa kłamstw.

Nie przejmują się nawet tym, by nie wyglądać na tandetnych, podczas gdy naciskają na Zachód, by ten poparł kolejne wojny.

INFO: thecanary.co/flydubai-cockpit-door

Czy pętla zaciska się na niejakim Żurku?

Żurek o zaciskającej się pętli wokół Brauna. Sąd ubolewa, ale nie wzywa Żurka

4 października 2026

Grzegorz Braun: Wysoki Sądzie, mówiłem tutaj dzisiaj w odniesieniu do zeznań jednego ze świadków, że toczą się różne akcje równoległe i w ramach tej równoległości czytam, że przechodzący w sprawie w zeznaniach świadków, obecny minister niesprawiedliwości, Żurek mówi o mnie publicznie w dniu dzisiejszym:

Nie ma zmiłuj, pętla wokół tego człowieka zaciska się.

Ja wnoszę o wezwanie Waldemara Żurka na świadka w tej sprawie.

Dzisiaj ten człowiek ma władzę i dzisiaj ten człowiek prezentuje się w mediach jako sprawujący władztwo, pełniący rolę kierowniczą w jakichś zorganizowanych, jak rozumiem, działaniach, których celem jest zaciśnięcie się pętli.

(…) bo jeżeli minister mówi, że pętla zaciska się, to może wysoki sąd samemu o tym nie wiedząc podlega jakimś działaniom, ciśnieniom, nie daj Boże naciskom. Wnioskuję formalnie o zawezwanie Żurka przed Sąd.

Sędzia: Mogę powiedzieć się w ten sposób, że ubolewam nad tym, że minister, jeśli w kontekście tego postępowania formuje takie uwagi, to pozostaje mi tylko wyrazić ubolewanie nad tym oraz stanowisko, że jest to niedopuszczalne oraz ewentualnie mogę również zaapelować o niewypowiadanie takich uwag. Tym bardziej, że wypowiadanie opinii co do rozstrzygnięcia przed zapadnięciem wyroku w pierwszej instancji również ma swoje, zakaz czynienia tego ma swoje umocowanie w ustawie.

To jest to, co mogę zrobić. No i chyba tyle na ten temat po prostu. I zapewnić, że sąd jest na to odporny.

Grzegorz Braun: Bardzo dziękuję. Wyrażam z tego tytułu satysfakcję jako obywatel Rzeczpospolitej Polskiej, ale chciałbym zwrócić uwagę na to, że jeśli sąd konstatuje, cytuję, niedopuszczalność tego typu wypowiedzi, to mamy sytuację,

w której coś niedopuszczalnego robi ktoś, kto w znacznej mierze dyktuje kryteria dopuszczalności lub niedopuszczalności w Rzeczpospolitej Polskiej.

A zatem mamy sytuację niebezpieczną dla porządku publicznego, dla wymiaru sprawiedliwości w całości i dla wszystkich obywateli.

Bo nikt nie jest bezpieczny i jeżeli wymiar sprawiedliwości jest pod kontrolą kogoś, to się wypowiada w sposób niedopuszczalny. I jak sąd zauważył, po prostu sprzeczny z normą prawa. Cytując naszego późnego wiersza…

“Zaiste wariat na swobodzie największą klęską jest w przyrodzie”

Proszę wezwać Żurka i poddać go badaniom, czy to wariat, czy to cynik.

Koniec grzecznego narodu?

Koniec grzecznego narodu?

tusk-768x516

4 października, wpis nr 1428 dziennikzarazy/koniec-grzecznego-narodu

Ostatnio premier Tusk powiedział: „grzeczny już byłem. Nie będę grać w szachy, kiedy ktoś podchodzi do mnie z bejsbolem”. Tak w ogóle to jestem przeciwny dawaniu się wodzić za nos przez Tuska, który odpali od czasu do czasu jakiś bon mocik, jego lud rzuca się na to jak szczerbate dzieci na suchary, zaś media wyciągają z takich pogaworek wielopiętrowe wnioski. Mierzi mnie ten denny poziom „debaty” publicznej, ochy-achy nad premierem, który dał im tam wszystkim do wiwatu, aż im w wyborcze pięty poszło. Tusk po prostu infantylizuje debatę, a to, że jego lud za tym idzie, to tylko kolejny dowód albo na dobre rozeznanie premiera do kogo mówi, albo na zdziecinnienie Polaków, którzy się tym zachwycają, głównie przy urnach i dyskusjach politycznych, w sowim sterylnie bańkowym gronie. Albo na obie te rzeczy na raz.

Karmienie baniek medialnych

Już kiedyś o tym mówiłem: takie w-indukowane tematy są przez Polaków uważane za swoje, ich zbiór jest zbiorem zamkniętym, trzeba więc dostarczać do tej bańki nowe wątki, nowe w sensie narracyjnym, bo w sensie genetycznym muszą być w miarę tożsame, żeby nie nastąpił bańkowy odrzut. Po postu takie gaworzenie premiera ma dostarczyć zblazowanej już publice powodów do rozmów w ogóle. Jak kiedyś pracowałem w gazecie „Fakt”, to jej mottem było: „o tym się mówi”. Nie oznaczało to tylko, że tabloid brał się za znane tematy, ale wynikało to z bardzo pogłębionej analizy zachowań polskich rodzin. Główni odbiorcy tej gazety, polskie rodziny właśnie, mają już wszelkie sprawy obgadane i ustalone, role są wewnątrz rozdzielone i… nie ma o czym gadać. Fakt podsuwał więc im… tematy do rozmowy, by nastąpiła w ogóle jakaś interakcja w stadle.

I tak jest z Tuskami – by naród nie gnuśniał w ustalonych (i uwaga! – coraz bardziej nudnych – aksjomatach) trzeba podkarmiać towarzystwo, wrzucając doń jakieś narracyjne mięsko, by nastąpił w ogóle jakiś ruch w akwarium gotowanych powoli żab. Dlatego nigdy nie brałem, takich jak wspomniane, wrzutek premiera na poważnie, bo te miały wyłącznie manipulatywny cel i nie należałoby ich brać dosłownie.  

Dziś zrobię sobie (może i Państwu?) jednak wyjątek. Zajmę się tymi bonmocikami Tuska, ale nie w sensie merytorycznym, tylko w sensie znaku czasu, jakim w istocie jest ten proceder. Bo co mówi nam premier, a właściwie po co? Wyjawienie tej tajemniczki da nam asumpt do ujrzenia siebie jako narodu, widzianego oczyma władzy. A to już jest duży uzysk, bo daje możliwości nie tylko samorefleksji, ale i potencjał reakcji.

Zacznijmy od istoty: premier zadeklarował, że „przestaje być grzeczny”. A był ci on grzeczny kiedykolwiek? Zwłaszcza ostatnio? Wejście na rympał do telewizji publicznej, rozprucie – w asyście policji – szaf pancernych w KRS, by wyciągnąć z nich materiały śledcze na temat „paleo-sędziów”, chamówa premiera na konferencjach, ostentacyjna pogarda wobec innych polityków i ich wyborców – nie wystarczy? No tak, dla akolitów Tuska, silnych ludzi, to za mało, trzeba więc podkręcić – no może nie tempo, ale gałkę głośności.

Tusk jest cwany, gdyż do brudnej roboty używał do tej pory innych, a jego deklaracja oznaczać ma, że stanie teraz w pierwszej linii. Szczerze wątpię. Tusk nigdy tak nie robił i nie zrobi. Wystawia innych, których zdaje się, że do końca nie będzie bronił. Będzie bronił siebie i swego plecaka ucieczkowego do struktur Brukseli, jak się mu powinie noga. Lista do zrzucania z sań jest długa i nie widnieją na niej li tylko Sienkiewicze, Żurki czy Domańskie. W marcu 2024 roku, po pierwszych przejawach „demokracji warczącej” Tusk miał na zamkniętym spotkaniu powiedzieć do swych partyjnych kolegów: „jeśli PiS wygra to wszyscy obecni na tej sali pójdą siedzieć”. Do tej pory trwają spory, czy Tusk powiedział „pójdziemy siedzieć”, czy „pójdziecie siedzieć”. Wygrała opcja relacji, że sam się włączył do tego grona, co miało być świadectwem… solidarności grupowej – premier w czasach ponurych nas nie zostawi. Ale wszyscy wiedzieli, że jak przyjdzie co do czego, to ilość spadochronów w samolocie III RP a la Tusk jest ograniczona.

Drogi ucieczki

Pierwszy spadochron dostał Sienkiewicz, który po wykonaniu zadania napaści na telewizję udał się do Brukseli, skąd od czasu do czasu, objęty już immunitetowym parasolem ochronnym, wysyła napomnienie do Polski o zaostrzeniu kursu. Ale tym samym Sienkiewicz pokazał drogę na nadzieję ucieczki dla innych. Ostrzeżenie Tuska wysłane do swoich ma za cel głównie trzymanie się grupie na zasadach mafijnych. Mafia bowiem przyjmuje do siebie dopiero po wykonaniu polecenia zabicia kogoś, z czego już następuje grupowa solidarność krwi przelanej – od tej pory wszyscy jesteśmy na jedziemy na jednym wozie, a właściwie – trzymając się wcześniejszej alegorii – saniach. Wszyscy bowiem jesteśmy niegrzeczni – jak nie bezpośrednio, to poprzez współsprawstwo. Teraz zaś Donek oświadczył, że wychodzi przed szereg, chować się nie będzie i główne przesłanie – dodanie otuchy swoim, że ich nie zostawi, zostało dowiezione. Ale wszyscy wiedzą, łącznie ze swoimi, że tylko narracyjne.

To przesłanie ma także za cel dodanie otuchy nie tylko swoim aparatczykom, ale i rzeszom swych zwolenników wyborczych. Rozliczanie PiS-u, wstawienie ich za kraty ku uciesze ludu jarmarcznego jakoś nie idzie. Trzeba więc w ciemno – zadeklarować nie tylko zaostrzenie kursu, ale bezpośredni w nim udział premiera. W sensie długofalowym jest to wojna z prezydentem, w sensie spektakularnych „eventów” – poletko zostało już wyznaczone: to Trybunał Konstytucyjny. To tu się ma odbyć widowisko, bo bez niego – cała ta szarpanina między sejmowymi fejkami ustaw, a wetem prezydenta – to proces mało spektakularny. Potrzebna jest jedność miejsca, czasu i akcji – jak w dramacie. Ma to być Trybunał Konstytucyjny.

W sumie to nie wiadomo po co im ten Trybunał. No bo co będzie jak policja pokona straż trybunalską, rozpruje szafy i posadzi w ławach sędziów takich co trzeba? No – niewiele. Może ucieszą się wyrywni akolici, może zaczną wreszcie publikować orzeczenia Trybunału? I co z tego – i tak na końcu są weta prezydenta, który po przejęciu Trybunału przez Tuskanie będzie wysyłał przed swą decyzją ustaw do oceny przez Trybunał. No, chyba, że idziemy na rympał i chcemy użyć Trybunału do zrzucenia Nawrockiego z fotela, ale to gruby numer, moim zdaniem za gruby, co się wyjaśni na końcu mego tu wystąpienia. Moim więc zdaniem chodzi jednak o efekt narracyjny tylko – to mogłoby być każde inne miejsce na taką ustawkę.

Cel ostateczny

Te wszystkie narracyjne tylko działania Tuska wskazują na kompletne zakiwanie się. Oprócz staczania kraju na skraj bankructwa – nic nie wychodzi. A może właśnie wychodzi, gdyż jest to jedyny cel działania tego rządu? Może jego celem jest sprowadzenie tu do nas wariantu trojki, tego greckiego wariantu, kiedy tu przejedzie trzech jeźdźców brukselskiej Apokalipsy – przedstawiciel po jednym: Unii Europejskiej, Europejskiego Banku Centralnego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego?

Niedługo będę miał wywiad z prezydentem Centrum Adama Smitha, Andrzejem Sadowskim, gdzie wspólnie sobie wyliczymy jak blisko jesteśmy ugoszczenia takiej „trojki”. Przeanalizujemy też czym się to kończy – utratą resztek suwerenności, ręcznym zarządzaniem z Brukseli i wyprzedażą mienia publicznego. Jeśli taki jest cel działań Tuska – a wszystkie szaleństwa deficytowe na to wskazują – to Tusk się spisuje na medal. A jego 30% karpi klaszcze płetwami wzywając do szybszego nadejścia Wigilii.

Determinacja jest więc spora, ale i spora jest i frustracja. Okazuje się, że jeszcze trzeba dać sobie jeszcze więcej czasu, gdyż jednak tempo jest za słabe. Na normalne czasy byłoby a owszem, ok, ale czasy nie są normalne. Trzeba zdążyć przed niewiadomą – idą ciężkie wybory na świecie, zwłaszcza w Europie i może się okazać, że globalizm, jakim narracyjnie tłumaczy swą hegemonię Berlin, może przegrać na całego. Trzeba więc rozlać zawczasu mleko, ile się da. Możliwy jest więc wariant innego terminu wyborów, nie koniecznie właśnie przyspieszonych (bo tu nawet POPiS by przegrał), ale właśnie przełożonych na świętego nigdy. Tusk może po prostu wziąć przykład z Zełenskiego, któremu wojna pozwala rządzić ponad termin. No właśnie – może dlatego tak prze Tusk z tym wywoływaniem paniki wojennej i wysyłaniem dzieci Lubelszczyzny pięć razy dziennie do piwnic, robiących za schrony.

A to jest – uwaga! – lżejsza wersja tej opowieści. Bo ta hard core mówi, że to nie jest robione – to panikowanie cywilów z jednej strony i drażnienie Rosji z drugiej – po to, by pod wojennym zagrożeniem skryć nieumiejętność swego rządzenia i zadłużyć kraj, czyli spełnić nasze „trojkowe” obawy. Coraz częściej, gdy się człowiek przyjrzy tym tromtadrackim pohukiwaniem polskiej wszy na globalistycznym grzebieniu, wychodzi na to, że „nasi” już się dogadali, i że pójdziemy na pierwszy ogień wojny z Rosją.

Wojny, której Rosja ze wszech miar nie chce, ale się przed nią nie uchyli – pretekst się zawsze znajdzie i to po obu stronach. Plany ewakuacji są gotowe moim zdaniem jedynie w przypadku ewakuacji władz, to samo ze schronami, ale kto w nich zostanie, to już władzy w drodze na Zaleszczyki będzie wszystko jedno. Zostaną więc Kolumbowie „rocznik 20”, tyle, że 100 lat po tych właściwych, co oznacza, że niewiele się nauczyliśmy z historii, ta więc będzie nas trzymała w tej samej, powtórkowej klasie.

A może będzie tak jak pisał Mrożek, że: „W Polsce nie trzeba się bać faszyzmu. Faszyzm to jest przede wszystkim organizacja, a w Polsce się przecież nic nie udaje”. I że tak będzie i tym razem? Polacy nawet gdyby się chcieli wziąć za mordę, tym bardziej kogoś innego, to i tak im nie wyjdzie. Tak jak z całą Polską, zaczną, nagadają, nakrzyczą, naobiecują i będzie jak zwykle – ani tak jak było, ani tak jak miało być. Tak jakoś bokiem. Słabe to pocieszenie, że nam z zamordyzmem nie wychodzi – jeśli to cecha nasza ogólna, to rozciąga się ona na całe nasze państwo. Polska nam nie wychodzi, nawet – bokiem.

Polska wychodzi, ale… bokiem

Czemu tak jest? No, to odstawowe pytanie Polaków. Skrzętnie omijane. Ostatnio przygotowywałem się do wywiadu na temat książki o rozbiorach. Na końcu, po wnikliwej analizie geopolitycznych splotów nieodwołalności rozbiorów Polski, autor skończył na naszych wspólnych cechach (wadach?) narodowych, które nieuchronnie prowadziły nas ku zagładzie. Warto je sobie przypomnieć w naszych, granicznych czasach. Otóż wymienię z łacińska:

Superbia – czyli pycha. No jesteśmy pyszni, Polacy-złote ptacy, ta pycha szlachty zagrodowej, smutne dziedzictwo obecne do dziś, szczególnie pokraczne w obliczu niezusadanienia takiej postawy, raczej kompensacyjne, na wyrost mające zamazać mizerię sanu rzeczywistego

Stulitia politica – czyli głupota polityczna. Dajemy jej dowody codziennie w braku przezorności obywatelskiej, nie widzeniu ciągu przyczynowo-skutowkego, wybieraniu na swych przedstawicieli ludzi podłych, tylko w oparciu o wdrukowane plemienne kryteria, krańcowo odległe od pragmatyzmu państwa jako wspólnoty.

Impunitas – bezkarność. No – pełno tego widzimy dookoła, z tym, że jest to bezkarność selektywna, kontrastowo różna od nadgorliwości państwa w tropieniu i karaniu maluczkich. Też się na to godzimy – przy urnach.

Canile, czyli kundlizm. Dobrze opisany przez Wańkowicza. To kompleks wobec obcych, jako że my tu od nich niegodnie poziomy niżej. Pokraczny oksymoron postaw wobec wspomnianej wcześniej pychy. Podlizywanie się więc innym, branie za swoje ich wzorców, ślepota na wykorzystywanie i unurzanie ich, zewnętrznych działań w naszą pięknoduchowską narrację. W końcu – służenie innym, kosztem interesu własnej państwowej wspólnoty.

W końcu – pedagogia pudoris; pedagogika wstydu. Za to, żeśmy tacy smętnie podli, stare panny na wydaniu, co to mają się łapać każdego ochłapu zrzuconego ze stołu pięknych, w nadziei na jakiekolwiek zamęście. Z otwartym mieszkiem do ofiarowania dowolnego posagu.

Widzimy tam siebie, co nie? Ba – ci co nami rządzą widzą nas też w takim świetle. Przecież oni o tym wiedzą najlepiej, gdyż w Polsce aktorzy sceny politycznej są depozytariuszami naszych wad narodowych w stopniu gargantuicznym. Tam możemy zobaczyć te wszystkie nasze cechy – cechy? wady! – w stopniu tak wyostrzonym, że już trudnym do przeoczenia. Takich wybieramy, nie tylko dlatego, że takich lubimy, ale dlatego, że tak został ułożony system. Jakbyście bowiem nie wybierali – i tak z tego pudełka wyjdą te same mapety.

Moment fleszu prawdy

Żeby opisać ten stan, najlepiej znaleźć w historii moment, w którym objawia się taki układ w stopniu ekstremalnym, gdzie zdarzenia każą rzucić snop światła na całość, nie na pojedyncze fragmenty. Ja mam taki moment, na podstawie którego nie tyle pokazać można „jak to się zaczęło”, bo to i tak proces wielowiekowy z takimi cechami, ale jak to działa jak ustawiona maszynka w momentach granicznych, po których nie jest tak, że nic już nie jest takie samo. Odwrotnie – po wielkich zawirowaniach zdaje się, że dochodzi do „momentu państwowotwórczego”, np. III RP zamiast PRL i okazuje się, że nie tyle wszystko zostaje takie samo, ale dużo się zmienia tylko zewnętrznie, byśmy wylądowali znowu w tym samym rowie.

Tak się stało moim zdaniem w okresie Okrągłego Stołu. Wtedy rodziła się III RP, ale – że tak powiem – in vitro, poza organizmem narodu. Zaprojektowana w próbówkach laboratorium dwóch potęg w osobach Kriuczkowa z sowieckiego KGB i Freeda z departamentu stanu USA. Wstrząśnięta, niezmieszana. Wstrząśnięcie odbyło się przy Okrągłym Stole, gdzie ustalony już genotyp dano do przyklepania w kontekście widowiska wielkich negocjacji dwóch przybranych rodziców: ustępujących (tak?) komunistów i nowych (wybranych przez tychże) opozycjonistów. Cała narodowa rodzina temu kibicowała, naród marzył już o końcu udręki i okazało się, że jest to jedyne wyjście, a więc trzeba to dziecko przyjąć jako swoje. Polska III RP politycznie narodziła się od góry i została zesłana na dół społeczeństwa – do pokochania: żadnych marzeń, jest to jedyna propozycja. I została wzięta przez społeczeństwo jak swoje, z braku alternatywy, która wtedy była nie do wyobrażenia.

No, trzeba tu wyjaśnić parę rzeczy – ci, co to przeżyli będą się może nudzić, ale dla młodych może to być zaraz wiedza szokująco nowa. Okrągły Stół to nie był koniec jakiejś wielkiej fali oporu społecznego – nic podobnego. Młodzi mylą zdjęcia z Sierpnia’80 z sytuacją sprzed Okrągłego Stołu. Nie było żadnego noszenia Wałęsy na rękach, ani tłumów przed bramami zakładów. To system podsuwa takie fejki w nadziei na sklejenie się w głowach tych rozdzielonych faktycznie zdarzeń. Było odwrotnie – żadna euforia, raczej rezygnacja i brak nadziei, nawet – uwaga! – w Solidarność. Ta już wtedy ugrzęzła w dysydenckich listach do władz, bez żadnego wpływu na reprezentatywność dążeń Polaków. Groził więc nieukierunkowany bunt, albo marazm. Wtedy – na mocy ustaleń Reagana i Gorbaczowa – przystąpiono do lokalnej wersji wyjścia komunizmu z Polski przy uratowaniu, ba – polepszeniu – pozycji samych komunistów. Do tego był potrzeby teatr wielkiego oporu, ugięcia się władzy i zwycięstwa przy Okrągłym Stole.

Apologetom tego mebla należy przypomnieć, że realnym efektem tego cudu dogadywania się „jak Polak z Polakiem” były „niekonfrontacyjne wybory”, gdzie Solidarność miała robić za 35-procentow kwiatek do kożucha, generał Kiszczak na premiera, na prezydenta zaś – generał Jaruzelski. Takie to było „generalne” zwycięstwo Polaków. Potem, znowu na skutek czynników zewnętrznych, sytuacja się zmieniła na tyle, że trzeba było zrobić polską dogrywkę, na tyle późno, że Polska z pioniera przełomu w obozie postsocjalistycznym skończyła na jego końcu, np. uchwalając nowy ustrój w konstytucji dopiero po ośmiu latach od przemian.  

Dlaczego o tym mówię? Po pierwsze, dlatego, że tu jak w soczewce skupiły się wszelkie wymienione wcześniej cechy, a właściwie wady Polaków. I to wydaniu negocjacyjnej nieudolności niepełnej opozycji, ale i w poziomie akceptacji ze strony społeczeństwa. Ale nie przeceniałbym tu roli wad narodowych. Te wcale nie powodują bowiem naszego upadku – one powodują to, że nie potrafimy się rządzić we własnym kraju, jeśli on tylko jest choć trochę nasz własny i daje nam szansę na rozwój. Te wady nie są bowiem przyczyną naszego upadku w kryzysie, ale stałym elementem ten kryzys wywołującym. I jest to proces długotrwały na tyle, że często – niezauważalny.

Niedokończona rewolucja?

Jestem tu trochę za koncepcją problemu z Okrągłym Stołem jako problemu tzw. niedokończonej rewolucji. Tak, za wcześnie odstawiliśmy nogę, udaliśmy się do swoich zajęć, pozostawiając Polskę może nie swojemu losowi, ale losowi zaplanowanemu gdzieś indziej. Tylko należy to poczynić pewne zastrzeżenie. A była jakaś rewolucja w ogóle? No dobrze, przyjmijmy, że była od sierpnia 1980 roku do stanu wojennego. A w stanie wojennym była jakaś rewolucja, która „dojechała” do Okrągłego Stołu? Z armiami aktywistów i ustalonym planem na nową Polskę? Szczerze wątpię. Raczej Polakom złamano wtedy kręgosłup, obawiam się, że na dobre. To w tamtych czasach należy szukać, nie w moherowych beretach i POPiS-ie, początku procesu, który teraz widzimy w Polsce. Podzieleniu Polaków na tych, co odwrócili się od Polski w nadziei na zbudowanie swojej wyspy prywatności i na rzednące grono, tych co widzą, że takiej wysypy, bez niepodległości całego morza – nie da się wybudować, a może tylko ochronić. Ale ta druga grupa nie tylko malała, maleje, ale i tak: w demokracji kompromisu jest walorem rzadkim. Tym bardziej należy tak skonstruować system, aby ta właśnie społeczna frakcja dostawała się do elit władzy, Jest zaś odwrotnie.

My zaś ekscytujemy się dziś premierami, którzy licytują się publicznie deklaracjami na poziom „grzeczności”. Czytam coraz więcej książek z okresu przedrozbiorowego. Można dziś ówczesne nawoływania na puszczy cytować obecnie bez zmian. Nic to nie dało. Nieciekawe jest czy to coś da teraz. Skoro jesteśmy narodowym workiem naszych wspólnych wad, to czy oznacza to determinizm naszego skazania na zagładę? Kolejną próbę z „państwa sezonowego”? Z następnym wcieleniem „Irokezów Europy”? Z takimi cechami narodowymi, jeśli te są nie do przezwyciężenia, jesteśmy bezradni jak ślepe dziecko. Do rozrobienia nawet przez upadającą Ukrainę. A przecież „chcącemu nie dzieje się krzywda”, tylko nie jest wiadome czy nam się chce, jak ubolewał kiedyś wieszcz…

A może to my, zamiast premiera powinniśmy przestać być grzeczni?        

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Feliks Koneczny. ODKRYŁ PRAWDĘ O UKRAINIE 100 LAT TEMU.

ODKRYŁ PRAWDĘ O UKRAINIE 100 LAT TEMU. DOKŁADNIE TO SIĘ TERAZ DZIEJE

ksiegarniamiles.pl/koneczny-feliks/o-ukrainie-i-ukraincach-wybor-tekstow-feliksa-konecznego

45.00 zł

| LESZEK ŻEBROWSKI ekspedytodkryl-prawde-o-ukrainie-100-lat-temu-dokladnie-to-sie-teraz-dzieje-leszek-zebrowski

Francja: Zamieszki młodzieży wyniosły Le Pen na szczyt

Francja: Zamieszki młodzieży wyniosły Le Pen na szczyt

4 października 2026 r. przez Thomasa Oysmüllera tkp-at/frankreich-jugendkrawalle-treiben-le-pen-nach-oben


Niepokoje społeczne, które ogarnęły Francję, wywierają presję na rząd Macrona. Mówi on o „przemocy miejskiej” i obwinia lewicę, podczas gdy lewica podkreśla brutalność policji; szanse wyborcze Le Pen rosną z każdą płonącą barykadą.

Dramatyczne obrazy z Francji docierają do świata: młodzieżowe zamieszki, w których otwarcie eksponowany jest konflikt kulturowy (wielu młodych ludzi z drugiego i trzeciego pokolenia imigrantów macha flagami Algierii, Maroka lub Palestyny), podpalane barykady i lewicowo-populistyczna partia LFI wyrażająca solidarność z protestami. Jednak największym zwycięzcą prawdopodobnie zostanie Marine Le Pen.

Jej szanse na wygraną w kolejnych wyborach prezydenckich gwałtownie wzrosły w tym tygodniu na rynku zakładów bukmacherskich Polymarket. Jej domniemane prawdopodobieństwo wygranej wzrosło tam z 39,5% do 45% – zbiegło się to z niepokojami społecznymi. Pozostali kandydaci są daleko w tyle.

W piątek lokalny dziennik Le Monde poinformował, że „1027 z 3700 szkół średnich we Francji” ucierpiało w wyniku zamieszek i że dokonano już prawie 2000 aresztowań.

Pożar objął hol, wejście i fragmenty fasady. Pozostała część kompleksu, otwartego w 2014 roku, nadal stoi; szkoła ma zostać ponownie otwarta po remoncie. Dyrektor podejrzewa podpalenie. 

Tymczasem rząd Macrona oskarża lewicową partię populistyczną Jeana-Luca Mélenchona, La France Insoumise. Powołując się na źródła wywiadowcze, twierdzą, że partia nie tylko wspiera protesty (co otwarcie przyznają), ale także koordynuje i organizuje ruch. Podobne podejrzenia wyrażali prawicowi populiści przez cały tydzień, w tym Eric Zemmour, „enfant terrible” francuskiej prawicy. Oto, co napisał w połowie tygodnia:

„Przemoc ostatnich dni w pobliżu szkół średnich, na zapomnianym terytorium Francji, nie jest niegroźna. Parlamentarzyści ze skrajnej lewicy popierają ją i usprawiedliwiają. Należy zatem postrzegać ją jako to, czym jest: próbą generalną, przedsmakiem chaosu, który Mélenchon i LFI przygotowują dla Francji”.

Mélenchon zna historię. Wie, że każda rewolucja potrzebuje agitatorów, pożytecznych idiotów i zbirów, aby zaprowadzić terror w kraju, aż ten w końcu skapituluje. Robespierre miał swoich sankiulotów, Lenin swoją Czerwoną Gwardię. Mélenchon ma swoje bandy zbirów. Era się zmienia, ale metoda pozostaje ta sama.

Nie poddamy Francji sojuszowi skrajnej lewicy i motłochu. Będziemy z nimi walczyć bezlitośnie, bo Francja nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.

Wielu obserwatorów podejrzewa, że ​​to przede wszystkim próba generalna przed tym, co by się stało, gdyby Le Pen wygrała wybory we Francji. Aktywiści Antify, sprzymierzeni z młodzieżą z przedmieść, mają pogrążyć Francję w chaosie. Jednak to właśnie ta „próba generalna” zapewnia Le Pen faktyczne zwycięstwo w wyborach.

ZeroHedge podkreślił, że w grę mogą wchodzić również inne siły – instrumentalizacja młodzieży w celu wzniecania niepokojów społecznych, strategia, którą skrajnie lewicowe ugrupowania i zagraniczni przeciwnicy mogą stosować w wojnie asymetrycznej.

Trzeźwo wskazują również, że decyzja francuskich elit politycznych o zezwoleniu na wjazd milionom imigrantów z Afryki Północnej i świata arabskiego ma swoje konsekwencje. Nie można zaprzeczyć kulturowemu i migracyjnemu wymiarowi tych niepokojów, nawet jeśli w zamieszkach uczestniczy również rdzenna francuska młodzież. Ma to swoje reperkusje i napędza wzrost popularności Le Pen i skrajnej prawicy.

Krajobraz polityczny już się jednak zmienił. Wielu młodych ludzi dumnie machających flagami Algierii podczas protestów to obywatele Francji, którzy również mają prawo głosu. Zagłosują przeciwko Le Pen, a jeśli wygra, będą stawiać opór na ulicach.


Potajemne przejęcie Ukrainy

Potajemne przejęcie Ukrainy

4. października 2026 Marek Wojcik world-scam/potajemne-przejecie-ukrainy

Palantir – wielki zwycięzca wojny na Ukrainie. Tymczasem ludność cierpi z powodu najstraszniejszych skutków konfliktu. Jako firma działająca w branży technologii zbrojeniowych, Palantir może dalej rozwijać swoje rozwiązania w zakresie autonomicznych systemów uzbrojenia w rzeczywistych warunkach wojennych, a następnie wprowadzać je na rynek.

Na swoim blogu Palantir pisze: „Przemysł jest gotowy i chętny. NATO musi nadal stwarzać możliwości – zarówno w ramach ćwiczeń, jak i „formatów wydarzeń”…”. Program ten pokazuje, jak w tej wojnie nie tylko testuje się nowe systemy uzbrojenia, ale także wprowadza się państwo cyfrowe, a tym samym technokrację, i to nie tylko na Ukrainie… Źródło.

Źródło.

Czy ta dziwna wojna na Ukrainie trwająca już ponad cztery lata nie jest prowadzona jedynie po to, żeby trwała? Stanowi doskonałą i praktycznie nie do zastąpienia żadnymi symulatorami platformę testowania wszelkich technologii i taktyk militarnych. Z technologią wojskową jest jak z wyścigiem zbrojeń – także przeciwnik się rozwija i nie ma możliwości zdobycia druzgocącej przewagi. Jednak technokraci tkwią w paranoicznej wierze w Wunderwaffe – w cudowną broń. Ta wiara pozwoliła Hitlerowi mieć do końca nadzieję na zwycięstwo.

18 kwietnia Alex Karp, szef koncernu Palantir zajmującego się danymi i oprogramowaniem opublikował na X 22 tezy, które są podsumowaniem jego i Nicholas Zamiska książki „The Technological Republic” – Republika Technologiczna.


Kwadratowe zdjęcie profilowe

Ponieważ często nas o to pytają. Republika Technologiczna w skrócie.

  1. Dolina Krzemowa ma moralny dług wobec kraju, który umożliwił jej rozwój. Elita inżynierska Doliny Krzemowej ma obowiązek uczestniczyć w obronie kraju.
  2. Musimy zbuntować się przeciwko tyranii aplikacji. Czy iPhone jest naszym największym osiągnięciem twórczym, a może nawet szczytowym osiągnięciem naszej cywilizacji? To urządzenie zmieniło nasze życie, ale obecnie może również ograniczać i krępować nasze poczucie tego, co jest możliwe.
  3. Bezpłatna poczta elektroniczna to za mało. Upadek kultury lub cywilizacji, a także jej klasy rządzącej, zostanie wybaczony tylko wtedy, gdy kultura ta będzie w stanie zapewnić społeczeństwu wzrost gospodarczy i bezpieczeństwo.
  4. Ograniczono możliwości „miękkiej siły”, czyli samej tylko wzniosłej retoryki. Aby wolne i demokratyczne społeczeństwa mogły odnieść zwycięstwo, potrzeba czegoś więcej niż tylko apelu moralnego. Potrzebna jest „twarda siła”, a w tym stuleciu „twarda siła” będzie opierać się na oprogramowaniu.
  5. Pytanie nie brzmi, czy broń oparta na sztucznej inteligencji powstanie, ale kto ją stworzy i w jakim celu. Nasi przeciwnicy nie będą się wahać, by wdawać się w teatralne debaty o zaletach rozwoju technologii o krytycznym znaczeniu dla wojska i bezpieczeństwa narodowego. Będą kontynuować.
  6. Służba wojskowa powinna być obowiązkiem powszechnym. Jako społeczeństwo powinniśmy poważnie rozważyć odejście od modelu armii opartej wyłącznie na ochotnikach i stoczyć kolejną wojnę tylko wtedy, gdy wszyscy będą dzielić ryzyko i koszty.
  7. Jeśli żołnierz piechoty morskiej USA prosi o lepszy karabin, powinniśmy go skonstruować; to samo dotyczy oprogramowania. Jako kraj powinniśmy być w stanie kontynuować debatę na temat zasadności działań wojskowych za granicą, pozostając jednocześnie niezachwiani w naszym zaangażowaniu wobec tych, których poprosiliśmy o narażenie się na niebezpieczeństwo.
  8. Urzędnicy państwowi nie muszą być naszymi kapłanami. Każda firma, która wynagradzałaby swoich pracowników w taki sam sposób, w jaki rząd federalny wynagradza urzędników państwowych, miałaby trudności z przetrwaniem.
  9. Powinniśmy okazywać znacznie więcej wyrozumiałości wobec osób, które zdecydowały się poświęcić się życiu publicznemu. Wyeliminowanie jakiejkolwiek przestrzeni na przebaczenie – odrzucenie wszelkiej tolerancji dla złożoności i sprzeczności ludzkiej psychiki – może sprawić, że u steru znajdą się osoby, których obecności z czasem będziemy żałować.
  10. Psychologizacja współczesnej polityki prowadzi nas na manowce. Ci, którzy szukają w polityce pożywienia dla duszy i poczucia własnej wartości, którzy zbyt mocno polegają na życiu wewnętrznym, wyrażając je w ludziach, których być może nigdy nie spotkają, poniosą rozczarowanie.
  11. Nasze społeczeństwo stało się zbyt skłonne do pośpiechu i często czerpie radość z upadku swoich wrogów. Pokonanie przeciwnika to chwila, w której należy się zatrzymać, a nie cieszyć się.
  12. Era atomowa dobiega końca. Jedna z er odstraszania, era atomowa, dobiega końca, a nastaje nowa era odstraszania oparta na sztucznej inteligencji.
  13. Żaden inny kraj w historii świata nie promował wartości postępowych w większym stopniu niż ten. Stany Zjednoczone są dalekie od ideału. Łatwo jednak zapomnieć, o ile więcej możliwości oferuje ten kraj osobom, które nie należą do dziedzicznych elit, niż jakikolwiek inny naród na świecie.
  14. Amerykańska potęga umożliwiła niezwykle długi pokój. Zbyt wielu zapomniało lub wręcz przyjmuje za pewnik, że na świecie przez prawie stulecie panował pokój bez konfliktu zbrojnego między mocarstwami. Co najmniej trzy pokolenia – miliardy ludzi, ich dzieci, a teraz i wnuki – nigdy nie zaznały wojny światowej.
  15. Powojenne wykastrowanie Niemiec i Japonii musi zostać cofnięte. Pozbawienie kłów Niemiec było nadmierną korektą, za którą Europa płaci teraz wysoką cenę. Podobne, bardzo teatralne zaangażowanie w japoński pacyfizm, jeśli zostanie utrzymane, również zagrozi przesunięciem równowagi sił w Azji.
  16. Powinniśmy bić brawo tym, którzy próbują budować tam, gdzie rynek zawiódł. Kultura niemal drwi z zainteresowania Muska wielką narracją, jakby miliarderzy powinni po prostu trzymać się swojej ścieżki bogacenia się… Jakakolwiek ciekawość lub autentyczne zainteresowanie wartością tego, co stworzył, jest zasadniczo ignorowane, a może wręcz kryje się pod ledwie skrywaną pogardą.
  17. Dolina Krzemowa musi odegrać rolę w walce z przestępczością z użyciem przemocy. Wielu polityków w Stanach Zjednoczonych praktycznie wzruszyło ramionami, gdy mowa o przestępczości z użyciem przemocy, rezygnując z jakichkolwiek poważnych wysiłków na rzecz rozwiązania tego problemu lub podejmując jakiekolwiek ryzyko w kontaktach ze swoimi wyborcami, lub darczyńcami, szukając rozwiązań i eksperymentując w ramach tego, co powinno być desperacką próbą ratowania życia.
  18. Bezwzględne ujawnianie życia prywatnego osób publicznych odstrasza zbyt wielu utalentowanych ludzi od pracy w służbie publicznej. Sfera publiczna – wraz z płytkimi i małostkowymi atakami na tych, którzy odważają się robić coś innego niż tylko wzbogacać się – stała się tak bezlitosna, że w republice pozostała znaczna grupa nieefektywnych, pustych osób, których ambicje można by wybaczyć, gdyby kryła się za nimi jakakolwiek autentyczna struktura przekonań.
  19. Ostrożność w życiu publicznym, którą nieświadomie promujemy, jest destrukcyjna. Ci, którzy nie mówią nic złego, często nie mówią nic.
  20. Należy przeciwstawić się powszechnej nietolerancji wobec przekonań religijnych w niektórych kręgach. Nietolerancja elit wobec przekonań religijnych jest prawdopodobnie jednym z najbardziej wymownych dowodów na to, że ich projekt polityczny stanowi mniej otwarty ruch intelektualny, niż twierdzi wielu jego członków.
  21. Niektóre kultury dokonały istotnego postępu; inne pozostają dysfunkcyjne i regresywne. Wszystkie kultury są teraz równe. Krytyka i osądy wartościujące są zabronione. Jednak ten nowy dogmat pomija fakt, że niektóre kultury, a wręcz subkultury… dokonały cudów. Inne okazały się przeciętne, a co gorsza, regresywne i szkodliwe.
  22. Musimy oprzeć się płytkiej pokusie pustego i pustego pluralizmu. My, w Ameryce i szerzej, na Zachodzie, przez ostatnie półwiecze opieraliśmy się definiowaniu kultur narodowych w imię inkluzywności. Ale inkluzywności do czego?

Fragmenty bestsellera nr 1 na liście New York Times „Republika technologiczna: twarda siła, miękkie przekonania i przyszłość Zachodu” autorstwa Alexandra C. Karpa i Nicholasa W. Zamiski.


Co tak naprawdę zobaczył Saruman w palantirze?

Także strach przed niekontrolowanym usamodzielnieniem się SI jest celowo rozpowszechniany. Odwraca uwagę od autentycznych zagrożeń w tym największego: przejęcie pełnej kontroli nad ludźmi przez kontrolujących tę bardzo sztuczną technologię. Sceny apokalipsy, gdzie roboty opanowują świat, pozostaną na zawsze domeną literatury science fiction. Kontrola nad całym światem to cel człowieka, nie maszyny. Dlatego, jeśli dojdzie do ataku robotów na ludzi, będzie to efektem celowych działań osób kontrolujących te roboty, nawet jeśli wyposaży się je w autonomiczne systemy sterowania. Twórcy SI po prostu do tego nie dopuszczą, ponieważ utraciliby to, na czym im najbardziej zależy – kontrolę.

Takie firmy jak Palantir w USA, Gosuslugi w Rosji lub chiński Xunce mają największy potencjał mogący zagrozić populacji na naszej planecie. Tak, wszystkie trzy mocarstwa bez wyjątku pracują pełną parą nad wdrożeniem technologicznej kontroli nad swoimi poddanymi. Każde z tych państw ma taką samą wymówkę: jeśli zaniedbamy inwestowania w sztuczną inteligencję, nasi konkurenci zdobędą przewagę. Dodajmy do tego czwartą ponadnarodową siłę, która także odgrywa swoją rolę w procesie kontrolowania świata – globalistów i wtedy dopiero zagmatwany obraz dzisiejszego świata stanie się nie tyle przejrzysty, ile bardziej autentyczny.

Palantir i Dataroom mogą sprawić, że istniejące ukraińskie systemy będą działały szybciej, dokładniej i wydajniej. Nie są one jednak ani „systemem Terminatora”, ani substytutem broni, żołnierzy czy przemysłowych zdolności produkcyjnych. Ich znaczenie polega przede wszystkim na tym, że stanowią dodatkowy cyfrowy multiplikator istniejących już zdolności wojskowych. Źródło.

Przy sztucznej inteligencji powinna być jak w ruchu drogowym stosowana zasada ograniczonego zaufania.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Jak to u nas – momenty dramatyczne przeplatają się z komicznymi

Sceny myśliwskie

Stanisław Michalkiewicz; „Goniec” (Toronto)  •  4 października 2026 michalkiewicz

Jak już wielokrotnie pisałem, obywatel Tusk Donald i – jak się okazuje – Główny Łowczy Rze… – ach co ja takiego piszę!? Jakiej tam znowu „Rzeszy”? Nie żadnej „Rzeszy”, a co najwyżej – Generalnej Guberni – czyli obywatel Żurek Waldemar, dla zmylenia zwierzyny mający w vaginecie obywatela Tuska fuchę „ministra sprawiedliwości”, jeszcze przed nadejściem kalendarzowej jesieni, otworzyli w naszym nieszczęśliwym kraju sezon łowiecki. Nie chodzi przy tym o dziki, które tak się rozdokazywały, że w biały dzień terroryzują mieszkańców Warszawy, tylko o otoczenie pana prezydenta Karola Nawrockiego oraz współpracowników prezesa Trybunału Konstytucyjnego, pana Bogdana Święczkowskiego.

Taktyka jest taka, żeby krok po kroku, pod różnymi pretekstami, wyaresztować wszystkich współpracowników, zarówno pana prezydenta, jak i pana prezesa, a potem – jak to publicznie wyjaśnił obywatel Żurek Waldemar – „dobrać się” do nich samych. Pan prezydent na razie nie skomentował tej łowieckiej inicjatywy, natomiast pan prezes Święczkowski wyjaśnił w telewizji, że nie jest sodomczykiem, w związku z czym zapowiedź „dobierania się” do niego jakiegoś mężczyzny, zwłaszcza obywatela Żurka Waldemara, wcale mu się nie podoba. I słuszna jego racja, bo rzeczywiście – obywatel Żurek sprawia wrażenie jakiegoś osobnika z „Atlasu Typów Przestępczych” Cezarego Lombroso, zwłaszcza, gdy się nie ogoli.

Ale nie jest to jedyne łowieckie przedsięwzięcie obywateli Tuska i Żurka, chociaż pod względem ciężaru gatunkowego – oczywiście najważniejsze. Są jeszcze inne odcinki na których – jak to u nas – momenty dramatyczne przeplatają się z komicznymi. Oto nasz Kukuniek, w którym Judenrat, kiedyś przedstawiający go jako wariata z siekierkami – na tym etapie upodobał sobie w charakterze jasnego idola. Niestety na jasnym idolu brzydkim cieniem kładły się podejrzenia o tajną współpracę z SB za pierwszej komuny, które odżyły ze zdwojoną siłą zwłaszcza po przekazaniu przez panią Kiszczakową do IPN dokumentów dotyczących Kukuńka, nad którymi osobiście czuwał generał Kiszczak.

Tedy nie było rady; trzeba było zaaplikować Kukuńkowi kurację przeczyszczającą, której podjął się pan prokurator Wojciech Sitek z warszawskiej prokuratury. Nie wdając się w żadne ceregiele, „umorzył” śledztwo w sprawie fałszywych zeznań Kukuńka na temat tych kwitów, dzięki czemu Kukuniek w jednej chwili stał się bielszy od śniegu, jakby czyjaś Niewidzialna Ręka skropiła go hyzopem. Nie to jednak stanowi element komiczny, bo to tylko potwierdza, iż niezależna prokuratura zdolna jest do wszystkiego.

Element komiczny pojawia się w uzasadnieniu postanowienia o umorzeniu. Otóż okazało się, że Kukuniek popadł we „wtórny analfabetyzm”, wskutek czego pojawiły się wątpliwości, czy własnoręcznie pisał donosy i podpisywał pokwitowania, skoro zapomniał sztuki pisania? Co ciekawsze – sam Kukuniek chętnie się z tą diagnozą zgadza, a w tej sytuacji nie ma rady – musimy przyjąć, że miał wyjątkowe szczęście w totolotka, bo kiedy tylko potrzebował forsy, to zawsze wygrywał. Jużci – z dwojga złego już lepszy „wtórny analfabetyzm”, niż tajna współpraca z bezpieką.

W ogóle wypada odnotować wzmożoną aktywność Judenratu w tym sezonie łowieckim. Nie dość, że bierze on udział prawie w każdej nagonce, ale w dodatku, na marginesie wspominków pana red. Michnika ze szczęśliwego dzieciństwa, Judenratowcy przypomnieli sobie o taktyce UB-owców podczas procesów w czasach stalinowskich. Polegała ona na tym, że na sali sądowej rozsiadali się ubowcy, hipnotyzując świadków, oskarżonych, a nawet – niezawisłych sędziów, chociaż ci i bez tego przecież powinność swojej służby rozumieją.

Toteż kiedy rozpoczęła się kolejna odsłona procesu Grzegorza Brauna – tym razem z powodu uszkodzenia mikrofonu panu prof. Grabowskiemu, co przeszkodziło mu w kontynuowaniu oskarżania Polaków, że wymordowali „co najmniej 200 tysięcy” Żydów – na sali sądowej zasiadła liczna delegacja Judenratu. Na ten widok niezawisły sędzia Marcin Brzostko, który wcześniej nawet czasami wielkodusznie dopuszczał Grzegorza Brauna do głosu, tym razem zachował się na poziomie, niczym pani sędzia Maria Gurowska (nee Sand) na procesie generała Emila Fieldorfa i uchylał wszystkie pytania jego obrońców i jego samego, aż w końcu wyrzucił go z sali, pod pretekstem, że jego wypowiedzi jeszcze pogłębiają traumę pana profesora Grabowskiego, który wtedy tak się przejął, że według krążących na mieście fałszywych pogłosek, do dziś moczy się w nocy. Okazuje się, że taktyki wypracowane w czasach stalinowskich znakomicie sprawdzają się również na etapie przywracania w naszym nieszczęśliwym kraju socjalistycznej praworządności.

Ale to jeszcze nic w porównaniu ze scenami myśliwskimi, jakie rozegrały się w Jarosławiu, w tamtejszym opactwie przewielebnych Panien Benedyktynek. Ale incipiam. Oto z Niemiec w kierunku przejścia granicznego z Ukrainą w Korczowej, jechał samochodem, podejrzewam, że skradzionym, niejaki Igor M. Podejrzewam, że skradzionym, bo nie miał polisy ubezpieczeniowej. Toteż na przejściu w Korczowej pod tym pretekstem celnikowie zaraz mu ten samochód „skonfiskowali”. Słowem – „grab nagrabliennoje!” W tej sytuacji Igor M. autostopem podjechał do Jarosławia, gdzie pomaszerował do opactwa, w którym nawet i dzisiaj przebywają jacyś ukraińscy „uchodźcy”, a kiedyś były ich tam całe chmary.

Ponieważ przebywający tam księża nie dość skwapliwie wypełniali wobec niego obowiązki „sług narodu ukraińskiego”, chwycił za nóż i jednego zariezał od razu na śmierć, dwóch poważnie podźgał, a jednego dźgnął powierzchownie. Ponieważ został schwytany, zorientował się, że nie ma innej rady, jak tylko zacząć świrować. Zdaje się, że robi to z wprawą, toteż wracze z jarosławskiego psychiatryka co prawda nie zdiagnozowali u niego „schizofrenii bezobjawowej”, tylko jakieś głębokie „psychozy” – ale tak czy owak przesłuchiwać go w tym stanie nie można.

Inna sprawa, że też nie mieli wyjścia, bo natychmiast po incydencie w jarosławskim opactwie pan red. Tomasz Terlikowski, będący kimś w rodzaju pełnomocnika Judenratu na odcinku kościelnym, natychmiast surowo przykazał biskupom, by profilaktycznie przeciwstawili się wszelkim obawom „nienawiści”. Jak bowiem wiadomo, na obecnym etapie nienawiść, nawet ta „klasowa”, ma być powszechnie i bez zastrzeżeń znienawidzona.

W tej sytuacji również personel tamtejszego psychiatryka przyjął postawę wyczekującą – może w nadziei, że Igor M. szczęśliwie ucieknie i w ten sposób wybawi ich z kłopotu – no bo nie wyobrażam sobie, żeby umarł w tym szpitalu jako symulant. Żeby jednak pozorom stało się zadość, w Jarosławiu odbył się „marsz milczenia”, zorganizowany „przeciw przemocy”. Ponieważ podczas marszu obowiązywało milczenie, to nie wiadomo, przeciwko czyjej przemocy maszerowano, ani – co z tego ma wynikać. I o to właśnie chodzi.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Feliks Koneczny – O ład w historii

Feliks Koneczny

Tekst zdigitalizowany i opublikowany został w ramach projektu „Cyfrowa Biblioteka Myśli
Narodowej”.

========================================
Tekst opracowany na podstawie: Feliks Koneczny, O ład w historii, Towarzystwo im. Romana Dmowskiego, Londyn 1977
Tekst znajduje się w Domenie Publicznej i może być dowolnie rozpowszechniany i
powielany. Autorzy publikacji cyfrowej zrzekają się wszelkich praw autorskich
związanych z digitalizacją i obróbką tekstu na zasadzie licencji Creative Commons Zero

===================================================

SPIS TREŚCI

Odrębność ducha ………………………………………………………………. 4
Quincunx i cywilizacja ……….…………………………………………………. 7
Pogląd biologiczny ……………………………………………………………… 10
Kolejność rozwojowa ………………………………………………………….. 14
Dwa szeregi pojęć naczelnych ………………………………………………… 17
Nierówność …………………………..…………………………………………… 20
Cechy siedmiu cywilizacji ………………………………………………………… 25
Syntezy religii ……………………………………………………………………….. 29
Syntezy cywilizacji ………………………………………………………………… 33
Mieszanki …………………………………………………………………………… 36
Niższość górą ……………………………………………………………………… 41
Rozwój moralności ……………………………………………………………….. 45
Prawa dziejowe a problem opatrzności ………………………………………….. 50

============================

Odrębność ducha
Rozwój nauk zmierza do wiedzy integralnej, która jest sumą związków
zachodzących między naukami. Otwierają się niezmierzone przestworza przed myślą
ludzką. W twórczości wielkich uczonych humaniora i nauki przyrodnicze nie tylko
przestają się odcinać, lecz wzajemnie sobie usługują. Coraz częściej jakieś odkrycie z
jednego działu powoływane bywa na świadectwo w drugim dziale wiedzy.


Wykryto już dawno ład w przyrodzie; czyż nie wykryjemy go w historii?
Podejmować zabiegi w tym kierunku zechcą tylko tacy, którzy w wielkim nauk zrzeszeniu
są zwolennikami dualizmu; monizm przyrodniczy wyklucza bowiem samą potrzebę tych
dociekań: jeżeli bowiem wszystko jest przyrodą, a duch ludzki tylko wyższym piętrem
porządku materialnego, wystarczy znać prawa przyrody. Przyjmując monizm, uznaje się
tym samym, że sprawy ducha ludzkiego podlegają prawom przyrody; te zaś są wiadome.
Jest to najdonioślejszy spór w nauce. Monizm i dualizm przyrodniczy przelewają się w
filozofię i (na co nie zwracano uwagi) w naukę prawa.
Nowa fizyka uważa materię i energię za identyczne. Teza wyszła od dociekań około
elektronów, lecz nie są one nigdy jednocześnie i materią, i energią. Są materią w ruchu
okrężnym, a w promieniowaniu energią. Cała ta kwestia tyczy tylko świata materialnego.
Nie istnieje bowiem jedna tylko energia w ogóle, okazująca się już to materialną, już to
duchową, lecz istnieją energie dwie odrębne i z osobnych źródeł.
Życiu duchowemu nieznane jest prawo zachowania energii. Duchowa może się
zwiększać lub pomniejszać ilościowo: gdyby nie to, pewna stała jej ilość byłaby jednakowa
od troglodytów aż do dni naszych. Zmiany ilościowe energii duchowej są nieograniczone.
Z drugiej atoli strony, w przeciwieństwie do niezniszczalnej energii materialnej może
myśl ludzka przepaść i zaginąć bezpłodnie; niestety, energia duchowa może być
zniszczona do cna (choćby przez zanik tradycji).
Nowa ilość duchowej energii może powstać zawsze, a bez związku z ilością jej już
istniejącą. Powstaje wszystko z „niczego”. Ten rodzaj wytwarzania nazywamy
twórczością. Energia duchowa jest twórcza, materialna – nie.
Tworzenie nowej energii duchowej stanowi główny rodzaj pracy duchowej, która
od fizycznej różni się twórczością. Za pomocą roboty mięśni przetwarzamy formy energii
materialnej i cała przyroda czyni to samo; rozmaitość promieniowania wywołuje bowiem
rozmaite siły w przyrodzie i wszelkie objawy fizyczne pochodzą z przenoszenia energii
na różne pola, lecz z pomocą duchowych własności tworzymy coś nowego, pomnażamy
ilość przejawów ducha, przydając nieraz nawet nowe jakości.
Przenosić się z jednego pola na inne może energia w obu zakresach, materialnym i
duchowym. Duchowa energia nie posiada jednak żadnej formy uprzywilejowanej, ni
ostatecznej. Zachodzi tedy znowu różnica zasadnicza.
Nadto zachodzą prawa przeciwne. Przykładem chyżość ciała w ruchu obrotowym,
wzrastająca z długością promienia; największa na obwodzie, a w centrum najmniejsza. W
ludzkich zrzeszeniach umysłowych przeciwnie: największa w centrach, zmniejsza się ku
obwodowi; maleje tedy w długości promienia.
Dalsze dociekania mogą przymnożyć argumentacji ilościowo. Jakościowo górować
będzie zawsze pewien fakt, dotychczas nie rozważany, a rozstrzygający; ciało musi ulegać
każdej napotkanej sile, lecz duch wcale nie. Zachodzi tu jaskrawe przeciwieństwo z
materią w ogóle.
Przywilej ten decyduje o możliwości rozwoju naszych władz umysłowych.
Niemożliwym byłby jakikolwiek ład w umyśle; nieustanne podleganie mnogości sił
napotykanych na każdym kroku, musiałoby sprowadzić rozstrój umysłu. W jakiejże cieśni
znalazłby się duch ludzki! Czyż zdołałby się rozwinąć! Gdyby był ograniczony granicą
praw przyrody, w ciasnocie zeszczuplonej tą zawisłością? Mielibyśmy rozum in potentia,
nie mając możności używać go. Całe nasze człowieczeństwo rodzi się z tego, że
przechodzimy obok mnóstwa sił, nietknięci przez nie, podlegając tylko niektórym.
Gdybyśmy mieli podlegać każdemu wpływowi, nie doszlibyśmy nigdy do zrównoważenia
naszych władz umysłowych, co stanowi warunek życia ponad-cielesnego.
Jednakże świat ducha posiada widoczne prawo do popełniania błędów. Życie
duchowe korzysta często z fikcji, które miewają atoli skutki wielce realne. Przyroda nie
wykazuje nic analogicznego. Szczytem mechanizmu jest maszyna, lecz błąd wywołuje w
mechanizmie maszyny od razu katastrofę. Maszyna jest nieomylna albo zepsuta,
niemożliwa do użytku. Gdybyż człowiek posiadał ten przywilej, iżby przestawał działać,
gdy grozi mu popełnienie błędu!
Nie zmieści się duch w mechanizmie. W maszynie postęp polega na uproszczeniach, w ten sposób opanowujemy coraz mocniej siły przyrody. Przeciwnie w
świecie ducha: postęp jest zarazem komplikacją. Nawet życie prywatne staje się coraz
bardziej skomplikowane, a cóż dopiero zbiorowe? Coraz trudniej orientować się w życiu,
w coraz bardziej zawiłym organizmie.
Duch nie da się zmechanizować, bo nie powstał z rozwoju przyrody! Istnieją więc
dwie odrębne energie, fizyczna i duchowa; panuje tedy na ziemi ład dualistyczny. Monizm
przeciwny jest rzeczywistości, a człowiek składa się z ciała i duszy. Odrębności świata
duchowego, zdatności jego do czynów, celowości działań na szereg pokoleń, nie
wyjaśnimy inaczej, jak stwierdzając istnienie duszy ludzkiej. W duszy każdego z nas
rozstrzyga się, jakim siłom pragniemy ulegać, a które będziemy zwalczać. Posiadamy tedy
wolną wolę.
Ponieważ dusza nie podlega prawom przyrody, nie dotyczy jej prawo śmierci.
Stanowi czynnik wyższy od cielesnych i nie jest bynajmniej ich wykwitem. Wnosimy z
tego, że byt duszy nie jest zawisły od bytu ciała i nie kończy się ze zgonem ciała, czyli że
dusza jest nieśmiertelna.
Kto zechce zastanawiać się nad genezą duszy i jej istotą, dojdzie do wiary w Boga.
Od tego pozornie drobny krok do załatwienia się z problemem ładu w historii: zgonić
wszystko na Boga, na przejawiającą się w dziejach Opatrzność Boską. Sprawa nie jest atoli
taką prostą łatwizną. Trzeba zadać sobie pytanie, czy istnieje w ogóle jakiś ład w historii.
Wyroki Boskie są dla nas z reguły niedocieczone; czyż można wiedzieć za każdym razem
z góry, co mieści się w zamierzeniach Opatrzności? Robiono próby, żeby zbadać jej ścieżki
w historii; wszystkie atoli polegały na metodzie medytacyjnej, apriorycznej, a wyłącznie
dedukcyjnej i stanowią przykłady naciągania rzeczywistości do osobistego poglądu na
rzeczy, wymedytowanego, czyli wymyślonego, a niestety w najlepszej wierze zmyślonego.
Bywają urojenia wielce szlachetne, lecz z nauk musi się usuwać wszelkie urojenia.
Powierzmy się więc metodzie indukcyjnej.


Quincunx i cywilizacja
Próżna byłaby wszelka praca nad problemem ładu w historii, gdybyśmy przedtem
nie zdołali go wykryć w tym, co mają wspólnego wszyscy ludzie wszystkich krajów,
czasów i szczebli rozwojowych. Ale nawet nie wszyscy umieją ogień niecić, ani nawet
hodowla zwierząt domowych powszechną nie jest! Przy olbrzymich różnicach jak
wyłuskać jednak to, co jest ogólnoludzkie, bez czego nie byłoby bytu ludzkiego? Jak
wyliczyć i jak objąć wszystko, co ludzkie? W jakim skrócie uzmysłowić tysiąclecia bytu
materialnego i moralnego? Trzeba nam formuły, w którą dałyby się wcielić wszelkie
możliwości życia zbiorowego kiedykolwiek i gdziekolwiek; są to wielotysięczne sprawy i
wielotysięczne ich powikłania, skomplikowane coraz bardziej w miarę rozwoju zrzeszeń
ludzkich.
Z ciała i duszy składa się człowiek, a wszystko cokolwiek jest ludzkiego, musi
posiadać formę i treść, stronę zewnętrzną i wewnętrzną. Pełnia życia wymaga obydwóch,
gdyż niedomaganie jednej z nich sprowadza wykolejenie całości. Istnieje pięć kategorii
bytu człowieczego.

Na stronę wewnętrzną, duchową składają się pojęcia dobra
(moralności) i prawdy (przyrodzonej i nadprzyrodzonej). Na stronę cielesną, zewnętrzną przypadają sprawy zdrowia i dobrobytu; nadto istnieje pomost od zewnątrz do wewnątrz, pojęcie piękna, wspólne ciału i duszy
.

Jest to quincunx [pięciokształt] człowieczy, obejmujący wszelkie
przejawy bytu, wszelkie możliwości życia ludzkiego. Nie ma takiego faktu, ni myśli takiej,
które by nie stawały w jakimś stosunku do którejś z tych pięciu kategorii, często
równocześnie do dwóch, a nawet więcej. Należy tu każdy fakt i myśl wszelka. Nie zdoła
nikt wymyślić niczego ludzkiego, co nie mieściłoby się w tym pięciokształcie życia.
Znać stan danego zrzeszenia – od rodziny poczynając, aż do państwa i narodu –jest
to znać stan jego quincunxa.
Pierwiastki quincunxa okazują się od razu w pierwotnych ustrojach rodowych,
które nie są jednostajne. Ilość rodzajów i odmian ustrojów rodowych jest nieograniczona,
lecz niewiele z nich staje się historycznymi. Zdołałem naukowo określić dotychczas
siedem. Ród musi trzymać się jakichś norm. Od początku wytwarza się trójprawo, bardzo
rozmaite, tj. pewien zespół prawa familijnego (małżeńskiego), majątkowego i
spadkowego. Zawisłym jest ono od tego, co gdzie uważa się za godziwe, a co za
niegodziwe. Od tego zależy gospodarstwo społeczne, co znać dokładnie już na
prehistorycznej ekonomii. Od samego bowiem zarania zrzeszeń nie dadzą się żadną miarą
rozdzielić w życiu kultury materialna i duchowa. Sama też walka o byt staje się już na
niskich szczeblach zrzeszeń prymitywnych trojaką: materialną, intelektualną i moralną.
Wszystkie zrzeszenia zaczynają od ustroju rodowego i trwa w nim dotychczas
cztery piąte kuli ziemskiej (w Europie istnieje jeszcze na Bałkanach). Mogą się wytwarzać
duże państwa, a nawet całe cywilizacje, nie dochodząc w swym rozwoju do emancypacji
rodziny, jak np. cywilizacja chińska.
Zrzeszenia znaczniejsze powstają przez łączenie się rodów pokrewnych w plemię,
a plemion w ludy. Znamy rozległe kraje, w których ani nawet do powstania plemion nie
doszło. Ród przy rodzie zwalczają się bez ustanku, pełne nienawiści i wzajemnej pogardy.
Łączyć się mogą bowiem takie tylko rody, które posiadają podobne trójprawo; albo też
któryś ród musi zgnębić sąsiednie i swoje trójprawo im narzucić. Analogie w quincunxie
stanowią nieodzowny warunek coraz rozleglejszego zrzeszenia się. Ludy, mające się
zrzeszać w jeszcze większe całości, muszą być cywilizowane jednakowo, a przynajmniej
analogicznie.
Zachodzi tu niewzruszone prawo współmierności. Co nie jest współmierne,
zwalcza się i tępi wzajemnie, a przynajmniej dąży do tego, by się rozejść. Zgodność zaś we
współmierności i w konsekwencji jest po prostu metodą. Metoda stanowi podstawę
zrzeszenia, a szczebel rozwoju zawisł od trafności i ścisłości metody.
Wielkie zróżniczkowanie życia na ziemi to nic innego, jak tylko rozmaitość metod
w ustrojach życia zbiorowego, z czego też wynika rozmaitość struktur społecznych. Wiara
w metodę jedyną, wspólną całemu rodzajowi ludzkiemu, może się pojawiać tylko w
głowach ściśle ahistorycznych, pozbawionych znajomości historii. Metody życia
zbiorowego i struktur społecznych były i są rozmaite, a każda z nich wytwarza osobną
cywilizację.

Cywilizacja jest to metoda ustroju życia zbiorowego.

Cywilizacja jakaś istnieje
wszędzie, gdziekolwiek istnieje życie zbiorowe, choćby najprymitywniejsze.
Przeciwstawienie „cywilizacji” i „kultury” (z ruchomą ciągle interpretacją tych
pojęć) jest dla historyka niepotrzebną fikcją. W historii cywilizacja materialna lub
duchowa nie rozwijają się nigdy w jakimś wyodrębnieniu. Natomiast wyrażenie „kultura”
przyda się na oznaczenie poddziałów i odmian cywilizacji. Np. kultura polska w cywilizacji
łacińskiej; niemiecko-bizantyńska, serbska, rumuńska w cywilizacji bizantyńskiej;
ujgurska, afgańska, turecka w cywilizacji turańskiej; japońska, koreańska w chińskiej;
mauretańska, bagdadzka kultura w cywilizacji arabskiej; tuniska kultura, litwacka i
socjalizm w cywilizacji żydowskiej itd.
Tak cywilizacja cała, jak też część jej, kultura, mogą być również duchowe i również
materialne, bo i całość, i część zawierają i te, i tamte pierwiastki. Rozwój zaś normalny
wymaga jednakowego uwzględnienia obu dziedzin życia, fizycznej i duchowej.
Pomiędzy
wszystkimi działami quincunxa winna panować współmierność. Trafne działanie jednej
kategorii bytu poznaje się po tym, iż nie zachodzą przeciwieństwa pomiędzy nimi, a
innymi kategoriami. O ile życie naniesie w tym sprzeczności, decydować ma dobro
moralne; kategorii etycznej należy się bowiem hegemonia.
Najsurowszemu atoli moraliście nie wolno lekceważyć spraw dobrobytu.
Zamożność nie jest bynajmniej niższa moralnie od ubóstwa. Chińska filozofia uważa za
niegodne siebie, żeby się zajmować cielesną stroną bytu, a w rezultacie… nie ma ludów
bardziej bezdusznych, jak chińskie. Podobnie bramini chełpią się, że są zajęci samą
prawdą nadprzyrodzoną; lecz Hindus ugrzązł w najbardziej barbarzyńskim politeizmie.
Inny pouczający objaw spotykamy w Bizancjum. Z teorii o poskramianiu grzesznego ciała
wysnuto wnioski przeciwko pięknu cielesnemu. Skurczono i okrojono kategorię piękna, a
skutek był taki, że doskonalenie duchowe pozostawiono mnichom, zwalniając od tego
ogół.
Wszelkie zrzeszenie musi doskonalić się w obu działach bytu, duchowym i
cielesnym, albo też w obu upadać.
Nader rzadko występuje którakolwiek z kategorii quincunxa w jakiejś wyłączności,
lecz wszystkie wikłają się z sobą bez końca, nieustannie, zawisłe wciąż wzajemnie od
siebie tak dalece, iż nie sposób roztrząsać jednej z nich, żeby nie zetknąć się z innymi.
Gmach życia tak jest ustawiony, iż widzi się wszystkie jego części, patrząc skądkolwiek, a
uważnie. Rozmaite uderzające związki kategorii stwierdzono od dawna.
Najdosadniejszego przykładu dostarczyła medycyna, gdy ustalono, że należy leczyć
równocześnie i ciało, i duszę; wyrażono nawet pogląd, że zachodzi współpraca między
lekarzem i spowiednikiem.
Z drugiej strony frazesem jest cała teoria o „nadbudowie” duchowej dziedziny
życia na fundamentach materialnego zrębu bytu i jako jego wierzchołku. Równym
prawem można by głosić, że rzeczy mają się wręcz przeciwnie; czyż bowiem dobrobyt i
zdrowie nie stanowią nadbudowy odpowiedniej pracy umysłowej? Np. wpierw musi być
autor, ażeby mogli istnieć wydawcy, księgarze, drukarze itd.
Cała ergologia, cała technika nie mają nic do rodzajów cywilizacji. Nigdy homo
faber cywilizacji nie wytwarzał. Technika może zmienić tryb życia ludzkiego na zewnątrz,
około człowieka, lecz nie dokonuje zmian w człowieku.
Quincunx uzupełniają pojęcia przestrzeni i czasu, pojawiające się i kształtujące
równocześnie. Od najdawniejszych czasów mierzono przestrzeń ilością czasu
potrzebnego do jej przebycia. W miarę rozwoju łączność obydwóch pojęć zacieśnia się
coraz mocniej. Stosunek człowieka do czasu jest atoli bardziej oderwany, bardziej natury
duchowej. Zwraca uwagę fakt, że im wyższy szczebel cywilizacyjny, tym więcej w samym
języku wyrazów na wyrażenie czasu.


Pogląd biologiczny
Gdyby cywilizacja stanowiła sprawę przyrodniczą, byłaby zawisła od rasy, lecz tak
wcale nie jest. W tej samej rasie może być cywilizacji więcej; np. rasa semicka mieści w sobie cywilizacje żydowską, arabską i turańską; w tej samej zaś cywilizacji może się
mieścić ras kilka, jak np. w łacińskiej rasie: nordycka, śródziemnomorska, dynarska,
nadwiślańska, a nawet laponoidalna.

O hierarchii ras przy tym nie ma co mówić; z licznych pomyłek naukowych była to podobno najmniej rozumna.
Również wichrowate linie stanowią język a cywilizacja. Ten sam język może służyć
dwom cywilizacjom (np. w Niemczech i Jugosławii). Z pidgin english nie wysnuwamy
wniosku o przynależności Chińczyków do kultury anglosaskiej, ani też nie wyśledzimy
najmniejszego związku z cywilizacją łacińską u brazylijskich kaboklów, mówiących po
portugalsku. Istnieje atoli hierarchia języków; nie wszystkie podołają postępom kultury
rozwoju, pojęć, rozmnożeniu abstraktów.
Bez porównania bardziej zależna jest cywilizacja od religii. Religie emanatyczne
zawierają w sobie przymus despotycznej formy rządu; stanowi to prostą konsekwencję
uznawania władzy za emanację bóstwa. Z kreatycznych religii przystosowuje się do
cywilizacji islam i chrześcijaństwo wschodnie, gdy tymczasem katolicyzm żąda, żeby
cywilizacje przystosowywały się do niego, do jego zasadniczych postulatów w ustroju
życia zbiorowego.

Religia żydowska i bramińska wytworzyły dwie cywilizacje sakralne.
Czy tybetańska należy także do sakralnych, nie da się orzec według dzisiejszego stanu
nauki. Poza sakralizmem odrębność religijna nie decyduje o odrębności cywilizacji. Np.
żaden misjonarz nie żąda od Chińczyka, by porzucił swą cywilizację chińską. Maluje się
już Madonny ze skośnymi oczyma i wytwarza się styl dla kościołów chińskich. Co innego
jedność, a co innego jednostajność. Jedność katolicka rozwija się w rozmaitości.

Gdyby który z tych trzech czynników był identyczny z odrębnością cywilizacji,
natenczas musiałoby być ich tyle, ile jest ras, języków, religii.
Wielkie różnicowanie duchowe rodzaju ludzkiego zawisło bardziej od różnic
trójprawa. Np. wśród Hellenów panował istny chaos w samej dziedzinie prawa
prywatnego i w każdej niemal krainie trzymano się innej metody ustroju życia
zbiorowego. Toteż ani nie wytworzyli wspólnego państwa, ni narodu, ani żadnej wspólnej
cywilizacji helleńskiej. Przeciwnie Rzymianie. Imperium ich powstało z niesłychanej siły
atrakcyjnej ich trójprawa, jedynego i stałego; oni też stali się twórcami idei narodu i
ojczyzny (które u Hellenów ledwie migały w niektórych umysłach). Wobec zupełnej
odmienności metody rzymskiej od metod helleńskich, trzeba odstąpić od mniemania
jakoby istniała jakaś wspólna cywilizacja helleńsko-rzymska, tzw. klasyczna. Nie może
powstać cywilizacja na większą skalę, historyczna, gdzie każde drobniejsze zrzeszenie ma
swą własną, daleką od współmierności z cywilizacjami plemion pokrewnych. Wspólność
obejmowała tylko naukę i sztukę.
Można zajmować się bliżej tylko cywilizacjami historycznymi, które trwały dość
długo, żeby być obserwowanymi, a zaważyły na biegu dziejów. Takich wykazuje historia
powszechna dwadzieścia. Z tej liczby wytworzyła epoka starożytna cywilizacji
siedemnaście, wieki zaś średnie zaledwie trzy. Oto ich rejestr: chińska, egipska,
bramińska, żydowska, babilońska, irańska, syryjska, tybetańska, punicka, sumeryjska,
egejska, numidyjska, turańska, spartańska, attycka, hellenistyczna, rzymska – i trzy
średniowieczne: bizantyńska, łacińska, arabska.
Historycznymi były również indiańskie
cywilizacje Inkasów i Azteków, których powstania nie umiemy oznaczyć chronologicznie.
Razem tedy 22.
Zginęła przeszło połowa, mianowicie 13: egipska, babilońska, sumeryjska, egejska,
irańska, syryjska, punicka, spartańska, attycka, hellenistyczna, rzymska, inkaska, aztecka.

Pozostało od starożytności cywilizacji sześć i trzy średniowieczne.
Cywilizacje są więc nader nierówne w długości swego życia. Załatwiono się z tym
zagadnieniem twierdząc, że każda cywilizacja musi umrzeć, skoro powstała w czasie. Czyż
nie jest śmiertelnym wszystko, co ludzkie? Sięgnięto do biologii i ujawniono, że każda
cywilizacja ma swoją młodość, następnie wiek dojrzały, i wreszcie starość, zwiastunkę
śmierci. Historyk wie atoli, że wiele społeczności nie dojrzewało nigdy; a znane są
wypadki, że społeczność jakaś gnije, zanim dojrzała i wiekami całymi wlecze swój stan
gnilny. Są też ludy, pogrążone jakby w wieczystej prymitywności i żyjące dłużej od
niejednej wysokiej cywilizacji, już zaginionej. Można się jednak spotkać często ze
światłym twierdzeniem, że „cywilizacje giną, spełniwszy swe zadanie”. Istne curiosum.
Jakież zadania mają przed sobą owe wielkie zrzeszenia, wiecznie ginące?! Ubite przez
Hiszpanów cywilizacje indiańskie „spełniły swe zadanie”! Zabawnym zaś wprost jest
zapomnienie, że trzy arcystarożytne cywilizacje – chińska, bramińska i żydowska istnieją
dotychczas i kwitną, i u żadnej z nich nie zanosi się na zgon ze starości. Żydowska jest
właśnie obecnie najsilniejsza ze wszystkich.
Biologiczny pogląd na historię nie da się niczym uzasadnić. Żadne społeczeństwo,
żaden naród, żadne państwo, żadna cywilizacja nie są śmiertelnymi z natury rzeczy, tj.
przez to samo, że istnieją, że są i ponieważ są. Zanik jakiejkolwiek cywilizacji nie jest
bynajmniej koniecznością dziejową. Upadają twory historyczne, lecz nigdy dlatego, że
istniały zbyt długo. Przyczyny każdego upadku muszą być badane osobno.
Z biologizmu, mylnie stosowanego do historii, wyniknęły teorie nawrotów
historycznych. Wszczął je św. Bonawentura (1221-1274) pragnąc wykazać pewną
paralelność epok przed Chrystusem i po Chrystusie, pokrewnych sobie jakąś cechą
istotną. Przyjmuje w Starym i Nowym Zakonie po siedem okresów, według siedmiu dni
stworzenia, i zestawia je jako analogiczne; następują więc po Chrystusie nawroty z
okresów z czasów przed Chrystusem (powstała potem z tego Historia judeocentryczna
Bossueta). Daleko później, bo aż z początkiem XVIII w. podjął Giambattista Vico swą
koncepcję „historii idealnej, wiecznej”, czyli „plan idealnej historii wiecznej”. Pragnął
wykryć schemat dziejów, obowiązujący raz na zawsze. Pozostała po nim „tablica
chronologiczna, ułożona podług trzech epok czasu”, okresów wyobraźni, woli i intelektu,
tworzących historyczne corso, po którego wyczerpaniu poczyna się na nowo ricorso.
Potem Hoene-Wroński, wielki kapitalista pierwszej połowy XIX w., w swej
Philosophie absolue de l’histoire opublikował dwie tablice: jedną ma być tabela
genetyczna filozofii historii, a druga przedstawia kolejność prądów dziejowych.
Melchizedech jako „Préparation sociale”. W dalszym ciągu przedstawiają reformę socjalną
Gustaw Adolf i Fryderyk Wielki (o historii Wroński nie miał w ogóle pojęcia). Podobnież
zabawiał się Hegel dowolnym rozmieszczeniem nazwisk. Czasy Karola W. stanowią u
niego nawrót państwa perskiego, Sokrates jest wznowiony w Lutrze itp. Potem
Lamprecht na przełomie XIX i XX w. wywodził kolejność stałych okresów, których
cechami: animizm, symbolizm, typizm, konwencjonalizm, indywidualizm i subiektywizm,
po czym zaczyna znów od początku, od animizmu; obok tego staje jeszcze sześć nawrotów
ekonomicznych; wreszcie wystąpił Spengler ze swymi tablicami „morfologii
porównawczej dziejów powszechnych”, np. plastyka grecka i północna muzyka
instrumentalna, czasy Plotyna i Dantego itp. Szczególnie zaś podobieństwo upatruje
Spengler w rozwoju kultury antycznej i meksykańskiej. Prusy obejmują hegemonię
świata, a w chrześcijaństwie zapanuje duch Dostojewskiego. O ile u Vica znać na każdym
kroku (nawet w błędach) wielkość umysłu, o tyle później naśladowcy jego nie
przyczyniali sobie sławy wcale tym, że zajmowali się historią.
Teorie nawrotów historycznych należą do lamusa historycznego, gdzie ich miejsce
obok „stadności” pierwotnej, obok matriarchatu, totemizmu i innych pomyłek.
Problem ładu dziejowego wymaga nie pomysłów medytacyjnych, lecz mozolnych
studiów indukcyjnych około zrzeszeń ludzkich – od rodziny aż do cywilizacji.
Czemu nie dalej, czemu nie aż do ludzkości całej?
„Ludzkość” nie istnieje ani historycznie, ani socjologicznie; ona istnieć może tylko
w chrześcijańskiej miłości bliźniego i w misjach. Poza tym jest to tylko wyrażenie
literackie, piękne, lecz fantazyjne. Stanowczo nie istnieje nic takiego, co by mogło stopić
wszystkie cywilizacje. Jakiekolwiek zrzeszenie „wszechludzkie” (a więc z Czukczami,
Papuasami itp.) jest utopią absurdalną. Nigdy nie było i nie ma wspólnej drogi
cywilizacyjnej dla całego rodu ludzkiego, bo nie ma żadnej ogólnoludzkiej metody ustroju
życia zbiorowego.
Cywilizacje nie łączą ludów Ziemi, lecz dzielą je i nigdy dzielić nie przestaną.
Historia powszechna składa się z dziejów cywilizacji i ich wzajemnych stosunków.
Nie zwraca się uwagi na doniosły fakt, że można być pożytecznym tylko w
granicach własnej cywilizacji. Jedyny wyjątek stanowi misjonarstwo religijne. Jeżeli
jednak np. lekarz biały chce być pożytecznym wśród kolorowych, musi zapewnić sobie
pomoc jakichś czynników zewnętrznych. Nie trzeba zresztą uciekać się po przykład aż do
„kolorów”, nad średnią Wołgą zdarzało się, że wrzucano do rzeki lekarzy, którzy przybyli
zwalczać epidemię cholery.
Społeczność, mająca urządzone życie zbiorowe według innej metody, ma też
swoiste poglądy na to, co pożyteczne a co szkodliwe, potrzebne a co zbędne. Działać
pożytecznie można tylko wśród zrzeszenia mającego takie same pojęcia o pożyteczności.
Nie wystarczy chcieć być pożytecznym, nie wystarczy największe nawet poświęcenie,
trzeba, żeby ci, którym pragniemy się przysłużyć, gotowi byli przyjąć naszą ochotę. Jeżeli
jednak sądzą odmiennie, a może nawet odwrotnie, o pożytku i szkodzie, o dobrze i złu?
Trzeba pewnej współmierności pomiędzy świadczącymi a przyjmującymi świadczenia.
Pożyteczność ułatwiona jest w zrzeszeniu, którego działacz pożyteczny sam jest
członkiem. Trudności powstają przy odmienności warstwy społecznej; tym znaczniejsze
wobec różnic państwowych i narodowych, a cóż dopiero w odmiennych cywilizacjach?
Kolejność rozwojowa
Jakże rozwija się zrzeszenie, żeby od prymitywów dojść aż do szczebla… bomby
atomowej? Zawsze, od najdalszej starożytności bywały równocześnie zrzeszenia wysoko
cywilizowane i prymitywne; zawsze byli tacy, którzy zatrzymawszy się na pewnym
szczeblu, nie brali udziału w dalszym rozwoju.
Na szczeblu najprymitywniejszym ugrzęzły ludy, u których ogień nie stał się
jeszcze własnością powszechną. Zachowały się też do dni naszych plemiona koczownicze,
podążające za wędrówkami zwierząt (ażeby ssać bezpośrednio samice). Koczownicy
wyjątkowo kiedy przemieniają się w osiadłych; są natomiast zrzeszenia osiadłe od
samego początku, których przodkowie nigdy nie koczowali. Wśród osiadłych kwiatem
ludzkości byli troglodyci, tj. mieszkańcy pieczar. Osadnictwo pieczaro we rozwijało się w
Azji dalej w wiekach średnich, a w Indiach istnieje jeszcze dotychczas. Równocześnie
rozwijało się osadnictwo naziemne i podziemne.
Ogniska przynęcały ludzi i w tym zawiązek najstarszej władzy. Przynęcały również
niektóre zwierzęta, w czym zawiązek hodowli zwierząt domowych. Nieposiadający ich
pozostali w tyle; nie uczestniczyli w dalszym rozwoju. Od zwierząt uczy się człowiek
użytku mleka, soli (pramacierz kapitalizmu) i traw mącznych. Zanim jednak doszło się do
mąki, minęły tysiące lat. Nie zachodzi też wcale jakiś stały i nieuchronny związek
pomiędzy hodowlą bydła rogatego a rolnictwem. Pomyłką również okazała się tzw.
trychotomia ekonomiczna, jakoby wszędzie następowały po sobie łowiectwo, pasterstwo,
a w końcu rolnictwo. Są ludy, które dotychczas nie porzuciły łowów, jako wyłącznego
swego zajęcia; i są takie, u których one od początku miały znaczenie tylko dodatkowe.
Nie było nigdzie „stadności”, ani też matriarchatu, ni najmniejszego śladu
komunizmu. Wykluczonym było wypieranie się ojcostwa, gdyż dzieci stanowiły
największy majątek. Początkiem własności jest własność na własnych dzieciach.
Musiała atoli z początku istnieć rodzina swoista. Ażeby z nią zerwać, obmyślono
specjalne organizacje (nazwałem je „odrębnymi”), którym nie przysługuje ius connubii
pomiędzy sobą. U wielu ludów istnieją one również obecnie. Ludy, które nie zwalczały
rodziny swoistej, istnieją zaledwie w szczupłych resztkach, a zadziwiają swą ogólną
najprymitywniejszą niezdatnością.
Pierwotnie musiała być monogamia, bo przyroda nie daje nadmiaru niewiast.
Niektóre ludy stały się następnie poligamicznymi, inne zaś nie przestały nigdy być
monogamistyczne (np. poligamista nie mógł być nigdy obywatelem rzymskim).
Wielożeństwo możliwe stało się dopiero z nastaniem egzogamii, gdy zaczęto
pojmować żony z obcych rodów, gdy tedy wytwarzały się już plemiona. W stosunkach
pokojowych kupowało się żonę w ościennym rodzie; w razie wojny porywało się brankę,
którą można było uczynić małżonką lub tylko nałożnicą. Każda pomyślna wyprawa
wojenna zwiększała egzogamię.
Ustrój plemienny stanowi początek społeczności. Społeczność jest to zrzeszenie,
uznające interesy ponadrodowe.
Z wodzów wojennych wytwarzają się książęta plemienni; wytwarzają się zawiązki
państwa. Na dalsze szczeble rozwoju posunęły się tylko plemiona jednożenne.
Następnym, a jak najtrudniejszym warunkiem rozwoju jest porzucenie ustroju rodowego,
a zamienianie go w rodzinowy, co zwiemy emancypacją rodziny. Na to nie zdobyło się
dotychczas żadne zrzeszenie poligamiczne. Jest to ciężki przewrót społeczny, choćby
tylko z powodu ustanowienia pełnoletności i pełnoprawności syna za życia ojca. Łączą się
z tym gruntowne zmiany w prawie majątkowym i spadkowym. Walka o emancypację
rodziny zamienia się nieraz w krwawą rewolucję.
Równocześnie zwiększała się rozmaitość sposobów walki o byt (zajęć warstw
społecznych) w tych społecznościach, które zdołały rozradzać się bardziej i zajmować
znaczniejsze przestrzenie. Zamieniały się w społeczeństwa. Społeczeństwo jest to
społeczność zróżniczkowana rozmaitością warstw społecznych. „Jednoklasowość” można
obserwować tylko u jak najprymitywniejszych. Im więcej warstw, tym łatwiejszy i
bezpieczniejszy rozwój społeczeństwa. Zazwyczaj towarzyszył temu rozwojowi rozrost
urządzeń państwowych. Związki państwa tkwią atoli jeszcze w społecznościach. Państwo
jest tedy starsze od społeczeństwa.
Szczeble dalsze wymagają dwukierunkowości rozwoju równocześnie w państwie
i w społeczeństwie. Wszystko zależy od stosunku tych dwojakich zrzeszeń. Różnicowanie
według odmian trójprawa starczy na różnicowanie cywilizacyjne tylko na szczeblach
niższych, osiągnięcie zaś wyższych zależy od tego, czy zrzeszenie rozwinęło się na tyle, iż
mu prawo prywatne samo już nie wystarcza, lecz dalszy rozwój życia zbiorowego wymaga
prawa publicznego. Nie zawsze bywa ono odrębnym od prywatnego. U większości ludów
ziemi prawo publiczne opiera się na prywatnym, w ten sposób mianowicie, że prawo
prywatne panującego rozrasta się tak dalece, iż uznaje go się właścicielem wszystkich i
wszystkiego w państwie.
Wyolbrzymia się państwowe stosowanie prawa prywatnego; publiczne staje się
jakościowo tylko szczególnym rodzajem prywatnego. Jest to monizm prawa prywatnego.
Istnieje drugi rodzaj monizmu prawnego, wręcz przeciwny. Życie prywatne
stosuje się do wymagań życia publicznego, o którym decyduje głowa państwa.
Społeczeństwo posiada tyle tylko wolności, ile mu jej udzieli państwo, tj. władca jako
reprezentant prawa publicznego. Jest to monizm prawa publicznego. Skutki obu
monizmów takie same: niewola i niedorozwój społeczeństwa, a despocja głowy państwa.
Odrębność prawa publicznego i prywatnego pojawiła się najpierw w cywilizacji
attyckiej, lecz dopiero Rzymianie rozwinęli je wszechstronnie i zrobili kamieniem
węgielnym swych urządzeń. Jest to dualizm prawa, trwający przez cały okres
republikański i pierwszy okres cesarstwa; w późniejszym atoli cesarstwie, przejąwszy się
wpływami orientalnymi, przejęto również orientalny monizm prawny, przeważnie
monizm prawa publicznego. Prawo prywatne bywało w późniejszym cesarstwie coraz
bardziej utrącane przez publiczne; państwo wkraczało coraz bardziej w życie prywatne
obywateli.
Monizm czy dualizm prawny – oto formuła zagadnień cywilizacyjnych w
zrzeszeniach, które przeprowadziły emancypację rodziny i wytworzyły społeczeństwa
zróżnicowane.
Największym zagadnieniem dalszego rozwoju stało się przyjęcie chrześcijaństwa.
Wyłącznie tylko same ludy chrześcijańskie osiągnęły najwyższe szczeble w rozwoju
wszystkich kategorii bytu, najwyższy rozkwit całego quincunxa. Kościół wytwarzał nową
cywilizację łacińską do której wcielał te pierwiastki cywilizacji rzymskiej, które dały się
pogodzić z chrześcijaństwem. Oświadczył się zaś za dualizmem prawnym i za autonomią
społeczeństwa wobec państwa. Nauka katolicka wymagała, żeby prawo państwowe
stosowało się do religii, tj. do etyki. Papiestwo domagało się jednakowej moralności w
życiu prywatnym i publicznym.
Legistom nasunęły się pierwsze wątpliwości, czy moralność da się stosować
zawsze w życiu publicznym; potem zaś protestantyzm obwieścił, że to niewykonalne, że
państwo i polityka zwolnione są od moralności. Tymi drogami wprowadzono na nowo
monizm prawa publicznego. O ten problem walczy się dotychczas. Taki jest zrąb historii
w stosunku do. państwa i społeczeństwa. Obecnie zwolennicy cywilizacji łacińskiej mają
obowiązek sięgający w głębiny bytu ludzkiego, żeby bronić prawa prywatnego przed
pożarciem go przez prawo publiczne, żeby przywracać dualizm prawny w całej
rozciągłości, zdobywając z powrotem pozycje, zagarnięte przez monizm.
Dwa szeregi pojęć naczelnych
Rozmaitość urządzeń ludzkich pochodzi z różnic myśli ludzkiej. W sprawach życia
zbiorowego grupują się one według pewnych stałych cech występujących dwoisto, jakby
w dwóch szeregach, przeciwstawiających się sobie. Każda metoda ustroju życia
zbiorowego powstaje z ustosunkowania się do tej dwoistości naczelnych pojęć.
Historią rządzą abstrakty. Na pierwszym miejscu staje problem stosunku
człowieka do Boga. Bywa osobisty lub gromadny. Aż do XVI wieku całe chrześcijaństwo
uznawało stosunek osobisty. Każdy chrześcijanin jest osobiście przed Panem
odpowiedzialny, osobiście doznaje Jego łask lub kar, jako pewna jednostka, bez względu
na swe stanowisko, pochodzenie etniczne, przynależność stanową itp., co obciąża
specjalnymi obowiązkami, lecz nie stanowi istoty jego duszy. W tym pojmowaniu
stosunku człowieka do Boga geneza personalizmu.
Wręcz przeciwnie sądzili o tym Żydzi. Żyd ściśle prawowierny, nie modli się do
Jehowy jako odrębna jednostka ludzka, lecz jako Żyd; jako członek zrzeszenia mającego
kontrakt z Jehową jako członek narodu wybranego. Jest to stosunek gromadny, w
przeciwieństwie do personalizmu występuje gromadność.
Gdy nastała rejudaizacja w protestantyzmie, wtargnęła też do Europy gromadność.
Najdobitniej zaznaczyło się to w kalwinizmie, głoszącym gromadną predestynację. W
genewskim państwie Kalwina nie było miejsca dla personalizmu wobec surowych
strychulców jednostajności.
Każde zjawisko życia zbiorowego pojmuje się i odczuwa albo personalistycznie,
albo gromadnościowo. Wyłaniają się obok tego dwie metody myślenia: aposterioryczna
lub aprioryczna. Tamta snuje wnioski indukcyjne, zaczynając od krytycznego roztrząsania
doświadczeń przeszłości, ta zaś o doświadczenie i fakty się nie troszczy, lecz metodą
medytacyjną dochodzi do formuł, do których nagina następnie życie rzeczywiste, choćby
wypadło je złamać. Aposterioryzm jest indukcyjny, aprioryzm wyłącznie dedukcyjny.
Aprioryzm lubi eksperymentować na wielkich zrzeszeniach, chcąc wytworzyć wszystko
według powziętych z góry pojęć, gdy tymczasem aposterioryzm wytwarza pojęcie według
doświadczenia. Stosownie do tego działalność publiczna włącza się w szereg
personalistyczny lub gromadnościowy.
Nie byłby człowiek prymitywny doszedł do żadnego rozwoju, gdyby każde
pokolenie zaczynało ab ovo. Rozwój możliwym jest tylko przez korzystanie z
doświadczenia poprzedników. Tradycja jest kością pacierzową wszelkiej cywilizacji. Nie
brak jej nigdy i nigdzie w naturalnym rozwoju zrzeszeń. O zarzuceniu jej pomyślano
dopiero na wysokim szczeblu rozwoju, gdy postanowiono wyprodukować homunkulusa,
wywołując sztucznie nowotwory na życiu zbiorowym. Trudno! Człowiek obdarzony jest
wolną wolą, może więc psuć do woli wszystko koło siebie.
Szczytem tradycji wykształconej jest historyzm. Zawiązki jego są wrodzone
zrzeszeniom ludzkim. Im bardziej podnosi się jakieś plemię, tym więcej uwagi poświęca
genealogiom. Chińczycy uprawiają kult przodków jakby religijny, chociaż nie mają jeszcze
pojęcia o historii i historyczności. Historyzm jest zarazem szczytem pożytku, jaki człowiek
robi z pojęcia czasu. Nie ma historyzmu publicznego bez chronologii i ery. Pomostem od
historyzmu prywatnego do publicznego są nazwiska dziedziczne. Olbrzymia większość
ludów Ziemi nie zna nazwisk dotychczas.
Personalizm może doprowadzić do historyzmu i również wzajemnie: gdziekolwiek
powstaje skłonność do opierania się na historyzmie, wytwarza się podłoże
personalistyczne. Gromadność nie zna historyzmu; tak przynajmniej poucza indukcja
historyczna.
Zrzeszenia oparte na personalizmie stanowią organizm, oparte na gromadności są
mechanizmami. Cechą ich jest jednostajność, organizm zaś żyje rozmaitością. Organizm
składa się z rozmaitych odrębności, które atoli przejęte są poczuciem jedności. Organizm
tworzy się ze świadomej woli zrzeszonych dobrowolnie do celów, wynikających z
zapatrywań i dążności ogółu, z porozumienia się. Z klęsk podnosi się organizm własnymi
siłami, sam leczy się z usterek i własną siłą doskonali się. Lecz mechanizm wymaga
pomocy z zewnątrz i dlatego w razie klęsk staje się nieuleczalnym.
Gromadność zmierza do jednostajności, toteż członkowie takiego zrzeszenia
pragną jak najmniej różnić się między sobą. Nie przypuszczają, żeby jedność mogła istnieć
bez jednostajności, rozmaitość wydaje im się rozłamem. Wobec tego gromadność nie
sprzyja rozwojowi inicjatywy. Z jednostajnością łączy się po pewnym czasie bierność,
obojętność na sprawy publiczne, w końcu wytwarza się stagnacja. Zrzeszenia
ujednostajnione pozbawione są pędu wzwyż, do doskonalenia się. Jednostajność
przeciwna jest naturze ludzkiej, toteż zrzeszenia takie oparte są na przymusie. Stosunki
życia ludzkiego nie układają się same z siebie w mechanizm; to wymaga działań
sztucznych, apriorycznie „planowych”. Gdyby jednak cały świat zamienić na mechanizm,
musiałby z czasem nastąpić powszechny zastój, w końcu rozkład. Groziłby zanik wszelkiej
zdolności twórczej. Twórczość jest przymiotem stanowczo personalistycznym.
Zwolenników mechanizowanego życia oburza irracjonalizm. Rozpościera się on po
świecie, począwszy od poprzedników Platona, a zajmuje w stosunkach człowieka do
człowieka bez porównania więcej miejsca niż technika. W wiekach średnich istniał
kierunek filozoficzny, wierzący w jedną tylko realność: idei. Obecnie, od dłuższego czasu
mnożą się oznaki, że irracjonalizm zrywa się do nowego lotu i to nader śmiałego. Widać,
jak abstrakty rządzą historią, a na czele kroczą ludy posiadające więcej abstraktów i
pozostawiają daleko za sobą innych, w abstrakty uboższych. Abstrakty wiodą nas w górę.
Ci, którzy pragną ograniczyć ich wolę w umysłowości ludzkiej, kroczą ku przepaści. Czyż
nawet przybytek dóbr materialnych nie poczyna się często od abstraktów? Ponieważ zaś
abstrakty mnożą się łatwiej w organizmie, więc organizm posiada więcej żywotności.
Formowanie się zrzeszeń ludzkich dokonuje się tedy na tle walk pomiędzy
organizmem a mechanizmem, pomiędzy aposterioryzmem a aprioryzmem, historyzmem
a medytacyjną improwizacją, pomiędzy jednostajnością a jednością w rozmaitości.
Ostatecznie dochodząc do samej głębi rzeczy, powiedzmy: pomiędzy personalizmem a
gromadnością. Konsekwencją zaś personalizmu jest dualizm prawny, monizm zaś
stanowi następstwo gromadności. Nowoczesny zaś monizm prawa publicznego to nic
innego, jak państwo totalne; przeciwnie, dualizm wyraża się w dążeniach
samorządowych.
Cała historia mieści się w oscylacji pomiędzy dwoma szeregami pojęć
zasadniczych, jakie tu roztrząsaliśmy. W personalistycznym szeregu mieści się wolność, a
w gromadnościowym przymus przemocy. W tym drugim jest też mniej miejsca na rozwój
etyki. Ostatecznie rozgrywa się w tej oscylacji walka o najwyższą supremację w sprawach
rodzaju ludzkiego; o supremację sił fizycznych, czy też duchowych.
Rodzaj cywilizacji zależy tedy od norm trójprawa, od stosunku do pięciu kategorii
bytu, od stosunku prawa prywatnego a publicznego (tudzież społeczeństwa a państwa),
od poddawania życia publicznego etyce lub od zwolnienia go od etyki, wreszcie od tego,
któremu rodzajowi sił przyznaje się supremację, siłom materii czy ducha – a co wszystko
zawiera się w jednym z dwóch naczelnych szeregów pojęć. Na tym rusztowaniu osadzone
są cywilizacje.
Te dwa naczelne szeregi dostarczają dowodu, że współmierność stanowi
zasadnicze prawo dziejowe, albowiem każdy z nich stanowi jak najściślejszy przykład
współmierności we wszystkich swych członkach.
Drugim, najogólniejszym prawem dziejowym jest nierówność.
Obydwa te prawa są integralnymi, gdyż znajdują się również w przyrodzie.
Nierówność
Równość, to jednakowość w jednostajności. Tylko utwory sztuczne mogą być tak
dalece jednakowe, iżby mogły być aż równymi.
Do równości można zmierzać tylko przymusem i gwałtem, a to obniżając poziom u
wszystkich i we wszystkim, i pod każdym względem. W ten sposób mechanizuje się
zrzeszenia ludzkie bardziej, co sprowadza często istne degeneracje. Pomiędzy
mechanizowaniem a przymusowym zaprowadzaniem równości zachodzi stosunek prosty
kwadratowy. Równych w nędzy i tępocie umysłowej najłatwiej urządzać w mechanizmy.
Równość byłaby największą niesprawiedliwością. Sprawiedliwość polega na
sprawiedliwym rozdziale nierówności.
Wielką nierówność wprowadziło odkrycie ognia i utrzymuje ją ciągle na znacznej
części powierzchni Ziemi. Dotychczas u niektórych plemion tylko starostowie rodowi
mają prawo posiadać ognisko; u wielu prymitywnych obowiązują rozmaite zastrzeżenia i
przywileje co do użycia ognia. Innym czynnikiem nierówności był stan liczby rodów, a
powodzenie zawisło przede wszystkim od stopnia rozrodzenia, od nierównej płodności i
różnej śmiertelności. Zasadnicze zaś nierówności powstały wszędzie ze starszeństwa lub
młodości linii po wspólnym przodku.
U niektórych ludów wytworzył się postulat równości majątkowej. Znać to
dotychczas u Eskimosów, u Murzynów afrykańskich tudzież u wschodnich Turańców
(niedawno jeszcze u Jakutów). Jednostce godzi się posiadać tylko tyle, ile „potrzebuje”, a
nie wolno pracować ponad konieczną potrzebę. Wszędzie tam nawet najbogatszy jest
ubogim, a żadna osada nie zdoła przetrzymać klęski ekonomicznej. Łatwo stwierdzić, że
tych wszystkich, którzy sprzeciwiają się gromadzeniu dostatków w jednym ręku, dotknął
zastój.
Wolność produkcji i pełna własność owoców własnej pracy umożliwiają
indywidualne bogacenie się. Nie ma zaś i nie może być innej drogi do rozwoju, jak
naśladowanie jednostki wybitnej przez jednostki następne. A zatem nierówność stanowi
konieczny warunek postępu.
Następnie zróżnicowanie się społeczeństw wywołało nowe nierówności, lecz im
większe zróżnicowanie, tym lepiej dla rozwoju społeczeństw i państw. Postęp zmierza ku
rozmaitości, a wcale nie ku jednostajności.
Wszelkie próby wprowadzenia równości w którejkolwiek z cywilizacji
historycznych zawiodły; mogły cywilizacje nabrać mocy tylko przy nierówności.
Zwolennikom równości nie pozostaje nic innego, jak zaczynać historię powszechną od
samych siebie.
Najgorliwsi bojownicy równości zwykli atoli zaczynać od tego, że wprowadzają
nową szlachtę, nową warstwę uprzywilejowaną.
Najgorliwszym nie wystarcza jednak równość majątkowa, lecz domagają się
powszechnej wspólności majątkowej.
Komunizm jest wnioskiem najprymitywniejszym, nasuwającym się metodzie
medytacyjnej. Zapanował w Chinach około r. 1065 przed Chrystusem i przez lat 18 świat
wypadał z zawiasów. W Helladzie pomysłom komunistycznym dawano cięte odprawy w
literaturze, układano parodie, ale w Pergamonie w II w. po Chrystusie tłum wziął parodię
na serio i próbował stosować do niej życie zbiorowe. W Europie pojawia się praktyka
komunizmu po raz pierwszy u Albigensów, w pierwszej połowie XIII w., powtórnie w
spokojnym skrzydle taborytów husyckich w XV w. (Adamici). Po raz trzeci z początkiem
dziejów protestantyzmu niemieckiego w wojnie chłopskiej i u anabaptystów w Turyngii
(1524 r.), w dziesięć lat potem w Monasterze. Za każdym razem łączyła się z komunizmem
konfiskata dóbr, zarazem wspólność kobiet. Wznowił agitację komunistyczną Babeuf w
Paryżu w r. 1795, a uczniowie jego założyli w r. 1837 na nowo partię komunistyczną,
oświadczając się przeciw instytucji rodziny. Nie mieli powodzenia. Bezowocna była też
agitacja Roberta Owena, który już od r. 1812 żądał proletaryzowania wszystkich.
Komunistyczno-nihilistyczny kierunek pochodzi od Bakunina, wydał on epizod komuny
paryskiej w r. 1871. Przeszedłszy następnie przez pewne odmiany, doszedł do szczytu w
bolszewizmie.
Przepastne zaiste przeciwieństwa w zapatrywaniach na majątek i pracę możliwe
są dlatego, ponieważ poglądy na genezę i przyczyny ubóstwi wywodzą się z dwóch
przeciwnych mniemań co do zmienności lub niezmienności dóbr ziemskich. Niektórzy
sądzą, że ilość ta jest stała, a dostateczna aż nadto do zaspokojenia potrzeb „ludzkości”.
Nie liczą się z faktem, że od prehistorii aż do naszych czasów, plemiona prymitywne giną
często z głodu. Przyroda w ogóle dostarcza niezmiernie mało środków żywności, lecz
tylko sposobności do wypracowania sobie pożytków. Głody usuwa się pracą i wysiłkiem
zabiegów, nauką i ulepszaniem komunikacji. Skoro zaś wystarczalność środków do życia
zależy od wysiłków człowieka, tym samym trzeba ilość dóbr uznać za zmienną. Ilość dóbr
jest niestała, a zależy od produkcji.
Popularnością cieszy się pogląd, jakoby przyczyną ubóstwa jednych była
zamożność innych. Od św. Bazylego, w IV w. po Chrystusie, aż po dzień dzisiejszy pokutuje
to złudzenie, że „bogacze” mogliby usunąć ubóstwo, gdyby chcieli, podczas gdy indukcja
poucza, że gdyby nie było zamożniejszych, wszyscy byliby nędzarzami.
Mylność mniemania, jakoby podział dostatków pomiędzy ubogich mógł
zapobiegać ubóstwu, stwierdzona jest przykładem z dziejów apostolskich. Gminy
chrześcijańskie posiadały już wówczas swoje kasy zapomogowe, do których zamożniejsi
wnosili ofiary (niektórzy nawet oddając cały mają tek) na „wspólny pożytek” ubogich
według dyspozycji diakona. Jedynie gmina jerozolimska urządziła się komunistycznie, ale
też znajdowała się w ciągłych opałach pieniężnych, a św. Paweł kwestował na nie bez
ustanku w swych podróżach.
Komunizm „apostolski” mógł łatwo istnieć między dwunastu osobami, lecz trwał
niedługo, gdyż apostołowie rozjechali się na cztery strony świata. Powoływanie się na
Ojców Kościoła jest argumentacją niefortunną. Z ich pism da się przytoczyć wprawdzie to
i owo na pochwałę wspólnego posiadania, lecz dziesięć razy więcej cytat zebrano na
obronę własności indywidualnej. O św. zaś Bazylim, jako najstarszym, trzeba pamiętać, że
pracował w Azji Mniejszej, w najbogatszym ciągle jeszcze (w drugiej połowie IV w.) kraju
świata, lecz jeszcze jakże zacofanym! Około r. 370 własność ojca na dzieciach była
uznawana przez państwo tak dalece, iż za zaległe podatki urząd skarbowy konfiskował
ojcu dzieci i sprzedawał je na publicznym targu. Zresztą św. Bazyli żąda jałmużny
wyraźnie z tego, co zbywa, uznaje dziedziczenie i uważa średnią zamożność za stan
najlepszy.
Nie istniał zaś, ani nie istnieje nigdzie rzekomy komunizm łowiecki, ani też
„murzyński”. Cała historia powszechna i cała etnologia nie dostarczają przykładu
komunizmu w jakimkolwiek znaczniejszym zrzeszeniu. Komunizm rodzinny był i jest
bardzo względny, gdyż istnieje tylko z woli głowy rodziny, prawego i jedynego właściciela
całego mienia.
W ostatnich latach, przeżywszy renesans naiwności ekonomicznej Ojców Kościoła,
mnożą się programy polegające na tezie, że nie byłoby ubóstwa, gdyby nie było bogaczy.
Wysilają się na rozmaite koncepty, jakby przeszkodzić bogaceniu się. Uznają np. własność
osobistą (boć Stolica Apostolska uznała ją wyraźnie tyle razy), ale radzą ograniczyć jej
używalność przez właściciela do minimum tego, co mu „potrzeba” (zupełnie jak Murzyni),
a wszystko co posiada ponadto, ma być zabrane dla ubogich. Reformatorzy ci powinni się
nareszcie zdecydować, czego właściwie chcą, grubej jałmużny, czy grubego podatku na
ubogich? Jałmużna jest zawsze czymś dobrowolnym, a co do drugiej ewentualności, warto
przestudiować dzieje i urządzenia odpowiedniego podatku angielskiego. Jeżeli jednak ma
być zamożnemu odebrany cały dochód ponad niezbędne koszty utrzymania, któż zechce
gromadzić dostatki, skoro wie, że zostaną mu odebrane? Któż więc będzie następnie
udzielać jałmużny lub płacić wysokie podatki?
Kwestia zbożnego lub bezbożnego zarządzania własnym majątkiem jest ściśle
etyczna, lecz nie ekonomiczna. W starożytnej Helladzie tyle razy zabierano dobra
majętnym i nadawano je ubogim! I co z tego wynikło?
Historia dostarcza aż nadto przykładów pomyłek w miłości bliźniego. Taką
pomyłką były i są doktryny wszystkie, zwrócone przeciw dostatkom. Do tegoż szeregu
należą wymysły o zniesieniu procentów, o stanowieniu z urzędu iustum pretium. O
„taksach maksymalnych” na towary (od Dioklecjana po dzień dzisiejszy), merkantylizm,
fizjokratyzm, a w końcu socjalizm, z którego najkonsekwentniej wynika komunizm.
Zalecają przemianę wstecz społeczeństwa na społeczność jednoklasową i całkowite
sproletaryzowanie społeczności. Można być zdania wręcz przeciwnego, że w
społeczeństwie zdrowym proletariatu być nie powinno, że tedy należy dążyć do tego, by
jak najwięcej bliźnich wyrwać z proletariackiej grzędzieli. Na razie zastrzega socjalizm dla
proletariatu stanowisko uprzywilejowane, lecz można być tego zdania, że żadna warstwa
społeczna nie powinna być uprzywilejowana przed innymi.
Socjalizm głosi, jakoby był przeciwnikiem kapitalizmu. Ale nigdy go tępić nie
zamierzał, tylko prywatny zamienia na państwowy. Socjalizm opiera się na kapitalizmie
bardziej niż jakiekolwiek inne doktryny, lecz państwowym. Kapitalizm państwowy nie
przestaje jednak być kapitalizmem.
„Przeobrażenie państwa w proste zarządzanie produkcją” wpisane jest już na
postulaty „manifestu komunistycznego” w r. 1848. Socjalizm wydrwiwany jest tam przez
Marksa i Engelsa jako jakieś nijactwo, dobre na razie o tyle, że rewolucyjne; lecz celem
tylko komunizm. Spełniają się kolejno postulaty marksizmu. Czekamy już tylko na
zniesienie prawa dziedziczenia, w owym manifeście również zapowiedziane. Komunizm
przybrał zaś formę spółki, do której nie trzeba robić żadnych wkładów, a można z niej
wszystko czerpać.
Wszelkie dążenie do równości jako przeciwne naturze rzeczy, wiedzie do wyników
ujemnych. Hasło równości podobne jest do roli ciepła w świecie materii. Gdyby wszyscy
stali się naprawdę równymi, ustałby wszelki ruch umysłowy i gospodarczy, nastałby
koniec człowieczeństwa w danym zrzeszeniu: martwota całkowita.
O ile chodzi o równość majątkową, my chrześcijanie niepotrzebnie się sprzeczamy
o sprawy, określone przed wiekami przez samego Zbawiciela.
Słynny werset z Ewangelii św. Mateusza (VI 26-34), zakończony słowy: „Nie
troszczcie się więc o jutro”, pragnie tylko i poleca żeby nie oddawać się wyłącznie
gromadzeniu dostatków, a dbać bardziej o łaskę i pomoc Bożą przy pracach doczesnych!
Gdy pięć tysięcy słuchaczy słowa Bożego poczęło odczuwać głód, nie sprawia Pan cudu,
by głód przestał się odzywać, lecz rozmnaża cudownie żywność i nakarmia ich. Gdy zaś
Judasz gorszy się, że Maria z Betanii wydała trzysta denarów, by Zbawiciela namaścić
wonnościami, padły z ust Boskich wyrazy, które wszyscy umiemy na pamięć: „Ubogich
zawsze macie wśród siebie (z sobą), mnie zaś nie zawsze macie”.
Zwraca się tu Chrystus Pan najwidoczniej do osób, których znaczna większość nie
jest uboga. Ubogim jest ten, kto potrzebuje jałmużny. Niema zaś jałmużny bez zamożności
z drugiej strony, a zatem zamożność jest potrzebna. Zbawienie nie może być bliższym
tych, którzy potrzebują wsparcia, boć w takim razie obowiązkiem naszym byłoby dążyć
do powszechnego, jak największego zubożenia. Nie można zaś określać ubóstwa w taki
sposób, jako ubogim jest każdy, kto zarobkuje własną pracą. Niektórzy dodają jeszcze:
„pracą rąk własnych”. W takim razie wirtuoz jest uboższy od ulicznego przekupnia
zapałek, który „rękoma własnymi” nie robi nic. Wiadomo zaś, jak pracowitymi są
miliarderzy amerykańscy.
Użycie przysłowia o wielbłądzie i uchu igielnym świadczy, że bogacz żyjący
zbożnie ma zasługę większą niż ubogi. Bogacz powinien być „ubogim duchem”, umieć
odczuwać ubogiego.
Nawet najbogatszy winien posiadać wartości osobiste, które nadawałyby mu
wartość w razie straty majątku. Zbieraliśmy co do tego dużo doświadczenia z dwóch
wojen powszechnych; czy przyznać wyższość moralną zubożałym „bogaczom”, czy
ubogim wzbogaconym?
W całej Ewangelii nie ma nigdzie błogosławieństwa ubóstwu, jako antytezy
zamożności; błogosławieni są tylko ubodzy w duchu. Ten obowiązek ciąży również na
ubogich. Ubogi szemrający całe życie i myślący wciąż o tym, jakby przymusowo zubożyć
majętnych – nie jest oczywiście ubogim w duchu.
Zamożność nie jest moralnie niższa od ubóstwa.
Cechy siedmiu cywilizacji
Obecnie istnieje zaledwie siedem cywilizacji historycznych, cztery starożytne:
bramińska, żydowska, chińska i turańska; trzy średniowieczne: – bizantyńska, łacińska i
arabska; numidyjska (berberska) tudzież tybetańska przestały być historycznymi,
nieliczne i już tylko lokalne. Z tych siedmiu cywilizacji należy aż sześć do szeregu
gromadnościowego, a tylko sama jedna cywilizacja łacińska do personalistycznego. Ona
też tylko zmierza czynnie do supremacji sił duchowych.
Dwie z tych cywilizacji są sakralne: bramińska i żydowska. Areligijna jest
cywilizacja chińska, tudzież w bizantyńskiej – bułgarska. Bramińska jest politeistyczna
najbardziej na całym świecie. Niejasne filozofowanie o najwyższym „brahmie”
ograniczone jest do nielicznych, wyjątkowych jednostek, u ogółu zaś wielobóstwo
rozbudowuje się coraz bardziej, a tak przejmuje umysły hinduskie na wskroś, iż nawet
zarządzenia zdrowotne musiały być doczepione do kultu jakiegoś bożka, żeby się Hindusi
in poddali.
U Żydów obowiązują tylko w Palestynie wszystkie przepisy tory: w golusie uległy
po większej części dyspensom. Niegdyś okazywali w Palestynie duże skłonności do
politeizmu. Religii własnych mają cztery: kreatyczny monoteizm wyznawały zawsze tylko
wyjątkowe jednostki, religią ogółu była i jest monolatria.
W Talmudzie kreatyzm poczyna się mieszać z emanatyzmem. Emanatyczne są
kabała i pilpul, a nowoczesny chasydyzm stanowi jakby syntezę rozmaitych systemów
kabalistycznych. Znamienna jest wiara, że cadyk może podporządkować swej woli nawet
wolę Boską.
Jehowa nie może być życzliwym dla żadnego innego ludu, jak tylko dla Izraela.
Stanowi naród wybrany, a Jehowa jest obowiązany sprawić, żeby Żydzi zapanowali nad
całym światem, i żeby „wszystkie ludy ziemi” były ich „podnóżkiem”. Taki mają z Jehową
kontrakt, a religia żydowska jest kontraktowa. Zdaniem najwybitniejszych uczonych
żydowskich (Majmonides, Majmon Salomon, Mendelsohn, Lazarus, Philippson i wielu
innych), Tora nie jest objawioną religią, lecz objawionym prawem.
Braminizm nie dba o ekspansję poza Indiami, żydowska cywilizacja wykazała
natomiast ekspansję tak potężną, jak nigdy żadna cywilizacja w całej historii powszechnej.
W jednej tylko cywilizacji chińskiej brak wpływów żydowskich, a osadnictwo żydowskie
w Chinach zawsze marniało.
Braminizm ma wspólną z buddyzmem wiarę w reinkarnację jako karę za grzechy
popełnione w poprzednim istnieniu. Chrześcijańskie pojęcie żywota wiecznego budzi u
nich grozę i odrazę; nie przywiązują też wagi do poprawy zdrowotności w swym
zrzeszeniu. Kto ma nirwanę za ideał, temu właściwe cywilizacji łacińskiej ruchliwość
życia, zapobiegliwość, wszechstronność zabiegów wydają się czymś nierozsądnym. Cała
nadzieja odrodzenia Chin w tym, że buddyzm zaciera się tam coraz bardziej.
Monogamia istnieje obecnie bezwzględnie tylko u chrześcijan. W Chinach panuje
wielożeństwo, u Hindusów dopuszczalna jest bigamia. Przymusowa monogamia,
wprowadzona niedawno w Turcji, znajduje wprawdzie poparcie w stosunkach
ekonomicznych, lecz przekonania ogółu nic zdobyła i kto może, chętnie przepisy obejdzie.
Muzułmanie pozostali wielożeńcami w obu cywilizacjach swoich w arabskiej i turańskiej.
Starożytne wielożeństwo turańsko-żydowskie nigdy nie zostało zmienione. Wtłoczeni w
kraje cywilizacji łacińskiej przeszli na monogamię od XIII wieku skutkiem tzw. „rady
rabinackiej”, a przeprowadzono to na tej podstawie formalnej, że Tora nigdzie monogamii
nie zakazuje.
Światopoglądy różnych cywilizacji wykazują jak największe przeciwieństwa.
Braminizm i znaczna część islamu wykluczają możliwość, by człowiek mógł zbliżać się do
Boga w stanie swym normalnym. Zdaniem braminów zwycięstwa duchowe dają się
osiągnąć jedynie przez wyrzeczenie cielesne.
Każda cywilizacja ma swoją etykę. Ludy, które przeszły przez szkołę buddyjską,
wyznaczają szczebel moralności stosownie do stanowiska społecznego, a do całkowitej
moralności wyznaczają tylko mnichów. Braminizm zna tylko etykę rodowo-kastową.
Chińczykowi wolno własne dzieci kaleczyć, nawet zabijać. Żydzi posiadają etyk cztery:
inne w Palestynie, inne w golusie, a tu i tam inne dla współwyznawców, a inne dla gojów.
Bliźnim jest u nich tylko współwyznawca.
Cywilizacja łacińska przyjęła za swoją etykę katolicką i dzięki temu, przyjąwszy
dualizm prawny, rozciąga moralność także na życie publiczne. Zasada ta zaczęła się
jednak załamywać od czasu legalizmu, aż legła w gruzach dzięki wpływom kultury
bizantyńsko-niemieckiej. Monizm prawny prowadzi do despocji; papiestwo zaś
oświadczało się stale za autonomią zrzeszeń i za oparciem państwa o społeczeństwo.
Najbardziej wgłębił się monizm w cywilizację chińską; każda dynastia oznaczała, jaki ma
być w Chinach kalendarz, barwa państwowa i muzyka.
W opanowaniu czasu zachodzą różnice olbrzymie. W cywilizacji bramińskiej i w
znacznej części turańskiej czasomiernictwo opiera się jeszcze wyłącznie na zjawiskach
przyrody. Kalendarz i cykl obmyślili pierwsi Chińczycy. W chronologii Chińczycy
szwankują, a Hindusi nie mają o niej pojęcia. Żydzi, niezmiernie dbali co do kalendarza,
nie okazali żadnej dbałości o chronologię. Nie przyjęły się u nich cykle, ani nawet sakralne
10-letnie. „Erę” od stworzenia świata wymyślono dopiero za cesarstwa rzymskiego, żeby
pokazać, o ile są starsi od tych, którym wystarcza era od założenia miasta. Historyzmu
atoli nie wyrobili w sobie dotychczas. Podobnie pozbawiona jest historyzmu cywilizacja
arabska, chociaż posiada erę; podobnie Turcja.
Opanowanie czasu przyczynia się wielce do rozwoju moralności. Zdatność do
wyznaczania terminu i dotrzymania go wyrabia wolę, zapładnia intelekt i pomnaża siłę
twórczą. Postęp czynią możliwym tylko ludzie patrzący poza własny zgon, układający
użytek czasu swym dzieciom. To i tamto rozpowszechnione jest tylko w cywilizacji
łacińskiej.
Różnice cywilizacji sięgają tak głęboko, iż nawet przemienność sil duchowych nie
jest w nich jednakowa. Czyż zamienia się dobrobyt w oświatę w cywilizacji turańskiej? W
bramińskiej cywilizacji można przemienić się w każdej chwili z mistrza w dobrowolnego
żebraka, lecz przenigdy w przemysłowca lub profesora. W chińskiej – zamiłowania
literackie nie przechodzą nigdy w naukowe. W cywilizacji łacińskiej siła społeczna
przemienia się łatwo w polityczną, lecz nigdy odwrotnie. Cywilizacja bizantyńska wydaje
się siłą polityczną bezpośrednio, gdy tymczasem w łacińskiej nie ma innego sposobu na
wytworzenie siły politycznej, jak popierać rozwój społeczeństwa i rozrost jego funkcji.
Zbierzemy jeszcze pewne szczególne cechy siedmiu cywilizacji naszej epoki:
cywilizacja turańska posiada obozową metodę ustroju życia zbiorowego. Ludy tej
cywilizacji gniją, gdy nie wojują. Są to społeczności, zamieniające się czasem w armie, lecz
nigdy w społeczeństwa. Cywilizacja ta zaś sięgnęła do wschodniej Słowiańszczyzny i w
zupełnej zgodzie z bizantyńskim chrześcijaństwem wytworzyła tam dwie kultury
turańsko-słowiańskie: moskiewską i kozacką. Mimo wpływów innych cywilizacji nie
przeprowadzono też nigdzie tak ściśle zasady gromadności, jak w Rosji. Doszło się tam do
zapatrywania, że nawet poczucie mistyczne winno być zbiorowe, a nie indywidualne.
Gromadnościowa również cywilizacja bizantyńska przyjąwszy monizm prawa
publicznego i zwolniwszy władze od etyki, miażdżyła społeczeństwo. Tam najstarszy w
Europie etatyzm i początki państwa totalnego. Geneza omnipotencji państwowej tkwi w
cezaropapizmie, skoro cesarz włada sumieniami, tym bardziej wszystkim innym. Trzeba
było oczywiście przemocy, żeby zmuszać ludność do danej sekty; toteż z Bizancjum
pochodzi teza, że godzi się nawracać mieczem.
Arabska cywilizacja wysnuwa prawo publiczne z prywatnego, gdyż Koran zawiera
tylko prywatne (np. podatki wywodzi się z obowiązku udzielania jałmużny).
Społeczeństwo nie posiada samodzielności, tylko w kulturze mauretańskiej w Hiszpanii
dopuszczono je do głosu.
W chińskiej cywilizacji państwo opiera się na biurokracji. Więzią pośród
niepoliczonych dotychczas ludów i języków jest pismo. Niedołężne pismo i język ułomny
nie zdołają podnieść cywilizacji chińskiej ponad osiągnięty już szczebel, najwyższy, jaki
był dla niej możliwy. Nie posiadają zdatności do wyrażania abstraktów. Abecadło
łacińskie i przyjmowanie języka angielskiego przez warstwy wyższe odcięło je od ogółu
ludności.
Łacińska cywilizacja odznacza się szacunkiem dla pracy fizycznej i pożądaniem
prawdy. Te dwie cechy, innym cywilizacjom nieznane, doprowadziły do wszechstronnego
rozwoju nauk i techniki. Z naukowych dociekań zrodziła się obfitość abstraktów.
Wyłączność cywilizacji łacińskiej stanowi poczucie narodowe. Było ono w
cywilizacji rzymskiej, lecz łacińska długo go nie przyjmowała, uważając je za sprzeczne z
uniwersalizmem chrześcijańskim. Narodowość nie jest bynajmniej jakąś siłą wrodzoną
danemu żywiołowi etnicznemu, lecz wytwarza się historycznie. Nie ma narodu bez
historyzmu. Naród może powstać dopiero z łączności ludów.
Naród jest to zrzeszenie cywilizacyjne, posiadające ojczyznę i język ojczysty. Musi
przeto należeć do jednej i tej samej cywilizacji. Ponieważ zagrożone były w dwoistości
cywilizacyjnej, poczucie narodowe pojawiło się w Niemczech dopiero z początkiem XIX
w., lecz nigdy się nie rozwinęło. Najwcześniej zrodziło się w Polsce, pod koniec XIII w., we
Francji zbudziło się dopiero w XV w. Nie można identyfikować narodowości z językiem.
Prowansalczycy np. nie chcą stanowić narodu odrębnego, a z drugiej strony Chorwaci i
Serbowie stanowią dwa narody, jakkolwiek mają język wspólny.
Ojczyzna jest to zwarty obszar, stanowiący stałą bez przerwy siedzibę i widownię
dziejów narodowych; język ojczysty może być tylko jeden, ten sam od samego początku i
bez przerw uprawiany.
Nic można mieć ojczyzny wszędzie i gdziekolwiek, ani też mieć za ojczysty jakiegoś
języka sztucznego, uniwersalnego. Toteż dla cywilizacji łacińskiej absurdem jest
zrzeszenie ponadnarodowe a beznarodowe; tendencje takie godzą w samo istnienie
cywilizacji łacińskiej.
Przez narody dopiero osiąga cywilizacja łacińska swe szczyty i może zmierzać
raźniej ku supremacji sił duchowych.
Syntezy religii
Nieprzyjaciele idei narodowej, kosmopolici najwyższych stopni „planują” jedność
polityczną i socjologiczną rodzaju ludzkiego przy strychulcowej jednostajności. Rzecz
znamienna, że reformatorzy ci należą zarazem do wyznawców trzech monizmów:
przyrodniczego, filozoficznego i prawniczego, a w ogóle stosują się do gromadnościowego
szeregu pojęć naczelnych. Część kosmopolitów działa z motywów szlachetnych.
Przyświeca im idea syntezy religii i cywilizacji. Upatrując w różnicach cywilizacji
religijnych przeszkodę do jedności i braterstwa ludzkości całej, postanowili wykrzesać
religie powszechne, jako syntezę istniejących obecnie. Są przekonani, że obniżając
największe zapory do jedności ogólnoludzkiej, działają na rzecz ogólnoludzkiego
braterstwa. Nie wiedzą, że są już starej daty, bo pochodzą z okresu diadochów. Na próżno
jednak próbowano przerobić Zeusa na Serapisa, żeby mieć sztuczne religie uniwersalne.
Potem w cesarstwie bizantyńskim obmyślano syntezę muzułmańsko-chrześcijańską,
która atoli nie zainteresowała muzułmanów, a wywołała obrazoburstwo.
Najżyźniej sza jednak gleba dla syntez religijnych znalazła się w Indiach. Sam atoli
umysł religijny wyrodził się już dawno w obłędy religijne, które stamtąd przenosiły się do
Syrii i dalej na Zachód. Orient syryjski odznaczał się rzezańcami, korybantami, a kult ten
dotarł do Grecji i do Rzymu aż na tron cesarski. W średnich wiekach tam też powstali
derwisze „wyjący” i całe klasztory „tańczących”. Sam kult zboczeń umysłowych znany jest
na obu półkulach, u kaboklów brazylijskich, w Azji centralnej, w Algierze. Z Azji turańskiej
przedostał się do islamu, aż do Eurazji. W Rosji cieszy się wielkim poważaniem Jurodiwyj,
tj. nawiedzony przez Boga wariat.
Jeżeli nie obłędem innego rodzaju, w każdym razie absurdem jest mniemanie, że
można sporządzić syntezę religijną. Trzeba nie pojmować samej natury religii, ażeby
przypuszczać jako można kilka religii odpowiednio przykroić, ociosać, i z dobranych
stosownie części utworzyć religię dla wszystkich.
Takie przyciosywanie i dobieranie dokonuje się od tysiąca blisko lat pośród
prostaczków w Eurazji. Niezdatni rozumieć religii, a mający koło siebie dwie, zawsze
czerpali trochę stąd, trochę zowąd i nieświadomie zgoła wytwarzali mechaniczną
mieszaninę religijną. Nazywa się to po rosyjsko „dwojewierje”.
Przejawia się ono w Rosji nie tylko w samej religii: znane jest we wszystkich
dziedzinach życia prywatnego i publicznego. Ciężkie to rozszczepienie ducha pochodzi z
Indii, gdzie do „dwojewierja” wiedzie teoria „awatarów”. Personifikuje się pewien
przymiot któregoś bożka, z czego powstaje szybko nowy bóg. Wytworzyło się to głównie
przy kulcie Wisznu. Jednym z carów stał się nawet Chrystus, podobnież jak Budda.
Z Indii pochodzą też dawne próby syntezy religijnej pomiędzy braminizmem a
islamem. Żyjący w XIV czy XV w. w Benares muzułmański mistyk i poeta, Kabir, uważany
przez obie strony za świętego, atakował Koran i Wedy, usiłując wprowadzić jakiś
monoteizm. Następuje założenie sekty Sikhów przez Nanaka, na przełomie XV i XVI wieku.
Chodziło (już wówczas) o zlanie się islamu indyjskiego z braminizmem. Po rozmaitych
kolejach, sekta urządziła się w połowie wieku XVIII po wojskowemu i stanowi dotychczas
największe oparcie sił wojennych angielskich w Indiach.
Z chrześcijaństwem poszukiwał syntezy ostatni awatara Ramakriszna, w ostatniej
ćwierci XIX wieku. Szerzył propagandę głównie wśród protestantów amerykańskich,
katolików niemal całkiem nie tykając.
Indie zmierzały nieraz ku „trojewierju”, pragnąc syntezy braminizmu, islamu i
chrześcijaństwa. Na czele tych reformatorów kroczy cesarz Akbar (1542-1556), z dynastii
„wielkiego mogoła”, dbały o jedność religijną swych poddanych. Takim „trójwiercą” był
też Ram Mahum Roy, wprowadzający w r. 1814 religię eklektyczną. W pierwszej ćwierci
XX w. Sahdi Sungar Singh ochrzcił się w anglikanizmie i głosił mieszaninę religijną, np.
trzy nieba. Prób takich było więcej, a jedynym skutkiem powiększanie olbrzymiej ilości
religii w Indiach. Chulas Ahmada twierdził, że od r. 1876 otrzymał objawienia. Zrazu
bronił islam przeciw chrześcijaństwu, lecz około r. 1890 obwieszczał się nowym
mesjaszem, jedynym przyobiecanym i przez Koran, i przez ewangelię. W roku 1907
ogłosił się wcielonym kriszną. Sekta jego „ahmadiya”, szerzyła się wielce za jego syna i
rozporządzała około r. 1930 jedenastu pismami. Według tej nauki Mahomet nie zakończył
szeregu Proroków, do którego należy wraz z Zoroastrem, Buddą, Kriszną, Ramą i Jezusem.
Jezus żył jeszcze, gdy go składano do grobu; wyleczony przez uczniów, udał się do
Kaszmiru i tam spokojnie dokonał żywota. Ghulam Ahmet był ciągiem dalszym ducha
Jezusowego, mesjaszem chrześcijan i odnowicielem (mahdi) islamu. Ilość wyznawców
ahmedyzmu doszła podobno do miliona. W Londynie mają meczet od r. 1924.
Jakieś zamiłowanie do mieszanki religijnej wieje z tych Indii, gdzie czci się odciski
w gruncie jako ślad stopy Bramy, Buddy lub Mahometa. Islam popadł bardziej pod
wpływy hinduskie niż sam zmodyfikował pewne wyznania braministyczne. Na nic nie
zdały się wysiłki muzułmanów, by Hindusów zrobić monoteistami: przybył tylko nowy
bóg, Mahomet, u niektórych też bóg Ali. Antagonizm zaś sunnitów i szyitów jest w Indiach
znacznie większy niż między braminizmem a islamem.
Zachcianki syntezy udzieliły się Mongołom. Temudżyn obmyślił religię wspólną
dla wszystkich swych poddanych, a więc rządową, a kultem „łani świetlanej”, amalgamat
buddyzmu, braminizmu, lamaizmu i nestorianizmu. Eksperyment zawiódł.
Eksperymenty „wielowierja” znajdą się i w Japonii. W r. 1918 Nusakodżeg, z
garstką 150 uczniów założył na wyspie Kinsiu bractwo humanitarno-wegeteriańsko
pacyficzne, obchodzące pięć świąt rocznie: Nowy Rok, Narodzenie Buddy, Chrystusa Pana,
Rodina i Tołstoja.
W Europie zagadnienie syntez religijnych pojawiło się dopiero w XVI w. skutkiem
rozszczepienia się protestantyzmu. Siedemnaście dogmatyk dostarcza niemało pola do
kombinowania syntez. Ani wojna 30-letnia nie zdołała ich zjednoczyć. Dopiero, gdy
Hohenzollernom stawała się uciążliwa dwuwyznaniowość ich protestanckich poddanych,
Fryderyk Wilhelm I rozkazał wyrzec się kalwińskiego dogmatu o predestynacji,
wprowadzając natomiast kalwińskie urządzenia administracji kościelnej, z czego
ostatecznie ulepiono w r. 1817 „Die Kirchenregimentliche Union”, a w r. 1826
„Unionskirche” religie rządowe niemieckich państw i państewek protestanckich.
Syntezy protestantyzmu z prawosławiem próbowano na Rusi „Koronnej” pod
koniec XVI w. Cerkiew jest autorytatywna, a protestantyzm głosi wolną interpretację
Pisma Świętego. Pomysł był więc absurdalny. W sam raz na tej samej Rusi południowej
zjawiło się nieco przedtem, pod wpływem polskim, poczucie narodowe (pierwsze we
Wschodniej Słowiańszczyźnie), lecz skoro złączyło się z niefortunną syntezą religijną
(Akademia Ostrogska), upadło wraz z nią, nie przetrwawszy ani połowy XVII w.
Prób ze strony katolickiej do odzyskania protestantów nie można uważać za
dążenia do syntezy. Trwały te zachody długo, aż do Leibnitza i Bossueta, lecz działacze
katoliccy nie przypuszczali nigdy „ustępstw” z dziedziny dogmatycznej, a dyskusje
ograniczały się z ich strony do kwestii eklezjologicznych.
Nowy wylew zapatrywań starozakonnych stwierdzono z kilku stron równocześnie
w kalwinizmie. Cromwell szukał porad politycznych w Starym Zakonie i rżnął
przeciwników, jako „nowych Amalekitów”. Ze strony żydowskiej są wpływy Eurazji: sekta
„żidowstwujuszczich” w XV w. (wikłająca się z bogomilstwem) i sabatyści w guberni
permskiej. W Polsce szerzyła się tajemnicza sekta „birbaków”, którzy czczą Chrystusa
Pana. Przed dwudziestu laty szerzyła się na Śląsku Cieszyńskim wśród ewangelików jakaś
sekta, obchodząca szabasy.
W ostatnim pokoleniu przedsięwzięto próbę syntezy buddyjsko- chrześcijańskiej.
Jest to tzw. „antropozofia”, założona w Niemczech przez Rudolfa Steinera w r. 1913 jako
secesja od teozofii. Sekta ta twierdziła (nie wiadomo, czy przetrwała wojny), że są
chrześcijanami, lecz wierzą w inkarnacje powrotne i w wędrówkę dusz, ujętą nieco
odmiennie. Antropozofia posiadała własne budownictwo, rzeźbę, tańce (eurytmie),
dramat, swoją medycynę, astronomię, pedagogię, ekonomię, socjologię, swój własny
system społeczny. Zabierano się do wytworzenia nowej cywilizacji! Steiner uznawał
trzech filozofów jako wielkie filary cywilizacji: Arystotelesa, św. Tomasza z Akwinu i
Hoene-Wrońskiego. Ten jest „szczytowym zjawiskiem”, ostatecznym dorobkiem filozofii
i po nim dalszej filozofii w znaczeniu rozwojowym „być nie może”. Wiadomo zaś, że
ideałem Wrońskiego była synteza religii, a czerpał obficie z kabały.
Katolicy nigdy nie byli czynni przy tej robocie. Znają wybornie ideał jednej
owczarni i jednego pasterza, lecz rozumieją to, jako powszechne nawrócenie się ludów na
katolicyzm. Mogą się różnić tylko co do metod nawracania. Jeżeli czasem wezmą udział w
jakim kongresie panreligijnym (kiedy on jest kompletny?!), pozostają obserwatorami.
Przebieg wszystkich tych kongresów stwierdza, że są one chybione w samej zasadzie;
żaden z nich nie wydał dotychczas najmniejszego owocu; a co uchwalono pięknego,
pozostało na „papierze”.
Pomiędzy religiami nie ma syntez i być nie może. A między cywilizacjami?
Syntezy cywilizacji
Cywilizacje są niezgodne w swych poczynaniach, bo różnice poglądów zachodzą
we wszystkich pięciu kategoriach bytu; zapatrują się odmiennie na piękno i szpetność, na
dobro i zło, na pożytek i szkodę, i często uważa# za prawdę całkiem co innego. Jakżeż
wytwarzać z tego syntezę?
Rozbieżność etyk w życiu prywatnym i publicznym zachodzi aż wpięciu
cywilizacjach: chińskiej, bramińskiej, turańskiej, arabskiej i bizantyńskiej. Już tym samym
nie da się żadnej z nich łączyć z cywilizacją łacińską. Jakąż obmyślić wspólność pomiędzy
bramińską etyką a arabską, z których tamta kastowa, ta zaś typowo indywidualistyczna?
Urojenia o jakiejś etyce wszechludzkiej muszą prysnąć pod pytaniem: według którego
wzoru będzie ta etyka? Panuje istny harmider etyk, prawdziwy chaos. Kto wie, czy
wszystko zło, trapiące Europę nie pochodzi z tego, że ogół nie wie, jakiej trzymać się etyki?
Czyż może powstać synteza etyk niezgodnych?!
Zastanówmy się, czy możliwa byłaby synteza pomiędzy cywilizacjami azjatyckimi.
Chińska wielce uczona, z ustawicznym zdawaniem egzaminów i turańska, książek
bynajmniej nie gromadząca? Ludy mongolsko-turańskie są dla Chińczyka uosobieniem
barbarzyństwa; Bramin zaś patrzy na Chiny jako na zbiorowisko ludzi niskiego rzędu,
gdyż areligijnych. Gdyby była możliwa synteza cywilizacji, byłaby musiała wytworzyć się
w żydostwie lub przy żydostwie rozsiadłym już od starożytności wszędzie, pośród
wszystkich cywilizacji.
Rozpowszechniony jest przesąd o wielkich rzekomo wartościach tzw. krzyżowania
cywilizacji. W takim razie na czele rodzaju ludzkiego kroczyłaby Rosja, gdyż w tym
państwie krzyżuje się siedem cywilizacji: turańska, bizantyjska, łacińska, arabska,
żydowska, bramińska i chińska. Na drugim miejscu stałyby Indie z sześciu cywilizacjami:
bramińską, turańską, arabską, żydowską, łacińską i irańską (Persowie). Trzecie miejsce
wśród cywilizacyjnej ludzkości przypadłoby Polsce z jej czterema cywilizacjami: łacińską,
bizantyńską, turańską i żydowską.
Syntezy cywilizacji próbował z całą świadomością, wielce planowo jeden z
największych mężów historii powszechnej, Aleksander Wielki, otoczony ściśle
zorganizowanym centralnym biurem planowania. Wielkim był, bo był twórcą nowej
metody dla państwa uniwersalnego. Jego imperium miało polegać na tolerancji religijnej,
na uznaniu samorządu podbitych i równouprawnieniu ich wobec państwa. Mieści się w
tym postęp niesłychany, istna rewolucja moralna. Dużo z tych nabytków przeszło do
cywilizacji hellenistycznej, lecz zasadnicze linie nie utrzymały się, ani też państwo
uniwersalne, które Aleksander pragnął na nich oprzeć.
Aleksander Wielki chciał ludy swego państwa stopić w jedną nową całość. Środki
do tego mogły być tylko sztuczne, a więc musiały polegać na przymusie. Marzeniem jego
była Azja pokryta miastami i urządzeniami na wzór grecki, złączonymi po kilka w okręgi,
a z ludnością umyślnie mieszaną, ze stolicą w Babilonie. Był to pomysł apriorystyczny,
urągający wszelkiej rzeczywistości. Toteż tradycja Aleksandra Wielkiego dostarcza
przykładu wielkiego starcia pomiędzy abstraktami. Złudzenia się mściły. Przyczyną
upadku tego państwa nie był nagły zgon jego twórcy; byłoby ono rozpadło się pod własną
dłonią Aleksandra może tym rychlej, a w każdym razie gwałtowniej. W ostatnich dwóch
latach jego wypraw armia straciła szacunek dla swego dowództwa. Zaczął się antagonizm,
którego istotna przyczyna była w tym, że władza nie uwzględniała personalizmu
greckiego żołnierza, a narzucono mu gromadność azjatycką. Grecy buntowali się o to, że
ośmielono się stawiać ich w jednym rzędzie z Persami, z ludźmi, którym nigdy nie
przyśniła się wolność lub godność obywatelska. Wtłaczano greckich żołnierzy w
gromadność azjatycką, pozbawiając własnej woli nawet w sprawach małżeństwa.
Opuszczali zwycięskiego wodza, zarzekali się dobrobytu azjatyckiego, byle tylko nie być
poniżonymi do azjatyckiego poziomu. Ileż ciężkich kłopotów wywoływała deifikacja
władcy! Attyckie pojęcia o życiu publicznym, o stosunku państwa do społeczeństwa, o
swobodnym tych spraw roztrząsaniu krytycznym, naukowym – stanęły wobec zasady, że
to wszystko stanowi przywilej samej tylko głowy państwa.
Deifikując się, skłaniał się Aleksander tym samym ku monizmowi prawa
publicznego i ku aprioryzmowi w kwestiach prawa państwowego. Kierunek ten utrzymał
się następnie u diadochów i ich następców; toteż w Aleksandrii nie uprawiało się w
Muzeum wcale nauk politycznych. Cały wielki dział abstraktów zaginął.
W wiekach średnich papiestwo gotowe było do wszelkich ofiar w imię syntezy
Zachodu i Wschodu w Europie i wszystkie te ofiary poszły na marne. Cesarstwo łacińskie
nie okazało w niczym najmniejszej żywotności.
Na Rusi były już w X wieku ogniska cywilizacji łacińskiej, potem nie brakło w
Moskwie wpływów polskich, lecz tam nawet nie powstały nigdy dążenia do syntezy. Dużo
natomiast marzyło się o syntezie w Polsce i podobno marzycieli jeszcze nie brak. Pomysł
był wielki i pracownicy w tej dziedzinie godni szacunku; lecz prace ich musiały i muszą
iść na marne, jako sprzeczne z prawami dziejowymi.
Pierwszym objawem było wysunięcie kandydatury Iwana Groźnego podczas
dwóch pierwszych bezkrólewi. Rozumowano, że Litwa była przed unią również
despotyczną barbarią; może powiedzie się szerzyć dalej na wschód zasady unii? Okazało
się, że umysłowość moskiewska jest wręcz niezdatną, żeby zrozumieć, co to jest „unia” i
nastąpiło nieporozumienia przepastne. Od r. 1588 Moskwa stanęła na jednej linii
politycznej z Turcje przeciw katolickiej Polsce. Wkrótce Moskwa i Stambuł porozumiały
się szczegółowo.
Fatalnym pomysłem było poszukiwanie syntezy za pomocą unii cerkiewnej
brzeskiej 1596 r.; przepaść powiększyła się jeszcze bardziej. Na nic się nie zdały projekty
związku prawnopaństwowego, wysuwane ze strony polskiej w r. 1600, a potem
wysunięcie Samozwańca. W r. 1648 nowy zawód. Chmielnicki otrzymał od chana
krymskiego obietnicę, że zostanie księciem panującym na Ukrainie pod sułtańskim
zwierzchnictwem, jeżeli wznieci bunt kozacki. Wojny kozackie ubiły do reszty ruskie
poczucie narodowe, a kozaczyzna stała się najczystszą turańszczyzną.
Z całych tych polskich dążeń do syntezy ze Wschodem wytworzył się sarmatyzm…
ciemnota i zastój, wśród którego omal nie zatonęła całkiem kultura polsko-łacińska. A
jednak jeszcze Czartoryscy marzyli z początku by pozyskać i złączyć dwa trony: polski z
rosyjskim.
Fatalnie kończyły się wszelkie próby otrzymania syntez cywilizacyjnych. Narzuca
się nieuchronny wniosek, że ich nie ma i być nie może. Indukcja dziejowa poucza, że
synteza możliwa jest tylko pomiędzy kulturami tej samej cywilizacji, bo takie kultury są
współmierne. Cywilizacje zaś są niewspółmierne.
Zastanawiająca jest pewna okoliczność natury jak najogólniejszej. Prawo
przemienności sił, ożywiające życie zbiorowe, ów istny rozmnożyciel życia duchowego,
zatrzymuje się przed obcą religią lub cywilizacją. Obowiązuje ono tylko ściśle w granicach
pewnej cywilizacji, zawsze tylko w jednej i póki ma do czynienia z jedną tylko. Obraca się
natychmiast w niwecz, gdy schodzą się jakiekolwiek siły dwóch religii, lub dwóch
cywilizacji, a tym bardziej przy większej ich ilości, gdzie przemienność przestaje
obowiązywać, jakżeż przypuścić możliwość syntezy?
Pomiędzy cywilizacjami nie ma syntez i być nie może; mogą być tylko trujące
mieszanki. Jakżeż bowiem zapatrywać się dwojako, trojako (w Polsce nawet czworako)
na dobro i zło, na piękno i szpetność, na szkodę i pożytek, na stosunek społeczeństwa i
państwa, państwa i Kościoła; jakżeż można mieć równocześnie dwojaką a nawet
czworaką etykę, czworaką pedagogię itd. Tą drogą popada się tylko w stan acywilizacji, a
to równa się niezdatności do kultury czynu.
Mieszanki
Każda cywilizacja, póki jest żywotną, dąży do ekspansji, toteż gdziekolwiek zetkną
się z sobą dwie cywilizacje żywotne, walczyć z sobą muszą. Wszelka cywilizacja żywotna,
nie obumierająca, jest zaczepna. Walka trwa, póki jedna z walczących cywilizacji nie
zostanie unicestwiona.
Jeżeli cywilizacje mieszczą się obok siebie w obojętnym spokoju, widocznie obie
pozbawione są sił żywotnych. Wypadek taki kończy się często kompromisem w jakiejś
mieszance mechanicznej, w której nastaje obopólna stagnacja, a z niej wytworzy się z
czasem istne bagnisko cywilizacyjności.
Z reguły walka cywilizacji trwa długo. Sąsiadujące cywilizacje zachodzą jedna na
drugą i pierwiastki tej mogą przechodzić w tamtą, wytwarzając mieszankę cywilizacyjną
w stopniu mniejszym lub większym.
Cywilizacja słabnąca przyjmuje coraz więcej składników cywilizacji o
mocniejszym naporze. Jest to wprowadzenie ciała obcego we własny organizm, z czego
muszą nastąpić schorzenia. Ani społeczeństwo nie może być urządzane równocześnie
według rozmaitych struktur społecznych, ani państwo zaprowadzić u siebie rozmaitych
państwowości.
Gdy zabraknie współmierności, upaść musi wszelkie zrzeszenie, od
najdrobniejszych do największych, od rodziny aż do cywilizacji. Musi zachodzić
jednolitość metody zrzeszenia; mieszanka psuje strukturę.
Świadczy o tym cała historia powszechna.
Hellenistyczna cywilizacja narażona była od początku na szereg mieszanek, aż w
końcu syryjskie wymysły usadowiły się w samym Muzeum Aleksandryjskim. W Rzymie
zaczęły się mieszanki od drugiej wojny hannibalowej (wprowadzenie Cybeli), aż doszło
do tego, że prawem miało być to, quod principi placuit, zupełnie jak w Oriencie. Imperium
zamieniło się w despocję o programie… pretoriańskim. Walka pomiędzy rzymskim
dualizmem prawniczym a monizmem orientalnym toczy się aż do IV w. po Chrystusie z
wynikiem coraz gorszym dla Rzymian. Znać w pandektach i w „kodeksie” ścieranie się i
mieszanie dwóch prądów. Nastąpiła rozbieżność państwa i społeczeństwa, co stanowi
cechę Orientu. To właśnie zniszczyło cywilizację rzymską dotarłszy do Rzymu z bogami
syryjskimi. Potem cesarstwo wschodnie poddało się najzupełniej wpływom wschodnim,
podczas gdy papiestwo oczyszczało resztki cywilizacji rzymskiej z nalotów orientalnych.
Silna była ekspansja cywilizacji bizantyjskiej ku Zachodowi, a najsilniejsza w
Niemczech. Tam atoli nie powstają mieszanki, lecz duże cywilizacje, łacińska i
bizantyńska, odcinające się od siebie stanowczo, zwalczając się wzajemnie. Obóz łaciński
(papieski) broni autonomii księstw ludowych, bizantyjski zaś (cesarski) dąży do
jednostajnej centralizacji. Gdy kultura bizantyńsko-niemiecka już podupadła, wzmocnił ją
na nowo i podniósł wysoko Zakon Krzyżacki i wyłonione z niego księstwo, a następnie
królestwo pruskie.


Mieszanka cywilizacyjna powstała we Francji, dzięki szkole legistów, w której
mieszały się pojęcia prawnicze bizantyńskie z łacińskimi. Walka z autonomią prowincji
czyniła we Francji zatrważające postępy i wytwarzało się stopniowo zaiste zamiłowanie
do jednostajnej państwowości. Od Wielkiej Rewolucji Francuskiej szerzy się mieszanka
po całej Europie i dokonuje się ogólny rozkład. Zalewa nas etatystyczny ustrój
bizantyński, a olbrzymie są wpływy cywilizacji żydowskiej, w której prawo jest
wszystkim. Formułki prawnicze zamiast sumienia, formułki zdane na samowolę
każdorazowej władzy, toć wyraźny bizantynizm. W całej Europie zmieszały się trzy
cywilizacje: łacińska, bizantyńska i żydowska. Wobec braku współmierności metoda
zachodzi na metodę: jakżeż takie zrzeszenia mają wykształcić w sobie kulturę czynu, tj.
zdobyć się na szereg czynów rozumnych? Każdy składnik takiej mieszanki ma odmienny
kierunek, toteż zrzeszenie takie rzuca się to w tę stronę, to w ową, lecz ogólnego kierunku
nie ma. Obija się o rozmaite kierunki, a jedyną skuteczną pracą w nim jest psucie tego
wszystkiego, cokolwiek zrobił ktokolwiek inny.
Ilekroć zatraci się kierunek, popada się w obłęd linii kołowej, w kołobłęd. Po wielu
mozołach powraca się do punktu wyjścia. Tak dzieje się podczas zamieci śnieżnej.
Człowiek ranny w serce, obróci się w kółko, zanim padnie. Oślepione ptactwo kołuje koło
latami morskiej. Historia dostarcza aż nadto przykładów kołobłędów, wręcz
przeraźliwych.
Stary światopogląd syryjski, oparty na magii i dowolnościach wyobraźni, i nie
pragnący nigdy niczego udowadniać, przystraja się w rozmaite pozory hellenistyczności i
wtenczas niszczy cały „klasyczny” dorobek Azji Mniejszej.


Istnym wirem kołobłędów były czasy nazwane przez Horacego „magnum delirium”
(122-30 przed Chrystusem). Kołowało się pośród frazesów o arystokracji, demokracji, o
wolności republikańskiej itp., a w rzeczywistości chodziło o to, czy zachować jedność
imperium z warunkiem, że Orient będzie mieć stanowisko panujące. Cezar chciał założyć
dynastię, której stolicą miała być Aleksandria. Zamordowano go, a wywołano Antoniusza,
który dążył do tego samego. Wergiliusz doskonale pojmował bitwę pod Akcjum jako
rozprawę Zachodu ze Wschodem. Niebawem miano wyrzekać, że „Orontes wpada do
Tybru”.
Gdyby po upadku republiki imperium było się od razu rozdzieliło na zachodnie i
wschodnie, nie byłaby upadła cywilizacja rzymska, a cesarstwo zachodnie byłoby się
utrzymało.
W okresie owym zastrzegano się przeciw samowładztwu, ale pułki
zwerbowane służyły właśnie absolutyzmowi. Wszyscy zaś chcieli ratować włościan.
Zwolniono chłopa od ciężarów wojskowych, ale konfiskowano mu majątek na osady
„weteranów”.
Potem nastała fikcja „nowego Rzymu”. Sam Konstantyn Wielki zawłaszczał sobie
władzę absolutną także w sprawach religijnych, a potem Justynian doprowadził do
szczytu statolatrię. Powstała wówczas ideologia bizantyńskiego katolicyzmu: patriarcha
Manes przestrzega jedności dogmatycznej z Rzymem, lecz cezaropapizm jest dla niego
niemal również dogmatem, a życie publiczne nie podlega żadnej etyce. Ale też, kiedy
Justynian odzyskiwał orężem Italię, wielki Kasjodor oświadczył się przeciw Bizancjum,
przenosząc nad nie władztwo ostrogockie.
Gdy antagonizmy egipskie i syryjskie przeciwko Bizancjum kryły się pod maską
religijną wielkiej herezji, dwór cesarski raz wraz zmieniał swe sympatie, jakby goniąc na
ślepo od słupa do słupa. Potem próbowano zlepić chrześcijaństwo z islamem, z czego
„synteza”: obrazoburstwo. Już to palono obrazy, już to malowano nowe. Z Rzymem już to
zawierano unię, już to wytykano mu, że jest „najgorszą z herezji”. W typowym kołobłędzie
doczekano się cesarstwa łacińskiego.
Roztrząsanie spraw publicznych za pomocą dogmatyki stanowi cechę bizantyńską.
Ta szkoła teologiczno-polityczna pozyskała Wiklefa w Anglii, następnie Husa w Czechach.
Hus stał się przewodnikiem ruchu narodowego, antyniemieckiego; lecz co za kołobłęd!
Ten sam Hus stanął na stanowisku skrajnie imperialistycznym, nie chcąc uznawać
papieża, bo uważał papiestwo za dzieło cesarzy. Teza jego, że osoba piastująca urząd, a
zwłaszcza kapłan popadłszy w grzech śmiertelny traci władzę,
mieściła zarodek anarchii;
toteż husytyzm wydał sektę adamitów. Niemcy narzuciły Czechom wojny religijne, a Czesi
swoje wojny domowe przybrali też w szaty religijne. Cały czeski ruch narodowy zapadał
się w bizantyńskich prądach, aż doszło się do najściślejszej łączności z kulturą
bizantyńsko-niemiecką. W końcu w bitwie na Białej Górze poległy Czechy wcale nie za
czeską sprawę, lecz za bizantyńsko-niemiecką.
W Anglii zupełnie po bizantyńsku wyznawano, co rząd każę, za Henryka VIII,
Edwarda VI, Marii katoliczki i Elżbiety anglikańskiej. W dwa pokolenia potem znaleziono
punkt zaczepienia w Starym Testamencie i z największym terrorem jęto się urządzać
Anglię po starozakonnemu.
Przykry jest kołobłęd włoski. Przedsłannicy jedności idei narodowej włoskiej
zjawiają się już od końca XIII w.; należał do nich także Dante. W XV w. powiązały i
poplątały się w tym zawikłaniu sprawy ekonomiczne i nieodłączne od nich socjalne,
tudzież najazdy i podboje cudzoziemskie, co pociągało za sobą chroniczną ex lex. Na tym
tle wybujał kondotieryzm. Wmawiano w siebie, że ten lub ów ród kondotierski mógłby
być powołany do zjednoczenia włoskich krajów i zezwalano mu na wszelkie zbrodnie w
mniemaniu, że na zbójeckich rządach zyskuje przyszłe zjednoczenie Italii, gdy zbrodniarz
będzie rozszerzać coraz bardziej granice swego panowania. Cezara Borgię opiewano jako
męża opatrznościowego do wskrzeszenia cesarstwa rzymskiego.
Książęta kondotierscy wyzyskiwali dla spraw własnych sprawę włoską pozostając
dla niej całkiem obojętnymi. Po pewnym czasie oświadcza taki Ariosto, patriota
najgorętszy: „Książęta nakładają na Włochów jarzmo równie ciężkie, jak obcy
barbarzyńcy. Wszystko jedno zresztą, kto nas uciska”. Nowe najazdy odrąbały większą
połowę Włoch – bez protestu ludności. Pojawia się zasada legitymizmu dynastów
włoskich i nie włoskich, ubezpieczających się wzajemnie. Włochy stały się dla Europy
pojęciem geograficznym, a w narodowość włoską nikt nic wierzył. Dzięki kondotierskiej
państwowości Włochy utraciły niepodległość na całe wieki, rozdrapane przez władców
obcych i „swoich”.
Obok politycznych, objawiły się skutki moralne. Prawo publiczne oddziałało na
prywatne. Zbyt długo rządzono we Włoszech zbrodniczo, iżby z terroru władców nie miał
powstać terror zbirów prywatnych. Przez około sto lat plagą i hańbą Włoch był
zorganizowany bandytyzm, istna kopia dziejów kondotierstwa; czyż pierwszymi
bandytami nie byli panujący włoscy w dobie renesansu? Tysiące Włochów próbowało
kondotierstwa na małą skalę, zrazu jako opryszki przydrożne, następnie jako władcy
powiatowi, nakładający stałe haracze na okoliczne miasteczka i folwarki.


We Francji opinia publiczna oświadczała się coraz dobitniej za centralizmem i za
podporządkowaniem społeczeństwa państwu. W końcu wielka rewolucja ścięła króla za
„tyranię” i nadała tyranię parlamentaryzmowi, z czego wytworzyło się despotyczne
cesarstwo. Z Rzymem zerwano, lecz Napoleona koronował papież. Przez cały wiek XIX
Francja „christianissima” kuła ustawy antykatolickie. Coraz bardziej stosowano się w tym
do formułek i działano apriorystycznie, nie dbając o rzeczywistość. Znać w tym wzrost
wpływów cywilizacji żydowskiej; coraz więcej umysłów myślało żydowskimi metodami.
Od „wielkiej rewolucji” zapada cała Europa na coraz gorsze pomieszanie cywilizacji. Oto
przyczyna wszelkich kryzysów.
Niemiecki bizantynizm rozszerzył się na Rosję za Piotra Wielkiego przyczyniając
się tym wielce do wydoskonalenia turańszczyzny.
Wkrótce umysłowość turańska znajdowała w filozofii niemieckiej zadatki swego
przyszłego w Europie rozwoju. Fichte jest poprzednikiem bolszewizmu, a Marksa
wyprzedził w niejednym o pół wieku. Zwrócił się zasadniczo przeciw personalizmowi, a
w r. 1812 domagał się już państwa jednoklasowego. Z drugiej strony powstawały w
Niemczech równocześnie elementy poczucia narodowego. Był to wtręt cywilizacji
łacińskiej, a „syntezą” z tego stało się późniejsze odkrycie, że istnieje „deutschpreussiche
Nation”.
Napór wpływów zachodnioeuropejskich na Rosję, zwiększony od połowy XIX w.,
miał ten skutek, że powstała tam doktryna o „zgniłym Zachodzie”, wspólna
konserwatystom rosyjskim i rewolucjonistom.
i
Ciekawym przykładem kołobłędu są Rumuni. Chcą należeć do cywilizacji łacińskiej
szczepu romańskiego, ale z prawosławiem. Wyobraźmy sobie Hiszpana, Włocha,
Francuza… prawosławnego!
W przeciwieństwie do filosemickiej Francji była Rosja państwem najbardziej
antysemickim. W końcu całe imperium rosyjskie zamieniło w państwo żydowskie i
zabrało się do tworzenia dalszych takich państw na ziemiach ościennych. Lecz szczyt
kołobłędu przypadł Niemcom: wytworzywszy państwowość jak najzacieklej
antysemicko-hitlerowską – przejął się sami na wskroś całą ideologią żydowską.
Mussolini obwieszczał odrodzenie cywilizacji rzymskiej, a zabierał się do
wszystkiego typowo po bizantyńsku i przystał do obozu politycznego zwalczającego
cywilizację łacińską.
Czyż czasów tych nie można by nazwać „delirium maximum”?
Rozmaite mieszanki europejskie w tym zawsze były zgodne, że wykluczają etykę z
życia publicznego. Sprzymierzały się też cywilizacje bizantyńska, turańska i żydowska i
tworzyły rozmaite sojusze przeciwko cywilizacji łacińskiej.
W Europie wytworzył się istny zator cywilizacyjny, dzięki panowaniu mieszanek
cywilizacyjnych.
Niższość górą
Mieszanki kryją w sobie jeszcze inne niebezpieczeństwo, a najgorsze albowiem
dzięki nim ułatwione jest panowanie niższości. Gdyby przy zderzeniu się cywilizacji
wyższa z nich miała zawsze zapewnione zwycięstwo, w takim razie należało by pragnąć
wojen jak największych jako drogi najprostszej do zapanowania cywilizacji
najdoskonalszej. Z drugie zaś strony, gdyby w zmaganiach wojennych miała zawsze brać
górę cywilizacja niższa, bylibyśmy wszyscy już od dawna zepchnięci na jak najniższy
szczebel cywilizacyjny. Skoro tak nie jest, widocznie nie obowiązują ani tamte
przypuszczenia optymistyczne, ani te pesymistyczne.
Samym rozumowaniem nie dojdziemy tu do niczego; trzeba zwrócić się do indukcji
historycznej.
Znamy zaledwie trzy wypadki zwycięstwa wyższej nad niższą, a mianowicie:
przystąpienie Germanów do cywilizacji rzymskiej, względnie następnej łacińskiej,
zlatynizowanie znacznej ich części, zromanizowanie; zbizantynizowanie cywilizacyjne
Słowian bałkańskich i wspaniała działalność unii polsko-litewskiej.

i
Wszyscy wodzowie germańscy na Zachodzie pragnęli zachować państwo rzymskie
wprowadzić swe plemiona w cywilizację rzymską. Na tysiące liczyć trzeba takich
Germanów, którzy uważali się za Rzymian pochodzenia germańskiego i nie ma żadnego
powodu powątpiewać o ich lojalności względem Rzymu, zwłaszcza od nawrócenia
wszystkich zachodnich arian na katolicyzm. Typowym jest Stilicho, pochodzenia
wandalskiego, minister cesarza Teodozjusza (379-395), zwany „ostatnim Rzymianinem”.
O przyszłości cywilizacji łacińskiej zadecydowało jednak dopiero nawrócenie
Longobardów (ok. r. 580).
Rzym stał się siłą atrakcyjną, podczas gdy „Nowy Rzym” nie wzbudzał
przywiązania u nikogo. Cały półwysep bałkański zeslawizował się, a Słowianie ci wahali
się długo pomiędzy cywilizacją bizantyńską a łacińską. Rozstrzygnęła Cerkiew. Granica
dwóch obediencji, papieskiej i patriarszej, stała się granicą dwojga cywilizacji. Nie ulega
wątpliwości, że cywilizacja bizantyńska wyższa była od słowiańskich w czasie, gdy
Słowianie przybywali na Bałkan.
Na obszarach dziejów polskich zetknęły się trzy cywilizacje, łacińska, bizantyńska
i turańska
w dwóch przeciwległych stronach: na południu, na ziemi Lachów i daleko na
północy, w najdalszej strefie interesów (już tylko pośrednich) Wielkiego Księstwa
Litewskiego, w stronach Smoleńska, Nowogrodu Wielkiego, Pskowa. Zwycięstwa polskie
nad Krzyżakami w „wielkiej wojnie” (1410-1435) ocaliły Ruś północną od zachłanności
krzyżackiej, skutkiem czego ustąpiła z tamtego boiska kultura niemiecko-bizantyńska.
Coraz silniej występowała cywilizacja turańska na południu, dzięki
zwierzchnictwu tatarskiemu. Odkąd Piastowie (od 1324 r.) wznowili tam działanie
cywilizacji łacińskiej, cywilizacja bizantyńska sprzymierzała się przeciwko niej zawsze z
cywilizacją turańską. Prawosławie szerzyło się na Litwie, a cerkiew ruska nachylała się
do turańskiej nie mniej niż do bizantynizmu. Przeważało na Rusi turańskie tło
cywilizacyjne. Istniały pewne dane, że wytworzyłaby się jedna wielka linia cywilizacji
turańskiej od zdobywanego przez Turków Bałkanu po Psków. Dane te powiększyły się
wielce, gdy Jagiełło decydował się w r. 1382 przyjąć prawosławie; tegoż atoli roku
powstał pomysł, ażeby Jagiełłę powołać na tron polski. Litwa nie tylko przystępuje do
cywilizacji łacińskiej, lecz poczyna wpływać na Ruś litewską w kierunku łacińskim.
Wykluczono na długo połączenie cywilizacyjnego pochodu turańszczyzny z południa z
północą. Miało to nastąpić dopiero w dalszej przyszłości przez wojny kozackie. Przerwała
się też na północy ekspansja kultury bizantyńsko-niemieckiej, aż potem Piotr Wielki
wznowił ten front cywilizacyjny. Do tego czasu pozostała na północnym boisku sama
tylko cywilizacja turańska w postaci kultury moskiewskiej, lecz na Litwie odniosła
zwycięstwo cywilizacja wyższa, łacińska. W wiekach nowoczesnych łączył się Fanar ściśle
z kalifatem i z protestantyzmem przeciwko Polsce.
Śledząc wypadki o przeciwnym kierunku, w którym cywilizacja wyższa musiała
ulec, widzimy już w historii starożytnej jak egipskie i perskie pojęcia o państwie, niższe
od helleńskich i rzymskich, nie tylko utrzymały się dłużej, lecz wtargnęły do cywilizacji
rzymskiej i wykoleiły ją. W Egipcie język grecki utrzymał się przez całe tysiąc lat, lecz cóż
helleńskiej ustaliło się w Egipcie?
Marzył o syntezie cywilizacji helleńskiej i perskiej Aleksander Wielki. Powstały z
tego efemerydy rozmaite aż po Afgan, po czym cywilizacja hellenistyczna dostarczała
tylko szaty greckiej dla cywilizacji nie perskiej, lecz syryjskiej.
Wojny grecko-perskie przeciągnęły się aż późno w okres bizantyński cywilizacja
irańska przeżyła znacznie attycką i hellenistyczną, zanim sama runęła pod naporem
islamu z działu wcale nie arabskiego, lecz turańskiego. Została na placu cywilizacja
najniższa. Tylko syryjskość nie ustąpiła. Przetrwała cywilizację helleńską, hellenistyczną
i rzymską, potem wpływała obniżające na arabską, a przeżytki jej działają dotychczas.
Syryjskie pojęcia religijne wtargnęły nie tylko do cywilizacji żydowskiej, ale odzywają się
głośno u Hoene-Wrońskiego i aż u Bierdiajewa. Wygrała niższość.
Bizancjum ulegało zawsze Orientowi. Afrykańscy poddani cesarstw poddawali się
dobrowolnie i chętnie najazdom muzułmańskim, a w końca nawet europejscy bizantyńcy
wołali, że „wolą turban niż tiarę”. Najniższa ze współzawodniczących cywilizacji,
turańska, miała w końcu wkroczyć triumfalnie do Carogrodu. W Azji nie tylko obaliła
arabskie kalifaty, leci wytępiła niemal całkowicie cywilizację arabską.


Od XI w. była cywilizacja bizantyńska spychana przez turańską, a z kultury
moskiewskiej dała się całkiem wyrugować, jakkolwiek miała oparcie w Cerkwi; natomiast
przejęła ta kultura wszystkie cechy turańskiej metody życia zbiorowego (zwłaszcza po
zdobyciu Kazania) i ta cywilizacja najniższa zajęła miejsce naczelne.
Natomiast urastała cywilizacja bizantyńska w potęgę w kulturze bizantyńsko
niemieckiej, skąd rozlewał się kwas bizantyński na całą Europę zachodnią, aż dochodziło
do monizmu prawa publicznego (dopomagał wielce protestantyzm). W w. XVII robiono
wszędzie próby, jakby społeczeństwo gnębić. Potem oparła się Anglia bizantynizacji,
dzięki zwycięstwu samorządów. Na kontynencie zamiłowanie do jednostajności tężało w
dogmat polityczny. Cofało się wszystko do stanu z wieku XIV i XV: państwa narodowe
cofają się przed dynastycznymi, a cały kontynent pogrąża się w absolutyzmie. Rozbiory
Polski są dziełem tego kierunku niższości.
Wielkość Bismarcka polegała na tym, iż był największym bizantyńcem w Europie.
Marzono o sprusaczeniu całej Europy: wszędzie stawiano sobie Prusy za wzór.
Najciekawsze atoli widowisko historii powszechnej stanowi asymilowanie się
Europy ku cywilizacji żydowskiej; tym dziwniejsze, że w łonie samejże cywilizacji
żydowskiej odbywał się ciągle ruch ku niższości (talmud, kabała, pilpul, chasydyzm);
wpływy żydowskie wzmagają się systematycznie od wielkiej rewolucji francuskiej. Ona
też wzmagała machinę biurokratyczną, do nieznanego przedtem stopnia. Trudno uważać
to za wyższość.
Zwyciężały tedy w ciągu dziejów nieraz cywilizacje niższe, a w łonie samejże
cywilizacji łacińskiej dokonywało się nieraz cofanie na niższy szczebel.

Zapytajmy teraz, od czego to zawisło, czy zwycięża wyższość czy niższość?
Szerzyła się cywilizacja łacińska z Polski na wschód, dopóki w samej Polsce
posiadała siłę żywotną, póki w Polsce naprawdę kwitła. Ogromnie pada na szalę ta
okoliczność, że Polska w ciągu 116 lat (1600-1715) liczyła lat wojennych 87, a
pokojowych 29. Spustoszeniu towarzyszyła klęska „podłego pieniądza”. Ta sprawa jest
najdobitniejszym wykładnikiem stanu ogólnego, nie tylko ekonomicznego, lecz zarazem
społecznego i politycznego. W Polsce trwał upadek waluty aż do r. 1776, w powszechnej
pauperyzacji kurczyło się różnicowanie społeczne, a nastał pochód wstecz. Na miejsce
mieszczaństwa wkroczyli Żydzi. Nauki i sztuki upadły. Skutkiem niedostatku umysłów
teoretycznych zmniejszała się ilość abstraktów i zginął zmysł polityczny.
Im wyższa cywilizacja, tym większe stawia wymagania swym uczestnikom, a dla
obrony swej cywilizacji trzeba nieraz ponieść ofiary. Tylko silne charaktery utrzymują się
na odpowiednim poziomie. Jeżeli gotowości do poświęceń będzie zbyt mało w cywilizacji
wyższej, zwycięstwo niższej tym bardziej będzie ułatwione.

Nadto uczestnictwo w cywilizacji wyższej wymaga większego natężenia intelektu, wyższego rozwoju umysłowego. Toteż wszędzie znajdują się tacy, którym dogadzałaby bardziej cywilizacja niższa.

Wyższość wymaga zasadniczo większej energii duchowej; trudniejsza do nabycia,
jeszcze trudniejsza do utrzymania; więcej jest obowiązków, które muszą być spełnione
dobrowolnie, tak iż człowiek sam sobie życie obciąża w imię idei. W niższości żyje się
wygodniej. Rozpowszechnił się tedy typ człowieka, który z cywilizacji łacińskiej
przyjmuje tylko technikę a wobec spraw ducha zachowuje się obojętnie. Miłośnicy życia
„ułatwionego” kończą zazwyczaj na stanie acywilizacyjnym.

Czyż łatwizna nie stała się
ideałem życiowym wielkiej części społeczeństwa? Czyż nie wychowuje się już dzieci na
łatwiźnie i do łatwizny? Gdzie hart i jakikolwiek głębszy pogląd na życie? Jakież ćwiczenia
zdolności? Łatwiźniacy padają całym ciężarem na szalę niższości. Wśród nich rodzi się
kult pięści i kieski. Siłom brutalnym łatwiej skupić się około niższości.
Przyczyna klęski jakiejkolwiek wyższości wobec jakiejkolwiek niższości tkwi
zawsze w grzechu zaniedbania ze strony pokonanej wyższości. Albowiem w walce
cywilizacji decyduje stosunek wysiłków, podejmowanych z obu stron.
Wyższe cywilizacje jako bardziej skomplikowane, mają więcej sposobności, by w
czym niedomagać.
Nieraz cywilizacje defektowne okazywał się bardziej wytrzymałymi.
Im wyższa cywilizacja, tym więcej punktów pochopnych do schorzeń. Wyższość jest
bardziej narażona na sposobność upadku.
Caeteribus paribus, niższość górą. Takie jest prawo historyczne, srogie i
nieubłagane.
Gdyby nie to prawo niższości, życie byłoby tak łatwe, iż nie byłoby miejsca na
zasługę. Gdyby dobro zwyciężało samo przez się, wystarczyłoby bierne oczekiwanie, aż
nadejdzie ten czas niewątpliwy, że wyższość weźmie górę automatycznie. Z takiego
rozumowania zrodziła się teza kultury moskiewskiej, że nie należy walczyć ze złym
(praźródło jej w Indiach).
Niższość może zwyciężać, dopóki w zrzeszeniach cywilizacji wyższej panują prądy
ku niższości, oparte na umiłowaniu łatwizny.
Jeżeli cywilizacja niższa nie dopuszcza u siebie mieszanek, będzie silniejsza od
wyższej z mieszankami.


Rozwój moralności
Moralność nie jest bynajmniej stała, niewzruszona, od przedwiecza jednakowa, nie
posiadająca rozwoju i nie potrzebująca go. Można wskazać etapy jej rozwoju. Ciasną etykę
rodową poszerza emancypacja rodziny, pogłębia opanowywanie czasu, wzbogaca
zróżnicowanie społeczeństwa wznosząc poziom moralny etykami zawodowymi, aż
wreszcie z życia prywatnego przeszczepia się w publiczne. Rozwój moralności polega na
powiększaniu odpowiedzialności, a więc lepsze widoki ma tam, gdzie uznaje się osobisty
stosunek jednostki ludzkiej do Boga, w ogóle przy personalizmie. Sprzyja temu rozwojowi
organizm, tłumi go mechanizm.
W moralności trzeba się kształcić, etyka jest nauką, której się trzeba uczyć, jeżeli
się nie ma utknąć zaraz na prymitywnych jej szczeblach. Rozwój zaś etyki jest
nieograniczony i nie da się przewidzieć, jak wysoko wzniesie się, jeżeli nawrócimy ze
zbłąkania mieszanek cywilizacyjnych na bitą drogę cywilizacji łacińskiej. Ogół ani nawet
niedowidzi niezmiennych pól możliwego rozwoju moralności; od tego są wybitniejsze
umysły, ażeby służyć za mikroskop i teleskop przy dalszych badaniach etycznych.
Szczeble wykształcenia etycznego posiadają znaczenie rozstrzygające w pochodzie
dziejowym i – o ile nie będziemy się dalej cofać – nauka etyki stanie się więzią wiedzy
integralnej.
Najpomyślniejszych warunków dla rozwoju moralności może dostarczać
katolicyzm, gdyż oparty jest na personalizmie i pomaga wytwarzać organizmy, a ogarnia
życie prywatne i publiczne jedną wspólną etyką. W teologii katolickiej etyka zajmuje
miejsca nie mniej niż dogmatyka; w historii zaś Kościoła i teologii katolickiej znać
wyraźnie te dwa nurty: dogmatyczny i etyczny. Są równoległe i uzupełniają się, nigdy nie
zachodzi między nimi sprzeczność. W pewnych okresach nauka teologiczna zajmuje się
bardziej dogmatyką, w innych bardziej etyką, jak to widzimy w naszych czasach, od
wielkich encyklik Leona XIII poczynając. Jednemu nurtowi przoduje wiara, drugiemu
miłość. Wiemy z Ewangelii, że wiara bez uczynków jest martwa, i choćby kto posiadał
wszystko, a nie miałby miłości, właściwie nie posiadałby nic.
W burzliwych latach soboru konstanckiego i bazylejskiego wystąpił rektor
uniwersytetu krakowskiego, Paweł Włodkowic (Paulus Vladimiri) z nauką, że grzechy
przeciw miłości są cięższe od grzechów przeciwko wierze, a poddając politykę
bezwarunkowo religii, żądał, żeby nie grzeszyła przeciwko miłości. Na tym
światopoglądzie oparła się Polska i dzięki tej podstawie moralnej objęliśmy w XV w. rolę
kierowniczą wśród ościennych i wytworzyliśmy nowy typ państwa w cywilizacji
łacińskiej. Jakżeż by dziś trzeba było Włodkowica, nie tylko nam, lecz całej Europie!
Ponieważ moralność rozwija się przez obowiązkowość dobrowolną tym samym
tedy wykwita ze społeczeństwa, a nie z państwa, które nie dopomoże etyce żadnymi
sankcjami. Rozwój jej wszechstronny dokonywać się może tylko tam, gdzie państwo nie
pożera społeczeństwa, a zatem tylko przy dualizmie prawa. Obecnie zmierza się do
zniszczenia prawa prywatnego przez bezetyczne prawo państwowe w imię omnipotencji
państwa totalnego. Kościół to państwo potępił. My, katolicy, znamy tylko jedną totalność,
mianowicie etykę totalną, a nie tracimy otuchy, że przekonamy także innych chrześcijan
do tego programu.
Ponieważ każda cywilizacja ma swą etykę, postęp moralności wymaga tedy
decyzji, do jakiej należy się cywilizacji; inaczej musi powstawać chaos moralny i w końcu
zobojętnienie na moralność. Etyka cywilizacji łacińskiej jest etyką katolicką, bo
cywilizacja ta jest dziełem Kościoła, składa się z „narodów wychowanych przez Kościół”.

Ta etyka jest najbardziej wymagająca; ideały jej są tak górne, że wydają się wielu wręcz
niemożliwości Same społeczeństwa katolickie przyswajają sobie tę etykę tylko krok po
kroku. Wystarcza dla postępu moralności, gdy każde pokolenie coś nowego z etyki
zamieni w prawo. Etyka bowiem musi być przodowniczką prawa żadną zaś miarą nie
może być zawisła od prawa. Przyswajanie sobie etyk katolickiej szło zawsze po grudzie i
nie będzie nigdy inaczej, bo występuj mocne tarcie o kwestię utylitaryzmu, lecz
utylitaryzm winien być etyczny.
Nie ma już wśród ludzi dobrej woli nikogo, kto by nie był do głębi przekonamy o
tym, że na wszystkie nasze „kryzysy” najlepsza rada byłaby w rozwoju moralności; lecz
nikt nie zastanawia się nad pytaniem, w jakiż sposób wzmocnić moralność? Jakiej używać
metody, żeby moralność… dała się wzmocnić?
Moralność rozwija się w miarę pomnażania celów moralnych; lecz ilość ich
zmniejsza się, odkąd państwo zwolniono od etyki. Ponieważ zaś państwo stało się
totalnym, gdzież miejsce na moralność?
Zapewne, że będzie postęp, jeżeli się pozyska dla moralności jak najwięcej
jednostek indywidualnie. Propaganda indywidualna byłaby środkiem niezawodnym,
gdyby można było dotrzeć nią do każdego z osobna i do wszystkich wraz. W praktyce
przedstawia się to nieszczególnie, a doświadczenie wieków podszeptuje uwagi
pesymistyczne. Widocznie metody propagowania moralności są i były niewystarczające,
niedostatecznie rozwinięte; widocznie trzeba czegoś więcej obok propagandy
indywidualistycznej. Powodzenie zależy zawsze od trafności metody. Trzeba koniecznie
ruszyć poza granice propagandy od osoby do osoby, gdyż liczebność osób pozyskanych
tym sposobem jest zbyt mała. Wymiera pokolenie za pokoleniem i szerzy się coraz
bardziej… niemoralność.


Najtrudniej o postęp w moralności; tym bardziej przeto należy badać przeszkody i
wykryć warunki postępu w tej najdonioślejszej kategorii bytu. Jeżeli wypadałoby
przyznać słuszność pesymizmowi, że w historii z reguły bywa górą gwałt i zgnilizna, tym
bardziej należy tę niemoc zbadać i godzi się zadać nauce pytania: czyż tak źle z nami, iż
nie ma sposobów, by ruszyć z bagna?
Indywidualne szerzenie etyki jakby utknęło na jakimś martwym punkcie. Ta
metoda może być owocna tylko w zakresie prawa prywatnego i musiała utknąć,
natrafiwszy na nurt bezetyczności w życiu publicznym. Wobec dualizmu prawa w naszej
cywilizacji łacińskiej obie dziedziny prawa: prywatna i publiczna, pozostają w
nieustannym kontakcie, we wzajemnym, a wszechstronnym oddziaływaniu na siebie i we
wzajemnej przez to zawisłości. Nie ma i nie można sobie nawet wyobrazić takiego ruchu
etycznego lub bezetycznego w państwie, który by nie wpłynął (i to szybko) na etykę życia
prywatnego, dodatnio czy ujemnie. Co zważywszy, zrozumie się łatwo, czemu za naszych
czasów moralność upadła.
Indywidualne szerzenie etyki jest środkiem niemal wyczerpanym. W okolicznościach naszej doby możliwy jest postęp moralności tylko przez moralne
odrodzenie państwowości. Nastała doba taka, że moralność kształtuje się na sprawach
publicznych, na ich podłożu; moralista musi tedy nie tylko zajmować się nimi, lecz nawet
przejmować. Moralista naszego okresu musi uprawiać zarazem nauki polityczne, a
przynajmniej być z nimi dobrze obznajomionym. Bez przerwy musi trwać walka z
pojęciami prawniczymi państwowości bezetycznej, aż wróci się do zasady, że celem
prawa jest ubezpieczenie nowych postulatów etycznych także względem państwa.
Musimy żądać od państwa, żeby się poddało dekalogowi i katechizmowi w imię etyki
totalnej.
W sprawach publicznych etyka jest jeszcze bardziej potrzebna niż w prywatnych;
musi być też znacznie surowsza.

Fałszywe i przewrotne pojęcia o stosunku etyki do prawa rodzą dalekie
konsekwencje. Jeżeli się przyjmie, że prawo jest niezawisłe od etyki, a państwowość etyce
nie podlega, dojdzie się konsekwentnie aż do państwa totalnego i omnipotencji państwa.
Państwo urządzone według tych pojęć staje się prawdziwie matecznikiem niższości
wszelkiego rodzaju. Powstaje natenczas silny popęd do tępienia wszelkiej wyższości,
wszystko, co wyższe, staje się nienawistnym. Szerzy się też w takich warunkach
przeraźliwie bezkarność zła.
Poziomy moralne życia prywatnego i publicznego pozostają w stosunku stałym do
siebie. Jeżeli państwu wolno kłamać i grabić, a więc wolno to robić każdemu „politykowi”,
skoro oświadczy, że robi to dla dobra państwa. Z fałszywych pojęć rodzą się złe nawyki.
Urzędnicy pilnują swych prywatnych interesów na koszt państwa. Ostatecznie
omnipotencja państwa kończy się tym, że bywa ono systematycznie ograbiane przez
wszystkich, mających dostęp do państwowości. Etyka podnosi się bowiem lub opada
równocześnie w mikroskopie i makroskopie ludzkim.


Tak powstaje kult siły fizycznej, materialnej, kult pięści i kieski. Supremacja sił
fizycznych popularyzuje się wreszcie w umysłach większości. Nawet pokrzywdzeni czczą
siłę brutalną i żałują tylko, że nie oni są gnębicielami. Szerzy się poglądy, że prawo jest
tylko wynikiem siły i że w ogóle nie może być inaczej. Po jakimś czasie musi się tedy dojść
do tego, że także w życiu prywatnym pojęcie słuszności spotyka się z szyderskim
uśmiechem i pogardliwym wzruszeniem ramion. Nie zabraknie prawników głoszących,
że prawo skodyfikowane czyni etykę zbędną. Coraz mniej zaznacza się różnic pomiędzy
mala in se, a mala quia prohibita. Z tego wszystkiego musi się wytworzyć jawny kult siły
przed prawem.
Tłumaczy się to nie tylko wzrastającym umiłowaniem łatwizny, ale zarazem trzema błędnymi pojęciami co do istoty władzy, o państwie i co do szczęścia.
Rozpowszechniły się uczucia podziwu dla „siły władczej” u osób odczuwających
„powołanie do władzy”, jako pewnego rodzaju mężów opatrznościowych,
predestynowanych do rządów. Poznaje się za to powołanie po tym, że „powołany” bierze
się energicznie do rzeczy, nie dbając o wybór środków i przez całe życie będzie hałaśliwie
dobijać się swej predestynacji. Raj dla polityków! Uczeni i poważni politycy, rari nantes,
giną in gurgite vasto rozmaitego motłochu nieuków i osób amoralnych, uprawiających
„politykę”, jako swoje rzemiosło, z którego się utrzymują. Mącą wodę, ile się zmieści.
Politykę definiuje się jako sztukę dochodzenia do władzy. O mały krok od tego podnosi
głowę prosta konsekwencja: celem rządu jest utrzymać się przy rządach. Żądza władzy
dla samej władzy nie tylko nie stanowi objawu żadnego powołania, lecz jest namiętnością
najobrzydliwszą i jak najniebezpieczniejszą tak dla społeczeństwa, jak też dla państwa.
Tacy rządziciele prowadzą zawsze gospodarkę rabunkową, ekonomicznie i moralnie.
Wśród politykanctwa utrzymują się ciągle przestarzałe pojęcia o państwie i
państwowości, tj. o urządzeniach państwowych, jakoby państwa dzieliły się na monarchie
i republiki itp. Wiemy już z doświadczenia, że monarchia może być przystanią wolności, a
republika kłębowiskiem absolutyzmu i nadużyć, i że ta despotyczna forma rządu może się
w republice rozszerzać doskonale na każdego z kacyków-urzędników. Powinniśmy
zdawać sobie nareszcie sprawę z tego, że państwa są dwojakie: biurokratyczne i
autonomiczno-obywatelskie. W państwie totalnym i wszechmocnym, w samowoli
rządzicieli i ich urzędniczej czeladzi, gdzież miejsce na etykę?


Trzeci błąd mieści się w mylnym pojęciu o szczęściu. Ma to doniosłe znaczenie,
gdyż wszyscy za szczęściem gonią, a robią to niemądrze. Szczęście jest to przechodzenie
do kłopotów wyższego rzędu. Ono nie jest dla łatwiźniaków. Im niższe panują pojęcia o
szczęściu, tym więcej w społeczeństwie malkontentów, a to pogarsza warunki potrzebne
dla kultury czynu.
Politykanctwo, biurokracja i łatwiźniactwo podrywają życie publiczne, bo czynią
je coraz bardziej amoralnym, a często antymoralnym. Ginie sumienie, ta autokrytyka
etyczna, a kierownicą staje się kruczkarstwo wśród stert przepisów. Z zanikiem
odpowiedzialności moralnej, znikają też zdolności twórcze w społeczeństwie. Głupiejemy
i dziczejemy, ponieważ odrzuciliśmy hegemonię etyki nad wszystkimi kategoriami bytu.
Staczamy się do stanu acywilizacyjnego.
Etyka może być bierną i czynną, produktywną, tj. wiodącą do powiększenia i
ułatwienia kultury czynu. Staje się tym produktywniejsza, im znaczniejsze obejmie
zakresy życia zbiorowego. Musimy przeto domagać się uznania etyki totalnej,
dominującej nad całym życiem publicznym, nie wyłączając polityki. Trzeba nam tedy
nawrócić do hasła starego, średniowiecznego, że polityka winna być oparta o etykę
katolicką.
Stanowi to zasadniczy punkt w dziejach cywilizacji łacińskiej, że polityka i etyka
mają być współmierne.


Prawa dziejowe a problem Opatrzności
W ciągu poprzednich dwunastu ustępów poszukiwaliśmy wątku dla zagadnienia o
ład w historii, śledząc sprawy ze wszystkich zasadniczych punktów obserwacyjnych.
Wyłaniały się przy tym raz wraz spostrzeżenia pewnych praw. Oczywiście, jeżeli zachodzi
jakiś ład, muszą być jakieś prawa.
Ze studiów historycznych dają się wysnuć całe setki praw, prawd i prawideł,
formujących szczegóły dziejów życia zbiorowego, w co się tu nie wdajemy. Chodzi nam
tylko o takie prawa, które rozstrzygają o ładzie historycznym we wszystkich czasach i u
wszystkich ludów: o prawa fundamentalne.
Historia powszechna składa się z dziejów stosunków pomiędzy cywilizacjami. Te
zaś podlegają następującym sześciu prawom zasadniczym: współmierność, ekspansja,
nierówność, niemożliwość syntez, szkodliwość mieszanek, ułatwiona niższość.
Najwyższe zaś prawo dziejowe, prawo praw, brzmi: nie można być cywilizowanym
jednocześnie na dwa sposoby.
Indukcyjna nauka o cywilizacji staje się wyższym piętrem historii, a może się
pochwalić rezultatem poważnym, skoro w krótkim czasie dotarła do wykrycia praw
dziejowych. Tym samym wyjaśnione są wreszcie wątpliwości czy historia jest nauką na
równi z przyrodniczymi naukami, skoro podobnie jak one, ma również swe prawa.
Historyk może zgodzić się z zasadą przyrodników, że nauką jest tylko to, co prowadzi do
wykrywania praw.
Nowy nabytek historii zda się wszystkim humanistom; nauka o cywilizacji staje się
progiem do renesansu nauk humanistycznych, co stanowi warunek niezbędny nowego
rozwoju cywilizacji naszej, łacińskiej.
Cywilizacja ta, wycieńczona i powykręcana aż do kołobłędów, musi zginąć, jeżeli
nie nastąpi odpowiednia reakcja. Personalistyczny szereg pojęć naczelnych załamuje się
w mieszance. W każdej dziedzinie bytu i myśli znać przechodzenie do szeregu
gromadnościowego, coraz pospolitsza jest dezercja z szeregów cywilizacji łacińskiej.
Jeśli nie mamy zginąć mamie i zapaść się w niższości, jedyną radą na wszelkie nasze
kryzysy byłby nawrót do cywilizacji łacińskiej, do czystej cywilizacji łacińskiej, bez
jakichkolwiek domieszek. Gdyby to nastąpiło, wybrnęlibyśmy ze wszystkich trudności i
można by było zaprowadzić wreszcie „pokój ludziom dobrej woli”. Gdyby w Niemczech
powstało ognisko odrodzenia cywilizacji łacińskiej, zrywając z kwasem bizantyńskim,
odnowa duchowa Europy byłaby ułatwiona.
Znając prawa dziejowe wiemy, jak postępować, żeby jak najmniej błądzić. Wbrew
tym prawom można tylko na niedługi czas odnosić sukcesy.
Chcąc opanować przyrodę, musimy postępować zgodnie z jej prawami. Chcąc
tworzyć historię, trzeba pracować zgodnie z prawami dziejowymi. Trzeba się nauczyć, jak
te prawa wyzyskiwać dla swych celów.
Skoro wiadome są prawa dziejowe, musi się też odrodzić stary problem: magistra
vitae.
Oczywiście problem ten przybierze całkiem inne kształty.
Roztrząsania nasze ocierają się nadto o problem inny, jeszcze ważniejszy:
Opatrzności Bożej w historii. Nie odpada pytanie: skąd tyle zła w dziejach, tyle krzywd i
nikczemności? Łączy się to z pytaniem ogólniejszym, o genezę zła w ogóle. Bliższe
roztrząsanie tego zagadnienia zaprowadziło by nas daleko poza temat niniejszego
artykułu. Napomknę tylko więc, że moim zdaniem zło powstaje z zaniedbania dobra. Nie
ma bowiem próżni etycznej, nie można nigdy zrobić sobie pauzy od moralności, w takiej
luce lęgnie się od razu zło. Zło nie wytwarza atoli siły twórczej samo z siebie, pod tym
względem jest jałowe.
Ściągamy na siebie zło przez zaniedbywanie dobra. To prawo pozostaje niezmiennym.


Znajomość praw dziejowych nie usuwa bynajmniej problemu Opatrzności, lecz
przesuwa go na właściwe tory. Niezłomne prawa przyrody nie usunęły bynajmniej
widoku Boga, unoszącego się nad wszechświatem; nie pomniejszają też Jego obecności
prawa w historii.
Bóg nadał prawa materii i historii, a człowiekowi dał rozum i wolną wolę; oto cała
zagadka zagadnienia. Niechże człowiek używa rozumu nie na swoją szkodę! Badajmy więc
sprawy życia zbiorowego ze wszystkich możliwych punktów obserwacyjnych.

Dodaję
swój plon, jako zaczątek teorii, w miłej nadziei, że może nie przepadnie, że będę miał
następców, którzy zechcą mnie uzupełniać i poprawiać. Dążenia na większą skalę nie
mogą się obywać bez teorii.

„Kuć żelazo, póki gorące”: Jak Xi Jinping wykorzystuje do aneksji Tajwanu słabość prezydenta USA

„Kuć żelazo, póki gorące”: Jak Xi Jinping wykorzystuje do aneksji Tajwanu słabość prezydenta USA

mk-ru/kuy-zhelezo-poka-tramp-kak-si-czinpin-ispolzuet-uyazvimost-prezidenta-ssha-dlya-prisoedineniya-tayvanya

Na jakie ustępstwa jest gotów pójść Trump, aby skłonić Chiny do zakupu amerykańskich obligacji?

Donald Trump przeżył w zeszłym tygodniu wyjątkowe olśnienie w kwestii polityki zagranicznej: w końcu zrozumiał, że musi traktować Chiny jako równych sobie, a nie z góry.

Na jakie ustępstwa jest gotów pójść Trump, aby skłonić Chiny do zakupu amerykańskich obligacji?
Zdjęcie: AP

Wydaje się oczywiste, że biorąc pod uwagę sukcesy gospodarcze i militarne Chin w ciągu ostatnich dekad, kraj ten osiągnął już status supermocarstwa równy Stanom Zjednoczonym. Jednak w pierwszym roku swojej drugiej kadencji Trump wydawał się przekonany, że może zdominować Chiny, jakby były krajem drugiej kategorii.

To właśnie arogancka postawa prezydenta USA wobec Chin, oparta na jego głębokiej niewiedzy na temat tego kraju, tłumaczy, dlaczego w kwietniu 2025 r. wprowadził on 145-procentowe cło na towary chińskie, wierząc, że Imperium Niebiańskie nieuchronnie ugnie się pod amerykańskim dyktatem i posłusznie spełni wszystkie jego żądania.

Jak powszechnie wiadomo, Trump zmuszony był wycofać się ze swoich decyzji i znacznie obniżyć cła, gdy Chiny pokazały – ku zaskoczeniu prezydenta – że mogą one zadać podobne ciosy amerykańskiej gospodarce.

Uświadomienie sobie tego faktu przez Trumpa było widoczne podczas szczytu z Xi Jinpingiem w zeszłym tygodniu. Trump tak bardzo chciał udobruchać Xi, że wielu członków Kongresu, w tym Republikanie, skrytykowało prezydenta USA za jego „nadmierną służalczość” wobec głównego rywala i adwersarza Stanów Zjednoczonych, jeśli nie wręcz „wroga”.

Nie chodzi tylko o to, że Trump, łamiąc zasady dyplomacji i czyniąc rzadki wyjątek, spotkał Xi tuż przy schodach samolotu. Jeszcze bardziej uderzającym przykładem jego uległości jest jego żałosna próba uzasadnienia przekazania Iranowi przez Chiny danych wywiadowczych z satelitów, które znacząco pomogły irańskiej armii w bombardowaniu baz USA i zabijaniu amerykańskich żołnierzy: „Cóż, my też szpiegujemy Chiny” – powiedział prezydent USA z całkowitą powagą.

Jednak wszystkie jego ostentacyjne próby zadowolenia Xi Jinpinga ewidentnie nie przynoszą oczekiwanych rezultatów. Trump znajduje się obecnie w słabej pozycji wobec Chin, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego nieudaną wojnę z Iranem.

Rzeczywiście, porażka Trumpa w Iranie działa na korzyść Chin z kilku powodów. Po pierwsze, amerykański arsenał uzbrojenia jest znacznie uszczuplony, a jego uzupełnienie będzie wymagało około trzech lat dozbrojenia – a nawet dłużej, jeśli aktywna faza wojny z Iranem będzie kontynuowana (co Trump często grozi).

Po drugie, Trump musiał przemieścić wiele okrętów wojennych i kluczowych lądowych systemów uzbrojenia z regionów Azji Wschodniej do Zatoki Perskiej. Wprowadzenie blokady morskiej Iranu – która prawdopodobnie utrzyma się przez długi czas – wymaga użycia 30% całej floty USA, z której część wcześniej stacjonowała w Chinach. Podczas gdy były prezydent Barack Obama głośno ogłosił „zwrot ku Azji”, Trump realizuje zwrot militarny od Azji.

A ta wyjątkowo niepewna pozycja Trumpa daje Xi wyjątkową okazję, aby poważnie poruszyć z prezydentem USA najbardziej palącą i bolesną kwestię dla Chin – przyszłość Tajwanu.

Dopóki Trump jest nadal u władzy i zmaga się z poważnymi problemami w polityce wewnętrznej i zagranicznej, Xi może bronić swojej zasadniczej pozycji mocniej niż kiedykolwiek: Trump nie może już „siedzieć na dwóch krzesłach”, próbując z jednej strony stabilizować stosunki z Pekinem, a jednocześnie udzielać Tajwanowi pomocy wojskowej i gwarancji bezpieczeństwa.

Xi Jinping ma już 73 lata i choć zamierza rządzić Chinami przez kolejne pięć lat po prawdopodobnej reelekcji w przyszłym roku, chiński przywódca doskonale zdaje sobie sprawę, że nadszedł czas, aby ostatecznie rozwiązać „kwestię Tajwanu”. Zjednoczenie Tajwanu leży u podstaw historycznej misji Xi, dzięki której może on potwierdzić swoją legitymację zarówno przed przywódcami Komunistycznej Partii Chin, jak i przed całym narodem chińskim. Powrót Tajwanu do jego „historycznej ojczyzny” będzie niewątpliwie ukoronowaniem tego sukcesu, definiując dziedzictwo Xi jako największego przywódcy Chin (po Mao, oczywiście).

Ale w gruncie rzeczy ma tylko dwa lata – dopóki Trump jest u władzy – na rozwiązanie kwestii Tajwanu. Jak mawia przysłowie, kuj żelazo, póki gorące.

Pomysł polega na tym, że Trump w zasadzie „pozbywa się” Tajwanu. Nie oznacza to jednak, że prezydent USA nie będzie żądał wiele w zamian. „Umowa” jest zawsze właściwym rozwiązaniem w polityce zagranicznej Trumpa, nawet gdy znajduje się on w słabej pozycji. Aby osiągnąć tak kosztowny „pozbywa się”, Trump zażądałby przede wszystkim, aby Chiny faktycznie kupowały znacznie więcej amerykańskich towarów i zmniejszyły ogromną nadwyżkę handlową z USA (200 miliardów dolarów rocznie), która zawsze była źródłem ogromnej irytacji dla prezydenta USA.

Co więcej, Trump będzie domagał się od Chin znacznych inwestycji w gospodarkę USA, w tym zakupu amerykańskich obligacji. Do 2015 roku Chiny przez wiele lat były największym nabywcą tych obligacji, z aktywami o wartości ponad 1 biliona dolarów. Jednak później chiński bank centralny celowo rozpoczął program „dedolaryzacji”, zmniejszając wartość swoich amerykańskich obligacji o prawie połowę.

Trump rozpaczliwie potrzebuje, aby Chiny znacząco zwiększyły zakupy amerykańskich obligacji, zwłaszcza biorąc pod uwagę rekordowy dług publiczny USA wynoszący 40 bilionów dolarów i deficyt budżetowy wynoszący średnio około 2 bilionów dolarów rocznie za kadencji obecnego prezydenta. Dzieje się tak pomimo faktu, że Trump nie ma realnego planu redukcji tego uciążliwego długu poprzez podwyżki podatków i cięcia wydatków. Wręcz przeciwnie, chce on jeszcze bardziej zwiększyć wydatki rządowe, w tym na obronę, które mają osiągnąć rekordowy poziom 1,5 biliona dolarów rocznie. Tylko duże, nowe emisje obligacji rządowych pozwolą mu to osiągnąć.

Xi ma kilka opcji aneksji Tajwanu. Najłagodniejszą opcją jest zrobienie wszystkiego, co możliwe, aby zachęcić opozycyjną partię Kuomintang, która opowiada się za maksymalną współpracą i integracją z Chinami, do zwycięstwa jej kandydata w wyborach prezydenckich w 2028 roku (ostatnim roku kadencji Trumpa). Idealnym scenariuszem dla Xi jest zgoda nowego prezydenta wyspy na dobrowolne porozumienie w sprawie „zjednoczenia” Tajwanu z Chinami.

Jeśli jednak Tajwan nadal będzie odmawiał, Xi będzie musiał użyć siły, zaczynając od blokady morskiej wyspy. W ten sposób może postawić Tajpej ultimatum: albo pokojowo przyłączy się do Chin, albo Pekin będzie zmuszony rozwiązać problem drogą wojny. Celem Xi jest przekonanie mieszkańców Tajwanu, że opór wobec gigantycznej i potężnej machiny militarnej Chin jest daremny. Jednak ta „przymusowa aneksja” zadziała tylko wtedy, gdy Trump z góry zagwarantuje, że Stany Zjednoczone nie udzielą Tajwanowi pomocy wojskowej, próbując „połknąć” wyspę siłą.

Oczywiście Xi wolałby pokojowe „zjednoczenie” wyspy, ale nie wyklucza użycia siły. To nie przypadek, że niedawno nakazał Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej gotowość do „wyzwolenia” Tajwanu militarnie, jeśli zajdzie taka potrzeba, do 2027 roku. Ta data nie jest przypadkowa; ponownie, przypada ona na okres, gdy Trump nadal sprawuje władzę.

Główne znaczenie Tajwanu leży w jego produkcji około 90% najpotężniejszych i najbardziej zaawansowanych półprzewodników na świecie. Stany Zjednoczone rozpaczliwie potrzebują zagwarantowanego dostępu do tych super-chipów nie tylko ze względu na rozwój przemysłu sztucznej inteligencji, który, według Trumpa, zapewni im fenomenalny boom gospodarczy – „większy niż rewolucja przemysłowa”. Ameryka potrzebuje tych chipów również do produkcji najbardziej złożonych i skutecznych systemów uzbrojenia. Aneksja Tajwanu przez Chiny może ograniczyć lub całkowicie odciąć dostawy tych kluczowych chipów do Stanów Zjednoczonych.

Jak oświadczył prezydent, kraj, który dominuje w dziedzinie sztucznej inteligencji i potencjału militarnego, zdominuje świat. I zamierza zrobić wszystko, aby tym krajem były Stany Zjednoczone, a nie Chiny. Co więcej, Trump rozumie, że utrzymanie Tajwanu w amerykańskim obozie jest kluczowe dla osiągnięcia tego celu.

Zatem Trumpowi, podobnie jak każdemu prezydentowi po nim, będzie niezwykle trudno pozbyć się pragnienia „bycia po obu stronach”, jeśli chodzi o Chiny i Tajwan. Ale będą musieli dokonać wyboru, bez względu na wszystko. W przeciwnym razie doprowadzą do trwałej wrogości wobec Chin.

Oczywiście, preferowany jest nie antagonizm, lecz pokojowe współistnienie z Chinami, takie jak to miało miejsce między Stanami Zjednoczonymi a ZSRR. Jedyną różnicą jest to, że w okresie zimnej wojny Stany Zjednoczone mogły prosperować bez współpracy gospodarczej ze Związkiem Radzieckim. Jednak utrzymanie takiego rozwoju i dobrobytu w Ameryce będzie trudne bez bliskiej współpracy gospodarczej i integracji z Chinami.

Rzeczywiście, aby „Uczynić Amerykę znów wielką”, Trump będzie musiał złagodzić swoje geopolityczne apetyty i porzucić maksymalistyczne cele wobec Chin. Pod żadnym pozorem Trump nie może pozwolić sobie na uleganie lekkomyślnej pokusie „rozbijania garnków” i kłótni z Chinami o Tajwan czy inne kwestie.

Jednak taka rozsądna i powściągliwa polityka wobec Chin wymaga, by Trump zasiadł na jednym – chińskim – krześle, a nie na dwóch. Ostatecznie jednak będzie to bardziej stabilne i bezpieczne. A nawet wygodniejsze.