Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) • 16 sierpnia 2026 michalkiewicz
W pierwszą rocznicę zaprzysiężenia pan prezydent Karol Nawrocki wystąpił na jubileuszowej uroczystości przed Pałacem Namiestnikowskim przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, na którą przybyły rzesze obywateli – ale nie wszystkich. Wśród uczestników uroczystości znalazł się na przykład Mateusz Morawiecki, który podczas przemówienia pana prezydenta bez przerwy tkwił z nosem w telefonie. Naczelnika Państwa natomiast nie było. Zwolennicy byłego premiera rządu „dobrej zmiany” twierdzili, że nie ustaje on w kaptowaniu zwolenników przyszłej partii, która ma poprowadzić nasz mniej wartościowy naród tubylczy ku świetlanej przyszłości – ale jego przeciwnicy, których też nie brakuje, twierdzili z kolei, że odpiera on ataki „hejterów”, czyli nienawistników, którzy atakują go przy pomocy „mowy nienawiści”.
Tymczasem obywatel Żurek Waldemar nie podejmuje w tej sprawie żadnych stanowczych kroków. Inna rzecz, że może dlatego, iż podjął stanowcze kroki w związku z powołaniem przez pana prezydenta Nawrockiego ponad 200 asesorów sądowych. Obywatel Żurek Waldemar zwietrzył okazję do przygwożdżenia pana prezydenta za „złamanie konstytucji” Chodziło mu o to, że pan prezydent mianował tych asesorów bez kontrasygnaty premiera Tuska. Najwyraźniej zapomniał przeczytać, co na ten temat mówi konstytucja. Otóż w art. 144 formułuje ona zasadę, że „akty urzędowe” prezydenta dla swej ważności wymagają kontrasygnaty premiera, który w ten sposób odpowiada przed Sejmem za to, co podpisał. Jednak ust. 3 art. 144 enumeratywnie wylicza wyjątki, kiedy taka kontrasygnata nie obowiązuje i w punkcie 17 stanowi, że nie obowiązuje ona przy „powoływaniu sędziów”. Najwyraźniej jednak obywatel Żurek dopuścił sobie do głowy, że skoro punkt 17 mówi tylko o „sędziach” – ale o „asesorach” – ani słowa – to nieomylny to znak, że w przypadku asesorów kontrasygnata obowiązuje. Pozornie trzyma się to kupy, bo punkt 17, podobnie jak cały ust. 3 art 144 konstytucji, ma charakter wyjątku od zasady kontrasygnowania, a wyjątków nie powinno się interpretować rozszerzająco.
Z drugiej jednak strony obowiązują pewne zasady wykładni prawa, których studenci uczą się już na pierwszym roku studiów. Jest mianowicie zasada a maiori ad minus, która mówi, że komu wolno czynić więcej, temu wolno czynić mniej. Skoro prezydent może bez kontrasygnaty premiera mianować sędziów – również Sądu Najwyższego – to tym bardziej może mianować asesorów sądowych – bo stanowisko asesora w hierarchii stoi niżej, niż stanowisko sędziego. Toteż pan minister Bogucki z Kancelarii Prezydenta wyśmiał „doradców” obywatela Tuska, że wsadzili go na minę, w dodatku wiedząc, że Trybunał Konstytucyjny wcześniej potwierdził, że nominacje sędziowskie i asesorskie kontrasygnaty nie wymagają. Oczywiście obywatel Żurek Waldemar Trybunału Konstytucyjnego „nie uznaje” – ale wygląda na to, że zapomniał również o zasadzie a maiori ad minus – o ile w ogóle cokolwiek zapamiętał z okresu studiów. W tej sytuacji możemy tylko ubolewać, że nasz nieszczęśliwy kraj administrowany jest przez zadowolonych ze swego rozumu hebesów.
Wracając do uroczystości z okazji rocznicy zaprzysiężenia pana prezydenta, to w przemówieniu wspomniał on o ponad 20 swoich inicjatywach ustawodawczych, które marszałek Sejmu, obywatel Czarzasty Włodzimierz, umieścił w sejmowej zamrażarce. Tę wiadomość zebrani skwitowali okrzykami: „precz z komuną” i w ogóle stwarzali wrażenie, że vaginetem obywatela Tuska Donalda pogardzają. W związku z tym działacze Volksdeutsche Partei natychmiast podnieśli klangor, ile ta uroczystość kosztowała i kto będzie za to płacił.
Pan minister Szefernaker z Kancelarii Prezydenta wyjaśnił, niczym chłop krowie, że z budżetu Kancelarii – ale działacze nie przyjmowali tego do wiadomości, pragnąc zademonstrować troskę o pieniądze podatników. Kto to widział, żeby prezydent wydawał pieniądze z budżetu Kancelarii? „A pula nie jest do kradzieży; pula się cała nam należy” – pisał Janusz Szpotański w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak”, który za rządów vaginetu obywatela Tuska Donalda nabiera nieoczekiwanej aktualności. Najdalej w potępieniu pana prezydenta posunęła się madame Agnieszka Kublik z Judenratu, która nazwała pana prezydenta Nawrockiego „uzurpatorem”. Najwyraźniej jeszcze nie ochłonęła z euforii, jaka ogarnęła sympatyków Volksdeutsche Partei po tym, jak na skutek przeszacowania sondażowych wyników wyborów prezydenckich, Rafał Trzaskowski przez całe dwie godziny myślał, że to on został prezydentem.
Pana prezydenta Nawrockiego ofuknął również Książę-Małżonek, który przez jakiś Sanhedryn typowany jest na przyszłego prezydenta. Książę-Małżonek, który dotychczas ocierał się o genialność przy wiązaniu krawatów i puszczaniu złotych myśli nie tylko w fotel, ale udostępniając je również w mediach społecznościowych, z wysokości wieży z kości słoniowej, przy okazji mianowania wspomnianych 200 asesorów, zarzucił panu prezydentowi uzurpowanie sobie konstytucyjnych kompetencji. Wypadałoby w związku z tym rozebrać z uwagą, czy Książę-Małżonek czerpie z krynicy mądrości bijącej w Judenracie, czy może odwrotnie – czy Judenrat czerpie z mądrości Księcia-Małżonka?
Ja bym zasobów krynicy mądrości Księcia-Małżonka nie przeceniał, a okazji dostarczyła ruska prowokacja w Tarnawie Dużej, gdzie – jak wiadomo – spadła rakieta. Nie tylko spadła, ale i wybuchła wybijając dół o średnicy 10 metrów i głębokości metrów 5. Według komunikatów z czeluści vaginetu obywatela Tuska Donalda, wszystko było w jak najlepszym porządku, bo „procedury zadziałały prawidłowo”. Tak w każdym razie zapewniła obywateli pani Magdalena Sobkowiak-Czarnecka, piastująca w vaginecie fuchę wiceministra obrony.
Co prawda syreny zawyły ze zgrozą, gdy już było po wszystkim, ale wiadomo przecież, że lepiej późno, niż wcale. Za to dół sprawnie zasypano – „żeby śladów nie zostawiać, żeby śladu nie zostało” – jak pisał poeta: „Przychodzimy, odchodzimy, cichuteńko na paluszkach, żeby śladów nie zostawiać, żeby śladu nie zostało. (…) Miasta nasze, domy nasze na uwięzi się kołyszą; tuż nad ziemią, ledwo-ledwo – jak wiatr mały, to nie widać.”
Wracając tedy do Księcia-Małżonka, to przypomniał on o swojej inicjatywie, żeby Polska zestrzeliwała ruskie rakiety jeszcze nad Ukrainą. Wprawdzie starsi i mądrzejsi, na przykład sekretarz generalny NATO Mark Rutte przestrzegał, że w ten sposób NATO zostałoby wciągnięte do wojny z Rosją – a właściwie nie tyle NATO, co Polska i to w sposób nie rodzący żadnych zobowiązań Sojuszu z art. 5, który przewiduje uruchamianie procedur sojuszniczych tylko w przypadku „zbrojnej napaści” na państwo-członka NATO – ale nie w przypadku, gdy to państwo samo na kogoś napadnie, albo samowolnie włączy się do toczącej się wojny – ale Książę-Małżonek najwyraźniej wie swoje. Więc już lepiej, żeby wiązał krawaty – bo tu naprawdę ociera się o genialność.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Obecnie, w dystopijnej rzeczywistości, rząd USA monitoruje konta w mediach społecznościowych osób sprzeciwiających się szybko rozprzestrzeniającemu się instalowaniu kamer monitorujących Flock na terenie Stanów Zjednoczonych.
„Rządowe centra nadzoru monitorują wirusowe posty na Instagramie wymierzone w Flock, ostrzegając lokalną policję o zbliżających się wydarzeniach DeFlock, w tym o tym zaplanowanym na przyszły tydzień, i nakazały policji „zwiększenie liczby patroli wokół ALPR [automatycznych czytników tablic rejestracyjnych]” w związku z rosnącym sprzeciwem wobec Flock, jak wynika z rządowych biuletynów wywiadowczych uzyskanych na podstawie wniosków o udostępnienie informacji publicznej. Dokumenty ostrzegają również przed urządzeniami, „które mogłyby zostać użyte do identyfikacji lokalizacji kamer Flock”.
Masowa inwigilacja dramatycznie nasila się na całym świecie, a społeczeństwo jest coraz bardziej niezadowolone z niszczących dusze, niszczących planetę i morderczych nadużyć imperialnego status quo. Aby nas utrzymać w poddaństwie, muszą nas kontrolować. Aby nas kontrolować, muszą nas szpiegować. Właśnie o to chodzi w tych wszystkich rosnących autorytarnych środkach.
❖
Dziś, w dystopii, dyrektor generalny OpenAI, Sam Altman, twierdzi, że jesteśmy o krok od stworzenia sztucznej inteligencji, która będzie monitorować każdy aspekt naszego życia 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, aby zapewnić jej szerszy „kontekst” dla pomocy, którą może nam zaoferować przez cały dzień.
„Myślę, że zbliżamy się do świata, w którym potomek ChatGPT będzie mógł cały czas obserwować ekran twojego komputera, oglądać każde spotkanie, w którym uczestniczysz, nagrywać każdą rozmowę i tak dalej, mając idealny kontekst do całego twojego życia, do wszystkiego, co widzisz” – powiedział Altman podczas niedawnego wydarzenia Internapalooza.
„Możesz po prostu mieć coś, co działa jak praca z Tobą, i kiedy piszesz ofertę sprzedaży dla klienta albo dokument strategiczny, system po prostu powie: „Hej, może masz inny pomysł albo myślę, że popełniasz błąd. Powinieneś to rozważyć albo mogę zrobić to za Ciebie, żeby Ci pomóc”. Myślę, że jesteśmy tylko o jedną generację od tego, żeby to naprawdę stało się niezwykle użyteczne” – powiedział Altman .
Zapytany przez gospodarza Cory’ego Levy’ego, jak długo jego zdaniem potrwa wprowadzenie takiego produktu na rynek, Altman odpowiedział, że „w ciągu najbliższych sześciu miesięcy”.
Znowu mamy do czynienia z naciskiem na to, by technologia monitorowała każdy aspekt naszego życia. To przynosi korzyści komuś innemu, a nie nam.
A co może ważniejsze, kto chciałby tak żyć? Kto chciałby spędzić całe życie będąc monitorowanym przez chatbota i otrzymując porady sztucznej inteligencji dotyczące tego, jakie decyzje podejmować w każdej chwili? Cóż za żałosny sposób na życie.
Ci dziwolągi nie tylko zatruwają nasze środowisko, ale i nasz gatunek. Niszczą istotę człowieczeństwa. W tym wszystkim jest tyle brzydoty.
❖
Dziś, w dystopijnej rzeczywistości, autonomiczne drony policyjne stają się normą na terenie całych Stanów Zjednoczonych.
Policja w miastach w całych Stanach Zjednoczonych prowadzi kampanię PR promującą drony, ponieważ setki lokalnych departamentów policji przygotowują się do wdrożenia autonomicznych, sterowanych sztuczną inteligencją dronów obserwacyjnych. Drony są w stanie śledzić pojedynczy pojazd na terenie całego miasta, nagrywać materiał przez okna mieszkań i ogólnie rejestrować codzienne życie z powietrza, nie będąc zauważonymi.
„Do lutego ponad 1000 organów ścigania i służb bezpieczeństwa publicznego otrzymało od Federalnej Administracji Lotnictwa (FAA) zezwolenia na używanie autonomicznych dronów obserwacyjnych w ramach tzw. programów „dronów jako pierwszych respondentów” (DFR), zgodnie z publicznymi danymi uzyskanymi przez Electronic Frontier Foundation (EFF) i opublikowanymi w lipcu. Chociaż lista beneficjentów zezwoleń obejmuje straż pożarną i inne jednostki pierwszej pomocy, zdecydowana większość to organy ścigania, w tym policja w dużych i małych miastach”.
Truthout wyjaśnia, że te policyjne drony różnią się od poprzednich tym, że nie wymagają pilota sterującego nimi zdalnie z ziemi. Są pilotowane przez sztuczną inteligencję, co umożliwia jednemu policjantowi nadzorowanie wielu dronów sterowanych przez boty jednocześnie.
To prawda, dzieciaki, witajcie w przyszłości, gdzie niebo zapełnia się sztuczną inteligencją dronów policyjnych, a planeta płonie.
❖
Dziś, w dystopijnej Australii, doszło do pierwszego autonomicznego cyberataku z wykorzystaniem sztucznej inteligencji (AI). Mężczyzna poprosił swojego chatbota o umówienie wizyty na siłowni. Sztuczna inteligencja włamała się do oprogramowania do rezerwacji na siłowni bez pytania i usunęła kogoś z listy oczekujących, aby zainstalować aplikację w dogodnym dla niego terminie.
Australijska prasa świetnie się bawi, opowiadając tę historię, bo brzmi ona słodko i komicznie, dopóki nie zastanowimy się głębiej nad potencjalnymi skutkami tych rzeczy w miarę jak technologia staje się coraz bardziej zaawansowana i powszechna.
Otwieramy całą puszkę Pandory pełną nieprzewidywalnych konsekwencji, pozwalając firmom zajmującym się sztuczną inteligencją na swobodne narzucanie naszych technologii społeczeństwu, niemal bez żadnych regulacji i nadzoru.
❖
Dziś w dystopii Axios opublikował artykuł zatytułowany „ Klub książki o robotach ”, w którym autor Nicholas Johnston pisze: „Sztuczna inteligencja stała się moim towarzyszem czytania podczas gdy przedzierałam się przez moją listę letnich książek, co pomagało mi śledzić fabułę i bohaterów, odkrywać wątki i rozumieć starą, kwiecistą prozę”.
Bez cienia wstydu Johnston opowiada, jak chatbot tłumaczył mu książki, które czytał, rozdział po rozdziale, bo czytanie jest zbyt trudne i skomplikowane dla jego ślicznej główki. Opisuje, jak sztuczna inteligencja zgodziła się z nim, że proza w „Ostatnim Mohikaninie” jest zbyt trudna do czytania bez pomocy technologicznej, potwierdzając jego prośbę zapewnieniem, że „zdania Coopera są długie, a jego dykcja archaiczna”.
Ten cały bełkot o sztucznej inteligencji sprawia, że ludzie stają się głupsi i gorsi pod praktycznie każdym możliwym względem, a główne media, takie jak Axios, normalizują to i zapewniają nas, że tak właśnie powinno być.
Jeśli kiedykolwiek nadszedł czas, żeby odmówić podążania za stadem, to jest to właśnie ten moment.
Kapitalizm uczy nas obwiniania się nawzajem za systemowe nadużycia
Nasze umysły zostały pieczołowicie wyćwiczone tak, aby akceptować imperialny status quo jako coś normalnego i zdrowego, a każdą porażkę systemu uważać za porażkę jednostki.
Imperium kapitalistyczne zrzuca winę za wszystkie problemy systemowe na jednostkę.
Problemem nie są wielkie korporacje-miliarderzy zanieczyszczające planetę, ale to, że jeździsz samochodem.
Problemem nie jest to, że jest coraz trudniej o pieniądze na życie, ponieważ klasa rządząca czerpie coraz więcej korzyści z pracy, ale to, że nie pracujesz wystarczająco ciężko i podejmujesz złe decyzje.
Rosnąca brutalność policji nie jest problemem. Problemem jest to, że facet widoczny na popularnym w sieci nagraniu pokazującym brutalność policji nie wykonywał prawidłowo poleceń.
Izrael nie jest nieodwracalnie rasistowskim przedsięwzięciem, którego podstawą jest nieustanna przemoc i apartheid, to po prostu kilku niegrzecznych osadników i kilka czarnych owiec w Siłach Obronnych Izraela.
Nie żyjemy w ściśle kontrolowanej oligarchii, gdzie obie partie w imieniu swoich bogatych darczyńców wywołują wojny, niszczą środowisko, szerzą niesprawiedliwość i tyranię na reszcie ludzkości. Problem polega na tym, że nie głosujecie na właściwych kandydatów.
Nie żyjemy w imperium zła, które żywi się ludzką krwią. To tylko tak wygląda, bo w pewnych momentach historii niektórzy ludzie sprawujący władzę podejmowali niemądre decyzje w zakresie polityki zagranicznej.
Wina zawsze spada na jednostkę, a nie na system. Można to uznać za cyniczną manipulację, ponieważ wina zawsze idzie w jedną stronę:
• Poszczególni dyrektorzy przedsiębiorstw, których decyzje niszczą nasz ekosystem, nigdy nie są pociągani do odpowiedzialności.
• Poszczególni urzędnicy państwowi, których nieuczciwe decyzje w polityce zagranicznej zniszczyły niezliczone ludzkie życia, nigdy nie zostają uwięzieni za zbrodnie wojenne.
• Oligarchowie, którzy czerpią ogromne zyski z rozszerzania państwa policyjnego i czerpią zyski z wojny, tyranii i chorób, mogą nadal kupować polityków i prywatne wyspy bez ponoszenia jakichkolwiek konsekwencji.
Zauważ, że w takich przypadkach zasada „obwiniania jednostki” nigdy nie ma zastosowania. Jeśli chcesz, by te osoby były traktowane jak problem, to jesteś radykałem. Jesteś ekstremistą. Powinieneś zostać wpisany na listę terrorystów. Ty i twoi znajomi powinniście być monitorowani i infiltrowani przez policję federalną. Jeśli chodzi o tych, którzy podtrzymują system i czerpią z niego zyski, obwinianie jednostki jest surowo zabronione.
Uwięzić biedaka za okresowe kradzieże sklepowe, żeby przeżyć? W porządku; powinien był się dobrze zachowywać. Uwięzić miliardera za kupowanie wyborów i zatruwanie naszej planety? To podłe. Wstydź się, że w ogóle tak pomyślałeś.
Uwięzić pracownicę za kradzież od pracodawcy? Tak powinno być; złodzieje powinni być karani. Uwięzić bogatego właściciela firmy za kradzież pensji tysiącom pracowników? Wynoś się stąd, Stalin, to sprawa cywilna. Dostaną swoje wypłaty, kiedy wygrają pozew zbiorowy.
W czasach kapitalistycznego imperium wpaja się nam, że jedyne, co możemy zrobić, to upewnić się, że nie należymy do gigantycznej, permanentnej klasy niższej, która musi cierpieć i harować za marne pensje, będąc zawsze o jeden błąd od nędzy. Przyjmuje się za pewnik, że klasa niższa musi istnieć zawsze, a my, jako jednostki, możemy jedynie podejmować mądre decyzje, aby nie należeć do nieszczęsnego łobuza, na którym zbudowane jest nasze społeczeństwo.
To tak, jakbyśmy wszyscy zostali uwięzieni w zatłoczonym pokoju przez jakiegoś psychopatę, który zalewa całe pomieszczenie wodą i mówi nam przez głośnik: „Teraz lepiej upewnijcie się, że wspinacie się na innych, bo inaczej się utoniecie!”. W tym scenariuszu problemem jest ewidentnie psychopata, ale nas nauczono widzieć w osobach, które nie potrafią utrzymać głowy nad wodą, problem.
Za każdym razem, gdy ktoś w internecie narzeka, jak trudno jest płacić rachunki lub kupić dom w obecnym systemie, jest zalewany przez apologetów kapitalizmu, którzy namawiają go do cięższej pracy, mniejszych wydatków i starań o lepszą pracę. To trochę jak wezwanie straży pożarnej, gdy płonie zatłoczony budynek i usłyszenie: „No cóż, chyba lepiej trzymać się z dala od płomieni”. Niezależnie od tego, jak dobrze ja, jako jednostka, trzymam się z dala od płomieni, w płonącym budynku wciąż są ludzie uwięzieni i potrzebujący pomocy. Rozmowa o moich działaniach jako jednostki to tylko pretekst, by uniknąć odniesienia się do skali problemu.
Ludzie godzą się na te bzdury, bo wpajano nam je przez całe życie. Propaganda nie służy tylko temu, byśmy godzili się na wojny, ale temu, byśmy uwierzyli w cały system.
W muzyce pop chodzi o posiadanie rzeczy i dobrą zabawę.
Programy telewizyjne opowiadają o ludziach, którzy tak dobrze prosperują w obecnym systemie, że mają czas i energię na zabawne wygłupy.
Filmy te opowiadają o bohaterach, którzy wykorzystują swoją siłę woli i ciężko pracują, przy akompaniamencie muzyki, aby pokonać przeszkody i osiągnąć swoje cele.
Wiadomości skupiają się na najnowszych, wzbudzających uwagę kontrowersjach, ignorując przy tym tak straszne rzeczy, jak bezdomność czy przemysłowe ekobójstwo.
W naszej szkole uczymy się, że kraje komunistyczne zawsze były opresyjnymi, totalitarnymi pustyniami, a kapitalizm oferuje nam wolność i szczęście.
Nigdy nie słyszymy sugestii, że sprawy mogłyby być lepsze niż są. W kółko, na niezliczone sposoby, przez całe życie słyszymy, że obecny porządek rzeczy to jedyny sposób, w jaki rzeczy mogą się potoczyć.
Nasze umysły zostały starannie wyćwiczone, aby akceptować imperialny status quo jako normalny i zdrowy, a każdą porażkę systemu postrzegać jako porażkę jednostki. Musimy odzyskać nasze umysły z rąk socjotechników, którzy uwarunkowali nas do takiego myślenia, i zacząć kultywować nieortodoksyjne, nieautoryzowane światopoglądy. Musimy przestać obwiniać się nawzajem za niepowodzenia systemu, przestać wspinać się na siebie nawzajem, aby utrzymać się na powierzchni, i zacząć współpracować, aby wyeliminować psychopatów, którzy uwięzili nas w tym pokoju.
Miliarder z branży technologicznej Peter Thiel od miesięcy publicznie ostrzega przed apokalipsą i totalitarnym rządem światowym. Jako zbawiciela przed apokalipsą i tego, który spełnia biblijne obietnice – takie jak doskonałość, uzdrowienie i nieśmiertelność człowieka – przedstawia on „boga sztucznej inteligencji”. Każdy, kto sprzeciwia się sztucznej inteligencji, jest „Antychrystem”, czyli tym, który powstrzymuje „Mesjasza AI”. Można by pomyśleć, że „gadułów” jest wielu, gdyby Peter Thiel nie był szefem „giganta inwigilacyjnego” Palantir. Ten program ujawnia, kto wypromował „sprytnego dziwaka Petera Thiela” oraz kto stoi za tą gigantyczną mistyfikacją! Ludzkość stoi przed największą pokusą i szansą: całkowite zniewolenie albo zwycięstwo! Źródło.
Geopolitics Prime opublikowała na Telegramie 15.05.2026 r. 13:27, wyniki swojego śledztwa dotyczące źródeł danych firmy Palantir.
Cytat:
Stany Zjednoczone Palantiru(CZĘŚĆ 1)
Przez cały miesiąc zgłębialiśmy, w jaki sposób firma Palantir owinęła swoje macki wokół wszystkich elementów amerykańskiej machiny. Wszystko, co znajduje się poniżej — to autentyczne, udokumentowane i oficjalnie zarejestrowane umowy oraz programy.
Tytuły są klikalne, więc możesz przejść do linków i przeczytać więcej:
🌏 Dekada w cieniu: realizacja misji jeszcze przed zawarciem umów, a teraz kontrola dostępu do systemu;
🌏 Palantir i DHS: ujednolicona platforma łączy dane dotyczące podróży, skany twarzy i rejestry imigracyjne w celu egzekwowania prawa;
🌏Palantir i IRS: zeznania podatkowe i portfele kryptowalutowe przekazywane bezpośrednio do ICE z pominięciem zgody sądowej;
🌏Palantir i ICE: 4 miliardy rekordów, jedna aplikacja, zero udokumentowanych zasad dostępu;
🌏Palantir i HSI: dane z Twojego telefonu są pobierane, a Twoje kontakty są porównywane z bazami danych wiz studenckich;
🌏Palantir i HHS: miliony kart medycznych dostępne do przeszukiwania w systemie wykonawcy z branży obronnej;
🌏Palantir i CDC: oprogramowanie bojowe śledzi teraz ogniska epidemii i decyduje, kto otrzyma szczepionki;
🌏Palantir i FDA: kryzys związany z preparatami dla niemowląt otworzył im drzwi, a teraz posiadają dane dotyczące wszystkiego, co jedzą Amerykanie.
Dalsze dochodzenia będą dotyczyły: zacieśniających się powiązań firmy Palantir z FBI, Departamentem Sprawiedliwości (DOJ), CIA, Służbą Celną i Ochrony Granic (CBP), NASA oraz innymi agencjami federalnymi, które nie zostały jeszcze ujawnione.
To, co już wiemy, to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Coraz więcej kontraktów, coraz więcej integracji i coraz więcej agencji jest podłączanych do tej samej prywatnej platformy.
Koniec cytatu.
Jest później, niż myślisz.
Twórca systemu permanentnej cyfrowej kontroli w celu wprowadzenia Nowego Porządku Świata – NWO – krytykujący poprzednią wersję NWO, jest hochsztaplerem pragnącym zdobyć nasze zaufanie planujący udoskonaloną wersję apokalipsy.
Niedorzeczna wiara we wszechmoc nowej technologii połączona z jeszcze głupszą teorią o przeludnieniu planety jest bardzo popularna wśród transhumanistów i technokratów z ograniczoną do jednego tylko aspektu wizją, mianowicie do cudów techniki pomijająca jakże ważny czynnik ludzki – to główny powód, dla którego ta bezduszna idea skazana jest na porażkę.
Dzisiejsza prognoza pogody na najbliższy tydzień dla Wiednia oraz ostrzeżenie Google.
Jeśli ktoś uważa, że sieję niepotrzebny strach, niech sprawdzi lepiej prognozę pogody, by zostać ostrzeżonym przed letnimi temperaturami latem. Informacja oparta na solidnych i udokumentowanych źródłach ma uprzedzać przed planami globalistów. W przeciwieństwie do histerii klimatycznej strach nie jest moim narzędziem ani celem. Za cel stawiam sobie dostarczanie rzetelnych informacji ukrywanych przez ośrodki społecznego ogłupiania.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Atrofia inteligencji to osłabienie lub zanik zdolności poznawczych i krytycznego myślenia. Wynika ona z braku regularnego wysiłku mentalnego i polegamy w tym na zewnętrznych narzędziach, takich jak sztuczna inteligencja czy internet. Działa to, jak brak ruchu, który osłabia mięśnie.
Kto tak twierdzi? Ta sama sztuczna inteligencja, o której tu jest mowa. Właśnie wyszło moje lenistwo umysłowe, ponieważ zamiast poszukać wśród nobliwych, nie zawsze rzetelnych źródłach jak na przykład Encyklopedia Britannica, zapytałem sprawcę, co jest przyczyną tego problemu.
Obietnica świata bez pracy to zazwyczaj przynęta, mająca na celu skłonienie obywateli do większego polegania na rządzie. Kiedy twoje przetrwanie zależy od systemu, jest znacznie mniej prawdopodobne, że kiedykolwiek się przeciwko niemu zbuntujesz. Nie kąsasz ręki, która cię karmi.
Sztuczna inteligencja nie jest rewolucją przemysłową w tradycyjnym sensie, ponieważ nie jest napędzana popytem wolnego rynku. Większość ludzi może z łatwością obejść się bez sztucznej inteligencji, a korzyści dla ich życia są ledwo zauważalne lub wręcz żadne. Druga rewolucja przemysłowa wprowadziła elektryczność, bezprecedensowy postęp medycyny, komunikację na odległość i łatwy transport; wszystko to, bez czego ludzie nigdy nie chcą się obejść.
Jak dotąd sztuczna inteligencja blednie w porównaniu z nią, a obietnice, które napędzają jej popularność, wymagają renesansu energetycznego, który nie będzie możliwy przez wiele kolejnych dekad. Niestety, najbardziej logicznym zastosowaniem dla rozprzestrzeniania się sztucznej inteligencji jest tłumienie społeczeństwa. Dla autokratów wyścig po sztuczną inteligencję nie polega na poprawianiu przyszłości zwykłego człowieka. Chodzi o wprowadzenie technologii wszechobecnego nadzoru w życie zwykłego człowieka – zanim zdąży on zdać sobie sprawę, że jest przez nią skrępowany.
Naturalna inteligencja ma swoje argumenty, których nie pokonasz.
Ogromne zapotrzebowanie na energię nowych centrów danych przeznaczonych do sztucznej inteligencji napędza w Stanach Zjednoczonych budowę licznych elektrowni gazowych. W Ohio powstaje aż dziesięć nowych obiektów, startup w Zachodniej Wirginii planuje setki generatorów gazowych, a także Elon Musk stawia na turbiny gazowe dla swoich serwerów AI. Energia wiatrowa i słoneczna po prostu nie są w stanie zaspokoić tego gigantycznego, przewidywalnego zapotrzebowania na energię elektryczną.Źródło.
Piszesz pracę doktorską? Cóż jest trudnego w delegowaniu tego zadania na SI? Wielu doktorantów nawet nie wysila się, by przeczytać wygenerowany tekst i oddaje jako własny swojemu promotorowi. A może tworzysz muzykę, piszesz książkę, albo jesteś blogerem lub malarzem? Grok i konkurencja jedynie czeka, by wypełnić takie zadanie.
Tak właśnie te nędzne resztki naturalnej inteligencji, które jeszcze gdzieniegdzie wydostają się na powierzchnię z tego chaosu komputerowych tworów, zostają wygnane na banicję przez zwyczajne lenistwo umysłowe.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Systematyczne ataki Rosji na obwód odeski, które skutecznie przekształciły Ukrainę w państwo śródlądowe, stanowią jak dotąd najistotniejszy przykład konsekwentnych prób Putina, aby deeskalować konflikt poprzez eskalację, w odpowiedzi na narastające, wspierane przez Zachód, ukraińskie ataki w głębi Federacji Rosyjskiej. Ten (choć spóźniony) rozwój sytuacji rozbudził na nowo nadzieje zwolenników Rosji w kraju i za granicą, że końcowym efektem konfliktu na Ukrainie może być powrót obwodu odeskiego do Rosji.
Miasto Odessa, zbudowane przez naród rosyjski, stało się jednym z klejnotów koronnych imperium. Ma zatem dla Rosjan znaczną wartość emocjonalną, a dalsze administrowanie nim przez Ukrainę jest uważane przez rosyjskich patriotów za bezprawne. Niemniej jednak już w grudniu 2023 roku wyjaśniono: „Przypomnienie Putina, że Odessa jest miastem rosyjskim, nie oznacza, że jest ona celem ataku Kremla”. Niezaprzeczalnym faktem jest, że Rosja nie podjęła dotychczas żadnej próby odzyskania obwodu odeskiego podczas operacji specjalnej.
Tej obiektywnej obserwacji nie należy naiwnie błędnie interpretować ani złośliwie przekręcać, sugerując, że zwrot obwodu odeskiego nie służy interesom Rosji. Oznacza to po prostu, że Władimir Putin ewidentnie niczego takiego nie autoryzował. Powodów tego można się jedynie domyślać. Dał jednak do zrozumienia pod koniec ubiegłego miesiąca, grzecznie odrzucając prośbę anonimowego laureata nagrody, aby – jak to ujął – ‚jeszcze odważniej’ przystąpił do operacji specjalnej.
Słowa Putina: „Tutaj, podobnie jak w gospodarce, istnieją ryzyka, które mogą doprowadzić do większych strat na polu bitwy. Dlatego będziemy ostrożnie podchodzić do tych działań, jednocześnie zdecydowanie i konsekwentnie dążąc do osiągnięcia celów, które kraj sobie wyznaczył. Osiągniemy je”.
Z tego można wnioskować, że Putin rozumie ogromne ryzyko, jakie może nieść ze sobą operacja odeska, a także potencjalnie ogromne straty w ludziach po stronie rosyjskiej. Stąd jego niechęć do dania zielonego światła.
Odessa
Ta ocena jest aktualna, pomimo jego czerwcowego oświadczenia złożonego dziennikarzowi, że głównym celem pozostaje ostateczne wyzwolenie Donbasu i Noworosji. Podczas gdy wielu zwolenników Rosji w kraju i za granicą interpretowało jego wzmiankę o Noworosji jako odnoszącą się do regionu historycznego, w tym Odessy, Putin wielokrotnie używał terminu Noworosja w odniesieniu do obwodów chersońskiego i zaporoskiego. Stało się to obecnie jego ulubionym skrótem myślowym, gdy mówi o tych dwóch regionach. Każda inna interpretacja jest pobożnym życzeniem.
Po wyjaśnieniu, co Putin ma na myśli, mówiąc o Noworosji, i po udowodnieniu, że jego niechęć do autoryzacji działań przeciwko Odessie wynika z obaw o straty po stronie rosyjskiej, nadszedł czas, aby rozważyć najbardziej realistyczny scenariusz dla Odessy.
Ponieważ jest mało prawdopodobne, aby region powrócił do Rosji bez ‚czarnego łabędzia’, w najlepszym scenariuszu po zakończeniu konfliktu stacjonować tam będą zaufane, niezachodnie siły pokojowe, które będą monitorować działalność portów w regionie i egzekwować demilitaryzację morską.
Puste półki w kijowskich supermarketach
Interes Rosji nie leży w utrzymaniu faktycznego statusu Ukrainy bez dostępu do morza na czas nieokreślony i utrzymaniu jej statusu państwa upadłego, lecz w zapobieganiu importowi broni drogą morską i użyciu dronów bazujących na morzu. Powojenna odbudowa gospodarcza Ukrainy, leżąca w interesie Rosji, o ile zagrożenia bezpieczeństwa będą utrzymywane pod kontrolą, wymaga wznowienia działalności portów komercyjnych.
Ponieważ Rosja nie może bezpośrednio zagwarantować dalszej demilitaryzacji samego regionu odeskiego, będzie potrzebowała zaufanych, niezachodnich sił pokojowych. Rosja może wkrótce złożyć stosowną propozycję.
Państwo inwigilacji na kołach. Jak amerykańskie kamery Flock budują system kontroli, którego totalitaryzmy XX wieku mogły tylko pozazdrościć.
Wyobraźcie sobie sieć ponad stu tysięcy kamer, które dzień i noc fotografują każdy przejeżdżający samochód. Nie tylko tablicę rejestracyjną. Kolor, markę, model, naklejki, bagażniki, uszkodzenia, nawet tymczasowe tablice. Wszystko trafia do chmury, staje się przeszukiwalne w kilka sekund, a policja – lokalna, stanowa, federalna – może sprawdzić, gdzie dany pojazd był tydzień, dwa czy miesiąc temu. Bez nakazu sądowego. Bez podejrzenia o konkretne przestępstwo. Po prostu dlatego, że „może się przydać”.
To nie science fiction. To Flock Safety – prywatna firma z Atlanty, która w ciągu kilku lat zbudowała największą w historii Stanów Zjednoczonych sieć automatycznych czytników tablic rejestracyjnych (ALPR). Według samego producenta system przekroczył już 100–120 tysięcy kamer w 49 stanach. Przetwarza miliardy odczytów miesięcznie. I choć oficjalnie „nie rozpoznaje twarzy” i „nie identyfikuje ludzi, tylko pojazdy”, w praktyce tworzy coś znacznie groźniejszego: infrastrukturę masowej inwigilacji ruchu, z której korzystają organy ścigania na skalę, jakiej nie znały nawet najsprawniejsze służby totalitarne.
Od lokalnego narzędzia do ogólnokrajowej panoptyki
Kamery Flock instaluje się na słupach, przy skrzyżowaniach, wjazdach do osiedli, parkingach sklepów i firm. Są solarne, tanie w utrzymaniu, prawie niewidoczne. Firma sprzedaje je nie tylko policji, ale też wspólnotom mieszkaniowym i prywatnym właścicielom. Dane z prywatnych kamer często trafiają do tej samej sieci, co policyjne. Powstaje hybrydowy system, w którym granica między bezpieczeństwem publicznym a komercyjną inwigilacją zaciera się całkowicie.
Oficjalna narracja brzmi niewinnie: pomagamy odnajdywać skradzione auta, porywanych dzieci, ściganych przestępców. I rzeczywiście – system generuje alerty o pojazdach z list poszukiwanych. Problem zaczyna się, gdy okazuje się, że te same kamery rejestrowały ruchy tysięcy niewinnych ludzi, a dane były później wykorzystywane do celów, o których lokalne władze nie miały pojęcia.
Audyty w kolejnych miastach – Dayton, Columbus, Denver, San Francisco – ujawniły tysiące nieautoryzowanych wyszukiwań prowadzonych w imieniu federalnych agencji imigracyjnych. Mimo lokalnych zakazów. Mimo zapewnień firmy, że „klienci kontrolują swoje dane”. Okazało się, że ustawienia „national lookup” działały w tle, a dane z lokalnych kamer stawały się częścią ogólnokrajowej bazy. W niektórych przypadkach agencje, które nigdy nie podpisały żadnej umowy, przeszukiwały system setki tysięcy razy.
Jeszcze groźniejsze są przypadki czysto prywatnego nadużycia. Policjanci używali Flocka do śledzenia byłych partnerek, rywali, sąsiadów. W Milwaukee, Albany w Georgii, Savannah i innych miastach oficerowie trafiali za kratki lub byli zwalniani. System, który miał chronić obywateli, stał się narzędziem stalkingów i prywatnych porachunków. A to tylko te przypadki, które wypłynęły na powierzchnię.
Czym to się różni od Chin i klasycznych totalitaryzmów?
Porównanie z Chinami nasuwa się samo. Pekin zbudował najbardziej rozbudowany system nadzoru w historii ludzkości: setki milionów kamer z rozpoznawaniem twarzy, system zaufania społecznego, kontrolę internetu, danych biometrycznych i ruchu. To klasyczny, scentralizowany model totalitarny – państwo jest jednocześnie właścicielem, operatorem i beneficjentem inwigilacji. Obywatel wie, że jest obserwowany, i wie, kto go obserwuje.
Flock działa inaczej. I właśnie dlatego jest pod pewnymi względami bardziej niebezpieczny dla społeczeństw demokratycznych.
Po pierwsze – jest zdecentralizowany i prywatny. Firma nie jest organem państwa. Sprzedaje usługę. Lokalne władze podpisują kontrakty, często nie rozumiejąc w pełni, co kupują. Dane lądują na serwerach prywatnej spółki, a potem – poprzez mechanizmy współdzielenia – stają się dostępne dla tysięcy innych podmiotów. Odpowiedzialność rozmywa się. „To nie my, to system”, „to nie my, to inna agencja”, „to nie my, to ustawienia domyślne”.
Po drugie – system nie potrzebuje ideologii. Klasyczne totalitaryzmy – nazizm, stalinizm, maoizm – wymagały wielkiej narracji, wroga, celu historycznego. Współczesna inwigilacja technologiczna działa w imię „bezpieczeństwa”, „efektywności” i „walki z przestępczością”. Nie trzeba deklarować budowy nowego człowieka. Wystarczy strach przed przestępczością i obietnica, że „tylko złoczyńcy mają się czego bać”.
Po trzecie – obejmuje wszystkich, nie tylko „wrogów ludu”. Stasi potrzebowała armii agentów i donosicieli, by kontrolować społeczeństwo. Flock rejestruje ruch każdego pojazdu, który przejeżdża obok kamery. Nie trzeba być podejrzanym. Wystarczy jeździć samochodem. W erze, w której coraz więcej aktywności życiowej zostawia cyfrowy ślad, mapa przejazdów staje się mapą życia: gdzie pracujesz, gdzie śpisz, kogo odwiedzasz, gdzie protestujesz, gdzie szukasz pomocy medycznej.
Różnica między Chinami a systemem budowanym wokół Flocka nie polega więc na skali kontroli, lecz na jej formie i legitymizacji. W Chinach inwigilacja jest otwarcie polityczna i totalna. W USA powstaje jako produkt uboczny walki z przestępczością, sprzedawany przez prywatną firmę, akceptowany przez lokalne rady miejskie, a potem – gdy infrastruktura już istnieje – wykorzystywany w sposób, którego nikt nie przewidywał (lub nie chciał przewidzieć).
Infrastruktura, której nie da się łatwo cofnąć
Najgroźniejszy aspekt Flocka nie leży w konkretnych nadużyciach, lecz w samym fakcie stworzenia trwałej, skalowalnej infrastruktury. Gdy sieć kamer istnieje, pokusa, by z niej korzystać coraz szerzej, staje się niemal nieodparta. Dziś – skradzione auta i Amber Alerty. Jutro – kontrola imigracyjna. Pojutrze – śledzenie protestujących, osób poszukujących aborcji w innym stanie, czy po prostu „podejrzanych” o niewłaściwe poglądy.
Historia pokazuje, że systemy inwigilacji rzadko kurczą się dobrowolnie. Łatwiej je rozbudowywać niż demontować. Kilkadziesiąt amerykańskich miast anulowało już kontrakty z Flockiem. Niektóre zasłaniały kamery workami. Aktywiści tworzą mapy lokalizacji (DeFlock). Ale sieć jako całość rośnie. Firma wprowadza nowe „zabezpieczenia” – wymóg numeru sprawy, ograniczenia udostępniania – które krytycy uważają za kosmetyczne. Bo problem nie leży w szczegółach interfejsu, lecz w samej logice systemu: zbieraj wszystko, bo nigdy nie wiadomo, co będzie potrzebne.
Lekcja dla Europy i Kanady
Flock Safety praktycznie nie działa poza Stanami Zjednoczonymi. Kanadyjskie i europejskie służby używają innych systemów ALPR, działających w bardziej restrykcyjnych ramach prawnych. Ale logika jest ta sama. Technologia tanieje. Firmy oferują „rozwiązania”. Politycy obiecują bezpieczeństwo. A społeczeństwo, zmęczone przestępczością i chaosem, coraz chętniej oddaje kolejne skrawki prywatności.
Różnica między demokracją a systemem totalitarnym nie polega wyłącznie na tym, kto formalnie sprawuje władzę. Polega też na tym, czy obywatele mają realną możliwość ograniczenia władzy, gdy ta staje się zbyt inwazyjna. System Flocka – zdecentralizowany, prywatny, technologicznie zaawansowany – testuje właśnie tę granicę. Tworzy infrastrukturę, która w rękach życzliwych władz wydaje się użyteczna, a w rękach mniej życzliwych staje się narzędziem kontroli o skali, o jakiej marzyły służby XX wieku.
Pytanie nie brzmi już, czy taka sieć jest możliwa. Ona już istnieje. Pytanie brzmi, czy społeczeństwo, które jeszcze formalnie nazywa się wolnym, potrafi ją ograniczyć, zanim stanie się nieodwracalnym elementem pejzażu. Bo gdy każdy samochód zostawia cyfrowy ślad, a każdy ślad można przeszukać – wolność przestaje być stanem domyślnym. Staje się wyjątkiem, który trzeba udowodnić.
Autorstwo: Andrzej Kumor Ilustracja: WolneMedia.net (CC0) Źródło: Goniec.net
Więzienie, które nigdy nie spało – w którym dziś żyjemy.
W 1785 roku angielski filozof Jeremy Bentham zaprojektował budowlę, która miała zrewolucjonizować nie tylko system penitencjarny, lecz także sposób myślenia o władzy. Nazywał ją Panopticon – od greckich słów „wszystko” i „widzieć”. Idea była prosta i genialna zarazem: okrągły budynek więzienny z celami rozmieszczonymi wokół centralnej wieży obserwacyjnej. Strażnik znajdujący się w wieży mógł w każdej chwili zobaczyć każdego więźnia, natomiast więzień nigdy nie wiedział, czy jest właśnie obserwowany.
Bentham zakładał, że sama możliwość bycia obserwowanym wystarczy, by skłonić człowieka do samokontroli. Nie trzeba bić, nie trzeba nawet nieustannie patrzeć. Wystarczy, że więzień wie, że może być widziany. Władza staje się wtedy niemal niewidzialna, a jednocześnie wszechobecna. Koszty spadają, dyscyplina rośnie, a człowiek zaczyna pilnować sam siebie.
Ponad dwieście lat później żyjemy w świecie, który w dużej mierze zrealizował tę logikę – tylko bez murów i krat.
Od architektonicznej wizji do cyfrowej rzeczywistości
Michel Foucault w Nadzorować i karać (1975) dostrzegł w panoptykonie coś więcej niż projekt więzienia. Widział w nim diagram nowoczesnej władzy: władzy, która nie musi już karać spektakularnie, lecz dyscyplinuje poprzez nieustanną widzialność. Współczesne społeczeństwa – zdaniem Foucaulta – funkcjonują według tej samej zasady: szkoły, szpitale, fabryki, a dziś także platformy cyfrowe i przestrzenie publiczne.
Dziś panoptykon nie potrzebuje już wieży. Ma kamery na ulicach, smartfony w kieszeniach, algorytmy w chmurze i profile w mediach społecznościowych. Każdy z nas jest jednocześnie strażnikiem i więźniem.
Smartfon rejestruje lokalizację, historię wyszukiwania, czas spędzony przy aplikacji, tempo chodzenia, a nawet sposób trzymania telefonu. Platformy społecznościowe nie tylko zbierają dane – one je monetyzują i wykorzystują do przewidywania zachowań. Reklamy, treści, a nawet sugestie polityczne docierają do nas na podstawie modeli, których niemal nikt nie kontroluje. Nie wiemy, kiedy jesteśmy „obserwowani” przez algorytm – i właśnie dlatego zaczynamy zachowywać się tak, jakbyśmy zawsze byli.
Brak prywatności jako nowa normalność
W klasycznym panoptykonie więzień wiedział, że znajduje się w więzieniu. Współczesny człowiek często nie zdaje sobie sprawy, że jego życie prywatne stało się towarem. Dane o zdrowiu, preferencjach seksualnych, poglądach politycznych, relacjach rodzinnych i stanie konta bankowego krążą między korporacjami, brokerami danych, a nierzadko także służbami.
Rządy – zarówno demokratyczne, jak i autorytarne – wykorzystują te same technologie. Systemy rozpoznawania twarzy, monitoring przestrzeni publicznej, analiza metadanych komunikacyjnych – wszystko to działa według logiki „lepiej zapobiegać niż leczyć”. Argument bezpieczeństwa publicznego staje się legitymacją dla coraz szerszego dostępu do życia obywateli. Problem polega na tym, że raz stworzona infrastruktura rzadko bywa demontowana. To, co wprowadzono „tymczasowo” po atakach terrorystycznych czy pandemii, zwykle zostaje.
Jeszcze subtelniejszy jest efekt samocenzury. Ludzie coraz częściej unikają wyrażania kontrowersyjnych opinii, nie dlatego, że ktoś im tego zakazał, lecz dlatego, że nie wiedzą, kto i kiedy może to wykorzystać. Pracodawca, bank, ubezpieczyciel, przyszły partner, algorytm scoringowy – wszyscy mogą mieć dostęp do fragmentów naszej cyfrowej tożsamości. Panoptykon działa najskuteczniej wtedy, gdy strach przed byciem zobaczonym staje się nawykiem.
Społeczeństwo, które samo się pilnuje
Bentham wierzył, że jego projekt będzie narzędziem reformy i postępu. Foucault pokazał, że stał się on modelem władzy dyscyplinarnej. Dziś widzimy trzecią warstwę: panoptykon nie jest już tylko architekturą instytucji – stał się architekturą codzienności.
Nie oznacza to, że każdy jest stale śledzony przez konkretnego strażnika. Oznacza to, że system jest zaprojektowany tak, by możliwość nadzoru była permanentna, a koszt prywatności – coraz wyższy. Im więcej danych oddajemy „dla wygody”, tym trudniej odzyskać kontrolę. Im bardziej normalizujemy bycie widzialnym, tym bardziej anormalna wydaje się próba pozostania niewidocznym.
Pytanie, które stawia przed nami dziedzictwo Benthama, nie brzmi już: „Czy ktoś nas obserwuje?”. Brzmi raczej: „Czy potrafimy jeszcze wyobrazić sobie życie, w którym nie musimy się z tym liczyć?”.
Bo panoptykon nie potrzebuje już wieży. My sami nosimy ją w kieszeni.
Vera Sharav, ocalała z nazistowskiego obozu koncentracyjnego, dostrzega podobieństwo między nazistowskimi lekarzami zabijającymi ludzi a lekarzami zajmującymi się Covid-19, którzy również zabijają ludzi
„Protokoły stosowane w szpitalach podczas pandemii Covid były mordercze… i… przypominają doświadczenia z czasów nazistowskich, kiedy szpitale zamieniono w miejsca morderczych operacji”
„Tak właśnie było podczas pandemii Covid. Zarówno respiratory, jak i remdesiwir – mam na myśli to, że nie były to wcale środki lecznicze. Nie.”
„A naziści nazywali niegodnych »bezużytecznymi konsumentami«, co oczywiście ma również aspekt ekonomiczny, i w czasie pandemii Covid widzieliśmy, jak to się faktycznie rozgrywało w szpitalach”.
„Dość szybko to dostrzegłam w kontekście Covid… przejęcie kontroli nad środowiskiem medycznym, nad zawodami medycznymi. Lekarze stanowili największą grupę profesjonalistów, którzy wstąpili do partii nazistowskiej, gdy było to dobrowolne. I to właśnie naziści wybierali ofiary przeznaczone do eksterminacji”.
„I nie zaczęło się to od Żydów; zaczęło się od niemieckich niemowląt i małych dzieci, które uznano za zanieczyszczających pulę genetyczną, ponieważ nie były idealne”.
„Eugenika jest tak naprawdę prawdziwym wirusem. To wirus, który jest najbardziej zaraźliwy i zatruwa społeczeństwo od samego początku. Istniała ona już nawet w czasach starożytnej Grecji”.
Radar geopolityczny Hollistera, 10–16 sierpnia 2026 r.
Linie frontu tego tygodnia nie ograniczają się tylko do miejsc, gdzie padają strzały: Waszyngton eskaluje wojnę gospodarczą z Iranem, wpływając tym samym na chińskie zaopatrzenie energetyczne; porty i szlaki handlowe na Morzu Czarnym stają się drugim frontem; a amerykański plan wobec Strefy Gazy zostaje udaremniony przez opór Izraela.
„Geopolitics Radar” Hollistera ujawnia, jak sankcje, surowce, szlaki morskie i układy polityczne zmieniają równowagę sił – i dlaczego ostatecznie rachunek często płacą ci, którzy nie uczestniczą w negocjacjach.
Radar geopolityczny z okresu 10–16 sierpnia 2026 r.
USA nałożą ósmą rundę sankcji na Iran w 2026 r., Waszyngton będzie opierał się na presji gospodarczej (7 sierpnia 2026 r.)
W tym tygodniu zabrakło bezpośrednich ataków między USA a Iranem – Waszyngton przeniósł presję na arenę gospodarczą. Departament Skarbu USA poinformował, że obrał sobie za cel osoby, kantory wymiany walut i firmy w kilku krajach, które rzekomo pomagały irańskiemu Bankowi Shahr w potajemnym transferze setek milionów dolarów; według obliczeń departamentu, była to ósma runda sankcji wobec Iranu w 2026 roku w ramach deklarowanej polityki „maksymalnej presji”. Sekretarz Skarbu Scott Bessent ogłosił izolację gospodarczą, jakiej świat „nigdy nie widział”; prezydent Trump stwierdził, że wyższe ceny benzyny są warte kosztów zapobieżenia irańskiej broni jądrowej. Iran odrzucił wizję zbliżającego się upadku, wskazując na obejścia wypracowane przez lata; niezależne dowody skuteczności najnowszych środków były niedostępne do weekendu. W książce „ Three Levers, Four Counters” omówiono, jak blokady morskie, oznaczenia OFAC i dźwignie taryfowe łączą się w jedną klawiaturę . Szczegółowy tydzień jest oddzielony aktualizacją dotyczącą Iranu z 12 sierpnia i aktualizacją dotyczącą Iranu z 16 sierpnia .
HORMUS: POROZUMIENIE IRAN-OMAN W TOKU, TEHERAN ODMAWIA NACISKÓW (14 SIERPNIA 2026)
Po raz pierwszy od tygodni pojawia się ruch w sprawie Cieśniny Ormuz: Według amerykańskiego urzędnika Iran i Oman pracują nad porozumieniem o przywróceniu wolnego handlu przez cieśninę; Waszyngton zniesie blokadę irańskich portów po przywróceniu swobodnego ruchu. Teheran jednocześnie odrzucił amerykańskie naciski – irański wiceminister spraw zagranicznych oświadczył, że Ormuz nie może zostać zdobyty „za pomocą tweeta” ani przy użyciu lotniskowca. Jednocześnie irański parlament rozważał projekt ustawy, która nakładałaby opłaty i blokowałaby statki z USA i Izraela. Procedura pozostaje odwołalna w dowolnym momencie i wiąże jej wdrożenie z ustępstwami ze strony Iranu; dla państw nadbrzeżnych pozostaje niejasne, kto będzie ustalał zasady, żądał płatności i egzekwował ich przestrzeganie w przyszłości. Film dokumentalny „ Kto korzysta na wojnie w Zatoce Perskiej? ” analizuje kształtujący się porządek w Zatoce Perskiej, który stoi za tymi zmianami, i przedstawia początkową sytuację państw nadbrzeżnych w filmie „ Podążając za ropą, część 3 ”.
USA PRZENOSZĄ STOWARZYSZENIE NASTĘPCY W CELU ZASTĄPIENIA USS ABRAHAM LINCOLN (14 SIERPNIA 2026 R.)
Stany Zjednoczone wysyłają na Bliski Wschód kolejną grupę uderzeniową lotniskowców, która ma zastąpić USS Abraham Lincoln, operujący tam od miesięcy. Ten krok zbiega się z doniesieniami o niepewnych warunkach na pokładzie Lincolna, na które publicznie zwracali uwagę niektórzy członkowie Kongresu. Oznaczałoby to, że dwie grupy lotniskowców znajdowałyby się czasami w zasięgu Zatoki Perskiej – sytuacja ta zwiększa presję na negocjacje dotyczące kwestii Ormuzu. Rolą lotniskowca jest nie tyle prowadzenie bezpośredniej wojny, co tworzenie czynnika odstraszającego w toczących się rozmowach na temat cieśniny i irańskiego eksportu ropy naftowej. Film dokumentalny „ When Osprey and Marines Arrive” wyjaśnia, dlaczego to połączenie ciężkiego lotnictwa i sił desantowych przede wszystkim stwarza możliwości działania, a nie tylko sygnalizuje obecność.
UKRAIŃSKIE DRONY SPOTYKAJĄ SIĘ Z INFRASTRUKTURĄ NAFTOWĄ I LOGISTYKĄ JAGÓD W BASHKORTOSTANIE (12–13 SIERPNIA 2026)
W nocy 13 sierpnia ukraińskie drony zaatakowały cele położone głęboko w głębi Rosji: Według ukraińskich źródeł, zaatakowano infrastrukturę naftową i centra logistyczne należące do internetowego sprzedawcy Wildberries w Baszkirii, ponad 1000 kilometrów od granicy. Rosja poinformowała o zestrzeleniu wielu dronów i odpowiedziała zmasowanym atakiem około 133 dronów. Analiza zdjęć satelitarnych wskazuje, że znaczna część zasobów magazynowych została uszkodzona. W ten sposób Ukraina po raz kolejny przenosi wojnę do regionów, które wcześniej uważały się za bezpieczne – i do codziennego życia dziesiątek tysięcy drobnych sprzedawców detalicznych. Fakt, że europejskie komponenty nadal trafiają do rosyjskich dronów szturmowych, udokumentowano w artykule „Niemieckie chipy dla rosyjskich dronów” ; sytuację z tego tygodnia podsumowano w aktualizacji z Ukrainy z 14 sierpnia .
ATAK NA BAZĘ MORSKĄ W NOWOROSSIJSKU (13-14 SIERPNIA 2026)
Ukraina rozpoczęła zakrojony na szeroką skalę atak na rosyjską bazę nad Morzem Czarnym w Noworosyjsku; prezydent Zełenski mówił o „unikalnej operacji”, w której po raz pierwszy wykorzystano 14 krajowych dronów powietrznych i morskich, rozmieszczonych w skoordynowany sposób. Według Sztabu Generalnego, cztery okręty wojenne – fregaty Admirał Makarow i Admirał Essen, okręt rakietowy Bujan-M oraz okręt patrolowy Wasilij Bykow – zostały uszkodzone przez drony Palianycia, pociski manewrujące Neptun i drony nawodne. Atak przenosi punkt ciężkości działań wojennych na morze, w głąb rosyjskiej infrastruktury bazowej. Artykuł „Wieczny wyścig” wyjaśnia, dlaczego nawet silniejsze systemy obronne wyczerpują się w wyścigu zbrojeń ; sytuację z tego tygodnia podsumowano w aktualizacji „Ukraina” z 14 sierpnia .
TATARSTAN: ATAK DRONA POWODUJE ZGINĘCIE CO NAJMNIEJ DWUNASTU OSÓB (15 SIERPNIA 2026 R.)
SELENSKYJ ŻĄDA PIĘCIU PROCENT AKCJI AMERYKAŃSKIEJ FIRMY PATRIOT Z WASZYNGTONU (13–14 SIERPNIA 2026)
Prezydent Zełenski publicznie zwrócił się do Waszyngtonu z prośbą o część amerykańskich rakiet Patriot: pięć procent, aby pomóc Ukrainie przetrwać zimę, i dziesięć procent na kompleksową ochronę. Prośba ta wynika z dotkliwego niedoboru pocisków przechwytujących, który sprawia, że ukraińska obrona powietrzna ledwo jest w stanie bronić się przed atakami balistycznymi; system krajowy jest wciąż w fazie rozwoju. Brak dostaw z Zachodu pogłębiłby tę lukę w okresie zimowym, kiedy Rosja, opierając się na dotychczasowych doświadczeniach, atakuje infrastrukturę energetyczną i mieszkaniową. Artykuł „Wieczny wyścig ” wyjaśnia, dlaczego nawet technicznie zaawansowane systemy rakietowe uwikłane są strukturalnie w wyścig kosztów i ilości; dossier „ISCANDER” i „KINSHAL” opisują podstawowe klasy uzbrojenia .
ZERWANIE UMOWY ZABIJA ROSYJSKIEGO KAPITANA NA MORZU W SEWASTOPOLU (13 SIERPNIA 2026)
W Sewastopolu, na anektowanym przez Rosję Krymie, ładunek wybuchowy zabił kapitana marynarki wojennej, jak podają rosyjskie władze; podejrzany został aresztowany. Władze zaklasyfikowały incydent jako atak ukierunkowany. Półwysep służy Rosji zarówno jako baza wypadowa, jak i zaopatrzeniowa i od miesięcy jest poddawany wzmożonym atakom. Ataki na poszczególnych oficerów na terytorium kontrolowanym przez Rosję stają się coraz częstsze i wiążą siły bezpieczeństwa; incydent ten ma miejsce w tygodniu, w którym obie strony coraz częściej prowadzą wojnę na swoich tyłach. Szczegóły podsumowano w aktualizacji dotyczącej Ukrainy z 14 sierpnia .
Rosja informuje o postępach w pobliżu Kupjańskiego i Słowiańskiego (10–16 sierpnia 2026 r.)
Na froncie wschodnim Rosja odnotowała zdobycze terytorialne w kierunku Kupiańska i Słowiańska. Wiarygodne, niezależne potwierdzenia dokładnej linii frontu nie były dostępne pod koniec okresu sprawozdawczego; obie strony przedstawiają rozbieżne wersje sytuacji. Miasta te od miesięcy uważane są za sporne punkty centralne w Donbasie i obwodzie charkowskim. Chociaż linia frontu praktycznie się nie zmieniła, centrum wojny przesuwa się dalej w głąb lądu – w kierunku rafinerii, portów i węzłów komunikacyjnych. Aktualizacja dotycząca Ukrainy z 14 sierpnia rozróżnia zweryfikowane informacje od jednostronnych narracji.
NETANJAHU ODRZUCA 15-PUNKTOWY PLAN USA, KTÓRY MOŻE ZOSTAĆ ZAAKCEPTOWANY PRZEZ HAMAS (10 SIERPNIA 2026)
Rząd Izraela odrzucił piętnastopunktowy plan USA, na który Hamas wcześniej wyraził zgodę: premier Netanjahu uzależnił wycofanie się od całkowitego rozbrojenia Hamasu. Plan, oparty na „Radzie Pokoju” Donalda Trumpa, przewiduje stopniowe przejście Strefy Gazy. Hamas ze swojej strony oświadczył, że podtrzymuje swoje porozumienie, ale powiąże rozbrojenie z gwarancjami politycznymi. Zatem impas leży po stronie, która nie podpisała planu – a kwestia jego wykonalności pozostaje otwarta. Seria „ Rada Pokoju”, część 1 , część 2 i część 3 , analizuje strukturę tego organu i to, kto sprawuje władzę ; dossier „Hamas” kontekstualizuje wewnętrzną strukturę strony przeciwnej .
PORT BAŁTYCKI UST-ŁUGA UDERZONY, REAKCJA FLANKI NATO (14 SIERPNIA 2026)
Ataki dronów uszkodziły obszar wokół rosyjskiego portu bałtyckiego Ust-Ługa, kluczowego węzła eksportu ropy naftowej, poinformował gubernator regionu. W rezultacie łotewskie wojsko ogłosiło alarm powietrzny, a Finlandia ustanowiła strefę wykluczenia. Te ukraińskie ataki dalekiego zasięgu na rosyjski eksport energetyczny coraz bardziej dotykają sąsiadów NATO. Powody, dla których dostęp do ropy naftowej i zasobów energetycznych od lat ma strategiczne znaczenie, opisano w artykule „Follow the Oil, Part 1 ”.
POŁUDNIOWY LIBAN: ATAKI IZRAELA, HISBOLLAH PRZECHODZI DO ATRYBUCJI (10–16 SIERPNIA 2026)
W południowym Libanie Izrael przeprowadził kolejne naloty, uzasadniając je rzekomymi naruszeniami zawieszenia broni przez Hezbollah. Według analizy przeprowadzonej przez grupę monitorującą konflikt ACLED, ruch ten coraz bardziej skłania się ku strategii wyniszczania, co zapewnia Iranowi trwałą przewagę nad Izraelem i Stanami Zjednoczonymi. Sytuację wzdłuż granicy nadal charakteryzują ofiary cywilne i zniszczenia miast. Armia libańska znajduje się w niepewnej sytuacji między presją ze strony Izraela a obecnością Hezbollahu. Raport „Hezbollah” opisuje genezę ruchu, jego bazę społeczną i strukturę władzy.
TRUMP I IRAN ŻĄDAJĄ WZAJEMNEGO ODSZKODOWANIA, POSTĘPUJĄ NIESPRAWIEDLIWIE (10–11 SIERPNIA 2026)
Podczas gdy Teheran domaga się od Waszyngtonu odszkodowania za szkody wojenne, uwolnienia aktywów i zakończenia wojny, prezydent Trump z kolei domaga się odszkodowania od Iranu – dla ofiar improwizowanych ładunków wybuchowych (IED) i demonstrantów zabitych przez dekady. Spór o warunki wstępne zagraża Porozumieniu z Ormuzu, zanim jeszcze zostało podpisane. W dokumencie „ Three Levers, Four Countermeasures ” analizuje się, jak blokada, nominacje OFAC i cła łączą się w grę ekonomiczną; walka o władzę w Zatoce Perskiej jest tematem aktualizacji z Iranu z 16 sierpnia .
Rosja informuje o odparciu 635 dronów, co stanowi rekord w prowadzeniu wojny dronów (14 sierpnia 2026 r.)
Rosyjskie Ministerstwo Obrony ogłosiło, że w ciągu nocy przechwyciło 635 ukraińskich dronów – co wskazuje na rekordową liczbę, jaką Kijów obecnie rozmieścił na terytorium Rosji. Obserwatorzy interpretują masową reakcję Rosji z użyciem rakiet i dronów jako reakcję na kampanię Ukrainy przeciwko jej sieciom energetycznym i logistycznym. Wojna powietrzna osiągnęła zatem nowy poziom skali. Raport KINSHAL opisuje rodzaj broni wykorzystywanej w rosyjskich kontratakach .
WENEZUELA: USA sprzedadzą dwa zajęte tankowce objęte sankcjami na złom (11 sierpnia 2026 r.)
Rząd USA sprzedał dwa objęte sankcjami tankowce zajęte po operacji wojskowej przeciwko Wenezueli – „Era” (dawniej Marinera/Bella 1) i „Lileo” (dawniej Galileo/Veronica) – dubajskiej firmie recyklingowej Global Marketing Systems; statki mają zostać zezłomowane w Indiach. Sprzedaż odbyła się na mocy nakazu sądowego, choć według prezesa GMS nie zawsze można było jednoznacznie zidentyfikować poprzednich właścicieli. Oba tankowce zostały zajęte w styczniu 2026 roku; łącznie Stany Zjednoczone zajęły do dziesięciu tankowców. Iran potępił to działanie, nazywając je „piractwem”. Precedens ustanowiony przez działania przeciwko Caracas został przeanalizowany w książce „Wenezuela: Breaking Democracy ”; powiązanie decyzji w polityce zagranicznej z akumulacją majątku prywatnego zostało ukazane w książce „Insider Trading off Caracas” .
W NASZYM WŁASNYM IMIENIU
Cztery aktualne analizy z dala od pola bitwy – dwie o pieniądzach i władzy, dwie o nadzorze, który zanika w tym procesie.
Przed wyborami uzupełniającymi do Kongresu w USA w 2026 roku cyfrowa infrastruktura pozyskiwania funduszy obu głównych partii jest pod presją: ActBlue zmaga się z niedostatecznie kontrolowanymi darowiznami zagranicznymi i załamanym działem ds. zgodności, podczas gdy WinRed zmaga się z manipulacyjnymi mechanizmami pozyskiwania darowizn, które skłoniły głównie osoby starsze do dokonywania niechcianych wpłat – a wszystko to w czasie, gdy odpowiedzialna za nadzór nad wyborami Komisja Wyborcza (FEC) jest sparaliżowana. Chodzi tu nie tyle o odosobniony incydent, co o to, kto kontroluje infrastrukturę wyborczą, gdy sędzia jest niezdolny do jej przeprowadzenia. „The Fundraising Machine” analizuje powody, dla których obie strony prowadzą śledztwa wyłącznie przeciwko sobie .
Największa w Europie rafineria tlenku glinu znajduje się u ujścia rzeki Shannon w Irlandii i dostarcza połowę swojej produkcji rosyjskiemu koncernowi, na który UE nałożyła 21 pakietów sankcji. Podczas gdy Bruksela gromadzi tlenek glinu jako kluczowy surowiec obronny, ta sama substancja przepływa bez przeszkód do objętego sankcjami przeciwnika. Ten przypadek pokazuje, jak architektura sankcji może zawieść w swoim własnym łańcuchu dostaw; film dokumentalny „Pułapka tlenku glinu” rekonstruuje, dlaczego Europa nie zajmuje się tym problemem .
W 2026 roku zbiegły się trzy wydarzenia: sąd odebrał najwyższemu organowi ochrony danych środki umożliwiające egzekwowanie jego praw nadzorczych wobec BND (Federalnej Służby Wywiadowczej), rząd niemiecki starał się przyznać tej służbie nowe uprawnienia, a podstawa prawna samej ustawy o BND była przedmiotem przeglądu w Strasburgu. Więcej uprawnień dla służby, mniej dostępu dla organu nadzoru – stopniowa erozja kontroli nad zagranicznymi służbami wywiadowczymi została udokumentowana w dokumencie „ Przestrzenie wolne od kontroli ”.
Federalny Urząd Ochrony Konstytucji i Federalna Służba Wywiadowcza (BND) mają otrzymać uprawnienia do hakowania , analizowania danych biometrycznych w czasie rzeczywistym, wkraczania do domów i tworzenia zautomatyzowanych profili osobowości – podczas gdy organy nadzoru i rozliczania publicznego są likwidowane. Projekt ustawy obiecuje większą kontrolę, ale w rzeczywistości ogranicza ją właśnie tam, gdzie rozszerzane są uprawnienia. Trzecia część analizy, zatytułowana „Luka w kontroli”, ujawnia prawdziwy wpływ tej restrukturyzacji .
TEMATY FOKUSOWE
Od pola bitwy do broni ekonomicznej
W tym tygodniu między USA a Iranem nie padł prawie ani jeden strzał – a jednak konflikt eskalował. Przeniósł się z areny militarnej na ekonomiczną: ósma runda sankcji wobec irańskich banków cieni, zapowiedź bezprecedensowej izolacji gospodarczej, zagrożenie ze strony grupy przewoźników i spór o każdą opłatę, która w przyszłości przepłynie przez rzekę Ormuz. To, co wydaje się chwilowym wyciszeniem, jest w rzeczywistości kontynuacją wojny innymi środkami: handel, energia i infrastruktura finansowa stają się bronią. Ta zmiana nie jest deeskalacją konfliktu, lecz raczej wyborem terenu, na którym sukcesy trudniej zmierzyć, a porażki wolniej się materializują. Kto tu przegrywa, nie przegrywa bitwy, ale dostęp – do kapitału, klientów, kanałów płatności. Dla Teheranu pole bitwy przesuwa się zatem w stronę bilansów: inflacja, kursy walut i dochody z eksportu stają się liniami frontu, gdzie decyduje się o odporności, tak jak w przypadku każdego poligonu rakietowego. Sankcje rzadko mają natychmiastowy skutek; ich siła tkwi w czasie – a czasu jest niewiele w roku wyborczym.
Ujawnia to logikę wykraczającą daleko poza Iran i mającą jeden główny cel: każdy, kto kupuje irańską ropę, staje się celem – a największym nabywcą są Chiny. Właśnie tu leży decyzja: czy Waszyngton może uderzyć gospodarczo w rywala, nie szkodząc własnej gospodarce? Jednocześnie Teheran wskazuje na sieci obejścia sankcji, które przez lata budowały się i amortyzowały poprzednie fale sankcji; otwarte pytanie, czy ósma runda sankcji rzeczywiście wpłynie na te sieci, czy jedynie zwiększy ich koszty, pozostaje eskalacją. Dlaczego dostęp do chińskich zasobów energetycznych był strategicznie planowany od lat, opisano w artykule „ Follow the Oil, Part 1 ”; kto wygrywa, a kto traci w nowym porządku naftowym w Zatoce Perskiej, przeanalizowano w artykule „ Who Benefits from the War in the Gulf?” ; a dlaczego zależność Ameryki od surowców krytycznych ogranicza jej wpływy, pokazano w artykule „The US Materials Paradox ”. Szczegóły tygodnia podsumowano w Iran Update z 16 sierpnia .
Pytania
Kiedy presja ekonomiczna przestaje być narzędziem odstraszania i staje się niezależnym środkiem prowadzenia wojny?
Czy Waszyngton może ograniczyć import ropy naftowej do Chin, nie wpływając przy tym na własne łańcuchy dostaw i ceny dla konsumentów?
Co pozostaje z wojny, w której nikt już nie strzela, a wszystkie strony nadal przegrywają?
Drugi front: Morze Czarne
W tym tygodniu wojna na Ukrainie wyraźnie przenosi się na morze. Ukraińskie drony atakują porty i infrastrukturę naftową głęboko w głębi Rosji, Rosja odpowiada odwetem na porcie w Czarnomorsku, a eksport zboża przez Morze Czarne słabnie. Jednocześnie Kijów, za pośrednictwem państwa trzeciego, oferuje wzajemne porozumienie o powstrzymaniu się od ataków na Morze Czarne – propozycję, którą Moskwa początkowo ignoruje. Morze nie jest już zatem drugorzędnym teatrem działań, lecz samodzielnym frontem. Oba działania – ukraińska ofensywa w głębi lądu i rosyjska odpowiedź na porty – opierają się na tym samym założeniu: uderzyć wroga nie na linii styku, ale na jego liniach zaopatrzeniowych. Tam, gdzie kiedyś liczyły się zdobycze terytorialne, teraz liczy się to, czyje rafinerie działają, czyje porty pozostają otwarte i czyje dostawy docierają na front. Im dłużej front lądowy pozostaje statyczny, tym bardziej wojna będzie rozstrzygać się właśnie na tych obrzeżach.
Podczas gdy Ukraina staje się coraz bardziej ofensywna, jednocześnie staje się coraz bardziej podatna na ataki powietrzne: Zełenski prosi Waszyngton o część zapasów pocisków Patriot, ponieważ jego pociski przechwytujące się wyczerpują. To właśnie jest prawdziwe pytanie tygodnia – czy system obrony powietrznej może być skuteczny bez uzupełnień. Artykuł „Wieczny wyścig” wyjaśnia, dlaczego tarcza bez wystarczającej liczby pocisków przechwytujących jest strukturalnie uwikłana w wyścig ilościowy i kosztowy; aktualizacja z 14 sierpnia dotycząca Ukrainy podsumowuje, jak wojna rozprzestrzenia się poprzez energię, porty i produkcję . Fakt, że nie tylko ukraińska gospodarka wojenna, ale także zaopatrzenie całych regionów świata zależy od tej drogi, sprawia, że Morze Czarne staje się strategicznym punktem zwrotnym tygodnia, w którym linia frontu jest statyczna, a jej peryferie są w stanie niestabilności.
Pytania
Czy przyszłe wojny będą rozstrzygane na froncie lądowym, czy na morzu i szlakach handlowych?
Cóż jest warta oferta wzajemnego niestosowania przemocy, jeśli druga strona milczy?
Jak długo system obrony powietrznej może pozostać skuteczny bez dostaw rakiet przechwytujących?
Plan, którego nikt nie realizuje.
Po raz pierwszy od miesięcy na stole leżał w pełni opracowany plan dla Gazy – i zawiódł nie z powodu Hamasu, a z powodu Izraela. Ruch ten zgodził się na piętnastopunktowy plan USA; premier Netanjahu go odrzucił i uzależnił wycofanie od całkowitego rozbrojenia Hamasu. To odwróciło dotychczasowy schemat: blokadę ponosi strona uważana za najbliższego partnera Waszyngtonu. Dla ludności cywilnej w Gazie oznacza to przede wszystkim, że obiecana transformacja wciąż trwa, podczas gdy ataki trwają, a sytuacja zaopatrzeniowa pozostaje niepewna. Plan, który istnieje na papierze, ale nikogo nie wiąże, przedłuża dokładnie sytuację, którą miał zakończyć. Mediatorzy z Kataru i Egiptu podobno kontynuowali wysiłki na rzecz ożywienia procesu, ale tym razem zdecydowany opór wyszedł z Jerozolimy.
Jaką wartość ma plan, na który zgadza się jedna strona, a druga sprzeciwia się bez żadnych konsekwencji?
Kto przeprowadzi transformację, jeśli najbardziej asertywna strona będzie ją blokować?
Czy pokój mogą zapewnić ci, którzy czerpią zyski z odbudowy?
Rok po Alasce: dwa plany Trumpa
Rok temu, 15 sierpnia 2025 roku, Donald Trump i Władimir Putin spotkali się w Anchorage. Rok później międzynarodowa prasa dokonuje podsumowania – a ocena jest otrzeźwiająca: wojna trwa, linie frontu prawie się nie zmieniają, a kluczowe rozmowy o Ukrainie toczą się bez udziału Europy. Jednak rocznica zwraca uwagę na metodę, która nie ogranicza się do Ukrainy. To metoda, która opiera się mniej na traktatach i instytucjach, a bardziej na osobistych układach, groźbach i gotowości do uwzględnienia sojuszników w tym równaniu. Anchorage było nie tyle szczytem, co modelem: dwóch mężczyzn, uścisk dłoni i porządek, który zmienia się w głowach zaangażowanych. Ci, którzy nieobecni przy stole, zazwyczaj pojawiają się ponownie na rachunku.
Ponieważ Trump gra na dwóch planszach jednocześnie. Na jednej chodzi o ziemię, linie frontu i zamrożone miliardy — grę w pokera, której logika obejmuje Trumpa, Rosję, Anchorage i 197 miliardów dolarów , a której europejska pustka zostaje obnażona przez Genewę 2026: umowę bez Europy . Na drugiej leży Arktyka: w ciągu dwudziestu minut w Davos Waszyngton zapewnił sobie strategiczną kontrolę nad Grenlandią, bez traktatu, bez ceny zakupu — a rachunek płaci Europa. Jak działają te ramy, zbadano w Greenland—The Arctic Business, Part 1 and Part 2 ; kto naprawdę korzysta na „interesie bezpieczeństwa narodowego”, ujawniono w Greenland’s Gold Rush . Tym, co łączy obie plansze, jest schemat, który podważa starszą logikę sojuszu: nie przeciwnik, ale partner ponosi koszty — czy to w Kijowie, Brukseli, czy Nuuk. Wspólnym mianownikiem jest typ negocjatora sportretowany przez Steve’a Witkoffa w książce The Dealmaker : transakcyjny, nastawiony na wyniki i pozbawiony obaw dyplomatycznych.
Pytania
Czy dyplomacja szczytowa bez udziału poszkodowanych sąsiadów to coś więcej niż tylko zdjęcie?
Kto chroni sojusz, gdy presja pochodzi z jego własnych szeregów?
Jaką logiką kieruje się Waszyngton przy wyborze kolejnej rady nadzorczej i kto płaci rachunek w każdym przypadku?
+++
Michael Hollister służył sześć lat w niemieckich siłach zbrojnych (SFOR, KFOR) i posiada wiedzę na temat wewnętrznych mechanizmów strategii wojskowych. Po 14 latach pracy w dziedzinie bezpieczeństwa IT analizuje militaryzację Europy, politykę interwencjonizmu Zachodu oraz geopolityczne zmiany sił, korzystając ze źródeł pierwotnych. Jego praca koncentruje się na Azji, a zwłaszcza na Azji Południowo-Wschodniej, gdzie bada zależności strategiczne, strefy wpływów i architekturę bezpieczeństwa. Hollister łączy wiedzę operacyjną z bezkompromisową krytyką systemową – daleką od dziennikarstwa opiniotwórczego. Jego prace są publikowane dwujęzycznie na stronie www.michael-hollister.com oraz w krytycznych mediach w krajach niemiecko- i anglojęzycznych.
news.am, „Specjalny wysłannik USA Witkoff: Trump przekształcił konflikt azerbejdżano-armeński w wzorcowy model pokoju” (~11.08.) – Komentarz do umowy z 8 sierpnia 2025 r.: https://news.am/en/news/1054720
Kyiv Post, „USA sprzedają na złom 2 skonfiskowane i objęte sankcjami tankowce po nalocie na Wenezuelę” (11 sierpnia): https://www.kyivpost.com/post/82143
12 sierpnia 2026 roku niemiecki rząd federalny podjął decyzję o reformie architektury niemieckich służb wywiadowczych: rozwiązaniu Komisji G10 w jej obecnej formie, zmniejszeniu składu Komisji Kontroli Parlamentarnej oraz przyznaniu władzy wykonawczej prawa weta w stosunku do jej decyzji. Jest to uzasadnione potrzebą szybszych i skuteczniejszych organów bezpieczeństwa.
W debacie brakuje precedensu, który pokazałby, co takie ograniczenie nadzoru oznacza w praktyce – ponieważ precedens ten istnieje już od zaledwie siedmiu lat i nosi nazwę Pegasus.
Uścisk dłoni jako znak
11 stycznia 2026 roku niemiecki minister spraw wewnętrznych Alexander Dobrindt udał się do Jerozolimy. Tam, jak poinformowało w komunikacie prasowym samo Federalne Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, spotkał się z premierem Benjaminem Netanjahu i ministrem spraw zagranicznych Gideonem Sa’arem. Wspólnie podpisali oni pakt o cyberbezpieczeństwie, który pogłębił współpracę obu krajów w zakresie cyberbezpieczeństwa, zwalczania terroryzmu i sztucznej inteligencji.
Według ministerstwa Izrael jest najważniejszym partnerem Niemiec w dziedzinie bezpieczeństwa poza NATO i UE. Minister odpowiedzialny za izraelską policję, Itamar Ben-Gvir, nie pojawia się w żadnych dostępnych źródłach dotyczących tej wizyty. Nie można udowodnić, czy był to zbieg okoliczności, czy celowe działanie. Pewne jest, że wizyta miała na celu zbliżenie się do szefa rządu, wobec którego Międzynarodowy Trybunał Karny wydał nakaz aresztowania, a nie do ministra, którego retoryka może być zbyt niewygodna nawet dla życzliwych partnerów. To jest pierwszy punkt tej historii i, jak się wkrótce okaże, nie chodzi o symbolikę, ale o znacznie bardziej konkretne pytanie: Kto tak naprawdę sprawuje kontrolę nad niemiecką technologią nadzoru?
Zakup i jego nieujawniony stan
Pod koniec 2019 roku niemiecki Federalny Urząd Policji Kryminalnej (BKA) nabył oprogramowanie szpiegujące Pegasus od izraelskiej grupy NSO. Zakup został oficjalnie potwierdzony.
Rzadziej wspomina się o warunku, pod jakim w ogóle dokonano tego zakupu: BKA nie może samodzielnie obsługiwać Pegasusa. Nie jest to przesada, ale oświadczenie złożone przez samą agencję w Komisji Spraw Wewnętrznych Bundestagu – zgodnie z tym oświadczeniem BKA jest zależna od współpracy z grupą NSO w przypadku każdego pojedynczego środka inwigilacji i musi dostarczyć firmie niezbędnych informacji docelowych, takich jak numer telefonu, który ma być monitorowany. Niemiecka agencja bezpieczeństwa nie kupuje zatem narzędzia, którym może następnie zarządzać samodzielnie. Kupuje usługę, której wykonanie musi powierzyć prywatnej firmie zagranicznej przy każdym indywidualnym działaniu. BKA do dziś odmawia ujawnienia umowy kupna – w rezultacie netzpolitik.org i FragDenStaat po raz trzeci składają pozwy.
Właśnie w tym miejscu nowa reforma wywiadu zyskuje prawdziwe znaczenie: jeśli nawet istniejąca, formalnie nadal istniejąca, Komisja Kontroli Parlamentarnej (PKGr) nie została poinformowana o takiej umowie, co oznacza organ kontrolny dysponujący prawem weta władzy wykonawczej w kolejnej sprawie tego rodzaju?
Zapora sieciowa, która nie jest zaporą
Aby rozwiązać kwestie konstytucyjne, NSO zaproponowało BKA rozwiązanie kompromisowe: rodzaj zapory sieciowej, mającej na celu ograniczenie dostępu funkcjonariuszy do przechwyconych danych. Federalny Trybunał Konstytucyjny zezwala na używanie takiego oprogramowania wyłącznie w ściśle określonych, wyjątkowych przypadkach. Jednak zasadnicza słabość tej konstrukcji zapory sieciowej leży gdzie indziej: jest ona kontrolowana przez tę samą firmę, której dostęp ma ograniczać.
Batalia prawna z Meta pokazuje, jak słabo NSO przestrzega narzuconych sobie lub sądowych ograniczeń. W maju 2025 roku ława przysięgłych w amerykańskim sądzie federalnym w Kalifornii przyznała spółce macierzystej WhatsApp odszkodowanie – początkowo około 167 milionów dolarów w formie odszkodowania karnego, które później sąd znacznie obniżył do około 4 milionów dolarów. Postępowanie udowodniło w sądzie to, co NSO zaprzeczało latami: firma aktywnie wykorzystywała infrastrukturę serwerową WhatsApp do infekowania wybranych osób – około 1400 użytkowników, w tym dziennikarzy i obrońców praw człowieka. Sąd wydał następnie nakaz sądowy z mocą obowiązującą od 28 stycznia 2026 roku. W czerwcu 2026 roku Meta stwierdziła, że NSO zignorowało nakaz i ponownie zaatakowało użytkowników WhatsApp w lutym i kwietniu – i wnioskowała o grzywnę. Sąd zakazał tego. NSO kontynuowało. To prawdziwy dowód na to, że „zapora sieciowa”, która ma sugerować niemieckim władzom kontrolę, opiera się na dobrym zachowaniu firmy, która ewidentnie nie przestrzega wiążących nakazów sądowych.
Komitet, którego członkowie stali się celem
Na szczeblu europejskim, specjalnie powołana przez Parlament Europejski komisja PEGA doszła do jednoznacznego wniosku: Pegasus jest strukturalnie nieodpowiedni do celów egzekwowania prawa, ponieważ oprogramowanie umożliwia podrzucanie dowodów wybranym osobom po fakcie. Nie jest to kwestia podwójnego zastosowania, lecz raczej fundamentalna niezgodność z zasadą praworządności, która jest nieodłączną cechą tej technologii. Komisja zaleciła wprowadzenie ścisłych regulacji. Niemcy, wraz z Francją, zawetowały tę rekomendację, powołując się na interesy bezpieczeństwa narodowego.
Słuszność ostrzeżeń komisji stała się oczywista w jej własnych szeregach: grecki europoseł Stelios Kouloglou, który zasiadał w komisji, padł ofiarą kilku ataków hakerskich z użyciem oprogramowania Pegasus, będąc jednocześnie aktywnym członkiem komisji. Citizen Lab nie był w stanie jednoznacznie przypisać ataku żadnemu konkretnemu rządowi, ale znalazł powiązania z wcześniejszymi kampaniami przeciwko rosyjskim i białoruskim dziennikarzom na wygnaniu. Jeśli nawet wybrany członek organu nadzorczego nie jest bezpieczny przed oprogramowaniem, które bada, to opór Europy wobec surowszych regulacji sam w sobie staje się zagrożeniem dla bezpieczeństwa.
Nie jest to firma taka jak każda inna
NSO zawsze przedstawiało się jako niezależna firma, która nie zna swoich klientów i nie ma wpływu na ich działania. Niedawne dochodzenie przeprowadzone przez OCCRP, Código Morse i Shomrim podważa tę narrację: panamskie dokumenty wjazdowe dowodzą, że współzałożyciel NSO, Shalev Hulio, wjechał do Panamy w grudniu 2013 roku z izraelskim paszportem dyplomatycznym, wpisał zawód „dyplomata” i podał ambasadę Izraela jako swój adres. Hulio zaprzecza, jakoby reprezentował Państwo Izrael – same dokumenty są bezsporne.
Ta bliska relacja z państwem jest również widoczna strukturalnie: każdy eksport Pegasusa wymaga zgody izraelskiego Ministerstwa Obrony. Nie jest to jedynie formalność. Śledztwo przeprowadzone w 2022 roku przez „New York Times” ujawniło, że Izrael zatwierdził sprzedaż do Azerbejdżanu, Maroka, Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Arabii Saudyjskiej w celu zawarcia sojuszu przeciwko Iranowi – jednocześnie blokując sprzedaż do Ukrainy i Estonii, aby uniknąć antagonizowania Rosji. Dostęp do Pegasusa zbiegł się z podpisaniem Porozumień Abrahama. Kiedy w 2016 roku izraelski poseł wraz z prawnikiem specjalizującym się w prawach człowieka próbował uzyskać cofnięcie licencji eksportowej przed Sądem Najwyższym, sprawa upadła – przewodniczący składu sędziowskiego uzasadnił tę decyzję, powołując się na gospodarcze znaczenie handlu eksportowego dla Izraela.
W tej sytuacji Niemcy nie negocjują ze zwykłym dostawcą technologii. Negocjują z podmiotem, którego decyzje eksportowe państwo izraelskie wykorzystuje jako instrument polityki zagranicznej – tyle że bez narzędzi dyplomatycznych, które w przeciwnym razie istniałyby w przypadku zależności międzypaństwowych: bez kontroli eksportu broni, bez dwustronnej umowy o ochronie danych, bez parlamentarnego nadzoru po stronie niemieckiej, godnego tej nazwy.
Lekcja z Hiszpanii
Przypadek Hiszpanii ilustruje, co oznacza zetknięcie się z tą zależnością, nawet przy najlepszych intencjach. Sam premier Pedro Sánchez stał się celem ataku: jego telefon był zainfekowany Pegasusem pięć razy w latach 2020-2021, a ponad 2,5 gigabajta danych zostało skradzionych. Zainfekowane zostały również telefony ministrów obrony, spraw wewnętrznych i rolnictwa. Hiszpański sędzia śledczy próbował ustalić, kto za tym stoi – podejrzenia padły na Maroko. Jednak w styczniu 2026 roku Sąd Najwyższy Hiszpanii musiał wstrzymać śledztwo. Podany powód: Izrael po prostu zignorował pięć wniosków o pomoc prawną. Sędzia mówił o naruszeniu zasad dobrej wiary w prawie międzynarodowym. Nawet państwo z udowodnioną wolą polityczną do wszczęcia śledztwa – w przeciwieństwie do Niemiec, Hiszpania przynajmniej wszczęła postępowanie sądowe – osiąga granicę wyznaczoną nie przez własne sądownictwo, lecz przez izraelski system eksportowy.
Konstytucja bez egzekwowania
Ta strukturalna bezsilność wobec decyzji Izraela nie jest odosobnionym zjawiskiem służb bezpieczeństwa. Przejawia się ona w innej formie, nawet tam, gdzie Ustawa Zasadnicza faktycznie zawiera jasne wytyczne. Artykuł 25 Ustawy Zasadniczej stanowi, że ogólne zasady prawa międzynarodowego stanowią integralną część prawa federalnego i mają pierwszeństwo przed prawem powszechnym – zakaz ludobójstwa jest niewątpliwie jedną z tych ogólnych zasad.
Od końca 2023 roku Republika Południowej Afryki prowadzi postępowanie sądowe przeciwko Izraelowi przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości (MTS) w związku z domniemanymi naruszeniami Konwencji o ludobójstwie w Strefie Gazy; w styczniu 2024 roku MTS uznał zarzut za „prawdopodobny” i nakazał Izraelowi wdrożenie środków ochronnych, ale ostateczne orzeczenie co do istoty sprawy wciąż nie zapadło. Niemcy początkowo rozważały interwencję w imieniu Izraela, ale wycofały się z tego zamiaru w marcu 2026 roku. Nadal toczy się również odrębne postępowanie wszczęte przez Nikaraguę przeciwko Niemcom w związku z ich wsparciem zbrojeniowym dla Izraela.
Teoretyczne obietnice artykułu 25 Ustawy Zasadniczej okazują się w praktyce nieistotne: 3 lutego 2026 r. Federalny Trybunał Konstytucyjny oddalił skargę konstytucyjną Palestyńczyka z Gazy dotyczącą zatwierdzenia niemieckiego eksportu części czołgów – nie ze względu na merytoryczną stronę sporu, lecz z powodu braku legitymacji procesowej. Według sądów niższej instancji, niemieckie prawo o handlu zagranicznym po prostu nie przyznaje osobom zagranicznym, których dotyczą dostawy broni, podmiotowego prawa do zakwestionowania zatwierdzenia.
Nie jest to zatem kwestia niechętnego organu, lecz samo prawo nie zapewnia żadnego powiązania między prawem konstytucyjnym zapisanym w artykule 25 Ustawy Zasadniczej a rzeczywistą praktyką eksportową. Każdy, kto chce ocenić, jak suwerenny jest mechanizm kontroli, musi zadać sobie pytanie nie tylko o to, kto decyduje, ale także kto może tę decyzję zakwestionować. W obu opisanych tu przypadkach – Pegasusa i eksportu broni – odpowiedź brzmi: praktycznie nikt.
Podwójny ruch
Ten outsourcing nie odbywa się w próżni. Zbiega się on z równoległym demontażem mechanizmów kontroli wewnętrznej: rozwiązaniem Komisji G10, niedoborami kadrowymi w Komisji Kontroli Parlamentarnej oraz prawem weta władzy wykonawczej w ramach niedawnej reformy wywiadu.
Niemcy jednocześnie demontują parlamentarny nadzór nad własnymi służbami wywiadowczymi i pogłębiają swoją zależność technologiczną od podmiotu, który sam nie podlega niemieckiej kontroli. Oznacza to podwójną utratę suwerenności – zarówno w kraju, jak i za granicą.
Co to nie znaczy
Tego ustalenia nie należy nadinterpretować. Udokumentowana zależność w obszarze bezpieczeństwa wewnętrznego nie implikuje ogólnej kontroli Izraela nad niemiecką polityką zagraniczną – nie ma na to porównywalnych dowodów w innych obszarach polityki, takich jak handel czy sposób głosowania w ONZ. Bardziej zasadna teza jest węższa, ale nie mniej poważna: w obszarze bezpieczeństwa wewnętrznego Niemcy zaakceptowały strukturę zależności, która jest niezgodna z ich własnymi roszczeniami do nadzoru parlamentarnego i suwerenności narodowej – i która obecnie, wraz z nową reformą wywiadu, ulega dalszemu pogłębieniu, a nie korekcie.
Obrońcy współpracy argumentowaliby, że Niemcy jedynie kupują specjalistyczną wiedzę, której im brakuje na rynku krajowym, a umowa o zaporze sieciowej miała być rzeczywistym kompromisem – podobne zależności od prywatnych dostawców usług bezpieczeństwa są powszechne w całej zachodniej architekturze nadzoru, przytaczając jako przykłady Palantir czy Clearview AI. Ten zarzut jest zasadniczo uzasadniony.
Pomija on jednak unikatowy aspekt tej sprawy: żaden inny dostawca nie sprzedaje komercyjnie państwowych możliwości cybernetycznych do ponad 140 krajów, a żaden porównywalny przypadek nie wykazuje tak bliskiego, udokumentowanego powiązania między założycielem firmy a aparatem państwowym, jak panamski paszport dyplomatyczny. Jeśli chodzi o Pegasusa, Izrael nie jest symptomem ogólnego problemu. Jest to najmniej uregulowany indywidualny przypadek do tej pory – a Niemcy, siedem lat po pierwotnym zakupie i zaledwie kilka dni po kolejnej rundzie deregulacji, nadal nie zdecydowały się na żadne zmiany.
Decyzja Gabinetu z 12 sierpnia 2026 r. – Gert Ewen Ungar, „Puszka Pandory”, RT DE
Dobrindta w Jerozolimie, 11 stycznia 2026 r
BMI, komunikat prasowy: „Rozszerzono współpracę z Izraelem w zakresie cyberbezpieczeństwa” – bmi.bund.de/SharedDocs/kurzmelden/EN/2026/01/israel-dobrindt-en.html
israelnetz.com: „Izrael i Niemcy zacieśniają współpracę w zakresie cyberbezpieczeństwa” (13 stycznia 2026 r.)
Times of Israel: „Izrael i Niemcy zgadzają się na zacieśnienie współpracy antyterrorystycznej w obliczu zagrożenia ze strony Iranu” (14.01.2026)
Zakup BKA i zależność od NSO
Legal Tribune Online (LTO), 2021 – Raport w sprawie oświadczenia BKA złożonego Komisji Spraw Wewnętrznych Bundestagu w sprawie braku autonomicznej użyteczności Pegasusa
Projektowanie zapór sieciowych / Meta-metody
heise online: „Postanowienie sądu zignorowane: Meta podejmuje kroki prawne przeciwko producentowi Pegasusa, NSO Group” – heise.de/news/Gerichtsbeschluss-missachtet-Meta-geht-gegen-Pegasus-Hersteller-NSO-Group-vor-11322252.html
wallstreet-online.de (8 czerwca 2026 r.): Dane dotyczące zmniejszenia odszkodowań karnych do 4 mln USD
ad-hoc-news.de (12 czerwca 2026 r.): Chronologia nakazu z 28 stycznia 2026 r. i ponownych ataków w lutym/kwietniu 2026 r.
it-boltwise.de (12 czerwca 2026 r.): Wniosek o karę administracyjną, szczegóły dotyczące procedury dotyczącej pogardy sądu
Komitet PEGA
Parlament Europejski, oficjalny raport komisji: „SPRAWOZDANIE w sprawie dochodzenia w sprawie domniemanych naruszeń prawa Unii… w związku z wdrożeniem programu Pegasus” (A9-0189/2023, sprawozdawczyni Sophie in 't Veld) – europarl.europa.eu/doceo/document/A-9-2023-0189_DE.html
Netzpolitik.org / Citizen Lab – Raport o incydentach hakerskich z udziałem Steliosa Kouloglou
NSO/Shalev Hulio, Izraelska polityka eksportowa
OCCRP: „Współzałożyciel kontrowersyjnej firmy produkującej oprogramowanie szpiegujące miał izraelski paszport dyplomatyczny” – occrp.org/en/project/the-pegasus-project/co-founder-of-controversial-spyware-firm-had-israeli-diplomatic-passport
Haaretz (17 lipca 2026 r.): „Izraelskie oprogramowanie szpiegowskie w Maroku, francuskie cele i paszport dyplomatyczny założyciela NSO”
Middle East Eye / Antony Loewenstein: „Dlaczego Izrael jest przyjacielem początkujących autokratów na całym świecie”
taz.de (22 lipca 2021 r.): „Izraelskie oprogramowanie szpiegujące Pegasus: ściśle powiązane z wojskiem” (sprawa Zandberg/Mack z 2016 r., cytat z sędziego przewodniczącego)
netzpolitik.org (25.03.2022): „Państwowy trojan NSO: Izrael zablokował sprzedaż Pegasusa Ukrainie”
New York Times, 2022 – Badania dotyczące licencji eksportowych Pegasus jako instrumentu polityki zagranicznej (Azerbejdżan/Maroko/ZEA/Arabia Saudyjska kontra Ukraina/Estonia) (sprawdzono wyłącznie na podstawie źródeł wtórnych)
Hiszpania
jungewelt.de (27 stycznia 2026 r.): „Skandal podsłuchowy: brak wyjaśnień” – śledztwo umorzone, cytat o „bezczynności” Izraela
UPI/Yahoo News (23 stycznia 2026 r.): „Hiszpania wznawia dochodzenie w sprawie ataku na Pedra Sancheza za pomocą oprogramowania szpiegującego Pegasus” – Szczegóły decyzji Calama, ministerstwa, których ona dotyczy
Deutsche Welle / Al Jazeera (maj 2022): pierwsze potwierdzenie ataków hakerskich na Sáncheza i Roblesa
Artykuł 25 Ustawy Zasadniczej / Postępowanie przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości / Federalny Trybunał Konstytucyjny
Wikipedia (DE): „RPA kontra Izrael (Konwencja o ludobójstwie)” – chronologia uwzględniająca zmianę stanowiska Niemiec w marcu 2026 r.
LTO (26 stycznia 2024 r.): „MTS zobowiązuje Izrael do podjęcia natychmiastowych działań w Strefie Gazy”
Federalny Trybunał Konstytucyjny, orzeczenie z dnia 3 lutego 2026 r., sygnatura akt 2 BvR 1626/25 – bundesverfassungsgericht.de/SharedDocs/Entscheidungen/DE/2026/02/rk20260203_2bvr162625.html
LTO (12.02.2026 / 20.10.2025): Historia postępowania w sprawie skargi konstytucyjnej, cytat dotyczący braku legitymacji procesowej
ECCHR: „Żadnej niemieckiej broni dla Izraela” – Przegląd sprawy
Zdjęcia były banalne w sposób, który uderzał mocniej niż jakiekolwiek materiały z pola walki: półpuste tacki z posiłkami, szara płyta przetworzonego mięsa, marynarze racjonujący między sobą jedzenie, żeby nikt nie dostał więcej niż inni.
Wiosną i latem 2026 roku załogi lotniskowca USS Abraham Lincoln oraz okrętu desantowego USS Tripoli zmagały się z brakami żywności, długimi kolejkami do stołówki, zepsutymi toaletami, pleśnią w prysznicach, niesprawnymi pralkami i niedoborami podstawowych rzeczy, takich jak mydło i pasta do zębów — na okrętach wojennych działających na Morzu Arabskim i na szerszym Oceanie Indyjskim po ponad 250 dniach w morzu. Napięcie dawało się we znaki morale, a w najgorszych przypadkach – bezpieczeństwu załogi. Gdy warunki wyszły na jaw, instynktowną reakcją władz marynarki było zaprzeczenie.
Nikczemny sekretarz wojny Pete Hegseth odrzucił wczesne doniesienia jako „fake news”, a rzecznik 5. Floty zapewniał, że załoga „pozostaje odporna i gotowa”, a okręt „w pełni zdolny do wykonywania wszystkich zadań misyjnych”. Tę odpowiedź warto zapamiętać, bo jest częścią porażki, a nie jej zaprzeczeniem – łańcuchem dowodzenia bardziej przygotowanym do obrony narracji o gotowości niż do rozliczenia się z tym, dlaczego marynarze byli pozbawieni podstaw. Warunki były prawdziwe.
Ważniejsze pytanie brzmi: dlaczego okręty wojenne najlepiej finansowanej marynarki świata w ogóle zaczęły odczuwać brak żywności i środków higieny?
Odpowiedź nie dotyczy przede wszystkim jednego lotniskowca ani jednego oficera zaopatrzenia. Jest strukturalna, budowała się przez piętnaście lat i tkwi w części floty, której opinia publiczna nigdy nie widzi — w okrętach, które karmią i zaopatrują w paliwo okręty bojowe.
Flota stojąca za flotą
Okręty wojenne nie przewożą wystarczająco dużo zaopatrzenia, , by samodzielnie pozostawać w morzu w nieskończoność. To, co pozwala grupie uderzeniowej lotniskowca pozostać nakarmioną, zaopatrzoną w paliwo i uzbrojoną bez powrotu do portu, to dedykowana flota okrętów zaopatrzeniowych zwana Combat Logistics Force (CLF) — okręty do uzupełniania zapasów w trakcie rejsu, obsługiwane przez Military Sealift Command, w większości z cywilnymi załogami. Płyną one obok okrętów wojennych i przekazują paliwo, amunicję, żywność oraz inne zapasy za pomocą lin i węży, gdy obie jednostki są w ruchu.
CLF występuje w trzech odmianach. Tankowce floty (T-AO) przewożą paliwo. Okręty do ładunków suchych i amunicji (T-AKE) — amunicję, części zamienne i żywność. A szybkie okręty wsparcia bojowego (T-AOE) to jednostka premium — „sklep z wszystkim”, który zabiera paliwo, amunicję i prowiant naraz i jest na tyle szybki, by pływać wewnątrz grupy uderzeniowej lotniskowca, zamiast kursować do niej tam i z powrotem. To właśnie ten ostatni typ okrętu jest potrzebny, gdy pojedynczy lotniskowiec utrzymuje pozycję na odległym morzu przez miesiące. I właśnie tę kategorię marynarka systematycznie zredukowała.Stałe liczby, wydrążone możliwości.
Oto sedno problemu.
Combat Logistics Force liczy dziś około 34 okrętów – liczba, która od ponad dekady pozostaje zasadniczo niezmienna. Na papierze stabilność. W praktyce powolne wydrążanie, bo wymagania wobec tej siły rosły, podczas gdy jej najbardziej zdolne jednostki znikały. Około 2010 roku marynarka eksploatowała wszystkie cztery szybkie okręty wsparcia bojowego klasy Supply. Dziś pozostały tylko dwa. W połowie lat 2010. marynarka wycofała dwa z nich do rezerwy, by zaoszczędzić około 30 milionów dolarów rocznie na kosztach eksploatacji każdego — decyzja, która wyglądała rozsądnie w arkuszu kalkulacyjnym, a z pokładu głodnego okrętu wygląda na nie do obrony.
Powód, dla którego to boli, jest arytmetyczny: zastąpienie łącznej zdolności jednego szybkiego okrętu wsparcia zazwyczaj wymaga tankowca plus okrętu do ładunków suchych – dwóch kadłubów, dwóch załóg, dwóch harmonogramów – by przenieść paliwo, amunicję i żywność, które wcześniej jedna jednostka zabierała w jednym pakiecie. Zmniejsz flotę szybkich okrętów wsparcia o połowę, a każda długotrwała misja pojedynczego lotniskowca staje się trudniejsza do zaopatrzenia.Reszta siły starzeje się pod płaskim nagłówkiem.
Tankowce klasy Henry J. Kaiser, stanowiące trzon, pochodzą z lat 80. i są wycofywane szybciej, niż pojawiają się ich następcy. Nowy program tankowców klasy John Lewis ma odnowić flotę około dwudziestoma jednostkami, ale pierwszy okręt dostarczono dopiero w 2022 roku, a do połowy 2025 roku w pełni operacyjny był tylko jeden. Nowsza odpowiedź marynarki — mniejszy, liczniejszy „lekki tankowiec uzupełniający” T-AOL — zacznie być budowany dopiero w roku budżetowym 2027 i w znaczących liczbach pojawi się dopiero w latach 30. Analityczny konsensus wśród badaczy obronności jest bezceremonialny: siła logistyczna nie jest wystarczająca i nie jest wystarczająco szybka wobec wymagań, jakie się na nią nakłada.
Dlaczego Morze Arabskie to najgorsze miejsce na braki
Geografia zamieniła flotową cienkość w braki na pokładzie, a wody u wybrzeży Arabii i na Oceanie Indyjskim są bliskie najgorszego scenariusza. Lotniskowiec utrzymujący pozycję na północnym Morzu Arabskim działa na samym końcu bardzo długiego łańcucha dostaw, często bez łatwego, przyjaznego i wysoko-przepustowego dostępu do portów, jakim cieszy się np. rozmieszczenie na Morzu Śródziemnym. Wszystko, co załoga je i zużywa, albo zostało zabrane przed wyjściem w morze, albo musi zostać dowiezione przez tę samą flotę uzupełniającą, która jest już przeciążona.
Gdy misja się przedłużyła – a w przypadku Lincolna tak było, ponad 250 dni, wciągnięta i przedłużona przez wojnę z Iranem w 2026 roku – okręt zużywał materiały eksploatacyjne szybciej i dłużej, niż planowano, dokładnie wtedy, gdy ogon logistyczny był najmniej zdolny do dodatkowych rejsów na odległe morze. Długie misje i cienka flota zaopatrzeniowa to zła kombinacja wszędzie. Na Oceanie Indyjskim łączą się w puste półki.
Dlatego właśnie szybki okręt wsparcia bojowego ma tak duże znaczenie właśnie na tym teatrze. Cały jego projektowy cel to utrzymanie grupy lotniskowca daleko do przodu bez ciągłego kursowania osobnych tankowców i okrętów cargo. Operacje na Morzu Czerwonym z ostatnich dwóch lat wbiły tę lekcję marynarce do głowy – że wielozadaniowy okręt, na którego oszczędzaniu trwoniono lata 2010, jest dziś tym, którego najbardziej potrzebuje do długotrwałej, odległej, o wysokim tempie obecności. Brak tego typu jednostek był odczuwalny najostrzej w misji, do której zostały stworzone, a marynarze z Lincolna zapłacili rachunek za decyzję zakupową podjętą dekadę wcześniej, zanim wielu z nich wstąpiło do służby.
Od liczby tankowców do pustych tacek
Linia od przerzedzonej siły logistycznej do konkretnej pustej tacki przebiega przez system, w którym prawie nie zostało już luzu. Marynarka prowadząca długie misje na odległych wodach z flotą zaopatrzeniową, która pozostała stała liczebnie, a jednocześnie pozbyła się najbardziej zdolnych jednostek i starzeje swoje tankowce, działa z zanikającym marginesem. Gdy margines jest cienki, awarie pojawiają się najpierw w najmniej efektownych miejscach — nie w rakiecie, która nie odpali, lecz w pralni, która nie działa, i w kuchni, w której zaczyna brakować. Żywność, mydło i czysta woda to wskaźniki wyprzedzające systemu utrzymania działającego na granicy, a u wybrzeży Arabii w 2026 roku te wskaźniki zapaliły się na czerwono.
Koszt ludzki potęgował materialny. Załoga wyczerpana ponad ośmioma miesiącami w morzu, pozbawiona podstaw, które czynią życie na okręcie znośnym, to załoga pod napięciem głębszym niż niedogodność — napięciem, które objawiało się załamującym się morale, a w najgorszych przypadkach obawami o samobójstwa marynarzy. Byłoby zbyt proste i niesprawiedliwe wobec zaangażowanych ludzi sprowadzać ten ludzki koszt do jednej przyczyny; morale i zdrowie psychiczne na okręcie wojennym zależą od wielu rzeczy. Ale uczciwie można powiedzieć, że flota nie może wymagać od swoich marynarzy coraz dłuższych misji, jednocześnie tnąc margines, który pozwala im być najedzonymi i czystymi, i oczekiwać, że nie odbije się to na samopoczuciu ludzi wewnątrz kadłuba. Zaopatrzenie to nie komfort. To warunek wytrzymałości załogi.
Konkluzja
Kuszące jest czytać to, co wydarzyło się na Lincolnie, jako historię o jednym okręcie czy jednej misji. Bardziej użyteczne jest uznanie, że był to symptom wychodzący na koniec łańcucha dostaw. Przez piętnaście lat Stany Zjednoczone utrzymywały Combat Logistics Force w mniej więcej stałej liczebności, jednocześnie tnąc najbardziej zdolne okręty uzupełniające, starzejąc tankowce i opóźniając ich następców — a jednocześnie wymagając od floty dłuższych misji na coraz odleglejszych i bardziej spornych wodach.
Siła tak rozciągnięta nie zawodzi głośno od razu. Zawodzi po cichu — w kuchni, pod prysznicem i w pralni — na okrętach działających na samym końcu najdłuższych linii zaopatrzeniowych, jakie marynarka ma. Braki u wybrzeży Arabii nie były przypadkiem, plotką ani złym tygodniem oficera zaopatrzenia. Były przewidywalnym skutkiem półtorej dekady decyzji, które pozwoliły erodować margines, który im zapobiegał — a potem, gdy konsekwencje dotarły do pokładu stołówki, instynktem na szczycie, by twierdzić, że wszystko jest w porządku. Flota, której nie da się niezawodnie zaopatrzyć, nie może być niezawodnie utrzymywana. Głód i braki na Lincolnie były dźwiękiem ostatecznego wyczerpania tego marginesu, a marynarze, którzy to przeżyli, zasługiwali na coś lepszego niż zarówno na braki, jak i na zaprzeczanie.
Jeśli Ty lub ktoś, kogo znasz, jest żołnierzem, weteranem lub członkiem rodziny wojskowej w kryzysie, Veterans/Military Crisis Line działa 24/7: zadzwoń 988, a następnie naciśnij 1, wyślij SMS na 838255 lub odwiedź VeteransCrisisLine.net.
Był czas, kiedy nie mieliśmy odwagi zaszeptać nawet. A teraz piszemy i czytamy samizdat, a już jak się zejdziemy w palarniach instytutów naukowych to narzekamy z całego serca: czego to oni znowu nie wymyślą, dokąd nas znowu ciągną! I to na nic niepotrzebne fałszywe samochwalstwo wobec spustoszenia i biedy w domu; i umacnianie odległych dzikich rządów; i wzniecanie wojen domowych; i to, jak bezmyślnie wyhodowali (naszym kosztem) Mao-Tse Tunga — a pognają na niego nas i trzeba będzie iść, bo gdzie się skryć? i e sądzą kogo chcą, zdrowych przemieniają w obłąkanych — wszystko to oni, a my jesteśmy bezsilni. Już do dna dochodzą, już nas wszystkich dosięgła duchowa wszechogarniająca zguba, a i fizyczna tu-tu, w jej ogniu spłoniemy i my i dzieci nasze.
A my jak dawniej — wciąż się trwożliwie uśmiechamy i nieporadnie jąkamy: Cóż możemy poradzić? Sił nie mamy. Tak bez reszty utraciliśmy poczucie człowieczeństwa, że za nędzną dzisiejszą strawę oddamy wszystkie zasady, duszę, wszystkie wysiłki naszych przodków, wszystkie nadzieje naszych spadkobierców byle tylko nie zostało zburzone nasze żałosne bytowanie. Nie ma już w nas ani hartu, ani dumy, ani serca. Nawet śmierci atomowej się nie boimy, trzeciej wojny światowej też się nie boimy (w jakąś szczelinę zawsze się schowamy) — boimy się tylko gestu odwagi cywilnej!
Byle by się od stada nie oderwać, byle by nie zrobić samodzielnego kroku i nie ocknąć się nagle bez białej bułki, bez piecyka gazowego i bez przepustki do Moskwy!Co nam wbijali we łby na szkoleniach politycznych to w nas i wrosło, żyć tak wygodniej, cały wiek tak można: środowisko, warunki socjalne, im się nie wymkniesz, byt określa świadomość, a my co? Nic nie możemy poradzić.A właśnie że możemy. Wszystko! — tylko dla własnego spokoju sami siebie okłamujemy. To nie oni są wszystkiemu winni, to my sami, tylko MY.
Apel ten jest ostatnim tekstem napisanym przez A. Sołżenicyna przed wygnaniem. Napisał go 12-go lutego w czasie godzin poprzedzających aresztowanie.
Od KŁAMSTWA.
Kiedy przemoc wdziera się w spokojne ludzkie życie, twarz jej pała pewnością siebie, prze z krzykiem a na sztandarach ma wypisane: „Jam PRZEMOC! Rozejść się, rozstąpić, bo rozdepczę!” Ale przemoc szybko się starzeje, parę lat i brak jej już wiary w siebie, a żeby się utrzymać, żeby wyglądać przyzwoicie, nieodmiennie sprzymierza się z kłamstwem. Gwałt bowiem może się okryć tylko kłamstwem, a kłamstwo może się utrzymać tylko gwałtem. Nie co dzień i nie na każdy grzbiet przemoc kładzie swoją ciężką łapę: żąda od nas tylko pokory wobec kłamstwa i codziennego w kłamstwie uczestnictwa — na tym polega wiernopoddańczość.
Tutaj też leży lekceważony przez nas, najprostszy, najłatwiej dostępny klucz do naszego wyzwolenia: NIEUCZESTNICZENIE W KŁAMSTWIE! Choćby kłamstwo wszystko zalało, choćby wszystkim zawładnęło, trwajmy przy minimum: niech włada NIE PRZEZE MNIE! To będzie wyłom w zaczarowanym kręgu naszej bezczynności! dla nas najłatwiejszy a dla kłamstwa najbardziej zgubny. Bo kiedy ludzie od kłamstwa się odwracają — ono po prostu istnieć przestaje. Jak zaraza, ona też tylko ludźmi się żywi.Nie nawołujmy się, nie dojrzeliśmy jeszcze do wyjścia na place i głoszenia prawdy, do głośnego mówienia co myślimy — nie trzeba, to nas przeraża. Ale odmówmy choć mówienia tego, czego nie myślimy!Oto i nasza droga wobec przenikającej nas organicznej tchórzliwości najłatwiejsza i dostępna, znacznie łatwiejsza (ciężko to przyznać) od cywilnego oporu Gandhiego.
Droga nasza: NICZYM ŚWIADOMIE NIE PODTRZYMYWAĆ KŁAMSTWA! Rozpoznawszy, gdzie jest granica kłamstwa (każdy ją jeszcze inaczej postrzega) — odstąpić od tej linii gangreny! Nie sklejajmy martwych kostek i łusek Ideologii, nie zszywajmy przegniłych szmat, a staniemy osłupiali, jak szybko i bezradnie kłamstwo upadnie, a to co powinno być nagie, stanie przed światem w całej swojej nagości.I tak, w bojaźni naszej każdy niech dokona wyboru: czy zostanie świadomym sługą kłamstwa (o, nie z zamiłowania, oczywiście, lecz by wyżywić rodzinę, aby wychować dzieci w duchu kłamstwa!) czy też nadszedł czas by się otrząsnąć, by zacząć żyć jak człowiek uczciwy, godny szacunku i dzieci swoich i swoich współczesnych.I począwszy od dnia tego:
nie napisze, nie podpisze, nie opublikuje ani jednego zdania, które według niego prawdę wypacza;
prywatnie czy publicznie, takiego zdania nie wypowie ani od siebie ani jako agitator, nauczyciel, wychowawca czy aktor;
w malarstwie, w rzeźbie, w fotografii, w technice, w muzyce, nie przedstawi, nie przekaże ani jednej kłamliwej myśli, ani jednej skażonej prawdy, której skażenia byłby świadom;
nie zacytuje ani ustnie ani na piśmie żadnej „autorytatywnej” wypowiedzi ani dla pochlebstwa, własnego zabezpieczenia, ani dla zapewnienia sukcesu swojej pracy, o ile nie podziela w pełni cytowanej myśli lub jeśli nie odnosi się ona dokładnie do przedmiotu sprawy;
nie da się zmusić wbrew swojej chęci i woli do pójścia na żadną manifestację ani zebranie. Nie weźmie do ręki, nie podniesie transparentu ze sloganem, z którego treścią nie zgadza się w całości;
nie podniesie w głosowaniu ręki za propozycją której szczerze nie popiera;
nie będzie głosował tajnie ani jawnie na osobę, którą uważa za niegodną lub niepewną;
nie da się zapędzić na zebranie, na którym ma się odbyć zakłamana, wymuszona dyskusja;
natychmiast opuści zebranie, wykład, przedstawienie teatralne, salę kinową, gdy tylko usłyszy kłamstwo, ideologiczną bzdurę lub bezwstydną propagandę;
nie zaabonuje i nie kupi gazety czy czasopisma, w którym informacje są zdeformowane a podstawowe fakty przemilczane…
Oczywiście, nie jest to pełna lista wszystkich możliwych i koniecznych sposobów przeciwstawiania się kłamstwu. Lecz ten kto wstąpi na drogę oczyszczenia łatwo dostrzeże i inne sposoby.Tak, początek będzie trudny. Niektórzy na czas pewien stracą pracę. Młodym, pragnącym żyć podług prawdy, wcześnie się życie skomplikuje: przecież nawet zadawane lekcje nadziane są kłamstwem — trzeba wybierać.
Lecz dla nikogo kto chce być uczciwym nie ma ucieczki: codziennie, każdy z nas — nawet ci, którzy parają się w technicznych, najbezpieczniejszych naukach — musi dokonywać wyboru, czy zrobić krok w stronę prawdy czy w stronę kłamstwa, w stronę duchowej niezależności czy duchowego poddaństwa.A ten, komu odwagi nie starczy nawet na to, by bronić swej duszy niech nie szczyci się swymi postępowymi poglądami, niech nie chlubi się swą pozycją akademika czy znanego artysty, zasłużonego działacza, generała — niech raczej powie sobie: bydlak jestem, tchórz, któremu tylko strawy i ciepła potrzeba.Nawet i ta droga — najbardziej umiarkowana ze wszystkich dróg oporu — będzie dla nas, zgnuśniałych, nielekka. Lecz o ile łatwiejsza od samopalenia czy głodówki: płomień nie obejmie twego ciała, oczy nie pękną od gorąca, a chleb czarny i woda czysta zawsze dla twojej rodziny się znajdą.Zdradzony i okłamany przez nas prawdziwie wielki naród Europy — naród czechosłowacki, czy nie pokazał nam jak czołgom nawet stawia czoła bezbronny człowiek, o ile w nim dusza godna?
Trudna to będzie droga? — ale z możliwych najłatwiejsza. Wybór nie łatwy dla ciała ale jedyny dla duszy. Nielekka to droga lecz są wśród nas ludzie, dziesiątki ich nawet, którzy OD LAT żyją według tych zasad, żyją podług prawdy.
Nie idzie więc o to, by pierwszemu wstąpić na tę drogę lecz by się PRZYŁĄCZYĆ DO INNYCH! Lżejsza i krótsza wyda nam się ta droga jeśli wielu nas będzie, jeśli razem na nią wstąpimy! Będą nas tysiące — i rady sobie nie dadzą, nikomu nie zdołają nic zrobić. Będą nas dziesiątki tysięcy — i nie poznamy naszego kraju.
Jeśli stchórzymy to przestańmy się skarżyć, że oddychać nam nie dają — sami sobie nie dajemy! Jeszcze trochę karku nagniemy, jeszcze trochę poczekamy, a bracia biolodzy przybliżą moment, gdy myśli nasze można będzie odczytać i geny podmienić.
Jeśli i tu stchórzymy to nędzniśmy i nie ma nadziei i dla nas pogarda Puszkina:
A po cóż stadom dar swobody? Dziedzictwem ich z wieku na wiek Jarzmo z dzwonkami oraz bicz.
Ci z nas, którzy pamiętają epokę PRL i jej zdeterminowanie przez totalitaryzm komunistyczny – bądź ci młodsi, którzy zdobyli sporą wiedzę na ten temat – rozumieją czym jest strach jako instrument nie tylko dyscyplinowania społeczeństwa, ale również kształtowania nowego człowieka – homo sovieticusa.
W pracach poświęconych antropologii tej utopii społeczno-politycznej powtarza się określenie okresu jej realizacji – trwającego od rewolucji bolszewickiej do rozpadu Związku Radzieckiego – epoką wielkiego strachu. I nie był to strach metafizyczny, wywołany czynnikami od ludzkiej woli i ludzkiego statusu ontycznego niezależnymi – takimi jak skończoność istnienia i nieuchronność śmierci, niezawinione cierpienie i wina, kataklizmy w przyrodzie etc. To był strach zdeterminowany geopolitycznie, społecznie, ekonomicznie, cywilizacyjnie. Strach przed władzą i ideologami realizowanej utopii, wobec których sprzeciw groził represjami – od więzienia i utraty pracy po wyrok śmierci.
Przemoc i kłamstwo były podstawowymi instrumentami wywoływania w społeczeństwie strachu, którego celem było nade wszystko paraliżowanie woli i myśli zarówno pojedynczego człowieka, jak i całej wspólnoty. Ten mechanizm dławienia wolności przedstawił na przykładzie środowiska literacko-artystycznego Czesław Miłosz w Zniewolonym umyśle. Autor nie zdobył się w nim jednak na klarowną konkluzję, iż poprzez zniewalanie umysłu władza komunistyczna dążyła do ukształtowania nowego człowieka, będącego celem przyjętej przez nią utopijnej antropologii.
Nowa epoka strachu
Trwająca dziesięcioleciami dyskredytacja komunizmu jako dehumanizującej utopii oraz totalitaryzmu jako sposobu sprawowanej w jej imię władzy została oficjalnie przypieczętowana pieriestrojką Michaiła Gorbaczowa, wyzwalającą społeczeństwa bloku socjalistycznego ze strachu i kłamstwa ideologiczno-politycznego. Hasło napisanego w 1974 roku przez Aleksandra Sołżenicyna manifestu Nie żyć w kłamstwie stało się rzeczywistością. W jej wywalczeniu miał duży udział polski naród, organizując się w pokojową armię wielomilionowej Solidarności, która miała odwagę zakwestionować uzurpację komunistycznej władzy do rządu naszych dusz.
Będąc uczestnikami tych przemian, Polacy byli przekonani, że „wybiliśmy się na niepodległość” – wyzwolenie nie tylko spod politycznego jarzma Jałty, ale również od istotnych dla naszej tożsamości narodowej i cywilizacyjno-kulturowej obciążeń komunizmu: kłamstwa ideologiczno-politycznego oraz strachu jako instrumentu sprawowania władzy. Byliśmy przekonani, że stając się częścią kolektywnego Zachodu – pod szyldem NATO, UE i USA jako światowego hegemona – osiągniemy nie tylko dobrobyt jego społeczeństw i poczucie bezpieczeństwa – wraz z gwarancją pokoju – ale również wolność od niegdysiejszego strachu przed władzą. Strachu przed władzą oderwaną od narodu, który zmuszany był przez komunistyczną propagandę przypisywać jej atrybuty tajemnicy, cudu i autorytetu – jak trafnie ujął jej wizerunek Michaił Heller w książce Maszyna i śrubki. Jak hartował się człowiek radziecki.
Wybierane w demokratycznych wyborach władze III RP miały być zaprzeczeniem komunistycznego modelu, wcieleniem sługi narodu – tylko polskiego, żadnego innego. Decyzje w sprawach Polaków i Polski miały być racjonalne, klarowne, skoncentrowane na naszym interesie narodowym. Taki był etap oczekiwań na wcielenie w struktury zachodnie, któremu towarzyszyła powszechna westernizacja społeczna i cywilizacyjno-kulturowa. Gdy staliśmy się członkami NATO i UE oraz „sojusznikami” –wasalami USA, powinniśmy poczuć ulgę, odnieść satysfakcję z odniesionego sukcesu politycznego i czerpać z niego korzyści – bo jakieś niewątpliwie można wyliczyć.
Niepokoi jednak stan umysłów polskiego społeczeństwa, zdeterminowany strachem przed Rosją i grożącej nam z nią wojną. I nie jest to tylko reakcja Polaków na toczącą się na Ukrainie wojnę. Należymy przecież do sytego i bezpiecznego – w ramach natowskich gwarancji – Zachodu, do którego wyniszczana przez wojnę Ukraina dopiero aspiruje. Dlaczego więc Polacy boją się i Rosji i wojny z nią? Odpowiedź jest prosta: bo ich strach podsyca władza oraz powiązane z nimi środowiska opiniotwórcze i media. Straszą nas, bo przestraszonymi łatwiej rządzić i bez skrupułów wydawać ich podatki na nieprzemyślane zbrojenia. Nieustannie więc słyszymy o atakujących nas ze strony Rosji dronach, rakietach, podpalających nasz kraj dywersantach, planowanych akcjach terroru i oczywiście niemal codziennych cyberatakach. Wszystkie te wrogie działanie przedstawiane są jako rosyjskie, nawet wtedy, gdy są dowody na ich ukraińskie pochodzenie. Mamy więc do czynienia z nową wersją komunistycznej propagandy, opartej na kłamstwie i instrumencie strachu. Ta nowa wersja dyscyplinującej społeczeństwo propagandy nie jest jednak polskim wymysłem.
Geopolityczny terror
Polscy decydenci stali się jedynie sługami geopolitycznych liderów Zachodu z każdym prezydentem USA na czele. Specjalnością tych drugich jest bowiem sianie strachu globalnego przed ich hegemoniczną rolą i ”nieprzezwyciężoną potęgą”, których świadectwem miały być amerykańskie działania wojenne na Bliskim Wschodzie oraz wsparcie dla Ukrainy. I w jednym i drugim przypadku „nieprzezwyciężona potęga” wspiera reżimy nazistowskie: ukraiński neo-banderyzm oraz izraelski syjonizm. Czy dlatego Ameryka patronowała narodzinom rusofobii – największej w Polsce – aby Zachód uwierzył w zagrożenie większe od tych dwóch nazistowskich reżimów? Polityka Waszyngtonu ostatnich lat na to właśnie wskazuje. Zgodnie z jej opcją zagrożeniem dla Europy i świata jest Rosja. Nie są nim rosnące coraz bardziej w siłę – wspierane przez USA – wymienione nazizmy. Mamy się bać Rosji i zbroić do wojny z nią, natomiast nazizmy wspierać.
Nie bez znaczenia jest w tym wypadku wsparcie dla Ukrainy i Izraela, jakie okazują panującym w nich reżimom Niemcy, gdzie słyszymy już pogłos nazistowski w wypowiedziach niektórych polityków AFD. Władze niemieckie wzięły do serca amerykańskie wezwania – i niestety, polskie – do zwiększenia nakładów na zbrojenia i postanowiły uczynić swoją armię największą potęgą w Europie. Jeśli więc reżim ukraiński przetrwa, a Niemcy osiągną zamierzony cel – realnym zagrożeniem dla Polski będzie nie Rosja, lecz sojusz ukraińsko-niemiecki, budowany na programie technofaszystów z Palantir Technologies – największej z istniejących cyfrowej korporacji. Jej szefowie – Alex Karp i Peter Thiel (na zdjęciu) – głoszą otwarcie budowę nowego porządku świata w oparciu o sztuczną inteligencję i siłę militarną. Jednocześnie wzywają, aby przezwyciężyć „przymusowy pacyfizm” Niemiec i Japonii narzucony im jako przegranym w II wojnie światowej. Jakby tego było mało amerykański prezydent hasłu swej obecnej kadencji America First usiłuje nadawać metafizyczny wymiar, mówiąc o jej globalnej misji i wybraniu przez Opatrzność.
Owa „misja” budzi jednak niedowierzanie i osłabia budzony przez Amerykę strach przed Rosją. Irańska wersja owej „misji” uświadamia nam, że wprawdzie normalizacja – legalizacja – kłamstwa propagandowego osiągnęła na Zachodzie apogeum, nie zdelegalizowała jednak prawdy, która zawsze znajdzie swych obrońców. Misyjny wizerunek USA, które – jak zapowiadał prezydent Trump – miały zetrzeć z powierzchni ziemi Iran w imię zaprowadzenia „sprawiedliwości” na Bliskim Wschodzie – legł w gruzach. Iran nie przestraszył się tej dziejowej misji Ameryki i stawił jej opór, dając przykład jak walczyć nie tylko z jej przewagą militarną, ale również kłamstwem propagandowy. Strachy na Iran okazały się straszydłami.
Strach, jakim Trump chciał złamać ten starożytny naród, nie jest bowiem strachem metafizycznym, opisanym m.in. przez Sorena Kierkegaarda w traktacieChoroba na śmierćczy w pracy Maxa ScheleraCierpienie. śmierć, dalsze życie. Taki strach zmusza bowiem do refleksji nad statusem naszego istnienia, nad naszymi powiązaniami ze źródłem wszelkiego bytu; pozwala zrozumieć istotę naszej ograniczoności, kruszy wszelkie samoubóstwienie. Takim strachem, na szczęście, nie jest w stanie zarządzać żadna władza, żadne służby specjalne, żadna propaganda ani żaden Palantir. .
Ten strach, którym zarządzają atlantyści i globaliści kolektywnego Zachodu to w rzeczywistości strach nie o nas, lecz o ich „tu i teraz’. O utrzymanie ich władzy nad nami i płynące z niej ich partykularne korzyści. To strach o zachowanie dobrze prosperującego ich feudalizmu intelektualnego, polegającego na utrzymywaniu naszych umysłów w zniewoleniu kłamstwami proamerykańskiej, probanderowskiej czy proizraelskiej propagandy, a jednocześnie narzucającego nam dehumanizującą nas rusofobię, która przekształca się w formę kolektywnego zachodniego nazizmu.
Cel zastraszania
Ideologowie i politycy kolektywnego Zachodu – atlantyści i globaliści z szyldem liberalizmu – poprzez zastraszanie społeczeństw osiągają cele nie tylko geopolityczne, ale również cywilizacyjno-kulturowe. Strach obywateli państw zachodnich stał się skutecznym środkiem ich ubezwłasnowolnienia w sferze idei i wartości. Przestraszeni ludzie widmem wojny z Rosją nie weryfikują narzucanych im przez propagandę scenariuszy tej wojny i godzą się na niespotykany w historii wyścig zbrojeń z ich podatków. Nie biorą odpowiedzialności ani za te scenariusze, ani za ten wyścig. Obywatele Zachodu przekształceni zostali bowiem przez instrument strachu w infantylne osoby, za których los odpowiedzialność biorą władze realizujące plany dyskredytującego się na naszych oczach trans-atlantyzmu i globalnego liberalizmu.
Te władze zapominają o jednym: człowiek zdolny jest nie tylko do przezwyciężenia strachu w aktach odwagi, ale również do heroizmu, w którym swoje „tu i teraz” poświęca w imię tego, co je przewyższa. Zapominają, że zawsze wśród nas – śmiertelników – znajdą się ci, których niezwykle trudno przestraszyć. W każdym pokoleniu i w każdym czasie pojawiają się nieustraszeni, którzy nie tylko obnażają prawdę o istocie zastraszającego nas mechanizmu, ale również potrafią wskazać sposoby przeciwdziałania tym, którzy nim zarządzają – politykom, finansjerze, mediom.
Antropologia komunistyczna miała wybitnie negatywny i zarazem utopijny charakter. Wysunęła koncepcję człowieka odciętego od Transcendencji, jednowymiarowego, słabego, niezdolnego do przekraczania swych ograniczeń i do takiej wolności, której nieodłącznym atrybutem jest odpowiedzialność. Wysunęła koncepcję włączającą w jego ukształtowanie instrument strachu. Ten eksperyment antropologiczny nie powiódł się.
W ludziach dawnego bloku socjalistycznego zwyciężyła tęsknota za Transcendencją, pragnienie wolności i wola ponoszenia za jej skutki odpowiedzialności. Takie są bowiem atrybuty naszego człowieczeństwa. Taką lekcję antropologii przechodziliśmy w niedawnej przeszłości. Płynie z niej jeden prawidłowy wniosek: wszelkie próby ponowienia we współczesnej wersji koncepcji nowego człowieka – z wykorzystaniem instrumentu strachu i pomocą najnowszych technologii, sztucznej inteligencji i wszelkich służb – skazane są również na fiasko.
W połowie sierpnia 2026 roku prowincja Noord-Brabant stała się areną kolejnej fali protestów holenderskich rolników. Setki traktorów zjechało do Den Bosch przed siedzibę władz prowincji. Demonstranci sprzeciwiali się planom cofnięcia pozwoleń środowiskowych pięciu fermom drobiu z powodu rzekomo nadmiernych emisji azotu w pobliżu obszarów Natura 2000, takich jak De Peel i Kampina.
To nie był lokalny incydent, lecz kolejny etap systematycznego demontażu europejskiego rolnictwa, prowadzonego pod hasłem ochrony klimatu i przyrody.
Holandia od lat zmaga się z tzw. kryzysem azotowym. W 2019 roku Rada Stanu unieważniła dotychczasowy system pozwoleń, powołując się na unijne dyrektywy. Od tego czasu rolnicy żyją w niepewności, a całe regiony zostały sparaliżowane. W czerwcu 2026 roku rząd premiera Roba Jettena (z ministrem rolnictwa Jaimim van Essen z D66) przedstawił nowy pakiet wart 20 miliardów euro. Zakłada on obniżenie emisji azotu w rolnictwie o 42–46 proc. do 2035 roku, limit 2,6 krowy na hektar oraz wprowadzenie szerokich stref buforowych wokół obszarów chronionych.
Te cele nie wynikają z realnej troski o przyrodę. Są elementem panującej w Unii Europejskiej ideologii, która pod pretekstem zielonej transformacji celowo niszczy tradycyjne rolnictwo i przemysł. Holandia jest jednym z największych eksporterów żywności na świecie. Jej rolnictwo jest nowoczesne, wydajne i już dokonało znaczących redukcji emisji. Mimo to władze – zarówno krajowe, jak i unijne – forsują rozwiązania prowadzące do likwidacji tysięcy rodzinnych gospodarstw. Chodzi o ograniczenie produkcji, przejęcie ziemi i podporządkowanie sektora rolnego agendzie klimatycznej, która faworyzuje wielkie korporacje i import z krajów o niższych standardach.
14 sierpnia 2026 roku rolnicy zorganizowali demonstrację przed Provinciehuis. Traktory zablokowały drogi, a transparenty głosiły hasła takie jak No Farmers No Food oraz Vergund = Vergund. Władze prowincji argumentowały, że fermy drobiu zbyt mocno obciążają przyrodę, powołując się na wyrok sądu z 2025 roku. Rolnicy wskazują, że pozwolenia są ważne, a ich propozycje redukcji emisji zostały zignorowane. To klasyczny mechanizm: najpierw tworzy się nierealne normy, a potem karze za ich niespełnienie.
W trakcie protestów doszło do tragicznego wypadku na autostradzie A59 – w korku zginęła starsza para. Premier Jetten natychmiast wykorzystał tę sytuację, by potępić protesty na drogach, zamiast zająć się źródłem problemu.
Video URL
Najbardziej uderzające jest jednak to, jak tradycyjne media – zwłaszcza telewizja – starają się te wydarzenia marginalizować lub całkowicie pomijać. Relacje są skąpe, kontekst ograniczony, a skala protestów bagatelizowana. Cel jest oczywisty: nie inspirować rolników w innych krajach Unii Europejskiej. Gdyby holenderskie demonstracje były szeroko pokazywane w telewizji we Francji, Niemczech, Polsce czy Hiszpanii, mogłyby wywołać falę podobnych działań. Dlatego mainstreamowe stacje wolą milczeć lub przedstawiać rolników jako przeszkodę w walce z klimatem. Informacje krążą głównie dzięki niezależnym kanałom i mediom społecznościowym.
Unijna polityka klimatyczna i azotowa nie jest neutralnym narzędziem ochrony środowiska. To ideologiczny projekt, który od lat osłabia europejską suwerenność żywnościową i przemysłową. Najpierw regulacje uderzają w rolnictwo, potem w energetykę i przemysł ciężki. Efektem jest wzrost kosztów, zależność od importu i likwidacja miejsc pracy na obszarach wiejskich. Holenderscy rolnicy rozumieją to doskonale – dlatego wychodzą na ulice z traktorami, a nie z prośbami o dialog.
Organizacja Farmers Defence Force oraz inne grupy rolnicze ostrzegają, że cofnięcie pozwoleń pięciu fermom to tylko początek. Podobne decyzje mogą objąć kolejne tysiące gospodarstw. Rząd mówi o wsparciu i innowacjach, ale w praktyce narzuca warunki, których większość małych i średnich firm nie jest w stanie spełnić.
Protesty w Noord-Brabant pokazują, że rolnicy nie dają się już przekonać narracją [namolnym gadaniem md] o kryzysie klimatycznym. Widzą w niej pretekst do celowego niszczenia sektora, który od pokoleń karmi Europę. Milczenie telewizji tylko potwierdza, jak bardzo establishment boi się, że przykład Holandii może zainspirować opór w innych krajach UE.
Europejskie rolnictwo nie jest wrogiem przyrody. Jest ofiarą ideologii, która pod hasłem ochrony klimatu systematycznie demontuje realną gospodarkę. Dopóki ta ideologia będzie panować w Brukseli i stolicach państw członkowskich, protesty traktorów będą się powtarzać.
Niezwykły artykuł w „Washington Post” z 15 sierpnia ujawnia skalę rozłamu między Waszyngtonem a jego kluczowymi sojusznikami w Zatoce Perskiej. Powołując się na przedstawicieli władz arabskich i zachodnich, gazeta donosi, że Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Katar, Kuwejt i Bahrajn jednoczą się w narastającej niechęci do administracji Trumpa. Niektóre z tych krajów dyskutują nawet o dalszych korzyściach płynących z utrzymywania dużych amerykańskich baz wojskowych na swoim terytorium.
Oświadczenie jednego z sędziów Golfu doskonale podsumowuje nastrój:
„Trump rozpoczął tę wojnę, a my płacimy cenę”.
Według urzędnika, gniew wobec Waszyngtonu jest obecnie najwyższy od początku amerykańsko-izraelskich ataków na Iran w lutym. To, co się tu wyłania, może być czymś znacznie więcej niż tylko chwilowym konfliktem dyplomatycznym. Przez dekady amerykański porządek w Zatoce Perskiej opierał się na prostej obietnicy: monarchie Zatoki zapewniają terytorium, bazy wojskowe, wsparcie polityczne i więzi gospodarcze – w zamian Waszyngton gwarantuje ich bezpieczeństwo.
Jednak obecnie obietnica ta jest poddawana w wątpliwość.
Od tarczy ochronnej do zagrożenia bezpieczeństwa?
Centralne pytanie w Rijadzie, Abu Zabi, Dosze, Kuwejcie i Manamie coraz częściej brzmi: Czy USA zapewnią nam większe bezpieczeństwo, czy też wciągną nas w wojnę, której konsekwencje będziemy musieli ponieść?
Anna Jacobs z Arab Gulf States Institute powiedziała dziennikowi „Washington Post” , że nastąpiła znaczna utrata zaufania. Dodała, że sojusznicy Ameryki coraz częściej uważają, że zachowanie USA w regionie czyni ich „mniej bezpiecznymi, a nie bezpieczniejszymi”. Ekspert ds. Bliskiego Wschodu, Firas Maksad, stwierdził, że państwa Zatoki Perskiej czują się „niepotrzebnie” wciągnięte w wojnę, którą Trumpowi będzie teraz trudno zakończyć. Jego polityka wobec Iranu jest postrzegana w regionie jako „chaotyczna” i „nieprzewidywalna”.
To niezwykły rozwój sytuacji.
Przez dekady uzasadniano masową obecność wojskową USA w Zatoce Perskiej dokładnie przeciwnym argumentem: miała ona gwarantować stabilność, odstraszać przeciwników i chronić monarchie Zatoki Perskiej. Teraz te same państwa zaczynają się zastanawiać, czy obecność USA nie czyni z nich samych celów.
Pewien zachodni dyplomata stwierdził w rozmowie z gazetą, że wojska amerykańskie nie były przyjmowane z entuzjazmem nawet przed wojną. Postrzegano je raczej jako „zło konieczne”.
Teraz kwestionuje się nawet konieczność istnienia tego zła .
Trump grozi – a potem się wycofuje
Według „Washington Post” główną przyczyną rosnącego zdenerwowania jest zmienna polityka Trumpa wobec Iranu.
Prezydent USA wielokrotnie groził Teheranowi kolejnymi atakami w ostatnich tygodniach, ale potem wycofał się z tych gróźb, powołując się na postępy w negocjacjach. Ta zmiana zdań stanowi ogromne ryzyko dla państw Zatoki Perskiej. Nie są one oddalone o tysiące kilometrów od strefy wojny, lecz znajdują się tuż obok niej.
Irańskie rakiety i drony mogą docierać do ich obiektów energetycznych, portów, baz wojskowych i infrastruktury krytycznej. Jednocześnie na ich terytorium znajdują się kluczowe obiekty amerykańskich sił zbrojnych.
Może to oznaczać, że amerykańskie bazy, które przez dziesięciolecia były uważane za polisę ubezpieczeniową dla monarchii Zatoki Perskiej, mogłyby stać się magnesem dla irańskich ataków w obliczu eskalacji wojny.
Amerykański gwarant bezpieczeństwa pokazuje swoje ograniczenia
Ponadto istnieje problem, którego nie da się rozwiązać drogą dyplomatyczną: zasoby militarne USA nie są nieograniczone.
Na początku sierpnia „ Washington Post” opublikował oddzielny raport na temat niedoborów amerykańskich niszczycieli morskich potrzebnych do obrony przed irańskimi pociskami balistycznymi. Według doniesień, amerykański generał ostrzegł Pentagon, że nie ma wystarczających sił, aby jednocześnie zrealizować wszystkie niezbędne zadania obronne. Jest to strategicznie niepożądana konstatacja dla państw Zatoki Perskiej.
Co się stanie, jeśli Iran jednocześnie zaatakuje amerykańskie obiekty, Izrael i infrastrukturę w Zatoce Perskiej? Kto będzie chroniony w pierwszej kolejności? Izrael? Wojska amerykańskie? Arabia Saudyjska? Katar? Kuwejt?
Wartość obietnicy bezpieczeństwa zależy od środków militarnych, za pomocą których można ją zrealizować w sytuacji kryzysowej.
Wojna z Iranem zmieniła równanie.
Arabia Saudyjska, w szczególności, znajduje się obecnie pod ogromną presją. Według „Washington Post”, królestwo jest atakowane nie tylko przez Iran i siły sprzymierzone z Teheranem w Iraku, ale także przez Hutich w Jemenie.
Dochodzi do tego strategiczne położenie szlaków morskich.
Odkąd Iran zamknął Cieśninę Ormuz, Arabia Saudyjska stała się coraz bardziej zależna od swoich portów Morza Czerwonego w eksporcie ropy naftowej na rynek globalny. Jednocześnie Huti atakują saudyjską infrastrukturę energetyczną i próbują zakłócić saudyjską żeglugę w cieśninie Bab al-Mandab.
Stawia to Rijad nagle między dwoma strategicznymi wąskimi gardłami: Ormuz na wschodzie i Bab al-Mandab na zachodzie.
To, co przez dziesięciolecia wydawało się być architekturą energetyczną wspieraną przez Amerykanów, w ciągu kilku miesięcy stało się strategiczną słabością.
Początkowo istniały najwyraźniej nadzieje na szybkie zwycięstwo.
Jeszcze jeden szczegół raportu jest szczególnie wymowny.
Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Bahrajn początkowo nie były jednomyślnie przeciwne wojnie. Według wysokiego rangą urzędnika europejskiego, Rijad i Abu Zabi najwyraźniej liczyły na to, że szybkie i zdecydowane zwycięstwo nad Iranem okaże się dla nich korzystne.
Ale to zwycięstwo się nie zmaterializowało. System irański nie załamał się. A Teheran nie otworzył ponownie Cieśniny Ormuz. To zmieniło kalkulacje.
To, co miało być krótką wojną z potencjalnymi korzyściami strategicznymi, przerodziło się w długotrwały konflikt, którego koszty ekonomiczne i militarne coraz bardziej obciążają bezpośrednich sąsiadów Iranu.
„Porozumienie było żartem”
Nawet dyplomatyczne rozwiązanie Trumpa wydaje się nieprzekonujące.
Bader Al-Saif z Uniwersytetu w Kuwejcie bez ogródek opisał w rozmowie z Washington Post porozumienie zawarte w czerwcu między Waszyngtonem a Teheranem:
„żart”.
Z punktu widzenia państw Zatoki Perskiej umowa nie uwzględniała w wystarczającym stopniu kluczowych kwestii bezpieczeństwa, w tym irańskiego arsenału rakiet balistycznych i wsparcia udzielanego przez Teheran sojuszniczym grupom zbrojnym w regionie.
Stawia to Waszyngton w dylemacie. Wojna nie przynosi jednoznacznego zwycięstwa. Dalsza eskalacja zwiększa ryzyko dla sojuszników Ameryki. A dyplomacja jak dotąd nie zdołała wypracować porozumienia, któremu sojusznicy ufają.
Mekka mogła być ostrzeżeniem dla Waszyngtonu
Na tym tle nowa umowa obronna pomiędzy Arabią Saudyjską, Turcją i Pakistanem nabiera zupełnie innego znaczenia.
Wysoko postawiony urzędnik europejski wprost nazwał pakt w wywiadzie dla Washington Post „sygnałem dla USA” .
Trzy potężne państwa sunnickie starały się zdywersyfikować swoje partnerstwa w dziedzinie bezpieczeństwa i obrony.
Kluczowe oświadczenie urzędnika: „W ich oczach USA to za mało”.
Jest to prawdopodobnie najważniejsze zdanie w całym raporcie.
Przez dziesięciolecia amerykańska dominacja w Zatoce Perskiej opierała się właśnie na tym, że tamtejsze monarchie nie miały żadnej realnej alternatywy dla Waszyngtonu .
Teraz przynajmniej zaczynają się o to starać. Pakistan oferuje potencjał militarny i potencjał odstraszania nuklearnego. Turcja ma dużą armię konwencjonalną i znaczący przemysł zbrojeniowy. Arabia Saudyjska ma kapitał, energię i wpływy polityczne.
Ta sytuacja w żadnym wypadku nie zastępuje amerykańskiego parasola bezpieczeństwa. Pokazuje jednak, że Rijad najwyraźniej nie chce już opierać całej swojej strategicznej przyszłości wyłącznie na Waszyngtonie.
Prawdziwy dylemat Amerykanów
Pomimo całego gniewu, państwa Zatoki Perskiej nie mogą po prostu w krótkim okresie odłączyć się od Stanów Zjednoczonych.
Ich siły zbrojne są, w niektórych przypadkach, ściśle zintegrowane z amerykańskimi systemami uzbrojenia, amunicją, rozpoznaniem i infrastrukturą wojskową.
Pewien sędzia golfa przyznał w wywiadzie dla „Washington Post” , że to właśnie stanowi problem:
„Cokolwiek zrobimy, nie możemy powiedzieć Stanom Zjednoczonym nie”.
Jednak w tym właśnie tkwi ironia obecnej sytuacji.
Państwa Zatoki Perskiej są wściekłe na Waszyngton, ponieważ czują się wciągnięte w wojnę przez amerykańskie decyzje – a jednocześnie potrzebują Waszyngtonu, aby uchronić się przed konsekwencjami tej wojny. Były ambasador USA Douglas Silliman opisuje tę sytuację jako dziwną sprzeczność: są wściekli na Stany Zjednoczone za rozpoczęcie wojny, a jednocześnie są od nich zależni w kwestii sprzętu, amunicji i danych wywiadowczych.
Waszyngton może zniszczyć dokładnie to, co budował przez dziesięciolecia.
Nadal byłoby przesadą mówienie o załamaniu się amerykańskiego porządku w Zatoce Perskiej.
Sam „ Washington Post” podkreśla, że w krótkiej perspektywie nie należy oczekiwać gruntownej reorganizacji regionu. Zależność od Stanów Zjednoczonych pozostaje znaczna. Państwa Zatoki Perskiej bynajmniej nie są zjednoczone po stronie Teheranu – wręcz przeciwnie, ciągły ostrzał ze strony Iranu również podsyca narastający gniew.
Jednak strategiczne zmiany rzadko zaczynają się od spektakularnego przełomu.
Zaczynają się od wątpliwości. Od poszukiwania alternatyw. Od nowych umów obronnych.
I wreszcie, pojawia się pytanie, czy amerykańskie bazy wojskowe nadal zapewniają ochronę, czy też same stały się zagrożeniem dla bezpieczeństwa.
Jak podaje „Washington Post”, to właśnie to pytanie zadaje się obecnie w Zatoce Perskiej.
Jeśli te wątpliwości się pogłębią, wojna z Iranem może mieć dla Waszyngtonu konsekwencje wykraczające daleko poza sam Iran: próbując bronić swojej dominacji w regionie militarnie, USA mogą stracić zaufanie właśnie tych państw, na których dominacja ta opiera się od dziesięcioleci.
W niedawnym wywiadzie irański profesor Seyed Mohammad Marandi analizuje najnowsze wydarzenia w konflikcie między USA a Iranem. Analizuje kryzys na pokładzie lotniskowca USS Abraham Lincoln, sprzeczne sygnały z Waszyngtonu oraz rosnącą pozycję strategiczną Teheranu. Marandi argumentuje, że Zachód systematycznie nie doceniał potencjału Iranu, a obecna sytuacja ujawnia granice amerykańskiej potęgi.
Marynarka Wojenna USA pogrążona jest w głębokim kryzysie wewnętrznym, ponieważ konflikt z Iranem wciąż trwa. Lotniskowiec USS Abraham Lincoln ma wkrótce zostać zastąpiony przez USS George Washington. Powodem tego nie są straty operacyjne w walce, ale poważny kryzys moralny i personalny na pokładzie: kilku marynarzy popełniło samobójstwo, a warunki na morzu po miesiącach spędzonych na Oceanie Indyjskim określane są jako niezwykle wyczerpujące.
Jednocześnie sekretarz skarbu USA Scott Bessent grozi Iranowi „środkami gospodarczymi, jakich nigdy wcześniej nie widziano”. Jednocześnie wiceprezydent J.D. Vance deklaruje, że ceny benzyny w USA są absolutnym priorytetem administracji. Według Marandiego te sprzeczności nie są przypadkowe.
Marandi podkreśla, że oświadczenia Waszyngtonu należy traktować z ogromnym sceptycyzmem: „Wszystko, co wychodzi z Waszyngtonu, jest prawdopodobnie kłamstwem lub oszustwem”. Podczas gdy Trump i jego administracja twierdzą, że Cieśnina Ormuz jest całkowicie otwarta i znajduje się pod amerykańską kontrolą, ceny ropy naftowej rosną, a globalne niedobory podaży narastają.
Rzeczywistość jest inna: liczba statków przepływających przez cieśninę dziennie drastycznie spadła – z 30 do 180 do zaledwie 7-17. Iran wybiórczo przepuszcza statki, takie jak te z Chin, Iraku czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich, które zachowały wobec niego dyplomatyczny dystans. Szczególnie dotknięta jest ropa naftowa, a zwłaszcza hel, siarka, nawozy, produkty rafineryjne, produkty petrochemiczne i LNG. Równoczesna eskalacja konfliktu na Morzu Czerwonym między Jemenem a Arabią Saudyjską dodatkowo zwiększa presję.
W ostatnich dniach Stany Zjednoczone wysyłały Iranowi groźby za pośrednictwem stron trzecich i zwiększyły swoją obecność wojskową w regionie. Teheran odpowiednio się przygotowuje: produkcja pocisków rakietowych i dronów działa pełną parą, a podziemne bazy i struktury dowodzenia są rozbudowywane. Jeśli Waszyngton ponownie zaatakuje infrastrukturę cywilną, Iran grozi „bezlitosnym odwetem” wszystkim państwom zapewniającym wsparcie logistyczne Stanom Zjednoczonym i Izraelowi – w tym Arabii Saudyjskiej, ZEA, Kuwejtowi, Bahrajnowi, Katarowi, a potencjalnie także Omanowi i Jordanii. Kraje te już zatankowały amerykańskie i izraelskie samoloty podczas dwunastodniowej wojny i w związku z tym są zagrożone.
Marandi odpowiada na pytanie, jak Iran był w stanie przeciwstawić się zdecydowanej przewadze amerykańskich sił zbrojnych, łącząc historię, ideologię i długoterminowe przygotowania. Iran, jak argumentuje, jest państwem cywilizacyjnym z tysiącletnim doświadczeniem i szyicką tradycją, która kładzie nacisk na opór wobec ucisku i solidarność z uciskanymi. Od czasu inwazji USA na Afganistan i Irak – a zwłaszcza w świetle ekspansji NATO na wschód – Teheran systematycznie budował podziemne bazy rakietowe i dronów. Irańska technologia dronów stała się znana na całym świecie dopiero dzięki jej wykorzystaniu na Ukrainie, po latach drwin zachodnich mediów.
USA uwierzyły we własną propagandę: Iran był upadającym, niepopularnym reżimem z nieistotnym uzbrojeniem. Mimo to po 40 dniach bombardowań nie zniszczono ani jednej podziemnej bazy rakietowej. Marandi uważa zatem za mało prawdopodobne, aby irańskie obiekty jądrowe – również znajdujące się głęboko pod ziemią i pod nadzorem Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej – zostały faktycznie zniszczone.
Wizerunek amerykańskiej niezwyciężoności został w ten sposób trwale nadszarpnięty. Marandi wskazuje na kolejne oznaki słabości: rzekomo odkryte i zabite przez rybaków w Korei Północnej jednostki US SEAL; ataki na kutry rybackie na Karaibach, rzekomo sfałszowane w celu przewozu narkotyków; oraz traktowanie amerykańskich żołnierzy na pokładach tych jednostek. Hollywoodzkie mity, takie jak „Top Gun”, stoją w jaskrawej sprzeczności z rzeczywistością.
Nawet historia o tym, że Trump ukrył się w furgonetce cateringowej w Ankarze, ponieważ izraelski wywiad ostrzegał przed atakiem ze strony Iranu, jest dla Marandiego symbolem zależności Waszyngtonu od Tel Awiwu. Teraz podważa nawet oficjalną wersję wydarzeń związanych z zamachem na Trumpa i 11 września – stanowisko, które sam wcześniej odrzucał.
Iran umacnia się regionalnie i globalnie w wyniku konfliktu. Marandi postrzega ten kraj jako zdecydowanie najpotężniejszą siłę w Azji Zachodniej i Afryce Północnej. Przystąpienie Iranu do Nowego Banku Rozwoju BRICS w Szanghaju wpisuje się w szerszy trend: instytucje i kolaboracje spoza Zachodu – BRICS, Szanghajska Organizacja Współpracy – zyskują na znaczeniu, ponieważ Zachód otwarcie traktuje Iran jako wroga. Nawet irańscy liberałowie, którzy wcześniej polegali na Zachodzie, zmienili swoje poglądy po wojnie. Masowe uroczystości żałobne dla ofiar – z udziałem dziesiątek milionów uczestników – nie mogły być dłużej ignorowane nawet przez zachodnie media.
W regionie Teheran ostrzega Syrię przed interwencją przeciwko Hezbollahowi w Libanie i grozi setkom wcześniej przygotowanych celów. Jednocześnie Iran jednoznacznie domaga się zakończenia walk w Libanie, Palestynie (w tym w Strefie Gazy), Jemenie i Iraku jako warunku zawarcia jakiegokolwiek porozumienia. Pierwotne Memorandum of Understanding wspominało już o „wszystkich frontach, w tym w Libanie”; zostało to później doprecyzowane. Arabia Saudyjska boryka się z trudnościami w konflikcie z Jemenem. Oś oporu – Iran, Hezbollah i Jemen – jest jedyną siłą udzielającą Palestyńczykom konkretnego wsparcia.
Marandi podkreśla, że wojna jeszcze się nie skończyła. Stany Zjednoczone będą nadal próbować szkodzić narodowi irańskiemu. Motywacje są jednak różne: Irańczycy walczą o przetrwanie swojej cywilizacji, podczas gdy wielu Amerykanów postrzega konflikt jako ofiarę złożoną „ludobójczemu reżimowi syjonistycznemu” i odrzuca go. Niezłomność Iranu wynika ze świadomości, że są ofiarami. Wina Irańczyków, jak sarkastycznie mówi Marandi, leży w ich odmowie tolerowania ludobójstwa w Strefie Gazy – i właśnie to czyni je nie do zniesienia dla zachodnich elit.
Pod koniec wywiadu Marandi apeluje, aby uwaga skupiła się na Gazie: na cierpiących tam dzieciach, kobietach i mężczyznach. Hezbollah, Jemen i Iran stają w obronie mieszkańców Gazy – i to jest odpowiedzialność, którą wszyscy musimy dzielić.
Od redakcji PP: Na oficjalnej stronie rządowej poświęconej Bitwie Warszawskiej 1920 roku [bitwa1920.gov.pl] wciąż jest, mimo upływu 100 lat, mowa o planie Marszałka Piłsudskiego zwanego tym razem „Wielką Kombinacją”.
Jak skrótowo przedstawialiśmy to już TUTAJ, autorem planu Bitwy Warszawskiej 1920 roku był gen. Tadeusz Jordan Rozwadowski, który wydał symboliczny rozkaz nr 10.000, gdy tymczasem Marszałek Piłsudski 12 sierpnia opuścił Warszawę i udał się w okolice Tarnowa do p. Aleksandry Szczerbińskiej na ok. 2 dni, po czym zagościł w Puławach oczekując na rezultat potyczki polsko-bolszewickiej. Następnie wykonał opóźniony w stosunku do planów manewr znad rzeki Wieprz i dlatego nieskuteczny.
Polacy, czas po 100 latach stanąć w prawdzie i odkłamać mity i legendy stworzone przez sanację i „chłopców Piłsudskiego”, którzy bohaterów Bitwy Warszawskiej 1920 roku, szczególnie po zamachu 1926 roku, skazywali na zapomnienie, więzienia, a nawet śmierć (gen. Włodzimierz Zagórski i prawdopodobnie gen. Tadeusz Rozwadowski i inni). W PRL nie było nam to dane, w III RP ponownie zakwitł, na nasze polskie nieszczęście, „kult Piłsudskiego”, dyktatora i niszczyciela demokracji parlamentarnej.
Niech Maryja Królowa Polski nam w tym dopomoże !
Przedstawiamy w odcinkach, dzień po dniu, wspomnienia uczestników tamtych wydarzeń.
ODCINEK II. WSPOMNIENIA PREMIERA WINCENTEGO WITOSA
Urywki wybrane przez Romana Galińskiego z książki Wincentego Witosa „Moje wspomnienia”, tom II, Paryż 1964, Instytut Literacki i ogłoszone w „Komunikatach Tow. im. R. Dmowskiego w Londynie, tom I, rok 1970/71, str. 388-397. Podtytuły Galińskiego, podkreślenia moje – J.Giertych. Witos był w owym czasie premierem (prezesem rady ministrów).
„Wojną polsko-bolszewicką jak i jej przebiegiem zajmowałem się bardzo gorliwie. (…) Starając się w granicach możliwości robić wszystko, co się mogło przyczynić do szczęśliwego przebiegu walki i zapewnienia zwycięstwa, nie mieszałem się nigdy do tego, na czym się nie znałem i co było obowiązkiem i prawem fachowców, przed państwem i rządem odpowiedzialnych. Moja więc ocena większych czy mniejszych zasług poszczególnych osób, w tej wojnie wybitniejszy udział biorących może być podyktowana obiektywną oceną chłopskiego, a sądzę i zdrowego rozumu. Nie przeczę, że w tych sprawach może on się okazać niewystarczający.
Wiem, że wielu opinię moją potraktuje wzruszeniem ramion, inni zapewne ze świętym oburzeniem. To mnie jednak niewiele obchodzi wtenczas, gdy trzeba dać świadectwo prawdzie i uznać rzeczywiste zasługi ludzi, o których tak łatwo zapomniano, a którzy nie chcieli, czy nie umieli się reklamować”. (Witos, ibid., str. 354).
ZAŁAMANIE PSYCHICZNE ARMII I SPOŁECZEŃSTWA
„Sprawą niezwykle wielkiego znaczenia było przywrócenie zaufania w wojsku i społeczeństwie tak do Naczelnego Dowództwa jak i do dowództw poszczególnych części armii, gdyż i tam nie było wcale dobrze. Gen. Rydz-Śmigły zawiódł zupełnie na południu, mimo użycia znacznych sił i doskonałej sposobności. Szef sztabu, gen. Stanisław Haller, sumienny, prawy i dobry człowiek, nie miał żadnej własnej koncepcji, będąc lojalnym, a często ślepym wykonawcą rozkazów Naczelnego Wodza. Nie dopisał także dowódca pomocnego frontu, gen. Szeptycki, złamany niepowodzeniami, które przewidywał, ale którym nie mógł zapobiec.
Należało przeprowadzić zmiany, by z nowymi ludźmi przyszło zaufanie. Tak się też stało. Szefem sztabu w miejsce gen. St. Hallera został mianowany 22 lipca gen. Tadeusz Rozwadowski, który nie tylko, że odznaczał się wielką odwagą i niewyczerpanym bogactwem pomysłów operacyjnych, ale pewnością siebie i wprost bezgranicznym optymizmem. Dowództwo zaś po Szeptyckim objął gen. Józef Haller, który przyniósł z sobą pomiędzy innymi zaletami entuzjazm, religijną wiarę w zwycięstwo, osobiste męstwo i zdolność porywania żołnierzy.
Na skutek bardzo poważnych zarzutów, podnoszonych przeciw Piłsudskiemu, odbyło się kilka poufnych konferencji, ale znaczna większość przedstawicieli stronnictw oświadczyła się za utrzymaniem go na dotychczasowym stanowisku, żeby nie drażnić jego dość licznych i zaciętych zwolenników, a przy tym uniknąć walki kandydatów na stanowisko po nim”. (Ibid., str. 273)
NOWY SZEF SZTABU PRZYWRACA WIARĘ W ZWYCIĘSTWO
„Po kilku dniach po objęciu swego urzędu gen. Rozwadowski przedstawił Radzie Ministrów plan obrony, mający na celu co najmniej zatrzymanie pochodu wojsk bolszewickich. Plan ów nazywał on swoim. Nie przyszło mi nawet na myśl zapytać, czy on wyłącznie od niego pochodzi, czy też był wynikiem pracy wspólnej.
Nowy szef sztabu, zupełnie pewny siebie, zapewniał kategorycznie wpatrzoną w niego Radę Ministrów, że jest w możności wstrzymania bolszewików, przynajmniej nad brzegami Bugu, gdyż wojska polskie zajęły tam bardzo silne, świeżo umocnione pozycje. Dostały też rozkaz nie opuszczania ich za żadną cenę.
Rada Ministrów zarówno plan jak i oświadczenie gen. Rozwadowskiego przyjęła do wiadomości zadowolona, że znalazł się przecież ktoś, co ma głowę na karku i wiarę w zwycięstwo. Osobno i poufnie informował mnie gen. Rozwadowski, iż polecił, żeby linię tę specjalnie umocniono i jest w stu procentach pewny, że sobie tam bolszewicy karki na dobre połamią. Wierzyłem mu zupełnie.
Minęły dwa dni na dość niespokojnym oczekiwaniu, gdyż różne wieści dostawały się do Rady Ministrów. Przekonaliśmy się wkrótce, że nie były one w zupełności pozbawione podstawy. Na posiedzenie Rady Ministrów, które odbywało się prawie w permanencji, przy szedł zaproszony przeze mnie gen. Rozwadowski. Obserwowałem go bardzo pilnie i zauważyłem, że ma minę nieco strapioną. Niestety, nie pomyliłem się wcale.
Zabrawszy głos, zakomunikował zdziwionej i przerażonej Radzie Ministrów że bolszewicy linię Bugu przekroczyli i to bez większych trudności, bo woda w rzece niemal że wyschła, a zresztą z punktu widzenia wojskowego obrona tej linii byłaby zupełnie bezcelowa.
Po jego całkiem spokojnym oświadczeniu nam się zrobiło zupełnie gorąco. Pierwotny optymizm uległ miejsca głębokiej trosce i niedowierzaniu. Nastąpiło też dłuższe przykre milczenie. Ministrowie pytającym wzrokiem spoglądali to na siebie, to na szefa sztabu. Wcale tym nie zrażony gen. Rozwadowski, zabrawszy powtórnie głos, dowodził z widocznym przekonaniem i przejęciem, że się nic złego nie stało, bo walkę z bolszewikami należy przenieść na nowe, skrócone linie, a już najlepszym ze wszystkiego byłoby ściągnąć ich w okolice Warszawy i tu do jednego wystrzelać. Tego planu musi jednak na razie zaniechać, mimo że go uważa za wykonalny.
W czasie jego przemówienia obserwowałem poszczególnych ministrów, widząc jak jego argumenty, nie opuszczająca go pewność siebie, wiara i szczerość zaczęły ich znowu przekonywać, a kiedy zaręczył, że obecnie jest zdolny wojska bolszewickie zatrzymać na szereg tygodni, wiara u wszystkich odżyła prawie zupełnie na nowo. Nie przekonany został tylko minister Skulski”. (Ibid., str. 282-283).
JEDEN GEN. ROZWADOWSKI NIE TRACI NADZIEI
Za dalsze dwa dni Rada Ministrów dowiedziała się znowu od tego samego szefa sztabu, że wojska bolszewickie postępują znowu naprzód, przeszły już pomiędzy innymi linię Osowiec-Grajewo i zagrażają Łomży, zaś gen. Sikorski, który się długo trzymał w Brześciu, zmuszony będzie przez wojska bolszewickie się przebijać, gdyż mu przecięły odwrót. Na południu bolszewicy przekroczyli rzekę Zbrucz.
Atakowany pytaniami, czasem nawet bardzo nieprzyjemnymi, odpowiedział spokojnie i niemal dobrodusznie, że to są drobne uchybienia, które się wnet odrobi. Bolszewicy zaś wcale nie zwyciężyli w bitwie, ale tylko tak sobie «podstępem podleźli». On już zresztą wydał rozkazy, aby ich z powrotem wyrzucić. Kiedy to powiedział, wśród ministrów odezwały się przyciszone śmiechy. Dalszym naradom towarzyszył bardzo ponury nastrój.
Gen. Rozwadowski opuścił posiedzenie wcześniej, wywołany do sztabu dla jakiejś ważnej sprawy, a późnym wieczorem przyszedł znowu do mnie. Zauważyłem, że był nieco zmieniony. Okazywał znacznie mniej optymizmu, choć nie tracił wiary w zwycięstwo, a ostatnie niepowodzenia przypisywał rozkazom Piłsudskiego, które niweczyły jego zamierzenia, a którym musiał się podporządkować.
«Nie mogę taić przed panem, – mówił – że wojska bolszewickie postępują wciąż jeszcze bardzo szybko naprzód, nie trafiając przy tym na poważniejszy opór, gdyż nieraz uciekają przed nimi całe nasze nawet silne oddziały, rzucają broń z takim trudem nabytą, nie chcąc stawić czoła nieprzyjacielowi».
Wielu nawet wyższych oficerów całkowicie zawiodło. Na Radzie Ministrów wszystkiego nie mówił, gdyż miał obawę, aby niepotrzebne wiadomości nie rozszerzały się zbytnio i nie dawały powodu do popłochu i depresji. Ministrom raczej należy zakomunikować pojedynczo, co będzie potrzebne”. (Ibid., str. 283-284).
PIŁSUDSKI PARALIŻUJE SKUTECZNOŚĆ AKCJI
„Skarżył się znowu szeroko, że Piłsudski, nie mając ani nauki, ani potrzebnego doświadczenia, a uważając się za wszystko wiedzącego, przeszkadza w celowej akcji. Bolszewicy nauczyli się bardzo wiele i stali się groźnymi przeciwnikami. Twierdził, że z winy Piłsudskiego bitwa pod Brodami z Budiennym nie przyniosła pełnego zwycięstwa, gdyż na wiadomość o upadku Brześcia kazał ją przerwać zupełnie niepotrzebnie. Siły wycofane stamtąd nie mogą już zdążyć, żeby wziąć udział w walce nad Bugiem, a Budienny pozostaje w dalszym ciągu dla nas groźną potęgą, mając możność odpoczynku i przegrupowania. W końcu zaznaczył, że jakkolwiek się dzieje, to on jest pewny zwycięstwa”. (Ibid., str. 284).
KTO OPRACOWAŁ PLAN BITWY POD WARSZAWĄ
„W rządzie panowało ogólne przekonanie, że cały plan operacyjny, mający się przeciw bolszewikom przeprowadzić, zostanie opracowany wspólnie przez Piłsudskiego, gen. Rozwadowskiego i gen. Weyganda; Czy był on dziełem ich wspólnej pracy, czy jednego z nich, nie wiedział nikt z nas dokładnie. Wiem, że tak Piłsudski jak i Rozwadowski przypisywali sobie jego autorstwo i nieraz o tym mówili, natomiast generał Weygand uparcie milczał. Kiedy raz zapytałem ministra spraw wojskowych, gen. Sosnkowskiego, odpowiedział mi wzruszeniem ramion i słowami: «Weygand się niczym nie chwali, choć się dość napracował». Niewiele znowu z tego wiedziałem.
Istota planu polegała początkowo na wycofaniu wojsk frontu północnego nad Wisłę i utworzeniu nowej armii manewrowej pod nazwą «frontu północnego». Zadaniem frontu północnego gen. Hallera było nie dopuścić do oskrzydlenia wzdłuż granicy niemieckiej i osłabić rozmach uderzenia ewentualnego na przyczółek warszawski. Zadaniem zaś frontu środkowego miało być uderzenie na bok i tyły nieprzyjaciela atakującego Warszawę i rozbicie go przy współdziałaniu wojsk frontu północnego. Ażeby te plany i prowadzoną stosownie do nich koncentrację wojska utrzymać w tajemnicy, nawet na posiedzeniu Rady Obrony Państwa Piłsudski był bardzo wstrzemięźliwy, dając informacje nie zdradzając w szczegółach zamierzonych planów”. (Ibid., str. 287-288).
PIŁSUDSKI PODAJE SIĘ DO DYMISJI
„W dniu 10 lub 11 sierpnia 1920 r. na kilka dni przed rozpoczęciem ofensywy przeciw bolszewikom Piłsudski zaprosił mnie, wicepremiera Daszyńskiego i ministra Skulskiego na osobną, a jak mówił, bardzo ważną i poufną konferencję. Odbyła się ona w prezydium Rady Ministrów. Naczelny Wódz był mocno skupiony i poważny, a jak mi się wydawało, przybity, niepewny, wahający się i mocno zdenerwowany.
W rozmowie, którą sam rozpoczął, był niesłychanie ostrożny, a dotykając spraw bieżących, stawiał raczej bardzo smutne horoskopy. Twierdził, że stawia na ostatnią kartę, nie mając żadnej pewności wygranej. Poza sprawami ogólnymi mówił także dość długo o swojej osobie. W ciągu rozmowy wyjął z kieszeni niezapieczętowany list i odczytał go głosem ogromnie niewyraźnym i zmienionym. Na czterech kartkach małego formatu mieściła się dość obszernie umotywowana jego dymisja ze stanowiska Naczelnika Państwa.
W piśmie tym zaznaczał między innymi, że nie wiedząc, czy i kiedy będzie mu dane wrócić z placu boju, którego losy uważa za niepewne, mnie prosi i upoważnia do zastępowania go na jego urzędzie. Co zaś do samej rzeczy i pisma, prosi o zachowanie bezwzględnej tajemnicy tak długo, jak tego będą wymagały stosunki, i ja sam uznam za potrzebne. Treść więc tego pisma była znana ministrom Daszyńskiemu i Skulskiemu, a wydaje mi się, że także i Sapieże, choć dobrze tego szczegółu nie pamiętam.
Nigdy nie miałem zupełnego zaufania do Piłsudskiego, czułem jakieś niezrozumiałe może nawet uprzedzenie, byłem zadowolony jak nie musiałem się z nim stykać. Poza tym uprzedzeniem nie mogłem się pogodzić z jego posunięciami politycznymi, szczególnie z okresu rządów Moraczewskiego, musiało mnie razić jego stanowisko w sprawie obrony Małopolski Wschodniej, upór przy swoim sposobie tworzenia armii, stare, często bardzo niesympatyczne praktyki z Legionów, błędy szczególnie w ostatnich czasach popełnione, tak wyraźne i tak bardzo kosztowne – to jednak wtenczas widząc u niego wielką troskę odbijającą się wprost na twarzy, szczerość w rozmowie, głęboką obawę o wolność i całość Ojczyzny, miałem wrażenie, ze się grubo mylą ci wszyscy, którzy mu robią zarzuty lekkomyślności, a nawet zdrady i że ja sam byłem także czasem w błędzie, posądzając go o osobiste ambicje i brak dobrej woli. Prawda, że pod ciężarem tych wielkich wypadków trudno było nieraz należycie zebrać biegające myśli.
Jeszcze w obecności Piłsudskiego pismo jego zamknąłem do kasy ogniotrwałej w prezydium Rady Ministrów, zaglądając codziennie, czy go kto przypadkiem nie ukradł albo nie naruszył. Kiedy zaś minęły ciężkie dni wojenne, pojechałem do Belwederu i oddałem pismo jego autorowi, będącemu wówczas w innym zupełnie nastroju. Biorąc je ode mnie i dziękując za solidne, jak mówił, postępowanie, twierdził, że o tym zupełnie zapomniał.
Opiekując się troskliwie tym dokumentem przez parę tygodni, miałem pewne skrupuły co do zrobienia sobie z niego odpisu. Ciekawość jednak zwyciężyła, odpisu dokonałem. Niewiele mi jednak z tego przyszło, gdyż w czasie wypadków majowych w r. 1926 nieznani sprawcy ukradli mi go, zabierając przy tym i inne dokumenty.
Moje zachowanie się wobec Piłsudskiego było chyba zupełnie bez zarzutu, niestety, pan Naczelnik wcale się wobec mnie dżentelmenem nie okazał. Mimo wszystko swego postępowania nie żałuję, choć nieraz gorycz przychodzi”. (Wincenty Witos „Moje wspomnienia”, tom II, Biblioteka „Kultury”, tom XCIX, Paryż 1964, Instytut Literacki, str. 289-291).
Komentarz Jędrzeja Giertycha. Tekst złożonej na ręce Witosa dymisji Piłsudskiego zachował się jednak. Podaję go niżej.
Witos przytoczył w swoim wspomnieniu treść dymisji Piłsudskiego w sposób niepełny (a może w sposób niepełny zapamiętał), była to bowiem dymisja nie tylko ze stanowiska Naczelnika Państwa, ale i Wodza Naczelnego.
Pierwsza rzecz, nad którą się tu trzeba zastanowić, to jest pytanie, jakie znaczenie miał akt dymisji Piłsudskiego. Czy był to akt na wypadek jego śmierci w boju? Nie potrzeba było na ten wypadek jego dymisji: zakończenie się jego roli jako Naczelnika Państwa i Wodza Naczelnego byłoby wtedy automatyczne. A nie był to także rodzaj testamentu: nie ma w tym akcie dymisji żadnych zarządzeń co do tego, kto ma w razie jego śmierci zająć jego miejsce.
Jest oczywiste, że akt dymisji Piłsudskiego był aktem nie związanym z przewidywaniem śmierci i dotyczył sytuacji, jaka istnieć będzie wciąż jeszcze za jego życia. Narzuca się tu od razu przypuszczenie, że chodzi tu o zabezpieczenie sobie możności nie ponoszenia odpowiedzialności za mogącą nastąpić klęskę.
Witos zapewne myli się, pisząc że rozmowa jego z Piłsudskim w obecności Daszyńskiego i Skulskiego odbyła się 10 lub 11 sierpnia. Akt dymisji nosi datę 12 sierpnia. Jest mało prawdopodobne, by Piłsudski doręczał Witosowi akt, podpisany z datą o jeden lub dwa dni późniejszą. Jest więc prawdopodobne, że pamięć Witosa zawiodła i że owa rozmowa odbyła się dopiero 12 sierpnia. Jest to zresztą okoliczność bez większego znaczenia.
Z listu Weyganda do Focha pod datą 13 sierpnia wiemy, że „Naczelnik Państwa wyjechał tej nocy ku rejonowi Wieprza”. (Vide „La guerre polono-sovietique de 1919-1920”, Collection Historique de rinstitut d’Etudes Slaves”, XXII Paryż 1975, Institut d’Etudes Slaves, str. 120-121). „Tej nocy” – to znaczy w noc z 12 na 13 sierpnia. J.G.
AKT DYMISJI PIŁSUDSKIEGO
Belweder, 12.VIII.1920 r.
Wielce Szanowny Panie Prezydencie!
Przed swym wyjazdem na front, rozważywszy wszystkie okoliczności nasze wewnętrzne i zewnętrzne, przyszedłem do przekonania, że obowiązkiem moim wobec Ojczyzny jest zostawić w ręku Pana, Panie Prezydencie, moją dymisję ze stanowiska Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza Wojsk Polskich.
Powody i przyczyny, które mnie do tego kroku skłoniły, są następujące:
1) Już na jednym z posiedzeń R.O.P. (Rady Obrony Państwa – przypisek wydawców) miałem zaszczyt wypowiedzieć jeden z najbardziej zasadniczych powodów. Sytuacja, w której Polska się znalazła, wymaga wzmocnienia poczucia odpowiedzialności, a przeciętna opinia słusznie żądać musi i coraz natarczywiej żądać będzie, aby ta odpowiedzialność nie była czczym frazesem tylko, lecz zupełnie realną rzeczą. Sądzę, że jestem odpowiedzialny zarówno za sławę i siłę Polski w dobie poprzedniej, jak i za bezsiłę oraz upokorzenie teraźniejsze. Przynajmniej do tej odpowiedzialności się poczuwam zawsze i dlatego naturalną konsekwencją dla mnie jest podanie się do dymisji. I chociaż R.O.P., gdy tę sprawę podniosłem, wyraziła mi pełne zaufanie i upoważniła w ten sposób do pozostania przy władzy, nie mogę ukryć, że pozostają we mnie i działają z wielką siłą te moralne motywy, które wyłuszczyłem przed R.O.P. parę tygodni temu.
2) Byłem i jestem stronnikiem wojny „a outrance” z bolszewikami dlatego, że nie widzę najzupełniej gwarancji, aby te czy inne umowy czy traktaty były przez nich dotrzymane. Staję więc z sobą teraz w ciągłej sprzeczności, gdy zmuszony jestem do stałych ustępstw w tej dziedzinie, prowadzących w niniejszej sytuacji, zdaniem moim, do częstych upokorzeń zarówno dla Polski, a specjalnie dla mnie osobiście.
3) Po prawdopodobnym zerwaniu rokowań pokojowych w Mińsku pozostaje nam atut w rezerwie – atut Ententy. Warunki postawione przez nią są skierowane przeciwko funkcji państwowej, którą od prawie dwu lat wypełniam. Ja i R.O.P., rząd czy sejm, wszyscy mieliby do wyboru albo zostawić mnie przy jednej funkcji, albo usunąć zupełnie. Co do mnie wybieram drugą ewentualność. Jest ona bardziej zgodna z godnością osobistą i jest praktyczniejsza. Pozostawienie mnie na jednym z urzędów zmniejsza mój autorytet i tak silnie poderwany i doprowadza z konieczności do powolnego zniszczenia tej siły moralnej, którą dotąd jeszcze reprezentuję dla walki i dla kraju. Biorę następnie pod uwagę mój charakter bardzo niezależny i przyzwyczajenie do postępowania według własnego zdania, co z warunkami, postawionymi przez ententę nie zgadza się. Wreszcie przeczy to systemowi, któremu służyłem w Polsce od początku swojej pracy politycznej i społecznej, której podstawą zawsze była możliwie samodzielna praca nad odbudowaniem Ojczyzny, ta bowiem wydawała mi się jedynie wartościową i trwałą. Obawiam się więc, że przy pozostawieniu przy funkcjach przodujących oraz przy moim charakterze i przyzwyczajeniach wyniknąć mogą ze szkodą dla kraju tarcia mniejsze i większe, które nie będąc przyjemne dla żadnej ze stron, wszystko jedno skończyć by się musiały moim usunięciem się.
Wreszcie ostatnie. Rozumie (sic) dobrze, że ta wartość, którą w Polsce reprezentuję nie należy do mnie, lecz do Ojczyzny całej. Dotąd rozporządzałem nią jak umiałem samodzielnie.
Z chwilą napisania tego listu uważam, że ustać to musi i rozporządzalność moją osobą przejść musi do rządu, który szczęśliwie skleciłem z reprezentantów całej Polski.
Dlatego też pozostawiam Panu, Panie Prezydencie, rozstrzygnięcie co do czasu opublikowania aktu mojej dymisji. Również Panu wraz z Jego Kolegami z Rządu pozostawiam sposób wprowadzenia w życie mojej dymisji i wreszcie oczekiwać wówczas będę rozkazu Rządu co do zużytkowania moich sił w tej czy innej pracy. Co do ostatniego proszę tylko nie krępować się ani wysoką szarżą, którą piastuję ani wysokim stanowiskiem, które posiadam. Nie chciałbym bowiem mnożyć swoją osobą licznej rzeszy ludzi, nie układających się w żaden system, czy to z powodu kaprysów i ambicji osobistej, czy to z powodu słabości charakteru polskiego, skłonnego do wytwarzania najniepotrzebniejszych funkcji dla względów osobistych.
Proszę Pana Prezydenta przyjąć zapewnienie wysokiego szacunku i poważania z jakim pozostaję.
(-) Józef Piłsudski
=========================================
Fragment komentarza J. Giertycha:
Czy generał Rozwadowski wiedział o tym, że Piłsudski podał się do dymisji? I że wobec tego, jako Szef Sztabu staje się automatycznie pełniącym funkcje Naczelnego Wodza?
Nie wiemy o tym. Nie posiadamy żadnego dokumentu, czy relacji, które dawałyby na to pytanie odpowiedź.
Z treści relacji Witosa zdaje się wynikać, że chyba Rozwadowskiego o dymisji Piłsudskiego nie powiadomił. Choć nie jest to zupełnie pewne. Ostatecznie, mogło się zdarzyć, że w następnych godzinach i dniach mógł o tym Rozwadowskiemu powiedzieć, ale wzmianki o tym w swoich pamiętnikach nie uczynił. Natomiast bardziej możliwe jest, że sam Piłsudski mógł przy jakiejś okazji w owym dniu Rozwadowskiego o tym powiadomić.
Jest jednak również możliwe, że Rozwadowski o tej dymisji nie dowiedział się nigdy. Nie dowiedział się nawet post factum, już po bitwie, lub po latach.
Ale był on Szefem Sztabu, a więc automatycznym zastępcą Wodza Naczelnego. A Piłsudski wyjechał z Warszawy. Już od szeregu dni czynności Wodza Naczelnego nie spełniał, ale wyjazdem swoim zamanifestował w sposób ostateczny że kierować całością toczących się operacji nie zamierza. Dla Rozwadowskiego stwarzało to oczywisty obowiązek przejęcia w sposób ostateczny i całkiem formalny odpowiedzialności za dalszy bieg wojny i za zaczynającą się wielką bitwę.
Rozwadowski był faktycznym wodzem naczelnym, bo formalny wódz naczelny wyjechał i tym samym przerzucił całkowitą odpowiedzialność na niego jako zastępcę. Rozwadowski kierował bitwą, bo uważał to jako zastępca Wodza Naczelnego za swój obowiązek, oraz bo wiedział dobrze co ma teraz robić i bo bitwę wygrać chciał i uważał, że potrafi. Nawet i bez dymisji Piłsudskiego jego faktyczne kierowanie bitwą byłoby faktem oczywistym i nieuniknionym. Ale od strony Piłsudskiego, doręczona Witosowi na piśmie dymisja była nadaniem wodzostwu Rozwadowskiego cechy formalnej. Była zrzeczeniem się odpowiedzialności samemu po to, by ją dźwigał Rozwadowski. – J.G.
GENERAŁ ROZWADOWSKI WPROWADZA PLAN W CZYN
„Wśród ciągłej niepewności i rosnącego naprężenia gen. Rozwadowski przyszedłszy do mnie powiedział poufnie, że rozpoczęcie naszej wielkiej ofensywy zostało wyznaczone na dzień 12 sierpnia, o ile nie zajdą jakieś wielkie i nieprzewidziane przeszkody. Kiedy dzień ten przyszedł, a ofensywy nie rozpoczęto, przybył znowu nazajutrz do mnie, usprawiedliwiając niedotrzymanie terminu spóźnieniem przy załadowaniu ciężkich dział na jakiejś małej stacyjce kolejowej nie doszkoloną jeszcze dostatecznie obsługą i postanowieniami Nacz. Wodza, którego on nie może często zrozumieć, ale musi się podporządkować. Wyraził też obawę, że ofensywa Piłsudskiego może być spóźniona, gdyż ciężar walki przenosi się na północ od Warszawy. Akcja Piłsudskiego znad Wieprza będzie bardzo efektowna, ale dla wojny ma jego zdaniem znaczenie drugorzędne.
Powodem odłożenia terminu rozpoczęcia ofensywy miały być także nieukończone prace fortyfikacyjne w okolicy Warszawy. (…)
Zniecierpliwienie i obawy jeszcze się wzmogły, gdy nadeszły sprawdzone wiadomości, że dowództwo bolszewickie przygotowuje wielkie uderzenie w okolicy Modlina, mające na celu złamanie polskiego oporu i przejście Wisły w tych okolicach. Gen. Rozwadowski miał duże obawy, czy słabe polskie oddziały mogą uderzenie zwycięsko odeprzeć, o ile Piłsudski nie ruszy się prędzej od południa. (Ibid., str. 296-297).
„Na drugi dzień gen. Rozwadowski oznajmił Radzie Ministrów, że bolszewicy napierając coraz mocniej na stolicę, zajęli Radzymin i zbliżają się do miejscowości Marki, położonej zaledwie 12 kilometrów od Warszawy, przeszli też bez dużego oporu naszych wojsk przez dwie linie obronne, świeżo zbudowane i niesłychanie słabe. Dalej przyznał, że i na innych frontach nie jest dobrze, gdyż doszli oni prawie pod Toruń, zajęli Płock i kilka innych miejscowości, bardzo ważnych pod względem wojskowym. Na froncie południowym posunęli się pod Zamość i Lwów. Trzymający się najmocniej odcinek frontu pod dowództwem generała Sikorskiego zmuszony był się cofnąć i przejść na inne pozycje.
Niespodziewane przez nikogo te wiadomości wywołały w Radzie Ministrów chwilowo przygnębiające wrażenie, gdyż szef sztabu przed paru godzinami mówił zupełnie co innego, a teraz zapowiada tak wielkie i niebezpieczne zmiany w sytuacji. Zaczęto go obsypywać pytaniami. Generał Rozwadowski; jakby zupełnie zapomniał o tym; co dopiero mówił, z zupełną pewnością siebie opowiadał, że on wykonywa swój plan sprowadzenia bolszewików pod Warszawę i rozprawienia się z nimi przy bramach stolicy.
Gdy to jego oświadczenie w przerażoną Radę Ministrów uderzyło jak piorun, on śmiejąc się dodał, że wszystkich bolszewików wystrzela «na sztrece». Ten jego optymizm trudno już było zrozumieć”. (Ibid., str. 298-299).
Po wycieczce na front „do Warszawy powracaliśmy w ciężkim nastroju (…) Oczekujący mnie gen. Rozwadowski miał natomiast twarz rozpromienioną, dowodząc mi dość długo, że najgroźniejsze niebezpieczeństwo minęło, jeżeli ono w ogóle istniało, a pełne zwycięstwo nad bolszewikami jest co godzina bliższe.
Nie mogłem pojąć, na czym opierał te swoje nadzieje, gdyż dopiero sam mi mówił, ze Radzymin dostał się w ręce bolszewików w tych godzinach, a przeciwdziałanie dywizji litewsko-białoruskiej zostało złamane, wojska zaś bolszewickie zaczęły podchodzić pod Jabłonnę i Nieporęt. Kiedy go zapytałem, czy w związku z wytworzoną sytuacją nie należy poczynić potrzebnych zarządzeń, gdyż bolszewicy mogą nas wziąć jak do saka, odpowiedział mi lekko uśmiechnięty, że nie ma do tego żadnej potrzeby bo gen. Haller da bolszewikom za to zuchwalstwo porządną nauczkę.
Stosunek sił w okolicy Warszawy jest dla naszych wojsk bardzo korzystny, a można by bolszewików zupełnie połamać, gdyby Piłsudski był już uderzył znad Wieprza. Skutkiem jego zwlekania stan wytworzył się taki, że ofensywa Piłsudskiego ma zapewnione zupełne powodzenie, gdyż przed nią stoją bardzo słabe siły bolszewickie. Niesłusznie też jego zdaniem zaniepokoiło się Naczelne Dowództwo i gen. Weygand, gdyż do zajęcia Warszawy przez bolszewików on bezwarunkowo nie dopuści, mając do tego potrzebną siłę i ducha w narodzie. W wojsku następuje także bardzo korzystna zmiana. Jeżeli Piłsudski uderzy ze swoją armią na bolszewików dopiero 17 sierpnia, jak to zamierza, to przed sobą prawie nic mieć nie będzie, bo całe siły bolszewickie zwalą się na Warszawę, a wtenczas dopiero mogło by być złe. Spodziewając się tego, tak on jak i gen. Weygand starają się nakłonić Piłsudskiego do wcześniejszego wystąpienia i mają nadzieję, że jego niezrozumiały upór uda się przełamać”. (Ibid., str. 302).
NAJTRUDNIEJSZE ZADANIE PRZYPADŁO GEN. SIKORSKIEMU
„Według raportu, jaki świeżo otrzymał, gen Sikorski usiłując atakować, natrafił zupełnie niespodziewanie na główne siły dwóch armii sowieckich, nie wiedząc, że inna armia i korpus Gaja wymijają go od strony północnej, wkraczając w obszar tyłowy. «Ma on tam do czynienia z ogromną przewagą wroga, ale jestem pewny, że da sobie radę, bo ma głowę na karku, a zresztą dziś mu posłałem potrzebne posiłki». Jemu przypadło w tym czasie najtrudniejsze, ale i najważniejsze zadanie do spełnienia.
Na drugi dzień o godzinie 9-tej rano rozpoczęła Rada Ministrów swoje posiedzenie. Gen. Rozwadowski złożył krótkie sprawozdanie z sytuacji wojskowej, nie tając, że jest ona bardzo ciężka, jednak nie ma powodu do obaw, bo zmieni się ona na lepsze, może nawet w najbliższych godzinach. Gorąco przemawiał w obronie Piłsudskiego, usprawiedliwiając spóźnienie jego ofensywy”. (Ibid., str. 303). „Gen. Sikorskiego bardzo mało znałem. (…) W służbie dla państwa polskiego miał już wtedy dobre i zasłużone imię, a gen. Rozwadowski mówił, że w walkach i odwrocie zachował się on najlepiej ze wszystkich polskich dowódców w tej wojnie. Twierdził, że mimo iż wytrwał najdłużej, najmniejsze poniósł straty. On go uważa za prawdziwie mądrego i zdolnego oficera, z którym mało kto mógł się mierzyć.
Przybywszy do Modlina, zastaliśmy gen, Sikorskiego. (…) Twierdził, że silny nacisk rosyjski mógłby tu zostać zupełnie złamany, co by miało rozstrzygające znaczenie dla całej wojny, gdyby rozporządzał większymi siłami i gdyby jazda. gen. Dreszera była spełniła poruczone jej zadanie. Ciężar walki jego zdaniem znajduje się na froncie północnym szczególnie zaś na odcinku, który on zajmuje. (…) Mówiąc o oficerach francuskich do jego armii przydzielonych, gen. Sikorski wyrażał się o nich z największym uznaniem, twierdząc, że oni okazują niesłychaną odwagę i pracują tak pilnie i gorliwie, że oficerowie polscy powinni z nich brać przykład”. (Ibid., str. 304-305).
„Zaraz po moim powrocie do Warszawy przybył gen. Rozwadowski. Obawiając się znowu niepomyślnych wiadomości, patrzyłem na niego z dużym niepokojem, starając się poznać po jego twarzy. Był jak zawsze pewny siebie, uśmiechnięty. Zaznaczył szybko, że dziś przynosi mi same dobre wiadomości.
A to: Piłsudski, nalegany przez niego, gen. Weyganda i innych, zdecydował się na rozpoczęcie ofensywy o jeden dzień wcześniej i już jest w pełni akcji, która postępuje nadzwyczaj szczęśliwie. Gen. Sikorski po bardzo ciężkich walkach z ogromną przewagą nieprzyjacielską nie tylko zdołał przerwać otaczającą go już obręcz sił bolszewickich, ale zmusił je do puszczenia zajętych stanowisk i zupełnej zmiany pierwotnych planów. Wielkie odciążenie nastąpiło także na froncie gen. Hallera. Obecnie Rozwadowski ma tylko jedno zmartwienie, ażeby bolszewicy zbyt szybko nie uciekali. Ja tego zmartwienia nie miałem”. (Ibid., str. 316).
Po podróży do Poznania „przybywszy do Warszawy, zastałem znacznie, zmienione położenie. Gen. Rozwadowski zakomunikował mi, że według umówionego planu pomiędzy nim a Piłsudskim i gen. Weygandem, rano w dniu 17 sierpnia wyszło spod Warszawy uderzenie kilku batalionów, zaopatrzonych w pociągi pancerne i czołgi w stronę Mińska Mazowieckiego, który też wieczorem został zajęty. Generał Haller wszedł do Mińska z czołowymi oddziałami.
Wojska frontu środkowego już w pierwszym dniu walki pod komendą Piłsudskiego rozbiły grupę mozyrską [ bo jej nie było, jak później pisze Piłsudski.. md] , która im stanęła na drodze, a następnie znosząc liczne mniejsze oddziały bolszewickie, postępowały z niesłychaną szybkością, tak, że już 17 sierpnia, w walce z 16 armią bolszewicką, prawie równocześnie z gen. Hallerem dotarły do Mińska. Opowiadając mi to wesołe i wielkie zdarzenie, gen. Rozwadowski z miną tryumfującą nie omieszkał mi przypomnieć, że on przecież miał rację; Nie mogłem mu tego rzecz prosta odmówić”. (Ibid., str. 323).
POWODZENIE PLANU ZMNIEJSZONE UPOREM PIŁSUDSKIEGO
„Po przyjeździe do Warszawy przybył do mnie gen. Rozwadowski z wiadomością, że Lwów znajduje się znowu w dużym niebezpieczeństwie, choć on jest pewny, że się to w ciągu kilku godzin zmieni. Przedstawiając mi sytuację szczegółowo podkreślił, że skutki opóźnienia ofensywy Piłsudskiego mają już teraz fatalne następstwa, gdyż znaczna część pobitej armii bolszewickiej uratuje się w odwrocie. Gdyby jego rad posłuchano, byłoby zupełnie inaczej. Uporu niezrozumiałego nie dało się przełamać a szkoda, niepowetowana szkoda. Powtarzając wielokrotnie te wyrazy, jakby dla utrwalenia w pamięci, gen. Rozwadowski wyszedł”. (Ibid., str. 341).
„Gen. Rozwadowski stale niezadowolony i zarazem zmartwiony, gdyż Piłsudski jakoby znowuż przekreślił jego plany. Dążył on do zniszczenia sił bolszewickich, pobicia Litwinów i przez Wilno i Białystok wkroczenia na Litwę kowieńską, ażeby tą drogą dotrzeć do Bałtyku i tam pozostać. (…) Wbrew temu Piłsudski poszedł nad Niemen z zamiarem rzucenia wojsk bolszewickich na błota pińskie. Gen. Rozwadowski zawsze był zdania, że to posunięcie chybiło celu, gdyż wojska bolszewickie nie zostały zniszczone natomiast wojskom litewskim dało możność wycofania się bez strat i zatrzymania w swoim ręku Wilna”. (Ibid., str. 353).
FRONT PÓŁNOCNY ZADECYDOWAŁ O ZWYCIĘSTWIE
„Wbrew urabianej tendencyjnie i stale opinii, rozstrzygnięcie polskie w bolszewickiej wojnie r. 1920 zapadło nie na południu, lecz na północy, a więc nie na froncie dowodzonym przez Piłsudskiego bezpośrednio, ale na froncie gen. Hallera. Szale zwycięstwa i klęski w naszej rozprawie z bolszewikami zdecydowały się w kilkudniowej, bardzo ciężkiej i krwawej bitwie, jaka się toczyła na północ od Modlina, od 14 sierpnia począwszy. Stwierdzały to zresztą komunikaty Naczelnego Dowództwa, przyznawali także bolszewicy.
Dostępne obecnie ich komunikaty i publikacje głoszą bez ogródek, że przesilenie wojny w r. 1920 nastąpiło na odcinku piątej armii prowadzonej przez gen. Sikorskiego i to jeszcze wtenczas zanim ofensywa znad Wieprza dała się odczuć na polach bitew nad Wisłą i Wkrą. O ile wiem, Nacz. Dowództwo o ugrupowaniu wojsk bolszewickich miało zupełnie fałszywe wiadomości. Usiłował je też sprostować gen. Weygand, widać lepiej zorientowany w tym, że ogromna większość wojsk bolszewickich zgromadzona była na północ od Bugu i Narwi. Piłsudski jednak nie chciał się dać przekonać. Przecież jeszcze w swojej książce stwierdza, że dnia 17 sierpnia, a więc po przełomowej bitwie pod Nasielskiem, poszukiwał on większości wojsk bolszewickich na drodze swego pochodu, a więc na północ od Wieprza”. [czyli na południe od Warszawy] (Ibid., str. 358-359).
GENERAŁ SIKORSKI
„Jak wynikało z relacji gen. Sikorskiego w czasie rozmowy ze mną, miał on przeciw sobie ogromną przewagę wojsk bolszewickich, gdy rozpoczynał uderzenie na północ od Modlina. Nie należy zapominać przy tym, że przeciw niemu stały wojska bolszewickie, upojone zwycięskim pościgiem już od Dźwiny, gdy większość oddziałów gen. Sikorskiego miała za sobą wiele klęsk i ciężki, długi odwrót.
Toteż w tych warunkach tym silniejszej trzeba było woli, energii i uporczywej konsekwencji ażeby tak wyczerpane wojska rzucać do ataku i z nimi zwyciężać. Wola została narażona na bardzo ciężką próbę pomiędzy innymi, gdy bolszewicy wielkimi siłami, zebranymi pod Płockiem i Płońskiem rozpoczęli uderzenie na odsłonięte zupełnie tyły armii gen. Sikorskiego.
Na wynik tej walki oczekiwaliśmy z niesłychanym niepokojem, mimo zaufania żywionego do gen. Sikorskiego. Nie małą obawę miał także i gen. Rozwadowski widząc że wojska stojące pod Radzyminem nie mogły obronić Warszawy. Mimo, że sam uważał to za bardzo ryzykowne, gdyż oddziały tej armii były za mało skupione, a żołnierze pozbawieni środków walki i żywności, zwożonych dopiero pospiesznie do rejonów Modlina, polecił on akcję Sikorskiego na gwałt przyspieszać. Nie widział bowiem innego wyjścia, zwłaszcza gdy pod Radzyminem zaczął się front łamać daleko prędzej niż można się było tego spodziewać.
Armia ta musiała rozpocząć nierówną walkę w czasie, kiedy znaczna część sił w skład jej wchodzących nie przybyła jeszcze na miejsce przeznaczenia. Toteż w początku było jej bardzo ciężko. Pomimo tego zdołała nie tylko ulżyć Warszawie, zatrzymać bolszewików, którzy pod Modlinem chcieli przekroczyć Wisłę, ale spowodowała dalszą i to znaczną ulgę pod Radzyminem. Kiedy razem z innymi ministrami składałem gen. Sikorskiemu, gratulacje w zdobytym Nasielsku, mogliśmy być niemal pewni zwycięstwa, chociaż liczne dywizje bolszewickie w tym samym czasie szturmowały zawzięcie tak niedaleko położony Płock. W przekonaniu tym utwierdzały nas i pewność wodza i znakomite nastroje i postawa jego żołnierzy. Zasługi gen. Sikorskiego wszyscy uznawali i wszyscy też milczeli, gdy Piłsudski wywierając na nim jak na wielu innych swoją zemstę, odsunął go nawet od służby w wojsku, do której ma lepsze od wielu kwalifikacje.” (Ibid., str. 359-360).
USUNIĘCI Z WIDOWNI
„Nie mogę wiedzieć z dokumentami w ręku, czy się to stało rozmyślnie, czy tylko dzięki przypadkowi, że konkurenci do zasług po zwycięstwie nad bolszewikami pod Warszawą zostali z widowni zupełnie usunięci. Z gen. Rozwadowskim skończono na wieki, starając się nakryć potwarzą jego imię, generałów Hallera i Sikorskiego odstawiono, nie pozwalając im pracować dalej w uratowanej przez nich ojczyźnie. Nie wymieniam już tej wielkiej i skrzywdzonej gromady ludzi.
Ponieważ Piłsudski nie mógł unicestwić gen. Weyganda, swoją niechęć do niego przeniósł na Francję. Znając jego niepohamowaną pychę, mogę śmiało wnioskować, że jego nieprzyjazny stosunek do niej był w dużej mierze także i tymi przesłankami podyktowany.” (Ibid., str. 362).
GENERAŁ ROZWADOWSKI
„Cokolwiek się będzie pisać i mówić, kogo się będzie chciało ubierać w laury i zasługi, to rok 1920, 'Cud nad Wisłą’ i zwycięstwo nad bolszewikami odniesione pozostać muszą na zawsze z nazwiskiem gen. Rozwadowskiego związane.
Ja osobiście nie znałem go zupełnie aż do czasu objęcia przez niego obowiązków szefa sztabu. Raz tylko słyszałem o nim na posiedzeniu krakowskiego Naczelnego Komitetu Narodowego, kiedy przy jakiejś sposobności z jednej strony przedstawiono go jako wykształconego i bardzo zdolnego oficera, a przy tym gorącego Polaka, z drugiej strony zwalczano zawzięcie jako zapalonego endeka i reakcjonistę o wstecznych niesłychanie poglądach. Na czym miała polegać ta jego reakcyjność, tego nie mówiono.
Na moim urzędzie prezydenta ministrów, zwłaszcza z początku, sprawił on mi przykry zawód, kiedy jego bardzo stanowcze zapowiedzi, dotyczące postępów naszego wojska wręcz się nie spełniły, a niebezpieczeństwo zwiększało się gwałtownie z godziny na godzinę.
Według mego niefachowego zdania nie rozwinął on wcale swojego talentu w czasie przewrotu majowego. (…) Każdemu jednak może się powinąć noga, a wojna domowa nie dla wszystkich jest walką z nieprzyjacielem, którego należy tępić wszelkimi środkami. (…)
Co innego r. 1920 i walka z bolszewikami. Tam miałem co dzień możność i sposobność widzieć i podziwiać jego niczym nie naruszony spokój, nadludzką wytrwałość, optymizm nie opuszczający go nawet w najcięższych chwilach, bezgraniczne oddanie się sprawie i wiarę w zwycięstwo, którą umiał przenieść w swoje otoczenie.
Mnie się wydawał czasami trochę nieopatrznym, choć zawsze prostolinijnym i zupełnie bezinteresownym. Toteż zarzuty natury moralnej, stawiane mu przez Piłsudskiego po przewrocie majowym, naruszające jego cześć osobistą, uważałem za rozmyślne oszczerstwo, potrzebne naonczas Piłsudskiemu do wykonania na gen. Rozwadowskim nieludzkiej zemsty i zdeptania go moralnie i fizycznie.
Jeśli byłyby bodaj nikłe podstawy dla stawianych zarzutów, wytoczono by mu proces. Tego Piłsudski nie zrobił, choć mógł być pewny uległości sądów, lecz zamęczał Rozwadowskiego więzieniem i wyszukanymi torturami, które zniszczyły jego zdrowie i przybliżyły śmierć. Tej poniewierki byłby nie wytrzymał żaden człowiek, uległo jej też zdrowie gen. Rozwadowskiego, tym bardziej, gdy widział, że nikt nie stanął w jego obronie.
Ja opinię te powtarzałem, gdzie należało, nie mogłem jednak nic zrobić, gdyż sam byłem obezwładniony, ludzie zaś do których się zwracałem, oburzali się na bezecne postępowanie, ale się nie chcieli narażać. Toteż przeważnie zachowywali milczenie nawet i wtenczas, gdy nastąpią śmierć gen. Rozwadowskiego, otoczona dziwnym urokiem tajemniczości. Lewicowych polityków wypadki te nie poruszyły.
Niezwykła jego lojalność wobec Piłsudskiego ujawniła się w całej pełni szczególnie wtenczas, gdy w dniu 12 sierpnia 1920 r. Piłsudski niespodziewanie opuścił Warszawę, a jego funkcje wojskowe objął Rozwadowski. Miałem sposobność nieraz patrzeć na to, jak na każdym kroku i przy każdej sposobności z niezwykłą otwartością, poświęceniem się i odwagą bronił nie tylko zamierzeń, ale autorytetu i osobistej czci Piłsudskiego. A przecież nie było to rzeczą łatwą, ani popularną bo ciężkie zarzuty przeciw Piłsudskiemu sypały się jak z rogu obfitości.
Jego wielkie zasługi i charakter przecież sam Piłsudski uznał, dając temu mocny wyraz w publicznym rozkazie. No, ale było to w czasie walki, która nie pozwalała na przemyślane kombinacje. Od Piłsudskiego różnił się gen. Rozwadowski tym, że pozostawiając swoją osobę na boku, wierzył w naród i armię i stale to powtarzał. Idąc niezachwianie z tą wiarą naprzód, w bardzo wielkiej mierze przyczynił się też do uchronienia narodu od hańby, nie zarobiwszy jak dotąd na jego wdzięczność, gdy inni niezasłużenie hołdy zbierają.” (Ibid., str. 356-357).
GENERAŁ HALLER
„Niepoślednia rola w tych decydujących o losie państwa momentach przypada gen. Józefowi Hallerowi. Opierała się ona u niego przede wszystkim na czynniku moralnym. (…) Świeżą, nie nadwyrężoną żadnymi zarazkami wolę przynieśli na front ochotnicy, stanowiący przeszło sto tysięcy ludzi. Stało się to w największej mierze dzięki niezmordowanej i wprost nadludzkiej pracy generała Józefa Hallera. On stał się wyrazicielem tego ożywczego prądu w dowództwie i niejako gwarancją trwałej pod tym względem odmiany.
Mianowany dowódcą północnego frontu, od pierwszego momentu starał się cofające w pośpiechu wojska opanować i ustabilizować rozbity front. Tego nie można było dokonać bez zmiany nastrojów i powrotu wiary w zwycięstwo, która opuściła zdziesiątkowane i rozbite szeregi. Na to potrzeba było i trochę czasu. (…) Sprawić to jeno mógł nowy duch, który z czasem wstąpił w osłabione zwątpieniem szeregi i to jest wielką, historyczną zasługą gen. Hallera. Niestrudzony w pracy, był on zawsze na podległym mu froncie, gdzie się tylko decydował jego los, nie ograniczając się do pracy sztabowej. W chwilach najcięższych stał obok żołnierza dręczonego głodem i pościgiem, dodając mu otuchy i starając się przelać w niego gorącą wiarę w zwycięstwo, do którego sam się w wielkiej mierze przyczynił, nie reklamując tego nigdy”. (Ibid., str. 358).
PIŁSUDSKI
„Nigdy nie miałem zupełnego zaufania do Piłsudskiego, czułem jakieś niezrozumiałe może nawet uprzedzenie. Byłem zadowolony, jak nie musiałem się z nim stykać. Poza tym uprzedzeniem nie mogłem się pogodzić z jego posunięciami politycznymi, szczególnie z okresu rządów Moraczewskiego, musiało mnie razić jego stanowisko w sprawie obrony Małopolski Wschodniej, upór przy swoim sposobie tworzenia armii, stare, często bardzo niesympatyczne praktyki z Legionów, błędy szczególnie w czasach ostatnich popełnione, tak wyraźne i tak bardzo kosztowne – to jednak widząc u niego wielką troskę, odbijającą się wprost na twarzy, szczerość w rozmowie, głęboką obawę o wolność i całość ojczyzny, miałem wrażenie, że się grubo mylą ci wszyscy, którzy mu robią zarzuty lekkomyślności a nawet zdrady i że ja sam byłem także czasem w błędzie, posądzając go o osobiste ambicje i brak dobrej woli. Prawda, pod ciężarem tych wielkich wypadków trudno było nieraz należycie zebrać biegające myśli”. (Ibid., str. 290).
„Jako szef rządu w czasie zmagania się z bolszewikami czułem się w obowiązku solidarnej odpowiedzialności z tymi z którymi współpracowałem. Stąd też w czasie największej nagonki na Piłsudskiego broniłem go z całą siłą, na jaką mogłem się zdobyć, mimo że ludzie znający go lepiej, radzili mi być ostrożniejszym tak ze względu na opinię, jak i na postępowanie Piłsudskiego. Tak gen. Rozwadowski jak Roja i inni, którzy go lepiej ode mnie znali, twierdzili że Piłsudski prawie zawsze i wszystko zaczynał i robił z myślą o sobie, choć się to starał jak najbardziej ukrywać. Z bardzo też dużą łatwością przerzucał odpowiedzialność na innych, zapominając rychło, że on był autorem popełnionej winy. Zawsze też umiał znaleźć świadków powolnych jak i wielbicieli jego talentu, których rozmachu nie tylko nie powstrzymywał, ale swoim postępowaniem zachęcał. Bez wszelkiego wahania poświęcał tak życie ludzkie, jak i najbliższych przyjaciół, jeżeli tego wymagały jego plany, nie zawsze idące po drodze publicznego dobra. W takich razach potrafił być nieugięty, bezwzględny, a nawet okrutny.
Bardzo wiele opowiadał mi na ten temat poseł dr. Lieberman w więzieniu brzeskim, oburzając się na te straszne praktyki. Szkoda, że tak późno. Swoimi metodami musiał też górować nad wszystkimi, którzy tak postępować nie umieli, albo nie chcieli. Zostali też zepchnięci i wyrzuceni przez niego jak sprzęt nieużyteczny, odarci nie tylko z zasług i czci, ale jak gen. Rozwadowski nawet pozbawieni życia. Jest to tym bardziej znamienne i przykre zarazem, że niektórzy z nich byli nie tylko jego wiernymi towarzyszami broni, ratowali państwo i swoimi wysiłkami naprawiali błędy przezeń popełnione, ale – mogę to stwierdzić – byli mu szczerze oddani.
Do sporu, czyją zasługą były plany, na podstawie których osiągnięto zwycięstwo, 'Cud nad Wisłą’, wiele nie umiem dorzucić, gdyż oprócz bardzo dyplomatycznej i dla mnie nie zrozumiałej opinii ministra spraw wojskowych gen. Sosnkowskiego i wstrzemięźliwego nadzwyczaj zachowania się gen. Rozwadowskiego, który to uważał za bardzo delikatną materię, od nikogo więcej nic miarodajnego nie starałem się dowiedzieć. Między urzędnikami moimi panowało przekonanie, że plan byt dziełem gen. Weyganda, mimo że do tego nigdy się nie przyznał, nie chcąc drażnić ambicji Piłsudskiego, a podobno także i gen. Rozwadowskiego. To jednak nie było miarodajne”. (Ibid., str. 355-356).
GENERAŁ WEYGAND
„Gen. Weygand przebywał w Polsce od 25 lipca do 24 sierpnia 1920r. (…) Przybył on do Warszawy w momencie, w którym wojska polskie cofały się po kilkadziesiąt kilometrów na dzień i w którym większość frontu była w zupełnej rozsypce. Warszawę zaś opuścił po rozgromieniu bolszewików nad Wisłą i wyrzuceniu ich za Niemen i Bug.
Nie dziw więc, że się w Polsce utarła opinia, iż do wygrania bitwy nad Wisłą on się nie mało przyczynił, a świetny manewr znad Wieprza uważano powszechnie za jego pomysł.
Jaka istotnie była jego rola? Już od dnia 4 lipca rozpoczął się odwrót wojska polskiego z północnego frontu. Fałszywy obrachunek sił bolszewickich dokonany przez Piłsudskiego na północy sprawił, że wojska gen. Szeptyckiego walcząc z olbrzymią przewagą poniosły w tym dniu bardzo ciężką, prawie że decydującą klęskę. O naprawieniu jej nie mogło być mowy, gdyż na południu, po stracie Kijowa uwaga nasza była całkowicie zaprzątnięta armią konną Budiennego. Wtenczas też wyszły jaskrawo na wierzch popełnione błędy. Wojsko ustawione jak nagonka na polowaniu nigdzie nie było [w stanie] stawić prawie żadnego oporu. (…)
Misja gen. Weyganda nie była określona. Pierwotnie miał on tylko zbadać sytuację i zdać sprawę konferencji międzysojuszniczej w Spa, a w pierwszym rzędzie marszałkowi Fochowi. Bezład, jaki panował wówczas w Naczelnym Dowództwie i załamanie się widoczne Naczelnego Wodza, skłoniły rząd do zwrócenia się do gen. Weyganda z prośbą o pomoc. Sytuacja była drażliwa i delikatna zarazem. Gen. Weygand nie przybył bowiem z dywizjami francuskimi, czego się spodziewał i o co go interpelował Piłsudski, nie mógł też objąć faktycznego dowództwa. Stanowisko zaś jego jako doradcy technicznego było bardzo trudne, odpowiedzialne i delikatne zarazem. Mimo to gen. Weygand stanowisko to przyjął i oddał na nim ogromne usługi naszej ojczyźnie w tak ciężkich czasach.
Gruntowny, metodyczny, jasny w ocenie i postanowieniach, a przy tym nieugięty, od razu uczynił wszystko ażeby do działań polskich wprowadzić ład i celowość. Zwrócił uwagę na brak rezerw i konieczność radykalnej zmiany dotychczasowych sposobów wojowania. Podkreślił bardzo silnie konieczność oderwania się od bolszewików, przegrupowania sił i dopiero przejścia wtedy do poważnej akcji. Wskazywał na każdy błąd, sprzeczności i niedokładności. Jego naprawdę mądre i fachowe wskazówki wydały pełny plon, szczególnie w bitwie nad Wisłą. Zasługi tak gen. Weyganda jak i oficerów francuskich, których znaczna ilość znajdowała się w szeregach naszego wojska, są bardzo wielkie tak ze stanowiska moralnego jak i wojskowego. W czasach, w których Polska była całkowicie izolowana, a defetyzm w kraju panował niemal ogólny, stanęli oni obok naszych żołnierzy i oficerów ramię w ramię porywając ich do walki nieugiętej, zawstydzając często swoją odwagą i niepospolitym męstwem.
Te zasługi gen. Weyganda potraktowano u nas w sposób co najmniej małostkowy. Zrobili to szczególnie ci, którzy wcześnie i przezornie budowali sobie bożka i szukali dla niego jak najwięcej powodów do kadzidła. Z mojego stanowiska, uważałem dociekanie tego, kto był autorem planu zwycięskiej bitwy pod Warszawą za rzecz mniejszej wagi. Jeżeli to zrobił Piłsudski czy Rozwadowski, nie stało się nic nadzwyczajnego, bo to należało do ich praw i obowiązków. Inaczej by się sprawa przedstawiała, gdyby gen. Weygand był jego autorem. Dla mnie ważniejsze od tych dociekań było zachowanie się tak gen. Weyganda jak i oficerów francuskich. Nie można zapomnieć nie tylko o ich męstwie i poświęceniu, ale także i o tym, że tak ofiarnie narażali się nie za swoją sprawę, a mimo to nie zgłaszali żadnych pretensji.
Jeżeli nie chce wiedzieć o tym nadęta i pijana obcymi zasługami piłsudczyzna, to powinna wiedzieć i pamiętać trzeźwa i przyzwoita opinia polska”. (Ibid., str. 360-362).
Komentarz Jędrzeja Giertycha. Relacja Witosa jest bardzo cenna, gdyż jako prezes Rady Ministrów był w okresie bitwy warszawskiej w codziennym kontakcie z generałem Rozwadowskim i z innymi osobistościami, odgrywającymi w tej bitwie i w przygotowaniu do niej wybitną rolę. Jego informacje są więc informacjami z pierwszego źródła. Szczególnie cenne są zanotowane przez niego wypowiedzi generała Rozwadowskiego. Są to wypowiedzi, których Rozwadowski poza tym nigdzie nie powtórzył, a więc najwidoczniej uczynione były pod wrażeniem chwili, w nastroju zupełnej szczerości. Dowiadujemy się z tych wypowiedzi co Rozwadowski w czasie bitwy i tuż po bitwie naprawdę myślał. Dowiadujemy się przede wszystkim jak bardzo krytycznie patrzał na Piłsudskiego, a zwłaszcza na opóźnienie przez niego kontrofensywy znad Wieprza. W okresie późniejszym najwidoczniej wolał nie wypowiadać się w tej sprawie tak szczerze.
Relacja Witosa daje nam żywy i przekonywający obraz tego, jak sytuacja wojenna wyglądała w krytycznych dniach, oglądana od strony cywilnego rządu ale będącego w codziennym kontakcie z najwyższymi władzami wojskowymi. Wiemy zresztą z tej relacji, że Witos jeździł w owym czasie także i na front i stykał się np. z generałem Sikorskim w miejscu jego postoju.
Sylwetki ludzi, jakie swoją relacją narysował – generałów Rozwadowskiego, Hallera, Sikorskiego i innych – są bardzo cenne, uzupełniają bowiem w sposób żywy to co o tych ludziach wiemy z dokumentów. Ciekawe są jego informacje o tym, jak generał Rozwadowski w rozmowach z cywilnymi politykami wykazywał jeszcze przed bitwą optymizm może przesadny. Trudno się oprzeć podejrzeniu, że może i trochę i umyślnie wprowadzał ich chwilami w błąd, chcąc podnieść ich na duchu, oraz chcąc ukryć przed nimi sekrety, o których plotkarskie rozszerzenie się żywił obawy. Co jest istotne w tym, co o rozmowach z Rozwadowskim Witos pisze, to jest niezłomna wiara Rozwadowskiego w zwycięstwo i jego siła ducha. W relacji Witosa Rozwadowski rysuje się jako postać naprawdę o cechach wielkości. Witos zresztą z całą stanowczością stwierdza, że to co będzie w przyszłości wypowiadane o bitwie warszawskiej, będzie „na zawsze z nazwiskiem Rozwadowskiego związane.”
Witos przywiązuje także bardzo wielką wagę do roli Weyganda. Podkreśla przede wszystkim, że cokolwiek zrobione było przez Rozwadowskiego i Piłsudskiego, było wykonywaniem przez nich ich obowiązków, natomiast wszelka pomoc i współpraca okazana Polsce przez Weyganda, była aktem bezinteresownej pomocy i darem.
Relacje Witosa o Weygandzie nie robią zresztą wrażenia relacji opartych na własnej obserwacji, czy własnych rozmów z nim. Są to relacje z drugiej ręki. Budzą one o wiele mniej zaufania niż jego relacje o wodzach Polakach. Niektóre z podanych przez niego informacji, dotyczących Weyganda, nie są prawdziwe. Witos zdaje się nic o tym nie wiedzieć, że Weygand jechał do Polski z nałożonym na niego przez rządy alianckie zadaniem objęcia dowództwa, a więc rzeczywistej władzy nad polską armią. Wydaje mi się także, że Witos się myli, przypisując Weygandowi postulat „oderwania się od bolszewików”. Myślę, że chyba nie jestem w błędzie, twierdząc, że to właśnie Rozwadowski miał taki plan: oderwać się od bolszewików, wycofać się, przegrupować, wyłonić potrzebne rezerwy – i wtedy z całym impetem, planowo, na bolszewików uderzyć. Weygand przeciwnie, radził bolszewików zatrzymać, nie odrywając się od nich, stworzyć mocny front, umocnić wojsko długą kampanią obronną i dopiero wtedy zacząć myśleć o ofensywie. Pas avant.
Wnioski zresztą Witosa dotyczące ustosunkowania się Polaków do Weyganda są bardzo słuszne i szlachetne.
Piłsudski w relacji Witosa rysuje się bardzo źle. Znajdujemy w tej relacji potwierdzenie tego, co wiemy z innych źródeł, że Piłsudski uparcie, a bez rzeczowego powodu odwlekał rozpoczęcie swojej ofensywy z nad Wieprza, przez co spowodował wybitne zmniejszenie skutków polskiego zwycięstwa, bo pozwolił znacznej części armii bolszewickiej wymknąć się z osaczenia, w jakim się znalazła. Dlaczego tak zwlekał? Widocznie na coś czekał: Na co?
Relacja Witosa umacnia nas w przeświadczeniu, że Piłsudskiczekał na wyjaśnienie się sytuacji na froncie północnym. Liczył się z możliwością, że Rozwadowski, Haller, Sikorski, Latinik, a wraz z nimi także i Weygand bitwę warszawską przegrają. A w takim wypadku lepiej dla niego będzie do bitwy tej się nie mieszać – i szybko wycofać się pod Częstochowę, po to, by oddać się ze swoimi sześciu dywizjami pod opiekę Anglików i być może Niemców dla dalszej walki z bolszewikami w roli wodza Polski zredukowanej do roli małego państewka-satelity. Relacja Witosa umacnia mnie w przeświadczeniu – jest to oczywiście tylko wrażenie subiektywne – że bitwa warszawska wzmocniła rządy Piłsudskiego w Polsce, a przez to utorowała mu drogę do zwycięskiego zamachu stanu w 1926 roku. Zarówno splot okoliczności, jak zręczna i pozbawiona skrupułów propaganda pozwoliła Piłsudskiemu zdobyć sobie pozycję wodza zarówno narodu, jak armii; wprawdzie uznawanego nie przez cały naród i nie przez całą armię, ale jednak mającego po swojej stronie potężny obóz, zarówno jak potężną mafię.
Bez wyprawy kijowskiej i bez bitwy warszawskiej Piłsudski byłby tylko jednym z głów państwa – mało co wybitniejszym jako postać historyczna, niż prezydenci Wojciechowski i Mościcki – oraz tylko jednym z polskich generałów, nie większym od Hallera, Dowbor-Muśnickiego, Szeptyckiego i innych. Bitwa warszawska w której potrafił sobie przypisać główną rolę, uczyniła z niego postać epicką, trochę przypominającą takich samych laików w sprawach wojskowych a jednak mających reputację wielkich wodzów, jak Stalin, Hitler i Mussolini. W dużym stopniu przyczyniła się do tego Francja, traktując Piłsudskiego jako taką właśnie, wyjątkową, nietykalną i czcigodną postać i w praktyce go podpierając. Przyczynił się do tego osobiście Weygand.
Ale przyczynili się także Rozwadowski i Witos, broniąc go przed krytyką i opozycją, jak to sami stwierdzają, Witos w swej relacji, a Rozwadowski w rozmowach, które Witos przytacza.
Przed Bitwą Warszawską w lipcu i sierpniu 1920 r. w stolicy trwały żarliwe modlitwy za wstawiennictwem św. Andrzeja Boboli. Jego relikwie, specjalnie przywiezione z Krakowa, były wystawiane na ołtarze i noszone w procesjach, a polscy biskupi zwrócili się z prośbą do papieża o ogłoszenie Boboli patronem kraju. Po zwycięstwie dziękowano mu za orędownictwo. Jednak po II wojnie światowej ten epizod wojny polsko-bolszewickiej został niemal zapomniany. Przypominamy fragment książki Joanny i Włodzimierza Operaczów: „Boży wojownik. Opowieść o św. Andrzeju Boboli”.
Bohater wschodniego frontu
Po beatyfikacji Andrzeja Boboli [w 1853 r. – przyp. red.] jego kult powoli rósł w kraju, do czego przyczyniła się przepowiednia przekazana w 1819 r. dominikaninowi o. Marcinowi Godebskiemu, że Polska odzyska niepodległość, kiedy Bobola zostanie ogłoszony jej patronem. Nad popularyzacją postaci błogosławionego najbardziej pracowali jezuici, którzy głosili kazania na jego temat, publikowali artykuły i broszury i podejmowali wiele innych przedsięwzięć. Współbracia Boboli, którzy posługiwali po kryjomu wśród podlaskich unitów, brutalnie prześladowanych przez władze carskie, oddawali mu się w opiekę i ponoć na każdym kroku doznawali jego wsparcia. W czasie I wojny światowej był on dla polskich żołnierzy popularnym orędownikiem.
Gdy w 1920 roku bolszewicy stanęli na przedmieściach stolicy, z polskiej strony nastąpiła bezprecedensowa mobilizacja – przede wszystkim militarna i organizacyjna, ale również duchowa. Jak ocenia historyk prof. Wiesław Jan Wysocki, Kościół katolicki w Polsce nigdy w swojej historii nie wykazał się takim zaangażowaniem w sprawy narodowe. […]
W Warszawie organizowano liczne msze i modlitwy. […] W nabożeństwach, które odbywały się przy akompaniamencie dział grzmiących na przedmieściach miasta, wzięło udział około stu tysięcy osób. Proszono o orędownictwo Matkę Bożą oraz […] bł. Andrzeja Bobolę i bł. Władysława z Gielniowa. Ich relikwie były noszone w procesjach i wystawiane podczas nabożeństw (w przypadku świętego Andrzeja był to kawałek żebra pobrany z ciała w 1917 roku w Połocku i specjalnie przywieziony do Warszawy z kościoła świętej Barbary w Krakowie). W obliczu zagrożenia, które nadciągnęło ze Wschodu, zwłaszcza Andrzej, zadręczony przez prawosławnych Kozaków, wydawał się warszawianom szczególnie bliski. Kardynał Aleksander Kakowski tak mówił o nim w jednym z kazań:
Błogosławiony Bobola, którego relikwie spoczywają w tej chwili na tym ołtarzu, to wielki Patron Polski, który za te same hasła, za które Polska obecnie walczy, i z rąk tych samych wrogów, którzy jej istnieniu zagrażają, najokrutniejsze poniósł męczeństwo. Andrzej Bobola to w najściślejszym słowa znaczeniu bohater wschodniego frontu! I jak w Polsce jej zmartwychwstanie przepowiedział, tak dziś o jej ocalenie modlić się nie przestaje.
Prośba o patrona
W lipcu 1920 roku polscy biskupi zwrócili się do papieża Benedykta XV z prośbą o kanonizację bł. Andrzeja Boboli i ogłoszenie go patronem Polski. Wyrazili wówczas ufność, że ten męczennik wojen na Wschodzie może uchronić ojczyznę od nieszczęścia, jakie stamtąd przyszło. Do prośby hierarchów dołączono list marszałka Józefa Piłsudskiego, który pisał:
Ojcze Święty! Od początku wojny światowej, która się zda obecnie dobiegać do końca, Bóg Wszechmogący widocznie błogosławił wysiłkom naszej bohaterskiej armii. Wbrew zamiarom naszych wrogów, Ojczyzna nasza zmartwychwstała, co według rachub ludzkich zdawało się prawie niemożliwym. Przypisujemy to dokonanie się aktu sprawiedliwości dziejowej możnemu wstawiennictwu naszych Świętych Patronów, a zwłaszcza Błogosławionemu Andrzejowi Boboli, w sposób szczególny czczonemu przez naród polski, który w nim położył swą ufność. Pragniemy mu okazać wdzięczność za Jego opiekę nad Polską i zapewnić ją sobie na przyszłość dla dalszego rozwoju naszego Państwa. Dlatego błagamy Cię, Ojcze Święty, by Wasza Świątobliwość raczył zaliczyć w poczet świętych Błogosławionego Andrzeja Bobolę. Ufamy, że jako Patron Kresów Wschodnich, na których poniósł śmierć męczeńską, wyprosi nam u Boga, że Polska w dalszym ciągu będzie przedmurzem chrześcijaństwa na rubieżach wschodnich.
Cud (św. Andrzeja) nad Wisłą
Zarządzona przez kard. Kakowskiego nowenna o ubłaganie ratunku dla Polski zaczęła się 6 sierpnia, a zakończyła 14 sierpnia – w wigilię uroczystości Wniebowzięcia Matki Bożej i dzień przed bitwą, która przeszła do historii jako Cud na Wisłą. Zwycięstwo przypisywano przede wszystkim Matce Bożej, ale pamiętano również o św. Andrzeju. Jego współbrat o. Marcin Czermiński tak pisał dwa lata później o orędownictwie Boboli [w biografii „Andrzej Bobola: jego życie, męczeństwo i kult” – przyp. red.], zapewne dając wyraz czemuś więcej niż tylko własnemu przekonaniu:
W pięć dni po procesji, wyżej opisanej, lecz jeszcze w czasie odprawiania nowenny, wojska polskie odniosły pierwsze wielkie zwycięstwo nad znacznie przeważającymi armiami bolszewickimi. Nieprzyjaciel stracił w zabitych 50.000 żołnierzy i dwie trzecie wszystkich swoich armat, a do niewoli wzięto 107.000 z bolszewickiej armii. Wszyscy mówili, iż to cud. Cud nad Wisłą opisywały dzienniki zagraniczne. Błogosławiony Andrzej Bobola uprosił go u Pana Boga. […]
Przy obrazie Andrzeja Boboli w kościele Matki Bożej Łaskawej, który na czas odprawiania nowenny został przeniesiony z ołtarza bocznego do głównego, a później wrócił na swoje miejsce, umieszczono pamiątkową tabliczkę:
Obywatele Warszawy w ciężkich dniach sierpnia 1920 roku Gdy wróg stał u wrót stolicy Przed tym ołtarzem Błogosławionego Andrzeja Boboli Zanosili modły o zwycięstwo Które świat współczesny nazwał Cudem nad Wisłą.
Wróg przyjaźni polsko-radzieckiej
Po przejęciu władzy w Polsce po drugiej wojnie światowej komuniści rozpoczęli walkę z Kościołem. […] Kult świętego Andrzeja Boboli oraz wszelkie wzmianki podlegały tym samym ograniczeniom co reszta działalności religijnej. Ale jego przypadek był „gorszy” i to z aż trzech powodów – Bobola został uznany za świętego kresowego, antybolszewickiego i związanego z unitami.
Kiedy po 1945 r. wcielono wschodnią połowę II Rzeczpospolitej do ZSRR, komuniści wprowadzili embargo na wszelkie informacje o Kresach. Mówienie czy pisanie o Andrzeju Boboli wiązałoby się z przypominaniem o obecności Polski i Kościoła na Litwie i Pińszczyźnie, co było niedopuszczalne. Ponadto Andrzej Bobola nawracał prawosławnych na katolicyzm na obszarach, co do których moskiewska Cerkiew rościła sobie pretensje do religijnego zwierzchnictwa.
W Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej wszelkie publikacje czy audycje obowiązywała zasada, że w historii Polski nie wydarzyło się coś takiego, jak wojna polsko-bolszewicka 1920 roku.
W 1946 roku Józef Stalin nakazał likwidację Kościoła greckokatolickiego na terenie ZSRR. Formalnie odbyło się to poprzez wcielenie unitów do Kościoła prawosławnego, który był całkowicie podporządkowany władzom. W PRL istnienie grekokatolików również było dla rządzących sporym kłopotem. Cenzura dostała więc nakaz przemilczania tego tematu:
Należy eliminować wszelkie informacje o istnieniu – aktualnie w Polsce – obrządku grecko-katolickiego, jego podporządkowaniu ks. Wyszyńskiemu oraz jakiejkolwiek działalności unitów w naszym kraju(Tomasz Strzyżewski, „Wielka księga cenzury PRL w dokumentach”, Warszawa 2015, s. 101.). Te wytyczne rykoszetem uderzyły również w kult świętego Andrzeja Boboli.
Z tych powodów Bobola najprawdopodobniej trafił na cenzorską listę postaci, o których w ogóle nie można było mówić ani pisać – nawet w negatywnych kontekście. Nie można było nawet wydrukować obrazków z jego podobizną.
Źródło: KAI / Joanna Operacz, Włodzimierz Operacz, „Boży wojownik. Opowieść o św. Andrzeju Boboli”, Kraków 2022, Wydawnictwo Esprit.
W nocy z soboty na niedzielę wybuchł pożar na terenie Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku. Ogień strawił drewniany kościół pw. św. Mikołaja wraz z wyposażeniem. Uszkodzone zostały również dwa znajdujące się w pobliżu budynki. Trwa dogaszanie pogorzeliska.
Jak podało Muzeum, w związku z pożarem skansen został zamknięty do odwołania. – Dla nas jest to niepowetowana strata – mówił o zniszczonym kościele pw. św. Mikołaja dyrektor Muzeum Marcin Krowiak.
Strażacy zastali na miejscu płonący kościół
Jak powiedział oficer prasowy PSP w Sanoku st. kpt. Paweł Giba, zgłoszenie o pożarze strażacy otrzymali po godz. 1 w nocy. Na miejsce skierowano siły i środki Państwowej Straży Pożarnej oraz Ochotniczej Straży Pożarnej. W sumie – powiedział – zadysponowano 27 jednostek i prawie 140 strażaków.
– Po przybyciu pierwszych zastępów na miejsce, pożarem objęty był już cały budynek drewnianego kościoła św. Mikołaja oraz zagrożone były budynki znajdujące się w bliskiej odległości, to jest około 10 drewnianych budynków znajdujących się w promieniu około 50 metrów – mówił st. kpt. Giba.
Dodał, że w pierwszej kolejności strażacy zastosowali prądy gaśnicze w celu ochrony zagrożonych budynków, ponieważ kościół był już całkowicie objęty pożarem. Jak powiedział, ogień z kościoła objął dwa budynki – Chałupę z Niebocka i stodołę – które uległy uszkodzeniu. Pozostałe zagrożone budynki udało się uratować.
Niepowetowana strata
Na porannej konferencji oficer prasowa Komendanta Powiatowego Policji w Sanoku, aspirant sztabowy Anna Oleniacz, powiedziała, że policjanci zabezpieczali miejsce zdarzenia do czasu zakończenia akcji gaśniczej.
Jak podała, oględziny miejsca po pożarze zostaną przeprowadzone w niedzielę o godz. 11 z udziałem biegłego z zakresu pożarnictwa. – Zebrany materiał dowodowy i zabezpieczone dowody posłużą do wyjaśnienia okoliczności i przyczyn tego zdarzenia – powiedziała.
Dyrektor Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku Marcin Krowiak podkreślił, że część wyposażenia Chałupy z Niebocka udało się uratować. W przypadku kościoła pw. św. Mikołaja nie udało się natomiast uratować znajdującego się w nim wyposażenia. – Dla nas jest to niepowetowana strata. Jeden z najstarszych kościołów nie tylko na Podkarpaciu, ale i w Polsce, nasza perła uległa dzisiejszej nocy całkowitemu zniszczeniu – mówił. Podziękował straży pożarnej, policji oraz pracownikom skansenu za profesjonalizm, dzięki któremu udało się możliwie zminimalizować straty.
Muzeum będzie zamknięte
Jednocześnie poinformował, że w związku z pożarem Muzeum będzie w najbliższym czasie zamknięte. Odwołane zostały także wszystkie zaplanowane imprezy oraz wydarzenia w skansenie.Zdjęcie: PSP Sanok, mł. bryg. K. Adamczyk Państwowa Straż Pożarna 2026
– Postaramy się w porozumieniu z policją i strażą pożarną jak najszybciej przeprowadzić wszelkie sprawy, oględziny i zabezpieczenie pogorzelisk. Będziemy chcieli też jak najszybciej udostępnić Muzeum dla zwiedzających. Chcemy, żeby muzeum dalej żyło, żeby cieszyło zwiedzających tym, czym możemy jeszcze się pochwalić – podkreślił Krowiak.
Pożar nie pochłonął drewnianego krzyża
Dodał, że obmurowanie kościoła zostało zachowane, a drewniany krzyż znajdujący się w okolicy około sześciu do dziesięciu metrów nie został praktycznie dotknięty pożarem.
Przypomniał, że skansen w Sanoku to blisko 180 obiektów architektury drewnianej. Jak dodał, w historii całego Muzeum jest do drugi pożar – pierwszy wybuchł w 1994 roku, w którym spłonęło 13 obiektów.
Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku powstało w 1958 r. Zgromadzono w nim niemal 200 obiektów charakterystycznych dla budownictwa w południowo-wschodniej Polsce. Każdego roku skansen odwiedza ok. 140 tys. osób.
Wybudowanie znajdującego się w sanockim skansenie kościoła pw. św. Mikołaja datowane jest na 1667 roku. Do Muzeum przeniesiony został natomiast w latach 70. XX wieku. (PAP / Zdjęcia: PSP Sanok, mł. bryg. K. Adamczyk Państwowa Straż Pożarna 2026)