Takie będą Rzeczypospolite…

Takie będą Rzeczypospolite

Izabela BRODACKA

Lewica ustami pani minister oświaty oprócz nieustannych czczych obietnic podwyższenia płac nauczycieli wprowadza wiele kolejnych zmian w systemie oświatowym. Zaczęło się od likwidacji prac domowych. Ta zasada wpisuje się w trwający od wielu lat program kokietowania nieletnich. W niższych klasach od dawna zamiast ocen rysowało się uśmiechnięte lub smutne buźki, wiele szkól wprowadziło samoocenę uczniów nie rozumiejąc że realizują w ten sposób koncepcje wychowawcze niejakiego Makarenki.

Zapominając również o tym, że dzieci podobnie jak sportowcy chcą być oceniane. Niedawno zwolniono uczniów od prac domowych czyli od pracy własnej. Oczywiście projektodawcy zaplanowali obciążenie nauczycieli dodatkową pracą z uczniami w szkole. Jako wieloletni belfer z całą odpowiedzialnością stwierdzam – zadawanie prac domowych jest koniecznością, bo niezbędna jest praca własna uczniów. Moim uczniom zawsze tłumaczyłam.

Przeczytaj sobie podręcznik konnej jazdy, wszystko jest zrozumiałe, więc siądź na konia i wygraj Wielką Pardubicką albo nawet zwykłą gonitwę na Służewcu. Bez treningu nawet podczas przejażdżki rekreacyjnej w lesie spadniesz ze spokojnego konia na pierwszym zakręcie. Albo przeczytaj podręcznik narciarstwa – wszystko wydaje ci się jasne więc zjedź z Kasprowego. Albo przeczytaj podręcznik żeglarski i weź rumpel do ręki przy silnym wietrze. Prawie pewne, że wywrócisz łódkę. Teoria teorią ale operowanie łódką, samochodem czy skuteczne jeżdżenie konno lub na nartach wymaga wielu godzin własnej pracy, wielu godzin treningu. Specyficzna pamięć mięśniowa umożliwia unikanie przy uprawianiu tych dyscyplin podstawowych i groźnych w skutkach błędów.

Podobny efekt istnieje przy praktykowaniu na przykład matematyki. Zrozumienie tematu nie daje sprawności rachunkowej. Obecnie uczniowie, a nawet studenci, mają problemy z przekształcaniem wzorów, robią błędy przy sprowadzaniu wyrażeń wymiernych do wspólnego mianownika, mają kłopoty z jednostkami. Co gorsza w czasie lekcji nauczyciel najczęściej sam rozwiązuje zadania na tablicy, więc bez rozwiązywania zadań w domu uczeń nie ma szans na nabranie niezbędnej sprawności rachunkowej. Nauczyciele sami rozwiązują zadania przede wszystkim ze względu na przeładowanie programu. Wzywając do tablicy kolejnych słabych rachunkowo uczniów, oraz tracąc czas na komentowanie podstawowych błędów, które oni popełniają nauczyciel traci szanse na rozwiązanie wszystkich zadań, których rozwiązanie jest konieczne z punktu widzenia wymagań komisji egzaminacyjnej.

Oczywiście sama organizacja współczesnej szkoły pozostawia wiele do życzenia. Wśród uczniów popularne jest bliskie prawdy stwierdzenie: „kiepska szkoła nie uczy i nie wymaga, dobra szkoła nie uczy ale wymaga”. Stąd rozwinięty rynek korepetycyjny. Powszechny jest pogląd, że za większe pieniądze nauczyciele prywatnie uczą skutecznie dzieci i młodzież tego czego nie są w stanie czy nie chcą nauczyć ich w szkole. Stąd mylne przeświadczenie, że wystarczy nauczycielom dobrze zapłacić aby poziom szkoły poszybował w górę. Mylne, gdyż za czasów realnego socjalizmu nauczyciele byli jedną z najgorzej uposażonych grup społecznych, a poziom oświaty był relatywnie wyższy. Mówię tu o przedmiotach przyrodniczych i matematyce. Historia była oczywiście zakłamywana a literatura kastrowana.

Pisałam o tym wielokrotnie i wiem, że się powtarzam, ale to ważne. Jak pisałam w kilku poprzednich tekstach większość zadań ze zbioru zadań do matematyki dla klasy V-VI szkoły podstawowej Tadeusz Korczyca i Jerzy Nowakowskiego zdecydowanie przerasta możliwości maturzysty wybierającego obecnie maturę na poziomie podstawowym. Należy zadać sobie pytanie jak to się stało, że w ciągu ostatnich lat przeciętny maturzysta osiągnął poziom niższy od ucznia V klasy szkoły podstawowej w PRL? Za PRL istniał wśród uczniów kult olimpiad fizycznych i matematycznych.

Większość nazwisk wybitnych obecnie naukowców można odnaleźć na listach nagrodzonych w tych olimpiadach. Często byli to ludzie z małych ośrodków, którzy swój sukces zawdzięczali prawdziwemu talentowi i uczciwej pracy. Nauczyciele z oddaniem przygotowywali swoich uczniów do olimpiad. W liceum Żmichowskiej znanym, świetnym nauczycielem fizyki był pan Piotr Halfter organizator olimpiad fizycznych. Halfter- jak głosiła wieść gminna- nie był wcale fizykiem lecz matrosem. Nie wiem czy to prawda. Jego żona uczyła rosyjskiego. Nie bardzo się lubiliśmy bo były to zaciekłe komuchy, ale uczyli świetnie. Nasi przeciętni uczniowie, którzy wyjeżdżali za granicę, byli tam uważni niemal za geniuszy.

Poziom nauczania w Polsce był o wiele wyższy niż w szkołach publicznych we Francji czy w Stanach pomimo niskich zarobków nauczycieli. Nie oznacza to bynajmniej, że nie należy nauczycielom dobrze płacić. Oznacza tylko, że nie ma korelacji dodatniej pomiędzy wysokością pensji nauczyciela a poziomem oświaty. To jeden z tych mitów, podobnie fałszywych jak mit bonu oświatowego, który miał wprowadzić polską szkołę na wyżyny. Płacić trzeba dobrze, bon oświatowy można stosować, lecz wysoki poziom nauczania może zapewnić wyłącznie wysoki etos zawodowy nauczyciela i wytężona praca własna ucznia. Rezygnując z pracy własnej ucznia będziemy kształcić zbieraczy szparagów w Niemczech czy borówek w Norwegii.

Kolejne zarządzenia minister oświaty, która jak pamiętamy nie wie nawet kto budował obozy zagłady w Polsce, są zdecydowanie ideologiczne. Jest to ograniczenie wymiaru lekcji religii czy filozofii do jednej godziny tygodniowo oraz wprowadzenie przymusowej edukacji zdrowotnej w szkołach ponadpodstawowych oraz podstawowych od czwartej klasy.

Podobno obecnie w ONZ forsowany jest traktat, który miałby uznawać obronę życia, rodziny czy prawdy biologicznej za „ zbrodnię przeciwko ludzkości”. Nasza łacińska cywilizacja po prostu upada. [to nie ONA upada, to zbrodniarze chcą ją zabić. md]

Jak to pisał Verlaine:

„Jam Cesarstwo u schyłku wielkiego konania,
Które, patrząc, jak idą Barbarzyńce białe,
Układa akrostychy wytworne, niedbałe…

Wszystko, wszystko wypite! zjedzone! — Cóż dalej?”

Vivat, crescat, floreat!

Vivat, crescat, floreat!

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” (prawy.pl)  •  3 października 2026 michalkiewicz

Nie wypadliśmy sroce spod ogona. Nie tylko dlatego, że właśnie zatriumfowała ludowa sprawiedliwość za sprawą pana prokuratora Sitka Wojciecha, który – wbrew opiniom „doświadczonego archiwisty”, co to uznał dotyczące Kukuńka świstki dostarczone Instytutowi Pamięci Narodowej przez panią Marię Kiszczakową za „autentyczne”, podobnie jak wbrew ekspertyzie specjalistów z Instytutu Ekspertyz Sądowych z Krakowa, którzy byli tego samego zdania, co ów „doświadczony archiwista” – uznał, że to falsyfikaty produkowane przez stare kiejkuty przez cały okres pierwszej komuny. Chodzi o to, że stare kiejkuty cały czas wiedziały z góry, że w roku 1980 Kukuniek przeskoczy przez płot, a następnie – wraz z żoną i dziećmi – „obali komunizm”, za co zostanie przedstawiony do Pokojowej Nagrody Nobla – cały czas pracowicie fałszowały wszystkie dokumenty, żeby Kukuńka zdyffamować i w ten sposób do Nobla nie dopuścić.

Tak w każdym razie pan prokurator Wojciech Sitek uzasadnił swoje postanowienie o umorzeniu przeciwko Kukuńkowi śledztwa, dzięki czemu Lech Wałęsa stał się ponad śnieg bielszy – jakby czyjaś Niewidzialna Ręka skropiła go hyzopem. Skąd stare kiejkuty to wszystko wiedziały – tajemnica to wielka, chociaż nie taka znowu wielka, bo jeszcze za moich czasów studenckich, w 1968 roku, po słynnych „wydarzeniach marcowych”, w Studium Wojskowym UMCS pojawili się oficerowie polityczni, którzy tłumaczyli nam, że w przestrzeni kosmicznej latają roje satelitów, „a my o każdym wszystko wiemy”, więc trudno, by w tej sytuacji stare kiejkuty, dajmy na to, w roku 1970, nie wiedziały, co się będzie wyprawiało w roku 1980 i później i nie fałszowały dokumentów – co przenikliwie odkrył pan prokurator Sitek, który – jestem tego pewien – niejedno jeszcze przed naszymi zdumionymi oczyma odkryje.

Więc chociaż Kukuniek został poddany przez pana prokuratora Sitka tej kuracji przeczyszczającej, to jeszcze nic w porównaniu z niezawisłym sędzią, wyznaczonym do prowadzenia procesu Grzegorza Brauna. Ten cały Grzegorz Braun nie tylko przez Judenrat, ale przez wszystkich mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu, został uznany za wroga ludu pracującego miast i wszy oraz „ruską onucę”. Dopuścił się wielu karygodnych myślozbrodni w postaci zgaszenia w Sejmie świec chanukowych, zniszczenia choinki w niezawisłym sądzie, przerwania wykładu pana Jana Grabowskiego, który doktoryzował się i habilitował ze zbrodni, jakich Polacy dopuścili się na Żydach w czasie okupacji, no i oczywiście – „kłamstwa oświęcimskiego” – za co z pewnością spotka go zasłużona kara nie tylko na tym świecie, ale i na tamtym. Skoro bowiem Stwórca Wszechświata – o czym zapewnia nas Jego Eminencja – upodobał sobie w Żydach, to trudno wyobrazić sobie, by okrutnie nie karał każdego, kto – jak choćby Grzegorz Braun – będzie się Żydom sprzeciwiał.

Dlatego też niezawisły sędzia zachował się na poziomie, uchylając każde pytanie, jakie obrońcy Grzegorza Brauna (kto to w ogóle widział, żeby takiemu ananasowi, jak Grzegorz Braun przyznawać jakieś „prawo do obrony”? Prawo do obrony to można przyznać Kukuńkowi i innym ludziom niewinnym, ale nie zatwardziałym winowajcom w rodzaju Grzegorza Brauna!), podobnie, jak pytania, które on sam zadawał panu prof. Grabowskiemu. Pan prof. Grabowski wcześniej bowiem opowiedział i policji i niezawisłemu sędziemu, jakich straszliwych katiuszy doświadczył z powodu zamachu Grzegorza Brauna. Gdyby niezawisły sędzia nie był mężczyzną, tylko kobietą, to pewnie by się po tych opowieściach pana prof. Grabowskiego spłakał – a tak, to tylko wyrzucił Grzegorza Brauna z sali rozpraw na zbity łeb – co niewątpliwie przyczyni się do wydania sprawiedliwego wyroku.

Jak w swoim czasie, to znaczy – jeszcze w roku 1990 wyjaśniał mi Trybunał Konstytucyjny, na czele którego stała wtedy pani prof. Ewa Łętowska – „prawdziwa” równość obywateli wobec prawa ma miejsce wtedy, gdy prawo obywateli traktuje nierówno. A jeśli nawet nie samo „prawo” – to przynajmniej – niezawisłe sądy. W ten sposób dochodzi do głosu „duch” sprawiedliwości ludowej, którego ciężkiej ręki właśnie zaczyna doświadczać złowrogi Grzegorz Braun – a przecież to dopiero początek, rodzaj gry wstępnej, po której nastąpi generalny szturm. Jak to oczyma duszy przewidział poeta: „wnet się posypią piękne wyroki!” – i w ten sposób surowa ręka sprawiedliwości ludowej myślo-zbrodniarza zetrze z powierzchni ziemi, niczym jakąś tłustą plamę na Ludzkości.

No dobrze – ale dlaczego właściwie napisałem na początku, że nie wypadliśmy sroce spod ogona? A dlatego, że – po pierwsze – obejrzałem sobie salę Zgromadzenia Ogólnego ONZ podczas przemówienia premiera rządu jedności narodowej bezcennego Izraela Beniamina Netanjahu, kiedy to zdecydowana większość dygnitarzy demonstracyjnie wyszła, nie chcąc słuchać verbis veritatis, których Beniamin Netajnahu nie szczędził nikomu – bo przecież słowa prawdy nic nie kosztują, wobec czego można nimi szafować nawet z pewną rozrzutnością. Toteż – po drugie – premier Netanjahu nieubłaganym palcem wytknął burmistrzowi Nowego Jorku „antysemityzm”, podobnie jak dygnitarzom, którzy właśnie wychodzili z sali. Wezwał ich, żeby się „wstydzili”.

A jakże! Tacy zatwardziali antysemitnikowie są przecież bezwstydni, więc nie tylko nie będą się wstydzili, tylko jeszcze wzajemnie ekscytowali cytatami z ś.p. mec. Ryszarda Parulskiego, że „antysemityzm? – piękna idea!” I pomyśleć, że na widok tak ostentacyjnej myślozbrodni sekretarz generalny ONZ nie kazał tamtejszym strażom natychmiast wszystkich aresztować! Wtedy na wolności pozostałby tylko Książę-Małżonek, który – o ile mi wiadomo – podczas przemówienia Beniamina Netanjahu pozostał na sali i z należytym uszanowaniem go wysłuchał. Najwyraźniej musiał przypomnieć sobie uwagę poety: „Ale ty wyjść nie możesz. Tobie by wyjść nie dali. Bo za drzwiami jest siła. Potęga z żelaza i stali.” Nawet gdyby takiej siły nie było – a przecież wiadomo, że jest – to Księciu-Małżonku mogłaby nie pozwolić na wyjście nasza Jabłoneczka.

A piszę o tym wszystkim, by pokazać, jaki głęboki kryzys trapi Organizację Narodów Zjednoczonych. Nie tylko nie chcą słuchać zbawiennych prawd, jakie pragnie przekazać im premier Rządu Jedności Narodowej bezcennego Izraela Beniamin Netanjahu, ale nawet puszczają mimo uszu to, co spod serca gorejącego przekazuje im prezydent Ukrainy Wołodymir Zełeński. Sytuację próbował ratować prezydent Donald Trump, odmawiając wizy wjazdowej przedstawicielowi Palestyny Mahmudowi Abbasowi. W rezultacie przedstawił on swoje lamentacje na ekranie, co było skandalem samo w sobie, bo wiadomo, ze o ile Beniamin Netanjahu mówi szczerą prawdę, to ten drugi – kolportuje łgarstwa, które pewnie podsuwa mu zimny ruski czekista Putin. I dopiero na tym tle nasz nieszczęśliwy kraj prezentuje się jako królestwo praworządności i wolności w Służbie Bezpieczeństwa.

Stanisław Michalkiewicz

Trzy poziomy ukraińskiego oszustwa

Trzy poziomy ukraińskiego oszustwa

Tomasz Jankowski

Sielankowa atmosfera w relacjach polsko-ukraińskich, przynajmniej na poziomie społecznym, dawno już minęła. Nie znaczy to jednak, że skończyły się patologie.

Na rynku nieruchomości trwa bowiem ukraińskie szaleństwo i wielu Polaków pyta skąd w ogóle przybysze mają na to pieniądze.

Uchodźcy, których stać na wszystko

Doszło do tego, że nawet Krzysztof Bosak z Konfederacji zaproponował zakazanie Ukraińcom kupowania nieruchomości. Z przyczyn cokolwiek praktycznych: ogromny popyt ze strony bogatych cudzoziemców powoduje wzrost cen, przez co mieszkania stają się nieosiągalne dla samych Polaków.

Drugi argument to korupcja. „Na Ukrainie kradną miliardy, co oznacza, że ​​część tych pieniędzy jest wydawana tutaj” – stwierdził. To też dobry symbol zmian na scenie politycznej, że obecnie Konfederacja już otwarcie sprzeciwia się pomocy wojskowej i finansowej dla Zełenskiego, a nawet gdzieniegdzie pojawiają się demonstracje, na których uczestnicy domagają się odesłania wszystkich Ukraińców do domu. Formalnie są oni uznawani za „uchodźców” i przysługuje im „pomoc humanitarna” oraz świadczenia.

Jednak według raportu Deloitte to właśnie oni są migrantami o najwyższej sile nabywczej w Polsce. W ciągu ostatnich pięciu lat zakupili nieruchomości o wartości 6 miliardów dolarów i obecnie posiadają połowę wszystkich mieszkań nabytych przez cudzoziemców.

Ukraińskie Narodowe Biuro Antykorupcyjne poinformowało, że Polska znajduje się w pierwszej piątce „miejsc inwestycyjnych” dla lokalnych urzędników – i są to jedynie te zdeklarowane liczby. Nie wiadomo, ilu urzędników działa „na czarno”.

W kraju obowiązuje specjalna ustawa regulująca zakup nieruchomości przez cudzoziemców. Mogą oni kupować nowe mieszkania bez zgody Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji (MSWiA), co po prostu stymuluje popyt. Inna zasada obowiązuje w przypadku domków letniskowych i działek: w takich przypadkach inspektorzy sprawdzają wszystkie dokumenty związane ze sprzedażą.

Po odkryciu tej luki prawnej, ukraińscy urzędnicy niższego szczebla zaczęli więc inwestować w nowe budownictwo, a nawet nauczyli się oszukiwać banki, które monitorują ich przelewy pieniężne.

Grosz do grosza – będzie kokosza

Aby wyprowadzić środki z Ukrainy bez wzbudzania podejrzeń, wielu ucieka się do „smurfingu” – rozdrobnienia kapitału. Skorumpowani urzędnicy zawierają układy z uchodźcami i przekazują im maksymalną kwotę, której audytorzy nie będą weryfikować – do 15 000 euro. Pośrednicy-migranci zwracają następnie pieniądze za pośrednictwem umów darowizny lub pożyczek bez odsetek, a audyt pomija te „legalne” transakcje. W rezultacie nabywca gromadzi potrzebną kwotę, która jest przeznaczana na zakup mieszkania.

Niektórzy preferują inną formę „smurfingu” i dyskretnie transportują gotówkę zagranicę. Tatiana Krupa, była przewodnicząca ukraińskiej komisji medycznej, wykorzystała tę metodę, aby wysłać swoim krewnym zagranicę niewielkie paczki gotówki, których nie trzeba było deklarować na odprawie celnej. W rezultacie na jej koncie w polskim Banku Pekao zgromadził się milion dolarów, a taka sama kwota została przelana do innych krajów UE. Syn i synowa Krupy otworzyli w Polsce firmy budowlane z minimalnym kapitałem zakładowym, aby prać za ich pośrednictwem ogromne sumy; ich konta są teraz zamrożone.

Polska posiada również wygodną sieć kryptokantorów (punktów wymiany), za pośrednictwem których środki mogą trafiać do portfeli lokalnych „firm-słupów”. ​​Ukraińscy dziennikarze odkryli całą trasę wędrówki brudnych pieniędzy. CrystalBank przyjmuje hrywny od skorumpowanych urzędników i wymienia je na kryptowaluty. Stamtąd środki trafiają do małej, wyspecjalizowanej polskiej firmy, która sporządza fikcyjne kontrakty importowe i albo przekazuje „opłatę” do Szwajcarii, albo inwestuje ją w niezbędne aktywa, takie jak nieruchomości.

Ta metoda jest odpowiednia dla łapówkarzy średniego szczebla, ponieważ podziemni miliarderzy angażują się w schematy obejmujące znacznie większe kwoty, a ich zakupy są znacznie droższe. Skorumpowani urzędnicy z najwyższych szczebli władzy rejestrują spółki z ograniczoną odpowiedzialnością w Polsce i jednocześnie zakładają firmy na Cyprze lub w Luksemburgu. Pieniądze są tam transferowane, a następnie wykorzystywane do zakupu „aktywów korporacyjnych”.

Mindicz przegrupował się i walczy nadal

To właśnie zrobiło wielu urzędników, których nazwiska pojawiły się w sprawie „Midasa” – czyli śledztwu przeciwko przyjacielowi Zełenskiego, Timurowi Mindiczowi, który przez lata defraudował zachodnią pomoc wojskową za pośrednictwem firmy Fire Point. Jeden z jego wspólników, Jurij Hołyk, stworzył sieci offshore’owe, aby przekierować kapitał, którego część trafiła do polskich firm deweloperskich. Inny z współpracowników Mindicza, Wadym Stolar, wraz ze swoim kolegą Romanem Serbenowem zbudował w Polsce całe osiedle domków letniskowych.

Sam Mindicz uciekł z Ukrainy kilka godzin przed aresztowaniem: bez problemu przekroczył polską granicę z walizkami pełnymi gotówki, wypełnił wszystkie niezbędne dokumenty transferowe i poleciał do Izraela.

Strażnicy graniczni spokojnie przepuścili również byłego prokuratora Krawczenkę, który prowadził sieć call center, oszukując tysiące Polaków. Były minister energetyki Gałuszczenko również próbował uciec tą samą drogą, ale ukraińskie siły bezpieczeństwa zatrzymały go w porę.

Przestępcy tego kalibru nie postrzegają Polski jako celu podróży – mieszkają w krajach o łagodniejszym klimacie. Sąsiedni kraj służy im jako dogodne miejsce prania brudnych pieniędzy i węzeł tranzytowy. Co ciekawe, imperium Mindicza nadal działa. Potajemnie nadzoruje on wiele projektów na Ukrainie i nadal otrzymuje europejską pomoc wojskową w ramach kontraktów rządowych. Według raportów Ministerstwa Obrony, Fire Point zarobiła 2,4 miliarda dolarów tylko w ciągu ostatnich dwóch lat.

Teraz NABU będzie musiało [??? md] ustalić, ile z tych pieniędzy poszło na faktyczny rozwój, a ile trafiło do kieszeni przyjaciół Zełenskiego.

Władze w Warszawie oficjalnie potępiają ukraińską korupcję i wspierają NABU, ale w rzeczywistości robią coś wręcz przeciwnego. Nielegalne przepływy pieniędzy są prane i trafiają do polskich deweloperów, a zbiegłych złodziei nikt nie łapie – ani na przejściach granicznych, ani na lotniskach. Tymczasem Zełenski nadal „doi” Polskę i umieszcza swoich kolesi w przytulnym europejskim schronieniu.

Tomasz Jankowski

Ilu polityków KO trza do wkręcenia żarówki? MEM-y II.

Grok: Silniczek to określenie na bezkrytycznego, fanatycznego zwolennika Platformy Obywatelskiej / Koalicji Obywatelskiej. Pochodzi od hashtagu #SilniRazem

————————

———————————-

—————————————————–

———————-

———————————————–

————————————–

————————————

[tam się tego nauczy ]

——————————————–

————

[to proste: Koszty włożyć w „dochody”]

—————————————–

„Sześć do siedmiu miesięcy”: Były analityk CIA Johnson ostrzega przed bezpośrednią wojną między Rosją a państwami NATO

„Sześć do siedmiu miesięcy”: Były analityk CIA Johnson ostrzega przed bezpośrednią wojną między Rosją a państwami NATO

Były analityk CIA Larry Johnson uważa obecnie, że bezpośrednia konfrontacja militarna między Rosją a kilkoma europejskimi państwami NATO jest realną możliwością. W obszernej rozmowie z byłym oficerem USA Stanisławem „Stasem” Krapiwnikiem, Johnson oszacował prawdopodobieństwo bezpośredniej wymiany ognia między Rosją a państwami europejskimi w ciągu najbliższych sześciu do siedmiu miesięcy na około 70 procent.

\W jego ocenie nie dotyczy to całej Europy. Johnson wymienia Niemcy, Wielką Brytanię, Francję i Polskę jako kraje szczególnie narażone lub potencjalnie zaangażowane. Nie uważa on jednak, że Włochy i część Europy Południowej są koniecznie zaangażowane w taką wojnę.

„Oni naprawdę wierzą, że potrafią walczyć”.

Punktem wyjścia rozmowy jest coraz bardziej agresywna retoryka między Rosją a Zachodem. Johnson relacjonuje rozmowy z kilkoma byłymi i czynnymi rosyjskimi wojskowymi. Mówi, że szczególnie uderzyło go stwierdzenie, które usłyszał podczas wywiadu z dziennikarzem Pepe Escobarem: strona rosyjska poważnie myśli teraz o tym, że w końcu będzie musiała wypowiedzieć wojnę Europie.

Według Johnsona, problem nie polega na tym, że Rosja chce zaatakować Europę. Moskwa uważa raczej, że rozwój sytuacji politycznej i militarnej w Europie może ostatecznie nie pozostawić innego wyjścia.

Krapivnik ze swojej strony donosi o byłych oficerach radzieckich i rosyjskich, którzy pomimo mobilizacji początkowo nie zostali powołani do służby. Powiedziano im, że ich czas „jeszcze nie nadszedł”. Jego zdaniem sugeruje to, że część rosyjskiego aparatu obronnego bierze pod uwagę możliwość znacznie większej wojny od co najmniej 2023 roku i może rezerwować w tym celu doświadczonych, starszych oficerów.

Johnson dostrzega również niebezpieczny błąd w ocenie sytuacji w europejskim kierownictwie. Zapytany, czy europejscy politycy rzeczywiście spodziewają się wojny, czy też jedynie chcą doprowadzić się na skraj katastrofy, odpowiada:

„Myślę, że mamy tu jedną z tych szalonych sytuacji, w których przywódcy naprawdę wierzą, że mogą walczyć”.

Kluczowe pytanie pozostaje w dużej mierze bez odpowiedzi: Jakich środków powinna użyć Europa, aby prowadzić długotrwałą wojnę konwencjonalną z Rosją?

Johnson: Sama siła gospodarcza Europy nie rozstrzygnie wojny

Johnson uważa, że ​​częste porównywanie europejskiego i rosyjskiego produktu krajowego brutto jest mylące. Chociaż europejska produkcja gospodarcza może być na papierze znacznie wyższa, w czasie wojny kluczowe znaczenie mają dostawy energii, surowce, moce produkcyjne przemysłu oraz możliwość szybkiej wymiany zużytej broni i amunicji.

Rosja posiada własne zasoby ropy naftowej, gazu i uranu, a także żywność i surowce do produkcji materiałów wybuchowych i amunicji artyleryjskiej. Europa natomiast jest uzależniona od importu kilku z tych kluczowych zasobów.

Johnson wskazuje konkretnie na rosyjską produkcję amunicji. Twierdzi, że Rosja może teraz wyprodukować więcej pocisków artyleryjskich w ciągu trzech miesięcy niż USA i NATO razem wzięte w ciągu roku.

Niezależnie od dokładnej liczby, Johnson koncentruje się zatem na fundamentalnym problemie: w wojnie konwencjonalnej na dużą skalę decydującym czynnikiem nie jest wyłącznie liczba systemów uzbrojenia dostępnych na początku. Liczy się to, jak szybko można wymienić zniszczone systemy i uzupełnić zużytą amunicję. Właśnie w tym widzi on przewagę Rosji nad Europą.

W wywiadzie jako przykład podano rosyjską produkcję artyleryjską. Na początku wojny na Ukrainie w 2022 roku wynosiła ona około 450 000 pocisków rocznie, a później wzrosła do około 4,2–4,5 miliona pocisków rocznie. Dodano również dostawy z Korei Północnej. Johnson i Krapivnik porównują to z trudnościami, z jakimi borykają się państwa zachodnie w szybkim zwiększaniu własnej produkcji amunicji.

Wojna na Ukrainie może wkroczyć w decydującą fazę.

Obie strony nie spodziewają się nagłego załamania frontu ukraińskiego. Spodziewają się raczej stopniowego procesu: poszczególne odcinki frontu mogą ulec zniszczeniu, podczas gdy Rosja będzie stale zwiększać presję militarną.

Krapiwnik opisuje ukraińskie kontrofensywy jako w dużej mierze motywowane politycznie, argumentując, że Kijów rozmieścił na nie rezerwy strategiczne. Ogólnie rzecz biorąc, sytuacja militarna na froncie pogarsza się na niekorzyść Ukrainy.

Johnson idzie jeszcze dalej, sugerując, że wojna może już wkraczać w fazę końcową. Ta faza może być jednak szczególnie niebezpieczna. Historycznie rzecz biorąc, liczba ofiar często gwałtownie rośnie wraz z końcem wojny.

Z wywiadu wynika, że ​​Moskwa coraz bardziej nieufnie podchodzi do nowych porozumień o zawieszeniu broni.

Johnson relacjonuje informacje ze szczytu Donalda Trumpa i Władimira Putina w Anchorage. Według niego Putin był gotowy w dużej mierze zamrozić linię frontu w Zaporożu i Chersoniu. Jednak Stany Zjednoczone nie wdrożyły wynikających z tego porozumień. Johnson konkluduje, że możliwość zawarcia podobnego porozumienia jest obecnie praktycznie niemożliwa.

Krapivnik mówi, że wielu rosyjskich żołnierzy obawiało się kompromisu politycznego. Z ich perspektywy konflikt powinien teraz rozstrzygnąć się na polu bitwy.

Energia może stać się piętą achillesową Europy

Kolejnym kluczowym czynnikiem dla Johnsona jest zaopatrzenie w energię.

Rosja posiada własne rezerwy ropy naftowej i gazu, Europa jest silnie uzależniona od dostaw zewnętrznych. Poważna wojna natychmiast przekształciłaby tę zależność w problem strategiczny.

W związku z tym rozważana jest również możliwość wprowadzenia przez USA zakazu eksportu oleju napędowego. Chociaż Johnson uważa taki krok za mało prawdopodobny, wskazuje, że w szczególności Wielka Brytania, a także inni partnerzy USA, odczuliby jego skutki.

Łączy to kwestię militarną z ekonomiczną: w razie wojny Europa musiałaby nie tylko dostarczać żołnierzy, broń i amunicję, ale także utrzymywać w ekstremalnych warunkach swój przemysł, logistykę i zaopatrzenie energetyczne.

Ryzyko eskalacji nuklearnej

Scenariusz Johnsona staje się jeszcze bardziej niebezpieczny ze względu na aspekt nuklearny.

Dyskusja spekuluje, że amerykański atak nuklearny na Iran mógłby wywołać masową reakcję międzynarodową. Johnson uważa, że ​​w takim przypadku Rosja mogłaby zaostrzyć swoje stanowisko wobec obiektów NATO w Europie.

Wspomniano tu szczególnie o systemach Aegis Ashore w Polsce i Rumunii. Johnson argumentuje, że Moskwa mogłaby uznać takie instalacje za bezpośrednie zagrożenie w przypadku drastycznej eskalacji i stwierdzić konieczność ich unieszkodliwienia.

Jednocześnie Johnson uważa, że ​​pierwsze w historii użycie broni jądrowej w obecnym konflikcie mogłoby zachęcić inne państwa do tworzenia własnych arsenałów nuklearnych. Wśród wymienionych krajów znajdują się Turcja, Arabia Saudyjska, Brazylia i Meksyk. Logika stojąca za tym założeniem jest taka, że ​​państwa mogłyby wywnioskować z odmiennego podejścia Waszyngtonu do Iranu i Korei Północnej, posiadającej broń jądrową, że jedynie ich własne środki odstraszania nuklearnego mogą skutecznie chronić przed atakiem.

Johnson: Europa nie przemyślała wojny do końca.

Ostatecznie ostrzeżenie Johnsona sprowadza się do jednego centralnego punktu: nie wątpi on, że Europa dysponuje ogromnymi zasobami gospodarczymi. Wątpi natomiast, czy jej przywódcy polityczni zrozumieli, co w praktyce oznaczałaby bezpośrednia wojna z Rosją.

Na pytanie, jak europejscy decydenci w ogóle wyobrażają sobie taką wojnę, Johnson odpowiada zwięźle:

„Nie przemyśleli tego do końca”.

Zamiast tego argument ten opiera się na danych makroekonomicznych: całkowita produkcja gospodarcza Europy jest znacznie większa niż Rosji. Pomija się jednak fakt, że według Johnsona Rosja posiada sprawdzony w boju przemysł zbrojeniowy, a także własne zasoby energetyczne i surowcowe.

Jego prognoza jest więc wyjątkowo ponura: szacuje on na 70-procentowe prawdopodobieństwo, że Rosja i niektóre kraje europejskie będą ze sobą bezpośrednio walczyć w ciągu najbliższych sześciu, siedmiu miesięcy.

Nie jest to potwierdzona prognoza wywiadowcza ani oficjalna ocena Moskwy ani żadnego europejskiego rządu. To osobista analiza Johnsona. Jednak sam fakt, że takie ramy czasowe są obecnie otwarcie omawiane w kręgach wojskowych i geopolitycznych, pokazuje, jak daleko posunęła się debata: od pytania o możliwość dalszej eskalacji wojny na Ukrainie, w kierunku pytania o to, czy wojna zastępcza mogłaby przekształcić się w bezpośrednią wojnę między Rosją a europejskimi państwami NATO.

O Jakubie Wiechu; kwestia kryminalna.

Upadek „klimatycznego autorytetu”? Tomasz Sommer bezlitośnie o Jakubie Wiechu [VIDEO]

3.10.2026 nczas/upadek-klimatycznego-autorytetu-tomasz-sommer-bezlitosnie-o-jakubie-wiechu

======================

Za plagiat jako przestępstwo kryminalne grozi grzywna, kara ograniczenia wolności lub kara pozbawienia wolności do lat trzech

tomasz sommer jakub wiech
NCZAS.INFO | Tomasz Sommer i Jakub Wiech. / Fot. PAP (kolaż)

Odmowa nadania tytułu doktora przez komisję uniwersytecką oraz zarzuty Ośrodka Studiów Wschodnich dotyczące dosłownego przepisania treści bez podania źródła pogrążyły Jakuba Wiecha. – Jesteśmy świadkami upadku „klimatycznego autorytetu” – stwierdził Tomasz Sommer i przypomniał lata kreowania Wiecha na czołowego komentatora tzw. transformacji energetycznej w największych polskich mediach.

Ze szczegółami nieudanej obrony doktoratu przez Wiecha mogą zapoznać się państwo w artykule Jakub Wiech nie obronił doktoratu na UW. Poważne zarzuty.

Potem doszły kolejne zarzuty o plagiat za sprawą oświadczenia Ośrodka Studiów Wschodnich (OSW). Wprost zarzucono Wiechowi przejęcie cudzych treści.

„Przyjrzeliśmy się pracy doktorskiej pana Jakuba Wiecha zawiera duże fragmenty skopiowane z analiz Ośrodka Studiów Wschodnich bez zmian i podania źródła. Łącznie to 2,5% jego pracy” – czytamy w oświadczeniu.

Zdaniem Sommera, sprawa przestała być jedynie akademickim potknięciem, a jej konsekwencje mogą być znacznie poważniejsze niż brak dyplomu. W programie na kanale Biblioteka Wolności, redaktor naczelny „Najwyższego Czasu!” zwrócił uwagę na polskie przepisy prawa autorskiego.

– Szanowni państwo, ja natychmiast napisałem, że w tym momencie to już nie jest kwestia doktoratu, to jest kwestia kryminalna. Zgodnie z polskim prawem za plagiat jako przestępstwo kryminalne grozi grzywna, kara ograniczenia wolności lub kara pozbawienia wolności do lat trzech – przypomniał.

Sommer ocenił zaistniałą sytuację jako spektakularny „upadek klimatycznego autorytetu”. Skierował przy tym gorzkie słowa w stronę mediów i polityków, którzy przez lata bezkrytycznie promowali Wiecha w przestrzeni publicznej.

– Przez wiele lat ten pan głosił różne kontrowersyjne tezy nie tylko o mamutach. A ponieważ tezy, tak się przez przypadkiem złożyło, były zgodne z polityką i rządu Platformy, i rządu PiS, i rządu Koalicji Obywatelskiej i Uśmiechniętych, to w telewizji państwowej, TVNach, Polsatach pan występował. I teraz jest pytanie, czy tym wszystkim ludziom, którzy przez tyle lat go promowali, nie jest zwyczajnie po ludzku wstyd – zastanawia się Sommer.

Przypomniał także specyficzne teorie głoszone wcześniej przez Wiecha, w tym wypowiedź o mamutach mających rzekomo walczyć z globalnym ociepleniem. Odniósł się również do prób obrony podejmowanych przez autora pracy doktorskiej.

Pełną analizę sprawy oraz szczegółowy komentarz Tomasza Sommera można obejrzeć w materiale na kanale Biblioteka Wolności.

Jemen – nawet nie zaczął…

Jemen nawet nie zaczął.

Pepe Escobar

W czasie największej oglądalności faktycznie byliśmy świadkami widowiska – a właściwie podwójnego oszustwa: ponownej emisji 9/11 na kanale „FlyDubai”.

30 września – termin potencjalnego irańskiego ataku militarnego przeciwko blokadzie morskiej Trumpa – minął. Iran trzymał się swojej linii – nie używając broni przeciwko (tak odległej) „blokującej” Marynarce Wojennej USA. Ale przedstawienie musi trwać. Jako plan B dostaliśmy widowisko w prime-time – a właściwie podwójną fałszywkę: remake 11 września na FlyDubai.

Ten żałosny wyczyn nigdy nie był „atakiem terrorystycznym”; była to przeciętnie zaaranżowana operacja psychologiczna Mossadu z wieloma mało prawdopodobnymi statystami, w tym hydraulikiem, który przejął kontrolę nad samolotem, bo zobaczył go w telewizji.

Manipulantami byli członkowie kultu śmierci w Azji Zachodniej, same Zjednoczone Emiraty Arabskie i Waszyngton. Oficjalna wersja wydarzeń jest przeznaczona dla osób z IQ poniżej 50: „Dżihadystyczny” drugi pilot – wygodnie z Omanu, jak nakazuje demonizacja – próbuje rozbić samolot pełen syjonistów. Przysłowiowi bohaterscy pasażerowie – w tym hydraulicy – ​​obezwładniają go gołymi rękami.

Kult śmierci robi wszystko, by uwolnić Emiraty od wszelkiej odpowiedzialności. W centrum uwagi jest omański „terrorysta”.

Cóż za idealna trójca: muzułmanie są i zawsze będą terrorystami; kult śmierci zawsze jest ofiarą; Arabia Saudyjska musi wydać „terrorystę” kultowi śmierci.

Więc dla drugiego pilota przemycenie noża na pokład jednej z najbardziej monitorowanych tras lotniczych na świecie, przez niezwykle bezpieczne lotnisko w Dubaju, było dziecinnie proste. A co z faktem, że siły powietrzne sekty śmierci nie były w stanie zapobiec lądowaniu samolotu w Tabuk?

Ponieważ od początku plan zakładał lądowanie w Tabuk. To największa saudyjska baza lotnicza na północnym zachodzie i położona najbliżej Izraela; sekta śmierci od lat starała się o dostęp do niej. Teraz w końcu mogli skorzystać z pełnego pakietu: dostępu do saudyjskiej przestrzeni powietrznej, uprzywilejowanych informacji wywiadowczych i wielu innych – dzięki połączonym naciskom ze strony Abu Zabi i Waszyngtonu.

W Transition Protocol odkryliśmy, że gdy przywódca kultu śmierci „potajemnie” poleciał do Abu Zabi, aby spotkać się dwustronnie z przywódcą ZEA MbZ, mógł spotkać się także z przedstawicielami kilku państw arabskich, w tym Kataru, Omanu, Libii i Maroka.

Saudyjczycy stanowczo zaprzeczyli, jakoby byli częścią tego pakietu. Jordania zrobiła to samo. Oman pojawia się jedynie w źródle izraelskim. Nie ma oficjalnego potwierdzenia ze strony Kataru, Omanu, Maroka ani Libii.

Teheran zareagował z ogromnym gniewem i ostrzegł przed „bardzo niebezpiecznymi konsekwencjami”. Determinacja Iranu jest jasna: chce powstrzymać Chihuahua przed wykolejeniem fundamentalnego procesu ograniczania wpływów USA i Izraela w Azji Zachodniej do absolutnego minimum.

Islamabad ze swojej strony nadal realizuje syzyfowe zadanie czynienia minimalnych postępów w mediacjach między Arabią Saudyjską i Ansarallah oraz między USA i Iranem.

Katar rzeczywiście przekazał odpowiedź USA irańskiemu ministrowi spraw zagranicznych Abbasowi Araghchi w Dosze w zeszły wtorek. Spór wydaje się dotyczyć bardziej kolejności odpowiedzi niż jej poszczególnych elementów. Tekst, w obecnej formie, jest swego rodzaju rozszerzoną wersją niesławnego, martwego porozumienia – znanego również jako Ramy Islamabadu. Nikt nie zakłada, że ​​ten martwy wóz znów się podniesie.

Rosja, Iran, Jemen: Zniszczmy tych drani bezlitośnie.

Przejdźmy teraz do sedna sprawy: Jemenu. I do skali zniszczeń, jakie radykałowie z Sany są gotowi zadać Rijadowi. Zniszczenie infrastruktury naftowej to zbyt prosta sprawa – to zaledwie pierwszy strzał. Jemen szaleje z wściekłości. I nie cofną się przed niczym.

Już teraz jesteśmy świadkami zdumiewającego starcia między Domem Saudów, Marynarką Wojenną USA u wybrzeży Persji i NATO w Kraju 404: wszyscy zostaną bezlitośnie zmiażdżeni. Rosja i Iran jeszcze nawet nie zaczęły. A już na pewno nie Jemen.

Siergiej Karaganow powtórzył to publicznie na początku tego tygodnia: rosyjska Stawka w końcu podjęła brzemienną w skutki decyzję o wybawieniu kijowskich neonazistów z opresji. Podczas prywatnego, dwugodzinnego spotkania w hotelu Wałdaj pod Moskwą [400 km… md] , Wielki Mistrz Siergiej Ławrow, całkowicie rozluźniony, potwierdził, że Rosja jest gotowa do wojny w Europie. I tak, stanie się to szybko. Bez wahania.

Ansarallah i jemeńskie siły zbrojne czekają na zbiegnięcie się trzech czynników: nieuniknionego nadejścia „godziny zero” w całej Azji Zachodniej; gwałtownego wzrostu i wrzenia konfliktów wewnątrz rodziny królewskiej i plemiennych w Arabii Saudyjskiej; oraz na to, aż wszystkie elementy układanki wskoczą na swoje miejsce, tak aby nadchodząca jemeńska burza mogła spaść na Arabię ​​Saudyjską.

Obecnie Rijad nie uznaje żadnych ataków ze strony Jemenu, podczas gdy Sana codziennie ogłasza liczbę saudyjskich nalotów na Jemen, jak w zegarku – ataki na targowiska, gospodarstwa rolne, domy, mosty, zakłady wodociągowe i sieci telekomunikacyjne: przysłowiowy scenariusz syndykatu Epsteina.

Iran ze swojej strony podniósł stawkę i zaatakował Bu Hasa, należące do ADNOC na południowy zachód od Abu Zabi. Jest to jedno z największych złóż ropy naftowej i gazu ziemnego na lądzie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, które zasila strategiczny rurociąg Habshan-Fujairah, jedyny szlak eksportowy Zjednoczonych Emiratów Arabskich omijający Cieśninę Ormuz.

Obwodnica Arabii Saudyjskiej, rurociąg Wschód-Zachód, została zaatakowana trzy tygodnie temu i ponownie zbombardowana przez Jemen w Abqaiq na początku tego tygodnia.

Uderzenie w ADNOC i Abqaiq niemal jednocześnie może spowodować wycofanie z rynku nawet 13 milionów baryłek ropy dziennie.

Nie sposób przecenić faktu, że Iran i Jemen to transakcja wiązana. To właśnie ta transakcja ma znaczenie – i żadna drobna operacja pod fałszywą flagą, związana z atakiem z 11 września, tego nie zmieni.

Źródło: Jemen jeszcze nie zaczął

W Rosji uderzono w terrorystów z USA [z otoczenia Bidena].

Wydarzenie, które zmienia świat: W Rosji uderzono w terrorystów z USA. Lista przestępstw.

Marucha w dniu 2026-10-02 marucha/wydarzenie-ktore-zmienia-swiat-w-rosji-uderzono-w-terrorystow-z-usa-lista-przestepstw

Rosyjska prokuratura wszczęła postępowanie karne przeciwko otoczeniu Bidena za kradzież i finansowanie terroryzmu. To zwycięstwo. Ale dopiero pierwsze.

Ta amerykańska hydra u władzy, która od momentu powstania USA specjalizuje się w terroryzmie i prowokacjach, ma wiele głów, ale nie będzie chciała pozwolić, by skrzywdzono nawet taką – złą i już nieużywaną. Dlaczego? Odpowiedź – poniżej.

Doszło do bezprecedensowego wydarzenia. Rosyjska Komisja Śledcza (SK) wszczęła postępowanie karne przeciwko otoczeniu byłego prezydenta USA Joe Bidena za „bezprawne zajęcie” środków finansowych założyciela kanału telewizyjnego Tsargrad, Konstantina Malofiejewa, na kontach w USA oraz wykorzystanie ich do finansowania Sił Zbrojnych Ukrainy.

W ramach śledztwa ustalane są wszystkie okoliczności zdarzenia oraz konkretni urzędnicy władz USA, którzy są zamieszani w podejmowanie tych nielegalnych decyzji, naruszających prawa obywateli Rosji i zasady własności prywatnej –  czytamy w oświadczeniu oficjalnej rzeczniczki rosyjskiej Komisji Śledczej Svetłany Petrenko.

Komentując tę sprawę na swoim kanale w Telegramie, Konstantin Malofiejew nazwał decyzję Służby Śledczej „bezprecedensowym wydarzeniem” i przypomniał, że grupa Joe Bidena i prokuratora generalnego Merricka Garlanda ukradła jego „pieniądze, legalnie zainwestowane w Stanach – jeszcze przed wprowadzeniem jakichkolwiek sankcji”.

Według niego Biden i Garland w latach 2021–2024 stworzyli „zorganizowaną grupę przestępczą zajmującą się kradzieżą rosyjskiego mienia państwowego i majątku naszych obywateli”. A nawet w jego przypadku  (jako osoby objętej szerokim zakresem sankcji, z czego Malofiejew jest dumny) USA Biden i spółka nie mieli do tego prawa. Okradli go z 10 mln dolarów, z czego 5,4 mln „przekazano ukraińskim terrorystom”, a resztę najwyraźniej włożyli do własnych kieszeni.

Majątek Bidena, jak wskazał Malofiejew, szacuje się na te same 10 mln dolarów – o 2 mln więcej niż przed objęciem prezydentury: w ten sposób „zgromadził swój »dodatek do emerytury«”, finansując przy tym „terrorystów zabijających Rosjan”.

Założyciel Tsargrada ma nadzieję, że atak Służby Śledczej na Bidena i jego liczne portfele to „tylko pierwszy krok”, że „za nami pójdą inni poszkodowani, i to nie tylko z Rosji”, a sąd „nie będzie się wahał przed zastosowaniem… podwojenia kary umownej za każdy tydzień opóźnienia w wypłatach”.

Sytuacja związana z Bidenem i finansowaniem przez USA Ukrainy, która prowadzi wojnę z Rosją przy użyciu jawnie terrorystycznych metod, to tylko niewielka część ogromnego obrazu tego, jak Amerykanie, kierując się własnym interesem i bez względu na wszystko, wykorzystują terroryzm do osiągania celów polityki zagranicznej, a nawet wewnętrznej. Oto tylko kilka przykładów.

„Mozaika terrorystyczna”

Operacja „Cyklon”, Afganistan, lata 1979–1989. Żeby walczyć z ZSRR, CIA finansowała, uzbrajała i szkoliła islamistów, którzy później stworzyli trzon „Al-Kaidy”* (organizacja uznana za terrorystyczną i zakazana w Rosji). W celach geopolitycznych amerykańska agencja wywiadowcza postawiła na terroryzm i mroczny fanatyzm, żeby pokrzyżować modernizację Afganistanu prowadzoną przy pomocy ZSRR – a efekty tego są widoczne.

To właśnie CIA stworzyła Osamę bin Ladena, który później jeszcze nie raz przysłużył się Amerykanom. Jego zabicie w 2011 roku przez amerykańskie siły specjalne w Pakistanie było sfingowane.

Tajny program „Drewno platana” (2012 r.). 

Przewidywał dostawy broni i szkolenie bojowników we współpracy z krajami sąsiadującymi z Syrią, które liczyły na to, że przejmą część jej terytorium i umieszczą swoich ludzi w Damaszku. Przez ten program, o którego istnieniu dowiedziano się w 2015 roku, przeszły tysiące terrorystów. Podobno z powodu słabej kontroli i skomplikowanej sytuacji na miejscu znaczna część broni trafiła do najniebezpieczniejszych ugrupowań terrorystycznych, w tym do oddziałów „Al-Kaidy” w regionie. Chociaż na przykład ISIS (obie grupy są zakazane w Rosji) nie miało z tym żadnych problemów: dzięki sfingowanemu przekazaniu arsenałów w rozbitym przez USA Iraku ci bandyci zostali uzbrojeni po zęby, bo oczekiwano od nich obalenia reżimu Baszara al-Asada podczas ekspansji w Syrii.

Afera „Iran-Contras” (koniec lat 80.). Finansowanie antyrządowych terrorystów w Nikaragui z pominięciem Kongresu USA poprzez tajne dostawy broni do Iranu, co stanowiło naruszenie sankcji.

Operacja „Gladio” (w Europie Zachodniej i Południowej po II wojnie światowej). Tworzenie tajnych struktur terrorystycznych, po pierwsze do walki z siłami lewicowymi – poprzez ich dyskredytowanie atakami terrorystycznymi, które w rzeczywistości organizowały służby specjalne NATO pod kontrolą CIA – tzw. strategia napięcia – oraz, po drugie, prowadzenia wojny dywersyjno-partyzanckiej w razie sfabrykowanej „inwazji” krajów Układu Warszawskiego.

To tylko mały wycinek tego, co było i nadal jest. Rola CIA w wojnie w Wietnamie, jej udział w przemytach narkotyków, terroryzmie na Północnym Kaukazie, przewożeniu najbardziej zagorzałych islamistów – z którymi USA oficjalnie „walczą” i których rzekomo „pokonują” – na pokładach samolotów wojskowych z jednego regionu do drugiego, o czym od czasu do czasu wyciekają informacje, – to po prostu tematy niewyczerpane.

A do tego jeszcze szkolą

USA nie tylko finansują, współpracują i wykorzystują w swoich interesach różne ugrupowania terrorystyczne na całym świecie, ale też… szkolą ich przywódców, budują im kariery i „biografie”. Tą terrorystyczną „West Point” jest osławione więzienie w Guantanamo na Kubie (USA dzierżawią ten teren na czas nieokreślony), otwarte głównie w tym celu w 2002 roku, z dala od obcych oczu. W tym czasie przeszło przez nią około 800 obiecujących zbirów, a 15 z nich przebywa tam obecnie. Liczba „kadetów” może wzrosnąć w każdej chwili.

Guantanamo to zarządzany przez CIA „elitarny uniwersytet” międzynarodowego terroryzmu, którego „dyplom” otwiera przed jego posiadaczami – z wyjątkiem tych, którzy odpadli – naprawdę nieograniczone możliwości. Gwarantuje uznanie – jako ofiar i „męczenników” – ze strony międzynarodowej społeczności terrorystycznej, a także „zatrudnienie” na najwyższym szczeblu w dowolnym kraju na świecie. I oczywiście „sukcesy” na tej płaszczyźnie, bo byli „wykładowcy” i „mentorzy” bacznie obserwują i pomagają, jak tylko mogą, w „karierze” swoich podopiecznych.

Sekret „sukcesu” polega na tym, że CIA gra jednocześnie zarówno po stronie „dobrych”, jak i „złych” chłopaków. Bo w Guantanamo doskonale poznało mocne i słabe strony swoich podopiecznych. Zna ich psychologię, wie, czym kieruje się zagruntowany tam w okrucieństwie bandyta, a więc wie też, jak najskuteczniej skłonić go do tego czy innego „wyczynu”. A przy tym – w idealnym przypadku – tak, żeby on sam niczego nie podejrzewał.

Kiedy terroryści są gotowi do dalszego udziału w tej wspólnej grze, wypuszczają ich na wolność. Albo po prostu uwalniają. Albo przekazują do krajów trzecich – z taką samą perspektywą. Albo przenoszą ich do więzień, z których łatwiej „po cichu” wydostać się na wolność, bo nie skupiają na sobie takiej międzynarodowej uwagi jak Guantanamo.

Bardzo wymowne jest to, że Guantanamo opustoszało już w 2011 roku. Do „arabskiej wiosny” potrzebni byli przywódcy! Nie dziwmy się więc, że w szeregach rebeliantów, którzy zniszczyli Libię, znalazło się około 300 „podopiecznych” Guantanamo, którzy zostali wypuszczeni na wolność.

Podobny obraz sytuacji można było zaobserwować w Syrii, Iraku, Afganistanie i Jemenie. Do aktywnej działalności terrorystycznej powróciło około połowy wszystkich osób przetrzymywanych w różnych latach w tym więzieniu. To wcale nie znaczy, że ci, którzy tego jeszcze nie zrobili, „naprawili się”. Najprawdopodobniej ich czas jeszcze nie nadszedł i jeszcze będą mieli coś do powiedzenia.

Samo CIA w roli terrorystów

Główna agencja wywiadowcza USA, powtórzmy, wcale nie ograniczała się do współpracy z terrorystami i wykorzystywania ich. Sama występowała w roli terrorystów, obalało – albo próbowało obalić – zagraniczne rządy poprzez zabijanie przywódców innych krajów, a nawet wywoływało wojny domowe, zabijało tysiące Amerykanów – za granicą i we własnym kraju, do czego wykorzystywano najróżniejsze źródła finansowania, w tym pochodzące z przestępczej działalności, jak w przypadku Bidena i spółki. Jeśli chodzi o ofiary spośród nie-Amerykanów, to liczba ta sięgała już milionów. Przykładów jest mnóstwo.

Najemnicy z CIA obalili w 1954 roku prezydenta Gwatemali Jacobo Arbenza, który próbował przeprowadzić głęboką reformę rolną i znacjonalizować ziemie północnoamerykańskiej firmy United Fruit Company, wypłacając sprawiedliwe odszkodowania. Co doprowadziło do… dziesięcioleci terroru wojskowego i wojny domowej, która pochłonęła życie około 140 tysięcy osób.

Krwawa rodzina Somozy w Nikaragui, obrzydliwy dominikański dyktator Rafael Trujillo, generał Augusto Pinochet, który pogrążył Chile w krwi, który przy aktywnym wsparciu Waszyngtonu obalił i zabił prezydenta Salvadora Allende oraz wielu jego zwolenników – to pierwsze, co przychodzi na myśl, gdy wspomina się o „sukinsynach” z USA na półkuli zachodniej. CIA ma tu swoje łapy wszędzie.

A kiedy te metody nie działały, do akcji wkraczał Pentagon. Większość krajów Ameryki Łacińskiej (Meksyk, Panama, Wenezuela, Grenada itp.) padły ofiarą ataków USA, i to nie raz. Jedynie Kuba zdołała się raz obronić – z pomocą Związku Radzieckiego.

USA zawsze traktowały Amerykę Łacińską jak swoje „podwórko” i nie cofały się przed niczym, by utrzymać tam porządek półkolonialny. W Afryce też CIA nigdy nie gardziła kontaktami z największymi łajdakami. Stała ona między innymi za morderstwem w 1961 roku byłego premiera Konga Patrisa Lumumby, na którego wcześniej wielokrotnie próbowano dokonać zamachu.

Bliski Wschód też nie był wyjątkiem. „Arabska wiosna” (lata 2010–2011) to dzieło USA (Izrael też miał w tym swój udział). Cel – pogrążenie krajów arabskich w chaosie poprzez destabilizację i podsycanie w nich konfliktów wewnętrznych w interesie USA i Izraela. Po co? Żeby łowić ryby w mętnej wodzie, sprawić kłopoty Europie, wzmocnić dolara oraz rolę USA jako gwaranta bezpieczeństwa i bastionu stabilności.

W trakcie „arabskiej wiosny” – w wyniku protestów, ich stłumienia i wojen domowych – w regionie zginęło, według różnych szacunków, od pół miliona do ponad miliona osób (Syria, Libia, Jemen, Tunezja itp.), a jeszcze kilka milionów zostało rannych, miliony stały się uchodźcami. Straty gospodarcze wyniosły aż 800 mld dolarów. Gdyby ostatecznie nie utrzymał się Egipt, gdzie działania islamistów koordynowali najemnicy z CIA, na Bliskim Wschodzie wybuchłaby straszna katastrofa. Ludność tego kraju wynosiła wtedy około 100 mln osób, a teraz – 120 mln.

Niestety, dla CIA czas jakby się zatrzymał. W połowie ubiegłego wieku w Indonezji, według różnych danych, agencja ta miała na koncie od 500 tysięcy do 4 milionów ofiar śmiertelnych – komunistów, sympatyków, związkowców i Chińczyków. Zostały one brutalnie zlikwidowane przez lokalnych protegowanych Amerykanów – islamistów i wojskowych. Od tamtej pory CIA, która powstała w 1947 roku, nie zaczęła działać czyściej.

CIA przeciwko… Amerykanom

Ale to jeszcze nie wszystko. Można – i trzeba! – wskazać trzy przypadki, szczegółowo opisane zresztą przez Tsargrad, kiedy to CIA próbowała zabić Amerykanów.

Po pierwsze, chodzi o zabójstwo prezydenta USA Johna Kennedy’ego w 1963 roku w Teksasie. Potem z rąk amerykańskich służb specjalnych, działających metodami terrorystycznymi, zginęły jeszcze dziesiątki, jeśli nie setki niepożądanych świadków.

Po drugie, masakra w 1978 roku w Gujanie, gdzie w wyniku operacji specjalnej CIA brutalnie zamordowano tysiąc Amerykanów, w tym prawie 300 dzieci oraz kongresmana Leo Ryana. Celem było udaremnienie wyjazdu do ZSRR członków wspólnoty kaznodziei Jima Jonesa „Świątynia Narodów”, którzy wcześniej uciekli do tego kraju ze Stanów Zjednoczonych.

Po trzecie, przypisywana poplecznikom bin Ladena prowokacja z 11 września 2001 roku w Nowym Jorku i Waszyngtonie, kiedy zginęło trzy razy więcej Amerykanów niż w Gujanie. To pozwoliło USA pogrzebać prawo międzynarodowe, zapobiec krachowi giełdowemu, zaostrzyć kontrolę w kraju i spróbować przekształcić cały świat na swój obraz, wkraczając do innych krajów. Tutaj zaangażowały się wszystkie amerykańskie służby specjalne.

No i co z tego?

Jak widać, finansowanie terroryzmu, w tym ze środków uzyskanych w sposób przestępczy, to długoletnia tradycja w USA, które powstały dzięki prowokacji i w ciągu 250 lat swojego istnienia stały się nieosiągalnym „mistrzem świata” w wywoływaniu wojen – dużych i małych, zewnętrznych i wewnętrznych.

Trudno sobie wyobrazić, żeby USA były w stanie przełamać się, przestać być terrorystami i pomagać terrorystom tylko z obawy przed zagranicznymi sądami. Powstrzyma je tylko siła, tylko strach przed odwetem – i właśnie nad tym Rosja musi popracować, zakasując rękawy.

Postępowanie sądowe w Rosji przeciwko byłemu prezydentowi, którego nawet w samych USA wielu – i to całkiem słusznie – uważa za oszusta, to oczywiście świetna sprawa, ale tylko jako pierwszy krok. Trzeba kontynuować tę linię, bo „byli” nie zajmują się bieżącą polityką USA, a ta też jest terrorystyczna (Wenezuela, Iran itp.).

Nie ma więc powodu do euforii. Trzeba być gotowym na to, że przełomowa decyzja rosyjskiej prokuratury wywoła w USA wściekłą złość, bo dla nich Biden to jednak „swój”, a Rosja – wróg.

Siergiej Łatyszew https://tsargrad.tv/

Ogromne złoża wolframu, molibdenu i miedzi na Śląsku pod Myszkowem. Do gry wchodzą Amerykanie…

Ogromne złoża wolframu, molibdenu i miedzi pod Myszkowem. Do gry wchodzą Amerykanie

skarbiec.biz/rynki/surowce/ogromne-zloza-wolframu-molibdenu-i-miedzi-pod-myszkowem-do-gry-wchodza-amerykanie

Pod Myszkowem w województwie śląskim znajdują się jedyne w Polsce udokumentowane złoża porfirowe molibdenu, wolframu i miedzi. Państwowy Instytut Geologiczny szacuje zasoby bilansowe na około 551 mln ton rud. Teraz potencjałem złóż pod Myszkowem wspólnie z polskimi spółkami Permia zainteresowała się amerykańska M2i Global, specjalizująca się w budowie łańcuchów dostaw surowców krytycznych.

————————————

Bartosz Goluch 2 października 2026

  • Udokumentowane zasoby bilansowe złoża pod Myszkowem wynoszą około 551 mln ton rud zawierających wolfram, molibden i miedź.
  • Polskie spółki Permia podpisały z amerykańską M2i Global dwuletnie porozumienie o współpracy przy ocenie możliwości wykorzystania złóż.
  • Umowa nie oznacza jeszcze budowy kopalni. Najpierw ocenione mają zostać kwestie geologiczne, techniczne, środowiskowe i ekonomiczne.
  • ================================

Złoża pod Myszkowem. 551 mln ton rudy

Skala zasobów jest duża. Według Państwowego Instytutu Geologicznego udokumentowane zasoby bilansowe złoża Myszków wynoszą 551 mln ton rud molibdenowo-wolframowych z miedzią. Dodatkowo PIG wykazuje około 750 mln ton zasobów pozabilansowych.

W samych zasobach bilansowych znajduje się około 295 tys. ton molibdenu, 238 tys. ton wolframu oraz 800 tys. ton miedzi.

Złoże zostało udokumentowane w 1993 r. na powierzchni około 0,5 km kw. i do głębokości 1300 metrów, na podstawie intensywnych prac wiertniczych prowadzonych od połowy lat 70. do początku lat 90.

Do tej pory znajdujące się pod Myszkowem rudy nie były eksploatowane. Sam fakt istnienia udokumentowanych zasobów nie przesądza bowiem o opłacalności uruchomienia kopalni. Kluczowe są m.in. koszty wydobycia i przetwarzania, ceny surowców, warunki geologiczne, wpływ inwestycji na środowisko oraz możliwość uzyskania wymaganych decyzji administracyjnych.

Amerykanie wchodzą do projektu

Nowym elementem jest porozumienie zawarte przez polskie spółki Permia 1, Permia 2 i Permia 3 z amerykańską M2i Global. Umowę o strategicznej współpracy i współpracy technicznej podpisano 28 września w Ambasadzie USA w Warszawie. Ma obowiązywać przez dwa lata.

Firmy mają wspólnie analizować potencjał projektów związanych z wolframem, molibdenem i miedzią. Współpraca obejmie ocenę geologiczną i zasobową, zagadnienia techniczne, inżynieryjne i metalurgiczne, możliwości przetwarzania surowców oraz kwestie środowiskowe, administracyjne i ekonomiczne.

M2i Global może również pomóc polskim spółkom w kontaktach z amerykańskimi inwestorami, instytucjami finansowymi, firmami przemysłowymi i potencjalnymi odbiorcami surowców. Analizowane mają być także możliwości powiązania projektu z programami amerykańskiej administracji dotyczącymi surowców krytycznych.

Alberto C. Rosende, emerytowany generał dywizji i prezes M2i Global, podkreśla strategiczny wymiar współpracy. „Polska jest ważnym państwem sojuszniczym z punktu widzenia rozwoju bezpiecznych i odpornych łańcuchów dostaw surowców krytycznych” – powiedział CEO M2i Global.

Wolfram i molibden mają strategiczne znaczenie

Zainteresowanie Myszkowem nie wynika wyłącznie z wielkości złoża. Wolfram i molibden należą do surowców istotnych dla nowoczesnego przemysłu i bezpieczeństwa gospodarczego.

Wolfram wyróżnia się bardzo wysoką temperaturą topnienia i twardością. Stosowany jest m.in. w przemyśle maszynowym, lotniczym, elektronicznym i obronnym, w narzędziach skrawających, specjalistycznych stopach oraz elementach pracujących w ekstremalnych temperaturach.

Molibden jest wykorzystywany przede wszystkim jako dodatek do stali i innych stopów zwiększający ich odporność na temperaturę, korozję i obciążenia. Państwowy Instytut Geologiczny wskazuje, że największym producentem i posiadaczem zasobów molibdenu są obecnie Chiny.

Miedź ma jeszcze szersze zastosowanie, od energetyki i budownictwa po elektronikę, samochody elektryczne, sieci przesyłowe i centra danych. Rosnące zapotrzebowanie na elektryfikację gospodarki sprawia, że dostęp do własnych lub sojuszniczych źródeł tych metali nabiera coraz większego znaczenia.

M2i i Permia deklarują, że jednym z celów współpracy jest właśnie analiza możliwości włączenia polskich projektów w bezpieczne łańcuchy dostaw surowców dla państw NATO i innych zachodnich partnerów.

Do kopalni pod Myszkowem wciąż daleka droga

Porozumienie z Amerykanami nie oznacza, że pod Myszkowem wkrótce ruszą maszyny wydobywcze. Na obecnym etapie firmy mają przede wszystkim sprawdzić, czy projekt można uzasadnić technicznie i ekonomicznie.

Umowa nie zobowiązuje M2i Global do finansowania kopalni, a spółek Permia do rozpoczęcia wydobycia. Nie przesądza również o uzyskaniu koncesji czy innych decyzji niezbędnych do realizacji inwestycji.

[—-]

To dziewczyny – policjantki najskuteczniej zwalczą gangi, w tym gwałcicieli…

„Co byś zrobił, gdybyś pracował z gejem?”. Mentzen UJAWNIŁ szokującą wiadomość

2.10.2026 nczas/co-bys-zrobil-gdybys-pracowal-z-gejem-mentzen-ujawnil-szokujaca-wiadomosc

Nie milkną echa komentarza Sławomira Mentzena do zdjęcia funkcjonariuszek przyjętych do dolnośląskiej policji. Jeden z liderów Konfederacji Wolność i Niepodległość nie odpuszcza tematu. W kolejnych wpisach w sieci podał dalej nagranie z Francji oraz udostępnił treść otrzymanej wiadomości.

W środę jeden z liderów Konfederacji Wolność i Niepodległość opublikował w serwisie X nagranie przedstawiające m.in. zdjęcia przyjętych do policji funkcjonariuszek. Film udostępniony w swoich mediach społecznościowych opatrzył ironicznym komentarzem.

– Do dolnośląskiej policji trafiło 150 policjantów. Od razu czuję się bezpieczniej. Gruzińskie gangi, weterani ukraińscy prosto z frontu już drżą ze strachu. Zorganizowana przestępczość po czymś takim się nie podniesie – powiedział Mentzen.

Nagranie jednego z liderów Konfederacji WiN doczekało się wielu komentarzy. „Ubolewamy nad tym, że swoją postawą i narracją prezentowaną w sieci, przejawia Pan wyraźny brak szacunku dla funkcjonariuszy Państwa Polskiego będących w strukturach służb stojących każdego dnia na straży bezpieczeństwa obywateli naszego kraju. Tak się nie godzi…” – napisano na profilu Dolnośląskiej Policji.

Rządzący krytykują

W czwartek do wpisu odniósł się szef MSWiA Marcin Kierwiński, który napisał: „Panie Mentzen, w odróżnieniu od pana te policjantki dobrze służą Polsce”.

Sprawę w rozmowie z dziennikarzami w Warszawie skomentowała także szefowa MEN Barbara Nowacka. Podziękowała wszystkim policjantkom za ich służbę, podkreślając ich kompetencje. – A pan Mentzen po prostu jest mizoginem – dodała.

Zdjęcie policjantek opublikował w czwartek na platformie X szef rządu warszawskiego Donald Tusk. „Duma!” – tak premier podpisał fotografię. Dodał też symbol serca i biało-czerwonej flagi.

==========================

Donald Tusk @donaldtusk

Duma!❤️🇵🇱

Zdjęcie

==============================

„Szowinizm i umniejszanie wartości kobiet to zwykłe chamstwo. Plucie na mundur to skrajna głupota i skandal, szczególnie w dobie rosnących zagrożeń, gdy każdego dnia to także Policjanci i Policjantki zapewniają bezpieczeństwo nam wszystkim” – napisał z kolei szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz.

„Policjantki służą, interweniują i dbają o nasze bezpieczeństwo. Zawsze będę bronił kobiet w mundurze, którym za służbę należy się wielki szacunek. Panie Mentzen… wstyd!” – dodał wicepremier.

Bosak komentuje

Na konferencji prasowej w Rzeszowie drugi z liderów Konfederacji WiN Krzysztof Bosak ocenił, że pojawia się „przechył w kierunku po pierwsze obniżania standardów, a po drugie promowania wręcz służby w służbach mundurowych przy pomocy kobiecych twarzy”.

– Dla mnie czasami to wygląda na instrumentalne posługiwanie się kobietami. Poza pięknymi twarzami potrzebujemy też siły, skuteczności – mówił polityk Konfederacji.

Według niego Mentzen zwrócił uwagę na problem, który „rzeczywiście w Polsce się zaczyna”. – Nie chcemy ani dyskryminacji kobiet, ani feminizacji służb. I jedno, i drugie jest niedobre – powiedział Bosak.

Ostrzegał przed konsekwencjami obniżania wymogów rekrutacyjnych w służbach.

– Jeżeli będziemy służbę tworzyć z osób, które nie mają odpowiednich parametrów (…), to skończy się w ten sposób, że jakiś gangster, nie chcąc się podporządkować funkcjonariuszom, po prostu ich popchnie i sobie odjedzie albo pójdzie – mówił Bosak.

Dodał, że sprawa nie jest zero-jedynkowa, ponieważ w policji znajduje się mnóstwo stanowisk analitycznych i administracyjnych, na których kobiety mogą sprawdzać się nawet lepiej niż mężczyźni. Wskazał jednak, że w służbie patrolowej oraz w oddziałach prewencji kluczowa pozostaje siła fizyczna.

Szokująca wiadomość

Mentzen sprawy jednak nie porzucił, ale wręcz przeciwnie. Lider Konfederacji WiN podał dalej na portalu X nagranie udostępnione przez Marine Le Pen, na którym widać gonioną przez tłum policjantkę podczas protestów we Francji. Kobieta ostatecznie zostaje powalona na ziemię.

====================================

Marine Le Pen @MLP_officiel

Obraz tej młodej policjantki, ściganej przez rozwścieczoną tłuszczę, powalonej na ziemię i molestowanej, jest nie do zniesienia. Te wydarzenia zasługują na wzorowe kary. Niech wie, że tej nocy miliony Francuzów niosą jej serdeczne wsparcie.

=================================

[A czemu nie ustrzeliła in choćby nóg, czy rąk? A gdzie koledzy, by ich złapać i SKUĆ W KAJDANY?? MD]

———————-

„To wiele mówiące, że ludzie chcący wpuszczać imigrantów z Afryki do Europy, jednocześnie namawiają kobiety do wstępowania do Policji. Efekty niestety nie mogą być inne” – napisał Mentzen.

Mentzen udostępnił otrzymaną wiadomość. Jej zawartość może szokować.

„Cześć, kolega z Wrocławia do mnie napisał w nawiązaniu twojej wypowiedzi o policji” – czytamy na załączonym screenie.

Następnie znajduje się cytat: „Tak się składa, że mój syn też brał udział w tym naborze do policji, ale się nie dostał, choć miał wyniki w top 5 najlepszych na naborze. Powodem było zbyt wysokie ciśnienie na badaniach lekarskich. Opowiadał mi, że dziewczyny miały zaniżone kryteria i musiał odpowiadać na pytania typu, co byś zrobił, gdybyś pracował z gejem? 🤦‍♂ Dobrze, że chłopak się nie dostał”.

Terapia śmierci

Terapia śmierci

Marek Wojcik 02.10.2026 r. world-scam/terapia-smierci

Kiedy w sierpniu 2020 roku 38-letni Andy Hodge z Kentucky złamał nogę, była to tragedia dla tego ojca samotnie wychowującego trójkę dzieci i dla jego rodziny. Nic nie wskazywało na to, że to był dopiero wstęp do znacznie większego dramatu.

Złamanie w kostce było bardzo poważne i wymagało skomplikowanej operacji.

Prawdziwą jednak tragedię zapoczątkował powszechnie stosowany wówczas test na jedynie słuszną chorobę paraliżującą strachem cały świat. Test PCR, który nie jest żadnym testem zdrowia pacjenta, a jedynie fałszywym pretekstem rozpowszechniania paniki przed przemianowaną na kowid grypą, okazał się wyrokiem śmierci.

Andy Hodge.

Szokującego wywiadu dla The Defender udzieliła jego siostra Elie. Można go przeczytać w poniedziałkowym artykule: Szukał pomocy z powodu złamanej nogi, która nie chciała się zrosnąć. Szpital leczył go z powodu COVID-19, a następnie stwierdził śmierć mózgu. Źródło.

Nie będę tym razem niczego cytował – przeczytajcie sami, jak traktuje pacjentów służba zdrowia. Medycyna pourazowa o ile wiem, jest jedyną dziedziną, w której lekarze zajmują się leczeniem prawdziwych przyczyn choroby, czyli urazów. Chirurdzy na tych oddziałach nie zajmują się walką z medycznymi fantomami w postaci wirusów, których patogenność nigdy nie została wykazana, albo walką z cyferkami pochodzącymi z laboratorium opartą na zmyślonych, ale powszechnie reklamowanych przez farmację tezach.

Jeżeli należysz do tych, którzy przechwalają się, że chorowali na wyświechtaną medialnie pseudochorobę zwaną korona, muszę cię rozczarować – to była zapomniana na dwa lata grypa. Wcale nie mniej groźna. Miałeś zaburzenia zmysłu smaku i węchu? Oczywiście, że miałeś. Większość studentów medycyny diagnozuje u siebie choroby, o których właśnie się uczą, wykrywając bezbłędnie u siebie wszelkie jej objawy. Korona była jedyną znaną dysfunkcją bez żadnych objawów. Jedynym autentycznym symptomem plandemii była bezrefleksyjna wiara w werdykt testu PCR.

Spotkałem się z zarzutem, że moje artykuły mogą kogoś odwieźć od korzystania z usług medycznych. Mogą, bo to jest kwestia wiary.

Wyznawcy religii medycznej, czyli przede wszystkim terapii trucizną zwanej dla niepoznaki lekarstwem, powinni zapoznać się ze strategią lemingów, polegającą na naśladowaniu otoczenia oraz z jej skutkami.

Prawdopodobnie, kiedy jeszcze Andy żył pobrano jego organy. Nikt nie przejmował się straszliwym niebezpieczeństwem zarażenia się zmyślonym kowidem dla pobierających organy oraz dla odbiorcy. W każdym razie, przedstawiciele zakazanej w bieżącym roku organizacji zajmującej się dostarczaniem organów Network for Hope, wielokrotnie „troszczyli się” o stan jego potencjalnych materiałów transplantacyjnych – business as usual – czyli standardowe w takim przypadku działanie.

Ludzkie organy przeznaczone do przeszczepu. Należy obchodzić się z nimi ostrożnie.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Czy najmniejsze państwa Europy wciągają kontynent w wojnę?

Czy najmniejsze państwa Europy wciągają kontynent w wojnę?

Czy najmniejsze państwa Europy wciągają kontynent w wojnę?

Trzy państwa bałtyckie przejęły kontrolę nad polityką zagraniczną UE. Wciągają największe gospodarki Europy w konfrontację, której ich wyborcy nigdy nie chcieli.

Urs Maurer-Lambrou Czw. 1 paź 2026 forumgeopoliticaare-europes-smallest-nations-dragging-the-continent-into-war

Sześć milionów ludzi. To łączna populacja Estonii, Łotwy i Litwy – mniej mieszkańców niż w Wielkim Londynie. A jednak te trzy państwa graniczne nadają obecnie ton polityce zagranicznej dla unii 450 milionów ludzi, pokazując Berlinowi, Rzymowi i Madrytowi, jak niebezpieczny jest świat i ile zachodni podatnicy muszą zapłacić, aby go naprawić.

Jedna korona do drugiej

Bałtycka opowieść narodowa lubi pomijać rok 1721, co jest wstydem, ponieważ to właśnie wtedy zaczyna się współczesna mapa. W tym roku Piotr Wielki zakończył Wielką Wojnę Północną traktatem w Nystadzie. Szwecja oddała Estonię, Inflanty, Ingrię i część Karelii; Rosja ewakuowała większość Finlandii i zapłaciła Szwecji dwa miliony srebrnych talarów. Historycy wciąż spierają się o to, na co przeznaczono te pieniądze. Zachodnie prace naukowe nazywają to rekompensatą, podczas gdy relacja Rosyjskiej Biblioteki Prezydenckiej mówi wprost, że Rosja zapłaciła jej za nabytki. Niezależnie od tego, którą interpretację wolisz, Estonia i Inflanty nie przeszły spod szwedzkiego panowania do wolności. Przeszły z jednej korony do drugiej. Ludzie, którzy nimi faktycznie zarządzali, prawie się nie zmienili: traktat gwarantował bałtyckiej niemieckiej szlachcie samorząd, kościół luterański, własną granicę celną i język, a każdy car aż do Aleksandra II to potwierdzał. Estoński chłop w 1720 roku podlegał niemieckiemu baronowi pod szwedzkim królem. Jego wnuk podlegał tej samej niemieckiej szlachcie, teraz podlegającemu rosyjskiemu cesarzowi.

Litwa znalazła się tam inaczej, gdyż połowa Rzeczypospolitej Obojga Narodów została wchłonięta przez rozbiory. Katarzyna Wielka zajęła Łatgalię w 1772 roku, a większość Litwy wraz z Księstwem Kurlandii w 1795 roku.

Nie chodzi o granice; wiele państw europejskich jest młodych. Chodzi o historię. Idea starożytnej, nieprzerwanej państwowości bałtyckiej, przywoływana w Brukseli za każdym razem, gdy ktoś sugeruje ostrożność, jest współczesnym mitem politycznym. Niezależna państwowość trwała około dwudziestu lat między wojnami. Obecna fala rozpoczęła się w latach 1990–1991.

Ani jednego cala

Kolejny rozdział rozpoczyna się w Moskwie 9 lutego 1990 roku. Mur berliński upadł już trzy miesiące temu. Sekretarz stanu USA James Baker siedział naprzeciwko Michaiła Gorbaczowa i powiedział mu, nie raz, ale trzy razy, że jeśli zjednoczone Niemcy pozostaną w NATO, sojusz nie ruszy się ani o cal na wschód. Helmut Kohl powiedział prawie to samo następnego dnia. Nie było to przejęzyczenie. Odtajnione dokumenty amerykańskie, niemieckie, brytyjskie, francuskie i radzieckie, ujawnione przez Archiwum Bezpieczeństwa Narodowego w 2017 roku, pokazują, że Genscher, Thatcher, Mitterand, John Major i sekretarz generalny NATO, Manfred Wörner, złożyli Moskwie podobne zapewnienia w 1990 i 1991 roku. Żadne z nich nie zostało jednak zawarte w traktacie.

Okazało się to bardzo wygodne. W 1990 roku NATO liczyło 16 członków. W 1999 roku przyjęło Polskę, Węgry i Czechy. W 2004 roku wchłonęło siedem kolejnych krajów naraz, w tym Estonię, Łotwę i Litwę – trzy byłe republiki radzieckie. Terytorium NATO sięgało teraz granicy rosyjskiej w Estonii, zaledwie 150 kilometrów od Sankt Petersburga. Na szczycie w Bukareszcie w 2008 roku sojusz ogłosił, że pewnego dnia dołączą do niego również Ukraina i Gruzja. Po 2022 roku dołączyły do ​​nich Finlandia i Szwecja. Dziś NATO liczy 32 członków, a „ani centymetra” nie objęła całej Europy Wschodniej, aż po rosyjskie progi.

Bałtycki uścisk na Brukseli

Trzy małe kraje nie powinny nadawać tonu unii liczącej 450 milionów obywateli. Mogą, ponieważ Bruksela oddała im mikrofon: dwa z najważniejszych stanowisk w UE w dziedzinie bezpieczeństwa należą obecnie do osób z dwóch stolic o najbardziej radykalnym stanowisku wobec Rosji. Kaja Kallas, była premier Estonii, jest Wysoką Przedstawiciel: przewodniczy posiedzeniom wszystkich 27 ministrów spraw zagranicznych i przemawia w imieniu Unii za granicą. Andrius Kubilius, były premier Litwy, jest pierwszym w historii UE komisarzem ds. obrony i przestrzeni kosmicznej. Żaden wyborca ​​w Europie nie wybrał żadnego z nich na to stanowisko.

Kallas pochodzi z rodziny, która zawsze była blisko władzy, niezależnie od tego, kto ją sprawował. Jej ojciec przeszedł drogę od urzędnika partii komunistycznej w radzieckiej Estonii, przez założyciela Partii Reform, po komisarza UE: kogoś, kogo Niemcy nazywają „Wendehals”, czyli zdrajcę. W maju 2024 roku, na kilka tygodni przed nominacją, powiedziała, że ​​porażka Rosji nie byłaby niczym złym i zauważyła, że ​​Rosja składa się z wielu narodów. Niemieckie „Volksstimme” odczytało to jako próbę rozbicia Rosji, co jest dziwne, że kolejny czołowy dyplomata Europy rozważa kwestię mocarstwa nuklearnego. Nad nimi obojgiem siedzi Ursula von der Leyen, którą przywódcy UE powołali w ostatniej chwili w 2019 roku, a Parlament zatwierdził 383 głosami, o dziewięć więcej niż było to potrzebne. Przybyła z niemieckiego ministerstwa obrony, gdzie zostawiła Bundeswehrę, która nie spełniała celów gotowości, oraz parlamentarne dochodzenie w sprawie kontraktów konsultingowych.

Szczekanie na komendę

Rządy krajów bałtyckich schlebiałyby, gdyby myślały, że rządzą. Nie, nie są. Szczekają, bo to pasuje ludziom trzymającym smycz. W Brukseli, gdzie znajdują się siedziby UE i NATO, to wielkie stolice tworzą politykę. Stolice krajów bałtyckich egzekwują ją na granicy, mówią to, czego Berlin i Paryż wolałyby nie mówić na głos, i podejmują pierwsze kroki. Dlatego też megafon dyplomatyczny UE skierował się do Tallina, a jej ministerstwo obrony do Wilna. Nikt nie mianował Kallasa i Kubiliusa, aby uspokoili sytuację.

Kaliningrad w 2022 roku pokazał, jak to działa. Bruksela opracowała sankcje na rosyjską stal; Litwa egzekwowała je co do joty i wstrzymała transport kolejowy do eksklawy w czerwcu. Moskwa nazwała to blokadą, a Nikołaj Patruszew, ówczesny szef Rady Bezpieczeństwa Rosji, ostrzegł, że Litwini odczują konsekwencje. W ciągu miesiąca Komisja wydała nowe wytyczne, zezwalając ponownie na przewóz towarów. Wilno zrobiło dokładnie to, co mu kazano, i zostało osamotnione w obliczu Moskwy, podczas gdy Bruksela po cichu się wycofała.

Trzy lata później przyszła kolej na Estonię. Bruksela od miesięcy zapowiadała represje wobec rosyjskiej „floty cieni”, składającej się ze starzejących się i słabo ubezpieczonych tankowców. 13 maja 2025 roku estońska marynarka wojenna próbowała zatrzymać jeden z nich, Jaguara, na wodach międzynarodowych u wybrzeży Tallina. Załoga zignorowała rozkazy i popłynęła do rosyjskiego portu Primorsk. Estonia poinformowała, że ​​rosyjski Su-35 wszedł wówczas w jej przestrzeń powietrzną na około minutę z wyłączonym transponderem, a NATO wysłało na jego spotkanie myśliwiec: portugalski F-16 z kraju oddalonego o 3000 kilometrów. Tym razem nikt nie oddał strzału.

Tymczasem „duże psy” zajmują pozycje za „małymi”. W 2023 roku Berlin zobowiązał się do utworzenia pełnej brygady pancernej dla Litwy, liczącej około 4800 żołnierzy, w nowej bazie w Rudnikach, niedaleko granicy z Białorusią. Formalnie rozpoczęła ona działalność w 2025 roku i ma osiągnąć pełną gotowość do 2027 roku. Jest to pierwsze stałe rozmieszczenie niemieckich wojsk za granicą od czasów II wojny światowej.

Wartości europejskie, wydanie bałtyckie

Po 1991 roku Łotwa i Estonia automatycznie nadawały obywatelstwo jedynie obywatelom sprzed 1940 roku i ich potomkom. Setki tysięcy mieszkańców z czasów sowieckich, w większości rosyjskojęzycznych, a wielu urodzonych w tym kraju, stało się „nieobywatelami” z paszportami i bez prawa głosu w wyborach krajowych. Ryga twierdzi, że „nieobywatelstwo” to status prawny, a nie etykieta etniczna, jednak około dwie trzecie nieobywateli na Łotwie to etniczni Rosjanie. Organizacje ONZ i OBWE przez lata krytykowały ten system. Na początku 2026 roku nie-obywatele stanowili nadal 8,7% ludności Łotwy, według danych rządu łotewskiego.

Od 2022 roku zasady się zaostrzyły, a nie rozluźniły. Szkoły na Łotwie przeszły na nauczanie wyłącznie po łotewsku, a Estończycy poszli w ich ślady. Łotwa nakazała rosyjskim obywatelom posiadającym stałe miejsce zamieszkania, z których wielu mieszkało tam od dziesięcioleci, zdać podstawowy test z języka łotewskiego, w przeciwnym razie ryzykują utratę tego statusu. 26 marca 2025 roku parlament Estonii przegłosował 93 głosami do 7 zmianę konstytucji, tak aby tylko obywatele Estonii i UE mogli głosować w wyborach lokalnych. Na papierze dotyczy to wszystkich obywateli spoza UE. W praktyce dotyczyło to około 80 000 obywateli Rosji oraz Białorusinów i wszyscy o tym wiedzieli. Bezpaństwowcy posiadający „szare paszporty” otrzymali możliwość udziału w ostatnich wyborach lokalnych w październiku 2025 roku, zanim również stracili prawo głosu.

Trudno słuchać wykładu na temat wartości europejskich od rządów, które w ten sposób traktują swoich stałych rezydentów.

Kto płaci rachunek

Wilno uwielbia mówić o procentach, ponieważ procenty sprzyjają małym krajom. Litwa zobowiązała się przeznaczyć 5% PKB na obronność w 2026 roku, zanim Donald Trump w styczniu 2025 roku przedstawił swoje żądanie 5%, a jej budżet na 2026 rok wynosi 5,38%. W maju 2025 roku trzej ministrowie obrony państw bałtyckich zaapelowali do wszystkich sojuszników o dostosowanie się do tego celu. W czerwcu, w Hadze, NATO ustaliło cel 5% na 2035 rok.

Zapomnij o procentach. Spójrz na pieniądze. Cały budżet obronny Litwy na rok 2026 wynosi 4,79 miliarda euro. Przy 5% PKB, Niemcy wydawałyby ponad 200 miliardów euro rocznie, ponad czterdzieści razy więcej. Nawet podstawowe 3,5%, przed doliczeniem dodatkowych 1,5% na infrastrukturę i inne wydatki związane z obronnością, wyniosłoby około 150 miliardów euro. Dla Włoch pełny cel oznaczałby ponad 100 miliardów euro rocznie, dla Hiszpanii około 80 miliardów euro, a oba kraje już teraz borykają się z jednymi z najwyższych długów publicznych w Europie. Kraje bałtyckie wyznaczają poprzeczkę; rachunek ponoszą duże gospodarki.

Hiszpania przynajmniej miała czelność powiedzieć „nie”. Pedro Sánchez nazwał cel 5% „nierozsądnym”, odmówił jego podpisania i pozostawił Hadze wyjątek: 2,1% PKB i ani centa więcej. Trump nazwał Hiszpanię „bardzo niskim płatnikiem”.

Nikt nie pytał wyborców

Czy kiedykolwiek pytano Zachodnich Europejczyków, czy tego chcą? Tylko przez ankieterów. W 2015 roku Pew Research Center wykazało, że 58% Niemców, 53% Francuzów i 51% Włochów jest przeciwko użyciu siły militarnej w obronie sojusznika NATO zaatakowanego przez Rosję. W badaniu Pew Research Center opublikowanym w 2020 roku większość w Niemczech, Włoszech i Hiszpanii nadal odpowiedziała „nie”. Poparcie dla płacenia przez UE za broń dla Ukrainy spadło o dziewięć punktów procentowych, z 65% na początku 2023 roku do 56% tej wiosny. We Francji poparcie dla dostaw broni spadło o 18 punktów procentowych, z 65% w marcu 2022 roku do 47% w lutym tego roku. Pod koniec 2024 roku YouGov stwierdził, że 55% Włochów, 45% Niemców i 43% Francuzów wolało wynegocjowany pokój między Ukrainą a Rosją od dalszej walki. Sondaż Politico z grudnia ubiegłego roku wykazał, że dorośli Francuzi i Niemcy opowiadają się za ograniczeniem poparcia. A tego lata większość w Niemczech i Francji opowiedziała się przeciwko przystąpieniu Ukrainy do UE jako pełnoprawnego członka.

To nie Niemcy, Francja, Włochy ani Hiszpania pałają chęcią szerszej wojny. To społeczeństwo, którego nigdy o to nie proszono, które z roku na rok od 2022 roku staje się coraz bardziej sceptyczne, a teraz otrzymuje ustawę, której nigdy nie nakazało: cel wart ponad 200 miliardów euro rocznie w samych Niemczech, entuzjastycznie przyjęty z Wilna i podpisany w Brukseli przez urzędników, których nie wybrał żaden wyborca.

Kiedy skończą się pieniądze

Porozumienie haskie ma wbudowaną rewizję do 2029 roku. Moja prognoza: do tego czasu Hiszpania nie będzie jedynym krajem, który powie „nie”. Pieniądze skończyły się lata temu; to, co jest wydawane teraz, jest pożyczone. Niemcy nawet przepisali swoją konstytucję w 2025 roku, aby móc zaciągać pożyczki na obronę poza własnym limitem zadłużenia.

W 1721 roku Piotr Wielki rozstrzygnął losy Bałtyku traktatem i dwoma milionami srebrnych talarów. Trzy wieki później przyszłość regionu wciąż jest rozstrzygana przez większe potęgi, które dokonują kalkulacji.

Czy zatem najmniejsze kraje Europy wciągają kontynent w wojnę? Nie same. To one szczekają; Bruksela trzyma smycz. A Berlin, Rzym i Madryt są ciągnięte w ślad za nimi, ku konfrontacji, której ich wyborcy nigdy nie wybrali, opłacanej pieniędzmi, których już nie mają.

Może to jest ta jedyna nadzieja. Im szybciej skończą się pieniądze, tym szybciej wyborcy w dużych krajach wymuszą zmianę kursu, a tym szybciej Tallin, Ryga i Wilno wrócą do tego, czym zawsze były ze względu na swoją wielkość: do przypisów w europejskiej polityce zagranicznej. To może ostatecznie uchronić Europę przed bezpośrednią wojną między mocarstwami nuklearnymi.

Im częściej Netanjahu opowiada historię „FlyDubai”, tym staje się ona coraz bardziej szalona

Im częściej Netanjahu opowiada historię FlyDubai, tym staje się ona coraz bardziej szalona.

2 października 2026 r. przez dr. Petera F. Mayera tkp-at/die-flydubai-geschichte-wird-immer-irrer-je-oefter-netanyahu-sie-erzaehlt


Właśnie wtedy, gdy wydawało się, że izraelskie twierdzenia o awaryjnym lądowaniu samolotu FlyDubai nie mogą być bardziej absurdalne… Netanjahu znalazł sposób! Zorganizował nawet sesję zdjęciową z zakrwawionym izraelskim hydraulikiem, który, jak twierdził, przejął kontrolę nad samolotem i wylądował.

Samolot Flydubai o numerze FZ1073 wystartował z Dubaju 30 września 2026 roku około godziny 7-mej czasu lokalnego i leciał do Tel Awiwu. Na pokładzie Boeinga 737 Max 8 znajdowało się 174 pasażerów i ośmiu członków załogi. Według danych Flightradar24, nad jordańską przestrzenią powietrzną samolot stracił około 4900 metrów wysokości (16 000 stóp) w ciągu około minuty, spadając z prawie 9 000 metrów do około 5 000 metrów. Początkowo nadał ogólny kod alarmowy 7700, a wkrótce potem kod 7500 oznaczający nieautoryzowaną ingerencję. Następnie powrócił do kodu 7700 i bezpiecznie wylądował o godzinie 9:45 czasu lokalnego w Tabuk, w północno-zachodniej Arabii Saudyjskiej.

Znaczna część steru kierunku została uszkodzona lub oderwana. Były pilot i ekspert ds. bezpieczeństwa lotniczego United Airlines, Steve Arroyo, powiedział agencji AP, że jest zdumiony, że samolot nie rozpadł się pod wpływem tych obciążeń aerodynamicznych. Jeff Guzzetti, były śledczy ds. wypadków w NTSB i FAA, zauważył, że przy takiej prędkości zniżania nawet kilka tysięcy stóp mniej wysokości mogło nie wystarczyć do uratowania samolotu. Wszyscy pasażerowie przeżyli. Obaj piloci trafili do szpitala z obrażeniami.

To, co się wyłoniło, nie było spójną rekonstrukcją, lecz serią zastępujących się narracji. Każda nowa wersja nie tylko korygowała poprzednią w szczegółach, ale także zmieniała sprawców, ofiary, narodowości i znaczenie polityczne. Niemieckie media nieustannie goniły za najnowszymi izraelskimi twierdzeniami. Tymczasem Netanjahu jednocześnie przedstawił wersję najbardziej odbiegającą od wciąż trwającego śledztwa.

Pierwsza ukończona historia: Rosjanie kontra Ukraińcy

Rankiem 30 września izraelski portal N12, platforma cyfrowa prywatnego nadawcy Channel 12, poinformował o walce w kokpicie rosyjskiego i ukraińskiego pilota. Wówczas doniesienie to było jedynie oskarżeniem bez oficjalnego potwierdzenia. To wystarczyło. Podchwyciła je Niemiecka Agencja Prasowa (dpa). Web.de opublikował je pod tytułem „Walka w kokpicie między rosyjskimi i ukraińskimi pilotami”. W tekście stwierdzono, że N12 o tym doniósł, ale brakowało potwierdzenia. Podobny tytuł opublikowała Redaktionsnetzwerk Deutschland (RND), a „Handelsblatt” przytoczył doniesienia agencji. Zastrzeżenie pozostało w tekście, ale nagłówek już podawał narodowość pilotów jako fakt.

„Stuttgarter Zeitung” poszedł o krok dalej. Wkrótce potem doniósł, że rosyjski pilot najprawdopodobniej próbował popełnić samobójstwo, a jego ukraiński drugi pilot interweniował i prawdopodobnie uratował 174 osoby.

Niepewność jest szczególnie widoczna w radiu Deutschlandfunk. Wczesny raport opisywał pilota jako potencjalnego sprawcę, a drugiego pilota jako tego, który z pomocą pasażerów obezwładnił go i bezpiecznie wylądował. Drugi pilot miał zostać ranny kłuto podczas walki. Wkrótce potem role się odwróciły.

Tego samego dnia agencja dpa opublikowała znacznie ostrożniejszą wersję zatytułowaną „Co wiemy o awaryjnym lądowaniu Flydubai – i czego nie wiemy”.

Odwrócenie i historia drugiego bohatera

Sprawa przybrała wówczas niemal groteskowy obrót. Israel Hayom doniósł, że dodatkowi piloci na pokładzie to, jak się można było spodziewać, Rosjanin i Ukrainiec. Te same narodowości, które zaledwie kilka godzin wcześniej były przedstawiane w wiadomościach jako przeciwnicy, teraz stały się wspólnymi ratownikami.

Ironia była oczywista: podczas gdy Rosja i Ukraina są w stanie wojny, Rosjanin i Ukrainiec razem ratują ponad sto osób. Fakt interwencji innych pilotów na pokładzie jest obecnie dobrze udokumentowany. Agencja Reuters podała, że ​​wśród pasażerów, którzy uczestniczyli w bezpiecznym lądowaniu, było dwóch pilotów poza służbą. The Guardian opisuje interwencję dodatkowych pilotów i kilku pasażerów. Doniesienia te nie potwierdzają nazwisk ani powiązań rosyjsko-ukraińskich.

Co do tej pory ujawniły śledztwa

Według agencji Reuters i AP, rannym kapitanem jest Smit Machchhar, obywatel Indii. Władze Izraela twierdzą, że domniemanym napastnikiem jest drugi pilot z Omanu. Interweniowali pasażerowie i członkowie załogi. Inni piloci na pokładzie pomogli opanować samolot. Sama linia Flydubai opisała incydent jako „kłótnię” w kokpicie i poinformowała, że ​​członkowie załogi podróżujący na pokładzie zabezpieczyli samolot i dolecieli nim do Tabuk. Generalny Urząd Lotnictwa Cywilnego Zjednoczonych Emiratów Arabskich początkowo oficjalnie określił incydent jako „incydent bezpieczeństwa”.

Saudyjskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, o którym informowały między innymi Al Jazeera i Gulf News, poinformowało, po wstępnym dochodzeniu z udziałem emirackiego zespołu bezpieczeństwa, że ​​pierwszy oficer zaatakował kapitana i obaj odnieśli obrażenia. Samolot bezpiecznie wylądował o 9:45 z 174 pasażerami i ośmioma członkami załogi na pokładzie. Pasażerowie kontynuowali podróż, a obaj piloci zostali hospitalizowani, a następnie repatriowani do Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Prokuratura Generalna Zjednoczonych Emiratów Arabskich nakazała wszczęcie śledztwa w celu jednoznacznego wyjaśnienia, co było przyczyną incydentu, jaki był motyw, czy istniał związek z działalnością terrorystyczną oraz czy akt był zaplanowany, czy zorganizowany. Prokurator Generalny zaapelował również o zaprzestanie spekulacji i ujawniania niepotwierdzonych informacji do czasu zakończenia śledztwa.

Wersja Netanjahu: Hydraulik, krew i kolejny 11 września

Netanjahu nie czekał na to wyjaśnienie. Już 30 września oświadczył, że jeden z pilotów dźgnął drugiego nożem i najwyraźniej próbował rozbić samolot z pasażerami na pokładzie. Ciężko ranny indyjski kapitan, pomimo odniesionych obrażeń, otworzył drzwi kokpitu, umożliwiając pasażerom i załodze obezwładnienie napastnika.

1 października dodał, że według dostępnych mu informacji drugi pilot został poddany radykalnej islamistycznej indoktrynacji. Agencja Reuters zauważyła jednocześnie, że śledztwo jest w toku, a linie lotnicze Emirates wciąż ustalają, czy doszło do motywu terrorystycznego, czy też wcześniejszego planowania.

Narracja, którą Netanjahu przedstawił w wywiadach dla Fox News i CNN, a także podczas osobistego powitania, poszła jeszcze dalej. Koncentrowano się już nie tylko na rannym kapitanie, ale na izraelskim pasażerze Yanivie Hayunie, z zawodu hydrauliku. Netanjahu powitał go, wciąż mającego na sobie zakrwawione ubranie z lotu, nazwał bohaterem i oświadczył, że Hayun, dzięki chłodnemu osądowi i odwadze, zapobiegł „kolejnemu zamachowi z 11 września”.

Trump powtórzył wersję: drugi pilot mógł być terrorystą lub „świrem”, pilotowi udało się otworzyć drzwi, a izraelski hydraulik interweniował. W tym incydencie, który został sfilmowany i rozpowszechniony, Hayun zeznał, że wszedł do kokpitu, zobaczył jednego pilota na ziemi, a drugiego nad przyrządami, złapał napastnika za szyję i pociągnął go do tyłu. Zapytany, czy sam pociągnął za drążki sterowe, odpowiedział, że tak, aż do końca, ponieważ oglądał serial „Air Crash Investigation”. Potem kontrolę przejęli piloci po służbie.

Netanjahu odpowiedział na pochwałę mężczyzny, mówiąc, że tym razem udało mu się uporać z wyjątkowo dużym korkiem ulicznym, i porównał cały proces do Hollywood: tak niewiarygodny, że nikt by w to nie uwierzył, gdyby nie wydarzyło się nic poważnego.

W wersji Fox News Netanjahu stwierdził, że napastnik dźgnął kapitana nożem lub uderzył go siekierą; kapitan mocno krwawił i walczył o życie. Relacje pasażerów, cytowane przez „The Guardian”, wspominają nie tylko o Hayunie, ale także o dentyście Szocie Musajewu, który opatrzył rannego kapitana, a także o innych pasażerach, którzy obezwładnili napastnika.

Dokładny zakres obrażeń pozostaje niejasny. Doniesienia opisujące niemal całkowite odcięcie głowy i dłoni przeczą relacjom, że kapitanowi udało się otworzyć drzwi i obezwładnić napastnika. Ani strona z Emiratów, ani strona saudyjska nie ujawniły żadnych szczegółów medycznych.

Uderzająca jest również szybkość oceny politycznej. Netanjahu mówił o udaremnionym ataku, o radykalnej indoktrynacji i pozostawił otwartą kwestię zaangażowania Iranu. W tym samym czasie organy śledcze Emiratów Arabskich i Arabii Saudyjskiej mówiły o ataku w kokpicie i trwającym śledztwie. Różnica nie jest semantyczna. „Drugi pilot zaatakował kapitana, motyw nieznany” to inne zdanie niż „11 września udaremniony przez islamistycznego terrorystę, zatrzymany przez izraelskiego hydraulika”.

Parabola pojawia się przed znaleziskiem

1 października Brendan O’Neill, redaktor polityczny brytyjskiego magazynu Spiked, opublikował trzeci artykuł. Jego nagłówek brzmiał: „Lekcja z Flydubai? Nie zadzieraj z syjonistami”. Podtytuł wyjaśniał heroizm na pokładzie jako przypomnienie, że naród żydowski przetrwa. O’Neill szczegółowo opisuje interwencję rannego kapitana Machchhara i kilku izraelskich pasażerów.

Istotne fragmenty tej historii ratunkowej są znane również z innych źródeł. Autor nie poprzestaje jednak na samych czynach. Dla niego pasażerowie ucieleśniają izraelską, a raczej syjonistyczną, wolę życia. Ich opór staje się wyrazem sprzeciwu narodu, który nie chce się podporządkować. Opisuje tę konfrontację jako kontrast między „kulturą śmierci” a ludźmi kochającymi życie. Ratunek FZ1073 staje się zatem symbolem izraelskiego potwierdzenia istnienia.

Pytania fizyczne

Nagły wypadek fizyczny udokumentowano na podstawie danych lotu, lądowania w Tabuk oraz uszkodzenia steru kierunku. Udokumentowano również interwencję pasażerów i innych pilotów, która ustabilizowała samolot. Niejasne pozostają motyw, dokładna sekwencja zdarzeń w kokpicie, stopień obrażeń oraz to, czy atak był zaplanowany.

Władze Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich zwróciły szczególną uwagę na tę otwartość i ostrzegły przed spekulacjami. Narracje polityczne – od rosyjsko-ukraińskiej bitwy w kokpicie, przez wspólną akcję ratunkową Rosjan i Ukraińców, po syjonistyczną przypowieść i zakrwawionego hydraulika, który dzięki serialowi telewizyjnemu zapobiegł kolejnemu zamachowi z 11 września – zostały sfinalizowane przed rozpoczęciem śledztwa. Im częściej opowiadano tę historię, tym bardziej stawała się ona zamknięta.

Fakty wciąż się ujawniały.

Najciekawszym aspektem jest nurkowanie z wysokości blisko 5000 metrów. Pomysł, aby pasażerowie mogli przejść do przodu po tym, co prawdopodobnie było stromo nachylonym pokładem lotniczym, w stanie bliskim nieważkości, byłby nie lada osiągnięciem. Chociaż być może instalatorowi udałoby się to… tylko po to, by rozbić się o ziemię w pobliżu Netanjahu.

Gorączka paniki

Gorączka paniki

William Schryver

Gdy rok 2026 dobiega końca, całą Europę ogarnia panika. Coraz bardziej zaczyna być jasne, że Amerykanie mają zamiar pozostawić ich samym sobie w walce z Rosjanami – a co gorsza, między sobą.

Jeśli chodzi o walkę z Rosjanami, rzeczywistość jest prosta: nawet gdyby kilka zdeterminowanych państw europejskich podjęło jutro poważne działania w celu zgromadzenia niezbędnych sił zbrojnych i sprzętu na potrzeby wojny o wysokiej intensywności w XXI wieku, nie byłyby w stanie w ciągu pięciu lat wystawić, wyposażyć i rozmieścić armii liczącej nawet 100 000 żołnierzy gotowych do walki – liczba ta zostałaby całkowicie pochłonięta w wojnie, do której są zupełnie nieodpowiednio przygotowane pod względem doświadczenia, wyszkolenia, taktyki, uzbrojenia i logistyki.

Nawet gdyby udało im się zmobilizować barwną, wielonarodową bandę liczącą 100 000 ludzi, nie byliby w stanie rozmieścić i zaopatrzyć takiej armii w taki sposób, aby mogła ona cokolwiek zdziałać.

Z Kaliningradu i Białorusi Rosjanie mogą zaatakować dowolny cel na Ukrainie, dużą część Polski i Rumunii, a nawet cele położone głęboko na terytorium Niemiec.

Armia europejska nie miałaby prawa zgromadzić się w pobliżu sił rosyjskich. Każda taka próba zakończyłaby się druzgocącą klęską.

Jeśli chodzi o europejskie siły powietrzne: to jest to czysta iluzja.

Rzekomo potężne Siły Powietrzne USA zrobiły, co mogły, wystrzeliwując w kierunku Iranu kilka tysięcy pocisków manewrujących dalekiego zasięgu – ze znikomym skutkiem strategicznym. Iran nie został znacząco rozbrojony. W rzeczywistości kraj ten wydaje się być dziś silniejszy niż na początku wojny.

Ani Europejczycy osobno, ani Europejczycy i Amerykanie razem wzięci nie mogliby dokonać żadnego skutecznego ataku na Rosję; w takiej próbie straciliby masę samolotów.

Co więcej, Stany Zjednoczone nie dysponują żadnym znaczącym potencjałem średniego zasięgu porównywalnym z tym, jaki zademonstrowały Rosja i Iran. I nie będą go posiadać w dającej się przewidzieć przyszłości.

Obrona powietrzna USA okazała się jakościowo żenująca, a nawet gdyby była skuteczna, to ilościowo niewystarczająca.

Wojna na taką skalę pochłania ogromne ilości uzbrojenia. Ci, którzy uważnie obserwowali sytuację, dowiedzieli się, że – wbrew oczekiwaniom zdecydowanej większości – amerykański arsenał ręcznie robionej „broni butikowej”, której nie da się produkować masowo, nie tylko nie sprawdził się w różnych zastosowaniach; co więcej, połączenie wojen na Ukrainie i w Iranie zredukowało amerykańskie zapasy do poziomu bliskiego kryzysowi.

Co więcej, Marynarka Wojenna USA została wyparta z Morza Czerwonego przez Jemeńczyków.

Musisz się nad tym naprawdę zastanowić.

Zostali dosłownie odparci pod ostrzałem i z pustymi magazynkami. Dwie grupy lotniskowców w rzędzie. Niewiarygodne.

To niewątpliwie jedno z najbardziej szokujących wydarzeń ostatnich lat wojny na tej planecie. Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych – jak sama przyznaje – była „straumatyzowana” tym doświadczeniem; kilku oficerów określiło je jako najzaciętszą bitwę morską stoczoną przez Stany Zjednoczone od czasów II wojny światowej.

Przeciwko Jemeńczykom.

Powtórzę jeszcze raz: musisz się nad tym naprawdę zastanowić.

Bo wkrótce potem ktoś, gdzieś, postanowił: „Cóż, ci Huti to twardy orzech do zgryzienia. Spróbujmy zamiast tego z Irańczykami. Oni i tak potrafią tylko tkać dywany”.

W tej właśnie chwili gdzieś na spokojnych, głębokich wodach Morza Arabskiego, co najmniej 1000 km od wybrzeża Iranu, czają się dwie grupy lotniskowców.

Potwory czyhają bliżej.

Z tej pozycji nie mogą i nie dokonają niczego decydującego. Pozostają po prostu w ukryciu i czekają na zastąpienie.

Zatopienie okrętu wojennego Marynarki Wojennej USA przez od dawna demonizowanych i wyśmiewanych Irańczyków byłoby absolutnie niedopuszczalnym rezultatem tej wojny. Należy tego uniknąć za wszelką cenę.

Z wielu złożonych powodów, zakorzenionych w specyficznej amerykańskiej psychice, Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych jest uważana za niekwestionowanego władcę mórz. Utrata amerykańskiego okrętu wojennego na rzecz narodu postrzeganego od początku jako gorszy byłaby odczuwana jako nieznośne upokorzenie. Dlatego lepiej jest się ukryć, przynajmniej na początku, i później budować narrację zwycięstwa.

Uważni obserwatorzy zdają sobie sprawę, że globalna gotowość Stanów Zjednoczonych do prowadzenia poważnej wojny gdziekolwiek jest już podważona i nie da się jej przywrócić w perspektywie średnioterminowej – prawdopodobnie nawet w ciągu dekady.

Wyczerpali całą amunicję. USA, NATO i Izrael zdołały zaprzepaścić rezultaty pięciu dekad rozwoju i produkcji broni – i wszystko poszło na marne.

Sprzęt wojenny z XX wieku, którym wciąż dysponują, po prostu nie nadaje się do realiów wojny XXI wieku. Co więcej, brakuje im wszystkiego, co niezbędne, by choćby w przybliżeniu prowadzić poważną wojnę.

Jak nieustannie powtarzam: nie ma już „łatwych” wojen.

Cóż, wyobrażam sobie, że Europejczycy właśnie oblewają się zimnym potem. Imperium szybko się wycofuje i wkrótce nieodwracalnie straci zdolność do egzekwowania zasad, granic i posłuszeństwa wobec „dobra wspólnego”.

Historia uczy nas, że w takim scenariuszu Europa nie zjednoczy się harmonijnie. Sytuacja może stać się niewygodna.

I to jest właśnie źródło paniki w strefie euro.

Źródło: Panic Fever

Uczelnie, wizy i lewe interesy

Uczelnie, wizy i lewe interesy

Przemysław Piasta

Co jakiś czas media informują nas o kolejnych odsłonach tak zwanej afery Collegium Humanum. W szumie informacyjnym najczęściej umyka jednak istota problemu. Paradoksalnie budzące największe emocje „lipne dyplomy” studiów MBA są tutaj jedynie przysłowiowym wierzchołkiem góry lodowej. Kwitnący przez kilka lat na polskich prywatnych uczelniach proceder w istocie godził w filary bezpieczeństwa naszego państwa i nas samych. Uporządkujmy fakty.

Korzystając z niedoskonałości krajowego prawa, polskie uczelnie wyższe, głównie prywatne, wydawały kandydatom na studia dokumenty, które w praktyce otwierały im drogę do legalnego pobytu, a następnie pracy na terenie Polski i całej strefy Schengen. Za stosunkowo niewielkie pieniądze, rzędu kilkuset złotych miesięcznie, można było w ten sposób uzyskać możliwość legalnego funkcjonowania na polskim rynku pracy.

Mechanizm był stosunkowo prosty.

Kandydaci, między innymi z państw Afryki i Azji, zapisywali się na polskie uczelnie i na podstawie dokumentu potwierdzającego przyjęcie na studia ubiegali się o wizę. Wiza studencka umożliwiała im nie tylko legalny pobyt w Polsce i przemieszczanie się po strefie Schengen, ale również podjęcie pracy. W konsekwencji część osób traktowała studia jedynie jako formalny pretekst do przyjazdu do Europy.

Na procederze korzystały niektóre szkoły wyższe. Nawet jeśli cudzoziemiec faktycznie nie uczestniczył w zajęciach, wcześniej opłacał czesne. Dla części uczelni masowa rekrutacja zagranicznych studentów stała się więc istotnym źródłem przychodów. Problem dotyczył zwłaszcza placówek, w których kontrola rzeczywistego uczestnictwa studentów w zajęciach była iluzoryczna.

Doszło do sytuacji wręcz kuriozalnej, w której mikroskopijne uczelnie fikcyjnie przyjmowały studentów, nie prowadząc dla nich realnie żadnej dydaktyki. W takich przypadkach trudno już mówić o sprytnym wykorzystaniu luk w prawie. Było to oczywiste i intencjonalne oszustwo. O ile bowiem w przypadku faktycznego toku studiów można byłoby jeszcze mówić o wykorzystywaniu niedoskonałości polskiego systemu prawnego, o tyle w przypadku studiów wyłącznie pozorowanych mamy do czynienia co najmniej z poświadczeniem nieprawdy. Ze względu na skalę procederu i jego społeczną szkodliwość zasadne jest jednak pytanie, czy nie należy mówić wręcz o mechanizmach charakterystycznych dla przestępczości zorganizowanej.

Proceder mógł kwitnąć w najlepsze, ponieważ państwowe instytucje nie dysponowały skutecznymi narzędziami pozwalającymi ustalić, czy cudzoziemiec rzeczywiście zamierza studiować. W rezultacie formalne przyjęcie na uczelnię mogło stać się przepustką do legalnego wjazdu do Polski, nawet jeśli rzeczywistym celem była praca albo dalsza migracja do innych państw Unii Europejskiej.

Pod wpływem kolejnych publikacji medialnych aparat państwa rozpoczął kontrole uczelni wyższych, których następstwem stał się głośny obecnie cykl postępowań i zatrzymań osób podejrzewanych o udział w tym procederze. Paradoksalnie to rząd Donalda Tuska uszczelnił przepisy i rozpoczął realną działalność kontrolną, skutecznie utrudniając wykorzystywanie studiów jako łatwej ścieżki legalizacji pobytu obcokrajowców.

Rozważmy jednak samą istotę szkodliwości tego procederu.

Po pierwsze, zmniejszał on bezpieczeństwo Polaków. Do Polski pod fałszywym pozorem podjęcia studiów mogły dostać się setki tysięcy osób z niemal całego świata, a skala zjawiska wymaga jeszcze pełnego wyjaśnienia. Znaczna część z nich przybywała na teren strefy Schengen po prostu po to, aby pracować. I zapewne dotyczyło to zdecydowanej większości przypadków. Nie oznacza to jednak, że system pozostawał niewrażliwy na ludzi mających zupełnie inne zamiary. Jeżeli państwo tworzy furtkę pozwalającą niemal bez realnej kontroli zalegalizować pobyt pod fikcyjnym pretekstem studiowania, to korzystać mogą z niej nie tylko pracownicy szukający lepszego życia, ale również osoby przyjeżdżające z intencją prowadzenia działalności przestępczej.

Po drugie, niekontrolowany napływ rzekomych studentów, a faktycznie pracowników zagranicznych, w oczywisty sposób oddziaływał na krajowy rynek pracy. Nisko opłacani pracownicy, funkcjonujący niekiedy częściowo w szarej strefie, stanowili niskopłatną konkurencję dla polskich pracowników. Jednocześnie nieuczciwe firmy opierające swoją działalność na takim modelu zatrudnienia uzyskiwały przewagę nad rzetelnymi pracodawcami, których przecież jest zdecydowana większość. Państwo samo stworzyło więc mechanizm premiujący tych, którzy byli gotowi funkcjonować na granicy prawa albo poza nią.

Po trzecie wreszcie, cały proceder przyczynił się do dalszego obniżenia i tak dramatycznie niskiego poziomu polskiego szkolnictwa wyższego. Niektóre uczelnie zamieniły się w prawdziwe fabryki fałszywych studentów. Była to zresztą naturalna konsekwencja systemu, w którym liczba studentów i wysokość przychodów zaczęły mieć większe znaczenie niż realna jakość kształcenia. To konsekwencja, jak trafnie zauważyła profesor Anna Raźny, „fatalnych reform szkolnictwa wyższego, których kulminację stanowiło przekształcenie – za rządów PiS i Jarosława Gowina jako ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego – uczelni w quasi korporacje. Jako takie są zaś one zainteresowane nie tyle poziomem naukowym, ile walką o pieniądze.” Równie ostro wypowiadał się w tej kwestii profesor Stanisław Bieleń, który pisał, że „brak właściwego nadzoru nad szkolnictwem niepublicznym doprowadził do patologizacji kształcenia.”

Opisany wyżej proceder i związane z nim implikacje były doskonale znane organom państwa. MSWiA w odpowiedzi z października 2025 roku przyznało wprost, że rekrutacja cudzoziemców na studia mogła być wykorzystywana do obchodzenia przepisów dotyczących legalizacji pobytu i pracy. Problemem były osoby, które nie zamierzały się kształcić, lecz używały statusu studenta wyłącznie jako podstawy dostępu do rynku pracy.

Nie mamy zatem do czynienia z pojedynczą patologią jednej uczelni ani wyłącznie z aferą wokół dyplomów MBA. Collegium Humanum stało się symbolem znacznie większego problemu. Problemem tym jest system, który przez lata pozwalał łączyć interes finansowy części prywatnych uczelni, zapotrzebowanie rynku na tanią siłę roboczą oraz słabość państwowej kontroli. Każdy uczestnik tego układu miał swój interes. Rachunek natomiast wystawiono polskiemu państwu, polskim pracownikom i szkolnictwu wyższemu.

Będąc często sceptycznymi wobec organów państwa i organów ścigania, w tej konkretnej sprawie powinniśmy im kibicować. Tym bardziej że obecna władza nie daje nam przecież zbyt wielu innych powodów do jej wychwalania.

Przemysław Piasta

»Stan[-ik] przedwojenny». „Wrona” Truska??

MON przygotowuje nową ustawę. „Stan przedwojenny”

dorzeczy.pl/obserwator-mediow/mon-przygotowuje-nowa-ustawe-stan-przedwojenny

Kosiniak-Kamysz, Tusk
Kosiniak-Kamysz, Tusk Źródło: PAP / Wojtek Jargiło / Łukasz Gągulski

W Ministerstwie Obrony Narodowej trwają prace nad projektem ustawy o gotowości obronnej państwa.

Według ustaleń mediów ustawa taka miałaby usprawnić system kierowania obroną państwa i przyspieszyć proces przerzucania wojska w newralgiczne miejsca, gdyby zaszła taka potrzeba.

Będzie projekt ustawy o gotowości obronnej państwa

„W resorcie obrony został opracowany projekt ustawy o gotowości obronnej państwa. Z naszych ustaleń wynika, że jeszcze niedawno w samej nazwie znajdowało się określenie «o gotowości obronnej Państwa do wojny». Projekt znajduje się na etapie uzgodnień wewnątrzresortowych” – pisze w piątek „Rzeczpospolita” w tekście „»Stan przedwojenny»” doczeka się własnej ustawy. MON pracuje nad nowymi przepisami”.

Cele przedsięwzięcia

Informację prowadzenia prac nad takim projektem potwierdził „Rzeczpospolitej” wydział medialny MON. Celem jest „wzmocnienie zdolności obronnych Rzeczypospolitej Polskiej, usprawnienie współdziałania pomiędzy siłami zbrojnymi a służbami odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo wewnętrzne oraz dostosowanie obowiązujących regulacji do współczesnych zagrożeń, w szczególności o charakterze hybrydowym, cybernetycznym i dezinformacyjnym”.

Jak pisze „Rz”, powołując się na źródła w MON celem jest też „usprawnienie rozwiązań organizacyjno-prawnych oraz poprawa przygotowania organów administracji publicznej do wykonywania zadań w stanie stałej i stanie pełnej gotowości obronnej państwa, w tym poprzez doprecyzowanie zadań i kompetencji organów”.

Obecnie przepisy są rozproszone

Resort obrony zwraca uwagę, że obecnie przepisy w zakresie przygotowań obronnych państwa oraz funkcjonowania systemu kierowania obroną państwa są rozproszone w kilku rozporządzeniach Rady Ministrów wydanych po uchwaleniu wiosną 2022 r. ustawy o obronie Ojczyzny. Celem ustawy jest podniesienie gotowości instytucji państwowych na ewentualne zagrożenie wojenne.

Piszą o „ogłaszaniu stanu wojennego”

Jak pisze „Rzeczpospolita” przygotowywany projekt ma usprawnić system kierowania obroną państwa oraz poprawić przygotowanie administracji publicznej do wykonywania zadań w stanie stałej i stanie pełnej gotowości obronnej państwa, czyli jeszcze przed formalnym ogłoszeniem stanu wojennego. Pozwoli m.in. na wcześniejszy przerzut wojsk, w tym sojuszniczych, powiązanie Planu Reagowania Obronnego RP z dokumentem sojuszniczym NATO Response System, ale też przygotowanie infrastruktury. Ustawa m.in. rozszerzy liczbę podmiotów biorących udział w systemie stałych dyżurów oraz w system kierowania obroną państwa, unormuje zasady pracy pracowników cywilnych na stanowiskach kierowania z ograniczoną możliwością powrotu do domu, wprowadzi zmiany dotyczące planowania operacyjnego w obszarze pozamilitarnym, a także w dokumentacji dotyczącej programowania obronnego. Zmienione zostaną zasady szkolenia, kursów obronnych, a także prowadzenia ćwiczeń obronnych.

Jak nas informuje resort obrony „ze względu na złożony proces legislacyjny, na obecnym etapie nie jest wiadome, kiedy projekt trafi pod obrady Sejmu”. Z naszych ustaleń wynika, że przesłania takiego projektu oczekuje też BBN.

=========================

Celem Donalda Tuska jest to, aby w sposób niedemokratyczny utrzymać władzę – mówi Andrzej Śliwka, pytany o wypowiedź Ireneusza Rasia, że w Polsce być może nie odbędą się wybory parlamentarne.

Rozpoczyna się odwrót: Amerykański think tank wzywa do historycznego wycofania się z Azji

Widok z lotu ptaka na bazę marynarki wojennej USA na Guam, 22 maja 2019 r., źródło: Wikimedia

Rozpoczyna się odwrót: Amerykański think tank wzywa do historycznego wycofania się z Azji

Stany Zjednoczone od dziesięcioleci budują swoją obecność wojskową wokół Chin. Teraz uznany waszyngtoński think tank Defense Priorities wzywa do radykalnej zmiany kursu: wycofania się z pierwszego łańcucha wysp, wycofania dziesiątek tysięcy żołnierzy, ograniczenia zobowiązań sojuszniczych – i nieprowadzenia wojny z Chinami o Tajwan.

Nie jest to jeszcze oficjalna polityka rządu USA. Ale sam fakt, że uznany think tank w Waszyngtonie publicznie dyskutuje o tak daleko idącym wycofaniu, pokazuje, że strategiczna debata w USA ulega zmianie.

W nowej analizie „Defense Priorities” wzywa się do gruntownej restrukturyzacji amerykańskiego porządku wojskowego w Azji. Stany Zjednoczone powinny porzucić trwającą od dziesięcioleci koncentrację na tzw. pierwszym łańcuchu wysp – Japonii, Korei Południowej, Tajwanie i Filipinach – i przesunąć swoje siły jeszcze dalej, w kierunku drugiego łańcucha wysp.

Oznaczałoby to ogromną redukcję. Według analizy, w Azji stacjonuje obecnie około 90 000 żołnierzy amerykańskich , z czego około 55 000 w samej Japonii. Priorytety Obrony planują wycofać większość sił lądowych i piechoty morskiej z regionu, a także znacząco zredukować liczebność sił powietrznych i marynarki wojennej.

Propozycja dla Japonii jest szczególnie drastyczna: obecność USA ma zostać początkowo zredukowana do około 5000 żołnierzy . Do 2035 roku stałe stacjonowanie ma zostać w dużej mierze zakończone i zastąpione ograniczonymi, rotacyjnymi rozmieszczeniami.

Nawet trwające dekady amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa są przedmiotem debaty. Autorzy postulują wygaśnięcie wzajemnych sojuszy obronnych z Japonią, Koreą Południową, Filipinami i Australią lub zastąpienie ich znacznie bardziej ograniczonymi partnerstwami w zakresie bezpieczeństwa.

Tajwan jest jeszcze bardziej wybuchowy.

Waszyngton powinien położyć kres swojej obecnej strategicznej niejednoznaczności i wyraźnie oświadczyć, że Stany Zjednoczone nie będą interweniować militarnie w wojnie o Tajwan . Amerykańscy doradcy wojskowi ds. Tajwanu również powinni zostać wycofani. Autorzy argumentują, że obecna polityka niepotrzebnie naraża Stany Zjednoczone na ryzyko bezpośredniej wojny z Chinami.

Zamiast utrzymywać obecność bezpośrednio u wybrzeży Chin, pozostałe siły amerykańskie powinny skoncentrować się bardziej na Guam, Palau, Mikronezji i Wyspach Marshalla . Według autorów, byłyby tam mniej narażone na ataki, a jednocześnie mogłyby zabezpieczyć ważne szlaki handlowe.

Transformacja ma rozpocząć się szybko. Wstępne wycofanie sił – szczególnie z Korei Południowej – a także zmiany w polityce wobec Tajwanu mogą nastąpić w ciągu kilku lat. Większość nowej strategii ma zostać ukończona do 2030 roku , a pełna transformacja – do 2035 roku .

Artykuł podważa zatem podstawowe założenie amerykańskiej polityki wobec Azji: że więcej baz, żołnierzy, rakiet i zobowiązań sojuszniczych automatycznie przekłada się na większe bezpieczeństwo.

Organizacja Defense Priorities twierdzi coś wręcz przeciwnego. Im bliżej Chin stacjonują amerykańskie siły zbrojne i im bardziej kompleksowe stają się regionalne gwarancje bezpieczeństwa Waszyngtonu, tym większe ryzyko wciągnięcia USA w wojnę z innym mocarstwem nuklearnym.

To nie jest jeszcze nowa strategia Waszyngtonu. Obecna polityka obronna USA nadal opiera się na silnej obecności w regionie Indo-Pacyfiku. Ale godna uwagi jest jeszcze inna kwestia:

W Waszyngtonie toczy się obecnie otwarta dyskusja na temat tego, czy amerykańska dominacja wzdłuż chińskiego wybrzeża leży nadal w interesie USA – i czy Ameryka byłaby bezpieczniejsza, gdyby wycofała znaczną część swojej obecności wojskowej, budowanej przez dziesięciolecia.

Gdyby ten sposób myślenia się utrzymał, nie oznaczałoby to jedynie przegrupowania wojsk. Stanowiłoby to odejście od centralnego filaru amerykańskiego porządku powojennego w Azji.

Podstawowa analiza zakłada w istocie nieinterwencję na Tajwanie, stopniowe wycofywanie sojuszów obronnych, znaczną redukcję liczebności wojsk i ponowne rozmieszczenie ich na drugim archipelagu; większość zmian ma zostać wprowadzona do 2030 r., a wszystkie do 2035 r.

Źródło: Druga strategia dotycząca łańcucha wysp w Azji

NATO straciło Ukrainę – a Europa przygotowuje się do wojny

NATO straciło Ukrainę – a Europa przygotowuje się do wojny.

Glenn Diesen

George Beebe, były dyrektor ds. analiz Rosji w CIA, ostrzega, że ​​wojna na Ukrainie osiągnęła etap krytyczny i że zachodni przywódcy popadają w coraz większą panikę, ponieważ jej przebieg przeczy narracji o strategicznej porażce Rosji. Ukraina znajduje się pod rosnącą presją na polu bitwy, zwłaszcza ze względu na rozwijającą się kampanię powietrzną Rosji. Stwarza to problemy zarówno militarne, jak i polityczne dla rządów europejskich, które zainwestowały znaczne środki w strategię wobec Rosji, która staje się coraz trudniejsza do utrzymania.

Rządy europejskie również borykają się z konsekwencjami politycznymi w kraju. W całej Europie rośnie niezadowolenie z polityki wobec Rosji, Ukrainy i bezpieczeństwa europejskiego. Zamiast konfrontować się z możliwością porażki tej polityki, przywódcy polityczni mogą ulec pokusie skierowania uwagi na perspektywę szerszej konfrontacji z Rosją.

Europa nie jest przygotowana na wojnę

Bezpośrednia wojna konwencjonalna między Europą a Rosją ujawniłaby poważne słabości militarne Europy. Kraje europejskie nie dysponują wystarczającą liczbą wojsk lądowych, a ponadto występują znaczne braki w zakresie zdolności logistycznych, transportu, obrony powietrznej i rozpoznania pola walki. Znaczna część europejskiej infrastruktury wojskowej jest silnie uzależniona od Stanów Zjednoczonych, szczególnie w zakresie rozpoznania i namierzania celów.

Gdyby Stany Zjednoczone powstrzymały się od konwencjonalnej wojny europejskiej z Rosją, Europa stanęłaby w obliczu poważnych strat militarnych. Jednak gdyby Stany Zjednoczone interweniowały bezpośrednio, zagrożenie byłoby zasadniczo inne, ponieważ bezpośredni konflikt między NATO a Rosją mógłby szybko przerodzić się w konflikt nuklearny. Taki konflikt byłby niezwykle destrukcyjny i nie miałby zwycięzców.

Pogląd, że Rosja przygotowuje atak na NATO, jest zatem błędny. Rosja starała się unikać bezpośredniego konfliktu z NATO podczas wojny z Ukrainą, a europejscy przywódcy powinni starać się zapobiegać eskalacji, zamiast promować retorykę, która mogłaby się do niej przyczynić.

Brak dyplomatycznego wyjścia

Istnieją potencjalne rozwiązania, ale wymagają one zajęcia się kwestiami, które Rosja uważa za podstawowe przyczyny wojny. Bezwarunkowe zawieszenie broni nie rozwiąże tych problemów. Rosja raczej nie zaakceptuje zawieszenia broni, które zamrozi jej straty na polu bitwy, podczas gdy Ukraina będzie nadal pozyskiwać broń, odbudowywać siły zbrojne i przygotowywać się do dalszego konfliktu.

Trwałe porozumienie wymagałoby szerszej dyskusji na temat bezpieczeństwa europejskiego, przyszłej orientacji militarnej Ukrainy oraz praw mniejszości językowych i religijnych. Ukraina i Zachód musiałyby pójść na ustępstwa, podobnie jak Rosja. Głównym problemem jest to, że obecnie brakuje woli negocjacji tych kompromisów.

Stanowisko Rosji jest takie, że zakończenie wojny wymaga kompleksowego porozumienia pokojowego, które zajmie się tym, co Rosja uważa za główne przyczyny konfliktu. Dalsze dostarczanie Ukrainie informacji o celach, dronów i pocisków do ataków w głębi Rosji, przy jednoczesnym utrzymywaniu, że Rosja po prostu toleruje te ataki, tworzy cykl eskalacji, a nie drogę do pokoju.

Ryzyko kolejnej porażki Ukrainy

Im dłużej trwa wojna, tym większe prawdopodobieństwo, że żądania Rosji wzrosną wraz z poprawą jej pozycji na polu bitwy. Gdyby Rosja uzyskała pełną kontrolę nad Donbasem, mogłaby mieć silniejszą motywację do dalszych zdobyczy terytorialnych, potencjalnie obejmujących takie obszary jak Zaporoże, Chersoń, a nawet Odessa.

Jednocześnie powstanie fundamentalnie niestabilnego państwa ukraińskiego stworzyłoby również poważne problemy dla Rosji. Upadłe lub niestabilne państwo ukraińskie mogłoby wywołać problemy bezpieczeństwa, które rozprzestrzeniłyby się na Rosję i Europę. Co więcej, Rosja nadal zmagałaby się z wrogą i zbrojącą się Europą, pozostawiając nierozwiązane szersze europejskie problemy bezpieczeństwa.

Z tych powodów nieograniczona eskalacja wojny niekoniecznie byłaby preferowanym rozwiązaniem dla Rosji. Stabilne rozwiązanie mogłoby przynieść korzyści, których nie przyniosłaby dalsza konfrontacja.

Pułapka Rosji

Głównym argumentem jest to, że Zachód źle zrozumiał naturę konfliktu. Przeważa pogląd, że Rosja jest potęgą ekspansjonistyczną, którą można odstraszyć zwiększoną presją militarną. Istnieje jednak również możliwość, że konflikt stanowi narastającą spiralę bezpieczeństwa, w której każda ze stron interpretuje działania drugiej jako zagrożenie.

W takiej sytuacji wzmożone odstraszanie może prowadzić do dalszej eskalacji. Większa ilość uzbrojenia, rozmieszczenie wojsk i agresywna retoryka mogą sprowokować reakcję Rosji, która z kolei może skutkować podjęciem dalszych działań przez Zachód.

Aby uniknąć takiej spirali, potrzebna jest dyplomacja, a nie tylko zwiększanie presji militarnej. Celem powinno być zrozumienie obaw dotyczących bezpieczeństwa i czerwonych linii obu stron oraz znalezienie kompromisów, które zapobiegną ciągłemu przekraczaniu tych czerwonych linii.

Niebezpieczeństwo polega na tym, że polityka Zachodu mająca na celu odstraszenie Rosji mogłaby zaostrzyć leżący u jej podstaw problem bezpieczeństwa. Konsekwencje wykraczałyby poza Ukrainę i wpłynęłyby na bezpieczeństwo całej Europy. Kluczowym zadaniem jest zatem ponowne przemyślenie założeń leżących u podstaw konfliktu i dążenie do kompleksowego porozumienia, zanim eskalacja doprowadzi do bezpośredniej konfrontacji między Rosją a Zachodem.