Licho nie śpi, nawet na wakacjach

Licho nie śpi, nawet na wakacjach

wak

16 sierpnia, wpis nr 1421

Pamiętam kiedy pracowałem jeszcze w mediach korporacyjnych czas działał inaczej. Trzeba było np. w czerwcu planować akcje na wrzesień, zaś we wrześniu przygotowywać się do akcji „choinka”, bo to przecież wraz ze zdmuchnięciem świeczek na grobach nieistniejącego Święta Zmarłych dzień później wjeżdża Mikołaj z coca-coli na sankach, po listopadowym błocie. Nieświadomy niczego klient doznaje wrażenia cudu, że oto spływają na niego w listopadzie (chyba z ołowianego nieba) skrzynie choinkowych bombek, w rzeczywistości malowanych latem z wiosennych wzorów na nowy sezon. To samo jest w polityce.

Wakacyjne prace

To właśnie teraz po gabinetach i salkach, w świątyniach powerpointa pichci się całe sagi narracji do wystartowania powiedzmy na wrzesień. Rzekłem „powiedzmy”, bo tu – jak w konsumpcji – kto pierwszy ten lepszy, tak jak w innych krajach, np. bez cezury tzw. Święta Zmarłych bożonarodzeniowe święta konsumenckie zaczynają się już w październiku. Tu też, w polityce, pewne formy kampanii wyborczych zaczynają się już zaraz po święcie demokracji, jakim jest elekcja. Ale jest jedno ograniczenie – nie można zaczynać za wcześnie, bo nikt nie jest w stanie utrzymać (i wytrzymać), oraz zwiększać, bo na tym polega zabawa, wzmożenia wyborczego zbyt długo. Takie napięcia wytrzymują tylko nieliczni, a i ci lądują w grupach o podejrzanie wysokim stanie pobudzenia, które w długoterminowym horyzoncie stawia je w pozycji ostatecznej frustracji. A więc i z tą naszą kampanią wyborczą trzeba ostrożnie, nie na pałę, bo można przedobrzyć.

To plany, ale jak z wleciana rakietą, czy felonią Morawieckiego przydarzają się wypadki, które trzeba łapać jak talerze ze spadającego stołu. Tu nie można nic zaplanować, trzeba mieć tylko albo dyżurujące zespoły kryzysowych narracji, albo nowe narracyjne przykrywki. Albo i to, i to. W sumie na przykład pucz Morawieckiego został medialnie użyty przez Tuska do przykrycia i rakiety, i szpitala. Czyli obu spraw, za które każdy porządny rząd wyleciałby na kopach opinii publicznej. Ta zaś w Polsce jest magnesowana w obie strony mniejszym złem, co prowadzi do tego, że Tusk, który już sam nie ma nawet zmyślonych argumentów na swoje rządzenie, ma dzisiaj ponad 30% poparcia. W sumie wyjście Brauna na skrzydło prawicowe oraz rozczłonkowanie PiS-u po wyjściu Morawieckiego to kłopot dla… Tuska. Nie można już straszyć swego elektoratu Kaczyńskim, bo on traci na znaczeniu. I dlatego za Czarnego Luda wyznaczono w mainstreamie Nawrockiego. Ktoś musi być uosobieniem naszych trosk i winnym niepowodzeń.

Proponuję teraz byście Państwo zamknęli oczy i wzięli mnie za rękę, a spróbuję Was poprowadzić do tych salek, byśmy wspólnie wykoncypowali co tam się dzieje na tych przed-narracyjnych, kampanijnych naradach. Tam praca wre w kilku kierunkach. Po pierwsze pichci się swoje wątki na poszczególnych przeciwników, na różnych – różne. Po drugie, próbuje się przewidzieć narracje przeciwników i znaleźć na nie swojej odpornościowe kontrnarracje. Trzecim elementem jest przygotowanie się do szybkiego reagowania na nieprzewidziane wypadki, które niesie los i złośliwi przeciwnicy. Jest więc sporo roboty i widzicie państwo, że, nawet na wakacjach, rządzenie to trudna sprawa. Tak trudna, że ta cała zabawa w opowiadanie ja to się rządzi (lub rządziłoby, gdyby się miało władzę) jest zadaniem tak absorbującym, że… zapomina się o samym rządzeniu. Stąd u władzy (oprócz większości kompletnego gamoniarstwa) za państwowotwórczych geniuszy robią odpustowe cyrkuśniki, co to zagadają i rozśmieszą każdy tłum, a najprędzej odwrócą uwagę od podatkowego kieszonkowca, który w czasie tych różnych widowisk ku uciesze ludu, przetrzepuje sakiewki przejętym widzom.

Jako się rzekło kampania na następne wybory zaczyna się zaraz po zakończeniu tych poprzednich, ale tu nie chodzi o kampanijne wytryski, afery, czy jakieś sensacje. Po prostu ustala się zaraz po wyborach stały trend, kilka tematów, które w rozpisanych scenariuszach narracyjnych będą powoli osłabiały przeciwników, po to, by na kocówce dopalić całą sprawę – zbiera w ten sposób prochy, by rzucić na nie parę iskier na samej końcówce. Nie można się przecież wystrzelać z sensacyjnych niespodzianek na samym początku, odpali się dopalacze w ostatniej chwili, by przeciwnik nie zdążył zareagować.

Tuskowe opowieści

Dobra, otworzyliśmy te drzwi i co widzimy? Mamy rządzących – tu, jak mówił towarzysz marszałek Czarzasty: „jak nie idzie, to nie idzie”. A nie idzie. Rząd sobie nie radzi nawet w sondażach, zaś jego twardy elektorat trzyma w kupie już chyba tylko mieszanina nienawiści do PiS-u, wzbudzana nadzieja na PiS-u rozliczenia i chyba konieczność trzymania się tego konia, na kogo się postawiło dwa lata temu, bo inaczej trzeba by było się przed samym sobą przyznać, że się postawiło na kompletną szkapę. Tuski wykańczają Polskę w sposób metodyczny, jak to przy kakistokracji (rządach najgorszych, acz szalonych), nastawiając swoich przeciwko wmawianej im ochlokracji (czyli rządom motłochu, za jakiego Tuskowi uważają prawicę). Ceną za pogorszenie warunków życia, również zauważalną dla wiernych Tuskowi, miał być symboliczny spektakl rozliczeń z PiS-em, ale impreza nie wyszła, choć tylko na tym skupił się calusieńki aparat wymiaru sprawiedliwości. Jest więc źle, ale nie takie rzeczy przykrywa się wrzutkami.

A tu przydarzyła się afera ze Szpitalem Południowym. Jak to mówią w kryminalnej – rozwojowa. Stanowski, oskarżany przez to o pisizm (tu proszę koleżeństwa, nie ma przypadków) zrobił z redaktorem Słowikiem serial w odcinkach. Nie jest to jedne bum!, ale cała seria. Coraz to spadają narracyjne drony z różnych kierunków i dymią trafione całe rafinerie obłudy rządzących. Widok jak z Moskwy czy Kijowa. Obszar wypadł dla Tuska fatalny, bo to każdy się z tym zetknął i przygoda Polaka ze służbą zdrowia to całe traumatyczne epopeje, każdy ma tu swoje określone doświadczenia i opowieści do porównania. Nie jest to więc jakaś aferka gdzieś, choćby u państwa w „stolycy”. To jest cała Polska i nie trzeba tu powszechnych śledztw, by wszyscy wiedzieli, że to również o nich. Co prawda Tuski próbują znowu grać na podział – tym razem wychodzi na konflikt lekarze kontra pacjenci, ale to już gruby numer. Bo pacjentów jest więcej i nawet – uwaga, uwaga! – są oni i w gronie zwolenników Platformy. Bez szans jednak na VIProom.

Temat jest więc dla Tuska fatalny i można na nim dojechać do wyborów, ale jak zwykle rzeczywistość wzmagana przez media dostarcza codziennie tematów przykrywkowych. Jedna okoliczność jest tylko dla Tusków dogodna, choć dla społeczeństwa i tak fatalna. PiS grał na to, że ten Szpital Południowy to nie wypadek przy pracy, jak chce Platforma, ale znaki erozji systemu zdrowia. Tylko, że PiS chce, by zamiast zwalniać radę nadzorczą w feralnym szpitalu, wywalić cały rząd za zaniedbania, a co najmniej panią minister o niezapamiętywalnym (co za szczęście dla kobitki) nazwisku.

Czyli, że winien jest system – tak uważa PiS – i wszędzie po Polsce czai się (może już nie tylko) potencjał dojenia szpitali na lewe fakturki, podpisywane w zaciszu VIP roomów. Tyle, że pomnik polskiej służby zdrowia to dzieło wykuwane przez każdą z ekip rządzących III RP. Jest to więc praca zbiorowa. I platformiarze coraz częściej wytykają to pisowcom. Tylko – i tu wracamy do początkowego zastrzeżenia – co nam, pacjentom z tego? Lud wyborczy w swej bardziej świadomej, albo i bardziej sfrustrowanej, części elektoratu dał bowiem w wyborach na Nawrockiego wyraźny sygnał, że zabawa w popisowego dupniaka nic temu narodowi nie daje. „Ksiądz wini pana, pan księdza, a nam biednym zewsząd nędza”. Co z tego, że się (w coraz nudniejszy sposób) kłócą, jak poziom życia nam się obniża?

Do tego doszedł obecnie temat okradania powodzian. Moim zdaniem, przy całych proporcjach to coś w rodzaju okradania z pomocy, również militarnej, walczących Ukraińców w wykonaniu tamtejszych oligarchów. Tam żeśmy się pukali w głowę jak lud może akceptować przekręt o takim ładunku już etycznym. Okazało się, że może. I my, ci z wyższością do uczących się demokracji Ukraińców, też ten temat odpuścimy. Tak, nawet okradanie powodzian nas nie wzruszy. Temat tez jest rozwojowy, PiS tego nie pociągnie, bo się wewnętrznie gryzą, nie odłoży tego na kampanię, bo i lud uśmiechnięty doszedł już do takiej nienawiści do prawicy i wyparcia wobec faktów szkodzącym jego wybrańcom, że zagłosuje na tych, którzy okradli ludzi pozbawionych dachu nad głową. I żeby nie było – zapętlenie wojny polsko-polskiej jest tak duże, że nie zdziwię się, że taka Nysa zagłosuje na Tuska, tak jak to zrobili wcześniej mieszkańcy Turoszowa, Ełku, czy Świnoujścia. A jest to temat mocno rozwojowy, gdyż pokazuje nie tylko pazerność rządzących, ale kryształowy przykład „układu zamkniętego” małych ojczyzn, gdzie niepartyjna sitwa lokalnych cwaniaczków obrotowo rozgrywa kolejnych rządzących w kontynuowanym od lat procesie ssania publicznej kasy.

Ukraina jako przykrywka

Uważam, że ten niewdzięczne obszary musiały być koniecznie przykryty i tu Donaldowi jak z nieba spadła afera z Orłem Białym. To tu jest prokurowana przykrywka, która dojedzie do wyborów (nawet, a może zwłaszcza, jak te odbędą się przed terminem). Tak – wojenka werbalna z Ukrainą to niewyczerpalna kopalnia wątków, zwłaszcza, że – w przeciwieństwie do Polaków – Ukraina ma tu wszystko ładnie rozpisane, ma inicjatywę, zaś my tylko reagujemy, łapiąc, a częściej nie łapiąc, spadające z narracyjnego stołu talerze. Kijów więc dostarczy nam tu ekscytacji. Mimo tego, że sytuacja wydawałaby się dla Donka trudna, wszak lud popiera ruch Nawrockiego z Orderem. Po pierwsze to poparcie zaczęło być erodowane przez platformianą kontrofensywę. Wątek jest taki, że oni tam walczą, a my tu im jakieś groby wypominamy, nie tylko metalowy order. (Zresztą Zełenski wybawił Tuska z kłopotu: ukraiński prezydent po prostu zwrócił swój order, a więc dało się uniknąć wojenki o kontrasygnatę do decyzji Nawrockiego, a tu Donek nie miał dobrego wyjścia. Teraz nie musi nic robić i się tłumaczyć z dowolnej swej decyzji. Sprawa po prostu zniknęła).

To normalne odwojowywanie narracji. Ale Tusk dobrze kombinuje – wtłacza swojemu twardemu elektoratowi, że Nawrocki to nóż w plecy Ukrainie i tuskowy elektorat, po pierwszej chwili słabości zrozumienia w sprawie orderu, już wraca na stare tory. A więc temat ukraiński jest i dobrą, i bezpieczną przykrywką tematu szpitalnego, gdzie Tusk ma same słabości. A jak Tusk utrzyma swych twardzieli i jeszcze dodatkowo wyssie już resztki po PSL i Hołowniach, to będzie miał na ordynacji a progiem wyborczym wystarczający zapas, by powalczyć o władzę. Do tego potrzebne mu jeszcze tylko pójście prawicy w rozbiciu i kolega D’Hondt zrobi z mandatami co trzeba. Dostanie władzę jedna duża lista, bo tak ten system rozdaje preferencje, nawet przy takiej samej liczbie głosów. Będzie więc jechane „na Ukrainu”, zwłaszcza, że tu – jak praktycznie ze wszystkim – można w dowolnym momencie wytknąć pisowcom, że przecież i tu są współwinni, tak jak ze służbą zdrowia, gdyż Tuski prowadzą tu pełną ciągłość racji stanu POPiS-u.

Stąd też wziął się wątek poboczny – rozbudowa narracji o tym, że Polacy biją Ukraińców. Jacy tam Polacy? Prawacy! To Kaczyński z Braunem i Bosakiem kopią bezbronne dzieci po piaskownicach. Przecież to jasne. Nawet jak tego nie robią bezpośrednio (bo się spocą?) to napuszczają na to krewkich Polaków, ten odłam prawacki, za którego mają się przed światem wstydzić kosmopolityczni „młodsi, wykształceni, z wielkich ośrodków”. Tu nie ma przypadków – każde ze zdarzeń – trzeba wstawiać pomiędzy dwa bieguny wojny plemiennej. Ukraiński temat Tusk odwojuje stygmatyzując wszelkie, nawet tylko narracyjne pomysły na inne ułożenie się z Ukraińcami – mamy się wypruwać choćby i z Pershingów i schodzić z drogi na chodniku. Jeśli tego nie zrobimy, to jesteśmy poza społeczeństwem cywilizowanym, czyli jesteśmy tą okropną prawicą, co to szumi na stadionach, że wszystkim właduje, a stać ją tylko na szarpanie ukraińskich dzieci za tornister.   

Ważny też będzie aspekt międzynarodowy sprawy ukraińskiej. Do tej pory nie mogę dojść do tego, czy Zachód uważa nasze nagłe spory z Ukrainą za ważne, albo tylko zrozumiałe, czy będzie grał, że to kolejna aberracja przewrażliwionych Polaków. Dla Zachodu w ogóle te słowiańskie spory to jakieś waśnie ludów prymitywnych, podzielonych na państwa wedle jakichś niezrozumiałych kryteriów, gdzie wszyscy powinni oddać się pod jedno berło (kiedyś Rosji, dziś Unii), ale tylko jak dorosną i to pod stałym nadzorem. To tu, pewnie przez tych Słowian, odbywają się europejskie i światowe wojny. A na Zachodzie wiedzą oni o nas tyle, co my, powiedzmy o, i dla nas egzotycznych, waśniach w kotle bałkańskich plemion.

Co Zachód myśli o tym konflikcie można się dowiedzieć z polskich mediów. Dowiadujemy się więc dwóch różnych prawd, w zależności, do którego z plemiennych mediów się zwrócimy. A aspekt ten jest ważny wyborczo, bo Polacy, ci zakompleksieni, zawsze przedwyborczo podglądają Zachód, co też on tam o nas nie myśli, jakby miał myśleć o czym innym, niż o własnym interesie. I tak – z mediów rządowych wychodzi, że Zachód patrzy z politowaniem na harce Nawrockiego, od czego cierpieć ma nie tylko Ukraina, nie tylko kolejne wersje koalicji chętnych, ale i sama Polska. Wykazywane jest nam połączenie naszej niewdzięczności z przewrażliwieniem na tematy pomijalne. Psujemy wszystko, a właściwe to psuje nasz prezydent, zaś Donek się z tym męczy, ale co ma zrobić biedaczek? I dlatego, w kwestii ukraińskiej, Tusk się ustawił w roli ubolewającego arbitra, który – uwaga! – obu prezydentów (ukraińskiego i polskiego) upomina z troską o rewizje priorytetów. Tusk więc nie będzie tu zajmował do końca stanowiska, gdyż w ten sposób nie chce sobie palić mostów do tych wyborców, co TO obstają przy decyzji Nawrockiego. W ten sposób i pełowiec będzie miał rozgrzeszenie, że kiedyś w tej (i tylko tej!) sytuacji poparł KIEDYŚ prezydenta, co okazało się nie było felonią, gdyż i Donek tu się zachowuje asertywnie.

Pisowskie żaby

Znowu media plemienne, umownie zwane prawicowymi, mówią nam co innego – że świat się obudził. Zobaczył po raz pierwszy co to za gagatki ci Ukraińcy. I ponoć dlatego teraz Zełenskiemu na szczycie NATO w Ankarze pokazali, nie dali wystąpić, z sali obrad pogonili. Terefere… Może i dla szerszej publiki z tą Ukrainą to zaskoczenie, ale nie dla rządzących w Europie. Ci jak będą chcieli użyć Wołynia jako pały na Ukraińców, to użyją, na razie nie ma na to pogody. I pała nie zostanie wyciągnięta. Film Międlara „Sąsiedzi” bije rekordy na platformie Prime, a więc wielo-języcznie coś się tam na Zachodzie dzieje. Ale lud, nawet zachodni, sobie, a władze sobie. Wiadomo – jak u nas.

A co ma Zachód zrobić Zełenskiemu za Wołyń, nawet za UPA? Nie dać broni, ani pieniędzy? Za to? Za pamięć i symbole, obie rzeczy, z których Europa systemowo zrezygnowała? Jakby się miało Ukrainę pogonić, to by się to może i wyciągnęło, ale nie teraz – teraz Ukraina jest szykowana przez Niemcy do wiecznego przedpokoju do Unii, gdzie wszyscy – oprócz Polaków i prostego ludu ukraińskiego – mają skorzystać. I Niemcy, i USA, i korpo. Nawet – uwaga, uwaga! – Rosja. Nie ma się co więc ładować na serio historią, że świat zobaczył i teraz Zełenski będzie się czuł jak niepyszny. I czemu miałby się tu jakoś Zachód stawiać Ukrainie, jak marudzący o historii i grobach śmierci Polacy sami w tym samym czasie drugą ręką podpisują się pod wielomiliardowymi darowiznami dla Kijowa i wysyłają tam swoje rakiety, których wcześniej odmówili samemu Trumpowi w izraelskiej potrzebie? Tak się więc obejdzie do wyborów wątek międzynarodowy w konflikcie polsko-ukraińskim.

PiS ma na po wakacjach poważny problem. Fiasko misji Czarnka pt. odwojowujemy od Brauna naszych pogubionych pokazało, że w partii Kaczyńskiego nie ma pomysłu na samą siebie. Do tego jeszcze felonia Morawieckiego każe już na wakacjach, zamiast odpoczywać, wzmóc działalność programową i wymyśleć się od nowa po staremu.

Trudno więc prowadzić kampanię idąc wąską ścieżką pomiędzy przepaściami. Jedna przepaść to wola prezesa, by się nie przyznawać do jakichkolwiek błędów za czasów PiS-u. Tu wszystko było ok, żeby się ziemia paliła. Ale mamy i drugą przepaść, po drugiej stronie kampanijnej ścieżyny. To wola ludu, również pisowskiego. Od zwycięstwa wyborczego Nawrockiego PiS-owi szło tylko gorzej. Stracił PiS od wtedy co trzeciego wyborcę. A miało być odwrotnie – nawet po wyborach na prezydenta mówiono coś o klęsce Tuska na poziomie wręcz samorozwiązania się rządu. A tu taka niespodzianka: przegrany Tusk zyskał, zaś zwycięski PiS wszedł na równię pochyłą na poziom 20% poparcia. I PiS nie wie co ma zrobić.

Wyraźnie nieudana akcja Czarnka pokazała, że walenie głupa, oskarżając Tuska o procesy, które PiS sam zapoczątkował, to nie jest ulubiony sport Polaków. Bo gdyby PiS po zwycięstwie Nawrockiego stanął w prawdzie, pozwalał na kowid i Putina, ale przede wszystkim, nawet i pozornie, ulokował źródło nowego otwarcia w pałacu prezydenckim, to nie miałby obecnych kłopotów z poparciem, a tym bardziej z kampanią.

Rachunek sumienia i ekspiację za grzechy wtedy trzeba było zrobić, zaraz po zwycięstwie Nawrockiego. Teraz już by było po herbacie, a tu na rok przed wyborami walić się w pierś, to trochę za późno. PiS więc będzie brnął w narrację „Polacy, nic się nie stało!” i fur Deutschland w stosunku do Tuska. Nic więc nowego nas tu nie czeka.

PiS ma gotowe w szufladzie kilkanaście ustaw ratunkowych na przejęcie rządów, ale to nie program do opowiadania, tylko zastopowanie systemowych szkód, a z tego nie ulepi się pozytywnej opowieści kampanijnej. Dla wyborcy wizja, że zatrzyma się krwotok, to żadna opowieść, on chce posłuchać jak będzie leżał z campari, na leżaku pod palmą, jak tylko dobrze zagłosuje. A to oznacza, że PiS może i wie jak zatrzymać konie nad przepaścią, ale nie wie gdzie nimi później powozić, no, chyba, że w kierunku starej drogi z lat 2019-2023, a za tę destynację to PiS-owi wyborcy już raz podziękowali.

PiS-owi grozi narracyjna powtórka z rozrywki, błędów z końcówki poprzedniej kampanii. Będzie znowu atakował swoich jedynych potencjalnych koalicjantów. To już jest jakiś nałóg. Te czas się skończyły, to uchodziło jak się rządziło samemu. Teraz znowu nie mogą się powstrzymać, żeby nie zaatakować Konfederacji, o Koronie nie wspominając. A przecież – co widać było po wyborach na Nawrockiego, jak i po obecnych sondażach – lud po takich atakach nie dość, że nie przepłynie do PiS-u, ale wręcz od niego odpłynie.

Ale widać, że determinacja do powtarzania tych samych błędów jest tam przemożna. Deklaracja Kaczyńskiego o odrzuceniu Brauna jako podmiotu politycznego wcale nie przysporzyła Kaczyńskiemu popularności. Wychodzi na to, że Kaczyński o tym wie, a więc nie robi tego dla swego elektoratu (zwycięstwa?), tylko realizuje czyjeś interesy, choćby i amerykańskiej ambasady, odzianej w talmudyczną czapeczkę amerykańskich interesów w postaci dual-use, przedstawiciela dwóch państw w jednej ambasadorskiej osobie.

Konfy obie

Konfederacja to wielka niewiadoma. Partia dwóch liderów, którzy nie rozmawiają ze sobą dobrze nie wróży. Można tę jedność utrzymywać taktycznie na czas wyborów, ale z perspektywą rozpadu zaraz po wyborach i rozejścia się – uwaga! –może i do dwóch przeciwnych plemion. Oczywiście to zależy od wyniku wyborczego i rachunku konstruowania większości, chyba – tak mówią wszystkie prognozy – na żyletki. Ale o tym wiedzą i wyborcy Konfederacji. Wiedzą, że mogą głosować na partię, która się po wyborach może rozejść w koalicję wcale przez nich, wyborców, nie wymarzoną.

Kampanijnie sprawa jest prosta – będzie przekaz atakujący POPiS, na co argumenty walają się wszędzie. Konfederacja wydała z siebie zalążki programowe, z czym jeździ po kraju, pokazując swoje kompetencje i ludzi, budując struktury, wykorzystując peregrynacje programowe do wzmacniania struktur terenowych. Obie partie plemienne tu przysypiają, okazuje się, że tłuste koty to także opozycja.

Koronie diabeł dzieci kołysze. Właściwie wszystko się dobrze jej składa. Cały mainstream dostarcza argumentów na jej korzyść i dowodzi popisowych więc rozmiarów degeneracji elit. I polityka wewnętrzna, i zewnętrzna to pasmo porażek III RP, uzasadniających podstawowy postulat Korony – trzeba odzyskać niepodległość. Pewnym niuansem będzie dla Korony wskazywanie na Konfederację jako część układu, co przychodzić będzie coraz łatwiej, mimo wyraźnych inklinacji obu liderów Konfederacji – Mentzena i Bosaka – do anty-establishmentowego ekstremizmu. Kolejnym wyzwaniem będzie przed Koroną nie tylko kampanijna narracja, ale brak swoich kanałów komunikacji. W ten sposób obie plemienne, ale i mainstreamowe platformy będą w dużej mierze decydowały które z koronnych narracji przedostaną się do publiki, co może być taktycznym obciążeniem braku zarządzania nie tyle narracją, co jej dystrybucją.

Morawieccy harcerze

No i tu, a jakże w wakacje, bo – jako się rzekło – licho nie śpi, nagle wybuchła afera z odejściem z PiS-u grupy Morawieckiego. Strony obwiniają się nawzajem. Że PiS mówi o felonii, to jasne – takie są, pani kierowniczko nieubłagane prawa natury – jak się do zakonu PC zaczęło wpuszczać z zewnątrz, w celu oczywistego rozszerzenia elektoratu i inkorporacji, nowych liderów, to się ma tego skutki: starzy muszą się posunąć, młodzi, a właściwie nowi się przepychają i nieszczęście gotowe. Albo to nowe zostanie zjedzone przez kooptujący organizm, albo wypchnie on nowych na margines. To normalne procesy i tu objawia się jednocząca i równoważąca rola lidera. Nie wyszło, ale też nie mogło wyjść, bo tego się nie dało poskładać. Feloniści od Morawieckiego na to zwracają uwagę – na zastałość układu i jedyną dynamiczną frakcję w „starym” PiS – ziobrystów – którzy jako młodzi ułożeni ze starymi w PiS-ie namówili ponoć prezesa do pozbycia się Mateuszowych konkurentów.

Ten element, wzmocniony ordynacją według D’Hondta, która faworyzuje duże partie kosztem rozdrobnionych obozów, daje zwiększenie szans na rządy Tuska. Ten korzysta na tym rozbiciu i choć słabnie w sondażach do poziomu twardego elektoratu, to może dostać tym samym szanse przy zielonym stoliku przeliczania głosów na mandaty. Jest to niewątpliwy prezent od losu, zaś złośliwi mówią, że od Morawieckiego, może przyszłego Tuskowego koalicjanta. Zresztą – Morawiecki bardziej może liczyć na stanowisko premiera w koalicji z Tuskiem niż w ewentualnej, trudnej i chwiejnej koalicji prawicy z Braunem włącznie.

To jest oczywiście warunek dylematów po widocznym przekroczeniu progu wyborczego w wysokości 5%. Jeśli Morawiecki, czy lewicowe Razem zbiorą powiedzmy 4,5% to do Sejmu się nie dostaną, zaś ich „zmarnowane” głosy w sumie poprzez metodę D’Hondta będą „doliczone” do puli największych zwycięzców. I nawet jeśli Morawiecki nie dostanie się do Sejmu, to swym startem „podprogowym” może zwiększyć Tuskowi szanse na zwycięstwo.    

Ktoś nie śpi, by balować mógł ktoś

Jak widać w polityce nie ma wakacji. Kiedyś to były jakieś sezony ogórkowe, teraz to pieśń przeszłości. Kiedy my tu, obywatele-wyborcy, będziemy się pławić w jakimś wakacyjnym morzu – co jest przywilejem coraz bogatszych -, tu pracowite mróweczki, w klimatyzowanym upale, po salkach konferencyjnych będą mieliły koncepcje i projekty.

Tak na wrzesień. Wtedy wszystko ruszy. Znowu – jak w Boże Narodzenie – zobaczymy jakież to polityczne bombki namalowali nam w wakacje macherzy politycznych narracji, wynajęte swatki, które przyjdą z wódką, by zachwalać nowe zalety starzejącego się absztyfikanta. Znanego nam przecież od dawna, bo mamy takich ze dwóch-trzech na krzyż w tej naszej politycznej wsi. Wsi spokojnej, wsi szczęśliwej.

Eh…., czy to tak a propos, nie nudzi się już państwu?                              

Jerzy Karwelis

Watykan. Intronizacja Lucyfera w Capella Paolina 29 czerwca 1963. Skutki widać gołym okiem.

Intronizacja  Archanioła Lucyfera w Capella Paolina na Watykanie 29 czerwca 1963

[Przypominam jak co roku. To już 62 lata – skutki widać gołym okiem.

Módlmy się by nastał Papież, który będzie miał siłę, by to ODWRÓCIĆ, egzorcyzmować.

No to przypominam, w związku z mianowaniem Umberto Longo, dyrektora Włoskiego Instytutu Historycznego Średniowiecza oraz profesora historii średniowiecza na Uniwersytecie La Sapienza w Rzymie, członkiem Papieskiej Komisji Nauk Historycznych w sierpniu 2026. MD]

=====================

Anno Domini 2017.

Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa.

A 29-go – świętych Piotra i Pawła. Zmasowany atak satanistów w te dni jest atakiem rytualistycznym.

Święty Michale Archaniele, broń nas w walce. Sancte Michael Archangele, defende nos in prǽlio.

Przypominam FAKT, który miał miejsce przed 60 laty. Jest prawie pewne, że kolejni Papieże jak dotąd nie unicestwili tego bluźnierczego aktu, a potrzebną do tego MOC BOŻĄ – mają.

Stąd zapewne ciągle taka słabość obrońców. MD]

—————————

[Jest w ANTYKU najważniejsza książka Malachi Martina o Papieżach i obecnym Katolicyzmie.

Oto wyjątek.

Dom smagany wiatrem

Malachi Martin  

Powieść watykańska. Dedykowane papieżowi Piusowi V na cześć Maryi Królowej Różańca Świętego


1963,  Capella Paolina, Watykan

– Wierzę, że Książę tego świata zostanie tej nocy intronizowany do Starożytnej Cytadeli  i z tego miejsca stworzy Nową Wspólnotę.

I przyszła odpowiedź, robiąca przerażające wrażenie nawet w tym upiornym otoczeniu:

– A imię jej będzie Powszechny Kościół Człowieka.

Intronizacja upadłego Archanioła Lucyfera dokonała się w Cytadeli Kościoła katolickiego 29 czerwca 1963 roku. Był to „właściwy czas” dla spełnienia się historycznej przepowiedni. Główni aktorzy tej ceremonii doskonale wiedzieli, że tradycja satanistyczna już dawno przepowiedziała, że Czas Księcia nadejdzie wówczas, gdy papież przybierze imię Apostoła Pawła. Warunek ten – Znak, że nadszedł właściwy czas – został spełniony dokładnie osiem dni temu przez wybór najnowszego następcy św. Piotra.

W tym krótkim czasie, jaki upłynął od elekcji papieża, nie dało się ukończyć skomplikowanych przygotowań; Najwyższy Trybunał zdecydował jednak, że trudno o lepszy czas na Intronizację Księcia niż ten uroczysty dzień bliźniaczych książąt Cytadeli, świętych Piotra i Pawła. I nie było stosowniejszego miejsca niż Kaplica św. Pawła w Watykanie, usytuowana tak blisko Pałacu Apostolskiego.

Skomplikowane przygotowania podyktowane były głównie naturą mającego się odbyć Wydarzenia Ceremonialnego. Ochrona budynków watykańskich, pośród których leżał klejnot w postaci Kaplicy św. Pawła, była tak staranna, że z pewnością nie uda się ukryć uroczystego ceremoniału. Jeśli przedsięwzięcie miało zostać uwieńczone sukcesem – jeśli Wejście Księcia miało się dokonać we Właściwym Czasie – każdy element celebracji ofiary kalwaryjskiej musi zostać postawiony na głowie w przebiegu tej drugiej, przeciwstawnej celebracji. Sacrum musi zostać sprofanowane. Bluźnierstwo adorowane. Bezkrwawa reprezentacja ofiary Bezimiennego Słabego musi być zastąpiona przez najwyższą i krwawą deprawację godności Bezimiennego. Wina musi stać się niewinnością. Cierpienie musi dawać radość. Łaska, skrucha, przebaczenie muszą być utopione w orgii przeciwieństw. A wszystko to musi być wykonane bezbłędnie. Sekwencja wydarzeń, znaczenie słów, waga czynności – wszystko to musi być opatrzone perfekcyjnie wykonanym świętokradztwem, ostatecznym rytuałem zdrady.

Cała ta delikatna operacja została złożona w doświadczone ręce zaufanego STRAŻNIKA Księcia w Rzymie. Mistrz skomplikowanego ceremoniału Kościoła rzymskiego, dostojnik o granitowej twarzy i cierpkim języku, był jeszcze większym mistrzem książęcego ceremoniału ciemności i ognia. Wiedział, że bezpośrednim celem każdego ceremoniału jest oddanie czci „obeldze rozpaczy”. Lecz obecnie istniał jeszcze dalszy cel polegający na przeciwstawieniu się Bezimiennemu Słabemu w jego bastionie, opanowania Cytadeli Słabego we właściwym czasie, zapewnienie wejścia Księcia do Cytadeli jako nieodpartej siły, wyparcie Strażnika Cytadeli, przejęcie pełnej władzy nad kluczami wręczonymi strażnikowi przez Słabego.

STRAŻNIK próbował zmierzyć się z problemem bezpieczeństwa. Takie niewinne elementy, jak pentagram, czarne świecie i odpowiednie draperie ujdą jako rzymski ceremoniał. Lecz pozostałe rubryki – Misa z Piszczelami i Rytuał Din na przykład, zwierzęta ofiarne i sama Ofiara – tego byłoby już za wiele. Musi się więc odbyć dwie równoczesne celebracje. Koncelebracja mogłaby być dokonana z równym skutkiem przez braci w Autoryzowanej Kaplicy Celującej.

Gdyby wszyscy uczestnicy  w obu miejscach „wzięli na cel” każdy element wydarzenia w Kaplicy Rzymskiej, wówczas wydarzenie w całej swej pełni dokonałoby się w sposób szczególny w obszarze docelowym. Byłoby to tylko sprawą jedności serc, tożsamości intencji i perfekcyjnej synchronizacji słów i czynności pomiędzy kaplicą celującą a kaplicą docelową. Żywa wole i myślące umysły uczestników skoncentrowałyby się na Przybytku Księcia, odległość przestałaby mieć znaczenie.

Dla człowieka tak doświadczonego jak STRAŻNIK wybór kaplicy celującej nie nastręczał najmniejszych trudności. Wystarczyło zadzwonić do Stanów Zjednoczonych. W ciągu tych wszystkich lat wyznawcy Księcia w Rzymie osiągnęli doskonałą jedność serc i i taką samą jedność intencji z przyjacielem STRAŻNIKA Leonem, biskupem Kaplicy w Południowej Karolinie.

Imię Leon nie było prawdziwym imieniem tego człowieka, lecz raczej opisem jego wyglądu. Srebrna grzywa na wielkiej głowie każdemu, kto na niego patrzył, kojarzyła się z rozwianą grzywą lwa. Od kiedy jego ekscelencja, gdzieś w latach czterdziestych, ustanowił tę kaplicę, okazał się niezrównanym mistrzem operacji – dzięki liczbie i znaczeniu Uczestników, jakich potrafił przyciągnąć, dzięki częstej i szybkiej współpracy z tymi, którzy uznawali jego przekonania i ostateczne cele. Obecnie jego kaplica cieszyła się powszechnym szacunkiem inicjatów jako kaplica matka Stanów Zjednoczonych.

Wiadomość, że jego Kaplica została autoryzowana jako Kaplica Celująca w tak wielkim wydarzeniu, jakim miała być Intronizacja Księcia w samym sercu rzymskiej Cytadeli, przyjęta została przez Leona z najwyższą satysfakcją. A co do spraw praktycznych, to jego ogromna wiedza i doświadczenie w przeprowadzaniu ceremoniału oszczędzi im obu wiele czasu. Nie było na przykład potrzeby przypominania mu o wadze zasady sprzeczności, na której opiera się cała struktura kultu Archanioła. Nie mogło też być najmniejszych wątpliwości co do jego pragnienia włączenia się w ostateczną strategię tej bitwy, której celem był koniec Kościoła rzymskokatolickiego jako instytucji papieskiej, jaką była od chwili założenia jej przez Bezimiennego Słabego.

STRAŻNIK nie musiał mu nawet wyjaśniać, że ostatecznym celem operacji nie była w sensie dosłownym likwidacja rzymskiej organizacji katolickiej. Leon doskonale rozumiał, że byłoby to posunięcie znamionujące brak inteligencji i najzupełniej nieekonomiczne. O wiele lepiej było zamienić tę organizację w coś naprawdę użytecznego, zhomogenizowanie jej i przystosowanie do wielkiego światowego porządku ludzkości. Postawienie przed nią uniwersalnych humanistycznych – i tylko humanistycznych – celów.

Dwaj identycznie myślący eksperci – STRAŻNIK i amerykański Biskup – ograniczyli więc konieczne ustalenia dotyczące bliźniaczych wydarzeń ceremonialnych do listy nazwisk i inwentarza rubryk.

Lista STRAŻNIKA – uczestników w kaplicy rzymskiej – zawierała imiona ludzi najwyższego kalibru, wysokich rangą dostojników kościelnych i liczących się prawników. Byli to oddani słudzy Księcia w Cytadeli. Niektórzy zostali wybrani, dokooptowani, przeszkoleni i wypromowani w ciągu dziesięcioleci w ramach falangi rzymskiej, pozostali reprezentowali nowe pokolenie gotowe rozwijać program Księcia przez kolejne dziesięciolecia. Wszyscy doskonale rozumieli potrzebę pozostania w ukryciu. Reguła mówiła bowiem jasno: „Gwarancją naszego jutra jest przekonanie ludzi dzisiejszych, że my nie istniejemy”.

Grafik Leona obejmujący mężczyzn i kobiety, którzy zdobyli sobie znaczącą pozycję w biznesie, rządzie i życiu społecznym, był imponujący, ku pełnemu zadowoleniu STRAŻNIKA. A Ofiara – dziecko – jak powiedział jego ekscelencja, będzie prawdziwym majstersztykiem złamania niewinności.

Lista rubryk potrzebnych do wykonania równoległej ceremonii sprowadzała się głównie do elementów, które będą zrealizowane w Rzymie. Co się zaś tyczyło Kaplicy Celującej Leona, to musi ona mieć kilka naczyń zawierających Ziemię, Powietrze, Ogień i Wodę. Załatwione. Musi mieć Misę z Piszczelami. Załatwione. Czerwone i czarne Filary. Załatwione. Tarczę. Załatwione. IW ten sposób przeszli do końca listę niezbędnych rekwizytów. Załatwione. Załatwione.

Sposób synchronizacji ceremonii w obu kaplicach nie był Leonowi obcy. Jak zwykle zostaną przygotowane wydruki, przez niewierzących nazywane mszałami, do użytku uczestników ceremonii w obu kaplicach. Jak zwykle będą to teksty w nieskazitelnej łacinie. Po obu stronach Gońcy Ceremonialni będą pilnować połączenia telefonicznego, tak by uczestnicy mogli wykonywać swoje części w doskonałej harmonii z braćmi współ-celebrującymi.

W trakcie trwania wydarzenia serce każdego uczestnika musi być doskonale wypełnione nienawiścią zamiast miłości. Zadośćuczynienie bólu i konsumacja muszą się wypełnić w sposób doskonały w kaplicy celującej pod przewodnictwem Leona. Autoryzacja, instrukcje i dowody – końcowe i kulminacyjne momenty właściwe na tę okazję – będzie miał honor osobiście zaaranżować w Watykanie STRAŻNIK.

A jeśli każdy wypełni dokładnie to, czego wymaga reguła, Książę nareszcie skonsumuje prastary odwet nad Słabym, Bezlitosnym Wrogiem, który przez wieki paradował w przebraniu Najwyższego Miłosiernego, który widział wszystko nawet w najciemniejszych mrokach.

 Leon mógł sobie wyobrazić resztę. W wydarzeniu Intronizacji w sposób niewidoczny i bezkolizyjny dokona się doskonałe nałożenie ceremonii, w wyniku którego Książę stanie się oficjalnie utajonym członkiem Kościoła w rzymskiej Cytadeli. Intronizowany w ciemności, Książę będzie mógł pogłębiać tę ciemność, jak nigdy dotąd. Będzie to dotyczyło w jednakim stopniu przyjaciół i wrogów. Wola pogrąży się w tak głębokiej ciemności, że omroczy nawet oficjalny cel istnienia Cytadeli: wieczną adorację Bezimiennego. W samą porę – i nareszcie – Kozioł wyprze Baranka i wejdzie w posiadanie Cytadeli. Książę zawładnie Domem – Domem pisanym dużą literą – który do niego nie należy.

– Pamiętaj o tym, przyjacielu – biskup Leon drżał z niecierpliwości. –  Dokona się niedokonane. Będzie to przypieczętowanie mojej kariery. Wydarzenie przypieczętowujące los dwudziestego wieku.

Leon nie bardzo się pomylił.

Była noc. Strażnik wraz kilkoma akolitami pracował w ciszy nad przygotowaniem wszystkiego w Kaplicy Docelowej – św. Pawła w Watykanie. Na wprost ołtarza ustawiono półkolem klęczniki. W pięciu świecznikach stojących na ołtarzu pyszniły się eleganckie czarne ogarki. Na tabernakulum umieszczono srebrny pentagram i przykryto go krwawoczerwoną zasłoną. Po lewej stronie ołtarza umieszczony był tron – symbol Księcia Panującego. Ściany pokryte ślicznymi freskami wyobrażającymi sceny z życia Chrystusa i Apostołów zostały zasłonięte czarnymi draperiami bramowanymi złotem w kształcie figur symbolizujących historię Księcia.

Kiedy zbliżyła się wyznaczona godzina, oddani słudzy Księcia poczęli wypełniać Cytadelę. Byli to członkowie Rzymskiej Falangi. Pośród nich znajdowało się kilku najwybitniejszych członków kolegium kardynalskiego, hierarchii i biurokracji Kościoła rzymskokatolickiego. Byli też pośród nich świeccy reprezentanci Falangi, równie znakomici, jak członkowie Hierarchii.

Weźmy choćby tego Prusaka, który właśnie ukazał się w drzwiach. Pokazowy egzemplarz nowego narybku prawniczego. Nie miał nawet czterdziestu lat, gdy zaczął odgrywać znaczącą rolę w pewnych krytycznych wydarzeniach transnarodowych. Nawet światła czarnych świec odbijały się w jego okularach w stalowej oprawie i łysinie, jakby go chciały wyróżnić. Wybrany jako Delegat Międzynarodowy i Nadzwyczajny Pełnomocnik na ten Akt Intronizacji, Prusak zaniósł na Ołtarz skórzany mieszek zawierający list Autoryzacyjny i Instrukcję, a następnie zajął miejsce na jednym z klęczników.

Jakieś pół godziny przed północą wszystkie klęczniki były już zajęte przez aktualne pokłosie tradycji Księcia, która została zasiana, zaszczepiona i była kultywowana w starożytnej Cytadeli w ciągu ostatnich osiemdziesięciu lat. Jakkolwiek na razie ograniczona liczebnie, grupa ta pozostawała w ochronnym mroku jako ciało obce i duch pozaziemski w swym Gospodarzu i zarazem Ofierze. Przenikali do urzędów i działań podejmowanych przez rzymską Cytadelę, rozsiewając swoje symptomy w krwiobiegu Kościoła Powszechnego niby podskórna infekcja. Symptomy te to cynizm i indyferentyzm, przestępstwa i partactwo na wysokich posadach, lekceważenie prawdziwej doktryny, odrzucenie osądu moralnego, utrata czujności w sprawach świętych, zamazywanie podstawowych zasad tradycji oraz wyrazów i gestów, które ją przywołują.

Tacy to ludzie zgromadzili się w Watykanie na uroczystość Intronizacji. I taka była ich tradycja, którą utwierdzali w kwaterze głównej światowej administracji – w rzymskiej Cytadeli. Trzymając w ręku kartki z wydrukowanym Ceremoniałem, z oczami utkwionymi w ołtarz i tron, skupiając umysł i wolę, czekali w ciszy, aż wybije północ, wprowadzając ich w uroczystość świętych Piotra i Pawła, tego najważniejszego świętego dnia Rzymu.

 Kaplica Celująca – przestronny hol na parterze szkółki parafialnej – została urządzona ściśle zgodnie z regułą. Biskup Leon wszystkiego doglądał osobiście. W tej chwili wybrani specjalnie na tę okazję Akolici spokojnie poprawiali ostatnie szczegóły, podczas gdy on sprawdzał wszystko po kolei.

A więc najpierw Ołtarz umieszczony w północnej części kaplicy. Na ołtarzu okazały krucyfiks, szczytem zwrócony na północ. O włos dalej Pentagram osłonięty czerwoną zasłoną, umieszczony pomiędzy dwiema czarnymi świecami. U góry czerwona wieczna lampka żarząca się Rytualnym Płomieniem. Po wschodniej stronie Ołtarza – klatka; a w klatce sześciotygodniowe szczenię, pod wpływem środków uspokajających czekające cierpliwie na ten krótki moment, gdy będzie użyteczne dla Księcia. Za ołtarzem – hebanowe świecie czekające, by rytualny płomień dotknął ich knotów.

Szybkie spojrzenie na ścianę południową. Na małym kredensie – kadzielnica oraz puszka zawierająca kawałki węgla drzewnego i kadzidło. Przed kredensem ustawiono czerwone i czarne Kolumny, z których zwisa Tarcza Węża i Dzwon Nieskończoności. Rzut oka w kierunku wschodnim: pojemniki z Ziemią, Powietrzem, Ogniem i Wodą otaczające drugą klatkę. W klatce – gołąb, nieświadomy swego losu jako parodii nie tylko Bezimiennego Słabego, lecz całej Trójcy Świętej. Pod ścianą zachodnią pulpit i Księga w gotowości. Półkole klęczników obrócone na północ, w kierunku ołtarza. Po obu stronach rzędu klęczników emblematy Wejścia: Misa z Piszczelami po stronie zachodniej, najbliżej drzwi; po stronie wschodniej – wschodzący Księżyc i pięcioramienna gwiazda, skierowana ku górze rogami Kozła. Na każdym klęczniku kopia mszału dla każdego z uczestników.

Wreszcie Leon kieruje wzrok na wejście do kaplicy. Specjalne ornaty intronizacyjne, identyczne z tymi, jakie on i jego Akolici mają już na sobie, wiszą na stojaku tuż za drzwiami wejściowymi. Sprawdził godzinę na dużym zegarze ściennym w chwili nadejścia pierwszych uczestników. Zadowolony z przygotowań, skierował się do obszernej przylegającej szatni służącej za zakrystię. Arcykapłan i ojciec Medico zapewne zdążyli już przygotować Ofiarę. Jeszcze tylko niecałe pół godziny i jego Goniec Ceremonialny zainauguruje połączenie telefoniczne z Kaplicą Docelową w Watykanie. Wtedy nadejdzie godzina.

Określone wymogi co do fizycznego przygotowania obu kaplic dotyczyły także przygotowania uczestników. Ci w Kaplicy św. Pawła – sami mężczyźni – mieli na sobie szaty i paliusze, stosownie do kościelnej rangi, lub nienagannie skrojone czarne garnitury w przypadku osób świeckich. Skoncentrowani na jednym celu, z oczami utkwionymi w ołtarz i pusty Tron, wydawali się pobożnymi duchownymi rzymskimi lub świeckimi uczestnikami nabożeństwa, za których byli powszechnie uważani.

Rangą dorównując Rzymskiej Falandze, uczestnicy amerykańscy w kaplicy celującej stanowili jednak ostry kontrast do swoich kolegów w Watykanie. Tutaj zjawiali się mężczyźni i kobiety. Nie zasiadali oni w klęcznikach w eleganckich ubraniach, lecz zaraz po wejściu rozbierali się do naga, a następnie zakładali pojedynczą szatę bez szwów, przepisaną na okazję intronizacji; szata była krwistoczerwona na znak ofiary, długa do kolan, bez rękawów, z wycięciem pod szyją w kształcie litery V, otwarta z przodu. Rozbieranie i ubieranie odbywało się w milczeniu, bez pośpiechu i podniecenia. Całkowita koncentracja, rytualny spokój.

Po przebraniu się uczestnicy przechodzili obok Misy z Piszczelami i zanurzali w niej rękę, wyciągali garstkę Kości i zajmowali miejsca na klęcznikach ustawionych w półkolu na wprost ołtarza. Misa stopniowo opróżniała się, uczestnicy wypełniali klęczniki, ciszę wypełnił rytualny hałas. Nieustannie potrząsając kośćmi, każdy z Uczestników zaczął mówić – do siebie, do innych, do Księcia, po prostu w pustą przestrzeń. Na początku nie były to głosy ochrypłe, lecz rozbrzmiewające chaotycznie w rytualnej kadencji.

Wciąż przybywali nowi uczestnicy. Brali kości, wypełniali pozostałe klęczniki. Bezładna kadencja poczęła przybierać na sile w delikatnym, kakofonicznym sussurro. Wzbierająca fala niezrozumiałych modłów i błagań, potrząsania kośćmi przerodziła się w rodzaj kontrolowanej ekstazy. Dźwięki stawały się gniewne, nabrzmiałe przemocą. Stawały się kontrolowanym koncertem chaosu. Rozdzierającym duszę wyciem nienawiści i buntu. Ześrodkowanym preludium mającej nastąpić Intronizacji Księcia tego świata do Cytadeli Słabego.

W powiewającej wdzięcznie krwistoczerwonej szacie Leon wstąpił do zakrystii. W pierwszej chwili wydawało mu się, że wszystko jest w idealnym porządku. Jego koncelebrans, łysy arcykapłan w okularach, zapalił pojedynczą świecę w przygotowaniu do procesji. Napełnił ogromny złoty kielich czerwonym winem i przykrył go srebrną pateną. Na patenie ułożył ogromny biały opłatek przaśnego chleba.

Trzeci mężczyzna, ojciec Medico, siedział na ławce. Ubrany tak samo jak pozostali dwaj, trzymał na kolanach dziecko. Własną córkę Agnieszkę. Leon z zadowoleniem odnotował, że Agnieszka była spokojna i pogodzona z czekającą ją przemianą. Rzeczywiście, tym razem wydawała się gotowa. Ubrano ją w luźną białą szatę do kostek. I podobnie jak jej pieskowi zaaplikowano jej środki uspokajające mające działać do czasu, gdy zacznie się jej rola w misterium.

Agnisiu – szepnął Medico do ucha dziecka. – Za chwilę nadejdzie pora, by pójść z tatusiem.

– To nie mój tatuś…

Mimo zażytych leków udało jej się podnieść oczy na ojca. Jej głosik był słaby, lecz słyszalny.

– Bozia jest moim tatusiem…

– BLUŹNIERSTWO!

Słowa Agnieszki błyskawicznie zgasiły zadowolenie Leona, jego oczy ciskały błyskawice.

– Bluźnierstwo! – wyrzucił z siebie ponownie to słowo niczym pocisk.

Jego usta zamieniły się w wylot armaty, zasypując Medica gradem wyrzutów. Ten człowiek, chociaż lekarz, był po prostu partaczem! Dziecko trzeba było odpowiednio przygotować! Było na to dość czasu!

Słysząc wyrzuty biskupa Leona, Medico zrobił się szary na twarzy. Lecz na jego córce gniew biskupa nie zrobił żadnego wrażenia. Próbowała skierować spojrzenie swych niezwykłych oczu na kipiącego gniewem Leona; z trudem pokonując omdlenie, powtórzyła swój sprzeciw:

– Bozia jest moim tatusiem…!

Drżąc z podniecenia, ojciec Medico ujął główkę córki, próbując odwrócić jej twarz ku sobie.

Kochanie – perswadował. – Ja jestem twoim tatusiem. Zawsze byłem twoim tatusiem. I twoją mamusią, od kiedy odeszła.

– Nie moim tatusiem… Pozwoliłeś zabrać Flinnie… Nie róbcie krzywdy Flinniemu… To… tylko mały szczeniak… Bozia stworzyła małe pieski…

– Posłuchaj mnie, Agnisiu. Ja jestem twoim tatusiem. Już czas…

– Nie moim tatusiem… Bozia jest moim tatusiem… Bozia jest moją mamusią… Tatusiowie nie robią rzeczy, które nie podobają się Bozi… Nie moim…

Świadom, że kaplica w Watykanie czeka na uruchomienie ceremonialnego połączenia, Leon gwałtownym skinieniem głowy dał znak arcykapłanowi. Jak tyle razy w przeszłości, jedynym wyjściem była procedura awaryjna. A jeśli Ofiara – zgodnie z regułą – ma być świadoma podczas pierwszej rytualnej konsumacji, musieli to zrobić teraz.

Spełniając kapłańską powinność, Arcykapłan usiadł obok ojca Medico i przeniósł omdlałe od narkotyków ciało Agnieszki na własne kolana.

– Agnisiu, posłuchaj. Ja też jestem twoim tatusiem. Pamiętasz, jak bardzo się kochaliśmy? Pamiętasz?

  Lecz Agnieszka walczyła uparcie.

– Nie mój tatuś… tatusiowie nie robią mi złych rzeczy… nie krzywdźcie mnie… nie krzywdźcie Pana Jezusa…”

W późniejszych latach pamięć Agnieszki o tej nocy – bo jednak ją pamiętała – nie zachowa dotykania jej ciała, całej pornograficznej otoczki. Pamięć o tej nocy, kiedy już ją sobie przypomni, zleje się z pamięcią całego dzieciństwa. Z pamięcią nieustannego ataku zła. Z pamięcią – nigdy nie zawodzącym ją poczuciem – zalanej światłem głębi tabernakulum w jej dziecinnej duszy, gdzie światłość przemieniała jej męczarnie w odwagę, dzięki której mogła walczyć.

W jakiś sposób wiedziała, choć jeszcze tego nie rozumiała, że to wewnętrzne tabernakulum było miejscem, w którym naprawdę żyła. To centrum jej istoty było nietykalnym azylem zamieszkującej w niej siły, miłości i ufności; miejscem, gdzie cierpiąca Ofiara – prawdziwy cel ataków złego na Agnieszkę – na zawsze uświęciła jej cierpienie Swym własnym cierpieniem.

To właśnie z wnętrza tego azylu Agnieszka słyszała każde słowo wypowiadane w zakrystii w Noc Intronizacji. To z głębi tego azylu widziała przebijające ją twarde oczy biskupa Leona i nieruchomy wzrok arcykapłana. Znała cenę oporu. Czuła, że zabrano jej ciało z kolan ojca. Widziała światło odbijające się w okularach arcykapłana. Widziała, jak ojciec przysuwa się do niej. Widziała igłę w jego dłoni. Poczuła ukłucie. Znów poczuła działanie leku. Czuła, że ktoś ją podnosi. Lecz nadal walczyła. Walczyła, by widzieć. Walczyła z bluźnierstwem; ze skutkami gwałtu; ze śpiewami; z horrorem, który miał dopiero nadejść.

Sparaliżowana lekiem, nie mogła się nawet poruszyć; wezwała na pomoc całą swoją wolę jako jedyną broń i ponownie wyszeptała słowa oporu i udręki:

– Nie mój tatuś… Nie czyńcie krzywdy Panu Jezusowi… Nie czyńcie mi krzywdy…

Wreszcie nadeszła godzina. Początek właściwego czasu wejścia Księcia do Cytadeli. Na dźwięk dzwonu nieskończoności wszyscy uczestnicy w kaplicy Leona wstali jak jeden mąż. Trzymając w rękach kartki mszalne, przy niemilknącym, przerażającym akompaniamencie klekocących kości, zaintonowali na całe gardło procesjonał, triumfalną profanację hymnu świętego Pawła Apostoła:

Maran Atha! Przybądź, Panie! Przybądź, Książę. Przybądź! O przybądź!…

Wprawni akolici – mężczyźni i kobiety – poprowadzili procesję z zakrystii do ołtarza. Z tyłu za nimi, przygnębiony, lecz godnie wyglądający nawet w swym krwistoczerwonym stroju, postępował ojciec Medico niosący na rękach ofiarę, którą ułożył na ołtarzu obok krucyfiksu. W migotliwym cieniu zasłoniętego pentagramu jej włosy prawie dotykały klatki z małym pieskiem. Teraz – stosownie do swej godności, z oczami błyszczącymi za okularami – arcykapłan wziął do ręki jedyną czarną świecę  i zajął miejsce po lewej stronie ołtarza. Na końcu szedł biskup Leon, niosący kielich i hostię; przyłączył się do śpiewu zebranych, intonujących hymn na Wejście.

Niech się tak stanie! – wionęły ponad ołtarzem końcowe słowa hymnu w kaplicy celującej.

„Niech się tak stanie!” Starożytna pieśń musnęła bezwładne ciało Agnieszki, spowijając mgłą jej duszę głębiej niż leki, potęgując uczucie chłodu, który, jak wiedziała z doświadczenia, miał ją całkowicie ogarnąć.

– Niech się tak stanie! Amen! Amen! – wionęły starożytne słowa ponad ołtarzem Kaplicy św. Pawła. Łącząc w jedno swe serca i wolę z sercami i wolą celujących uczestników w Ameryce, Falanga Rzymska zaintonowała wybrany, zmieniony fragment z mszału rzymskiego, zaczynający się od Hymnu do Dziewicy Zgwałconej, a kończący się Inwokacją Korony Cierniowej.

W Kaplicy Celującej biskup Leon zdjął z szyi mieszek ofiarny i ułożył go ze czcią pomiędzy szczytem krucyfiksu a podstawą pentagramu. Następnie przy akompaniamencie podjętego na nowo chóralnego mruczando i klekotania kości, akolici umieścili trzy kawałki kadziła na rozżarzonych węglach w kadzielnicy. Prawie natychmiast niebieski dym rozszedł się po holu, a ostra woń kadzidła spowiła ofiarę, celebransów i uczestników.

W omdlałej duszy Agnieszki dym, zapach kadzidła, działanie leków oraz chłód i rytualny hałas – wszystko zmieszało się w jedną ohydną kadencję.

Choć nikt nie dał sygnału, doskonale wyszkolony Posłaniec Ceremonialny poinformował swego watykańskiego odpowiednika, że inwokacje właśnie się zaczynają. Nagła cisza spowiła amerykańską kaplicę. Biskup Leon uroczyście uniósł krucyfiks leżący obok ciała Agnieszki, oparł go szczytem w dół o ołtarz i zwracając się twarzą do zgromadzenia, podniósł lewą rękę do odwróconego znaku błogosławieństwa: grzbiet dłoni zwrócony ku zgromadzeniu, kciuk i dwa palce środkowe przyciśnięte do wewnętrznej strony dłoni, mały i wskazujący palec uniesione jako symbol rogów Kozła.

– Módlmy się!

W atmosferze mroku i ognia główny celebrans w każdej z kaplic zaintonował serię inwokacji do Księcia. Uczestnicy w każdej z kaplic odpowiadali na wezwania celebransów. Następnie – ale tylko w amerykańskiej Kaplicy Celującej – każdemu responsowi towarzyszyło odpowiednie działanie – rytualne wykonanie ducha i znaczenia słów. Nad osiągnięciem kadencji doskonałej słów i woli między obiema kaplicami czuwali Gońcy Ceremonialni.  Od tej właśnie kadencji doskonałej zależało odpowiednie uformowanie intencji ludzi, w które miał być przybrany dramat intronizacji Księcia.

Wierzę w jedną Moc – wyrzekł z przekonaniem biskup Leon.

A imię jej Kosmos – zaintonowali uczestnicy w obu kaplicach, odwracając odpowiedź mszału rzymskiego. Towarzyszyło jej odpowiednie działanie w kaplicy celującej. Dwaj akolici okadzili ołtarz, dwaj inni ustawili na ołtarzu pojemniki z Ziemią, Powietrzem, Ogniem i Wodą, skłonili się przed biskupem i powrócili na swoje miejsca.

I w Jednorodzonego Syna Kosmicznego Brzasku – zaintonował Leon.

– A imię jego Lucyfer – brzmiał drugi respons.

Akolici Leona zapalili świece i okadzili Pentagram.

Trzecia inwokacja:

– Wierzę w Tajemniczego.

I trzecia odpowiedź:

– Którym jest Wąż Jadowity na Drzewie Życia.

Przy akompaniamencie klekocących kości pomocnicy podeszli do czerwonego Filara i odwrócili Tarczę Węża, ukazując odwrotną jej stronę wyobrażającą Drzewo Znajomości Dobra i Zła.

Wtedy Stróż w Rzymie i biskup w Ameryce zgodnie zaintonowali czwartą inwokację:

– Wierzę w Pradawnego Lewiatana.

I unisono poprzez ocean i kontynent popłynęła czwarta odpowiedź:

– A imię jego Nienawiść.

Nastąpiło okadzenie czerwonego filaru z Drzewem Wiadomości Dobrego i Złego.

Piąta inwokacja brzmiała:

– Wierzę w Pradawnego Lisa.

I piąty donośny respons:

– A imię jego Kłamstwo.

Tu okadzono czarną kolumnę jako symbol rozpaczy i wszelkiej obrzydliwości.

W migotliwym świetle ogarków, spowity kłębami niebieskiego dymu, Leon skierował wzrok na klatkę z Flinnim stojącą tuż obok ciała Agnieszki rozciągniętego na ołtarzu. Szczeniak przebudził się z letargu, podniósł się na cztery łapy, podniecony hałasem śpiewów, klekotania kości.

– Wierzę w Pradawnego Kraba – zaintonował Leon szóstą inwokację.

– A imię jego jest Żywy Ból – zagrzmiała szósta odpowiedź, a kości klekotały miarowo.

Teraz oczy wszystkich zwróciły się na akolitę, który podszedł do ołtarza i sięgnął ręką do klatki. Piesek zamachał ogonkiem, spodziewając się pieszczoty. Tymczasem akolita wprawnym ruchem wyszarpnął zwierzę z klatki, drugą ręką dokonując błyskawicznej wiwisekcji, poczynając od usunięcia genitaliów wyjącego szczeniaka. Ekspert w swoim fachu, umiejętnie przedłużał cierpienie psa i frenetyczną radość uczestników rytuału zadawania bólu.

Lecz nie wszystkie odgłosy zagłuszał piekielny hałas przerażającej celebracji. Był jeszcze słabiutki głosik śmiertelnej walki Agnieszki. Bezgłośnego jej krzyku w odpowiedzi na agonię pieska. Dźwięk niesłyszalnych słów. Dźwięk błagania i cierpienia.

– Bozia jest moim tatusiem!… Święta Bozia!… Mój pieseczek!… Nie róbcie krzywdy Flinniemu!… Bozia jest moim tatusiem!…Nie róbcie krzywdy Panu Jezusowi… Święta Bozia…

Czujny na każdy szczegół, biskup Leon rzucił okiem na Ofiarę. Będąc w stanie bliskim nieświadomości, Ofiara wciąż walczyła. Wciąż protestowała. Wciąż jeszcze czuła ból. Wciąż jeszcze się modliła z tym swoim nieustępliwym oporem. Leon był zachwycony. Co za doskonała Ofiara. Jak przyjemna musi być Księciu. Bezlitośnie i bez najmniejszej przerwy Leon i Strażnik  przeprowadzili swoje zgromadzenia przez resztę czternastu w sumie inwokacji, a odpowiednie działania towarzyszące każdej odpowiedzi stawały się zgiełkliwym teatrem perwersji. Wreszcie biskup Leon zakończył pierwszą część ceremonii wielką inwokacją:

– Wierzę, że Książę tego świata zostanie tej nocy intronizowany do Starożytnej Cytadeli  i z tego miejsca stworzy Nową Wspólnotę.

I przyszła odpowiedź, robiąca przerażające wrażenie nawet w tym upiornym otoczeniu:

– A imię jej będzie Powszechny Kościół Człowieka.

Teraz nadeszła pora, by Leon podniósł z ołtarza Agnieszkę. Pora, by arcykapłan uniósł prawą ręką kielich, a lewą ogromną hostię. Pora, by Leon przewodniczył modlitwie Ofiarowania, po każdym rytualnym pytaniu czekając na odpowiedzi zawarte w mszałach trzymanych przez uczestników.

– Jakie było imię tej ofiary przy pierwszych narodzinach?

– Agnieszka!

– Jakie było imię tej ofiary przy drugim narodzeniu?

– Agnieszka Zuzanna!

– Jakie było imię tej ofiary przy trzecich narodzinach?

– Rahab Jerycho!

Teraz Leon ponownie ułożył Agnieszkę na ołtarzu, a następnie nakłuł wskazujący palec jej lewej ręki, a z małej ranki wypłynęła krew.

Chłód przeszywał jej ciało, miała mdłości, czuła, jak podnoszą ją z ołtarza, lecz już nie była w stanie poruszać oczami. Czuła ostre ukłucie w lewej ręce. Docierały do niej słowa zawierające zagrożenie, którego nie potrafiła wysłowić: „Ofiara… Agnieszka… narodzona po raz trzeci… Rehab Jerycho…”

Leon umoczył wskazujący palec lewej ręki we krwi Agnieszki i unosząc go tak, by mogli to zobaczyć uczestnicy, rozpoczął modlitwę ofiarowania.

– Krew naszej Ofiary została przelana * aby nasza służba Księciu była doskonała. * Aby sprawował najwyższą władzę w Domu Jakuba * W Ziemi Obiecanej Wybrańca.

Teraz przyszła kolej na arcykapłana. Trzymając wysoko kielich i hostię, wygłosił rytualną odpowiedź ofiarowania:

– Zabieram cię ze sobą, przeczysta ofiaro * Zabieram cię do nieświętej północy – Zabieram cię na wzgórze Księcia.

Arcykapłan ułożył hostię na piersiach Agnieszki, trzymając kielich z winem nad jej piersią.

Mając po prawicy i po lewicy arcykapłana i akolitę Medica, biskup Leon spojrzał na Gońca Ceremonialnego. Upewniwszy się, że Stróż o granitowej twarzy i jego rzymska falanga tworzą wraz z nim doskonały tandem, znów zaintonował wraz ze współ-celebransami modlitwę ofiarowania:

– Prosimy cię, Panie, Lucyferze, Książę Ciemności * Który gromadzisz wszystkie nasze ofiary * Wejrzyj łaskawie na naszą ofiarę * Złożoną na popełnienie wielu grzechów.

A potem bezbłędnym unisono, jakiego nabiera się po latach praktyk, biskup i arcykapłan wygłosili najświętsze słowa łacińskiej mszy. Przy podniesieniu hostii:

– HOC EST ENIM CORPUS MEUM.

Przy podniesieniu kielicha:

HIC EST ENIM CALIX SANGUINIS MEI, NOVI ET AETERNI TESTAMENTI, MYSTERIUM FIDEI QUI PRO VOBIS ET PRO MULTIS EFFUNDETUR IN REMISSIONEM PECCATORUM. HAEC QUOTIESCUMQUE FECERITIS IN MEI MEMORIAM FACIETIS.

Zebrani natychmiast odpowiedzieli wznowieniem rytualnego hałasu, kakofonią dźwięków, mieszaniną wyrazów i klekotu kości, i towarzyszących temu lubieżnych gestów wszelkiego rodzaju. Tymczasem biskup spożył odrobinę hostii i upił łyczek wina z kielicha.

Na sygnał Leona – ponownie odwrócone błogosławieństwo znakiem – rytualny hałas przybrał formę nieco bardziej uporządkowanego chaosu, kiedy uczestnicy posłusznie ustawili się w kolejce. Przechodząc obok ołtarza, gdzie otrzymywali komunię – odrobinę hostii, łyczek z kielicha – mieli też okazję podziwiać Agnieszkę. Lecz nie chcąc uronić nic z pierwszego rytualnego gwałtu na ofierze, szybko wracali do swoich klęczników, patrząc w napięciu, jak biskup skupia całą uwagę na dziecku.

Uczuwszy na sobie ciężar ciała biskupa, Agnieszka z całej siły próbowała uwolnić się od niego. Nawet teraz usiłowała wykręcić głowę, jakby szukała pomocy w tym bezlitosnym miejscu. Lecz pomoc nie znikąd nie nadchodziła. Był tylko arcykapłan czekający na swoją kolej w tym niewyobrażalnym świętokradztwie. Czekał także jej ojciec. I był ogień palących się czarnych świec, odbijający się czerwienią w ich oczach. Ogień zapalał się w ich oczach. Wewnątrz tych wszystkich oczu. Ogień, który będzie jeszcze palił długo, gdy pogasną świece. Palił już zawsze…

Cierpienie, które owładnęło Agnieszką tamtej nocy, jej ciałem i duszą, było tak głębokie, że chyba ogarniało cały świat. Lecz ani na chwilę nie było to tylko jej konanie. Tego była przez cały czas pewna. Kiedy słudzy Lucyfera gwałcili ją na zbezczeszczonym, nieświętym ołtarzu, gwałcili równocześnie tego Pana, który był jej tatusiem i mamusią. Tak jak On przemienił jej słabość Swoją odwagą, tak też uświęcił jej profanację swymi niewypowiedzianymi udrękami i jej długotrwałe cierpienie Swoją Męką. To do Niego – tego Pana, który był jej jedynym ojcem i jedyną matką, i jedynym obrońcą – słała bezgłośne krzyki męki, przerażenia i bólu. I to do Niego, tracąc przytomność, modliła się o ratunek.

Leon znów stał obok ołtarza, na jego zlanej potem twarzy malowało się podniecenie, była to najwyższa chwila jego triumfu. Skinienie głowy w kierunku gońca ceremonialnego czuwającego przy telefonie. Chwila oczekiwania. Skinięcie głowy tamtego w odpowiedzi. Rzym był gotów

.

– Mocą przekazaną mi jako równoczesnemu celebransowi ofiary i równoczesnemu wykonawcy intronizacji, przewodniczę wszystkim tu i w Rzymie, wzywając ciebie, Książę Wszelkiego Stworzenia! W imieniu wszystkich zebranych w tej kaplicy i wszystkich braci zgromadzonych w Kaplicy Rzymskiej, wzywam Cię, o Książę, przybądź!

Drugiej modlitwie intronizacyjnej miał przewodniczyć arcykapłan. W tej niezwykłej chwili, gdy spełniało się najwyższe, na co kiedykolwiek czekał, recytowane przez niego łacińskie zdania były wzorem kontrolowanej emocji:

– Przybądź, obejmij w posiadanie Dom Wroga. * Wejdź do miejsca, które było dla Ciebie przygotowane. * Zstąp pomiędzy Swoje wierne Sługi * Którzy przygotowali dla Ciebie łoże, * Którzy wznieśli Twój Ołtarz i pobłogosławili go infamią.

Było godne i sprawiedliwe, by to właśnie biskup Leon zaintonował ostatnią modlitwę wprowadzenia w kaplicy celującej:

– Zgodnie ze świętymi instrukcjami z Wierzchołka Góry, * W imieniu wszystkich Braci * ja Ciebie pragnę uwielbić, Książę Ciemności. * Stułę wszystkiego, co Nieświęte * Wkładam oto w Twoje ręce * Potrójną Koronę Piotra * Zgodnie z nieugiętą wolą Lucyfera * Byś tu rządził. * Aby był Jeden Kościół, * Jeden Kościół od Morza do Morza, * Jedno Wielkie i Potężne Zgromadzenie * Mężczyzn i Kobiety, * zwierząt i roślin. * Aby nasz Kosmos znów * Był jeden, niezwiązany i wolny.

Przy ostatnim słowie, na znak dany przez Leona, wszyscy w jego kaplicy usiedli. Rytuał został przekazany do Kaplicy Docelowej w Rzymie.

W ten sposób Intronizacja Księcia do Cytadeli Słabego prawie już dobiegła końca. Pozostała jeszcze tylko Autoryzacja, Ustawa Instrukcyjna i Dowód. Strażnik podniósł oczy znad ołtarza i skierował ponure wejrzenie na Międzynarodowego Delegata, który przyniósł mieszek zawierający list Autoryzacyjny i Instrukcję. Wszyscy odprowadzali go wzrokiem, gdy wstał i skierował się do ołtarza, wziął do ręki mieszek, wyjął papiery i twardym pruskim akcentem przeczytał Ustawę Autoryzacyjną:

– „Z mandatu Zgromadzenia i Świętych Starszych wyznaczam, autoryzuję i uznaję tę kaplicę, która odtąd będzie się nazywała Kaplicą Wewnętrzną, za zajętą, posiadaną i będącą całkowitą własnością Tego, którego intronizowaliśmy jako Pana i Mistrza naszego ludzkiego losu.

Ktokolwiek środkami tej kaplicy będzie desygnowany i wybrany na ostatniego sukcesora Urzędu Piotrowego, mocą swej urzędowej przysięgi poświęci siebie i wszystkich, którym rozkazuje, aby byli gorliwymi instrumentami i współpracownikami Budowniczych Domu Człowieczego na Ziemi i w całym Kosmosie Człowieka.Przemieni on prastarą Wrogość w Przyjaźń, Tolerancję i Asymilację, i będzie to zastosowane do narodzin, edukacji, pracy, finansów, handlu, przemysłu, nauki, kultury, życia i dawania życia, umierania i udzielania śmierci. Niechaj tedy zostanie uformowana Nowa Era Człowieka”.

Niech się tak stanie! – zaintonował Stróż odpowiedź rzymskiej falangi.

– Niech się tak stanie! – zaintonował biskup Leon – na znak dany przez gońca ceremonialnego – wyrażając zgodę uczestników.

Następny rytualny nakaz, Ustawa Instrukcyjna, była to w rzeczywistości uroczysta przysięga zdrady, mocą której każdy duchowny obecny na ceremonii w Kaplicy św. Pawła w Watykanie  – czy to kardynał, biskup czy prałat – celowo i rozmyślnie sprofanuje sakrament święceń, mocą którego niegdyś otrzymał łaskę i władzę uświęcania innych.

Delegat Międzynarodowy uniósł lewą rękę, czyniąc znak.

– Czy wszyscy tu obecni i każdy z osobna – odczytywał tekst przysięgi – usłyszawszy tę Autoryzację, teraz uroczyście przysięgają przyjąć ją chętnie, jednogłośnie, natychmiast, bez żadnych zastrzeżeń lub wybiegów?

– Przysięgamy!

– Czy wy wszyscy i każdy z osobna przysięgacie uroczyście, że będziecie wykonywać swoje obowiązki z myślą o wypełnieniu celów Powszechnego Kościoła Człowieka?

– Przysięgamy uroczyście.

– Czy wy wszyscy i każdy z osobna jesteście gotowi podpisać to jednogłośne postanowienie własną krwią, oby Lucyfer cię uderzył, jeślibyś się sprzeniewierzył tej Przysiędze Zgody?

– Jesteśmy gotowi.

– Czy wy wszyscy i każdy z osobna zgadzacie się mocą tej Przysięgi przenieść Panowanie i Posiadanie waszych dusz z Prastarego Wroga, Najwyższego Słabego, we Wszechpotężne ręce naszego Pana, Lucyfera?

– Zgadzamy się.

Teraz nadeszła pora na Rytuał Końcowy. Na Dowód.

Umieściwszy oba dokumenty na ołtarzu, delegat wyciągnął rękę do Strażnika. Wówczas rzymianin o granitowej twarzy złotą pincetą nakłuł opuszkę kciuka lewej ręki delegata i złożył krwawą pieczęć przy jego nazwisku na Ustawie Autoryzacyjnej.

Uczestnicy watykańskiej uroczystości szybko poszli w ślady Delegata. A kiedy już każdy członek Rzymskiej Falangi zadośćuczynił ostatniemu rytualnemu wymogowi, w Capella Paolina rozbrzmiała srebrna sygnaturka.

W Kaplicy amerykańskiej trzykrotnie zawtórował jej delikatny, melodyjny głos dzwonu nieskończoności. Ding! Dong! Ding! Wyjątkowo gustowny dźwięk – pomyślał Leon – gdy oba zgromadzenia zaintonowały pieśń na wyjście:

– Bim! Bom! Bam!* Nic nie Przemoże Prastarych Bram! * Upadnie Skała i Krzyż sam * Na zawsze * Bim! Bom! Bam!

Procesja wyjściowa uformowała się odpowiednio do rang. Na początku szli akolici. Potem ojciec Medico z bezwładnym i trupiobladym ciałem Agnieszki w ramionach. Na końcu Arcykapłan i biskup Leon, którzy podjęli śpiew, znikając w zakrystii.

Członkowie Falangi Rzymskiej wyszli na dziedziniec św. Damazego we wczesnych godzinach rannych w święto Piotra i Pawła. Wsiadając do czekających limuzyn niektórzy kardynałowie i biskupi odpowiedzieli na pełne czci saluty gwardzistów, czyniąc machinalny gest błogosławieństwa. \

Dziedziniec opustoszał i tylko mury Kaplicy św. Pawła jak zawsze jaśniały wspaniałymi freskami przedstawiającymi Chrystusa i św. Pawła Apostoła, którego imię przybrał ostatni sukcesor na Stolicy Piotrowej.

Umberto Longo: Mason mianowany członkiem Papieskiej Komisji Nauk Historycznych

Umberto Longo: Mason mianowany członkiem Papieskiej Komisji Nauk Historycznych

Date: 15 agosto 2026 Author: Uczta Baltazara babylonianempire/umberto-longo-mason-mianowany-czlonkiem-papieskiej-komisji-nauk-historycznych

13 sierpnia 2026, papież Leon XIV mianował Umberto Longo, dyrektora Włoskiego Instytutu Historycznego Średniowiecza oraz profesora historii średniowiecza na Uniwersytecie La Sapienza w Rzymie, członkiem Papieskiej Komisji Nauk Historycznych. press.vatican.va/salastampa/en/bollettino/pubblico

phd.uniroma1.it/web/Umberto-LONGO

Nominacja ta nastąpiła pomimo istnienia dowodów dokumentalnych łączących go z masonerią, w tym zapisów ze Starożytnego i Uznanego Rytu Szkockiego oraz wystąpień Longo podczas imprez organizowanych w ramach aktywności największej loży masońskiej we Włoszech, Wielkiego Orientu Włoch (GOI).

Na przykład, 9 lutego 2019 r. Longo wziął udział w konferencji „Bóg i ludzie. Republika Rzymska. 170 lat miłości”, zorganizowanej w Rzymie przez GOI oraz Okręgową Radę Czcigodnych Mistrzów z Lacjum. Zachowane nagranie wideo stanowi wizualny dowód wystąpienia Longo podczas owego spotkania, które otworzył Giuseppe Bramucci, mistrz masoński.

Longo wygłosił w szczególności wykład zatytułowany „Dziedzictwo Republiki Rzymskiej”.

grandeoriente.it/roma-i-170-anni-della-repubblica-romana-convegno-della-loggia-dio-e-popolo

radioradicale.it/dio-e-popolo-repubblica-romana-170-anni-di-amore

Republika Rzymska z 1849 r. pozostawała pod głębokim wpływem ideałów wolności, równości i braterstwa, które rozprzestrzeniły się w Europie po okresie Oświecenia i rewolucji francuskiej, a jej powstanie wynikało z nienawiści wobec papieża. Przywódcy Republiki – w tym Giuseppe Mazzini – byli w większości masonami i podzielali charakterystyczną dla tradycji masońskiej wizję moralnej i obywatelskiej odnowy ludzkości, opartej na rozumie i powszechnym braterstwie, a nie na autorytecie religijnym.

W numerze czasopisma „Logos” z 2013 roku, wydawanego przez Starożytny i Uznany Ryt Szkocki we Włoszech, znajduje się artykuł napisany przez „Brata Mówcę Umberto Longo 4°”, należącego do grona funkcjonariuszy Loży Doskonałości Tajemnych Mistrzów „Giano” w Rzymie. Artykuł dotyczy historii, rytuałów oraz rozwoju inicjacyjnego Rytu Szkockiego. ritoscozzese.it/wp-content/uploads/2017/12/LOGOS

Tytuł „Fr.” jest używany w publikacji jako skrót od „Fratello” („Brat”), natomiast liczba wskazuje stopień masoński. W szczególności liczba „4°” oznacza, że osiągnął on czwarty stopień Starożytnego i Uznanego Rytu Szkockiego.

Do tej dokumentacji dochodzi drugie oficjalne źródło, tym razem pochodzące z Wielkiego Wschodu Włoch. Jego czasopismo „Erasmo”, numer 7–8 z 2013 roku, informuje o „Zgromadzeniu I stopnia”, które odbyło się 25 marca w Rzymskiej Loży Masońskiej przy Piazzale degli Archivi. W relacji wyjaśniono, że w spotkaniu wzięło udział wielu braci i Czcigodnych Mistrzów, a wśród tych ostatnich wyraźnie wymieniono Umberto Longo. Nie była to otwarta konferencja naukowa, lecz obrzędy masońskie pierwszego stopnia. grandeoriente.it/wp/2015/05/erasmo (strona 27 PDF)

Jednak prawdopodobnie najbardziej znaczący dowód dokumentalny wynika z zestawienia dwóch odrębnych źródeł z 2014 roku. 8 lipca 2014 r. oficjalna strona internetowa Wielkiego Wschodu Włoch ogłosiła, że następnego dnia, w ramach tzw. „Szkockiego lipca” organizowanego przez Regionalny Inspektorat Lacjum, Umberto Longo wygłosi wykład zatytułowany „Dynamiczna droga doskonalenia się Rycerzy Szkockich. Tradycja i rytuały, odnowa i uniwersalność”. grandeoriente.it/luglio-scozzese-due-appuntamenti-dedicati-alla-tradizione-alla-ritualita-e-ai-percorsi-esoterici-ed-essoterici

Ta sama praca, pod dokładnie tym samym tytułem, ukazała się w numerze czasopisma „Logos” z 2014 roku, wydawanego przez Ryt Szkocki. Tam autor jest jednoznacznie wskazany jako „Brat U. Longo 9 °”. Wielki Orient publicznie przypisuje ten wykład Umberto Longo; publikacja Rytu Szkockiego zawiera ten sam tekst i przypisuje go „Bratu U. Longo”, dziewiątego stopnia. W tym samym numerze zamieszczono ponadto „Tavola d’Agape 2013 Brata Mówcy U. Longo 9°”: tj. coroczną uroczystą kolację loży „Giano”, podczas której modlitwę wygłosił po raz kolejny ten sam “Mówca”, którego magazyn w poprzednim roku zidentyfikował, podając jego pełne imię i nazwisko.

Równie wiele mówi sama treść tekstu. Longo nie pisze z perspektywy zewnętrznego badacza, który opisuje rytuały jako przedmiot badań historycznych. Mówi o „przywileju uczestniczenia w rytuale inicjacyjnym”, o korzystaniu z narzędzi, które „udostępnia masoneria”, a także o dążeniach masonów i obowiązkach rycerzy szkockich. ritoscozzese.it/wp-content/uploads/2017/12/LOGOS

Dokumentacja nie kończy się w 2014 roku. W czasopiśmie „Logos” z 2015 roku pojawia się kolejny artykuł zatytułowany „Szkocka piramida rytualna”, podpisany „Fr. U. Longo 9°”. Tekst ten został bez wątpienia napisany przez osobę należącą do tego Rytu. Longo używa sformułowań takich jak „w rytuale IV stopnia kazano nam wykonać” oraz, jeszcze bardziej dosadnie, „Jako masoni i szkoci mamy zatem…””. Trudno wyobrazić sobie bardziej bezpośrednie sformułowanie dotyczące sytuacji, z której pisze autor. ritoscozzese.it/wp-content/uploads/2017/12/LOGOS

W grudniu 2022 roku, Longo wziął udział w konferencji poświęconej Hugo Prattowi, znanemu włoskiemu rysownikowi komiksowemu, który był masonem. Konferencję zorganizowała „Fondazione Scozzese Triveneta” – instytucja kulturalna powiązana ze środowiskiem Starożytnego i Uznanego Rytu Szkockiego.

W swoim wykładzie, Longo z niezwykłą precyzją opisuje etapy masońskiego rytuału inicjacyjnego: “komnatę refleksji”, “pozbywanie się metali”, “wewnętrzną podróż”. Przedstawia je nie tylko jako przedmiot badań historycznych, ale jako „kompletną reprezentację”, którą interpretuje, posługując się językiem osoby dobrze zorientowanej w symbolice Zakonu.

Na zakończenie swojego wykładu Longo podsumowuje, zaliczając siebie, Hugo Pratta, Corto Maltese oraz publiczność do jednej wspólnej kategorii: „Corto i Ugo doskonale wiedzą, że wtajemniczony może być jedynie podróżnikiem… Pratt i Corto uosabiają to wszystko, z łagodnym uśmiechem, bez dogmatów, bez roszczeń do prymatu; są dżentelmenami losu. I w końcu my też tacy jesteśmy”.

Jeszcze bardziej uderzające jest to, że na zakończenie konferencji głos zabrał mężczyzna przedstawiony jako Najwyższy Wielki Komandor Starożytnego i Uznanego Rytu Szkockiego, aby podziękować prelegentowi, zwracając się do niego dosłownie jako do „brata profesora Longo”. (ustawić suwak video na 1.00.00)

https://youtube.com/watch?v=556WWS7zMxI%3Fversion%3D3%26rel%3D1%26showsearch%3D0%26showinfo%3D1%26iv_load_policy%3D1%26fs%3D1%26hl%3Dit%26autohide%3D2%26wmode%3Dtransparent
https://youtube.com/watch?v=nW4Ug8ghWrY%3Fversion%3D3%26rel%3D1%26showsearch%3D0%26showinfo%3D1%26iv_load_policy%3D1%26fs%3D1%26hl%3Dit%26autohide%3D2%26wmode%3Dtransparent

INFO: infovaticana.com/it/umberto-longo-un-massone-designato-al-comitato-pontificio-di-scienze-storiche

lifesitenews.com/news/breaking-pope-leo-xiv-appoints-freemason-to-vatican-committee

“Non praevalebunt”: Oto krucyfiks cudownie ocalały z pożaru lasu…

Zrobione 26 lipca 2026 roku, zdjęcie tego oto krucyfiksu błyskawicznie obiegło świat. Krzyż ten znajdował się w samym centrum ogniska pożaru, który spustoszył lasy we francuskim departamencie Gironde. Ten piękny krucyfiks, pozostający nienaruszony pośród całkowicie spalonych drzew, ocalał, co wywołało falę spontanicznych komentarzy o „cudzie” w mediach społecznościowych i prasie.

Zdjęcie kalwarii w Saumos, wykonane 26 lipca przez fotoreportera Patricka Bernarda, wzbudziło natychmiastowy entuzjazm. Wielu dostrzegło w nim cud, znak z Nieba i znak nadziei, przypominający o zwycięstwie Chrystusa nad piekłem.

Tenże entuzjazm i zapał wiary nie spotkały się jednak z przychylnością wśród duchowieństwa miasta Bordeaux. Na stronie internetowej diecezji Bordeaux opublikowano bowiem artykuł ks. Clémenta Barré, który kategorycznie sprzeciwił się nazywaniu tego wydarzenia cudem.

Napisał:

„Jeśli twierdzimy, że Bóg interweniował, aby ocalić ten krucyfiks, to tym samym twierdzimy, że nie interweniował na rzecz domów, lasów, zwierząt, poległych lub rannych strażaków oraz tych, którzy stracili wszystko. Bóg, który miałby ocalić swój wizerunek, a pozwolić spłonąć swoim stworzeniom, nie byłby Ojcem Jezusa Chrystusa. Byłby to bożek, zazdrosny o swoje drewno i obojętny na ciało”. bordeaux.catholique.fr/meditation-sur-le-calvaire-de-saumos/

INFO: fsspx.news/fr/news/un-crucifix-miraculeusement-epargne-par-un-incendie-foret

Brawo Leon !

Sancta Ecclesia Catholica

PILNE: Papież Leon XIV mianował masona do watykańskiej komisji

Umberto Longo, mianowany członkiem Papieskiego Komitetu Nauk Historycznych, wielokrotnie pojawia się w dokumentach masońskich.

WATYKAN (LifeSiteNews) — Papież Leon mianował historyka, który pojawia się wielokrotnie w dokumentach masońskich, członkiem watykańskiej komisji zajmującej się historią.

13 sierpnia papież Leon XIV mianował Umberta Longo, dyrektora Włoskiego Instytutu Historycznego Średniowiecza oraz profesora historii średniowiecznej na Uniwersytecie Sapienza w Rzymie, członkiem Papieskiego Komitetu Nauk Historycznych.

Nominacja nastąpiła pomimo dokumentów wskazujących na jego związki z masonerią, w tym zapisów dotyczących Rytu Szkockiego Dawnego i Uznanego, a także późniejszych wystąpień Longo podczas wydarzeń organizowanych w środowisku związanym z największą włoską obediencją masońską — Wielkim Wschodem Włoch (Grand Orient of Italy, GOI).

Przykładowo, 9 lutego 2019 r. Longo uczestniczył w konferencji zatytułowanej „Bóg i ludzie. Republika Rzymska. 170 lat miłości”, zorganizowanej w Rzymie przez Wielki Wschód Włoch oraz Okręgowe Kolegium Czcigodnych Mistrzów Lacjum. Zachowane nagranie wideo pokazuje Longo przemawiającego podczas tego wydarzenia, którego otwarcia dokonał Giuseppe Bramucci, mistrz masoński. Longo wygłosił wykład zatytułowany „Dziedzictwo Republiki Rzymskiej”.

Republika Rzymska z 1849 r. była głęboko inspirowana ideałami wolności, równości i braterstwa, które rozpowszechniły się w Europie po oświeceniu i rewolucji francuskiej. Została ustanowiona w opozycji do papieża rzymskiego. Jej przywódcy — w tym Giuseppe Mazzini — byli w większości masonami i podzielali masońską wizję moralnej oraz obywatelskiej odnowy ludzkości, opartej na rozumie i powszechnym braterstwie, a nie na autorytecie religijnym.

Chociaż samo nagranie nie stanowi wystarczającego dowodu na przynależność Longo do masonerii — loże masońskie często zapraszają na publiczne konferencje osoby sympatyzujące z myślą masońską, które nie są członkami masonerii — to jednak stanowi dowód jego wyraźnie przychylnego stosunku do masońskiej kultury i jej ideałów.

Istnieją jednak również inne elementy, które należy wziąć pod uwagę.

W szczególności wydanie czasopisma „Logos” z 2014 r., publikowanego przez włoski Ryt Szkocki Dawny i Uznany, zawiera artykuł autorstwa „Fr. Oratore Umberto Longo 9°”, wymienionego wśród funkcjonariuszy Loży Doskonałości Tajnych Mistrzów „Giano” w Rzymie. Artykuł dotyczy historii, rytuału oraz rozwoju inicjacyjnego Rytu Szkockiego.

Skrót „Fr.” użyty w publikacji oznacza Fratello, czyli „Brat”, natomiast liczba wskazuje na stopień masoński. W tym przypadku „9°” oznacza dziewiąty stopień Rytu Szkockiego Dawnego i Uznanego — Wybranego Dziewięciu (Elect of the Nine).

Nie stanowi to absolutnie rozstrzygającego dowodu, że Longo przedstawiony w „Logos” jako brat-mason jest tą samą osobą, która uczestniczyła w masońskiej konferencji w Rzymie w 2019 r. Jednak zbieżność dwóch osób o tym samym nazwisku, pochodzących z Rzymu i będących specjalistami w zakresie historii Rytu Szkockiego, wydaje się bardzo mało prawdopodobna.

Co więcej, na stronie internetowej Wielkiego Wschodu Włoch Umberto Longo jest wielokrotnie wymieniany jako stały gość ich konferencji.

Oprócz informacji o wydarzeniu w Rzymie z 2019 r. pojawia się on również wśród prelegentów konferencji z 2014 r., poświęconej — ponownie — historii Rytu Szkockiego Dawnego i Uznanego.

W grudniu 2022 r. Longo uczestniczył także w konferencji poświęconej Hugo Prattowi, słynnemu włoskiemu autorowi komiksów, który sam był masonem. Konferencję zorganizowała Fondazione Scozzese Triveneta, instytucja kulturalna związana ze środowiskiem Rytu Szkockiego Dawnego i Uznanego.

Podczas swojego wykładu Longo z niezwykłą dokładnością opisywał kolejne etapy masońskiego rytuału inicjacyjnego: komnatę rozmyślań, pozbawienie metali oraz wewnętrzną podróż. Przedstawiał je nie tylko jako przedmiot badań historycznych, ale używał języka osoby dobrze zaznajomionej z symboliką Zakonu.

Pod koniec wykładu Longo umieścił siebie, Hugo Pratta, Corto Maltese oraz publiczność w jednej wspólnej kategorii:

„Corto i Ugo dobrze wiedzą, że wtajemniczony może być tylko podróżnikiem… Pratt i Corto ucieleśniają to wszystko, z łagodnym uśmiechem, bez dogmatów, bez roszczeń do pierwszeństwa; są dżentelmenami fortuny. A przecież ostatecznie my również nimi jesteśmy”.

Jeszcze bardziej wymowny jest fakt, że na zakończenie konferencji głos zabrał mężczyzna przedstawiony jako Suwerenny Wielki Komandor Rytu Szkockiego Dawnego i Uznanego, który podziękował prelegentowi, zwracając się do niego wprost słowami „Bracie Profesorze Longo”.

Źródło: lifesitenews.com/…/breaking-pope-leo…/…

Nihil novi sub sole. To перестройка или передышка?

Nihil novi sub sole 

Izabela BRODACKA

Klinika przy ulicy Hożej 80 w Warszawie, róg Emilii Plater powstała około 1910 roku dla Sanatorium Towarzystwa Pielęgnowania Chorych pod wezwaniem Świętego Józefa. W skład zespołu wchodził pawilon dla chorych oraz dwupiętrowy pawilon chirurgiczny.

W latach 1931-32 klinikę przebudowano według projektu Ludwika Tokara. Nadbudowano budynek narożny oraz rozbudowano go wzdłuż ulicy Hożej. 
Budynek przetrwał okupację niemiecką. W czasie Powstania Warszawskiego mieścił się tam szpital polowy dla walczącego Śródmieścia. 

Natychmiast po “wyzwoleniu” w budynku urządzono szpital rządowy. Urządzono zamkniętą klinikę dla partyjnej komunistycznej nomenklatury wyposażoną w najnowszy sprzęt, zatrudniającą najlepszych lekarzy i oferującą wybranym luksusowe warunki. Leki stosowane przy leczeniu uprzywilejowanych pacjentów były niedostępne w aptekach i zwykłych szpitalach. Na przykład pacjenci kliniki rządowej dziury w zębach mieli wypełniane amerykańskimi plombami kompozytowymi podczas gdy zwykli śmiertelnicy szczerzyli zęby zeszpecone czarnym amalgamatem. Podobno właśnie po plombach rozpoznawano na Zachodzie przy autopsji zwłoki ofiar pochodzących z krajów Europy Środkowo Wschodniej. 

Bodajże w 1964 roku usuwała sobie w tej klinice wrastające paznokcie pani Tomiła Blinowska, słynna Mizia żona Franciszka Blinowskiego członka czy zastępcy członka KC PZPR,  posła na sejm i wówczas przewodniczącego PKPG. Mizia była znana mojej matce i ciotce z Kresów. Była z nimi po prostu na tej samej pensji. Wówczas to Franciszek Blinowski komunizujący gołodupiec emablował poleskie panny i szukał żony w odwiedzanych dworach oraz mieszczańskich zamożnych domach. Wśród nich była Tomiła Luberadzka i ją właśnie udało mu się upolować. Rodzina Tomiły zapewniła mu wygodne życie na Kresach. 

Zrewanżował się zapewniając jej luksusowe życie, godne komunistycznej partyjnej nomenklatury, w powojennej Polsce. W tym usuwanie wrastających paznokci (miał rację stary Marks mówiąc, że historia powtarza się jako farsa) w rządowej klinice przy Emilii Plater gdzie zajmowała w tym celu dwupokojowy apartament. Wiem, bo odwiedziłam ją tam z konieczności. Miałam za zadanie oddać jej jakąś książkę. Chciała poczęstować mnie kawą z ciasteczkami serwowaną przez pielęgniarką w fikuśnym fartuszku. Wybiegłam zbulwersowana. W tych czasach, dokładnie jak obecnie, wepchnięcie się do szpitala graniczyło z cudem. Trzeba natomiast przyznać, że chorych  już przyjętych wówczas leczono a nie poddawano protokołowi terapii daremnej. Dlatego niektórzy uważają, że za komuny ze Służbą Zdrowia było lepiej. 

W sobotę 26 kwietnia 1986 roku, gdy poprzedniej nocy wybuchł reaktor w Czarnobylu, byłam z synkiem w Rokicinach Podhalańskich w pensjonacie sióstr zakonnych. Tego samego dnia wróciłam do Warszawy. Dowiedziałam się, że młodsze dziecko spędziło cały upalny dzień w przedszkolnym ogródku, a pozostałe były ze szkołą na wycieczce po Warszawie. Nikt nie powiadomił wychowawców o zagrożeniu, usiłowano utrzymać katastrofę w tajemnicy. 

Tymczasem w klinice rządowej podawano specjalnie wezwanym  prominentom i ich rodzinom w najgłębszej tajemnicy płyn Lugola. Płyn Lugola to wodny roztwór jodu i jodku potasu. Sporządzenie go nie wymaga szczególnej wiedzy ani trudno dostępnych składników. W warunkach awaryjnych można skorzystać ze sporządzonego w domu  roztworu zwykłej jodyny. Komunistyczne władze wolały jednak narazić swoich obywateli, w tym małe dzieci, na poważne choroby niż przyznać się do katastrofy elektrowni należącej przecież do sąsiada, a nie do Polski. 

Przypadki śmierci pacjentów, którym nie udzielono pomocy nie są także niczym nowym. Wszyscy pamiętamy zapewne  „łowców skór” czyli grupę pracowników łódzkiego pogotowia ratunkowego (lekarzy, sanitariuszy i dyspozytorów), którzy handlowali informacjami o zgonach pacjentów z właścicielami zakładów pogrzebowych i celowo uśmiercali chorych Pavulonem aby nie stracić zysku z prowizji. Ten zysk to horrendum – 300 złotych od „skóry” czyli od zabitego w okrutny sposób człowieka. Pavulon to środek zwiotczający mięśnie, w tym oddechowe. Kiedy duszący się pacjent umierał pan doktor spokojnie palił papierosa. 

Nie pamiętam daty ale już w tak zwanej wolnej Polsce w pogotowiu przy Hożej zmarła wybitna działaczka Związku Niewidomych pani Siekierzyńska. Czekając na pomoc spadła w korytarzu z krzesełka i skonała w kałuży krwi. Wezwany do jej domu lekarz pogotowia stwierdził (sic!) histerię choć był to wylew. Ordynator pogotowia odmawiał jakiejkolwiek  informacji na ten temat, lekarz czy nie lekarz, (nie udało się tego ustalić) wyjechał pospiesznie  na Ukrainę.

Saloniki dla vipów, operowanie wrastających paznokci. Jak w tytule- to nic nowego pod słońcem. Życie społeczne wraca dokładnie w stare błotniste koryto. Przemoc ideologiczna- przecież wszystko jedno czy pod czerwonym czy pod zielonym sztandarem. Przemoc fiskalna. Przemoc prawna. Wyroki pisane przez polityków, wydawane przez dyspozycyjnych sędziów i egzekwowane przez aparat władzy wobec niewinnych osób takich jak choćby ksiądz Olszewski. No i zwierzęta – równe i równiejsze. Te równiejsze wobec prawa, w kolejce do lekarza,  a nawet na oddziale ratunkowym. Optymiści twierdzą, że jest to efekt bezwładności zjawisk społecznych. Twierdzą, że zmiana starych nawyków i stereotypów to tylko kwestia czasu. Ja to widzę bardziej pesymistycznie.

 Uważam, że trzeba sobie odpowiedzieć na podstawowe pytanie. Tak zwana transformacja ustrojowa była to перестройка или передышка? Po rosyjsku bo przemiany w Europie Środkowo-Wschodniej były realizowane dokładnie według „modelu Andropowa” to znaczy według koncepcji kontrolowanej transformacji ustrojowej, zapoczątkowanej w ZSRR. Zakładała ona przeprowadzenie ewolucyjnych reform gospodarczych i politycznych pod ścisłą kontrolą aparatu bezpieczeństwa. Miało to na celu dominację ekonomiczną starych oraz na nowo wykreowanych elit. Ekipa Tuska i on sam należą do tych elit wystruganych ze zgniłego banana. Ich podstawową cechą jest służalczość i oportunizm. 

Nowa Jerozolima skrywanym celem wojny na Ukrainie?

Agnieszka Piwar https://www.bibula.com/?p=139032


[przypominam md]

Pierwsza rocznica rozpoczęcia specjalnej operacji wojskowej Rosji na Ukrainie – gdzie od 2014 roku trwa wojna – skłania do pewnych przemyśleń i podsumowań. Znawcy tematu nie pozostawiają wątpliwości. Konflikt za naszą wschodnią granicą rozgrywa się w interesie i z inicjatywy mocarstwa zza Oceanu. Tymczasem warto zagłębić temat zaangażowania Żydów, o którym skrzętnie milczą redakcje w Polsce, także te będące w opozycji do głównego nurtu.

Miałam dużo czasu na obserwację i dedukcję, wszak wkrótce po tym jak Rosjanie wkroczyli na Ukrainę straciłam pracę. Czy miało to jakiś związek? Nie poinformowano mnie o powodzie rozwiązania ze mną umowy w trybie natychmiastowym, ale mogę się tego domyślać, gdyż pracowałam w archiwum publicznej telewizji. Utrata pracy zbiegła się w czasie, kiedy uruchomiono wobec mnie lawinę ataków, w tym publicznych zniesławień, zakłamanych artykułów czy nawet pogróżek wysyłanych w prywatnych wiadomościach. Byłam oczerniana, wyzywana od „ruskich agentów”, etc. Hejt wylewał z każdej strony. Mój przypadek nie jest odosobniony. Z podobną nagonką i problemami spotkali się inni polscy publicyści czy komentatorzy, którzy nie powielali narracji mainstreamu o „złej Rosji” i „niewinnej Ukrainie”.

Czym sobie zasłużyłam na nagonkę i problemy? Być może uwagą skierowaną pod adresem szefa rządu RP. Jeszcze przed rozpoczęciem tzw. rosyjskiej operacji specjalnej, Mateusz Morawiecki chwalił się w mediach społecznościowych, że Polska przekaże broń Ukrainie. W komentarzu, pod własnym nazwiskiem wytknęłam premierowi, że dostarczanie broni Ukraińcom to zły pomysł, gdyż przez 8 lat prześladowali i mordowali oni własnych obywateli, którzy mówili po rosyjsku czy sprzeciwiali się Euromajdanowi. Jako przykładowy dowód wkleiłam zdjęcia i relacje z masakry w Odessie, do jakiej doszło 2 maja 2014 roku.

Uciszyć za niewygodne fakty

Moją pierwszą publikację po 24 lutego 2022 roku – a więc po militarnym wejściu Rosjan na Ukrainę – rozpoczęłam od słów: «Kilka lat temu, już po wybuchu Euromajdanu, poznałam w Gliwicach młodego Ukraińca. Podczas luźnej rozmowy zapytałam dlaczego właściwie przyjechał do Polski. Odpowiedział, że wyjechał z Ukrainy, by wymigać się przed przymusowym wcieleniem do wojska. Wyjaśnił, że jego matka jest Rosjanką, a on po prostu nie chciał strzelać do swoich. Czy któryś z majdanowych podżegaczy z Polski pomyślał choć przez chwilę, że wpychanie Ukraińców na prozachodni kurs sprowadzi na zwykłych mieszkańców Ukrainy tego typu dramatyczne dylematy?».

W tamtych dniach udostępniłam też w mediach społecznościowych wypowiedź profesora Johna Mearsheimera, słynnego amerykańskiego politologa, twórcy teorii realizmu ofensywnego, wykładowcy nauk politycznych na uniwersytecie w Chicago. W wywiadzie zamieszczonym na kanale „King’s Politics” omówił on pochodzenie i historię kryzysu na Ukrainie. Jego analizę uznałam za bardzo ciekawą i odważną jak na dzisiejsze czasy, dlatego zamieściłam to na swoim profilu.

Mearsheimer powiedział wprost, że «głównymi winowajcami za ten kryzys są Stany Zjednoczone i ich sojusznicy, a nie Putin, ani Rosja». Ten były oficer sił powietrznych USA wyjaśnił, że pierwszy i najważniejszy wymiar to ekspansja NATO. Amerykanin powiedział: «Pomysł był taki, że mieliśmy rozszerzyć NATO na Wschód, tak aby obejmowało to Ukrainę». Po czym skwitował: «Pomysł aby wziąć sojusz wojskowy, któremu przewodzi USA, najpotężniejszy kraj na świecie i doprowadzić ten sojusz do granic Rosji licząc na to, że ten fakt nie wzruszy Rosjan, jest nie do pomyślenia».

Ponadto, udostępniłam wtedy nagranie z wypowiedzią Douglasa Macgregora, emerytowanego pułkownika armii USA, doradcy p.o. szefa Pentagonu za czasów prezydentury Donalda Trumpa. W wywiedzie dla telewizji „Fox News” Macgregor powiedział: «Władimir Putin robi to, przed czym ostrzegał nas przez mniej więcej ostatnie 15 lat, a mianowicie, że nie będzie tolerować wojsk Stanów Zjednoczonych lub naszych rakiet na swoich granicach. Dokładnie tak samo, jak my nie tolerujemy rosyjskich wojsk i rakiet na Kubie. Zignorowaliśmy go i on w końcu zaczął działać. W żadnym wypadku nie pozwoli Ukrainie dołączyć do NATO».

Za publikowanie wypowiedzi wyżej wymienionych zostałam zwyzywana w komentarzach. Zarzucono mi, że powielam rosyjską propagandę i sugerowano, że opłaca mnie Kreml. Absurdalność tych zarzutów podbija fakt, że cytowane przeze mnie osoby to Amerykanie.

W międzyczasie polskojęzyczna bezpieka zablokowała przed czytelnikami z Polski dostęp do mojej autorskiej strony. Po wielomiesięcznej korespondencji jeden z operatorów (z którego internetu korzystałam) wreszcie przyznał, że zablokował dostęp do mojego bloga na żądanie „uprawnionych podmiotów”, gdyż uznano, że mój blog stanowi „zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa i obronności”.

Zdumiewający powód, zważywszy na to, że w moich publikacjach opowiadam się za pokojem i przeciwko wojnie, nigdy też nie popierałam żadnej interwencji zbrojnej. Co więcej, zawsze byłam stanowczo przeciwna angażowaniu Polski w konflikt rosyjsko-ukraiński, gdyż uważam, że sprowadzi to na nas wielkie niebezpieczeństwo. Tymczasem władze w Polsce nieustannie wpychają nas w ten konflikt.

To wszystko daje solidne podstawy przypuszczać, że utrata pracy i jedynego źródła utrzymania mogła mieć związek z moimi poglądami oraz wyżej przytoczonymi komentarzami.

Prawdziwy początek wojny

Wbrew obiegowej opinii wojna na Ukrainie nie rozpoczęła się 24 lutego 2022 roku, lecz osiem lat wcześniej. Cofnijmy się zatem do Euromajdanu na Ukrainie. Przewrót został zorganizowany i sfinansowany przez Amerykanów oraz ich sojuszników z NATO. Pretekstem do rozpętania masowych protestów i obalenia władzy było niepodpisanie przez ówczesnego prezydenta Wiktora Janukowycza umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Celem Euromajdanu było osłabienie Rosji, co miało pomóc Stanom Zjednoczonych w utrzymaniu pozycji światowego hegemona.

W konsekwencji na Ukrainie przez osiem lat działy się niewyobrażalne tragedie. Dokonano licznych zbrodni na ludności cywilnej Donbasu, prześladowano rosyjskojęzycznych obywateli Ukrainy, likwidowano język rosyjski, będący dla wielu językiem ojczystym. I wreszcie, zorganizowano masakrę w Odessie, gdzie 2 maja 2014 roku bestialsko zamordowano i spalono kilkadziesiąt niewinnych osób, a kilkaset zostało rannych. Naiwny jest ten, kto uważał, że sprowokowana Rosja nie zareaguje.

Kilka lat temu, podczas konferencji prasowej zorganizowanej przez ambasadę Syrii w Warszawie, usłyszałam jak jeden z polskich uczestników przedstawił tezę, że odpalenie Euromajdanu na Ukrainie to także odwet Amerykanów za zaangażowanie Rosji w pomoc Syrii. W podobnym czasie, a konkretnie 29 listopada 2016 roku, wysłuchałam w Sejmie RP wystąpienia chińskiego ekonomisty Songa Hongbinga, autora serii książek pt. „Wojna o pieniądz”. Gość z Chin przyjechał wtedy do Polski na specjalne zaproszenie Wydawnictwa Wektory. Hongbing powiedział wówczas, że przeszkodą w budowie Nowego Jedwabnego Szlaku jest wojna w Syrii oraz możliwość rozprzestrzenienia się konfliktu na Bliskim Wschodzie na Eurazję.

Z powyższego nasuwa się następujący wniosek. Wieloletnia wojna w Syrii, zainspirowana przez USA (i sojuszników) pod fałszywą flagą, opóźniła sfinalizowanie budowy południowej gałęzi Nowego Jedwabnego Szlaku, zaś wojna na Ukrainie powstrzymuje dokończenie budowy jego północnej odnogi.

Dlaczego Amerykanom na tym tak zależało? Kiedy budowa chińskiego projektu zostanie dokończona, wówczas Państwo Środka przejmie dominującą kontrolę nad transportem lądowym. Tym samym Chiny wyprą z roli światowego hegemona Stany Zjednoczone, które kontrolują obecnie szlaki morskie. Dlatego w interesie Amerykanów jest to, aby zarówno na Bliskim Wschodzie jak i w Europie Środkowo-Wschodniej wciąż się tliło, wszak konflikty i niepokoje w tych regionach powstrzymują dokończenie wielkiej chińskiej inwestycji.

Tragedia za naszą wschodnią granicą jest więc de facto wojną amerykańsko-chińską, gdzie główny prowokator – czyli NATO «szczekające pod drzwiami Rosji» – wykorzystuje jako mięso armatnie napuszczonych na siebie Rosjan i Ukraińców.

Tymczasem znając historię Żydów, za wielce prawdopodobne należy uznać, że przy okazji rywalizacji największych mocarstw będą próbować ubić własny geszeft. Jakby nie patrzeć, w myśl zasady «gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta» niejako nadarzyła się okazja stworzenia nowego państwa na terenach objętych działaniami zbrojnymi.

Przecież historia pokazuje, że Żydzi w przeszłości wykorzystali już globalny konflikt, by ugrać dla siebie państwo. W czasie pierwszej wojny światowej syjoniści zrzeszeni potężnej organizacji pod przywództwem Dawida Ben Guriona oraz Żydzi z wpływowej amerykańskiej rodziny Rothschildów zaproponowali Brytyjczykom, że wciągną Amerykanów w wojnę. W zamian zażądali Palestyny. Brytyjczycy na to przystali i podpisali deklarację Balfoura, w której rząd brytyjski przyrzekł syjonistom Palestynę jako „narodowy dom dla Żydów”. Słowa dotrzymali i po drugiej wojnie światowej na Bliskim Wschodzie stworzono tzw. państwo Izrael.

Choćby z tego względu warto się zastanowić czy projekt utworzenia nowego państwa dla Żydów – tym razem nad Morzem Czarnym – to realny zamiar.


Nowa ziemia obiecana

Na odebranych Palestyńczykom terenach sytuacja Żydów wygląda nieciekawie. Prześladowani Palestyńczycy stawiają opór; wokół wrogo nastawione państwa arabskie; nieopodal potężny Iran, który za punkt honoru wyznaczył sobie wyzwolenie Al-Quds (Jerozolimy) spod syjonistycznej okupacji. W tej sytuacji wydaje się być zasadne, że Żydzi mogą szukać dla siebie wyjścia awaryjnego i nowego miejsca. A jeśli już, to najlepiej z żyznymi ziemiami, dochodowymi kopalniami, dostępem do morza i portów.

Taką idealną nową ziemią obiecaną mogą być właśnie tereny południowo-wschodniej Ukrainy, dawnego państwa Chazarów. Sęk w tym, że od pokoleń mieszkają tam Rosjanie i Ukraińcy. Czyżby bratobójcza wojna miała przy okazji pomóc zlikwidować wielu z nich, by wyludnić teren pod nowe zasiedlenie? Brzmi niedorzecznie? Ale przecież jeszcze bardziej niedorzeczne jest to, że każdego dnia giną tam ludzie, a Zachód – zamiast zabiegać o rozmowy pokojowe i przerwanie masakry – dostarcza coraz to więcej broni.

Przyjrzyjmy się zatem projektowi, o którym nie wypada w Polsce głośno mówić. Milczy się o tym zarówno w głównym nurcie (co oczywiste), ale także w przeciwnych kręgach (co daje do myślenia), tj. środowiskach wyrażających krytyczne stanowisko wobec obecnych władz Ukrainy i usprawiedliwiających stanowisko Rosji.

Oczywiście gdzieniegdzie zdarzą się w Polsce jednostkowe przypadki, które podnoszą ten temat. Jednak reakcja mainstreamu na ten głos do złudzenia przypomina metody, które dobrze wszyscy pamiętamy z czasów apogeum szaleństwa mniemanej pandemii.

Przechodząc do sedna sprawy. Oficjalnym wizjonerem idei związanej powstaniem Nowej Jerozolimy / Niebiańskiej Jerozolimy jest Igor Berkut. Nieliczne wzmianki na ten temat kończą się w Polsce natychmiastowym oskarżeniem o powielanie „teorii spiskowych” oraz „fake newsów”, a także szerzenie „rosyjski propagandy” i „antysemickiej nagonki”. Nerwowa reakcja świadczy o tym, że jest to bardzo niewygodny temat, który tym bardziej warto poddać analizie.

Jakie środowisko w Polsce najgłośniej obala tezę o szykowaniu Nowej Jerozolimy? Tę rolę przyjęło na siebie Stowarzyszenie Demagog. Na stronie internetowej demagog.org.pl reklamują się następująco: «Naszym głównym celem jest poprawa jakości debaty publicznej poprzez dostarczanie obywatelom bezstronnej i wiarygodnej informacji».

Na czym polega ich „bezstronność”? Możemy to wywnioskować z zakładki dotyczącej finansowania organizacji. Wśród hojnych sponsorów Stowarzyszenia Demagog znajduje się m.in. Fundacja Batorego (założona przez żydowskiego finansistę Georga Sorosa) oraz ambasada Stanów Zjednoczonych. Przy takich donatorach nie sposób oczekiwać, że mamy tu do czynienia ze środowiskiem niezależnym i wiarygodnym.

Jeśli osoby finansowane przez takie podmioty nerwowo zapewniają, że projekt Niebiańska Jerozolima to fake news, to tym bardziej powinno to skłaniać do refleksji, że coś jednak jest na rzeczy.

Oczywiście zaprzeczają też sami Żydzi. Przykładem jest Jakow Kedmi, izraelski dyplomata urodzony w Moskwie, były szef Biura ds. Łączności „Nativ” – izraelskiej rządowej organizacji zajmującej się utrzymywaniem kontaktów z Żydami mieszkającymi na obszarze postsowieckim. W wywiadzie dla kanału „Waldman-LINE” Kedmi totalnie zaprzeczył, że istnieją jakiekolwiek plany „Nowej Chazarii” czy „Niebiańskiej Jerozolimy”, nazywając to „bredniami łysej kobyły”.


Mrzonki, prowokacja czy realny plan?

Kim jest wspomniany Igor Berkut? To lider partii Wielka Ukraina, weteran wojny w Afganistanie. Berkut ma oficjalnie poglądy lewicowe, antysystemowe i mocne kontakty w Izraelu, a nawet tamtejsze obywatelstwo.

Na nagraniu udostępnionym na YouTube w 2017 roku, Igor Berkut bez ogórek opowiada o „przełomowym wydarzeniu początku 2017 roku” jakim było wylądowanie w porcie Odessy imigrantów z Izraela. «Grupa 183 żydowskich pionierów przybyła na Ukrainę z Hajfy, aby położyć pierwszy kamień pod fundament Niebiańskiej Jerozolimy na żyznej ziemi pięciu regionów południowej Ukrainy». Z zapowiedzi Berkuta, dyrektora wykonawczego projektu, wynika, że Nowa Jerozolima do 2027 roku ma się stać ośrodkiem dobrobytu dla osadników żydowskich. Według Berkuta pieniądze i decydujące przełomowe technologie dla Niebiańskiej Jerozolimy mają zostać przekazane przez największe domy bankowe i międzynarodowe korporacje, z których większość należy do Żydów.

Na portalu „Moskwa – Trzeci Rzym” [3rm.info], czytamy: «Według tego projektu Ukraina nie przestanie istnieć, nawet jeśli pozostało jej 9 czy 7 regionów. Ilu z nich pozostanie, zdecyduje naród Ukrainy. Projekt „Nowej Jerozolimy” jest następujący: 5+5+5. Pierwsze 5 lat, począwszy od 2014 roku, to rozpad i dekompozycja dotychczasowego systemu władzy, systemu edukacji publicznej (prezydent Poroszenko). Kolejne 5 lat to destrukcja i fragmentacja, która rozpocznie się po 2019 roku (prezydent Zełenski – przyp. red.). A następne 5 lat to przeformatowanie i wchłonięcie oraz ustrukturyzowanie tych nowych stowarzyszeń politycznych, geograficznych i innych, które zastąpią tę Ukrainę, jaką znaliśmy, poczynając od Ukraińskiej SRR.»

Igor Berkut zapowiada: „Według naszego projektu rok 2029 jest rokiem, w którym w szczególności zacznie istnieć projekt Nowa Jerozolima i zrobi pierwszy krok. A 15 lat to normalny okres, po którym nowe, co najważniejsze, żywotne, dobrze prosperujące, zorientowane na przyszłość formacje pojawią się w miejsce istniejących podmiotów (państwo Ukraina – red.), w tym oczywiście Ukrainy”.

I wreszcie Berkut przyznaje: „Budowa Nowej Jerozolimy na Ukrainie rozpoczęła się zamachem stanu w lutym 2014 roku. Ukraina została wyjęta spod wpływów Rosji i Chin. Z powodu konfliktu na Ukrainie nie ma rosyjskich pieniędzy. W bitwie trzech stolic zwyciężył kapitał amerykański, w większości żydowski – to pieniądze światowej społeczności żydowskiej. Żydzi wygrali tę bitwę z Rosją i Chinami, ponieważ Ukraina jest „przyszłością narodu żydowskiego na planecie Ziemia”.

Co ciekawe, o Beniaminie Netanjahu – który jest najdłużej sprawującym urząd premierem Izraela – Igor Berkut powiedział, że będzie przyszłym premierem Nowej Jerozolimy. Pikanterii dodaje fakt, że Netanjahu przyznał niedawno, iż rozważy podjęcie roli mediatora pomiędzy Ukrainą a Rosją, jeśli go o to poproszą oba walczące kraje oraz Stany Zjednoczone. Poinformował, że został poproszony o bycie mediatorem krótko po inwazji Rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku, ale wówczas odmówił, ponieważ był wtedy liderem opozycji w Izraelu, a nie szefem rządu. Nie chciał ujawnić, kto go poprosił o podjęcie się roli mediatora, ponieważ prośba była nieoficjalna.

Ponadto, Berkut przyznaje, że wyznaczeni są już członkowie nowego rządu Niebiańskiej Jerozolimy. Jakow Kedmi, który tak żarliwie zaprzecza projektowi, ma objąć funkcję w randze ministra resortu spraw wewnętrznych.

Zwykli ludzie – tacy jak niżej podpisana – nie mają bezpośredniego dostępu do decydentów i wielkiej polityki, ani wglądu do międzynarodowych dokumentów, w tym cichaczem podpisanych porozumień. Mamy jednak do dyspozycji narzędzie jakim jest dedukcja. I za jego pomocą możemy spróbować wyprowadzić wnioski. Także te dotyczące projektu jakim jest Nowa Jerozolima.

Żyd Wołodymyr Zelenski zostaje prezydentem Ukrainy. Z dokumentów Pandory wynika, że w przeddzień wyborów zostało mu wypłacone 40 milionów dolarów przez żydowskiego miliardera Ihora Kołomojskiego za pośrednictwem kont w rajach podatkowych. Oligarchowie z Ukrainy to Żydzi wiodący luksusowe życie, podczas gdy ukraińskie społeczeństwo od lat żyje w biedzie i niedostatku. Na przełomie ostatniego roku hitem w mediach społecznościowych stał się fragment archiwalnego nagrania z imprezy sylwestrowej w Rosji, która kilka lat temu była transmitowana w rosyjskiej telewizji. Na scenie tańczył i wygłupiał się Zelenski (zanim został prezydentem był komikiem), a na widowni oklaskiwał go rozbawiony Władimir Sołowjow. Kim jest ten ostatni? To słynny rosyjski dziennikarz o korzeniach żydowskich. W swoich popularnych programach telewizyjnych na kanałach Rossija 1 i Rossija 24, z niezwykłą agresją i arogancją nieustannie podżega do konfliktu rosyjsko-ukraińskiego.

A jaka jest w tym wszystkim rola zwykłych Ukraińców i Rosjan, którzy dali się podpuścić i wykorzystać w grze? Mają ginąć na froncie. I wszystko wskazuje na to, że podobny scenariusz rozpisano też dla Polaków. A co z tymi, którzy przeżyją? W ich „leczeniu” z wojennych traum mają zapewne pomóc specjalnie wyszkoleni psychoterapeuci z Izraela. Pierwsza grupa tychże przybyła w tym celu do Polski jeszcze wiosną 2022 roku.

Żydzi już w przeszłości wykazali, że mają w największej pogardzie Rosję i narody słowiańskie, dlatego 1917 roku odpalili rewolucję bolszewicką, którą sfinansowały zachodnie banki. Dzieło zniszczenia chrześcijańskiej Rosji firmowane przez zbrodniarza Lenina przyczyniło się do śmierci milionów niewinnych ludzi, w tym głównie Rosjan, a także Ukraińców, Polaków, Białorusinów i wielu innych narodów. Przeraża, że z tej strasznej lekcji historii nikt nie wyciąga wniosków.

Agnieszka Piwar

Agnieszka Piwar – Ur. w 1982 r. w Pyskowicach. Absolwentka filozofii na Uniwersytecie Wrocławskim oraz Podyplomowego Studium Dziennikarskiego PAT w Krakowie. Przez lata związana z kwartalnikiem „Opcja na Prawo” i tygodnikiem „Myśl Polska”. Obecnie publicystka w „Bibuła – pismo niezależne”. Autorka dwóch filmów dokumentalnych o Międzynarodowym Motocyklowym Rajdzie Katyńskim. Autorka książki „Widziane z Moskwy i nie tylko”, zawierającej zbiór reportaży z Federacji Rosyjskiej i wywiadów z osobami publicznymi w Rosji; współautor książek: „Białoruś. Anatomia kryzysu”, „Ukraina w ogniu – komu potrzebna jest ta wojna?” (Wyd. Biblioteczka Myśli Polskiej) oraz „Przegrana wojna. Konflikt na Ukrainie, beneficjenci i bankruci” (Wyd. Wektory). KONTAKT: agnieszka.piwar@gmail.com

https://www.bibula.com/?p=139032

KONNA ARMIA BUDIENNEGO – nauki dla nas po stu latach.

KONNA ARMIA BUDIENNEGO – nauki dla nas po stu latach.

[piszę o tym po stu latach, ale to nie „wspominki historyczne”, gdyż nasza sytuacja jest w 2017 dramatyczna, na tamtych zmaganiach należy się wzorować. MD]

Z książki płk. Franciszka Arciszewskiego „CUD NAD WISŁĄ, rozważania żołnierza”, Wyd. ANTYK, 2017, wg Veritas, Londyn, 1957]

[Zauważmy, że tak odważna analiza została opublikowana dopiero prawie cztery dziesięciolecia po BITWIE, gdy już tak marsz. Piłsudski, jak i gen. Sikorski byli na sądzie Bożym. O sądzie nad STALINEM ledwo wspominam. . MD]

Narzekanie pobitych wodzów na spóźnienie się jakiegoś oddziału wojskowego do bitwy jest zjawiskiem w historii wojennej dość częstym, i nie ma w tym nic dziwnego, że i Tuchaczewski chwyta się tej obrony, wskazując na opóźnienie się armii konnej Budiennego i 12-ej armii bolszewickiej do bitwy warszawskiej. Zadziwiająca jest raczej bezradność wyższych władz bolszewickich, zazwyczaj bardzo radykalnych, wobec ośmiodniowej niesubordynacji podwładnego dowódcy armii.

A może to nie tylko Budiennego była wina? Budienny i jego konna armia kozacka zasłużyli się bolszewikom głównie w walkach domowych, a zwłaszcza w likwidowaniu armii Denikina. Ich zupełnie swoiste metody pacyfikacji opozycyjnych okręgów w Kazachstanie, Gruzji etc., wyrzynanie całej ludności – dziesiątek i setek tysięcy, łącznie z kobietami i dziećmi – a także bestialskie postępowanie z jeńcami wojsk Denikina, stały się postrachem dla całej Rosji i rozbestwiały kozaków coraz. bardziej.

A gdy oddziały tej armii morderców pojawiły się w 1920 r. na Podolu i Wołyniu, zasłynęły szybko i u nas ze swego okrucieństwa. Ich konie stepowe były przeważnie nędzne, ale niezmiernie wytrzymałe na wszelki niedostatek, Większość miała częściowe umundurowanie kozaków carskich uzupełnione dowo1nie. Niektórzy mieli płaszcze, kurtki lub spodnie zdarte z jeńców polskich, albo części garderoby cywilnej, zrabowane w ostatniej miejscowości. Na głowie nosili bądź czapy futrzane z kolorowym dnem zwieszającym na bok, albo hełmy francuskie. Mieli szablę rosyjską, karabinek przewieszony przez plecy i ładownice najróżnorodniejsze. Każdy szwadron posiadał po kilka ciężkich karabinów maszynowych na tzw. ta- czankach, tj. lekkich, zwrotnych wózkach lub bryczkach, zaprzęgniętych w parę mocnych koni. Obsługa karabinu maszynowego siedziała na taczance, a często też strzelała z niej. Artyleria konna, której każda dywizja jazdy miała po dywizjonie, miała 3-calowe polówki rosyjskie. Obsługa tych armat musiała składać się z wytrawnych konnych artylerzystów byłej armii carskiej, bo manewrowała i strzelała z wielką precyzją.

W czasie ofensywy przeciw Polsce armia konna, Budiennego i III korpus konny Gaja odgrywały przodującą rolę operacyjną. Przebiwszy się raz przez frontowe oddziały polskie parły potem – w tej wojnie małych sił na wielkich przestrzeniach – niepowstrzymanie naprzód i na tyły naszych wojsk i powodowały załamywanie się jednej polskiej pozycji po drugiej. Na oddziały piechoty lub artylerii w szyku bojowym nacierały tylko w razie konieczności, trzymając się raczej taktyki wilków atakujących jednostki odosobnione lub wyczerpane pościgiem. Najchętniej wyżywały się w niszczeniu taborów i urządzeń etapowych, gorzej uzbrojonych i zaskoczonych, siejąc tam panikę i rozprzężenie. Ale i nasze wojska liniowe ulegały w czasie odwrotu, a zwłaszcza tabory bojowe w kolumnie marszowej, łatwemu zdenerwowaniu na widok ławy kozaków, zbliżającej się z boku.

Pod względem okrucieństwa oddziały korpusu konnego Gaja nie różniły się od kozaków armii Budiennego. Dnia 22 sierpnia na przykład wymordowały one pod Szydłowem przeszło 200 rozbrojonych jeńców z 49 pułku. piechoty tylko dlatego, że w gwałtownym. swoim odwrocie nie mogły uprowadzić ich z sobą. Komunikat wojenny polskiego naczelnego dowództwa z 23 sierpnia 1920 r. wspomina o tej masowej zbrodni wojennej i o represjach przez nas zastosowanych. Następnego dnia, pod Chorzelami, wymordowali znów jeńców z brygady syberyjskiej. O tej zbrodni wspomina generał Żeligowski słowami: „Widok pola walki robił przykre wrażenie. Leżała na nim wielka ilość trupów. Byli to, w ogromnej większości nasi żołnierze, ale nie tyle ranni i zabici w czasie walk, ile pozabijani po walce. Całe długie szeregi trupów, w bieliźnie tylko i bez butów, leżały wzdłuż płotów i w pobliskich krzakach. Byli pokłóci szablami i bagnetami, mieli zmasakrowane twarze i powykłuwane oczy.”

Toteż wpływu demoralizującego, a także siły bojowej, armii Budiennego i korpusu Gaja chana nie można było lekceważyć, jak to początkowo czynili niektórzy dowódcy polscy. Gdyby armia konna Budiennego, zaraz po boju pod Równem, 8 lipca 1920 r. poszła z Łucka wprost na Brześć nad Bugiem, na tyły naszych wojsk, cofających się znad Auty i Berezyny (a w drodze do Brześcia nie spotkałaby żadnych większych oddziałów polskich), byłaby może cała wojna polsko-bolszewicka wzięła inny obrót.

Ale Budienny otrzymał rozkazy kierujące go na Lwów, Rawę Ruska, Sieniawę nad Sanem i Przemyśl. Były też pewne zamiary polityczne bolszewików w kierunku Dniestru i Rumunii. Nawet jeszcze w początku sierpnia 1920 r., .po boju pod Brodami, gdy polski wódz naczelny wyciągał siły z Małopolski Wschodniej i Wołynia do obrony Warszawy i dla utworzenia grupy przeciwuderzeniowej nad Wieprzem, była dla armii Budiennego – co prawda już lekko nadbitej – okazja do uderzenia w kierunku Lublina i pokrzyżowania planu przeciwnatarcia polskiego. Tym razem jednak już nie jakieś wielkie plany polityki sowieckiej, ale najzwyklejsza, żadnymi zwyczajami wojskowymi nie usprawiedliwiona niesubordynacj a Jegorowa (i Stalina) w stosunku do swego naczelnego wodza uratowała nas od poważnego zakłócenia planu bitwy warszawskiej.

Tuchaczewski tłumaczy się w sposób następujący: „Lewe skrzydło, to jest ugrupowanie frontu południowo-wschodniego, cały czas niepokoiło front zachodni. Oczekując co chwila oddania armii konnej do rozporządzenia frontu zachodniego i nawiązania z nią łączności, projektowano stworzenie silnego ośrodka, w kierunku Lublina, przez skoncentrowanie tam sił głównych armij l2-ej i l-ej konnej… Było oczywiste, że na podstawie zwycięstwa częściowego, na podstawie rozgromienia naprzód jednego z odcinków frontu polskiego, można było wygrać bitwę rozstrzygająca.”

I dalej: „Naczelne dowództwo biorąc pod uwagę konieczność utrwalenia lewego skrzydła frontu zachodniego, daje 11 sierpnia o godz. 3 frontowi południowo-zachodniemu dyrektywę o niezbędności zmiany ugrupowania i wysłania bez najmniejszej zwłoki armii konnej w kierunku Zamość – Hrubieszów. Obliczenie czasu i przestrzeni wykazuje, że to wskazanie naczelnego dowództwa mogło być bezwarunkowo wykonane przed przejściem polskiego ugrupowania południowego do natarcia. Gdyby nawet wykonanie opóźniło się nieco, to oddziały polskie, które przeszły do natarcia, byłyby postawione wobec nieuniknionego zupełnie pogromu, bo tyły ich otrzymałyby uderzenie naszej zwycięskiej armii konnej. Jednakże wobec położenia, wynikłego w Galicji, gdzie kolejne ugrupowania, przeprowadzone do tej pory, kierowane były ku Lwowu, wykonanie tego wskazania zostało zatrzymane. 12 sierpnia głównodowodzący w rozmowie hughesowej [proto- dalekopis md] zaznacza, że ta zwłoka w wykonaniu jego dyrektyw jest dla niego niezrozumiała i potwierdza swoją dyrektywę.

Kiedy wreszcie przystąpiono do wykonania, było już prawie poniewczasie. Ale, najgorsze, nasza zwycięska armia konna wplątała się w owych dniach w zacięte walki o Lwów, tracąc bezpłodnie czas i siły na jego umocnionych pozycjach w walce z piechota. jazdą i potężnymi eskadrami lotniczymi. Walki całkowicie pochłonęły armię konna, która do wykonania przegrupowania wzięła się tak późno, że nic pożytecznego W kierunku Lublina zdziałać już 'nie mogła.” (T. 212-213) „Jweżelibyśmy w swoim czasie byli skoncentrowali w_ kierunku Lublina oddziały armii konnej, to i tutaj ugrupowanie nasze byłoby groźne dla »białych polskich oddziałów. Polacy wówczas nie tylko nie mogliby myśleć o natarciu z rejonu Dęblin – Lublin, ale sami znaleźliby się w bardzo ciężkim położeniu i bezwzględnie musieliby być odrzuceni na zachodni brzeg Wisły.”

Czy rzeczywiście skutki uderzenia armii Budiennego na Lublin byłyby aż tak duże, to nie jest prawdopodobne, bo przecież nad Wieprzem było kilka doborowych polskich dywizji piechoty, które by się tak zaraz za Wisłę odrzucić nie dały; ale dywersja byłaby pewnie poważna.

Marszałek Piłsudski omawia sprawę następująco: „Wyciągnąwszy z południa 1 i 3 legionowe dywizje, otworzyłem niejako bramę wpadową pomiędzy innymi i dla konnej armii Budiennego. Pomimo zaś, że istnieje tam nasza jazda z nakazem zatrzymywania konnej armii Budiennego w pochodzie ku nam, doświadczenie jednak dotychczasowe nie pozwala mi być pewnym.. Oczekiwać mogę, że w krótkim przebiegu czasu mogę mieć na swoich bezpośrednich tyłach od Sokala i Hrubieszowa, maszerującą konną armię Budiennego lub jej część, co może w wielkim stopniu udaremnić moje usiłowania. Zaznaczam przy tym, że na Bugu przeciwko 12-ej armii sowieckiej zostawiam bardzo słabe siły – 7 dywizję w okolicach Chełma i bardzo słabą ukraińską dywizję na południe od niej.”

A oto, co o tym sądzi generał Sikorski: „Trudno dzisiaj powiedzieć, jakie skutki pociągnęłoby za sobą wmieszanie się w warszawską bitwę konnej armii i 12-ej armii sowieckiej. Osobiście nie podzielam optymizmu tych wojskowych, którzy twierdzą, że epizod ten nie odegrałby poważniejszej roli, i dlatego sądzę, że niewykonanie w czas otrzymanego „przez Budiennego i dowódcę 12-ej armii rozkazu jest 'jednym z poważniejszych powodów rosyjskiej prze» granej nad Wisłą W 1920 r.” Mimo wspomnianego rozkazu Kamieniewa z 11 sierpnia wydał Jegorow (i Stalin) 12 sierpnia Budiennemu rozkaz opanowania Lwowa. 14 sierpnia Kamieniew podporządkował konną armię Budionnego Tuchaczewskiemu. 16 sierpnia, po walkach pod Buskiem i Kamionka Strumiłową, wydał Budienny rozkaz zdobycia Lwowa. 17 sierpnia wydał Tuchaczewski rozkaz (406/010): „Pierwsza konna armia. powinna wytężyć wszystkie swe siły, by zgrupować się za wszelką cenę w oznaczonym terminie w rejonie Włodzimierz Wołyński – Uściług, majac na celu W przyszłości natarcie na tyły uderzeniowej grupy przeciwnika” . 19 sierpnia armia konna walczyła pod Żółkwią i pod Winnikami. Dopiero wieczorem tego dnia otrzymała ona rozkaz wycofania się do obszaru Włodzimierza wołyńskiego celem uderzenia na Lublin, a rada rewolucyjna armii wydała rozkaz zmiany kierunku działań dopiero 20 sierpnia.

Kamieniew, sowiecki „naczelny wódz”, w rozmowie z Jegorowem, dowódca frontu południowo-zachoda [—] jego fantastyczny plan zdobycia Lwowa, oraz plan zajęcia Przemyśla i Sambora, a następnie sforsowania Dniestru i zagrożenia Rumunii, czego dokonać chciano już po oddaniu konnej armii Budiennego do dyspozycji Tuchaczewskiego, poprzestaje jedynie na żałosnym wspomnieniu faktu, że zwłoka w wykonaniu jego instrukcji, zarządzającej przegrupowanie 12-ej i i-ej konnej armii w kierunku Lublina, wydaje już dzisiaj ujemne rezultaty. Przeciwstawić się jednak zdecydowanie tym następstwom jak gdyby nie był w stanie.”

Mamy więc obraz nieposłuszeństwa na polu bitwy... Nieposłuszeństwa tak długotrwałego, że stało się jednym z powodów przegrania bitwy pod Warszawą.

Jakie były powody tego nieposłuszeństwa, względnie kto wpłynął najbardziej na to, że zostało ono popełnione, byłoby bardzo ważne ustalić. Niestety historiografia sowiecka, licząc się z nadal bardzo wysoka pozycja Budionnego w partii bolszewickiej, a także z tym, że jednym z komisarzy rady rewolucyjnej przy dowództwie frontu Jegorowa był sam Stalin, nie ma jeszcze możności przedstawienia tego drażliwego tematu w sposób bezstronny. Za życia Stalina historycy sowieccy wykazywali, że zwrócenie się konnej armii w stronę Lublina już 11 sierpnia nie dałoby wyników pożądanych, i że po 17 sierpnia było ono niemożliwe i że należało dokończyć wpierw ofensywę na froncie południowym.

Opinia potępionego już w tym czasie Tuchaczewskiego nie miała już dla historyków znaczenia. Ale ponieważ w systemie komunistycznym historia jest ustalona zależnie od potrzeb politycznych tych, którzy są chwilowo u władzy, więc może doczekamy się jeszcze kilku różnych opisów omawianych wypadków. Być może, że częściowe wyjaśnienie sprawy daje nam rozmowa hughesowa Tuchaczewskiego z Kamieniewem, odbyta 18 sierpnia, w której ten ostatni; stwierdza:

Jeszcze 11 sierpnia wydałem zarządzenie o przegrupowaniu Budiennego. Ze względu na szereg nieprzyjemnych wydarzeń przegrupowanie to jeszcze nie zaczęło się i dziś nie ma pewności, czy zacznie się jutro, gdyż rewolucyjna rada wojenna. konnej armii, otrzymawszy instrukcje z jednym tylko waszym podpisem, nie jest pewna jego autentyczności i żąda potwierdzenia jej przez członka Wojennej rady rewolucyjnej frontu, co też zróbcie natychmiast, ażeby zarządzenie to otrzymało ton kategoryczny.

Wina ośmiodniowego opóźnienia się konnej armii Budiennego do akcji na Lublin może więc leżeć po części i w systemie bolszewickiego rozkazodawstwa. Ale ta sprawa datuje się dopiero od 17 sierpnia. Poprzednio Jegorow (i Stalin) popychali armię konną, bez zgody swego naczelnego dowództwa, w kierunku ma Lwów i Sambor, Więc na to, że konna armia Budiennego nie weszła do bitwy pod Warszawą, złożyły się co najmniej dwa czynniki: rozkazy Jegorowa (i Stalina) i brak podpisów komisarzy rady rewolucyjnej u Tuchaczewskiego.

Skutki zaś były większe, aniżeli brak czterech konnych dywizji Budionnego, bo w konsekwencji i 12 armia sowiecka nie weszła do bitwy głównej. Toteż popularne mniemanie, że to Tuchaczewski przegrał wojnę z Polska 1920 r., jest niesłuszne. Kamieniew zatwierdził plan Tuchaczewskiego przejścia Wisły na północ od Warszawy i uderzenia na stolicę od strony zachodniej, a zatem przejął odpowiedzialność za tę operację na siebie. To on obiecał Tuchaczewskiemu pomoc wojsk Jegorowa po przekroczeniu Bugu i nie dotrzymał przyrzeczenia. To on powinien był bardziej energicznie interweniować, by Budienny rozkaz jego wykonał. To on wreszcie, wiedząc o ciągłym powiększaniu się luki między wojskami Jegorowa i Tuchaczewskiego, pozostawił Tuchaczewskiego przed rozstrzygającą bitwa bez odwodów strategicznych dowództwa głównego.

Z innej strony sprawę oświetlając, można by się domyślać, że to Stalin, komisarz rady rewolucyjnej przy dowództwie frontu w Kijowie, ze względów czysto politycznych, bez zrozumienia wymogów operacyjnych, żądał od Jegorowa posuwania armii Budionnego na Lwów, a innych wojsk frontu południowo -zachodniego w kierunku granicy węgierskiej. Jeżeli tak, to on byłby głównym sprawca opóźnienia odmarszu armii Budiennego do bitwy warszawskiej. A że Tuchaczewski wyraźnie wskazał na to opóźnienie, jako na jeden z powodów klęski 1920 r., stad nienawiść Stalina do Tuchaczewskiego i późniejsze jego rozstrzelanie, pod innym pretekstem.

Dla nas, Polaków, skutki przewlekłej niesubordynacji Jegorowa, Stalina i Budionnego, a także nieumiejętności dowodzenia ze strony Kamieniewa były błogosławione. Dały nam możność wykończenia czterech armii Tuchaczewskiego zgodnie z planem z 6 sierpnia, a armia konna Budiennego i 12-ta armia sowiecka nie odegrały w wielkiej bitwie pod Warszawa żadnej roli.

ZBIEGI okoliczności, ZNAKI, prawdopodobieństwa, niesubordynacje. Strateg, pułkownik, uczestnik – o szansach „bitwy warszawskiej”: – Jak 1 : 16 miliardów

ZBIEGI okoliczności, ZNAKI, prawdopodobieństwa, niesubordynacje.

Strateg, pułkownik, uczestnik o szansach „bitwy warszawskiej”

[Z książki płk. Franciszka Arciszewskiego „CUD NAD WISŁĄ, rozważania żołnierza”, Veritas, Londyn, 1957]

Przypominam:

[Wydane przez ANTYK  w Warszawie (Komorów) w 2017. KUPUJCIE!! ]

[Zauważmy, że tak odważna analiza została opublikowana dopiero prawie cztery dziesięciolecia po BITWIE, gdy już tak marsz. Piłsudski, jak i gen. Sikorski byli na sądzie Bożym. MD]

===================================

 W wypadku cudownego uzdrowienia chorych, w różnych miejscach świętych, chory odzyskuje zdrowie albo natychmiast, na oczach wielu świadków, albo też  stopniowo, od dnia swej pielgrzymki począwszy, w ciągu niedługiego czasu, aż do pełnego wyzdrowienia.  W obu wypadkach lekarze stwierdzają zwykle protokolarnie, że zabiegami medycyny dotychczas nam znanej nie można było chorego uleczyć i że wyzdrowienie nastąpiło w sposób dla wiedzy lekarskiej niewytłumaczalny.

W naszym wypadku nie możemy ustalić chwili, np. godziny, w której cud. nastąpił, bo sprawa nie dotyczy jednego człowieka, ale setek tysięcy ludzi na  polu bitwy, ba, dotyczy losów całego narodu polskiego.  Natomiast możemy ustalić szereg elementów nadzwyczajnych, nie dających się każde z osobna wytłumaczyć wiedzą wojskową lub zwyczajami wojennymi, a składających się w sumie na rezultat, nazwany cudem w rozdziale pt. „Ogólny obraz bitwy“. Każdy z tych poszczególnych elementów można by nazwać przypadkiem. Lecz zbieg tak wielu przypadków w jedną całość (i prawie w jednym czasie) nie da się już określić jako zjawisko zwyczajne. 

Jeżelibyśmy przypadkiem nazwali zdarzenie, które  zdarza się bardzo rzadko, np. raz na sto wypadków (co jest cyfra raczej za niską) to zbieg okoliczności,  w którym zdarzyły się dwa przypadki, można by  porównać z tym, co w loteryjce numerowej nazywamy ambo. Prawdopodobieństwo wygrania ambo (tzn. gdy  przy np. pięciu cyfrach, na które gracz postawił,  i pięciu cyfrach wylosowanych przez organizatorów loterii, gracz trafił dwie takie same cyfry jak los)  wymaga szczęścia jak 1 : 54. Prawdopodobieństwo trafienia trzech cyfr spośród pięciu wylosowanych,  tzw. terno, wymaga szczęścia jak 1 : 1680, a zbieg  okoliczności, w którym graczowi udałoby się trafić aż  cztery cyfry, wymagałby szczęścia jak 1 : 158.000.  Ile było w bitwie pod Warszawa 1920 r. „przypadków”, którymi „los” nas obdarzył?

1) Naczelnik Piłsudski powziął decyzję użycia tylko 5 i ½ dywizji do kontruderzenia znad Wieprza  wyraźnie wbrew własnemu przekonaniu. Wszelka wiedza wojskowa nakazywała mu użyć do tego celu większych sił i bardziej je skoncentrować. Zdawał on sobie z tego dokładnie sprawę i ciężko bardzo przyszło mu wydać rozkaz ,,nonsensowego”, jak się sam wyraża, podziału wojsk. Z powojennej rozmowy mojej z marszałkiem Piłsudskim wiem np., że bardzo wiele myślał o przydzieleniu 18 dywizji piechoty i może jeszcze jednej dywizji do grupy przeciwuderzeniowej  znad Wieprza. Potem jednak jak wiadomo uległ nieznanemu sobie przymusowi. 18 dywizja piechoty została rozkazem z 6 sierpnia przydzielona do składu 1-ej armii, na przyczółek warszawski. W kilka dni później przydział ten został zmieniony i wysłano ją na lewe skrzydło 5-ej armii. Jeszcze 12 sierpnia, gdy naczelnik Piłsudski wyjeżdżał z Warszawy, był on pod wrażeniem, że podzielił swe wojska źle.

Nawet Tuchaczewski nie może się powstrzymać od uwagi: „Oceniając ugrupowanie białych sił polskich, trzeba uznać jego zupełną celowość wobec powstałych warunków i położenia. Jednakże wydaje się, że pomimo iż w wyniku swoim dało ono całkowite zwycięstwo, w kierunku rozstrzygającym (lubelskim) skupiono za mało sił. O ile by nie było błędów z naszej strony i ubezpieczenie tego kierunku zostało zmasowane, ugrupowanie to nie tylko nie mogłoby się było  zachować czynnie, ale byłoby ponadto zgniecione (T. 209).

Więc wiedza wojskowa była po stronie Piłsudskiego. Tymczasem właśnie niezastosowanie się do nakazów wiedzy wojskowej dało fundament do wspaniałego zwycięstwa. Bo gdyby w grupie kontratakującej. znad Wieprza było np. o jedną lub dwie dywizje piechoty więcej kosztem osłabienia 5-ej i 1-ej armii, zwycięstwo nie byłoby pełniejsze i szybsze niż faktycznie było. Natomiast gdyby lewoskrzydłowa 5-ta armia polska była o jedną dywizję (np. 18 dywizję piechoty) słabsza, albo gdyby pod Wólka Radzymińską było w składzie 1-ej armii, o jedną dywizję (np. 10 dywizję  piechoty) mniej, wypadki potoczyłyby się może zupełnie inaczej.

Nie byłoby marszu i kontrmarszu generała Krajowskiego i uderzenia na flankę 15-ej armii sowieckiej, nie byłoby może rajdu VIII brygady kawalerii na Ciechanów i zniszczenia radiostacji 4-ej armii bolszewickiej, nie byłoby tak pełnego zlikwidowania przełomu nieprzyjacielskiego pod Wólka Radzymińskaą.

 ,,Nonsensowy“ podział wojsk okazał się zatem celowy i skuteczny. Stąd wniosek, że wiedza wojskowa nie mogła dać nam takiego zwycięstwa jakie dało działanie wbrew wiedzy, wydaje się prosty.

2) Fakt wymknięcia się dowodzenia lewym skrzydłem 5-ej armii, w dniach 13, 14 i 15 sierpnia, z rąk generała Sikorskiego i przejęcie inicjatywy działania na skrzydle armii przez tak wytrawnego taktyka jakim był generał Krajowski, był aktem zupełnie niezwykłym, a dał rezultaty dodatnie dla całej wielkiej bitwy.  Źródłem tego faktu było upoważnienie generała Krajowskiego, na konferencji modlińskiej z 12 sierpnia do swobodnego działania zależnie od bardzo zmiennej sytuacji i niekrępowania się szczegółami otrzymanych rozkazów. Zaś rozkazy generała Sikorskiego wychodziły zbyt późno, by mogły mieć natychmiastowy wpływ na działania rozpoczęte o świcie, a kierowane z pierwszej linii bojowej przez generała upoważnionego do decyzji samodzielnych.

Lecz akcja generała Krajowskiego zmieniła się, na pół drogi między Płońskiem a Raciążem, z akcji przeciw korpusowi konnemu Gaja w akcję przeciwko 15-ej armii sowieckiej. Jego marsz na miraż wielkich wojsk nieprzyjacielskich pod Mystkowem i Rzewinem, i kontrmarsz na kanonadę nad Wkrą, robią wrażenie celowego odciągnięcia go w bok dla umożliwienia natarcia flankowego na wojska 15-ej armii sowieckiej.  Błyskawiczna decyzja kontrmarszu na Sochocin i Młock była odruchem, o którego możliwości generał  Krajowski nie myślał jeszcze rano tego dnia. Wydarzenia te miały miejsce dokładnie w tych samych godzinach co przerwanie drugiej linii obrony Warszawy pod Wólką Radzymińską, względnie załamanie się przeciwnatarcia 1 dywizji litewsko- białoruskiej pod  Radzyminem.

Ksiądz kapelan Skorupka, który poległ śmiercią żołnierska tego samego dnia około godziny 5.30 rano, to jest w chwili rozpoczęcia marszu generała Krajowskiego z Płońska na Raciąż, stał może wkrótce po śmierci przed Brama Niebios i błagał o pomoc dla oręża polskiego.

Kontrmarsz z Rzewina i Mystkowa w kierunku słyszanej kanonady nad Wkrą jest wprawdzie zgodny z jedną z podstawowych zasad nauki napoleońskiej,  ale nagłe porzucenie zamiaru związania Gaj-chana w walce i odwrócenie się do niego plecami, aby ruszyć na flankę 15-ej armii, było aktem niezwykłej samodzielności. Gdybyśmy za generałem Sikorskim przyjęli, że powodem nagłego kontrmarszu generała Krajowskiego była tylko chęć niesienia pomocy dwu pułkom 18 dywizji piechoty pozostawionym nad Wkrą (S. 130),  pozostałoby niezrozumiałe, dlaczego kazał on jednemu z pułków maszerować na Młock, odległy od linii frontu nad Wkrą o 12 kilometrów, a stamtąd na Sońsk, a brygadzie kawalerii aż na Glinojeck i Sulerzysz. Źródłem jego decyzji był nagły zamiar uderzenia na prawe skrzydło 15-ej armii, co też dnia następnego wykonał.

Tak czy inaczej, błyskawiczna decyzja zwrotu generała Krajowskíego była aktem artystycznym, aktem iskry Bożej, przez nikogo przedtem nie zaplanowanym. A efekt uderzenia na skrzydło 15-ej armii nieprzyjacielskiej był tak duży, że nie tylko generał Sikorski świadczy, iż posiadał decydujące znaczenie dla nierozegranego jeszcze boju o Nasielsk, ale nawet generał Żeligowski stwierdza, że odczuł ulgę aż pod Radzyminem, gdy nieprzyjacielska 21 dywizja strzelców została odwołana na północny brzeg Bugu-Narwi  do odwodu 3-ej armii, broniącej Nasielska. Miał on też, jak podaje generał Sikorski, wielkie znaczenie dla regeneracji moralnej żołnierza i spowodował, że „duch zwycięstwa wstąpił w żołnierzy”.

Generał Sikorski sądzi nawet, że sukces 5-ej armii odniesiony 15 sierpnia nie mógł pozostać bez wpływu moralnego na wojska przygotowujące się do uderzenia znad Wieprza.  Fakt przypadkowego wykorzystania, w czasie manewru generała Krajowskíego, zaledwie powstałej luki między 15-ta i 4-tą armią nieprzyjacielską i natrafienie na radiostację w Ciechanowie dodaje decyzjom generała Krajowskíego mistycyzmu.

3) Zajęcie miasta Ciechanów przez VIII brygadę  kawalerii w dniu 15 sierpnia od strony północnej wykonane było z natchnienia wyższych oficerów dowództwa brygady, a nie było nakazane przez władze  przełożone. Ostatni rozkaz generała Sikorskiego, który może jeszcze doszedł dowództwa brygady (chociaż i to nie jest pewne), tj. rozkaz z 13 sierpnia, przewidywał na dzień 14 sierpnia uderzenie 18 dywizji piechoty  z Płońska na Ciechanów, a VIII brygadzie kawalerii  nakazywał osłanianie lewego skrzydła piechoty. Potem miała brygada nawiązać łączność w rejonie Glinojecka z grupą Mława i ubezpieczyć tyły 18 dywizji  piechoty.

Na 15 sierpnia przewidywał generał Sikorski uderzenie „dywizji” jazdy wraz z jednym pułkiem piechoty na Ciechanów od strony Sochocina, ale  rozkaz ten, z powodu braku łączności z VIII brygada  kawalerii, nigdy dowództwa brygady nie doszedł. Generał Krajowski zaś nakazał brygadzie na 15 sierpnia osłonę lewego skrzydła i tyłów 18 dywizji piechoty  W czasie natarcia na skrzydło 15-ej armii nieprzyjacielskiej. Więc rajd całej brygady na Ciechanów od  strony północnej, i powrót do rejonu Gumowa i Rumoki, był dość dowolną interpretacja rozkazu generała Krajowskiego, co spowodowało ostre wyrazy jego  niezadowolenia.

Kto w sztabie VIII brygady kawalerii poddał myśl oderwania się od skrzydła 18 dywizji piechoty i urządzenia 15 sierpnia rajdu całej brygady na Ciechanów od strony północnej, dotąd nie ustalono. Pozostaje faktem, że było to natchnieniem podwładnych, bez rozkazu, albo wbrew rozkazom, przełożonych, a zatem  czyn W zwyczajach wojennych bardzo niezwykły i ryzykowny. Lecz rezultaty samodzielnej inicjatywy VIII brygady kawalerii w dniu 15 sierpnia były nie  tylko dodatnie, ale były tak nadzwyczajne, tak niepomiernie przekraczające normalne osiągnięcia małej  stosunkowo jednostki taktycznej, że wyższe dowództwa polskie długo jeszcze tych rezultatów nie doceniły.

Zaś wykonawcy rajdu nie zdawali sobie w ogóle sprawy z wielkości czynu dokonanego. Został on wykonany ich rękami bez ich świadomości. Nawet po wojnie, gdy ustalane w całym wojsku dnie świąt pułkowych, na pamiątkę najchwalebniejszych czynów wszystkich pułków, święta pułkowego 203 pułku ułanów (późniejszego 27 pułku ułanów) nie wyznaczono  na rocznicę sławnego zniszczenia radiostacji w Ciechanowie, lecz na inny dzień, dużo mniejszego znaczenia.

Dopiero z powojennej pracy wodza strony przeciwnej, Tuchaczewskiego, dowiedzieliśmy się, że wypadek ten odegrał, w jego zrozumieniu, „rozstrzygającą“ rolę w biegu działań i dał początek ,,katastrofalnego“ wyniku dla strony sowieckiej. (T. 210)

Zadziwiające jest też zachowanie się oficerów  dowództwa VIII brygady kawalerii po zniszczeniu  radiostacji w Ciechanowie. Podczas gdy do tej chwili okazywali oni zupełnie niezwykłą inicjatywę planowania i działania, przekraczającą normalne zwyczaje wojskowe, to po dokonaniu tego „rozstrzygającego o katastrofie” sowieckiej czynu stracili nagle koncepcję dalszego działania; stworzyli jakaś naradę, w której każdy radził co innego i z której już nic poważniejszego nie wynikło.

 4) Zniszczenie radiostacji w Ciechanowie spowodowało wyeliminowanie większości 4-ej armii bolszewickiej z bitwy od 15 do 18 sierpnia. Tuchaczewski zamierzał koncentryczne przeciwuderzenie swoich 4-ej,  15-ej i 3-ej armii na polska 5-tą armię. Zdawało mu się, że zguba 5-ej armii jest nieunikniona i sadził, że  jej unicestwienie pociągnęłoby za sobą najdonioślejsze  skutki. W dalszym biegu wszystkich działań jednakże „Polakom dopisało szczęście” i Tuchaczewski nie  zdołał tego rozkazu przekazać 4-ej armii. Przez „niezrozumiałą“ dla niego dalsza działalność 4-ej armii wytworzyło się położenie, które nazywa „wręcz potworne“ i które, jego zdaniem, pomogło Polakom nie tylko zatrzymać ofensywę 3-ej i 15-ej armii, ale jeszcze krok za krokiem wypierać je w kierunku wschodnim.

Zapewne, można to nazwać i szczęściem. Czyż ktoś uratowany od kalectwa cudem Chrystusa Pana lub Matki Boskiej nie miał szczęścia? Zapewne, że miał nawet bardzo wielkie szczęście. A że Tuchaczewski, którego ponosiła poprzednio piekielna radość, uznał swe późniejsze położenie za ,,potworne“, z powodu udzielenia nam pomocy Boskiej w formie szczęścia i wyrwania nas z nastawionych szponów komunistycznych, temu nie można się dziwić.

5) Akcja porucznika Pogonowskiego pod Wólką Radzymińską była szczęśliwym zbiegiem nieporozumień.

Pierwsze nieporozumienie – między generałem  Żeligowskim a generałem Latinikiem o miejsce ustawienia batalionu I/28 – spowodowało, że batalion znalazł się o 4 kilometry bliżej Wólki Radzymińskiej i na południowej stronie przełomu nieprzyjacielskiego, zamiast na zachodniej. Gdyby batalion stał w Kątach Węgierskich albo w Pustelniku, akcja jego na Wólkę byłaby co najmniej o godzinę późniejsza, względnie nie byłaby się odbyła wcale i nie byłoby paniki wśród oddziałów bolszewickich, która miała tak wielkie konsekwencje.  Drugie nieporozumienie polegało na tym, że generał Żeligowski zamierzał stworzyć z batalionu I/28 „punkt nieruchomy“, ale nie ujawnił tej swej intencji  na piśmie, tak że dowódca brygady podpułkownik Thommee i dowódca 28 pp. wydali batalionowi rozkaz  natychmiastowego natarcia na Wólkę.  Trzecie nieporozumienie wynikło z tego, że generał Żeligowski zmienił godzinę natarcia, z wieczoru 14 sierpnia na świt 15 sierpnia, a porucznik Pogonowski nie został o tym powiadomiony.  Gdyby się stało, jak generał Żeligowski nakazał  porucznikowi Pogonowskiemu, nie byłoby natarcia  nocnego na Wólkę Radzymińska. Gdyby się stało, jak kazał generał Latinik, batalion byłby w ogóle na  innym odcinku boju. A gdyby nie było natarcia nocnego i paniki wśród wojsk bolszewickich w Wólce Radzymińskiej i w Izabelinie, atak poranny brygady  polskiej z Nieporętu i z fortu Beniaminów poszedłby jeszcze trudniej niż faktycznie poszedł (W. 481),  wynikłaby zacięta walka z oddziałami bolszewickimi, które były w lesie na wschód od Nieporętu, pułki 21 dywizji strzelców przyszłyby z pomocą, tak jak uczyniły to dnia poprzedniego pod Radzyminem, i całe  przeciwnatarcie 10 dywizji piechoty mogło ugrząźć w miejscu, a może nawet podzielić los przeciwnatarcia  1 dywizji litewsko-białoruskiej pod Radzyminem.  Kto spowodował, że pomimo tylu nieporozumień między rozkazodawcami, pomimo ordre i contr-ordre,  nie nastąpił désordre, a akcja słabego batalionu  piechoty dała tak niezwykle szczęśliwe rezultaty?  Nawet dowódca przeciwnatarcia generał Żeligowski szuka wytłumaczenia w „nadzwyczajnym instynkcie“  porucznika Pogonowskiego.

6) Tuchaczewski twierdzi, że ,,...armia 12-ta  przejęła rozkaz do 3-ej armii polskiej, z którego  wynikało jasno, że Polacy gotują się do ofensywy  przeciwko naszemu lewemu skrzydłu w rejonie rzeki  Wieprz. Nawiasem mówiąc, rozkaz ten wydał się nieprawdopodobnym sztabowi polowemu...“, a dalej pisze ,, …o ofensywie polskiej (znad Wieprza) dowództwo frontu dowiedziało się dopiero 18 sierpnia z rozmowy hughesowej z dowódcą armii 16-ej. Ten ostatni o ofensywie dowiedział się dopiero 17-go. Grupa mozyrska nic nie dała znać o tym co się stało.“ (T. 213) 

Mamy więc do czynienia z dwoma zjawiskami  niezwykłymi w praktyce wojennej. Jednym jest fakt, że polski rozkaz operacyjny o podstawowym znaczeniu wpadł w ręce nieprzyjaciela i został zignorowany, a drugim, fakt dotarcia wiadomości o faktycznym rozpoczęciu natarcia polskiego znad Wieprza z dwudniowym opóźnieniem.  Jeżeli grupa mozyrska nie została co najmniej powiadomiona o przejęciu wspomnianego rozkazu polskiego i o możliwości zagrożenia jej od strony południowej, znaczyłoby to, że ujawnienie tego rozkazu wzmocniło raczej bolszewicką pewność siebie.

Dowództwo grupy mozyrskiej tak czuło się pewnie i tak niczego się nie spodziewało, że gdy otrzymało wiadomości o starciach z Polakami pod Łaskarzewem, Żelechowem i Parczewem, nie meldowało nawet natychmiast o tym do swego dowództwa armii.  Z cytat przytoczonych wynika, że połączenie telegraficzne między sztabem 16-ej armii a sztabem Tuchaczewskiego w Mińsku było dobre. Nie wynika z nich, by połączenie z grupą mozyrską było zerwane.

Więc dowództwo grupy mozyrskiej mogło co najmniej 16 sierpnia wieczorem meldować o spotkaniach 57  dywizji strzelców z nacierającymi od południa Polakami. Fakt, że dowództwo 16-ej armii dowiedziało się o tym dopiero 17 sierpnia, jest więc zadziwiający, ale fakt, że sztab Tuchaczewskiego dowiedział się o tym  jakoby dopiero 18 sierpnia, jest jeszcze bardziej  zdumiewający. Słowami bolszewickimi można by mówić o sabotażu zorganizowanym przez kogoś nieznanego.  W rozmowie hughesowej Tuchaczewskiego, odbytej we wczesnych godzinach rannych 18 sierpnia z jego naczelnym wodzem (Kamieniewem), jest wprawdzie mowa o tym, że 57 dywizja strzelców grupy mozyrskiej odrzucona została na linię Łaskarzew  – Żelechów – Parczew, ale zaraz następny ustęp tej  rozmowy brzmi: ,,Z przejętych rozkazów przeciwnika  widać, że w lubelskim rejonie, między Wisła a Wieprzem, koncentruje się nowa armia, celem przeprowadzenia uderzenia na północ.“ (S. 165)

Więc Tuchaczewski jeszcze w czasie tej rozmowy, a zatem 18 sierpnia rano, nie zdawał sobie sprawy z tego, że wielka kontrofensywa polska znad Wieprza była już od dwu dni „w takcie wściekłego galopu“ w toku. W konsekwencji został on zaskoczony natarciem naczelnika Piłsudskiego nie z rejonu Wieprza, ale znad  szosy Warszawa – Brześć, gdy sytuacja jego wojsk  była już zupełnie beznadziejna.

7) Wyeliminowanie armii konnej Budionnego  i 12-ej armii bolszewickiej z bitwy (z powodu szeregu  nieporozumień wewnętrznych w sztabach bolszewickich) miało znaczenie kapitalne. Marszałek Piłsudski pisze, jak wspomnieliśmy poprzednio, że na Bugu przeciwko 12-ej armii sowieckiej zostawił bardzo słabe siły tj. 7 dywizję piechoty w okolicach Chełma i bardzo  słabą 6 ukraińska dywizję na południe od niej. Więc ruchom wspomnianych dwu armii bolszewickich niewiele stało na przeszkodzie. Zaś ukazanie się armii Budiennego np. 16 sierpnia w rejonie między Włodawą  a Lublinem mogło spowodować poważne zmiany naszych planów. Jakkolwiek nie jest prawdopodobne, by powstrzymało to wszystkie wojska naszej grupy przeciwuderzeniowej od rozpoczęcia planowanego przeciwnatarcia  znad Wieprza, lub, jak to chce Tuchaczewski (T. 210),  odrzuciło wojska nasze za Wisłę, to jednak jest prawdopodobne, że uderzenie Budiennego na Lublin mogło w pewnym stopniu udaremnić usiłowania polskiego  naczelnego wodza (P. 122). Być może, że jedna dywizja piechoty i brygada kawalerii, z grupy generała Rydza  Śmigłego, musiałyby pozostać na miejscu, by wzmocnić opór 3-ej armii polskiej, a może i 2 dywizja piechoty spod Dęblina musiałaby ruszyć na Lublin.  Przeciwnatarcie pozostałych polskich dywizji na wojska Tuchaczewskiego byłoby o tyle słabsze.

Zupełne zaś wyłączenie armii konnej Budiennego i 12-ej armii  bolszewickiej z pola bitwy warszawskiej dało nam swobodę działania.  A gdy się weźmie pod uwagę, co omówiliśmy w punkcie 4, że w tym czasie większość 4-ej armii  bolszewickiej, ze swym korpusem konnym Gaja, była  również wyłączona z bitwy, a w czasie nieobecności  tych dwóch potężnych sił skrzydłowych nastąpił pogrom trzech centralnych armii Tuchaczewskiego, nie  można nad takim zbiegiem okoliczności przejść do  porządku dziennego.  Wspomnieliśmy już o tym, że zarówno na wyeliminowanie większości 4-ej armii bolszewickiej, jak  i na wyeliminowanie konnej armii Budiennego, z  bitwy, złożyło się po kilka „przypadków” lokalnych.  Każda z tych dwu armii nieprzyjacielskich miała  konkretne i na czas wydane rozkazy swoich przełożonych do uderzenia na skrzydła wojsk polskich.  Obie nie zdołały zleceń tych wykonać.

***

ZAKOŃCZENIE

 Może ktoś nadal twierdzić, że jedynym źródłem  zwycięstwa był plan operacyjny naczelnika Piłsudskiego. pomimo albo z powodu ,,nonsensowego” ugrupowania wojsk. i nie bacząc na to, że marszałek Piłsudski sam szuka bezwiednie ,,nadzwyczajnych” przyczyn piorunującego przewrotu, a także i na to, że on sam wyrażał się nieraz, że w sierpniu 1920 r.  „Palec Boży ziemi dotykał”.

Może ktoś w akcji VIII  brygady kawalerii pod Ciechanowem dopatrywać się tylko działalności doskonałych kawalerzystów, pomimo tego, że oni sami nie zdawali sobie sprawy z doniosłości swego czynu, a po nim stracili koncepcję  dalszego działania. Może ktoś, za Tuchaczewskim, twierdzić, że Polacy mieli tylko szczęście, pomimo tego, że on sam widzi coś ,,potwornego“ w sparaliżowaniu  swej 4-ej armii.

Może ktoś twierdzić, że w decyzji  generała Krajowskiego pod Mystkowem i Rzewínem  nie było iskry Bożej artysty taktyka, a tylko normalne  postępowanie dobrego generała, albo, że pod Wólka  Radzymińską nie było zbiegu szczęśliwych nieporozumień, lecz tylko wykonanie rozkazu otrzymanego  przez porucznika Pogonowskiego, pomimo tego, że generał Żeligowski mówi o „nadzwyczajnym instynkcie“.

Może ktoś twierdzić, że opóźnienie wiadomości  o rozpoczęciu polskiego przeciwnatarcia znad Wieprza  do sztabu Tuchaczewskiego o dwa dni było przypadkiem albo, że wyłączenie z bitwy armii konnej Budiennego i 12-ej armii bolszewickiej, równocześnie  z wyłączeniem większości 4-ej armii z korpusem konnym Gaja, było zbiegiem okoliczności, a może też, że  wspaniała jedność narodowa w chwili widocznego już  dla wszystkich zagrożenia ojczyzny była naturalnym  odruchem narodu albo wynikiem dobrej organizacji  i propagandy.

Gdybyśmy jednak wszystkie te wydarzenia niezwykłe, które grały na naszą korzyść, nazwać chcieli przypadkami albo zaliczyć je chcieli do imponderabiliów, to obliczenie prawdopodobieństwa zbiegu aż siedmiu szczęśliwych dla nas wypadków wykazałoby nam, że jest ono jak 1 : 16 miliardów, czyli, że nie ma  już prawdopodobieństwa realnego.

Takie szczęście trudno sobie wyobrazić. Za takie szczęście trzeba Panu Bogu dziękować.  Z przeprowadzonej analizy bitwy nie wynika, że uzyskaliśmy zwycięstwo pod Warszawa 1920 r., utrwalili naszą niepodległość i uratowali Europę zachodnią od zalewu komunistycznego tylko dzięki własnym zdolnościom strategicznym, doskonałemu dowodzeniu na wszystkich szczeblach hierarchii wojskowej i dobrej organizacji. Nie wynika także, że zawdzięczamy zwycięstwo jakimś podstawowym planom doradców francuskich, jak się tego domyślali niektórzy komentatorzy zachodniej Europy. nie mogący pojąć tak nagłego zwrotu losów wojny. Natomiast nie ulega wątpliwości, że liczne wypadki niezwykłe przyczyniły się do zwycięstwa bardzo poważnie.  Przy całym szacunku i wdzięczności, jakie winniśmy naszym przywódcom wojskowym i cywilnym i poszczególnym żołnierzom za ich wielką pracę fachową, za ich trud i nie szczędzenie swego życia dla Ojczyzny, musimy uznać, że bez natchnienia Bożego  w chwilach pobierania ważnych decyzji i bez pomocy  Bożej na polu bitwy nie byliby w stanie wygrać bitwy  pod Warszawa 1920 r. w tak szybki i tak decydujący  sposób.

Wydaje się więc, że popularne w Polsce nazwanie zwycięstwa tego CUDEM NAD WISŁĄ ma swoje uzasadnienie.  A słowa modlitwy naszej, wyrażające wiarę w to, że Bóg przez tak liczne wieki osłaniał Polskę „tarczą Swej opieki od nieszczęść, które przygnębić ją miały”, mają w odniesieniu do omawianej bitwy pod Warszawą 1920 roku poważne oparcie o fakty historyczne.

KONIEC

Cud nad Wisłą – przebieg wydarzeń nadprzyrodzonych

Cud nad Wisłą – przebieg wydarzeń nadprzyrodzonych

dr Stanisław Krajski http://prawy.pl/76899-cud-nad-wisla-przebieg-wydarzen-nadprzyrodzonych/

Polacy mieli małą szansę wyjścia zwycięsko z tej bitwy. Norman Davies w swojej książce pt. „Serce Europy. Krótka historia Polski” pisze: „Prasa komunistyczna oraz niektórzy optymiści w Niemczech już ogłosili upadek Warszawy. Wtedy to w połowie sierpnia 1920 r. armia polska zadała przeciwnikowi druzgocący cios, którego nikt się nie spodziewał. (…) Faktem jest, że Armia Czerwona doznała wtedy jedynej klęski w swojej historii usianej zwycięstwami”.

O godz. 3.30 Rosjanie rozpoczęli natarcie uderzając przede wszystkim na pozycje zajęte przez gimnazjalistów. Ci zaczęli uciekać. Front został przerwany. Żołnierze polscy uciekali w stronę Ossowa. W tej chwili nadjechał ppłk Jerzy Sawicki i zawołał „Kto i dokąd ucieka kiedy tam się biją”. Odpowiedział mu dowodzący kolumną ppor. Mieczysław Słowikowski, stwierdzając, że wykonuje polecenie dowódcy pułku. Wtedy ppłk Sawicki wydał rozkaz: „Na moją odpowiedzialność i na mój rozkaz jedna kolumna – w prawo, druga w lewo, a tyraliery do kontrataku!”. W tym momencie do ppor. Słowikowskie podbiegł ks. Skorupka prosząc o możliwość pójścia razem z żołnierzami. Żołnierze ruszyli do ataku, ale szybko tyraliera zaczęła się łamać. Ks. Skorupka wybiegł przed nią lewą ręką wskazując kierunek ataku, a w prawej trzymając wysoko krzyż i krzyczał „Za Boga i Ojczyznę”. W pewnym momencie ksiądz został trafiony kulą i padł nieżywy, a bolszewicy zaczęli uciekać.

Polacy wygrali bitwę, która była punktem zwrotnym wojny 1920 r. Co się stało?

Ks. kardynał Aleksander Kakowski napisał: „Bolszewicy wzięci do niewoli opowiadali, że widzieli księdza w komży z krzyżem w ręku, a nad nim Matkę Boską”.

Zeznania jeńców rosyjskich i Polaków, którzy rozmawiali z jeńcami rosyjskimi są jednoznaczne. Świadkowie opisują Matkę Bożą, którą bolszewicy widzieli na niebie w dniu 14 sierpnia 1920 r. tak jak przedstawiona jest ona na obrazie Matki Bożej Łaskawej, który znajduje się obecnie w kościele Jezuitów na Starym Mieście w Warszawie.

Bolszewicy mówili o kolorze sukni i włosów oraz o tym, że Matka Boża trzymała w rękach pęki „jaśniejących prętów” lub „piorunów”. Żołnierze rosyjscy uważali, że Matka Boża trzyma w rękach „jakąś broń”. (na obrazie Matki Bożej Łaskawej Matka Boża trzyma w rękach pęki strzał, bo jest to „Matka Boża krusząca w dłoniach strzały gniewu Bożego”).

Drugi raz Matka Boża ukazała się w dniu 15 sierpnia 1920 r. podczas bitwy pod Wólką Radzyńską, Bitwa ta nie była zaplanowana ani przez Polaków ani przez Rosjan. Por. Stefan Pogonowski otrzymał od gen. Lucjana Żeligowskiego rozkaz zajęcia stanowiska obok wioski Kąty Węgłowskie blisko Radzymina. Miał tam czekać na przemarsz oddziałów, które miały nadejść od strony Nieporętu. Zadaniem jego oddziału było je osłaniać. Por. Pogonowski w nocy 15 sierpnia samowolnie [tj ma tylko wcześniejsze rozkazy, sprzeczne z późniejszymi. MD] opuszcza stanowisko i uderza na stanowiska bolszewickie w Mostkach Wólczańskich i Wólce Radzyńskiej. Jego brawurowy atak uderzył, choć nie mógł tego wiedzieć, w „najczulsze miejsce armii rosyjskiej”. Jest to atak małego oddziału na wielkie siły bolszewickie, a jednak Rosjanie zaczynają uciekać.

„Bolszewiccy jeńcy wzięci do niewoli opowiadali – jak czytamy w książce „Matka Boża Łaskawa a cud nad Wisłą” – że podczas nocnego ataku na Wólkę nagle zjawiła się przed nimi, unosząc się wysoko nad ziemią „Matier Bożja”.

Mówili, że niespodziewanie ujrzeli na ciemnym niebie ogromną, potężną i pełną mocy kobiecą postać, od której biło światło.

Nie był to ani duch ani zjawa! Bolszewicy wyraźnie widzieli Świętą Postać jako żywą osobę! Wokół Jej głowy jaśniała świetlista aureola, w jednej dłoni coś trzymała jakby tarczę, od której odbijały się wystrzeliwane w kierunku Polaków pociski, po czym powracały, by eksplodować na pozycjach atakującej armii! Wyraźnie widzieli, jak poły jej szerokiego, granatowego płaszcza unosiły się i falowały na wietrze, zasłaniając Warszawę. Grozę zjawiska potęgowała asysta Niebiańskiej Osoby. Towarzyszyły jej oddziały przerażających skrzydlatych, konnych rycerzy, zakutych w pobłyskujące mimo ciemności stalowe zbroje, pokryte lamparcimi skórami. Hufce widmowych postaci najwyraźniej… gotowały się do walki!”.

Dowiadujemy się też, że „niebiańska Osoba jakby wychylała się to w jedną to w drugą stronę i odrzuca czy też odbija lecące w Jej stronę – czyli w kierunku Polaków – pociski! Osłupiali ze zgrozy bolszewicy obserwowali, jak odrzucane przez Niewiastę kartacze eksplodują tam, gdzie znajdowały się ich obwody!”.

Jak czytamy w cytowanej książce: „Szczegóły ukazania się Najświętszej Dziewicy znamy także z relacji świadków pośrednich – mieszkańców wsi, do których dotarli oszalali z grozy bolszewicy, szukając jakiegokolwiek schronienia. Uciekinierzy byli w stanie szoku nerwowego! Mieli przerażone, wytrzeszczone oczy, szczękali zębami, zachowywali się bezrozumnie, usiłując schować się gdziekolwiek, choćby w psiej budzie! Na klęczkach błagali Polaków o ukrycie, otwarcie przyznając, że ratują się ucieczką przez Carycą – Matier Bożju”.

Autorzy książki zapisali świadectwo ks. Wiesława Wiśniewskiego, który przekazał im wspomnienie swojego pradziadka, Bolesława, mieszkańca parafii Zambrów: „Około 20 sierpnia wycofujący się w rozsypce bolszewicy mówili, że do Warszawy szło im się dobrze, jednak miasta nie zdobyli, ponieważ zobaczyli [uwidieli] nad stolicą Matkę Bożą i nie mogli z nią walczyć”.

Polacy nie widzieli Matki Bożej. Ze zdziwieniem obserwowali tylko paniczną ucieczkę bolszewików.

Były setki bezpośrednich (jeńcy bolszewiccy) i pośrednich (tych, którzy słyszeli ich opowiadania) świadków tych wydarzeń.

Ich zeznania znajdujemy, między innymi w „Wiadomościach Archidiecezjalnych Warszawskich” (nr 8/2005).

Ks. Wiktor Mieczkowski, proboszcz parafii św. Idziego w Wyszkowie w swojej książce pt. „Bolszewicy w polskiej plebanii” pisze: „W wielu wsiach mówili bolszewicy, że od Warszawy odpędzili ich nie Polacy, a Matier Bożja”.

W dniu 8 grudnia 1920 r. ks. abp Józef Teodorowicz ormiańsko-katolicki arcybiskup Lwowa (poseł na sejm ustawodawcy, a następnie senator) powiedział w swoim kazaniu: „Bóg łaskę zwycięstwa i cud pod Warszawą dał nam przez ręce Tej, która Polski jest Królową. Mówił mi kapłan pracujący w szpitalu wojskowym, iż żołnierze rosyjscy zapewniali go i opisywali, jak pod Warszawą widzieli Najświętszą Pannę okrywającą swym płaszczem Polski stolicę. I z różnych innych stron szły podobne świadectwa”.

=====================================

Od redakcji: Jest to fragment książki Stanisława Krajskiego pt. „Spisek przeciwko Matce Bożej (i Polsce). Czy Matka Boża wzywa nas do walki. (stron 168).

Najświeższe wieści z domu wariatów: Trump chce włączyć Cieśninę Ormuz do USA

Trump chce włączyć Cieśninę Ormuz do USA.

MSZ Iranu: nie ulegniemy zastraszeniu

15 sierpnia 2026 pch24/trump-chce-wlaczyc-ciesnine-ormuz-do-usa-msz-iranu-nie-ulegniemy-zastraszeniu

usa_iran.png
opr. PCh24.pl

Wiceminister spraw zagranicznych Iranu Kazem Gharibabadi oświadczył w nocy z piątku na sobotę, że Teheran nie ulegnie zastraszaniu ani demonstracjom siły ze strony USA, po tym jak prezydent Donald Trump zapowiedział, że uzna cieśninę Ormuz za terytorium amerykańskie.

Komentując wypowiedzi Trumpa, Gharibabadi napisał w serwisie X, że decyzja o otwarciu lub zamknięciu strategicznej cieśniny należy wyłącznie do Iranu.

Minister spraw zagranicznych Iranu Abbas Aragczi poinformował natomiast, że decyzja o wznowieniu negocjacji ze Stanami Zjednoczonymi jeszcze nie zapadła – przekazał w nocy z piątku na sobotę portal Times of Israel, cytując Irańską Agencję Wiadomości Studenckich (ISNA).

Prezydent USA Donald Trump zapowiedział w piątek w Nowym Jorku, że niedługo ogłosi cieśninę Ormuz częścią terytorium Stanów Zjednoczonych. Poinformował też, że przeprowadzi mocny atak gospodarczy na Iran.

Gdy już skończymy pokonywać Iran, który pokonujemy bardzo mocno… Wkrótce ogłoszę cieśninę Ormuz terytorium Stanów Zjednoczonych – oświadczył Trump podczas przemówienia w Nowym Jorku.

Cieśnina Ormuz jest kluczowym szlakiem eksportu ropy i skroplonego gazu wydobywanych w państwach Zatoki Perskiej. Iran zablokował ten szlak, gdy pod koniec lutego został zaatakowany przez Stany Zjednoczone i Izrael. USA nałożyło z czasem blokadę na irańskie porty. Blokada Ormuzu przyczyniła się do gwałtownego zmniejszenia eksportu surowców z państwa Zatoki Perskiej, wywołując wzrost cen na światowych rynkach.

Ormuz jest nadal w dużej mierze zablokowany, a kwestia żeglugi przez cieśninę pozostaje jednym z kluczowych punktów sporu między USA a Iranem.

PAP

oprac. PR

Szokujący koniec wielkiego skandalu. Nie żyje najmłodszy czarnoskóry profesor Cambridge, oszust i plagiator

Szokujący koniec wielkiego skandalu. Nie żyje Jason Arday – najmłodszy czarnoskóry profesor Cambridge, oszust i plagiator

15.08.2026 nczas/szokujacy-koniec-wielkiego-skandalu-nie-zyje-jason-arday-najmlodszy-czarnoskory-profesor-cambridge-oszust-i-plagiator

NCZAS.INFO | Jason Arday - bohater wielkiego skandalu, który własnie zakończył sie w bardzo tajemniczych okolicznościach. / Foto: YT (screen)
NCZAS.INFO | Jason Arday – bohater wielkiego skandalu, który własnie zakończył się w bardzo tajemniczych okolicznościach. / Foto: YT (screen)

Zmarł Jason Arday, były profesor Uniwersytetu Cambridge, oskarżany o plagiat i niezgodne z prawdą twierdzenia, które wywołały poruszenie w świecie akademickim. Arday zasłynął jako najmłodszy czarnoskóry profesor w historii uniwersytetu – przekazała w sobotę agencja AP.

Arday, który miał 37 lat, gdy w 2023 r. został najmłodszym czarnoskórym profesorem Cambridge, zrezygnował ze stanowiska na uczelni po naciskach mediów, przypominających o oskarżeniach o plagiat i podważających jego twierdzenia o wyczynach sportowych oraz akcjach prospołecznych.

„Na razie jego śmierć jest traktowana jako nieoczekiwana, ale (jej przyczyn) nie uważa się za podejrzane” – poinformowała brytyjska policja.

Uniwersytet Cambridge, który początkowo reagował na doniesienia o plagiacie i nieprawdziwych sformułowaniach Ardaya oskarżeniami o rasizm, ogłosił na początku tygodnia, że przeanalizuje okoliczności zatrudnienia tego naukowca w 2022 r. i powierzenia mu stanowiska profesora socjologii edukacji.

Skandal związany z Ardayem rozwijał się od dłuższego czasu. Oliwy do ognia dolała informacja, że kiedy renomowany dziennikarz działu edukacji poważanego „The Times” poprosił Ardaya o skomentowanie artykułu o plagiacie, ten złożył skargę na policję, a funkcjonariusze wszczęli postępowanie.

Śledztwo w sprawie dziennikarza, który rzetelnie wykonywał swoją pracę, wywołało burzę w serwisach społecznościowych. Policja przyznała później, że powinna była odrzucić skargę.

Wiarygodności Ardayowi nie dodały też jego fantastyczne deklaracje. Twierdził m.in. że do osiemnastego roku życia nie umiał czytać ani pisać, choć – tak jak inni londyńscy uczniowie – zdał wcześniej egzamin GCSE. Mówił, że w celach charytatywnych przebiegł w ciągu 35 dni 30 maratonów – w tym dziewięć z pęknięciem kości strzałkowej.

Opowiadał, że został dwukrotnie zaatakowany na uczelni przez uzbrojonego, zamaskowanego sprawcę. Jednak dochodzenie dziennika „The Guardian” wykazało, że ani monitoring nie zarejestrował obecności podejrzanego napastnika, ani też żaden inny pracownik nie zgłosił, że widział tę postać. Arday twierdził również, że do domu jego rodziców przesłano głowę świni. Przekonywał, że policja zidentyfikowała sklep, w którym ją kupiono. Jednak „The Guardian” nie znalazł dowodów potwierdzających jego opowieści, a policja zaprzeczyła, jakoby wszczęto dochodzenie.

Na komentarze Arday reagował zarzutami o motywacje rasistowskie (zaledwie 1 proc. brytyjskich wykładowców to osoby czarnoskóre). Argumentował, że skupia się na nim krytyka tzw. polityki DEI – różnorodności, równości i integracji, wdrażanej na wielu czołowych uczelniach.

Zdaniem wielu prawicowych i kierujących się zdrowym rozsądkiem komentatorów jej rezultatem jest promowanie osób, które nie dysponują odpowiednimi kwalifikacjami, ale mają za to „różnorodne pochodzenie rasowe”. Zaburza to merytokrację, zgodnie z którą to – kierując się logiką – najlepsi i najbardziej uzdolnieni powinni sięgać po najwyższe zaszczyty.

Po śmierci Ardaya jego rodzina wydała oświadczenie, w którym poinformowała, że ich bliski padł ofiarą „kampanii nękania i dezinformacji”.

Kossak Szczucka o Rusinach, ziemianach. Na marginesie Wyprawy Kijowskiej 1920

[z mojego Archiwum. md]

Kossak Szczucka o Rusinach, ziemianach. Na marginesie Wyprawy Kijowskiej 1920 Wojciech Kempa magnapolonia.org/na-marginesie-wyprawy-kijowskiej-1920/



Ludobójstwo, którego ofiarą padli Polacy z Wołynia i Małopolski Wschodniej w latach 1943 – 1944, zepchnęło w cień wydarzenia, które rozegrały się na Wołyniu, Podolu i Ziemi Kijowskiej ćwierć wieku wcześniej. Niewiele też osób sięga dziś po wspomnienia Zofii Kossak-Szczuckiej, będące jej debiutem literackim, czego należy żałować. Zofia Kossak-Szczucka to nie tylko znakomita pisarka, ale przede wszystkim wspaniały człowiek, a także bystra obserwatorka stosunków społecznych. Autorka „Pożogi” mieszkała wówczas w Nowosielicy, majątku leżącym na pograniczu Wołynia i Podola.
Zofia Kossak-Szczucka tak pisała o panujących tam stosunkach:

„Nie były to właściwe płaszczyzny wołyńskie, kołyszące swym rozmiarem, ani skaliste urwiska podolskie, ściskające serce oczekiwaniem wystrzelającej z głębi jaru, prawie pod stopami wsi. Harmonijne wzgórza, staczające się na wzgórza, falowały lasami i zbożem, radując się same w sobie swej rodzajności i sile. Na nich leżały przezroczyste, długie cienie od chmur wędrownych, dalekich. Między wzgórzami, w dole, były stawy, nad stawami w okrąg rozłożone wsie. Każda wieś przerośnięta była gęstwą sadów, które wiosną otulały chaty niby welon. W chatach tych mieszkał lud rosły i krzepki, śpiewający najpiękniejsze w całym świecie pieśni, leniwy i senny, ale sennością żywiołu, gotowego w każdej chwili powstać huraganem. Lud ten, nad wszystko inne siłę fizyczną ceniący, pobłażaniem gardził jako dowodem słabości, surowość uznawał, a za niesprawiedliwość mścił się zaciekle i strasznie.
Skryty i chytry, trudny do poznania i przyswojenia, niezmiernie rzadko dno swych myśli zdradzający – przeto pozornie uchodzący za fałszywy – posiadał wyjątkowe zdolności umysłowe, oczekujące tylko pobudzenia; zdolny do najbardziej krańcowych przejawów cnoty i zbrodni, nienawiści lub zasługi, był przy tym, niestety, opłakanie niekulturalny i ciemny. Krew tatarska, które sporą domieszkę otrzymał, dała mu w spadku zamiłowanie łupieżcze, tchórzowską odwagę pobratymca wilka z bliskiego lasu i chęć niszczycielską, która w przyszłości umiejętnie rozbudzona, miała wybuchnąć pożarem, tłumiąc wszelkie inne czynniki psychiczne.
Z ziemiaństwem polskim lud ten żył dobrze i zgodnie, uznając chętnie wiekową wyższość „paniw” i szanując ją. Rosjanie nigdy nie umieli osiągnąć tego znaczenia i wpływu. Mało zamiłowani w rolnictwie, obojętni dla ziemi, osiedlali się zazwyczaj w większych miastach, rzadko odwiedzając bogate swoje majątki, traktowane tylko jako warsztat dochodowy. Toteż Polacy byli istotnymi właścicielami i panami kraju, siłą faktów, tradycji, posiadanej ziemi i ogólnego przekonania.”
Autorka podkreśla, iż Ukraińcy, wówczas zwani częściej Rusinami, nad wszystko inne siłę fizyczną cenili. Nadto znani byli z okrucieństwa, a pobłażaniem gardzili jako dowodem słabości. Warto zwrócić uwagę na to, co autorka „Pożogi” wyłapała już sto lat temu i co powinni wziąć sobie do serca nasi politycy. W naszej kulturze przyjęliśmy oczekiwać, iż gest dobrej woli u obdarowanego nim winien wywoływać chęć odwzajemnienia się czymś podobnym. Tymczasem w relacjach z Ukrainą to nie działa… Ale idźmy dalej. Bo oto Zofia Kossak-Szczucka zauważa, iż „ziemiaństwo polskie kresowe lubiło Rusinów, zwracając się do nich, chętnie używało ich mowy, uważając lud ten cały za bliski i swój”, po czym dodaje: „Niejednokrotnie dwór czuł się prawie bliższy wsi ruskiej niż nielicznym zagrodom szlacheckim, częściej serdeczniej zwracał się do pierwszej. Stosunek ten był naturalnym wynikiem historii, wszakże poważny procent najpiękniejszych rodów ziemiańskich kresowych wyrósł z tego samego szczepu co lud ruski, z tej samej ziemi bujnej, szerokiej i barwnej. Wszak z Kresów powstały szeregi rycerzy, hojnie zasłużonych wobec Rzeczypospolitej, a dawne dumne bojary i kniazie zmieniły się w ciągu wieków w najlepszych Polaków. Więc też dlatego Rosjanie nie mogli rywalizować znaczeniu i wpływie swoim z Polakami. Polskie ziemiaństwo czuło się u siebie, Rosjanie byli żywiołem obcym, napływowym.”

Zofia Kossak-Szczuka zwraca tu uwagę, iż polscy ziemianie nie byli na kresach kolonistami, ani potomkami kolonistów, ale autochtonami, którzy w toku skomplikowanych procesów społecznych zmienili się „w najlepszych synów Rzeczypospolitej”. Byli więc oni pełnoprawnymi gospodarzami tej ziemi. Ale oto wraz z przedłużającą się wojną począł narastać rozkład struktur państwowych i stosunków społecznych w państwie rosyjskim. Bolszewiccy agitatorzy, którymi z reguły byli miejscowi Żydzi, zaczęli podburzać chłopów przeciw panom. Żydzi dobrze wiedzieli, że gdy pozbędą się Polaków, oni to siłą rzeczy staną się miejscową elitą. Rusini jednak pozostawali nieufni wobec agitacji bolszewickiej, choć kropla poczęła drążyć kamień, zwłaszcza że pojawił się dodatkowy czynnik. Oddajmy ponownie głos Zofii Kossak-Szczuckiej: „Niezależnie od powyższych wypadków, na niezbyt od nas oddalonym froncie, Wielka Wolna Armia Kiereńskiego rozkładała się z dnia na dzień coraz to potworniej, jak zgangrenowany i cuchnący trup. Coraz liczniejsze gromady dezerterów, grabiąc i kradnąc, zalewały kraj, cofając się samowolnie.” Owi dezerterzy, zaopatrzywszy się we dworze czy w pałacu w różne błyskotki i klejnoty, mieli potem czym zaimponować wiejskim pannom. A i mężatki, widząc to, zaczęły baczniej wsłuchiwać się w to, co głosili bolszewiccy agitatorzy, co tak opisała Zofia Kossak-Szczucka: „Chłop wracał do domu i myślał. Szedł w pole patrzeć na zieleniące się dworskie oziminy, wielkie i bujne, okiem nieobjęte, na wąską wstążkę własnego, źle zasianego poletka – i myślał dalej. W końcu zmęczony myśleniem, powracał do domu, a tam zabierała głos – baba. Kobiety wiejskie w ogóle odegrały dużą rolę w sprawie rozbudzenia świadomości swej siły u chłopów, przez chwilę tylko oszołomione nieoczekiwanie spadłym na nie równouprawnieniem, zdolne i sprytne jak cały szczep rusiński, a niepowszednio zajadłe, poczuły w sobie powołanie polityczne i stały się najlepszymi agitatorkami. Nikt tak chciwie nie pragnął wszystkiego co dworskie, nikt tak tak bezwzględnie do tego nie dążył jak one. Żydzi prowadzili je, jak chcieli i dokąd chcieli, a one prowadziły ostrożniejszych i powściągliwszych od siebie mężów. Na „schodach”, czyli wiecach wiejskich, nikt ich nie przegadał i nikt nie powstrzymał. Dotychczas tak ciche i bezosobowe, czarnobrewe i rzewne Ulany, Hapki i Frasyny ogarnął istny szał wiecowania.” Chłopi ukraińscy jakby dostali obłędu. Czego nie zdołali zabrać ze sobą, niszczyli i palili, pozostawiając po sobie popiół i zgliszcza. Domowników mordowali z niebywałym okrucieństwem. Jakże inaczej wyglądało to na Górnym Śląsku, gdzie przecież stosunki społeczne były w jakimś sensie podobne – z tym że warstwę posiadającą i miejscową elitę stanowili tu Niemcy, a robotnicy i chłopi to w lwiej części Polacy. Na Śląsku jednak, gdy jedno po drugim wybuchły trzy śląskie powstania, biorący w nich udział powstańcy brali pod uwagę, że powstanie kiedyś się skończy i trzeba będzie wrócić do normalnego życia, więc ważne, by ich warsztaty pracy przetrwały w stanie nienaruszonym. Tu było zupełnie inaczej. Czy istniała szansa, by z próżni jaka powstała na ukraińskiej ziemi w wyniku dwóch kolejnych rosyjskich rewolucji, a następnie klęski militarnej Niemiec i Austro-Węgier, wyłoniła się niepodległa Ukraina? Większość osób zdaje się postrzegać Ukraińską Republikę Ludową, którą uosabiał ataman Semen Petlura, jako organizm podobny do odradzającego się w tymże samym okresie Państwa Polskiego, przy czym proces budowania państwowości ukraińskiej miał zostać przerwany wyłącznie wskutek inwazji – z jednej strony wojsk bolszewickich, z drugiej zaś białogwardzistów Armii Ochotniczej Denikina. Nic bardziej błędnego… Po wycofaniu się jesienią 1918 roku wojsk niemieckich i austriackich Ukraina ponownie pogrążyła się w totalnym chaosie; jeszcze gorszym od tego, który targał nią przez większą część roku 1917. W prawie każdej większej wsi objawił się jakiś ataman, który miał swój oddział zbrojny, przy czym oddział ten po części funkcjonował w roli oddziału samoobrony, po części jako banda rabunkowa. Chodziło po prostu o to, by chronić swoich i łupić obcych. Atamani z reguły nie kierowali się żadną ideologią, albo mieli do niej dość swobodne podejście. Najważniejsza była władza, z czym wiązały się bogactwo i prestiż. Niektórym atamanom udawało się zmusić do uznania swojego zwierzchnictwa innych atamanów, przez co ich pozycja rosła, aczkolwiek z reguły równie szybko upadała. Czasami niektórzy atamani zawierali z innymi atamanami sojusze, które były mniej lub bardziej dobrowolne i mniej lub bardziej trwałe. Rządy Ukraińskiej Republiki Ludowej poza Kijowem niewiele znaczyły, przy czym już na początku lutego 1919 roku Kijów przejęli bolszewicy. Oddziały URL wycofały się na Podole i Wołyń, gdzie zresztą też funkcjonowali różni lokalni atamani, którzy albo uznawali władzę Petlury, albo nie. Przy tym nawet jeśli ją uznawali, to często miało to charakter czysto formalny i z reguły nietrwały. Petlura w sumie nie był nikim więcej jak jednym z atamanów, przy czym jego pozycja była dużo słabsza niż na przykład takiego Nestora Machno, który zresztą też miał swoje wzloty i upadki. Na Chersońszczyźnie, Mikołajowszczyźnie, a po części także w rejonie Odessy rozbłysła gwiazda atamana Grigoriewa, który to jednak w maju 1919 roku został pobity przez bolszewików, z którymi zresztą wcześniej blisko współpracował. W międzyczasie znaczącą rolę począł odgrywać sojusz atamanów, któremu przewodzili ataman Zielionyj, ataman Gonczar – Burłaka, bracia Sokołowscy oraz ataman Struk. Pomijając Galicję, gdzie rzeczywistość była diametralnie inna, ale to jest poza sferą naszych rozważań, chłopi ukraińscy, nie byli zainteresowani budową państwa ukraińskiego. Te sprawy niewiele ich obchodziły. Zofia Kossak – Szczucka w swoich wspomnieniach zauważyła, iż wystąpienia chłopskie „stały na gruncie ściśle socjalno – klasowym”, dodając ponadto: „Panów wypędzano jako panów, nie jako Polaków. Służba polska nie była uważana za gorszą od ruskiej. Nikt jej nie prześladował. […] Ogólna nienawiść do „panów” była wtedy nie tylko klasowa, ale raczej dotyczyła stanu, niż osób. „Pan”, dopóki trwał w swym majątku i bronił się, stanowił wroga, z którym walczono bez litości. Ten sam jednak „pan”, z chwilą gdy pobity ustąpił i osiadł gdziekolwiek jako rozbitek, stawał się obojętny, w przekonaniu chłopów nieszkodliwy i nikt doń pretensji nie żywił.” Kossak – Szczucka dodaje, że Petlura oraz agitatorzy z Galicji próbowali rozpalić ogień nienawiści na tle narodowościowym, ale w gruncie rzeczy im się to wtedy nie udało – przynajmniej gdy chodzi o relacje polsko – ukraińskie. Inaczej rzecz się miała z Żydami, o czym za chwilę….
Wiktor Antolewicz Sawczenko w książce „Атаманщина” zwraca uwagę, iż w tym okresie władza komunistów ograniczała się do dużych miast. Starali się oni nadto kontrolować pas przyfrontowy, a także pasy terenu leżące wzdłuż linii kolejowych oraz węzłowe stacje. Natomiast na prowincji rządzili atamani, którzy dysponowali uzbrojonymi formacjami, z których niektóre skupiały po kilka tysięcy ludzi. Oni też jako jedyni cieszyli się jeszcze jako takim autorytetem wśród ludności wiejskiej, która to nieustannie wiecowała. Przy tym, co wyraźnie podkreśla Sawczenko, tocząca się wojna przybrała wówczas charakter etniczny: „Żydzi popierali sowiecką władzę i nowa miejscowa administracja na Ukrainie w 60 – 70% składała się z Żydów (miejscowa młodzież żydowska odznaczała się prawie powszechnym poparciem i sympatiami do bolszewików). Dla przeciętnego ukraińskiego chłopa to Żydzi byli komisarzami, komunistami, członkami komitetów rewolucyjnych, bojcami oddziałów pacyfikacyjnych.” Sawczenko przy okazji zauważa, że w guberni kijowskiej Żydzi stanowili wówczas ok. 12% ogółu ludności (mniej więcej 325 tys. osób), ale w miasteczkach Kijowszczyzny – 40 – 50%. 30% Żydów mieszkało w samym Kijowie. Za to na wsiach Kijowszczyzny stanowili oni ledwie 2 – 3% ludności. Ukraina była przy tym obszarem w pełni „zmilitaryzowanym” – prawie każdy miał broń i przy byle okazji po nią sięgał. Okres anarchii doprowadził natomiast do pojawienia się nieznanego dotąd na Ukrainie czynnika – mianowicie głodu. W efekcie chłopi ukraińscy zaczęli tęsknić do porządków, które panowały przed rewolucją, a nienawiść do bolszewików przybrała u nich charakter w zasadzie powszechny.
Zofia Kossak – Szczucka w swych wspomnieniach zwraca uwagę, iż po dwóch latach anarchii dawało się zauważać „powolne, nikłe z początku, ale coraz wzrastające pragnienie ładu i prawa u chłopów”. W ślad za tym narastało w nich pragnienie powrotu ziemiaństwa – „jako jedynych znanych im przedstawicieli ładu”. Kossak – Szczucka zaraz potem dodaje: „Dopóki bezład pozwalał grabić i wzbogacać się łatwo cudzym, pańskim dobrem, był miły i pożądany. Ale gdy dobra cudzego zabrakło, skończyły się łatwe korzyści, a bezład pozostał, gdy nikt z nich nie był pewien swojego życia i mienia – lepsze, aryjskie cząstki ich psyche podniosły bunt przeciw chaotycznemu zniszczeniu, coraz wyraźniejszym głosem żądając przywrócenia ładu. A na to przyszedł bolszewizm, logiczny wytwór anarchii. Nie mając folwarków i „burżujów” do grabienia, zaczął z bezwzględnością grabić chłopów. Zabierano im konie, krowy, zapasy, niszczono zasiewy. Za opór karano śmiercią. Toteż prędko drapieżna, zacięta, jak żywioł mocna chłopska nienawiść odwróciła się od dotychczasowego swego obiektu: ziemiaństwa, aby w całości skierować się przeciw bolszewikom. Coraz częściej zdarzały się wypadki, że chłopi bronili swych „panów”, coraz częściej wybuchały bunty i powstania, które zresztą bolszewicy szybko i krwawo tłumili. Więc widząc niemożność oswobodzenia się swymi siłami, wieś zaczynała szczerze wzdychać do jakiejś pomocy, która by ją z czerwonego jarzma wyzwoliła.” Nie tylko więc ziemiaństwo, szlachta zaściankowa czy polscy mieszczanienie, nie tylko tzw. „mazurzy”, czyli chłopi narodowości polskiej, ale także chłopi narodowości ukraińskiej wypatrywali wojsk polskich niczym zbawienia. Natomiast niespecjalnie wypatrywali Petlury, który jawił im się jednym ze sprawców tego całego bałaganu. Jeśli gotowi go byli tolerować, czy wręcz popierać, to wyłącznie dlatego, iż stało za nim polskie wojsko, u boku którego atamani i ich podkomendni pragnęli bić bolszewików. W tym miejscu należy przypomnieć, że polski radiowywiad prowadził stały nasłuch bolszewickich radiostacji, a dzięki złamaniu kodów szyfrowych udawało się wszelkie przesyłane tą drogą meldunki i rozkazy odczytywać. Powziąwszy więc z dużym wyprzedzeniem wiedzę, iż bolszewicy przygotowują się do generalnej rozprawy z Polską, zamierzając skoncentrować na kierunku białoruskim silną grupę uderzeniową, Polacy postanowili uprzedzić te działania i wykonać ruch wyprzedzający. Doszedłszy do porozumienia z Petlurą, Józef Piłsudski zdecydował o wykonaniu uderzenia na kierunku ukraińskim z zamiarem zdobycia Kijowa i zbudowania państwa ukraińskiego, które byłoby ściśle związane z Polską. Kluczowym czynnikiem był tu przy tym czas – chodziło o zdążenie ze wszystkim, zanim rozpocznie się spodziewana ofensywa bolszewicka.
Gen. Tadeusz Kutrzeba, podówczas szef sztabu 3 Armii (w stopniu najpierw majora, a następnie podpułkownika), zadania te przedstawił następująco: „Idąc na Ukrainę, mogła Polska włączyć w strefę działań wojennych wielki szmat kraju i duży zasób ludzi broniących «swego» i przez to większy potencjał w wojnie. […] W czasie polskiej okupacji pod osłoną frontu polskiego tworzy się armia ukraińska, która następnie przejmuje na siebie dalszą obronę Ukrainy Prawobrzeżnej, a więc na południe od Prypeci. Wojska polskie zluzowane przez nowo-sformowaną armię ukraińską zostaną przegrupowane na front białoruski do dalszych działań przeciw głównym siłom sowieckim. Do czasu ukończenia kampanii kijowskiej front białoruski pozostaje w obronie.” Armie polskie biorące udział w wyprawie kijowskiej otrzymały więc zadanie dotarcia do granic Pierwszej Rzeczypospolitej (sprzed pierwszego rozbioru), zdobycie Kijowa i uchwycenie w rejonie tegoż przyczółka na lewym brzegu Dniepru. Z kolei zadaniem strony ukraińskiej było sformowanie na wyzwolonym obszarze armii ukraińskiej, zdolnej do podjęcia dalszych działań ofensywnych – na lewym brzegu Dniepru i w kierunku Morza Czarnego. Zluzowane przez oddziały ukraińskie formacje Wojska Polskiego miały tymczasem zostać możliwie jak najprędzej przerzucone na północny odcinek frontu, gdzie – o czym była przed momentem mowa – spodziewano się generalnej ofensywy Armii Czerwonej. Istotną sprawą było też ostatecznie zamknięcie tematu Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej. Oddziały Ukraińskiej Halickiej Armii po wyparciu ich w czerwcu 1919 roku przez jednostki Wojska Polskiego z terenu Galicji wciąż jeszcze były liczącą się siłą (w dniach 16-17 czerwca 1919 Zbrucz przekroczyło 49.800 żołnierzy z 603 karabinami maszynowymi i 187 działami). Co prawda szeregi UHA trawiły głód i choroby, ale jej potencjału nie wolno było lekceważyć. Pod koniec listopada 1919 roku Ukraińska Halicka Armia podporządkowała się gen. Denikinowi, który stał na czele Sił Zbrojnych Południa Rosji, a na początku lutego 1920 roku przeszła na stronę bolszewików.
Operacja kijowska zaczęła się 25 kwietnia 1920 roku. Na północnym skrzydle nacierała 3 Armia gen. Edwarda Rydza-Śmigłego z zadaniem zdobycia Żytomierza i Korostenia. W centrum natarcie w kierunku na Berdyczów prowadził gen. Antoni Listowski z dowodzoną przez siebie 2 Armią. Lewe skrzydło stanowiła 6 Armia, którą dowodził gen. Wacław Iwaszkiewicz. 26 kwietnia wojska polskie zajęły Żytomierz. Następnego dnia nasze wojska były już w Berdyczowie oraz zajęły ważny węzeł kolejowy Koziatyń. Na prawym skrzydle oddziały 6 Armii generała Iwaszkiewicza opanowały Winnicę, Bar i Żmerynkę.
Dodajmy, że od północy działania naszych wojsk prowadzących natarcie na kierunku ukraińskim wspierała 9 Dywizja Piechoty, która posuwała się wzdłuż Prypeci z zadaniem opanowania Czarnobyla i dotarcia do Dniepru. W tym celu została ona wzmocniona okrętami flotylli rzecznej, które w rejonie ujścia Prypeci stoczyły zwycięską bitwę z okrętami sowieckiej Flotylli Dnieprzańskiej. Do 28 kwietnia nasze wojska osiągnęły linię: Czarnobyl – Koziatyn – Winnica – granica rumuńska. 1 maja nasi żołnierze zdobyli Fastów i znaleźli się u bram Kijowa, który zajęli praktycznie bez walki w dniu 7 maja. W ten sposób wstępny cel wyprawy kijowskiej został osiągnięty – oddziały polskie wyzwoliły pozostające jeszcze we władaniu wojsk bolszewickich części Wołynia i Podola, a także północną i centralną część Ziemi Kijowskiej, zdobyły też Kijów oraz uchwyciły przyczółek na lewym brzegu Dniepru, którego głębokość wynosiła od 15 do 20 km. Teraz decydujące znaczenie miało szybkie zbudowanie armii ukraińskiej, do czego zobowiązał się w zawartej z Polską umowie Semen Petlura… Ale Petlura nie ufał atamanom. Najwyraźniej dążył on do ograniczenia ich roli, przy czym nie dysponował on aparatem państwowym (nie tylko sprawnym, ale jakimkolwiek), który byłby w stanie bez ich udziału przeprowadzić mobilizację oraz zadbać o porządek na tyłach walczących na froncie wojsk.

Gdyby na przełomie kwietnia i maja 1920 roku Petlura podjął energiczne działania w celu zbudowania armii, opierając się w tych swoich działaniach na cieszących się autorytetem wśród lokalnych społeczności atamanach, w lipcu miałby pod swoją komendą potężną armię i – być może – nie musiałby opuszczać terytorium Ukraińskiej Republiki Ludowej, do czego został zmuszony w czerwcu – lipcu 1920 roku.
https://youtu.be/dPYq7NiBeeU

“Okazyjny wyskok samodzielny” ułanów na Ciechanów a losy wojny polsko – bolszewickiej.

 Z książki płk. Franciszka Arciszewskiego „CUD NAD WISŁĄ, rozważania żołnierza”, Veritas, Londyn, 1957.

[Wydane przez ANTYK  w Warszawie (Komorów) w 2017. KUPUJCIE!! ]

=======================================

Na osobne omówienie zasługuje działalność VIII.  brygady kawalerii w dniu 15 sierpnia. Była to brygada silna, bo składająca się z czterech pułków ułanów  (2, 108, 115 i 203) i dywizjonu artylerii konnej, pod  dowództwem wytrawnego kawalerzysty, generała Karnickiego.

[Z powodu dołączenia do VIII brygady kawalerii, składającej się z trzech pułków, tuz przed bitwa  warszawską jeszcze 203 ochotniczego pułku ułanów,  nazywano brygadę często „grupa generała Karnickiego” względnie w rozkazach generała Sikorskiego  czasem „dywizja kawalerii” lub „dywizja generała Karnickiego“. W niniejszej pracy pozostajemy przy nazwie VIII brygada kawalerii, gdyż dopiero 17 sierpnia została utworzona dywizja kawalerii płk. G.  Dreszera, w skład której weszła i VIII brygada kawalerii. Nazwa zaś ,,grupa“ nie daje obrazu jednostki objętościowo ściśle określonej. ]

W czasie gdy generał Krajowski maszerował 14  sierpnia, z częścią 18 dywizji piechoty, spod Płońska  przez Mystkowo i Rzewin W kierunku Raciąża, brygada posuwała się, jako prawa kolumna tej wyprawy, z rejonu Smardzewo – Sarbiewo – Koliszewo  przez Krościn, Cieszkowo, Drozdowo, również w kie-  runku Raciąża. W momencie gdy generał Krajewski  zarządził swój nagły zwrot wstecz, z Mystkowa i Rzewina na Sochocin i Młock, VIII brygada kawalerii,  która była już w Drozdowie, otrzymała rozkaz skręcenia na Glinojeck i posuwania się w kierunku północno-  wschodnim jako kolumna lewa, na równej wysokości z piechota 18 dywizji piechoty. (Patrz szkic nr 2 [jest w książce MD] )

Brygada zajęła 14 sierpnia o godz. 17, po krótkiej walce Glinojeck, a późnym wieczorem, gdy lewe skrzydło 18 dywizji piechoty znalazło się w Młocku,  VIII brygada kawalerii była w miejscowości Sulerzysz  i miała kontakt z piechotą lewego skrzydła. 

W nocy z 14 na 15 sierpnia zawiały jednak w dowództwie brygady dziwne wiatry.

Kawalerzyści wszelkich armii lubią zadania samodzielne. Rajdy na dalekie tyły nieprzyjaciela, dokonanie tam większych zniszczeń, szerzenie paniki, napady na sztaby wyższych dowództw lub cofające się wojska, to jest to, o czym śnił każdy prawdziwy kawalerzysta. Więc oficerom dowództwa naszej VIII brygady kawalerii chodziły również takie myśli po głowach. Podtrzymywał ich jeszcze w tych myślach francuski pułkownik Loir,  oficer łącznikowy wojskowej misji francuskiej, wybitny  kawalerzysta, który po czteroletniej wojnie okopowej na froncie francusko-niemieckim tak zatęsknił za  działaniem z siodła, że przyłączył się na ochotnika do  oddziału frontowego i nie było siły, która by mogła  mu wytłumaczyć, że nie powinien znajdować się w pierwszej linii bojowej, w tak ryzykownej wyprawie, w czasie rajdu na Ciechanów pełnił on przy generale Karnickim funkcję bliżej nie określoną, noszącą  nazwę „doradca techniczny”.

Więc ułani nasi uznali, że rola wyznaczona im przez generała Krajowskiego, polegająca na ochronie lewego skrzydła i tyłów 18 dywizji piechoty, jest niezgodna z doktryną dobrego użycia kawalerii i postanowili działać nieco inaczej. Postanowili zrobić okazyjny wyskok samodzielny i uderzyć na Ciechanów od strony północnej. Miasto to miało dla nich już od 10 dni jakiś magiczny pociąg. Tak jakby tam właśnie czuli swoje przeznaczenie. Już 10 sierpnia, gdy brygada cofała się przez Gąsocin, próbowali zrobić najazd na Ciechanów, ale im się to nie powiodło, bo w mieście były wówczas silne oddziały liniowe nieprzyjaciela. A gdy 14 sierpnia w południe dostali od generała Krajowskiego rozkaz marszu z Drozdowa  przez Glinojeck w ogólnym kierunku na Ciechanów,  postanowili działać na własną rękę. 

Przed opisem napadu na Ciechanów i niezwykłych jego skutków trzeba stwierdzić, że generał Krajowski  nie wyznaczył brygadzie dokładnej drogi marszu na  Ciechanów, dał jej tylko ogólne zadanie operacyjne,  ochrony lewego skrzydła i tyłów 18 dywizji piechoty  w czasie bardzo ryzykownego przedsięwzięcia, jakim miało być uderzenie na flankę 15-ej armii sowieckiej..  Sposób wykonania tego zadania zależeć musiał od postępu natarcia piechoty i reakcji nieprzyjaciela, pozostać więc musiał do uznania dowódcy brygady.  Mając chronić skrzydło 18 dywizji piechoty przed siłami nieprzyjacielskimi mogącymi być w Ciechanowie, brygada powinna się była posuwać między Ciechanowem a skrzydłem 18 dywizji piechoty, po czym może zająć miasto. Więc obejście ciechanowskiej grupy nieprzyjacielskiej od strony północnej i pozostawienie jej między sobą a skrzydłem dywizji, nie szło po myśli rozkazu o ochronie flanki nacierającej piechoty.  Rozkaz zaś generała Sikorskiego, podpisany w Modlinie dnia 15 sierpnia o godz. 6 rano, nakazujący brygadzie wraz z jednym pułkiem piechoty uderzyć na Ciechanów, nie doszedł dowództwa brygady. Nie posiadała ona bowiem własnej radiostacji, a w chwili podpisywania rozkazu była już od trzech godzin w pełnej akcji.

Decyzja zajęcia Ciechanowa od strony północnej zrodziła się więc samodzielnie, z własnej inicjatywy oficerów dowództwa brygady. O godz. 3 w nocy 14/15 sierpnia skręciła więc VIII brygada kawalerii z Sulerzysza w kierunku północnym na Chotum, Modelka, Pawłowo, rozbijając po drodze kilka dużych, po kilkaset wozów liczących taborów bolszewickich. Na wysokości Grzybowa i Przywojewa rozwinęła się brygada o godz. 8 rano do natarcia, ustawiła swą artylerię, po czym – ubezpieczywszy  się od strony Makowa – wpadła, z 203 pułkiem ułanów, dowodzonym przez majora Z. Podhorskiego, na czele, około godz. 10 do północnej części miasta.

Zaskoczenie kwaterującego tam sztabu 4-ej armii sowieckiej było  tak przeraźliwe, że dowódca armii, nie próbując nawet obrony miasta, uciekł w panice, drogą okrężną do  Mławy, a sztab jego do Ostrołęki. Wśród entuzjazmu ludności cywilnej miasto zostało w krótkim czasie zupełnie oczyszczone od nieprzyjaciela. Liczne tabory, radiostacja, kancelarie itp. pozostały jako zdobycz wojenna w ręku naszych ułanów. Radiostacja była spalona. Zdobycz użyteczna dla ludności cywilnej  rozdzielone; część rzeczy przekazano magistratowi miasta. 

Po dokonaniu tego czynu oficerowie dowództwa VIII brygady kawalerii, nie zdając sobie zupełnie  sprawy z tego, jak dalece przyczynili się do wygrania  bitwy warszawskiej. a zatem i do wygrania wojny, zaczęli zastanawiać się, dokąd brygada dalej ruszyć.  Do dowództwa brygady przybyli prawie wszyscy dowódcy pułków. Jedni radzili uderzyć w kierunku wschodnim, na tyły nieprzyjacielskie, inni zalecali ruszyć w kierunku południowym dla nawiązania kontaktu z lewym skrzydłem 18 dywizji piechoty, inni radzili jeszcze inaczej.

Po jakimś czasie gros brygady  wyruszyło z miasta w kierunku wschodnim, a jeden  pułk (203 p. uł.) w kierunku lewego skrzydła 18 dywizji piechoty. Po kilku kilometrach marszu gros brygady chciało wrócić do Ciechanowa, ale miasto było już ponownie zajęte przez nieprzyjaciela. Ostatecznie za-  wrócono gros brygady też w kierunku południowo- zachodnim na Gumowo. Dowódca 203 pułku ułanów zdołał nawiązać kontakt z generałem Krajowskim w Ojżeniu, lecz lewe skrzydło piechoty, które brygada miała osłaniać, było w tym czasie już o 15 kilometrów na wschód od Gumowa, pod Sońskiem.

Generał Krajowski, nie znając jeszcze skutków zniszczenia radiostacji 4-ej armii sowieckiej w Ciechanowie, wyraził w bardzo ostrych słowach swoje niezadowolenie z powodu samodzielnej akcji VIII brygady kawalerii. Na noc pozostała brygada w okolicy Rumoki i Gumowa.  Potem połączyła się ona z IX brygadą kawalerii, nadeszłą właśnie do Płońska, i weszła wraz z nią w skład nowej dywizji kawalerii pułkownika G. Dreszera.

Napad VIII brygady kawalerii na Ciechanów, tak krótko i tak bezbarwnie tutaj opisany, miał jednak olbrzymie skutki strategiczne. Skutki, jakie tylko bardzo rzadko w całej historii powszechnej dało się najszczęśliwszyrn kawalerzystom osiągnąć. Najlepiej oceni to przeciwnik, który odczuł je na własnej skórze.  Według opinii Tuchaczewskiego (T. 211), którą przytoczyliśmy poprzednio, rajd odegrał rozstrzygającą rolę w biegu działań, dał początek katastrofalnemu wynikowi i zapoczątkował położenie wręcz potworne. 

Brak łączności między dowódcą 4-ej armii a sztabem dowództwa Tuchaczewskiego spowodował zupełne nieskoordynowane działania tej armii z innymi wojskami bolszewickimi od 15 do 18 sierpnia rano, tj. w ciągu czterech najważniejszych i decydujących  dni bitwy warszawskiej. Dowódca 4-ej armii, po ucieczce z Ciechanowa, wydał z Mławy, 15 sierpnia wieczorem, rozkaz rozrzucający dywizje swej armii ekscentrycznie na olbrzymiej przestrzeni. 12 dywizja strzelców miała nacierać na Brodnicę [doszły, moja mama nam o tym opowiadała MD] , Grudziądz i Toruń; korpus konny Gaja miał działać między Toruniem a Włocławkiem; 53 dywizja strzelców miała przesunąć się do rejonu między Lipnem a Włocławkiem, aby współdziałać z  korpusem konnym Gaja w forsowaniu Wisły; 18 dywizja strzelców miała nacierać na Płońsk, a 54 dywizja  strzelców w kierunku Sochocina.  W nocy z 15 na 16 sierpnia przybył dowódca 4-ej  armii do Lipna i nakazał korpusowi konnemu i 53  dywizji strzelców zdobycie Włocławka. 17 i 18 sierpnia każe im zdobywać Płock.

Dopiero 19 sierpnia rano, po nawiązaniu łączności z Tuchaczewskim, rozkazuje on przerwać walki w Płocku i ruszyć korpus konny Gaja czym prędzej przeciwko lewemu skrzydłu polskiej  5-ej armii w Płońsku. Lecz tego zadania Gaj chan nie mógł już wykonać. Bowiem, jak to będzie przedstawione w następnym rozdziale, w tym dniu trzy centralne armie Tuchaczewskiego (15-ta, 3-cia i 16-ta)  cofały się już pobite i trzeba było ratować korpus  konny ucieczka na Mławę.

Dzięki więc samodzielnej akcji VIII brygady kawalerii w dniu 15 sierpnia 4-ta armia bolszewicka była przez 4 dni jakby sparaliżowana. Robiła ruchy niezgrane z ruchami innych armii Tuchaczewskiego.  Większość jej, łącznie z tak ważnym korpusem konnym Gaja, kręciła się bezowocnie po dużym obszarze między Toruniem a Płockiem i nie wzięła udziału w wielkiej bitwie warszawskiej. Tylko dwie lewoskrzydłowe dywizje strzelców (18 i 54), skierowane na Płońsk i Sochocin, odegrały w niej niewielką rolę.

===================

[uwaga MD: Ten tekst to przykład, jak płk. Arciszewski z humorem, ale i logiką matematyka i stratega, wykazuje rolę „przypadków” – w tym czasie zawsze na korzyść Polski. Dodane we wrześniu 2017: ANTYK wydał tę książkę. Powinna znaleźć się w każdym domu polskim, patriotycznym. I u KAŻDEGO księdza i biskupa na biurku.  ]

Co naprawdę planują trzej muszkieterowie RIC

Co naprawdę planują trzej muszkieterowie RIC

Pepe Escobar

Ciesz się tą niejednoznacznością. I celowym brakiem przejrzystości.

Rozpocznijmy nową przygodę: spójrzmy na RIC – Rosję, Iran i Chiny – nowy Trójkąt Primakowa, jak go zdefiniowałem, w sposób bardziej żartobliwy.

Te trzy państwa cywilizacyjne, które koordynują nową fazę integracji euroazjatyckiej i są również pełnoprawnymi członkami BRICS i SCO, są w rzeczywistości trzema muszkieterami.

Jak zauważył niezwykle spostrzegawczy analityk Azji Zachodniej AHHfrican, trzej muszkieterowie RIC z pełną mocą wykorzystują już współczesne skróty do nowego porządku międzynarodowego – za pomocą trzech pokrytych aksamitem tytanowych dziadków do orzechów.

Tego typu tytanowe dziadki do orzechów są używane przez Iran, Rosję i Chiny przeciwko Cieśninie Ormuz, SWIFT i Departament Skarbu USA.

Nowe zasady żeglugi w Cieśninie Ormuz, egzekwowane przez Marynarkę Wojenną Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej/PGSA – w połączeniu z selektywną blokadą Morza Czerwonego przez Ansarallah, skierowaną wyłącznie przeciwko Domowi Saudów – prędzej czy później pogrzebią bandę Rady Współpracy Zatoki Perskiej i Petro-szejka. W bezpośrednim tłumaczeniu oznacza to koniec amerykańskiego recyklingu, obsługi długu i darmowej żywności opartej na petrodolarze, a raczej sfinansjalizowanego turbokapitalizmu.

Rosja ze swojej strony wprowadziła system A7, który okazuje się zwycięskim rozwiązaniem w dużej części krajów Globalnego Południa.

Piotr Fradkow, prezes Promswiazbanku i dyrektor generalny Rosyjskiego Centrum Eksportu, trafnie podsumował międzynarodowy system płatności A7 – który został należycie zatwierdzony przez Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię i Unię Europejską. System ten cieszy się obecnie ogromną popularnością w Afryce i Azji. Oficjalne biura A7 zostały już otwarte w Nigerii i Zimbabwe.

Fradkow od razu przeszedł do konkretów: „Wiele krajów afrykańskich nadal nie ma banku centralnego. Jest ich tylko około dziesięciu”.

Cóż więc mogłoby być lepszym rozwiązaniem niż alternatywny system rozliczeń transgranicznych – stablecoin – który omijałby dolara amerykańskiego? I wszystko to powinno być dostępne dla każdego, niezależnie od tego, czy handluje z Rosją. Nic dziwnego, że Reuters bił na alarm.

W praktyce A7 wykracza daleko poza niekończące się wahania BRICS – które będą kontynuowane na dorocznym spotkaniu w Indiach w przyszłym miesiącu – dotyczące zawiłości nowej architektury finansowej powiązanej ze złotem i surowcami.

Tata ma zupełnie nową torbę. A ta torba nazywa się A7.

Na koniec mamy Chiny, które masowo wydają dolary na zielony papier toaletowy, jednocześnie w epicki sposób rozbrajając sankcje OFAC.

Chińskie prawo dotyczące sankcji zagranicznych jest surowe: Do diabła z OFAC. Każdy, kto pomaga w egzekwowaniu „dyskryminujących ograniczeń” wobec chińskiej firmy, drogo zapłaci. Krótko mówiąc: każdy, kto przestrzega amerykańskich sankcji na mocy chińskiego prawa, będzie pozywany, dopóki nie ujdzie mu to na sucho. To prawdziwy bumerang Sun Tzu.

Kiedy strategiczna niejednoznaczność staje się polityką

Powróćmy teraz raz jeszcze do tego wątpliwego porozumienia sunnickiego NATO z Mekki – być może należałoby je nazwać salafickim NATO – z sunnicką, czyli salaficką Trójporozumieniem, w którego skład wchodzą Turcja, Arabia Saudyjska i Pakistan.

Wszystkie scenariusze pozostają możliwe, ponieważ pełny tekst Mekki nie został opublikowany – poza przewidywalnymi wzmiankami o „odstraszaniu”.

Najmniej, co można powiedzieć o reakcji imperium chaosu, kłamstw, grabieży i piractwa, to to, że wydaje się ono dość zdezorientowane. Oczywiście, zakładając, że osobiście nie nakazało MbS przeprowadzenia tego wyczynu w Mekce.

Pakt można również interpretować jako środek zapobiegawczy – przeciwko kultowi śmierci, który, jak można się było spodziewać, jest wściekły na ten zamach stanu. Kult śmierci nie ma dużego pola manewru. To również rozwiewa wszelkie brednie o tym, że Turcja jest „następna w kolejce” po Iranie.

Czy to zatem manewr MbS przeciwko Ansarallah lub jemeńskim siłom zbrojnym? Raczej nie: ani neo-osmański sułtan, ani Pakistańczycy – pomimo paktu wojskowego z Rijadem – nie dadzą się wciągnąć w wojnę z Jemenem sfabrykowaną przez Saudyjczyków. W końcu Saudyjczycy zerwali własne memorandum o porozumieniu z Saną, nadal stosują nielegalną blokadę i już ponieśli dotkliwą klęskę.

Saudyjczycy i/lub ich przedstawiciele lub najemnicy w Jemenie są już systematycznie eliminowani poprzez jemeński wywiad, nadzór, namierzanie celów, drony i pociski rakietowe. Jeśli Saudyjczycy i NATO – bez Turcji – rozpoczną kampanię bombardowań, saudyjskie rafinerie ropy naftowej i rurociągi zostaną obrócone w pył – tak jak obiecała Sana w ramach nowych zasad zaangażowania.

I oczywiście nikt na świecie z IQ powyżej 10 nie zaryzykuje wojny lądowej przeciwko Jemeńczykom.

Wszystko to dzieje się w sytuacji, gdy rezerwy saudyjskie kurczą się z dnia na dzień, nieubłaganie, ponieważ dochody z ropy naftowej są niewielkie, a cały łup jest składowany w Londynie i Nowym Jorku, gdzie zostanie z entuzjazmem „zamrożony” lub po prostu skradziony, ponieważ jest to ostatni bar, w którym można dokonać wielkiej grabieży.

A co z „dyplomacją”?

Każdy powinien zapytać tego człowieka. To Mohsen Rezaee, nowy sekretarz irańskiej Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego, a zarazem osobisty przedstawiciel Najwyższego Przywódcy Mojtaby Chameneiego.

Jak wielu z nas już długo dyskutowało, Teheran nie opuści stołu negocjacyjnego – mimo że jest on obecnie rozbity. Różnica polega na tym, że stanowisko Teheranu jest teraz ukierunkowane na zachowanie jak największej możliwej siły nacisku.

Stanowisko Iranu w sprawie Cieśniny Ormuz jest w pełni ugruntowane – i zostało już wyrażone w Memorandum o Porozumieniu. Pakistan i Katar pozostają kluczowymi kanałami dyplomatycznymi. Oman odgrywa ważną rolę techniczną we wszystkich porozumieniach morskich w Cieśninie Ormuz i wokół niej.

Załóżmy, że ramy dla końcowej rozgrywki już istnieją – nawet jeśli jej wdrożenie zależy tylko od jednego: Neo-Krassus na osi War-a-Lago/Waszyngton musiałby przeżyć moment Damaszku.

Teheran nie ustąpi w sprawie Cieśniny Ormuz. Waszyngton musiałby zacząć znosić sankcje i wdrażać środki uwalniania aktywów – wszystko to zostało już uwzględnione w porozumieniu – równolegle z elastycznymi umowami morskimi między Iranem a Omanem. Dopiero wtedy wzrosłoby prawdopodobieństwo wynegocjowania porozumienia.

Nowym czynnikiem komplikującym sytuację jest ponownie akcja w Mekce. Brzmi zachęcająco, gdy przedstawia się ją jako połączenie saudyjskiego kapitału i energii, tureckiej potęgi przemysłowej i konwencjonalnej siły militarnej w NATO oraz pakistańskiej głębi militarnej i strategicznego odstraszania nuklearnego.

Ale to wszystko nie oznacza, że ​​fundamenty pod niezależny biegun bezpieczeństwa zostały już położone. Żaden z tych trzech aktorów nie jest bowiem prawdziwie niezależny – i suwerenny – jak trzej muszkieterowie RIC.

Teoretycznie Mekka osiągnie w tej pierwszej fazie następujące cele: nie nastąpi natychmiastowe wydalenie USA z Azji Zachodniej, nie nastąpi wycofanie Turcji z NATO i nie będzie konieczności publicznego ogłaszania przez Pakistan nowego parasola bezpieczeństwa dla Azji Zachodniej.

Wszystko jest takie niejednoznaczne. Być może jedynym naprawdę poważnym pytaniem, jakie należy zadać, jest: „Co potencjalny przeciwnik musi założyć, że się stanie, jeśli Arabia Saudyjska lub Turcja staną się celem ataku egzystencjalnego?”

Niejednoznaczność jest zatem kwestią polityczną. Nawet jeśli ta nowa architektura „potencjalnie” – i to jest kluczowe określenie – tworzy nową wewnętrzną strukturę odstraszania strategicznego, która nie jest całkowicie zależna od Waszyngtonu.

Zwróć jeszcze raz uwagę na słowa „niekompletne”.

Więc ciesz się tą dwuznacznością. I celową niejasnością. A co do Trzech Muszkieterów: są już o kilka ruchów do przodu.

Źródło: Co naprawdę robią Trzej Muszkieterowie RIC

Bunkier i bomba – dlaczego Zachód nie widzi już własnej eskalacji

Bunkier i bomba – dlaczego Zachód nie widzi już własnej eskalacji

Autor: Dirk Ellerbrock

Bunkier i bomba – dlaczego Zachód nie widzi już własnej eskalacji | Autor: Dirk Ellerbrock

Komentarz Dirka Ellerbrocka apolut/der-bunker-und-die-bombe-warum-der-westen-die-eigene-eskalation-nicht-mehr-sieht

I. Dwa wydarzenia, jedna pusta przestrzeń

Na placu Kudrinskim w centrum Moskwy, na parterze jednego z siedmiu stalinowskich wieżowców, generał pułkownik Aleksander Czajko, dowódca rosyjskich sił powietrznych od maja 2026 roku, wynajął ekskluzywną restaurację „Balci Rossi” za około 100 000 euro – oficjalnie z okazji swoich 55. urodzin, ale także z okazji niedawnego awansu. Wśród zaproszonych gości byli wysocy rangą oficerowie FSB, generałowie Ministerstwa Obrony i posłowie. Podeszła młoda kobieta z dużym pudełkiem prezentowym, ale została zatrzymana przez ochronę. Detonacja rozerwała ją na miejscu; metalowe odłamki wbite w bombę zabiły trzy lub cztery osoby i raniły 21, niektóre poważnie. Sam Czajko – który według unijnej listy sankcji jest częściowo odpowiedzialny za masakry dokonane przez jego oddziały „Wostok” w Buczy (2022) – przeżył.

Ani jego obecność, ani rzeczywisty cel ataku nie zostały oficjalnie potwierdzone. Ale schemat jest już znany: Moskalik (2025), Kiriłłow (2024), Dugina (2022), Fomin (2023) – seria celowych zabójstw wysoko postawionych rosyjskich wojskowych i urzędników powiązanych z wojskiem, przypisywana głównie Ukrainie. Jednocześnie, w dużej mierze niezauważona, trwa czterdziestodniowa kampania intensywnych ataków na cele cywilne w Rosji – plaże, hotele, ludzi leżących na ręcznikach.

W dyskursie zachodnim dwa powiązane ze sobą ciągi wydarzeń są starannie rozdzielone. Jeden z nich jawi się, o ile w ogóle, jako spektakularny, odosobniony incydent z niemal bezspornym przypisaniem odpowiedzialności – zamach, a nie akt wojny. Drugi nie wymaga nawet wyjaśnienia. To rozdzielenie nie jest redakcyjnym niedopatrzeniem. Jest ono symptomem głębszej niezdolności do rozpoznania tych wydarzeń takimi, jakimi są one coraz częściej z rosyjskiej perspektywy: spójnej dynamiki eskalacji skierowanej przeciwko własnemu przywództwu i ludności cywilnej, która dawno już przekroczyła pewien próg – bez określenia jej w ten sposób przez Zachód, nie mówiąc już o refleksji nad własną rolą w tym procesie.

II. Błąd kategorii: Eskalacja jako instrument kontrolowany

Z wypowiedzi postaci takich jak Rubio i Bessent wyłania się specyficzne rozumienie sprawowania władzy: taktyki nacisku – ataki rakietowe, manipulacje cenami ropy naftowej, sankcje – traktowane są jak pokrętła na panelu sterowania. Wystarczy je lekko przekręcić, obserwować reakcję i odpowiednio dostosować. Rubio komentuje ataki na terytorium Rosji jako zasadniczo pozytywne, ponieważ mają one na celu „wywarcie presji” na Putina i zmuszenie go do negocjacji. Bessent zapewnia nas, że presja ekonomiczna na Iran wystarczy; wystarczy utrzymać blokadę. W obu przypadkach założenie jest takie samo: przeciwnik reaguje przewidywalnie, a spirala eskalacji pozostaje pod kontrolą, ponieważ to my mamy kontrolę.

Osoby objęte tą polityką interpretują te same wydarzenia odmiennie. Dla Moskwy atak na restaurację nie jest odosobnionym incydentem, ale – jak głosi oczywiste założenie – kolejnym dowodem zaangażowania zachodnich agencji wywiadowczych w schemat ataków na własne kierownictwo i ludność cywilną. Dla Teheranu odmowa negocjacji z rządem, który nie chce się całkowicie poddać, nie jest taktycznym zaostrzeniem stanowiska, lecz wyrazem sytuacji uznawanej za egzystencjalną. Obie strony nie kalkulują już w kategoriach kroków negocjacyjnych, lecz w kategoriach progów. Błąd kategorialny Zachodu polega na niedostrzeganiu tego rozróżnienia: zarządzanie eskalacją mylone jest z jej kontrolą. Zachód uważa, że ​​ma kontrolę, podczas gdy od dawna stał się częścią dynamiki, którą już nie steruje, a jedynie ją wyzwala.

III. Dlaczego nie ma dyskusji: System operacyjny oparty na moralności

Ta ślepota miałaby mniejsze konsekwencje, gdyby istniał funkcjonujący dyskurs publiczny, który mógłby ją naprawić. Niestety, nie ma. A to ma podłoże strukturalne. Jakieś dwadzieścia lat temu Romano Prodi opisał UE jako „giganta na glinianych nogach” – wielkiego i imponującego, ale pozbawionego solidnych fundamentów, gdy tylko trzeba się ruszyć. Projekt geoekonomiczny, który miał zapewnić ten fundament – ​​wspólne zasoby, wspólną siłę negocjacyjną – nigdy nie został w pełni ukończony. W jego miejsce pojawiło się coś innego: spójność wynikająca nie ze spójności gospodarczej, ale ze wspólnego wizerunku wroga.

Projekt, którego spójność opiera się przede wszystkim na konformizmie, a nie na istocie, nie może traktować odchylenia jako faktu politycznego – musi je kategoryzować jako zagrożenie dla własnych fundamentów. Kiedy AfD wygrywa wybory w dużym niemieckim mieście, kiedy krążą doniesienia o planach pozbawienia krajów związkowych autonomii za „nieprawidłowe” zachowanie wyborcze, nie jest to jedynie przypis do demokratycznej normalności, lecz – zgodnie z logiką systemu – pęknięcie w samym fundamencie, który wspiera. Reakcją nie jest debata, lecz sankcja: każdy, kto kwestionuje wspólną linię, pośrednio kwestionuje spójność systemu. Dlatego, jak głosi dyskusja, „nie ma już nawet dyskusji” na temat tego, czy własna polityka wobec Rosji lub Iranu leży w czyimś interesie. Nie dlatego, że pytanie jest nieciekawe, ale dlatego, że samo jego postawienie jest już uznane za brak lojalności wobec projektu.

IV. Cicha zmiana ciśnienia

Ta sama iluzja kontroli, która działa na zewnątrz, działa również wewnętrznie – tyle że na innych frontach. W wymiarze zewnętrznym widać to wyraźnie na przykładzie Arabii Saudyjskiej: presja, która faktycznie była skierowana przeciwko Iranowi, spowodowała gwałtowny spadek produkcji saudyjskiej ropy naftowej o około 74 procent, podczas gdy Waszyngton jednocześnie domaga się, aby nikt nie sprzedawał amerykańskich obligacji skarbowych. W rezultacie sojusznicze peryferie stają się coraz bardziej zależne od potęgi, którą rzekomo wspierają. Presja mająca na celu osłabienie Iranu destabilizuje jego własnych partnerów.

Wewnątrz kraju działa powiązany ze sobą mechanizm strukturalny: dyscyplinowanie dysydenckich państw federalnych, marginalizacja partii nonkonformistycznych i nacisk na przestrzeganie brukselskiej „linii”. W obu przypadkach dominuje ta sama logika – kontrola jest ustanawiana poprzez presję na peryferie, a nie poprzez realne porozumienie z rzeczywistym przeciwnikiem lub rzeczywistą integrację polityczną. Jedyna różnica polega na tym, że jedna peryferia znajduje się w sferze polityki zagranicznej, a druga w sferze polityki wewnętrznej.

V. Nieprzygotowana populacja

To podwójne złudzenie kontroli jest szczególnie niebezpieczne, ponieważ ma ono konsekwencje dla komunikacji publicznej: jeśli eskalacji nie można nazwać eskalacją bez narażania spójności samego systemu, to społeczeństwo nie może być przygotowane na jej konsekwencje. Nie ma dyskusji o potencjalnym racjonowaniu oleju napędowego, niedoborach energii i dostaw ani o rzeczywistych kosztach ekonomicznych własnej polityki. Zamiast tego, podczas gdy sytuacja na Bliskim Wschodzie i w Rosji się zaostrza, pojawiają się tematy marginalne: gdzie znajdują się dobre restauracje, jakie jedzenie definiuje lato.

Nie jest to deficyt informacji, który można naprawić poprzez lepsze raportowanie. To funkcja samego systemu: legitymizacja wymaga braku alternatyw („my jesteśmy tymi dobrymi”), a ten brak alternatyw wymaga ignorowania wszystkiego, co mogłoby zakłócić tę narrację. System tak skonstruowany nie może przygotować swoich obywateli, nie kwestionując samego siebie.

VI. Co jest stawką

Prawdziwe zagrożenie nie tkwi w żadnym pojedynczym etapie eskalacji – ani w ataku na restaurację, ani w kolejnej rundzie sankcji, ani w kolejnym ataku na tankowiec. Kryje się ono w tym, że system, którego spójność strukturalnie opiera się na konformizmie, a nie na analizie, nie jest już w stanie rozpoznać punktu krytycznego eskalacji. Nie chodzi o brak informacji. Chodzi o brak zdolności do jej zaakceptowania.

Bunkier nie chroni przed bombą. On tylko uniemożliwia zobaczenie jej nadejścia.

+++

Źródło obrazu: Shutterstock AI Generator / shutterstock

+++

Źródła:

taz.de – „Zamach w Moskwie: Śmiercionośny prezent urodzinowy”, https://taz.de/Anschlag-in-Moskau/!6201132/

NZZ.ch – „Atak bombowy na restaurację w Moskwie mógł być wymierzony w wysoko postawionego generała rosyjskiego”, nzz.ch/international/moskau-bombenanschlag-in-restaurant-im-stadtzentrum

ntv/Wetterauer Zeitung – „Aktualizacja wojny na Ukrainie: Zabici i ranni po eksplozji w Moskwie – atak prawdopodobnie wymierzony w generała”, https://www.wetterauer-zeitung.de/politik/auf-kiew-ukraine-krieg-aktuell-russland-startet-raketenangriff-zr-94424572.html

audimax.de – „Wybuch w moskiewskiej luksusowej restauracji: Znaleziono ręce podejrzanego”, https://audimax.de/politik/explosion-in-moskauer-nobelrestaurant-hande-der-mutmasslichen-attentaterin-15-meter-entfernt-entdeckt/

NewsFlix.at – „Terror bombowy w Moskwie: czy celem była masakra generalna?”, https://www.newsflix.at/s/bombenterror-in-moskau-war-massaker-general-das-ziel-120232107

The Daily Beast – „Kłopoty Putina narastają wraz ze śmiertelnym zamachem bombowym w moskiewskiej restauracji”, thedailybeast.com/putin-general-killed-in-fiery-birthday-bash-explosion-in-moscow/


Bolszewizm zmienił skórę. Siedem jego dzisiejszych wcieleń

Bolszewizm zmienił skórę. Siedem jego dzisiejszych wcieleń

15 sierpnia 2026 pch24./bolszewizm-zmienil-skore-7-jego-dzisiejszych-wcielen

bukło.jpg

Bolszewicką Rosję rozbiliśmy pod Warszawą sto sześć lat temu, a jej późniejsze wcielenie — Związek Sowiecki — rozpadło się w 1991 roku. A jednak bolszewizm nie zniknął. Powrócił w nowej formie, po cichu, podstępnie: w słowach, w szkolnych podręcznikach, w sposobie postrzegania człowieka. Ale po kolei.

1. Nowy człowiek

Lew Trocki w „Literaturze i rewolucji” zapowiadał, że zwykły zjadacz chleba wzniesie się kiedyś na poziom Arystotelesa, Goethego i Marksa. Rewolucja wierzyła, że nowego człowieka można ukształtować. I właśnie ta pokusa wróciła. Dziś ludzkie ciało uznaje się za projekt, a płeć za kwestię wyboru. Najlepiej widać to na przykładzie ideologii gender.

Benedykt XVI już w grudniu 2012 roku, w przemówieniu bożonarodzeniowym do Kurii Rzymskiej, ostrzegał: „Człowiek kwestionuje swoją naturę. Jest on teraz jedynie duchem i wolą. (…) Tam, gdzie wolność działania staje się wolnością czynienia siebie samego, nieuchronnie dochodzi do zanegowania Stwórcy”.

Ideologia ta to ten sam bolszewicki sen w nowych szatach. To wiara, że nie ma żadnej natury danej z góry, a człowiek jest tylko tworzywem, które należy przerobić zgodnie z jedynie słuszną i postępową ideą.

2. Wszystko staje się polityką

W dawnych, normalniejszych czasach polityka trzymała się swojego miejsca. Rządzący zajmowali się wojną i pokojem, traktatami, sądami, podatkami — i na tym koniec. Reszta życia należała do człowieka, do rodziny, instytucji religijnych i wspólnoty sąsiedzkiej.

Bolszewicka rewolucja oznaczała kres tej prywatności. Rodzina, szkoła, sztuka, nauka, sport, nawet zwykły dowcip zostały z dnia na dzień poddane ideologicznemu terrorowi. Odtąd każdy musiał dopasować się do jedynie słusznego wzorca.

Z tego korzenia wyrosło słynne hasło Nowej Lewicy: „to, co osobiste, jest polityczne”. Prywatności już nie ma. Dlatego najgorętsze spory toczą się dziś już nie o cła czy granice, lecz o obyczaje, o rodzinę, o aborcję, związki jednopłciowe. Całe nasze życie staje się areną walki. Trudno o wyraźniejszy znak zbolszewiczenia.

3. Walka z rodziną

Rewolucja od samego początku niechętnie patrzyła na rodzinę. Miała w tym swój powód. Rodzina wszak rodzi lojalność mocniejszą niż jakakolwiek partia — bo człowiek prędzej odda życie za najbliższych niż za komitet centralny. Taka wierność była dla rewolucji solą w oku. Należało więc ją rozmontować.

I bolszewizm zabrał się do tego z pełnym rozmachem. Sowiecki kodeks z 1918 roku rozluźnił przepisy o małżeństwie. Rozwód załatwiało się odtąd błyskawicznie, a komunistyczna rewolucjonistka Aleksandra Kołłontaj wieszczyła, że rodzina lada moment obumrze sama, jak przeżytek minionej epoki. Dwa lata później, w 1920 roku, Rosja jako pierwszy kraj świata zalegalizowała aborcję. Z kolei Pawlika Morozowa — chłopca, który doniósł na własnego ojca — Sowieci ogłosili bohaterem narodu. Stawiali mu pomniki, jego imieniem nazywali szkoły i pionierskie drużyny. Z donosu na ojca uczynili cnotę.

I niech nikt nie sądzi, że to tylko przebrzmiała historia sprzed wieku. Takich Pawlików nie brakuje i dziś — tyle że zamienili pionierski mundurek na modny hasztag, a swoją gorliwość zakamuflowali miękkim językiem wrażliwości.

Na Zachodzie niszczenie rodziny szło wolniej, lecz zaczęło się już od czasów rewolucji francuskiej. Państwo liberalne uznało, że liczy się jednostka, a nie ród. W odpowiedzi na rzeczywiste nadużycia władzy ojcowskiej ukształtował się system, w którym mężczyzna jest z definicji podejrzany i stanowi zagrożenie. Bolszewizm dokończył tylko brutalnie to, co liberalizm zaczął ostrożnie.

4. Nowy proletariat

Marksistowska wizja świata była prosta. Z jednej strony kapitalista i wyzyskiwacz. Z drugiej — wyzyskiwany robotnik. Czarne i białe, kat i ofiara. Robotnicy mieli dobrowolnie iść na barykady i przeprowadzić ogólnoświatową rewolucję.

To jednak nie zadziałało. Robotnicy w systemie kapitalistycznym zaczęli się stopniowo bogacić. Zamiast budować barykady, cieszyli się z poprawiających się warunków pracy, brali kredyty, zakładali rodziny i chodzili do kościołów.

Rewolucja musiała więc poszukać sobie nowego pokrzywdzonego. I znalazła. Dziś w roli uciśnionych są wszelkie mniejszości, zwierzęta, a nawet sama planeta Ziemia.

Wszelka cnota staje się podejrzana. Bywa, że w konkursach piękności decyduje kryterium rasy, a nie urody. W Eurowizji liczy się poprawność polityczna, nie talent. Ostatnim niechlubnym hitem jest uznanie świadectw z czerwonym paskiem za przejaw dyskryminacji.

Dekoracje się zmieniły, ale sztuka wciąż ta sama. Znów dzieli się ludzi na świętych i potępionych, na katów i ofiary. A kto nie chce w tym uczestniczyć, zostaje skazany na ostracyzm.

Walka klas trwa nadal. Tyle że jej sednem nie jest już portfel, lecz tożsamość.

5. Nowomowa

Nowomowę już wiele lat temu świetnie opisał Orwell. Kto rządzi słowami, ten rządzi myślami. Nie trzeba zakazywać myślenia — wystarczy odebrać słowa, którymi się myśli. Sowieci to potrafili. Dziś robi się to subtelniej, ale cel jest ten sam.

Weźmy, na przykład, feminatywy. Niby drobiazg, niby uprzejmość — „psycholożka”, „ministra”. Tyle że za tymi końcówkami kryje się cały światopogląd. Mężczyzna i kobieta przestają się dopełniać, a zaczynają konkurować — nawet w gramatyce. Język, który przez wieki budował zgodę, wykorzystuje się dziś do wojny płci.

Do tego dochodzi jeszcze „wata słowna” ukrywająca prawdę. Alkoholik to dziś „osoba w kryzysie alkoholowym”, śmierć cywilów to „ofiary uboczne”, a kłamstwo to „mijanie się z prawdą”. Przykłady można by mnożyć. Niekiedy nowomowa, wbrew deklarowanym intencjom, degraduje człowieka, sprowadzając go do biologii (kobieta stała się „osobą menstruującą”).

6. Gospodarka, czyli socjalizm w szatach kapitalizmu

Sto lat temu państwo trzymało ręce przy sobie. Jeszcze przed I wojną światową i tuż po niej daniny u nas i na Zachodzie sięgały dziesięciu, najwyżej dwudziestu procent tego, co ludzie wytworzyli. Resztą każdy gospodarował po swojemu — odkładał, inwestował, budował, pozostawiał w spadku dzieciom. Dziś urzędnik sięga po blisko połowę owoców naszej pracy, a prawie nikogo już to nie dziwi. Przywykliśmy, jak przywyka się do bólu, który narasta powoli.

A przecież nikt tego nie wymyślił wczoraj. To receptury klarownie spisane przez Karola Marksa w „Manifeście komunistycznym”, punkt po punkcie: progresywne podatki, utrudnianie dziedziczenia, państwowa kontrola pieniądza. Czyta się to dziś nie jak manifest sprzed wieku, lecz jak spis treści naszego własnego życia.

Regulacje mówią ci, czym wolno dojechać do pracy i czym ogrzać własny dom. Są strefy, do których nie wjedziesz, bo twoje auto urzędowo uznano za niewłaściwe. Są unijne plany rozpisane na lata — jak żywcem przepisane z szablonu sowieckich pięciolatek, tylko ładniej oprawione.

A na deser — ESG, czyli społeczna odpowiedzialność biznesu pod dyktando wielkich korporacji w rodzaju BlackRock. To nic innego jak perfidny pomysł, by prywatną firmę zmusić do realizacji celów, których sama nigdy by sobie nie wybrała. Celem biznesu nie jest już zysk akcjonariuszy, który można osiągnąć dzięki zaspokajaniu potrzeb klientów. Jest nim cała gama projektów środowiskowych, społecznych, równościowych i tym podobnych. Kto ich nie wdraża, naraża się na kary od państwa i wykluczenie z grupy firm „poprawnych politycznie”, w które inwestują fundusze społecznie odpowiedzialne — a stanowią one coraz większą część całego rynku.

7. Świeckie zbawienie

I tak oto dochodzimy do sedna sprawy. Bo rewolucja, choć mówi o podatkach, prawach i postępie, gra o coś znacznie większego. Pragnie samozbawienia człowieka — i to już tutaj, na ziemi. A skoro raj czeka tuż za rogiem, to koszty, choćby były najwyższe, nagle stają się nieważne. Tak właśnie bolszewicy uzasadniali własną przemoc. Dziś w ten sposób uzasadnia się wszelkiej maści absurdalne i często wprost nieludzkie pomysły.

Taka wiara nie może się obejść bez wroga. Skoro ziemski raj wciąż nie nadchodzi, ktoś musi być temu winny. Trzeba więc znaleźć heretyka, żeby go napiętnować. Trzeba mieć wroga ludu, na którego zrzuci się każdą porażkę. Stąd ten wieczny podział na czystych i brudnych, na swoich i wyklętych. I ta sama obietnica co zawsze: jeszcze tylko jeden zryw, jeszcze tylko jedna ofiara i „krwawy skończy się trud”.

Tyle że do historii nie da się w ten sposób dopisać szczęśliwego zakończenia. Bolszewickie i neo-bolszewickie dążenia do budowy doczesnej utopii wymagają stosowania ciągłej przemocy wobec niedoskonałej ludzkiej natury i zawsze umacniają totalitaryzm.

Raju na ziemi nie da się bowiem zbudować. Ale piekło – jak najbardziej.

Stanisław Bukowicz

CZY POLSKA MA SZANSĘ UNIKNĄĆ STANIA SIĘ STREFĄ ZGNIOTU?

CZY POLSKA MA SZANSĘ UNIKNĄĆ STANIA SIĘ STREFĄ ZGNIOTU?

CZY POLSKA MA SZANSĘ UNIKNĄĆ STANIA SIĘ STREFĄ ZGNIOTU?

Sławomir M. Kozak oficyna-aurora/czy-polska-ma-szanse-uniknac-stania-sie-strefa-zgniotu

Szanowni Czytelnicy, 

trwają przygotowania do debaty „Czy Polska ma szansę uniknąć stania się ‘strefą zgniotu’ w konflikcie z Rosją prowokowanym przez trzy państwa: Francję, Wielką Brytanię i Niemcy?”

Odbędzie się ona 21 września (poniedziałek, początek godz. 19), w lokalu Praskiego Centrum Aktywności Kocham Pragę, przy ulicy Targowej 32 w Warszawie.

W tej chwili obsługę medialną zapowiedziały cztery telewizje internetowe: Centrum Edukacyjne Polska, Chrobry Szlak Tv, Reduta.tv i wRealu24.tv. Lista mediów zaangażowanych w promowanie przekazu Debaty nie jest wyczerpana.

Pomysł przeprowadzenia Debaty zrodził się w wyniku zagrożenia Polski, jakie niosą prowokacyjne wobec Rosji działania Francji, Wielkiej Brytanii i Niemiec oraz zaangażowania szefa polskiego rządu Donalda Tuska w realizacje tych prowokacyjnych działań.

Kulminacją prowokacji wobec Rosji mają być manewry wojsk Francji. Wielkiej Brytanii i Niemiec na terenie Polski w listopadzie 2026. Cele manewrów dotyczą symulowanych ataków samolotów Rafale, zdolnych do przenoszenia pocisków nuklearnych, na rosyjskie cele w Petersburgu i w Obwodzie Kaliningradzkim. Jest to kolejna prowokacja polegająca na przekraczaniu „czerwonych linii” wyznaczonych przez Putina, który powiedział, że w przypadku zagrożenia, bezpieczeństwo obwodu królewieckiego będzie bronione przy użyciu wszelkich dostępnych w Rosji środków.

Jacek Frankowski, pomysłodawca i organizator spotkania wyjaśniając ideę debaty pisze:

Nie muszę dopowiadać, jaki kraj zagrożony jest użyciem przez Rosję wszelkich dostępnych środków, w przypadku zagrożenia bezpieczeństwa Obwodu Kaliningradzkiego, które wywołują listopadowe militarne manewry na terenie Polski.

Chciałbym, żeby paneliści uczestniczący w Debacie wyrazili opinię, jakie wg nich Polska powinna podjąć działania, żeby nie stać się „strefą zgniotu”.

Punktem wyjścia dla dyskusji będzie rozmowa z doktorem Markiem Laskiewiczem, politologiem mieszkającym w Wielkiej Brytanii, który przewiduje zagrożenie przeniesienie się działań wojennych z terytorium Ukrainy na teren Polski. Dr Laskiewicz w programie wyraża swoją opinię w kwestii działań, jakie powinna podjąć Polska, żeby nie stać się ofiarą prowokacyjnych działań państw podżegaczy. Nagranie dostępne jest TUTAJ.

Marek Laskiewicz w koncepcji Debaty, pełnić będzie rolę „prowokatora” dyskusji, przedstawiając przewidywania zagrożenia Polski nuklearnym konfliktem z Rosja i wygłaszając receptę na uniknięcie zagrożenia przez stworzenie „strefy buforowej” oddzielającej polskie terytorium będącego strefą NATO, od Obwodu Kaliningradzkiego.

Liczę, na twórcze podejście panelistów do zagadnienia zagrożonego bezpieczeństwa Polski, którego jednym z wywoływaczy jest niezdolność myślenia o ułożeniu konstruktywnych relacji z Rosją.

Rusofobia, wbrew narracji post-piłsudczyków, nie jest wyrazem patriotyzmu. Rusofobia to gotowość rzucenia losu Ojczyzny na ofiarny stos w imię wrogiego nastawienia do innego narodu. Patriotyzm, wg kultywujących myśl Romana Dmowskiego, to miłość do Ojczyzny i konsekwentna troska o byt i trwanie Narodu.

W chwili obecnej udział w Debacie zadeklarowali: Jacek Frankowski jako moderator, Marek Laskiewicz, Roman Fritz, Marek Skalski, Arkadiusz Miksa, Dariusz Rozwadowski, Rafał Mossakowski, Sławomir M. Kozak i Kamil Klimczak.

Zaproszenia do udziału w Debacie zostaną wysłane także do Kancelarii Prezydenta, KPRM, Prezydium Sejmu i Konferencji Episkopatu Polski.

Liczymy także na odniesienia do tematu Debaty europosłów w formie filmowych wypowiedzi, wyrażających w dotychczasowych wystąpieniach sprzeciw wobec działań podżegaczy wojennych. Grono, chociaż nieliczne, ale znaczące potencjałem intelektualnym.

W miarę postępu działań organizatorskich będę przekazywał zainteresowanym informacje na bieżąco.

Z Bogiem!

Jacek Frankowski

Osobom chcącym bliżej przyjrzeć się poglądom dra Laskiewicza polecam także program zatytułowany „Model matematyczny prawdopodobieństwa wybuchu III wojny światowej”.

Sławomir M. Kozak

Rewelacja: reklamowana jako „futurystyczna” fabryka w Teksasie nie wyprodukowała ani jednej sztuki naboju 155 mm w ramach mega-klapy MIC

Rewelacja: reklamowana jako „futurystyczna” fabryka w Teksasie nie wyprodukowała ani jednej sztuki naboju 155 mm w ramach mega-klapy MIC

Symplicjusz 15 sierpnia 2026 r. simplicius76/bombshell-report-touted-futuristic

Agencja ProPublica opublikowała sensacyjny raport na temat szeroko reklamowanej nowej fabryki General Dynamics w Mesquite w Teksasie, która miała znacząco zwiększyć amerykańską produkcję pocisków artyleryjskich kalibru 155 mm dla Ukrainy i innych krajów.

Pamiętacie zapewne, że pisaliśmy o tej fabryce już kilkakrotnie, począwszy od 2024 r. , powołując się na ówczesny artykuł w NYT, w którym ogłoszono, że zakład podwoi produkcję w USA i pomoże osiągnąć cel 100 tys. pocisków miesięcznie do 2025 r.:

Tutaj, w pierwszej dużej fabryce zbrojeniowej Pentagonu, wybudowanej po inwazji Rosji na Ukrainę, tureccy robotnicy w pomarańczowych kaskach są zajęci rozpakowywaniem drewnianych skrzyń z namalowaną nazwą Repkon, firmy zbrojeniowej z siedzibą w Stambule, i montażem sterowanych komputerowo robotów i tokarek.

Fabryka wkrótce będzie produkować miesięcznie około 30 000 pocisków stalowych do haubic kalibru 155 milimetrów, które stały się kluczowe dla wysiłków wojennych Kijowa.

Po pierwsze, poważny spoiler: Stany Zjednoczone nigdy nie zbliżyły się nawet do swoich celów na rok 2025. Niedawny raport Generalnego Inspektora Departamentu Obrony wykazał, że Stany Zjednoczone wciąż mają trudności z wyprodukowaniem marnych 36 000 sztuk amunicji, co stanowiło limit przez ostatnie dwa lata:

https://www.militarytimes.com/news/your-military/2026/07/14/problemy-produkcyjne-hamują-produkcję-amunicji-155-mm-w-US/

Przypomnijmy, że w czasach, gdy Rosja produkowała ponad 250-350 tysięcy pocisków miesięcznie, według szacunków Zachodu, proukraińscy cheerleaderzy obiecywali nam, że nieugięty amerykański przemysł zbrojeniowy z łatwością dogoni zubożałych Rosjan. Okazuje się, że USA są fizycznie niezdolne do skorygowania kursu swojego oczywistego upadku przemysłowego.

W artykule w Military Times zauważono, że Stany Zjednoczone po prostu nie są w stanie pozyskać wystarczającej ilości metalu do produkcji pocisków:

Produkcja pocisków wymaga najpierw zbudowania pocisku w fabryce części metalowych, a następnie wypełnienia go materiałami wybuchowymi w innym zakładzie. Oznacza to jednak, że „produkcja metalowych części pocisku jest czynnikiem ograniczającym osiągnięcie celu 100 000 pocisków miesięcznie dla pocisków artyleryjskich kalibru 155 mm” – zauważono w raporcie.

Armia nie była w stanie wykuć wystarczającej liczby metalowych części, aby zwiększyć produkcję pocisków.W szczególności „w zakładzie w Mesquite w Teksasie, należącym do wykonawcy i zarządzanym przez niego, wykonawca nie był w stanie wyprodukować żadnych metalowych części pocisków, które spełniałyby specyfikacje kontraktowe” – czytamy w raporcie.

Teraz sensacja ProPublica ujawnia jeszcze bardziej szokującą historię. Okrzyknięty wielkimi literami zakład General Dynamics, o którym mówiono, że jest najnowocześniejszym tego typu zakładem, wykorzystującym najnowocześniejszą, w pełni zautomatyzowaną linię produkcyjną w Turcji, upadł.

https://www.propublica.org/article/general-dynamics-artillery-factory-failed

Czy jesteś zaskoczony?

Przyjrzyjmy się bliżej tej katastrofie.[—-]

Zależność budowana przez dekady: Jak Waszyngton pozwolił pięciu kopalniom minerałów – i Chinom – wziąć amerykański Arsenał jako zakładnika

Zależność budowana przez dekady: Jak Waszyngton pozwolił pięciu kopalniom minerałów — i Chinom — wziąć amerykański Arsenal jako zakładnika

14 sierpnia 2026przez Larry C. Johnson sonar21/a-dependency-decades-in-the-making-how-washington-let-five-minerals-and-china-take-the-us-arsenal-hostage

W badaniu przemysłu obronnego z 2025 roku znajduje się jedno zdanie, które powinno położyć kres pewnego rodzaju samozadowoleniu w Waszyngtonie. Badacze z Govini, firmy zajmującej się mapowaniem łańcuchów dostaw Pentagonu, odkryli, że ponad 80 000 części w około 1900 systemach uzbrojenia zawiera zaledwie pięć przetworzonych minerałów – a globalne dostawy wszystkich pięciu są zdominowane przez Chiny. Wniosek, jak ujął to sam raport: potencjalnie zagrożonych jest prawie 78% wszystkich systemów uzbrojenia Departamentu Wojny (DoW). Zmiana nazwy departamentu na „Departament Wojny” zmienia nagłówek, a nie arytmetykę. Prawie cztery na pięć amerykańskich systemów uzbrojenia zależy, na którymś etapie łańcucha dostaw, od materiałów kontrolowanych przez kraj, przeciwko któremu najprawdopodobniej zostaną użyte.

Pięć pierwiastków to antymon, gal, german, wolfram i tellur. Żaden z nich nie jest powszechnie znany. Razem tworzą one punkt krytyczny amerykańskiej potęgi militarnej, bardziej absolutny niż pocisk rakietowy jakiegokolwiek przeciwnika, a niewygodna część tej historii nie polega na tym, że Chiny go zbudowały. Chodzi o to, że Stany Zjednoczone przekazały go – celowo, stopniowo i z odpowiednim wyprzedzeniem, na przestrzeni dekad decyzji zakupowych, w których najtańszy dostawca był uznawany za najlepszego.

======================================

Pięć minerałów w skrócie

MinerałGłówne zastosowania wojskoweKontrola ChinKrajowe moce produkcyjne w USAAktualny status eksportu
GalRadar (macierze GaN/GaAs AESA), broń elektroniczna, wzmacniacze mocy RF, łączność~94% podaży; ~99% rafinacji — najbardziej skoncentrowany z pięciuZerowa produkcja podstawowaZakaz od grudnia 2024 r. → zawieszony od listopada 2025 r. do 27 listopada 2026 r.; nadal wymagana licencja; zakaz dla celów wojskowych pozostaje w mocy
GermanOptyka podczerwona, widzenie nocne, celowanie, światłowody, satelitarne ogniwa słoneczne~60% przetworzonej produkcjiBardzo ograniczoneTa sama ścieżka zakazu/zawieszenia co w przypadku galu
AntymonPociski przeciwpancerne, amunicja, materiały wybuchowe, środki zmniejszające palność, noktowizory~połowa wydobytych surowców; znacznie ściślejsza kontrola nad przetwarzaniemMinimalna; jedna duża kopalnia (Idaho) w fazie rozwojuTen sam zakaz/zawieszenie; krawężniki w 2024 r. obniżą eksport o ~97%, ceny wzrosną mniej więcej trzykrotnie
WolframPenetratory przeciwpancerne, amunicja kinetyczna, obrabiarki dla całej bazy obronnej~80% dostaw do kopalni, większy udział w przetwórstwieNicNa mocy odrębnych chińskich przepisów dotyczących kontroli eksportu/licencjonowania (2025 r.); DFARS zakazuje sprzedaży produktów pochodzenia chińskiego do stycznia 2027 r.
TellurDetektory podczerwieni (czujniki rtęciowo-kadmowo-tellurkowe), termoelektryka, wojskowe systemy solarneDominujący globalny producent/rafineriaTylko małe objętości produktów ubocznychZdominowane przez Chiny; w dużym stopniu narażone na ten sam reżim kontroli

Tabela uwidacznia kształt problemu: jeśli chodzi o dwa pierwiastki, bez których arsenał może się obejść najmniej – gal i wolfram – Stany Zjednoczone praktycznie nie mają ich krajowej produkcji, a Chiny mają niemal całkowitą kontrolę. To nie jest portfel zdywersyfikowanego ryzyka. To pięć pojedynczych punktów awarii z tym samym adresem.

Liczba i to, co ona naprawdę mierzy

Liczba 78% pochodzi z jednego konkretnego źródła – raportu Goviniego „ From Rock to Rocket: Critical Minerals and the Trade War for National Security ” – i od tego czasu jest cytowana przez Defense One oraz roczny raport Komisji ds. Przeglądu Gospodarczego i Bezpieczeństwa USA-Chiny z 2025 roku. Uczciwość w tym, co oznacza, nadaje mu siłę. Twierdzenie nie głosi, że 78% broni przestanie działać w dniu, w którym Chiny wstrzymają dostawy. Chodzi o to, że 78% systemów uzbrojenia DoW zawiera co najmniej jedną część, której łańcuch dostaw przebiega przez te pięć kontrolowanych przez Chiny minerałów – jest to miara narażenia, a nie natychmiastowego paraliżu.

To zastrzeżenie jest powodem, aby traktować tę liczbę poważnie, a nie ją ignorować. Ta sama analiza prześledziła ponad 43 000 łańcuchów dostaw w sześciu poziomach dostawców i odkryła, że ​​88% z nich zawiera co najmniej jednego chińskiego dostawcę. Niektóre usługi są znacznie gorsze od średniej: Marynarka Wojenna znajduje się w około 91–92% narażonych systemów uzbrojenia — niszczyciele Arleigh Burke, lotniskowce Nimitz, amfibie klasy America — a Korpus Piechoty Morskiej blisko 62%. Pocisk jądrowy Minuteman III, F-16 i okręt podwodny klasy Virginia znajdują się na liście dotkniętych. A narażenie rośnie : kontrakty DoW na części zawierające te minerały rosły o ponad 23% rocznie od 2010 r., a kontrakty związane z galem rosły o prawie 42% rocznie. Uzależnienie nie dosięgnęło nikogo. Było nabywane celowo, rok po roku.

Czyj to był wybór?

W tym miejscu odpowiedzialność musi zostać przeniesiona z abstrakcji na konkrety, ponieważ stwierdzenie „łańcuch dostaw przebiega przez Chiny” jest pasywną konstrukcją, która ukrywa łańcuch decyzji podejmowanych przez osoby posiadające władzę.

Przez trzydzieści lat amerykańskie zamówienia obronne optymalizowano pod kątem kosztów i efektywności na zglobalizowanym rynku, który zakładał, że podaż zawsze będzie dostępna. Rafinacja tych minerałów to brudna, energochłonna i niskomarżowa praca, a Stany Zjednoczone z zadowoleniem pozwalały Chinom pokrywać koszty środowiskowe i nakłady inwestycyjne, podczas gdy amerykańscy producenci kupowali tanio gotowy materiał.

Każdy urzędnik ds. zaopatrzenia, który wybrał najtańszą kwalifikowaną część, każdy program, który odmówił finansowania zbędnego krajowego źródła, ponieważ przekroczyło ono budżet, każda administracja, która potraktowała ostrzeżenia o krytycznych minerałach jako problem dla kolejnej – każda z tych decyzji była racjonalna, biorąc pod uwagę lokalne uwarunkowania, a ostatecznie doprowadziła do strategicznej katastrofy. Dane Goviniego, pokazujące 23% roczny wzrost liczby tych kontraktów od 2010 roku, stanowią papierowy ślad. Ta zależność pogłębiła się pod nadzorem wielu administracji obu stron, długo po tym, jak ryzyko zostało zrozumiane.

I to było zrozumiałe. Wrażliwość łańcuchów dostaw pierwiastków ziem rzadkich i minerałów krytycznych była przedmiotem raportów rządowych, ostrzeżeń think tanków i zeznań przed Kongresem od ponad dekady. Chiny również dawały znać o swoich zamiarach – już w 2010 roku stosowały przymus wobec Japonii w zakresie wydobycia minerałów. Informacja nigdy nie była brakującym elementem. Brakowało woli politycznej.

Chiny nacisnęły spust, a Waszyngton nazwał to drgnięcie zwycięstwem

To nie jest ukryte ryzyko. Pekin już to zrobił, stopniowo i rozważnie, a reakcja Amerykanów pokazała, jak mało luzu miał system.

Chiny rozpoczęły kontrole licencyjne galu i germanu w sierpniu 2023 r., dodały antymon w 2024 r., a w grudniu 2024 r. zaostrzyły je, wprowadzając całkowity zakaz eksportu galu, germanu, antymonu i materiałów super-twardych do Stanów Zjednoczonych – a także całkowity zakaz wszelkich dostaw podwójnego zastosowania do amerykańskich użytkowników wojskowych. Kontrole celowo rozszerzono na samą technologię przetwarzania , aby uniemożliwić rywalom wyjście z rynku.

Koszty szybko poszły w górę: US Geological Survey oszacowała, że ​​sam zakaz dotyczący galu i germanu może kosztować amerykańską gospodarkę 3,4 miliarda dolarów, a ceny części obronnych zawierających gal wzrosły o około 6% w ciągu trzech miesięcy, podczas gdy ceny wszystkich pozostałych części DoW wzrosły o 1,4%. Chiny udowodniły, że mogą spowolnić amerykańską produkcję broni i podnieść jej koszty bez oddania ani jednego strzału.

Potem nadszedł listopad 2025 roku i to właśnie tutaj odpowiedzialność polityczna staje się ostra. Po spotkaniu Trump–Xi, Pekin zawiesił zakaz dotyczący galu, germanu i antymonu do 27 listopada 2026 roku – a zawieszenie to zostało powszechnie przyjęte jako deeskalację, zwycięstwo, odwilż. Przeczytaj drobny druk, a okaże się, że nic takiego nie ma miejsca. Minerały pozostały na chińskiej liście kontroli podwójnego zastosowania, więc każda dostawa nadal wymaga licencji wydanej przez Pekin, którą można opóźnić lub odrzucić w każdym indywidualnym przypadku. Zakaz eksportu do amerykańskich odbiorców wojskowych nigdy nie został zniesiony. Całe porozumienie wygasa pod koniec 2026 roku, według uznania Pekinu. A w marcu 2026 roku Chiny poszły w innym kierunku, ogłaszając dedykowane ramy bezpieczeństwa łańcucha dostaw, które łączą kontrolę eksportu w jednolity system bezpieczeństwa narodowego, stworzony specjalnie z myślą o tej sile nacisku.

Traktowanie tego jako problemu rozwiązanego to właśnie samozadowolenie, które w pierwszej kolejności doprowadziło do powstania tej zależności. Dźwignia wciąż pozostaje w rękach Pekinu. Została ona tymczasowo złagodzona na warunkach, które Chiny ustaliły i mogą odwołać – a mylenie zawieszenia z uchyleniem to sposób, w jaki kraj próbuje wyzbyć się pilności niezbędnej do faktycznego naprawienia istniejącego ryzyka.

Nikt nie wierzy w termin 2027

Rząd ma jasno sprecyzowany cel: przepisy Federal Acquisition Regulation Supplement dla Departamentu Obrony mają na celu wykluczenie z kluczowych łańcuchów dostaw broni minerałów krytycznych pochodzenia chińskiego do 1 stycznia 2027 roku. Wspominałem o tym w poprzednim artykule na temat pocisku PAC-3. Na papierze wreszcie odpowiedzialność. W praktyce termin ten ilustruje lukę między deklaracją polityki a możliwością jej realizacji.

Branża otwarcie twierdzi, że nie da się go dotrzymać. Uruchomienie separacji i rafinacji minerałów to przedsięwzięcie trwające od pięciu do dziesięciu lat – uzyskanie pozwoleń, przeprowadzenie badań chemicznych, ocena oddziaływania na środowisko i cykle kwalifikacyjne, które materiał obronny musi przejść, zanim trafi do produkcji. Stany Zjednoczone nie mają w ogóle krajowego, podstawowego źródła galu, germanu ani wolframu. Producenci wolframu, pędząc do terminu, ostrzegają stanowczo, że reshoring zajmie lata, a wykonawcy będą musieli w międzyczasie kupować materiały powiązane z Chinami. Termin, który osoby odpowiedzialne za jego dotrzymanie publicznie nazywają niemożliwym, nie jest planem; to aspiracja z określoną datą, a jej wyznaczenie bez finansowania wieloletniej bazy przemysłowej, która pozwoliłaby na jej dotrzymanie, jest samo w sobie formą braku odpowiedzialności.

Pieniądze nie są tu wiążącym ograniczeniem, co czyni tę porażkę polityki tak rażącą: ograniczeniami są zdolności rafinacyjne i czas kwalifikacji, a te były znane – i możliwe do zbudowania – lata temu, gdyby istniała taka wola. Niedawne inwestycje federalne, działania w ramach Ustawy o Produkcji Obronnej, usprawnienie procesu wydawania pozwoleń, a nawet udziały w spółkach górniczych są realne i spóźnione. Ale to odpowiedź, którą uruchamia się dekadę wcześniej, a nie tę, którą uruchamia się po tym, jak przeciwnik zademonstrował już swoją broń.

Jak do tego doszło? Globalizacja po zimnej wojnie sprawiła, że ​​chińskie przetwórstwo stało się rzeczywiście tańsze i bardziej niezawodne przez całe pokolenie; budowa nadmiarowych krajowych mocy produkcyjnych oznaczałaby wyższe koszty uzbrojenia, realne problemy środowiskowe i umożliwienie walk na własnym podwórku, którym społeczności stawiały opór. Dywersyfikacja nie jest darmowa, a część zależności odzwierciedla logikę rynkową, która wydawała się wówczas rozsądna. Rozsądni urzędnicy podejmowali uzasadnione, indywidualne decyzje.

Ale to wyjaśnienie, a nie rozgrzeszenie. Cały cel planowania strategicznego w systemie obronnym polega na ignorowaniu lokalnych, racjonalnych decyzji dotyczących kosztów, gdy tworzą one pojedynczy, obcy punkt krytyczny dla przetrwania narodu. Na tym polega zadanie. Ostrzeżenia zostały zapisane, gotowość przeciwnika została zademonstrowana, a linia trendu przez piętnaście lat z rzędu przebiegała w złym kierunku. „Było taniej” to właśnie argument, który ma na celu ignorowanie poważnej polityki obronnej.

Liczba 78% utrzymała się, ponieważ odnosi się do czegoś, co zwykle pomija się w debatach na temat lotniskowców i budżetów: amerykańska siła militarna składa się z części, a zaskakująco duża część tych części pochodzi z pięciu mało znanych minerałów i pochodzi od jednego konkurencyjnego dostawcy, który już nie raz pokazał, że będzie wykorzystywał tę pozycję jako dźwignię.

Żadna kwota pieniędzy nie rozwiąże tego problemu w czasie wojny; ograniczeniem jest zdolność rafinacji i czas kwalifikacji, a nie finansowanie. Zawieszenie chińskiego zakazu nie rozwiązuje zależności – odracza rozliczenie do daty kontrolowanej przez Pekin. A termin 2027, mający zakończyć narażenie, jest terminem, który – jak twierdzą odpowiedzialne branże – nie jest w stanie dotrzymać. Strony odpowiedzialne nie są trudne do zidentyfikowania: system zamówień, który nagradzał najtańszego dostawcę, kolejne administracje, które zgłaszały ostrzeżenia pod presją „później”, oraz odruch – widoczny ponownie w oklaskach za tymczasowe zawieszenie – mylenia przerwy w naciskach z ich zakończeniem. Dopóki Stany Zjednoczone nie będą w stanie oddzielić i przetworzyć tych pięciu materiałów u siebie i na dużą skalę, arsenał czołowej armii świata będzie nadal, w krytycznej części, przepływał przez rafinerie ich największego przeciwnika – i wszyscy, którzy mają uprawnienia do zmiany tego stanu rzeczy, wiedzą o tym od lat.


Źródła, z których korzystam przy tym artykule, obejmują raport Goviniego „ From Rock to Rocket ” (2025), Defense One, raport roczny Komisji ds. Przeglądu Gospodarczego i Bezpieczeństwa USA-Chiny za rok 2025, „South China Morning Post”, MINING.COM, Fastmarkets, GLOBSEC, US Geological Survey oraz PBS NewsHour (2025–2026). Wartość 78% odzwierciedla narażenie systemów uzbrojenia – systemów zawierających co najmniej jedną uszkodzoną część – a nie systemów, które natychmiast uległyby awarii; procenty kontroli różnią się w zależności od minerału i od tego, czy uwzględnia się wydobycie, czy rafinację. Chiński zakaz eksportu został zawieszony, a nie uchylony, w momencie ogłoszenia w listopadzie 2025 roku.


Oto mój najnowszy odcinek z cyklu „Counter Currents” z Andriejem Martyanowem:

Rosja prowadzi wojnę, której NATO już nie rozumie — Andriej Martyanow

Nima i ja spędziliśmy trochę czasu na dyskusji na temat nowej ofensywy Huti w południowo-zachodnim Jemenie:

Larry Johnson: Siły Huti otaczają wspierane przez Arabię ​​Saudyjską posterunki w Maribie

Dziś odbyła się wspaniała konferencja INTEL Roundtable z udziałem Scotta Rittera, Joe Kenta i mnie:

Okrągły stół INTEL: z Larrym Johnsonem, Scottem Ritterem i Joe Kentem: 14 sierpnia

W zeszłym tygodniu przeprowadziłem wywiad z Jyotishmanem Mudiarem, prowadzącym program India & Global Left:

Pat USA-Iran: Dlaczego Trump nie może zakończyć wojny? | Larry Johnson

Dziękuję za nieocenione wsparcie w postaci czasu poświęconego na czytanie i komentowanie

Zaszufladkowano do kategorii O Świat | Otagowano