O kolejnej szokującej decyzji Ministerstwa Edukacji Narodowej poinformowała wiceminister Joanna Mucha. Okazuje się, że uczęszczające do polskich szkół ukraińskie dzieci będą uczyły się historii na podstawie materiałów przygotowanych przez stronę ukraińską. Można więc spodziewać się, że w polskich szkołach jako bohater przedstawiany będzie np. Stepan Bandera.
O przygotowaniu przez stronę ukraińską podstawy programowej dla ukraińskich dzieci uczących się w polskich szkołach, wiceminister Joanna Mucha mówiła na antenie Radia ZET.
– „Strona ukraińska zaoferowała nam, że dla swoich dzieci przygotuje tzw. komponent ukraiński, który będzie obejmował historię, geografię, literaturę. I będą to realizowali we własnym zakresie. Wydaje mi się to bardzo fair ofertą, skorzystają na pewno obie strony „- powiedziała.
Podkreśliła, że Polska nie chce „polonizować” ukraińskich dzieci.
– „Chcemy, żeby dzieci ukraińskie zostawiły swoją tożsamość ukraińską, ale jednocześnie były dobrze wyedukowane, bo część z nich po prostu zostanie w Polsce”- zapewniła.
Człowiek ma prawo pozbawić życia drugiego człowieka tylko w nielicznych, wyjątkowych przypadkach: w samoobronie lub podczas obrony osób trzecich przed poważnym zagrożeniem, na wojnie sprawiedliwej, podczas walki narodu o wolność m.in. w czasie okupacji wykonując wyrok śmierci na zdrajcach, agentach, szmalcownikach po uprzednim osądzeniu ich przez sąd władzy podziemnego państwa i wreszcie wykonując karę śmierci na zbrodniarzu po wyroku sądowym legalnej i praworządnej władzy.
W tym przypadku jednak należy oddzielić sądownictwo państwa totalitarnego i jakiejkolwiek podobnej struktury od władzy osiadłej na fundamentach cywilizacji łacińskiej czyli stosującej przepisy prawa wolnego od lewicowej deformacji.
Prawo do legalnego zabijania niewinnych ludzi?
Wszystkie powyższe przypadki, które wymieniłem, dotyczą ludzi winnych, obarczonych zbrodniczymi czynami lub będących w trakcie usiłowania ich popełnienia. W przeciwieństwie do wymienionych przestępców dziecko w łonie matki jest niewinne i to stanowi jedną z kilku zasadniczych różnic. Zabicie ludzkiego płodu jest dozwolone tylko w przypadku, gdy kontynuacja ciąży zagraża życiu matki [czyli obojga].
Prawo do zabijania na życzenie… (niektórzy degeneraci chcą, aby matka miała to prawo do chwili urodzenia lub nawet po urodzeniu dziecka)…takie prawo jest prawem do popełniania zbrodni ludobójstwa i nie jest przypadkiem, że wprowadzali je najwięksi ludobójcy w historii: Lenin, Hitler i Stalin.
Bełkot i opętanie. „Bo mieszkanie było za małe”
Przedstawiciele lewicy próbując uzasadnić swój zbrodniczy postulat używają najczęściej nielogicznych, absurdalnych argumentów. Sam widziałem jak na postawione pytanie czym różni się prócz rozmiaru ludzki płód od dorosłego człowieka zwolenniczka zabijania odpowiedziała: „nie żyje”.
Swego czasu podczas akcji billboardowej przeciw przemocy męskiej i tylko męskiej, opuchnięta i posiniaczona twarz kobiety była połączona z napisem bo zupa była za słona. Tragicznym odpowiednikiem, jakże bardziej zbrodniczym, lecz cenzurowanym z całych sił przez lewicę, są zdjęcia zabitych dzieci z napisem: bo mieszkanie było za małe, a wyznała to swego czasu jedna z piosenkarek wspierająca „prawa kobiet”.
Czym różni się zabicie dziecka od zabicia dorosłego lewaka?
Zamordowanie dziecka przed lub po urodzeniu, zamordowanie osoby dorosłej, a także osoby o poglądach zbrodniczych nie różnią się od siebie kwalifikacją czynu poza wymienionymi przeze mnie przypadkami. Osoby o poglądach zbrodniczych czyli część środowisk lewicowych powinna być ścigana z paragrafu o zakazie propagowania ustrojów totalitarnych oraz o zakazie podżegania do przestępstwa. Uchroniłoby to wiele istnień ludzkich od śmierci.
Różnica pomiędzy zabijaniem dzieci „na życzenie” a karą śmierci dla zbrodniarzy jest różnicą cywilizacyjną.
Współcześni nam barbarzyńscy neopoganie zasiadający w ławach parlamentarnych publicznie twierdzą, iż mordowanie dzieci nienarodzonych to sprawa światopoglądu każdego z osobna. I z tego powodu wprowadzają np. dyscyplinę głosowania w sprawie przekonań, wedle owej nomenklatury, światopoglądowych. Ten elementarny brak logiki prowokuje pytanie, o co tu chodzi?
Z sensowną odpowiedzią jest jednak spory kłopot.
To może tak.
W starożytnej Ziemi Kanaan i w dużej połaci Bliskiego Wschodu oddawano cześć pogańskiemu bożkowi (bałwanowi) znanemu pod imieniem Moloch albo Ba’al. Poza rozmaitymi plemionami zamieszkującymi ten obszar świata, głównie zaś Fenicjanami i Babilończykami, kult taki był praktykowany również w kulturze minojskiej (mit o Minotaurze). Otóż Ba’al znaczy król-byk. Z kolei określenie „moloch” wywodzi się z aramejskiego i fenickiego rdzenia mlk, który czytany z hebrajska brzmi jak „molek” albo „molok”, a oznaczał ofiarę składaną z nowo narodzonych dzieci, w szczególności zaś z pierworodnych synów.
Ofiara ta była składana w ten sposób, że figura bałwana zwanego Ba’al wykonana była z brązu i trzymała wyciągnięte przed sobą ręce skierowane dłońmi ku dołowi. W te ręce wkładano noworodka, a pod nimi rozpalany był ogień, którego płomienie rozgrzewały metalowe dłonie. Gdy dziecko zaczynało się piec niczym na ruszcie, kapłani walili w wielkie bębny aby zagłuszyć krzyk dziecka. Gdy spalone ciało skurczyło się, wówczas spalone szczątki spadały w ognisko.
Oczywistym jest, że pogańscy mieszkańcy Kanaanu wyznawali stosowny światopogląd, w którym składanie właśnie takich ofiar stanowiło przejaw ich rozumienia świata i konieczności przebłagania bożka, aby zapewnić sobie jego przychylność w rozmaitych kwestiach ciężkiej egzystencji, w tym np. w kwestii nadumieralności noworodków, co wszak było skutkiem drastycznego nierozumienia zasad higieny tudzież braku rozeznania co do rodzaju zagrożeń okołoporodowych wśród społeczeństw tamtej epoki historycznej
Znalazł się jeden wyjątek pośród ludów Kanaanu, który zerwał z ww. praktyką, a mianowicie zakaz takiej praktyki powstał wśród klanów hebrajskich (pokoleń). Zakaz składania dzieci na ofiarę przebłagalną (a szerzej ludzi) otrzymał w mozaizmie (a także w późniejszym judaizmie) sankcję nakazu boskiego, co znalazło wyraz w piątym przykazaniu Dekalogu (nie zabijaj niewinnego i bezbronnego bliźniego swego, czyli nie morduj), a narrację fabularną w przypowieści biblijnej o Abrahamie i jego synu Izaaku. Niewątpliwie ta praktyka, tak odmienna od kultywowanej przez wszystkie okoliczne ludy, także była przejawem stosownego światopoglądu. Skąd zatem wziął się wspomniany wcześniej światopogląd u naszych swojskich dzisiejszych neopogan?
Śmierć lwowskich profesorów. Zabicie ich dzieci i wnuków. Symbol uniwersalny
Ks. prof. Franciszek LONGCHAMPS DE BÉRIER
Ksiądz katolicki, profesor nauk prawnych, kierownik Katedry Prawa Rzymskiego na Wydziale Prawa i Administracji UJ, członek prezydium Komitetu Nauk Prawnych PAN, wybrany do Wspólnego Komitetu Zarządzającego (kadencja 2016-2018) China-EU School of Law w China University of Political Science and Law w Pekinie.
O profesorach lwowskich zamordowanych w lipcu 1941 roku powiedziano i napisano już sporo. Dlaczego nigdy nie będzie za wiele? Zastrzeleni przez niemieckie komando, ponieważ byli Polakami i profesorami – polskimi profesorami we Lwowie
Egzekucja na Wzgórzach Wuleckich nie odbiegała zbytnio od innych okupacyjnych rozstrzelań. Wyobrażam sobie wykopane świeżo doły z przerzuconymi nad nimi deskami, na których stają po cztery osoby. Strzały na chwilę rozświetlają ciemność i ciała wpadają do zbiorowej mogiły. Nie pierwszy raz i nie ostatni podczas okupacji. Jednak morderstwo z 3 na 4 lipca, a więc tuż po wejściu Niemców do Lwowa, urasta do rangi symbolu. Dla epoki antyintelektualnych totalitaryzmów odpowiada śmierci Archimedesa w Syrakuzach. W 212 roku przed Chrystusem pokonano miasto po dwuletnim oblężeniu, ale ponoć był rozkaz dowodzącego rzymską armią Marka Klaudiusza Marcellusa, aby odnaleźć i oszczędzić uczonego. Nie dotarł do świadomości żołdaka, który bezceremonialnie zarąbał Archimedesa nad morskim brzegiem, przeszkadzając w kreśleniu figur i rozmyślaniu o matematycznych diagramach. We Lwowie rozkaz musiał być inny. Podobno wydał go generalny gubernator Hans Frank pomny „zamieszania” po wysłaniu profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego „tylko” do obozów koncentracyjnych. Wygodniej zabić na miejscu.
Morderstwo z 3 na 4 lipca 1941 roku, a więc tuż po wejściu Niemców do Lwowa, urasta do rangi symbolu. Dla epoki antyintelektualnych totalitaryzmów odpowiada śmierci Archimedesa w Syrakuzach.
Dziś o prześladowaniu krakowskich profesorów jest komu opowiadać potomnym. Szczęście, że dzieje się to instytucjonalnie w jagiellońskiej Alma Mater, która wspomina uczonych nie tylko przy okazji rocznicy tzw. Sonderaktion Krakau. Ich los stanowi część pamięci uniwersytetu, która tworzy jego tożsamość.
Nie tak samo jest w przypadku profesorów Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Nikt też z nich nie wrócił (jeśli pominąć jednego z „zatrzymanych” lipcowej nocy). Ci jednak, którzy wspominają ofiarę ich życia: we Wrocławiu, w Lublinie, jak Polska długa i szeroka oraz w dzisiejszym Lwowie, widzą w tym symbol mówiący o wielkości nauki, o „zagrożeniach” wynikających z jej uprawiania, o sile i potędze myśli, o mocy sprawczej i odnowicielskiej, której obawiają się wrogowie. Ludzie przecież ginęli z ręki Niemców, bo byli uczonymi i tylko za to, że byli uczonymi. Zastrzeleni nocą byli Polakami, jak wielu innych naszych Rodaków, pozabijanych w XX wieku często właśnie tylko dlatego, że byli Polakami. Kaźń profesorów to jednak symbol uniwersalny, ważny dla każdego, kto ceni rozum. Ostrzeżenie. Umiłowanie prawdy i poszukiwania naukowe mogą sprowadzić wyrok śmierci. Ale i tak warto je prowadzić, jak Archimedes czy uczeni z Uniwersytetu Jana Kazimierza.
W zeszłym roku sugestywną okazję, aby o nich rocznicowo i nie rocznicowo wspomnieć dał Instytut Pamięci Narodowej. Rocznicowo, bo w 2016 roku minęło 75 lat jak siły bezpieczeństwa III Rzeszy pozbawiły życia polskich profesorów we Lwowie. Nie rocznicowo, gdyż IPN przygotował piękną wystawę do przedstawiania na ulicach i placach, którą 30 sierpnia pokazano na Esplanadzie Solidarności przed gmachem Parlamentu Europejskiego w Brukseli. Potem we wrześniu pojawiła się we Wrocławiu przed Bazyliką św. Elżbiety, aby następnie zawitać w Krakowie: w listopadzie przed Ignatianum, a w pierwszych tygodniach grudnia na pl. Szczepańskim.
Ekspozycję „Kaźń profesorów lwowskich. Wzgórza Wuleckie 1941” mogło ze zrozumieniem obejrzeć wielu, gdyż opisy przygotowano równolegle po polsku, niemiecku, ukraińsku i angielsku. Na zakończenie odbyła się 16 grudnia w Collegium Maius sesja o tytule „Sprawa mordu na profesorach lwowskich nadal jest otwarta”. Inspirowana była zakończeniem pamiętników Karoliny Lanckorońskiej. Brakuje słów wdzięczności dla Uniwersytetu Jagiellońskiego za uczczenie ich pamięci: jak od dawna tablicą na półpiętrze Collegium Novum, tak teraz spotkaniem, zorganizowanym przez prof. Andrzeja A. Ziębę, pana Macieja Wojciechowskiego i dyrektora Collegium Maius prof. Krzysztofa Stopkę. Z kilku powodów ucieszyło mnie zaproszenie do znakomitego kręgu strażników pamięci, którzy mieli podzielić się wtedy refleksjami. Wspomnienie kaźni na Wzgórzach Wuleckich zdaje się wyzwaniem dla każdego. Mnie przyszło się na nią zastanowić jako księdzu, jako osobie noszącej nazwisko aż czterech ofiar i jako profesorowi Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Cieszy, że spotkanie w Krakowie, gdzie serca otwarte i trwa pamięć nie tylko o własnych profesorach. W ich zresztą gronie został aresztowany w Sonderaktion członek naszej rodziny – historyk prawa i były rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego prof. Stanisław Estreicher. Mogę napisać wuj, gdyż jego żona Helena z domu Longchamps de Bérier była najstarszą siostrą mego pradziadka Bogusława („ochrzczonego na szablach powstańczych”). Wuj nie wrócił – zmarł w Sachsenhausen 28 grudnia 1939 roku. Ona, piękna i kochająca szybko podążyła za nim, odchodząc 14 marca 1940 roku.
Czterech Longchamps de Bérier: Bronisław, Zygmunt, Kazimierz – synowie Romana. Ojciec profesor prawa cywilnego i rektor Uniwersytetu Jana Kazimierza w Lwowie. Tragedia rodzinna, dlatego bliska i bardziej dotkliwa, choć inni pewnie mieli straszniejsze: więcej ludzi lub okrutniej zginęło. Nie mnie o tym pisać. Trzeba spytać stryja Jana, którego jako trzynastolatka zostawiono z matką. Ja zastanawiam się głośno, co wyjątkowego było w kaźni profesorów lwowskich? Tak wiele za nami rozważań o zbrodni, zbrodniarzach, winie, braku odpowiedzialności, białych plamach.
Sporo, choć nie wszystko wiemy o lipcowej nocy 1941 roku. Morderstwo nie zakończyło dla nazistów sprawy polskich profesorów. Nie bez znaczenia symbolicznego było to, co zdarzyło się z nimi później. W 1943 roku zbliżał się front. O tym w książce „Kaźń profesorów lwowskich. Lipiec 1941” prof. Zygmunta Alberta, szczególnego strażnika pamięci: „Ekshumowane zwłoki rozstrzelanych na Wzgórzach Wuleckich profesorów i ich współtowarzyszy przewieziono bezzwłocznie na Lasu Krzywczyckiego i następnego dnia, tj. 9 października, dorzucono je do kilkuset innych trupów i spalono wspólnie na olbrzymim stosie. Zachowane resztki kości zmielono w żwirowym młynie i wraz z popiołami rozrzucono w okolicznym lesie”. Zabity, spalony, a prochy rozsypane – tylko dlatego, że był profesorem. Pozostał pył na wietrze.
Zastrzeleni „bez sądu” i bez wyjaśnień. Co jednak uderza – zamordowani z żonami, dziećmi, a nawet wnukami. O każdym z rozstrzelanych profesorów daje się wiele powiedzieć, bo mieli piękny dorobek życiowy. Łatwiej się o nich pamięta przez dzieła, jakie zostawili. Wszelako nie wszyscy z zamordowanych byli profesorami, za to wszyscy byli równi w śmierci. Wśród ofiar znalazły się żony – panie Grekowa, Ostrowska, Ruffowa, synowie – Jerzy Nowicki, Andrzej Progulski, Adam Ruff, Józef Weigel, Eustachy i Emanuel Stożkowie, nasi Bronisław, Zygmunt i Kazimierz. I Adam Mięsowicz, wnuk prof. Sołowija. Oni także bez miejsca pochówku; rozsypani w Lesie koło Krzywczyc.
Profesorowie zastrzeleni „bez sądu” i bez wyjaśnień. Zamordowani z żonami, dziećmi, a nawet wnukami. Tylko dlatego, że ich zastano w domach polskich uczonych.
Kiedyś wnosiłem o otwarcie nowego wykładu na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zdziwienie wzbudził tytuł – „Reflektorem w mrok. Prawo rzymskie o współczesnym”. Sugerowano zmianę i należało w radzie wydziału z niego wytłumaczyć. Przy tej okazji – ale potem też wielokroć od studentów – padało pytanie: dlaczego „reflektorem w mrok”? Mało kto dał się zbyć odpowiedzią, że to po prostu dobrze brzmi. Przecież wiedzieli, że wyrażenie kojarzy się z Tadeuszem Boyem-Żeleńskim, krytykiem i tłumaczem francuskiej literatury. Powszechnie wiadomo o jego wyraziście nie-kościelnych poglądach, a tu ksiądz proponuje taki tytuł…? Proponowałem i proponuję między innymi po to, aby przypomnieć człowieka, który zginął razem z profesorami lwowskimi zabrany z domu prof. Jana Greka. Razem w śmierci, każdy zatem bliski nam, którzy pamiętamy. Patrzyłem na moją radę wydziału – polskich profesorów w Krakowie: „nie mam dzieci, ale wielu ze słuchających mnie ma córki, synów, a nawet wnuki. Proszę pomyśleć, że zostają zamordowane tylko dlatego, że są dziećmi, wnukami polskich profesorów”. Pamięć należy się nie tylko profesorom, lecz i tym, co zginęli z nimi. A zginęli dlatego, że ich zastano w w domach polskich uczonych.
W Księdze Życia zapisano każde imię i po zostaniemy wezwani na Sądzie. Tak tedy rozsypywanie prochów po lasach było głęboko niechrześcijańskie. A skoro o tym mowa: jako księdzu miło mi, że w gronie zabranych z lwowskimi profesorami znalazł się dwudziestodziewięcioletni wykładowca biblistyki ksiądz Władysław Komornicki. Zanim zginął, miał szansę zaopiekować się duchowo zwieziony na Wzgórza Wuleckie. Przecież pozostała jeszcze chwila, sporo czasu na pojednanie się z Bogiem. Zawsze pozostaje wybór, choćby droga wiodła na szafot: nie przebaczyć czy przebaczyć?
W trybie większego przypisu: skoro o profesorach zawsze daje się powiedzieć więcej, przedkładam mój wstęp do sławnego, klasycznego i do dziś ciągle powoływanego podręcznika prof. Romana Longchamps de Bérier pt. „Polskie prawo cywilne. Zobowiązania”. Do ponownego ogłoszenia drukiem na podstawie wydania drugiego z 1939 roku doszło w Poznaniu w 1999 roku. Zatem „Po sześćdziesięciu latach” – i taki był tytuł wstępu:
Wielkiego dzieła podjęli się Polacy, gdy po z górą wieku niewoli rozpoczęli odbudowę państwowości. Nie chodziło tylko o wskrzeszenie Polski, jako o akt sprawiedliwości dziejowej. Trzeba było od podstaw stworzyć nowoczesne państwo. Wymagało to większego wysiłku niż ten, przed jakim stanęliśmy po przełomie roku 1989. Podobnie jak dziś, prawo miało wtedy szczególną rolę do odegrania w budowie Rzeczypospolitej. Jednak ówczesna sytuacja wydawała się znacznie trudniejsza. W samej tylko sferze prawa prywatnego w różnych częściach kraju obowiązywały odmienne, obce regulacje: kodeks cywilny austriacki, kodeks cywilny niemiecki, kodeks Napoleona, zwód praw, a na Spiszu i Orawie prawo węgierskie. W pierwszym rzędzie należało więc zadbać o ujednolicenie prawa, aby mogło stać się skutecznym instrumentem nie tylko tworzenia państwa, ale i zaprowadzania w nim trwałego ładu. Choć stworzenie polskich unormowań stanowiło poważne wyzwanie, prawnicy tamatych czasów byli do tego chyba lepiej niż my przygotowani. Studiowali na najlepszych europejskich uniwersytetach. Znali doskonale zarówno w teorii, jak i w praktyce prawo kilku państw, przodujących w świecie pod względem nowoczesności unormowań. Mogli tedy z pełną świadomością skutków wybierać najlepsze rozwiązania normatywne. W powołanej w 1919 roku Komisji Kodyfikacyjnej zasiedli najwybitniejsi znawcy prawa. Łącząc swą wiedzę i umiejętności stworzyli zespół, któremu do dziś trudno znaleźć równy. Pracowali solidnie, systematycznie i bez pośpiechu. Stąd rozpoczęte w początku lat dwudziestych prace nad kodeksem zobowiązań, ukończyli dopiero w 1933 roku. Dzięki temu jednak stał się on najwybitniejszym osiągnięciem polskiej myśli prawniczej w XX wieku.
Kluczową rolę w tworzeniu kodeksu zobowiązań odegrał Roman Longchamps de Bérier. Do udziału w pracach kodyfikacyjnych zachęcił go prof. Ernest Till. Już od 1922 roku jako członek lwowskiego komitetu, brał Profesor Roman udział w obradach nad przygotowanym przez E. Tilla projektem części ogólnej prawa zobowiązań. Potem wspólnie już opracowali projekt części szczegółowej[1], zaś po śmierci E. Tilla w 1926 roku, Profesor Roman przejął cały ciężar prac, będąc głównym referentem tej dziedziny prawa cywilnego w Komisji Kodyfikacyjnej[2]. Uczestniczył oczywiście także w przygotowywaniu jednolitego polskiego prawa rodzinnego, autorskiego, handlowego i morskiego, jednak kodyfikacja i wykładnia prawa zobowiązań stanowiły główne pole jego działalności. Jak się miało później okazać, stały się one najważniejszym dziełem jego przedwcześnie przerwanego życia. Prawu zobowiązań poświęcił liczne prace, wśród których poczesne miejsce zajmuje Uzasadnienie projektu kodeksu zobowiązań z uwzględnieniem ostatecznego tekstu wydane w Warszawie: tom I w 1936, a tom II w 1937 roku[3].
Jednak najwybitniejszym osiągnięciem Profesora Romana są Zobowiązania[4]. Zaplanowano je jako drugi tom systematycznego podręcznika Polskie prawo cywilne, którego pozostałe części miały wychodzić w miarę postępów prac kodyfikacyjnych. Do wybuchu wojny ukazał się jeszcze tylko tom VI – Kazimierza Przybyłowskiego Prawo prywatne międzynarodowe[5]. Pierwsze wydanie Zobowiązań drukowano w pięciu zeszytach w latach 1934-1938. Po uzupełnieniu i drobnych poprawkach drugie wydanie ukazało się w roku następnym i jako najpełniejsze, a przy tym w pełni oryginalne, jest podstawą niniejszego wznowienia. Trzecie wydanie opracował w 1948 roku w Poznaniu prof. Józef Górski, który wprowadził szereg uzupełnienień, ale i pominął pewne ustępy, aby dostosować podręcznik do stanu prawnego w dniu 1 stycznia 1948. Mając przed oczyma ujednolicone już przepisy prawa cywilnego, zastąpił uchylone normy obowiązującymi, a w szeregu przypadków, np. w rozważaniach dotyczących najmu czy umowy o pracę, przedstawił też najważniejsze postanowienia nowych regulacji.
Podręcznik Romana Longchamps de Bérier pojawił się bezpośrednio po ogłoszeniu polskiego prawa obligacyjnego[6] i był oparty o wygłoszone wykłady uniwersyteckie. Obie okoliczności wydatnie wpłynęły na charakter dzieła. W Zobowiązaniach nie chodziło bowiem o szczegółowy komentarz do poszczególnych artykułów kodeksu zobowiązań, lecz o systematyczne przedstawienie zasad nowego prawa. Nie uwzględniono orzecznictwa ani literatury, które były wówczas bardzo skromne. Kontekst prawnoporównawczy ograniczano do praw obowiązujących w danej materii w Polsce przed 1 lipca 1934. Pojawiał się zresztą tylko dla wyjaśnienia stanowiska nowego prawa w kwestiach zasadniczych. Autor zastrzegł też sobie prawo do pominięcia rozważań teoretycznych nad zagadnieniami spornymi w literaturze prawa cywilnego[7].
Już w momencie wydania, Zobowiązania zostały zaliczone do klasyki przedmiotu[8]. Zawierały bowiem nie tylko autorytatywny wykład głównego referenta kodeksu. Przedstawiały całość doktryny, nie stroniąc od wszelkich odcieni i subtelności myśli prawniczej. Stanowiły nadto doskonały pod każdym względem podręcznik. Zmarły niedawno badacz prawa rzymskiego prof. Jan Kodrębski pisał: „Erudycja autora, równie kompetentnego w czterech prawach obowiązujących na ziemiach polskich, jak i we współczesnych mu prawach zachodnioeuropejskich i tamtejszej literaturze prawniczej, wiąże się tu z wielkim talentem konstrukcji prawnej, mistrzostwem dydaktycznym i precyzyjną, elegancką formą… Dzieło Romana Longchamps znakomicie uwydatnia romanistyczny podkład współczesnych zobowiązań i – będąc wykładem współczesnego prawa – może równocześnie służyć jako największy polski podręcznik rzymskiego prawa zobowiązaniowego. Traktat Romana Longchamps jest też wzorem znakomitej formy prawniczego pisania”[9]. Ta ze wszech miar wybitna książka, cytowana we wszystkich liczących się pracach cywilistycznych, trafia ponownie do rąk czytelników dzięki entuzjazmowi prof. Władysława Rozwadowskiego oraz zgodzie syna Autora Zobowiązań – Jana Longchamps de Bérier.
Być może pisanie do niej wstępu nie powinno przypaść komuś, kto w swych skromnych poszukiwaniach naukowych próbuje poprzez prawo rzymskie i historię prawa zgłębiać czym jest prawo, jakie rządzą nim prawidłowości. Po pierwsze jednak, Zobowiązania należałoby poddać analizie, która umożliwiłaby kompleksowe wprowadzenie w zagadnienia w nich przedstawiane. Pozwoliłaby też na osadzenie wielu z przewijających się tam wątków w całym kontekście, uwzględniającym również późniejszy rozwój doktryny. Po wtóre zaś, na uważne studia i pełniejsze opracowanie zasługuje cały dorobek Romana Longchamps de Bérier. Tymczasem Profesor doczekał się dotąd tylko kilku wspomnień[10], zaś reakcji na jego poglądy naukowe należałoby szukać w szczegółowych rozważaniach całej polskiej cywilistyki. Niestety, nikt nie podjął się jeszcze ani jednego, ani drugiego. Prawda, że to zadania trudne, lecz wybitnych prawników dzisiaj nie brakuje. Ponadto dzieło Profesora Romana nie pozostało poza granicami III Rzeczypospolitej, jak miejsce jego kaźni. Przeciwnie, wpisało się na trwałe w polski porządek prawny. Przetrwało nawet ciemną noc bezprawia. Skoro jednak zaszczyt skreślenia kilku słów wprowadzenia do wznawianych Zobowiązań przypadł prawnukowi stryjecznego brata Autora, trudno aby nie zarysował sylwetki wielkiego uczonego.
Pochodził Roman Longchamps de Bérier z osiadłej w Polsce hugenockiej rodziny francuskiej, która emigrowała po odwołaniu przez Ludwika XIV edyktu nantejskiego w 1685 roku. Już pierwszy Longchamps przeszedł na katolicyzm, a jego syn Franciszek (zmarły w 1784 roku) był kapitanem gwardii królewskiej w czasach saskich i uzyskał zatwierdzenie szlachectwa[11]. W rodzinnym archiwum zachowały się dwa dokumenty podpisane w roku 1753 i 1760 przez Augusta III, przyznające mu serwitoriat, czyli przywilej kupiecki wyjmujący spod prawa i władzy miasta Lwowa, zwalniający z podatków i ograniczeń celnych oraz oddający pod jurysdykcję marszałka wielkiego koronnego. Zachowały się też druki urzędowe, na których Franciszek podpisał się jako prezydent Lwowa[12]. Jego syn Jan (1762-1834) służył w Legionach Dąbrowskiego[13], a w 1807 roku został kapitanem w I Regimencie Huzarów Polskich[14]. Synowie jego brata Aleksandra (1766-1810), bliźniacy Wincenty (1808-1881) i Bogusław (1808-1888), przerwali studia w Wiedniu na wieść o powstaniu listopadowym, w którym niezwłocznie wzięli udział. Wincenty był potem jeszcze powstańcem 1846 roku, zaś syn Bogusława – Franciszek (1840-1915), a stryj Romana, powstańcem 1863 roku[15].
W rodzinie nie brakowało nigdy prawników i lekarzy. Wincenty rozpoczął w Wiedniu studia prawnicze, które po upadku powstania ukończył w Pradze. Również jego bratanek Franciszek studiował prawo. Rodzony brat Romana Andrzej został sędzią Najwyższego Trybunału Administracyjnego w Warszawie, zaś stryjeczny brat, ochrzczony na szablach powstańczych Bogusław Karol (1884-1947) był znanym lwowskim adwokatem. Natomiast lwowskim lekarzem był już ojciec bliźniaków – Aleksander. Medycynę studiował również jego syn Bogusław, dziadek Romana, który praktykował w Lesku, by osiąść później we Lwowie, gdzie został nawet lekarzem miejskim. Jego syn Bronisław, ojciec Romana, był wojskowym lekarzem w randze generała austriackiej armii[16].
Roman Józef Longchamps de Bérier urodził się 9 sierpnia 1883 we Lwowie. Po ukończeniu szkoły średniej rozpoczął studia na Wydziale Prawa Lwowskiego Uniwersytetu. Stopień doktora praw uzyskał w 1906 roku, a od 2 lutego tego roku pracował w Prokuratorii Skarbu, potem w lwowskim oddziale Prokuratorii Generalnej RP. Trwało to do 30 kwietnia 1920, kiedy podjął obowiązki profesorskie w Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie: najpierw jako profesor nadzwyczajny, a od 1 sierpnia 1922 już jako profesor zwyczajny[17].
Pracy naukowej poświęcał się odkąd ukończył studia, zawsze pod troskliwym okiem swego mistrza prof. E. Tilla. W roku akademickim 1907/1908 studiował w Berlinie u profesorów Thodora Kippa i Josepha Kohlera[18]. Wkrótce przedłożył monograficzne Studya nad istotą osoby prawniczej[19] oraz zestawił polską bibliografię prawniczą za lata 1911-1912[20]. Przygotował szereg prac poświęconych zagadnieniom związanym z rękojmią[21], a wkrótce światło dzienne ujrzała rozprawa habilitacyjna pt. Rękojmia z powodu wad i braków a obowiązek świadczenia – Studyum z austyackiego prawa cywilnego[22]. „Bronił w niej poglądu, że chodzi tu o odrębny rodzaj odpowiedzialności, który różni się od odpowiedzialności za niewykonanie zobowiązań zarówno podstawą, jak warunkami (niezależność od winy) i skutkami (odszkodowanie w granicach ujemnego interesu)”[23].
Prócz nauczania w katedrze prawa cywilnego, od 1920 roku aż do wybuchu wojny prowadził wykłady na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. W związku z nimi przygotował podręcznik Wstęp do nauki prawa cywilnego ze szczególnym uwzględnieniem kodeksów obowiązujących w b. Królestwie Kongresowym, Małopolsce i W. Ks. Poznańskim[24]. „Jest to znakomite dzieło, które do dziś dnia zachowało swoją wartość jako najpełniejsze wprowadzenie do historii prawa cywilnego ziem polskich XIX i początków XX wieku, a równocześnie swą precyzją i zwięzłością korzystnie odbiegające od współczesnego odpowiednika”[25]. Choć przedstawiał w nim aktualny stan prawny, nie przestawał wskazywać na korzyści z unifikacji prawa, jakie przyniesie opracowanie polskiego kodeksu cywilnego. Podobnie, po opracowaniu kodeksu zobowiązań marzył, że posłuży on jako projekt dla wspólnej, europejskiej regulacji, którą proponował rozpocząć od przyjęcia jednakowych unormowań w Polsce, Czechosłowacji i Jugosławii. Wiedziony tą myślą współorganizował I zjazd prawników państw słowiańskich w Bratysławie w 1933 roku, gdzie wygłosił referat główny[26].
Do współpracy międzynarodowej przywiązywał zresztą ogromną wagę. Oprócz działań wśród prawników państw słowiańskich, brał udział w kongresach prawa porównawczego w Hadze w 1932 i w 1937 roku, publikował w niemieckich i francuskich czasopismach i dziełach zbiorowych. Przygotował prawnicze porozumienie polsko-francuskie i przewodniczył polskiej grupie działającej w jego ramach.
Profesor nie stronił od angażowania się w pracę na rzecz wspólnoty akademickiej. Wielokrotnie pełnił funkcję dziekana Wydziału Prawa UJK: w latach 1923/1924, 1929/1930, 1930/1931 i 1931/1932. Prorektorem był od 1934 aż do 1938 roku, a w roku następnym wybrano go rektorem Uniwersytetu Jana Kazimierza. Godność tę obejmował 1 września 1939[27].
Od 1920 roku brał udział w pracach Polskiego Towarzystwa Naukowego we Lwowie. Przez 32 lata działał w lwowskim Towarzystwie Prawniczym. W 1931 roku został członkiem korespondentem Polskiej Akademii Umiejętności. Wiele wysiłków poświęcił pracy w Przeglądzie Prawa i Administracji. W 1939 roku wszedł do komitetu redakcyjnego Orzecznictwa Sądów Polskich. Od 1936 roku był członkiem Trybunału Kompetencyjnego. Za zasługi w pracy nad kodeksem zobowiązań wyróżniono go w 1934 roku krzyżem komandorskim orderu Odrodzenia Polski. Natomiast za rozwijanie prawniczej współpracy polsko-francuskiej otrzymał Legię Honorową[28].
Roman Longchamps de Bérier pozostał w pamięci potomnych nie tylko jako wybitny uczony. Uosabiał to, co w jego rodzinie ceniono najbardziej: był dobrym człowiekiem. Kazimierz Przybyłowski bardzo pięknie i prawdziwie ujął ten profil wielkości Autora Zobowiązań:
„Cechowała go wielostronność zainteresowań i upodobań. Uprawiał sport. Miłośnik muzyki – poświęcał jej niejedną chwilę. W życiu towarzyskim chętnie brał udział. W czasie letnich ferii lubił pobyt na wsi w Hatowicach. Najlepiej czuł się w umiłowanym gronie rodzinnym (żona Aniela ze Strzeleckich i czterej synowie). Był pełen dobroci i pogody ducha, łagodny i wyrozumiały. Łatwo wybaczał urazy i innych do tego skłaniał, łagodził nieporozumienia, czuwając jak dobry duch opiekuńczy nad koleżeńskimi stosunkami na Uniwersytecie. Cechował go pogodny humor bez cienia złośliwości. Obce mu były wszelkie przejawy zawiści. Nie powodował się ambicją. Z natury optymista, skłonny dopatrywać się wszędzie raczej dobrych stron, w taki właśnie sposób odnosił się do otoczenia. Toteż daleki był od nieufności i podejrzliwości, z drugiej strony jednak nie był łatwowierny, szybko i trafnie orientował się w ludziach. Obowiązki swe traktował poważnie i wypełniał gorliwie; niezwykle pracowity i sumienny, nie znosił powierzchownej roboty. Postępował zgodnie z tym, co mu dyktowało sumienie, nie oglądając się na opinię. W obejściu łatwy i zazwyczaj życzliwie uśmiechnięty – odznaczał się niezwykle ujmującą wytwornością, która przejawiała się w każdym słowie i ruchu, a świadczyła o wysokiej kulturze osobistej. W słowach raczej powściągliwy, w zachowaniu się zawsze idealnie opanowany – był uosobieniem rozumnego umiaru, który zawsze i we wszystkim wysoko cenił. Ten styl życiowy narzucał mimowoli każdemu, kto z nim przestawał[29]„.
Po wkroczeniu wojsk sowieckich do Lwowa uważał za swój obowiązek pozostać na Uniwersytecie. Nie będąc oczywiście rektorem, na Wydziale Prawa Radzieckiego wykładał prawo zobowiązań i prawo obligacyjne państw zachodnioeuropejskich[30]. Późnym wieczorem 3 lipca 1941, parę dni po wejściu Niemców, został aresztowany wraz z trzema synami: Bronisławem, lat 25 i Zygmuntem, lat 23 – absolwentami Politechniki Lwowskiej oraz Kaziemierzem, osiemnastoletnim maturzystą. Moment ten relacjonował Zygmunt Albert: „Wtargnąwszy do domu prof. Longchamps de Bérier zachowywali się brutalnie, wytrącili profesorowi papierośnicę z ręki, nie pozwolili wziąć płaszczy, krzyczeli, że nie będą im potrzebne, nie pozwolili żonie i matce pożegnać ani odprowadzić do bramy swych najbliższych”[31]. Aresztowania udało się uniknąć tylko najmłodszemu Janowi. Tej nocy zabrano też innych profesorów Uniwersytetu i Politechniki, niejednokrotnie z członkami rodzin lub osobami zastanymi w ich domach. Rozstrzelano ich jeszcze tej samej nocy, 4 lipca około 4.00 nad ranem. Na Wzgórzach Wuleckich zginęło wtedy 40 osób. Pochowano je w miejscu stracenia. Jednak 9 października 1943, najwyraźniej dla zatarcia śladów zbrodni, ich doczesne szczątki ekshumowano i kremowano w Lesie Krzywczyckim, rozrzucając po nim popioły[32]. Ogromna widać bywa cena naukowej wielkości polskiego uczonego.
Śmierć lwowskich profesorów budzi nieutulony żal. Milczenie wokół złożonej przez nich ofiary zastanawia i przeraża. Cóż, na zapomnienie skazano po wojnie całą polską obecność we Lwowie. Na pomniku wzniesionym przez Międzyuczelniany Komitet Uczczenia Pamięci Lwowskich Pracowników Nauki w 1964 roku we Wrocławiu władze nakazały umieścić napis głoszący, że upamiętnia wszystkich polskich uczonych zabitych i zmarłych podczas okupacji. Tablicę z nazwiskami lwowskich profesorów wmurowano natomiast w 25. rocznicę śmierci w krakowskim kościele oo. Franciszkanów. Jednak dopiero sierpniowy zryw Solidarności dał szansę oddania im należytego hołdu i odsłonięcia we Wrocławiu trzech okolicznościowych tablic (w tym przy pomniku). Także we Lwowie próbowano uczcić pamięć pomordowanych profesorów. Na stoku Wzgórz Wuleckich rozpoczęto w 1956 roku budowę pomnika. Stanęły rusztowania i wyłoniły się jego kontury, ale wkrótce prac zaprzestano: ślady usunięto, a teren wyrównano[33]. Nic to jednak, bo najokazalszym, choć niedokończonym pomnikiem pozostało dzieło ich życia. To właśnie Zobowiązania stanowią najwspanialsze, trwałe epitafium Romana Longchamps de Bérier. O pięknie i doskonałości tego monumentu myśli prawniczej przekonuje się każdy, kto pochyla się nad jego stronicami. Im bardziej wgłębia się w lekturę, tym silniej rośnie w nim przekonanie, że Profesor mógłby powtórzyć za starożytnym wieszczem: Exegi monumentum aere perennius… non omnis moriar, multaque pars mei…[34]
Na zakończenie pozostaje zasadnicze pytanie. Co sprawia, że po sześćdziesięciu latach dochodzi do wznowienia książki poświęconej prawu? Nowoczesne, dobrze działające wydawnictwo z pewnością nie kieruje się chęcią uzupełnienie zniszczonych zbiorów archiwalnych. Prawda, że dzieło Romana Longchamps de Bérier może być wzorem dla wszystkich piszących podręczniki prawnicze. Jednak jak ostrzeżenie brzmią słowa pewnego pruskiego prokuratora z czasów Wiosny Ludów: „trzy słowa poprawki do ustawy, a całe biblioteki idą na makulaturę”[35]. A przecież w ciągu sześćdziesięciu lat przez nasze prawo więcej zmian się przetoczyło. Zastanawia przeto, że stan prawny przedstawiony w Zobowiązaniach jest stale dość aktualny. Na szczęście, inaczej niż w wielu innych krajach tzw. demokracji ludowej, przejęto z niewielkimi zmianami przedwojenną regulację prawa obligacyjnego. Czy sekret tkwi wszelako tylko w utrzymaniu jej pozytywną wolą ustawodawcy?
Wznowienie dzieła prawniczego nie jest zjawiskiem niespotykanym, także w rodzinie Longchamps de Bérier. W 1949 roku nakazano zniszczenie całego nakładu rozprawy habilitacyjnej Profesora Franciszka (1912-1969) pt. Założenia nauki administracji[36]. Wydaje się, że ograniczenie prawa do woli ustawodawcy oraz obawa przed podważeniem jej niepodzielnego panowania, stały u podstaw zakazu uprawiania nauki administracji, a wkrótce również filozofii prawa – w zasadzie aż do 1989 roku. Jednak Założenia wydano ponownie w 1991 roku, a potem znów w 1994 roku[37] – po przeszło dwudziestu latach od śmierci Autora. Najwyraźniej w prawie, w jego konkretnych unormowaniach jest coś więcej niż tylko pozytywna wola skłanienia do konkretnych zachowań. Można chyba wskazać na swoistą ponadczasowość prawa, warunkowaną pragmatyzmem i użytecznością rozwiązań oraz otwarciem na zmieniające się potrzeby obrotu. Niezmienne prawidłowości prawne ujawniają się przecież w naturze regulowanych stosunków. Ustawodawcy odkrywają je i przyjmują w wybranej przez siebie formie, choć podlegają im nawet wówczas, gdy nie są ich świadomi czy wręcz je odrzucają. Warto przeczytać dziś Zobowiązania również pod tym kątem.
Franciszek Longchamps de Bérier
[1]) Por. E. Till – R. Longchamps de Berier, Polskie prawo zobowiązań, Lwów 1928. [2]) Prace nad kodeksem zobowiązań opisuje sam R. Longchamps de Berier, Zobowiązania, wyd. 2, Lwów 1939, str. 1-3. [3]) K. Przybyłowski, ś. p. Roman Longchamps, Państwo i Prawo, 1947, Zesz. 5-6, str. 64-68, ; Tenże, Longchamps (Longchamps de Berier) Roman Józef (1883-1941), Polski Słownik Biograficzny, T. XVII, Wrocław-Warszawa-Kraków 1972, str. 543-544. [4]) „Inaczej niż jego koledzy z innych wydziałów, czasem nawet ku ich zgorszeniu, uważa prawnik pisanie podręcznika nie za rezygnację, ale za godne pochwały dopełnienie twórczości naukowej”. F. Longchamps de Berier, O prawniku w rzeczypospolitej nauk, Zeszyty Naukowe Uniwersytetu Wrocławskiego, 1958, Seria A, Nr 15, str. 10. [5]) Lwów 1935. [6]) Rozporządzenie Prezydenta Rzeczypospolitej kodeks zobowiązań z dnia 27 października 1933 poz. 598 Dz. U. [7]) Zobowiązania, Zesz. 1, Lwów 1934, Przedmowa. [8]) Por. Zobowiązania, wyd. 3, Poznań 1948, Przedmowa J. Górskiego. [9]) J. Kodrębski, Roman Longchamps de Berier, w: Lwowskie środowisko naukowe w latach 1939-1945. O Jakubie Karolu Parnasie, wyd. 4, red. I. Stasiewicz-Jasiukowa, Warszawa 1993, str. 120-126, 125. [10]) Oprócz cytowanych w przyp. 3: J. Fedynskyj, Prominent Polish Legal Scholars of the Last One Hundred Years, w: J. W. Wagner, Polish Law Throughout the Ages, Stanford, California 1970, str. 469-473; W. Wojtkiewicz-Rok, Sylwetki uczonych polskich pomordowanych we Lwowie w lipcu 1941 r., w: Kaźń profesorów lwowskich. Lipiec 1941, Studia oraz relacje i dokumenty zebr. i oprac. przez Z. Alberta, Wrocław 1989, str. 359; T. Giaro, .Longchamps de Berier, Roman (1883-1941), w: Juristen. Ein biographisches Lexicon. Von der Antike bis zum 20. Jahrhundert, red. M. Stolleis, München 1995, str. 390. Ponadto ukazały się krótkie noty: A. Szpunar, Prawo cywilne, w: A. Szpunar, K. Przybyłowski, W. Siedlecki, Nauka prawa prywatnego i procesowego w Polsce, Kraków 1948, str. 14; W. Bonusiak, Kto zabił profesorów lwowskich?, Rzeszów 1989, str. 90-91. [11]) B. Longchamps de Berier, Ochrzczony na szablach powstańczych… Wspomnienia (1884-1918), Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk-Łódź 1983, str. 26. [12]) Dokumenty w posiadaniu Jana Longchamps de Berier. [13]) B. Longchamps de Berier, Ochrzczony…, str. 26. [14]) Kopia dokumentu w posiadaniu autora przedmowy. [15]) Por. Polski Słownik Biograficzny, T. XVII, Wrocław-Warszawa-Kraków 1972, str. 540-545. [16]) Tamże. [17]) Por. K. Przybyłowski, ś. p…, str. 64; Tenże, Longchamps…, str. 543. [18]) Tamże. [19]) Przegląd Prawa i Administracji, 1910, 1911, 1912 i odbitka Lwów 1911. [20]) Polska bibliografia prawnicza 1911, 1912. Rejstr alfabetyczny, Lwów 1916. [21]) Por. np. R. Longchamps de Berier, Czy nabywca rzeczy wadliwej w rozumieniu § 922 nast. u. c. może domagać się jej naprawy z tytułu rękojmi?, Księga Pam. ku czci Orzechowicza, T. II, Lwów 1916, str. 1-9. [22]) Lwów 1916. [23]) K. Przybyłowski, ś. p…, str. 64. [24]) Lublin 1922. [25]) J. Kodrębski, l. c., str. 123. [26]) Zjednoczenie prawa obligacyjnego w państwach słowiańskich, Przegląd Prawa i Administracji, 1933, str. 3-14, 9. [27]) K. Przybyłowski, ś. p…, str. 67. [28]) Tamże, str. 65-68. [29]) Tamże , str. 67. [30]) J. Fedynskyj, Prominent, str. 472; J. Kodrębski, l. c., str. 126. [31]) Z. Albert, Mord profesorów lwowskich w lipcu 1941 roku, w: Kaźń…, str. 40. [32]) Tamże, str. 37-62. [33]) Tamże, str. 65-66. [34]) Horacy, Pieśń III.30. [35]) Cytowane za F. Longchamps de Berier, O prawniku…, str. 10. [36]) Wrocław 1949. Por. K. Jonca, Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Wrocławskiego 1945-1995, Wrocław 1996, str. 31. [37]) Wyd. 1, Wrocław 1991; wyd. 2, Wrocław 1994.
EPA’s new emissions standards for heavy-duty trucks will effectively require that electric semi-trucks make up an increasing share of manufacturer sales from 2027 through 2032, similar to its recent rule for passenger cars. The difference is that the truck mandate is even more costly and fanciful.
EVs make up less than 1% of U.S. heavy-duty truck sales, and nearly all are in California, which heavily subsidizes and mandates their purchase. EPA’s rule will require electric models to account for 60% of new urban delivery trucks and 25% of long-haul tractor sales by 2032 (WSJ).
This EVtruck mandate on manufacturers is not feasible. EV big rigs and commercial vehicles will need to make more stops for charging, will not be able to carry heavy weights and there are no charging stations available for commercial vehicles. This will drive up the cost of goods throughout the USA, as well as making farm, manufacturing more expensive – which equals less demand for product.
At this time, there is not even a single long-haul tractor truck on the market, and yet 25% of them are now supposed to be EVS?
Biden officials who have pushed these new mandates are well aware of damage they are doing, but believe that in the name of “climate change” it is justified. This will reduce the American standard of living and limit economic growth. Weaponizing government agencies to push activist agendas is especially detrimental to the American political system and must stop.
The issue of bribing students just prior to the election is real.
The Administration is essentially turning college into an open-ended, taxpayer-financed entitlement by canceling loans on the installment plan. It even boasts that it has already “approved $146 billion in student debt relief for 4 million Americans through more than two dozen executive actions.” That’s $36,500 per borrower. It’s good to be the King.
The Supreme Court ruled last year that Mr. Biden’s cancelation of $10,000 to $20,000 per borrower exceeded his authority under the 2003 Heroes Act, which allows the executive to “modify” loan terms in an emergency. The Administration “modified” loans, Chief Justice John Roberts wrote, in the “same sense that ‘the French Revolution “modified” the status of the French nobility.’”
An Administration official said late Sunday its new plans “involve different considerations” and use “different legal authority.” It invokes the Higher Education Act, which lets the Education Secretary “compromise” or “waive” claims. The Administration says its new plan is targeted even as it boasts about its scale.
Mr. Biden’s new loan forgiveness is still illegal. The High Court stressed that student loan forgiveness is a major question that requires clear authorization from Congress. But Mr. Biden seems to believe he can jam the courts by automatically forgiving debt before a judge has time to stop him.
The White House says most borrowers won’t even have to apply for loan relief. Sometime before the November election, Mr. Biden will simply declare their debt forgiven. That means a future Congress and a President Trump might be unable to undo the lawless act. Where are the press scolds who warn about a President who threatens democracy?(From the WSJ).
Impreza w hotelu sejmowym. / foto: screen YouTube: Super Express
To Łukasz Mejza był gospodarzem słynnej imprezy, która postawiła na nogi Straż Marszałkowską i pół hotelu sejmowego – dodnosi se.pl – Pewnie do straży zgłosiły nas jakieś sztywniaki z Lewicy – twierdzi poseł PiS-u.
Imprezę z udziałem młodych posłów PiS-u zakończyła w nocy ze środy na czwartek (z 10 kwietnia na 11 kwietnia) interwencja Straży Marszałkowskiej.
– Straż Marszałkowska niezwłocznie po otrzymaniu zgłoszenia o zaistniałym na terenie Domu Poselskiego zdarzeniu podjęła interwencję, która okazała się skuteczna – czytamy w oficjalnym piśmie z Kancelarii Sejmu.
– To były dobre pozytywne emocje, z dobrymi pozytywnymi ludźmi. Staropolskim zwyczajem po prostu zaczęliśmy śpiewać, a ja grałem na gitarze. Cieszę się, że moje umiejętności artystyczne, instrumentalne, jak i wokalne zostały tak szeroko docenione – tłumaczy Mejza. – Pewnie zgłosiły nas jakieś sztywniaki z Lewicy. Ze Strażą Marszałkowską odbyliśmy bardzo kulturalną rozmowę. Powiedzieli, żeby pamiętać o innych gościach w hotelu.
W skład wesołej sejmowego chóru wchodzili jeszcze między innymi: Kamil Bortniczuk i Dariusz Matecki. Posłowie śpiewali przeróbkę hitu Myslovitz pt. „Peggy Brown”.
W nowej wersji zespołu „Letni Chamski Podryw” bohaterem utworu jest Grzegorz Braun i jego historia gaszenia świec hanukowych w Sejmie za pomocą gaśnicy.
W jednym z najnowszych programów Tomasz Sommer przypomniał przyjęcie paktu migracyjnego przez UE oraz szaloną politykę klimatyczną. Wskazał też na fałszywą narrację wokół obecności Polski w Unii Europejskiej.
– Nie ma możliwości zreformowania tych polityk, bo oznaczałoby to niemalże zmianę religii – ocenił.
– Dojrzała tutaj taka religia przez tę kilkadziesiąt lat, religia zielonego wariactwa, ta religia ma swoich kapłanów, biskupów, kardynałów, ma swoich pseudopapieży, ma milion diakonów, którzy działają we wszystkich krajach, ma parafie, ma zakony – wyliczał.
– Teraz jeżeli by nagle z dnia na dzień powiedzieć, że koniec, likwidujemy tę religię, to przecież bunt tych wszystkich działaczy byśmy mieli. Nie da się ich uciszyć, odciąć od koryta, odciąć od głoszenia tych swoich „prawd” jednorazowo – wskazał.
– Jedyną metodą na powstrzymanie tego z dnia na dzień, póki jeszcze u nas ta ideologia nie jest aż tak mocna, to jest oderwanie się od Unii Europejskiej natychmiast, odcięcie tych więzi, sprawienie, że te wszystkie kontakty ideologiczne zostaną uznane za to, czym są, czyli agenturalną robotę wrażych sił i dzięki temu będziemy mogli funkcjonować na normalnych zasadach z resztą świata – dodał.
Sommer podkreślił, że „to jest wszystko mało”. – Przez lata, jak mówiono w Polsce o Unii, to zawsze mówiono w takim ujęciu, że my jesteśmy żebrakami, a ktoś tam przychodzi i nam rzuca pieniądze. Mówiono: musimy być w Unii, bo nam rzucają pieniądze – zwrócił uwagę.
– Czy jakikolwiek żebrak, który stoi pod urzędem i zbiera jakieś pieniądze, czy on kiedykolwiek z tego żebractwa doszedł do pozycji milionera? Czy zdarzyła się taka sytuacja? Czy można, poprzez zbieranie rzuconych przez kogoś ochłapów, stać się potentatem? Ja się nie spotkałem z taką sytuacją – wskazał.
Jak dodał, „jeżeli chcielibyśmy wyjść na poziom potentatów europejskich, to nie poprzez zbieranie ochłapów”. Podkreślił, że obecnie Polska znajduje się w stałym dystansie do bogatszych państw Unii Europejskich, właśnie dlatego że „żyjemy z ochłapów”.
– Aby dojść do pozycji wielkości ekonomicznej trzeba zrezygnować z funkcjonowania na zasadzie żebraka – skwitował.
Sommer podkreślił, że od początku funkcjonowanie Polski w Unii Europejskiej było oparte na niemoralnym przekazie. Jak dodał, „w ogóle nie ma alternatywy” dla Polexitu, gdyż „nie da się Unii zreformować od środka”. – To są tylko próżne żale, próżny trud. Nie da się przekonać biurokratów unijnych, żeby zmienili swoje podejście do rzeczywistości. Trzeba by ich wszystkich wyrzucić, ale na to nie ma siły politycznej – skwitował.
Artykuł ten „przeczytało” dotąd 1480 osób. I żadna nie zasygnalizowała mi, że bez TABEL jest niezrozumiały !! Umieściłem go 5 miesięcy temu.
O tempora !! O mores!! Rozpacz.
Umieszczam więc jeszcze raz, by chętni jednak CZYTALI ze ZROZUMIENIEM. Dodaję BOLD, by łatwiej się czytało. md
[Alina: Rzucili okiem. Nie czytali więcej niż kilkanaście linijek. Tekst jest b. długi i wymaga skupienia i czasu.]
====================================
[z książki „Otwarta Księga”, Romuald Lazarowicz i Jerzy Przystawa. W ciągu dwóch dziesięcioleci pozycja ta ZNIKŁA z wszystkich portali, a była na co najmniej sześciu. Znikła też z google.. MD]
============================================
Krzysztof Ciesielski. Ordynacja paradoksalna?
Obowiązująca w Polsce ordynacja wyborcza nosi nazwę „proporcjonalnej”. Znaczenie tego słowa jest dobrze znane, o proporcjonalności uczone są na lekcjach matematyki dzieci w szkole podstawowej.
Tymczasem przydział mandatów w Sejmie otrzymany w wyniku takiej ordynacji może z proporcjonalnym rozdziałem nie mieć nic wspólnego.
Mogą się też zdarzyć rzeczy nad wyraz nieoczekiwane. Głos oddany na jednego kandydata może działać na korzyść kogoś zupełnie innego. Może się okazać, że dwa ugrupowania. zdobędą tyle samo głosów, ale przypadną im w udziale różne liczby miejsc w parlamencie. Partia może przekonać do swojego programu dodatkowych wyborców i w efekcie… stracić mandaty! A kandydat, na którego nikt nie głosował, może zostać posłem.
Jak to możliwe?
Aby odpowiedzieć na postawione pytania, należy dokładniej przeanalizować sposób, według którego oddane głosy przeliczane są na mandaty w Sejmie RP. I tu nie sposób nie zauważyć, że w tej, podstawowej przecież, sprawie społeczeństwo polskie jest informowane w sposób nad wyraz powierzchowny – o ile w ogóle można tu mówić o jakiejkolwiek informacji.
Telewizja, prasa, radio z upodobaniem cytują wyniki rozmaitych sondaży, opinie wypowiedziane przez rozmaitych polityków (czesto wyrwane z kontekstu), mówi się o prawyborach…
Tymczasem o sposobie liczenia głosów wspomina się niesłychanie rzadko, a to przecież podstawowa sprawa! Wyborca powinien wiedzieć, co z jego głosem się dzieje. Tymczasem traktowany jest on według zasady: „ty zagłosuj, a my już dobrze wiemy, co z twoim głosem zrobić”.
Metoda liczenia głosów
Posłów wybiera się oddzielnie w każdym województwie, przy czym liczby mandatów do obsadzenia nie są w poszczególnych okręgach identyczne. Najwięcej jest ich w okręgu miasta Warszawy (l7), najmniej w województwach chełmskim i bielsko-podlaskim – po 3. Poszczególne partie zgłaszają w okręgu listy wyborcze. W zależności od otrzymanych głosów niektórym partiom przyznaje się określoną liczbę mandatów. Według jakiej zasady?
Zobaczmy na przykładzie.
Przypuśćmy, że mamy do dyspozycji 10 mandatów. Najwięcej głosów uzyskali przedstawiciele partii: Partii Piłkarzy, Partii Narciarzy, Partii Koszykarzy, Partii Rugbystów, Partii Tenisistów, Partii Lekkoatletów i Partii Siatkarzy (nazwy partii nieistniejących użyte zostają celowo, by uniknąć jakichkolwiek analogii z polską sytuacją polityczną; zobaczmy po prostu, co z takiej ordynacji może – teoretycznie – wyniknąć i do czego może doprowadzić stosowanie jej w praktyce).
Rozkład głosów przedstawia tabela 1.
Załóżmy ponadto, że Narciarze w skali kraju nie otrzymali 5% głosów, natomiast pozostałym partiom to się udało. Oznacza, to, że głosy, które padły na Narciarzy, nie są liczone przy rozdziale mandatów (o czym mowa będzie za chwilę). Liczby „dające” mandaty zaznaczone są tłustym drukiem (tabela 1).
Co oznaczają liczby w dalszych kolumnach tabelki? One właśnie wpływają na przyznanie danej partii odpowiedniej liczby mandatów. Otóż dzielimy liczby uzyskanych głosów kolejno przez 1, 2, 3, 4…, czyli przez kolejne liczby naturalne. Spośród uzyskanych wyników wybieramy największe – tyle, ile mamy mandatów do rozdzielenia (w naszym przypadku dziesięć; w tabeli wyniki dające mandat podane są tłustym drukiem). Każda z partii dostaje tyle mandatów, ile wyników z „pierwszej dziesiątki” udało się jej uzyskać. W pewnym momencie wypisywania wyników w tabeli widać wyraźnie, że nie dadzą one już danej partii mandatów; wówczas przestajemy je wypisywać. I jeszcze jedno: gdyby do ostatniego „wchodzącego” miejsca kandydowały dwie partie z takimi samymi liczbami, to mandat – otrzymuje to ugrupowanie, na które padło więcej głosów.
W Sejmie zasiadają jednak konkretni ludzie. Jak ich wybrać? Otóż każda partia zgłasza swoją listę, a wyborca, głosując na dane ugrupowanie, wybiera z tej listy jednego kandydata. Mandaty (tyle, ile ich przypadło tej partii) otrzymują ci, którzy zdobyli na okręgowej partyjnej liście najwięcej głosów. W przypadku remisu decyduje kolejność na liście. I jeszcze jedno. Otóż obowiązuje „próg wyborczy”. Oznacza to, że mandaty dzielone są jedynie między te partie, które w skali kraju (nie okręgu!) uzyskają wystarczająco dużo głosów.
Próg ten wynosi dla partii 5%, dla koalicji wielopartyjnych – 8%. W naszym przykładzie zakładamy, że w okręgu bardzo popularne są sporty zimowe, wiec Narciarze zdobyli tu drugie miejsce. Tymczasem w skali kraju Partia Narciarzy wypadła znacznie słabiej, nie zdobyła 5%, w związku z czym nie bierzemy jej pod uwagę przy rozdziale.
Tą metodą wybiera się 391 posłów; pozostałych 69 miejsc przyznawanych jest również według opisanego schematu, ale na podstawie wyników ogólnopolskich, dla osób z list krajowych, to znaczy zgłoszonych „centralnie” przez poszczególne partie (przy czym rozdziela się je wyłącznie między ugrupowania, które otrzymały ponad 7% głosów). Tu mandaty otrzymują osoby niezależnie od otrzymanych głosów – na podstawie kolejności na liście krajowej danej partii. Już pobieżna analiza przykładu pokazuje, że mogą tu zaistnieć dziwne dysproporcje i wyniki wyborów według tej ordynacji nie muszą współgrać z wolą wyborców. Piłkarze dostali dokładnie dwukrotnie więcej głosów niż Koszykarze, mandaty zaś rozłożyły się w stosunku 5:2. Koszykarze mają niemal trzykrotnie więcej głosów niż Lekkoatleci, ale mandaty podzielono w stosunku 2:1. Z kolei Rugbyści i Lekkoatleci mają po jednym mandacie, choć pierwsi dostali prawie dwa razy więcej głosów niż drudzy (16000:8400), co raczej przeczy proporcjonalności.
Może są to jednak drobne niedokładności, które można zbagatelizować, a w skali kraju nie będą one miały istotnego znaczenia. Nic z tych rzeczy! Gdy zbierzemy razem głosy w różnych okręgach, może się okazać (o przykłady bardzo łatwo), że Partia A zbierze znacznie więcej głosów niż Partia B, ale mandatów mniej… Na ten temat bardziej szczegółowo za chwilę.
Zyskać głosy, stracić mandat
Wyobraźmy sobie teraz, że Rugbyści stracili 1400 głosów i głosy te zostały oddane na Koszykarzy. Zgodnie z logiką, dopuszczalne powinny być jedynie dwie możliwości. Pierwsza, że zmiana preferencji wyborców była tak mała, że nic się w rozdziale mandatów nie zmieniło. Druga, że Rugbyści stracili mandat (mandaty) na korzyść Koszykarzy. Zobaczmy jednak, jak to wygląda w praktyce. Te wyniki zaznaczone są kursywą (mandaty zaś wytłuszczoną kursywą.
I cóż się stało? Koszykarze istotnie zyskali dodatkowy mandat. Ale bynajmniej nie kosztem Rugbystów! Mandat stracili Lekkoatleci, choć liczba ich zwolenników w żaden sposób się nie zmieniła. Opisana sytuacja nie jest jeszcze najbardziej groteskowa; zmiana preferencji przez niewielką liczbę wyborców może doprowadzić do bardziej paradoksalnych konsekwencji.
Oto następny przykład: wyobraźmy sobie, że w okręgu startują tylko trzy partie: Partia Pingpongistów, Partia Brydżystów i Partia Szachistów. Mandatów do rozdziału jest 6. Przypuśćmy też, że tuż przed wyborami Pingpongiści zdecydowali poprowadzić ostrą kampanię negatywną przeciwko Brydżystom, którzy byli ich najpoważniejszymi rywalami. Kampania odniosła skutek – aż 800 osób zrezygnowało z głosowania na Brydżystów. Większość z nich przerzuciła swe głosy na Pingpongistów – i to spora większość, bo aż trzy czwarte, 600 osób. Pozostałe 200 zrezygnowało co prawda z popierania Pingpongistów, ale zagłosowało na inne ugrupowanie – na Szachistów. Popatrzmy teraz, jaki był efekt owej zmiany głosów.
Wyniki przedstawia Tabela 2; w górnych rzędach pokazane są rezultaty – bez przerzucenia 800 głosów, W dolnych zaś (kursywą) – rezultaty po zmianie opinii przez 800 głosujących. I co otrzymujemy w efekcie? Brydżyści stracili głosy, ale nie stracili mandatu. Większość ze straconych przez Brydżystów głosów zyskali Pingpongiści i… stracili jeden mandat!
Wcześniej mandat ten dawała im liczba 3000 (ich głosy podzielone przez 3) porównana z 2980 głosami oddanymi na Szachistów, teraz jednak wynik odpowiedniego dzielenia to 3150, Szachiści zaś mają głosów 3180.
Taki może być efekt ordynacji nazywanej „proporcjonalną”. Ugrupowanie zyskuje głosów więcej niż ktokolwiek inny kosztem drugiego, ale traci mandat, to drugie nie traci zaś nic.
Konsekwencje progu wyborczego
Teraz zajmijmy sie konsekwencjami wprowadzenia progu wyborczego w skali kraju. Wydawać by się mogło, że idea wyeliminowania partii z małym poparciem jest słuszna. Zobaczmy jednak, jak to wygląda w praktyce. Przede wszystkim zauważmy, że (w naszym pierwszym przykładzie) mimo autentycznie dużego poparcia w rejonie, żaden Narciarz do parlamentu nie wejdzie.
A co by było, gdyby Narciarzom udało się jednak przekroczyć w skali kraju pięcioprocentowy, próg wyborczy? W badanym okręgu nic się nie zmieniło, ale dostali trochę głosów więcej gdzieś na drugim końcu kraju. Być może była to kwestia jedynie kilku głosów. Jak taka zmiana wpłynie na rozdział mandatów w naszym okręgu? Narciarze dostaną trzy mandaty. Po jednym mandacie stracą: Piłkarze, Koszykarze i Lekkoatleci. W efekcie Lekkoatleci zostaną w ogóle bez mandatu – i to jest kolejny zaskakujący rezultat ordynacji. Od czego zależy mandat dla Lekkoatlety? Nie od głosów na jego partie, ale od głosów na partie Narciarzy; ponadto nie od głosów na Narciarzy w jego okręgu, ale od głosów oddanych zupełnie gdzie indziej – gdzieś, gdzie, być może, Lekkoatleci w ogóle nie startują…
Wyniki po zmianie zaznaczone są kursywą w tabeli 3.
========================================
Efekty wprowadzenia progów mogą być znacznie bardziej paradoksalne. Oto następny przykład. Przyjmijmy, że w pewnym okręgu głosuje 100 000 osób do rozdziału jest zaś 10 mandatów. Załóżmy, że w okręgu tym ogromna większość głosów padła na partie Kajakarzy i Żeglarzy (schemat podany jest w tabeli 4).
Omawiany okręg był jednak w skali kraju okręgiem nietypowym. Gdzie indziej pływanie na kajakach i żeglowanie nie cieszyło się zbyt wielkim poparciem, zatem te dwie partie wypadły znacznie gorzej i w skali kraju nie przekroczyły progu. Zgodnie z ordynacją, w omawianym okręgu nie mogą nie dostać! Ale mandaty trzeba rozdzielić, 10 mandatów otrzymają wobec tego partie, na które w sumie padło 4000 głosów (czyli 4% głosów w tym okręgu).
W innym okręgu 4000 głosów może (przy tej samej liczbie wyborców i mandatów) nie wystarczyć nawet na jeden mandat – jeśli na przykład 100 000 głosów podzieli się równo na 10 partii. A potem, w parlamencie, wszystkie mandaty warte są tyle samo.
Czy osoby wybrane w ten sposób można nazwać przedstawicielami wyborców? Czy reprezentacja omawianego okręgu w parlamencie jest jego autentyczną reprezentacją? Jak ważna w kampanii wyborczej może być dobra znajomość preferencji wyborców w poszczególnych okręgach! Załóżmy, iż ktoś wie, że w pewnym okręgu dużo głosów padnie na partie z niewielkim poparciem w kraju. Owocnym posunięciem może być wówczas dobra kampania wyborcza jego partii w tym właśnie okręgu. Poparcie wyborców w takim rejonie może zaprocentować mandatami uzyskanymi jako efekt znacznie mniejszej liczby głosów niż gdzie indziej.
Jaka jest prawdziwa rola pięcioprocentowego progu? Wbrew pozorom, nie jest nią eliminowanie partii z małym poparciem!
Oto przykład następny. Tym razem dane przedstawione w tabeli (tabela 5) są autentyczne – pochodzą z jednego z większych okręgów w Polsce. Dla rozważań matematycznych nie jest ważne jednak, które partie uzyskały które wyniki, ani też, z którego roku były to wybory. Glosy są tym razem podane w procentach. Przypuśćmy, że do rozdziału było 10 mandatów.
I cóż się dzieje? Nawet wynik 5,8% mandatu nie dal – ostatnia liczba, która przyniosła partii miejsce w parlamencie, to 6,75. Partia z poparciem dokładnie 5% otrzymałaby mandat dopiero wtedy, gdyby było ich do rozdziału 14 (bo poza „wchodzącymi” już dziesięcioma liczbami, większe są jeszcze 6,03, 5,8 oraz 5,25). Okręgów, w których można zdobyć ponad 10 miejsc w Sejmie, jest bardzo mało. Praktycznie wiec wynik poniżej 5% i tak mandatu nie da, ewentualnie w paru jednostkowych przypadkach i przy specyficznym, sprzyjającym tej partii układzie głosów.
Właśnie.
Chyba że przy rozdziale nie będą uwzględnione niektóre z partii, które otrzymały wyniki wyższe. „Wycięcie” paru z nich da fotele poselskie ugrupowaniom z mniejszym poparciem. Głównym efektem progów jest pozbawienie mandatów ugrupowań, które mają mocne poparcie lokalne, ale w skali kraju słabsze. Czy o to chodzi?
Zauważmy też, że jeśli ktoś zechce kandydować samodzielnie, bez wsparcia jakiejkolwiek partii, to nie wejdzie do Sejmu nawet wtedy, gdy zdobędzie WSZYSTKIE głosy w swoim okręgu. W skali kraju nie przekroczy progu! Posłami zostają ludzie, w Sejmie zasiądą jednak ludzie, nie partie. Poświęćmy teraz chwilę uwagi konkretnym osobom wybranym do parlamentu. Przypuśćmy, że (w przykładzie z tabeli 2) wśród brydżystów jest jeden niezwykle popularny i głównie na niego głosowali wyborcy – do tego stopnia, że na 8800 głosów na tę partie aż 8799 padło na niego. Spośród pozostałych Brydżystów jeden zagłosował na siebie, dostał jeden głos, pozostali zaś – zero głosów. Zgodnie z podziałem mandatów, Brydżystom przypadły dwa – do Sejmu wejdzie zatem obywatel, na którego padł jeden głos – jego własny.
Przykład powyższy jest oczywiście świadomie przerysowany; jednak i w praktyce większość głosów na daną listę pada na jedną osobę. W efekcie można otrzymać mandat poselski zdobywając (personalnie) głosów niewiele. Jeżeli partia dostała w okręgu 6 mandatów, przy czym wyborcy zaznaczali na liście głównie tego pierwszego, to nie tylko następni kandydaci mieli głosów niewiele, ale różnice między nimi miały charakter raczej przypadkowy.
Co z tego wynika? Przyjmijmy, że z listy Partii Piłkarzy do sejmu weszli Bramkarz, Lewoskrzydłowy, Prawoskrzydłowy i Stoper, przy czym lwia cześć głosów padła na Bramkarza. Jeśli jednak Stoper, Lewoskrzydłowy i Prawoskrzydłowy (wybrani, być może, wyłącznie głosami rodzin i znajomych) będą mieli w jakiejś sprawie inną opinie niż bramkarz, to niewiele on wskóra, choć właśnie Bramkarz ma prawdziwe poparcie wyborców. Ponadto po wyborach obaj skrzydłowi mogą przejść do Partii Hokeistów.
Głosowanie na konkretnego kandydata ma zatem znaczenie ewidentnie drugorzędne; popierając daną osobę, popieramy przede wszystkim listę partyjną. na której się ona znalazła, a praktycznie te osoby z listy, które od innych wyborców dostaną najwięcej głosów.
Z kolei przy rozdziale miejsc z list krajowych ważna jest jedynie kolejność na tych listach ustalona przez poszczególne partie. Może zostać posłem nawet osoba, na którą nie padł żaden głos! W parlamencie jednak wszyscy posłowie mają głosy tyle samo warte. Ów „niepersonalny” charakter wyborów widać w miarę upływu lat coraz bardziej, nikną nawet pozory. Dwa tygodnie przed wyborami w roku 1997 w wielu miastach Polski trudno było znaleźć dostępną publicznie informację o pełnych składach list okręgowych. Ile czasu wyborca miał na świadomą decyzję? A gdzie i kiedy są przed wyborami podawane pełne składy list krajowych? Przecież krzyżyk postawiony przez wyborcę w pewnym okręgu może zadecydować o wejściu do Sejmu piętnastej osoby z listy krajowej, osoby, o której wyborca absolutnie nic nie wie.
Wybory w okręgach a wynik krajowy
Jak już zostało wyżej wspomniane, po zebraniu wyników z okręgów dysproporcje mogą być – w skali kraju – olbrzymie.
Niezwykle istotny może też okazać się sposób podziału kraju na okręgi wyborcze. Oto przykład. Kraj zostaje podzielony na 50 idealnie równych okręgów: 25 na północy i 25 na południu. W każdym okręgu północnym wyniki są identyczne, analogicznie w każdym okręgu południowym. W południowej części kraju preferencje wyborców dzielą się idealnie równo między Partię Turystów Tatrzańskich i Partię Turystów Beskidzkich i nikt nie głosuje na inne ugrupowania. Jak natomiast wyglądają wyniki wyborów w północnej części? Tam połowa wyborców głosuje na Partię Turystów Nizinnych, a pozostałe glosy mieszkańców części północnej padają na przedstawicieli partii, które globalnie mają bardzo małe poparcie i w rezultacie do parlamentu nie wejdą.
Jaki będzie skład całego Sejmu? Mimo że partie Nizinna, Beskidzka i Tatrzańska mają idealnie takie same poparcie w kraju (każdą z nich popiera 25% wyborców), parlament będzie się składał dokładnie w połowie ze zwolenników Nizin, natomiast dwie pozostałe partie zajmą po jednej czwartej miejsc.
Więcej! Jeżeli ktoś z Partii Turystów Nizinnych mieć będzie istotny wpływ na ukształtowanie granic okręgów wyborczych, to może je nieznacznie zmienić tak, aby któryś z południowych okręgów objął sobą kawałek części północnej – wystarczy wybranie w takim okręgu jednego Turysty Nizinnego, by jego partia miała w parlamencie bezwzględna większość.
Ktoś mógłby zarzucić, że podane powyżej przykłady są wielce abstrakcyjne, a w praktyce ewentualne dysproporcje w poszczególnych okręgach ulegną – po skompletowaniu parlamentu – wyrównaniu. Wystarczy jednak zagłębić się w wyniki wyborów do Sejmu w roku 1993, by stwierdzić, że podział mandatów i liczby oddanych głosów bardzo często nie mają ze sobą wiele wspólnego. Można zaobserwować np. takie sytuacje, że partia A ma (w przybliżeniu) cztery razy więcej głosów niż partia B, mandatów zaś dziesięć razy więcej; partia C ma trzy razy więcej głosów niż partia D, ale partia C ma, kilkadziesiąt miejsc w parlamencie, partia D zaś ani jednego… A co z głosami oddanymi na konkretne osoby? Prawie 150 posłów otrzymało w tych wyborach mniej niż 3 tysiące głosów (niekiedy znacznie mniej); rekordowy wynik należy do parlamentarzysty, który dostał 131 głosów.
Wybory do rad miejskich
Według „ordynacji proporcjonalnej” odbywają się u nas także wybory do rad w większych miastach. Tu jeszcze trudniej znaleźć informacje o sposobie glosowania, a różni się on od tego wykorzystywanego w wyborach do Sejmu. Różnice są dwie. Po pierwsze, nie obowiązuje próg pięcioprocentowy. Po drugie, by ustalić liczbę mandatów, dzielimy liczby głosów nie przez kolejne liczby naturalne, ale najpierw przez 1.4 , a potem kolejno przez liczby nieparzyste, czyli 3, 5, 7...
Zobaczmy to na przykładzie.
Tabela 6
Tu efekty – mimo braku progów – mogą być nawet bardziej paradoksalne niż w przypadku ordynacji „sejmowej”. Na Partię Tenisistów padło 1400 głosów spośród 2770 oddanych, czyli ponad połowa; partia zdobyła bezwzględną większość głosów. Na sześć mandatów „do wzięcia” uzyskała jednak jedynie trzy, czyli równo połowę! Jej przedstawiciele nie mają większości, choć popiera ich ponad połowa, wyborców.
Może być jeszcze dziwniej. Wyobraźmy sobie, że startują trzy partie: Trójskoczków, Ornitologów i Entomologów, miejsc zaś do rozdzielenia jest siedem. Rozkład głosów i podział mandatów przedstawia tabela 7.
*) Analiza dotyczy wyborów według ordynacji obowiązującej do 1998 roku. Obecnie w wyborach do samorządów w dużych miastach (powiaty grodzkie) obowiązuje zarówno próg pięcioprocentowy, jak i dzielenie przez kolejne liczby naturalne (przyp. red).
Nie jest wykluczone, że wkrótce po wyborach Ornitolodzy 1 Entomologowie zawiążą koalicję. I oto widzimy rzecz ciekawą: choć w sumie mają mniejsze poparcie niż Trójskoczkowie (popiera ich łącznie 2016 osób, Trójskoczków zaś 2100), to mają w radzie czterech przedstawicieli, a Trójskoczkowie trzech. Absolutna wiekszość wśród wyborców mają Trójskoczkowie, ale to ich przeciwnicy mają większość w parlamencie… Gdyby o mandaty ubiegały się tylko dwie partie: Trójskoczków i Przyrodników, przy czym Przyrodnicy mieliby poparcie nieznacznie mniejsze (i dokładnie wiedzieli jakie), to mogliby się sztucznie podzielić na Ornitologów i Entomologów, by dzięki temu manewrowi zyskać większość w radzie miasta. Konsekwencje tej metody liczenia mogą być naprawdę oryginalne. Wyobraźmy sobie, że w pięciomandatowym okręgu zdecydowanie najwięcej głosów (900) otrzymali Żonglerzy, przy czym poszczególnych kandydatów poparło (odpowiednio) 181,180,180, 180 i 179 osób. Drugim z kolei ugrupowaniem byli Woltyżerzy; dostali zaledwie 142 głosy (w rozkładzie: 30 + 28 + 28 + 28 + 28). Dzieląc liczbę 900 przez 1.4. itd otrzymujemy kolejno: 642, 300 180,128, 100. Cóż to oznacza? Do Rady wejdzie czterech Żonglerów i jeden Woltyżer, gdyż 142:1,4 = 101,4 .
KAŻDY z żonglerów dostał więcej głosów niż wszyscy woltyżerzy razem wzięci, nie mówiąc już o tym, że Żongler z najmniejszym poparciem dostał sześć razy więcej głosów niż Woltyżer z poparciem największym. Tym niemniej jeden z Żonglerów odpada na rzecz Woltyżera.
Co powiedzieć o ordynacji, która dopuszcza takie możliwości?
Proporcjonalna czy paradoksalna?
Obowiązująca ordynacja, choć nosi nazwę „proporcjonalna”, wcale proporcjonalną nie jest. Słowo „proporcjonalny” ma swoje znaczenie, podawane w słownikach, a także na lekcjach matematyki w szkole podstawowej. Znaczenie to wielce odległe jest od tego, co obserwujemy w ordynacji. Można by ją raczej nazwać „paradoksalną”, ewentualnie „partyjną” (bo głosujemy na partie, człowiek się prawie wcale nie liczy). Może jednak, gdyby wprowadzono którąś z tych nazw, to – choć bardziej odpowiadają one rzeczywistości – więcej osób mogłoby przeciwko tej metodzie zaprotestować…
Udowodniono (matematycznie), że niezależnie od tego, w jaki konkretnie sposób będziemy dzielić głosy oddane „na listy” mię- dzy poszczególne partie, to zawsze zaistnieć mogą paradoksalne sytuacje w rodzaju opisanych powyżej. Czyli, na przykład, takie, że partia A zabiera głosy partii B, ale to właśnie ona straci mandat, a nie partia B. „Proporcjonalny” podział mandatów w uzależnieniu od głosów jest niemożliwy.
Ponadto — podkreślmy jeszcze raz — jedną z podstawowych zasad obowiązujących w wyborach powinna być jasność i powszechna dostępność metody, według której liczone są głosy. Nie może być tak, by podejrzewano, że posłowie wybierani są według zasady podobnej do tej ze starego wierszyka: „Urna to jest urządzenie, co ma dziwne kółka – choć głosujesz Mikołajczyk, wychodzi Gomułka. . . ”.
Kilka słów o sondażach przedwyborczych
Po podanych (nieraz jako główna informacja) wiadomości, wynikach słyszymy: „zbadano 1000 osób, dopuszczalny błąd wynosi 3%”. Takie sformułowanie oraz podawanie składu Sejmu opracowanego według wyników takiego sondażu to dezinformacja oraz nadużycie praw statystyki. Zdanie „dopuszczalny błąd to 3%” sugeruje, że błąd większy zdarzyć się nie może, a tak nie jest. Badania przeprowadzane są według specjalnych, naukowo opracowanych, precyzyjnych testów. I gdy się podaje oszacowanie błędu, należy bezwzględnie podać dwie liczby. na przykład: „Z prawdopodobieństwem 80% błąd nie będzie większy niż 3%” – a
w ogóle najuczciwsze byłoby sformułowanie tego inaczej. „Partia Filantropów osiągnie wynik między 5% a 15% z prawdopodobieństwem 80%.
Przecież fakt, że coś jest mało prawdopodobne, nie znaczy, że jest niemożliwe. Błąd może więc być większy! Często po uwzględnieniu dodatkowych czynników owo „mało prawdopodobne” staje się realne.
Zauważmy: bada się tysiąc osób, a wyborców jest prawie 30 milionów. Jeden ankietowany reprezentuje 30 tysięcy ludzi!
To nie wszystko. W badaniach statystycznych dotyczących opinii ludzi, w tym preferencji wyborczych, należy w interpretacji danych zachowywać daleko idącą ostrożność. Tu błąd może być znacznie większy niż w przypadku badań rzeczy „mierzalnych” (jak wzrost czy waga); opinie ludzkie są zbyt chwiejne, zmieniają się w zależności od okoliczności, nawet od nastroju ankietowanego w danej chwili czy sposobu stawiania pytań przez ankietera. Wiele osób nie jest zdecydowanych, co zmniejsza liczbę 1000 badanych. A poza tym, można kłamać.
Wyjątkowym nadużyciem jest zaś przewidywanie składu Sejmu na podstawie sondażu na próbce 1000 osób. Mandaty przydzielane są niezależnie w województwach. Wiemy, że wyniki wyborów w różnych województwach znacznie różnią się między sobą. Poza tym różnym okręgom przydzielane są różne liczby mandatów. W jednym okręgu 10% głosów może dać dwa mandaty, w innym – ani jednego. By być rzetelnym, symulacje podziału mandatów należałoby przeprowadzić oddzielnie w każdym województwie (a i to jest ryzykowne, zwłaszcza przy obowiązującej ordynacji wyborczej; o mandacie dla partii może zdecydować kilka głosów, i to oddanych na zupełnie inną partię).
Tymczasem skoro zbadano 1000 osób, to na jedno województwo przypada średnio osób 20 Zmiana opinii jednej osoby to zmiana 5% głosów w przeprowadzanej symulacji! Dysproporcje w poszczególnych województwach mogą mieć olbrzymi wpływ na rozdział mandatów. Czy takie modele mogą być reprezentatywne?
Podczas referendum konstytucyjnego ankieterzy w punktach wyborczych zebrali opinie kilkudziesięciu tysięcy ludzi. Nie jednego tysiąca, ale znacznie, znacznie więcej. Nie jakiś czas przed referendum, ale tuż po głosowaniu! Możliwe odpowiedzi były tylko dwie, nie mieliśmy kilkunastu partii do wyboru. Podział na województwa nie mial wpływu na ostateczne wyniki. I wówczas błąd w stosunku do wyników faktycznych wyniósł więcej niż 3%! Przy- pomnijmy też, że kilka tygodni przed referendum konstytucyjnym sondaże mówiły o znacznej przewadze zwolenników konstytucji – a okazała sie ona minimalna.
Warto również przypomnieć, że w wyborach 1997 błąd w analogicznych badaniach (przeprowadzanych w dniu wyborów) co do frekwencji wyborczej (czyli w sprawie, w której kłamać sie raczej nie da, a możliwości są tylko dwie) wyniósł – bagatela! – 11 procent…
Czy można wybierać inaczej?
Czy w związku z przedstawionymi wadami ordynacji nazywanej „proporcjonalną” istnieje jakieś wyjście? Uważam, że zdecydowanie lepsza jest ordynacja nazywana Większościową, stosowana z powodzeniem w wielu krajach. Na czym ona polega? Cały kraj należy podzielić na okręgi i w każdym z nich wybierać dokładnie jednego posła. Zasada wyboru jest bardzo prosta: jeśli ktoś dostał ponad połowę głosów, wygrywa; jeśli nikogo takiego nie ma, dwóch najlepszych przechodzi do drugiej tury, gdzie wygrywa ten, który ma głosów więcej.
Wyborca głosuje na konkretnego człowieka – swojego reprezentanta. Jasne i zrozumiałe, a także bardziej praktyczne – pamiętamy ogromne „książeczki” do głosowania, w których należy zaznaczyć jeden krzyżyk. Znacznie bardziej obiektywny wynik (przy braku 50% poparcia) daje co prawda metoda odkreślania z listy kandydata z najsłabszym wynikiem i kolejnych głosowań – aż do skutku. Tak można jednak wybierać na zebraniach, gdy liczenie głosów trwa krótko i wkrótce po głosowaniu można przystąpić do następnej tury. Gdy wchodzimy do lokali wyborczych, nie należy przekraczać dwóch tur.
Oczywiście, i ta metoda ma wady – na przykład taką, że partie z całkiem sporym poparciem mogą mieć niewielu przedstawicieli w Sejmie. Jednak jej zalety w porównaniu z ordynacją u nas obowiązującą są niepodważalne. Po pierwsze, przy ordynacji „większościowej” do parlamentu nie uda się wejść nikomu ze znikomym poparciem; głosów oddanych na przyszłego posła musi być naprawdę sporo. To oznacza, że poseł – personalnie – został wybrany rzeczywiście przez wyborców, a nie na skutek odpowiedniego dzielenia głosów miedzy kandydatów na liście partyjnej. Nie można zostać wybranym jedynie głosami rodziny i znajomych, dzięki poparciu udzielonemu danej partii. W efekcie tak wybrany poseł naprawdę przed kimś odpowiada.
Po drugie, metoda ta nie wprowadza wyborców w błąd, niczego nie udaje. Zwolennicy ordynacji „proporcjonalnej” często głoszą, że przy jej zastosowaniu dzielenie mandatów odbywa się w sposób proporcjonalny i sprawiedliwy. Widzieliśmy na przykładach, jak z tym może być. Po trzecie, idea liczenia głosów jest prosta, jasna i klarowna – a to sprawa podstawowa; wyborcy muszą wiedzieć, w jaki sposób ich głosy zamieniają się na mandaty poselskie. Po czwarte, w ordynacji Większościowej nie może zdarzyć się absurdalna sytuacja polegająca na tym, że część wyborców zrezygnuje z głosowania na kandydata A, większość z nich poprze kandydata B, po czym kandydat B straci mandat, kandydat A zaś nie straci nic. Po piąte, przy tylu organizacjach kandydujących u nas w wyborach niemal pewne jest, że głosy rozdziela się na kilka ugrupowań. Teraz trzeba wyłonić „większość parlamentarną”, pogodzić parę partii… Przykłady znamy z lat ubiegłych. Zazwyczaj partia wchodząca w koalicje rezygnuje z niektórych punktów swego programu wyborczego. A mogły to być właśnie te punkty, które przeważyły szalę przy decyzji niejednego wyborcy. Przy ordynacji „proporcjonalnej” praktycznie nikt sam nie zdobędzie większości. Przykłady wielu kraj ów pokazują, że tam, gdzie wybory są przeprowadzane metodą „proporcjonalną” rządy są nie- stabilne, posłowie w parlamencie zajmują się często przede wszystkim sporami partyjnymi… Czy o to chodzi?
Przy ordynacji większościowej są duże szanse, że najmocniejsze ugrupowanie zdobędzie ponad 50% mandatów, będzie rządzić samo. Czy to źle? Zobaczmy, jak zrealizują swoje programy, obietnice – bez ustępstw na rzecz koalicjanta! Jeżeli ich działalność wyborcom się nie spodoba, to w następnych wyborach przepadną. W wielu, bardzo wielu sprawach wygrywa najlepszy. Czy to przy staraniu się o pracę, czy w sporcie, czy w rozmaitych konkursach…
Przy głosowaniu decydującym o Nagrodzie Nobla może się zdarzyć, że osoba uzyskująca przewagę jednego głosu nad drugą dostaje wszystko – ta druga nic. Dlaczego w tak ważnej sprawie, jak wybory naszych przedstawicieli, ulega się złudnej argumentacji: „podzielić sprawiedliwie”? Tym bardziej że nie jest to ani sprawiedliwe, ani skuteczne.
Kolejny argument związany jest ze wspomnianymi wcześniej tak popularnymi u nas sondażami przedwyborczymi. Ich wyniki są z lubością przytaczane przez telewizję, prasę… Jak już wiemy, informacje te są podawane z nadużyciem praw statystyki, wprowadzają wyborcę w błąd. Nieraz, gdy wyborca słyszy, że według sondaży jego partia nie wejdzie do parlamentu, zmienia swoją decyzję iw efekcie głosuje na kogoś innego. Główną rolę przy podejmowaniu decyzji może odegrać podana przez telewizję informacja o tym, co usłyszeli ankieterzy od 1000 ludzi w kraju!
Można się zastanowić, czy przypadkowo głównym celem podawania wyników sondaży nie jest odpowiednie „nastawienie” wyborców, „nakręcanie opinii”? Przy ordynacji większościowej taka manipulacja nie mogłaby mieć miejsca.
Kilka słów o Senacie
Wydawać by się mogło, że ordynacja Większościowa jest u nas stosowana przy wyborach do Senatu. Wyborca głosuje tu na dwie osoby (w województwach warszawskim i katowickim na trzy); najlepsi zostają senatorami.
Okazuje się jednak, że pozory mylą… Głosowanie jednocześnie na dwie osoby może w zasadniczy sposób zmienić wyniki wyborów; taka metoda jest wypaczeniem idei ordynacji większościowej. Ponadto obecnie nie ma drugiej tury wyborów, co przy licznym gronie kandydatów powoduje, że może zostać wybrany kandydat o niewielkim poparciu.
I tu można podać ciekawe przykłady. Oto jeden z nich. Przyjmijmy, że w pewnym województwie zdecydowanie największe poparcie (bo aż 60% wyborców) ma pan Żabacki, natomiast po 20% osób popiera panów Abackiego i Babackiego. Bezdyskusyjnie pan Żabacki powinien zostać senatorem – jest ewidentnie najlepszym kandydatem. Nie jest potrzebna nawet druga tura! Tymczasem może się zdarzyć, że przy głosowaniu na dwie osoby polowa zwolenników Żabackiego poprze również Abackiego, druga połowa zaś Babackiego. Jeżeli ponadto zwolennicy Abackiego jako tego drugiego wskażą Babackiego i Vice versa, to panowie Abacki i Babacki otrzymają po 70% głosów i to oni wejdą do Senatu, wyprzedzając Żabackiego z 60%.
Ponadto jedną z zasad ordynacji większościowej jest by w okręgach było mniej więcej tyle samo wyborców. Okręgami zatem nie mogą być województwa! Po wyborach w roku 1993 można było usłyszeć stwierdzenia, skierowane do zwolenników ordynacji większościowej „przecież w wyborach do Senatu ona obowiązywała, i tam wyniki były podobne… ” .
Jest to wielkie nieporozumienie. Po pierwsze, ordynacja senacka nie jest, jak zostało zaznaczone wyżej – „klasyczną” ordynacją większościową.
A po drugie – ale najważniejsze – nie o to przecież chodzi! (choć wydaje się, że część osób odpowiedzialnych za wprowadzenie u nas ordynacji „proporcjonalnej” ma inne poglądy). Jeżeli już „bawimy się w te klocki” i organizujemy wybory, to organizujmy je najlepiej, jak można, i „grajmy czysto”. Nie można patrzeć na ordynację wyborczą z punktu widzenia: „która metoda jest dla mnie najlepsza”. Należy przemyśleć, która metoda da nam Sejm autentycznie wybrany, Sejm zajmujący się przede wszystkim ćwiczeniem dobrego prawa, nie zaś sporami partyjnymi.
Procesy globalizacji rozpoczęły się już wiele dekad temu. Polegały one na instalowaniu, w strukturach władz państwowych, agentów wyszkolonych i zaprzedanych światowej oligarchii finansowej. Kuźniami tych kadr były prywatne organizacje (finansowane przez wspomnianych oligarchów), takie jak Światowe Forum Ekonomiczne w Davos, Światowa Organizacja Zdrowia, itp.
Przy czym do uzyskania zaszczytnej funkcji „światowego młodego przywódcy”, czy zwanego z angielska „influencera”, potrzebne było nie tylko zaprzedanie, ale inne „kwalifikacje”, takie jak kompromitująca przeszłość, oraz zboczenia seksualne, zwłaszcza pedofilia czy homoseksualizm.
O ile kompromitująca przeszłość zapewniała możliwość ewentualnego szantażu danego osobnika, o tyle wspomniane zboczenia gwarantowały całkowitą niezdolność agenta do integracji z jakąkolwiek społecznością. Bowiem żadna cywilizacja, zarówno historyczna jak współczesna nie akceptuje i nie toleruje zboczeń podcinających elementarne prawa naturalne niezbędne do przetrwania tejże. W wyniku czego wspomniani agenci sami wykluczyli się ze społeczeństwa.
Przy czym truizmem jest stwierdzenie, że Zachodni Globalizm (US & UE, etc.) jest wyjątkiem w powyższej regule, będąc przez to czystą emanacją szatana i z definicji skazując się na zagładę.
Niewidoczny rozwój globalizmu swą siecią agenturalną objął prawie cały świat, umożliwiając oligarchom spełnienie ich największego marzenia; LIKWIDACJĘ LUDZKOŚCI POPRZEZ GLOBALNE LUDOBÓJSTWO. Zrealizowano je przy pomocy „pandemii covidowej”, w której jedynym źródłem śmierci i chorób, były „szczepionki”.
Ludobójstwo udało się w znacznym stopniu, ale nie w pełni. W związku z czym zastosowano drugi „temat”; ekologię.
Walka ze zmianami klimatycznymi polega na eliminacji azotu z atmosfery (która w naturalnym składzie zawiera go około 78%), poprzez likwidację nawozów azotowych. A także, i wczwśniej, eliminowanie dwutlenku węgla, związku niezbędnego obok tlenu w procesie asymilacji, czyli koegzystencji świata roślinnego i zwierzęcego.
W ten sposób globaliści uderzają w dwa filary egzystencji: rolnictwo i zasoby energetyczne. Jeszcze pół wieku temu taka strategia skazana była by na porażkę, gdyż nawet słabi uczniowie szkół podstawowych znali i rozumieli te elementarne mechanizmy. Dziś jednak sytuacja się zmieniła i absolwenci „prestiżowych zachodnich szkół i uczelni” są całkowitymi ignorantami we wszystkich dziedzinach, za wyjątkiem umiejętności posługiwania się ikonami na komputerach i smart phone’ach. Zresztą nie muszą nic umieć, bo ma zastąpić ich AI (sztuczna inteligencja), a dla nich samych przygotowywana jest kolejna rzeź, pod jakąś inną nazwą, niż covidowa.
Prawdziwym dramatem jest natomiast to, że obecne „elity” (czytaj agenci globalistyczni), osiągnęli już taki poziom zidiocenia, że nie potrafią nawet pojąć własnego interesu, który jasno wskazuje, że wypełniając dalej wolę oligarchów, apostołów szatana, siebie również skazują na zagładę.
Rozpasani, niewybieralni, unijni oficjele pławią się w rozkoszach raju (zwanego przez nich „ogrodami”) niebaczni tego, że prowadzą do nieuniknionej zagłady swych podwładnych i samych siebie.
Część środków z wspólnego długu, który został zaciągnięty przez KE w celu odbudowy gospodarki po „pandemii Covid-19”, została zdefraudowana. Postępowania toczą się między innymi w Grecji, Włoszech, Austrii, Słowacji oraz Rumunii.
W przypadku Grecji chodzi o zmowę przy przetargach na projekty o wartości 2,5 mld euro. W przypadku Włoch – o wyłudzenie około 600 mln euro na fikcyjne projekty i nieistniejące podmioty. Stworzono sprawnie działającą siatkę księgowych, notariuszy i innych przedsiębiorców, którzy wykorzystali tzw. sztuczną inteligencję oraz inne zaawansowane technologie w celu wyłudzenia środków unijnych i ukrycia oszustw. Dochodzenia uderzają w reputację KE oraz programu NextGenerationUE.
„Politico” podaje, że obecnie badana jest sprawa zarzutów dotyczących nadużyć finansowych związanych ze sposobem wydatkowania 2,5 miliarda euro z funduszy UE, które trafiły zaledwie do dziesięciu firm w Grecji.
W marcu bieżącego roku śledczy z greckiej komisji ds. konkurencji przeszukali biura trzech krajowych firm telekomunikacyjnych – Cosmote, Vodafone i Nova, a także pięciu firm informatycznych i dwóch firm konsultingowych: Byte, Uni Systems, Netcompany-Intrasoft, Space Hellas, Cosmos Business Systems, Toolbox oraz Active. Dochodzenie prowadzi Prokuratura Europejska (EPPO).
W zeszłym tygodniu policja aresztowała 22 osoby podejrzane o malwersację 600 mln euro z włoskiej części funduszy na odbudowę. Podejrzanych aresztowano we Włoszech, Austrii, Rumunii i na Słowacji, zarzucając, że działali w „szajce” mającej na celu wyłudzenie 600 mln euro z włoskiej transzy funduszy na odbudowę. W domniemaną oszukańczą działalność uwikłani są księgowi, notariusze oraz inne firmy usługowe.
Jak podają prokuratorzy, podejrzani przekazali środki na swoje konta bankowe w Austrii, Rumunii oraz na Słowacji zaraz po otrzymaniu zaliczek. Gang wykorzystywał zaawansowane technologie, takie jak sieci VPN, serwery w chmurze zlokalizowane za granicą, aktywa kryptograficzne oraz oprogramowanie sztucznej inteligencji, aby przeprowadzać oszukańcze działania i ukryć nielegalną działalność. Dochodzenie prowadzi Prokuratura Europejska (EPPO) w Wenecji, koordynując akcję przeszukań i zatrzymań z prokuraturą z innych krajów. Do tej pory dokonano nalotów na kilkadziesiąt domów i firm, przejmując i zamrażając aktywa, w tym mieszkania i wille, kryptowaluty, zegarki Rolex, złoto oraz biżuterię, a także Lamborghini, Porsche oraz Audi Q8 w kilku państwach. We Włoszech zabezpieczono aktywa o łącznej kwocie 600 mln euro. Ośmiu podejrzanych umieszczono w areszcie tymczasowym, wobec pozostałych czternastu zastosowano areszt domowy, a jednemu z księgowych zakazano wykonywania zawodu.
Domniemani przestępcy w 2021 r. złożyli wnioski o bezzwrotne dotacje na wsparcie cyfryzacji, innowacyjności oraz konkurencyjności małych i średnich firm, w celu rozszerzenia ich działalności na rynki zagraniczne. Środki trafiły do nieaktywnych i fikcyjnych firm. Oszuści stworzyli oraz zdeponowali fałszywe bilanse przedsiębiorstw, aby wykazać, że spółki były aktywne i rentowne.
Prokuratura Europejska (EPPO) jest prokuraturą Unii Europejskiej. Odpowiada za prowadzenie dochodzeń w sprawie przestępstw przeciwko interesom finansowym UE.
[dostaną łapówkę, czyli „dolę” – i umorzą ? md]
Włochy są największym beneficjentem unijnego funduszu odbudowy gospodarczej po „pandemii Covid-19”, dysponując kwotą 191,5 mld euro w postaci dotacji i pożyczek.
W ciągu ostatniej dekady syndykaty przestępcze poszły z postępem i stały się bardziej sprawne w wyprowadzaniu funduszy rozdzielanych przez UE na rozwój i odbudowę. W ubiegłym roku wszczęto ponad 200 dochodzeń w sprawie nadużyć finansowych związanych z ogólnounijną pulą środków pieniężnych RRF o wartości około 800 miliardów euro. W 2022 r., kiedy wypłata środków była w początkowej fazie, wszczęto 15 dochodzeń. Włochy są objęte szczególnym nadzorem prokuratorów w zakresie zarządzania środkami na odbudowę. W kraju toczy się 179 dochodzeń w tej sprawie.
Prokuratura Europejska przyznaje, że oszuści z całego bloku zakładają fikcyjne firmy lub przekupują urzędników publicznych w sprawie wydatkowania środków ze wspólnego budżetu UE. Potwierdzono także, że mimo szeregu warunków, jakie wierzyciele wymagali od Greków, udzielając im kolosalnej pożyczki kilkanaście lat temu, do tej pory nie udało się zwalczyć korupcji w tym kraju. Ma ona być nawet większa niż dekadę temu.
Dzieci miały być gwałcone w Polsce i na Ukrainie. „Matka” w tym czasie stała w drzwiach z telefonem w ręku”Jarosław Kostkowski/Fakty TVN
Ukrainka oskarżona o okrutne znęcanie się nad dziećmi i prostytuowanie ich wyszła z aresztu. Kobieta miała pod opieką dziesięcioro dzieci w wieku od 4 do 16 lat. Po wybuchu wojny uciekła z nimi do Poznania.
Kobieta opuszcza areszt po blisko dwóch latach. Jak informuje Radio Poznań, prokuratura chciała przedłużenia wobec niej aresztu, ale sąd odrzucił ten wniosek i uznał, że wystarczy dozór policyjny oraz zakazy opuszczania kraju i zbliżania się do dzieci. Powód? Brak obawy matactwa wobec tego, że w sprawie przesłuchano już wszystkich świadków. Prokuratura złożyła zażalenie.
[tvn nie udostepnia , napisać w oryginale materiał filmowy]
Rodzina zastępcza podejrzewana o znęcanie się nad dziećmi. „Dzieci mają wyraźne ślady przemocy fizycznej”Jarosław Kostkowski/Fakty TVN
Dziwne zachowanie dzieci wzbudziło niepokój
Swietłana P. prowadziła w Ukrainie rodzinę zastępczą. Po wybuchu wojny kobieta wraz z dziećmi trafiła do Polski. Tu kontynuowała opiekę nad dziesięciorgiem małoletnich – w wieku od 4 do 16 lat.
– Pojawiła się w rodzinie pani, która opiekuje się innymi dziećmi. To ona zauważyła, że te dzieci dziwnie się zachowują, że mogą być ofiarami przemocy – wyjaśniał Łukasz Wawrzyniak, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Poznaniu.
Swietłana P. miała wyzywać, poniżać i zastraszać swoich podopiecznych. Miała też popychać dzieci, uderzać, wyrywać im włosy i bić pałką lub pasem po ciele i głowie. Obywatelce Ukrainy przedstawiono wówczas zarzuty i kobieta trafiła do aresztu.
Dzieci zostały przesłuchane i przeprowadzono z nimi czynności procesowe. Zebrane dowody pozwoliły na przedstawienie kobiecie zarzutów znęcania się ze szczególnym okrucieństwem.
„Gazeta Wyborcza” opisywała szczegóły ustaleń śledczych. Dzieci miały mieć powyrywane włosy i wybite zęby.
– W trakcie kolejnych przesłuchań wychodziły kolejne fakty. Oprócz przemocy miało także dochodzić do wykorzystywania seksualnego dzieci – relacjonował Andrzej Borowiak, rzecznik wielkopolskiej policji.
Prokuratura: dzieci były przez nią bite, zastraszane i poniżane
Akt oskarżenia przeciwko matce zastępczej trafił do Sądu Okręgowego w Poznaniu 23 marca zeszłego roku. Prokurator zarzucił kobiecie popełnienie przestępstw polegających na znęcaniu się ze szczególnym okrucieństwem nad dziesięciorgiem ukraińskich dzieci. – Zebrane dowody potwierdziły, że pozostający pod jej opieką małoletni pokrzywdzeni byli przez nią bici, zastraszani i poniżani. Śledztwo wykazało, że oskarżona ograniczała dzieciom dostęp do toalety, a także jedzenia oraz picia, doprowadzając w niektórych przypadkach do ich skrajnego niedożywienia – podkreślał Wawrzyniak.
Koszmar ukraińskich dzieciTVN24
Według ustaleń „Gazety Wyborczej”, jedna z dziewczynek w wieku pięciu lat ważyła niecałe 12 kilogramów. Jeden z podopiecznych kobiety – dziewięcioletni chłopiec – miał chodzić głodny i trząść się ze strachu.
Miała zarabiać na „wypożyczaniu” dzieci pedofilom
Podopieczni Ukrainki mieli być także „udostępniani” pedofilom. – Stosując przemoc, wykorzystała seksualnie część z nich oraz przekazywała je w tym celu innym osobom. Ten przestępczy proceder trwał od marca 2020 roku do kwietnia 2022 roku, a oskarżona uczyniła sobie z niego stałe źródło dochodu – informował prokurator.
Ofiarami przemocy seksualnej – według „Gazety Wyborczej” – miało być ośmioro dzieci. – Prowadząc śledztwo, staramy się ustalić, gdzie i kiedy dochodziło do przestępstw i kim są ludzie, którzy krzywdzili te dzieci. Zrobimy wszystko, by tych ludzi postawić przed sądem – podkreślał rzecznik wielkopolskiej policji.
Proces kobiety ruszył w maju zeszłego roku. Przestępstwa, o które jest oskarżona, zagrożone są maksymalną karą 15 lat więzienia.
Dzieci, którymi zajmowała się Swietłana P., trafiły do kilku rodzin zastępczych.
Szanowni Państwo! Poprzez działanie poprzedniego kierownictwa Ministerstwa Sprawiedliwości przeżyliśmy 7 lat „piekła”, którego nikomu nie życzę.
Fundacja LEX NOSTRA od 2017 roku wielokrotnie składała zawiadomienia w sprawie nieprawidłowości w funkcjonowaniu tzw. „Funduszu Sprawiedliwości” działającego w Ministerstwie Sprawiedliwości. Sukcesywnie będziemy je publikować na stronie https://funduszsprawiedliwosci.org/ W wyniku tej działalności Fundacja LEX NOSTRA była systematycznie niszczona zarówno przez poprzedniekierownictwo Ministerstwa Sprawiedliwości, jak i … dziennikarzy TVN24, którzy napisali ordynarne kłamstwo o rzekomym przekazaniu przeze mnie, mojej matce 1,5 mln. zł z Funduszu Sprawiedliwości!
Mam nadzieję, że niedługo zacznie się proces sądowy przeciwko tym „dziennikarzom” i stacji TVN24, którego przebieg będziemy Państwu na bieżąco relacjonować.
Prawda jest taka, że to nie Fundacja LEX NOSTRA lub jej Zarząd ukradł 1,5 mln. zł. z Funduszu Sprawiedliwości, ale to poprzednie kierownictwo Ministerstwa Sprawiedliwości nie zapłaciło Fundacji LEX NOSTRA ok. 1,5 mln zł. za wydatki poniesione na pomoc osobom pokrzywdzonym świadczoną w ramach Funduszu Sprawiedliwości!
To tak, jak w tym dowcipie: nie rozdają, ale kradną i nie rowery, ale samochody… Ciekawi Państwa, dlaczego czołowi dziennikarze śledczy, czołowej stacji informacyjnej TVN24 tak diametralnie „pomylili” fakty? Niedługo o tym napiszę…
W wyniku działań poprzedniego kierownictwa Ministerstwa Sprawiedliwości, zarówno ja, jak i moi bliscy, a także Fundacja LEX NOSTRA zostaliśmy zlinczowani medialnie i pozbawieni środków do życia. Zostaliśmy zmuszeni do zaciągnięcia setek tysięcy kredytów bankowych jako osoby prywatne, a LEX NOSTRA została zmuszona do rozpoczęcia procesu sądowej restrukturyzacji. Przeżyliśmy to w samotności, ostracyzmie i – co chyba było najbardziej trudne – w milczeniu, bo jakiekolwiek upublicznienie działań poprzedniego kierownictwa Ministerstwa Sprawiedliwości spowodowałoby natychmiastowe aresztowanie mnie pod jakimkolwiek pretekstem. Jedną z takich prób opisałem w artykule: „Jak poprzednie kierownictwo Ministerstwa Sprawiedliwości niszczyło Fundację LEX NOSTRA”. Fundacja LEX NOSTRA złożyła w 2022r. dwa pozwy przeciwko Ministerstwu Sprawiedliwości – Funduszowi Sprawiedliwości, na kwoty: 367 249,52 zł. i 1 135 134,88 zł. W przypadku pierwszego pozwu, już w dniu 11 sierpnia 2022r. Sąd Okręgowy w Warszawie wydał orzeczenie – Nakaz Zapłaty, od którego odwołało się poprzednie kierownictwo Ministerstwa Sprawiedliwości. Skan Nakazu Zapłaty przesłałem w załączniku do maila, oraz opublikowałem na stronie Fundacji LEX NOSTRA w tekście pt.: „Maciej Lisowski: „Jak rzekomo ukradłem 1,5 mln zł. z Funduszu Sprawiedliwości i przekazałem mojej matce””. Obydwa postępowania sądowe są w toku. Będziemy informowali o ich przebiegu, a z każdym kto kiedykolwiek upowszechnił lub nadal upowszechnia, kłamstwo że Fundacja LEX NOSTRA lub ktokolwiek z nią związany ukradł jakiekolwiek pieniądze z Funduszu Sprawiedliwości, spotkamy się w sądzie. Z wyrazami szacunku
Maciej Lisowski Dyrektor Fundacji LEX NOSTRA
Od 2010 r. wspieramy osoby pokrzywdzone przez prawo i urzędy. Pomagamy osobom pokrzywdzonym przez przestępstwa. Chronimy dzieci. Od 2020 r. nie otrzymujemy na nasze działania środków publicznych (za wyjątkiem 1,5%). Prosimy Państwa o wsparcie Fundacji LEX NOSTRA poprzez przekazanie na naszą działalność 1,5% podatku. Wystarczy w odpowiednim polu wpisać nasz numer KRS: 0000365293. Można pobrać też nasz darmowy program do rozliczania PIT lub zrobić to online.
Kijów otwarcie grozi, iż w przypadku blokad ze strony Polski, Ukraina nie będzie przyjmować polskich produktów.
==========================
Minister rolnictwa Czesław Siekierski przybliżył szczegóły rozmów z władzami Ukrainy na temat warunków handlu produktami rolnymi. Polityk wskazał m.in. na „świetnie rozwinięte kontakty w Brukseli”, którymi ma cieszyć się Kijów, a które mają wpływać na pozycję Polski w trudnych negocjacjach.
Szef resortu rolnictwa o postępach w negocjacjach opowiedział w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej”.
– „Aż głupio się przyznać, bo znów powiedzą, że rozmawiamy i rozmawiamy, a co z tego wynika, ale partner do rozmów jest bardzo trudny. Oni chcą zachować warunki liberalizacji handlu, które zostały wprowadzone w tym szczególnym okresie, aby wesprzeć Ukrainę. I oni uważają, że to już ma tak zostać do końca i że to będzie ich główna pozycja negocjacyjna”– powiedział.
Przekazał, że Kijów otwarcie grozi, iż w przypadku blokad ze strony Polski, Ukraina nie będzie przyjmować polskich produktów. Stwierdził przy tym, że strona ukraińska cieszy się „świetnie rozwiniętymi kontaktami w Brukseli, że dosłownie można się od nich uczyć”.
– „Ja się zastanawiam, jak państwo, które jest w stanie wojny, ma w obszarze wzmacniania własnego dużego biznesu taką determinację. Tam jednak rządzi biznes i to biznes, który bardzo zdominował najwyższych polityków”- ocenił.
Ponad 6 tys. indyjskich pracowników budowlanych przyleci w kwietniu i maju br. do Izraela – poinformowała indyjska agencja informacyjna Press Trust of India (PTI).
Od momentu wybuchu konfliktu z Hamasem Izrael cierpi na niedobór siły roboczej.
Izraelski rząd poinformował w środę, że pracownicy z Indii zostaną przewiezieni specjalnym transportem lotniczym w związku z zawieszeniem lotów czarterowych.
Obecnie Izrael cierpi na brak siły roboczej. Do tej pory największa grupa pracowników, około 80 tys., pochodziła z Zachodniego Brzegu, a kolejne 17 tys. ze Strefy Gazy. Większości z nich cofnięto pozwolenia na pracę w październiku 2023 r. wraz z rozpoczęciem wojny.
Jak informuje PTI, Hindusi zostaną sprowadzeni do Izraela na mocy porozumienia międzyrządowego.
W ostatnich miesiącach do Izraela przybyło ponad 900 pracowników budowlanych z Indii w ramach umów zawartych między agencjami pracy w obu krajach.
Pytany przez indyjską agencję prasową izraelski Urząd Współpracy Przemysłowej (ICA) podał do wiadomości, że do tej pory wydał on zgody na zatrudnienie 20 tys. pracowników z Indii i Sri Lanki, w tym połowa dotyczy kontraktu rządowego. Obecnie trwa procedura przyznawania im wiz.
Szacuje się, że do tej pory do Izraela przybyło ok. 7 tys. pracowników z Chin i ok. 6 tys. z Europy Wschodniej.
PTI podaje, że na terenie Izraela pracuje 18 tys. Hindusów, przede wszystkim w sektorze opieki społecznej. Większość z nich nie chce na razie wyjeżdżać, tłumacząc, że zatrzymują ich atrakcyjne wynagrodzenia oraz poczucie bezpieczeństwa.
Niezadługo po ataku Hamasu na Izrael, który miał miejsce w dniu 7 października ubiegłego roku, premier Izraela Netanjahu przedstawił sens obecnej fazy konfliktu i, co wydawało się wtedy pewną przesadą, nazwał ją drugą wojną o niepodległość: „Wojna z palestyńską organizacją terrorystyczną Hamas to nasza druga wojna o niepodległość; nasi partnerzy na całym świecie dobrze rozumieją, że walczymy nie tylko we własnym imieniu, ale w imieniu całej ludzkości, ponieważ jest to starcie cywilizacji z barbarzyństwem”.
Od czasu tego oświadczenia upłynęło już kilka miesięcy i przebieg, a jeszcze bardziej obraz, tego konfliktu, z jednej strony potwierdza to, że może to być faktycznie dokończenie wojny o niepodległość z roku 1948, a jednocześnie jej wynik może być odmienny od rozstrzygnięcia jakie zapadło podczas tamtej pierwszej wojny. Jeśli spojrzymy na przekaz medialny i sympatie opinii publicznej na całym świecie to Izrael nie jest już popierany. Te działania jakie prowadzi on w Gazie wielu uznaje za zbrodnie wojenne, a niektórzy nawet za ludobójstwo. Taki obraz się wyłania gdy uwzględni się rozmiary i strukturę ofiar wśród uczestników starcia. Ze strony Izraela, do tej pory, miało utracić życie 695 ofiar cywilnych i 676 żołnierzy oraz funkcjonariuszy policji i służb specjalnych. Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że znaczna cześć tych izraelskich cywili to rezerwiści sił zbrojnych, niektórzy posiadający w domu broń, to może się okazać, że bezbronni cywile stanowią mniejszość wśród ogółu ofiar po stronie Izraela. Jeśli zaś wziąć stronę palestyńską, to śmierć tam miało ponieść już ponad 33 tysiące zabitych, w tym aż 14 000 dzieci i 9 200 kobiet. Widać, że na jedną ofiarę izraelską przypada ponad 15 palestyńskich, z których większość to kobiety i dzieci. Czy eliminacja nawet licznych terrorystów usprawiedliwia tak masowe ofiary wśród dzieci i kobiet?
Smoke and flames rise during Israeli air strikes amid a flare-up of Israeli-Palestinian violence, in Gaza May 12, 2021. REUTERS/Ibraheem Abu Mustafa TPX IMAGES OF THE DAY
Ogromna większość ludności Gazy, prawie dwa miliony ludzi, została wygnana ze swoich domów, które są systematycznie niszczone. Na dodatek, od dłuższego już czasu, zaczyna tam bardzo brakować żywności i mieszkańcy Gazy zagrożeni są głodem. Według ocen Światowego Programu Żywnościowego (największej organizacji humanitarnej świata – agencji ONZ) aż 30 procent dzieci w wieku poniżej 2 lat w Gazie może być skrajnie niedożywionych. Oxfam – międzynarodowa organizacja humanitarna, zajmującą się walką z głodem – stwierdziła, że od stycznia mieszkańcy północnej części Strefy Gazy, tej najbardziej atakowanej przez Izrael, przyjmują średnio zaledwie 245 kalorii dziennie. To jest poziom niedożywienia prowadzący szybko do śmierci. Warto przypomnieć, że według szacunków profesora Tomasza Szaroty, zawartych w pracy „Okupowanej Warszawy dzień powszedni. Studium historyczne”, średni przydział kartkowej żywności dla dorosłego mieszkańca getta warszawskiego w latach 1940–1942 wynosił 200–500 kalorii dziennie. Jednak spożycie żywności w getcie było na wyższym poziomie, gdyż było uzupełniane powszechnym szmuglem, przez co ilość żywności dostępnej dziś dla cywili w Gazie, a liczonej na 245 kalorii, jest pewnie nawet mniejsza niż w warszawskim getcie. Jeśli celowe głodzenie żydowskich mieszkańców getta było jednym z głównych elementów eksterminacji tej ludności, to jak nazwać to co dziś dzieje się w Gazie?
Biorąc to wszystko razem nie można się dziwić, że wiele osób nazywa ludobójstwem obecne działania Izraela w Gazie. Coraz więcej ludzi jest świadomych tego, że, przy braku przeciwdziałania, może to się skończyć eksterminacją ludności Gazy. Dociera to nawet do członków elit USA mających żydowskie pochodzenie. Profesor Jeffrey Sachs występuje przeciwko uzbrajaniu Izraela przez USA i zadaje pytanie:” Czy Stany Zjednoczone chcą być współwinne ludobójstwa?”. Tę dramatyczną zmianę w postrzeganiu Izraela na świecie dostrzegają także sami Izraelczycy. Najpopularniejszy kanał komercyjnej telewizji w Izraelu – Keshet 12 – ubolewa: „Izrael znajduje się dziś w najgorszej sytuacji na świecie od czasu swego powstania; Świat nas nienawidzi, poparcie dla nas jest niskie, a antysemityzm osiągnął wysoki poziom.
Netanjahu miał rację, przyrównując obecne wydarzenia w Gazie do II wojny o niepodległość. Wygląda jednak na to, że tę wojnę dziś Izrael przegrywa. Kiedyś Izrael nie przejmował się opinią świata, gdyż mając bezwarunkowe poparcie USA, mógł resztę traktować pałką antysemityzmu, która była bardzo skuteczna w uciszaniu przeciwników. Teraz, w obliczu tego co dzieje się w Gazie, to się zaczyna kończyć, gdyż nie tylko bezwarunkowe poparcie USA nie jest pewne, ale na dodatek pałka antysemityzmu przestała działać. Najlepiej widać to na przykładzie afery z ambasadorem Jakowem Liwne, która była efektem jego zachowania, po tym jak w wyniku ataku izraelskiej armii na konwój organizacji charytatywnej World Central Kitchen, zginęło siedem osób, w tym Polak Damian Soból. Liwne próbował odrzucać żądania przyjęcia przez Izrael odpowiedzialności za atak i po staremu posługiwać się antysemityzmem, jako politycznym narzędziem. Tym razem jednak oburzenie było zbyt wielkie by taka metoda rozmywania odpowiedzialności okazała się skuteczna. Zwyczajnie paradygmat postrzegania Izraela się u nas zmienił, i takie zachowanie, które dotychczas uchodziło i było przyjmowane przez nasze, wytresowane antysemityzmem, pseudoelity z podkulonym ogonem, obecnie już nie funkcjonuje.
Zapraszamy w piątek 12.04 na godz.17.00 do Parafii św. Stanisława Biskupa i Męczennika (Głównego Patrona Polski).
Msza święta a później Koronka do Bożego Miłosierdzia i Różaniec święty przed Najświętszym Sakramentem w intencji Polski i Polaków, o ochronę życia poczętych dzieci.
11 kwietnia, wpis nr 1259 dziennikzarazy No i mamy po wyborach samorządowych. W mediach dyżurne spekulacje kto wygrał, ale – jako się rzekło – wybory te są tak złożone, że właściwie każda z sił politycznych, no może oprócz Lewicy, ale o tym po tym, może powiedzieć, że wygrała. Wedle Ziemkiewicza to właściwie wszyscy przegrali, ale to nie jest precyzyjne, bo przegrała Polska, a więc przegraliśmy wszyscyśmy, no może z wyjątkiem właśnie paru taktycznych wiktoryjek w wykonaniu partii. Ale partie polityczne dawno już praktycznie wszystkie leżą poza dobrem wspólnym kraju, skrzętnie kumulując swoje drobne ugrane blotki kosztem kondycji Ojczyzny naszej. O rozmiarach tej alienacji na przykładzie ostatnich wyborów będzie dzisiaj. PiS – dwie konsekwencje i trzecia, zasadnicza Nie trzeba było wielkiej przenikliwości, żeby wieszczyć, iż wszyscy odtrąbią zwycięstwo. Procentowo wygrał PiS, co ma dwie ważne konsekwencje i trzecią – zasadniczą. Pierwsza, to taka, że się wynikowo zawrócił znad przepaści, co prawda sondażowej, ale to sondaże wyznaczały PiS-owi trend spadkowy i rzeczywiste policzenie szabelek w wyborach samorządowych zweryfikowało ten trend. Korzystnie dla partii Kaczyńskiego. Co prawda ten warunek istnieje tylko w przypadku uznania wyników tych lokalnych przecież wyborów za wyraz sympatii politycznych na szczeblu centralnym, ale – jak już od dawna się mówi – jednym z aspektów traktowania tych wyborów przez partie (szczególnie w obliczu zaostrzania się wojny polsko-polskiej) jest używanie ich jako pogłębionego sondażu poparcia na poziomie politycznym w wymiarze ogólnopolskim. Obecne wybory samorządowe są w tym względzie ważne, gdyż będąc drugimi w triadzie parlamentarne-samorządowe-europerlamentarne czerpią jednocześnie z trendów tych pierwszych i oddziałują na te trzecie.W tym względzie szczególnie poszło dobrze PiS-owi, bo odwrócił on po raz pierwszy od 15 października 2023 roku trend spadkowy i wyszedł z optymizmem na wybory do europarlamentu. A miało być wedle mediów, sondaży i rozgrzanych mścicieli spod znaku serduszka, już z PiS-em pozamiatane. Druga konsekwencja to jednak powtórka z wyborów parlamentarnych: PiS wygrał procentowo, ale i tak nie uchroniło go to od utraty władzy. Patrząc na sejmiki, a o tę główną kasę (oprócz wielkich miast) jest ta gonitwa, utracił ich sporo na rzecz już nie PO, ale przyszłych lokalnych koalicji, głównie w oparciu o KO i Trzecią Drogę. Czyli jak niedawno – PiS wygrał wybory, ale przegrał rządzenie. To konsekwencja druga. To ważne, bo była partia rządząca straciła wiele obszarów, gdzie może umieścić i przechować na czas lepszego fartu swoje struktury coraz bardziej wygłodniałe po wymuszonej zmianą władzy wymianie stanowisk. Te struktury, wychudzone odcięciem od publicznego cyca państwowego, nie będą miały gdzie przeczekać czasów kolejnej smuty, po państwowym obrocie o 180 stopni, jakim charakteryzuje się polski system osadzony w plemiennej dwójpolówce. Z tych wyborów zostaje PiS-owi „trynd” na wybory do Brukseli, na zasadzie „z dwojga złego”, zaskakujące jednak wybaczenie win przez rolników, oraz pierwsze po parlamentarnej porażce odkucie się sondażowe. Ale pora na obiecaną trzecią konsekwencję – zasadniczą. Zaskakująco dobry wynik PiS-u zamyka ostatecznie kwestie rozrachunkowe partii i postulaty do wewnętrznego dyskursu reformatorskiego oraz ewentualnej rewizji kierunku i narracji. Żadnych marzeń, panowie. Będzie jak było, bo się sprawdziło. Ale PiS nie dostał dobrego wyniku, bo jest taki fajny, tylko dlatego, że jego polityczne otoczenie się samozapadło. Uśmiechnięta Polska pokazała swoją prawdziwa twarz i dalej, dla tych, dla których PiS jest nieakceptowalną alternatywą znowu „trzecią drogą” stała się ułuda koalicji PSL i Hołowni. Ci, co dali obecnie rządzącym nadmiarowe frekwencyjne zwycięstwo w wyborach parlamentarnych tym razem do urn nie poszli, odtworzyły się tylko procentowe proporcje. Rolnicy, nie widząc tego, że protestują na traktorach w sumie przeciwko swym późniejszym wybrańcom z PiS-u znowu zawierzyli w „mniejsze zło”, a to oznacza, że nie widzą na scenie innej politycznej siły, z którą utożsamialiby swe interesy. Drobnica polityczna, która się na ten protest chciała załapać poległa, zaś same protesty nie wyłoniły nowej siły, programu ani liderów. Największym dowodem na to, że PiS nie dostał potwierdzenia słuszności swej „taktyki” jest to, że praktycznie kampanii nie prowadził, a dostał dobry wynik. Źródła więc tego fenomenu muszą być zewnętrzne. Nie ma się więc z czego cieszyć, bo trend się może odwrócić, zwłaszcza, że, jak widać, nie zależy on w dużym stopniu od kierunku działań PiS-u. Krowa na łyżwach To, iż PiS może popaść w próżność, że jednak stojąc tam gdzie stoi daje radę, jest dla Polski bardziej szkodliwe, niż gdyby wyciągnął wnioski ze swej porażki w wyborach parlamentarnych. Chodzi o to, że i obecne wybory potwierdziły mumifikację dwóch tendencji: dwójpodziału plemiennego oraz tego, że PiS zajmuje już na trwałe miejsce jedynej alternatywy dla „koalicji uśmiechniętej Polski”. I dlatego wybacza mu się wcześniejsze winy (vide rolnicy) i obecne wpadki, jak i bezrefleksyjność co do źródeł swej porażki z 15 października. A więc nie jest bez znaczenia jakość tej alternatywy, a „stary dobry PiS” właśnie „zajmuje miejsce” i nie jest wszystko jedno czy jego postawa, a wychodzi, że ta się nie zmieni, skoro uzyskała w pewnym stopniu potwierdzenie, będzie uwzględniała sygnały z rzeczywistości. Nie chcę nawet dodawać, że skostnienie niezreformowanych struktur i treści w PiS-ie jest na rękę… Tuskowi. Dalej będzie miał ostrzelanego przeciwnika, nikt mu nowy nie wyskoczy, zaś wojenka polsko-polska, to zawód (dla Polaków życiowy) dla drugiego już pokolenia polityków i po co to zmieniać? Stąd te narracje, że w tych wyborach Polska przegrała. Fenomen relatywnego sukcesu PiS-u mimo praktycznego braku kampanii ma jeszcze jeden podtekst. PiS traci w aktywnej kampanii. Jest jak krowa, która jeśli się ją chce wywrócić daje się łyżwy i wypuszcza na lód. Tymi łyżwami jest ciągła tendencja do powrotu do starej narracji. Jak tylko takiej dać megafon, to PiS przegrywa. Jak miał przekaz pozytywny – to wygrywał. Tak odwojował Polskę w 2015 roku, ale stare demony wróciły. W przegranej kampanii parlamentarnej mieliśmy same negatywne przekazy – straszenie Tuskiem, fur Deutschland, sitwa, panie i dalejże. Dokładnie takie same zaśpiewy jak w przegranych wyborach za PiS-u pierwszego w 2007 roku. Za to PiS potem siedział w oślej ławce opozycji przez lat osiem, a wrócił, bo miał przekaz spokojny, nie wojowniczy. I znowu o tym zapomniał, bo jego powtarzalni medialni macherzy zagrali na konflikt i różnicowanie tak bardzo, że przy nich Tusk wyglądał na koncyliacyjnego gołąbka społecznego spokoju.I teraz jak zamilkli w kampanii, co nie było ich ruchem taktycznym, ale zbiegiem okoliczności „oszczędzania” na kampanię do europarlamentu – to tylko im pomogło. W dodatku jeśli były już jakieś małe przebłyski kampanii, to były one pozytywne, przypomnijmy, że hasłem tegorocznych wyborów był optymistyczny przekaz: „Jesteśmy na TAK”. Przypomnę tę metaforę, którą PiS zna, ale jej nie słucha. Skoro został zamknięty w klatce opozycji poprzez przegraną parlamentarną, to jak Tusk przejeżdża prętem po kratach klatki to najgorszą rzeczą jest się dać prowokować. I jak Tuski widziały, że to znowu działa (jak w latach 2007-2015), to waliły po klatce z całą mocą. PiS się wzmagał i pokazywał pokrzywioną od gniewu małpią mordę. Ale jak by się zaparł i nie dał prowokować, to widz widziałby tylko jak jakiś debil wali prętem po klatce. Coraz głośniej. I tak PiS przeszedł te wybory, choć w klatce tylko przysnął. Kłopot jest taki, że się wybudził i wyciągnął odwrotne wnioski – skoro to działa (ale przecież nie dlatego), to wracamy w stare koleiny. I zaczęło się – znowu wrócił Smoleński, Antoni! Antoni! przez pałacem prezydenckim i elektorat labilny znowu widzi małpią twarz. Wygrani-przegrani Tusk tę w sumie swoją (sondażową) porażkę przekuć chce na sukces. Stąd też pogłoski, że jak się popatrzy pod różnym kątem na lustro suwerena, jakim są wybory, to każdy może powiedzieć, że wygrał. Tusk sprzedaje to podmieniając procenty na władzę. Znów wrócił do mówienia „my, koalicja”. Skoro więc w procentach krajowego poparcia (do sejmików, dodajmy) przegrał, to przesiadł się na mandaty, a tych z koalicjantami ma prawie wszędzie więcej niż (znowu niekoalicyjny) PiS. W poprzednich wyborach na sejmikach wyszedł remis, w tym roku PiS ocali pojedyncze województwa. A więc koalicja centrozlewu wygra rządzenie. Drugi sukcesem Tuska jest słaby wynik Lewicy, co daje mu możliwość przeczołgania koalicjanta. Zwłaszcza, kiedy w dzień po wyborach samorządowych padł strach na koalicjantów, bo premier ogłosił przyszłą rekonstrukcję rządu. Co prawda mówi się o sześciomiesięcznym rządzie technicznym praktycznie od momentu jego powstania (miał on się zająć audytowaniem w swych resortach ścieżek kradzieżowych poprzedniej ekipy, w celach paliwa do igrzysk), ale rekonstrukcja to zawsze wstrząs dla koalicji. I nie tylko może będą musieli się posunąć jacyś ministrowie czy ministry, ale może zostać zakwestionowany koalicyjny podział włości, skoro niektóre formacje słabo dowożą poparcie. Tusk więc czyści w swoich szeregach, przy okazji odwracając uwagę swych zwolenników od własnego słabego wyniku.„Trzecia droga” właściwie odtworzyła swój wynik z wyborów parlamentarnych, co dla nie jest… drogą PiS-u. Ona też zaczęła łapać trendy spadkowe, mówiło się już o partii jednorazowego użytku, coś jak Wiosny, Palikoty czy Nowoczesne. A tu wynik przyzwoity, w sumie niepomijalny koalicjant, języczek u wagi wielu koalicji sejmikowych i nawet nie ma się czego bać, jakby nawet Tusk zarządził przedterminowe wybory. Lewica, jako się rzekło – poległa najbardziej i jest jedyną partią, która nawet nie może udawać, jak inne, że wygrała. Wielu uważa, że jej porażka to cena za skupienie się na bezsensownej kompetencyjnie i politycznie tematyce aborcyjnej (w wyborach samorządowych to istotnie niezła jazda) i, że Lewica będzie musiała zrewidować swój tak negatywnie zweryfikowany przez wyborców kierunek. Ale należy w to wątpić, gdyż wtedy, bez tych postulatów, lewicy już programowo nie ma. Wszystkie inne postępackie postulaty są już zaabsorbowane przez KO, Hołownie i… PiS i właściwie po porzuceniu aborcji, genderyzmu i progresywizmu w edukacji nic już z lewicy nie zostaje. A więc wychodzi na to, że wciąż będzie wysadzać te pociągi, choć nic już nie jeździ po tych torach. Bezpartyjni Alternatywa do dwójpolówki przegrała i o tym się nie mówi, bo niewielu tę alternatywę w kampanii zauważyło. Pogłębił się niestety stan upartyjnienia tych wyborów. W poprzedniej kadencji było więcej bezpartyjnych w różnych gremiach. Teraz lud głosujący, w tym pomieszaniu wojny polsko-polskiej jest tak daleko od autonomii własnych decyzji przy urnie, że wybiera już tylko partyjne flagi i to w pozycjach najwyższych na listach, układanych w gabinetach naczelników i lokalnych baronów. W sejmikach nie ma i nie będzie żadnych niepomijalnych „języczków u wagi”, kilkuosobowych grupek, od których zależeć może złożenie koalicji w sejmiku. Wszystko pójdzie na dwójpodział: albo-albo. A to źle. Ten trend – na mitygowanie dwóch plemion za pomocą niepartyjnego elementu zewnętrznego – nie udał się i widać, że długa droga jeszcze przed takim wyjściem z zaklętego kręgu polskiej nawalanki o totem władzy. Odbył się więc sondaż opinii kosztem pogorszenia się jakości życia publicznego w małych ojczyznach. Czy suweren to widzi lub czy zobaczy? Widzieć to chyba nie widzi, sądząc po wynikach, ale na pewno zobaczy. Problem w tym, że i własny wstyd przed tym, że dał się nabrać i cały system polityczno-medialny będą mu tłumaczyć, że wybrał dobrze, ale to inni sknocili. Zaś powody zapaści życia publicznego w jego najbliższym otoczeniu nie wynikają z jego wyborów, ale istnienia tego okropnego przeciwnika politycznego oraz złowrogiego Putina. Napisał Jerzy Karwelis Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.
Analiza wydobycia węgla brunatnego w Niemczech wykazała, że emisje metanu są tam o 184 razy wyższe, niż wcześniej zgłoszono – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie organizacji Deutsche Umwelthilfe (DUH).
Niemcy są największym producentem węgla brunatnego w UE.
W 2022 roku Niemcy zgłosiły emisje metanu w wysokości około 1 390 ton z wydobycia węgla brunatnego. Badania wykazały jednak, że rzeczywista wartość może wynosić 256 000 ton w tym roku – informuje portal „Biznes Alert”.
Niemiecka produkcja węgla brunatnego w 2022 roku stanowiła ponad 40 procent całkowitej emisji tego gazu cieplarnianego. Niemcy są największym producentem węgla brunatnego w UE. W 2022 roku w tym kraju wydobyto około 131 mln ton. Odpowiadało to 44 procent całkowitej produkcji UE wynoszącej 294 mln ton.
Według św. Tomasza za istnieniem Boga przemawia pięć argumentów, nazywanych drogami (łac. via – droga):
1. jeśli istnieje ruch, to istnieje Pierwszy Poruszyciel (łac. ex motu)
2. jeśli każda rzecz ma swą przyczynę, istnieje Pierwsza Przyczyna Sprawcza (łac. ex ratione causae efficientis)
3. jeśli byty przygodne nie istnieją w sposób konieczny (pojawiają się na świecie i przemijają), musi istnieć Byt Konieczny (łac. ex possibili et necessario)
4. jeśli rzeczy wykazują różną doskonałość, to istnieje Byt Najdoskonalszy (łac. ex gradibus perfectionis)
5. jeśli celowe działanie jest oznaką rozumności, to ład i porządek w działaniu bytów nieożywionych lub pozbawionych poznania świadczą o istnieniu Boga, kierującego światem nieożywionym (łac. ex gubernatione rerum)”