Czy służba zdrowia w Polsce się załamie?

Czy służba zdrowia w Polsce się załamie?

18.07.2026 Tomasz Sommer nczas/czy-sluzba-zdrowia-w-polsce-sie-zalamie

NCZAS.INFO | Krach państwowej służby zdrowia jest bliski. Zdjęcie ilustracyjne. / Foto: wygenerowane przez AI (GROK)
NCZAS.INFO | Krach państwowej służby zdrowia jest bliski. Zdjęcie ilustracyjne. / Foto: wygenerowane przez AI (GROK)

Taki scenariusz zapowiada Łukasz Jankowski, szef Naczelnej Izby Lekarskiej. Na taki scenariusz wskazują też ujawniane obecnie liczby dotyczące różnych współczynników oraz zadłużenia szpitali, które rośnie w naprawdę szokującym tempie.

Tak zwane wymagalne zadłużenie szpitali (wymagające natychmiastowej spłaty, termin płatności już minął) już w tej chwili wynosi 5 mld zł. Tylko w pierwszym kwartale tego roku wzrosło o 800 mln zł. Kolejki na różne zabiegi, do specjalistów i do szpitali pęcznieją, a rośnie właściwie tylko jedno: koszty funkcjonowania systemu.

Pensje lekarzy osiągają jakieś zupełnie niebotyczne rozmiary. Innymi słowy, mamy sytuację, w której przeciętny Polak jest zdojony z pieniędzy na służbę zdrowia, nie dostaje usługi, ale za to lekarze – i pielęgniarki zresztą też – są wyjątkowo wysoko opłacani. Można wręcz powiedzieć, że dla lekarzy i pielęgniarek pacjent jest dziś w tym systemie elementem zbędnym, jeśli chodzi o leczenie, natomiast niezbędnym, jeśli chodzi o płacenie.

Doszło do paradoksalnej sytuacji: wyjątkowo wysokie ceny dotyczą usług, których po prostu nie ma. Owszem, są one dostępne dla pewnej grupy szybko i sprawnie, ale ta grupa to pacjenci VIP-owscy, ludzie mający jakieś powiązania z lekarzami.

W Polsce jest w tej chwili 142 tys. lekarzy. Do tego dochodzą pielęgniarki. Można szacować, że mniej więcej milion osób jest w bezpośrednim, rodzinnym związku ze służbą zdrowia i rzeczywiście ma dostęp do usług. Problem polega na tym, że w Polsce mieszka nie jeden milion lekarzy i ich rodzin, ale 38 milionów ludzi. Cała reszta ma już z tą służbą zdrowia, z dostępem do niej i z zabiegami bardzo duży problem. Podkreślmy, że sumy wydawane na ten system są rekordowe. W tym roku będzie to w granicach 250 miliardów złotych plus 70–80 miliardów w systemie prywatnym.

Wydaje się, że czas na prawdziwą ocenę tej sytuacji i na prawdziwą rewolucję. Dlatego chciałbym Państwu krótko opowiedzieć, jaki jest obecny stan rzeczy, jak do niego doszło i co można zrobić, żeby z tym absurdem skończyć.

Akcje nacisku na zwiększenie płac

Pierwszy mechanizm tego kryzysu polega na tym, że pieniądze w systemie zaczęły coraz słabiej wiązać się z realnym leczeniem pacjentów, a coraz mocniej z pozycją zawodową i polityczną grup, które potrafiły wymusić dla siebie uprzywilejowane warunki.

Po pierwsze mamy do czynienia z oderwaniem zarobków od jakichkolwiek zabiegów i jakiejkolwiek realnej pracy lekarskiej. W jaki sposób lekarze tego dokonali? Dokonali tego zadziwiającego dzieła poprzez trwającą dekadę akcję nacisku na zwiększanie płac.

Te naciski były prowadzone naprawdę na każdy możliwy sposób. Czytelnicy pamiętają zapewne miasteczka namiotowe, pamiętają zbieranie podpisów – w swoim czasie lekarze zebrali ich około 250 tysięcy – po to żeby ich płace zostały podwyższone. Jest dosyć łatwo takie podpisy zebrać, ponieważ lekarzy jest bardzo dużo. Wystarczy, że podpisze się lekarz, podpisze się żona i 300 tysięcy podpisów jest.

To jest bardzo duża, wpływowa grupa. Oprócz tego swoją rolę odegrały poszczególne związki zawodowe i poszczególne frakcje lekarzy – pamiętają Państwo choćby rezydentów. W ogóle kwestia rezydentów jest dla mnie jednym z największych i najgrubszych skandali, ponieważ jeżeli ktoś rzeczywiście chce być lekarzem, to musi tę rezydenturę odbyć. Jeżeli jest na takiej rezydenturze, to jest tak naprawdę na praktyce. No trudno, taki sobie zawód wybrał. Ta praktyka nie powinna być tak naprawdę płatna.

Ta praktyka powinna być darmowa, bo to przecież lekarzowi rezydentowi zależy na tym, żeby jeszcze czegoś się nauczyć. To jest zawód jak każdy inny. Oczywiście tworzy on pewną sytuację psychologiczną i roztacza wokół siebie aurę jakiejś szczególności, bo przecież bardzo często chodzi tu o życie człowieka, o operacje na jego ciele. Można więc powiedzieć, że pacjent nabiera wobec lekarza niemal mistycznego podejścia. Ale jeżeli rozebrać relację pacjent–lekarz z tej całej psychologii, z tego całego sacrum – zwłaszcza że sami lekarze dawno już zdjęli ze swojego zawodu owo sacrum i traktują pacjenta raczej jak skórę czy mięso – to wtedy mamy do czynienia po prostu z pewnymi usługami. Te usługi wymagają kwalifikacji, ale też nie przesadzajmy, że wszyscy lekarze są geniuszami albo osobami o jakichś szczególnych możliwościach intelektualnych. Tak niestety nie jest.

Ten zawód trzeba odmitologizować. To są ludzie jak wszyscy inni, którzy wykonują pewne rzemiosło i za to rzemiosło powinni otrzymywać wynagrodzenie proporcjonalne do wykonywanej pracy. Ale tak jak powiedziałem, z uwagi na ich strategiczne usytuowanie oraz na trwające dekadami naciski – często brutalne, często przybierające formę szantażu wobec polityków – doszło do tego, że te płace wystrzeliły.

Powiązanie zarobków ze współczynnikami gospodarczymi

Zaczęło się oczywiście od postulatów, żeby wiązać płace lekarskie z określonymi współczynnikami gospodarczymi – oczywiście w taki sposób, by znajdowały się powyżej tych wskaźników. Chodziło na przykład o to, aby wynagrodzenie lekarza było dwukrotnością średniej krajowej. I tam trwały dyskusje, czy ma to być 1.3, 1.7, 1.6 itp. średniej.

Innymi słowy, siadali sobie przedstawiciele tych zawodów i mówili: lekarz musi – nie wiadomo dlaczego – zarabiać 1,7 średniej krajowej. A wtedy ktoś liczył, liczył, liczył i wychodziło mu: nie, nie, nie, to jednak trochę za dużo pieniędzy, dajmy 1,62.

A ci mówili: nie, nie, nie, dajmy 1,67. I tak te dyskusje trwały w nieskończoność. Oprócz tego wymyślono jeszcze współczynniki związujące wydatki na opiekę zdrowotną z PKB.

Wydatki na opiekę zdrowotną miały być więc powiązane z PKB. I oczywiście koniecznie musiały osiągnąć 7 proc. Dlaczego akurat 7? Dlatego że ktoś sobie zerknął, jak to wygląda w innych krajach i wyszło mu, że w niektórych państwach jest to nawet 9–10 proc., na przykład w Stanach Zjednoczonych. W innych oczywiście jest mniej, ale na to już nie zwracamy uwagi. Zwracamy uwagę tylko na to, gdzie jest więcej. W związku z tym żądano, aby zwiększać wszystkie te wydatki właśnie do takiego poziomu.

Więc z jednej strony mieliśmy multiplikację średniej krajowej, z drugiej – stosunek wydatków do PKB, a oprócz tego jeszcze współczynniki związane z inflacją, naciski i zmiany urzędników w państwie. W pewnym momencie nikt już tak naprawdę nad tym wszystkim nie panował. Nikt nie wiedział, ile ci lekarze rzeczywiście zarabiają.

Tajemnica wokół zarobków

Proszę sobie wyobrazić, że od trzech miesięcy polski rząd stara się ustalić, ile zarabiają lekarze i nie jest w stanie tego zrobić. Dlaczego? Otóż oprócz tych współczynników, to rząd wstawił w wykonywanie zawodu lekarza, też poprzez presję samych lekarzy, a konkretnie pewnej szlachty lekarskiej, szereg różnych barier, który to szereg różnych barier sprawiał, że pewne dosyć wąskie grupy miały monopol na wykonywanie określonych czynności, a te czynności musiały być wykonywane we wszystkich szpitalach.

Zasób ludzi dopuszczonych do tych czynności był ograniczony. Dotyczyło to choćby anestezjologów, a później także różnych chirurgów, kardiologów czy ortopedów.

Doprowadzono do tego poprzez stawianie różnych ograniczeń: zaczęło brakować ludzi, ponieważ do pewnych czynności dopuszczeni byli tylko ci, którzy sami wcześniej zadbali o to, by dostęp do tych czynności był zamknięty dla osób bez określonych uprawnień. Potem mówili: skoro znaleźliśmy się w takiej sytuacji, możemy oczywiście robić – albo fingować robienie tych rzeczy w dziesięciu szpitalach. Będziemy tam obecni, ktoś tak naprawdę wykona za nas zabiegi, ale my będziemy je żyrowali, bo mamy administracyjne możliwości, żeby je wykonywać. Dzięki temu że podpiszemy się pod udziałem w danej czynności, a ktoś inny wykona ją za nas, wszystko będzie formalnie legalne. I nagle okazało się, że pojawiła się kwestia kontraktów.

Innymi słowy, tych ludzi nie ma na etatach w poszczególnych jednostkach służby zdrowia, ale podpisują kontrakty. Potem w zasadzie ich tam nie ma: pojawiają się na chwilę, są pod telefonem albo przyjeżdżają wtedy, gdy trzeba. Mają w jednym szpitalu kontrakt na 50 tysięcy, w drugim na 50 tysięcy, w trzecim na 50 tysięcy, w czwartym etat, do tego przychodnię, funkcję w izbie lekarskiej – i nagle okazuje się, że zarabiają 4 miliony rocznie. Ja cały czas czekam na rekordzistę, bo skoro wiemy o kardiologu z Olsztyna, który w jednym miesiącu zarobił milion złotych – podobno w innych miesiącach mniej – to skłania mnie to do konstatacji, że jeśli dobrze poszukamy, okaże się, iż są lekarze zarabiający 10 milionów złotych rocznie.

Milionerzy jako radni

Co to tak naprawdę znaczy? Mamy oczywiście w Polsce około dwudziestu miliarderów. Mamy ludzi, którzy posiadają setki czy dziesiątki milionów złotych, ale to są z reguły osoby prowadzące jakiś biznes, działalność gospodarczą, która z jakiejś przyczyny okazała się zyskowna. Często pracują na te firmy przez całe lata, czasem przez pokolenia.

A tu nagle pojawiają się ludzie tacy jak domniemany dziesięciomilionowiec – przy czym cztero- i pięciomilionowców mamy już stwierdzonych – którzy przez dziesięć lat zarabiają 100 milionów złotych albo 50 milionów złotych, czyli tyle, ile właściciele wielopokoleniowych firm przez dekady.

Proszę sobie wyobrazić, że lekarz, który zarabia 5 milionów złotych rocznie, przez 30 lat zgromadzi 150 milionów złotych. Łatwo to przeliczyć. I wszystko to pochodzi wyłącznie z kieszeni podatnika.

Przecież dobrze wiadomo, że bodźcowanie pracowników pieniędzmi działa tylko do pewnego momentu. Mamy elastyczność popytu, mamy elastyczność podaży, ale mamy też elastyczność przychodów. Innymi słowy, każda następna złotówka jest dla danej osoby mniej warta. Dlatego dla biednych każdy grosz się liczy, a dla bogatych tysiące można wydawać i nie robi to żadnego wrażenia na tym bogatym. No bo jeżeli zarobi milion, to co to jest dla niego tysiąc? Jeżeli zarobi 10 milionów, to co to jest dla niego pół miliona?

W pewnym momencie takiego lekarza nie interesuje już leczenie. Jeśli chodzi o pieniądze, interesuje go co najwyżej utrzymanie status quo. Skupia się na tym, żeby mieć dostęp do tych pieniędzy – zwłaszcza jeśli dochodzi do tego jeszcze czynnik stabilizujący w postaci polityki. I stąd największymi milionerami w systemie leczniczym są radni – lekarze.

Dlaczego bycie radnym jest dla nich takim elementem stabilizującym karierę? Dlatego że szpitale – w tym idiotycznie skonstruowanym systemie – finansowane są ze wspólnego garnka jednej organizacji, czyli Narodowego Funduszu Zdrowia, ale formalnie ich własność jest z reguły samorządowa. Może to być samorząd na poziomie powiatowym, ale może być też inny poziom – w zależności od rodzaju placówki. Innymi słowy, jeżeli jesteś radnym w danym rejonie, to po pierwsze dobrze wiesz, dokąd płyną pieniądze, bo w ramach wykonywania obowiązków radnego takie informacje do ciebie docierają. Wiesz więc, gdzie się zahaczyć, żeby mieć odpowiedni dopływ pieniędzy. Co więcej, jeżeli jesteś radnym i jeszcze z układu, który w tym miejscu rządzi, to przecież nikt nie odmówi ci tych wszystkich posad, bo jesteś panem radnym. To ty decydujesz tak naprawdę o tych szpitalach, o ich losie i funkcjonowaniu.

Dlatego radni-lekarze, lekarze-radni natychmiast sytuują się we wszystkich możliwych placówkach. I mamy ludzi, którzy najwyraźniej posiadają zdolność bilokacji: jak teraz wiemy, zarabiają przeciętnie milion osiemset, milion siedemset, milion pięćset, dwa miliony, a rekordzista – cztery miliony. Ten rekordzista wzbogacił jeszcze szpitalny repertuar o własną przychodnię i załatwił dla niej kontrakciki. Bo proszę Państwa, w Polsce system działa tak, że przychodnie dostają pieniądze niezależnie od tego, czy ktoś się tam pojawi, czy nie – per capita. Wystarczy, że ktoś się do niej zapisze, a każdy człowiek: pan, pani, ja, jest do jakiejś przychodni zapisany. Gdy już jest zapisany, co miesiąc płyną tam pieniądze. Dlaczego te pieniądze nie płyną na moje konto – na moje konto pacjenta – żeby zbierał się tam kapitał pacjenta? Wtedy po pewnym czasie miałbym własny kapitał pacjenta i sam decydowałbym, gdzie te pieniądze wydam: w jakiej przychodni, w jakim szpitalu i tak dalej.

Może wtedy na SOR-ze, jeżeli przyjechałbym z tym moim kapitałem i powiedział: halo, halo, ja tu mam 100 tysięcy złotych, mogę u was wydać 20 tysięcy na SOR-ze, to wtedy nie usłyszałbym: „proszę czekać”, tylko: „ma pan 20 tysięcy, proszę natychmiast tutaj, szybka ścieżka, triaż pana nie obejmuje i pan wjeżdża”. System rynkowy, w którym pieniądze idą za pacjentem, został odwrócony. Pieniądze idą za radnym, za profesorem, za lekarzem, za pielęgniarką, za dopuszczonym do żłobu w określonej dziedzinie, a pacjent ma tylko płacić.

Szpitale na skraju przepaści

Nic więc dziwnego, że mamy dziś taką sytuację. Zacytuję Państwu jednego człowieka, który jest członkiem Rady Nadzorczej NFZ-u i od czasu do czasu pokazuje różne dane. Krótko mówiąc, jest świadkiem tego, co dzieje się w tym systemie, a te dane są naprawdę zupełnie szokujące. Pokazują, że król jest totalnie nagi. Weźmy przykład: od 1 stycznia 2026 roku rząd obniżył stawkę na wyżywienie pacjentów w szpitalach z 25 złotych 62 groszy do 20 złotych 90 groszy dziennie. I w szpitalu, w którym koordynator zarabia bimbaliony, podaje się takie śniadanko. To oczywiście symbol, ale przytoczę Państwu szokujące dane od Łukasza Kozłowskiego.

Łukasz Kozłowski to właśnie członek Rady NFZ-u, a oprócz tego członek Rady Nadzorczej ZUS-u i główny ekonomista Federacji Przedsiębiorstw Polskich. Obserwuję jego media społecznościowe od dłuższego czasu i widzę, że na liczbach się zna. Lekarze zarabiają bimbaliony, w lipcu dostali szokującą podwyżkę, a tymczasem początek tego roku przyniósł gwałtowny wzrost zaległości płatniczych publicznych szpitali.

W samym pierwszym kwartale 2026 roku, czyli w ciągu trzech miesięcy, zaległości płatnicze wzrosły o 830 mln zł. To 19,6 proc. kwartał do kwartału, a w ujęciu kwotowym najwyższy wzrost od 2003 roku, odkąd gromadzone są dane. Jeszcze całkiem niedawno te zaległości utrzymywały się na poziomie 2 mld zł, spadały nawet do 1,8–1,9 mld zł, ale od 2023 roku – nie bez powodu właśnie od tego momentu – zaczęły dynamicznie rosnąć. Teraz rosną już w sposób po prostu szokujący.

Dokładnie tak samo jak rosną pensje lekarzy. Całe to zadłużenie, cały wzrost pieniędzy wrzucanych do NFZ-u nie idzie na pacjentów, tylko na te nieszczęsne pensje lekarzy.

W momencie kiedy pikują zarobki lekarzy, podwyżki, kontrakty i nie wiadomo, co jeszcze, o 53 tysiące wzrosła liczba oczekujących w kolejce do ambulatoryjnej opieki specjalistycznej. To wzrost o 6,8 proc. w jednym kwartale. O 15 800 pacjentów zwiększyła się też kolejka w leczeniu szpitalnym, czyli – mówiąc potocznie – kolejka do szpitala.

W jednym kwartale wzrosła ona o 13,9 proc. A jeśli chodzi o wybrane świadczenia specjalistyczne – czyli dostęp do okulisty, ortopedy i innych specjalistów – liczba pacjentów w kolejce zwiększyła się o 140 300 osób. To aż 18,1 proc. w jednym tylko kwartale.

Mamy szokujący wzrost uposażeń lekarzy i jednocześnie szokujący spadek dostępności świadczeń. Im więcej pieniędzy w systemie, tym gorsza dostępność świadczeń. Pamiętają może Państwo występy Nitrasa z Arłukowiczem, kiedy mówili, że nie będzie żadnych kolejek, żadnych limitów, że będzie tak, jak mówił z kolei Hołownia: to lekarz będzie do Państwa dzwonił i pytał, jak się czujecie, oraz zapraszał do specjalisty, na zabieg czy na cokolwiek innego.

Nic takiego się nie stało. Stało się coś dokładnie odwrotnego. Jedynymi, którzy zyskali przez ostatnie trzy lata w służbie zdrowia, są lekarze. Tusk nie zlikwidował ustawy, która indeksuje pensje lekarzy na poziomie przekraczającym inflację o jakieś zupełnie niestworzone liczby. A za pensjami idą kontrakty, bo pensje są częścią koszyka świadczeń.

Mamy wyceny poszczególnych zabiegów i kiedy rośnie pensja, to oczywiście musi wzrosnąć także wycena. Pani, która jest teraz ministrem zdrowia, sama jest wychowanicą tego systemu. Sama była dyrektorką szpitala. To ona jest jedną z tych partyjniaczek, które na tym systemie zarabiają.

Jakie jest wyjście?

Państwowej służby zdrowia nie da się oczywiście uleczyć. Dlaczego się nie da? Dlatego że świadczenie zdrowotne jest czymś, czego popytu nie da się w pełni zaspokoić. Każdy może przecież znaleźć u siebie jakiś problem medyczny. Jeśli nie poważny, typu onkologiczny czy sercowy, to przynajmniej kosmetyczny. Jeśli mamy w konstytucji zapisane, że służba zdrowia jest rzekomo za darmo, czyli że państwo ma to jakoś załatwić, to musiałoby to oznaczać, że nie 7 proc. PKB, nie 8 proc. PKB, nie 10 proc. PKB, tylko 100 proc. PKB powinno być przeznaczone na służbę zdrowia.

A tak naprawdę i tak by tych pieniędzy nie wystarczyło. To oczywiście absurd. Krótko mówiąc, trzeba zacząć ten system powoli prywatyzować.

Trzeba zacząć od drobnych kroków: pieniądze muszą iść za pacjentem, a nie za lekarzem. Pieniądze muszą iść za chorym, a nie za pielęgniarką. Pieniądze muszą iść za tym, kto idzie po świadczenie, a nie za kolejnym papierkiem, który stanowi barierę administracyjną i tworzy grupy uprzywilejowanych lekarzy z dostępem do systemu, bo ten papierek w jakiś sposób sobie załatwili.

Co więcej, pacjent musi dostawać te pieniądze w zależności od tego, ile płaci. Nie może być tak, że niektórzy mają łatwiejsze ścieżki za te same pieniądze, bo są krewnymi, radnymi albo znajomymi królika. Pełne świadczenia dotyczące najpoważniejszych schorzeń – takich jak choroby onkologiczne czy kardiologiczne – powinny być dostępne na zasadach pełnej transparentności i pełnej równości dostępu.

Innymi słowy, musi skończyć się faworyzowanie lekarzy, ich rodzin i polityków. Oczywiście te pierwsze kroki można wykonać szybko i stosunkowo łatwo, ale to jest tylko coś w rodzaju aspiryny na przeziębienie. Żeby naprawdę wyjść z tego przeziębienia, musi zmienić się wszystko – przede wszystkim ekspozycja na czynniki, które to przeziębienie powodują.

A głównym czynnikiem, który tę chorobę powoduje, jest oczywiście to, że służba zdrowia jest państwowa. Musi więc dojść do prywatyzacji systemu i prywatyzacji składek. Dopiero w takim systemie, w którym pacjent jest w centrum, ponieważ to są jego pieniądze i za te pieniądze ktoś go leczy, cokolwiek może się uzdrowić.

Ale tak jak mówię, z uwagi na różne okoliczności tego systemu nie da się go sprywatyzować jednym strzałem. Te resztki systemu trzeba jednak uzdrowić poprzez radykalne zmniejszenie pensji lekarzy, radykalne ograniczenie różnego rodzaju układów nepotystycznych – czyli wyrzucenie wszystkich partyjniaków z zarządów szpitali, stopniowe przechodzenie na wykonywanie usług przez podmioty zewnętrzne działające na rynku, a na końcu doprowadzenie do zasadniczej reformy polegającej na tym, że pacjenci płacą sami za siebie.

Walka o demokrację czyli Akademia Morderców

Walka o demokrację czyli Akademia Morderców

17.07.2026 wolnemedia/walka-o-demokracje-czyli-akademia-mordercow

Szkoła Ameryk (Escuela de las Américas) jest niezwykłym przejawem zinstytucjonalizowanej manipulacji politycznej oraz terroru. Szkoła ta powstała z inicjatywy Waszyngtonu i miała (i ma nadal) za zadanie utrzymanie amerykańskiej kontroli nad latynoamerykańskimi państwami poprzez zapewnienie sobie wpływu na armie i policje tych krajów.

Szkoła ta, pomimo że jej motto brzmi: „Wolność, Pokój, Braterstwo”, jest w Ameryce Łacińskiej powszechnie znienawidzona z powodu aktywności, jaką prowadzi w krajach rozciągających się na południe od Rio Grande. Od 2001 roku występuje ona pod nazwą hiszpańską Instituto del Hemisferio Occidental para la Cooperación en Seguridad (Instytut Współpracy w dziedzinie Bezpieczeństwa Półkuli Zachodniej) lub angielską The Western Hemisphere Institute for Security Cooperation. Nazwa hiszpańska jest częściej stosowana, gdyż językiem wykładowym szkoły jest język hiszpański. Starsze określenie szkoły, Escuela de las Américas, jednak się utrwaliło i potocznie do dziś jest stosowane. Szkoła mieści się w Fort Benning (obecnie przemianowanym na Fort Moore) w stanie Georgia, USA. Obecnym szefem szkoły jest pułkownik Michael P. Rogowski.

Szkoła została założona w 1946 roku w zachodniej części strefy Kanału Panamskiego, znajdującej się pod kontrolą Stanów Zjednoczonych. Szkoła wówczas nazywała się Centro de Entrenamiento Latinoamericano. División de Tierra (Centrum Szkolenia Latynoamerykańskich Sił Lądowych), a jej siedzibą był Fort Amador. Już w 1949 roku szkołę przeniesiono do Fort Gulick w innej części strefy kanałowej, zmieniając jednocześnie jej nazwę na Escuela del Caribe de Ejército de EE. UU. (Szkoła Amerykańskiego Wojska w Rejonie Karaibów). W 1963 roku otrzymała nową nazwę – Escuela de las Américas (lub School of the Americas – SOA), ale wśród nacji latynoskich jest określana najczęściej mianem Academia de Asesinos (Akademia Morderców).

Przed jej gmachami w Panamie odbywały się nieustanne demonstracje domagające się zamknięcia szkoły. Jako że wszystkie te protesty odbywały się w atmosferze niechęci do Stanów Zjednoczonych, Ronald Reagan przeniósł szkołę do Fort Benning, gdzie funkcjonuje do dziś. W szkole kształcą się żołnierze i oficerowie latynoscy, często osiągający dzięki temu awanse na wysokie szarże. Zadaniem oficjalnym szkoły było poprawianie kwalifikacji żołnierzy z krajów latynoskich w dziedzinie ćwiczeń artyleryjskich, reperacji pojazdów wojskowych, zajęć z działań piechoty, poprawiania ogólnej sprawności fizycznej, a nawet kuchni wojskowej. W istocie rzeczy uczniowie szkoły od początku przechodzą intensywny kurs ideologiczny Bezpieczeństwa Narodowego, oparty na amerykańskiej doktrynie wojennej. Utrzymanie stabilizacji danego państwa jest podstawą tej narracji. Nie bierze się pod uwagę, że system wyzysku i ograbiania miejscowych gospodarek przez amerykańskie koncerny siłą rzeczy zaburza tę właśnie stabilność.

Wychowankowie

Szkoła Ameryk w czasie swego długiego istnienia wyedukowała ponad 60 000 żołnierzy latynoskich, w tej liczbie 10 prezydentów, 38 ministrów obrony i 70 różnego rodzaju komendantów wojskowych. Jej absolwenci stanowili dość homogeniczny zestaw ludzi, który tworzyli głównie żołnierze i policjanci. Dzięki poparciu szkoły, a tym samym rządu Stanów Zjednoczonych, wielu z nich awansowało na wysokie rangi oficerskie. Wśród nich wymienić można takich wojskowych jak: gen. Jorge Rafael Videla, gen. Roberto Eduardo Viola, gen. Leopoldo Galtieri określający się jako „pupilek Waszyngtonu” (przywódcy faszystowskiej junty rządzącej Argentyną w latach 1976–1983), gen. Hugo Banzer (dyktator Boliwii w latach 1971–1978 oraz 1997–2001, odpowiedzialny za 4000 zaginionych i zabitych), gen. Manuel Contreras (szef osławionej tajnej policji DINA, zwanej powszechnie „gestapo Pinocheta”), gen. Hernán José Guzmán Rodríguez (Kolumbia, współpracujący z faszyzującymi bojówkami narkotykowymi Muerte a Secuestradores), Raoul Cédras (dyktator Haiti w latach 1991–1994), Guillermo Rodríguez (dyktator Ekwadoru w latach 1972–1976), kapitan Juan Oreldo Urbine (Urugwaj), Vladimiro Montesinos (Peru, szef wywiadu wojskowego w rządzie dyktatora Alberto Fujimoriego), gen. Efraín Ríos Montt (dyktator Gwatemali w latach 1982–1983), gen. Gustavo Adolfo Álvarez Martínez (dowódca szwadronów śmierci w Hondurasie w latach 1981–1984) etc.

Przez Akademię Morderców przewinęło się mnóstwo ludzi różnego autoramentu. Jednym z ciekawszych przypadków był Luis Arce Gómez, boliwijski gangster narkotykowy. Poprzez matkę był blisko spokrewniony z „królem kokainy” Roberto Suárezem Gómezem. W 1980 roku „król kokainy” sfinansował prawicowy, wojskowy zamach stanu w Boliwii, który przeprowadził generał Luis García Meza. W zamian za wsparcie narkomafia została wynagrodzona teką ministra spraw wewnętrznych, którą otrzymał Luis Arce Gómez. Zamach stanu wspomógł także żyjący jeszcze wtedy „kat Lyonu”, Klaus Barbie, który zwerbował dla generała Mezy kilkuset faszystów z Europy Zachodniej. Generał Meza i Arce Gómez rządzili około półtora roku. Przez ten czas wysłali na tamten świat ponad 500 osób, a 4000 umieścili w więzieniach.

Nie wszystkim swoim wychowankom Szkoła Ameryk zdołała jednak zepsuć psychikę. Peruwiański generał Juan Velasco Alvarado, wychowanek Akademii Morderców, w 1968 roku przeprowadził w Peru zamach stanu w interesie Indian i rolników. Przeprowadził reformę rolną, wywłaszczył za odszkodowaniem niektóre amerykańskie koncerny. Uczynił język keczua (quechua) językiem równoprawnym obok hiszpańskiego. Jego pogrzeb w 1975 roku był wielką manifestacją poparcia społecznego i żalu z powodu śmierci generała. W pogrzebie wzięło udział około milion osób. Trochę podobnym przykładem był prezydent Panamy, Manuel Noriega, zwany „Ananasem”. Początkowo współpracował z CIA, ale później odrzucił żądania Reagana, by renegocjować warunki użytkowania Kanału Panamskiego. W odpowiedzi w 1989 roku doczekał się amerykańskiej inwazji. Został pojmany i w Miami skazany na 40 lat więzienia za handel narkotykami (media amerykańskie zarzucały mu także oglądanie pornografii, skłonności homoseksualne, noszenie czerwonych kalesonów etc.).

Zupełnie odmiennym przypadkiem jest sprawa sławetnego Augusto Pinocheta. Był on wychowankiem Akademii Morderców, o czym wzmiankuje wiele publikacji, ale ostatnio pojawił się trend negowania jego związków z tą szkołą. Sztuczna Inteligencja twierdzi, że Pinochet nie studiował w Escuela de las Américas, mimo że wszystkie jego posunięcia bezdyskusyjnie wskazują, że w tej szkole odebrał odpowiednie nauki. Wydaje się, że obecnie Szkoła Ameryk pragnie się odciąć od tego „gwiazdora”, którego wyczyny są doskonale znane międzynarodowej opinii publicznej.

Metody działania

Szkoła przeżyła wstrząs ideologiczny i mentalny po zwycięstwie rewolucji na Kubie. Waszyngton uznał, że jego strefa wpływów, doskonale wyrażona przez doktrynę Monroe, może zostać zagrożona. W efekcie kursy ideologiczne stały się prawdziwym praniem mózgów. Uczono tam nienawiści do lewicowości we wszystkich przejawach, do związków zawodowych i do autochtonów, którzy zostali uznani za element niepewny. Czynniki decyzyjne w Waszyngtonie uznały, że muszą zastosować bardziej bezwzględne i okrutne metody, by utrzymać wpływy i dominację w Ameryce Łacińskiej.

W 1963 roku pod patronatem Jamesa J. Angletona, członka mrocznej organizacji Skull & Bones i pracownika Uniwersytetu Yale, CIA stworzyła podręcznik tortur zwany „Kubark Counterintelligence Interrogation”. W 1983 roku CIA wydała następne tego typu dzieło pt. „Human Resource Exploitation Training Manual”. Nazwa Kubark była zaszyfrowanym skrótem odnoszącym się do samej CIA. Kubark był dokumentem ściśle tajnym i przez około 30 lat nikt nie wiedział o jego istnieniu. Był jednym z podstawowych podręczników, na bazie którego szkolono tysiące adeptów Szkoły Ameryk. Agenci CIA określali Kubark mianem „inteligentnego przesłuchania”.

Wstępne metody postępowania związanego z przesłuchaniem obejmowały psychiczne zastraszanie, wyznaczanie nagrody pieniężnej za głowę poszukiwanego, zmuszanie do przyjmowania narkotyków i różnych innych substancji psychoaktywnych, takich jak temazepam, etanol, hioscyna, tiopental etc. By szantażować przesłuchiwanego, zalecane było porywanie członków jego rodziny i ewentualne pastwienie się nad nimi. Fizyczne znęcanie się nad pochwyconym obejmowało m.in.: bicie, kopanie, wieszanie ze związanymi na plecach rękami, trzymanie głowy przesłuchiwanego przez pewien czas w mocno nasolonej wodzie, kłucie, przypalanie prądem elektrycznym szczególnie unerwionych miejsc, głodzenie, nieustanne wybudzanie ze snu.

Nauczycielami byli często członkowie amerykańskich, elitarnych jednostek specjalnych, np. Zielonych Beretów. Pewien żołnierz salwadorski wspominał, jak pewnego dnia Zielone Berety przyprowadziły do jego garnizonu 16-letniego chłopca, oskarżonego o przynależność do partyzantki, i kazały miejscowym żołnierzom wbijać mu bagnety w palce i wyrywać paznokcie. Chłopca poddano także innym torturom, w skutek których zmarł.

Wszyscy pochwyceni musieli zostać rozebrani do naga i byli często przetrzymywani z kapturem na głowie, z założonymi kajdanami na rękach i nogach. Schwytanych umieszczano w ukrytych, zaimprowizowanych obozach koncentracyjnych. Obozy te lokowano najczęściej w niepozornych miejscach, na peryferiach miast albo w buszu, z daleka od siedzib ludzkich. W Chile, w okresie dyktatury Pinocheta, jednym z większych i bardziej znanych obozów koncentracyjnych była Villa Grimaldi w Santiago, przy Avenida José Arrieta 8200. „Gościła” w swoich murach ponad 4500 osób. Zwano ją także Cuartel Terranova i wsławiła się wyjątkowo okrutnymi torturami. Szefem Villa Grimaldi był brygadier Miguel Krasnoff, Chilijczyk pochodzący z rodziny Kozaków dońskich, urodzony w Austrii. Był dowódcą Brygady Caupolicán, znanej z licznych potajemnych porwań ludzi, zabójstw i stosowania tortur. Miguel Krasnoff był wychowankiem Szkoły Ameryk i był odpowiedzialny za śmierć około 70 osób, w tym za zabójstwo generała Carlosa Pratsa, przeciwnika spisku Pinocheta w 1973 roku.

W Argentynie, w okresie rządów prawicowej junty (1976–1983) szefem policji w prowincji Buenos Aires był generał Ramón Camps, wychowanek Escuela de las Américas. Zarządzał on siecią 29 obozów koncentracyjnych rozsianych na terenie tej prowincji. Ramón Camps miał na sumieniu 32 zabójstwa, 120 przypadków torturowania schwytanych, 2 gwałty, 2 porody sprowokowane torturami, 18 przypadków okradania więźniów, 214 porwań etc. Proces, jaki prowadzono przeciwko niemu, nie przyniósł jednak sprawiedliwości, gdyż w 1990 roku neoliberalny prezydent Carlos Menem udzielił mu ułaskawienia.

W praktyce wobec osób uznawanych za zakłócające stabilizację oprawcy stosowali zarówno tortury zalecone w podręcznikach Kubark, jak i wykazywali się inwencją własną. Doskonałą ilustracją takiej inwencji jest sprawa amerykańskiej siostry zakonnej, urszulanki, Dianny Ortiz. W 1989 roku przebywała ona w Gwatemali z misją edukacyjną i dobroczynną wśród Majów z grupy Ixil. Pewnego dnia została porwana przez żołnierzy gwatemalskich i zaciągnięta do obozu ukrytego w posterunku policji. Tam poddano ją brutalnym przesłuchaniom trwającym 24 godziny. Przesłuchania były przerywane biciem, kopaniem i zbiorowymi gwałtami. Po powrocie na wolność lekarze naliczyli na jej ciele ponad 111 ran spowodowanych tym, że oprawcy gasili na jej plecach płonące papierosy. Gdy Dianna była już półżywa, przesłuchujący wrzucili ją do dołu, w którym leżały trupy razem z żywymi ludźmi, dogorywającymi po torturach. Przypuszczalnie zakończyłaby wtedy życie, ale wśród przesłuchujących był rodowity Amerykanin, którego rozpoznała po angielskim akcencie, z jakim mówił po hiszpańsku. Kumple zwracali się do niego Alejandro. Otóż tenże Alejandro zaproponował, by jej jeszcze nie dobijać. Dzięki temu przeżyła. W stolicy Gwatemali domagała się zadośćuczynienia u ministra obrony Gwatemali, generała Héctora Gramajo – człowieka bezpośrednio odpowiedzialnego za represje, jakich doznała. Gramajo był wychowankiem Escuela de las Américas i ściśle współpracował ze służbami amerykańskimi. Oczywiście nie podjął on tematu i dalej działał zgodnie z dotychczasowym kursem. Wobec tego siostra Dianna przedstawiła swój przypadek w USA, domagając się sprawiedliwości. Rząd Ronalda Reagana odpowiedział jej ustami Thomasa Stroocka, amerykańskiego ambasadora w Gwatemali. Oświadczył on, że Stany Zjednoczone nie mają nic wspólnego z podobnymi okrucieństwami i nie partycypują w nich…

Walka o prawdę i uchylenie rąbka tajemnicy

Prezydent Jimmy Carter, który poważnie traktował pojęcie praw człowieka, zawiesił działalność szkoły. Ronald Reagan po objęciu prezydentury ponownie ją jednak otworzył i udzielił jej szerokiego poparcia. Praktyki wychowanków Akademii Morderców przez długie dziesięciolecia pozostawały w ukryciu. Nikt też nie wiedział o istnieniu podręczników tortur. W 1990 roku amerykański ksiądz Roy Bourgeois stworzył organizację SOA-Watch, która miała uważnie śledzić działalność Escuela de las Américas. Inicjował też protesty przed siedzibą szkoły w Fort Benning. Za taką działalność ksiądz Bourgeois i inni aktywiści zostali aresztowani i skazani wyrokiem sądu na cztery lub więcej lat więzienia.

Działalność Escuela de las Américas była nawet dla niektórych kongresmenów podejrzana. W 1993 roku deputowani Partii Demokratycznej – Marty Meehan, Joseph Kennedy i Joseph Moakley – wystąpili z wnioskiem o zamknięcie szkoły albo przynajmniej o zmniejszenie jej finansowania. W 1996 roku, za prezydentury Billa Clintona, zdecydowano się odtajnić podręczniki stosowane przez nauczycieli z Akademii Morderców. Były to m.in.: „Terrorismo y guerrilla urbana”, „Estudio de Interrogación”, „Inteligencia de Combate”, „Manual de Estudios Contra-Inteligencia” etc. Mimo odsłonięcia rąbka tajemnicy, różni politycy amerykańscy nadal podważali wyczyny wychowanków szkoły. Dick Cheney utrzymywał, że były to tylko nieautoryzowane błędy.

Niektóre wyczyny

Pierwszy szef junty argentyńskiej, generał Jorge Rafael Videla (1976–1981), stanął w 2010 roku przed sądem za popełnione zbrodnie w 1256 przypadkach. Zarzucano mu m.in. bezpośrednią odpowiedzialność za zabicie 29 osób, poddanie torturom 32 osób, zagrabienie mienia 35 osobom etc. Został skazany na dożywocie. Zmarł w 2013 roku.

Do historii przeszły wyczyny faszystowskiego batalionu Atlacatl. Dowódcą był pułkownik Domingo Monterrosa, wychowanek Akademii Morderców. Duża część żołnierzy batalionu również przeszła szkolenie w tej akademii. W grudniu 1981 roku batalion Atlacatl napadł na miejscowość El Mozote. Jego ludzie zabili tam 978 osób – kobiet, mężczyzn i dzieci. Mężczyźni przed śmiercią zostali poddani torturom w miejscowym kościele. Najmłodsze dzieci miały po kilka miesięcy lub lat. Monterrosa zarzucał mieszkańcom El Mozote, że byli sympatykami lewicowej partyzantki. W 1982 roku żołnierze z Atlacatl zamordowali w miejscowości El Calabazo ponad 200 osób płci obojga. Jednym z głośniejszych mordów było zabójstwo arcybiskupa Óscara Arnulfo Romero, wielkiego obrońcy pokoju i praw człowieka. 23 marca 1980 roku wygłosił on pamiętną homilię, w której w imię chrześcijańskich wartości apelował do żołnierzy salwadorskich, by nie wykonywali rozkazów strzelania do ludzi. Dzień później został zabity przez członków szwadronów śmierci. Zleceniodawcą wymienionych zbrodni był czołowy polityk salwadorskiej prawicy, major Roberto d’Aubuisson – wychowanek Akademii Morderców.

W Kolumbii 18 000 żołnierzy przeszło trening w Escuela de las Américas. Jednym z bardziej „zasłużonych” wychowanków szkoły był generał Agustín Ardila Uribe, komendant 4. Dywizji armii kolumbijskiej. W 1984 roku przeszedł on trening w Escuela de las Américas. W 1992 roku napadł na miejscowość Mapiripán w departamencie Meta. Jego oddziały ściśle współpracowały z faszystowskimi i narkotykowymi bojówkami Autodefensas Unidas de Colombia. W Mapiripán żołnierze i bojówkarze zamordowali ponad 77 wieśniaków płci obojga, ścinając im głowy, podrzynając gardła i wypruwając wnętrzności. Armia i bojówkarze zarzucali mieszkańcom Mapiripán, że sympatyzowali z lewicową partyzantką.

Escuela de las Américas do dziś wykazuje się wielką aktywnością w obronie amerykańskiego i zachodnioeuropejskiego kapitału. W 2018 roku boliwijscy oligarchowie z prowincji Santa Cruz i amerykańskie służby postanowiły pozbyć się demokratycznie wybranego prezydenta Evo Moralesa, któremu prawica zarzucała, że chce być dożywotnim dyktatorem. Bunt w Santa Cruz mógł być łatwo stłumiony, gdyż nie miał szerokiego poparcia w społeczeństwie, ale naczelny dowódca armii boliwijskiej, generał Williams Kaliman, i szef policji, Vladimir Yuri Calderón, opowiedzieli się za oligarchami i zażądali dymisji prezydenta. Evo Morales musiał się ukrywać, a prawicowa bojówka przeszukiwała jego mieszkanie. Przypuszczalnie Morales zostałby wówczas zabity, ale prezydent Meksyku, Andrés Manuel López Obrador, wysłał do Boliwii meksykański samolot wojskowy, który zdołał odnaleźć Moralesa i zabrać go bezpiecznie do Meksyku. Zarówno Kaliman, jak i Calderón byli wychowankami Escuela de las Américas. Oprócz nich w armii boliwijskiej działali wówczas tacy wychowankowie szkoły jak: burmistrz miasta Cochabamba, kapitan Manfred Reyes Villa (mózg tego zamachu), pułkownik Remberto Siles Vázquez, pułkownik Teobaldo Cardozo Guevara, pułkownik Julio César Maldonado Leoni, pułkownik Oscar Aguirre etc.

W obecnej, po-chavezowskiej Wenezueli tymczasowa prezydent Delcy Rodríguez, w ramach wymiany kadr wojskowych, postawiła na czele armii generała Gustavo Gonzáleza Lópeza – znanego z brutalności adepta Akademii Morderców. Rząd Delcy Rodríguez ściśle współpracuje z Waszyngtonem, zajmując się powolną likwidacją reform Cháveza oraz Maduro i przygotowaniem gruntu pod powrót neoliberalizmu. W takich warunkach możliwe będą wybuchy społecznego niezadowolenia. Wychowanek Akademii Morderców jako wódz armii wenezuelskiej może być w tych warunkach bardzo przydatny.

Warto na koniec zastanowić się, ilu ludzi straciło życie na skutek długotrwałej aktywności Szkoły Ameryk. Autor tego tekstu wyznaje, że nie natrafił na żadną wiarygodną i wyczerpującą statystykę. Biorąc pod uwagę duży zasięg czasoprzestrzenny działania szkoły, wydaje się, że ofiar było bardzo dużo – może nawet setki tysięcy. Czas pokaże, czy liczba ludzi, którzy zostali zamordowani lub ponieśli ciężki uszczerbek na zdrowiu skutkiem działalności Szkoły Ameryk, kiedykolwiek zostanie w pełni ujawniona.

Autorstwo: Andrzej Ulmer
Źródło: Strajk.eu

Co wspólnego mają Chopin, Zielony Ład, Mercosur i Hołodomor?

Co wspólnego mają Chopin, Zielony Ład, Mercosur i Hołodomor?

Opublikowano: 17.07.2026

Na naszej „działce numer jeden na globusie”, jak Polskę określa Grzegorz Braun, lato trochę fiksuje. Termometr w cieniu podskoczy prawie pod czterdziestkę, pomęczy parę dni, a potem, jakby się przestraszył, spada do 15°C w dzień, a w nocy do 10°C.

Lipcowym żeglarzom z pierwszej połowy miesiąca na Mazurach „ocieplający się klimat” dał nieźle „w kość”: szalały zimne szkwały, chłostał zimny deszcz i rejsy nie były samą przyjemnością, ale raczej „niedźwiedzim mięsem”.

A jak to bywało niegdyś?

Amantine Lucille Aurore Dupin, urodzona 1 lipca 1804 roku w Paryżu, opisuje upalne lato 1870 roku we Francji. Zapewne nie byłaby zbyt dobrze znana polskiemu czytelnikowi, gdyby nie to, że była kochanką Fryderyka Chopina w latach 1838–1847. Znamy ją pod pseudonimem George Sand.

W 1870 roku miała 66 lat, mieszkała wówczas w Nohant, Chopin nie żył od ponad dwudziestu lat. Oto jak opisuje lato 1870 roku George Sand: „45°C w Nohant w lipcu 1870 roku. Ogromne zmęczenie, zaległości w pracy, rozpaczliwe próby powrotu do zajęć pośród lata, jakiego nigdy wcześniej nie widziałam, lata, którego nie uważałam za możliwe w naszym umiarkowanym klimacie: dni, gdy termometr w cieniu wskazywał 45 stopni, gdy na dzień 1 lipca nie ostało się ani źdźbło trawy, ani kwiat, drzewa żółkły i gubiły liście, a spieczona ziemia pękała, jakby chciała nas pochłonąć żywcem; lęk, że z dnia na dzień zabraknie wody; strach przed chorobą i nędzą dotykającymi tych wszystkich biednych ludzi – zniechęconych daremnym błaganiem ziemi o plony, których ta uparcie odmawiała ich trudom – rozpacz z powodu zbiorów siana, które praktycznie nie istniały, rozpacz z powodu nędznych zbiorów zboża, fatalnych w tym afrykańskim skwarze, który sprawiał wrażenie końca świata! A do tego plagi, o których nauka sądziła, że je wyeliminowała, a wobec których teraz okazywała się bezsilna: zjadliwa, przerażająca ospa prawdziwa; pożary w okolicznych lasach wznoszące swe złowieszcze słupy ognia na horyzoncie; przerażone wilki szukające schronienia w naszych domach o zmierzchu! A potem gwałtowne burze niszczące wszystko, i zabójczy grad dopełniający dzieła suszy!” [1].

Czytając ten opis, łatwiej znieść tegoroczne upały, ale również budzi się inna refleksja: gdyby tak jakiś przewrotny i inteligentny geszefciarz już wtedy wpadł na to, by ludzie „działali na rzecz klimatu” – mielibyśmy już półtora wieku prac w celu ochłodzenia klimatu! Jak wspaniale mógłby ewoluować taki Zielony Ład, ileż to pieniędzy można by zgarnąć przez ten czas za wydzielany przez mieszkańców Europy dwutlenek węgla! Ile kopalń zamknąć, ilu ludziom zlikwidować miejsca pracy, piece i kominki… Łza się w oku kręci.

Europejczycy w tamtych czasach nie byli jeszcze całkiem „zbetryzowani” [2] i jak ktoś im wchodził w szkodę, potrafili intruza stosownie potraktować czym kto miał pod ręką: z fuzji, szpadą albo widłami. Może dlatego byłoby trudniej lub wręcz niemożliwe taki przekręt przeprowadzić. Dzisiaj namnożyło się różnych „działaczy”, „uzdrawiaczy klimatu”, „ochroniarzy korników w puszczy”, „kontrolerów dobrostanu trzody chlewnej i długości psiego łańcucha” i wszelkiego rodzaju innych pasożytów po jakichś „gas cooking high school” (chodzi o „wyższą szkołę gaztronomii”? – przypis admin WM), niepotrafiących robić niczego pożytecznego, tylko uprzykrzać życie ludziom. Ludzie zaś, obawiając się „służb osłonowych” opłacanych przez polskiego podatnika, zamiast pogonić intruza ze swojego terenu, kulą ogony pod siebie i poddają się jak niewolnicy.

Złodzieje ludzkich pieniędzy, wspomagani przez rządzących, wyciągają z nas rozliczne, coraz cięższe do uniesienia podatki i opłaty. Podpisanie Zielonego Ładu przez Morawieckiego (z akceptacją Kaczyńskiego) spowodowało okradanie Polaków w majestacie unijnych dyrektyw. Kto nie wierzy, niech sprawdzi swoje opłaty za prąd sprzed np. dwóch lat i dzisiaj. U mnie pięcioletnie zestawienie (dla dwóch osób w domu) wygląda tak: 2021 – 1405 PLN; 2022 – 1483 PLN; 2023 – 1421 PLN; 2024 – 1470 PLN; 2025 – 2180 PLN; 2026 – 3271 PLN. Zgadniecie, w którym roku spadł na nas Zielony Ład? Liczba zużytych kWh jest corocznie na rachunku w przybliżeniu ta sama, oprócz tego siedzimy cztery miesiące w roku na działce, gdzie za elektryczność płacimy oddzielnie.

Wiecie teraz, dlaczego (m.in.) nie życzę dobrze ani Naczelnikowi, ani Pinokiowi, mimo że głosowałem na nich przez kolejne lata? Dla mnie to są oszuści, którzy teraz odwrócili marynarki podszewką do góry i udają patriotów – bez Zełenskiego, którego przedwczoraj obcałowywali i obściskiwali. O reszcie p.o. Polaków polityków pod wodzą Oskara nie wspominam, szczególnie z grupy, dla której „polskość to nienormalność”. Żadnego z nich nie było w swoim czasie w Domostawie na odsłonięciu Pomnika Ludobójstwa Wołyńskiego, żaden nie pomógł wspaniałemu rzeźbiarzowi – patriocie Andrzejowi Pityńskiemu, by stworzony przez niego pomnik stanął na należnym mu miejscu w Warszawie lub którymś z większych miast. Teraz, kiedy ktoś przełożył „wajchę” i Zełenski wchodzi w ześlizg po równi pochyłej, pojawiają się w Domostawie ci i owi, by przykleić się do patriotów i uchronić przed utratą swojego miejsca przy żłobie z konfiturami.

Upały upałami, a tymczasem „dyrektywy unijne” przyjmowane przez polityków PO-PiS-u coraz głębiej niszczą polską gospodarkę. Szczególnie dotkliwym stało się przyjęcie przez Polskę w ramach Zielonego Ładu (Naczelnik i Morawiecki!) tak zwanego ETS. Angielskie Emissions Trading System to wprowadzony przez Unię system handlu uprawnieniami do emisji CO2 czyli podatek dla fabryk i elektrowni za to,, że wydzielają dwutlenek węgla. Wynosił on w latach 2017-2018 około 5 USD za tonę CO2 – niewiele, na zachętę. Potem uruchomiono geszeft: „niech cenę 1 tony CO2 określa giełda”.

No i poszło: geszefciarze handlują prawem do tego, ile podatku mają zapłacić kopalnie, fabryki, elektrownie za wydzielony dwutlenek węgla, bez którego nie byłoby na świecie życia. W 2020 roku cena poszła sześciokrotnie w górę, do około 30 USD za tonę. W latach 2021–2022 nastąpił skokowy wzrost z około 30 USD do ponad 80 USD za tonę. Obecnie, w 2026 roku, ceny wahają się w przedziale 60–90 USD za tonę, w zależności od aktualnych przetargów na giełdach. W ten sposób narzucono krajom eurokołchozu podatek od wszystkiego – bo energia potrzebna jest do każdej produkcji – od ziarna zboża i ziemniaka po długopis, samochód pancerny i działo bezodrzutowe. Ten złodziejski haracz to ponad 60% ceny energii, czyli ponad połowa, co powoduje drożyznę wszystkiego.

Równocześnie Unia zawarła umowę „Merkosur” z krajami Ameryki Łacińskiej, gdzie żadne unijne normy nie obowiązują i ETS nie działa. Energia nieopodatkowana tym haraczem pozwala na tańsze wyprodukowanie wszystkiego, szczególnie w rolnictwie, czego umowa dotyczy. Co prawda produkty Mercosuru nie są obciążone restrykcyjnymi normami sanitarno-higienicznymi: żadnymi tam zakazami nastrzykiwania antybiotyków do wołowiny czy innymi eurokołchozowymi wymysłami.

Czy konsumowanie merkosurowych produktów wyjdzie nam na zdrowie, okaże się za jakiś czas. Na pewno na początek zadławią nasze rolnictwo i Polska stanie się zależna od dostaw żywności z zagranicy. Hodowcy przestaną hodować bydło i trzodę chlewną, rolnicy obsiewać pola – bo ich produkty, jako za drogie, nie będą miały zbytu. Żeby zlikwidować hodowlę i rolnictwo, wystarczy rok czy dwa, i zostaniemy na własnej (jeszcze) ziemi bez własnej żywności. A potem, żeby nas zmusić do przejścia w stan kompletnego zniewolenia, wystarczy wstrzymać dostawy.

Słyszeliście o Wielkim Głodzie na Ukrainie? Hołodomor (ukr. „Голодомор”, czyli „głodobójstwo”) wywołały sztucznie komunistyczne władze w latach 1932–1933. Ukraińcy sprzeciwili się kolektywizacji rolnictwa, władze ich ukarały głodem. Różne źródła podają, że liczba ofiar na Ukrainie wynosiła od ponad 3 do 10 milionów ludzi. Przykład dla władz unijnych jest. Polacy to znani w świecie buntownicy, podskoczą – nie dostarczy im się produktów z Merkosuru, swoich nie mają – weźmiemy ich głodem. Trochę wyzdycha („dusza goja pochodzi od zwierzęcia”), część wyjedzie, opustoszeje wieś, grunty będą tak tanie, że tylko brać i wybierać. Tak może skończyć swoje istnienie kraj o ponad tysiącletniej historii zwany Polską, zasiedlą go inni.

Dlatego liczę na Koronę z Braunem, że otrzymawszy stosowną ilość głosów w wyborach, pogoni kłamców u władzy i odbierze Polskę eurokołchozowym komisarzom, którzy wbrew jakiejkolwiek demokracji dokooptowują się na euro-unijne stołki i prowadzą Europę do zagłady, a Polskę skazali na sługusa Ukrainy.

Liczę na Koronę z Braunem, że popierany przez Naród potrafi wyrzucić Unię z Polski i odzyskamy niepodległość. Dzieło i odpowiedzialność wielka, ale stawka to „być albo nie być”. Można spekulować, że ten Braun, ach ten Braun, taki bezczelny, taki kontrowersyjny, taki nie wiadomo co. Najtrudniej być prorokiem we własnym kraju. Przyjmując, że jest prawdziwym prorokiem, a nie matrioszką jak różni chodzący dziś w sławie „nasi” politycy, nie ryzykujemy nic, a Polska może wiele zyskać, zawracając z drogi do przepaści. Urszula „Wodęleje” oznajmiła, że Europa oparta jest na wartościach „Talmudu”. Warto zajrzeć, co „Talmud” ma do zaproponowania gojom i co nas czeka [3].

Jasnowidzami posiłkowali się przywódcy większości krajów, królowie i dyktatorzy. Mieli swoich jasnowidzów: Hitler, Stalin, Churchill.

Uwierzmy i my Stefanowi Ossowieckiemu, że: „Najpierw będą władali Polską komuniści, a potem szubrawcy i świnie. Na koniec powstanie jeszcze większa niż teraz”. O tyle łatwiej uwierzyć, że pierwsze dwa człony przepowiedni z 1939 roku już sprawdziły się.

Uwierzmy ojcu Klimuszce, skromnemu franciszkaninowi, zwanemu jasnowidzem z Elbląga: „Polska będzie źródłem nowego prawa na świecie, zostanie tak uhonorowana wysoko, jak żaden kraj w Europie. Będzie jakaś wojna w Europie, ale to nie przejdzie przez teren Polski. Polsce będą się kłaniać narody Europy… Widzę mapę Europy, widzę orła polskiego w koronie. Polska jaśnieje jak słońce i blask ten pada naokoło. Do nas będą przyjeżdżać inni, aby żyć tutaj i szczycić się tym” [4].

Ktoś musi nas tam zaprowadzić.

Amen.

Autorstwo: Barnaba d’Aix
Źródło: WolneMedia.net

Chiński system satelitarny Beidou zmienia zasadniczo sposób prowadzenia wojny

Chiński system satelitarny Beidou zmienia zasadniczo sposób prowadzenia wojny przez Iran ze Stanami Zjednoczonymi.

Larry C. Johnson

Podziękowania dla Kevina Wamsleya z Inside China Business . Jego niedawny film o znaczeniu chińskiego systemu nawigacji satelitarnej Beidou dostarcza kluczowych informacji na temat obecnych sukcesów irańskich ataków rakietowych na cele w USA i Izraelu. To przełom.

Oto film:

Podsumujmy treść.

Podczas 12-dniowej wojny w czerwcu 2025 roku irańskie rakiety i drony napotkały znaczne trudności w starciu z zaawansowanymi systemami walki elektronicznej Izraela i Stanów Zjednoczonych. Wielokrotne zakłócanie i fałszowanie sygnałów GPS zakłócało ich systemy naprowadzania i poważnie ograniczało ich skuteczność podczas intensywnego konfliktu.

Jednak na początku 2026 roku sytuacja na polu bitwy uległa zasadniczej zmianie. Irańskie precyzyjne uderzenia nagle przebiły nowoczesne systemy obrony powietrznej i z zaskakującą celnością uderzyły w ważne cele w całym Zatoce Perskiej. Analitycy wywiadu przypisywali ten rozwój sytuacji jednemu kluczowemu czynnikowi: Iran porzucił system GPS i przeszedł na chiński system nawigacji satelitarnej Beidou .

Ironią losu jest to, że to Stany Zjednoczone, nieświadomie, dały Chinom impuls do rozwoju Beidou.

Historia zaczyna się w 1993 roku. W tym czasie chiński kontenerowiec Yinhe płynął do Iranu. CIA oskarżyła statek o transport chemikaliów do produkcji broni. Pod naciskiem USA porty na Bliskim Wschodzie odmówiły wjazdu statkowi, pozostawiając go na Oceanie Indyjskim. USA nie tylko wywierały presję na swoich sojuszników, ale rzekomo odcięły statkowi dostęp do systemu GPS, zmuszając go do pozostania na kotwicy przez tygodnie. Dopiero po inspekcji w Arabii Saudyjskiej statek został całkowicie oczyszczony z zarzutów. Chiny nie otrzymały jednak ani przeprosin, ani odszkodowania.

To upokorzenie – utrata nawigacji na środku oceanu z powodu uzależnienia od systemu kontrolowanego przez zagranicę – stało się dla Pekinu kluczową lekcją. Przyspieszyło to rozwój własnego systemu nawigacji satelitarnej: Beidou (BDS) .

  • BDS-1 (lata 2000) początkowo oferował zasięg regionalny.
  • BDS-2 znacząco rozszerzył możliwości.
  • Dzięki BDS-3 (zakończonemu około 2020 r.) Beidou stał się globalnym systemem obejmującym dziesiątki satelitów, znacznie więcej stacji naziemnych – zwłaszcza na globalnym Południu – oraz wyższą dokładność niż GPS w wielu regionach.

Obecnie Beidou przewyższa GPS pod względem zasięgu i precyzji w około 165 krajach . Oferuje solidną alternatywę, której państwa zachodnie nie mogą jednostronnie zakłócić ani zmanipulować.

Po tym, jak konflikt w 2025 roku ujawnił słabości systemów uzbrojenia opartych na GPS, Iran podjął zdecydowane działania. Pod koniec 2025 i na początku 2026 roku Teheran włączył Beidou do swojego arsenału rakietowego i dronów. Raporty z marca 2026 roku wskazywały już na znaczną poprawę: irańska broń precyzyjna była w stanie pokonać elektroniczne środki przeciwdziałania, które zaledwie kilka miesięcy wcześniej okazały się skuteczne.

Do najważniejszych zalet Beidou dla Iranu należą:

  • Wysoka odporność na zagłuszanie i spoofing GPS dzięki nowoczesnym technologiom przeskakiwania częstotliwości i przeciwdziałania zakłóceniom.
  • Zwiększona celność z prawdopodobieństwem błędu okręgu mniejszym niż pięć metrów w kluczowych obszarach operacyjnych, co umożliwia bardziej precyzyjne ataki przy użyciu mniejszej ilości amunicji.
  • Sterowanie w czasie rzeczywistym za pomocą bezpiecznego systemu wiadomości, który umożliwia korektę kursu podczas lotu, nawet na długich dystansach.

Ta modernizacja technologiczna znacząco przyczyniła się do zdolności Iranu do pokonywania amerykańskich systemów obronnych w państwach Zatoki Perskiej i znacznie skuteczniejszego atakowania kluczowych celów. Jednocześnie jednak znacznie osłabiła zaufanie do amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa w regionie Zatoki Perskiej.

Decyzja USA o wykorzystaniu GPS jako narzędzia geopolitycznego, podjęta już w 1993 roku, okazała się zatem spektakularnym ciosem. Próba upokorzenia Chin ostatecznie zapoczątkowała skok technologiczny, który obecnie daje Chinom i ich sojusznikom strategiczną przewagę nad Stanami Zjednoczonymi.

Źródło: Chiński system satelitarny Beidou zmienia zasady gry w wojnie Iranu ze Stanami Zjednoczonymi

Chorobotwórcza medycyna

Chorobotwórcza medycyna

17. lipca 2026 Marek Wojcik world-scam/chorobotworcza-medycyna

Wyobraź sobie, że idziesz do mechanika, bo twój samochód wydaje podejrzany, grzechoczący dźwięk. Mechanik mierzy grubość lakieru, stwierdza, że ​​jest za cienka i sprzedaje ci drogą powłokę. Nie obchodzi go, że oś jest złamana – liczy się tylko to, że lakier jest wystarczająco gruby. Dokładnie tak działa konwencjonalne leczenie osteoporozy. Nie wzmacnia kości. Sprawia, że ​​stają się bardziej kruche. Źródło.

Artykuł z tym trafnym cytatem z tkp.at został napisany na podstawie opublikowanej w niedzielę na midwesterndoctor.com analizie: Jak współczesna medycyna sprawiła, że twoje kości stały się kruche. Źródło.

… z danych medycznych wynika obecnie, że dwie trzecie złamań dotyczy osób, które nie cierpią na osteoporozę, co oznacza, że liczba, wokół której zbudowaliśmy całą tę branżę, nie jest liczbą osób, u których faktycznie dochodzi do złamań.

Ależ to przecież jest nieetyczne! Czyżby? Dla współczesnej medycyny etyczne jest wszystko, co przynosi zyski. Ta zasada została opisana i udokumentowana w dwóch artykułach sprzed czterech lat na midwesterndoctor.com:

What Roe vs. Wade Teaches Us About The Importance Of Medical Ethics.

i Modern Medical Ethics and How They Relate to Roe vs. Wade.

Tych artykułów nie tłumaczę, ponieważ osoby tak dociekliwe, żeby to czytać wiedzą, jak sobie z tym problemem poradzić.

Leki hamujące resorpcję kości (w tym bisfosfoniany), stosowane w leczeniu osteoporozy, zniekształcają wyniki badania gęstości kości, zatrzymując martwą tkankę kostną w macierzy kostnej. W normalnych warunkach martwa tkanka kostna powinna zostać usunięta przez ogromny system kanalizacyjny organizmu, czyli układ limfatyczny, jednak leki te spowalniają naturalny proces degradacji kości w organizmie, zmuszając obumierające i martwe komórki kostne do pozostania na swoim miejscu. Osłabia to kości, które ostatecznie zamieniają się w pył, co najczęściej ma miejsce w obrębie biodra lub szczęki.

Ta strategia medyczna nie jest wynikiem pomyłki w wyborze koncepcji. Jest to celowe działanie stosowane od ponad 100 lat. Wystarczy wymienić antybiotyki, leki na zgagę, leki przeciwdepresyjne, beta-blokery (na wysokie ciśnienie krwi), statyny (na cholesterol), tabletki antykoncepcyjne czy leki przeciwbólowe.

Wszystkie te chemiczne trucizny mają wspólną cechę: wytwarzają nowe choroby, niejednokrotnie powodując pogorszenie stanu tych chorób, które ponoć mają leczyć.

To, że od przemysłu farmaceutycznego niekoniecznie możemy oczekiwać samych dobrych rzeczy, nie jest w zasadzie żadnym nowym odkryciem. Jednak skandaliczna i pogardliwa wobec ludzi rola producentów szczepionek w inscenizacji pandemii koronawirusa ogromnie wzmocniła u wielu ludzi krytyczną świadomość wobec „Big Pharma”: i słusznie, jeśli weźmie się pod uwagę na przykład skandal związany z opioidami w Stanach Zjednoczonych: Chciwość koncernów farmaceutycznych doprowadziła setki tysięcy ludzi do uzależnienia od narkotyków poprzez podawanie im opioidów. Wcześniej lek ten był agresywnie reklamowany jako rzekomo nieszkodliwy „panaceum”, mimo że było wiadomo, iż opioidy mają ogromny potencjał uzależniający.

Sokratesowi przypisuje się następujące słowa: „Istnieje medycyna dla wolnych ludzi; tam leczymy za pomocą ducha. Jesteśmy zmaterializowanym duchem. Każda część ciała reaguje na to, do czego służy w całym moim organizmie”.
Najważniejsze jest to, że mogę zdiagnozować każdego człowieka wyłącznie indywidualnie, ponieważ każdy ma swoją własną duszę. Nie ma zdrowia fizycznego poza duszą, a wszystko, co przeżywa dusza, objawia się w ciele.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Zawieszone zawieszenie broni

Zawieszone zawieszenie broni

18. lipca 2026 Marek Wojcik world-scam/zawieszone-zawieszenie-broni

Zawieszenie broni w Zatoce Perskiej powróci, o ile Prezydent Izraela dogada się z prezydentem USA w tej właśnie sprawie. Jeśli się nie dogadają, to też będziemy mieli do czynienia z wielką mową Trumpa, w której ogłosi, że Iran błaga go o koniec działań wojennych, a on się zlituje ze względów humanitarnych.

Dlaczego? Ponieważ za trzy i pół miesiąca odbędą się w USA wybory do obu izb parlamentu zwane połówkowymi. Wcześniej, bo 27 października, odbędą się w Izraelu wybory prezydenckie.

Wiem, wielu z was uważa, że gdyby wybory cokolwiek zmieniały, byłyby zakazane. Zgodzę się z twierdzeniem, że wybory są teatrzykiem wykorzystującym niskie pobudki wyborców łasych na „kiełbasę”, ale nikt chyba nie zaprzeczy, że wybór Trumpa bardzo dużo zmienił na świecie.

Powiecie jasne – zaatakował Iran, dozbraja ciągle Ukrainę, rozpętał cyrk z cłami i kłamie, jakby sam w te brednie wierzył. Kłamie, bo jest politykiem – to chyba wyjaśnia jego zachowanie, chociaż mógłbym wymienić sporo polityków, którzy kłamią bardziej inteligentnie.

Ruch na drodze Bandar Abbas–Rudan w południowym Iranie został wznowiony po tym, jak wczesnym rankiem stała się ona celem amerykańskiego ataku wojskowego.
Źródło: Telegram 18.07.2026 r. 11:02.

Jak strona irańska opisuje aktualną eskalację, możemy przeczytać w dzisiejszym artykule presstv.co.uk: Armia irańska w ramach działań odwetowych atakuje amerykańskie obiekty wojskowe w Jordanii, Kuwejcie i Bahrajnie. Źródło.

Irańska armia poinformowała, że w piętnastej fazie operacji jej celem były schrony dla samolotów, miejsca postojowe dla samolotów, składy paliwa w bazie lotniczej Sheikh Isa w Bahrajnie, a także kilka strategicznych mostów, a wszystko to przy użyciu dronów szturmowych.
Bazę lotniczą Sheikh Isa opisano w dokumencie jako jeden z najważniejszych ośrodków operacyjnych i logistycznych wspierających amerykańskie siły powietrzne i morskie w regionie, zaznaczając, że pełni ona funkcję kluczowej bazy dla operacji wojskowych USA przeciwko celom regionalnym, szczególnie Iranowi.

Zdjęcia satelitarne przedstawiające zniszczenia amerykańskiego systemu Patriot w pobliżu Erbilu w Iraku.
Źródło: Telegram 17.07.2026 r. 11:42.

Szczegółowe bieżące informacje na temat walk na Bliskim wschodzie opublikowane zostały dzisiaj rano na tkp.at w artykule: Azja Zachodnia w płomieniach – telegram z 18 lipca (9:30). Źródło.

Również na tkp.at pojawiła się dzisiaj interesująca analiza: Poprawiają się zdolności ofensywne Iranu: Operacje wielodomenowe w praktyce. Źródło.

Trump w wywiadzie wypowiedział szczere i całkowicie bezinteresowne słowa uznania pod adresem JFK:
„John Kennedy był wspaniałym facetem, przystojnym. Mówią, że był drugim najprzystojniejszym prezydentem Stanów Zjednoczonych”.
Tylko nie pytajcie go, kto jest pierwszy. Nie pytajcie, kto zajmuje pierwsze miejsce w tym rankingu. Nie róbcie tego!
Fragment wywiadu na YouTube.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Plan B dla ropy naftowej: Trzy główne alternatywy dla Cieśniny Ormuz

Plan B dla ropy naftowej:

Trzy główne alternatywy

dla Cieśniny Ormuz

Igor Juszkow o tym, jak kraje Zatoki Perskiej próbują ratować eksport ropy, co mają z tym wspólnego Stany Zjednoczone i czego możemy oczekiwać od cen

Igor Juszkow , ekspert Uniwersytetu Finansowego i Narodowego Funduszu Bezpieczeństwa Energetycznego 17 lipca, tass-ru/opinions

© Elke Scholiers/Getty Images

Przerwa na światowych rynkach energii nie trwała długo. 17 czerwca USA i Iran rzekomo podpisały memorandum, które miało położyć podwaliny pod kompleksowe porozumienie w sprawie rozwiązywania konfliktów oraz format współpracy w różnych obszarach. Jednak niecały miesiąc później obie strony wznowiły zakrojone na szeroką skalę wymiany wojskowe, co oznaczało koniec zawieszenia broni i de facto zerwanie porozumienia.

Teraz Waszyngtonowi i Teheranowi będzie jeszcze trudniej osiągnąć kompromis. Już wcześniej istniał między nimi głęboki deficyt zaufania, a nowe starcia podważają samą możliwość rozpoczęcia dialogu.

Bez zaufania do Waszyngtonu

Niemniej jednak, możliwe jest wznowienie negocjacji, jeśli zmienią się zespoły negocjacyjne, a wręcz faktyczne przywództwo obu krajów. Jednak kolejne wybory prezydenckie w USA są jeszcze odległe, a Iran już zademonstrował swoją zdolność do utrzymania ciągłości nawet w przypadku śmierci najwyższego przywódcy kraju.

W tych warunkach USA przechodzą do Planu B, mającego na celu wprowadzenie ropy naftowej z Bliskiego Wschodu na rynek światowy.

Waszyngton miał wcześniej nadzieję na osiągnięcie porozumienia z Iranem w sprawie odblokowania Cieśniny Ormuz. Amerykanie ze swojej strony wstrzymali nawet konfiskatę tankowców z irańską ropą naftową u jej wyjścia – w Zatoce Omańskiej – i wydali licencję generalną (tymczasowe zniesienie sankcji) zezwalającą na nieograniczone zakupy węglowodorów z Teheranu. Jednak po upadku porozumienia licencja została cofnięta, a blokada morska została w pełni przywrócona.

Amerykański plan B składa się z dwóch części. Po pierwsze, Stany Zjednoczone chcą stworzyć południową trasę przez Cieśninę Ormuz. Trasa ta przebiegałaby u wybrzeży Omanu, jak najdalej od Iranu. Obecnie armia amerykańska koncentruje się na atakach na irańskie systemy wykrywania statków, infrastrukturę wywiadowczą i instalacje wojskowe na wybrzeżu. Celem USA jest uniemożliwienie Teheranowi dostrzeżenia tankowców przepływających przez Oman i uniemożliwienie im wykorzystania ich do ataku.

Problem z tą strategią polega na tym, że armatorzy i (co najważniejsze) firmy ubezpieczeniowe nie ufają Waszyngtonowi w kwestii gwarancji bezpieczeństwa. W konsekwencji, pełnoprawna żegluga południowym szlakiem w Cieśninie Ormuz będzie niemożliwa, dopóki istnieje choćby niewielkie ryzyko ataku na tankowce. Tymczasem Iran regularnie atakuje statki próbujące przepłynąć przez cieśninę nieskoordynowanymi korytarzami.

Drugą częścią amerykańskiego planu jest utworzenie i rozbudowa omijających lądowych rurociągów naftowych z krajów regionu.

Arabia Saudyjska

Największym lądowym szlakiem omijającym Cieśninę Ormuz do eksportu ropy naftowej jest saudyjski rurociąg Wschód-Zachód. Transportuje on ropę z głównych złóż królestwa do portu Janbu nad Morzem Czerwonym. Przepustowość rurociągu została niedawno zwiększona do 7 milionów baryłek dziennie, co pozwala już na eksport większości saudyjskiej ropy naftowej (choć produkty naftowe pozostają uwięzione w Zatoce Perskiej).

Oczekuje się, że Rijad w najbliższej przyszłości rozpocznie budowę nowego ropociągu do Morza Czerwonego lub dalszą rozbudowę istniejącej infrastruktury. Całkowita przepustowość tego systemu powinna docelowo w pełni odpowiadać maksymalnej technicznie możliwej wielkości produkcji kraju. Polityka OPEC+ również jest z tym zgodna: kwoty koncesyjne sojuszu stale rosną i w perspektywie średnioterminowej powinny osiągnąć poziom, który nie będzie już stanowił ograniczenia dla państw członkowskich.

Możliwa jest również budowa dedykowanego rurociągu na produkty naftowe. Rijad będzie musiał wówczas wybrać paliwo, które będzie eksportowane jako główne źródło. Olej napędowy będzie prawdopodobnie preferowanym wyborem, ponieważ cieszy się dużym popytem na rynku globalnym, szczególnie w Europie. Pozostałe produkty naftowe, w razie potrzeby, mogłyby być dostarczane mniej efektywnymi środkami transportu (kolejowym lub drogowym)

Głównym zagrożeniem dla saudyjskich terminali nad Morzem Czerwonym pozostaje ostrzał z Jemenu. Iran również okresowo atakował port Janbu wiosną 2026 roku, choć znaczna odległość uniemożliwiała wyrządzenie regularnych i poważnych szkód: działalność węzła została przerwana jedynie na krótko w celu jego odbudowy po atakach. Jednocześnie, jeśli jemeńscy Huti zaangażują się w konflikt w pełni, znacznie łatwiej będzie im zaatakować porty królestwa nad Morzem Czerwonym, co stanowi bezpośrednie zagrożenie dla nieprzerwanego funkcjonowania ropociągu Wschód-Zachód.

ZEA

Zjednoczone Emiraty Arabskie obsługują strategiczny rurociąg naftowy Abu Zabi (ADCOP) z głównych złóż lądowych w Abu Zabi do portu Fudżajra w Zatoce Omańskiej. Stanowi on bezpośrednią alternatywę dla Cieśniny Ormuz, ale jego przepustowość wynosi zaledwie 1,8 miliona baryłek dziennie. W obliczu narastających napięć, Zjednoczone Emiraty Arabskie przyspieszają budowę nowego rurociągu o przepustowości 1,5 miliona baryłek dziennie, którego uruchomienie planowane jest na 2027 rok. Kraj może również rozpocząć dalszą rozbudowę swojej infrastruktury eksportowej.

Po oficjalnym wystąpieniu Zjednoczonych Emiratów Arabskich z OPEC i OPEC+ 1 maja 2026 r., Abu Zabi nie jest już związane kwotami sojuszu. Państwowa Narodowa Spółka Naftowa Abu Zabi (ADNOC) planuje zwiększyć produkcję ropy do 4,85 mln baryłek dziennie, co będzie wymagało dodatkowych 1–2 mln baryłek dziennie w zakresie zdolności eksportowych.

Głównym problemem Zjednoczonych Emiratów Arabskich pozostaje słabe bezpieczeństwo portu w Fudżajrze. Wiosną, w szczytowym momencie konfliktu zbrojnego z USA, Iran aktywnie atakował terminale tego węzła, próbując całkowicie wstrzymać eksport ropy naftowej. Teheran dążył do maksymalnego niedoboru surowców i podniesienia cen światowych, aby wywrzeć presję na gospodarki zachodnie. Irańskie ataki sparaliżowały działalność portu, ponieważ firmy ewakuowały personel z niebezpiecznego obiektu.

Wszelkie terminale eksportowe ZEA w Zatoce Omańskiej są położone zbyt blisko wybrzeża Iranu, aby zagwarantować ich absolutne bezpieczeństwo. Co więcej, sam fakt, że Emiraty nadal inwestują i budują rurociąg naftowy do Fudżajry, wskazuje na ich niechęć do negocjacji z Arabią Saudyjską w sprawie tranzytu ropy naftowej przez terytorium Arabii Saudyjskiej do Morza Czerwonego. Rywalizacja geopolityczna między dwoma przywódcami Zatoki Perskiej jeszcze się nasiliła po demarche Abu Zabi i wycofaniu się tego kraju z porozumienia OPEC+.

Irak

Irak zamierza również zdywersyfikować swoje szlaki eksportowe. Chociaż Bagdad wielokrotnie negocjował z Teheranem możliwość przepływu tankowców podczas zamknięcia Cieśniny Ormuz, kraj ten nadal potrzebuje niezawodnych szlaków dostaw. Irak od dawna korzysta z rurociągu Kirkuk-Ceyhan, który umożliwia załadunek tankowców w tureckim porcie śródziemnomorskim. Jednak jego przepustowość, wynosząca 1,6 miliona baryłek dziennie, jest niewystarczająca, aby w pełni zastąpić Cieśninę Ormuz w transporcie irackiej ropy naftowej. Co więcej, rurociąg ten historycznie był ukierunkowany na eksport ropy naftowej z irackiego Kurdystanu, tj. ze złóż naftowych na północy kraju.

Bagdad rozważa rozbudowę rurociągu do Ceyhan, ale wymagałoby to modernizacji całego krajowego systemu transportu ropy naftowej w celu przekierowania przepływu z południowych złóż na północ. Pozytywnym czynnikiem dla Iraku jest spadek produkcji w Azerbejdżanie, który jest obecnie głównym źródłem zaopatrzenia dla terminalu eksportowego Ceyhan. Wolumeny przesyłu w systemie Baku-Tbilisi-Ceyhan maleją z roku na rok. Ponieważ Turcja ma żywotny interes w utrzymaniu przepustowości Ceyhan, znacząco poprawia to pozycję negocjacyjną Iraku w zakresie tranzytu i przeładunku węglowodorów ropopochodnych.

Jednak ostatnio pojawił się alternatywny projekt, aktywnie promowany przez Stany Zjednoczone. Zakłada on przekierowanie irackiej ropy do portów syryjskich. W lipcu 2026 roku, Specjalny Wysłannik USA ds. Syrii i Iraku, Thomas Barrack, odbył serię rozmów z urzędnikami obu krajów, a także z kierownictwem Chevronu i kilku innych korporacji. Strony omawiają ponowne otwarcie od dawna zamkniętego, 800-kilometrowego rurociągu Kirkuk-Banijas, biegnącego z Iraku do zachodniego wybrzeża Syrii. Zbudowany w 1952 roku, rurociąg ten został zamknięty podczas wojny iracko-irańskiej (1980–1988), a po inwazji USA na Irak w 2003 roku uległ poważnym uszkodzeniom i od tamtej pory pozostaje nieczynny. Wznowienie projektu będzie wymagało ogromnych inwestycji, ponieważ wiele obiektów technologicznych i całe odcinki rurociągu będą musiały zostać przebudowane.

Jednocześnie firmy komercyjne będą ostrożnie podchodzić do inwestowania w odbudowę rurociągu z dwóch kluczowych powodów. Po pierwsze, Syria jest nadal postrzegana przez inwestorów jako region wysoce niestabilny. Po drugie, jeśli żegluga w Cieśninie Ormuz zostanie w pełni wznowiona, firmy naftowe mogą powrócić do swoich dotychczasowych schematów logistycznych, co spowoduje niewykorzystanie nowych mocy przerobowych i zmarnowanie inwestycji.

Wniosek

W związku z powtarzającym się zamknięciem Cieśniny Ormuz, kraje Zatoki Perskiej nieuchronnie przyspieszą budowę alternatywnych szlaków lądowych i rurociągów naftowych. Stanowi to dla nich znaczne obciążenie finansowe, ponieważ istnieje znaczne ryzyko niedostatecznego wykorzystania tych nowych mocy w przypadku przywrócenia bezpiecznej żeglugi. Niemniej jednak eksporterzy nie mogą dłużej tolerować uzależnienia od jednego, wrażliwego korytarza morskiego.

Jednak na obecnym etapie żadne nowe projekty rurociągów naftowych nie są w stanie szybko rozwiązać problemu niedoboru. Pierwsze dodatkowe moce produkcyjne pojawią się na rynku dopiero w 2027 roku. Oznacza to, że obecne zamknięcie Cieśniny Ormuz ponownie doprowadzi do wzrostu światowych cen ropy.

Dlaczego Turcja dąży do geopolitycznej izolacji Izraela

Ofensywa Ankary wobec Interpolu: Co stanie się z Netanjahu, który znajduje się na liście osób poszukiwanych?

Aleksiej Martynow o tym, dlaczego Turcja dąży do geopolitycznej izolacji Izraela

Aleksiej Martynow , politolog, profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Finansowego przy Rządzie Federacji Rosyjskiej, dyrektor Instytutu Państw Nowoczesnych

17 lipca, tass-ru/opinions

Jedenasty Sąd Karny w Stambule wydał nakaz wydania  przez Interpol czerwonej noty przeciwko premierowi Izraela Benjaminowi Netanjahu. Decyzja ta wpisuje się w systematyczną strategię Ankary, mającą na celu delegitymizację Izraela za pomocą środków sądowych, dyplomatycznych, wojskowych i ekonomicznych. Ankara próbuje wykluczyć Jerozolimę z regionalnych korytarzy, wykorzystując rzekomą osłonę dyplomatyczną Waszyngtonu (choć może to brzmieć dziwnie) i własne wzmocnienie militarne w ramach NATO.

Flotylla Global Sumud jako wyzwalacz

Obecna eskalacja została wywołana wydarzeniami w drugiej połowie 2025 roku. Pod koniec sierpnia Global Sumud Flotilla (GSF) – konwój ponad 40 statków przewożących blisko 500 propalestyńskich aktywistów – wypłynął z portów w Hiszpanii i Włoszech, aby dostarczyć pomoc humanitarną do Strefy Gazy. W dniach 1-2 października izraelska marynarka wojenna przechwyciła flotyllę na Morzu Śródziemnym, po czym aktywiści zostali deportowani do Europy.

Tureckie Ministerstwo Spraw Zagranicznych natychmiast uznało przechwycenie za „akt terroryzmu na wodach międzynarodowych”. Obecność kilku obywateli Turcji we flotylli dała Ankarze formalną podstawę prawną do wszczęcia postępowania karnego.

Już w listopadzie prokuratura w Stambule wydała nakaz aresztowania Netanjahu i 36 izraelskich urzędników pod zarzutem „ludobójstwa i zbrodni przeciwko ludzkości”. W kwietniu 2026 roku sąd w Stambule zatwierdził akt oskarżenia, domagając się dożywotniego pozbawienia wolności dla premiera Izraela i 34 obywateli Izraela. Ostatnim krokiem była decyzja Wysokiego Sądu Karnego w Stambule z 14 lipca o zwróceniu się do Interpolu o wydanie wspomnianego „czerwonego alertu” w celu natychmiastowego aresztowania Netanjahu. 

Warto zauważyć, że ani państwo żydowskie, ani Stany Zjednoczone nie dokonują ekstradycji osób na wniosek Interpolu. Obecnie nie istnieje dwustronne porozumienie między Turcją a Izraelem w sprawie wzajemnej koordynacji w sprawach karnych i egzekwowania orzeczeń sądowych. 

Tureccy sędziowie nie szczędzą najostrzejszego języka, podsycanego już i tak nadszarpniętymi stosunkami między oboma krajami. Mamy tu „zbrodnie przeciwko ludzkości”, „ludobójstwo”, „nielegalne uwięzienie”, „okrutne traktowanie więźniów”, „umyślne uszkodzenie zdrowia”, „rabunek” i „piractwo z ograniczeniem swobody przemieszczania się”.

Tymczasem, równolegle z presją sądową i medialną, rozpoczęła się druga fala misji „Global Sumud Flotilla” . Zgodnie z przewidywaniami, została ona przechwycona przez izraelską marynarkę wojenną. Pod koniec kwietnia rozpoczęła się wiosenna misja – 2026 GSF. Konwój składał się z około 60 statków przewożących aktywistów z ponad 44 krajów. Tym razem organizatorem była również turecka organizacja IHH. Flotylla wypłynęła z Marmaris, a 30 kwietnia izraelska marynarka wojenna dokonała abordażu 22 statków u wybrzeży Krety – wcale nie blisko izraelskich wód terytorialnych, ale około 600 mil morskich od Strefy Gazy. W wyniku operacji 175 zatrzymanych aktywistów zostało przekazanych Grecji, a statki z ich ładunkiem zostały zajęte. 

14 maja z Marmaris wypłynęły kolejne 54 statki. Kilka dni później zostały przechwycone około 70 mil na zachód od Cypru i 250 mil od Strefy Gazy. Prawie 430 aktywistów z 39 krajów zatrzymanych przez izraelskie wojsko zostało  przewiezionych do portu w Aszdodzie. 

Później aktywiści deportowani do swoich miejsc zamieszkania zarzucali im łamanie praw, a Włochy i Niemcy przekazały Izraelowi noty protestacyjne. Skandal wybuchł wówczas po nagraniach nagranych przez izraelskiego ministra bezpieczeństwa narodowego Itamara Ben-Gvira w obiektach przetrzymywania flotylli. Na nagraniach tych izraelski urzędnik otwarcie wyraża zadowolenie z tego, co zobaczył, pokazując skutych kajdankami, klęczących aktywistów. Trzeba przyznać, że Netanjahu publicznie potępił działania swojego ministra, choć sam pochwalał przechwycenie konwoju humanitarnego. Według organizatorów, „sympozjum prawne” odbyło się bezpośrednio na pokładzie statków: aktywiści udokumentowali dowody na pozwy przeciwko Izraelowi w ponad 30 jurysdykcjach, w tym przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym (MTK) w Hadze.

Ogólnie rzecz biorąc, ta forma nacisku medialnego i prawnego nie została wybrana przypadkowo. Moim zdaniem jesteśmy świadkami wyraźnie zaplanowanej kampanii przeciwko Izraelowi w kontekście eskalującego konfliktu regionalnego. 

Wojna prawna jako część systemowej konfrontacji

Należy zauważyć, że medialne i prawne wojny wokół Bliskiego Wschodu toczą się z nie mniejszą zaciekłością, jak te osadzone w Starym Testamencie, niż rzeczywiste konflikty zbrojne w tym regionie, gdzie impas trwa od prawie 80 lat. Ankara nigdy nie zapomniała, że ​​niemal całe terytorium współczesnego Izraela było niegdyś częścią Imperium Osmańskiego i dopiero po wojnach światowych obecność Turków w Ziemi Świętej (tymczasowo) została zastąpiona mandatami Wielkiej Brytanii i Francji. 

Przez lata stosunki dwustronne były diametralnie różne, ale neoosmanizm Erdogana zawsze implikował roszczenia do wpływów w państwie żydowskim i wyłącznej kontroli nad regionem. Oczywiście strona izraelska również nie słynie z pokojowego nastawienia. Ostateczny rozłam między oboma przywódcami nastąpił w kwestii syryjskiej. W rezultacie, w ostatnich latach stosunki turecko-izraelskie pogorszyły się z impasu politycznego i prawnego do balansowania na krawędzi konfliktu zbrojnego. 

W ramach kampanii medialnej i prawnej wykorzystywanych jest równocześnie kilka instrumentów.

  • Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości (MTS) orzekł, że Turcja od sierpnia 2024 r. aktywnie uczestniczy w sprawie o ludobójstwo, wszczętej przez Republikę Południowej Afryki przeciwko Izraelowi.
  • MTK: Ankara przekazuje materiały i publicznie popiera przyspieszenie postępowania, pomimo faktu, że sama Turcja nie podpisała Statutu Rzymskiego.
  • Sądy krajowe: Ankara powołuje się na zasadę jurysdykcji uniwersalnej i międzynarodowe prawo morskie, wszczynając postępowania przeciwko izraelskim urzędnikom.
  • NATO: Turcja systematycznie blokuje wszelkie formy partnerstwa między sojuszem a Izraelem.

Stosowane są również środki ekonomiczne. W maju 2024 roku Turcja nałożyła embargo handlowe na partnerów izraelskich. W listopadzie tego roku stosunki dyplomatyczne zostały skutecznie zerwane, a w sierpniu 2025 roku przestrzeń powietrzna została ograniczona, a ruch lotniczy zawieszony.

Według Tureckiego Instytutu Statystycznego turecki eksport do Izraela spadł z 3,5 miliarda dolarów w 2024 roku do około 520 milionów dolarów w pierwszych siedmiu miesiącach 2025 roku. Oczekuje się, że do 2026 roku wartość ta spadnie do zera.

Front syryjski

W rzeczywistości rozwój konfliktu między Turcją a Izraelem pod wieloma względami przypomina sytuację w Syrii sprzed dekady. Erdogan nazwał kiedyś Baszara al-Asada bratem, ale nie powstrzymało ich to przed przekształceniem się w nieprzejednanych wrogów w pierwszej połowie lat 2010., w trakcie wojny domowej w Syrii i walki o wpływy regionalne (o podział szlaków naftowych do Europy). 

Po upadku  rządu Asada w grudniu 2024 roku Syria stała się główną areną bezpośredniej konfrontacji między Turcją a Izraelem. Już w styczniu 2025 roku Komitet Nagela przedstawił Knesetowi raport na temat zagrożenia ze strony sił sunnickich w Damaszku. Wyjaśniono w nim, że jeśli Syria stanie się faktycznym sojusznikiem Turcji, „może okazać się większym zagrożeniem niż zagrożenie ze strony Iranu”. Innymi słowy, Erdoğan został w rzeczywistości wyzwany.

Od sierpnia 2025 roku Izrael systematycznie atakuje protureckie cele w Syrii, a jednocześnie narasta impas między służbami wywiadowczymi. Po izraelskich atakach na cele wojskowe i Sztab Generalny w Damaszku, Erdoğan publicznie nazwał Izrael „państwem terrorystycznym”, oskarżając go o wykorzystywanie ochrony społeczności druzyjskiej jako pretekstu do ekspansji w Syrii.

Eskalacja osiągnęła punkt krytyczny. Turecki minister spraw zagranicznych Hakan Fidan oświadczył, że kraj „czuje się coraz bardziej okrążony” przez izraelskich sojuszników – Grecję i Cypr. 9 czerwca, przemawiając w parlamencie, Erdoğan stwierdził, że izraelskie ataki na Liban i Syrię „osiągnęły punkt, który bezpośrednio zagraża” bezpieczeństwu Turcji. Prezydent obiecał „bardzo jasną i zdecydowaną odpowiedź” na wszelkie naruszenia praw Ankary we wschodniej części Morza Śródziemnego, nazywając małe państwa podążające za Izraelem „podwykonawcami syjonizmu”.

Na początku lipca, na wspólnej konferencji prasowej z premierem Pakistanu Szahbazem Szarifem w Stambule, Erdoğan niemal wypowiedział wojnę Izraelowi. Oświadczył, że „żądne wojny izraelskie władze ponownie wypełniają region zapachem prochu i krwi” i wezwał społeczność międzynarodową do powstrzymania „syjonistycznego oddziału zabójców”.

Prezydent USA Donald Trump również podkreślił powagę sytuacji na niedawnym szczycie NATO w Ankarze, zauważając mimochodem, że gdyby nie on, „Turcja już byłaby w stanie wojny z Izraelem”.

Co Netanjahu dostanie od Interpolu?

Wracając do prawnego aspektu sprawy, warto zauważyć, że „czerwona nota” Interpolu, o którą wnioskował turecki sąd, nie jest międzynarodowym nakazem aresztowania. Jest to jedynie wniosek skierowany do 196 państw członkowskich tej organizacji o poszukiwanie i tymczasowe zatrzymanie osoby. Jej rzeczywista moc prawna zależy wyłącznie od ustawodawstwa krajowego i sytuacji osoby otrzymującej notę.

W tym kontekście kilka postanowień Karty Interpolu sprawia, że ​​spełnienie prośby Turcji jest mało prawdopodobne. Artykuł 3 Karty Interpolu, na przykład, wyraźnie zakazuje jakiejkolwiek ingerencji lub działań o charakterze politycznym lub militarnym – to właśnie na ten zapis powołuje się Izrael. Co więcej, MTK wydał własny nakaz aresztowania Netanjahu w listopadzie 2024 roku, który nie został jeszcze wykonany przez żadne państwo. I oczywiście nie zostanie wykonany (chyba że premier Izraela zrzeknie się swojego statusu i uda się do jurysdykcji, która zgodzi się go zatrzymać, na przykład jako turysta w Antalyi). Wreszcie, jak już wspomniałem, nie istnieje dwustronny traktat ekstradycyjny między Izraelem a Turcją.

Państwo żydowskie oczywiście zareagowało natychmiast. Minister spraw zagranicznych Gideon Saar nazwał tureckie nakazy „chwytem reklamowym Erdogana”, wskazując, że ta sama prokuratura w Stambule aresztowała wcześniej przeciwnika politycznego prezydenta, burmistrza Stambułu Ekrema İmamoğlu. Twierdził, że podważa to niezależność tureckiego wymiaru sprawiedliwości i wskazuje na wyraźny polityczny nacisk ze strony władz.

Eksperci wskazują na kilka możliwych scenariuszy dla wniosku Interpolu. Najprawdopodobniej organizacja go odrzuci, powołując się na Artykuł 3. Jednak nawet bez konsekwencji prawnych, negatywny wpływ na wizerunek będzie się utrzymywał, aż do wyborów parlamentarnych w Izraelu zaplanowanych na 27 października. Co więcej, nawet w mało prawdopodobnym przypadku zatwierdzenia wniosku przez poszczególne państwa członkowskie, wniosek ten doprowadzi jedynie do pewnych ograniczeń w podróżach zagranicznych Netanjahu. Izrael natychmiast odwoła się od takiej decyzji, a odwołanie ponownie będzie dotyczyło tego samego Artykułu 3 Karty. 

Zatem Netanjahu nie jest w realnym niebezpieczeństwie; nie ma realnej groźby aresztowania. Jedyne, co można zrobić, to zaszkodzić jego międzynarodowej reputacji przed kampanią wyborczą. W rzeczywistości uważam, że ten scenariusz ma na celu ingerencję w wewnętrzne sprawy Izraela.

Mówienie nie znaczy działanie: Dlaczego Europa Środkowa odmówiła Kijowowi pożyczek NATO

Mówienie nie znaczy działanie: Dlaczego Europa Środkowa odmówiła Kijowowi pożyczek NATO

Artem Ilyinsky o tym, jak Czechy, Słowacja i Węgry czerpią korzyści z dostaw dla ukraińskich sił zbrojnych.

16 lipca, tass-ru/opinions

© Pierre Crom/Getty Images

Jedną z przełomowych decyzji szczytu NATO w Ankarze było zatwierdzenie nowej pożyczki wojskowej dla Ukrainy na rok 2026 o łącznej wartości ponad 70 miliardów euro. Oczekuje się, że środki te zostaną przeznaczone na zakup sprzętu wojskowego, amunicji i szkolenie żołnierzy. Tymczasem wiosną tego roku Unia Europejska zatwierdziła już pożyczkę dla Kijowa w wysokości 90 miliardów euro, z czego większość – 60 miliardów euro – zostanie przeznaczona na inwestycje obronne. Podobnie jak wówczas, nie wszystkie państwa członkowskie NATO i UE poparły nową inicjatywę: Czechy, Słowacja i Węgry oficjalnie ogłosiły odmowę finansowania bezpośrednich dostaw uzbrojenia na Ukrainę.

Przywódcy tych krajów podkreślili, że popierają dążenie do wzmocnienia zdolności obronnych NATO, ale skoncentrują swoje wysiłki na zwiększeniu własnej gotowości bojowej.

Odmowa Czech, Słowacji i Węgier udziału w pożyczce wojskowej nie oznacza, że ​​wycofują one swoje wsparcie dla Ukrainy. Nadal dysponują innymi sposobami „pomocy” Kijowowi: kontraktami handlowymi z prywatnymi firmami zbrojeniowymi i integracją z transgranicznymi łańcuchami dostaw amunicji. W związku z tym działania tych trzech krajów nie świadczą o chęci pokoju ani próbie rozwiązania konfliktu.

Czechy

Wraz z rozpoczęciem Specjalnej Operacji Wojskowej (SMO) Praga zajęła aktywne stanowisko proukraińskie i uczestniczyła w inicjatywach wojskowych wspierających Kijów. Najważniejszym projektem było uruchomienie „Inicjatywy Pociskowej” w 2024 roku, w ramach której Republika Czeska koordynowała zakupy amunicji, często kupując ją od krajów trzecich z 10-15% marżą, czerpiąc w ten sposób zyski z tego przedsięwzięcia. W sumie do 2025 roku Praga dostarczyła 1,8 miliona sztuk amunicji wielkokalibrowej. Jednocześnie kraj ten wysłał na Ukrainę przestarzały radziecki sprzęt (taki jak czołgi T-72), prosząc w zamian o niemieckie czołgi Leopard w ramach programu wymiany okrężnej.

Wraz z dojściem Andreja Babiša do władzy w grudniu 2025 roku, stanowisko Czech uległo pewnej zmianie w porównaniu z twardym stanowiskiem jego poprzednika, Petra Fiali. Wsparcie dla Kijowa oczywiście nadal jest ważne, ale nowy rząd stara się inwestować w niego mniej czeskich pieniędzy. Jednocześnie Praga nadal lubi podkreślać, że Czechy były jednym z pierwszych krajów, które udzieliły Ukrainie pomocy wojskowej.

Spadek tempa wsparcia wynika z czynników czysto ekonomicznych: eskalacja na Bliskim Wschodzie i kryzys energetyczny zaostrzyły problemy czeskiej gospodarki, utrudniając utrzymanie dotychczasowych poziomów wsparcia. Czeskie Siły Zbrojne również borykają się z niedoborem zasobów, które pilnie wymagają modernizacji. Praga jest obecnie zdeterminowana w dążeniu do poprawy efektywności własnej armii, która jej zdaniem potrzebuje zastrzyków finansowych bardziej niż Kijów.

Chociaż stawki dostaw spadły o ponad połowę, kraj ten nadal pełni rolę koordynatora międzynarodowych zakupów amunicji, formalnie zachowując status głównego „asystenta” reżimu kijowskiego. W związku z tym Republika Czeska nie jest szczególnie chętna do zaciągania nowych kredytów finansowych, biorąc pod uwagę, że – jak sama uważa – zapewnia już wystarczające środki.

Słowacja

Stanowisko Słowacji w sprawie kryzysu ukraińskiego od początku było niejednoznaczne. Premier Robert Fico konsekwentnie deklarował, że Bratysława nie wyśle ​​broni i amunicji do Kijowa. Nie uniemożliwia to jednak Republice Czeskiej komercyjnego eksportu sprzętu wojskowego.

Słowacja ma dobrze rozwinięty przemysł obronny. Według Urzędu Statystycznego Słowacji, eksport uzbrojenia osiągnął rekordową wartość 2,4 mld euro w 2025 roku i ma osiągnąć 7,6 mld euro w 2026 roku. Głównym motorem tego wzrostu jest Grupa Czechosłowacka (CSG), największa czesko-słowacka spółka holdingowa. Podczas gdy Czechy, poprzez swoją „inicjatywę pociskową”, zaopatrywały ukraińskie siły zbrojne głównie w amunicję z czasów ZSRR, słowackie fabryki koncentrują się na produkcji pocisków kalibru NATO, zaspokajając potrzeby Kijowa.

Oprócz amunicji, pod koniec 2025 roku zintensyfikowano również produkcję pojazdów opancerzonych: zakłady STV Machinery w Dubnicy nad Wagiem rozpoczęły produkcję kadłubów pancernych do radzieckiego BMP-1. Oczywiste jest, że powrót do starych konstrukcji nie wynika z nostalgii, lecz z czysto praktycznego celu – zaopatrywania Ukrainy w deficytowe komponenty.

Tymczasem oficjalne stanowisko Słowacji pozostaje niezmienne: wyklucza ona dostawy za pośrednictwem Ministerstwa Obrony Narodowej, a także udział w zbiorowych pożyczkach wojskowych NATO. „Jeśli firma chce produkować broń i gdzieś ją dostarczać, to oczywiście nikt nie będzie jej przeszkadzał” – oświadczył Fico w listopadzie 2023 roku, zaledwie kilka dni po objęciu urzędu premiera Słowacji.

Obecna odmowa Bratysławy udziału w nowej transzy finansowej NATO wynika z tych samych problemów gospodarczych, co w przypadku Czech. Słowackie władze również deklarują potrzebę skoncentrowania środków na wzmocnieniu własnego potencjału obronnego. Wypowiedzi prezydenta Petera Pellegriniego po szczycie NATO w Ankarze, tłumaczące odmowę ograniczeniami budżetowymi, potwierdzają to podejście, choć nie są pozbawione pewnej dozy nieszczerości. Rzeczywistą strategię można podsumować następująco: państwo oszczędza środki budżetowe w kraju, rozwijając własny przemysł zbrojeniowy, podczas gdy dostawy amunicji na Ukrainę są realizowane komercyjnie, formalnie niezwiązane z rządem.

Warto zauważyć, że Słowacja z powodzeniem radzi sobie w obecnej sytuacji geopolitycznej: odmawia udzielenia Ukrainie pożyczek, jednocześnie utrzymując dialog z Rosją. Tymczasem republika czerpie zyski ze sprzedaży amunicji, co od dawna pozostaje tajemnicą poliszynela.

Węgry

Stanowisko Węgier jest bardziej przewidywalne. Jednym z niewielu wspólnych mianowników polityki Viktora Orbána i jego następcy, Pétera Magyara, jest odmowa dostarczania broni i amunicji Ukrainie. Tak jak Czechy szczycą się wysyłaniem amunicji do Kijowa, tak Węgry szczycą się tym, że nigdy tego nie zrobiły od początku konfliktu. Władze węgierskie uzasadniają swoje stanowisko obawami o bezpieczeństwo mniejszości węgierskiej na Zakarpaciu, której prawa pozostają przedmiotem przedłużającego się sporu politycznego między Budapesztem a Kijowem.

Zakaz finansowania i dostarczania broni – a konkretnie jej śmiercionośnych komponentów – dotyczy również jej transportu przez terytorium Węgier. Co więcej, to właśnie to doprecyzowanie dotyczące „śmiercionośnych komponentów” pozwala Budapesztowi twierdzić, że korytarz powietrzny NATO przebiegający nad krajem służy do transportu ładunków wyłącznie nieśmiercionośnych.

Lotnisko wojskowe w Szolnok służy jako węzeł przeładunkowy dla ładunków transportowanych do Rzeszowa w Polsce, a stamtąd do Lwowa. Do tych celów służą zarówno europejskie samoloty transportowe Airbus, jak i węgierskie Embraery C-390 Millennium. Co więcej, niepotwierdzone doniesienia o konwojach wojskowych przejeżdżających przez węgierskie autostrady M70 i M7 ze Słowenii w 2024 roku były szeroko komentowane w mediach i za kulisami. Pojawiają się również zarzuty o tajną sprzedaż radzieckich pocisków kalibru 152 mm i 155 mm ze starych węgierskich magazynów za pośrednictwem sieci państw trzecich i prywatnych pośredników. Hipoteza ta opiera się na prawdopodobnych apelach Pragi do Budapesztu, na przykład w ramach „inicjatywy pociskowej”, powołując się na duże zapasy wycofanej z użytku broni i pocisków z czasów radzieckich.

Jeśli chodzi o węgierski narodowy kompleks wojskowo-przemysłowy i teoretycznie możliwe dostawy komercyjne, w przeciwieństwie do słowackiego kompleksu wojskowo-przemysłowego, nie jest on jeszcze w stanie produkować wymaganych i znaczących ilości. Co więcej, węgierski przemysł – zakłady Rheinmetall w Zalaegerszeg, Várpalota i Gödöllő – koncentruje się obecnie na kontraktach obronnych dla armii węgierskiej, produkując komponenty i amunicję do bojowych wozów piechoty Lynx i czołgów Leopard.

W każdym razie Budapeszt pozostaje nieugięty na szczeblu oficjalnym. Pomimo ocieplenia stosunków z Kijowem i postępów w rozwiązaniu kwestii zakarpackiej, Węgry wykluczają ustępstwa w sprawie dostaw wojskowych. Jednak ostre weto w sprawie zatwierdzenia nowej pożyczki wojskowej NATO, a także wiosenne spory o 90-miliardową transzę UE, mogą negatywnie wpłynąć na poparcie premiera wśród europejskich przywódców. Pozycja Węgier jest nadal krucha, co może doprowadzić do uciekania się Brukseli do presji i szantażu, zwłaszcza jeśli opinia Budapesztu w sprawie nowej pożyczki dla Ukrainy stanie się decydująca.  

Całkowity

Wracamy zatem do naszej pierwotnej tezy: odmowa Czech, Słowacji i Węgier w kwestii udzielenia Ukrainie nowej pożyczki wojskowej wcale nie świadczy o chęci przyczynienia się tych krajów do zakończenia konfliktu. Górnolotne słowa „zakończmy wojnę i rozpocznijmy negocjacje” skrywają typową niezdolność gospodarek tych krajów do udźwignięcia dodatkowych zobowiązań dłużnych, a także nadzieję na znacznie większe zyski z komercyjnej sprzedaży broni.

Węgry pozostają wyjątkiem wśród tych trzech. Jednak ich przywódcy, nawet biorąc pod uwagę niezwykle trudną sytuację gospodarczą na Węgrzech, mogą okazać się znacznie bardziej skłonni do przyjęcia pożyczki.

Musimy więc zwrócić uwagę nie na to, że państwa Europy Środkowej zaprzestały werbalnych apeli o kontynuowanie działań wojennych, lecz na to, że nadal dostarczają amunicję, przedłużając w ten sposób konflikt.

Katolicka konspiracja w czasach rewolucji anty-francuskiej

Katolicka konspiracja w czasach rewolucji

18 lipca 2026 Filip Adamus pch/katolicka-konspiracja-w-czasach-rewolucji

kompleta.jpg
Oprac. PCh24.pl

Katakumbowe życie chrześcijan – praktykujących religię w ukryciu przed wrogim światem – kojarzy nam się z zamierzchłą starożytnością. A jednak katolicka wiara musiała przetrwać w konspiracji w znacznie bliższych nam czasach. Rewolucja francuska zmusiła duchownych do potajemnej katechizacji i sprawowania sakramentów w sekrecie przed bezbożną władzą. Kluczem do ich powodzenia była pomoc wiernych świeckich, którzy nie szczędzili ofiar, by religia objawiona przetrwała. Historia odwagi niepokornych kapłanów i laikatu w czasach dechrystianizacji to świadectwo miłości do Chrystusa; miłości, która przerasta strach przed państwem. Ludzie ci dowiedli, że siła wiary nie bierze się ani z okoliczności kulturowych, ani z jej społecznego znaczenia. Być może to za sprawą tego poruszającego testamentu Napoleon Bonaparte w skrusze wyznał swoje grzechy i wrócił do Kościoła. 

Krwawa dechrystianizacja Francji była jednym ze znaków rozpoznawczych rewolucji francuskiej. W końcu nienawiścią do chrześcijaństwa zdecydowanie epatował Wolter i inni ideologowie, którzy  nazywając się filozofami – rozsiewali agendę buntu wobec tradycyjnego porządku w XVIII-wiecznej Europie.

Walka z Kościołem katolickim rozgorzała na dobre jeszcze przed ostatecznym zniesieniem monarchii i morderstwem Ludwika XVI. Wyrazem tego było uchwalenie Konstytucji Cywilnej Kleru przez rewolucyjną Konstytuantę. Dokument miał stać się ustrojową zasadą regulującą status Kościoła we Francji. Wprowadzał przy tym rozstrzygnięcia zgoła niedopuszczalne, m.in. zasadę wybieralności duchownych przez świeckie społeczeństwo. Samowolnie zmieniał też strukturę diecezji, a ostatecznie zmuszał duchowieństwo do wierności raczej władzy państwowej niż duchownej.

Zróbmy to razem!

  • 25 zł
  • 50 zł
  • 100 zł
  • 200 zł
  • 500 zł

Papież Pius VI zaprotestował zdecydowanie przeciwko Konstytucji i działaniom francuskiego Zgromadzenia Narodowego. Po konsultacji z kardynałami i biskupami Francji zadeklarował w bulli Charitas, że nie tylko biskupowi i księżom, ale żadnemu nawet katolikowi nie przystoi zgodzić się na podobne założenia – z natury błędne i schizmatyckie.

To nie jedyny raz, kiedy Ojciec Święty stanął w obronie Kościoła przeciw rewolucyjnej uzurpacji. Miesiąc wcześniej w ważnym breve Quod Aliquantum Pius VI potępił błędne zasady rewolucjonistów z ich liberalnymi antychrześcijańskimi ideami oraz atakiem na wolność Kościoła.

Postawione wobec takiej rzeczywistości duchowieństwo Francji musiało dokonać jednoznacznego wyboru – stanąć po stronie papieża lub ulec antyklerykalnym wizjom, napędzającym rewolucyjną ideologię. Położenie to wymagało również odwagi od świeckich – szukających szansy na korzystanie z posługi księży, którzy odmówili złożenia sprzecznej z wiarą przysięgi. 

Jak doskonale wiadomo, miłość do Kościoła Bożego była w czasach rewolucji okupiona przez wielu najwyższą ceną. Wobec tego ryzyka wybory kleru okazały się poważnie podzielone. W licznych regionach ponad połowa księży odrzuciła konstytucję cywilną. W innych większość złożyła przysięgę – odpadając od zasad wiary i jedności z następcą świętego Piotra – czy to z powodu moralnego zepsucia, czy strachu przed prześladowaniami, czy wreszcie wyznając błędne poglądy, których wcale wśród duchownych Francji tamtego czasu nie brakowało. 

Kapłani, którzy nie ugięli się wobec rewolucjonistów, wkrótce otrzymali status „przestępców”. W 1792 roku – gdy rewolucja w pełni okazała swoje diaboliczne oblicze, każdy z nich otrzymał nakaz opuszczenia kraju w ciągu 14 dni…

Tysiące księży szukało bezpiecznego schronienia i szansy na kontynuację posługi w pobliskich krajach. Wielu jednak mimo groźby śmierci zostało w ojczyźnie – ta zaś przybrała oblicze antychrześcijańskiej republiki. W dawnych kościołach sprawowano bałwochwalczy „kult Rozumu”.

Tajna posługa

Jedną z chwalebnych postaci w tamtym czasie okazał się ksiądz Louis Joseph Colmar – późniejszy biskup i przeciwnik promocji liberalnych błędów wśród kleru jego diecezji. 

Ks. Colmar przyjął święcenia kapłańskie na kilka lat przed tym, jak rewolucyjne wrzenie na dobre zmieniło oblicze Francji. Od 1783 roku jako duchowny prowadził gorliwą pracę duszpasterską, poświęcając się licznym rodzajom posługi. Antychrześcijańska rewolucja na trwałe zmieniła jego pracę, wymuszając przejście do konspiracji. Dzięki odrobinie sprytu i odwagi oraz przyjaźni z ofiarnymi świeckimi, kapłan przez lata sprawował sakramenty i nauczał w historycznym sercu Alzacji. Nigdy nie został ujęty przez prześladowców.

Od 1792 roku duchowny przemierzał miasto w najróżniejszych przebraniach, sięgając po stroje czasem piekarza, czasem węglarza, czasem sługi. Szansę na kontynuację posługi zapewniła mu sieć bliskich wiernych, w których posiadłościach znajdował ukrycie oraz miejsce do instruowania wiernych, potajemnego sprawowania sakramentów i ofiary Mszy świętej. 

Kluczową rolę w otoczeniu duchownego odgrywały dwie kobiety, które kapłan poznał w ramach prowadzonej przez siebie działalności charytatywnej. Domostwo jednej z nich, Marie Therese Brek, stało się w latach rewolucyjnego terroru prawdziwym centrum życia religijnego. O. Colmar sprawował w nim potajemnie Msze święte, prowadził spotkania z wiernymi, a zaufanej młodzieży udzielano tam katechezy i przygotowywano do sakramentów świętych.

Obok pani domu kluczową rolę we wsparciu posługi O. Colmara odegrała Marie Madeleine Louise Humann – będąca również jego córką duchową. Wobec trudnej sytuacji rodzinnej pani Brek, dysponująca rzadkim jak na swoją płeć wykształceniem druga z kobiet dbała o edukację jej dzieci.

Z czasem ksiądz Colmar zadzierzgnął z obiema kobietami szczerą przyjaźń, dzięki której w czasach prześladowań mógł pełnić zbawienną posługę.

Po latach ukrytej działalności w 1797 roku cała trójka zawiązała nawet szczególnego rodzaju porozumienie, znane jako Pakt z Turkenstein – od zamku, w którym doszło do ślubowania. 

Tę podupadłą nieruchomość Therese Brek przez krótki okres dzierżawiła. W zaciszu warowni konspiratorzy znaleźli okazję do chwili wytchnienia i życia przepełnionego modlitewnym spokojem. Tam poprzysięgli wspierać się w dziełach miłosierdzia i edukacji religijnej młodzieży, chcąc zachować chrześcijańskie świadectwo wiary i naukę religii w realiach zlaicyzowanej i antychrześcijańskiej Francji. 

Jednak czas wrogiej tyranii nie trwał od tamtej chwili długo. Po dojściu do władzy Napoleona i odejściu dyrektoriatu sytuacja księdza Colmara zmieniła się diametralnie. Jako postać zasłużona dla utrzymania wiary w Strasbourgu został on mianowany biskupem Moguncji.

Louise Humann pozostała znaną i cenioną mieszczanką. Odegrała też kluczową rolę w głośnym nawróceniu na katolicyzm Theodora Ratisbonne, który właśnie za jej wsparciem, w tajemnicy przed gminą żydowską pobierał nauki podstaw katolickiej wiary. Z jej też rąk – ze względu na sekretny charakter ceremonii – otrzymał sakrament chrztu. 

Biskup Colmar z kolei gorliwie pracował na rzecz odbudowy zdewastowanej przez rewolucję diecezji. Doświadczony w oporze przeciw antychrześcijańskiej rewolcie pasterz pozostał zdeterminowanym przeciwnikiem oświeceniowych błędów religijnych, zwalczając ich ekspansję wśród kleru. 

O ile ksiądz Colmar z powodzeniem utrzymał sakramentalną praktykę i naukę wiary wśród wiernych Strasburga, o tyle inny duchowny – ks. Jacques Linsolas – stanął w Lyonie na czele całej konspiracyjnej sieci kościelnej, działającej na brawurową wręcz skalę. Doprowadził tajną samoorganizację katolików do perfekcji, umożliwiając przetrwanie wiary po pacyfikacji miasta przez rewolucjonistów. Struktury tego „spisku” wyrosły z obecnych już tam wcześniej stowarzyszeń religijnych oraz grup młodzieży męskiej i żeńskiej, nad którymi opiekę ks. Linsolas sprawował jeszcze przed rewolucją. Skupiona wokół kapłana formacja nie tylko konspiracyjnie utrzymywała kult. Kolportowała też wśród duchownych i wiernych ortodoksyjne broszury. Ukrywała i wspierała finansowo wyjętych spod prawa prawowiernych duchownych. 

Tak szeroka działalność była możliwa dzięki przemyślanej strukturze organizacyjnej. Zgodnie z zamysłem księdza Linsolasa, członkowie ruchu oporu wcale nie znali się między sobą, poza najbliższymi współpracownikami. Nie byli też wtajemniczeni w całość działania organizacji. Procedury rekrutacji były tajne. Skutecznie ograniczało to ryzyko masowej dekonspiracji. 

Kluczowym ośrodkiem ruchu była księgarnia wdowy Rusand, gdzie Linsolas prowadził tajne konferencje dla kleru. Pod nosem rewolucjonistów sieć rozprowadzała również za pomocą „poczty pantoflowej” krytyczne wobec rewolucji papieskie breve. Te i inne pisma sprzedawano za niewielką sumę. Zgromadzone zyski zasilały kasę, z której opłacano działalność niepokornych duchownych. 

By zapewnić ciągłość życia sakramentalnego, członkowie konspiracji Linsolasa zbudowali prawdziwy podziemny system religijny. Opierał się on na sprawowaniu sakramentów w zaciszu domostw wiernych oraz organizowaniu bezpiecznych kryjówek dla duchownych. Co chyba najbardziej imponujące, lyońskim katolikom udało się dzięki dyscyplinie zachować nawet trening seminaryjny kandydatów do kapłaństwa na zasadach utajnionego uniwersytetu latającego. 

Ojciec Linsolas nie tylko dzielnie ocalał wiarę w realiach rewolucyjnego terroru. Po jego ustaniu aktywnie sprzeciwiał się również powrotowi do posługi w Kościele tych duchownych, którzy w czasach rewolucji złożyli przysięgę. Jako postać niewygodna został aresztowany przez Napoleona. Przez dwa lata pozostawał więźniem, by potem zostać wydalonym z kraju.

Więźniowie, którzy nawrócili Napoleona?

Dzieje katolickiej konspiracji w czasach rewolucyjnej Francji to poruszający testament miłości do Chrystusa i Jego Kościoła mimo nienawiści świata. To świadectwo pokazuje, jak błędna jest myśl, że źródłem znaczenia religii jest jej rola społeczna oraz związek z doczesną władzą. Chrześcijaństwo potrafi trwać i z dala od tronu i wbrew niemu – bo to nie świeckie panowanie ani nawet nie okoliczności kulturowe są źródłem jego siły – ale miłość Syna Bożego. Przekonał się o tym… Napoleon Bonaparte.

Przez lata francuski cesarz próbował wszak podporządkować sobie Kościół, instrumentalnie obchodząc się z religią. Wyrazem tego faktu było m.in uwięzienie księdza Jacquesa Linsolasa czy pojmanie samego Ojca Świętego. A jednak po latach, przed śmiercią, wielki francuski cesarz uklęknął u konfesjonału i pojednał się z Kościołem.

Nawrócenie przeżyć miał na Wyspie Świętej Heleny. Wydarzenie to w sposób arcyciekawy opisał św. Józef Sebastian Pelczar. Według wybitnego polskiego pasterza, Napoleon miał wyznać: „Jezus Chrystus żąda miłości ludzkiej, a więc tego, co najtrudniej można osiągnąć. On tego wymaga i to otrzymuje. Z tego wnioskuję, że jest Bogiem (…) On rozpala ogień miłości, od której umiera miłość własna, górująca nad każdą inną miłością… Często o tym myślałem i to jest właśnie to, co podziwiam i co jest dla mnie absolutnym dowodem bóstwa Chrystusowego. (…) Jakaż przepaść mojej nędzy i królestwa Jezusa Chrystusa, przepowiadanego, miłowanego, wielbionego i żyjącego na całym świecie”.

Jak wymowne to słowa w ustach okrytego sławą generała, cesarza, a jednak przecież ostatecznie po ludzku przegranego i opuszczonego. W czym innym Bonaparte mógł odczytać dystans między miłością Francuzów ku niemu, a oddaniem katolików Chrystusowi jeśli nie w tych, którzy mimo prześladowań do końca trwali przy Zbawicielu – jak w więzionym papieżu Piusie VII czy księdzu Linsolasie?

Filip Adamus

Ukraiński pic na wodę – fotomontaż

Łukasz Jastrzębski myslpolska/jastrzebski-ukrainski-pic-na-wode-fotomontaz

Ukraiński pic na wodę – fotomontaż

Strona ukraińska poinformowała, że chce otworzyć archiwa służb dotyczące „zbrodni wołyńskiej” i zezwolić na ekshumacje na terenie Ukrainy. W moim dzieciństwie było popularne określenie sytuacji, które ma wyglądać poważnie, ale w rzeczywistości jest bez znaczenia – pic na wodę, fotomontaż. I właśnie z taką sytuacją moim zdaniem mamy do czynienia.

Budzi mój sprzeciw już samo mówienie przez stronę ukraińską o „zbrodni wołyńskiej”. Czy to kraina historyczna w dorzeczu górnego Bugu dokonała jakiejś zbrodni? Czy ma to sugerować, że równoważnych zbrodni na tym terenie dokonywali wszyscy jego mieszkańcy? Mówmy wprost, że idzie o ukraińskie mordy – często z szczególnym okrucieństwem – na ludności polskiej, rosyjskiej, czeskiej, węgierskiej, ormiańskiej itd. Mówimy przecież o niemieckich zbrodniach popełnionych na Polakach w Wielkopolsce, a nie „zbrodni wielkopolskiej”.

Nowe otwarcie z Polską?

Przywódca Ukrainy Wołodymyr Zełenski zapowiedział nowe otwarcie z Polską. Stało się to po naradzie dotyczącej ukraińskiej polityki wobec Polski. Ma być zdecydowanie mniej konfrontacyjnie. W spotkaniu dotyczącym Polski uczestniczył szef jego gabinetu Kyryło Budanow, szef MSZ Ukrainy Andrij Sybiha, oraz dyrektor Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej i obrońca banderyzmu Ołeksandr Ałfiorow. Wielu publicystów widzi w tym wyciągniętą rękę Kijowa w stronę Warszawy. Ja mam inne zdanie.

Stosunki polsko-ukraińskie od nasilenia działań wojennych na Ukrainie w 2022 roku nie były nigdy tak złe jak są dzisiaj. Polskie społeczeństwo w swojej większości ma dosyć butnej polityki historycznej Kijowa, która heroizuje zbrodniarzy z OUN i UPA. Liczni Polacy zbulwersowali się bezczelnym zachowaniem przywódcy Ukrainy i jego otoczenia względem polskiego prezydenta Karola Nawrockiego. Społeczeństwo jest mocno zmęczone ciągłym dofinansowywaniem ukraińskiego budżetu. Nie do zniesienia dla znacznej części narodu jest roszczeniowa postawa Ukraińców przebywających w Polsce. To zmęczenie wydaje się naturalne biorąc pod uwagę dosyć długi czas wzmożonego konfliktu militarnego miedzy Rosją a Ukrainą wspieraną przez liczne państwa NATO.

Zdziwienie strony ukraińskiej

Rządzący Polską centralnie i lokalnie do tej pory działali zgodnie z zasadą rzecznika Ministerstwa Spraw Zagranicznych w rządzie PiS Łukasza Jasiny czyli bycia „sługą narodu ukraińskiego, jego próśb”. Rządzący, którzy bez wątpienia w dalszym ciągu popierają atlantycką i proukraińską orientację polityczną muszą się jednak liczyć z głosem społeczeństwa. Wybory się zbliżają. Przeciętny Kowalski ma naprawdę dosyć traktowania dobrostanu Ukrainy jako punktu odniesienia dla spraw polskich. Dzisiaj już wydaje się zupełnie nieaktualny dowcip z 2023 roku: „Gdy dziennikarz pyta kreatora mody – co nosi się najchętniej w tym sezonie nosi w Polsce? Ten odpowiada: ukraińskich aktywistów i polityków na rękach”.

Władze ukraińskie zupełnie nie wyczuły nastrojów polskiej ulicy. Władze w Kijowie zdawały sobie sprawę, że nadanie jednostce wojskowej imienia „Bohaterów UPA” czy odesłanie kurierem do prezydenta Polski Karola Nawrockiego Orderu Orła Białego spowoduje pogorszenie stosunków z Polską.

Jednak w najczarniejszym śnie nie spodziewali się tak radykalnej zmiany. To postawa władz ukraińskich spowodowała, że uroczystości poświęcone Polakom wymordowanym przez Ukraińców w tym roku odbywały się w całym kraju i dotarły do najmniejszych miejscowości. Nie czczono już tylko polskich ofiar, ale również sprzeciwiano się nieakceptowalnej w Polsce polityce historycznej Ukrainy.

Szary polski obywatel ma dosyć krzykliwych aktywistów w rodzaju Natalii Panczenko i proukraińskich lobbystów w rodzaju Pawła Kowala. Polacy mają serdecznie dosyć tych, którzy jawnie bronią banderyzmu, próbują relatywizować zbrodnie Ukraińców lub atakują w mediach społecznościowych ludzi organizujących uroczystości poświęcone Polakom pomordowanym przez Ukraińców w latach 1939-1947. Ogół Polaków dosyć rosnącej liczby przestępstw popełnianych przez obywateli Ukrainy. Przeciętny Polak widzi rażącą niewdzięczność za ogrom pomocy udzielonej Ukrainie w latach 2022-2026.

Trudna sytuacja Ukrainy

Sytuacja Ukrainy nie jest w tej chwili łatwa, a prawdę pisząc jest bardzo trudna. Co nie oznacza oczywiście tego, że ta rosyjska jest godna pozazdroszczenia. Bo również długotrwała wojna dała w kość władzom w Rosji. Jednak to na ulice Kijowa, Winnicy, Łucka, Odessy, Lwowa i innych miast wyszły tłumy protestujące przeciwko odwołaniu przez Wołodymyra Zełenskiego dotychczasowego ministra obrony Mychajło Fedorowa.

Po ukraińskich miastach krążą nieoznakowane wojskowe busy, z których nagle wyskakują żołnierze i porywają młodych mężczyzn. Ukraińcy są zatrzymywani na ulicy i siłą wcielani do armii. W efekcie liczni mężczyźni unikają wychodzenia z domu, nawet w celu wykonania codziennych czynności, takich jak praca, zakupy czy odwiedziny rodziców. Do Kijowa właśnie trafiło kolejne 501 ciał, które według strony rosyjskiej należą do poległych ukraińskich wojskowych. Portale i gazety opisują coraz to nowe gorszące skandale korupcyjne. Kijów dowiaduje się, że kolejne kraje Unii Europejskiej nie mają już ochoty uczestniczyć w finansowaniu wojny prowadzonej z Federacją Rosyjską.

W Polsce w siłę rosną stronnictwa w powszechnej świadomości ukrainosceptyczne jak Konfederacja Sławomira Mentzena i Krzysztofa Bosaka oraz Korona Grzegorza Bruna. Do tej poru skrajnie ukrainofilskie Prawo i Sprawiedliwość ze względów taktycznych zmienia wbrew swojemu liderowi Jarosławowi Kaczyńskiemu przekaz dotyczący polityki Kijowa. Rekordy popularności bije twarda wobec Ukrainy europosłanka Ewa Zajączkowska-Hernik i był premier Leszek Miller. Obóz prezydencki jest głęboko zbulwersowany zamieszczeniem na powiązanej z ukraińską bezpieką liście Myrotworec, określanej jako „lista wrogów Ukrainy” szefa Kancelarii prezydenta RP Zbigniewa Boguckiego. Najbardziej widoczna jest zmiana w mediach społecznościowych, gdzie nawet liczni dotychczasowi stronnicy racji ukraińskich zmienili zdanie w tej sprawie. Władze Ukrainy zmuszone były do zmiany retoryki względem naszego kraju.

Mit ekshumacji

Premier Donald Tusk stwierdził: „Z satysfakcją i nadzieją przyjmuję słowa i decyzje Wołodymyra Zełenskiego, dotyczące relacji między naszymi państwami, które muszą być oparte na wzajemnym szacunku i prawdzie”. Nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Dokładnie przewidziałem zachowanie władz ukraińskich w swoich tekstach na łamach „Myśli Polskiej” dwa, a nawet trzy lata temu [chodzi między innymi o teksty: „Mit ekshumacji” i „Zabawa w kotka i myszkę”]. To co obserwujemy, jest tanim gestem pod publiczkę.

Mit ekshumacji jest potrzebny nie tylko Ukrainie, ale również rządzącym stronnikom polityki proukraińskiej w Polsce, by mogli społeczeństwu mydlić oczy rzekomo realnymi możliwościami godnego pochowania Polaków. Po tym triumfalnym komunikacie całkiem cicho przeszła informacja, że ambasador Ukrainy Wasyl Bodnar stwierdził, że Ukraina złożyła do polskiego IPN wnioski o przeprowadzenie w Polsce prac poszukiwawczych i ekshumacyjnych, miedzy innymi w Łaskowie koło Sahrynia. Idzie o miejsce, gdzie odziały Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich wiosną 1944 roku dokonały odwetu za niewyobrażalnie okrutne zbrodnie banderowskie.

IPN, zapytane przez PAP o wnioski strony ukraińskiej, przekazał, że w ubiegłym roku strona ukraińska przesłała pisma dotyczące trzech miejscowości w związku z planowanymi poszukiwaniami w Sahryniu, Łaskowie i Przemyślu. Karol Starowicz z IPN powiedział: „Jako Instytut udzieliliśmy wsparcia proceduralnego w sprawie Łaskowa, natomiast w odniesieniu do pozostałych dwóch miejscowości zwróciliśmy się o uzupełnienie wniosków. Do tej pory nie wpłynęły żadne nowe dokumenty ani uzupełnienia w tej sprawie”

Usłyszeliśmy głośno o możliwościach przeprowadzenia ekshumacji na Ukrainie, zaś po cichu puszczono informacje o ekshumacji, które odbędą się w Polsce. Taki system wzajemności jest nie do przyjęcia. Jest tym samym co zgoda na pochowanie ofiar niemieckiego ludobójstwa, w zamian za zgodę na pochowanie na przykład SS-manów. Ja nie jestem temu, by pochować jakiekolwiek szczątki. Jestem za to przeciwny symetryzacji w tej sprawie. Jeśli ekshumacji nie udało się przeprowadzić w czasie pokoju, czy ktoś naprawdę wierzy, że będzie to można rzetelnie zrobić w czasie wojny?

Mit otwarcia archiwów

Kilka dni temu rosyjska agencja TASS oraz Russia Today zaprezentowały odtajnione dokumenty rosyjskiej FSB na temat ukraińskiego zbrodniarza Dmytro Klaczkiwskiego pseudonim Kłyma Sawura. Najpierw media w Polsce powołując się na komunikat ukraińskiego rządowego Centrum Przeciwdziałania Dezinformacji (CPD) podawały, że Rosja chce upublicznić jakieś fałszywki w celu skłócenia Warszawy z Kijowem. Po publikacji zaś ogłoszono, że dokumenty nie są żadną nowością i nie maja fundamentalnego znaczenia.

Moim zdaniem strona ukraińska boi się tego, że Rosjanie mogą ujawnią zapewne liczne zalegające w ich archiwach dokumenty dotyczące zbrodni ukraińskich na Polakach. Ukraińcy obawiają się, że zmieniłoby to w znacznym stopniu postrzeganie nie tylko Ukrainy, ale również Rosji przez Polaków. Z tego powodu zapowiedzieli nieskrepowany dostęp do swoich archiwów dla polskich historyków.

Mam wielkie wątpliwości trojakiej natury. Po pierwsze nie wierzę w ten dostęp, ponieważ trwająca wojna rosyjsko-ukraińska jest znakomitym pratekstem, by ze względów bezpieczeństwa odmawiać dostępu do interesujących dokumentów.

Po drugie uważam, że polski Instytut Pamięci Narodowej jest narzędziem w rękach polityków służącym do kreowania nastrojów w Polsce. Pamiętam dokładnie obrzydliwości dotyczące kwestii dekomunizacyjnych polegających na podważaniu bohaterstwa żołnierzy i funkcjonariuszy walczących z banderowcami lub kwestionowaniu słuszności Operacji Wisła. Jeśli robił to w warunkach pokoju polski IPN, to tym bardziej w aktualnie niesprzyjających okolicznościach wojennych zapewne robi to ukraiński IPN.

Po trzecie w przeszłości na antenie telewizji „Trwam” wybitny historyk z Wydziału Humanistycznego Politechniki Koszalińskiej, zajmujący się problematyką polsko-ukraińską prof. Czesław Partacz ujawnił, że już w latach 90-tych były niszczone archiwalne dokumenty dotyczące kwestii ukraińskiej. Profesor ujawnił, że w tamtym okresie archiwistka ukraińskiego pochodzenia zniszczyła takie dokumenty w katowickim oddziale Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce. Jeśli takie rzeczy miały miejsce w Polsce, to moim zdaniem niezwykle prawdopodobne jest to, że również na Ukrainie.

Mit pojednania

Na dzień dzisiejszy, moim zdaniem nie ma możliwości szczerego pojednania między Polską a Ukrainą. Dzisiejsze państwo ukraińskie ciągle neguje ludobójstwo dokonane na narodzie polskim i nie tylko polskim. Fałszuje historię mówiąc o jakimś wzajemnym konflikcie, wojnie domowej, sowieckiej inspiracji i zestawia ofiary po obu stronach. Nowe otwarcie w stosunkach polsko-ukraińskich powinno być poprzedzone rachunkiem sumienia, wyznaniem win i naprawieniem szkody.

Polska powinna oczekiwać potępienia przez władze na Ukrainie banderyzmu, delegalizacji organizacji neobanderowskich, likwidacji pomników i nazw sławiących zbrodniarzy i kolaborantów III Rzeszy na Ukrainie. Polacy powinni oczekiwać budowy pomnika i muzeum polskich ofiar ukraińskiego szowinizmu w Kijowie i Lwowie. Domagać się również zobowiązania do przyszłościowych realnych odszkodowań dla potomków pomordowanych przez Ukraińców. Tego wszystkiego nie da się moim zdaniem zrobić w warunkach wojennych.

Czyli pic na wodę – fotomontaż.

Łukasz Jastrzębski 

FSSPX: Odwołanie od dekretu z dnia 2 lipca 2026

Komunikat Domu Generalnego: Odwołanie od dekretu z dnia 2 lipca 2026 r.

Bractwo Kapłańskie św. Piusa X informuje, że w odpowiedzi na dekret opublikowany 2 lipca 2026 r. przez Dykasterię Nauki Wiary złożyło 11 lipca do tej samej Dykasterii rekurs wstępny (tj. odwołanie administracyjne), zgodnie z kanonami 1734 i nast. Kodeksu Prawa Kanonicznego.

Krok ten, stanowiący warunek wstępny przed ewentualnym wniesieniem rekursu hierarchicznego, skutkuje zawieszeniem wykonania dekretu zgodnie z kan. 1353 Kodeksu Prawa Kanonicznego.

Poprzez to odwołanie Bractwo zamierza skorzystać z prawa, które Kościół przyznaje każdej osobie uważającej się za poszkodowaną przez akt administracyjny, do wnioskowania o jego sprostowanie, w duchu poszanowania władzy kościelnej oraz wiernego przywiązania do sprawiedliwości, prawdy i dobra Kościoła.

Bractwo Kapłańskie św. Piusa X składa ten wniosek na ręce kompetentnych władz i poleca tę sprawę modlitwie wszystkich wiernych.

Menzingen, dn. 13 lipca 2026 r.

Źródło

Czy myślenie ma przyszłość?

Czy myślenie ma przyszłość?

W czasach mojej młodości, czyli w latach 60-tych minionego stu- i tysiąclecia (ale to brzmi!), modne było powiedzonko „myślenie ma przyszłość”. Zawsze, gdy przypominam sobie ówczesne wyobrażenia tego, jak wyglądać będzie nasz świat w roku 2000, to śmiech mnie ogarnia! Ale gdy przypomniałem sobie to powiedzonko o myśleniu i rozejrzałem się wokół siebie, to przeszła mi ochota do śmiechu.

To może wydać się dziwne, ale każdy pobyt w szpitalu jest dla mnie inspirujący. Niestety ostatnio byłem zmuszony spędzić tam sporo czasu. Człek najczęściej leży w wyrku i poza myśleniem nie ma nic lepszego do roboty. Można też obserwować otoczenie. W pokoju był telewizor. Ja sam właściwie telewizji nie oglądam, więc była to okazja do zapoznania się z programem. Ale przede wszystkim była to okazja do obserwacji i oceny tego, co najczęściej jest oglądane. I to był to szok! Nie spodziewałem się żadnych wyżyn intelektualnych, ale to, co zobaczyłem, określić można jedynie jednym słowem: prymitywizm!

Ale prawdziwe przerażenie przyszło po próbach wyjaśnienia ludziom co właściwie oglądają. Równie dobrze mogłem mówić do telewizora! Te wszystkie doświadczenia zainspirowały mnie do napisania poniższego tekstu. Przyznaję, nie wszystko to moje obserwacje i przemyślenia. Bo taki mądry to ja już nie jestem! To zlepek wielu przeczytanych i „przetrawionych” tekstów, cytatów filozofów (z twórczością niektórych nie zawsze się zgadzam) oraz własnych obserwacji i przemyśleń, które częściowo wziąłem z moich napisanych już wcześniej tekstów.

Nieraz pisałem już o przerażającej głupocie obecnych elit politycznych. Nawet Tucker Carlson pytał Putina, czy mu to nie przeszkadza w rozmowach z nimi. Ale nie lepiej jest z ogółem społeczeństw. Czy jest to proces sterowany? Niektórzy mówią, że tak i jest to efekt postmodernizmu. Osobiście sądzę, że jest to proces spontaniczny, który powstał samoistnie, ale jest korzystny dla prawdziwych kręgów rządzących, więc nikt mu nie przeciwdziała. Poza tym jest wygodny dla społeczeństwa i dlatego jest powszechnie i nieświadomie akceptowany. Ale jest to także proces cywilizacyjny.

W historii każdej cywilizacji istnieje konkretny moment, w którym krytyczne myślenie przestaje być cenione i zamiast tego traktowane jest jako patologia społeczna. Nie jest to głośny upadek. Jest to proces cichy, stopniowy i akceptowany jako postęp. Współczesne społeczeństwo przechodzi właśnie przez ten moment, ale z jedną szczególną brutalną cechą. Po raz pierwszy w historii ludzkości głupota nie jest wynikiem braku dostępu do wiedzy, ale bezpośrednim skutkiem jej nadmiaru. Żyjemy w epoce, w której miliardy ludzi noszą w kieszeniach całe biblioteki, a mimo to wybierają intelektualną przeciętność jako sposób na życie. To nie jest przypadek, to architektura. Schopenhauer ostrzegał, że zadaniem człowieka myślącego jest nie tyle dostrzeganie tego, czego nikt nie widział, ile myślenie o tym co widzą wszyscy w sposób, w jaki jeszcze nikt o tym nie pomyślał. Obecnym problemem jest to, że nikt już o niczym nie myśli. Konsumuje się, powtarza i rozpływa się w jednolitej masie gotowych opinii.

Śmierć krytycznego myślenia nie była morderstwem. Było to zbiorowe samobójstwo, zamaskowane jako demokratyzacja wiedzy. Krytyczne myślenie nie zniknęło z powodu starzenia się. Zostało systematycznie wyeliminowane, ponieważ stanowi największe zagrożenie dla każdej struktury opartej na przewidywalności zachowań. Kwestionowanie, analizowanie i wstrzymywanie się z natychmiastową oceną to umiejętności, które sprawiają, że dana osoba nie nadaje się do systemów funkcjonujących w oparciu o powtarzalność i konformizm. Prawdziwa inteligencja powoduje tarcia, opóźnienia i opór w mechanizmach społecznych, które zostały zaprojektowane z myślą o ciągłym płynnym działaniu i automatycznych reakcjach.

Spójrzcie na współczesny System nauczania. Dominujący model nie uczy myślenia, ale udzielania odpowiedzi. Istnieje ogromna różnica między tymi dwoma procesami umysłowymi. Myślenie wymaga wątpliwości, wewnętrznej analizy i samodzielnego przemyślenia. Odpowiadanie wymaga jedynie rozpoznawania wzorców i odtwarzania wcześniej ustalonych treści. Masowy system edukacyjny produkuje kompetentnych dawców odpowiedzi, a nie samodzielnych myślicieli. Nie jest to błąd, lecz zamierzony efekt.

Przekształcenie myślenia w zagrożenie ma miejsce na wielu poziomach społecznych. W środowisku biznesowym osoby kwestionujące ustalone procesy są postrzegane jako problematyczne, a nie innowacyjne. W sferze politycznej osoba analizująca sprzeczności w oficjalnych narracjach jest klasyfikowana jako intrygant, a nie analityk. W sferze społecznej osoba, która odmawia natychmiastowego przyłączenia się do zbiorowych spraw, jest postrzegana jako nieczuła, a nie jako rozważna. Społeczna kara za krytykę jest skuteczniejsza niż jakakolwiek formalna cenzura. Nietzsche uznał, że przekonania są więzieniami. Dzisiejsze społeczeństwo zbudowało największy kompleks więzienny w historii ludzkości. Jednak kraty są niewidoczne, ponieważ składają się z niepodważalnych zbiorowych pewników. Kto próbuje uciec, nie jest ścigany siłą, ale wykluczeniem. Ostracyzm społeczny stał się ostatecznym narzędziem neutralizowania krytycznego myślenia.

Podstawowym pytaniem nie jest to, czy ludzie stracili zdolność krytycznego myślenia, ale czy dobrowolnie z niej zrezygnowali w zamian za akceptację i poczucie przynależności. Odpowiedź jest niepokojąca. Zdecydowana większość przedłożyła komfort zbiorowej pewności nad strach przed indywidualną analizą. A to zmienia wszystko w naszym rozumieniu współczesnego upadku intelektualnego. Głupota dominuje nie dlatego, że jest zaraźliwa, ale dlatego, że jest operacyjnie lepsza w złożonych systemach. Społeczeństwo, które nie kwestionuje, nie powoduje tarć. Nie domaga się uzasadnień. Nie wymaga przejrzystości. Nie identyfikuje sprzeczności. Z administracyjnego punktu widzenia brak krytycznego myślenia jest idealnym „smarem” dla funkcjonowania każdej struktury władzy.

Istnieje zasadnicza różnica pojęciowa między ignorancją a głupotą. Ignorancja to brak wiedzy, który można naprawić poprzez edukację. Głupota to aktywna odmowa przetwarzania dostępnych informacji, która nie tylko opiera się korekcie, ale wręcz ją wzmacnia. Dietrich Bonhöfer zidentyfikował to, stwierdzając, że głupota jest bardziej niebezpiecznym wrogiem dobra niż zło. [Oczywiście to głupota, taki pogląd… md] Zauważył, że racjonalne argumenty są bezużyteczne w walce z głupotą, ponieważ głupi nie są otwarci na rozum, ale chronieni przed nim. Funkcjonalność głupoty przejawia się w określonych wzorcach zachowań. Ludzie bez krytycznego myślenia nie doświadczają dysonansu poznawczego, ponieważ nie dostrzegają sprzeczności. Mogą bronić wzajemnie wykluczających się stanowisk, nie dostrzegając żadnej niespójności.

Paradoksalnie ta elastyczność umysłowa sprawia, że są bardziej przystosowani do szybkich zmian narracji. Podążają za nurtem bez oporu i zmieniają zdanie nie poprzez refleksję, ale poprzez aktualizację zbiorowej, narzuconej struktury myślenia. Współczesny system nie potrzebuje błyskotliwych umysłów. Potrzebuje wydajnych procesorów do fragmentarycznych zadań. Ekstremalny podział pracy w sferze intelektualnej stworzył środowisko, w którym nikt nie musi rozumieć całości, a jedynie precyzyjnie wykonywać swoją część. Myślenie o całym systemie jest zbędne, a nawet szkodliwe. Funkcjonalna głupota to taka, która doskonale wykonuje zadanie, nie rozumiejąc jego celu. Jeszcze bardziej niepokojące jest to, że współczesna głupota jest często dobrze poinformowana. Ludzie gromadzą dane, cytują badania, powtarzają statystyki, ale nie potrafią przeprowadzić integracyjnej analizy. Można być jednocześnie dobrze poinformowanym i intelektualnie leniwym. Współczesna głupota nie jest pusta. Jest nasycona nieprzetworzoną treścią.

Nasuwa się pytanie: jeśli głupota jest tak funkcjonalna i korzystna dla utrzymania złożonych systemów, to czy istnieje rzeczywista motywacja, aby z nią walczyć? A może mamy do czynienia z konfiguracją społeczną, w której przeciętność intelektualna jest w rzeczywistości pożądanym stanem równowagi? Prawdziwe myślenie jest żmudne. Wymaga gromadzenia danych, analizy kontekstu, identyfikacji założeń, oceny dowodów, konfrontacji sprzeczności i wstępnej syntezy, która zawsze podlega weryfikacji. Jest to powolny, niewygodny proces, który często kończy się niepewnością. Gotowe opinie oferują coś przeciwnego: natychmiastowe wnioski, bezpośrednią pewność i całkowite uwolnienie od wysiłku poznawczego.

Zastąpienie myślenia gotowymi opiniami nie było wynikiem izolowanego lenistwa intelektualnego. Było ono wynikiem strukturalnej transformacji sposobu dystrybucji i konsumpcji informacji. Platformy cyfrowe nie sprzedają informacji, sprzedają pozycjonowanie. Każdy złożony temat jest sprowadzany do dwóch lub trzech jasno określonych, antagonistycznych stanowisk. Użytkownik nie musi zastanawiać się nad tematem, a jedynie wybrać swoją drużynę. Ten plemienny model opinii eliminuje najważniejszy obszar krytycznego myślenia, jakim jest niejednoznaczność. Złożone kwestie mają wiele warstw i niuansów. Sprowadzanie ich do uproszczonych systemów binarnych niweczy możliwość prawdziwego zrozumienia.

Jednak prawdziwe zrozumienie nie jest celem. Celem jest szybka identyfikacja grupy. Opinie działają jak mundury. Służą one do identyfikacji, kto należy do jakiej grupy, a nie do odzwierciedlenia prawdziwego zrozumienia rzeczywistości. Schopenhauer zauważył, że im bardziej ograniczona jest wiedza człowieka, tym silniejsze są jego przekonania. Współczesne społeczeństwo potwierdza to na skalę przemysłową. Ludzie posiadający powierzchowną wiedzę na każdy temat wykazują się pewnością, która jest odwrotnie proporcjonalna do ich rzeczywistego stanu wiedzy. Dynamika ta tworzy środowisko, w którym głośne wypowiedzi zastępują dobre argumenty, a powtarzanie zastępuje dowody.

Najbardziej znamiennym zjawiskiem jest szybkość, z jaką kształtują się opinie. W ciągu kilku sekund po wydarzeniu miliony ludzi zajmują już zdecydowane stanowisko. Brak czasu na odpowiednią analizę pokazuje, że opinie nie są kształtowane, lecz rozpoznawane. Osoba identyfikuje kategorię plemienną, do której pasuje dane wydarzenie, i automatycznie przyjmuje kompletny pakiet stanowisk związanych z tą grupą. Wynikająca z tego architektura umysłu jest brutalnie uboga. Jednostki tracą zdolność do niezależnego myślenia, ponieważ każda opinia jest nieodłącznie związana z całym pakietem. Zajęcie stanowiska A w konkretnej sprawie automatycznie wymusza zajęcie stanowiska B, C i D w zupełnie innych sprawach. Myślenie przestaje być indywidualne i staje się jedynie operacją wyboru spośród gotowych katalogów światopoglądów.

Pozostaje pytanie: czy możliwe jest odzyskanie zdolności prawdziwego myślenia w strukturze społecznej, która nagradza natychmiastową zgodę i karze opóźnioną refleksję? A może zdolność ta stała się ewolucyjnie niekorzystna we współczesnym środowisku informacyjnym? Założenie oświecenia było proste: wiedza wyzwala. Im więcej informacji byłoby dostępnych, tym bardziej oświecona byłaby ludność. Współczesna rzeczywistość całkowicie obaliła tę tezę. Nigdy wcześniej nie było tak łatwego dostępu do tak dużej ilości informacji, a jednocześnie nigdy wcześniej krytyczne myślenie nie było tak rzadkie. Problemem nie był brak informacji. Problemem był i nadal jest brak umiejętności odpowiedniego ich przetwarzania. Nadmiar informacji powoduje specyficzne zjawisko. Paraliż analityczny, po którym następuje mentalna kapitulacja. W obliczu niemożliwej do ogarnięcia ilości sprzecznych danych na każdy temat umysł nie jest w stanie przetworzyć, ocenić i zsyntetyzować informacji. Naturalną reakcją nie jest intensyfikacja wysiłków analitycznych, ale całkowite zaniechanie ich. Osoba wybiera źródło, które rezonuje emocjonalnie, i przekazuje mu całą funkcję krytyczną. Outsourcing myślenia pod pozorem badań.

Rozdrobnienie informacji jest jeszcze bardziej destrukcyjne niż jej ilość. Informacje docierają do nas w niepowiązanych fragmentach, bez kontekstu, bez logicznego porządku, bez hierarchii znaczenia. Każdy fragment z równą intensywnością walczy o uwagę. Ludzki mózg nie został stworzony do przetwarzania tego rodzaju strumienia informacji. W rezultacie informacje przestają być surowcem dla wiedzy, a stają się jedynie ciągłym szumem w tle.

Istnieje zasadnicza różnica między dostępem do informacji a umiejętnością przekształcenia ich w wiedzę. Wiedza wymaga integracji, a nie gromadzenia. Wymaga konfrontacji nowych danych z istniejącymi strukturami koncepcyjnymi, identyfikacji i rozwiązywania sprzeczności oraz rozpoznawania wzorców poprzez izolowane przypadki. Proces ten nie przebiega automatycznie. Bez aktywnego krytycznego myślenia informacje pozostają w stanie surowym.

Najniebezpieczniejszym współczesnym złudzeniem jest mylenie znajomości tematu z jego zrozumieniem. Ludzie, którzy wielokrotnie mają kontakt z określonymi tematami, rozwijają poczucie wiedzy, nie analizując ich nigdy dogłębnie. Widzieli ten temat dziesiątki razy, brali udział w powierzchownych dyskusjach, dzielili się powiązanymi treściami. To tworzy fałszywe poczucie wiedzy eksperckiej. Mylą ekspozycję z nauką. Najbardziej niepokojące jest to, że nadmiar informacji nie tylko nie kształtuje, ale aktywnie deformuje. Ciągła ekspozycja na fragmentaryczne treści trenuje umysł do coraz bardziej powierzchownego przetwarzania informacji. Zdolność do długotrwałej koncentracji zanika, a tolerancja dla złożonych argumentacji znika. Pozostaje umysł, który jest wyszkolony do konsumowania nieskończonej liczby fragmentarycznych treści, ale całkowicie niezdolny do przetwarzania skomplikowanego tekstu.

Prawdziwym pytaniem nie jest to, jak radzić sobie z nadmiarem informacji, ale czy nadal istnieje zbiorowa zdolność umysłowa do odróżniania istotnych informacji od szumu, wiarygodnych danych od manipulacji, dogłębnej analizy od powierzchownych opinii. A jeśli ta zdolność została utracona, co to oznacza dla możliwości powstania prawdziwie świadomego społeczeństwa? Najpotężniejszą siłą kształtującą ludzkie zachowania nie jest poszukiwanie prawdy, ale potrzeba przynależności. Ludzie są zwierzętami społecznymi, a ostracyzm stanowi dla nich głębokie zagrożenie egzystencjalne. Dynamika ta wywiera stałą presję na konformizm, a krytyczne myślenie jest naturalnym wrogiem konformizmu, ponieważ powoduje odmienność. Krytyczne myślenie o każdej złożonej kwestii nieuchronnie prowadzi do wniosków odbiegających od ustalonych stanowisk grupowych. Stawia to jednostkę przed brutalnym wyborem: albo podtrzymać wynik swojej analizy i ryzykować wykluczenie społeczne, albo zrezygnować z własnych wniosków i przyjąć stanowisko grupy. Zdecydowana większość wybiera przynależność zamiast intelektualnej uczciwości i robi to nieświadomie, racjonalizując później konformizm jako wynik własnej analizy. Nagroda za powtarzanie jest natychmiastowa i namacalna. Kto powiela dominujące opinie grupy, otrzymuje natychmiastowe potwierdzenie, uznanie społeczne, szacunek, przyjęcie do kręgów wpływowych. Nagrodą za krytyczne myślenie jest często coś przeciwnego: kwestionowanie, nieufność, stygmatyzacja i wykluczenie. Z emocjonalnego punktu widzenia wyboru kosztów i korzyści wybór jest oczywisty.

Problem polega na tym, że ten powtarzany miliony razy wybór tworzy intelektualnie jałowe społeczeństwo. Istnieje specyficzne zjawisko, które przyspiesza ten proces. Efekt kaskady popularności. Kiedy dana idea zyskuje początkowo popularność w grupie, staje się coraz bardziej obecna w dyskusjach. Ta zwiększona obecność tworzy iluzję konsensusu. Skłania to poszczególnych członków do zajęcia stanowiska, nawet bez własnej analizy. Proces ten napędza się sam, aż różnice zdań stają się społecznie niemożliwe, nie poprzez wyraźny przymus, ale poprzez niewidzialną presję konformizmu. Współczesny trybalizm wzmocnił ten wzorzec do bezprecedensowego poziomu. Tożsamość osobista stała się nierozerwalnie związana z tożsamością grupową. Kwestionowanie stanowiska grupy nie jest postrzegane jako ćwiczenie intelektualne, ale jako zdrada tożsamości.

Osoba, która krytycznie podchodzi do dogmatów grupowych, nie tylko się z nimi nie zgadza, ale także odrzuca własną tożsamość. Tworzy to barierę psychologiczną, która dla niezależnego myślenia jest niemal nie do pokonania. Co więcej, powtarzanie zapewnia ulgę poznawczą. Myślenie jest męczące. Wymaga znacznej aktywności umysłowej. Powtarzanie jest automatyczne, nie wymaga wysiłku. W społeczeństwie, które maksymalizuje wymagania poznawcze we wszystkich dziedzinach życia, oszczędność energii wynikająca z powtarzania jest kusząca. Przeniesienie myślenia na grupę uwalnia zasoby umysłowe do innych zadań. Jest to strategia efektywności, a niekoniecznie świadoma głupota. Pytanie pozostaje bez odpowiedzi.

Czy możliwe jest stworzenie struktur społecznych, które nagradzają krytyczne myślenie zamiast je karać? Czy też dynamika plemienna nieuchronnie faworyzuje konformizm ponad indywidualną analizę, sprawiając, że zbiorowy upadek intelektualny staje się nie historycznym przypadkiem, ale powtarzającym się wzorcem?

Śmierć krytycznego myślenia nie była wynikiem zewnętrznego spisku, który został narzucony niewinnej ludzkości. Było to dobrowolne zrzeczenie się umiejętności, której utrzymanie wymaga ciągłego wysiłku. Krytyczne myślenie jest bolesne, ponieważ zmusza do konfrontacji z wewnętrznymi sprzecznościami, wymaga weryfikacji wygodnych przekonań i nie daje ostatecznych pewników. Głupota oferuje coś przeciwnego: natychmiastowy komfort, niezachwianą pewność i uwolnienie od odpowiedzialności intelektualnej. Istnieje brutalna prawda dotycząca świadomości. Nie jest to stan naturalny. Jest to osiągnięcie, którego należy aktywnie bronić.

Naturalnym stanem ludzkiego umysłu jest odruchowość, plemienność oraz kierowanie się emocjami i przynależnością. Krytyczne myślenie jest wyższą funkcją, która pojawia się tylko wtedy, gdy jest świadomie kultywowana i utrzymywana wysiłkiem. W przypadku braku tego wysiłku umysł naturalnie powraca do prymitywnych wzorców przetwarzania informacji. Współczesna głupota ma specyficzną cechę. Często jest maskowana jako wyrafinowanie. Ludzie powtarzają skomplikowane terminy, cytują statystyki, powołują się na autorytety. Wydają się być pogrążeni w głębokich rozmyślaniach. Jednak analiza ujawnia całkowity brak krytycznego myślenia. Jest to popis inteligencji bez prawdziwej treści intelektualnej, być może bardziej niebezpieczny niż domniemana ignorancja, ponieważ tworzy iluzję zrozumienia. Odpowiedzialności za zbiorowy upadek intelektualny nie można w całości zrzucić na systemy zewnętrzne. Każda osoba codziennie staje przed wyborem, ile wysiłku poświęcić prawdziwemu myśleniu, a ile akceptacji gotowych wniosków. Każda osoba decyduje, czy będzie weryfikować przesłanki, czy tylko konsumować wnioski. Te skumulowane mikrodecyzje determinują, czy społeczeństwo zachowa swoją zdolność krytycznego myślenia, czy też pogrąży się w powszechnej przeciętności. Nietzsche ostrzegał, że człowiek woli raczej chcieć nicość, niż niczego nie chcieć. [trudne zdanie, niełatwo je zrozumieć i trudno przetłumaczyć; w oryginale: „denn der Mensch will lieber noch das Nichts wollen als nicht wollen” i pochodzi z dzieła Friedricha Nietzschego Zur Genealogie der Moral (Z genealogii moralności).]

Współczesne społeczeństwo potwierdza to, wybierając fałszywe pewniki zamiast szczerej niepewności. Woli każdą definitywną narrację, bez względu na to, jak absurdalna, od niewygodnego przyznania, że na niektóre pytania nie ma prostych odpowiedzi. Ta ucieczka od złożoności jest ucieczką od rzeczywistości na rzecz pocieszającej fikcji. Droga powrotna nie jest tajemnicą. Wymaga przywrócenia określonych nawyków myślowych, zawieszenia natychmiastowej oceny, aktywnego poszukiwania sprzecznych perspektyw, weryfikacji własnych założeń, tolerancji wobec niejednoznaczności, przyznania się do niewiedzy tam, gdzie ona istnieje. Nawyki te nie są ani naturalne, ani wygodne. Są bolesne i kosztowne społecznie, ale stanowią jedyną obronę przed całkowitą śmiercią myślenia. Ostatecznym pytaniem nie jest to, czy społeczeństwo zdecyduje się ożywić krytyczne myślenie, ale czy poszczególne osoby będą miały odwagę to zrobić, nawet jeśli wszyscy wokół nich wybiorą wygodną przeciętność. Ponieważ zbiorową głupotę można pokonać jedynie poprzez indywidualną jasność umysłu, powtarzaną wystarczająco często, aby osiągnąć masę krytyczną. Jest to walka, którą każdy umysł musi najpierw stoczyć samodzielnie.

A więc jedyne, co nam pozostaje, to po raz kolejny powtórzyć maksymę Młynarskiego:

RÓBMY SWOJE!!!

GRU, DUGIN, Konspirologia, Eurazja =>Azjopa. „Francuzy” i ich cele.

ROZDZIAŁ III ALEKSANDER DUGIN I ROSYJSKA MASONERIA RYTU FRANCUSKIEGO.

Z książki: Stanisław Krajski Wojna masonów na Ukrainie. Reperkusje dla Polski.

[wydana w 2014 !!] Wydawnictwo św. Tomasza z Akwinu

02-764 Warszawa ul. Egejska 5/24 tel. 22 651 88 17; 601 519 847

e-mail: savoir@savoir-vivre.com.pl www.krajski.com.pl

————————————

Kim jest Aleksandr Dugin? Pisałem o nim Sporo w „Masonerii polskiej 2012”. Warto to tutaj przypomnieć:

DROGI ABSOLUTU”

To rosyjski intelektualista umieszczany na trzydziestej szóstej pozycji na liście osób posiadających wpływ na sposób myślenia w Rosji. ]ego notę biograficzną znajdującą się W rosyjskiej Wikipedii zaczyna informacja, ze jest synem generała GRU (to jakoś bardzo rosyjskie; w Polsce i w Europie biografię zaczyna się od daty urodzenia). Swoja intelektualna, publiczną aktywność rozpoczął on w 1991 r. wydając pracę pod znamiennym tytułem „Drogi absolutu”. Tytuły jego pozostałych głównych prac też są znamienne: „Misteria Eurazji”, „Teoria hiperborejska” (hiperboreje to północny lud w mitologii greckiej, który cieszył się „ciągłym i idealnym szczęściem oraz wieczną młodością”; „Hiperborejczyk jest sprawcą, podmiotem działającym, bojownikiem walczącym w porządku materialnym, ziemskim o realizację porządku zupełnie innego, wyższego rzędu”; pojęcie to używane jest przez tzw. nową prawicę, ale również przez neopogaństwo i masonerię), „Konserwatywna rewolucja”, „Templariusze proletariatu” .

Przed 1989 r. Dugin był zwolennikiem filozofii Nietschego i myślicieli reprezentujących neopogaństwo i okultyzm, takich jak Iulius Evola, Rene Guenon, Hermann Wirth. Potem ewoluował w kierunku doktryny Eurazji”. W 1999 r. rozpoczął wykłady W Akademii Wojskowej Sztabu Generalnego Federacji Rosyjskiej. jego książka pt. „Podstawy geopolityki. Geopolityczna przyszłość Rosji” (1997) „została zalecona jako podręcznik dla studentów w rosyjskich akademiach wojskowych i dyplomatycznych”.

Dugin „utrzymuje bliskie kontakty z oficerami Sztabu Generalnego m.in. generałami Iminowem i Piszczewem oraz ze środowiskiem miesięcznika Orientir wydawanego przez Ministerstwo Obrony Rosji”. Z rosyjskiej Wikipedii dowiadujemy się, że: „Od czasu objęcia władzy przez Władimira Putina rozpoczął się nowy okres działalności politycznej Aleksandra Dugina od radykalnej opozycji, przeniósł się na stanowisko lojalności wobec reżimu”.

Dugin związany jest, jak widać, przede wszystkim z wojskiem i wyraźnie reprezentuje opcję GRU i, jak wszystko wskazuje, pozostaje w ścisłych kontaktach z jego dowództwem. Najważniejszą praca Dugina jest, z naszego punktu widzenia książka pt. „Konspirologia”. Można ją znaleźć w Internecie (w oryginale) pod adresem: http://arctogaia.com/public/consp/conspl.htm

Masońska DOKTRYNA PREZENTOWANA PRZEZ DUGINA.

Dugin twierdzi w „Konspirologii”, że historia świata jest ciągiem, przede wszystkim masońskich, spisków. Te spiski mogą być dobre i złe. Wiele dobrych spisków jest efektem „działalności tajnych organizacji okultystycznych”. Jedna z nich kryje się w GRU od początku jej istnienia. GRU zawsze była bowiem przeniknięta przez Tajny Zakon Eurazji i konsekwentnie zmierzała do realizacji idei Eurazji.

Dugin tę ideę reprezentuje. Chodzi o to, by wytworzyć Eurazję jednolite duchowo i kulturowo pogańskie państwo obejmujące Rosję, Chiny, wszystkie narody zamieszkujące na zachód od Uralu,. w tym narody słowiańskie i Turcję. Ta koncepcja zgadza się z przyjmowana przez masonów wszelkich obediencji koncepcja powstania państwa światowego które byłoby federacją pięciu „związków narodów”: związku narodów brytyjskich, związku narodów panamerykańskich, związku narodów paneuroazjatyckich i związku narodów paneuroafrykańskich i związku narodów panazjatyckich”.

Na ten temat pisałem trochę w swojej „Masonerii 1999”.

Dugin nieco jednak modyfikuje tę wizję. Stwierdza bowiem, że to Amerykanie chcą stanąć na czele państwa światowego i niszczą w tym celu świat przez globalizację i że trzeba z nimi walczyć tak, by to Rosja stała się liderem w tym Związku Wszechświatowym. Najbliższym sojusznikiem Rosji spoza Eurazji, mogą być tylko Niemcy.

Dugin dużo miejsca w swej pracy poświęca GRU starając się wykazać, że tylko GRU było wierne tej koncepcji i że jest to jedyna organizacja, która może ten proces przeprowadzić. Warto przy okazji wspomnieć o innych książkach Dugina, które również dostępne są w Internecie. I tak np. książka „Spisek” („Conspiracy”) poświęcona jest prawie w całości masonerii światowej. Dugin omawiając poszczególne organizacje i instytucje masońskie, takie np. jak Komisja Trójstronna stwierdza, że przeciwni masonerii mogą być tylko ci, którzy wierzą w Chrystusa.

W taki oto sposób omawia koncepcję Dugina jeden z komentatorów politycznych portalu „Salon 24”: „Artykułowana była (koncepcja tzw. Związku Europejskiego), m.in. przez Michaiła Gorbaczowa, a obecnie min przez Siergieja Karaganowa i Aleksandra Dugina z przyklaśnięciem wielu członków establishmentów państw zachodnich. Ma ona za cel pierwszorzędny integrację całego kontynentu Eurazji przez Blok Kontynentalny (opartego o oś Moskwa-Pekin, przy czym strefą wpływów ZSRS/Rosji Sowieckiej jest w tym planie właśnie Europa).

Koncepcja Europejskiego Wspólnego Domu, jest częścią globalistycznych ambicji elit Rosji Sowieckiej i ChRL, z czym te zresztą się nie kryją i wielokrotnie oznajmiają, ustami swoich przedstawicieli takich, jak wspomniani Karaganow i Dugin.

Koncepcja Dugina zakłada nowy porządek światowy oparty o podział na wielkie przestrzenie, gdzie jedną z dopuszczalnych opcji jest eurazjatycka wielka przestrzeń rozciągająca się od Atlantyku po Pacyfik. Inspiratorem tego nowego porządku światowego mają być oczywiście Moskwa i Pekin, zarządzające międzynarodową walkę z globalizmem, którego centralą są w optyce sowieckiego geostratega – Stany Zjednoczone.

Najciekawsze zostawiłem na koniec.

Są to wypowiedzi Dugina, dotyczące Polski, które pojawiły się w wywiadzie udzielonym przez niego Grzegorzowi Górnemu z „Frondy”. Można by założyć, że przedstawione jest w nich stanowisko wobec Polski masonerii ukrytej W GRU.

Grzegorz Górny zadaje Duginowi następujące pytanie:

„Czy są W polskiej tradycji jakieś pierwiastki, które wydają się Panu pociągające?”. A oto odpowiedź Dugina:

„Stanowczo bliższe są mi słowiańsko-eurazjatyckie źródła polskości ich element etniczny, a nawet pogański. Pociągają mnie pewne pierwiastki wschodnie czy też orientalne, kultura mniejszości. Myślę, że to, co najlepsze w polskiej historii, to tradycja żydowska w małych miasteczkach wschodniej Polski. Właściwie interesuje mnie w Polsce wszystko, co było antykatolickie: polska masoneria i okultyści, Jan Potocki i Hoene-Wroński, Mienżyński (zastępca szefa Czeka Feliksa Dzierżyńskiego) i Dzierżyński… Oni wszyscy wybrali drogę eurazjatycką”.

Górny zadaje też pytanie: „Słowem, z Pana punktu widzenia korzystne są wszelkie działania antykatolickie w Polsce ”.

Odpowiedź Dugina: „Dokładnie tak. Trzeba rozkładać katolicyzm od środka, wzmacniać polską masonerię, popierać rozkładowe ruchy świeckie, promować chrześcijaństwo heterodoksyjne i antypapieskie. Katolicyzm nie może być wchłonięty przez naszą tradycję, chyba że zostanie głęboko przeorientowany w kierunku nacjonalistycznym i antypapieskim.

Gdyby w Polsce działała loża w rodzaju irlandzkiej Złotej Jutrzenki [Golden Down], której liderzy, np. William Butler Yeats czy Maud Gonne, z jednej strony byli katolikami, z drugiej zaś fanatycznymi okultystami zainspirowanymi kulturą celtycką, to można mieć jakąś nadzieję. Tacy ludzie mogliby rozkładać katolicyzm od wewnątrz i przeorientowywać go w kierunku bardziej heterodoksyjnym, a nawet ezoterycznym.

Moi znajomi w Polsce mówią mi zresztą, że są u was takie grupki, mające związek z telemizmem czy dorobkiem Alistaira Crowleya”?

[Telemizm Crowleya: „Czyń wedle swej woli będzie całym Prawem”.

———————–

Koncepcje wrogów koniecznie musimy studiować, poznać. md]

Trójca teozoficzna. „Dom Ojca, Królestwo Boga i Ludzkość”.

Trójca teozoficzna. Dom Ojca, Królestwo Boga i Ludzkość.

[Plan ten polega na MOCNYM PROMOWANIU RZĄDU ŚWIATOWEGO ]

[Stąd ten „Dom Ojca” nazywany przez ezoteryków „Szambala” – w „posoborowiu”. MD]

Epiphanius, Ukryta strona dziejów. Nowy Porządek Świata.…

Ukryta-strona-dziejow, str.463 i nn.

Aby lepiej zrozumieć to, co kryje się za ową ideą, trzeba przyjrzeć się bliżej Trójcy teozoficznej. Jest to: Dom Ojca, Królestwo Boga i Ludzkość.

Dom Ojca jest siedzibą Hypertheosa, Sanata Kumary, Pana świata, który jest „stróżem woli Boga” i bywa też nazywany „Ojcem wszystkich” lub „Przedwiecznym”.

Co ciekawe, postać ta pojawia się również na obrazie Williama Blake’a, angielskiego poety żyjącego w latach 1757 – 1827, któremu nie były obce praktyki satanistyczne. Mowa tu o obrazie przedstawiającym starca o długiej, rozwianej brodzie, który z obłoków pochyla się nad ziemią, trzymając w ręku cyrkiel – emblemat platońskiego pomiaru świata.

Tę mądrość i wiedzę potrafimy już zidentyfikować. Z pewnością pod przewodem rządu światowego i w ramach światowej, ujednoliconej religii stanie się ona przedmiotem nauczania w ramach nowego, globalnego systemu oświaty. Ale kim jest Sanat Kumara? By się tego dowiedzieć, wystarczy zauważyć, że pierwszy element tej nazwy jest anagramem słowa Satan (Szatan). Dodajmy też, że „Dom Ojca” jest nazywany przez ezoteryków „Szambala”. To inaczej święty szczyt – Evola, czyli miejsce, w którym „znana jest wola Boga”.

„Mądrość, Światło i Dźwięk”, Rockefeller Center.

==========================

Na temat jego położenia geograficznego toczyły się poważne debaty ekspertów, takich, jak Bławatska, Hutin, Ossendowski, Guenon i in. Większość skłania się do tego, że leży on gdzieś W centralnej Azji, między Tybetem a pustynią Gobi. Wydaje się jednak, że w miarę zbliżania się Nowej Ery możliwe jest jego przesunięcie bardziej na Zachód, być może nawet do Europy.

W Szambali zasiada na swym tronie majestatyczny Pan Świata ze świętym klejnotem W kształcie lotosu na piersi. Otaczają go pomocnicy: siedem „Wielkich Istot”,’które przekazują inspiracje dotyczące „Planu”. Brzmi to, jak powieść fantastyczna albo jeden z mitów Wschodu. Ale u wrót skowyczy rzeczywistość: Wiemy dziś z absolutną pewnością, że nazizm czerpał swe natchnienie z doktryn teozoficznych , zaś mason 33 Rytu Szkockiego F.D. Roosevelt cieszył się sympatią Alice Bailey, która nazywała go „Wielkim, mądrym człowiekiem”; teozofia była mu prawdopodobnie bliska, skoro W 1935 r. zgodził się na wyemkitowanie nowego banknotu jednodolarowego z symbolami ezoterycznymi o wyraźnie teozoficznym przesłaniu. Peter Blackwood zapewnia, że w nowojorskie bibliotece Lucis Trustu znajdują się książki i roczniki Instytutu Biozoficznego. Niektóre artykuły mają być autorstwa Henry”ego Wallace”a, Alberta Einsteina i Franklina D. Roosevelta.

Roerich wraz ze swą żoną był członkiem Towarzystwa Teozoficznego i Szkoły Arkana Alice Bailey. Nie należy się przeto dziwić, że jest on dzisiaj zaliczany do sztandarowych postaci New Age. Królestwo Boga – czyli drugi element Trójcy – bywa opisywane przez Teozofów jako centrum Mistrzów Mądrości lub jako „Wielka Biała Loża”, gdzie przejawia się miłość Boga. Jednak częściej rozumie się pod tym określeniem „Hierarchię” albo ogół „Wielkich Istot” (no to właściwie jak – nazwa ta nie jest zastrzeżona dla siedmiu Istot z Domu Ojca?) wykonujących „Plan”.

Na szczycie „Hierarchii” stoi dwóch zwierzchników: jeden dla świata Zachodniego, zwany „Chrystusem” (którego powrót miałby wkrótce nastąpić), a drugi dla Wschodu, zwany Buddą – co wydaje się rzeczywiście bardziej uwzględniać oczekiwania tej części świata. Podobno ten pierwszy ma pewną przewagę nad tym drugim. W każdym razie obaj odbywają co roku „spotkania na szczycie” – wszystko według owego „Planu”.

Foster Bailey, który do spółki ze swoją żoną założył „Dobrą Wolę «Światową”, napisał W 1972 r. książkę o intrygującym tytule „Running God 's Plan” (Realizacja Bożego Planu). Zawiera ona opis „Planu”, który ma tę zaletę, że nadaje mocno zatłoczonemu Olimpowi rozmiary bardziej dostosowane do naszej ograniczonej zdolności rozumienia owych niezwykłych rzeczy. Zanim przejdziemy do paru szczegółów tego opisu, warto zastanowić się nad samą koncepcją „Bożego Planu”, która narodziła się na posiedzeniach Rady Najwyższej 33 st. USA.

Została ona przedstawiona w oficjalnym organie amerykańskiej Nowej Ery „The New Age Magazine ” (numer z września 1950, str. 551): „Boży plan ma służyć zjednoczeniu wszystkich ras, religii i wierzeń. Ten plan, mający na celu nowy porządek rzeczy, polega na uczynieniu wszystkich rzeczy nowymi: nowego narodu, nowej rasy, nowej cywilizacji i nowej religii niesekciarskiej, która została już rozpoznana i nazwana religią „Wielkiego Światła”.

Mason 33o Foster Bailey, który musiał znać to stanowisko, potrafi jednak opisywać te rzeczy dużo bardziej plastycznie i konkretnie. I tak dowiadujemy się od niego, że członkami Hierarchii, a więc Mistrzami Mądrości (którym hołd oddaje dewiza stanowiąca dopełnienie pomnika Prometeusza przy Rockefeller Center). są – któż by w to powątpiewał! – wysoko wtajemniczeni, w większości bezcieleśni i oczyszczeni dzięki kolejnym metempsychozom, lecz wśród których jest jednak pewna liczba „żyjących obecnie w ich fizycznym ciele”, a nawet żyjących w związkach małżeńskich.

Możemy nawet zapoznać się z ich bliższą charakterystyką. Otóż jest to „grupa przywódców, ekspertów i specjalistów z różnych dziedzin […] niezwykle sprawnych w posługiwaniu się czynnikiem czasu”, w pełni oddanych sprawie „zwalczania herezji, jaką są podziały między ludźmi”, a tym samym bardzo wyczulonych i zwracających „przede wszystkim uwagę na trzy aspekty spraw ludzkich: na religię, oświatę i na rządy”. A mówi to Foster Bailey, wysoki dygnitarz masonerii Rytu Szkockiego.

Siła ciężkości AUTORYTETU niezbędnego do realizacji „PLANU” znajduje się po stronie magów czyli w tej części Hierarchii która istnieje fizycznie, w ciele.

Foster Bailey nazywa ową siłę Autorytetu „Dobrą Wolą”, przy czym – jak można się zorientować – znaczenie nadawane temu wyrażeniu jest zgoła odmienne od potocznego. Sam F Bailey czyli człowiek najbardziej kompetentny, bo będący założycielem „Dobrej Woli Światowej” , precyzuje, że chodzi tu o „energię czerpiącą maksymalnie w nauczania ezoterycznego” i „przepływającą wzdłuż kanału komunikacyjnego” od Mistrzów Mądrości do ludzi. Z tego łatwo wywnioskować, że ci „cieleśni” Mistrzowie Mądrości są nie tylko ekspertami z różnych dziedzin. Są to zarazem ezoterycy posługujący się „mocami”, którymi darzy ich łaskawie „siódmy Promień” – a więc Zaklęciami, Magią i Rytuałem. Nie będzie też intelektualnym nadużyciem stwierdzenie, że mamy tu w istocie do czynienia z magami, którzy kontaktują się bezpośrednio z siłami określanymi przez Katechizm Kościoła katolickiego jako demoniczne.

Przeto zwierzchnikiem teozoficznej Hierarchii jest „Chrystus”, człowiek, który dzięki swym 200 inkarnacjom „przekroczył najwyższe inicjacje” i który niedługo pojawi się znowu na Ziemi. Teza ta wsparta jest dwoma argumentami: stanie się tak, ponieważ ów „Chrystus” jest posłany z wysoka przez Sanata Kumarę et consortes, a po drugie dlatego, że jest usilnie przyzywany „z dołu”. Jego powrót „nastąpi poprzez rozpoznanie kierowniczej mocy na podstawie dynamicznych, ale logicznych (więc jednak logika istnieje!) zmian w sprawach świata. Jest to niezwykle cenna wskazówka dla kogoś, kto usiłuje dociec praprzyczyny obecnych wstrząsów i zawirowań, choć akurat katolik nie powinien być specjalnie zaskoczony, a raczej powinien być utwierdzony w Prawdzie, przypominając sobie słowa św. Jana: „Wiemy, że jesteśmy z Boga, cały zaś świat leży w mocy Złego” (I J, 5, 19).

„Chrystus” teozofów jawi się raczej jako przywódca religijny pretendujący do tego, by zostać – co wydaje się dość oryginalne – „Instruktorem Świata”; oryginalne tym bardziej, że „nie interesuje go religia, do jakiej należą ludzie”. Miałby on odmawiać codziennie „ Wielka Inwokację”, aby przyjść z pomocą Hierarchii. Jest to modlitwa, którą jedynie on sam był władny przekazać ludziom podczas pełni księżyca w czerwcu 1945 roku. Jego indywidualne możliwości nie wydają się więc aż tak duże, a na pewno nie są one na miarę istoty boskiej. A. Bailey przyznaje, że bez swoich uczniów nie jest on w stanie niczego zdziałać, gdyż – jak podkreśla – „nie jest mu znane inne doświadczenie poza doświadczeniem … „świadomości grupowej’ .

=========================

Inna kopia tego Blake’a:

Dugin: Od ośrodka specjalnego do wojny cywilizacyjnej

Od ośrodka specjalnego do wojny cywilizacyjnej

Autorstwa Aleksandra Dugina

Przestań udawać

Aleksandr Dugin twierdzi, że oficjalne uznanie przez Rosję wojny ze zbiorowością Zachodu stanowi kluczowy punkt zwrotny, który zmieni politykę, społeczeństwo i postrzeganie konfliktu w kraju.

Wywiad z Aleksandrem Duginem w programie telewizji Sputnik „Eskalacja” .

Moderator: Nadajemy na żywo w Radiu Sputnik. Michaił Alimow jest z nami w studiu. Dzień dobry, drodzy słuchacze.

To audycja „Eskalacja” z filozofem Aleksandrem Duginem. Niedawno Dmitrij Pieskow, rzecznik prasowy prezydenta Rosji, wygłosił niezwykle symboliczne i ważne oświadczenie: powiedział, że „Specjalna Operacja Wojskowa” [SMO] przerodziła się w prawdziwą wojnę, ponieważ „kilka stolic europejskich, a niestety także Waszyngton, stoi za Kijowem”. To dosłowny cytat. Aleksandrze Duginie, proszę, powiedz nam: W którym momencie nastąpiła ta zmiana? Przecież stolice europejskie niemal natychmiast zaangażowały się w ten proces.

Alexander Dugin: Myślę, że ta transformacja – o której mówimy, a o której wspomniał rzecznik prasowy prezydenta – dokonała się przede wszystkim w naszych umysłach. Wcześniej rozumieliśmy „Specjalną Operację Wojskową” jako środek techniczny mający na celu złagodzenie agresywnych planów Zachodu. Miała być prowadzona lokalnie, w ograniczonym zakresie regionalnym i pod pełną kontrolą ryzyka eskalacji. Operacja Specjalnego Operacji Wojskowej musiała zostać przeprowadzona szybko i skutecznie, i zakończyć się stosunkowo szybko. Następnie mieliśmy rozpocząć normalizację stosunków z Zachodem, co mogło zająć trochę czasu. Na początku Operacji Specjalnego Operacji Wojskowej celem było zabezpieczenie naszej suwerenności politycznej w istniejącym, zjednoczonym świecie globalnym – czyli zachodnim – którego legitymację w dużej mierze uznawaliśmy. Mieliśmy po prostu rozszerzyć zakres naszej niezależności i wzmocnić nasze znaczenie w ogólnym porządku światowym, nie rzucając bezpośredniego wyzwania Zachodowi, nie wdając się z nim w wojnę i nie prowokując go do otwartego konfliktu. Zadanie było ograniczone: zmienić lokalną konfigurację naszej obecności na obszarze postsowieckim poprzez przejęcie kontroli nad tym, co zdecydowanie uważaliśmy za naszą strefę wpływów. Zakładano, że można to osiągnąć środkami technicznymi, bez całkowitego zerwania z Zachodem.

Moim zdaniem, taka była wstępna ocena. Nie ma sensu dziś dyskutować, czy była słuszna – okazała się błędna. Sam plan mógł być dobrze przemyślany, ale jego realizacja potoczyła się inaczej. Stało się, stało się. Kluczowe jest to, że nie udało nam się zdobyć Kijowa w maju 2022 roku. Byliśmy w Hostomlu, tuż u progu miasta, ale z wielu powodów nie mogliśmy go zdobyć – i tym samym pierwotny plan się wyczerpał.

Od tego momentu pojawiła się nowa sytuacja i nowa rzeczywistość. „Specjalna operacja wojskowa” nie była już specjalną operacją wojskową – to znaczy czymś technicznym, lokalnym, regionalnym, szybkim i skutecznym. Logika takiej operacji jest prosta: szybko osiąga się coś trudnego i nieprzyjemnego, a następnie przez długi czas łagodzi się negatywne konsekwencje za pomocą działań dyplomatycznych. Ale wszystko potoczyło się inaczej.

„Specjalna Operacja Wojskowa” zakończyła się naszym wycofaniem z Kijowa, a wiosną 2022 roku w zasadzie rozpoczęła się wojna. Zachód, który najwyraźniej wierzył, że szybko zdobędziemy przewagę w tej operacji, nie mógł uwierzyć własnym oczom. Nie mógł uwierzyć, że Ukraina się utrzymała – i w końcu pogrążył się w konflikcie. Od tego momentu jesteśmy w stanie wojny.

Jednak gdy specjalna operacja wojskowa zakończyła się niepowodzeniem w wyniku blitzkriegu i wybuchła wojna, wymagało to bardzo złożonych rozważań nad tym, co się działo, a to zajęło sporo czasu. Pamiętajmy: początkowo wszczynano nawet postępowania karne przeciwko osobom mówiącym o „wojnie”, ponieważ oficjalnie trwała specjalna operacja wojskowa i było to jedyne określenie, którego można było użyć. Każdy, kto użył słowa „wojna”, ponosił natychmiastowe konsekwencje prawne – administracyjne, a czasem nawet karne. Ostatecznie jednak kara za użycie słowa „wojna” w odniesieniu do specjalnej operacji wojskowej na Ukrainie została zniesiona i od tego momentu sytuacja zaczęła się zmieniać. Niemniej jednak minęły kolejne cztery lata, zanim w końcu oficjalnie uznaliśmy rzeczywistość. W końcu rzecznik prasowy prezydenta nie wyraża osobistej opinii – przekazuje opinię prezydenta, a ta opinia jest miarodajna. Innymi słowy, „specjalną operację wojskową” należy teraz nazwać wojną, a zatem to, co dzieje się na Ukrainie, należy rozumieć jako wojnę.

Przez cztery lata nasza świadomość oswajała się z rzeczywistością. Teraz w zasadzie uznaliśmy, że to wojna. Wszystko jest jasne: to wojna. I musimy od razu dodać wyjaśnienie – jak zrobił to Pieskow – że to wojna przeciwko komu właściwie? To nie jest wojna z Ukrainą – to wojna z Zachodem. I ta wojna, jak słusznie zauważył Pieskow słowem „niestety”, toczy się również przeciwko Ameryce, przeciwko Stanom Zjednoczonym, które walczą po przeciwnej stronie, po stronie naszych wrogów – pomimo wszystkich deklaracji i kroków, jakie Trump podjął na początku swojej drugiej kadencji. Tak wygląda sytuacja dzisiaj.

I nasuwa się pytanie: dlaczego ta deklaracja została złożona dzisiaj z taką jasnością, jednoznacznością i nieodwołalnością – że jesteśmy w stanie wojny ze zbiorowością Zachodu?

Moderator: Aby odpowiedzieć na palące pytanie społeczeństwa?

Alexander Dugin: Myślę, że są dwa powody – jeden wewnętrzny i jeden zewnętrzny.

Pierwszym, wewnętrznym powodem jest eskalacja konfliktu, który dotyka obecnie niemal całą populację: ataki dronów na nasze zaplecze, ataki terrorystyczne zbrodniczego reżimu nazistowskiego w Kijowie, problemy z infrastrukturą energetyczną, ostrzał naszych terytoriów, rosnąca liczba ofiar wśród ludności cywilnej i coraz większa liczba osób wciągniętych w wojnę. Oczywiście, ponosimy na froncie mniejsze straty niż wróg – i to prawda. Posuwamy się naprzód – i to również prawda. Jesteśmy w ofensywie i wygrywamy. Ale ponosimy straty: taka jest natura wojny.

Ludzie coraz częściej zadają sobie pytanie: Czy to rzeczywiście „specjalna operacja wojskowa”? Termin „specjalna operacja wojskowa” sugeruje, że zaangażowana jest w nią jedynie bardzo ograniczona część sił zbrojnych – zawodowi żołnierze, należący do tego rodzaju sił zbrojnych. Specjalne operacje wojskowe są prowadzone właśnie przez nich: armię, służby specjalne, wojska wewnętrzne. Ale tutaj to sami ludzie zostali wciągnięci w te wydarzenia. To, że ludność jest wciągana w „specjalną operację wojskową”, jest sprzecznością samą w sobie – z definicji jest to niemożliwe.

Dlatego Pieskow – a w zasadzie prezydent – ​​musiał wyjaśnić ludności, co się dzieje: jesteśmy w stanie wojny. A to zupełnie inna sprawa.

Przez cztery lata używano terminu „specjalna operacja wojskowa” – a teraz powiedziano o tym całkiem otwarcie: to przecież wojna. Wszyscy już rozumieją, że toczy się wojna, ale dopóki słowo to nie pada z samej góry, nie jest ono oficjalnie uznawane za wojnę. Wiele naszych agencji, ministerstw, gubernatorów, sektorów i wielu osób zdawało sobie już sprawę, że to wojna i muszą działać zgodnie z nią. Jednak niektórzy nadal działali zgodnie z logiką „specjalnej operacji wojskowej”. To, co zostało powiedziane, dotyczy wszystkich: wojna to wojna.

Oto wewnętrzna odpowiedź na pytanie, dlaczego to oświadczenie wydano właśnie teraz: Wygląda na to, że milczenie nie było już możliwe. Milczenie byłoby możliwe tylko wtedy, gdybyśmy odnieśli szybkie zwycięstwo i zdobyli Kijów – nie tylko wyzwolili Donbas, ale faktycznie zdobyli Kijów. Wtedy moglibyśmy powiedzieć: To była specjalna operacja wojskowa; okazała się o wiele cięższa, straszniejsza i trudniejsza, niż przewidywaliśmy, ale gratulacje dla wszystkich, medale dla wszystkich – Ukraina jest nasza, specjalna operacja wojskowa zakończona. Ponieważ jednak takiego wyniku wciąż nie widać, pomimo naszej ofensywy, ludzie muszą zostać poinformowani, jaka jest naprawdę sytuacja. A w rzeczywistości jesteśmy w stanie najpoważniejszej wojny – i co więcej, wciąż w jej pierwszej fazie. Wojny przeciwko zbiorowości Zachodu.

To jest pierwsze wyjaśnienie. Teraz drugie. Nasze dowództwo wojskowe i polityczne, władze i służby wywiadowcze – wszyscy, którzy naprawdę rozumieją, co się dzieje – wiedzą, że Zachód nie przygotowuje się do zawieszenia broni ani deeskalacji. Zachód – Unia Europejska, wszystkie państwa NATO, Rutte, sam Sojusz – przygotowuje się do nowej fali działań wojennych przeciwko nam: ataku na Kaliningrad, użycia rakiet i innych naprawdę poważnych środków przeciwko naszemu terytorium. Drony NATO już latają w naszym kierunku nad państwami bałtyckimi. W rzeczywistości nikt na Zachodzie nie zgodzi się na zawieszenie broni; nikt nie zamierza zmniejszyć intensywności eskalacji.

Myśleliśmy, że Trump będzie osobą, która może rozładować sytuację lub przynajmniej odroczyć decydującą konfrontację. Mógł ją nieco opóźnić, ale nie mogliśmy wykorzystać tego wytchnienia. A to opóźnienie nie było poważne – miało charakter czysto deklaratywny i przejawiało się jedynie w ograniczonym zakresie. Zasadniczo ta wojna opiera się na wsparciu wywiadowczym ze strony Stanów Zjednoczonych. To w gruncie rzeczy wojna o inwigilację kosmosu, wojna informacyjna. Bez wsparcia Starlink, bez transmisji danych rozpoznawczych, już dawno zajęlibyśmy Kijów – to nie byłby problem. Ale to właśnie ten nadzór, wykorzystanie amerykańskiego systemu wywiadowczego i amerykańskiej szyfrowanej komunikacji oraz niezwykle skrupulatne monitorowanie naszego terytorium stwarzają główne problemy.

Dlatego Trump, którego Pieskow wymienił na końcu słowem „niestety” i który również jest w to wszystko uwikłany, stanowi najstraszniejszy i decydujący czynnik. Nawet Unia Europejska, z całą swoją znaczną siłą militarną, nie byłaby w stanie prowadzić z nami wojny na pełną skalę bez amerykańskiej bazy danych wywiadowczych i zaawansowanych technologii: odzyskalibyśmy to, co nasze, a następnie przeszlibyśmy do deeskalacji. Jednak obecność „niestety Trumpa”, jak to ujął Pieskow, w tym konstrukcie zmienia wszystko. Cała infrastruktura transmisji danych wywiadowczych pozostaje na swoim miejscu, podczas gdy NATO i Unia Europejska zamierzają jedynie jeszcze bardziej zwiększyć presję na nas.

Kryminalny reżim w Kijowie jest gotowy zrobić wszystko, nawet użyć brudnej bomby. Nie sądzę, żeby to był przypadek, że atakują elektrownię jądrową w Zaporożu. Najwyraźniej coś przygotowują i są zdolni do zadania niszczycielskiego ciosu – w tym spowodowania katastrofy nuklearnej w naszym kraju za pomocą brudnej bomby. Będziemy się oczywiście bronić, ale biorąc pod uwagę jednoznaczne i bezwarunkowe poparcie całego Zachodu dla reżimu w Kijowie, taki scenariusz jest całkowicie możliwy.

Jesteśmy więc dziś w stanie wojny. Ludzie muszą zrozumieć, na czym stoimy, aby mogli zrozumieć sytuację i działać odpowiedzialnie, racjonalnie i obiektywnie w odniesieniu do tego, co się dzieje. Społeczeństwo musi być niewątpliwie przygotowane do wojny – w zasadzie przygotowując się do wielkiej wojny światowej, która w istocie już się rozpoczęła.

Chcielibyśmy zakończyć konflikt, zgodzić się na zawieszenie broni, a nawet pójść na pewne ustępstwa – prezydent powiedział, że zgodziliśmy się na szereg ustępstw w Anchorage. Ale najprawdopodobniej nikt nam już ich nie zaproponuje. Zachód wyczuł krew; zdał sobie sprawę, że naprawdę się z nami skrzyżował, i wszelkie oferty zawieszenia broni, które złoży, będą wynikać właśnie z tego. Niestety, ujawniliśmy wiele słabości – choć dzielnie broniliśmy – ale pokazaliśmy też wiele mocnych stron. Bądźmy obiektywni: niektóre rzeczy poszły nie po naszej myśli. Fakt, że SMO poniosło porażkę jako blitzkrieg, jest w istocie kluczowy. Kiedy to zrozumieli, uznali, że możemy zostać zniszczeni i zasadniczo poszli w tym kierunku. Nie przekonamy ich do zmiany zdania słowami ani pojedynczymi, drobnymi sukcesami taktycznymi.

Stoimy teraz przed prawdziwym testem – wielką i nieuniknioną wojną, której nie chcemy, ale której nie możemy powstrzymać, zapobiec ani uniknąć. Jakiekolwiek ustępstwa, na jakie moglibyśmy się teraz zgodzić, byłyby nie do pogodzenia z dalszym istnieniem Rosji.

Dlatego ta sytuacja nie wydaje mi się nowa: nie pojawiła się dopiero dzisiaj, ale rozwijała się stopniowo. Jeśli weźmiemy pod uwagę drogę, którą już przebyliśmy – drogę wojny – minęły już ponad cztery lata. A ile jeszcze przed nami? Co więcej, nie będziemy musieli działać w warunkach słabnącego napięcia i lepszej sytuacji, ale w warunkach dalszej eskalacji, na którą również nie mamy wpływu. Oni eskalują; możemy próbować deeskalować, ale oni nie słuchają. Nasze czerwone linie zostały zatarte i nie zostaną przywrócone: są zatarte – i już nie istnieją. Ponieważ widzą, że jedynie reagujemy i podejmujemy jedynie ograniczone środki odwetowe, rozumieją, że mogą napędzać eskalację pod własną kontrolą, jednostronnie i w stopniu, jaki uznają za stosowny.

Teraz musimy zrestrukturyzować całe nasze społeczeństwo. Myślę, że aby wygrać tę wojnę, musimy również zrestrukturyzować system polityczny – tymczasowo, oczywiście, w warunkach wojennych.

Z tego można wyciągnąć kilka fundamentalnych wniosków. Ze słów rzecznika prasowego prezydenta, Dmitrija Pieskowa, wynika, że ​​musimy zrestrukturyzować społeczeństwo, gospodarkę i system administracyjny na czas wojny. A konkretnie, na sukcesy wojenne, w których nagradzane są rzeczywiste osiągnięcia – a nie tylko papierkowa robota – a porażki w określonych dziedzinach i zadaniach – w wojsku, gospodarce i systemie administracyjnym – są odpowiednio karane. Nieprzypadkowo wiele zasad zostaje zaostrzonych wraz z wypowiedzeniem wojny. To, co jest dozwolone w czasie pokoju – nawet jeśli może być wtedy szkodliwe – staje się niedopuszczalne w czasie wojny: gdy ludzie są nagradzani za porażki; gdy zachęca się do oszustwa zamiast karać; gdy przełożonym mówi się to, co chcą usłyszeć, zamiast faktycznych faktów. Nasz minister obrony, Andriej Remowicz Biełousow, mówi nawiasem mówiąc: Błędy są możliwe – kłamstwa nie. Odnosi się wrażenie, że ten błąd pokojowy – nawyk upiększania rzeczy, by zadowolić szefa – przenosi się również na sferę wojskową. To jest niedopuszczalne.

I oczywiście konieczna jest zmiana w kierownictwie. Potrzebujemy najlepszych, prawdziwie skutecznych ludzi. W tych nowych, ekstremalnych warunkach system polityczny, rząd i wojsko potrzebują przede wszystkim ludzi, którzy zasłużyli na swoje stanowiska – to, co nazywamy meritokracją. Po drugie, potrzebujemy maksymalnie skutecznych ludzi – menedżerów ds. sytuacji nadzwyczajnych, menedżerów kryzysowych. Nie tylko administratorów, ale przede wszystkim menedżerów kryzysowych – tych, którzy zapewniają dobrą i skuteczną pracę w ekstremalnych, kryzysowych warunkach, a nie w normalnych. To różne typy ludzi.

Dlatego potrzebujemy zmiany elit i wzmocnienia pozycji menedżerów kryzysowych – bardziej czujnych, bystrych, odważnych, zdeterminowanych, a nawet nieco niekonwencjonalnych osób, które postępują zgodnie z instrukcjami, gdy jest to możliwe, a gdy nie, działają na własne ryzyko, aby osiągnąć zwycięstwo. To inny typ człowieka. A teraz, gdy sekretarz prasowy prezydenta ogłosił, że jesteśmy w stanie wojny, elity czasu pokoju muszą zostać zastąpione: menedżerowie czasu pokoju muszą zostać zastąpieni menedżerami kryzysu – czyli administratorami czasu wojny – w połączeniu ze stworzeniem odpowiednich struktur nagród i kar, odpowiednich do sytuacji kryzysowych.

Dlatego musimy podjąć dwa kroki.

Pierwszą jest prawda – pełna, odpowiedzialna, uczciwa, a w razie potrzeby gorzka. Jest absolutnie niezbędna. W przeciwnym razie mgła wojny będzie się utrzymywać – ale ta mgła nie jest skierowana na naszych wrogów. Nasi wrogowie rozumieją wszystko doskonale; widzą, co naprawdę dzieje się w naszych granicach. Ta mgła wojny jest skierowana do wewnątrz, na nasze własne społeczeństwo. W kraju musi panować całkowita przejrzystość. Powinniśmy oszukiwać wroga, a nie siebie. Często jednak wydaje się, że robimy dokładnie odwrotnie – nie zawsze, oczywiście, ale zdecydowanie nazbyt często.

Drugim krokiem jest wymiana elit i rozmieszczenie osób przystosowanych do warunków wojennych. Dotyczy to nie tylko wrażliwych sektorów wojskowych, ale także biznesu, zarządzania, administracji publicznej i systemu administracyjnego – a także, jeśli wolisz, sektora humanitarnego, kulturalnego i informacyjnego. Obecnie wszystkimi tymi obszarami nadal kierują menedżerowie z czasów pokoju.

Paradoksalnie, nawet armia – której nie krytykujemy, lecz wręcz przeciwnie, gloryfikujemy – powoli i z wielkim trudem wyłania się ze stanu pokoju. Tak, nasza armia zwycięży; nasza armia jest najlepsza; ma wybitne dowództwo; mamy najsilniejszą armię na świecie. Ale wydaje się, jakbyśmy dopiero teraz budzili się z głębokiego snu i rozpoznawali własną militarną rzeczywistość. Jakbyśmy spokojnie drzemali, przekonani o swojej sile, i spoczęli na laurach. A teraz słyszymy: Udowodnijcie, że jesteście najsilniejsi, pokażcie to, osiągnijcie rezultaty. A my odpowiadamy, jakbyśmy wciąż w półśnie: No dalej, i tak was wszystkich zaatakujemy.

Dziś jednak nie wystarczy już samo podtrzymywanie wiary w to, kim naprawdę jesteśmy. Nie mam wątpliwości, że jesteśmy najlepsi, najsilniejsi, najodważniejsi i najbardziej zwycięscy – tak jak nasi przodkowie i jacy naprawdę jesteśmy. Ale zapomnieliśmy, kim jesteśmy. Armia musi pamiętać, czym jest zwycięstwo, jak się je zdobywa i jakie środki są niezbędne, aby je osiągnąć. Potrzebujemy społeczeństwa zwycięstwa i reform zwycięstwa.

Moderator: Mówił Pan wcześniej o pewnych zmianach, szczególnie w sektorze administracyjnym. Jak można je osiągnąć? Na przykład, we wrześniu mamy wybory do Dumy Państwowej. Czy możemy wykorzystać istniejący mechanizm, czy potrzebujemy czegoś radykalnie nowego?

Aleksander Dugin: Oczywiście, że nie. Wybory, dzięki Bogu, przebiegną tak, jak powinny: wszyscy zostaną wybrani zgodnie z prawem. Ale co mają z tym wspólnego wybory? Pełnią one podobną funkcję jak sondaż socjologiczny. Wszelkie reformy w naszym kraju można wdrażać tylko odgórnie. Ludzie pragną tych reform i domagają się ich – domagają się, aby społeczeństwo, system rządów, model społeczny i system polityczny były dostosowane do oczekiwań obywateli. Nasze społeczeństwo kieruje tę prośbę do głowy państwa, do prezydenta. To nie jest ultimatum ani żądanie – to skromna, pełna szacunku prośba. Ludzie po prostu mówią: Chylimy czoła – proszę, wprowadźcie reformę. A ta prośba jest skierowana do prezydenta. Nikt nie zamierza rozstrzygać tej kwestii w głosowaniu.

Moderator: Biuro prasowe rosyjskiej Służby Wywiadu Zagranicznego (SWR) opublikowało nowe informacje na temat ataku na Muzeum Obrony Sewastopola. Wygląda na to, że była to starannie zaplanowana prowokacja ze strony Londynu i brytyjskiego wywiadu, a ukraińskie siły zbrojne prawdopodobnie nawet nie znały prawdziwego celu ataku. Jak myślisz, dlaczego Londyn miałby obrać za cel miejsca o tak niewielkim znaczeniu militarnym?

Alexander Dugin: Zanim odpowiem na to bardzo ważne pytanie, chciałbym zadać kolejne: dlaczego SWR publikuje te informacje właśnie teraz? Faktem jest, że nasi oficerowie wywiadu i analitycy – ludzie rozsądni i spostrzegawczy – od samego początku, od wiosny 2022 roku, w pełni rozumieli, że nie walczymy z Ukrainą. Za pośrednictwem Ukrainy walczymy z Zachodem. Po drugiej stronie są Brytyjczycy, przedstawiciele Unii Europejskiej i Amerykanie. To oni kierują tą wojną: kontrolują ukraińskie drony, obliczają i planują trasy oraz monitorują operacje za pośrednictwem satelitów. Tak, Starlink nie działa nad naszym terytorium, ale są inne satelity rozpoznawcze, których nie możemy jeszcze zneutralizować – przynajmniej dopóki nie zniszczymy całego systemu kosmicznego. Takie metody istnieją i prawdopodobnie rozważamy je właśnie teraz.

W każdym razie drony, które zabijają naszych ludzi, niszczą infrastrukturę energetyczną i atakują jeszcze bardziej wrażliwe cele (o których jeszcze nie mówiliśmy, ale prawdopodobnie to zrobimy), są sterowane przez brytyjskich specjalistów, którzy wykorzystują brytyjskie i amerykańskie dane wywiadowcze. Ukraina to jedynie przykrywka. W istocie Ukraina nie istnieje jako niezależny aktor – jest bytem warunkowym, symulakrum, rodzajem golema lub robota, za pośrednictwem którego Zachód z nami walczy.

Sądzę, że zagraniczny wywiad ujawnił teraz tę informację o ataku na muzeum obrony w Sewastopolu, ponieważ Pieskow już powiedział: „Jesteśmy w stanie wojny z Zachodem”. Ten moment nie jest przypadkowy – to pierwsza wskazówka.

Drugi punkt: Dla niektórych to objawienie, podczas gdy dla większości uważnych analityków i uczestników wojny, którą toczymy z Zachodem, jest to oczywiste. Niektórzy będą więc zaskoczeni, podczas gdy inni powiedzą: „No jasne”. Co więcej, Brytyjczycy nie tylko zaatakowali to muzeum. Myślę, że nasze służby specjalne są tego bardzo świadome, podobnie jak prezydent. Ale teraz my, społeczeństwo, również o tym wiemy – na tym polega różnica. Oznacza to, że jesteśmy wciągani w tę wojnę, ponieważ nasze zrozumienie tego, co się dzieje, zostaje podniesione na odpowiedni poziom. Co to za „specjalna operacja wojskowa”, kiedy Brytyjczycy atakują nasze święte, symboliczne miejsca? To nie może być specjalna operacja wojskowa. Nie prowadzimy specjalnej operacji wojskowej, aby wylądować wojskami na brytyjskiej ziemi.

Nie – to nie jest specjalna operacja. Dla nich to specjalna operacja; dla nas to wojna. Walczą z nami pośrednio, rękami innych. A teraz prawdopodobnie zaczniemy walczyć z nimi bezpośrednio – i wtedy zobaczymy, kto zwycięży. Ale musimy zaakceptować tę rzeczywistość.

Dlaczego przeprowadzają takie ataki? Ponieważ atakują cele symboliczne, a Zachód napędza eskalację, którą kontroluje. Proces eskalacji jest również formą działań wojennych. Zachód – przede wszystkim Brytyjczycy – uważa, że ​​ten wskaźnik eskalacji, który można lekko lub mocno podkręcić, z 1,0 do 1,2 lub 2,3 – wszystkie te precyzyjne wartości (2,3, 2,4, 1,8) – musi być całkowicie pod jego kontrolą.

Przypisano nam rolę strony reagującej. Widzicie: atakują system energetyczny, infrastrukturę cywilną i symboliczne cele, takie jak to muzeum. Reagujemy. Jak właściwie reagujemy? Czy informujemy o tym opinię publiczną, czy nie? To właśnie mierzą. Czy podejmujemy działania odwetowe przeciwko pewnym celom, czy innym? To również mierzą. Wiedząc, że pocisk został skutecznie wystrzelony przez Brytyjczyków – czy przynajmniej odpowiadamy Brytyjczykom ustnie? To również mierzą.

W ten sposób całkowicie samodzielnie kontrolują eskalację. Jeśli muszą ją ograniczyć, robią to wtedy, kiedy im to odpowiada. Jeśli chcą ją eskalować, robią to. Do niedawnej fundamentalnej deklaracji Pieskowa, że ​​jesteśmy w stanie wojny z Zachodem – a także z Ameryką – nie byliśmy częścią tego pełnego procesu eskalacji. Reagowaliśmy, staraliśmy się nie zauważać tej eskalacji i próbowaliśmy ją jednostronnie rozładować, po prostu odmawiając udziału. To było tak, jakby ktoś wypowiedział nam wojnę, a my udawaliśmy, że wszystko jest w porządku. Tak mniej więcej wyglądała sytuacja.

W kraju przekaz brzmiał: Nie, Zachód jedynie wspiera Ukrainę. Ukraina to złe miejsce, ale nie jesteśmy w stanie wojny z samym Zachodem. Jednocześnie wysłaliśmy im sygnały: Nawet jeśli zaostrzycie sytuację, nie damy się wciągnąć i nie damy się sprowokować. Wy podsycacie sytuację – my nie. Ale oni podsycają ją jeszcze bardziej: Kolejny atak będzie wymierzony w inny cel – symboliczny, militarny, strategiczny czy energetyczny.

Co oznaczałoby nasze zaangażowanie w proces eskalacji? Na przykład niespodziewany atak na państwa bałtyckie, Polskę lub Rumunię; sabotaż kluczowych strategicznych instalacji wojskowych w Niemczech lub Francji, użyty przeciwko nam; eliminacja niektórych prominentnych postaci brytyjskiego wywiadu, które są najbardziej zaangażowane w tę wojnę. Albo wysłanie Amerykanom pewnego rodzaju sygnału – mówiąc z grubsza, w stylu irańskim: jeśli nie możemy dotrzeć do nich bezpośrednio, musimy zadać im realny ból. I to nie skrycie, ale otwarcie: wysłanie nurków, aby przecięli podwodne kable na Morzu Bałtyckim prowadzące do państw bałtyckich, a następnie inwazja na ich terytorium.

Czy boją się wycelować rakietami w Muzeum Obrony Sewastopola? Nie, nie boją się. Dlaczego? Bo czują, że grają sami. Tylko oni grają w tę grę eskalacji. Podejmujemy jedynie ograniczone, przewidywalnie słabsze środki odwetowe, aby przekonać wszystkich – siebie i ich – że nie mówimy poważnie. Nie zamierzamy eskalacji na pełną skalę. Tymczasem wszyscy rozumieją – a co najważniejsze, prezydent rozumie – że to Brytyjczycy stali za atakiem na Muzeum Panorama w Sewastopolu. To oni naprowadzili rakietę, amerykańskie satelity rozpoznawcze obliczyły trasę i nacisnęli przycisk. Ukraina nie miała z tym nic wspólnego.

Nasz prezydent to widzi. A jeśli to zobaczy i nie zareaguje, to dojdą do wniosku: No cóż, wszystko jasne – Rosjanie będą kontynuować grę w deeskalację, podczas gdy my będziemy kontynuować grę w eskalację, bo nic nas to nie kosztuje. My znosimy ich czerwone linie; oni nakreślają nowe – my też je znosimy. I nic nam się nie dzieje.

To zaczyna przypominać nam erę Gorbaczowa. Powiedzieliśmy: Nie będziemy już walczyć z Zachodem ani z zachodnim systemem; wyciągamy do was rękę. I w tę wyciągniętą dłoń włożyli granat z wyciągniętą zawleczką: Zniszczyli naszą potęgę w Europie Wschodniej i w Układzie Warszawskim, a następnie zdemontowali Związek Radziecki i zaczęli rozczłonkowywać Federację Rosyjską – przed czym uratował nas tylko Putin. Byliśmy o krok od kolejnej reakcji łańcuchowej konsekwencji po jednostronnym zakończeniu zimnej wojny. A w ich języku „zakończenie” zimnej wojny oznacza tylko jedno: jej przegranie.

To samo dzieje się teraz ponownie na poziomie eskalacji. Mówią: Będziemy z wami eskalować. A my odpowiadamy: Nie będziemy z wami eskalować.

Wydaje mi się, że granice tego stanowiska zostały osiągnięte. Wykazaliśmy się więcej niż dostatecznie naszymi pokojowymi intencjami, dobrą wolą, gotowością do wzajemnego zrozumienia, do pewnych ustępstw i do normalizacji stosunków. Nasz prezydent udał się do Anchorage; rozmawialiśmy z Amerykanami i wszystko wyjaśniliśmy; jesteśmy gotowi na dialog z Unią Europejską. Ale oni nie są i nie będą gotowi – w tym tkwi problem.

Będą gotowi dopiero wtedy, gdy wydarzy się coś naprawdę przekonującego. Na przykład – i to tylko spekulacja – obudzimy się pewnego dnia, a wojskowe i polityczne kierownictwo w Kijowie zniknie. Pojawią się inni, biegający w panice. I drugi szczebel kierownictwa również zniknie. Wtedy szczerze powiedzą: Może powinniśmy negocjować, bo inaczej Rosjanie będą kontynuować. Wtedy będą gotowi do negocjacji. A jeśli poczujemy się bezpieczni, możemy zrezygnować z negocjacji i kontynuować – albo możemy się zgodzić. Możliwe są również inne scenariusze.

Nie jestem ekspertem wojskowym. W dzisiejszych czasach wszyscy lubią dawać rady: ludzie z boku mówią armii i prezydentowi, co robić. Nie zaliczam się do nich – jedynie spekuluję. Po prostu stosuję lekcje z przeszłości, na przykład doświadczenia Iranu w konfrontacji, do naszej sytuacji. Iran nie może pokonać Stanów Zjednoczonych i Izraela, ale może wyrządzić im niedopuszczalne szkody – na przykład szkody gospodarcze. Właśnie to robi Iran. My również możemy wyrządzić niedopuszczalne szkody wrogowi na wiele różnych sposobów.

Mówimy: eskalacja jest nieunikniona – i my się na to godzimy. Na przykład, podkręcacie pokrętło – a my podkręcimy je jeszcze bardziej. Ale samo powiedzenie tego nie wystarczy. Oczywiste jest, że nie reagują już na nasze wyjaśnienia: wszystkie nasze protesty i wszystkie nowe czerwone linie są przez nich odbierane jako biały szum. Oczywiste jest również, że traktują słowa, za którymi nie idą czyny, tak poważnie, że nie można ich ignorować z całkowitą pogardą.

Stoimy teraz przed bardzo poważnym pytaniem. Niektórzy, jak Karaganow, twierdzą, że musimy przeprowadzić wyprzedzający strategiczny atak nuklearny – na przykład przeciwko Stanom Zjednoczonym lub Unii Europejskiej. Inni sugerują użycie taktycznej broni jądrowej. Z tego, co rozumiem, mogło to być kiedyś wykonalne, ale dziś nie jest już najistotniejszą opcją. Teraz potrzeba serii złożonych, wielowymiarowych, starannie zaplanowanych działań, prowadzonych jednocześnie w wielu obszarach. Być może czegoś w kosmosie – na przykład zniszczenia całego satelitarnego systemu rozpoznania, ponieważ jest to jeden z naszych głównych problemów. Być może innych działań, których nikt się nie spodziewa. I to wszystko naraz: jednego, dwóch, trzech. Jeśli uda nam się stworzyć sześć lub siedem takich nieprzewidywalnych, niemożliwych do wyśledzenia ośrodków prawdziwej konfrontacji, to może ich powstrzymać.

Jeśli będziemy bez przerwy powtarzać: „Dość, dość, dość – przestańcie strzelać do naszych muzeów, zostawcie w spokoju nasze dzieci, przestańcie zabijać naszych uczniów, przestańcie wysadzać w powietrze nasze pociągi, zostawcie w spokoju nasze rafinerie ropy naftowej i ważniejsze obiekty”, nikt nas nie posłucha.

Moderator: Aleksandrze Giełewiczu [Dugin], być może oprócz tych mechanizmów eskalacji, trwają już przygotowania do przygotowania naszego społeczeństwa i przyszłych dorosłych obywateli do tego zmieniającego się świata. Mam na myśli na przykład niedawne zmiany w podręcznikach do historii. Jest tak wiele kwestii do omówienia, ale chciałbym poruszyć również tę. Jeśli chodzi o wznowienie serii ujednoliconych podręczników do historii – czy Pana zdaniem celem tych zmian jest to, o czym właśnie wspomniałem, czy też jest to szerszy cel?

Aleksander Dugin: Widzisz, za bardzo przyzwyczailiśmy się do retoryki czasu pokoju: „Zgadzam się z tobą, ale nie do końca”, „Porozmawiajmy o szczegółach”, „Nie omawiajmy szczegółów”.

Nowe podręczniki – zwłaszcza podręczniki do historii – są niezbędne, aby wychować prawdziwych, w pełni wykształconych rosyjskich patriotów i umieścić patriotyzm w centrum naszej historycznej samoświadomości. Potrzebujemy bowiem nowych obywateli, którzy są dumni ze swojej ojczyzny, szczerze kochają Rosję, znają jej historię, rozumieją jej tożsamość, znają jej bohaterów – i znają jej wrogów. To jest główne zadanie, jakie ma spełnić nowa seria podręczników: zaszczepić w naszych dzieciach świadomość obywatelską, poczucie godności, patriotyzm, miłość do ojczyzny i zrozumienie kontekstu historycznego.

Jestem oczywiście głęboko poruszony i niezmiernie wdzięczny autorom za uwzględnienie tragicznego losu mojej córki Darii Duginy w jednym z tych podręczników szkolnych. Ludzie powinni znać tych, którzy cierpieli za ojczyznę, tych, którzy oddali za nią życie. Musimy wychowywać kolejne pokolenie, dając mu takie wzorce do naśladowania i przykłady – w tym Władlena Tatarskiego i nowych bohaterów specjalnej operacji wojskowej oraz naszej wojny z Zachodem.

Oczywiście, wszystkie pokolenia są ważne – nasi dziadkowie i pradziadkowie, którzy zbudowali i bronili naszego kraju. Ale bohaterowie, którzy żyją wśród nas, są również ważni – ludzie tacy jak my: młodzi mężczyźni i kobiety, którzy dziś uosabiają heroizm, poświęcenie, odwagę, inteligencję, służbę ojczyźnie, miłość do ojczyzny, lojalność wobec Kościoła chrześcijańskiego, naszej cywilizacji i naszej tożsamości. Oni również należą do tego podręcznika – i zostali w nim uwzględnieni.

Chcę powiedzieć: niektóre dobre uczynki nie wymagają żadnych „ale”, żadnych zastrzeżeń w stylu „można było zrobić to lepiej”. Zawsze jest miejsce na poprawę – będziemy nad tym pracować. Ale najważniejsze to robić to, co konieczne: przywrócić godność, dumę i miłość do ojczyzny w naszych szkołach, czyli u samych podstaw naszej edukacji.

Robimy to samo na poziomie szkolnictwa wyższego – na uniwersytetach i w instytutach. W Wyższej Szkole Nauk Politycznych im. Iwana Iljina oferujemy studia z zakresu westernistyki, w ramach których traktujemy Zachód jako odrębną cywilizację. Oferujemy zajęcia, które potwierdzają status Rosji jako cywilizacji państwowej, a także zajęcia z zakresu wielobiegunowości i tożsamości. Postawiliśmy sobie ambitny cel: odbudować cały sektor edukacji i badań humanistycznych na tym patriotycznym fundamencie.

Niestety, ogólna sytuacja jest nadal inna. Ale walka o nasze dzieci jest najważniejsza i to zadanie zostało już podjęte w szkołach. W innych obszarach prace trwają. Wiele osiągnięto już dzięki kursowi „Podstawy państwowości rosyjskiej”, który wpaja studentom swego rodzaju „szczepionkę” patriotyzmu. Musimy kontynuować, rozwijać i poszerzać ten kurs – poszerzając pole studiów zachodnich i zmieniając paradygmaty w naukach humanistycznych w oparciu o tezę wielokrotnie formułowaną przez naszego prezydenta: Rosja jest państwem-cywilizacją. Żyjemy w świecie wielobiegunowym, w którym oprócz Zachodu istnieją inne ośrodki władzy i inne cywilizacje, w tym nasza własna.

Ta restrukturyzacja całego podejścia humanistycznego, edukacji jako całości, postępuje obecnie z pełną prędkością – ale „z pełną prędkością” jedynie według standardów pokojowych lub według standardów specjalnej operacji wojskowej. W porównaniu ze standardami wojny z Zachodem, tempo to jest wciąż niewystarczające. O ile sytuacja na lekcjach historii w szkołach jest dobra, a na uniwersytetach sprawy idą w dobrym kierunku – wydano odpowiednie instrukcje – postęp jest zdecydowanie zbyt powolny z powodu ogromnego oporu. Niektórzy stawiają opór z bezwładności, inni z powodów ideologicznych. To szósta kolumna – przeciwnicy idei, że Rosja jest niepodległą cywilizacją.

Ostatecznie rusofobia nie pojawiła się przypadkowo i nie pojawiła się dopiero w ostatnich latach. Niemniej jednak nie możemy sprowadzać wszystkiego do sieci szpiegowskich, mimo że w tej dziedzinie wykonano już poważną pracę. Przez ostatnie 30-40 lat nasi wrogowie po prostu działali w naukach humanistycznych – w ośrodkach, które wypaczały świadomość naszych uczonych, zmieniały proces edukacji oraz podsycały i wspierały szkodliwe tendencje w naukach humanistycznych. Wszystko to istnieje. Ale problemu nie można sprowadzić wyłącznie do szpiegostwa. Nawet jeśli odkryjemy całą sieć zachodnich agentów wpływu w naukach humanistycznych, to nie wystarczy, ponieważ całe pokolenie nauczycieli i uczonych zostało już wyszkolone w postrzeganiu Zachodu jako uniwersalnego. Z tym musimy walczyć.

Dlatego wojna, o której dziś rozmawiamy – i o której mówił Pieskow – naturalnie wpływa na wszystkie sfery naszego społeczeństwa, w tym edukację szkolną, a moim zdaniem nawet przedszkolną. „Lekcje o rzeczach najważniejszych” powinny zaczynać się już od najmłodszych dzieci. Jeśli będą siedzieć na nocnikach i słuchać opowieści o wielkich bohaterach, to pójdą do szkoły już z pierwszymi zalążkami świadomości obywatelskiej.

Musimy przekształcić nasze społeczeństwo w inny, przebudzony stan – stan, w którym odrębność, niezależność i wyjątkowość naszej cywilizacji, której musimy bronić, zostaną potwierdzone. To właśnie oni – dzisiejsza młodzież, uczniowie, a nawet przedszkolaki – będą wezwani do ochrony i zachowania naszej suwerenności cywilizacyjnej, naszej godności, naszej wolności i naszej niezależności w obliczu bardzo poważnych wyzwań, w tym technologicznych.

A jeśli dokonamy tego zwrotu – a nie możemy go już uniknąć, ponieważ upłynęły już wszelkie terminy na uniknięcie poważnego konfliktu cywilizacyjnego z Zachodem – to musimy działać szybko. Zmiana kursu, skierowanie tego wielkiego okrętu od zwykłej suwerenności politycznej do pełnej suwerenności cywilizacyjnej jest oczywiście niezwykle trudna. Niemniej jednak ster musi zostać przekręcony – z głośnym skrzypnięciem – ponieważ musimy zmienić kurs całego kontynentu, a jego bezwładność jest ogromna. Ta bezwładność wynika nie tylko z ostatnich 30–40 lat, ale z epoki Piotrowej: Zachód od dawna nas przyciągał i przyciągał do siebie. Teraz potrzebny jest dość ostry zwrot. Byliśmy zdolni do takich zmian kursu już wcześniej – w XIX i XX wieku. Ale teraz potrzebujemy kolejnej, patriotycznej zmiany kursu. Będzie to niezwykle trudne do wykonania, ale musi nastąpić szybko.

Moderator: W ciągu ilu lat, dosłownie? Kiedy mówimy o cywilizacji, zazwyczaj myślimy w kategoriach stuleci. Ale jeśli coś musi się wydarzyć szybko, ile to zajmie czasu?

Alexander Dugin: Nie mogę podać dokładnej liczby. Jedno jest pewne: im dłużej będziemy się wahać, tym gorsza będzie nasza pozycja wyjściowa. Im szybciej ogłosilibyśmy wojnę z Zachodem, tym lepsze rezultaty byśmy osiągnęli. Ale lepiej późno niż wcale. Nie odważyłbym się powiedzieć dokładnie, ile lat. Nie mamy dużo czasu. Myślę, że mówimy tu o latach, a nie dekadach – mimo że cywilizacje funkcjonują w znacznie dłuższych cyklach. W tym sensie ma pan rację. Jednak obecnie następuje zmiana paradygmatu, również w edukacji.

Źródło: Od operacji specjalnej do wojny cywilnej

Gdzie tu sens gdzie tu logika?

Gdzie tu sens gdzie tu logika?

Izabela BRODACKA

To moja ulubiona anegdota. Mały Jasio stoi na korytarzu szkoły i powtarza: „gdzie tu sens, gdzie tu logika?”. „ Co się stało ?”- pyta go przechodzący dyrektor. „Zepsułem powietrze w klasie a pani wyrzuciła mnie za drzwi, gdzie tu sens, gdzie tu logika?”-odpowiada zdumiony Jasio.

To pytanie powinni zadawać sobie codziennie obywatele naszego kraju. Nie wszystko da się wytłumaczyć konstruując różne historiozoficzne, a nawet spiskowe teorie. Większość kłopotów rodaków wynika z niezwykłej, wręcz piramidalnej głupoty rządzących. Jakaś komentatorka życia społecznego oświadczyła, że płaci podatki i sprząta po swoim psie więc jest wzorcowym obywatelem. W czasach mojej młodości nikt nie sprzątał po psach. Psia kupka rozkłada się na trawie w ciągu dwóch tygodni użyźniając przy okazji trawnik. Torebka plastikowa rozkłada się podobno od 100 do 1000 lat. Kupka zapakowana w plastikową torebkę wywieziona na wysypisko będzie tam zatem tkwiła bezużytecznie kilkaset lat. Gdzie tu sens gdzie tu logika?

Dawid Riesman w książce „Samotny tłum” zauważył że I think (myślę) zostało w publicznych wypowiedziach zastąpione przez I feel ( czuję). I to dużo tłumaczy. Nie jest istotne, że ktoś ma narządy płciowe mężczyzny. Ważne jest, że czuje się kobietą. Prawo jest po jego stronie. Może zmusić nauczycieli i urzędników państwowych żeby zwracali się do niego jak do kobiety wbrew stanowi faktycznemu i jakiejkolwiek logice. A jeżeli ktoś czuje się biskupem. Czy nauczyciele i urzędnicy mają zwracać się do niego: „ wasza eminencjo”?. A jeżeli ktoś czuje się Napoleonem?. Czy zamiast umieścić go w Tworkach mamy obowiązek omawiać z nim przyczyny klęski pod Waterloo?

Istnieje wiele nielogicznych stereotypów, zupełnie bezsensownych, których trwałość jest wyłącznie wynikiem wielu lat tresowania społeczeństwa przez ośrodki wyznaczające kryteria politycznej poprawności.

My wszyscy z niego”- napisał o Miłoszu mój kolega Wojtek Karpiński dedykując mi swoją książkę. „Ja nie jestem z niego”- zaprotestowałam stanowczo. Dyplomata reprezentujący sowiecką władzę w Polsce każe nam rozczulać się nad różnymi stadiami brzydkiego etapu jego życia jakim była kolaboracja z reżimem maskowana czy tłumaczona fascynacją. To tak jakby chory na weneryczną chorobę kazał nam podziwiać różne jej stadia. Szankier miękki, osutka, szankier twardy. Po wielu latach Miłosz z trudem dochodzi do wniosku, że system komunistyczny to samo zło. Do stwierdzenia, które było w Polsce oczywiste dla każdego, taksówkarza, robotnika, sprzedawcy rzodkiewki na bazarze, a nawet dla partyjnych towarzyszy.

Pocieszyło mnie, że nie byłam w swoich poglądach odosobniona. Podobnie o Miłoszu myślał Sergiusz Piasecki czemu dał wyraz w tekście pod tytułem: „Były poputczik Miłosz”:

Miłosz rozczula do łez swym strasznym losem aktualnego „samobójcy”, który wybrał gorzki chleb emigracyjny, byle tylko nie iść na kompromis ze swym sumieniem poety. I znikła gdzieś w tumanie słów i frazesów istotna postać poputczika, który przez wiele lat reprezentował za granicą narzucony Polsce rząd bolszewicki jako prawowitą władzę, opartą na demokracji ludowej i prowadzącą Polskę w krainę socjalizmu”.

O dziwo w wierszu z 1935 roku pod tytułem „Obłoki” Miłosz niejako antycypuje swoją postawę życiową pisząc:

„i wiem, że we mnie pycha, pożądanie
i okrucieństwo, i ziarno pogardy
dla snu martwego splatają posłanie,
a kłamstwa mego najpiękniejsze farby
zakryły prawdę”.

Rozbrajająca szczerość. Jednak zdumiewający fakt, że zwykły попутчик sowieckiego terroru może być przez kogokolwiek traktowany jako wzorzec moralny i duchowy przywódca narodu każe nam zadawać nieodmiennie to samo pytanie: „gdzie tu sens, gdzie tu logika?”

Idąc dalej – zastanówmy się. Przeciętny obywatel PRL miał trudności z uzyskaniem przepustki nawet w Słowackie Tatry. Przeciętny kryminalista miał kłopoty z przekazaniem rodzinie nawet krótkiego grypsu. Tymczasem prześladowani opozycjoniści – jak Michnik – wyjeżdżali na zachodnie stypendia, oraz pisali i wydawali w więzieniu książki. I gdzie tu sens gdzie tu logika?

Posunę się jeszcze dalej. Żeby wydostać się z komunistycznego raju ludzie ginęli zastrzeleni na berlińskim murze, topili się próbując przepłynąć Bałtyk w kajaku, porywali samoloty, podróżowali setki kilometrów na osiach wagonu. Jeżeli nawet otrzymali paszport dostawali lecąc na przykład do USA prawo do zakupienia za swoje ciężko zarobione pieniądze pięciu dolarów. Pięciu dolarów, które nie wystarczały nawet na bilet autobusowy.

Jeżeli natomiast ktoś z rodziny przysyłał im do Polski dewizy mieli prawo odebrać zamiast tych dewiz wyłącznie bony. Fikcyjną, niewymienialną walutę uprawniająca do zakupu niedostępnych w sklepach towarów w specjalnym sklepie zwanym Peweksem.

I oto w 1968 roku tysiące osób żydowskiego pochodzenia, najczęściej mocno zasłużonych w instalowaniu w Polsce stalinowskiego terroru, otrzymuje prawo wyjazdu na Zachód z całym majątkiem. Wyjazdu w aurze ofiar, wypędzonych, prześladowanych. Na tym upragnionym przez wielu Polaków Zachodzie otrzymują pomoc, stanowiska uniwersyteckie, mieszkania. Nie muszą spędzać kilku lat w obozie jak wielu Polaków, którzy nie wrócili do kraju po stanie wojennym. Niejeden Polak chciałby być tak prześladowany jak Żydzi w 1968 roku, chciałby móc wyjechać z całą rodziną i z całym majątkiem.

Oczywiście nie można wykluczyć, że wyjazdy związane były z dramatami. Dzieci dowiadywały się nagle, że w kraju uważanym za własny są persona non grata. Bywało, że nic nie wiedziały o swoim pochodzeniu, nie miało ono dla nich ani dla otoczenia najmniejszego znaczenia. Wielu badaczy w tym Witold Jedlicki postrzega wydarzenia 1968 roku jako rozgrywkę dwóch wrogich frakcji w PZPR czemu Jedlicki dał wyraz w znanej pozycji pod tytułem „ Chamy I Żydy”. Są jednak tacy którzy zadają sobie pytanie. Wyjechać na upragniony przez wszystkich Zachód wywożąc cały majątek. I to ma być kara, to ma być prześladowanie? I gdzie tu sens gdzie tu logika?

Żyjemy w świecie, który zapomniał o logice.

Cień herezji pelagiańskiej nad „Magnifica humanitas”?

Cień Pelagiusza nad „Magnifica humanitas”?

Date: 16 giugno 2026 Author: Uczta Baltazara babylonianempire/cien-pelagiusza-nad-magnifica-humanitas

Wśród licznych zarzutów skierowanych pod adresem encykliki „Magnifica humanitas” papieża Leona XIV, jeden z najpoważniejszych i najbardziej znaczących z teologicznego punktu widzenia dotyczy przypuszczalnej tendencji pelagiańskiej, która miałaby przewijać się w całym dokumencie.

Jest to poważny zarzut. Być może najpoważniejszy, jaki można sformułować na płaszczyźnie doktrynalnej po zarzutach dotyczących modernizmu. Z tego powodu należy przede wszystkim wyjaśnić istotę tej kwestii.

Pelagiusz, brytyjski mnich z V wieku, nauczał, że człowiek posiada w sobie zasoby niezbędne do czynienia dobra i osiągnięcia moralnej doskonałości. Łaska Boża, w jego ujęciu, nie była absolutnie niezbędna do zbawienia. Grzech pierworodny był w istocie bagatelizowany, a natura ludzka przedstawiana była jako znacznie mniej zraniona niż głosiła tradycja apostolska.

Przeciwko tej wizji stanowczo wystąpił św. Augustyn. Dla wielkiego biskupa z Hippony człowiek jest rzeczywiście wolny, ale jest to wolność zraniona. Bez uprzedniej łaski Bożej, człowiek nie może się zbawić. Bez Chrystusa nie może uzdrowić swojej upadłej natury. Bez odkupienia, ludzki projekt pozostaje nieuchronnie niezrealizowany.

Od tamtej pory pelagianizm stał się czymś więcej niż tylko historyczną herezją. Jest to nieustanna pokusa. Pokusa, by wierzyć, że człowiek może zbawić się sam.

Oczywiście nikt nie znajdzie tego stwierdzenia sformułowanego wprost w encyklice Leona XIV. Problem jest bardziej subtelny i dotyczy ogólnej struktury dokumentu.

Czytając „Magnifica humanitas”, uderza przede wszystkim niezwykła wiara w zdolność ludzkości do budowania bardziej sprawiedliwego porządku poprzez współpracę, dialog, uczestnictwo, etyczne zarządzanie technologiami, globalną solidarność i wspólną odpowiedzialność.

Są to szlachetne tematy, w dużej mierze godne poparcia, ale problem teologiczny pojawia się, gdy zadamy sobie pytanie: jaką rolę odgrywa łaska nadprzyrodzona w tym procesie?

W wielu fragmentach encykliki mowa jest o człowieku, o jego odpowiedzialności, możliwościach i historycznych wyborach. Znacznie mniej uwagi poświęcono jego radykalnej zależności od łaski. Wynika z tego wrażenie, że jest to dokument przepełniony silnym optymizmem antropologicznym. Optymizm sam w sobie nie jest jednak pelagiański. Samo chrześcijaństwo jest głęboko optymistyczne, ponieważ opiera się na zwycięstwie Chrystusa. Istnieje jednak zasadnicza różnica. Optymizm chrześcijański wywodzi się z odkupienia. Optymizm pelagiański wywodzi się z możliwości człowieka.

I właśnie tutaj pojawiają się pierwsze trudności. Encyklika szczegółowo opisuje zagrożenia związane ze sztuczną inteligencją, koncentracją władzy gospodarczej, nierównościami społecznymi i strukturami opresyjnymi. Znacznie mniej miejsca poświęca jednak temu, co w tradycji katolickiej jest źródłem każdego kryzysu: grzechowi.

Ta cisza jest znacząca. Bo jeśli zło przedstawia się przede wszystkim jako problem strukturalny, technologiczny, ekonomiczny lub kulturowy, to rozwiązanie nieuchronnie staje się również strukturalne, technologiczne, ekonomiczne lub kulturowe. Perspektywa zmienia się radykalnie. Nie chodzi już przede wszystkim o nawrócenie serca. Chodzi o przemianę systemów.

Właśnie tutaj pojawia się zagrożenie dryfem pelagiańskim. Współczesny człowiek jest zachęcany do budowania cywilizacji bardziej ludzkiej, bardziej inkluzywnej i opartej na solidarności. Rzadko jednak przypomina mu się, że sam nosi w sobie ranę, której żadna reforma społeczna nie jest w stanie uleczyć.

Augustyn zadałby prawdopodobnie proste pytanie: kto jest w stanie uleczyć serce człowieka?Żaden algorytm. Żadne etyczne zarządzanie. Żadna struktura partycypacyjna. Żadna globalna agenda. Jedynie łaska.

Na uwagę zasługuje jeszcze jeden element. W dokumencie nieustannie pojawia się temat powszechnego braterstwa, który z pewnością również należy do dziedzictwa chrześcijańskiego. Jednak w Nowym Testamencie braterstwo nie wynika po prostu ze wspólnej przynależności do rodzaju ludzkiego. Wynika ono przede wszystkim z boskiego synostwa uzyskanego w Chrystusie.

Kiedy to rozróżnienie ulega osłabieniu, pojawia się ryzyko, że braterstwo będzie postrzegane głównie w kategoriach humanistycznych. Konsekwencja tego jest istotna. Ludzkość nie jawi się już jako rodzina, która wymaga odkupienia, ale jako rodzina, która po prostu wymaga lepszej organizacji.

W tym miejscu podobieństwo do pelagianizmu staje się bardziej widoczne. Pelagiusz nie zaprzeczał dobroci, zaprzeczał natomiast radykalnej konieczności odkupienia.

Encyklika z pewnością nie posuwa się aż tak daleko, ale miejscami wydaje się mówić tak, jakby głównym problemem ludzkości był brak współpracy, a nie brak łaski.

Trzeci aspekt dotyczy samej postaci Chrystusa. Czytając „Magnifica humanitas”, wyraźnie wyłania się obraz Chrystusa jako nauczyciela człowieczeństwa, orędownika godności osoby, obrońcy ubogich oraz etycznego wzorca globalnego współżycia społecznego. Są to wymiary autentycznie ewangeliczne, jednak mniej widoczny jest Chrystus Odkupiciel, który zbawia człowieka z grzechu. Mniej widoczny jest Chrystus wzywający do nawrócenia. Mniej widoczny jest Chrystus mówiący o sądzie. Mniej widoczny jest Chrystus wyzwalający z niewoli duchowej.

W rezultacie powstaje chrystologia silnie ukierunkowana na humanizację człowieka, a w mniejszym stopniu na jego deifikację. A przecież tradycja katolicka zawsze nauczała, że ostatecznym celem nie jest po prostu stanie się bardziej ludzkim. Jest nim uczestnictwo w samym życiu Boga.

Święty Atanazy ujął to w słynnej formule: „Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek stał się uczestnikiem życia boskiego”. Ta nadprzyrodzona perspektywa wydaje się stosunkowo słabo zaznaczona w ogólnej strukturze encykliki i właśnie w tym wielu krytyków dostrzega potencjalną formę neopelagianizmu. Nie chodzi tu o klasyczny pelagianizm, ani o jawne zaprzeczenie łaski, ale o jej stopniowe spychanie na margines.

Paradoksalnie, niektórzy obserwatorzy mogliby dziś zadać to samo pytanie w odniesieniu do „Magnifica humanitas”. Kiedy język globalnej współpracy zajmuje więcej miejsca niż język odkupienia, kiedy naturalna godność człowieka wydaje się ważniejsza od jego nadprzyrodzonego powołania, kiedy przemiana struktur cieszy się większą uwagą niż nawrócenie dusz, ryzyko nie polega tyle na formalnej herezji. Jest to coś bardziej subtelnego: powolna antropologizacja chrześcijaństwa.

Osobiście, nie powiedziałbym, że „Magnifica humanitas” jest tekstem pelagiańskim. Byłby to wniosek zbyt daleko idący z teologicznego punktu widzenia. Powiedziałbym jednak, że dokument ten zawiera pewne akcenty, które mogą sprzyjać antropocentrycznej interpretacji wiary. A historia Kościoła uczy nas, że pelagianizm rodzi się zawsze w ten właśnie sposób. Nie poprzez nagłe zaprzeczenie łaski, ale poprzez jej stopniowe przesłanianie.

Kiedy człowiek zajmuje zbyt dużo miejsca w dyskursie teologicznym, Bóg nie znika od razu. Po prostu cofa się na dalszy plan.

I właśnie w tym momencie antyczna pokusa Pelagiusza ponownie puka do drzwi Kościoła.

INFO:aldomariavalli.it//lombra-di-pelagio-su-magnifica-humanitas

Judenrat uprawia pedagogikę wstydu

Judenrat uprawia pedagogikę wstydu

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” 18 lipca 2026 michalkiewicz

Jak się okazuje, historia się powtarza. Judenraty, a zwłaszcza warszawski Judenrat „Gazety Wyborczej” coraz śmielej realizuje koncepcję „fołksfrontu”, którą w latach 30-tych ubiegłego wieku forsował Ojciec Narodów, Chorąży Pokoju, Józef Stalin. Koncepcja „fołksfrontu” sprowadzała się do walki z nieuczciwą konkurencją, za jaką bolszewikowie uważali socjalistów narodowych, czyli – jak ich nazywali – „faszystów”. Bolszewikowie bowiem, za sprawą spółki autorskiej „Marks&Engels” dopuścili sobie do głowy, że rozwikłali zagadkę praw dziejowych, podczas gdy narodowi socjaliści uważali, że tajemnicę praw dziejowych rozgryźli oni. W związku z tym koncepcja – jak powiedziałby Kukuniek – „fołksfrontu” sprowadzała się do tego, żeby „faszystom” zrobić „no pasaran”, najlepiej przy pomocy tzw. „pożytecznych idiotów”, których przeciwko „faszystom” mobilizowaliby kręcący całym interesem bolszewikowie, za pośrednictwem Judenratów, których podówczas było w Europie znacznie więcej niż dzisiaj – chociaż i dzisiaj ich nie brakuje.

I właśnie wybitny funkcjonariusz warszawskiego Judenratu, pan red. Jarosław Kurski, który pnie się tam do coraz wyższych grządek i jak tylko pan red. Adam Michnik, zamknąwszy oczy, wyląduje na łonie Abrahama, to niekwestionowanym wodzem Judenratu zostanie właśnie on. Gdyby jego bratu, Jackowi, nie powinęła się noga, to byłoby bardzo ciekawie; na czele postępowego Judenratu stałby Jarosław, a na czele Judenratu „faszystowskiego” stałby Jacek. Wyobrażam sobie, jak podczas spotkań rodzinnych obydwaj zaśmiewaliby się do rozpuku z głupich gojów.

Więc w ramach odgrzewania ubiegłowiecznych, fołksfrontowych kotletów, pan red. Jarosław Kurski, komentując rocznice wydarzeń w Jedwabnem i na Wołyniu, mobilizuje głupich gojów do aktywności, przestrzegając, że jeśli „dobrzy ludzie” nie będą robić nic, to wtedy nieuchronnie zatriumfuje „faszyzm”. No dobrze – ale kto to są, ci „dobrzy ludzie”? Nie ulega wątpliwości („nie ulega wątpliwości, jak mawiała stara niania, lepiej… no, mniejsza z tym), że „dobrzy ludzie” to ludzie wskazani przez Judenraty. No a kogo wskazują Judenraty”? Judenraty wskazują tych, którzy ich słuchają, to chyba jasne – bo jeśli nie słuchają Judenratów, to pewnie słuchają „faszystów”. Dlatego w czasach stalinowskich Judenraty nawoływały: „a my wszyscy za towarzyszem Stalinem!” W „fołksfrontach” świadoma dyscyplina musi być, więc stąd zachowania stadne i „my wszyscy”. Zatem już wiemy, że „dobrzy ludzie” to nic innego, jak „my wszyscy”, co to zgodnie z mądrością etapu raz są „za towarzyszem Stalinem”, a jeśli mądrość etapu się zmieni – to nawet przeciwko „kultowi jednostki”. W tej zmienności jest jednak element stały; to Judenraty, ściślej biorąc tworzące je grono cadyków, decydują o tym kiedy i jak zmienia się mądrość etapu. Zawsze wtedy i tak, żeby Żydowie mogli wyciągnąć z tego możliwie najwięcej korzyści.

Wypada przypomnieć, skąd się wzięło „Jedwabne”. Już w roku 1996 ówczesny sekretarz Światowego Kongresu Żydów, Izrael Singer ostrzegł mniej wartościowy naród polski, że jeśli nie zadośćuczyni żydowskim roszczeniom majątkowym, odnoszącym się do tzw. własności bezdziedzicznej, to Polska „będzie upokarzana na terenie międzynarodowym”. W związku z tym u doktora Jana Tomasza Grossa Judenrat obstalował książkę „Sąsiedzi”, która miała przekonać opinię światową, że żydowskich mieszkańców Jedwabnego wymordowali tamtejsi Polacy, podczas gdy Niemcy przyglądali się temu, sparaliżowani zgrozą, wskutek czego nie mogli temu przeciwdziałać. Z tej okazji pan dr Jan Tomasz Gross został obcmokany przez Judenrat jako „historyk” i w dodatku od razu „światowej sławy” – chociaż żadnym historykiem nie jest, tylko socjologiem. Po takim przygotowaniu, w którym aktywnie uczestniczyli również funkcjonariusze tubylczego, warszawskiego Judenratu, zostały urządzone wielkie uroczystości z udziałem cadyków, a nawet samego Rabina Hooda. Na uroczystość został wezwany też Aleksander Kwaśniewski, mający podówczas fuchę tubylczego prezydenta, który „w imieniu narodu polskiego” za zbrodnię w Jedwabnem „przeprosił”. Teraz też oznajmił, że gdyby go poproszono, to jeszcze raz by „przeprosił”. Widać, że na Aleksandrze Kwaśniewskim każdy może polegać, więc nie mam wątpliwości, że gdyby 10 lipca 1941 roku Niemcy poprosili go, żeby podpalił stodołę z Żydami w środku, to też by nie odmówił.

Trochę później – ale lepiej później, niż wcale – pan prof. Marek Chodakiewicz i pan dr Tomasz Sommer wydali obszerną i drobiazgowo udokumentowaną, dwutomową publikację, przedstawiającą prawdziwy przebieg wydarzeń w Jedwabnem. Z tą publikacją nikt nie dyskutuje, bo dyskusja z udokumentowanymi faktami byłaby ryzykowna, nawet dla funkcjonariuszy Judenratu, których byle co nie skonfunduje. I to jest przyczyna, dla której pan red. Jarosław Kurski sięga do repertuaru fołksfrontu” z lat 30-tych ubiegłego wieku, wymyślając organizatorom alternatywnych uroczystości w Jedwabnem od „faszystów”. Nawiasem mówiąc, osoby miotające pod adresem swoich politycznych, czy innych przeciwników oskarżenia o „faszyzm”, nie wiedzą, o czym mówią.

Przekonałem się o tym podczas audycji telewizyjnej, gdzie tym epitetem rzucano na prawo i lewo. Zaproponowałem wtedy, żeby – gwoli zorientowania się, o czym mówimy – odwołać się do źródła, czyli do twórcy faszyzmu, Benito Mussoliniego. Przedstawił on formułę, wyrażającą istotę tej ideologii: „wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu”. Jak się okazuje faszyzm wcale nie polega na zwalczaniu Żydów (nawiasem mówiąc, w zorganizowanym przez Mussoliniego „marszu na Rzym” uczestniczyło kilkuset Żydów-faszystów), ani na rzymskim salucie. Istotą faszyzmu jest przekonanie, że państwu wszystko wolno – na przykład – ustalać fakty historyczne przez głosowanie, czy przez arbitralne decyzje Judenratu. W tej sytuacji oskarżenie o sprzyjanie faszyzmowi można by skierować pod adresem Judenratu „Gazety Wyborczej”, Żydowie-faszyści? A dlaczego nie? Skoro byli stalinowcami, to – gdyby Hitler się nie pomylił i za „naród panów” uznałby Żydów, a nie Niemców, to bardzo możliwe, że Żydowie byliby w awangardzie hitleryzmu, tak samo, jak byli w awangardzie bolszewizmu.

W tej sytuacji straszenie „faszyzmem” ze strony samozwańczych „dobrych ludzi”, jest elementem „pedagogiki wstydu”, którą Judenrat próbuje aplikować naszemu mniej wartościowemu narodowi tubylczemu. Chodzi w niej o wzbudzenie w Polakach bliżej nieuzasadnionego poczucia winy wobec Żydów, by już w żadnej sprawie nie ośmielili się im sprzeciwić, by tym łatwiej można było ich zoperować.

Stanisław Michalkiewicz