Czy służba zdrowia w Polsce się załamie?

Czy służba zdrowia w Polsce się załamie?

18.07.2026 Tomasz Sommer nczas/czy-sluzba-zdrowia-w-polsce-sie-zalamie

NCZAS.INFO | Krach państwowej służby zdrowia jest bliski. Zdjęcie ilustracyjne. / Foto: wygenerowane przez AI (GROK)
NCZAS.INFO | Krach państwowej służby zdrowia jest bliski. Zdjęcie ilustracyjne. / Foto: wygenerowane przez AI (GROK)

Taki scenariusz zapowiada Łukasz Jankowski, szef Naczelnej Izby Lekarskiej. Na taki scenariusz wskazują też ujawniane obecnie liczby dotyczące różnych współczynników oraz zadłużenia szpitali, które rośnie w naprawdę szokującym tempie.

Tak zwane wymagalne zadłużenie szpitali (wymagające natychmiastowej spłaty, termin płatności już minął) już w tej chwili wynosi 5 mld zł. Tylko w pierwszym kwartale tego roku wzrosło o 800 mln zł. Kolejki na różne zabiegi, do specjalistów i do szpitali pęcznieją, a rośnie właściwie tylko jedno: koszty funkcjonowania systemu.

Pensje lekarzy osiągają jakieś zupełnie niebotyczne rozmiary. Innymi słowy, mamy sytuację, w której przeciętny Polak jest zdojony z pieniędzy na służbę zdrowia, nie dostaje usługi, ale za to lekarze – i pielęgniarki zresztą też – są wyjątkowo wysoko opłacani. Można wręcz powiedzieć, że dla lekarzy i pielęgniarek pacjent jest dziś w tym systemie elementem zbędnym, jeśli chodzi o leczenie, natomiast niezbędnym, jeśli chodzi o płacenie.

Doszło do paradoksalnej sytuacji: wyjątkowo wysokie ceny dotyczą usług, których po prostu nie ma. Owszem, są one dostępne dla pewnej grupy szybko i sprawnie, ale ta grupa to pacjenci VIP-owscy, ludzie mający jakieś powiązania z lekarzami.

W Polsce jest w tej chwili 142 tys. lekarzy. Do tego dochodzą pielęgniarki. Można szacować, że mniej więcej milion osób jest w bezpośrednim, rodzinnym związku ze służbą zdrowia i rzeczywiście ma dostęp do usług. Problem polega na tym, że w Polsce mieszka nie jeden milion lekarzy i ich rodzin, ale 38 milionów ludzi. Cała reszta ma już z tą służbą zdrowia, z dostępem do niej i z zabiegami bardzo duży problem. Podkreślmy, że sumy wydawane na ten system są rekordowe. W tym roku będzie to w granicach 250 miliardów złotych plus 70–80 miliardów w systemie prywatnym.

Wydaje się, że czas na prawdziwą ocenę tej sytuacji i na prawdziwą rewolucję. Dlatego chciałbym Państwu krótko opowiedzieć, jaki jest obecny stan rzeczy, jak do niego doszło i co można zrobić, żeby z tym absurdem skończyć.

Akcje nacisku na zwiększenie płac

Pierwszy mechanizm tego kryzysu polega na tym, że pieniądze w systemie zaczęły coraz słabiej wiązać się z realnym leczeniem pacjentów, a coraz mocniej z pozycją zawodową i polityczną grup, które potrafiły wymusić dla siebie uprzywilejowane warunki.

Po pierwsze mamy do czynienia z oderwaniem zarobków od jakichkolwiek zabiegów i jakiejkolwiek realnej pracy lekarskiej. W jaki sposób lekarze tego dokonali? Dokonali tego zadziwiającego dzieła poprzez trwającą dekadę akcję nacisku na zwiększanie płac.

Te naciski były prowadzone naprawdę na każdy możliwy sposób. Czytelnicy pamiętają zapewne miasteczka namiotowe, pamiętają zbieranie podpisów – w swoim czasie lekarze zebrali ich około 250 tysięcy – po to żeby ich płace zostały podwyższone. Jest dosyć łatwo takie podpisy zebrać, ponieważ lekarzy jest bardzo dużo. Wystarczy, że podpisze się lekarz, podpisze się żona i 300 tysięcy podpisów jest.

To jest bardzo duża, wpływowa grupa. Oprócz tego swoją rolę odegrały poszczególne związki zawodowe i poszczególne frakcje lekarzy – pamiętają Państwo choćby rezydentów. W ogóle kwestia rezydentów jest dla mnie jednym z największych i najgrubszych skandali, ponieważ jeżeli ktoś rzeczywiście chce być lekarzem, to musi tę rezydenturę odbyć. Jeżeli jest na takiej rezydenturze, to jest tak naprawdę na praktyce. No trudno, taki sobie zawód wybrał. Ta praktyka nie powinna być tak naprawdę płatna.

Ta praktyka powinna być darmowa, bo to przecież lekarzowi rezydentowi zależy na tym, żeby jeszcze czegoś się nauczyć. To jest zawód jak każdy inny. Oczywiście tworzy on pewną sytuację psychologiczną i roztacza wokół siebie aurę jakiejś szczególności, bo przecież bardzo często chodzi tu o życie człowieka, o operacje na jego ciele. Można więc powiedzieć, że pacjent nabiera wobec lekarza niemal mistycznego podejścia. Ale jeżeli rozebrać relację pacjent–lekarz z tej całej psychologii, z tego całego sacrum – zwłaszcza że sami lekarze dawno już zdjęli ze swojego zawodu owo sacrum i traktują pacjenta raczej jak skórę czy mięso – to wtedy mamy do czynienia po prostu z pewnymi usługami. Te usługi wymagają kwalifikacji, ale też nie przesadzajmy, że wszyscy lekarze są geniuszami albo osobami o jakichś szczególnych możliwościach intelektualnych. Tak niestety nie jest.

Ten zawód trzeba odmitologizować. To są ludzie jak wszyscy inni, którzy wykonują pewne rzemiosło i za to rzemiosło powinni otrzymywać wynagrodzenie proporcjonalne do wykonywanej pracy. Ale tak jak powiedziałem, z uwagi na ich strategiczne usytuowanie oraz na trwające dekadami naciski – często brutalne, często przybierające formę szantażu wobec polityków – doszło do tego, że te płace wystrzeliły.

Powiązanie zarobków ze współczynnikami gospodarczymi

Zaczęło się oczywiście od postulatów, żeby wiązać płace lekarskie z określonymi współczynnikami gospodarczymi – oczywiście w taki sposób, by znajdowały się powyżej tych wskaźników. Chodziło na przykład o to, aby wynagrodzenie lekarza było dwukrotnością średniej krajowej. I tam trwały dyskusje, czy ma to być 1.3, 1.7, 1.6 itp. średniej.

Innymi słowy, siadali sobie przedstawiciele tych zawodów i mówili: lekarz musi – nie wiadomo dlaczego – zarabiać 1,7 średniej krajowej. A wtedy ktoś liczył, liczył, liczył i wychodziło mu: nie, nie, nie, to jednak trochę za dużo pieniędzy, dajmy 1,62.

A ci mówili: nie, nie, nie, dajmy 1,67. I tak te dyskusje trwały w nieskończoność. Oprócz tego wymyślono jeszcze współczynniki związujące wydatki na opiekę zdrowotną z PKB.

Wydatki na opiekę zdrowotną miały być więc powiązane z PKB. I oczywiście koniecznie musiały osiągnąć 7 proc. Dlaczego akurat 7? Dlatego że ktoś sobie zerknął, jak to wygląda w innych krajach i wyszło mu, że w niektórych państwach jest to nawet 9–10 proc., na przykład w Stanach Zjednoczonych. W innych oczywiście jest mniej, ale na to już nie zwracamy uwagi. Zwracamy uwagę tylko na to, gdzie jest więcej. W związku z tym żądano, aby zwiększać wszystkie te wydatki właśnie do takiego poziomu.

Więc z jednej strony mieliśmy multiplikację średniej krajowej, z drugiej – stosunek wydatków do PKB, a oprócz tego jeszcze współczynniki związane z inflacją, naciski i zmiany urzędników w państwie. W pewnym momencie nikt już tak naprawdę nad tym wszystkim nie panował. Nikt nie wiedział, ile ci lekarze rzeczywiście zarabiają.

Tajemnica wokół zarobków

Proszę sobie wyobrazić, że od trzech miesięcy polski rząd stara się ustalić, ile zarabiają lekarze i nie jest w stanie tego zrobić. Dlaczego? Otóż oprócz tych współczynników, to rząd wstawił w wykonywanie zawodu lekarza, też poprzez presję samych lekarzy, a konkretnie pewnej szlachty lekarskiej, szereg różnych barier, który to szereg różnych barier sprawiał, że pewne dosyć wąskie grupy miały monopol na wykonywanie określonych czynności, a te czynności musiały być wykonywane we wszystkich szpitalach.

Zasób ludzi dopuszczonych do tych czynności był ograniczony. Dotyczyło to choćby anestezjologów, a później także różnych chirurgów, kardiologów czy ortopedów.

Doprowadzono do tego poprzez stawianie różnych ograniczeń: zaczęło brakować ludzi, ponieważ do pewnych czynności dopuszczeni byli tylko ci, którzy sami wcześniej zadbali o to, by dostęp do tych czynności był zamknięty dla osób bez określonych uprawnień. Potem mówili: skoro znaleźliśmy się w takiej sytuacji, możemy oczywiście robić – albo fingować robienie tych rzeczy w dziesięciu szpitalach. Będziemy tam obecni, ktoś tak naprawdę wykona za nas zabiegi, ale my będziemy je żyrowali, bo mamy administracyjne możliwości, żeby je wykonywać. Dzięki temu że podpiszemy się pod udziałem w danej czynności, a ktoś inny wykona ją za nas, wszystko będzie formalnie legalne. I nagle okazało się, że pojawiła się kwestia kontraktów.

Innymi słowy, tych ludzi nie ma na etatach w poszczególnych jednostkach służby zdrowia, ale podpisują kontrakty. Potem w zasadzie ich tam nie ma: pojawiają się na chwilę, są pod telefonem albo przyjeżdżają wtedy, gdy trzeba. Mają w jednym szpitalu kontrakt na 50 tysięcy, w drugim na 50 tysięcy, w trzecim na 50 tysięcy, w czwartym etat, do tego przychodnię, funkcję w izbie lekarskiej – i nagle okazuje się, że zarabiają 4 miliony rocznie. Ja cały czas czekam na rekordzistę, bo skoro wiemy o kardiologu z Olsztyna, który w jednym miesiącu zarobił milion złotych – podobno w innych miesiącach mniej – to skłania mnie to do konstatacji, że jeśli dobrze poszukamy, okaże się, iż są lekarze zarabiający 10 milionów złotych rocznie.

Milionerzy jako radni

Co to tak naprawdę znaczy? Mamy oczywiście w Polsce około dwudziestu miliarderów. Mamy ludzi, którzy posiadają setki czy dziesiątki milionów złotych, ale to są z reguły osoby prowadzące jakiś biznes, działalność gospodarczą, która z jakiejś przyczyny okazała się zyskowna. Często pracują na te firmy przez całe lata, czasem przez pokolenia.

A tu nagle pojawiają się ludzie tacy jak domniemany dziesięciomilionowiec – przy czym cztero- i pięciomilionowców mamy już stwierdzonych – którzy przez dziesięć lat zarabiają 100 milionów złotych albo 50 milionów złotych, czyli tyle, ile właściciele wielopokoleniowych firm przez dekady.

Proszę sobie wyobrazić, że lekarz, który zarabia 5 milionów złotych rocznie, przez 30 lat zgromadzi 150 milionów złotych. Łatwo to przeliczyć. I wszystko to pochodzi wyłącznie z kieszeni podatnika.

Przecież dobrze wiadomo, że bodźcowanie pracowników pieniędzmi działa tylko do pewnego momentu. Mamy elastyczność popytu, mamy elastyczność podaży, ale mamy też elastyczność przychodów. Innymi słowy, każda następna złotówka jest dla danej osoby mniej warta. Dlatego dla biednych każdy grosz się liczy, a dla bogatych tysiące można wydawać i nie robi to żadnego wrażenia na tym bogatym. No bo jeżeli zarobi milion, to co to jest dla niego tysiąc? Jeżeli zarobi 10 milionów, to co to jest dla niego pół miliona?

W pewnym momencie takiego lekarza nie interesuje już leczenie. Jeśli chodzi o pieniądze, interesuje go co najwyżej utrzymanie status quo. Skupia się na tym, żeby mieć dostęp do tych pieniędzy – zwłaszcza jeśli dochodzi do tego jeszcze czynnik stabilizujący w postaci polityki. I stąd największymi milionerami w systemie leczniczym są radni – lekarze.

Dlaczego bycie radnym jest dla nich takim elementem stabilizującym karierę? Dlatego że szpitale – w tym idiotycznie skonstruowanym systemie – finansowane są ze wspólnego garnka jednej organizacji, czyli Narodowego Funduszu Zdrowia, ale formalnie ich własność jest z reguły samorządowa. Może to być samorząd na poziomie powiatowym, ale może być też inny poziom – w zależności od rodzaju placówki. Innymi słowy, jeżeli jesteś radnym w danym rejonie, to po pierwsze dobrze wiesz, dokąd płyną pieniądze, bo w ramach wykonywania obowiązków radnego takie informacje do ciebie docierają. Wiesz więc, gdzie się zahaczyć, żeby mieć odpowiedni dopływ pieniędzy. Co więcej, jeżeli jesteś radnym i jeszcze z układu, który w tym miejscu rządzi, to przecież nikt nie odmówi ci tych wszystkich posad, bo jesteś panem radnym. To ty decydujesz tak naprawdę o tych szpitalach, o ich losie i funkcjonowaniu.

Dlatego radni-lekarze, lekarze-radni natychmiast sytuują się we wszystkich możliwych placówkach. I mamy ludzi, którzy najwyraźniej posiadają zdolność bilokacji: jak teraz wiemy, zarabiają przeciętnie milion osiemset, milion siedemset, milion pięćset, dwa miliony, a rekordzista – cztery miliony. Ten rekordzista wzbogacił jeszcze szpitalny repertuar o własną przychodnię i załatwił dla niej kontrakciki. Bo proszę Państwa, w Polsce system działa tak, że przychodnie dostają pieniądze niezależnie od tego, czy ktoś się tam pojawi, czy nie – per capita. Wystarczy, że ktoś się do niej zapisze, a każdy człowiek: pan, pani, ja, jest do jakiejś przychodni zapisany. Gdy już jest zapisany, co miesiąc płyną tam pieniądze. Dlaczego te pieniądze nie płyną na moje konto – na moje konto pacjenta – żeby zbierał się tam kapitał pacjenta? Wtedy po pewnym czasie miałbym własny kapitał pacjenta i sam decydowałbym, gdzie te pieniądze wydam: w jakiej przychodni, w jakim szpitalu i tak dalej.

Może wtedy na SOR-ze, jeżeli przyjechałbym z tym moim kapitałem i powiedział: halo, halo, ja tu mam 100 tysięcy złotych, mogę u was wydać 20 tysięcy na SOR-ze, to wtedy nie usłyszałbym: „proszę czekać”, tylko: „ma pan 20 tysięcy, proszę natychmiast tutaj, szybka ścieżka, triaż pana nie obejmuje i pan wjeżdża”. System rynkowy, w którym pieniądze idą za pacjentem, został odwrócony. Pieniądze idą za radnym, za profesorem, za lekarzem, za pielęgniarką, za dopuszczonym do żłobu w określonej dziedzinie, a pacjent ma tylko płacić.

Szpitale na skraju przepaści

Nic więc dziwnego, że mamy dziś taką sytuację. Zacytuję Państwu jednego człowieka, który jest członkiem Rady Nadzorczej NFZ-u i od czasu do czasu pokazuje różne dane. Krótko mówiąc, jest świadkiem tego, co dzieje się w tym systemie, a te dane są naprawdę zupełnie szokujące. Pokazują, że król jest totalnie nagi. Weźmy przykład: od 1 stycznia 2026 roku rząd obniżył stawkę na wyżywienie pacjentów w szpitalach z 25 złotych 62 groszy do 20 złotych 90 groszy dziennie. I w szpitalu, w którym koordynator zarabia bimbaliony, podaje się takie śniadanko. To oczywiście symbol, ale przytoczę Państwu szokujące dane od Łukasza Kozłowskiego.

Łukasz Kozłowski to właśnie członek Rady NFZ-u, a oprócz tego członek Rady Nadzorczej ZUS-u i główny ekonomista Federacji Przedsiębiorstw Polskich. Obserwuję jego media społecznościowe od dłuższego czasu i widzę, że na liczbach się zna. Lekarze zarabiają bimbaliony, w lipcu dostali szokującą podwyżkę, a tymczasem początek tego roku przyniósł gwałtowny wzrost zaległości płatniczych publicznych szpitali.

W samym pierwszym kwartale 2026 roku, czyli w ciągu trzech miesięcy, zaległości płatnicze wzrosły o 830 mln zł. To 19,6 proc. kwartał do kwartału, a w ujęciu kwotowym najwyższy wzrost od 2003 roku, odkąd gromadzone są dane. Jeszcze całkiem niedawno te zaległości utrzymywały się na poziomie 2 mld zł, spadały nawet do 1,8–1,9 mld zł, ale od 2023 roku – nie bez powodu właśnie od tego momentu – zaczęły dynamicznie rosnąć. Teraz rosną już w sposób po prostu szokujący.

Dokładnie tak samo jak rosną pensje lekarzy. Całe to zadłużenie, cały wzrost pieniędzy wrzucanych do NFZ-u nie idzie na pacjentów, tylko na te nieszczęsne pensje lekarzy.

W momencie kiedy pikują zarobki lekarzy, podwyżki, kontrakty i nie wiadomo, co jeszcze, o 53 tysiące wzrosła liczba oczekujących w kolejce do ambulatoryjnej opieki specjalistycznej. To wzrost o 6,8 proc. w jednym kwartale. O 15 800 pacjentów zwiększyła się też kolejka w leczeniu szpitalnym, czyli – mówiąc potocznie – kolejka do szpitala.

W jednym kwartale wzrosła ona o 13,9 proc. A jeśli chodzi o wybrane świadczenia specjalistyczne – czyli dostęp do okulisty, ortopedy i innych specjalistów – liczba pacjentów w kolejce zwiększyła się o 140 300 osób. To aż 18,1 proc. w jednym tylko kwartale.

Mamy szokujący wzrost uposażeń lekarzy i jednocześnie szokujący spadek dostępności świadczeń. Im więcej pieniędzy w systemie, tym gorsza dostępność świadczeń. Pamiętają może Państwo występy Nitrasa z Arłukowiczem, kiedy mówili, że nie będzie żadnych kolejek, żadnych limitów, że będzie tak, jak mówił z kolei Hołownia: to lekarz będzie do Państwa dzwonił i pytał, jak się czujecie, oraz zapraszał do specjalisty, na zabieg czy na cokolwiek innego.

Nic takiego się nie stało. Stało się coś dokładnie odwrotnego. Jedynymi, którzy zyskali przez ostatnie trzy lata w służbie zdrowia, są lekarze. Tusk nie zlikwidował ustawy, która indeksuje pensje lekarzy na poziomie przekraczającym inflację o jakieś zupełnie niestworzone liczby. A za pensjami idą kontrakty, bo pensje są częścią koszyka świadczeń.

Mamy wyceny poszczególnych zabiegów i kiedy rośnie pensja, to oczywiście musi wzrosnąć także wycena. Pani, która jest teraz ministrem zdrowia, sama jest wychowanicą tego systemu. Sama była dyrektorką szpitala. To ona jest jedną z tych partyjniaczek, które na tym systemie zarabiają.

Jakie jest wyjście?

Państwowej służby zdrowia nie da się oczywiście uleczyć. Dlaczego się nie da? Dlatego że świadczenie zdrowotne jest czymś, czego popytu nie da się w pełni zaspokoić. Każdy może przecież znaleźć u siebie jakiś problem medyczny. Jeśli nie poważny, typu onkologiczny czy sercowy, to przynajmniej kosmetyczny. Jeśli mamy w konstytucji zapisane, że służba zdrowia jest rzekomo za darmo, czyli że państwo ma to jakoś załatwić, to musiałoby to oznaczać, że nie 7 proc. PKB, nie 8 proc. PKB, nie 10 proc. PKB, tylko 100 proc. PKB powinno być przeznaczone na służbę zdrowia.

A tak naprawdę i tak by tych pieniędzy nie wystarczyło. To oczywiście absurd. Krótko mówiąc, trzeba zacząć ten system powoli prywatyzować.

Trzeba zacząć od drobnych kroków: pieniądze muszą iść za pacjentem, a nie za lekarzem. Pieniądze muszą iść za chorym, a nie za pielęgniarką. Pieniądze muszą iść za tym, kto idzie po świadczenie, a nie za kolejnym papierkiem, który stanowi barierę administracyjną i tworzy grupy uprzywilejowanych lekarzy z dostępem do systemu, bo ten papierek w jakiś sposób sobie załatwili.

Co więcej, pacjent musi dostawać te pieniądze w zależności od tego, ile płaci. Nie może być tak, że niektórzy mają łatwiejsze ścieżki za te same pieniądze, bo są krewnymi, radnymi albo znajomymi królika. Pełne świadczenia dotyczące najpoważniejszych schorzeń – takich jak choroby onkologiczne czy kardiologiczne – powinny być dostępne na zasadach pełnej transparentności i pełnej równości dostępu.

Innymi słowy, musi skończyć się faworyzowanie lekarzy, ich rodzin i polityków. Oczywiście te pierwsze kroki można wykonać szybko i stosunkowo łatwo, ale to jest tylko coś w rodzaju aspiryny na przeziębienie. Żeby naprawdę wyjść z tego przeziębienia, musi zmienić się wszystko – przede wszystkim ekspozycja na czynniki, które to przeziębienie powodują.

A głównym czynnikiem, który tę chorobę powoduje, jest oczywiście to, że służba zdrowia jest państwowa. Musi więc dojść do prywatyzacji systemu i prywatyzacji składek. Dopiero w takim systemie, w którym pacjent jest w centrum, ponieważ to są jego pieniądze i za te pieniądze ktoś go leczy, cokolwiek może się uzdrowić.

Ale tak jak mówię, z uwagi na różne okoliczności tego systemu nie da się go sprywatyzować jednym strzałem. Te resztki systemu trzeba jednak uzdrowić poprzez radykalne zmniejszenie pensji lekarzy, radykalne ograniczenie różnego rodzaju układów nepotystycznych – czyli wyrzucenie wszystkich partyjniaków z zarządów szpitali, stopniowe przechodzenie na wykonywanie usług przez podmioty zewnętrzne działające na rynku, a na końcu doprowadzenie do zasadniczej reformy polegającej na tym, że pacjenci płacą sami za siebie.

Miał zwichnięty bark, pojechał do szpitala. Zetknięcia z państwową służbą zdrowia nie przeżył

Miał zwichnięty bark, pojechał do szpitala.

Zetknięcia z państwową służbą zdrowia

nie przeżył

24.02.2026 zetkniecia-z-panstwowa-sluzba-zdrowia-nie-przezyl

Szpital, SOR.
NCZAS.INFO | Szpital, SOR. / Fot. PAP

Śmierć po rutynowym zabiegu i kolejne śledztwo prokuratorskie. Pan Maciej poszedł do szpitala ze zwichniętym barkiem, do domu nie wrócił już nigdy. Rodzina walczy o sprawiedliwość.

Dramat rozegrał się w połowie stycznia. 45-letni pacjent zgłosił się do placówki ze zwichniętym barkiem – urazem bolesnym, lecz w standardowych warunkach całkowicie niezagrażającym życiu. Splot niewyjaśnionych wciąż decyzji doprowadził jednak do katastrofy.

Z relacji pracowników oddziału, którzy zdecydowali się zawiadomić organy ścigania, wynika, że lekarz dyżurny miał podjąć decyzję o samodzielnym podaniu znieczulenia ogólnego pacjentowi. Nie wezwał anestezjologa, a potem nie podłączył aparatury monitorującej funkcje życiowe.

Przez blisko dwadzieścia minut pacjent pozostawał poza jakimkolwiek nadzorem medycznym. Gdy personel zorientował się, że mężczyzna nie oddycha, rozpoczęła się dramatyczna walka o jego życie. Reanimacja, tracheotomia przywróciły akcję serca i oddech, jednak mózg został już nieodwracalnie uszkodzony w wyniku głębokiego niedotlenienia i obrzęku. Lekarze nie dawali szans na poprawę stanu zdrowia. Pacjent został przekazany do hospicjum, gdzie po dwóch dniach zmarł.

Rodzina przez długi czas nie wiedziała, co się z panem Maciejem dzieje. Szpital nie udzielał informacji, a o dramatycznym przebiegu wizyty na SOR-ze bliscy dowiedzieli się dopiero od lokalnych dziennikarzy „Gazety Wyborczej”. – Szpital nas po prostu zbył – relacjonują rozgoryczeni.

Autorzy zawiadomienia do prokuratury twierdzą, że lekarz odpowiedzialny za pacjenta próbował po fakcie zastraszyć personel. Miał grozić pracownikom zwolnieniami z pracy, jeśli cała sytuacja „wyjdzie na jaw”.

Dyrekcja Mazowieckiego Szpitala Specjalistycznego w Radomiu unika merytorycznego odniesienia się do zarzutów. W odpowiedzi na szereg pytań wydano jedynie lakoniczny komunikat informujący, że „trwa postępowanie wyjaśniające”. Co zaskakujące, do oświadczenia dołączono nieprzystającą do tragicznych okoliczności wzmiankę, w której placówka chwali się dysponowaniem „jednym z najnowocześniejszych” oddziałów ratunkowych w Polsce.

Śmierć pana Macieja nie jest jedynym wątkiem badanym obecnie przez prokuraturę w tej placówce. Śledczy przyglądają się również sprawie nagłego zgonu pacjentki onkologicznej, przyjętej na oddział z migotaniem przedsionków. Kobieta została umieszczona na zwykłej sali, z dala od dyżurki pielęgniarskiej, bez dostępu do pulsoksymetru czy aparatury monitorującej. Zmarła w nocy, z powodu niewydolności oddechowej, o czym rodzina została poinformowana dopiero rano.

Coraz dłuższa lista szpitali ograniczających świadczenia. Cięcia w ortopedii, programach lekowych, psychiatrii.

Coraz dłuższa lista szpitali ograniczających świadczenia. Cięcia w ortopedii, programach lekowych, psychiatrii

Autorzy: PAP; oprac. JW • Źródło: PAP 7 października 2024

rynekzdrowia/Coraz-dluzsza-lista-szpitali-ograniczajacych-swiadczenia-Ciecia-w-ortopedii-programach-lekowych-psychiatrii

Szpital Miejski im. Jana Pawła II w Rzeszowie przyjęcia pacjentów na planowe świadczenia ograniczył o ok. 10 proc. Szpital w Lubaczowie dwukrotnie zmniejszył liczbę wszczepianych endoprotez; włączanie pacjentów do programów lekowych ograniczył szpital w Koninie; wydłużył się czas oczekiwania na wizytę u psychiatry w Szamotułach – wylicza Polska Agencja Prasowa. Powodem – pisze PAP – są rozliczenia z NFZ.

  • Szpital w Lubaczowie ograniczył o ok. 50-60 proc. wszczepienia endoprotez, nie wykluczył wprowadzenia także ograniczeń w rehabilitacji. Szpital Miejski im. Jana Pawła II w Rzeszowie ograniczył przyjęcia pacjentów na planowe świadczenia o ok. 10 proc.
  • Szpital w Szamotułach istotnie przekroczył już limitowaną liczbę świadczeń udzielanych w Poradni Zdrowia Psychicznego i ograniczył liczbę przyjmowanych pacjentów. Uległ wydłużeniu czas oczekiwania na wizyty u lekarza psychiatry i psychologów
  • W szpitalu w Rawie Mazowieckiej ograniczenia dotyczą chorób płuc, leczenia ran przewlekłych, świadczeń w ośrodku środowiskowej opieki psychologicznej i psychoterapeutycznej dla dzieci i młodzieży, leczenia uzależnień oraz chirurgii jednego dnia: urologii i ortopedii
  • Wojewódzki Szpital Zespolony w Koninie ze względu na nadwykonania ogranicza włączanie nowych pacjentów do programów lekowych
  • W szpitalu powiatowym w Busku Zdroju ograniczono wykonywanie zabiegów ortopedycznych. Także Szpital Pomnik Chrztu Polski w Gnieźnie ograniczył realizację świadczeń limitowanych do wcześniej określonego przez NFZ planu w zakresie ortopedii
  • 7 października szpital w Żywcu poinformował, że zawiesza izbę przyjęć i kilka oddziałów oraz przychodni
  • Ministra zdrowia przyznała, że w NFZ brakuje 3 mld zł, by zapłacić szpitalom za nadwykonania w kolejnym kwartale

Szpitale ograniczają świadczenia. „Ryzyko, że Fundusz nie zapłaci za te nadwykonania”

NFZ zalega z płatnościami za nadwykonania w limitowanych zabiegach wszczepienia endoprotez stawu biodrowego, kolanowego oraz w zabiegach rehabilitacyjnych w szpitalu w Lubaczowie (woj. podkarpackie). Dyrektor SP ZOZ Lubaczów Piotr Cencora powiedział PAP, że w związku z tym szpital ograniczył o ok. 50-60 proc. wszczepienia endoprotez. Nie wykluczył wprowadzenia także ograniczeń w rehabilitacji. – Za pierwsze pół roku było to ok. półtora mln zł, teraz skala jest podobna – poinformował Cencora.

Ocenił, że istnieje ryzyko, że Fundusz nie zapłaci za te nadwykonania, bo nie ma pieniędzy.

Z podobnymi problemami mierzy się Szpital Miejski im. Jana Pawła II w Rzeszowie (woj. podkarpackie). Jak poinformował PAP dyrektor SP ZOZ nr 1 w Rzeszowie (do którego należy szpital) Grzegorz Materna, przyjęcia pacjentów na planowe świadczenia ograniczono o ok 10 proc. Ograniczone zostały także przyjęcia na planowe zabiegi endoprotezo-plastyki stawu biodrowego i kolanowego.

Szpital w Szamotułach (woj. wielkopolskie) istotnie przekroczył już limitowaną liczbę świadczeń udzielanych w Poradni Zdrowia Psychicznego i ograniczył liczbę przyjmowanych pacjentów. – Znaczna część wizyt planowych, pilnych oraz wizyt będących kontynuacją już podjętego leczenia, które miały odbyć się w IV kwartale została przesunięta na rok 2025 – powiedziała specjalistka ds. komunikacji Karolina Szeloch z samodzielnego Publicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej w Szamotułach.

– Tym samym uległ wydłużeniu czas oczekiwania na wizyty u lekarza psychiatry i psychologów. Podobna sytuacja ma miejsce w opiece koordynowanej w POZ. W tym zakresie również musieliśmy przesunąć część zaplanowanych badań i wizyt pacjentów na przyszły rok oraz ograniczyć przyjmowanie nowych pacjentów do opieki koordynowanej. W pozostałych zakresach limitowanych szpital realizuje plan rzeczowo-finansowy – dodała.

Składka zdrowotna to podatek. Zapaść „służby zdrowia”. Mamy jeden z najbardziej niesprawiedliwych systemów globu.

Składka zdrowotna zmieniła się w podatek. Zapaść „służby zdrowia”. Mamy jeden z najbardziej niesprawiedliwych systemów globu.

Zbigniew Bartuś https://forsal.pl/gospodarka/aktualnosci/artykuly/8634716,skladka-zdrowotna-w-polsce-kto-ile-placi.html

Rekordzista Polski, współwłaściciel dużej firmy technologicznej, płaci obowiązkową składkę zdrowotną na NFZ w wysokości ponad 100 tysięcy złotych MIESIĘCZNIE.

Składka zatrudnionego przezeń specjalisty wynosi ponad 2000 zł miesięcznie, początkującego informatyka – 750 zł, a portiera – 320 zł.

Jaką usługę kupują ubezpieczeni w NFZ za te pieniądze? I na ile jest ona inna (lepsza?) od tej, jaką większość rolników dostaje od państwa za darmo, a reszta wykupuje sobie średnio po 10 złotych?

Klasyczna składka ubezpieczeniowa wiąże się z konkretnymi świadczeniami za konkretne pieniądze. Tak jest np. z samochodowym AC. Albo z ubezpieczeniem medycznym przy wyjazdach zagranicznych: płacisz, dajmy na to, 100 złotych za tydzień i – jakby co – możesz się leczyć za 100 tysięcy euro. Tymczasem obowiązkowa składka zdrowotna w Polsce – niezależnie od kwoty – daje każdemu takie samo prawo do tkwienia w kolejkach do „państwowych” lekarzy.

Te kolejki w 2022 roku, mimo formalnego zniesienia przez resort zdrowia limitów przyjęć, mocno się wydłużyły: wedle raportu Fundacji Watch Health Care, jesienią 2022 r. na wizytę u specjalisty trzeba było czekać średnio 4,1 mies. (rok wcześniej 2,9 mies.), a na badania diagnostyczne – 2,5 mies. (przed rokiem 1,9 mies.). Próbując ominąć tłumy zdesperowanych pacjentów, zamożniejsi i średniacy korzystają masowo z grupowych pakietów medycznych oferowanych już nie tylko przez korporacje, ale i mniejszych pracodawców.

Brniemy w ten sposób w pełną paradoksów fikcję, co wzmaga wśród płatników poczucie absurdu – i niesprawiedliwości. Wielu pyta: jak to jest, że im wyższe „składki” płacę na NFZ, tym rzadziej mogę korzystać z dobrodziejstw publicznej opieki zdrowotnej? Inni zauważają tu jeszcze drugie (trzecie?) dno: im więcej lekarzy – których liczba jest przecież ograniczona – angażuje się w realizację prywatnych (pakietowych) usług medycznych, tym mniej są oni dostępni „na NFZ” – przez co kolejki do publicznych świadczeń zdrowotnych stają się jeszcze dłuższe. Ta fikcja jest przyczyną wielu tragedii.

Dane GUS o liczbie zgonów Polek i Polaków oraz radykalnym skróceniu średniej długości życia (w skali kraju u mężczyzn średnio o ponad dwa lata, ale w Podlaskiem o prawie cztery) w latach 2020-21 – szokują. Eksperci podkreślają, że nie wszystko da się tu zwalić na morderczego koronawirusa. Dramat wziął się w ogromnej mierze z ograniczonego dostępu do specjalistycznych badań, porad i zabiegów.

Śmiertelna i bolesna (nie)dostępność

Bulwersujący przypadek z ostatnich tygodni – z zachodu Małopolski.

Trzy siostry: Kasia, Magda i Jagoda oraz sześciomiesięczna Róża, córka tej ostatniej, jadą do rodziców. Prowadząca auto Magda traci przytomność. Samochód wypada z trasy, dachuje i uderza w drzewo. Tylko maleńka Róża wychodzi bez szwanku. Kobiety mają połamane żebra, ręce i nogi, pęknięte kręgi szyjne, niezliczone urazy głowy, stłuczenia, rany twarzy… Lekarze szybko wyjaśniają, czemu Magda straciła przytomność: guz mózgu, glejak II/III stopnia, wywołał atak padaczki i omdlenie. Czołowi specjaliści, z Warszawy, Krakowa i Śląska, orzekają zgodnie, że trzeba operować dziś, jutro, NAJDALEJ pojutrze. Ale termin „na NFZ” jest śmiertelnie odległy; mimo że chodzi o onkologię, w której oficjalnie od lat nie ma limitów – i kolejek. Wszakże stawką jest, dosłownie, życie.

Co robi rodzina? To samo, co wszystkie w podobnej sytuacji: przyspiesza zabieg prywatnie. Koszt: 80 tys. zł. Gdyby w chwili wypadku trzem ponadprzeciętnie zarabiającym siostrom, zamiast życia, przeleciały przed oczyma wszystkie zapłacone w karierze składki na NFZ, uzbierałoby się ponad pół miliona złotych. Ale to nie ma żadnego znaczenia. Podobnie jak fakt, że ich dziadek, jako prezes największej firmy w okolicy (dziś na emeryturze), ufundował pierwszy w dziejach tomograf dla miejscowego szpitala powiatowego.

Pieniądze na zabieg Magdy trzeba pozyskać. Już. A muszą to zrobić ciężko ranne siostry ofiary, straumatyzowani rodzice i 90-letni dziadkowie. Całe szczęście – są jeszcze przyjaciele oraz ci, którzy zapamiętali hojność dziadka potrzebującej. Organizują zbiórkę na SiePomaga, idą do mediów. W dobę udaje się zebrać niezbędną kwotę. Dwa dni później Magda przechodzi zabieg. To jej daje szansę na przeżycie.

Na SiePomaga i innych popularnych portalach crowdfoundingowych są dziesiątki tysięcy zbiórek. Za każdą kryje się dramat. Zdecydowanej większości z nich nie byłoby, gdyby składki, jakie potrzebujący i ich bliscy wpłacili na NFZ, dawały realny dostęp do skutecznej opieki zdrowotnej. Nie dają. Obowiązuje tu prosta zasada: płać i niczego nie wymagaj. O tym, jak jest źle, donoszą regularnie – publikowane od 2011 r. – raporty wspomnianej Fundacji Watch Health Care. Zawierają nie tylko dane o średnim czasie oczekiwania na poszczególne badania, zabiegi i wizyty u specjalistów, ale też wyimki z aktualnych perypetii (i diagnoz) pacjentów. Kilka cytatów:

Wizyta u onkologa – kolejka 1,0 mies., było 3 dni. Mężczyzna 38 lat z usuniętym lewym jądrem (z powodu potwierdzonego badaniem histopatologicznym złośliwego nowotworu jądra – nasieniak) w zdjęciu RTG (rentgenowskim) wykryto zmiany przerzutowe do płuc.

Wizyta u diabetologa – kolejka 7,4 mies., było 2,6 mies. Mężczyzna 19 lat, nieuregulowana cukrzyca typu I; wielomocz (poliuria), w ostatnim miesiącu duży ubytek wagi ciała; mocz o zapachu acetonu; posiada skierowanie od lekarza rodzinnego.

Wizyta u hematologa – kolejka 5,4 mies., było 1,9 mies. Dziecko 6 lat; przewlekle powiększone węzły chłonne pachowe i pachwinowe; znacznie podwyższony poziom leukocytów pomimo leczenia antybiotykami o szerokim spektrum.

Wizyta u okulisty – kolejka 8,8 mies., było 4,4 mies. Kobieta 36 lat; silne bóle umiejscowione nad oczodołami; występowanie jaskry w rodzinie; podejrzenie jaskry; posiada skierowanie od lekarza rodzinnego.

Wizyta u ortodonty – kolejka 11,7 mies., było 1,8 mies. Dziecko 8 lat; zbyt wąska żuchwa, wyrastające zęby stałe zachodzą na siebie.

Eksperci WHC alarmują, że z powodu ograniczonego dostępu do lekarzy specjalistów wydłuża się tzw. etapowość leczenia. Np. w przypadku operacji wymiany zastawki serca, od wizyty u lekarza POZ do zabiegu mija średnio ponad rok. By doczekać endoprotezoplastyki stawu kolanowego pacjent musi się tułać po lekarzach ponad 26 miesięcy, w celu usunięcia żylaków kończyn dolnych – blisko 31 miesięcy. Rehabilitacja „na NFZ” stała się fikcją równie olbrzymią, jak „państwowe” leczenie zębów. Najbardziej niepokoi jednak zapaść w onkologii, w której liczy się – dosłownie – każdy dzień.

– Aż 56 procent pacjentek zgłasza się do nas na operację zbyt późno, gdy stan choroby jest już bardzo zaawansowany. Trafiają do nas kobiety, które diagnostykę pod kątem nowotworu rozpoczęły w lutym, a skierowanie na zabieg otrzymały dopiero w sierpniu – mówi Joanna Szyman, jedna z najbardziej doświadczonych menedżerek w branży medycznej, dziś m.in. szefowa spółki NeoHospital, która w krakowskim Szpitalu na Klinach – dzięki dofinansowaniu z Unii Europejskiej – prowadzi pierwszy w Polsce program badawczo-rozwojowy w dziedzinie ginekologii onkologicznej z wykorzystaniem systemu robotycznego. W jego ramach kobiety (z całej Polski) z rakiem trzonu i szyjki macicy mogą przejść bezpłatny zabieg wykonywany przez czołowych europejskich fachowców w asyście robota chirurgicznego. Ta najbardziej zaawansowana technologicznie metoda leczenia jest małoinwazyjna i pozwala pacjentkom błyskawicznie wrócić do zdrowia – i normalnego życia. Ale większość kobiet nie może z niej skorzystać m.in. dlatego, że system diagnostyki i szybkich konsultacji u specjalistów nie działa lub działa zbyt wolno. Z obserwacji Joanny Szyman wynika, że na niektórych obszarach kraju jest on wręcz iluzją.

Tymczasem Polska jest w pierwszej dziesiątce krajów o najwyższej zachorowalności na raka trzonu macicy. Co roku diagnozuje się ponad 6 tys. przypadków. Ich liczba rośnie w tempie 5 proc. rocznie. Śmiertelność na ten nowotwór jest u nas o ponad połowę wyższa od europejskiej średniej (powyżej 30 proc. wobec 20). Wydłużające się kolejki do lekarzy i gabinetów diagnostycznych mogą tylko pogorszyć sytuację.

Równi i równiejsi

Pytani o kotłujące się pod lekarskimi gabinetami tłumy pacjentów – szefowie placówek zdrowia wskazują zawsze na zbyt skąpe środki. I te globalne, i te w postaci wyceny poszczególnych usług (procedur medycznych). Plan finansowy NFZ na 2023 rok zakłada wpływy i wydatki na poziomie blisko 144,2 mld zł (dekadę temu było to niespełna 67 mld zł). Z obowiązkowych składek ma pochodzić 134,5 mld zł (93,3 proc.), w tym 130,8 mld zł z ZUS i 3,7 mld zł z KRUS. Składki stanowią więc fundament całego systemu finansowania „darmowej” opieki zdrowotnej.

Polski system ubezpieczeń zdrowotnych opiera się , w teorii (jak większość innych) na idei solidaryzmu, zgodnie z którą mniej zamożni mają płacić składki na miarę swoich możliwości, a bogatsi – odpowiednio wyższe. W praktyce udało nam się (bo to jednak sztuka!) stworzyć jeden z najbardziej chaotycznych, niesprawiedliwych i absurdalnych systemów globu.

Najciekawszy wniosek z przeprowadzonej przez nas analizy składek na NFZ, płaconych w styczniu 2023 r. przez różne grupy kolejkowiczów w Polsce, nie dotyczy – wbrew pozorom – rozpiętości stawek (w większości krajów Europy normą jest wzrost danin wraz z dochodami), lecz faktu, że przy IDENTYCZNYCH dochodach jedni muszą oddawać do kasy Funduszu pokaźne kwoty, inni płacą od lat marne grosze, a jeszcze inni nie płacą nic.

– Piekielnie trudno nazwać to coś systemem ubezpieczeniowym. To jest chaos, który ewoluował. Po zmianach tzw. Polskiego Ładu składka zdrowotna przeistoczyła się w klasyczny podatek. Wystarczy ją porównać ze składkami emerytalnymi, by dostrzec fundamentalną różnicę: tam jednak wciąż istnieje jakaś zależność między wielkością składki a wysokością emerytury; dlatego zresztą wprowadzono limit 30-krotności składek, by ZUS nie musiał wypłacać astronomicznych świadczeń. W składce zdrowotnej limitu nie ma. I związku między wysokością składki a jakością usługi – również. Niezależnie od tego, ile zapłacisz, otrzymujesz to samo. Czyli, de facto, coraz mniej – komentuje prof. Adam Mariański, partner w Mariański Group, dyrektor Centrum Myśli Podatkowej Uczelni Łazarskiego.

Zwraca uwagę, że za sprawą Polskiego Ładu (który on i wielu innych ekspertów konsekwentnie nazywa „nieładem”) większość objętych zmianami podatników zaczęło płacić na NFZ znacznie więcej niż dotąd. Dotyczy to zarówno osób o bardzo wysokich dochodach (bo jako się rzekło składka zdrowotna nie jest w żaden sposób limitowana), jak i średniaków (bo składki nie można odliczyć od PIT; co więcej – podatek dochodowy trzeba dziś zapłacić również od składki), a także – a może przede wszystkim – najmniej zamożnych, których (wedle oficjalnych przekazów) nowy system miał chronić, a nawet obłaskawić. Podatnicy o symbolicznych dochodach, nie płacący – dzięki podwyższonej kwocie wolnej – podatku dochodowego, nie są w żadnym stopniu zwolnieni z obowiązku łożenia na NFZ. Ich składka naliczana jest od każdej zarobionej/pozyskanej złotówki. Bez roztrząsania faktu, że może to być ostatnia złotówka na chleb.

– Miałoby to może jakieś uzasadnienie, gdyby nie fakt, że inne grupy obywateli, często o znacznie wyższych dochodach, płacą groszowe składki lub są z nich całkowicie zwolnieni – zachowując jednakowoż prawo do „bezpłatnej” opieki medycznej. W tym coraz bardziej kuriozalnym systemie są ewidentnie równi i równiejsi – zauważa prof. Adam Mariański.

Przykład z życia? 42-letni Andrzej, mieszkający z żoną i dwójką dzieci na pierwszym piętrze domu pod Krakowem, zarabia jako robotnik w wiejskiej mikrofirmie 3.490 zł brutto (2,7 tys. zł netto), czyli (od 1 stycznia 2023) płacę minimalną. Dzięki obniżonej w lipcu 2022 stawce podatkowej (12 proc. zamiast 17 proc.) i wyższej od początku 2022 r. kwocie wolnej (30 tys. zł) jego zaliczka na PIT jest symboliczna (31 zł miesięcznie), ale składka zdrowotna (9 proc.) wynosi aż 271 zł. Rocznie daje to 3252 zł, co oznacza, że mężczyzna wyda za prawo do stania w kolejkach do „państwowych” lekarzy 120 procent swej miesięcznej pensji netto.

Beata, bliźniacza siostra Andrzeja, mieszka na parterze tego samego domu z mężem i dwójką dzieci. Ma 10 hektarów pola i jest ubezpieczona w KRUS. Wprawdzie (jak wszyscy rolnicy w Polsce) co do zasady nie płaci podatku dochodowego, ale jej dochód jest zbliżony do Andrzejowego. Skąd to wiemy? Kiedy córka Beaty złożyła wniosek o stypendium socjalne na uczelni, specjalistka wyliczyła jej dochód w oparciu o ogłaszane przez GUS dane o dochodach z tzw. hektara przeliczeniowego (za 2021 r.: 3288 zł rocznie, a więc 274 zł miesięcznie; po pomnożeniu przez 10 ha wyszło 2740 zł). Składka Beaty na ubezpieczenie zdrowotne wynosi 10 zł miesięcznie.

Podsumowując: Andrzej kupuje miejsce w kolejce do publicznej służby zdrowia za 3252 złote rocznie, a jego siostra – przy identycznych dochodach – za 120 złotych rocznie.

– Kompletnie nie wiem, dlaczego. I nie wiem, czy ktokolwiek wie. Oczywiście, poza politykami, którzy dbają w ten szczególny sposób o swój wiejski elektorat – komentuje prof. Adam Mariański.

To dbanie ma zresztą o wiele większy wymiar niż mogłoby się wydawać z przytoczonego wyżej przykładu. Jak nas informuje Teresa O’Neill, wicedyrektor i rzecznik prasowy KRUS, symboliczną składkę zdrowotną w wysokości złotówki za (pełny) hektar opłaca za siebie i bliskich tylko 37 proc. rolników (a ściślej – mieszkańców wsi, bo prawdziwi rolnicy stanowią raptem kilka procent) ubezpieczonych w KRUS.

– W listopadzie 2022 r. było 401 406 takich osób – podaje Teresa O’Neill. Kto płaci za pozostałe 63 procent, czyli 662 441 osób? Budżet państwa (ów przywilej dotyczy gospodarstw poniżej 6 ha). Czyli m.in. Andrzej, brat Beaty. Bo już ona – nie.

W przypadku ubezpieczonych w ZUS, drastyczny wzrost składek na NFZ nastąpił w ramach Polskiego Ładu zarówno u etatowców, jak i przedsiębiorców – choć u tych ostatnich w różnym stopniu, bo zależnie od formy prowadzenia działalności i rozliczeń z fiskusem obowiązuje ich kilka zupełnie odmiennych systemów i podsystemów naliczania składek. Ubezpieczony w ZUS etatowy pracownik zarabiający 5445 zł brutto, czyli 4410 zł na rękę – taka była w 2022 r. w Polsce mediana wynagrodzeń – płaci co miesiąc ponad 430 zł składki, przedsiębiorca o takim samym dochodzie rozliczający się wedle skali podatkowej lub liniowiec (19 proc.) oddaje do NFZ od 1 stycznia ponad 314 zł (od lipca zapłaci 324). Wynika to z nowej „filozofii” składki zdrowotnej, zgodnie z którą od 1 stycznia 2022 r. m.in. nie ma możliwości odliczenia od podatku dochodowego 7,75 proc. z 9 proc. zapłaconej składki (ale część przedsiębiorców może coś – znowuż na różnych zasadach – odliczyć). W praktyce oznacza to, że podatek dochodowy płacimy także od składki.

Osoby zarabiające w 2022 r. płacę minimalną (3010 zł brutto), przeważnie nie zdawały sobie sprawy, jak dużo pieniędzy brał od nich NFZ. Z uwagi na podwyższoną kwotę wolną, nie zapłaciły przez rok ani grosza podatku dochodowego, ale musiały oddać „na zdrowie” 2805 zł z groszami – czyli ponad jedną miesięczną pensję.

Co więcej, wszyscy ci słono ubezpieczeni spotykają się dziś w kolejce do „darmowego” lekarza z tymi, za których składek nie płaci literalnie nikt. Od 1 stycznia 2023 krąg tych drugich zasadniczo się powiększył, gdyż w nowelizacji ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty oraz niektórych innych ustaw rząd – bez konsultacji z nikim – przemycił klasyczną wrzutkę znoszącą finansowanie z budżetu państwa składek m.in. za uczniów, studentów, doktorantów, dzieci w placówkach wychowawczych lub opiekuńczych, bezrobotnych, inwalidów, kombatantów, żołnierzy odbywających zasadniczą służbę wojskową lub ćwiczenia i terytorialsów oraz szereg innych osób. Pomysłodawcy (?) tłumaczą, że chodziło o „optymalizację wydatków budżetowych”.

– Wszyscy wymienieni w ustawie zachowali jednak status ubezpieczonych. Czyli prawo do leczenia „na NFZ” – jednakowoż bez stosownych dotacji na ten cel. Mamy zatem mniejsze wpływy NFZ, a zadania te same – komentuje Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich.

Zaorać i napisać od nowa

Zdaniem Joanny Szyman, sytuację w opiece zdrowotnej mogłoby – nomen omen – uzdrowić z jednej strony wprowadzenie powszechnej, jednolitej, składki zdrowotnej, a z drugiej – dopuszczenie konkurencji w usługach medycznych. Bez tego efektywność placówek świadczących usługi „na NFZ” nigdy nie zbliży się do tej osiąganej przez placówki prywatne; ergo: w obecnym systemie możemy wpłacać do kasy Funduszu dowolnie astronomiczne kwoty, łupiąc bezlitośnie wybrane grupy płatników (czytaj: nieswoich wyborców), a i tak nie doprowadzi to do skrócenia kolejek do lekarzy.

Dr Tomasz Lasocki z Katedry Prawa Ubezpieczeń Uniwersytetu Warszawskiego podkreśla, że – zgodnie z konstytucją – państwo polskie powinno zapewnić obywatelom jak najszerszy, powszechny dostęp do opieki zdrowotnej. – Jest to zgodne z zachodnioeuropejskim modelem zakładającym, że nikt – mówiąc w dużym skrócie – „nie może umierać na ulicy”. W niewydolnych systemach niejeden nie doczeka pomocy, umierając w kolejce do lekarza, ale jest to sytuacja niedopuszczalna – system ma być ogólnodostępny i wydolny. Skoro każdy ma mieć dostęp, to model ubezpieczeniowy się do tego nie nadaje, ponieważ ktoś bez ubezpieczenia powinien nie otrzymać opieki, czego jako społeczeństwo nie chcemy. Jak to zatem sfinansować? Po prostu z podatków, przy czym nie ma sensu tworzenie odrębnego „podatku zdrowotnego” – a tak naprawdę właśnie nim jest obecnie tzw. składka na NFZ – komentuje naukowiec.

Zastrzega, że alternatywnie można sobie wyobrazić jednolitą składkę ryczałtową od każdego obywatela (czyli jakąś formę „pogłównego”), ale jeśli nie odmawialibyśmy opieki nawet w razie jej nieopłacenia, to i tak byłby to podatek – choć ryczałtowy. Dołączenie dzisiejszej „składki zdrowotnej” do podatku dochodowego jest pomysłem prostszym, bo ewolucyjnym w stosunku do tego, co mamy.

Aby to jednak miało głębszy sens, system musi być przejrzysty, logiczny i w miarę sprawiedliwy. Człowiek musi wiedzieć, za co płaci i czego może w zamian za to oczekiwać od państwa. Dzisiaj związek między płaconą daniną a usługą zdrowotną po prostu nie istnieje. Mamy misz-masz, nieprzenikniony i kompletnie niezrozumiały konglomerat wielu zasad: innych dla etatowców, innych dla różnych grup przedsiębiorców, innych dla miasta, innych dla wsi, innych dla różnych grup rolników, do tego całą masę przywilejów, wyjątków… Płacimy kilka różnych podatków zdrowotnych, których nikt nie rozumie i nikt nie potrafi wyjaśnić, kwituje dr Lasocki.

Prof. Adam Mariański mówi wprost: obecnego systemu składki zdrowotnej nie da się naprawić, ponieważ jest on ściśle powiązany z jeszcze bardziej chaotycznym, absurdalnym i niesprawiedliwym systemem podatku dochodowego. – Po szoku Polskiego (Nie)Ładu jedyne, co można zrobić, to to wszystko zaorać. I napisać od nowa – uważa profesor.

======================

Mail:

Gdyby to była „składka”, to można by się na nią nie zgodzić: W razie potrzeby sam sobie opłacę doktora.

2] Znajoma nauczycielka na pól etatu – płaci dwa razy „składkę zdrowotną” Drugi – jaki właścicielka mikro-firmy, prawie bez dochodu.