Profesor Uniwersytetu w Kioto ostrzega, że życie miliardów zaszczepionych osób jest zagrożone. Do przedstawiciela Ministerstwa Zdrowia: „Ty idioto! Dosyć tego!”

Profesor Uniwersytetu w Kioto ostrzega, że życie miliardów zaszczepionych osób jest zagrożone.

[Do przedstawiciela Ministerstwa Zdrowia: „Ty idioto! Dosyć tego! … Nie wolno dopuścić do powtórzenia tych błędów”. ]

https://www.bibula.com/?p=137256

Japoński profesor Masanori Fukushima, wybitny ekspert i autor wielu naukowych publikacji, emerytowany profesor Uniwersytetu w Kioto (Kyōto), specjalista badań biomedycznych i medycyny translacyjnej, dyrektor i przewodniczący Translational Research Center for Medical Innovation oraz Foundation for Biomedical Research and Innovation w Kobe, podczas gorącej debaty z urzędnikami publicznymi przedstawił swoją opinię na temat zagrożeń związanych z tzw. szczepionką przeciwko tzw. Covid-19.

Prof. Fukishima powiedział przede wszystkim, że głosy naukowców zostały stłumione i ocenzurowane i dał się słyszeć tylko jeden przekaz, który niestety był naukowo błędny.

Ten znakomity profesor, jak również ekspert w zakresie onkologii powiedział, że szkodliwość szczepionek jest obecnie problemem ogólnoświatowym.

Prof. Fukushima w ostrych słowach powiedział:

„Skończcie ze złą nauką i zajmijcie się prawdziwą nauką. Zaszczepiliście tak wiele osób, a jednak tylko 10% członków Ministerstwa Zdrowia, Pracy i Opieki Społecznej, którzy prowadzą kampanię szczepionkową, zostało zaszczepionych. Co to ku**a jest, jakiś żart sobie robicie?… Róbcie to co należy, prawidłowo, bo inaczej czekają was procesy sądowe. Dosyć tego! … Musicie przyglądać się danym klinicznym, danym medycznym, bo tu chodzi o życie ludzkie! I musicie to robić właściwie i uważnie, patrzeć indywidualnie na każdy przypadek. … Patrząc na tak wielką liczbę rodzajów skutków ubocznych szczepionek, miliardy ludzi są w niebezpieczeństwie. … Jeśli po zaszczepieniu się wzrosło komuś [trwale] ciśnienie, to u każdej z tych osób przyczyną są szczepionki. … Ale wy ignorujecie celowo badanie tych przypadków, za to wydajecie tryliony Yenów na import szczepionek.  … I jeszcze jedno: połowa z nich po szczepieniu zmarła z powodu problemów z układem krążenia i sercem. Jestem pewien, że znacie to aż za dobrze. A wy dalej z jakimiś Alpha, Beta, Gamma…co za idiotyzm…banda niekompetentnych uczonych, których nie można nazwać uczonymi…całkowite lekceważenie nauki i medycyny!”

Na to odpowiedział przedstawiciel Ministerstwa Zdrowia tłumacząc, że oni przecież „podejmują wszelkie działania…”

Prof. Fukushima nie wytrzymał i wykrzyknął do niego:

Ty idioto! Dosyć tego! … Nie wolno dopuścić do powtórzenia [tych błędów]. Powinniście od samego początku postępować tak jak pokazuje to nauka. Zatem natychmiast rozwiążcie ten absurdalny Komitet Ewaluacji Ofiar Szczepionek i zamiast niego powołajcie komitet śledczy prawdziwie badający każdy przypadek. I aby on mógł działać, powołajcie odpowiednich statystyków i porządnych ekspertów. Czy rozumiesz mnie?! Potem, zróbcie testy i przeprowadźcie śledztwo. Tak jak powiedział wcześniej dr Sano, jeśli macie próbki tkanki, to badajcie je pod kątem białka kolca. Ludzie już robią takie badania na całym świecie i prestiż Japonii wisi tutaj na włosku. … Musicie zidentyfikować każdy zgon, również te, które nie zostały w śledztwie uwzględnione. Życie tysięcy, dziesiątek tysięcy ludzi jest zagrożone. I jeszcze jedno: Nie macie pojęcia jak przedstawiają się długofalowe skutki tych szczepionek. Nanocząstki przyjęte przez organizm w tak dużych ilościach bezustannie produkują białka kolca. Ludzie chorują, cały czas źle się czują, niektórzy z jakichś powodów nagle zaczynają chorować, dostawać egzemę… Musimy natychmiast zatrzymać wyszczepianie i zająć się chorymi. I to właśnie mówi ta publikacja naukowa. (prof. Fukushima pokazuje tutaj dokument).

A wy zatrudniacie ludzi, którzy nie mają pojęcia o prawdziwej nauce, i media pokazują ich w telewizji. Ci sami idioci ciągle promują szczepionki. Wszystko co robicie jest absurdalne, super idiotyczne. Ja nie przyszedłem tutaj wysłuchiwać jakichś bzdur, które próbujecie wyjaśniać, ja przyszedłem dzisiaj aby skorygować i pokazać prawidłowo te rzeczy.” 

Jak widać, prawdziwi i odważni naukowcy na całym świecie zaczynają coraz dobitniej ostrzegać polityków o nadciągającym niebezpieczeństwie i zagrożeniu dla zdrowia zaszczepionych.

Tak jak mówił prof. Fukishima: dosyć z tymi idiotyzmami wyszczepiania, udawania że nie ma skutków ubocznych. Mówcie prawdę, zajmijcie się chorymy, wypłaćcie należne odszkodowania.

Trzeba zatem natychmiast odsunąć (i ukarać!) odpowiedzialnych za wyrządzone szkody polityków; ukarać lekarzy (koniecznie!), którzy nie tylko stracili resztki reputacji i autorytetu, ale stali się czołowymi przedstawicielami profesji zagrażającej życiu i zdrowiu; należy odseparować się od głównych mediów, wspierać media niezależne; tworzyć sieć niezależnej lokalnej pomocy.

Dosyć z idiotyzmem wyszczepiania preparatem „przeciwko Covid-19”, ale i koniec ze WSZYSTKIMI szczepionkami, które są zagrożeniem dla zdrowia i życia!

Oprac. www.bibula.com 2022-12-01

================

[Odnośniki do oryginalnych zapisów Video – w Bibule. MD]

[Ależ odwaga: Nawet na czas swego wystąpienia zsunął namordnik na szyję.. A co to za potworek– nowotworek: „medycyny translacyjnej” ?? Ale wypowiedź świetna. MD]

Rozpędzający się kryzys, szalejąca drożyna – Nie dawajcie sobie wciskać, że to wina wojny!

[Putinflacjia – bzdurnej propagandy. MD]

Rozpędzający się kryzys, szalejąca drożyna – Nie dawajcie sobie wciskać, że to wina wojny!

Szczawiński pisał o tym już DWA LATA temu. Dziś przestrzega: „Nie dawajcie sobie wciskać, że to wina wojny”

https://nczas.com/2022/12/02/szczawinski-pisal-o-tym-juz-dwa-lata-temu-dzis-przestrzega-nie-dawajcie-sobie-wciskac-ze-to-wina-wojny/

Rozpędzający się kryzys, szalejąca drożyna – oto, z czym mierzą się Polacy. Rząd przekonuje, że wszystko to „wina Putina”, tymczasem Krzysztof Szczawiński przypomina, że taki scenariusz przewidywał już dwa lata temu. „Nie dawajcie sobie wciskać, że to wina wojny” – apeluje.

Dwa lata temu, 30 listopada 2020 roku, Szczawiński zamieścił na Facebooku obszerny wpis, w którym wyjaśniał, czym skończy się szalona polityka „walki z covidem”.

„Czy my serio myślimy, że możemy tak sobie z jednej strony zamykać gospodarki, a z drugiej rozdawać ludziom pieniądze? Czyli że rządy, już i tak strasznie zadłużone, nagle przestały „zarabiać”, a zaczęły dużo więcej wydawać? Czy serio myślimy że tak można i jakoś to będzie? No więc NIE MOŻNA i NIE BĘDZIE…” – przestrzegał.

Następnie w kilku punktach wymieniał, jak wygląda sytuacja, co będzie następstwem lockdownów, duszenia przedsiębiorców i dodruku pieniądza.

  • państwa świata zachodniego już są zadłużone na poziomie bankrutów
  • pieniądze które trzymamy w bankach, na kontach, czy na lokatach, są przez te banki pożyczane tym państwom
  • tylko że przy takich, zerowych lub realnie ujemnych, stopach procentowych, i przy rosnącej inflacji, to za chwilę nikt już się nie będzie godził na takie warunki…
  • więc coraz bardziej rządom „pożyczają” już tylko banki centralne – świeżo „wydrukowaną”(elektronicznie) gotówkę…
  • a ludzie, zamiast je tracić przez inflację, to wyjmą pieniądze z lokat i zaczną chcieć za nie coś kupić… (więcej inflacji)
  • w normalnej sytuacji urosłyby wtedy stopy procentowe, tylko że to nie może mieć miejsca, bo wtedy państwa (rządy) pobankrutują (bo nie stać ich na wyższe odsetki)
  • no więc albo zbankrutują, czyli nie spłacą np. połowy swojego długu, przez co zbankrutują wszystkie główne banki, które im pożyczały (w rzeczywistości zostaną znacjonalizowane), a ci, którzy trzymali w nich oszczędności, stracą znaczną ich część…
  • albo stopy procentowe nie urosną, bo banki centralne będą dalej, i wtedy już jako jedyne, pożyczać rządom pieniądze na stopy procentowe bliskie zeru, a rząd będzie te nowo-„wydrukowane” przez banki centralne pieniądze dalej wydawać, co oznacza dalszą inflację, i ci, którzy trzymali w bankach oszczędności, stracą znaczną ich część…
  • tak czy tak, wyjdzie na to samo – są to jedynie dwa różne mechanizmy księgowe, dające z grubsza ten sam efekt: ci którzy mają oszczędności stracą je – tak to jest jak się pożycza bankrutom, pozwalając im wydawać bez zarabiania – i to jest właśnie ten Wielki Reset… (reset Waszych kont)

Stracą zatem ci którzy mają stałe dochody, emeryci, i wszyscy, którzy mają oszczędności w bankach… I w jednym i drugim przypadku będzie to bardzo niemiłe, pytanie tylko czy będzie tak jak w Libanie, czy tak jak w Wenezueli… W każdym razie cała klasa średnia i mali przedsiębiorcy zostaną spauperyzowani (A, no bo po przejedzeniu naszych oszczędności, to będą jeszcze musiały urosnąć podatki) – zostaną tylko rządy i wielkie korpo – i to jest ta druga część Wielkiego Resetu…” – pisał pod koniec listopada 2020 roku Szczawiński.

Właśnie ten proces obserwujemy. Dziś rząd PiS-u próbuje swoją nieudolność zrzucić na barki na Putina, a szalejącą inflację propagandowo nazywa „putinflacją”. Tymczasem Szczawiński – patrząc na rządowe poczynania – taki scenariusz przewidział już dwa lata temu.

„Dwa lata temu już było jasne, że będzie inflacja, spauperyzowani klasa średnia (właśnie nawet GW zaczęła o tym pisać…) i przedsiębiorcy (masowo upadają) – więc nie dawajcie sobie wciskać że to wina wojny” – pisze.

Nie, to wina tych rządów – złych, głupich, ale przede wszystkim kłamliwych i amoralnych, zresztą nie tylko w Polsce” – podsumowuje Szczawiński.

Gwałtowny wzrost liczby pacjentów onkologicznych z szybko pogarszającym się stanem po szczepionkach mRNA. Prof. Dalgleish

Prof. Dalgleish: Gwałtowny wzrost liczby pacjentów onkologicznych z szybko pogarszającym się stanem po szczepionkach mRNA

30 listopada 2022 https://pch24.pl/prof-dalgleish-gwaltowny-wzrost-liczby-pacjentow-onkologicznych-z-szybko-pogarszajacym-sie-stanem-po-szczepionkach-mrna/

„Mamy już dobrze udokumentowany związek między szczepionkami mRNA COVID-19 a zakrzepami krwi, zapaleniem mięśnia sercowego, zawałami serca i udarami. Do tego dochodzi wzrost liczby przypadków pogorszenia się stanu zdrowia pacjentów onkologicznych, którzy zmuszeni zostali do przyjęcia szczepień przeciw koronawirusowi” – ostrzega londyński onkolog z St. George’s University prof. Angus Dalgleish.

Medyk w specjalnym liście skierowanym do dr. Kamrana Abbasiego, redaktora naczelnego British Medical Journal wskazał, że należy przerwać program szczepień przeciw Covid-19, „biorąc pod uwagę, że średni wiek śmierci z powodu Covida w Wielkiej Brytanii wynosi 82 ​​lata, a ze wszystkich innych przyczyn 81 lat i spada”.

Lekarz dodał, że w sytuacji, gdy „związek z zakrzepami, zapaleniem mięśnia sercowego, atakami serca i udarami jest obecnie dobrze udokumentowany, podobnie jak związek z zapaleniem rdzenia kręgowego i neuropatią (przewidzieliśmy te skutki uboczne w naszym artykule QRBD z czerwca 2020 r., Sorensen et al. 2020, ponieważ analiza blastów wykazała 79% homologii z ludzkimi epitopami, zwłaszcza PF4 i mieliną)”, do tego dochodzi teraz „kolejny powód, aby wstrzymać wszystkie programy szczepień. Jako praktykujący onkolog obserwuję, jak u osób ze stabilną chorobą szybko postępuje pogorszenie stanu zdrowia po tym, jak zostały one zmuszone do przyjęcia dawki przypominającej, zwykle po to, by móc podróżować” – czytamy.

Lekarz zwrócił uwagę, że u jego pacjentów nastąpiło gwałtowne pogorszenie stanu zdrowia w ciągu kilku dni lub tygodni po przyjęciu dawki przypominającej przeciwko koronawirusowi. U innych wystąpiły choroby nowotworowe. Na przykład „u jednego z pacjentów rozwinęła się białaczka, u dwóch kolegów z pracy – chłoniak nieziarniczy, u starszego przyjaciela, który czuł się, jakby miał długiego covida od czasu otrzymania dawki przypominającej i który odczuwał poważny ból w kościach, zdiagnozowano liczne przerzuty rzadkiej choroby limfocytów B”.

„Mam wystarczająco dużo doświadczenia, aby wiedzieć, że nie są to przypadkowe anegdoty, jak wielu sugeruje, zwłaszcza że ten sam schemat obserwuje się w Niemczech, Australii i USA” – przekonywał prof. Dalgleish, apelując o wszczęcie pilnej debaty w tej kwestii.

Patolog dr Ryan Cole z Idaho także zgłosił znaczny wzrost przypadków nowotworów. Zasugerował, że z danych otrzymanych od onkologów wynika, iż szczepionki mRNA zaburzają pracę układu odpornościowego, a lekarze donoszą, że obserwują „najdziwniejsze nowotwory i nowotwory, które do tej pory byli w stanie kontrolować, leczyć, a obecnie bardzo szybko przechodzą one do etapu drugiego, trzeciego, czwartego”.

  Źródło: wnd.com

„I pójdą na mękę wieczną”. Pięć prawd, które każdy powinien wiedzieć o piekle

„I pójdą na mękę wieczną”. Pięć prawd, które każdy powinien wiedzieć o piekle

https://pch24.pl/i-pojda-na-meke-wieczna-5-rzeczy-ktore-kazdy-powinien-wiedziec-o-piekle/

(Oprac. GS/PCh24.pl)

Obecnie, bardziej niż kiedykolwiek w przeszłości, umysł ludzki niepokoi się na wieść o istnieniu wiecznej kary piekła. Już sama myśl o tej ewentualności wzbudza drżenie serca i sprzeciw tych, którzy nie chcą słuchać wspominających o tym głosów. Tymczasem piekło jest rzeczywiste. Milczenie o nim nie sprawi, że przestanie istnieć. Szaleństwem byłoby więc udawanie przewrotnego lekarza, który pozwala umrzeć choremu pod pretekstem oszczędzenia mu bolesnej terapii. Lepiej pójść za przykładem nauczającego o karach i wiecznym cierpieniu Chrystusa. Co zatem powinien wiedzieć każdy o tej przerażającej rzeczywistości?

Niedorzecznością byłaby próba przekonywania kogokolwiek, że można zażegnać tę koszmarną alternatywę, odwracając od niej swoją uwagę. Lepiej uczynić wszystko, by wielu mogło uwierzyć, że więzienie bez wyjścia, zewnętrzne ciemności, ogień, który nie gaśnie, płacz nieustający i zgrzytanie zębów są realną możliwością.

Gdy w doczesności łamany jest ustanowiony porządek, ziemskie sądy wymierzają sprawiedliwość, budując szafot w miejscu publicznym, aby ukarać tam nieszczęśnika. Czynią to również dla przykładu i jako postrach dla chcących ulec karygodnym pokusom. Podobnie czynił Jezus Chrystus, ukazując słabym ludziom zawieszony nad ich głowami miecz sprawiedliwości, by tak ostrzeżeni nie łamali prawa i czynili dobro. Kontynuując Bożą wolę przestrzegania człowieka przed zgubnymi konsekwencjami jego decyzji, św. Ignacy Loyola mawiał, że nie zna bardziej owocnej i praktycznej prawdy od tej, która dotyczy piekła.

Słodycz Boskiej Miłości nie jest zazwyczaj przedmiotem pożądania ludzi zmysłowych, oddanych przyziemnym przyjemnościom. Groźba piekła jest czasem jedynym hamulcem zdolnym powstrzymać ich przed grzechem, odstępstwem czy pożądaniem, do których są kuszeni, żyjąc wśród zgiełku rozrywek, pułapek i gorszących przykładów. Co zatem powinien wiedzieć każdy o piekle, by chcieć uniknąć rzeczywistego tam zstąpienia?

1.Piekło istnieje naprawdę

Łucja dos Santos, wizjonerka z Fatimy, jako dziesięcioletnia dziewczynka, wraz z dwójką młodszych od siebie kuzynów, doświadczyła cyklu sześciu objawień Matki Bożej. Po gruntowanym przebadaniu treści objawień Kościół w 1930 r. uznał ich autentyczność, nie odnajdując w nich niczego, co mogłoby godzić w katolicką doktrynę. Znajdziemy tam m.in. wizje piekielnych czeluści.

Łucja we wspomnieniach z 1941 r. opisuje widzenie, jakiego doświadczyła podczas objawień fatimskich wiele lat wcześniej: „Pani nasza pokazała nam morze ognia, które wydawało się znajdować w głębi ziemi, widzieliśmy w tym morzu demony i dusze, jakby były przeźroczystymi czarnymi lub brunatnymi, żarzącymi się węglikami w ludzkiej postaci. Unosiły się w pożarze, unoszone przez płomienie, który wydobywały się z nich wraz z kłębami dymu. Padały na wszystkie strony jak iskry w czasie wielkich pożarów, bez wagi, w stanie nieważkości, wśród bolesnego wycia i rozpaczliwego krzyku. Na ich widok można było ogłupieć i umrzeć ze strachu. Demony miały straszne i obrzydliwe kształty wstrętnych i nieznanych zwierząt. Lecz i one były przejrzyste i czarne”.

Przerażone dzieci skierowały swoje oblicze w stronę Matki Bożej, szukając w ten sposób u niej pomocy, Ona zaś pełna dobroci i smutku rzekła: „Widzieliście piekło, do którego idą dusze biednych grzeszników”. Na tym jednak nie poprzestała, wyjawiając warunki ratowania grzesznej ludzkości, której realnie zagraża wieczne potępienie.

2.Wiecznie cierpią tam demony i dusze potępione

Pismo Święte jasno mówi o wiecznym trwaniu piekielnych mąk. Ewangeliści św. Mateusz i św. Jan podają, że cierpienie tam obecnych trwać będzie bez końca: a dym ich katuszy na wieki wieków się wznosi (Ap 14,11). Św. Marek i Izajasz wskazują natomiast, że ogień ich nie gaśnie, a robak ich nie umrze. Nawiązujący do tego św. Augustyn zauważy, iż nie sposób powiedzieć coś pewnego o naturze tego robaka lub materialności lub niematerialności tego ognia. Pewnikiem jest natomiast to, że – jak wskazuje jasno prorok – żar ognia nigdy nie osłabnie, a męczarnie zadawane przez robaka nie ustaną. Jezus, mówiąc o Sądzie Ostatecznym, wypowiada to, co nastąpi: I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego (Mt 25,46). Skoro sprawiedliwi będą żyć bez końca, analogicznie śmierć wieczna musi trwać na wieki wieków. Grzegorz Wielki dopowie, że będzie to śmierć, która nigdy się nie dopełni. Jest to koniec, po którym zawsze następuje nowy początek, rozkład, który nigdy nie doprowadzi do całkowitego zaniku

Dlaczego cierpiące w piekle dusze nie mogą odwołać się do Bożego Miłosierdzia? Wolą potępionych jest całkowite poddanie się złu. Ich przerażenie i nienawiść do cierpienia nie wiąże się ani z zadośćuczynieniem, ani ze skruchą. Z tego powodu nie mogą uczestniczyć w zasługach i modlitwach żyjących. Skazani słusznym wyrokiem na wieczne kary nie mają nadziei na zbawienie.

3.Piekło jest częścią ładu Bożego

Trudno wyobrazić sobie, by Bóg, który stał się człowiekiem, miał umrzeć haniebną śmiercią na krzyżu bez wyraźnej przyczyny. Boskim lekarstwem na niedający się po ludzku naprawić upadek człowieka była śmierć Jezusa. Podważenie wiary w istnienie wiecznego piekła wypacza sens Wcielenia i Odkupienia, jako że pomniejsza Ofiarę Syna Bożego, który wykupił człowieka od kary wiecznej.

Jeśli nie ma piekła, nie sposób mówić o ładzie moralnym, u podstawy którego istnieje podział na dobro i zło. Różnią je zarówno dążenia do odmiennych celów, jak i różne konsekwencje. Zanegowanie prawdy o niekończącym się cierpieniu prowadzi do zakwestionowania podziału na występek i cnotę. W następstwie wytchnienie i radość w Bożej obecności staje się udziałem tak samo niegodziwców, jak i sprawiedliwych. Wieczność zatwardziałego grzesznika nie różniłaby się od wieczności tego, który służył Bogu i kochał Go aż do śmierci. Z takiego założenia wynika wniosek, że zarówno życie splugawione, jak i najczystsze są alternatywą do wyboru. Upada wówczas moralność, znika z powierzchni ziemi wszelki porządek. Cnota pozbawiona zostaje nagrody, a niesprawiedliwość kary.

Układ ten przeczy jednak doświadczeniu ludzkości. W rzeczywistości, jakiej żyjemy, musimy dokonać wyboru między – jak ktoś napisał – „Bogiem a rewolwerem”. „Jeśli nie ma żadnej kary w życiu przyszłym, siła przezwycięży prawo, tyran stanie się łącznikiem i podporą ładu społecznego, sprawiedliwość głoszona będzie w imię śmierci, a błędy życia w imię Boga” – czytamy w jednej z konferencji o. Charles’a Arminjon.

W prawdę o przyszłej karze lub nagrodzie wierzyli już poganie. W „Fedonie” Platona czytamy: „Nikczemni zbrodniarze o duszach nie do uleczenia dotknięci są wstrząsającym cierpieniem, które ich nie uzdrowi. Dusze, które popełniły wielkie zbrodnie, wrzucone są w otchłań zwaną piekłem. Taki jest wyrok Bogów zamieszkujących niebo: dobrzy dołączą do dobrych, źli do złych”.

4.Piekło jest wieczne

Wszystkie dogmaty teologii katolickiej próbowano kwestionować, z wyjątkiem jednego. Nikt nie podważał istnienia piekła. Jean-Baptiste Henri Lacordaire w dziele pt. „De la Sanction du Gouvernement divin” pisał: „Protestanci, którzy odrzucili tyle prawd, nie zanegowali prawdy o istnieniu piekła. Kwestionujący spowiedź, prześmiewcy dziewictwa i skuteczności dobrych uczynków, burzyciele wszystkiego, co mogło zaniepokoić sumienie, nie ogołocili piekła z jego przerażających właściwości. Ta ręka, która zbezcześciła drzwi tabernakulum, miejsce odpoczynku Ciała Boga-Człowieka, zatrzymała się na progu tego wielkiego cierpienia…”. Kiedyś tylko człowiek niespełna rozumu mógł negować słuszność i konieczność sprawiedliwej kary. Współcześnie Sprawiedliwość Boga przeciwstawia się Jego Miłosierdziu. Czy święty, tak bardzo bezinteresowny Bóg chciałby przytłoczyć ogromem swej mocy, i to na całą wieczność, tak nędzne stworzenie, jakim jest wystawiony na pokusy, namiętności i własne słabości człowiek? Czy nie byłaby to zemsta i prześladowanie niegodna Jego chwały i świętości?

Na tak stawiane dzisiaj pytania należałoby odpowiedzieć innym: czy Bóg byłby dalej naszym rzeczywistym i ostatecznym celem, do którego ma zmierzać pragnąca służyć mu ludzkość, gdyby w Królestwie Bożym panował taki nie-porządek? Czy w końcu uparte wzgardzenie Bogiem nie domaga się kary, którą jest nieskończony ból z powodu Jego utraty? Trzeba nie znać ludzkiego serca, tak skłonnego do buntu i niezależności, by negować istnienie wiecznej kary. Koniecznym jest, aby człowiek, który znieważył Boga, okazując mu swój bunt, został wydany na największe, trwające bez końca i niewypowiedziane cierpienia, równe zniewadze okazanej Majestatowi Bożemu. Boża wielkość, której zaprzeczał, domaga się uznania. Skoro nie chciał złożyć Bogu hołd pod wpływem Jego dobroci, to powinien zakrzyknąć niczym umierający Julian Apostata: „Zwyciężyłeś, Galilejczyku”.

5.Na wieczność oddziela od Boga

Największą ze wszystkich i niemożliwą do wyrażenia karą jest pozbawienie duszy ludzkiej możliwości oglądania Boga. Nie ma większego cierpienia niż w piekle, w którym nie ma Boga. Świadomość nieodwracalnej Jego utraty wywołuje w potępieńcu tak okrutny ból, iż sam w sobie wystarczyłby do rozpalenia płomienia, które go palą. Dla piekłoszczyka nie ma już przyszłości. Prawdę tę wyrażają słynne słowa Dantego Alighieri z Boskiej Komedii: „Wchodzący tutaj porzućcie wszelkie swe nadzieje”.

Pogrążeni w ciemnościach dotknięci zostają nieuleczalną ślepotą, pozbawieni są wszelkiego nadprzyrodzonego światła. Suarez doda do tego: „potępieni są praktycznie pozbawieni zdrowego rozsądku, w tym, co dotyczy sposobu ich myślenia, ich pragnień oraz roztropności w podejmowanych czynach”. Pozostaje im karmić się już tylko iluzjami i kłamstwem, gdyż nie są w stanie dążyć do prawdy.

W próbie lepszego zrozumienia tego godnego pożałowania stanu wyobraźmy sobie miasto, w którym żyje cała masa Kainów, Neronów i największych znanych historii zbrodniarzy. Z ich woli splamiono ziemię krwią niewinną, a sądy wydawały bezprawne wyroki, wysyłając do więzień bezbronnych ludzi. I w takim mieście żyją ci nikczemnicy bez policji wojska i jakiejkolwiek władzy publicznej, która zabroniłaby im się wzajemnie zabijać i torturować. Takie właśnie jest piekło, o którym czytamy w Księdze Hioba: „miejsce chaosu, wiecznego strachu” (por. Hi 10, 21-22), czyli miejsce pozbawione ładu i gdzie króluje wieczne przerażenie.

Czy wobec tego (miedzy innymi) skarby Krwi Syna Bożego nie domagają się od nas jeszcze większej wdzięczności i niepodzielnej do Niego miłości? A i to nigdy nie będzie wygórowanym żądaniem i niezasłużoną pretensją.

Anna Nowogrodzka-Patryarcha

Tekst powstał w oparciu o zebrane konferencje o. Charles’a Arminjon pt. „Koniec świata doczesnego i tajemnice życia wiecznego”.

Szczęście alchemika. WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (14)

Andrzej Juliusz Sarwa

WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (14)

Szczęście alchemika

Jedna, jedyna, niezbyt gruba i na wpół już wypalona woskowa świeczka ledwo co rozpraszała mrok dość obszernej izby w domu przy rue de la Tannerie na przedmieściu Paryża, w którym mag w piwnicach urządził swoje laboratorium.

Chociaż co prawda miał mieszkanie w Luwrze, ale tam się bał zajmować owymi niebezpiecznymi sprawami, więc nie przeniósł pracowni do królewskiego pałacu, ponieważ na starym miejscu było zdecydowanie bezpieczniej. A przynajmniej tak mu się zdawało, bo przecie i tak każdy wiedział, kim jest i czym się para. A że stała za nim królowa Katarzyna, nikt go nie zaczepiał, ani nie próbował atakować. On jednakowoż wolał dmuchać na zimne.

Co prawda miał świadomość, że tak monarcha, jak i jego dwór tylko nominalnie są katolikami, bo czary i alchemia nie stanowiły dla nich najmniejszego nawet moralnego problemu i z zapałem nie tylko w nie wierzyli, ale kiedy zachodziła – wedle ich mniemania – taka potrzeba, ochoczo się im oddawali w praktyce, czy to czynnie, czy biernie uczestnicząc w mrocznych i przerażających rytuałach, ale… ale zawsze istniało niebezpieczeństwo, że jeśli ktoś zapała jakąś szczególną nienawiścią do naszego alchemika i uprze się, by go zniszczyć, to nie zawaha się oskarżyć go o oddawanie czci diabłu, iżby maga posłać na stos, a chętnych do układania i podpalania stosów w Paryżu nie brakowało! Bo to była kulturalna Francja, a nie barbarzyńska Polska, w której to stosy nie płonęły ani obficie, ani regularnie, a nader rzadko, jakby od przypadku.

Wolał tedy Illuminatus pracować jak najdalej od dworu. I to było zrozumiałe.

Ckniło mu się jednak trochę za nieboszczykiem panem Jakubem Białeckim, bo chociaż dzięki niemu, a właściwie jego wątrobie, udało mu się pozyskać niezbędny składnik dla sporządzenia niezawodnej trucizny i jednocześnie także antidotum na ów toksykant, to zżył się z młodzieńcem i teraz mu go brakowało.

Sam, w opustoszałym obszernym domostwie, nie czuł się najlepiej, toteż się uradował, kiedy posłyszał echo kroków na dziedzińcu, a potem odgłos kołatki u drzwi.

Uchylił je i zerknął przez szparę.

– Otwieraj, otwieraj – usłyszał głos Atanasa. – Długo masz zamiar trzymać mnie na progu?

Rozwarł tedy Illuminatus pospiesznie podwoje na całą szerokość, skłonił się głęboko, z szacunkiem, przybyłemu i gestem zaprosił go do środka.

Atanas wyminął go obojętnie i od razu skierował się do laboratorium.

– Może potrzebujecie czegoś, ojcze? – zapytał mag.

Diuk wszakże wzruszył tylko ramionami i nic nie odpowiedział. Rozglądał się za to bacznie po pracowni Cadavera i z podziwem kiwał głową.

– Widzę, że nie próżnowałeś. Widzę, żeś poczynił ogromne postępy. Należy ci się uznanie. I cóżeś zdziałał nowego? Pochwalże się!

– Uzyskałem ów toksykant i antidotum nań. Ten sam, nad którym tak długo pracowałem.

– Zatem należy ci się wyjątkowa, specjalna pochwała!

Illuminatus uśmiechnął się z zadowoleniem, skłonił jeszcze niżej i ucałował dłoń przybyłego.

– Staram się, jak mogę, ojcze. Służę ci, jak mogę.

– Widzę, widzę i doceniam.

– Ckni mi się tu wszelako samemu…

– To znajdź sobie jakowegoś towarzysza, do pogawędki i do łoża.

– Towarzysza? Do łoża? Do łoża to wolałbym, ojcze, towarzyszkę…

Hrabia z pogardą pomieszaną z obrzydzeniem odął wargi.

– Pfe! Nie pochwalam, ale… skoro masz taką potrzebę? Tylko która cię zechce? Bardzoś paskudny, a na domiar niemłody już i skąpy. Po dobrawoli żadna z tobą nie zamieszka.

– Po dobrawoli i owszem, ale są i inne sposoby, co by dziewkę przy sobie zatrzymać.

– Ba! Najpierw taką znajdź, pochwyć i przymuś – zaśmiał się chrapliwie Atanas.

– Więc dajesz mi na to, ojcze, swoje błogosławieństwo?

– Tak, masz je. Bo to zabawne, bo to grzeszne, bo to okrutne. Byle bez ślubu! Nakłonisz ją do ślubu – to cię odtrącę, ale wpierw będziesz musiał spłacić wszystkie długi, jakieś u mnie zaciągnął. Zrozumiałeś?

– Tak, ojcze… tak… zrozumiałem… bez ślubu…

– To zaczynaj łowy. Ja tu zabawię ze dwa-trzy dni i ruszę w dalszą drogę.

– Może mnie, ojcze, zabierzesz ze sobą?

– A po co? Przecież kobiety ci się zachciało, a ja mam przeczucie, iż niedługo trafi ci się i młoda i ładna.

– Prawdę, ojcze, prawicie, czy kpicie ze mnie?

– Nie, nie kpię. Rzeczywiście mam takie przeczucie. A właściwie pewność. Szukaj jej w pobliżu Luwru. Wasze ścieżki rychło się skrzyżują. I odmieni to twoje dotychczasowe życie.

– A jak ją rozpoznam? – zapytał Illuminatus.

– Et, daj mi spokój. Głupiś, widzę, jak but. Znasz się może na formułach, na miksturach, na ewokacjach i inwokacjach, na procesjach i recesjach, na mieszaniu ingrediencji, na jadach i odtrutkach, na lubczykach i urokach, ale marny z ciebie samiec. A właściwie żaden tam samiec, ot kapłon i tyle. Ty nawet zapiać nie umiesz, nie mówiąc o czymś więcej.

Cadaver zgryzł w sobie to szyderstwo, nie okazując na zewnątrz, jak go słowa Atanasa ubodły i w duszy poprzysiągł sobie, że udowodni i sobie i jemu, iż wcale tak nie jest, że będzie miał kobietę, choćby nie wiadomo co!

* * *

Ludka Białecka nabożnie wysłuchała mszy świętej, a potem przemodliła całe przedpołudnie w kościele Saint Germain l’Auxerrois nieopodal Luwru, błagając Stwórcę, iżby tak pokierował jej krokami, aby trafiła na ślad brata. Nie winiła go za to, co się wydarzyło, miała bowiem świadomość, iż czar jakiś na nich rzucono, tak że grzechu w tym, co uczynili, nie było żadnego. I chociaż się wstydziła na samą myśl o tym, co to będzie i jak to będzie, kiedy się wreszcie spotkają i spojrzą sobie w oczy, to rozumiała, iż w Jakubie już tylko cała jej nadzieja. Bez niego nie uda się jej jakoś w miarę normalnie ułożyć sobie dalszego życia.

Wyszła z kościoła i jęła się przechadzać w pobliżu Luwru, darmo jednak wypatrywała oczy, bo brata nie zobaczyła. Przysiadała w Tuileriach, posiliła się skibką chleba i posmutniała. Jadąc tutaj taki szmat drogi, zdawało się jej, że skoro tylko znajdzie się w Paryżu, od razu spotka Jakuba i wszystkie problemy znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki… niestety, tak się nie stało… ot nazbyt bujna dziewczęca wyobraźnia…

Pierwszy dzień jej pobytu w stolicy Francji dobiegał kresu. Niebo ubarwiły przedwieczorne zorze i pora było pomyśleć o jakimś noclegu. Nie bardzo wszakże wiedziała jak się za to zabrać. Co prawda po francusku mówiła całkiem znośnie, ale wszystko tu było dla niej obce, a na dobitkę była kobietą… a właściwie to nawet nie kobietą, a niedojrzałą w pełni dziewczyną. Łakomym kąskiem dla podłego człowieka. I co najgorsze uświadomiła to sobie właśnie.

Gdy takie przykre myśli krążyły jej po głowie, starała się je tłumić, pamiętając, iż przecie bez szwanku, bez uszczerbku udało się jej przebyć całą długą drogę z Sandomierza do Paryża. Musiał więc być w tym widomy znak Boży. Dopiero wówczas uspokoiło się nieco strwożone serce dziewczyny. I oto naraz, nieomal w tej samej chwili, posłyszała, że ktoś ją woła:

– Kogo moje oczy widzą? Toż to panna Białecka!

Ludka obejrzała się zaskoczona i dostrzegła znajomego już jej z Sandomierza doktora Cadavera Illuminatusa. Zdrętwiała na jego widok i przemożny strach ścisnął ją za gardło, osobnik ten bowiem kojarzył się jej tylko z jednym – z owym nieszczęściem, które dotknęło i ją i brata i rodziców… i to dzieciątko, które gdzieś tam, hen daleko, u wujostwa porzuciła…

Przygarbiła się, wtuliła głowę w ramiona i przyspieszywszy kroku, ruszyła przed siebie. A że nie znała okolicy, to w krótkim czasie znalazła się nie między ludźmi, na gwarnej i ruchliwej ulicy, gdzie mogłaby się poczuć bezpiecznie, lecz na opustoszałym przed wieczorem nabrzeżu Sekwany.

Cadaver widząc, dokąd zmierza, zachowując pewien dystans, szedł uparcie za nią. W końcu, gdy rzeka przegrodziła jej dalszą drogę, a do mostu było jeszcze daleko i dziewczyna uświadomiła sobie, że nie uda się jej pozbyć natręta, zatrzymała się, odwróciła i zapytała groźnie, a przynajmniej zdawało się jej, że groźnie:

– Czego chcecie, doktorze? Małom to wycierpiała przez was?

– Przeze mnie? – Illuminatus udał zdziwienie.

Ludka zbita z tropu, bo nie wiedziała, co ma mu odpowiedzieć, zapytała prawie z płaczem:

– Czego wy chcecie ode mnie?

– Hm… po prawdzie to niczego… ja tak z dobroci serca… widzę, że waćpanna nie bardzo wie, co ze sobą począć, pomyślałem, że jakoś wesprę, pomogę…

– A to niby jak?

– Ma waćpanna jakiś nocleg?

– A jeśli bym i nie miała, to co wam do tego? Poradzę sobie – odparła niegrzecznie i hardo.

– Taki pewny to ja na miejscu waćpanny bym nie był. Miasto duże, ludne… niebezpieczne – to ostatnie słowo wypowiedział dobitnie głośnym szeptem.

Ludka spuściła oczy i milczała.

– Znamy się przecie. Jesteśmy krajanami. Mogę zaproponować nocleg. Dom mam obszerny i dość wygodny na przedmieściu. Znajdzie się pokoik i dla panienki.

– Ja sama z wami? A cóż to za nieskromna propozycja!

– Nie mieszkam sam. Uspokójże się waćpanna. Mam współlokatora.

– I kogóż to?

– Uczonego diuka Atanasa.

– Diuka?

– Diuka.

– I mieszka z wami? To i książę i jakiś mędrzec zarazem?

– A owszem.

– Może raczej powiedzcie mi, gdzie mogę znaleźć brata, to u niego przenocuję. Przecież po to tu przybyłam, aby go odszukać.

– Niestety, nie mam dobrych wieści…

– To znaczy?

– To znaczy, że wyjechał w baaardzo, baaardzo daleką podróż, w którą wyprawił go osobiście sam król.

– A kiedy wróci?

Doktor zrobił stropioną minę i bezradnie rozłożył ręce.

– A któż to wie? Ponieważ brata waćpanny tu nie ma, najuprzejmiej ponawiam swoją wcześniejszą propozycję.

– No nie wiem… – Ludka czuła głód i coraz większe zmęczenie. Propozycja wydała się jej bezpieczna i kusząca, bo chyba w obecności osoby szlachetnej, uczonej Cadaver nie ośmieliłby się popełnić żadnego łajdactwa, pomyślała w naiwności swojej?

– Tedy chodźmy, bo coraz później się robi!

Ludka skinęła głową i podążyła za doktorem, który szedł przodem, nawet się na nią nie oglądając.

* * *

– No widzisz, jak rychło się moje przeczucie ziściło? – powiedział Atanas do alchemika, zerkając przy tym na Ludkę.

– Rzeczywiście ani bym się nie spodziewał.

– No, ale my tu konwersujemy, a panna głodna. Zapraszam na wieczerzę.

Diuk ruszył przodem w stronę pokoju stołowego, otworzył prowadzące do niego drzwi na oścież i wpuścił dziewczynę do środka.

Kiedy tam weszła, to aż dech w niej zaparło. Oto bowiem ujrzała stół zastawiony najbardziej wyszukanymi potrawami, z których większości nawet nie umiałaby nazwać. A sama zastawa! Nawet i król nie jadał na lepszej. Nie podejrzewała, iż alchemik jest tak zamożny.

Zresztą i alchemik, wybałuszywszy na zastawiony stół oczy, otwarł gębę ze zdziwienia, bo czegoś takiego się nie spodziewał.

Owa wieczerza to była taka zaskakująca niespodzianka, jaką im zafundował książę. Wyglądała niczym uczta weselna.

Atanas, mimo iż on tu był najważniejszy, usiadł skromnie u końca stołu, na talerz nałożył sobie kilka listów sałaty, ale nawet na nie nie patrzył, jakby nie miał zamiaru ich jeść. Na pierwszym miejscu natomiast usadowił pannę Białecką, a po jej lewej ręce Illuminatusa.

Dziewczyna najpierw poczuła się niezręcznie, skrępowana całą tą niezwykłą, ba! wręcz niebywałą sytuacją, ale powoli się uspokoiła. Była bardzo głodna, toteż z wdzięcznością, toteż skwapliwie, przysunęła do siebie talerz, który podał jej alchemik. Już, już miała zacząć jeść, gdy przypomniała sobie o tym, od czego zawsze rozpoczynano posiłek w domu rodzinnym – przeżegnała się, dodając przy tym:

– Niechże Waszą Książęcą Mość Pan Bóg w Trójcy Świętej Jedyny i Matka Najświętsza, wespół ze świętym Archaniołem Michałem, mają w swej opiece. Za waszą hojność i szczodrobliwość.

I oto naraz ujrzała coś, co ją zarazem przeraziło, jak i wprawiło w osłupienie. Twarz Atanasa dziwnie jakoś pociemniała. Blada i delikatna dotychczas cera stała się ciemna, jak u mumii a wąskie sinawe wargi skurczyły się tak bardzo, iż praktycznie zanikły odsłaniając pożółkłe i poczerniałe zęby, zaś na miejscu oczu i nosa pokazały się puste otwory. Osobliwy diuk gwałtownie powstał i uciekł. Tak, nie można znaleźć lepszego określenia. Uciekł w głąb domu, miotając najohydniejsze przekleństwa. Jednocześnie po jadalni rozniósł się obrzydliwy smród – jakby pomieszanych woni ziół wrotyczu, bagna i asafetydy, końskiego potu, zgniłych jaj i jeszcze rozkładającego się trupa.

Illuminatus zbladł i nie mniej przerażony od swego mentora, plącząc nogi w przydługiej todze, pobiegł za nim.

– Jezus, Maria, Józef! – wyszeptała Ludka i również porwawszy się od stołu, ruszyła w kierunku sieni.

Na szczęście główne drzwi nie były zamknięte na klucz tylko na zasuwę, którą dziewczyna odciągnęła, rozwarła podwoje i wybiegłszy na zewnątrz, popędziła co sił w nogach w stronę ulicy. Chociaż była przerażona, nie krzyczała, bo strach tak ścisnął jej krtań, że nie mogła wydobyć z siebie głosu…

Biegła środkiem zapylonej drogi, byle dalej od tego strasznego miejsca i od tych strasznych istot… byle dalej. Modliła się w duchu, przyzywając boskiej opieki i zmiłowania. Biegła, a całe dotychczasowe życie jawiło się jej niczym obrazy, przesuwające się jeden za drugim, jeden za drugim… i wszelkie dobro, które uczyniła i wszelkie zło, jakiego się dopuściła… od najwcześniejszych lat swojego niedługiego przecież żywota. I dziękowała Bogu za dobro i żałowała zła – z całego serca i szczerze, wciąż gnając przed siebie na oślep.

Naraz spoza zakrętu w wielkim pędzie wyjechała kareta zaprzęgnięta w czwórkę koni. Stangret za późno zauważył biegnącą wprost pod ich kopyta dziewczynę. Ściągnął cugle, z całych sił je ściągnął, lecz rumaki nie zdołały wyhamować pędu…

Mgnienie oka… sekund parę…

Na pokrytej kurzem drodze legła bez ruchu niczym szmaciana lalka, o pokracznie porozrzucanych kończynach ta, która w niczym i nikomu nie zawiniła… a wokół jej głowy jęła rozlewać się coraz szerzej i szerzej kałuża krwi… jakby męczeńska aureola…

Kareta stanęła. Konie nerwowo biły kopytami w ziemię. Stangret zeskoczył z kozła i podbiegł do leżącej. Przyklęknął nad nią, przyjrzał się bacznie, a potem pokręcił głową, powstał z kolan i zdjął czapkę.

Przez okienko w karecie wychyliła się głowa jakiejś damy. Twarz miała zaokrągloną, czoło wysokie, nos dość wydatny, podobnie uszy, usta duże, ale o szlachetnym wykroju, a ciemnoblond włosy ufryzowane w gęste drobne loczki.

Dama przyjrzała się bacznie leżącej i zapytała:

– Czy żyje?

– Niestety… martwa…

Dama jeszcze baczniej wpatrzyła się w twarz zabitej dziewczyny i bardziej do siebie niż do towarzyszącej jej niewiasty powiedziała:

– Skądś mi owa twarz znajoma.

– Niby skąd?

– Nie, nie ona sama… ona tylko kogoś mi bardzo przypomina, kogoś, kogo kiedyś dobrze znałam… jest niezwykle podobna… ten podbródek, oprawa oczu, wykrój ust…

Stangret odciągnął ciało ze środka ulicy na pobocze i ułożył je pod murem domu Atanasa.

– Margot! Droga kuzynko, dajże już pokój. Przytrafił się nieszczęśliwy wypadek, ale to nie znaczy, że masz zaraz wpadać w melancholię! Jedźmy!

Stangret strzelił z bata, konie ruszyły galopem.

A potem niebo ostatecznie pociemniało i rozbłysły na nim pierwsze gwiazdy. Jakiś słowik śpiewał swojej wybrance, przepieką serenadę. Nagrzana przez dzień ziemia stygła i oddychała cudownym aromatem lata, rosa jęła siadać na źdźbłach traw… Cudowna, spokojna noc rozpostarła się nad Paryżem…

* * *

Atanas stał przy oknie, w zamyśleniu wpatrując się w ciemność. Milczał. Na koniec zaś zwrócił się do maga i rzekł:

– Wyjeżdżam.

– Kiedy, panie?

– Natychmiast.

– Ale koń nieosiodłany.

– Cóż z tego? Żadna to przeszkoda.

Atanas ruszył w kierunku drzwi.

– Kiedy, panie, tu powrócisz?

– Gdy się będziesz mnie najmniej spodziewał.

Trzasnęły drzwi frontowe i z podworca dobiegło klaskanie sandałów o granitowe płyty.

Cadaver w sercu czuł mróz i przerażenie. Bał się, coraz bardziej się bał Atanasa. Chętnie by się od niego uwolnił, ale wiedział, że to niemożliwe…

Aby stłumić lęk, który go porażał, schwycił sporą flaszę palonego wina, czystego destylatu, przyłożył szyjkę do ust i pił, pił, pił. Aż w końcu poczuł ulgę, wróciła mu odwaga i zaczęła rozpierać energia.

Przyodział się, przeliczył monety w sakiewce i chwiejnym krokiem ruszył na miasto w poszukiwaniu jakiejś niedrogiej ulicznicy. A niech tam! Skoro i tak jest już skończony, to niechże ma coś od życia, odrobinę szczęścia, miłości… choćby i nawet i za tę przygarść miedziaków…

Wędrował skrajem ulicy, potykając się o nierówności bruku i recytując w głos:

Płyną lata, płyną, płyną…

Piękność ciała szybko mija.

Z róż zostają jeno ciernie.

Więdnie fiołek i lilija…

Dziewice! dopóki pora,

Żyjcie szczęściem i rozkoszą.

Kochankom się nie odmawia

Tego, o co grzecznie proszą1

Nawet nie musiał daleko chodzić. Stara kokota zwiędła i niedomyta, sokiem z zielonych łupin niedojrzałych orzechów maskująca pojawiającą się siwiznę, grubo przypudrowana owsianą mąką, z ustami i policzkami zabarwionymi na ciemnoczerwono sokiem z buraka, zaraz za rogiem ulicy, stojąc na skraju zdziczałego ogrodu, zaczepiła Illuminatusa:

– Chcesz się, panie dobrze zabawić?

– A i owszem, i owszem!

Objął kokotę wpół i pociągnął w kierunku najbliższych zarośli.

=============================================

Książkę w wersji papierowej można kupić tu:

Wydawnictwo Armoryka

wydawnictwo.armoryka@armoryka.pl

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierza

e-book tu:

https://virtualo.pl/ebook/wieszczba-krwawej-glowy-i235158/

audiobook tu:

https://virtualo.pl/audiobook/wieszczba-krwawej-glowy-i246215/

1Owidiusz, Ars amandi (Sztuka kochania) w przekładzie Juliana Ejsmonda.

GUS: Polska wkroczyła w okres [pogłębienia !!] kryzysu demograficznego. Do 2050 liczba ludności spadnie o 4,4 mln.

GUS: Polska wkroczyła w okres [pogłębienia] kryzysu demograficznego. Do 2050 liczba ludności spadnie o 4,4 mln osób.
2022-11-30 https://www.bankier.pl/wiadomosc/GUS-Polska-wkroczyla-w-okres-kryzysu-demograficznego-8448575.html

Polska wkroczyła w okres kryzysu demograficznego, do 2050 liczba ludności spadnie o 4,4 mln osób – napisał GUS w opracowaniu poświęconym sytuacji demograficznej Polski.

„Odnotowany w 2021 r. spadek liczby urodzeń potwierdza, że Polska wkroczyła w okres kolejnego kryzysu demograficznego (który miał już przejściowo miejsce w latach 1997–2007), ale obecny prawdopodobnie może mieć charakter dłuższej tendencji” – napisał GUS.

Ruch naturalny i migracje w latach 1980–2021 (GUS)

GUS podkreśla, że nie należy oczekiwać powrotu do wysokiego poziomu dzietności sięgającego istotnie ponad wartość 2. [Minimum dla utrzymania narodu – to 2.2 M. Dakowski]

„Utrzymywanie się przez długi czas niskiej dzietności grozi wejściem w tzw. pułapkę niskiej płodności, z której wyjście jest bardzo trudne” – napisał GUS.

GUS podaje, że do 2050 r. liczba ludności Polski zmniejszy się o 4,4 mln osób.

„Największy wpływ na ten stan rzeczy będzie miała umieralność (przewiduje się, że w 2050 r. liczba zgonów sięgnie blisko 430 tys.). Będzie to konsekwencją między innymi tego, że w wiek największej umieralności systematycznie będą wchodzić roczniki należące do wyżu demograficznego z drugiej połowy lat 50. XX wieku – czyli obecni około 60-latkowie. Natomiast wiek emerytalny zaczną osiągać obecni 30/40–latkowie” – napisano.

GUS podaje, że mediana wieku ludności wyniesie ponad 52 lata, czyli o ok. 11 lat więcej niż obecnie, co oznacza, że ponad połowa mieszkańców Polski będzie miała ponad 50 lat.

Prognoza nie przewiduje wzrostu liczby urodzeń, co prawda zakłada wzrost współczynnika dzietności, ale liczebność potencjalnych matek (obecnie są to kilkuletnie dziewczynki) spowoduje, że liczba urodzeń będzie stosunkowo niska (ok. 255 tys. w 2050 r.).

map/ asa/

=======================

mail:

Data analyst suggests COVID jabs linked to steep birth rate drop in Europe

https://www.lifesitenews.com/news/data-analyst-suggests-covid-jabs-linked-to-steep-birth-rate-drop-in-europe/

A comprehensive data analysis of birth rates across European countries shows a decline in the first half of 2022 by up to 19 percent.

– The picture is the same worldwide: there was a significant decline in live births among 18–49-year-olds nine months after the start of COVID vaccinations, especially in countries with high vaccination rates.

Kosztowniak w akcji: Dodatkowe 705 mln zł na propagandę. TVP.

Dodatkowe 700 mln zł na TVP. Komisja finansów przegłosowało kontrowersyjną poprawkę budżetową

30 listopada 2022 https://pch24.pl/dodatkowe-700-mln-zl-na-tvp-komisja-finansow-przeglosowalo-kontrowersyjna-poprawke-budzetowa/

(Fot. Pixabay)

Na posiedzeniu sejmowej komisji finansów publicznych Prawo i Sprawiedliwość przegłosowało poprawkę do ustawy budżetowej, która zwiększa finansowanie TVP i innych mediów publicznych z 1 mld 995 mln zł do 2 mld 700 mln zł. Poprawkę złożył szef komisji finansów poseł PiS Andrzej Kosztowniak.

Oznacza to, że w 2023 roku TVP może liczyć na 700 mln zł więcej niż do tej pory. Poprawka zakłada zmiany w art. 8 ustawy budżetowej, który upoważnia ministra finansów do: „przekazania, na wniosek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, jednostkom publicznej radiofonii i telewizji skarbowych papierów wartościowych jako rekompensaty z tytułu utraconych w roku 2023 wpływów z opłat abonamentowych z tytułu zwolnień, o których mowa w art. 4 ust. 1 ustawy z dnia 21 kwietnia 2005 r. o opłatach abonamentowych (Dz. U. z 2020 r. poz. 1689), w ramach limitu określonego w art. 5 ust. 3, z tym że wartość nominalna nowo wyemitowanych skarbowych papierów wartościowych na ten cel wyniesie 1 995 000 tys. zł, z przeznaczeniem na realizację przez jednostki publicznej radiofonii i telewizji misji publicznej, o której mowa w art. 21 ust. 1 ustawy z dnia 29 grudnia 1992 r. o radiofonii i telewizji (Dz. U. z 2022 r. poz. 1722) (…)”.

Na czym polega poprawka? Jest bardzo krótka: „1 mld 995 mln zł” zostaje zastąpione „2 mld 700 mln zł”.

Źródło: Interia.pl

Dodatnie i ujemne plusy państwa pozostałego. W naszą propagandę mają wierzyć inni – ale nie my.

Dodatnie i ujemne plusy państwa pozostałego. W naszą propagandę mają wierzyć inni – ale nie my.

Stanisław Michalkiewicz 1 grudnia 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5292

Małą mądrością rządzony jest ten świat – jak zauważył już w XVII wieku szwedzki kanclerz Oxienstierna, który o rządzeniu światem, a w każdym razie państwem, coś tam musiał wiedzieć. Wydaje się jednak, że za jego czasów świat był rządzony mądrością trochę większą od obecnej, kiedy to sprawia wrażenie, jakby coraz bardziej pogrążał się w mocy wariatów w sensie medycznym. Tacy wariaci na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie normalnych, ale to tym gorzej, bo w rezultacie coraz trudniej jest odróżnić wariata od człowieka normalnego.

Pod tym względem nasz nieszczęśliwy kraj też dobrze nie wygląda, bo podobno nienormalny jest u nas jeden obywatel na siedmiu. Jeśli te proporcje się pogorszą, to trzeba będzie – o czym zresztą już wspominałem – wyciągnąć wnioski polityczno-ustrojowe – czy mianowicie nadal praktykować demokrację, czy też rozejrzeć się za jakimś innym sposobem wyłaniania aparatu władzy – na przykład – przez kooptację, praktykowaną nie tylko w Stolicy Apostolskiej, ale również – w Unii Europejskiej, która mimo to, jak gdyby nigdy nic, stręczy nam demokrację. Z jednej strony to nieładnie, ale z drugiej – pokazuje, że dygnitarze Unii Europejskiej wiedzą, że nie można ulegać własnej propagandzie. W naszą propagandę mają wierzyć inni – ale nie my. Dlatego też Unia Europejska propaguje demokrację, ale swój aparat władzy – z wyjątkiem pozbawionego realnej władzy Parlamentu Europejskiego, w którym odsetek wariatów jest znacznie większy, niż gdzie indziej – rekrutuje metodą kooptacji. Oczywiście moglibyśmy tych wszystkich rozterek uniknąć, gdybyśmy zmienili ustrój polityczny – z republikańskiego na monarchiczny – ale – jak mawiał pan Ignacy Rzecki z „Lalki” Bolesława Prusa – „co tam marzyć o tem”.

Porzućmy jednak te akademickie rozważania i wróćmy do małej mądrości, którą ten świat jest rządzony. Warto zauważyć, że wcale nie jest tak, by wszystkie kraje rządziły sie taką samą mądrością. Przypominam sobie, jak podczas referendum akcesyjnego w 2003 roku, kiedy to obecny Naczelnik Państwa stręczył Polakom Unię Europejską wspominałem, by trochę powściągnąć entuzjazm do Anschlussu, bo poza Unią Europejską też jest życie i jako przykład podawałem Szwajcarię, która do Unii Europejskiej nie należy, bo nie chce. Na to entuzjaści Anschlussu odpowiadali, że owszem – ale Szwajcaria jest bogatym krajem, więc nie możemy się na nią tu zapatrywać. Na co odpowiadałem, że owszem – Szwajcaria jest bogatym krajem, ale przecież nie dlatego, że się gdzieś zapisała i spadł na nią deszcz złota, tylko dlatego, że się rozsądnie prowadzi. Tedy i my prowadźmy się rozsądnie, a nie róbmy sobie złudzeń, że Niemcy będą nas obsypywały złotem z bezinteresownej miłości do nas. Mało kto jednak chciał tego słuchać i w rezultacie teraz Anschluss odbija nam się czkawką w postaci niemieckiego szantażu finansowego, wobec którego nawet Naczelnik Państwa wydaje się bezradny.

Tymczasem Szwajcaria, nawet w takich trudnych czasach prowadzi się rozsądnie, o czym świadczy niedawne odrzucenie w tamtejszym referendum pomysłu wprowadzenia powszechnego dochodu gwarantowanego, który w naszym bantustanie jest właśnie testowany w programie pilotażowym. Więc jedne państwa rządzą się większą mądrością i te nazywamy poważnymi, a inne – znacznie mniejszą – i te nazywamy państwami pozostałymi. Polska naturalnie należy do tej drugiej kategorii.

Widać to podczas obserwacji postępowania naszego nieszczęśliwego kraju i postępowania innych państw choćby w sprawie wojny, jaką na Ukrainie prowadzi NATO ze Stanami Zjednoczonymi na czele z Rosją, do ostatniego Ukraińca. W odróżnieniu od państw poważnych, Polska gotowa jest poświęcić własne interesy państwowe dla interesów państwowych ukraińskich, a najgorsze w postępowaniu naszych dygnitarzy jest to, że sprawiają oni wrażenie, jakby nie mogli się doczekać, kiedy nie tylko Ukraina, ale również Polska zostanie wkręcona w maszynkę do mięsa. Pozorem logicznego uzasadnienia tego szaleństwa jest opinia, jakoby Ukraina broniła Europy. Jest to oczywista nieprawda, ponieważ wojna na Ukrainie zaczęła się od Majdanu w roku 2014, który z kolei był rezultatem wysadzenia przez amerykańskiego prezydenta Obamę politycznego porządku lizbońskiego z 20 listopada 2010 roku, którego najważniejszym postanowieniem było ustanowienie strategicznego partnerstwa NATO-Rosja, którego kamieniem węgielnym był podział Europy na strefę niemiecką i strefę rosyjską. Co prezydent Obama i Stany Zjednoczone z tego mają, że tamten porządek został wysadzony w powietrze – trudno zgadnąć – chyba, że przyjmiemy za dobrą monetę stwierdzenie amerykańskiego sekretarza obrony Lloyda Austina, że celem wojny na Ukrainie jest „osłabienie Rosji”. Rzeczywiście osłabienie Rosji może być korzystne dla USA, ale dla Ukrainy – już niekoniecznie – zwłaszcza gdy widzimy cenę, jaką Ukraina i Ukraińcy za to amerykańskie pragnienie płacą. A już dla Polski, zwłaszcza, gdyby miała być również wciągnięta w maszynkę do mięsa, to z całą pewnością nie. Jak mówi przysłowie, zanim gruby schudnie, to chudy umrze – i o tym powinniśmy pamiętać.

Dodatkowym mankamentem naszego państwa jest również i to, że konstytucyjna hierarchia organów władzy państwowej nie pokrywa się z hierarchią rzeczywistą. Już nie mówię o tym, że głównym ośrodkiem władzy w Polsce pozostaje bezpieka, która Bóg wie komu naprawdę służy – bo na pewno to wiadomo, że nie Polsce. Na domiar złego, od czasu, kiedy rządziła koalicja AWS-UW, hierarchia władzy zaburzona była już nawet w samej ekspozyturze konkretnego stronnictwa. Jak pamiętamy, wtedy z „tylnego siedzenia” całym rządem kierował pan Marian Krzaklewski, który nawet przeciwko własnemu rządowi urządzał protesty, a o którym teraz słuch zaginął. Teraz to samo robi Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński. Ma to oczywiście swoje plusy dodatnie, bo Naczelnik wygaduje różne rzeczy, na przykład – wiąże „dążenie” do reperacji wojennych od Niemiec z zaspokajaniem żydowskich roszczeń majątkowych przeciwko Polsce – ale, z uwagi na to, że Naczelnik formalnie jest prostym posłem – te deklaracje nie są na szczęście dla Polski wiążące.

Ale ma to również plusy ujemne, bo prowadzi do ośmieszenia Polski na arenie międzynarodowej. Tak właśnie się stało, gdy Niemcy zaproponowały Polsce dwie baterie rakiet przeciwlotniczych „Patriot”. Pan minister Błaszczak początkowo się ucieszył i zaproponował, by te baterie rozlokować wzdłuż wschodniej granicy Polski. Następnego dnia jednak, ku zaskoczeniu strony niemieckiej, zaproponował, by te baterie przekazać Ukrainie. Niemiecka minister obrony delikatnie zwróciła uwagę, że „Patrioty” mogę być rozlokowane wyłącznie na obszarze NATO, do którego Ukraina nie należy. Okazało się, że taką propozycję ministrowi Błaszczakowi kazał złożyć Naczelnik, który najwyraźniej albo o tym nie wiedział, albo nie przywiązywał do tego wagi, przyzwyczajony, że w naszym bantustanie ostatnie słowo należy do niego. Panu wicepremierowi i ministrowi obrony Mariuszowi Błaszczakowi prestiżu to nie przysporzy, podobnie, jak i Polsce.

Ekipa Bidena. Odpad jądrowy pedryl minister Brinton ukradł walizkę.

Ekipa Bidena. Odpad jądrowy minister Brinton ukradł walizkę.

Zboczeniec z amerykańskiego departamentu energetyki.

https://nczas.com/2022/12/01/ekipa-bidena-zboczeniec-z-amerykanskiego-departamentu-energetyki-ukradl-walizke/

Zastępca szef Departamentu Nowej Energii w USA Sam Brinton jest „queerowym aktywistą”. Dzieli się swoimi praktykami fetyszystycznymi w mediach społecznościowych, gdzie bywa „przewodnikiem psa”. To najbardziej znany i jeden z pierwszych „niebinarnych” pracowników administracji Joe Bidena.

We wrześniu został jednak oskarżony o kradzież bagażu podróżnego na lotnisku w Minneapolis. Chodziło o walizkę Very Bradley o wartości 2325 dolarów, którą miał zabrać w punkcie odbioru bagażu na lotnisku Minneapolis-St. Paul.

Brinton, który używa wobec siebie neutralnych zaimków został przyłapany przez kamery monitoringu, jak chwyta walizkę i usuwa z niej identyfikator właściciela. Według śledczych „był(a)” widziana z walizką Very Bradley co najmniej dwa razy podczas podróży do Waszyngtonu, 18 września i 9 października.

Brinton początkowo zaprzeczył kradzieży walizki, ale później twierdził, że zabrał ją przez pomyłkę i że nadal jest w jej posiadaniu. Ze stanowiska wiceszefa departamentu został w listopadzie urlopowany. Rozprawa związana ze skargą karną wyznaczona jest na 19 grudnia 2022 r. Grozi mu do pięciu lat więzienia, a także grzywna do wysokości 10 000 USD.

Brinton jest absolwentem MIT. Poza zabawami „queer” w tresera „psów”, jest specjalistą od postępowania z odpadami nuklearnymi. W Departamencie Energii był odpowiedzialny za zużyte paliwo jądrowe i usuwanie odpadów.

Światowe Dni Młodzieży – Lizbona 2023. Żądamy dostępu do aborcji!! Wymagamy antykoncepcji!! Ani jednego słowa o Panu Bogu, o Jezusie Chrystusie, o Trójcy Świętej, o modlitwie, o wierze.

Światowe Dni Młodzieży – Lizbona 2023. Żądamy dostępu do aborcji!! Wymagamy antykoncepcji!!

Oczywiście ani jednego słowa o Panu Bogu, o Jezusie Chrystusie, o Trójcy Świętej, o modlitwie, o wierze.

Równość płci na ŚDM. Agenda zrównoważonego rozwoju zamiast Ewangelii || w pośpiechu 22 lipca 2022

Edukacja ekologiczna: równość płci i działania na rzecz klimatu, partnerstwo dla wspólnych celów, odpowiedzialna konsumpcja oraz produkcja, redukcja nierówności, ekologiczne gospodarowanie, wspólne zaangażowanie i aktywne współdziałanie. To niektóre cele pewnego programu, który został opublikowany w tak zwanej liście zobowiązującej przez organizatorów pewnej inicjatywy na rzecz młodzieży – rozpoczyna tymi słowami Jan Pospieszalski.

Publicysta zadaje pytanie: „Zgadnijcie Państwo, co to jest?”, po czym wyjaśnia nam: „Czy jest to Campus Polska Przyszłości Rafała Trzaskowskiego? No nie! Pudło! Czy jest to być może Akademia Sztuk Przepięknych organizowana przez Jerzego Owsiaka gdzieś tam na kolejnym wcieleniu festiwalu Woodstock? Też nie! Czy jest to być może jakaś konferencja z okazji przyjazdy Grety Thunberg? Też nie!

To jest list zobowiązujący, który został opublikowany przez organizatorów Światowych Dni Młodzieży – Lizbona 2023”.

Jan Pospieszalski nie kryje swojego zażenowania i dodaje: „Otóż to nie pomyłka. Wspaniała ewangelizacyjna inicjatywa zapoczątkowania ponad trzydzieści lat temu przez Jana Pawła II adresowana do młodzieży, gdzie istotą było spotkanie Jezusa Chrystusa w tym uniwersalnym wielkim zgromadzeniu młodego Kościoła katolickiego w różnych miejscach świata”.
Źródło: PCh24TV – Polonia Christiana
Równość płci na ŚDM. Agenda zrównoważonego rozwoju zamiast Ewangelii || w pośpiechu

=============================

Skoro celem ich pobytu na światowych dniach młodzieży, ma być zapoznanie się z agendą na rzecz zrównoważonego rozwoju 2030, nie trzeba jechać do Lizbony, można to zrobić w Polsce u pana Trzaskowskiego, u Owsiaka u p. Biedronia i wielu innych miejscach. Będzie taniej i ekologiczniej.”

=========================

,,W dokumencie nie ma ani jednego słowa o Panu Bogu, o Jezusie Chrystusie, o Trójcy Świętej, o modlitwie, o wierze. Nic z tych rzeczy… Na naszych oczach wprowadza się bocznymi drzwiami, w sposób zawoalowany, albo zupełnie wprost zupełnie nową etykę katolicką, daleką od nauczania Kościoła, sprzeczną z tym co głosi encyklika ,,Humanae Vitae” Pawła VI, sprzeczną z tym co głosi
Evangelium Vitae, Jan Paweł II…”

Nagła śmierć dyrektorki lubelskiego NFZ. 51 lat. Przyjęła trzy szpryce.

Nagła śmierć dyrektorki lubelskiego NFZ. Przyjęła trzy szpryce.

30 listopada 2022 https://detektywprawdy.pl/2022/11/30/nagla-smierc-dyrektorki-lubelskiego-nfz/

Uwierzcie mi, takich przypadków słynnej nagłej śmierci jest o wiele więcej. Nie umieszczam ich dlatego, że wszyscy poszukiwacze prawdy o wiedzą o nowej pandemii podźganiowej. W tym przypadku warto się pochylić nad śmiercią kogoś z eksponowana pozycją w państwie i to jeszcze w służbie zdrowia, albowiem po pierwsze wychodzi na to, że wierność systemowi Bestii dotyka również ludzi na wysokich stanowiskach wyłączając posłów, którzy dobrze wiedzieli co robią społeczeństwu i nie poddali się chorobie pt. “nagle”.

Udział w systemie niszczącym Polaków prędzej czy później powoduje efekt bumerangu. Zło wraca, a więc w interesie nas wszystkich, w tym urzędników i policji jest trzymać się Prawa Bożego. Przykazanie nie zabijaj dotyczy także reklamowania dźganek. Ci ludzie, którzy reklamowali dźgania złamali przykazanie “nie zabijaj”. Co bardziej szczegółowi powiedzą “nie morduj”. Może być i tak bo jak to inaczej nazwać.

 Fakt napisał:

 “Nie żyje Magdalena Czarkowska, dyrektor lubelskiego oddziału Narodowego Funduszu Zdrowia. Zmarła nagle, w wieku 51 lat, pozostawiając pogrążonych w żałobie bliskich, przyjaciół i współpracowników. “Jej niespodziewany brak pogrąża nas w niedowierzaniu” – piszą pracownicy lubelskiego NFZ.”

 Wiele osób zmarło lub jak kto woli zostało podstępnie zamordowanych i ich otoczenie i bliscy nie dowierzali….[—-]

Dlaczego nie podaje się informacji o szczepieniu na kowid ludzi, którzy zmarli nagle?

Poskrolowałem jej fejs i nikt mi nie powie, że to nieprawda. Zrobiłem screen póki jeszcze jest

https://i0.wp.com/detektywprawdy.pl/wp-content/uploads/2022/11/czarkwska-nfz-szczepienia.jpg?ssl=1

:

Pod informacją o trzeciej dawce wiele oklasków bezmyślnych ludzi.

[—]

=====================

Biskup Chur, medyk, nie wierzy w diabła. Usuwa egzorcystę. V2 w działaniu.

Biskup Chur, medyk, nie wierzy w diabła. Usuwa egzorcystę. V2 w działaniu.

https://fsspx.news/en/news-events/news/they-no-longer-believe-devil-78217

Wielu księży i biskupów nie wierzy już w diabła, co jest oczywiście dla niego najlepszym możliwym kamuflażem. Skoro nie istnieje, to po co z nim walczyć? Po co się przed nim strzec? I wreszcie, czy istnieje piekło? Bo piekło to miejsce, do którego wrzucono zbuntowanych aniołów po ich grzechu i gdzie potępieni odbywają wieczną karę.

Jak widzimy, szereg prawd, z których niektóre są dogmatami, zostaje zachwianych lub odrzuconych przez odmowę wiary w istnienie upadłych aniołów, tych, którzy odmówili posłuszeństwa Bogu, a których Pismo Święte nazywa demonami.

Diabeł objawia się w sposób zwyczajny i codzienny poprzez pokusy, które zadaje duszom, aby skłonić je do popełnienia grzechów. Z pewnością ważnym źródłem pokus i grzechów jest także nasza własna pożądliwość, zaburzona przez grzech pierworodny, a także świat, czyli źli ludzie, którzy tu na dole wykonują dzieło zła i diabła.

 Diabeł, chociaż rzadziej, objawia się również w sposób niezwykły, poprzez fizyczne ataki na ludzi. Działania takie  mogą przybierać kilka form, w tym zewnętrzną poprzez przyczepianie się do otaczających nas przedmiotów. Są to tak zwane plagi.

Istnieją również przejawy wewnętrzne, które przybierają formę atakowania w pewnym stopniu naszej psychiki, zwane obsesją. Ostatnim typem są przejawy wewnętrzne, które są znacznie głębsze. Diabeł, nie mogąc  zająć naszej duszy, może działać bezpośrednio na nasze ciała, i te nazywamy opętaniem.

Nasz Pan Jezus Chrystus powierzył swojemu Kościołowi władzę walki z tymi trzema sposobami działania diabła. Ta władza jest udzielana poprzez posługę egzorcyzmu i posiada ją każdy kapłan. Jednak dyscyplina kościelna ograniczyła wykonywanie tej władzy do niektórych kapłanów, zwykle jednego na diecezję, któremu powierza się zadanie walki z tymi aktywnościami diabła.
Wynika to z ostrożności, a także z doświadczenia.

Biskup Bonnemain likwiduje urząd egzorcysty

Biskup Chur, Joseph Bonnemain, który ma wykształcenie medyczne, nie zamierza mianować w Chur nowego egzorcysty. Poprzedni egzorcysta diecezji zmarł w lutym 2020 roku w wieku 76 lat. Jego działalność sprawiła, że był znany poza granicami diecezji. W 2008 roku wziął udział w debacie na temat egzorcyzmów w programie Klub w niemieckojęzycznej telewizji szwajcarskiej.

Biskup Chur jest przekonany, „że nie trzeba szukać tajemniczych przyczyn” dla domniemanych przypadków opętań demonicznych. Dlatego nie zamierza mianować nowego egzorcysty dla swojej diecezji.

„Wszyscy jesteśmy istotami ludzkimi, które noszą w sobie mocne i słabe strony” – zaznaczył w regionalnym kanale radiowym SRF Ostschweiz. „Każdy, kto stoi w obliczu trudnych sytuacji społecznych, zawodowych czy zdrowotnych, może szukać leczenia” – dodał. „Są do tego klasyczne rozwiązania: medyczne, psychologiczne, psychoterapeutyczne”.

Z pewnością nie należy „widzieć diabła wszędzie”, ale odrzucenie idei demonicznego opętania czy obsesji jest równoznaczne z zaprzeczeniem istnienia diabła.

 Wierni diecezji Chur mają teraz dobrego pasterza, który wyjaśnia im, że nie ma się czego bać, bo wróg ich dusz nie istnieje. Jest to triumf Szatana.

tłum. Sławomir Soja

Bugnini już w 1955 r. wytyczył drogę reformy:Eliminowaniu świętych ze względów „ekumenicznych” !

Bugnini już w 1955 r. wytyczył drogę reformy:Eliminowaniu świętych ze względów „ekumenicznych”

https://www.traditioninaction.org/HotTopics/f169_Dialogue_85.htm

Od czasów pierwszych ksiąg liturgicznych, przyjętą tradycją było przydzielanie dwóch lub więcej świąt w kalendarzu, niektórym z głównych świętych Kościoła. Postępowcy wystąpili, zupełnie arbitralnie, z  zupełnie nowym postulatem, aby ograniczyć „dublowanie” świąt poświęconych konkretnemu Świętemu. Postanowili, że dni poświęcone danemu świętemu, prawie bez wyjątków, powinny być zredukowane do nie więcej niż jednego.

Fakt, że arbitralnie wybrana grupa reformatorów mogła wymyślać zasady na bieżąco, oznaczał, że mogli oni,  pod rządami Jana XXIII (1) wyeliminować całą grupę świąt z Kalendarza Ogólnego (1) – i mogło to im ujść na sucho.

Celem ustanowienia kilku świąt dla jednego świętego było stworzenie wiernym okazji do kontemplowania życia danego  świętego pod różnym kątem, celem wzmocnienia różnych elementów wiary reprezentowanych przez niego. Widzieliśmy, jak wspaniale działało to w przypadku świąt Katedry i Okowów Św. Piotra.

Wyrzucono święta ku czci relikwii

W 1960 r. Jan XXIII wyeliminował z Ogólnego Kalendarza Rzymskiego dwa święta, które od czasów starożytnych były integralną częścią Rytu Rzymskiego – Znalezienie Ciała Św. Szczepana, Pierwszego Męczennika (3 sierpnia) i Znalezienie Krzyża Świętego (3 maja).


Ich zniknięcie jest tym bardziej karygodne, że były to jedyne święta, które w Kalendarzu Powszechnym dawały liturgiczny wyraz kultowi świętych relikwii, jako takich. (2) Zajmiemy się kolejno każdym z nich.

Uroczystość Znalezienia Ciała Św. Szczepana, Pierwszego Męczennika

Od V wieku aż do 1960 roku Kościół upamiętniał cudowne wydarzenie – odnalezienie ciała pierwszego męczennika,  Św. Szczepana 400 lat po jego męczeńskiej śmierci. (3) Dokładne miejsce jego pochówku w pobliżu Jerozolimy zostało objawione w serii wizji, kapłanowi o imieniu Lucjan, a po odkopaniu, relikwie Świętego natychmiast spowodowały wiele uzdrowień.

Po rozprowadzeniu ich po całym świecie katolickim, stały się one przyczyną wielu dobrze udokumentowanych cudownych uzdrowień, nawróceń i wskrzeszeń z martwych, a niektóre z nich osobiście widział i zapisał Św. Augustyn z Hippony (4)  Rzeczywiście, liczne pisemne i ustne świadectwa tych cudów były tak przekonujące, że powszechnie uznawano je za pochodzące wprost od Boga. (5)

Wymiarem wiary i radości katolików, z powodu odnalezienia ciała Św.Szczepana, było wzniesienie w Rzymie, pod koniec V wieku,  bazyliki ku jego czci. (6) W ten sposób święto to, zapisane we wczesnych Martyrologiach na 3 sierpnia, nabrało wyraźnie „rzymskiego” charakteru i zajęło zaszczytne miejsce w Ogólnym Kalendarzu Rzymskim.

Jakież więc musiało być zdumienie tradycyjnie myślących katolików, gdy dowiedzieli się, że  święto, ustanowione dla uczczenia odnalezienia ciała Św. Szczepana w 415 roku, zostało wykreślone z Kalendarza Ogólnego przez Jana XXIII w 1960 roku? Było to przecież święto, które powstało spontanicznie z wiary i pobożności pierwszych chrześcijan i przez wieki cieszyło się opieką Kościoła.

Intencją Kościoła, który umieścił święto w Kalendarzu Ogólnym na 3 sierpnia, było uświadomienie wszystkim wiernym – kapłanom odprawiającym Mszę Św. 3 sierpnia i ludziom, którzy w niej uczestniczyli – cudownych wydarzeń związanych z odnalezieniem ciała Św. Szczepana. Miało to nasycić liturgię zwiększonym poczuciem nadprzyrodzoności i dać wszystkim okazję do refleksji nad cudowną interwencją Boga w Historię.

Dlaczego to święto musiało zniknąć?

Oficjalnym powodem było uniknięcie „duplikacji” świąt poświęconych Św. Szczepanowi – 3 sierpnia i 26 grudnia. Każdy, kto zna Mszał sprzed 1962 roku, wie, że te święta nie były zwykłymi duplikacjami, ale miały swój własny odrębny charakter i powód istnienia. Pierwsze z nich upamiętnia odkrycie relikwii Św. Szczepana, a drugie jego męczeństwo. Stąd też święta te mają dwa odrębne, choć powiązane ze sobą tematy, które należy celebrować, jak to określają kolekty Mszy Św. na dane święto.(7)

Jaki był zatem prawdziwy powód? A. Bugnini już w 1955 r. wytyczył drogę tej reformy, kiedy to zaproponował swoistą liturgiczną procedurę „segregacji”, polegającą na ustalaniu priorytetów lub eliminowaniu świętych z kalendarza, w oparciu o ich przystawalność do ducha współczesności:

„Kościół powinien wybierać typy świętości, które należy proponować do naśladowania i przykładu, stosownie do czasów i potrzeb duchowych wiernych. Stąd powstaje  konieczność rewizji Jego tekstów modlitewnych, w przypadku niektórych świętych, których rysy duchowe straciły kontakt ze współczesną duszą, i które można zastąpić innymi, bardziej typowymi, bardziej aktualnymi, bliższymi nam.” (8)


Jakie, dokładnie, były kryteria oceny, które święta należy wyeliminować z Kalendarza Ogólnego? „Uproszczenie” miało być istotą  reformy, ale okazuje się, że był to tylko pretekst dla ukrycia prawdziwej intencji reformatorów – stopniowego „odchwaszczania” pewnych świąt, które byłyby nie do przyjęcia dla współczesnego człowieka.

W tej kwestii oświeca nas ks. Carlo Braga, który był prawą ręką Bugniniego od czasów Piusa XII i był świadkiem wszystkich etapów reformy liturgicznej. (9)

Ks. Braga wyjaśnił, że zmiany liturgiczne z lat 60. prowadzące do liturgii Novus Ordo wynikały z „nowych pozycji”, jakie Kościół zajął w tej dekadzie. Istniały – jak twierdził – „ekumeniczne powody”, by w świetle „nowych wartości i nowych perspektyw” współczesnego człowieka, ograniczyć „aspekty dewocyjne lub szczególne sposoby oddawania czci lub przywoływania świętych”. Przyznał nawet, że zmiany te dotyczyły „nie tylko formy, ale i rzeczywistości doktrynalnej” (10) – innymi słowy lex orandi i lex credendi.

To, co Bugnini proponował w tej reformie, było cyniczną kalkulacją dotyczącą wyeliminowania z Kalendarza „niektórych świętych, których cechy duchowe straciły kontakt ze współczesną duszą”.


Zapomnijmy o „uproszczeniu”. Wyeliminowanie Znalezienia Ciała Św. Szczepana było, według Bugniniego, uzasadnione ze względu na zbytnie „naginanie” zdrowego rozsądku współczesnego człowieka. Tak więc, po Znalezieniu, Św. Szczepan został niejako natychmiast ponownie „zakopany” wraz ze swoimi cudami.

Zgubne skutki reformy

Eliminując to święto z kalendarza, tworzono wrażenie, że wiara w takie cuda nie jest już potrzebna. Pojawia się również ukryta sugestia, że wydarzenia upamiętnione w tym święcie nie miały w rzeczywistości miejsca, lecz były wytworem  wyobraźni niektórych ludzi.

Rzuca to również cień  na wiarygodność innych świętych, w tym Św. Augustyna, którzy byli świadkami i dokumentowali te wydarzenia, i sugeruje się, że byli oni łatwowiernymi bajkopisarzami lub mieli urojenia.

W wyniku tej reformy, to, co kiedyś było określane jako „jedno z najsłynniejszych wydarzeń V wieku” (11), obecnie popadło w zapomnienie wśród kapłanów i wiernych obrządku rzymskiego. Augustyn zanotował mnogość cudów w swoich czasach, aby zapobiec takiemu losowi:

„Gdy widziałem w naszych czasach częste znaki obecności boskich mocy, podobne do tych, które były udzielane dawniej, pragnąłem, aby spisano opowiadania, uważając, że rzesze nie powinny pozostać nieświadome tych spraw.” (12)

Jak na ironię, jako bezpośredni wynik tej reformy, panuje obecnie niewiedza – lub, co gorsza, sceptycyzm – na temat święta, które karmiło życie duchowe naszych przodków.

Reforma ta, oznacza zdecydowane zerwanie z tradycyjnym kalendarzem odnoszącym się do święta, które odzwierciedlało jedną z najgłębszych wartości katolicyzmu – ideę, że Bóg czyni cuda poprzez swoich świętych i ich relikwie. Święto Odnalezienia Ciała Św.Szczepana, podobnie jak inne „niewygodne” święta, zostało usunięte ze względów „ekumenicznych”, ponieważ wyrażały one wyraźnie katolicką doktrynę, której zaprzeczają protestanci – którzy zawsze potępiali cześć relikwii,  jako przesąd i bałwochwalstwo.

c.d.n.

Dr Carol Byrne

tłum. Sławomir Soja

1. Przykładami świąt usuniętych z Kalendarza Ogólnego w 1960 roku ze względu na to, że są „duplikacjami” są: Znalezienie Krzyża Świętego, Świętego Jana przed Bramą Łacińską, Objawienie się Świętego Michała, Świętego Piotra w Okowach, Odnalezienie Ciała Świętego Szczepana, Katedry Świętego Piotra w Rzymie, Świętego Anakleta, Papieża i Męczennika.

2. Dotyczyło to tylko Ogólnego Kalendarza Rzymskiego, który wcześniej nakazał te dwa święta dla Kościoła powszechnego. Zostały one przeniesione do Dodatku do Mszału z 1962 roku, gdzie wraz z innymi świętami usuniętymi z Kalendarza, zostały wyznaczone jako Msze fakultatywne pro aliquibus locis, które mają być odprawiane w niektórych kościołach lokalnych lub diecezjach, do których się odnoszą.

3. W tym samym grobie odkryto także inne ciała świętych; Gamaliela, Nikodema i Abibasa. Pełną relację o historii relikwii Św. Szczepana podaje O. Guéranger w The Liturgical Year, t. 13, s. 267-272.

4. W Mieście Bożym (księga 22, rozdział 8) Św. Augustyn wspomina o cudach, które wydarzyły się wkrótce po przywiezieniu relikwii do Afryki: „Nie minęły jeszcze dwa lata od chwili, gdy relikwie te zostały przywiezione do regionu Hippony”. Jeśli chodzi o publicznie poświadczone cuda, które przypisuje wstawiennictwu „najchwalebniejszego Szczepana”, „te, które zostały opublikowane, wynoszą prawie 70 w godzinie, w której piszę. Ale w Calama, gdzie te relikwie były przez dłuższy czas, i gdzie więcej cudów zostało przekazanych dla wiedzy publicznej, jest ich nieporównywalnie więcej.”

5. Nawet skrajnie sceptyczny siedemnastowieczny historyk Lenain de Tillemont, który odznaczał się skrupulatną troską w odrzucaniu nieautentycznych źródeł informacji, był przekonany o autentyczności  świadectw dotyczących cudów dokonanych przez relikwie Św. Szczepana. Zob. de Tillemont, Mémoires pour servir à l’histoire ecclésiastique, Paris, 1694, t. 2, s. 10-24.

6. Bazylika Św. Szczepana powstała na zlecenie papieża Leona I (440-461), a konsekrowana została przez papieża Simplicjusza pod koniec V wieku.

7. Kolekty z tych świąt wspominają o inventionem (znalezieniu) i natalitia (narodzeniu do życia wiecznego, czyli o męczeństwie) Św. Szczepana.

8. A. Bugnini, „Dlaczego reforma liturgii?”, Kult XXIX, n. 10 1954/5, s. 564.

9. Ks. Braga był zaangażowany we wszystkie prace przygotowawcze do Konstytucji o Liturgii SW II, począwszy od jego „praktyki” jako osobistego asystenta Bugniniego w czasach Komisji Liturgicznej Piusa XII, chociaż formalnie został mianowany członkiem tej Komisji dopiero w 1960 r.
Arcybiskup Piero Marini, osobisty sekretarz Bugniniego, powiedział, że ks. Braga był „przyjacielem Bugniniego i, podobnie jak on, był wincentyńczykiem”(Zgromadzenie Misjonarzy Św. Wincentego a Paulo) i „miał stać się jedną z najważniejszych osób w Consilium”.  Rzeczywiście, Bugnini wybrał go osobiście w 1964 roku na swojego asystenta sekretarza Consilium. (Apud P. Marini, A Challenging Reform: Realizing the Vision of the Liturgical Renewal, 1963-1975, Liturgical Press, 2007, s. 41). Ks. Braga współpracował również z czasopismem Ephemerides Liturgicae, którego redaktorem był Bugnini.

10. Carlo Braga, Ephemerides Liturgicae, 84, 1970, s. 419.

11. De Tillemont, Mémoires pour servir à l’histoire ecclésiastique, s. 12.

12. Św. Augustyn, Miasto Boże, księga 22, rozdział 8.

Siostra. – A któż ją przyjmie, kiedy zaciążyła? WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (13)

Andrzej Juliusz Sarwa

WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (13)

Siostra. A któż ją przyjmie, kiedy zaciążyła?

Po ucieczce pana Jakuba Białeckiego miasto i okolica dosyć długo żyły tym wydarzeniem. W końcu jednak pamięć o nim zblakła i zaczęła się rozwiewać. Tym bardziej że nikt nie umiał się nawet domyślić, gdzież to mógł młody zabójca czmychnąć. Teraz bowiem, tą ucieczką, niejako przyznał się do zbrodni. Gdy po osadzeniu w wieży znaczna część szlachty trzymała jego stronę, uważając, że to, co mu się przypisuje, a więc mord na tle rabunkowym, to jakieś koszmarne nieporozumienie, to teraz wszyscy odwrócili się od niego.

* * *

A potem życie znów potoczyło się starym torem. Słońce wstawało i zachodziło, jedni ludzie w pocie czoła zarabiali na codzienną kromkę chleba, inni zaś wysilali głowy, jakby dobrze żyć, w ogóle nie kalając się pracą. Ale tak to już było od początku świata i tak będzie aż do samego jego końca.

* * *

W dworze Białeckich panowała ciężka atmosfera. Stary dziedzic chodził jak struty, bo wstyd go palił. Żona i córka pochlipywały po kątach. Sąsiedzi zasię odsunęli się od nich niczym od zadżumionych. I z tego powodu jeszcze ciężej im było na sercach.

Po stracie syna, bo byli przekonani, iż już go nigdy nie zobaczą, całą miłość i troskę przelali na Ludkę, przed którą, mimo iż mogła liczyć na bardzo suty posag, perspektyw na dobre zamążpójście raczej nie było widać… ba! dobre!… na jakiekolwiek…

* * *

Nadeszły pierwsze dni października. Wstał wczesnojesienny ranek. Mgły ścieliły się nad łąkami, wypełzały z parowów, ale pod południe, nieco wyblakłe już o tej porze roku, słońce przegoniło je precz.

Pani Białecka wraz z córką, wziąwszy kosze, wybrały się do sadu, aby zebrać trochę jabłek, czerwieniejących w trawie u stóp okazałych drzew. Szły powoli, w milczeniu. Stara dziedziczka od czasu do czasu zerkała na córkę, a w głowie kłębiły się jej smutne myśli. Nie mogła się bowiem pogodzić z tym, iż to niewinne dziecko miało zmarnowanym życiem, bez jakichkolwiek perspektyw, pokutować za przewiny brata?

Naraz Ludka zatrzymała się, pobladła, wsparła ręką o chropawy pień starej jabłoni i targnęły nią wymioty. Raz, drugi. Po chwili wszystko się uspokoiło.

Matka przestraszona objęła dziewczynę ramieniem i zapytała:

– Cóż ci to dziecko? Musiałaś się czymś struć. Coś wczoraj jadła?

– Nie, to nie to, chyba jakaś choroba mnie męczy, bo od pewnego czasu mam mdłości, a czasem i womity1 każdego nieomal ranka. Nicem nie mówiła, bom myślała, że to samo z siebie przejdzie, ale, jak widzicie, nie przechodzi.

Dziedziczka stanęła jak wryta, bo słysząc takie słowa, tylko jedno przyszło jej na myśl… Nie wiedziała, jak sformułować pytanie. W końcu się jednak przemogła, ujęła córkę mocno za ramiona i zapytała chrapliwym z emocji szeptem:

– Powiedzże mi, dziecko, prawdę. Na Mękę Pańską cię zaklinam, straciłaś wianek?…

Dziewczyna spuściła oczy i milczała.

– A zatem tak… Mało było jednego nieszczęścia, musiało przytrafić się i drugie… Z kim, powiedz tylko, z kim.

– Kiedy wstydzę się, pani matko… bardzo…

– Na wstyd już za późno! Mówże, może się jeszcze da jakoś złu zaradzić. No, z kim?!

– Z Jakubem…

– Co to za Jakub?

– No, z naszym Jakubem…

– Z rodzonym bratem?! Jezus, Maryja, Józefie święty! Co ty mówisz? Jak, kiedy?

Nie bacząc, że pobrudzą suknie, przysiadły na zwalonym, nadpróchniałym pniu starej jabłoni i Ludka jęła snuć opowieść. O odwiedzinach w wieży, o dziwacznym osobniku zwanym przez Jakuba doktorem Cadaverem Illuminatusem, o eliksirze, którym ich uraczył, o utracie pamięci i… co się potem stało.

– Przysięgniesz na Mękę Pańską, że to, coś mi tu opowiedziała, to szczera prawda? Żeś ni słowem nie skłamała, iżby się obronić?

– Przysięgam, matko, na Krew i Mękę Chrystusa, przysięgam.

– Tedy grzechu tu nie ma… Bo grzech jest tylko wonczas, kiedy się prawo Boże łamie świadomie i dobrowolnie… Jezu, Jezu, co czynić?…

* * *

Stary dziedzic siedział milczący, choć głowa mu pałała, a zimny pot ściekał po plecach między łopatkami, bo tak się przeraził po wysłuchaniu tej, jakże nieprawdopodobnej, bajkowej nieomal, lecz zarazem straszliwej historii. Nie wiedział, co ma rzec. Czuł się niczym sparaliżowany.

W końcu jednak zebrał się w sobie i rzekł:

– Nie ma inszego wyjścia, jak oddać dziewczynę do klasztoru.

– Ba! A któż ją przyjmie, kiedy zaciążyła? – matka wzruszyła ramionami.

– Pomyślałem sobie, że może twoja kuzynka, Wielebna Panna Katarzyna Poraj Burzeńska, która jest ksienią benedyktynek, gdy opowiemy jej o tych nieszczęściach, ulituje się nad nami. Da dziewczynie schron do czasu. Aż urodzi. Tymczasem ty pojedziesz do swojej siostry, pani Czerenowskiej, w Kaliskie, tam poczekasz aż do rozwiązania, a potem się powie, że to nasze dzieciątko. Honor Ludki i honor rodziny zostanie uratowany. Co o tym, aśćka, mniemasz?

– Mniemam, że to ma sens i że niczego lepszego się nie wymyśli.

– Tedy rozgłaszaj, choć dyskretnie, żeś jest przy nadziei i że dla lepszej opieki, zważywszy na twój wiek, wybierasz się do pani Czerenowskiej, gdzie będziesz mieć staranniejszą opiekę niż w domu. My zaś odczekamy jeszcze z jedną czy dwie niedziele, aż się ta pogłoska po okolicy rozejdzie i dopiero ruszymy w drogę.

– Niechże i tak będzie.

* * *

Wielebna Panna Katarzyna Poraj Burzeńska, bardziej wyglądająca na mumię niż na żyjącą istotę, o twarzy i rękach obleczonych żółtawą, przypominającą pergamin skórą, wpatrywała się w Ludkę wyblakłymi, jasnoniebieskimi, wodnistymi oczami. Milczała. Czas skapywał powoli. Nikt nie śmiał przerwać ciszy panującej w klasztornej rozmównicy.

Wreszcie ksieni zwróciła się do dziewczyny:

– Zdajesz mi się, dziecko, dobrą istotą. Przysięgłaś, że nie skłamałaś, więc nie mam powodu, by ci nie dać wiary. Ciężko was Pan Bóg doświadczył, a Zły – jak widzę – nie odpuszcza. Zawziął się na was, nie wiedzieć czemu. Jest w tym jednak chyba jakiś większy plan. Ponieważ, jak mi się zdaje, mam taką możliwość, postaram się Złemu pokrzyżować szyki… tak… zostaniesz tutaj aż do rozwiązania, a potem sama zdecydujesz, czy zechcesz poświęcić życie Panu Bogu w tych klasztornych murach, czy też wrócisz do świata…

– Chcę tu zostać na zawsze, wielebna ciotko – odparła szeptem Ludka.

– Tego to ty jeszcze nie wiesz, ale przyjmijmy, że wytrwasz w owym postanowieniu. Na wszelki wypadek tedy niechaj rodzice przygotują twój posag i dostarczą go do klasztoru, będzie on tu zdeponowany do czasu, aż w duszy rozeznasz, czego naprawdę pragniesz, bo teraz wypowiadasz się pod wpływem strachu i emocji. Zostaniesz – posag przejdzie na własność klasztoru, odejdziesz, zabierzesz go ze sobą. Dlatego najlepiej będzie dostarczyć go tu w gotowiźnie – te ostatnie słowa wypowiedziała, przenosząc wzrok z Ludki na jej ojca.

– Tak się też stanie – stary dziedzic skinął głową na znak zgody.

Ksieni podniosła się z obciągniętego ciemną gładką skórą krzesła, ujęła Ludkę za rękę, jej rodzicom skinęła głową na pożegnanie i na odchodne dodała:

– Czekam zatem na waszmości i na posag, a ty, dziecko, pójdź ze mną.

Po chwili zniknęły za wzmocnionymi żelaznymi wstęgami, kutymi w ozdobne wzory, drzwiami wiodącymi w głąb klasztoru.

Białeccy zostali sami. Dojmujący smutek ścisnął ich serca. W oczach zaszkliły się łzy. W oczach obydwojga. Oto właśnie tracili drugie dziecko…

– Pójdźmy już duszko. Spójrz, zaczyna zmierzchać, więc jak najrychlej powinniśmy znaleźć jakąś kwaterę – powiedział pan Białecki do żony.

Wyszli na dwór. Jak na tę porę dnia i roku było wyjątkowo ciepło. Wsiedli do bryki, którą powoził sam dziedzic, woźnicy bowiem nie wzięli, aby zachować wszystko w tajemnicy, szarpnął lejcami, cmoknął na konie, koła okute żelaznymi obręczami z turkotem potoczyły się po wyboistej drodze.

– Wio! Wio!

Spokojny zmierzch szybko przemienił się w noc. W noc jasną niczym dzień, ponieważ ogromny księżyc, siejący srebrzyście lśniący blask, rozpraszał mrok. Cicho było i spokojnie. Pani Białecka, zmęczona i drogą i nerwowym napięciem, teraz gdy zdawało się, iż wszystko da się naprostować i na powrót wprowadzić ład do życia rodziny, zasnęła.

Konie szły swobodnym stępem, bryka delikatnie kolebała się na boki, uśmierzając duszne rozterki pana Białeckiego, aż i na niego spłynął kojący sen…

Nie wiedział, jak długo drzemał, gdy gwałtownie rozbudziło go lękliwe rżenie koni, które raptownie zatrzymały się jak wryte, stając jednocześnie dęba.

– A cóż to? – zaniepokoił się szlachcic, mocno ściągając lejce i natychmiast je luzując, żeby konie znów stanęły na czterech nogach.

I w tejże samej chwili wypatrzył na skraju drogi ludzką sylwetkę. Białecki uspokoił konie i natężył wzrok. Kiedy zrównał się z wędrowcem, ze zdumieniem stwierdził, że to jakby mnich. Jednakowoż dziwny jakiś.

Odziany był bowiem w rodzaj pątniczej opończy czy też habitu, z szerokimi rękawami, uszytego z czarnej tafty, która mieniła się w świetle księżyca i szeleściła, kiedy się poruszał. Habit ów ściągnięty był w pasie grubym, zgrzebnym sznurem, splecionym z surowych włókien konopnych, co dziwnie kontrastowało z tą bardzo kosztowną materią, z jakiej był uszyty. Niemniej dziwne było jeszcze i to, że mężczyzna nie miał na sobie, a i też przy sobie, żadnych przedmiotów religijnych – ni krzyża, ni różańca – nic, tylko puszyste karmazynowe pióro jakiegoś egzotycznego ptaka przytroczone do sznura. Zupełnie jak nie mnich. Jak czarownik raczej.

Stary szlachcic, chociaż zdziwiony nieco wyglądem napotkanego pątnika, wychylił się ku niemu i powiedział:

Nikolaus Białecki sum2, herbu Leszczyc. A jak godność ojca?

– Atanas, abba3 Atanas.

– Dziwne to imię, pierwszy raz je słyszę. Czy macie, panie, za patrona jakiegoś wschodniego świętego?

– Zaiste. Bardzo świętego.

– Zresztą, to nieważne. Zapraszam do bryki, podwiozę wielebnego ojca, póki nam będzie po drodze.

– O! Bardzom wam wdzięczny, panie. Chętnie skorzystam.

Podróżny zręcznie wspiął się po stopniach i usadowił obok pana Białeckiego. Ten ostatni zerkał na niego kątem oka.

Nieznajomy miał gładko wygoloną brodę i policzki, zatem żadną miarą nie mógł być mnichem ani zachodniego, ani tym bardziej wschodniego obrządku, głowę nakrył kapturem dość głęboko naciągniętym na oczy, więc nie można było dostrzec jego włosów. Twarz zaś miał dziwnie bladą, wręcz białą, jakby z niej odpłynęła cała krew, co widać było nawet w księżycowym blasku. Wysmukłe i delikatne palce z długimi, wypiłowanymi w szpic paznokciami, mocno kontrastowały z tym na poły zakonnym, na poły pielgrzymim strojem.

Pana Białeckiego znów jął morzyć sen. Powieki miał ciężkie niczym z ołowiu i same mu się zamykały. Przygarnięty do bryki wędrowiec zauważył to i zaproponował:

– Jeśli waszmość pan nie będziesz miał nic przeciw temu, to przedstawię pewną propozycję – waszmość się przesiądź do tyłu, do małżonki, bo mniemam, iż owa jejmość to wasza małżonka, i prześpij się nieco. Ja tymczasem przejmę lejce, bo choć może na takiego nie wyglądam, to niezły ze mnie woźnica.

– O! Dzięki serdeczne. Gospoda z noclegiem będzie za jakieś dwa kwadranse drogi stąd, więc skoro tylko do niej dotrzemy, obudźcie nas panie. Tam się zatrzymamy i przenocujemy. Do północy jeszcze znaczny kęs czasu, więc do rana wywczasujemy się w ciepłej pościeli.

Mężczyzna bez słowa skinął głową na znak zgody.

Pan Białecki z wdzięcznością przystał na to. Przelazł na tył bryki, przytulił się do żony, okrył ich oboje tureckim pledem z wielbłądziej wełny i rychło zachrapał.

Bryka jeszcze czas jakiś turlała się spokojnie, kiedy jednak wtoczyła się na wąską groblę przecinającą trzęsawisko, powożący szarpnął lejcami to w jedną, to w drugą stronę raz, drugi, trzeci. Potem popuścił je, ale wnet ponownie ściągnął tak mocno, że konie straciły rytm marszu, zaczęły stawać dęba, poplątały uprząż, a gdy nie pozwalał im na uspokojenie się i wyrównanie chodu, przerażone poczęły rzucać się na boki, aż wreszcie kopyta osunęły się im w błoto, w które jęły się powoli pogrążać. Walcząc o życie, pociągnęły za sobą brykę, która z głośnym plaskiem uderzyła o powierzchnię moczaru i wraz z końmi jęła zapadać się w bezdeń.

Atanas siedział na koźle bez ruchu. Spokojny i lekko uśmiechnięty. Białeccy przebudzili się i próbowali ratować życie, ale nie potrafili wydostać się z bryki, która coraz szybciej niknęła w bagnisku.

Chwile ciągnęły się niczym wieczność, lecz tak naprawdę po kilku minutach wszystko się skończyło. Powierzchnia moczaru zamknęła się nad końmi, nad bryką i wszystkimi jej pasażerami… i nie pozostał po nich najmniejszy nawet ślad…

* * *

Ksieni, Wielebna Panna Katarzyna Poraj Burzeńska niedomagała. Nie pomagały driakwie ni mikstury, nie pomagało lepsze jedzenie, nie pomógł nawet rosół z gołąbka. Wielebna Panna Katarzyna Poraj Burzeńska gasła. Jej żywot dobiegał kresu. Była tego świadoma i nie buntowała się, błagając tylko Stwórcę o miłosierdzie, miała bowiem świadomość, że grzesząc – jak każda ludzka istota, na wieczne odpoczywanie może liczyć jedynie wówczas, gdy Pan Bóg ulituje się nad jej duszą i w łaskawości swojej wybaczy i przyjmie do swej chwały. Miała świadomość, że nie była świętą, choć starała się żyć przyzwoicie i nie obrażać Stworzyciela.

Wielebna Panna Katarzyna Poraj Burzeńska, wchodząc w zmierzch swojego żywota, trapiła się o los Ludki, a trapiła tym mocniej, że upłynęło wiele tygodni, a jej rodzicie nie tylko, że nie dostarczyli przyobiecanego posagu, ale w ogóle nie dali znaku życia. A teraz ona odchodziła, a jej młoda kuzynka za bardzo krótki już czas miała wydać na świat nowe życie i chyba zostać na tym nieprzyjaznym świecie sama…

Wielebna Panna Katarzyna Poraj Burzeńska poprosiła współsiostry na rozmowę i błagała, by nie odrzuciły Ludki, by pomogły dziewczynie, kiedy ona już zamknie oczy.

* * *

– Przyj! Przyj! – mniszka w trudnym do określenia wieku, korpulentna, o jowialnej twarzy i krzepkich spracowanych dłoniach pochylała się nad Ludką. – No, jeszcze raz. Jeszcze trochę. Wytrzymasz. Nie ty pierwsza, nie ty ostatnia. Już widać główkę…

Rodząca przygryzała wargi i wpijała się palcami w brzegi łóżka, starając się stłumić w sobie krzyk bólu, ale nad cichym pojękiwaniem nie potrafiła zapanować.

– No jeszcze raz! Świetnie! Już po wszystkim!

Do uszu położnicy dobiegł płacz dziecka. Usiłowała się podnieść, by je zobaczyć.

– Leż spokojnie. Siostra Małgorzata cię oporządzi, a ja w tym czasie zajmę się dzieckiem, obmyję je z krwi.

I rzeczywiście, po parunastu minutach, gdy Ludka leżała już czysta w świeżej pościeli, zakonnica-akuszerka podała jej dziecko.

– To chłopczyk. Masz zdrowego syna. Jak mu dasz na imię?

– Nie myślałam o tym.

– A co byś powiedziała na to, żeby jego patronem został św. Jerzy? Dużo zła ci się przytrafiło, a św. Jerzy ze Złym walczył i Złego pokonał. Niechby ochraniał tego tu chłopczynę.

– Macie, matko, rację. Niechże będzie Jerzy. To dobre imię i ładne.

Dziewczyna uśmiechnęła się, ale jednocześnie w oczach zaszkliły się jej łzy.

* * *

Wielebna Panna Katarzyna Poraj Burzeńska w lewej ręce ściskała różaniec, prawą trzymała się za serce. Ciężko i z niezmiernym trudem oddychała. Z czasem ów ciężki oddech przerodził się w rzężenie. Mniszki otaczające posłanie konającej zrobiły miejsce dla kapłana, który udzielił jej ostatniego namaszczenia i zaopatrzył Wiatykiem. Otworzyła oczy i wyszeptała jedno słowo:

– Jezus…

Z sąsiedniej celi uszu modlących się doleciał głośny płacz noworodka.

Umierająca bezgłośnie poruszyła wargami, przymknęła oczy i wydała ostatnie tchnienie. Jej zmęczona starością i chorobą twarz wygładziła się, wypogodziła, a na wargach zagościł jakby uśmiech…

* * *

Nowo obrana ksieni, Wielebna Panna Scholastyka Ossowska, spoglądając poważnym wzrokiem na pannę Ludmiłę Białecką, z troską kręciła głową.

– Dziecko drogie – odezwała się w końcu do dziewczyny. – Nieba bym ci chciała przychylić, ale cóż ja mogę? Ustawy zakonne takie są, jakie są, a nie inne… Panny z dzieckiem nie możemy tu trzymać i jeszcze mieć ją na utrzymaniu… będziesz, niestety, musiała odejść…

– A gdzież ja się, Wielebna Matko, podzieję? Rodzice, jak się domyślam, wyrzekli się mnie i pozbyli…

– Oj, chyba nie – zaprzeczyła ksieni. Twoja ciotka, a moja poprzedniczka na urzędzie, szukała ich. Pisała zarówno do waszego majątku, do rządcy, jak i do pani Czerenowskiej, ciotki twojej, dokąd matka twoja miała się udać, iżby tam symulować ciążę i poród, wszelako ani tu, ani tam żadne z twoich rodziców nie dotarło. Obawiam się tedy, iż mogło się im przydarzyć jakieś nieszczęście, że gdzieś w drodze albo spotkał ich nieszczęśliwy wypadek, albo-li też ich ktoś ubił. Może rabusie? Może złasili się na ichni dobytek, na brykę, na konie? Bóg to raczy wiedzieć. Tak czy inaczej, z tego, co udało się ustalić mojej poprzedniczce, nie porzucili cię oni, ani się też nie wyrzekli. Tak czy inaczej, ostałaś się sama na świecie i na dodatek z tym tu oto dziecięciem, które nie wiem, jak bez męża wychowasz, jak je wykarmisz… Dlatego tak sobie pomyślałam, że najlepiej uczynisz, jeśli powrócisz w rodzinne strony…

– I co tam powiem, Wielebna Matko? Że czyje to dzieciątko?

Ksieni się przeżegnała trzykrotnie, szepcząc za każdym przeżegnaniem „Boże wybacz” i w końcu tak rzekła:

– Ja wiem, wiem, iż to grzech, ale tuszę, że Pan Bóg przymknie nań swoje miłosierne oczy… Taaak… – zawiesiła głos na dłuższą chwilę, a potem ciągnęła myśl. – Dziecię trzeba ochrzcić… A ja poproszę kapelana, iżby wystawił mu metrykę, w której jako rodziców wpisze twojego ojca i matkę. Ty zaś będziesz się od tej chwili podawać za jego siostrę.

– A co powiem, że gdzie się podziali? Dziecko zostawili pod moją opieką, zgoda, lecz gdzież oni są?

– Tu już prawdę rzekniesz. Wyjechali bryką za jakimś interesem, lecz już nie wrócili. Słuch o nich zaginął. Przepadli bez wieści… Powiesz, że ciotka twoja, Wielebna Panna Katarzyna Poraj Burzeńska, prowadziła śledztwo w tej sprawie, wszelako nie dało ono żadnego rezultatu. Przepadli – niczym kamień w wodę… A teraz już idź, dziecko, do swojej celi i szykuj się do drogi. Wyekwipujemy i wyprowiantujemy cię, jak się tylko da najlepiej, co byś z niedostatku w drodze nie ucierpiała. Rozpytamy się też, czy ktoś z przejezdnych nie udaje się w kierunku Sandomierza, to może byś się z nim przy okazji zabrała.

Ludce wargi wygięły się w podkówkę, a broda jęła drżeć. Oczy zwilgotniały, a gardło się ścisnęło i poczuła w nim gorycz. Przemogła się jednak i pohamowała płacz. Podziękowała ksieni, pocałowała ją w rękę i ruszyła do swojej izdebki.

* * *

Majowy ranek perlił się kroplami rosy, które obsiadły świeżo rozwite kwiaty, trawy i zioła. Perlił się ptasim śpiewem i rozjaśniał słońcem, które dźwigało się nad widnokrąg. Ponieważ było już po świętej Zofii4, więc noce zaczynały być cieplejsze i skończyło się niebezpieczeństwo wiosennych przymrozków. Rozmaite ptaki śpiewały o poranku, a tuż przed świtaniem kląskały słowiki gnieżdżące się w gęstych zaroślach, porastających brzeg strumienia o krystalicznej wodzie, szemrzącego tuż za murem klasztornym perlistą strugą, zasilającego staw należący do mniszek, w którym od czasu do czasu rzuciła się ryba, marszcząc gładką, odbijającą błękit bezchmurnego nieba, połyskliwą powierzchnię.

Ludka tuliła w ramionach synka i czekała, aż przyniosą jej coś do zjedzenia, po porodzie bowiem nie była zapraszana do refektarza. Okienko jej celi zwrócone było w kierunku głównej bramy, wiodącej ku zabudowaniom klasztornym. Ludka, nosząc Jerzego na rękach, od czasu do czasu zerkała w nie, jednocześnie nasłuchując odgłosu mniszych sandałów na korytarzu. I oto naraz, nieomal w tej samej chwili, posłyszała nie tylko ów odgłos, ale też z zewnątrz stukot końskich kopyt i ostry turkot drewnianych kół okutych żelaznymi obręczami jakieś bryki, która wjechała na podjazd, wiodący do klasztornej bramy, a wybrukowany nierówno polnym szpatem.

– Prr! – jakiś silny męski głos powstrzymał konie i pojazd się zatrzymał.

Niestety, Ludka niczego nie mogła wypatrzyć, ponieważ podwoje furty były zawarte. Odeszła zatem od okna, bo posłyszawszy pukanie w futrynę, musiała otworzyć drzwi i wpuścić do celi zakonnicę, która przyniosła jej posiłek.

Była to starowinka, o twarzy rumianej, ale pomarszczonej jak uschnięte w duchówce jabłko. Babuleńka trzęsącymi się dłońmi niezgrabnie ustawiła naczynia z jadłem na niewielkim stoliczku, uśmiechnęła się życzliwie do dziewczyny i bez słowa wyszła.

Nie minął jednakże i kwadrans, kiedy Ludka ponownie usłyszała stukanie do drzwi. Odsunęła cynowy talerz z prawie zjedzoną kaszą ze skwarkami (musiała się lepiej odżywiać, bo karmiła dziecko), wstała i otworzyła. W progu zobaczyła tę samą starowinkę.

– Chodźże dziewczyno, Wielebna Ksieni cię prosi. Do rozmównicy.

– A co pocznę z dzieckiem?

– Nie martw się, ja z nim zostanę do twojego powrotu. Zresztą… takie polecenie mi wydano.

– Bóg zapłać, matko, Bóg zapłać.

Ludka skinęła głową i ruszyła długim sklepionym korytarzem…

* * *

– O, dobrze, że już jesteś.

Ksieni, na widok Ludki, z nieskrywanym zadowoleniem wypowiedziała to zdanie, nieomal podnosząc głos. Rychło się jednak zmitygowała, skromnie spuściła oczy i dokończyła nieco tylko głośniejszym szeptem:

– Oto państwo Dunin-Smoszewscy, Stanisław i Anna. Udają się do Sandomierza w jakowychś sprawach spadkowych. A że serca mają dobre, to posłyszawszy o twoich nieszczęściach, przynajmniej w tym utrapieniu chcą ci ulżyć i ofiarowali się zabrać cię w rodzinne strony.

– A nie będzie im wadzić dzieciątko?

– Mówisz o swoim braciszku? – zapytała ksieni.

– Wła… właśnie… tak… tak jest… o braciszku – dziewczyna jąkała się i zacinała.

– Nie denerwuj się, moja córko. Pani Anna dzieci zwyczajna, swoich ma dwanaścioro, a najmłodsze liczy sobie coś koło tego, co ten twój braciszek – dorzucił pan Stanisław.

– Swoich? – szlachcianka groźnie popatrzyła na męża.

– No… naszych, duszko, naszych.

Pani Anna, słysząc te słowa, rychło się udobruchała.

– Ponoć jesteś już spakowana na wyjazd?

– Tak, pani. Jestem – potwierdziła Ludmiła.

– A śniadałaś już?

– I owszem, śniadałam.

– Tedy zbieraj się i ruszajmy w drogę. Chcielibyśmy bowiem do wieczora ujechać znaczny kęs drogi.

Ludka bez słowa zawinęła się i prawie biegiem ruszyła w stronę swojej celi.

* * *

Bryka toczyła się dostojnie, nie za wolno, nie za szybko. Pan Stanisław na ogół milczał, a odzywał się wyłącznie wtedy, kiedy go o coś zapytano, za to pani Annie usta się nie zamykały.

– A powiedz no, panna, czy ów zbiegły z wieży Jakub Białecki to jakiś twój krewniak? Z którychże to on Białeckich?

– Anulka! – pan Stanisław starał się utemperować żonę, ta jednak nie zważała na niego i naciskała na Ludkę. – No więc jak? Krewniak?

– Brat rodzony – Ludmiła spłoniła się niczym piwonia, aż po samo czoło.

Na chwilę zapadło niezręczne milczenie. Przerwał je pan Stanisław.

– Cóż, aśćka, rodziny sobie nie wybieramy…

– Ale, ale! – przerwała mu pani Anna. – A mnie doszły słuchy, i to od osoby absolutnie wiarygodnej, bo od samego przewielebnego księdza archidiakona sandomierskiego, iż brat twój czmychnął na francuski dwór naszego zbiegłego króla Henryka, aby go o ułaskawienie prosić, bo przez cały czas z uporem twierdził, iż nie jest winny zarzucanych mu zbrodni. I nawet widziano go w Paryżu. Ba! W samym Luwrze go widziano. I nawet w otoczeniu króla!

– Prawda-li to być może? – zainteresowała się Ludka.

– Głowy sobie nie dam uciąć, wszelako ksiądz archidiakon to człek stateczny, prawdomówny i godzien zaufania. Czemuż by zatem miał zmyślać coś, co w rzeczy samej jest mu przecie obojętne?

– Hm… stateczny, prawdomówny i godzien zaufania. To ciekawe, skąd się wzięło powiedzenie: Nie powierzaj żony mnichowi, a pieniędzy jezuicie – mruknął pan Stanisław.

– Zamilcz, bluźnierco!

– No tak… Zatem Jakub jest w Paryżu… – powiedziała Ludka.

Może być w Paryżu, może… a to znaczna różnica. Ale, ale, a cóż ci to chodzi po głowie, moje dziecko? – zainteresowała się pani Anna. – Chyba nie zamiarujesz jechać go szukać?

– Kto wie? Samam teraz jak palec…

– A ten maleńki braciszek?

– Sama, bez pomocy, wychowaniu nie podołam… Może zechce go wziąć na wychowanie ciotka Czerenowska? Bezdzietna jest, majętna i jeszcze niestara… Wuj też człek poczciwy. Jerzy krzywdy by tam nie miał.

– Hm… może i masz rację. Może istotnie zapytaj krewną, panią Czerenowską?…

Pani Anna nie dokończyła zdania, ponieważ w tejże chwili dziecko zaniosło się płaczem.

– Zobacz, może ma mokro.

Ludka sprawdziła.

– Nie, sucho.

– Więc głodny.

Ludka odruchowo uniosła rękę w kierunku piersi, ale w porę się powstrzymała. Na szczęście Dunin-Smoszewscy niczego nie zauważyli.

– Ale czymże go nakarmię?

– A w klasztorze? Czymże tam karmiłaś? Krowim mlekiem?

– Nie, przychodziła mamka ze wsi – skłamała Ludka.

– To i pech – mruknął pan Stanisław. – Tu bowiem mamki nie ma, a dziecko nakarmić trzeba.

– Więc je nakarmimy.

Pani Anna rozpięła suknię i bez skrępowania wydobyła na wierzch obfitą i nabrzmiałą mlekiem pierś.

– Dajże mi to dzieciątko, ja je nakarmię. Na szczęście, chociaż nasza najmłodsza, Justysia, karmiona jest przez mamkę, mnie jeszcze pokarm nie zanikł. Widać w tym palec Boży! Palec Boży, jak nic!

Ludka podała pani Annie dziecko, które po chwili zaczęło łapczywie ssać podany mu sutek.

* * *

Pani Anastazja Czerenowska, żona Krzysztofa herbu Czewoja, który żadnych urzędów nie piastował, a jeno pole orał, siał pszenicę i hreczkę, z niekłamaną radością przyjęła swoją siostrzenicę Ludkę, która zjechała do niej wraz z maleńkim braciszkiem.

– To i cóż planujesz, moja droga? – pytała ciotka.

– No właśnie – wtórował jej wuj.

– Sama jeszcze nie wiem…

– Posłuchaj zatem. Jest wyjście. Zostaw braciszka u nas, na wychowanie, nie kłopocz się o niego więcej. My dzieci nie mamy, a bardzo byśmy chcieli. Cóż, Pan Bóg naszych modłów nie wysłuchał. Ale nie mamy żalu o to. Już On tam lepiej wie, co dla naszego zbawienia dobre, co ważne, a co nieistotne.

Słysząc te słowa, Ludka uradowała się, że sama nie musiała występować z taką krępującą prośbą, a ponadto zrozumiała, że rodzice nie zdążyli wujostwa w nic wtajemniczyć i ciotka była pewna, że Jerzy to nie jej dziecko, lecz młodszy braciszek. Odetchnęła z nieopisaną ulgą, bo już miała pewność, iż rzecz całą da się w tajemnicy utrzymać.

– Cóż tak wzdychasz? – zapytał wuj.

– Ano, bo kamień spadł mi z serca. Nie bardzo bowiem wyobrażałam sobie, jak sama podołam wychowaniu tej kruszyny.

– Słowem, zgadzasz się na naszą propozycję? – upewniła się ciotka.

– A jakże – odparła Ludmiła i ucałowała wujostwu ręce.

– No, nie trzeba, nie trzeba – sumitował się wuj. – Dobrze tu chłopczynie będzie. Ptasiego mleka mu nie zbraknie. A jak pomrzemy, to cały majątek po nas weźmie.

Ludce oczy zaszły łzami.

– Zaraz trzeba posłać kogoś ze służby na wieś, co by zgodził mamkę. A ty, dziewczyno, siedź u nas, ile zechcesz. A nie zechcesz, to wracaj pod Sandomierz, do siebie. Dobrze by ci było męża znaleźć… chociaż… łatwe to nie będzie, iżby cię zechciał ktoś poczciwy, po tym, co twój brat nabroił. Jakiś świszczypała, łakomy na majątek pewnikiem by się znalazł, ale takiego brać? To już lepiej w staropanieństwie żyć… Chociaż, może na zapas się trapimy? Może ci się wszystko jeszcze dobrze w życiu ułoży?

– A może ojciec i matuś się odnajdą? – z tęsknotą w głosie powiedziała Ludmiła.

– Oj, na to bym nie liczyła – ciotka ze zbolałą miną przecząco pokręciła głową. – Tyle czasu już minęło i ani widu, ani słychu. Zbóje, jak nic zbóje, ich dopadli.

– To by się żaden po nich ślad nie został? – do wuja jakoś to wytłumaczenie nie trafiało.

– Konie, bryka, łasa rzecz. Konie Cyganom sprzedać, brykę przemalować… Dobytek, jaki mieli, odzienie i to się może rozpłynąć, przecie nie było tego wiele. Ledwo tyle, co na sobie mieli. A trupy? Jak porzucili w lesie, to je wilcy zjedli, a mogli i do wody cisnąć. A choćby i ciała wypłynęły opuchłe, a nagie, to kto by je tam poznał…

– Duszko, dajże pokój z tymi opowieściami. Ludka już płacze, a i mnie się mroczno w duszy zrobiło. Dajże tedy pokój. O, popatrz, idzie Bartkowa, widać się na mamkę zgodziła. Młoda, zdrowa, silna, urodna to i pewnie dobry pokarm ma. To już przynajmniej ten problem się rozwikłał. Niech zamieszka ze swoim dzieciakiem we dworze, iżby Jerzego nie trza było do niej nosić. A kiedy ona porodziła? I co?

– Kasię, dziewczynkę, ze dwa miesiące młodszą od naszego Jureczka – odparła dziedziczka, podkreślając słowo naszego. Jak widać, już się poczuła matką.

– To i dobrze, będzie się miał chłopczyna z kim bawić, z mleczną siostrą.

* * *

Ludka nie chciała zostać we dworze wujostwa. Podziękowała za wszystko pięknie i postanowiła ruszyć niby to do Sandomierza, a tak naprawdę to o Sandomierz tylko zahaczyć, zajechać do rodzinnego dworu, zaopatrzyć się w gotowiznę, ubrania, prowiant i ruszyć na poszukiwanie brata do Paryża.

A przypadkiem tak się świetnie złożyło, iż akurat przejeżdżał tamtędy orszak wojewody sandomierskiego pana Jana Kostki, herbu Dąbrowa, który wraz ze świeżo poślubioną małżonką, Zofią Odrowążanką, córką ostatniej księżnej mazowieckiej Anny Piastówny i Stanisława Odrowąża, primo voto Tarnowską, wdową po hrabim Janie Krzysztofie, podróżującą wraz z fraucymerem, uprosiła, by mogła się do orszaku przyłączyć.

Do Sandomierza miała tedy zapewnioną bezpieczną podróż, a co będzie potem, jak sobie poradzi w drodze do Francji, na razie nie myślała. Bo też i młodzi ludzie nie zaprzątają sobie nadto głów przed czasem, powierzając wszystko szczęściu czy też losowi.

Konie ruszyły truchtem. Koła zaturkotały na wyboistej drodze, zostawiając za sobą obłoczki kurzu. Daleko, na horyzoncie, rysowała się ciemna wstęga lasu, niebo rozciągające się nad głowami czyściuchne było, bez jednej chmurki, ptaki po zaroślach rosnących wzdłuż traktu upojnie śpiewały, chłodnawy poranek powoli się rozgrzewał, słoneczko zaczynało przypiekać. Cudnie było na świecie i tak bardzo spokojnie…

Książkę w wersji papierowej można kupić tu:

Wydawnictwo Armoryka

wydawnictwo.armoryka@armoryka.pl

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierza

e-book tu:

https://virtualo.pl/ebook/wieszczba-krwawej-glowy-i235158/

audiobook tu:

https://virtualo.pl/audiobook/wieszczba-krwawej-glowy-i246215/

1Wymioty.

2Sum (łac.) – jestem.

3Ojciec.

4Po 15 maja.

Jeźdźcy Apokalipsy. „Z  Wartą nie warto”. 

Jeźdźcy Apokalipsy

 Izabela Brodacka 29 11.2022

17 października w Krakowie na ul. Mickiewicza doszło do wypadku drogowego, w którym brał udział kierujący samochodem marki lexus aktor Jerzy Stuhr oraz motocyklista. Jak się okazało Jerzy Stuhr miał około 0,7 promila alkoholu we krwi. 
Jerzy Stuhr, znany przede wszystkim z tego, że za granicą wstydzi się mówić po polsku dołączył do grona nietykalnych Świętych Krów. Są to miedzy innymi Piotr Najsztub, Włodzimierz Cimoszewicz oraz nie żyjący już Henryk Wujec. 
Sąd w Piasecznie uznał, że Piotr Najsztub jest niewinny spowodowania w październiku 2017 roku wypadku, w którym potrącił 77-letnią kobietę przechodzącą przez pasy. Sąd uznał, że to starsza pani jest winna, gdyż wtargnęła na przejście dla pieszych. 
Włodzimierz Cimoszewicz potrącił na przejściu dla pieszych w Hajnówce 70-letnią rowerzystkę. Auto, które prowadził, nie posiadało ważnych badań technicznych. Potrącona kobieta miała złamaną kość podudzia i rany twarzy. Parlament Europejski dopiero w marcu 2022 roku podjął decyzję o pozbawieniu immunitetu eurodeputowanego Włodzimierza Cimoszewicza z grupy parlamentarnej Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów, więc proces w tej sprawie jeszcze się nie rozpoczął. Włodzimierzowi Cimoszewiczowi postawiono zarzuty spowodowania wypadku i ucieczki z miejsca zdarzenia. Te przestępstwa są zagrożone obecnie karą do 4,5 roku pozbawienia wolności.
Kierujący toyotą zmarły w 2020 roku Henryk Wujec, wówczas doradca ówczesnego prezydenta RP Bronisława Komorowskiego, potrącił przechodzącego na pasach mężczyznę, który doznał urazu głowy i spędził w szpitalu kilka tygodni. Wujec usłyszał zarzut potrącenia pieszego, groziło mu za to do trzech lat więzienia. Sąd Rejonowy dla Warszawy-Mokotowa uniewinnił jednak Wujca w kwietniu 2017 r., zaś Sąd Najwyższy oddalił kasację Ministra Sprawiedliwości wniesioną na niekorzyść Wujca.
 Gospodarz „Faktów” TVN Piotr Kraśko został skazany na 7,5 tys. zł grzywny i rok zakazu prowadzenia pojazdów mechanicznych, po tym jak przyłapano go na kierowaniu autem bez prawa jazdy, a Kamil Durczok zgodnie z orzeczeniem sądu opublikowanym 30.03.2021 roku został uznany za winnego prowadzenia samochodu pod wpływem alkoholu, w związku z czym został skazany na  rok pozbawienia wolności, w zawieszeniu na 2 lata.
Zgodnie z obecnie obowiązującym prawem za jazdę samochodem pod wpływem alkoholu i spowodowanie wypadku bez ofiar śmiertelnych, grozi kara więzienia do 4,5 lat, zakaz prowadzenia pojazdów od 3 do 15 lat oraz sankcja finansowa w wysokości od 10 000 do 60 000 złotych. 

 Jerzy Stuhr liczy zapewne, że jego sprawę– podobnie jak sprawy Najsztuba i Wujca rozpatrzy Kasta Niezwykłych Ludzi.
„.. ( jeżeli) musiałbym stanąć przed obliczem sądu, to chciałbym mieć jedną pewność – że ten sąd nie jest poddany żadnej presji, żadnej opcji, żadnemu naciskowi np. partyjnemu” – powiedział Stuhr, dodając: „wtedy takiemu sądowi poddam się z ufnością. Takich sądów chciałbym,  o takich sądach marzę  i w takie sądy wierzę, że mogą mnie sprawiedliwie z czarną opaską na oczach osądzić”. 
14 kwietnia tego roku doszło do śmiertelnego wypadku motocyklisty na drodze S8. W zdarzeniu brało udział auto, którym podróżowali była  prezes SN Małgorzata Gersdorf i jej mąż. Zdaniem dziennikarzy nie tylko nie zatrzymali się, by udzielić pomocy ofierze, ale nawet nie powiadomili odpowiednich  służb.

Dwadzieścia dwa lata temu Wiesław Pszczółkowski, późniejszy burmistrz Łomianek, staranował na ulicy Puławskiej samochód pani Pauli Powązka. Został za to skazany w Sądzie Rejonowym dla Warszawy Mokotowa w dniu 25.04.01 roku wyrokiem z artykułu 177 § 1 KK  na sześć miesięcy  w zawieszeniu na dwa lata. W procesie apelacyjnym Sąd Okręgowy w dniu 20.02.2003 roku podtrzymał ten wyrok nie zabezpieczając prawa poszkodowanej do nawiązki od sprawcy wypadku ani nie proponując postępowania adhezyjnego.  Warta, w której ubezpieczony był służbowy samochód sprawcy wypadku wypłaciła poszkodowanej 3000 złotych. Naprawa jej samochodu kosztowała wielokrotnie więcej i dokonano jej za pieniądze z AC poszkodowanej. Do dziś dnia poszkodowana nie doczekała się odszkodowania z Warty za szkody które poniosła. Przede wszystkim za spowodowane wypadkiem bardzo poważne problemy zdrowotne wymagające kosztownej rehabilitacji a potwierdzone pełną dokumentacją medyczną.

Dokładnie w dziesiątą rocznicę wypadku, w dniu  5.01.2010 roku  odbyła się pierwsza rozprawa przeciwko Warcie sprawy z powództwa cywilnego założonej przez Paulę w 2009 roku po odnalezieniu akt sprawy karnej Pszczółkowskiego, które dziwnym trafem zaginęły na cztery lata w III Wydziale Karnym Sądu Rejonowego dla Warszawy Mokotowa. Okręgowego. Sędzia Janina Dąbrowiecka nie zabezpieczyła poszkodowanej renty tymczasowej i zwrotu poniesionych udokumentowanych rachunkami kosztów leczenia rehabilitacyjnego od dnia wypadku do pierwszej rozprawy. Jedyne co potrafiła powiedzieć to: „jak wam brakuje pieniędzy to idźcie do Opieki Społecznej”. Chora faktycznie zwróciła się do Opieki Społecznej aby uzyskać ubezpieczenie zdrowotne. Do tej pory tego ubezpieczenia jednak nie otrzymała ani nie doczekała się odszkodowania od Warty. Natomiast na wniosek Opieki Społecznej od pięciu lat toczą się kolejne postępowania mające na celu jej ubezwłasnowolnienie, a więc odebranie jej prawa do decydowania o sobie. Zarówno sprawa przeciwko Warcie o odszkodowanie jak i o ubezwłasnowolnienie poszkodowanej toczą się (a właściwie ślimaczą) w tym samym wydziale XXIV Cywilnym Sądu Okręgowego. SOO Tomasz Wirzman prowadził sprawę karną w X Wydziale Karnym. Obecnie del. SSR Anna Zalewska prowadzi sprawę cywilną w XXIV Wydziale Cywilnym wraz ze sprawą o ubezwłasnowolnienie.  

Trudno oprzeć się wrażeniu że opieszałość sądów jest w interesie Warty, która uzależnia wypłatę odszkodowania od zakończenia sprawy o ubezwłasnowolnienie. Mataczenie Warty w kwestii wypłaty odszkodowania trwa już dwadzieścia dwa lata. Orzeczenie ubezwłasnowolnienia byłoby dla Warty korzystne, bo poszkodowana straciłaby prawa cywilne i praktyczną możliwość dochodzenia czegokolwiek.

Jak twierdzi Konrad Osajda profesor nauk prawnych, ubezwłasnowolnienie ma służyć wyłącznie interesom ubezwłasnowolnionego a w żadnym przypadku nie może służyć ochronie instytucji państwowych czy osób trzecich przed jego roszczeniami. Ale jak widać sądy nie muszą przejmować się poglądami profesorów uniwersytetu.

A co do Warty- powinna zmienić slogan reklamowy. Proponuję: „z  Wartą nie warto”. 

Kibice szaleją, rzut rożny, karny… – A 6500 osób zginęło w trakcie budowy stadionów. – Ale Jazda! Bawimy się! – Czy FIFA to mafia?

Kibice szaleją, homoseksualiści w „pierdlu”, a 6500 osób zginęło w trakcie budowy stadionów. Ale Jazda! Bawimy się! Czy FIFA to mafia?

Zygmunt Bronislaw Polatynski https://gloria.tv/post/Sgk4UBFdQJZc3oW2WRqvGxdkk

Jest pięknie, bawimy się. Padają bramki, kibice szaleją, kilku homoseksualistów zamknięto w więzieniu, ale cóż, zabawa trwa. Rzut rożny, karny, zwycięstwa, porażki, remisy, notowania, gwiazdy piłki nożnej dają „czadu”. Jest super bawimy się!

Szkoda tylko, że przy tej całej międzynarodowej imprezie zapomina się o ludziach. A dokładnie o około 6500 osób, które zginęły w trakcie budowy stadionów na mistrzostwa świata w Katarze.

Ponad 6,5 tys. robotników z Azji Południowej straciło życie przy budowie stadionów na piłkarskie mistrzostwa świata w Katarze, poinformował The Guardian. Robotnicy pracowali w złych warunkach i bez zabezpieczeń. The Guardian opiera się jednak tylko na oficjalnych danych, co oznacza, że w rzeczywistości liczba zgonów może być jeszcze wyższa. I tutaj na samym wstępie „walimy z grubej rury”, i stawiamy pytanie: czy FIFA to mafia? Osobiście uważam to pytanie za pytanie retoryczne, gdyż odpowiedź jest dość jasna i klarowna. W trakcie budowy stadionów na mistrzostwa świata w piłce nożnej w Katarze, zginęło oficjalnie ponad 6000 osób. To więcej niż na nie jednej wojnie. A mimo to, wszyscy bawią się i „nie ma tematu”. Zatem stadiony w Katarze to stadiony do gry, czy raczej cmentarze?

W Katarze kobiety nie mogą wyjść za mąż jeżeli nie otrzymają pozwolenia ze strony swojego „męskiego opiekuna”. W Katarze homoseksualiści trafiają do więzień, nawet na trzy lata. Kobiety są zmuszane do chodzenia w „szmatach”, zakrywających całe ciało, bez względu na temperatury. Panuje „kastowość ludzki”, wyzysk i dyskryminacja na każdym możliwym poziomie. Innymi słowy „pierdnij” gdzie nie trzeba, a trafisz do „pierdla”.

ALE gdy ginie ponad 6000 ludzi, to nikt tego nie dostrzega. Czy nie myślicie, że coś tu jest nie tak?Ja wam napiszę w wielkim skrócie, co jest tutaj nie tak. Otóż ktoś kiedyś powiedział: „świat jest jednym, wielkim psychiatrykiem, którego zarząd i administrację przejęli pacjenci”. I ja to zdanie pozwolę sobie parafrazować: „Katar jest jednym, wielkim psychiatrykiem, którego zarząd i administrację przejęli pacjenci”.

Innej opcji nie widzę, gdyż nie można przejść obojętnie nad śmiercią choćby jednego człowieka, a co dopiero około 6500 osób!A wiecie co jest jeszcze w tym wszystkim tragiczne?

Pozwólcie, że posłużę się cytatem który to wyjaśni: „Większość populacji nie rozumie, co się naprawdę dzieje. I nawet nie ma pojęcia, że nie rozumie”. Słowa te wypowiedział Noam Chomsky. Innymi słowy można by to ująć w taki o to sposób, że w XXI wieku świat stał się dosłownie „jednym wielkim wariatkowem”, w którym panuje „pomieszanie i poplątanie”.Reasumując, zatrzymajcie się na moment i zastanówcie. Otóż ludzie, którzy mają usta pełne frazesów, wzniosłych idei, dziś bawią się na trupach ponad 6000 osób, z uśmiechem na twarzy i nawet powieka im nie drgnie. Oto z kim mamy do czynienia. I zaznaczam, że nie mam tutaj na myśli, zwykłych kibiców, którzy zwyczajnie mogą nie rozumieć wielu kwestii, lub nie wiedzieć o tym,być może dowiedzą się o tym dopiero po powrocie z mistrzostw.
Jednakże włodarze FIFA, politycy, goście, tak zwane VIP’y i ich poplecznicy, doskonale zdają sobie sprawę z cmentarzyska na którym stoi dziś impreza mistrzostw świata w piłce nożnej. I niech ktoś mi teraz powie, że to nie są „zwyrodniali szaleńcy”.

A zaznaczam, to tylko „wierzchołek góry lodowej”. Deprawacja, demoralizacja, bestialstwo, czyli po prostu „po trupach do celu”, i to DOSŁOWNIE, to jest właśnie ich motto przewodnie.

Fenomen na skalę światową. Rząd chce opodatkować cukier… występujący w owocach.

MF planuje usunąć zapisy obejmujące zwolnieniem od tego obciążenia produktów, które naturalnie zawierają cukier, pochodzący z owoców.

https://obserwatorgospodarczy.pl/2022/11/29/fenomen-na-skale-swiatowa-rzad-chce-opodatkowac-cukier-wystepujacy-w-owocach

Jak podają analitycy Instytutu Staszica, tzw. opłata cukrowa, wprowadzona w 2020 r., budziła ogromne kontrowersje wśród przedsiębiorców i wśród ekspertów. Krytykowano między innymi fakt, że rząd – pod pretekstem „troski o zdrowie Polaków” – chce nałożyć na polskie firmy nowy podatek. Wskazywano, że rządowe prognozy przychodów z tego tytułu są znacznie zawyżone. Te przewidywania się spełniły i dzisiaj, mimo groźby kryzysu gospodarczego, szykowane są regulacje zaostrzające jeszcze ustawę i nakładające na przedsiębiorców kolejne obciążenia. Do czego może doprowadzić nowa opłata cukrowa w Polsce? 

Instytut Staszica ostrzega, że zmiany, proponowane pod pretekstem prac porządkujących pobór opłat, mogą mieć negatywne skutki dla branży rolno-spożywczej i wierzy, że w konstruktywnym dialogu na linii Ministerstwo Finansów – polskie firmy (również reprezentowane przez organizacje branżowe i organizacje pracodawców) uda się wypracować rozsądne rozwiązania.

Nowe obciążenia pod pretekstem porządkowania przepisów

Oficjalnie resort finansów projektowaną nowelizacją chce jedynie uporządkować obowiązujące już przepisy, argumentując, że powiązanie opłaty cukrowej ze sprzedażą detaliczną napojów powoduje szereg wątpliwości. Ministerstwo zwraca m.in. uwagę na niemożność objęcia opłatą produktów sprzedawanych przez Internet.

Instytut Staszica alarmuje, że zmiany te mogą mieć jednak inny rezultat:

Niestety, plany MF nie dotyczą tylko skuteczniejszego poboru opłaty, ale obejmują znaczące jej rozszerzenie. Opłata cukrowa objąć ma bowiem tak wartościowe produkty z owoców i warzyw, jak nektary i napoje z wysoką, co najmniej 20-procentową zawartością soku, w których nie ma dodatku cukru, a także naturalne soki, które nie mają dodatku cukru, ale do których dodawane są składniki zwiększające i ch wartości zdrowotne.

Nowa opłata cukrowa obejmie także napoje oddawane na cele charytatywne. Ministerstwo Finansów oficjalnie zapewnia, że „procedowany projekt nowelizacji ustawy o zdrowiu publicznym w zakresie opłaty od środków spożywczych (tzw. opłaty cukrowej) utrzymuje dotychczasowy zakres przedmiotowy ustawy i w żaden sposób go nie rozszerza”.

Z taką interpretacją nie sposób się zgodzić. Zakres produktów objętych opłatą cukrową istotnie się zmienia, jako że MF planuje usunąć zapisy obejmujące zwolnieniem od tego obciążenia produktów, które naturalnie zawierają cukier, pochodzący z owoców.

Jak podaje IS, wniosek jest oczywisty: pod pretekstem uściślenia przepisów ustawowych, rząd chce rozszerzyć opłatę cukrową na wartościowe napoje z owoców i warzyw, zawierające jedynie cukier naturalnie występujący w owocach.

Mamy do czynienia ze swoistą innowacją na skalę światową: opłatą od cukru naturalnie występującego w owocach. Nie ma więc wątpliwości, że cel regulacji nie ma nic wspólnego z polityką zdrowotną i jest czysto fiskalny. Ta proponowana zmiana przepisów zmusi producentów do zaniechania inwestycji w produkty wartościowe i zdrowe w przystępnej cenie. Należy się spodziewać, że skoro wartościowe produkty będą za drogie, nie będą kupowane albo też mogą zostać zamienione przez inne, pozbawione wartości zdrowotnych i tanie produkty bez zawartości soku owocowego. Zdaniem przedstawicieli branży spożywczej, wprowadzenie opłaty cukrowej na produkty bez dodatku cukru, typu sok z dodatkami lub wodą, spowoduje wzrost ceny tych produktów o ok. 10%. W dobie inflacji i rosnących cen żywności, takie dodatkowe obciążenie będzie bardzo odczuwalne dla polskich konsumentów – możemy wyczytać w stanowisku Instytutu Staszica.

Konsumpcja hamuje – podwyżki nie pomogą

Nieunikniona podwyżka cen na polskie nektary, wartościowe napoje, a nawet soki przyczynić się może do dalszego spadku konsumpcji. Wg danych GUS, konsumpcja żywności w Polsce w październiku br. spadła aż o 18,3% w stosunku rocznym. Przyrost odnotowały jedynie dwie branże: tekstylna i farmaceutyczna. Wyraźnie wyhamował m.in. wzrost sprzedaży żywności, który wyniósł jedynie 2,4% r/r – mimo tego, że w Polsce od lutego przybyły setki tysięcy uchodźców z Ukrainy, a więc dodatkowych konsumentów.

W ocenie ekspertów Polskiego Instytutu Ekonomicznego, w najbliższych kwartałach utrzyma się znaczne spowolnienie wzrostu sprzedaży detalicznej, z kolei analitycy Pekao SA mówią wręcz o ujemnej dynamice sprzedaży, co znajdzie odzwierciedlenie w stagnacji konsumpcji prywatnej. Polscy producenci żywności – i ich dostawcy – mają zatem przed sobą bardzo trudne miesiące.

IS dodaje również, że do tego dochodzą inne, negatywne czynniki – groźba recesji i przewidywanej długotrwałej wysokiej inflacji. Rosną ceny energii, surowców i koszty pracy. Polskie firmy stają w obliczu bardzo poważnych zagrożeń. Nowe obciążenia pogorszą ich sytuację, a skutkiem wdrożenia zapowiadanych rozwiązań będzie z pewnością spadek wykorzystania surowców na rynku owocowo-warzywnym.

W pierwszej kolejności skutki odczują dostawcy jabłek i owoców miękkich, takich jak czarna porzeczka, aronia, wiśnia i malina. Należy zauważyć, że bariera zapotrzebowania rynków światowych na owoce i ich przetwory, połączona ze spadkiem zużycia do produkowanych w kraju napojów, spowoduje dużą nadwyżkę owoców. Efektem będzie m.in. zmniejszenie wolumenu kontraktów przemysłu spożywczego z branżą rolniczą i sadowniczą. Spadek skupu owoców, głównie jabłek, wykorzystywanych do produkcji tego typu wyrobów, będzie odpowiadał produkcji ponad 500 średnich gospodarstw sadowniczych w Polsce, które tym samym stracą rynek zbytu – w dobie gospodarczego kryzysu.

Nowa opłata cukrowa w Polsce – regulacje wbrew rekomendacjom ekspertów

Nowe przepisy będą miały odwrotny od deklarowanego wpływ na zdrowie Polaków. Producenci w ostatnich latach poszerzyli swoją ofertę o liczne produkty na bazie przecierów i soków, otrzymywanych z krajowych owoców i warzyw, bez dodatku jakichkolwiek cukrów. Te starania zostaną przez ustawodawcę przekreślone przez wprowadzenie opłaty od nektarów i innych niesłodzonych napojów owocowych, zawierających jedynie cukry naturalnie występujące w owocach, a nawet od niektórych soków.

Konsumenci zaczną wybierać napoje tańsze, ze sztucznymi dodatkami. W dobie rosnących kosztów życia i rosnących cen taki wybór będzie nieunikniony. Przypomnijmy, że zgodnie z rekomendacją ekspertów żywieniowych, kategoria soków była i jest komunikowana jako jedna z pięciu porcji warzyw i owoców. Opodatkowanie soków z wartościowymi dodatkami jest działaniem dokładnie wbrew takiej rekomendacji.

[—] dalej w oryginale. Tu najważniejsze. MD

WHO zmieniła nazwę „małpiej ospy” na „mpox”, bo była rasistowska. Małpy zaprotestowały. Szczególnie feministki wśród samic.

WHO zmieniła nazwę „małpiej ospy” na „mpox”, bo była rasistowska. Małpy zaprotestowały.

https://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/who-zmienila-nazwe-malpiej-ospy-na-mpox-bo-byla-rasistowska

Światowa Organizacja Zdrowia zacznie używać nowego terminu „mpox” jako nazwy dla małpiej ospy i wezwała inne kraje do pójścia w jej ślady. Zmiana terminologii jest wynikiem skarg, iż obecna nazwa choroby jest rasistowska i stygmatyzująca.

Polityczna poprawność jest męcząca i głupia, ale gdy staje się rasistowska, jest szczególnie szkodliwa. Właśnie z pokazem takiej rasistowskiej politycznej poprawności mamy obecnie do czynienia w przypadku wezwania do zmiany nazwy „małpia ospa” na „mpox”. Jaką konkretnie rasę ta nazwa obrażała? A może sama ospa jest seksistowska, bo jest rodzaju żeńskiego co dyskryminuje kobiety? W tym szalonym świecie wszystko jest możliwe.

 A jeśli chodzi o ludzi, którzy mają ciemny kolor skóry to jakim trzeba być bydlakiem, żeby się komuś małpy kojarzyły z czarnoskórymi? Tylko rasiści mogli na to wpaść zatem ta operacja, obliczona na manifestowanie swojej tolerancji, okazała się największą rasistowską kampanią jaką można sobie wyobrazić. 

 Osoby o czarnym kolorze skóry powinny pozywać masowo WHO za te chamskie sugestie i udawaną troskę o brak stygmatyzacji i dyskryminacji.

=========================

mail:

Disney is paying the price! The LGBTQ+ agenda causes a shake-up in Disney. 40%, losses.

Disney is paying the price! The LGBTQ+ agenda causes a shake-up in Disney. 40%, losses.

https://citizengo.org/en-row/fm/209573-lgbtq-agenda-causes-shake-disney

The LGBTQ+ agenda causes a shake-up in Disney

CitizenGOstarted this petition toRobert A. Iger – 11/25/2022

We are winning the fight against Disney – it is now time they learn their lesson for good!

I bring good news on the Disney front. CEO Bob Chapek, one of the main crusaders for Disney’s turn to wokeism and its incorporation of LGBT ideology in its products, has been fired and replaced by his predecessor Robert Iger, in an embarrassing fashion. 

The radical woke obsession they so much betted on is taking a toll, and they know it!

Disney has seen its stock price plummet since Bob Chapek took charge of the company in 2021. Within the first two months of his taking over, Disney’s stock plunged a staggering 40%, losses further compounded by a more than $10 billion deficit incurred during the pandemic.

However, the fight is far from over.

Iger returns for two crucial years… It’s unclear if Iger will do anything to make the company less Woke, as he was who first advocated for fostering LGBTQ+ content. But now, after the financial collapse, we come across an opportunity to make Iger reconsider returning the company to family values or else pave the way for his successor to do it. 

Sign NOW and remind Robert Iger, newly appointed CEO of Disney, he must return to the family values instead of being the ruinous factory of LGBTQ+ indoctrination that it is now.

What happened? Over the last years, Disney has chosen to drift away completely from the family-friendly company it once started, becoming a perverse indoctrination machine that is a slave to the LGBTQ+ agenda.

The radical Left is seeking to groom children to adopt a radical LGBTQ+ lifestyle, and Disney is actively helping them do it. Disney’s corporate president Karey Burke stated in April she would like to see 50% of characters as LGBTQ+ or other politically chosen minorities.

Soon after, for the very first time in history, Disney included a lesbian kiss in a movie for children: Lightyear confirmed to dumbfounded parents across the world that Disney, today, is a hostage of the LGBTQ+ activists committed to corrupting our children through indoctrination. 

During Chapek’s tenure, the company became embroiled in a fight with Florida Governor Ron DeSantis after it chose to advocate against the state’s Parental Rights in Education bill, which prohibits teaching gender ideology and sexual orientation in kindergarten through third-grade classrooms.

What we can be sure of, is that Disney is in clear disarray, and it is our moment to capitalize. They know we are right, and they know they have to give in if they want to start mending their financial disaster. 

It’s time to once again, turn up the heat, and drive this message home, loud and clear – that a continuation of the woke leftist agenda in its products will be the catalyst to Disney’s downfall. 

Thanks to your unending support and the incessant pressure of thousands of citizens through our campaigns have coerced on the company, Disney is slowly realizing that their leftist woke agenda is failing them in every way possible.

Disney has always relied on families for the vast majority of its revenue, and their financial situation as of late reflects precisely this.

Over the last years, the company has alienated the interests of families, and completely ignored the voices of parents, and instead, has sided with the LGBT lobby. 

Bob Chapek stubbornly remained adamant that the company could better advocate for LGBTQ+ inclusivity through its increasingly woke content – my goodness how wrong was he – and the woeful performance of the company that caused his short tenure reflects just how deluded he was!

Now, Bob Chapek is gone. We have a historic opportunity to demonstrate to the new CEO of Disney, Robert Iger, that championing woke political causes damages the relationship with audiences and drives to the downfall eventually. Poor decisions generate poor results.

Our ongoing campaigns at CitizenGO have been one of the leading voices for families who were sick and tired of Disney forcing their political agenda of gender ideologues and radical LGBT activists on them.

Well, today parents and children have reason to be optimistic. But the fight is far from over.

There is still a lot of work to be done. The dismissal of Bob Chapek does not mean that the many other radical leftist crusaders who conspired to bring Disney to its brink, are not still operating fiercely in the company. 

Dangerous people like Vivian Ware (Diversity and Inclusion Manager), and Latoya Revenau (Executive Producer) still hold important positions in the company and would do whatever it takes to continue the radical left-wing indoctrination. The latter shockingly once said:

 “I was just, wherever I could, just basically adding queerness… No one would stop me and no one was trying to stop me.”

Well, we are going to stop her now!

So join me in hitting them where it hurts. Sign your petition to Disney CEO Bob Iger, telling him to bring Disney back to what it once was – an innocent, family-oriented production, loved by everyone, and not a machine of child indoctrination nor a political muscle for the LGBT agenda. 

We are winning the fight against Disney – it’s now the moment to double down!

Sign the petition and let’s keep the pressure on. We are close to accomplishing something vital for our children, and future generations.