Koniec covidozy w Polsce. Kiedy ICH za nią rozliczą ??

Koniec covidozy w Polsce. Kiedy ICH za to rozliczą ??

1.07.2023 koniec-covidozy

FacebookTwitterWhatsApp

Minister Adam Niedzielski. Fot. PAP
Minister Adam Niedzielski / Fot. PAP

1 lipca 2023 r., przestał obowiązywać stan zagrożenia epidemicznego wprowadzony w Polsce w związku z zakażeniami wirusem SARS-CoV-2. Stan zagrożenia epidemicznego wprowadzono w Polsce 16 maja 2022 r. Wcześniej obowiązywał stan epidemii.

28 marca 2022 roku minister zdrowia zniósł obowiązek noszenia maseczek (z wyłączeniem podmiotów leczniczych), obowiązek izolacji domowej (zamieniony na samoizolację), a także obowiązek kwarantanny dla współdomowników chorych na COVID-19 i kwarantanny granicznej. Od 30 kwietnia br. zniesiony został obowiązek noszenia maseczek w aptekach. Nadal, na mocy tego rozporządzenia, do 30 czerwca, konieczne było zakrywanie, przy pomocy maseczki, ust i nosa w budynkach, w których jest prowadzona działalność lecznicza.

Zgodnie z rozporządzeniem Ministerstwa Zdrowia w sprawie zniesienie stanu zagrożenia epidemicznego COVID-19 od 1 lipca zniesiono wszystkie ograniczenia i nakazy związane z epidemią COVID-19.

Minister „zdrowia” Adam Niedzielski uważa, że „bieżąca sytuacja epidemiczna związana z COVID-19 nie uzasadnia kontynuacji stanu zagrożenia”. „W ostatnim raporcie mieliśmy 60 hospitalizacji z tym związanych, to liczba praktycznie niezauważalna. (…) Myślę, że ze spokojem możemy powiedzieć, że w tej chwili nie widać większego zagrożenia epidemicznego na żadnym horyzoncie” – mówi Niedzielski.

MZ zastrzega, że choć zniesiony zostanie odgórny obowiązek noszenia maseczek w placówkach medycznych, to kierownicy poszczególnych jednostek mają cały czas prawo to utrzymać.

W związku z odwołaniem stanu zagrożenia epidemicznego zmiany czekają pracowników i pracodawców, przestaje bowiem obowiązywać szereg regulacji wprowadzonych w ramach tzw. ustawy covidowej.

Chociaż ustawodawca przewidział w wielu kwestiach przepisy przejściowe, które dają czas na przygotowanie się do tych zmian, pracodawcy nie powinni czekać do ostatniej chwili z ich wprowadzeniem – radzą eksperci.

Po odwołaniu stanu zagrożenia epidemicznego pracownicy będą musieli m.in. udać się na badania, także te zaległe. Pracodawcy będą mieli 180 dni na skierowanie pracowników na zaległe badania okresowe i 60 dni na realizację zaległych szkoleń okresowych BHP. Wstępne szkolenia BHP będą musiały być w formie stacjonarnej, nie dotyczy to jednak osób przyjmowanych do pracy zdalnej na stanowiska administracyjno-biurowe.

W mocy zostaną utrzymane natomiast certyfikaty covidowe i system Ewidencji Wjazdu do Polski. Resort zdrowia uzasadnia, że system EWP oraz unijne cyfrowe zaświadczenia COVID są dalej niezbędne dla prawidłowego monitorowania sytuacji związanej z zakażeniem SARS-CoV-2 w kraju.

Skradzione dzieciństwo 

Skradzione dzieciństwo 


Izabela Brodacka

Pokazano małą dziewczynkę, która podczas marszu Tuska wykrzykiwała histerycznym głosikiem jakieś brednie na temat praw kobiet.

Cytuję dosłownie: 

 „Kobiety na początku nie miały swoich praw, były traktowane inaczej od chłopaków. Po co? Co zmienia płeć? 

– Kobiety dostały te prawa, a teraz PiS, co chce zrobić? Chce nam je odebrać! Po co? Jaka jest różnica? Kobiety mają te same prawa, co chłopcy! Co zmienia płeć? Nic! I po co oni to robią? Nie wiem, po to, aby nam życie uprzykrzyć”.  

Niewątpliwie była podpuszczona przez dorosłych. Ten potoczny termin jest tu bardziej na miejscu niż termin „inspirowana”.  Nieskładność jej wypowiedzi koresponduje z poziomem marszu i jego przesłaniem wyrażonym przez Andrzeja Seweryna. Seweryn był członkiem czerwonego harcerstwa, tak zwanych walterowców. nazwanych tak na cześć ich patrona, generała Świerczewskiego. To jak widać zaciążyło nad całym jego życiem.

Dziewczynka skojarzyła mi się natychmiast z Gretą Thunberg aktywistką ekologiczną, która wykrzykiwała na forum ONZ w podobnie histeryczny sposób: „ jak śmiecie?! ukradliście moje dzieciństwo”.

Jej międzynarodowa kariera musiała być inspirowana przez dorosłych. Ktoś ją na to forum wpuścił, ktoś dopuścił ją do głosu, ktoś sponsorował jej rejs przez Atlantyk. To właśnie ci ludzie ukradli jej dzieciństwo. Greta skutecznie odegrała swoją rolę. Otrzymała wiele nagród. Jej nazwiskiem nazwano również  jakieś żyjątka, co gwarantuje jej przejście do historii.  Jak mówi Stanisław Michalkiewicz to typowy autorytet wystrugany z banana, dodajmy – ze zgniłego banana. To niepełnosprawne umysłowo dziecko zostało wykorzystane przez dorosłych do ich własnych celów. Wykorzystano jej dziecięcą próżność, pychę i zwykłą głupotę.

Dobrym przykładem wykorzystywania dzieci dla zaspokojenia ambicji rodziców są młodociani zdobywcy wysokich gór. Wśród nich jest amerykański alpinista Jordan Romero, najmłodszy zdobywca Korony Ziemi. Na Mount Everest wszedł w wieku 13 lat i jest też najmłodszym zdobywcą tego szczytu. Jeszcze lepszym przykładem szaleństwa rodziców jest Selena Khawaja, nazywana górską księżniczką. Już w wieku 6 lat wspinała się w górach wysokich.  W wieku 9 lat zdobyła Spantik Peak o wysokości 7027 metrów. Jej ojciec wymarzył sobie jednak. że Selena zostanie najmłodszą zdobywczynią ośmiotysięcznika Broad Peak. Zanim wraz z ojcem w 2021 roku dotarła do bazy pod Broad Peak światowe media napisały, że już ten szczyt zdobyła. Było to wręcz zabawne, z licznych wypraw koczujących w bazie nikt nie dotarł wówczas nawet do obozu trzeciego. Ojciec  Seleny wybrał się pod Broad Peak ciężko chory, po jakiejś operacji z cewnikiem i workiem na mocz. Nic dziwnego, że wkrótce helikopter zabrał go do szpitala.

Ku zdumieniu wspinaczy zostawił córkę w bazie pod opieką oficera łącznikowego. Dziewczynka snuła się po bazie ale nie wyszła w góry i nigdzie nie dotarła. Zabrał ją kolejny helikopter. Co gorsza zaczęła konfabulować na temat swej bardzo rozsądnej rezygnacji ze zdobycia góry. Umieszczała wpisy na twitterze, w których groziła sprawą sądową ludziom komentującym nieodpowiedzialne zachowanie jej ojca i podającym lęk przed ekstremalną wspinaczką jako prawdziwą przyczynę jej decyzji. Nikt nie robił jej z tego zresztą zarzutu, to bardzo rozsądne, że się bała i całe szczęście, że nie podjęła próby zdobycia góry. Pomijając niebezpieczeństwa wspinaczki, długie przebywanie na tej wysokości, to znaczy w warunkach silnego niedotlenienia mózgu mogło wyrządzić jej niepowetowane szkody. Jednak dziewczynka podobnie jak Greta chciała zbudować całe swoje życie eksploatując szum medialny wokół niedoszłego na szczęście wyczynu. Zbyt szybko dorosła do zakłamanego świata mediów i reklamy. 

Żeby nie było nieporozumień. Zupełnie czym innym jest zabieranie dzieci na wycieczki w górach niskich czy nawet na wyprawy trekkingowe. Pewien Rosjanin zasłynął udziałem w trekkingu do bazy pod Mount Everestem z czteroletnim synem. Podobno mały był zachwycony tą, w zasadzie bezpieczną przygodą.

Bardzo liczne są przypadki wpychania dzieci w świat filmu i reklamy. Zmuszanie ich do udziału w stresujących castingach, ondulowania włosów, malowania paznokci. Pół biedy jeżeli dziecko jest równie próżne jak jego rodzice i czerpie satysfakcję z ról w serialach oraz z ocierania się na planie filmowym o znanych aktorów. Zdarza się jednak, że dziecko nienawidzi tego procederu, nie przekonują go wysokie zarobki, chciałoby korzystać z przywilejów dzieciństwa.

Nadmierne ambicje rodziców przejawiają się również przeciążeniem dzieci dodatkowymi zajęciami, wymaganiem żeby brały udział w konkursach i olimpiadach. Znam przypadki dzieci. które od rana do wieczora uczestniczą w różnych kursach i treningach, które z angielskiego są wożone na konną jazdę, basen czy ściankę wspinaczkową. Każde z tych zajęć samo w sobie może być rozwijające ale nadmierna ich liczba powoduje, że dziecko czuje się w opresji. Szczególnym przypadkiem są tu szkoły muzyczne. Wiadomo, że naukę muzyki trzeba zaczynać bardzo wcześnie i nie osiągnie się wyników bez morderczych ćwiczeń, do których dziecko trzeba zmuszać. Znam przypadek młodego człowieka, wybitnie uzdolnionego, realizującego w szkole podstawowej program liceum w ramach tak zwanego home schooling, który zapytany przeze mnie kim chciałby zostać odpowiedział, że chciałby wreszcie być normalny. Wymusił na rodzicach odebranie papierów ze szkoły muzycznej oraz oddanie go do zwykłego liceum. Nie chce koncertować, brać udziału w olimpiadach i się wspinać. Oczywiście może się zdarzyć, że będzie miał potem pretensje do rodziców, że go nie zmusili choćby do kontynuowania kariery pianistycznej. 

Proceder wykorzystywania dzieci jest dostrzegany przez władze wielu krajów. W Nepalu można uczestniczyć w wyprawach dopiero powyżej 16 lat, a w Chinach po ukończeniu 18 lat. Te ograniczenia drażnią wszelakiej maści libertarian. W wielu krajach zakazane jest wykorzystywanie dzieci w reklamie. Powinno się zakazać wykorzystywania dzieci przede wszystkim w polityce.

Bp Athanasius Schneider: Synod o Synodalności podważa Bożą konstytucję Kościoła

Bp Athanasius Schneider: Synod o Synodalności podważa Bożą konstytucję Kościoła

#bp Athanasius Schneider #franciszek #herezje #Instrumentum Laboris #Kościół katolicki #Papież Franciszek #synod #synod o synodalności #synodalność

Synod o Synodalności podważa Bożą konstytucję Kościoła, objawione przez Boga prawo moralne, życie i misję Kościoła i apostolskie prawo celibatu w Kościele łacińskim. O niebezpieczeństwach zawartych w najnowszym dokumencie synodalnym z Watykanu pisze JE bp Athanasius Schneider. Portal PCh24.pl publikuje cały artykuł Biskupa.

***

Wiele pytań narosło wokół obecnego „procesu synodalnego” i stąd gwoli służby trzodzie Chrystusa chciałbym wskazać na kilka istotnych punktów Instrumentum laboris dla październikowej sesji Synodu o Synodalności. Ten „Dokument roboczy” czy też Instrumentum zdaje się podważać Boską konstytucję i apostolski charakter życia i misji Kościoła katolickiego, zastępując go wymyślonym „kościołem synodalnym”, inspirowanym głównie przez kategorie protestanckie, społeczne i antropocentryczne. Poniżej zwracam uwagę na kilka zasadniczych obszarów troski.

Podważona zostaje Boża konstytucja Kościoła

Autorytet biskupi zostaje podważony przez Instrumentum laboris na dwa zasadnicze sposoby. Po pierwsze, poprzez wezwanie do „większego zaangażowania wszystkich wiernych, a tym samym do «mniej wyłączającego» sprawowania funkcji biskupiej”1 (B 2.5, c) oraz poprzez wspieranie „rozeznawania we wspólnocie” (B 3.2, 7). Po drugie, poprzez czynienie autorytetu biskupa zależnym oraz odpowiedzialnym przed nie-hierarchicznymi ciałami doradczymi, co naśladuje instytucje świeckie (zob. B 3.3, 8).

Autorytet papieski zostaje podważony na dwa zasadnicze sposoby. Po pierwsze, poprzez sugestię, że „zbieżność kilku grup Kościołów lokalnych (synodów partykularnych, konferencji episkopatów itp.) w tej samej sprawie” powinna zobowiązywać „biskupa Rzymu do podjęcia jej w imieniu Kościoła powszechnego?” (B 3.4, c). Po drugie, poprzez sugerowanie, że „instytucje lokalne” w różnych regionach mogą „przyjmować inne podejście” niż biskup Rzymu, które on powinien akceptować (B 3.4)2.

Jednak następujące stwierdzenie Magisterium pozostaje w mocy: „Następca Piotra jest skałą, która przeciwstawiając się samowoli i konformizmowi gwarantuje bezwzględną wierność słowu Bożemu”3.

Hierarchiczna struktura Kościoła jest podważana przez dwuznaczne użycie słowa „posługa”, które jest niewłaściwie przypisywane zarówno wyświęconym jak i nie-wyświęconym, tak jak wówczas, gdy próbuje się „rozwijać w Kościele rozumienie służebności, która nie jest ograniczona do posługi święceń” (B 2.4, 6)4.

A jednak następujące stwierdzania Magisterium pozostają w mocy: „Trzeba stwierdzić, że język staje się niejasny, pogmatwany i stąd nie jest pomocy dla wyrażania doktryny wiary, jeżeli tylko, w jakikolwiek sposób, zamazana zostaje różnica «istnienia, a nie tylko stopnia» pomiędzy kapłaństwem chrzcielnym a kapłaństwem urzędowym”5. „Tylko w mocy sakramentu święceń [posługa] zyskuje pełnię i ukierunkowanie znaczenia, które tradycja zawsze jej przypisywała”6.

Hierarchiczna struktura Kościoła jest także podważana przez ustanawianie „moderatorów”, którzy będą „towarzyszyć wspólnotom… na wszystkich poziomach życia kościelnego” (pkt 42); a także czyniąc następujący priorytet: wezwanie do „do zajęcia się zagadnieniem udziału kobiet w zarządzaniu, podejmowaniu decyzji, misji i posługach na wszystkich poziomach Kościoła” (B 2.3, 3).

A jednak następujące stwierdzania Magisterium pozostają w mocy: „będzie również konieczne zapewnić, żeby na każdym poziomie – języka, nauczania, praktyki duszpasterskiej, decyzji administracyjnych – święta posługa była reprezentowana w swojej ontologicznej specyfice, która nie pozwala na podział czy niewłaściwe zastosowanie”7.

Jedność sakramentu święceń jest podważana przez „wzywanie” Kościoła do „rozważenia” wyświęcania kobiet do diakonatu: wezwanie „do ponownego rozważenia kwestii dostępu kobiet do diakonatu” (B 2.3, 4).

A jednak następujące stwierdzenie Magisterium pozostaje w mocy: „Kościół nie ma żadnej władzy udzielania święceń kapłańskich kobietom oraz że orzeczenie to powinno być przez wszystkich wiernych Kościoła uznane za ostateczne”8 oraz ponieważ sakrament święceń jest jeden, kobiety nie mogą w ogóle być sakramentalnie wyświęcane.

Objawione przez Boga prawo moralne jest podważane na trzy zasadnicze sposoby

Po pierwsze, chodzi o poważne luki w związku z nieobecnością jakiejkolwiek dyskusji o grzechu, Dziecięciu Przykazaniach oraz cnocie czystości.

Po drugie, pośrednio wspierany jest ruch LGBTQ, co wiąże się z promowaniem aktywności homoseksualnej oraz obecnej ogólnoświatowej totalitarnej „ideologii gender”. Instrumentum laboris ubolewa nad tymi, „którzy nie czują się przyjmowani w Kościele, jak… katolicy LGBTQ+” (B 1.2, a); oraz wzywa Kościół do przyjmowania tych osób, które „czują się wykluczone z Kościoła z powodu swojej uczuciowości i seksualności (np. … osoby LGBTQ+ itp.) (B 1.2, 6).

A jednak następujące stwierdzenia Magisterium pozostają w mocy: „Dla poparcia legalizacji związków homoseksualnych nie można przywoływać zasady szacunku i niedyskryminacji […]. Nieprzyznanie statusu społecznego i prawnego małżeństwa formom życia, które nie są i nie mogą być małżeńskimi, nie przeciwstawia się sprawiedliwości, ale przeciwnie, jest przez nią wymagane”9.

Po trzecie, promowana jest pośrednio niemoralność dotycząca małżeństwa, a to wówczas, gdy dokument ubolewa nad tymi, „którzy nie czują się przyjmowani w Kościele, jak rozwiedzeni i w powtórnych związkach, osoby w małżeństwach poligamicznych…” (B 1.2, a); a także gdy wzywa Kościół do przyjmowania tych osób, które „czują się wykluczone z Kościoła z powodu swojej uczuciowości i seksualności (np. rozwiedzeni w ponownych związkach, osoby w małżeństwach poligamicznych)” (B 1.2, 6).

A jednak następujące stwierdzenia Magisterium pozostają w mocy: „Gdy idzie o sferę seksualną, znamy jasne stanowisko, jakie [Jezus Chrystus] zajął w obronie nierozerwalności małżeństwa (zob. Mt 19, 3-9) oraz potępienie ogłoszone przeciwko zwykłemu cudzołóstwu serca (zob. Mt 5, 27-28)… [Czy] jest realistyczne wyobrażać sobie «permisywnego» Chrystusa w kwestii życia małżeńskiego, w obszarze aborcji, w sprawie relacji przedmałżeńskich, pozamałżeńskich, homoseksualnych? Z pewnością pierwotna wspólnota chrześcijańska, pouczona przez tych, którzy osobiście znali Chrystusa, nie była permisywna… liczne passusy w listach Pawłowych, które dotykają tych spraw (zob. Rz 1, 26ff.; 1 Kor 6, 9; Ga 5, 19)… z pewnością nie są pozbawione jasności oraz rygoru. A są to słowa inspirowane z góry. Pozostają normatywne dla Kościoła wszystkich czasów”10.

„Z tego powodu nie jest dozwolone udzielanie błogosławieństwa związkom, także stałym związkom partnerskim, które zakładają praktykowanie seksualności poza małżeństwem (czyli poza nierozerwalnym związkiem mężczyzny i kobiety, który sam w sobie jest otwarty na przekazywanie życia) […] błogosławieństwo związków homoseksualnych nie może być uznane za dozwolone, ponieważ w pewnym sensie stanowiłoby ono naśladowanie lub analogiczne odniesienie do błogosławieństwa zaślubin, wzywanego nad mężczyzną i kobietą, którzy jednoczą się w sakramencie małżeństwa, ponieważ „nie istnieje żadna podstawa do porównywania czy zakładania analogii, nawet dalekiej, między związkami homoseksualnymi a planem Bożym dotyczącym małżeństwa i rodziny”11.

Podważone są życie i misja Kościoła

Apostolski i nadprzyrodzony charakter życia i misji Kościoła jest podważany na trzy zasadnicze sposoby.

Po pierwsze, są poważne luki w postaci nieobecności dyskusji o adoracji Eucharystycznej, o Krzyżu Chrystusa, o wiecznym przeznaczeniu człowieka.

Po drugie, obecna jest zeświecczona biurokratyzacja Kościoła, promocja swoistej neopelagiańskiej herezji działania poprzez rozrost struktur i sesji spotkań, z takimi kluczowymi terminami jak „budowanie konsensusu” „podejmowanie decyzji”, używanymi tak, jakby Kościół był firmą opartą o ludzi.

Po trzecie, obecna jest subiektywistyczna „pentekostalizacja” życia Kościoła, a to wówczas, gdy przypisuje się niejasną jakość duchową taką jak „rozmowa w Duchu” (zob. pkt. 32-42), „wezwanie przez Ducha Świętego” czy „protagonizm Ducha” takim [działaniom] jak dialog między ludźmi, nieoficjalne modlitwy oraz wzajemna wymiana poglądów.

A jednak następujące stwierdzenia Magisterium pozostają w mocy: „Kościół «jest poprzez swoją własną naturę rzeczywistością odmienną od zwykłych stowarzyszeń ludzkich» i stąd «jest konieczne zapewnić, by mentalność i praktyka obecne w pewnych prądach kulturowych i socjopolitycznych naszych czasów nie były automatycznie przenoszone do samego Kościoła»”12.

Popełniane są też inne poważne szkody

Po pierwsze, podważane jest apostolskie prawo celibatu kapłańskiego w Kościele łacińskim, a to poprzez wezwanie do rozpoczęcia „refleksji nad możliwością rewizji, przynajmniej w niektórych obszarach, zasad dotyczących dostępu żonatych mężczyzn do prezbiteratu” (B 2.4, 9).

Po drugie, promuje się materialistyczną ideologię ekologii, nadając priorytet „trosce o wspólny dom” (pkt. 4) oraz poprzez twierdzenia, zgodnie z którymi „troska o wspólny dom wymaga wspólnego działania: rozwiązanie wielu problemów, takich jak zmiany klimatyczne, wymaga zaangażowania całej rodziny ludzkiej” (B 1.1, b).

A jednak następujące stwierdzenia Magisterium pozostają w mocy: „Jeśli nie szanuje się prawa do życia i do naturalnej śmierci, jeśli sztucznym czyni się poczęcie, ciążę i narodziny człowieka, jeśli poświęca się ludzkie embriony w celach badawczych, to w powszechnej świadomości w końcu gubi się pojęcie ekologii człowieka, a wraz z nim pojęcie ekologii środowiska. […] Obowiązki, jakie mamy względem środowiska, łączą się z obowiązkami, jakie mamy względem osoby jako takiej, i w jej relacjach z innymi”13.

Konkluzja

Instrumentum laboris na sesję Synodu o Synodalności w październiku 2023 roku istotowo promuje, jakkolwiek w bardziej wysublimowany sposób, te same heterodoksyjne idee, które proponuje niemiecka Droga Synodalna.

Zastępuje Jeden, Święty, Katolicki i Apostolski Kościół fantazją „kościoła synodalnego”, który jest światowy, biurokratyczny, antropocentryczny, neopelagiański oraz mętny w obszarze hierarchii i doktryny – wszystkie te cechy są przy tym maskowane pokrętnymi wyrażeniami, takimi jak „rozmowa w duchu”.

My jednak nie wierzymy w „kościół synodalny” – i nikt nie oddałby za niego życia. Wierzymy w Jeden, Święty, Katolicki i Apostolski Kościół, założony przez naszego Pana Jezusa Chrystusa. Jesteśmy wierni Jego niezmiennej Bożej prawdzie, za którą niezliczeni katoliccy męczennicy przelali krew.

29 czerwca 2023 roku, uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła

+ Athanasius Schneider, biskup pomocniczy archidiecezji Matki Bożej w Astanie

tłum. Pach

Przypisy:

1 Wszystkie cytaty z Instrumentum laboris za: https://episkopat.pl/wp-content/uploads/2023/06/POL_INSTRUMENTUM-LABORIS.pdf. 

2 W rozdziale B 3.4, do którego odwołuje się Biskup, pisze się o tym w podpunkcie „d”. Instrumentum laboris mówi jednak dosłownie nie o „innych podejściach” niż podejście biskupa Rzymu, ale o „różnych podejściach” pomiędzy instytucjami lokalnymi. Podpunkt „d” nie mówi też, że biskup Rzymu „powinien akceptować” te różne podejścia, ale stawia otwarte pytanie „jak biskup Rzymu ma wykonywać powierzoną sobie posługę jedności” w takich wypadkach. Dosłowny cytat: „W jaki sposób ma być sprawowana posługa jedności powierzona Biskupowi Rzymu, gdy organy lokalne przyjmują różne orientacje? Jakie jest miejsce na różnorodność orientacji między różnymi regionami?”. Tak samo jest w angielskiej wersji Instrumentum laboris. Wydaje się jednak, że pomimo drobnej nieścisłości intuicja Autora analizy jest słuszna. 

3 Cały cytat: „Tak jak wszyscy wierni Biskup Rzymu musi być uległy słowu Bożemu i wierze katolickiej, jest gwarantem posłuszeństwa Kościoła i — w tym znaczeniu — jest servus servorum. Nie podejmuje decyzji samowolnie, ale wyraża wolę Boga, który przemawia do człowieka w Piśmie Świętym, przeżywanym i interpretowanym przez Tradycję; innymi słowy, episkopé Prymatu ma granice, które wynikają z Bożego prawa i z nienaruszalnej boskiej konstytucji Kościoła, zawartej w Objawieniu(33). Następca Piotra jest skałą, która przeciwstawiając się samowoli i konformizmowi gwarantuje bezwzględną wierność słowu Bożemu: wynika z tego również charakter męczeński jego Prymatu, który obejmuje także osobiste świadectwo posłuszeństwa krzyżowi”. (Kongregacja Nauki Wiary, Prymat następcy Piotra w tajemnicy Kościoła, 31 października, 1998, pkt. 7). Tłum za: Vatican.va. 

4 Biskup odsyła również do punktów: B 2.2, a; B 2.2, c; B 2.2, d. We wszystkich zawarto chaotyczne użycie słowa „posługa” czy też „służebność”. 

5 Jan Paweł II, Discorso ai partecipanti all riunione promossa dalla Congregazione per il Clero, 22 kwietnia 1994. Tłum. własne. Tekst włoski: „Bisogna riconoscere che il linguaggio si fa incerto, confuso, e quindi non utile per esprimere la dottrina della fede, tutte le volte che, in qualsiasi maniera, si offusca la differenza “di essenza e non solo di grado” che intercorre tra il sacerdozio battesimale e il sacerdozio ordinato”. 

6 Tamże. Tekst włoski: „…solo in forza della Sacra Ordinazione esso ottiene quella pienezza e univocità di significato che la tradizione gli ha sempre attribuito”. 

7 Tamże. Tekst włoski: „Ma bisognerà anche garantire che ad ogni livello – nel linguaggio, nell’insegnamento, nella prassi pastorale, nelle scelte di governo – il sacro ministero sia presentato nella sua specificità ontologica, che non permette frammentazioni, né indebite appropriazioni”.

8 Jan Paweł II, Ordinatio sacerdotalis 4, tłum. za: https://opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/jan_pawel_ii/listy/ordinatio_sacerdotalis.html. 

9 Kongregacja Nauki Wiary, Uwagi dotyczące projektów legalizacji związków między osobami homoseksualnymi, czerwiec 2003. Tłum. za: Vatican.va. Pełny cytat: „Dla poparcia legalizacji związków homoseksualnych nie można przywoływać zasady szacunku i niedyskryminacji wobec każdej osoby. Bowiem czynienie różnic między osobami albo odmowa uznania prawnego czy przyznania pewnego świadczenia społecznego nie są dopuszczalne tylko wtedy, gdy pozostają w sprzeczności ze sprawiedliwością. Nieprzyznanie statusu społecznego i prawnego małżeństwa formom życia, które nie są i nie mogą być małżeńskimi, nie przeciwstawia się sprawiedliwości, ale przeciwnie, jest przez nią wymagane”. 

10 Jan Paweł II, Incontro con i giovani ad Amersfoort, Visita pastorale nei Paesi Bassi, 14 maja 1985. Tłum. własne. Włoski oryginał, nieco obszerniejszy niż passus cytowany przez biskupa: „In particolare, per quanto concerne la sfera sessuale, è nota la ferma posizione da lui presa in difesa dell’indissolubilità del matrimonio (cf. Mt 19, 3-9) e la condanna pronunciata anche nei confronti del semplice adulterio del cuore (cf. Mt 5, 27-28). E come non restare impressionati di fronte al precetto di “cavarsi l’occhio” o di “tagliarsi la mano” nel caso che tali membra siano occasione di “scandalo” (cf. Mt 5, 29-30)? Avendo questi precisi riferimenti evangelici, è realistico immaginare un Cristo “permissivo” nel campo della vita matrimoniale, in fatto di aborto, di rapporti sessuali prematrimoniali, extra-matrimoniali o omosessuali? Certo, permissiva non è stata la comunità cristiana primitiva, ammaestrata da coloro che avevano conosciuto personalmente il Cristo. Basti qui rimandare ai numerosi passi delle lettere paoline che toccano questa materia (cf. Rm 1, 26 ss; 1 Cor 6, 9; Gal 5, 19). Le parole dell’apostolo non mancano certo di chiarezza e di rigore. E sono parole ispirate dall’alto. Esse restano normative per la Chiesa di ogni tempo”.

11 Responsum ad dubium Kongregacji Nauki Wiary odnośnie udzielania błogosławieństwa związkom osób tej samej płci, luty 2021. Tłum. za: Vatican.va. Cytat wewnątrz cytatu za: Amoris laetitia, 251. 

12 Jan Paweł II, Discorso ai partecipanti… Tłum. własne. Włoski oryginał: „la Chiesa “è, per sua natura, una realtà diversa dalle semplici società umane” e che, pertanto, “è necessario affermare che non sono trasferibili automaticamente alla Chiesa stessa la mentalità e la prassi esistenti in alcune correnti culturali, socio-politiche del nostro tempo” (cf. Congr. Pro Clericis, Direttorio per il ministero e la vita dei Presbiteri, 17)”. 

13 Benedykt XVI, Caritas in veritate, 51. Tłum. za: Vatican.va. 

Europoseł Czarnecki: Polska wydała na pomoc uchodźcom z Ukrainy 10 miliardów euro. [I za to UE daje nam w dupę]

Europoseł Czarnecki: Polska wydała na pomoc uchodźcom z Ukrainy 10 miliardów euro

Roman Motoła


Polska wydała na pomoc uchodźcom z Ukrainy 10 miliardów euro, a otrzymała ze środków europejskich nieco ponad 200 milionów euro, co daje nieco ponad 100 euro na jednego uchodźcę. Tymczasem nowy pakt migracyjny proponuje karę 20 tysięcy euro za nieprzyjętego migranta. To bardzo dziwnie pojęta, „elastyczna” solidarność – powiedział europoseł PiS Ryszard Czarnecki na posiedzeniu komisji Parlamentu Europejskiego.

Podczas wspólnego posiedzenia Komisji Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych (LIBE), Rozwoju (DEVE) oraz Podkomisji Praw Człowieka (DROI) miała miejsce wymiana poglądów z okazji Światowego Dnia Uchodźcy. W dyskusji udział wziął europoseł PiS Ryszard Czarnecki.

Polityk mówił, że na przestrzeni dziewiętnastu lat jego pracy w PE problem migracji staje się coraz większym wyzwaniem. Jak stwierdził, największy kryzys uchodźczy w Europie to efekt inwazji Rosji na Ukrainę, podczas której 8 milionów ludzi z Ukrainy szukało schronienia w innych krajach, z czego największa liczba otrzymała pomoc w Polsce.

– Aż 80 procent Polaków zaangażowało się osobiście w tę pomoc przez przekazy finansowe, rzeczowe, zbiórki publiczne, działania pomocowe czy udostępnianie własnych mieszkań. Udało nam się stworzyć sytuację, w której nie ma obozów dla uchodźców z Ukrainy, bo mieszkają z Polakami lub w mieszkaniach, które są dla nich wynajęte. 190 tysięcy dzieci z Ukrainy korzysta bezpłatnie z polskiego systemu edukacji, a 1,5 mln Ukraińców uzyskało numer identyfikacyjny tak jak polscy obywatele i mogą korzystać z tych samych usług, świadczeń publicznych i socjalnych, co my – wymieniał.

Były wiceprzewodniczący PE zwrócił uwagę, że Polska wydała na ten cel 10 miliardów euro, a otrzymała ze środków europejskich nieco ponad 200 milionów euro, co daje nieco ponad 100 euro na jednego uchodźcę. – Tymczasem nowy pakt migracyjny proponuje karę 20 tysięcy euro za nieprzyjętego migranta. To bardzo dziwnie pojęta, „elastyczna” solidarność” – podkreślił Ryszard Czarnecki.

pap logo

Źródło: PAP (Łukasz Osiński)

https://pch24.pl/europosel-czarnecki-polska-wydala-na-pomoc-uchodzcom-z-ukrainy-10-miliardow-euro/

Maski spadają… – Niemcy spalą 755 milionów maseczek [namordników]

Termin ważności minął – Niemcy spalą 755 milionów maseczek przeciw koronawirusowi

dojchttps://dojczland.info/termin-waznosci-minal-niemcy-planuja-spalic-755-milionow-maseczek-przeciw-koronawirusowi/zland

Rząd federalny planuje spalić co najmniej 755 milionów masek ochronnych przeciw koronawirusowi, ponieważ minął już ich okres ważności. Według doniesień medialnych, koszty szacuje się na prawie siedem milionów euro.

Miliony masek do spalenia

Mnóstwo masek ochronnych przeciw Covid-19 z początku 2020 r. ma zostać zniszczonych, ponieważ minął ich termin ważności. Według raportu gazety „Die Welt”, sam rząd federalny planuje spalić co najmniej 660 milionów certyfikowanych masek chirurgicznych i około 95 milionów certyfikowanych masek FFP2.

Ministerstwo planuje obecnie „odzysk energii zgodnie z przepisami celnymi i przepisami dotyczącymi odpadów”, powiedział gazecie rzecznik Federalnego Ministerstwa Zdrowia. Przetarg na zewnętrzne firmy utylizacyjne ogłoszony przez federalnego ministra zdrowia, Karla Lauterbacha (SPD), trwał do końca maja. Według raportu, okres obowiązywania umowy wynosi 24 miesiące, a szacunkowa wartość zamówienia to prawie siedem milionów euro.

Masowa krytyka zbyt dużych zamówień

Politycy ostro skrytykowali projekt i byłego ministra zdrowia, Jensa Spahna (CDU), za którego kadencji maski zostały zakupione. „Kosztowne i zbyt duże zamówienia pod rządami byłego federalnego ministra zdrowia, Jensa Spahna, wymknęły się spod kontroli” – powiedział gazecie ekspert budżetowy FDP, Karsten Klein.

„Popełniono błędy, które nie mogą się powtórzyć”. Klein wezwał kraje związkowe do ustanowienia specjalnego systemu, aby „maski były przekazywane placówkom medycznym, zanim stracą termin przydatności do użycia”.

Opozycja wyraziła ostrą krytykę. „Masowe palenie masek przeciw Covid-19 przez Federalne Ministerstwo Zdrowia wystawia rządowi niemieckiemu jak najgorsze świadectwo” – skrytykowała Kathrin Vogler, rzeczniczka ds. polityki zdrowotnej z ramienia Lewicy.

Można było przewidzieć, że maski nie będą już używane w zbyt wielu obszarach po zakończeniu obowiązku ich stosowania. Obecny minister Lauterbach „powinien był zadbać o alternatywne rozwiązanie na czas i mógł przekazać maski na dużą skalę gabinetom lekarskim, szpitalom lub instytucjom dla osób niepełnosprawnych”, powiedziała Vogler. Placówki nie musiałyby już wtedy zamawiać własnych masek i mogłyby bezpłatnie chronić personel i pacjentów.

Kraje związkowe również planują zniszczenie zapasów

Jak dotąd Federalne Ministerstwo Zdrowia zniszczyło już maski na niewielką skalę, powiedział rzecznik „Die Welt”. „W Niemczech około dwóch milionów masek chirurgicznych i około miliona masek PfH zostało do tej pory poddanych recyklingowi energetycznemu” – powiedział. Maski PfH to maski FPP2 i tym podobne.

Z raportu wynika, że kraje związkowe planują również spalić miliony masek lub już to zrobiły. Dziesięć krajów związkowych stwierdziło, że spaliło łącznie 57,38 miliona masek lub planuje ich spalenie w najbliższej przyszłości.

Nadrenia Północna-Westfalia, Badenia-Wirtembergia, Saksonia, Meklemburgia-Pomorze Przednie, Brandenburgia i Nadrenia-Palatynat należą do krajów związkowych, które już spaliły maski ochronne. Z kolei Dolna Saksonia, Saksonia-Anhalt, Saara i Hesja mają już pewne plany.

Źródło: www.tagesschau.de

Wczoraj to była kampania wyborcza, a dzisiaj już WYBRAŁEŚ

Wybory

Umarł człowiek. Staje przed Świętym Piotrem, a ten mu mówi.

–  Mamy demokrację. Dlatego możesz zostać w niebie albo pójść do piekła. Twój wybór. Aby ci to ułatwić, tydzień spędzisz w piekle i tydzień w niebie, później podejmiesz decyzję.

Poszedł człowiek do piekła. Tam pełno znajomych, codziennie impreza, zabawy, wylegiwanie na plaży pod palmami. Piwko, drinki. Leżing i plażink. 

Po tygodniu kolej na niebo. Tutaj chóry anielskie, memento mori, ciągle umartwianie. Mało znajomych. Nuuudy. Po tygodniu Święty Piotr mówi: 

Gdzie chcesz być, w niebie czy w piekle? Tylko pamiętaj, że jest to decyzja ostateczna i nieodwołalna.

Człowiek odpowiada:

Wiesz Święty Piotrze, jednak w piekle jest fajniej. Dużo znajomych, imprezy, itp. Człowiek się nie nudzi.

I poszedł do piekła.

Tam już od wrót został przez diabły zakuty w kajdany. W piekle smród siarki, diabły gotują smołę, męczą dusze. Diabeł każe człowiekowi wybrać kocioł dla siebie. Ten zaskoczony mówi: 

Diable, jak to? Wczoraj było tu tak pięknie, imprezy, znajomi, luz bluz, a dzisiaj …?

Diabeł na to:

= Bo wczoraj to była kampania wyborcza, a dzisiaj już WYBRAŁEŚ.     

“Bandera to bandyta”. Wraca sprawa ataku na polską rodzinę za potępienie ukraińskiego zbrodniarza

https://wprawo.pl/bandera-to-bandyta-wraca-sprawa-ataku-na-polska-rodzine-za-potepienie-ukrainskiego-zbrodniarza/

“Bandera to bandyta”. Wraca sprawa ataku na polską rodzinę za potępienie ukraińskiego zbrodniarza

 cze 30, 2023

Stanisław Krajczewski, organizator Toruńskiego Marszu Wołyńskiego ujawnił, że to jego rodzina była bohaterem afery z 2019 roku. Służby chciały ograniczyć władzę rodzicielską jemu i jego małżonce za to, że 10-letni syn podczas kłótni z innym uczniem stwierdził, że „Bandera to bandyta”. Sprawę opisywaliśmy TUTAJ.

Chodzi o głośną sprawę z 2019 roku. 10-letni chłopiec podczas kłótni z rówieśnikiem w szkole powiedział, że „Bandera to bandyta”. W efekcie szkoła podstawowa nr 10 w Toruniu zgłosiła sprawę do sądu opiekuńczego.

– Uczeń na przerwie, zwrócił uwagę koledze narodowości ukraińskiej, który wychwalał S. Banderę, że w Polsce uważany jest on za bandytę. Szkoła zgłosiła sprawę do sądu opiekuńczego w Toruniu, stawiając polskiemu uczniowi zarzut nacjonalizmu – na Twitterze pisała adw. Magdalena Majkowska z Ordo Iuris.

Jak podkreśliła, „sama by nie uwierzyła”, że sytuacja jest prawdziwa, „gdyby nie to, że byłam dzisiaj na I rozprawie przed SR w Toruniu reprezentując rodziców polskiego chłopca”.
– Toczy się wobec nich postępowanie o ograniczenie władzy rodzicielskiej nad synem na skutek zawiadomienia szkoły – podkreśliła Majowska.

Ostatecznie, sprawa zakończyła się pomyślnie. Teraz, Stanisław Krajczewski, który drugi rok z rzędu organizuje Toruński Marsz Wołyński, wraz z żoną postanowił ujawnić, że sprawa dotyczyła jego rodziny.
– Ta sytuacja zatrzęsła naszą rodziną. Skutkiem jest udar mojej żony. Jest w bardzo złym stanie, bo doprowadziło to w pierwszej kolejności do załamania nerwowego. A teraz żona jest po udarze i po paraliżu lewej strony. Ma niedowład i lewej i prawej ręki – w programie Piotra Szlachtowicza we wRealu24 powiedział Stanisław Krajczewski. – Od września 2018-2019 nasz 10-letni syn Maciek został nazwany „Maćkiem” w mediach ze względów bezpieczeństwa. (…) Nasz syn miał potyczki słowne z chłopcem, który przyjechał z Ukrainy. Uczył się tam od września 2018. I dochodziło między nimi do kłótni, w których syn i symbolika, którą nosił, była szykanowana. Poniżana. Bluzy i koszulki patriotyczne z Polską Walczącą, symboliką narodową. Były opluwane przez młodego chłopca z Ukrainy – dodał. – Wielokrotnie zwracaliśmy uwagę wychowawcy syna, by poruszyć tę sprawę, spotkać się z rodzicami. By ktoś porozmawiał. By wychowawca tego chłopca z Ukrainy porozmawiał i wytłumaczył mu, kto to jest Bandera i kim jest w Polsce. I jak odbieramy tę postać. Chłopiec z Ukrainy bardzo obelżywie zwracał się w sprawie symboliki patriotycznej, polskiej. Że syn „nosi szmatę”, pluł – relacjonował Stanisław Krajczewski i zaznaczył, że w tej sprawie walczyli ze szkołą przez około rok. – Szkoła nie zrobiła nic – stwierdził. – Mało tego, szkoła wypierała się zaistniałej sytuacji. Że niby nie było z nami kontaktu. Wypierała się każdej podstawy, jaką wysuwaliśmy, na co posiadamy dowody w postaci dokumentacji, kserokopii, e-dzienniczka służącego do kontaktu z nauczycielami i dyrekcją szkoły – mówił Krajczewski.

Gość Piotra Szlachtowicza wskazał też na brata ukraińskiego ucznia, który przynosił do szkoły „sprej, zapalniczkę i nóż”.

– Słucham tego i mi lekko opada szczęka. To jeszcze Polska? – dopytał prowadzący rozmowę Piotr Szlachtowicz.
– No właśnie zastanawiamy się. Już dawno Polska nie jest Polską – gorzko stwierdził Stanisław Krajczewski.

Poniżej zamieszczamy całe nagranie, w którym Krajczewski opowiada o skandalicznej sytuacji z 2019 roku oraz o planowanej manifestacji upamiętniającej polskie ofiary ukraińskiego ludobójstwa z lat 1943-1947.

[w oryg. md]

LOTNICZE WOJNY WYBORCZE

https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/lotnicze-wojny-wyborcze,p1407416953

LOTNICZE WOJNY WYBORCZE

2023-06-30 Sławomir M. Kozak

Do prezydenckich wyborów w USA jeszcze prawie półtora roku, ale będą one z pewnością ciekawe. Oto, z ramienia Demokratów zamierza w nich startować członek klanu Kennedy’ch, Robert Francis junior, który domaga się ujawnienia dokumentów dotyczących okoliczności śmierci swego stryja, zamordowanego w 1963 r. amerykańskiego prezydenta Johna Kennedy’ego i ojca – prokuratora generalnego Stanów Zjednoczonych Roberta, który stracił życie w zamachu, w r. 1968. Miliony Amerykanów chciałyby poznać szczegóły tych zabójstw, stąd obecny kandydat może z pewnością liczyć na duże poparcie, już choćby dla tej sprawy.

Niewiele jednak osób pamięta już o pierwszym z rodu Kennedych, który również zginął tragicznie – śmiercią  lotnika. Był nim  Joseph Kennedy junior, brat obu polityków.

Porucznik Joseph Kennedy Junior, pilot Marynarki Wojennej USA, uczestnik inwazji w Normandii, poległ podczas jednej z misji w r. 1944 nad Suffolk we wschodniej Anglii, jako członek załogi samolotu BQ-8, zmodyfikowanej wersji bombowca B-24, będącego jedną z pierwszych, prymitywnych jeszcze wersji dzisiejszych dronów. Idea narodziła się w głowach sztabowców amerykańskiego lotnictwa wojskowego i, realizowana pod kryptonimem „Afrodyta”, miała wykorzystywać przebudowane bombowce B-17 do misji bezzałogowych. Wiemy, że w roku 1946 taki zdalnie sterowany prototyp drona oparty na płatowcu B-17 pokonał z sukcesem 4 000 km, co stanowiło wówczas rekord odległości lotu dla tego typu maszyny.

Podobne próby podejmowała Marynarka Wojenna, która przeprowadziła tylko dwie tego typu misje, w ramach tak zwanej operacji „Anvil” z zamysłem zwalczania silnie bronionych celów na japońskich wyspach Pacyfiku. Korzystając z okazji polecam swoją książkę „Requiem dla Amelii Earhart”, w której pisałem między innymi  o tym właśnie miejscu świata i ówczesnych operacjach wojennych. W tym przypadku Marynarka wykorzystywała wysłużone i wyeksploatowane B-24, które po usunięciu wyposażenia i opancerzenia wypełniano silnie wybuchowym materiałem Torpex. „Anvil” wykorzystywał dosyć skomplikowany system zdalnego sterowania. Obraz z kamery telewizyjnej drona był przesyłany do będącego w powietrzu innego samolotu typu B-17, który następnie wysyłał polecenia korekty kursu do przerobionego samolotu PV-1 Lockheed Ventura, który faktycznie sterował dronem. W rejonie Morza Północnego odbyły się dwie misje „Anvil”, obie nieudane. Załoga, po doprowadzeniu samolotu w rejon celu, powinna się po uzbrojeniu ładunku ewakuować. Podczas pierwszej z nich, samolot z materiałem wybuchowym eksplodował przedwcześnie i zabił obu pilotów, w tym pilota Kennedy’ego. Po drugiej, równie nieudanej misji, zrezygnowano z dalszych tego typu operacji. Przypomnę, że ojciec Josepha był w latach 1938-1940 ambasadorem Stanów Zjednoczonych w Londynie. Opowiadał się za polityką ustępstw wobec Niemiec i izolacjonizmem. Na rok przed wejściem Ameryki do wojny został z placówki odwołany, choć encyklopedie podają do dziś, że podał się do dymisji.

Jego rodzina doświadczała w każdym pokoleniu nagłych zgonów. W dniu pogrzebu najsławniejszego z rodu – prezydenta J. Fitzgeralda Kennedy’ego, jego syn, też John, kończył dokładnie 3 lata. Cały świat zobaczył wówczas poruszające ujęcie małego chłopca oddającego salut okrytej sztandarem trumnie przed katedrą św. Mateusza w Waszyngtonie. 35 lat później zginął w wypadku pilotowanego przez siebie samolotu Piper Saratoga u wybrzeża atlantyckiej  wyspy Martha’s Vineyard. Razem z nim zginęła jego żona oraz jej siostra. Wrak zlokalizowano po dwóch dniach, po kolejnych dwóch wydobyto zwłoki i poddano autopsji, w wyniku której stwierdzono, że śmierć całej trójki nastąpiła na skutek silnego uderzenia samolotu o wodę. Ciała błyskawicznie skremowano i już następnego dnia rano prochy rozsypano nad oceanem. Oficjalnie rozgłaszano wtedy pogląd, jakoby lot odbywający się nocą był wykonywany w niesprzyjających warunkach pogodowych, co według mojej wiedzy nie było prawdą, bo komunikaty meteo podawały „niebo bez chmur do wysokości 12 000 stóp, widzialność 10 mil”. 

Tymczasem, 4 czerwca tego roku, miał miejsce w USA niezwykły wypadek lotniczy. Mieszkańcy stolicy państwa, a także części stanów Maryland i Wirginia usłyszeli około 15ej grzmot, który wielu wystraszył. Jak się później okazało, był to odgłos wydawany przez myśliwce przekraczające barierę dźwięku. To niezbyt częste zjawisko w rejonie Waszyngtonu. Cóż się wydarzyło?

Z lotniska Elizabethton w stanie Tennessee, wystartował dwusilnikowy samolot typu Cessna Citation 560. Zmierzał na nowojorskie lotnisko MacArthur na Long Island, odległe o 930 kilometrów. Nie znamy jeszcze większości szczegółów, ale wiemy, że w miejscu, w którym powinien rozpocząć podejście do lądowania, zawrócił i zaczął lecieć w kierunku lotniska, z którego wystartował. A to oznaczało, że kierował się prosto na Waszyngton. Kiedy  Cessna zbliżała się do strefy ograniczonego ruchu lotniczego, jakim objęty jest rejon wokół stolicy, z tak zwanej bazy wspólnej Andrews wystartowała para dyżurna, czyli dwa samoloty F-16, żeby maszynę przechwycić, skierować poza rejon zastrzeżony i zmusić do lądowania. Podleciały do niej z dwóch stron, a prowadzący samolot myśliwski próbował wywołać pilota przez radio. Jako, że wezwanie to nie spotkało się z żadną reakcją, piloci wystrzelili flary, które miały zwrócić uwagę prowadzącego Cessnę na obecność wojskowych maszyn. Także to nie przyniosło żadnego efektu. Jeden z myśliwców zbliżył się do Cessny i pilot F-16 zauważył, że w kokpicie znajduje się pilot złożony wpół i nie dający oznak życia. Chwilę później Cessna niespodziewanie runęła w dół. Co ciekawe, policję powiadomiono o katastrofie dopiero pół godziny później, dokładnie o 16ej. Dotarcie do miejsca upadku samolotu zabrało ratownikom 4 kolejne godziny. Wypadku nikt nie przeżył. 

Na pokładzie, oprócz pilota, znajdowały się dwie kobiety i dziecko. Samolot był zarejestrowany na firmę Encore Motors z Melbourne, na Florydzie, której właścicielami są John i Barbara Rumpel. Po odwiedzinach w ich rodzinnym domu w  Tennessee, do Nowego Jorku samolotem wracała ich 49-letnia córka Adina Azarian ze swoją 2-letnią córeczką i nianią. Adina nie była związana z państwem Rumpel więzami krwi. Zaadoptowali ją, kiedy była już dorosłą kobietą. Prawdopodobnie wpływ na tę decyzję miała tragiczna śmierć ich córki Victorii, która w 1994 roku, w wieku 19 lat, utonęła podczas nurkowania. Upamiętnili jej imię kupując w roku 2004 11-piętrowy budynek, w którym uruchomili ośrodek dla seniorów, nazywając całość Victoria Landing. Czy takich ludzi, zdolnych do pięknych i wzruszających gestów dotknęło kolejne fatum? Ślepy los, który się na nich uwziął? Tego nie wiemy. 

Wiele wskazuje na to, że w samolocie wystąpiła dekompresja, która może doprowadzić do hipoksji, czyli niedoboru tlenu w organizmie, choć wydaje się to dziwne, żeby systemy ostrzegawcze zawiodły i pilot nie skorzystał z dostępnej w kabinie maski. A, być może mamy tu pierwszy efekt eksperymentów medycznych przeprowadzanych w ostatnich dwóch latach również na pilotach?

I tu kolejne pytanie – dlaczego w kokpicie nie było drugiego pilota? Tego typu samolot na ogół pilotują dwie osoby. I najdziwniejsze – z jakiego powodu samolot runął nagle w dół? Czy obawiano się, że samolot może kolejny raz zawrócić i przelecieć nad Białym Domem lub Kapitolem i postanowiono, że lepiej byłoby, gdyby się rozbił w  górzystym i zalesionym terenie odległym od skupisk ludzkich? Uważam, że nie można odrzucić takiej wersji zdarzeń. Państwo  Rumpel przyjaźnią się od lat z Donaldem Trumpem, na którego kampanię wyborczą łożyli  potężne środki. Nawiasem mówiąc – John Rumpel wspiera też gubernatora DeSantis – kolejnego politycznego przeciwnika obecnej administracji, a do tego wraz z żoną są szczególnie aktywnymi działaczami Narodowego Stowarzyszenia Strzeleckiego Ameryki, propagującego, jakże zwalczane obecnie w Stanach, prawo do posiadania broni palnej. Cóż, tragedia tej konkretnej rodziny szybko przestała być newsem w samej Ameryce, a u nas w ogóle niewiele osób ją odnotowało. 

Ale może to dlatego, że w zasadzie rozpoczęła się już w Polsce nieoficjalna jeszcze kampania wyborcza i mamy swoje własne lotnicze przypadki, które rozgrzewają tubylczą scenę polityczną. Oczywiście, na miarę naszych możliwości. Oto, tego samego dnia, 4 czerwca tego roku, nad głośnym już i licznym antyrządowym marszem tak zwanej opozycji, przeleciał samolot ciągnący banner z napisem „do Berlina”, co rozsierdziło polityków Platformy. W prasie pojawiły się zapowiedzi pociągnięcia nieprawomyślnego pilota do odpowiedzialności. Żeby było ciekawiej, dokładnie w tym samym czasie inny pilot, lecący śmigłowcem, wyrysował na warszawskim niebie mało przychylną, acz powszechnie znaną, ośmioliterową opinię na temat grupy trzymającej władzę. Cóż, wojna wyborcza dopiero się rozpędza, a skoro obie strony sięgają po siły powietrzne już na tym etapie, to finisz z pewnością będzie widowiskowy.

  Sławomir M. Kozak
www.oficyna-aurora.pl

„Protektor” diabelskiego komunizmu w Turkmenii. Kiedy takie „inteligentne miasto” pod Warszawą? Wielki soc- projekt.

„Protektor” diabelskiego komunizmu w Turkmenii. Kiedy takie „inteligentne miasto” pod Warszawą? Wielki soc- projekt.

„inteligentne-miasto”-kosztowalo-ponad-3-miliardy-dolarow/

Prezydent Turkmenistanu Serdar Berdymuhamedow oficjalnie zainaugurował w czwartek ogromną, wielomiliardową inwestycję okrzykniętą pierwszym „inteligentnym miastem” w kraju i nazwaną na cześć ojca prezydenta, który ustanowił wszechobecny kult jednostki, gdy przez kilkanaście lat sprawował władzę.

Miasto zaprojektowane dla 73 000 osób nosi nazwę Arkadag (Protektor) – to tytuł używany przez byłego prezydenta Gurbangułę Berdymuhamedowa, który rządził krajem przez ponad 15 lat i w 2022 roku został zastąpiony przez swojego syna Serdara.

Ceremonia otwarcia obejmowała m.in. teatralny korowód lokalnych robotników śpiewających pieśni patriotyczne na cześć imiennika miasta. W mieście znajduje się m.in. pomnik ulubionego konia byłego prezydenta, który ustanowił rekord Guinnessa w biegu na 10 metrów na tylnych nogach.

Budowa nowego miasta kosztowała 3,3 miliarda dolarów, ale władze planują wydać jeszcze tyle samo w ciągu najbliższych kilku lat na udoskonalenie tego miejsca.

W Arkadagu wszystkie budynki są białe, a wszystkie bloki mieszkalne mają siedem pięter. Dozwolone jest używanie tam tylko pojazdów elektrycznych, a docelowo miasto ma być zasilane energią słoneczną i mieć „inteligentne” domy, którymi mieszkańcy będą mogli sterować za pomocą swoich smartfonów.

Miasto zostało zbudowane w pobliżu rodzinnej wioski byłego prezydenta w południowym Turkmenistanie, ok. 30 kilometrów na południe od stolicy Aszchabadu.

Od czasu uzyskania niepodległości od Związku Radzieckiego w 1991 r. Turkmenistan jest rządzony przez autorytarny reżim, który nie dopuszcza do głosu opozycji i ma bardzo ograniczone relacje z zagranicą. [ładny dowcip: przecież robią to pod dyktando !! MD]

Zarówno Gurbanguła Berdymuhamedow, jak i jego poprzednik Saparmurat Nijazow rozwinęli „kult jednostki” [hi, hi… md] , a gospodarka kraju w przeważającej mierze jest zależna od ogromnych rezerw gazu ziemnego.[nu, sam widzisz… md]

ŹRÓDŁO: PAP

Pokonali pandemię Bogiem, pracą i odpornością stada! Amisze nie przestrzegali żadnych wytycznych. Ich śmiertelność na kowid jest 90-krotnie niższa niż reszty Amerykanów !

Pokonali pandemię Bogiem, pracą i odpornością stada! Amisze nie przestrzegali żadnych wytycznych. Ich śmiertelność jest 90-krotnie niższa niż reszty Amerykanów!

„Istnieją trzy rzeczy, których amisze nie lubią: Rząd; nie zaangażują się w politykę. Państwowy system edukacji; nie poślą swoich dzieci do szkoły. Państwowa służba zdrowia, zdzierają z nas wszystko”.

KAMIL OSIĘGLEWSKIJUN 29
 
SHARE

Według najnowszego raportu, społeczność Amiszów w Lancaster w Pensylwanii nie zauważyła żadnej pandemii, pomimo odmowy przyjęcia wielu środków bezpieczeństwa, które przedstawiano jako konieczne.



Kiedy karmione telewizyjną propagandą owce trzęsły portkami, prócz rozsianych po świecie wolnościowców jedna grupa religijna postanowiła masowo nie umierać na najniebezpieczniejszego wirusa XXI wieku.

Mało tego, postanowiła się nie szczepić, nie nosić maseczek, nie przestrzegać dystansu społecznego, ani nie wprowadziła lockdownu.

Istnieją trzy rzeczy, których amisze nie lubią: Rząd; nie zaangażują się w politykę. Państwowy system edukacji; nie poślą swoich dzieci do szkoły. Państwowa służba zdrowia. Zdzierają z nas wszystko. Te trzy rzeczy są przecież częścią tego, czym jest COVID. (…) Mamy odporność stada i nie obchodzi nas, co mówią inni. Uważamy, że zrobiliśmy to, co powinniśmy byli zrobić”.

NOWY WSPANIAŁY ŚWIAT jest publikacją wspieraną przez czytelników. Aby otrzymywać nowe posty i wspierać moją pracę, rozważ zostanie darmowym lub płatnym subskrybentem.

Amisze

Amisze są znani z prostego życia, prostego ubioru, chrześcijańskiego pacyfizmu i powolności w przyjmowaniu wielu udogodnień nowoczesnej technologii. Prowadzą pełne samowystarczalne życie.

Cenią życie na wsi, pracę fizyczną, pokorę, a wszystko to pod auspicjami życia tym, co interpretują jako Słowo Boże.

Aby prowadzić „cnotliwe” życie, wielu członków grupy powstrzymuje się od prowadzenia pojazdów i korzystania z energii elektrycznej.

I to proste życie obnażyło kłamstwo pandemiczne.

Trzy rzeczy, które definiują ’COVID’

W swoim magazynie informacyjnym „Full Measure” dziennikarka śledcza, Sharyl Attkisson, udała się do hrabstwa Lancaster, znanego z dużej populacji Amiszów, aby porozmawiać z miejscowymi o tym, jak radzili sobie z pandemią.

Amisz-menonicka Calvin Lapp, z którym rozmawiała, wyjaśnił – Istnieją trzy rzeczy, których amisze nie lubią: Rząd; nie zaangażują się w politykę. Państwowy system edukacji; nie poślą swoich dzieci do szkoły. Państwowa służba zdrowia. „Te trzy rzeczy są przecież częścią tego, czym jest COVID” – powiedział.

Własny sposób na wirusa

Attkisson zauważyła, że po krótkim przestoju w zeszłym roku amisze wybrali wyjątkową ścieżkę, która doprowadziła do przebicia się przez zagrożenie COVID-19 z prędkością światła.

Wspólnota zebrała się na uroczystości religijnej w maju 2020 r., podczas której wszyscy przyjęli komunię.

– Nalewamy wino do kubka i pijemy z kielicha na zmianę. Więc idziesz całą kolejkę i wszyscy piją z tego kubka, więc jeśli jedna osoba ma koronawirusa, reszta kościoła dostanie koronawirusa – wyjaśnił Lapp.

Chociaż przyznał, że „wszyscy mają koronawirusa”, Lapp bronił podejścia społeczności.

Bezczynność gorsza niż śmierć

– Zaprzestanie pracy to gorsza rzecz niż śmierć. Zrobić lockdown i powiedzieć, że nie możemy chodzić do kościoła, nie możemy spotykać się z rodziną, nie możemy widywać starszych w szpitalu, że musimy rzucić pracę… to jest całkowicie wbrew wszystkiemu, w co wierzymy – skwitował Lapp.

Około rok po wybuchu pandemii koronawirusa w USA krajowe serwisy informacyjne w tym The Associated Press poinformowały, że społeczność amiszów hrabstwa Lancaster osiągnęła odporność stadną, co oznacza, że ​​duża część populacji została zarażona COVID- 19 i stała się odporna.

Jednak trudno jest znaleźć dokładne dane, ponieważ amisze wahali się, czy nagłaśniać przypadki koronawirusa w swojej społeczności.

Odmowa hospitalizacji za cenę wolności

Steve Nolt, badacz kultury amiszów i menonitów, powiedział Sharyl Attkisson:

– Amisze odmówili pójścia do szpitala, nawet gdy byli bardzo chorzy, ponieważ gdyby tam poszli, nie byliby w stanie przyjmować gości, a ważniejsze było być chorym, nawet bardzo chorym, w domu i mieć możliwość posiadania kilku ludzi wokół siebie, niż iść do szpitala i być odizolowanym.

Nolt dodał, że nawet ci, którzy wierzyli, że mają COVID, zwykle nie poddawani byli testom.

Ich podejście zwykle brzmiało: „Jestem chory, to wiem, że jestem chory, nie trzeba, aby ktoś inny mówił mi, że jestem chory”.

Była też obawa, że ​​jeśli uzyskają pozytywny wynik testu, mogą zostać zmuszeni do radykalnego ograniczenia tego, co robią w sposób, który może być dla nich niewygodny.

– Nie ma dowodów na więcej zgonów wśród Amiszów niż w miejscach, które były szczelnie zamknięte. Niektórzy twierdzą, że było ich tu mniej – utrzymywała Attkisson.

Szczepienia

Dziennikarka nie mogła była pominąć najważniejszego tematu związanego z pandemią i umieralnością.

– Czy większość społeczeństwa Amiszów, albo chociaż dorośli, wzięli szczepionkę przeciwko koronawirusowi? – spytała Steve’a Noltona.

Badacz nie był w stanie odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ, jak przyznał – Nie mamy żadnych danych na ten temat. 

Podzielił się za to swoją opinią, że uważa, iż procent zaszczepionych jest oczywiście relatywnie niski.

– Naturalnie, cieszymy się, że większość Anglików wzięła szczepionki na koronawirusa, ponieważ teraz możemy chodzić bez masek i robić, co chcemy. Także, dobry ruch, dziękujemy i doceniamy to.

– My? Nie, my nie bierzemy szczepionek. Mieliśmy COVID, więc po co mamy się szczepić? – kontynuował, kwitując Calvin Lapp.

Potężne zyski podczas pandemii

Lapp podkreślił, że brak przedłużonego lockdownu oznaczał, że amisze „zarobili więcej pieniędzy w ostatnim roku niż kiedykolwiek”, ponieważ reszta kraju doświadczyła trudności gospodarczych z powodu lockdownu właśnie.

– Krąży u nas taki żart, że kiedy wszyscy inni się zatrzymali, po czym zaczęli chodzić, my biegaliśmy. 

Wspominając rok 2020, określił go jako „nasz najlepszy rok w historii”.

– To był nasz najlepszy rok. Nigdy tyle w życiu nie zarobiliśmy.

Na koniec podsumował podejście licznej grupy religijnej, żyjącej w stanie Pensylwania:

– Mamy odporność stada i nie obchodzi nas, co mówią inni. Uważamy, że zrobiliśmy to, co powinniśmy byli zrobić – dodał na koniec.

Całość nagrania dostępna poniżej:

Śmiertelność 90 razy niższa niż reszty Amerykanów

Stive Kirsch zeznał przed senatem stanu Pensylwania, że Amisze umierali na COVID w tempie 90 razy niższym niż reszta Ameryki. 

„Dokonałem obliczeń” Biorąc pod uwagę śmierć pięciu Amiszów w Lancaster Country w Pensylwanii, „Amisze umierali w tempie 90 razy niższym niż wskaźnik śmiertelności z powodu infekcji w Stanach Zjednoczonych Ameryki”.

„Jak to możliwe?” spytał. „Jest to możliwe, ponieważ Amisze nie są szczepieni. I dlatego, że Amisze nie przestrzegali ani jednej wytycznej CDC” – odpowiedział.

Nie robili lockdownów. Nie nosili masek. Nie zachowywali dystansu społecznego, nie szczepili się, a w społeczności Amiszów nie było nakazu szczepienia. Zasadniczo zignorowali każdą wytyczną, którą przekazało nam CDC. Ignorowanie tych wytycznych oznaczało śmiertelność 90 razy niższą niż w pozostałej części Ameryki”.

Globaliści i Rosja – dwa oblicza Szatana? Lewiatan a Bafomet

Globaliści i Rosja dwa oblicza Szatana?

“Masoneria polska 2023. Ostatni etap” – nowa książka Stanisława Krajskiego, str. 303

Abp Carlo Maria Viganó podsumowując w swoim przesłaniu charakterystykę i ocenę zachodniego globalizmu pisze: „Ten Lewiatan musi zostać nazwany i zwalczony poprzez wspólne działanie wszystkich wolnych narodów”. Dlaczego właśnie Lewiatan? Może to przypadek? Może to tylko takie biblijne skojarzenie Arcybiskupa, bo, choćby w „Psalmach” pojawia się Lewiatan jako potwór morski, a globaliści (USA) są „za morzem”?

W tekstach Dugina imię Lewiatan pojawia się często i to z reguły w sąsiedztwie imienia Behemot.

I tak np. w jego tekście pt. „W obliczu wojny”, w którym USA nazywa „Morzem”, a Rosję „Lądem” czytamy:

„Po roku 1991 Morze skutecznie wypiera Ląd, Lewiatan spycha do defensywy Behemota” (M. Dugin, Manifest Wielkiego Przebudzenia i pisma czasu wojny, s. 86).

Już z polskojęzycznej Wikipedii dowiadujemy się, że: „Według twórcy Kościoła Szatana, Antona Szandora LaVeya, Lewiatan symbolizuje żywioł wody (łączący się z Życiem i stworzeniem) oraz kierunek zachodni. W biblii satanistycznej jest on wymieniany jako jeden z Czterech Koronnych Książąt Piekieł (co zostało zainspirowane przez treść XV-wiecznej Księgę Świętej Magii Abramelina Maga).

Kościół Szatana używa także pentagramu Bafometa, na którego rogach widnieją litery hebrajskie. Zaczynając od najniższego z nich i posuwając się przeciwnie z ruchem wskazówek zegara (w hebrajskim czyta się wspak), litery układają się w słowo (LVIThN), czyli Lewiatan”.

Czy Bafomet i Behemot to jest to samo? Z satanistycznego wykazu demonów dowiadujemy się, że „Bafomet był demonem czczonym najczęściej przez satanistów. Był antychrześcijańskim bóstwem, wyznawanym najpierw przez Templariuszy. Przedstawiano go jako ogromnego kozła z rogami, z kobiecymi piersiami, o skrzyżowanych kopytach”.

– Z tego wykazu dowiadujemy się też, że „Behemot, słoń o łapach niedźwiedzia, zasiada w Piekle jako podczaszy i opiekuje się obżarstwem. W religii hebrajskiej utożsamiany z Szatanem”.

Rysunek przedstawiający Behemota, Lewiatana i Ziza

==========================

A tak przy okazji wykaz ten podaje, że: „Lewiatan był potworem morskim i złym smokiem. Jest odpowiednikiem Behemota – demona lądowego. Stworzony piątego dnia stworzenia. W kabale utożsamiany jest z Samaelem, królem piekła oraz powiązany z Szatanem. W okultyzmie Lewiatan zachęca do niewierności”.

W polskojęzycznej Wikipedii czytamy pod hasłem „Behemot: „Przez Augustyna z Hippony utożsamiany był z diabłem (O Państwie Bożym, XI,15)”. A tak przy okazji, imię Behemota nosi w „Mistrzu i Małgorzacie” Bułhakowa jeden z członków świty Szatana występujący pod postacią kota, mogącego zamieniać się w człowieka.

I jeszcze ciekawa informacja z „Bestariusza Wiki” (wykazu demonów i innych bestii): „Według midraszu (komentarza rabinicznego – dop. S. K.) niemożliwym jest pokonanie go (Behemota – dop. S. K.) przez kogokolwiek, za wyjątkiem jego twórcy – w tym wypadku Jahwe.

Późniejsza tradycja żydowska głosi, że „zostanie złożony ludziom na Końcu Świata i spożyty, razem z Lewiatanem i Zizem. Opisuje także walkę, którą stoczą pomiędzy sobą Behemot i Lewiatan, ale końcem końców i tak obaj zostaną pokonani mieczem przez swojego stwórcę”.

Tak więc, nie ma co do tego wątpliwości, Lewiatan i Behemot, według tradycji tak satanistycznej jak i judaistycznej, to dwa demony ze świty Szatana, które walczą ze sobą o Władzę.

Co takiego twierdzi zatem Dugin? W zasadzie mówi prawie wprost: tak USA jak i Rosja rządzone są przez demony i walka pomiędzy nimi nie jest walką zła z dobrem tylko walką dwóch postaci zła. Warto dopowiedzieć jeszcze: walczą ze sobą o władzę nad światem dwa odłamy masonerii, a za każdym z nich stoi demon. No i oczywiście, ostatecznie oba odłamy masonerii i oba demony przegrają.

Wygra Jezus Chrystus i ci, którzy przy Nim będą.

Jak Dugin kusi przeciwników globalizmu

Jak Dugin kusi przeciwników globalizmu

“Masoneria polska 2023. Ostatni etap” – nowa książka Stanisława Krajskiego, str. 302

Dugin w swoim „Manifeście Wielkiego Przebudzenia” (i wielu innych tekstach) kusi zachodnich przeciwników globalizmu (wcześniej pisał o masonerii, teraz na określenie tego samego używa terminu „globalizm”) namawiając ich do przystąpienia do jego „frontu”. Gdy charakteryzuje globalizm, trudno się z nim nie zgodzić, choć zastrzeżenia niektórych może budzić jego niewyparzony język.

W jednym z tekstów pisze: „Współczesny Zachód, gdzie triumfują Rothschild, Soros, Schwab, Bill Gates i Zuckerberg, jest najbardziej obrzydliwa rzeczą w historii świata. To już nie jest zachód grecko-romańskiej kultury śródziemnomorskiej, ani chrześcijańskie średniowiecze, ani gwałtowny i sprzeczny XX wiek. To cmentarz toksycznych odpadów cywilizacji, to antycywilizacja”.

W „Manifeście Wielkiego Przebudzenia” Dugin dokonuje szczegółowej charakterystyki tego, co dzieje się na Zachodzie uwypuklając te działania „globalistów” i wynikające z nich fakty i zjawiska, które ja opisuję dokładnie tak samo jako działania masonerii oraz fakty i zjawiska z nich wynikające.

Do tej charakterystyki trudno mieć jakieś zastrzeżenia, ukazuje ona faktyczny obraz sytuacji, przygotowań do Wielkiego Resetu i niektórych cech świata po nim. Podsumowując stwierdza zaś: „Koniec końców, władza globalistów opera się na sugestii i czarnej magii. (…) I w końcu Wielki Reset ogłosiła garstka zdegenerowanych i ledwie dyszących globalistycznych staruszków bliskich stanu demencji (Biden, pomarszczony łajdak Soros i spasiony Burger Schwab) oraz marginalne męty mające ilustrować możliwość oszałamiającej kariery otwarta dla każdego zera.. Faktycznie pracują dla nich giełdy i drukarki pieniędzy, złodzieje z Wall Street i narkomani – wynalazcy z Doliny Krzemowej. Mają do dyspozycji zdyscyplinowanych funkcjonariuszy wywiadu i posłusznych generałów armii”.

Gdy te partie „Manifestu Wielkiego Przebudzenia” przeczyta konserwatywny katolik, zdecydowany prawicowiec, zadeklarowany patriota jak i antyglobalistyczny lewak, wszyscy zgodnie stwierdza: „Dobrze mówi”.

Karierowicz – Orkiestra – Niedzielski już przygotowany na rządy Platformy ?

Karierowicz – Orkiestra Niedzielski już przygotowany na rządy Platformy ?

Chatar Leon 29-06-2023 karierowicz-niedzielski-juz-przygotowane-narzady

Czyżby już myślał o kolejnej fusze na wypadek zwycięstwa totalniaków?
Parę dni temu minister Niedzielski zamieścił na Twitterze wpis (link is external), który dość wyraźnie wpisuje się w lewicowo liberalną tendencję do otwarcia w Polsce drogi do przyzwolenia na wykonywanie aborcji na życzenie.
„Każda kobieta w tym kraju, w przypadku zagrożenia zdrowia lub życia ma prawo do przerwania ciąży. Te dwa warunki powinny być traktowane rozłącznie. Zdrowie jest szeroko definiowane. Chodzi zarówno o zdrowie fizyczne, jak i psychiczne.”
Mówiąc po ludzku i wprost: Jeżeli Szanowną Panią stresuje ciąża (ciekawe, czy może nie stresować?) to jest ona tym samym dla Szanownej Pani zagrożeniem dla zdrowia psychicznego, a zatem zapraszamy na aborcję.

Na sprawę zwrócili m.in. uwagę nieoceniony Jerzy Karwelis, autor bloga Dziennik zarazy [Niedzielski – minister wcale nie „jednej choroby”. Tak rozszerzona praktyka dozwolonych przyczyn aborcji stanowi właściwie wprowadzenie aborcji na życzenie.] oraz dr Paweł Basiukiewicz, który podaje także interesujące dane [Mordedrczynie swych dzieci: “Bo psycha mi wysiada…” ] z Wielkiej Brytanii, gdzie „zdrowie psychiczne” stało się pretekstem wręcz masowej likwidacji istnień ludzkich na etapie prenatalnym. Otóż w 2021 roku niemal wszystkie aborcje zostały dokonane tam z powodu „domniemanego zagrożenia dla zdrowia psychicznego matki”.
„98% wszystkich aborcji (209 939) zostało przeprowadzonych w następującym wskazaniu: „ciąża NIE przekroczyła 24 tygodnia i kontynuacja ciąży wiązałaby się z większym niż w przypadku przerwania ciąży ryzykiem uszczerbku na zdrowiu fizycznym lub psychicznym ciężarnej.”

99,9% z spośród wymienionych wyżej 98% zostało przeprowadzonych na podstawie domniemanego zagrożenia dla zdrowia psychicznego matki (ICD10: F99 – zaburzenie psychiczne inaczej nieokreślone).”

Karierowicz Niedzielski, choć na tę chwile otrzymał już biorące miejsce na listach wyborczych PiS, myśli, jak widać, perspektywicznie. Swoją drogą plątać po instytucjach rządowych zaczęło się toto w czasach Włodzimierza Cimoszewicza w 1996.

Ale w tym miejscu oddajmy głos z kolei blogerowi Matce Kurce, który na swoim blogu Kontrowersje.net (link is external)krótko opisał karierę tej postaci:
„Poniżej przedstawiam CV Adama Niedzielskiego i z puszczoną szczęką oświadczam, że czegoś takiego dawno nie widziałem, aby ekspert rządowy pasował do wszystkich rządów, w tak wielu departamentach i spółkach państwowych. Wydaje mi się, że to absolutny rekord i polecam lekturę najwyższej uwadze, ponieważ robi gigantyczne wrażenie
Adam Niedzielski karierę zaczął za czasów rządów Włodzimierza Cimoszewicza, w 1996 roku trafił do Departamentu Polityki Finansowej i Analiz Ministerstwa Finansów, gdzie zajmował się analizą makroekonomiczną i długiem publicznym. Stanowisko utrzymał przez dwa lata, a od 1997 roku jego szefem był Jerzy Buzek. Od 1998 roku kariera Niedzielskiego nabrała wyjątkowego tempa i człowiek orkiestra okazał się niezbędny na kilku stanowiskach jednocześnie. Pracował w Instytucie Badań nad Gospodarką Rynkową (1998–2004), w Katedrze Teorii Ekonomii i Polityki Wyższej Szkole Handlu i Finansów Międzynarodowych (1999–2007), a w latach 2002–2007 był doradcą ekonomicznym w Najwyższej Izbie Kontroli, gdzie prowadził analizy dotyczące kontroli finansowych i wykonania budżetu państwa. Wszystko to działo się za kolejnych rządów: Jerzego Buzka, Leszka Millera, Marka Belki, Kazimierza Marcinkiewicza, Jarosława Kaczyńskiego. Gdy nastały światłe rządy Donalda Tuska, wszędobylski Adam Niedzielski trafił do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, gdzie do 2013 roku był dyrektorem Departamentu Finansów Zakładu oraz Departamentu Kontrolingu.
W 2016 roku, premierem Polski była Beta Szydło, a ministrem sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, wówczas nasz bohater Adam Niedzielski został dyrektorem Departamentu Strategii i Deregulacji oraz Departamentu Strategii i Funduszy Europejskich w Ministerstwie Sprawiedliwości. W tym samym roku nastąpił spektakularny powrót Niedzielskiego do ZUS, na początek w roli doradcy prezesa tej instytucji, ale już 23 listopada został dyrektorem generalnym w Ministerstwie Finansów. 12 lipca 2018, za rządów Mateusza Morawieckiego, minister zdrowia Łukasz Szumowski, powołał Adama Niedzielskiego na wiceprezesa Narodowego Funduszu Zdrowia. 18 lipca 2019 ten sam Łukasz Szumowski, tego samego Adama Niedzielskiego awansował na pełniącego obowiązki prezesa NFZ, by 10 października uczynić prezesem. Wreszcie 20 sierpnia 2020 roku, Leonardo da Vinci naszych czasów, na mocy decyzji Mateusz Morawieckiego, został ministrem zdrowia i na tym stanowisku, niestety, zasiada do dziś.
Jak widać z przedstawionego CV, genialny człowiek, niezastąpiony od 24 lat, kolejno przetrwał rządy: Włodzimierza Cimoszewicza, Jerzego Buzka, Leszka Millera, Marka Belki, Kazimierza Marcinkiewicza, Jarosława Kaczyńskiego, Donalda Tuska, Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego. W tym czasie Niedzielski był ekspertem: NIK, ZUS, PZU, NFZ, Ministerstwa Sprawiedliwości i Ministerstwa Zdrowia. Skoro już wiemy z jaką wybitną postacią mamy do czynienia to pora sobie odświeżyć pamięć i przypomnieć, jakie to spektakularne sukcesy odniosły instytucje, w których przez lata pracował Niedzielski? Która z jego „strategii”, bo on zawsze był od analizy i strategii, doprowadziła do fantastycznego funkcjonowania ZUS albo NFZ? A może jakakolwiek próba wysilania pamięci, to czysty masochizm, ponieważ gołym okiem widać, że mamy do czynienia z pospolitym karierowiczem od wszystkiego i niczego, który z zawodu jest dyrektorem? O ile przyjmiemy do wiadomości tę oczywistą recenzję, to musimy zdać sobie sprawę, że ostatnim etapem kariery Niedzielskiego jest Ministerstwo Zdrowia i w tym przypadku jego ignorancja oraz kabotyństwo masowo zabijają ludzi!”

Co do mnie, uprzejmie wyjaśniam, że postać Niedzielskiego (obok podobnych zresztą innych „niezatapialnych” tego rodzaju indywiduów w rządzie Morawieckiego) jest dla mnie jedną z głównych przyczyn, dla których nie zamierzam już głosować na PiS w nadchodzących wyborach.

Niedzielski – minister wcale nie „jednej choroby”. Tak rozszerzona praktyka dozwolonych przyczyn aborcji stanowi właściwie wprowadzenie aborcji na życzenie.

Niedzielski – minister wcale nie „jednej choroby”.

Tak rozszerzona praktyka dozwolonych przyczyn aborcji stanowi właściwie wprowadzenie aborcji na życzenie.

niedzielski-minister-wcale-nie-jednej-choroby

łaściwie przeleciało to bez echa. No, coś tam ktoś zauważył, ale rabanu nie było. Nie piszę tego aby wskazać na siebie jako źródło wytropienia tej rewelacji, bo chociażby niezastąpiony doktor Basiukiewicz mnie uprzedził, ale przydałoby się tu więcej uwagi.

Otóż minister Niedzielski, minister bądź co bądź prawicowego rządu, ba – kandydat na posła z ramienia PiS-u, ostatnio wykazał się dość niecodzienną wypowiedzią. Zacytujmy: „Każda kobieta w tym kraju, w przypadku zagrożenia zdrowia lub życia ma prawo do przerwania ciąży. Te dwa warunki powinny być traktowane rozłącznie. Zdrowie jest szeroko definiowane. Chodzi zarówno o zdrowie fizyczne, jak i psychiczne.” Niby nic, a jednak.

Właśnie ostatnio zwrócił na to uwagę doktor Basiukiewicz, na przykładzie Wielkiej Brytanii. Tam dokonano w roku 2021 214.256 aborcji (rekord), z czego „98% wszystkich aborcji (209.939) zostało przeprowadzonych w następującym wskazaniu: ‘ciąża NIE przekroczyła 24 tygodnia i kontynuacja ciąży wiązałaby się z większym niż w przypadku przerwania ciąży ryzykiem uszczerbku na zdrowiu fizycznym lub psychicznym ciężarnej, z czego 99,9% z spośród wymienionych wyżej 98% [aborcji – JK] zostało przeprowadzonych na podstawie domniemanego zagrożenia dla zdrowia psychicznego matki (ICD10: F99 – zaburzenie psychiczne inaczej nieokreślone).”

Kto się poddaje aborcji? Głównie przedstawicielki rasy białej.

Znowu Basiukiewicz: „Rasa pośród kobiet, które poddały się aborcji w UK:

78% biała

9% żółta

7% czarna

5% mieszana

1% inna.

Przy tak otwartym podejściu do zdefiniowania zdrowia psychicznego i jego diagnozy, praktycznie tak rozszerzona praktyka dozwolonych przyczyn aborcji stanowi właściwie wprowadzenie aborcji na życzenie.

No dobrze, a czemu takie rzeczy wspomina, ba – promuje minister prawicowego rządu? A czemóż by nie? Nie po to się siedziało DZIEWIĘĆ dni w Genewie na Światowym Zgromadzeniu Zdrowia, żeby tam zbijać bąki. A było o czym gadać i na co się godzić. W końcu to o wiele więcej rzeczy, niż te oficjalnie wskazane.

Bo na omówienie przewidzianych w programie:

  • przegląd pracy WHO w sytuacjach zagrożenia zdrowia, w tym Międzynarodowych Przepisów Zdrowotnych oraz wzmacnianie gotowości WHO i reagowania na zagrożenia zdrowia; 
  • strategie i globalne działania w takich obszarach jak zdrowie kobiet, dzieci i młodzieży, rehabilitacja, powszechna opieka zdrowotna i podstawowa opieka zdrowotna, medycyna tradycyjna, zapobieganie i kontrola zakażeń, leki substandardowe i sfałszowane, zdrowie uchodźców i migrantów, choroby niezakaźne, zdrowie psychiczne, uwarunkowania społeczne, odżywianie i niepełnosprawność;
  • zatwierdzenie  Budżetu Programu WHO na lata 2024-2025 , w tym decyzja o zwiększeniu naliczonych składek oraz inne kwestie pochodzące od Grupy Roboczej ds. Zrównoważonego Finansowania.
  • wystarczyłoby dwa-trzy dni, zwłaszcza, że zaraz po tym zjeździe zebrały się komitety wykonawcze, by uzgodnić realizację podjętych decyzji.

A więc o czym gaworzono dni dziewięć? No – pierwszym tematem to na bank była kwestia zakresu i tempa wdrażania Traktatu Pandemicznego. Jak pisałem już w Do Rzeczy, tam się odbyła runda międzynarodowych konsultacji w tym zakresie, parę rzeczy spadło, ale zdaje się, że tylko wyłagodzono kwestie językowe, by deklarowane odebranie suwerenności ciałom rządowym w zakresie decyzji zdrowotnych nie kłuło w oczy. Drugą sprawą była na bank aborcja.

Bo mamy tu pewną niekompatybilność. W końcu przedstawiciele pisowskiej władzy we wrześniu  2022 roku zgodzili się na dopisanie przez ONZ prawa aborcji do listy praw człowieka (ciekawe – którego, bo na pewno nie aborcjonowanego). Co prawda obyły się potem żenujące tłumaczenia, że tak naprawdę to nie, że ktoś tam zaspał, a co najmniej jak głosował to się nie uśmiechał. No, a jak to mamy w spisie praw człowieka, to musimy to realizować, bo jeszcze wyjdzie, że jak obok bycia niepraworządnym wobec Unii jesteśmy jeszcze gwałcicielem praw człowieka wobec ONZ, to nic już naszego image nie uratuje.

A więc trzeba będzie zrobić tak jak ze wszystkim robi PiS: w rezultacie realizując de facto agendę globalistów z Brukseli, ale mówiąc ogłupiałem ludowi, że jednocześnie walczy przeciwko podpisanym przed chwilą przez siebie papierom. Coś jak z Niedzielskim i Pfizerem: tu zamówiliśmy 6 dawek na głowę dwudawkowej szczepionki, a jednocześnie stajemy na froncie (medialnym) walki z kontrahentem. To samo było z Zielonym Ładem, za chwilę będzie z imigrantami. Zaraz stanie się to samo z aborcją.

No, bo narracyjnie będziemy przeciw. Kto tam spamięta kto jak głosował na jakiejś sesyjce w 2022 roku? Lud się zajmował wtedy jakimiś odwracającymi uwagę aferkami z lokalnego boiska, zaś poważne konsekwencje zapadły właśnie wtedy.

I teraz – wedle słów ministra – każda Polka, wzorem Brytyjek, będzie mogła wskazać, że „źle psychicznie czuje się z ciążą, nie wyobraża sobie macierzyństwa, porodu i opieki”. I dostanie kwit z zezwoleniem na aborcję. Zgodny nie tylko z prawami człowieka, ale i polskimi regulacjami, wystarczy tylko wpisać w rozporządzenie to, co mówi minister od pandemii.

Będzie więc aborcja na życzenie wprowadzona tylnymi drzwiami do szpitali położniczych. W czasie rządów prawicowej jak najbardziej koalicji, ba – przy mrugnięciu okiem do Polek, że wicie-rozumicie, jak się chce, to można.

I tak oto, środkiem, po krawędzi, pomiędzy dwoma przepaściami, Polacy mają przejść robiąc nie tylko co chcą, ale co chce agenda, której wydają się być przeciwni. Przynajmniej tak mówią im rządzący. Ale to w wypadku kiedy rząd po wyborach się utrzyma – wtedy będziemy świadkami dalszego ciągu tego osuwania się w dualizm.

Jak wygrają totalni, to ci przynajmniej niczego nie będą udawali. W sumie to nawet nie wiadomo co lepsze, znaczy gorsze. Na pewno dla wyskrobywanych dzieci to wszystko jedno.

Morderczynie swych dzieci: „No bo psycha mi wysiada…”

Tweet

Paweł Basiukiewicz

@PBasiukiewicz

Brytyjska statystyka aborcyjna. Zwłaszcza dla osób, którzy chcą, by stan psychiczny kobiety stał się wskazaniem do aborcji.

1. W 2021 r. w UK dokonano 214 256 aborcji (najwięcej w historii).

2. 87% z nich było farmakologicznych, 13% to były aborcje chirurgiczne.

3. 98% wszystkich aborcji (209 939) zostało przeprowadzonych w następującym wskazaniu: „ciąża NIE przekroczyła 24 tygodnia i kontynuacja ciąży wiązałaby się z większym niż w przypadku przerwania ciąży ryzykiem uszczerbku na zdrowiu fizycznym lub psychicznym ciężarnej.”

4. 99,9% z spośród wymienionych wyżej 98% zostało przeprowadzonych na podstawie domniemanego zagrożenia dla zdrowia psychicznego matki (ICD10: F99 – zaburzenie psychiczne inaczej nieokreślone). https://gov.uk/government/statistics/abortion-statistics-for-england-and-wales-2021/abortion-statistics-england-and-wales-2021

Ministerstwo Zdrowia „nie radzi” sobie… O wyjaśnienie powodów zwiększonej umieralności na COVID oraz przyczyn zgonów nadmiarowych.

Czy Minister Zdrowia sporządzi raport o przebiegu pandemii COVID-19 w Polsce?

Kategoria: Archiwum, Biologia, medycyna, Polecane, Polityka, Polska, Świat, Ważne

Autor: Rebeliantka , 29 czerwca 2023

Ministerstwo Zdrowia „nie radzi” sobie ze sporządzeniem raportu o pandemii COVID-19 na wezwanie Rzecznika Praw Obywatelskich. RPO już kilkakrotnie wzywał Ministra o wyjaśnienie powodów zwiększonej umieralności na COVID-19 w Polsce w porównaniu z innymi krajami oraz przyczyn tzw. zgonów nadmiarowych. Za szczególnie niepokojącą RPO uznał też wysoką śmiertelność pacjentów leczonych na oddziałach intensywnej terapii, podłączonych do respiratorów.

Ostatnie publiczne wezwanie do przedstawienia stanowiska w tej sprawie miało miejsce 12 stycznia br. Resort zdrowia w osobie wiceministra Waldemara Kraski deklarował, że nie później niż do dnia 31 marca 2023 r, przedstawi raport z analizy sytuacji zdrowotnej ludności Rzeczypospolitej Polskiej w czasie pandemii COVID-19 oraz jej konsekwencji zdrowotnych. Niestety, raportu do dzisiaj nie ma. Podobno ma powstać do końca czerwca.

Na tym tle rodzi się kilka refleksji.

I. Nie do zaakceptowania jest fakt, że Minister Zdrowia nie potrafi bezzwłocznie odpowiedzieć na elementarne pytania w związku z pandemią COVID-19.

OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju podawała, że Polska była w ścisłej czołówce, jeśli chodzi o zgony nadmiarowe.  W okresie od marca 2020 do czerwca 2022 odnotowywaliśmy w kraju ponad 6 tys. zgonów na milion mieszkańców.  Za nami były już tylko kraje takie, jak Rumunia, Bułgaria, Słowacja czy Estonia (info wg posła Marka Hoka z KO).

Mizerię polskiej organizacji służby zdrowia potwierdzają nawet dane WHO.

„Na całym świecie, według stanu na 26 kwietnia 2023 r ., zgłoszono do WHO 764 474 387 potwierdzonych przypadków COVID-19, w tym 6 915 286 zgonów”. Czyli śmiertelność mierzona wskaźnikiem CFR (liczba zgonów odniesiona do liczby osób zakażonych potwierdzonej testami) wyniosła 0,9%. Według tego samego źródła w Polsce zakażonych (co potwierdziły testy) było 6 512 571 osób, z tego zmarło 119 531 osób, czyli CFR wyniósł 1,83 % (dwa razy więcej niż średnia światowa).

Wskaźnik CFR nie monitoruje zjadliwości wirusa, ale według WHO w pewnym stopniu obrazuje czy system ochrony zdrowia dobrze sobie radzi z epidemią i czy organizacja walki z epidemią jest właściwa. Wskaźnik ten jest częściowo ułomny, tym bardziej im bardziej zawyżana jest liczba zgonów z powodu COVID-19 z powodu błędnej klasyfikacji zgonów oraz im więcej błędów popełniono podczas testowania zakażeń. Z tego powodu wszelkie fałsze statystyczne, popełnione także w Polsce, wymagają wyjaśnienia.

II. Zwłoka w sporządzeniu raportu nie pozwala też na wyciągnięcie przez władze niezbędnych wniosków, jeśli chodzi o przystąpienie Polski do tzw. traktatu pandemicznego.

Jeśli pandemia Covid-19 była pandemią fałszywą i stosowana podczas niej polityka radykalnych interwencji niefarmaceutycznych (lockdownów, kwarantann, testowania, śledzenia kontaktów, noszenia masek, etc.) wraz z paraliżem służby zdrowia (teleporadami, tworzeniem szpitali jednoimiennych, olbrzymim spadkiem hospitalizacji) oraz iluzjami co do skuteczności i bezpieczeństwa szczepień, była polityką błędną, co nie budzi już dzisiaj wątpliwości, to bezzwłocznie należy w tym zakresie postawić kropkę nad i. Muszą to zrobić władze i w konsekwencji nie przystępować do traktatu pandemicznego, skoro jego stroną ma być skompromitowana Światowa Organizacja Zdrowia.

Instytut Ordo Iuris alarmuje:

 “Nie tylko nas zaniepokoiły niedawne słowa dyrektora WHO Thedrosa Adhanoma Ghebreyesusa na temat „przygotowań do kolejnej pandemii”, w których kluczową rolę ma odegrać negocjowany od kilkunastu miesięcy pod auspicjami WHO traktat pandemiczny. (…) Skuteczności WHO przeczy jednak niedawna publikacja naukowców z amerykańskiego Uniwersytetu Johna Hopkinsa oraz szwedzkiego Uniwersytetu w Lund, którzy przeanalizowali prawie 20 tys. badań na temat sposobów walki z pandemią Covid‑19. Ich ustalenia jasno wskazują, że wprowadzenie promowanych przez WHO lockdownów miało „znikomy wpływ” na ograniczenie śmiertelności z powodu choroby, a korzyści z tej polityki były „kroplą w morzu w porównaniu z szokującymi kosztami ubocznymi”.

Nie chcąc, aby przyjęcie traktatu WHO uderzyło w polskie interesy, nasi eksperci szczegółowo monitorowali ostatnie posiedzenie Międzyrządowego Organu Negocjacyjnego WHO, który jest odpowiedzialny za przygotowanie kontrowersyjnego traktatu. Właściwie wszystkie delegacje państw poparły przygotowany dokument i rosnącą pozycję WHO. To jasne świadectwo braku refleksji z ich strony.

Podobnie jak rok temu, gdy skompromitowany dyrektor WHO został wybrany na kolejna kadencję, a Korea Północna zdobyła miejsce w Radzie Wykonawczej WHO. (…) Dlatego zabierając głos w konsultacjach publicznych nad dokumentem podkreśliliśmy, że nie może on prowadzić do ograniczenia suwerenności państw narodowych i przekazania kompetencji niewybieralnym urzędnikom WHO (…)

Niestety obecna wersja traktatu zawiera także groźne fragmenty o walce z „infodemią”, czyli zbyt dużą liczbą informacji na temat pandemii. Może to posłużyć do wprowadzenia odgórnej cenzury pod pretekstem walki z fake newsami, co ograniczy wolność debaty naukowej, utrudniając wyłonienie skutecznych metod walk z chorobami”.

Służba zdrowia w Polsce. Zapaść. – Prywatne pakiety? To wielkie rozczarowanie. – Pięć poziomów dostępu do usług medycznych.

Służba zdrowia w Polsce. Zapaść. Prywatne pakiety? To wielkie rozczarowanie. Pięć poziomów dostępu do usług medycznych.

…„się amerykanizuje”..

Zbigniew Bartuś ,prywatne-pakiety-medyczne-marna-jakosc-i-podobienstwo-do-nfz

Można rzec, że polska opieka medyczna w czasach PiS silnie się amerykanizuje – z zachowaniem bardzo kosztownych i finansowo bolesnych (dla wybranych) pozorów istnienia służby publicznej.

Mamy dziś w Polsce pięć poziomów dostępu do usług medycznych:

– na NFZ,

– w ramach prywatnego pakietu medycznego,

– w ramach prywatnego pakietu VIP/komfort (z gwarancją szybkiego dostępu),

– prywatnie z ulicy i

– prywatnie po znajomości.

Coraz więcej Polek i Polaków płaci za każdy z tych dostępów – bo bez tego nie jest w stanie wykonać pilnych badań, ani uzyskać porady specjalisty. Publiczne ubezpieczenie dawno stało się fikcją, ale to prywatne też nią często jest.

W XXI wieku prywatne pakiety medyczne podzieliły Polaków na lepszych, z przyzwoitym dostępem do opieki medycznej, i gorszych – z dostępem „na NFZ”, czyli często bez dostępu.

Ale to się w ostatnich dwóch latach zmieniło – nie dlatego jednak, że dostęp „na NFZ” się poprawił (bo wręcz przeciwnie). Po prostu usługi oferowane w pakietach przestały się specjalnie różnić od tych „na NFZ”, zwłaszcza poza metropoliami, w tzw. Polsce powiatowej, gdzie dostawcy pakietów zlecają wykonanie usług lokalnym placówkom – poradniom, przychodniom, rzadziej szpitalom.

Właśnie poza największymi miastami najsilniej odczuwalne są skutki – spowodowanych przez politykę rządu – ograniczeń publicznej opieki zdrowotnej. Wielu pacjentów odnosi wrażenie, że ktoś sabotuje podaż usług „na NFZ”, aby podbić ich cenę na (swa)wolnym rynku. Ów, jak się wydaje, powszechny proceder ułatwiony jest przez fakt, że – wedle statystyk światowych – Polska jest krajem o gigantycznym niedoborze kadr medycznych. W praktyce objawia się to często tak, że ci sami lekarze, w tej samej placówce, przyjmują jednocześnie „na NFZ”, na prywatne pakiety medyczne i komercyjnie z ulicy.

Aż dwie trzecie z ponad 100 tysięcy skarg i zawiadomień kierowanych co roku do Rzecznika Praw Pacjenta dotyczy naruszenia prawa do świadczeń zdrowotnych. W swoim sprawozdaniu za 2021 r. (to za 2022 r. jeszcze powstaje) rzecznik napisał, że jest to (jako jedyne) „prawo bardzo często naruszane”.

Lekarze nie rozdwoją się, ani tym bardziej nie roztroją. Większość wybiera to, co im się najbardziej opłaca – czyli żywą gotówkę do ręki. Ci najbardziej szczerzy przyznają już niemal otwarcie, że najpopularniejsze pakiety medyczne nie są w stanie przeciętnemu płatnikowi zapewnić czegokolwiek, a już na pewno nie zagwarantują świadczeń adekwatnych do marzeń, wyobrażeń, albo choćby podstawowych potrzeb.

Ilu Polaków korzysta z prywatnych ubezpieczeń medycznych

Problemy z dostaniem się na badania i do specjalistów, zwłaszcza tych lepszych, w ramach popularnych pakietów medycznych dostrzega coraz więcej pacjentów. Sfrustrowani pytają głośno o sens płacenia abonamentu. Większość nie zdaje sobie sprawy, że ich frustracja wynika z banalnie prostej matematyki.

Wedle danych Polskiej Izby Ubezpieczeń pod koniec trzeciego kwartału 2022 r. liczba Polek i Polaków objętych prywatnym ubezpieczeniem zdrowotnym zbliżyła się do 4,1 mln. Populacja ta rośnie w tempie kilkunastu procent rocznie, a wydatki na abonamenty zwiększają się jeszcze szybciej:

  • kwota przypisanych składek dobiła już do 900 mln zł
  • jak łatwo wyliczyć, daje to średnio 220 zł na osobę
  • ale zdecydowana większość ubezpieczonych płaci sporo mniej – największa grupa ma abonamenty między 100 a 150 zł miesięcznie; przed pandemią było to ok. 70 zł.

Porównajmy tę kwotę z wydatkami NFZ na wszystkie świadczenia „opieki zdrowotnej”. Po czerwcowej nowelizacji budżetu Funduszu mają one w tym roku wynieść ponad 153,1 mld zł, a wraz z kosztami realizacji świadczeń – prawie 161 mld zł.

Po przeliczeniu tej ostatniej sumy przez liczbę ubezpieczonych (na koniec 2022 r. było ich niespełna 34,2 mln) otrzymamy:

  • 4,7 tys. zł na głowę rocznie, czyli
  • 392 zł miesięcznie. To prawie dwa razy więcej niż wynosi najpowszechniejszy prywatny abonament.

Oczywiście, porównujemy tu nieporównywalne: zakres usług świadczonych przez NFZ jest znacznie szerszy (blisko połowę środków pochłania leczenie szpitalne, z czego ok. 10 mld zł kosztują programy lekowe, w tym 2 mld chemioterapia; 9,8 mld zł idzie na refundację leków, 3,4 mld zł na długoterminową opiekę i świadczenia pielęgnacyjne, 1,5 mld na pomoc paliatywną i hospicję).

Mimo to coraz częściej zadawane jest pytanie: jakim cudem prywatne firmy oferujące pakiety medyczne byłyby w stanie za ok. 200 złotych gwarantować przeciętnemu pacjentowi coś, czego publiczna opieka zdrowotna nie jest w stanie zapewnić za 400 zł?

Same firmy przyznają, że 200 złotych to – przy lawinowo rosnących kosztach – zdecydowanie za mało, by uzyskać wyższy poziom dostępu niż na NFZ. I wprowadzają specjalne pakiety – „z gwarancją szybkiego dostępu”. Oczywiście – wyraźnie droższe, a przy tym obwarowane wieloma warunkami.

Przy lawinowo malejącej – za sprawą inflacji – sile nabywczej przeciętnego Polaka, niewiele osób stać na podwojenie lub potrojenie miesięcznych opłat. W efekcie najskuteczniejszymi pakietami prywatnymi dysponuje w tej chwili jedynie elita. Znany krakowski rajdowiec i przedsiębiorca, Rafał Sonik, przyznał ostatnio publicznie, że na badania diagnostyczne swej rodziny wydaje 20 tys. zł miesięcznie.

Kto korzysta z komercyjnych pakietów, a kto tylko z NFZ?

Trzeba również pamiętać, że struktura osób posiadających prywatne pakiety medyczne zdecydowanie różni się od struktury ubezpieczonych w NFZ. Z usług publicznej służby zdrowia korzystają, z natury, przede wszystkim seniorzy oraz ludzie z ciężkimi chorobami przewlekłymi.

Tymczasem w gronie pakietowiczów:

  • największy odsetek stanowią (paradoksalnie) młodzi – w wieku 25-34 lat; im pokolenie starsze, a więc – jak uczy doświadczenie – bardziej potrzebujące wsparcia medycznego, a zwłaszcza dostępu do regularnej diagnostyki, tym pakiety medyczne są mniej powszechne
  • silnie nadreprezentowani są informatycy – z opublikowanego w maju 2023 r. raportu ENEL-MED wynika, że w zasadzie tylko oni uważają pakiet medyczny za „standard zatrudnienia”, a nie bonus, czyli nadzwyczajny dodatek motywacyjny od pracodawcy
  • silnie nadreprezentowani są mieszkańcy kilku metropolii – Warszawy, Krakowa, Wrocławia, Gdańska, Poznania; i w zasadzie tylko oni mają bezpośredni dostęp do usług medycznych świadczonych przez prywatne placówki zdrowotne (na prowincji jest to bardzo rzadkie)
  • liczy się wielkość pracodawcy – w firmach zatrudniających powyżej 250 osób 63 proc. ankietowanych posiada pakiet medyczny, w średnich 52 proc., a w małych tylko 29 proc.

W sektorach takich jak IT czy GBS (globalne usługi dla biznesu) większość firm prowadzi permanentne rekrutacje i musi oferować nie tylko lepsze płace, ale i atrakcyjne, silnie motywacyjne systemy pozapłacowe. Pakiety medyczne urosły tu do rangi wymaganego bonusu, czy – jak w IT – wręcz standardu. Bez nich oferta pracodawcy wydaje się kandydatom niekompletna i przez to nieatrakcyjna. Z raportu ENEL-MED wynika, że już prawie trzy czwarte pracowników uważa pakiet medyczny oferowany przez pracodawcę za „ważny”. Ale korzystać z tego rozwiązania może mniejszość.

Zdrowie Polaków pogarsza się

Mniej więcej półtora roku temu, po pandemicznej przerwie, Polacy postanowili (a raczej musieli) masowo pójść do lekarzy i na badania. Ostatni raport PIU potwierdza, że w trakcie pandemii narósł w Polsce tzw. dług zdrowotny z uwagi na to, że wiele zabiegów, badań i wizyt u specjalistów trzeba było odłożyć na lepsze czasy. Kiedy owe lepsze (?) czasy nadeszły, skumulowały się dwie kolejki do lekarzy, diagnostów i gabinetów zabiegowych – „standardowa”, znana sprzed zarazy, i nowa, związana właśnie z odrabianiem długu zdrowotnego. To musiało się skończyć dramatycznym ograniczeniem – i tak już mizernego – dostępu do gabinetów lekarskich i diagnostycznych oraz zabiegów. Co szczególnie tragiczne, dotyczy to również chorób onkologicznych czy kardiologicznych, w których przypadku obowiązują – formalnie –szybkie ścieżki; te dziedziny zaczęły się w niespotykanym dotąd tempie prywatyzować.

Z danych resortu zdrowia wynika, że zapotrzebowanie na większość usług zdrowotnych, w tym badań i konsultacji specjalistów, wzrosło średnio o 20 procent, ale w niektórych wypadkach nawet o jedną trzecią. Na logikę, aby zaspokoić ów popyt, nakłady na opiekę zdrowotną winny również wzrosnąć o minimum 20 procent – i to realnie, czyli po uwzględnieniu skutków inflacji, która w sektorze medycznym przekroczyła jesienią 2022 r. 20 proc. Policzmy: jeśli w rok zapotrzebowanie na usługi zdrowotne wzrosło o średnio jedną piątą i zarazem ceny poszczególnych usług skoczyły w górę średnio o jedną piątą, to budżet NFZ winien się zwiększyć o 44 proc. – tylko po to, by utrzymać dotychczasowy (czyli mizerny) poziom usług.

W 2022 roku, po kolejnych nowelizacjach, NFZ wydał na realizację swoich zadań 135,5 mld zł, na 2023 zaplanowano 153,3 mld, czyli o 13,1 proc. więcej, a po czerwcowych poprawkach – wspomniane 161 mld zł, czyli o 18,8 proc. więcej. Ten wzrost nie rekompensuje nawet kosztów inflacji w sektorze zdrowia, co oznacza, że sfinansowanych zostanie MNIEJ świadczeń niż w przerażająco słabym i tragicznym (rekordowa liczba zgonów Polek i Polaków, w tym nadmiarowych) roku 2022. Mimo że nasze potrzeby zdrowotne są coraz większe – i będą rosnąć wraz z bardzo szybkim starzeniem się społeczeństwa.

Kolejne raporty CALPE (Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej) przypominają, że – zgodnie z ustawą zapewniającą wzrost nakładów na ochronę zdrowia – w 2023 r. poziom publicznych wydatków na zdrowie powinien wynieść minimum 6 proc. PKB. Rząd chwali się, że będą jeszcze wyższe, albowiem wyniosą aż 6,65 proc. PKB. To bardzo blisko do pożądanej przez ekspertów unijnej średniej, wynoszącej 7 proc. Fundamentalny problem z tym odsetkiem polega na tym, że jest on kompletnie nieprawdziwy. W majestacie prawa (ustawy) tegoroczne wydatki NFZ odnosi się bowiem do PKB Polski SPRZED DWÓCH LAT, a nie obecnego.

Taki mechanizm nie był nadmiernie szkodliwy w realiach inflacji zbliżonej do zera, natomiast przy jej dwucyfrowym poziomie potężnie zafałszowuje rzeczywistość. Jak wyliczają eksperci CALPE, po uwzględnieniu prognozowanego na 2023 r. PKB, zaplanowane przez rząd wydatki na zdrowie stanowić będą tylko nieco ponad 5 proc. PKB, czyli zdecydowanie za mało, by choćby utrzymać dostępność świadczeń.

Wydatki Polski na ochronę zdrowia w PPS

Po uwzględnieniu parytetu siły nabywczej (PPS) Polska wydaje na ochronę zdrowia nieco ponad 44 proc. średniej unijnej. Jesteśmy lepsi tylko od Węgier, Rumunii, Grecji, Łotwy, Cypru i Bułgarii (ta ostatnia ledwie przekracza 30 proc. unijnej średniej). Daleko nam nie tylko do liderów: Niemiec (154,4 proc.), Szwecji (135,6), Holandii (131), Danii (130,6), Luksemburga (128), Francji (126,4) i Austrii (121,4), ale i do Czech (77,2) oraz Słowenii (65). Relatywnie więcej wydaje też biedniejsza od Polski Portugalia (56 proc. średniej unijnej).

Reasumując: nominalne PKB Polski rośnie jak na drożdżach za sprawą rekordowo wysokiej inflacji, dwukrotnie wyższej od średniej w UE, natomiast wydatki na ochronę zdrowia nijak nie nadążają za tym wzrostem. Wedle CALPE już dziś trzeba by je zwiększyć o kilkadziesiąt miliardów złotych, by spełnić wymóg ustawy mówiący o minimum 6-procentowym udziale zdrowia w PKB.

Jeśli podejście rządu do finansowania się nie zmieni, w 2027 r. brakująca kwota przekroczy… 100 mld złotych.

Te liczby nie przebiły się, przynajmniej na razie, do świadomości publicznej, więc nie toczy się w tej palącej kwestii – życia i śmierci – znacząca dyskusja. Co może się wydawać dziwne, zważywszy, że z jednej strony wielu Polaków odczuło boleśnie wzrost składki zdrowotnej (z tytułu reform Polskiego Ładu), a z drugiej – równie wielu boryka się z problemem marnego dostępu do publicznych usług zdrowotnych.

Skandalicznie niskie składki rolników

Dzisiaj osoba zarabiająca ponad 7,1 tys. zł brutto – czyli tyle, ile wyniosło przeciętne wynagrodzenie w Polsce za pierwszy kwartał 2023 r. – oddaje państwu ponad 6,6 tys. zł składki zdrowotnej rocznie. Informatyk z sektora GBS (globalnych usług biznesowych) przy etatowej pensji 19 tys. zł wpłaca do NFZ prawie 18 tys. zł rocznie. Rekordziści potrafią oddać na publiczne zdrowie pięć razy więcej… miesięcznie. Problem w tym, że wysokość składek na NFZ ma się nijak do dostępności publicznych usług zdrowotnych.

Teoretycznie system powinien się opierać na solidarności, której fundamentem są składki proporcjonalne do dochodów. Ale tak nie jest.

  • od 34 mln ubezpieczonych w ZUS wpływa do NFZ prawie 134 mld zł, czyli średnio 4 tys. zł od osoby
  • od 1,1 mln ubezpieczonych w KRUS, czyli rolników i ich bliskich, wpływa niespełna 4 mld zł, a więc 360 zł od osoby.
  • w obu tych grupach są jeszcze równi i równiejsi, np. większość rolników płaci na NFZ 12 zł rocznie (od osoby w gospodarstwie), czyli ponad 200 razy mniej niż płatnik ZUS otrzymujący na etacie ustawową płacę minimalną (od 1 lipca – 3,6 tys. zł brutto miesięcznie).

Składki płatników utrzymujących system – przede wszystkim dobrze zarabiających etatowców – drastycznie wzrosły, natomiast składki licznych grup uprzywilejowanych przez władzę stoją w miejscu. Z raportu PIU wynika jednoznacznie, że gwałtowny wzrost kosztów w opiece zdrowotnej (tzw. inflacja medyczna powyżej 20 proc.) sprawił, iż wyższe wpływy ze składki zdrowotnej nie przekładają się ani na większą liczbę świadczeń, ani poprawę stanu zdrowia ubezpieczonych. Sytuację pogorszyło jeszcze przeniesienie finansowania części świadczeń (jak wysokospecjalistyczne procedury, ratownictwo medyczne czy leki dla kobiet w ciąży i osób w wieku 75+) z budżetu państwa do NFZ, gdyż nie poszły za tym odpowiednio duże środki.

Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich, zwraca uwagę, że – przy obecnym mechanizmie finansowania świadczeń zdrowotnych – rządowy plan wprowadzenia bezpłatnych leków dla dzieci i młodzieży do 18 roku życia oraz seniorów 65+ oznacza znaczące zmniejszenie środków na realizację pozostałych celów, w tym diagnostykę, wizyty u specjalistów i niezbędne zabiegi. Czyli jeszcze większe kolejki.

Jakie są efekty takiej polityki społecznej i zdrowotnej? Z najnowszego biuletynu GUS wynika, że w pierwszych czterech miesiącach 2023 roku urodziło się w Polsce 92 tysiące dzieci, najmniej w tym okresie od czasów II wojny. Jednocześnie zmarło 143 tysiące Polek i Polaków, najwięcej od II wojny. Na koniec kwietnia 2022 roku liczba Polaków wynosiła 37,84 mln, a na koniec kwietnia 2023 roku – o 124 tys. mniej. W dekadę populacja zmniejszyła nam się o prawie pół miliona.

Dlaczego Polacy interesują się prywatnymi pakietami?

Z badań Polskiej Izby Ubezpieczeń z cyklu „Mapy ryzyka Polaków” wynika, że ok. 80 proc. ankietowanych najbardziej boi się tego, że z powodu zawalenia się publicznej służby zdrowia oraz braku środków na usługi prywatne nie będą w stanie leczyć najpoważniejszych chorób, w tym nowotworów. U 70 proc. powodem obaw jest po prostu brak dostępności opieki medycznej. Według raportu PZUW, odsetek Polaków twierdzących, że ich potrzeby w zakresie badań medycznych są niezaspokojone, wzrósł z 4,2 proc. w 2019 r. do 30 proc. w 2022 r.

To właśnie dlatego tak gwałtownie zwiększyło się w ostatnich latach zainteresowanie Polek i Polaków prywatnymi pakietami medycznymi. Skoro publiczna opieka zdrowotna coraz bardziej nie daje rady i nie ma nadziei, by kiedykolwiek się to poprawiło, to wykupienie pakietu mogło dać nadzieję, że za sto, dwieście złotych miesięcznie uda się przyspieszyć niezbędne badania i wizyty u specjalistów. Albo chociaż zapewnić sobie lepsze miejsce w (lepszej) kolejce.

Co bardzo istotne, ta powszechna potrzeba zbiegła się w Polsce z innym trendem: narastającym deficytem pracowników. Szukający ludzi pracodawcy musieli zaoferować nie tylko lepsze płace, ale i atrakcyjne, silnie motywacyjne systemy pozapłacowe. A z opisanych wyżej przyczyn, pakiety medyczne – pożądane przez ok. 75 proc. pracobiorców – znalazły się tutaj na pierwszym miejscu.

Dorota M. Fal, doradczyni zarządu PIU, podkreśla, że prywatni ubezpieczyciele, po przebadaniu potrzeb Polek i Polaków, szybko rozbudowali swe pakiety: oprócz podstawowej ambulatoryjnej opieki zdrowotnej zaoferowali dostęp do kompleksowych badań i profilaktyki. W założeniu ma to ułatwiać systematyczną kontrolę stanu zdrowia. Sęk w tym, że to KOSZTUJE, zwłaszcza w realiach takich jak polskie.

– Mamy niedobór kadry medycznej, na co nakłada się wypalenie zawodowe i syndrom stresu pourazowego po pandemii. Publicznych środków nie wystarczy, aby uzdrowić ten system ‒ przekonuje ekspertka. A szefowie firm sprzedających prywatne pakiety medyczne powtarzają od miesięcy, że konieczne jest „urealnienie stawek”.

Nikt nie powie głośno i wprost, że pakiet za 100-150 złotych nie gwarantuje w zasadzie niczego ponad to, co można – po spędzeniu odpowiedniego czasu w kolejce lub szczęściu – dostać „na NFZ”. Coraz więcej pacjentów twierdzi wręcz, że w publicznej służbie zdrowia da się załatwić wiele kwestii sprawniej i szybciej. Dotyczy to przede wszystkim mniejszych miejscowości, w których firmy oferujące pakiety medyczne nie mają własnych wielospecjalistycznych placówek i podzlecają usługi lokalnym poradniom czy firmom diagnostycznym. Zdarza się, że taka poradnia świadczy usługi klientom kilku ogólnokrajowych firm. Formalnie pacjent z pakietem w firmie M. dzwoni do rejestracji firmy M., pacjent z pakietem od L. – do rejestracji L., a pacjentka z pakietem od S. – do rejestracji S. Ale i tak wszystkie te telefony przekierowywane są na „linię oczekującą” obsługiwaną przez jedną panią Jadzię, rejestratorkę lokalnej poradni zdrowia. I pani Jadzia, wedle zaleceń i prerogatyw, zarządza wszystkimi kolejkami.

Nikt nie powie głośno, że za sprawą kumulacji pacjentów z wielu kolejek oczekujących – na NFZ, na pakiety i komercyjnie z ulicy – pakiety medyczne stają się w coraz większym stopniu, zwłaszcza w Polsce powiatowej, FIKCJĄ. Poniekąd padły ofiarą własnego sukcesu: im więcej ludzi je ma, tym więcej traci realny szybki dostęp do usług.

Pikanterii całemu zjawisku przydaje fakt, że – w ramach walki z dyskryminacją pacjentów – NFZ ściga placówki próbujące dzielić ubezpieczonych na lepszych i gorszych. Jest to w obecnych polskich realiach typowa walka z wiatrakami, bo dzielenie takie stało się powszechną praktyką. Wynika wszakże z samej istoty prywatnych usług medycznych współistniejących na przedziwnych zasadach z publicznymi: skoro płacisz za coś dodatkowo, to chcesz wiedzieć, za co.

No właśnie: za co? I właściwie – dlaczego musisz płacić tyle razy?

Służba zdrowia w Polsce amerykanizuje się

Zarówno publiczna, jak i prywatna opieka zdrowotna w Polsce opierają się na specyficznej matematyce. W tej publicznej duzi płatnicy, odprowadzający do NFZ w ramach składki zdrowotnej od kilku do nawet 100 tys. zł miesięcznie, nie wykupują w zasadzie żadnej usługi – bo nie mają czasu tkwić (i umierać) w kolejkach do lekarzy, ani czekać na odległe wizyty u specjalistów. Na pomoc publicznej opieki medycznej mogą liczyć właściwie tylko wtedy, gdy ich stan zdrowia gwałtownie się pogarsza i karetka zawiezie ich do szpitala. Dalszy ich los stał się już jednak w polskich realiach niepewny: przeciętny szpital nie gwarantuje szybkiego dostępu do wszystkich niezbędnych badań, ani tym bardziej specjalistycznych konsultacji. O wielu zabiegach można – dosłownie – zapomnieć, bo terminy są patologicznie odległe. Jedynym sposobem na przyspieszenie procedur RATUJĄCYCH ZDROWIE I ŻYCIE jest:

  • wyłożenie odpowiednio wielkich pieniędzy z własnej kieszeni (jak ktoś ma)
  • zbiórka na Siepomaga itp. (jak ktoś nie ma)

Można rzec, że polska opieka medyczna w czasach PiS silnie się amerykanizuje – z zachowaniem bardzo kosztownych i finansowo bolesnych (dla wybranych) pozorów istnienia służby publicznej.

Efekt jest taki, że miliony średniaków płacą haracz na NFZ, finansując wizyty innym, m.in. rolnikom, których składka zdrowotna wynosi od lat 1 zł miesięcznie; oraz VIP-om, zwłaszcza wpływowym politykom korzystającym z szybkiej ścieżki do diagnostyki, lekarzy i zabiegów. Ci sami średniacy próbują korzystać z prywatnych pakietów medycznych (czyli płacą drugi raz) – i są nimi coraz bardziej rozczarowani / sfrustrowani. Ostatecznie zmuszeni są bowiem zapłacić trzeci raz – za prywatną wizytę z ulicy. W przypadku wziętych specjalistów również odbiją się tu od długiej kolejki. Chyba że mają status „prywatnie po znajomości”.To najwyższy poziom dostępu.

Równie ciekawa sytuacja powstała w prywatnej opiece zdrowotnej – w systemie pakietów. W relatywnie najlepszej sytuacji są tutaj mieszkańcy czołowych metropolii, ponieważ działają tam placówki własne najważniejszych firm oferujących pakiety. Tu nie ma pani Jadzi ogarniającej rejestrację do pięciu różnych podmiotów i jeszcze dwie inne kolejki (na NFZ i prywatnie z ulicy). Jest jedna rejestracja, do której stosunkowo łatwo się dodzwonić. Poza tym większość pacjentów (przypomnijmy – trzon pakietowców to młodzi przed trzydziestką) korzysta z coraz bardziej funkcjonalnych stron internetowych oraz dedykowanych usługom aplikacji, za pomocą których można sprawdzać terminy, umawiać wizyty i załatwiać inne formalności.

Jednak i w metropoliach pacjenci-abonenci sygnalizują ograniczony dostęp do wielu lekarzy i diagnostyki, terminy bywają „odległe jak na NFZ”; ewentualnie trzeba skorzystać z usług innej placówki, działającej na peryferiach miasta lub w innym mieście, albo z porady mniej cenionego specjalisty.

Jako się rzekło, najgorzej mają mieszkańcy mniejszych miejscowości, w których dużo osób posiada wykupione podstawowe pakiety. Popyt jest wysoki, podaż usług wręcz elitarna. W efekcie podstawowi abonenci – sami z mocno ograniczonym dostępem do usług – w największym stopniu zrzucają się na… arcyszybkie wizyty tych, którzy wykupili sobie (lub pracodawca im opłacił) pakiety VIP, z gwarantowanym dostępem do kluczowych lekarzy i diagnostyki. Najtańszy taki pakiet dla dwóch osób, z licznymi obostrzeniami i ograniczeniami, kosztuje ponad 6 tys. zł rocznie.

– Konieczność zaciskania pasa, co jest spowodowane trudną sytuacją gospodarczą w związku z wysoką inflacją czy stopami procentowymi, przy równoczesnym wzroście świadomości zdrowotnej jako efekcie ubocznym pandemii koronawirusa oraz grypy, rodzi wśród Polaków powszechną frustrację. Chcemy mieć szybki dostęp do najlepszych usług medycznych i specjalistów w jak najniższej cenie. Ale to już nie jest możliwe, bo rzeczywistość zmusza do coraz większej dyscypliny finansowej. Zarówno samych pacjentów, którzy wkładają do koszyka zakupowego coraz mniej, jak i dostawców prywatnej opieki medycznej, którzy mierzą się z coraz wyższymi kosztami prowadzenia działalności. Nowoczesne zaplecze placówek, technologia czy doświadczeni lekarze kosztują i musimy brać to pod uwagę, konstruując naszą ofertę – wyjaśniał niedawno Jacek Rozwadowski, prezes zarządu Centrum Medycznego ENEL-MED, komentując wprowadzenie na rynek pakietów „komfort”, zawierających gwarancje szybkiego dostępu do usług.

Część firm odpowiada w ten sposób na coraz bardziej paranoiczną sytuację. Oto w publicznej opiece medycznej główne koszty funkcjonowania systemu ponosi grupa nieuprzywilejowanych płatników składek, którzy nie uzyskują w ten sposób dostatecznego, ani nawet miernego dostępu do usług. W systemie pakietowym zaczęło być podobnie. Pakiety z gwarancją dostępu są próbą wyjścia z tej paranoi.

Pytanie, czy w obecnej sytuacji kadrowej w polskiej opiece zdrowotnej ta próba może się powieść. A przede wszystkim: ilu podwójnych płatników może się znaleźć w gronie szczęśliwców z gwarantowanym szybkim dostępem do usług, a ilu pozostanie w szarej masie płatników potrójnych…

Komentuje dr Tomasz Lasocki z Katedry Prawa Ubezpieczeń na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego:

Za sprawą umasowienia pakietów medycznych prywatna opieka zdrowotna doszła dziś do tej samej ściany, o którą obija się od wielu lat opieka publiczna i dlatego w niemal identyczny sposób zaczyna się zatykać. Zarządzanie w prywatnych placówkach jest, oczywiście, lepsze – ale nie na tyle, by pokonać fundamentalną barierę – mocno ograniczonych zasobów. Mamy określoną liczbę lekarzy, pielęgniarek i itd., określoną infrastrukturę do diagnostyki i leczenia – a wszystko to nijak nie przystaje do rosnących potrzeb starzejącego się i zarazem coraz bardziej świadomego zdrowotnie społeczeństwa. Zarządzanie polega więc na żonglowaniu czymś, czego mamy za mało. Bez radykalnego zwiększenia liczebności personelu medycznego i rozbudowy nowoczesnej infrastruktury będziemy skazani na wydłużające się kolejki – i w publicznej, i w prywatnej opiece zdrowotnej.

Najskuteczniejszym promotorem prywatnych pakietów medycznych okazał się w Polsce rząd, który kompletnie nie poradził sobie z zarządzaniem publiczną opieką medyczną w chwili największej próby, czyli w pandemii. Byliśmy świadkami totalnego zawalenia się publicznej opieki, wielomiesięcznego braku dostępu do świadczeń, co doprowadziło do rekordowej w historii liczby nadmiarowych zgonów, a zarazem wygenerowało potężny dług zdrowotny – w związku z tym, że ludzie zmuszeni byli odwołać lub odłożyć „na lepsze czasy” nie tylko wizyty u specjalistów czy diagnostykę, ale i ważne zabiegi. Co więcej, lepsze czasy nie nadeszły i odpowiada za to znowu polityka rządu, który nie wykorzystał zwiększonego za sprawą Polskiego Ładu strumienia pieniędzy ze składki zdrowotnejdo radykalnej poprawy dostępu do usług zdrowotnych. Odbijając się od zamkniętych drzwi publicznej służby zdrowia wielu ludzi uznało, że jedynym sposobem na udrożnienie dostępu do usług zdrowotnych jest wykupienie prywatnych pakietów medycznych.

Exodusowi milionów ludzi ku prywatnej opiece zdrowotnej sprzyjały postawy sporej części pracodawców, którzy potrafią liczyć i wiedzą, że – bez zapewnienia pracownikom przyzwoitego standardu badań i leczenia – będą mieli notorycznie chorującą załogę, o wysokim poziomie absencji – a to oznacza straty. Przerażeni taką wizją pracodawcy zaczęli inwestować w grupowe pakiety medyczne. W efekcie wystąpiło zjawisko, które zna każdy, kto kiedykolwiek próbował wlać wielki baniak wody do za małej butelki przez zdecydowanie zbyt wąski lejek…

Dwadzieścia lat temu, kiedy pojawiły się prywatne pakiety medyczne, korzystało z nich bardzo mało osób. Co więcej – byli to głównie trzydziestolatkowie, co do zasady rzadko korzystający z usług zdrowotnych. Żeby ich wszystkich sprawnie obsłużyć, np. w obszarze schorzeń oczu, wystarczyło mieć jednego okulistę na cały powiat. Dzisiaj „pakietowiczów” jest kilkaset razy więcej i mają 50 lub więcej lat, a więc ich potrzeby zdrowotne także niepomiernie wzrosły. Nie da się tych potrzeb zaspokoić poprzez sprzedaż egalitarnych pakietów medycznych, bo to prowadzi do zderzenia ze wspomnianą ścianą ograniczonych zasobów. W moim przekonaniu w segmencie prywatnej opieki zdrowotnej musi dojść do silnego zróżnicowania pakietów – w efekcie tego tylko zasobniejszych klientów będzie stać na zapewnienie sobie szybkiego dostępu do wysokiej klasy usług, reszta będzie tkwić w kolejkach.

Wstyd! W 80. rocznicę apogeum ukraińskiego ludobójstwa na Polakach Andrzej Duda poleci do… Wilna

Wstyd! W 80. rocznicę apogeum ukraińskiego ludobójstwa na Polakach Andrzej Duda poleci do… Wilna

Czerw. 28, 2023 wstyd-w-80-rocznice-apogeum-ukrainskiego-ludobojstwa

Zbliża się 80. rocznica Krwawej Niedzieli (11 lipca), apogeum ukraińskiego ludobójstwa na Polakach, w czasie którego Ukraińcy masowo mordowali Polaków na przeróżne sposoby: przybijając do drzwi, wyłupując oczy, odcinając kończyny i języki, dzieci nabijając na płoty, kobiety brutalnie gwałcąc, a brzemiennym rozpruwając brzuchy.

Tak ukraińskie bestialstwo wspominają Świadkowie, których świadectwa uwiecznił Jacek Międlar w najnowszej książce pt. “Sąsiedzi. Ostatni Świadkowie ukraińskiego ludobójstwa na Polakach”.

Z racji okrągłej rocznicy w całej Polsce organizowane są uroczystości, podczas których Polacy oddadzą cześć pomordowanym Polakom w wyniku Holokaustu przeprowadzonego przez Ukraińców.

11 lipca swoją obecnością z racji obchodów w 80. rocznicę Krwawej Niedzieli nie uraczy nas prezydent Andrzej Duda.

W dniach 11–12 lipca 2023 roku (wtorek–środa) Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Andrzej Duda weźmie udział w Szczycie NATO w Wilnie – czytamy na oficjalnej stronie Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej.

To w jaki sposób polskojęzyczna władza z prezydentem Dudą na czele traktuje sprawę upamiętniania Polaków pomordowanych przez ukraińskich ludobójców w latach 1939-1947 woła o pomstę do nieba. Czy w dzień pamięci o żydowskich ofiarach Holokaustu Duda także wybrałby się na zlot NATO zamiast wziąć udziału w marszu kroczącym uliczkami byłego niemieckiego obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu?

Czyż absencja prezydenta Dudy w rocznicę tak ważną dla Polaków, zwłaszcza w dobie szaleńczej banderyzacji na Ukrainie, nie jest napluciem na doły śmierci, w których do dziś gniją ciała naszych pomordowanych rodaków?

Na zakończenie przywołamy wspomnienia trzech świadków ukraińskiego ludobójstwa na Polakach, które obok kilkudziesięciu innych świadectw znajdziecie Państwo w najnowszej książce Jacka Międlara pt. “Sąsiedzi”.

Relacja Świadka Władysława Rachwała: W kwietniu 1944 r. rozpoczęły się morderstwa na ludności polskiej w całym powiecie lubaczowskim. Ludność szukała schronienia za Sanem na terenie powiatów leżących na terenie powiatów leżących na zachód. Masowo opuszczała powiat lubaczowski. Droga prowadziła przez Las Bachorski [położonego pomiędzy Lipiną a Jarosławiem – przyp. JM]. Bandyci UPA mówili, że nadeszły dla nich żniwa, więc mordowali wszystkich: dzieci, kobiety, starców. Pomordowani mieli niejednokrotnie połamane kości rąk, nóg, kręgosłupa i inne zniekształcenia ciała. Ciała pomordowanych były tak zmasakrowane przez zadawanie im różnych uderzeń, ciosów i innych tortur przy pomocy specjalnych narzędzi zbrodni, że w wielu wypadkach trudno było ustalić tożsamość zamordowanej osoby. To było bestialstwo, którego nie da się opisać.

Relacja Piotra Piekły: W Lesie Bachorskim mordowano masowo ludność polską uciekającą za San, żołnierzy Wojska Polskiego i żołnierzy radzieckich. Dziś jeszcze można spotkać tam ludzkie kości. Bandyci spod znaku UPA mordowali bezlitośnie swoje ofiary. Łamali kości, wpychali drut do oczu, wydziobywali oczy.

Relacja Michała Ważnego: Było to w roku 1944, to jest zaraz po wyzwoleniu powiatu lubaczowskiego spod okupacji niemieckiej. Nie pamiętam dokładnie daty, ale doskonale utkwił mi w pamięci straszny obraz zbrodni. Idąc, spotkałem w Lesie Bachorskim około 20 żołnierzy Wojska Polskiego pomordowanych przez bandę. Widok był straszny. Ciała żołnierzy zmasakrowane, bez mundurów, bez bielizny leżały na drodze.