Dudy smalone, czyli siostra mnie zabije..

Wersja audio

Jerzy Karwelis

Wciąż trwa promocja mojej książki „Dziennik zarazy”. Wciąż można zamówić egzemplarze z dedykacją od autora. Link do zamówienia: https://siedmiorog.pl/dziennik-zarazy.html

Zaproszenie na wieczorek autorski w Warszawie, w dniu 12 lipca, o godz. 19.00 z, tyłu budynku teatru Komedia znajduje się tutaj. 

Siostra mnie zabije, bo go bezwarunkowo uwielbia. Chodzi o prezydenta Dudę. Nigdy z nią o powodach tego zachwytu nie rozmawiałem, bo trzeba dbać o utrzymanie minimum relacji. A siostra jest w tym temacie zadziorna i ma charakter po naszej marce – jest uparta w poglądach, do których sama (?) dochodzi. Ja prezydenta Dudę uważam za prezydenta nijakiego, który źle kończy swoją posługę. To, że był propisowski, to nie dziwota. To raczej oczywistość wynikająca z realnego kształtu III RP. Mamy – oczywiście przy zastrzeżeniu stałej plemienności polityki polskiej – dwa wyjścia: albo prezydent jest z obozu aktualnie rządzącego, i wtedy mamy układ, w którym ustrojowa rola prezydenta jest pomijalna, albo w przypadku gdyby prezydent pochodził z obozu przeciwnego rządowi, to mamy tu do czynienia z realną pokusą rozsadzania wszelkich inicjatyw, bo przy słabości pozycji prezydenta, ma on jednak jedną prerogatywę – destrukcyjną.

Oczywiście w tej sytuacji najlepszy byłby prezydent spoza tej wojenki polsko-polskiej, ale co zrobisz, jak się suwenir uparł i masz do wyboru zawsze któryś z powyższych wariantów. A taki pozaukładowiec, ba – bezpartyjny, byłby zbawieniem dla tego układu, bo tonowałby krawędzie plemiennych sporów o nieważne totemy i inaczej spriorytetyzował by politykę polską. Ale gdzie nam tam marzyć o tem.

I mieliśmy przez osiem lat układ wspólnej grupy krwi, słaby, szczególnie w drugiej kadencji. W pierwszej to się jakoś Duda pilnował, bo miał w perspektywie drugą kadencję i uważał, by nie podpaść swemu elektoratowi, nie tylko władzy Kaczyńskiego. Dlatego parę razy zawetował, w dodatku ewidentnie niekonstytucyjne ustawy. Co prawda większość takich baboli puścił, ale i tak więcej się stawiał niż Komorowski swojemu obozowi.

Końcówka tej kadencji to amok i dęcie w dudy. Widać, że świadomość niemożności kandydowania na trzecią kadencję wskazała prezydentowi inne priorytety. W dodatku przyszła wojna i poziom klepania Polski po plecach nabrał większej rangi, do której trzeba by się było załapać. A moim zdaniem takie są plany prezydenta Dudy – wygodna synekurka międzynarodowa. A – jak uczy przykład podobnych, zawiedzionych, ambicji innego prezydenta – Kwaśniewskiego – żeby takiego kopa międzynarodowego w górę otrzymać, trzeba się układać w głównym nurcie międzynarodowej polityki. A tę, w polskim paradygmacie, wyznaczają dziś Amerykanie. I im trzeba iść nie tylko na rękę, ale i antycypować i wręcz podkręcać ich oczekiwania. A w tym względzie Amerykanie wyznaczyli Polsce rolę wspomnianej przez niesławnie znikniętego rzecznika MSZ, „sługi narodu ukraińskiego”. I stąd już wywodzi się zrozumienie wszelkich działań prezydenta Dudy, który powoli zdaje się zapominać czyjego państwa jest głową.

Ostatni wywiad udzielony radiu Zet to już kompletna katastrofa. Pomijając całe to pitolenie o stanie wojennym, co to ma przestawić wybory, to główną kwestią stała się sprawa Rzezi Wołyńskiej i zbliżających się obchodów. Po odpowiedziach prezydenta widać o jaki elektorat się obecnie stara i nie zdaje się on być miedzy Odrą a Bugiem, ale jest znacznie mniej nieliczny, sprowadzony do kilkudziesięciu decydentów nad Potomakiem. Prezydent położył się w wywiadzie w tej kwestii ze trzy razy i to na amen, ujawniając odsłonięty brzuch swej własnej, bo nie narodowej, racji stanu. Pojedziemy po kolei.

Hmmm… mówienie księdzu Isakowiczowi, żeby się zajął tym, czym kapłan powinien się zajmować, to już jest walnięcie w dno. Do tej pory PiS bronił Kościóła i księży przed zarzutami „mieszania się do polityki”, uważając – i słusznie -, że Kościół swą wiekową obroną polskości zagwarantował sobie głos w politycznych sprawach. A tu nagle, że nie? To znaczy, że księża do kościołów, politycy do Sejmu, a… pasta do butów? Czyżbyśmy zatoczyli koło i wrócili do czasów komuny? Ksiądz Isakowicz jest akurat kapelanem rodzin wołyńskich i nawet jako kapłan, a nie obywatel, znajduje się ze swoją krytyką na miejscu. Okazało się jednak, że nie o czasie.

I nie trzeba było długo czekać, by wygrzebano z interentu, że podobne słowa o księżach wyraził piekłoszczyk Urban wspominając o śp. księdzu Jerzym Popiełuszce. Wszyscy (a może Duda nie) wiemy jak to się dla księdza skończyło. Ale – słowo, panie prezydencie, wylatuje ptakiem a wraca krową. Po czymś takim w pierwszej kadencji nie miałby Pan w ogóle lotu do startu w drugiej. Ale tu – jak dowiodłem – nie znajdują się już pańskie priorytety.

Drugi paw to… cytat z Kwaśniewskiego. Tak, to przecież Kwachu startował z hasłem: „Wybierzmy przyszłość!” I pan prezydent obecny powtarza je w kontekście wołyńskim. To może przypomnę, że prezydenta obóz bardzo się oburzył na takie stawianie sprawy. Że to kolejne, po Mazowieckim, postawienie grubej kreski, tym razem pod rachunkami sprywatyzowanej nomenklatury III RP. A teraz jakie rachunki, jakich krzywd będziemy przekreślać, tym razem nie obcą, ale własną dłonią? Gdzie ta symetria pomiędzy stronami? Gdzie ta wyższa racja, gumkująca już nawet nie krzywdy, ale pamięć o nich?  

Podzielam tu pogląd redaktora Łukasza Warzechy. Takie słowa to realny onucyzm. Zamilczanie tej sprawy, po to, by nie drażnić narodu w wojnie, przy krzewieniu banderyzmu na Ukrainie, jako wzorca walk niepodległościowych i aspiracji tożsamościowych roznieca tylko animozje pomiędzy naszymi narodami i JEST NA RĘKĘ Putinowi. Stanowczo nie na rękę byłoby spełnienie minimum postulatów Polaków i rodzin wołyńskich w szczególności. Za to to utrzymywanie tej hipokryzji fałszywej racji stanu utrzymuje niesnaski pomiędzy nami. W dodatku Polacy, jak zwykle, domagają się tylko gestów i nawet na to nie stać strony ukraińskiej, by je wykonać. Po wywiadzie Dudy, na Kremlu wystrzeliły korki od szampanów – kurs będzie kontynuowany, z wynikami jakie ostatnio przyszły w badaniu akceptacji obecności Ukraińców – dramatyczny spadek. I na to pracuje mocno państwo polskie, bo Polacy dali już swoją odpowiedź: solidarność dla uchodźców i niechęć do wykorzystywania rządowo uprzywilejowanej pozycji, przewyższającej nawet prawa obywatelskie Polaków.

Mieliśmy już dwie wypowiedzi odniesione do innych, źródłowych cytatów: Urbana i Kwaśniewskiego. Teraz pora na własną licencję poeticę prezydenta. Prezydent stwierdził, że nie jest zwolennikiem „latania z widłami” w tej sprawie. Chciałbym przypomnieć, że w tej sprawie, u jej zarania, kto inny z widłami latał. I nie była to żadna metafora, panie prezydencie. Jak można coś takiego pomyśleć, a co dopiero – powiedzieć?

Teraz, na zakończenie cytacik„W głównym holu Sejmu stoi wystawa przeciw homofobii, w przyziemiu ustawiono wystawę upamiętniającą Ofiary Wołynia.” Kto jest autorem tego wpisu? Ksiądz Isakowicz? Oszalały od smrodu ruskich onuc poseł Braun? Jakaś inna agentura? Nie, to pan – jeszcze wtedy nie prezydent – Andrzej Duda, data wpisu to 10 lipca 2013 roku. Tak, dzień przed rocznicą Rzezi Wołyńskiej, którą okrąglicę prezydent spędzi w Wilnie, na szczycie NATO. Wtedy, gdy ze swym obozem walczył o głosy, to była ważna sprawa, dziś jest sprawą kłopotliwą, zaś priorytety głowy państwa są gdzie indziej – na forum międzynarodowym. I to nie dlatego, że po 10 latach i 8 latach rządu PiS-u wszystko się w tej sprawie już załatwiło. Przeciwnie – wszystko chce się zamieść pod dywan. Bo my prowadzimy politykę wdzięczności wobec Ukrainy, która wobec nas prowadzi wyłącznie pragmatyczną politykę transakcyjną. Dziecko widzi, kto na tym lepiej wyjdzie.

Dziecko tak, ale prezydent – nie. Pewnie dlatego, że on osobiście wyjdzie na tym wcale nieźle.

PS. Siostra mnie zabije, na bank. Ale już nie mogłem: ósmy rok i wszystko jak krew w piach…

Napisał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Sunday Strip: Ready (or not)? [z czego ONI się śmieją??]

Sunday Strip: Ready (or not)?

And now for something completely different…

ROBERT W MALONE MD, MSJUL 2
 
SHARE
 





This one struck home. Late last night, an animal dug under the chicken tractor (a mobile chicken coop), dragged out a chicken and had dinner. Most likely – not a fox but a raccoon, weasel or ermine This creature is a little too athletic for a fox. They/them crawled under the coop, climbed into the nest box up high, grabbed the chicken and dragged it out. As I knew animal predator was a risk, as I hadn’t put chicken wire on the bottom of the new coop yet – and gosh darn- it was a job I needed to take care of. So, I feel responsible. Today’s chores include moving the chickens back into their old coop to live with the peacock. Then at some point, retrofitting the chicken tractor – so that they can free range during the day. 

I hate is growing up poultry, only to feed the local predator population. It is not a “good feeling”. Chickens, as long as they aren’t stressed for space are gentle creatures – and I have a real soft spot for them. Such is life on the farm. Bad things do happen.

Then there is Max the emu. He likes to cruz around while I work on Substack articles.

The horror for me this morning was that for five minutes, I thought we lost Max too. See, Max has an almost pathological need to be with us or the dogs (guineas and chickens won’t do). Last night, Max went into the laundry room as usual, when we got home – with towels on the floor so he doesn’t slip and a baby gate. Well…, in his frantic desire to be with his “herd,” he jumped the baby gate (twice) and he wanted to be back outside again. So, Jill let him out for the night. He is getting to be a big bird – and holds his own with pretty much everything here on the farm.
When I discovered the pile of feathers from the presumed dead chicken this morning, I was out calling for Max. He didn’t come immediately and the sadness was overwhelming. Going in to tell Jill that not only was a chicken gone, but so was Max was painful. Luckily, she went outside – called Max with a “beep-beep-beep” – which is his echolocation call, and he came running to greet her. His usual happy, if mouthy self. 

But no more outside for Max at night! 

We will have to find a new night solution for Max. I think Jill intends to try introducing him to the peacock and the chickens in the big coop… So, stay tuned.

Poultry drama! It never ends…







Yeh – this is important. 


Who is Robert Malone is a reader-supported publication. To receive new posts and support my work, consider becoming a free or paid subscriber.

Wykorzystywanie seksualne, prostytucja, w końcu „zmiana” płci, narkotyki – Żył jako trans-kobieta.


Kaja Godek – Fundacja Życie i Rodzina <kontakt@zycierodzina.pl>

Jeffrey to mężczyzna, który przez wiele lat żył jako kobieta. Wykorzystywanie seksualne, prostytucja, w końcu „zmiana” płci, narkotyki – to było jego życie, nie znał innego. Przesyłam video, w którym Jeffrey opowiada swoją historię. Znajdzie Pan tutaj odpowiedź m.in. na następujące pytania:

– Jak zaczęły się problemy młodego chłopaka z własną płciowością?

– Jaki był wpływ otoczenia?

– Czy decyzja o przyjmowaniu hormonów i chirurgicznej „zmianie” płci była decyzją samego Jeffreya, czy też może została mu przez kogoś zasugerowana?

– Jak czuł się jako „kobieta”?

– Czego naprawdę szukał i jakie braki próbował załatać poprzez swój styl życia?

– Jak wpływało na niego środowisko innych transseksualistów, w którym przebywał?

Nagranie dostępne jest tu:

Drogi Panie!

Piszę do Pana krótko po tym, jak Fundacja kontrowała kolejne parady LGBT – w Poznaniu i Bielsku-Białej. Znowu przynieśliśmy prawdę w sam środek zakłamania.

Podobnie jak informacje o prawdziwym obliczu homolobby, tak i historia Jeffreya to odtrutka na ocean kłamstwa, jakie sprzedają młodym ludziom zawodowi demoralizatorzyChodź do nas, jesteśmy weseli, kolorowi, tolerancyjni! Możesz być, kim chcesz – nie ograniczaj się do płci, którą przypisano ci przy urodzeniu. Włączymy fajną muzykę, pokiwamy się na boki, będziesz jednym z nas, śmiało, wyraź swoją seksualność publicznie, choćby w najbardziej perwersyjny sposób – tak aktywiści łapią na haczyk nieświadomą młodzież. Robią to za pieniądze od rządów, samorządów, Unii Europejskiej i innych ponadnarodowych instytucji.

 Przyszłość dzieciaków kompletnie ich nie obchodzi.

[Właśnie – obchodzi !! Jak najwięcej zgorszyć !! MD]

Dlatego na paradach jesteśmy i my – obrońcy życia i normalności. Bo trzeba przekonywać nieprzekonanych. Toczy się walka o dusze młodych ludzi, których trzeba wyrwać z paszczy sześciokolorowego smoka. Trzeba być tam, gdzie są oni i gdzie próbuje się ich wciągnąć w chore środowisko.

Jesteśmy tam, gdzie nas najbardziej potrzeba. Zawsze na pierwszej linii. Także w Pańskim imieniu. Dziękujemy Panu za wszelkie wsparcie!

Serdecznie Pana pozdrawiam!

Kaja Godek
Podpis

Kaja Godek
Inicjatywa #ZATRZYMAJABORCJĘ
Inicjatywa #STOPLGBT
Fundacja Życie i Rodzina
zycierodzina.pl

PS – Video z historią Jeffreya nie będzie się podobać homolobby. Proszę Pana o przesłanie go dalej – do Rodziny, Znajomych, swojej Wspólnoty. Niech ludzie dowiedzą się, jak kończą dzieciaki wykorzystane przez lobby LGBT

Hanower: „Każde dziecko samo decyduje, czy i z kim chce uczestniczyć w zabawach cielesnych i seksualnych”.

Hanower: „Każde dziecko samo decyduje, czy i z kim chce uczestniczyć w zabawach cielesnych i seksualnych”.

Przedszkolaki miały odkrywać swoje ciało

przedszkolaki-mialy-odkrywac-swoje-cialo

Jedno z przedszkoli prowadzone przez stowarzyszenie AWO w Hanowerze chciało stworzyć specjalny pokój dla dzieci, w którym mogłyby odkrywać swoje ciało. Na plany te zareagował urząd ds. młodzieży (niem. Jugendamt) w Dolnej Saksonii i wstrzymał je. Zdaniem urzędu koncepcja pedagogiczna w tej formie zagraża dobru dziecka.

O kontrowersyjnych planach przedszkola pisał już wcześniej dziennik „Bild”, cytując z pisma dla rodziców, które zapowiadało powstanie „pokoju do odkrywania ciała” i mówiło o obowiązujących w tym miejscu zasadach. Jedna z nich brzmiała następująco: „Każde dziecko samo decyduje, czy i z kim chce uczestniczyć w zabawach cielesnych i seksualnych”.

Według przewodniczącego zarządu AWO w Hanowerze dyrekcja przedszkola nie poinformowała AWO o piśmie do rodziców i nie ustaliła jego treści. Również przekazane w piśmie przez dyrektora przedszkola wrażenie, jakoby dolnosaksońskie ministerstwo edukacji domagało się utworzenia takich pomieszczeń, „jest błędne”.

Koncepcja pod lupą

Jak przekazał resort edukacji Dolnej Saksonii, landowy urząd ds. młodzieży zobligował AWO i prowadzone przez tę instytucję przedszkola w Hanowerze do zmiany przy udziale zewnętrznych doradców pedagogicznej koncepcji przedszkoli oraz koncepcji ochrony dzieci. AWO potwierdziło już, że podjęło stosowne działania z organem nadzorczym i zewnętrznymi konsultantami. 

Przewodniczący zarządu AWO podkreślił, że w prowadzonych przez związek placówkach opieki dziennej nie ma pomieszczeń, w których dzieci są zachęcane do nagości lub zabaw związanych z „odkrywaniem swojego ciała”. Obecnie wewnętrzne dokumenty doradcze w zakresie opieki zawierają jednak fragment odnoszący się do zasad dziecięcych zabaw związanych z poznawaniem ciała, które zostały zaczerpnięte z czasopism towarzystwa ProFamilia.

Teolog bliski Franciszka, Leonardo Boff, chce… „wyzwalać pogaństwo”. „Tygodnik Powszechny” promuje.

https://pch24.pl/teolog-bliski-franciszka-leonardo-boff-chce-wyzwalac-poganstwo/

Paweł Chmielewski


Brazylijski eko-teolog wyzwolenia Leonardo Boff udzielił wywiadu „Tygodnikowi Powszechnemu”. Apeluje w nim o wyzwalanie pogańskich religii z opresji kultury białego człowieka. Boff jest teologiem bliskim papieżowi Franciszkowi, a jego myśl koresponduje ściśle z linią synodalną obecnego pontyfikatu. 

Leonardo Boff to brazylijski teolog wyzwolenia, któremu milczenie nakazał kard. Józef Ratzinger za pontyfikatu św. Jana Pawła II. W efekcie niezgody na nauczanie Kościoła, Boff porzucił franciszkański habit. Jako świecki dalej promował swoją teologię. W ostatnich latach przeszedł na nieco inne pozycje, związane głównie z ekologią. Entuzjastycznie przyjmował działalność papieża Franciszka – jego encyklikę Laudato si’ czy Synod Amazoński.

Gdy wybuchła tzw. pandemia Covid-19, papież Franciszek wypowiadał się kilkukrotnie w tonie eko-teologii wyzwolenia. W jednym z wywiadów stwierdził nawet, że Ziemia mści się na ludziach poprzez pandemię za to, co zrobili jej w ramach wyzysku. Tezy te zaczerpnął prawdopodobnie wprost z jednego z opublikowanych zaledwie chwilę wcześniej artykułów Boffa. W grudniu 2018 roku Franciszek wysłał do Boffa list, dziękując mu za wsparcie, jako Boff mu udziela oraz składając mu najlepsze życzenia na 80. urodziny. Sam Boff pisze, że miał znaczący wkład w encyklikę Laudato si’.

Poglądy, które Boff przedstawił w wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego”, są bardzo znamienne dla pontyfikatu Franciszka. Zwraca w nich uwagę między innymi chęć docenienia pogańskich religii ludów „pierwotnych”. W ramach „wyzwalania” tych ludów Boff chce umacniać te fałszywe wierzenia.

„Opresje są różne i każda z nich wymaga specyficznego wyzwolenia. Na przykład osoby czarnoskóre generalnie są dyskryminowane. Teologia wyzwolenia w ich przypadku jest zobowiązaniem do poszanowania ludu, religii pochodzenia afrykańskiego, ich sposobu ubierania się” – powiedział Boff. Następnie wezwał do wyzwalania „religii, obrzędów i świąt” rdzennych mieszkańców takich krajów jak Brazylia oraz do wyzwalania „dyskryminowanych kobiet” i „osób o odmiennej orientacji seksualnej”.

Teolog mówił też „Tygodnikowi Powszechnemu” o „wyzwalaniu Ziemi”.

Według Leonarda Boffa najpilniejsze jest jednak wyzwolenie Ziemi – od „najbardziej niebezpiecznego drapieżnika – człowieka”. „Aby Ziemia mogła zregenerować się i odnowić zasoby, które zużywamy obecnie w ciągu roku, potrzebuje półtora roku. […] Albo zmienimy nasze relacje z naturą, albo Ziemia wyśle ​​​nam jeszcze bardziej śmiercionośne sygnały. Jak powiedział papież Franciszek w encyklice Fratelli tuttijedziemy na tym samym wózku i albo wszyscy się uratujemy, albo nikt się nie uratuje” – stwierdził Boff.

Z celami realizowanymi przez Franciszka doskonale koresponduje też myśl Boffa dotycząca budowania nowego społeczeństwa globalnego. W rozmowie Boff wezwał do zniesienia granic między narodami. „ Wyzwanie polega na stworzeniu nowego globalnego paktu społecznego wszystkich narodów, omawianiu globalnych problemów i szukania globalnych rozwiązań. Nadal brak nam wystarczającej świadomości i działań, które trzeba podjąć już teraz” – orzekł Boff.

Źródła: Tygodnik Powszechny, PCh24.pl

Andrzej.02 lipiec 2023

Fratelli tutti: jedziemy na tym samym wózku i albo wszyscy się uratujemy, albo nikt się nie uratuje” – Zwracam szczególną uwagę na ten fragment który w sposób sztandarowy nie ma nic wspólnego z Prawdą.Nikt się nie uratuje lub wszyscy traktowanie wszystkich jak homogenna bezimienna pulpa.

miki02 lipiec 2023

Z główką coś nie tego?Jak się ktoś zaparł Boga,Jego praw oraz Ewangelii,temu zawsze w jakimś momencie życia bije w dekiel i opowiada głupoty sądząc,że większość jest tego samego zdania co i on,ten szurnięty biedaczek.Niestety,wasz wózek jest lżejszy przynajmniej o jedną osobę czyli mnie,bo nie zależy mi na zmianie relacji z naturą,ale na zbawieniu swej duszy.Dlatego też w dalszym ciagu będę czytać Pismo Święte,przystepować regularnie do spowiedzi i Komunii Świętej,zachowywać posty,nabożnie uczestniczyć we Mszy Świętej,modlić się nie tylko „ojczenaszem”,ale używać będę do tej czynności nadal modlitewnika oraz różańca,a także zachowywać wiele z tego czego nauczył mnie ksiądz katecheta w salce parafialnej.Myślę jednak,że będzie jeszcze sporo osób,które nie wsiądą na ten wasz wózek i nie pojadą razem z wami ekspresem w otchłanie piekielne,jak wam się to marzy.Bo już inaczej tych wszystkich pogańskich i heretyckich dyrdymałów nazwać nie można,jak tylko ostra jazda do belzebuba.

sp02 lipiec 2023

Przecież pogaństwo jest „wyzwolone” i składa tyle ofiar z niewinnych dzieci, jak jeszcze nigdy w historii świata.

C

https://pch24.pl/teolog-bliski-franciszka-leonardo-boff-chce-wyzwalac-poganstwo/

Paweł Chmielewski


Brazylijski ekoteolog wyzwolenia Leonardo Boff udzielił wywiadu „Tygodnikowi Powszechnemu”. Apeluje w nim o wyzwalanie pogańskich religii z opresji kultury białego człowieka. Boff jest teologiem bliskim papieżowi Franciszkowi, a jego myśl koresponduje ściśle z linią synodalną obecnego pontyfikatu. 

Leonardo Boff to brazylijski teolog wyzwolenia, któremu milczenie nakazał kard. Józef Ratzinger za pontyfikatu św. Jana Pawła II. W efekcie niezgody na nauczanie Kościoła, Boff porzucił franciszkański habit. Jako świecki dalej promował swoją teologię. W ostatnich latach przeszedł na nieco inne pozycje, związane głównie z ekologią. Entuzjastycznie przyjmował działalność papieża Franciszka – jego encyklikę Laudato si’ czy Synod Amazoński.

Gdy wybuchła tzw. pandemia Covid-19, papież Franciszek wypowiadał się kilkukrotnie w tonie ekoteologii wyzwolenia. W jednym z wywiadów stwierdził nawet, że Ziemia mści się na ludziach poprzez pandemię za to, co zrobili jej w ramach wyzysku. Tezy te zaczerpnął prawdopodobnie wprost z jednego z opublikowanych zaledwie chwilę wcześniej artykułów Boffa. W grudniu 2018 roku Franciszek wysłał do Boffa list, dziękując mu za wsparcie, jako Boff mu udziela oraz składając mu najlepsze życzenia na 80. urodziny. Sam Boff przekonuje, że miał znaczący wkład w encyklikę Laudato si’.

Poglądy, które Boff przedstawił w wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego”, są bardzo znamienne dla pontyfikatu Franciszka. Zwraca w nich uwagę między innymi chęć docenienia pogańskich religii ludów „pierwotnych”. W ramach „wyzwalania” tych ludów Boff chce umacniać te fałszywe wierzenia.

„Opresje są różne i każda z nich wymaga specyficznego wyzwolenia. Na przykład osoby czarnoskóre generalnie są dyskryminowane. Teologia wyzwolenia w ich przypadku jest zobowiązaniem do poszanowania ludu, religii pochodzenia afrykańskiego, ich sposobu ubierania się” – powiedział Boff. Następnie wezwał do wyzwalania „religii, obrzędów i świąt” rdzennych mieszkańców takich krajów jak Brazylia oraz do wyzwalania „dyskryminowanych kobiet” i „osób o odmiennej orientacji seksualnej”.

Teolog mówił też „Tygodnikowi Powszechnemu” o „wyzwalaniu Ziemi”.

Według Leonarda Boffa najpilniejsze jest jednak wyzwolenie Ziemi – od „najbardziej niebezpiecznego drapieżnika – człowieka”. „Aby Ziemia mogła zregenerować się i odnowić zasoby, które zużywamy obecnie w ciągu roku, potrzebuje półtora roku. […] Albo zmienimy nasze relacje z naturą, albo Ziemia wyśle ​​​nam jeszcze bardziej śmiercionośne sygnały. Jak powiedział papież Franciszek w encyklice Fratelli tuttijedziemy na tym samym wózku i albo wszyscy się uratujemy, albo nikt się nie uratuje” – stwierdził Boff.

Z celami realizowanymi przez Franciszka doskonale koresponduje też myśl Boffa dotycząca budowania nowego społeczeństwa globalnego. W rozmowie Boff wezwał do zniesienia granic między narodami. „ Wyzwanie polega na stworzeniu nowego globalnego paktu społecznego wszystkich narodów, omawianiu globalnych problemów i szukania globalnych rozwiązań. Nadal brak nam wystarczającej świadomości i działań, które trzeba podjąć już teraz” – orzekł Boff.

Źródła: Tygodnik Powszechny, PCh24.pl

Andrzej.02 lipiec 2023

Fratelli tutti: jedziemy na tym samym wózku i albo wszyscy się uratujemy, albo nikt się nie uratuje” – Zwracam szczególną uwagę na ten fragment który w sposób sztandarowy nie ma nic wspólnego z Prawdą.Nikt się nie uratuje lub wszyscy traktowanie wszystkich jak homogenna bezimienna pulpa.

miki02 lipiec 2023

Z główką coś nie tego?Jak się ktoś zaparł Boga,Jego praw oraz Ewangelii,temu zawsze w jakimś momencie życia bije w dekiel i opowiada głupoty sądząc,że większość jest tego samego zdania co i on,ten szurnięty biedaczek.Niestety,wasz wózek jest lżejszy przynajmniej o jedną osobę czyli mnie,bo nie zależy mi na zmianie relacji z naturą,ale na zbawieniu swej duszy.Dlatego też w dalszym ciagu będę czytać Pismo Święte,przystepować regularnie do spowiedzi i Komunii Świętej,zachowywać posty,nabożnie uczestniczyć we Mszy Świętej,modlić się nie tylko „ojczenaszem”,ale używać będę do tej czynności nadal modlitewnika oraz różańca,a także zachowywać wiele z tego czego nauczył mnie ksiądz katecheta w salce parafialnej.Myślę jednak,że będzie jeszcze sporo osób,które nie wsiądą na ten wasz wózek i nie pojadą razem z wami ekspresem w otchłanie piekielne,jak wam się to marzy.Bo już inaczej tych wszystkich pogańskich i heretyckich dyrdymałów nazwać nie można,jak tylko ostra jazda do belzebuba.

sp02 lipiec 2023

Przecież pogaństwo jest „wyzwolone” i składa tyle ofiar z niewinnych dzieci, jak jeszcze nigdy w historii świata.

Czworo Algierczyków w areszcie za gwałt i morderstwo 12-letniej dziewczynki w Paryżu.

Czworo Algierczyków w areszcie za gwałt i morderstwo 12-letniej dziewczynki w Paryżu.

Podejrzani o zabójstwo

Par Aylan Afir / 17 octobre 2022

algeriens-meurtre-fillette

Wciąż pojawiają się nowe informacje na temat morderstwa 12-letniej dziewczynki, do którego doszło w piątek 14 października w 19. dzielnicy Paryża. Według francuskiej prasy, czworo zatrzymanych podejrzanych urodziło się w Algierii. Są to dwie siostry i dwóch mężczyzn, z których jeden jest „bliskim” jednej z sióstr.

Morderstwo wstrząsnęło całym Paryżem. Ofiara, Lola, została znaleziona przez bezdomnego w plastikowym bagażniku około godziny 23-ciej. Było to przed blokiem, w którym mieszkała. Sekcja zwłok, przeprowadzona następnego dnia, wykazała śmierć przez uduszenie z poważnymi ranami na szyi.

Śledztwo ujawniło niejaką Dahbię B., która została zauważona przez kamery monitoringu. Była ostatnią osobą, która widziała Lolę żywą. Widziano ją wchodzącą do rezydencji z ofiarą, a następnie wychodzącą samotnie. Wszystko to w dniu morderstwa. Młoda Algierka ma zostać przebadana pod kątem „potencjalnych zaburzeń psychicznych”, według źródeł bliskich śledztwu cytowanych przez francuską prasę.

Czworo Algierczyków w areszcie za gwałt i morderstwo Loli

Według relacji naocznych świadków, młoda kobieta opuściła dom z dwiema walizkami, które załadowała do samochodu. Poprosiła nawet przechodniów o pomoc w niesieniu plastikowego bagażnika. Walizka zawierająca młodą ofiarę była poplamiona krwią i mocno wybielona chemicznie, czyszczona.

Dahbia B. została aresztowana następnego dnia w Bois-Colombes, Hauts-de-Seine, na północny zachód od Paryża. Została zatrzymana wraz z 5 innymi osobami. Bezdomny, który odkrył ciało i inna osoba zostali zwolnieni bez postawienia zarzutów. Jednak młoda Algierka, jej starsza siostra i dwóch innych mężczyzn, wszyscy urodzeni w Algierii, zostali zatrzymani w areszcie policyjnym w sprawie „zabójstwa nieletniej poniżej 15 roku życia w związku z gwałtem popełnionym z aktami tortur i barbarzyństwa” oraz „gwałtu na nieletniej poniżej 15 roku życia z aktami tortur i barbarzyństwa oraz ukrywania zwłok”, według źródeł sądowych cytowanych przez Libération1.

Zgodnie z nagraniem kanału telewizyjnego, sąsiad był świadkiem tej sceny. Kiedy Dahbia B. odkryła, że mała Lola znajduje się w plastikowym bagażniku, zaczęła biec z telefonem, krzycząc: „On to zrobił! On to zrobił!” Jest to kolejna wskazówka, że młoda kobieta nie jest bezpośrednim sprawcą zbrodni przeciwko małej Loli, ale jest to również wskazówka, że wie, kto popełnił morderstwo.

Kto wysadził Nord Stream? Polska wiedziała o jachcie Andromeda. „Feeria Lwowa” i ukraiński komandos.

Polska wiedziała
o Andromedzie

Wojciech Cieśla, Anna Gielewska, Anastasiia Morozova
Zdjęcie: Norddeutscher Rundfunk

22 czerwca 2023

  • Nowe fakty ze śledztwa w sprawie wybuchu Nord Stream
  • Jacht Andromeda, który według niemieckich śledczych mógł brać udział w wysadzeniu gazociągów Nord Stream, w trakcie rejsu we wrześniu 2022 r. zatrzymał się w Kołobrzegu 
  • Załoga łodzi była sprawdzana przez polską Straż Graniczną

Kto wysadził Nord Stream 1 i Nord Stream 2? Spekulacje w sprawie eksplozji rurociągu na Bałtyku trwają od 26 września 2022 r. To tego dnia kilkadziesiąt metrów pod wodą doszło do wybuchów, które zniszczyły trzy rury gazociągu.

Polska do tej pory stała z boku śledztwa. Ale, jak ustaliliśmy w ramach międzynarodowego dziennikarskiego śledztwa, w maju prokuratorzy z Gdańska spotkali się ze prokuratorami  z Niemiec. Okazało się, że od wielu miesięcy Polacy mają jeden z kluczy do rozwiązania zagadki. Dlaczego o nim milczeli?

Sprawę wybuchu badają niezależnie od siebie prokuratury w Niemczech, Danii, Szwecji i Polsce. Najintensywniej w Niemczech – tam we wrześniu 2022 r. sześcioosobowa załoga wynajęła 15-metrowy, żaglowy jacht Andromeda. To właśnie z tego jachtu, według najpoważniejszej dzisiaj hipotezy badanej przez niemieckich śledczych, być może dokonano sabotażu (na jachcie znaleziono ślady materiałów wybuchowych).

Jak ujawniliśmy w maju, za wynajem Andromedy zapłaciła tajemnicza spółka Feeria Lwowa, zarejestrowana na warszawskim Powiślu. W teorii działa w branży turystycznej – ale nigdzie się nie reklamuje, nie sposób znaleźć jej klientów, niemożliwe jest zdobycie telefonu do jej właścicieli. Jak wynika z dokumentów rejestrowych, oficjalnym udziałowcem spółki jest kobieta z miasta Kercz na okupowanym Półwyspie Krymskim, prezeską Natalia A.  z Kijowa. Obie nie chcą rozmawiać z dziennikarzami.  

Tekst jest efektem międzynarodowego śledztwa dziennikarskiego z udziałem „Süddeutsche Zeitung”, „Die Zeit” i nadawcy publicznego ARD (Niemcy), „Expressen” (Szwecja),  „Berlingske” (Dania) i FRONTSTORY.PL (Polska).

Jak ujawniliśmy, jednym z wątków, który badają niemieccy śledczy, jest też udział w rejsie Andromedy dwóch obywateli Ukrainy – jeden z nich to prawdopodobnie ukraiński komandos (jego rodzina potwierdziła nam, że w maju był na froncie), który używał fałszywego, rumuńskiego paszportu. Kilkanaście dni temu służby w Niemczach pobrały DNA jego dziecka, aby potwierdzić lub wykluczyć obecność komandosa na pokładzie Andromedy. Drugi Ukrainiec to osoba związana z pracą na morzu. 

Jak zaczęła się historia Andromedy?

Kilka miesięcy przed eksplozjami na Bałtyku holenderski wywiad wojskowy MIVD ostrzegł sojuszników: Ukraińcy, zgodnie z informacjami z czerwca 2022 r., planują wynająć łódź, aby przeprowadzić atak na gazociągi na Bałtyku. Informacja dotarła najpierw do amerykańskiej CIA, a stamtąd do niemieckiej Federalnej Służby Wywiadowczej (BND) – chociaż ta ostatnia miała uznać taki plan za mało wiarygodny.

Po atakach we wrześniu holenderski wywiad wojskowy dostał ponownie informacje, że sabotaż przeprowadzili Ukraińcy, prawdopodobnie za pomocą łodzi wynajętej w Niemczech. W trakcie sprawdzania tego wątku niemieccy śledczy z Federalnego Urzędu Kryminalnego (BKA) i Policji Federalnej natknęli się na Andromedę.

Jednym z problemów, jaki z Andromedą od miesięcy mają śledczy we wszystkich krajach, to brak zapisu jej podróży po Bałtyku. Większość dużych jachtów używa systemu AIS, który zapisuje ślad łodzi na wodzie, na przykład odwiedzane porty.

Andromeda nie miała takiego systemu. Do niedawna wiadomo było jedynie, że 6 września 2022 r. wyczarterowana łódź wypłynęła spod Rostocku, zatrzymała się w niemieckim Wiek na Rugii, a potem na duńskiej wyspie Christiansø, niedaleko rurociągów Nord Stream.     

Jacht Andromeda obecnie jest zacumowany w marinie Hohe Düne,  Rostock, Niemcy. 21.06.2023 r. Zdjęcie: Norddeutscher Rundfunk

Formalnie polska prokuratura (dokładnie: Pomorski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Gdańsku) jesienią 2022 r. wszczęła śledztwo w sprawie „oddziaływania skutków uszkodzenia gazociągów na środowisko naturalne oraz zagrożenia dla życia i zdrowia ludzi”. Ale – poza skierowaniem wniosków o pomoc prawną do kilku prokuratur za granicą – niewiele robiła.

Naciskana przez Niemców, którzy w połowie maja zwrócili się z europejskim nakazem dochodzeniowym o udzielenie informacji w śledztwie, zgodziła się wreszcie na spotkanie śledczych z obu krajów. 

Nasza publikacja o polskich tropach w aferze ukazuje się 21 maja. Prawdopodobnie dopiero kilka dni później dochodzi do „roboczego” spotkania śledczych z Niemiec i Polski (strona niemiecka mówi o 25 maja, polska prokuratura pisze nam oględnie o „połowie miesiąca”).

Dopiero wtedy okazuje się, że Polacy mają informację na wagę złota: Andromeda we wrześniu 2022 r. przypłynęła do Polski – z ich ustaleń wynika, że z Wiek na Rugii. Na pokładzie znajdowało się sześć osób. Po 12-godzinnym pobycie w jednym z polskich portów jacht opuścił Polskę.

Ustalamy, że chodzi o port w Kołobrzegu. Dzwonimy do miejscowej mariny. Potwierdzamy, że Andromeda zatrzymała się tam 19 września. Pytanie o Andromedę nikogo nie dziwi: – Wiele służb ostatnio pyta o tę łódź – mówi pracownik mariny, z którym rozmawiamy.

Marina w Kołobrzegu, gdzie zatrzymał się jacht Andromeda
Marina w Kołobrzegu, gdzie zatrzymał się jacht Andromeda. Zdjęcie: Kamilbarwinek/Wikimedia Commons, CC 4.0

Prokuratura Krajowa w odpowiedzi na nasze pytania podkreśla: „Z ustaleń śledztwa wynika, że podczas postoju jachtu w polskim porcie nie dokonywano na jego pokład załadunku żadnych przedmiotów”.

Okazuje się jednak, że 19 lub 20 września załogę Andromedy – rzecz rzadko spotykana w polskich portach jachtowych – skontrolowała polska Straż Graniczna. Dopytujemy o szczegóły rzeczniczkę SG por. Annę Michalską. Kim były kontrolowane osoby i czym zakończyła się kontrola? Tego SG ujawnić nie chce: nie ma możliwości prawnych udostępnienia wnioskowanych danych – twierdzi w lakonicznej odpowiedzi. 

To oznacza, że Polacy od wielu miesięcy mieli precyzyjne, znaczące dla śledztwa informacje. Dlaczego podzielili się nimi dopiero po ośmiu miesiącach i publikacjach dziennikarzy o sprawie?

Pośrednio wyjaśnia to sama prokuratura – nie wierzy w wersję, w której gazociągi wysadzono używając turystycznego jachtu: „W toku śledztwa brak jest bezpośrednich dowodów wskazujących na udział osób znajdujących się na jachcie Andromeda w dokonaniu uszkodzenia rurociągu Nord Stream”. 

Do innych wniosków doszli właśnie niemieccy śledczy. Ekspertyza, którą kilka dni temu ujawnili dziennikarze Der Spiegel, ma potwierdzać wersję udziału Andromedy w wysadzeniu Nord Stream. Szczegóły ekspertyzy omawiała niedawno komisja spraw wewnętrznych Bundestagu.

Z kolei duński nadawca publiczny opublikował nowe wideo z podwodnego drona – zdaniem ekspertów, którzy je analizowali, uszkodzenia gazociągu wskazują na użycie niewielkiego ukierunkowanego ładunku wybuchowego, który mógł zostać przymocowany do rurociągu za pomocą małego nurkującego robota.

Czy Andromeda zatrzymała się w Kołobrzegu w drodze na akcję na Bałtyku czy już po? Czy tylko raz? Tego wciąż nie wiadomo. Prokuratura w mejlu do nas pisze: „Z ustaleń śledztwa wynika, iż jacht ten przypłynął do Polski z Wiek z Rugii, a na jego pokładzie znajdowało się 6 osób”.

To kłóci się z ustaleniami duńskich śledczych – według nich Andromeda zawinęła do duńskiego Christiansø między 16 a 18 września (duńska policja zaapelowała o zdjęcia portu robione w tych dniach). Jeśli to prawda, to do Kołobrzegu jacht przypłynął 19 września właśnie od strony Christiansø, a nie Wiek w Niemczech. 

Siedziba firmy Feeria Lwowa, która wynajęła jacht Andromeda
Siedziba firmy Feeria Lwowa, która wynajęła jacht Andromeda

W czerwcu – jak wynika z naszych nieoficjalnych informacji – polskie służby miały przeszukać lokal, w którym mieści się wirtualne biuro spółki Feeria Lwowa (zapłaciła za rejs Andromedy) w Warszawie. Pracownica biura odmówiła nam komentarza na ten temat.

Prezeska firmy Natalia A., gdy do niej zadzwoniliśmy, nie chciała nam udzielić żadnych informacji w tej sprawie i poprosiła o wysłanie pytań na adres mejlowy firmy. Tak zrobiliśmy, ale nie uzyskaliśmy żadnej odpowiedzi. 

Polskie służby do czasu opublikowania tego tekstu nie odniosły się do tej informacji.

Lewy profesor prawa. Bryluje w Polsce. Członek honoris causa, ale fikcyjny.. Andrijiw

Lewy profesor prawa. Bryluje w Polsce.

Anastasiia Morozova / FRONTSTORY.PL
=

28 czerwca 2023

  • Podczas gdy w Ukrainie czeka na niego akt oskarżenia w sprawie fałszywych stopni naukowych, Wasyl Andrijiw wykłada na państwowym uniwersytecie w Polsce
  • Sfałszowane dokumenty rzekomego profesora nie wzbudziły wątpliwości ani na uczelni, ani w Ministerstwie Edukacji, które je weryfikowało
  • Andrijiw zrezygnował z pracy na polskim uniwersytecie dopiero po nagłośnieniu sprawy przez ukraińskich dziennikarzy

Wasyl Andrijiw często przekracza ukraińsko-polską granicę. Siwy mężczyzna w średnim wieku podróżuje z Ukrainy do Kielc i z powrotem. Strażnicy graniczni nie muszą wiedzieć, że w maju do sądu w Ukrainie trafił akt oskarżenia w jego sprawie. Oprócz posługiwania się fałszywymi dyplomami mężczyzna jest oskarżony o oszustwo – w sumie wykorzystując (zmyślone) stopnie naukowe do pracy na uczelniach wyższych dostał ok. 700 tys. hrywien dopłat (ok. 77 tys. zł).

Śledztwo w Ukrainie nie przeszkadza mu krążyć między Ukrainą i Polską – i budować oficjalną, legalną karierę. Co drugi tydzień Wasyl Andrijiw prowadzi konsultacje ze studentami Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach. Od 2015 r. wykłada tam prawo, równocześnie pracuje jako wykładowca na uniwersytecie we Lwowie.

Artykuł powstał we współpracy z redakcją serwisu Naszi Groszi.Lviv, w wersji ukraińskiej ukazał się na NGL.media

Dzień po przesłaniu aktu oskarżenia, gdy mężczyzna jest już w Polsce, sprawę Andrijiwa ujawniają ukraińskie media. Dziennikarze NGL.media opisują jego działalność w Ukrainie – oraz to, że przez 13 lat wykładał na ukraińskich uniwersytetach i w Polsce posługując się sfałszowanymi dokumentami.

Prawnik z nagrodą prezydenta

Wasyl Andrijiw urodził się w 1963 r. w małej wiosce w obwodzie iwanofrankowskim. Według ukraińskich mediów pracował jako robotnik w fabryce i służył w armii ZSRR, jednocześnie studiował prawo.

Dyplom z prawa zdobył zaocznie na Kijowskim Uniwersytecie Narodowym w 1991 r. W tym czasie nie palił się jeszcze do kariery prawniczej, angażował się za to w różne biznesy – również w Polsce.

Dyplom doktora prawa z Ukrainy
Zdjęcie z komunikatu na temat śledztwa wobec Adrijiwa ze strony lwowskiej policji

W 2009 r. Andrijiw wraca do zawodu i zostaje wykładowcą prawa na Lwowskim Narodowym Uniwersytecie Zarządzania Środowiskiem. Uczelni pokazuje nie tylko dyplom ze studiów zaocznych sprzed 13 lat, ale także doktorat, który rzekomo uzyskał na Kijowskim Uniwersytecie Narodowym im. Tarasa Szewczenki. Trzy lata później, w 2012 r., legitymuje się już tytułem doktora habilitowanego. Kijowski uniwersytet twierdzi, że Andrijiw nie zdobywał tam stopni naukowych.

– Był mistrzem w swoim zawodzie, interesującym wykładowcą i kolegą – mówi nam Iryna Fediw, pierwsza prorektor Lwowskiego Narodowego Uniwersytetu Zarządzania Środowiskiem (Andrijiw pracował tam sześć lat). 

Doktor Andrijw jest rzutki: oprócz nauczania prawa bierze udział w konferencjach naukowych w Ukrainie i w Polsce. W maju 2021 r. prezydent Zełeński przyznaje mu honorowy tytuł Zasłużonego Pracownika Nauki i Techniki Ukrainy. 

Dyplom poprawny językowo

W 2015 r. Uniwersytet Jana Kochanowskiego w Kielcach uruchamia nowy kierunek studiów – prawo. Nowy instytut potrzebuje nauczycieli różnych dyscyplin: prawa europejskiego, konstytucyjnego i międzynarodowego. Ze swoim CV Wasyl Andrijiw jest idealnym kandydatem. Ma na koncie siedmioletnie doświadczenie w nauczaniu, doktorat z prawa i co najmniej 10 ważnych konferencji. Przechodzi procedury naboru i zostaje profesorem na polskim uniwersytecie.

Aby potwierdzić autentyczność dyplomów, Andrijiw przekazuje je polskiemu Ministerstwu Edukacji i Nauki. W jaki sposób je weryfikowano? Ustaliliśmy, że polskie ministerstwo nie skontaktowało się ani z uczelnią, która rzekomo wydała dyplomy, ani z Ministerstwem Edukacji i Nauki Ukrainy. 

Polskie ministerstwo tłumaczy, że przy weryfikacji dyplomów „zwraca się szczególną uwagę na podpisy, pieczęcie, daty, funkcje, dodatkowe elementy dyplomu, załączniki do dokumentu, dokument uprawniający do podjęcia danego kształcenia albo ubiegania się o daną kwalifikację”, a także na „poprawność językową, wielkość czcionek lub sposób ręcznego wprowadzenia danych na wzorze”. 

Potwierdzenie MEiN trafia do uniwersytetu w Kielcach i 1 października 2015 r. profesor zaczyna wykłady z prawa międzynarodowego.

Rektorat Uniwersytety Jana Kochanowskiego w Kielcach
Rektorat Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach. Zdjęcie: Błażej H / Wikimedia Commons, CC 3.0

Studenci Andrijiwa, z którymi udało nam się skontaktować, chwalą jego profesjonalizm. Według nich wykłady odbywały się w języku polskim i nie różniły się poziomem od zajęć z innymi pracownikami uczelni. Gdy pytamy, czy znają prace naukowe Andrijewa, rozkładają ręce: – Wydaje mi się, że kilka razy przyniósł swoje publikacje, ale po ukraińsku. Nie znaliśmy tego języka – wspomina Krzysztof, jeden ze studentów. 

W licznych biografiach Andrijiwa, które można znaleźć w sieci, przypisuje mu się autorstwo ponad 100 prac naukowych. Udało nam się potwierdzić istnienie jedynie pięciu.

Profesorowi mnożą się konferencje

Mniej więcej w tym samym czasie, gdy zaczyna uczyć w Polsce, Andrijiw zostaje zatrudniony na Lwowskim Narodowym Uniwersytecie Medycyny Weterynaryjnej i Biotechnologii. Z czasem zostanie tam kierownikiem katedry prawa. Rada akademicka uniwersytetu przyznaje mu tytuł profesora, a Ministerstwo Edukacji Ukrainy zatwierdza jej decyzję. 

– Zajmował się organizacją seminariów, był dość aktywny. Pracował ze studentami, był opiekunem studentów studiów magisterskich – pamięta Ihor Turko, pierwszy prorektor uniwersytetu.

Na polskiej uczelni Wasyl Andrijiw nie budzi podejrzeń. Ale podczas pracy na lwowskim uniwersytecie jego zachowanie kilka razy wywołuje zdziwienie. Jeden z byłych pracowników Lwowskiego Uniwersytetu Medycyny Weterynaryjnej opowiada, że profesor kilkakrotnie przychodził na uroczystości w mundurze i tłumaczył, że pracuje dla Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU). Odnaleźliśmy jego zdjęcie w mundurze z orderami i naszywką Międzynarodowego Komitetu Ochrony Praw Człowieka, organizacji pozarządowej, której Andrijiw był członkiem.

Według ukraińskiego portalu YouControl organizacja powstała w 2001 r. i twierdziła, że jest powiązana z ONZ – zbliżonym logo i rzekomymi działaniami. W rzeczywistości Międzynarodowy Komitet Praw Człowieka nie ma nic wspólnego z ONZ – rozdaje ordery i nagrody, przyznaje tytuły książęce. Prawdopodbnie Andrijiw, jako honorowy członek organizacji, również otrzymywał ordery –  te, które widać na jego mundurze na zdjęciu, nie mają nic wspólnego z SBU, organami ścigania czy odznaczeniami za zasługi w dziedzinie praw człowieka.

Wasyl Andrijiw w mundurze i z orderam
Andrijiw w mundurze i z orderami. Zdjęcie usunięte ze strony Lwowskiego Narodowego Uniwersytetetu Medycyny Weterynaryjnej i Biotechnologii

W kwietniu 2019 r. w Sejmie Uniwersytet Kochanowskiego organizuje konferencję na temat praw człowieka. Zaproszonych jest ponad 250 naukowców z Polski, Słowacji, Kazachstanu i Rosji. Wśród nich – Wasyl Andrijiw, lecz nie jako przedstawiciel Uniwersytetu w Kielcach, ale jako gość zagraniczny z uniwersytetu we Lwowie. 

Kilka miesięcy później, w grudniu, bardzo podobna z nazwy i treści konferencja  odbędzie się we Lwowie. Współorganizatorami są uczelnie Andrijiwa – Lwowski Narodowy Uniwersytet Medycyny Weterynaryjnej i Biotechnologii oraz Uniwersytet Jana Kochanowskiego w Kielcach. 

Arogancko sprawdzić kolegę? Po co!

Kolejną instytucją, którą Andrijiw zdołał przekonać o autentyczności swoich dyplomów, jest Okręgowa Rada Adwokacka w Kielcach. Złożony przez niego wniosek o wpisanie na listę adwokatów był oceniany pod kątem „należytego wykonywania zawodu adwokata i nieskazitelnego charakteru” kandydata. Pomogło zaświadczenie z polskiego Ministerstwa Edukacji. Następnie minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro zatwierdził decyzję rady.

W Ukrainie sprawa fałszywych dyplomów jest głośna. Czy Wasyl Andrijiw zostanie teraz wykreślony z polskiego rejestru adwokatów? Okręgowa Rada Adwokacka w Kielcach, której pokazujemy informacje z mediów w Ukrainie o tej sprawie, nie widzi powodu. Według niej informacje dziennikarzy „wymagają co najmniej weryfikacji i przeprowadzenia stosownego postępowania wyjaśniającego. W tych okolicznościach nie wskazane jest przyjmowanie pozy aroganckich sędziów, dla których doniesienia medialne są wystarczającym dowodem winy. Podkreślenia wymaga okoliczność że do Okręgowej Rady Adwokackiej w Kielcach nie wpłynęło żadne oficjalne zawiadomienie, bądź uwiarygodniona informacja  o zarzutach przypisywanych panu Wasylowi Andrijiwowi”.

Formalnie Wasyl Andrijiw jest adwokatem niewykonującym zawodu. Okręgowa Rada Adwokacka w Kielcach wyjaśnia, że status ten nie pozwala mu na reprezentowanie klientów w sądzie. Aby w pełni pracować nad sprawami sądowymi, musiałby złożyć wniosek o rozpoczęcie działalności zawodowej i określić miejsce pracy. 

Udało nam się skontaktować z Wasylem Andrijiwem. Zapytaliśmy go, czy świadczył usługi prawne w Polsce?  – Nigdy nie byłem prawnikiem w Polsce, byłem tylko na liście, ale nie praktykowałem prawa, ponieważ jest to drogie i trzeba mieć jakieś biuro – mówi Andrijew.

Wasyl Andrijiw pracuje dziś w krakowskiej kancelarii prawnej Paweł Weber i współpracownicy. Według serwisu WebArchive, profil Andrijiwa pojawił się na stronie internetowej kancelarii w 2021 r. W jego biogramie podano, że jest on doktorem honoris causa prywatnego Uniwersytetu Danyla Halickiego w Iwano-Frankowsku. Administracja tego uniwersytetu zaprzecza związkom Andrijiwa z działalnością uczelni. Strona kancelarii wspomina również o członkostwie Andrijiwa w fikcyjnej organizacji, o nazwie Międzynarodowy Komitet Obrony Praw Człowieka na Ukrainie. 

Paweł Weber potwierdził nam fakt współpracy z Andrijiwym, ale odmówił komentarza na temat jego dyplomów. 

Strona ukraińska również nie znalazła podstaw do zawieszenia działalności pseudoprawnika. Otwarta sprawa karna w związku z podejrzeniem oszustwa nie uniemożliwia mu pracy – jego licencja, wydana w 2012 r., jest nadal ważna. Według internetowego rejestru prowadzonego przez ukraińskie sądy, broni on klientów w różnych sprawach: wypadki drogowe, unikanie służby i roszczenia o odszkodowania.

Wasyl Andrijiw w rozmowie z nami nie chciał komentować informacji na swój temat. Przekazał nam jedynie, że nie pracuje już na Uniwersytecie w Kielcach i nie przebywa w Polsce. Jak twierdzi, z pracy w Kielcach zrezygnował w maju z własnej woli.

Uniwersytet w Kielcach po naszych pytaniach o Andrijiwa usunął ze swojej strony internetowej część wzmianek o byłym pracowniku.

Anastasiia Morozova

Dziennikarka, researcherka i autorka wizualizacji danych FRONTSTORY.PL. Wcześniej współpracowała z radiem Free Europe w Kijowie.

„Tęczową machinę” nieustannie nakręcają, a jedyne, co może przynieść światu i ludziom, to totalna katastrofa.

Tęczową machinę” nieustannie nakręca, a jedyne, co może przynieść światu i ludziom, to totalna katastrofa.

Barbara Nowak: Powszechna akceptacja zachowań, które niedawno miały swoje miejsce tylko w psychiatrycznych zakładach zamkniętych

1 lipca 2023 akceptacja-zachowan-ktore-niedawno-mialy-miejsce-tylko-w-zakladach-zamknietych

W Nowym Jorku, gdzie osiem lat permisywnej edukacji seksualnej i promocji środowisk LGBT (2009–2017) skutkowało w grupie młodzieży 14–18 lat wzrostem z 8,9 proc. do 25,3 proc. deklarujących, że są homoseksualistami, biseksualistami lub że nie są pewni swojej tożsamości płciowej.

Podobne badania, rozszerzone o kolejne literki w innych państwach, pokazują stałą tendencję wzrostową. Młodzi ludzie pod wpływem intensywnej propagandy homoseksualnej, transseksualnej, namawiani do „eksperymentów z własnym ciałem”, do szukania seksualnego zaspokojenia w związkach z wieloma partnerami gubią swoją tożsamość płciową, szacunek do siebie i innych– mówi w rozmowie z tygodnikiem „Do Rzeczy” Barbara Nowak, małopolska kurator oświaty.

W ocenie wieloletniej pedagog „tęczowa machina” nieustannie się nakręca, a jedyne, co może przynieść światu i ludziom, to totalna katastrofa.

Obserwowaliśmy wzrost liczby „płci kulturowych i orientacji seksualnych”, minioną modę na homoseksualizm, transseksualizm. Nie podejmuję się wyliczyć choćby części odchyleń od normy płci biologicznych. Obowiązuje powszechna akceptacja zachowań, które do niedawna miały swoje miejsce tylko w psychiatrycznych zakładach zamkniętych. Kilka przykładów: dorosły mężczyzna, który przebiera się w śpioszki i wymaga, by karmić go z butelki ze smoczkiem; kobieta, która ogłasza, że jest w związku partnerskim z częścią kadłuba samolotu; kolejna wchodząca w związek małżeński z samą sobą, inna z psem, a mężczyzna z dmuchaną lalką. Dzieciom w przedszkolach organizuje się zajęcia z drag queen, standardem są lekcje tolerancji poprzez oglądanie nagich dorosłych i starszych ludzi, których można dotknąć, zapytać o szczegóły anatomiczne. Szaleństwo nie ma końca, wielość płci zamienia się w usytuowanie w bezpłciowości. Małe dzieci nie słyszą od rodziców, czy są chłopcem czy dziewczynką – to one mają same zdecydować, czy chcą w ogóle z jakąś płcią się identyfikować – alarmuje.

Zdaniem małopolskiej kurator oświaty warunkiem osiągnięcia takiego poziomu szaleństwa jest dokonanie demontażu cywilizacji chrześcijańskiej.

Wykarczować z ludzkich mózgów Boga, zburzyć fundamenty moralne, szacunek do życia, godność istoty ludzkiej jako dziecka Bożego. W społecznościach, w których zburzono ład moralny, zniszczono autorytety, nie ma żadnych reguł, wszystko jest płynne – dziś takie, a jutro inne. Każde bezrozumne zachowanie jest akceptowane w obawie przed ostracyzmem środowiska, prześladowaniem, pozbawianiem wolności. Myślozbrodnia Orwella dziś znajduje swoją realizację w aresztowaniu ludzi, którzy w milczeniu stoją przed aborcyjnym klinikami, modląc się bezgłośnie. A to jeszcze nie koniec ofensywy ideologii neomarksistowskich. Nie musimy formułować hipotez, ku czemu nas pchają te ideologie – wystarczy, że nie zamkniemy oczu i uszu na lekcję zaczadzonych tęczowatością społeczeństw – podsumowuje Barbara Nowak.

Źródło: tygodnik „Do Rzeczy”

=========================================

mail:Jednak, łagodnie mówiąc takie dewiacje nie występują ani w Rosji ani w 
Chinach. Przypadek?

Przerobiony na „skate park” kościół doszczętnie spalony. St. Louis (Missouri, USA). Czy Bóg pozwoli z siebie kpić?

Przerobiony na skate park kościół doszczętnie spalony. gloria

29 czerwca ogień doszczętnie strawił Kościół St. Liborius w St. Louis (Missouri, USA), donosi RiverFrontTimes.com.

W przeszłości świątynia została zamieniona w zadaszony skate park („Sk8Liborius”). Ogień rozprzestrzenił się w okamgnieniu.

Wilno, 11 lipca: Nagroda pocieszenia od sojuszników ?

Nagroda pocieszenia od sojuszników ?

Stanisław Michalkiewicz pociesznie

Jak wiadomo, pierwszą ofiarą każdej wojny jest prawda. Każdej – a cóż dopiero takiej, w której rzeczywiste działania wojenne toczą się – o ile się toczą – według możliwości, bo wiadomo, że sukcesy są możliwe na tyle, na ile nieprzyjaciel pozwala – ale równolegle do rzeczywistych działań wojennych prowadzone są działania na odcinku propagandowym.

Tutaj o ostateczne zwycięstwo jest znacznie łatwiej, bo nie trzeba krępować się żadnym nieprzyjacielem, ponieważ jedynym ograniczeniem jest własny tupet i wyobraźnia. Im więcej taki propagandzista ma tupetu i wyobraźni, tym większe sukcesy odnosi, zwłaszcza gdy zmonopolizuje przekaz.

Z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia w Polsce, gdzie „niezależne media głównego nurtu”, podobnie jak inne zasoby naszego państwa, zostały oddane do dyspozycji ukraińskiego Sztabu Generalnego, który w telewizji rządowej i nierządnej codziennie brnie od zwycięstwa do zwycięstwa.

Kiedy jednak skonfrontujemy te entuzjastyczne komunikaty z sytuacją w terenie, to przekonujemy się z konfuzją, że tam od miesięcy nic się nie zmieniło, że żadnych sukcesów nie ma, strony wojujące pozostają na swoich miejscach, a wojna przechodzi w stan przewlekły.

Ponieważ nic tak nie gorszy, jak prawda, to rząd „dobrej zmiany”, w dodatku przynaglany kampanią wyborczą, energicznie przystąpił do walki z „ruskimi agentami”, a nawet – „onucami”, to jest – z obywatelami, którzy próbują samodzielnie wyciągać wnioski z rozmaitych informacji i w rezultacie coraz bardziej powątpiewają w propagandę rządową i nierządną. Pierwsze uderzenie skupiło się na Donaldu Tusku i Księciu-Małżonku jako na ruskich agentach, co to sprzedali Polskę Putinowi za miskę soczewicy.

Tak w każdym razie przedstawili sprawę panowie Cenckiewicz i Rachoń – chociaż pan generał Nosek z uporem maniaka twierdzi, że „przesiąknięte” ruskimi wpływami jest akurat Prawo i Sprawiedliwość. Wprawdzie pan generał Nosek został – jak to się złośliwie mówiło w kołach wojskowych – zdjęty ze stanowiska szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego „chwytem za nosek” jeszcze w roku 2013, ale jako szef tej służby coś tam przecież mógł wiedzieć, więc bardzo możliwe, że i oskarżenia panów Cenckiewicza i Rachonia oraz twierdzenia pana generała Noska mogą być prawdziwe, bo przecież jedno drugiego nie wyklucza, przeciwnie – znakomicie uzupełnia, pokazując agenturalną ciągłość naszego państwa.

Myślę, że te wzajemne oskarżenia – bo jestem pewien, że lada dzień pojawią się one w telewizji nierządnej – zdominują nadchodzące miesiące kampanii wyborczej, dzięki czemu obydwa antagonistyczne obozy nie będą już musiały nic mówić na temat sytuacji w państwie, oczywiście poza tradycyjnymi przesłaniami; według TVN w Polsce jest źle, podczas gdy według telewizji rządowej – jest dobrze, a nawet bardzo dobrze.

W ten sposób na odcinku wewnętrznym sprawę na odcinku propagandy mamy załatwioną, co pozwala nam rzucić okiem na odcinek zewnętrzny, a w szczególności – na wojnę na Ukrainie. Jak wiadomo, w tej chwili na sytuację tam panującą coraz większy wpływ wywiera zbliżający się termin 11 lipca, kiedy to w Wilnie rozpocznie się „szczyt” NATO.

Jak przypuszcza pan Anders Rasmussen, były sekretarz Generalny Paktu i były premier Danii, a obecnie – doradca doskonały prezydenta Zełeńskiego – na tym szczycie może nie dojść do ustalenia wspólnej strategii wobec Ukrainy, więc zaproponował rozwiązanie alternatywne – żeby mianowicie Polska, ewentualnie – jakieś państwa bałtyckie – wprowadziły na Ukrainę swoje niezwyciężone armie i w ten sposób dopomogły temu państwu w osiągnięciu ostatecznego zwycięstwa.

Wydawać by się mogło, że i z punktu widzenia samej Ukrainy, a przede wszystkim – z punktu widzenia Stanów Zjednoczonych i poważnych europejskich członków NATO – jest to prawdziwy dar Niebios, bo umożliwia wciągnięcie w maszynkę do mięsa przynajmniej niektórych państw Europy Środkowej bez ryzyka uruchomienia sojuszniczych procedur z art. 5 traktatu waszyngtońskiego, które mogą być uruchamiane wyłącznie w przypadku „zbrojnej napaści” na państwo członkowskie. Ale minister spraw zagranicznych Ukrainy pan Kułeba kategorycznie sprzeciwił się wprowadzaniu na terytorium Ukrainy jakichkolwiek obcych wojsk. „Dajcie broń!” – zażądał.

Ale właśnie ta sprawa wygląda coraz bardziej problematycznie. O ile administracja prezydenta Bidena i on sam, który najwyraźniej uparł się przewodzić Stanom Zjednoczonym do upadłego, coraz bardziej uzależnia swój sukces wyborczy od ostatecznego zwycięstwa na Ukrainie, to jego konkurenci z Partii Republikańskiej swojego sukcesu od żadnego ostatecznego ukraińskiego zwycięstwa nie uzależniają.

Przeciwnie – sprawiają wrażenie, że swój sukces uzależniają od jak najszybszego zakończenia tej wojny, nawet w postaci „zamrożenia konfliktu” – o czym wspominała już dawno amerykańska ambasadoressa przy NATO. Skoro tedy w USA zdania są podzielone, to cóż dopiero mówić o sojusznikach europejskich – oczywiście tych poważnych, do których Polska niestety się nie zalicza?

Jakieś decyzje zostaną prawdopodobnie podjęte na szczycie NATO w Wilnie, ale już teraz można dedukować, co się może stać. Oto podczas ostatniego spotkania pana prezydenta Dudy z prezydentem Macronem i kanclerzem Scholzem w ramach tzw. „trójkąta weimarskiego” mówiono o stworzeniu dla Ukrainy „gwarancji bezpieczeństwa” w postaci obietnicy przyjęcia jej do NATO. Odnoszę wrażenie, że może to być próba obmyślenia dla Ukrainy rodzaju „nagrody pocieszenia” w sytuacji, gdy Zachód traci entuzjazm dla dalszego eksploatowania własnych zasobów gwoli iluzji „ostatecznego zwycięstwa”.

Wprawdzie w obliczu zbliżającego się wileńskiego szczytu Ukraina usiłuje stworzyć wrażenie, jakby jej wielka kontrofensywa „ruszyła” – ale jak dotąd nie udało się armii ukraińskiej na żadnym odcinku przełamać głęboko urzutowanej rosyjskiej obrony, dla której dodatkowym uzasadnieniem jest włączenie zajętych obwodów: ługańskiego, donieckiego, zaporoskiego i chersońskiego do terytorium Federacji Rosyjskiej.

W tej sytuacji skłonienie ukraińskich władz do pogodzenia się z sytuacją nie powinno być specjalnie trudne, zwłaszcza gdyby do kija w postaci odmowy pomocy w dotychczasowej skali, dodać marchewkę w postaci „obietnicy przyjęcia do NATO”. Taka obietnica być może pozwoliłaby obecnej ekipie ukraińskiej zachować twarz w obliczu konieczności pogodzenia się z faktycznym okrojeniem terytorium państwowego.

Z punktu widzenia Zachodu zaś taka obietnica nie kosztuje wiele, bo jej wypełnienie zależy od bardzo wielu warunków, których Ukraina na razie nie będzie w stanie spełnić, a poza tym jej spełnienie wymaga jednomyślności, o którą tak trudno nawet w przypadku Szwecji, a cóż dopiero – w przypadku Ukrainy?

Bagno – pedofilia „elit” ma do końca świata pozostać nieodkryta

Bagno – pedofilia „elit” ma do końca świata pozostać nieodkryta

https://www.salon24.pl/u/zielke/1311140,bagno-pedofilia-elit-ma-do-konca-swiata-pozostac-nieodkryta


Mariusz

W filmie „Bagno” staram się rzeczowo wyjaśnić problem tuszowania pedofilii w elitach. Niestety, ten problem jest realny, a nie zmyślony. To też film o przestępstwach i oszustwach, o promowaniu przez największe media fałszywych autorytetów. A media na to: nic się nie stało.

„Są sprawy, które do końca świata pozostaną nieodkryte” – mówi w moim filmie Andrzej Skworz, redaktor naczelny Press. I w zasadzie uważa, że powinniśmy się z tym pogodzić, bo to takie naturalne, a kto się wyłamie, zostanie szaleńcem i odszczepieńcem. Niestety tak traktujemy problem pedofilii w elitach. Ważny przecież problem społeczny. Media unikają go jak ognia, nie chcą wyjaśniać spraw, milczą, tuszują, a jak już się nie da, starają się tak pokazać temat, jakby on był mało istotny (a potem mówią: „no przecież piszemy”).

W ten sposób próbowano zatuszować największą polską aferę pedofilską – sprawę Krzysztofa S., współtwórcy „Tęczowego Music Box” i „Co jest grane”, człowieka ogromnie wpływowego w latach 90-tych (a te wpływy nie zniknęły). Człowieka, który okrutnie krzywdził małe dzieci, chłopców i dziewczynki. Nie tylko dotykał, robił zdjęcia, straszył, ale też gwałcił. Nic gorszego tym dzieciom nie mogło się zdarzyć niż to, co ten człowiek im zrobił. Przez to mają do końca życia traumę.

Nie jedną, tylko dziesiątki 

Ale media tuszują nie tylko tę jedną aferę. Od 4 lat odbijam się regularnie od mediów, próbując im „sprzedać” (za darmo, żeby nie było) już opracowane dziennikarsko poważne sprawy pedofilii w różnych środowiskach. Te sprawy dotyczą znanych aktorów, muzyków, trenerów, milionerów. Ludzi ogromnie wpływowych. Dlatego nagłośnienie ich spraw jest tak ważne, bo inaczej oni skorumpują wymiar sprawiedliwości, zastraszą ofiary i nie da się im nic zrobić. Nagłośnienie jest w imię dobra ofiar, przyzwoitości, tego, żeby przestępstwo nie zostało bezkarne, a nie dla sławy czy pieniędzy (nie chcę nic za te teksty, mogą mnie nawet nie wymieniać jako autora).

Przekonuję media, żeby mi pomogły w tym nagłośnieniu, nie po to, żeby zrobić orkę na celebrycie czy kimś znanym. Zgadzam się na niepodawanie nazwisk i wizerunków sprawców, ale też pozostawiam to mediom do ich decyzji, bo ja te materiały opracowuję z najwyższą starannością i jestem pewien, że są uczciwe a zarzuty prawdziwe. Mnie zależy wyłącznie na wysłuchaniu ofiar (oczywiście też sprawdzeniu oskarżeń, żeby nie pozostały żadne wątpliwości co do ich prawdziwości) i nagłośnieniu problemu, ważnego społecznie problemu. A co na to media? „Musielibyśmy to sami od nowa zrobić”. Na to ja: „to zróbcie”. A oni: „nie mamy kasy”. Media! Krzyczą dziś, jakie są niezależne i potrzebne, podpisują jakieś petycje. Nie mają kasy, żeby robić ważne tematy, ale mają, żeby promować prostytucję, pisać o tyłkach gwiazd, zastanawiać się, kto z kim sypia i czy to z miłości czy innego powodu, powielać jakieś nic nieznaczące dramy celebrytów, ustawki, publikują o rzeczach kompletnie nieistotnych, ogłupiających społeczeństwo. A poważny problem?

– No gdybyś miał temat księdza, to co innego.

Jest więc problem, czy go nie ma?

Staram się to wszystko w filmie „Bagno” pokazać na jednym (ale jakże znaczącym, bo dotyczącym sprawcy największej afery pedofilskiej w Polsce, w której skrzywdzono może nawet kilkaset dzieciaków) przykładzie, ale mam ich dziesiątki. Tylko żeby te dziesiątki pokazać, ujawnić musiałbym mieć budżet dziesięć razy większy niż udało mi się na ten film zebrać. Ze świadomością, że będę miał dziesięć razy więcej procesów, które jakoś muszę obsłużyć.

Tymczasem ja jestem przecież zwykłym nieznanym blogerem. To media są od wyjaśniania takich spraw. Czy nie są? Bo może już mediów tak naprawdę nie ma, tylko są propagandowe tuby?

Tuszowanie wielkiej afery 

Media milczą o filmie, lekceważą go, choć internet buzuje od komentarzy, dyskusji. Właśnie o to mi chodzi: dyskutujmy, żeby zmienić ten chory system chronienia pedofilów (w każdym środowisku). Zauważyłem, że wielu ludzi nie rozumie, o jak poważnym temacie dyskutujemy i jak znaczące zarzuty zostały w „Bagnie” jasno postawione (choć starałem się być obiektywny, więc nie podkreślałem tych zarzutów, licząc na inteligencję widzów). Może mamy taką znieczulicę, a może po prostu uznajemy świństwa za normę?

To nie jest tylko film o pedofilii, jej kryciu, tuszowaniu, bezkarności sprawcy i odrzucaniu ofiar. To wszystko bardzo ważne, okrutne, prawdziwe, poruszające, chwyta za serce (mam nadzieję). Ale film mówi o całym systemie ochrony katów i traktowania ofiar. Adwokat wykreowany przez braci Sekielskich okazuje się być zwykłym wulgarnym oszustem, nastawionym na kasę i rąbanie Kościoła, na dodatek z ślimaczącą się od lat sprawą karną, w której jest oskarżony o konszachty z prokuratorem na szkodę własnych klientów. Ta sprawa w wolnych sądach ciągnie się od kilku lat i nawet nie było jednej rozprawy.

Ale to nie nowość, bo już w 2022 r. pisała o tym znakomicie „Rzeczpospolita”. Tyle że ten artykuł „Rz” też nikogo nie poruszył, został przez pozostałe media przemilczany, a adwokat z Chodzieży cały czas brylował na salonach, publikował artykuły w innych mediach, dostał nagrodę Empiku, był zapraszany do programów radiowych i telewizyjnych, Agora przygotowuje jego kolejne książki, on sam pracuje nad filmem dla Netflix. Kreowano jego wizerunek jako znakomitego specjalisty od trudnych spraw. Tymczasem nie znalazłem ani jednego klienta, który by go szczerze polecił. ANI JEDNEGO. Niemal wszyscy, do których się zwróciłem, mówią o nim bardzo źle: nie umie pisać pism, spóźnia się, zapomina o rozprawach, ma bajzel w dokumentach, zdarza mu się wziąć kasę i nie robić już nic w sprawie, trzeba po nim poprawiać, nastawiony wyłącznie na kasę a nie dobro klienta, przedstawia niezgodne z etyką adwokacką umowy. Mnóstwo takich opinii. W filmie jest tylko sprawa Agnieszki, bo jest wyjątkowo poruszająca. Dziewczyna, która chciała tylko skazania sprawcy, tuż przed apelacją zostaje zaskoczona telefonem, że kat wpłacił Nowakowi 200 tys. zł zadośćuczynienia i żeby ona konto swoje podała, to on jej przeleje to po odliczeniu swojej prowizji.

Rozumiecie, jaka to podłość?

Adwokat miał pilnować skazania sprawcy na więzienie, a nie wziąć od niego 200 koła, żeby kat się wykpił z kary więzienia. Czy to trzeba pisać drukowanymi literami, że to największa z możliwych podłości?

Ale raczej tylko podłość, nie przestępstwo (choć mam nadzieję, że Okręgowa Rada Adwokacka to wnikliwie zbada). Natomiast w sprawie Krzysztofa S. ten sam adwokat dokonał zwykłego przestępstwa: naruszył tajemnicę adwokacką (grozi za to dwa lata odsiadki). Bez zgody klientek wysłał mi ich intymne wyznania, bo myślał, że ja jestem takim samym skurwielem jak on i sobie tę historię tych dziewczyn z nim ukradnę do książki. Rozumiecie to? A jak się okazało, że ja nie jestem złodziejem, nie chcę książki tylko skazania Krzysztofa S. to mnie adwokat od Sekielskich „wyciął z projektu”. Zrobił to cwanie, bo wmówił mi, że musiał projekt komuś oddać. Ja przyjąłem, że Sekielskim, bo robił z nimi film „Tylko nie mów nikomu” wtedy. Do głowy mi nie przyszło, że może chcieć tę sprawę zatuszować. Zrozumcie: to było w czerwcu 2018 r. Dopiero gdy przez wiele miesięcy nic się z tą sprawą nie działo, ja nabrałem podejrzeń, czy Nowak mnie nie oszukuje co do robienia sprawy przez Sekielskich. I wtedy postanowiłem wstawić do książki o innym temacie (prostytucji biznesowej) prolog o Krzysztofie S., tak żeby temat nie został zamieciony pod dywan. Co ważne, ja w tym prologu nie wykorzystałem historii żadnej z ofiar, które reprezentował Nowak. Spisałem słowa trzeciej ofiary, którą sam znalazłem (żeby nie plątać, szczegółowo tego tu nie będę opisywał, bo to długa historia, opiszę ją dokładnie w książce).

Chcąc być fair wobec Nowaka, na początku 2019 r. uprzedziłem go, że ujawnię sprawę Krzysztofa S. w książce i ją nagłośnię. Powiedziałem mu, że znalazłem sam trzecią ofiarę i że chcę ją skontaktować z jego klientkami. Napadł na mnie, że wszystko zepsuję, że mogę storpedować sprawę w prokuraturze, że nie wolno mi tego robić. Absolutnie nie mogę się kontaktować z jego klientkami, bo narobię mu też smrodu, bo one się zorientują, że naruszył tajemnicę adwokacką. Błagał mnie, żebym tego nie robił. Oczywiście dziś wiem, że jestem kretynem i dałem się nabrać, ale uznałem, że będę tego adwokata chronił. W końcu kolega, może nawet przyjaciel, lubiłem go (bo nie wiedziałem, co robi i jaki jest naprawdę). No więc obiecałem mu, że nie ujawnię jego roli i historii tych 2 dziewczyn (podziękował mi za to po ujawnieniu). I obietnicy do końca dotrzymałem.

To spotkanie z Nowakiem miało miejsce już w chwili, gdy wydawnictwo Muza (po ocenach i analizach prawnych) zgodziło się wydać moją książkę na ten temat. No i teraz uważajcie: mija kilka dni i Muza pisze do mnie, że jednak tej książki nie wydadzą. Dlaczego? Bo tak. Podkreślam: byli już po rozmowach z prawnikami, że mogą wydać, znali szczegóły spraw, widzieli dowody, że piszę prawdę. Chcieli wydać. A nagle nie wydadzą.

Znów, pewnie jestem kretynem, ale nie skojarzyłem tego z Nowakiem, że on mógł kogoś poprosić o pomoc, żeby mi storpedować wydanie tej książki w Muzie. Mam na to wszystko, co piszę, twarde dowody: maile, zeznania, inne rzeczy. W sądzie to wszystko zostanie udowodnione. To nie są tylko słowa przeciwko słowom (dlatego Nowak i Sekielscy nie chcą konfrontacji, wolą przemilczeć).

Postanowiłem się jednak nie poddawać i wydać książkę samemu. I teraz zaczyna się najlepsze.

Gorący kartofel 

Gdy wydaliśmy już książkę z tym prologiem o Krzysztofie S. ja najpierw poprosiłem o zajęcie się tą sprawą Tomka Sekielskiego. Przekazałem mu ją przez jego żonę Anię, z którą miałem lepszy kontakt. Ania potem nie odbierała ode mnie telefonów, więc przyjąłem, że po prostu nie chcą tematu. I znów nie widziałem w tym żadnego spisku, po prostu uznałem, że Tomek jest zmęczony „Tylko nie mów nikomu” i ma prawo nie chcieć robić tematu Krzysztofa S. No ale dostał ode mnie sygnał, że ja o tej sprawie wiem, więc jeśli on chce jednak ją ruszyć, to jest ostatni moment. Zacząłem szukać innych rozwiązań. Wtedy trafił do mnie w zupełnie innej sprawie Daniel Flis, dziennikarz śledczy Oko.press. Myślę: super, chłopak młody, ambitny, dobrze zrobi temat. No i zacząłem go namawiać do tego. Powiedziałem mu szczegóły sprawy (bez zdradzania tajemnic klientek Nowaka), korespondowaliśmy długo, on się zapalił, a potem nagle mi wypala: mam za mało danych, nic z tym nie zrobię. Dziś sobie myślę, że może jednak Nowak tu zadziałał, bo Flis potem pisał wiele tekstów z Nowakiem o Kościele, może więc dostał jakąś obietnicę, że jak zostawi temat Krzysztofa S. to mu się Nowak odwdzięczy przekazując inne tajemnice adwokackie? Tego nie wiem, to gdybania.

Faktem jest jednak, że Flis zrejterował i temat Krzysztofa S. odpuścił.

Próbowałem prosić o pomoc w nagłośnieniu wiele osób, przyjaciół, znanych filmowców, w końcu kolejnych dziennikarzy. WAŻNE: chciałem im oddać temat bez żadnych zobowiązań. Wysłałem propozycje do „Faktu” i „Super Expressu”. Nikt tego tematu nie chciał.

W końcu 4-5 sierpnia opublikowałem informacje o aferze „Tęczowego Music Box” i Krzysztofa S. sam na blogu Salon24. Tylko ja, nikt inny. Wywołało to lawinę, ale tylko w internecie (jedynie WP mi pomagało, bardzo dzięki Magdzie Mieśnik). Telewizje solidarnie milczały. No więc zacząłem dzwonić po znajomych i ich wręcz szantażować: „Powiedzcie swoim szefom, że jak nie będziecie robić materiałów, to ja pójdę z tym do BBC, której gwiazdorem był pedofil Savile, i powiem im, że w Polsce jest identyczna sprawa i media nie chcą jej zrobić”. No to się medialne tuzy wystraszyły wariata Zielke i zaczęły temat robić.

Do mnie tymczasem zgłosiło się lawinowo wiele ofiar Krzysztofa S. Wiadomo już było, że afera jest potężna. I wtedy, pisze do mnie dziennikarka „Wyborczej”, że ona o sprawie wiedziała od jesieni 2018 r. (czyli od roku, prawie tak jak ja). Zdziwiłem się i ją trochę zaatakowałem, że wiedziała, a nic nie zrobiła? Ona na to, że nie miała zgody ofiar na upublicznienie. Nie miałem do niej wtedy żadnych pretensji. Rozumiałem, że bez zgody ofiar nie można publikować ich wyznań. Chciałem jej pomóc w przygotowywanym przez nią artykule, chciałem, żebyśmy działali razem, ale ona nie chciała. To też było dla mnie ok, robiłem swoje.

Dwa tygodnie po ujawnieniu przeze mnie sprawy, w „Wyborczej” ukazał się w końcu tekst tej dziennikarki (reportaż) o tych dwóch ofiarach. Był dobry i wstrząsający choć moim zdaniem niepotrzebnie epatował okrutnymi szczegółami. Tyle że pomijał całkowicie moje ustalenia, jakby ich nie było. Czytelnicy „Wyborczej” nie mogli dowiedzieć się, że jest już aż 20 ofiar (potem doszło kolejnych 20, łącznie 40). Gazeta napisała tylko o 2, a potem w społecznościówkach dziennikarze „Wyborczej” kpili ze mnie, oczerniali mnie, że ja nic nie ustaliłem, to oni ujawnili sprawę, a ja to jestem jakiś tam niewiarygodny bloger, oczywiście nikt nie zaprosił mnie do skomentowania tych bredni i dyskusji z wielkimi dziennikarzami największego polskiego dziennika. Już później autorka tekstu w „Wyborczej” w wywiadach mówiła, że były naciski, żeby ten tekst się w ogóle nie ukazał. No to jak to jest? Tuszowano tę aferę, czy nie?

Dzisiaj trolle internetowe piszą, że przecież w googlach można znaleźć dziesiątki artykułów o Krzysztofie S. więc moje tezy są wydumane i nieprawdziwe. No i jeśli nie przeczytacie tego tekstu, to może w te tezy uwierzycie, bo taki smutny świat kłamstwa dziś mamy, że kłamstwo wygrywa z prawdą, nikomu się długich tekstów czytać nie chce, ludzie wolą wydawać wyroki po „wygooglowaniu” a nie analizie. Może nikogo już nie obchodzi, że ta sprawa miała do końca świata pozostać ukryta i gdybym nie wyłamał się ze zmowy milczenia, może tak by było. Może nigdy byście o Krzysztofie S. i być może setkach jego ofiar (a na pewno 40) nie usłyszeli. Czy dla „Wyborczej” „TVN”, Onetu, Newsweeka, Oko.press, Krytyki Politycznej tak byłoby lepiej? Pewnie tak, mogliby spokojnie sobie orać Kościół i nie przejmować się faktem, że promowali przez lata oszusta na autorytet.

Zapraszam do obejrzenia filmu:

Wolałbym, żeby p. Duda działał po stronie Polski, nie zaś pieprzył jak tchórz…

Wolałbym, żeby p. Duda działał po stronie Polski, nie zaś pieprzył jak tchórz…. [md]

Andrzej Duda kolejny raz upomina ks. Isakowicza-Zaleskiego

duda-ko-ko-ko

Wolałbym, żebyks. Isakowicz-Zaleski nie zajmował się polityką, tylko tym, czym powinien zajmować się ksiądz – stwierdził prezydent Andrzej Duda w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim z Radia Zet, odnosząc się do dyskusji na temat uczczenia ofiar ukraińskiego ludobójstwa na Polakach.

W środę Andrzej Duda przebywał w Kijowie, gdzie spotkał się z Wołodymyrem Zełenskim. W trakcie wizyty prezydent nie zabrał głosu ws. zbliżającej się 80. rocznicy Krwawej Niedzieli, apogeum ukraińskiego ludobójstwa na Polakach, za co został skrytykowany przez ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego.
Ja bym mimo wszystko wolał, żeby ksiądz Isakowicz-Zaleski zajmował się tym, czym powinien zajmować się ksiądz – skomentował krytykę ze strony duchownego prezydent. – Wolałbym, żeby nie zajmował się polityką tylko tym, czym powinien zajmować się ksiądz – dodał Duda.

To nie pierwszy raz kiedy Andrzej Duda upomina ks. Isakowicza-Zaleskiego. 11 lipca 2022 roku, w trakcie uroczystości państwowych upamiętniających ofiary ukraińskiego ludobójstwa na Polakach, Andrzej Duda powiedział duchownemu:
Proszę, by ksiądz się miarkował w słowach. Bo naprawdę każde słowo za dużo wypowiedziane, nie mówię że w ogóle; za dużo wypowiedziane, za mocno wypowiedziane, nie służy ani nam, ani nie służy drugiej stronie – do ks. Isakowicza-Zaleskiego mówił Duda.

Co robią w Polsce sprawni fizycznie Ukraińcy w wieku poborowym?

Co robią w Polsce sprawni fizycznie Ukraińcy w wieku poborowym?

Ukrainiec pobił Polaka. Ofiara nadal jest w stanie ciężkim.

Karą dla tego delikwenta powinna być m. inn. odesłanie go do karnej kompanii pod Bahmut.

pobil-polaka-ofiara-w-stanie-ciezkim

Do szpitala trafił w ciężkim stanie 40-letni mężczyzna, który został zaatakowany w wielkopolskim Słocinie przez 18-latniego Ukraińca. Sprawcy grozi nawet 5 lat więzienia.

Ukrainiec zaatakował Polaka w nocy z soboty na niedzielę 24-25 czerwca w Słocinie w powiecie grodziskim. Jak podaje “Głos Wielkopolski”, z ustaleń policji wynika, że w sali wiejskiej trwała prywatna impreza weselna. Pomiędzy godziną 4.00 a 4.30, część jej uczestników wyszła na zewnątrz. W tym samym czasie obok budynku przechodziła grupa młodych Ukraińców w wieku poborowym. Pomiędzy uczestnikami imprezy, a przechodniami doszło do utarczki słownej, która przerodziła się w szarpaninę.

Na miejscu konieczna okazała się interwencja zespołu ratownictwa medycznego, gdyż w trakcie szarpaniny 40-letni mieszkaniec powiatu grodziskiego, został zaatakowany przez 18-letniego obywatela Ukrainy. Poszkodowany upadł na twardą powierzchnię i doznał licznych złamań kości twarzy. Został przewieziony do szpitala. Jego stan jest ciężki.

Gdy zaalarmowani policjanci dotarli na miejsce zdarzenia, sprawcy nie było już w okolicy. Próbował zbiec, ale szybko ustalono jednak jego dane. Został zatrzymany jeszcze w niedzielę.

-18-latek usłyszał już zarzut naruszenia czynności narządu ciała, za który grozi mu kara od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności. Na wniosek prokuratury wobec podejrzanego zastosowano środek zapobiegawczy w postaci dozoru policyjnego, zakazu zbliżania się i kontaktowania z pokrzywdzonym – twierdzi sierżant Kawala z lokalnego komisariatu.

NASZ KOMENTARZ: Po raz kolejny pytamy, co robią w Polsce sprawni fizycznie Ukraińcy w wieku poborowym. Naszym zdaniem karą dla tego delikwenta powinna być konfiskata mienia, z jakim przybył do Polski i odesłanie go do karnej kompanii pod Bahmut.

Rosyjska ruletka w Noc Kupały

Rosyjska ruletka w Noc Kupały

Stanisław Michalkiewicz  tygodnik „Goniec” (Toronto)    2 lipca 2023 tekst

Zwolennicy Ukrainy oraz unii polsko-ukraińskiej, przeżyli chwile upojenia, kiedy właściciel tzw. „Grupy Wagnera”, czyli wojska najemnego walczącego dotychczas po stronie rosyjskiej, Jewgienij Prigożyn, zbuntował się przeciwko Putinowi, a właściwie nie tyle przeciwko Putinowi, co ministrowi obrony Sergiuszowi Szojgu i Waleremu Gierasimowowi, ponieważ chcieli oni podporządkować „Grupę Wagnera” rosyjskiemu Ministerstwu Obrony – zajął Rostów i przez Woroneż ruszył na Moskwę. Pan red. Michnik z radości mało nie zniósł jaja; ogłosił w „Gazecie Wyborczej”, że to oznacza koniec Rosji Putina, taktownie nie precyzując, że teraz nastanie Rosja Prigożyna – prawdopodobnie gwoli uniknięcia zbytniej ostentacji, że oto znowu Żydzi obejmują w Rosji władzę.

Bo Jewgienij Prigożyn ma pierwszorzędne korzenie, podobnie jak po drugiej stronie kordonu prezydent Zełeński, więc chyba tylko doświadczenia z przeszłości, kiedy to na wieść o przyłączeniu przez Kneset resztek Jerozolimy do terytorium państwowego Izraela, Judenrat „Gazety Wyborczej” dał się ponieść fali uczuć narodowych i obszerną informację o tym wydarzeniu opatrzył wielkim tytułem: Jerozolima nasza!Ale Jerozolima, to Jerozolima, a napisanie, że „Moskwa nasza” byłoby chyba niezbyt mądre, zwłaszcza przed szczytem NATO w Wilnie 11 lipca, gdzie pewnie będzie obowiązywała niezachwiana wiara, że Ukraina „broni Europy”, a Polski, to już specjalnie.

Ten Jewgienij Prigożyn był w swoim czasie odcięty przez Putina nie tyle może od stryczka, bo za kryminalne przestępstwa odsiadywał 10-letni wyrok w kolonii karnej, co od przeszłości, a poza tym dostał pozwolenie na zostanie oligarchą, co skrupulatnie wykorzystał. Musiał w związku z tym znać stosunki w Rosji i dlatego podniesienie przezeń buntu zostało przyjęte z zaskoczeniem. Tu można było przekonać się, ile krajów uwierzyło we własną propagandę, a także – ile wywiadów – które ostatnio sprawiają wrażenie, że uprawiają wyłącznie propagandowe konfabulacje.

Że wywiad ukraiński już kilkakrotnie Putina pogrzebał, a co tydzień zapowiada, że tylko patrzeć, jak go na Kremlu uduszą poduszką, to do tego już się przyzwyczailiśmy, ale przy okazji buntu Prigożyna okazało się, że i inne razwiedki – angielska i amerykańska najwyraźniej pozazdrościły Ukraińcom wyobraźni i tupetu. Krótko mówiąc – uznały, że z tym buntem, to wszystko naprawdę, więc w oczekiwaniu na zajęcie przez Prigożyna Kremla, zabroniły niezwyciężonej armii ukraińskiej wykorzystywania tej sytuacji. I tylko jedyny generał Leon Komornicki, były zastępca szefa Sztabu Generalnego WP nie dał się zwariować i od początku twierdził, że ten cały bunt, to tylko maskirowka, zorganizowana pod nadzorem Kremla. Wyjaśniał też, że celem tej maskirowki było nie tylko rozpoznanie bojem prawdziwych intencji Zachodu, ale też zmłotowanie białoruskiego prezydenta Aleksandra Łukaszenki do zgody na rozlokowanie „Grupy Wagnera” na granicy białorusko-ukraińskiej. Jak dotąd wszystko się sprawdza, bo Putin, wprawdzie nazwał Prigożyna „priedatielem” (zdrajcą) i „miatieżnikiem” (buntownikiem), ale potem mu przebaczył, chociaż – swoim zwyczajem – nie do końca, w zamian za co Prigożyn udał się na Białoruś, a „Grupa Wagnera”, już podporządkowana rosyjskiemu Ministerstwu Obrony, właśnie przerzucana jest ciężarówkami na teren Białorusi.

Gdyby bunt był prawdziwy, nic takiego nie mogłoby mieć miejsca, nawet za Putina, nie mówiąc już – co by było za Stalina. Skoro tedy wszystko w jeden dzień zakończyło się wesołym oberkiem, to cóż tu można było jeszcze myśleć? Okazuje się, że generał Komornicki nie na damo kończył „Woroszyłowkę”, więc potrafi odróżnić bunt od maskirowki. Trochę to niedobrze, że tylko jeden generał w Polsce, w dodatku – w stanie spoczynku – potrafi takie rzeczy – ale cóż; dobrze, że przynajmniej jeden.

W oczekiwaniu na szczyt NATO w Wilnie wypada odnotować, że wbrew rozkazom ukraińskiego ambasadora w Warszawie, pana Zwarycza i stanowisku jego polskich podwładnych z Kancelarii Prezydenta i rządu, pan Stoltenberg wyjaśnił, że w Wilnie nikt nie będzie się namawiał, żeby Ukrainę przyjąć do NATO, tylko – jak ją do NATO „przybliżyć”. Od razu widać, że droga daleka, ale co to komu szkodzi dać Ukrainie na osłodę taką marchewkę na kiju? Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało!

A tymczasem w kraju w sobotę 24 czerwca, tuż przed Nocą Kupały, kiedy to dawniej wszyscy bzykali się ze wszystkimi, odbyły się konwencje wyborcze. Zjednoczona Prawica z Naczelnikiem Państwa zjechała do Bogatyni, żeby pokazać, jak własną piersią będzie broniła kopalni „Turów”, skazanej na likwidację nie tylko przez przebierańców z Luksemburga, ale również tubylczy niezawisły sąd administracyjny. Premier Morawiecki się odgrażał, że żadnego wyroku Polska nie wykona, ale wiemy, że jak trzeba, to pan premier godzi się na wszystko, a tylko maskuje to tromtadracką reftoryką.

Zresztą jakże inaczej, kiedy Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński zapewnił, że w Unii Europejskiej Polska jest i pozostać pragnie – ale „suwerenna”? To bardzo ambitny program, bo przypomina problem kwadratury koła. Rzecz w tym, że od 1993 roku, kiedy to słynny traktat z Maastricht zdecydował, że Wspólnoty Europejskie odeszły od formuły konfederacji, czyli związku państw, ku formule federacji, czyli państwa związkowego, a jego kontynuacja w takiej formie została wpisana do umowy koalicyjnej trzech partii tworzących aktualny rząd niemiecki, składniki państwa federalnego z natury rzeczy suwerenności mieć nie mogą. Ani niemieckie landy jej nie mają, ani amerykańskie stany. Mogą mieć jakiś zakres autonomii, ale to coś zupełnie innego. Toteż nie sądzę, by Naczelnik Państwa wierzył w to, co mówi, bo jest człowiekiem inteligentnym, ale jego wyznawcom taka deklaracja na pewno się spodoba.

Z kolei Donald Tusk na konwencji Volksdeutsche Partei we Wrocławiu przestrzegł, że kto podnosi rękę na Unię, temu ta ręka, jako wrogowi ojczyzny, zostanie odrąbana. Taktownie już nie dodał, o jaką ojczyznę mu chodzi, ale i sami możemy się domyślić, że skoro Niemcy już tyle zainwestowały w IV Rzeszę, to każdy zamach będą traktowały surowo. Donald Tusk zakończył swoje wystąpienie ślubami panieńskimi, że „zwyciężymy” – co brzmiało, podobnie, jak „Sieg Heil!” na norymberskich Parteitagach. Z kolei „Trzecia Droga”, czyli pan Hołownia z PSL-em zapowiedział, że oni wszystko zrobią „lepiej”. A co konkretnie? Ano „wszystko”. Przypomina to deklarację Baracka Obamy, który w kampanii wyborczej zapowiadał „ wielkie zmiany”. Jakie? Ano „wielkie” – jakże by inaczej?

Za to Lewica, która wystawiła same kobiety, co prawda, już trochę przechodzone, jak np. moja faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus, które zanęcały elektorat konkretami. Zapłodnienie w szklance na koszt państwa, podobnie jak aborcja – i tak dalej. Na razie bzykamy się na koszt własny, ale do wyborów jeszcze 4 miesiące, więc ostatnie słowo nie zostało powiedziane i pewnie usłyszymy niejedno. Na tym tle tylko Konfederacja zapowiedziała, że niczego nie będzie „dawała”, ale też nie będzie tyle odbierała. Ku irytacji mądrych i roztropnych, „sondaż obywatelski” wysunął ją na trzecie miejsce z wynikiem ponad 12 procent, toteż TVN zaraz zintensyfikowała kampanię obsrywania tego ugrupowania, że „antysemityzm”, „ksenofobia” i w ogóle. Ta kampania paradoksalnie może Konfederacji pomóc, bo na świecie są dwie międzynarodówki: jedna arogancka, hałaśliwa i butna, a druga – dyskretna – ale też istnieje.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Wesołe przygody inżynierów- dżihadystów. Ubogacają Francję. Ucięli dłoń, bo nie oddał auta…

Jak soboooota too, do lidla do lidla….https://streamable.com/pmue6x

Ucięto dłoń facetowi bo nie oddał auta inżynierowi

 

Panorama Francji po „ubogaceniu”

Inne przygody

https://www.rmf24.pl/fakty/swiat/news-zniszczyli-kosciol-w-marsylii-i-napisali-ostatnim-prorokiem-,nId,6874979#crp_state=1

To samo twitte4

Autobusem przez ghetto

A tu kupuja smartfony

Granatnikiem w komisariat

CZARNA MAŁPA

======================================

mail: Z kraju tego mogą wyłonić się niepodległe, lub autonomiczne emiraty islamskie.

Media tuszują „największy skandal pedofilski w Polsce”. „Tęczowy music box” i „Co jest grane?”

Media tuszują „największy skandal pedofilski w Polsce”. Wstrząsający reportaż

media-tuszuja-najwiekszy-skandal-pedofilski

Krzysztof S. jest zwykłym, seryjnym pedofilem, który skrzywdził co najmniej 40 osób, a ofiar prawdopodobnie są setki.


W piątek [30 czerwca] w Internecie został opublikowany film dziennikarza Mariusza Zielke, w którym ujawnia szokujące informacje o tuszowaniu pedofilii w Polsce. Opisuje w nim sprawę znanego muzyka Krzysztofa S. [chodzi o jazzmana Krzysztofa Sadowskiego.]

Zielke mówi wprost o hipokryzji w środowisku celebrytów. „Temat Kościoła jest „hot”; pedofilii w innych środowiskach nie dotykamy” – takie słowa padają w reportażu 'Bagno”.

 Zielke ujawnia „największy skandal pedofilski w Polsce”

Reportaż pt. „Bagno” został opublikowany w piątek na platformie YouTube. Jest w nim m.in. mowa o zarzutach wobec znanego muzyka jazzowego Krzysztofa S. – Ujawniając tę historię i zaczynając nad nią pracować, nie zdawałem sobie sprawy, że tak naprawdę trafiłem nie tylko na największą aferę w historii polskiego show-biznesu, ale na największy skandal pedofilski w Polsce. W reportażu ujawnię całą prawdę o tej wstrząsającej sprawie, ale to nie jest materiał tylko o sprawie Krzysztofa S. – podkreślił jego autor – dziennikarz Mariusz Zielke.

[Piszą przecież, że chodzi o jazzmana Krzysztofa Sadowskiego..]

Autor badał kilkadziesiąt spraw pedofilii, złożył wiele zawiadomień o przestępstwach, starał się wyjaśnić głośne, a do dziś niewyjaśnione sprawy, przyglądał się z kamerą postępowaniu sprawców, ich przełożonych, śledczych, sądów, mediów, ofiar oraz rodzin.

Dziennikarz rozmawiał też z pokrzywdzonymi przez Krzysztofa S., które opisały swoje przeżycia. „On zniszczył życie dziesiątkom dzieciaków. Jest jeszcze mnóstwo ofiar, o których nie wiemy, dla których to jest zbyt głęboka trauma, żeby były w stanie kiedykolwiek, o tym powiedzieć, komukolwiek, już nie mówiąc o tym, żeby pójść porozmawiać z mediami, czy porozmawiać z policją i umrą już z tą swoją traumą” – mówiła w reportażu jedna z pokrzywdzonych kobiet.

Afera tuszowana przez największe polskie media

Z relacji Zielke wynika, że próbował sprawą zainteresować media, w tym ogólnopolskie dzienniki i portale internetowe. Te, według dziennikarza, nie podjęły w wystarczający sposób tematu. – Krzysztof S., o którym mówimy, czyli ten sprawca, który dokonał tych przestępstw, który skrzywdził co najmniej 40 osób, a podejrzewam, że dużo więcej, który działał w przestrzeni co najmniej 50 lat, ten człowiek nie poniósł odpowiedzialności (…) Ta historia jest ogromnie wstrząsająca – stwierdził w reportażu Zielke.

– Niestety, gdybym ja się nie wyłamał, to nikt by się nie dowiedział, że Krzysztof S. jest zwykłym, seryjnym pedofilem, który skrzywdził co najmniej 40 osób, a ofiar prawdopodobnie są setki. Taka afera została zatuszowana przez największe polskie media, które nie chciały tego podjąć. Dopiero jak opublikowałem to na swoim blogu, to zaczęły się powolne informowanie o tej aferze, a potem wszyscy się uciszyli, jak dostałem sądowy zakaz mówienia o tej sprawie – mówi Mariusz Zielke w rozmowie z Radiem Poznań.

Pierwsze teksty na temat Krzysztofa S. i afery w „Tęczowym Music Boxie” pojawiły się właśnie na blogu w Salon24. Warszawski sąd okręgowy w 2019 roku zakazał Mariuszowi Zielke rozpowszechniania informacji na temat rzekomego molestowania nieletnich przez Krzysztofa S. Sąd nakazał również wycofania z księgarń książki „Bejbi”, w której Zielke opisuje polski szołbiznes z punktu widzenia młodej kobiety wykorzystywanej seksualnie jako dziecko m.in. przez muzyka, zwanego w książce Koneserem. Jednak po odwołaniu sąd zdjął z Mariusza Zielke zakaz poruszania tego tematu i dlatego mógł powstać reportaż „Bagno”.

Pedofilia w Kościele jest „hot”, a wśród celebrytów już nie?

Zielke zwrócił uwagę na to, że wcześniej powstawały filmy dokumentalne ujawniające przypadki pedofilii w Kościele. Natomiast problem wykorzystywania seksualnego dzieci w innych środowiskach był często pomijany przez dziennikarzy.

Dziennikarz twierdzi, że łatwiej jest atakować pedofilią księży, bo środowisko celebrytów jest znacznie bardziej wpływowe. – Każdy przypadek pedofilii powinno się nagłaśniać – zarówno wśród księży, jak i celebrytów – podkreśla Mariusz Zielke.

– Tylko w przypadku celebrytów to od razu jest obawa o proces. To jest obawa o to, że się poruszy swoje środowisko. To jest po prostu środowisko wzajemnej adoracji. Trzeba to rozbić, trzeba o tym mówić, trzeba ich głośno zmuszać do tego, żeby odpowiadali na pytania. Media oczekują od środowiska właśnie na przykład kościelnego, że będzie się tłumaczyć, nazywało hipokryzją to, że nie reagują, nie chcą oglądać filmów, czy nie chcą się wypowiadać na ten temat, a w momencie, kiedy ta sprawa dotyczy mediów, to one dokładnie tak samo postępują. Jest to identyczne działanie – hipokryzja – mówi dziennikarz w rozmowie z Radiem Poznań.

=========================================

Iza Michalewicz Reporterka

Adwokat bohaterek mojego reportażu pt. „Milczenie ofiar” mecenas Grzegorz Wrona zaskarżył dzisiaj postanowienie Prokuratury Okręgowej w Warszawie o umorzeniu sprawy molestowania dzieci przez jazzmana Krzysztofa Sadowskiego. Miał na to siedem dni.

Objaśniając Państwu, o co chodzi w paragrafach (nawiasy) przytaczam pismo prawnika.

Adwokat zarzuca temu postanowieniu naruszenie artykułu 10§1 KPK(organ powołany do ścigania przestępstw jest obowiązany do wszczęcia i przeprowadzeni…

Zobacz więcej

===============================================================

Sekielscy odmówili zajęcia się tematem

Zielke w swoim reportażu poruszył też kwestię adwokata, reprezentującego w sądach ofiary pedofilii, a także zarzucającemu Kościołowi jej tuszowanie, który jest znany m.in. z filmów braci Sekielskich, dotyczących przypadków pedofilii w Kościele. Jak informowały media, prokuratura postawiła adwokatowi poważne zarzuty m.in. dot. płatnej protekcji, nadużycia funkcji, ujawnienia tajemnicy służbowej, powoływania się na wpływy w instytucjach państwowych oraz utrudniania postępowania karnego i skierowała do sądu akt oskarżenia.

Jedna z bohaterek reportażu „Bagno” opowiada, że skrzywdził ją sprawca będący majętnym przedsiębiorcą. Kobieta mówi, że bała się, że jeżeli nie nagłośni tej sprawy to zostanie ona „zamieciona pod dywan”, dlatego wpadła na pomysł, że odezwie się do braci Sekielskich. Ci jednak stwierdzili, że nie zajmują tą tematyką, ale polecili jej adwokata, z którego pracy nie była jednak zadowolona.

Podkreślił jednocześnie, że przestępstwo pedofilii nie powinno się przedawniać. „Sądzę, że materiał nikogo nie pozostawi obojętnym na ten ważny i trudny problem społeczny. Mam nadzieję, że otworzycie oczy i staniecie murem za ofiarami przeciw wpływowym i okrutnym sprawcom” – zaznaczył Zielke.

Prokuratura mówi o przedawnieniu czynów

W piątek do opublikowanego w internecie reportażu odniosła się prokuratura Okręgowa w Warszawie. Przekazała, że zawiadomienia pokrzywdzonych o popełnieniu przez muzyka Krzysztofa S. na ich szkodę przestępstw o charakterze seksualnym, mających mieć miejsce w latach 90. wpłynęły do prokuratury dopiero pod koniec października 2018 r.

– W toku śledztwa ustalono, że wszystkie czyny, poza jednym, o których zeznały pokrzywdzone osoby były już przedawnione w momencie powiadomienia o nich prokuratury. Zgodnie z kodeksem postępowania karnego przedawnienie jest negatywną przesłanką procesową uniemożliwiającą kontynuowanie postępowanie. Art. 17 § 1 pkt 6 Kodeksu postępowania karnego wprost wskazuje, że umarza się postępowanie jeśli nastąpiło przedawnienie karalności – wyjaśnił prok. Szymon Banna.

Zaznaczył, że przedawnienie czynów potwierdził Sąd Rejonowy dla Warszawy Mokotowa w Warszawie, który utrzymując w mocy decyzję prokuratora o umorzeniu śledztwa wskazał, że niezależnie od tego jaką kwalifikację prawną opisywanych przez pokrzywdzone zachowań by przyjęto, czyny te były już przedawnione w momencie kierowania zawiadomień do prokuratury.

– W zakresie jednego z czynów, który nie uległ przedawnieniu, prokurator wyłączył materiały do odrębnego postępowania i przedstawił Krzysztofowi S. zarzuty popełniania w lipcu 2017 r. przestępstwa dopuszczenia się wobec małoletniej poniżej lat 15 innej czynności seksualnej – podkreślił prok. Banna.

Krzysztof S. usłyszał zarzut  wykorzystania nieletniego

Dodał, że postępowanie w sprawie znanego muzyka jest na końcowym etapie, a prokuratora oczekuje na przesłanie przez biegłych opinii psychologicznej i seksuologicznej dotyczących podejrzanego Krzysztofa S.

W lutym 2019 roku Prokuratura Okręgowa w Warszawie wszczęła śledztwo w sprawie gwałtów na dwóch małoletnich pokrzywdzonych, które nie miały ukończonego 15. roku życia. Przestępstwa miano popełnić w latach 1997-1999.

Postępowanie zostało zainicjowane po zawiadomieniach dwóch kobiet. Kobiety, które oskarżyły pianistę o molestowanie i gwałty, jako dzieci występowały w programach „Tęczowy Music Box” i „Co Jest Grane” a także w zespole „Tęcza”. Treści zawiadomienia prokuratura nie ujawniała.

Na początku listopada ubiegłego roku Prokuratura Okręgowa w Warszawie poinformowała, że umorzyła śledztwo ws. zgwałcenia przez Krzysztofa S. dwóch dziewczynek poniżej 15. roku życia w latach 1997-1999. Powodem było ich przedawnienie, a w zakresie czynów nieprzedawnionych prowadzone jest odrębne postępowanie.

Krzysztof S. w grudniu ubiegłego roku usłyszał jednak zarzuty prokuratorskie o popełnienie czynów pedofilskich. Jak informował portal tvp.info muzyk nie przyznał się do winy i odmówił składania wyjaśnień.

Krzysztof S. jest znanym muzykiem, pianistą jazzowym i kompozytorem, twórcą popularnych programów muzycznych, w których występowały dzieci – „Tęczowy music box” i „Co jest grane?”

 oldschool1 lipca 2023,

Duży szacunek za odwagę i puszczenie w obieg medialny tego gorącego celebryckiego kartofla. 
Po raz kolejny wychodzi, że niektóre tematy drąży się tylko i wyłącznie ideologicznie (pedofilia w kościele)

Cristero 651 lipca 2023,

„Ci (Sekielscy) jednak stwierdzili, że nie zajmują tą tematyką”

Kobieta najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że ci „braciszkowie” są bojownikami na froncie ideologicznym i wcale nie chodzi im o zwalczanie pedofilii jako takiej, niezależnie od tego jakiego środowiska ona dotyczy.
Poza tym pedofilia w przyszłości może zostać zalegalizowana, co wynika wprost z ideologii gender (LGBT), więc wręcz niestosownym (według tejże ideologii) jest zajmowanie się przyczynami powiększania tego przestępczego procederu w społeczeństwie.
Znacznie bezpieczniejsze jest „dowalanie” Kościołowi w tej sprawie, tym bardziej że wśród korzyści z tego wynikających, jest osłabianie jego autorytetu w społeczeństwie.

719431 lipca 2023,

Czyli tak, pedofila w kościele jest nieprzedawniona a u celebrytów i wszelkiej maści cywilów tak. Fakt, że duże Media mające pełną gębę frazesów o wolnościowym słowa nie zajmują się tym tematem to jest przykład na beznadziejność naszego życia społecznego, tych wszystkich lewackich wypowiedzi nie tylko celebrytów ale i polityków.

================================================

mail: w prasie:

„On miał 61 lat, my po 12. […] Kazał zsunąć spodnie i położyć się na kocach. Całował moje piersi, usta, masturbował. Raz wszedł we mnie. Przez wiele lat czułam się winna. I z poczucia winy nie powiedziałam nikomu” – czytamy w jednym z bardziej szokujących fragmentów reportażu.

Teraz Michalewicz poinformowała opinię publiczną, że prokuratura właśnie umorzyła śledztwo w tej sprawie.

„Motłoch ma jeździć zbiorkomem”. Bo Światowe Forum Ekonomiczne tak chce…

„Motłoch ma jeździć zbiorkomem”. Światowe Forum Ekonomiczne chce gigantycznej redukcji prywatnych samochodów

motloch-ma-jezdzic-zbiorkomem

„Jeśli ktoś miał jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, o co chodzi, gdy przedstawiciele krajów UE ogłosili, że od 2035 r. ma obowiązywać zakaz rejestracji nowych samochodów spalinowych, to postulat sformułowany przez Światowe Forum Ekonomiczne (WEF) powinien pozbawić go złudzeń”, pisze na łamach tygodnika „Do Rzeczy” Jacek Przybylski.

Publicysta zwraca uwagę, że najnowszy postulat WEF to ostateczny dowód na to, że w całej walce o klimat nie chodzi o żadne globalne ocieplenie. Wszystkie teorie o tzw. zmianach klimatycznych, za które odpowiedzialny jest człowiek „wymyślono głównie po to, aby z ciężko pracującej klasy średniej wydusić jeszcze więcej podatków, danin czy opłat za wjazd do miast etc.”.

Jak w związku z tym brzmi nowy postulat Światowego Forum Ekonomicznego?

„Ekoterrorystom nie wystarczy plan zmuszenia ludzi do przesiadki z oszczędnych aut spalinowych do drogich pojazdów elektrycznych, których baterie trzeba będzie szybciej niż później gdzieś zutylizować.

Klimatyczni autokraci ze Światowego Forum Ekonomicznego zaapelowali do światowych rządów o redukcję prywatnej własności samochodów o 75 proc.(!) do 2050 r. Wszystkich aut, w tym tych elektrycznych. Motłoch ma siedzieć w miastach i jeździć zbiorkomem. Zgodę na dalekie podróże dostaną tylko wybrani…”, wyjaśnia Jacek Przybylski.

Źródło: tygodnik „Do Rzeczy”

Magdalenkowcy

Magdalenkowcy

Stanisław Michalkiewicz magnapolonia

W 1989 roku pan generał Czesław Kiszczak, któremu panowie Daniel Fried z ramienia amerykańskiego Departamentu Stanu i Władimir Kriuczkow, ówczesny szef KGB, przekazali uzgodnione zasady transformacji ustrojowej w Polsce do wykonania, w Magdalence rozpisał polityczne role między poszczególnych aktorów, zaangażowanych przez wywiad wojskowy do tego przedstawienia. Od 1986 roku, kiedy po spotkaniu prezydenta Reagana z Gorbaczowem w Reykjaviku okazało się, że istotnym elementem nowego porządku politycznego w Europie, który miałby zastąpić rozsypujący się porządek jałtański, będzie ewakuacja imperium sowieckiego z Europy Środkowej, w państwach tego regionu rozpoczęły się przygotowania do “transformacji ustrojowej”.

W Polsce, oprócz uwłaszczenia nomenklatury, żeby w nowych warunkach ustrojowych zajęła odpowiednią pozycję społeczną, elementem tych przygotowań było skompletowanie przez wywiad wojskowy takiej “reprezentacji społeczeństwa”, do której generał Kiszczak miałby zaufanie. Możemy to wydedukować z notatek z rozmów Jacka Kuronia z pułkownikiem SB Janem Lesiakiem, za pośrednictwem którego ten wybitny przedstawiciel “lewicy laickiej”, czyli dawnych stalinowców, co to w latach 60-tych, na tle konfliktu na Bliskim Wschodzie, pokłócili się z partią, a w latach 70-tych utworzyli jeden z nurtów “opozycji demokratycznej” –  Jacek Kuroń – przedstawił wywiadowi wojskowemu ofertę.

Ogólnie biorąc taką, że jeśli wywiad wojskowy dyskretnie pomoże “lewicy laickiej” w wymiksowaniu z podziemnych struktur “ekstremy”, to “lewica laicka” w rewanżu zagwarantuje komunistycznej nomenklaturze zachowanie pozycji społecznej w nowych warunkach ustrojowych i  zachowanie łupów zdobytych w ramach uwłaszczania. Toteż rozpoczęło się eliminowanie “ekstremy”, a w Magdalence generał Kiszczak zatwierdził “reprezentację społeczeństwa” pod przewodnictwem Kukuńka, który w drugiej połowie lat 70-tych został zdjęty z listy konfidentów SB, bo według wszelkiego prawdopodobieństwa został przejęty przez wywiad wojskowy.

Warto przypomnieć, że w Magdalence, obok Kukuńka, czy Michnika, siedział przy wódeczce Lech Kaczyński, a bracia Kaczyńscy w roku 1990 nastręczyli Polakom Kukuńka na prezydenta. W ten sposób ukształtowała się tubylcza scena polityczna. Z jednej strony “Jasnogród”, a z drugiej “Ciemnogród”; siły jasności i postępu, a z drugiej – siły “patriotyczne”,  które miały się rotacyjnie wymieniać przy władzy. I tak to trwa już ponad 30 lat, a wszelkie próby zakłócenia tej reżyserii, są przez stare kiejkuty bezpardonowo likwidowane.

Jak wyjaśnił w pierwszej połowie lat 90-tych na łamach “Gazety Wyborczej” pan red. Stefan Bratkowski w odpowiedzi na list grupy AK-owców Stanisława Jankowskiego “Agatona” – tak musi być, bo zostało ustalone, że żadna autentyczna reprezentacja narodowa nie będzie do władzy dopuszczona.

Dlatego też “magdalenkowcy” przez te 30 lat pracują nad stworzeniem wrażenia, że walczą miedzy sobą na śmierć i życie – w co wielu poczciwych ludzi święcie wierzy. Jeśli jednak przyjrzymy sie temu nieco uważniej, to okazuje się, że w sprawach istotnych dla państwa, które przesądzają o jego losie na dziesięciolecia, obydwa obozy idą ręka w rękę.

Tak było w przypadku referendum akcesyjnego w 2003 roku, tak było podczas głosowania 1 kwietnia 2008 roku nad ustawą upoważniającą prezydenta Kaczyńskiego  do ratyfikowania traktatu lizbońskiego i tak było w roku 2021, kiedy to Naczelnik Państwa, nawet przy sprzeciwie części własnego klubu, przy pomocy Lewicy przeforsował w Sejmie ratyfikację ustawy o zasobach własnych Unii Europejskiej, przyznającej Komisji Europejskiej prawo zaciągania zobowiązań finansowych w imieniu całej Unii, a więc – wszystkich państw członkowskich – oraz nakładania “unijnych” podatków. Przypominam o tym również dlatego, że ten sam Jarosław Kaczyński, na niedawnej konwencji Zjednoczonej Prawicy w Bogatyni, z miedzianym czołem oświadczył, że w Unii Europejskiej jesteśmy i być chcemy – ale “suwerenni”.

No a teraz obydwie strony: Jasnogród i Ciemnogród robią wszystko, by stworzyć wrażenie, że tylko one walczą o władzę i jeśli któryś gang: Prawo i Sprawiedliwość, czy Volksdeutsche Partei przegra wybory, to następnego dnia świat się zawali, a jeśli  świat jakoś to przetrwa, to nastąpi “finis Poloniae”.

Socjotechnika jest – nie można powiedzieć – zręczna i dosyć skutecznie odwraca uwagę opinii publicznej od tego, że – jak pisał Mickiewicz w “Grażynie” – “cóż stąd, że bije? Nikogo nie zabił!” Tymczasem, zgodnie z ustaleniami z Magdalenki, III Rzeczpospolita została ufundowana na niepisanej zasadzie: “my nie ruszamy waszych – wy nie ruszacie naszych”. Dzięki temu, mimo, że przez każdorazowymi wyborami wszyscy się odgrażają, że puszczą przeciwników “w skarpetkach”, albo powtrącają do więzienia, jeszcze NIKOMU NIC SIĘ NIE STAŁO – a nawet pan Sławomir Nowak nie jest nawet wyjątkiem od tej zasady, bo został aresztowany tylko dlatego, że oskarżyli go Ukraińcy i nie było innego wyjścia.  Ale i jego sprawa z pewnością zakończy się wesołym oberkiem, jak tylko kurz opadnie, bo już w 2021 roku został przez niezawisły sąd wypuszczony z turmy po zapłaceniu miliona złotych kaucji. Chwała Bogu, miał z czego.

No a teraz rządowa telewizja puściła już trzeci odcinek horroru autorstwa pana doktora Sławomira Cenckiewicza i pana Michała Rachonia, obnażającego zdradę i łajdactwo Donalda Tuska i Księcia-Małżonka – jak do spółki z Putinem frymarczyli polskimi interesami państwowymi. Pomyślane było dobrze; na 4 miesiące przed wyborami Sejm ustanowi komisję do badania ruskich wpływów w polskiej – pożal się Boże – polityce, a swoistym pendant do odbywającej się przed jej obliczem kotłowaniny, będzie wspomniany “Reset”. Ale kiedy po podpisaniu stosownej ustawy pan prezydent Duda został publicznie obsobaczony za samowolkę  przez ambasadora Marka Brzezińskiego, po dwóch dniach zresetował własny podpis pod tą ustawą i zgłosił nowelizację.

Według jej postanowień członkami komisji nie mogą być parlamentarzyści, a ona sama nie będzie już mogła orzekać 10-letniego szlabanu na piastowanie stanowisk publicznych. W tej sytuacji chyba przez roztargnienie  pan prezydent przewidział możliwość odwołania się od decyzji komisji do sądu powszechnego – ale nie bardzo wiadomo – od jakiej – skoro komisja żadnych orzeczeń już nie będzie mogła podejmować. Ta nowelizacja została wprawdzie uchwalona, ale nikt z parlamentarzystów już nie ma serca do powoływania komisji, w której nie będzie mógł brylować, więc nagle sprawa jej powołania została wyciszona. Tymczasem “Resety” zostały nakręcone, forsa zainkasowana, więc trzeba było je wyemitować – ale w ten sposób cała para poszła w gwizdek.

Ale i ten gwizdek też się może przydać, bo zagłuszy proste pytanie, dlaczego to przez 8 lat rząd Naczelnika Państwa, mając takie dowody zdrady Tuska i Księcia-Malżonka nie wszczął przeciwko nim śledztwa z art. 129 kodeksu karnego (“Kto będąc upoważniony do występowania w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej w stosunkach z rządem obcego państwa lub zagraniczną organizacją, działa na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10”), tylko posługuje się namiastkami w rodzaju pana doktora Cenckiewicza i pana Rachonia?

Certyfikat niezawisłości i inne wynalazki

Certyfikat niezawisłości i inne wynalazki

Stanisław Michalkiewicz  1 lipca 2023 tekst

24 czerwca rozpoczyna się Kongres Prawników Polskich, na który wybierają się także niezawiśli sędziowie zrzeszeni w nierządnej organizacji „Iniuria” co się wykłada jako krzywda, lub niesprawiedliwość, która zaś, dla zmylenia naiwniaków przyjęła pretensjonalną nazwę „Iustitia”, czyli sprawiedliwość. Ta cała „Iniuria” odgraża się, że „pokaże” pięć projektów ustaw, rozumiem, że napisanych przez samych niezawisłych sędziów i że będzie to w wymiarze sprawiedliwości naszego bantustanu „przełom” na miarę tego z 4 czerwca 1989 roku. Już ta deklaracja pokazuje, co to za towarzystwo, ta cała „Iniuria”. Sędziami bowiem z Polsce zostają duzi chłopcy i duże dziewczynki, w związku z tym i jedni i drugie powinni wiedzieć nie tylko to, co tam chłopcy mają w spodenkach, a dziewczynki pod spódniczkami, ale również i to, że 4 czerwca 1989 roku nie nastąpił żaden „przełom”, tylko siuchta, jaką PRL-owski wywiad wojskowy urządził z wyselekcjonowanym gronem osób zaufanych, które, z Kukuńkiem na fasadzie, udawały „stronę społeczną”.

Ten cały „przełom” w Polsce został bowiem uzgodniony przez Daniela Frieda z Departamentu Stanu USA i Władimira Kriuczkowa, szefa sowieckiego KGB, zaś generał Kiszczak dostał te uzgodnienia do wykonania, więc posłużył się Kukuńkiem, jako listkiem figowym, pod którym ukrył figę. Wywiad wojskowy przeszedł transformację ustrojową w szyku zwartym i nadzorował ten cały „przełom” najpierw jako Wojskowe Służby Informacyjne, z których w roku 2006 wypączkowały dwie watahy w postaci Służby Kontrwywiadu Wojskowego i Służby Wywiadu Wojskowego. Warto dodać, że kiedy podczas owego „przełomu” wielu ludzi myślało, że z tymi wyborami to wszystko naprawdę, więc skreślali komuszkom tzw. „listę krajową”, to generał Kiszczak zagroził, że te całe wybory rozgoni i wtedy Rada Państwa, w trakcie wyborów (!) zmieniła ordynację tak, żeby ci wszyscy faworyci reżymu znaleźli się w Sejmie. Taki to ci był ten cały „przełom”.

Skoro tedy wiemy już, co myśleć o tej całej „Iniurii”, to spróbujmy puścić wodze fantazji, co też niezawiśli sędziowie z tej organizacji wykombinowali sobie w tych pięciu ustawach. Żeby było śmieszniej, to warto przypomnieć, że ci płomienni szermierze praworządności sprawiają wrażenie, jakby dla konstytucji pozwolili się zabić i poćwiartować, a Kukuńkowi koszulka z napisem „Konstytucja” chyba przyrosła już do skóry, zupełnie nie zauważyli konstytucyjnego zapisu, iż sędziowie ustawom „PODLEGAJĄ”, a nie – że sami sobie je piszą. Ale nie wymagajmy zbyt wiele od niezawisłych sędziów, tej nadzwyczajnej „kasty” zadufków i wróćmy do tych całych ustaw.

Z dotychczasowej aktywności zarówno „Iniurii”, jak i sędziów zwerbowanych na konfidentów jeszcze przez WSI, a potem – przez ABW w ramach „Operacji Temida” – możemy się domyślać, że w tych ustawach zostanie położony nacisk na maksymalne gwarancje niezawisłości. Bez nich, jak wiadomo, nie ma mowy o „wolnych sądach”, które mają być lekiem na całe zło naszej młodej demokracji. Jakież to mogą być te gwarancje? Zacznijmy od rekrutacji niezawisłych sędziów. Dotychczas było tak, że do nominacji rekomendowała ich Krajowa Rada Sądownictwa, a prezydent wręczał nominacje. W ten sposób niezawisły sędzia dostawał się na utrzymanie państwa i od tej pory już nie musiał się o nic troszczyć, bo nawet jak mu wszystkie wyroki druga instancja pouchylała, to forsa płynęła zarówno stąd, jak i stamtąd, a niekiedy nawet z owamtąd, a na straży tych transferów ustanowiony został immunitet, dzięki któremu sędziemu każdy mógł – jak to się mówi – „skoczyć”.

No ale i tu pojawił się zgrzyt w postaci „nowej” Krajowej Rady Sądownictwa, która zaczęła rekomendować panu prezydentowi sędziów „nielegalnych”, a ten, niby jakiś wioskowy głupek, jak gdyby nigdy nic, wręczał im nominacje, od czego praworządność w naszym bantustanie doznaje niewymownych paroksyzmów. Dopóki była „stara” KRS, w której zasiadali sędziowie, co to z niejednego komina wygartywali, a niektórzy nawet „samego jeszcze znali Stalina” – wszystko było w jak najlepszym porządku. Kiedy jednak pojawiła się ta „nowa”, autorytety moralne zawyły jednym głosem tym boleśniej, że faszystowski reżym próbował przejść na ręczne sterowanie i zaczął sędziów dyscyplinować, co nieubłaganym palcem wytknęło mu nie tylko grono przebierańców z Luksemburga, ale i czyściocha moralna w osobie pani Very Jurovej z Komisji Europejskiej, co to na praworządność wyczulona jest szczególnie, jako że w swoim CV ma również epizod kryminalny.

Na tym tle łatwiej nam będzie przewidzieć kierunki zmian nakreślone w owych pięciu ustawach. Żadnej Krajowej Rady Sądownictwa nie powinno być, bo zawsze może pojawić się jakaś jeszcze nowsza i co wtedy? Dlatego niezawisłych sędziów powinny rekrutować organizacje, ale nie byle jakie, tylko właśnie „Iniuria” i „Themis”. Kogo by one wybrały w korcu maku, ten zostawałby sędzią już bez czekania na jakiegoś tam prezydenta, który potrzebny tu jest jak psu piąta noga. Listę takich sędziów „Iniuria” i „Themis” wysyłałyby do Ministerstwa Sprawiedliwości, a ono kierowałoby ich do poszczególnych niezawisłych sądów i przyznawało uposażenie. Chodzi o to, że sędziom przecież trzeba płacić, a ani „Iniuria”, ani „Themis” groszem nie śmierdzą, tylko – w ostateczności – najwyżej – jak to pisał Boy-Żeleński – „zapachem esencji różanej” („Zaś cnota dziewic niewinnych, o spraw to Panie nad pany, niech ma, zamiast wszystkich innych, zapach esencji różanej!”).

Żeby jednak nie dopuścić do całkowitego woluntaryzmu, kontrolę prawidłowości nominacji wyrywkowo sprawowałby Judenrat „Gazety Wyborczej”, bo – jak wiadomo – daje on rękojmię nieskazitelnego charakteru. No, może nie cały, ale na przykład pan red. Michnik, to z całą pewnością, podobnie jak pan red. Kurski – oczywiście ze względu na wiadome „korzenie”. Po takiej wyrywkowej kontroli, przede wszystkim pod kątem kręgosłupa ideowego, to znaczy – umiłowania praworządności – Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego wydawałaby takim sędziom certyfikaty niezawisłości. Teraz niby obywatel może sędziemu testować niezawisłość – ale – jak zostałem pouczony przez dwa sądy – musi najpierw sam się dowiedzieć, czy taki sędzia jest, dajmy na to, konfidentem ABW, czy SKW, czy może CBA – bo jak nie – to nikomu niczego nie przetestuje. Dlatego też de lege ferenda można by postulować, by ABW, ewentualnie inne bezpieczniackie centrale, wydawały sędziom certyfikaty niezawisłości, dzięki czemu każdy sędzia mógłby się swoją niezawisłością wylegitymować, a każdy obywatel nie mógłby mieć najmniejszych wątpliwości, z kim ma do czynienia. Wymiar sprawiedliwości też by na tym skorzystał, bo stałby się bardziej przewidywalny – a przecież o to chodzi – bo niby o cóż innego?