Giganci na rynku AI znaleźli nowe źródło danych: używane książki drukowane. Z powodu wyczerpania zasobów internetu firmy skupują z antykwariatów całe palety tomów. Prowadzone jest tzw. skanowanie destrukcyjne, co oznacza, że po zakupie książki są niszczone, a ich strony – wgrywane do modeli językowych (LLMs) jako unikalny, „nieskażony” ingerencją algorytmów tekst. Szacuje się, że z rynku zniknęły już 3 mln woluminów. Precedensowe wyroki w USA uznały ten proceder za legalny, co budzi obawy wokół prywatyzacji dziedzictwa kulturowego, cenzury i utraty pamięci zbiorowej.
Sztuczna inteligencja wchłonęła już niemal całą wiedzę z internetu. Teraz jej twórcy masowo skanują i niszczą książki
W skrócie
Firmy technologiczne wykupują używane książki z rynku wtórnego, by poprzez destrukcyjne skanowanie pozyskiwać nieskażone dane tekstowe dla modeli sztucznej inteligencji.
Twórcy AI wybierają książki z ery analogowej, ponieważ wyczerpały się zasoby internetu, a dane w sieci są zanieczyszczone treściami generowanymi przez same algorytmy.
Amerykański sąd uznał destrukcyjne skanowanie za dozwolony użytek, lecz w Unii Europejskiej legalność tego procederu pozostaje niejasna ze względu na inne ramy prawne.
Branża sztucznej inteligencji znalazła nowe źródło danych: fizyczne, używane książki. Antykwariusze w Niemczech, Szwajcarii i Austrii odnotowują niespotykaną dotąd falę masowych zamówień. Firmy technologiczne oraz działający na ich zlecenie pośrednicy skupują tysiące tomów z rynku wtórnego, które następnie są skanowane destrukcyjnie. Szacuje się, że w samych Niemczech wykupiono już około 700 tys. woluminów, a w skali globalnej liczba ta sięga 3 mln. Ma to na celu trenowanie modeli językowych – dostarczanie sztucznej inteligencji nowej wiedzy, która nie była dostępna w internecie.
Wybór książek nie jest przypadkowy. Kupujący celowo sięgają po literaturę faktu wydawaną od lat 70. XX r. Przedmiotem zainteresowania są głównie opracowania naukowe, prawo, językoznawstwo, ekonomia czy historia regionalna. Z reguły nabywany jest dokładnie jeden egzemplarz danego tytułu – zazwyczaj ten, który przez lata zalegał na półkach z powodu niskiego popytu.
Po przejęciu książek trafiają one do wyspecjalizowanych zakładów. Tam ich grzbiety są obcinane przez maszyny gilotynowe, co umożliwia błyskawiczne skanowanie stron w urządzeniach o wydajności 80-120 stron na minutę. Zdigitalizowany tekst trafia bezpośrednio do baz danych modeli AI, a kartki są natychmiast przekazywane do utylizacji i recyklingu. Skanować można też bez niszczenia książek, ale trwa to wolniej. Warto przy tym zauważyć, że nie mamy tu do czynienia z klasyczną digitalizacją książek rozumianą jako udostępnianie ludziom ich cyfrowych kopii. Ich zawartość będzie dostępna jedynie dla modeli i to one będą mogły w oparciu o nią udzielać odpowiedzi na zapytania użytkowników.
Przyczyną, dla której twórcy sztucznej inteligencji zaczęli sięgać po papier, jest wyczerpanie otwartych zasobów internetu. Dotychczasowa baza treningowa oparta na ogólnodostępnych stronach WWW, portalach społecznościowych czy Wikipedii została wykorzystana niemal w całości. Co więcej, współczesny internet jest w coraz większym stopniu zanieczyszczony treściami wygenerowanymi przez same modele AI.
Karmienie algorytmów ich własną produkcją prowadzi do zjawiska określanego jako „zapadanie się modelu” (ang. model collapse) i drastycznego spadku jakości generowanych odpowiedzi. O zjawisku tym pisaliśmy w GeekWeeku w kontekście samoutwierdzania się modeli w przekonaniu, że pewne sformułowania, takie jak „to nie X, to Y” są na tyle naturalną konstrukcją w ludzkiej komunikacji, że dobrze jest wrzucać ją do niemal każdego akapitu.
Książki wydane w tzw. erze analogowej, przed epoką powszechnej cyfryzacji, a szczególnie przed 2022 r., czyli publicznym debiutem ChatGPT, stanowią unikalny, nieskażony zasób zweryfikowanej wiedzy, ciągłej narracji i specjalistycznej terminologii. O ile dzieła z domeny publicznej zostały zdigitalizowane już wcześniej przez projekty w rodzaju Google Books, o tyle literatura objęta prawami autorskimi z drugiej połowy XX r. nie posiadała dotąd legalnych wersji cyfrowych.
Dla zachodnich laboratoriów technologicznych (a przynajmniej tych, które nie korzystały z pirackich baz książek – o czym pisaliśmy w GeekWeeku) zbiory te stały się pożądanym, nieznanym dotąd rezerwuarem unikalnych danych, szczególnie cennych dla języków innych niż angielski.
Amerykański precedens i niepewna sytuacja prawna w Europie
Rodzi się pytanie, czy to wszystko jest zgodne z prawem. Warto tu przywołać orzeczenie amerykańskiego sądu federalnego w sprawie Bartz v. Anthropic z 2025 r. Sędzia uznał, że fizyczne nabycie książki, jej zniszczenie i zachowanie jedynie cyfrowej kopii na potrzeby szkolenia AI mieści się w ramach doktryny dozwolonego użytku (ang. fair use) prawa autorskiego USA.
Skoro cyfrowy zapis nie trafia do ponownego obiegu jako zastępstwo książki, a jedynie służy do celów edukacyjnych maszyny, ma on charakter transformatywny. Twórcy modelu Claude zapłacili wprawdzie 1,5 mld USD w ramach ugody dotyczącej wcześniejszego korzystania z pirackich bibliotek cyfrowych, jednak ich „Project Panama”, obejmujący masowy wykup i destrukcję dzieł, zyskał podkładkę prawną.
Sytuacja wygląda inaczej w Unii Europejskiej. Prawo europejskie nie posiada tak elastycznej konstrukcji jak fair use. Unijna dyrektywa DSM wprawdzie wprowadziła wyjątek dotyczący „wykopywania” tekstów i danych (ang. text and data mining), lecz przyznaje twórcom prawo do sprzeciwu. W przypadku starszych pozycji, często wyczerpanych lub wydanych przed wejściem w życie dyrektywy, mechanizm zgłaszania sprzeciwu jest trudny do wyegzekwowania, a legalność pozyskiwania takich danych pozostaje spornym zagadnieniem prawnym.
Zagrożenie dla dziedzictwa kulturowego i prywatyzacja wiedzy
W perspektywie wiedzy, jaką dysponuje już sztuczna inteligencja, 3 mln książek to ok. 300 mld tokenów tekstu, czyli zaledwie kilka procent zbiorów danych, na których uczą się najnowsze modele. Wartość stanowi jednak unikalność tych treści. Giganci technologiczni skanują m.in. niskonakładowe dysertacje, monografie czy lokalne publikacje historyczne, wydawane w nakładach rzędu 300-500 sztuk. Niektóre z nich to tzw. białe kruki, które mogą bezpowrotnie zniknąć z rynku w formie papierowej, czym firmy skupujące książki na palety zdają się jednak nie przejmować.
Niszczenie ostatnich krążących po rynku egzemplarzy usuwa je z publicznego obiegu antykwarycznego. Choć papier trafi na makulaturę, wiedza zapisana na kartkach nie zniknie całkowicie, lecz raczej przenosi się do nowego medium. Z jednej strony mamy tu do czynienia z postępem w dostępie do wiedzy, jako że zamiast długich poszukiwań w antykwariatach czy bibliotekach będziemy mogli paroma kliknięciami uzyskać informacje z tych książek. Przynajmniej w optymistycznym założeniu. To bardziej pesymistyczne jawi się raczej jako regres – powrót do kultury oralnej, w której wiedza była przekazywana ustnie, a po drodze przekręcana. Coś zostało ujmowane, coś dopowiedziane i tak powstawał głuchy telefon.
Sztuczna inteligencja, choć jest obecnie prawdopodobnie najwyższą z ludzkich technologii, jeśli chodzi o informatykę, nie jest wolna od tych bolączek ery przedpiśmiennej. Wciąż nierozwiązanym problemem pozostają halucynacje AI, czyli skłonność modeli do zmyślania i przekręcania danych. Ponadto odbiorcy tych treści uzyskują do nich dostęp w sposób zapośredniczony. Model nie wypluwa cytatów ani nie udostępni e-booka do pobrania, co wynika z ochrony praw autorskich. Będzie nam mógł opowiedzieć, co w danej książce się znajduje – lecz swoimi słowami i w swojej interpretacji, która może odbiegać od oryginału. Powstaje więc ryzyko błędów, ale także celowych manipulacji.
Francuski filozof Michel Foucault postawił znak równości między władzą a wiedzą. Mimo deklarowanej przez twórców AI neutralności (którą także można rożnie interpretować) modele mogą zamiast rzetelnej wiedzy przekazywać informacje ocenzurowane i przekształcone zgodnie z interesami korporacji, a ich weryfikacja może być trudna lub niemożliwa, jeśli nie będzie dostępnych autentycznych, niezmienionych kopii książek, z których czerpały one wiedzę. Tym samym literatura przejdzie z przestrzeni dobra wspólnego do zamkniętych, prywatnych baz danych wielkich korporacji. Bez odgórnych regulacji wymuszających na firmach udostępnienie cyfrowych kopii publicznym bibliotekom, znaczna część unikalnego dziedzictwa kulturowego i naukowego XX w. może zostać bezpowrotnie odcięta od społeczeństwa, trafiając w ręce prywatne.
Rok 1984 czy Nowy wspaniały świat?
Komu ten nowy stan rzeczy jest na rękę, a u kogo rodzi obawy? Sytuacja jest dość złożona. Na tym procederze najwięcej zyskają antykwariusze, którzy w końcu mają zbyt na tomy zbierające kurz na półkach. Dla osób robiących research – zwykłych użytkowników, ale też pracowników naukowych czy dziennikarzy – może to być wygodny i tańszy sposób niż polowanie na fizyczne czy cyfrowe kopie tekstów (o ile założymy, że dane z AI będą rzetelne, a narzędzie będzie darmowe, co nie jest wcale takie oczywiste w dłuższej perspektywie).
Skanowanie destrukcyjne i przenoszenie książek do baz wiedzy dużych modeli językowych (LLM-ów) może rodzić obawy osób, którym zależy na zachowaniu dziedzictwa kulturowego ludzkości – jako że pismo jest jednym z kluczowych atrybutów cywilizacji, a książki przez wieki cieszyły się szacunkiem. Nie znaczy to jednak, że każdy zadrukowany papier przedstawia ogromną wartość poznawczą czy literacką ani że należy darzyć go uwielbieniem na modłę bibliofilską. Książki – jak każdy inny tekst kultury – także przecież nieraz zawierają przekłamania albo są tandetnymi szmirami pisanymi (lub coraz częściej generowanymi przez AI) tylko dla zysku. Poza oczywistym sentymentem problemem jest jednak możliwy brak danych referencyjnych – oryginalną treść „tylko do odczytu” przejmą kapryśne algorytmy i nie będzie można samodzielnie sprawdzić, co dokładnie napisał autor.
Pytanie, czy w ogóle na to sprawdzanie ktoś będzie miał ochotę. Poza kurczącym się gronem czytelników weryfikujących informacje (w tym poprzez omawiane przez nas w GeekWeeku narzędzia do fact-checkingu) niestety coraz więcej odbiorców treści zadowala się tym, co narzuca im się jako pierwsze w sieci. Pisał o tym choćby Kai Strittmatter w książce Chiny 5.0. Jak powstaje cyfrowa dyktatura, gdzie opisywał, jak większość studentów nawet nie uruchomiła przekazanego im narzędzia VPN, by móc czytać artykuły z zagranicznych portali, a większości ludzi wystarczą „kuratowane” przez partyjnych cenzorów treści z chińskiego internetu. Ponadto z uwagi na brak dostępu do treści pisanych (choćby o masakrze na Placu Tian’anmen) zbiorowa pamięć ulega zatarciu. Autor przywoływał także porównanie obaw George’a Orwella i Aldousa Huxleya. Ten pierwszy obawiał się, że książki będą cenzurowane lub usuwane z obiegu, a drugi – że nikomu to nie będzie przeszkadzać. W Chinach spełniły się te oba czarne scenariusze, ale czy u nas nie dzieje się podobnie?
Proceder, który stał się udziałem twórców przyszłej superinteligencji – technologii przewyższającej zdolnościami intelektualnymi całą ludzkość – można rozpatrywać w odniesieniu do literackich dystopii, takich jak Rok 1984 Orwella, Nowy wspaniały świat Huxleya czy 451 stopni Fahrenheita Bradbury’ego, i dyskutować, która z tych wizji pasuje najbardziej. Zapewne każda z nich przewidziała w pewnym stopniu to, co dzieje się obecnie z piśmiennictwem. Swoje trzy grosze dorzucił także polski autor Jacek Dukaj, który jeszcze przed erą LLM-ów w eseju Po piśmieprognozował kryzys tradycyjnie rozumianego pisma i rosnącą rolę nowych mediów cyfrowych podających wiedzę w dość zdegenerowanej formie.
Postęp nie zawsze oznacza zmianę na lepsze, a kurczowe trzymanie się przeżytków również nie zawsze chroni przed złem i zepsuciem. Mapy w telefonie świetnie zastąpiły te papierowe, a komputery – maszyny do pisania i liczydła.
Ale gdy chwiejna cyfrowa pamięć zastępuje tę wydrukowaną i niedającą się poprawiać, a sztuczna inteligencja zastępuje naszą własną, to stąpamy już po naprawdę niepewnym gruncie.
FOTO: Obraz „Sen rozumu rodzi potwory” – Francisco Goya, rok 1797.
============================================
Był sobie kiedyś dość surowy sędzia, który wydawał wyroki także wtedy, gdy nie otrzymał wcześniej żadnego pozwu. Nie orzekał w sądzie, nie posiadał jakiejkolwiek nominacji i nie potrzebował kodeksów. Nazywał się „poczucie śmieszności”.
Był to sędzia powszechnie znany, który z reguły powstrzymywał ludzi dorosłych przed zachowywaniem się jak dzieci, intelektualistów przed pisaniem zbyt oczywistych bzdur, a polityków przed obiecywaniem rzeczy nieosiągalnych – bez choćby cienia rumieńca. Nie czynił ludzi lepszymi, ale przynajmniej zmuszał ich do zachowania odrobiny przyzwoitości i godności.
Nie wiadomo kiedy, ale nagle jakby umarł. Nie potrafię powiedzieć, kiedy to się stało. Być może owego dnia, w którym uznaliśmy, że wyśmiewanie absurdów lub rzeczy głupich jest cięższą winą niż ich głoszenie.
Od tamtej pory przydarzyło się chyba wszystko.
Mieliśmy okazję zobaczyć “mężczyzn” rodzących dzieci, “kobiety” z jabłkiem Adama, Szekspira skorygowanego, bo był niewystarczająco inkluzywny, bajki przerobione tak, by nie urazić wilka, uniwersytety, na których uczy się odmiany zaimków zgodnie z «językiem inkluzywnym», lecz nie uczy się koniugacji czasowników, firmy, które poświęcają więcej czasu na szkolenia dotyczące «różnorodności płci» niż na jakość produktów, księży, którzy uważają, że jedynym grzechem prawdziwie godnym potępienia jest przestrzeganie Katechizmu oraz autentyczne głoszenie Ewangelii.
Każda nowość została przedstawiona jako “osiągnięcie cywilizacji“. Ten, kto odważył się choćby uśmiechnąć w tej sprawie, był natychmiast oskarżany o to, że jest zacofany, bezduszny, głupi – ponieważ nie zrozumiał złożoności owego zjawiska – zaś w “ciężkich” przypadkach – o to, że jest niebezpiecznym przestępcą, którego należy surowo ukarać.
Choć przecież, poczucie śmieszności pełniło niezwykle cenną funkcję społeczną. Strach przed byciem wyśmianym powstrzymywał przez wieki mnóstwo ludzi przed mówieniem lub robieniem idiotyzmów. Był to naturalny środek przeciwdziałający nadmiernemu ideologizowaniu. Jeśli jakaś teoria nie była w stanie obronić się przed śmiechem, prawdopodobnie nie zasługiwała na upowszechnianie, a tym bardziej na traktowanie jej poważnie.
Dziś, dzieje się coś odwrotnego. Jeśli jakaś teoria wywołuje śmiech, problemem nie jest owa teoria, lecz ten, kto się z niej śmieje. Co więcej, im bardziej jest ona śmieszna i absurdalna, tym bardziej traktuje się ją poważnie, podczas gdy wyśmiewanie się z niej uważane jest za najgorsze z przestępstw.
Nie wolno żartować, nie wolno podkreślać sprzeczności w niej zawartych, bo ktoś mógłby poczuć się “urażony”. Poczucie humoru, które przez wieki było najskuteczniejszą bronią przeciwko fanatyzmowi i przeciwko władzy, jest obecnieuważane za formę przemocy.
Zadziwiające. Wielkie ideologie XX wieku często bardziej obawiały się satyry niż demonstracji ulicznych. Reżim może przetrwać protesty, ale rzadko kiedy przetrwa, gdy staje się przedmiotem drwin. Dlatego totalitaryzmy nigdy nie darzyły sympatią tych, którzy sprawiali, że ludzie się śmiali.
Dzisiaj, we współczesnych tzw. demokracjach, mechanizm, o którym mowa wydaje się funkcjonować podobnie jak w najgorszych dyktaturach. Nie odpiera się argumentów tych, którzy wskazują na absurdalność czegoś, lecz usiłuje się raczej uniemożliwić im to, oskarżając ich o brak wrażliwości, tolerancji lub szacunku, jeśli nie wręcz o podżeganie do nienawiści. Skutkiem tego jest całkowite zaniknięcie granicy między tym, co poważne, a tym, co groteskowe.
Każdego ranka czytamy informacje, które jeszcze trzydzieści lat temu wydawałyby się scenariuszem filmu „Potwory” w reżyserii Dino Risiego. Tyle że nikt już się z nich nie śmieje, bo tłumaczy nam się, że wszystko to jest “potwornie” poważne. it.wikipedia.org/wiki/I_mostri
Chesterton zauważył, że kiedy ludzie przestają wierzyć w Boga, kończą na tym, że tracą zdrowy rozsądek. Prawdopodobnie, dotyczy to również poczucia śmieszności. Kiedy cywilizacja traci poczucie śmieszności, z czasem grozi jej utrata poczucia rzeczywistości i w końcu zaczyna traktować poważnie każdy absurd. A cywilizacja, która nie potrafi już śmiać się ze swoich szaleństw, jest skazana, prędzej czy później, na to, by doświadczyła ich skutków na własnej skórze.
Kiedy Donald Trump niedawno po raz pierwszy wspomniał o „osi euroazjatyckiej” – Chinach, Rosji, Iranie i Korei Północnej – nie było to jedynie retoryczne przypomnienie. Pepe Escobar podjął ten termin podczas swojego niedawnego briefingu podczas Protokołu Przejściowego (25-26 lipca) i umieścił go w odpowiednim kontekście: Waszyngton nieświadomie odnosi się w ten sposób do zjawiska, które narasta od lat, ale do tej pory prawie nie zostało nazwane.
Od „osi zła” do „osi euroazjatyckiej”
„Oś zła” z 2002 roku zgrupowała Iran, Irak i Koreę Północną pod wspólnym wizerunkiem wroga. Model ten został opracowany na wzór NATO: poszukuje się traktatów, list członkowskich i struktur dowodzenia. Według Escobara, właśnie tego brakuje w obecnej konstelacji – i to właśnie utrudnia jej zrozumienie. Chiny i Rosja zajęły miejsce Iraku, podczas gdy Korea Północna pozostaje. Jednak to, co się wyłoniło, nie jest zamkniętym sojuszem z traktatem założycielskim, lecz raczej siecią nakładających się relacji dwustronnych: strategicznych partnerstw, powiązań energetycznych, kanałów dyplomatycznych i współzależności gospodarczej. Chiny utrzymują bliskie stosunki z Rosją i Iranem, Rosja z Chinami i Iranem, Iran z obydwoma, a Korea Północna z Rosją i Chinami. Pakistan z kolei pełni rolę mediatora między Iranem a państwami Zatoki Perskiej – według Escobara, przy wsparciu Chin.
SCO jako przykład
Jak ta logika działa w praktyce, pokazało, według Escobara, tegoroczne spotkanie ministrów spraw zagranicznych Szanghajskiej Organizacji Współpracy (SOW) w Kirgistanie. SOW została założona w czerwcu 2001 roku – trzy miesiące przed 11 września – jako „Szanghajska Piątka”, pierwotnie w celu zwalczania terroryzmu i separatyzmu w Azji Środkowej. Dziś, jak twierdzi Escobar, jest to przede wszystkim platforma geopolityczna i geoekonomiczna, a nie sojusz wojskowy: Moskwa i Pekin uważają strukturę wzorowaną na „azjatyckim NATO” za niepotrzebną prowokację dla USA. Ministrowie spraw zagranicznych Iranu, Rosji, Chin i Pakistanu zasiedli przy stole podczas spotkania, a rozmowy dwustronne toczyły się na marginesie – na przykład między irańskim ministrem spraw zagranicznych Araghchi a jego rosyjskimi i chińskimi odpowiednikami. Indie były obecne, ale według Escobara odgrywały podrzędną rolę.
Według Wang Yi Chiny jednoznacznie popierają wysiłki mediacyjne Pakistanu między Iranem a USA i wzywają obie strony do powrotu do podpisanego Memorandum o porozumieniu – sygnał, który według Escobara jest również skierowany do państw Rady Współpracy Zatoki Perskiej, z którymi Chiny utrzymują bliskie stosunki energetyczne, szczególnie w zakresie importu ropy naftowej z Arabii Saudyjskiej.
Iran jako punkt centralny zablokowanej eskalacji
Tłem dla tej sytuacji jest trwająca od końca lutego eskalacja napięć między USA a Iranem. Według Larry’ego Johnsona, Iran zniszczył już amerykańskie naziemne stacje radarowe w regionie – w bazie lotniczej Al Udeid w Katarze, w różnych bazach w Kuwejcie oraz w kwaterze głównej 5. Floty w Bahrajnie.
W rezultacie Stany Zjednoczone są w praktyce uzależnione od samolotów rozpoznawczych P-8, aby zrekompensować powstałą lukę wywiadowczą. Kwatera główna Centralnego Dowództwa Sił Powietrznych musiała zostać przeniesiona z Al Udeid do bazy lotniczej Shaw w Karolinie Południowej. Johnson informuje również o braku komunikacji między odpowiednimi centrami dowodzenia, co wskazuje na brak przygotowań do zakrojonego na szeroką skalę amerykańskiego ataku powietrznego w krótkim okresie.
Równocześnie zaostrzył się konflikt między Arabią Saudyjską a jemeńską grupą Ansar Allah (Huti). Po ataku na delegację w Sanie, Huti odpowiedzieli blokadą transportu saudyjskiej ropy przez cieśninę Bab al-Mandab, a następnie zaatakowali rafinerię Dżizan – która według Escobara jest najnowocześniejsza – należącą do Saudi Aramco; szacuje się, że obiekt będzie wyłączony z eksploatacji przez kilka miesięcy. Ewentualny atak na terminale naftowe w Janbu jest możliwym scenariuszem dalszej eskalacji konfliktu.
W tym kontekście Escobar i Johnson stwierdzają, że stanowisko Teheranu się nie zmieniło: jest on gotowy na działania dyplomatyczne, pod warunkiem że Stany Zjednoczone będą przestrzegać swoich zobowiązań wynikających z Memorandum o porozumieniu – formuły, która według obu autorów była wielokrotnie przedstawiana Waszyngtonowi w ostatnich tygodniach za pośrednictwem mediacji pakistańskiej.
„Niepodzielność bezpieczeństwa”
Jedną z koncepcji, którą Escobar uważa za kluczową, jest „niepodzielność bezpieczeństwa” – idea, że bezpieczeństwo państwa nie może być trwale zagwarantowane kosztem bezpieczeństwa jego sąsiadów. Koncepcja ta, argumentuje Escobar, kieruje dyplomacją euroazjatycką, ale jest praktycznie nieznana w amerykańskim myśleniu o bezpieczeństwie. Od 1945 roku amerykański system bezpieczeństwa opiera się na sieci baz i zobowiązań sojuszniczych, które zazwyczaj definiują jego własną pozycję w stosunku do osłabienia innych. Koncepcję, która podważa właśnie tę przesłankę, trudno pogodzić z utartymi kategoriami.
Przenieś się do Azji Zachodniej zamiast na Ukrainę
Być może najbardziej niezwykła teza Escobara dotyczy miejsca faktycznej zmiany geopolitycznej. Przez długi czas Ukraina była uważana za arenę, na której miała się rozstrzygnąć nowa mapa euroazjatycka. Escobar dostrzega obecnie decydujący punkt zwrotny w Azji Zachodniej: w Cieśninie Ormuz, na Morzu Czerwonym oraz w dyplomacji między Teheranem, Islamabadem i Pekinem. Początek tej euroazjatyckiej integracji umiejscawia na początku XXI wieku, z rosnącym impetem w latach 2010-2020 i przyspieszeniem w latach 2020-2030 – proces, którego konsolidację datuje na lata 30. i 40. XXI wieku.
Niezależnie od tego, czy podzielamy tę ocenę, czy nie, zwraca ona uwagę na zmianę, która obecnie zachodzi nie tyle na froncie ukraińskim, co wzdłuż korytarzy handlowych i energetycznych Zatoki Perskiej – obraz ten pokrywa się z obserwacjami na temat logiki blokady Ormuzu i dyplomacji Zatoki Perskiej z ostatnich tygodni.
Zdjęcie na początku tego tekstu przypomina, że wojny na Ukrainie i w Iranie niekoniecznie są odrębnymi konfliktami. Stany Zjednoczone pozostają w centrum obu konfliktów i istnieje ryzyko ich rozprzestrzenienia. Moim zdaniem, sobotni atak ukraińskich dronów na irański statek na Morzu Kaspijskim był desperacką próbą Zełenskiego, by przypodobać się Donaldowi Trumpowi i pokazać swoją gotowość do poświęcenia kolejnych Ukraińców w wojnie, która nie ma nic wspólnego z Ukrainą. Jak widać na powyższym zdjęciu z podpisem, Iran podobno przygotowuje się do ataku na Ukrainę jednym lub dwoma pociskami. Moim zdaniem, jeśli to się stanie, Iran zaatakuje cele w Odessie.
Tymczasem docierają do nas sygnały, że Pakistan i Katar pracują nad reaktywacją nieistniejącego już porozumienia. Najnowsze doniesienia z Interfaxu dają pewne podstawy:
Jak podajeChannel 13, powołując się na dobrze poinformowane źródło,Benjamin Netanjahu poinformował ministrów swojego gabinetu, że Stany Zjednoczone nalegają na wycofanie wojsk izraelskich z Syrii, Libanu i Strefy Gazy.
Według źródła stacji telewizyjnej, Waszyngton jest zainteresowany przeprowadzeniem przez Siły Obronne Izraela „serii wycofań” na trzech frontach, nie sprecyzowano jednak, czy chodzi o całkowite, czy częściowe wycofanie wojsk.
To wskazuje, że Irańczycy domagają się, jako warunku wstępnego wznowienia porozumienia, przestrzegania pierwszego paragrafu nieaktywnego obecnie porozumienia, czyli wycofania Izraela z Libanu i Strefy Gazy. Chociaż Bibi upiera się, że będzie stanowczo sprzeciwiał się Trumpowi, zależność Izraela od USA w zakresie importu niezbędnego oleju napędowego i paliwa lotniczego daje Trumpowi decydującą przewagę nad Netanjahu i Izraelem.
Jak już wspomniałem w poprzednim artykule, Stany Zjednoczone borykają się z ciągłym niedoborem precyzyjnych pocisków rakietowych i narastającym kryzysem gospodarczym, wynikającym z niedoborów oleju napędowego i paliw lotniczych z powodu braku ciężkiej ropy naftowej. Jak dotąd, czerpiąc ze Strategicznych Rezerw Ropy Naftowej, administracja Trumpa zdołała opóźnić szoki gospodarcze spowodowane gwałtownym wzrostem cen spowodowanym odcięciem dostaw ropy z Zatoki Perskiej.
Trump niechętnie przyznaje, że Stany Zjednoczone nie mogą użyć siły militarnej, aby zmusić Iran do ustąpienia pod naciskiem USA. Jednak ostrzeżenia Przewodniczącego Kolegium Połączonych Szefów Sztabów – generała Dana Caine’a – i admirała Coopera z CENTCOM dotyczące ograniczeń amerykańskiej potęgi i potencjalnego niedoboru kluczowych systemów uzbrojenia, które mogą być potrzebne przeciwko Chinom lub Rosji, odegrały kluczową rolę w przekonaniu Trumpa do przywrócenia porozumienia.
Do poniedziałkowego południa powinienem mieć więcej jasności w tej sprawie, a najnowsze informacje na temat Protokołu Przejściowego omówię jutro po południu.
Nima i ja rozmawialiśmy o dylemacie Arabii Saudyjskiej, który pojawi się, jeśli spróbuje ona zaostrzyć konflikt przeciwko Huti:
Mario dowiedział się, że Evian pisane od tyłu to Naive . Omówiliśmy konsekwencje wyczerpywania się amerykańskich zapasów pocisków precyzyjnych:
Wracamy do Pytora Kurzina, który podobnie jak ja jest całkowicie zdumiony schizofreniczną polityką Trumpa wobec Iranu:
Na koniec Sulaiman i ja odbyliśmy ożywioną dyskusję na temat tego, czy Iran postąpił nierozsądnie, ponownie angażując USA w negocjacje:
Dziękuję za nieocenione wsparcie w postaci czasu poświęconego na czytanie i komentowanie. Nie pobieram opłat abonamentowych ani nie akceptuję reklam. Chcę, aby treści były dostępne dla wszystkich zainteresowanych poruszanymi przeze mnie tematami. Jeśli jednak chcesz przekazać darowiznę, skorzystaj z tego linku .
Przygłupy w Kijowie zorganizowały w Kijowe wystawę nowych technik zabijania, które Ukraina chce eksportować na cały świat. O wystawie ogłaszali nawet w zachodnich gazetach. Rosjanie nie musieli nawet namierzać wystawy. Posłali na wystawę rakietę niczym Ukraińcy na Przewodów.
Niszczycielski rosyjski atak rakietowy uderzył w tę imponującą «wystawę technologii obronnych i dronów» w Kijowie, w wyniku czego zginęły dziesiątki osób, a setki zostało rannych. Wśród zabitych i rannych są Polacy, ale wojenna cenzura w okupowanej Polsce nie pozwala o tym informować. Precyzyjny atak Rosjan uderzył w obiekt, w którym zgromadziło się tysiące ludzi; przedstawicieli sił zbrojnych, inżynierowie i dziennikarze. Organizatorzy nie uwzględnili poważnego zagrożenia związane z organizacją publicznych wystaw wojennych w stolicy Ukrainy.
«Dzisiaj w obwodzie kijowskim panuje żałoba po ofiarach rosyjskiego ataku z 24 lipca. Kondolencje dla rodzin zabitych i przyjaciół! Są setki rannych. Lekarze walczą o wszystkich. Szybkiego powrotu do zdrowia dla wszystkich poszkodowanych! To kolejna, straszliwa zbrodnia wojenna Federacji Rosyjskiej. Wróg uderzył specjalnie, gdy w Kijowie przebywały delegacje zagraniczne. To celowy akt terroru» – czytamy w ukraińskich mediach.
Tak, do Kijowa przybyły liczne delegacje zagraniczne. Ukraińskie drony robią furorę. Według Ukrainy to celowy akt terroru. Naprawdę nie przewidywali ryzyka? Na co liczyły władze Ukrainy prowokując ten atak? Europa miała odpowiedzieć atakiem na Moskwę za śmierć Europejczyków? Zgładzić wreszcie gada Putina nuklearnym atakiem na Rosję? Czy w czasie Wojny na pełną skalę organizatorzy takich wydarzeń i osoby je zatwierdzające nie ponoszą osobistej i państwowej odpowiedzialności za śmierć ludzi? Czy odpowiedzialnym za zabitych i rannych nie jest sam reżim Zełenskiego?
Bezpieczeństwo powinno być zagwarantowane na najwyższym poziomie. Jeśli tak się nie jest, to nie powinno być wydarzenia!!! O bezpieczeństwo zadbano tu, jak o lotnisko w Smoleńsku w 2010? To niestety nie pierwsza lekcja i na pewno nie będzie ostatnią. «Wieczna pamięć zmarłym» – czytamy we wpisie Kyryła Budanowa, szefa administracji Zełenskiego. Sława herojam upa! Może wezmą ich do mauzoleum UPA i ich trumny postawią obok Bandery?
«W kontekście wojny na pełną skalę organizatorzy takich wydarzeń i ci, którzy je zatwierdzają, muszą ponosić osobistą odpowiedzialność za ludzi» – miał powiedzieć Budanow o rosyjskim ataku 24 lipca na wystawę dronów w obwodzie kijowskim. Myślę, że wszystkim Europejczykom funduje się podobne bezpieczeństwo.
Oczywiście najbardziej bezpieczni mogą czuć się Polacy. Milionowa Bundeswehra i milionowa Ukraińska Ochotnicza Armia zapewnią bezpieczeństwo obywatelom naszym, jak w 1939, jak 1943 i 1944. Mamy bezpieczeństwo gwarantowane!!! Heroje UPA i SS Galizien nam je gwarantują!!!
Szef irańskiego MSZ Abbas Aragczi w ostrych słowach skrytykował atak Ukrainy na irański statek handlowy na Morzu Kaspijskim. Jak stwierdził, był to atak na zlecenie Izraela w celu wciągnięcia Europy do wojny z Rosją, a samego Wołodymyra Zełeńskiego określił mianem „darmozjada z Kijowa”. Zapowiedział też, że śmierć marynarza w ukraińskim ataku nie może pozostać bez odpowiedzi.
Aragczi w ostrych słowach zareagował na ukraiński atak na irański statek handlowy na Morzu Kaspijskim. Jeden z marynarzy zginął w wyniku ukraińskiej agresji.
„Zełeński zaatakował irański statek handlowy, zabijając marynarza. To rażące naruszenie Karty Narodów Zjednoczonych, dokonane na polecenie Izraela, aby wciągnąć Europę do jego wojny” – napisał szef irańskiego MSZ.
Dodał, że informował o zdarzeniu z wysoką przedstawiciel UE ds. spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Kają Kallas oraz z szefem MSZ Rosji Siergiejem Ławrowem. W rozmowach „jasno stwierdził”, że „to, co zrobił darmozjad z Kijowa, NIE MOŻE POZOSTAĆ BEZ ODPOWIEDZI”.
Teheran uznał wcześniejszy atak za naruszenie prawa międzynarodowego i akt agresji. Władze Iranu wezwały UE, Radę Bezpieczeństwa ONZ i pozostałe państwa ONZ do potępienia działań Ukrainy.
MSZ Iranu podkreśliło, że nie zawaha się chronić swoich interesów i bezpieczeństwa. Przywołano prawo do samoobrony.
Ukraina przekonywała, że jej siły zaatakowały na Morzu Kaspijskim statki wykorzystywane do transportowania ładunków wojskowych między Iranem a Rosją. Wśród nich miały być statki objęte sankcjami, które zaopatrują rosyjską armię.
Save Europe Act jest pierwszą patriotyczną Europejską Inicjatywą Obywatelską.
Pomóż zebrać milion podpisów i zmusić Brukselę do działania.
“My, narody Europy, motywowani głęboką miłością i poczuciem odpowiedzialności za nasze narody, potomków i wspólną cywilizację, zwracamy się do Komisji Europejskiej. Uznajemy, że rdzenni mieszkańcy Europy, którzy tworzą etniczne, kulturowe i językowe wspólnoty państw stowarzyszonych, posiadają niezbywalne prawo do zachowania swojej zbiorowej tożsamości, dziedzictwa i sposobu życia, które są zakorzenione w zasadach suwerenności narodowej i samostanowienia”.
Akt skupia się na kompleksowej zmianie paradygmatu polityki migracyjnej
Moratorium: natychmiastowe wstrzymanie niekontrolowanego rozpatrywania wniosków o azyl Remigracja: ustanowienie skutecznych mechanizmów powrotu Eliminacja czynników przyciągających: przejście ze świadczeń pieniężnych na świadczenia rzeczowe oraz zabezpieczenie granic zewnętrznych Ocalenie naszej kultury: uznanie ludów, kultury i religii Europy za fundament jej państw, a tym samym zachowanie ciągłości etniczno-kulturowej.
Mateusz Morawiecki w telewizji Republika próbował odcinać się od swoich decyzji w czasie Wielkiej Histerii.
Próbował zwalić winę za wszelkie absurdalne decyzje – w tym zamykanie cmentarzy – na kierownictwo PiS i Jarosława Kaczyńskiego. Twierdził też, że sprzeciwiał się przymusowi szprycowania Polaków.
– Polityka covidowa. Czyj to był pomysł? – zapytał prowadzący program.
Morawiecki odpowiedział bez wahania.
– To był w ogromnym stopniu pomysł całego kierownictwa PiS. Główne rzeczy były tam omawiane. A na rządowym zespole zarządzania kryzysowego oczywiście był pan prezes – powiedział były premier.
– Miał bardzo radykalne, antycovidowe stanowisko, wszyscy o tym wiedzą – twierdził Morawiecki.
– Kiedy była kwestia, jak pan pamięta może, czy szczepienia [chodzi o szprycowanie nieprzebadanym wówczas preparatem, błędnie nazywanym „szczepionką” – red. nczas] mają być obowiązkowe, to rada medyczna rzuciła papierami, ponieważ ja się na to nie zgodziłem, osobiście się na to nie zgodziłem, żeby szczepienia dla wszystkich były obowiązkowe. A pani Anna Kwiecień zaproponowała wysłuchanie publiczne w sprawie tej ustawy, która wiadomo, jak była wtedy nazywana. I dzięki temu wysłuchaniu, dzięki działaniom pani poseł Anny Kwiecień i moim w dużym stopniu nie doszło do tego, że te szczepienia były obowiązkowe – przekonywał Mateusz Morawiecki.
Twierdził też, że była „taka grupa” w kierownictwie „bardzo mocno do tego dążąca”.
– Ale ja nie ujawniam tych szczegółów. Chyba, że moi adwersarze polityczni się posuną… – mówił, na co przerwał prowadzący program.
– A tak z ciekawości, np. decyzja o zamykaniu cmentarzy, decyzja o zamykaniu lasów. Kto rekomendował albo kto wprowadzał? Bo ja przyjmuję tę pańską narrację, że Konfederacja zaczęła rosnąć po przegranych chociaż wygranych przez was wyborach w 2023 roku. Niemniej jednak Konfederacja bazowała i bazuje dziś na tym, że „PiS się wtedy myliło, Morawiecki się mylił, a myśmy mieli rację”. I można było inaczej z tą gospodarką działać… – mówił prowadzący, na co próbował wtrącić się były premier.
– No chwila, chwila. Dwie rzeczy tutaj… – wtrącił.
– … ale skoro sami zainteresowani tak mówią, to chyba wiedzą, co mówią? – dokończył prowadzący rozmowę pracownik sakiewiczówki.
– Ale oczywiście, ja z całą pewnością nie jestem żadnym ulubieńcem tamtych formacji, ja niczego takiego nie powiedziałem. Ja tylko powiedziałem, że wiem, jak się zwycięża z Donaldem Tuskiem, bo do tego doprowadziłem i wiem, jak się rządzi. Bo wystarczy popatrzeć sobie na wskaźniki produktywności, eksportu, deficytu budżetowego, długu publicznego, różne parametry wzrostu dochodu Polaków, wzrostu pensji Polaków. A to jest najważniejsze – wyliczał Morawiecki.
Należy zaznaczyć, że dochody i pensje rosły przede wszystkim urzędnikom i partyjniakom. Uczciwie pracujący Polacy mieli coraz gorszą sytuację.
– W związku z tym mogę powiedzieć: Tak, tamte decyzje zapadały w ścisłym kierownictwie: Kierownictwie rządu, kierownictwie politycznym. I wiemy doskonale, kto wówczas kolektywnie podejmował decyzje – zapewnił Morawiecki.
Tak więc prościej mówiąc, „co złego, to nie my, tylko Kaczyński”.
„Morawiecki odcinający się od polityki covidowej, od rady medycznej, którą sam powołał, i od absurdalnych zakazów, które sam wdrażał, to kolejny, osiągalny tylko dla nielicznych poziom hipokryzji” – skomentował na X Marek Tucholski.
Zaznaczył, że wierzy, iż „nie tylko on w PiS-ie chciał zamordyzmu, że Jarosław Kaczyński i kierownictwo PiS-u również”.
„Ale to on podejmował decyzje, które kosztowały Polaków pieniądze, zdrowie, a nierzadko także życie” – podsumował Marek Tucholski.
Nie pomogły dotychczasowe protesty opinii publicznej. Wójt Gminy Gietrzwałd Jan Kasprowicz przedkłada właśnie Radzie Gminy do uchwalenia plan ogólny, w którym 250 hektarów terenów gminnych jest przewidzianych do zabudowy potężnymi magazynami, firmami przemysłowymi i elektrowniami słonecznymi. Przewodniczący Rady Gminy Kamil Kowalczyk zwołuje sesję na czwartek 30 lipca na godz. 10.
======================
Przypomnijmy
Walka o zachowanie sakralnego charakteru Gietrzwałdu, miejscowości, w której w 1877 roku od 27 czerwca do 16 września prawie 200 razy objawiała się Matka Boża, trwa od 4 lat. Rok temu w czerwcu po 3-letniej batalii z budowy w Gietrzwałdzie ogromnego centrum dystrybucji odpadów wycofał się „Lidl”. Niewiele to dało, gdyż gmina w ramach prac nad planem ogólnym miejscowości podtrzymuje zamiar budowy w tym miejscu kolejnego, nawet większego magazynu lub składowiska, a dodatkowo planuje na innych gietrzwałdzkich terenach możliwość ulokowania podobnych inwestycji o łącznym rozmiarze prawie 250 hektarów.
Gmina, zobowiązana przepisami ustawy, dwukrotnie zorganizowała konsultacje społeczne projektu planu. Wzięły w nich udział setki osób, osobiście lub składając uwagi na piśmie. Uwagi pisemne przesłało około 1500 osób. Uwzględniono nieliczne. Cała ta akcja „konsultacyjna” ma charakter pozorny. Degradacja Gietrzwałdu w postaci zmiany charakteru pięknej miejscowości pielgrzymkowej i turystycznej na prostacką zonę przemysłową z halami logistycznymi, hurtowniami, zakładami przemysłowymi i infrastrukturą w postaci m.in. dróg dojazdowych dla setek ciężarówek, jest główną ambicją wójta.
Poniżej uwagi do planu przedłożone przez Komitet Obrony Gietrzwałdu z jego przewodniczącym Jackiem Wiąckiem:
UZASADNIENIE UWAG DO VI PROJEKTU PLANU OGÓLNEGO GMINY GIETRZWAŁD
Niniejsza uwaga dotyczy VI projektu Planu Ogólnego Gminy Gietrzwałd, poddanego ponownym konsultacjom społecznym. Projekt dotyczy miejsca o wyjątkowym znaczeniu religijnym, historycznym, kulturowym, krajobrazowym i pielgrzymkowym. Gietrzwałd nie jest zwykłą miejscowością podmiejską ani neutralnym terenem inwestycyjnym. Jest miejscem jedynych w Polsce i jednym z zaledwie kilkunastu na świecie objawień maryjnych uznanych przez Kościół katolicki, w debacie publicznej wskazywanym także jako jedno z 12 takich miejsc na świecie.
Z tego względu ochrona Gietrzwałdu nie jest wyłącznie sprawą właścicieli działek ani samych mieszkańców gminy. Głos w sprawie przyszłości tego miejsca mają także pielgrzymi, wierni, organizacje społeczne oraz wszyscy Polacy, dla których Gietrzwałd stanowi część dziedzictwa religijnego, historycznego i narodowego. Mieszkańcy nie są pomijani; przeciwnie, ich interes powinien być chroniony razem z interesem osób przybywających do Gietrzwałdu z całej Polski.
Nie można zgodzić się z bagatelizowaniem planu ogólnego jako dokumentu „tylko ogólnego”. Ogólność planu dotyczy poziomu szczegółowości, a nie jego znaczenia prawnego. Plan ogólny jest aktem prawa miejscowego i nadrzędnym aktem planowania przestrzennego w gminie. To na jego podstawie będą następnie oceniane i konkretyzowane miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego oraz decyzje o warunkach zabudowy, a w dalszej kolejności konkretne procesy inwestycyjne, w tym decyzje środowiskowe i pozwolenia na budowę. Wpisanie funkcji magazynowej, składowej albo energetycznej w planie ogólnym nie jest więc neutralnym zapisem technicznym, lecz stworzeniem ram prawnych dla późniejszej realizacji takich funkcji.
Plan ogólny nie jest dokumentem przyjmowanym na krótki okres próbny. Po wejściu w życie będzie obowiązywał do czasu jego zmiany albo uchylenia, a zmiana wymaga ponownego uruchomienia procedury planistycznej. Błędne lub nieproporcjonalne wpisy dokonane obecnie mogą przez długie lata, a nawet przez całe dziesięciolecia, determinować rozwój Gietrzwałdu. W przypadku miejscowości takiej jak Gietrzwałd jedna błędna decyzja planistyczna może na dekady, a nawet na ćwierć wieku, przesądzić o utracie pielgrzymkowego, krajobrazowego i narodowego charakteru miejsca.
Plan ogólny powinien być również spójny ze Strategią Rozwoju Gminy Gietrzwałd na lata 2025-2035 oraz z deklarowanym kierunkiem rozwoju gminy opartym na walorach przyrodniczych, historycznych, turystycznych i kulturowych. Industrializacja najbliższego otoczenia Gietrzwałdu i Naglad, dopuszczanie hal, magazynów, składów, wielkopowierzchniowych utwardzeń oraz funkcji energetycznych przy Sanktuarium nie jest racjonalnym rozwinięciem takiej strategii.
Wnoszę o wykreślenie profilu dodatkowego „teren elektrowni słonecznej” ustalonego dla strefy 59SU. Żądanie to dotyczy tego profilu niezależnie od tego, czy został on wpisany na błoniach, na terenie zabudowanym Sanktuarium, czy w jakiejkolwiek innej części obszaru sanktuaryjnego. Problemem jest sama planistyczna furtka dla funkcji elektrowni słonecznej w obrębie przestrzeni sakralnej.
Strefa 59SU obejmuje obszar bezpośrednio związany z Sanktuarium Matki Bożej Gietrzwałdzkiej, Bazyliką Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, Kapliczką Objawień, Źródełkiem Maryjnym oraz zapleczem sanktuaryjnym. Nie jest to teren techniczny ani przemysłowy. To przestrzeń modlitwy, pielgrzymowania, Drogi Krzyżowej, uroczystości religijnych i szczególnej pamięci narodowej. W takim miejscu nie powinno się dopuszczać profilu funkcjonalnego „teren elektrowni słonecznej”.
Nie rozwiązuje problemu samo przepisanie lub przeniesienie profilu fotowoltaicznego z błoni gietrzwałdzkich na teren zabudowany Sanktuarium, jeżeli profil i jego skutki planistyczne pozostają bez zmiany. Jeżeli pierwotnie wskazywano, że fotowoltaika na błoniach była pomyłką albo elementem problematycznym, to przesunięcie oznaczenia w inne miejsce obszaru sanktuaryjnego nie usuwa istoty problemu. Żądamy wykreślenia tego profilu, a nie jego przestawienia.
Publicznie podano wypowiedź ks. Przemysława Sobonia CRL: „Nie planujemy budowy elektrowni słonecznej, ale nie wykluczamy zastosowania odnawialnych źródeł energii na budynkach sanktuarium np. panele fotowoltaiczne na dachu budynków.” Publicznie podano także wypowiedź Wójta Gminy Gietrzwałd Jana Kasprowicza: „Kto przy zdrowych zmysłach postawiłby farmę fotowoltaiczną przy źródełku? Co najwyżej można by zainstalować mały panel do oświetlenia figury Matki Bożej czy kapliczki”. Obie wypowiedzi wskazują na zupełnie inną skalę niż formalny profil „teren elektrowni słonecznej” wpisany w projekcie planu ogólnego.
Zgodnie z wyjaśnieniami Głównego Urzędu Nadzoru Budowlanego, instalowanie urządzeń fotowoltaicznych o mocy zainstalowanej elektrycznej nie większej niż 150 kW nie wymaga decyzji o pozwoleniu na budowę ani zgłoszenia, a przepis obejmuje zamierzenie inwestycyjne jako całość, w tym fundamenty, stelaże i montaż. Oznacza to, że jeden panel do oświetlenia figury albo kapliczki nie wymaga wpisywania w planie ogólnym profilu „teren elektrowni słonecznej”. Nie wymagają tego również zwykłe panele dachowe na budynkach, jeżeli są realizowane w granicach właściwych przepisów technicznych, przeciwpożarowych i konserwatorskich.
Próg 150 kW dobrze pokazuje skalę problemu. Przy panelach 400 W byłoby to około 375 paneli, przy panelach 450 W około 333 panele, przy panelach 500 W około 300 paneli, przy panelach 550 W około 273 panele, a przy panelach 600 W około 250 paneli. Skoro nawet instalacja obejmująca setki paneli może mieścić się w progu 150 kW w prawie budowlanym, to tym bardziej pojedynczy panel do oświetlenia figury Matki Bożej albo panel dachowy nie uzasadnia tworzenia w planie ogólnym profilu „teren elektrowni słonecznej”.
Jeżeli rzeczywiście chodzi jedynie o mały panel lub panele dachowe, profil „teren elektrowni słonecznej” jest zbędny i nieproporcjonalny. Jeżeli natomiast profil ten pozostaje w projekcie, konieczne jest pełne wyjaśnienie, kto wniósł o jego wpisanie, w jakim celu, dla jakiej lokalizacji, jakiej mocy, jakiej powierzchni oraz czy było to uzgadniane z właścicielem terenu. Plan ogólny nie jest dokumentem symbolicznym ani miejscem na zapisy pozorne. Skoro dana funkcja została wpisana, osoby zainteresowane ochroną Gietrzwałdu mają prawo zakładać, że może być wykorzystana.
Szczególnej ostrożności wymaga także fakt, że Bazylika i otoczenie sanktuaryjne podlegają ochronie konserwatorskiej. Ewentualne instalacje na obiektach zabytkowych albo w ich otoczeniu wymagają odrębnej oceny konserwatorskiej. Tym bardziej nie można utożsamiać paneli dachowych na budynkach z planistycznym dopuszczeniem terenu elektrowni słonecznej. Są to zupełnie różne sytuacje prawne, przestrzenne i krajobrazowe.
Strefa 10SU – hale, magazyny, DK16 i funkcja otwarta
Wnoszę o wykreślenie profilu dodatkowego „teren składów i magazynów” w strefie 10SU oraz o niedopuszczanie w tym miejscu hal, magazynów, składów, centrów logistycznych ani przemysłu ciężkiego. Nie popieram przeznaczania 10SU pod zabudowę deweloperską, ponieważ taki kierunek może otworzyć drogę do presji inwestycyjnej sprzecznej z charakterem tego miejsca. Na ten moment właściwsze jest pozostawienie funkcji rolniczej lub otwartej, w tym rozważenie strefy SO, albo odłożenie docelowego przeznaczenia do późniejszej, rzetelnej debaty i konkretyzacji w MPZP.
Jeżeli organ nie uwzględni wniosku o funkcję rolniczą lub otwartą, co najmniej konieczne jest obniżenie parametrów w 10SU do: maksymalny wskaźnik intensywności zabudowy 1,2, maksymalny udział powierzchni zabudowy 40%, maksymalna wysokość zabudowy 12 m oraz minimalny udział powierzchni biologicznie czynnej 40%. Nie może pozostać kierunek zabudowy halowej i magazynowej o parametrach do 24 m wysokości, 65% powierzchni zabudowy i zaledwie 15% powierzchni biologicznie czynnej.
Strefa 10SU znajduje się w obrębie Gietrzwałdu, w najbliższej i funkcjonalnej okolicy Sanktuarium. W relacjach publicznych dotyczących wcześniejszej inwestycji Lidl wskazywano odległość około 900 m od Bazyliki Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Również pomiar w Geoportalu wskazuje na skalę około 900 m w linii prostej od Sanktuarium. Taka odległość nie jest dystansem, który pozwala traktować hale i magazyny jako funkcje odseparowane od miejsca kultu.
Wycofanie się Lidla z inwestycji nie rozwiązuje problemu planistycznego, jeżeli projekt planu ogólnego nadal pozostawia w tym samym rejonie profil „teren składów i magazynów” oraz parametry pozwalające na powstanie zabudowy magazynowo-halowej o podobnym oddziaływaniu komunikacyjnym, krajobrazowym i społecznym. Nie można najpierw przyznać, że konkretna inwestycja logistyczna rodziła poważne problemy drogowe i społeczne, a następnie pozostawić w tym samym rejonie planistyczną możliwość realizacji podobnych funkcji pod inną nazwą.
Według relacji z konsultacji publicznych planowane centrum dystrybucyjne Lidl miało obejmować halę o powierzchni około 80 tys. m2 na działce blisko 42 ha, działać całodobowo, obejmować około 90 tys. m2 powierzchni utwardzonych i być obsługiwane przez około 340 pojazdów dziennie, w tym około 160 TIR-ów. Tego rodzaju skala pokazuje, jakie realne oddziaływania mogą generować funkcje magazynowo-logistyczne w tym miejscu.
Samo sąsiedztwo DK16 nie rozwiązuje problemu. Wręcz przeciwnie, z dotychczasowej wiedzy o DK16 i z wcześniejszych analiz dotyczących obsługi inwestycji logistycznej wynika, że droga ta w rejonie Gietrzwałdu nie jest przygotowana do obsługi dodatkowego, ciężkiego, całodobowego ruchu hal i magazynów. Hale potrzebują bezpiecznych włączeń, pasów skrętu, geometrii skrzyżowań, miejsc oczekiwania dla pojazdów ciężarowych oraz ochrony mieszkańców i pielgrzymów przed hałasem, emisją i zagrożeniem bezpieczeństwa.
Nie można uzasadniać utrzymywania funkcji magazynowo-składowych ogólnym przebiegiem DK16 lub planami S16. Obecne i planowane odcinki S16 nie rozwiązują bezpośrednio problemu obsługi strefy 10SU. Wcześniejsze spory wokół inwestycji Lidl pokazały, że dla ciężkiego ruchu konieczne byłyby poważne przebudowy skrzyżowań i dróg lokalnych, w tym układu Gietrzwałd – Łajsy oraz powiązania z DK16.
Szczególnej ochrony wymaga historyczny układ drogi Gietrzwałd – Łajsy, Aleja klonowa oraz przebieg Drogi św. Jakuba. W debacie publicznej, w tym w tekście Krzysztofa Kamińskiego opublikowanym w portalu „Debata”, wskazywano wprost na potrzebę zachowania zabytkowej drogi obsadzonej chronionymi drzewami, objętymi ochroną konserwatora zabytków. Nie jest to więc wyłącznie zwykły problem komunikacyjny, lecz także zagadnienie ochrony krajobrazu, zabytków, dziedzictwa lokalnego i ruchu pielgrzymkowego.
Znaczenie tego szlaku podkreślają również środowiska jakubowe, w tym Parlament Jakubowy oraz organizacje i stowarzyszenia związane z Drogą św. Jakuba. Dlatego przeznaczenie strefy 10SU na funkcje składów, magazynów, hal lub centrum logistycznego mogłoby w praktyce prowadzić do presji na poszerzenia, przebudowę geometrii drogi, zwiększenie ruchu ciężkiego albo wycinkę drzew. Taki kierunek pozostawałby w sprzeczności z funkcją pielgrzymkową, historyczną i krajobrazową tego miejsca.
Na znaczenie tego problemu wskazywał także wcześniejszy spór o lokalizację Centrum Dystrybucyjnego Lidl. Nie chodzi o twierdzenie, że ten sam inwestor ma obecnie powrócić, lecz o to, że tamta sprawa pokazała realne skutki funkcji magazynowo-logistycznej w tym rejonie: presję na drogę Gietrzwałd – Łajsy, Aleję klonową, Drogę św. Jakuba, krajobraz, układ komunikacyjny i ład przestrzenny. Dlatego pozostawienie w planie ogólnym profilu „teren składów i magazynów” dla 10SU mogłoby w praktyce odtworzyć ten sam problem planistyczny pod inną inwestycją.
W artykule portalu „Debata” z 8 grudnia 2023 r. wskazano, że Parlament Jakubowy, zrzeszający kilkanaście organizacji i urzędów związanych ze Szlakiem św. Jakuba, występował o zmianę lokalizacji planowanego Centrum Lidla. W tym samym tekście podano również, że Warmińsko-Mazurska Okręgowa Izba Architektów RP zgłaszała zaniepokojenie i poważne wątpliwości wobec skali inwestycji, jej lokalizacji na Obszarze Chronionego Krajobrazu Doliny Pasłęki oraz ryzyka degradacji środowiska kulturowego i ładu przestrzennego historycznego obszaru. Skoro analogiczne ryzyka były już publicznie sygnalizowane przy wcześniejszej inwestycji, tym bardziej nie powinny być utrwalane obecnie w planie ogólnym przez pozostawienie magazynowo-składowego profilu 10SU. Taki kierunek promocji regionu jest nie do pogodzenia z planistycznym utrwalaniem w bezpośrednim i funkcjonalnym otoczeniu Sanktuarium funkcji hal, składów, magazynów i ciężkiej logistyki.
Jeżeli na terenie gminy w ogóle mają być rozważane funkcje gospodarcze wymagające obsługi ciężkiego transportu, powinny być lokowane poza najbliższym otoczeniem Gietrzwałdu, Naglad i Sanktuarium, w rejonach rzeczywistych węzłów drogowych i dwujezdniowej obwodnicy, a nie przy wjeździe do świętego miejsca. W obrębie gminy logiczniejszym kierunkiem do analiz jest rejon Kudyp i węzła Olsztyn Zachód. Poza gminą podobne funkcje są już obecne w kierunku Stawigudy i Tomaszkowa, jednak Tomaszkowo nie jest częścią gminy Gietrzwałd. Nawet tam, gdzie funkcje gospodarcze byłyby dopuszczalne, powinny to być obiekty małe lub średnie, a nie hale 24-metrowe ani przemysł ciężki.
Strefa 10SU obejmuje także wartościowe grunty rolne, wskazywane jako gleby wysokich klas bonitacyjnych, w tym klasy III. Wymaga to szczególnej ostrożności i przemawia przeciwko ich pochopnemu przeznaczaniu pod hale, magazyny, place manewrowe i rozległe utwardzenia. Na obecnym etapie właściwsze jest zachowanie funkcji rolniczej albo otwartej oraz pozostawienie ewentualnych dalszych rozstrzygnięć do rzetelnej procedury planistycznej.
W kontekście zbliżającego się 150-lecia objawień gietrzwałdzkich w 2027 r. oraz publicznie podnoszonych nadziei i starań związanych z możliwą wizytą Papieża w 2028 r. szczególnie nieracjonalne byłoby utrwalanie w planie ogólnym kierunku industrializacji bezpośredniego otoczenia Sanktuarium. Gietrzwałd potrzebuje infrastruktury pielgrzymkowej, parkingów, dojść, terenów zgromadzeń, zaplecza noclegowego i usługowego dla pielgrzymów, a nie hal, składów i magazynów przy wjeździe do miejscowości.
Źródełko Maryjne, hydrosfera i PONŚ
Szczególnie rażące jest niewystarczające potraktowanie Źródełka Maryjnego oraz ryzyk dla hydrosfery w dokumentacji planistycznej i prognozie oddziaływania na środowisko. Źródełko Maryjne nie jest wyłącznie elementem religijnej tradycji. Jest częścią przestrzeni sanktuaryjnej, przyrodniczej, kulturowej i pielgrzymkowej, a zarazem elementem związanym z wodami podziemnymi, infiltracją i lokalnym systemem hydrologicznym.
Art. 51 ustawy o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie oraz o ocenach oddziaływania na środowisko wymaga, aby prognoza oddziaływania na środowisko analizowała m.in. istniejący stan środowiska, przewidywane znaczące oddziaływania, oddziaływania skumulowane oraz wpływ na wodę, ludzi, powierzchnię ziemi, krajobraz, zabytki i dobra materialne. W przypadku Gietrzwałdu brak odrębnej, czytelnej analizy wpływu stref 10SU, 59SU, 60SU, SP i 8SC na hydrosferę, wody podziemne, infiltrację i Źródełko Maryjne stanowi poważny brak.
Nie wystarcza ogólna ocena środowiskowa, jeżeli pomija dobro o tak szczególnym znaczeniu. Przy parametrach dopuszczających duże utwardzenie terenu, niski udział powierzchni biologicznie czynnej i funkcje generujące ruch ciężki należy zbadać wpływ na obieg wody, retencję, odpływ wód opadowych, ryzyko zanieczyszczeń oraz możliwe oddziaływanie skumulowane. Mieszkańcy i osoby uczestniczące w konsultacjach społecznych pytali o ten problem, w tym o brak odniesienia do Źródełka w PONŚ, i nie uzyskali wystarczającej odpowiedzi.
Plan ogólny powinien jednoznacznie identyfikować Źródełko Maryjne jako element wymagający ochrony w powiązaniu z Sanktuarium, a prognoza oddziaływania na środowisko powinna zawierać wyraźną ocenę ryzyk dla wód podziemnych i funkcjonowania źródła. Bez tego nie można uznać, że skutki projektu zostały rzetelnie ocenione.
Teren 8SC – cmentarz o skali ponadlokalnej
Projekt zakłada przeznaczenie terenu 8SC pod bardzo duży cmentarz, opisywany w materiałach jako cmentarz na około 14 ha i około 20 tys. pochówków, wraz z usługami kultu religijnego i handlem detalicznym. Według danych statystycznych GUS za 31 grudnia 2024 r. gmina Gietrzwałd liczyła 6 982 mieszkańców. Oznacza to, że potencjalna liczba pochówków wskazywana dla 8SC odpowiada prawie trzykrotności obecnej liczby mieszkańców całej gminy. Taka proporcja nie wygląda na rozwiązanie służące wyłącznie bieżącym potrzebom lokalnej wspólnoty, lecz na funkcję ponadlokalną, wymagającą osobnego i rzetelnego uzasadnienia.
Skala ta jest tym bardziej wątpliwa, że w 2024 r. w gminie odnotowano 33 urodzenia żywe i ujemny przyrost naturalny, a liczba zgonów wynikająca ze wskaźnika 7,59 na 1000 mieszkańców wynosiła około 53 rocznie. Przy takim poziomie zgonów cmentarz na około 20 tys. pochówków odpowiadałby teoretycznie skali około 377 lat lokalnych zgonów w całej gminie (20 000 / ok. 53 zgony rocznie). Nawet przy bardzo ostrożnym założeniu pokazuje to, że cmentarz na około 20 tys. pochówków nie może być traktowany jako zwykła, lokalna korekta potrzeb cmentarnych. Nie chodzi o sprzeciw wobec cmentarza jako takiego. Problem dotyczy skali, funkcji towarzyszących oraz skutków komunikacyjnych, parkingowych, krajobrazowych i środowiskowych.
W połączeniu z 10SU, 60SU i terenami SP cmentarz tej skali może stać się kolejnym elementem przekształcania Gietrzwałdu w przestrzeń obsługi ruchu, infrastruktury i usług o dużej skali, zamiast wzmacniać spokojny, pielgrzymkowy i krajobrazowy charakter miejscowości. Wymaga to ponownej oceny proporcjonalności, rzeczywistych potrzeb, funkcji towarzyszących oraz skumulowanych skutków dla Gietrzwałdu i Naglad.
Strefy SP, 60SU, Naglady i skumulowana industrializacja
Projekt przewiduje rozległe tereny produkcyjne, obejmujące m.in. strefy 1SP, 2SP, 3SP, 12SP, 13SP i 20SP, a także teren 60SU przeznaczony pod funkcje halowo-magazynowe do 13 m wysokości. Oceniane razem z 10SU i 8SC tworzą one skumulowany kierunek przekształcania Gietrzwałdu i Naglad w obszar magazynowo-produkcyjno-infrastrukturalny.
W materiałach i debacie publicznej wskazywano, że łączny areał terenów gospodarczych, usługowych, przemysłowych, magazynowych, infrastrukturalnych i cmentarnych w najbliższym otoczeniu Gietrzwałdu i Naglad może sięgać około 150 ha, a po uwzględnieniu 10SU i powiązanych stref nawet ponad 200 ha. Taka skala ma znaczenie sama w sobie. Nie chodzi o pojedynczą działkę, ale o całościowy kierunek rozwoju obszaru.
Naglady nie mogą być pomijane. Są częścią funkcjonalnego otoczenia Gietrzwałdu i mogą odczuwać skutki ruchu ciężkiego, hałasu, zanieczyszczeń, presji infrastrukturalnej i zmiany krajobrazu. Planowanie przestrzenne nie może traktować granic stref jako izolowanych kresek na mapie, jeżeli faktyczne oddziaływanie dotyczy całej okolicy.
Rozwój produkcji, magazynów i hal powinien być ograniczony i lokowany wyłącznie tam, gdzie nie koliduje z funkcją religijną, pielgrzymkową, krajobrazową, mieszkaniową i rolniczą. W Gietrzwałdzie i jego najbliższym otoczeniu priorytetem powinny być funkcje pielgrzymkowe, turystyczne, rekreacyjne, kulturowe, rolnicze i krajobrazowe.
150-lecie objawień i właściwy kierunek rozwoju
Rok 2027 będzie rokiem 150-lecia objawień gietrzwałdzkich. Już obecnie Gietrzwałd przyciąga bardzo wielu pielgrzymów, a jubileusz niewątpliwie zwiększy zainteresowanie tym miejscem w Polsce i za granicą. W tej perspektywie projekt planu powinien wzmacniać potencjał Sanktuarium, nie zaś utrwalać w jego otoczeniu funkcje techniczne, magazynowe, produkcyjne i infrastrukturalne.
Tereny takie jak 10SU mogłyby w przyszłości służyć funkcjom zgodnym z charakterem miejsca, np. jako przestrzeń otwarta, rolnicza, zaplecze wydarzeń pielgrzymkowych, teren zgromadzeń, Mszy polowych, pole namiotowe lub kempingowe albo inna funkcja pomocnicza dla ruchu pielgrzymkowego. Nie przesądzam obecnie jednej konkretnej funkcji, ponieważ wymagałoby to odrębnej debaty i sprawdzenia dopuszczalności w ramach instrumentów planistycznych. Przesądzam natomiast, że hale, składy, magazyny i przemysł ciężki są w tym miejscu kierunkiem błędnym.
Wnioski końcowe
Uwagi nie dotyczą jednego oderwanego zapisu. Problem polega na skumulowanym kierunku projektu. Profil „teren elektrowni słonecznej” w 59SU, magazyny i składy w 10SU, rozległe tereny SP, wielkoskalowy cmentarz 8SC oraz kolejna strefa 60SU razem tworzą obraz planu, który może zasadniczo zmienić charakter Gietrzwałdu i jego otoczenia na wiele lat.
W związku z powyższym wnoszę w szczególności o:
– wykreślenie profilu dodatkowego „teren elektrowni słonecznej” ze strefy 59SU oraz pełne wyjaśnienie, kto i w jakim celu wniósł o jego wpisanie;
– wykreślenie profilu dodatkowego „teren składów i magazynów” ze strefy 10SU;
– niedopuszczanie zabudowy deweloperskiej na 10SU;
– rozważenie przeznaczenia 10SU na funkcję rolniczą lub otwartą SO albo pozostawienie docelowego przeznaczenia do późniejszej, rzetelnej procedury MPZP;
– co najmniej obniżenie parametrów 10SU do: intensywność 1,2, powierzchnia zabudowy 40%, wysokość 12 m, powierzchnia biologicznie czynna 40%;
– ponowną ocenę 8SC, w szczególności cmentarza ok. 14 ha / ok. 20 tys. pochówków wobec ok. 6 982 mieszkańców gminy, oraz ponowną ocenę 60SU i stref SP w ujęciu skumulowanego wpływu na Gietrzwałd i Naglady;
– uzupełnienie PONŚ o odrębną analizę Źródełka Maryjnego, hydrosfery, wód podziemnych, infiltracji, retencji i skutków skumulowanych;
– ochronę Drogi św. Jakuba, Alei klonowej, historycznej drogi Gietrzwałd – Łajsy, krajobrazu warmińskiego, zabytków, funkcji pielgrzymkowej oraz głosu środowisk jakubowych, w tym Parlamentu Jakubowego.
Uwzględnienie tych uwag jest konieczne dla ochrony Gietrzwałdu jako miejsca kultu, pielgrzymek, historii, krajobrazu, życia mieszkańców oraz dziedzictwa religijnego i narodowego wszystkich Polaków.
ŹRÓDŁA POMOCNICZE
– Ustawa z dnia 27 marca 2003 r. o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, w szczególności art. 13a, art. 13b, art. 20, art. 27 i art. 29.
– Ustawa z dnia 30 kwietnia 2026 r. o zmianie ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym oraz niektórych innych ustaw, Dz.U. 2026 poz. 781.
– Rozporządzenie Ministra Rozwoju i Technologii z dnia 8 grudnia 2023 r. w sprawie projektu planu ogólnego gminy, Dz.U. 2023 poz. 2758.
– Ustawa z dnia 3 października 2008 r. o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie oraz o ocenach oddziaływania na środowisko, w szczególności art. 51.
– Wyjaśnienia GUNB dotyczące urządzeń fotowoltaicznych do 150 kW i art. 29 ust. 4 pkt 3 lit. c Prawa budowlanego.
– Krajowy Punkt Kontaktowy ds. OZE – informacje o małych instalacjach fotowoltaicznych do 150 kW i powyżej 150 kW.
– Debata, „Kto chce na błoniach parafii w Gietrzwałdzie budowy elektrowni fotowoltaicznej?”, 31 marca 2026 r.
– Debata, „Spór o plan rozwoju Gietrzwałdu: stać się Lourdes czy strefą przemysłową?”, 22 marca 2026 r.
– Debata, Krzysztof Kamiński, „Nowe zagrożenie dla Gietrzwałdu. Plan ogólny zmienia wieś w strefę przemysłową”, 16 grudnia 2025 r. – w tym fragmenty dotyczące DK16, 85% możliwego uszczelnienia terenu oraz zachowania zabytkowej drogi obsadzonej chronionymi drzewami.
– Debata, „Parlament Jakubowy przeciwny lokalizacji Lidla w Gietrzwałdzie. Zaniepokojona jest też Izba Architektów”, 8 grudnia 2023 r. – w tym stanowiska dotyczące Szlaku św. Jakuba, Alei klonowej, Warmińsko-Mazurskiej Okręgowej Izby Architektów RP.
– TKO, „Święte miejsce czy strefa hal magazynowych? W Gietrzwałdzie znów wrze”, 29 marca 2026 r.
– Fakt, „Protesty w Gietrzwałdzie. Czy przemysł zagrozi wyjątkowemu miejscu pielgrzymek?”, 2026 r.
– Urząd Gminy Gietrzwałd – ogłoszenia o konsultacjach społecznych projektu planu ogólnego i prognozy oddziaływania na środowisko.
– BIP Gminy Gietrzwałd – Strategia Rozwoju Gminy Gietrzwałd na lata 2025-2035.
– Dane statystyczne GUS za 31.12.2024 r. dotyczące gminy Gietrzwałd: 6 982 mieszkańców, 33 urodzenia żywe, wskaźnik zgonów 7,59 na 1000 mieszkańców
—————————————
Żadne z wyżej sformułowanych uwag nie zostały przez projektantów planu ogólnego Gietrzwałdu uwzględnione.
Projekt planu ogólnego oraz raport zostały skierowane na sesję Rady Gminy. Z prawdopodobieństwem 99% plan ogólny zostanie w wersji przedłożonej przez Wójta Gminy uchwalony.
Kiedy Guy Deborden.wikipedia.org/wiki/Guy_Debord przepowiedział narodziny polityki-spektaklu, prawdopodobnie nie przypuszczał, że w ciągu zaledwie kilku dziesięcioleci owa polityka – już wtedy będąca symptomem upadku – przekształci się w politykę-przedspektakl(avanspettacolo) z jej błaznami oraz głównym komikiem, którego jedyną troską wydaje się być ukrywanie jednego problemu poprzez tworzenie drugiego oraz coś w rodzaju gry w karty stworzonymi przez siebie problemami.
………
Avanspettacoloto gatunek lekkiego i komediowego teatru, który powstał we Włoszech w latach trzydziestych XX wieku. Polegał on na krótkich występach (komediowych, muzycznych lub tanecznych) wystawianych w kinach tuż przed seansem filmowym, mających na celu rozbawienie i „rozgrzanie” publiczności.en.wikipedia.org/wiki/Avanspettacolo
……..
Jak w przypadku szalonego pomysłu nałożenia 20-procentowej opłaty na każdy statek przepływający przez cieśninę Ormuz, tylko po to, by udawać, że Stany Zjednoczone kontrolują tę cieśninę, podczas gdy jest oczywiste, że nikt nie ośmiela się przeciwstawić irańskiemu zakazowi, który przybrał konkretną formę w postaci ataku na kilka tankowców, które musiały zawrócić.
Zasadniczo, zaangażowanie się w niemożliwą do wygrania wojnę wynikało prawdopodobnie z chęci odwrócenia uwagi od sytuacji gospodarczej w USA, co okazało się próbą wyjścia z niej w najgorszy możliwy sposób, czyli pogłębiając objawy upadku spowodowanego ogromnym zadłużeniem. W rzeczywistości, to nie amerykańskie obligacje skarbowe podtrzymywały wartość dolara przez ostatnie trzydzieści lat, lecz oczekiwania na zyski związane z sukcesją kolejnych baniek spekulacyjnych; należy jednak pamiętać, że chodziło o oczekiwania na zyski, a nie o zyski faktycznie osiągnięte.
===============
Michael Hudson wyjaśnia, jak działa ten mechanizm:
W ostatnich latach banki przestały kupować obligacje skarbowe, a zamiast tego zaczęły nabywać złoto. Jeśli dolar pozostaje silny, to dlatego, że sektor prywatny zainwestował na amerykańskim rynku akcji. Do czego to doprowadziło? – Spowodowało to zawyżenie cen i wykorzystało falę wsparcia Rezerwy Federalnej dla systemu bankowego, tworząc ogromną inflację cen aktywów, począwszy od polityki zerowych stóp procentowych zapoczątkowanej przez Obamę.
To, co wygenerowało całe to bogactwo finansowe, przynosząc inwestorom biliony dolarów, to nie były zyski. Była to zdolność do zaciągania pożyczek na amerykańskie papiery wartościowe przy niskich stopach procentowych, podnoszenia cen akcji i tworzenia ogromnej marży kredytowej.
Nie jest to więc bańka zysków; jest to bańka spekulacyjna oparta na zyskach kapitałowych, rodzaj piramidy finansowej. Jest to bańka polegająca na tworzeniu kredytu.
Schemat Ponziego wymaga, by coraz więcej osób do niego dołączało, aby generować przychody niezbędne do wypłacania zysków inwestorom. Jeśli stopy procentowe wzrosną, nie będzie już żadnych reinwestycji środków na rynku akcji wspierających sytuację, co doprowadzi do ogromnej korekty spadkowej. Kiedy to nastąpi, ceny akcji zaczną gwałtownie spadać. W obliczu wyższych cen energii, żywności i kosztów operacyjnych wiele przedsiębiorstw zbankrutuje.
Do tego dochodzi fakt, że największe amerykańskie firmy zainwestowały wszystko lub prawie wszystko w sztuczną inteligencję, która jest zdecydowanie najbardziej energochłonnym sektorem, jaki istnieje, a dzieje się to w samym środku kryzysu energetycznego.
Nie ma rozwiązania monetarnego dla problemu praktycznej niedostępności energii, energii elektrycznej, ropy naftowej i produktów chemicznych. Nie jest to sytuacja podobna do tej z 2008 roku, kiedy uratowano banki: tutaj problem polega na tym, że ogromne ilości pieniędzy wygenerowane przez bańki spekulacyjne nie zostały przeznaczone na industrializację ani na zwiększenie środków produkcji – czyli na tego rodzaju rzeczy, w które Chiny inwestują swoje środki.
Pieniądze zostały wydane na akcje i obligacje, tworząc swego rodzaju gospodarkę giełdową całkowicie oderwaną od realnej gospodarki, która jest jedyną wzrostową, co stwarza iluzję, że wszystko jest w porządku. W tej sytuacji Trump odmawia zakończenia wojny z Iranem, by nie wyjść na przegranego, ale postępując w ten sposób, nie robi nic innego, jak tylko przyspiesza marsz ku przepaści i światowej recesji. Jak w grze w chińskie pudełka – wojna, cła, wojna, głośne deklaracje i sankcje, czyli cały zestaw środków Trumpa, który miał odwrócić uwagę od sytuacji gospodarczej Stanów Zjednoczonych, zamiast tego stawia ją pod ścianą.
W ten sposób elementy odwracające uwagę oraz cele mieszają się ze sobą, zamieniają się rolami i stanowią po prostu rodzaj przed-spektaklu, który służy przede wszystkim ukryciu ogromnego wzrostu nierówności społecznych.
Z drugiej strony, Trump, ten wielki „odwracacz uwagi”, jest jedynie trybikiem w amerykańskim systemie: również Partia Demokratyczna jest martwa i – pomijając marginalne polemiki – nie wydaje się, by istniała jakakolwiek realna alternatywa dla tego chaotycznego i śmiercionośnego przed-spektaklu, który obserwujemy: demokraci są jednomyślnie za wojną z Iranem, wojną z Rosją, NATO i rynkiem akcji, ponieważ są finansowani przez te same osoby.
W rezultacie, Ameryka izoluje się od reszty świata a usiłując izolować inne kraje za pomocą sankcji, ostatecznie nałożyła sankcje na własną gospodarkę i położyła kres porządkowi światowemu skupionemu wokół Stanów Zjednoczonych.
Szybko zleciało. Właśnie dołączam do grupy ludzi, którym się przypatrywałem z rzadka, z pewną może nie pogardą, gdyż zawsze szanowałem ludzi starszych, ale z pewnym dystansem, że to mnie czeka dopiero kiedyś i będę się martwił jak to się stanie. Nie, nie mówię tutaj o śmierci – mówię o tym, że właśnie osiągnąłem wiek emerytalny. Znajduję się w momencie rytuału przejścia do specyficznej grupy społecznej, a właściwie uposażeniowej. No bo emeryci tylko z tego powodu stanowią, jeśli już, jakąś społeczność – nie z powodów jedności poglądów politycznych, nawet pokoleniowych – są tylko zjednoczeni tym, jak potraktowało i traktuje ich państwo. Nie dając im żadnej alternatywy.
Niedługo więc dołączę do tej grupy, która codziennie czyta poradniki (najczęściej w Wyborczej, co nie jest bez politycznego znaczenia) jakież to tam dodatki przewidziało dla mnie państwo, jak dostać kolejną zapomogę, dofinansowanie, po ile dziś leki i po ile za babciowe (dziadowe?) w tym miesiącu. Stanę się ofiarą codziennych kalkulacji, rewaloryzacji, przeliczeń. Mam już zresztą swój stały, indywidualny numerek w ZUS-ie, w którym zaczynam bywać coraz częściej. Tak, dopiero teraz zaczynam tam bywać, choć to ta instytucja, okazało się dziś, towarzyszyła mi od młodości, od pierwszego odpisu składek (wcześniej zbiorowych, później indywidualnych), zabierając mi sporą część zarobków. Dziś więc odwiedzam ten Watykan emerytów, by zobaczyć co tam dla mnie mają. Mój los, tych spóźnionych i odkładanych odwiedzin u swego codziennego ciemiężyciela powtórzą kiedyś wszyscy młodzi, tak ja kiedyś dziś myśląc, że to za sto lat.
ZUS jako ciemiężca
Mówię o ZUS-ie „ciemiężyciel”, gdyż system emerytalny jest jednym z większych skandali oszukańczego przymusu. Państwo bowiem wmusza we mnie swój jedyny, monopolistyczny system emerytalny, określa, rosnące w procentach czy też w okresach, składki, te latają gdzieś tam po OFE, ZUS-ach, czy FUS-ach. (Nota bene – my myślimy, że emerytury płaci nam ZUS – nic podobnego płaci nam Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, ZUS tylko wylicza, a więc jest tylko wystawiony do nas, emerytów do kontaktu). Kiedy przychodzi co do czego, to dowiadujemy się po skomplikowanych algorytmach ile tej emerytury dostaniemy. A więc system jest taki – dziś zabieramy tyle ile nam się chce, zaś – jak mawiał redaktor Michalkiewicz – „kiedyś” „coś” ci na emeryturze wypłacimy. „Kiedyś”, gdyż rozmowy na temat osiągniecia wieku emerytalnego wciąż trwają, zaś co do jej wysokości, to jak już się zacząłem dowiadywać, to wysokość emerytury się zmieniała za każdym razem.
System emerytalny to jakaś porażka. Po pierwsze – mieliśmy do czynienia z totalnym przewałem. Wiadomo za komuny zindywidualizowanie podatków czy składek było mitem – wszystko szło do jednego wora, który przy przejściu do formatu III RP okazał się pusty. I jak nowa Polska zechciała się zabawić w budowanie nowego systemu, to weszliśmy w spiralę, gdzie na ludzi na emeryturze nie pracowały ich odkładane pieniądze, bo tych nie było, tylko pracowali na nich ówcześnie płacący składki. Okazało się więc, że pracujący nie płacili na własne przyszłe emerytury, tylko na emerytury tych, co na nie odkładali, zaś ich środki zostały zdefraudowane.
Nie wszystko można zrzucić na PRL
Ale nie było to takie proste, że nowa III RP odziedziczyła bankruta po PRL i nie było co z tym zrobić. (Przypomnę – wciąż są ludzie, którzy za PRL-em tęsknią, będąc jednocześnie przezeń obrabowanymi ze swych składek, a właściwie popierając system, który na ich dzieci nałożył obowiązek utrzymania swoich rodziców pozbawionych sprzeniewierzonych środków). III RP miała okazję napełnienia tego pustego garnka. Okazją była prywatyzacja. Już na samym początku tzw. transformacji Unia Polityki Realnej (partii z Korwinem na czele) postulowała, żeby z każdej prywatyzacji odpisywać 20% i zasilać nim FUS, tak, by wypełnić tę dziurę po PRL-u. Mimo rządów partii postsolidarnościowych prywatyzacja poszła jak poszła, a właściwie – tak jak się wysokie umawiające się strony umówiły się przy Okrągłym Stole.
Prywatyzacja była najszybszym sposobem półlegalnego uwłaszczenia się nomenklatury i nie było – przy Okrągłym Stole przynajmniej – żadnej mowy o jakichś odpisach na rzecz ludu. Ten był ganiany – przez solidaruchów najbardziej – za zwierzęcy antykomunizm, sami komuniści przeistoczyli się nagle we wzorce kapitalistów (dodajmy – za nasze), zaś Gazeta Wyborcza zaczęła promować fałszywy amerykański mit, jakoby „pierwszy milion trzeba ukraść”. Z takiej ochrony skorzystali postkomuniści, tyle, że nie skończyli na „pierwszym milionie”, nie tylko uwłaszczając się na publicznym mieniu, ale budując cały równoległy i nieoficjalny system podwieszeń typu patron-klient. Interesy przyszłych pokoleń, polegające na reanimowaniu systemu emerytalnego za pieniądze z prywatyzacji były tu na ostatnim miejscu. Tyle, że nawet emeryci o tym nie pamiętali i nie pamiętają do dziś, utyskując albo, że za PRL było lepiej, albo, że Solidarność chciała dobrze przy Okrągłym Stole, tyle, że wyszło jak wyszło.
Demografia jako praprzyczyna
Do zapaści obecnego systemu doszła jeszcze zapaść demograficzna, która włączyła nożyce pokoleniowe – coraz więcej ludzi przechodziło na emeryturę, do pustej kasy zaś dokładało się coraz mniej pracujących Polaków. Nie bez znaczenia było również to, że lawinowo zwiększyła się administracja, którą oceniam na około miliona ludzi. Jest to milion ludzi wykazywanych jako pracujących, ale pensje dla nich i składki za nich płaci polski podatnik, a więc ich składki są mocno iluzoryczne, bo to przekładanie z kieszeni do kieszeni tych samych pieniędzy.
Ta finansowa dziura deficytu pomiędzy składkami a wypłatami wciąż rośnie. Przypomnieć należy, że do tej kolejki po kasę ustawiły się obecnie jeszcze tysiące Ukraińców – wystarczy bowiem miesiąc pracy w Polsce (czyli miesiąc płacenia składek), by Polska dopłaciła – z naszych przecież – do ukraińskiej różnicy do polskiej emerytury minimalnej. Dodać należy, że to kuriozum – gościu z Ukrainy płacił TAM składki, my zaś mu płacimy u nas część emerytury po jednym miesiącu wnoszenia składek. Roczny deficyt systemu emerytalnego wynosi obecnie ponad 64 miliardy złotych i rośnie rok do roku.
Tyle kwestie finansowe. Teraz pora na społeczne. System emerytalny, który mamy obecnie, pamięta jeszcze czasy swego założyciela, Bismarcka, i jest przykładem jak rozwiązania w miarę pasujące do czasów swego stosowania mogą narobić szkód w czasach, gdy okoliczności usprawiedliwiające ówczesne rozwiązanie obecnie nie istnieją. Chodzi o demografię. Za Bismarcka ludzi było pełno, było więc komu płacić składki, nawet państwo się zabawiało nadwyżkami.
W miarę upadku europejskiej demografii, szczególnie w przeliczaniu tego w odwrotnych przepływach finansowych, że to nie emeryt pobiera sobie emeryturę ze swoich składek, ale to pracujący płaci na niego, zaciągając wobec siebie coraz większy dług na przyszłość, proporcje zaczęły się zmieniać. Wystarczy porównać ilość pracujących w danym roku i ilość pobierających emeryturę. Na początku lat dwutysięcznych na jednego emeryta „pracowało” 3 pracowników, dziś to 2,6. W 1980 roku było to 5,2 pracującego na jednego emeryta. Czyli spadliśmy o połowę.
Społeczne efekty systemu emerytalnego
Taki system powoduje duże szkody społeczne. W dotychczasowej historii cywilizacji jakoś obywaliśmy się przez tysiąclecia bez bismarkowskich emerytur i zusów. Jak to działało? Po pierwsze – dzieci były inwestycją. Nie tylko w pracę i zarabianie dla rodziny, ale również w spokojną starość rodziców. Rodziny musiały być więc w miarę liczne, ale też wychowywanie dzieci odbywało się poprzez wpajanie szacunku do starszych, gdyż tylko ten szacunek gwarantował, że jak się rodzice zestarzeją, to – będąc na łasce dzieci – nie zostaną pogonione z domu jako obciążenie. Istnienie między innymi takiego systemu emerytalnego spowodowało po latach, że dzieci stopniowo przestawały być traktowane jako inwestycja, ale jako koszt.
Bowiem utrzymanie na starość rodziców przejął ktoś inny, w większości niestety państwo, w wymuszonym podatku, za który, jak się tu rzekło „kiedyś”, „coś” dostaniemy. Zwolniło to dzieci na przyszłość od zajmowania się rodzicami, zaś sami rodzice nie musieli już wychowywać dzieci na porządnych ludzi, gdyż rodziców dobrostan nie zależał już od poprawnych stosunków w rodzinie, tylko od okazało się, że od złudnej nadziei, że te obowiązki przejmie państwo.
Z tego też powodu spadła demografia, bo kto chce zamiast mnożenia inwestycji fundować sobie dodatkowe koszty? Tu się właśnie pomyliły wszelkie te programy socjalne z plusikiem, gdyż myślały, że jak się dosypie kasy do rodzin, to się zwiększy dzietność. Ale nie tędy droga, no długo by o tej demografii mówić, ale dzietności programy pomocowe nie zwiększają, jak już – są formą redystrybucji budżetu w pożądanych (dodajmy – wyborczo) kierunkach. Ale w wielu przypadkach efektem ubocznym jest degrengolada budżetu i morale społeczeństwa, że „się należy”.
Co ciekawe, słyszałem, że na początku III RP chciała wręcz wypchnąć ludzi na emeryturę. Postanowojenny wyż demograficzny dawał szanse na sfinansowanie tego procederu, zaś chciano obywateli skażonych PRL-em zredukować jako element nie nadający się do nowej rzeczywistości. Wkrótce okazało się, że poszło jak zwykle. Nowa Polskę zbudowało uwolnienie tłamszonego w PRL potencjału przedsiębiorczości, zaś nowi „młodzi, wykształceni, z dużych ośrodków” wcale nie ruszyli gremialnie do roboty. Za to ruszyli gremialnie do szkół, systemu, który wymyślały całe wydziały „wyższych szkół gotowania na gazie”, byleby tylko zmonetyzować na głupotach wyż demograficzny. W efekcie narobiło się pełno magistrów od wszystkiego, przedsiębiorczo przydusił gospodarkę fiskalnie aparat państwowy i okazało się, że w wielu przypadkach to emerytura takiego nie nadającego się do niczego peerelowskiego odpadu jest jedynym stałym i pewnym dochodem całych rodzin.
Siwy (łysy?) elektorat
Politycznie emeryci nie istnieją. Są podzieleni na plemiona, jak reszta Polaków. I jak reszta Polaków nie są w stanie przełożyć swych wspólnych interesów na wspólnotę polityczną. A są na tyle liczni, że – jak przedsiębiorcy – są w stanie zdmuchnąć każdą władzę. Ta jednak utrzymuje ich sprawie – znów jak przedsiębiorców – w kleszczach pomiędzy wojną polsko-polską a strachem przed wychylaniem się, wspartym organiczną niechęcią do samoorganizacji. Zresztą nawet projekty podstawienia emerytom gotowej formuły reprezentacji politycznej nie spotkały się z ich strony z większym odzewem. Jest to więc bardziej grupa bezradnych ciemiężonych, niż społeczność świadoma swych interesów.
Przechodzę więc w smugę cienia, w siwy elektorat. Będę więc członkiem grupy, do której nie czuję żadnego przywiązania, żadnej wspólnoty. Zresztą widziałem już wielu emerytów, którzy mieli więcej energii i chęci do życia niż młodzi, którzy nimi pogardzali w erupcji swego naiwnego ejdżyzmu. Ponieważ jestem już w wieku, kiedy rówieśnicy powoli znikają, mam więc więcej znajomych i przyjaciół młodszych ode mnie.
Mam więc do was przesłanie, które często można zobaczyć na nagrobkach, ale tu – bez bezpośrednich aluzji. Brzmi ono: „byłem kim jesteś, jestem kim będziesz”. To jednocześnie przestroga, ale i dobra rada – emerytura przychodzi bardzo szybko, nie wiadomo kiedy, a więc proszę o szacunek dla każdego, moja młodzieży. W waszym wieku (zaczęło się emeryckie gderanie…), tez byłem taki, jak Wy. Ale za to Wy też tacy kiedyś będziecie jak ja, a to wersja optymistyczna, bo pesymistyczna oznaczałby, że do emerytury nie dożyjecie. A więc jeżeli w przyszłości kiedyś będziecie się denerwować, że jakiś siwawy Jerzyk nieporadnie, a więc długo, grzebie się do autobusu, jeśli będziecie się wkurzać jak będę w Biedrze godzinami wyskrobywał moniaki ze swej pomarszczonej portmonetki, wreszcie – jak będziecie utyskiwać na to, jaką Polskę Wam zostawiliśmy, wiedzcie, że dziadzia starał się jak mógł.
Naród polski i mieszkańcy Ukrainy mają sprzeczne interesy w najistotniejszych sprawach. Nie ma sensu na siłę wyszukiwać dzisiaj spraw i kwestii, które nas mają na siłę ze sobą lepić. Takie próby były wielokrotnie w historii podejmowane i zawsze kończyły się fiaskiem.
Dzisiaj w pełni widzimy klęskę bezczelnie promowanej przez dziesięciolecia polityki giedroyciowskiej. Nie mamy żadnego interesu w tym, by próbować odbrązawiać postacie takie jak Symon Petlura czy Tarasa Borowca -„Bulby”. Skandaliczne jest promowanie pomysłów mówiących o wspólnym państwie polsko-ukraińskim.
Sprzeczność cywilizacyjna
Zdecydowanie nie jestem bezkrytycznym stronnikiem Feliksa Konecznego. Trzeba jednak przyznać, że opisując turanizm wyodrębnił w nim cechy, które dzisiaj znakomicie pasują do współczesnej Ukrainy. [Nie, kolego. Na Ukrainie jest wg. Konecznego, mieszanka cywilizacyj, co daje stan a-cywilizacyjny, to delirium magnum(wielkie obłąkanie). MD]
A jak wiemy stawiał je jako przeciwne cywilizacji zachodniej, nazywanej przez niego łacińską. Nie ma wątpliwości, że są one przeciwne również cywilizacji postłacińskiej.
Turanizm to militaryzm organizacji społecznej, własność prywatna – oligarchiczność, lokalizm religijny, brak pojęcia narodowości w zachodnim znaczeniu i skoncentrowanie polityki wokół wokół osoby wodza. Prof. Feliks Koneczny widział turanizm głównie w Rosji. Nie miał wtedy przykładu współczesnej Ukrainy. Moim zdaniem Rosja wytworzyła unikalną swoją suwerenną cywilizację (państwa-kontynentu) w które pozostały elementy turanizmu, ale jest jednak w swoich cechach suwerenna. Ukraina to podręcznikowa kwintesencja turanizmu.
Polska mimo ogromnych zmian, które przyszły jest dalej w kręgu cywilizacji post-łacińskiej wywodzącej się w prostej linii od cywilizacja łacińskiej, która wywodzi się z trzech głównych źródeł: tradycji prawa rzymskiego, filozofii greckiej i tradycji chrześcijańskiej. Koneczny zdecydowanie twierdził, że “nie można być cywilizowanym na dwa sposoby”. Podkreślał że: „Każda cywilizacja dąży do ekspansji” i „gdziekolwiek spotkają się ze sobą dwie cywilizacje, muszą ze sobą walczyć”. Myślę, że dzisiaj niekoniecznie muszą ze sobą walczyć, jednak jeśli jedna cywilizacja rozpycha się w kraju należącym do innej cywilizacji prowadzi to wprost do konfliktu.
Sprzeczność historyczna
Nie chcę odwoływać się do pra-ukraińców czyli do bandyterki hajdamackiej w XVIII wieku. Współczesne państwo ukraińskie odwołuje się do tradycji Mykoły Michnowskiego i Dmytro Doncowa. Polityka historyczna Ukrainy wyrasta z wojny polsko-ukraińskiej 1918-1919, terrorystycznych ugrupowań ukraińskich w dwudziestoleciu międzywojennym, kolaboranckich formacji okresu niemieckiej okupacji i tak zwanej powojennej ukraińskiej partyzantki. Współczesny patriotyzm kreowany przez Kijów wyrasta z historii Ukraińskiej Armii Halickiej (UHA), Ukraińskiej Organizacji Wojskowej (UWO), Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) i chłopów ukraińskich, którzy w bestialski sposób mordowali masowo Polaków i nie tylko Polaków w latach 1939-1947.
Praktycznie cała historia ukraińskiego szowinizmu, który kształtuje dzisiejszą politykę historyczną Kijowa wyrasta z walki z Rosją i Polską. Nas interesuje to drugie zagadnienie, ponieważ jest dla nas zupełnie nieakceptowalne i sprzeczne z naszym interesem narodowym.
Nie ma możliwości pogodzenia się z tym, że nasz sąsiad czci tych, którzy w okrutny sposób wymordowali polskie dzieci, kobiety, starców i mężczyzn i zagarnęli nasze majątki. Że buduje swoją tożsamość na polskich trupach.
Sprzeczność gospodarcza
Polska i Ukraina mają zupełnie sprzeczne interesy w segmentach takich jak rolnictwo, przemysł ciężki w tym hutniczy i wydobywczy. Zatrzymajmy się tylko przy pierwszym aspekcie czyli dotyczącym naszego rolnictwa. Polski Instytut Spraw Międzynarodowych wskazuje, że nawet teraz, mimo wojny, Ukraina pozostaje konkurencyjnym producentem rolnym ze względu na korzystne warunki glebowe i klimatyczne oraz nastawione na eksport wielkoobszarowe gospodarstwa o niskich kosztach produkcji.
Polskim rolnikom powinno zależeć na tym, by Ukraina pozostała poza Unią Europejską. Były ukraiński wiceminister gospodarki, a dzisiaj stały przedstawiciel Ukrainy przy Unii Europejskiej Taras Kaczka w 2023 roku powiedział, że na rynek UE trafia prawie 60 proc. eksportu z Ukrainy. Pomimo zawirowań w sektorze rolnym i na granicach eksport do UE wzrósł o 1,34 mld dol., czyli o 5,9 proc. Trzeba pamiętać , że towary ukraińskie miały i po części mają w zasadzie bezcłowy dostęp do rynku unijnego i Ukraina może eksportować produkty rolno-spożywcze do wielu krajów Unii Europejskiej. Taka konkurencja jest zabójczą ekonomicznie dla polskich producentów żywności – cukru, drobiu czy miodu.
Sprzeczność geopolityczna
Polska i Ukraina mają zupełnie odmienne interesy względem Federacji Rosyjskiej. Polska w odróżnieniu od Ukrainy nie ma z Rosją żadnych problemów dotyczących ludności i terytoriów. Nie mamy również interesu w tym, by wchodzić w konflikt między tymi dwoma państwami. Polska nie powinna iść na konfrontacje z żadnym z globalnych graczy. Polska powinna mieć jak najlepsze stosunki z Federacją Rosyjską, Chińską Republiką Ludową i Stanami Zjednoczonymi.
W interesie Polski był i jest pokój z sąsiadami i spokój w naszym regionie. Polsce powinno zależeć na tym, by największe państwo globu a jednocześnie nasz sąsiad miał stabilne i przewidywalne rządy. To gwarantuje nam możliwości eksportowo-importowe, ograniczenie emigracji i zminimalizowanie działań grup przestępczych na terenie Polski.
W interesie Ukrainy jest destabilizacja Rosji i umiędzynarodowienie konfliktu. To daje większe pole manewru Ukrainie w wojnie z Rosją. W interesie Ukraińców jest by ich wojna stała się naszą wojną, co przyznał nawet skrajnie proukraiński były prezydent Polski Andrzej Duda. W interesie Ukrainy jest również skonfliktować nas z stronnikami i partnerami Federacji Rosyjskiej czyli Białorusią, Chinami, Iranem, Koreą Północną i szerzej państwami BRICS+
Dodatkowym niebezpieczeństwem dla narodu polskiego jest rosnąca pozycja nacjonałów w Niemczech. Możemy założyć Alternatywa dla Niemiec z dużym prawdopodobieństwem rządzić tym krajem. Na razie działacze AfD nie przejawiają publicznie skłonności rewizjonistycznych i antypolskich. Nie wykazują na razie również tendencji proukraińskich. Być może władze tego stronnictwa wyrzekły się antypolonizmu. Istnieje jednak w tej formacji niewielki nurt sentymentalistyczno-rewizjonistyczny. Nie możemy całkowicie wykluczyć, że przyszłościowo będzie on rósł w siłę. Pamiętajmy, że zgodnie z endecką wykładnią najgorszym i najniebezpieczniejszym scenariuszem dla Polski zawsze jest polityczny i militarny sojusz niemiecko-ukraiński.
Sprzeczność celów
Nasze położenie przez wieki było przekleństwem, zresztą w znacznej mierze z nieroztropności i ciągotek insurekcyjnych naszego narodu. Zamiast miejsca kolejnych insurekcyjnych ruchawek i byciem terenem zgniotu powinniśmy stać się Złotą Klamrą. Miejscem spotkań Wschodu i Zachodu. To u nas ze względu na położenie powinny odbywać się rozmowy, negocjacje, handel. Jesteśmy doskonałym miejscem gdzie ubijać intratne interesy z pożytkiem dla naszego narodu mogłyby mocarstwa – Federacja Rosyjska, Chińska Republika Ludowa, Stany Zjednoczone, Indie.
W interesie narodu polskiego jest by nasz kraj stał się stabilnym terenem transportowym i przeładunkowym. Polska potrzebuje dobrych relacji z Federacją Rosyjską by eksportować tam nasze produkty rolne i importować tania ropę naftową i gaz ziemny. To jest konieczne dla rozwoju gospodarczego, a przez to cywilizacyjnego naszego narodu.
W interesie Ukrainy jest jak najgłębsze poróżnienie władz polskich i rosyjskich. Ukraina czerpie nieprzerwanie korzyści z naszego budżetu – drenując nasze kieszenie. Jest to możliwe tylko w sytuacji jeśli Polska jest skonfliktowana z Rosją, a społeczeństwo wierzy w nieuchronny konflikt miedzy miedzy Polską a Rosją. W interesie Kijowa jest więc promowanie teorii o tym, że Rosja chce napaść na Polskę i prowadzić jawną wojnę z państwami NATO.
Co dalej? Jak układać stosunki polsko-ukraińskie? Polska powinna nakreślić minimum programowe względem Ukrainy.
1. Pełnoskalowe i bezwarunkowe umożliwienie ekshumacji na terenie całej i przeniesienia wszystkich szczątków Polaków do ojczyzny.
2. Potępienie banderyzmu i zbrodniczych działań Ukraińców w latach 1939-1947 przez władze państwowe na Ukrainie i przez Ukraiński Kościół Greckokatolicki.
3. Delegalizacja na ternie Ukrainy organizacji banderowskich i neonazistowskich. Zakaz używania symboliki III Rzeszy i formacji kolaboranckich.
3. Likwidacja pomników i innych miejsc upamiętniających Doncowa, Melnyka, Banderę, Szuchewicza, Konowalca, Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, Ukraińskiej Powstańczej Armii czy 14. Dywizji Grenadierów SS „Galizien” itd.
4. Utworzenie Muzeum Ofiar Polskich Kresów we Lwowie i budowa w Kijowie Pomnika Zgładzonych Polaków przez Ukraińców. Wprowadzenie do szkół na terenie Ukrainy specjalnego programu historycznego mówiącego o zbrodniach ukraińskich szowinistów.
5. Zakończenie płacenia za Starlinki i wycofanie się z absurdalnej „pożyczki” 90 000 000 000 euro.
6. Wypracowanie umowy międzypaństwowej zachęcającej przyszłościowo przybywających w Polsce Ukraińców do powrotu do swojej ojczyzny.
7. Podpisanie umowy zapewniającej w przyszłości realne odszkodowania dla rodzin pomordowanych i ranionych przez Ukraińców w latach 1939-1947. Zwrot polskich walorów muzealnych – w tym historycznego zbioru Ossolineum.
Mike Adams specjalista w dziedzinie rolnictwa z Teksasu, jest pierwszą znaną mi & wiarygodną osobą, która szczegółowo zarysowała scenariusz efektów kryzysu bliskowschodniego na globalną gospodarkę. Pierwszy, znany przez wszystkich efekt, to zmniejszenie dostaw surowców energetycznych w skali globalnej.Drugi, związany z cyklem biologicznym, dotyczy dostępności nawozów na rynku rolniczym. Według Mike’a, nadchodzący 2027 rok, jest już stracony, to znaczy globalne plony będą znacznie uszczuplone.Jeśli jednak blokada łańcuchów dostaw przedłuży się, zacznie to akumulować negatywne tendencje w bardziej krytyczny sposób. Przyszłe plony będą maleć, a wraz z nimi globalna dostępność & ceny podstawowych artykułów spożywczych. O ile w krajach rozwiniętych, takich jak USA & UE będzie to oznaczać zmniejszenie asortymentu, o tyle w krajach III Świata przejawi się to głodem.Problem w tym, że człowiek nie może przestać jeść & pić przez dłuższy okres. W związku z tym, po krótkim czasie sytuacja ta zaowocuje masową migracją głodujących społeczeństw w poszukiwaniu źródła żywności. Głównymi „dostawcami” ludności do USA, UE, Chin & Rosji, będą kraje, które już teraz balansują na granicy przetrwania. Na półkuli wschodniej będą to Indie, Somalia & kontynent afrykański. Wielu „pielgrzymów” umrze z głodu, pragnienia & wyczerpania w trakcie drogi. Wielu jednak dotrze do celu i zamieni Europę w szambo; przy którym dzisiejsza UE to raj cywilizacyjny & kulturowy. W tym miejscu, kilka uwag dotyczących Indii. Są one prezentowane jako kolejna „potęga gospodarcza”, wysyłająca nawet statki kosmiczne w przestrzeń okołoziemską, itp. W rzeczywistości to brudny bajzel, z gigantyczną dziką populacja, podzieloną na plemiona & kasty. Miliardy brudasów wyczerpują już zasoby wód gruntowych w celu wsparcia rolnictwa. Oazy bogactwa odizolowane są do motłochu, jak średniowieczne twierdze. Miliony niecywilizowanych brudasów, nie tylko obmywa się w Gangesie, ale pije też wodę z niego. Stąd też niekończące się epidemie gastrycznych chorób zakaźnych.Ten straszny subkontynent w niczym nie przypomina Chin z lat 60-tych ubiegłego stulecia. Z tego też powodu, szanse „chińskiego rozwoju”, są równe ZERO, zwłaszcza w krótkoterminowej perspektywie. Już teraz Delhi ogranicza konsumpcję prądu, pozbawiając masy nawet prostego wentylatora, nie wspominając już o klimatyzacji. Nie trzeba więc być futurystą, by zgadnąć jak będzie wyglądać Europa po najeździe półtora miliarda brudasów. Wystarczy wybrać się do UK, by mieć pełne rozeznanie. [Można, a nawet trzeba przeczytać „Obóz świętych” Jean RaspaiI sprzed pół wieku. Pięknie, przejmująco przewidział. MD]
O ile Rosja & Chiny poradzą sobie z dzikimi najeźdźcami, metodami administracyjnymi, o tyle UE rozleci się pod ciężarem tego najazdu. Jak widać zwycięzców w tej globalnej katastrofie nie będzie. Oczywiście przy założeniu przedłużenia się konfliktu na Bliskim Wschodzie. Jest też i pozytywna strona medalu, polegająca na uniknięciu globalnego konfliktu nuklearnego. Ale okres dominacji Zachodu zakończy się definitywnie!
Centrum Połączonych Operacji Powietrznych Al Udeid (CAOC
Rozmawiałem ze Scottem Hortonem w piątek (opublikuję nagranie, gdy będzie dostępne) i powiedziałem mu, że jestem całkowicie przekonany, iż Trump spełni swoją obietnicę otwarcia bram piekieł przed Iranem. Wszystkie sygnały ostrzegawcze migały na czerwono: Europejczycy zamykali swoje ambasady w Teheranie i ewakuowali personel, nastąpił gwałtowny wzrost liczby samolotów amerykańskich nad Izraelem, odwołano niektóre loty cywilne w Zatoce Perskiej i z Zatoki Perskiej, nad Zatoką Perską przeleciało kilka samolotów P-8 Poseidon ISR, a Izrael otworzył schrony przeciwbombowe.
Nie wziąłem jednak pod uwagę, że Trump organizuje w piątek wieczorem drugą edycję kolacji Stowarzyszenia Korespondentów Białego Domu (WHCA). Z wiarygodnego źródła dowiedziałem się, że Trump odwołał atak zaplanowany na piątek, aby nie odwracać uwagi od swojego przemówienia na imprezie WHCA.
Dobrze. To znaczy, że sobota będzie wielkim dniem. Ale rano w sobotę otrzymałem wiadomość od źródła, że dwa kluczowe komponenty wojskowe – CENTCOM i AFCENT – nie przeprowadzały przygotowań i planowania operacji, które normalnie miałyby miejsce w przypadku zbliżającego się poważnego ataku. W rzeczywistości nie koordynowały działań, a CENTCOM skreślał wydarzenia ze swojego harmonogramu na weekend.
Pozwólcie, że wyjaśnię akronimy… CENTCOM jest wspieranym dowódcą operacji Epic Fury. Odpowiada za operacje wojskowe USA, współpracę w zakresie bezpieczeństwa i planowanie awaryjne w obszarze odpowiedzialności obejmującym 20 państw, obejmującym Bliski Wschód, Azję Środkową i część Azji Południowej. AFCENT (oficjalnie Dziewiąta Armia Powietrzna / Centralne Siły Powietrzne) pełni funkcję dedykowanego komponentu lotniczego CENTCOM. Planuje, koordynuje i realizuje wszystkie operacje powietrzne (jednostronnie lub z partnerami koalicyjnymi) w celu wspierania celów CENTCOM.
Chociaż oficjalną siedzibą AFCENT jest baza sił powietrznych Shaw w Karolinie Południowej, baza Al Udeid przez wiele lat pełniła funkcję głównego wysuniętego ośrodka operacyjnego AFCENT i wysuniętej kwatery głównej w obszarze odpowiedzialności CENTCOM. W Al Udeid mieściło się Centrum Operacji Połączonych Powietrznych (CAOC), które zapewniało dowodzenie i kontrolę sił powietrznych w całym regionie CENTCOM, a także innych kluczowych elementów związanych z CENTCOM (w tym wysuniętą kwaterę główną samego CENTCOM).
Przed rozpoczęciem operacji Epic Fury, według magazynu Air & Space Forces Magazine , CAOC zostało przeniesione do bazy Shaw AFB, ponieważ dowództwo centralne słusznie przewidywało, że Iran zaatakuje ten obiekt. Cały personel amerykański został przeniesiony z bazy Al Udeid przed 28 lutego. Budynek CAOC przy Al Udeid został zdziesiątkowany. Faktyczne planowanie kampanii powietrznej miało miejsce w bazie Shaw AFB.
Fakt, że CAOC w Shaw AFB nie jest obecnie zaangażowany w intensywne planowanie operacyjne masowego ataku, jest najwyraźniejszym wskaźnikiem, że atak nie jest bliski… Przynajmniej nie w ten weekend.
„New York Times” opublikował artykuł Erica Schmitta i Jonathana Swana , który przedstawia jedno z wyjaśnień najnowszego TACO Trumpa. [Przyp. TACO = Trump always chickens out / Trump zawsze tchórzy]
Prezydent Trump odłożył na bok, przynajmniej na razie, plany gwałtownej eskalacji amerykańskiego ataku militarnego na Iran, obawiając się, że zaostrzenie działań wojennych może niebezpiecznie uszczuplić i tak już uszczuplone zapasy pocisków przechwytujących Patriot i innej amunicji obrony powietrznej Pentagonu na Bliskim Wschodzie.
Zagrożenie dla arsenału pocisków przechwytujących to jeden z wielu czynników, które sprawiają, że powrót do poważnych operacji bojowych jest przedsięwzięciem niezwykle ryzykownym, twierdzą przedstawiciele administracji. Trump i jego najwyżsi współpracownicy są również zaniepokojeni perspektywą zaostrzenia wojny na Bliskim Wschodzie, alienacją kluczowych sojuszników z Zatoki Perskiej, narażonych na ataki Iranu, globalnym kryzysem gospodarczym oraz narastającym kryzysem energetycznym i uchodźczym.
Ale może istnieć inna kwestia — taka, która nie wyklucza powodów podanych przez reporterów NY Times — dotycząca dostaw paliwa do USA. Raport ekonomiczny przygotowany przez Karla Millera bada, w jaki sposób tajne operacje zakupu i eksportu paliwa przez armię USA wyczerpują krajowe rezerwy oleju napędowego i paliwa lotniczego, szczególnie w okresie, gdy zapasy krajowe są już krytycznie niskie. Raport szczegółowo opisuje, że od maja do lipca wyeksportowano prawie 161 milionów baryłek destylatu i paliwa lotniczego, a bufor wschodniego wybrzeża spadł do mniej niż połowy normy sprzed pandemii. Duża część tego paliwa jest kierowana nieprzejrzystymi kanałami, takimi jak węzeł przeładunkowy w Rotterdamie, gdzie ostateczny przydział wojskowy lub zagraniczny nie jest publicznie uzgadniany, narażając amerykańską gospodarkę na ryzyko niedoborów, podczas gdy operacje wojskowe i zagraniczne mają priorytetowy dostęp.
Kluczowym wnioskiem jest to, że rząd USA stosuje równoległy, w dużej mierze niepodlegający audytowi wojskowy system alokacji, który odprowadza paliwo z rynku cywilnego.
Dane publiczne łączą kategorie paliw komercyjnych i wojskowych, a niektóre dostawy wojskowe są zwolnione ze standardowego raportowania eksportowego, co uniemożliwia śledzenie rzeczywistego końcowego wykorzystania eksportowanego paliwa. Raport podkreśla, że amerykańscy podatnicy subsydiują zagraniczne potrzeby w zakresie paliwa wojskowego, zwłaszcza dla Izraela, zarówno poprzez kanały bezpośrednie, jak i prawdopodobnie pośrednie, podczas gdy rząd nie ujawnia pełnego zakresu ani podziału finansowania tych dostaw. Tymczasem sektory o kluczowym znaczeniu, takie jak transport drogowy, rolnictwo i lotnictwo cywilne, borykają się ze zmniejszonym marginesem bezpieczeństwa i zwiększonym ryzykiem zakłóceń.
Miller konkluduje, że kryzys nie wynika z załamania produkcji rafinerii ani z sfabrykowanych zapasów, ale raczej z połączenia strukturalnie niskich zapasów, wysokiego poziomu eksportu i fragmentarycznych raportów publicznych, które zaciemniają sposób, w jaki wojsko korzysta z krajowych dostaw paliwa.
Dowody potwierdzają pogląd, że Rotterdam działa jako ukryty punkt końcowy dla amerykańskiego paliwa, ułatwiając dalszą dystrybucję do baz USA/NATO, Izraela i innych teatrów działań wojennych, ale brak przejrzystych i spójnych rozliczeń uniemożliwia opinii publicznej poznanie rzeczywistego podziału. Raport wzywa do ujednoliconego, szczegółowego rejestru, aby wyjaśnić, ile paliwa jest przekierowywane z krajowych systemów odpornościowych na operacje wojskowe i zagraniczne.
Zakładam, że sekretarz energii Chris Wright i sekretarz spraw wewnętrznych Burgham wiedzą o tym i poinformowali o tym Trumpa. Pozbawienie amerykańskiego sektora cywilnego nadwyżek oleju napędowego i paliwa lotniczego w czasie, gdy globalna podaż jest nadal poważnie ograniczona przez zamknięcie Cieśniny Ormuz i blokadę transportów saudyjskiej ropy przez Cieśninę Ormuz przez Huti, zwiększa ryzyko szkód dla amerykańskiej gospodarki. Czy ten fakt przekonał również prezydenta Trumpa, że zmasowany atak na Iran w tym czasie byłby nierozsądny? Warto się nad tym zastanowić.
Dlatego rezygnuję z przewidywania, kiedy lub czy w ogóle Trump rzeczywiście otworzy Iranowi bramy piekieł . Jestem przekonany, że niedobór precyzyjnych pocisków kierowanych i potencjalne poważne straty gospodarcze w przypadku kontynuacji wojny powietrznej to realne zagrożenia, których nie należy ignorować.
W sobotę Pepe i ja opracowaliśmy awaryjny protokół przejściowy, aby omówić najnowsze wydarzenia w Zatoce Perskiej i Morzu Czerwonym:
Mario i ja rozmawialiśmy o konsekwencjach ataku Jemenu na rafinerię Aramco w Arabii Saudyjskiej:
Podobnie jak Mario, Nima i ja omówiliśmy konsekwencje ataku w Jemenie, a ja wyjaśniłem, dlaczego nie sądzę, aby doszło do kolejnego ataku:
Sulaiman i ja odbyliśmy ożywioną dyskusję na temat wojny na Ukrainie:
W bieżącym tygodniu doszło do całej serii ataków mieszkańców nielegalnych żydowskich osiedli na Zachodnim Brzegu na jego palestyńskich mieszkańców.
Jeszcze w piątek cały tłum uzbrojonych żydowskich kolonistów dokonał najścia wsi Dżit na Zachodnim Brzegu. Agencja WAFA oblicza liczbę agresorów na kilkuset. Mieli pochodzić głownie z osiedla Gilead. Takie rozmiary tłumu sugerują też nagrania jakie pojawiły się na portalach społecznościowych. Atak odbywał się przy asyście izraelskiej armii, która w praktyce wspierała napastników.
[filmy – w oryginale md]
Według nieoficjalnych informacji między próbującymi wkroczyć do Dżitu napastnikami, a palestyńskimi mieszkańcami wioski doszło do szarpaniny. Jeden z Palestyńczyków wyrwał broń palną agresorowi. Doszło do strzelaniny, w której zginęło sześciu Palestyńczyków i jeden Izraelczyk. Jednym z zabitych Palestyńczyków ma być ten, który wyrwał broń napastnikowi. Według strony izraelskiej to on pierwszy miał zabić jednego z Żydów. W starcie włączyło się wojsko. Żołnierze wzięli na siebie odpowiedzialność za ofiary po stronie palestyńskiej, ale niektóre nagrania sugerują, że strzelali do nich również osadnicy.
Pogrom ten uruchomił całą serię kolejnych. WAFA podała w niedzielę rano informacje o atakach na palestyńskie domy, przedsiębiorstwa, meczety i samochody w kolejnych miejscowościach Zachodniego Brzegu: Birinie, Kalkiliji, Kafr Malik, Kusrze, Kurze. Antypalestyńskie napisy pojawiły się na ścianach obozów dla palestyńskich uchodźców Ajda i Al Chadir w okolicy Betlejem.
Zachodni Brzeg Jordanu i wschodnią Jerozolimę Izraelczycy okupowali w 1967 roku. Rozpoczęli od razu akcję żydowskiego osadnictwa na tych terenach. Społeczność międzynarodowa sprzeciwia się budowie nowych osiedli, a zdecydowana większość państw i ONZ uznaje je za nielegalne. Dzisiaj około 700 tysięcy Żydów, 10 proc. populacji żydowskiej w Izraelu, żyje na tych dwóch obszarach obok 2,7 milionów rdzennych palestyńskich mieszkańców.
W 1995 r. Izrael i Palestyńczycy zatwierdzili w ramach drugiego porozumienia z Oslo funkcjonowanie na Zachodnim Brzegu i w Strefie Gazu Autonomii Palestyńskiej. Jednak główne palestyńskie terytorium podzielono na strefy A, B i C. Ta ostatnia, stanowiąca większość terytorium Zachodniego Brzegu znajduje się pod wyłączną kontrolą władz Izraela, w strefie B Izraelczycy mają formalnie kompetencje w dziedzinie bezpieczeństwie. Jedynie strefa A jest teoretycznie pod pełną administracją władz Autonomii Palestyńskiej, w praktyce jednak i tam Izraelczycy prowadzą swoje operacje jednostronnie.
W ubiegłym roku rząd Binjamina Netanjahu zapowiedział nasilenie kolonizacji Zachodniego Brzegu, a niektórzy ministrowie jego rządu wprost opisują ją jako środek niedopuszczenia do funkcjonowania niepodległego i zdolnego do życia państwa palestyńskiego.
W okresie, w którym oczy świata zwrócone były na wojnę w Strefie Gazy, przemoc niższej intensywności trwa także na głównym palestyńskim terytorium okupowanym. Palestyńczycy giną tam nie tylko z rąk izraelskich żołnierzy czy funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa, ale też żydowskich kolonistów zakładających tam, nielegalne w świetle prawa międzynarodowego, osiedla. Pogromy urządzane przez tych ostatnich spotykają się najczęściej z bierności, czy nawet współpracą wojska i służb bezpieczeństwa. Przybierają one formę niszczenia mienia, napadów, pobić i zabójstw Palestyńczyków.
Według palestyńskiej Komisji ds. Oporu wobec Murów i Osadnictwa, siły izraelskie i koloniści przeprowadzili w samym tylko marcu łącznie 1819, z czego 1322 ataki przeprowadziły siły izraelskie, a 497 osadnicy. Komisja wskazała, że ataki koncentrowały się głównie w prowincji Hebron (321 ataków), następnie w prowincji Nablus (315 ataków), Ramallah i Al-Bira (292 ataki) oraz w prowincji Jerozolima (203 ataki).
W skali całego półrocza WAFA szacuję liczbę ataków kolonistów na Palestyńczyków na 3488.