Francuska dziennikarka śledcza Christine Cotton, zajmująca się biostatyką farmaceutyczną, po walce z władzami zachorowała tak poważnie, że popełniła samobójstwo. Od momentu złożenia skargi na służby zdrowia cierpiała na potworny ból – i teraz odebrała sobie życie. W kwietniu br. skończyła 56 lat.
Jest 2 czerwca 2026 roku. Kiedy będziecie czytać te słowa, mnie już nie będzie na tym świecie.
Dla tych, którzy mnie nie znają: nazywam się Christine Cotton i jestem tym, kogo nazywa się sygnalistą. Przez 25 lat pracowałam w branży farmaceutycznej, zajmując się zarządzaniem i analizą danych klinicznych. Jako biostatystka od grudnia 2020 roku zagłębiałam się w dokumentację szczepionki przeciwko COVID firmy Pfizer. Napisałam wiele dokumentów i wysłałam wiele wiadomości, aby podzielić się prawdziwymi wynikami.
Moje wnioski są katastrofalne: oprócz tego, że wyniki są nieważne z powodu błędów, a nawet ewidentnych oszustw. Szczepionka firmy Pfizer, którą otrzymała ludność – którą być może otrzymaliście – nie jest tą samą szczepionką, co ta z badań klinicznych, o której wszyscy politycy, dziennikarze i lekarze występujący w telewizji mówili, że ma 95% skuteczności.
Podano wam produkt, dla którego nie było absolutnie żadnych wyników, ani dotyczących skuteczności, ani tolerancji. Ta wiadomość nie ma na celu wywołania sensacji w sieciach społecznościowych, ale poinformowanie was o jednej z największych manipulacji, jakich ludzkość kiedykolwiek doświadczyła.
Wszystkie dowody znajdziecie w najnowszej wersji mojej pracy, którą zapraszam do pobrania i przeczytania. christinecotton.com.
Tragiczny los Christine Cotton miał być przestrogą dla innych odważnych ludzi, którzy postanowili publikować prawdę o oszustwach mafii farmaceutycznej sterowanej przez kompleks militarno-przemysłowy. Na zasadzie: ukarać jednego, a reszta będzie milczeć. Ta zasada już nie zadziała – zbyt wiele osób zaangażowało się w obnażanie oszustw zorganizowanego ludobójstwa światowego.
Kiedy Christine Cotton zaczęła zgłębiać dane z badań klinicznych szczepionki Pfizera w grudniu 2020 roku, była nieznaną biostatystyczką z Francji. Cztery i pół roku później, 2 czerwca 2026 roku, odebrała sobie życie – złamana niewyjaśnionym bólem i systemem medycznym, który nie mógł lub nie chciał jej pomóc. Pomiędzy nimi znajduje się jedna z najbardziej dogłębnych i bezkompromisowych analiz, jakie kiedykolwiek przedstawiła osoba z wewnątrz, dotycząca zatwierdzonej szczepionki.
Nie wszystkich da się zastraszyć. Nie wszystkich można przekupić. Są na świecie ludzie, dla których celem życiowym jest rozpowszechnianie prawdy o nikczemnych planach realizowanych w zbrodniczych celach. Każdy z nas ma możliwość, żeby przeciwdziałać panoszącemu się coraz bezczelniej złu. Wystarczy być uczciwym przede wszystkim wobec samego siebie i nie wmawiać sobie, że taki jest już ten świat, i cóż ja mogę biedny żuczek? Wystarczy przełamać strach, który każdy z nas odczuwa.
Nie każdy potrafi i ma możliwość publikować prawdę. Każdy może jednak choćby w osobistej dyskusji przedstawić to, o czym dowiedział się z pozasystemowych mediów także, kiedy jest to opinia odmienna od powszechnie panującej masowej narracji. W ten właśnie sposób nawet na bardzo małą skalę możesz pokazać sobie, że nie jesteś tchórzem potakującym fałszywej, antyludzkiej propagandzie.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Autor i bloger Egon W. Kreutzer, urodzony w 1949 roku, od ponad 20 lat intensywnie zajmuje się zagadnieniami polityki gospodarczej oraz rozwojem demokracji w Niemczech.
Najwyraźniej nie wystarczyło zerwanie korzystnych dla UE politycznych i gospodarczych więzi z Rosją. Najwyraźniej nie wystarczyło utopić setek miliardów euro z pieniędzy podatników w wojnie Ukrainy z Rosją. Nie wystarczyło również zawarcie całkowicie niekorzystnej umowy celnej ze Stanami Zjednoczonymi – teraz, za wszelką cenę, UE zamierza zniszczyć również swoje relacje z Chinami.
[Ale Szwajcaria nie należy do Unii Europejskiej… MD]
—————————-
Komisja Europejska realizuje zamierzenia globalistów. Jeśli rozumiemy te uzależnienia, wtedy na pozór bezmyślna polityka globalistycznych marionetek zasiadających w tej komisji stanie się, co prawda nie akceptowalna, ale przynajmniej wiemy, dlaczego oni popierają wojnę na Ukrainie, zwalczają tożsamość narodową państw członkowskich unii, doprowadzają gospodarkę do stanu katastrofalnego. Wystarczy przypomnieć rolę Ursuli von der Leyen w procesie, zaopatrzenia Europy w eliksir szczęścia – broni biologicznej stosowanej podczas zmyślonej dla celów wojennych pandemii kowida.
Kaja Kallas: „Putin chce rozmawiać z UE? W takim razie będzie musiał rozmawiać ze mną”. Źródło.
To przecież Ursula von der Leyen zainicjowała w Davos kampanię przeciwko „dezinformacji” jako największego zagrożenia dla wprowadzenia globalnych rządów.
Wojna gospodarcza UE z Chinami to kolejny krok w kierunku ogałacania półek sklepowych na europejskim kontynencie. Będziemy z pewnością „szczęśliwi”, kiedy, aby zakupić podstawowe produkty, pozostanie nam stać w długich kolejkach. Polska przerabiała już to w latach 80. ubiegłego wieku. Albo jeszcze gorzej: nie ma kolejek, bo półki sklepowe są puste.
Strategia pustych półek jest metodą kontroli. Kiedy jesteś zajęty zdobywaniem pożywienia dla rodziny, nie masz już czasu na działalność antyrządową. Demonstracje uliczne? Wystarczy „rzucić”, na przykład papier toaletowy, na półki w sklepie na trasie demonstracji. Zgadnijcie, kto wygra? Demonstracja, czy kolejka po papier? Dzisiaj brzmi to bardzo abstrakcyjnie, ale ja takie sytuacje przeżywałem w roku 1982 we Wrocławiu.
Komisja Europejska, tak jak rządy unijnych i nie tylko krajów, realizuje politykę sponsorów karier polityków. To ci sponsorzy planują wszelkie pandemie, wojny, medycynę utrwalającą choroby, przemysł spożywczy zatruwający własne produkty, „ochrona” środowiska poprzez jego dewastację, katastrofy naturalne w dogodnym momencie (HAARP). Wszystko to jest podporządkowane jednemu celowi: panowanie nad światem. Mamy do czynienia ze skrupulatnie przygotowanym planem. Jego realizacja przebiega z trudnościami, jednak globaliści nie mają innego wyjścia niż brnąć dalej w wybranym kierunku.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Neobanderowska Ukraina dokonuje kolejnego ataku dronowego na europejski kraj Sojuszu Północnoatlantyckiego. Tym razem była to Rumunia a wiele wskazuje na to, że atak dronami na rumuńskie osiedla mieszkaniowe, tuż po tym jak niewybrany dyktator Zełenski nazwał jedną z jednostek ukraińskich sił zbrojnych imieniem ludobójców i nazistowskich kolaborantów, także mógł być dziełem reżimu z Kijowa.
Od kilku tygodni na kraje tzw. wschodniej flanki NATO notorycznie spadają ukraińskie drony. Nie powinno to nikogo dziwić bo w Białym Domu mają oni swoich gorliwych sojuszników, którzy rozpoczęli zbrojenie neobanderowców po tym jak administracja Obamy tego wyraźnie odmawiała. Mając protekcję radykalnie antyrosyjskiej administracji Trumpa, Kijów może sobie dzisiaj pozwolić na dużo więcej niż za rządów Obamy czy Bidena.
Znakomitym przykładem tego jest oskarżany o terroryzm Kyryło Budanow, agent CIA, były szef ukraińskiego wywiadu wojskowego, który z inspiracji Waszyngtonu zasiał terror na kilku kontynentach. Mordując ludzi nawet bez wyraźnego pozwolenia swoich panów z Langley. Bardzo dobrze opisał to „New York Times” w 2024 roku.
To zresztą najprawdopodobniej wizyta Budanowa w Polsce była powodem ukraińskiego ataku na rumuński port w Konstancy (nazwanego przez media głównego nurtu działaniem Rosji za pomocą walki radioelektronicznej), przypomnijmy, wobec wojny na Ukrainie ważny punkt na Nowym Jedwabnym Szlaku, który tworzą Chińczycy, który wspierają Rosjanie a który chcą zniszczyć Anglosasi, zwłaszcza Amerykanie.
Sprawa jednak nie jest taka zero-jedynkowa a relacje medialne sugerować mogą, że atak na Rumunię mógł być dogadany z Bukaresztem. Wszak nikomu ani niczemu nic się nie stało a eksplozja była w pełni kontrolowana przez stronę rumuńską. Ale jest to tylko hipoteza nie poparta twardymi dowodami. Fakt jest jednak taki, iż drony tego typu, który wybuchł pod Konstancą, są specjalne przeznaczone do niszczenia doków portowych oraz terminali naftowych. W Konstancy są doki portowe oraz terminal naftowy.
Jednakowoż należy brać także pod uwagę rozwiązania dużo prostsze. Wszak nie wiemy jaki jest poziom zdolności myślowych reżimu kijowskiego i czy to aby na pewno oni wymyślają kolejne bombardowania krajów środka Europy. Więc może po prostu zaatakowano rumuński port tylko po to, aby po wykryciu drona, które musiało nastąpić, zwalić winę na Rosję, która zagraża zachodowi poprzez przekierowywanie statków latających czy też podwodnych na kraje sojuszu?
Można oczywiście i w tym przypadku założyć, że Rumunia mogła w tym z neobanderowcami współpracować, jednak ranni w ataku na rumuńskie zabudowania obywatele tego kraju, w ataku sprzed kilku dni, temu przeczą. Oczywiście w okresie zimnej wojny reżimy zachodnie poświęcały swoich obywateli dla „dobra wyższego”. Trudno jednak sobie wyobrazić, aby Rumunia poświęciła blok i jego mieszkańców dla skompromitowania Rosji w trakcie kiedy tej kompromitacji potrzebowała Ukraina w związku z nagłośnieniem przez naród polski neonazistowskiego charakteru ukraińskiego państwa.
Wiele więc wskazuje na to, że Ukraina podjęła się działań bez wiedzy krajów wschodniej flanki a celem było albo zastraszenie Polski – będziemy strzelać w NATO-wskie porty i nic nam nie zrobicie bo mamy protekcję Wielkiego Brata, albo po prosty chciała po ataku i jego pacyfikacji przez Rumunię zwalić winę na rosyjskie systemy zakłócające aby uzasadnić w oczach Polaków i rządu warszawskiego konieczność akceptacji jednostki im. Bohaterów UPA jako mniejszego zła wobec rosyjskiego zagrożenia.
Najbardziej sensowny cel ataku ukraińskiego na rumuński port, jeżeli był celowy, wydaje się więc oczywisty: zastraszyć Polskę w trakcie wizyty Budanowa w Warszawie aby ta przyjęła do wiadomości ukraińskie warunki (czyli anglosaskie warunki bo Ukrainą nie rządzą Ukraińcy) [na, ale przecież i nie anglicy.. md] i je bez żadnego sprzeciwu zaakceptowała. Reżim z Kijowa ma pełne poparcie Stanów Zjednoczonych, więc może sobie do woli strzelać dronami w kraje NATO, co wyraźnie czyni od kiedy Trump wprowadził się do Białego Domu. Przed 2025 rokiem spadające ukraińskie drony i rakiety na kraje wschodniej flanki NATO były sporadyczne.
Od kiedy w Białym Domu zagościł nienawidzący Europejczyków reżim Trumpa-Vance’a-Netanjahu, skala ataków dronami na kraje Europy Środkowej i ich upadków jest iście zatrważająca. Ostatnimi tygodniami wszystkie kraje bałtyckie otrzymały banderowskie drony na swoim terytorium, w tym drony z ładunkami wybuchowymi. W roku 2025 wielokrotnie, jak Izrael lub Stany Zjednoczone kompromitowały się w oczach całego świata, na Polskę spadał dron albo cała seria dronów, najprawdopodobniej dronów rosyjskich (lub też po prostu ukraińskich) przekierowanych przez ukraińskie systemy walki elektronicznej, zapewne po to aby przykryć owe kompromitacje w mediach, spychając je z czołówek.
W roku 2026 roku już nikt nie bawi się nawet w pozory. Ukraińskie drony po prostu spadają sobie na kraje wschodniej flanki NATO.
Przypomnijmy, że oskarżany o terroryzm Budanow został przeszkolony i pozyskany do współpracy przez amerykański wywiad około 2016 roku. Został przeszkolony przez CIA a jego tajna służba – HUR – zaczęła organizować zamachy na tzw. cele rosyjskie na całym świecie. Kiedy jednak wywiad ukraiński zaczął mordować ludzi bez wyraźnego zielonego światła od służb amerykańskich, zgodnie z tezami NYT z lutego 2024 roku, mieli oni otrzymać reprymendę od Amerykanów. Było to w czasach Obamy jako prezydenta i Bidena jako wiceprezydenta.
W czasach Obamy wyraźnie ograniczono pole do działania ukraińskich tajnych służb. Kiedy do władzy doszli Republikanie, w 2017 roku, reżim kijowski kontynuował zabijanie ludzi, łamiąc reguły gry ustalone z CIA. Za co spotykały go ustne reprymendy i nic więcej. Administracja Trumpa akceptowała terror szerzony przez wywiad ukraiński.
„W miarę pogłębiania się współpracy po 2016 r. Ukraińcy stali się niecierpliwi wobec tego, co uważali za nadmierną ostrożność Waszyngtonu, i zaczęli organizować zabójstwa i inne operacje z użyciem siły, co stanowiło naruszenie warunków, na które, zdaniem Białego Domu, zgodzili się Ukraińcy. Wściekli urzędnicy w Waszyngtonie grozili odcięciem wsparcia, ale nigdy tego nie zrobili” – napisał 25 lutego 2024 roku „New York Times”.
Kiedy do władzy doszła administracja Trumpa, rozszerzono także programy współpracy wywiadu amerykańskiego z Ukraińcami, zwiększając wyraźnie liczbę tajnych baz CIA na Ukrainie, ostrzem wymierzonych w Rosję. Co zapewne było jednym z powodów, dla których Rosja w 2022 roku dokonała agresji. Stany Zjednoczone nigdy nie pozwoliłyby na chińskie tajne bazy wywiadowcze pod Ciudad Juarez, wymierzone ostrzem w Amerykę.
„Trump obsadził kluczowe stanowiska zwolennikami twardej linii wobec Rosji, m.in. Mike’a Pompeo na stanowisku dyrektora CIA i Johna Boltona na stanowisku doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego. Odwiedzili oni Kijów, aby podkreślić swoje pełne poparcie dla tajnego partnerstwa, które rozszerzyło się o bardziej specjalistyczne programy szkoleniowe i budowę dodatkowych tajnych baz” – pisał „New York Times” nieco ponad dwa lata temu. W okresie rządów Trumpa liczba oficerów ukraińskiego wywiadu wzrosła 10-krotnie w porównaniu z okresem Obamy-Bidena. Z 80 do 800. Wszystkie prorosyjskie tezy głoszone przez Trumpa były kłamstwami, które miały przykryć zaostrzenie przez reżim amerykański tajnej wojny w Rosją rękoma ukraińskiego mięsa armatniego.
Reżim Obamy i Bidena, który stworzył Budanowa, był więc dla niego bardziej restrykcyjny. Kiedy doszło do zmiany władzy, Republikanie wyraźnie zapalili zielone światło dla większego podpalania świata. Przypomnijmy, że w 2019 roku neobanderowcy byli obecni m.in. podczas kolorowej rewolucji w Hongkongu, podczas której zabijano chińskich policjantów, którzy przypomnijmy, nie noszą przy sobie broni palnej. W trakcie całej kolorowej rewolucji, trwającej wiele miesięcy, podczas której zabijano chińskich policjantów, ci wystrzelili tylko 19 sztuk ostrej amunicji. Policjanci w Stanach Zjednoczonych wystrzeliwują tyle sztuk amunicji w jedną osobę, która idzie w ich kierunku z ostrym narzędziem, np. nożem, w kilka sekund.
Tak, współczesne Chiny być może jeżeli chodzi o wolności i swobody politycznie są krajem autorytarnym jednak swobody obywatelskie i bezpieczeństwo obywateli w kontakcie z władzą jest tam zapewne dużo większe, niż w takich krajach jak Stany Zjednoczone.
Budanow przybył 5 czerwca 2026 roku do Warszawy m.in. aby przedyskutować kwestię nadania imienia banderowskiej jednostce wojskowej „Bohaterów UPA” – ludobójców polskiego narodu, przejętych po 1945 roku od Niemców przez reżimy anglosaskie – Wielką Brytanię oraz Stany Zjednoczone. Przypomnijmy, że w trakcie trwania ludobójstwa na Polakach w drugiej połowie lat 1940. dochodziło do kontaktów upowców z ambasadą Stanów Zjednoczonych w Warszawie.
„OUN-B brała wsparcie materialne skąd się dało, zachowując jednocześnie intensywną nieufność wobec Amerykanów. Od stycznia dochodziło do kontaktów OUN-B z ambasadą USA w Warszawie. Szef wywiadu OUN-B spotkał się z szefem amerykańskiej stacji w celu wysłania materiałów propagandowych za granicę” – pisał w swojej pracy o brytyjskim wywiadzie MI6 historyk Stephen Dorill.
Aczkolwiek trzeba przyznać, że to Brytyjczycy a nie Amerykanie byli bardziej skorzy do współpracy z banderowcami.
Wkrótce wdrożono operację „Rollback” oraz operację „Integral” – amerykańskie i brytyjskie operacje tzw. wycofywania komunizmu z Europy Wschodniej, inspirowane przez dyplomatę George’a Kennana, który później nazwał je katastrofalnymi. Narzędziami wywiadu wykorzystywanymi w tych operacjach byli ukraińscy nacjonaliści. W istocie była to klasyczna dywersja na terenie ZSRR oraz przygotowywanie sabotażu i terroru na wypadek wybuchu III wojny światowej. Po śmierci Stalina działania te ostatecznie porzucono. Bandera został najprawdopodobniej wystawiony przez Anglosasów KGB a banderowcy na terenie zachodniej Ukrainy zostali wyłapani przez MGB (sowiecki kontrwywiad) oraz skazani na kolonie karne i obozy. Wielu z nich przewerbowano aby posłużyć się nimi do ujawnienia tych, którzy wciąż się ukrywali. Operacje demaskowania banderowców zrzucanych na zachodnią Ukrainę przez Anglosasów były możliwe dzięki informacjom od Piątki z Cambridge, siatki szpiegów sowieckich służb w brytyjskim MI6.
Tradycja anglosaskiego wsparcia dla banderowców sięga więc nie 2014 czy 2016 roku lecz roku 1945. Już w zasadzie w 1944 roku upowcy szykowali się do oddania na usługi tzw. zachodnich aliantów, wobec nieuchronnego upadku Niemiec. A jeżeli zagłębimy się w historię to pierwsze kroki ku temu podejmowano już nawet w 1943 roku, pod sam jego koniec. A pamiętać przecież trzeba o kontaktach i współpracy w penetracji ZSRR pomiędzy ukraińskimi nacjonalistami od Stepana Bandery a wywiadem brytyjskim jeszcze przed drugą wojną światową w latach 1930., które kultywowano intensywnie aż do początku operacji Barbarossa, po czym je zmniejszono by w połowie lat 1940. do nich wrócić.
Budanow jest emanacją anglosasko-neobanderowskiej kooperacji. Nic więc dziwnego, że w czasie kiedy ten przyjeżdża do Polski aby wymusić na dwóch obozach władzy: pisowsko-prezydenckim oraz liberalno-rządowym, uznanie i akceptację przez Polskę nadania nazwy dla jednostki ukraińskiej Bohaterów UPA, dochodzi do ataku na Rumunię ukraińskimi dronami, sygnalizując Warszawie albo że Rosja jest dużym zagrożeniem i należy przymknąć oko na banderyzm na dzikich polach albo że żaden ukraiński dron spadający na jakikolwiek kraj nie zmieni nic w wojnie na Wschodzie. A więc, że Ukraińcy są nietykalni i mogą zniszczyć dowolny cel w kraju NATO czy też mogą sobie nazywać jednostki wojskowe nawet imieniem Adolfa Hitlera. A i tak żandarm zza oceanu ich utrzymujący na wszystko przymknie oko.
Sponsorzy Kijowa z Waszyngtonu właśnie zadeklarowali kolejne miliardy wsparcia dla Ukrainy. Cóż za wspaniałomyślna nagroda za ukraińskie drony od miesięcy spadające na kraje wschodniej flanki NATO. Należy oczywiście zaznaczyć, że najpierw przegłosowano w Izbie Reprezentantów 1 mld pomocy i 8 mld kredytu dla Ukrainy a dopiero później doszło do piątkowego ataku na Rumunię. Zobaczymy czy w Senacie wsparcie zostanie utrzymane.
Bez względu na wsparcie finansowe, Ukraina wciąż otrzymuje kluczowe wsparcie wywiadowcze oraz technologiczne ze Stanów Zjednoczonych.
Od lat kolejne rządy bezskutecznie usiłują rozwiązać problem abonamentu telewizyjnego i radiowego. Większość obywateli uważa tę daninę za nienależną i niesprawiedliwą. Dlaczego mamy płacić na telewizję w likwidacji jeżeli nie oglądamy żadnych emitowanych przez nią programów? Ani „pytania na śniadanie”, ani „ M jak miłości” ani innych idiotyzmów, za które ich twórcy i wykonawcy inkasują ogromne sumy.
Zauważmy, że różni starzy aktorzy i byli celebryci są za opluwanie ludzi kojarzonych z prawicą wynagradzani niewielkimi rolami w licznych produkcjach,. W różnych filmach i telenowelach pojawia się na przykład w niewielkich rolach mało pociągający staruszek, który kiedyś – trudno w to wręcz uwierzyć- był idolem i przedmiotem westchnień nastolatek oraz naiwnie i niesłusznie utożsamiany z granymi postaciami, uważany był za patriotę.
W opluwaniu i obszczekiwaniu osobistości z prawej strony sceny politycznej biorą gorliwie udział nie tylko różni prymitywni kabotyni nagradzani własnymi, od wielu lat zanudzającymi widzów programami oraz intratnymi udziałami w reklamach. Również wiekowe – jak to mówią – przechodzone skandalistki typu Gretkowskiej. Bierze również niestety udział osoba nobliwa czyli prawdziwa noblistka Olga Tokarczuk Musi się jej to bardziej opłacać niż sama nagroda Nobla. Nie kompromitowałaby się chyba tak bardzo za darmo.
A przecież istnieje doskonały sposób rozwiązania tego problemu w zgodzie ze starożytną zasadą: „de gustibus non disputandum est” co się tłumaczy w niepopularnym ostatnio języku: „На вкус и цвет товарища нет”. Jakby język odpowiadał za ludzkie czyny. Gdyby myśleć tymi kategoriami należałoby po doświadczeniach II Wojny Światowej raz na zawsze zakazać używania języka niemieckiego.
Wracając do abonamentu. Wystarczyłoby zakodować dostęp do różnych programów tak, żeby oglądający jakiś program płacił za dostęp do tego programu. W dobie powszechnej cyfryzacji jest to nie tylko możliwe lecz wręcz łatwe. Doskonale funkcjonuje na przykład e-recepta, możliwość wprowadzania której budziła przecież wiele obaw.
Wtedy wyszłoby na jaw co ludzie oglądają i za co są gotowi płacić. Być może zadziałałyby wówczas tak wychwalane przez ideologów liberalizmu mechanizmy rynkowe zmuszające stacje do starań o jakość emitowanych programów. Obecny projekt powiązania opłaty ,za telewizor z rachunkami za prąd sprowadza tę opłatę do roli kolejnej zwykłej daniny drenującej kieszenie obywateli. Do daniny porównywalnej ze słynnym podatkiem kominowym czyli podymnym funkcjonującym w czasie zaborów. Nie ma chyba nikogo tak naiwnego, aby wierzyć, że ciemny polski chłop wolał wędzić się w kurnej chacie zamiast zbudować zwykły komin odprowadzający dym z pieca. Był jednak bezradny wobec przemocy fiskalnej.
Jeszcze bliższy podymnego jest dyskutowany obecnie projekt wprowadzenia podatków od ogrodzeń. Zauważmy, że zarówno podymne, jak ewentualny podatek od płotu, jak dyskutowany podatek katastralny są to podatki antycywilizacyjne. Są karą za gospodarność. Nieruchomość zadbana, utrzymywana w porządku, ulepszana będzie miała większą wartość katastralną niż zaniedbana ruina, więc będzie obciążona większym podatkiem. Ogródek oddzielony płotem, uprawiany będzie karany podatkiem a premiowane będzie zadeptane, dostępne dla wszystkich klepisko. Poza tym podymne miało rolę stygmatyzującą. Mieszkaniec kurnej chaty ciągnął za sobą zapach tak go naznaczający jakby miał na czole wybitą pieczęć – „ biedak i brudas”.
Podymne, podatek od płotu, danina na cudze honoraria nie związane z faktycznie oglądanymi programami to klasyczne działania zaborcy wobec obywateli łupionego i celowo niszczonego kraju.
Komuna wróciła i to w sensie dosłownym. Udręczenie związane z życiem w sowieckiej strefie wpływów brało się miedzy innymi z ogromnej liczby absurdalnych przepisów które działały jak przysłowiowy kij na psa. Były uruchamiane gdy władze chciały kogoś prześladować. Na przykład powierzchnia domku jednorodzinnego nie mogła przekraczać 110 metrów kwadratowych. Było to pozornie racjonalne. W Warszawie brakowało mieszkań. Ludzie gnieździli się w piwnicach zwanych suterenami i w ruinach. Wydawało się niesprawiedliwe żeby zwykła rodzina dysponowała powierzchnią mieszkalną wynoszącą na przykład 150 metrów kwadratowych.
Ale to ograniczenie tylko z pozoru było racjonalne. Jeżeli ktoś posiadał działkę budowlaną, zgromadził materiały i uruchomił na budowę środki finansowe często uzyskane od rodziny z zagranicy bez sensu było marnowanie tych środków na zbyt małą powierzchnię. Na ulicy Szarotki w Warszawie powstał w ten sposób Owalny Gabinet jak nie przymierzając w Białym Domu. Architekt pomylił się po prostu w obliczeniach i zorientowawszy się że powierzchnia domu przekracza ustawowe 110 metrów kwadratowych kazał – ku zdumieniu i żywej radości przechodniów zburzyć ściany świeżo powstałego salonu i je zaokrąglić. Willa ta była żywym dowodem, że sprawiedliwość w rozumieniu komunistów oznaczała równanie w dół, sprawiedliwe dzielenie nędzy.
Oczywiście restrykcje te nie dotyczyły mieszkań skradzionych prawowitym właścicielom przez różnych członków i zastępców członka KC PZPR. Oni nie musieli się ograniczać. Transformacja ustrojowa została tak zaprojektowana aby w tak zwanej wolnej Polsce różni zastępcy członka i ich progenitura nic nie stracili ze zdobytych w nagrodę za instalowanie w Polsce stalinizmu przywilejów. Po skompromitowaniu jawnych złodziejstw takich jak rzekoma prywatyzacja czyli kradzież nieruchomości oraz złodziejstw uprawianych poprzez specjalnie powołane w tym celu instytucje takie jak FOZZ przyszedł czas na łagodniejsze formy pierwotnej akumulacji kapitału.
Zauważmy, że za każdą trudną do zrozumienia karierą zwykłego wyjca, kiepskiego aktora czy nachalnie reklamowanego grafomana jest ukryta w tle partyjna przynależność rodziców, agentura, czy zwykłe donosicielstwo. Likwidacja abonamentu na rzecz faktycznie oglądanych programów byłaby dla tej stalinowskiej grupy interesu prawdziwą klęską.
Pozorne zakończenie wojny z Iranem, nazwane upokarzającą porażką dla wkrótce w pełni zintegrowanych armii USA i Izraela, to coś więcej niż kolejna nieudana bliskowschodnia przygoda Waszyngtonu (szósta w ciągu 25 lat). Tym razem osoby z wewnątrz reżimu ostrzegają, że wreszcie nastał koniec Pax Judaica – porządku świata ustanowionego przez zwycięstwo aliantów w 1945 roku i wzmocnionego upadkiem Związku Radzieckiego w 1989 roku.
Po jednej stronie globalnego konfliktu, który decyduje o losie świata, znajduje się konsensus waszyngtoński, reprezentowany przez państwa klienckie G7, a także Izrael i Ukrainę. Maskuje się on jako normatywny liberalizm, jednocześnie przyznając suwerenną władzę sieci żydowskich miliarderów-suprematystów i ich popleczników. Przykładem tego jest zakaz wjazdu wydany przez brytyjski rząd Partii Pracy dla ideologicznego towarzysza drogi, Hasana Pikera, za krytykę Izraela, czy też postawa arcykapłanów praw człowieka w administracji Bidena, którzy byli wspólnikami ludobójstwa w Strefie Gazy.
Po drugiej stronie znajdują się rewizjonistyczne mocarstwa CRINK – Chiny, Rosja, Iran i Korea Północna – które głoszą prymat państwa nad pieniądzem i otwarcie sprawują władzę. Jako mocarstwa cywilizacyjne, narody CRINK popierają pluralistyczny porządek świata rządzony przez realpolitik, w przeciwieństwie do liberalnych demokracji, które uznają wszystkie państwa spoza swoich instytucji (NATO, MFW itp.) za nieuprawnione, a tym samym za sprawiedliwe cele przemocy gospodarczej i militarnej. Z tego powodu trzon CRINK często znajduje tymczasowych sojuszników wśród licznych średnich i małych mocarstw, takich jak Turcja, które wolałyby realizować własne interesy narodowe ponad interesy Waszyngtonu. To wielobiegunowość w działaniu.
Bezpośrednia wojna między tymi dwoma konkurującymi formami geopolityki jest faktem dokonanym. W ciągu ostatnich kilku lat obserwowaliśmy, jak ten konflikt przybierał formy kinetyczne (Rosja–Ukraina, USA–Izrael a Iran), a także formy konfliktów gospodarczych, takich jak wojna handlowa z Chinami.
Większość neutralnych obserwatorów dojdzie do wniosku, że wojna na Ukrainie (zwłaszcza fiasko sankcji gospodarczych wobec Rosji) i wojna handlowa USA z Chinami stanowią strategiczne porażki Pax Judaica. Choć to rozczarowujące, władcy Zachodu wierzą, że sobie z tym poradzą.
Niedopuszczalna jest jednak sytuacja, jaką Donald Trump zastał w Iranie. Demonstracja siły Irańczyków w Cieśninie Ormuz, wraz ze zniszczeniem amerykańskich baz wojskowych na całym Bliskim Wschodzie, postawiła okręt-matkę – Izrael – w jednym z najgorszych stanów bezpieczeństwa w historii. Ponad dekada targów z Arabami z Zatoki Perskiej, mających na celu przekupienie ich i skłonienie do podpisania Porozumień Abrahama, jest teraz zagrożona, ponieważ Iran wyłania się z wojny jako potęga geopolityczna. Jeśli ujawnione szczegóły wynegocjowanego przez Iran porozumienia okażą się prawdziwe, a Donald Trump je podpisze, Iran stanie się nowym władcą Azji Zachodniej.
Trzeba oddać sprawiedliwość tym, którym się należy. Siła woli i odrodzona jedność narodu irańskiego, będące efektem amerykańskich i izraelskich okrucieństw, a także zdolność do improwizacji i adaptacji w fatalnych warunkach, zapewniły im zwycięstwo. Jednak CRINK jest również ważnym elementem tej historii, ponieważ Chiny i Rosja dostarczyły kluczowe dane wywiadowcze, broń i technologię satelitarną. Iran wykorzystał je, aby obnażyć siły amerykańskie i izraelskie jako papierowe tygrysy oraz zadać druzgocące ciosy w państwach Zatoki Perskiej, by ukarać tamtejszych kolaborantów.
Ta relacja wydaje się teraz zmieniać równowagę wojny Izraela w Libanie. Przystępując do wojny, Izrael miał wszelkie powody, by wierzyć, że może ostatecznie wyeliminować Hezbollah raz na zawsze. Te nadzieje zostały rozwiane w ciągu ostatnich trzech miesięcy wraz z pełną integracją Hezbollahu ze strukturą dowodzenia i kontroli IRGC. Co najważniejsze, Hezbollah w tajemniczy sposób uzyskał najnowszą rosyjską technologię FPV i dronów światłowodowych — albo bezpośrednio z Rosji, albo za pośrednictwem irańskiego pośrednika — i zadaje ogromne straty bezbronnym na to, nacierającym wojskom izraelskim oraz ich pojazdom. Redukuje to działania Izraelczyków do chaotycznych nalotów na przypadkowych cywilów w Bejrucie, prowadzonych z frustracji. Inicjatywa strategiczna została odzyskana przez Hezbollah, a teraz ta szyicka grupa ustala warunki zawieszenia broni, odmawiając IDF pozwolenia na skonsolidowanie choćby cala libańskiej ziemi.
Nie można lekceważyć roli Rosji i Chin, a także bardziej neutralnych mocarstw peryferyjnych, takich jak Pakistan i Turcja, jako graczy z tła, podważających wysiłki USA i Izraela. Plan administracji Trumpa, mający na celu zablokowanie Cieśniny Ormuz i oblężenie Iranu, został udaremniony przez Rosję i Turcję, które otworzyły dla niego korytarze lądowe i morskie. Umożliwiło to Iranowi pozyskiwanie broni i zasobów przez Morze Kaspijskie i szlaki lądowe w Azji Środkowej. Trump posunął się nawet do gróźb wobec Omanu – neutralnej „Szwajcarii” regionu – za gotowość do podjęcia rozmów z Iranem na temat przyszłego zarządzania Cieśniną Ormuz.
Jak przewidywali żydowscy neokonserwatyści, wejście Rosji na Ukrainę, a teraz potencjalne zwycięstwo Iranu, ośmielają kolejne państwa (w tym sojuszników z NATO, takich jak Turcja) do realizacji własnych interesów, niezależnie od poglądów izraelskiej kliki stojącej za Trumpem. Początkowy plan Mossadu i CIA, mający na celu obalenie irańskiego reżimu poprzez zbrojne powstanie Kurdów, został rzekomo udaremniony w ostatniej chwili przez Turcję, która wystąpiła przeciwko Ameryce i obiecała odpowiedzieć na wszelkie próby militaryzacji Kurdów.
Na froncie nuklearnym Rosja aktywnie wspiera i pogłębia dostęp Iranu do potencjału nuklearnego, podpisując umowę na budowę ośmiu nowych elektrowni. [dupku, elektrownie nie mają wiele wspolnego z BOMBĄ. Teraz bomby się kupuje.. md]
Moskwa czerpie również znaczne korzyści z blokady Cieśniny Ormuz, notując wzrost dochodów z ropy naftowej o 40% – częściowo dzięki temu, że wrogowie, tacy jak Wielka Brytania, są zmuszeni kupować rosyjski olej napędowy i paliwo lotnicze z marżą, aby uniknąć kryzysu. Chiny, które mają własną umowę dwustronną z Iranem, mogą korzystać z Cieśniny Ormuz do woli, co niweczy wszelkie zachęty do realizacji jedynego planu awaryjnego Ameryki, polegającego na błaganiu Chin o jej ponowne otwarcie.
Rosnące mocarstwa rewizjonistyczne sparaliżowały w ten sposób podżegaczy wojennych w Waszyngtonie i Izraelu, opracowując sposoby na obejście sankcji, dorównanie ich możliwościom wywiadowczym i, co najważniejsze, prowadzenie wojny przy ograniczonym budżecie. Być może najbardziej alarmującym wnioskiem z tej wojny dla Waszyngtonu jest zdolność nowej broni (często zbudowanej z części dostępnych w Internecie) do niszczenia zapasów niezwykle drogiej, trudnej do zastąpienia amunicji i platform dostarczanych przez skorumpowaną, nastawioną na zysk bazę przemysłu zbrojeniowego Ameryki.
Najnowsza innowacja Iranu, polegająca na zadaniu ciosów atakującym syjonistycznym, liberalnym plutokracjom w ich własnych krajach poprzez strategiczne uniemożliwienie dostępu do kluczowych węzłów handlowych, daje temu niegdyś osaczonemu państwu nową formę dominacji eskalacyjnej. W kwestii Iranu USA nie mają innego wyboru, jak zrobić to, co Trump robi ze swoimi wieloma upadłymi firmami: ogłosić bankructwo i wrócić do deski kreślarskiej.
Rozsądną odpowiedzią Stanów Zjednoczonych na realia tej sytuacji jest zarządzanie swoim upadkiem i przygotowanie się na świat wzajemnie korzystnych partnerstw dwustronnych, zamiast utrzymywania wasali gromadzonych dla wygody Wall Street. Problem w tym, że nie jest to możliwe, ponieważ Stany Zjednoczone – wraz z innymi liberalnymi plutokracjami „pierwszego świata” – utraciły wiele ze swojej historycznej zdolności do budowania i innowacji. Baza przemysłowa, która wygrała II wojnę światową, oraz kierowany przez państwo kompleks badawczo-rozwojowy, który wygrał zimną wojnę, zostały zastąpione piramidami finansowymi centrów danych i skupem akcji własnych. Nieżydowski neokonserwatywny intelektualista Christopher Caldwell przedstawia Wielką Brytanię w pozytywnym świetle za konsensualne ograniczenie zakresu swojego imperializmu, mające na celu uniknięcie nadmiernej ekspansji, zauważając jednocześnie, że Ameryka robi coś przeciwnego. Gdyby Ameryka była zarządzana dla dobra Amerykanów, mogłaby zabrać połowę swoich zasobów do domu i wycofać się, by rządzić półkulą zachodnią.
Jednak wszystkie ostatnie działania Waszyngtonu wskazują, że w Departamencie Stanu zakorzeniły się urojenia o próbie przecięcia węzła gordyjskiego, a niesyjonistyczne głosy rozsądku, takie jak Joe Kent, Tulsi Gabbard i inni, zostały wyparte z dyskusji lub ich rola została zminimalizowana.
Trzy nowe wydarzenia wskazują na gotowość Waszyngtonu do wciągnięcia świata w wojnę.
Pierwszym z nich jest niedawna decyzja o udzieleniu Ukrainie dodatkowej pomocy w wysokości 9 miliardów dolarów, którą Trump z pewnością podpisze, pomimo bezpodstawnej intrygi prasy związanej z Russiagate. Dzięki temu Kijów będzie mógł zatrudnić więcej najemników i zdobyć broń, co pozwoli mu kontynuować wojnę w nieskończoność. Decyzja ta uzupełnia uchwalony w kwietniu zastrzyk gotówki w wysokości 105 miliardów dolarów, jaki Unia Europejska i NATO przeznaczyły na załamaną ukraińską gospodarkę i siły zbrojne.
Drugim wydarzeniem jest trwająca od roku kampania Waszyngtonu, której celem jest zmuszenie Europy do przejścia na gospodarkę wojenną, aby móc doprowadzić do konfliktu z Rosją, gdy nadejdzie odpowiedni moment. Planiści wojskowi NATO przygotowują się do starcia z Rosją do 2030 roku. Według ujawnionych planów rządzona przez Amerykanów Europa przeprowadzi pobór wśród młodych mężczyzn i przerzuci prawie milion żołnierzy na granice z Rosją. Generałowie NATO rozpoczęli spotkania z producentami filmowymi w Hollywood, Wielkiej Brytanii, Niemczech i Francji, aby produkować filmy propagandowe i programy telewizyjne. Mają one na celu zaostrzenie apetytu zdenerwowanej opinii publicznej Europy Zachodniej na rozlew krwi poprzez sztucznie wykreowany szowinizm. Podobne wydarzenia mają miejsce na głównych terytoriach Pacyfiku kontrolowanych przez Waszyngton – w Japonii i Korei Południowej – które remilitaryzują się w zawrotnym tempie, przygotowując się na potencjalną wojnę z Chinami.
Trzecim wydarzeniem, które prawdopodobnie zostanie wykorzystane przeciwko Rosji i Iranowi, jest podjęta przez Amerykę próba przekształcenia Armenii w „drugą Ukrainę”. W lutym ubiegłego roku JD Vance sfinalizował inwestycję o wartości 9 miliardów dolarów w armeńską energetykę jądrową. Podpisał również kontrakt na dostawę amerykańskiej broni do tego kraju. Co najważniejsze, Stany Zjednoczone oferują Armenii – bliskiemu sojusznikowi Rosji od XIX wieku – członkostwo w Unii Europejskiej w zamian za zerwanie wszelkich więzi z Moskwą. Podobnie jak w przypadku Ukrainy, perspektywa przyjęcia przez Unię Europejską kolejnego kraju na utrzymanie jest odległa, a jednak Bruksela i Waszyngton wciąż cynicznie kuszą nią Ormian. Poprzez rozwiniętą sieć zagranicznych organizacji pozarządowych, których wewnętrzne funkcjonowanie finansowe i operacyjne jest w Armenii traktowane jak strzeżona tajemnica państwowa, młodzież tego kraju jest przeprogramowywana w kierunku antyrosyjskim i proamerykańskim.
Kreml już przewiduje kolejny kryzys na wzór ukraiński na swoim kaukaskim skrzydle. Władimir Putin zagroził nałożeniem sankcji na Armenię, jeśli będzie ona kontynuować proamerykańską i pronatowską ścieżkę. Premier Armenii Nikol Paszynian, którym kieruje zastępca dyrektora CIA David Cohen, ma zaplanowane w Waszyngtonie działania wspierające jego reelekcję za dwa dni. Wybory te nie wzbudziły większego zainteresowania, ale mogą odegrać kluczową rolę w wywołaniu kolejnego poważnego konfliktu światowego. Ponadto amerykańska obecność w Armenii mogłaby otworzyć nowe możliwości destabilizacji Iranu – kolejnego długoletniego sojusznika narodu ormiańskiego.
Biorąc wszystko pod uwagę, jest jasne, że amerykańskie imperium nie pójdzie drogą Wielkiej Brytanii ani Związku Radzieckiego i nie odejdzie po cichu.
Bez drastycznego zwrotu w historii świata Europa zmierza ku kolejnej wojnie eksterminacyjnej, która może rozlać się również na Azję. Zdesperowani i szaleni agenci w Waszyngtonie zdają się opracowywać plany z wyłączeniem broni jądrowej. Więźniowie nie tyle zarządzają azylem, ile dowodzą głównymi armiami europejskimi i azjatyckimi, i są zdeterminowani, by z nihilistycznej złośliwości uderzyć nimi w Rosję i Chiny, gdy tylko sami znikną ze światowej sceny.
Autorstwo: Eric Striker Wyszukał, opracował i udostępnił: Jarek Ruszkiewicz Źródło zagraniczne: Littoria.substack.com Źródło polskie: WolneMedia.net
Porządki międzynarodowe zawsze mają przed sobą wiele niewiadomych. Nie bez powodu scenę międzynarodową uznaje się za najbardziej tajemniczą w życiu społecznym i trudno poznawalną.
Największym jednak źródłem niepewności i ryzyka nie jest sama natura tej sfery rzeczywistości, lecz ignorancja towarzysząca jej poznaniu. Dotyka ona szerokich kręgów politycznych, medialnego komentariatu, a nawet – o zgrozo – środowiska uniwersyteckiego Wielu obserwatorów stosunków międzynarodowych ulega rozmaitym presjom i koniunkturom. Zamiast poszukiwać prawdy, zajmują się oni w sposób świadomy tworzeniem fałszywych diagnoz, tendencyjnych rekomendacji i bałamutnych wizji. W odpowiedzi na zapotrzebowanie polityczne odrzucają niewygodną wiedzę, stosują rozmaite niejednoznaczności, eufemizmy, omijają tematy tabu. W rezultacie zanika rozróżnienie między wiedzą a ignorancją, prawdą a fałszem.
Najwięcej szkód wywołuje komentowanie bieżących zdarzeń międzynarodowych przez niekompetentnych, a ściślej mało rozgarniętych polityków. Samo zasiadanie w parlamencie nie czyni z wszystkich posłów i senatorów wybitnych i wszechstronnych znawców czegokolwiek. Wieje grozą, gdy w rozmaitych przekazach medialnych popisują się samozwańcze pseudo-autorytety, które nie mają żadnego merytorycznego przygotowania, ale mają tupet i niczym nieuzasadnione przeświadczenie o swojej amatorskiej mądrości. Nie rozumieją norm porządkujących rzeczywistość międzynarodową, ani nie kontrolują dysonansów między światem powinności i realnego bytu. Pretendują ponadto do krytycznych ocen i moralizatorskich pouczeń wobec innych – zwłaszcza Rosji i Białorusi – co wynika z megalomanii i chełpliwości.
Całkowite oderwanie od realiów widać wyraźnie na przykładzie zawirowań wokół wiarygodności zobowiązań sojuszniczych NATO i Ameryki, wokół ukraińskich kampanii dezinformacyjnych, za które obwinia się wyłącznie Rosję, wokół zachodniej historycznej amnezji i licznych manipulacji medialnych, na przykład wokół Izraela. Promocja ignorancji ułatwia zakłamywanie rozmaitych zjawisk i procesów.
Wystarczy przywołać polityczny, medialny i akademicki dyskurs o prawach człowieka, które funkcjonują w sferze ideologicznej i propagandowej, ale są całkiem oderwane od realiów. Tym postawom towarzyszy ślepota wobec imperialistycznych praktyk w przeszłości i obecnie, wybiórcze podejście do systemów opresyjnych, przemilczanie jaskrawych form dyskryminacji i wyzysku.
Anatomia manipulacji
Innym przykładem zakłamania jest wmawianie obywatelom, że Polska jest suwerenna i niepodległa jak nigdy dotąd, podczas gdy we współczesnym porządku międzynarodowym żadne państwo nie sprawuje prawdziwie najwyższego, niepodzielnego władztwa, jakiego wymagają definicje prawne i politologiczne. Nieprawdą jest także równość suwerenna państw, jak sugeruje Karta Narodów Zjednoczonych. Suwerenność państw istnieje więc jedynie dzięki ignorancji co do jej empirycznej rzeczywistości. Obrońcy pełnej suwerenności i niepodległości sami sobie zaprzeczają, gdyż w tym samym czasie respektują przemożną rolę sieci i rynków, klękają przed potęgą wielkich korporacji, a także uczestniczą w sposób pośredni lub bezpośredni w rozmaitych interwencjach w sprawy wewnętrzne innych państw.
Nadawanie sensu zjawiskom i procesom oznacza w wielu przypadkach ucieczkę od wiedzy i informacji. Dzieje się tak z dwu różnych powodów. Albo dana sfera rzeczywistości jest nierozpoznawalna z natury (ignorancja ontologiczna), albo poznawczo niedostępna (ignorancja epistemologiczna). Zasadniczy problem w nauce o stosunkach międzynarodowych polega na tym, że badacze z powodów obiektywnych (np. brak dostępu do danych) nie są w stanie wniknąć w „naturę rzeczy”, albo też świadomie lub mimowolnie podtrzymują niewiedzę, sięgając do mitów, uproszczeń, niedopowiedzeń i przemilczeń.
Najczęściej taka aktywność ma charakter celowy, zaprawiony stronniczością i wyrachowaniem. Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że gdyby naprawdę zaczęto likwidować obszary ignorancji, choćby na temat charakteru reżimu politycznego na Ukrainie (korupcja, kradzież majątku narodowego, depopulacja, zamordyzm, haniebny kult zbrodniarzy), to mogłaby runąć cała konstrukcja fałszywej narracji, uzasadniającej ogromną pomoc udzielaną przez Zachód soldatesce ukraińskiej w Kijowie.
To nieprawda, że każdy naród ma wyłączne prawo do kultywowania pamięci swoich bohaterów, nawet gdy byli zbrodniarzami. Wspólnota Zachodu wypracowała po II wojnie światowej wiele reguł, zinternalizowanych w różnych państwach i regionach świata, aby nigdy więcej nie dawać przyzwolenia ideologiom i reżimom, pochwalającym ludobójstwo. Choć ciągle nie udaje się zapobiec recydywie katastrof humanitarnych, to jednak dzisiejszy trzon Zachodu (państwa NATO i Unii Europejskiej) ciągle wyznaje – przynajmniej deklaratywnie – te wartości. Z tego względu ma rację prezydent Polski, że Ukraina nie ma szans na wejście do wspólnot zachodnich ze swoim panteonem zbrodniarzy i kultem barbarzyństwa.
We współczesnych studiach międzynarodowych, wykorzystujących dorobek konstruktywizmu społecznego dowodzi się, że porządek międzynarodowy (a właściwie jego wyobrażenie) oparty jest na fabrykowaniu fałszywej wiedzy lub odwracaniu uwagi od faktycznych patologii i ukrywaniu niewygodnych faktów. Osławiony porządek liberalny, do którego z gorliwością neofity dołączały rządy państw pokomunistycznych, oparty był zawsze na subordynacji słabszych wobec silniejszych oraz na akceptacji ukrytych i jawnych form wyzysku. Robiono jednak wszystko po każdej ze stron, aby wizerunek zglobalizowanego kapitalizmu przedstawiać w jak najkorzystniejszym świetle. Mamiono ludzi postępem cywilizacyjnym, zatajając nowe formy zależności i podporządkowania.
W przedstawianiu struktury systemu międzynarodowego świadomie i celowo zacierano asymetrię władzy, a w rzeczywistości stosowanie dyskryminacji i podwójnych standardów wobec „późno-przychodzących”. W okresie ustrojowej transformacji ignorancja pozwalała na ucieczkę od nazywania źródeł społecznego zła (zawłaszczania majątku narodowego, ubóstwa, dehumanizacji, eksploatacji) i od wskazywania winnych tego stanu rzeczy. Spełniała zatem funkcję ochronną w procesie przemian. Z jednej strony celowe działania nowych elit kompradorskich, a z drugiej obojętność i naiwność gremiów społecznych powodowały, że procesy stowarzyszania się, a następnie integracji w ramach liberalnego porządku przebiegały w praktyce bez większego sprzeciwu. Opornych marginalizowano, a w skrajnych wypadkach eliminowano (w Polsce przypadek Andrzeja Leppera). Dopiero teraz następuje powolne przebudzenie, ale straty są nie do naprawienia.
Ignorancja i jej skutki
Niewiedza łagodzi negatywne skutki dysonansu poznawczego na tle hipokryzji i sprzeczności między deklaracjami władz a realiami społeczno-gospodarczymi. Niewątpliwie sprzyja promowaniu interesów różnych uprzywilejowanych i wpływowych aktorów. Upowszechnienie wiedzy o faktycznych mechanizmach sprawowania władzy i procesach zewnętrznego sterowania mogłoby spowodować wzrost niepewności i sprzeciwu, a w rezultacie chaosu. Rządzący robią więc bardzo dużo, zwłaszcza za pomocą usłużnych mediów, aby niewygodną wiedzę o patologiach społecznych poddawać kontroli i reglamentacji. Stąd strategie urzędowego przemilczania i zinstytucjonalizowanej amnezji.
Wspólnikiem „produkcji ignorancji” jest współczesne dziennikarstwo, które odwraca uwagę od spraw naprawdę ważnych czy istotnych, zwalcza „niewygodną wiedzę” i jej eksponentów, upowszechnia „nowomowę”, odwracając znaczenia terminów i dezawuując racjonalną argumentację. Media masowe tworzą na skalę przemysłową „szum informacyjny”, rozpowszechniając bałamutne informacje i „alternatywne” fakty.
Szczególny przypadek z polskiego podwórka dotyczy podważania zaufania opinii publicznej do realizmu politycznego. Trwa bezmyślne etykietowanie jego zwolenników, oparte na mechanizmie naznaczenia, dyskredytacji i stygmatyzacji. Silne reminiscencje historyczne i panująca rusofobia kierują ten nurt myślenia, którego nazwę pisze się celowo w cudzysłowie, albo ze skrótem „tzw.”, w stronę zdradzieckiej formacji prorosyjskiej („targowicy”). W ten sposób zawęża się jego przydatność analityczną i wartość wyjaśniającą w odniesieniu do gry wielkich potęg na przestrzeni dziejów. Tymczasem jest to jedna z najstarszych konceptualizacji stosunków międzynarodowych, której źródła sięgają antycznego histora Tukidydesa i jego „Historii wojny peloponeskiej”. Teoretyczny dorobek realizmu politycznego jest niezaprzeczalny.
Polscy politycy i publicyści najczęściej nie znają schedy XX-wiecznych realistów anglosaskich, począwszy od Edwarda H. Carra, Hansa Morgenthaua czy Kennetha Waltza. Wydają natomiast jednoznacznie negatywne opinie o myśleniu realistycznym, będąc faktycznie ignorantami w tej dziedzinie. Polski świat akademicki także unika sięgania po konstrukcje teoretyczne i założenia metodologiczne realizmu politycznego, aby nie stać się obiektem prymitywnej krytyki ze strony ignorantów. Chwalebnym wyjątkiem jest publikacja profesora W. Juliana Korab-Karpowicza pt. „Realizm polityczny. Ewolucyjna teoria stosunków międzynarodowych” (SCHOLAR, 2026). Sprowokowanie dyskusji wokół niej mogłoby zapobiec utonięciu dzieła w „produkcji ignorancji”.
Porządek międzynarodowy w sferach koncepcyjnej i realizacyjnej funkcjonuje zawsze dzięki temu, że dominujące mocarstwa, poddając uniwersalizacji swoje partykularne interesy, dążą do utrzymania systemu międzynarodowego we względnej równowadze. Ich hipokryzja i cynizm polegają na tym, że wykorzystują dla egoistycznych celów całe wspólnoty państw, podporządkowując je sobie w imię bezpieczeństwa, dobra wspólnego, pokoju czy ochrony praw człowieka. Liberalne demokracje nie różnią się pod tym względem od reżimów niedemokratycznych.
Wiara w kapryśnego hegemona
W polskiej wyobraźni politycznej na temat stosunków międzynarodowych istnieje ciągła tęsknota za ustanowionym raz na zawsze porządkiem międzynarodowym, który zapewniałby trwałe zakotwiczenie państwa w bezpiecznych i niezawodnych sojuszach. Takie myślenie ma charakter ahistoryczny i jest niestety produktem ignorancji. Każdy bowiem porządek społeczny, w tym międzynarodowy, jako zamknięty zespół wartości, norm i instytucji, które zapewniają stabilność i przewidywalność, istnieje jedynie w teorii. W praktyce mamy do czynienia ze stale zmieniającym się środowiskiem, w którym dynamika układów sił geopolitycznych determinuje mobilizację strategiczną, skierowaną na maksymalne zaspokojenie egoistycznych interesów.
Zwłaszcza państwa o rangach niemocarstwowych nigdy nie są pewne osiągniętego etapu konsolidacji porządku, do którego należą. Po latach względnego spokoju i stabilności zazwyczaj dochodzi do kumulacji sytuacji kryzysowych, które podważają skuteczność przywództwa i obniżają funkcjonalność sojuszy. Aby zaradzić negatywnym zjawiskom, przekierowuje się uwagę uczestników na zagrożenia zewnętrzne, a powszechna militaryzacja staje się zjawiskiem pierwszoplanowym. I znowu daje o sobie znać ignorancja, której efektem są potężne, często nietrafione wydatki na zbrojenia i przywiązanie do „bezalternatywnych” strategii rywalizacyjnych. W przypadku Polski jedynie przywrócenie normalności w stosunkach z Rosją może ograniczyć negatywne skutki irracjonalności w zachowaniach decydentów.
Oddawanie swojego losu i bezpieczeństwa w ręce kapryśnego hegemona świadczy nie tylko o braku mądrego wnioskowania z historii. Jest także dowodem samooszukiwania się i głębokiego upodlenia. Wyścig polskich notabli o łaskawość zaoceanicznego protektora w sprawie stacjonowania amerykańskich legionów jest objawem „zbiorowego infantylizmu”. Nie trzeba przecież specjalnego dowodu na to, że uzależniając się całkowicie od obcej „polisy ubezpieczeniowej”, polscy politycy pchają Polskę we wspieranie wszelkich awantur inicjowanych przez USA.
Poza polityką zbrojeń ignorancja połączona z brakiem wyobraźni rządzi także bezpieczeństwem energetycznym i żywnościowym, migracjami i zarządzaniem granicami. Doprawdy trudno pojąć logikę barykadowania Polski od strony Rosji i Białorusi, gdy tymczasem granica z Ukrainą, będącą w stanie wojny, jest miejscem wielu przemilczanych nadużyć, a państwo jest otwarte na imigrację jak nigdy przedtem. Brakuje ponadto debaty na poziomie politycznym i eksperckim na temat szkodliwych skutków jednostronnych uzależnień, a dogmatyzacja lojalności sojuszniczej „na dobre i złe” wobec Ukrainy uodparnia „reżim ignorancji” na zmiany i przewartościowania dotychczasowej strategii.
Ignorancja stoi na przeszkodzie właściwemu rozpoznaniu natury liberalnego porządku międzynarodowego. W istocie opiera się on na wspólnocie interesów dawnych potęg kolonialnych i brutalnych imperiów, których praktyki wobec podbijanych ludów miały charakter haniebny. To tam zrodził się rasizm i wszelkie możliwe formy opresji. Polska, która w swoim dziedzictwie historycznym powołuje się na własne wartości tolerancji, humanitaryzmu i solidarności, zamiast dystansować się od nikczemności idei i instytucji wymyślonych na Zachodzie, przyjmuje je bezkrytycznie, co jest niewątpliwie skutkiem głębokiej ignorancji. Nie wiadomo, czy rządzący zdają sobie sprawę z tego, że biorą na siebie odium za czyny nigdy niepopełnione przez Polaków.
Pułapka narracji historycznej
Będąc przez wiele dekad pryncypialnym uczestnikiem rozliczania zbrodni reżimów totalitarnych – nazizmu i stalinizmu – Polska afirmuje zachodnią narrację zwycięstwa w II wojnie światowej. Skutkuje to przyzwoleniem na włączenie do uznanej pamięci historycznej ukraińskich zbrodniarzy wojennych, winnych czystek etnicznych na Polakach Wołynia i Galicji Wschodniej. Wizja porządku międzynarodowego opartego na heroizacji zbrodniarzy ma zawsze charakter jątrzący i konfliktogenny. Prędzej czy później doprowadzi do kolejnej katastrofy w stosunkach między zwaśnionymi stronami. Szkoda, że polskie elity polityczne III RP, ogłupiane przez lata rusofobiczną propagandą, doprowadziły do zhańbienia pamięci o ofiarach banderowskiego ludobójstwa poprzez obojętność wobec oficjalnego na Ukrainie kultu zbrodniarzy, ale na domiar złego, brną dalej we wspieranie skorumpowanego reżimu kijowskiego, nieliczącego się z wrażliwością Polaków.
W związku z ludobójstwem Izraela w Gazie oraz odkryciem ogromnej korupcji w ukraińskich kręgach władzy, niemal na całym Zachodzie przyjęto tworzenie „prawdy alternatywnej”. Odwracanie uwagi i lekceważenie niewygodnej wiedzy bazuje na podkreślaniu „prawa Izraela do obrony”, a w przypadku Ukrainy wyolbrzymianiu jej roli w obronie wartości „wolnego świata”, których sama Ukraina nigdy nie przestrzegała i nie przestrzega. Każdy krytyk Izraela jest napiętnowany jako „antysemita”, a oskarżający Ukrainę z automatu nabywa miano „agenta Putina”. To tylko dwie ilustracje tego, jak liberalny porządek wykorzystuje umyślną ignorancję dla zaciemniania prawdy o przestępczej działalności rządów i armii.
Gdy dzięki prezydentowi Donaldowi Trumpowi zrezygnowano z idealizacji liberalnego porządku, okazało się, że nie obowiązują w nim żadne „wartości ani zasady”, którymi „czarowano” przez lata swoich i obcych. Nie oznacza to jednak, że populizm Trumpa nie sięga do podobnych praktyk ignorancji, które rażą swoją nachalnością i brakiem skrupułów. Przy wykorzystaniu nowoczesnych technologii wytwarzania wiedzy (przy zastosowaniu sztucznej inteligencji) dochodzi do algorytmicznego dobierania treści i zacierania w oczywisty sposób granic między prawdą a kłamstwem. W połączeniu z porażającą niekompetencją funkcjonariuszy publicznych prowadzi to do demontażu demokratycznych podstaw ustrojowych – rządów prawa i kontroli władz.
Kłamstwa i tupet
W oficjalnej propagandzie sięga się do jawnych zmyśleń i przeinaczeń, co obrazują wypowiedzi najwyższych funkcjonariuszy z prezydentem USA na czele, na przykład w odniesieniu do Iranu. Odwoływanie się w wielu sprawach do spiskowych tropów służy ignorantom do unikania dowodów empirycznych. Język debaty publicznej nie sięga do wyszukanych retorycznych popisów, ale celem wywołania emocjonalnych odruchów w społeczeństwie – do pospolitych obelg, inwektyw i zniesławień.
Na szczęście, są jeszcze przyzwoici ludzie, którzy ujawniają szkodliwe manipulacje i nadużycia władz. Dzięki wysiłkowi intelektualnemu i cywilnej odwadze amerykańskich dziennikarzy doszło na przykład do ujawnienia, że wojnę z Irakiem w 2003 roku oparto na sfabrykowanych dowodach i fałszywych zarzutach przeciw Saddamowi Husajnowi posiadania broni masowej zagłady. Warto przypomnieć najsłynniejszego sygnalistę i demaskatora w historii, Edwarda Snowdena, który w 2013 roku obnażył na łamach prasy bezprawne praktyki inwigilacji i prześladowań obywateli USA. W związku z kryzysem migracyjnym w Europie wielu uczciwych ludzi ujawniło głęboki rozdźwięk między retoryką humanitarną rządów państw unijnych a utrzymywaniem brutalnych reżimów granicznych.
Konkludując, można pokusić się o twierdzenie, że współczesny porządek międzynarodowy, będący mieszaniną dezynwoltury i chaosu, jest rezultatem świadomie konstruowanej ignorancji, systematycznej produkcji niewiedzy. Wielkim potęgom ciągle udaje się pod szyldami moralnej wyższości i cywilizacyjnego posłannictwa maskować sprzeczności między głoszonymi postulatami a faktycznymi, często haniebnymi i szkodliwymi zachowaniami.
Format współpracy środkowoeuropejskiej przeżywał wzloty i upadki. Ostatnio, w związku z wewnętrznymi animozjami politycznymi, był praktycznie martwy, a co najmniej uśpiony.
Wiele wskazuje jednak na to, że – wbrew licznym pesymistycznym prognozom – współpraca środkowoeuropejska wciąż zachowuje potencjał, i to na kilku płaszczyznach.
Ukraina – wspólny problem?
Stanowisko poszczególnych krajów z wyszehradzkiej czwórki (Polska, Słowacja, Węgry, Czechy) w sprawie najbardziej przepełnionej aktualną treścią, czyli wobec konfliktu na Ukrainie, nie było i nadal nie jest jednolite. Warszawa na przestrzeni ostatnich lat w sposób ewidentny blokowała rozwój współpracy w naszym regionie. „Musimy się przyznać do tego, że polskie rządy w latach 2022-2024 były tymi, które psuły relacje wewnątrz Grupy Wyszehradzkiej. To właśnie Polska sprawiała wrażenie, że nie chce współpracować z Węgrami, czy również w pewnym sensie ze Słowacją” – mówi nam poseł Roman Fritz (Konfederacja Korony Polskiej) z sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych. Mamy jednak pewne obiektywne, wspólne interesy, które łączą Warszawę, Bratysławę, Budapeszt i Pragę. Tym obiektywnym interesem jest w pierwszej kolejności powstrzymanie dalszej eskalacji, również przestrzennej, toczącej się wojny. Nieuchronnie to właśnie nasze cztery kraje (trzy spośród nich mają z Ukrainą bezpośrednią granicę) narażone są najbardziej na skutki i ryzyka dalszego trwania konfliktu. To również my (w przeważającej mierze Polska) przyczyniamy się do trwania owego niekorzystnego i ryzykownego dla nas konfliktu poprzez sprowadzenie naszego terytorium do roli tranzytowej dla przerzutów broni do Kijowa. Ewentualne odcięcie dostaw przez nasze terytorium, uzupełnione jeszcze o stosowne porozumienie w tej sprawie z Rumunią, właściwie w ciągu kilku miesięcy przyniosłoby kres krwawemu konfliktowi zbrojnemu u naszych granic.
Po zakończeniu wojny staniemy jednak znów przed obliczem wspólnego zagrożenia dla całego naszego regionu Europy. Tym zagrożeniem będzie geograficzne sąsiedztwo z rozsadnikiem przestępczości (handlu bronią, przemytu ludzi i substancji zakazanych), któremu będziemy musieli stawić wspólnie czoła, nie doprowadzając jednocześnie do zamknięcia wolnego ruchu granicznego między naszymi krajami.
Tradycja ochrony mniejszości
Europa Środkowa to tradycyjnie obszar przenikania się kultur. Jednocześnie to przestrzeń, na której ośrodkom zewnętrznym bardzo łatwo rozniecić konflikty etniczne i narodowościowe, prowadzące do podziałów i hamujące nie tylko integrację, ale wszelką współpracę w regionie. Problem liczącej około 100 tysięcy populacji węgierskiej na ukraińskim Zakarpaciu nie jest zatem sprawą do rozwiązania wyłącznie dla Budapesztu. Jest raczej wspólnym wyzwaniem, choć społeczności pozostałych narodów środkowoeuropejskich na Ukrainie są mniejsze (wspólnota polska uległa praktycznemu zanikowi wskutek prowadzonej najpierw przez Związek Radziecki, a później przez Kijów polityki). Nie zmienia to faktu, że wykazanie przez kraje naszej części Europy solidarności z Węgrami leży w interesie każdego z państw Grupy Wyszehradzkiej z osobna.
A z realizacją zawartych ostatnio przez Budapeszt i Kijów ustaleń w sprawie ochrony praw mniejszości mogą być poważne problemy. „Kijów nie będzie w stanie nad tym panować. Straszliwy konflikt zbrojny na terenie Ukrainy i de facto postępująca dekompozycja tego kraju pozwalają jednoznacznie stwierdzić, że trzeba poczekać na pokój i na okrzepnięcie jakiejś przyszłej administracji” – obawia się Roman Fritz .
Nieakceptowalne odwołania historyczne
Problem z mniejszościami wzmacnia ostatnio kwestia polityki historycznej Kijowa. Kolejne odwołania do tożsamości nacjonalistycznej, a właściwie etnocentrycznej, zarówno w duchu Stiepana Bandery, jak i innych nurtów ukraińskiego nacjonalizmu, tworzą grunt pod konfrontację ze wszystkimi sąsiadami, również tymi środkowoeuropejskimi. Warto pamiętać, że ofiarami ludobójstwa dokonanego przez UPA padali nie tylko Polacy, ale również inne grupy mniejszościowe, przede wszystkim Czesi. Wybór tożsamości politycznej przez Kijów niejako w naturalny sposób stawia go w opozycji wobec całej Grupy Wyszehradzkiej.
Słabość centralnego aparatu władzy na ogarniętej wojną Ukrainie sprawiać będzie jednak, że wiele zależeć będzie od czynnika samorządowego różnych szczebli. „W tej chwili dużo będzie zależało od samorządów na Ukrainie, w tym wypadku samorządów miast znajdujących się na terenie Zakarpacia, czyli Użhorodu i tak dalej. Jak tam będą postrzegane wzajemne relacje i kto tam będzie zarządzał? Mamy oczywiście w Polsce doświadczenia nieciekawe, jeżeli chodzi o samorządy ukraińskie, chociażby takie miasta jak Stanisławów, czyli obecnie Iwano-Frankiwsk, jak gdyby nigdy nic kultywują pamięć o pseudobohaterach przez nadawanie honorowego obywatelstwa miasta ludobójcom – Banderze i Szuchewyczowi” – mówi nam Roman Fritz.
Korzyści z dialogu
Trzy spośród czterech państw Grupy Wyszehradzkiej (Słowacja, Czechy, Węgry) w mniejszym lub większym stopniu spoglądają pragmatycznie na relacje z Rosją, przede wszystkim na ich wymiar gospodarczy. Węgry i Słowacja w dalszym ciągu importują rosyjskie surowce energetyczne, a ich władze otwarcie deklarują, że nie zamierzają z nich rezygnować, dopóki jest to opłacalne ekonomicznie. Polska i Czechy obiektywnie mogłyby zyskać na wznowieniu współpracy z Rosją, obniżając ceny paliw. Wizja traktowania Europy Środkowej jako hubu służącemu importowi i dystrybucji węglowodorów zza oceanu okazała się zbyt optymistyczna. Po prostu cena surowca amerykańskiego jest zbyt wysoka, by można było oprzeć na nim rozwój środkowoeuropejskich gospodarek. „Działania Magyara służą głównie kreacji lepszego wizerunku. Natomiast oczywiście twarde osie geopolityki pozostają bez zmian. Kraje leżą tam gdzie leżą, wyspy leżą tam gdzie leżą, rzeki płyną, tak jak płynęły i szlaki handlowe również. Mogę tylko uzupełnić, że wcale nie jest tak, że Węgry są skazane na najściślejszą współpracę z Niemcami, czy z Unią Europejską” – zauważa Roman Fritz. Wielowektorowość polityki węgierskiej to jednak nie tylko pragmatyczne podejście do stosunków z Rosją. To również współdziałanie z innymi liczącymi się graczami globalnymi, często wbrew naciskom tzw. Zachodu. W tej kwestii rząd Pétera Magyara zapewne niewiele zmieni. „Węgry mają znakomite relacje przede wszystkim z Chinami. Inwestycje chińskie na Węgrzech są naprawdę bardzo imponujące, stąd należy traktować ten kraj jako przyczółek chińskiej ekspansji na Unię Europejską” – ocenia poseł Konfederacji Korony Polskiej. Dodaje też, że w Budapeszcie spory nacisk kładzie się także na kierunek południowy polityki zagranicznej – współpracę z Rumunią czy Chorwacją.
Wspólny front w Europie?
W interesie wszystkich krajów Grupy Wyszehradzkiej leży wypracowanie wspólnego stanowiska wobec Brukseli, i to w co najmniej dwóch sprawach. Pierwsza to polityka Zielonego Ładu narzucana przez Brukselę, obok innych, nieracjonalnych ekonomicznie agend unijnych. Wyszehradzka czwórka mogłaby z powodzeniem koordynować swoje działania wobec Brukseli, od czasu do czasu pozyskując również wsparcie innych krajów członkowskich, przede wszystkim Rumunii i Bułgarii. Nowy rząd węgierski ma też jednak inne priorytetowe kierunki polityki zagranicznej. „Péter Magyar zapowiada ściślejszą współpracę z państwami niemieckojęzycznymi. To przeniesienie środka ciężkości; zacieśnia relacje i z Austrią i z Niemcami i wręcz zaprasza Niemcy do bycia czymś w rodzaju piątego koła tego wozu, który nazywamy Grupą Wyszehradzką. Świadczą o tym jego intensywne wyjazdy zagraniczne zapoczątkowane w Warszawie, ale potem przecież były Austria, Niemcy i Bruksela” – zauważa Roman Fritz.
Czy rzeczywiście są szanse na realną reaktywację formatu wyszehradzkiego? Poseł Fritz zauważa rolę innych, nie do końca zależnych od nas czynników: „Ja bym na to w ogóle spojrzał szerzej. To nie zależy nawet od Budapesztu czy od Warszawy, od Pragi i Bratysławy. To zależy od samej kondycji Unii Europejskiej, jej centrali i oczywiście głównego rozgrywającego, czyli Niemiec. Jeżeli sprawy już poszły za daleko i Unia Europejska ugina się pod własnym ciężarem, pod ciężarem przeregulowania gospodarki, tego neokomunizmu, który przejawia się we wspieraniu ruchów antytradycyjnych, tak to nazwijmy delikatnie – to siłą rzeczy następują jakieś tam pęknięcia. Do tej pory Grupa Wyszehradzka była jak gdyby taką małą jamą w tym wielkim konglomeracie unijnym, która pokazywała, że jest możliwa współpraca krajów mających bardzo zbliżony do siebie zarówno poziom gospodarczy, jak i wspólne, podobne pamięci historyczne, bo wszystkie te cztery kraje przecież pamiętały doskonale komunizm, satelickie zarządzanie przez Związek Sowiecki. Na tym tle doszło do naturalnej współpracy. Grupa Wyszehradzka jest rozgrywana jednak przez innych już od wielu lat i te pęknięcia są duże”.
Poseł Konfederacji Korony Polskiej jest sceptykiem co do rozszerzenia formatu współdziałania w naszym regionie. Dostrzega jednak obszary potencjalnej aktywności: „Pewnie pozwolą nam współpracować w Grupie Wyszehradzkiej na zasadzie wizerunkowej, drobnej współpracy przygranicznej, czy projektu Via Carpatia. Natomiast to nie będzie skutkowało niczym poważniejszym” – prognozuje.
Czy zatem wspólnota interesów ustąpi przed wpływami zewnętrznymi? Czas pokaże, jednak nasz region wciąż ma szansę, której może do końca nie zmarnować.
Istotą tej „wojny” jest jak dotąd strach: klasa polityczna uwierzyła, że grozi nam nieuchronnie „agresja rosyjska”, przez co zmusza się nas do nadzwyczajnych wydatków na zbrojenia na koszt obecnych i przyszłych pokoleń.
Jest rzeczą oczywistą, że robimy to również (głównie?) poprzez redukcję wydatków na cele cywilne: nie tylko o charakterze rozwojowym, ale również bieżącym – nawet na wydatki ochrony zdrowia (w NFZ zabrakło ponad 20 mld zł, zamykane są oddziały w szpitalach, a być może i całe szpitale); budżet nie dołoży tych pieniędzy, bo realizujemy wyśrubowany program zbrojeniowy. W podobny sposób reagują niektóre inne państwa NATO, ale nie wszystkie. Rosja podtrzymuje skrzętnie ten strach (głównie poprzez tzw. wrogą narrację). A może dajemy się okpić? Bo przecież dzięki tym wydatkom głównie finansujemy nierentowne fabryki przemysłu zbrojeniowego, zwłaszcza w USA, bo to mocarstwo jako eksporter (poza kilkoma surowcami) nie ma już nic więcej do zaoferowania. To jest system naczyń połączonych: nasze pieniądze, wydawane głównie za granicą, podtrzymują byt w sumie pasożytniczych branż, czyli ktoś się bogaci (nasze „przywództwo”), a my biedniejemy.
Kto więc obiektywnie zyskuje w naszej „zimnej wojnie” z Rosją: my, czy nasz „odwieczny wróg” (tu posługuje się językiem obowiązującym po to, aby nie spotkać się z zarzutem „siania dezinformacji”)? Poprawność nakazuje wskazywać nas jako „zwycięzców” (przynajmniej jak dotąd), bo, po pierwsze, mamy coraz więcej sprzętu wojskowego i możemy się trochę mniej bać „rosyjskiej agresji”; po drugie, możemy dalej słownie pomiatać „ruskimi”, a zwłaszcza do woli nazywać „zbrodniarzem” prezydenta Rosji; i, po trzecie, dalej kupować dużo droższą ropę oraz gaz ziemny od innych państw na złość Rosji. To wielkie przewagi a nawet zwycięstwa – może jeszcze nie na miarę „cudu nas Wisłą” i Odsieczy Wiedeńskiej, ale jeszcze nie powiedzieliśmy ostatniego słowa.
Rosja w tym czasie również wydaje krociowe sumy na wojsko (nawet dużo większe), wciąż nam „zagraża” i „niedługo zaatakuje jedno z państw NATO” (tak informują nasi oficjele). Ni mniej, ni więcej – oznacza to, że nie uzyskujemy jakiegokolwiek efektu odstraszenia. Rosja nie tylko nie chce kapitulować, nie prosi o pokój, nie deklaruje wypłaty odszkodowania „walczącej Ukrainie” (jej oligarchom?) oraz nie zapowiada „wydania Putina w ręce międzynarodowej sprawiedliwości”, a przede wszystkim nie chcę wycofać się ze wszystkich okupowanych ziem ukraińskich, łącznie z Krymem. Takie są przecież cele naszej polityki zagranicznej.
Jeśli wydatki publiczne w wysokości 5% na obronność są zbyt małe, aby Rosja po dobroci zrealizowała nasze żądania, to mamy dwa wyjścia: albo jeszcze wyżej podnieść kwoty tych wydatków, zwiększając nasz dług, lub wprowadzić nadzwyczajny podatek wojenny na kwotę kolejnych 5% PKB; albo – wyegzekwować nasze żądania siłą, bo jak wiemy (inaczej nam myśleć nie wolno) Rosja jest „słoniem na glinianych nogach” i tylko patrzeć jak zegnie kolana. Mamy więc do wyboru: dalej wykrwawiać się ekonomicznie, albo zarówno ekonomicznie, jak i być może bezpośrednio.
Można więc zadać retoryczne pytania: gdzie się znaleźliśmy po ponad 10 latach polityki proukraińskiej i czy to jest sukces czy porażka? Czy ktoś w ogóle bierze pod uwagę, że oczekiwane zwycięstwo Ukrainy będzie dla nas największym zagrożeniem; będzie to przecież regionalne mocarstwo, o dużo silniejszej od naszej armii, które nie będzie „wdzięczne” za naszą bezinteresowną pomoc, lecz wejdzie (już weszło?) w sojusz z RFN. Jest to wysoce prawdopodobne.
Może więc czas na zmiany po to, aby oddalić złe scenariusze.
Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” 6 czerwca 2026 michalkiewicz
Kiedyś studenci Uniwersytetu Jagiellońskiego zapytali księdza profesora Stefana Pawlickiego, jak to się stało, że w epoce Renesansu nastąpiła taka eksplozja twórczego ducha ludzkiego. Ksiądz profesor powiedział, że różni naukowcy wskazują na różne tego przyczyny, ale on chciałby zwrócić uwagę na jeszcze jedną. Otóż w epoce Renesansu było – powiada – bardzo wielu hojnych mecenasów, którzy za udane arcydzieła bardzo, dobrze płacili – a to szalenie pobudzało ducha twórczego w artystach.
Przypomniała mi się ta historia, kiedy Sejm uchwalił ustawę o finansowaniu przez rząd, czyli – przez Bogu ducha winnych podatników – składek emerytalnych artystów. Okazuje się bowiem, że nie wszystkich artystów stać na samodzielne opłacanie takich składek, więc nie ma rady – ktoś musi zapłacić je za nich. No a kto ma to zrobić, jak nie Bogu ducha winni podatnicy? Wzbudziło to bardzo gwałtowną dyskusję, a której wzięli udział nie tylko politycy, jak np. Wielce Czcigodny Sławomir Mentzen, który artystów niezdolnych do samodzielnego zapłacenia składki emerytalnej nazwał „nierobami” – ale również artyści, między innymi pani Joanna Szczepkowska, która w miarę upływu czasu sprawia wrażenie coraz bardziej zgorzkniałej.
W tej dyskusji zarysowały się dwa stanowiska. Pierwsze – że nie ma żadnego powodu, by zmuszać Bogu ducha winnych podatników do składania się na składkę emerytalną dla współobywatela, który nie potrafi na siebie zarobić. Drugie – że jeśli nawet nie ma powodów, by kogokolwiek zmuszać do składania się na taką składkę, to w przypadku artystów trzeba zrobić wyjątek. A dlaczego? A dlatego, że stanowią oni sól ziemi czarnej, tworzą kulturę, bez której nasz mniej wartościowy naród tubylczy zniknąłby, ja sól w ukropie.
Stefan Kisielewski zauważył kiedyś, że socjalizm bohatersko walczy z problemami, nie znanymi w innym ustroju. Musi walczyć z problemami, które sam tworzy – a walka ta nie ma końca. Zacznijmy od ubezpieczeń społecznych. Są one powszechne i przymusowe. A dlaczego? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, wyobraźmy sobie, że żadnego przymusu nie ma, że wszystko odbywa się na zasadach umownych. Jaką ofertę przedstawiłaby obywatelowi ubezpieczalnia? Ponieważ – obywatelu – zacząłeś uzyskiwać dochody, powinieneś połowę dochodu przekazywać nam. – No dobrze – odparły obywatel – ale co ja z tego będę miał? Uczciwa odpowiedź ubezpieczalni brzmiałaby następująco: kiedyś coś ci damy. Kiedyś – bo Sejm zawsze może zmienić wiek emerytalny – w w ostatnich latach zrobił to dwukrotnie – oraz coś – bo Sejm może zmienić sposób naliczania emerytury. Jestem pewien, że po takiej odpowiedzi nikt przy zdrowych zmysłach takiej umowy by nie podpisał. Dlatego ubezpieczenia społeczne są przymusowe, zbliżając się do opisanego w kodeksie karnym przestępstwa zmuszania kogoś do niekorzystnego rozporządzania mieniem. Dopóki jednak większość obywateli uważa ubezpieczenia społeczne za dobrodziejstwo i wielką zdobycz socjalną, dopóty będzie w ten i na różne inne sposoby orzynana. Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało!
Drugim problemem są artyści. Kto jest artystą? Wikipedia powiada, że każdy, kto tworzy dzieła sztuki. Ale podczas dyskusji w programie „Punkt widzenia Jankowskiego” dowiedziałem się, że artystą nie jest „każdy”, a tylko osoba, która ma dyplom ukończenia odpowiedniej szkoły. Gdyby, dajmy na to, w Kolegium Tumanum istniał Wydział Artystyczny, to jego absolwenci mieliby status artystów. Status artysty zatem nie zależy od tego, czy tworzy jakieś dzieła sztuki, czy nie, tylko czy ma wspomniany dyplom. Jeśli go ma, to jest artystą i koniec, kropka. Tak przedstawił sprawę pan reprezentujący związek zawodowy artystów, więc myślę, że wiedział, co mówi.
To bardzo ciekawe podejście, bardzo podobne do sytuacji w dawnych Chinach, gdzie istniała kasta mandarynów. Aby zostać mandarynem i korzystać z przysługujących im przywilejów, trzeba było przejść bardzo wiele egzaminów – podobnie jak to się dzieje w szkołach artystycznych. Taki mandaryn, który zadał sobie tyle trudu, by przebrnąć przez te wszystkie egzaminy, uważał, że przywileje z tego tytułu mu się należą, jak psu buda. Podobnie myślą też współcześni artyści i właśnie z tego powodu podawanie tych przywilejów w wątpliwość, budzi w nich taki sprzeciw i oburzenie.
Pozostaje jednak kultura, bez której nasz mniej wartościowy naród tubylczy zniknąłby jak sól w ukropie. Taką poważną zastawkę dają w charakterze uzasadnienia nałożenia na wszystkich obywatelu obowiązku składania się na składkę emerytalną dla artysty, który sam nie jest w stanie tego zrobić. No dobrze – ale dlaczego właściwie nie jest w stanie tego zrobić? Jak informował studentów UJ ks. prof. Stefan Pawlicki, eksplozja twórczego ducha ludzkiego w epoce Renesansu nastąpiła dlatego, że ówcześni liczni i hojni mecenasi, bardzo dobrze za dzieła sztuki płacili – ale za UDANE. A contrario wynika z tego, że za nieudane nie płacili.
Podążając tym tropem dochodzimy do wniosku, że w przypadku niektórych artystów przyczyną niemożności samodzielnego opłacenia przez nich składki emerytalnej jest brak zainteresowania ich produkcjami. Bo tak naprawdę jedynym kryterium oceny, czy coś jest dziełem sztuki, czy nie, jest okoliczność, czy podoba się ono komuś innemu. Owszem, są kryteria zbliżone do obiektywizmu. Na ich trop naprowadza nas język. W języku polskim jest słowo „ładny”. Oznacza ono, że w przedmiocie, który oceniamy, dopatrujemy się „ładu”, czyli – jak to nazywali starożytni Grecy – harmonii.
Jeśli tej harmonii nie ma, to w muzyce mamy kakofonię, w malarstwie – pacykarstwo, w rzeźbie – kamieniarstwo – i tak dalej. Sęk w tym, że tej oceny dokonuje odbiorca dzieła – i jeśli nie dopatrzy się tam ładu, to żadne perswazje nie pomogą. Dlatego artyści, zwłaszcza ci, którzy nie są do końca pewni swoich umiejętności, woleliby, żeby nie oceniali ich klienci, tylko urzędnicze komisje – i właśnie w tym kierunku zmierza wspomniana ustawa. Komisje bowiem kierują się innymi kryteriami, o czym świadczy definicja wielbłąda – że jest to koń zaprojektowany przez komisję.
Ciekawe, że projekt tej ustawy otrzymał nazwę „Lex Kapela” – ku czci pana Jasia Kapeli, który otrzymał rządową subwencję na stworzenie wierszy sławiących aborcję. Ja wprawdzie za artystę się nie uważam, ale myślę, że też potrafiłbym taki poemat napisać.
Początek mógłby być taki:
Już nie mogę się doczekać na subwencji porcję
Aby dzięki wsparciu Muzy wychwalać aborcję.
Wprawdzie mnie już osobiście ona nie zagraża
Lecz panienkom lekkomyślnym niestety się zdarza… –
i tak dalej.
Wspomniana ustawa, podobnie jak większość innych, stanowi fragment biegunki legislacyjnej, na którą najwyraźniej cierpi Sejm. Na szczęście pan prezydent Nawrocki próbuje tę biegunkę powstrzymywać.
Między negocjacjami, wojną dronów i nocnymi atakami istnieje zagrożenie, że wojna po raz kolejny wymknie się spod kontroli.
Podczas gdy oficjalne rozmowy nadal koncentrują się na negocjacjach, zawieszeniu broni i kanałach dyplomatycznych, rozmowa z byłym analitykiem CIA Larrym Johnsonem przedstawia zupełnie inny obraz: w Zatoce Omańskiej, w Cieśninie Ormuz i wzdłuż wybrzeża Iranu wydaje się, że nakręca się nowa spirala eskalacji.
Według nagrania wideo, podczas rozmowy odnotowano eksplozje w pobliżu irańskich instalacji morskich. Jednocześnie Centralne Dowództwo USA poinformowało o zestrzeleniu kilku irańskich dronów szturmowych. Źródła irańskie z kolei mówiły o strzałach ostrzegawczych oddanych w kierunku amerykańskich okrętów wojennych.
Agencja Reuters poinformowała również, że Iran twierdził, iż wystrzelił rakiety ostrzegawcze i drony w kierunku amerykańskich okrętów wojennych w Zatoce Omańskiej. Stany Zjednoczone zaprzeczyły kluczowym aspektom tej relacji. Agencja AP poinformowała również, że wojsko amerykańskie zestrzeliło irańskie drony w pobliżu Cieśniny Ormuz, a następnie zaatakowało irańskie systemy obrony wybrzeża.
Główna teza Johnsona: USA testują czerwone linie Iranu
Larry Johnson interpretuje te wydarzenia nie jako odosobnione incydenty, lecz jako element niebezpiecznej gry. Jego zdaniem Waszyngton najwyraźniej próbuje ustalić, jak daleko może się posunąć, nie wywołując szeroko zakrojonej reakcji Iranu.
Wskazuje na obecność amerykańskich tankowców KC-135. Takie samoloty zazwyczaj wskazują, że myśliwce są tankowane w powietrzu – co oznacza, że trwają lub są przygotowywane operacje wojskowe. Dla Johnsona to znak ostrzegawczy: start tankowców rzadko oznacza deeskalację konfliktu.
Jednocześnie dostrzega sprzeczność między publiczną retoryką Trumpa a jego działaniami militarnymi. Z jednej strony Trump nagle zaczyna mówić o Iranie z większym szacunkiem i unika agresywnego języka. Z drugiej strony, dochodzi do niemal nocnych ataków, incydentów z udziałem dronów i ataków na cele irańskie. Dla Johnsona świadczy to przede wszystkim o jednym: polityka amerykańska wydaje się chaotyczna, sprzeczna i niekontrolowana.
Strzały ostrzegawcze oddane w Zatoce Omańskiej
Centralnym punktem rozmowy jest rzekomy irański atak na amerykańskie okręty wojenne. Irańscy urzędnicy twierdzili, że użyli rakiet i dronów jako ostrzeżenia. Johnson uważa to za prawdopodobne w zasadzie – ale nie jako próbę faktycznego zatopienia amerykańskich okrętów.
Jego rozumowanie: Gdyby Iran rzeczywiście planował atak, prawdopodobnie postąpiłby inaczej. Postrzega to raczej jako sygnał: Stany Zjednoczone powinny powstrzymać się od pewnych działań w kierunku Cieśniny Ormuz lub irańskich interesów terytorialnych.
To jest geopolitycznie wybuchowe. Cieśnina Ormuz pozostaje jedną z najbardziej wrażliwych arterii energetycznych świata. Każdy incydent militarny w tym miejscu mógłby natychmiast zakłócić ceny ropy, ubezpieczenia, transport morski i stabilność regionu.
Nowe ataki USA – i kwestia odwetu
Podczas rozmowy przedstawiono nowe doniesienia o amerykańskich atakach na irańskie cele morskie. Johnson spodziewa się w takim przypadku irańskiej reakcji – prawdopodobnie silniejszej niż poprzednie kontrataki.
Szczególnie istotne jest pytanie, skąd przeprowadzono ataki. Gdyby samoloty lub drony były wystrzeliwane z baz w państwach Zatoki Perskiej, Iran mógłby rozważyć udział tych państw w operacji. Johnson wymienia możliwe miejsca rozpoczęcia ataku, takie jak Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kuwejt, Katar czy Arabia Saudyjska.
To zmienia konflikt z bezpośredniego konfliktu USA-Iran w regionalną reakcję łańcuchową. I to właśnie jest zagrożenie: każdy atak prowokuje reakcję, każda reakcja tworzy nowe uzasadnienie dla kolejnego ataku.
Trump między dyplomacją a eskalacją
Johnson uważa, że Trump wpadł w pułapkę, którą sam zastawił. Publicznie najwyraźniej chce pokazać, że zmusza Iran do zawarcia umowy. Jednocześnie nie może sprawiać wrażenia Obamy w polityce wewnętrznej, zwłaszcza w kwestiach takich jak zamrożenie irańskich aktywów.
Film podkreśla, że uwolnienie zamrożonych funduszy może być kluczem do osiągnięcia porozumienia. Jednak Trump tak mocno sprzeciwił się retorycznie polityce Obamy wobec Iranu, że każdy krok w tym kierunku będzie dla niego politycznie trudny.
Rezultat: Dyplomacja jest publicznie przedstawiana jako siła, podczas gdy w tle trwa eskalacja działań militarnych.
Izrael, Liban i drugi front
Kolejnym tematem rozmowy jest rola Izraela i ryzyko eskalacji konfliktu w Libanie. Johnson i jego rozmówca omawiają fakt, że Iran najwyraźniej określił Bejrut jako „czerwoną linię”. Izraelski atak na stolicę Libanu mógłby zostać zinterpretowany przez Teheran jako atak na sam Iran.
To byłaby dramatyczna eskalacja. Johnson porównuje tę logikę do klasycznych gwarancji sojuszniczych: ktokolwiek atakuje konkretnego sojusznika, musi liczyć się z odpowiedzią.
Jednocześnie rozmowa jasno pokazuje, że sam Liban jest niezwykle podatny na ataki. Nowa izraelska ofensywa mogłaby nie tylko uderzyć w Hezbollah, ale także ponownie otworzyć stare wewnętrzne linie podziałów w Libanie. Johnson rozważa nawet możliwość odrodzenia się libańskiej wojny domowej.
Kompleks USA-Izrael: broń, służby wywiadowcze i kontrola
Dyskusja staje się szczególnie krytyczna, gdy mowa o nowych propozycjach legislacyjnych USA i współpracy wojskowej z Izraelem. Johnson wyjaśnia, że niektóre struktury mogłyby najwyraźniej doprowadzić do ściślejszej integracji zamówień publicznych, technologii i finansowania między USA a Izraelem.
Jego krytyka: Jeśli takie programy znikną z budżetu Pentagonu i zostaną utajnione, nadzór parlamentarny stanie się trudniejszy. To, co wcześniej było bardziej transparentne w zakresie sprzedaży broni za granicę, może w przyszłości zostać jeszcze bardziej zakorzenione w tajnych strukturach obronnych.
To wpisuje się w szerszy schemat: Izrael nie tylko otrzymuje broń, ale także zwiększa dostęp do technologii, informacji i politycznych przystani. Johnson ujmuje to drastycznie: To pokazuje, „do kogo należy ten kraj”. To stwierdzenie jest jego oceną polityczną, a nie udowodnionym faktem – ale ujawnia istotę jego analizy.
Wojna informacyjna jako nowy front
Film omawia również izraelskie programy operacji psychologicznych, kampanii wpływu i manipulacji cyfrowej. Wspomina również o szkoleniach z zakresu propagandy, analizy grup docelowych, deepfake’ów, aktywizmu internetowego oraz metodach obchodzenia ograniczeń platform.
To jasno pokazuje: wojna toczy się nie tylko za pomocą pocisków, dronów i sankcji. Toczy się również poprzez percepcję, platformy, media i narracje.
Ten wymiar jest szczególnie istotny w wojnie izraelsko-irańskiej. Każda ze stron stara się przedstawić swoje działania jako reakcję, a działania przeciwnika jako prowokację. Ten, kto zyskuje przewagę w interpretacji wydarzeń, zyskuje wpływy polityczne.
Ukraina i Rosja: druga globalna oś eskalacji
Pod koniec rozmowa schodzi na Ukrainę. Johnson interpretuje ostatnie wypowiedzi Putina jako przejaw zdecydowanej determinacji. Szczególnie rosyjskie wyrażenie „Pracujcie, bracia” jest interpretowane jako wyrażenie o zabarwieniu historycznym – sygnał, że Rosja się nie cofnie.
Johnson dostrzega tu również logikę eskalacji: ataki dronów na cele rosyjskie, potencjalne operacje z regionu Morza Bałtyckiego, nowa pomoc USA dla Ukrainy i sankcje wobec Rosji – wszystko to dzieje się równolegle z rozmowami o projektach gospodarczych między Rosją a USA. Jego diagnoza również w tym przypadku brzmi: prawa ręka amerykańskiej polityki nie wie, co robi lewica.
Wniosek: Waszyngton bawi się kilkoma pożarami naraz.
Główne przesłanie tej rozmowy jest ponure: Stany Zjednoczone jednocześnie przewodzą lub wspierają kilka linii eskalacji – przeciwko Iranowi, poprzez Izrael w Libanie, przeciwko Rosji poprzez Ukrainę i na morzu wokół Cieśniny Ormuz.
Analiza Larry’ego Johnsona sprowadza się do jednego: nie ma żadnej dostrzegalnej, spójnej strategii. Są groźby, odwroty, nowe ataki, negocjacje, sankcje, dostawy broni i publiczne ustępstwa – wszystko naraz.
Właśnie w tym tkwi niebezpieczeństwo.
Państwo, które celowo eskaluje konflikt, może być nadal przewidywalne w pewnych okolicznościach. Jednak państwo, którego władze, wojsko, frakcje polityczne i zagraniczni sojusznicy jednocześnie działają w różnych kierunkach, staje się nieprzewidywalne.
Na Bliskim Wschodzie nieprzewidywalność może bardzo szybko stać się śmiertelnie niebezpieczna.
Ostatnie doniesienia o atakach dronów, strzałach ostrzegawczych w Zatoce Omańskiej i nowych atakach USA pokazują, że wojna się nie skończyła. Jest ona jedynie w nowej fazie – mniej widocznej niż poważna inwazja, ale potencjalnie jeszcze bardziej niebezpiecznej.
Ponieważ każdy nocny atak, każdy przechwycony dron i każdy pocisk w Zatoce Perskiej może być iskrą, która zamieni niewielką potyczkę w wojnę regionalną.
Podczas sesji zamykającej Międzynarodowe Forum Ekonomiczne w Sankt Petersburgu (SPIEF) Władimir Putin użył sformułowania, które moim zdaniem większość osób spoza Rosji przeoczyła lub zignorowała. Powiedział: „Pracujcie, bracia”. Najpierw pozwólcie, że wyjaśnię kontekst tych słów.
Zełenski opublikował otwarty list do Putina, który – jak sądzę, i wielu innych – został celowo zaplanowany tak, aby zbiegał się z sesją plenarną SPIEF… Był to prowokacyjny ruch mający na celu zakłócenie atmosfery forum. Putin został o to zapytany podczas sesji pytań i odpowiedzi ostatniej sesji. Nazwał list „ niegrzecznym ” i powiedział, że „ nie ma sposobu na zorganizowanie spotkania twarzą w twarz ”. Putin ujawnił, że rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow próbował pokazać mu list dwukrotnie – najpierw 4 czerwca, a potem tuż przed przybyciem do SPIEF na swoje przemówienie dziś rano (piątek, 5 czerwca). W swojej odpowiedzi odniósł się do listu w sposób lekceważący, tzn. nie uważał, aby był wart poważnej odpowiedzi.
Zamiast odnieść się do propozycji Zełenskiego, Putin całkowicie odrzucił list. Stwierdził, że adresatami listu są rosyjscy żołnierze i kombatanci na linii rozgraniczenia, mówiąc im:
Kraj jest z Ciebie dumny i pokłada w Tobie swoje nadzieje.Powinniśmy zwrócić się nie do autorów tego listu ani miłośników literatury epistolarnej, lecz do naszych żołnierzy na pierwszej linii frontu.
Następnie zakończył słowami: „Pracujcie, bracia!”
Aby zrozumieć znaczenie tego zwrotu, trzeba poznać Magomeda Nurbagandowa:
Magomed Nurbagandowicz Nurbagandow (9 stycznia 1985 – 10 lipca 2016) był porucznikiem policji w Gwardii Narodowej Rosji, stacjonującym w Kaspijsku w Republice Dagestanu. Z pochodzenia był Darginem, urodzonym we wsi Sergokała. Był, jak mówią, wybitnym uczniem – ukończył liceum ze złotym medalem, a następnie z wyróżnieniem wydział prawa Uniwersytetu Państwowego w Dagestanie.
Rankiem 10 lipca 2016 roku Nurbagandow spędzał wakacje z rodziną w pobliżu wioski Sergokala, gdy został zaatakowany przez pięciu uzbrojonych bojowników. Dowiedziawszy się, że jest policjantem, bojownicy wciągnęli go i jego brata do bagażnika skradzionego samochodu, wywieźli z terenu rekreacyjnego, a następnie zastrzelili. Morderstwo zostało sfilmowane telefonem komórkowym i opublikowane na stronie internetowej ekstremistów.Wikipedia
Cel bojowników był psychologiczny – chcieli, żeby pojawił się przed kamerami i wezwał swoich kolegów do odejścia z policji i zaprzestania walki. Zamiast tego, patrząc prosto w kamerę, Nurbagandow nawoływał: „Pracujcie dalej, bracia” (Работайте, братья) – czyn wymagający ogromnej odwagi.
Bojownicy opublikowali zmontowaną wersję nagrania, w której wycięli ostatnie słowa Nurbagandowa. Jego bunt został stłumiony – aż do interwencji losu. Kilku bojowników z grupy zginęło we wrześniu 2016 roku, a podczas badania zwłok znaleziono telefon komórkowy, którym nagrano oryginalne, nieedytowane nagranie. Pełne nagranie – z nienaruszonymi ostatnimi słowami Nurbagandowa – zostało następnie opublikowane przez rosyjskie władze. Fraza stała się viralem 12 września 2016 roku i stała się ogólnokrajową sensacją.
Od czasu publikacji nieedytowanego nagrania, fraza „ Pracujcie, bracia! ” była wielokrotnie słyszana w rosyjskim radiu i telewizji państwowej, wykorzystywana w mediach, przemówieniach publicznych, filmach dokumentalnych, apelach, raportach i kampaniach. Niosła ze sobą wielowarstwowe znaczenie – bunt w obliczu śmierci, lojalność wobec kolegów i odmowę bycia narzędziem propagandy przez wroga. Od tego czasu fraza ta zyskała znaczenie wykraczające poza kontekst walki z terroryzmem – jest szeroko stosowana w Rosji jako wyraz stoickiej wytrwałości i obowiązku zawodowego, szczególnie w kręgach wojskowych i organów ścigania.
Przywołując go przed międzynarodową publicznością w SPIEF , Putin złożył wielowarstwowe oświadczenie: że list Zełenskiego był wrogą propagandą, że należy traktować go z taką samą pogardą, jaką Nurbagandow okazywał swoim porywaczom, i że jedynymi ludźmi, do których warto się zwracać, są ci, którzy faktycznie walczą. Twarz Putina była ponura, gdy wypowiadał te słowa.
——————————————–
Zmieniając temat, chcę skomentować ostatnią wymianę pocisków i dronów między USA a Iranem w Zatoce Perskiej. Oto moja teoria: rozkaz wykonawczy, na podstawie którego działają siły amerykańskie, prawdopodobnie stanowi, że ich misją jest zapewnienie swobody żeglugi przez Cieśninę Ormuz oraz identyfikacja i zniszczenie systemów łączności i uzbrojenia w tym rejonie, które Irańczycy wykorzystują do przechwytywania statków.
Oto wyjaśnienie IRGC dotyczące tego, co się wydarzyło:
W imię Boga, pogromcy tyranów. Jeśli więc ktoś cię atakuje, atakuj go w ten sam sposób, w jaki on atakował ciebie.
Dziś o godzinie 1:30 rano cztery tankowce naruszające przepisy, sprowokowane i dowodzone przez inwazyjną armię amerykańską, próbowały nielegalnie opuścić Cieśninę Ormuz bez koordynacji i bez uwzględnienia ostrzeżeń wydanych przez Marynarkę Wojenną Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Po otrzymaniu ostrzeżenia jeden z tankowców został namierzony i zatrzymany, a pozostałe jednostki naruszające przepisy zawróciły.
Po tym incydencie, o godzinie 14:00, amerykańskie drony zaatakowały dwoma pociskami ośrodek łączności w Qeshm i kolejny w Sirik. W odpowiedzi na agresję armii amerykańskiej, która zabiła dzieci, natychmiast dwie amerykańskie bazy lotnicze w Kuwejcie, Ali Al-Salem, oraz pozostałe ważne obiekty w bazie morskiej Piątej Floty USA w Bahrajnie, zostały zaatakowane pociskami balistycznymi przez siły powietrzno-kosmiczne IRGC.
Możliwe, że Stany Zjednoczone wykorzystują tankowce jako przynętę, aby zidentyfikować irańskie pozycje ogniowe i środki łączności wykorzystywane do namierzania statków próbujących przepłynąć przez Cieśninę.
W tym momencie nie sądzę, aby Stany Zjednoczone wykorzystały te spotkania jako pretekst do powrotu do pełnej gotowości bojowej i przeprowadzenia zmasowanych ataków w Iranie. Pomimo tych potyczek morskich i powietrznych, wydaje się, że trwają poważne negocjacje. Nie wiem, czy zakończą się one sukcesem, ale Stany Zjednoczone są ewidentnie w sytuacji bez wyjścia.
Na początek dnia rozmawiałem przez 30 minut z moim kumplem Rasheedem Muhammadem:
Pułkownik Wilkerson i ja odbyliśmy naszą regularną piątkową rozmowę z Nimą:
Ray McGovern i ja odbyliśmy porywającą sesję z sędzią Napolitano:
Mario i ja zaczęliśmy rozmowę akurat wtedy, gdy zaczęły pojawiać się doniesienia o nowych atakach USA na Iran. Spekulowałem, że Iran wkrótce odpowie:
Opuściłem podcast Maria i zostałem poprowadzony przez Sulaimana, gdzie kontynuowaliśmy dyskusję na temat najnowszych wiadomości o atakach rakietowych. Po 40 minutach programu dowiedzieliśmy się, że Iran odpowiedział atakiem:
Dwadzieścia minut po pożegnaniu z Sulaimanem, producent Maria zadzwonił do mnie i błagał, żebym odwiedził go ponownie, aby omówić konsekwencje nowych strajków:
===================
Dziękuję za nieocenione wsparcie w postaci czasu poświęconego na czytanie i komentowanie. Nie pobieram opłat abonamentowych ani nie akceptuję reklam.
María Montserrat Alvarado, znana jako Montse (Meksyk, 13 listopada 1986 r.), jest meksykańską dziennikarką i menedżerką posiadającą obywatelstwo amerykańskie, która od 1 listopada 2026 r. będzie prefektem Dykasterii ds. Komunikacji Stolicy Apostolskiej.
W latach 2009–2023 Alvarado pracowała w Becket Fund for Religious Liberty, amerykańskiej organizacji prawniczej zajmującej się obroną wolności religijnej.[1][5] W tym okresie pełniła różne funkcje kierownicze, w tym dyrektora operacyjnego i dyrektora wykonawczego, zajmując się w szczególności komunikacją, relacjami instytucjonalnymi i strategią.[6] Następnie dołączyła do działu informacyjnego katolickiej sieci EWTN, gdzie rozpoczęła pracę jako prezenterka programu „EWTN News In Depth”[7]. W 2023 roku została mianowana prezesem i dyrektorem operacyjnym EWTN News.https://it.wikipedia.org/wiki/Maria_Montserrat_Alvarado
Czym jest Projekt Philos i dlaczego budzi kontrowersje?
Projekt Philoshttps://philosproject.org/ to wpływowa amerykańska organizacja o profilu chrześcijańsko-syjonistycznym, której celem jest budowanie mostów między chrześcijanami i Żydami, zwalczanie antysemityzmu oraz wspieranie państwa Izrael-3. Jest ona jednak ostro krytykowana w tradycjonalistycznych kręgach katolickich. Jej “głównym fundatorem” (core funder) jest żydowski miliarder Paul Singeren.wikipedia.org/wiki/Paul_Singer, znany ze wspierania neokonserwatywnych podmiotów geopolitycznych na Bliskim Wschodzie -2-3. Zarzuca się jej, że promuje wśród katolików teologię “podwójnego przymierza” (dual-covenant theology), zakładającą, że Żydzi mogą osiągnąć zbawienie bez wiary w Jezusa Chrystusa, co jest postrzegane jako sprzeczne z tradycyjnym nauczaniem Kościoła -2-9-10.
Związek Alvarado z Projektem Philos
Jak wynika z jej oficjalnego życiorysu na stronie Instytutu Acton, Alvarado zasiadała w radzie doradczej projektu Philos ds. spraw latynoskich -1-3. Jej aktywność na rzecz tej organizacji nie ograniczała się jednak tylko do formalnego członkostwa. W 2022 roku, jeszcze przed objęciem stanowiska w EWTN, wzięła udział w dyskusji online zatytułowanej “In Our Time (Nostra Aetate)” prowadzonej przez Simone Rizkallah z Philos Project-2-5. To właśnie podczas tego wystąpienia padły kluczowe, kontrowersyjne słowa.
Kontrowersyjna wypowiedź z 2022 roku
W trakcie rozmowy Alvarado odniosła się do koncepcji “supersesjonizmu“,który zdefiniowała jako pogląd twierdzący, że “chrześcijaństwo unieważnia wiarę żydowską”-2-5.
………………
Supersesjonizm, nazywany przez swoich zwolenników teologią wypełnienia[1], a przez przeciwników teologią zastąpienia[1], to chrześcijańska doktryna głosząca, że Kościół chrześcijański zastąpił naród żydowski, przejmując jego rolę jako ludu Bożego objętego przymierzem[2], a tym samym twierdząca, że Nowe Przymierze zawarte przez Jezusa zastąpiło lub wyparło Przymierze Mojżeszowe. Supersesjonistom wydaje się, że Kościół powszechny stał się „Nowym Izraelem” Boga, a więc to chrześcijanie są ludem Bożym, a nie Żydzi. Supersesjonizm, często uznawany przez późniejszych chrześcijan za pochodzący od apostoła Pawła w Nowym Testamencie, był podstawową doktryną wielu kościołów prawosławnych, rzymskokatolickich i luterańskich przez większość ich historii[6]. Wielu wczesnych ojców Kościoła, w tym Justyn Męczennik i Augustyn z Hippony, było supersesjonistami[7]. https://en.wikipedia.org/wiki/Supersessionism
………………
W swoim wywodzie Alvarado stwierdziła:
“Zamiast tego, że są naszymi braćmi i siostrami, a my idziemy ramię w ramię ku zbawieniu, a oni są narodem wybranym, pojawia się ta idea, że wszyscy Żydzi powinni stać się chrześcijanami, co oczywiście jest błędne” -2-3-5.
Istota sporu teologicznego
Krytycy, tacy jak portal LifeSiteNews, wskazują, że jej stanowisko jest sprzeczne z katolicką nauką o powszechnej konieczności zbawienia przez Jezusa Chrystusa. Przytaczają oni fragmenty Katechizmu Kościoła Katolickiego oraz wypowiedzi św. Jana Pawła II, które potwierdzają, że “zbawienie może przyjść tylko od Jezusa Chrystusa”-2. Dla tradycjonalistów, takich jak komentatorzy z portalu etosweb.pl, słowa Alvarado są “łagodnym, liberalnym humanitaryzmem, który zastępuje ewangelizację ‘towarzyszeniem’” i stanowią zaprzeczenie misyjnego nakazu Kościoła-8. Z kolei jej obrońcy, w tym samo środowisko Philos Project, twierdzą, że Alvarado jedynie potępiała antysemickie teorie “supersesjonizmu” i opowiadała się za wzajemnym szacunkiem w duchu soborowej deklaracji Nostra Aetate-3.
Źródła:
Relacja Marii Montserrat Alvarado z Projektem Philos jest więc znacznie głębsza niż zwykłe członkostwo w radzie. To zaangażowanie stało się powodem publicznej kontrowersji, która wybuchła tuż po jej nominacji watykańskiej. Poniżej znajdują się linki do źródeł, w których można śledzić omawiany spór:
Relacja Alvarado z Generacją Sion (Projekt Philos)
Aby w pełni zrozumieć powiązania Marii Montserrat Alvarado z tzw. Generacją Sion, należy najpierw wyjaśnić, że Generacja Sion (Generation Zion) nie jest odrębną organizacją, lecz bezpośrednią kontynuatorką misji Projektu Philos. Jak wynika z oficjalnych informacji samego Projektu Philos, organizacja ta “rozpoczęła nowy rozdział”, a jej misja jest kontynuowana przez dwie nowe struktury: Generację Sion (Generation Zion) oraz Konferencję Chrześcijańskich Prezydentów na rzecz Izraela (Conference of Christian Presidents for Israel – CCPI)-2. Innymi słowy, Generacja Sionprzejęła zasadniczą część działań Projektu Philos, szczególnie te skierowane do młodego pokolenia.
Czym jest Generacja Sion?
Według opisu na stronie Projektu Philos, Generacja Sion to inicjatywa, która “wyposaża kolejne pokolenie chrześcijan, aby z jasnością, odwagą i przekonaniem stali przy Izraelu i społeczności żydowskiej”-2. Poprzez działania na kampusach uniwersyteckich, publiczne świadectwo i formację przywódczą, Generacja Sion promuje ruch zakorzeniony w wierze i solidarności. Jest to więc bezpośrednie narzędzie realizacji celów Philos w środowiskach akademickich i wśród młodych liderów chrześcijańskich. https://philosproject.org/
Stanowisko Alvarado wobec krytyki
Warto dodać, że sama Alvarado broniła swojej współpracy z Philos Project. W wywiadzie dla Religion News Servicepo atakach z 7 października 2023 roku, określiła Philos jako organizację “bardzo wspierającą obronę społeczności żydowskiej”, która uczy o “miękkich formach antysemityzmu” -4. Pod jej kierownictwem EWTN wyemitowało ponad miesiąc programów o antysemityzmie i historii Holokaustu z udziałem żydowskich naukowców i historyków. https://www.gloria.tv/post/qvEBpBkxTcAL6ZaK4xiXA1KuJ
***
Wypowiedzi ekumeniczne Marii Montserrat Alvarado w Becket Fund for Religious Liberty
Maria Montserrat Alvarado spędziła około czternastu lat w Becket Fund for Religious Liberty, gdzie pełniła funkcje Wiceprezeski oraz Dyrektorki Wykonawczej, zanim w 2023 roku dołączyła do EWTN -2-7. Becket Fund to organizacja non-profit zajmująca się obroną wolności religijnej, która reprezentuje w sprawach konstytucyjnych przedstawicieli różnych wyznań – katolików, żydów, muzułmanów, sikhów, protestantów i innych -2-9. To właśnie to wieloreligijne środowisko pracy ukształtowało jej najbardziej znaczące wypowiedzi o charakterze ekumenicznym.
Deklaracja o przemieniającym spotkaniu z innymi tradycjami religijnymi
Najważniejszą i najbardziej osobistą deklaracją ekumeniczną Alvarado jest jej wypowiedź z 2024 roku, gdy odbierała nagrodę Religious Freedom Impact Award. Powiedziała wówczas:
“Spotkanie z głęboką wiarą ludzi z innych tradycji religijnych zmieniło moje serce na zawsze”-2-5.
Jest to cytat kluczowy, ponieważ pokazuje, że jej ekumeniczne nastawienie nie było wyłącznie stanowiskiem instytucjonalnym, ale osobistym, formacyjnym doświadczeniem. Przez lata pracy w Becket Fund, gdzie codziennie współpracowała z wyznawcami judaizmu, islamu, sikhizmu i innych religii, jej rozumienie innych tradycji uległo pogłębieniu.
Filozofia wolności religijnej: “Żadna religia nie jest wyspą”
W swoim wystąpieniu “Sex, Nuns and Martyrs: The Relevance of Religious Freedom” (zaprezentowanym jako OSV Talk), Alvarado przedstawiła trzy poziomy uzasadnienia dla obrony wolności religijnej, z których dwa mają wyraźnie ekumeniczny charakter -3.
“Lepszy powód” (The better reason) – jak to określiła – brzmi następująco:
“Żadna religia nie jest wyspą. Jeśli ty nie masz wolności religijnej, ja nie mam wolności religijnej”-3.
To stwierdzenie oddaje fundamentalną zasadę solidarności międzywyznaniowej, która przyświecała jej pracy w Becket Fund. Alvarado argumentowała, że wolność religijna nie może być traktowana jako przywilej zastrzeżony dla jednej tradycji – albo jest chroniona dla wszystkich, albo w ostateczności dla nikogo.
“Najlepszy powód” (The best reason) sięga jeszcze głębiej i ma charakter uniwersalistyczny:
“Najlepszy powód, i to naprawdę tam, gdzie dziś toczy się walka, jest taki, że walczymy o wolność religijną, ponieważ ludzie, którzy nie wierzą w nic – w gruncie rzeczy nihiliści – chcą zaatakować samą ideę wiary w cokolwiek. I musimy działać razem – ludzie, którzy wierzą w cokolwiek – aby chronić to ważne prawo człowieka”-3.
Jest to wezwanie do stworzenia szerokiej, międzyreligijnej koalicji wszystkich ludzi wiary przeciwko świeckiemu nihilizmowi. Alvarado postuluje tu sojusz oparty nie na teologicznej zgodzie, ale na wspólnym interesie w obronie religijnego wymiaru ludzkiego życia.
Obrona praw mniejszości religijnych – przykład Sikhów
Ekumenizm Alvarado nie ograniczał się do deklaracji – miał również wymiar praktyczny. Jako Dyrektorka Wykonawcza Becket Fund, nadzorowała działania prawne w obronie praw Sikhów do służby w amerykańskiej armii bez wyrzekania się swoich religijnych nakazów – turbanów, nieobcinanych włosów i brody-9.
W 2017 roku, komentując przyznanie nagrody Legal Service Award kancelarii McDermott Will & Emery za wieloletnią pro bono pomoc Sikhom, Alvarado powiedziała:
“Praca McDermott na rzecz zakończenia dyskryminacji religijnej w wojsku była niezbędna nie tylko dla Sikhów amerykańskich, ale dla wszystkich żołnierzy, których wiara podtrzymuje ich w służbie dla naszego kraju”-9.
To stwierdzenie pokazuje, że jej zaangażowanie w obronę wolności religijnej innych tradycji opierało się na przekonaniu, że wiara – niezależnie od jej konkretnej formy – odgrywa pozytywną rolę w życiu jednostek i społeczeństwa.
Zakończenie działalności w Becket Fund
Warto dodać, że jej ekumeniczne nastawienie, ukształtowane w Becket Fund, spotyka się dziś z krytyką ze strony tradycjonalistycznych środowisk katolickich po tym, jak papież Leon XIV mianował ją prefektem Dykasterii ds. Komunikacji -2-7. Krytycy zarzucają jej, że model współpracy międzyreligijnej wyniesiony z Becket Fund może wpływać na jej stanowisko w kwestiach teologicznych, takich jak misje wśród Żydów.
Dykasteria ds. Komunikacji została powołana przez papieża Franciszka w ramach szeroko zakrojonych reform Kurii Rzymskiej. Pod jej nadzorem znajdują się wszystkie watykańskie media, w tym portal Vatican News, dziennik „L’Osservatore Romano” oraz biuro prasowe Stolicy Apostolskiej. Celem dykasterii jest koordynacja i modernizacja przekazu medialnego Watykanu.
Sławomir Mentzen odniósł się do kilku ostatnich absurdalnych działań i wypowiedzi wiceminister sportu, Rzecznik Praw Dziecka oraz minister kultury. Choć wpis wydaje się być żartobliwy, to zadał przy tym kilka bardzo ważnych pytań.
W ostatnim czasie kilka spraw mocno uderzyło opinię społeczną w Polsce. Ze względu na koniec roku szkolnego, zacząć należy od pisma RPD, która przekonywała, że dawanie przez prywatną firmę lodów dzieciom za świadectwo z czerwonym paskiem może być dyskryminacją. Więcej o tym w artykule poniżej.
Z kolei minister kultury Marta Cienkowska broniła haraczu reprograficznego, wprowadzonego pod pretekstem dbania o twórców w Polsce. Przekonywała, że haracz nie uderzy w zwykłych ludzi, tylko w korporacje.
No i Żaneta Cwalina-Śliwowska, nowa wiceminister sportu uważa, że interesowanie się ludzi sportowcami to dyskryminacja kobiet. O tym więcej w tekście poniżej.
Do tych sytuacji odniósł się w trochę żartobliwy sposób Sławomir Mentzen. Zadał przy tym jednak kilka bardzo poważnych pytań.
„Wiceminister sportu Żaneta Cwalina-Śliwowska nie rozumie, dlaczego ludzie bardziej interesują się piłką nożną mężczyzn i Robertem Lewandowskim, zamiast piłką nożną kobiet i Ewą Pajor. Uważa, że to dyskryminacja kobiet” – napisał na X Sławomir Mentzen.
„Rzecznik Praw Dziecka Monika Horna-Cieślak nie rozumie, dlaczego lodziarnia chciała nagrodzić lodami dzieci z paskiem na świadectwie, a nie wszystkie dzieci. Uważa, że to dyskryminacja 'osób uczniowskich’” – kontynuował Mentzen.
„Minister kultury Marta Cienkowska nie rozumie, dlaczego artyści powinni sami się utrzymywać i sami płacić za siebie składki. Uważa, że to dyskryminacja artystów” – wyliczał dalej.
„Minister klimatu Paulina Henning-Kloska nic nie rozumie. Uważa to za dyskryminację” – czytamy w poście na X.
„Mam pytanie. Jak wygląda proces selekcji na wysokie stanowiska w państwie? Jakie są kryteria? Jak to się stało, że te cztery nic nierozumiejące panie, znajdują się na tak wysokich stanowiskach? Dlaczego tolerujemy to, że sporymi instytucjami zarządzają ludzie, którzy nie byliby w stanie zarządzać budką z lodami?” – zapytał Sławomir Mentzen.
Stany Zjednoczone domagają się, aby ich europejscy sojusznicy przyjęli „pełną odpowiedzialność” za swoją konwencjonalną obronę począwszy od tego lata.
Według raportu opublikowanego 26 maja przez Der Spiegel , Stany Zjednoczone realizują „fundamentalną restrukturyzację” swoich zobowiązań w zakresie bezpieczeństwa europejskiego, przechodząc od tradycyjnej strategii „dzielenia się obciążeniami” do strategii „przesuwania obciążeń”.
W ramach nowej wizji zwanej „NATO 3.0” Waszyngton oczekuje, że jego europejscy sojusznicy przejmą odpowiedzialność za całość konwencjonalnej obrony kontynentu.
W tym nowym kontekście Stany Zjednoczone będą przede wszystkim zapewniać odstraszanie nuklearne, a nie wszechstronne wsparcie militarne, które dotychczas gwarantowały.
Ta zmiana, która według raportu zaskoczyła europejskich polityków, wiąże się z drastycznymi cięciami amerykańskich zasobów wojskowych, które wcześniej były przeznaczone na „model sił zbrojnych NATO”.
Tłumaczenie „X” : Administracja Trumpa planuje cięcie zobowiązań wojskowych NATO, aby skupić się na Azji — Administracja Trumpa zaskoczyła europejskich sojuszników planami znacznego zmniejszenia ich wkładu wojskowego w NATO i wzywa państwa europejskie do szybkiego zamknięcia powstałej luki w zabezpieczeniach. Według doniesień niemieckiego Der Spiegel, wysoki rangą urzędnik Pentagonu podzielił się tą wiadomością podczas poufnego spotkania w siedzibie NATO w Brukseli, pozostawiając europejskich urzędników oszołomionych skalą zbliżającego się wycofania sił USA. Alexander Velez-Green, wysłannik sekretarza obrony USA Pete’a Hegsetha, poinformował sojuszników, że Waszyngton znacznie zmniejszy zasoby, które wnosi do puli łatwo dostępnych sił NATO. Planowane cięcia obejmują redukcję o jedną trzecią udziału myśliwców, mniejszą liczbę bombowców strategicznych i niszczycieli oraz całkowite wycofanie okrętów podwodnych z modelu sił zbrojnych NATO. Stany Zjednoczone zmniejszą również swoje zobowiązania dotyczące dronów operacyjnych, samolotów do tankowania w powietrzu i innych zasobów morskich. Chociaż Waszyngton zamierza utrzymać swoją siłę odstraszania nuklearnego w Europie, źródła wojskowe wskazują, że państwa europejskie mają obecnie przejąć główną odpowiedzialność za obronę konwencjonalną. Przedstawiciele USA uzasadniali cięcia, twierdząc, że ten krok dałby Pentagonowi większą elastyczność strategiczną w przekierowaniu zasobów na potencjalny konflikt w Azji, zamiast wiązać je formalnymi zobowiązaniami NATO.
Alexander Velez-Green, wysłannik Sekretarza Obrony USA Pete’a Hegsetha, niedawno poinformował sojuszników, że Waszyngton zamierza zmniejszyć o jedną trzecią liczbę samolotów bojowych oraz znacząco zredukować liczbę bombowców strategicznych, niszczycieli morskich i samolotów tankujących w powietrzu.
W raporcie wskazano, że Stany Zjednoczone planują całkowicie zaprzestać dostarczania okrętów podwodnych do puli NATO i oczekują, że Europejczycy dostarczą własne drony rozpoznawcze i bojowe.
Głównym powodem wycofania sił jest reorganizacja sił zbrojnych USA w regionie Azji i Pacyfiku, choć przedstawiciele władz zwrócili również uwagę na potrzebę elastyczności w przydzielaniu zasobów na operacje wojskowe w Azji Zachodniej i na półkuli zachodniej.
Według doniesień Waszyngton przygotowuje się na potencjalny „konflikt na dwóch frontach”, zaznaczając, że amerykański wywiad wskazał rok 2027 jako „kluczową datę”, kiedy Chiny mogłyby rozpocząć ofensywę na Tajwan.
Biorąc pod uwagę taką możliwość, USA nie chcą już, aby ich najważniejsze zasoby były „zamrożone” poprzez wiążące zobowiązania NATO.
Raport podkreśla niezwykle szybką transformację, w ramach której Stany Zjednoczone żądają, aby ich europejscy sojusznicy przedstawili do początku czerwca konkretne propozycje mające na celu zamknięcie tych nowo powstałych luk wojskowych, mając na celu sformalizowanie nowego modelu na szczycie w Ankarze w lipcu .
Choć oficjalnie kierownictwo NATO przedstawia ten krok jako sposób na zmniejszenie „nadmiernej zależności” od Stanów Zjednoczonych, europejscy dyplomaci uważają, że wymogi są o wiele bardziej rygorystyczne, niż oczekiwano, a europejscy szefowie państw i rządów są podobno zaskoczeni skalą i tempem żądań.
Podczas tajnych spotkań niektórzy przedstawiciele interpretowali naleganie USA na szybką realizację postanowień jako „pośrednie zagrożenie” dla tych, którzy nie zareagują szybko.
Zgodnie z nowym „podziałem obciążeń” prezydent USA Donald Trump ogłosił 22 maja, że wyśle do Polski kolejnych 5000 żołnierzy. Jak donoszą źródła, decyzja ta miała być motywowana osobistymi relacjami z prezydentem Polski Karolem Nawrockim i poparciem dla niego.
Decyzja ta „wywołała zamieszanie” w Pentagonie, gdyż jest sprzeczna z wcześniejszymi rozkazami redukcji amerykańskiej obecności wojskowej w Europie, takimi jak planowane wycofanie ponad 5000 żołnierzy z Niemiec.
Choć polskie władze z zadowoleniem przyjęły zwiększenie liczebności wojsk, przedstawiciele amerykańskiej obrony i dyplomaci skrytykowali tę zmianę kursu, uznając ją za nieprzemyślaną i wskazując, że stwarza ona wrażenie strategicznej niespójności, szczególnie teraz, gdy USA przygotowują się do poinformowania sojuszników z NATO o swojej przyszłej obecności wojskowej.
„Choć polskie władze z zadowoleniem przyjęły zwiększenie liczebności wojsk…” – nie mogę się powstrzymać: kiedy te „polskie władze” znajdą swoje wieszaki na latarniach?
Pekin może finansować się tanio i niemal bez ograniczeń, co pozwala mu przetrwać najważniejszą amerykańską strategię powstrzymywania Chin.
Wydaje się, że każdy dzień przynosi nowe, zapierające dech w piersiach twierdzenia, że amerykańsko-irańska „umowa” tylko czeka na podpisanie. Jak to często bywa, mediatorzy (Pakistańczycy i Katarczycy) liczą na manipulację obiema stronami, wmawiając jednej, że druga jest bliska porozumienia, mimo że tak nie jest – zwłaszcza w atmosferze skrajnej nieufności. W ten sposób mediatorzy liczą na to, że uda im się doprowadzić do ostatecznego porozumienia. To znana taktyka, która jednak często prowadzi do większego zamieszania i braku zaufania – zamiast do oczekiwanego rozwiązania.
Na tym etapie „plan” składa się tylko z dwóch głównych filarów: „ponownego otwarcia” Cieśniny Ormuz przez Iran (na warunkach Iranu) w zamian za zniesienie blokady morskiej USA oraz – w późniejszym terminie – porozumienia w sprawie rozwiązania problemu rozcieńczania irańskiego uranu wzbogaconego do 60% w zamian za zakończenie sankcji.
Powiedzenie, że diabeł tkwi w szczegółach, byłoby niedopowiedzeniem roku. Iran rozumie, że nagłówki Trumpa o „bliskiej umowie” mają na celu, po pierwsze, utrzymanie wysokiego kursu amerykańskiej giełdy i utrzymanie kontraktów terminowych na ropę znacznie poniżej ceny fizycznej dostawy. Po drugie, mają one na celu ukrycie faktu, że Trump może szukać wiarygodnego sposobu na zakończenie wojny poprzez szybkie, niekompletne porozumienie, które najprawdopodobniej byłoby w dużej mierze zgodne z warunkami Iranu.
Wszystkie inne kwestie – łącznie z kluczowymi szczegółami ewentualnego porozumienia nuklearnego – zostałyby odłożone.
Trump chce wstępnego ustępstwa ze strony Iranu, które będzie mógł przedstawić jako namacalny sukces – i które również zadowoli rynki. Ale Iran nie zamieni swojej przewagi militarnej, strategicznej dominacji, jaką osiągnął w wojnie, ani Cieśniny Ormuz na mgliste zapewnienia mediatorów. Iran nie ufa Stanom Zjednoczonym ani trochę.
Ali Akbar Velayati, starszy doradca irańskiego Najwyższego Przywódcy, zauważa:
Historia pokazuje, że wszyscy, którzy dążyli do hegemonii – od Aleksandra Wielkiego, przez Czyngis-chana, po Trumpa – ostatecznie zginęli w samym sercu starożytnej cywilizacji irańskiej. Tym razem czerwona linia Iranu jest jasna: same dokumenty i podpisy nie dają żadnej gwarancji. Namacalną gwarancją przetrwania jakiegokolwiek porozumienia jest Cieśnina Ormuz.
„Ponieważ geografia nie kłamie i jest ostatecznym sędzią każdej umowy spisanej na papierze”.
Mediatorzy naturalnie desperacko pragną uniknąć kolejnej rundy wojny. Iran jednak domaga się konkretnych szczegółów. To dylemat Trumpa. Chce on szybkiego zwycięstwa, ale sama sugestia rozwodnionego, niekompletnego porozumienia – głównie na warunkach Iranu – ściągnęła na niego gniew proizraelskiej klasy miliarderów (opór był silny), a Izrael (prawdopodobnie zachęcany przez te same kręgi) następnie zniweczył zawieszenie broni Trumpa, rozpoczynając militarny atak na Liban i Gazę, łamiąc tym samym zawieszenie broni jako warunek konieczny jakiegokolwiek porozumienia.
Trump jest pod presją podjęcia działań (każdy ruch potencjalnie pogarsza jego sytuację, strategiczną lub wewnętrzną).
Widzieliśmy tę samą zygzakowatą, improwizowaną niestrategię, doskonale zilustrowaną na kultowych zdjęciach z wizyty Trumpa w Pekinie – Trump improwizował; żadnego przygotowania; szczyt „od podszewki”.
Obraz ten może definiować tę epokę – ikonicznym momentem był prezydent USA sprawiający wrażenie przegranej, podczas gdy prezydent Xi pewnie pokazywał, kto ma kontrolę.
Można by zapytać, dlaczego klasa proizraelska ryzykowałaby ruinę Zachodu ekonomicznymi konsekwencjami długotrwałego zamknięcia Cieśniny Ormuz, co mogłoby być skutkiem ich wściekłego weta wobec proponowanego przez Trumpa „porozumienia”? Być może dlatego, że od czasu kryzysu z 2008 roku i wynikającego z niego strukturalnego transferu bogactwa z realnej gospodarki do sfinansjalizowanej „elity traderów”, „wielkie żydowskie pieniądze” wydają się być odporne na kryzysy gospodarcze. Mogą nawet postrzegać je jako „szansę” (gdy aktywa stają się tanie).
Wpływ Iranu oznacza – jeśli nie jako bezpośrednia przyczyna, to z pewnością jako czynnik wyzwalający – punkt zwrotny w znaczącej reorganizacji globalnej geopolityki. Dla Izraela to zła wiadomość. Obecna narracja izraelska głosi, że brak porozumienia jest lepszy niż złe porozumienie, ponieważ Izrael może powrócić do wojny z Iranem w każdej chwili za rok lub dwa.
Oczywiście, nikt w to nie wierzy. Izrael nie może prowadzić wojny z Iranem bez pełnego wsparcia USA. A Ameryka jutra prawdopodobnie będzie miała inne relacje z Izraelem niż dzisiaj.
Nahum Barnea napisał w Yediot Aharonot:
„My [Izrael] pogrążamy się w niekończącej się wojnie na trzech, a może czterech frontach, utrzymując terytoria, które do nas nie należą, z żołnierzami, których nie mamy, w krwawej wojnie z wrogami, których nie jesteśmy w stanie odstraszyć – a to wszystko bez zapewnienia naszym obywatelom prawdziwego bezpieczeństwa. Izrael musi wyrwać się z irańskiej pułapki. [Ale] Netanjahu jest ostatnią osobą, która ma możliwość, by nas z niej uwolnić”.
Rosja również się zmienia (częściowo pod wpływem Iranu). Jej strategiczna cierpliwość się wyczerpała, a niedawny śmiertelny atak ukraińskiego drona na akademik w rosyjskim mieście Starobielsk, w którym zginęło co najmniej 21 osób, głównie dziewczyny i młode kobiety, został w Moskwie nazwany „kroplą goryczy”. Rosyjska opinia publiczna jest słusznie oburzona.
Moskwa obwinia stolice europejskie i Kijów za niedawne ukraińskie ataki dronów i rakiet głęboko na terytorium Rosji, przeprowadzone z wykorzystaniem przestrzeni powietrznej NATO w celu ominięcia rosyjskiej obrony powietrznej. Co więcej, Rosja oficjalnie poinformowała Waszyngton (w rozmowie telefonicznej z Marco Rubio w Indiach), że również obciąża stolice europejskie i Kijów odpowiedzialnością za upadek porozumienia Anchorage Framework.
Rosja oświadczyła, że zamierza pozbawić Ukrainę możliwości przeprowadzania dalszych ataków oraz wyeliminować ośrodki decyzyjne, które planują i kierują atakami na Rosjan – nawet jeśli oznacza to śmierć personelu amerykańskiego i europejskiego. 15 kwietnia rosyjskie Ministerstwo Obrony opublikowało listy zawierające nazwy i adresy ponad 20 europejskich firm i spółek joint venture, które rzekomo dostarczały Ukrainie drony i podzespoły. Wysocy rangą rosyjscy urzędnicy, w tym wiceprzewodniczący Rady Bezpieczeństwa Dmitrij Miedwiediew, jednoznacznie określili te podmioty jako „potencjalne cele” rosyjskich sił zbrojnych.
Europa została ostrzeżona.
Po raz kolejny wydaje się, że szczyty Trump-Xi i Putin-Xi w Pekinie zwiastują przejście do trudniejszej ery geopolitycznej.
Wydaje się, że te dwa szczyty skłoniły Chiny do porzucenia dotychczasowej powściągliwości, aby przeciwdziałać amerykańskim próbom rozszerzenia wykorzystania dolara kosztem juana. „Główna strategia” Departamentu Skarbu USA polega na ograniczeniu przewagi konkurencyjnej Chin poprzez zwiększenie kosztów kapitału i energii. Początkowo Stany Zjednoczone próbowały tego za pomocą ceł, ale bezskutecznie, a następnie podjęły próby podniesienia kosztów dostaw energii do Chin poprzez blokady (wobec Iranu i Wenezueli).
Ale jeśli Trump chce kompleksowego konfliktu handlowego, Chiny wydają się teraz gotowe – koniec z „miłym panem”.
Chiny nie odpowiadają sankcjami ani rakietami, ale mówiąc precyzyjniej: wywierają presję na gospodarkę USA, ograniczając przepływ kapitału do strefy dolara.
Ustawy US Genius Act i Clarity Act mają na celu odciągnięcie inwestorów od walut lokalnych na rzecz kryptowalut opartych na dolarze i zabezpieczonych obligacjami skarbowymi USA. Zwiększyłoby to popyt na dolary i stworzyło nowy popyt na amerykańskie obligacje.
Krótko mówiąc: Stany Zjednoczone chcą przyciągnąć na swoje rynki jak najwięcej kapitału zagranicznego za pośrednictwem kryptowalut – jako substytutu słabnącego petrodolara.
Chiny odpowiadają, ograniczając przepływ chińskiego kapitału na rynki amerykańskie. Władze ścigają brokerów w Hongkongu. Chińskie oszczędności – największe na świecie – nie będą już dostępne.
Po drugie, Chiny otworzą nowe centrum handlu złotem w Hongkongu. To wzmocni juana i umożliwi handel ropą naftową w zamian za złoto.
Po trzecie, Euroclear planuje przyjąć chińskie obligacje jako zabezpieczenie.
Sean Foo wyjaśnia:
„Jeśli Euroclear zaakceptuje chińskie obligacje, będą one traktowane jak gotówka i staną się częścią globalnej infrastruktury finansowej”.
„Chiny mają ponad 50 bilionów dolarów depozytów bankowych – więcej niż UE, USA i Japonia razem wzięte. To tworzy stabilny popyt krajowy na obligacje”.
Podsumowując: wraz ze wzrostem napływu kapitału do chińskich obligacji, koszty finansowania Chin pozostają niskie. Pekin może zatem finansować się tanio i niemal bez ograniczeń – i w ten sposób przetrwać amerykańską strategię powstrzymywania Chin.
Sztuczna inteligencja kojarzy się nam z niematerialną chmurą, wirtualnymi asystentami i błyskawicznym przetwarzaniem danych w cyfrowej przestrzeni. Rzeczywistość jest jednak znacznie bardziej namacalna i obciążająca dla środowiska. Nowy raport przygotowany przez Instytut Wody, Środowiska i Zdrowia Uniwersytetu Narodów Zjednoczonych (UNU-INWEH) rzuca światło na mroczną stronę cyfrowej rewolucji. Okazuje się, że rozwój AI wiąże się z gigantycznym zapotrzebowaniem na zasoby naturalne, z których najmniej dostrzegalnym, a najbardziej krytycznym, jest woda.
Według prognoz badaczy z ONZ, do 2030 roku centra danych będą zużywać dwa razy więcej energii elektrycznej i wody niż obecnie. Przyczyną jest gwałtowny wzrost zapotrzebowania na usługi oparte na generatywnej sztucznej inteligencji, które wymagają ogromnej mocy obliczeniowej. Przetwarzanie miliardów parametrów w modelach językowych generuje kolosalne ilości ciepła, a jedynym skutecznym sposobem na zapobieżenie przegrzaniu serwerów jest ich intensywne chłodzenie.
Liczby przedstawione w raporcie są alarmujące. Szacuje się, że do 2030 roku globalne zużycie wody przez centra danych może osiągnąć poziom 9,3 biliona litrów. Aby uzmysłowić sobie skalę tego zjawiska, badacze porównali tę ilość do podstawowych potrzeb domowych ludzi. Ilość wody pochłaniana przez infrastrukturę AI będzie odpowiadać zapotrzebowaniu 1,3 miliarda osób. To tak, jakby nagle do globalnego systemu wodnego dołączyła populacja niemal jednego i pół miliarda nowych mieszkańców, których jedynym celem byłoby zasilanie serwerowni.
Przez lata debata publiczna na temat wpływu technologii na planetę koncentrowała się głównie na emisji dwutlenku węgla i śladzie węglowym. Raport UNU-INWEH wskazuje jednak, że takie podejście jest zbyt wąskie i prowadzi do błędnych pomiarów kosztów środowiskowych. Eksperci podkreślają, że AI generuje nie tylko emisje, ale przede wszystkim ogromny „ślad wodny” oraz „ślad gruntowy”.
Woda jest niezbędna nie tylko do bezpośredniego chłodzenia maszyn w centrach danych, ale także w procesach produkcji energii elektrycznej, która zasila te obiekty.
Problem staje się szczególnie palący w regionach już teraz borykających się z deficytem wody. Budowa wielkich centrów danych w miejscach, gdzie zasoby wodne są ograniczone, może prowadzić do konfliktów o dostęp do wody pitnej i rolniczej. Kiedy korporacje technologiczne konkurują o te same zasoby co lokalne społeczności, zagrożone zostaje bezpieczeństwo wodne całych regionów.
Kolejnym aspektem, na który zwracają uwagę badacze, jest zajmowana przestrzeń. Rozbudowa infrastruktury niezbędnej do obsługi AI wymaga ogromnych terenów. Przewiduje się, że do 2030 roku tzw. ślad gruntowy centrów danych przekroczy 14 500 km2. Obejmuje to nie tylko same budynki serwerowni, ale także całe łańcuchy dostaw i infrastrukturę energetyczną potrzebną do ich funkcjonowania.
Sytuacja jest o tyle trudna, że tempo rozwoju sztucznej inteligencji wyprzedza tempo wdrażania ekologicznych rozwiązań. Choć giganci technologiczni deklarują dążenie do neutralności klimatycznej, rzeczywiste dane pokazują, że zapotrzebowanie na energię i wodę rośnie szybciej, niż są w stanie redukować ich zużycie. Optymalizacja algorytmów i poszukiwanie nowych metod chłodzenia, takich jak systemy zamknięte czy wykorzystanie wody morskiej, są krokiem w dobrym kierunku, ale wciąż nie nadążają za skalą inwestycji.
Raport ONZ jest jasnym sygnałem dla rządów i organizacji międzynarodowych, że czas na wprowadzenie bardziej rygorystycznych regulacji dotyczących budowy i eksploatacji centrów danych. Przezroczystość w raportowaniu zużycia wody stała się kluczowym elementem walki o zrównoważony rozwój. Bez precyzyjnych danych o tym, ile litrów wody „kosztuje” jedno zapytanie wysłane do bota AI, trudno będzie zarządzać kryzysem wodnym na poziomie globalnym.
Sztuczna inteligencja obiecuje nam rozwiązanie wielu problemów ludzkości, od medycyny po walkę ze zmianami klimatu. Jednak paradoksem jest to, że narzędzie, które ma nam pomóc chronić planetę, w obecnej formie staje się jednym z jej największych obciążeń. Jeśli nie zmieni się podejście do projektowania infrastruktury cyfrowej, cena za postęp technologiczny może okazać się zbyt wysoka, a jej głównym kosztem będzie dostęp do najcenniejszego zasobu Ziemi.
Rzecznik Praw Dziecka nie ma dobrej prasy. Jej ideologiczny bełkot w sprawie rzekomo nagannej praktyki nagradzania uczniów darmowymi lodami za świadectwa z paskiem ma swoją kolejną odsłonę. Okazuje się bowiem, że na radości z darmowych lodów nie koniec, bo minister „odebrała” też dzieciom… płeć.
Mocne słowa krytyki padły na antenie Polsat News z ust red. Grzegorza Jankowskiego po interwencji Rzecznik Praw Dziecka w pszczyńskiej lodziarni. Urzędniczce nie spodobała się kultywowana tam od 25 lat tradycja nagradzania wzorowych uczniów darmową porcją lodów.
Sprawa ma jednak też inna odsłonę. Otóż w oficjalnym piśmie skierowanym do przedsiębiorcy, Monika Horna-Cieślak zaapelowała m.in. o rozważenie odstąpienia od tego typu praktyk handlowych, bądź podjęcie działań promujących równość w taki sposób, aby w tym szczególnym czasie, jakim jest zakończenie roku szkolnego, docenić każdą młodą osobę uczniowską na równi…
Tego było za wiele. Red. Jankowski nie skrywał oburzenia i postanowił publicznie oznajmić co myśli o działaniach RPD: „Pani Rzecznik, czy Pani nazwała moją córkę, która ma niecałe 16 lat i jest uczniem w tej chwili, osobą uczniowską? Czy Pani nazwała moją córkę i miliony dzieci w Polsce w tej chwili, które są uczniami, osobami uczniowskimi? Dlaczego Pani zabrała płeć mojej córce? Kto Pani dał do tego prawo? (…) Niech Pani się odczepi od mojej córki i od dzieci. Tak Pani powiem, Pani rzecznik. Pani nie powinna być rzeczniczką. Szkoda każdej złotówki z moich podatków na Panią, na Pani urząd. Moja córka nie jest żadną osobą uczniowską. Rozumie to Pani? – oznajmił.
Na 1 lipca 2026 r. Bractwo Kapłańskie Świętego Piusa X planuje święcenia czterech biskupów bez zgody papieża. W opublikowanym właśnie oświadczeniu bp Athanasius Schneider twierdzi, że spór nie ogranicza się do zagadnień dyscyplinarnych w Kościele, lecz dotyka głębszych kwestii doktrynalnych i liturgicznych, które – jego zdaniem – pozostają obecne w Kościele katolickim od czasu Soboru Watykańskiego II.
Poniżej prezentujemy całość dokumentu zatytułowanego The Core Question Regarding the Priestly Society of Saint Pius X:
PODSTAWOWE PYTANIE DOTYCZĄCE BRACTWA KAPŁAŃSKIEGO ŚWIĘTEGO PIUSA X
Bp Athanasius Schneider
Pytania i problemy związane z Bractwem Kapłańskim Świętego Piusa X (FSSPX) są przedmiotem w dużej mierze bezowocnej debaty od ponad pięćdziesięciu lat. Obecnie osiągnęły one punkt kulminacyjny w postaci zapowiedzianych konsekracji biskupich, które nie zostały jeszcze zatwierdzone przez Stolicę Apostolską. Dyskusja ta była podsycana emocjami – często wręcz dosłownie cum ira et studio („z gniewem i stronniczością”) – i jest nierzadko prowadzona przez osoby, które nie znają bezpośrednio odpowiednich dokumentów ani nie mają osobistego doświadczenia z FSSPX. W wielu przypadkach ich wiedza jest powierzchowna i ukształtowana przez z góry przyjęte osądy. W rezultacie debata często przypomina dialog głuchych, w którym te same argumenty są bez końca powtarzane, bez jakiegokolwiek rzeczywistego postępu.
Co więcej, debata ta w dużej mierze pomija zasadniczą kwestię podnoszoną przez FSSPX. To niepowodzenie wynika z fundamentalnego błędu metodologicznego oraz braku opartego na faktach uzasadnienia w odniesieniu do obiektywnych niejasności doktrynalnych i liturgicznych, które leżą u podstaw całego sporu. W swej istocie konflikt ten koncentruje się wokół kwestii prawdy.
1. Sobór Watykański II w kontekście pozostałych dwudziestu soborów powszechnych
Pierwszy błąd polega na traktowaniu soboru duszpasterskiego – w tym przypadku Soboru Watykańskiego II – tak, jakby był on w całości soborem dogmatycznym, oraz na założeniu, że wszystkie jego wypowiedzi należy uważać za definitywnie przedstawione i wiążące dla wszystkich katolików. Zwolennicy takiego podejścia pomijają fakt, że sam Paweł VI stwierdził:
„Są tacy, którzy pytają, jaką władzę, jaką kwalifikację teologiczną Sobór zamierzał nadać swoim naukom, wiedząc, że unikał wydawania uroczystych definicji dogmatycznych angażujących nieomylność kościelnego Magisterium. Odpowiedź jest znana każdemu, kto pamięta deklarację soborową z 6 marca 1964 r., powtórzoną 16 listopada 1964 r.: ze względu na duszpasterski charakter Soboru uniknięto ogłaszania w sposób nadzwyczajny dogmatów opatrzonych znamieniem nieomylności” (Audiencja Generalna, 12 stycznia 1966 r.).
Dotyczy to również dwóch „dogmatycznych” konstytucji Soboru – Dei Verbum i Lumen gentium – ponieważ przymiotnik „dogmatyczny” ma szersze znaczenie i nie ogranicza się wyłącznie do dogmatów rozumianych jako nauki obdarzone nieomylnością.
Wśród pozostałych dwudziestu soborów powszechnych można znaleźć liczne wypowiedzi i dokumenty o charakterze duszpasterskim lub dyscyplinarnym, które obecnie nie mają już zastosowania (na przykład dekret IV Soboru Laterańskiego stwierdzający: „Jeżeli władca świecki zaniedba oczyszczenie swojego terytorium z heretyckiego plugastwa, zostanie związany więzami ekskomuniki”), jak również niedefinitywne wypowiedzi doktrynalne (na przykład dotyczące materii i formy sakramentu święceń z Soboru Florenckiego), które zostały później skorygowane przez Magisterium Kościoła.
Nie można absolutyzować każdej konkretnej historycznej formy sprawowania władzy w Kościele, ponieważ prowadziłoby to do zatarcia koniecznego rozróżnienia między z jednej strony niezmiennymi i trwałymi prawdami wiary (Depositum Fidei), a z drugiej – różnymi sposobami ich przekazywania (np. wypowiedzią duszpasterską, niedefinitywną wypowiedzią doktrynalną czy definicją ex cathedra), z których każdy posiada odmienny stopień autorytetu i mocy wiążącej.
Obecnie jednak, aby pozostawać w pełnej komunii ze Stolicą Apostolską, należy przyjąć te stwierdzenia i nauki Soboru Watykańskiego II, które mają charakter duszpasterski i z punktu widzenia natury magisterialnej są niewątpliwie niedefinitywne. Rodzi to ważne pytanie: dlaczego bezwarunkowa akceptacja tekstów Soboru Watykańskiego II jest przedstawiana jako conditio sine qua non (warunek absolutnie nieodzowny) pełnej komunii ze Stolicą Apostolską, podczas gdy nie istnieje porównywalny wymóg w odniesieniu do duszpasterskich, dyscyplinarnych lub niedefinitywnych nauk poprzednich dwudziestu soborów powszechnych?
Wśród niedefinitywnych nauk Soboru Watykańskiego II znajduje się kilka takich – szczególnie dotyczących wolności religijnej, ekumenizmu, dialogu międzyreligijnego oraz kolegialności – których sformułowania są niejednoznaczne i trudne do pogodzenia z doktrynami nauczanymi konsekwentnie przez Magisterium od epoki Ojców Kościoła aż do okresu bezpośrednio poprzedzającego Sobór.
Istnieje również kwestia rytualnych i doktrynalnych niedoskonałości Novus Ordo Missae. Tego rodzaju zastrzeżeń nie można już po prostu odrzucać bez rozważenia, czego przykładem jest między innymi świadectwo archimandryty Bonifacego Luykxa zawarte w jego książce A Wider View of Vatican II: Memories and Analysis of a Council Consultor (Angelico Press, Brooklyn, Nowy Jork, 2025). Niedostatki Novus Ordo Missae pozostają przedmiotem poważnej dyskusji i nie mogą być po prostu pomijane. Mimo to Stolica Apostolska wymaga od Bractwa Świętego Piusa X uznania nie tylko ważności, lecz również legalności i słuszności reformy liturgicznej wyrażonej w Novus Ordo Missae.
2. Dwie współczesne skrajności w życiu Kościoła: legalizm i papocentryzm
Rozwiązanie kwestii FSSPX jest utrudnione nie tylko przez niechęć do uczciwego intelektualnie zmierzenia się z leżącymi u jej podstaw problemami doktrynalnymi oraz do uznania istnienia niejasności doktrynalnych wymagających korekty, lecz także przez niezdrową mentalność, która rozwinęła się w Kościele na przestrzeni ostatnich kilku stuleci. Chodzi mianowicie o prymat legalizmu, czyli pozytywizmu prawnego, połączony z nadmiernym papocentryzmem, który zbliża się do quasi-ubóstwienia zarówno urzędu, jak i osoby papieża.
Te współczesne przesady zniekształcają i ograniczają życie Kościoła, podporządkowując nadrzędną troskę o czystość i jasność wiary oraz liturgii wymogom legalizmu i papocentryzmu – zjawisku obcemu Ojcom Kościoła i wielkiej Tradycji. W tej wyolbrzymionej formie papocentryzmu papież i jego nauczanie, nawet gdy nie mają one charakteru ściśle dogmatycznego ani definitywnego, bywają traktowani tak, jakby posiadały absolutny i niemal boski charakter. Klimat życia kościelnego był często kształtowany – przynajmniej pośrednio – przez założenia zbliżone do takiego sposobu myślenia.
Większość komentatorów obecnego sporu wokół konsekracji biskupich w FSSPX pozostaje, często nieświadomie, pod wpływem skrajności legalizmu i przesadnego papocentryzmu, które charakteryzują znaczną część współczesnego życia kościelnego. Przepis prawny, zgodnie z którym konsekracje biskupie dokonane bez papieskiego upoważnienia – lub wbrew wyraźnie wyrażonej woli papieża – stanowią akt schizmatycki, był obcy epoce Ojców Kościoła. Co więcej, norma ta weszła w życie dopiero w drugim tysiącleciu.
Kanon 1387 Kodeksu Prawa Kanonicznego z 1983 roku, który zakazuje udzielania sakry biskupiej bez mandatu papieskiego, został zaliczony do kategorii „Przestępstw przeciwko sakramentom”, a nie do „Przestępstw przeciwko wierze i jedności Kościoła”, gdzie penalizowana jest schizma (kan. 1364). Gdyby konsekracja biskupia bez mandatu papieskiego była ze swej natury aktem schizmatyckim, zostałaby umieszczona wśród przestępstw „przeciwko jedności Kościoła”.
Odpowiadający mu kanon w Kodeksie z 1917 roku również został zaliczony do kategorii „Przestępstw przy udzielaniu i przyjmowaniu święceń oraz innych sakramentów” (tytuł XVI), a nie do kategorii „Przestępstw przeciwko wierze i jedności Kościoła” (tytuł XI).
3. Nadzwyczajny stan kryzysu, a nawet sytuacja nadzwyczajna, w Kościele
Od czasu Soboru Watykańskiego II Kościół katolicki doświadcza atmosfery ogólnej dwuznaczności, niejasności i niepewności w odniesieniu do ważnych doktryn, takich jak wyjątkowość Chrystusa Odkupiciela, wyjątkowość Kościoła katolickiego, ustanowiona przez Boga monarchiczna struktura Kościoła (zarówno na poziomie powszechnym, jak i lokalnym) oraz ofiarniczy charakter Mszy Świętej.
Jest rzeczą niewątpliwie oczywistą, że osoby sprawujące władzę administracyjną w Stolicy Apostolskiej w ciągu ostatnich dziesięcioleci – i sprawujące ją również obecnie – domagają się od FSSPX, jako conditio sine qua non do pełnej komunii ze Stolicą Apostolską, zaakceptowania faktycznie istniejącego klimatu doktrynalnej i liturgicznej niejednoznaczności oraz relatywizmu, który osiągnął swoje apogeum w obecnym, niezwykle dezorientującym procesie synodalnym obejmującym cały Kościół.
Od czasu Soboru, za sprawą niektórych spośród wspomnianych niejednoznacznych nauk, trwa proces zmierzający do ustanowienia – z autorytetem Biskupa Rzymu – tak zwanego „Kościoła Soboru Watykańskiego II” (Church of Vatican II) lub „Kościoła soborowego” (Conciliar Church).
Tendencja ta, występująca obecnie pod nową nazwą „Kościoła synodalnego” (Synodal Church), zmierza zasadniczo do stworzenia religii relatywistycznej, dostosowanej do świata. Próby maskowania tego nowego kierunku ku niejednoznacznej, relatywistycznej i światowej formie Kościoła katolickiego za pomocą hermeneutyki ciągłości są nieuczciwe i nieprzekonujące.
4. Dylemat sumienia Bractwa Świętego Piusa X
Stolica Apostolska wymaga od FSSPX przyjęcia, jako conditio sine qua non do pełnej komunii ze Stolicą Apostolską oraz uregulowania sytuacji kanonicznej, doktryn sformułowanych w sposób niejednoznaczny i niemających charakteru definitywnego. Dotyczy to między innymi nauczania o wolności religijnej, ekumenizmie, dialogu międzyreligijnym (w tym np. stwierdzenia zawartego w Lumen Gentium 16, że muzułmanie wraz z katolikami „oddają cześć jedynemu i miłosiernemu Bogu”), kolegialności biskupiej (rozumianej w sposób osłabiający ustanowioną przez Boga monarchiczną strukturę Kościoła) oraz reform liturgicznych związanych z Novus Ordo Missae.
Stolica Apostolska wymaga również od FSSPX formalnego uznania deklaracji i nauczania papieży posoborowych należących do tak zwanego autentycznego i zwyczajnego Magisterium. Obejmuje to między innymi niektóre stwierdzenia zawarte w adhortacji Amoris Laetitia, które poważnie podważają, a nawet przeczą Bożemu Objawieniu; formalne zezwolenie papieża Franciszka na przystępowanie do Komunii Świętej przez osoby rozwiedzione żyjące w nowych związkach; oraz deklarację Fiducia Supplicans dotyczącą błogosławieństw dla par tej samej płci.
Jeżeli z intelektualną uczciwością spojrzy się na nadzwyczajny kryzys, który dotknął Kościół od czasu Soboru, wraz z towarzyszącymi mu niejasnościami oraz relatywizmem doktrynalnym, liturgicznym i duszpasterskim, wówczas istnienie i działalność FSSPX mogą być postrzegane – w perspektywie długofalowej i w świetle dwutysiącletniej historii Kościoła – jako dzieło Bożej Opatrzności oraz źródło pomocy dla Kościoła w kryzysie o niespotykanej dotąd skali.
Czytając niedawne dokumenty przełożonego generalnego FSSPX, ks. Davide Pagliaraniego, zwłaszcza Wyznanie wiary katolickiejoraz jego Przesłanie do Bractwa i wiernych(załączone poniżej), trudno nie dostrzec głęboko katolickiego ducha, przenikniętego autentyczną wiarą w prymat papieski i synowskim oddaniem wobec osoby Najwyższego Pasterza.
Problem, przed którym stoi FSSPX, nie jest trudny do zrozumienia. Stolica Apostolska wymaga od Bractwa przyjęcia, bez istotnych zastrzeżeń, pewnych obiektywnie niejednoznacznych i niedefinitywnych nauczań Soboru Watykańskiego II, niejednoznacznych wypowiedzi posoborowego Magisterium papieskiego oraz obiektywnych niedoskonałości doktrynalnych i rytualnych Novus Ordo. Tymczasem Bóg nigdy nie wymagał przyjmowania doktryn niejasnych lub sformułowanych dwuznacznie, a Kościół przez całą swoją historię postępował zgodnie z tą zasadą.
FSSPX uważa za jeden ze swoich zasadniczych powodów istnienia odważne (cum parrhesia) wzywanie do powrotu do absolutnej jasności i czystości doktryny, którą Kościół zawsze starał się zachowywać na przestrzeni wieków. W przeszłości papieże znosili prześladowania, męczeństwo, a nawet schizmy, zamiast tolerować najmniejszą choćby niejednoznaczność w wyrażaniu wiary.
Do najbardziej znanych przykładów należą: odrzucenie niejednoznacznego określenia homoiousios; odrzucenie Henotikonu, który, choć nie był formalnie heretycki, niemniej jednak osłabiał jasność doktryny chrystologicznej i ułatwiał szerzenie się monofizytyzmu; oraz odrzucenie niejednoznacznych sformułowań chrystologicznych papieża Honoriusza I (+638). Kilku papieży potępiło Honoriusza pośmiertnie nie za herezję, lecz za doktrynalną niejednoznaczność i za sprzyjanie szerzeniu się herezji.
Jedność sama w sobie nie jest ostatecznym kryterium prawdy. Historia Kościoła zna liczne sytuacje, w których istniało napięcie między Tradycją a faktycznym sprawowaniem władzy kościelnej.
Sam fakt, że niektóre nauczania Soboru Watykańskiego II wraz z reformą liturgiczną doprowadziły – i nadal prowadzą zarówno w teorii, jak i w praktyce – do osłabienia jasności doktrynalnej, zobowiązuje papieża, na wzór wielu jego heroicznych poprzedników, do ich wyjaśnienia i, tam gdzie to konieczne, skorygowania. Powinno się to dokonać z tak odnowioną precyzją i jasnością doktrynalną, aby nie pozostawić miejsca dla interpretacji dwuznacznych lub błędnych.
W tym kontekście szczególnie aktualna pozostaje zasada, którą od dawna kierowali się papieże:
„Dwuznaczność nigdy nie może być tolerowana na synodzie (soborze), którego główna chwała polega przede wszystkim na jasnym nauczaniu prawdy i wykluczaniu wszelkiego niebezpieczeństwa błędu” (Pius VI, Auctorem fidei).
Tragedia obecnej sytuacji polega na tym, że Stolica Apostolska wymaga od FSSPX przyjęcia istniejącego stanu doktrynalnej i liturgicznej niejednoznaczności jako conditio sine qua non do pełnej komunii i uregulowania sytuacji kanonicznej.
W czasie sporu monoteletyckiego, gdy papież Honoriusz I zajął niejednoznaczne stanowisko, święty Sofroniusz z Jerozolimy wysłał do Rzymu swojego sufragana, Stefana, biskupa Dory, do Rzymu, polecając mu udać się do Stolicy Apostolskiej, gdzie znajdują się fundamenty prawowiernej doktryny, i nie ustawać w modlitwie oraz prośbach, dopóki odpowiedzialni za Kościół nie zbadają i nie potępią nowego błędu. Biskup Stefan pozostał w Rzymie przez dziesięć lat, wytrwale realizując tę misję, aż doczekał potępienia herezji przez papieża Marcina I na Soborze Laterańskim w 649 roku.
W pewnym sensie FSSPX pełni dziś podobną rolę, nieustannie wzywając Stolicę Apostolską do zakończenia stanu doktrynalnej i liturgicznej niejasności oraz niepewności. Bractwo wielokrotnie deklarowało, że nie ma innego celu niż formowanie dusz powierzonych jego opiece duszpasterskiej na dobrych chrześcijan i prawdziwych synów oraz córki Kościoła rzymskiego.
Ostatecznie należy być Bractwu wdzięcznym za tę rolę; przyszli papieże z pewnością będą.
5. Duszpasterskie rozwiązanie problemu Bractwa Świętego Piusa X przez papieża
Stolica Apostolska powinna należycie rozważyć Wyznanie wiary katolickiej oraz Przesłanie do wiernych, wydane przez przełożonego generalnego FSSPX, i uznać te dokumenty oraz związane z nimi działania za wystarczające i spełniające minimalne warunki komunii kościelnej. Nałożenie ekskomuniki w obecnym czasie otworzyłoby nową, niepotrzebną i możliwą do uniknięcia ranę w Mistycznym Ciele Chrystusa.
W świetle tych dokumentów i działań Bractwa papież, kierując się ojcowskim sercem, mógłby uczynić wyjątek i zezwolić na konsekracje biskupie jako gest prawdziwie wielkodusznej troski duszpasterskiej. Nakładając ekskomunikę na biskupów udzielających sakry i na nowo konsekrowanych biskupów, Najwyższy Pasterz karałby pośrednio również wiernych FSSPX – część swojej owczarni – którzy szczerze go kochają i uznają jego autorytet, lecz z powodu tego, co postrzegają jako rzeczywisty dylemat sumienia, nie widzą innej możliwości niż dalsze korzystanie z opieki duszpasterskiej FSSPX. Dla istnienia Bractwa posługa biskupia pozostaje bowiem niezbędna, zwłaszcza do sprawowania sakramentów święceń i bierzmowania.
Dlatego FSSPX prosi, wyłącznie dla dobra dusz i dobra Kościoła, aby w obecnych okolicznościach Najwyższy Pasterz okazał zrozumienie dla jego potrzeby posiadania biskupów i zezwolił na konsekracje biskupie. Niestety, pomimo tego, co Bractwo uważa za obiektywny dylemat sumienia, jest ono najczęściej przedstawiane jako schizmatyckie i pyszne.
W duchu wielkoduszności Najwyższy Pasterz, jako prawdziwy ojciec, mógłby zbudować most ku FSSPX, tej części swojej owczarni, i wyjątkowo dopuścić konsekracje biskupie, aby stworzyć klimat, w którym dzięki większemu wzajemnemu zaufaniu można byłoby cierpliwie i stopniowo znaleźć rozwiązanie kwestii doktrynalnych oraz odpowiadających im rozwiązań prawnych. Dzisiejszy Kościół synodalny powinien być zdolny do takiej duszpasterskiej szerokości spojrzenia i hojności. W świetle licznych hojnych ekumenicznych deklaracji i inicjatyw ostatnich dziesięcioleci powinien on również wykazać zdolność rozwiązywania poważnych problemów kościelnych poprzez dialog, cierpliwość i zrozumienie wewnątrz samego Kościoła katolickiego.
Niedawno kardynał Pietro Parolin, sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej, potwierdził, że w odniesieniu do odstępstw niemieckich biskupów Stolica Apostolska nie chce, aby podziały przeradzały się w środki karne, podkreślając, że problemy w Kościele powinny być, jeśli to możliwe, rozwiązywane pokojowo. Dlaczego takie podejście nie miałoby zostać zastosowane również wobec FSSPX, które nie neguje żadnego dogmatu, uznaje prymat papieża, modli się za niego i wyznaje synowskie oddanie wobec niego, zachowując jedynie to, w co Kościół powszechnie wierzył i co celebrował aż do Soboru?
Tymczasem niemiecka Droga Synodalna wysunęła wyraźne odstępstwa doktrynalne, promujące de facto herezje, a nawet stanowiska mające charakter bluźnierczy. Dlaczego więc w jednym przypadku podkreśla się potrzebę pojednania i cierpliwego dialogu, a w drugim nie?
Jeżeli w tym roku papież miałby ogłosić ekskomunikę – nowe anatema – wobec biskupów udzielających sakry i nowo konsekrowanych biskupów, zapisze się to w historii Kościoła jako błąd wynikający z nadmiernej surowości duszpasterskiej. Przyszłe pokolenia i przyszli papieże będą tego żałować.
Dlaczego papież miałby dziś czynić coś, czego przyszłe pokolenia mogą jutro żałować? Czy nie powinniśmy uczyć się z historii? Czyż papież jako Najwyższy Pasterz nie jest przede wszystkim powołany do budowania mostów?