Druga prowokacja Zełenskiego. Budanow.

Druga prowokacja Zełenskiego

Leszek Miller myslpolska/miller-druga-prowokacja-zelenskiego

Jeśli uznać decyzję prezydenta Zełenskiego o nadaniu jednostce wojskowej imienia „Bohaterów UPA” za świadomą prowokację, to wysłanie gen. Kyryła Budanowa do Warszawy było jej logiczną kontynuacją.

Budanow należy do ścisłego kierownictwa państwa ukraińskiego, które konsekwentnie rehabilituje tradycje OUN i UPA. Wielokrotnie publicznie wychwalał UPA, a kilka tygodni temu – uczestnicząc w uroczystości ponownego pochówku Andrija Melnyka – oddał hołd jednemu z liderów OUN, kolaborantowi nazistowskich Niemiec. Budanow nie wykonał żadnego gestu pojednawczego. Przekazał natomiast jasny sygnał: „rozmawiamy, ale nie zamierzamy rezygnować z gloryfikacji naszych bohaterów”.

Takie działania wzmacnia brak zdecydowanej reakcji Zachodu, a przede wszystkim Polski. Po uroczystym sprowadzeniu i państwowym pochówku szczątków Melnyka protest zgłosił jedynie Izrael. Tymczasem wypowiedzi niektórych polskich polityków w stylu „nie będziemy meblować Ukrainie historii” tylko zachęcają Kijów do kolejnych prowokacji.

Decyzja Zełenskiego nie jest wyjątkiem – to reguła stosowana od lat.

Prezydenci Aleksander Kwaśniewski, Bronisław Komorowski i Andrzej Duda odznaczyli Orderem Orła Białego prezydentów Ukrainy: Wiktora Juszczenkę, Petra Poroszenkę i Wołodymyra Zełenskiego. Wszyscy trzej aktywnie uczestniczyli w procesie wybielania zbrodni UPA, uznawaniu jej członków za „bohaterów i kombatantów walki o niepodległość”, przyznawaniu im przywilejów oraz nagradzaniu ich działań zbrojnych. W Polsce przez długi czas panowało w tej sprawie kłopotliwe milczenie.

Na tym tle postawa prezydenta Karola Nawrockiego zasługuje na szacunek. Po raz pierwszy od wielu lat mamy wrażenie, że polskie państwo realnie stoi na straży pamięci o ukraińskim ludobójstwie na Wołyniu i w Galicji Wschodniej i domaga się prawdy historycznej bez oglądania się na polityczną poprawność.

Strona ukraińska często powtarza, że UPA „walczyła przede wszystkim z Sowietami”. Fakty są jednak inne. Według dostępnych danych z rąk UPA zginęło około 8340 żołnierzy i funkcjonariuszy radzieckich. Jednocześnie ukraińscy nacjonaliści wymordowali ok. 100–150 tysięcy bezbronnych polskich cywilów – w tym dziesiątki tysięcy kobiet, dzieci i starców.

Gdy ktoś twierdzi, że UPA „bohatersko walczyła z Sowietami”, warto zadać proste pytanie: dlaczego z rąk tej formacji zginęło ponad dziesięciokrotnie więcej polskiej ludności niż radzieckich żołnierzy i funkcjonariuszy KGB? Ta dysproporcja najlepiej pokazuje prawdziwą naturę działań UPA i jej zbrodniczy charakter.

Leszek Miller

Fot. Kancelaria Prezydenta RP (X)

Ocalone dzieci Wołynia

Ocalone dzieci Wołynia

O zbrodniach dokonanych na Polakach przez Ukraińców z OUN-UPA i ludności ukraińskiej w południowo-wschodnich obszarach II Rzeczypospolitej w latach 1940-1945 ukazało się sporo publikacji o różnym stopniu ogólności i uszczegółowienia.

Część z nich była i jest nadal wydawana na Zachodzie Europy np. w Niemczech oraz w Kanadzie czy USA, w których eksponuje się i gloryfikuje zbrodnie ukraińskie i ich herosów popełnione na ludności polskiej. W pracach zaś wydawanych w Polsce dotyczących eksterminacji Polaków ich autorzy ujawniają nowe fakty o przebiegu zbrodni lub przypominają w formie opisu, lub sumarycznych zestawień o skali ludobójstwa w poszczególnych miejscowościach i wsiach, w których mieszkali Polacy.

Każda nowa publikacja cieszy, ale i skłania do krytycznej refleksji, co należy jeszcze ujawnić w kontekście krytyki źródła i dlaczego tak wolno bada się tę problematykę. Można w dobrej wierze (ale i złej) opisywać w publikacjach naukowych, popularnonaukowych czy reportażach historycznych różne wydarzenia historyczne, ale pod warunkiem dochowania rzetelności naukowej i merytorycznej. Jeśli zatem autor/badacz odwołujący się do źródeł faktograficznych przytacza lub cytuje dane, to zapewne w konkretnym celu i powinien mieć świadomość, że mogą one mieć znaczenie dygresyjne, polemiczne lub być komentarzem do opisywanych wydarzeń.

W 2025 r. ukazała się książka Moniki Drobińskiej My dzieci Wołynia. Historie małych ocaleńców. Autorka we wstępie słusznie przyjęła, że stosunki narodowościowe oraz tradycja, religia i język mogą być pomocne w wyjaśnieniu uprzedzeń/nienawiści Ukraińców wobec Polaków na Ukrainie w czasie II wojny św., które przybrały skrajną postać zbrodni określanej jako okrutnej i w sali masowej porównywalnej ze zbrodniami niemieckimi.

Trzeba jednak ostrożnie odnieść się do informacji autorki, że w 1918 r. w granicach odrodzonego państwa polskiego znalazło się 5 mln Ukraińców, którzy stanowili „16% społeczeństwa a w niektórych regionach jego większość” i jedynie w Wołyniu gdzie na 2 milionów mieszkańców w 1931 r. aż 64 % było narodowości ukraińskiej (s. 7).

W spisie statystycznym z 1921 r. odnotowano liczbę Ukraińców na ok. 3,900 tys. ale powołując się na kryterium zarówno polskiego jak i ukraińskiego piśmiennictwa dane te nie odpowiadają ówczesnej rzeczywistości. Według ustaleń polskich badaczy liczba Ukraińców w roku 1930 wynosiła ok. 5 mln a ukraińskich aż 8 milionów, ale i do tych danych należy odnieść się krytycznie [1].

Trudno jest ustalić kryterium statystyczne i ujęcie metodologiczne, które pozwoliłoby wyodrębnić np. Ukraińców od Białorusinów, gdyż przedstawiciele obu narodów należeli do cerkwi prawosławnej. Jak zauważył prof. Jerzy Tomaszewski, na południowym wschodzie II RP w rejonach górskich mieszkali wówczas Huculi, a dalej na zachód znajdowały się wsie zamieszkałe przez Bojków i Łemków, które ciągnęły się aż pod Szczawnicę. Wspomniane grupy regionalne posługiwały się dialektami języka ukraińskiego. Władze polskie podtrzymywały wszelkie przejawy odrębności [2]. Zarówno w 1921 jak i 1931 r. liczne błędy i fałszerstwa zniekształcały dane statystyczne o strukturze narodowościowej

Działacze ukraińscy dowodzili, że regionalne mniejszości ukraińskie na tych terenach tworzyły jakoby jednolitą narodowościowo społeczność ukraińską. Polskie władze administracyjne kwestionowały ustalenia ukraińskie i dowodziły, że wspomnianych grup ludności nie można zaliczyć do Ukraińców, zważywszy na ich odrębności językowe i kulturowe, gdyż pomimo bliskości: wiary, religii i obyczajów z resztą ludności ukraińskiej nie zawsze rozwinęła się tam ukraińska świadomość narodowa [3].

Dramatyczne wspomnienia/relacje w książce Drobińskiej opowiedziane przez pięcioro ocalonych z rzezi wołyńskiej zawierają reminiscencje historyczne przeplatane bieżącymi wydarzeniami. Dla Genowefy Ziółkowskiej, która w 1943 r. miał zaledwie jedenaście lat, zamordowanie jej najbliższych 17 czerwca było początkiem gehenny. Ocalała z rzezi, choć oprawcy zadali jej osiemnaście ciosów siekierą i nożami. Przeżyła, gdyż uratował ją starszy od niej o dwa lata kuzyn Franek, którego matka była z pochodzenia Ukrainką.

Inna mała ocalona Ewa Górna wspomina: „Pamiętam jak na początku lipca 1943 r. ukraiński policjant Stukała, (syn popa) zabił swoją żonę i dwóch synów: 12 letniego Stanisława i 10 letniego Tadeusza” (s. 96). Ukraińcy (synowie popów) gorliwie i z okrucieństwem zabijali swoje żony Polki i dzieci, a przytoczony przez E. Górną przykład nie był akcydentalny. Trudno uogólniać, ale warto przypomnieć, że synem popa był też ideolog ukraińskiego nacjonalizmu Dymitr Dońcow. Takich przykładów można podać więcej.

Nieco inny walor poznawczy zawiera relacja Zdzisława Żurowskiego z Janowej Doliny, który jesienią 1942 r. obserwował pierwsze wystąpienia ukraińskich nacjonalistów, Przemieszczali się oni ulicami z transparentami: „Smert` lacham, żydam i moskowśkij komuni. Khan żywie samostijna Ukraina” (s. 68)

Ukraińcy zapowiedzieli: „My wam zdiełaju krwowuj piątek” i zaatakowali Janową Dolinę w Święta Wielkanocne z czwartku na piątek 1943 r. Na jedno polskie zabudowanie przypadło 10 mordujących Ukraińców. W zbrodni uczestniczyły również kobiety i dzieci, które przed pogromem rozlewały wokół polskich domów łatwopalne substancje (s. 69-70). Gdy Polacy zaczęli wybiegać z płonących domów, „wtedy Ukraińcy zaatakowali bezbronnych: siekierami, toporami i widłami, a ich ciała wrzucali do płonących domów. Do tych, którym udało się uciec strzelali, innych wieszali lub nabijali na pale” (s. 70).

Schemat mordowania bezbronnych był podobny do innych w wielu miejscowościach na Wołyniu. Los ocalonych z pożogi był identyczny jak innych Polaków, którzy w poszukiwaniu nowych miejsc osiedlania zdani byli na przypadek lub decydowali się na wyjazd w inne regiony ich zdaniem bezpieczne.

Równie dramatyczne były losy ocalonych z zagłady Jana Wiernika i Józefy Marciniak. Ojciec Jana Wiernika nie mógł zrozumieć, dlaczego „uciekaliśmy przed tymi, z którymi od dziesiątki lat żyliśmy w sąsiedzkiej zgodzie: wspólnie obchodziliśmy święta wielkanocne i prawosławne”. Jak tacy, którym pomagaliśmy od lat nie żałując im „zboża, ziemniaków czy siana dla bydła” przemienili się w bestie? (s. 120).

Bestialstwo i sadyzm Ukraińców obserwowano permanentnie, a odrąbywanie głów ludzkich, przerzynanie człowieka na wpół piłą do drzewa, zadawanie razów siekierą, kosą, nożem, wydłubywanie oczu, zdejmowanie skóry, zbiorowe gwałty na Polkach to częste formy okrucieństwa, ale nie jedyne. Obserwujące mordy Polaków „ukraińskie baby i dzieci tylko rechotały” (s. 123).

Prof. Ryszard Szawłowski określił sprawców okrutnych mordów specyficznym terminem genocidium atrox – genotyp okrutny, dziki, straszny. Psychiatria i psychologia kliniczna określa takie osoby jako psychopatów i socjopatów niezdolnych do empatii oraz okazania wyższych uczuć, współczucia i litości wobec bliźnich i czerpiących przyjemność z zabijania i zadawania bólu swoim ofiarom.

Wśród Polaków narastało zdumienie. Zadawali sobie pytania: „Dlaczego Bóg nie ukarze tych zwyrodnialców. Co im zrobiliśmy? Tak to tę samoistną Ukrainę chcą budować na naszych trupach?” (s. 123).

Ze wspomnień ocalanych przewija się gorzka prawda. Obecnie Ukraina niszczy systematycznie polskie ślady przeszłości i nie zezwala na ekshumacje w miejscach, w których można jeszcze odnaleźć szczątki ludzkie. Smutna jest konstatacja autorki, że świadomość ludobójstwa na Wołyniu posiada 81% polskiego społeczeństwa, a na Ukrainie zaledwie 1% obywateli.

W podręcznikach szkolnych na Ukrainie od lat jest eksponowana kłamliwa teza o braku symetrii działań podziemia polskiego i ukraińskiego i wzajemnych jakoby zbrodniach i napadach. Przypisywanie Polakom zbrodniczych instynktów to nie jedyne kłamstwa strony ukraińskiej. Nie rozumieją oni, że ocalonym i ich rodzinom „nie chodzi o zemstę, ale o prawdę i godne pochówki” pomordowanych bestialsko Polaków: kobiet, dzieci i mężczyzn.

Zapewne wiedza o gehennie Polaków podczas wojny na Wołyniu byłaby zapewne większa wśród Ukraińców, gdyby wizerunek II RP we współczesnych ukraińskich podręcznikach i zbrodniach popełnionych na Polakach był rzetelny i oparty na obiektywnej faktografii a nie kłamstwie i stereotypach [4]. Czy zatem Ukraińcy są w stanie porzucić uprzedzenia i kłamliwą narrację historyczną i rzetelnie i obiektywnie badać ten okres a nie gloryfikować zbrodniarzy OUN/UPA odpowiedzialnych za zbrodnie i budować im pomniki i muzea?

Publikacja Moniki Odrobińskiej jest zatem ważna i potrzebna i powinna być lekturą obowiązkową w polskiej szkole średniej a niewykluczone, że i ukraińskiej, gdyż oprócz Dekalogu jest jeszcze jedno przykazanie: nie zapominaj. Niestety wiele osób (polityków, dziennikarzy, pracowników oświaty) woli o zbrodniczej przeszłości ukraińskiej zapomnieć i kieruje się doraźną polityką. Warto przypomnieć, iż właściwe poznanie przeszłości polega nie tylko na przypominaniu faktów (nawet niewygodnych), ale też na organizowanie ich w pewne wewnętrzne powiązanie akcydensów w obiektywną całość.

Prof. Jan Ryszard Sielezin

Monika Odrobińska, „My dzieci Wołynia. Historie małych ocaleńców”, Łódź 2025, s. 183.

Na zdjęciu: dzieci polskie na Wołyniu przed wojną (NAC)

[1] L. Wasilewski, „W sprawie stosunków narodowościowych na Kresach Wschodnich”, „Stosunki Narodowościowe” z 1927 r., s. 504; por. też M. Falski, Wyniki spisu dzieci z czerwca 1926 roku w zestawieniu do potrzeb szkolnictwa powszechnego, Warszawa 1928 r., s. 43.

[2] J. Tomaszewski, „Stosunki narodowościowe w Drugiej Rzeczypospolitej” (w:) „Polska niepodległa 1918-1939”, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk-Łódź, 1984, s. 144-145.

[3] Zob. E. Kopeć, „Południowo-Wschodnie kresy Rzeczypospolitej  1918-1939, Społeczne warunki integracji”, Katowice 1981.

[4] O. Niepryćkyj T. Mielniczuk, „Wizerunek Polski (II RP, PRL i III RP), we współczesnych ukraińskich podręcznikach historii”, „Krakowski Pismo Kresowe” R. 14 (2022), s. 179-199.

Myśl Polska, nr 21-22 (24-31.05.2026)

Jak szczekają psy na Ukrainie? MEM-y IV.

——————————————————–

————————————————

————————————————-

—————————————

———————————-

—————————————–

———————————————————–

——————————–

————————–

Kongo, a Tokarczuk z Ameryki płd. MEM-y III.

——————————————–

——————————————————

———————————————–

—————————————

——————————————-

————————————————————

—————————

—————————————————————–

————————————————–

Cipa na ścianie a zęby mądrości. MEM-y II.

———————————————

—————————————–

———————-

\——————————————

—————————————–

——————————–

————————

——————————–

———————————

—————————-

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Identyfikuję się jako artystka. Dawać szmal !! MEM-y I

———————————-

——————————

————————————————–

——————————————–

—————————————–

————————————-

————————————————————-

————————

Izraelska jawna Zbrodnia. Zabili libańskiego generała odpowiedzialnego za spełnianie ich żądań

Hipokryzja Izraela obnażona.

Zabili generała odpowiedzialnego

za spełnianie ich żądań

7.06.2026 nczas/hipokryzja-izraela-obnazona-zabili-generala-odpowiedzialnego-za-spelnianie-ich-zadan

Pomimo wynegocjowanego rozejmu, Izrael zaatakował z powietrza na południu Libanu. W nalotach zginęło dziewięć osób, w tym generał brygady, którego głównym zadaniem było egzekwowanie niedawnego zawieszenia broni i wyparcie bojowników Hezbollahu z regionu. Tel Awiw oficjalnie wyciera sobie usta frazesami o bezwzględnej walce z Hezbollahem, po czym z premedytacją eliminuje człowieka, który miał tę organizację zneutralizować.

Do dramatycznych wydarzeń doszło na drodze łączącej miejscowości Khardali i Nabatieh. Obszar ten, leżący na południu kraju, zgodnie z najnowszymi, wynegocjowanymi przy mediacji USA ustaleniami, miał podlegać wyłącznej kontroli regularnych sił rządowych Libanu.

To właśnie tam izraelskie lotnictwo uderzyło w pojazd wojskowy. Wśród dziewięciu ofiar jest generał brygady Libańskich Sił Zbrojnych (LAF), Wasam Sabra.

Generał odpowiadał bezpośrednio za realne wdrażanie rozejmu, który, z udziałem USA, osiągnięto 4 czerwca. Do jego obowiązków należało przede wszystkim wycofanie Hezbollahu z obszaru na południe od rzeki Litani oraz zapobieganie jakimkolwiek dalszym incydentom na granicy z Izraelem.

Libańska armia w oficjalnym komunikacie określiła atak mianem „barbarzyńskiego” i wprost oskarżyła stronę izraelską o celowe podważanie i sabotowanie najnowszych wysiłków pokojowych. Strona libańska podkreśla absurd sytuacji, w której bomby spadają na konwój mający za zadanie przywrócenie stabilności i usunięcie z regionu bojowników, z którymi Izrael, przynajmniej oficjalnie, toczy wojnę.

Tel Awiw twierdzi z kolei, że libański pojazd wojskowy wjechał do „aktywnej strefy bojowej” bez wcześniejszej koordynacji działań z izraelską armią. Izraelskie dowództwo ograniczyło się do wydania lakonicznego oświadczenia, informując jedynie, że „incydent jest szczegółowo analizowany”.

Władze w Tel Awiwie konsekwentnie powtarzają na arenie międzynarodowej, że ich operacja militarna wymierzona jest wyłącznie w struktury terrorystyczne Hezbollahu, a państwo i armia libańska nie są ich wrogiem. Zlikwidowanie generała, którego nadrzędnym celem było dokładnie to, czego oficjalnie domaga się Izrael, stawia te deklaracje pod ogromnym znakiem zapytania.

362 sposoby mordowania na Wołyniu. Героям слава !

362 sposoby mordowania na Wołyniu

7. czerwca 2026 Marek Wojcik

Chociaż badacze podają, że UPA stosowała wobec polskich ofiar ponad 650 różnych sposobów bestialskich mordów, zaprezentuję wam „jedynie” 362, które są wymienione na liście opublikowanej na wmeritum.pl. Zbrodnia wołyńska podlega jednoznacznie pod definicję ludobójstwa. W tym artykule pojawią się dramatyczne zdjęcia dokumentujące zbrodnię wołyńską.

14 października 1942 r. powstała jedna z najkrwawszych i najstraszniejszych organizacji terrorystycznych w historii świata – UPA (Ukraińska Armia Powstańcza). UPA została utworzona pod pełnym patronatem Niemców z rozproszonych band członków OUN, policji i strażników obozowych. W tej kwestii Bandera wyprzedził swojego głównego konkurenta – Andreja Melnyka – i to właśnie jemu Niemcy powierzyli utworzenie UPA. Motto terrorystów Bandery szybko stało się hasłem: „Trzeba mieć krew na kolanach, aby wyzwolić Ukrainę”.

„Wianuszek z dzieci”. Anonimowy fotograf. Domena publiczna. Źródło: Aleksander Korman, Ludobójstwo UPA na ludności polskiej – dokumentacja fotograficzna, Wrocław, Nortom 2003.
To są te „stare trupy” według Anny Marii Żukowskiej.

A banderowcy przelewali krew strumieniami. Zabijali wszystkich – Polaków, Białorusinów, Rosjan, Węgrów, Litwinów, jeńców wojennych, a nawet własnych wieśniaków za najmniejsze nieposłuszeństwo.
Badacze tego krwawego dramatu naliczyli ponad 650 sposobów zabijania stosowanych przez banderowskich katów. Jeśli okrucieństwo nie było wystarczające, „służba Bezpeki” zabijała bez skruchy własnych bojowników. Była to prawdziwa taśma produkcyjna tortur, męki i śmierci.

Masakra, zorganizowana przez banderowców wobec ludności polskiej na Wołyniu, kosztowała życie około 150 000 osób.

Ludobójstwo na Wołyniu. Геноцид на Волині. Historia Bez Cenzury.

Byłem wtedy dzieckiem, kiedy gościliśmy w domu jednego ze świadków tych tragedii. Pamiętam, że opowiadał o bojownikach UPA, którzy wpadali do wiejskich domów, odrąbywali siekierą kończyny jednej z ofiar i rzucali je na pozostałych, jeszcze żyjących krewnych. Wtedy pierwszy raz dowiedziałem się bezpośrednio o okrucieństwach tego świata. Moi rodzice nie wiedzieli, że to słyszałem. Dzieci mają swoje sposoby…

11 lipca 2026 roku w związku z 83 rocznicą Rzezi Wołyńskiej planowane będą uroczystości uczczenia ofiar tego bestialstwa.

Rocznica Krwawej Niedzieli na Wołyniu. SPRAWDŹ UROCZYSTOŚCI W TWOIM MIEŚCIE!

Nie pozwólmy, żeby takie okrutne wydarzenia pozostały ukryte – tylko my, żyjący możemy uczcić pamięć tych niewinnych ofiar.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Wojna II i Całun

stanislaw-orda : schabowy z resztek mielonego

stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/wojna-i-caun

Wojna i Całun

Tekst niniejszy nie traktuje o całości losów Całunu Turyńskiego, poczynając od Grobu Pańskiego nieopodal Golgoty, poprzez Edessę, Konstantynopol, Ateny, Langwedocję, Szampanię aż do Sabaudii i Piemontu. Opisuje natomiast podjęte działania w związku z wybuchem II wojny światowej, w wyniku których udało się ocalić od zniszczenia płótno grobowe Jezusa Chrystusa.

Rozpoczęcie przez Niemcy kampanii wojennej przeciwko Polsce we wrześniu 1939 r., a także fakt formalnego przystąpieniu do wojny z Niemcami przez Francję i Anglię, zapaliło lampki ostrzegawcze wśród opiekunów Całunu, gdyż Włochy, jako państwo Osi, były zobligowane do tego aby walczyć po stronie Niemiec. A Turyn był jednym z największych ośrodków przemysłowych we Włoszech (zakłady FIAT, stalownie, montownie, etc.), skąd było pewne, że bombardowania nie ominą tego miasta. Już podczas pierwszej wojny wojska austro-węgierskie przy wsparciu korpusów niemieckich, podczas ofensywy w północnych Włoszech (jesień 1917 i pierwsze półrocze 1918 roku), podjęły próbę zbombardowania czegoś w Turynie, ale ówczesne samoloty nie dysponowały wystarczającymi osiągami i mocą niszczenia, zatem niewiele z tych zamiarów wyszło. Tak więc  w 1918 roku Całun został ukryty, ale wówczas nie opuścił Turynu.

W 1939 roku sytuacja była zdecydowanie inna. Intensywny rozwój lotnictwa stwarzał zagrożenia o nieporównywalnej skali do realiów znanych z poprzedniej wojny. Jakie takie wyobrażenie o możliwościach działań lotniczych dawała wojna domowa w Hiszpanii, która formalnie zakończyła się tylko kilka miesięcy wcześniej, niż rozpoczęła się agresja armii niemieckich na Polskę.

W tamtym czasie właścicielem Całunu była dynastia sabaudzka (Casa di Savoia – Dom Sabaudzki), tj. jej formalna głowa, czyli król Wiktor Emanuel III, podówczas człowiek już 70-letni i mało zainteresowany czymkolwiek innym, niż stanem własnego zdrowia. Dlatego inicjatywę w kwestii ukrycia Całunu poprzez ewakuowanie relikwii z potencjalnie niebezpiecznego miejsca jakim był Turyn,podjął arcybiskup Turynu kardynał Maurilio Fossati we współpracy z kardynałem Luigi Maglione – sekretarzem stanu Stolicy Apostolskiej, a ściślej papieża Piusa XII.

W Turynie miejscem wyznaczonym dla przechowywania Całunu była specjalnie w tym celu zaprojektowana i zbudowana w latach 1666-1690 kaplica (Cappella della Sacra Sindone) przez zakonnika augustianina (teatyna), architekta Guarino Guariniego. Kaplica ta stanowi łącznik pomiędzy bazyliką katedralną Św. Jana Chrzciciela w Turynie (Duomo San Giovanni Battista), a Pałacem Królewskim (Palazzo di Reale).

Wymienieni dostojnicy Kościoła Rzymsko-katolickiego skontaktowali się z następcą tronu włoskiego, księciem Humbertem (późniejszy Humbert II di Savoia, jednomiesięczny król Włoch w okresie od 9 maja do 12 czerwca 1946 r.). W efekcie król Wiktor Emmanuel wyraził zgodę na wywiezienie płótna Całunu w celu ukrycia go przed przewidywanymi skutkami działań wojennych. Rozważano dwie lokalizacje, a mianowicie:  Rzym – Pałac Kwirynalski na Watykanie jako miejsce tymczasowe oraz docelowo klasztor na Monte Cassino. Kardynał Luigi Maglione wskazał, jako lepszą alternatywę, sanktuarium w Montevergine (prowincja Avellino, region Kampania), położone na wysokości nieomal 1300 m npm i oddalone o ok. 100 km w linii prostej na południowy wschód od Monte Cassino.

Klasztor i opactwo na górze Monte Virgiliano (dzisiejsze Montevergine) założył w 1126 r. włoski pielgrzym św. Wilhelm Vercelli, który po odbyciu pielgrzymki do Santiago de Compostela i Ziemi Świętej oraz po spotkaniu ze św. Janem z Matery (Jan z Pulsano), przybył do tej okolicy, po czym, oczarowany pięknem górskiego pejzażu, zdecydował się zamieszkać w jednej z grot, by tutaj  wieść życie eremity.
W tym miejscu objawił mu się Jezus Chrystus polecając, by Wilhelm założył sanktuarium poświęcone Matce Bożej i wspólnotę mniszą, która opiekowałaby się tym świętym miejscem. Wilhelm utworzył bractwo (wilhelmianie), o regule opartej na benedyktyńskiej (czyli Św. Benedykta z Nursji). W Sanktuarium Monte Vergine (Góra Dziewicy) znajduje się obraz Matki Bożej. Św. Wilhelm zmarł w 1142 r. w Goleto, jego szczątki przeniesiono na Montevergine w 1807 r., gdzie zostały umieszczone w krypcie.

Największym wyzwaniem logistycznym było wywiezienie Całunu z Turynu w taki sposób, aby ten fakt utrzymać w tajemnicy przed wiernymi i aby miejsce przeznaczenia znała tylko niezbędna ilość zaangażowanych osób. Takich osób było łącznie dwanaście i wszystkie one dochowały tajemnicy.

W nocy 7 września 1939 r. skrzynia, w której umieszczony był Całun (w czasie gdy nie był wystawiany na pokazach dla wiernych), została przeniesiona do prywatnego mieszkania Kustosza Całunu, prałata Paolo Brusa, gdzie przy pomocy Don Giuseppe Gallino – teologa zajmującego się badaniem relikwii, ozdobną skrzynię z Całunem zapakowano do zwykłej drewnianej skrzyni obitej szarym płótnem i oznaczonej jedynie napisem „Relikwiarz”, którą zawieziono na dworzec kolejowy i wysłano jako zwyczajną kolejową przesyłkę towarową do Watykanu. W watykańskim Pałacu na Kwirynale skrzynia z Całunem przebywała od 8 do 26 września 1939 r. W tzw. międzyczasie Pius XII wyraził swoją zgodę na przechowanie Całunu w sanktuarium na Montevergine. Do miejsca swojego przeznaczenia przesyłka dotarła samochodem przy asyście kapelana sanktuarium Giuseppe Gariglio, a „pokwitował” jej dostarczenie przeor sanktuarium Bernardo Rabasca.

Na miejsce dla skrzyni z Całunem wykuto specjalną wnękę w skale (zboczu góry), do której przylegał bezpośrednio mur sanktuarium. Było to miejsce „pod bocznym chórem nocnym”, na którym zakonnicy, nieświadomi faktu ukrycia najważniejszej relikwii chrześcijaństwa, wykonywali tuż obok swoje śpiewy modlitewne. Całun był ukryty w tym miejscu przez siedem lat, jeden miesiąc i cztery dni.

Miasteczka na drodze aliantów do Rzymu były kompletnie zniszczone. Zniszczone zostało całkowicie Avellino, a w położonym o ok. 20 km od tego miasteczka opactwie stacjonowała część formacji niemieckich (położone wysoko w górach zabudowania opactwa stanowiły dogodne miejsce do obserwacji ruchu samolotów), zniszczone kompletnie zostało także Cassino oraz zostały zrównane z ziemią inne miejscowości. Klasztory wokół miejscowości pełniły rolę schronienia dla uchodźców zbombardowanych miasteczek oraz funkcjonowały jako szpitale dla rannych i chorych.

Taką rolę pełnił także klasztor na Monte Cassino, oznakowany wielkim czerwonym krzyżem na białej płachcie, widocznym doskonale z wysokości i wokół którego w promieniu 300 metrów nie było żadnych stanowisk ogniowych oddziałów niemieckich, o czym alianci byli poinformowani od początku walk. 

Wydawało się to dostateczną gwarancją, że klasztor ominie niszczycielskie bombardowanie. Tym bardziej, że nie zdążono ewakuować z Monte Cassino wszystkich przechowywanych tam zabytków piśmiennictwa z pierwszych wieków chrześcijaństwa. No i znajdowała się w klasztorze ekspozycja księcia Piemontu, wcześniej wspomnianego Humberto di Savoia, a mianowicie gromadzone przez wiele lat obrazy i grafiki przedstawiające Całun Turyński. Po raz pierwszy zbiór ten, znany jako Kolekcja Jego Królewskiej Wysokości Księcia Piemontu, został wystawiony w Turynie w 1931 r., a następnie kolekcja znalazła miejsce w watykańskim Palazzo del Quirinale. Po wybuchu wojny zdeponowano ją w klasztorze na Monte Cassino, ale wskutek zbombardowania klasztoru przez lotnictwo alianckie uległa kompletnemu zniszczeniu.

Moje osobiste przekonanie jest takie, że protestanccy ikonoklaści i masoni z dowództwa USAF, zdeklarowani i zajadli heretycy, którzy antykatolicyzm (antypapizm) wyssali z mlekiem, byli przekonani (z donosów siatki wywiadowczej), że skoro tam jest przechowywana kolekcja o takiej tematyce, to jest w tym samym miejscu ukryty również Całun. Taki jest powód  zapamiętale bestialskiego niszczenia klasztoru akurat na Monte Cassino, chociaż nie był on obiektem o przeznaczeniu militarnym. Pozostałe klasztory, usytuowane opodal innych szczytów górskich, podobny los ominął.

Gdy wojna zakończyła się, we Włoszech zapanował chaos, dokonywano masowych linczów, czyli samosądów w ramach rozliczania się z „faszystami”, na porządku dziennym działy się rozboje, rabunki, gwałty, rzezie itp.

W wyniku zdarzeń, które zaszły tuż po wojnie powstał, raczej niespodzianie, trudny do rozwiązania problem. Otóż w protokóle, na mocy którego Całun został oddany na przechowanie do sanktuarium w Montevergine, znajdował się zapis w brzmieniu, iż „relikwia ta zostanie zwrócona i wydana, gdy tylko będzie taki nakaz Jego Wysokości Króla Imperatora”. Tymczasem 9 maja 1946 r. Wiktor Emanuel abdykował na rzecz swojego syna Humberta, a w czerwcu tego samego roku w wyniku referendum została, aczkolwiek większością ledwo 51% głosów, zniesiona monarchia we Włoszech (zapewne ktoś posiada wiedzę o tym, jakie były prawdziwe wyniki tego głosowania). Wskutek czego obaj byli monarchowie, reprezentujący ostatnich władców Domu Sabaudzkiego, udali się na wygnanie, najpierw do Egiptu, gdzie w następnym roku zmarł okradziony doszczętnie przez złodziei ojciec, zaś syn Humbert wyjechał z Egiptu przez Szwajcarię do Portugalii i tam znalazł schronienie w miejscowości Cascais k/Lizbony (Humbert II di Savoie zmarł w Genewie w 1983 r. po wieloletniej chorobie).

Dopiero w październiku 1946 r. do arcybiskupa Turynu kardynała Maurilio Fossati dotarła zgoda wyrażona na piśmie przez byłego króla Humberta na zabranie Całunu z sanktuarium, co niezwłocznie zostało wykonane i Całun 31 października 1946 r. powrócił do Turynu.

Natomiast rozporządzenie Humberta II di Savoia, w którym znalazła się dyspozycja, aby po jego śmierci całkowita własność Całunu została przekazana jako dar dla Stolicy Apostolskiej, zostało podpisane 27 marca 1981 r.,  czyli na dwa lata przed śmiercią króla w Genewie, gdzie król ten przebywał na leczeniu szpitalnym.

******

Pozostałe notki „Cyklu całunowego”:

http://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/jezusowy-caun-1
(radiodatowanie metodą izotopu węgla )
http://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/jezusowy-caun-2
(właściwości tkaniny Całunu)
http://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/jezusowy-caun-3
(historia Całunu do połowy XIV w.)
http://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/jezusowy-caun-czesc-4-ostatnia
(historia Całunu od połowy XIV w.)
http://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/graalowanie-czyli-remanentow-ciag-dalszy

Monte Cassino: Nieudolność czy zbrodnia

Monte Cassino: nieudolność czy zbrodnia

[Przypominam kolejny raz. Na powyższą wątpliwość odpowiadam: Tak, był to akt wrogości masonów w armii i administracji amerykańskiej wobec Kościoła. Była to zbrodnia. Z mojego Archiwum. MD]
——————————————————————-

Krzysztof Warecki 2014-5-17 pch24

Atak na Monte Cassino nie musiał przynieść aż tak wielu strat w ludziach ani zniszczenia bezcennego opactwa benedyktynów. Dziś wiemy, że ta cywilizacyjna zbrodnia miała przysłonić niekompetencję części alianckich dowódców. Czy był to także akt wrogości wobec Kościoła i chrześcijaństwa?

Wzniesione w VI stuleciu opactwo przez wieki pełniło rolę jednego z głównych zachodnich ośrodków christianitas. Z powodu słynnego na cały chrześcijański świat wielkiego skryptorium, biblioteki i wielu wybitnych uczonych tu pracujących (m.in. Piotr Diakon), nazywano je „Atenami Średniowiecza”. Mnisi z Monte Cassino i tysięcy innych klasztorów benedyktyńskich w znacznej mierze ocalili dla potomnych dorobek antyku. Przed II wojną światową tamtejsze archiwa, oprócz wielkiej liczby dokumentów dotyczących historii opactwa, zawierały ok. 1 400 pisanych ręcznie bezcennych kodeksów, głównie patrystycznych i historycznych. W takim stanie opactwo dotrwało do II wojny światowej.

  W latach 1943-44 Monte Cassino znalazło się w obszarze bezpośrednich działań wojennych. Nie trzeba było być wojskowym strategiem aby, oceniając wyjątkowe położenie klasztoru, zrozumieć, że jest on bezpośrednio narażony na zniszczenie, a wraz z nim wszystkie przechowywane tam skarby kultury i dzieła sztuki. Na sztabowych mapach obu walczących stron był to punkt o olbrzymim znaczeniu strategicznym. Ze szczytu góry można było skutecznie kontrolować całą położoną u podnóża masywu równinę, którą prowadziła droga do Rzymu.

[Nie. Nie można „skuteczniekontrolować równiny, pasa o szerokości 30-40 km dzielącego Monte Cassino od morza.Można sobie głośno postrzelać – ale skuteczność – bardzo mała. MD]

 Obie walczące strony były w pełni świadome, że zniszczenie najstarszego na kontynencie europejskim klasztoru, mającego wyjątkowe zasługi dla ukształtowania się cywilizacji zachodniej, sprowadziłoby na sprawców tego czynu piętno barbarzyńców. Szczególnie pragnęli tego uniknąć Niemcy, którym w obliczu spodziewanej już klęski zależało na poprawie swojej reputacji w oczach opinii publicznej państw antyhitlerowskiej koalicji. Chcieli też tego uniknąć co światlejsi i nie darzący nienawiścią chrześcijaństwa przedstawiciele dowództwa sił alianckich, tym bardziej, że w szeregach ich wojsk służyło wielu katolików.

 Na ratunek skarbom kultury

 Ponieważ przed bitwą opactwo znajdowało się na terenach kontrolowanych przez Niemców, w głównej mierze to na nich spoczywała odpowiedzialność za losy klasztoru. Wiedząc o tym, wielu Niemców dostrzegało wyjątkową szansę, aby choć w części zmyć z siebie odium barbarzyńców, którzy potrafią jedynie mordować i dokonywać rabunków. Pojawił się więc pomysł akcji ratowania skarbów z Monte Cassino, autorstwa kapitana Maximiliana Beckera, służącego jako lekarz w elitarnej naziemnej Dywizji Luftwaffe „Herman Goering”.

 Zdawał on sprawę ze złej sławy, jaką cieszyła się ta formacja zbrojna i uważał, że ratując skarby kassyńskiego opactwa żołnierze Dywizji zmażą chociaż część win za popełnione w czasie działań wojennych zbrodnie. Tego argumentu używał w rozmowach z oficerami, których pomoc była niezbędna do zorganizowania akcji. Miał już w tym pewne doświadczenie, ponieważ kilka tygodni wcześniej z powodzeniem kierował akcją ewakuacji ze strefy walk bezcennych zbiorów Muzeum Archeologicznego i Galerii Narodowej w Neapolu, które zostały zdeponowane właśnie w opactwie na Monte Cassino.

Pomimo ogromu trudności (brak ciężarówek, skrzyń, niechęć ufnych w ocalenie klasztoru mnichów, zagrożenie dla konwojów ze strony alianckiego lotnictwa) akcja została przeprowadzona nadzwyczaj sprawnie. Rozpoczęto ją 17 października, a zakończono w pierwszych dniach listopada 1943 roku. Archiwa i dobra kultury z Monte Cassino oraz dzieła sztuki z Neapolu zostały zdeponowane w magazynach armii niemieckiej w Villa Colle-Ferreto koło Spoleto, ok. 110 km na północ od Rzymu.

 Próby grabieży

 Zgodnie z wcześniejszymi obawami kapitana Beckera zanim skarby z Monte Cassino i Neapolu trafiły pod opiekę Stolicy Apostolskiej i włoskich muzealników doszło do prób, na szczęście nielicznych, ich plądrowania. Niektórzy oficerowie Dywizji „Hermann Goering” chcieli „sprezentować” pewną ilość skarbów swemu patronowi, marszałkowi Rzeszy Hermannowi Goeringowi. Jednak uczciwsi inicjatorzy ratowania kassyńskich skarbów doskonale zdawali sobie sprawę, że taki „prezent” całkowicie skompromitowałby akcję i zniweczył jej propagandowy cel.

Aby przeciwdziałać grabieży nagłośniono akcję ratowania zabytków w mediach niemieckich i państw neutralnych. Na zorganizowanej 25 listopada 1943 r. w Palazzo del Quirinale w Rzymie konferencji prasowej przedstawiciel niemieckiego Urzędu Ochrony Dzieł Sztuki na Ziemiach Okupowanych baron Bernard von Tieschowitz poinformował, że skarby z Monte Cassino są tylko czasowo zdeponowane przez Niemców i szybko zostaną przekazane do Watykanu. W ten sposób osiągnął on podwójny cel – poinformował opinię publiczną w państwach antyhitlerowskiej koalicji o prowadzonej przez niemiecką armię akcji ratowania włoskich dzieł sztuki oraz przyczynił się do reorientacji działań niemieckiej propagandy, która zaczęła nagłaśniać „zasługi” Niemców w ratowaniu włoskich dzieł sztuki.

 Zabiegi te w dużym stopniu zakończyły się powodzeniem. 8 grudnia 1943 r. wszystkie ewakuowane z Monte Cassino rękopisy i dzieła sztuki (387 skrzyń) zostały przekazane Stolicy Apostolskiej.

 Gorzej miała się sprawa z eksponatami z Muzeum Archeologicznego i Galerii Narodowej z Neapolu. 4 stycznia 1944 r. odbyła się uroczystość przekazania władzom włoskim 600 skrzyń wypełnionych różnego rodzaju dobrami kultury, wśród których były 172 skrzynie z precjozami neapolitańskimi. Jednak po sprawdzeniu dokumentów okazało się, że brakuje 15 skrzyń. Jak się później okazało jeszcze w drugiej połowie grudnia 1943 r. dotarły one do Berlina jako urodzinowy prezent od Dywizji „Hermann Goering” dla jej patrona. Z nieustalonych jednak do dzisiaj powodów marszałek Rzeszy nie przyjął prezentu od „swojej” Dywizji. Pod koniec wojny wszystkie skrzynie z eksponatami podarowanymi Goeringowi Amerykanie znaleźli w austriackiej kopalni soli Alt-Aussee.

 Ocalić klasztor

 Dzisiaj wiemy, że bitwa o Monte Cassino z wojskowego punktu widzenia była całkowicie zbędna. Z perspektywy aliantów doszło do niej na drugorzędnym teatrze działań i w minimalnym stopniu wpłynęła na końcowy wynik wojennych zmagań. Inaczej sprawa miała się gdy popatrzymy oczyma Niemców, dla których w przypadku alianckiej ofensywy grzbiet Monte Cassino stanowił doskonałą rubież obrony. O tym, że kassyńskie opactwo ostatecznie znalazło się w centrum wojennych zmagań w zasadzie zdecydował dogmatyczny upór brytyjskiego premiera Winstona Churchilla i niekompetencja najwyższego alianckiego dowództwa. W konsekwencji na początku października 1943 r. Monte Cassino znalazło się na pierwszej linii walk.

 Pomimo doskonałego umiejscowienia, Niemcy, którzy zdawali sobie sprawę z wyjątkowego znaczenia opactwa dla zachodniej cywilizacji, postanowili nie obsadzać klasztoru wojskiem, ani nawet nie zamieniać go w punkt obserwacyjny, do czego świetnie się przecież nadawał. Jesienią 1943 r. głównodowodzący wojskami niemieckimi we Włoszech, feldmarszałek Albert Kesselring zapewnił ówczesnego opata Gregorio Diamare, że klasztor nie zostanie wykorzystany do celów wojskowych.

 Świadomi wyjątkowego znaczenia opactwa byli również alianci. Na wniosek Amerykańskiej Komisji ds. Ochrony i Ocalenia Pomników Historii i Sztuki oraz włoskich władz muzealnych, głównodowodzący siłami alianckimi w południowych Włoszech gen. Harold Alexander wystosował 5 listopada 1943 r. informację do podległych mu dowódców o konieczności zachowania papieskiej posiadłości Castel Gandolfo i opactwa na Monte Cassino.

 Niewiele w tej sprawie mógł zdziałać papież Pius XII, którego los w tym czasie zależał całkowicie od Niemców. W tej sytuacji Ojciec Święty mógł jedynie apelować do Niemców aby nie obsadzali klasztoru wojskiem, zaś do aliantów aby go nie niszczyli. 25 października stosowną notę otrzymał amerykański charge d’affaires przy Stolicy Apostolskiej, Harold Tittmann, zaś dla pewności drogą radiową przesłano kopię pisma delegatowi apostolskiemu w Waszyngtonie, który przekazał ją do Departamentu Stanu. Podobne adresy wystosowano do Brytyjczyków i Niemców.

 Nie rezygnując z obrony w tym miejscu (z wojskowego punktu widzenia byłoby to szaleństwem), niemieccy dowódcy, zrobili wiele, aby nie doszło do zagłady wiekowego klasztoru. Tuż po odjeździe ostatniej ciężarówki (4 listopada 1943) ppłk Schlegel na prośbę zakonników zostawił dokument, w którym informował, że klasztor jest pod opieką wojska. Wkrótce Niemcy przysłali do klasztoru kilku żandarmów, którzy mieli chronić budynki opactwa przed szabrownikami i nikogo doń nie wpuszczać. Było to bardzo ważne, ponieważ jeśliby alianci dostrzegli na terenie opactwa jakichś ludzi, mogliby wyciągnąć błędny wniosek, że zostało ono obsadzone przez niemieckich żołnierzy.

 Jednak Niemcy nie mieli złudzeń co do tego, że opactwo może być uratowane. Przy braku jakichkolwiek sygnałów ze strony aliantów, że uszanują ustanowioną przez hitlerowców w promieniu 300 metrów eksterytorialność klasztoru, Niemcy obawiali się wycofać z bezpośredniej bliskości zabudowań. W jednej z notatek do Kesselringa Vietinghoff wyrażał przekonanie, że alianci w decydującym momencie nie będą się starać o jakieś porozumienie, lecz bez skrupułów zajmą opactwo.

 Mimo to, 11 grudnia 1943 r. Kesselring podjął decyzję o nieobsadzaniu opactwa przez wojska niemieckie. 29 grudnia ambasador Niemiec przy Stolicy Apostolskiej baron Ernst von Weizsaecker wydał oświadczenie, w którym stwierdzał, że opactwo nie zostało zajęte przez niemieckie wojska. Zwrócił on też uwagę, że zagrożenie dla opactwa stanowią przebywający tam cywile (na początku lutego 1944 ich liczba wzrosła do ok. 800 osób), którzy mogą być wzięci przez alianckich zwiadowców za niemieckich żołnierzy. Jego obawy były całkowicie uzasadnione.

 Oświadczenie Weizsaeckera mogło stanowić moment zwrotny w walce o ocalenie opactwa. Niestety, 8 stycznia 1944 r. Stolica Apostolska przesłała aliantom tylko najmniej istotny fragment oświadczenia niemieckiego ambasadora, mówiący ogólnikowo, że „niemieckie władze wojskowe, robią wszystko, co jest możliwe, by uchronić opactwo na Monte Cassino przed wojennymi zniszczeniami”. W ten sposób została zaprzepaszczona, jak się wydaje, jedyna w tej batalii realna szansa na uratowanie opactwa.

 Zbrodnicza nieudolność dowódcy

 Bezpośredni wpływ na podjęcie przez aliantów decyzji o zniszczeniu zabudowań opactwa na Monte Cassino miała przyjęta przez nich błędna strategia frontalnego ataku na umocnione pozycje niemieckie. Spowodowała ona, że wojska alianckie atakując doskonale ufortyfikowane pozycje niemieckie ponosiły olbrzymie straty. Względy ambicjonalne zdecydowały, że alianckie dowództwo trzymało się kurczowo strategii atakowania niemieckich umocnień od frontu.

 Szczególnie wielkie „zasługi” w utwierdzaniu w tym najwyższego alianckiego dowództwa miał dowódca Korpusu Nowozelandzkiego gen. Bernard Freyberg. Wprawdzie, w opinii swoich podwładnych i współpracowników był on człowiekiem o ograniczonym intelekcie, jednak miał ogromne wpływy w najwyższym alianckim dowództwie. Powierzenie mu funkcji, która przerastała jego zdolności, stworzyło dla kassyńskiego opactwa śmiertelne zagrożenie.

 Niestety, w najwyższym alianckim dowództwie nie mieli takich wpływów znacznie wybitniejsi oficerowie: dowódca Francuskiego Korpusu Ekspedycyjnego gen. Alphonse Juin oraz podwładny Freyberga, zwierzchnik Dywizji Hinduskiej, gen. Francis Tuker. Obaj zgodnie twierdzili, że na tym terenie należało zrezygnować z czołowych ataków, a zamiast tego dokonać manewrów oskrzydlających, dzięki czemu alianckie wojska wyszłyby na tyły Niemców odcinając im linie zaopatrzenia. Podjęcie takich działań zaproponował Juin w styczniu 1944 r. dowódcy 5 Armii, generałowi Wayne’owi Clarkowi, a 4 lutego gen. Tuker Freybergowi. Niestety, obaj zwierzchnicy całkowicie zignorowali racjonalne argumenty swoich podwładnych.

[Wielu historyków, w tym Messori, wykazuje, że w dowództwie amerykańskim i sprzymierzonym przewagę mieli masoni, też najwyższych stopni. MD]

 Przyznać trzeba, że zarówno Clark jak i Fryberg działali pod silną presją najwyższego dowództwa, które nie zdając sobie sprawy ze skali trudności, żądało od podwładnych szybkich rezultatów. Ufając ogromnej przewadze ogniowej, liczebnej i materiałowej, sztabowcy, zmyleni mirażem zaledwie 5 kilometrów terenu do zdobycia, nie chcieli słyszeć o manewrach oskrzydlających. W swoim zaślepieniu nie zdawali sobie sprawy, że w tamtych warunkach olbrzymia przewaga aliantów po prostu nic nie znaczy. Za to wierzyli, że jeszcze tylko jedno natarcie i sprawa będzie załatwiona.

 W wyniku zaślepienia i niekompetencji alianckich dowódców atakujący ponosili więc olbrzymie i niepotrzebne straty. Taka sytuacja spowodowała zaniepokojenie opinii publicznej w państwach antyhitlerowskiej koalicji. Kierując się mniemaniami i plotkami, które powstały w oparciu o równie ciekawe, co nieścisłe relacje korespondentów wojennych, szybko uznano, że głównym sprawcą niepowodzeń aliantów nie jest zbrodnicza ignorancja dowódców, lecz mury benedyktyńskiego opactwa. Co ciekawe, złudzeniom tym ulegali także walczący o Monte Cassino alianccy zwiadowcy, którzy obecnych w opactwie uchodźców brali za niemieckich żołnierzy. Widząc niezwykłą skuteczność obrony klasztoru nabrano przekonania, że Niemcy urządzili tam punkt obserwacyjny, z którego kierowano ogniem artylerii. Dowodem na to miały być dobrze widoczne – jak przypuszczano – anteny radiostacji (w rzeczywistości była to nieczynna wówczas stacja meteorologiczna). Pod wpływem tych doniesień w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii rozpętano bezprecedensową nagonkę medialną na polityków i generałów sprzeciwiających się zbombardowaniu klasztoru.

 Gdy wbrew radom podwładnych Freyberg postanowił zaatakować Monte Cassino frontalnym atakiem, następca Tukera na stanowisku, gen. Harry Dimoline wieczorem 11 lutego jako pierwszy poprosił o zbombardowanie opactwa. Uznał on, że skoro nie jest w stanie zmienić obłędnej decyzji Freyberga, to jedyną racjonalną rzeczą w tej sytuacji jest dokonanie bombardowania pozycji nieprzyjaciela, po którym nastąpiłby natychmiastowy nocny atak piechoty.

 Bombardowaniu sprzeciwili się dowodzący w rejonie walk i znający miejscowe realia generałowie Geoffrey Keyes i Charles Ryder. Wcześniej Keyes odbył nad opactwem wiele lotów i osobiście się przekonał, że nie ma tam Niemców. Ze względu na powagę miejsca także alianccy zwiadowcy próbowali to sprawdzić. Oficer wywiadu 5 Armii, płk Edwin Howard, analizując fotografie lotnicze stwierdził kategorycznie, że Niemcy nie wykorzystują opactwa do celów obronnych i, że nie ma żadnego powodu, by je bombardować. Podobnie jak Keyes ostrzegał, że stworzyłoby to Niemcom lepsze pozycje obronne. O domniemanych punktach obserwacyjnych najczęściej informowano nie dlatego, że one tam były, lecz dlatego, iż klasztor doskonale nadawał się do ich rozmieszczenia. Dla żądnych odwetu dowódców alianckich, to wystarczyło aby domniemania wziąć za pewniki.

 Mimo sprzecznych informacji wywiadowczych i małych szans na powodzenie planu Fryberga, ulegając presji polityków i anglo-amerykańskiej opinii publicznej gen. Aleksander wydał rozkaz o zbombardowaniu klasztoru. Wielkiego wsparcia dla bezsensownej prośby Fryberga udzielił szef sztabu Alexandra, gen. John Harding.

 Spektakl ludzkiej głupoty

 Ustalony przez Fryberga plan ofensywy został zniweczony już na samym początku. Termin ataku na klasztorne wzgórze ustalono na noc z 15 na 16 lutego. Tymczasem sztab stanowiącej część nowozelandzkiego korpusu dywizji hinduskiej poinformował gen. Freyberga, że natarcie nie może odbyć się wcześniej niż dobę później. W tej sytuacji zbombardowanie opactwa musiałoby nastąpić 16 lutego wieczorem. Dwa dni wcześniej Freyberg otrzymał z dowództwa 5 Armii wiadomość, że jedyny możliwy termin nalotu to ranek 15 lutego. Przyśpieszenie nalotu oznaczało, że Dywizja Hinduska nie tylko nie zdążyłaby przygotować się do natarcia, ale nieprzygotowana musiałaby nacierać za dnia, co skazywało natarcie na pewną klęskę. Chociaż przyspieszenie nalotu niweczyło sens całej akcji, Freyberg ani nie usiłował przełożyć bombardowania, co byłoby w tej sytuacji logiczne, ani tym bardziej nie odwołał go.

15 lutego 239 amerykańskich bombowców, w tym 144 „latających fortec” (ciężkie bombowce B 17) prowadzonych przez mjra Bradforda E. Evansa i mjra Franka B. Chappella w trakcie trzygodzinnego bombardowania zamieniło wspaniały przybytek nauki, kultury i wiary w jedno wielkie rumowisko.

Chociaż Amerykanie przypuszczali, że tak monstrualnego bombardowania nikt nie mógł przeżyć, zważywszy na dużą liczbę obecnych w opactwie uciekinierów liczba ofiar nie była aż tak wielka. Ocaleli wszyscy mnisi, z których żaden nie został nawet ranny. Nie wiadomo, ilu zginęło przebywających w klasztorze uchodźców, których liczbę szacuje się na 1-2 tys. Na podstawie przeprowadzonych po wojnie badań przypuszcza się, że śmierć poniosło kilkuset cywilów, głównie kobiet i dzieci.

Ani wtedy, ani po wojnie nie znaleziono żadnych dowodów, na to, że w wyniku ówczesnego bombardowania zginął choćby jeden Niemiec. Po bombardowaniu opat Diamare złożył pisemne oświadczenie, że w chwili bombardowania w klasztorze nie było żadnego.

 W trakcie bombardowania tysiące alianckich żołnierzy wiwatowało z radości, będąc święcie przekonanymi, że ich samoloty likwidują niemiecki punkt oporu. Po zbombardowaniu klasztoru przez pierwszą grupę samolotów do sztabu 5 Armii zaczęły napływać meldunki o uciekających „Niemcach”. Dowodem na potwierdzenie ich obecności w klasztorze miał być przechwycony przez nasłuch radiowy tekst: Ist Abt noch im Kloster? Ja, co przetłumaczono: „Czy dowództwo batalionu jest wciąż w klasztorze? Tak”. Szybko jednak okazało się, że tłumaczenie to było błędne. Wprawdzie „Abt” jest wojskowym skrótem oznaczającym dowództwo batalionu, jednak słowo to po niemiecku znaczy także „opat”. Właśnie w tym znaczeniu pojawiło się to słowo w niemieckim meldunku, o czym świadczy dalsza część wiadomości: Sind Moenche darinnen? (Czy są tam mnisi?).

 Fałszywe przekonanie, że Niemcy przystosowali klasztor do celów wojskowych sprawiło, że ta barbarzyńska akcja spotkała się z powszechnym poparciem w USA i Wielkiej Brytanii. Zgoła odmiennie zareagowała Stolica Apostolska, Chociaż Watykan wiedział, że zbombardowano nieobsadzone przez Niemców opactwo, jednak powstrzymano się od publicznego potępienia aliantów za zniszczenie opactwa. Możliwe, że u podstaw tej decyzji leżała obawa, iż znani z braku poszanowania dla zabytków alianci (podczas lądowania na Sycylii alianci dokonali wielkiego spustoszenia wśród tamtejszych zabytków, w tym i kościołów) mogliby nawet zbombardować obsadzony przez Niemców Rzym. Nie była to obawa bezpodstawna. Alianci niszczyli każdy obiekt, w którym podejrzewali obecność Niemców. Tę zasadę zastosowano podczas alianckiego nalotu na letnią rezydencję papieża w Castel Gandolfo, gdzie zginęło jedynie 17 zakonnic.

 Przedwczesna radość

 Radość alianckich żołnierzy była przedwczesna. Nie zdawali oni sobie sprawy, że już wkrótce tysiące z nich będzie musiało oddać życie w walce o ruiny opactwa. Za sprawą aliantów, to miejsce modlitwy i nauki w lutym 1944 r. stało się kluczową pozycją niemieckiego systemu umocnień w ramach tzw. linii Gustawa, zamykającej aliantom najkrótszą drogę do Rzymu.

Najtrafniej scharakteryzował zbrodniczość alianckiego bombardowania włoski pisarz i publicysta katolicki, Vittorio Messori: Kiedy skończyło się bombardowanie i niczego już nie można było ocalić, Wehrmacht zajął górę i ufortyfikował się w rumowisku. Barbarzyńska strategia Amerykanów okazała się cenna dla Niemców, ponieważ ruiny stały się tak doskonałym miejscem obrony, że można było w nich przez całe miesiące odpierać najbardziej zaciekłe ataki. Trzydzieści tysięcy poległych aliantów, wśród nich wielu Polaków, spoczywa na tamtejszym cmentarzu z powodu amerykańskiej decyzji zburzenia klasztoru. Z wojskowego punktu widzenia było to szaleństwo, a z kulturalnego – zbrodnia („Czarne karty Kościoła”, Katowice 2001).

Już pierwsze dni po zburzeniu klasztoru całkowicie skompromitowały tych, którzy twierdzili, że jego zburzenie przyspieszy ofensywę i przyczyni się do zmniejszenia strat. Stało się dokładnie odwrotnie. W czasie próby zajęcia ruin (zostały obsadzone przez niemieckich spadochroniarzy 20 lutego) w nocy z 17 na 18 lutego Dywizja Hinduska poniosła ogromne straty nawet nie zbliżając się do nich. Ogółem w przeprowadzonych tej nocy atakach dywizja straciła 530 żołnierzy, podczas gdy we wcześniejszych dwóch odpowiednio 64 i 130. Tego samego dnia pomimo braku punktu kierowania ogniem w opactwie, co wmawiali alianci, Niemcy odparli atak 200 Nowozelandczyków, zabijając lub raniąc 130 z nich.

 Od lutego do maja Niemcy z powodzeniem odpierali ataki oddziałów alianckich. W maju 1944 r. do walki wszedł dowodzony przez generała Władysława Andersa 2 Korpus Polski, walczący w składzie brytyjskiej 8 Armii. Pierwsze natarcie Korpusu (11-12 V) zostało przez Niemców odparte. Związało ono jednak duże siły nieprzyjaciela i ułatwiło przełamanie niemieckiej obrony przez aliantów. Podczas drugiego natarcia (17-19 V) 2 Korpus zajął wzgórze z ruinami opactwa, a następnie przełamał drugi pas obrony niemieckiej, zwany linią Hitlera. W walce poległo 923 polskich żołnierzy, ok. 3 tys. zostało rannych, zaś 345 uznano za zaginionych. Klasztor nie został zdobyty frontalnym atakiem. Niemcy wycofali się z ruin w nocy z 17 na 18 maja. Polscy żołnierze zajęli rumowisko, w którym znajdowała się grupka ciężko rannych niemieckich żołnierzy.

 Niemcy wycofali się ponieważ alianci nie mogąc zdobyć ich punktów oporu frontalnym atakiem zdecydowali się wreszcie je obejść. W maju alianci zrobili więc to, co na początku roku proponowali generałowie Keyes, Juin i Tuker, tylko, że w ciągu tych pięciu miesięcy w beznadziejnych walkach niepotrzebnie zniszczono wspaniałą budowlę, zaś w walkach o jej ruiny niepotrzebnie straciło życie kilkadziesiąt tysięcy alianckich i niemieckich żołnierzy.

 Antykatolicka nienawiść

 Obecnie nie jest tajemnicą, że alianci podejmując decyzję o zbombardowaniu opactwa, doskonale wiedzieli, że nie było ono zajęte przez niemieckich żołnierzy. Przyznał to ówczesny brytyjski premier Winston Churchill w swojej wielotomowej pracy Druga Wojna Światowa (1952). Jego zdaniem, Niemcy w każdej chwili mogli wykorzystać zabudowania klasztorne do obrony, zaś zniszczenie opactwa miało im to bezpowrotnie uniemożliwić. Jednak podane przez niego uzasadnienie zburzenia opactwa jest sprzeczne z argumentacją głównego inicjatora zbombardowania klasztoru gen. Freyberga.

 Messori nie znajduje innego wytłumaczenia dla tego czynu, jak antykatolicka nienawiść: Amerykanie wiedzieli, że na górze i w klasztorze nie było niemieckiego wojska. Wiadomo także, że zadecydowali o zniszczeniu klasztoru nie z powodów wojskowych, lecz dla samego zniszczenia, co można wytłumaczyć jedynie pragnieniem usunięcia z oblicza ziemi jednego z bardziej znaczących symboli tzw. »katolickiego papizmu«. Barbarzyńska operacja miała cele inne od tych, które publicznie ogłoszono w godzinie bombardowania.

 Prawdziwość tych słów wydaje się potwierdzać rozpętana w USA i Wielkiej Brytanii medialna kampania, w której zajadle atakowano dowódców sprzeciwiających się bombardowaniu opactwa. W nagonce tej roiło się od kłamstw i silnych antykatolickich akcentów. Wielu wrogów Kościoła katolickiego nie ukrywało swojej radości ze zbombardowaniu klasztoru: Nie przypominam sobie, żeby coś, co widziałem lub zrobiłem, tak mnie uszczęśliwiło jak widok tego zburzonego na wzgórzu opactwa… Z radością patrzyłem na ten symboliczny rozpad Kościoła i skostniałej tradycji napisał w swoim dzienniku tuż po bombardowaniu kpt. Sidney Waugh, przed wojną znany jako wybitny rzeźbiarz.

 Po wojnie USA i Wielka Brytania uparcie trzymały się tezy, że zniszczenie opactwa na Monte Cassino było uzasadnione. Dopiero w końcu lat 60. XX stulecia w wydawanych w USA publikacjach zatryumfowała prawda. W oficjalnej historii armii amerykańskiej z 1969 r. stwierdzono, że opactwo nie było zajęte przez wojska niemieckie.

Wielka Brytania do dnia dzisiejszego nie zmieniła swego stanowiska o „niekwestionowanych dowodach” na wykorzystywanie opactwa przez Niemców. Żadnej pokory wobec prawdy nie wykazuje Nowa Zelandia, która zawzięcie broni gen. Freyberga. Paradoksalnie, dla niemieckich żołnierzy bitwa na Monte Cassino stanowiła jedną z nielicznych jasnych kart w generalnie haniebnej historii całej II wojny światowej.

 Krzysztof Warecki

===================

Nienawiść masońskich dowódców USA i „sprzymierzonych”  do Kościoła katolickiego jest udokumentowana. Świadczy o niej również podwójna zbrodnia detonacji bomb jądrowych nad Hirosima i Nagasaki – miastami przecież cywilnymi. Nagasaki to ośrodek katolicyzmu w Japonii.

———————————————

Leo Szilard, jeden ze współautorów sławnego listu, podpisanego również przez Einsteina i zaadresowanego do Prezydenta Roosevelta – listu znanego jako początek Projektu „Manhattan”, napisał w 1960 roku, niedługo przed swoją śmiercią, że: „jeżeliby Niemcy rzucili na miasta bomby atomowe, to Amerykanie określili by takie bombardowanie, jako ‘zbrodnię wojenną’ oraz skazaliby w Norymberdze na śmierć przez powieszenie na szubienicy Niemców winnych tej zbrodni”.

Zniszczenie Hiroszimy i Nagasaki w sierpniu 1945 roku, gdzie „ground zero” czyli „wskazanym celem” była jedyna w Japonii katedra katolicka, było większą zbrodnią wojenną niż zbrodnie generałów japońskich, za które byli oni skazani na śmierć i uśmierceni w Tokio i w Manili .

Inny cytat: Nagasaki: Klasztor zbudowany został wówczas za miastem, za górą, ale jak się później okazało dzięki temu ocalał, gdy Amerykanie rzucili bombę atomową na Nagasaki. Poleciały tylko szyby!

Chińskie prawa człowieka

Chińskie prawa człowieka

7.06.2026 Adam Wielomski nczas/chinskie-prawa-czlowieka

NCZAS.INFO | Prof. Adam Wielomski. Zdjęcie ilustracyjne. Źródło: youtube/ Prof. Adam Wielomski. Naukowo o polityce
NCZAS.INFO | Prof. Adam Wielomski. Źródło: youtube/ Prof. Adam Wielomski. Naukowo o polityce

W dniu 21 maja 2026 roku, wraz z moją Żoną Magdaleną Ziętek-Wielomską uczestniczyliśmy w europejsko-chińskiej międzynarodowej konferencji „Przyszłość praw człowieka w zmieniającym się porządku świata”. Konferencja robiła wrażenie swoim rozmachem. Około setki uczestników, w tym dwóch byłych premierów (Grecji i Rumunii), wielu wykładowców, polityków, urzędników rządowych i przedstawicieli organizacji społecznych.

Jednak to, co było najważniejsze, to możliwość zapoznania się z chińskim rozumieniem praw człowieka.

W Polsce panuje fundamentalizm prawo-człowieczy, polegający na ślepym i fanatycznym traktowaniu praw człowieka jako ideologii, którą są smagane „rządy niedemokratyczne”. Stąd też w przypadku Chin pisze się ciągle o dysydentach, prześladowanych grupach etnicznych, braku wolności słowa, demokracji etc. Stąd też moje pewne zdziwienie, że Chińczycy zorganizowali konferencję na taki temat nie tylko w Europie, lecz w samym Paryżu – w nieformalnej stolicy praw człowieka.

Wcześniej wiedziałem, że główna linia chińskiej krytyki praw człowieka dotyczy ich nadmiernie indywidualistycznego aspektu, pominięcia obowiązków jednostki wobec wspólnoty etc. W literaturze politologicznej od czasu do czasu wspomina się o tej krytyce, ale rzadko. Szczególnie w Polsce. Ku mojemu zaskoczeniu do Paryża przyleciała chyba z połowa kadry chińskiego Instytutu Praw Człowieka Uniwersytetu Południowo-zachodniego Nauk Politycznych i Prawa, przedstawiając własną i oryginalną ich koncepcję.

Uczestnikom wręczano anglo- lub francuskojęzyczny wybór tekstów Xi Jinpinga „Szacunek i ochrona praw człowieka” (Pekin 2026). W antologii tej czytamy: „Chciałbym tutaj sprecyzować, że rozwój praw człowieka w Chinach nie jest i nie będzie oparty na kryteriach dyktowanych przez Zachód. Jakie by nie było stadium naszego rozwoju, prawa człowieka w Chinach muszą rozwijać się zgodnie z rzeczywistością narodową i wymogami ludu chińskiego. Chcemy osiągnąć cele i poziom, które sami sobie założyliśmy. Nie mamy potrzeby podążać za Zachodem i być przez Zachód sądzeni. Musimy z całą mocą odpowiedzieć na słowa i czyny państw zachodnich dające Chinom i to w sposób upokarzający lekcje w materii praw człowieka” (wersja francuska, s. 21). Jak zatem rozumieją prawa człowieka Chińczycy?

Są dwa zasadnicze prawa człowieka. Pierwszym jest naturalne prawo każdej wspólnoty narodowej do posiadania suwerennego państwa. Jak tłumaczył jeden z chińskich profesorów: co z tego, że masz prawo do własności i wolności słowa, jeśli mieszkasz w państwie, które kierowane jest przez zagraniczne mocarstwa, które dyktują ci prawa dotyczące tejże własności i określają kierunek polityczny państwa? Ten, kto nie definiuje własnych praw, ten nie jest człowiekiem wolnym. Innymi słowy, to podstawowe prawo człowieka w tradycji zachodniej określane jest jako zbiorowe prawo narodów do samostanowienia.

Można je nawet ująć szerzej: jest to nie tylko prawo każdego narodu do posiadania własnego państwa, lecz także do jego suwerenności, w którą nie ma prawa ingerować żadne mocarstwo zewnętrzne. Ważne, aby naród podejmował sam decyzję o ustroju i osobach nim rządzących. Mówiąc „sam”, nie mam na myśli koniecznie drogi wyborczej. Jeśli w jakimś narodzie dojdzie do rewolucji lub zamachu stanu, w wyniku którego ukonstytuuje się taki lub inny rząd, to jest on suwerennym reprezentantem danego narodu, o ile tylko tego rządu nie ustanowiło i nie wspiera siłą zewnętrzne mocarstwo czy sąsiednie państwo. To jest najważniejsze prawo człowieka: do samostanowienia i suwerenności politycznej. Podkreślając tak bardzo to prawo, Chińczycy zrzucają z siebie pył tzw. stulecia upokorzeń, czyli XIX wieku, gdy zachodnie mocarstwa robiły w tym kraju, co chciały, potem to samo czynili Japończycy, a do niedawna próbowali czynić Amerykanie – dopóki na naszych oczach nie utracili hegemonii nad światem.

Drugie prawo człowieka to uprawnienie do rozwoju. Każde państwo ma prawo do rozwoju ekonomicznego, którego celem jest wyjście z biedy i ukonstytuowanie swoich obywateli jako dominującej liczebnie klasy średniej. Chińczycy nie definiują sposobu, w jaki ma się to stać (socjalistyczny, liberalny, libertariański), gdyż swoboda wybrania tej drogi wynika z prawa pierwszego. Jak tłumaczyli chińscy uczestnicy imprezy, co ci po wolnościach liberalnych, gdy nie masz co włożyć do garnka? Chińczycy uważają, że jakieś 400 milionów ich rodaków skorzystało już w pełni z tego prawa, stając się klasą średnią, a pozostały miliard wyszedł już wprawdzie z nędzy, ale jeszcze nie stał się klasą średnią.

Dlatego też Pekin samo-definiuje się nadal jako „państwo rozwijające się”, choć jego gospodarka jest pierwszą (wskaźnik PPP) lub drugą (wskaźnik PKB) na świecie. Tutaj także widać chińskie rozliczenia z wielowiekową biedą tego państwa, z której Chiny wyszły dopiero całkiem niedawno. Z prawa do rozwoju wynikają jeszcze prawa poszczególne: do przemieszania się za pracą, z czego wynika rozwój środków komunikacji; prawo do zdrowia, aby zwiększyć długość i komfort życia; prawo do edukacji etc.

Chińscy uczestnicy konferencji o tym nie mówili, ale z antologii Xi Jinpinga wynika, że własność także jest prawem człowieka, gdyż zapewnia rozwój ekonomiczny. Nie jest prawem człowieka samym z siebie – jak u Johna Locke’a – lecz dlatego że za jego pomocą realizowane jest ludzkie prawo do rozwoju.

Wszyscy, którzy mnie znają i czytają, wiedzą, że zawsze byłem sceptykiem co do praw człowieka, widząc w nich ideologię burzycielskich rewolucji – od rewolucji francuskiej po rewolucję LGBT. Ale ta chińska koncepcja jest mi całkiem bliska. W istocie sprowadza się ona do nauki o ludzkim prawie do posiadania własnego suwerennego państwa, w które nie ma prawa wtrącać się ani ambasador Repnin, ani ambasador Rose, ani Ursula von der Leyen. Państwo to ma zarazem stworzyć system ekonomiczny, dający ogółowi obywateli rozwój i poprawę dobrobytu. Można zatem spytać: czego właściwie można więcej chcieć? Prawdziwe konserwatywne państwo.

Boliwia staje się kolejnym żerowiskiem Izraela… [lit…]

Boliwia staje się kolejnym żerowiskiem Izraela…

Date: 6 giugno 2026Author: Uczta Baltazara

babylonianempire/boliwia-staje-sie-kolejnym-zerowiskiem-izraela

Od Evo Moralesa do Rodrigo Paza: dramatyczny zwrot Boliwii w stronę Izraela

[Boliwia posiada największe zidentyfikowane złoża litu na świecie md]

=========================================

Izrael znajduje kolejny południowoamerykański kraj, na którym będzie mógł żerować.

Boliwia przeżywa najgłębszy kryzys polityczny i gospodarczy od czterdziestu lat, a reakcje Waszyngtonu i Jerozolimy są uderzająco podobne. Od początku maja 2026 r. kraj ogarnęła ogromna fala protestów z udziałem społeczności rdzennych, górników, związków chłopskich, pracowników transportu, nauczycieli i zwolenników byłego lewicowego prezydenta Evo Moralesa. Dziesiątki blokad dróg sparaliżowały autostrady, odcinając dostawy żywności, paliwa i leków do miast. Protestujący domagają się dymisji prezydenta Rodrigo Paza, prawicowego polityka, który objął urząd 8 listopada 2025 r., kończąc prawie 20 lat rządów lewicowego Ruchu na rzecz Socjalizmu (MAS).

Główne przyczyny protestów to braki paliwa, roczna inflacja przekraczająca 20% w momencie objęcia urzędu przez Paza, cięcia oszczędnościowe (w tym likwidacja państwowych dotacji do paliw na mocy dekretu 5503, który praktycznie podwoił koszty paliwa dla konsumentów) oraz ustawa o klasyfikacji gruntów (nr 1720), postrzegana jako zagrażająca prawom rdzennej ludności do ziemi, ponieważ umożliwiała zajmowanie gruntów rolnych jako zabezpieczenia kredytów. Choć rząd uchylił ustawę 1720 13 maja, protesty nadal się rozprzestrzeniają, a żądania rozszerzyły się o podwyżki płac, reformę prawa pracy i dymisję Paza.

Rząd Paza doszedł do władzy pod hasłem ponownego zorientowania Boliwii na współpracę ze Stanami Zjednoczonymi i zachodnimi instytucjami finansowymi. W ciągu kilku tygodni od objęcia urzędu Paz spotkał się z sekretarzem stanu Marco Rubio i podpisał umowę przywracającą pełne stosunki dyplomatyczne Boliwii z Izraelem, które zostały zerwane w 2023 r. za poprzedniego rządu MAS w proteście przeciwko wojnie w Gazie. Zapewnił też pożyczkę w wysokości 3,1 miliarda dolarów z banku rozwoju Ameryki Łacińskiej, zaprosił DEA (Drug Enforcement Administration) z powrotem do Boliwii i dołączył do koalicji bezpieczeństwa Trumpa „Tarcza Ameryk” (Shield of the Americas) wraz z Argentyną, Salwadorem i kilkunastoma innymi prawicowymi rządami.

Kiedy w połowie maja wybuchły protesty, zarówno Stany Zjednoczone, jak i Izrael wydały oświadczenia, których uderzające podobieństwo zauważył dziennikarz Max Blumenthal. Blumenthal, redaktor The Grayzone, napisał na Twitterze: „USA i Izrael wydały uderzająco podobne oświadczenia w sprawie Boliwii. To tak, jakby były jednym, skonsolidowanym reżimem zmobilizowanym w obronie globalnej oligarchii i przeciwko rdzennemu oporowi.”

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Izraela opublikowało 17 maja: „Państwo Izrael wyraża swoje wsparcie i solidarność z rządem i narodem Boliwii, a także z prezydentem @Rodrigo_PazP, który został wybrany w sposób legalny i demokratyczny. Z niepokojem obserwujemy sytuację humanitarną spowodowaną zamieszkami i blokadami dróg, które doprowadziły do niedoborów żywności i podstawowych artykułów dla ludności. Izrael wspiera wysiłki rządu Boliwii na rzecz promowania dialogu i zachowania stabilności demokratycznej w kraju.”

Dwa dni później Biuro ds. Zachodniej Półkuli Departamentu Stanu napisało na Twitterze: „W Boliwii zamieszki i blokady stworzyły kryzys humanitarny, powodując niedobory leków, żywności i paliwa. Potępiamy wszelkie działania mające na celu zdestabilizowanie demokratycznie wybranego rządu @Rodrigo_PazP i wspieramy go w wysiłkach na rzecz przywrócenia porządku dla pokoju, bezpieczeństwa i stabilności narodu boliwijskiego.”

Zastępca sekretarza stanu USA Christopher Landau nazwał protesty „zamachem stanu” i stwierdził: „Nie miejcie co do tego wątpliwości. To jest zamach stanu finansowany przez ten niegodziwy sojusz między polityką a przestępczością zorganizowaną w całym regionie”. Sekretarz stanu Rubio oświadczył, że „Stany Zjednoczone stanowczo wspierają prawowity konstytucyjny rząd Boliwii. Nie pozwolimy przestępcom i handlarzom narkotyków obalać demokratycznie wybranych przywódców na naszej półkuli”.

Skoordynowany przekaz odzwierciedla głębszą historię relacji Boliwii z Izraelem, które na przestrzeni ośmiu dekad ulegały dramatycznym zmianom.

Relacje Boliwii z Izraelem rozpoczęły się od wsparcia. 29 listopada 1947 r. Boliwia zagłosowała za Rezolucją Zgromadzenia Ogólnego ONZ nr 181 (Planem Podziału Palestyny), który utorował drogę do ogłoszenia niepodległości Izraela. Boliwia formalnie uznała suwerenność Izraela w 1949 r., a oba kraje nawiązały stosunki dyplomatyczne w 1950 r. To wsparcie nie było przypadkowe. Boliwia była schronieniem dla tysięcy żydowskich uchodźców uciekających z Europy w latach 30. i 40. XX wieku.

Niemiecko-żydowski właściciel kopalni Maurice Hochschild wykorzystał swoje stosunki z prezydentem Boliwii Germánem Buschem do ułatwienia wydawania wiz żydowskim uchodźcom z Niemiec i Austrii oraz założył Towarzystwo Ochrony Imigrantów Izraelskich (SOPRO), aby wspierać integrację uchodźców. Według Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie, do końca 1942 r. w Boliwii osiedliło się około 7000 żydowskich imigrantów. Społeczność żydowska założyła Circulo Israelita de Bolivia w La Paz, które stało się najwyżej położoną synagogą na świecie – na prawie 12 000 stóp nad poziomem morza.

Przez pierwsze pięć dekad formalnych stosunków Boliwia i Izrael utrzymywały stabilne i oparte na współpracy relacje. Izraelska agencja współpracy rozwojowej MASHAV, założona w 1958 r., rozszerzyła swoje transfery technologii rolniczych, wiedzę z zakresu gospodarki wodnej i programy budowania potencjału na kraje Ameryki Łacińskiej i Afryki. Zniesienie obowiązku wizowego w 1972 r. pozwoliło obywatelom Izraela na podróżowanie do Boliwii bez wizy. Każdego roku około 20 000 izraelskich weteranów po odbyciu obowiązkowej służby wojskowej udawało się do Ameryki Południowej, aby odpocząć, a Boliwia – z jej malowniczymi andyjskimi krajobrazami, solniskiem Salar de Uyuni, basenem Amazonki i dżunglą Yungas – stała się jednym z najpopularniejszych kierunków.

Wszystko zmieniło się wraz z wyborem Evo Moralesa w 2006 r. Morales, pierwszy rdzenny prezydent Boliwii, zbudował swoją politykę zagraniczną wokół zaciekłej antyimperialistycznej agendy, która traktowała politykę zagraniczną USA i izraelskie działania wojskowe jako dwa przejawy tego samego żydowskiego supremacjonistycznego systemu dominacji obejmującego większość globu. Szybko zorientował Boliwię na blok ALBA (który obejmował Kubę, Nikaraguę, Ekwador i Wenezuelę), z Iranem jako partnerem zewnętrznym.

Pierwsze bezpośrednie zerwanie nastąpiło 14 stycznia 2009 r., podczas izraelskiej operacji „Płynny Ołów”. Morales ogłosił zerwanie stosunków dyplomatycznych, nazywając traktowanie Palestyńczyków przez Izrael „ludobójstwem”. Zażądał postawienia premiera Ehuda Olmerta przed wymiarem sprawiedliwości i odebrania Pokojowej Nagrody Nobla prezydentowi Izraela Szimonowi Peresowi.

Stosunki pogorszyły się jeszcze bardziej podczas wojny w Gazie w 2014 r. Morales ogłosił Izrael „państwem terrorystycznym” i zapowiedział anulowanie umowy o zniesieniu wiz z 1972 roku. „Ogłaszamy [Izrael] państwem terrorystycznym” – oświadczył Morales podczas rozmowy z grupą nauczycieli w mieście Cochabamba. Wcześniej w tym miesiącu złożył wniosek do Wysokiego Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka o ściganie Izraela za zbrodnie przeciwko ludzkości.

Lata rządów Moralesa wniosły również istotny element tajnych działań do procesu oddalania się Boliwii od Izraela. W miarę jak Boliwia zbliżała się do Iranu, kraj stał się tym, co amerykańscy urzędnicy wywiadu opisali jako „węzeł drugorzędny” dla operacji irańskiego wywiadu w regionie. Kontrowersyjna reelekcja Moralesa w październiku 2019 r. wywołała masowe protesty, a on podał się do dymisji pod presją wojska 10 listopada 2019 r., po tym jak dowódca boliwijskiej armii publicznie wezwał go do ustąpienia.

Tymczasowy rząd Jeanine Áñez, która objęła prezydenturę 12 listopada, natychmiast rozpoczął odwracanie polityki zagranicznej z czasów Moralesa. W ciągu kilku dni minister spraw zagranicznych Karen Longaric ogłosiła wydalenie wenezuelskiego personelu dyplomatycznego i wystąpienie Boliwii z bloku ALBA, a rząd dołączył do Grupy Lima. Boliwia zerwała stosunki z Kubą 24 stycznia 2020 r., stając się jedynym krajem na półkuli zachodniej bez stosunków dyplomatycznych z Hawaną. 27 listopada 2019 r., zaledwie dwa tygodnie po rezygnacji Moralesa, minister spraw zagranicznych Boliwii Karen Longaric ogłosiła przywrócenie stosunków dyplomatycznych z Izraelem.

Wybory w Boliwii w październiku 2020 r. przywróciły Ruch na rzecz Socjalizmu do władzy pod przewodnictwem Luisa Arce. Najbardziej prowokacyjnym wydarzeniem okresu rządów Arce było podpisanie w lipcu 2023 r. przez ministra obrony Boliwii Edmundo Novillo w Teheranie memorandum o porozumieniu w sprawie bezpieczeństwa i obrony z irańskim ministrem obrony Mohammadem Rezą Asztianim. Umowa zawierała postanowienia dotyczące rozmieszczenia irańskich dronów wojskowych w Boliwii pod pretekstem ochrony granic i zwalczania handlu narkotykami.

Po ataku Hamasu na Izrael 7 października 2023 r. i późniejszej izraelskiej kampanii wojskowej w Gazie, rząd Arce szybko zareagował. 31 października 2023 r. Boliwia jako pierwszy kraj w Ameryce Łacińskiej zerwała stosunki dyplomatyczne z Izraelem z powodu najnowszej wojny w Gazie. Wiceminister spraw zagranicznych Freddy Mamani ogłosił decyzję „w imię potępienia i odrzucenia agresywnej i nieproporcjonalnej izraelskiej ofensywy wojskowej w Strefie Gazy”. Rzecznik izraelskiego MSZ Lior Haiat nazwał ten krok „kapitulacją przed terroryzmem i reżimem ajatollahów w Iranie”.

W październiku 2024 roku Boliwia złożyła w Międzynarodowym Trybunale Sprawiedliwości oświadczenie o przystąpieniu do sprawy, przyłączając się do pozwu Republiki Południowej Afryki, w którym zarzuca się Izraelowi popełnienie ludobójstwa w Strefie Gazy.

Wybory prezydenckie w Boliwii w październiku 2025 r. przyniosły przełomowy wynik. Rodrigo Paz zwyciężył, zdobywając ponad 54 procent głosów; po raz pierwszy od 20 lat żaden kandydat MAS nie zdobył prezydentury. Paz, syn byłego prezydenta Boliwii i absolwent amerykańskich uczelni, prowadził kampanię pod hasłem „Kapitalizm dla wszystkich”. Izraelski minister spraw zagranicznych Gideon Sa’ar w dniach po jego wyborze sygnalizował chęć naprawy stosunków dwustronnych z Pazem.

10 grudnia 2025 r. Sa’ar i boliwijski minister spraw zagranicznych Fernando Aramayo podpisali w Waszyngtonie wspólną deklarację przywracającą pełne stosunki dyplomatyczne. Boliwijskie MSZ oświadczyło, że „Boliwia i Izrael w pełni przywracają swoje stosunki dyplomatyczne i otwierają nowy etap strategicznej współpracy”. Premier Benjamin Netanjahu osobiście rozmawiał telefonicznie z Pazem 10 grudnia 2025 r. Obaj „zgodzili się co do potrzeby promowania współpracy w różnych dziedzinach, ze szczególnym uwzględnieniem bezpieczeństwa, oraz przywrócenia ożywionej turystyki wielu izraelskich podróżnych” do Boliwii – podały izraelskie władze. Netanjahu osobiście zaprosił Paza do odwiedzenia Izraela.

Najważniejszym strategicznym interesem Izraela w Boliwii jest jej lit. Boliwia posiada największe na świecie udokumentowane rezerwy litu – szacunkowo 23 miliony ton metrycznych, co stanowi około 20% światowych rezerw. Za rządów Moralesa i Arce Boliwia zawierała umowy dotyczące litu głównie z Chinami i Rosją. Pojednanie Boliwii z Izraelem umieszcza ją w orbicie Porozumień Izaaka (Isaac Accords), ramy wzorowanej na Porozumieniach Abrahama i promowanej przez prezydenta Argentyny Javiera Milei. Fundacja Genesis Prize Foundation okrzyknęła wybór Paza jako „nową szansę na przyjaźń i bliższe więzi z Izraelem”. Niezwykle silne wyrażenie solidarności z rządem Paza podczas protestów w maju 2026 r. reprezentuje poziom publicznego poparcia rzadko udzielanego zagranicznej głowie państwa.

W miarę jak Boliwia zostaje wciągnięta w sieć „porozumień Isaaca”, schemat staje się oczywisty. Ingerencja Izraela w politykę Boliwii to przemyślany manewr mający na celu zapewnienie sobie dostępu do litu oraz złamanie oporu rdzennej ludności wobec bezpardonowych metod wydobycia surowców. Kiedy przestaniemy postrzegać Izrael jako zwykłe państwo i zaczniemy uznawać go za imperium, sytuacja stanie się bardziej przejrzysta.

Jest to ponadnarodowa struktura władzy, która realizuje interesy elity wyznającej supremację żydowską kosztem wszystkich narodów, które staną jej na drodze. Boliwia to po prostu najnowszy front w ekspansji tego pasożytniczego przedsięwzięcia.

INFO: josealnino/from-evo-morales-to-rodrigo-paz-bolivias

WARTO PRZYPOMNIEĆ:archive.org/web

ram.neon24.pl/evo-morales-i-biale-zloto-boliwii

http://web.archive.org/web

ram.neon24.pl/andinia-plan-czyli-zydowski-apetyt-na-patagonie

Klasztor św. Benedykta na Monte Cassino a cele strategiczne Amerykanów

Mirosław Dakowski    [z Archiwum, odpowiedź na dość głupawy tekst w (…) ]
29.09.2010.
Klasztor św. Benedykta na Monte Cassino a cele strategiczne Amerykanów

Z wojskowego punktu widzenia było to szaleństwo, a z kulturalnego – zbrodnia.
A może był to niejasny i nie do powstrzymania wymóg, konieczność wynikająca z owego połączenia radykalnego protestantyzmu i masońskiego oświecenia, którym od początku charakteryzowała się ame­rykańska klasa kierownicza?(Messori)    
         Dopiero osobiste spojrzenie na Opactwo na górze Monte Cassino pozwala mi na zadanie sobie pytania: Po co, w jakim celu dowództwo amerykańskie, czy aliantów, w 1944 roku zniszczyło serce katolicyzmu, klasztor, który założył św. Benedykt w roku 529?
            Fakty:
1)      był zakaz gen. Eisenhowera atakowania i niszczenia zabytków. Postąpiono wbrew niemu.
2)      Klasztor na początku 1944 r. nie był obsadzony przez wojska niemieckie. Dopiero po barbarzyńskim zburzeniu przez naloty alianckie oraz artylerię 15 lutego 1944 r., Niemcy zajęli ruiny.
3)      Klasztor i góra Monte Cassino nie miała strategicznego znaczenia jako bastion broniący drogi z Południa na Rzym: Między Monte Cassino a morzem Tyrreńskim mogły bez przeszkód przejść idąc koło siebie nie tylko dywizje, ale armie.
4)      Za zdobycie ruin SERCA KATOLIZYZMU Polacy (katolicy) zapłacili śmiercią ok. tysiąca żołnierzy…
5)      Teraz jest tam piękna dla oka ATRAPA Opactwa, zbudowana od nowa przez (formalnie) rząd włoski (oddano mnichom w 1964 roku, jeszcze w r. 2010 część fresków nie jest namalowana od nowa), a w rzeczywistości sfinansowana przez Anglików i Amerykanów (wyrzuty sumienia? – toć „oni” chyba nie mają sumienia w naszym sensie tego słowa?… ).   Poniżej umieszczam tekst Vittorio Messori, który może nie zna dobrze „wkładu Polaków” w bitwę, ale… nie da się go zakwalifikować jako „polski ciemnogród”. MONTE CASSINO Vittorio Messori, „Czarne karty Kościoła”, Księgarnia św. Jacka, Katowice, 1998, str. 250 i nast.
            W czasie wakacyjnych podróży nie brakuje okazji do owocnych refleksji. Na przykład ci, którzy udają się na plaże, zbliżając się do Rzymu od południa, winni pomyśleć nieco o tym, dlaczego opactwo na Monte Cassino, niczym historyczny fałsz, nawet jeśli jest tylko całkowitą rekonstrukcją, góruje jeszcze na tym wzniesieniu.
            W ciągu następujących po wojnie światowej dziesięcioleci zaczęto przyjmować niezwykłą postawę, która wcześniej miała miejsce jedynie w manicheizmie: dobro istnieje tylko po jednej stronie, po stronie demokracji anglosaskiej, zawsze i wszędzie wprowadzającej cywilizację; zło przyszło z drugiej strony, z faszystowskich Niemiec, siedliska barbarzyństwa i zła.  [….]  
           Wróćmy do Monte Cassino, gdyż od niego zaczęli­śmy naszą refleksję. Na wstępie zaznaczmy, że nienawiść antykatolicka (nie ma innego wytłumaczenia) doprowadziła do złamania schematu o „cywilizacji anglo-amerykańskiej przeciwko niemieckiemu barbarzyństwu”.
            Na tym sławnym wzgórzu, położonym na południe od Rzymu, właśnie faszyści okazali się „przyjaciółmi ludzi i kul­tury„. W tym bowiem rejonie Niemcy – między Włochami i aliantami – w pośpiechu utworzyli „Linię Gustawa„. Monte Cassino, pojedyncze, skaliste wzgórze, wznoszące się nad równiną, było idealnym miejscem na bazę, ale marszałek polny, Albert Kesselring, bawarski katolik, pochodzący ze starej, przed-nazistowskiej kasty wojskowej, która łączyła wojskowy dryl ze szczególnym pojęciem honoru, nie chciał się zdecydować na ufortyfikowanie tego miejsca, ponieważ byłoby to równoznaczne z wystawieniem go na zniszczenie.             Niemcy (mimo wszystko potomkowie jednego z najbar­dziej oświeconych krajów świata i katoliccy przynajmniej w jednej trzeciej swej ludności) dobrze wiedzieli, co oznacza dla powszechnej cywilizacji miejsce, w którym razem ze św. Scholastyką spoczywają szczątki Benedykta z Nursji, nie bez przyczyny głównego patrona Europy.
            Tutaj powstała Reguła, która w czasie załamywania się kla­sycznej kultury w wielkim stopniu przyczyniła się do zacho­wania tego, co było najlepsze w starożytnym świecie i do zainaugurowania nowego. Tutaj, w wielkich skryptoriach (skryptorium – pomieszczenie w średniowiecznych klasztorach lub kate­drach, w którym kopiowano księgi rękopiśmienne [przyp. red.].), zakonnicy przepisywali nieśmiertelne dzieła, dzięki czemu nie uległy one zniszczeniu i zapomnieniu. Tu­taj biło serce prawego rycerstwa, które od Szkocji po Sycylię przez ponad tysiąc lat poświęcało się wiecznemu zbawieniu człowieka oraz polepszaniu jego życia na ziemi.
            Tak więc wbrew wszelkiej taktyce i strategii, Kesselring wyłączył Monte Cassino z linii obronnej, pozwalając we wnę­trzu klasztornych murów znaleźć schronienie wielkiej liczbie uciekinierów, rannych, chorych oraz starców i kobiet przy­garniętych przez zakonników.
            Dziś znany jest fakt, że alianci, przede wszystkim Amery­kanie, wiedzieli, że na górze i w klasztorze nie było niemiec­kiego wojska. Wiadomo także, że zadecydowali o zniszczeniu klasztoru nie z powodów wojskowych, lecz dla samego znisz­czenia, co można wytłumaczyć jedynie pragnieniem usunię­cia z oblicza ziemi jednego z bardziej znaczących symboli tzw. „katolickiego papizmu„. Barbarzyńska operacja miała cele inne od tych, które publicznie ogłoszono w godzinie bombardowania.
            W ten sposób zaoferowano Niemcom okazję, przynajm­niej w tym przypadku, zrehabilitowania się jako „przyjaciół” cywilizacji. Mimo dramatycznych trudności z transportem, Wehrmacht znalazł potrzebne ciężarówki, aby przewieźć do Watykanu przynajmniej część artystycznych i kultural­nych skarbów z klasztoru, poczynając od niezwykłego archi­wum, w którym znajduje się pierwszy dokument napisany w języku włoskim.             Kiedy z klasztoru wywieziono już wspomniane osoby i rzeczy, 15 lutego 1944 roku, punktualnie o zapowiedzianej godzinie, pod niebem Monte Cassino ukazała się chmura amerykańskich samolotów, które rozpoczęły „precyzyjne” bombardowanie, zaś z równiny odezwały się alianckie działa ciężkiego kalibru. Bombardowanie i ostrzeliwanie trwało trzy dni, dopóki nie było pewności, że z klasztoru pozostały jedy­nie ruiny (później okazało się, że zniszczono wszystko oprócz krypty z relikwiami św. Benedykta i św. Scholastyki).
Z całe­go wydarzenia zrobiono „spektakl”, filmując go przy pomocy zawodowych kamerzystów. Kiedy skończyło się bombardowanie i niczego już nie można było ocalić, Wehrmacht zajął górę i ufortyfikował się w rumowisku. Barbarzyńska strategia Amerykanów okazała się cenna dla Niemców, ponieważ ruiny stały się tak dosko­nałym miejscem obrony, że można było w nich przez całe miesiące odpierać najbardziej zaciekłe ataki. Trzydzieści tysięcy poległych aliantów, wśród nich wielu Polaków, spo­czywa na tamtejszym cmentarzu z powodu amerykańskiej decyzji zburzenia klasztoru.
            Z wojskowego punktu widzenia było to szaleństwo, a z kulturalnego – zbrodnia.
A może był to niejasny i nie do powstrzymania wymóg, konieczność wynikająca z owego połączenia radykalnego protestantyzmu i masońskiego oświecenia, którym od początku charakteryzowała się ame­rykańska klasa kierownicza? Być może ten płomień gniewu pomoże lepiej zrozumieć wielką klasztorną awanturę, uka­zując jej historyczną ważność, nawet za cenę rozpętania tak wielkiej destrukcyjnej furii.             Gdyby znalazł się ktoś, kto wątpi w nasze podejrzenia co do poza-militarnych celów zbombardowania szacownego klaszto­ru, uważając nas za ogarniętych wyolbrzymioną manią prześla­dowczą, niech przeczyta, co na ten temat ma do powiedzenia między innymi Giorgio Spini. Można mu ufać, skoro nawet on, będąc waldensem i obrońcą protestanckiej dominacji, pisze o „wzrastającej w Stanach Zjednoczonych fali ruchów antykatolickich, niejednokrotnie połączonej z brutalnymi manifestacjami”. Wspomniany historyk dodaje: „Nawet pomijając już przykłady nietolerancji i histerii, bez wątpienia istnieje w historii północnoamerykańskiej stan alarmowy, spowodowany liczną migracją katolicką, która mo­głaby stanowić zagrożenie dla głównych instytucji amerykań­skich„.

Nowe zmienne komplikują negocjacje USA i Iranu

Nowe zmienne komplikujące negocjacje USA i Iranu

7 czerwca 2026 r Larry C. Johnson sonar21/new-variables-complicating-us-and-iran-negotiations

Chciałbym zwrócić Państwa uwagę na dwa doniesienia, które mogą skomplikować, jeśli nie zniweczyć, nadzieje prezydenta Trumpa na osiągnięcie porozumienia pokojowego z Iranem.

Pakistan, jak informowaliśmy w zeszłym tygodniu z Pepe Escobarem, nadal odgrywa kluczową rolę w próbach wypracowania rozwiązania akceptowalnego dla Iranu i Stanów Zjednoczonych. Irańskie media państwowe poinformowały , że pakistański minister spraw wewnętrznych Mohsin Naqvi przybył w sobotę do Teheranu na rozmowy z irańskimi urzędnikami, w tym z ministrem spraw zagranicznych Abbasem Araqchi. Naqvi powiedział, że ma przy sobie „specjalny list” od dowódcy armii i premiera Iranu do prezydenta Chameneiego, podała ISNA.

Uwolnienie zamrożonych irańskich aktywów pozostaje kluczowym żądaniem Iranu. W zeszły czwartek CNN przeprowadziła wywiad z Mohsenem Rezaei , byłym dowódcą Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej i obecnym doradcą wojskowym Najwyższego Przywódcy ajatollaha Modżtaby Chameneiego. Rezaei powiedział CNN, że każde porozumienie pokojowe między USA a Iranem zależy od uwolnienia przez Waszyngton 24 miliardów dolarów zamrożonych irańskich aktywów, ostrzegając, że Stany Zjednoczone „wejdą w ciemny korytarz”, jeśli wznowią walki. Rezaei określił kwotę 24 miliardów dolarów jako „test” wiarygodności USA: „Jeśli prezydent Donald Trump chce porozumienia z Iranem, ta kwota jest testem. To test, który Stany Zjednoczone muszą zdać, aby otworzyć drogę do porozumienia”.

Wygląda na to, że sekretarz skarbu USA Scott Bessent nie otrzymał notatki o zawarciu porozumienia z Iranem. Bessent podobno polecił zespołowi oszacowanie kosztów szkód wyrządzonych sojusznikom Zatoki Perskiej przez Iran, z zamiarem wykorzystania tych zasobów do sfinansowania napraw zniszczonej infrastruktury Arabów z Zatoki Perskiej. Iran z pewnością odmówi przyjęcia tego warunku.

Jestem pewien, że niektórzy zwolennicy Trumpa uznają to za wynik jego stylu negocjacji, ale w chwili, gdy rozmowy rzekomo utknęły w martwym punkcie (tak powiedział Mohsen Rezaei w wywiadzie dla CNN), po co zajmować stanowisko, które rozgniewa Iran?

Z drugiej strony są grzechy Izraela. Nie wiem, czy Biały Dom Trumpa odegrał rolę w podsycaniu „ New York Timesa” historią o wzmożonym szpiegowaniu administracji Trumpa przez Izrael w celu wywarcia presji na Izrael, czy też był to nieautoryzowany przeciek, który zaskoczył Trumpa i Pete’a Hegsetha.

Pamiętajmy, że Hegseth jest po Donaldzie Trumpie najwyższym cywilnym autorytetem w zakresie DIA. Chociaż „New York Times” traktuje to jako dramatyczne odkrycie, dla mnie nie jest to nowość.

Mam dwa słowa, które podsumowują problem: Jonathan Pollard. Oto, co „New York Times” ma do powiedzenia:

Ostatnie raporty wywiadu USA wzbudziły obawy dotyczące podsłuchiwania przez izraelskie agencje szpiegowskie amerykańskich negocjatorów pracujących nad porozumieniem pokojowym z Iranem. Pojawiły się też obawy o ogólne zagrożenie kontrwywiadowcze ze strony Izraela.

W doniesieniach pojawiły się obawy, że Izrael nasilił działania mające na celu podsłuchiwanie wysokich rangą amerykańskich urzędników, w tym Steve’a Witkoffa, głównego negocjatora prezydenta Trumpa, Elbridge’a A. Colby’ego, najwyższego urzędnika politycznego Pentagonu, i jednego z jego głównych zastępców, Michaela P. DiMino IV.

Inny raport, sporządzony przez Agencję Wywiadu Obronnego i inne agencje wywiadu wojskowego, skupiający się na wcześniejszych wydarzeniach sprzed kilku lat, stwierdza, że ​​poziom zagrożenia kontrwywiadowczego ze strony Izraela wzrósł w ostatnich tygodniach do najwyższego poziomu, z wysokiego do krytycznego. Raport, w którego powstanie zaangażowała się Agencja Kontrwywiadu i Bezpieczeństwa Obrony, przedstawia różne działania Izraela mające na celu szpiegowanie amerykańskiego personelu wojskowego i urzędników państwowych.

Myślę, że to kontynuacja raportu Axios z początku zeszłego tygodnia, w którym Donald Trump przeklinał Bibiego Netanjahu. Doświadczeni oficerowie wywiadu nie są tym zaskoczeni – cholera, Izrael robi to od lat – ale sposób przedstawienia tej historii z pewnością przedstawia Izrael w bardzo negatywnym świetle i przyczyni się do narastania nastrojów antyizraelskich w Stanach Zjednoczonych. Być może Trump poważnie myśli o zakończeniu wojny z Iranem.

Izrael dodatkowo nadszarpnął swoją i tak już nadszarpniętą reputację, atakując pojazd wojskowy libańskiej armii poruszający się drogą między Kfar Tebnit a Khardali w rejonie Nabatijja w południowym Libanie, zabijając generała brygady, kapitana i żołnierza. Siły Obronne Izraela przyznały się do ataku na pojazd i próbowały usprawiedliwić atak, twierdząc, że pojazd „podejrzanie poruszał się” w kierunku sił izraelskich w pobliżu wioski Kfar Tebnit.

Libańskie Siły Zbrojne, co nie dziwi, były oburzone. Wydały następujące oświadczenie:

Ciągła, celowa i powtarzająca się izraelska agresja na Liban, jego mieszkańców i armię jedynie wzmacnia naszą determinację, wiarę i determinację.

Ten ostatni akt izraelskiego morderstwa nastąpił zaledwie kilka dni po odnowieniu porozumienia o zawieszeniu broni między Izraelem a Libanem, wynegocjowanego przez Stany Zjednoczone. Nie trwało ono długo. Izrael nie zaprzestał bombardowań w południowym Libanie od czasu ogłoszenia zawieszenia broni 16 kwietnia.

Wzmacnia to pozycję Iranu w odniesieniu do jego żądania, że ​​nie będzie porozumienia ze Stanami Zjednoczonymi, dopóki Izrael nie wycofa się z Libanu i nie zaprzestanie zabijania. Wspaniały cel, ale mało prawdopodobne, aby został zrealizowany.

Oto mój drugi wpis z cyklu „Counter Currents” w tym tygodniu… Eksperymentuję z nowym, krótszym formatem. Dajcie znać, czy Wam się podoba, czy wolicie dłuższe wywiady/komentarze:

Konflikt irańsko-amerykański wchodzi w drugą rundę? Wyjaśnia analityk CIA

Powrót z powtórką występu z Sulaimanem Ahmedem:

PENTAGON UJAWNIA IZRAEL ZA SZPIEGOWANIE TRUMPA I URZĘDNIKÓW USA, IRAN ATAKUJE ZATOKĘ Z BYŁYM CIA LARRYM JOHNSONEM

Pentagon klasyfikuje Izrael jako państwo o ​​największym ryzyku szpiegostwa

Pentagon uznaje Izrael za jedno z państw o ​​największym ryzyku szpiegostwa: Macgregor uważa, że ​​potęga USA w Zatoce Perskiej chyli się ku upadkowi.

Rozmowa z pułkownikiem Douglasem Macgregorem maluje obraz amerykańskiej polityki na Bliskim Wschodzie, rozdartej między zagrożeniami, utratą kontroli i presją ze strony Izraela. Główna teza Macgregora: Tak zwane zawieszenie broni z Iranem wcale nie jest zawieszeniem broni – a Stany Zjednoczone nie posiadają już strategicznej przewagi w Zatoce Perskiej, którą Waszyngton przez dekady uważał za oczywistość.

Macgregor od początku jasno daje do zrozumienia, że ​​nie uważa tej sytuacji za prawdziwą deeskalację. Jeśli strzelanina będzie trwała, jeśli Iran będzie nadal atakował cele w Zatoce Perskiej, a Waszyngton jednocześnie będzie próbował zapewnić sobie obecność wojskową przez Cieśninę Ormuz, to nie będzie to zawieszenie broni, lecz wojna o zmiennej intensywności. Jego trzeźwa ocena: Stany Zjednoczone nie chcą otwartej wojny na dużą skalę – ale Iran najwyraźniej jest gotowy do jej prowadzenia, jeśli zostanie do tego zmuszony.

Sedno problemu leży w Cieśninie Ormuz. Iran skutecznie kontroluje to wąskie gardło, a tym samym jeden z najbardziej wrażliwych punktów globalnej gospodarki. Waszyngton może nadal szczycić się lotniskowcami, niszczycielami i bazami, ale te symbole imperialnej potęgi utraciły swoją siłę odstraszającą w dobie precyzyjnych pocisków rakietowych, dronów, czujników i systemów nadzoru. Stary mit o amerykańskiej nietykalności rozpada się, gdy Iran, dysponując stosunkowo ograniczonymi zasobami, militarnie ogranicza supermocarstwo.

Analiza państw Zatoki Perskiej przeprowadzona przez Macgregora jest szczególnie kontrowersyjna. Kuwejt, Bahrajn i Emiraty Arabskie są wyjątkowo narażone, ponieważ dopuszczają obecność Amerykanów, a w niektórych przypadkach Izraela, na swoim terytorium. Z irańskiej perspektywy granica między armią USA, amerykańskimi agencjami wywiadowczymi a izraelską projekcją siły jest niewyraźna. Ci, którzy udostępniają swoją infrastrukturę Waszyngtonowi i Tel Awiwowi, sami stają się celem ataków.

Macgregor stawia zatem niewygodne pytanie: czy Stany Zjednoczone nadal mogą chronić swoich sojuszników w Zatoce Perskiej? Jego odpowiedź brzmi: nie. Monarchie Zatoki Perskiej nie mogą stale liczyć na Waszyngton w kwestii ratowania ich. Dyplomacja z Iranem nie jest dla nich opcją moralną, lecz kwestią przetrwania. Ci, którzy sprzymierzają się z wrogiem swojego najpotężniejszego sąsiada, popełniają ten sam błąd, co państwa polegające na odległych protektorach – i ostatecznie zostają same.

Drugim ważnym tematem dyskusji jest Izrael. Według ostatnich doniesień, Pentagon podniósł poziom ryzyka kontrwywiadowczego Izraela do najwyższego poziomu, „krytycznego”. Urzędnicy amerykańscy oskarżają Izrael o szczególnie agresywne gromadzenie informacji o wewnętrznych dyskusjach administracji Trumpa na temat Iranu i Libanu. Izrael i Biały Dom odrzuciły te oskarżenia. ( timesofisrael.com )

Dla Macgregora raport ten nie jest anomalią, lecz symptomem. Podkreśla on, że między USA a Izraelem nie istnieje formalny traktat sojuszniczy. Relacje te są skonstruowane politycznie, zabezpieczone finansowo i umocnione poprzez sieci wpływów w Kongresie. Fakt, że państwo oficjalnie uważane za najbliższego partnera jest obecnie traktowane jako najwyższe ryzyko kontrwywiadowcze, dowodzi wewnętrznej sprzeczności tej relacji.

Macgregor idzie jeszcze dalej: Izrael od lat cieszy się wyjątkowym dostępem do amerykańskich struktur – nie ze względu na wspólne interesy, ale z powodu korupcji politycznej, nacisków lobbingowych i strategicznej naiwności.

Jego zdaniem Stany Zjednoczone osiągnęły punkt, w którym muszą zadać sobie pytanie, czy nadal realizują własne interesy, czy też prowadzą wojny zagraniczne, których cenę ostatecznie płaci naród amerykański.

Jego konkluzja jest ponura: Największe zagrożenie dla USA nie leży w Iranie, Rosji czy Chinach, ale w ich wnętrzu – w zadłużeniu państwowym, podziałach politycznych, upadku przemysłu, utracie kontroli nad granicami i polityce zagranicznej służącej interesom innych państw. Wojna w Zatoce Perskiej to jedynie widoczny symptom głębszego rozkładu.

Przesłanie Macgregora jest w gruncie rzeczy takie: świat zrozumiał, że Ameryka nie jest już w stanie chronić, kontrolować ani egzekwować wszystkiego. Iran obnażył tę słabość. Izrael ją wykorzystuje. A Waszyngton wciąż odmawia wyciągnięcia niezbędnych wniosków.

Rosyjska sztuka operacyjna. Idź powoli, by dojść szybko.

Rosyjska sztuka operacyjna
Idź powoli, by dojść szybko

Julian Macfarlane julianmacfarlane/russias-operational-art


6 czerwca 2026

Kalkulacja konfliktu: Jak doktryna wojskowa Rosji zmienia współczesne wojny
Oreshnik, doktryna, sztuka wojny i jak Zachód się mylił…

Mike Mihajlovic 13 lutego 2026

Wstęp
Wielokrotnie pytano mnie, dlaczego moim zdaniem Rosja nie odpowiada na działania Zachodu na Ukrainie pełną siłą – nie atakuje zachodnich fabryk, składów broni i innej infrastruktury wspierającej ukraińskich nazistów. Istnieją dobre powody. Jednak większość zachodnich obserwatorów tego nie rozumie, niezależnie od tego, ile razy wyjaśniam. Na szczęście są osoby, które robią to lepiej – nie tylko pokazując, dlaczego Rosjanie postępują tak, jak postępują, ale także dlaczego większość Zachodu tego nie pojmuje.

Niniejszy artykuł próbuje podsumować, gdzie Zachód błędnie ocenił rozwój wydarzeń, jak nowa broń wpłynęła na pole walki oraz zaoferować bardziej zrównoważone zrozumienie pozycji Rosji. Opiera się na poprzednich artykułach i jednej z najbardziej wnikliwych analiz rosyjskiej sztuki wojny.Sztuka wojenna jest złożona i wymaga znacznie głębszych studiów, niż jakikolwiek pojedynczy artykuł może dostarczyć. Żadna krótka analiza nie jest w stanie objąć wszystkich jej wymiarów. Może jednak pomóc zwykłemu czytelnikowi lepiej zrozumieć to, co kryje się pod powierzchnią – i wyjść poza narracje głównego nurtu mediów oraz sensacyjność, która często dominuje w zachodnich przekazach.

„Kalkulacja”W 2022 roku zapoznałem się z Black Mountain Analysis, która analizowała strategiczne opcje Rosji w jej ówczesnej nowej Specjalnej Operacji Wojskowej (SMO) i pozwoliła mi dokładnie przewidzieć, jak Rosja pokona największą i najlepiej wyposażoną armię NATO przy użyciu minimalistycznych sił i ochotniczych milicji, zmuszając Ukrainę do przyjęcia porozumienia z Stambułu – dopóki nie interweniowali Brytyjczycy, a za nimi masowe wsparcie NATO.

Inni, tacy jak Larry Johnson i zespół Sonar 21, również uważali, że Rosjanie wygrają – ale na podstawie przewagi technologicznej, mitu, który powinien zostać szybko obalony po pierwszych tygodniach walk z rosyjskimi stratami w czołgach i samolotach. Rosja wygrała dzięki kreatywnej strategii i adaptacyjności – jej wypad na Kijów był czystym geniuszem, zmuszając Ukraińców do związania sił w obronie miasta.

W zimne listopadowe rano 2024 roku pocisk przemknął przez ukraińskie niebo z prędkością prawie dwunastu machów. Lecąc z rejonu Astrachania w Rosji – ponad tysiąc kilometrów stąd – uderzył w kompleks przemysłowy Pivdenmash w Dnieprze z taką siłą, że głowica nie potrzebowała konwencjonalnych materiałów wybuchowych do zniszczenia celu. Zamiast tego sama fizyka stała się bronią: energia kinetyczna zamieniła się w fale uderzeniowe sejsmiczne, które rozeszły się przez skałę macierzystą, niszcząc podziemne warsztaty zaprojektowane tak, by wytrzymać atak nuklearny. Prezydent Władimir Putin później potwierdził, że był to bojowy debiut nowego systemu o nazwie „Oriesznik” – broni, której istnienie spekulowano zaledwie kilka dni wcześniej.

Putin wyjaśnił później, że ten atak oraz dwa kolejne, które nastąpiły niedawno, były swego rodzaju „testami w warunkach rzeczywistych”, biorąc pod uwagę szczególne cechy tej broni.
„Uderzyliśmy tam, gdzie było nam wygodnie, by zobaczyć wyniki” – powiedział Putin, dodając, że rosyjskie drony później wleciały do „hangaru”, by obserwować rozrzut i efekty uderzenia.

„Jest dla nas ważne, by w przyszłości podejmować decyzje o pełnoskalowym użyciu Oriesznika przeciwko wyznaczonym celom, w tym w obszarach miejskich”.

Jednak poza technologiczną nowością kryło się coś znacznie ważniejszego: demonstracja tego, jak Rosja postrzega samą wojnę – podejście fundamentalnie różne od zachodniego myślenia wojskowego, które konsekwentnie dezorientuje analityków od lutego 2022 roku.To nie tylko zdezorientowało „analityków” na Zachodzie – przynajmniej nie większość z nich, o ile niektórzy z nas nie są tym zaskoczeni. Rosyjska koncepcja „wojny” zdezorientowała zachodnie media, akademię, rząd i opinię publiczną, której pojęcie wojny jest w dużej mierze przedłużeniem propagandy z D-Day.

Zachodnia wojna jest zdefiniowana przez Hollywood. Rosyjska wojna jest zdefiniowana przez egzystencjalny kryzys II wojny światowej, w której zginęło 27 milionów Rosjan.Aby zrozumieć tę rozbieżność, musimy najpierw obalić trwały mit: koncepcję „wojny hybrydowej” jako rosyjskiej doktryny. Ten termin nigdy nie istniał w rosyjskiej teorii wojskowej. Powstał z zachodniego błędnego odczytania eseju generała Walerija Gierasimowa z 2013 roku, później wzmocniony przez analityków, którzy wyobrażali sobie, że Rosja prowadzi jakąś nowatorską formę konfliktu łączącą cyberataki, dezinformację i siły konwencjonalne.

Do 2018 roku nawet Mark Galeotti, prominentny badacz, który spopularyzował „doktrynę Gierasimowa”, publicznie wycofał się z tego konceptu na łamach Foreign Policy, przyznając, że „stworzył chimerę”. „Wojna hybrydowa” to nieprecyzyjne określenie. To, co ono oznacza, jest w rzeczywistości zachodnią strategią, opracowaną przez USA po Wietnamie, w której różne formy subwersji łączą się z działaniami wojskowymi różnego rodzaju – od zwykłego terroryzmu, przez bombardowania i uderzenia rakietowe, po czołgi, artylerię i siły lądowe. Rosjanie jednak nie postrzegają tego jako „miks”, lecz jako asymetrię i adaptacyjność.

Rosja nie stosuje wojny hybrydowej jako strategii; konflikty stają się „hybrydowe”, gdy przeciwnicy prowadzą jednocześnie różne generacje wojny. Na Ukrainie widzimy dokładnie to: Rosja prowadzi trzecio-generacyjną wojnę manewrową przeciwko ukraińskim siłom próbującym prowadzić piąto-generacyjne operacje skoncentrowane na informacji. Tarcia nie wynikają z doktrynalnej innowacji – wynikają z asymetrii.

„Wojna manewrowa” jest zwykle źle rozumiana. Na przykład Scott Ritter często o niej mówi, odwołując się do podręczników USMC. Jednak koncepcja ta została bardzo wyraźnie zdefiniowana przez pilota myśliwskiego Johna Boyda jako dynamiczny asymetryczny konflikt – pętla OODA, w której jedna strona może zacząć z niekorzystnej pozycji (jak Rosja w 2022 roku) i zamienić ją w przewagę, adaptując taktykę do nowej sytuacji.Boyd był mocno zainspirowany holistycznymi koncepcjami konfliktu Clausewitza i Sun Tzu.Oczywiście armia USA nigdy nie zrozumiała, o czym on mówił.

Prawdziwą podstawą rosyjskiej myśli wojskowej jest to, co Rosjanie nazywają „operatiwnoje iskusstwo” (sztuka operacyjna) – koncepcja w dużej mierze nieobecna w zachodnim słowniku strategicznym.Podczas gdy NATO rozpoznaje strategię (cele polityczne) i taktykę (zastosowanie broni), poziom operacyjny traktuje jedynie jako administracyjne sekwencjonowanie. Należy to zapamiętać. Na Zachodzie cele polityczne są pierwotną strategią i generują taktykę, w tym przymus za pomocą siły – użycie różnego rodzaju broni – jawnej lub tajnej.

Rosyjska doktryna może wydawać się podobna – „wojna jest kontynuacją polityki innymi środkami” – ale matematyka jest inna.Rosyjska doktryna wynosi sztukę operacyjną do odrębnej dyscypliny: koordynacji sił w czasie i przestrzeni w celu przekształcenia działań taktycznych w rezultaty strategiczne poprzez efekty multiplikatywne, a nie addytywne. Tam gdzie zachodni planiści często zakładają, że zwycięstwa kumulują się liniowo (batalion zajmuje wieś, brygada zajmuje dystrykt), rosyjska sztuka operacyjna szuka synergicznych kaskad: wojna elektroniczna oślepia systemy celownicze, umożliwiając artylerii zakłócenie logistyki, co izoluje piechotę, czyniąc ją podatną na manewr – wszystko w skompresowanym czasie, który uniemożliwia przeciwnikowi odzyskanie sił.

„Synergiczna kaskada”?

Na Zachodzie 2+2=4. W Rosji może równać się 10. Na razie dobrze, ale rosyjska sztuka operacyjna jest bardziej skomplikowana. Zachód robi arytmetykę; Rosja robi rachunek różniczkowy. Ta różnica wyjaśnia powtarzające się zachodnie błędne oceny. Gdy rosyjskie siły posuwały się w kierunku Kijowa w lutym 2022 roku z pozornie niewystarczającą liczbą żołnierzy, zachodni analitycy ogłosili strategiczną porażkę. Gdy pisałem w 2022 roku, zauważyłem, jak prawie wszyscy uznali oblężenie Kijowa za porażkę, podczas gdy – jak ciągle powtarzam – było to strategiczne sukcesem.

To samo dotyczyło innych „porażek” Rosji, takich jak wycofanie sił z północy, by wzmocnić południe w obliczu ukraińskiej „ofensywy” mającej otworzyć drogę na Krym. Podobnie wycofanie z Chersonia.Doktryna pokazuje inną rzeczywistość: Kijów był „operacją kształtującą” – celowym działaniem mającym związać najsprawniejsze brygady Ukrainy z dala od decydującego teatru w Donbasie. Sowieckie regulaminy polowe z czasów zimnej wojny wyraźnie definiowały takie operacje jako działania, które „tworzą warunki sukcesu w decydującej operacji poprzez wpływ na rozmieszczenie przeciwnika”. Gdy Rosja wycofała się z obwodu kijowskiego w kwietniu 2022, zachodnie media przedstawiły to jako porażkę. Rosyjska doktryna widziała udane zakończenie: operacja kształtująca spełniła swój cel, umożliwiając koncentrację sił do kampanii w Donbasie.

Podobnie uderzenia Rosji na ukraińską sieć energetyczną w latach 2022–2023 nie były przypadkowym terrorystycznym bombardowaniem, lecz systematycznym kształtowaniem – zmuszaniem Ukrainy do rozproszenia systemów obrony powietrznej w celu ochrony infrastruktury cywilnej, co rozcieńczyło osłonę celów wojskowych. Późniejsze wyciekłe amerykańskie oceny wywiadowcze potwierdziły ten efekt: zdolność Ukrainy do przechwytywania pocisków manewrujących spadła o czterdzieści procent podczas zimowych blackoutów.

Kluczowym elementem tego podejścia jest rosyjska koncepcja „sootnoszenije sił” (korelacja sił) – holistyczna ocena, która integruje wymiary wojskowe, ekonomiczne, polityczne i międzynarodowe.To jest rdzeń rosyjskiej sztuki operacyjnej. Zachodnia analiza „równowagi sił” zazwyczaj liczy czołgi i żołnierzy. Rosyjska korelacja sił bada zdolność konwersji przemysłu obok zapasów artylerii, tolerancję społeczeństwa na straty obok morale żołnierzy, dźwignię dyplomatyczną obok liczby myśliwców. Równowaga sił to prosta heurystyka. Korelacja jest algorytmiczna, lateralna i warunkowa.Ta rama wyjaśnia ograniczone cele terytorialne Rosji: Moskwa oceniła korzystną korelację sił we wschodniej Ukrainie (powiązania etniczne, teren nadający się do obrony, bliskość logistyczna), ale niekorzystne warunki na zachód od Dniepru (wroga ludność, wydłużone linie zaopatrzenia, nasycenie wywiadem NATO). Pełna okupacja nie została odrzucona wyłącznie z powodu braku zdolności wojskowych – naruszałaby zasadę ekonomii sił w sztuce operacyjnej: nigdy nie angażuj zasobów tam, gdzie zwroty polityczne maleją nieproporcjonalnie.

Ten punkt jest ważny. Rosja ma zdolności wojskowe do pełnej okupacji – ale jakim kosztem? Lepiej pozwolić banderowcom alienować własną ludność, co robią bardzo skutecznie, poprzez skandale korupcyjne i zwłaszcza przymusową mobilizację. Coraz więcej Ukraińców mówi po rosyjsku i korzysta z rosyjskich mediów. Następuje subtelna zmiana postaw. „Wywiad” NATO zaprasza rosyjskie uderzenia nieudanymi próbami przechwycenia, powodującymi liczne ofiary cywilne. Zachodnia Ukraina zamieniła się w kraj cmentarzy. Tymczasem rosyjski naród staje się coraz zamożniejszy, podczas gdy gospodarki zachodnie są na krawędzi upadku.

Ta holistyczna kalkulacja przewidziała także zachodnie sankcje nie jako karę, lecz jako katalizator. Zachód wywierał presję na Rosję na długo przed 2014 rokiem. Rosjanie wiedzieli, czego się spodziewać. Jak Putin zauważył niedawno, dochody z ropy i gazu są teraz około dwa razy mniej ważne dla rosyjskiej gospodarki niż w 2022 roku. Teraz jest to ogromna różnorodność towarów i produktów. Od 2014 roku Rosja traktowała presję ekonomiczną jako okazję do przyspieszenia substytucji importu, rozwoju alternatywnych łańcuchów dostaw przez Chiny i Azję Centralną oraz przekształcenia fabryk cywilnych w produkcję wojskową.

Rezultat? W 2024 roku Rosja produkowała pociski artyleryjskie w tempie piętnastokrotnie wyższym niż przed wojną, wytwarzała dwadzieścia tysięcy dronów miesięcznie i montowała czołgi w tempie przekraczającym produkcję Zachodu, pomimo sankcji mających sparaliżować jej przemysł zbrojeniowy. Tam gdzie zachodni planiści zakładali szybkie zwycięstwo lub upadek, Moskwa przygotowała się na lata wyniszczającej wojny – jej analiza korelacji sił uwzględniała dynamikę czasową, którą zachodnie planowanie często ignoruje: adaptację gospodarek, zmęczenie społeczeństw, pękanie sojuszy.

Zachód sygnalizował swoje zamiary dawno temu, jeszcze przed 2010 rokiem, więc Rosja zaczęła się przygotowywać. Rosja zoperacjonalizowała tę doktrynę poprzez zintegrowane systemy ogniowe, które zachodni analitycy często mylą.Rozpoznawczo-Ogniskowy Kompleks (ROK) działa na poziomie taktycznym, łącząc sensory ze strzelcami w ciągu minut: drony Orłan-10 wykrywają cele, artyleria lub amunicja krążąca Lancet je zwalcza – wszystko w cyklu trzech do siedmiu minut, który kompresuje pętlę decyzyjną.

To koncepcja pętli OODA Johna Boyda w działaniu dla sił lądowych. Podczas incydentów granicznych w 2024 roku ukraińskie jednostki znalazły się pod ostrzałem w ciągu dziewięćdziesięciu sekund od wykrycia przez drona – tempo przekraczające standard NATO wynoszący piętnaście–dwadzieścia minut. Pętla OODA działa dzięki szybkim reakcjom sytuacyjnym. Obserwuj. Zorientuj się. Zdecyduj. Działaj. Dwadzieścia minut w walce to wieczność.

Rozpoznawczo-Uderzeniowy Kompleks (RUK) działa na poziomie operacyjnym, koordynując uderzenia dalekiego zasięgu pociskami Iskander, środkami lotniczymi i możliwościami wojny elektronicznej. Warstwowe zdolności jeszcze to udoskonalają. Listopadowe uderzenie Oriesznikiem pokazało ewolucję RUK: naddźwiękowy pocisk dostarczający wielokrotne niezależnie naprowadzane penetratory, które ominęły obronę powietrzną i zniszczyły podziemne obiekty, podczas gdy Rosja udzieliła Waszyngtonowi trzydziestominutowego ostrzeżenia przez kanały deeskalacji nuklearnej – co było celowym sygnałem łączącym efekt kinetyczny z przekazem politycznym.

Ostrzeżenie było znaczące. Było też komunikatem: „Nie macie obrony”.Ta integracja działania wojskowego i procesu politycznego odzwierciedla klauzewickie spojrzenie Rosji na wojnę jako kontynuację polityki innymi środkami – nie jako odizolowaną domenę. Tam gdzie mocarstwa zachodnie często prowadzą wojny oderwane od osiągalnych rezultatów politycznych (Afganistan, Irak, Libia), rosyjska doktryna wymaga stałego wyrównania między działaniami na polu walki a celami dyplomatycznymi.

Kluczową koncepcją jest tu „osiągalne rezultaty”. Zachód nie miał konkretnych, realistycznych i wykonalnych celów w atakach na Afganistan, Irak i Libię, ponieważ wymagałoby to politycznego konsensusu co do długoterminowych celów w społeczeństwie, które ledwo potrafi myśleć poza kolejnym cyklem informacyjnym. Może powinniśmy powiedzieć, że Zachód jest po prostu reaktywny i reakcyjny – jak zły, pijany gość w barze szukający awantury. To wyjaśnia powtarzające się rosyjskie propozycje negocjacji w lutym, marcu i sierpniu 2022 roku – okazje, które stolice zachodnie odrzuciły, wierząc, że sukcesy na polu walki poprawią pozycję Ukrainy.

Rosyjska sztuka operacyjna postrzega negocjacje nie jako punkt końcowy, lecz jako fazy kampanii – okazje do utrwalenia zysków, resetu oceny korelacji sił i przegrupowania wojsk. Każda odrzucona oferta pozwalała Rosji udoskonalić swoją pozycję wojskową, jednocześnie przedstawiając Ukrainę jako nieustępliwą wobec globalnej widowni. To punkt, który argumentowałem już wcześniej, ale w jasnych i prostych kategoriach używanych przez BMA jest o wiele bardziej zrozumiały.Rozdźwięk nie wynikał z rosyjskiej nieustępliwości, lecz z zachodniej odmowy angażowania się dyplomatycznie przy jednoczesnym żądaniu zwycięstw na polu walki – paradoksu strategicznego, który Rosja wykorzystała dzięki czasowemu wymiarowi sztuki operacyjnej.

Samo uderzenie Oriesznikiem ucieleśniało tę doktrynę w formie fizycznej.

Atak na Pivdenmash – sowiecką fabrykę pocisków, która niegdyś produkowała połowę rosyjskiego lądowego arsenału nuklearnego – miał wielowarstwowe znaczenie. Poza wyeliminowaniem ukraińskiej zdolności do wznowienia produkcji ICBM (deklarowanej ambicji Ukrainy) atak zademonstrował nową zdolność przeciwko utwardzonym podziemnym celom bez użycia broni nuklearnej.

Analiza nagrań z uderzenia ujawniła głowice poruszające się z prędkością Mach 11,8 (około czterech kilometrów na sekundę), uderzające z takim impetem, że penetrowały głęboko pod ziemię, zanim uwolniły energię równoważną setkom kilogramów TNT wyłącznie poprzez uderzenie kinetyczne. Nie powstał krater powierzchniowy; zamiast tego fale sejsmiczne rozchodziły się przez skałę macierzystą, niszcząc wzmocnione betonowe warsztaty w tym, co naukowcy od broni nazywają „eksplozją kamuflażową” (camouflet explosion) – podziemną detonacją niepozostawiającą śladu na powierzchni.

Oczywiście zachodnia propaganda zaprzecza tej „eksplozji kamuflażowej”. Ale fakty są dość jasne – a warsztaty zniknęły. Ta zdolność ma ogromne znaczenie, ponieważ współczesna wojna coraz częściej toczy się pod ziemią. Od bunkrów dowodzenia po składy amunicji – kluczowa infrastruktura chowa się pod powierzchnią, by przetrwać konwencjonalne ataki. Tradycyjne penetratory bunkrów wymagają precyzyjnego celowania i znacznych ładunków wybuchowych.

Kinetyczne penetratory działające z prędkościami naddźwiękowymi omijają te ograniczenia: sam impet generuje niszczycielskie fale uderzeniowe, które rozchodzą się przez glebę i skałę, niszcząc struktury w „strefie pęknięć” niezależnie od dokładnego miejsca trafienia.Jak wyjaśnia profesor Bałaganski w swoim autorytatywnym tekście na temat efektów broni, przy takich uderzeniach cząstki gleby oscylują wzdłużnie i poprzecznie, generując fale Rayleigha – zakłócenia sejsmiczne, które wstrząsają podziemnymi obiektami jak trzęsienie ziemi. Dodanie wilgoci w glebie wystawionej na hipertermiczne tarcie hipersoniczne dramatycznie wzmacnia efekt. Dwa lub trzy takie uderzenia mogłyby zneutralizować nawet najgłębsze centra dowodzenia, czyniąc tradycyjne pojęcie „bezpiecznych bunkrów” przestarzałym.

Krytycznie ważne jest, że na te bronie obecnie nie ma skutecznych przeciwdziałań. Zachodnie systemy obrony rakietowej, takie jak THAAD i PAC-3, opierają się na „hit-to-kill” – interceptorach, które muszą fizycznie zderzyć się z zagrożeniem. Jednak pojazdy wtórne Oriesznika wykonują hipersoniczne manewry wymijające przy prędkościach powyżej Mach 10, tworząc niemożliwe warunki przechwycenia. Fizyka jest bezlitosna: interceptor lecący z Mach 5 nie jest w stanie manewrować wystarczająco, by śledzić cel zmieniający trajektorię przy Mach 11.

Do tego Rosja prawdopodobnie połączyłaby takie uderzenia z atakami nasycającymi – tuzin przynętowych dronów i pocisków manewrujących przeciążających baterie obrony powietrznej przed przybyciem penetratorów hipersonicznych. Przy zaledwie siedmiu bateriach THAAD rozmieszczonych na całym świecie (żadnej na Ukrainie) i systemach PAC-3 fundamentalnie niedopasowanych do zagrożeń hipersonicznych, luka obronna pozostaje znaczna.

Jednak najbardziej istotnym aspektem uderzenia Oriesznikiem nie był aspekt techniczny: był to strategiczny przekaz skalibrowany z chirurgiczną precyzją. Rosja udzieliła wcześniejszego ostrzeżenia, by uniknąć ofiar cywilnych (uderzenie nastąpiło, gdy w obiekcie było niewiele osób) i zapobiec niepożądanej eskalacji ze Stanami Zjednoczonymi. Jednocześnie wysłała jednoznaczny komunikat do europejskich stolic: kluczowa infrastruktura wspierająca Ukrainę, taka jak zakłady produkujące Storm Shadow w Wielkiej Brytanii, linie montażowe SCALP we Francji, huby logistyczne NATO w całej Europie Wschodniej – teraz znajdują się w zasięgu broni, której nie da się przechwycić.

Dwa pociski mogłyby uczynić takie obiekty nieoperacyjnymi na czas nieokreślony. To nie była buńczuczność, lecz ocena korelacji sił: uznanie, że zachodnia wola polityczna, a nie ukraińskie zdolności na polu walki, jest decydującą zmienną konfliktu.

To był kolejny powód, by dać wcześniejsze ostrzeżenie i ograniczyć ofiary cywilne. Gdyby Rosja atakowała fabryki i obiekty w Europie, prawdopodobnie zrobiłaby to samo – unikając zabijania zwykłych ludzi i alienowania niezadowolonej opinii publicznej.

To podejście odzwierciedla szerszą różnicę filozoficzną w tym, jak przeciwnicy postrzegają konflikt. Rosjanie widzą wojnę jako proces ciągły – wydarzenia połączone jak klatki filmu, gdzie kontekst historyczny informuje o działaniach teraźniejszych i przyszłym rozwiązaniu. Zachodni analitycy często traktują konflikty jako pojedyncze fotografie, skupiając się na momencie X bez badania, jak kryzys powstał. Stąd zachodnie media datują początek wojny na Ukrainie na 24 lutego 2022 roku, odrzucając osiem lat naruszeń porozumień mińskich, zmian w prawie językowym pozbawiających praw rosyjskojęzycznych oraz dekret Zełenskiego z marca 2021 roku nakazujący rekonkwistę Donbasu.

Mówiąc prosto: zachodnie media nie mają pamięci. Nie pamiętają przeszłości taką, jaka była; przepisują historię na potrzeby dnia dzisiejszego. Rosjanie widzą las; zachodni analitycy skupiają się na drzewach.

Jak zauważył jeden rosyjski oficer podczas odpraw: „Wy stosujecie test kaczki: jeśli wygląda jak kaczka, pływa jak kaczka – to kaczka. My pytamy, dlaczego kaczka istnieje, skąd się wzięła i jaki ekosystem ją utrzymuje”. Amerykanie stosują test kaczki, a potem strzelają do kaczki.

Ten wymiar czasowy wyjaśnia rosyjską cierpliwość, podczas gdy mocarstwa zachodnie szybko się frustrowały. Od 1991 roku interwencje NATO często oddzielały działanie wojskowe od procesu politycznego, zakładając, że zwycięstwo na polu walki samoistnie wygeneruje stabilne rządy. Rosja utrzymuje stałe wyrównanie między działaniami wojskowymi a celami politycznymi. Gdy operacje kształtujące spełniają swój cel, siły się wycofują. Gdy ocena korelacji sił zmienia się na korzystną, rozpoczynają się ofensywy. Gdy pojawiają się okazje dyplomatyczne, otwierają się negocjacje. Ta płynna przemiana między wojną a polityką wydaje się zachodnim obserwatorom niespójna, ale odzwierciedla doktrynalną spójność: działanie wojskowe służy polityce; nie jest celem samym w sobie.

Gdy ludzie pytają, dlaczego Putin ciągle utrzymuje otwarte opcje polityczne, w tym negocjacje – to jest właśnie powód. Implikacje wykraczają poza Ukrainę. W miarę jak konkurencja wielkich mocarstw się nasila, zrozumienie doktryny przeciwnika staje się egzystencjalne – nie po to, by ją podziwiać, lecz by dokonać dokładnej oceny. Błędne odczytanie operacji kształtujących jako porażek, ograniczonych celów jako słabości czy wycofania jako klęski tworzy niebezpieczne luki wywiadowcze. Nadmierna wiara w technologię przesłania systemowe podatności: wyrzutnia HIMARS za 10 milionów dolarów niewiele znaczy, jeśli operatorzy nie mogą się komunikować z powodu wojny elektronicznej, nie mogą być zaopatrywani z powodu przerwania linii kolejowych i nie mogą utrzymać morale pod ciągłym nękaniem dronami.

Sztuka operacyjna atakuje systemy, a nie tylko komponenty – lekcja mająca zastosowanie w każdym konflikcie równorzędnych przeciwników. Żadna z tych rzeczy nie oznacza, że rosyjska doktryna jest bezbłędna. Sztywne struktury dowodzenia mogą hamować inicjatywę taktyczną. Korupcja obniża efektywność logistyki. Ograniczenia demograficzne ograniczają trwałość siły ludzkiej. Sztywne struktury dowodzenia i korupcja zwykle idą w parze. Zauważysz jednak, że Putin wstrząsa rosyjskim wojskiem na wszystkich szczeblach, oczyszczając je z niekompetentnych i skorumpowanych. Rosja jako społeczeństwo jest dziełem w toku – i dotyczy to również jej armii.

Jednak lekceważenie rosyjskiej myśli wojskowej jako prymitywnej gwarantuje strategiczne zaskoczenie. Pruski generał Carl von Clausewitz zauważył, że „wojna jest królestwem niepewności; trzy czwarte czynników, na których opiera się działanie wojenne, spowite jest mgłą większej lub mniejszej niepewności”. Doktryna dostarcza kompasu do nawigacji w tej mgle – nie dla wroga, lecz dla nas samych.

Zakończenie

Uderzenie Oriesznikiem na Pivdenmash oraz drugie uderzenie na lwowskie zakłady obsługi i remontu samolotów ostatecznie zademonstrowały zdolności wykraczające poza lot hipersoniczny. Ujawniły przeciwnika prowadzącego inny rodzaj wojny – taki, w którym efekty kinetyczne służą przekazowi politycznemu, podziemne obiekty stają się podatne na samą fizykę, a korelacja sił determinuje strategię bardziej niż liczebność wojsk. Zachodni analitycy, którzy nadal interpretują rosyjskie działania przez pryzmat własnej doktryny, będą nadal błędnie odczytywać intencje, błędnie kalkulować zdolności i nie rozumieć dynamiki eskalacji. Zamknięcie tej luki wymaga doktrynalnej alfabetyzacji: studiowania regulaminów polowych, analizowania wzorców kampanii poza nagłówkami oraz uznania, że przeciwnicy myślą inaczej nie dlatego, że są irracjonalni, lecz dlatego, że opracowali spójne ramy do nawigacji w złożoności wojny.

Przestroga Sun Tzu pozostaje ponadczasowa: „Znaj wroga i znaj siebie; w stu bitwach nigdy nie będziesz w niebezpieczeństwie”. W erze konkurencji wielkich mocarstw ta mądrość nie jest akademicka – jest egzystencjalna.

„Mądrość nie jest akademicka, lecz egzystencjalna”. Jakże prawdziwe. W tym sensie rosyjska „sztuka operacyjna” jest naprawdę sposobem postrzegania świata, który nie jest specyficznie rosyjski, lecz ludzki. Sun Tzu był Chińczykiem. Clausewitz Prusakiem. Boyd Amerykaninem. A dziś Irańczycy mają własną wersję tej sztuki, której Zachód oczywiście zupełnie nie rozumie.

Zrozumienie rosyjskiej sztuki operacyjnej nie czyni Zachodu słabszym; czyni to ignorancja. Celem nie jest adoptowanie rosyjskich metod, lecz antycypowanie ich – rozpoznawanie operacji kształtujących zanim osiągną kulminację, dostrzeganie zmian korelacji sił zanim staną się decydujące oraz dostosowywanie własnej strategii do rzeczywistości, a nie do życzeniowego myślenia.

Sztuka wojny nie polega na gloryfikowaniu przemocy; polega na jej minimalizowaniu poprzez lepsze zrozumienie. W tym dążeniu doktrynalna jasność pozostaje naszą najbardziej niedocenianą bronią.W rzeczywistości Zachód miałby się lepiej, adoptując rosyjską logikę, ponieważ inaczej nie jest w stanie „antycypować” czegokolwiek – nie tylko w konfliktach geopolitycznych, ale także w radzeniu sobie z kwestiami społecznymi, politycznymi i ekonomicznymi.

Zalety rosyjskich koncepcji są liczne:

a.) Szeroki obraz
b.) Adaptacyjność
c.) Analiza i zrozumienie systemowe
d.) Innowacyjność.


Izrael mógłby rozwiązać swój problem wizerunkowy, po prostu przestając być zły

Caitlin Johnstone

caitlinjohnstone-com-au/israel-could-solve-its-pr-problem-by-simply-ceasing-to-be-evil

Izrael mógłby rozwiązać swój problem wizerunkowy, po prostu przestając być zły

Izraelski magazyn +972 donosi, że izraelska armia rozpoczęła program szkoleniowy mający na celu „wpływanie na świadomość społeczną” na całym świecie.

Caitlin Johnstone

6 czerwca 2026 r.

Izraelski magazyn +972 donosi , że izraelska armia uruchomiła program szkoleniowy mający na celu „wpływanie na świadomość społeczną” na całym świecie. W ramach kursów setki agentów rocznie mają zostać przeszkolone w strategiach „aktywnego zakłócania lub manipulowania przekonaniami, postawami i zachowaniami docelowych odbiorców”.

Powołując się na przeciek przetargu Ministerstwa Obrony, +972 informuje, że wykładowcy w ramach programu muszą posiadać „doktorat i/lub tytuł profesora w dziedzinie wpływu, świadomości, bezpieczeństwa i terroryzmu, komunikacji masowej [lub] komunikacji cyfrowej i sieciowej”, a także „co najmniej czteroletnie doświadczenie zawodowe w dziedzinie wpływu [lub] wywiadu wpływu w różnych organizacjach bezpieczeństwa”.

„Niektóre kursy – w tym te dotyczące operacji wpływu, wywiadu wpływu i aktywizmu internetowego – będą prowadzone w języku angielskim dla „partnerów zagranicznych”, których tożsamość nie została określona” – informuje +972. „Dla tych uczestników Ministerstwo Obrony opracowało specjalny program nauczania, który obejmuje naukę „podejścia amerykańskiego”, czyli perspektywy i norm kulturowych USA, oraz prowadzenie kampanii wpływu na arenie międzynarodowej”.

To odkrycie nastąpiło w momencie, gdy Izrael pięciokrotnie zwiększył swój roczny budżet propagandowy do trzech czwartych miliarda dolarów. W związku z tym, w przyszłości możecie spodziewać się jeszcze większej ilości pro-izraelskiej kontroli wizerunku, podczas gdy będziecie zajmować się swoimi pieprzonymi sprawami, próbując żyć swoim życiem.

[filmik]

To niezły wyczyn, jak syjoniści po prostu przyjmują za pewnik, że jedynym sposobem na poprawę publicznego postrzegania Izraela jest nasilenie działań mających na celu manipulowanie ludzkimi myślami na jego temat. Nigdy nie zwracają uwagi na możliwość, że Izrael zyskałby znacznie większe poparcie społeczne, gdyby przestał, kurwa, mordować niewinnych cywilów, torturować ludzi i gwałcić jeńców za pomocą tresowanych psów gwałcicieli . Izrael nie może się mylić; mylne mogą być tylko nasze myśli na jego temat.

Podczas wtorkowego spotkania Amerykańskiego Komitetu Żydowskiego Maya Ackerman z Uniwersytetu Santa Clara argumentowała , że ​​sztuczna inteligencja generatywna stwarza ekscytującą nową okazję do narzucenia społeczeństwu pro-izraelskich narracji, ponieważ firmy zajmujące się sztuczną inteligencją można bezpośrednio lobbować za promowaniem pro-izraelskich narracji, gdyż ich liderzy mogą kontrolować, jakie informacje widzą ludzie.

Oto zapis jej wypowiedzi:

„Naprawdę fajne w sztucznej inteligencji jest to, że choć może stać się ona świetnym sojusznikiem dla naszych wrogów, jeśli zareagujemy wcześnie, to może być to dokładnie ta szansa, której potrzebujemy po tym, jak przegapiliśmy okazję z mediami społecznościowymi. Sztuczna inteligencja staje się obecnie dominującym źródłem informacji – głównym źródłem informacji. Ludzie ufają sztucznej inteligencji bardziej niż czemukolwiek innemu. Ufają sztucznej inteligencji bardziej niż mediom społecznościowym. Zwracają się do chatbotów, takich jak ChatGPT i Gemini, zamiast korzystać z Google. A młodzi ludzie korzystają z tych botów zamiast Google w bardzo, bardzo, bardzo dużej liczbie. Staje się to więc głównym źródłem informacji. 

„I kiedy to mówię, nadal widzę, że Żydzi są zniechęceni, mówią: »Och, ale Wikipedia jest już tak antysemicka, a media społecznościowe są tak antysemickie – po co się tym przejmować? Sztuczna inteligencja po prostu uczy się z tych wszystkich danych«. Więc, wiecie, nieważne, niewiele możemy zrobić. 

„Ale to nieprawda, ponieważ w ciągu ostatnich dwóch lat firmy zajmujące się sztuczną inteligencją dążyły do ​​dostosowania się do tych standardów. Zamiast więc, aby algorytmy rzetelnie odzwierciedlały to, co znajduje się w danych, odkrywamy, że te chatboty i modele przekształcające tekst w obraz coraz częściej pokazują nam dokładnie to, co firmy chcą, żebyśmy zobaczyli.

„No dobrze, więc to staje się celowe. Oznacza to, że zamiast próbować kontrolować cały świat i jakoś zarządzać tym, co dzieje się w tej wielkiej masie zwanej Wikipedią i mediami społecznościowymi, możemy zwrócić się bezpośrednio do firm z jasnymi rozwiązaniami technicznymi i rzeczniczymi. Po raz pierwszy istnieje sposób na naprawę świata cyfrowego”.

A zatem, żeby było jasne, Ackerman argumentuje, że chatboty oparte na sztucznej inteligencji są użyteczne, ponieważ zamiast „rzetelnie reprezentować to, co jest zawarte w danych”, mówią to, co każą im ich właściciele. Oznacza to, że właściciele firm zajmujących się sztuczną inteligencją mogą być po prostu naciskani, aby chatboty wypowiadały się proizraelsko. Twierdzi, że daje to „Żydom” (jej słowa, nie moje) możliwość „korygowania cyfrowego świata” (jej słowa, nie moje) w sposób bardziej efektywny niż „próby kontrolowania całego świata” (jej słowa, nie moje).

To po prostu surrealistyczne, jak ludzie tacy jak ja zawsze starają się tak bardzo, aby dokonać wyraźnych rozróżnień i uniknąć posądzenia o antysemityzm w naszej krytyce Izraela, a potem żydowscy syjoniści idą na te wydarzenia i mówią: „Tak, my, Żydzi, musimy aktywnie manipulować zachodnimi instytucjami, aby oszukiwać wszystkich i kontrolować społeczeństwo”.

Niedawno na konferencji Jerusalem Post prezes Światowego Kongresu Żydów Ron Lauder argumentował , że żydowscy miliarderzy powinni wykorzystywać swój majątek „do atakowania naszych wrogów” i zalecił izraelskim agencjom wywiadowczym Mossad i Szin Bet śledzenie i „kontratakowanie” krytyków Izraela w Internecie w ramach „walki” z nastrojami antyizraelskimi.

[filmik]

W przemówieniu wygłoszonym na konferencji prasowej z okazji premiery książki w Jerozolimie w zeszłym miesiącu brytyjska felietonistka i prezenterka Melanie Phillips argumentowała , że ​​„społeczność żydowska” powinna stosować „wojnę psychologiczną” i „operacje psychologiczne”, aby promować interesy Izraela.

„W tym kraju jest mnóstwo ludzi, którzy… są ekspertami w tak zwanych operacjach psychologicznych. Należy ich wykorzystać. Można by z nich skorzystać. To rezerwuary talentów i umiejętności, które można wykorzystać i ujarzmić, aby naprawdę coś zmienić” – powiedział Phillips.

Gdybym chciał, żeby ludzie przestali nienawidzić mojego ulubionego kraju za popełnianie zbrodni wojennych i ludobójstwa, po prostu namawiałbym ten kraj, żeby zaprzestał popełniania zbrodni wojennych i ludobójstwa.

Nie próbowałbym rozwiązać problemu za pomocą operacji psychologicznych i wojny informacyjnej.

Nie próbowałbym rozwiązać problemu poprzez lobbowanie w rządach, aby zakazały krytyki mojego ulubionego kraju.

Nie próbowałbym rozwiązać problemu twierdząc, że każdy, kto krytykuje mój ulubiony kraj jest nazistą.

Nie próbowałbym rozwiązać problemu drastycznym zwiększeniem budżetu propagandowego mojego ulubionego kraju.

Nie próbowałbym rozwiązać problemu, zalewając Internet płatnymi trollami, którzy bronią mojego ulubionego kraju.

—————————–

Nie próbowałbym rozwiązać problemu poprzez wykupywanie agencji informacyjnych i platform mediów społecznościowych, aby zmusić je do rozpowszechniania informacji korzystnych dla mojego ulubionego kraju.

Mam wrażenie, że robienie takich rzeczy tylko jeszcze bardziej znienawidziłoby mój ulubiony kraj. Myślę, że ludzie mieliby dość kibiców mojego ulubionego kraju, którzy nieustannie próbują manipulować ich umysłami i atakować ich prawo do wolności słowa.

Zrobiłbym to tylko wtedy, gdybym chciał, żeby ludzie nienawidzili mojego ulubionego kraju. Na przykład, gdyby mój ulubiony kraj opierał się na założeniu, że wszyscy już nienawidzą jego mieszkańców, a jedynym sposobem na zapewnienie sobie bezpieczeństwa jest ciągłe trwanie w stanie wojny i masowej manipulacji. Wtedy chyba sensowne byłoby robienie tego, co właśnie opisałem.

Ale jeśli się nad tym zastanowić, gdyby mój ulubiony kraj powstał w oparciu o nieustanne wojny i manipulacje oraz założenie, że musi być zawsze pogardzany na całym świecie, to w pewnym momencie, podejrzewam, zacząłbym się zastanawiać, dlaczego mój ulubiony kraj w ogóle jest moim ulubionym krajem. I zacząłbym się zastanawiać, czy aby na pewno nie popełniono błędu w samym jego powstaniu.

Biostatystyczne rozliczenie ze szczepionką Pfizera

Biostatystyczne rozliczenie ze szczepionką Pfizera

5. czerwca 2026 Autor artykułu Marek Wójcik world-scam/biostatystyczne-rozliczenie-ze-szczepionka-pfizera

Francuska dziennikarka śledcza Christine Cotton, zajmująca się biostatyką farmaceutyczną, po walce z władzami zachorowała tak poważnie, że popełniła samobójstwo. Od momentu złożenia skargi na służby zdrowia cierpiała na potworny ból – i teraz odebrała sobie życie. W kwietniu br. skończyła 56 lat.

Jest 2 czerwca 2026 roku. Kiedy będziecie czytać te słowa, mnie już nie będzie na tym świecie.

Dla tych, którzy mnie nie znają: nazywam się Christine Cotton i jestem tym, kogo nazywa się sygnalistą. Przez 25 lat pracowałam w branży farmaceutycznej, zajmując się zarządzaniem i analizą danych klinicznych. Jako biostatystka od grudnia 2020 roku zagłębiałam się w dokumentację szczepionki przeciwko COVID firmy Pfizer. Napisałam wiele dokumentów i wysłałam wiele wiadomości, aby podzielić się prawdziwymi wynikami.

Moje wnioski są katastrofalne: oprócz tego, że wyniki są nieważne z powodu błędów, a nawet ewidentnych oszustw. Szczepionka firmy Pfizer, którą otrzymała ludność – którą być może otrzymaliście – nie jest tą samą szczepionką, co ta z badań klinicznych, o której wszyscy politycy, dziennikarze i lekarze występujący w telewizji mówili, że ma 95% skuteczności.

Podano wam produkt, dla którego nie było absolutnie żadnych wyników, ani dotyczących skuteczności, ani tolerancji. Ta wiadomość nie ma na celu wywołania sensacji w sieciach społecznościowych, ale poinformowanie was o jednej z największych manipulacji, jakich ludzkość kiedykolwiek doświadczyła.

Wszystkie dowody znajdziecie w najnowszej wersji mojej pracy, którą zapraszam do pobrania i przeczytania. christinecotton.com.

Tragiczny los Christine Cotton miał być przestrogą dla innych odważnych ludzi, którzy postanowili publikować prawdę o oszustwach mafii farmaceutycznej sterowanej przez kompleks militarno-przemysłowy. Na zasadzie: ukarać jednego, a reszta będzie milczeć. Ta zasada już nie zadziała – zbyt wiele osób zaangażowało się w obnażanie oszustw zorganizowanego ludobójstwa światowego.

Hołd dla Christine Cotton.
Można włączyć polskie napisy.

Jej historię i odkrycia opisał wczoraj Dr Peter F. Mayer na tkp.at w artykule: Dziedzictwo Christine Cotton: biostatystyczne rozliczenie ze szczepionką Pfizera. Źródło.

Kiedy Christine Cotton zaczęła zgłębiać dane z badań klinicznych szczepionki Pfizera w grudniu 2020 roku, była nieznaną biostatystyczką z Francji. Cztery i pół roku później, 2 czerwca 2026 roku, odebrała sobie życie – złamana niewyjaśnionym bólem i systemem medycznym, który nie mógł lub nie chciał jej pomóc. Pomiędzy nimi znajduje się jedna z najbardziej dogłębnych i bezkompromisowych analiz, jakie kiedykolwiek przedstawiła osoba z wewnątrz, dotycząca zatwierdzonej szczepionki.

Nie wszystkich da się zastraszyć. Nie wszystkich można przekupić. Są na świecie ludzie, dla których celem życiowym jest rozpowszechnianie prawdy o nikczemnych planach realizowanych w zbrodniczych celach. Każdy z nas ma możliwość, żeby przeciwdziałać panoszącemu się coraz bezczelniej złu. Wystarczy być uczciwym przede wszystkim wobec samego siebie i nie wmawiać sobie, że taki jest już ten świat, i cóż ja mogę biedny żuczek? Wystarczy przełamać strach, który każdy z nas odczuwa.

Nie każdy potrafi i ma możliwość publikować prawdę. Każdy może jednak choćby w osobistej dyskusji przedstawić to, o czym dowiedział się z pozasystemowych mediów także, kiedy jest to opinia odmienna od powszechnie panującej masowej narracji. W ten właśnie sposób nawet na bardzo małą skalę możesz pokazać sobie, że nie jesteś tchórzem potakującym fałszywej, antyludzkiej propagandzie.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com