Produkcja i eksport ropy z Arabii Saudyjskiej spada do zera

Produkcja i eksport ropy z Arabii Saudyjskiej spada do zera

Dotarliśmy do końca. Po siedmiu miesiącach niesprowokowanych działań wojennych sytuacja na Bliskim Wschodzie przerodziła się w pełnowymiarowy kryzys. Z dnia na dzień eksport saudyjskiej ropy spadł do zera. ZERO! Zastanówcie się nad tym przez chwilę. „Największy producent ropy naftowej na świecie” obecnie NIE eksportuje ropy. Terminale w Zatoce Perskiej są praktycznie zamknięte z powodu wojny z Iranem, a rurociąg Wschód-Zachód – główne połączenie lądowe, transportujące od 4 do 5 milionów baryłek dziennie do terminalu nad Morzem Czerwonym w Janbu – został wysadzony w powietrze w dziewięciu różnych miejscach (przez irackie drony) w czwartek i nie działa już.

Oznacza to, że po raz pierwszy w historii saudyjska ropa nie trafia na rynek. Czy to brzmi dla was jak katastrofa? Czy to coś, co wymaga natychmiastowej reakcji ze strony Trumpa i jemu podobnych?

Jak dotąd jedyną reakcją Trumpa było obszerne oświadczenie, które wygłosił na konferencji prasowej w piątek. Oto, co powiedział:

„Zadzwonili do nas Huti. Nie chcą z nami walczyć. Powiedzieli nam, że nie chcą z nami walczyć. Nie chcą, żebyśmy ich ścigali. Byliby bardzo wdzięczni, gdybyśmy się nie wtrącali i pozwolili większości statków przepłynąć. Jest tylko jeden kraj, z którego nie są szczególnie zadowoleni.” (Link)

To bzdura. Trump nie rozmawiał z Hutimi ani nie wie, czego chcą. Oświadczenia prezydenta pokazują jedynie, że doradcy Trumpa zostali zaskoczeni i nie uzgodnili jeszcze żadnej odpowiedzi. Ale dla każdego, kto śledzi tę farsę, jasne jest, że cała sprawa jest organizowana przez Iran. To sojusznicy Iranu w Iraku zaatakowali rurociąg Wschód-Zachód, tak jak to „wspierani przez Iran” Huti zajęli Mochę i wyspę Perim. Oto podsumowanie:

Niespodziewany atak piorunowy na nadmorskie miasto Mocha wzmocnił kontrolę Hutich nad jednym z najważniejszych szlaków żeglugowych świata. Niespodziewana ofensywa, która zmusiła siły Arabii Saudyjskiej do chaotycznego odwrotu, zaledwie kilka godzin później doprowadziła do zdobycia strategicznie ważnej wyspy u południowego ujścia Morza Czerwonego (Perim).

W niecałe 48 godzin jemeńska partia Ansar Allah umocniła kontrolę nad kluczowym szlakiem żeglugowym, powodując gwałtowny wzrost cen ropy naftowej i jednocześnie otwierając drugi front w wojnie przeciwko Stanom Zjednoczonym i Izraelowi . Nie ma wątpliwości, że osiągnęliśmy punkt zwrotny w trwającym siedem miesięcy konflikcie, w trakcie którego amerykańskie bazy wojskowe w Zatoce Perskiej zostały obrócone w gruzy, podczas gdy irańskie wojsko utrzymuje silną kontrolę nad Cieśniną Ormuz. Strategiczny manewr okrążający Hutich zwiększa prawdopodobieństwo wyparcia Stanów Zjednoczonych z Bliskiego Wschodu i wyłonienia się Iranu jako gwaranta bezpieczeństwa regionalnego. Jesteśmy świadkami zmian w krajobrazie geopolitycznym, które zdarzają się raz na stulecie.

Wyspa Perim leży w sercu Bab al-Mandab, wąskiej cieśniny u południowego wejścia do Morza Czerwonego. To położenie wzmacnia kontrolę Huti nad szlakami żeglugowymi, którymi codziennie transportuje się 10 procent światowej ropy naftowej. Aby ominąć Cieśninę Ormuz, zablokowaną przez siły irańskie, Saudyjczycy transportują większość swojej ropy 1200-kilometrowym rurociągiem ze wschodu na zachód do portu w Janbu nad Morzem Czerwonym. Rurociąg – który dostarcza na rynek od 4 do 5 milionów baryłek dziennie – ma kluczowe znaczenie dla borykającej się z problemami gospodarki Arabii Saudyjskiej. W czwartek rurociąg został zaatakowany w dziewięciu różnych punktach przez irackie drony, co natychmiast wstrzymało przepływ ropy i wywołało panikę w Rijadzie i Waszyngtonie.

Krótko mówiąc, „mapa ropy naftowej jest zwężana z obu stron: na wschodzie przez Cieśninę Ormuz, a na zachodzie przez dostęp do Morza Czerwonego”.

W piątek saudyjski następca tronu, książę Mohammed bin Salman, zwrócił się z rozpaczliwą prośbą do Donalda Trumpa o pomoc wojskową, która została natychmiast odrzucona. Ta odmowa była szeroko komentowana w mediach, ale nie odzwierciedla rzeczywistego zakresu współpracy ze strony USA. Obecnie Stany Zjednoczone mają „ponad 100 amerykańskich doradców wojskowych w Arabii Saudyjskiej, którzy pomagają Rijadowi w gromadzeniu informacji wywiadowczych i wyborze celów dla wznowionej wojny w Jemenie”. (CNN) … Anonimowy urzędnik USA oszacował liczbę żołnierzy USA wspierających te działania na 200, dodając, że byli oni częścią nowej wspólnej grupy zadaniowej utworzonej w ostatnich tygodniach, gdy wojna w Jemenie zaczęła się eskalować.

Należy jednak zauważyć, że „wojna została ponownie rozpalona przez saudyjskie naloty na międzynarodowe lotnisko w Sanie 13 lipca – atak, który według doniesień Axios został autoryzowany przez prezydenta Trumpa. Ataki przeprowadzono w celu uniemożliwienia lądowania w Sanie samolotu odlatującego z Iranu, na pokładzie którego znajdowała się jemeńska delegacja, obecna na pogrzebie ajatollaha Alego Chameneiego…”.

Amerykańska społeczność wywiadowcza i inni sponsorzy wspierali również brutalną wojnę w Jemenie, prowadzoną przez Arabię ​​Saudyjską, w latach 2015–2022. (Wojna ta kosztowała życie dziesiątek tysięcy cywilów i pozostawiła kraj w ruinie). Antiwar.com

Stany Zjednoczone ponoszą zatem znaczną część odpowiedzialności za obecny kryzys; to jest oczywiste.


W piątek, 11 września, saudyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych wydało następujące oświadczenie:

Premier Iraku Ali al-Zaidi poprosił Saudyjczyków o wstrzymanie się z interwencją militarną, dopóki nie ustali tożsamości osób odpowiedzialnych. Choć sprawa pozostaje nierozwiązana, przesłanie jest jasne: Iran i jego regionalni sojusznicy są teraz zdeterminowani, by odciąć dopływ ropy naftowej z Bliskiego Wschodu, aby wywrzeć presję na USA, by zakończyły wojnę. Krótko mówiąc, trzymają globalną gospodarkę za gardło i stopniowo zaciskają pętlę, aby zmusić Trumpa do wywiązania się z zobowiązań wynikających z Porozumienia o Porozumieniu – porozumienia mającego na celu zakończenie działań wojennych i przywrócenie pokoju w regionie.

Wydarzenia rozwijają się tak szybko, że nie możemy być nawet pewni, czy Trump w pełni rozumie, co się dzieje. Sytuacja wymyka się spod kontroli. Czerwone światła ostrzegawcze migają. Stoimy w obliczu mnóstwa nowych ewentualności i mnóstwa różnych scenariuszy. Jedyne, co jest pewne, to to, że Ameryka nie ma przyszłości na Bliskim Wschodzie. Kiedy kurz w końcu opadnie, bazy zostaną zabite deskami, flota zniknie, a „Old Glory” zostanie zapakowana w skrzynię transportową w drodze powrotnej do USA. [popularny przydomek i określenie flangi narodowej Stanów Zjednoczonych (The Stars and Stripes)].

Huti okupują obecnie całe zachodnie wybrzeże Jemenu, a ich siły służą Iranowi jako narzędzie do utrzymania kontroli nad 30 procentami światowych zasobów ropy naftowej. To ewidentnie skoordynowane działania wysoce zmotywowanych, zaprawionych w bojach bojowników, realizujących dalekosiężną strategię mającą na celu wymuszenie wycofania się Amerykanów z regionu, a następnie narzucenie nowej, wielostronnej architektury bezpieczeństwa.

Nie wierzymy, że obsesja Trumpa na punkcie bombardowania z powietrza nieuporządkowanych celów ma jakiekolwiek szanse na powodzenie. Od samego początku Trump odruchowo wybierał destrukcyjną siłę, zamiast celowo wykorzystywać siłę militarną do osiągnięcia politycznego celu. Jego niezdolność do strategicznego myślenia prowadzi kraj ku najbardziej upokarzającej porażce militarnej, po której następują lata kryzysu gospodarczego.

Źródło: Produkcja w Arabii Saudyjskiej spada do zera

Rozwścieczeni Amerykanie domagają się wyzwolenia spod izraelskiego jarzma

W pierwszym rzędzie rewolucji

Rozwścieczeni Amerykanie domagają się wyzwolenia spod izraelskiego jarzma.

W zeszły weekend uczestniczyłem w dorocznej konferencji Instytutu Rona Paula, która odbyła się w regionie Waszyngtonu w północnej Wirginii. Tegorocznym tematem przewodnim był „Pierwszy rząd na rewolucji”, a około 500 uczestników, którzy wypełnili salę balową hotelu Hilton, z pewnością otrzymało dokładnie to, co obiecywał temat. Wśród znakomitych prelegentów znaleźli się kongresmen Thomas Massie, Dennis Kucinich, Jim Webb, Josh Paul, Michael Vlahos, Max Blumenthal i Joe Kent. Tucker Carlson również przemawiał do zgromadzonych za pośrednictwem wideokonferencji.

Biorąc pod uwagę katastrofalny stan naszej byłej republiki w ten weekend Święta Pracy, prelegenci byli zmotywowani do bezpośredniej konfrontacji z wrogiem – co też uczynili – w nadziei na nadanie rozpędu prawdziwej rewolucji, której centrum stanowiły wybory parlamentarne w listopadzie. Osobiście nigdy nie byłem świadkiem takiego entuzjazmu na wydarzeniu, które można by określić mianem wiecu politycznego: publiczność wstała z miejsc, bijąc brawo i głośno wiwatując na każde słowo wypowiedziane z podium.

Nagrania wideo przemówień, każde trwające około pół godziny, będą dostępne na stronie internetowej Instytutu Rona Paula za kilka dni. Gorąco zachęcam czytelników Unz do odwiedzenia strony Paula i obejrzenia nagrań osobiście. Prelegenci byli i są niezwykle dobrze poinformowani o tym, co szkodzi naszemu krajowi, i nie przebierali w słowach, prezentując swoje uzasadnione analizy. Mówiąc wprost: widzicie rząd i naród, które zostały podporządkowane i okupowane przez obce mocarstwo – w tym wyraźnie widoczne środki, które zaostrzyły tę kontrolę i grożą dalszym pogorszeniem statusu drugiej kategorii faktycznych obywateli naszej niegdyś konstytucyjnej republiki. Po podporządkowaniu, nasz kraj toczył serię wojen, w których nie było bezpośredniego zagrożenia ze strony kogokolwiek, omal nie zbankrutował i pozbawił swoich obywateli podstawowych wolności.

Tą siłą agresora, która rozszerzyła swoje możliwości dyktowania amerykańskiej polityki zagranicznej, jednocześnie ograniczając wolność słowa obywateli, którzy próbują sprzeciwić się temu, co zostało zrobione, jest oczywiście Izrael, który – zgodnie ze swoim potężnym lobby wewnętrznym – zinfiltrował i skorumpował amerykańskie instytucje w niewyobrażalnym stopniu. Idea niemal niewyobrażalnej, stopniowej dominacji małego Izraela nad supermocarstwem USA, szczególnie w ciągu ostatnich 25 lat, zyskała nawet przydomek: „Ogon merda psem!”.

W rezultacie Konferencja Rona Paula była próbą narodu amerykańskiego przywrócenia Konstytucji i republiki, ze szczególnym uwzględnieniem Karty Praw, która została zdeptana przez prezydenta Donalda Trumpa i Kongres w bezprecedensowy sposób. Kilku mówców cytowało mądrość pierwszego prezydenta Stanów Zjednoczonych, George’a Washingtona, który w swoim przemówieniu pożegnalnym do narodu w 1796 roku ostrzegał przed uwikłaniem się w sprawy zagraniczne. To, co wówczas powiedział i sposób, w jaki to powiedział, jest równie aktualne dzisiaj w odniesieniu do państw obcych i ich grup lobbingowych, jak 230 lat temu.

Powiedział: „Traktujcie wszystkie narody w dobrej wierze i sprawiedliwie. Utrzymujcie pokój i harmonię ze wszystkimi. … Realizując taki plan, nic nie jest ważniejsze niż to, by wykluczyć uporczywe, głęboko zakorzenione animozje wobec niektórych narodów i namiętne uczucia wobec innych, a w ich miejsce pielęgnować sprawiedliwe i przyjazne uczucia wobec wszystkich. Naród, który ulega innemu w nawykowej nienawiści lub nawykowym uczuciu, jest w pewnym stopniu niewolnikiem. Jest niewolnikiem swojej wrogości lub uczucia, z których każde wystarcza, by odwrócić jego uwagę od obowiązku i interesu. Wrogość jednego narodu wobec drugiego z większym prawdopodobieństwem skłoni oba narody do rzucania obelg i zniewag, do kurczowego trzymania się drobnych okazji do obrazy oraz do wyniosłości i nieugiętości, gdy pojawią się przypadkowe lub nieistotne powody do sporów”.

Podobnie, namiętne uczucie jednego narodu do drugiego niesie ze sobą mnóstwo zła. Współczucie dla uprzywilejowanego narodu, które w przypadkach braku prawdziwego wspólnego interesu podsyca iluzję wyimaginowanego wspólnego interesu i przenosi wrogość jednego narodu na drugi, kusi ten pierwszy do uczestniczenia, bez należytego uzasadnienia, w sporach i wojnach tego drugiego. Prowadzi to również do przyznania uprzywilejowanemu narodowi przywilejów, których odmawiają inni, co może podwójnie zaszkodzić narodowi czyniącemu te ustępstwa: po pierwsze, ponieważ niepotrzebnie rezygnuje z czegoś, co powinien był zachować; po drugie, ponieważ wzbudza zazdrość, wrogość i skłonność do zemsty wśród stron pozbawionych równych przywilejów; i daje ambitnym, skorumpowanym lub oszukanym obywatelom (którzy ślubują wierność uprzywilejowanemu narodowi) możliwość zdrady lub poświęcenia interesów własnego kraju bez narażania się na pogardę z tego powodu. Stają się one, a czasem nawet popularne, dzięki ukrywaniu niskich i głupich ustępstw wynikających z ambicji, korupcji lub złudzeń, pod pozorem cnotliwego poczucia obowiązku, godnego pochwały szacunku dla opinii publicznej lub chwalebnego zapału dla dobra wspólnego.

„Wobec podstępnych machinacji obcych wpływów (błagam was, współobywatele, wierzcie mi), czujność wolnego narodu powinna być zawsze czujna, ponieważ historia i doświadczenie dowodzą, że obce wpływy są jednym z najbardziej zabójczych wrogów rządu republikańskiego. Ale ta czujność, aby była w jakikolwiek sposób użyteczna, musi być bezstronna; w przeciwnym razie staje się narzędziem tego właśnie wpływu, którego należy unikać, a nie obroną przed nim. Nadmierna stronniczość wobec jednego obcego narodu i nadmierna antypatia wobec innego sprawiają, że ci, którymi się kierują, widzą zagrożenie tylko z jednej strony i przyczyniają się do zaciemniania, a nawet wspierania machinacji wpływów z drugiej. Prawdziwi patrioci, którzy sprzeciwiają się intrygom faworyta, ryzykują podejrzenia i nienawiść, podczas gdy jego narzędzia i marionetki przejmują poklask i zaufanie ludu, aby zdradzić swoje interesy”.

Prelegenci na spotkaniu z Ronem Paulem mieli nadzieję rozpalić ogień, który zainspiruje Amerykanów do skorzystania z jednego z niewielu praw, które im nadal przysługują – mimo że i ono jest kwestionowane przez dwie główne partie w celu uzyskania sfałszowanych wyników – mianowicie prawa do głosowania.

Listopad daje szansę na odsunięcie od władzy wielu zdrajców, którzy sprzedali nasz kraj Izraelowi. Jeśli kandydat nie będzie szczerze dążył do tego, co naprawdę oznacza hasło „America First”, musi ponieść odpowiedzialność i zostać pokonany w tej kwestii. Jeśli tak bardzo podziwiają Izrael, być może nadszedł czas, aby zrzekli się obywatelstwa Stanów Zjednoczonych i przenieśli się do kraju, który najwyraźniej tak bardzo kochają. Ponieważ Izrael jest państwem żydowskim na mocy rezolucji Knesetu, niektórzy z nich, tacy jak Mike Johnson i Ted Cruz, którzy są „chrześcijańskimi syjonistami”, mogą poczuć się tam niemile widziani, mimo że wykonali znakomitą pracę dla swoich panów, udając jednocześnie lojalnych Amerykanów w Kongresie.

Jeśli w listopadzie do Kongresu zostanie wybrana wystarczająca liczba dysydentów – ludzi, którzy szczerze kochają swój kraj i chcą chronić jego wolności – możliwe będzie pozbycie się Donalda Trumpa, który jest niewątpliwie kontrolowany przez premiera Benjamina Netanjahu i lobby izraelskie.

Trump jest niewątpliwie głęboko nieświadomy i przepełniony nienawiścią, człowiekiem, który szuka zemsty na każdym, kto stanie mu na drodze, i bezmyślnie mówi o unicestwieniu całych narodów, jednocześnie finansując i uzbrajając Izrael, który dopuszcza się ludobójstwa w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu. Co więcej, jest człowiekiem, który trzyma palec na spuście nuklearnym i podobno kilkakrotnie poruszał ze swoim sztabem kwestię „opcji” użycia takiej broni, prawdopodobnie w celu zniszczenia Iranu i innych narodów dla „Wielkiego Izraela”. To szaleniec, którego sprawowanie władzy musi zostać poważnie ograniczone lub całkowicie wyeliminowane.

Pozbycie się Trumpa i jego kolesi byłoby z pewnością pierwszym krokiem, ale reszta robactwa w administracji, które wykonuje rozkazy Izraela, również musi odejść. Demokraci są niemal tak samo uzależnieni od miłości do Izraela jak Republikanie. Weźmy tylko jeden przykład: w niedawnym wystąpieniu publicznym Hillary Clinton oświadczyła, że ​​„największą” szkodą, jaką wyrządził Benjamin Netanjahu, było „…jak bardzo skrzywdził Izrael, po pierwsze. A po drugie, postrzeganie Izraela przez ludzi nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale na całym świecie, i to należy odbudować”.

Zarówno dla Hillary, jak i wielu liberalnych Demokratów, problem nie polega na tym, że Izrael „wpływa” na życie Palestyńczyków, ale na tym, że Netanjahu szkodzi wizerunkowi publicznemu Izraela – nie na tym, że celowo okrada i zabija setki tysięcy niewinnych Palestyńczyków. Ludzkie cierpienie ani prawa człowieka nie interesują jej, jeśli istnieje narracja, która czeka, by zostać przejęta przez jej najlepszych przyjaciół, Żydów. Zwróćcie uwagę na jej słowa, gdy była sekretarzem stanu za Baracka Obamy i właśnie przeczytała raport o brutalnym zabójstwie Muhammara al-Kaddafiego w zamachu stanu zorganizowanym przez Waszyngton: „Przybyliśmy, zobaczyliśmy, on umarł!” powiedziała z uśmiechem, a potem się roześmiała.

Niedawno Antony Blinken, żydowski sekretarz stanu w administracji Joe Bidena, znanego jako „Jestem syjonistą”, skarżył się, że internetowe relacje z izraelskich okrucieństw „zdominowały narrację” i miały „bardzo, bardzo trudny wpływ na tę narrację”. Problemem nie jest dlań rzeź ani erozja amerykańskich swobód obywatelskich, ale raczej to, jak zapewnić prasie możliwość relacjonowania tego bez żadnych oskarżeń, gdy w grę wchodzi Izrael.

Te poglądy wyjaśniają, dlaczego żydowscy miliarderzy od półtora roku szaleją z zakupami akcji spółek medialnych. Miejmy nadzieję, że oni i wszyscy ich zwolennicy będą mieli niemiłą niespodziankę w listopadzie, kiedy odbędą się antyizraelskie wybory, które rozstrzygną, kto zostanie wybrany, a kto nie. Niech rozpocznie się rewolucja!

Źródło: Pierwszy rząd rewolucji

Stać nas !! ZUS będzie dopłacał do emerytur Brazylijczyków

ZUS będzie dopłacał do emerytur Brazylijczyków

magnapolonia/zus-bedzie-doplacal-do-emerytur-brazylijczykow

Rząd warszawski zakończył negocjacje z Brazylią w sprawie umowy o zabezpieczeniu społecznym. Porozumienie ma umożliwić m.in. sumowanie okresów ubezpieczenia oraz transfer świadczeń pomiędzy obydwoma państwami. Pomysł już teraz budzi sprzeciw polityków prawicy, gdyż oznaczać będzie kolejne obciążenia dla polskiego podatnika.

ZUS będzie dopłacał do emerytur Brazylijczyków. Opanowane przez aktywistów skrajnej lewicy Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej potwierdziło, że negocjacje zostały zakończone, a Polska i Brazylia prowadzą obecnie procedury wewnętrzne poprzedzające podpisanie porozumienia. Rząd tłumaczy, że umowa ma ułatwić funkcjonowanie osobom, które pracowały w obu państwach, a także polskim przedsiębiorcom prowadzącym działalność w Brazylii.

Problem polega jednak na tym, że podobne rozwiązania mają poważny wagomiar finansowy. I właśnie o ten aspekt pytają krytycy rządu. Największe kontrowersje dotyczą możliwości wykorzystania zagranicznego stażu pracy przy ustalaniu prawa do świadczeń w Polsce. Krzysztof Bosak wskazuje, że w przypadku przyszłej umowy z Brazylią osoba posiadająca odpowiednio długi staż ubezpieczeniowy w Brazylii może – przy spełnieniu warunków określonych w porozumieniu – uzyskać prawo do polskiej emerytury minimalnej po bardzo krótkim okresie opłacania składek w Polsce. Jako przykład podaje nawet jedną składkę.

Istnieją już przykłady działania podobnych mechanizmów. Z danych przywoływanych przez „Rzeczpospolitą” wynika, że dopłaty do minimalnych emerytur cudzoziemców wzrosły z 27,7 mln zł w 2020 roku do 123,5 mln zł w 2025 roku. Liczba osób objętych takimi dopłatami zwiększyła się w tym czasie z około 4,2 tys. do 11,4 tys. To oznacza wzrost kosztów ponad czterokrotny w ciągu zaledwie pięciu lat.

Polska ma już dwustronne umowy o zabezpieczeniu społecznym m.in. z Ukrainą, Białorusią, USA, Kanadą, Australią, Turcją, Izraelem, Indiami i Koreą Południową. ZUS wyjaśnia, że tego rodzaju porozumienia opierają się m.in. na zasadzie sumowania okresów ubezpieczenia oraz zachowania praw do świadczeń.

Samo istnienie takich umów nie musi być problemem. Kontrowersje zaczynają się wtedy, gdy polski system gwarantuje świadczenie minimalne osobie, która zdecydowaną większość swojej kariery zawodowej przepracowała poza Polską, a różnicę pomiędzy wypracowanym świadczeniem a polską emeryturą minimalną są znaczne i musi je pokryć polski budżet.

Rząd warszawski powinien przed podpisaniem umowy przedstawić opinii publicznej szczegółowe wyliczenia: ilu osób może ona dotyczyć, ile świadczeń może zostać wypłaconych z Polski oraz ile będzie wynosiła potencjalna dopłata z pieniędzy polskich podatników. Tymczasem takich danych nadal nie przedstawiono. Ekspertka cytowana przez „Rzeczpospolitą” zwraca uwagę, że bez informacji o liczbie potencjalnych beneficjentów, skali zatrudnienia transgranicznego i przewidywanej liczbie świadczeń nie sposób rzetelnie ocenić, czy korzyści gospodarcze z umowy przewyższą jej koszty.

Według danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców w 2025 roku w Polsce mieszkało 1716 obywateli Brazylii. Rząd argumentuje, że Brazylia jest największym partnerem handlowym Polski w Ameryce Łacińskiej, a umowa ma ułatwić współpracę gospodarczą i sytuację pracowników delegowanych. Trudno jednak nie zadać pytania, czy interes gospodarczy rzeczywiście wymaga tworzenia potencjalnych zobowiązań emerytalnych wobec kolejnej grupy cudzoziemców.

Polska ma przecież własny, narastający problem z finansowaniem systemu emerytalnego. ZUS nie wypłaca przecież emerytur każdemu ze zgromadzonego przez niego prywatnego subkonta. Bieżące składki pracujących finansują w dużej mierze bieżące świadczenia innych osób. Jeżeli więc państwo rozszerza krąg osób uprawnionych do świadczeń finansowanych z polskiego budżetu, powinno jednocześnie wskazać, skąd będą pochodziły pieniądze na te zobowiązania.

Niestety, lewicowi politycy POPiS najpierw tworzą nowe uprawnienia, a dopiero później zastanawiają się nad ich długoterminowym finansowaniem. Dziś kwota 123,5 mln zł może wydawać się niewielka w porównaniu z całym budżetem państwa. Problem polega jednak na dynamice. Jeżeli liczba cudzoziemców korzystających z dopłat rośnie z kilku tysięcy do kilkunastu tysięcy, a następnie system jest rozszerzany na kolejne państwa, koszty mogą systematycznie rosnąć.

Nie oznacza to, że umowa z Brazylią sama w sobie doprowadzi ZUS do bankructwa. Tego na podstawie obecnie dostępnych danych nie można uczciwie stwierdzić. Można natomiast wskazać realne ryzyko: każde dodatkowe zobowiązanie emerytalne państwa zwiększa presję na system, który już w przyszłości będzie wymagał znacznego finansowania z budżetu.

W tym kontekście krytyka ze strony Konfederacji zasługuje przynajmniej na poważną debatę. Krzysztof Bosak określił planowaną umowę mianem kolejnego elementu programu wsparcia imigrantów na emeryturze. Konfederacja domaga się odejścia od mechanizmu, w którym bardzo krótki okres pracy w Polsce może – przy spełnieniu określonych warunków dotyczących zagranicznego stażu – prowadzić do prawa do polskiego świadczenia minimalnego finansowanego z budżetu. To fundamentalne pytanie o sprawiedliwość systemu.

Polak przez kilkadziesiąt lat płaci składki, podatki i finansuje funkcjonowanie państwa. Tymczasem państwo nie powinno tworzyć sytuacji, w której osoba, która znaczną część swojej kariery zawodowej spędziła poza Polską, może uzyskać świadczenie wyższe od tego, które wynikałoby wyłącznie z jej składek zapłaconych w Polsce – a różnicę pokrywa polski podatnik.

NASZ KOMENTARZ: System emerytalny, który zamiast ograniczać przyszłe zobowiązania otwiera kolejne kanały ich powstawania, może w długim okresie stać się jeszcze większym ciężarem dla następnych pokoleń. Zanim więc Brazylia zostanie objęta kolejnymi przywilejami emerytalnymi, władze powinny odpowiedzieć ile będzie to kosztowało polskich podatników – dziś, za 10 lat i za 30 lat?

Niestety, nikt z POPiS o tym nie myśli. Warszawkę interesuje tylko perspektywa najbliższych wyborów i dorwania się do koryta.

ZUS potwierdza mechanizm dotyczący BOGATYCH emerytur dla obywateli Ukrainy

ZUS potwierdza mechanizm

dotyczący emerytur obywateli Ukrainy.

Wystarczy jedna składka?

Przedstawiciel Zakładu Ubezpieczeń Społecznych potwierdził Sławomirowi Mentzenowi, że obywatel Ukrainy, który posiada wymagany staż ubezpieczeniowy wypracowany na Ukrainie, może po opłaceniu w Polsce składki nabyć prawo do polskiego świadczenia emerytalnego. W określonych przypadkach, po spełnieniu dodatkowych warunków, łączna wysokość świadczeń może zostać podniesiona do poziomu obowiązującej w Polsce emerytury minimalnej.

Podczas spotkania z przedstawicielami ZUS Sławomir Mentzen przedstawił hipotetyczny przykład dotyczący obywatela Ukrainy. Założył, że mężczyzna przez 35 lat pracuje na Ukrainie, a następnie przyjeżdża do Polski na miesiąc, podejmuje zatrudnienie za minimalne wynagrodzenie i opłaca jedną składkę na ubezpieczenie społeczne.

Po osiągnięciu wieku emerytalnego miałby ponownie przyjechać do Polski i ubiegać się o świadczenie. Polska część emerytury, wyliczona na podstawie krótkiego okresu ubezpieczenia w Polsce, byłaby bardzo niska. Przy ustalaniu prawa do świadczenia uwzględniane mogą być jednak również okresy ubezpieczenia przebyte na Ukrainie, zgodnie z zasadami wynikającymi z obowiązujących przepisów i umów międzynarodowych.

„Do końca życia będzie dostawał dopłaty do minimalnej polskiej emerytury. To znaczy to, o czym mówimy, to tak?” – pytał Mentzen przedstawiciela ZUS.

Ten potwierdził, że przedstawiony mechanizm wynika z obowiązujących regulacji dotyczących koordynacji systemów zabezpieczenia społecznego.

„Czyli potwierdza pan, że tak jest?” – dopytywał polityk.

Mentzen podsumował następnie, że w przedstawionym przez niego scenariuszu „ta jedna składka daje prawo do polskiej emerytury”. Przedstawiciel ZUS odpowiedział: „No właśnie”.

Polityk zaznaczył przy tym, że odpowiedzialność za obowiązujące rozwiązania nie spoczywa na ZUS, ponieważ Zakład jedynie stosuje przepisy przyjęte przez ustawodawcę.

„Mamy zgodę, że ten mechanizm istnieje. Wynika głównie z polskiej ustawy. W połączeniu z naszą umową sprawia, że dochodzi do takiej sytuacji” – stwierdził Mentzen.

Polityk ocenił jednocześnie, że przepisy powinny zostać zmienione, aby ograniczyć możliwość korzystania z takiego rozwiązania w sposób, który jego zdaniem może być nieproporcjonalny do rzeczywistego okresu opłacania składek w Polsce. Przedstawiciel ZUS podkreślił natomiast, że Zakład jest wykonawcą regulacji ustanowionych przez ustawodawcę.

Jak działa ten mechanizm?

Samo opłacenie jednej składki w Polsce nie oznacza, że cudzoziemiec otrzyma wysoką emeryturę. Polska część świadczenia jest ustalana na podstawie okresów ubezpieczenia w polskim systemie, dlatego przy bardzo krótkim okresie pracy w Polsce będzie odpowiednio niska.

W przypadku państw, z którymi Polska ma odpowiednie umowy o zabezpieczeniu społecznym, przy ustalaniu prawa do świadczenia możliwe jest jednak uwzględnienie również okresów ubezpieczenia przebytych za granicą. Dotyczy to także Ukrainy.

Aby spełnić wymóg stażowy, można więc uwzględnić okresy ubezpieczenia przebyte w obu państwach. Łącznie wymagane jest co najmniej 20 lat stażu w przypadku kobiet oraz 25 lat w przypadku mężczyzn.

Nie oznacza to jednak, że każdemu cudzoziemcowi posiadającemu polskie świadczenie automatycznie przysługuje dopłata do poziomu minimalnej emerytury w Polsce. Aby otrzymać takie wyrównanie, trzeba spełnić określone warunki, w tym dotyczące miejsca zamieszkania.

Jeżeli osoba uprawniona do świadczenia mieszka w Polsce, a suma polskiej emerytury oraz świadczenia wypłacanego przez zagraniczną instytucję emerytalną jest niższa od obowiązującej w Polsce emerytury minimalnej, w określonych przypadkach polski system może pokryć powstałą różnicę.

Mechanizm, na który zwrócił uwagę Sławomir Mentzen, polega więc na możliwości wykorzystania okresów ubezpieczenia przepracowanych na Ukrainie do spełnienia wymogu stażowego w Polsce, przy jednoczesnym uwzględnieniu polskiej części świadczenia oraz świadczenia zagranicznego przy ustalaniu ewentualnego wyrównania do minimalnej emerytury.

Komentarz: Przykro o tym pisać, ale takie doniesienia jasno wskazują na to, że stajemy się „fundatorami dobrobytu” innego, a na dodatek wrogiego nam narodu.

Długa droga do środka i krótka droga do wyjścia: Jak Zachód uczynił z Ukrainy broń przeciwko Rosji

Długa droga do środka i krótka droga do wyjścia:

jak Zachód uczynił z Ukrainy broń przeciwko Rosji

W trzech artykułach, które napisałem dla Sonar21, konsekwentnie przedstawiałem jeden argument: Wojna na Ukrainie nie była kryzysem, który wybuchł w 2022 roku. Była wynikiem celowego, trwającego dekady zachodniego projektu, mającego na celu przekształcenie Ukrainy w instrument osłabiania Rosji – realizowanego pod przykrywką „partnerstwa” i „misji pokojowych”.

A po trzydziestu latach budowania tego instrumentu przez Waszyngton i NATO, zrobią z Ukrainą dokładnie to samo, co robili z każdym klientem wcześniej: porzucą ją, gdy tylko przestanie przynosić zyski.

Nos wielbłąda: 1992–1999

Zachód praktycznie wsunął nos pod namiot Ukrainy w momencie upadku Związku Radzieckiego. Formalne struktury zaczęły powstawać w 1992 roku, kiedy Ukraina przystąpiła do Rady Współpracy Północnoatlantyckiej NATO. Praktyczne stosunki wojskowe nawiązały się szybko: amerykańsko-ukraiński program partnerstwa państwowego z Gwardią Narodową Kalifornii w 1993 roku, przystąpienie Ukrainy do Partnerstwa dla Pokoju i pierwsze wspólne ćwiczenia w 1994 roku oraz budowa poligonu w Jaworowie pod Lwowem.

Termin „misje pokojowe” był przykrywką, a same ćwiczenia to zdradzają. Kiedy pod koniec lat 90. ćwiczenia Sea Breeze na Morzu Czarnym zaczęły obejmować zwalczanie okrętów podwodnych, fasada humanitarna legła w gruzach. Nie ćwiczy się polowania na okręty podwodne, aby zapewnić pomoc w przypadku klęsk żywiołowych. Robi się to, aby przygotować się do walki z rosyjską marynarką wojenną.

Przez 23 lata projektowałem ćwiczenia wojskowe dla amerykańskich sił specjalnych i wiem, jaka jest różnica między ćwiczeniami szkoleniowymi a próbą przed wojną. To były próby – ustrukturyzowany program szkolenia i wyposażenia Ukrainy do walki z Rosją, z NATO po jej stronie, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Porównajmy to z rokiem 1999, kiedy NATO przyjęło Polskę, Węgry i Czechy. To rozszerzenie złamało obietnicę Jamesa Bakera, że ​​sojusz nie przesunie się „ani o cal” na wschód – obietnicę, którą Bill Clinton po prostu odrzucił.

I to nie przypadek, że gdy wybuchła wojna, Rosja zaatakowała obiekt w Jaworowie na początku marca 2022 roku. Wiedzieli dokładnie, co tam zbudowano i dlaczego.

Od partnera do faktycznego członka: 2000–2010

Kolejna dekada dopełniła dzieła, czyniąc Ukrainę członkiem NATO, choć nie formalnie. Rozważmy jedną statystykę: w latach 2000–2010 Ukraina była jednym z sześciu głównych gospodarzy ćwiczeń NATO i dowództwa USA w Europie, tuż za nią plasując się Gruzja. Dwa państwa niebędące członkami NATO gościły więcej ćwiczeń sojuszniczych niż zdecydowana większość państw członkowskich. To nie jest partnerstwo. To dowód prima facie, że Zachód chciał przyjąć oba kraje, niezależnie od tego, co mówiła Moskwa.

Do 2010 roku Ukraina dzieliły od pełnego członkostwa tylko dwie rzeczy: nie płaciła składek i nie miała gwarancji Artykułu 5. Pod każdym względem operacyjnym – Sea Breeze, Rapid Trident, rurociąg Jaworowski, roczne planowanie celów – była już członkiem sojuszu. I nigdy nie był to jedynie wysiłek militarny. Amerykańskie i brytyjskie agencje wywiadowcze, w tym CIA, koordynowały działania z NATO i Dowództwem Unii Europejskiej, aby wyciągnąć Ukrainę ze strefy wpływów Rosji i trwale związać ją z Zachodem. Kiedy szczyt w Bukareszcie w 2008 roku ogłosił, że Ukraina „zostanie członkiem” – mimo że Francja i Niemcy zablokowały formalny Plan Działań na rzecz Członkostwa – kurs został wyznaczony na rok 2014 i wszystko, co nastąpiło później.

Wyjście: pod autobusem

Tak właśnie zbudowano ten instrument. I tak właśnie zostanie on zutylizowany. Każdy rząd zagraniczny, który ufa amerykańskim obietnicom bezpieczeństwa, powinien najpierw zbadać, co stało się z Wietnamem Południowym, Afgańczykami, Irakijczykami, Libijczykami i Kambodżanami. Kiedy wojna przestaje służyć celom Waszyngtonu, Stany Zjednoczone żegnają się.

Wzajemne oskarżenia o nieudaną kontrofensywę są początkiem właśnie tego procesu. Zachód ustawia się w pozycji, by zrzucić winę na Kijów, podczas gdy jego obietnice zbrojeniowe okazują się jedynie pustymi frazesami. Ataki dronów morskich na rosyjskie okręty to drobne ukłucia – militarnie nieistotne i niebezpieczne, głównie dlatego, że zachodni nadzór, który nimi kieruje, prowokuje rosyjski odwet za zwiad NATO nad Morzem Czarnym i wzmacnia determinację Moskwy w uduszeniu ukraińskich portów.

Jeśli chcesz uczciwie ocenić, dokąd zmierza ta wojna, zapomnij o raportach brytyjskiego wywiadu i Instytutu Studiów nad Wojną. Czekaj na dzień, w którym londyńscy bukmacherzy zaczną przyjmować zakłady na upadek Zełenskiego.

Wspólny wątek

Jeśli umieścimy te trzy artykuły w kolejności, schemat stanie się wyraźny. Pierwsze dwa dokumentują cierpliwą budowę – trzy dekady ćwiczeń, centrów szkoleniowych, koordynacji wywiadowczej i deklaracji ze szczytów, wszystkie skoncentrowane na Rosji. Trzeci opisuje rozwiązanie: moment, w którym projekt zawodzi na polu bitwy, a ci sami sponsorzy, którzy poświęcili trzydzieści lat na jego budowę, zaczynają szukać wyjścia. Trajektoria od rad partnerskich z 1992 roku do gry oskarżeń w 2023 roku nie jest ani przypadkowa, ani zwyczajna. Jest celowa. Ludzie, którzy utorowali drogę do tej wojny, nie zamierzają z niej wyjść razem z krajem, który na nią sprowadzili.

Źródło: Długa droga do wejścia i krótka droga na wyjście: jak Zachód uczynił z Ukrainy broń przeciwko Rosji

Putin nie próbował zabić Borisa Johnsona i Davida Petraeusa….

Weryfikacja faktów: Putin nie próbował zabić Borisa Johnsona i Davida Petraeusa

Andrzej Korybko, 14 września 2026 r. korybko/fact-check-putin-didnt-try-to-assassinate

Putin mógł z łatwością nakazać ich usunięcie, gdyby chciał, ale zamiast tego chciał dać do zrozumienia, że ​​zachodni dygnitarze nie powinni już dłużej zakładać, że mogą bezpiecznie podróżować na Ukrainę, ponieważ Rosja może wkrótce zacząć atakować ukraińską infrastrukturę transportową na dużą skalę jeszcze przed zimą.

——————————

Zachodnie media są w szoku po weekendowym ataku rosyjskiego drona na stację kolejową w mieście Jagodin, blisko granicy Ukrainy z Polską. Według CNN , „były dyrektor amerykańskiej CIA, David Petraeus, znajdował się na ukraińskim dworcu kolejowym w momencie, gdy rosyjski dron zaatakował pociąg pasażerski w niedzielę, krótko po tym, jak przejechał tamtędy pociąg dyplomatyczny z byłym premierem Wielkiej Brytanii Borisem Johnsonem i innymi zagranicznymi dygnitarzami”. W ten sposób atak został błędnie przedstawiony jako próba zamachu.

Jest wysoce nieprawdopodobne, aby niechętny ryzyku Putin eskalował działania przeciwko NATO , próbując zabić dwóch byłych wysokich rangą urzędników bloku, zwłaszcza że nie zezwolił nawet na takie próby wobec obecnych ukraińskich urzędników, a w szczególności Zełenskiego . Chociaż Putin został zmuszony przez nieudaną 40-dniową operację wpływu Zełenskiego do „eskalowania w celu deeskalacji” konfliktu z Ukrainą, jak dotąd działania te były łagodne – zamiast ataków na ważne osobistości, skierowano je przeciwko infrastrukturze, takiej jak stacje benzynowe, porty i elektrownie.

Mając na uwadze te obserwacje, można stwierdzić, że rosyjski atak dronów na dworzec kolejowy Jagodina nie był próbą zamachu na tych dwóch byłych wysokich rangą urzędników z anglo-amerykańskiego rdzenia NATO, lecz przesłaniem dla ich krajów i sygnałem tego, co może nastąpić. Przesłanie to brzmiało tak, że odwiedzający Ukrainę dygnitarze – zarówno byli, jak i obecni – nie powinni zakładać, że będą mogli bezpiecznie podróżować na Ukrainę.

Nie był to pierwszy raz, kiedy Rosja zaatakowała infrastrukturę kolejową na Ukrainie ani cel blisko granicy z Polską, ale pierwszy raz, kiedy Rosja zaatakowała stację kolejową na granicy. Ta trasa jest jedną z kilku, którymi na Ukrainę trafia 90% eksportu sprzętu wojskowo-technicznego NATO. Zwolennicy Rosji zastanawiali się, dlaczego Putin nie zezwolił na takie ataki wcześniej. Mogło to wynikać z jego niechęci do ryzyka, wcześniej ograniczonych zasobów amunicji i/lub wcześniejszej mocnej obrony powietrznej Ukrainy (która jest obecnie niemal całkowicie wyczerpana ).

W każdym razie, z pewnością nie był to przypadek, że zezwolił na ten ostatni atak na stacji kolejowej, na której Petraeus czekał krótko po przejechaniu Johnsona, więc z pewnością sygnalizuje, iż Rosja może zacząć atakować ukraińską infrastrukturę transportową na dużą skalę. Mogłoby to wykraczać poza stacje kolejowe, obejmując autostrady i mosty na Dnieprze . Celem byłoby utrudnienie logistyki wojskowej NATO na Ukrainie, a jednocześnie utrudnienie transportu broni na front.

Niedzielny atak pokazuje, że Rosja może teraz przeprowadzać precyzyjne ataki w dowolnym miejscu na Ukrainie i o dowolnej porze. Dopóki Rosja ma wystarczającą ilość amunicji, a obecnie nie wydaje się, by brakowało jej dronów, mogłaby ona utrzymać te ataki, wymuszając na Ukrainie znaczące jednostronne ustępstwa poprzez oczekiwane wznowienie trójstronnych rozmów z USA w przyszłym miesiącu.

Eskalacja działań Putina może również mieć na celu uprzedzenie groźby zamknięcia rosyjskiej przestrzeni powietrznej przez Zełenskiego .

Wniosek jest taki, że dynamika militarno-strategiczna ponownie sprzyja Rosji po okresie niepewności latem, wywołanej decyzją Trumpa o „ eskalacji w celu deeskalacji ” poprzez „wojnę na wyniszczenie ” z Rosją, której prowadzi Ukraina. Jeśli Ukraina nie zawrze wkrótce porozumienia z Rosją ( potencjalnie za pośrednictwem USA ), ta zima może być dla niej najtrudniejsza jak dotąd, po czym może zostać zmuszona do kapitulacji przed Rosją, chyba że NATO zaryzykuje III wojnę światową, interweniując bezpośrednio, aby temu zapobiec.

=================

mail:

Dlaczego zaraz Putin.
A może to Zelenski chciał Putinem nastraszyć Johnsona i Petraeusa.

Już Hermann Göring wiedział. MEM-y VIII.

——————————

—————————————-

——————————

————————————-

—————————————–

——————–

———————————–

——————–

—————————————

————————

Fałszywy alarm? Tusk: nie potwierdzamy ataku na kolej pasażerską tuż przy granicy

Fałszywy alarm?

Tusk: nie potwierdzamy ataku

na kolej pasażerską

tuż przy granicy

13 września 2026 pch24falszywy-alarm-tusk-nie-potwierdzamy-ataku-na-kolej-pasazerska

26913296.jpg
fot. PAP/Piotr Nowak

W niedzielę 13 września doszło do ataku rosyjskich dronów na zachodnią Ukrainę. Część z trafionych celów znajdowała się blisko polskiej granicy. Komentując te wydarzenia, Donald Tusk podkreślił, że polskie wojsko nie potwierdza wszystkich informacji dotyczących ataku, jakie pojawiły się w mediach.

Premier wskazał, że nie ma dowodów na naruszenie polskiej przestrzeni powietrznej, ani ataku na lokomotywę pociągu pasażerskiego. 

W niedzielę nad ranem polskie systemy wykryły atak kilkunastu odrzutowych dronów Geran-5 w zachodniej Ukrainie. Polskie wojsko poderwało myśliwce, a służby ostrzegały przed zagrożeniem mieszkańców regionów przygranicznych. Nie odnotowano naruszenia granicy RP.

– Jesteśmy pewni, że została zaatakowana stacja benzynowa lub jej pobliże, dwa kilometry od naszej granicy, od naszego przejścia oraz skład pociągu towarowego na bocznicy – powiedział premier Tusk podczas niedzielnej odprawy służb z udziałem ministrów w siedzibie Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. Podkreślił, że „ważna jest precyzyjna informacja”.

– Informacje o zaatakowaniu kolumny ciężarówek lub lokomotywy z pociągu pasażerskiego na trasie Kijów-Warszawa, które się pojawiały nie tylko u nas w mediach, ale też w niektórych relacjach ze strony ukraińskiej, nie mogę powiedzieć, że one są nieprawdziwe, ale my nie potwierdzamy takich zdarzeń – zaznaczył Tusk.

Polityk odniósł się także do twierdzeń, że została naruszona polska przestrzeń powietrzna.

– Spekulacji, że coś wleciało od strony ukraińskiej, czyli rosyjskiej w tym znaczeniu, też nie potwierdzamy. Nic nie naruszało tej nocy polskiej przestrzeni powietrznej – powiedział premier.

Za wcześnie na alarm ! MEM-y VII.

————————————–

————————————————–

———————————————

———————————————————————–

—————————

—————————————–

———————————-

——————————–

———————————-

—————————

JEST KOSZERNY INTERES DO ZROBIENIA. Krzysztof Baliński

JEST KOSZERNY INTERES DO ZROBIENIA

Krzysztof Baliński

Na początek kilka cytatów. „Jest koszerny interes do zrobienia” – to słowa (już kultowe), które padły podczas wizyty Rywina u Michnika. „Pierwszy milion trzeba ukraść” – to zawołania (też kultowe), które padło z ust Janusza Lewandowskiego, kiedyś ministra przekształceń własnościowych. No i „Tęsknię za tobą, Żydzie!” – graffiti, które wołało przed laty z murów warszawskich kamienic.

Pierwszy stał się mottem procesu grabieży majątku narodowego Polaków, gdy po formalnym odzyskaniu niepodległości kilkakrotnie padli ofiarą rabunku na wielką skalę, na skutek zawartej pod auspicjami Rockefellera umowy Jaruzelski – Geremek, w myśl której masa upadłościowa po PRL została „sprawiedliwie” podzielona między ludźmi Kiszczaka, a środowiskiem tożsamym etnicznie i biznesowo z Rockefellerem.

Drugi to zapowiedź szykowanego kolejnego zamachu na mienie Polaków, „jako rekompensaty dla ubogich ofiar holokaustu”, którego konsekwencją będzie wytworzenie elity mającej ogromną przewagę materialną nad Polakami. Tu przytoczmy „przemyślenia” Dawida Warszawskiego zamieszczone na łamach nowojorskiej „Moment”: „Lobby żydowskie wkrótce wzrośnie w siłę […] w połowie wieku polscy Żydzi będą siłą przewodnią Polski […] Do 2050 roku Polska będzie ekonomiczną potęgą z polskimi Żydami, jako jej siłą napędową”.

„Tęsknię za tobą, Żydzie!” to z kolei motto polsko-żydowskiej „Love Story” w biznesie. Ta niby artystyczna prowokacja żydowskiego artysty pod wszystkimi względami ziściła się – Polska stała się Mekką dla izraelskiego biznesu, tysiące Izraelczyków upatrzyło sobie nasz kraj, jako pierwszą ojczyznę i w rezultacie nie było i nie ma w Polsce żadnego oszustwa, gdzie w cieniu nie kryłby się żydowski geszefciarz.

Podobnymi myślami uraczył nas Donald Tusk. „Nie macie w Europie pewniejszego i bardziej lojalnego sojusznika i prawdziwego przyjaciela, niż Polska” – takie zapewnienie złożył premierowi Izraela (a towarzyszący mu minister zdradził, że „wszystkie ugrupowania sejmowe są niezmiennie usposobione do Izraela przyjaźnie”), co, przekładając na język biznesu, było uspokajającą deklaracją, że bez względu na to, któremu ugrupowaniu Judenrat pozwoli rządzić, żydowscy aferzyści nie będą zagrożeni (i będą mogli ukraść nie tylko pierwszy milion).

Gdy Polską wstrząsnęła afera Zondacrypto, okazało się, że główny aferzysta ma izraelski paszport, że zakupił luksusową posiadłość w Izraelu i że jest nieuchwytny nie tylko dla klientów i mediów, ale… prokuratury.

Bo tak zawsze czujny prokurator krajowy ocknął się dopiero wtedy, gdy Przemysław Kral czmychnął z Polski (a wraz z nim co najmniej 500 mln złotych). Dariusz Korneluk podliczył jedynie, że Kral pozostawił po sobie 30 tysięcy poszkodowanych, ale i w tym nie był skrupulatny, bo liczba pokrzywdzonych ciągle rośnie, bo Zondacrypto była największą polską giełdą kryptowalut i deklarowała ponad pół miliona aktywnych użytkowników. Okazało się też, że nasz dzielny prokuratur nie tylko nie zamierza ścigać aferzysty, ale nie zamierza odzyskać ukradzionych pieniędzy.

A geszeft nie polegał na tym, że Kral zwiał do Izraela, ale że w Izraelu ukrył ukradzione Polakom miliony.

Gdy pojawiły się żądania, by wystąpili o ekstradycję geszefciarza (poza napomnieniem, że zadawanie takich pytań „to niedobra jest”), mówili, że ekstradycja z Izraela jest praktycznie niemożliwa. Nic natomiast o tym, jak odzyskać ukradzione pieniądze i zwrócić pokrzywdzonym. „Gazeta Wyborcza” przekonywała, że „kontrolę nad giełdą Zondacrypto miała mafia tambowska, powiązana z politykami partii Władimira Putina”, czyli że za wszystkim stoi nie Kral, nie Izrael, nie Mosad, ale Putin. Żydowska gazeta dla Polaków powątpiewała też, czy Kral naprawdę jest w Izraelu, „bo aferzyści nie szukają ucieczki w cywilizowanym kraju z niezależnym sądownictwem, lecz w państwie z dużo mniejszą transparentnością, na przykład w Dubaju”. Sekundował w tym żydowsko-niemiecki Onet, według którego Przemysław Kral był tylko figurantem, a prawdziwym twórcą i właścicielem Zondacrypto biznesmen o pseudonimie „Maniek” z Czeladzi, który pieniądze wywiózł nie do Izraela, ale do Emiratów Arabskich.

Wytoczyli klasyczny już argument w obronie aferzysty: „To sprawa czysto polityczna podszyta antysemityzmem”. A w ślad za nim pojawiły się apele o powściągliwość w „antysemickich komentarzach” dotyczących izraelskiego obywatelstwa Krala, bo mogą zaszkodzić pokrzywdzonym, bo wystarczy je wydrukować z internetu i dołączyć do izraelskiej odpowiedzi na wniosek ekstradycyjny, bo izraelska linia obrony będzie wyglądać tak: Krala nie wydamy, bo nie będzie miał szans na uczciwy proces, bo rozpętano wobec niego antysemicką nagonkę. Krótko mówiąc – nakazali nam milczeć, oczywiście dla dobra pokrzywdzonych.

To nie pierwszy taki przypadek. Antysemityzmem było sprzeciwianie się reprywatyzacji warszawskich kamienic. Burmistrz Pragi Północ Wojciech Zabłocki opisując działania mafii adwokatów i urzędników Hanny Gronkiewicz-Waltz ujawnił, że nie wolno było podważać decyzji, w których występowały osoby pochodzenia żydowskiego, „bo miało to  uchronić ratusz przed zarzutami o antysemityzm”. Mówił, że dokumenty, które do niego docierały z Ratusza były przerażające: „Tam było napisane, żeby się nie interesować sprawą, ponieważ na przykład osoba była pochodzenia żydowskiego, a ten, kto będzie to robił, jest antysemitą i że próba dociekania w danej sprawie naraża miasto na wielomilionowe odszkodowania”.

Nalepkę „antysemita” przyklejają każdemu, kto zagraża ich interesom. Mieliśmy już: „Łączenie reakcji Izraela na nowelizację ustawy o IPN z kwestią majątków pożydowskich jest jaskrawym przykładem antysemickiego fake newsa” (ambasador Izraela). „Antysemityzmem jest mówienie o skorumpowanych sitwach u władzy i ich rozbijaniu” (żydowski uczony z Muzeum Polin). „Antysemityzmem jest prześwietlanie interesów obywateli obcego państwa tylko dlatego, że są Żydami” („Gazeta Wyborcza”). Gdy pod hasłem „Jesteś Polakiem, Kupuj Polskie” pojawiła się inicjatywa promująca patriotyzm konsumencki, zareagowała małżonka Radka Sikorskiego – zrównała je z przedwojennym antysemickim hasłem „Nie kupuj u Żyda”.

Wiedzą, co jest piętą achillesową rządzących, że nie mogą rozliczyć żadnego aferzysty, bo natychmiast poleci do Sorosa ze skargą, że jest ofiarą „antysemickiego pogromu”. I regułą jest, że gdy natrafiają na żydowskiego aferzystę, to pochodzenie staje się okolicznością łagodzącą i usprawiedliwia największe świństwa. Wiedzą, że mają w Polsce immunitet absolutny, bo żaden nie został skazany, nawet za miliardowy przekręt. Wiedzą też, że w Polsce kraść bezkarnie można poprzez nabycie odpowiedniego paszportu (w tym, w przypadku odzyskiwania mienia pożydowskiego, paszportu polskiego).

„Polacy nie lubią banków, bo są głupkami i antysemitami” – taką diagnozę postawił Przemek Gdański, prezes banku BNP Paribas. „Moim zdaniem niechęć do banków ma korzenie w antysemityzmie. Historycznie pożyczaniem pieniędzy, w niektórych okresach nazywanym lichwą, zajmowali się Żydzi. Szło się do Żyda i brało na procent kiedy była potrzeba, nawet, jak się go nie lubiło, bo innych możliwości zaciągnięcia kredytu nie było (…) nadal funkcjonuje skojarzenie, że banki to Żydzi, a przecież Żydów się nie lubi”. Ale nie poprzestał na tym.  „Polska jest krajem, w którym pozornie antysemityzm jest marginalnym zjawiskiem, ale de facto jest on głęboko zakotwiczony w społeczeństwie. (…) śmiem twierdzić, że jakiś element niechęci do banków bierze się z tego głęboko zakorzenionego antysemityzmu i kojarzenia banków z Żydami, czyli tymi, którzy nie pracowali na roli, ale obracali pieniędzmi” – zgłębił temat. A więc nie kredyty we frankach szwajcarskich, nie polisolokaty i niczym nieuzasadnione gigantyczne zyski, ale… antysemityzm! I chyba jesteśmy antysemitami, bo wydaje nam się, że Polacy powierzając swoje pieniądze takim banksterom, jak Przemek Gdański powinni wiedzieć, czy oprócz polskiego nie mają także paszportu izraelskiego.

A co do ekstradycji Krala, to zabrakło najważniejszego – Strona polska nie zwróciła się do Izraela z wnioskiem o ekstradycję! Mało tego – do dziś  nie postawiła mu żadnych zarzutów, nie oskarżyła o żaden zabroniony czyn. Prokurator Dariusz Korneluk, pytany o ucieczkę prezesa Zondacrypto do Izraela, stwierdził: „Kral ma obywatelstwo izraelskie, a to znaczy, że nie zostanie wydany do Polski, bo Izrael nie przekazuje swoich obywateli w ręce służb innych krajów”. Donald Tusk, pytany o to samo, odparł: „Z Izraelem nie jest łatwo. Mamy w swojej historii Polaków, którzy mieli powody uciekać z Polski i znajdowali tam schronienie”. Wiceminister spraw wewnętrznych też odpowiedział wymijająco: „Polskie służby nie mają dobrego doświadczenia ze sprowadzaniem osób z Izraela”. O ekstradycji nic nie mówi Włodzimierz Czarzasty, który niedawno złożył do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez Konrada Berkowicza, mimo że ten tylko obraził ambasadora Izraela, a Kral okradł na pół miliarda złotych kilkadziesiąt tysięcy Polaków. No i najważniejsze – nic nie mówią o odzyskaniu od Żydów ukradzionych Polakom pieniędzy!

Jaki jest jeszcze inny powód, że nie występują o ekstradycję? Muszą zostawić sobie otwartą furtkę na wypadek, gdyby sami musieli uciekać. Dokąd ucieknie Tusk, wiemy. Dokąd ucieknie Koroluk, też wiemy. A dokąd Morawiecki i Kowal? Czy nie do Izraela, gdzie schronienie znalazły już ich ciotki? A gdyby zbyt stanowczo żądali ekstradycji, to na ogrodzeniu polskiej ambasady w Tel Awiwie pojawi się namazana swastyka i graffiti „polskie gówno” i „mordercy spieprzajcie”, a składający się aferzystów tłum, z Kralem na czele, wedrze się na teren ambasady i opluje ambasadora. I jeszcze jedno – gdy izraelskie służby bezkarnie porwały na międzynarodowych wodach aktywistów domagających się sprawiedliwości dla Palestyńczyków, to czy naszych polityków nie naszła refleksja, że gdy zbyt namolne będą dopominać się o ekstradycję Krala, to Izrael zrobi z nimi to samo, na przykład porwie sprzed gmachu Sejmu.

To nie pierwszy przypadek, kiedy aferzysta okrada Polaków, a później, bez żadnych przeszkód i z wielkimi pieniędzmi, odnajduje się w Izraelu. Żydowscy oszuści Bagsik i Gąsiorowski, bohaterowie afery Art-B, kilka godzin przed aresztowaniem wsiedli w samolot linii El-Al, wylądowali w Tel Awiwie z siedmioma walizkami wypełnionymi 85 milionami dolarów, zamieszkali kilka kroków od rezydencji kupionej przez Krala i stali się bohaterami światowej społeczności żydowskiej. Bo zgodnie z historycznym wzorcem i tradycją, oszustwa finansowe popełniane przez Żyda przynoszą korzyści wszystkim Żydom, tym w Izraelu i tym międzynarodowym.

Izrael czasami wydaje przestępców. Ale nigdy nie wydaje ukradzionych pieniędzy. Przykładem Józef Jędruch, który wyłudził 430 milionów od należącej do Skarbu Państwa Elektrowni Będzin, uciekł do Izraela i powołując się na żydowskie pochodzenie dostał izraelskie obywatelstwo. Polsce został wydany, ale dopiero po tym, gdy sam zgodził się na ekstradycję. Odpowiadał z wolnej stopy. Skazany zostało na kilkaset tysięcy grzywny. Zdefraudowanych pieniędzy Skarb Państwa nigdy nie odzyskał, bo „zaopiekował się” nim podstawiony żydowski adwokat i podstawiona izraelska żona, po ślubie sfingowanym w izraelskim areszcie.

Szczególnie dobrze idzie im w biznesie mieszczącym się w rubryce „Wasze ulice, nasze kamienice”. Należy do nich większość działających w Polsce firm deweloperskich, także te, które wybudowały kilkanaście centrów handlowych w głównych polskich miastach. Podobnie ma się sprawa z Komisją Nadzoru Finansowego, która wynajmuje siedzibę w biurowcu należącym do… Chabad Lubawicz, a której – przypomnijmy – statutowym obowiązkiem jest zapobieganie przekrętom na rynku finansowym. I tu pytanie: Czy nie dlatego KNF milczała, gdy Kral kradł? Przypomnijmy też, że Timur Mindycz, przed odlotem do Tel Awiwu ze zrabowanymi 100 milionami dolarów, wpadł do synagogi Chabad w Warszawie. Ale nie na modlitwę tylko na rozmowy biznesowe, bo Chabad nie zajmuje się krzewieniem talmudycznych mądrości, lecz… kamienicami. I tu drugie pytanie: Czy to Chabad nie dokończy przedwojennego żydowskiego zamysłu: „Wasze ulice, nasze kamienice”?

Izrael to „Ziemia Obiecana”, także dla… oszustów. To światowe centrum przekrętów finansowych, w tym spekulacji kryptowalutami, które macherom zwabiającym ofiary z całego świata przynoszą miliardowe zyski. Władze izraelskie przyznają, że przestępczość przybrała monstrualne rozmiary i mimo że ich zwalczanie jest niezwykle łatwe, blokują współpracę z międzynarodowymi organami ścigania. Tamtejsze prawo pozostawiło furtkę, dzięki której oszuści często robiący geszefty przez telefon i internet, z „siedzib” mieszczących się w garażach i kotłowniach przenoszą działalność za granicę, między innymi do Polski. Także izraelski kodeks podatkowy sprawia, że Izrael stał się magnesem dla przestępców – zwalnia nowych imigrantów z płacenia podatku od dochodów uzyskanych za granicą oraz z wykazywania źródeł dochodu. Sprzyja temu także prawo zapewniające obywatelstwo każdemu imigrantowi o żydowskich korzeniach. A wszystko to wywołuje pytania: Czy taka rozgałęziona struktura przestępcza i sztaby sterujące geszeftami mogą funkcjonować bez przyzwolenia władz Izraela? Czy taki parasol ochronny nie roztoczyły też nad Zondacrypto?

Takie afery w pomagdalenkowej Polsce posypały się jak z dziurawego wora. Wymieńmy tylko FOZZ, Art-B, NFI, Bank Śląski, Domy Towarowe Centrum, Getin Bank i Amber Gold. W tej ostatniej, metodą piramidy finansowej z kont klientów wyprowadzono 600 milionów. W stworzeniu spółki oraz przekręcie udział brali Ihor Kołomojski i Wadim Rabinowicz, a Amber Gold miało służyć przejęciu PLL LOT. Częścią geszeftu było mianowanie na przewodniczącego rady nadzorczej LOT-u Teofila Bartoszewskiego. W aferze przenikały się tajne służby państewka leżącego w Palestynie i syn Tuska. No i miała ochronę ze strony Agencji Wywiadu kierowanej wówczas przez gen. Macieja Hunię, dziś ambasadora RP w Izraelu. Gra toczyła się na jeszcze wyższym poziomie i pod jeszcze większą ochroną – Kołomojski i Rabinowicz to wyznawcy i sponsorzy Chabad.

To wszystko nie wzięło się znikąd. To ma swoją chronologię. Pierwszym był powrót żydokomuny, czyli przekazanie władzy Żydom nastręczonym Jaruzelskiemu przez Davida Rockefellera. Potem była zmanipulowana transformacja ustrojowa. Bo, kto zakładał albo kto przejmował partie w Polsce? A gdy już uchowała się jakaś czysto polska, to kto wdeptywał jej przywódcę w ziemię albo mordował i to na rytualny sposób? I czy racji nie mają ci, którzy uważają, że Polsce nie można pomóc zakładając partię, bo w jej kierownictwie natychmiast pojawia się dwóch albo trzech „organizatorów” z Chabad?

Dekadę temu na bazarze podziału łupów „Przedsiębiorstwa Holocaust” pojawiają się nowi gracze, którzy nie chcą bezsilnie przyglądać się, jak inni sprzątają im łup spod nosa. Przebiegły i chciwy Chabad Lubawicz próbuje wykroić dla siebie nowe żerowisko, którego nazwę podpowiedział prezydent RP – POLIN. Przy władzy w Warszawie jest sługa narodu niemieckiego. Potrzebny jest więc nowe rozdanie i podmienienie na sługę narodu żydowskiego. W tym celu rabini dobijają targu z Jarosławem Kaczyński. Za pomoc w koszernym coup d’état żądają wiele i dostają wiele.  Od tego czasu mówić też możemy, że agenta Stasi przejął od Niemców rabin prowadzący z Chabad, nadał mu pseudonim „Krzywousty”, kazał posyłać dzieci do żydowskiej szkoły, tolerować żydowskie geszefty i nadać Żydom immunitet absolutny, tak aby żaden nie został skazany nawet za miliardowy przekręt.

Jak to jest, że na jeden gwizdek Szaloma Ber Stamblera do zapalenia świeczek stawiają się prezydent, marszałek Sejmu i Senatu, ministrowie i posłowie ze wszystkich partii? Jak to jest, że w tej kwestii zapanowała jednomyślność nieznana od czasu PRL-owskiego Frontu Jedności Narodu i że w jego miejsce wytworzył się swoisty Front Chanukowy, złożony ze środowisk dotychczas walczących ze sobą na śmierć i życie? Skąd nienotowana od czasu Magdalenki jedność ponad podziałami najbardziej antychrześcijańskiej sekty żydowskiej i Episkopatu, biblistów z KUL, prawosławnych popów, protestanckich pastorów? Kto pociąga za sznurki? Kim jest niewidzialna ośmiornica, która tym steruje? I czy nie jest nią ośmioramienny świecznik? Bo nie jest tak, że w chanukowych ceremoniach chodzi o obrzędy religijne. Tu chodzi o przejęcie Polski, a zwłaszcza polskich kamienic.

Krzysztof Baliński

=========================================

Reksio do Kłodzka? Protestuj!! MEM-y VI.

————————————–

——————————————–

[a ja mam kocioł na drewno. Mam je za darmo. 50 kW. Pelet też by spalił, ale po co płacić? MD]

—————————-

——————-

——————————–

———————–

———–

———————————-

——————————

Dawid Mysior “List Otwarty do Pani Marty Nawrockiej, Pierwszej Damy RP”

Dawid Mysior “List Otwarty do Pani Marty Nawrockiej, Pierwszej Damy RP”

Autor: Redakcja, 13 września 2026

======================

LIST OTWARTY DO PANI MARTY NAWROCKIEJ, PIERWSZEJ DAMY RZECZPOSPOLITEJ POLSKIEJ

Szanowna Pani,

W nawiązaniu do wyrażonego przez Panią, w rozmowie z red. Bogdanem Rymanowskim, poparcia dla metody in-vitro, pragnę zwrócić Pani uwagę na kilka faktów – o których być może Pani nie wiedziała – i poprosić Panią o ponowną refleksję nad zagadnieniem.

Wbrew propagandzie, technika biomedyczna “in-vitro” ma skuteczność na poziomie, wg źródeł najbardziej optymistycznych – 20%, a wg bardziej wiarygodnych – poniżej 10%. A zatem, pomijając wszelkie inne możliwe komplikacje, zachodzi 80-90% ryzyko, że życie embrionu, a zatem osobnego, posiadającego duszę człowieka zakończy się zanim na trwałe znajdzie miejsce w łonie własnej (lub cudzej) mamy.

Czy wie Pani co robi się by zwiększyć prawdopodobieństwo przyjęcia się embrionu w organizmie matki? Wprowadza się tam kilka zarodków, a zatem kilka istnień ludzkich, jednocześnie. Jeżeli więcej niż jednemu uda się zagnieździć, dochodzi do ciąży mnogiej, a wtedy przeprowadza się tzw. redukcję embrionalną, czyli selekcyjną aborcję, zabijając jednego lub więcej małych ludzi, którzy znaleźli miejsce w łonie (własnej lub obcej) matki. Nie da się tego pogodzić z zasadą, że życie człowieka powinno być chronione od chwili poczęcia do naturalnej śmierci.

Czy wie Pani, że kliniki eugeniczne z natury rzeczy wchodzą we współpracę z określonym i zwykle ograniczonym gronem „kooperantów” – dostarczycieli gamet, czyli miłych, zdrowych, inteligentnych, pożądanych rodziców? W związku z tym, z każdym takim przypadkiem rośnie prawdopodobieństwo sprowadzenia na świat ludzi, którzy później w życiu mogą się związać ze sobą bez świadomości, że mają tych samych rodziców. Anonimowość w tej dziedzinie skutkowała już tragicznymi i skandalicznymi sytuacjami, w których okazywało się na przykład, że ojcem nawet kilkuset dzieci urodzonych z użyciem in-vitro jest ten sam pan doktor.

Standardowym etapem zapłodnienia in-vitro jest również zamrażanie zarodków (kriokonserwacja). Robi się to wtedy, gdy zarodki już powstały w laboratorium, ale nie zostaną (od razu lub wcale) przeniesione do macicy. Oznacza to niezliczone rzesze zamrożonych ludzi.

W wywiadzie dla red. Bogdana Rymanowskiego powiedziała Pani również: “jestem katoliczką”. A przecież zgodnie z nauczaniem Kościoła Katolickiego (Magisterium, a nie “opinie duszpasterskie”) metoda in-vitro jest zawsze moralnie niedopuszczalna, a zatem we wszystkich przypadkach: 1) poza małżeństwem, 2) w małżeństwie przy użyciu czynnego wkładu osoby trzeciej, 3) w małżeństwie bez osób trzecich, jest ona grzechem śmiertelnym.

By zachować zwięzłość tego listu, pominę cały szereg innych, sprzecznych z katolicką moralnością, aspektów metody in-vitro, zwrócę uwagę jedynie na jeden z nich – selekcję eugeniczną. Otóż moment decydowania które z zarodków ludzkich zostaną zakwalifikowane do dalszego etapu, a więc któremu człowiekowi daje się szansę na przeżycie, a który ma wylądować w zamrażarce lub zlewie, jest nieodłączna częścią procedury in-vitro. Aby zapoznać Panią z istotą tego aspektu in-vitro, gorąco polecam film Grzegorza Brauna pt. „Eugenika – w imię postępu”.

Na zakończenie pozwolę sobie dodać, że w wyżej wspomnianej rozmowie użyła Pani słów: “uważam, że jak ktoś chce skorzystać z tego programu to jak najbardziej niech korzysta”. Czy to nie wykracza poza wyrażenie własnego poglądu, a stanowi zachętę? Czy w takim przypadku nie byłaby to zachęta do grzechu śmiertelnego?

Bardzo proszę Panią o ponowne pochylenie się nad zagadnieniem i, z podobną empatią, z jaką wyrażała się Pani o kobietach pragnących mieć dziecko, spojrzała Pani na los poczętego dziecka, które albo umiera (80-90% przypadków), albo zostaje zabite przez aborcję (w przypadku ciąży mnogiej z in-vitro), albo zostaje zamrożone.

Z wyrazami szacunku,
‪@DawidMysior‬

Walka o jedyny w Polsce Podziemny Magazyn Ropy i Paliw [uzup.]


=========================

Umieszczam parę uwag inżynierów, pracowników tych magazynów. Oczywiście anonimowo, bo kto chce tracić pracę. md

===================

Jedyny w Polsce Podziemny Magazyn Ropy i Paliw o pojemności 6 mln m³, stanowiący państwowe rezerwy strategiczne.

Info od pracownika kopalni Solino:

„To co się teraz dzieje wokół kopalni Solino w Inowrocławiu, to jest po prostu jakiś koszmar o którym większość ludzi nie ma bladego pojęcia. Przecież te kopalnie to nie są zwykłe dziury w ziemi, z których sypie się sól na stół.

Pod ziemią w Inowrocławiu i Górze koło Janikowa znajdują się Podziemne Magazyny Ropy i Paliw. To są gigantyczne jaskinie, kilkaset metrów pod naszymi stopami. Sól nie przepuszcza żadnych płynów ani gazów, więc państwo polskie trzyma tam strategiczne rezerwy ropy, benzyny i diesla dla całego kraju.

Gdyby doszło do wojny, kryzysu geopolitycznego lub odcięcia dostaw z zagranicy, to właśnie stamtąd rurociągami tłoczona jest ropa do rafinerii w Płocku i Gdańsku.

I teraz zobaczcie, kto tu nagle wchodzi z butami. Niemiecki koncern K+S, … tak! dokładnie ten sam, który za chwilę ma budować w Janikowie spalarnię odpadów niebezpiecznych. Górnicy i związki zawodowe z Solino ryczą z bezsilności i protestują pod bramami, bo wielki biznes za naszymi plecami kombinuje, jak oddać kontrolę nad tą solą i rurociągami w ręce niemieckiego kapitału.

Oczywiście nikt w Orlenie nie jest głupi i nie podpisze papieru, że sprzedają magazyny ropy Niemcom, bo za to idzie się siedzieć. Gra toczy się sprytniej, czyli przez restrukturyzację i dzielenie firmy. Solino robi dwie rzeczy: pilnuje ropy i wydobywa solankę. A plan jest taki, żeby tę część solną i rurociągi odciąć od Orlenu i wpuścić tam jako zarządcę koncern K+S.

I tu dochodzimy do sedna sprawy, którego wielu mieszkańców nie rozumie, a górnicy doskonale znają. Te magazyny ropy nie mogą działać bez solanki i rurociągów. Aby wypompować ropę spod ziemi trzeba wpompować tam pod ogromnym ciśnieniem nasyconą solankę, która wypchnie paliwo do góry. I teraz najważniejsze: jeśli infrastruktura solna i rurociągowa Solino zostanie uzależniona od prywatnego, zagranicznego kapitału, to państwo polskie będzie miało ropę pod ziemią, ale technologia do jej wypompowania będzie należała do obcego prywatnego kapitału.

Czy Polska zachowa wtedy pełną niezależność operacyjną nad strategicznymi zapasami ropy w sytuacji kryzysowej?

Wygląda na to, że jeden wielki układ chce kontrolować naszą sól, rurociągi i strategiczne magazyny paliw pod Inowrocławiem, a w Janikowie chcą przejąć ogrzewanie domów i palić pod oknami przemysłową chemię i toksyczne odpady. Prawda jest taka, że nasze miasto zostało wessane w międzynarodową grę o miliardy, gdzie zdrowie mieszkańców Janikowa i bezpieczeństwo Polski są na szarym końcu.

Po spaleniu chemii w Janikowie zostaną tony toksycznych pyłów z filtrów. Niemiecki koncern K+S słynie w Europie z zarabiania miliardów na chowaniu najbardziej niebezpiecznych odpadów przemysłowych pod ziemię, w starych kopalniach soli. Jeśli położą łapę na Solino i naszej infrastrukturze solnej, będą mieli idealny, zamknięty biznes.”

Dla większości tutaj najważniejszy jest wątek gospodarczy. Czy zdajecie sobie sprawę CO tam będzie składowane?!


„Substancje niebezpieczne” brzmi zbyt łagodnie… „RADIOAKTYWNE ODPADY POCHODZĄCE Z ELEKTROWNI ATOMOWYCH” brzmi już zupełnie inaczej.

Szwaby pilnie szukają miejsc do składowania odpadów atomowych ponieważ „Asse”, stara kopalnia soli, gdzie do tej pory są składowane (tymczasowo) radioaktywne odpady, jest podtapiana od lat przez wody gruntowe!
Mają tam katastrofę ekologiczną. Muszą prędko wszystko usunąć! Zakwalifikowana do tego celu jest kopalnia żelaza „Konrad” w Salzgitter (2030 rok). Okazuje się jednak, że też nie jest idealna. Lokalizacja spotyka się więc z masowymi sprzeciwami i krytyką, ze względu na specyficzną geologię. Nie ma zatem 100% gwarancji, że zostanie oddana na te potrzeby.
Znalezienie/przeznaczenie stałego składowiska wyznaczono na rok 2070.

Składowanie odpadów radioaktywnych u nas, w państwie które nawet nie ma elektrowni atomowych jest niedorzeczne!
Co z niebezpiecznymi transportami CASTOR?
Co będzie, jeżeli okaże się, że kopalnia w Kłodawie, podobnie jak w Niemczech ich ASSE II, nie jest bezpiecznym miejscem? Co jeśli wystąpi woda?
Nikt nam nie pomoże!
Będziemy mieli KATASTROFĘ EKOLOGICZNĄ na niewyobrażalną skalę!


Co za nieRząd pozwala na składowiska odpadów z innych państw? Czy my jesteśmy ŚMIETNIKIEM EUROPY?
Kto pozwala na niszczenie naszego DOBRA NARODOWEGO jakim jest Kopalnia Soli w Kłodawie, z pokładami soli mającymi 200 mln lat? To najlepsza sól na świecie, zaraz obok himalajskiej! A w Lidlach, Biedrach i marketach mających niepolskich właścicieli tylko syfną wybielaną sól, bez jakichkolwiek wartości, można kupić!


Brońmy NASZEJ SOLI i NASZEJ POLSKIEJ ZIEMI!

Sprawa kopalni soli w Kłodawie łączy się z tematem kopalni Solino.

Co jest prawdą:

Pod Inowrocławiem i Górą są strategiczne magazyny ropy. Spółka IKS Solino (należy do Orlenu) od 1998 roku i oprócz solanki zajmuje się magazynowaniem ropy i paliw w kawernach po wydobyciu solanki. To jedyny w Polsce Podziemny Magazyn Ropy i Paliw o pojemności 6 mln m³, są tam państwowe rezerwy strategiczne.
Technologia działa na solance: żeby wypchnąć paliwo na powierzchnię, wtłacza się solankę na dno komory. Bez obiegu solanki magazyny nie działają.

Protest w Solino jest prawdziwy. Związkowcy z Solidarności prowadzą od 15 marca rotacyjny protest głodowy. Sami piszą: „IKS Solino jest nie tylko producentem soli i solanki, ale również ważnym elementem systemu bezpieczeństwa energetycznego Polski”. Domagają się programu rządowego dla kompleksu solnego.

K+S NIE kupuje Solino ani magazynów ropy. Niemiecki koncern K+S kupuje biznes solny od prywatnej polskiej firmy Qemetica czyli warzelnie w Janikowie (Polska) i Staßfurt (Niemcy) za 350-380 mln euro. Transakcja ma się zamknąć w Q1 2027.
Solino pozostaje w Grupie Orlen, a magazyn Góra w ogóle nie jest przedmiotem tej transakcji, jak punktują nawet komentatorzy: Niemcy nie przejmują ani Solino, ani strategicznych magazynów ropy.

K+S nie buduje spalarni w Janikowie.Spalarnię / instalację do odzysku energii z odpadów o wartości 1,5 mld zł i mocy 310 tys. ton rocznie buduje Qemetica Soda Polska wspólnie z firmą PreZero.

Paliwem mają być odpady nienadające się do recyklingu. To element transformacji, bo koszty energii to 70% kosztów produkcji sody. K+S nie ma z tym nic wspólnego.
Historia o chowaniu toksycznych pyłów pod ziemią w Solino. K+S faktycznie zarabia na składowaniu odpadów w kopalniach soli w Niemczech, ale nie ma żadnych dokumentów, że planuje to w Inowrocławiu.

O co więc chodzi naprawdę i skąd strach górników?


Problem jest realny, ale subtelniejszy. Solino i Qemetica żyją w symbiozie od 100 lat: Solino daje solankę do produkcji sody i soli warzonej w Janikowie. Qemetica po przetworzeniu zwraca sól.
Teraz Qemetica sprzedaje swój biznes solny Niemcom. A umowa solankowa podpisana za prezesury Obajtka w 2022 roku zobowiązała Solino do dostaw solanki przez 13 lat, a zabezpieczenie dostaw soli tylko na 3 lata. Ten krótszy okres właśnie minął.
Związkowcy z Solidarności alarmują więc, że „elementy systemu bezpieczeństwa surowcowego mają trafić pod kontrolę niemieckiego kapitału” i że państwo „biernie patrzy, jak przechodzą pod zagraniczną kontrolę”. Ich obawa jest następująca:

Jeśli nowy właściciel warzelni w Janikowie nie będzie chciał odbierać solanki z Solino, to Solino nie będzie mogło ługować nowych kawern, bez których Polska nie rozbuduje magazynów na ropę, gaz, a w przyszłości na wodór.

[Przed dwiema dekadami szukaliśmy z Witoldem Michałowskim magazynów na wodór. Ale – potrzeba tysiąc razy większych, jeśli myślimy o magazynach SEZONOWYCH. M . Dakowski]


Wtedy nie sprzedajemy ropy Niemcom, ale tracimy zdolność do rozwoju strategicznej infrastruktury.
Czyli, nie jest to „przejęcie z butami i kradzież ropy”, ale realny spór gospodarczy o łańcuch dostaw solanki, który ma znaczenie dla bezpieczeństwa energetycznego. Ten spór warto nagłaśniać.

=======================

Deutschland über alles. MEM-y IV.

To na Litwie…

————————————–

———————————————————————

———————————————–

—————————

——————-

—————————

———————————————

————————————–

Sam się usuń !! MEM-y III.

————————————–

————————————-

—————————————————————-

——————–

—————————————–

—————–

——————————————

———————————-

Eksperci twierdzą, że Ukraina traci przewagę techniczną na rzecz przełomowych rosyjskich innowacji

Eksperci twierdzą, że Ukraina traci przewagę techniczną na rzecz przełomowych rosyjskich innowacji

Symplicjusz 14 września 2026 r. simplicius/experts-declare-ukraine-losing

W mediach pojawiły się dwa szokujące artykuły na temat Ukrainy, które ujawniają coraz bardziej ponury nastrój wśród polityków i decydentów establishmentu w kwestii obecnej sytuacji i przyszłych perspektyw Ukrainy.

Należy zauważyć, że główne media są coraz bardziej dosadne w swoich ocenach, o czym świadczy kilka niedawnych artykułów wzywających do „uczciwości” w dialogu Zachodu na temat prawdziwego statusu Ukrainy.

Problem polega na tym, że uczciwość musi wynikać z pierwszych zasad: oznacza to ustalenie najbardziej podstawowych, fundamentalnych, kluczowych faktów danego scenariusza.

W przypadku Ukrainy ocena oparta na pierwszej zasadzie musiałaby wynikać z podstawowych, wymiernych kosztów wojny, a przede wszystkim z liczby ofiar. Jeśli Zachód nie będzie w stanie uczciwie analizować rzeczywistych strat Ukrainy w taki sam sposób, w jaki robi to co tydzień w przypadku Rosji, to nigdy nie zbliży się do prawdy o sytuacji. Dzieje się tak, ponieważ praktycznie wszystkie obecne problemy Ukrainy wynikają z jej horrendalnie rosnącej liczby ofiar, a to jest najważniejszy problem, który Zachód wciąż rażąco ignoruje.

A teraz przejdźmy do szczegółów.

Pierwszy z artykułów w czasopiśmie Spectator zawiera odważne stwierdzenie:

https://spectator.com/article/ukraine-is-lossing-the-war-kushner-witkoff/

Artykuł zaczyna się od trzech „przygnębiających wniosków” nasuwających się po ostatniej, bezsensownej dyplomatycznej wymianie zdań między Kushnerem i Witkoffem:

Władimir Putin nie zmienił swoich celów wojennych ani na jotę od 2022 roku i pozostaje zdecydowany na dalszą walkę. Donald Trump nie ma żadnego nowego planu pokojowego poza zakończeniem wojny na Ukrainie na warunkach Putina.

Kijowowi kończą się pieniądze i ludzie do obrony, tak samo jak skończyły mu się już rakiety Patriot do obrony przestrzeni powietrznej przed ostrzałem Kremla.

Oto trzy przygnębiające wnioski z ostatniej rundy dyplomacji wahadłowej w Moskwie i Kijowie, prowadzonej przez zięcia Trumpa Jareda Kushnera i specjalnego wysłannika Steve’a Witkoffa.

Autor kontynuuje ponury ton swojej oceny, opisując rosnącą przewagę Rosji na polu bitwy, co odegra kluczową rolę w naszej dalszej egzegezie:

Co ważniejsze, podczas gdy Kreml kontynuuje swoją bezwzględną kampanię mającą na celu uczynienie miast Ukrainy niezdatnymi do życia, zniszczenie gospodarki kraju i pozbawienie go przyszłości, zdolność Kijowa do obrony stoi pod poważnym znakiem zapytania.

Część rozwijającego się koszmaru Ukrainy ma charakter taktyczny. Każdy z rosyjskich systemów ataku dalekiego zasięgu stał się bardziej niszczycielski. Nowa generacja odrzutowych dronów szturmowych Geran, znacznie szybszych i celniejszych niż ich stare irańskie modele Szahed, jest masowo wdrażana. Rosja opracowuje co najmniej dwa nowe, tanie systemy pocisków manewrujących i zwiększa produkcję pocisków balistycznych odpalanych z powietrza i ziemi.„To wojna miast i infrastruktury. Nikt jej nie wygra” – powiedział w ten weekend dziennikowi „Guardian” Serhij Bieskrestnow, doradca Zełenskiego ds. technologii obronnych i czołowa postać w kijowskim systemie obronnym.„Atak stał się silniejszy niż obrona”. Bieskrestnow przewiduje, że Ukraina nie będzie w stanie pozyskać wystarczającej liczby pocisków, aby w pełni chronić ukraińskie miasta przed dewastacją tej zimy.

Artykuł jest zaskakująco wnikliwy, ponieważ uczciwie analizuje niezliczone sposoby, w jakie Ukraina przegrywa wojnę:

Ale większa część powoli ujawniającej się porażki Ukrainy ma charakter strategiczny…

…trzecią i najpoważniejszą porażką jest odmowa rozważenia poważnego zaangażowania Kremla w rozmowy pokojowe i uparcie obstające przy przekonaniu, że zachęcanie Ukrainy do walki i nieustannej walki w jakiś magiczny sposób doprowadzi do zwycięstwa.

Co najważniejsze, autor odwołuje się do nadchodzącej katastrofy budżetowej Ukrainy w momencie, gdy apetyt Europy na kolejne, niekończące się pożyczki wysechł:

Punkt krytyczny – w którym te obietnice ostatecznie zderzą się z rzeczywistością – nadejdzie wkrótce w postaci nieuchronnego kryzysu fiskalnego w Kijowie. Premier Ukrainy Serhij Korecki ogłosił niedawno, że Kijów wydał już większość środków na obronę na rok 2026 i stoi w obliczu zbliżającej się czarnej dziury budżetowej w wysokości 26 miliardów euro (30 miliardów dolarów) – pomimo niedawnej pożyczki w wysokości 90 miliardów euro (104 miliardów dolarów) od UE. Pożyczka ta, uzyskana po miesiącach targów z Brukselą, stanowiła szczyt tego, co UE jest realnie w stanie pozyskać. W obliczu najcięższej i najbardziej dotkliwej zimy tej wojny, Ukrainie wkrótce zabraknie nie tylko rakiet Patriot i ludzi na linii frontu, ale także pieniędzy na dalszą walkę.

Przykładem jest:

https://www.wsj.com/world/europe/obrona-ukrainy-staje-się-droższa-a-europa-z-trudem-spłaca-rachunek-eaecea4a

Ostatni akcent autora jest najbardziej szczery i realistyczny — zamiast dyskretnie wzywać do zwiększenia ilości broni i niekończącej się eskalacji, jak to miało miejsce w większości podobnych tekstów w końcowych akapitach, autor przyznaje, że jedyną rzeczą, która może uratować Ukrainę, są dyplomatyczne rozmowy z Rosją, trafnie zauważając, że każda kolejna oferta pokojowa była coraz gorsza:

Co może uratować Ukrainę przed politycznym i militarnym upadkiem? Pojawiają się oznaki, że europejskie tabu polityczne dotyczące walki z Putinem pęka. Alice Weidel z niemieckiej AfD, która niedawno wygrała wybory w Saksonii, zaapelowała o „otwarty kanał komunikacji z Rosją w celu osiągnięcia porozumienia i pokojowego rozwiązania”. Według Iulii Mendel, rzeczniczki prasowej Zełenskiego w latach 2019–2021, „rosną nowe siły i stają się silniejsze”, co stanowi „naszą jedyną szansę na pokojową Europę… Więcej broni nas nie uratuje. Nigdy nas nie uratowało”.

Jak dotąd każda kolejna oferta pokojowa była dla Kijowa gorsza od poprzedniej. Wydaje się, że Putin wyraźnie zamierza zadać ukraińskim miastom ostateczny cios, zanim ostatecznie rozstrzygnie wojnę na własnych warunkach, być może w przyszłym roku. Administracja Trumpa dawno już zrezygnowała z pomysłu wspierania pełnego zwycięstwa Ukrainy i to historycy ocenią, czy decyzja o wycofaniu amerykańskiej pomocy i broni stała się samospełniającą się przepowiednią. Europa ze swojej strony nadal mówi, co myśli. Nie ma jednak konkretnego planu, by pomóc Ukrainie lub ją uratować przed furią Kremla – a tym bardziej zniszczyć rosyjską gospodarkę czy złamać wolę Putina.

Prowadzi nas to do następnego i najważniejszego fragmentu, któremu towarzyszą dwa alternatywne nagłówki:

https://www.washingtonpost.com/opinions/2026/09/09/jak-rosja-niszczy-przewagę-ukrainy-na-polu-bitwy/

Artykuł został napisany dla WaPo przez byłego szefa Google’a, Erica Schmidta, który przeżywa drugą, odradzającą się karierę jako organizator antyrosyjskich technologii wojennych i przedsiębiorca w jednym. Po niedawnej wizycie w Kijowie ocena Schmidta jest bardziej ponura niż kiedykolwiek.

Postępy debilizmu. MEM-y II.

———————————–

——————————————–

——————————————

————————————–

—————————————-

——————–

——————————-