Resortowa przeszłość rodziny Gizeli Jagielskiej: Dziadek, Mojżesz Jakubowicz brał czynny udział w walkach z bandami reakcyjnego podziemia.

Dorota Kania ujawnia resortową przeszłość rodziny Gizeli Jagielskiej

07.01.2026

tysol/resortowa-przeszlosc-rodziny-gizeli-jagielskiej

Nazwisko Gizeli Jagielskiej stało się głośne w całej Polsce po sprawie aborcji przeprowadzonej u matki w 9. miesiącu ciąży. Według informacji Doroty Kani przekazanych na podstawie anali archiwów, jej dziadek, Mojżesz Jakubowicz, miał być aktywnie zaangażowany w struktury komunistycznego aparatu władzy.

Gizela Jagielska

Gizela Jagielska / fot. Ratuj Życie

Sprawa, która wstrząsnęła opinią publiczną

Gizela Jagielska uśmierciła dziecko w 9. miesiącu życia płodowego poprzez zastrzyk z chlorku potasu. Jak opisuje Dorota Kania, media liberalne, w tym „Gazeta Wyborcza”, określały ją jako lekarkę dokonującą największej liczby tzw. terminacji ciąż w Polsce. Została także wyróżniona przez magazyn „Wysokie Obcasy” w zestawieniu „50 śmiałych 2025”.

Prywatna praktyka i zaplecze rodzinne

Z ustaleń Doroty Kani wynika, że Jagielska prowadzi prywatny gabinet w Dzierżoniowie przy ul. Batalionów Chłopskich 14. Jak ustaliła dziennikarka, to ten sam adres, pod którym wcześniej mieszkała jej rodzina. Równolegle, wspólnie z mężem Łukaszem Jagielskim, prowadzi działalność w Kiełczowie.

Według informacji Doroty Kani przekazanych na podstawie anali archiwów, jej dziadek, Mojżesz Jakubowicz, był aktywnie zaangażowany w struktury komunistycznego aparatu władzy oraz być działaczem PZPR, członkiem PRON, ZBOWiD oraz ORMO.

Dokumenty z archiwów i działalność w ORMO

Jak przytacza Dorota Kania, zachowane dokumenty mają potwierdzać, że Jakubowicz był tajnym współpracownikiem UB i udostępniał swoje mieszkanie funkcjonariuszom bezpieki.

Obywatel Jakubowicz Mojżesz, syn Haima, był członkiem ORMO na terenie miasta Dzierżoniów w okresie od maja 1946 roku do grudnia 1948 roku.

– można przeczytać w aktach.

Wymieniony brał czynny udział w walkach z bandami reakcyjnego podziemia, działając na rzecz utrwalania władzy ludowej – informują dokumenty.

W praktyce oznaczało to udział w zwalczaniu niepodległościowego podziemia, które w rejonie Dzierżoniowa było szczególnie silne.

Powiązania rodzinne i kolejne pokolenie

Z informacji zebranych przez Dorotę Kanię ma wynikać, że także matka Gizeli Jagielskiej była związana z aparatem PRL – pełniła funkcję w Ochotniczej Rezerwie Milicji Obywatelskiej oraz pracowała w Ochotniczych Hufcach Pracy.

Sama Gizela Jagielska urodziła się w 1980 roku w Wałbrzychu. Przed ślubem nosiła nazwisko Jakubowicz.

Kariera zawodowa i aktywność medialna

Według informacji publikowanych na portalach branżowych, Jagielska ukończyła studia medyczne w 2006 roku i uzyskała specjalizację z ginekologii i położnictwa. Przez lata pracowała m.in. w szpitalu w Oleśnicy, gdzie do lipca 2025 roku pełniła funkcję wicedyrektora ds. medycznych.

Jak podkreśla Dorota Kania, lekarka była bardzo aktywna w mediach społecznościowych, gdzie publikowała materiały opisujące procedury aborcji w swobodnym, żartobliwym tonie.

Postępowania prokuratorskie i decyzje sądów

Śledztwo dotyczące aborcji przeprowadzonej w Oleśnicy zostało w grudniu 2025 roku umorzone. Decyzję tę zaskarżyła Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Manowska. Prokuratura odmówiła jednak przyjęcia zażalenia, co doprowadziło do dalszych kroków prawnych.

Rządowe wytyczne i spór konstytucyjny

Jak wskazuje Dorota Kania, liberalizacja praktyki aborcyjnej była możliwa dzięki wytycznym rządu Donalda Tuska z sierpnia 2024 roku. Dokument dopuścił szeroką interpretację przesłanki zagrożenia zdrowia matki.

Szukamy takich sposobów działania, oczywiście zgodnego z prawem, które w praktyce umożliwi dostęp do legalnej aborcji kobiet

– mówił Donald Tusk.

Krytycy wytycznych podnoszą, że dokument narusza konstytucyjną zasadę ochrony życia i omija regulacje ustawowe, tworząc niebezpieczny precedens prawny.

Zarzuty wobec dziennikarki

Po opublikowaniu przez Dorotę Kanię artykułu dotyczącego powiązań aborterki z Oleśnicy pojawiły się zarzuty, że informacje zawarte w tekście miały rzekomo być nieprawdziwe. Autorka odniosła się do tych komentarzy publikując w mediach społecznościowych fotokopię zaświadczenia poświadczającego, że Mojżesz Jakubowicz był członkiem ORMO w latach 1946-1948, jak również że brał udział w zwalczaniu „band reakcyjnego podziemia” w latach 1946-1947.

Na Ukrainie i w Wenezueli wyłania się nowy porządek świata

Uważali, że Rosja to nic więcej niż stacja benzynowa z bronią jądrową

Na Ukrainie i w Wenezueli wyłania się nowy porządek świata

DR IGNACY NOWOPOLSKI JAN 7

Douglas Macgregor

Można drukować dolary, ale nie gaz ziemny, pszenicę ani pallad.


Zbliżające się zwycięstwo Rosji w wojnie z Ukrainą i zamknięcie przestrzeni powietrznej Wenezueli przez prezydenta USA Trumpa to dwa „geopolityczne trzęsienia ziemi”, które zwiastują nadejście nowego porządku świata. Taką opinię wyrażają dwaj uznani niezależni analitycy: politolog John Mearsheimer oraz były pułkownik i pisarz Douglas Macgregor.

„Wydarzenia ostatnich dni oznaczają definitywną zmianę porządku świata. Przekroczyliśmy próg, który establishment w Waszyngtonie, Londynie i Paryżu desperacko próbuje zignorować” – mówi Douglas Macgregor, były pułkownik, który przez pewien czas służył w pierwszej administracji Trumpa, ale od tamtej pory stał się krytyczny wobec prezydenta, oskarżając go o nadmierne słuchanie neokonserwatywnych jastrzębi w Waszyngtonie. Macgregor, który był dowódcą w pierwszej wojnie w Zatoce Perskiej w latach 1990-91, jest regularnie przyjmowany w różnych kanałach wideo, w tym przez norweskiego politologa Glenna Diesena i amerykańskiego sędziego Andrew Napolitano.

„Kiedy konflikt na Ukrainie zaostrzył się” – mówi Macgregor – „Stany Zjednoczone i ich europejscy wasale skonfiskowali rosyjskie aktywa. Odłączyli rosyjskie banki od systemu płatności SWIFT. Nałożyli tysiące sankcji na Rosję, zakładając, że rubel się załamie, a w Moskwie nastąpi zmiana reżimu. Uważali, że Rosja to nic więcej niż stacja benzynowa z bronią jądrową”. Stało się odwrotnie, zauważa Macgregor, „i właśnie tego zachodnie media odmawiają uczciwej analizy. Rosyjska gospodarka nie załamała się. Rosja się dostosowała. I tym samym udowodniła, że ​​zachodnia potęga gospodarcza opiera się na niczym. Odkryliśmy, że sankcje nie mają wpływu na kraj, który produkuje żywność, nawozy, energię i surowce, których potrzebuje świat. Można drukować dolary, ale nie gaz ziemny, pszenicę ani pallad. Stany Zjednoczone odkryły, że gospodarka oparta na usługach, aplikacjach, doradztwie i spekulacjach finansowych jest bezużyteczna w wojnie na wyniszczenie z prawdziwą potęgą przemysłową”.

Niepowodzenie systemu sankcji „przyspieszyło to, czemu Stany Zjednoczone przez dekady próbowały zapobiec” – argumentuje Macgregor: „powstanie równoległego globalnego systemu gospodarczego. Rosja, Chiny, Iran i kraje Globalnego Południa budują architekturę finansową, która omija Nowy Jork i Londyn. Stany Zjednoczone muszą obserwować, jak wyłania się nowy, wielobiegunowy świat, w którym kraje nie obawiają się już amerykańskiej agresji finansowej. Stany Zjednoczone muszą zatem uciekać się do zastraszania militarnego. Co się jednak stanie, jeśli rywal zbuduje systemy uzbrojenia, które sprawią, że to zastraszanie stanie się nieskuteczne?”

Rosja nie tylko wygrała wojnę na Ukrainie, argumentuje Macgregor. Opracowała również nową broń, „która jest zabójcza dla zachodnich aspiracji”. Jedną z nich jest Oresznik, hipersoniczny pocisk balistyczny średniego zasięgu. Kiedy Oresznik uderzył w cel w ukraińskim mieście Dniepr z prędkością 10 Machów (21 listopada 2024 r.), zniszczył nie tylko kompleks fabryczny, ale i całą strategię NATO. Prezydent Rosji wyraźnie oświadczył, że uważa ośrodki rządowe w Londynie i Paryżu za uzasadnione cele. Jest to wynik lekkomyślnej decyzji Brytyjczyków i Francuzów o dostarczeniu Ukrainie Storm Shadows i Scalp. Kiedy strzelasz zaawansowaną bronią do mocarstwa nuklearnego, mówisz, że już się go nie boisz. Zakładasz, że twoja cywilizacja blefuje, licząc na to, że wróg blefuje. Atak Oresznikiem, który może być uzbrojony w broń jądrową, pokazuje, że nie blefuje. Ta broń jest zdolna do rażenia celów z prędkością 3 km/s. Żaden zachodni system obronny nie może się z nim równać. Jest ucieleśnieniem nowego porządku wielobiegunowego, w którym USA i ich wasale nie mają już monopolu na siłę.

Tymczasem sama Ameryka również jest zagrożona przez Rosję, argumentuje Macgregor. „W Waszyngtonie ostatnio pojawiło się wiele spekulacji na temat nowej rosyjskiej broni – impulsu elektromagnetycznego (EMP). Rosjanie mogliby wystrzelić zaledwie kilka pocisków o napędzie nuklearnym z okrętu podwodnego w strategicznych miejscach, aby wytworzyć impulsy elektromagnetyczne [EMP] , które natychmiast odcięłyby dopływ prądu do całej Ameryki. To największy koszmar waszyngtońskiego establishmentu. Teraz zaczynają rozumieć, że barbarzyńcy nie muszą wspinać się po murach, aby zniszczyć Imperium. Wystarczy, że zatrują wodę pitną. Zagrożeniem dla Zachodu nie jest już nuklearna zima wywołana atakiem nuklearnym, ale atak promieniami gamma, który tworzy elektromagnetyczną falę tsunami. W jednej chwili gasną światła. Nie tylko światła. Wszystko. Cały system finansowy się załamuje. Dlatego w stolicach zachodnich panuje panika”.

Macgregor konkluduje, że „znajdujemy się w zmierzchu amerykańskiej hegemonii. Stany Zjednoczone od dawna uważały się za wyjątkowe, odporne na historyczne prawa rządzące imperiami takimi jak rzymskie, brytyjskie i osmańskie. To przekonanie wywodzi się z tzw. momentu jednobiegunowego z 1990 roku, kiedy to upadł Związek Sowiecki, a Waszyngton przekonał się, że może rozprzestrzenić swoją potęgę w każdym zakątku świata, nie napotykając żadnej konkurencji. Widzieliśmy tę arogancję w sposobie, w jaki NATO rozszerzało się, pochłaniając coraz więcej terytoriów, nie zważając na równowagę sił”.

Macgregor wskazuje na hipokryzję polityki Zachodu. „Od 1823 roku Stany Zjednoczone uważają całą półkulę zachodnią za swoją strefę wpływów. Nazywa się to doktryną Monroe’a. Waszyngton obalał rządy, wspierał zamachy stanu i paraliżował gospodarki, od Kuby po Chile, aby uniemożliwić rywalom umocnienie swojej pozycji na półkuli amerykańskiej. Jednocześnie jednak rości sobie prawo do grożenia Rosji ze wszystkich stron, aż do granicy z Rosją. Ukrainę przekształcili w wysuniętą bazę wojskową. A teraz są zszokowani reakcją Rosji”. Ten podwójny standard, argumentuje, jest nie tylko hipokrytyczny. „Jest niebezpieczny. Zakłada, że ​​Rosja nie jest supermocarstwem, że jest gotowa pogodzić się z porażką, aby zapobiec eskalacji”.

Nieuchronna porażka NATO na Ukrainie, według Macgregora, „pokazuje korupcję tkwiącą w samym sercu neoliberalnego porządku świata. To porządek zbudowany na przymusie, a nie na zgodzie. To porządek, który twierdzi, że broni suwerenności narodów, a jednocześnie narusza tę suwerenność w Serbii, Iraku, Libii, Syrii i Afganistanie. To porządek, który mówi o prawach człowieka, a jednocześnie wykorzystuje swoją potęgę finansową do podporządkowywania sobie narodów i głodzenia ludności”. Kluczowe pytanie, mówi Macgregor, brzmi, czy Stany Zjednoczone będą w stanie zaakceptować pojawienie się świata wielobiegunowego, czy też nadal będą próbować utrzymać swoją hegemonię środkami militarnymi.

Między Szkocją a Islandią grasuje Straż Przybrzeżna USA !!! Rosja wysłała okręty wojenne dla obrony dzielnych matrosów… Кто бумажный тигр? И страшно и смешно

Pościg na Atlantyku. Rosja wysyła okręty wojenne w odpowiedzi na działania USA

7.01.2026 tysol/na-atlantyku-rosja-wysyla-okrety-wojenne-w-odpowiedzi-na-dzialania-usa

Rosja wysłała okręt podwodny i jednostki wojenne, by osłaniały tankowiec ścigany przez amerykańską Straż Przybrzeżną.

Według mediów to bezprecedensowy ruch, który zwiększa ryzyko eskalacji między Waszyngtonem a Moskwą.

Atlantyk

Bezprecedensowy krok Moskwy

Jak informuje The Wall Street Journal”, Rosjanie wysłali okręt podwodny oraz inne jednostki wojenne do eskorty tankowca ściganego przez amerykańską Straż Przybrzeżną na Atlantyku. Dziennik, powołując się na źródła w administracji USA, ocenia te działania jako „bezprecedensowy krok”.

Według ustaleń gazety statek należy do tzw. floty cieni, wykorzystywanej do transportu ropy, w tym rosyjskiej, z pominięciem międzynarodowych sankcji. We wtorek jednostka miała znajdować się między Szkocją a Islandią.

Nieudany abordaż i zmiana bandery

„WSJ” podkreśla, że tankowiec nie mógł zawinąć do portów w Wenezueli, by załadować ropę, i obecnie nie przewozi żadnego ładunku. Mimo to USA nie zaprzestały pościgu.

W grudniu załoga statku udaremniła próbę amerykańskiego abordażu. Następnie jednostka wyszła w morze, przemalowała burtę w barwy rosyjskiej flagi oraz zmieniła nazwę i rejestrację na Marinera, wcześniej znaną jako Bella 1, deklarując przynależność do Federacji Rosyjskiej.

Amerykanie szykują operację

Brytyjska stacja BBC zwraca uwagę, że zbliżenie się tankowca do Europy zbiegło się z przylotem na kontynent około dziesięciu amerykańskich samolotów transportowych i śmigłowców.

Dwóch urzędników USA przekazało CBS News, że amerykańskie siły planują abordaż jednostki i że Waszyngton wolałby ją przejąć, niż zatopić.

Tego samego dnia Południowe Dowództwo Sił Zbrojnych USA oświadczyło, że „jest nadal gotowe wspierać partnerów z agencji rządowych USA w działaniach wymierzonych w statki i podmioty objęte sankcjami”.

Nasze służby morskie są czujne, sprawne i gotowe (…). Kiedy nadejdzie wezwanie, będziemy na miejscu – przekazano w komunikacie.

Prawo międzynarodowe i napięcia dyplomatyczne

Amerykańscy urzędnicy, cytowani przez CBS, sugerują, że możliwa byłaby operacja podobna do tej sprzed miesiąca, gdy piechota morska i siły specjalne USA wraz ze Strażą Przybrzeżną przejęły tankowiec The Skipper pływający pod banderą Gujany po wypłynięciu z portu w Wenezueli.

Eksperci przypominają, że zgodnie z prawem międzynarodowym statki podlegają ochronie państwa, którego banderę noszą. Jednocześnie analityk ryzyka morskiego Dimitris Ampatzidis ocenił, że zmiana nazwy i bandery może wywołać „tarcia dyplomatyczne”, ale nie powstrzyma działań egzekucyjnych USA.

Stanowisko Rosji

Rosja twierdzi, że „z niepokojem monitoruje” sytuację. W komunikacie rosyjskiego MSZ podkreślono:

Obecnie nasz statek pływa po wodach międzynarodowych północnego Atlantyku pod banderą państwową Federacji Rosyjskiej, w pełni przestrzegając norm międzynarodowego prawa morskiego.

Z niezrozumiałych dla nas przyczyn rosyjskiemu statkowi poświęcana jest wzmożona i ewidentnie nieproporcjonalna uwaga przez wojska USA i NATO, pomimo jego pokojowego statusu (…). Oczekujemy, że kraje zachodnie, które deklarują swoje zaangażowanie na rzecz wolności żeglugi na pełnym morzu, same zaczną przestrzegać tej zasady – dodano.

Niestety, Oś Zła nie istnieje

Niestety, Oś Zła nie istnieje

Marucha w dniu 2026-01-06 marucha/niestety-os-zla-nie-istnieje/

Niezależnie od dramatu Wenezueli, trudno się nie uśmiechnąć czytając, jak ideologiczni przeciwnicy Donalda Trumpa w UE i III RP chwalą jego akcję, używając języka z poprzedniego etapu, tj. dominacji liberalnej teorii stosunków międzynarodowych, podczas gdy działanie Amerykanów to przecież modelowy przykład wprowadzenia w życie realizmu geopolitycznego.

Oczywiście, podobnej liberałom frazeologii wciąż może używać również neokoński Departament Stanu USA, jednak już sam POTUS wzruszył na to ramionami, doskonale wiedząc, że odpowiedź na pytanie czemu zaatakował Wenezuelę jest taka sama jak w przypadku Władimira Putina i Ukrainy: zaatakował, bo mógł.

Zasady rządzące tym światem


Z kolei deklarujący swoje niezmienne poparcie dla USA aktywiści PiS-u wydają się chyba łudzić, że w świecie znowu jawnie podzielonym na „naszych” i „nie-naszych” sukinsynów oni będą tymi „naszymi”. Sęk w tym, że do tego musieliby zmienić co najmniej przekaz, a najlepiej całe swoje nastawienie w sprawie Ukrainy, tymczasem są przecież w tej kwestii równie anachroniczni jak rząd i UE.

Oczywiście też pomińmy nieliczne sprzeciwy wynikające z przyjęcia tyleż szlachetnej, co niewiele wnoszącej postawy niezgody na to, aby w stosunkach międzynarodowych silny mógł i znaczył więcej. Zgłaszającym takie obiekcje warto przypomnieć stary obrazek Andrzeja Mleczki z roztrzęsionym siedzącym pod stołem i komentarzem: „Pan Kazio właśnie zrozumiał zasady rządzące tym światem”.

Sprzeciw moralny to niekiedy niezła metoda propagandowa, jednak przeważnie niewiele więcej, zwłaszcza jeśli jest szczery. W tym kontekście akcja Trumpa to zresztą tylko przypomnienie o umowności i dużej mierze PR-owym znaczeniu tak zwanego prawa międzynarodowego, a także dowód na to jak śmieszny i z założenia pełen hipokryzji jest zapis osławionego art. 117 §3 kodeksu karnego, penalizujący „publiczną pochwałę wszczęcia wojny napastniczej”. No, chyba że niemal cała klasa polityczna III RP zamierza teraz dobrowolnie poddać się karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat.

Nie ma żadnej mafii!

Zostawmy jednak wszystkie te bajeczki pochodzące, jak wspomniano, z poprzedniej ery udawania, że stosunki międzynarodowe nie są tym, czym są, czyli brutalną grą sił i interesów. Akcja Trumpa to oczywiście wydarzenie negatywne, ale nie z jakichś tam względów formalnych, ale dlatego, że jest… akcją Trumpa, amerykańskim działaniem obliczonym na opóźnienie schyłku dominacji i odzyskanie pozycji USA w strategicznych punktach globu.

Siły działające poprzez POTUSa wykorzystują przy tym jego znak rozpoznawczy, czyli dążenie do pokazania, że odnosi sukces (?) tam, gdzie poprzednicy zawiedli, co może zresztą być istotną podpowiedzią co do następnych kroków Waszyngtonu. Atak na Wenezuelę, a wcześniej świąteczne bombardowanie Nigerii i zamieszki organizowane w Iranie, słusznie każą także postawić pytania czy państwa aspirujące do niezależności od Stanów Zjednoczonych są zdolne do samoobrony i na ile skłonne są one do współpracy.

U jednych szybkość i dotychczasowa skuteczność akcji amerykańskiej wywołała rzecz jasna niekontrolowaną radość, w duchu „Aleśmy Putinowi i Xi pokazali! I gdzie ta wasza Oś Zła?!”. Z drugiej zaś strony pojawiła się równie przesadna żałoba, podszyta przekonaniem, że gdyby Nicolás Maduro, a także przywódcy Rosji i Chin czytali profile X-owe naszych kolegów to już dawno, ho, ho! byłoby pozamiatane. Tyle tylko, że w jak w dowcipie o kurczaku, który koniecznie chciał wstąpić do mafii – cały problem sprowadza się do tego, że żadna „Oś Zła” czy (jak marzą inni) Wielki Sojusz Antyglobalistyczny po prostu… nie istnieją.

Wielobiegunowa niestabilność

Rzecz sprowadza się do mylenia pojęć. Wielu niesłusznie utożsamia wielobiegunowość z dwublokowością, tymczasem są to zupełnie odrębne pojęcia i stany stosunków międzynarodowych. Państwa o potencjale liczącym się w perspektywie schyłku hegemonii amerykańskiej – zainteresowane są umacnianiem własnej pozycji w wymiarze regionalnym czy stref oddziaływania, a nie budową trwałych sojuszy i jest to zupełnie naturalne.

Historycznie ani Wielka Brytania, ani Rosja, nie mówiąc już o Chinach, nie budowały innych koalicji niż zadaniowe. Powiedzenie o najlepszym sojuszu z własną armią i flotą pochodzi wszak właśnie z takich czasów: realizmu geopolitycznego i koncertu mocarstw.

Czy oznacza to zatem, że USA są w stanie dopadać państwa wybijające się na samodzielność, podporządkowując je ponownie jedno po drugim i przycinając kandydatów na regionalne mocarstwa?

I tak, i nie. Stany mogą dezintegrować BRICS, np. wyłączając z niego jeszcze w tym roku Brazylię w wyniku wyborów prezydenckich, mogą rozpocząć rekonkwistę Afryki, niekoniecznie dzieląc się nią z UK i Francją, mogą podjąć próbę przejęcia Kuby (znowu: nawet Kennedy’emu się nie udało – a Trump by podołał!), no i oczywiście uderzyć na Iran, co byłoby ukoronowaniem wizji Trumpa – Największego Przyjaciela Syjonistów.

Jednak na wszystkich nawet Amerykanom nie starczy sił, a seria kolejnych konfliktów nie byłaby wcale mniej kosztowna niż starcie ze zintegrowaną koalicją. A na końcu przecież i tak czeka starcie z Chinami, które nawet tracąc kooperantów – nadal będą dla Ameryki rywalem nr 1.

Prawdą też jest, że wymiarze praktycznym wielobiegunowość rozproszona (a jest jakaś inna?) faktycznie oznaczać może permanentną niestabilność, ale podobnie było / jest przecież z amerykańską jednobiegunowością – od 1990 roku nikt nie przecież mógł być pewny dnia ani godziny, nawet jeśli akurat nie kontrolował złóż ropy i przez długi czas sądził, że jest tym naszym sukinsynem, względnie został niedawno na takiego awansowany.

Historycznie to układ dwubiegunowy był geopolitycznie najstabilniejszy pomimo, a może dzięki konfliktom na peryferiach. Sęk w tym, że dziś centrum takiego bloku nie-amerykańskiego mogłyby być tylko Chiny i paradoksalnie, ale każdy amerykański wyskok np. zagrażający dostawom surowców energetycznych, to dla Pekinu sygnał na rzecz przede wszystkim zbliżenia z Rosją, zaś każde uderzenie w chińskie obszary kredytowe i inwestycyjne to argument za współpracą chińsko-europejską oraz dalszą dywersyfikacją rynków.

Oś Zła nie istnieje, co nie znaczy, że Donaldowi Trumpowi nie uda się jej stworzyć.

Konrad Rękas
https://myslpolska.info/

Rok 2026 rokiem Stiepana Bandery

Rok 2026 rokiem Stiepana Bandery

Eugeniusz Zinkiewicz myslpolska/zinkiewicz-rok-2026-rokiem-stiepana-bandery/

We Lwowie 1 stycznia miała miejsce ukraińska uroczystość poświęcona 117. rocznicy urodzin Stepana Bandery, jednego z symboli ukraińskiego ruchu wyzwoleńczego XX wieku. 

Uczestnicy obchodów zebrali się przy pomniku Stiepana Bandery i przemaszerowali ulicą Horodotską pod pomnik Tarasa Szewczenki, paląc pochodnie i skandując banderowskie slogany. Pochód odbył się jako forma uczczenia „pamięci, tożsamości narodowej i walki o niepodległość Ukrainy”.

Applebaum wciska Ukraińcom nacjonalizm

Jakie znaczenie dla Ukraińców ma kontynuowanie tradycji ukraińskiego nacjonalizmu, których fundamenty ideologiczne stworzył Bandera – wyjaśnia Anne Applebaum. W internetowym wydaniu „The New Republic”, w obszernym w artykule z 13 maja 2014 roku Nationalism Is Exactly What Ukraine Needs (Nacjonalizm jest dokładnie tym, czego potrzebuje Ukraina) czytamy obszerną analizę ukraińskiego nacjonalizmu, z której w konkluzji dowiadujemy się, że nacjonalizm może zainspirować do ulepszenia swojego kraju, aby móc żyć zgodnie z wizerunkiem, jaki chcesz, aby miał. Ukraińcy potrzebują więcej tego rodzaju inspiracji, a nie mniej – chwil takich jak ostatni Sylwester, kiedy o północy na Majdanie ponad 100 000 osób odśpiewało hymn narodowy. Potrzebują więcej okazji, aby móc krzyczeć „Sława Ukraini – Herojam Sława” „Chwała Ukrainie, chwała bohaterom”, co było wprawdzie hasłem kontrowersyjnej Ukraińskiej Powstańczej Armii w latach czterdziestych XX wieku, ale zostało przyjęte do nowego kontekstu. A potem oczywiście muszą przełożyć te emocje na prawa, instytucje, przyzwoity system sądowy i akademie szkoleniowe policji. Jeśli tego nie zrobią, ich kraj ponownie przestanie istnieć. Innymi słowy, klucz do „być albo nie być” Ukrainy tkwi w ukraińskim zmodyfikowanym nacjonalizmie!

Probanderowska Bojke

Z kolei Arleta Bojke z Kanału Zero w proukraińskim programie stwierdziła, że banderyzm to „kult narodowy” na Ukrainie, i nie jest on wymierzony przeciwko Polakom. Proukraińskie wystąpienie Bojke przeanalizował Tomasz Piekielnik w audycji na YouTube (Kanał Zero i Arleta Bojke Szokują! Czy Mamy Akceptować Banderyzm i Zbrodnie Ukraińców na Polakach?). Piekielnik twierdzi, że Arleta Bojke z Kanału Zero przekroczyła granice proukraińskości oraz antypolskości. Tłumaczy, czym naprawdę był banderyzm: ideologia OUN-UPA, rozkazy Szuchewycza, Dekalog Ukraińskiego Nacjonalisty i fakty o rzezi wołyńskiej – bez pudrowania i bez wygładzania historii. Analizuje też czy mamy do czynienia tylko z ignorancją, czy z przemyślaną psychomanipulacją: konflikt dla zasięgów, wybielanie zbrodni, oswajanie Polaków z fałszywą narracją o „normalnym kulcie Bandery”.

Zakerzonie 

Natomiast z artykułu Jana Engelgarda, redaktora naczelnego „Myśli Polskiej” (nr 31-32 z 28 lipca ubr.) „Ikona” banderyzmu zastrzelona we Lwowie, o zmarłej Irynie Farion, między innymi przeczytamy o roszczeniach terytorialnych wobec Polski, wysuwanych przez nacjonalistów ukraińskich: „Twierdziła, że Rzeczpospolita Polska okupuje 19,5 tys. kilometrów kwadratowych etnicznych ziem ukraińskich i fakt ten stanowi wciąż nie zagojoną ranę na ukraińsko-narodowej duszy. Ponadto chciała zapobiegać ‚opolaczeniu’ Ukraińców”.

Oto jedna z jej wypowiedzi: „Przed Wielkanocą ja i poseł Rady Najwyższej Ukrainy Oleh Tiahnybok, którego większościowy okręg wyborczy częściowo graniczy z tak zwanymi ziemiami Zakerzonia (tj. włączonymi do Polski ukraińskimi etnicznymi terytoriami Łemkowszczyzny, Podlasia, Nadsania, Sokalszczyzny, Rawszczyzny, Chełmszczyzny) – wyruszyliśmy do serca ukraińskiej oświaty, zespołu Ogólnokształcących Szkół nr 2 im. Markijana Szaszkiewicza w Peremyszliu, który ze względu na tragiczne okoliczności historyczne i polityczne w latach 40- 50-tych stał się Przemyślem”. Artykuł ten też jest dostępny w internecie:

Banderowskie pozdrowienie w polskim Sejmie

Rok 2025 obfitował w polskim (?) Sejmie zawołaniami posłanek z „uśmiechniętej Polski” KO. Dariusz Matecki w krótkim filmiku (Zełenski w Sejmie witany przez posłanki) pokazał żenujący spektakl, w którym główną rolę odegrały posłanki z tego ugrupowania będącego u władzy w Polsce.

Skandując „Sława Ukrajini!” (Слава Україні!), czyli „Chwała Ukrainie!”, to ukraińskie narodowe pozdrowienie i okrzyk bojowy używany przez Ukraińców, które z mównicy Sejmu RP po raz pierwszy wybrzmiały 24 lipca 2025 roku z ust posłanki wrocławskiej lalkarki, Klaudii Jachiry z PO w trakcie 39. posiedzenia Sejmu X kadencji. 

IV rozbiór?

Skoro w Sejmie już nie kryją się ze swoimi sympatiami politycznymi, to śmiem twierdzić, że rok 2026, będzie rokiem Stiepana Bandery. W jakim kierunku zmierza współczesna Polska w wywiadzie na kanale Waldman-LINE, izraelskiego dziennikarza Aleksandra Waldmana, wypowiedział się Jakow Kedmi, emerytowany generał izraelskich służb specjalnych „Nativ” (Я.КЕДМИ: Ясно, что атаку на резиденцию Путина сделал не Зеленский и не украинская армия). W części (od 38:12) o oświadczeniu Donalda Tuska w sprawie wprowadzenia amerykańskich wojsk na Ukrainę, między innymi powiedział, że Polskę czeka IV rozbiór! Poddaje on też ostrej krytyce polską politykę prowadzoną przez obecnego premiera.

Goście dyktują warunki Polakom

Ukraińcy już obecnie wobec Polski i Polaków, czują się pewni swojej roli „senior partnera”, próbując nam narzucić pewne standardy w stosowaniu w Polsce, wobec Polaków prawa (sic!), o czym pisałem felietonie Lobotomia.

Moja konstatacja, w której zwróciłem się wprost do szefa ukraińskiego MSZ Andrieja Sybihy: „Szanowny Panie ministrze, przypominam, że nikt w Polsce na siłę nie przetrzymuje Ukraińców! Jeżeli jest Wam – Ukraińcom, w Polce tak bardzo źle, to droga otwarta! Wracajcie do Waszej samostijnej Ukrainy”. W czym problem?

Wywołała wściekłość u pewnej części internetowych komentatorów pod tym felietonem. Do tego stopnia, że jeden z nich, najbardziej zacietrzewiony, zaproponował mi wyjazd z Polski. Nie wyjaśniając w jaki sposób mam to zrobić, czy też może chodzi o inny „wyjazd”? Tego nie sprecyzował. Dożyliśmy tego, że goście dyktują Polakom warunki pobytu w Polsce. Stąd też rok 2026 będzie rokiem Stiepana Bandery et consortes.

Eugeniusz Zinkiewicz

I TY ZOSTANIESZ „SKRAJNĄ PRAWICĄ”

I TY ZOSTANIESZ „SKRAJNĄ PRAWICĄ”

Jacek Tomczak

konserwatyzm.pl/tomczak-i-ty-zostaniesz-skrajna-prawica/

Pojęcie „skrajnej prawicy” jest jednym z tych propagandowych znaków kwalifikująco-ostrzegawczych, nad którymi świeci się lampka alarmowa sugerująca, że mamy do czynienia z przypadkiem szczególnie niebezpiecznym. Jak wiele pojęć publicystycznych aspirujących do rangi określeń politologicznych tylko pozornie ma rzeczywistość opisywać, zaś faktycznie jego zadaniem jest wpływanie na myślenie ludzi. Charakterystyczną cechą takich pojęć jest ich znaczeniowe niedookreślenie, umożliwiające arbitralność w posługiwaniu się nimi.

Określenie „skrajna prawica” jest o tyle bardziej niebezpieczne od wielu innych, że sugeruje powierzchowne przynajmniej rozeznanie całości spektrum i – w oparciu o analizę – dokonanie takiej kwalifikacji. W palecie lewicowych słów-zaklęć i słów-znaków odróżnia się choćby od „faszysty” czy „populisty”.

PRAWICOWIEC JAKO „FASZYSTA”

„Faszysta” jest nie tylko skażony swoją genezą, czyli byciem wytworem komunistycznej propagandy, nakazującej każdego nie-komunistę tak właśnie określać, nie tylko skompromitowany nagminnością występowania w lewicowej publicystyce z takich choćby przyczyn, jak dostrzeżenie w przeciwniku patrioty czy zwolennika restrykcyjnej polityki migracyjnej. Jest  też absurdalny, zważywszy czym był „realny” faszyzm i że w Polce nigdy nie znalazł żyznej gleby, by się rozwijać – przypomnijmy ten choćby fakt, że przywódca jednej z bardziej radykalnych organizacji nacjonalistycznych w II RP, czyli Jan Mosdorf z Obozu Narodowo-Radykalnego zginął w niemieckim obozie Auschwitz-Birkenau ratując Żyda.

Absurdalności epitetu „faszysta” dopełnia włączanie w zbiór cech przypisywanych określanej nim osobie rasizmu, choć włoski faszyzm rasistowski nie był. Oczywiście, używaniu tego określenia towarzyszy mnóstwo manipulacji i przeinaczeń, które możemy uznać za drobne, jeśli weźmiemy pod uwagę rozmiar kłamliwości samego epitetu. Przykładowo, sugerowaniu faszyzmu towarzyszy przedstawianie osób o poglądach prawicowych jako piewców narodu w rozumieniu etnicznym, nawet jeśli wielu utożsamia się z koncepcją narodu kulturowego.  Służyć to ma najczęściej ukazaniu prawicowca czy narodowca jako ideowego pobratymca niemieckich narodowych socjalistów. Merytoryczne argumenty są bezbronne wobec propagandowego obrzucenia błotem – nie bezpodstawnie liczy się na to, że potępieńczo-moralistyczny tajfun zmiecie wszelkie rzeczowe próby tłumaczenia.

Kuriozalność bycia „faszystą” stała się na tyle oczywista, a ostrze tych, którzy taką stygmatyzacją się posługują na tyle stępione, że część przedstawicieli prawicy zaczęła sama się tak określać. Służy to kpinie z propagandowego odmieniania tego słowa przez wszystkie przypadki przez przeciwników i wynika ze świadomości, że przeszło ono drogę od bycia pojęciem o ściśle określonym znaczeniu do stania się jałowym i pustym sloganem. Rzecz jasna, ironiczna auto-dekonspiracja „faszysty” pomaga też wytrącić szabelkę z rąk części lewicowców, wszak skoro ktoś sam tytułuje się „faszystą” to trudno liczyć na zdeprecjonowanie go, nazywając w ten sposób.

W przypadku „faszysty” mamy do czynienia z trzema interesującymi skutkami używania tego określenia w sytuacjach zupełnie nieadekwatnych. Akurat w tej kwestii można dostrzec pewną analogię do konsekwencji nadużywania pojęcia „skrajna prawica”.

Po pierwsze, skutkiem dążenia do wywołania grozy poprzez nieustanne sięganie po pojęcia opisujące zjawiska budzące strach nie jest to, co intencjonalnie takim skutkiem ma być – czyli lęk odbiorcy. Jest dokładnie przeciwnie – nadużywanie pojęcia zdejmuje z niego odium grozy. Skoro faszyzm jest wszędzie i wcale się źle nie żyje, to czego tu się bać…

Po drugie, „faszystami” z nadania lewicy zostać mogą osoby głoszące całkowicie odmienne poglądy – od zwolenników wszechobecnego państwa po ludzi o przekonaniach bliskich libertarianizmowi, uznające państwo za zagrożenie, jak choćby Janusz Korwin-Mikke. Czyli – pojęcie to nie tylko nie ma wiele wspólnego z tym czym był faszyzm, lecz także nie pozostaje w związku z jakimkolwiek spójnym, zredefiniowanym w czasach współczesnych określeniem. Dość powiedzieć, że gdy jakiś lewicowy publicysta chce opisać kogoś w istocie odwołującego się do dziedzictwa Mussoliniego czy Hitlera, używa określenia „neofaszysta” – to samo w sobie podważa wiarygodność jego deklarowanej wiary w to, że jego oponenci polityczni w istocie są faszystami. Dokooptowywanie kolejnych właściwości do definicji „faszyzmu” faktycznie powinno mieć miejsce każdorazowo, po dostrzeżeniu przez bystre oko lewicowca niepokojącego go zjawiska.

Po trzecie, nadgorliwe tropienie faszyzmu kończy się najczęściej upodobnieniem do wyobrażonego przedmiotu swojego polowania. „Faszystą” zostaje się nie z powodu dokonania aktu przemocy, napisania projektu regulaminu ograniczającego określonym grupom etnicznym wstępu w niektóre miejsca czy sięgania po totalitarną symbolikę. „Faszystę” poznajemy po słowach, a właściwie po tym, jak zinterpretuje je nadgorliwy myśliwy – podstawowym zarzutem wobec „faszysty” jest to, że ma inne poglądy. Przecież tolerancja nie pozwala mieć innych poglądów – to, że ludzie mają odmienne poglądy prowadzi do faszyzmu. Albo jakoś podobnie.

Zawsze niedoścignionym wzorem faszystowskiego „antyfaszyzmu” była dla mnie tzw. Brunatna Księga magazynu „Nigdy Więcej”. Jej autorzy regularnie donoszą na ludzi, którzy mają inne od nich poglądy, nawet jeśli związek tych poglądów z faszyzmem (nawet przy utożsamieniu go z nazizmem czy rasizmem – co oczywiście jest błędem) jest taki, jak mieszkańca wioski, przez którą maszerowali żołnierze Wehrmachtu z hitleryzmem.

PRAWICOWIEC JAKO „POPULISTA”

Populizm definiowany był zasadniczo dwojako. Albo oznaczał odwoływanie się do woli ludu albo sięganie po proste hasła, którymi opisywano trudne problemy oraz proponowanie łatwych rozwiązań skomplikowanych spraw. Rzecz jasna, te definicje są dosyć mgliste, gdyż propozycje polityków siłą rzeczy skierowane są nie do ścian czy do drzew, a przekaz medialny musi być tak skonstruowany, by przekonywał, niekoniecznie szczególnie absorbując. Panowała jednak zgoda co do tego, że symptomatyczne dla populizmu jest diametralne poszerzanie obszarów pomocy socjalnej, zwane rozdawnictwem pieniędzy publicznych.

Dziś, gdy słyszymy słowo „populista”, najczęściej artykułują je ci sami ludzie, którzy kiedyś tropili „faszystów”, a przedmiotem opisu są mniej więcej ci, którzy niedawno byli „faszystami”. Oczywiście, dochodzi do ostatecznego wyprania „populisty” z i tak mglistej treści – bo skoro zapewne „populistami” mogą być choćby politycy jedynej postulującej redukcję pomocy socjalnej parlamentarnej partii, czyli Konfederacji to „i ty zostaniesz populistą”.

Jednocześnie populizm nie ma konotacji jednoznacznie negatywnych, a populistami niektórzy politycy tytułują się wcale nie z dozą kpiny. Ani historia pojęcia ani znaczenie ani etymologia nie czynią go najbardziej wygodnym narzędziem do uderzania w przeciwników. Interesujące jest to, że w ramach debaty, w której każdy obiera sobie za cel swoich westchnień „zwykłego człowieka” tak wielu chce czynić innym zarzut z tego, że wsłuchują się w „głos ludu”.

Pewien paradoks tkwi w fakcie, że użytkownicy cepa „populizmu” wskazują jako jedną z jego cech charakterystycznych przeciwstawianie ludu elitom, czyli afirmowanie „zwykłych ludzi” i pomstowanie na „sprzedajne” elity – a jednocześnie, być może nieświadomie, samym swoim istnieniem dowodzą istnienia sytuacji dokładnie odwrotnej, czyli niechęci elit (albo po prostu tych, którzy przywykli odwoływać się do wyższego statusu społecznego czy poziomu wykształcenia) do każdego kto patrzy na nie z krytycyzmem (przez co zostaje – z ich nadania – „populistą”).

Z perspektywy niniejszych rozważań należy sformułować krótką konkluzję – obydwa cepy, czyli „faszysta” oraz „populista” są nieszczególnie groźne, choć z innych, w pewnym sensie nawet przeciwstawnych przyczyn.

Siła rażenia pierwszego przypomina moc rewolweru przyniesionego na zawody łucznicze – z tym zastrzeżeniem, że rewolwer jest plastikowy.

Drugi cep przyrównać można do mężczyzny, który porusza się po robotniczej dzielnicy w garniturze i wypomina wszystkim dookoła niedostatecznie elegancki ubiór – ci zaś patrzą na niego z pomieszaniem zdziwienia z niechęcią. Pierwszy cep jest słaby swoją siłą nadętą do granic absurdu, zaś drugi jest słaby, ponieważ trafia w pancerz ochronny.

NIE „SKRAJNA” CZY NIE „PRAWICA”? RADYKALIZM A FUNDAMENTALIZM

A „skrajna prawica”? Ta zbitka wyrazowa pozornie opisuje, a faktycznie naznacza, symuluje precyzję, będąc przepełnioną niedookreśleniami, sugeruje swoją genezę w obrębie politologii, służąc za narzędzie propagandy.

Zaznaczmy, że nie chodzi tu o sofistykę, gierki semantyczne czy łamigłówki logiczne – słowa nie tylko opisują rzeczywistość, ale też wpływają na jej kształtowanie.

Już na pierwszy rzut oka „skrajną prawicę”, zakładając wzajemną zależność składających się na to pojęcie słów, można zdefiniować na dwa sposoby – przy czym jedna definicja uniemożliwia oskarżanie o skrajność, natomiast druga nie pozwala sytuować opisywanych na prawicy. Czyli – albo „skrajna prawica” nie jest skrajna albo nie jest prawicą.

W pierwszym ujęciu „skrajna prawica” to formacja realizująca wszystkie paradygmaty prawicowego myślenia, utożsamiająca się z każdym elementem prawicowego światopoglądu. Jeśli mamy do czynienia z człowiekiem, który poświęca się dla bliźnich, nigdy nie oszukał, zawsze pomagał, gdy ktoś zwrócił się do niego z prośbą, nie określamy go „skrajnie dobrym” człowiekiem. Konsekwentnie realizujący swój program prawicowy polityk nie powinien być opisywany tym przymiotnikiem, tak jak wyrażający wsparcie dla wszystkich prawicowych postulatów publicysta nie jest „skrajny” – chyba, że do tego skraju prowadzi konsekwencja czy wierność wartościom.

Znacznie bardziej logicznym wnioskiem z pogranicza politologii i semantyki byłoby po prostu opisywanie polityków i formacji znajdujących się na lewo od wyżej opisanej prawicy określeniem „centro-prawicowy”, w dodatku bez pozostawania obydwu składowych w relacji zależności, lecz jako niezależnych od siebie.

Wspomnijmy etymologię słowa „radykalizm” – pochodzi ono od łacińskiego słowa radix oznaczającego korzeń. Czyli – poglądy radykalne moglibyśmy opisywać jako silnie zakorzenione. Jeśli weźmiemy pod uwagę samą etymologię słowa, radykalizm jest czymś pokrewnym fundamentalizmowi. Historia polityczna wprowadziła trochę komplikacji, bowiem umożliwiła kojarzenie radykalizmu z działalnością wywrotową czy rewolucyjną. Problem w tym, że w wyniku ewolucji rozumienia słowa „radykalny” jego etymologiczne znaczenie wypełnia określenie „fundamentalistyczny”.

Czemu służą te uwagi z zakresu semantyki? Otóż, właściwe rozumienie pojęcia „skrajna prawica” powinno akcentować radykalizm w znaczeniu etymologicznym albo fundamentalizm. Taka prawica nie jest „skrajna” – jest po prostu prawicą.

Drugie ujęcie nakazuje opisać „skrajną prawicę” jako „bardziej niż prawicę”, zatem taka „prawica” jest skrajna, ale nie jest już prawicą. W praktyce „skrajna prawica” definiowana jest właśnie przez pryzmat radykalizmu w rozumieniu powszechnie występującym – nawet jeśli ten radykalizm nie współgra z jakimikolwiek elementami myślenia prawicowego.

Jednocześnie radykalizm ten może występować na poziomie treści, jak i na poziomie samej formy. Czyli – „skrajną prawicą” jest ktoś posługujący się określeniami typu „zdrajcy”, „sprzedawczyki”, „ustawić pod mur” albo ktoś zaczepiający Ukraińców na ulicy lub bazgrający po synagodze.

Dobrze – chciałoby się rzec – tylko z czego ma wynikać, że takie słowa i takie działania są rozwinięciem prawicowego światopoglądu? To słowa i działania skrajne, lecz wykraczające poza to co jakakolwiek prawica głosi. Jeśli mamy tu sięgać po dwa pojęcia składające się na omawianą zbitkę wyrazową, moglibyśmy co najwyżej użyć określenia „skrajni i prawicowi” – gdyby osoby posługujące się taką retoryką tudzież autorzy takich czynów, poza tą retoryką i tymi czynami odwoływali się do idei prawicowych.

Wyżej wspomniane osoby prędzej określić można by mianem „pseudo-prawicy” – tak, jak wszczynającego zamieszki uczestnika widowiska sportowego nie nazywamy „skrajnym kibicem”, gdyż nie uskrajnia, lecz wypacza on pojęcie kibicowania, tak poglądy stanowiące karykaturę przekonań prawicowych nie powinny być określane „skrajnie prawicowymi”.

Z jakiej logiki miałoby wynikać, że – przy założeniu, iż prawicę definiują choćby wartości patriotyczne – rasizm jest rozwinięciem patriotyzmu czy patriotyzmem doprowadzonym do skrajności?

Do takiego wniosku dojść można tylko przyjmując lewicową interpretację prawicowego myślenia – w jej ramach występuje utożsamianie wszystkich rodzajów poczucia przynależności do jakiejś grupy. Można też taką optykę przyjąć w wyniku oceny skutków pewnych poglądów, nie zaś ich genezy (często, rzecz jasna, mamy tu do czynienia po prostu z manipulacją) – przykładowo, faktycznie poglądy prawicowe skutkują restrykcyjną politykę w kwestii przyjmowania ludzi o czarnym kolorze skóry, tyle tylko, że nie powodem nie jest ten kolor skóry, ale zachowania tych, o których przyjmowaniu mowa.

Oczywiście, najczęściej występującym argumentem polemicznym z samym nominowaniem do bycia prawicą faszyzmu czy nazizmu jest antywolnościowy, antychrześcijański i fetyszyzujący państwo charakter tych ustrojów. Nie były one skutkiem doprowadzenia do jakkolwiek rozumianej skrajności prawicowego myślenia, czego dowodzi także ich rewolucyjna teoria i praktyka.

Jeśli ktoś bardzo chce znaleźć związek między przywiązaniem do tradycji a rasizmem, mógłby go poszukać u jednego z twórców ideologii rasizmu, czyli u Arthura de Gobineau. Tyle tylko, że ten „ślub tradycji z rasizmem” wynikał z resentymentu pozbawionego przywilejów francuskiego arystokraty, który szukał nowego uzasadnienia dla swojej szczególnej roli, nie zaś z dostrzeżenia zbieżności doktrynalnych między konserwatyzmem a pozytywistycznymi w gruncie rzeczy doktrynami.

CZY „SKRAJNOŚĆ” JEST OKREŚLANA PRZEZ POGLĄDY CZY PRZEZ NARRACJĘ?

Tu dochodzimy do używania określenia „skrajna prawica” – przy założeniu, że posługujący się nim w istocie chce dokonać opisu rzeczywistości – wobec niektórych partii prawicowych. Otóż – jak zostało wspomniane – o ile sam radykalizm przyjętych środków wyrazu wystarczy, by stać się „skrajną prawicą”, o tyle umiarkowanie w doborze środków wyrazu nie sprawia, że się nią nie jest.

Tym co charakteryzuje medialny przekaz Konfederacji – co ciekawe, konkurować z nią w tym aspekcie może chyba jedynie Razem – jest duża częstotliwość występowania „tak, ale”. Innymi słowy, przedstawiciele tej partii, oceniając wydarzenia na polskiej scenie politycznej zazwyczaj wolni są od spojrzenia „totalnego”, w ramach którego część aktorów życia publicznego jest zawsze dobra, a druga część zawsze zła – to spojrzenie rodem z TVN bądź TV Republika. Rzec wręcz można, że jeśli chodzi o sposób budowania przekazu (ale też organizacji wewnętrznego funkcjonowania) Konfederacja jest najbardziej demokratyczną (proszę wybaczyć użycie kolejnego terminu, który na łańcuch wzięły dziś wszystkie możliwe propagandy) partią parlamentarną.

Oczywiście, umiar i dystans nie dotyczą kwestii wartości, bo w tej – co zrozumiałe – miejsca na kompromis nie ma.  Kluczem do takiego patrzenia na scenę polityczną jest postrzeganie polityki przez pryzmat (pisząc górnolotnie) wartości właśnie czy (pisząc zupełnie nie górnolotnie) zadań do wykonania, nie zaś personalnych sporów czy środowiskowej lojalności.

Na tym tle skrajne wydaje się sam utożsamienie zwolenników dwóch głównych partii z absolutnym dobrem i – przede wszystkim – ich przeciwników z absolutnym złem, co spycha na zgoła manichejskie tory życie w państwie „neutralnym światopoglądowo”, w którym jednak dokonało się „upartyjnienie dobra i zła”. Jednym z symptomatycznych przejawów takiego myślenia jest używanie pojęcia „symetryzm” w odniesieniu do tych wszystkich, którzy mają czelność krytykować „swoich” i dostrzegać zalety „wroga”. Przecież takie określenie jest adekwatne jedynie przy „totalizacji” myślenia politycznego, czyli uskrajnienia właśnie.

KONTEKSTUALNOŚĆ „PRAWICY” I „UNIWERSALNOŚĆ” „SKRAJNEJ PRAWICY”

„Skrajna prawica” to określenie, któremu można nadać całkowicie arbitralnie wiele różnych znaczeń także z uwagi na jego kontekstualność.

Poczynię tu uwagę, że w debacie publicznej często zamiennie używa się trzech pojęć: faktu, prawdy i obiektywizmu. Tymczasem kilka faktów może tworzyć kłamstwo – wystarczy, że kilka innych faktów się pominie. Obiektywizm natomiast to pojęcie odróżniające się – wbrew pozorom albo i nie – od dwóch pozostałych jedną zasadniczą cechą: jest zależne od okoliczności.

„Prawica” oznacza co innego tak w wymiarze wertykalnym, jak i horyzontalnym – czym innym jest na przestrzeni lat, czym innym także w różnych przestrzeniach kulturowych. Oczywiście, w różnych krajach pojęcie „prawicy” doznaje obiektywizacji, jednak w skali globalnej ma charakter relatywny – bycie prawicą nie wynika ze spełniania poszczególnych kryteriów ideowych, lecz raczej z bycia najbardziej na prawo w dyskursie. Przy czym – bycie najbardziej na prawo w dyskursie wewnątrz jednego kraju, mogłoby sytuować w centrum bądź nawet po lewej stronie gdzie indziej.

Nawiasem pisząc, interesujące wydaje się zbadanie zmian w wyborczych decyzjach ludzi po przeprowadzce do innego kraju – takiego, w którym dyskurs wygląda inaczej. Pomijając możliwe zrewidowanie spojrzenia na rzeczywistość wynikające ze znalezienia się w odmiennym kręgu kulturowym, warto zastanowić się czy ludzie dopasowują poglądy do programu partii, która jest im najbliższa czy też wspierają formację, która znajduje się w tym samym miejscu dyskursu co partia, na którą głosowali w kraju urodzenia. Jeśli druga odpowiedź jest prawdziwa, mogłoby się okazać, że wyborca staje się znacznie bardziej lewicowy w wyniku samego tylko wyjazdu z Polski (chyba, że wyjeżdża np. do Iranu).

We Francji Front Narodowy, kwalifikowany przecież jako „skrajna prawica” właśnie współpracuje z niektórymi ruchami spod znaku LGBT, a podstawowym znakiem rozpoznawczym tej partii stała się anty-islamskość, przy czym krytyka fundamentalizmu religijnego nakazuje sięgać po argumenty używane dotychczas przez lewicę. Podobnych przykładów jest całe mnóstwo – dość powiedzieć, że w Niemczech to chadecja doprowadziła do zalegalizowania tzw. związków partnerskich.

Jednocześnie – równolegle do oswajania się prawicy z lewicowymi postulatami – w wielu krajach mamy do czynienia z przepływem wyborców centrowych do elektoratu partii „skrajnie prawicowych”. Wynika to z faktu, iż wiele postulatów partii lewicowych uznają oni za tak bardzo ekstremalne, że zwyczajnie nie chcą się z nimi utożsamiać.

Pisząc nieco przewrotnie, można sobie swobodnie wszem i wobec eksponować swoją otwartość na imigrantów czy fetyszyzować multikulturową mozaikę, dopóki własne dzieci nie czują się realnie zagrożone przemocą z ich strony. Można uznawać legalizację związku dwóch mężczyzn, jednak jeśli jeden z nich żąda, by opisywano go jako „ono” w oficjalnych dokumentach, wówczas nawet w odbiorze ludzi o poglądach centrowych mamy do czynienia z tym, co kolokwialnie określamy jako przegięcie.

Wiarygodną analizę motywacji przyświecających centrowym wyborcom, pisząc o problemach z imigrantami, przedstawił Łukasz Sakowski na łamach lewicowego „Nowego Obywatela” (tekst: „Gdy lewica odchodzi od materii, budzą się demony” w numerze 46(97) „Nowego Obywatela”): „Gdy zwykły obywatel Francji, Polski, Włoch czy Niemiec chce bronić się przed tym problemem w sposób bezpośredni, może nie tylko być nazywany ‘islamofobem’ i ‘faszystą’, ale, choćby w Niemczech, może mieć problemy z prawem. Nie pozostaje mu więc nic innego, jak zrezygnować z głosowania na partie socjaldemokratyczne, ekologiczne czy chadeckie, które w ostatniej dekadzie stały się bardzo liberalne, a zacząć popierać lewicę i antysystemowców. Głosować na AfD, Braci Włochów, Szwedzkich Demokratów, Konfederację czy Zjednoczenie Narodowe. Nie dlatego, że jest przeciwko integracji unijnej ani dlatego, że podoba mu się ogólny klimat panujący na prawicy czy jej postulaty”. Czyli – lewica nie proponuje nic, poza nazwaniem cię „skrajną prawicą”, jak ją krytykujesz. Masz poświęcić bezpieczeństwo swoich dzieci w imię „tolerancji”, bo inaczej staniesz się „faszystą”.

Autor tekstu dodaje: „To działania mainstreamowych partii liberalnych i lewicowych m.in. w kwestiach kultury woke doprowadzają ‘normalsów’ do desperacji, w wyniku której wstrzymują się od głosu lub wybierają prawicę czy populistów”.

„SKRAJNA PRAWICA” CZAI SIĘ WSZĘDZIE – „SKRAJNEJ LEWICY” NIE MA

Symptomatyczna wydaje się całkowita niemal rezygnacja z używania pojęcia „skrajna lewica” przez te same osoby, które z takim zacięciem tropią „skrajną prawicę”.. Dzieje się tak, mimo że ewidentnie to środowiska lewicowe głoszą coraz to bardziej „oryginalne”, zaskakujące i odsuwające się od potocznie rozumianej normalności postulaty.

Rzecz jasna, takiego zachowania nie tłumaczy inna diagnoza stanu faktycznego, lecz sam cel, w jakim używa się pojęcia „skrajna prawica”. Uczciwe intencje zwyczajnie sprzyjałyby problemom w stworzeniu jasnej definicji tego określenia – skoro mamy wątpliwości co jest a co nie jest prawicą, stają się tym większe, gdy rozważamy co jest a co nie jest „skrajną prawicą” (czyli – uskrajnienie jak rozumianej prawicy stanowi „skrajna prawica”).

Oczywiście, można tą frywolność w nominowaniu do bycia „skrajną prawicą” zrzucić na karb faktu, że publicystyka czy polityka to nie nauka i odchodzi się w nich od ścisłego definiowania pojęć. Tyle tylko, że obserwacja przypadków, w których ktoś zostaje „skrajną prawicą” skłania do innych wniosków.

Po pierwsze, raczej nie używa się tego określenia w odniesieniu do monarchistów czy tradycjonalistów, a jeśli już się ich tak klasyfikuje to nie dlatego, że domagają się powrotu panowania króla czy państwa wyznaniowego, lecz z okazji – przykładowo – użycia określenia „przedsiębiorstwo Holocaust” (stworzonego zresztą przez Żyda) przez któregoś z nich. A przecież, jeśli już mielibyśmy kogoś określić mianem „skrajnej prawicy”, byliby to właśnie monarchiści czy tradycjonaliści, a nie narodowi socjaliści.

Po drugie, nawet zakładając wspomnianą frywolność w definiowaniu pojęć używanych w debacie publicznej, opisywany człowiek lub zjawisko zwykle musi spełnić kilka kryteriów i od kilku innych być daleki, by zostać w określony sposób nazwany.

A „skrajna prawica”? By nią zostać trzeba – tak to ujmijmy – zapalić kilka lampek ostrzegawczych, na które szczególnie wyczulony jest wzrok lewicowca czy po prostu hunwejbina „poprawności politycznej”. Spokojnie można by użyć algorytmów do eksploracji „skrajnej prawicy” – przy czym słowa-klucze to: „żydowskie wpływy”, „spisek finansjery”, „masoneria”, „więcej pedofili wśród homoseksualistów”, „więcej gwałcicieli wśród imigrantów”, „za duży socjal Ukraińców”. Można jedynie odtwarzać poglądy innej osoby, można we wszystkich pozostałych poglądach nie mieć nic wspólnego z prawicą. Już my wiemy, kim jesteś. A jak zaprzeczasz, to znaczy, że dobrze się ukrywasz.

Klasyk mówił, że kłamstwo uznane zostaje za prawdę, gdy mówi je osoba uznawana za autorytet. Propaganda zostaje uznana za prawdę, gdy udaje naukę.

Jacek Tomczak (Prawa strona Warszawy)

Czy współczesny świat jest już masoński? Wolnomularstwo z pewnością nie jest wszechwładne.

Czy współczesny świat jest już masoński?

dorzeczyczy-wspolczesny-swiat-jest-juz-masonski

Bazylika św. Piotra, zdjęcie ilustracyjne
Bazylika św. Piotra,

Sergiusz Muszyński

20 kwietnia 1884 roku papież Leon XIII wydał encyklikę Humanum genus, poświęconą masonerii oraz jej dążeniom społeczno-politycznym.

Diagnoza jest jednoznaczna: celem wolnomularstwa jest „zupełne wywrócenie porządku kościelnego i państwowego, jaki się wytworzył dzięki religii chrześcijańskiej, a postawienie natomiast nowego porządku wedle swojego ducha”. Jak stwierdza papież, w ciągu półtora wieku sekta masońska wzmocniła się do tego stopnia, iż „nieomal wszelką władzę w państwach zdawała się posiadać”.

Opis masonerii, który Wikariusz Chrystusa przedstawił we wskazanym dokumencie, dla wielu „racjonalnych” komentatorów byłby dzisiaj z pewnością przedmiotem szyderstw i kpin. Samo użycie określenia „masoneria” nierzadko skutkuje wyśmiewaniem, jak gdyby była mowa o jakiejś mitycznej organizacji, która w rzeczywistości nie istnieje. A jeśli nawet miałaby istnieć, to stanowi przecież tylko zbiór nieszkodliwych kółek dyskusyjnych, zajmujących się filantropią i szerzeniem „braterstwa” między ludźmi. Jej program – oparty o samodoskonalenie oraz promocję humanizmu i tolerancji – uchodzi we współczesnym społeczeństwie za iście szlachetny. W najlepszym razie z ust „światłych” i „opiniotwórczych” komentatorów usłyszymy więc replikę o próbie odwracania uwagi od „rzeczywistych problemów”.

Tymczasem Leon XIII jednoznacznie wpisuje konflikt Kościoła z masonerią w wielowiekową walkę Królestwa Bożego z królestwem szatana, odwołując się do nauki świętego Augustyna z „Państwa Bożego”. Jak stwierdza, „zwolennicy złego zmawiają się między sobą, i wszyscy do jak najgwałtowniejszej napaści się sposobią pod przewodem i przy pomocy owego daleko rozgałęzionego i silnie zorganizowanego stowarzyszenia masonów czyli wolnomularzy”. Arcybiskup Marcel Lefebvre wykładał wskazane słowa encykliki w następujący sposób: „nie można wytłumaczyć tej złości, tej wrogości, jaką żywi wolnomularstwo w stosunku do Kościoła, w końcu wobec naszego Pana Jezusa Chrystusa niczym innym, jak nienawiścią szatana. Inne wytłumaczenie jest niemożliwe” (Przeciw masonerii, Zawsze Wierni 2/2019). Ta nienawiść do Kościoła maskowana jest jednak pozorem szlachetnych intencji, jak szerzenie oświaty lub troska o niższe warstwy społeczeństwa. Masoni, jak pisze Leon XIII, przywdziewają „maskę uczonych i filozofów”.

Na szczególną uwagę zasługują cele społeczno-polityczne masonerii, przeciw którym występuje papież. Wynika to z faktu, że wiele z nich w zasadzie od dawna stanowi już „normę” współczesnego świata zachodniego. W czasach Leona XIII Kościół toczył zażarty bój o niedopuszczenie do ich upowszechnienia, jak również wzywał do wycofania się z nich tych państw, które je wprowadziły. Nie chodziło tutaj wyłącznie o kwestie natury ściśle politycznej, ale przede wszystkim, zagadnienia doktrynalne. Jak uczyli dawniej papieże, Kościół nie może bowiem nigdy zaakceptować detronizacji Jezusa Chrystusa z tronu Jego społecznego panowania. Choćbyśmy byli jako katolicy w zdecydowanej mniejszości, zawsze stoimy przed wyborem, „albo kadzidło dla bałwanów, albo krew dla Chrystusa”, jak uczył Pius XII.

Z kolei wspomniany Leon XIII w Immortale Dei walkę o pryncypia katolickie we współczesnym społeczeństwie przyrównywał do sytuacji chrześcijan w starożytnym Rzymie. Mimo, że początkowo było ich niewielu, a nawet musieli znosić krwawe prześladowania, ostatecznie zamienili pogańskie cesarstwo w państwo katolickie. Nie wolno więc nam się poddać ani iść na kompromis z otaczającym nas światem liberalnym.

Tymczasem obecnie, blisko 150 lat od promulgacji encykliki, niemal nikt (włącznie z duchowieństwem) w głównym nurcie debaty nie kwestionuje wskazanych przez Leona XIII pryncypiów masońskich. Są one niejako czymś „oczywistym”, swoistą „zdobyczą cywilizacji”, wpajaną kolejnym pokoleniom od wczesnego dzieciństwa. Stanowią jak gdyby quasi-dogmaty naszej obecnej rzeczywistości. Na ich straży stoi liberalny układ międzynarodowy oraz wiele konstytucji państw demoliberalnych. Mowa tu o takich postulatach, jak rozdział państwa od Kościoła, aprobowany (choć w różnych formach szczegółowych) od rzekomo konserwatywnej prawicy, aż do „progresywnej” lewicy.

Inne dążenia masonerii, które przytacza Leon XIII, to m. in. świecka edukacja, małżeństwa cywilne i rozwody, prawne zrównanie katolicyzmu z fałszywymi religiami, egalitaryzm i antropocentryzm oraz wyprowadzanie źródła władzy od ludu, zamiast od Pana Boga. Wszystkie te postulaty stanowią kwintesencję „nowoczesności”, współcześnie zasadniczo afirmowanej przez prawie wszystkie strony sceny ideowo-politycznej.

Masoneria dąży do zbudowania społeczeństwa, w którym pozornie nie będzie żadnych prawideł ani dogmatów, zaś każdy będzie miał swoją prawdę. Problem w tym, iż – poza faktem, że ubliża to Chrystusowi – stworzenie „neutralnego” społeczeństwa jest zwyczajnie niemożliwe. Każdy system prawny oraz społeczny opiera się bowiem na jakimś systemie wartości – prawdziwym lub fałszywym. W przypadku masonerii, jest nim ułożenie porządku publicznego w taki sposób, jak gdyby Pan Bóg nie istniał, a źródłem wszelkiej moralności był sam człowiek. Jedynym wyznacznikiem ma pozostać swoiście postrzegany „rozum”, oderwany od Bożego Objawienia.

Prowadzi to do utworzenia ustroju społecznego, w którym nadrzędną wartością będzie zaspokajanie rozmaitych ludzkich namiętności. Jak stwierdził Pius IX, takie społeczeństwo „nie będzie mieć żadnego innego celu, jak tylko zdobywanie i gromadzenie bogactw, i w swoich poczynaniach nie będzie się kierować żadnymi innymi zasadami jak tylko nieokiełznaną żądzą swych własnych przyjemności i własnych korzyści” (encyklika Quanta cura). Religia ma być sprawą prywatną, a katolicyzm traktowany co najwyżej jak jeden wielu z światopoglądów, na równi z innymi. Państwo ma być indyferentne religijnie, a w praktyce w imię owej „neutralności” wręcz wrogie chrześcijaństwu. Jeśli ktoś tego nie akceptuje, to podpada pod prawidło „nie ma tolerancji dla wrogów tolerancji”. Tymczasem, jako że prawda może być tylko jedna, także prawdziwy system wartości może być tylko jeden – katolicki. Wszelkie instytucje społeczne i polityczne należy więc budować w oparciu o światło Objawienia, a cały porządek prawny musi być podporządkowany publicznemu uznaniu przez państwo społecznego królowania Chrystusa.

Z powyższego wynika niemożliwy do rozwiązania konflikt między Kościołem a masonerią, stanowiącą swoisty antykościół. Jak wynika z Humanum genus, katolicyzm stoi na fundamencie zasad skrajnie przeciwnych względem liberalnych doktryn masońskich. Mowa pryncypiach stanowiących przez wieki fundament ładu chrześcijańskiego. Stąd wolnomularstwo dąży do zniszczenia Kościoła, a w pierwszym rzędzie co najmniej do usunięcia jego wpływów ze sfery publicznej. Ich zasadą jest oczywiście tajność, co nie zmienia faktu, że – jak pisze Leon XIII – „wzrośli w potęgę, zyskując dla siebie wpływowe stanowiska w rządach”. Wydaje się jednak, że inny ogląd na powyższe posiada wielu przedstawicieli widzialnych struktur współczesnego Kościoła. Po II Soborze Watykańskim część kleru podjęła „dialog z masonerią”, w co ostatnimi czasy włączył się także znany publicysta Tomasz Terlikowski.

Tymczasem w encyklice Custodi di quella fede wspomniany Leon XIII wprost zakazuje jakiejkolwiek zażyłości katolików z masonami. Co więcej, zabrania utrzymywania relacji także z tymi, którzy nie będąc otwarcie członkami lóż „ukrywają się pod maską powszechnej tolerancji, szacunku dla wszystkich religii oraz dążenia do pogodzenia zasad Ewangelii z zasadami rewolucji”. Papież stwierdza jednoznacznie, że tacy ludzie „usiłują pogodzić Chrystusa z Belialem”.

W rzeczywistości kościelnej po II Soborze Watykańskim doszło w tym zakresie także do zmian na gruncie prawnym. Niewiele osób wie, że nowy kodeks prawa kanonicznego, promulgowany w 1983 roku przez Jana Pawła II, zniósł karę ekskomuniki za przynależność do wolnomularstwa. W miejsce starych norm wymieniających z nazwy masonerię, wprowadzono enigmatyczne określenie „stowarzyszenia działające w jakikolwiek sposób przeciw Kościołowi”. W kanonie 1374 uregulowano, że kto się do tychże bliżej nieokreślonych stowarzyszeń zapisuje, „powinien być ukarany sprawiedliwą karą”. Oczywiście, w deklaracji wydanej w następstwie zamieszania, jakie ta zmiana wprowadziła, podkreślono, że nie oznacza to aprobaty dla masonerii. Dokument podpisany przez Josepha kard. Ratzingera oznajmia, że mimo zmian w prawie kanonicznym negatywna ocena wolnomularstwa pozostaje w mocy. Jednak formalnie rzecz biorąc, sankcję ekskomuniki zastąpiono uznaniem, że „wierni, którzy należą do stowarzyszeń masońskich, są w stanie grzechu ciężkiego i nie mogą przystępować do Komunii Świętej” (Deklaracja w sprawie stowarzyszeń masońskich, 26 listopada 1983 rok).

Co by nie mówić, stanowi to drastyczną liberalizację dotychczasowej dyscypliny kościelnej. Zupełnie tak, jak gdyby masoneria nie stanowiła zagrożenia tej skali, o jakiej pisał Leon XIII. Mimo, że przecież jej cele – opisywane pod koniec XIX wieku w Humanum genus – są obecnie w zasadzie fundamentem liberalnego porządku społecznego. Skoro blisko 150 lat temu ówczesny papież pisał, że masoneria „wszelką władzę w państwach zdawała się posiadać”, to co napisałby obecnie?

Co więcej, w ramach posoborowego „aggiornamento” de facto doszło do zaaprobowania części postulatów masońskich. Niegdyś potępiane przez papieży „prawo do wolności religijnej” zostało uznane przez soborową konstytucję Dignitatis humanae za wypływające „z samej godności osoby ludzkiej”. Jako takie powinno ono być „uznane w prawnym ustroju społeczeństwa, aby stanowiło prawo cywilne” oraz przysługiwać „również tym, którzy nie wypełniają obowiązku szukania prawdy”. W tradycyjnej doktrynie, władza publiczna (w granicach roztropności) posiada prawo do powstrzymywania rozprzestrzeniania się błędu religijnego. Jak to ujął w swoim schemacie Alfredo kard. Ottaviani, świecki rząd w ten sposób broni obywateli przed zagrożeniem, jakie fałszywe religie stanowią dla ich wiecznego zbawienia. Tymczasem zgodnie z nową doktryną Soboru, państwo ma teraz wręcz gwarantować błędowi prawo do swobodnego rozprzestrzeniania się. Jak stwierdza dokument, „jeśli [władza państwowa] pozwala sobie kierować aktami religijnymi albo przeszkadzać im, to należy stwierdzić, iż przekracza wyznaczone dla niej granice”. Nie przewiduje się tu żadnego rozróżnienia między religią prawdziwą, a fałszywą. Jedynym kryterium granicznym pozostają „słuszne wymagania porządku publicznego”, podobnie jak w rewolucyjnej Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela.

Znalazło to swoje odzwierciedlenie w polityce, którą Stolica Apostolska prowadziła po II Soborze Watykańskim względem ostatnich państw katolickich. Sam Rzym dążył bowiem do tego, aby w miejsce społecznego panowania Chrystusa zaprowadzić w nich „neutralność światopoglądową”. Jednoznacznie skojarzenia wolnomularskie budzi także posoborowy ekumenizm, mający na celu zbudowanie „braterstwa między religiami”. W miejsce nawracania heretyków i innowierców wprowadzono „dialog” oraz wspólne ceremonie. Najbardziej znany przykład stanowi spotkanie międzyreligijne w Asyżu, które w 1986 roku zorganizował Jan Paweł II. W tamtym czasie wydawało się ono czymś szokującym, obecnie zaś podobne wydarzenia stanowią już normę. W wypowiedziach papieskich pojawiło się także negowanie „ekumenizmu powrotu”.

Tym samym dochodzimy do próby udzielenia odpowiedzi na pytanie, postawione w tytule tekstu. Czy ów nowy masoński porządek, przed którym przestrzegał Leon XIII, zapanował już na naszym świecie? Wiele z tego, przed czym prawie 150 lat temu przestrzegał nas papież, zostało już dawno wprowadzone w czyn. Kolejne pokolenia kształtowane są w taki sposób, jak gdyby to, co Leon XIII potępił w Humanum genus, było oczywistym zbiorem przekonań „światłego” człowieka. Niepokojący jest również fakt, że wielu ludzi Kościoła wydaje się dzisiaj wspierać część z tych postulatów.

Bez wątpienia obecny stan rzeczy nie jest końcem zabiegów stowarzyszeń masońskich. O ich sile stanowi sam w sobie fakt, że zasady głoszone przez te grupy, a opisane przez Leona XIII, stanowią fundament współczesnych systemów prawnych. Wolnomularstwo jednak z pewnością nie jest wszechwładne. Powinniśmy o nim mówić, nie lękając się ironii lub wyśmiewania. Jako katolicy mamy obowiązek przeciwstawiać się masonerii, twardo stojąc na gruncie nauki Leona XIII. Ten wielki papież nie był bowiem „oszołomem”, tylko wyjątkowo przenikliwym następcą św. Piotra, który trafnie zdiagnozował zagrożenia współczesności.

Dekalog Narodowego Przetrwania: Jacek Karnowski i Marek Grabowski stawiają sprawę jasno

Dekalog Narodowego Przetrwania:

Jacek Karnowski i Marek Grabowski

stawiają sprawę jasno

– „Trzeba to położyć na stole”

5 sty, 2026 wakcji24.pl/dekalog-narodowego-przetrwania-jacek-karnowski

Dekalog Narodowego Przetrwania: Jacek Karnowski i Marek Grabowski stawiają sprawę jasno – „Trzeba to położyć na stole”

Polska stoi w obliczu najpoważniejszego kryzysu demograficznego w swojej nowoczesnej historii. Liczby nie pozostawiają złudzeń, a dotychczasowe polityki – zdaniem coraz większej grupy komentatorów – okazały się nieskuteczne lub pozorne. W „Salonie Dziennikarskim Extra” na antenie Telewizja wPolsce24 Jacek Karnowski i Marek Grabowski zaprezentowali „Dekalog Narodowego Przetrwania” – dziesięć radykalnych postulatów, które mają odwrócić proces wymierania narodu. To nie gotowa ustawa, ale propozycja cywilizacyjnej debaty. Jak podkreślał Jacek Karnowski: „To są rzeczy, które trzeba położyć na stole”.

Dekalog Narodowego Przetrwania: Jacek Karnowski i Marek Grabowski stawiają sprawę jasno – „Trzeba to położyć na stole”

Katastrofa demograficzna – diagnoza bez znieczulenia

Polska demografia znalazła się na równi pochyłej, a tempo spadku liczby urodzeń przyspiesza. W latach 80. w Polsce rodziło się ponad 700 tys. dzieci rocznie, jeszcze w 2017 r. – ponad 400 tys. Tymczasem dziś prognozy mówią o zaledwie ok. 230 tys. urodzeń rocznie. „To jest katastrofa” – padało wprost w programie Telewizji wPolsce24.


Jacek Karnowski zwracał uwagę, że nie mamy już do czynienia z wahaniem czy cyklem, lecz z trwałym załamaniem modelu cywilizacyjnego. Wskaźnik dzietności na poziomie 1,38 oznacza nie tylko brak zastępowalności pokoleń, ale realne zagrożenie dla ciągłości państwa, systemu emerytalnego, obronności i kultury. W tym sensie – jak sugerował prowadzący – demografia przestaje być „jednym z tematów”, a staje się sprawą egzystencjalną. To właśnie z tej perspektywy powstał Dekalog Narodowego Przetrwania.

Dog parenting

Dog parenting – fałszywa relacja człowiek–zwierzę. „Macie po trzy smycze zamiast trójki dzieci”

Czytaj dalej

Dekalog Narodowego Przetrwania: Jacek Karnowski i Marek Grabowski stawiają sprawę jasno – „Trzeba to położyć na stole”

Dekalog Narodowego Przetrwania – dziesięć punktów w całości

Autorzy dekalogu – Jacek Karnowski i Marek Grabowski  podkreślali, że nie jest to dokument zamknięty ani dogmatyczny. „My się nie upieramy przy konkretnych zapisach i punktach, można rozmawiać, ale to jest premiera” – mówił redaktor naczelny telewizji wPolsce24 Jacek Karnowski. Oto pełna lista dziesięciu przykazań, wraz z komentarzami pojawiającymi się w trakcie dyskusji:

  1. Zakaz propagandy antyrodzinnej – wprost nazwany przez Jacka Karnowskiego zjawiskiem groźniejszym niż narkotyki: „Jej skutki są nawet straszniejsze”.
  2. Przyjęcie założenia, że misją każdej kobiety i mężczyzny jest posiadanie potomstwa – „To nie oznacza stygmatyzowania, ale to musi być ważna wartość społeczna” (Jacek Karnowski)
  3. Przyznanie rodzinom z dziećmi większych praw politycznych – np. dodatkowy głos wyborczy na każde dziecko.
  4. Progresywne programy socjalne – im więcej dzieci, tym realnie większe wsparcie finansowe.
  5. Wychowanie młodego pokolenia maksymalnie poza wpływem mediów społecznościowych – jako warunek zdrowia psychicznego i więzi społecznych.
  6. Wzmocnienie treści narodowych i wspólnotowych w edukacji szkolnej – więcej praktyki, ruchu i wspólnoty.
  7. Obowiązkowe przeszkolenie wojskowe – powszechne, z różnymi formami służby.
  8. Powstrzymanie laicyzacji życia społecznego – a przynajmniej jej systemowej promocji.
  9. Zaprzestanie wykorzystywania zagrożeń geopolitycznych i zdrowotnych jako narzędzia destabilizacji społecznej – odniesienie do doświadczeń pandemicznych.
  10. Przyjęcie założenia, że emigracja na stałe z Polski nie może być postrzegana jako zjawisko neutralne – lecz jako realna strata narodowa.
Mniej dzieci mniej pieniędzy

Mniej dzieci to mniej pieniędzy i praca do późnej starości. Eksperci McKinsey ostrzegają przed konsekwencjami spadku urodzeń

Czytaj dalej

Dekalog Narodowego Przetrwania: Jacek Karnowski i Marek Grabowski stawiają sprawę jasno – „Trzeba to położyć na stole”

Antyrodzinna propaganda i fałszywe obietnice nowoczesności

Najostrzejsze słowa Jacka Karnowskiego dotyczyły kulturowego tła kryzysu. Jego zdaniem Polska od lat podlega intensywnej presji narracyjnej, w której rodzina i rodzicielstwo przedstawiane są jako ciężar, przeszkoda lub wręcz patologia. „Propaganda antyrodzinna powinna być karana – co najmniej tak surowo jak handel narkotykami” – mówił dziennikarz, argumentując, że skutki społeczne są długofalowe i nieodwracalne.


W tym kontekście Marek Grabowski przywoływał konkretne przykłady medialnych przekazów: hasła w rodzaju „ciąża to choroba” czy „żałuję, że jestem matką”. Zdaniem Karnowskiego problem polega na tym, że takie komunikaty nie są neutralne – one aktywnie zniechęcają do rodzicielstwa i podkopują fundamenty wspólnoty. W jego ocenie państwo, które nie reaguje na taki przekaz, de facto godzi się na własne wymieranie.

Kryzys dzietności w Polsce. Czy "psiecko" zastąpi dziecko

Kryzys dzietności w Polsce. Czy „psiecko” zastąpi dziecko? [ANALIZA I KOMENTARZ]

Czytaj dalej

Dekalog Narodowego Przetrwania: Jacek Karnowski i Marek Grabowski stawiają sprawę jasno – „Trzeba to położyć na stole”

Rodzina jako podmiot polityczny, a nie petent

Jednym z najbardziej dyskutowanych punktów dekalogu była propozycja przyznania rodzinom z dziećmi większych praw politycznych. Redaktor Jacek Karnowski tłumaczył ją wprost: skoro dzieci nie głosują, a decyzje polityczne bezpośrednio wpływają na ich przyszłość, to ich interes musi być reprezentowany. „Dodatkowy głos na każde dziecko” – ten postulat ma, zdaniem autorów, wymusić zmianę logiki rządzenia.


Równie mocno wybrzmiała propozycja progresywnych programów socjalnych. Jacek Karnowski mówił jasno: 800+ na pierwsze dziecko, 1600+ na drugie, 2400+ na trzecie – to nie „rozdawnictwo”, lecz inwestycja w przetrwanie narodu. Dziennikarz podkreślał, że dotychczasowe programy były zbyt płaskie i nie tworzyły realnej zachęty do powiększania rodzin. W tym ujęciu rodzina przestaje być klientem państwa, a staje się jego strategicznym partnerem.

dzietność

John Burn-Murdoch: Martwimy się o dzietność, a problemem jest globalna samotność [ANALIZA]

Czytaj dalej

Dekalog Narodowego Przetrwania: Jacek Karnowski i Marek Grabowski stawiają sprawę jasno – „Trzeba to położyć na stole”

Rodzina jako podmiot polityczny, a nie petent

Kolejne punkty dekalogu dotyczyły wychowania i bezpieczeństwa. Jacek Karnowski akcentował konieczność ograniczenia wpływu mediów społecznościowych na dzieci i młodzież. „Trzeba szukać rozwiązań” – mówił, wskazując, że cyfrowa socjalizacja niszczy więzi, autorytety i zdolność do życia we wspólnocie.


Wzmocnienie treści narodowych w edukacji szkolnej nie oznacza – jak zaznaczał – indoktrynacji, lecz odbudowę poczucia sensu, zakorzenienia i odpowiedzialności. Podobnie obowiązkowe przeszkolenie wojskowe ma być nie tylko elementem obronności, ale także szkołą wspólnoty. „Wszyscy bez wyjątku” – mówił redaktor Karnowski, dodając, że kobiety mogłyby pełnić służbę np. w strukturach medycznych czy logistycznych. To wizja państwa, które znów uczy współodpowiedzialności.

Bp Ignacy Dec: Małżeństwo jest pomysłem samego Boga

Bp Ignacy Dec: Małżeństwo jest pomysłem samego Boga

Czytaj dalej

Dekalog Narodowego Przetrwania: Jacek Karnowski i Marek Grabowski stawiają sprawę jasno – „Trzeba to położyć na stole”

Emigracja, laicyzacja i pytanie o przyszłość

Ostatnie punkty dekalogu dotykały tematów najbardziej drażliwych: laicyzacji i emigracji. Jacek Karnowski podkreślał, że nie chodzi o narzucanie wiary, lecz o zatrzymanie procesu systemowego wypychania religii i etyki chrześcijańskiej z życia publicznego. W jego ocenie to właśnie one przez dekady wzmacniały rodzinę i solidarność międzypokoleniową.
Równie stanowczo mówił o emigracji: „Nie może być dalej postrzegana jako rzecz neutralna czy wręcz pozytywna”. Stały odpływ młodych, wykształconych ludzi to – jak argumentował – podwójna strata: demograficzna i kulturowa. Dekalog Narodowego Przetrwania nie jest więc tematem jednej audycji, lecz apelem o cywilizacyjne otrzeźwienie. Jak mówił Jacek Karnowski: „Jeżeli teraz nie przejdziemy do czynów, za chwilę nie będzie już komu tej debaty prowadzić”.

Biskup Świdnicki Marek Mendyk

Biskup Świdnicki Marek Mendyk: Współczesny świat skutecznie wygasza w kobietach instynkt macierzyński

Czytaj dalej

Po co Stanom Zjednoczonym wenezuelska ropa.

Po co Stanom Zjednoczonym wenezuelska ropa. Fakty i mity

06.01.2026 htysol/po-co-stanom-zjednoczonym-wenezuelska-ropa-fakty-i-mity

Amerykańska interwencja w Wenezueli nie była moralnym manifestem, lecz zimną kalkulacją interesów. Ropa, ceny paliw, osłabienie Rosji i uderzenie w OPEC+ – to realne stawki tej gry, które w dłuższej perspektywie mogą zmienić globalny rynek energii i układ sił na świecie.

Instalacja naftowa w Wenezueli

Instalacja naftowa w Wenezueli / Chevron.com

Znaczną część pierwszej po schwytaniu Nicolasa Maduro konferencji prasowej Donald Trump poświęcił ropie naftowej, tej w Wenezueli. Co jest argumentem dla tych, którzy twierdzą, że USA chcą zmienić reżim w Caracas przede wszystkim dlatego, iż chcą położyć łapę na największych na świecie rezerwach „czarnego złota”. Nie tak prędko – można by jednak rzec. Dokończenie zmiany władz w Wenezueli nie przyniesie natychmiastowej rewolucji na światowym rynku naftowym. Co nie znaczy, że w dłuższej perspektywie nie zaszkodzi Rosji i Chinom, a wzmocni Stany Zjednoczone.

Wenezuela ma największe złoża ropy na świecie – dlaczego ich nie wykorzystuje

Zmiana autorytarnego reżimu Nicolasa Maduro w Wenezueli i kontrola Stanów Zjednoczonych nad procesami politycznymi w tym kraju otworzy amerykańskim firmom pełny dostęp do złóż o największych na świecie zasobach ropy naftowej. Piszę pełny, bo nawet dotychczas, mimo sankcji amerykańskich, Chevron wydobywał jedną piątą wenezuelskiej ropy.

Ani Trump, ani Rubio nie zaprzeczają zainteresowaniu wenezuelską ropą – kraj ten posiada największe na świecie zasoby tego surowca. Prezydent USA przypomniał, że to właśnie amerykańskie firmy zbudowały przemysł naftowy kraju, który został „skradziony” przez socjalistyczny reżim. Przez kradzież Trump rozumie nacjonalizację aktywów amerykańskich firm naftowych za rządów Hugo Chaveza. Bo czasy swobodnej eksploatacji wenezuelskiej ropy przez spółki z USA skończyły się dużo wcześniej: w 1976 roku. Wtedy powstał państwowy monopol PDVSA i wprowadzono zasadę, że zagraniczne firmy mogą działać na krajowym rynku, ale tylko w joint ventures, w których wenezuelski koncern ma co najmniej 60 proc. udziałów. Jeszcze wcześniej wprowadzono przepisy nakładające na zagranicznych inwestorów obowiązek odprowadzania wysokich podatków do skarbu Wenezueli.

Bez miliardowych inwestycji wenezuelska ropa nie wróci na rynek

Teraz Stany Zjednoczone planują odbudowę mocno zaniedbanej infrastruktury wenezuelskiej, co jest jednym ze skutków czystki Chaveza w PDVSA w latach 2002-2003. Na strajk pracowników koncernu reżim odpowiedział zwolnieniem większości kadry zarządzającej i specjalistów oraz zastąpieniem ich przez lojalistów – miernych fachowców. Wtedy zaczęły się kłopoty w sektorze, pogłębione później załamaniem cen ropy na świecie, a w końcu sankcjami amerykańskimi. Rubio wyraził przekonanie, że zainteresowanie największych amerykańskich firm energetycznych możliwością inwestycji będzie ogromne. Czy rzeczywiście? Rzućmy okiem na obecną kondycję wenezuelskiej branży naftowej – na początek.

Wenezuela ma udokumentowane zasoby ropy naftowej w wielkości 303 mld baryłek. To 20 proc. światowych rezerw. Ale wydobywa mniej niż 1 proc. światowej produkcji! Po zniesieniu sankcji dałoby się w parę miesięcy podnieść wydobycie z 850 tys. do ok. 1 mln baryłek dziennie (bpd – ang. barrels per day – baryłek dziennie). Ale powrót do poziomu sprzed kryzysu, czyli 2 mln bpd, to koszt nawet 100 mld dolarów i okres wielu lat. A i tak byłaby to połowa obecnego wydobycia w samym tylko Teksasie. Dopóki nie będzie stabilnej sytuacji politycznej w Wenezueli, amerykańskie koncerny nie będą się spieszyć z inwestycjami. Choćby w modernizacją rurociągów, czego nie robiono od… 50 lat. Tym bardziej, że Conoco i Exxon chcą miliardów dolarów odszkodowania za nacjonalizację ich aktywów wenezuelskich przez chavistów ponad dwie dekady temu. Obecnie amerykańskim przyczółkiem w wenezuelskim sektorze naftowym pozostaje Chevron. Działa mimo sankcji USA, bo dostaje przedłużaną co jakiś czas zgodę. Obecnie co piątą baryłkę ropy w Wenezueli wydobywają właśnie Amerykanie.

Dlaczego USA potrzebują właśnie ciężkiej ropy z Wenezueli

Sytuację komplikuje fakt, że ropa w Wenezueli to ten najbardziej zasiarczony gatunek. Wydobycie ciężkiej ropy jest dużo trudniejsze i kosztowniejsze. Z lekkiej ropy produkuje się benzyny. Z ciężkiej, głównie olej napędowy (popularny „diesel”) i takie produkty, jak np. asfalt. Obecnie na światowym rynku jest deficyt diesla, m.in. z powodu problemów Wenezueli. Korzysta z tego drugi potentat jeśli chodzi o wydobycie ciężkiej ropy, czyli Rosja. Uwolnienie większych ilości surowca wenezuelskiego będzie więc problemem dla Moskwy podwójnym: obniży generalnie cenę surowca na świecie, no i osłabi pozycję Rosji w obszarze sprzedaży ciężkiej ropy.

Dla Amerykanów priorytetem tak naprawdę nie jest uwolnienie jak najszybciej jak największej ilości ropy na rynek globalny (co wymaga czasu i miliardów inwestycji), ale przekierowanie surowca wenezuelskiego do rafinerii nad Zatoką. Budowano je w Teksasie i Luizjanie w czasach, gdy na amerykańskim rynku dominowała ciężka ropa (także z Wenezueli). Potem przyszedł boom łupkowy – ale to oznacza lekką ropę. To kłopot technologiczny dla wspomnianych rafinerii. Gdyby udało się przekierować strumień ropy wenezuelskiej do USA (dotychczas 90 proc. szło do Chin), Amerykanie zyskaliby w kilku aspektach. Po pierwsze, tania (także z racji bliskości źródła) ropa. Po drugie, ciężka ropa, idealnie dla wspomnianych rafinerii. Po trzecie, załatwienie problemu diesla na własnym rynku. Po czwarte, dzięki pozyskaniu ciężkiej ropy wenezuelskiej, zwolnienie na eksport większej ilości lekkiej ropy amerykańskiej.

Interesy firm naftowych nie zawsze pokrywają się z polityką USA

Warto też pamiętać o jeszcze dwóch czynnikach, który sprawiają, że wątpliwy jest nagły wyścig amerykańskich nafciarzy do Wenezueli. Po pierwsze, rośnie wciąż w szybkim tempie wydobycie w sąsiedniej Gujanie. Na jej ogromne złoża ropy faktyczną wyłączność ma konsorcjum zdominowane przez amerykańskie Exxon i Chevron (plus mniejszy udziałowiec z Chin: CNOOC). Do tego z sąsiedniego Surinamu napływają doniesienia pozwalające sądzić, że ten rok będzie początkiem boomu naftowego także w tym kraju. Po drugie, koncernom z USA nie zależy na dużym spadku cen ropy tak bardzo jak Trumpowi, który wie, że im tańsze paliwo w Iowa czy Georgii, tym większe szanse wyborcze. Tańsza ropa i wydatki w Wenezueli – jak miałoby się to spinać Chevronowi, Exxonowi czy Conoco? Republikanie muszą pamiętać o tysiącach szeregowych pracowników firm naftowych, swym naturalnym elektoracie.

Większa rola Wenezueli może osłabić Rosję i OPEC+

A co z Rosją w kontekście możliwego przejęcia przez USA wenezuelskiej ropy? Jednym z pierwszych, którzy zareagowali na porwanie Maduro, był oligarcha Oleg Deripaska, który na swoim kanale Telegramu napisał, że przejęcie przez Amerykanów kontroli nad wenezuelskimi złożami uderzy w rosyjski budżet, ponieważ teraz Amerykanie będą kontrolować ponad połowę światowych zasobów ropy naftowej, a ich celem jest nie dopuścić do tego, aby rosyjska ropa kosztowała więcej niż 50 dolarów za baryłkę. Tak, cena może spadać dalej, ale tylko gdy uda się szybko odblokować naftowe bogactwo Wenezueli.

Na razie jest za wcześnie, żeby mówić, że sytuacja na światowym rynku energii zmieni się radykalnie w najbliższych miesiącach. Niemniej jednak, w perspektywie długoterminowej, ruch Wenezueli, jak to ujął Rubio, „w określonym kierunku” oznacza radykalną zmianę układu sił. Wenezuela jest nie tylko krajem o największych zasobach ropy naftowej, ale także jednym z krajów założycielskich OPEC. Kartel naftowy – zarówno w swojej pierwotnej formie, jak i w rozszerzonym składzie OPEC+ – wraz z odbudową infrastruktury naftowej i eksportowej Wenezueli straci dużo na znaczeniu.

Dlaczego spadek cen ropy byłby szczególnie bolesny dla Rosji

Żyjące z ropy kraje arabskie mają tylko jeden sposób, aby tego uniknąć: zalać świat tanim surowcem, sprawiając, że wielomiliardowe inwestycje w Wenezueli staną się nieopłacalne dla amerykańskich gigantów naftowych. Jednak dla wielu członków OPEC+ tego rodzaju wojna handlowa może okazać się niezwykle bolesna. A dla Rosji wręcz zabójcza. Dlatego teraz warto uważnie obserwować przede wszystkim relacje Moskwy z Rijadem – to dwaj główni gracze w OPEC+. To, co dla Arabii Saudyjskiej jest dopuszczalnym okresowo zaciśnięciem pasa, dla Rosji może być finansowym wyrokiem śmierci. Póki co, na posiedzeniu dzień po ujęciu Maduro, przedstawiciele OPEC+ nie zmienili poziomu wydobycia.

Zobaczymy, co będzie za miesiąc – wtedy powinno być już jasne, w jakim kierunku potoczyły się wypadki w kraju posiadającym najwięcej „czarnego złota”.

Doskonała propozycja: Dekalog Narodowego Przetrwania

dekalog-narodowego-przetrwania

To jest propozycja nie tylko doskonała lecz i długo oczekiwana. I nie do odrzucenia.

Moim zdaniem, najważniejsze są kwestie cywilizacyjne, bo to one stanowią fundament odniesienia przy analizowaniu kwestii szczegółowych. Kwestie cywilizacyjne mają charakter całościowy, fundamentalny i dlatego podoba mi się inicjatywa Dekalogu Narodowego Przetrwania zainicjowana przez dziennikarza Jacka Karnowskiego i socjologa Marka Grabowskiego.

To jest właśnie to. Nareszcie ktoś wystąpił z kompleksowym programem cywilizacyjnym. A program załatwia znacznie więcej niż tylko kwestię demograficzną.

Ale zacząć trzeba od smartfonów i mediów „społecznościowych”, bo to temat gorący.

Jednym z najpoważniejszych problemów Polski jest problem demograficzny. Wielu ludziom wydaje się, że jest to problem nie do rozwiązania.

Zastanówmy się więc, czy istnieją  r e a l n e  szanse na jego rozwiązanie. 

Jeżeli chodzi o rozumienie  r e a l n o ś c i,  to ja bym proponował sięgnięcie do historii.

Weźmy Bitwę o Anglię z r. 1940. Czy istniała realna szansa by Anglicy mogli ją wygrać, w obliczu niemieckiej przewagi liczbowej i technologicznej ? Czy realne było mniemanie, że udział polskich pilotów zmieni układ sił w tej bitwie ?

Powszechne przekonanie, nie wyrażane głośno, było że to nierealne. Anglicy i Niemcy lekceważyli udział polskich lotników, dopóki do gry nie wszedł dywizjon 303 ze swoją strategią, która odwróciła bieg wydarzeń na korzyść aliantów.

Dywizjon 303 stworzył  p i ę ś ć,  która zdemolowała niemiecką taktykę i przekonanie Luftwaffe o niezwyciężoności i skłoniła Anglików do modyfikacji własnej strategii. Niemcy musieli odłożyć zamiar inwazji na Wyspy z powodu braku przewagi w powietrzu. A przewaga ta była niezbędna jak udowodniła porażka aliantów przy próbie desantu w Dieppe w 1942 r. .

I taka pięść jest nam potrzebna teraz – stworzenie złożonej strategii, która wywoła zmiany. Głównym składnikiem takiej pięści nie może być czynnik finansowy, lecz zbiór propozycji i zabiegów kulturowych, które zmienią postrzeganie problemu i ludzkie postawy. Nie cała  p i ę ś ć  musi być od razy zrealizowana. Realizacja tylko paru kluczowych projektów wygeneruje dynamiczny proces, który potoczy się dalej sam. 

Taką strategię proponują Karnowski i Grabowski w postaci Dekalogu Narodowego Przetrwania.

Ja zatrzymam się nad jednym z aspektów, który może bulwersować liberałów: jak zatrzymać laicyzację ?

Laicyzacja nie ma perspektyw, z czego należy sobie zdać sprawę w pierwszym rzędzie , a to z racji chrześcijańskich fundamentów cywilizacji Zachodu. Ludzie to czują i program ma już wyraźne zalążki – jeden to wydarzenia nie tylko religijne lecz i kulturowe, jakimi stały się Orszaki Trzech Króli (tu państwo widzą, jaki problem językowy mamy – bo przecież podstawą kultury jest religia). Dodajmy do tego falę powstawania zespołów śpiewających pieśni religijne, w tym szczególnie kolędy, takich jak np. rewelacyjna Mała Armia Janosika, która wpisuje się w długotrwały trend zapoczątkowany jeszcze przez Arkę Noego. W każdej parafii pojawiły się śpiewające zespoły dziecięce i młodzieżowe i chóry dorosłych. Tym samym pojawiła się gotowa infrastruktura, na bazie której można zorganizować Festiwale Polskich Kolęd. Należałoby też pomyśleć o dorocznych konkursach poetyckich na nowe pastorałki. Są przecież poeci, którzy piszą rewelacyjne wiersze nie tylko dla dzieci. 

Skoro mowa o muzyce, to pójdźmy o krok dalej. Dodajmy do tego niewykorzystany potencjał jaki tworzy narodowy taniec polski – polonez. Niech każdą większą uroczystość państwową, jak 3 Maja, 15 sierpnia i 11 Listopada otwiera polonez odtańczony ( ale odtańczony z werwą) przez Prezydenta z Pierwszą Damą, z udziałem całej elity politycznej. Nie trudno przewidzieć, że takie wydarzenie stanie się bodźcem do naśladowania w skali kraju.Nastąpi lawinowa reakcja. Warto przypomnieć Polakom, że w trakcie rządów Kadara, po upadku Powstania 1956 r. Węgrzy starali się zachować kulturę narodową tworząc oddolnie Domy Tańca. I dlatego tam teraz rządzi Fidesz.

Jak państwo widzą, nawet w tak ograniczonym punkcie można wygenerować pięść, która zburzy stary system.

Zwróciłbym jeszcze uwagę na kolejny postulat, który może natrafić na opór – ograniczenie dostępu do mediów społecznościowych – tu mogą protestować dzieci i młodzież. Ale nie ma od niego odwołania. Zakaz używania smartfonów przed 16 r. życia. Do komunikacji z rodziną tylko proste komórki z ograniczonymi funkcjami.Wprowadził bym radykalną propagandę antyyoutuberską. Koniec z lansowaniem influencerów, youtuberów i tej całej patologii.

Wszystkie postulaty prorodzinne są jak najbardziej uzasadnione, bo rzeczywistość zmierza w tym właśnie kierunku, co widać w USA, gdzie coraz większym powodzeniem cieszą się rodziny wielopokoleniowe. Ale postulat likwidacji propagandy antyrodzinnej wymagałby wyeliminowania badziewnej prasy dla kobiet, która oprócz idiotyzmów lifestylowych przyczynia się do hiper-seksualizacji.

Jak elegancko wprowadzić szkolenie wojskowe a jednocześnie promować wychowanie patriotyczne? Recepta jest prosta: dzieci w przedszkolu zapoznajemy z barwnie przedstawioną historią misia Wojtka i Baśki Murmańskiej – w rozmaitych formach – zabawkach, pluszowych misiach, lekturach, komiksach, filmach. I natychmiast idziemy za ciosem i przechodzimy do legendy dywizjonu 303, ale tu musimy interweniować, bo w youtubie pojawiają się w tym temacie fatalne filmy wołające o pomstę do nieba jeśli chodzi o język, nadmierne epatowanie patosem i emocjami, tworzenie fikcyjnych wątków  oraz przekręcanie faktów.

Legenda dywizjonu 303 daje okazję zintegrowanej nauki – można wykorzystać ją w zajęciach z wojskowości, na lekcjach historii ucząc o faktach i patriotyzmie, na lekcjach geografii, a na lekcjach polskiego można poprawiać błędy w scenariuszach rozpowszechnianych w filmach na youtube i wskazywać na ryzyko związane z bezkrytycznym korzystaniem z internetu.

I w ten sposób, dla każdego punktu Dekalogu można opracować zestaw propozycji. A następnie można podjąć debatę i wygenerować najbardziej realistyczne i skuteczne propozycje, zamiast emocjonować się twittami Tuska na X.

Zmarł największy zdrajca w historii CIA, nawet USA.

Zmarł największy zdrajca w historii.

„Wyrażam najgłębsze współczucie,

a nawet empatię”

7.01.2026 nczas/zmarl-najwiekszy-zdrajca-w-historii-usa

Aldrich H. Ames
NCZAS.INFO | Aldrich H. Ames.

W wieku 84 lat w więzieniu federalnym w Maryland zmarł Aldrich H. Ames – funkcjonariusz CIA uznawany za najbardziej szkodliwego zdrajcę w historii agencji. Sam przyznał, że głównym motywem jego działania były pieniądze.

Jak podkreślił we wtorek „Washington Post”, szpiegostwo Amesa na rzecz ZSRR, a później Rosji, doprowadziło do dekonspiracji niemal wszystkich agentów CIA i służb sojuszniczych działających w Związku Sowieckim oraz krajach Układu Warszawskiego. Według władz USA jego działalność spowodowała śmierć co najmniej 10 osób oraz doprowadziła do zniszczenia setek operacji wywiadowczych.

Ames zmarł 5 stycznia.. Jak wielokrotnie powtarzał, do zdrady pchnęła go chęć zysku. – Problemy finansowe, natychmiastowe i ciągłe – wyznał podczas przesłuchań.

Od 1985 roku szpieg przekazywał Moskwie nazwiska agentów, szczegóły operacji oraz „ogromną liczbę informacji o polityce zagranicznej, obronnej i bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych”. W zamian otrzymał ponad milion dolarów w gotówce, a obiecano mu co najmniej kolejne dwa miliony oraz nieruchomość w Rosji. Już przy pierwszym kontakcie z ambasadą sowiecką w Waszyngtonie zainkasował 50 tys. dolarów za ujawnienie tożsamości dwóch agentów.

Według waszyngtońskiego dziennika Ames argumentował, że pieniądze nie były jedynym powodem, dla którego potrafił usprawiedliwić swoje czyny przed samym sobą. Podczas rozmowy z dziennikarzami „WP” w więzieniu w Aleksandrii, w stanie Wirginia, przeprowadzonej dziewięć tygodni po aresztowaniu, przypisał swoją gotowość do popełnienia zbrodni – która według prokuratorów „spowodowała śmierć ludzi” – specyficznej mentalności, ukształtowanej na długo przed rozpoczęciem współpracy z Sowietami.

Jego kariera w wywiadzie i kontrwywiadzie trwała łącznie 31 lat. Pod przykrywką urzędnika Departamentu Stanu w rzeczywistości pracował dla CIA. Według „WP” Ames był wyraźnie dumny z wagi informacji, które oferował Moskwie.

– Osobom w byłym Związku Sowieckim i innych miejscach, które mogły ucierpieć w wyniku moich działań, wyrażam najgłębsze współczucie, a nawet empatię – oświadczył cynicznie.

Twierdził, że podwójne życie wymusiło na nim rozdzielenie myślenia na dwie odrębne sfery.

– Mam skłonność do wkładania takich spraw do oddzielnych pudełek, odizolowania uczuć i myśli. Czułem, że sprzedając tych ludzi, wystawiam na ten sam los samego siebie – odparł, pytany o to, jak mógł zdradzić kraj i narazić współpracowników na śmierć.

„Washington Post” podkreślił, że Ames do końca minimalizował znaczenie wyrządzonych szkód. – Te wojny szpiegów to poboczny spektakl, który nie miał realnego wpływu na nasze kluczowe interesy bezpieczeństwa – ocenił.

W momencie rozpoczynania szpiegowskiego procederu Ames był w trakcie rozwodu z pierwszą żoną, Nancy Segebarth (również pracowniczką CIA), i wiązał się z Marią del Rosario Casas, która później została jego żoną. Podczas ogłoszenia wyroku w 1994 roku Rosario nie kryła emocji, płacząc na sali sądowej.

Ames został skazany na dożywocie bez możliwości ubiegania się o zwolnienie warunkowe. Rosario, oskarżona o współudział, otrzymała wyrok pięciu lat więzienia. Po czterech latach wyszła na wolność i wróciła do syna w Kolumbii.

Grzegorz Braun: Sytuacja się urealnia!

Grzegorz Braun: Sytuacja się urealnia!

7.01.2026 Tomasz Sommer nczas/grzegorz-braun-sytuacja-sie-urealnia/

31 stycznia odbędzie się Kongres Inicjatyw Narodowych, Gospodarczych i Samorządowych – KINGS.

Grzegorz Braun
NCZAS.INFO | Grzegorz Braun. / foto: PAP

Koniec roku zaskoczył wyborców prawicy. Po raz pierwszy w historii Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna wyprzedziła Konfederację Wolność i Niepodległość, uzyskując 11,18 proc. poparcia w sondażu OGB. Co na to lider formacji, której wynik wszystkich zaskoczył? W rozmowie z Tomaszem Sommerem Braun chłodzi entuzjazm i zachęca do pracy na rzecz Szerokiego Frontu Gaśnicowego.

Tomasz Sommer: Od razu przejdę do najważniejszego punktu. Sondaż pokazał tzw. mijankę. Mamy pierwsze historyczne badanie opinii publicznej, w którym Konfederacja Korony Grzegorza Brauna przeskoczyła Konfederację Mentzena i Bosaka. Oczywiście pierwsza jaskółka wiosny nie czyni…

Grzegorz Braun: Strzeż nas, Boże, przed jakimkolwiek tryumfalizmem, bo przecież nie takie rzeczy słyszała publiczność patriotyczna, zwłaszcza w minionych latach. Nie popadajmy w zawrót głowy od sukcesów, jak przestrzegał towarzysz Stalin w anonimowym artykule, w połowie lat 30. Ucieszmy się oczywiście, to jest miły prezent pod choinkę. Ale kadencja wbrew pozorom jeszcze młoda i jeszcze kampania wyborcza nie została nawet ogłoszona.

Zdaje mi się, że od kiedy marszałek rotacyjny Czarzasty umocnił się w swoim gabinecie, to w żadnym wypadku nie będzie on zwolennikiem nadzwyczajnego skracania kadencji Sejmu i przyspieszania wyborów. Tutaj może Donald Tusk nie poradzić! Tutaj poradziłyby tylko połączone siły ambasad, które gdyby wydały takie polecenie, zostałoby ono zrealizowane. Ale na razie chyba nie wydają.

Nie przeceniam roli jednostki, w tym własnej, w historii, ale zacytowany sondaż to jest pewien punkt dojścia. Myślę, że mijanki dopiero będą, gdy nastąpi ostateczna degrengolada i dekompozycja PiS-u, Zjednoczonej łże-Prawicy, która nie będzie sobą, jeśli nie przesunie się na lewo. Tego życzmy centrolewicy, jaką jest Prawo i Sprawiedliwość: żeby wreszcie odnalazła się w miejscu dla siebie stosownym i właściwym. I jeżeli wspólnie dopomożemy w tym dziele, to nastąpi dekompozycja PiS-u.

Może już następuje, bo przecież pan premier Morawiecki wraz ze swoimi ministrami się nie stawił na jakieś gwizdnięcie Prezesa. Oczywiście zaraz po tym zdementował pogłoski o tworzeniu własnej partii. Ja myślę, że ta partia jest już utworzona, pytanie tylko, w jakiej konfiguracji koalicyjnej. Nie wahałbym się przypuszczać, że przyjdzie koza do woza, przyjdzie bieda do biedy, czyli pospieszy Morawiecki do Kosiniaka-Kamysza i utworzą jakąś centrolewicową formację, która wydobyłaby z niebytu obie te formacje w pewnych kłopotach, niewątpliwie poniżej progu wyborczego. Będziemy zatem mieli nie tylko neo-Konfederację i oldschoolową Konfederację, tj. Konfederację Korony Polskiej, w której, jak wiadomo, sztandar korwinizmu powiewa dumnie i wysoko. Będziemy też mieli prawdopodobnie neo-PiS i paleo-PiS, a może nawet PiS centrowy i PiS właściwy, jakieś takie PiS-owskie bagno. SuwPolu już nie wymieniam, dlatego że ubytki kadrowe są dość poważne. Jedni są w Budapeszcie, inni chcieliby tam dotrzeć. Ale sam minister Ziobro będzie musiał wracać przez Zieloną Granicę.

Można na dowód, bez paszportu, a dowodu to chyba nie można odebrać…

Myślę, że siepacze reżimu Donalda Tuska bardzo poważnie rozważają nawet takie opcje, bo oni rozważają już tylko igrzyska. Chleba na pewno nie będzie!

A mówiąc o tym, czego nie będzie, dodajmy, że rząd wykreślił ze swojej agendy sprowadzanie prochów dzielnych, wybitnych Polaków, którzy polegli, bądź też pomarli poza granicami, na emigracji czy na wygnaniu. Rząd Donalda Tuska już się tym zajmować nie będzie. Ja nie twierdzę, że to jest priorytetowe zadanie jakiegokolwiek rządu, ale jest to ważne zadanie misyjne każdego rządu, zarządzanie w sferze symbolicznej.

Co do siepaczy Donalda Tuska, to dla Czytelników NCz! mam wiadomość z przedostatniej chwili… Moi mecenasi pracują nad zawiadomieniem o możliwości popełnienia przestępstwa przez ministrów konstytucyjnych: Siemoniaka, Kierwińskiego, Kosiniaka-Kamysza, Sikorskiego, a także jakiejś ministressy po tym, jak odnosili się do mnie niegodnego. Np. Kosiniak powiedział: „Braun, agentura!” i jeszcze zaznaczył, że to mówi, nie rzucając słów na wiatr i z rzadka używa takiego słownictwa. Więc ja wprawdzie mogę Państwu zapewnić, że nie jestem wielbłądem, zdrajcą stanu. Nie jestem szpiegiem, dezerterem państwowości polskiej. Ale są to sprawy poważne, dotyczące bezpieczeństwa państwa w samej jego istocie, w samym rdzeniu. Każdy funkcjonariusz publiczny, mając jakieś podejrzenia przestępstw – a w tym przypadku zbrodni, powinien spieszyć z zawiadomieniem. A tu nikt nie spieszy, ponieważ mnie nikt nie wzywa. Żaden prokurator ani żadne służby…

Kosiniak wie, że jesteś agentem i nic z tym nie robi…

I nic z tym nie robi! Więc ja zawiadamiam prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstw właśnie przez tych ministrów konstytucyjnych, którzy, szermując takimi inwektywami, takimi insynuacjami w istocie destabilizują państwo. Jest to przecież wysoce gorszące, jest to naganne, gdyby minister wiedział o jakichś szpiegach, agentach, dezerterach, a nie powiedział.

Agentów trzeba łapać. Nie wiem, czy zauważyłeś, jaka tajemnicza informacja na temat agentów pojawiła się ostatnio. Otóż wyobraź sobie, że nasz ulubiony i jedyny oficjalnie potwierdzony przez Putina agent Rubcow vel Gonzalez (został zatrzymany przez ABW w 2022 r., a w 2024 wyjechał do Rosji w ramach wymiany więźniów – dop. red.), utrzymywał kontakty… z kim? Nie zgadniesz!

Nie mam pojęcia.

Z Janem Grabowskim, „badaczem Holocaustu”, który m.in. oskarża Polaków u udział w zbrodni. Grube?

To jest grube. Ale czyż to nie jest ten sam Rubcow, który utrzymywał jakieś kontakty (nie wiem, czy bliskie i na ile zażyłe), z jakimiś gwiazdami niezależnego dziennikarstwa? Czy to ten sam?

Ten sam! Ale to jest ciekawe, bo o agenturze się wiele mówi, natomiast jeden jest oficjalnie potwierdzony przez Putina. Mamy zdjęcia, kiedy wychodzi sobie Rubcow vel Gonzalez z samolotu i Putin podaje mu osobiście dłoń ociekającą krwią. Tenże Rubcow kontaktował się z Grabowskim. Signum temporis moim zdaniem. Ale Grabowski nie chce się wypowiadać teraz na ten temat…

W takich czasach, Szanowni Państwo, lepiej dmuchać na zimne, lepiej zachować przedprocesową ostrożność. Dlatego właśnie w duchu ostrożności obywatelskiej jako polski państwowiec, lojalista, ja zawiadamiam prokuraturę o tym, że latają na prawo i lewo oskarżenia o agenturalność, zdradę, służenie cudzej racji stanu, o zaniedbywanie polskiej racji stanu. Ci, którzy mnie o to oskarżają, powinni zostać odpytani przez prokuratorów o okoliczności, które im dają asumpt do takich oskarżeń. A jeśli sami się wcześniej nie podzielili z prokuraturą takimi podejrzeniami, no to brzydka sprawa. Niedopełnienie obowiązków, art. 231 KK.

Wróćmy do „mijanki”. Tutaj pojawiają się natychmiast różne porównania. Jedni mówią, że w tym momencie Korona staje się AfD, a resztka Konfederacji staje się FDP. Inni mówią, że to już jest partia Farage’a. Przypominam, że polityk, który walnie przyczynił się do Brexitu, jeśli w tej chwili byłyby wybory, to już ma większość w całej Wielkiej Brytanii, ciągle jeszcze zjednoczonej! Jak sądzisz, które z tych porównań jest bardziej trafne, a które mniej trafne?

Powiedziałbym nieskromnie, że każde z tych porównań jest dla mnie komplementem, zważywszy na to, że rok temu o tej porze ja miałem przecież w ogóle nie istnieć. I zresztą, nawet w ostatnich dniach jakiś anonimowy informator ze strony neo-Konfederacji szczerze wyznał to jednemu z centralnych portali dezinformacyjnych, że decyzja o moim skasowaniu, ekspulsji z Konfederacji zapadła w jakichś decyzyjnych, bliżej nieokreślonych gremiach 3 lata temu.

Proszę, by Państwo przeczytali z niedowierzaniem – tak jak ja czytam – że można się zdobyć na aż taką szczerość w komunikacji z opinią publiczną… Kiedy te rzeczy się działy, było to nawet dla mnie trudne – o tyle że było zupełnie niemożliwe – wytłumaczenie, zwłaszcza patriotycznej, zwłaszcza prawackiej, wolnościowej opinii w naszych bańkach paleo-konfederackich, co się naprawdę dzieje. Dlatego że złudzenia pokutują bardzo długo. Teraz można powiedzieć: sytuacja się urealnia. Przyjmuję to oczywiście z właściwą rezerwą, wzywam zwłaszcza wszystkich sympatyków i wszystkich działaczy Szerokiego Frontu Gaśnicowego do pracy. Po prostu trzeba pracować, a nie ekscytować się, broń Boże, egzaltować sondażami.

Sondaże to nigdy nie jest żadna gwarancja. To jest zaledwie promesa. Żeby tę promesę podjąć, trzeba ciężko pracować. Już dziś, w ramach tej pracy, proszę się szykować, drodzy Państwo i Szanowna Redakcjo: 31 stycznia odbędzie się Kongres Inicjatyw Narodowych, Gospodarczych i Samorządowych – KINGS. Gdzieś w Polsce Środkowej, z przesunięciem trochę na stronę Warszawy. Nie podajemy jeszcze lokalizacji. Musimy być przezorni, żeby ktoś tam nie spalił chałupy i żeby połączone siły lewactwa i reżimu reprezentowanego na poziomie rządowym i samorządowym nam po prostu nie zdezorganizowały tej pięknej akcji. Ale będzie to piękna rzecz. To będzie wyjście Szerokim Frontem Gaśnicowym z naszej bańki. Już dziś proszę się szykować i wypatrywać wiadomości o miejscu wydarzenia…

Na prawicy, nazwijmy to poza PiS-owskiej, Ty dostałeś teraz Świętego Graala do rąk. Moim zdaniem, ta tendencja się jeszcze bardziej nasili w przeciągu kolejnych miesięcy. Może być oczywiście tzw. set back, czyli pewnego rodzaju cofnięcie.

Będzie, ja o tym zapewniam. To jest gwarantowane, że będą nas jeszcze zamiatać pod próg. I dlatego też bardzo proszę, żeby to Państwo przyjmowali wyrozumiale. To takie wilcze prawa na scenie publicznej, medialnej. W związku z tym chłodzę entuzjazm, w który niektórzy popadli, nawet otwierali jakieś szampany. Szanowni Państwo, nikomu nie przeszkadzam w tym, żeby celebrować chwile radości. Ale zachowajmy umiar i zdrowy rozsądek. Bądźmy równie stateczni, stabilni i pracowici, kiedy jeszcze nieraz zamiotą nas pod próg wyborczy.

Czy wyobrażasz sobie po tych zmienionych proporcjach, że dojdzie jednak do startu całego środowiska? Czyli Korony, narodowców i tej partii, która będzie partią Mentzena, po tym, jak się wyjaśni jej status prawny?

Żebym to dobrze zrozumiał: to jest pytanie o jakieś wielkie zjednoczenie, tak?

Wiadoma jest sytuacja w Senacie. Jeśli tutaj nie będzie wielkiego zjednoczenia, to Senat zostanie w rękach Tuska. Więc jakiegoś rodzaju pakt senacki musi być. Teraz się okazuje, że masz więcej do powiedzenia niż jeszcze jakiś czas temu.

My, w Koronie będziemy mieli na to odpowiedź. Nie przeceniamy swojej roli w tym sensie, że my nie mamy takich urojeń, że w swoim czasie, uzyskawszy 105 proc. głosów, będziemy mogli zmienić Konstytucję i samemu zbawić Polskę i świat. My chcemy i zawsze chcieliśmy to robić wspólnie. Nie rozpychaliśmy się, nie należeliśmy do tych, którzy po to, żeby mieć poczucie własnego sukcesu w spełnianiu obowiązków, życzyliby sąsiadowi, żeby mu się chałupa spaliła, a krowa zdechła. My nie jesteśmy z tych. Cieszymy się, że nam zboże rośnie. W ostatnich tygodniach – jak w przysłowiu – chłop śpi, a zboże samo rośnie.

Rzeczywiście takie zjawisko występuje, ale pracować trzeba. Natomiast nie budujemy naszych planów i nie uzależniamy tez programowych Konfederacji Korony Polskiej od jakiegoś pomoru czy katastrofy na prawej stronie sceny politycznej. Sytuacja się urealnia. Ja przecież nie życzę źle wyborcom, którzy do tej pory, jeszcze bez-alternatywnie darzą zaufaniem PiS i całą tę formację, która tak bardzo zawiodła oczekiwania przez poprzednie 8 lat. Z tej katastrofy jacyś rozbitkowie będą i ja tych rozbitków przecież nie będę dobijał. Nie będę się cieszył z rozmiarów katastrofy.

Ja bym wręcz chciał minimalizować rozmiar tej katastrofy i dlatego uważam, że najlepiej zrobiliby koledzy i koleżanki z Prawa i Sprawiedliwości, żeby nie czekali, aż degrengolada się pogłębi i już w tej chwili dokonali parcelacji tej masy upadłościowej, tego mamuta…

Ale im dobrze życzysz, naprawdę, z całego dziecięcego serca.

Życzę wszystkim, żeby się sytuacja urealniła, to znaczy, żebyśmy stanęli w prawdzie. A to ścierwo, przepraszam, już lekko zalatujące – tego mamuta, jakim był obóz Zjednoczonej łże-Prawicy, który zalega i blokuje polską scenę polityczną – trzeba elegancko uprzątnąć i się urealnić. Przecież nikt nie trzyma tych ludzi, nic tych ludzi ze sobą nie łączy poza wizją powrotu do koryta, powrotu do wszechwładzy. Naprawdę, jeszcze nie z wszystkich głów ten szampan odparował i ponieważ się to już więcej nie wydarzy, to niech koledzy się jakoś skromnie urealnią i wtedy szybciej dokonamy ustaleń, które są rzeczywiście niezbędne, żeby Senatu nie przegrać. A Senat będzie przegrany, jeśli cała prawica – i Konfederacja Korony Polskiej, i centroprawica – czyli neo-Konfederacja, i centrolewica z patriotycznymi, więc prawicowymi sentymentami, czyli PiS, weźmie tylko 49 miejsc w Senacie.

A możemy go wygrać, o czym mówiliśmy na konferencji prasowej w Kielcach 22 grudnia.

Dziękuję za rozmowę!

I oddali dary… MEM-y VIII.

——————————-

———————-

———————–

————————-

——————–

————————–

—————————–

To wątpliwa reklama.. md

————————-

——————————-

————————————————


Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Ponad pół miliarda dolarów na inwestycje w 4 amerykańskie bazy wojskowe w Polsce. Zapłacimy!! Pomożemy biednym Jankesom.

Ponad pół miliarda dolarów na inwestycje w 4 amerykańskie bazy wojskowe w Polsce. Zapłaci za nie Polska

nvestmap.pl/ponad-pol-miliarda-dolarow-na-inwestycje-w-4-amerykanskie-bazy-wojskowe

Rząd Stanów Zjednoczonych zaakceptował plan inwestycji w cztery amerykańskie bazy wojskowe w Polsce — w Drawsku Pomorskim, Powidzu, Łasku i Wrocławiu. Łączna wartość prac to ponad 500 mln dolarów, jednak wszystkie koszty pokrywa strona polska. Informację ogłosił wiceminister obrony Cezary Tomczyk.

USA dają zgodę, Polska płaci. „To jedna z najmocniejszych gwarancji naszego bezpieczeństwa”

Wiceminister obrony Cezary Tomczyk poinformował, że rząd USA zaakceptował plan inwestycji w cztery bazy wojskowe w Polsce.

Na platformie X napisał: „Rząd Stanów Zjednoczonych zaakceptował plan inwestycji ponad 500 milionów dolarów w czterech bazach w Polsce – Drawsko Pomorskie, Powidz, Wrocław i Łask. Współfinansujemy obecność amerykańską, bo to jedna z najmocniejszych gwarancji naszego bezpieczeństwa!”

Choć sformułowanie „zaakceptował plan inwestycji” może sugerować współfinansowanie, w rzeczywistości całość środków pochodzi z budżetu Polski. USA jedynie zatwierdziły zakres prac, które wpisują się w zobowiązania wynikające z umowy EDCA (Enhanced Defense Cooperation Agreement).

504 mln dolarów na cztery bazy. Co obejmują inwestycje?

Zgodnie z dokumentami, zaakceptowanymi przez administrację USA, Polska sfinansuje m.in.:

rozbudowę poligonu w Drawsku Pomorskim (woj. zachodniopomorskie),

modernizację bazy sił lądowych w Powidzu (woj. wielkopolskie),

ulepszenia infrastruktury w bazach lotniczych w Łasku (woj. łódzkie) i we Wrocławiu.

To element szerszego pakietu inwestycji, które mają zapewnić odpowiednie warunki dla obecności wojsk USA w Polsce.

Ustawa NDAA i gwarancje obecności wojsk USA w Europie

W grudniu 2025 r. Kongres USA przyjął ustawę NDAA, regulującą wydatki obronne, którą podpisał prezydent Donald Trump. Dokument zawiera zapis, że liczba żołnierzy USA w Europie nie może spaść poniżej 76 tys., o ile nie zostaną przedstawione szczegółowe raporty uzasadniające redukcję.

W ustawie nie przewidziano żadnego bezpośredniego amerykańskiego finansowania dla baz w Polsce. Inwestycje w cztery polskie lokalizacje zostały wpisane jako te, które realizuje strona polska.

10 tysięcy amerykańskich żołnierzy w Polsce

Obecnie w Polsce stacjonuje około 10 tys. żołnierzy USA, z ponad 80 tys. rozmieszczonych w całej Europie. Ich obecność jest uznawana za ważny element odstraszania potencjalnych zagrożeń.

Jednocześnie pojawiają się pytania o przejrzystość finansowania.

Co warte podkreślenia, inwestycje w amerykańskie bazy w Polsce są potrzebne, ale brakuje przejrzystości co do podziału kosztów i rzeczywistych korzyści. Oficjalne komunikaty mogą sugerować wspólne inwestycje, choć w praktyce to Polska pokrywa całość kosztów.

Amerykański kompleks magazynów w Powidzu, w Wielkopolsce – jedna z największych tego typu baz poza Stanami Zjednoczonymi. U.S. Army

U.S. Army

Dwa odcinki frontu

Dwa odcinki frontu

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” (prawy.pl)    6 stycznia 2026 michalkiewicz

Ty Żydu, gestapowcze!” – cytuje w jednym ze swoich reportaży Anna Strońska wyzwisko kobiety, która w tych dwóch słowach zamknęła dwie największe nienawiści swojego życia. Strońska nie wspomina, by tę kobietę zawlókł przed nienawistny sąd Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych, którego działacze uczynili sobie z polowania na nienawistników przyjemny sposób na życie.

Dzisiaj byłoby już inaczej. Dzisiaj obowiązuje rozkaz, że nienawiść ma być znienawidzona, a kiedy wejdzie w życie uchwała Rady Ministrów o zwalczaniu antysemityzmu i wspieraniu życia żydowskiego w naszym bantustanie, to nienawistnicy jak jeden mąż wylądują w dołach z wapnem – z wyjątkiem tych, którzy się w porę pokajają, to znaczy – złożą samokrytykę, a których w związku z tym Żydowie każą zostawić przy życiu, żeby było komu pożyczać pieniądze na wysoki procent. Bo pieniędzy będzie w bród, choćby z tak zwanych „roszczeń” dotyczących „własności bezdziedzicznej”. Kiedy już Żydowie w ramach realizacji „roszczeń” uzyskają tytuły własności, to pozostawionych przy życiu głupich gojów nie powyrzucają z nieruchomości, tylko ich oczynszują – no a potem będą pożyczać im pieniądze na wysoki procent, żeby im starczyło na świadczenia – i będzie gites tenteges.

Żeby jednak ta świetlana przyszłość mogła się zrealizować bez jakichś nieprzyjemnych zgrzytów, trzeba nie tylko najpierw ustanowić ustawy norymberskie przeciw antysemityzmowi, żeby głupie goje poczuły mores, potem odpowiednio nastawić nienawistne sądy, by surowa ręka sprawiedliwości spadała antysemitnikom na karki w postaci ostrza gilotyny, a kiedy już wszyscy zostaną prawidłowo wytresowani, to wtedy przyjdzie pora na zasadniczą część operacji. Nikt chyba nie ma wątpliwości, że z uchwaleniem norymberskich ustaw przeciw antysemityzmowi będzie jakiś problem.

Zgraja obywatela Tuska Donalda pouchwala, co tam będzie trzeba, być może działając ramię w ramię z Prawem i Sprawiedliwością, podobnie, jak bywało w przypadku Anschlussu, czy upoważnienia prezydenta Kaczyńskiego do ratyfikacji traktatu lizbońskiego, pod którego rządami nasza biedna ojczyzna przeżywa takie paroksyzmy. Skoro bowiem Mateusz Morawiecki najwyraźniej przystąpił do realizacji kolejnej części swego zadania, to znaczy – neutralizowania PiS poprzez podzielenie go na frakcje, to po delegalizacji Konfederacji Korony Polskiej oraz Konfederacji Sławomira Mentzena, na placu pozostanie tylko Volksdeutsche Partei z satelitami. Wtedy przyjdzie czas na przypomnienie wiekopomnej uchwały Krajowej Rady Narodowej z początków PRL-u, że partii jest za dużo, że wystarczą trzy, zgodnie ze spostrzeżeniem starożytnych Rzymian, że omne trinum perfectum, co się wykłada, że wszystko, co potrójne, jest doskonałe.

Z czasem jednak drogę zacznie torować sobie pogląd, że trzy, to też za dużo. Po co trzy, kiedy przecież wystarczy jedna? Wtedy satelici Volksdeutsche Partei zleją się z Partią Przewodniczką, malkontentów oskarży się o antysemityzm, wylądują w dole z wapnem i wtedy zdobywczym krokiem wejdziemy do Generalnej Guberni, która tym będzie się różniła od poprzedniej Generalnej Guberni, że w tamtej Żydowie też znajdowali się w centrum uwagi – ale jako holokaustnicy, podczas gdy teraz, to znaczy – na obecnym etapie, kiedy to jest rozkaz, by Żydów nosić na rękach, będą też w centrum uwagi, ale nie jako holokaustnicy, tylko – jako Herrenvolk.

A jeśli zmieni się etap, to chyba nikt nie ma wątpliwości, że nasza Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, która teraz nie pozwoli nikomu wyprzedzić się w gorliwości, gdyby padł inny rozkaz, też nie dałaby się nikomu w gorliwości wyprzedzić? W przeciwnym razie trudno byłoby zrozumieć nacisk na powszechny charakter nauczania młodzieży o holokauście, obejmującego również najdrobniejsze szczegóły techniczne.

Wróćmy jednak do owej kobiety, co to w dwóch słowach zamknęła dwie największe nienawiści swojego życia. Kiedy z racji obowiązków zawodowych czytuję regularnie wydawaną przez tubylczy Judenrat „Gazetę Wyborczą”, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że i on, to znaczy – Judenrat – też kieruje się dwiema nienawiściami. Pierwsza nienawiść dotyczy „faszystów”, przy czym faszystą w rozumieniu Judenratu jest każdy, kto Judenratu nie słucha. Z prawdziwym faszyzmem nie ma to oczywiście nic wspólnego, bo prawdziwy faszyzm wcale nie polega na tym, żeby nie lubić Żydów, czy podnosić rękę w rzymskim salucie, tylko na przekonaniu, że państwo jest wszystkim, że poza państwem nie ma życia. Wyraził to bardzo ładnie twórca faszyzmu, Benito Mussolini: „wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu”.

O Żydach – jak widzimy, nie ma tu ani słowa, podobnie jak w sześciu prawdach wiary katolickiej. Tymczasem JE Grzegorz kardynał Ryś, zaraz po ingresie, a jeszcze przed instruktażowym spotkaniem z panem rabinem Schuldrichem zapowiada, że będzie zwalczał antysemityzm, ale nie jako przestępstwo – bo tym będzie się zajmowało „państwo” czyli „tron”, podczas gdy Kościół, czyli „ołtarz”, będzie się zajmował antysemityzmem na odcinku eschatologicznym, jako „grzechem”, który nie będzie odpuszczony ani na tym świecie, w każdym razie – w Archidiecezji Krakowskiej – ani na tamtym. Więc chociaż w katechizmowych sześciu prawdach wiary o Żydach nie ma ani słowa, to widocznie nic nie szkodzi, bo w „Najnowszym Testamencie”, który podobno przygotowywany jest w ramach „dialogu z judaizmem”, na pewno stosowne wzmianki już się znajdą.

Wydawać by się w związku z tym mogło, że skoro tak, to Judenrat powinien Kościół wspierać. Tymczasem lektura „Gazety Wyborczej” prowadzi do całkiem innych wniosków. Podobnie jak dla Judenratu „Trybuny Ludu”, który sprawował rząd dusz w naszym bantustanie za pierwszej komuny, kolejne pokolenie tamtego Judenratu, które tworzy Judenrat obecny, zwalcza Kościół katolicki, jak tylko może i gdzie tylko może. Przy pomocy dwóch wyspecjalizowanych publicystów, pana mec. Nowaka, co to twierdzi, że był w młodości molestowany i pana Obirka, który w swoim czasie, jako ojciec jezuita, mógłby chyba pana mec. Nowaka nawet molestować, Juderat próbuje przyprawić przewielebnemu duchowieństwu katolickiemu wizerunek zbiorowiska porażonego priapizmem, co to molestuje panienki niczym tornado – od Bałtyku po gór szczyty.

Ale to tylko jeden, obyczajowy, czy nawet rozporkowy odcinek frontu ideologicznego, bo Kościół katolicki atakowany jest przez Judenrat również na odcinku politycznym oraz ideologicznym. Świadczy o tym publikacja natchnionego autora, że nie było takiego faszyzmu, z którym Kościół nie byłby za pan brat. Abstrahując od trafności tej opinii, warto zwrócić uwagę, że w tej sytuacji umizgi Jego Eminencji Grzegorza kardynała Rysia do rabina Schuldricha i w ogóle – do Żydów, mogą nie przynieść mu spodziewanych rezultatów. Kiedy bowiem przyjdzie do ostatecznego rozwiązania kwestii katolickiej w naszym bantustanie, to Eminencji nic nie pomoże, podobnie, jak innym członkom „reakcyjnego kleru” – bo Juderat najwyraźniej jest zdecydowany odciąć nasz mniej wartościowy naród tubylczy nawet od takiej namiastki szlachty, jaką próbuje być przewielebne duchowieństwo katolickie.

Stanisław Michalkiewicz

Pentekostalizacja. Charyzmatyzm. Aparycjonizm.

Magiczny katolicyzm. Droga do ośmieszenia wiary

Paweł Chmielewski pch24.pl/magiczny-katolicyzm-droga-do-osmieszenia-wiary/

(Fot. GSz)

Pentekostalizacja religii w Polsce z roku na rok przybiera na sile. To ogromne zagrożenie dla katolicyzmu. Ideologia pentekostalna jest jak budowanie na piasku – nie pozwala uzasadnić wiary, przeciwnie, wystawia ją na ryzyko łatwej falsyfikacji – pisze Paweł Chmielewski.

Katolicyzm w naszym kraju – tak jak na całym świecie – ulega pentekostalizacji. Oznacza to odchodzenie od racjonalności wiary na rzecz irracjonalizmu. Objawienia Boga w Chrystusie, nauka Ojców Kościoła, wykłada wiary w ujęciu papieży i wielkich świętych – nie to staje się źródłem i podstawą wiary, ale emocje, przeżycia, rzekome objawienia, autorskie wizje i sensacyjne teorie. 1 list św. Piotra uczy, że katolik musi być gotów uzasadnić swoją wiarę: „Bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest”. Słusznie – bo na co komu wiara, której nie da się nikomu przekazać? Wiara chrześcijańska jest racjonalna, bo człowiek jest co do zasady racjonalną istotą – jej głoszenie zakłada zatem używanie rozumu. W katolicyzmie pentekostalnym rozum schodzi jednak na dalszy plan. Rozumny Logos Objawienia zastępują magiczne treści, których nie da się zweryfikować. W ten sposób wiara wystawiana jest na pośmiewisko – katolicyzm magiczny poprzez swój irracjonalizm staje się antyświadectwem. Chciałbym poniżej przedstawić krótko kilka przestrzeni irracjonalizmu, które istnieją dziś w polskiej religijności formalnie katolickiej, choć w istocie – pentekostalnej.

Charyzmatyzm na fali
Nie ma żadnych danych dotyczących skali charyzmatyzacji polskiego katolicyzmu – ale wystarczy popatrzeć na rzeczywistość parafialną, żeby zobaczyć jak, jak bardzo popularne są charyzmatyczne eventy. Niedawno jeden z nich odbywał się w mojej warszawskiej parafii. Kościół niemal pękał w szwach, choć jest tak duży, że w zwykłą niedzielę trudno go zapełnić. Przekrój wiernych? Pełen – od dzieci, przez nastolatków i młodych dorosłych, po ludzi w średnim i nawet starszym wieku. Wszyscy zanurzeni w charyzmatycznym uwielbieniu, radości, egzaltacji: zamknięte oczy, wzniesione wysoko ręce, poruszająca emocjonalna muzyka, światła. Punkt kulminacyjny: nakładanie rąk. Wierni masowo podchodzili do świeckiego lidera, który ich dotykał. Liczyli na poruszenie łaski, odzyskanie zdrowia. Jedno wydarzenie, ale symptomatyczne dla setek innych, odbywających się w całej Polsce. Tak wygląda chrześcijaństwo charyzmatyczne – pragnie silnych emocji, głębokiego psycho-somatycznego zanurzenia we wspólnotowym obrzędzie, a nade wszystko pragnie uzdrowienia. Liderzy charyzmatyczni obiecują je szerokim gestem. Mówią, że mają specjalny dar – widzą, kiedy ktoś choruje, widzą, na co. To sam Pan Bóg poucza ich o stanie zdrowia drugiego człowieka w akcie cudownego przełamania zwykłych ograniczeń rzeczywistości. W kolejnym cudownym akcie pozwala im ich uzdrowić.

Fantazyjne nabożeństwa czy wielkie, ekstatyczne koncerty to wcale nie jedyna postać „uzdrowieniowej” pentekostalizacji polskiego katolicyzmu. W Toruniu, moim rodzinnym mieście, minąłem niedawno wielkie billboardy obiecujące zdrowie dawane przez popularną świętą. Przyjdź, pomódl się – smutek zniknie, choroba zniknie, wszystko będzie dobrze. Automat?

Oferta religijnego uzdrowienia jest coraz gęstsza – obejmuje internet, parafie, sanktuaria. W latach 90. znakomitą popularnością cieszyły się telewizyjne programy, które obiecywały zdrowie. „Ręce, które leczą” – po tych programach nie został ślad, ale to, co stanowiło wówczas domenę bynajmniej niekatolickiego bioenergoterapeuty, stało się dziś elementem życia kościelnego w zwykłych parafiach. To już nie ostrożna zachęta klasycznego polskiego katolicyzmu: pojedź do Częstochowy, klęknij przed Matką Bożą, a jeżeli Bóg zechce, doznasz uzdrowienia. Dziś nie ma miejsca na subtelności ani na warunkowość. Cuda są na wyciągnięcie ręki, jak zupka instant.

Wszędzie objawienia
Kolejnym integralnym elementem pentekostalizacji jest aparycjonizm, czyli skupienie życia religijnego na rzekomych objawieniach prywatnych. W przeciwieństwie do charyzmatyzmu, aparycjonizm jest obecny również w niektórych środowiskach pozornie konserwatywnych. Rygorystyczna moralność i zewnętrzna wierność wobec katolickich tradycji łączy się w nich z nieustannym korzystaniem z usług tego czy innego medium – żyjącego albo nie. „Przekazy z Nieba”, pseudo-mistyczne wizje, tajemnicze komunikaty – to one stają się źródłem religijnej codzienności grup albo prostu oddzielonych od Kościoła sekt, które gromadzą się fizycznie albo w sieci wokół świeckich liderów lub księży zanurzonych w aparycjonizmie. Niektórzy regularnie wożą ludzi do niezatwierdzonych przez nikogo centrów pielgrzymkowych powstałych wokół działających samozwańczych mediów; inni takie medium mają po prostu przy sobie, we własnej grupie; jeszcze inni kurczowo czepiają się pism rzekomych mistyków, niestety, wydawanych w dużych nakładach przez popularne wydawnictwa, kierujące się najwyraźniej głównie wizją solidnych zysków z łatwowierności. Do aparycjonizmu można też zaliczyć też niezwykle popularne powoływanie się na… diabła. Część katolików, nierzadko „prawicowych” – należą do nich nawet księża! – posługuje się chętnie rzekomymi „cytatami z diabła”, które miały padać podczas egzorcyzmów i dowodzić prawdziwości Chrystusowej wiary.

Tajne rządy sług antychrysta
Wreszcie – to fenomen już niemal par excellence „prawicowy” – w sieci rozkwitają kanały szerzące teorie mające wyjaśniać kryzys katolicyzmu odwołaniem do działalności tajnych grup, stowarzyszeń czy sekt. Traktują teorie dotyczące nowego porządku świata jak naukowe wyjaśnienia rzeczywistości, odwołują się co chwilę do pseudo-mistycznych wizji panowania Antychrysta, dokonują reinterpretacji tajemnic fatimskich, ujawniają „prawdziwą agendę” biskupów, kardynałów czy papieży powołując się na autorsko połączone sensacyjne fakty. Często dotyczy to papieża, co w gruncie rzeczy przypomina rdzennie luterańską krytykę biskupa Rzymu. Ten, kto zasiada na tronie św. Piotra ma być antychrystem albo przynajmniej pozostawać pod jego władzą, mówią zwolennicy tych teorii, wchodząc w buty herezjarchy z Wittenbergi. Autorzy takich materiałów chętnie sięgają też po odległe geograficznie od Polski wydarzenia polityczne czy religijne, by poprzez nieweryfikowalne powiązania personalne albo połączenie tych wydarzeń z jakimś rzekomym proroctwem udowodnić, że kontrolę nad światem i Kościołem przejmuje szatan.

Groźba antyświadectwa
Niektórzy wykształceni świeccy czy duszpasterze uważają, że to wszystko, nawet jeżeli mało racjonalne, w ostateczności jest jednak akceptowalne: odpowiada na jakieś zapotrzebowanie ludzi, mimo wszystko wiąże ich z Kościołem i praktykami religijnymi, umacnia w przywiązaniu do wiary. Jedni wskażą na pożyteczność masowych koncertów charyzmatycznych, inni na wartość płynącą z pielgrzymowania do miejsc rzekomych objawień, jeszcze inni na logiczną spójność teorii spiskowych, pozwalającą mniej oczytanym wiernym wytłumaczyć świat i pozostać przy tradycyjnej religijności.

Stawiam tezę, że lekceważenie problemu uzielonoświątkowienia polskiego katolicyzmu jest fundamentalnym błędem, a opisane wyżej zjawiska, w różnej skali i natężeniu, stanowią w istocie śmiertelne zagrożenie dla religii katolickiej. Przyczyna tego stanu rzeczy jest prosta: religijność, która nie jest rozumna, nie pozwala się uzasadnić. Co nie pozwala się uzasadnić, jest nie do obrony. Niezdolność do obrony własnej nadziei jest sprzeczna z Ewangelią – i w ostatecznym rozrachunku przyczynia się do ośmieszenia chrześcijaństwa. Jest antyświadectwem, a co za tym idzie – moralną zbrodnią. Przejdę krótko przez wszystkie opisane wyżej zjawiska, po kolei, właśnie pod kątem ich nieracjonalności, a co za tym idzie niemożliwości uzasadnienia.

Brak uzasadnienia uzdrowień i relacji
Charyzmatyczne uzdrowienia?. Są całkowicie subiektywne: charyzmatyczny lider twierdzi, że widzi jakąś chorobę, a chory twierdzi, że czuje się lepiej. Kościół katolicki na przestrzeni wieków wykształcił procedurę skrupulatnego badania uzdrowień. W toku takiej procedury często dochodzi się do wniosku, że dany przypadek nie ma wcale znamion cudowności, ale jest możliwy do wytłumaczenia w kategoriach naturalnych. W przypadku charyzmatycznych uzdrowień nie ma żadnych procedur ani żadnej weryfikacji. Zakłada się, że Boże cuda – zawieszenie naturalnego porządku – następują wręcz w masowej skali, za sprawą szczególnych właściwości danego charyzmatycznego lidera. Czasem lider twierdzi, że może przedstawić dokumentację medyczną – choroba była a potem zniknęła. Czy jest to jednak zakotwiczone akurat w jego modlitwie? Nie do sprawdzenia. Jeżeli ktoś oprze swoją wiarę w Jezusa Chrystusa jako Syna Bożego właśnie na takich rzekomych uzdrowieniach, szybko może głęboko się rozczarować. Kiedy okaże się, że dane uzdrowienie było pozorne albo tylko tymczasowe, straci fundament wiary, a w efekcie i samą wiarę. Dotyczy to zarówno uzdrowionego jak i tych, którym to uzdrowienie było komunikowane. Budowanie religijności na niezweryfikowanych uzdrowieniach jest skrajnie narażone na falsyfikację i stąd jest krytykowanym przez Jezusa Chrystusa budowaniem na piasku.

Podobnie jest z charyzmatycznymi emocjami. Ludzie wprowadzani w rodzaj psychosomatycznego transu są przekonani, że wchodzą w szczególny kontakt z Bogiem, zwykle w Trzeciej Osobie – z Duchem Świętym. Jest to oparte wyłącznie na subiektywnym samopoczuciu, na wywoływanym na skutek obrzędowości charyzmatycznej stanie quasi-mistycznym. Kościół przestrzegał zawsze przed poszukiwaniem doświadczeń mistycznych – tu stają się tymczasem normą i niejako codziennością. Tymczasem korzystając ze zwykłego aparatu poznawczego, jaki posiada współczesność dzięki naukom tłumaczącym funkcjonowanie ludzkiego umysłu, łatwo wykazać, że chodzi po prostu o odczucia, które nie muszą mieć nic wspólnego z Bogiem. Chodzi raczej o obcowanie umysłu z samym sobą wśród wielkich emocji wywołanych umiejętnym budowaniem atmosfery przez charyzmatycznego lidera czy organizatora danego spektaklu. Kiedy osoba zanurzona w duchowości charyzmatycznej lub jej bliscy zrozumieją, że to, co brała za kontakt z Duchem Świętym, jest zwykłym złudzeniem albo po prostu manipulacją, może łatwo stracić wiarę.

Głosy z nieba – czy głosy ludzi
Problem z aparycjonizmem jest czy raczej powinien być równie oczywisty. Kościół katolicki tylko w wyjątkowych przypadkach – na przestrzeni całych jego dziejów było ich relatywnie niewiele – uznaje duże prawdopodobieństwo prawdziwości danego prywatnego objawienia. Dlaczego? Proszę zauważyć, jak wiele trudu, czasu, pracy i zaangażowania wymaga od katolika uzasadnienie prawdziwości Objawienia danego w Chrystusie. Tłumaczy się je zapowiedziami Proroków, cudami Zbawiciela, świadectwem tych, którzy widzieli Jego działalność, wreszcie niezwykle mocną wiarą w Zmartwychwstanie, trudną do wytłumaczenia jako jakaś rzekoma masowa iluzja… Tymczasem dziś pojawiają się niezliczone prywatne pseudo-objawienia: Matka Boża ma pojawiać się w najrozmaitszych miejscach, od Medjugoria po Garabandal; jako „wizjonerzy” zgłaszają się ludzie, którzy bezceremonialnie twierdzą, że mówi do nich sam Pan Bóg – bez żadnej weryfikacji i żadnego sprawdzenia. Nie tak dawno jeden z polskich księży publikował w sieci… smsy od Pana Boga. W żaden sposób nie da się tego udokumentować ani obronić – apologetyka jest tu po prostu niemożliwa, bo mamy do czynienia ze zjawiskiem „prywatnym”, czyli całkowicie subiektywnym i nieweryfikowalnym. W historii – również historii niedawnej – niejednokrotnie okazywało się, że rzekome „medium” było w istocie cynicznym fałszerzem, wykorzystując łatwowierność pobożnych ludzi. Płyną z tego ogromne szkody – przekazywanie wiary niewierzącym jest na takiej podstawie niemożliwe, a racjonalnie myślący poganie pukają się w głowę, kiedy słyszą, że ktoś jako argument za wiarą w Zmartwychwstałego podaje czyjeś prywatne wizje.

O wspomnianym wcześniej cytowaniu diabła jako źródła prawdy trudno choćby poważnie myśleć, bo to zabieg potrójnie pomylony. Po pierwsze dlatego, że rzekome cytaty są, co oczywiste, niezweryfikowane, czyli już w punkcie wyjścia potencjalnie sfabrykowane. Po drugie, nawet gdyby były prawdziwe (co więcej niż wątpliwe), to powoływanie się na Ojca Kłamstwa jako na autorytet mający uzasadniać Boże dzieło jest metodą, którą adekwatnie można określić jako umysłowa perwersja. Po trzecie, egzorcyzmy zgodnie z prawem kościelnym powinny być traktowane ze szczególną ostrożnością, przeprowadzane bez szukania sensacji, w duchu pokory i spokoju. Powoływanie się na rzekome słowa diabła godzi w ducha lub nawet konkretne przepisy prawa kościelnego.

Spiskowa teoria dziejów Kościoła
Wreszcie – teorie spiskowe. Słyszy się na przykład, że Kościołem rządzą „masoni” albo po prostu „sataniści”. Ich konkretna tożsamość jest nieznana – autorzy takich teorii nie mogą wskazać żadnego nazwiska, co zresztą tłumaczą faktem tajności omawianych grup. Wiadomo, że są – ale nie wiadomo, kto to… W przypadku kościelnym mówi się co najwyżej, że masonem „był Buginini”, architekt nowej Mszy świętej. Problem w tym, że o Bugninim tego nie wiadomo – owszem, „mówi się”, że był masonem, ale żadnych dowodów nie ma – to tylko jedna z możliwości wyjaśnienia jego działań. Zwolennicy pseudo-prawicowych kościelnych teorii spiskowych twierdzą jednak, że istnienie tajnych grup rządzących Watykanem jest całkowicie „pewne” – pod warunkiem, że z góry uzna się, że takie grupy muszą istnieć. Podobnie jest w przypadku budowaniu narracji o kryzysie w Kościele na podstawie rzekomej cynicznej „gry” Watykanu w sprawie objawień Fatimskich. Choć przesłanie Matki Bożej dane dzieciom Fatimskim jest dobrze znane i rzetelnie opisane, wielu szukających sensacji autorów próbuje się na podstawie różnych sugestii tworzyć wrażenie kłamstw Watykanu, który miałby chcieć ukrywać „prawdę” przed katolikami. Oprócz tego, że rzecz jest jak zwykle w takich przypadkach nie do udowodnienia, służy jeszcze perfidnemu podważeniu autorytetu Stolicy Apostolskiej, przedstawianej tu jako źródło kłamstw religijnych, co znowu odsyła do metodologii rdzennego luteranizmu. W sumie: żadnej weryfikowalności, co tak samo jak w poprzednich przykładach wystawia adherentów takiego światopoglądu już nawet nie tyle na ryzyko intelektualnej kompromitacji, co raczej na nieuchronną konieczność falsyfikacji ich w jakiejkolwiek uczciwej debacie.

Magiczne myślenie
Katolicyzm uzielonoświątkowiony, pentekostalny – to katolicyzm magiczny. W myśleniu magicznym rozumność nie ma większego znaczenia. Do połączenia ze sobą są rzeczy, których przy normalnym użyciu intelektu, dbając o wiarygodność argumentacji, połączyć nigdy by się nie dało. Nic nie wymaga tu racjonalnego uzasadnienia, bo uzasadnieniem jest emocja. Na przykład: „Jestem na koncercie charyzmatycznego lidera i czuję wielkie emocje = jestem w kontakcie z Duchem Świętym”. Albo: „Znany lider charyzmatyczny kładzie na mnie ręce, pod wpływem emocji przestaję odczuwać dolegliwość = Bóg dokonał cudu uzdrowienia”. Dalej: „Treść rzekomego objawienia mówi o upadku ludzkości, a świat w mojej ocenie zmierza w złą stronę = objawienie jest prawdziwe i pochodzi od Boga, a jego przekaziciel to prorok”. Czy też: „Dany hierarcha głosi modernizm pokrewny klasycznym ideom masonerii, a papież akceptuje jego działalność = zarówno hierarcha jak i papież to masoni zrzeszeni w tajnej organizacji o de facto satanistycznym profilu”.

Czy to znaczy, że nie ma uzdrowień, prawdziwych objawień prywatnych albo tajnych grup wpływu umocowanych również w Kościele? Bynajmniej. Uzdrowienia są możliwe i jak uczy Kościół, rzeczywiście się zdarzają; Bóg może mówić do ludzi również dzisiaj i Kościół rozpoznaje niektóre z takich wydarzeń jako prawdopodobnie prawdziwe; grupy wpływu w części są nawet jawnym faktem, wystarczy przywołać przynależność wielu znanych hierarchów do takich organizacji jak Rotary Club – albo odwołać się do homoseksualnych klik wewnątrz katolickiej hierarchii, które stwarzają sui generis oparte na grzechu i nieprawości paralelne społeczeństwo w obrębie Kościoła.

Wszystko, co napisałem w powyższych akapitach, nie oznacza zatem niemożliwości cudów, objawień czy istnienia grup wpływu – oznacza jedynie, że do tego typu fenomenów należy podchodzić z wielką ostrożnością i zdrowym sceptycyzmem, tak, by móc uzasadnić to, co się dalej głosi.

Kryzys formacyjny. Seminaria i katechizacja
Dlaczego sytuacja jest dziś tak trudna? Dlaczego tak wielu katolików popada w pentekostalne błędy, tego lub innego typu? Przyczyny można mnożyć, ale narzucają się dwie: głęboko niezadowalająca formacja w seminariach i związana z tym problemem czy zgoła z niego wynikająca, niskiej jakości katechizacja wiernych. Księża opuszczają mury seminaryjne nierzadko z mętlikiem w głowie: nie otrzymują jasnych wytycznych w sprawie filozofii, którą należy się kierować, naucza ich się najrozmaitszych, często sprzecznych ze sobą kierunków teologicznych… Brakuje jednoznacznego przywiązania do racjonalności czy też rozumności wiary.

Można powiedzieć, że papież Leon XIII wiedział, co robi, apelując o uczynienie podstawą kształcenia księży nauki św. Tomasza z Akwinu. Zainicjowana przezeń odnowa neotomistyczna nie przetrwała jednak połowy XX wieku, a po II Soborze Watykańskim w wielu seminariach prawdziwymi „doktorami” stał się raczej Karl Rahner, mówiąc oczywiście w pewnym uproszczeniu. Formacja seminaryjna pełna niedostatków uniemożliwia później rzetelną katechizację. Księża przekazują wiernym to, co sami otrzymali: nierzadko poważny teologiczny bałagan. Kończy się właśnie tak, jak opisane w tekście: powszechnym chaosem i dużą łatwością popadania zarówno przez księży jak i wiernych w różne błędy. To, co atrakcyjne i pozornie pobożne, jawi się jako słuszne – niezależnie od zgodności z pryncypiami wiary katolickiej.

„Bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest”, mówi Apostoł. Kto głosi w sprawach wiary rzeczy, których nie jest w stanie uzasadnić, kompromituje wiarę i szkodzi Kościołowi. Wszystko, co mówimy o rzeczach świętych, musi być dobrze uzasadnione – opieranie się na rzeczach niezweryfikowanych oznacza w istocie lekkie podejście do wiary, a to zakłada lekkie traktowanie samego Boga. Traktujmy Boga poważnie – i głośmy katolicką, racjonalną wiarę, a nie magiczne, irracjonalne zabobony.

Paweł Chmielewski

„Europa nie może sobie pozwolić na silną zależność od USA w zakresie ropy i gazu”

Thomas Röper anti-spiegel.ru/europa-kann-sich-eine-starke-abhaengigkeit-von-den-usa-bei-oel-und-gas-nicht-leisten/

Teraz nawet w Der Spiegel

Europa nie może sobie pozwolić na silną zależność od USA w zakresie ropy i gazu”

Wbrew oskarżeniom Zachodu, Rosja nigdy nie wykorzystywała ropy i gazu jako narzędzia politycznego, podczas gdy USA nie wahają się tego robić. Teraz nawet Der Spiegel donosi, że UE „nie może sobie pozwolić na silną zależność od USA w zakresie ropy i gazu”.

Anti-Spiegel  6 styczeń 2026

Chociaż zachodni politycy i media konsekwentnie twierdzą, że Rosja wykorzystuje ropę i gaz jako narzędzie polityczne, a UE używa tego jako usprawiedliwienia dla odejścia od taniej rosyjskiej ropy i gazu, nikt nie potrafi przytoczyć ani jednego przypadku w ciągu około 50 lat, w którym Rosja dostarczała ropę i gaz do Europy. Dla Rosji to biznes, a nie polityka, i pomimo wszystkich kryzysów politycznych ostatnich 50 lat, nigdy nie było problemów z rosyjskimi dostawami ropy i gazu do Europy.

Jedyne problemy, które pojawiły się w przeszłości z dostawami z Rosji, wynikały z faktu, że niektóre kraje-odbiorcy zalegały z płatnościami przez ponad sześć miesięcy, a Rosja mimo to sumiennie dostarczała gaz przez sześć miesięcy, zanim wstrzymała dostawy. Szczegóły tych minionych kryzysów gazowych można znaleźć tutaj.

Ponieważ Stany Zjednoczone znane są z forsowania swojego programu politycznego za pomocą sankcji, gróźb i embarg, krytycy odejścia Europy od rosyjskiej ropy i gazu na rzecz dostaw ze Stanów Zjednoczonych konsekwentnie ostrzegają, że UE zamienia postrzegane zagrożenie zależności od rosyjskiej ropy i gazu na bardzo realne, w tym ryzyko, że Stany Zjednoczone wykorzystają ropę i gaz jako dźwignię polityczną.

„Europa nie może sobie pozwolić na silną zależność od ropy i gazu ze Stanów Zjednoczonych”.

Do tej pory uważano to za „rosyjską propagandę”, ponieważ europejscy politycy i dziennikarze, o których mowa, zawsze wychwalali bliską „przyjaźń” między USA a Europą. I oczywiście „przyjaciel” USA nigdy nie zrobiłby czegoś takiego Europejczykom!

Dlatego byłem bardzo zaskoczony, gdy znalazłem artykuł w „Der Spiegel” zatytułowany „Interwencja USA w Wenezueli – «Europa nie może sobie pozwolić na silną zależność od USA w zakresie ropy naftowej i gazu»”, w którym ekspert ds. energetyki w wywiadzie dla „Der Spiegel” ostrzega bez ogródek przed zależnością UE od USA w zakresie dostaw ropy naftowej i gazu.

W wywiadzie ekspert odpowiedział na pytanie, że Europa „nie może sobie pozwolić na silną zależność od USA w zakresie ropy naftowej i gazu”, na co „Der Spiegel” dopytywał, czy oznacza to, że USA „nie są już wiarygodnym dostawcą w perspektywie długoterminowej”. Odpowiedź eksperta była jednoznaczna:

„Nie ma obaw dotyczących dostaw amerykańskiego gazu ani ropy do 2030 roku. Stany Zjednoczone chcą sprzedawać Europejczykom jak najwięcej gazu. Jest to jednak dźwignia polityczna, którą administracja Trumpa wykorzysta do wywierania presji politycznej. Im bardziej Europa jest zależna od Stanów Zjednoczonych, tym bardziej może to być wykorzystywane do celów polityki zagranicznej. Niedawnym przykładem jest obecne prawo dotyczące łańcucha dostaw, które zostało osłabione pod presją ze strony USA”.

Przeczytanie tego w „Der Spiegel”, który do tej pory był największym przeciwnikiem rosyjskiej ropy i gazu, a orędownikiem amerykańskiej, było prawdziwym zaskoczeniem. Oczywiście nie oznacza to, że redakcja „Spiegla” zmienia zdanie, ale nigdy wcześniej nie widziałem tak jasnego oświadczenia na ten temat w „Spieglu”. 

Prawdziwe zagrożenie leży gdzie indziej.

Oczywiście, to, co opublikowano w „Der Spiegel”, to tylko połowa historii, ponieważ cała prawda jest taka, że ​​Europa jest już całkowicie zależna od USA w polityce energetycznej, i to nie tylko dlatego, że USA stały się największym dostawcą gazu do UE. Problem sięga znacznie głębiej, ponieważ USA uniemożliwiły UE jakiekolwiek zmiany w tej kwestii, dlatego Trump może sobie pozwolić na coraz bardziej agresywne traktowanie Europejczyków, bez możliwości ich interwencji.

Tak zwana „zależność od Rosji” tak naprawdę nie istniała, jak widzieliśmy od 2022 roku, ponieważ UE w ciągu niecałego roku znalazła alternatywę dla rosyjskiego gazu: amerykański skroplony gaz ziemny (LNG), który USA próbowały sprzedać Europie od ponad dekady, ale którego Europa nie chciała, ponieważ jest znacznie droższy niż rosyjski. UE była jednak w stanie zbudować infrastrukturę LNG od podstaw w ciągu roku i tym samym niemal całkowicie zastąpić tani rosyjski gaz rurociągowy.

Tak, LNG jest znacznie droższy. Tak, wyższe ceny niemal całkowicie zniszczyły konkurencyjność europejskiego przemysłu. Tak, doprowadziło to do znacznej inflacji. Ale: nikt nie musiał zamarzł i nikomu nie zgaszono światła.

Problem polega na tym, że UE nie ma możliwości po prostu powrotu do rosyjskiego gazu, gdyby Stany Zjednoczone pewnego dnia wywarły tak dużą presję w jakiejś nieakceptowalnej dla UE kwestii, że zagroziłyby odcięciem dostaw gazu. Powodem tego jest fakt, że Stany Zjednoczone de facto przejęły kontrolę nad niemal wszystkimi rurociągami, które mogłyby dostarczać rosyjski gaz do Europy – a bez rurociągów nie ma dostaw.

Stany Zjednoczone wysadziły Nord Stream – nie będę tu wnikał w legendę o ukraińskich nurkach – a inwestor blisko związany z Trumpem chce kupić pozostałą część gazociągu Nord Stream, aby – gdyby UE lub Niemcy chciały reaktywować Nord Stream – Stany Zjednoczone kontrolowały go. W ten sposób Stany Zjednoczone mogłyby decydować o uruchomieniu gazociągu, a jeśli tak, to również o kosztach przesyłu gazu.

Stany Zjednoczone faktycznie przejęły kontrolę nad Nord Stream. Stany Zjednoczone kontrolują teraz również ukraiński rurociąg, ale sprawa ta spotkała się z niewielkim zainteresowaniem mediów w Niemczech. Umowa surowcowa Trumpa z Ukrainą przewiduje, że Stany Zjednoczone przejmują kontrolę nad praktycznie całą ukraińską infrastrukturą, zwłaszcza energetyczną. Dotyczy to również rurociągu, co oznacza, że ​​to Stany Zjednoczone decydują, czy go reaktywować i zezwolić na dopływ rosyjskiego gazu do Europy, a jeśli tak, to po jakiej cenie.

Trzeci rurociąg, który istniał wcześniej, biegł z Rosji przez Białoruś i Polskę do Niemiec. Polska zamknęła go pod koniec 2021 roku, a biorąc pod uwagę jawnie antyrosyjskie (a nie do końca proniemieckie) stanowisko Polski, jest mało prawdopodobne, aby ten rurociąg kiedykolwiek został ponownie uruchomiony.. 

Zostaje tylko TurkStream, ale ten rurociąg jest już w pełni wykorzystany, a Stany Zjednoczone niejednokrotnie jasno dawały do ​​zrozumienia, że ​​również zamierzają go zamknąć.

Chociaż UE była w stanie w ciągu roku utworzyć tymczasowe terminale LNG, aby stopniowo wycofywać gaz z rosyjskich rurociągów, odwrotna sytuacja nie jest możliwa. Ponieważ istniejących rurociągów nie można ponownie uruchomić bez zgody USA, budowa nowych zajęłaby prawie dekadę.

Kilka lat temu Stany Zjednoczone postawiły sobie za cel kontrolowanie europejskiego rynku energii i już go osiągnęły.

UE stała się w ten sposób całkowicie zależna od USA i Stany Zjednoczone nie zawahają się wykorzystać tej sytuacji, jeśli tylko dostrzegą okazję. UE skutecznie wyeliminowała wszelkie teoretycznie możliwe wyjścia z sytuacji.

Wszystkie marzenia o odnawialnych źródłach energii są teraz bezużyteczne; dla UE szansa przepadła.

Shalom!! MEM-y V.

——————————–

—————————–

—————————-

———————–

———————–

[no, w USA to tylko „wierzący” i „liżący”]

—————————-

—————————

———————————

—————————-


Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano