Błąd bazy danych WordPressa: [Duplicate entry '8388607' for key 'wp_visitors_stat.id'] INSERT INTO `wp_visitors_stat` (`time`, `ip`) VALUES ('1792066035', '216.73.217.145')
„Mój tata jest teraz moją mamą” – pod takim tytułem Dzień Dobry TVN przedstawiło historię osoby, która przeszła tranzycję w dojrzałym wieku. Program wyemitowano 13 września 2026 roku, a jego bohaterką była Maria Jadwiga Minakowska, która wystąpiła w studiu wraz z córką Sarą. Sam materiał został przez TVN przedstawiony jako opowieść o tranzycji i odkrywaniu własnej tożsamości.
==========================
Muszę sprostować:
Żonaty, ojciec dzieciom, więc na pewno ma gen męski YX – Marek Minakowski pod starość obciął sobie jaja i pisiaka. Jest więc eunuchem, kastratem, i to w skrajnej wersji, jaką stosowano jedynie do „czarnych”. Bo tak okrutnie okaleczalisułtani, jak i cesarze Bizancjum – tylko murzynów. A majaki o tym, że jest się Napoleonem, czy Mona Lizą – dobrzy psychiatrzy, choć z trudem, ale leczą. MD]
======================================
TVN promuje antynaukowy genderyzm.
Problem nie polega na tym, że telewizja pokazuje tzw. „osobę transpłciową”. Polega na tym, że historia dotycząca niezwykle kontrowersyjnych i psychiatrycznie podejrzanych kwestii przedstawiana jest jako inspirująca opowieść obyczajowa, a widz nie otrzymuje równolegle informacji o sporach naukowych, ograniczeniach dostępnych badań oraz możliwych konsekwencjach medycznych poszczególnych procedur.
Kiedy media przedstawiają zmianę sposobu funkcjonowania człowieka w społeczeństwie jako „zmianę płci”, nie wyjaśniają jednocześnie czy jest to opis biologiczny, medyczny, prawny czy społeczny. Tymczasem odpowiedź zależy od tego, o którym aspekcie mówimy.
Jeszcze bardziej problematyczna staje się sytuacja, gdy z pojedynczej historii osobistej tworzy się argument dotyczący całej populacji. Historia konkretnego człowieka może być prawdziwa i autentyczna, ale sama w sobie nie rozstrzyga kwestii medycznych dotyczących wszystkich osób doświadczających dysforii płciowej.
Jednym z kluczowych elementów ideologii gender jest rozróżnienie pomiędzy płcią biologiczną, tzw. „tożsamością płciową” oraz społecznymi rolami związanymi z płcią. W debacie publicznej pojęcia te są często (celowo) mieszane, choć nie oznaczają tego samego. W ten sposób dochodzimy do sedna problemu, czyli sporu o rolę mediów. Czy ich zadaniem jest ideologiczne kształtowanie i „oswajanie” widzów ze skrajnie lewicowym sposobem postrzegania płci, czy raczej przedstawianie pełnego obrazu naukowego – włącznie z argumentami krytycznymi i wskazaniem podejrzenia choroby psychicznej u danego genderysty?
To, że starzy dewianci z problemami psychicznymi bawią się w autokastracje, to tylko jedna część problemu. Największe kontrowersje dotyczą bowiem sytuacji osób małoletnich, do których również trafia propaganda gender/neołysenkizmu. W międzynarodowych standardach opieki przepycha się już całe procedury obejmujące m.in. blokowanie dojrzewania za pomocą sztucznie podawanych hormonów. Jednocześnie, fachowa literatura medyczna wskazuje na konieczność omawiania potencjalnych skutków ubocznych, m.in. dotyczących gęstości kości, płodności i długoterminowych konsekwencji zdrowotnych.
Jeżeli telewizja pokazuje osobę, która dokonała głębokich zmian w swoim ciele, jako bohatera pozytywnej historii o „odnalezieniu siebie”, widz otrzymuje wyłącznie emocjonalną narrację. Znacznie rzadziej słyszy o nieodwracalności niektórych procedur, możliwych powikłaniach, kwestiach płodności czy sporach dotyczących leczenia osób małoletnich.
Absolutnie nie jest prawdą, że można sprowadzić ten temat do prostego komunikatu: „tranzycja jest zdrowa” i „normalna”. Rzeczywistość medyczna jest bardziej skomplikowana, a poszczególne procedury mają różny stopień odwracalności. Tym bardziej media powinny przedstawiać widzom pełną informację a tego nie robią. Przede wszystkim w ogóle nie pokazują problemów osób, które dokonały tzw. detranzycji w momencie, gdy zdały sobie sprawę, że zostały oszukane przez ideologów. Osobista historia tego czy innego dewianta nie jest żadnym dowodem naukowym na „normalność” „tranzycji”.
Jeżeli telewizja przedstawia kontrowersyjną procedurę medyczną, powinna zaprosić również lekarzy i badaczy prezentujących różne stanowiska, omówić jakość dostępnych badań i poinformować o ryzyku. Szczególnie dotyczy to materiałów, które mogą być oglądane przez młodzież.
NASZ KOMENTARZ: Prawdziwe dziennikarstwo nie powinno ograniczać się do oswajania odbiorcy z określoną, „jedynie słuszną” wizją świata. Jego rolą powinno być przede wszystkim stawianie pytań i przedstawianie faktów. Niestety, widz TVN zamiast pełnej informacji o medycznych i naukowych kontrowersjach związanych z „tranzycją”, otrzymał wyłącznie propagandową papkę, w której została ona znormalizowana i wręcz gloryfikowana.
Śledztwo CNN utrzymuje , że Rosja wysłała „14 satelitów” nad Bliski Wschód, co zdaniem funkcjonariuszy wywiadu dało Iranowi bezprecedensowe możliwości namierzania celów w przededniu dużych precyzyjnych ataków na bazy amerykańskie, które miały miejsce na początku tego roku:
CNN bada: Iran poprawił namierzanie amerykańskich aktywów. Oto, jak rosyjskie satelity prawdopodobnie pomogły
Czternaście rosyjskich satelitów szpiegowskich przeleciało nad amerykańską bazą wojskową w Arabii Saudyjskiej dwa dni przed niszczycielskim atakiem Iranu. Czas i kolejność lotów satelitów dały im dostęp do szerokiego spektrum danych, które, jak twierdzą przedstawiciele władz USA i międzynarodowe źródła wywiadowcze, pomogły Teheranowi przeprowadzić jedne z najprecyzyjniejszych ataków na amerykańskie aktywa. Relacjonuje Tamara Qiblawi z CNN.
Wciąż trudno uwierzyć, że to zaskoczenie dla Zachodu. Zaledwie wczoraj NATO RQ-4D – wariant niesławnego Global Hawk – został zauważony zaledwie kilka kilometrów od Krymu, prawdopodobnie obserwując cele naziemne w oczekiwaniu na nadchodzący atak ze strony Ukrainy:
W górnej części karty danych powyżej widnieje kod 7600 zapisany na czerwono. To międzynarodowy sygnał alarmowy informujący o utracie łączności. Wiele relacji twierdziło, że RQ-4 doznał awarii łączności i został zmuszony do szybkiej ucieczki z tego miejsca.
————————————–
Ale wracając do artykułu CNN, pojawia się jedno ważne pytanie: co mówią teraz wszyscy ci, którzy twierdzą, że Rosja z obojętnością dopuszcza do przekraczania wszystkich swoich czerwonych linii, nie reagując na uzbrajanie Ukrainy przez USA i pomoc udzielaną przez USA w gromadzeniu danych do ataków na Ukrainę? Kto ostatecznie zapłacił wyższą cenę – Rosja czy USA?
Ukraina wyrządziła Rosji szkody, ale nie strategicznie, biorąc pod uwagę, że Rosja nadal posuwa się naprzód na polu bitwy i jest w stanie wykorzystać wszystkie swoje zasoby tak jak przed wojną. Z drugiej strony, Stany Zjednoczone praktycznie straciły swoją bliskowschodnią pozycję, częściowo dzięki atakom na Iran – przynajmniej jeśli wierzyć tym doniesieniom. Mogłoby się wydawać, że Rosja wyszła z tej wymiany o wiele lepiej, biorąc pod uwagę, że straty USA na Bliskim Wschodzie miały charakter strategiczny i zależą od dalszego rozwoju sytuacji.
Iran zepchnął USA w coraz bardziej niepewną sytuację, a USA obawiają się teraz rozgniewania Iranu, biorąc pod uwagę fakt, że potężne ataki Persów stały się niemożliwe do powstrzymania z powodu wyczerpywania się zapasów pocisków przechwytujących.
Era amerykańska, która nastąpiła po II wojnie światowej, musiała się kiedyś skończyć. Szokujące jest to, jak nagle ten moment nadszedł. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy potęga Ameryki – od dawna uosabiana najlepszym na świecie sprzętem bojowym i najlepiej wyszkolonym personelem wojskowym, globalną siecią baz i systemów logistycznych oraz partnerstwami wojskowymi i dyplomatycznymi ze wszystkimi zakątkami świata – okazała się niewystarczająca, by pokonać Iran, represyjny, pogrążony w stagnacji gospodarczej reżim, uzbrojony w tanie pociski i drony.
O’Brien przyznaje, że zniszczenie przez Iran kluczowych regionalnych baz USA doprowadziło do natychmiastowego sprzeciwu wobec agresji ze strony USA. Teza ta była początkowo wyśmiewana przez działaczy establishmentu, dopóki rzeczywistość nie zaczęła powoli dawać o sobie znać:
Wpływ tych strat na operacje USA był niemal natychmiastowy. Kluczowym powodem, dla którego administracja Trumpa nie zaostrzyła działań militarnych wobec Iranu latem, pomimo wszelkich gróźb, była utrata bazy w Bahrajnie – bazy, z której Marynarka Wojenna przez dekady korzystała w celu zaopatrywania okrętów na Bliskim Wschodzie. Zamiast tego, tak zwane zaplecze logistyczne operacji morskich USA musiało rozciągać sięaż do Diego Garcia, kontrolowanej przez Brytyjczyków wyspy na Oceanie Indyjskim, oddalonej o ponad 3200 kilometrów od Cieśniny Ormuz.
Wrażliwość amerykańskich obiektów w pobliżu Iranu jest tak duża, a przewidywane koszty naprawy tak wysokie, że – jak donosił w zeszłym miesiącu„Washington Post”– urzędnicy administracji mogą w ogóle nie chcieć ich odbudowywać. Jednym ze sposobów przedstawienia tej sytuacji jest przedstawienie jej jako „wyjątkowej szansy dla Pentagonu na ponowne rozważenie swojej obecności” w regionie Zatoki Perskiej, jak ujął to „WashingtonPost” .Prawda jest jednak taka, że obrona kluczowych obiektów przed nawet mniej zaawansowanym technologicznie przeciwnikiem, takim jak Iran, nie jest obecnie możliwa dla armii USA.
Kluczowy jest jednak akapit, w którym O’Brien wyjaśnia, w jaki sposób Chiny przyćmiły Stany Zjednoczone we wszystkich najważniejszych współczesnych czynnikach umożliwiających prawdziwą potęgę militarną i gospodarczą:
Erozja amerykańskiej przewagi produkcyjnej to stara historia, ale kluczowa dla zrozumienia końca ery amerykańskiej. Stany Zjednoczone mogły kiedyś prześcignąć inne potęgi, czerpiąc z produkcji cywilnej. Podczas II wojny światowej Amerykanie przebudowali przemysł motoryzacyjny, aby budować samoloty. Obecnie, w porównaniu z resztą świata, Stany Zjednoczone prawie nie budują cywilnych statków. Dla porównania, Chiny produkują około 50 procent światowych statków i kontrolują około 80 procent światowej produkcji dronów. Po zbudowaniu swojej armii, która ma przetrwać w zrywie intensywnych walk, Stany Zjednoczone po prostu nie mają wystarczającego sprzętu, zapasów i wypoczętych sił, aby walczyć z Chinami przez dłuższy czas.
Kończy bez typowych dla niego podstępnych dwuznaczności, co pozostawia otwarte drzwi do fantazji o odrodzeniu Ameryki. Jego determinacja jest ostateczna – Ameryka jest skończona:
Wszystkie poprzednie supermocarstwa w historii ostatecznie upadły. Pojawienie się Azji Wschodniej jako centrum światowej produkcji gospodarczej miało z pewnością osłabić amerykańskie wpływy. Przejście z jednej globalnej ery do następnej rzadko jest widoczne w danej chwili. Kiedy Rosja najechała Ukrainę cztery i pół roku temu, potencjał masowo produkowanych dronów nie był jeszcze oczywisty.Jeszcze w lutym niewielu ekspertów przewidywało, że Stany Zjednoczone – globalny kolos przez ponad 80 lat – zostaną tak sparaliżowane przez Iran.Konflikt ujawnia jednak coś ważnego:era amerykańska dobiegła końca. Globalna dominacja USA nie może trwać bez źródeł energii, które ją zapoczątkowały.
Ciekawe, że zauważa, iż „niewielu ekspertów przewidziałoby” lanie, jakie Iran wyrządzi USA. Właściwie każdy, kto ma trochę rozumu, z łatwością to przewidział, w tym nasz skromny blog, od samego początku.
W tej rzadkiej chwili samouwielbienia, Wasz skromny autor zwrócił się z prośbą do Grok AI, aby w trybie eksperckim przeczytał wszystkie nasze istotne artykuły w Substacku i ustalił, jakie przewidywania dotyczące konfliktu z Iranem poczyniono od samego początku:
Konkretne cytaty przewidywań z pierwszych dni konfliktu:
Co ważniejsze, podczas gdy cały świat wpadał w furię z powodu zmniejszenia się „rozmiarów salw” Iranu w pierwszych tygodniach wojny, byliśmy jednym z nielicznych blogów, którzy śmiało argumentowali coś przeciwnego:
Cóż więc możemy powiedzieć? Może „analitycy” tacy jak Phillips P. O’Brien dobrze by zrobili, gdyby przestali słuchać mainstreamowych manipulatorów i zamiast tego zwrócili się ku źródłom o ugruntowanej reputacji.
Według doniesień Trump powiedział portalowi Axios, że znajduje się w punkcie zwrotnym w stosunkach z Iranem:
Prezydent Trump powiedział w czwartek portalowi Axios, że zbliża się do decydującego momentu w wojnie z Iranem, w którym nie wiadomo, czy należy wznowić masowe ataki w celu zakończenia konfliktu.
„Muszę podjąć ważną decyzję. Czy chcę ich [irański reżim] unicestwić, czy nie? To ważna decyzja. Wszystko może się ze mną wydarzyć”.
To tylko kolejna bzdura od zarozumiałego przegranego – nadmierna rekompensata za brak opcji poprzez udawanie władzy, której nigdy nie posiadał. W tym momencie Stany Zjednoczone nie mogą niczego unicestwić i nie zrobią tego; ten dzień już dawno minął. Jak ustaliliśmy w poprzednim artykule, Iran gra na całego , a Stany Zjednoczone nie mają już morale, by poradzić sobie z presją, jaką regionalne supermocarstwo jest teraz w stanie wywrzeć.
Jako ostatnią aktualizację, nowe zdjęcia satelitarne pokazują tajne prace prowadzone przy saudyjskim rurociągu Wschód-Zachód. Najwyraźniej Saudyjczycy próbują teraz ominąć uszkodzone stacje pomp, przekierowując awaryjny rurociąg, który dosłownie okrąża stację:
Nowe zdjęcia satelitarne Vantor z 16 września zdają się pokazywać, jak saudyjskie ekipy szybko budują tymczasową obwodnicę wokół jednej ze stacji pomp uszkodzonych w zeszłotygodniowym ataku.
Podobno widać robotników układających i spawających dwa nowe odcinki rurociągu, co potencjalnie umożliwi przepływ ropy naftowej z pominięciem uszkodzonego obiektu.
Agencja Reuters potwierdziła oddzielnie, że trzy stacje pomp wzdłuż krytycznego rurociągu Wschód-Zachód zostały uszkodzone i Arabia Saudyjska pracuje nad przywróceniem przepływu. Pełna naprawa może potrwać 5–6 tygodni, chociaż częściowe operacje mogą zostać wznowione wcześniej.
Jeśli obwodnica zostanie ukończona pomyślnie, może znacznie skrócić czas zakłóceń na jednym z najważniejszych alternatywnych szlaków eksportu ropy naftowej na świecie.
To oczywiście oznacza, że szkody są o wiele poważniejsze, niż sądzono wcześniej, biorąc pod uwagę fakt, że zdecydowano się na przekierowanie prac wokół stacji, zamiast od razu je odbudować.
Eksperci będą musieli się wypowiedzieć, ale teoretycznie i logicznie rzecz biorąc, przekierowanie przepływu wokół stacji pomp powinno oznaczać, że przepływ ropy przez rurociąg będzie znacznie wolniejszy, biorąc pod uwagę, że stacja nie zwiększa wymaganego ciśnienia. Oznaczałoby to, że to „szybkie rozwiązanie” nie jest rozwiązaniem kompletnym.
Zobaczymy, czy atak był jedynie chwilowym ostrzeżeniem, czy też początkiem systematycznej kampanii mającej na celu dalszą degradację rurociągu w nieskończoność. Najnowsze doniesienia wskazują, że Arabia Saudyjska błaga Chiny o interwencję i zmuszenie Iranu do zaprzestania działań przeciwko saudyjskim aktywom, ale Chiny rzekomo jedynie „przekazały Iranowi wiadomość”, nie prosząc o żadne przysługi ani nie udzielając żadnych bezpośrednich wskazówek.
Z powodu wzrostu płacy minimalnej od Nowego Roku wzrośnie bezpośrednio związane z tym kary. Chodzi o brak przymusowego ubezpieczenia OC oraz spóźnienie się z deklaracją PCC-3.
„W górę pójdą m.in. opłaty za brak obowiązkowego ubezpieczenia OC oraz sankcje za spóźnienie z deklaracją PCC-3” – czytamy na autokult.pl.
Wysokość kary za brak przymusowego OC dla posiadacza samochodu jest powiązana z wysokością płacy minimalnej. Maksymalna kara w przypadku samochodów osobowych wynosić będzie dwukrotność minimalnego wynagrodzenia, czyli 9,9 tys. zł.
Taka kara zostanie nałożona na właściciela pojazdu, jeśli spóźni się z opłaceniem OC o 14 lub więcej dni.
To wyraźny wzrost. W tym roku maksymalna kara wynosi 9612 zł. W 2021 roku zaś wynosiła 5,6 tys. zł.
Za przerwę do trzech dni kara wyniesie 1980 zł. W przypadku 4-14 dni – 4950 zł.
„Wyższa płaca minimalna przełoży się również na wysokość kar za niezłożenie w terminie deklaracji PCC-3. Dotyczy to m.in. osób kupujących używany samochód, które są zobowiązane do zapłaty podatku od czynności cywilnoprawnych” – wskazuje redakcja.
Deklarację PCC-3 państwo nakazuje złożyć w ciągu 14 dni od zawarcia umowy. Stawka haraczu przy zakupie samochodu wynosi 2 proc. jego wartości.
Kara za spóźnienie może być jednak potwornie wyższa. Od przyszłego roku będzie wynosiła od 495 zł do nawet 99 tys. zł i jest powiązana z płacą minimalną. Jej dolna granica to 10 proc. płacy minimalnej, a najwyższa to jej dwudziestokrotność.
Uznanie Novus Ordo Missae za jedyny uprawniony porządek Mszy świętej stał fundamentalną zasadą nowoczesnego katolicyzmu. Ten stan rzeczy nie zostanie szybko przezwyciężony.
Dlaczego progresiści tak bardzo nienawidzą Mszy trydenckiej? Kardynał Robert Sarah, były prefekt Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, uważa tę nienawiść za cechę pokoleniową. W rozmowie z dziennikiem „Il Giornale” powiedział, że kiedy przeminie czas generacji ’68, w Kościele ustanie też antyłaciński resentyment. Jak stwierdził, wrogość wobec liturgii trydenckiej miałaby swoje podłoże psychologiczne. Innymi słowy, w Kościele mieliby dziś sprawować rządy ludzie, którzy z powodu swojego kulturowego bagażu nie są w stanie podejść do dawnej liturgii bez uprzedzeń. Zamiast piękna, widzą w niej tylko problem. Purpurat zakłada optymistycznie, że przyszłość będzie bardziej przychylna wobec starożytnej liturgii.
Przypadek kardynała Arthura Roche’a
Wydaje się, że mówiąc o pokoleniu ’68, hierarcha mógł mieć na myśli przede wszystkim jedną osobę: swojego następcę na urzędzie. W 2021 roku rządy w Kongregacji ds. Kultu Bożego objął angielski duchowny, Arthur Roche. Urodził się w 1950 roku, jest zatem par excellence przedstawicielem pokolenia ’68 – formował się kulturowo i intelektualnie w czasie, w którym przez Zachód przetaczała się wielka liberalna rewolucja społeczna. Jako dziecko i nastolatek uczestniczył jeszcze w liturgii tradycyjnej, ale formację kapłańską rozpoczął w 1969 roku – czyli w roku promulgowania przez papieża Pawła VI Novus Ordo Missae. Wyświęcony na kapłana sześć lat później, Roche jest, można rzec, owocem czasu największego entuzjazmu reformistycznego. Przecież właśnie w tamtym okresie w Kościele zadekretowano narrację o nadchodzącej epoce wiosny i odrodzenia, której nowa liturgia miała być wyrazem. Dla ludzi ukształtowanych w tym okresie Novus Ordo Missae nie był po prostu zastaną rzeczywistością, do której można mieć taki albo inny stosunek; nowy ryt stał się dla nich obietnicą, wielkim doświadczeniem nadziei, esencją tego, co uważali za odnowę Kościoła. W takiej optyce nie ma miejsca na zniuansowaną krytykę. Odrzucenie NOM może jawić się jako odrzucenie tego, co uchodzi za autentyczny i niepodważalny głos Ducha Świętego. Kardynał Roche uważa, że Novus Ordo Missae wyraża soborową przemianę Kościoła, która polega na nadaniu mu bardziej „misyjnego” charakteru, co wiąże się też z podkreśleniem znaczenia wiernych świeckich w dziele ewangelizacji. Dlatego nie widzi w Mszy trydenckiej żadnej uprawnionej alternatywy dla zreformowanego obrzędu.
Grillo, czyli tradycjonalizm jako „prywatyzacja” Kościoła
Te nadzieje i ścisłe powiązanie Novus Ordo Missae z samą istotą odnowy Kościoła chcianej przez Ducha Świętego znakomicie ilustruje działalność często cytowanego w PCh24.pl Andrei Grilla, profesora Papieskiego Uniwersytetu św. Anzelma w Rzymie. Grillo urodził się w 1961 roku; wykształcenie akademickie otrzymał od tych, którzy konstytuowali triumfalną drużynę zwycięzców soborowych. Dał się porwać temu nurtowi i dziś reprezentuje najostrzejszy kurs.
Sympatię względem Mszy trydenckiej Włoch uważa za irracjonalną tęsknotę za przeszłością; za przejaw bezpodstawnego oporu wobec najświętszej woli Boga, która miałaby się wyrazić w kursie obranym na Vaticanum II i ubranym w konkretną formę właśnie poprzez Novus Ordo Missae. Grillo kategorycznie odrzuca nie tylko sprzeciw wobec Novus Ordo Missae, ale samą ideę, by w Kościele dawać jakąkolwiek przestrzeń Mszy trydenckiej. Ludzi, którzy chcieliby pozwolić na swobodę odprawiania Mszy świętej w dwóch formach rytu rzymskiego, liturgista z Anselmianum traktuje jak schizmatyków. Jest głęboko przekonany, że Kościół katolicki na Zachodzie musi mieć tylko i wyłącznie jedną formę Mszy świętej, a pomysły dania wiernym wyboru to „prywatyzacja” kultu, a co za tym idzie – „prywatyzacja” Kościoła i schizma.
W „Traditionis custodes” papież Franciszek napisał, że nowe księgi liturgiczne są „jedynym wyrazem lex orandi Rytu Rzymskiego”. To oznacza, że Msza trydencka nie istnieje jako żywa rzeczywistość – jest już tylko reliktem przeszłości, z perspektywy Grilla jakimś groźnym upiorem. Kategoryczna formuła Franciszka doskonale wyraża usposobienie tego wpływowego liturgisty: Msza trydencka nie istnieje. To tylko groźny upiór dawnych wieków, a jego „wyznawcy” niszczą Kościół… W tym skrajnie ideologicznym zacietrzewieniu, które tak ściśle wiąże Novus Ordo Missae z samą istotą Kościoła, widać dokładnie to, o czym mówił kardynał Robert Sarah: psychologicznie uwarunkowany resentyment antyłaciński pokolenia ’68.
Wyznanie jezuity: „Nienawidzę Mszy trydenckiej”
Innym przykładem tego dziwacznego resentymentu jest jezuita Thomas Reese, były redaktor naczelny jezuickiego progresywnego magazynu „America”. Na łamach portalu „Religion News Service” Reese opublikował niedawno krótki artykuł zatytułowany „Dlaczego nienawidzę starej łacińskiej Mszy: spowiedź”. Przyznał, że w młodości kochał Mszę trydencką – urodził się w 1945 roku i przez wiele lat był przekonany, że tradycyjna liturgia nigdy nie zostanie zmieniona. Jednak przeprowadzona została reforma liturgiczna, bez szemrania zaakceptował Novus Ordo Missae, bo kierował się jednym względem – posłuszeństwem. Z czasem pokochał jednak również nową Mszę.
W artykule podaje szereg argumentów „za” zreformowaną liturgią i „przeciw” dawnej, ale to argumenty wyjątkowo wydumane, podawane na siłę – można byłoby równie dobrze je odwrócić i przeprowadzić dokładnie przeciwną operację apologetyczno-krytyczną. W sumie, Reese nie ma żadnego dobrego powodu, by piętnować Mszę trydencką jako taką i domagać się wyłączności nowej – poza wspomnianą decyzją woli, by bezkrytycznie podporządkować się autorytetowi władzy, która wprowadziła nowy porządek mszalny.
W całym jego artykule pojawia się tylko jeden poważniejszy argument. „Nienawidzę ideologów, którzy mówią, że nowa Msza jest bluźniercza i którzy odrzucają nauczanie II Soboru Watykańskiego w takich kwestiach jak ekumenizm, sprawiedliwość społeczna i rola świeckich w Kościele” – wskazuje Reese. W tym właśnie rzecz: sprzyjanie Mszy trydenckiej jest tu ściśle związane z ogólną postawą „antysoborową”. W efekcie ten, kto ceni dawną liturgię, staje się generalnym „przeciwnikiem odnowy”. Posoborowa przebudowa Kościoła zostaje utożsamiona z całym dobrem, a ci, którzy cenią dawną liturgię, zostają zakwalifikowani jako jej przeciwnicy – i zasługują na nienawiść.
Leon XIV, dziecko triumfu reformy
Papież Leon XIV urodził się w 1955 roku. Kiedy wstępował do seminarium, Novus Ordo Missae miał już w Stanach Zjednoczonych wyłączność. Przełom lat 70. i 80. pozostawał czasem niekwestionowanego optymizmu wobec reformy liturgicznej. Przyszły pontyfeks mógł zatem nasycić się tym samym duchem, którym karmiono Reese’a, Roche’a i Grilla. Jako papież Robert Prevost wypowiada się w sposób bardzo stonowany i dyplomatyczny. Niemniej jednak w sferze idei pokutuje u niego dokładnie to samo przekonanie, co u wymienionej trójki: reforma liturgiczna była chciana przez Ducha Świętego, to konstytutywny element soborowej odnowy Kościoła, nie ma od niej żadnego odwrotu, bo odwrót oznaczałby zaprzeczenie kursu, jaki z woli Bożej obrał katolicyzm.
Leon XIV regularnie piętnuje nadużycia liturgiczne, do których dochodziło i wciąż dochodzi po wprowadzeniu NOM; przed ponad rok pontyfikatu nie wyraził jednak nawet jednym słowem zrozumienia dla wiernych, którzy uczestniczą w Mszy trydenckiej. Mówił o liturgii w mediach, wygłosił na jej temat szereg katechez – ale wspomniał o choćby najmniejszej korekcie kursu, jaki obrał papież Franciszek. Bergogliański koncept „likwidacji” tradycyjnego rytu poprzez ogłoszenie jedyności Novus Ordo Missae pozostaje całkowicie nienaruszony. Nie ma u Leona XIV choćby śladu intencji sięgnięcia do myśli i decyzji Benedykta XIV. Wydaje się zatem, że nawet jeżeli Robert Prevost nie cechuje się „aktywnym” resentymentem antyłacińskim, to z racji na swoje kulturowe ukształtowanie znajduje się intelektualnie i duchowo w przestrzeni oddziaływania tego resentymentu.
To coś więcej niż pokolenie, to paradygmat
Czy kardynał Robert Sarah ma rację, że problem minie wraz z odejściem pokolenia ’68? To optymistyczna wizja, być może prawdziwa. Jednak sam Robert Sarah urodził się w 1945 roku, jest zatem równolatkiem Thomasa Reese’a. Pomimo tego ma zupełnie inną perspektywę na sprawy liturgiczne. Tak samo jest z innymi. To nie rok urodzenia determinuje zapatrywania liturgiczne, ale otrzymane wykształcenie – i decyzja woli. Z tego powodu wiązanie nadziei na szersze udostępnienie Kościołowi Mszy trydenckiej na skutek prostej zmiany pokoleniowej może być nieco złudne. Apologetyczna soborowa formacja, która nie pozwala na żadną krytykę Vaticanum II trwa dalej.
Papież Franciszek rządził Kościołem kilkanaście lat i nie brakuje dziś wśród światowego duchowieństwa i laikatu ludzi, którzy uważają go za proroka. Jeżeli Leon XIV będzie konsekwentnie kontynuować obecną linię, to prawdopodobnie znacząco utrwali krytyczne podejście do Mszy trydenckiej jako „reliktu przeszłości”, czyniąc z tego po prostu normę kultury eklezjalnej XXI stulecia. Kardynał Robert Sarah słusznie przewiduje, że wygaśnie wkrótce antyłaciński resentyment, to znaczy krytyka liturgii trydenckiej napędzana emocjami. Nie oznacza to jednak, że wygaśnie antyłacińska postawa. Odniesienie, które zbudowano do przeszłości po II Soborze Watykańskim, może być znacznie trwalsze.
Jak pisałem w osobnym tekście na początku tego roku, „paradygmat soborowy” może utrzymywać się jeszcze bardzo długo. Przyjąłem symboliczną liczbę 341 lat, po szczegóły odsyłam do tekstu, bo nie o konkretne daty chodzi – ale o skalę. Kościelna hierarchia to szczelny system, który przepuszcza wyżej tylko ludzi akceptujących pewne wyjściowe zasady. Dziś, jak pokazuje Leon XIV, należy do nich również absolutyzacja Novus Ordo Missae jako jedynego właściwego wyrazu lex orandi Rytu Rzymskiego. Tradycjonaliści istnieją i będą istnieć dalej, ale na uznanie ze strony kościelnej hierarchii nie ma chyba co liczyć.
Paweł Chmielewski
=======
Autor nie bierze pod uwagę działań Ducha Świętego. On na pewno nie będzie czekał 341 lat . M. Dakowski
Dlaczego Trump odmówił pomocy Arabii Saudyjskiej we wznowionej przez nią wojnie z Jemenem? Dlaczego Rosja wstrzymała eksport diesla i USA rozważa podobny krok? Można tłumaczyć takie zachowanie Trumpa zbliżającymi się wyborami połówkowymi w USA. Jasne, że w takiej sytuacji nie będzie się angażował w kolejną awanturę. Z drugiej strony wysokie ceny ropy też nie przekonają wyborców, by oddali głos na jego partię. Ograniczenia eksportu paliw można tłumaczyć względami strategicznymi, jednak Rosja jest eksporterem ropy i cena tego produktu jest ważnym elementem rosyjskiej gospodarki. Przez dłuższy czas trwania wojny na Ukrainie Rosja dostarczała tam ropę do sprezentowanych Ukrainie przez Zachód czołgów.
Wygląda to na nielegalne porozumienie krajów wydobywających ropę. W dużym uproszczeniu: światowy kartel producentów ropy uzgodnił działania w celu maksymalizacji zysków. A Arabia Saudyjska? Stała się ofiarą własnej polityki opartej na sojuszu z USA. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby powtórzyła się historia Saddama Husejna i cichego wsparcia przez CIA jego ataku na Kuwejt, który się zakończył inwazją Stanów Zjednoczonych w Iraku. Tym razem USA nie potrzebuje nawet swojej armii – załatwią to za nich Jemeńczycy. Tak kończy się ignorowanie historii praktycznie wszystkich dotychczasowych sojuszników USA.
Cena ropy jest sztucznie zawyżana przez propagowanie teorii niedoborów tego surowca. Pisałem o tym w artykule Mit paliw kopalnych.
Od miesięcy rosną ceny paliw, a wielu obwinia za to przede wszystkim konflikt wokół Cieśniny Ormuz w kontekście wojny z Iranem. Czy jednak to naprawdę cała prawda? Często pomija się przy tym jeden kluczowy czynnik. Od dziesięcioleci ostrzega się, że światowe rezerwy ropy naftowej się wyczerpują. A co, jeśli to założenie nigdy nie odpowiadało rzeczywistości? Ten film dokumentalny podważa utrwalone przekonania i oddaje głos ekspertom, którzy zasadniczo kwestionują powszechny pogląd na temat powstawania i dostępności ropy naftowej. Czy ceny ropy są sztucznie zawyżane i czy istnieją ustalenia, które w debacie publicznej nie spotykają się z większym zainteresowaniem? Film dokumentalny, który podważa podstawy jednego z najważniejszych pytań naszych czasów: czy energia naprawdę jest dobrem deficytowym – czy też jej niedobór został po prostu wymyślony? Źródło.
Tak popularnie określa się Islandię ze względu na wulkaniczno-lodowcowy krajobraz oraz występowanie licznych gejzerów. To wyspiarskie, europejskie państwo zaliczane do krajów nordyckich, ma około 400 tysięcy mieszkańców – tyle, co Szczecin.
29 sierpnia odbyło się referendum w Islandii w sprawie wznowienia negocjacji akcesyjnych z Unią Europejską. 52,8% głosujących (przy frekwencji wynoszącej 82,5%), powiedziało nie dla przystąpienia do scentralizowanej i prowojennej Unii.
Kampania anty-UE okazała się w Islandii skuteczna.
Do kolejnej próby przekonania Islandczyków do „dobrodziejstw” skorumpowanej Unii już nie dojdzie, ponieważ ten totalitarno-biurokratyczny stwór opanowany praktycznie w całości przez globalistów zdąży wcześniej doprowadzić siebie do samounicestwienia.
Unijne centra władzy znajdują się poza unijnym terytorium. Decyzje o kierunku i sposobach unijnej degradacji zapadają w City of London i w Davos.
Podobnie wymuszona przez Jemen decyzja Riadu o wstrzymaniu dostaw ropy do UE także nie pochodzi z Brukseli. W związku z tym Europejski Bank Centralny zainicjował projekt wdrożenia nowej, po upadku euro, waluty cyfrowej.
Pod przewodnictwem przewodniczącej Komisji Ursuli von der Leyen Unia Europejska coraz bardziej staje się niedemokratyczną, autorytarną, nieprzejrzystą i centralistyczną strukturą władzy. Taki kierunek narzucił jej globalizm.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Stanisław Michalkiewicz „Magna Polonia” 17 września 2026 michalkiewicz
Jak pamiętamy, władze izraelskie, a wraz z nimi wszyscy żydofile, w 2023 roku lamentowali, że rakietowy atak Hamasu na Izrael przeprowadzony 7 października był całkowicie „zaskakujący” i dlatego pociągnął za sobą tyle ofiar, a także – tylu zakładników.
Od samego początku wydawało mi się to bardzo wątpliwe i to z kilku powodów. Po pierwsze – wywiad izraelski, czyli Mosad, uchodzi za jeden z najlepszych, a może nawet najlepszy na świecie. Jest to między innymi skutkiem tego, że Żydowie żyją w diasporze, w związku z tym Mosad w każdym kraju, a jeśli nie w „każdym” to w takim, gdzie ta diaspora żydowska się znajduje, może mieć swoją agenturę. Po drugie – że co jak co, ale Strefa Gazy, z której Hamas wyprowadził swój „zaskakujący” atak, z całą pewnością jest naszpikowana izraelskimi agentami, niczym wielkanocna baba rodzynkami. Jeśli zatem – po trzecie – do przeprowadzenia tego „zaskakującego” ataku użyte były tysiące rakiet domowej roboty, to jest rzeczą niemożliwą, żeby argusowemu oku Mosadu umknęła taka masowa produkcja. W takiej sytuacji – po czwarte – jeśli Izrael stworzył wrażenie, jakby mu umknęła, to możliwe to było tylko dlatego, że ktoś nałożył Mosadowi czarne okulary, a uszy zalepił woskiem , niczym Odyseusz swoim marynarzom, kiedy chciał posłuchać śpiewu Syren.
Jedynym człowiekiem, który coś takiego mógł zrobić, by Beniamin Netanjahu, nad którym wtedy wisiała groźba wtrącenia do turmy – czego domagali się liczni demonstranci. Kierując się tedy – po piąte – starożytną, pełną mądrości rzymską sentencją: „is fecit, cui prodest” – co się wykłada, że ten zrobił, kto skorzystał, nieubłagany palec wskazuje nie tylko na premiera Beniamina Netanjahu, który dzięki temu nie tylko uniknął turmy, ale wkrótce stanął na czele „rządu jedności narodowej” bezcennego Izraela i nawet prezydent Józio Biden, który wcześniej kręcił nad nim nosem, po „zaskakującym” ataku Hamasu nie tylko przestał nosem kręcić, ale pogalopował do Izraela, by swojej umiłowanej duszeńce okazać „pełną solidarność”. Czegóż chcieć więcej? W takiej sytuacji – po szóste – wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że tak naprawdę to nie żaden Hamas, tylko bezcenny Izrael, za pośrednictwem swojej agentury w Strefie Gazy doprowadził do tego uderzenia po to, by je następnie wykorzystać jako pretekst do aneksji tego terytorium.
No i właśnie w dniach ostatnich dziennik „Haaretz” doniósł, że premier Beniamin Netanjahu „wiedział” z góry o tym „zaskakującym” ataku Hamasu. Czy tylko „wiedział”, czy dlatego „wiedział” – bo go przygotował i zainicjował? Oczywiście sam zainteresowany temu zaprzecza, chociaż nie bardzo energicznie, a poza tym na taką możliwość wskazuje szczere niewątpliwie wyznanie Beniamina Netanjahu, że „czuje się związany” ideą „wielkiego Izraela”. Idea ta ma stary rodowód, z głębokiej starożytności, kiedy to jeszcze bogowie, a nawet sam Stwórca Wszechświata, układali się z różnymi ciekawymi ludźmi i zawierali z nimi przymierza. Opis takiego bliskiego spotkania III stopnia został zapisany w zbiorze żydowskich sag, zwanym Biblią. Czytam tam m.in. jak to Stwórca Wszechświata upodobał sobie w pewnym mezopotamskim koczowniku i ułożył się z nim, że jeśli ów koczownik będzie Go słuchał i wychwalał, to On, w nagrodę, uczyni go „ojcem wielkiego narodu”, któremu odda w arendę obszar „od wielkiej rzeki egipskiej do rzeki wielkiej, rzeki Eufrat”. Na tej podstawie Żydowie uważają się za faworytów Stwórcy Wszechświata i w ogóle – prawdziwych ludzi wśród istot człekopodobnych, wyciągają stąd wniosek, że ta wyjątkowa pozycja we Wszechświecie powinna kiedyś przełożyć się na panowanie, jeśli już nie nad Wszechświatem, to przynajmniej – nad Ziemią. Wstępem do tego – przynajmniej według premiera Beniamina Netanjahu – miałaby być realizacja idei „Wielkiego Izraela” – zgodnie z obietnicą nakreśloną przez Stwórcę Wszechświata.
Trzeba przyznać, że idea ta jest już całkiem zaawansowana. Dzięki wykorzystaniu siły amerykańskich twardzieli, którzy przed Żydami skaczą z gałęzi na gałąź, kraje leżące na tym obszarze został już w znacznym stopniu politycznie obezwładnione, więc następnym etapem powinna być aneksja. Jest atoli szkopuł w postaci złowrogiego Iranu, który realizowanie idei Wielkiego Izraela uważa za zagrożenie nie tylko dla siebie, ale i dla całego regionu. Toteż Beniamin Netanjahu nie byłby sobą, gdyby nie wpadł na pomysł wykorzystania w tym celu największego amerykańskiego twardziela w osobie prezydenta Donalda Trumpa.
Jak pamiętamy, wkręcił amerykańskiego prezydenta, chyba nawet „bez jego wiedzy i zgody” w tę wojnę, z której następnie zręcznie się wycofał, pozostawiając jej kontynuowanie Stanom Zjednoczonym. Prezydent Trump chyba już się zorientował, w jaką kabałę został wpakowany, ale sęk w tym, że nie bardzo wie, jak się z niej wymiksować. Ogranicza się więc do ogłaszania triumfalnych komunikatów, że złowrogi Iran już jest passe – ale cóż z tego, kiedy onże Iran nie tylko się odgrywa, obrzucając amerykańskie bazy w rejonie Bliskiego Wschodu swoimi ponaddźwiękowymi dzidami, ale w dodatku się odgraża, że zrobi coś jeszcze gorszego.
Wprawdzie Stany Zjednoczone mogłyby zniszczyć złowrogi Iran na tej samej zasadzie, co Feliks Dzierżyński, który każdego mógł aresztować – ale nie wiedzą, co na takie dictum powiedziałaby reszta świata. Wprawdzie w obronie demokracji można użyć nawet broni atomowej, ale w tym cały jest ambaras, że tą bronią dysponują nie tylko demokracji, ale również – wrogowie demokracji. Jak wrogowie demokracji i pokoju zareagowaliby na unicestwienie złowrogiego Iranu – tego nikt, łącznie z prezydentem Trumpem nie wie, więc rozsądek w tej sytuacji nakazuje zachowanie umiaru w niszczeniu. W rezultacie złowrogi Iran wykorzystuje swój atut w postaci blokady cieśniny Ormuz, w następstwie czego cena baryłki ropy naftowej znowu przekroczyła 100 dolarów, a z pewnością nie jest to ostatnie słowo.
W ten oto sposób, za sprawą sprytnego i co tu ukrywać – obrotnego premiera rządu jedności narodowej bezcennego Izraela Beniamina Netanjahu, cały świat został zmuszony do płacenia haraczu z tytułu „związania się” izraelskiego premiera z ideą „Wielkiego Izraela”. Czyż to nie początek żydowskiej władzy nad światem? A co będzie później? Strach pomyśleć.
Przewodnicząca Komisji Europejskiej zapowiedziała, że niewykorzystane pieniądze z SAFE zostaną przeznaczone na realizację ukraińskich projektów obronnych. Państwa UE nie kryją zaskoczenia.
We wczorajszym przemówieniu przed Parlamentem Europejskim Ursula von der Leyen podsumowała najważniejsze działania i osiągnięcia UE ze swojej perspektywy oraz przedstawiła priorytety na kolejny rok. Oprócz zapowiedzi dotyczących zwiększenia innowacyjności oraz utrzymania obecnego kursu polityki klimatycznej, von der Leyen zapowiedziała także uruchomienie wspólnego programu obronnego z Ukrainą. Jego finansowanie będzie pochodziło z niewykorzystanych środków z SAFE. Mowa tu o od 10 do nawet 20 mld euro.
Zdumienie w Polsce
Słowa przewodniczącej KE wywołały zaskoczenie w państwach UE, w tym także w Polsce. Przypomnijmy, że jeszcze kilak tygodni temu rząd zapowiadał, że będziemy chcieli aplikować do drugiego naboru wniosków z SAFE. Jednak po zapowiedzi von der Leyen nie wiadomo, czy wspomniane środków w ogóle będą dostępne dla Polski i innych państw UE.
Państwa UE stoją na stanowisku, że to one powinny decydować, na co zostaną przeznaczone pieniądze z SAFE. Tym bardziej, że program to w praktyce pożyczki, które poszczególne rządu muszą spłacić.
– Takiej rozmowy z KE nie było. Póki co, to my, czyli państwa członkowskie, spłacamy pieniądze z tej pożyczki, a nie Komisja Europejska – mówi w rozmowie z korespondentką RMF FM jeden z unijnych dyplomatów.
Według unijnego komisarza ds. obrony Andriusa Kubiliusa środki z SAFE mogłyby zostać przeznaczone na wspólne projekty, takie jak znany już ukraiński system obrony przeciwrakietowej FREYA.
Według ustaleń radia, podczas roboczych spotkań przedstawiciele Komisji Europejskiej jedynie sygnalizowali, że pieniądze mogłyby być w przyszłości wykorzystywane na inne cele niż obecnie. Państwa członkowskie wskazywały wtedy, że wszelkie zmiany w SAFE muszą być konsultowane z nimi.
Izraelski Instytut Studiów nad Bezpieczeństwem Narodowym uznał przemoc żydowskich osadników wobec Palestyńczyków za strategiczne zagrożenie dla państwa. W pierwszej połowie 2026 roku odnotowano 660 przestępstw na tle szowinistycznym, a zdecydowana większość śledztw prowadzonych w poprzednich latach nie kończyła się aktem oskarżenia. INSS domaga się skuteczniejszego egzekwowania prawa, likwidacji nielegalnych przyczółków osadniczych i odebrania broni osobom używającym jej niezgodnie z prawem.
16 września izraelski dziennik „Haaretz” poinformował o wydaniu przez Instytut Studiów nad Bezpieczeństwem Narodowym (INSS) drugiego w historii tej instytucji alertu strategicznego. Jeden z najważniejszych izraelskich ośrodków analitycznych ostrzegł, że przemoc żydowskich osadników wobec Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu Jordanu przestała być lokalnym problemem i stała się zagrożeniem dla bezpieczeństwa, demokratycznego charakteru oraz międzynarodowej pozycji Izraela. Sam INSS określa to zjawisko jako „żydowski terroryzm”.
Alert wskazuje, że bezkarność sprawców prowadzi do osłabienia instytucji państwa i podważa zasadę jego monopolu na stosowanie siły. INSS zwraca również uwagę na niedostateczne egzekwowanie prawa oraz brak politycznego wsparcia dla służb zajmujących się przemocą na tle nacjonalistycznym.
Problem wpływa również na funkcjonowanie izraelskich sił bezpieczeństwa. W niektórych jednostkach wojskowych nawet 80 proc. rejestrowanych zdarzeń ma dotyczyć przestępczości żydowskich nacjonalistów. Konieczność angażowania wojska w takie incydenty odciąga część sił od innych zadań związanych z bezpieczeństwem.
INSS zwrócił również uwagę na skalę nieskuteczności postępowań wobec sprawców. W latach 2005–2025 około 94 proc. śledztw dotyczących tego rodzaju zdarzeń zamknięto bez aktu oskarżenia, natomiast 3 proc. zakończyło się skazaniem.
Think tank ocenił, że utrzymywanie się takiej sytuacji sprzyja dalszej przemocy wobec Palestyńczyków i przejmowaniu ziemi. W alercie wskazano zarazem na brak wystarczającej reakcji ze strony władz.
INSS chce likwidacji nielegalnych przyczółków
Instytut zaapelował o jednakowe egzekwowanie prawa niezależnie od narodowości sprawców. Zaproponował również utworzenie wspólnego zespołu złożonego z przedstawicieli wojska, policji, kontrwywiadu, administracji cywilnej i prokuratury, który miałby zajmować się przemocą osadników.
INSS postuluje ponadto usunięcie 26 nielegalnych przyczółków osadniczych znajdujących się na obszarach Zachodniego Brzegu, gdzie sprawy cywilne pozostają w gestii Autonomii Palestyńskiej, a za bezpieczeństwo odpowiada Izrael.
Kolejnym postulatem jest odbieranie broni osobom wykorzystującym ją niezgodnie z prawem oraz skuteczne egzekwowanie zakazu wstępu Izraelczyków na obszary znajdujące się pod palestyńską administracją cywilną i kontrolą bezpieczeństwa.
Działania te mają również ograniczyć ryzyko załamania się struktur Autonomii Palestyńskiej. Taki rozwój wydarzeń mógłby doprowadzić do chaosu oraz dalszego wzrostu przemocy na Zachodnim Brzegu.
Przemoc osadników rzadziej obecna w izraelskich mediach
Spośród głównych izraelskich mediów alert szerzej opisał lewicowy dziennik „Haaretz”, którego udział w rynku wynosi kilka procent. Przemoc osadników wobec Palestyńczyków pozostaje na marginesie zainteresowania największych mediów w Izraelu, których relacje z Zachodniego Brzegu koncentrują się przede wszystkim na atakach Palestyńczyków na Izraelczyków.
INSS już w styczniu 2026 roku poświęcił temu problemowi osobną analizę. Ośrodek oceniał wówczas, że przemoc wobec Palestyńczyków przestała mieć charakter marginalny i lokalny, a liczba oraz skala ataków zwiększyły się szczególnie po 7 października 2023 roku.
Ponad 500 tys. żydowskich osadników
Izrael zajął Zachodni Brzeg Jordanu i Wschodnią Jerozolimę podczas wojny sześciodniowej w 1967 roku, a następnie rozpoczął budowę osiedli na przejętych terenach. Obecnie mieszka w nich ponad 500 tys. żydowskich osadników, których enklawy są chronione przez izraelskie wojsko.
Na Zachodnim Brzegu mieszka również około 3,5 mln Palestyńczyków. Obie grupy podlegają odmiennym systemom prawnym. Izraelscy osadnicy podlegają prawu izraelskiemu, natomiast Palestyńczycy prawu wojskowemu i palestyńskiej administracji w zakresie wynikającym z podziału terytorium.
Palestyńczycy uznają izraelskie osiedla oraz obecność wojskową niezbędną do ich ochrony za przeszkodę w utworzeniu własnego państwa na Zachodnim Brzegu.
Rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow udzielił wywiadu, w którym jednoznacznie ostrzegł Europejczyków przed dalszą eskalacją. Przedstawię tu jego odpowiedź na jedno z pytań.
Pytanie: Kiedy widzimy, co mówi i robi Europa, nasuwa się dziwne wrażenie. Z jednej strony mówią, że Rosja nie odważy się na eskalację, nie użyje broni jądrowej i zawaha się przed atakiem odwetowym na terytorium Europy. Z drugiej strony obsesyjnie przygotowują się na lata 2029/2030, kiedy to, jak twierdzą, Rosja najprawdopodobniej zaatakuje. Europa przechodzi gwałtowną militaryzację. Nie chodzi tylko o finansowanie programów zbrojeniowych wartych miliardy, a nawet biliony; raczej sprawiają wrażenie, że zamierzają kontynuować tę militaryzację niezależnie od porozumienia pokojowego na Ukrainie. Mając to na uwadze, zadaję sobie pytanie: Czy naprawdę tak się nas boją? A może pod pretekstem ‚rosyjskiego zagrożenia’ wzmacniają swój przemysł zbrojeniowy i przygotowują się do ataku na Rosję na szeroką skalę?
Ławrow: Myślę, że kręgi militarystyczne po prostu realizują własne interesy. W czasach, gdy problemy się mnożą, nasilają i pogłębiają, środki finansowe są przeznaczane na cele wojskowe: chcą w każdym razie zwiększyć wydatki na obronność do 5% PKB, a partie polityczne domagają się, aby ich parlamenty natychmiast przekazały Ukrainie kolejne 90 miliardów euro na przyszły rok.
Przemysł zbrojeniowy jest zachwycony. Zgarnia ogromne zyski. Na przykład kanclerz Niemiec Friedrich Merz publicznie oświadczył: „Tak, zdaję sobie sprawę, że sytuacja naszej ludności znacznie się pogorszyła, ale jesteśmy zobowiązani do działania – ze względu na Ukrainę, ze względu na wartości europejskie”.
Alice Weidel i Ulrich Siegmund
A jak zareagowali na wyniki wyborów w Saksonii-Anhalt, gdzie AfD odniosła miażdżące zwycięstwo? Próbują oskarżyć ich o odrodzenie narodowego socjalizmu. I to w sytuacji, gdy ta partia – która jest niewątpliwie nacjonalistyczna, nie ma co do tego wątpliwości – po prostu opowiada się za normalnym dialogiem ze wszystkimi zaangażowanymi stronami.
Dążenie do militaryzacji Arktyki jest oczywiście również niepokojące. Ostatnio USA, Norwegia i inni aktorzy przeprowadzili tam manewry, których scenariusz całkiem otwarcie zakładał wojnę z Rosją. Co za tym stoi? Nie sądzę, żeby zaatakowali Rosję, jednocześnie twierdząc, że przygotowujemy się do agresji na Europę.
To absurd. Z jednej strony twierdzi się, że Rosja przegrywa wojnę – dlatego Ukraina potrzebuje ogromnego wsparcia, a ta pomoc musi być zwiększona, aby mogła wygrać – z drugiej strony ta sama Rosja, którą postrzegają jako przegrywającą, rzekomo planuje atak na Europę. Z politycznego punktu widzenia wygłaszanie takich bzdur jest nieszczere. Przecież prezydent Rosji Putin powiedział to i powtórzył to kilkakrotnie: „Nie zamierzamy nikogo atakować. To nonsens, idiotyzm. Świadczy to o całkowitym braku politycznego wyczucia”.
Ale jeśli ta gadanina faktycznie oznacza przygotowania do ataku z ich strony, to zapewniam, że wojna potoczy się zupełnie inaczej [niż na Ukrainie] i będzie bardzo krótka. Radzę zapamiętać te słowa.
Istnieje jednak również możliwość, że impuls, który doprowadził do I wojny światowej, powtórzy się, coś takiego jak zamach na arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie. Czy coś takiego można by zaaranżować, biorąc pod uwagę europejskie zamiłowanie do intryg i przygód, a także ich przebiegłość? Albo podpalenie Reichstagu? Nie wykluczam takich rzeczy; pomyślcie tylko, jak niedawno spreparowali ten incydent z dronem w Lipsku i jak zorganizowali wokół niego histeryczny spektakl na skalę światową, nie przedstawiając ani jednego dowodu.
Tak jak nigdy nie otrzymaliśmy odpowiedzi na wielokrotnie zadawane pytanie o Buczę, gdzie w kwietniu 2022 roku dziesiątki ciał nagle pojawiły się znikąd, równo ułożone wzdłuż drogi. Do dziś nie otrzymaliśmy odpowiedzi od Sekretarza Generalnego ONZ, Wysokiego Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka ani naszych zachodnich rozmówców, w tym Amerykanów, na pytanie: Czy możecie wykorzystać swoje zasoby, aby uzyskać listę osób, których ciała zostały pokazane przez ekipę BBC, która była na miejscu zdarzenia dokładnie w odpowiednim czasie? Nikt nam nie udziela odpowiedzi.
Mówią nam, że krewni tego nie chcą. Ale nic o nich nie słychać. To niedopuszczalne, żeby dziesiątki osób ginęły masowo, a zbrodnie wojenne były popełniane bez zainteresowania ze strony krewnych. Ale tutaj panuje kompletna cisza, więc nie mogę wykluczyć prowokacji.
ZB: Czytelnicy, którzy nie wiedzą lub nie pamiętają, co zdarzyło się w Buczy pod koniec marca 2022 roku, mogą przeczytać relację francuskiego żołnierza i pisarza Adrien Bocqueta, który przypadkowo był świadkiem ukraińskiej prowokacji:
Jak gorliwie przypominają media głównego nurtu, w ten weekend przypada 25. rocznica tragicznych wydarzeń z 11 września 2001 roku – tego przerażającego aktu okrucieństwa, którego dopuścili się tchórzliwi terroryści z Al-Kaidy. #NigdyNieZapomnij
Ale jak właśnie poinformował nas rząd USA, Al-Kaida jest całkiem fajna (przynajmniej w Syrii) – więc dlaczego wy wszyscy tak się podniecacie tym, że Wujek Sam zniesie niektóre z sankcji wobec nich, wy obsesyjni wariaci?!
Tak, gdybyś był Normie Q. Normiesonem i uwierzył w kłamstwo Al-Kaidy, tak jak każdy patriotyczny, płacący podatki i ufający rządowi obywatel przez ostatnie ćwierćwiecze, mógłbyś cynicznie stwierdzić, że nadszedł moment, w którym Al-Kaida „zakończyła swoją misję”. W końcu to oni dokonali zamachu z 11 września, siali spustoszenie w Afganistanie i Iraku, przez dekady zagrażali światu, a teraz są normalizowani i rehabilitowani na arenie międzynarodowej.
„Nie widzisz tego?” – pyta Normie, pieniąc się na ustach i wskazując dziko na gubernatorki w hidżabach i z długopisami z 11 września. „Al-Kaida zwyciężyła!”
Jak zapewne sobie wyobrażasz, ja widzę to trochę inaczej…
WROGIEM MOJEGO WROGA JEST MÓJ…?
Jak zapewne wiecie z najnowszego odcinka programu „New World Next Week”, najnowszym zwrotem akcji w wysoce nieprawdopodobnej historii straszydła Al-Kaidy jest niedawna decyzja administracji Trumpa o usunięciu Frontu Al-Nusra, znanego również jako „Al-Kaida w Syrii”, z listy „Specjalnie Wyznaczonych Globalnych Organizacji Terrorystycznych” (SDGT) Departamentu Skarbu USA.
Decyzja ta jest częścią kompleksowego programu rządu USA, mającego na celu rozwiązanie pozostałych problemów związanych z trwającą od dziesięcioleci operacją zmiany reżimu w Syrii. Program ten zakończył się usunięciem przez Wuja Sama Syrii z listy państw oficjalnie uznanych za „państwa sponsorujące terroryzm”.
Żeby było jasne: kiedy Syria była jeszcze państwem świeckim, rządzonym przez Baszara al-Assada, okulista kształcony w Londynie…
…było to państwo wspierające terroryzm.
Ale teraz, gdy Syrię przejęli wspierani przez USA i powiązani z Al-Kaidą terroryści, którzy dosłownie „obcinają głowy dzieciom i wyrywają im serca”, rozdarli ten kraj na strzępy…
…jest prawowitym państwem narodowym, uznawanym przez USA!
W artykule na ten temat „The Grayzone” zauważa, że Departament Skarbu USA właśnie zniósł sankcje wobec Abdullaha Muhaysiniego, „salafickiego duchownego dżihadysty z Arabii Saudyjskiej, który brał udział w nagrywanych na wideo masakrach pojmanych żołnierzy i w ciągu ostatniej dekady rekrutował hordy młodych cudzoziemców do przeprowadzania ataków samobójczych w całej Syrii”, a także wobec „Abu Sulaymana al-Muhajira, czołowego rekrutera Al-Kaidy w Australii, który uciekł do Syrii; Shafi Sultana Mohammeda al-Ajmiego, głównego kuwejckiego finansisty Frontu Al-Nusra; i Abdula Samreza Jashariego, albańskiego bojownika zagranicznego, który objął wiodącą rolę w syryjskiej armii w ramach Al-Sharaa”.
Dla tych, którzy powoli się orientują, należy podkreślić, że nikt nie chwali Baszara al-Assada ani poprzedniego rządu syryjskiego jako wzoru cnoty i dobroci. Nie, Syria pod rządami Asada nie była przyjemnym miejscem. Właśnie dlatego administracja Busha wykorzystała Syrię jako cel swojego programu „wydawania w trybie nadzwyczajnym” w pierwszej połowie „wojny z terroryzmem”. Przypomnijmy sobie żart Roberta Baera: „Jeśli chcesz poważnego przesłuchania, wyślij więźnia do Jordanii. Jeśli chcesz, żeby był torturowany, wyślij go do Syrii. Jeśli chcesz, żeby ktoś zniknął – żeby nigdy więcej go nie widziano – wyślij go do Egiptu”.
Przejście od Syrii Assada do Syrii Al-Kaidy jest kulminacją trwającego od dziesięcioleci planu, wspieranego przez USA i Izrael, mającego na celu obalenie rządu syryjskiego poprzez finansowanie „opozycji” w kraju… którą, jak się okazało, byli terroryści powiązani z Al-Kaidą, zamierzający przekształcić kraj w muzułmański kalifat.
Widzowie 8. dorocznej gali rozdania nagród „Fake News Awards” zapewne pamiętają, że plan został zrealizowany, gdy powiązany z Al-Kaidą terrorysta o nazwisku „Abu Mohammed al-Jolani”…
…ściął brodę, założył garnitur i został Ahmedem al-Sharaa, prezydentem Syrii.
Przeciętny mieszkaniec Zachodu, zajęty swoimi codziennymi sprawami i nie zwracający uwagi na wiadomości, mógł nie zwrócić uwagi na tę dziwną zmianę władzy w Syrii.
Ci, którzy mają nieco więcej wglądu, mogą się podrapać po głowie ze zdziwieniem. „Chwileczkę, czy Al-Kaida nie była tą złą jeszcze kilka lat temu? Co tu się dzieje?”
Są też moi drodzy czytelnicy, którzy, będąc wśród umysłów w pełni uważnych i inteligentnych, wiedzą, że ta niewiarygodna zmiana, której obecnie doświadczamy – od Al-Kaidy, uosobienia wszelkiego zła, do Al-Kaidy, grupy szanowanych mężów stanu – jest w zasadzie całkowicie przewidywalna.
ZAWSZE W WOJNIE Z EURAZJĄ…
W rzeczywistości każdy, kto śledził historię Al-Kaidy, jest świadomy zwrotów akcji, które doprowadziły nas do tego dziwnego momentu w historii.
Mogą sobie przypomnieć na przykład, jak w 1997 roku Peter Arnett przedstawił łatwowiernym amerykańskim widzom telewizyjnym straszydło Al-Kaidy w swoim „pierwszym ekskluzywnym wywiadzie telewizyjnym z Osamą bin Ladenem!”.
Pamiętacie zapewne wywiad Johna Millera dla OBL z 1998 r ., wyemitowany w czerwcu 1998 r. – zaledwie dwa miesiące przed atakami na ambasady USA w Kenii i Tanzanii w 1998 r.
I oczywiście pamiętacie, że po atakach z 11 września każda stacja telewizyjna w Ameryce, a jak się wydaje, każda stacja telewizyjna na świecie zaczęła bez przerwy relacjonować wydarzenia związane z Osamą bin Ladenem i jego bandą przerażających dżihadystów.
Dla tych, którzy nie urodzili się jeszcze w tamtych czasach, może być to trudne do zrozumienia, ale nie można dość podkreślić, jak bezlitośnie kontrolowane przez władzę media narzucały społeczeństwu zagrożenie terrorystyczne ze strony Al-Kaidy w pierwszych latach „wojny z terroryzmem”.
Każdy dzień przynosił nowe doniesienia o niewiarygodnym globalnym zasięgu tej podstępnej organizacji terrorystycznej. Ataki z użyciem wąglika, zamachowcy w butach, spiski terrorystyczne i ataki na londyńskie metro sprawiały, że zagrożenie to stale pozostawało w centrum uwagi opinii publicznej. Oznaczone kolorami poziomy zagrożenia terrorystycznego stały się prostym narzędziem Pawłowa do utrzymywania mas w stanie ciągłego strachu.
Krótko mówiąc: Al-Kaida i związane z nią zagrożenie terroryzmem stały się zasadą porządkującą nasz wszechświat polityczny. Wmówiono nam, że wojna z terroryzmem jest najważniejszą rzeczą na świecie i że od wyniku tej historycznej walki zależy los całej cywilizacji.
Ale potem wydarzyło się coś dziwnego. Priorytety polityczne zaczęły się zmieniać. Al-Kaida i 11 września przestały być tematem każdej dyskusji politycznej. A gdy widmo Al-Kaidy stopniowo znikało ze świadomości kulturowej, Stany Zjednoczone i ich sojusznicy zaczęli flirtować z niektórymi brodatymi terrorystami, z którymi rzekomo toczyli śmiertelną walkę.
Ta niezwykła transformacja od „wielkiej, złej Al-Kaidy” do „pożytecznego sojusznika Al-Kaidy” rozpoczęła się w Libii, gdzie wspierana przez USA koalicja NATO otwarcie współpracowała ze znanymi terrorystami, aby osiągnąć swój cel, jakim było obalenie libijskiego przywódcy Muammara al-Kaddafiego. Kampania ta nie tylko doprowadziła do tego, że USA walczyły po tej samej stronie co Państwo Islamskie i inni bojownicy powiązani z Al-Kaidą, ale także do „Benghazigate”, która okazała się katastrofalnym końcem udanej operacji CIA, mającej na celu przemyt broni i zaopatrzenia z Libii dla „grup opozycyjnych” w Syrii.
Ale to w Syrii, a nie w Libii, transformacja Al-Kaidy z przerażającego ucieleśnienia zła w sojusznika doraźnych korzyści osiągnęła punkt kulminacyjny. W latach 2010. ci, którzy wciąż mieli jasny umysł, obserwowali tę niezwykłą transformację z szeroko otwartymi oczami i zdumieniem. Tak, Stany Zjednoczone otwarcie współpracowały teraz z Al-Kaidą, a od opinii publicznej oczekiwano po prostu akceptacji tego sojuszu, jakby nie było w tym całkowitym zwrocie o 180 stopni nic niezwykłego.
Fakt, że Stany Zjednoczone znalazły się w dziwnej sytuacji, wspierając „grupy opozycyjne” Al-Kaidy w Syrii, nie jest wydumaną teorią spiskową. To zimny, twardy fakt, przyznany (z pewnym dyskomfortem) przez takie osobistości jak byli sekretarze stanu USA Hillary Clinton i John Kerry, a bagatelizowany (w żenujący sposób) przez szereg popleczników uznanych ośrodków analitycznych.
Poplecznicy, tacy jak:
Charles Lister, który w 2013 r. napisał artykuł „ Syryjskie powstanie wykraczające poza dobro i zło ” dla Foreign Policy , stwierdził: „Niezależnie od tego, czy się to komuś podoba, czy nie, grupy na bardziej skrajnym krańcu spektrum, zwłaszcza te powiązane z Al-Kaidą, wykazały się niezwykłą sprawnością w rozkładaniu swoich zasobów wojskowych na dużych obszarach terytorium”.
Ed Husain, starszy pracownik naukowy Rady Stosunków Zagranicznych (CFR), który w 2012 r. napisał artykuł „ Widmo Al-Kaidy w Syrii ”, stwierdził: „Gdyby w swoich szeregach nie było Al-Kaidy, syryjscy rebelianci byliby dziś niepomiernie słabsi”.
Barak Mendelson, autor artykułu „ Akceptacja Al-Kaidy: Wróg wroga Stanów Zjednoczonych ” z 2015 roku, argumentował: „Od 11 września Waszyngton postrzega Al-Kaidę jako największe zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych, zagrożenie, które należy wyeliminować bez względu na koszty i czas. […] Jednak niestabilność na Bliskim Wschodzie po Arabskiej Wiośnie i błyskawiczny wzrost Państwa Islamskiego w Iraku i Syrii (ISIS) zmuszają Waszyngton do ponownego rozważenia swojej polityki wobec Al-Kaidy”.
Innymi słowy, parafrazując Orwella: Po 11 września wmówiono nam, że „toczymy wojnę z Al-Kaidą. Zawsze toczyliśmy wojnę z Al-Kaidą”. Jednak podczas interwencji w Syrii powiedziano nam, że Al-Kaida jest naszym sojusznikiem i że „toczymy wojnę z Syrią. Zawsze toczyliśmy wojnę z Syrią”.
Gdyby potraktować historię Al-Kaidy dosłownie, trudno zaprzeczyć, że Al-Kaida odniosła zwycięstwo. 11 września z powodzeniem uderzyła w serce amerykańskiego imperium i teraz cieszy się poparciem Wujka Sama.
Ale przecież nie zamierzamy brać historii o Al-Kaidzie za dobrą monetę, prawda?
CZYM JEST AL-KAIDA?
Każdy, kto ma choć odrobinę inteligencji, niewątpliwie już to wie:
„Al-Kaida” nie zniszczyła trzech budynków w Nowym Jorku dwoma samolotami.
W Al-Kaidzie nie było członków, którzy robiliby sobie zdjęcia, świętując podczas ataków.
„Al-Kaida” nie czerpała korzyści z handlu poufnymi informacjami o atakach, ani z oszustw ubezpieczeniowych związanych z WTC, ani z odzyskanego złota.
„Al-Kaida” nie zaplanowała na 11 września dziesiątek gier wojennych, symulacji i ćwiczeń – w tym „ćwiczeń”, podczas których samoloty miałyby wlatywać w budynki rządowe.
„Al-Kaida” nie ukryła wszystkich dowodów dotyczących tych ataków, nie zleciła Kongresowi przeprowadzenia śledztwa w sprawie tych ataków ani nie była autorem fikcyjnego dzieła, jakim jest Raport Komisji ds. 11 września.
Właściwie każdy, kto obejrzał mój obszerny, trzyczęściowy, pięcioipółgodzinny film dokumentalny „Fałszywe flagi: Tajna historia Al-Kaidy” zrozumie, że „Al-Kaida” powinna się tak naprawdę nazywać „Al-CIA-da”.
Tak, zaczynając od uzbrojenia i finansowania amerykańskiego „wojownika pokoju”, Osamy bin Ladena, podczas wojny radziecko-afgańskiej.
…o niezwykłej historii Alego Mohameda, mało prawdopodobnego „potrójnego agenta” Al-Kaidy w Fort Bragg
… aż po tajemniczą ochronę spiskowców, którzy w 1993 r. przeprowadzili atak na WTC
…w tym tajemnicza ochrona kozłów ofiarnych wśród porywaczy 11 września
… aż po absurdalną historię ucieczki Osamy bin Ladena do Pakistanu i jeszcze bardziej absurdalną historię jego zabicia przez amerykańskie siły specjalne.
… aż do powstania ISIS pod czujnym okiem Agencji Wywiadu Obronnego
… aż po ukierunkowaną współpracę z Al-Kaidą w Syrii –
Historia „Al-Kaidy” to kronika współudziału, wsparcia i finansowania domniemanych terrorystów przez służby wywiadowcze.
Biorąc pod uwagę tę szczegółowo udokumentowaną historię, nie powinno nikogo dziwić, że Al-Kaida jest obecnie tuszowana przez swoich sponsorów ze Stanów Zjednoczonych, NATO i Izraela i otrzymuje klucze do syryjskiego królestwa.
W rzeczywistości „Al-Kaida” w końcu ujawnia się jako to, czym zawsze była: marionetka „Państwa Głębokiego”, pionek na wielkiej szachownicy. Niezależnie od tego, czy pionek ten miał grać po stronie czarnych – jako groźny wróg, którego obecność na jednym lub drugim polu szachownicy mogłaby uzasadnić masową inwazję dzielnych sojuszników USA – czy też miał grać po stronie białych – jako wygodny sojusznik, który mógłby pomóc sojusznikom USA w zdobyciu upragnionego pola szachownicy – rezultat jest ten sam: Al-Kaida to nic więcej i nic mniej niż Al-CIA-da.
Pozytywnym aspektem tego wszystkiego jest to, że całą tę farsę niezwykle łatwo przejrzeć. Wystarczy odrobina pamięci historycznej i umiejętność przejrzenia propagandy establishmentu i rozpoznania faktów, które ona ukrywa. Pytanie tylko, czy wystarczająco dużo osób zostało wyrwanych z letargu przez ruch prawdy o 11 września i ruch oporu wobec COVID-19, aby dotrzeć do tej oczywistej prawdy.
Na Różańcu świętym będziemy się modlić wraz z Maryja Królową Polski o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii oraz o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu. BIAŁYSTOK – O godz. 13.30 wyruszymy sprzed Katedry (ul. Kościelna 2), przejdziemy Rynkiem Kościuszki, ul. Lipową do Bazyliki Mniejszej p. w. św. Rocha. Serdecznie zapraszam, Tadeusz Rosiński
========= POZNAŃ – początek o godz. 12.30 Msza Święta za Ojczyznę w Sanktuarium Bożego Ciała przy ul. Krakowskiej. Po Mszy Świętej Pokutny Marsz Różańcowy poprowadzi Ojciec Jerzy Garda. Zakończenie u Ojców Franciszkanów w Sanktuarium Matki Boskiej w Cudy Wielmożnej na Wzgórzu Przemysła. ZAMOŚĆ – o godz. 15.00 Koronka do Miłosierdzia Bożego, po modlitwie wyruszy spod kościoła św. Katarzyny Pokutny Marsz Różańcowy. Msza Święta za Ojczyznę w Kościele Rektoralnym Świętej Katarzyny, ul. Kolegiacka 3 o godz. 17.00
Ks. prof. Waldemar Rakocy CM wystosował do Konferencji Episkopatu Polski list na temat stanu dialogu katolicko-żydowskiego. Analizuje w nim pojawiające się błędy i proponuje korektę. Odnosi się między innymi do głośnego listu KEP na temat judaizmu z marca tego roku.
Portal PCh24.pl publikuje całość listu polskiego biblisty.
***
LIST OTWARTY KONFERENCJA EPISKOPATU POLSKI
Temat: Ocena dialogu chrześcijańsko-żydowskiego i potrzeba nowego otwarcia
Wprowadzenie
W pierwszej połowie tego roku toczyła się w kręgach katolickich w Polsce ożywiona dyskusja na temat dialogu chrześcijańsko-żydowskiego oraz sytuacji religijnej judaizmu po nieprzyjęciu Chrystusa. W powyższej dyskusji miałem swój udział, pisząc kilka tekstów. Pragnę wrócić do tematu, przede wszystkim do kwestii dialogu chrześcijańsko-żydowskiego, aby wskazać kierunek naprawy tego, co jest słusznie nieakceptowane przez większość wiernych i duchowieństwa w Polsce. Obecny kształt dialogu stanowi poważne zagrożenie dla nauki i wiary chrześcijańskiej, co skłania mnie do poinformowania o tym organu Kościoła katolickiego w Polsce, jakim jest Konferencja Episkopatu Polski.
Niniejszy tekst piszę jako list otwarty, aby poszerzyć grono jego odbiorców. Kieruję go do Czcigodnych Księży Biskupów, ale również kapłanów i wiernych. List wysyłam na adres Sekretariatu KEP. Księża Biskupi mogą rozesłać tekst kapłanom swoich diecezji.
Tekst składa się z czterech części: I. Sprzeniewierzenie się nauczaniu Nostra aetate, II. Błędna metodologia, III. Błędna teologia, IV. Nowe otwarcie.
Na wstępie pragnę uściślić, że przez judaizm rozumiem w tekście tę część Żydów, która nie uwierzyła w Chrystusa, a co określa się jako judaizm rabiniczny – rzadziej talmudyczny, bo ten jest częścią pierwszego.
I. Sprzeniewierzenie się nauczaniu Nostra aetate
1. Zgodnie z deklaracją soborową Nostra aetate (W naszych czasach) pkt 4 (1965) kontakty chrześcijańsko-żydowskie powinny być ukierunkowane na pogłębienie wzajemnych relacji. Deklaracja tak określa ich główny cel: „[…] obecny święty Sobór pragnie ożywić i zalecić obustronne poznanie się i szanowanie, które można osiągnąć zwłaszcza przez studia biblijne i teologiczne oraz przez braterskie rozmowy”. Przez łaciński termin studia w tekście oryginalnym należy rozumieć proces zgłębiania tematu w duchu wiary, a niekoniecznie podejście czysto naukowe.
Sobór zachęca do obustronnego poznania się i szanowania. Ma się to dokonać w pierwszej kolejności przez zgłębianie Bożego objawienia zawartego na kartach Starego i Nowego Testamentu (studia biblijne) oraz przez wzajemne poznawanie wyznawanej wiary (studia teologiczne). Wzajemne zgłębianie tekstów Pisma św. i prawd wiary ma prowadzić do poznania się i szanowania, co znaczy, że ma być dzieleniem się przeżywaną wiarą („braterskie rozmowy”), a nie przekonywaniem do własnej wiary. To drugie wzbudza nieufność i nie sprzyja budowaniu szacunku.
Deklaracja soborowa stwierdza wyraźnie, że proces poznawania się i szanowania ma mieć charakter obustronny („obustronne poznanie się i szanowanie”). Strona katolicka ma zatem za zadanie zaprezentowanie stronie żydowskiej objawienia nowotestamentowego oraz przybliżenie prawd wiary chrześcijańskiej, aby zrealizować cel obustronnego poznania się. To samo ma uczynić strona żydowska, czyli przedstawić własne rozumienie Bożego objawienia (Tanach) oraz tradycję rabiniczną – w tym talmudyczną. Obustronne poznanie się ma prowadzić do wzajemnego szacunku. Budowanie szacunku nie ma się ograniczać tylko do przedstawicieli obu stron prowadzonych rozmów, ale ostatecznie powinno objąć wyznawców chrześcijaństwa i judaizmu.
W szczerej relacji występuje gotowość na pełne wysłuchanie drugiej strony.
Otóż strona żydowska utrudnia taką możliwość. Nie życzy sobie mówienia o Chrystusie. Strona żydowska ma jednak możliwość mówienia o swojej wierze i jej zaprezentowania, z czego korzysta (rozumienie Bożego objawienia, rabiniczna interpretacja ksiąg świętych, żydowskie święta, praktyki religijne itp.). Taką samą możliwość powinna mieć strona chrześcijańska (katolicka). Spotyka się takie przypadki, ale nie jest to stan ani powszechny, ani stały.
Z racji oporu ze strony żydowskiej nie porusza się tematu Nowego Testamentu, prawd wiary chrześcijańskiej, ale również świąt chrześcijańskich czy praktyk religijnych. Strona katolicka uległa naciskowi swego rozmówcy i realizuje jego agendę. Cel deklaracji soborowej nie jest realizowany: nie ma obustronnego (pełnego) poznawania się, a tym samym budowania wzajemnego szacunku. Odbywa się to ze szkodą dla strony chrześcijańskiej.
Wykluczenie z rozmów osoby Chrystusa i objawienia nowotestamentowego (ale też świąt chrześcijańskich czy praktyk religijnych) sprawia, że obustronne spotkania tracą charakter ‘chrześcijańsko-żydowski’. Nie ma podstaw do takiego ich określania. Bez Chrystusa nie ma chrześcijaństwa ani chrześcijańskiego charakteru relacji. Spotkania mają charakter żydowski. Wyznanie żydowskie jest w nich traktowane z pełnym poszanowaniem. Nieadekwatnym jest zatem określanie ich obecnej formuły jako ‘chrześcijańsko-żydowska’. Nie wystarcza do tego fakt, że w spotkaniach biorą udział przedstawiciele obu stron.
Strona katolicka w kontaktach z judaizmem – w Polsce, ale też w innych krajach – godząc się na niepodejmowanie tematu objawienia nowotestamentowego i prawd wiary chrześcijańskiej, nie wywiązuje się ze swojego zadania: „obustronne poznanie się i szanowanie zwłaszcza przez studia biblijne i teologiczne oraz przez braterskie rozmowy”. Nie wywiązuje się z podstawowego zalecenia deklaracji soborowej. Opór strony żydowskiej względem osoby Chrystusa nie tłumaczy tego stanu rzeczy, ale każe inaczej spojrzeć na obustronne kontakty.
2. W odpowiedzi na deklarację Nostra aetate nawiązano po Soborze Watykańskim II relacje z przedstawicielami judaizmu, a obustronne kontakty określono w wielu krajach mianem dialogu.
Według definicji ‘dialog’ jest rozmową przynajmniej dwustronną, w której strony dążą do osiągnięcia wspólnego punktu widzenia (na drodze przekonania albo kompromisu) lub przynajmniej do zbliżenia stanowisk. Dialog w przypadku stron, jakimi są chrześcijaństwo i judaizm, w wymiarze religijnym jest niemożliwy. Żadna ze stron nie jest gotowa na ustępstwa w wyznawanej wierze. Kiedy dialog staje się niemożliwy, według definicji mówimy o rozmowach. Deklaracja soborowa Nostra aetate zaleca rozmowy (colloquia). Termin ‘dialog’ nie pojawia się w niej ani razu. Deklaracja przewiduje, że dialog w relacjach z judaizmem nie jest właściwą formą. Tak jak dzisiaj rozumiemy dialog, nie tylko jest on niemożliwy na gruncie religijnym (teologicznym), ale jest też niewłaściwy. Zakłada on bowiem ustępstwa w celu zbliżenia stanowisk.
Deklaracja soborowa zaleca rozmowy, które dookreśla jako „braterskie rozmowy” (fraternis colloquiis), czyli szczerą, otwartą wymianę myśli, w której każda ze stron prezentuje drugiej swoją wiarę („obustronne poznanie się”). Skoro strona żydowska nie godzi się na mówienie o Chrystusie i tradycji chrześcijańskiej, cel deklaracji, tj. braterskie rozmowy (o przeżywanej wierze), nie jest realizowany. W tej sytuacji nie są to braterskie rozmowy, ale nie jest to też dialog z racji jednostronnego charakteru. Możemy mówić jedynie o kontaktach z przedstawicielami judaizmu, spotkaniach, jakiejś postaci rozmów. Należy ponownie i poprawnie nazwać wzajemne kontakty.
Wzajemne relacje w wielu krajach nazwano dialogiem. Tak też wygląda to w przypadku ciała działającego w strukturach Konferencji Episkopatu Polski (Komitet ds. Dialogu z Judaizmem). Powstała po Soborze Watykańskim II Komisja (pierwotnie Biuro) do kontaktów z judaizmem nigdy nie miała w swej nazwie słowa ‘dialog’. Od początku była mowa o relacjach, kontaktach religijnych z judaizmem (ds. Relacji Religijnych). Taka nazwa figuruje na oficjalnej stronie Komisji w ramach watykańskiej Dykasterii. Relacje religijne dotyczą przeżywanej wiary, co ma być przedmiotem braterskich rozmów, lecz nie dążą do zbliżenia teologicznego (doktrynalnego), co dopuszcza czy nawet zakłada dialog.
Określanie obustronnych relacji mianem dialogu pociąga ze sobą poważne zagrożenie. Jeżeli dialog dąży do zbliżenia stanowisk, a relacje chrześcijańsko-żydowskie mają wymiar religijny, znaczy to, że zbliżenie ma dokonać się na gruncie wyznawanej wiary, co stanowi zagrożenie dla wiary każdej ze stron. Stąd za Nostra aetate poprawniej i korzystniej jest nazywać model wzajemnych relacji braterskimi rozmowami (na temat przeżywanej wiary bez próby przekonywania drugiej strony), bo to nie wzbudza podejrzliwości, a tym samym nieufności, ale buduje zaufanie i szacunek.
Czasami słyszy się narzekanie, że dialog z judaizmem pomimo upływu kilku dziesięcioleci nie posunął się do przodu ani o krok. Skąd taki osąd? Bo przez dialog rozumie się zbliżenie stanowisk, co obecnie jest niemożliwe. Tymczasem nie ma to być dialog, ale braterskie rozmowy. A te przy szczerych intencjach obu stron będą czyniły postępy (obustronne poznawanie się i coraz większe szanowanie).
Tam, gdzie strona żydowska we wzajemnych relacjach nie godzi się na mówienie o Chrystusie, czyli o tym, co stanowi sedno chrześcijaństwa, nie traktuje ona prowadzonych rozmów z pełnym szacunkiem dla strony chrześcijańskiej. Prowadzone rozmowy nie są ani obustronne, ani braterskie, co zaleca deklaracja soborowa. Nie widać zatem zasadności ich kontynuowania w dotychczasowej postaci. Korzyść z nich odnosi tylko strona żydowska. Strona chrześcijańska (katolicka) nie czerpie korzyści, bo ponosi największą z możliwych strat w postaci przemilczania istoty własnej wiary, Chrystusa.
Należy zatem poprawnie określić kontakty z judaizmem. Obecnie nie są to braterskie rozmowy, jakie zaleca Sobór, ale nie ma to być też dialog. Należy je nazwać odpowiednio do ich obecnego charakteru i dążyć do wdrożenia ich właściwej postaci.
3. Deklaracja soborowa Nostra aetate nigdzie nie zachęca do zbliżenia stanowisk na gruncie teologii (debata teologiczna). Istotę różnicy między chrześcijaństwem a judaizmem stanowi osoba Chrystusa, co na obecnym etapie historii czyni takie zbliżenie niemożliwym. Stąd – jak zostało wcześniej powiedziane – deklaracja nie zaleca dialogu, z czym mogą wiązać się ustępstwa w celu zbliżenia stanowisk, ale braterskie rozmowy.
W pewnym zakresie podobnie uważa strona żydowska, która odrzuca wszelką debatę teologiczną. Różnica polega na tym, że według deklaracji soborowej rozmowy mają dotyczyć przeżywanej wiary – bez przekonywania drugiej strony do własnych poglądów. Według strony żydowskiej (oficjalne stanowisko) rozmowy mają mieć charakter świecki, tj. wymiar społeczno-humanitarny, czyli dotyczyć wspólnego działania na rzecz sprawiedliwości społecznej, walki z antysemityzmem, etyki i pokoju. Jednak strona żydowska korzysta z możliwości wyjaśnienia stronie chrześcijańskiej aspektów własnej wiary i tradycji religijnej (punkt 1). Tak wygląda to w obecnych relacjach. Mówienie o wyłącznie świeckim charakterze rozmów jest zabezpieczeniem się przed chęcią wprowadzenia do nich przez stronę chrześcijańską tematu Chrystusa.
Przy takim podejściu do sprawy przez stronę żydowską należy mieć świadomość tego, że jakiekolwiek zbliżenie teologiczne, czynione przez stronę chrześcijańską (głównie protestancką), będzie jednostronne i bezowocne, ale nade wszystko szkodliwe z punktu widzenia historii zbawienia, bo 1) utwierdzające Żydów w ich przekonaniach 2) kosztem wiary chrześcijańskiej (przemilczanie osoby Chrystusa). Szkoda jest podwójna. Stąd deklaracja soborowa nie zachęca nawet do minimalnego zbliżenia teologicznego. Jeżeli mówimy o jakimś zbliżeniu, to na poziomie personalnym („obustronne poznanie się i szanowanie”), a nie teologicznym.
Deklaracja Nostra aetate jest świadoma powyższego problemu i zagrożenia, i w swej dalekowzroczności i mądrości nie proponuje zbliżenia stanowisk na drodze dialogu, ale braterskie rozmowy, które mają obejmować przeżywaną przez każdą ze stron wiarę.
Widzimy jednak odwrotną tendencję. Strona żydowska nie chce otwartych, braterskich rozmów na temat wiary chrześcijańskiej, a strona chrześcijańska (protestancka, ale też coraz częściej katolicka) dąży do zbliżenia na gruncie teologii, czyli czyni pewne ustępstwa względem judaizmu (zob. poniżej w tym punkcie). Mamy tu z obu stron poważne rozminięcie się z zaleceniem Nostra aetate. Trudno oczekiwać od strony żydowskiej, żeby realizowała wytyczne deklaracji soborowej, ale strona katolicka powinna je realizować, a skoro tego nie czyni, podlega krytyce. Strona żydowska ma prawo stawiać warunki rozmów. Chodzi o to, aby strona chrześcijańska (katolicka) postępowała w tej sytuacji właściwie. Czynienie ustępstw teologicznych jest najgorszym rozwiązaniem.
Przykładem tego jest dokument działającej przy Stolicy Apostolskiej Komisji ds. Relacji Religijnych z Judaizmem z 2015 roku („’Dar i wezwanie Boże są nieodwołalne’ [Rz 11, 29]” tłum. z ang. oryg.), który we wstępie stwierdza, że poczynione w nim refleksje mają służyć „[…] pogłębieniu myśli teologicznej, aby wzbogacić i zintensyfikować wymiar teologiczny dialogu żydowsko-katolickiego”. Po pierwsze, skoro ma to być dialog, a w tym dialogu poruszane mają być kwestie teologiczne, to jest to dążenie do zbliżenia stanowisk na gruncie wyznawanej wiary, co jest błędną i niebezpieczną propozycją rozmijającą się z linią deklaracji soborowej Nostra aetate. W rezultacie dokument czyni ustępstwa teologiczne względem judaizmu.
Po drugie, obustronne relacje zostają określone w katolickim dokumencie jako „żydowsko-katolickie”, a nie katolicko-żydowskie. Znaczy to, że strona katolicka postrzega je najpierw z pozycji wyznania żydowskiego, co stanowi niesłuszne ustępstwo i błędne założenie. Punktem wyjścia i dojścia każdej prawdy zbawczej jest Chrystus, w którym wszystko ma początek jako Bogu i ku któremu zmierza. Chrystus jest zatem racją istnienia Starego Testamentu (dokument będzie omówiony oddzielnie z racji teologicznej wadliwości, punkt 7).
Czynione względem judaizmu ustępstwa ogniskują się wokół czterech głównych tez: 1) nie tylko Kościół stanowi kontynuację Izraela Starego Testamentu, ale również judaizm, co znaczy, że trwa on w wierze ojców Starego Testamentu pomimo nieprzyjęcia Chrystusa, 2) przymierze na Synaju nie zostało odwołane, czyli trwa nadal w przypadku Żydów, 3) Żydzi są nadal ludem (narodem?) wybranym, czyli ludem Bożym, korzystającym z przysługujących ludowi Bożemu przywilejów, 4) Żydzi są naszymi starszymi braćmi w wierze lub naszymi ojcami w wierze, co znaczy, że trwają w tradycji ojców Starego Testamentu (patrz 1).
Tezy te (poglądy) sprzeciwiają się nauczaniu Nostra aetate: po pierwsze, bo wkraczają na obszar różnic teologicznych, starając się je „niwelować”; po drugie, bo są nieprawdziwe teologicznie. Wykroczono poza zalecenie Nostra aetate, że ma to być obustronne poznawanie się i szanowanie przez zgłębianie Bożego objawienia i wyznawanej wiary, a nie szukanie zbliżenia teologicznego. Mówiąc inaczej, mają to być rozmowy o przeżywanej wierze, a nie niwelowanie różnic teologicznych. Rozmowy o przeżywanej wierze ze strony chrześcijańskiej siłą rzeczy obejmują osobę Chrystusa, ale nie usiłują przekonywać do niej przedstawicieli judaizmu, bo to podważa wzajemne zaufanie i szacunek (nie oznacza to rezygnacji z misji ewangelizacyjnej Kościoła, ale chodzi o poprawne relacje w obustronnych kontaktach). Nie stosując się do zaleceń deklaracji soborowej, wkroczono na obszar różnic teologicznych i przyjęto wyżej wymienione nieprawdziwe tezy. Owe tezy mają podłoże ideologiczne, a nie teologiczne (punkt 6), dlatego także z tej racji powinny budzić zastrzeżenia.
Prowadzący rozmowy z judaizmem ze strony Kościoła katolickiego – którzy tak często powołują się na deklarację Nostra aetate i przypominają innym o potrzebie jej wdrożenia w życie – sami po raz kolejny naruszają jej nauczanie w kluczowym elemencie. Skupiają się na temacie walki z antysemityzmem, krzywdach Żydów itp., a naruszają naukę i wiarę chrześcijańską, przemilczając Chrystusa i dążąc do zbliżenia teologicznego kosztem własnej wiary.
Podsumowanie punktów 1-3. W świetle deklaracji Nostra aetate strona katolicka odpowiedzialna za kontakty z judaizmem dopuszcza się następujących wykroczeń: 1) nie dopełnia obowiązku przybliżania stronie żydowskiej chrześcijańskiej wiary i tradycji religijnej, tj. pism Nowego Testamentu, prawd wiary, głównych świąt itd. (punkt 1), 2) przekracza własne uprawnienia i szuka zbliżenia na gruncie teologii (punkt 3) oraz 3) obustronne relacje są nazywane dialogiem, co sprzyja czynieniu ustępstw teologicznych, a z powodu wykluczenia z rozmów tematu Chrystusa niepoprawnym staje się ich określanie jako ‘chrześcijańsko-żydowskie’ (punkt 2). Mamy do czynienia z grzechami zaniechania i nadużycia. Środowisko katolickie (nie tylko w Polsce) prowadzące rozmowy z judaizmem sprzeniewierzyło się nauczaniu deklaracji soborowej.
II. Błędna metodologia
4. Przejdę teraz do dokumentów kościelnych i wypowiedzi papieży na temat judaizmu powstałych po ogłoszeniu Nostra aetate, a dokładnie do tego, jaką mają one wartość w tym temacie. Otóż wadliwa jest stosowana w nich metodologia.
Po pierwsze, należy wyjść od Nostra aetate. Sobór Watykański II zrywa w punkcie 4 deklaracji z obraźliwym i potępiającym podejściem do judaizmu, do czego często dochodziło w minionych wiekach. Jest to słuszne stanowisko – zgodne z duchem Ewangelii. Odejście od potępiających ocen judaizmu przerodziło się w powstających po Nostra aetate dokumentach kościelnych w nadmiernie koncyliacyjne i przychylne podejście, a w przypadku wystąpień papieży kierowanych do Żydów – w kurtuazję. Dla ścisłości, wspomniana deklaracja soborowa nie mówi ani o jednym, ani o drugim, bo niesie to ze sobą zagrożenia, które postaram się ukazać.
W konsekwencji po Soborze Watykańskim II prezentacja judaizmu w dokumentach kościelnych przeszła od wcześniej mocno krytycznej do nadmiernie łagodnej. Przemilcza się często konsekwencje niewiary Izraela w Chrystusa (!), a podkreśla wspólne dziedzictwo, braterstwo, konieczność zwalczania antysemityzmu itp. Mamy do czynienia z wyraźną asymetrią w randze poruszanych tematów. Obraz sytuacji religijnej judaizmu w dokumentach kościelnych i wypowiedziach papieży ostatnich dziesięcioleci z racji jego mocnego złagodzenia jest najczęściej niepełny – pozbawiony obiektywnej oceny, jaką znajdujemy na kartach Nowego Testamentu. Ocena judaizmu została złagodzona w takim stopniu, że nie oddaje jego rzeczywistej sytuacji! Innymi słowy nie odpowiada ona prawdzie. Według zaś Nostra aetate nowe podejście do judaizmu ma dotyczyć poprawy wzajemnych relacji, czyli poznanie się i szanowanie (wymiar personalny), a nie zmiany oceny jego rzeczywistej sytuacji religijnej (wymiar doktrynalny).
W konsekwencji niepełny obraz judaizmu, tj. wybiórczy i jednostronny (błąd metodologiczny), rzutuje na teologiczną wartość stwierdzeń na jego temat obecnych w dokumentach kościelnych i wypowiedziach papieży ostatnich dziesięcioleci.
Po drugie, ocena judaizmu po nieprzyjęciu Chrystusa, obecna w dokumentach kościelnych i wypowiedziach papieży po Soborze Watykańskim II, z racji niepełnej, tj. mocno jednostronnej prezentacji, jest wadliwa teologicznie.
W tym miejscu chodzi przede wszystkim o cztery tezy pojawiające się w dokumentach kościelnych i wypowiedziach papieży, przytoczone w punkcie 3. Wszystkie cztery są wadliwe teologicznie, ponieważ opierają się na niepełnej prawdzie o sytuacji religijnej judaizmu. Ten fakt przesądza ich wartość. Wybiórczy obraz judaizmu (pozbawiony pełnej oceny) obecny w dokumentach kościelnych i wypowiedziach papieży ostatnich dziesięcioleci kładzie się na nich cieniem i nie stanowi rzetelnej podstawy do poznania prawdy. Religijne oceny judaizmu jako skażone metodologicznym błędem – tam, gdzie ma to miejsce – nie mają wartości teologicznej (jako prawda zbawcza ani naukowa), ale są osobistymi poglądami konkretnych osób (np. papieży) czy komisji kościelnych. Widzimy to jasno w przypadku rozbieżności z tym, co stwierdza Nowy Testament.
Z racji wadliwości metodologicznej i następnie teologicznej stwierdzeń na temat sytuacji religijnej judaizmu w dokumentach kościelnych i wypowiedziach papieży ostatnich dziesięcioleci (zwłaszcza cztery w/w tezy) każdy ma prawo nie tylko mieć co do nich wątpliwości, ale zgodnie z własnym sumieniem może je podważać i odrzucić.
5. Postaram się teraz zaprezentować, jak wadliwe są dokumenty kościelne i wypowiedzi papieży ostatnich dziesięcioleci w prezentacji judaizmu, ale również jak niepełne jest w nich chrześcijańskie orędzie. Uczynię to na przykładzie wystąpienia Jana Pawła II w synagodze rzymskiej dnia 13 kwietnia 1986 roku.
Nawiązując do deklaracji soborowej Nostra aetate, papież stwierdza w swoim wystąpieniu: „Sobór podkreślił, że nie można Żydom jako narodowi przypisywać żadnej dziedzicznej ani zbiorowej winy za to, co popełniono podczas męki Jezusa. Nie można jej przypisać wszystkim bez różnicy Żydom wówczas żyjącym ani Żydom dzisiejszym”. Papież przemilcza jednak poprzedzający fragment o odpowiedzialności części Żydów za śmierć Jezusa, który eksponuje deklaracja Nostra aetate: „[…] władze żydowskie wraz ze swymi zwolennikami domagały się śmierci Chrystusa”. Jakaś część Żydów ponosi odpowiedzialność i winę za śmierć Jezusa, co potwierdzają Ewangelie. Deklaracja daje pełną ocenę odpowiedzialności Żydów, czego nie ma w wystąpieniu papieża.
Jan Paweł II cytuje Nostra aetate: „[…] nie należy przedstawiać Żydów jako odrzuconych ani jako przeklętych, rzekomo na podstawie świętych Ksiąg”, lecz przemilcza powiązany z tym tematycznie fragment deklaracji: „[…] Jerozolima nie poznała czasu swego nawiedzenia i większość Żydów nie przyjęła Ewangelii, a nawet niemało spośród nich przeciwstawiło się jej rozpowszechnieniu”. Ponownie deklaracja daje pełny i obiektywny obraz sytuacji, czego nie ma w wystąpieniu papieża. Według deklaracji Żydzi sprzeciwili się Bogu, nie przyjmując Chrystusa, czego skutkiem było m.in. prześladowanie pierwszych chrześcijan; przykładem jest Szaweł z Tarsu, który zaciekle prześladował wyznawców Chrystusa (zob. Ga 1, 13-14).
Ponadto, w swoim wystąpieniu Jan Paweł II ani razu nie używa kluczowego dla chrześcijaństwa tytułu ‘Chrystus’ (jedynie ‘Kościół Chrystusowy’), a imienia ‘Jezus’ używa wprawdzie dwukrotnie, ale tylko w sensie historycznej postaci. Nie ma zatem w wystąpieniu papieża mowy o Jezusie jako Zbawicielu, co stanowi istotę chrześcijańskiego przesłania. Temat zbawienia nie pojawia się tam w ogóle. Nostra aetate, której inne passusy cytuje papież, daje zaś wyraźne świadectwo: „Chrystus […] mękę swoją i śmierć podjął […] za grzechy wszystkich ludzi, aby wszyscy dostąpili zbawienia”.
Nie jest moim zamiarem krytykowanie Jana Pawła II za treść jego wystąpienia w synagodze w Rzymie, bo rozumiem jego kontekst. Chcę tylko pokazać, jak wadliwe (wybrakowane) teologicznie są teksty powstające w tzw. dialogu z judaizmem! Koncyliacyjne podejście, wola niezadrażniania drugiej strony, skutkuje niepełną prawdą o sytuacji religijnej judaizmu, ale nade wszystko okrojoną prawdą o zbawieniu w Chrystusie. Z punktu widzenia naukowego takie teksty są metodologicznie wadliwe. Nie można na nich budować dalszej argumentacji teologicznej, bo konkluzje będą błędne. Teksty te niestety stają się później podstawą do kreowania i promowania nieprawdziwego obrazu judaizmu (np. w relacjach chrześcijańsko-żydowskich) i do całkowitego wybielania Żydów od winy, co jest poważnym wypaczeniem historii zbawienia. Odrzucenie Syna Bożego – i tu nie tyle ukrzyżowanie, ile niewiara w Niego – stanowi największy z możliwych błędów i występków, dlatego w historii chrześcijaństwa zawsze oceniano to bardzo poważnie i dosadnie określano.
Podsumowanie. Obraz judaizmu w dokumentach kościelnych i wypowiedziach papieży ostatnich dziesięcioleci z racji źle pojętego koncyliacyjnego podejścia (nieuzasadnione złagodzenie oceny teologicznej) jest niepełny, tj. pozbawiony rzetelnej oceny jego sytuacji religijnej, przez co stanowi wadliwą podstawę do wyprowadzania wniosków teologicznych. Mówimy tu o błędnej metodologii, co skutkuje następnie błędnymi wnioskami teologicznymi. Z tej racji głównym źródłem poznania sytuacji religijnej judaizmu jest Nowy Testament, a dokumenty kościelne ostatnich dziesięcioleci mają wartość o tyle, o ile nie stoją w sprzeczności z objawieniem nowotestamentowym.
Jednostronna i tym samym nieprawdziwa prezentacja judaizmu jest następnie wykorzystywana do kreowania i promowania jego obrazu przez stronę katolicką odpowiedzialną za kontakty chrześcijańsko-żydowskie. Towarzyszy temu wyciszanie przesłania chrześcijańskiego, osoby i dzieła Chrystusa, aby nie zadrażniać strony żydowskiej. Skutki tego są destrukcyjne dla chrześcijaństwa: jest to wypieranie się własnej wiary i historiozbawczo cofnięcie się do czasów Starego Testamentu (zawrócenie historii zbawienia). Taki stan stoi w sprzeczności z deklaracją Nostra aetate: „[…] głosić krzyż Chrystusowy jako znak miłości Boga zwróconej ku wszystkim”. Nawiązywanie relacji z judaizmem nie może dokonywać się kosztem wiary chrześcijańskiej.
Koncyliacyjne, pojednawcze podejście do judaizmu ma dotyczyć wzajemnych relacji, a nie doktryny. Jeżeli etykieta wymagała, żeby wystąpienie Jana Pawła II w synagodze wyglądało w ten, a nie inny sposób, powinno być przyjęte, że na takich tekstach – z racji ich wskazanej wadliwości – nie można budować oceny religijnej judaizmu ani wykorzystywać ich jako argumentu w wywodach teologicznych.
III. Błędna teologia
6. Poglądy lansowane przez środowisko nazywane dialogiem chrześcijańsko-żydowskim (zwłaszcza w/w cztery tezy, zob. punkt 3) są błędne teologicznie z następujących powodów:
Po pierwsze, są błędne, bo wynikają z błędnej metodologii, o czym była mowa. Błędne założenia, tj. źle pojęte koncyliacyjne podejście do judaizmu i związana z tym jego niepełna, w dużym stopniu jednostronna prezentacja, skutkują błędnymi wnioskami teologicznymi.
Po drugie, są błędne, bo zrodziły się z ideologii, a nie teologii. Poglądy te doszły do głosu w Niemczech po drugiej wojnie światowej (niektóre z nich pojawiły się już wcześniej) jako gest względem judaizmu ze strony niektórych protestanckich teologów niemieckich z powodu zadanego Żydom cierpienia przez ich ojczyznę. Chciano przedstawić w mniej negatywnym świetle sytuację religijną judaizmu i przez to uczynić bardziej przychylnym nastawienie chrześcijan do Żydów, aby nie doszło ponownie do Holokaustu. Motyw ani uzasadnienie nie pochodzą z teologii, ale z ideologii. Pobudki są szlachetne, ale tezy nieprawdziwe. Zaproponowano tezy, które są wytworem ludzkiej myśli. Dopiero wtórnie starano się je uzasadnić biblijne i teologicznie.
Po trzecie, są błędne, bo przyjęto błędne wyjściowe założenie zrodzone z ideologii, a nie z teologii, że nie tylko Kościół jest kontynuatorem starotestamentowego Izraela, ale również judaizm, który nie przyjął Chrystusa. Skutkuje to ciągiem błędnych konkluzji: jeżeli judaizm pomimo nieprzyjęcia Chrystusa stanowi kontynuację Izraela Starego Testamentu, przymierze zawarte przez Boga na Synaju trwa nadal w przypadku Żydów; skoro przymierze synajskie jest nadal aktualne, Żydzi pomimo nieprzyjęcia Chrystusa, pozostają na mocy przymierza ludem wybranym; z kolei jeżeli są uznawani za lud wybrany, korzystają z przysługujących mu przywilejów; z tych przywilejów czy darów największym zapowiedzianym w Starym Testamencie jest zbawienie dokonane w Chrystusie; wprawdzie judaizm nie przyjmuje Chrystusa, ale domyślnie ma mieć udział w tym darze jako stale będący ludem wybranym; stąd nie ma przeszkód, aby niewierzących w Chrystusa Żydów uważać za naszych starszych braci czy ojców w wierze, ponieważ trwają oni w tradycji Starego Testamentu. Błędne wyjściowe założenie prowadzi do ciągu fałszywych konkluzji, które domykają się wyjściową nieprawdą. Została zatarta różnica, jaką między Kościołem a judaizmem wyznacza osoba Chrystusa. Chrystus zostaje zmarginalizowany.
Nie przytaczam przedstawianych we wcześniejszych artykułach argumentów. Można je przeczytać w Internecie przede wszystkim w obszernym opracowaniu autora tego tekstu, wpisując w Google jego nazwisko i tytuł Sytuacja religijna judaizmu po nieprzyjęciu Chrystusa.
Po czwarte, za największy teologiczny błąd należy uznać wykluczenie osoby Chrystusa z prowadzonych rozmów. Zaprzecza to istocie chrześcijaństwa. Chrystus inauguruje nowy porządek zbawczy, który apostoł Paweł nazywa „nowym stworzeniem” (Ga 6, 15; 2 Kor 5, 17a: Ef 2, 15), co znaczy, że rzeczywistość starotestamentowa ustaje wobec nowej rzeczywistości w Chrystusie. Przez ‘nowe stworzenie’ należy rozumieć powołanie wszystkiego do istnienia od początku, od nowa: „To, co dawne minęło. A oto wszystko stało się nowe” (2 Kor 5, 17b). Św. Tomasz z Akwinu w hymnie eucharystycznym wyraża to w słowach: „Niech przed Nowym Testamentem starych praw ustąpi czas”. Jest to prawda objawiona – potwierdzana przez dwa tysiące lat istnienia Kościoła.
W sprzeczności z powyższym stoi utrzymywanie, że porządek religijny Starego Testamentu w jakimś zakresie trwa nadal w przypadku Żydów (np. trwanie w przymierzu na Synaju czy bycie stale ludem wybranym). W takim razie zbawcze dzieło Chrystusa nie ma wymiaru uniwersalnego. Nie wszystko mu podlega. Chrystus przestaje być Zbawicielem całego świata, bo Żydzi mają swój porządek zbawczy. Taki stan narusza istotę chrześcijańskiej doktryny! Jest cofnięciem się w historii zbawienia do czasów Starego Testamentu. Wyciszanie osoby Chrystusa w rozmowach z przedstawicielami judaizmu jest ustępstwem, które owe rozmowy czyni wadliwymi merytorycznie.
Po piąte, są błędne, bo nie mają oparcia w pełnym przesłaniu Pisma św. Mamy do czynienia z wybiórczym traktowaniem Pisma św., czyli z wybieraniem jednych tekstów (np. Rz 11, 28b i 29) i z pomijaniem innych (np. J 8, 44; Rz 9, 6b nn.; 11, 23. 28a; 2 Kor 3, 6-10; Dz 2, 40; 3, 23). Kryterium doboru stanowi przyświecający cel przedstawienia judaizmu w przychylniejszym świetle. Mamy do czynienia z utrwalaniem błędu metodologicznego, bo ocena judaizmu nie jest dokonywana w oparciu o pełne Boże objawienie, ale w oparciu o dowolnie dobierane teksty, z których niektórym jest ponadto nadawane inne przesłanie niż przyjmowana powszechnie interpretacja (np. Rz 11, 29 czy Hbr 8, 13).
Po szóste, są błędne, bo nie stosują się do nauczania deklaracji soborowej Nostra aetate, która postrzega judaizm w zgodzie z objawieniem Nowego Testamentu. A) W deklaracji nie ma mowy o tym, że judaizm, który nie przyjął Chrystusa, trwa w tradycji ojców Starego Testamentu i realizuje Bożą wolę (potwierdzają to kolejne punkty B i C). B) Przymierze na Synaju jest nazwane w deklaracji ‘starym przymierzem’, co znaczy, że w obliczu ‘nowego przymierza’ w Chrystusie („nowy Lud Boży”) należy do przeszłości, czyli wygasło; inaczej występowałyby równolegle dwa porządki zbawcze. C) Wszystkie wzmianki o ludzie wybranym odnoszą się w deklaracji wyłącznie do Izraela Starego Testamentu lub do Kościoła. Deklaracja ani razu – i nie jest to przypadek – nie odnosi określenia ‘lud wybrany’ do judaizmu, czym potwierdza, że nie jest on kontynuatorem starotestamentowego Izraela (a propos, tekst oryginalny nie mówi w ogóle o narodzie wybranym, ale zawsze o ludzie; stąd za tekstem łacińskim tłumaczenia na jęz. obce mają ‘lud wybrany’). D) Deklaracja nie stwierdza braterstwa w wierze z judaizmem (nasi starsi bracia) ani ojcostwa (nasi ojcowie w wierze), bo to skutkuje przyznaniem, że Żydzi trwają w tradycji ojców Starego Testamentu (ze wszystkimi tego konsekwencjami jak bycie ludem wybranym). Mówi ona o duchowym dziedzictwie. Wyraża się natomiast bardzo ciepło o Izraelu Starego Testamentu.
Po siódme, są błędne, bo w swej argumentacji odwołują się głównie do dokumentów kościelnych i wypowiedzi papieży ostatnich dziesięcioleci, które – jak wykazaliśmy – są wadliwe metodologicznie i błędne teologicznie w temacie oceny sytuacji religijnej judaizmu (przynajmniej w czterech wspominanych już przypadkach, zob. punkt 3). Przyjęte błędne tezy są podbudowywane nieprawdziwymi argumentami (falsum per falsum). Środowisko prowadzące rozmowy z przedstawicielami judaizmu tak chętnie powołuje się na dokumenty kościelne ostatnich dziesięcioleci, bo nie są one krytyczne względem judaizmu, jak krytyczny jest Nowy Testament.
7. Przykładem błędnego teologicznie myślenia w interesującym nas temacie jest wspomniany w punkcie 3 dokument Komisji ds. Relacji Religijnych z Judaizmem z 2015 roku („’Dar i wezwanie Boże są nieodwołalne’ [Rz 11, 29]”).
Dlaczego ten dokument jest wadliwy? Bo przemyca za protestantyzmem tezy, które mają źródło w ideologii, jaka zrodziła się po drugiej wojnie światowej (punkt 6), a nie w teologii. Owe tezy są błędne teologicznie, bo sprzeczne z przesłaniem Nowego Testamentu i z dwutysiącletnią tradycją Kościoła powszechnego. Jeden aspekt wadliwości dokumentu został już przedstawiony w punkcie 3.
Dokument Komisji ds. Relacji Religijnych z Judaizmem głosi, że judaizm stanowi podobnie jak Kościół kontynuację starotestamentowego Izraela, tj. trwa w tradycji ojców pomimo niewiary w Chrystusa (np. pkt 17). Utrzymuje ponadto, że „Żydzi są uczestnikami Bożego zbawienia” dokonanego w Chrystusie (pkt 36), czyli zmierzają drogą do Boga, lecz bez Chrystusa, która to droga nie jest błądzeniem, ale domyślnym przyjęciem Chrystusa (pkt 17). Autorzy dokumentu nie umieją jednak wyjaśnić, jak Żydzi mogą kroczyć do zbawienia drogą bez Chrystusa, gdzie droga do zbawienia – jak sami przyznają – jest tylko jedna i w Chrystusie! Ten zagmatwany i wykluczający się stan Komisja konkluduje stwierdzeniem, że pozostaje to „niezgłębioną tajemnicą Bożą” (pkt 36). Komisja zakłada stan rzeczy, którego nie jest w stanie dowieść i w tej sytuacji podpiera się Bogiem. Stanowi to poważne uchybienie z punktu widzenia teologii jako nauki, ale również wystąpienie przeciwko Bogu, któremu przypisuje się pogląd przeciwny do objawionego przez Niego na kartach Nowego Testamentu.
Dokument stara się też wykazać, że przymierze na Synaju trwa nadal (pkt 34), że judaizmowi w dalszym ciągu przysługuje przywilej wybrania (pkt 22) i nazywa wprost Żydów naszymi starszymi braćmi (np. pkt 14). Wszystkie wymienione tezy należy uznać za błędne, bo niemające uzasadnienia ani w przesłaniu Nowego Testamentu, ani w deklaracji soborowej Nostra aetate. Nie znajdują one potwierdzenia w dwutysiącletniej tradycji Kościoła.
Na szczęście dokument Komisji ds. Relacji Religijnych z Judaizmem jest dokumentem niskiej rangi. W przedmowie do niego czytamy: „Tekst nie jest dokumentem Magisterium ani nauczaniem doktrynalnym Kościoła katolickiego, ale refleksją przygotowaną przez Komisję […]”. Nie jest to nauczanie doktrynalne Kościoła, ale refleksja członków Komisji. Refleksje są luźnymi myślami i mogą być całkowicie błędne. I tak faktycznie jest w tym przypadku, co potwierdzają świadectwa Nowego Testamentu. Dokument można zatem zignorować.
Wpływowi powyższego dokumentu uległ niestety Episkopat Polski. Świadectwem tego jest jego list z dnia 12 marca 2026 roku (odczytany 22 marca tegoż roku) napisany z okazji 40. rocznicy wizyty Jana Pawła II w rzymskiej Synagodze Większej, który przytacza jako przekaz wiary najbardziej kontrowersyjny i błędny fragment dokumentu (pkt 36).
Podsumowując, dokument Komisji ds. Relacji Religijnych z Judaizmem z 2015 roku („’Dar i wezwanie Boże są nieodwołalne’ [Rz 11, 29]”) jest wyraźnym odejściem od linii deklaracji soborowej Nostra aetate i częściowo od objawienia Nowego Testamentu. Zawiera w różnych miejscach błędne nauczanie, sprzeczne z Bożym objawieniem, i błędne podejście do judaizmu, bo 1) wybiela jego sytuację religijną i 2) stanowi próbę zbliżenia na gruncie teologii, co wyklucza deklaracja soborowa, zalecając jedynie „obustronne poznanie się i szanowanie”.
8. Na gruncie polskim odniosę się do publikacji Kościół katolicki wobec Żydów i judaizmu(red. G. Ryś – A. Perzyński i inni [WAM; Kraków 2025]) zawierającej dokumenty Stolicy Apostolskiej, a powstałej w środowisku utrzymującym kontakty z judaizmem.
W słowie wprowadzającym ks. kard. Grzegorz Ryś wymienia kilka tez, które jego zdaniem potwierdza deklaracja soborowa Nostra aetate. Wśród nich wymienia też tezę, iż „Żydzi nie przestali być narodem wybranym” pomimo niewiary w Chrystusa. Jego zdaniem w deklaracji znajduje się stwierdzenie (!), które to potwierdza.
Po pierwsze, deklaracja Nostra aetate nie może stwierdzać, że Żydzi są narodem wybranym, bo określenie ‘naród wybrany’ ani razu w niej nie występuje. Deklaracja mówi o ludzie (populus) wybranym. Termin ‘naród’ w odniesieniu do Żydów pojawia się tylko w polskim przekładzie – i jest to nieścisłość w tłumaczeniu.
Po drugie, deklaracja soborowa nie stwierdza też, że Żydzi są ludem wybranym. Przywilej Bożego wybrania wiąże ona wyłącznie z Izraelem Starego Testamentu i Kościołem jako kontynuatorem tradycji starotestamentowej – ani razu nie stosuje go do Żydów, którzy nie uwierzyli w Chrystusa.
Po trzecie, bycia przez współczesnych Żydów (judaizm) ludem wybranym nie da się nawet wydedukować z tekstu Nostra aetate. Miejscem w deklaracji, gdzie można by próbować to uczynić, jest cytowany przez nią tekst Rz 9, 4-5. Apostoł Paweł wymienia tam różne przywileje Izraela, jakimi został on obdarowany przez Boga, ale pomija przywilej wybrania. Apostoł przemilcza go umyślnie (z racji jego błędnego rozumienia przez Żydów), aby następnie wytłumaczyć, na czym polega Boże wybranie (ww. 6b nn.), tj. że samo pochodzenie z Izraela, urodzenie się Żydem, nie decyduje o Bożym wybraniu, ale odpowiedź na Boże wezwanie (obecnie jest to uwierzenie w Chrystusa).
Krótko mówiąc, nie jest prawdą, że deklaracja soborowa stwierdza, iż Żydzi są nadal narodem wybranym ani też, że są ludem wybranym. Deklaracja nie stwierdza tego ani też nie da się tego z niej wydedukować. Autor zaś słowa wstępnego, ks. kard. G. Ryś, stwierdza o nieistniejącym w Nostra aetate zapisie, że ma on – razem z innymi tezami – „charakter konstytucyjny: uroczysty, autorytatywny”. Innymi słowy nie da się tego podważyć. Co więcej, inne myślenie nazywa bałamutnym. Używa on autorytarnych stwierdzeń na poparcie nieprawdziwej tezy. Mamy tu przypadek siłowego narzucenia czytelnikowi nieprawdy.
Tymczasem Boże objawienie poucza ustami Mojżesza. W imieniu Boga zapowiada on nowego Proroka (Pwt 18, 15. 18-19), co Nowy Testament odnosi do Jezusa Chrystusa, mówiąc: „Każdy, kto nie posłucha tego Proroka, zostanie usunięty z ludu” (Dz 3, 23). Nieprzyjęcie Chrystusa jest pozbawieniem się udziału w ludzie Bożym, czyli usunięciem z ludu wybranego. Stąd judaizm (rabiniczny) nie uczestniczy w przywileju Bożego wybrania i dlatego deklaracja soborowa nie stwierdza przeciwnego faktu. Nieuczestniczenie przez judaizm w przywileju Bożego wybrania nie znaczy jednak, że można z tego powodu potępiać Żydów. Deklaracja przestrzega przed tym. Osąd sytuacji należy pozostawić Bogu.
W tym samym słowie wstępnym do publikacji Kościół katolicki wobec Żydów i judaizmu ks. kard. G. Ryś stwierdza, że znajdujące się w niej dokumenty są „nauczaniem Magisterium Ecclesiae”. Zamieszczony tam dokument z 2015 roku – omawiany w punkcie 7 tego artykułu („’Dar i wezwanie Boże…”) – w przedmowie mówi sam o sobie, że „nie jest dokumentem Magisterium ani nauczaniem doktrynalnym Kościoła katolickiego”, ale refleksją Komisji. Mamy tu kolejne przekłamanie lub niewiedzę. Sam fakt pochodzenia dokumentu ze Stolicy Apostolskiej nie oznacza jeszcze, że jest on nauczaniem Magisterium Kościoła w sensie doktrynalnym. Jedno nie musi się równać drugiemu. Muszą być spełnione konkretne warunki. Pozostałe opublikowane w w/w publikacji dokumenty, poza Nostra aetate, mają podobną czy zbliżoną rangę co dokument ’Dar i wezwanie Boże…’. Czytelnik zostaje wprowadzony w błąd, że ma przyjąć wszystko, co owe dokumenty stwierdzają, bo jest to doktrynalne nauczanie Magisterium Kościoła katolickiego. Tak jednak nie jest.
Czym jest motywowane takie działanie? Otóż chęcią przeforsowania określonego myślenia na temat judaizmu. Przykładem tego jest wspominany już dokument z 2015 roku („’Dar i wezwanie Boże…”). W jego polskim tłumaczeniu – zamieszczonym w omawianej w tym punkcie publikacji – znalazła się manipulacja (pkt 20). Z wypowiedzi Jana Pawła II w synagodze rzymskiej zostało usunięte względem angielskiego oryginału wyrażenie „w pewnym sensie”, kiedy papież mówił o Żydach „nasi starsi bracia”. Papież stwierdził wówczas, że Żydzi są „w pewnym sensie” naszymi starszymi braćmi, czyli nie w sensie dosłownym. Usunięcie z tekstu polskiego „w pewnym sensie” jest umyślnym działaniem w celu przeforsowania myślenia, że Żydzi są naszymi starszymi braćmi w sensie dosłownym, co znaczy wtedy, że trwają w wierze ojców Starego Testamentu – tym samym są nadal ludem wybranym. Usunięcie z tekstu wyrażenia „w pewnym sensie” zmienia diametralnie obraz sytuacji religijnej judaizmu: od sprzeciwienia się Bogu do realizacji Jego woli. Środowisko odpowiedzialne w Polsce za kontakty z judaizmem stosuje nieuczciwe praktyki, aby przekonać do własnych, błędnych tez.
Wszystkie wymienione przypadki są naganne, a ich pogłębioną ocenę pozostawiam Czytelnikom. Dyskredytują one środowisko odpowiedzialne w Polsce za prowadzenie rozmów z judaizmem.
IV. Nowe otwarcie
9. Z przedstawionego wywodu wynika, że dotychczasowa formuła tzw. dialogu chrześcijańsko-żydowskiego jest wadliwa i w dużej mierze błędna. W tym miejscu w oparciu o Boże objawienie (Pismo św.) i deklarację soborową Nostra aetate proponuję nowe otwarcie oparte na powrocie do źródeł. Jest to perspektywa, która zapewnia poprawne relacje między chrześcijaństwem a judaizmem.
Po pierwsze, jako kluczowe w sprawie sytuacji religijnej judaizmu należy uznać to, co mówi Nowy Testament. Chodzi o jego zobiektywizowane przesłanie, czyli takie, które istnieje poza subiektywnym doświadczeniem jednostki. Chodzi o lekturę Kościoła jako wspólnoty wierzących, która odczytuje na kartach Biblii głos Boga. Błędna lektura i interpretacja Pisma św. jest możliwa wtedy, kiedy nie jest to zobiektywizowana prawda, ale subiektywna lektura jednostki czy jednostek. Przez powyższe należy też rozumieć, że nie może być to wybiórcze posługiwanie się tekstem biblijnym, ale pełny obraz judaizmu, jaki znajdujemy na kartach Nowego Testamentu.
Po drugie, z racji wagi deklaracji soborowej Nostra aetate należy odczytać ją ponownie jako wspólnota Kościoła, przez którą przemawia Duch Boży, aby wykluczyć wypaczenia i nadużycia w interpretacji jej treści. Powinno się przyjąć, że deklaracja soborowa jest nieprzekraczalnym modelem relacji z judaizmem; relacje te nie mogą odbiegać od linii wyznaczonej przez Sobór. Deklaracja powstała w duchu dwutysiącletniej tradycji Kościoła katolickiego: zmienia, co prawda, nastawienie chrześcijan do judaizmu, ale nie ocenę teologiczną jego niewiary w Chrystusa.
Po trzecie, ocena niewiary Izraela utrwalona na kartach Nowego Testamentu ma nie tylko wartość teologiczną, ale również historyczną. Są to świadectwa powstałe od dwudziestu do kilkudziesięciu lat po śmierci Jezusa – w znacznej mierze świadectwa naocznych świadków. Ponadto, poza św. Łukaszem autorzy pism Nowego Testamentu są pochodzenia żydowskiego i jako Żydzi oceniają Żydów, którzy nie uwierzyli w Chrystusa. Na kartach Nowego Testamentu wierzący w Chrystusa Żydzi oceniają niewierzących w Niego Żydów. Żydzi oceniają Żydów. Nie ma zatem mowy o uprzedzeniach etnicznych czy religijnych ani o jakiejkolwiek postaci antysemityzmu. Trzeba powiedzieć, że nie mamy bardziej starożytnej ani też bardziej wiarygodnej oceny niewiary Izraela. Nikt tak dobrze jak ówcześni Żydzi nie znał i nie rozumiał mesjańskich zapowiedzi Starego Testamentu. Cechą zaś wspólną ich świadectwa na kartach Nowego Testamentu jest mocno krytyczna ocena niewiary Izraela w Chrystusa.
Z kolei Nostra aetate (pkt 4) z racji krótkości dokumentu nie daje rozbudowanej oceny niewiary Izraela w Chrystusa, jaką znajdziemy w Nowym Testamencie, ale ją stwierdza jako wydarzenie bolesne i wyraża nadzieję na jej naprawienie w przyszłości: „Kościół oczekuje znanego tylko Bogu dnia, w którym wszystkie ludy będą wzywały Pana jednym głosem”.
Po czwarte, dokumenty kościelne i wypowiedzi papieży na temat sytuacji religijnej judaizmu, powstałe po Soborze Watykańskim II, mają wartość o tyle, o ile nie stoją w sprzeczności z prawdą objawioną na kartach Nowego Testamentu i uwzględniają nauczanie deklaracji soborowej Nostra aetate, która nakazuje przedstawiać Żydów zgodnie „[…] z prawdą ewangeliczną i z duchem Chrystusowym”. To im, Bożemu objawieniu i deklaracji soborowej, należy się pierwszeństwo w kolejności ich wymienienia. Błędem w ocenie sytuacji religijnej judaizmu jest powoływanie się w pierwszej kolejności, czy tym bardziej wyłącznie, na dokumenty kościelne i wypowiedzi papieży powstałe po Nostra aetate, z racji wskazanej wcześniej ich możliwej metodologicznej i teologicznej wadliwości.
Gdzie wypowiedzi dokumentów kościelnych czy papieży na temat judaizmu budzą wątpliwości (zwłaszcza w/w cztery tezy), należy je skorygować w świetle wymienionych powyżej źródeł. Uchroni to w przyszłości przed rozbieżnościami między Bożym objawieniem a dokumentami kościelnymi.
Po piąte, według Nostra aetate celem kontaktów z przedstawicielami judaizmu jest wzajemne poznanie się i szanowanie (wymiar personalny). Obie strony mają realizować ten cel zwłaszcza przez zgłębianie przesłania ksiąg świętych i wyznawanej wiary, i dzielić się tym między sobą („braterskie rozmowy”). W szczerych, braterskich relacjach musi być miejsce na poznanie wiary drugiej strony – w wypadku Żydów na poznawanie chrześcijańskiej wiary i tradycji religijnej. Wynika to z określenia obustronnych spotkań jako chrześcijańsko-żydowskie, czyli że dochodzi w nich do głosu istota wiary każdej ze stron. W innym przypadku jest to niewywiązywanie się przez stronę katolicką z zalecenia deklaracji soborowej. Opór zaś ze strony żydowskiej świadczy o nietraktowaniu obustronnych kontaktów jako partnerskich, opartych na równych zasadach, co podważa zasadność ich kontynuowania w obecnej postaci.
Po szóste, celem rozmów z przedstawicielami judaizmu nie jest zbliżenie na gruncie teologii (wymiar doktrynalny). Deklaracja Nostra aetate w ogóle nie podejmuje takiego tematu, ponieważ kierunek jest błędny. Nie znajdziemy w niej też potwierdzenia żadnej z czterech wcześniej wspominanych tez (punkty 3 i 6). Zbliżenie doktrynalne – z racji różnic na tle osoby Chrystusa – jest niemożliwe, bo domaga się poważnych ustępstw godzących w wiarę każdej ze stron. Należy porzucić wysiłki zmierzające w kierunku nawet minimalnych zbliżeń na gruncie teologii, bo skutkiem tego – jak widzimy to obecnie – jest relatywizowanie przez przedstawicieli strony chrześcijańskiej roli Chrystusa jako Zbawiciela świata. Nawiązywanie relacji z judaizmem nie może dokonywać się kosztem wiary chrześcijańskiej.
Po siódme, obecne po Soborze Watykańskim II koncyliacyjne, pojednawcze podejście do judaizmu należy rozumieć jako budowanie braterskich relacji, a nie zmianę oceny jego rzeczywistej sytuacji religijnej. Zbliżenie ma się dokonać na płaszczyźnie personalnej, a nie teologicznej (doktrynalnej). Gdzie jednak etykieta wymaga złagodzenia stanowiska teologicznego (np. wystąpienie papieża w synagodze), powinno być przyjęte, że na takich tekstach – z racji ich metodologicznej i merytorycznej wadliwości – nie można budować oceny religijnej judaizmu, czyli wykorzystywać ich jako argumentu w prowadzonych dyskusjach ani w tekstach teologicznych. Można jednak korzystać z tych treści, które dają pełny obraz zagadnienia.
Po ósme, należy zmienić formułę spotkań chrześcijańsko-żydowskich i ich nazwę. To, co ma miejsce, nie jest dialogiem i nie powinno nim być. Według Nostra aetate mają to być braterskie rozmowy. Stronie katolickiej powinno zależeć na nieokreślaniu obustronnych relacji mianem dialogu, bo dialog dopuszcza ustępstwa – także w zakresie doktryny. Poważne zastrzeżenia budzi również określanie wzajemnych kontaktów jako „chrześcijańsko-żydowskie”, bo w temacie chrześcijaństwa przemilcza się jego istotę, Chrystusa. Bez Chrystusa nie ma chrześcijaństwa ani chrześcijańskiego charakteru relacji.
Po dziewiąte, nie należy łudzić się, że ustępstwa względem judaizmu mogą prowadzić do jego zbliżenia z chrześcijaństwem. One jedynie utwierdzają Żydów w ich racjach, bo ustępujący przyznaje słuszność drugiej stronie. Nie prowadzi to zatem do zbliżenia, ale do utwierdzenia się judaizmu w swoich przekonaniach. Jego zbliżenie do chrześcijaństwa może zaś nastąpić przez studiowanie Bożego objawienia, czyli ksiąg Starego i Nowego Testamentu, do czego zachęca Nostra aetate. Ze słowa Bożego można poznać Bożą prawdę. Nie dążymy jednak do wzajemnego nawracania się, ale prowadzimy ze sobą szczere, braterskie rozmowy i wzajemnie się szanujemy.
Po dziesiąte, kształt prowadzonych rozmów z przedstawicielami judaizmu powinien być wypracowany przez wspólnotę Kościoła, która będzie popierała taką postać rozmów i się z nią identyfikowała. Nie może tu dochodzić do wymuszeń na znacznej części wiernych. Obecna formuła jest nieakceptowana przez większość wiernych – w tym duchowieństwa. Błąd nie leży po ich stronie. Należy uznać, że przemawia przez nich Duch Boży (sensus populi Dei). Potwierdza to mocna krytyka obecnego kształtu relacji, tj. popełniane w nich poważne błędy oraz świadome przekłamania ze strony środowiska odpowiedzialnego za kontakty z judaizmem, co odbiera jego przekazowi wiarygodność. Należy uwzględnić głos ludu Bożego.
Po jedenaste i jako wniosek końcowy, z racji poważnych błędów (w tym teologicznych) i wypaczeń wynikających z obecnej formuły prowadzenia rozmów ze stroną żydowską należy zawiesić dotychczasową postać kontaktów (nie same kontakty) i wypracować nową. Należy być może zacząć obustronne relacje od początku, gdzie każda ze stron w równym stopniu wyraża wolę prowadzenia rozmów i określa ich równe zasady. W wypadku strony katolickiej wypracowanie nowej formuły powinno opierać się na wytycznych deklaracji soborowej Nostra aetate. Jej zalecenia zaradzają wszystkim dotychczasowym problemom.
Jeżeli strona żydowska nie wyrazi zgody na nową formułę kontaktów, będzie to oznaczało, że nie jest zainteresowana prowadzeniem rozmów na zasadach partnerskich. Należy wówczas zdefiniować ich rzeczywisty charakter: byłyby to jedynie kurtuazyjne spotkania o charakterze świeckim, które można by określić jako polsko-żydowskie (przy czym ‘polski’ należy rozumieć w sensie kulturowym, a nie narodowym).
Zakończenie
Niniejszy tekst pragnie ustawić relacje chrześcijaństwa z judaizmem w zgodzie z nauczaniem deklaracji soborowej Nostra aetate oraz wykluczyć z nich w świetle Nowego Testamentu istniejące błędne poglądy teologiczne.
Prowadzone dotychczas rozmowy przez stronę katolicką z przedstawicielami judaizmu negatywnie ocenia zdecydowana większość wiernych Kościoła katolickiego w Polsce (w tym duchowieństwa), co jest jasnym sygnałem, że zmiany są konieczne.
87 lat temu rozpoczęła się sowiecka agresja na Polskę, a z nią mordowanie polskich patriotów i masowe wywózki na wschód. Wskutek nieludzkich deportacji szczególnie mocno ucierpiał Białystok, tracąc piątą część mieszkańców.
Podobne, szacowane łącznie nawet na ponad milion osób potężne ubytki ludności poniosły także inne polskie kresowe miasta i wsie. Dlatego 17 września obchodzony jest również jako Międzynarodowy Dzień Sybiraka.
Agresja, która nastąpiła 17 września 1939 roku, była wynikiem tajnego układu Ribbentrop – Mołotow. Związek Sowiecki i niemiecka III Rzesza zawarły go kilka tygodni wcześniej, 23 sierpnia, uzupełniając później roboczymi uzgodnieniami. Łącznie siły Armii Czerwonej skierowane w trzech rzutach przeciwko Rzeczypospolitej wynosiły około 1,5 miliona żołnierzy, ponad 6 tysięcy czołgów i około 1 800 samolotów.
Zajęły nasze wschodnie tereny, włączając w granice ZSRS połowę powierzchni przedwojennej Polski wraz z około 13 milionami osób. Najeźdźcy zawartą 28 września umową o „granicy i przyjaźni”, przypieczętowaną wspólną paradą wojsk okupacyjnych w Brześciu, rozdarli Rzeczpospolitą między sobą. Granicę poprowadzili wzdłuż rzek Pisy, Narwi, Bugu i Sanu.
Na wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej rozpoczął się czas komunistycznego terroru, zbrodni i nieludzkich wywózek na Sybir. Prezentujemy wspomnienia ich ofiar.
Stanisław Jodkowski (1934 – 2009)
„Nasza rodzina mieszkała w osadzie Popławce niedaleko Grodna. Mój ojciec Hieronim był osadnikiem wojskowym, w randze starszego plutonowego. Mama miała na imię Antonina. Miałem dwie siostry – Annę i Klementynę oraz brata Mieczysława. Kiedy 17 września 1939 roku Sowieci zajęli nasze ziemie, zaraz zaczęły się aresztowania polskich patriotów, wówczas szczególnie wojskowych i leśników. Ojca aresztowano w październiku i słuch po nim zaginął. Dopiero w roku 1994 od prokuratury w Grodnie uzyskałem zaświadczenie następującej treści „Jodkowski Hieronim został aresztowany przez NKWD 3 października 1939 roku i skazany, jako społecznie niebezpieczny element, na 8 lat pracy w łagrze. Zmarł 20 lutego 1941 roku”.
Potem przyszli po nas. 10 lutego 1940 wczesnym rankiem do naszej osady Popławce przyjechało wielu enkawudzistów. Miałem wówczas zaledwie 6 lat. Zrobili rewizje w naszym gospodarstwie. Mamie kazali pakować toboły na daleką podróż. Poradzili, żeby koniecznie wziąć ze sobą ciepłe ubrania i żywność. Dobrze się złożyło, że akurat mieliśmy dużo wędlin od moich stryjków, którzy kilka dni wcześniej nas odwiedzili. Mróz był wielki. Posadzili nas, mamę z czwórką małych dzieci, z tobołami do sań i zawieźli na dworzec kolejowy w Wielkiej Brzostowicy. Następnie kazali wsiadać do wagonu towarowego, wyposażonego w dwupoziomowe prycze do spania, żelazny piecyk i otwór w podłodze do załatwiania potrzeb fizjologicznych. Do tego niedużego wagonu wepchnięto kilkadziesiąt osób.
Pamiętam, że podczas podróży drewniane drzwi wagonu pokrywały się lodem. Podróż była nieznośnie długa, szczególnie dlatego, że przez cały czas jej trwania w wagonie panowały smród, głód i chłód. W końcu transport dotarł do Ałtajskiego Kraju, do syberyjskiej tajgi. Mieszkaliśmy w drewnianym baraku. Praca tam była ponad siły, panował okropny głód, ziąb i choroby. Dużo ludzi umierało. Mama odeszła na wiosnę 1942 roku – z powodu wycieńczenia organizmu. Naszą czwórką nieletniego rodzeństwa zaopiekowała się pani Maria Zaniewska – sąsiadka z rodzinnej osady w Popławcach, również wywieziona z czwórką swoich dzieci. To była wspaniała kobieta. Opiekowała się nami aż do września roku 1943, kiedy to zawieziono nas do Polskiego Domu Dziecka w Zudziłowie na Syberii. Cały ten dom dziecka (75 wychowanków i 18 opiekunów) w lipcu 1946 przewieziono do Gostynina na Mazowszu. Ja i moje rodzeństwo do osiągnięcia wieku pełnoletniego byliśmy wychowankami domów dziecka”.
Stanisław Pietrewicz ps. „Gałązka” (1926 – 2020), żołnierz dowodzonego przez Władysława Stefanowskiego ps. „Grom” oddziału zdziesiątkowanego przez Sowietów podczas Obławy Augustowskiej – w bardzo krwawej bitwie nad jeziorem Brożane.
„Nasze gospodarstwo znajdowało się na kolonii miasta Lipsk nad Biebrzą. Niedaleko od domu przechodziły ważne trasy komunikacyjne – drogi z Augustowa do Grodna oraz z Dąbrowy Białostockiej do Goniądza. Dlatego zaraz jak 17 września wkroczyli Sowieci, NKWD zrobiło w naszym domu swoją siedzibę. Nas oczywiście wygonili z domu do budynku gospodarczego. Było ich około czterdziestu. Na parterze domu urządzili sobie bazę łączności, a na strychu – obserwację terenu. W piwnicy zrobili areszt i tam trzymali tego, kogo uważali za osobę podejrzaną o wrogi stosunek do ZSRR. Wśród enkawudzistów byli też tajni agenci, którzy przebrani w cywilne ubrania jeździli po okolicznych wsiach i węszyli. Między innymi ustalali, które rodziny należy wywieźć na Sybir. Po cichu werbowali też konfidentów.
Kiedy w roku 1944 Sowieci weszli ponownie na nasze ziemie, mieli już przygotowane przez tych konfidentów listy AK-owców do aresztowania. Wielu ich wywieźli do łagrów. Pierwsze aresztowania były w październiku 1944. Nieco później – w lipcu 1945 podczas Obławy Augustowskiej, na podstawie tych list Ruscy prowadzili aresztowania, a później egzekucje w nieznanym do dziś miejscu. Zostałem zatrzymany, tak zresztą jak wielu innych. Przesłuchiwali, ale na szczęście nie było mnie na tych konfidenckich listach. A kto był, to zaraz wiązali mu sznurem albo drutem na plecach ręce, do samochodu i gdzieś wieźli. Słuch po nich zaginął”.
Czesław Milewski, żołnierz Narodowych Sił Zbrojnych ps. „Bernard” (1920 – 2013)
„Kiedy wybuchła wojna, byłem w ostatniej klasie gimnazjum. Należałem do Stronnictwa Narodowego. Zaraz jak Białystok zajęli Sowieci, rozpoczęli aresztowania moich starszych kolegów ze Stronnictwa. Mnie NKWD „zaprosiło” na przesłuchanie. Nie aresztowali, ale wiedziałem, że nie dadzą mi już spokoju i w końcu po mnie przyjdą. Dlatego zaraz uciekłem do moich kuzynów, którzy mieszkali w podbiałostockiej wsi. Ukrywałem się u nich jakieś trzy miesiące. Kiedy ustały zatrzymania, wróciłem do domu. Wielu moich kolegów ze Stronnictwa Narodowego Sowieci wysłali na Sybir, niewielu żywych stamtąd wróciło. Ruskim nie udało się jednak zatrzymać działalności naszej organizacji narodowej. Spotykaliśmy się potajemnie i organizowaliśmy akcje dywersyjne.
Za Sowieta było bardzo trudno prowadzić konspirację, gdyż NKWD miało wszędzie szpiegów, inwigilacja była totalna. Komuniści dopadli mnie dopiero po wojnie. To była zima 1946 roku. Wsadzili nas do wagonów i pod eskortą wieźli na Sybir. My się jednak nie daliśmy. W nocy wyrwaliśmy deskę ze ściany wagonu i skakaliśmy w głęboki śnieg. To nas uratowało od śmierci”.
Jan Priachin – Drucki Lubecki (1920 – 2009)
„W czasie agresji Sowietów na Polskę we wrześniu 1939 roku mieszkałem wraz z matką na Polesiu, w miasteczku Raków, niedaleko Mińska, obecnej stolicy Białorusi. 3 kilometry od Rakowa stał dwór majątku Nowopole, który zbudował mój dziadek – książę Hieronim Drucki Lubecki. Kiedy Sowieci weszli do Rakowa, wyprawiały się tam wówczas dantejskie sceny. Dopuszczali się oni gwałtów i zabójstw. Wielu miejscowych Żydów przyłączyło się do bolszewików i wydawało NKWD swoich dawnych polskich sąsiadów. Dla przykładu – Żydzi złapali kapitana KOP, zbili go okrutnie i ledwo żywego oddali bolszewikom, którzy go zabili. Później, kiedy NKWD aresztowało moją mamę, uciekłem do Wilna i niemal do końca okupacji tam się ukrywałem. Dobrze pamiętam jak Wilno w czasie wojny przechodziło co jakiś czas z jednej niewoli w drugą. Najpierw do miasta weszli Sowieci. Przez sześć tygodni robili swoje krwawe porządki, aresztując wybrane osoby. Potem Wilno oddali Litwinom, ci też prześladowali Polaków – no może w mniejszym stopniu niż inni okupanci, ponieważ nie stosowali deportacji.
Po niecałym roku litewskich rządów na powrót do Wilna wkroczyła armia radziecka. Zaczęły się aresztowania polityczne, a od czerwca 1940 masowe deportacje, przerwane dopiero atakiem Niemców na ZSRR w 1941 roku… Moja mama Maria Drucka Lubecka, zmarła w roku 1945, zaraz po wyjściu z więzienia NKWD w Nowej Wilejce. Sowieci zamordowali też mojego brata Jerzego. Mój wuj Konstanty Drucki Lubecki, który w roku 1939 był ostatnim dowódcą Wileńskiej Brygady Kawalerii, został zamordowany przez Rosjan. Mojego drugiego wuja Józefa Druckiego Lubeckiego zamordowali sowieccy partyzanci. Z całej mojej rodziny czasów powojennych doczekałem tylko ja”.
Ks. Władysław Podeszwik (1933 – 2021)
„Pamiętam taką sytuację z sowieckiej okupacji. Miałem wówczas iść do I Komunii Świętej. Przyszedł do naszego gospodarstwa chłopak od sąsiadów i mówi, że jego rodzinę wywożą na Sybir, a on się NKWD wyrwał i przyszedł schować się u nas. Udzieliliśmy mu schronienia. A to był niebezpieczny czas. Rosjanie bombardowali, strzelali na oślep. Taka właśnie zabłąkana kula zraniła poważnie moją ciocię. Sowieci spalili kościół św. Antoniego Padewskiego w Przytułach. Chcieli zamordować księdza proboszcza. Ten ocalał cudem. Schował się za drzwiami zakrystii, a więc powinni go znaleźć, ale on z wielką wiarą odmawiał Różaniec. Matka Boża zasłoniła go przed oczami bolszewików i tak ocaliła”.
Adam Białous
Fragmenty wywiadów ze świadkami historii z archiwum Adama Białousa