Zachód nas oszukał. Rozmowa z Nikołajem Azarowem, premierem Ukrainy w latach 2010-2014

Nikołaj Azarow: Zachód nas oszukał

Rozmowa z Nikołajem Azarowem, premierem Ukrainy w latach 2010-2014

Czy Ukraina ma ideologię państwową?

– Gdybyśmy mieli krótko opisać historyczny proces kształtowania się ukraińskiej ideologii państwowej, należałoby go najpierw zdefiniować jako budowę demokratycznego społeczeństwa, szanującego podstawowe prawa człowieka, rozwój kompleksowych relacji z sąsiadami oraz, oczywiście, neutralny status bez broni jądrowej. Wszystkie te warunki, o których wspomniałem, są zapisane w Konstytucji Ukrainy.

Jednak od samego początku niepodległości Ukrainy znaczącą rolę w kształtowaniu ukraińskiego państwa i jego polityki zagranicznej zaczęli odgrywać mieszkańcy Ukrainy Zachodniej. To oni właśnie uformowali ukraińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Dlaczego? Bo ówczesny prezydent Krawczuk, sam pochodzący z Wołynia, okazał się prawdziwym banderowcem. To właśnie on zaczął formować organy odpowiedzialne za naszą politykę zagraniczną głównie z mieszkańców Ukrainy zachodniej, ponieważ biegle władali oni może nie językiem ukraińskim, ale galicyjskim dialektem ukraińskiego. Bo trzeba zaznaczyć, że prawdziwy ukraiński jest językiem obwodów czernihowskiego, połtawskiego i przede wszystkim centralnej Ukrainy.

Na południowym wschodzie dominuje w zasadzie tzw. surżyk, język hybrydowy, coś pośredniego między rosyjskim a ukraińskim. Począwszy od dojścia do władzy Juszczenki, zaczęliśmy dostrzegać jawny rozwój tendencji banderowskich, przede wszystkim nienawiści do języka rosyjskiego, nienawiści do historii Rosji i nienawiści do Polski. Trzeba otwarcie powiedzieć, że gdy tylko Bandera, Szuchewycz i inni tego rodzaju bohaterowie OUN i UPA stali się w oczach Juszczenki bohaterami narodowymi, natychmiast zaczął on wdrażać tę narrację, że jakoby przez całe swoje dzieje naród ukraiński walczył o niepodległość od Rosji i Polski. Juszczenko posunął się nawet do tego, że w lutym 2010 roku przyznał Banderze tytuł Bohatera Ukrainy i zrobił to dosłownie tydzień przed złożeniem urzędu prezydenta.

Jego następca, Janukowycz, wniósł pozew, powołując się na zapisy w statucie Orderu Bohatera Ukrainy, o uchylenie prezydenckiego dekretu przyznającego Banderze ten tytuł, a sąd się do tego przychylił. Chcę powiedzieć, że od momentu, gdy zacząłem uczestniczyć w negocjacjach, w szczególności ze stroną polską, musiałem uczestniczyć w negocjacjach z prezydentem Kwaśniewskim, nieżyjącym już prezydentem Kaczyńskim, Komorowskim, Donaldem Tuskiem i innymi polskimi politykami.

Na wszystkich naszych spotkaniach polscy przywódcy zwracali uwagę przede wszystkim na konieczności rozwiązania problemu tzw. rzezi wołyńskiej. W latach 2002-2003, dzięki mediacji ówczesnych władz polskich i ówczesnego prezydenta Leonida Kuczmy, udało nam się wypracować pewien kompromis. Zgodziliśmy się na ekshumację wszystkich ofiar zbrodni wołyńskiej, zorganizowanie godnego, chrześcijańskiego pochówku oraz postawienie tablic pamiątkowych. Poza tym, istniały pewne napięcia i nieporozumienia między Polską a Ukrainą związane z międzywojenną polityką Piłsudskiego oraz z okresem powojennym.

W latach 1945-1947 również istniały pewne problemy. Nie będziemy ich pomijać, ale uznajemy to wszystko za fakt historyczny, historyczną winę przywódców, którzy działali w tamtych latach. Połóżmy temu kres i budujmy dobre relacje sąsiedzkie. Takie było nasze stanowisko i ja, jako premier i pierwszy wicepremier, zawsze się go trzymałem. Pamiętam, że kiedy w 2010 roku Polska została zalana powodzią, byłem prawdopodobnie pierwszym premierem, który zadzwonił do Donalda Tuska i zaoferował niezbędną pomoc w postaci pomp, rur, ekip remontowych, odprowadzania wody itd. Tusk przyjął to z wdzięcznością. Za moich czasów stosunki między nami a Polską były, jak sądzę, bardzo dobre. Współorganizowaliśmy przecież Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej. W 2012 roku połowa meczów odbywała się w Polsce, a połowa na Ukrainie. Organizowaliśmy je wspólnie, spotykaliśmy się bardzo często i rozwiązywaliśmy wszystkie niezbędne kwestie. Dlatego głęboko żałuję, że ukraińskie władze, które przyszły po zamachu stanu, obrały taką banderowską politykę.

Pamiętam naszą rozmowę z Kaczyńskim, spotkanie w Karpatach, gdzie zjedliśmy kolację z polską delegacją, której przewodził Kaczyński, i naszą delegacją, której przewodził Juszczenko, ówczesny prezydent. I wtedy Kaczyński ostrzegł go bardzo poważnie. Powiedział: – Wiktor – bo zwracali się do siebie po imieniu – popełniasz bardzo poważny błąd polityczny, podnosząc do rangi bohaterów narodowych tych ludzi, których ręce są we krwi, którzy dopuścili się okrucieństw nie tylko wobec Polaków, ale także wobec Rosjan, Żydów, dopuścili się czystek etnicznych na Ukrainie. Zresztą nie tylko wobec tych narodów, bo także wiele osób innych narodowości ucierpiało.

Warto zauważyć, że Dywizja SS „Hałyczyna”, będąca bezpośrednio pod rozkazami SS, wsławiła się także okrucieństwami na Białorusi, Słowacji i Ukrainie. Kaczyński, moim zdaniem, bardzo słusznie ostrzegał Juszczenkę przed tym. Ale Juszczenko nie był człowiekiem niezależnym. Kierowała nim jego żona, Kateryna, pochodząca z rodziny banderowskiej. A linia banderowska głosiła, że musimy wymordować wszystkich Moskali, to znaczy Rosjan, wszystkich Lachów, a więc Polaków, wszystkich Żydów i wszystkich niepełnowartościowych Ukraińców – a więc tych Ukraińców, którzy nie popierali tej ideologii.

Dlaczego opisuję to spotkanie tak szczegółowo? Bo już wtedy – a był to rok 2006 albo 2007, nie pamiętam dokładnie – polskie kierownictwo ostrzegało ukraińskie kierownictwo o niedopuszczalności prowadzenia takiej polityki. My również zawsze sprzeciwialiśmy się tej polityce Juszczenki. A co się stało po zamachu stanu? Wszystkie siły autentycznie proukraińskie zostały zniszczone. To znaczy, zniszczona została Partia Regionów, unicestwiona fizycznie, bo wielu działaczy zostało uwięzionych, a wielu zmuszonych do wyjazdu. Moim zdaniem, największa, najbardziej ukraińska siła, narodowo zorientowana na rozwój Ukrainy, została po prostu zlikwidowana. Kto ją zastąpił? Zastąpiły ją siły jednoznacznie nazistowskie. I to one, oczywiście na polecenie swoich zachodnich patronów, ukształtowały tę politykę, która polegała przede wszystkim na wrogości wobec Rosji.

I, naturalnie, Polska zawsze była i pozostaje dla nich wrogiem, to nieodłączny element ich ideologii. Wystarczy przytoczyć kilka wypowiedzi. Na przykład kogoś takiego, jak Podoljak, doradca Zełenskiego, który publicznie nawołuje do eksterminacji wszystkich Rosjan. Albo Sternienko, doradca ministra obrony, który nawet ukuł termin „Ruso-rez”, oznaczający „rzeź Rosjan”. To nie są jacyś ludzie z marginesu, spoza sceny politycznej. To są ludzie, którzy są w kierownictwie kraju. Pytał Pan o ideologię państwową. Niestety, jest to ideologia samozniszczenia Ukrainy. Jest ona niebezpieczna dla wszystkich sąsiadów Ukrainy. Absolutnie dla każdego z nich.

W jakim stopniu ta ideologia została narzucona z zewnątrz? Mam na myśli fakt, że po II wojnie światowej wielu ukraińskich nacjonalistów znalazło schronienie w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych i innych krajach.

– To oczywiste. Jak Zachód walczył ze Związkiem Radzieckim? Wyłapywał wszystkich bez wyjątku zdrajców, którzy udowodnili, że są kolaborantami nazistów. Weźmy na przykład Melnyka. Był jednym z przywódców Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów po Konowalcu. Konowalec zginął w 1938 roku. Jego miejsce zajął właśnie Melnyk. Został dwukrotnie przyjęty przez samego Hitlera. Istnieją materiały z procesów norymberskich, a także dane samego niemieckiego wywiadu, głównie Abwehry, dotyczące werbowania zarówno Bandery, jak i Melnyka do prowadzenia wojny antypolskiej w tamtym czasie. Właśnie wtedy, kiedy Hitler przygotowywał się do inwazji na Polskę, w latach 1937-1938. Melnyk tworzył grupy dywersyjne do walki z Polakami. Prowadził działalność sabotażową w polskiej armii. Kiedy Polska została podbita, Hitler zaczął przygotowywać się do ataku na Związek Radziecki. Bandera i Melnyk otrzymali zadanie organizowania akcji sabotażowych w jednostkach terytorialnych Armii Czerwonej. Nie tylko powierzono im te zadania, ale także zaopatrzono ich w pieniądze, broń, instrukcje itd.

Dlatego nigdy nie byli niezależni. Kiedy w 1941 roku Niemcy zajęli Lwów, Bandera i jego towarzysze ogłosili powstanie niepodległego państwa ukraińskiego pod auspicjami Hitlera. Innymi słowy, natychmiast stworzyli państwo wasalne. Ale Hitler nie potrzebował wówczas niepodległej Ukrainy. Zareagował negatywnie na tę inicjatywę. Ale od 1941 roku naziści wspierali wszystkie ruchy nacjonalistyczne, dostarczając im broń, pieniądze i żywność. A kiedy Armia Czerwona rozpoczęła ofensywę, przeprowadzali akcje sabotażowe na tyłach. Najsłynniejszym aktem dywersji był zamach na dowódcę Frontu Ukraińskiego, generała armii Watutina. Był on znanym dowódcą, a zginął w wyniku tego aktu dywersji. Wszystkie te instrukcje, mające na celu przekształcenie Ukrainy w państwo antyrosyjskie, były i są nadsyłane z Londynu, Waszyngtonu oraz amerykańskich i londyńskich służb wywiadowczych. Ich głównym celem jest przecież przekształcenie Ukrainy w taran przeciwko Rosji, wyrządzenie jej szkód, zachwianie jej gospodarką, a przynajmniej jej osłabienie.

A nastroje antypolskie istniały od zawsze. Zauważyłem to, kiedy byłem na Ukrainie zachodniej. Za czasów, kiedy byliśmy u władzy, były one jakby skrywane w podziemiu. Kiedy zaś udało im się dokonać zamachu stanu, po prostu się ujawnili. Nie sądzę, żeby Amerykanie czy Brytyjczycy musieli ich nastawiać przeciwko Polsce, nie było takiej potrzeby. Takie jest ich banderowskie dziedzictwo. Nawiasem mówiąc, co roku organizują akademie Bandery, podczas których wygłaszają hasła o konieczności odzyskania tzw. odwiecznych ziem ukraińskich i odbicia ich od Rosji, Polski itd. Naziści kształtują i wspierają Zełenskiego i jego rząd. Sam Zełenski jest marionetką. Nie zwracajcie uwagi na to, co mówi. Działa ściśle według zachodnich instrukcji.

Gdyby Zachód jutro spojrzał na niego groźnie i powiedział: „Zatrzymajcie to – otwieranie panteonów i ponowne pochówki”, to on by przestał. Ale oczywiście zażądałby, aby przejęto kontrolę nad formacjami nazistowskimi. A właśnie te nazistowskie ugrupowania kontrolują armię. Istnieje już około 20 batalionów o orientacji nazistowskiej. I jest to realna siła. To oczywiste, że nacjonaliści zawsze słuchają swoich przełożonych. Jeśli więc Zachód chce wyeliminować wszystkie te antypolskie działania, to oczywiście potrzebny jest rozkaz z tegoż Zachodu. Jestem jednak pewien, że istnienie takiego trendu na zachodniej Ukrainie ma głębokie korzenie. Wyrwanie tych pędów z korzeniami jest możliwe tylko poprzez zmianę reżimu politycznego w Kijowie.

Chciałbym powrócić do roku 2014. Co może Pan powiedzieć, o roli mediatora, jaką odegrał polski minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski podczas wizyty w Kijowie zimą 2014 roku?

– Była to rola skrajnie negatywna. Przede wszystkim dlatego, że Sikorski jest zaciekłym rusofobem. Nie pochwalam rusofobii głoszonej obecnie w Polsce. Dlaczego jestem jej przeciwny? Po pierwsze dlatego, bo uważam, że współpraca między Polską, Ukrainą i Rosją jest naturalną współpracą między krajami, które kiedyś żyły w tym samym państwie, a teraz w różnych, ale łączy je wspólny fundament rozwoju. Biorąc pod uwagę to, że Rosja dysponuje ogromnymi zasobami mineralnymi i surowcowymi – nadchodząca epoka będzie epoką rywalizacji o te zasoby. Wszystkie obecne konflikty, takie choćby jak wojna irańsko-amerykańska, to wojny o zasoby. Rosyjskie zasoby dobrze służyły Polsce i Ukrainie. Bo dostawy taniego rosyjskiego gazu i ropy rurociągami takimi, jak na przykład „Przyjaźń” pozwoliły Polsce znacząco się rozwinąć. Stabilne dostawy energii są fundamentem rozwoju każdej gospodarki. Dlatego zawsze uważałem, że utrzymanie przyjaznych relacji wymaga jasnego zidentyfikowania wszystkich dramatów, które wydarzyły się w naszej wspólnej historii, wygaszenia ich i pójścia naprzód. Na przykład, kiedy wspólnie organizowaliśmy Mistrzostwa Europy, Tusk i ja zaplanowaliśmy wiele wspólnych programów. W czym one przeszkadzały organizatorom przewrotu? Wszystkie te programy zostały porzucone.

Co więcej, uczynili oni z polskich rolników wrogą siłę polityczną względem rolników ukraińskich. Polska konsekwentnie sprzeciwiała się ukraińskiemu eksportowi rolnemu do Unii Europejskiej. Zamiast tego moglibyśmy się zgodzić na wspólne przedsięwzięcia, zwłaszcza że produkty rolne z Polski, Ukrainy i Rosji są szczególnie cenne. Dlatego kiedyś promowaliśmy ideę utworzenia unii zbożowej. Gdyby główne kraje produkujące zboże, zjednoczyły się, to przecież moglibyśmy dyktować ceny na rynku globalnym i generować zyski dla naszych krajów. Jednak te nieporozumienia – teraz to nie tylko nieporozumienia, ale wojna między Ukrainą a Rosją – komu one posłużyły? Posłużyły tym, którzy teraz stali się dominującymi graczami na tym rynku. W tej chwili obserwujemy spadek cen zbóż, bardzo znaczący.

Mogliśmy tego uniknąć, ale moglibyśmy też wskazać na inne programy współpracy, zwłaszcza w sektorze zaawansowanych technologii. Ukraina była kiedyś krajem wysoko rozwiniętym technologicznie, więc zawsze można było znaleźć obszary współpracy. Jaki jest więc skutek rusofobii, która obecnie szerzy się w Polsce? Oto kilka konkretnych danych. Myślę, że znacie je lepiej niż ja: Polska wydała już 65 miliardów dolarów na zakup uzbrojenia i planuje wydać 150 miliardów dolarów w najbliższej przyszłości. 215 miliardów dolarów wydano nie na rozwój gospodarki, podwyżki płac, emerytur, świadczeń socjalnych czy rozwój kultury i edukacji, ale na pociski i rakiety. Na co więc się szykujecie? Na wojnę? Wojna byłaby dla Polski zabójcza, bo z kim? Z Rosją? Rosja to mocarstwo nuklearne. Czy myślicie, że jeśli pojawi się zagrożenie dla Rosji, nie użyje ona broni jądrowej? Oczywiście, że użyje. W wyniku takiej wojny nic nie zostanie z Europy, a zwłaszcza z Polski.

Byłem zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że na przykład Szwecja, po 200 latach neutralności, przystąpiła do NATO. Byłem tam; to bogaty, zamożny kraj. Dlaczego, skoro nie znał wojny od czasów Napoleona – i dziesięć pokoleń żyło tam bez wojen – miałby teraz dołączyć do NATO i rozmieścić broń balistyczną, gwarantującą całkowitą zagładę w przypadku wojny nuklearnej? W głowie mi się to nie mieści, a jestem w polityce od dawna. Po prostu nie rozumiem takich antynarodowych, antyludowych decyzji. Dlatego moim zdaniem Polska również musi wprowadzić zmiany w polityce, które sprawią, że nie będzie wrogiem, a państwem przyjaznym, również dla Rosji.

Czy można było wtedy, w 2014 roku, uratować Ukrainę? Czy można było skutecznie przeciwstawić się tym siłom, które przygotowywały i z powodzeniem przeprowadziły zamach stanu?

– Moim zdaniem było konieczne. Byliśmy zobowiązani jako władze kraju, zgodnie z ukraińską konstytucją i ukraińskim ustawodawstwem, do podjęcia wszelkich środków w celu stłumienia i wyeliminowania źródeł tego zamachu. Po pierwsze, kwatera główna zamachu stanu znajdowała się w ambasadzie USA i wiedzieliśmy, że przywódcy Majdanu codziennie kontaktowali się z Departamentem Stanu i otrzymywali instrukcje. Ukrainę odwiedzali również senatorowie USA i zastępca sekretarza stanu Victoria Nuland. Spotkałem się z nią. Proszę sobie wyobrazić, że przyjeżdża zastępca sekretarza stanu i zaczyna dyktować premierowi, że musi mianować Jaceniuka wicepremierem albo jakiegoś tam Kliczkę. Wysłuchałem tego, zdziwiłem się i powiedziałem: „Wiktorio, czy ci się coś nie pomyliło? Co was obchodzi, kto będzie naszym wicepremierem w rządzie? Co was to obchodzi, że tak bezczelnie wtrącacie się w nasze sprawy?”.

Ambasador USA Pyatt zaczerwienił się po tym, co im powiedziałem. To była jawna, rażąca ingerencja w nasze sprawy wewnętrzne. Tak jak i te telefony Bidena, wiceprezydenta do prezydenta Janukowycza: „Nawet nie myślcie o użyciu siły! Bo nałożymy na ciebie wszelkiego rodzaju sankcje, wydamy cię międzynarodowemu trybunałowi i tak dalej. Jeśli tylko użyjesz siły wobec pokojowych demonstrantów”. A jacy to byli pokojowi demonstranci? Przecież już doszło wtedy do zabójstw funkcjonariuszy organów ścigania i do zajmowania budynków rządowych.

Pokojowi demonstranci? Byliśmy wręcz obowiązani podjąć działania przeciwko temu zamachowi stanu. Albo na przykład poczynania waszego ministra Sikorskiego, który przekonał Janukowycza do przyjęcia propozycji zamachowców – przywódców Majdanu, i przeprowadzenia pokojowej transformacji. Na czym miałaby polegać ta pokojowa transformacja? Janukowycz zgodziłby się na przedterminowe wybory, wycofałby wojska wewnętrzne z Kijowa, a zamachowcy opuściliby zajęte budynki i place. Mieli się pokojowo rozejść. Kolejnym warunkiem była dymisja rządu, a więc i moja jako premiera. Zachodowi nie odpowiadała moja osoba. Janukowycz mnie zdymisjonował i zaufał tym gwarantom. Zaufał Sikorskiemu. Zaufał Steinmeierowi, czyli ówczesnemu ministrowi spraw zagranicznych Niemiec. Podpisali porozumienie pokojowe, w którym zawarto punkty, o których wspomniałem. Janukowycz zastosował się do uzgodnień. Gdy tylko wojska wycofały się z centrum Kijowa, budynek rządu, budynek administracji prezydenckiej i parlament zostały zajęte. Natychmiast. Grupa zabójców wyruszyła, aby zlikwidować Janukowycza w jego rezydencji. Janukowycz wziął telefon, próbował dodzwonić się do Sikorskiego, do Steinmeiera, do Angeli Merkel. Nikt nie odbiera. Ile więc warte były te gwarancji Sikorskiego?

Od 2013 roku wielu obiecywało Ukrainie członkostwo w Unii Europejskiej. Jak Pan sądzi – czy jest ono prawdopodobne?

– To nie jest możliwe. Negocjacje w sprawie przystąpienia Ukrainy do Unii Europejskiej rozpoczęły się już w 2008 roku. Wkrótce minie więc 20 lat od kiedy je podjęto. Zacząłem uczestniczyć w tych negocjacjach w 2010 roku, kiedy odziedziczyliśmy po poprzednim rządzie umowę stowarzyszeniową między Unią Europejską a Ukrainą. W jej ówczesnym kształcie była ona absolutnie niekorzystna dla Ukrainy. Zobowiązano nas do otwarcia naszego rynku na towary europejskie, co oznaczało wprowadzenie systemu wolnego handlu, zniesienie ceł itd. Ale podlegaliśmy pewnym ograniczeniom. Mogliśmy dostarczać na rynek unijny 20 000 ton zboża. A my produkowaliśmy około 40 milionów ton. To nasz główny produkt eksportowy. Po co nam więc taki rynek? Albo na przykład w kwestii mięs: 5000 ton, 10 000 ton. Kiedy to przeczytałem, powiedziałem moim negocjatorom, że to umowa nierównoprawna.

Drugim warunkiem, który został zachowany dla naszych towarów, było to, że musimy dostarczać towary zgodnie ze standardami i normami jakościowymi oraz przepisami technicznymi, ustanowionymi w Unii Europejskiej. Nie mamy żadnych przedsiębiorstw, z wyjątkiem przemysłu farmaceutycznego i mleczarskiego, które udało nam się dostosować do europejskich standardów. Wszystkie pozostałe przedsiębiorstwa nadal działały według radzieckich norm GOST. To znaczy, że żaden z naszych produktów nie mógł formalnie wejść na rynek Unii Europejskiej właśnie z tych powodów. Żaden. Już wtedy mieliśmy deficyt handlowy z Unią Europejską. A po wejściu w życie tej umowy, deficyt znacznie by wzrósł. Dlatego właśnie, przygotowując umowę, prowadziliśmy uporczywe, długie negocjacje w tej sprawie. W trakcie tego procesu wielokrotnie poruszaliśmy kwestię przystąpienia Ukrainy do Unii Europejskiej. I nawet wtedy słyszeliśmy kategoryczne „nie” od ówczesnego przewodniczącego Komisji Europejskiej José Barroso i od absolutnie każdego przywódcy państw europejskich, z którym mieliśmy kontakt. Na przykład Angela Merkel, która powiedziała: „Musicie spełnić kryteria członkostwa w Unii Europejskiej w ciągu najbliższych 20 lat”. Kryteria kopenhaskie, których Ukraina nie spełnia. Ani wtedy, ani tym bardziej nie teraz.

Jednym z kryteriów kopenhaskich jest niezależność sądownictwa. O jakich niezawisłych sądach możemy teraz mówić na Ukrainie, skoro Zełenski dekretem zakazał prezesowi Sądu Konstytucyjnego wstępu do swojego biura, a potem go zwolnił? Potem zwolnił kilku sędziów Sądu Konstytucyjnego. Innymi słowy, zniósł Sąd Konstytucyjny. Wbrew ukraińskiej konstytucji. Pomimo ustawy o Sądzie Konstytucyjnym. Nie miał prawa tego zrobić, ale to zrobił. O jakim niezależnym sądownictwie możemy mówić, skoro prezes Sądu Najwyższego Ukrainy jest obecnie aresztowany, pod sfabrykowanym zarzutem korupcji?

Zełenski dekretuje zniesienie sądów, bo ich nie lubi, więc po prostu je znosi. O jakim niezależnym sądownictwie możemy w ogóle mówić? W kraju jest ponad 20 000 więźniów politycznych. Wszystkie opozycyjne partie polityczne zostały zlikwidowane. Zostały zlikwidowane wszystkie opozycyjne media. Jest tylko jeden kanał. Nazywa się maraton. Maraton telewizyjny. Weźmy kwestie społeczne. Ukraina jest najbiedniejszym krajem w Europie, a nawet na świecie. Ma najniższą średnią długość życia i najwyższą śmiertelność. Wskaźnik śmiertelności przekracza 570 000, nie licząc strat militarnych. A wskaźnik urodzeń spadł do 150 000. Innymi słowy, Ukraina jest fizycznie przez ten reżim niszczona. Jak wypadamy na tle Unii Europejskiej? Te Macrony, Merze i inni wiedzą o tym wszystkim. Ale są hipokrytami i oszukują naród ukraiński co do jego ewentualnego przyszłego przystąpienia do Unii Europejskiej. Moja polityka, gdy byłem premierem, była taka: powiedziałem, że musimy sami budować Europę u siebie. To znaczy, ustanowić standardy, które pokażą, że Ukraina będzie godnym członkiem Unii Europejskiej.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Mateusz Piskorski

Myśl Polska, nr 31-32 (2-9.08.2026)

B. premier Ukrainy: Wojna byłaby dla Was zabójcza

https://www.youtube.com/watch?v=znAplb7CCco  (49 minut)

Niekoszerny Krym; czy może koszer??

Niekoszerny Krym

Kategoria: Archiwum Autor: stan orda, 2 sierpnia 2026

W internecie jest sporo tekstów i filmików o tym, jak międzynarodowe środowiska żydowskie niemalże utworzyły na Krymie osobną republikę dla współwyznawców. Wątek ten obecny jest także poza internetem, czy to w publikacjach prasowych, czy  książkach. Spory rezonans wywołała publikacja autorstwa Wiktor Nikołajewicza Jeromina Kalifornia na Krymie i mądrość Józefa Stalina(The Crimean California Project and the Wisdom of Joseph Stalin”; 2016 r.), choć Google Books asekuracyjnie dodaje sygnaturę:  fiction. Cóż takiego zatem napisał autor powyższego dzieła, bo ponad 1200-tu stronicowa publikacja to już chyba nie książka, że aż Google zdecydowała określić swój dystans wobec zawartych tam treści.

W latach 20-tych ub. wieku, w trakcie oraz po podboju Rosji przez bolszewików, realia wewnętrzne w Rosji Sowieckiej w postaci dewastacji dotychczasowej struktury społeczno-gospodarczej wywołały plagę katastrofalnych skutków dla ludności. Różne jej grupy etniczne stanęły na krawędzi zagłady biologicznej, a niektóre z nich granicę tę przekraczały. Również znaczna część populacji ludności żydowskiej znalazła się w podobnie krytycznej sytuacji. Z tego względu międzynarodowe organizacje żydowskie, ze swoimi centralami ulokowanymi głównie w USA, postanowiły uruchomić akcję dla ratowania „braci przymierza”. Wyciągnięta zza oceanu pomocna dłoń zawierała wszelako pewien warunek.

W listopadzie 1923 r. Abram Bragin, szef Sekcji żydowskiej Rosyjskiej Partii Komunistycznej i jednocześnie szef Wszechrosyjskiej Wystawy Rolniczej, opracował plan utworzenia do 1927 r. autonomicznego regionu żydowskiego na północnym Krymie, południowej Ukrainie i czarnomorskim wybrzeżu Kaukazu aż po Abchazję, w celu przesiedlenia pół miliona Żydów. Miesiąc później, wraz z zastępcą komisarza ds. narodowości Grigorijem Brojdo, przedłożył w Biurze Politycznym memoriał, w którym uzasadniał tę propozycję rzekomym “bezprecedensowym zainteresowaniem” organizacji żydowskich w Europie i Ameryce, deklarujących gotowość sfinansowania realizacji planu. Niezwłocznie została powołana specjalna komisja pod przewodnictwem zastępcy przewodniczącego rządu sowieckiego Aleksandra Ciurupy, która miała rozpatrzyć ideę autonomii żydowskiej.
https://encyclopedia.yivo.org/article/814
https://pl.wikipedia.org/wiki/Grigorij_Brojdo
https://pl.wikipedia.org/wiki/Aleksandr_Ciurupa

Autorstwo pierwszego planu żydowskiej kolonizacji w dużej skali na terenach  północnego Krymu i południowej Ukrainy przypisywane jest Józefowi Rosenowi, dyrektorowi rosyjskiego wydziału organizacji opiekuńczej “Joint“. Od 1921 r. przebywał on w Rosji Sowieckiej i nakłaniał władze Krymu do przeznaczenia wolnych terenów na półwyspie na przesiedlenie Żydów, w zamian za pomoc materialną i techniczną ze strony USA. Ale nie jest znany, o ile takowy istniał, polityczny komponent tego planu
https://en.wikipedia.org/wiki/Joseph_A._Rosen

W dniu 8 lutego 1924 r. komisja kierowana przez A. Ciurupę postanowiła powołać Komitet Organizacji Ziemskiej Robotników Żydowskich (KomZET), który miał zająć się rozprowadzaniem ziemi dla przyszłych osadników żydowskich. Aktywnymi zwolennikami tego projektu byli Lew Trocki i wielu innych przywódców sowieckich, głównie pochodzenia żydowskiego, a początkowo także ówczesny ludowy komisarz ds. narodowości Józef Stalin, który był przychylnie nastawiony do autonomii żydowskiej. Natomiast krytyczne stanowisko zajął Aleksander Smirnow, ludowy komisarz rolnictwa. 13 lutego oświadczył że (trzy poniższe cytaty pochodzą z książki Giennadija Wasilija KostyrczenkoStalin’s Secret Politics: Power and Anti-Semitism“; edycja w  2003 r.) :
Siłowe wypychanie mas żydowskich stanowiłoby jawną dyskryminacje w porównaniu do innych narodowości, a politycznie dawałoby ideowy oręż antysemitom.Tworzenie na obcym terytorium autonomicznej jednostki żydowskiej, złożonej z wygnańców, byłoby całkowicie sztuczne i pod tym względem ostro zaprzeczałoby ustalonej procedurze tworzenia regionów autonomicznych w ZSRR, która opiera się na zasadach samostanowienia narodów.”
https://krotov.info/libr_min/11_k/os/tyrchenko_1.html
Poparł go Nikołaj Skrypnik, komisarz sprawiedliwości Ukraińskiej SRR, a Emmanuel Quiring, sekretarz Komitetu Centralnego CP(b)U, powiedział w maju 1924 r.:
Nie mamy nic przeciwko tworzeniu tych czy innych republik mniejszości narodowych, ale specjalnie gromadzenie Żydów w jednym miejscu nie jest logiczne, pachnie syjonizmem“.
Jednak  na razie zwyciężali zwolennicy projektu. Chociaż KomZET został oficjalnie założony 29 sierpnia 1924 r., to jego członkowie, z Piotrem Śmidowiczem na czele, już 2 czerwca tegoż roku, postanowili:
wyznaczyć jako tereny dla osiedlenia żydowskich robotników przede wszystkim wolne tereny
w rejonie istniejących kolonii żydowskich na południu Ukrainy, a także północny Krym
“.
https://panrus.com/books/details.php?bookID=11547&langID=2
https://berkovich-zametki.com/Nomer22/Lyass1.htm
https://imobook.ru/kostyrchenko-gv-kostyrchenko-g-2
Krym został zastawiony poprzez wyemitowanie akcji, a ich pokryciem były weksle z gwarancją państwową. Weksle te zostały wykupione przez 200 akcjonariuszy amerykańskich, w tym rodzinę Rockefellerów i innych żydowskich oligarchów oraz szefostwo Jointu z milionerem Louisem Marshallem na czele. Pożyczka miała być przekazywana przez Joint rządowi sowieckiemu przez10 kolejnych lat w transzach po 900.000 dolarów przy oprocentowaniu 5% rocznie. Zobowiązanie miało zostać spłacone do 1954 r. W przypadku niespłacenia Krym stałby się własnością właścicieli weksli. W USA projekt otrzymał nazwę “Krymska Kalifornia“.
[Joint – American Jewish Joint Distribution Committee (JDC) – Wspólny Komitet Dystrybucyjny. Organizacja założona w 1914 r. w Nowym Jorku przez Jacoba Schiffa określana skrótem: Joint. Statutowo pomaga w potrzebie lub niebezpieczeństwie Żydom we wszystkich krajach, poza USA]

21 lipca 1924 r. w USA powołano do życia korporację AgroJoint, na czele której stanął wcześniej wspomniany
J. Rosen, by zajmowała się sprawami ziem żydowskich. Pod koniec roku korporacja podjęła negocjacje z rządem sowieckim, reprezentowanym przez Piotra Smidowicza (herbu Suchekomnaty; ur. 1874 r. w Rogaczewie, zm. 1935, Moskwa), oferując 15 mln dolarów na zagospodarowanie ziemi na potrzeby Żydów, w zamian za zaprzestanie prześladowań judaizmu oraz pomoc w emigracji syjonistów do Palestyny. Natomiast autonomia Krymu nie była przedmiotem negocjacji, które rozpoczęły się 4 września 1924 r. I co ważne – wg badacza Dmitrija Karaiczewa, który pracował w Archiwum Państwowym Federacji Rosyjskiej z protokołami założycielskimi KomZET,  – w zbadanych dokumentach:
nie ma mowy o żadnej republice czy autonomii na Krymie. Chodziło o zagospodarowanie dziewiczych terenów przez bezrolnych Żydów. Podkreślano, że członkowie tego narodu od kilku tysięcy lat nie mieli prawa do posiadania i uprawiania ziemi, a dopiero władza sowiecka dała im taką możliwość. Jakie terytoria były przeznaczone dla osadników? Głównie Ukraina i Białoruś. O Krymie wspomniano tylko kilka razy.”

17 stycznia 1925 r. w Moskwie powstało Wszechzwiązkowe Towarzystwo Zagospodarowania Przestrzennego Robotników Żydowskich (OZET) – organizacja publiczna zajmująca się promocją KomZET-u i Agro-Zespołu. OZET zbierał i rozdzielał fundusze na pomoc osadnikom, mobilizował opinię publiczną, prowadził propagandę, organizował szkolnictwo ogólne i zawodowe, życie kulturalne, medycynę dla osadników, współdziałał z międzynarodowymi organizacjami żydowskimi. Jeden z jej regionalnych oddziałów, KrymOzet, znajdował się w Simferopolu. Na czele organizacji stanął stary bolszewik i aktywny propagator autonomii żydowskiej Jurij Michajłowicz Łarin (urodz. jako Michaił Zalmanowicz Lurie)

18 stycznia 1926 r. członkowie KOMZET-u zwrócili się do Biura Politycznego z prośbą (poniższe cytaty pochodzą z cyt. książki G. Kostyrczenko):
podjąć zasadniczą decyzję o przyznaniu wystarczająco solidnego terytorium do zasiedlenia przez Żydów, z przewidywaniem jego ostatecznego przekształcenia w region autonomiczny“.

11 lutego 1926 r. powołano komisję rządową pod przewodnictwem Michaiła Kalinina – formalnego premiera Związku Sowieckiego – która miała rozpatrzyć propozycję. W dniu 18 marca 1926 r. Biuro Polityczne przyjęło rezolucję, której pierwszy punkt brzmiał:
Dążyć do możliwości zorganizowania autonomicznej jednostki żydowskiej z korzystnymi wynikami przesiedleń“.
15 czerwca 1926 r. zatwierdzono dziesięcioletni plan przeniesienia 100 tysięcy Żydów na Krym, a 16 listopada 1926 r., na Wszechzwiązkowym Zjeździe OZET, J. Łarin wezwał do:
poprzez organizowanie masowych osiedli żydowskich … aby ostatecznie stworzyć narodową republikę żydowską na Północnym Krymie“.

(Prezydent F. Roosevelt otwarcie przyznał, że Stany Zjednoczone były zmuszone do wstrzymania akcji dostaw dla ZSRR (lend-lease) podczas II wojny i nie mogły otworzyć drugiego frontu w Europie, ponieważ wszechpotężne lobby żydowskie w jego kraju domagało się od bolszewików wypełnienia zobowiązań wekslowych, tj. rozwiązania kwestii „Kalifornia na Krymie”. Czyli albo Sowieci ustanowią republikę żydowską na Krymie, albo zaczną spłacać swoje długi. W trakcie wojny Stalin nie mógł przeznaczyć środków na wykupienie weksli i został zagnany do narożnika, a w konsekwencji musiał zgodzić się na rozpoczęcie prac przygotowawczych do utworzenia republiki żydowskiej. Z tego powodu zainicjował deportację Tatarów krymskich, których obecność  przedstawiciele strony żydowskiej wskazywali jako główną przeszkodę w przesiedleniu Żydów na ten półwysep).
[Pozostały tam już tylko resztki uprzednio licznej ludności tatarskiej, gdyż ich większość opuściła Krym jeszcze w końcu XIX w., jako skutek wojen rosyjsko-tureckich, bowiem wówczas krymscy mahometanie byli prześladowani i traktowani jako „piąta kolumna” turecka]

W 1949 r. Związek Sowiecki  stał się mocarstwem atomowym i już dłużej nie dało się go szantażować. Stworzyło to przekonanie, że problem Krymu nie musi być rozwiązany pod dyktando właścicieli weksli. Ale weksle te posiadały  gwarancję  rządu sowieckiego, dlatego Stalin musiał brać to pod uwagę swoich poczynaniach. Po śmierci Stalina, jego następca Nikita Chruszczow wykonał słynny manewr: 19 lutego 1954 r., w przeddzień wygaśnięcia terminu weksli, Krym został przekazany Ukraińskiej Socjalistycznej Republice  Sowieckiej, uznawanej przez społeczność światową za odrębne państwo (w ramach Związku Sowieckiego). Ukraina zaś formalnie nie figurowała jako strona  zawartych zobowiązań. W ten sposób weksle mogły zostać anulowane bez odszkodowania, zaś projekt „Kalifornia na Krymie” zakończył się na niczym.

Istnieją spore różnice w ocenie, jakie były faktyczne aspekty tej sprawy. Cytowany wcześniej Wiktor Jeromin utrzymuje, że Averell Harriman, ambasador USA w Związku Sowieckim, działając w imieniu prezydenta Harry’ego Trumana, zażądał od Sowietów wycofania Floty Czarnomorskiej z Sewastopola i utworzenia żydowskiego niepodległego państwa obejmującego Półwysep Krymski, sowieckie wybrzeże M. Czarnego, w tym Soczi, a także obwody chersoński
i odessyński. W przeciwnym razie zagroził zrzuceniem bomb atomowych na kilkudziesiąt miast w centralnej Rosji. Natomiast w tekście “depeszy” do Harrimana od szefa Jointu George’a Marshalla, w której zawarte jest żądanie dotyczące Floty Czarnomorskiej, ale nie dotyczące Chersonia, ani tym bardziej szantażu nuklearnego, czytamy:
W najściślejszej tajemnicy. Do Sekretarza Handlu USA A. Harrimana. Drogi Averell! Prezydent aprobuje twoje plany. Dodał do nich, co następuje. Współistnienie na terytorium Krymu bazy sowieckiej Floty Czarnomorskiej i republiki żydowskiej otwartej na swobodny napływ Żydów z całego świata wydawało się nieporozumieniem o nieprzewidywalnych konsekwencjach. To od początku budziło jego wątpliwości co do realności “projektu krymskiego”. Krym powinien stać się strefą zdemilitaryzowaną. Niech Stalin wie, że musi być przygotowany do przeniesienia floty z Sewastopola do Odessy i na czarnomorskie wybrzeże Kaukazu. Wtedy uwierzymy, że Żydowska Republika Krymu jest rzeczywistością, a nie mitem propagandowym. J. Marshall“.

Ale nie ma też zgody co do innych szczegółów, np. jaka sumę Związek Sowiecki był winien zwrócić, jak i to, czy Amerykanie domagali się niepodległości Krymu, lub czy zgodzili się na status republiki związkowej. A także czy Wiaczesław Mołotow prowadził przekręt “krymsko-kalifornijski” bez wiedzy Stalina, czy też może “Ojciec narodów” od początku w tym maczał palce. Wszystko to podniesiono jako argument przez kwestionujących fakt istnienia umowy związanej z projektem „Kalifornia na Krymie”, czyli na wiarygodność wersji przedstawionej przez W. Jeromina. Krytycy umieszczają  ten projekt  na tej samej półce, gdzie ulokowane zostały „Protokóły Mędrców Syjonu”. Ale oprócz kwestionujących, są jeszcze tacy, którzy w spójny logiczny łańcuch łączą daty, zdarzenia i dokumenty, a także publiczne oświadczenia.

Oto bowiem jawne stały się dokumenty władz sowieckich dotyczące trzech filarów projektu, czyli próby rozwiązania kwestii ziemi żydowskiej przez osadnictwo na Krymie, deportacji z półwyspu Tatarów krymskich oraz przekazania go Ukrainie.
Nie sposób zaprzeczyć prawdziwości wymienionych zdarzeń. Czy jednak należy to połączyć w spójną całość? Można np. powołać się na wywiady i komentarze byłego ministra prasy i informacji  oraz wicepremiera rządu rosyjskiego Michaiła Połtoranina (1990-1992), który powołuje się na wywiadMilovana Dilasa, przyszłego wiceprezydenta Jugosławii i przez długie lata najbardziej zaufanego doradcy Josipa Broz-Tito, dla gazety Argumenty i Fakty, w którym podał, że Stalin ponoć osobiście wyznał przywódcy Jugosławii, że wypędził Tatarów krymskich, ponieważ obiecał F. Rooseveltowi utworzenie państwa żydowskiego na Krymie.

Skoro nie udało się zakwestionować prawdziwości tego świadectwa, wówczas reszta szczegółów składa się niczym puzzle. Dlatego Wiktor Jeromin w swojej publikacji stwierdza:
Ponieważ, jak twierdzi Połtoranin, materiały projektu krymsko-kalifornijskiego są nadal tajne, nasze śledztwo będzie się opierać pośrednio na publicznie dostępnych danych… W jaki skuteczny sposób można nalegać na publiczne przedstawienie dokumentów utajnionych przez władze? Ostrzegając przed tajemnicą, narrator z góry wyjaśniał: “Wierzcie lub nie! Moim zadaniem jest mówić to, co wiem. A Połtoranin nie jest winien temu, że nie wolno udowodnić prawdziwości jego słów. Przynajmniej uświadomił nas o istnieniu takiego zakazu. Fakt istnienia dokumentacji na temat „Kalifornii na Krymie” kompromituje ich właścicieli w znacznie większym stopniu i pod znacznie większą liczbą aspektów niż przymusowych sprzedawców. Tak więc tylko dyletant w polityce może spekulować na temat ewentualnego pojawienia się akcji krymskich w domenie publicznej, a tym bardziej w USA lub jakimkolwiek sądzie międzynarodowym. Geopolityczne spory o tej skali nigdy nie są rozstrzygane publicznie“.
Mocne. Ale, może znowu to cygan zawinił, a kowala wieszają. Czyli może to tylko czyjaś konfabulacja, która niczym kula śnieżna przybrała monstrualne rozmiary.

Być może prymat w kwestii stworzenia obrazu ” Kalifornii na Krymie” należy do pisarza Wiktora Lewaszowa. Na podstawie wspomnień jednego z najsłynniejszych sowieckich szpiegów, Pawła Sudopłatowa, Lewaszow napisał quasidokumentalną powieść “Zabójstwo Michoelsa“, wydaną w 1998 r. Najpierw powołał się na decyzję Harry’ego Trumana, który miał  zażądać od Józefa Stalina demilitaryzacji Krymu jako dowodu na prawdziwość jego zamiarów utworzenia na półwyspie republiki żydowskiej. Kolejny kamień w tej układance dołożył Siergiej Gorbaczow, emerytowany kapitan 1-szej rangi z portu Floty Czarnomorskiej – Sewastopola. W 1999 r. w almanachu “Wyspa Krym” ukazał się jego artykuł “Krymska Kalifornia“, w którym zawarta była informacja o stricte naukowej pracy Aleksandra Jefimowa “Żydowska Socjalistyczna Republika na Krymie. O historii jednego projektu“, poświęconej żydowskiemu zarządzaniu ziemią na północy półwyspu w latach 20-30 XX wieku. Do tej informacji dołączone zostały cytaty z publikacji S. Lewaszowa i własnej beletrystyki autora. W ten sposób dwa nie powiązane ze sobą epizody (pierwszy dotyczy zdarzeń prawdziwych, drugi zaś odnosi się do projektu, który pozostał „na papierze”) zostały połączone w jedną całość.

W latach 2004-2005, jeden po drugim pojawiały się artykuły, które rozwijały idee S. Gorbaczowa, jak np. Borysa Gusiaczkina “Sprzedany półwysep“, Borysa Nikolina “Krym: od ukrainizacji do turkizacji” czy Borysa Sibirskiego “Półwysep zatrzymanego działania“. Ich autorzy dołożyli kolejny, ale kluczowy element – sprzedaż udziałów w ziemi na Krymie politykom amerykańskim i przekazanie półwyspu Ukrainie w celu uniknięcia spłaty długów.
Uzasadnienie tego brzmiało następująco:
“Postanowienie  S. Chruszczowa o przekazaniu Krymu Ukrainie z okazji 300-lecia zjednoczenia Rosji i Ukrainy w Święta Zmartwychwstania było szczęśliwą okolicznością, która pozwoliła Związkowi Sowieckiemu na rozwiązanie trudnego problemu, z którym sowieckie władze borykały się od początku lat 20-ych. Chruszczow wykorzystał fakt, że przy sporządzaniu traktatu między Związkiem Sowieckim a JDC nie było zapisu o przekazaniu Krymu z RSFRS pod jurysdykcję ukraińską. Co więcej, decyzję o przesiedleniu Żydów na Krym podjął Wszechrosyjski Centralny Komitet Wykonawczy RSFSR, ale w takim przypadku jego decyzja nie była dla Ukrainy wiążąca. Tym samym, przekazując Krym Ukrainie, rząd sowiecki  uzyskał formalne prawo do definitywnego zamknięcia kwestii swoich zobowiązań wobec organizacji żydowskich w USA odnośnie ustanowienia państwowości żydowskiej na Krymie. Problem w tym, że poza wnioskowaniem opartym na przesłankach prawdopodobieństwa nie przedstawiono na to dowodów z dokumentów.

W 2006 r. ukazała się książka kolejnego  tropiciela  sensacji, Aleksandra Szirokorada  pt.: „Cztery tragedie Krymu“, w której wszystkie wątki  – Jointu, Michoelsa i przekazania półwyspu – zostały połączone w jednolitą spójną narrację. A wraz z pojawieniem się w 2008 r. rewelacji Michaiła Połtoranina o “związku” między republiką żydowską a deportacją Tatarów krymskich, układanka uzyskała swój ostateczny kształt. Tylko ile jest w tym wszystkim prawdy?

*******

Należy mieć na uwadze, że nigdy nie powstała autonomiczna republika dla Żydów na północy Krymu, ponieważ ich ogólna liczba nie osiągnęła nawet połowy planowanej liczby. W 1926 r. na 40 tysięcy krymskich Żydów mieszkających w osadach wiejskich, gminach żydowskich i gospodarstwach kolektywnych, było ich zaledwie 4 tysiące, w 1930 roku – 10 tysięcy, a w 1941 roku – 17 tysięcy.

28 marca 1928 r., kiedy został wydany dekret “O przydzieleniu KomZETowi wolnych ziem w pasie amurskim Kraju Dalekowschodniego  dla potrzeb masowego osiedlania pracujących Żydów“, idea krymskiej autonomii żydowskiej została zablokowana przez powstanie Żydowskiego Obwodu Autonomicznego w Birobidżanie.

W dniu 13 października 1930 r. na Krymie utworzony został Żydowski Okręg Narodowy Freidorf o pow. 240 tys. ha. Powiat liczył ok. 30 tys. mieszkańców, z czego ok. 35% stanowili Żydzi. W 1935 r. utworzono kolejny żydowski okręg narodowy – okręg Larindorf. Obejmował on północną i wschodnią część departamentu Freidorf, w którym mieszkało 63,5% ludności żydowskiej. Od 1936 r. dzielnica Freidorf określana jest w prasie sowieckiej jako dzielnica “wielonarodowościowa”. W 1941 r., podczas okupacji hitlerowskiej ww. powiaty przestały istnieć, zaś swoje nazwy zmieniły w 1944 r.

A zatem  pomysł utworzenia żydowskiej autonomii na Krymie, mimo szumnych zapowiedzi, pozostał tylko pomysłem.
I tu pojawia się zasadniczy aspekt  – domniemana “sprzedaż” półwyspu Amerykanom w zamian za pomoc dla Żydów.

Konstrukcja tegoż jest następująca:
Związek Sowiecki pożycza pieniądze na przesiedlenie Żydów i stworzenie dla nich republiki na Krymie, a teren półwyspu staje się zastawem w tej transakcji. Pożyczka musi zostać spłacona do 19 lutego 1954 r., w przeciwnym razie Krym trafi do posiadaczy akcji, ale półwysep wcześniej formalnie wczedłby w skład terytorium Ukrainy, po to aby Rosja nie ponosiła odpowiedzialności za umowę.

Na podstawie kopii umów z Agro-Joint  przeanalizowane zostały ich najważniejsze zapisy.
W pierwszej umowie między Agro-Jointem a Sowietem Komisarzy Ludowych zawartej 29 listopada 1924 r.  i ratyfikowanej 16 grudnia tegoż, brakuje słowa “Krym”.
W dniu 31 stycznia 1927 r. została zawarta druga trzyletnia umowa między Rosją Sowiecką
a Agro-Joint, a 15 stycznia 1929 r. trzecia (zatwierdzona 15 lutego 1929 r.).
I to właśnie wokół tej ostatniej umowy powstało wiele teorii spiskowych dotyczących losów Krymu, jako że ze względu na wybitnie specyficzny charakter rosyjskiego systemu archiwalnego, sowiecka kopia traktatu z 1929 r. nie została jeszcze opublikowana, co daje pole do najbardziej karkołomnych spekulacji.

Z dokumentów, które zostały udostępnione,  wiemy, co następuje:
(art. 1).
Związek Sowiecki pożycza 9 milionów dolarów na okres 17 lat na 5% rocznie na pokrycie kosztów pracy KomZET-u w akcji osiedlania Żydów.
(art. 2).
Związek Sowiecki drukuje obligacje na okaziciela o nominale 1000 dolarów i całą ich kwotę i deponuje w Chase National Bank w Nowym Jorku.

Krym jest wymieniony w tekście trzykrotnie – w preambule i w art. 14 – ale za każdym razem jako część wyrażenia “Krym i Ukraina”, oznaczającego miejsca żydowskiej kolonizacji rolniczej. Tym samym wymóg ustanowienia strefy osadnictwa żydowskiego nie odnosił się wyłącznie do Krymu. Obligacje państwowe również nie przewidują żadnych udziałów w ziemi na półwyspie, wbrew narracji  zwolenników projektu “Krymskiej Kalifornii”.

Umowa z 15 stycznia 1929 r. została zawarta przez Agro-Joint nie z rządem Rosji Sowieckiej, lecz z Komitetem Prezydium Rady Narodowościowej Centralnego Komitetu Wykonawczego. Natomiast 5 lutego 1929 r., sekretariat rządu sowieckiego, podpisał  uchwałę o wejściu w życie ww. układu. A zatem przekazanie Krymu  Ukrainie nie mogłoby pomóc Związkowi Sowieckiemu uniknąć odpowiedzialności finansowej, gdyby było to zapisane w umowie (a co nie miało miejsca).

W dniach 22 marca – 14 kwietnia 1933 r. zawarto dodatkowe porozumienie, które przewidywało radykalne zmniejszenie pomocy amerykańskiej  do wys.  2 994 751 dolarów. Powodem tego były skutki Wielkiego Kryzysu.

W dniu 21 sierpnia 1938 r. Związek Sowiecki i Agro-Joint podpisały formalną umowę, na mocy której ulegały rozwiązaniu wszystkie poprzednie traktaty i ich uzupełnienia z 1927 r.
W latach 1930-1933, a więc jeszcze przed zmniejszeniem kwoty pożyczki amerykańskiej, rząd sowiecki wyemitował 24 serie obligacji rządowych na łączną kwotę 5 mln 352 tys. dolarów należących do Agro-Joint. Termin wykupu ostatniej serii przypadał na dzień 1 stycznia 1953 r. Data ta najpewniej wywołała podejrzenie, że po jej upływie Krym musiałby być oddany Amerykanom jako  zabezpieczenie spłaty, mimo iż  w żadnej z umów półwysep ten nie występował jako zabezpieczenie pożyczek, zaś procedura rozliczeń została określona w tym samym 1938 r. “Agro-Joint” przekazał Chase National Bank wszystkie posiadane obligacje i zrzekł się wszelkich roszczeń wobec Sowietów. Z kolei w latach 1939-1940 Związek Sowiecki zapłacił  2 mln 852 tys. dolarów z tytułu wcześniej wyemitowanych obligacji. W dokumencie tym nie ma wzmianki o Krymie. W maju 1938 r. zlikwidowano KomZET i OZET, a wielu ich członków poddano represjom.

W związku z tym nie ma dowodów na to, że w którejkolwiek z umów między ZSRR a Agro-Joint Krym został wyznaczony jako zabezpieczenie spłaty pożyczek USA. Wersja, że Kreml deportował Tatarów krymskich, aby stworzyć na półwyspie republikę żydowską, a następnie przekazał Krym Ukrainie, aby uniknąć spłaty długu, jest pozbawiona nie tylko dowodów w postaci dokumentów, ale także jest alogiczna w kontekście dat zawarcia poszczególnych umów o pożyczki jak i ich treści.

ANEKS

Do 1924 r. sowiecka komisja rządowa, której zadaniem było znalezienie autonomicznego terytorium żydowskiego, była pełna sprzecznych pomysłów. Propozycje obejmowały Białoruś, Ałtaj, Baszkirię (Baszkorstan), a nawet pas ziemi od Dniestru do Abchazji, ze stolicą w Odessie. Ta ostatnia nawiązywała do sugestii Chaima Zytłowskiego z 1917 r., czołowego orędownika niesyjonistycznego budowania narodu żydowskiego, aby utworzyć republikę żydowskią ze stolicą w Odessie. Program budowy żydowskich osiedli rolniczych na Krymie cieszył się szczególnym zainteresowaniem zagranicznych sponsorów. Od 1924 r. Amerykańsko-Żydowski Połączony Komitet Dystrybucji (JDC) stał się głównym zagranicznym sponsorem sowieckich projektów kolonizacji żydowskiej. Już w 1926 r. na mapie sowieckiego Krymu pojawiła się żydowska wioska nosząca nazwisko jednego z jej najaktywniejszych sponsorów, czyli Juliusa Rosenwalda, amerykańskiego biznesmena i filantropa.
https://en.wikipedia.org/wiki/Julius_Rosenwald

Nietrafne byłoby jednak postrzeganie różnych społeczności i organizacji żydowskich zainteresowanych Krymem jako monolitycznej całości. Na przykład, JDC nie uważał, że Karaimi krymscy zasługują na poparcie. Boris Boden, reprezentujący JDC w Rosji, pisał w marcu 1923 r. o „pewnych społecznościach karaimskich Krymu”, które jego zdaniem „nie stanowiły problemu specyficznie żydowskiego”. Jego wyjaśnienie ujawnia chęć wyrównania rachunków:
„Do niedawna Karaimi, choć wyznający judaizm, nie uważali się za część rosyjskiej społeczności żydowskiej i mieli opinię jako najbardziej reakcyjny element antysemicki”. Ponadto, pisze, „mieli wiele przywilejów, których nie mieli inne społeczności żydowskie”.

Sowiecki projekt kolonizacji żydowskiej oraz zaangażowanie JDC i innych zagranicznych organizacji pomocowych odegrały główną rolę w zmianie żydowskiego wizerunku Krymu, tj. z krajobrazu orientalizowanego na wschodnio- europejski, postsztetlowy i pasterski. Komunistyczni ideolodzy podkreślali, że Żydzi, stając się rolnikami, zbliżali się do sowieckiego – co w praktyce oznaczało słowiańskiego – głównego nurtu, porzucając swój status outsiderów. Niemniej, żydowski rolnik, który osiedlił się na Krymie, był przedstawiany w literaturze czy publicystyce najczęściej jako postać egzotyczna.

W 1928 r. na Dalekim Wschodzie Rosji wyznaczona została lokalizacja dla sowieckiej republiki żydowskiej, która w 1934 r. otrzymała status Żydowskiego Obwodu Autonomicznego, a którego centrum administracyjnym była osada miejska (później przekształcona w miasto) Birobidżan.

Krymskie społeczności żydowskie jednak nadal istniały, a nawet przyciągały nowych migrantów z dawnej strefy osiedlenia żydowskiego. Społeczności te, czy też kolonie, jak je nazywano, były rozproszone po całym półwyspie, w tym dwa okręgi żydowskie, Frajdorf i Larindorf, które odgrywały istotną rolę w strukturze Republiki Krymskiej do 1938 r., kiedy to okręgi utraciły status żydowskich jednostek terytorialnych.

Według sowieckiego spisu powszechnego z 1939 r., żyło na półwyspie  65 452 Żydów, w tym ponad 7 000 Krymczaków, co stanowiło 5,8% ludności Krymu. Większość z nich (47 387) mieszkała w miastach, natomiast 18 065 mieszkało na wsi, głównie w kołchozach. Z kolei wg danych statystycznych z 1936 r. ponad jedna trzecia (35%) z 1370 nowożeńców krymskich Żydów r.,  zawarło związek małżeński z osobą innej narodowości, przeważnie rosyjską.

********************

O autorze: stan orda

lecturi te salutamus

Wildstein i Rokita mówią Gazetą Wyborczą. Postęp czy upadek?

Wildstein i Rokita mówią Gazetą Wyborczą. Postęp czy upadek?

Autor: CzarnaLimuzyna , 2 sierpnia 2026

screenshot TV

Wybitny polityk Mateusz Morawiecki rozpoczynając Kampanię Wyborczą 2027., zaprosił na swój piknik programowy wiele podobnych osobliwości. Jedną z gwiazd był Jan Rokita, który stwierdził wprost, że każda Ukraina, nawet Ukraina nazistowska czcząca SS Galizien powinna być traktowana jako nasz sojusznik.

Mogę dopytać? Chcę podostrzyć trochę.  Czy Ukraina biorąca na sztandary SS Galizien, ale bijąca się z Rosją,  jest w dalszym ciągu naszym sojusznikiem?

Każda Ukraina.

– odpowiedział Rokita

Dla Rokity Ukraina biorąca na sztandary SS Galizien nadal będzie naszym sojusznikiem.

Nazistowska szmata. Tfuu. – napisał Coolfon na X

Nazistowska szmata? Eee tam… od razu szmata. Onuca. Ukraińska. Ze starego zestawu, A te, jak wiadomo, śmierdzą tak samo albo gorzej od rosyjskich.

Jan Maria Rokita to wybitny asceta intelektualny, w oczach innych ascetów intelektualnych uchodzący za intelektualistę – stwierdził prof. Adam Wielomski.

Asceta? I tu prof. Wielomski się myli, Rokita intelektualistą nie jest, ale sroce czyli żydokomunie spod ogona nie wypadł. Poddany selekcji jako były członek lewicowej organizacji „Wolność i Pokój” przez wiele lat był na partyjnym piedestale UW , a potem w PO. Zwolennik sojuszu PO i PiS aż do czasu, gdy zmieniła się potworność etapu. Dziś podpora intelektualna „Gangu Pinokia”.

Najbardziej niewygodne pytanie zadał Tomasz Sommer:

A jakby tak Ukraińcy, jak w 1941 r., zaczęli mordować Żydów, to to też się »może nie podobać«, ale nadal trzeba będzie ich wspierać?

Co to, to już nie. Tu potworność etapu jest niezmienna. Wytłumaczyła to już Barbara Engelking, Według jej egzegezy śmierć Żyda miała walory metafizyczne, a śmierć Polaka była kwestią mniej skomplikowaną  – „kwestia biologiczna, naturalna – śmierć jak śmierć”.

Na przykład śmierć polskiego dziecka porąbanego przez Ukraińca siekierą lub ciężkim młotem.

Zostawiając popaprańca Rokitę ,  przechodzimy do kolejnej gwiazdy „Gangu Pinokia”, do drogiego Bronisława, nie Geremka, lecz Wildsteina

Przerażenie ponad podziałami

Dokonując szybkiej kwerendy z Gazety Wyborczej, TVN-u, a nawet z Gnoma Sromotnika… [to Jarosław Kaczyński (lider PiS), podaje Grok md]. tak sądzę, bo nie podejrzewam, aby było to B’nai B’rith, ADL albo Chabad Lubawicz, a już na pewno nie minister Żurek albo Tusk…

Drogi Bronisław powiedział:

Zdumiewa mnie i przeraża…

Co takiego? Zdumienie rzecz ludzka, przerażenie też, ale żeby aż tak, na grillu u Pinokia, niepokoić poczciwą publiczność?

Jeżeli program partii wygląda tak dokładnie, literalnie, jakby był napisany na Kremlu, jakby przemyślany głęboko, tak po to, żeby Polskę skompromitować, żeby po prostu realizować politykę kremlowską…

…jeżeli bliżej tej partii jest do Iranu niż do Stanów Zjednoczonych i mógłbym wymienić i tak dalej, jeżeli wiemy o tej partii tylko tyle, że jest ufundowana na antysemityzmie i ukrainofobii…

Po tych słowach już wiadomo o kogo chodzi, a skandal jest podwójny, no bo jak nie można kochać USraela?  Dodam tylko, że w kwestii antysemityzmu zapewne nie chodziło o mordowanie palestyńskich i libańskich semitów, bo w tym gronie jest to temat tabu.

„Jeżeli wiemy o tej partii tylko tyle”

Akurat w to nie uwierzę. Nie wierzę, aby jeden z bardziej inteligentnych imprezowiczów wiedział „tylko tyle”. Potworność etapu zobowiązuje.

Ks. prof. Andrzej Zwoliński: Niszczenie prawdy – postprawda i hejt

Ks. prof. Andrzej Zwoliński: Niszczenie prawdy – postprawda i hejt

2 sierpnia 2026. Ks. prof. Andrzej Zwoliński

pch24/ks-prof-andrzej-zwolinski-niszczenie-prawdy-postprawda-i-hejt

hejt-prawda-postprawda.jpg

Wszelkie oznaki rozpadu kultury dają o sobie znać w języku, jako podstawowym środku komunikacji, współtworzącej kulturę. Trudno mówić o rozpadzie języka w stosunku do języków naturalnych. Dla językoznawców język zdolny do obsługiwania kultur i społeczeństw rozwija się i żyje, podlegając rozmaitym wpływom, również destrukcyjnym, wynikającym z terroru działań politycznych lub z kryzysu kultury, bądź z kryzysu osobowości samych twórców.

Postprawda

Zjawisko kryzysu słowa, a nawet rozpadu języka, we współczesnym świecie wiąże się z tzw. postprawdą. Sam termin pojawił się z początku lat 90. XX wieku Steve Resich, w artykule opublikowanym w czasopiśmie „The Nation” (1992) stwierdził, że afera Irangate czy wojna w Zatoce Perskiej zostały łagodniej potraktowane niż słynna afera Watergate. Oceniając tę rzeczywistość zwrócił uwagę, że to sami Amerykanie, „jako wolni ludzie, dobrowolnie zdecydowaliśmy, że chcemy żyć w świecie post-prawdy”. Nie mówił o kłamstwie, lecz o słabnącym znaczeniu prawdy, o powszechnej niechęci do konfrontowania swych poglądów z rzeczywistością. W takim też znaczeniu termin ten pojawiał się później w różnych publikacjach, które wskazywały na pewną strategie rządzenia, która polegała na unikaniu nazywania rzeczy po imieniu, schodzeniu prawdzie z drogi.

Te praktyki zebrał i oceniał w 2004 roku Ralph Keyes w książce „The Post-Truth Era: Dishonesty and Deception in Contemporary Life”. Autor nie mówił wyłącznie o politykach, ale zbierał wiele przykładów z życia publicznego, które wskazywały na rozszerzanie się zjawiska mijania się z prawdą i tendencji do kłamania, jako stałej praktyce zachowań społecznych. Zjawisko to wytwarzało nową jakość. Wyznaczały je dwuznaczne wypowiedzi, nie będące ścisłą prawdą, które sytuowały się obok kłamstwa, nie będąc jednak zamierzonym kłamstwem. Proponowano je nazwać „ulepszoną prawdą” (Keyes), „neoprawdą”, „miękką prawdą”, „fałszywą prawdą”, „prawdą dietetyczną”, „prawdą lajt”. Miała ona ogromne znaczenie społeczne, gdyż pozwalała uniknąć powiedzenia „twardej prawdy”, np. o tym, że globalny kapitalizm wytwarza więcej chaosu niż porządku; że pogłębia nierówności, zamiast je znosić; napędza eksploatację planety; prowadzi do katastrofy ekologicznej; a państwa coraz mniej panują nad jego dynamiką”.

W rezultacie niemówienia prawdy powstało szereg jej zastępników, a granica oddzielająca prawdę od fałszu ulegała coraz większemu zatarciu. Wznoszono gmach zbudowany z języka powstałego z obaw i lęków, czyniąc prawdę jej ofiarą. Zatracono granicę między uczciwością i nieuczciwością. A to prowadziło, jak stwierdził Keyes: do „zagubienia piętna, jakim wcześniej obarczano kłamstwo (…). Kłamstwo stało się w zasadzie wykroczeniem, za które nie sposób kogokolwiek obwiniać”.

Redakcja słownika oksfordzkiego uznała termin „post-prawda” za słowo roku 2016. Jest ono pochodną zarówno manipulacji, świadomych i nieświadomych półprawd, jak też przekłamań i kłamstw, które funkcjonują w świadomości współczesnego człowieka oraz w subiektywistycznych postawach, które powtarzają, że „każdy ma swoją prawdę”. Gdy polski publicysta, Bronisław Wildstein, pisał o postprawdzie, odwołał się do opisu Friedricha Wilhelma Nietzschego, niemieckiego filozofa: „Prawda to ruchliwa armia metafor, metonimii, antropomorfizmów, które po długim używaniu wydają się ludowi kanoniczne i obowiązujące. Prawdy są złudami, o których zapomniano, że nimi są, metaforami, które się zużyły i utraciły zmysłową siłę wyrazu”.

Termin „postprawda” wykorzystuje prestiż sztandarowego pojęcia filozofii, jaką jest „prawda”, dodając do niego odpowiedni przedrostek („post”), który ma wskazywać na nową jakość i nowatorskie ujęcie znanego pojęcia. Funkcjonuje w obrębie zamkniętego obiegu informacji, w których jawne kłamstwa funkcjonują obok informacji zmanipulowanych i prawdziwych. Wszystkie razem nawzajem się uzupełniają, wzmacniają i potwierdzają. Do takich zamkniętych obiegów („baniek medialnych”) nie dopływa wiedza z zewnątrz, a czytelnicy czy słuchacze do zrozumienia i interpretacji informacji wykorzystują głównie wiedzę potoczną i to, co uważają za opinię większości. Postprawda uzyskuje więc jedynie i wyłącznie „społeczny dowód prawdy” (coś jest prawdziwe, bo większość lub wszyscy tak uważają), nie umożliwiając jakąkolwiek polemikę czy dyskusję zmierzającą do poznania prawdy. Powstają w ten sposób wzmacniające się i potwierdzające wzajemnie ciągi kłamstwa.

Postprawda więc to rodzaj kłamstwa, który wynika ze wzajemnego wzmacniania się informacji prawdziwych, półprawd i kłamstw zamkniętych w medialnych systemach („bańkach”). Ważniejsze od prawdy jest osobiste doświadczenie i subiektywne przekonanie. Jednostka pozbawiona jest wsparcia rozumu – świadomie pozbawia się ją rozróżnienia między tym, co posiada wsparcie intelektualne, a tym, co „się wydaje” – opisane dodatkowo zawiłym językiem, zrozumiałym dla niewielu.

Postprawda wskazuje na to, że w przestrzeni społecznej nie ma już miejsca na jakąkolwiek obiektywną prawdę. Poddające się powszechnej weryfikalności fakty są lekceważone, zastępowane przez tzw. narracje, budowane w oparciu i emocje i uprzedzenia, celowo potęgowane przez wspierające je media. W ten sposób odrzuca się jeden z fundamentów kultury europejskiej, opierającej się na poszukiwaniu prawdy. Ani jej poszukiwania, ani strzeżenie dorobku poprzednich pokoleń, a tym bardziej tworzenia dziedzictwa godnego przekazu na przyszłość, przestaje mieć racje bytu.

Postprawda jest nazwana też „bronią matematycznego rażenia” (Cathy O’Neill – amerykańska blogerka i matematyk). Podkreśla się przy tym powszechne stosowanie algorytmów, które dotyczą wielu ludzi, funkcjonują w oparciu o utajnione reguły, a mają destrukcyjne działanie, przynosząc negatywne skutki. Algorytm, analizujący aktywność użytkowników na portalach społecznościowych, można napisać tak, by zaskakiwał, odpowiadał temu, co subiektywnie dana jednostka lubi, podważał w wątpliwość jego poglądy lub wspierał społeczny dyskurs. Powstaje w ten sposób dodatkowy zarządzający strumieniem informacji ośrodek – sterujący automatycznie serwisami informacyjnymi, nie poddające się żadnej kontroli, a mające ogromny wpływ na wielu ludzi. Niemożliwe jest w tym strumieniu ochrona przed fake newsami, oddzielenie propagandy od faktów, poszukać wiarygodnych źródeł w zalewających społeczeństwo potoku informacji. Postprawda staje się nowym obliczem propagandy XXI wieku.

Niesprawdzone lub jawnie fałszywe informacje przedostają się do obiegu społecznego z różnych źródeł. A ponieważ sam przekaz argumentów i faktów „nie działa”, przekazy adresowane są do emocji odbiorców. I tak np. podczas debaty nad pozostaniem Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej głos zabrało 10 ekonomistów – laureatów Nagrody Nobla.

Komentarz, który był odpowiedzią na ich argumenty sprowadzał się do stwierdzenia: „Ludzie w tym kraju mają dość ekspertów”. A ekonomistów porównano do niemieckich naukowców, którzy byli posłuszni Hitlerowi. Podczas kampanii wyborczej w Stanach Zjednoczonych, jak obliczał portal BuzzFeed, 20 najbardziej poczytnych fałszywych wiadomości o wyborach prezydenckich udostępniono 8,7 mln razy. Dla porównania: 20 prawdziwych doniesień miało 7,4 mln udostępnień. W ten sposób fałsz zdominował fakty. Sam kandydat brnął w absurdy, co nie przeszkadzało w efektywności jego kampanii. Obliczono, że 70 procent wypowiedzi przedwyborczych jednego z kandydatów w różnym stopniu mijało się z prawdą. Ale to wyborcy decydowali, które informacje są czytane, powtarzane i powielane. W ten sposób w rozbudowę postprawdy są zaangażowani wszyscy.

Postprawda bazuje na rzeczywistości, którą myśliciele postmodernistyczni opisują jako „simulacrum”. Oznacza ono kopię bez oryginału. Współczesny świat jest pełen symulakrów, pustych znaków, pojęć i symboli, które nie odsyłają do żadnej rzeczywistości. Już dawno utraciły walor autentyczności, pozostając kopią dawnych znaczeń i pojęć.

Hejt czyli nienawiść

„Hejt” (ang. „hate” = „nienawiść”) pojawił się w Internecie, wyrażany nie tylko za pomocą słów, ale też grafiki (memów, gifów), czy filmów – by łatwiej zapadał w pamięć odbiorców. Przekazywane w ten sposób treści nie mają żadnej wartości merytorycznej. To treści ukierunkowana wyłącznie przeciwko danej osobie lub grupie osób. To swoista „moda na nienawiść” – bezpodstawną, nieuzasadnioną, niepopartą żadnymi merytorycznymi argumentami. Stał się symbolem współczesnych komunikatów internetowych, dotykając głównie polityków – głównie ze znienawidzonych partii, celebrytów, ludzi bogatych. Sama nazwa „hejt” to spolszczona wersja angielskiego słowa „hate”, czyli „nienawidzić”, „nienawiść”.

Oznacza mówienie, pisanie o kimś lub o czymś źle, w sposób obraźliwy, najczęściej na portalach społecznościowych, forach dyskusyjnych, gdzie roi się od agresji, złości, awersji do drugiego człowieka. Coraz więcej ludzi twierdzi, że hejt działa jak narkotyk i wszystko, co z nim związane. To ślepa furia, która wypiera logiczne myślenie, wywołuje agresję i wrogość. Hejtujący odczuwają nieuzasadnioną potrzebę zaszkodzenia drugiej osobie, zmieszania jej z błotem, oczernienia jej – pojawia się często w ramach prowadzenia poważnych dyskusji na tematy społeczne, polityczne i kulturalne, w trakcie dialogu, który zderza się z wulgaryzmem. Hejter nie umie bowiem dyskutować i formułować logicznych i rzeczowych argumentów – obraża więc i ucieka przed zasadniczym problemem podjętym w dialogu.

Hejter (z ang. „hater” – „nienawistnik, przeciwnik, krytykant”) to określona osoba, która poświęca swój czas i zaangażowanie dla publikacji w internecie – najczęściej pod pseudonimem – agresywnych, obraźliwych i skrajnie krytycznych komentarzy. Te wystąpienia są postrzegane jako akty cyberprzemocy i psychicznego nękania (stalking). Często występuje w nich mowa nienawiści – adresowana najczęściej do osób publicznych.

Polskie badania w 2017 roku – wywiady z grupą 6,5 tys. internautów) – wykazały, że hejter w Polsce to mężczyzna (stanowią 53 % hejterów) w wieku od 16 do 24 roku życia (aż 73% hejtujących), który ma wykształcenie średnie ogólnokształcące (35 %). Co piaty ma wykształcenie wyższe. Publikuje swe negatywne posty kilka razy w tygodniu.

Psychologiczna analiza przyczyn hejtowania pozwalają sformułować tezy, że: hejtowanie przynosi ulgę (badania w Szwajcarii – oszukani w grze ekonomicznej w hejcie szukali uczucia ulgi, siły, poczucia sprawiedliwości); jest instrumentem pozwalającym każdemu podjąć czynienie zła (upowszechnia możliwość zemsty); zapewnia anonimowość i pośredniość, a tym samym bezkarność ; daje upust stereotypom i uprzedzeniom; niekiedy jest możliwą formą okazania zazdrości i niezadowolenia.

OCENA:

Hejt, jak każda inna forma nienawiści, spotyka się ze zdecydowaną negatywną oceną moralną. Świadczą o tym prawne obostrzenia związane ze stosowaniem hejtu. Najczęściej dotyczą one oskarżenia o zniesławienie, które wiąże się z pomówieniem skrzywdzonego o takie postępowanie lub właściwości cechy, które mogą poniżyć go w opinii publicznej lub narazić na stratę zaufania potrzebnego do wykonywania danego zawodu (np. oskarżenie lekarza o branie łapówek; duchownego o agresję słowną, czy nauczyciela o stronniczość w osądzie zachowania uczniów). Zniewaga to ciężka obraza, ubliżenie komuś czynem lub słowem, które ma na celu poniżenie godności pokrzywdzonego.

W sytuacji wystąpienia hejtu prawnicy proponują sięgnąć po instrumenty ochrony cywilnoprawnej, żądanej zapłaty zadośćuczynienia lub określonej sumy pieniędzy na wskazany cel społeczny, usunięcie wpisu z forum, nakaz publikacji przeprosin lub sprostowania. Jeśli wskutek szkalujących wpisów dana osoba straciła dochody (np. lekarz utracił pacjentów), poszkodowany ma prawo domagać się odszkodowania za doznany uszczerbek majątkowy.

Pierwszą trudnością w postepowaniu prawnym jest uzyskanych danych anonimowego hejtera. Możliwe są w tym względzie trzy drogi:

 – zwrócenie się do portalu, na którym widniał szkalujący komentarz, o udostępnienie danych osobowych hejtera, który dopuścił się naruszenia dóbr osobistych – często jednak właściciele portali odmawiają udostępnienia danych osobowych, które związane są z adresem IP;

– można wnieść skargę do prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych, gdy spotkamy się z odmową odtajnienia danych z adresu IP – prezes UODO może zobowiązać podmiot świadczący usługi drogą elektroniczną do udostepnienia właściwych danych;

– można skorzystać z dwóch instrumentów prawa karnego: złożyć prywatny akt oskarżenia zawierający wniosek o nakazanie przez sąd administratorowi strony internetowej podanie danych osobowych kryjących się za IP, lub sięgnąć po art. 488 par. 1 k.p.k., zgodnie z którym policja otrzymawszy ustną lub pisemną skargę pokrzywdzonego zabezpiecza dowody popełnionego przestępstwa na poczet przyszłego postępowania karnego.

Po uzyskaniu danych hejtera pokrzywdzony ma do dyspozycji postępowanie karne, w którym w trybie prywatnoskargowym (sam lub przez pełnomocnika) wnosi do sądu akt oskarżenia – może oskarżyć sprawcę o zniesławienie (art. 212 k.k.) lub znieważenie (art. 216 k.k.).

Pomocą są przepisy ustawy z 18 lipca 2002 roku o świadczeniu usług drogą elektroniczną.

Od strony moralnej ocena hejtu zawsze jest jednoznaczna i zdecydowana, a wiąże się z elementem kłamstwa i nienawiści, które z sobą niesie.

Już w 1982 r., w Coimbrze, w Portugalii, podczas spotkania z intelektualistami, Jan Paweł II wskazał na pięć obszarów, na których współcześnie prawda przegrywa z „zastępczymi wartościami”:

  1. Nowoczesna kultura, która przez całe wieki była duszą cywilizacji zachodniej, przechodzi kryzys; nie jest już zasadą ożywiającą i jednoczącą społeczeństwo, rozproszona nie jest zdolna do podjęcia swego zadania, jakim jest przyczynianie się do wewnętrznego wzrostu człowieka (ta utrata mocy i wpływu wydaje się mieć swe źródło w kryzysie prawdy).
  2. Obiektywne widzenie prawdy często jest zastępowane stanowiskiem subiektywnym, bardziej lub mniej spontanicznym.
  3. Moralność obiektywna ustępuje miejsca etyce indywidualnej, w której każdy zdaje się być sam dla siebie normą działania i godzi się na wierność wyłącznie tej normie.
  4. Miejsce wierności zajmuje skuteczność.
  5. Człowiek odnosi wrażenie, że żyje w społeczeństwie, w którym brak stałych wartości oraz ideałów.

Działalność polityków, ze względu na zakres i siłę oddziaływania społecznego, ma bardzo duży udział w wytworzeniu się we współczesnej kulturze wymienionych przez Papieża „obszarów kłamstwa”. Polityka jako umiejętność zyskiwania poklasku, utrzymywania stanowisk i poszerzania obszarów wpływu stanęła w opozycji do obiektywnej prawdy, która nie ma dla niej zbyt wielkiej wartości.

Znany, nieżyjący już polski filozof, J. M. Bocheński, zwracał uwagę, że całe ludzkie poznanie trzeba pojmować albo jako ujmowanie, albo jako tworzenie przedmiotu. Gdy nie ma woli podjęcia wysiłku, by poznać dany przedmiot, to opisując go – tworzymy alternatywną rzeczywistość, coś podobnego, na wzór nieznanego w istocie przedmiotu. Tworzy się wówczas świat nierozpoznanych przedmiotów. A ponieważ tendencja „tworzenia” wyraźnie współcześnie dominuje nad trudem poznawania, powstał świat złożony z obcych w istocie części i elementów. Amerykański socjolog, George Ritzer (ur. 1940) w pracy pt. „Globalization of Nothing” (Globalizacja niczego), z 2006 roku, wskazuje, że człowiek współczesny „siedzi nigdzie, pije nic”. Różnica między „czymś” a „niczym” jest empiryczna, a nie aksjologiczna. Istotą globalizacji niczego jest wydajność, społeczna odmiana nowego rodzaju fordyzmu, który zamienił producentów z twórców na wykonawców, nieświadomych celu i sensu swej pracy. Podobnie proponowana konsumpcja niewiele ma wspólnego z zaspokajaniem potrzeb. Nie robi się zakupów, aby mieć co ubrać, tylko żeby coś kupić. Udziałem konsumenta jest „wieczne niezaspokojenie”. Podobnie dzieje się z innymi sferami życia społecznego: partie uprawiają „nie-politykę”; demokracja połączyła się z „nie-wybieraniem”; uczelnie coraz częściej są „nie-uniwersytetem”; wspólnoty religijne są często „nie-kościołami”; ludzie „nie-żyją”. Utrata istoty wielu pojęć stwarza świat obcy, tajemny, nie-nazwany. A język jest już za ubogi, aby ująć i opisać dokonujący się proces zaniku sensu i znaczenia wielu pojęć.

W związku z tym pojawiły się propozycje odrzucenia jakiejkolwiek „metanarracji”, w tym naukowej. Dokonuje się to pod hasłami uwolnienia człowieka od nieustannego poszukiwania prawdy, odrzucenia „zadufanego w sobie” realizmu, który domaga się bezzasadnie korespondowania z faktami. Do pierwszych zadań nauki powinna należeć wolność konwersacji, a nie szukanie prawdy. Nauka będzie mogła wówczas cieszyć się wolną, niczym nie skrępowaną grą własnych pomysłów. Celem ma być uwolnienie nauki od uwięzienia w dogmatach, gdyż „kto pragnie teorii poznania, ten pragnie przymusu”.

W ten sposób „uwolniona” nauka nie ma już języka, którym mogłaby się komunikować. Kolejnymi faktami, będącymi elementami dowolnej jej gry, stwarza nowy świat. Jest to świat pozbawiony ducha, a budowany najczęściej na nienawiści. Świat elektronicznych przekaźników stał się przestrzenią stwarzaną przez tzw. „hejt” – pełen nienawiści, pogardy, złości, adresowany do konkretnej osoby, jak i przedstawicieli danego narodu, płci, osób o innym światopoglądzie niż reprezentowany przez hejtera, wyznawców danej religii czy grupy politycznej.

Papież Franciszek w posynodalnej adhortacji apostolskiej „Christus vivit” (25 III 2019) napisał, że przymiotem współczesnego świata stało się środowisko cyfrowe, z którego zdecydowana większość społeczeństwa korzysta na co dzień. Dzięki szybkiemu i łatwemu dostępowi do Intenetu i sieci społecznościowych tworzy się nowy sposób komunikowania się, nawiązywania łączności, zawiązywania relacji osobowych, wymiany poglądów. Utożsamianie jednak komunikacji międzyludzkiej z kontaktem wirtualnym jest błędem, bowiem przestrzeń cyfrowa prowadzi w gruncie rzeczy do samotności, manipulacji, alienacji społecznej, narastającego strachu przed realnym życiem oraz wyzwaniami, jakie ono w sobie zawiera. Przetworzone słowo coraz częściej przybiera postać „fake newsa” , który podsyca uprzedzenia i nienawiść, stając się symbolem „kultury odartej z prawdy”. Technologie używane w ten sposób kreują złudną, równoległą rzeczywistość, która deprecjonuje godność osoby ludzkiej. Niekontrolowane korzystanie z ze świata wirtualnego prowadzi do „migracji cyfrowej”, a w konsekwencji do alienacji społecznej. Pilną potrzebą zatem staje się uświadamianie i uwrażliwianie – szczególnie młodych ludzi – że dobra i zdrowa komunikacja wymaga wyjścia ze świata wirtualnego do realnie istniejącego (por. p. 86 – 89).

Współczesny człowiek jest pełen nienawiści, a jeszcze częściej lęku i buntu. U podstaw jego nienawiści jest odmowa zaakceptowania siebie jako stworzenia, brak perspektywy teologicznej dla swego życia.

Papież Benedykt XVI 20 lutego 2009 roku wyraził tę prawdę słowami: „Człowiek nie jest absolutem, tak jakby ‘ja’ mogło się oddzielić i postępować jedynie według własnej woli. Jest to sprzeczne z prawdą o naszym jestestwie. Prawdą o nas jest przede wszystkim to, ze jesteśmy stworzeniami, Bożymi stworzeniami, i żyjemy w relacji ze Stwórcą. Jesteśmy istotami stworzonymi do relacji. I tylko akceptując tę naszą relacyjność, dochodzimy do prawdy, w przeciwnym razie popadamy w zakłamanie, a zatem jesteśmy zależni od Stwórcy. (…) Być stworzeniem oznacza być kochanym przez Stwórcę, pozostawać w relacji miłości, którą nas obdarza, która nas uprzedza”.

Ks. prof. Andrzej Zwoliński

USA wkraczają w bezsensowną eskalację konfliktu z Iranem w obliczu braku opcji

USA wkraczają w bezsensowną eskalację konfliktu z Iranem w obliczu braku opcji

Symplicjusz 2 sierpnia 2026 simplicius76/us-careens-into-senseless-iran-escalation

Ostatnia wizyta Netanjahu w Waszyngtonie odbywała się pod presją czasu, a według doniesień Trump sumiennie realizuje te rozkazy, planując rozpoczęcie wielkiej kampanii uderzeniowej przeciwko irańskiej infrastrukturze energetycznej.

Nie wiemy jeszcze na pewno, czy to się stanie, ale istnieją pewne przesłanki, takie jak ta relacja, która śledzi ruchy amerykańskich grup przewoźników i wskazuje, że przewoźnicy zawsze zaczynają oddalać się od irańskich wybrzeży tuż przed większymi atakami:

MoloMonitor 🇮🇹@ MoloWarMonitor

Chciałbym nakreślić kontekst tego wpisu, dotyczący pozycji amerykańskiego lotniskowca. Zajmuję się tym od miesięcy i zazwyczaj, ilekroć widziałem, jak te jednostki oddalają się od irańskiego wybrzeża, działo się to tuż przed poważną eskalacją.

MoloMonitor 🇮🇹 @ MoloWarMonitor

Właśnie znalazłem lotniskowiec klasy Nimitz (USS Abraham Lincoln lub USS George H.W. Bush) na zdjęciach satelitarnych Sentinel-2 z 30.07.2026. Płynie on obecnie na południe w kierunku Morza Arabskiego, eskortowany przez jeden niszczyciel. Współrzędne: 22.307628, 60.549109

16:47 · 31 lipca 2026 · 53,4 TYS. Widoki


29 odpowiedzi · 118 repostów · 506 polubień
=================================

Ponownie zarejestrowano ucieczkę amerykańskiego lotniskowca w kierunku wschodnich wybrzeży Omanu, aby oddalić się doktrynalnie o ponad 300 km od irańskich wyrzutni przeciwokrętowych.

Za kulisami pojawiają się coraz liczniejsze doniesienia, że ​​szalony Trump po prostu traci panowanie nad sobą, gdyż jego doradcy i pomocnicy nie są w stanie opracować żadnego wiarygodnego planu zwycięstwa nad Iranem:

https://www.dailymail.com/debate/article-16003555/ANDREW-NEIL-Im-told-Trumps-physical-mental-health-visible-decline-theres-talk-ground-invasion-150-days-no-good-options-left-Iran-debacle.html

Nawet podczas ostatnich konferencji prasowych Trump nie miał innego wyjścia, jak przyznać, że Iran jest znacznie bardziej stanowczy, niż oczekiwano, ale nadal twierdził, że ostatecznie skapituluje, jeśli USA będą nadal zrzucać bomby:

[Could not load video.]

Teraz cały establishment stara się znaleźć rozwiązanie trudnego kryzysu irańskiego, który niszczy resztki wiarygodności, jaką kiedyś cieszyła się budząca grozę amerykańska machina militarna.

Dwóch autorów z think tanku Atlantic Council przedstawiło realistyczną ocenę podejścia Trumpa w artykule dla FP:

https://foreignpolicy.com/2026/07/29/trump-iran-hormuz-mou-zaprzestać-ognia-energia-pokój/

Twierdzą, że błąd w rozumowaniu o utopionych [zmarnowanych md] kosztach wojny Trumpa doprowadzi jedynie do zmniejszenia siły negocjacyjnej USA, im dłużej będzie się ona przeciągać, co w zasadzie jest przyznaniem, że Iranowi udaje się teraz uciekać od zwycięstwa i USA powinny po prostu ograniczyć straty:

Administracja wielokrotnie padła ofiarą błędu utopionych kosztów. W obliczu tej strategicznej porażki prezydent Donald Trump zachowywał się tak, jakby problem dotyczył skali lub czasu trwania. W rzeczywistości siła negocjacyjna USA malała wraz z postępem wojny i prawdopodobnie będzie się nadal zmniejszać, w miarę jak Stany Zjednoczone wyczerpią swoje zapasy amunicji, a konsekwencje polityczne w kraju będą narastać. Nowe ataki Huti na saudyjski eksport ropy naftowej zwiększają niepewność wojny, która już wywołała globalne wstrząsy gospodarcze, podważyła wiarygodność USA i postawiła regionalnych sojuszników Ameryki w centrum konfliktu, przeciwko któremu się opowiadali.

To prawda, zwłaszcza w świetle niedawnych zapewnień admirała Brada Coopera, że ​​USA nie mają już wartościowych celów do ataku nawet na wybrzeżu Iranu, a z powodu niedoborów broni dalekiego zasięgu nie są w stanie konsekwentnie atakować celów położonych głębiej w kraju.

Szczególnie istotny w tekście FP jest fragment mówiący o próbie złamania Iranu za pomocą „nacisku”, co Trump i jego izraelscy doradcy nadal uważają za skuteczną strategię:

W Waszyngtonie panuje mit, że sama presja może złamać Iran.Przez prawie pięć dekad Stany Zjednoczone stosowały wszelkie dostępne formy nacisku militarnego, ekonomicznego i politycznego, aby nagiąć Iran do swojej woli. To się nie sprawdziło. Presja czasami wpływała na irański proces decyzyjny, ale tylko wtedy, gdy towarzyszyły jej inne narzędzia, takie jak zachęty, koalicje, wzajemny szacunek i cierpliwość. Jeśli Trump nadal będzie wierzył, że Iran po prostu podda się potędze USA, poniesie porażkę.

Autorzy Atlantic Council proponują zaskakująco inteligentne i polityczne rozwiązanie konfliktu. Słusznie przyznają, że jedynym sposobem na jego zakończenie byłoby zapewnienie obu stronom wystarczającej przestrzeni do ogłoszenia zwycięstwa przed własną publicznością, co osłabiłoby ego i polityczną potrzebę dalszego dążenia do nieosiągalnego coup de grace:

Kluczem do każdego trwałego porozumienia jest to, że obie strony muszą mieć możliwość legalnego ogłoszenia zwycięstwa. Obie strony mogą to najlepiej osiągnąć, dążąc do małych, konkretnych rezultatów. Dla Stanów Zjednoczonych oznacza to odwrócenie aktywnej, jednostronnej kontroli Iranu nad przepływem statków przez Cieśninę Ormuz i realną drogę do przyszłego porozumienia nuklearnego. Dla Iranu oznacza to znaczną rekompensatę finansową i uznanie jego nowej pozycji w cieśninie.

Autorzy udzielają wielu szczegółowych zaleceń dotyczących tego, jak można to osiągnąć, ale wszystkie te rekomendacje prawdopodobnie trafią w próżnię, ponieważ polityka zagraniczna Trumpa i tak opiera się na Tel Awiwie. Dlatego też zaraz po wizycie Bibiego Trump zaczął natychmiast domagać się rozszerzenia kampanii nowych ataków.

Jeszcze bardziej zdumiewające wyznanie pojawiło się w nowym artykule „WaPo”, w którym szef europejskiego dowództwa sił zbrojnych USA stanowczo oświadczył, że brak środków wkrótce zmusi go do wyboru między obroną „ojczyzny” a Izraelem:

https://www.washingtonpost.com/national-security/2026/08/01/general-warns-pentagon-he-lacks-sufficient-forces-protect-israel/

Jak donoszą źródła, „problemy z konserwacją” doprowadziły do ​​odsunięcia na boczny tor wielu amerykańskich statków, które zostały zniszczone przez kampanię przeciwko Iranowi:

Marynarka Wojenna dysponuje pięcioma niszczycielami, które mają zostać wypłynięte z amerykańskiego portu w Rota w Hiszpanii, a szósty ma tam dotrzeć jeszcze w tym roku, poinformowali przedstawiciele Pentagonu.Jednak problemy z konserwacją narastają z powodu tempa wojny z Iranem, co komplikuje sytuację Grynkewicha, poinformowali urzędnicy. „Washington Post” ukrył szczegółowe informacje na temat dostępności okrętów na prośbę przedstawicieli wojskowych, którzy powoływali się na względy bezpieczeństwa.

Jak donosił „The Post” w maju, oceny Pentagonu przeprowadzone wcześniej w trakcie wojny wykazały, że siły amerykańskie ponoszą główny ciężar obrony Izraela przed irańskimi pociskami balistycznymi. Oceny wykazały, że amerykańska broń, w tym system obrony przeciwrakietowej Terminal High Altitude Area Defense [THAAD] i morskie pociski przechwytujące wystrzeliwane ze wschodniej części Morza Śródziemnego, były używane znacznie częściej niż izraelska obrona powietrzna.

Jak zauważono powyżej, siły USA „wzięły na siebie ciężar” obrony Izraela, ponieważ mądrzejsi sojusznicy USA postanowili uniknąć dokładnie takiego rodzaju jadowitego, niekończącego się bagna, na które narzeka generał Grynkewich.

Prawie wszyscy na świecie, z wyjątkiem Trumpa, widzą w debaklu irańskim właśnie to: bezmyślną i bezsensowną, egocentryczną krucjatę.

WaPo odnotowuje gwałtowny spadek zainteresowania wojną opinią publiczną:

Wojna z Iranem cieszy się coraz większą niechęcią wśród amerykańskiej opinii publicznej, a członkowie Kongresu – z obu partii politycznych – są coraz bardziej sfrustrowani administracją, ponieważ czołowi urzędnicy mają trudności z przedstawieniem planu zakończenia konfliktu na warunkach uznanych za korzystne dla Stanów Zjednoczonych. Wśród wielu Republikanów narastają obawy, że wpływ wojny na ceny gazu, żywności i innych dóbr będzie kosztować partię straty w listopadowych wyborach uzupełniających.

Źródła wciąż donoszą, że Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej ma teraz pełną kontrolę, a ludzie Trumpa rozmawiają jedynie z „figurantami”, nie mając realnej władzy:

Zachary Cohen@ ZcohenCNN

Urzędnicy uważają obecnie, że Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej ma pełną kontrolę nad procesem decyzyjnym Iranu, pozostawiając polityków, z którymi rozmawiały Stany Zjednoczone, w roli figurantów. Sytuację komplikuje wewnętrzna dynamika samego Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, gdzie garstka wysokich rangą dowódców walczy o…

15:22 · 31 lipca 2026 · 557 TYS.


Oczywiście, wszystko, co pochodzi z mainstreamowych szmatławców, należy traktować ze sceptycyzmem, ale prawdą jest, że Stany Zjednoczone i Izrael desperacko poszukują sposobów na dotarcie do osoby o autorytecie, z którą można by porozmawiać. Haczyk? Przez „rozmów z” Stany Zjednoczone zazwyczaj rozumieją osobę uległą żądaniom USA, jak to miało miejsce w Wenezueli; ale już wielokrotnie widzieliśmy: Iran to nie Wenezuela.

https://www.thetimes.com/world/middle-east/article/mojtaba-khamenei-supreme-leader-mossad-cia-iran-xkjp36gzt

W przededniu kolejnej nieszczęsnej eskalacji, którą Trump, głęboko w skostniałych grobowcach swojej otępiałej główki, musi wyczuć, że doprowadzi ona jedynie do kolejnej katastrofy, istnieje desperacka potrzeba wyjaśnienia tego, co stało się nieprzeniknioną zagadką dla amerykańskiego kompleksu militarno-przemysłowego. Legendarna irańska doktryna mozaiki kompletnie zdezorientowała imperium, które obrasta w prostaków i karłowate narody pochlebców.

W powyższym artykule w „The Times” ostrzega się, że nowy najwyższy przywódca może wkrótce zostać zmuszony do opuszczenia ukrycia, aby stłumić publiczne żądania dotyczące jego miejsca pobytu – fakt ten jest ironią losu i stanowi jaskrawy kontrast w porównaniu z sytuacją jego amerykańskiego odpowiednika, którego społeczeństwo w tym momencie o wiele prędzej odetchnęłoby z ulgą, gdyby już go nigdy nie zobaczyło:

W pewnym momencie naród irański zażąda spotkania z nowym przywódcą. Nie pojawił się on w tym miesiącu na pogrzebie ojca. Jedynym dowodem na jego istnienie są liczne oficjalne oświadczenia dotyczące wojny wydane w jego imieniu.

W chwili pisania tego tekstu krążyły pogłoski o rozproszeniu przez Irańczyków urzędników i Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej w Hormozganie i innych prowincjach sąsiadujących z wybrzeżem, w ramach przygotowań do potencjalnych ataków ze strony USA.

Inne doniesienia wskazują, że Iran wysyła ciężki sprzęt na zachód, najwyraźniej przygotowując się do czegoś większego:

OSINTWarfare@ OSINTWarfareZauważono, że armia Islamskiej Republiki Iranu przemieszczała czołgi podstawowe (MBT) T-72M/M1 drogą nr 39 na autostradzie Ahwaz–Abadan w kierunku Abadanu, w pobliżu granic z Irakiem i Kuwejtem.

13:44 · 1 sierpnia 2026 · 44,1 tys. wyświetleń


20 odpowiedzi · 73 reposty · 624 polubienia

========================

Najnowsze plotki głoszą, że Trump chce całkowicie odciąć dopływ prądu do Teheranu, karząc w ten sposób naród irański, którego tak dzielnie bronił przed „reżimem”, którego Ameryka teraz nie potrafi nawet zlokalizować.

Ale to właśnie to niezrozumienie narodu irańskiego nieuchronnie prowadzi Trumpa do jego „momentu Waterloo”. Artykuł w „The Times” dał wgląd w to, co mieszkańcy Teheranu już czują wobec tego niezdarnego starca, nawet bez jego dalszego podsycania gniewu:

https://www.thetimes.com/world/middle-east/article/mojtaba-khamenei-supreme-leader-mossad-cia-iran-xkjp36gzt

Odcięcie im prądu z pewnością tym razem obróci ich przeciwko „reżimowi” !

W przededniu kolejnej bezsensownej eskalacji Imperium Amerykańskie asymptotycznie pozostaje „jeszcze tylko jeden nalot bombowy” od całkowitego zwycięstwa.


Chiny mówią: Nie!

Chiny mówią: Nie!

1. sierpnia 2026 Marek Wojcik world-scam/chiny-mowia-nie

Co się na tym świecie porobiło? Tak mawiał pół wieku temu, znany polski kabarecista Jan Pietrzak. Przed wojną, nie do pomyślenia. Można by zapytać, o której wojnie jest mowa – tyle ich już było? W innym kabarecie słyszeliśmy, że nie powinno się mieć więcej niż troje dzieci. Dlaczego? Bo co czwarty człowiek na Ziemi to Chińczyk.

W ten sposób dotarliśmy do dzisiejszego tematu, którym jest: Sprzeciw Chin wobec polityki imperialnej USA. Źródło.

Chiny oficjalnie popierają przyjęcie Palestyny do grupy BRICS. Po tym, jak Autonomia Palestyńska złożyła formalny wniosek o pełne członkostwo we wrześniu 2025 roku, chińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych oświadczyło, że z zadowoleniem przyjmuje przystąpienie „partnerów o podobnych poglądach” w celu stworzenia bardziej sprawiedliwego porządku międzynarodowego. Ponieważ nowi członkowie BRICS muszą uzyskać jednomyślność, rola gościa lub obserwatora dla Palestyny jest uważana za najbardziej prawdopodobny pierwszy krok.

Jak podaje agencja Reuters, Iran ma w ciągu kilku tygodni otrzymać pierwszą dostawę obejmującą do 400 chińskich przenośnych przeciwlotniczych zestawów rakietowych (MANPADS) – poinformowały agencję trzy źródła.
Źródło: Telegram 29.07.2026 r. 16:26.

W geopolityce nie działają sentymenty ani moralność. Nie zamierzam umniejszać tej inicjatywy Państwa Środka. Biorąc pod uwagę wsparcie zarówno Chin, jak i Rosji dla amerykańskiego dolara – bierne wsparcie, ponieważ już dawno kraje BRICS mogłyby dobić ten zielony papier napędzający większość działań wojennych na świecie. Celem Chin jest ograniczenie roli Indii jako fałszywego „obrońcy” praw Palestyńczyków.

Nagranie z Deir al-Balah pokazuje skutki izraelskiego ataku na magazyn leków w szpitalu im. Męczenników Al-Aksa w centrum Strefy Gazy, w wyniku którego dziesiątki rodzin szukających schronienia zostały zmuszone do opuszczenia tego miejsca.
Źródło: Telegram 01.08.2026 r. 09:48.

Przepraszam, jeśli pozbawiam kogoś złudzeń, ale po kilku latach wojny totalitarnej przeciwko ludzkości (kowid, Ukraina, Gaza, Iran, migracja, klimat i cała reszta Agendy 2030), gdy ktoś uważa, że moralność i politykę można pogodzić, to sam jest sobie winien.

Bezzałogowe pojazdy dostawcze szybko zyskują w Chinach na popularności. Nie ma ograniczeń dotyczących czasu jazdy, nie trzeba płacić wynagrodzeń ani opłacać ubezpieczeń dla kierowców – a dane wkrótce potwierdzą, że pojazdy te są bezpieczniejsze. To czwarta rewolucja przemysłowa.
Źródło: Telegram 23.07.2026 r. 09:34.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Nikt nam nie zrobi nic

Stanisław Michalkiewicz: Nikt nam nie zrobi nic     magnapolonia

   Co tu dużo gadać; możemy uważać się za szczęściarzy. Nawet nie dlatego, że rakieta, która spadła na Lubelszczyźnie w gminie Turobin, została najpierw „przechwycona” ale mimo to spadła, wybiła w  ziemi lej o średnicy 10 metrów, więc prawdopodobnie mogła nawet wybuchnąć, ale to wszystko drobiazg, w porównaniu z tym, że od samego początku wszystko było pod kontrolą. Tak w każdym razie zapewniają nas nasze władze, więc nie wypada zaprzeczać. Obywatel Tusk Donald twierdzi nawet, że mogliśmy ją zestrzelić, ale widocznie ze względu na jakieś wyższe konieczności tego nie zrobiono.

Złośliwcy, których nigdzie, a już zawłaszcza w naszym nieszczęśliwym kraju  nie brakuje twierdzą, że owszem, „mogliśmy” ale tak naprawdę nie mogliśmy, bo wcześniej pociski do baterii systemu „Patriot” Ministerstwo Obrony przekazało Ukrainie, Jak zatem widzimy czarno na białym, wszystko jest w jak najlepszym porządku – ale przecież nie dlatego, a zwłaszcza – nie przede wszystkim dlatego możemy uważać się za szczęściarzy.

Za szczęściarzy możemy się uważać dzięki temu, że wśród naszych Umiłowanych Przywódców mamy człowieka na miarę czasów w osobie Księcia-Małżonka, który w vaginecie obywatela Tuska Donalda piastuje fuchę ministra spraw zagranicznych. Nie chodzi o to, by Książę-Małżonek prowadził jakąś zagraniczną politykę, bo przecież każde dziecko wie, że prowadzenie polityki zagranicznej władze naszego nieszczęśliwego kraju mają od Naszych Sojuszników surowo zakazane – ale dlatego, że jest on postacią wybitną.

Nie tylko jest zadowolony ze swego rozumu, czemu nieustannie składa dowody na Twitterze i gdzie tylko może, nie tylko dlatego, że w sztuce wiązania krawatów ociera się o genialność, ale przede wszystkim dlatego, że – jak się właśnie okazało – wspierają go proroctwa.

   Dlatego tak jest – tajemnica to wielka, bo formalnie rzecz biorąc, Książę-Małżonek jest – jak to mówią starsi i mądrzejsi –  „głupim gojem” – ale z drugiej strony nie możemy zapominać, że „Spiritus flat ubi vult” – co się wykłada, że Duch tchnie, kędy chce – a poza tym ludowe przysłowie powiada, że jak Pan Bóg dopuści, to i z kija wypuści. „Z kija” – a cóż dopiero – z Księcia-Małżonka, który choćby ze względu na bycie Księciem-Małżonkiem powinien cieszyć się specjalnym względami Stwórcy Wszechświata. I chyba się cieszy – bo czyż w przeciwnym razie wspierałyby go proroctwa?

Prawdę na tym odcinku spenetrowali już dawno władcy Cesarstwa Austriackiego, o czym świadczy znana sentencja: „bella gerant alii, tu felix Austria nube” – co się wykłada, że niech inni toczą wojny, a ty szczęśliwa Austrio zawieraj małżeństwa.  Nic więc dziwnego, że ostatnio pojawiły się na mieście pogłoski, że nie ma lepszego kandydata na przyszłego prezydenta naszego nieszczęśliwego kraju, jak Książę-Małżonek  zwłaszcza gdyby został on przekształcony w Generalną Gubernię – a to przecież tylko kwestia czasu.

Zwracam uwagę, że mimo iż te pogłoski od pewnego czasu krążą po mieście, pan ambasador Tomasz Róża nie wyraził wobec tej kandydatury żadnych zastrzeżeń, podczas gdy w przypadku Grzegorza Brauna od razu wszedł zaporowo, że sobie „nie wyobraża”. Widać zatem jak na dłoni, że Księcia-Małżonka wspierają nie tylko Moce niebieskie, ale i Różne Inne, których z ostrożności procesowej wolę nie wymieniać.

Wyjaśnienia w tym względzie dostarcza  Pismo Święte głosząc, że wszelkie królestwo podzielone wewnętrznie nie ma przed sobą przyszłości, więc jeśli nawet Nasz Najważniejszy Sojusznik czasami sprawia wrażenie królestwa podzielonego, to najwyraźniej musi spajać je jakiś najtwardszy rdzeń, który to wszystko utrzymuje w całości ponad podziałami.

   A co się tyczy proroctw, jakie wspierają Księcia-Małżonka, to wszyscy pamiętamy, jak przestrzegał nas przez ruskimi prowokacjami, w których mogą być wykorzystane ukraińskie rakiety, czy drony. Putin – jak wiadomo – zdolny jest do wszystkiego, więc dlaczego nie do posłużenia się w zbrodniczych prowokacjach ukraińskimi rakietami, albo choćby dronami?

Okazuje się jednak, że chyba nawet nie musiał, bo przecież z ukraińskich rakiet albo dronów trzeba by się było tłumaczyć – jak w przypadku Przewodowa, gdzie – zgodnie ze słowami piosenki Bułata Okudżawy – „jeszcze dziś winnych szuka świat” – więc w tej sytuacji rozsądek nakazuje posłużyć się rakietą ruską.

Oczywiście – jak poucza nas Pismo Święte – „z obfitości serca usta mówią” – i pewnie dlatego ukraiński minister spraw zagranicznych pan Sybiha nie tylko od razu spenetrował prawdę, że w gminę Turobin uderzyła ruska rakieta, ale nawet oznajmił to światu zanim jeszcze nasza niezwyciężona armia natrafiła na jej ślad  – żeby świat wiedział, czego się trzymać i jak nawijać.

   Warto tedy dodać, że prezydent Zełeński w drodze powrotnej z Waszyngtonu, zatrzymał się w Lublinie, gdzie na audiencji przyjął obywatela  Tuska Donalda, informując go, że teraz Ukraina dostanie licencję na produkcję pocisków do „Patriotów” – a poza tym przestrzegając go przed dalszym tolerowaniem „pogromów” obywateli ukraińskich w Polsce, o których każdego dnia donosi Judenrat oraz inne niezależne media głównego nurtu.

Na reakcję nie trzeba było długo czekać; skoro strategiczny partner Republiki Federalnej Niemiec kieruje taką przestrogę obywatelu Tusku, to on powinność swej służby rozumiejąc, wyda już odpowiednie rozkazy. Toteż  obywatel Żurek Waldemar  ma początek utworzył specjalny zespół prokuratorów, który wszystkim, wskazanym przez Judenrat, albo przedstawicieli diaspory ukraińskiej, pogromowcom pokaże ruski miesiąc, wybijając im ze łbów wszelką „nienawiść”, gdy będzie trzeba – to razem z mózgami.

To jest zresztą dla obywatela Tuska Donalda i jego vaginetu ważny egzamin. Albo potrafi on opanować „przed-pogromową” sytuację własnymi siłami, albo sprawę wezmą w swoje ręce starsi i mądrzejsi, którzy już tam będą wiedzieli co robić, by w Warszawie zapanował porządek. Wprawdzie swąd po Oświęcimiu jeszcze całkiem się nie rozwiał – ale od czego wiadoma, dwumilionowa diaspora, którą na wieści o „pogromach” z pewnością mogą świerzbieć ręce? W tej sytuacji Putin jest oczywiście na wagę złota, bo wcale nie jest wykluczone, że rakieta, która spadła w gminie Turobin, rzeczywiście była wystrzelona z Rosji.

I to jest dodatkowy powód, byśmy mogli uważać się za szczęściarzy – chociaż najważniejszy jest oczywiście ten, że jest z nami Śmig… to znaczy – pardon; nie żaden „Śmigły-Rydz”, tylko oczywiście – Książę-Małżonek.

RĘKOPIS ZNALEZIONY W MECZECIE w stolicy Jemenu – Sanaa – czyli inne odczytanie Koranu


W 1972 roku podczas remontu Wielkiego Meczetu w stolicy Jemenu – Sanaa – robotnicy budowlani natknęli się na poddaszu na zamurowane pomieszczenie, w którym odnaleziono wielką ilość starych manuskryptów. Powiązane w węzełki rękopisy zapakowano do dwudziestu parcianych worków i upchano pod wiodącymi na górę schodami minaretów. Na znalezisko zwrócił uwagę dopiero po dłuższym czasie Qadhi Ismaii al-Akwa, szef jemeńskiego urzędu do spraw zabytków. W 1973 roku zainteresował tym odkryciem niemieckich naukowców, którzy po pierwszych oględzinach stwierdzili, że manuskrypty są najprawdopodobniej wczesnymi kodyfikacjami Koranu, pochodzącymi z IX, VIII, a nawet VII wieku – a więc z tych kluczowych stuleci, w których formował się islam.


Głównym problemem badaczy religii muzułmańskiej jest brak źródeł pochodzących właśnie z VII-VIII stulecia. W swojej pisanej przed dwudziestu laty biografii Mahometa jeden z najwybitniejszych znawców islamu na świecie, prof. Michael Cook wzdychał: „Wspaniale byłoby odnaleźć jaskinię pełną dokumentów lub zapisków współczesnych Mahometowi, lecz czegoś takiego nie mamy i pewnie nigdy nie będziemy mieli”. Kreśląc te słowa Cook nie przypuszczał zapewne, że jego westchnienia zostaną tak szybko wysłuchane, zaś doniosłość znaleziska w sanaańskim meczecie porównać będzie można z najważniejszymi XX-wiecznymi odkryciami rękopisów – gnostyckich papirusów w Nag Hammadi (w Egipcie) i esseńskich zwojów z Qumran (w Izraelu). Być może nawet znaczenie manuskryptów odnalezionych w Jemenie będzie jeszcze większe – ponieważ to, co się w nich znajduje, podważa ortodoksyjną tradycję na temat pochodzenia Koranu obowiązującą w całym świecie islamu.


Naukowcy czy bluźniercy?
W 1981 roku jako pierwszy badacz do rękopisów z Sanaa dopuszczony został niemiecki profesor Gerd Riidiger Puin z Uniwersytetu Kraju Saary w Saarbrücken, wybitny specjalista w dziedzinie kaligrafii arabskiej i paleografii Koranu. Już po wstępnej analizie stwierdził on, że ma do czynienia z bezcennym zjawiskiem. Zwrócił uwagę m.in. na pojawiające się w manuskryptach niekonwencjonalne iluminacje wersetów, częste odmienności od kanonicznego tekstu, rzadko występujący wczesny typ pisma arabskiego – tzw. hijazi czy też niespotykane często odmiany ortografii. Wiele z rękopisów okazało się też palimpsestami, tzn. zawierały wersje ajatów koranicznych napisane na wersjach wcześniejszych, częściowo usuniętych lub wyblakłych. Po tych badaniach profesor Puin nie ma wątpliwości, że tekst Koranu ewoluował w czasie, nie powstał zaś w całości za jednym razem. Już samo to stwierdzenie jest w islamie zamachem na świętość, ponieważ muzułmanie wierzą, że Koran jest słowem w całości objawionym przez Boga Mahometowi i nigdy nie podlegał żadnym zmianom czy ewolucjom.


’W swoich dyskusjach ż chrześcijanami przedstawiciele islamu z jednej strony nie pozwalają na żadną krytyczną lekturę Koranu, z drugiej zaś zachęcają do jak najbardziej krytycznych studiów nad Biblią, która – jak utrzymują – została zafałszowana przez żydów i chrześcijan.
Wróćmy jednak do odkryć. Na początku lat 80-tych trwało w Sanaa sortowanie, czyszczenie i restaurowanie odnalezionych fragmentów pism. Władzom jemeńskim nie zależało jednak – jak twierdzi prof. Puin – na dogłębnej analizie krytycznej oraz interpretacji owych wersetów, lecz raczej na zbadaniu ornamentyki zapisów i estetyki pisma. Tylko dwóch naukowców – oprócz wspomnianego już Puina także profesor Hans Caspar Graf von Bothmer, również z uniwersytetu w Saarsbrücken – otrzymało zezwolenie na bliższe zaznajomienie się ze znaleziskami. O wynikach swoich badań informowali jedynie na łamach specjalistycznych czasopism naukowych, bojąc się, że upublicznienie efektów ich pracy w wysoko-nakładowych mediach spowodowałoby cofnięcie zezwolenia ze strony władz jemeńskich.
W 1997 roku profesor von Bothmer zakończył dokumentowanie odkrytych zbiorów i wywiózł do Niemiec 35.000 mikrofilmów. Od tej pory w Instytucie Badań Koranicznych na Uniwersytecie w Saarsbrücken rozpoczęły się poważne prace naukowe nad znalezionymi tekstami.
Profesor Andrew Rippin z Uniwersytetu w Calgary uważa, że manuskrypty z Sanaa staną się przełomem w badaniach nad islamem. Jego zdaniem, odnaleziony materiał jest na tyle duży i reprezentatywny, że teza, iż Koran powstawał w dłuższym okresie czasowym i ewoluował pod wpływem różnych źródeł, stanie się nie do obalenia. Kłopot polega na tym, że dla miliarda muzułmanów na całym świecie takie twierdzenie jest bluźnierstwem.
O tym zaś, jak islam traktuje bluźnierców, przekonał się chociażby Salman Rushdie, ukrywający się od 1989 roku przed wydanym na niego wyrokiem śmierci.
Żeby przekonać się, dlaczego odkrycia z Sanaa mogą mieć dalekosiężne implikacje dla samego islamu, musimy najpierw poznać jego naukę na temat Koranu.
Koran jak Chrystus
Koran jest uważany przez muzułmanów nie za dzieło Mahometa, lecz objawienie Allaha przekazane ludziom za pośrednictwem Proroka. Owo samo-objawiające się Słowo Boga jest jedyne, doskonałe, niezmienne, ostatecznie skończone. Wyznawcy islamu wierzą, że ich święta księga nigdy nie była poprawiana i nie ewoluowała w czasie.
Profesor Stephen Humphreys z Uniwersytetu w Santa Barbara uważa, że historyzacja Koranu spowoduje delegalizację całego wspólnego doświadczenia społeczności islamskiej, którą powołał do istnienia i kształtował właśnie Koran. Według niego, jeśli okaże się, że święta księga muzułmanów nie jest niezmiennym Słowem Boga, lecz tylko podlegającym ewolucji historycznym świadectwem epoki, wówczas czternaście wieków islamskiej historii okaże się bezsensowne.
Wydana w 1981 roku „Encyklopedia islamu” stwierdza, że roli Koranu w mahometanizmie nie da się porównać do roli Biblii w chrześcijaństwie. Jest ona znacznie donioślejsza i jeśli na miejscu byłyby jakieś porównania, to należałoby powiedzieć, że Koran dla islamu jest tym samym, kim Chrystus dla chrześcijaństwa. Tak jak Chrystus był Słowem, które stało się ciałem, tak Koran jest Słowem Boga, które stało się tekstem. Analfabetyzm Mahometa pełni tą samą rolę, co dziewictwo Maryi – podkreśla objawiony charakter Słowa. Forma i treść Koranu są jakby odpowiednikiem ciała Chrystusa. Dlatego też największym grzechem dla muzułmanów jest właśnie podważanie autorytetu Koranu, o czym przekonał się nie tylko Salman Rushdie, lecz również Nadżib Mahfouz, egipski pisarz, laureat literackiej Nagrody Nobla, który w 1994 roku został pchnięty nożem, gdyż napisał powieść, której kompozycja przypominała Koran, lecz treść została uznana za heretycką.
Za bluźnierców uważani są także ci naukowcy, którzy próbują badać Koran, wykorzystując osiągnięcia hermeneutyki, metody krytycznej czy historycznej interpretacji tekstów. Takie podejście do świętej księgi jest w świecie islamskim równoznaczne z profanacją i świętokradztwem, ponieważ niedopuszczalne jest zgłębianie myśli Boga przez historyczną i spekulatywną myśl człowieka.


O ile Nowy Testament, zwłaszcza od początku XX wieku, stał się obiektem intensywnych badań metodami historyczno-krytycznymi, wśród których wymienić można Formgeschichte (historię form), Redaktionsgeschichte (historię redakcji) czy Wirkungsgeschichte (historię efektów) – i wyszedł z tego egzaminu zwycięsko, tzn. jego historyczna wiarygodność nie została podważona, a przesłanie chrześcijańskie nie uległo na skutek tych badań reinterpretacji, o tyle Koran nie został jeszcze poważnie poddany takiej próbie. Trudno powiedzieć zresztą, czy by ją wytrzymał, biorąc pod uwagę zwłaszcza obowiązujące w islamie podejście do tej księgi (notabene przypominające stosunek członków fundamentalistycznych sekt protestanckich do Biblii).
Nie bezzasadnie pyta więc Vittorio Messori: „Co stanie się z Koranem. kiedy w tym zbiorze wzniosłej poezji i głębokiego uczucia religijnego, a także przepisów higienicznych do użytku nomadów na pustyni, oraz różnych niepokonalnych sprzeczności zanurzy się lancet krytyki? Kiedy – podobnie jak to się dzieje od wieków i z ogromnym zaangażowaniem z Pismami chrześcijan – także wobec Pism muzułmańskich dokona się krytyczny egzamin? Od samego początku, od pierwszej sury. Chodzi o pierwszy rozdział, ten, o którym wierzący zapewniają, że objawił się płonącymi literami na posłaniu wobec Mahometa przerażonego głosem i spojrzeniem biblijnego archanioła Gabriela. Co się stanie, kiedy muzułmanin z ludu – a nie tylko specjalista – dowie się, ilu cytatom, nawarstwieniom, wtrąceniom z tekstów żydowskich i z ewangelii apokryficznych został poddany Koran, który – jak stwierdza wiara – był ’słowo w słowo’ podyktowany przez samego Boga?”
Zdaniem niektórych specjalistów, jeśli rolę Koranu w islamie przyrównać do roli Chrystusa w chrześcijaństwie, to odkrycia z Sanaa mogą wywołać w świecie muzułmańskim trzęsienie podobne do tego, jakie powstałoby w świecie chrześcijańskim, gdyby odkryto grób Jezusa z Jego ciałem w środku.


Twarda skała czy lotny piasek?

Jak już zostało powiedziane, poważne badania nad islamem są bardzo utrudnione ze względu na skąpą liczbę źródeł z pierwszego okresu tej religii. Najstarsze pisane źródła na temat życia Mahometa, który zmarł w roku 632, pochodzą z II połowy VIII i początków IX wieku. Do najbardziej znanych należą dzieła Al-Wakidiego (zm. 823) czy Ibn Hiszama (zm. 833), który powołuje się na zaginione pisma Ibn Ishaka (zm. 767). Podobnie zaginęła biografia Proroka napisana przez Mamara Ibn Raszida (zm. 770), cytowana przez autorów późniejszych.


Tak więc najstarsze pisma dotyczące życia Mahometa, jakimi dysponujemy, zostały napisane około 200 lat po jego śmierci, a powołują się one na dzieła powstałe 150 lat po zgonie Proroka. Obowiązująca w świecie islamskim historia życia Mahometa i objawienia Koranu wywodzi się więc ze źródeł od połowy VIII do połowy X wieku.


W porównaniu z Nowym Testamentem jest to kolosalna różnica – opowieści o życiu Chrystusa czyli Ewangelie spisane zostały przez apostołów lub ich uczniów stosunkowo niedługo po śmierci Jezusa. Egzegeci przyjmują, że najstarsze pisma chrześcijańskie – listy św. Pawła i ewangelia św. Marka powstały już około 20 lat po ukrzyżowaniu Chrystusa.


Wiedza o Mahomecie przez ponad stulecie przekazywana była więc ustnie i istnieje duże prawdopodobieństwo, że mogła ulec w tym czasie poważnym zmianom. Tym bardziej, że jeśli porówna się relacje na ten sam temat (np. okoliczności śmierci ojca Proroka – Abd Allaha), to widoczna jest wyraźna ewolucja – od niepewności do obfitości szczegółów – i tak biografowie w IX wieku wykazują się znacznie większą znajomością różnych detali niż ich poprzednicy pół wieku wcześniej.
Maxime Rodinson, współczesny biograf Proroka, pisze, że „nie istnieje nic, co pozwalałoby nam chociażby na stwierdzenie: to i to pochodzi bez wątpienia z czasów Mahometa„. Badacze tacy, jak Gaudefroy-Demombynes czy Noldeke, uważają, że powstałe dwa wieki po śmierci Mahometa hadisy (mowy Proroka) i sira (żywot Proroka) nie stanowią wystarczającego dowodu historycznego, ale ich odrzucenie spowodowałoby znalezienie sięw punkcie zerowym. Podobnie sądzi wspomniany już Michael Cook, który pisze wprost, że gdyby odrzucić wszelkie źródła historyczne na temat islamu, których nie jesteśmy bezwarunkowo pewni, to wówczas zamiast skalnej opoki pozostanie nam tylko lotny piasek.
Profesor Stephen Humphreys twierdzi, że ze źródeł muzułmańskich da się zrekonstruować sposób, w jaki wyznawcy Allaha na przełomie VIII i IX stulecia rozumieli narodziny swojej społeczności, nie da się jednak odtworzyć, jak te narodziny wyglądały rzeczywiście w VIl wieku. Co ciekawe, badania egipskiego profesora Tahy Husseina, który w latach międzywojennych analizował przed-islamską poezję arabską, doprowadziły go do wniosku, że większość tej literatury została w rzeczywistości sfabrykowana już po pojawieniu się islamu po to, by uwiarygodnić koraniczną mitologię.


Mekki nie ma na mapie
Nie istnieje także zbyt wiele zachowanych źródeł nie-muzułmańskich z czasów współczesnych Mahometowi. Najstarszy zapis o jego życiu pojawia się w ormiańskiej kronice z lat 60-tych VII wieku. Poza tym naukowcy dysponują niewielką liczbą materiałów w języku greckim i syryjskim, pochodzących również z VII stulecia. Ze źródeł tych wynika, że pierwsi muzułmanie modlili się zwróceni twarzą nie w kierunku Mekki, lecz jakiegoś miejsca położonego znacznie dalej na północy, co wskazywałoby, że ich sanktuarium pierwotnie znajdowało się gdzie indziej. Co zastanawiające zresztą, nie ma żadnych historycznych dowodów na istnienie Mekki w VII wieku. Wybitny kartograf Vidal de la Blanche, specjalista w dziedzinie wielkich szlaków handlowych starożytności, opierając się na przed-islamskich mapach świata, wykazał, że w VII stuleciu Mekka nie istniała. A przecież w tym mieście i w tym czasie – według muzułmańskiej ortodoksji – miały się dziać najważniejsze rzeczy w życiu Proroka…
Współczesny Mahometowi VII-wieczny kronikarz ormiański opisuje jego działalność zupełnie inaczej niż podaje to tradycja muzułmańska, co ma zresztą dla islamu poważne implikacje doktrynalne. Otóż pisze on, że pierwotnie Prorok założył społeczność obejmującą dziedziców Abrahama – potomków Izmaela czyli Arabów oraz potomków Izaaka czyli Izraelitów – którzy razem ruszyli na podbój Palestyny (zerwanie Izmaelitów z Żydami nastąpić miało dopiero po arabskim podboju Jerozolimy). Podobne wiadomości podaje źródło greckie, w którym wyczytać możemy o arabskim Proroku głoszącym żydowskiego Mesjasza i o „Żydach, którzy mieszają się z Saracenami [czyli Arabami]”. O sojuszu arabsko-żydowskim wspomina też hebrajska apokalipsa z VII stulecia.
W świetle źródeł nie-muzułmańskich to Jerozolima, a nie Mekka, odgrywa dla wyznawców islamu pierwszoplanową rolę. Muzułmańskie biografie Mahometa podają, że planował on wysłanie ekspedycji na rzymskie terytorium w Palestynie, ale śmierć Proroka przerwała te plany. Zdobycie Jerozolimy przez muzułmanów nastąpiło dopiero po zgonie Mahometa, za panowania kalifa Omara. Podbój ten, według źródeł nie-muzułmańskich, miał charakter religijny. Zdaniem ormiańskiego kronikarza, Prorok uzasadniał prawo Arabów do Palestyny tym, że jako potomkowie Izmaela mają również prawo do ziemi, którą Bóg obiecał Abrahamowi i jego potomstwu.
Mekki nie ma w Koranie
Jeszcze więcej niepewności rodzi się przy studiowaniu Koranu w jego oryginalnym języku – arabskim. Jest to tekst bardzo trudny nawet dla ludzi wykształconych, pełen niekonsekwencji i sprzeczności – miejscami z wersu na wers zmienia się zarówno treść historii, jak i jej styl; w tym samym zdaniu Bóg występuje raz w pierwszej, raz w trzeciej osobie; te same zdarzenia opowiedziane są w różnych wersjach; Boskie rozporządzenia są sprzeczne ze sobą; pojawiają się opuszczenia, czyniące całe partie tekstu niezrozumiałymi; pewne zwroty wyglądają na zwyczajne błędy gramatyczne.
Teologowie islamscy zdają sobie sprawę z tych trudności i tłumaczą je niewspółmiernością między Boskim posłannictwem a ludzkim odbiorcą. Według Seyyeda Hosseina Nasra, niespójność tekstu koranicznego jest tylko pozorna i wskazuje raczej na niespójność ludzkiego wnętrza. Kiedy Denise Masson, tłumaczka księgi na język francuski, próbowała zasugerować, że „niektóre wersy Koranu są niejasne”, została upomniana przez Najwyższą Radę Islamu we Francji, która to Rada zabroniła jej głoszenia podobnych opinii.
Co charakterystyczne, Koran nie może być traktowany jako źródło wiedzy na temat Mahometa, ponieważ ledwie wspomina o niektórych wydarzeniach z jego życia. Prorok wymieniony jest w księdze zaledwie cztery razy lub pięć, jeśli przyjąć, że Ahmad i Mahomet to ta sama osoba. Nie pojawia się natomiast w całym Koranie ani razu słowo Mekka. Zaledwie raz wymieniona jest Bakka, o której tradycja (spisana ok. 200 lat po Mahomecie) mówi, że to wcześniejsza nazwa Mekki.

W ogóle w porównaniu z Biblią, która pełna jest zawsze konkretów, Koran operuje raczej ogólnikami. O ile w Biblii Żydzi zawsze walczą z konkretnymi przeciwnikami – Filistynami, Jebusytami czy Amalekitami – o tyle w Koranie naprzeciw wiernych stają zazwyczaj „niewierni”, „hipokryci”, „wrogowie Boga” lub „przyjaciele Szatana”. Islamska księga ucieka od podawania konkretnych nazw geograficznych, grup etnicznych czy religijnych lub imion własnych. Jak twierdzi Michael Cook – „identyfikacja tego, o czym mówi Koran w kontekście mu współczesnym, jest zwykle niemożliwa bez interpretacji, która (…) zależy głównie od Tradycji”. Bez tej Tradycji, polegając jedynie na Koranie, nie można nawet stwierdzić, że Mahomet pochodził z Mekki, i że w mieście tym znajdowało się główne sanktuarium. Rozwój zaś owej Tradycji, zwłaszcza jej pierwsze stulecie, giną dla badaczy w mroku dziejów.
Dlatego tak wielkiego znaczenia nabierają odkrycia z Sanaa. Zawierają one bowiem najstarsze zapisy Koranu, z jakimi nie zetknęli się dotąd żadni badacze na świecie – i podważają całkowicie obowiązującą w islamie tezę o pochodzeniu Koranu.
Czy Mahomet był mesjaszem?
Zanim przejdziemy do omówienia wyników badań profesora Puina, zatrzymajmy się przez chwilę na pracach innych naukowców, którzy – nie dysponując tak obfitym materiałem badawczym starali się już wcześniej przedstawić interesujące nas kwestie w innym świetle niż ortodoksja muzułmańska.
Kiedy na początku XX wieku Jerozolimska Szkoła Biblijna rozpoczynała krytyczne studia nad Starym i Nowym Testamentem, kilku uczonych postanowiło podjąć podobne badania nad tradycją islamu. Do najbardziej znanych należał jezuita o. Henri Lamers, który w 1910 roku w swej pracy „Koran a Tradycja” pisał: „Twierdzenia zawarte w świętych pismach muzułmańskiej tradycji ani nie tworzą prawa, ani też nie są źródłem dalszych informacji, jak uważano do tej pory; są natomiast przedmiotem fantastycznej ewolucji. Na bazie koranicznego tekstu hadisy tworzą legendy, z zadowoleniem wymyślają imiona bohaterów wydarzeń i w ten sposób wypełniają treścią koraniczne schematy.”
Jako pierwszy studiami islamistycznymi wstrząsnął jednak nie katolicki duchowny (można go było podejrzewać o stronniczość), lecz świecki naukowiec, brytyjski profesor John Wansbrough, który był jednym z prekursorów zastosowania wobec Koranu instrumentów krytyki biblijnej. Jego zdaniem, Koran ewoluował stopniowo od VII do VIII wieku – w okresie, kiedy żydowskie i chrześcijańskie sekty toczyły na Półwyspie Arabskim zażarte spory teologiczne – i zawierał w sobie ślady owych kontrowersji. Wansbrough uważał, że muzułmańska księga składa się z nakładających się na siebie logii, naznaczonych piętnem mozaizmu i przystosowujących obraz biblijnego proroka do realiów arabskich. Twierdził też, że opowieść o początkach Koranu oraz islamu powstała znacznie później, a następnie rzutowana była na przeszłość.
W 1994 roku w czasopiśmie Jerusalem Studies in Arabie and Islam ukazał się pośmiertny tekst profesora Yehudy D. Nevo z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie, który zbadał pochodzące z VII i VIII wieku arabskie napisy na kamiennych tablicach na Pustyni Negev i doszedł do wniosku, że cytaty koraniczne na tych inskrypcjach różnią się od tekstu kanonicznego. Podobne rozbieżności pojawiają się też na arabskich monetach z VII stulecia.
Profesor Patricia Crone, historyk wczesnego islamu z Uniwersytetu w Princeton, uważa, że wytłumaczenie owych różnic w napisach przestanie stanowić problem, jeżeli tylko odrzuci się tradycyjny pogląd muzułmański na powstanie Koranu. To właśnie Patricia Crone wspólnie z Michaelem Cookiem opublikowała w 1977 roku książkę, która całkowicie zanegowała kanoniczną interpretację dziejów wczesnego islamu. Jej tytuł „Hagaryzm. Powstanie świata islamskiego” nawiązywał do biblijnej postaci niewolnicy Hagar, od potomstwa której z Abrahamem wywodzili swój ród Izmaelici czyli Arabowie.
Dwójka naukowców postanowiła odrzucić jako niemiarodajne źródła muzułmańskie, powstałe dwa wieki po Mahomecie – i skoncentrować się na źródłach nie-muzułmańskich, lecz współczesnych Prorokowi.

Po przeanalizowaniu tego materiału doszli oni do wniosku, że tekst Koranu powstał później niż się powszechnie uważa, Mekka nie była od początku głównym sanktuarium islamu, wyznawcy Allaha nie nazywali siebie „muzułmanami” (termin ten nie był w ogóle używany we wczesnym okresie islamu), mit hidżry (czyli emigracji Mahometa z Mekki do Medyny) pojawił się dopiero po śmierci Proroka, zaś arabskie podboje poprzedzały instytucjonalizację islamu. Najciekawszy w „Hagaryzmie” jest jednak wątek pierwotnych założeń doktryny Mahometa. Otóż zdaniem autorów misja Proroka miała swoje źródło nie w pragnieniu zapewnienia sobie ochrony przed plemieniem Kurajszytów przez sojusz z mieszkańcami Medyny – jak utrzymuje tradycja islamska – ale w głoszeniu przez niego idei odkupienia dla Żydów. Wiele wskazuje na to, że Mahomet uważał się za oczekiwanego przez nich odkupiciela. Z VII-wiecznych źródeł niemuzułmańskich wynika, że został zaakceptowany przez Żydów, którzy zawarli sojusz z mahometanami. Rozejście się Arabów z Izraelitami nastąpiło dopiero po zdobyciu Jerozolimy.
Hagaryzm” spotkał się na całym świecie nie tylko z atakiem teologów muzułmańskich, co jest w pełni zrozumiałe (niedopuszczalne było dla nich zwłaszcza opieranie się na świadectwach „niewiernych” czyli źródłach ormiańskich, greckich, syryjskich i hebrajskich), spotkał się jednak również z krytyką wielu zachodnich uczonych. Debata, jaka rozgorzała wokół książki, pokazała stopień uzależnienia zachodnich naukowców od islamskich wpływów interpretacyjnych.
Zdaniem niektórych publicystów, wpływy te wynikają nie tyle z nieodpartej siły argumentów, co raczej z bardziej prozaicznego uzależnienia. Otóż wiele instytucji badawczych na Zachodzie, zajmujących się islamem, powstało i rozwija się dzięki pomocy krajów muzułmańskich (np. Instytut Studiów Islamskich na Uniwersytecie w Berkeley został wybudowany za pieniądze Arabii Saudyjskiej). Większość specjalistów może prowadzić swoje badania dzięki stypendiom, dotacjom czy grantom z państw arabskich. Publiczne podważenie przez naukowca muzułmańskiej ortodoksji – nawet z powołaniem się na źródła historyczne – oznacza narażenie się ze strony owych krajów na odmowę wizy wjazdowej, zamknięcie archiwów, wycofanie się z dotychczasowych umów itd. Grozi to paraliżem całej działalności naukowej takiego śmiałka.


„Zbrodnia przeciw samym sobie”
W jeszcze gorszej sytuacji są naukowcy z państw muzułmańskich, których prace stanowią wyzwanie dla tradycyjnych poglądów islamskich. Na przykład egipski teolog Abu Zaid został w 1995 roku uznany za apostatę, gdyż ośmielił się zaprezentować inną od obowiązującej wykładnię Koranu. W 1996 roku Sąd Najwyższy Egiptu podtrzymał to orzeczenie i na tej podstawie wymusił rozwód Abu Zaida z jego żoną, gdyż muzułmańskim kobietom nie wolno przebywać w związku małżeńskim z „niewiernymi„. Teolog utrzymywał, że jest pobożnym muzułmaninem, ale rozumie posłanie Mahometa w sposób bardziej mistyczny niż islamska ortodoksja, która – jego zdaniem – zredukowała przesłanie Proroka. Nękany i zastraszany Abu Zaid, w obawie o własne życie, wyemigrował do Holandii.
Za swojego patrona uważa on XIX-wiecznego myśliciela Muhammada Abduha, który dążył do wskrzeszenia w islamskiej teologii tradycji mutazylizmu. Była to znacząca w świecie muzułmańskim szkoła interpretacji Koranu, która zanikła jednak ostatecznie w X wieku i jest uważana dziś za heretycką. Kładła ona nacisk na metaforyczne a nie literalne rozumienie tekstu. W 1936 roku egipski pisarz Ahmad Amin napisał, że „odrzucenie mutazylizmu było największym nieszczęściem, jakie dotknęło muzułmanów; popełnili oni zbrodnię przeciw samym sobie”. W tym kierunku zmierzała też refleksja kilku wybitnych teologów XX-wiecznych (m.in. Paki stańczyka Fazlura Rahmana czy Irańczyka Ali Dashtiego), byli oni jednak wyjątkami. Profesor Mohammad Arkoun, Algierczyk wykładający na paryskim uniwersytecie, uważa, że odejście od literalnego rozumienia Koranu z jednej strony może co prawda zdemistyfikować tekst, lecz z drugiej przez podkreślenie prawdziwości ogólniejszych intuicji islamu dopomoże jego duchowemu pogłębieniu.
Muzułmańscy teologowie odrzucają jednak wszelkie rewizjonistyczne teorie na temat powstania islamu oraz Koranu, uważając, że są one motywowane ideologicznie i nie mają nic wspólnego z prawdziwą nauką. Islamski apologeta Parvez Manzur pisze wprost o „wybuchu psychopatycznego wandalizmu” i „dyskursie nagiej siły”.
Trzeba przyznać, że muzułmanie mają już doświadczenie obcowania ze zideologizowaną pseudo-nauką wymierzoną w islam. Wystarczy wspomnieć prace sowieckich orientalistów, np. Tołstowa czy Morozowa, który potrafił utrzymywać, że Mahomet i pierwsi kalifowie nie istnieli realnie, lecz byli tylko figurami symbolicznymi.
Nie sposób jednak na podobnej płaszczyźnie traktować dociekań zachodnich naukowców, którzy odkryli, że Koran ma swoją historię, tak jak wszystkie inne pisma. Patricia Crone mówi, że nie zamierza nikomu odbierać jego wiary. Problem polega tylko na tym, że to, co ona przedstawia jako naukowo udowodnione, kłóci się z islamskim wyznaniem wiary.
Wszystko wskazuje na to, że jeszcze większe zamieszanie może wywołać wkrótce ogłoszenie przez profesora Puina wyników jego badań. Żeby lepiej zrozumieć ich znaczenie, warto zatrzymać się chwilę przy islamskiej tradycji dotyczącej powstania (a właściwie – jak utrzymują muzułmanie – objawienia) Koranu.
„Cocktail różnych tekstów”
Zgodnie z islamską tradycją Mahomet otrzymywał od Allaha, za pośrednictwem Archanioła Gabriela, objawienia, które słowo w słowo zachowywał w pamięci. Przekazywał je swoim towarzyszom, a ci przechowywali je w stanie nienaruszonym „na liściach palmowych, płaskich kamieniach i w sercach ludzkich”. Wkrótce po śmierci Proroka (zmarłego, przypomnijmy, w 632 roku), za panowania trzeciego kalifa Usmana (644-656) Koran został spisany i od tego czasu obowiązuje jedyna i niezmienna kanoniczna formuła świętej księgi.
Trzy najstarsze egzemplarze Koranu, jakie istnieją dziś na świecie, znajdują się w Muzeum Topkapi w Stambule, w Bibliotece w Taszkiencie oraz w British Library w Londynie. Tymczasem w meczecie w Sanaa odnaleziono wiele manuskryptów Koranu starszych od najstarszych znanych do tej pory.
Te najbardziej unikalne pochodzą z VII wieku. Napisane zostały rzadką odmianą arabskiego pisma z Hijaz, a więc z okolic, z których pochodzić miał Mahomet.
Do tej pory niemal wszyscy badacze islamu przyjmowali jako oczywistość muzułmańską wersję powstania i pochodzenia Koranu – również dlatego, że zbyt mało było źródeł historycznych, na których można się było oprzeć. Wszystko wskazuje na to, że jemeńskie odkrycia, znane na razie wąskiemu gronu fachowców, zmienią to powszechne nastawienie.
Ocena profesora Puina, który najlepiej poznał manuskrypty z Sanaa, jest druzgocąca dla obowiązującej w islamie tradycji. Otóż z jego badań wynika, że Koran stanowi swego rodzaju cocktail różnych tekstów, z których najstarsze powstały nawet sto lat przed Mahometem. Jemeńskie odkrycia przeczą też muzułmańskiej tezie, że od czasu kodyfikacji dokonanej za czasów kalifa Usmana treść Koranu nie podlegała zmianom. W tym kontekście Puin cytuje zdanie Hajjaja bin Jusufa, panującego w Iraku w latach 694-714, który był dumny z tego, że dodał do Koranu ponad tysiąc alifów (alif to pierwsza litera arabskiego alfabetu). Profesor Allen Jones z Uniwersytetu w Oxfordzie uważa, że Hajjaj miał znacznie większy wpływ na ostateczny kształt Koranu niż kolegium redaktorskie powołane wcześniej przez kalifa Usmana.
Co ciekawe, w 1991 roku profesor James Bellamy z Uniwersytetu Michigan na łamach Journal of the American Oriental Society – nie znając odkryć z Sanaa, lecz opierając się innych źródłach – zamieścił wykaz tych fragmentów Koranu, które jego zdaniem uległy zmianie, co przez muzułmanów nie może być odbierane inaczej niż jak poprawianie Pana Boga.
O tym, że do Koranu wkradły się tekty przed-islamskie, pisał wcześniej również profesor Cook, podając przykład zamieszczonej w Surze 12 opowieści o Józefie i żonie Putyfara. Otóż jest ona zupełnie niezrozumiała bez znajomości tradycji żydowskiej. W Koranie jest opis jak żona Putyfara zaprasza na ucztę swoje przyjaciółki, każdej z nich daje nóż, a kiedy zjawia się Józef, wszystkie one kaleczą sobie ręce. Ten dziwny opis nabiera sensu dopiero po zaznajomieniu się z post-biblijną legendą żydowską, która opowiada, że kobiety kroiły owoce i plotkowały, a kiedy wszedł Józef, zapatrzone w niego, nie przestawały kroić owoców i niechcący się pokaleczyły.
Zdaniem profesora Cooka na materiale koranicznym bardzo mocno odcisnęło się piętno tradycji judaistycznej. Koresponduje to z opiniami wielu teologów żydowskich, którzy na przestrzeni wieków uważali islam za judaistyczną herezję, czy też z sądami niektórych religioznawców określających islam jako „judaizm dla gojów”.
Podróż z Raju do Piekła

Równie spektakularne i w wielu punktach zbieżne z dociekaniami Patricii Crone i Michaela Cooka są wyniki badań francuskiego mnicha br. Bruno Bonnet-Eymarda, teologa specjalizującego się w studiach porównawczych chrześcijaństwa, judaizmu i islamu, a zarazem językoznawcy biegle władającego hebrajskim, aramejskim, greką, łaciną i arabskim. Rozpoczął on monumentalne dzieło przekładu Koranu na język francuski wraz z dokładnym opracowaniem krytycznym. Do tej pory przetłumaczył i opatrzył komentarzami pierwszych pięć sur Koranu, co zajęło około 1000 stron w trzech tomach. Przeprowadzona przez niego egzegeza dowodzi, że „alfabet zastosowany w Koranie jest czystym i prostym przekształceniem alfabetu hebrajskiego w arabski”. Modlitwę otwierającą świętą księgę muzułmanów br. Bonnet-Eymard identyfikuje jako starą modlitwę żydowską o subtelnym zabarwieniu anty-trynitarnym.
W świetle badań francuskiego egzegety, początki islamu jawią się zupełnie inaczej niż w muzułmańskiej teologii. W VII stuleciu Półwysep Arabski był miejscem teologicznych konfliktów pomiędzy chrześcijanami a wyznawcami judaizmu, zarówno w ich ortodoksyjnych nurtach, jak też heretyckich. W odróżnieniu od współczesnego judaizmu ówcześni Żydzi aktywnie poszukiwali konwertytów wśród innych narodów. Z Arabami umieli znaleźć wspólny język, gdyż łączyło ich wspólne pochodzenie od Abrahama i zawarte przez tego patriarchę przymierze z Bogiem. Znakiem owego przymierza było obrzezanie, któremu jako pierwszy z potomków „ojca wiary” poddał się nie Izaak, lecz Izmael – syn Abrahama i niewolnicy Hagar. Abraham i jego syn Izmael nie byli ani Żydami, ani chrześcijanami, lecz pierwszymi „doskonałymi” (po hebrajsku: slm, po arabsku: aslim – według br. Bonnet-Eymarda od tego właśnie słowa, a nie od „poddania się” wywodzi się nazwa islam).
Autor Koranu, zgorszony starciami między chrześcijanami a Żydami, zaczął wzywać do „doskonałości”, jaka była udziałem Abrahama i Izmaela. Według niego interpretacja Tory przez Żydów oraz Ewangelii przez chrześcijan były błędne i wprowadzały tylko podziały między Narody Księgi. Br. Bonnet-Eymard pisze: „Zamiarem autora Koranu nie było stworzenie trzeciej religii, lecz obalenie dwóch poprzednich – żydowskiej i chrześcijańskiej – poprzez przywrócenie tego, co w jego mniemaniu było jedyną 'tradycją’ (giblat), czyli prawdziwym dziedzictwem Abrahama”.
Odbudować prawdziwą religię Abrahama można przez powrót do Jerozolimy czyli miejsca, w którym stoi dom owego patriarchy. Właśnie w kontekście powrotu do domu Abrahama (który, jak mówi tradycja, znajdował się w ruinach Świątyni Jerozolimskiej) pojawia się słowo Bakka. Tą właśnie nazwę, jak pamiętamy, muzułmanie uważają za stare określenie Mekki, która w Koranie nie występuje. Zdaniem br. Bonnet-Eymarda, słowo to odnosi się raczej do „doliny Baka”, znajdującej się na zachód od Jerozolimy. W ogóle lektura Koranu nie daje nam żadnego pojęcia o położeniu i układzie Mekki, natomiast dostarcza wiele szczegółowych informacji o Jerozolimie jako kolebce przymierza zawartego przez Boga z Abrahamem i Izmaelem. Na przykład w Surze 2 występuje słowo as-safa (po hebrajsku: ha-sophim, po grecku: skopos) oznaczające „wartownię” – tak nazywało się wzgórze połączone z Górą Oliwną.
Sura 4, gdy mówi o „wejściu do ogrodów„, gdzie „płyną podziemne rzeki„, nie używa figur literackich, lecz wiernie opisuje system nawadniania ówczesnej Jerozolimy. Otóż obszar położony na północny zachód od murów miasta był nazywany Ogrodami. Po aramejsku mówiono na nie: Pordesaya, po grecku: Phordesa, po hebrajsku: Pardesaya. Wszystkie te słowa oznaczały „raj„. W tym właśnie miejscu zbudowano podziemny ciąg zbiorników, które pełniły rolę systemu irygacyjnego. W tej samej Surze 4 aż siedem razy pojawia się słowo jahannam, na określenie „doliny gniewu”, w której płonie ogień wiecznego potępienia. Otóż słowo to po hebrajsku brzmi gehenna i jest nazwą doliny położonej na południe od Jerozolimy i graniczącej na zachodzie z doliną Baka. Gehenna pełniła rolę jerozolimskiego wysypiska śmieci – było to opustoszałe miejsce, w którym nieustannie płonął ogień spalający nieczystości wywożone z miasta. Br. Bonnet-Eymard zauważa, że podróżując przez miejsca opisane w Surze 4 – z Ogrodów Pordesaya do Doliny Gehenna – nie odbywamy wcale zaświatowej podróży z „raju” do „piekła”, lecz poruszamy się w okolicach Jerozolimy.
Francuski egzegeta pisze też o kamiennej świątyni zwanej Kaba. Według muzułmanów chodzi o ich główne sanktuarium znajdujące się w Mekce. Samo słowo Kaba jest tłumaczone na dwa sposoby: albo jako sześcienna świątynia (w formie kostki – po grecku: kubos), albo jako dziewica. Brat Bruno zidentyfikował dwa istniejące w VII wieku sanktuaria w kształcie sześcianu pierwsze znajdowało się w Petrze, drugie zaś u wrót Jerozolimy i poświęcone było Najświętszej Maryi Pannie.
Br. Bonnet-Eymard ma przed sobą jeszcze wiele pracy – zostało mu do przetłumaczenia i skomentowania jeszcze ponad sto sur, ale wyniki jego dotychczasowych badań już teraz stanowią przełom w naukach islamistycznych.
Kanon czy stenogram?
Na podstawie analizy sanaańskich manuskryptów profesor Puin tłumaczy, dlaczego Koran pełen jest niekonsekwencji i sprzeczności. Otóż w swej pierwotnej wersji zapis koraniczny w języku arabskim, w którym brakuje samogłosek i znaków diakrytycznych, mógł być rozumiany w pełni jedynie przez tych, którzy dobrze rozumieli tradycję ustną. Powstał więc nie tyle jako tekst kanoniczny, lecz raczej jako pomoc czy przewodnik dla tych, którzy znali tekst na pamięć. Był więc czymś w rodzaju stenogramu. To tłumaczyłoby, dlaczego tak wiele sur zaczyna się od tajemniczych kombinacji arabskich liter, niezrozumiałych zupełnie dla współczesnych komentatorów. Z czasem jednak odczytanie Koranu stało się niejasne, gdyż – w miarę upływu czasu i rozprzestrzeniania się islamu – malała liczba osób znających tradycję oralną. Następowała więc standaryzacja tekstu, która – zdaniem Puina – zakończyła się ostatecznie w IX a nie w VII stuleciu.
Inna teza niemieckiego profesora, nie do przyjęcia dla muzułmanów, kwestionuje panujące powszechnie przekonanie, że Koran napisany został w najczystszym języku arabskim. Jego badania wykazały, że w księdze znalazło się wiele wyrażeń obcego pochodzenia. Samo słowo Koran – Puin wywodzi nie tak, jak w obowiązującej wersji muzułmańskiej od arabskiego określenia oznaczającego „recytację”, lecz od aramejskiego odpowiednika słowa „lekcjonarz„. Uściślając, że lekcjonarz był zbiorem fragmentów Pisma Świętego, przeznaczonych do czytania podczas liturgii i przedstawiających w skróconej wersji historię biblijną, Puin zwraca uwagę, że Koran w dużej mierze stanowi również skrót biblijnych dziejów Adama i Ewy, Noego, Abrahama, Mojżesza, Dawida, Salomona i Jezusa.
Co ciekawe, podobna teza pojawiła się już w badaniach nad islamem. W swej pracy „Ocena islamu” z 1957 roku dominikanin o. Thery, publikujący pod pseudonimem Hanna Zakarias, po porównaniu świętej księgi muzułmanów z hebrajską Biblią i rabinackimi midraszami, doszedł do wniosku, że Koran to „Biblia dostosowana do mentalności Arabów” oraz uzupełniona o pisma nazwane przez niego „Aktami islamu”.

Konkluzja profesora Puina po zbadaniu sanaańskich manuskryptów jest jednoznaczna: „Prawie jedna piąta Koranu musi zostać odczytana na nowo!”
Enerdowski zecer jako islamski teolog
Niemiecki naukowiec obawia się, że jego bluźniercza teza o tym, że Koran był zmieniany i rewidowany, ściągnie na niego akty przemocy ze strony muzułmańskich aktywistów. Obecnie pracuje on nad książką, w której opublikuje wyniki swoich badań. Boi się jednak, że publikacja może rozpętać piekło. Ze wstępnych sondaży wynika, że kilka prestiżowych wydawnictw uniwersyteckich odmówiło druku podobnych treści, bojąc się zamachów islamskich fundamentalistów.
Jako ostrzeżenie można traktować list niejakiego Abula Kasima do Yemen Times z listopada 2000 roku, zatytułowany „Konspiracja przeciw islamowi„. Autor nie ma wątpliwości, że działalność profesora Puina nie ma charakteru naukowego, lecz chodzi mu o zniszczenie islamu. Abul Kasim apeluje do jemeńskich władz, aby nie udostępniały znalezisk żadnym naukowcom, a jeśli rękopisy z Wielkiego Meczetu okażą się niekanoniczne, to należy je niezwłocznie spalić. Władze Jemenu zakazały już naukowcom dostępu do manuskryptów. Badań jednak nie da się zahamować, gdyż istnieją mikrofilmy.


Jeśli odkrycia profesora Puina zostaną przez muzułmanów potraktowane jako wypowiedzenie wojny religijnej, będzie to zasługą również niektórych polityków zachodnich, takich jak np. przewodniczący niemieckiego Bundestagu Wolfgang Thierse z SPD, który w grudniu 2001 roku powiedział, że Europejczycy powinni zająć się ucywilizowaniem islamu zgodnie z tradycją oświeceniową i stworzyć na swoich uniwersytetach nową islamską teologię, inną od obowiązującej w Arabii Saudyjskiej, Iranie czy Sudanie, opartą za to na tolerancji i pluralizmie. Jak zauważył jeden z komentatorów: „Trudno sobie wyobrazić, żeby wyznawcy islamu (…) przyjęli z entuzjazmem ideę, aby były zecer, a potem historyk literatury NRD Wolfgang Thierse interpretował dla nich na nowo Koran.”
Być może do uszu działacza SPD doszły wieści o badaniach profesora Puina i od razu w jego głowie powstał śmiały plan przeorientowania całej myśli muzułmańskiej. Jednak zaangażowanie się polityki po stronie teologii i to w z góry określonym celu może spowodować tylko to, że wyniki badań nad Koranem nie zostaną w świecie islamskim odebrane jako rezultat rzeczywistych dociekań naukowych, lecz jako instrument ideologicznego nacisku.
Stephan Olschovsky (tłumaczył Norbert Jankowski)
PS. Chętni, którzy chcą zaznajomić się z wynikami badań profesora Puina, mogą je znaleźć na stronach internetowych Uniwersytetu w Saarsbrücken:
idw-online.de/public/pmid-16522/zeige-pm.html
www.uni-saarland.de/…/20-UdS_neues_ze…

www.uni.saarland.de/…/10-Koran.html

Objawienie na Siekierkach odnoszące się do Powstania Warszawskiego

NIESAMOWITE objawienie na Siekierkach odnoszące się do Powstania Warszawskiego!

Objawienie-w-Siekierkach-odnoszace-sie-do-Powstania-Warszawskiego

Nie chciano pamiętać, że to, co dzieli zwycięstwo od klęski, to nie moc oręża, przeważające siły czy strategia nawet najgenialniejszych dowódców, lecz wola Boga Najwyższego, który zawsze i wszędzie Sam o wszystkim decyduje! Nie chciano pamiętać, że to jedynie od Niego zależy, czy ludzkie plany zaowocują sukcesem, czy zakończą się porażką.
Miał tą świadomość lud Warszawy w sierpniu 1920 roku, kiedy leżał krzyżem przed Patronką Stolicy i Strażniczką Polski, błagając o ocalenie stolicy, ocalenie Polski – fragment książki ks. dra Józef Marii Bartnika SJ i Ewy J. Storożyńskiej „Matka Boża Łaskawa a Cud nad Wisłą, czyli prawdziwa historia Bitwy Warszawskiej”.

Fragment książki ks. dra Józef Marii Bartnika SJ i Ewy J. Storożyńskiej „Matka Boża Łaskawa a Cud nad Wisłą, czyli prawdziwa historia Bitwy Warszawskiej”.

Matka Boża Łaskawa, obrana w 1652 roku Patronką Warszawy i Strażniczką Polski [pełen tytuł warszawskiej Madonny, przyp. red.] w 1943 roku ukazała się w Warszawie, na osadzie Siekierki, by uprzedzić swój lud o grożącym nieszczęściu. Maryja przybywa, aby miasto, któremu od 291 lat patronuje, nie podzieliło losu dopalającego się w tym czasie żydowskiego get­ta.

Mistyczka Bronisława Kuczewska (1907-1989) tak wspomina swoje pierwsze spotkania z Matką Bożą na Siekierkach: 28 kwietnia 1943 roku Matka Boża objawiła mi się w domu rodzinnym w Nowym Dobrem i powiedziała: Dziecino, nie będziesz już do Mnie przychodzić do Przygód i do Budzieszyna. Wybieram sobie inne miejsce, w Warszawie, na Siekierkach. Będziesz miała tylko 3 kilometry od tramwaju, z ulicy Czerniakowskiej, i tam masz przychodzić. Ujrzałam wiśnię i dziewczynkę. Jak się później okazało, była nią 13-letnia Władysława Fronczakówna [obecnie Papis przyp.aut.], której Matka Najświętsza objawi się 3 maja 1943 roku.

Bogurodzica, niebiańsko piękna, ukazała się wśród zieleni, na drzewie wiśni obsypanym kwiatami. Jej słowa były poważne i brzmiały złowieszczo: Módlcie się, bo idzie na was WIELKA KARA, CIĘŻKI KRZYŻ. Nie mogę powstrzymać gniewu Syna mojego, bo lud się nie nawraca. Bóg nie chce ludzi karać, Bóg chce ludzi rato­wać przed zagładą. Bóg żąda nawrócenia!

Bronisława relacjonuje dalej: 4 maja 1943 roku przyjechał do mnie mąż i powie­dział, że w Warszawie na Siekierkach było objawienie [Bogurodzicy] 3 maja. Ja mu na to odpowiedziałam, że wiem o tym, bo Matka Boża powiedziała mi o tym 5 dni wcześniej. 5 maja 1943 roku urodziłam syna Janusza. 28 maja 1943 roku pojechałam z mężem i małym dzieckiem [23-dniowym niemowlęciem] na Siekierki, gdzie 3 maja objawiła się Matka Boża, i miałam z Nią tam po raz pierwszy objawienie. Odtąd chodziłam na Siekierki i tam otrzymywałam od Matki Bożej polecenia do wyko­nania przez 38 lat, aż do 1981 roku. Kilka razy w mie­siącu nawiedzałam to miejsce, a szczególnie każdego 3 i 28 dnia miesiąca oraz w uroczystości Matki Bożej.

3 czerwca 1943 roku poszłam z synkiem na ręku na Siekierki. Ujrzałam Matkę Najświętszą, która powiedziała mi, że pragnie, aby na tym miejscu wybudować klasztor. Powiedziała też, że to będzie jakby druga Częstochowa dla War­szawy, że ludność nie będzie musiała tak daleko jeździć, względnie chodzić. Będą mogli przychodzić na Siekierki.

W lipcu 1943 roku w Orzywole, gdzie pojechałam na rozkaz Matki Najświętszej, po modlitwie, miałam widzenie Pana Jezusa, który trzymał rózgę nad War­szawą. Wiedziałam, że Warszawę czeka wielka kara.

W okresie międzywojnia sytuacja moralna społe­czeństwa polskiego była, oględnie mówiąc, nienajlepsza. Dlatego Jezus Chrystus prosił wizjonerów św. siostrę Faustynę, Sługi Boże: Rozalię Celakównę, Leonię Nastał, Kunegundę (Kundusię) Siwiec o modlitwy wynagradzające za grzechy rozwiązłości: Strasznie ranią moje Serce Najświętsze grzechy nieczyste. Żądam ekspiacji!
Nasz Pan szczególnie prosił o modlitwy za warszawian: stolica odrodzonej Polski, nie chciała pamiętać o Dekalogu. Wystarczy zajrzeć do pamiętników i wspomnień z tego okresu. Luminarze życia społecznego i kulturalnego prowadzili ostentacyjnie, nader rozwiązłe życie, zarażając tym stylem życia otoczenie, a szczególnie podatną na wpływy młodzież.

Masoni zdawali sobie sprawę z tego, że aby osiągnąć powszechne rozluźnienie obyczajów potrzebna jest demoralizacja. Starali się, aby romanse i rozwody sławnych ludzi były nagłaśniane w bulwarowej prasie tak, by te niemoralne zachowania przestały bulwersować, by spowszedniały i powoli stały się obowiązującą normą. Postarali się także, by swobodę obyczajów lansowali pisarze i dziennikarze, sami żyjący według tego wzorca, tak długo, aż stanie się ona normą i nastąpi wyparcie z powszechnej świadomości zarówno pojęcia grzechu, jak i jego skutków [w książce autorzy zamieścili m. in. cytaty z autobiografii Ireny Krzywickiej, o znamiennym tytule: Wyznania Gorszycielki, gdzie bez żenady opowiada o sobie (pisarce, matce dwóch synów), mężu (znanym warszawskim adwokacie Jerzym Krzywickim) i… wieloletnim kochanku, żonatym pisarzu i krytyku teatralnym Tadeuszu Boyu-Żeleńskim].

Świadectwa rozwiązłości znajdziemy nie tylko we wspomnieniach Krzywickiej. Z długiej listy książek lansujących „nowy moralny ład” wybija się książka Tadeusza Wittlina Pieśniarka Warszawy. Biografia. Hanna Ordonówna i jej świat (Wydawnictwo POLONIA, Warszawa 1990). Jej autor na 300 stronach (małym drukiem!) relacjonuje życie gwiazdy, tzn. omawia trwające do ostatnich miesięcy życia romanse zamężnej artystki, podając bardzo szczegółowo źródła każdej informacji (por. także: Magdalena Samozwaniec, Maria i Magdalena. Z pamiętnika niemłodej już mężatki).

Dzięki aktywnym propagatorkom wolności seksualnej masoni stopniowo osiągnęli cel, jakim było doprowadzenie do tego, że większa część społeczeństwa polskiego odrzuci chrześcijańskie zasady moralne, tj. prawa Dekalogu. Masoni przyjęli roztropną taktykę: „wyciszenia religii katolickiej nie rozumowaniem, ale psuciem obyczajów”.

W roku 1936, po osiemnastu latach niepodległości, masoni mogli się wykazać znacznymi osiągnięciami w demoralizacji społeczeństwa. [Tu opuszczam fragmenty książki Sławomira Kopera Życie prywatne elit Drugiej Rzeczy­pospolitej (Bellona Rytm, Warszawa, 2009, md]

Katolicki pisarz Gilbert Keith Chesterton w roku 1923 napisał: Rozwód to coś, co dzisiejsze gazety nie tylko reklamują, ale wręcz zalecają, zupełnie jakby to była przyjemność sama w sobie.

Ks. kard. August Hlond konkluduje: Fala wszelkiego rodzaju nowinkarstwa zabagnia dziedzinę obyczajów. Podkopuje nie tylko moralność chrześcijańską, ale godzi wprost w etykę naturalną, szerzy nieobyczajność wśród młodzieży i dorosłych. Celem tej propagandy jest zachwianie idei katolickiej, aby zastąpić naukę chrześcijańską „masońskim naturalizmem”. Koła liberalne i masońskie przypuściły atak na małżeństwa chrześcijańskie, sprowadzając je tylko do rangi kontraktu cywilnego, pozbawiając je wszelkiej nadprzyrodzoności.

Zapoczątkowany przed II wojną światową proces upadku moralności doprowadził do tego, że w pierw­szej dekadzie XXI wieku, już nikt nie ośmieli się przypomnieć „nowożeńcom z odzysku”, zawierającym kontrakt małżeński (w urzędzie Stanu Cywilnego), że w świetle prawa kanonicznego popełniają cudzołóstwo (gdy któreś z nich jest nadal związane sakramentem małżeństwa). Czyli zaczynają, świadomie i dobrowolnie, tzw. nowe życie w grzechu ciężkim, co prowadzi prostą drogą do piekła!

Wygodny eufemizm, używany w kościele – „związek niesakramentalny” – zgrabnie ukrywa złowieszczą perspektywę. Autor wielokrotnie rozmawiał w konfesjonale z kobietami, które dla swoich dzieci, związanych sakramentem małżeństwa, a rozwiedzionych w świetle prawa cywilnego, modlą się o… założenie nowej, szczęśliwej rodziny! Sądzą one, że jest to intencja słuszna! Te „pobożne” matki realizują plan masonów, którzy chcą zniszczyć chrześcijaństwo… rękami samych katolików!
Trwająca od dziesięcioleci promocja wszelkiej wolności seksualnej i zanik społecznego ostracyzmu w stosunku do tzw. „związków partnerskich” doprowadził, zdaniem księdza profesora Jerzego Bajdy, do: Zniszczenia moralnych, religijnych, społecznych i ekonomicznych podstaw rodziny i fałszowania jej struktury personalistycznej. Profesor przestrzega: Jeżeli proces niszczenia rodziny będzie się dalej toczył tak, jak tego chcą promotorzy rewolucji obyczajowej – a właściwie promotorzy rozwiązłości, […] wkrótce może zupełnie zniknąć ta formuła antropologiczna, której na imię naród, a społeczeństwo nie będzie się niczym różniło od stada zwierząt, chyba tylko strojem. Choć i pod tym względem różnica systematycznie maleje.

Czyny, których nikt nie ośmieliłby się publicznie nazwać grzechem, a więc nierząd, cudzołóstwo, lesbijstwo i homoseksualizm – nadal wywołują, określone w Piśmie świętym, konsekwencje. […]

Bóg Ojciec, chcąc ocalić Warszawę przed zasłużoną karą pozwala, by Matka Łaskawa ostrzegła swój lud, by żądała nawrócenia, całkowitego odwrócenia się od grzesznego życia i wynagrodzenia za dotychczas popełnione grzechy: rozwiązłości, cudzołóstwa i te najstraszniejsze – grzechy dzieciobójstwa. Trzeba bo­wiem wiedzieć, że w okresie międzywojennym prze­ciętna liczba umyślnych poronień wynosiła rocznie, według oficjalnych statystyk: przeciętnie od 100 do 130 tysięcy.

Kiedy Maryja przybędzie na Siekierki, orędzia będzie otrzymywać nie tylko trzynastoletnia Władysława Fronczakówna, ale przede wszystkim Jej ulubienica, trzydziestosześcioletnia Bronisława Kuczewska: Od 9 kwietnia przestałam chodzić do Budzieszyna, natomiast od 28 maja 1943 roku zaczęłam chodzić na Siekierki, gdzie otrzymywałam polecenia od Matki Bożej do wykonania, przez okres 38 lat, do 21 sierpnia 1981 roku [tj. od święta Maryi Królowej Polski do wigilii święta Matki Bożej Królowej].


Maryja, Matka Łaskawa Patronka Warszawy, za pośrednictwem Broni Kuczewskiej i Fronczakówny będzie apelować do ludu stolicy, aby przez przemianę życia, respektowanie praw Dekalogu i pokutę odwrócił wiszące nad miastem nieszczęście.
Prosi warszawian o modlitwę powszechną, czyli taką jak w 1920 roku, kiedy to lud stolicy żarliwie błagał Boga i Patronkę Warszawy o ocalenie przed bolszewikami [rozdziały 15 i 16 cytowanej książki przyp. red.] i wymodlił cud Jej publicznego ukazania się, które w konsekwencji zmieniło zdawałoby się już przesądzony wynik wojny i ocaliło Polskę!

Po 23 latach, w roku 1943 – czwartym roku okupacji niemieckiej, sytuacja jest diametralnie różna: to nie lud błaga Maryję, Patronkę Warszawy i Strażniczkę Polski o ustanie okropieństw wojny, lecz Ona Sama schodzi z nieba i osobiście wzywa do modlitwy o pokój, błagając Swój lud o nawrócenie i pokutę!!! Najłaskawsza z Matek chce odwrócić od miasta zapowiedzianą karę! Podejmuje się tej niewdzięcznej misji, by nie doszło do tragedii: Jeśli się nie nawrócicie, to wszyscy zginiecie!

Pomimo ośmieszania i deprecjonowania objawień wiadomości o nich rozchodzą się po mieście. Dzieje się tak dzięki niestrudzonej Broni Kuczewskiej, która dociera z nimi do warszawskich księży, oraz życzliwym mieszkankom Siekierek, które rozwożąc mleko i warzywa „na gospody”, opowiadają w mieście o objawieniach.

Mimo wielu wysiłków przestrogi Maryi nie dotrą do ogółu warszawian. Główną przyczyną jest brak zainteresowania objawieniami ze strony kleru.

Wydawało się oczywiste, że księża Zmartwychwstańcy z parafii św. Bonifacego na Czerniakowie, pełniący posługę w osadzie, dopomogą w upowszechnieniu orędzi i że słowa Bogurodzicy, uprzedzające o mającej nadejść na miasto karze, będą głoszone ze wszystkich ambon stolicy. Niestety, Zmartwychwstańcy nie tylko nie traktowali objawień poważnie, ale negowali wszystko, co miało z nimi związek, m.in. odmówili poświęcenia malutkiej kapliczki, umiejscowionej przy drzewie, na którym ukazała się Matka Boża.

Bronisława Kuczewska napisze: Po postawieniu kapliczki Pan Jezus dał mi polecenie, abym poszła do księdza do parafii św. Kazimierza na ul. Chełmską. Kiedy przyszłam i powiedziałam, że Pan Jezus życzy sobie, aby poświęcić kapliczkę, ksiądz wysłał mnie do parafii św. Jakuba [na Ochocie, przyp. aut.]. Było tam 5 księży. Wypyty­wali mnie o objawienia na Siekierkach. Opowiadałam im o nich przez około 4 godziny. Potem wysłali mnie z powrotem do parafii św. Kazimierza [Dolny Mokotów, przyp. aut.]. Ksiądz jednak nadal nie chciał wyrazić zgody na poświęcenie kapliczki. Powiedział, że nie ma pozwolenia, bo trzeba iść z procesją i on nie może tego wykonać. Wróciłam więc do domu [przy ul. Jasnej, przyp. aut.], a że byłam zmęczona, położyłam się. I wtem słyszę głos Pana Jezusa: Idź Dziecino do księdza po raz trzeci, i powiedz, żeby poszedł z kościelnym, bez ludzi i bez procesji, i poświęcił kapliczkę. Powiesz, że taka jest Wola Moja i Matki Mojej, ażeby kapliczka była poświęcona, bo jest bardzo znieważana.
Kiedy poszłam po raz trzeci do księdza, chciał mi drzwi zamknąć przed nosem, ale ja przytrzymałam je nogą i powtórzyłam to, co mi Pan Jezus powiedział. Ksiądz jednak nie wykonał tego polecenia. Dopiero jedna z wiernych przyprowadziła, po kryjomu, księdza jezuitę, ojca Antoniego Kozłow­skiego, który był wielkim czcicielem Matki Bożej i wiedział o moich objawieniach, i on poświęcił kapliczkę.

Misja ostrzeżenia Warszawy przed mającym wy­buchnąć za 16 miesięcy powstaniem wymagała od Kuczewskiej heroizmu i zaparcia:

W sierpniu 1943 roku [rok przed wybuchem powstania] na modlitwie u pani Teofili Ciecierskiej, przy ul. Płockiej 25, miałam objawienie Matki Najświętszej. Maryja ukazała mi okropny widok Warszawy w czasie Powstania. Widziałam masowe aresztowania, rozstrzeliwania, palące się domy. Zobaczyłam też dom, w którym modliliśmy się. Matka Boża powiedziała mi, że ten dom będzie podlany benzyną i podpalony od dołu przez Niemców. W widzeniu widziałam, jak matki wyskakiwały z dziećmi z płonącego domu. Zaraz powiedziałam o tym widzeniu obecnym, ale nie chcieli mi uwierzyć. Huknęli na mnie, że opowiadam głupstwa, bo Niemcy będą liczyć się z nami. [W innym miejscu Bronisława mówi o tym wydarzeniu w ten sposób: Powiedzieli, żebym nie plotła głupstw i zajęła się robotą, a nie plotkami, że Niemcy będą się z nami liczyć].

Trzy dni przed Powstaniem Matka Boża dała mi polecenie, abym zabrała dzieci i wyjechała z Warszawy w rodzinne strony, do Dobrego. Kiedy po Powstaniu wróciłam do Warszawy, dom, który miałam ukazany przez Matkę Bożą przy ul. Płockiej 25 – był spalony. W domu tym i w sąsiednich zabito 300 ludzi. Ludzie mówili, że matki wyrzucały swoje dzieci przez okna, a za nimi same wyskakiwały. Dzisiaj widnieje w tym miejscu tablica pamiątkowa mówiąca, że zginęło tu ok. 300 osób.

Proroctwa nie lekceważcie – pisze św. Paweł w Liście do Tesaloniczan (1 Tes 5,20). Proroctwo o całkowitym zniszczeniu Warszawy zostało lekceważone. Przestroga, jaką w imieniu Boga Najwyższego, Bogurodzica przeka­zała warszawianom: Bóg nie chce ludzi karać, Bóg chce ludzi ratować przed zagładą. Żąda nawrócenia! – do nich nie dotrze…

Powstanie Warszawskie wybuchnie po szesnastu miesiącach od pierwszych objawień i ostrzeżeń Maryi. W sierpniu 1944 roku młodych warszawian rozpiera chęć walki ze znienawidzonym wrogiem, ruszą więc naprzeciw potędze militarnej Niemców z gorącymi sercami, z butelkami napełnionymi benzyną, ale… bez błogosławieństwa Bogurodzicy.

Dowództwo nie czuło potrzeby oficjalnego zawierzenia akcji zbrojnej Patronce miasta. Owszem, indywidualnie zawierzano się Maryi Łaskawej, modlono się na różańcu, przyjmowano sakramenty, uczestniczono w polowych Mszach świętych (co w swojej książce wspomina s. Maria Okońska), lecz oficjalnego – jak za Marszałka Piłsudskiego –  zawierzenia akcji zbrojnej Bogu Najwyższemu nie było! Po 47 latach w dniu święta Najświętszego Imienia Maryi, 12.09.1991r., w Sastin, Narodowym Sanktuarium Słowacji, w orędziu skierowanym do ks. Stefano Gobbi’ego Maryja dobitnie wyjaśni kwestię oficjalnego zawierzenia na przykładzie odsieczy wiedeńskiej [—-]

Powstanie Warszawskie a Objawienia Siekierkowskie z 1943 r.

Powstanie Warszawskie a Objawienia Siekierkowskie z 1943 r.

Autor: pokutujący łotr, 1 sierpnia 2026

Zawsze jest tak, że gdy Bóg zamierza upomnieć świat, przed wymierzeniem kary proponuje, z pewną obawą, ostatnią drogę ocalenia: Swoją Najświętszą Matkę. Jeśli zlekceważymy i odepchniemy ten ostatni środek ocalenia, wtedy nie będzie już dla nas ratunku.” s. Łucja z Fatimy

Podczas 2 Wojny Światowej, w sierpniu 1943 r. Matka Boża zaczęła objawić się w Warszawie na Siekierkach dwóm osobom: 13-letniej Władysławie Fronczakównie (później Papis) i 36-letniej Bronisławie Kuczewskiej. Bogurodzica chce, by ludzie mieli świadomość, że nieszczęście które im grozi, nie będzie „przejawem gniewu Boga wobec swego ludu, ale samozniszczeniem narodu poprzez grzech”.

Legalna aborcja w Polsce

9 marca 1943 r. po raz pierwszy w dziejach narodu zezwolono polskim kobietom na praktycznie nieograniczone „przerywanie ciąży”. Zrobili to hitlerowcy w czwartym roku okupacji, przy czym samym Niemkom było to nadal zabronione pod karą śmierci. Podczas okupacji, szczególnie w Warszawie, w obliczu ciągłego śmiertelnego zagrożenia życia wielu miało postawę „żyje się raz” i korzystało z każdej chwili życia. Konsekwencją takiego trybu życia były niechciane ciąże. Gabinety ginekologiczne podczas II wojny światowej nie próżnowały i od czasu ogłoszenia ustawy aborcyjnej, już nie w pokątnych gabinetach, ale oficjalnie w szpitalach i prywatnych klinikach można było przerwać ciążę.

Objawienia Matki Bożej w Warszawie

Dwa miesiące później, 3 maja 1943 roku, Matka Boża objawi się w Warszawie, mieście, któremu patronuje od 291 lat. Objawia się w osadzie Siekierki, mając nadzieję, że uchroni Warszawę od losu jaki jest udziałem żydowskiej dzielnicy miasta (16 lutego 1943 r. hitlerowcy wydali rozkaz likwidacji getta i  wymordowania całej ludności). Z Siekierek widać kłęby czarnego dymu unoszące się z palącej się dzielnicy. W jakże innej scenerii ukazuje się Matka Boża [na Siekierkach].  Pojawia się na kwitnącym drzewie obsypanym białymi, słodko pachnącymi kwiatami. Mimo sielskiej scenerii słowa Bogurodzicy zapisane przez 13-letnią Władysławę Fronczakównę są poważne i brzmią złowieszczo:

„Módlcie się, bo idzie na was kara, ciężki krzyż. Nie mogę powstrzymać gniewu Syna mojego, bo lud się nie nawraca. Bóg nie chce ludzi karać, Bóg chce ludzi ratować przed zagładą. Bóg żąda nawrócenia”.

Dlaczego Warszawa miała być ukarana?

Skąd tak twarde słowa pod adresem warszawian? Otóż w okresie międzywojennym społeczeństwo polskie zaczęło coraz powszechniej lekceważyć prawa Dekalogu. Żony zmieniali politycy, wielu artystów prowadziło bujne życie erotyczne z wieloma partnerami, następowało coraz większe rozluźnienie obyczajów, również nie krępowano się związków jednopłciowych i biseksualnych. Konsekwencją rozwiązłego życia były niechciane ciąże, a co za tym idzie aborcje. Tuż przed II wojną światową Chrystus Pan zapowiedział Rozalii Celakównie: „Nastaną straszne czasy dla Polski. Polska ma być ukarana za to […], że naród odwrócił się od Boga, […] popełnia straszne grzechy i zbrodnie, a najgłośniejsze z nich są grzechy nieczyste”. „Moje dziecko, za grzechy: zbrodnię zabijania dzieci poczętych i rozpustę, popełniane przez ludzkość na całym świecie, ześle Bóg straszna karę. Sprawiedliwość Boża nie może znieść dłużej tych występków”.

Matka Boża prosi o modlitwę, ale jest to lekceważone

Maryja prosi o powszechną modlitwę, taką jak w pamiętnym sierpniu roku 1920, gdy do bram Warszawy dochodziła bolszewicka Armia Czerwona. Niestety, po 23 latach atmosfera w stolicy jest diametralnie różna i w niczym nie przypomina modlitewnej mobilizacji narodu z 1920 r.

Wydawało się oczywiste, że księża pełniący posługę na Siekierkach (…) upowszechnią te orędzia. Tak się jednak nie stanie. Lekceważenie objawień i brak współpracy duchowieństwa Kościoła [z władzami Podziemnej Polski – przyp. Ł] będą główną przyczyną niepowodzenia tej misji.

Wybuch Powstania Warszawskiego

1 sierpnia 1944 r. wybucha Powstanie Warszawskie. Młodych warszawiaków rozpiera chęć walki.

Pomścimy wreszcie lata zgrozy / […] i egzekucje i obozy. / Dzielności naszej się poszczęści / Gdy Sprawiedliwy, Wielki Bóg / pobłogosławi naszej pięści”.

Nie zawierzono Powstania Warszawskiego Bogu ani Maryi

Bóg nie pobłogosławił pięści, ponieważ dowódcy akcji zbrojnej o to nie prosili. Nie było żadnego oficjalnego zawierzenia Powstania Warszawskiego Bogu, a tym bardziej Bogurodzicy, Patronce Warszawy.

Matka Boża przez 15 miesięcy poprzedzających wybuch Powstania Warszawskiego wielokrotnie powtarzała, że „jedynym sposobem na zakończenie wojny jest nawrócenie, modlitwa i pokuta”. Nic nie wspominała o „pięściach” i „butelkach z benzyną”. Natomiast młodzi warszawianie bezgranicznie ufali w „moc pieści” i swoje siły, i nie widzieli powodu aby w swoje ambitne plany wtajemniczać Boga.

W roku 1944 nie pamiętano, że to co dzieli zwycięstwo od klęski, to nie moc oręża, przeważające siły, czy strategia nawet najgenialniejszych dowódców, lecz wola Boga! W roku 1920 (…) hierarchowie wraz z władzą świecką dokonali aktu poświęcenia Polski Najświętszemu Sercu Jezusowemu, a ludność w całej Polsce rozpoczęła gorące modlitwy w intencji Ojczyzny. [Natomiast] 1 sierpnia 1944 r. o godzinie „W” nastąpiło zderzenie młodzieńczego zapału i młodzieńczych wizji z realnymi możliwościami i brutalną rzeczywistością. Akcja zbrojna podjęta bez jej oficjalnego zawierzenia Bogu i Maryi, po dwóch miesiącach zakończyła się niewyobrażalną klęską. Warszawa została niemalże zrównana z ziemią, zginęło pół miliona mieszkańców.

Rok wcześniej, przed Powstaniem

[Druga wizjonerka] Bronisława Kuczewska na rok przed wybuchem powstania miała objawienie [w którym] „Maryja ukazała mi okropny widok Warszawy w czasie powstania. Widziałam masowe aresztowania, rozstrzeliwania, palące się domy. Zobaczyłam też dom, w którym modliliśmy się. Matka Boża powiedziała mi, że ten dom będzie podlany benzyną i podpalony od dołu przez Niemców. W widzeniu widziałam, jak matki wyskakiwały z dziećmi z płonącego domu. Zaraz powiedziałam o tym widzeniu obecnym, ale nie chcieli mi uwierzyć. Huknęli na mnie, że opowiadam głupstwa, bo Niemcy będą się liczyć z nami”.

Prorocze słowa zostały zlekceważone. I oto co się wydarzyło z tym miejscem: „Kiedy po Powstaniu wróciłam do Warszawy, dom który miałam ukazany przez Matkę Bożą przy ul. Płockiej 25 – był spalony. W domu tym i sąsiednich zabito 300 ludzi. Ludzie mówili, że matki wyrzucały swoje dzieci przez okna, a za nimi same wyskakiwały. Dzisiaj widnieje w tym miejscu tablica pamiątkowa mówiąca, że zginęło tu ok. 300 osób”. [Chodzi najpewniej o krwawą “pacyfikację” Woli przez oddziały niemieckich i ukraińskich zbrodniarzy pod dowództwem Dirlewangera – przyp. PL].

Obietnica Matki Bożej

W jednym z orędzi na Siekierkach w listopadzie 1943 roku, Matka Boża powiedziała przez W. Fronczakównę do Warszawian: „Jeśli  wy jesteście ze Mną, to i Ja jestem z wami i NIC się wam nie stanie!”. Dowódcom Armii Krajowej, z pewnością nie brakowało bojowej odwagi, ale zabrakło wiary i zaufania aby Powstanie oficjalnie, przez ręce Bogurodzicy, powierzyć Bogu. Nie byli z Matką Bożą, dlatego [Jej] obietnica nie mogła zostać spełniona.

Gdyby orędzia Matki Bożej zostały przyjęte, gdyby podjęto powszechne modlitwy przebłagalne w intencji pokoju (tak jak w sierpniu 1920 roku), gdyby lud Warszawy zreflektował się i podjął przemianę życia, to losy Powstania z pewnością potoczyłyby się inaczej.

Ocalała Niniwa, której mieszkańcy posłuchali proroka Jonasza i nawrócili się, żałując za grzechy. Oni mieli zaledwie czterdzieści dni na zmianę postępowania, a warszawianie… prawie półtora roku.

Opracowano (z niewielkimi skrótami – PŁ) na podstawie książki „Przepowiednie Maryi o losach Polski” Ewy J.P. Storożyńskiej i Józefa Marii Bartnika SJ (Wydawnictwo AA 2012 r.)

Pokutujący Łotr

Jemen, zdrada islamu i rozszerzające się pole bitwy

Jemen, zdrada islamu i rozszerzające się pole bitwy

Pepe Escobar

Nigdy nie lekceważ Jemenu. Jemen zdecydowanie odpowie na każdą eskalację kontr-eskalacją, tak jak robi to Iran.

Podzielone kraje islamskie nigdy nie przestają zaskakiwać – i oszukiwać – jeśli chodzi o dalszą jawną zdradę zasad islamu.

Ród Saudów utworzył „koalicję” przeciwko Jemenowi – pod pretekstem ochrony żeglugi na Morzu Czerwonym.

Jednak tylko statki z Arabii Saudyjskiej są blokowane na Morzu Czerwonym przez jemeńską Ansarallah. To „oblężenie w odpowiedzi na oblężenie”: w końcu Sana znajduje się pod nielegalną blokadą Arabii Saudyjskiej od ponad jedenastu lat.

Cieśnina Bab al-Mandab nie jest zablokowana – ale tylko dla Saudyjczyków. A jeśli jesteś saudyjskim tankowcem transportującym ropę do Chin, możesz kontynuować podróż bez przeszkód.

„Koalicja” pod wodzą Arabii Saudyjskiej jest tak żałosna, jak to tylko możliwe. Kilka uczestniczących państw arabskich nie ma nawet marynarki wojennej – w tym członkowie Rady Współpracy Zatoki Perskiej: Bahrajn, Kuwejt i Katar, a także Jordania.

Trzema potęgami są Pakistan, Turcja i Egipt. NATO jest pomijane. W praktyce zadaniem tej „koalicji” islamskich, głównie arabskich petroszejków, elit kompradorskich i wasali jest wykonywanie brudnej roboty dla syndykatu Epsteina.

W całym świecie islamskim ludzie będą pytać, dlaczego nigdy nie powstała „koalicja” mająca na celu ochronę Gazy przed kultem śmierci.

Jemen jest skutecznie oblężony przez niemal wszystkich sąsiadów. Zasada „dziel i rządź” nadal w pełni funkcjonuje, szczególnie wzdłuż linii sunnicko-szyickiej. Wszyscy członkowie „koalicji” mają sunnicką większość.

Ale tylko głupcy uwierzą, że imperium piractwa i ponadnarodowy syndykat Epsteina nie kontrolują tego konfliktu wewnątrz-arabskiego, wewnątrz-muzułmańskiego i wewnątrz-islamskiego, podczas gdy Waszyngton działa w ścisłej koordynacji z Rijadem – jak to niedawno miało miejsce w przypadku bombardowania Jednostek Mobilizacji Ludowej (PMU) i cywilów w Iraku.

Można się założyć, że zbliżające się bombardowanie Jemenu będzie koordynowane przez NATO i będzie angażować saudyjskie myśliwce, aby zapewnić wiarygodne zaprzeczenie. Pozostaje pytanie, czy Pakistan i Egipt wezmą w tym udział – po tym, jak wcześniej prezentowali się jako mediatorzy i zwolennicy procesu pokojowego między USA a Iranem.

Brak Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Maroka, dwóch znaczących krajów, rodzi pytania. Cóż, wtedy plan byłby zbyt oczywisty, skoro oba są uważane za jawne kolonie anglo-syjonistyczne.

ZEA zbudowały porty i bazy wojskowe wokół cieśniny Bab al-Mandab – w tym w Adenie, Sokotrze, Somalilandzie i Dżibuti – jednocześnie finansując udowodnione ludobójstwo w Sudanie, Somalii i Jemenie. Maroko jest siedliskiem szpiegów, oddziałów szturmowych i prowokacji przeciwko Algierii.

Są też Nigeria i Bangladesz, oba kraje oddalone od Jemenu. Jak jednak zauważa bystry obserwator AHHfrican, chodzi tu o „opresję psychologiczną”; łączna populacja licząca 421 milionów ludzi ma na celu zastraszenie Jemeńczyków.

Jemeńczycy najwyraźniej nie dadzą się zastraszyć, bo wiedzą – zwłaszcza z kontaktów z Rijadem i Abu Zabi – że prawdziwego oporu nie da się pokonać wojną psychologiczną, lawiną kłamstw i blokadą ekonomiczną. Postrzegają powstanie tej barwnej „koalicji” jako zaszczyt.

Nigdy nie lekceważ Jemenu. W swoim cotygodniowym przemówieniu wczoraj, przywódca Abdul Malik al-Huti jasno i jednoznacznie wskazał kierunek: Jemen stanowczo odpowie na każdą eskalację kontr-eskalacją. Tak jak Iran.

Co może położyć kres strategicznemu ograniczeniu Iranu

Iran nie tylko odrzucił formułę omańską 50/50 dotyczącą wspólnego administrowania Cieśniną Ormuz (choć kontakty robocze między Maskatem a Teheranem są kontynuowane); Teheran wręcz zwiększył presję militarną – jako część szerszej strategii przymusu.

Iran pokazuje w praktyce, że w całej Azji Zachodniej trzeba płacić wysoką cenę za wspieranie operacji wojskowych USA, jednocześnie spodziewając się, że jego własne terytorium, porty, infrastruktura energetyczna i szlaki handlowe nie poniosą żadnych konsekwencji.

W istocie chodzi o Cieśninę Ormuz w powiązaniu z kontrolą nad drabiną eskalacji. I wszyscy powinni pamiętać o oczywistości: Iran gra na czas. I dzień po dniu Teheran udowadnia swoją pozycję: rozwiązanie problemu architektury militarnej otaczającej Iran jest nierozerwalnie związane z walką o Cieśninę Ormuz i nowym, bardziej kompleksowym porządkiem bezpieczeństwa w Zatoce Perskiej.

Pakistan wkracza obecnie na niezwykle trudne wody i, jak przyznają nasze źródła w Protokole Przejściowym, porusza się jednocześnie po dwóch newralgicznych torach.

Jesteśmy zatem świadkami przystąpienia Islamabadu do „koalicji” pod przewodnictwem Arabii Saudyjskiej. Teheran uważnie obserwuje konsekwencje i wyciąga z nich wnioski. Jednocześnie Pakistan nadal prezentuje się – zarówno publicznie, jak i za kulisami – jako najbardziej aktywny mediator między Waszyngtonem a Teheranem.

Na dłuższą metę to nie może działać.

Pakistańscy mediatorzy opisują to jako „trudny, ale świadomie wybrany balans”. Cóż za niedopowiedzenie. Nie da się jednocześnie chronić więzi obronnych i gospodarczych z Arabią Saudyjską – w tym niedawno rozszerzonego paktu wojskowego – i utrzymać zaufania zbudowanego z Iranem.

Jak dotąd irańskie media nie przedstawiały stanowiska Pakistanu jako zdrady. Kanał mediacji – choć bardziej kruchy niż wcześniej – pozostaje otwarty. Sytuacja może się jednak zmienić w zależności od tego, jak agresywnie Pakistan będzie działał wobec Jemenu.

Drabina eskalacji pozostaje aktywna, z przewidywalnymi wahaniami. Bardzo pobłażliwa interpretacja sugerowałaby, że jest to celowe działanie obu stron, mające na celu pozostawienie pola do pośrednich negocjacji.

Nie ma absolutnie żadnych wątpliwości, że Teheran trzyma się wszystkich opcji militarnych, ale jednocześnie, jako wyraźny znak dyplomatycznej finezji, unika stanowiska politycznego, które uniemożliwiłoby deeskalację.

To samo dotyczy Cieśniny Ormuz. Przepłynięcie tankowca QatarEnergy LNG w drodze do Pakistanu pokazuje, że Teheran preferuje selektywną kontrolę i nie nałoży całkowicie bezkrytycznej blokady morskiej (czyli tak, jak zrobił to Jemen na Morzu Czerwonym; tam blokada jest skierowana wyłącznie przeciwko statkom saudyjskim).

Front iracki wkrótce osiągnie poważną eskalację. Na przykład Kataib Hezbollah rozszerzył swoje ostrzeżenia i zapowiedział podjęcie działań przeciwko amerykańskim placówkom operującym z terytorium Arabii Saudyjskiej.

To poważny sygnał eskalacji.

Krótko mówiąc: powściągliwość Iranu ma charakter strategiczny, a nie bierny. Pole bitwy się rozszerza: to powiązana regionalna architektura wojenna. Nie jest to zaskakujące, ponieważ 28 lutego rozpoczął się kolejny etap amerykańsko-izraelsko-syjonistycznej wojny międzynarodowej przeciwko całej Osi Oporu.

Chiny są głęboko zaangażowane w ten rozwój. Pakistańskie źródła wywiadowcze ponownie potwierdziły, że Pekin wysłał dużą paczkę systemów obrony powietrznej do Iranu przez port Gwadar, kluczowy węzeł chińsko-pakistańskiego korytarza gospodarczego (CPEC). Dostawy broni są transportowane drogą morską.

Składają się one z wielopoziomowej mieszanki MANPADS i nowocześniejszych systemów obrony powietrznej, w tym do 400 przenośnych systemów obrony powietrznej serii QW i FN. Na przykład QW-12 posiada dwupasmową głowicę na podczerwień, która pozwala odróżnić prawdziwe cele od wabików.

Iran modernizuje również swoją mobilną obronę przeciwlotniczą za pomocą rosyjskiego pakietu o wartości 580 milionów dolarów, na który składa się 500 wyrzutni Werba i 2500 pocisków.

Zarówno Pakistan, jak i Chiny wielokrotnie i publicznie zaprzeczały dostarczaniu broni – z oczywistych względów bezpieczeństwa narodowego i aby uniknąć bezpośredniego prowokowania Neo-Krassusa.

Nadal nie jest jasne, czy administracja Trumpa – lub środowisko zdominowane przez Neo-Krassusa – zaakceptuje fakt, że kanały prowadzące przez Pakistan i Oman mogą nadal stanowić drogę powrotną do stołu negocjacyjnego.

Jeśli Waszyngton ucieknie się do bombardowań podobnych do „Bram Piekieł” przeciwko irańskiej infrastrukturze rakietowej, dowodzenia i obrony wybrzeża, obecna powściągliwość Teheranu zniknie raz na zawsze.

Skutki byłyby absolutnie katastrofalne i wpłynęłyby na infrastrukturę energetyczną w Zatoce Perskiej, pozostałości amerykańskich baz wojskowych w regionie, niechronione terytorium Arabii Saudyjskiej oraz kluczowe korytarze morskie między Cieśniną Ormuz a Morzem Czerwonym.

Źródło: Jemen, zdrada islamu i rozszerzające się pole bitwy

Trump rozważa ataki na irańską infrastrukturę naftową i energetyczną

Trump rozważa ataki na irańską infrastrukturę naftową i energetyczną

[I głośno o tym woła, by przypadkiem nie zaskoczyć Iranu.. md]

1 sierpnia 2026 r.przez Larry’ego C. Johnsona sonar21/trump-mulls-strikes-on-irans-oil-and-power-infrastructure

Irańskie siły uderzeniowe częściowo zamykają rafinerię ropy naftowej w Hajfie

Dzisiaj nie ma podcastów. Podróżowałem z Florydy do Tennessee, aby wziąć udział w konwencji Roberta Barnesa 1776 LAW CENTER CONVENTION , gdzie będę przemawiał razem z Danielem Davisem, Alexandrem Mercourisem i Alexem Christoforou, między innymi. Znalazłem świetny pub: Hair of the Dog. Można tam zapalić cygara, zjeść pyszne jedzenie i wypić kufel piwa za 2,50 dolara. Całkiem rozsądna cena.

==========================================================

A teraz przejdźmy do najnowszych wydarzeń. CBS News poinformowało dzisiaj (piątek, 31 lipca, aktualizacja o 19:38 czasu wschodniego), że USA i Izrael planują jedną z najcięższych kampanii bombardowań w historii Iranu, wymierzonych w infrastrukturę energetyczną. Według wielu źródeł ataki mogą się odbyć w ciągu całego weekendu.

Według CBS, celem jest infrastruktura energetyczna – co stanowi odejście od celów wojskowych i nadmorskich z wcześniejszych cykli ataków. CBS poinformowało, że USA rozważają atak na infrastrukturę energetyczną, w tym rafinerie ropy naftowej i elektrownie, co oznaczałoby znaczącą zmianę w ustalonym celu. Spowodowałoby to również potencjalnie niszczycielską kontrofensywę Iranu na rafinerie i elektrownie państw arabskich Zatoki Perskiej.

CBS podaje, że Izraelczycy zostali powiadomieni i współpracują ze Stanami Zjednoczonymi, według licznych źródeł w USA. Należy zauważyć, że jest to o tyle istotne, że po raz pierwszy od wielu tygodni zaangażowane byłoby izraelskie wojsko, a eskalacja prawdopodobnie sprowokowałaby irańskie ataki rakietowe na Izrael.

W chwili pisania tego tekstu w Iranie jest poranek i nie ma żadnych doniesień o żadnych atakach… Przynajmniej na razie. CBS poinformowało, że prezydent nie wydał ostatecznego rozkazu rozpoczęcia ataków. Axios potwierdza: amerykański urzędnik powiedział, że Trump poważnie rozważa ataki w ciągu kilku dni, ale nie wydał jeszcze ostatecznego rozkazu.

Najbardziej wymownym szczegółem jest to, że moment ataku ustalają rynki, a nie pole bitwy. Według CHX, dyskutowano o próbie zakończenia ataków przed otwarciem rynków finansowych w poniedziałek, z obawy o wpływ bombardowań na gospodarkę USA i świat, choć nie ustalono jeszcze ostatecznego terminu.

To właśnie ten fragment jest najbardziej istotny dla decyzji Trumpa o wydaniu rozkazu ataku… próbuje on skrócić atak na irańską infrastrukturę energetyczną do weekendowego okienka, aby wyprzedzić reakcję cen ropy i rynków – co jest dorozumianym przyznaniem, jak poważne mogą być spodziewane konsekwencje dla rynku energii.

Planowany atak był omawiany na posiedzeniu gabinetu, które Trump odbył w piątek w Camp David… i CBS nie było w tym osamotnione — CBS News i Wall Street Journal jako pierwsze poinformowały o potencjalnych atakach, przy czym WSJ przedstawiło to tak, jakby Trump wydał rozkaz ataków, aby zmusić Iran do „kapitulacji”, a Trump powiedział na posiedzeniu gabinetu: „Uderzymy w nich bardzo mocno… w pewnym momencie powiedzą, że po prostu nie możemy tego dłużej znosić”. Tak więc doniesienia CBS na temat infrastruktury energetycznej są potwierdzone przez WSJ i Axios — nie są to informacje pochodzące z jednego źródła.

Jeśli Trump zdecyduje się zaatakować irańskie rafinerie i elektrownie, ta eskalacja bezpośrednio zagrozi sytuacji w eksporcie i rafinacji ropy naftowej, o której pisałem w poprzednich artykułach. Irańska rafineria i terminale eksportowe (w tym Charg jako węzeł krytyczny) są w tej kwestii zagrożone – a atak na nie, w połączeniu z ograniczeniem przepustowości cieśniny Ormuz i blokadą Bab al-Mandab przez Huti, oznacza trójstronną presję na podaż. Szczegóły dotyczące synchronizacji rynku w raporcie CBS wskazują, że planiści o tym wiedzą.

Sprawa rozwija się dziś wieczorem, a ostateczna decyzja nie została jeszcze podjęta, więc może się szybko zmienić. Postaram się zaktualizować informacje w ciągu dnia w sobotę.

Dwie inwazje

Dwie inwazje

Jestem endekiem. Moje stanowisko względem masowej emigracji nie zmieniło się od 30 lat. Mój naród i moje państwo są dla mnie ważniejsze, niż różnorakie zrodzone w jawnych i tajnych koteriach „prawa”. Bezpieczeństwo i pomyślność Polaków są dla mnie priorytetem. Nie mam w sobie imperatywu nakazującego mi zbawiać cały świat.

Nigdy mnie nie przerażała konieczność posiadania paszportu i przejścia odprawy paszportowej, gdy wyjeżdżałem poza Polskę. Nawet dzisiaj, gdy mogę liczne granice przekraczać z dowodem osobistym zdecydowanie wolę paszport. Uważam, że ludzie przyjeżdżający do Polski powinni go również posiadać. Jestem kartoflany, pszenny i buraczany – mogę wyjechać na wakacje, ale nie potrafię mieszkać poza Polską. Taka przypadłość – można się przyzwyczaić.

Nie przekonuje mnie argumentacja, że Polacy też mieszkają poza Polską. Zazwyczaj ciężko pracowali na swoja pozycję, i mieszkają w danym kraju legalnie. Jeśli przebywają w jakimś państwie nielegalnie należy ich deportować. Zresztą niezwykle głupie są władze krajów, które na to pozwalają.

Ale ogarnia mnie pusty śmiech, gdy politycy i dziennikarze głównego nurtu w Polsce rwą włosy z głowy, bo na teren Hiszpanii szturmem dostało się 60 000 migrantów z Afryki. Czemu oczywiście jestem temu przeciwny. Idzie mi o to, że oburzenie wyrażają ludzie, którzy z radością opowiadali się za wpuszczeniem po 2022 roku do Polski nie 60 000 a wszystkich obcokrajowców zza wschodniej granicy.

Czy naprawdę główno-nurtowcy wierzą w to, że na Ukrainie jest niebezpiecznej i biedniej, niż w znacznej części Afryki?

łj

Tak starannie zaplanowane Imperium Zła musi upaść

Tak starannie zaplanowane Imperium Zła musi upaść

Mirosław Dakowski 

————————————————–

Dlaczego upadło to Imperium?

T. R. Glover, Świat starożytny, uwaga sprzed wieku, o Rzymie z III wieku AD.:

Znajdujemy więc barbarzyńców u bram Cesarstwa, wojska barbarzyńskie trzymające przy nich straż, mizerne postacie na tronie, triumfującą biurokrację oraz ludność upadającą liczebnie i na duchu. I ludzie pytają się, dlaczego upadło Imperium Rzymskie !

Raczej dlaczego jeszcze nie upadło?

————————————–

Sigma, już parę lat temu:

Tapir gryzmolił na karteczce wszystkie podobieństwa z naszą rzeczywistością:

  • miliony imigrantów na socjalu
  • rosnące bezrobocie
  • korupcja na najwyższym szczeblu
  • rosnąca armia biurokratów
  • triumfująca zasada „więcej państwa w państwie”
  • masowa depopulacja
  • demoralizacja
  • zarazy
  • kryzys ekonomiczny

I sam siebie się pytał: Jakim cudem to jeszcze trwa?

———————————————————-

Boimy się, potęg finansowych, wojennych, a głównie piętrowych planów ludzi Zła. Narzekamy.

Ale przecież są też potęgi, często, może nawet zwykle, ukrywane, tej darowanej nam siły „naturalnego” dobra.

Te nurty czasem [czemu tylko czasem?] wypływają na powierzchnię, mogą decydować. Umacniajmy je.

Przecież Cywilizację Łacińską tworzyliśmy przez wiele stuleci. Ona, wbrew wysiłkom planistów anty-cywilizacji – istnieje.

Innej, doskonalszej, już stworzyć nie zdążymy.

„Reżim Łukaszenki wsadza ludzi do więzienia za mówienie po białorusku” !

Reżim Łukaszenki wsadza ludzi do więzienia za mówienie po białorusku!

Mirosław Dakowski

Właśnie dowiedziałem się, że pani Cichanouska jest w Polsce i organizowane są dla niej spotkania  z wpływowymi osobistościami. Pewien Międzynarodowy Profesor trochę o nich opowiadał.

Pytałem niewinne dziewczę od której to usłyszałem: „A kto to jest ta pani Cichanouska?” Odpowiedź: „No… prezydent Białorusi”. Na moje zszokowane milczenie dodała wyjaśnienie: „no… na uchodźstwie, na wygnaniu”.

Wyjaśniłem jej, że pani Cichanouska ma dla władz Białorusi znaczenie chyba mniejsze niż kleszcz na drzewie, szczególnie gdy drzewo to nie rośnie na Białorusi.

Jednak Polska nagłaśnia i futruje taką panią, co dla Polski jest szkodliwe. Siarhiej Cichanouski, mąż Swiatłany, który został uwolniony przez białoruski reżim w ubiegłym roku, przebywa z dziećmi w Stanach Zjednoczonych. Mogłaby sobie tam pojechać.

Białorusi od dziesięcioleci zależało i zależy na dobrych kontaktach z Polską. Między innymi z powodu możliwości korzystnych kontaktów handlowych. Nawet w Małaszewiczach zbudowano duży terminal przeładunkowy, mający służyć jako port przeładunkowy towarów z Chin idących budowanym Nowym Jedwabnym Szlakiem. Towary te byłyby, z korzyścią oczywiście również dla Polski, kierowane do całej Europy. Niestety władze warszawskie zachowują się w stosunku do Białorusi wrogo. A tymczasem Łukaszenka również z przyczyn politycznych potrzebuję sojuszników na Zachodzie, by nie zależeć tak bardzo od Rosji Putina.

Międzynarodowy Profesor opowiadał ostatnio, że na takim spotkaniu spotkał rozmawiał z człowiekiem, który opowiadał mu, że siedział w białoruskim w więzieniu za mówienie po białorusku.

Odruchowo krzyknąłem że to brednia, że to wymysł. Popatrzono na mnie z politowaniem.

Po ochłonięciu doszedłem do wniosku że może być w tej opowieści duża część prawdy. Jeśli ten działacz był obywatelem wrogiego Białorusi państwa, a usiłował podać się za Białorusina, to pewnie czujne służby to zauważyły – i za jego działalność go zapuszkowały.

Jakaż tu różnica z obecną Polską, gdy osobniki mówiące w domu po niemiecku lub ukraińsku, czy też w jidisz, może po hebrajsku, są tu nie tylko mile widziane, ale są Sternikami Biznesu, zasiadają w Sejmie, w Senacie czy rządzie tak zwanej „niepodległej” Polski.

Дей, дай! MEM-y V.

——————————————————

—————————————–

——————————–

————————————————–

———————————————–

———————————————-

—————————————————————–

—————————————————–

————————————

——————————————-

================================

Powstanie Warszawskie. Braun OSTRO: Nigdy więcej niech się to nie powtórzy

Powstanie Warszawskie. Braun OSTRO: Nigdy więcej niech się to nie powtórzy

1.8.2026 nczas/powstanie-warszawskie-braun-ostro-nigdy-wiecej-niech-sie-to-nie-powtorzy

Grzegorz Braun
NCZAS.INFO | Grzegorz Braun. / foto: PAP

1 sierpnia 1944 r. w Warszawie wybuchło powstanie, które – pomimo bohaterstwa żołnierzy i cywilów – zakończyło się klęską, śmiercią ok. 200 tys. osób i olbrzymimi stratami materialnymi. Z okazji 82. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego przypominamy opinię na jego temat lidera Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna.

W Warszawie 1 sierpnia 1944 r. do walki stanęło ok. 40-50 tys. powstańców. Powstanie planowane na kilka dni trwało ponad dwa miesiące. W czasie walk w stolicy zginęło ok. 18 tys. powstańców, a 25 tys. zostało rannych.

Poległo również ok. 3,5 tys. żołnierzy z Dywizji Kościuszkowskiej, którzy we wrześniu 1944 roku przeprawili się przez Wisłę, aby pomóc walczącemu miastu.

Straty wśród ludności cywilnej wyniosły ok. 180 tys. zabitych. Pozostałych przy życiu mieszkańców Warszawy, ok. 500 tys., wypędzono ze zniszczonego miasta, które po powstaniu Niemcy niemal całkowicie zburzyli.

Braun o Powstaniu Warszawskim

Z perspektywy czasu decyzję o rozpoczęciu powstania w Warszawie krytycznie ocenia prezes Konfederacji Korony Polskiej i polski poseł do Parlamentu Europejskiego Grzegorz Braun.

– Bardzo chciałbym, aby młodzi Polscy patrioci nie zatrzymywali się na poziomie auto egzaltacji tą hekatombą, tym horrorem, chciałbym, aby czcząc pamięć dzielnych rodaków, żołnierzy, z których nie wszyscy byli profesjonalnymi żołnierzami, żeby nie popadali w pochwałę amatorszczyzny w prowadzeniu wojny. Żeby nikt nie czcił składania ofiary z 11-letnich chłopców na ołtarzu ojczyzny. Bardzo chciałbym, abyśmy wydorośleli – komentuje Powstanie Warszawskie i kult wokół niego stworzony Grzegorz Braun.

– Zróbmy Polskę tak, żeby to nie wymagało składania ofiary z dzieci. Każdy niech złoży ofiarę z własnego życia, jeśli uzna to za stosowne, ale niech nie rozporządza cudzym życiem – podkreślił poseł.

– Zaprawiajmy się do profesjonalnej wojaczki, a nie rozpaczliwych aktów, które jak się okazuje nikogo do niczego nie przekonują i nie dają nam żadnej gwarancji, polisy ubezpieczeniowej, przed spychaniem do kategorii najgorszych wyrzutków historii. Mimo Powstania Warszawskiego, przecież Polacy są bardzo łatwo zaliczani do obozu nazistów, antysemitów, faszystów i winowajców II wojny światowej i Powstanie Warszawskie nas przed tym w żaden sposób nie zabezpiecza – powiedział Braun.

– Nigdy więcej, niech nigdy więcej wojskowi nie wyręczają się cywilami, niech nigdy więcej dorośli nie wyręczają nieletnimi, mężczyźni niech się nie zasłaniają kobietami, nigdy więcej niech się to nie powtórzy. My sobie w cichości ducha tak mówmy, niech inni na około myślą, że jesteśmy wariatami skłonnymi do samobójstw, ale my na poziomie elity przywódczej nigdy więcej nie traktujmy insurekcjonizmu jako wzorcu, po który wolno sięgnąć polskiemu politykowi, liderowi, przywódcy – podkreślił. Lider Konfederacji KP przypomniał, że kiedyś nieudane samobójstwa były karane – nawet więzieniem.

Wspólnie palimy to zboże. MEM-y IV.

———–

————————–

———————–

——————–

[W każdym razie – ci, co „zginęli” w atakach na WTC – znaleźli się później w Arabii Saudów]

================================

————————–

——————————–

———————-

Oczami Romana Dmowskiego na powstanie w Warszawie …

Oczami Romana Dmowskiego na powstanie w Warszawie …

Nie ma znaczenia, że Roman Dmowski zmarł w 1939 roku, a powstanie w Warszawie wybuchło w 1944 roku. Jego nauka – trzeźwy sposób patrzenia na politykę – żył wtedy i żyje dzisiaj. Dzięki temu co pisał nauczyliśmy się analizować sytuację polityczną, rozumieć nasze położenie i patrzeć na świat przez pryzmat narodu. Endecy wtedy jak i dzisiaj pozostali krytyczni względem tego zrywu. Z wielkim szacunkiem darzą Powstańców, którzy dzielnie walczyli z Niemcami. Najsurowsze oceny wystawiają tym co doprowadzili do wybuchu, krwawego przebiegu i klęski powstania w Warszawie.

Roman Dmowski w „Polityce polskiej i odbudowaniu państwa” pisał: „Iluż to ludzi w trzech pokoleniach słuchało z rozrzewnieniem patriotycznych słów pieśni: Powstań Polsko, skrusz kajdany. Dziś twój triumf albo zgon. Co do mnie, to te słowa obrażają moje najgłębsze uczucia, mój zmysł moralny. Człowiek, który w tym wypadku myśli to, co śpiewa, jest przestępcą. Sama myśl o tym, że Polska może skonać, jest zbrodnią.

Wolno każdemu, może być obowiązkiem, zaryzykować wszystko, co jest jego osobistą własnością, oddać majątek, przynieść w życie w ofierze. Ale bytu Polski ryzykować, jej przyszłości przegrywać nie wolno ani jednostce, ani organizacji jakiejkolwiek, ani nawet całemu pokoleniu. Bo Polska nie jest własnością tego czy innego Polaka, tego czy innego obozu ani nawet jednego pokolenia. Należy ona do całego łańcucha pokoleń, wszystkich tych, które były i które będą. Człowiek, który ryzykuje byt narodu, jest jak gracz, który siada do zielonego stołu z cudzymi pieniędzmi”. Czy nie odnosicie wrażenia, że powtarzamy historię?

Tak jak Roman Dmowski zżymał się na słowa „Warszawianki”, tak ja zżymam się słysząc wesołe piosneczki o powstaniu w 1944 roku. Odpustowe harce odprawiane w rocznicę powstania w Warszawie budzą moją szczerą niechęć. Nie potrafię zrozumieć z jakiego to powodu politycy i celebryci szczerzą zęby w rocznicę pogrzebu Warszawy. Co oni świętują?

Każdy chłopaczek chce być ranny…
Sanitariuszki – morowe panny,
I gdy cię kula trafi jaka,
Poprosisz pannę – da ci buziaka, hej!”

Z całą pewnością chcieli tracić nogi, rękę, mieć urwane ucho lub stracić wzrok. Albo znaleźć trupa swojej dziewczyny, żony, matki lub swoich dzieci.

Zanim w telewizorni i radiu puszczą skoczne piosenki jak ta przywołana, czyli „Pałacyk Michla”. Zanim pojawia się pląsy, oklaski i kłamstwa – że było warto – pomyślmy co się stało.

W momencie wybuchu powstania w Warszawie miasto liczyło około 1 000 000 mieszkańców. W walce z niemieckim okupantem poległo około 16 000 polskich żołnierzy, zginęło około 200 000 polskiej ludności cywilnej. Na śmierć poszły polskie dzieci. Polegli młodzi ludzie, którzy mieli tworzyć zręby narodowej Polski po 1945 roku. Oni je mieli tworzyć – nie Bermany! Ogrom ludzi został kalekami. Około jedna trzecia ofiar zginęła wskutek okrutnych masowych mordów, których sprawcami były oddziały niemieckie i ich kolaboranci w tym Ukraińcy, które na początku sierpnia 1944 roku wymordowały ok. 63 000 mieszkańców warszawskiej Woli. Masowe mordy na ludności cywilnej miały miejsce również w innych dzielnicach, takich jak: Służewiec, Mokotów, Marymont, Powiśle, Sadyba, Czerniaków. Przepadły skarby kultury narodowej – nasze zabytki, muzea, kościoły, infrastruktura, przemysł, księgozbiory.

W ujęciu szczegółowym stan zniszczeń przedstawiał się następująco: mosty 100%; kubatura budynków przemysłowych 90%; budynki zabytkowe (w tym kościoły) 90%; kubatura obiektów kultury 95%; kubatura obiektów służby zdrowia 90%; kubatura obiektów szkolnictwa 70%; izby mieszkalne 72,1%. Straciliśmy Zamek Królewski. Straciliśmy stolicę.

Polaków jak wspominałem poległo ok. 200 000. Niemców ok. 1600. Warto było? Powstanie lepiej spełniło polityczne cele Niemiec niż nasze – polskie.

Nasz naród nie potrzebuje kolejnych trupów. Niech kłamliwi stronnicy insurekcyjnego szaleństwa przestaną bredzić o konieczności nawilżania naszej ziemi polską krwią! Trzeba skończyć z kłamliwymi deklaracjami, że tym powstaniem coś udowodniliśmy światu. Jesteśmy dla innych krajów zazwyczaj narzędziem lub problemem. Świat miał wtedy i ma dzisiaj Polaków tam gdzie plecy kończą swoją szlachetna nazwę. Polska jest potrzebna tylko i wyłącznie mam Polakom. Czasem trzeba umierać za ojczyznę, ale ważniejsze by mądrze dla niej żyć. Nie wolno nam powtarzać tych niewybaczalnych błędów i zaprzestać słuchania obcych podszeptów o konieczności walki „za naszą i waszą wolność”, czy „Chrystusie narodów”. Trzeba promować trzeźwy patriotyzm i uczciwe myślenie o polityce. Odrzućmy wreszcie ten cholerny zatruty insurekcyjnym i mesjanizm!

Redaktor „Sztuki i Narodu” Tadeusz Gajcy – tak mądrze przypominany przez Kolegę Arkadiusza Miksę – napisał najprawdopodobniej dzień przed swoją śmiercią w powstaniu wiersz, który znacznie mądrzej obrazuje to co się działo, niż przypominane piosenki …

*** Święty kucharz od Hipciego

„Święty kucharz od Hipciego
Wszyscy święci, hej, do stołu!
W niebie uczta: polskie flaczki
wprost z rynsztoków
Kilińskiego!
Salcesonów misa pełna,
Świeże, chrupkie
Pachną trupkiem:
To z Przedmurza!
Do godów, święci, do godów,
Przegryźcie Chrystusem
Narodów!”

Na zdjęciu autorstwa Sylwestra Brauna widzimy Alinę Balińską klęczącą przed grobem swojego 15-letniego brata zabitego w powstaniu. Jest jakaś piosenka o tym?

Łukasz Jastrzębski