Globalne Południe wystawiło rachunek za politykę Niemiec w ostatnich latach. Trzy państwa europejskie ubiegały się o dwa dostępne, niestałe miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Niemcy zostały ukarane, a miejsca przypadły Austrii i Portugalii.
Anti-Spiegel 4 czerwiec 2026
Oprócz pięciu stałych członków – Chin, Francji, Wielkiej Brytanii, Rosji i USA – Rada Bezpieczeństwa ONZ ma dziesięciu członków niestałych, których miejsca są rozdzielone między grupy regionalne ONZ. Afryka ma prawo do trzech miejsc, państwa Azji i Pacyfiku, Ameryki Łacińskiej i Karaibów, grupa państw Europy Zachodniej i pozostałych państw ma po dwa miejsca, a Europa Wschodnia – jedno. Zgromadzenie Ogólne ONZ co roku wybiera pięciu członków niestałych na dwuletnią kadencję.
W środę odbyły się wybory na kadencję 2027/2028, w których obsadzono oba zachodnioeuropejskie miejsca. Kandydatami były Austria, Portugalia i Niemcy.
Niemiecka arogancja
Dla niemieckiego rządu odzyskanie miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ było ukochanym projektem, a „Der Spiegel” doniósł na przykład, że minister spraw zagranicznych Wadephul udał się na tydzień do Nowego Jorku specjalnie po to, by promować kandydaturę Niemiec. Nawet „Der Spiegel” pokazał nutę samokrytyki, relacjonując szanse powodzenia niemieckiego wniosku:
„W przeszłości niemiecki wniosek mógł być pewny, choćby ze względu na znaczną pomoc rozwojową, jaką Republika Federalna udzieliła. To się zmieniło. Spóźniony wniosek to nie jedyny problem. Polityka Niemiec wobec Bliskiego Wschodu i Rosji również może działać na niekorzyść rządu”.
Ujmując to bardzo delikatnie, ponieważ poza około 50 państwami dawnego Zachodu, żaden inny kraj na świecie nie popiera polityki antyrosyjskiej i proukraińskiej, której Niemcy są jednym z głównych orędowników. Rosja nie jest, jak twierdzą niemieckie media i politycy, izolowana na arenie międzynarodowej; wręcz przeciwnie, jak często podkreślałem, siły napędowe polityki antyrosyjskiej zostały odizolowane na arenie międzynarodowej. Fakt, że bezwarunkowe poparcie Niemiec dla ludobójstwa Izraela w Strefie Gazy oraz wojen na Bliskim Wschodzie spotyka się z otwartym odrzuceniem na globalnym Południu, powinien w najlepszym razie zaskoczyć ludzi, którzy czerpią informacje wyłącznie z Tagesschau (niemieckiego programu informacyjnego).
Do tego dochodzi arogancja, z jaką niemieccy politycy próbują narzucać swoje „wartości” całemu światu, zaczynając od nonsensów LGBT i tak dalej, co nie jest dobrze odbierane w reszcie świata, gdzie propaganda LGBT nie jest zakorzeniona od lat w podręcznikach szkolnych. Wystarczy przypomnieć sobie występ Nancy Fibre na Mistrzostwach Świata w Katarze z opaską LGBT, który wywołał niezrozumienie i negatywne reakcje na całym świecie.
„Historyczna porażka”
„Historyczna porażka” w wyborach do Rady Bezpieczeństwa ONZ jest jak najbardziej zasłużoną konsekwencją tej arogancji i podwójnych standardów, które od lat charakteryzują niemiecką politykę. Niemcy nie zdobyły mandatu w pierwszej turze głosowania, Portugalia otrzymała 134 głosy, Austria 131, a Niemcy zaledwie 104.
Określenie „historyczna porażka” nie jest mojego autorstwa, lecz pochodzi z „Handelsblatt”, który po tej katastrofie opublikował artykuł zatytułowany „Rada Bezpieczeństwa ONZ – Jak doszło do historycznej porażki Niemiec” i napisał w zapowiedzi:
„Od 2019 roku Berlin zabiegał o głosy ze 191 krajów. Ale to nie wystarczyło, by dostać miejsce w Radzie Bezpieczeństwa. Szukając powodów, wciąż pojawiają się dwa słowa: Izrael i Rosja”.
Ta porażka ma swoją nazwę.
Niemiecka arogancja nie stała się odrażająca dla świata dopiero w 2022 roku; zaczęła się za rządów Merkel, która wysłała swojego powiernika, Christopha Heusgena, na ambasadora Niemiec przy ONZ. Heusgen zwrócił tam na siebie uwagę swoją arogancją i zarozumiałością, zrażając do siebie wiele krajów i ich przedstawicieli.
W 2022 roku napisałem, że starania Niemiec o miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ będą skazane na porażkę. A jednym z głównych powodów jest Heusgen, bo Heusgen jest nie tylko arogancki, ale i kłamie jak z nut.
Zilustrowałem to w artykule przykładem wywiadu, którego Heusgen udzielił na początku 2022 roku, przed eskalacją na Ukrainie. Ponieważ niemiecka opinia publiczna jest utrzymywana w niewiedzy przez media głównego nurtu, większość niemieckich czytelników nie dostrzega jego kłamstw, ale na arenie międzynarodowej ludzie i osoby odpowiedzialne politycznie są po prostu lepiej poinformowani, dlatego Heusgen wywołał tam jedynie kręcenie głowami.
Podczas swojej pracy w ONZ Heusgen narobił sobie więcej wrogów niż ktokolwiek inny. Nie chodziło nawet o to, że Niemcy miały odmienne zdanie niż inne kraje w niektórych kwestiach – to jest całkowicie normalne. To aroganckie i lekceważące zachowanie Heusgena przysporzyło mu wrogów i poważnie zaszkodziło reputacji Niemiec na świecie.
Kiedy Heusgen opuścił ONZ, otrzymał bardzo jasny komunikat o tym, co o nim tam myślą. Nie znam żadnego dyplomaty, który kiedykolwiek otrzymał takie pożegnanie.
Dla Chińczyków uprzejmość jest bardzo ważna ze względu na ich kulturę i zależy im na tym, aby nawet ich przeciwnicy mogli zachować twarz.
Dlatego też bezprecedensowe było pożegnanie Heusgena przez chińskiego ambasadora przy ONZ następującymi słowami:
„Dobrze, że się pana pozbyliśmy”.
Rosyjski ambasador przy ONZ był nieco bardziej uprzejmy, mówiąc do Heusgena:
„Jaka szkoda, że w końcu pan odchodzi”.
======================================
O „bohaterskich czynach” Heusgena w ONZ pisałem już wcześniej, co bez wątpienia odegrało istotną rolę w ostatnich wyborach. Szczegóły można znaleźć w artykułach
I zapadł zmierzch… Udział markizy de Montespan w spisku na życie króla.
==========================
[Umieszczam, przypominam te trzy artykuły w związku ze znalezienie szkielecików dzieci w ogródku „lekarki” w Lutoryżu pod Rzeszowem. O tej sprawie będę pisał, jeśli jej nie zakopią. Tak, jak te dzieci. Mirosław Dakowski]
[Zachowały się dokumenty sądowe i prokuratorskie opisujące te sprawy. Ale – są „trudno dostępne”, nawet w laickiej Francji. Mirosław Dakowski]
Po wysłuchaniu mszy, w paryskim kościele Notre-Dame de Bonne-Nouvelle, dnia 12 marca 1679, została aresztowana La Voisin…
Afera nabrała rozgłosu…
Wszczęto śledztwo…
Ponieważ zataczało ono coraz szersze kręgi, a na liście winowajców pojawiły się nazwiska osób z najwyższych sfer arystokracji francuskiej, uznano, że nie ma wyjścia i musi się powiadomić o tym wszystkim króla.
Ten ostatni zaś, mimo że zirytował się doniesieniami, jednakowoż na razie uznał za ważniejsze, by się jakimś cudem uwolnić od zaborczej tłustej wampirzycy, jaką bez wątpienia była de Montespan (której rola w aferze trucicielskiej naówczas jeszcze nie była mu znaną), a ponieważ i pani de Maintenon też mu już nie mniej doskwierała niż jej konkurentka, więc postanowił znaleźć jakiekolwiek wyjście z owej męczącej go i przyprawiającej o ból głowy sytuacji.
I chociaż najwyraźniej była to dla Ludwika kwestia zbyt trudna do rozstrzygnięcia naprędce, nie chciał już dłużej odsuwać jej w czasie. Uczynił więc coś, co mu było najłatwiej uczynić i… w 1679 roku wziął sobie nową kochankę, młodziutką, bo zaledwie siedemnaście lat liczącą, pannę Marie Angélique de Scorailles, księżnę de Fontanges.
Odmłodniał przy niej, odżył, odzyskał werwę i humor.
Obsypał ją złotem i klejnotami. No i oczywiście też zapłodnił.
Młodziuchna metresa w roku 1680 przedwcześnie urodziła królowi martwego syna, sama zaś niestety zapadła na dziwną, wyniszczającą chorobę, objawiającą się częstymi i obfitymi krwotokami z dróg rodnych. Mówiono, że to pewnie na skutek poronienia, że może został w niej kawałek łożyska… Ale mówiono też co innego, że ktoś wydał na nią wyrok śmierci, a choroba nie ma bynajmniej naturalnego charakteru…
Nie wiadomo, czy to król odsunął się od niej, zniechęcony jej złym stanem zdrowia, czy też ona odsunęła się od króla. Ale wkrótce po owym nieszczęśliwym porodzie zamknęła się w murach paryskiego opactwa Chelles. W niecały rok później, gdy nagle dopadła ją silna i wyniszczająca gorączka, przeniesiono ją do innego, wygodniejszego z paryskich opactw – Port-Royal.
I tam zmarła w nocy z 28 na 29 czerwca 1681 roku…
Ponieważ w tym czasie śledztwo w sprawie afery trucicielskiej osiągnęło kulminację, król – zapewne po to, by poznać prawdę – zarządził jej autopsję.
Nieboszczka miała zgniłe płuca i stłuszczoną wątrobę… Nie wskazywało to w żaden sposób na pozostawienie fragmentu łożyska w macicy… ale i nie potwierdzało działania trucizny… Sprawa panny de Fontanges niejako zawisła w próżni… Zwinna, szczupła, zaprawiona w konnej jeździe dziewiętnastolatka miała stłuszczoną wątrobę… niczym jakiś stary, otyły pijak. Dziwnie to wyglądało… Dziś już wiadomo, że dość rzadka przypadłość, jaką jest ostre stłuszczenie wątroby ciężarnych, może wystąpić tuż po porodzie i w skrajnych przypadkach nawet doprowadzić do śmierci kobiety… Wtenczas tego nie wiedziano… Zatem? Sprawę uznano za nieczystą…
Dlatego też po zgonie młodziuchnej królewskiej kochanki zaczęto już nie szeptać, ale mówić w głos, że ta śliczna, niemająca jeszcze dwudziestu lat dziewczyna, to kolejna ofiara trucizny… A kogo wskazywano jako tę, która wydała na nią wyrok śmierci? Mściwą i bezlitosną markizę de Montespan!
Już dłużej nie można było zamiatać pewnych spraw pod dywan…
* * *
Rewizja w domu La Voisin, przy rue de la Tannerie, przyniosła nie tylko przełom w sprawie, ale wiele osób, nawet i twardych, niejedno już w życiu widzących, stróżów prawa, przyprawiło o psychiczny wstrząs.
W samym domu natrafiono na rozliczne przedmioty służące do sprawowania czarnomagicznego kultu, na wielki zapas afrodyzjaków i trucizn najrozmaitszych, fragmenty dziecięcych i zwierzęcych ciał do produkcji tychże specyfików służących, na poddaszu zaś odkryto izbę, w której wiedźma wykonywała aborcje i wielki piec, w którym spalała płody wyrwane z wnętrzności wyrodnych matek…
Nie lepiej prezentowały się piwnice, z ołtarzem do odprawiania czarnych mszy i trupami pozakopywanymi przy ścianach, trupami, które były zbyt duże, by je w całości spalić, a nikomu nie chciało się ich kawałkować…
Piec jednak nie nadążał ze spopielaniem szczątek, poza tym było to chyba za drogie, bo przecież chrustu i drew nie rozdają za darmo, więc – jak przechwalając się – wyznała La Voisin, większość trupków pochodzących z aborcji, jak też i zwłok dzieci kupowanych, lub porywanych na ulicach Paryża, a służących jako ofiary składane w demonicznych obrzędach, było zakopywane w przydomowym ogrodzie.
Policja przeszukała więc i ów ogród, w którym znalazła zagrzebane w płytkich grobach ponad dwa i pół tysiąca dziecięcych szczątków, w różnych stadiach rozkładu, od całkiem świeżych, po gołe szkieleciki…
* * *
Na La Voisin nawet nie trzeba było naciskać ani wymuszać zeznań torturami. Śledztwo trwało. Uzależnionej od alkoholu czarownicy trunków nie skąpiono, bo po pijanemu nie umiała powściągnąć języka i nie tylko przyznawała się do niezliczonych, potwierdzonych później przez śledczych, w czasie rewizji i konfrontacji, zbrodni, ale i sypała nazwiskami jak z rękawa. I to jakimi nazwiskami!
Jednego tylko nigdy nie wymieniła – nazwiska królewskiej nałożnicy, pani de Montespan… pewnie się lękała, że jeśli wyszłyby na jaw jej plany zamordowania króla, nie mogłaby już liczyć na żaden ratunek, z jakiekolwiek strony… I to chyba dlatego przyznawała się do niezliczonych okropieństw, jakby chcąc w ten sposób odwrócić uwagę śledczych od planowanego królobójstwa, mając jednocześnie nadzieję, że któryś z możnych przyjaciół wyciągnie ją – mimo wszystko – z tarapatów… Przeliczyła się…
Król, któremu przedstawiono dwie listy, jedną z nazwiskami ofiar, drugą zaś z nazwiskami zleceniodawców zbrodni, aż pobladł z wrażenia i przerażenia zarazem.
Sprawę trzeba było tedy jak najszybciej zakończyć, jednocześnie srogo karząc winnych. Dlatego też władca już 27 grudnia 1679 roku nakazał unicestwienie całej tej trucicielskiej pajęczyny oraz ukaranie zbrodniarzy, jak również wszystkich ich klientów za pomocą wszelkich możliwych i prawnych środków i to niezależnie od rangi, płci i wieku osób zamieszanych w owe zbrodnie…
Nikt i nic nie mogło uratować La Voisin…
Dodatkowo oskarżona została bowiem przez własną córkę Marguerite Monvoisins, która między innymi zeznała i to, iż urodziwszy dziecko, uciekła z domu, obawiając się, że jej matka i własnego wnuka nie oszczędzi, składając go na ofiarę diabłu.
Oskarżona została była i przez księdza Guibourga, który upierał się, że on żadnego dziecka nie zabił, a zabijała je osobiście La Voisin i podawała mu je już martwe. On zaś tylko każde z nich przed zarżnięciem chrzcił, iżby mogło trafić prosto do Raju. I chociaż nie do końca (poza owym chrzczeniem) było owo prawdą, to udano, że dano temu wiarę, iżby możliwie jak najbardziej zminimalizować udział katolickiego księdza w owych okropieństwach. Dzięki temu ocalił głowę, ale gnił w więzieniu aż do samej śmierci, do roku 1686.
Tak więc La Voisin została skazana na spalenie żywcem na placu de Greve. Termin egzekucji wyznaczono na dzień 22 lutego 1680 roku.
Noc przed egzekucją spędziła wesoło, na obżarstwie, pijaństwie, śpiewaniu sprośnych piosenek, aż do czasu, gdy świt rozświetlił niebo…
Wtedy to przybył do celi spowiednik, lecz stara, pijana wiedźma obrzuciła go najgrubszymi obelgami, a na widok krzyża zareagowała nieopisaną furią.
Powieziono ją zatem na miejsce kaźni, gdzie nie chciała zejść z wózka, czepiając się go z całej siły tak, że trudno było oderwać jej palce od desek. Ostatecznie zawleczono ją na stos, a ona ryczała przeklinając, bluźniąc i złorzecząc… Przykuto ją więc łańcuchami do pala, obłożonego stertą drew i chrustu, który podpalono.
La Voisin bluźniła i przeklinała aż do chwili, gdy ją dym udusił. Dopiero wówczas zamilkła.
A później przerażony tłum już w milczeniu słuchał tylko buzowania płomieni, trzasków palących się szczap i odgłosów pękających od żaru kości…
Popioły rozwiał wiatr…
* * *
W wyniku śledztwa i procesu dotyczącego afery trucicielskiej ustalono, że było w nią zamieszane ponad czterysta czterdzieści osób, z których blisko połowę aresztowano. Na śmierć skazano oprócz La Voisin aż trzydzieści sześć i wykonano wyroki. Pięć trafiło na galery, dwadzieścia trzy ukarano banicją…
Nie wszyscy jednakże, którzy na to zasłużyli, stanęli przed sądem, jedni popełnili samobójstwo, inni zaś zostali oszczędzeni, bo gdyby ich nazwiska trafiły do opinii publicznej, we Francji mogłaby wręcz wybuchnąć rewolta… z takich pochodzili rodów… Po prostu na podstawie dowiedzionej im bądź wielce prawdopodobnej winy, bez wyroku, dożywotnio pozamykano ich w więzieniach… Ale były i takie osoby, które nigdy nie poniosły najmniejszych nawet konsekwencji…
I taki był koniec owej potwornej afery…
Wszelkie dotyczące jej akta król utajnił… rok 1682 dobiegł końca…
* * *
Zdawało się, że Ludwik teraz wreszcie odetchnie. Ale nie odetchnął. Chociaż bowiem druga z faworyt królewskich pani de Maintenon, wespół z ministrem króla, Jean-Baptiste Colbertem, wyciszyli i zatuszowali sprawę udziału markizy de Montespan w spisku na życie króla, bo jakżeby to wyglądało w oczach społeczeństwa, że matka aż siedmiorga królewskich dzieci chciała zamordować ich ojca? To by dopiero był skandal!
Musiał więc król przełknąć tę bardzo gorzką pigułkę i udawać, że w stosunkach między nim a markizą nic nie uległo zmianie. Można sobie wyobrazić, ile go to musiało kosztować.
Tymczasem do tamtych zmartwień, problemów i kłopotów doszedł kolejny – oto dnia 30 lipca 1683 roku zmarła w Wersalu żona Ludwika XIV, María Teresa de Austria y Borbón. Chociaż król jej nigdy nie kochał, to przecie zawsze mógł liczyć na jej lojalność i wsparcie, a tego mu teraz właśnie bardzo było trzeba…
Żałoby po zmarłej królowej nie przechowywał jednak przesadnie długo w swym sercu, bo już 9 października tego samego roku pojął za żonę dotychczasową opiekunkę swoich bękartów i jednocześnie kochankę Françoise d’Aubigné, markizę de Maintenon. Było to, co prawda małżeństwo morganatyczne, ale Ludwikowi było to już obojętne. Przy licznej gromadzie uznanych dzieci, następstwo tronu Francji miał zapewnione. Mógł więc sobie na tę morganatyczną małżonkę pozwolić… A dawało mu to jeszcze jeden pożytek, że już tam nowa małżonka zadba o to, by markiza de Montespan trzymała się od króla jak najdalej.
Co prawda ta ostatnia zniknęła z dworu dopiero w roku 1691, oddalając się do klasztoru Córek św. Józefa, gdzie ponoć ciężko pokutowała, jednocześnie rozdając olbrzymie sumy ze swego majątku na biednych, przytułki i szpitale.
Gdy 27 maja 1707 roku wyzionęła ducha, król zabronił nawet ich wspólnym dzieciom nosić po niej żałobę…
Nadchodzi zmierzch… Serce dziecięcia króla i markizy.
Marie-Madeleine-Marguerite d’Aubray1, markiza de Brinvilliers, znana jednak bardziej jako Madame de Brinvilliers, parająca się tą samą profesją co jej dobra znajoma La Voisin, z którą zapewne nie jeden raz współpracowała, a przynajmniej dobrze się znała, wraz z kochankiem, z zawodu żołnierzem, natomiast z zamiłowania alchemistą, Godinem de Sainte-Croix, przy użyciu sławnego proszku dziedziczenia, albo może specyfiku o nazwie aqua tofana2, co w sumie na jedno wychodzi, w 1666 roku pozbawiła życia swego ojca Antoine’a Dreux d’Aubraya, a w cztery lata później braci Antoine’a i François’a, aby móc zagarnąć rodzinny majątek.
Markiza była okrutną kobietą. Być może przyczyną tego były okropieństwa, w jakich uczestniczyła, będąc dzieckiem. Matka zmarła, wydając ją na świat, ojciec mało się nią interesował, a wychowaniem zajmowała się służba. Niektórzy ze służących od czasu, gdy skończyła lat siedem, regularnie ją gwałcili.
Nie wiadomo, czy w odwecie za okrucieństwa i poniżenia, czy też może dlatego, że rozbudzono w niej takie potrzeby, w wieku lat dziesięciu rozpoczęła kazirodcze współżycie z jednym z braci…
Chociaż ci, którzy ją znali, wiedzieli, że jest trucicielką, woleli nie gmatwać się w tę sprawę, a mąż, trwożąc się o własne życie, w przerażeniu ukrył się w swoim majątku.
Lękał się jej nawet i kochanek, kawaler de Sainte Croix, który zostawił puzderko z czerwonej skóry, na którym wypisał: Otworzyć, jeśli umrę wcześniej niż markiza de Brinvilliers.
Pech chciał, że zmarł on 31 lipca roku 1672, a ironią losu będzie to, że śmiercią naturalną, nie zaś od jadu kochanki, przed czym drżał z lęku.
Może i nic by się nie stało, gdyby w 1675 roku owo puzderko z czerwonej skóry, zamiast do markizy, nie trafiło w niepowołane ręce. Kiedy je otwarto, znaleziono w nim wyznania kawalera, jego oskarżenia i opisy mordów, jakich się dopuściła de Brinvilliers, a nawet próbki trucizn.
Markiza zatem, nie czekając, by ratować głowę, tego samego roku czmychnęła do Anglii, a gdy zaczął się jej tam palić grunt pod nogami, przeniosła się do Holandii, by ostatecznie znaleźć dach nad głową i schronienie przed ręką sprawiedliwości w pewnym klasztorze nieopodal Liege, w którym ją jednak odnalazł i dopadł stróż prawa przebrany za księdza, a który tak się wczuł w rolę, że nie wzbudził podejrzenia mniszek.
Śledztwo rozpoczęte w roku 1675 trwało blisko dwanaście miesięcy. Oskarżona w procesie ostatecznie przyznała się do wszystkiego, co jej zarzucano. Skazano ją tedy na śmierć i ścięto w Paryżu 16 lipca 1676 roku. Po ścięciu zaś trupa spalono na stosie, a prochy wrzucono do Sekwany.
Wszelako, zanim ją skrócono o głowę, w akcie publicznej pokuty, ujawniła wszystkie swoje zbrodnie… Posypały się więc i nazwiska…
We Francji rozpętała się afera trucicielska…
W 1675 roku markiza de Brinvilliers wyjawiła nazwisko La Voisin, tak że i ta ostatnia została zamieszana w proces. Nim jednak i ją dopadła sprawiedliwość, musiało minąć jeszcze kilka lat. La Voisin była bowiem bardzo wysoko ustosunkowana i władze niższego szczebla bały się ją ruszyć, iżby nie spowodować lawiny, która pogrzebałaby licznych przedstawicieli najpotężniejszych rodów Francji, a przez to narazić się na niełaskę możnych tego świata…
Niemniej rok 1675 stał się jednak początkiem końca działalności okrutnej dzieciobójczyni… La Voisin przez moment poczuła na karku chłodny oddech nadchodzącej śmierci… potraktowała go jednak z nonszalancją… zresztą, kiedy by miała czas na refleksję, skoro nieustannie była pijana?…
Stała tam, na placu kaźni, wespół z towarzyszącym jej markizem Montferrat, wpatrując się rozszerzonymi na poły ze strachu, na poły z podniecenia, oczami w umierającą panią de Brinvilliers.
Montferrat tymczasem uśmiechał się tylko ironicznie, co rusz rzucając spod oka spojrzenia, a to na konającą trucicielkę, a to na stojącą obok dzieciobójczynię…
* * *
Dawna metresa Ludwika XIV, karmelitanka bosa Louise Françoise de La Baume Le Blanc de La Vallière, która przyjęła imię siostry Ludwiki od Miłosierdzia, wdniu 3 czerwca 1675 roku złożyła śluby wieczyste… a po kilkudziesięciu latach życia w klasztorze, dnia 6 czerwca 1710 roku, zmarła w opinii świętości… Spoczęła w zwyczajnej mogile prowincjonalnego cmentarza, tak daleko od świata, w którym niegdyś żyła, że dalej już nie można było…
* * *
Tymczasem królowi coraz bardziej brzydła markiza de Montespan i znosił ją z coraz większym trudem. Nie umiał się jej jednak pozbyć. Nie wiadomo, czy to działały czary, czy był po prostu zbyt mało stanowczy…
* * *
Dzień 19 czerwca 1675 roku był słoneczny, ciepły, ale nie upalny, lekuchny wiaterek bowiem wiał orzeźwiająco. Liście na drzewach falowały w jego oddechu, budząc zielone rozedrgane cienie. Marguerite-Marie Alacoque klęczała w kaplicy, adorując Najświętszy Sakrament. Słońce przeświecało przez witraże, kładąc na posadzce barwne plamy światła. Dzień 19 czerwca 1675 roku bynajmniej nie zapowiadał się na jakiś szczególny…
W pewnej chwili jednak rozmodlona dziewczyna, zamiast pozłocistej monstrancji, spostrzegła postać Pana Jezusa… Oto znów ją nawiedził… Z piersi zakonnicy wyrwał się radosny szloch szczęścia…
Tymczasem Pan, ukazując jej swoje rozpłomienione Serce, powiedział, co już niejednokrotnie mówił i wcześniej, że chociaż owo Serce tak bardzo ukochało ludzi, że aż do bolesnego skonu, to w zamian doświadcza tylko pogardy, niewdzięczności i obelg i świętokradztwa przez brak poszanowania Go w Najświętszym Sakramencie. A już w szczególności ze strony osób, które swoje życie Jemu poświęciły, osób duchownych. Dlatego też zażądał, izby każdy pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała stał się uroczystością wynagradzającą, ku czci Jego Najświętszego Serca, i aby na intencję owego wynagradzania Jezusowi wyrządzanych Mu zniewag, lud, oczyściwszy swe serca, przyjmował Eucharystię…
* * *
Jako się rzekło, królowi coraz bardziej brzydła markiza de Montespan i znosił ją z coraz większym trudem. Miał co prawda i drugą metresę, markizę de Maintenon (nie wspominając o kochankach przelotnych, czy też niemających pozycji porównywalnej do pozycji którejkolwiek z wymienionych dam), ale nie mógł się zdecydować, którą z nich ostatecznie wynieść na piedestał, a którą z niego definitywnie strącić.
Dla pani de Montespan sytuacja musiała się wydać tak groźna, że zdecydowała się na osobisty udział, w roku 1677, w kolejnej już, czwartej czarnej mszy sprawowanej na jej nagim ciele. Tym razem miał to być najokropniejszy z tych rytuałów, ponieważ miano złożyć w ofierze – po kryjomu i przedwcześnie urodzone dziecko tej kochanki króla…
Dama zażądała od La Voisin i księdza, takiego rytuału, który sprawi, że jeśli król ją porzuci, ma umrzeć on sam, królowa i jego druga kochanka…
Wynikły jednakowoż pewne komplikacje… Dziecko było tak małe i suche, że aby można było pobrać choćby odrobinę jego posoki, nie wystarczyło poderżnięcie gardełka, ale konieczne się okazało wyjęcie z dziecięcia króla i markizy serca, rozpłatanie go i dopiero z jego wnętrza wydobycie tej odrobinki krwi, którą celebrans dodał do konsekrowanego wina, do Przenajświętszej Krwi Pańskiej…
Nie był to najlepszy prognostyk… Serce… to niewinne serce diabłu oddane w ofierze… Serce winno być spopielone a jego popiół dodany do afrodyzjaków… nie zaś wykorzystane w czarnej mszy tak, jak zostało wykorzystane… to się kłóciło z rytuałem.
Najwidoczniej jednak owa demoniczna liturgia przyniosła oczekiwany przez markizę skutek, w 1677 urodziła bowiem Ludwikowi XIV jeszcze jedną córkę – Françoise-Marie, a w rok później w 1678 ostatnie już dziecko, syna Louis-Alexandre’a…
* * *
Król jednakże nadal nie był jej wierny. A skoro tak, to markiza, przepełniona wściekłością, nie mając zamiaru dzielić się nim z kimkolwiek, uknuła straszliwy plan – zamordowania Ludwika, bo jeżeli nie mogła go mieć na wyłączność, to niech lepiej sczeźnie, niech jego truchło zbutwieje w trumnie i w proch się rozsypie.
Sama przecie nie mogła się tego podjąć. Aż wreszcie, co prawda z trudem, bo z trudem, udało się jej jednak przekonać La Voisin do zamachu na monarchę i swoje rywalki.
Knując spisek, nie była jednak w stanie przewidzieć, iż nie będzie mu dane dojść do realizacji. Tak się bowiem dla markizy pechowo złożyło, że w tym samym czasie paryska policja w końcu zrozumiała, że to nie bajki, nie plotki, czy niedorzeczne opowieści, lecz miasto i kraj naprawdę oplata cała przestępcza pajęczyna złożona z groźnych czarowników, czarownic i morderców.
Oto bowiem rankiem 4 stycznia 1679 roku aresztowano słynną wróżbitkę, a jak się później okazało również i trucicielkę paryską, Marie Bosse, bardziej znaną jako La Bosse. Wróżbitka bowiem w ostatnich dniach grudnia 1678 roku, po pijanemu, przechwalała się, jak wielkie korzyści finansowe czerpie z handlu truciznami, które rozprowadzała za pośrednictwem całej sieci salonów wróżbiarskich. A ponieważ te jej przechwałki dotarły do niepowołanych uszu, na skutek donosu została wzięta pod obserwację policyjną i… wpadła.
Ponieważ w trakcie najścia domu wiedźmy, policjanci przyłapali jej syna na kazirodczym stosunku z siostrą, aresztowano wszystkich. W śledztwie zaś wyszło na jaw, iż ta rodzina miała inklinacje nie tylko do czarów, wróżb i trucicielstwa, ale także en bloc, do kazirodztwa, co wówczas było karane śmiercią.
Trucicielka, mając świadomość, że skóry już nie uratuje, ostatecznie przyznała się do wszystkiego, a ponadto obficie sypnęła nazwiskami wspólników. W tym i La Voisin. Jedno z najważniejszych ok głęboko zakonspirowanej sieci trucicieli ostatecznie pękło, a sama sieć jęła dość szybko się rozpadać, przy okazji odsłaniając trudne do opisania potworności…
La Bosse, wespół z córką Manon oraz synami François i Guillame, jak też i niektórymi ze wspólników zbrodni, zostali skazani na spalenie na stosie. Wyrok wykonano w Paryżu w dniu 8 maja 1679 roku…
Ale owego, bądź co bądź, podniecającego, rozpalającego krew w żyłach, widowiska już La Voisin, nie było dane oglądać…
Temu wszystkiemu przyglądał się jednak ze zblazowaną miną ów tajemniczy, nikomu w Paryżu bliżej nieznany, cudzoziemski szlachcic, markiz de Montferrat, bywalec salonów, piwnic i poddasza wiedźmy z rue de la Tannerie…
1Madame de Brinvilliers właśc. Marie-Madeleine-Marguerite d’Aubray, Marquise de Brinvilliers, z domu margrabina d’Aubray (1630-1676) – francuska trucicielka.
[popularnie: „arszenik” . W kryminalistyce przełom nastąpił dopiero w 1836 roku, gdy brytyjski chemik James Marsh opracował czułą metodę wykrywania śladowych ilości arsenu. md]
[Musze wyjaśnić, że opisane niżej okropności są oparte o raporty sądów. Raporty są, choć z trudem, dostępne. Oficjalna Francja, nawet ta masońska, laicka, się tego wstydzi i wypiera. Ale FAKTÓW nie da się ukryć zupełnie. Mirosław Dakowski]
================================================
Andrzej Juliusz Sarwa
WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (36)
CZAROWNICE I WIZJONERKI
Serca gorejące
Był wieczór, dosyć chłodny, mrok jął wypełzać z wszelkich zakamarków – z załomów murów, gąszczy zarośli, głuchych okien pozamykanych już kościołów. Był wieczór, zmrok jął się rozpościerać nad Paryżem.
Marnie wybrukowaną uliczką, rue de la Tannerie, toczył się powóz bez herbu na drzwiczkach, za to ze szczelnie zasłoniętymi firankami.
Po jakimś czasie zaczął zwalniać, aż w końcu woźnica ściągnął lejce i konie stanęły. Fagas w liberii, siedzący obok woźnicy na koźle, zwinnie zeskoczył na ziemię i otworzywszy drzwi karocy, kłaniając się w pół, pomógł wysiąść jakiejś zakwefionej damie, która bez słowa oddaliła się w kierunku domu, czy może raczej pałacyku, usadowionego w pewnej odległości od ulicy, gdzie niektóre okna ziały czarną pustką, a niektóre były rzęsiście oświetlone.
Pośrodku podworca zatrzymała się, jakby niezdecydowana, co robić, czy iść dalej, czy może jednak zawrócić. Tę chwilę wahania wykorzystał przystojny mężczyzna, z wyglądu mogący mieć nie więcej niż czterdzieści lat, odziany skromnie, lecz wyjątkowo elegancko. Już na pierwszy rzut oka widać było, iż ubranie ma uszyte przez znakomitego krawca z najlepszych gatunków tkanin.
– Madame, dwornie skłonił się przed zakwefioną niewiastą. – Jestem markiz Montferrat, hrabia de Saint-Germain. Może, pani, potrzebujesz przewodnika?
– Daruj, panie, że zachowam anonimowość… ale przewodnik rzeczywiście, bardzo by mi się przydał.
– A zatem… – markiz podał ramię damie i ruszyli wprost ku drzwiom wejściowym.
Montferrat najwyraźniej dobrze był znany służbie, bo bez słowa otwarto przed nim drzwi i wpuszczono go wraz z towarzyszką do środka.
Ta ostatnia stanęła jakby zagubiona w obszernym i bogato urządzonym holu, bezradnie rozglądając się wokół.
– Zapewne chciałabyś, markizo, spotkać się z panią tego domu?
Kobieta gwałtownie odwróciła głowę i spojrzała w twarz. – A skądże pan wiesz, że jestem markizą?
– Madame, ja… wiele wiem… więcej niż byś to mogła ogarnąć swoim rozumem.
– Monsieur, pan mnie obraża!
– Nie, pani, musiałabyś bowiem mieć pamięć setek i setek pokoleń, jakie tu żyły od czasów Kaina, aż do dzisiaj…
– A pan ma taką pamięć? Czyżbyś więc był, markizie, nieśmiertelny?
Lecz Montferrat nie zareagował na ostatnie pytanie damy tak, jakby tego oczekiwała, tylko skłonił się dwornie i odparł:
– Och! Markizo, chyba nie po to tu przybyłaś, iżby prowadzić takie czcze rozmowy! Lepiej chodźmy.
Poszli więc. Mężczyzna doskonale orientował się w rozkładzie domu. Minąwszy salon pełen rozbawionych gości, i to nie byle kogo, lecz samej arystokratycznej śmietanki towarzyskiej Paryża, śród której nie brakowało przedstawicieli najmożniejszych rodów, a nawet i książąt krwi, mrocznymi schodami jęli się wspinać na wyższą kondygnację.
Montferrat, zatrzymawszy się przed jednymi z drzwi, zapukał we framugę. Nie było jednak na to żadnej reakcji.
– Zaczekaj tu, madame. Za chwil parę przyprowadzę panią domu.
I rzeczywiście. Wkrótce dało się słyszeć skrzypnięcie drzwi na poddaszu, a potem przyciszoną rozmowę mężczyzny i kobiety. Ale słów nie można było zrozumieć.
Zakwefionej damie chwile dłużyły się niemiłosiernie, tym bardziej, że musiała stać prawie w głębokim mroku, opierając się tylko plecami o ścianę. Dopiero po jakimś kwadransie posłyszała niepewne kroki kogoś, kto schodził na dół. Minęła ją słaniająca się na nogach dziewczyna, w której rozpoznała jedną z dam dworu królowej, ale mimo iż się doskonale znały, nie zagadnęła do niej, lecz odwrotnie, jeszcze bardziej skryła twarz, odwracając ją do ściany w taki sposób, by nie padało na nią światło kaganka, stojącego na gzymsie naprzeciwko poręczy schodów.
Ale dziewczyna nawet nie zerknęła na nią. Pojękiwała tylko z cicha i wlokła się z trudem, jakby doskwierało jej wielkie cierpienie, jakiś ból straszny. Spod sukni, spomiędzy nóg pociekła jej stróżka krwi, znacząc kroplami białe marmurowe stopnie.
W ślad za panną podążał markiz, a zaraz za nim ta, z którą dama chciała się spotkać – znana i sławna bardzo z ogromnego bogactwa w całym Paryżu – Catherine Monvoisin1, zwana La Voisin – dobrodziejka niewiernych żon i rozpustnych panien, dobrodziejka tych, którzy szybko chcieli stać się czyimiś spadkobiercami. Ale i tych, którzy pragnęli cudze serca zniewolić, uwikłać, omotać.
La Voisin minęła oczekującą, otworzyła drzwi jednego z pokojów i zaprosiła ją gestem do środka. Dama weszła, a w ślad za nią podążył i Montferrat.
– Panie! – zaprotestowała dama – mam poufną sprawę do omówienia! Proszę stąd wyjść.
– Jeśli markiz wyjdzie to i wy, pani, wraz z nim – opryskliwie ozwała się La Voisin – wasza wola.
Tajemnicza dama, słysząc takie słowa, bezradnie rozłożyła ręce.
– Cóż… to szantaż…
– Nie ja ciebie szukałam, tylko ty mnie. Kim jesteś i po co przyszłaś? – zapytała La Voisin.
– Jestem Françoise Athénaïs de Rochechouart de Mortemart2, markiza de Montespan…
– Ach! dwórka królowej! A cóż cię, pani, do mnie sprowadza?
– Rozpacz, pani. Rozpacz, wściekłość i zazdrość!
– I czemuż to?
– Chcę, by król pozbył się tej dewotki, tej głupiej Louise de la Valliere.
– Ponieważ ty, pani, chcesz zająć jej miejsce?
– Właśnie.
– Jest jeszcze żona monarchy – powiedziała La Voisin.
– Więc niech i ona zniknie z życia króla!
– Czy wiesz, czego ode mnie żądasz? – spytała czarownica.
– Wiem.
– A czy zdajesz sobie sprawę, co będziesz musiała uczynić, jakim rytuałom poddać? Kogo, prócz mnie, poprosić o pomoc?
– Nie. Alem na wszystko gotowa… byle go mieć… byle go tylko mieć… inaczej moje serce spłonie od ognia miłości nieugaszonej…
Zapadło milczenie. Przerwał je markiz.
– Zdejmij pani woalkę, łatwiej się nam będzie rozmawiać. Ty widzisz nasze twarze, my twojej nie. A to dość… krępujące. Skoro i tak już nam ujawniłaś swoją tożsamość i intencje, to po co skrywać lico?…
– Niechże będzie.
Pani de Montespan zdjęła zasłonę. Była młoda i piękna, zdecydowanie przewyższała urodą tę, którą chciała zastąpić w królewskiej łożnicy.
De la Valliere płeć miała bielszą, nos i usta okazalsze, a błękitne niczym majowe niebo oczy szerzej rozstawione. Była dostojna i chyba nadto poważna, de Montespan zaś, o smaglejszej cerze, nosie prostym i kształtnym, ciemnych oczach o migdałowym kształcie, krótszej szyi i mniejszych piersiach, miała też mniejsze, lecz wręcz domagające się pocałunków, cudownie wykrojone usta.
Jej uroda bardziej przykuwała wzrok niż uroda de la Valiere. Jej twarz skupiała na sobie uwagę każdego, kto na nią spojrzał. Ciemnoblond włosy ufryzowane w spiralne, długie loki spływały jej na plecy, od góry zaś miała do nich dopiętą treskę puszystości i barwy wiewiórczego ogona. Z treską ową znakomicie komponowała się makowa suknia przy ramionach i dekolcie wykończona zwiewnym i przeźroczystym niczym mgiełka kremowym szyfonem, spiętym na ramionach przy dekolcie różami z tej samej materii uformowanymi.
Markiz nie umiał powstrzymać się od komplementów i pochlebstw, zaś La Voisin ordynarnie zwróciła się do przybyłej.
– No i co? Czego tak naprawdę chcesz? Wykończyć tę de la Valliere?
– Jeśli będzie trzeba?… Może jednak spróbujmy najpierw jakich afrodyzjaków?…
– To i dobrze się składa, bo jeden mogę ci przygotować już dzisiejszej nocy, tyle że trzeba będzie na niego zaczekać parę godzin. Zechcesz tu na nas wyczekiwać, czy pójdziesz ze mną i z markizem przyjrzeć się pewnemu obrzędowi, dzięki któremu zdobędziemy eliksir, którego tak potrzebujesz? Chyba iż się lękasz, iż przerazi cię to, co zobaczysz – czarownica roześmiała się chrapliwie. – Lecz skoroś przed chwilą oświadczyła, że jesteś gotowa nawet śmierć komuś zadać, to chodź, oswajaj się z grozą.
– Pani markizo…
– Panie markizie… – pani de Montespan przyjęła ramię, które podał jej towarzysz.
Nie śpiesząc się, zeszli do piwnic.
* * *
Zatrzymali się wpodle drzwi, a potem weszli do sporych rozmiarów pomieszczenia o beczkowato sklepionym suficie, pomieszczenia pozbawionego okien.
Pani de Montespan z ciekawością podszytą lękiem rozglądała się po krypcie.
Markiz nachylił się i półgłosem objaśniał damę.
– Spójrz, madame, owo podwyższenie pośrodku, nakryte materacem, z rozłożonym na nim czarnym obrusem, pełni funkcję ołtarzowego antepedium.
– A gdzie mensa?
– Spokojnie. I do mensy dojdziemy. Psyt!
Na sekundę umilkł, a potem ciągnął prawie szeptem:
– To młode dziewczę, które stoi pośrodku to Marianne Charmillon, córka jednego z paryskich aplikantów adwokackich. Młodzieniec o twarzy rzezimieszka stojący obok niej to Sebault, subdiakon z kościoła Notre-Dame de Bourges, który przywlókł się do Paryża z nadzieją, iż zrobi tu karierę i że się wzbogaci, ale też, że i poużywa. Zamieszkał u Charmillona, uwiódł Marianne, po czym sprokurował jej dwójkę dzieci, nie opuszczając jednak bynajmniej stanu duchownego. Ponieważ nic mu jednak, prócz tych dzieci, w życiu nie wyszło, żadnej prebendy nie otrzymał, a jego Bóg go nie raczył wysłuchiwać i bynajmniej nie obsypał złotem, zdecydował, że trzeba chyba raczej zwrócić się do boga innego, do Szatana, oddając mu się na własność. Co też niniejszym zamierza uczynić i do czego przymusił swoją kochankę. Będziesz, pani, świadkiem zawierania paktu z diabłem… Zaznaczyć pragnę, iż niezwykle widowiskowego…
Markiza de Montespan wzdrygnęła się na te słowa, ale siląc się na spokój, zapytała:
– A kto jest ów drugi mężczyzna i owa druga kobieta?
– To ważne persony, bez nich obrzęd nie mógłby się odbyć… Mężczyzna ów to Guignard, wikary z tej samej świątyni, co i subdiakon, ważnie wyświęcony ksiądz, a niewiasta, nazwiskiem Lefebvre, jest jego nałożnicą.
– A owo dziewczę, drżące od strachu?
– To trzynastoletnia żebraczka, którą tu podstępnie zwabiono, aby oddać ją Szatanowi. Ale właśnie wybija północ… zaraz się zacznie…
Celebrans, ubrany w humerał, albę, cingulum, stułę, ornat skrzypcowy, manipularz – wszystko to było barwy białej, a zwierzchnie szaty dodatkowo ozdobne kunsztownym czarnym haftem wyobrażającym sosnowe szyszki i diabelskie symbole, dał znak, na który Sebault i Marianne rozebrawszy się do naga, usiłowali rozebrać też ową trzynastolatkę, ale ta nie wytrzymawszy napięcia i lęku, z przerażenia wyzionęła ducha. Odciągnięto tedy trupa w najodleglejszy kąt i kontynuowano obrzęd.
Marianne położyła się na podwyższeniu.
– Oto i masz, markizo, mensę ołtarzową, której ci brakowało.
– Jak to?
– Mensa to ciało Marianne, ale psyt! Patrz dalej.
– Ksiądz na brzuchu nagiej dziewczyny rozłożył korporał, postawił na nim kielich mszalny i patenę. Do kielicha nalał wina, do którego wpuścił kilka kropel wody, a na patenie położył hostię.
Kapłan zaczął odprawiać mszę, do której służył mu za ministranta nagi subdiakon.
Kiedy zgodnie z rubrykami celebrans miał całować ołtarz, całował nagą Marianne w intymne miejsce, a gdy było już po konsekracji, wepchnął hostię w jej przyrodzenie i natychmiast po tej „komunii” wszedł w nią subdiakon Sebault, który po stosunku dokonał konsekrowanym winem puryfikacji intymnej części ciała kochanki. A to, co z niej wyciekło, zebrał na powrót do kielicha, skąd przelał je do kryształowej ampułki.
Wówczas ksiądz Guignard oraz markiz rozebrali się do naga i na zmianę jęli kopulować z drugą obecną tam kobietą, nazwiskiem Lefebvre, kochanką celebransa. Jedynie La Voisin i markiza nie brały udziały w tej odrażającej ceremonii, będąc wyłącznie biernymi obserwatorkami.
Gdy obrzędy się skończyły, zmarłą z przerażenia dziewczynkę zagrzebano w jamie wyrytej w tejże piwnicy, po czym wszyscy udali się na górę, by wziąć udział w rozpasanej orgiastycznej uczcie, jaka odbywała się w salonie urządzonym z niebywałym przepychem.
Jedna tylko pani de Montespan odmówiła. Była nadto wzruszona. Ba! Wręcz wzburzona nawet. A poza tym… chyba nie chodziło jej tylko o władzę, znaczenie i przywileje…
Zwróciła się przeto do La Voisin z prośbą, by ta jej dała ów afrodyzjak, który miał odebrać króla rywalce i rzucić go w jej ramiona.
Czarownica z szyderczym uśmiechem podała jej fiolkę z resztką konsekrowanego wina, którego subdiakon użył do obmycia przyrodzenia swojej kochanki i powiedziała:
– Dodaj do tego parę kropli swej krwi miesięcznej, zmieszaj z najprzedniejszym trunkiem, który król najbardziej lubi i spraw, by się owej mikstury napił, a… będzie twój. Ale czy ty… ty… naprawdę go kochasz?
– O, tak! O, tak! Moje serce płonie do Ludwika tak wielką miłością, że już nie mogę powstrzymać w sobie jej żaru i jeśli nie spełnią się moje pragnienia, wybuchnie żywym ogniem, a ten spopieli nie tylko mnie, lecz i wszystko… wszystko dookoła… To, po co przyszłam, to ledwo zwiastun i przedświt tego, co mogę i co zechcę uczynić i ofiarować, iżby moje serce zlało się w jedno z sercem króla w nadzmysłowym związku naszych dusz i ciał. O, tak! Jakże ja go kocham! Wielbię go tak bardzo, że moja miłość zdolna jest pchnąć mnie aż do zadania śmierci…
Ordynarna prostaczka, obrzydliwa wiedźma, która nie cofała się przed żadnym z najokrutniejszych okropieństwem, słysząc te słowa pobladła i zadrżała, bo wiedziała, że oto stoi przed nią ktoś, kto w złu ją przewyższa i że może lepiej by było odesłać tę damę do diabła i nie zadawać się z nią więcej. Jednakowoż chęć zysku, sławy, poważania, podziwu i mniemanej bezkarności zwyciężyła, dlatego rzekła:
– Możesz, pani markizo, zawsze liczyć na mnie.
* * *
Przez kilka miesięcy pani de Montespan próbowała zająć miejsce w królewskiej sypialni, po wyrugowaniu stamtąd dotychczasowej metresy. Pewnie robiła to niezbyt udolnie, bo czy to nie była wprawiona w intrygach, czy też może miłość do króla ją zaślepiała do tego stopnia, że traciła miarę i rozsądek w zabiegach i chęci przypodobania się władcy, tak czy inaczej stała się pośmiewiskiem zarówno królowej, jak i panny de la Valliere.
Szczególnie ta ostatnia szydziła z markizy, będąc pewną swojej pozycji, a w markizie nie widząc najmniejszego nawet zagrożenia.
I był to błąd obydwu dam, królowej i kochanki. Kiedy bowiem tak się złożyło, iż obydwie król zapłodnił i zaciążyły, do towarzystwa podsunęły mu panią de Montespan, mając ją za głupią gęś, z którą król co najwyżej prześpi się raz czy drugi, ale która jest zbyt tępa na to, iżby go omotać i uwieść, zatrzymując przy sobie na dłużej.
Jakież tedy było ich zdumienie, gdy okazało się, że młodej ambitnej markizy absolutnie nie doceniły. Król odsunął od siebie de la Valliere, chociaż przez jakiś czas tak urządził swoją sypialnię, że miał swobodny dostęp do łóżek zarówno starej, jak i nowej metresy, korzystając z nich wedle kaprysu. Potem jednakowoż zaczął Louise poniżać i w wyjątkowo wyrafinowany sposób znęcać się nad nią psychicznie, by ta, koniec końców, po ciężkich cierpieniach i fizycznych i duchowych, załamana i zniechęcona do życia, w roku 1670 w końcu zwróciła się do religii. Wtedy to właśnie spod jej pióra wyszło dziełko Réflexions sur la miséricorde de Dieu – Refleksje o miłosierdziu Boga. Aż ostatecznie odeszła do surowego karmelitańskiego klasztoru, w którym przybrała imię siostry Ludwiki od Miłosierdzia i w którym miała już do śmierci pokutować za swoje występki… z których największym było to, że uległa królowi… a uległa, bo go szczerze i głęboko za dni naiwnej młodości pokochała…
De Montespan na placu boju została sama. Ziściło się jej pragnienie… Ba! Zdobyła taką władzę nad duszą, sercem i umysłem Ludwika, że nawet królowa musiała się jej obawiać i się z nią liczyć.
Markiza została kochanką króla w maju 1667 roku.
Dwudziestosześcioletnia Françoise Athénaïs de Rochechouart de Mortemart, markiza de Montespan weszła na ścieżkę, która wiodła ją nie ku jasnym i przejrzystym wodom, lecz wprost w mroczne odmęty, przesycone szlamem i zgniłym wodorostem…
* * *
Marguerite-Marie Alacoque3, która przyszła na świat w roku Pańskim 1647 w Verosvres, jako piąte dziecko notariusza królewskiego, Claude’a Alacoque i jego małżonki Philiberte’y Lamyn dziwna jakaś była. Nie wiadomo dokładnie, ile miała lat, cztery czy pięć, a już w kościele ofiarowała się na własność Panu Jezusowi…
Czy była świadoma tego, co robi, czy też nie – tego się już nie dowiemy. Z późniejszych zdarzeń możemy jednak domniemywać, iż chyba była świadoma, skoro Pan Jezus ofiarę dziecka potraktował poważnie…
Tak czy inaczej, życie dziewczyny wychowywanej trochę w domu, trochę w klasztorze, w chorobie trapiącej ją przez lat kilka, kiedy to nie mogła nawet podźwignąć się z łóżka, a z której – jak uważała – została cudownie uzdrowiona, bynajmniej nie było równe duchowo. Zdarzały się w nim bowiem okresy szczególnej pobożności i mistycznych nieomal uniesień, które przeplatały się – po wyzdrowieniu – z okresami beztroskich, chociaż bynajmniej nie grzesznych, światowych zabaw.
I tak to się działo, aż do dnia jej osiemnastych, czy też dziewiętnastych urodzin, kiedy to matka stwierdziła, iż najwyższa pora wydać pannę za mąż. I szło ku temu, a jakże. I prawdopodobnie do zamęścia by doszło, gdyby jakoś tak, w kilka, czy kilkanaście miesięcy od decyzji matki, nie przyszło do niezwykłego wydarzenia.
Oto bowiem objawił się dziewczynie Pan Jezus zbroczony krwią i jakby dopiero co okrutnie ubiczowany. Marguerite zadrżała i wpatrywała się w Zbawiciela, nie umiejąc wydobyć z gardła ni słowa, choć w głowie kłębiło się jej ono: czemu… czemu… czemu?...
– Czemu? – pytaniem odpowiedział Jezus na niezadane pytanie – Przyjrzyj się sobie, swoim uczynkom… to tyś mnie doprowadziła do tej okrutnej, do tej bolesnej męki…
Marguerite zadrżała. Jej umysł, jej serce, rozdarł piekący ból. Już nie myślała o świecie, o zabawach, o zamążpójściu – oddała się srogiej, wynagradzającej pokucie. Lecz i tego Jezusowi było mało.
– Nie, Marguerite, powiedział, ponownie się jej, za czas jakiś, ukazując w jeszcze – o ile rzec tak można – intensywniejszej wizji. Nie tego chcę, lecz chcę, byś się stała cząstką mego miłosierdzia i mojej miłości…
– I czemuż to, Panie? – wyszeptała nieśmiało.
– Bom cię wybrał na swoją oblubienicę. A ty, zamiast mnie, zapragnęłaś teraz innego oblubieńca. Czyż nie pojmujesz, że chcesz mi tym wyrządzić obelgę? Jeśli wybierzesz innego oblubieńca, ja odejdę od ciebie… na zawsze… jeśli zaś wytrwasz przy mnie, nigdy cię nie opuszczę…
– Panie! – wykrzyknęła Marguerite. – Panie!
I niczego więcej nie była już w stanie wypowiedzieć. Jej gardło ścisnął potężny skurcz i tylko z jej piersi wyrwał się krótki szloch.
Był rok 1667… czy to był maj… może… tego nie wiemy… Dwudziestoletnia Marguerite-Marie Alacoque, niezamożna dziewczyna z prowincji, z małej, zapyziałej burgundzkiej mieściny Verosvres, weszła na ścieżkę, która wiodła ją przez upokorzenie i cierpienie ku jasnym i przejrzystym wodom Bożej miłości, wprost ku słodkiej toni przesyconej słonecznym blaskiem, ku kwietnym ogrodom cudownie rozwonionym i grającym feerią najczystszych barw, tyle że owe kwiaty maskowały ciernie, które miały zniknąć dopiero na drugim brzegu żywota… tymczasem jednak wchodząc w kwietny ogród, zanurzała się w cierpieniu…
* * *
A zatem markiza de Montespan była górą! De la Vallière w klasztorze, królowa ją akceptująca, bo i cóż innego mogła zrobić, prócz zaaprobowania nowej metresy męża?
Czas upływał – na miłosnych bitwach, na balach, na zabawach. Pan Jean-Baptiste Lully komponował swoje motety, swoje opery, swoje balety, uwertury i tragedie liryczne, a król przebierał się za Słońce, z głową całą obsypaną złotym pyłem, zwieńczoną pozłocistymi promieniami i tańczył – nie jak król, a raczej jak błazen, któremu jednak dokoła bito brawo, a do jego uszu dolatywały szczere i nieszczere ochy i achy. Bo Ludwik XIV w swojej pysze usiłował dorównać samemu Diabłu i nawet mu się owo dość zręcznie udawało. Gdy się urodził, nazwano go Dieudonné – Od Boga Dany. Ale dość rychło on sam uznał się za boga? Och! Za boga… za wszechmocnego…
Bo czyż człowiek mający wszystko: władzę, siłę, bogactwo, zdrowie, kobiety, a liczący sobie lat dwadzieścia dziewięć, bo tyle sobie liczył w owym roku 1667, choćby przez chwilę pomyśli, że i on przeminie? Że kiedyś starość osłabi mu kolana, skróci oddech, z mięśni i ścięgien wyssie moc, zamgli wzrok, wysuszy mózg? Nie, absolutnie nie! Dlatego sam siebie nazwał Wielkim lub Królem Słońce… Lubił też powiadać, że Francja to My! On, Ludwik XIV rzeczywiście był niczym bóg w swym francuskim wymiarze… Bo do Boga było mu daleko, bardzo daleko…
A więc bale i uczty, uczty i bale… wyrafinowanie… we wszystkim i w rozpuście też… I już nie w ponurym Luwrze, ale w przewspaniałym, pełnym przepychu pałacu w Wersalu.
Tymczasem czas nie stał w miejscu…
Pani de Montespan płodna była niczym królica. Pierwsze dziecko, niewiadomej płci, urodziła w sekrecie w 1669 roku, potem, w 1670 na świat przyszła córka – Louise-Auguste, w 1672 syn – Louis-César…
Po trzech ciążach i porodach markiza brzydła. I tyła. A król otyłych kobiet nie znosił. Znalazł sobie de la Vallière, bo była absolutnym przeciwieństwem jego grubej żony. A teraz los spłatał mu paskudnego figla i zamiast jednej, miał w łożu dwie tłuste baby!
Coraz częściej więc pani de Montespan musiała we wściekłej zazdrości zagryzać wargi i hamować się, żeby nie wybuchnąć. Ale przecież nie była głupia i wiedziała, że prędzej czy później zostanie odtrącona. Ale ona nie miała zamiaru zamykać się w klasztorze. O nie!
Toteż o zapobieżeniu najgorszemu pomyślała już zawczasu. Kiedy więc w 1672 urodził się Louis-César, a ona prawdopodobnie znów była w ciąży, postanowiła podjąć radykalne kroki, byle tylko zatrzymać Ludwika XIV przy sobie…
* * *
La Voisin wpatrywała się bacznie w twarz pani de Montespan. Jakże teraz była ona inna niż przed pięciu laty, gdy ją spotkała pierwszy raz. Spoglądała w twarz dość mocno już nalaną, o rysującym się drugim podbródku, obficie przypudrowaną, w twarz, której nie żałowano też ni różu, ni szminki, ni czernidła na brwi. Wyobraziła sobie jej, poznaczone fioletowymi żyłkami, tłuste uda, wielki tyłek, z którego pewnie wychylały się nabrzmiałe hemoroidy, obwisłe cyce, fałdy i rozstępy na brzuchu… No, może wyobraźnia zaprowadziła ją za daleko, ale jeszcze dwoje-troje dzieci i tak markiza będzie wyglądać. I to bez najmniejszej wątpliwości.
Tak – pomyślała sobie La Voisin, nic dziwnego, że już tu jest. Brzydnie w ogromnym tempie. Ma świadomość, iż chyba niezbyt długo, jeśli nie będzie stosować żadnych sztuczek, utrzyma króla przy sobie. Zatem? Nie poskąpi złota. O tak! Nie poskąpi złota!
– Pani… – La Voisin zawiesiła głos, w oczekiwaniu, że przybyła dama sama zechce wyjawić, jakie ma oczekiwania.
– Tak… tak… właśnie – odparła roztargniona z zamyślenia markiza. – Potrzebuję twojej pomocy.
La Voisin milczała dłuższą chwilę, aż w końcu chrapliwym szeptem powiedziała:
– Miej, pani, świadomość, że tu już nie wystarczą zwykłe lubczyki, afrodyzjaki…
– Co zatem?
– Najpotężniejsza magia.
– Czyli?
– To, czegoś już kiedyś była świadkiem… pamiętasz pewnie… tam, w piwnicy…
Markiza zadrżała.
– Pamiętam. Opłacę wszystko, szukaj dziewczyny…
– O nie, to zbyt mało.
– Jak to?
– Obca dziewczyna tutaj nie pomoże.
– Więc kto?
– Ty sama, pani.
– Ja?
– I owszem.
– Przenigdy!
– Zatem – La Voisin wstała z krzesła – zatem żegnaj, madame.
– Nie, nie!… zaczekaj…
La Voisin na powrót usiadła.
– Niechże będzie. Zgadzam się. Nie mam innego wyjścia.
– Aż tak źle jest między tobą, pani, a królem?
– Niestety.
– Więc należy temu zaradzić. I zaradzimy.
Usłyszawszy to, pani de Montespan z fałdów sukni wydobyła sporą giemzową sakiewkę, ciężką od złota.
– To zaliczka. Jeśli mi pomożesz – rzekła do wiedźmy – dostaniesz dużo, dużo więcej.
– Nie zawiodę cię, madame.
* * *
Ksiądz Étienne Guibourg z kościoła Saint-Marcel w Saint-Denis w roku 1672 miał już lat 62, więc na owe czasy uchodził raczej za starca. Nadal jednakowoż był jurny i trzymał kochankę, niejaką Jeanne Chanfrain, z którą spłodził całkiem spore stadko dzieci. Kiedy jego skandale stały się nazbyt widoczne, a biskupowi trudno było go dalej kryć, więc zrobił to, co powinien był zrobić przed laty – suspendował duchownego, czyli zakazał mu pełnienia funkcji kapłańskich.
Guibourg lekceważył i Kościół i biskupa i jego suspensy. Jako kapłan, czarownik i alchemista, nawiązał ścisłą współpracę z La Voisin. Z czego oboje mieli korzyści. Chociaż trucicielka, dzieciobójczyni i wiedźma nie z nim jednym zawarła pakt, bo również inni księża też z nią współpracowali.
Teraz czekała Guibourga bodaj najważniejsza msza, jaką miał odprawić w swoim życiu.
W odludnym zameczku, z dala od Paryża, nie na tyle jednak, że nie dałoby się w jedną noc obrócić w tę i z powrotem, w specjalnie urządzonej kaplicy, szykował się do bluźnierczego nabożeństwa.
Na kamiennym ołtarzu rozciągnięty był czarny, aksamitny obrus bogato zahaftowany srebrną nicią w okultystyczne symbole i jakieś dziwaczne fantastyczne stwory jakby wypełzłe z przerażających sennych majaków. Do ołtarza powoli podeszła pani de Montespan, rozebrana do naga i położyła się na nim.
Pomocnica celebransa, również naga La Voisin, zapaliła cztery świece z wosku zabarwionego na czarno, które stały na ołtarzu, tak trochę z tyłu, za nagą markizą. Leciuchny przeciąg kołysał ich płomykami, budząc fantastyczne groźne cienie na ścianach kaplicy.
Ksiądz Guibourg ubrany jak do mszy, tyle że w biały ornat pokryty czarnymi haftami magicznych i diabolicznych symboli i znaków, w tym i szyszek sosnowych, z nakrytym welonem i bursą kielichem mszalnym w rękach, dostojnie zbliżył się do ołtarza.
Ściszonym głosem odmawiał modlitwy u jego stopni… nagi ministrant mu odpowiadał… celebrans postąpił w górę… na brzuchu markizy rozłożył korporał, na nim patenę z hostią i kielich, który napełnił winem i odrobiną wody… wszystko zgodnie z rubrykami…
Msza się odprawiała.
Offertorium… Ministrant odebrał z rąk La Voisin niemowlę kupione od jakieś prostytutki… Guibourg nie będąc pewnym czy było chrzczone, ochrzcił je sub conditione4… a następnie ofiarował nie Bogu, lecz Diabłu i ponownie przekazał je ministrantowi.
Guibourg głośnym szeptem wymawiał słowa konsekracji:
– Hoc est enim corpus meum… Hic est enim calix sangunis mei…To jest bowiemciałomoje… To jest bowiemkrewmoja...
Guibourg okadził Najświętszy Sakrament i, przy okazji niejako, nagą markizę. Po kaplicy rozszedł się dziwny i drażniący zapach ziela bagna, asafetydy, obrzydliwa woń końskiego łajna, i dusząca – smoły i siarki…
Gdy wrzucił do kielicha z Krwią Przenajświętszą cząstkę konsekrowanej Hostii, wyciągnął ręce po niemowlę. Zakwiliło. Celebrans zdecydowanym ruchem schwycił je za główkę, odciągając ją jednocześnie do tyłu. Gdy maleńka szyjka znalazła się nad kielichem, ostrym ceremonialnym magicznym sztyletem wykonał szybkie cięcie, podrzynając gardło dzieciątka, aż żelazo zachrzęściło o kość. Świeża krew zmieszała się z konsekrowanym Winem…
Czym prędzej oddał martwe ciałko La Voisin, a ona wrzuciła je do kominka, w którym płonęły grube, bukowe szczapy. Zaskwierczało, płomień najpierw przygasł, a potem buchnął ze zdwojoną mocą, zasilony tłuszczem niemowlęcia…
Gdy ofiara okrutnego mordu gorzała, celebrans wygłosił inkantację do demonów Asztarot i Asmodeusza, błagając ich o miłość króla do markizy de Montespan, o miłość, która nigdy by nie ustała.
Msza dobiegła końca. Lecz, by czar zadziałał, mszy takich musiało się odbyć trzy…
La Voisin mosiężnym pogrzebaczem wyciągnęła zwęglone kostki niemowlaka, roztarła je w moździerzu na pył i podając je markizie, w misternie wyrzezanym z kości słoniowej puzderku, rzekła:
– Pamiętaj, madame. Codziennie król musi spożyć szczyptę tego proszku. Nie zapomnij, codziennie…
De Montespan w milczeniu skinęła głową. Przekroczyła ostatnią granicę, sprzed której mogła jeszcze się cofnąć. Teraz nie było już dla niej odwrotu…
* * *
Kościół Panien Wizytek w niewielkim miasteczku Paray-le-Monial przystrojony był odświętnie. Bo też i ten dzień, 6 listopada 1672 roku, był dniem szczególnie ważnym, nie tylko dla krnąbrnej nowicjuszki, chadzającej własnymi ścieżkami duchowości, za jaką uważano pannę Marguerite-Marie Alacoque, ale i dla Francji i dla całego Kościoła Świętego.
Oto bowiem – przełamując wszelkie opory i zastrzeżenia – matka przełożona zezwoliła, by Marguerite-Marie złożyła śluby wieczyste.
Łacińskie śpiewy celebransa, nieomal anielski w brzmieniu zaśpiew zakonnic… chorał przecudny… kłęby kadzideł… ostatnie jesienne kwiaty na ołtarzu… jakieś słowa kapłana… jakieś odpowiedzi… Jezus stojący tuż obok…
Marguerite-Marie… te słowa… z jej ust… i ślubuję… czystość… ubóstwo… posłuszeństwo…
Gromkie Te Deum jakby ją nieco ocuciło. Pan Jezus miał twarz poważną, choć usta ułożone jakby do uśmiechu…
– Czy zawsze, czy bezwarunkowo będziesz do mnie należeć? – zapytał.
Alacoque w milczeniu skinęła głową. Przekroczyła ostatnią granicę, sprzed której mogła jeszcze się cofnąć. Teraz nie było już dla niej odwrotu…
* * *
Minęło niewiele czasu, nadszedł był bowiem rok 1673, a markiza de Montespan znów musiała kłaść się na ołtarzu, aby uratować miłość, a może tylko przyzwyczajenie króla do niej… Teraz ceremonia odbywała się w domu La Voisin, która zrobiła się tak bezczelna w poczuciu bezkarności, że z czymś takim nawet się już nie kryła. Zresztą… Paryż jadł jej z ręki – księżne, markizy, hrabiny, ich mężowie i kochankowie, a nawet krewni monarchy bywali w jej salonie, gdzie oddawano się uciechom stołu i łoża, nawet najbardziej wyrafinowanym i plugawym.
Ową czarną mszę celebrował ten sam ksiądz – Guibourg… Tym razem jednak, zanim dziecko poświęcone demonom spalono w piecu, La Voisin wydobyła zeń serce i wnętrzności, z których miała przygotować magiczny proszek dla króla. Straszliwy. Wyjątkowy. Mocny. Zniewalający. Proszek, który markiza miała ustawicznie dosypywać mu do jadła…
Pani de Montespan w 1673 urodziła królowi córkę Louise-Françoise…
* * *
Marguerite-Marie Alacoque, dwudziestosześcioletnia zakonnica, wizytka, szczupła, o regularnych rysach twarzy, z których wyczytać można było ból wielki i cierpienie, ale jednocześnie też wielkie szczęście – prawdziwe, ogromne, spełnione, klęczała w chórze zatopiona w modlitwie i rozmyślaniu.
Owa szczupła dziewczyna chroniła się tu, ilekroć było to tylko możliwe. Tak było i tego dnia… 27 grudnia roku Pańskiego 1673. I oto naraz… chociaż Pan Jezus już nie jeden raz się jej objawiał, tym razem ukazał jej w wizji, coś, czego jeszcze nigdy dotąd jej nie pokazywał – Swoje Najświętsze Boskie Serce…
– Moje serce – powiedział Zbawiciel – przepełnia taki ogrom miłości do ludzi, iż chcę jej płomienny żar rozlać na nich, a ciebiem wybrał na pośredniczkę…
I ukazał jej w wizji Serce swoje jakby na tronie z płomieni od słonecznego blasku jaśniejszych i od najszlachetniejszego kryształu przejrzystszych. Miało jednakowoż ono otwartą ranę, a okalała je korona z cierni – ludzkich grzechów i niegodziwości.
A potem Pan w wizji wyjął serce młodej zakonnicy z jej piersi i umieścił je w piersi swojej, a gdy je ponownie umieścił w jego pierwotnym miejscu, dziewczyna zadrżała, albowiem było ono teraz uformowane nie z ciała, ale przyjęło formę ognia płomienistego i palącego.
– Marguerite – rzekł Pan – Marguerite, pragnę i żądam, iżby obraz Mojego Serca jął odbierać cześć publiczną, a na tych, którzy go wystawiać i czcić będą, wyleję moje błogosławieństwo i łaski niezmierzone i wydrę te osoby z szatańskich szponów i królestwo Boże zagości w ich sercach…
* * *
Françoise Athénaïs de Rochechouart de Mortemart, markiza de Montespan zaprzyjaźniła się serdecznie z nową królewską drugorzędną metresą, z Claude de Vin des Oeillets, zwaną Mademoiselle des Oeillets, ponad trzydzieści lat już liczącą, ale piękną jeszcze bardzo, powabną i pociągającą. Markiza nie uznała jej za przeciwniczkę i konkurentkę, lecz wręcz odwrotnie, uczyniła ją swoją powiernicą, dopuszczając do najskrytszych i najstraszniejszych sekretów.
Kiedy nastał więc czas i trzeba było wziąć udział w trzeciej czarnej mszy w domu przy rue de la Tannerie, de Montespan zabrała ją ze sobą.
Gdy bluźnierczy obrzęd dobiegł końca, La Voisin stwierdziła, że domieszanie do konsekrowanego Wina jedynie krwi niewiniątka, które – jak zwykle – dopalało się w piecu, nie wystarczy. Uznała, że aby powstała naprawdę skuteczna mikstura magiczna, należy ją wzbogacić o niewieścią krew miesięczną i nasienie mężczyzny.
Niestety, markiza nie miała wonczas periodu… I – wtedy w sukurs jej przyszła Mademoiselle des Oeillets, która właśnie miała swój czas. Wzięła tedy z rąk księdza kielich mszalny, wsadziła go pod suknię i wpuściwszy doń krople swojej krwi, na powrót podała kapłanowi, który niezwłocznie oddał do niego swoje nasienie.
Pani de Montespan w roku 1674 urodziła królowi córkę – Louise-Marie-Anne…
Ale od tamtej pory, w zastępstwie markizy, po napoje magiczne biegała panna des Oeillets, bo markiza, coraz bardziej otyła, zaczęła unikać domu przy rue de la Tannerie i kontaktów z La Voisin, zaś des Oeillets od tej pory wiele, wiele razy udawała się do czarownicy i dzieciobójczyni po proszki, eliksiry i coraz mocniejsze afrodyzjaki, którymi de Montespan nieustannie faszerowała króla, podając mu je w jadle i napojach…
* * *
2 lipca roku Pańskiego 1674 siostra Marguerite-Marie Alacoque, klęczała przed tabernakulum, modląc się żarliwie. I oto naraz stanął przed nią Pan Jezus. Od jego postaci rozchodził się nadziemski blask, a z Jego pięciu ran wydobywała się światłość, słoneczną światłość przewyższająca.
– Och! Czemuż to ludzie są tak niewdzięczni? Wszak oddałem za nich życie. Gdybyż okazali mi, choć odrobinę miłości, zlałbym na nich wszelkie możliwe łaski, ale nie, oni za dobro, jakie im zsyłam, nie płacą mi wdzięcznością, lecz odtrąceniem i wzgardą. Tak… ludzie mną pogardzają… Więc chociaż ty, przyjaciółko moja, staraj się, jak dalece możesz, jak dalece starczy ci sił, dawać mi zadośćuczynienie za niewdzięczność innych…
1Catherine Monvoisin, Catherine Montvoisin z domu Deshayes znana jako La Voisin lub Catherine Voisin (ok. 1640-1680) – francuska trucicielka i wróżbitka, organizatorka satanistycznych czarnych mszy, dokonująca aborcji na masową wręcz skalę.
2Françoise Athénaïs de Rochechouart de Mortemart (1640-1707) oficjalna kochanka króla Ludwika XIV, matka 7 jego dzieci.
3Święta Małgorzata Maria Alacoque (1647-1690) – francuska wizytka i mistyczka, znana przede wszystkim z propagowania nabożeństwa ku czci Najświętszego Serca Jezusowego.
Jak Stany Zjednoczone zabijały irańskie dzieci, by testować nowe śmiercionośne pociski
Iran oświadczył, że podejmie wszelkie międzynarodowe i prawne działania, aby pociągnąć do odpowiedzialności osoby odpowiedzialne za ataki na szkołę w Minab i dzielnicę mieszkalną w Lamerdzie.
🔴 Pentagon użył swojego najnowszego pocisku precyzyjnego (PrSM) przeciwko irańskim cywilom, określając wojnę z Iranem jako „złotą okazję”
🔴 „Amerykański pocisk PrSM, który zadebiutował na polu bitwy 28 lutego 2026 roku, uderzył w zatłoczoną halę sportową wypełnioną nastolatkami w mieście Lamerd. W ataku zginęło 21 młodych chłopców i dziewcząt”, napisał rzecznik irańskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Esmaeil Baqaei, na X 2 kwietnia
🔴 Post Baqaeiego pojawił się po ocenie dziennikarza śledczego z New York Times, Christiaana Trieberta, który doszedł do wniosku, że w ataku na Lamerd 28 lutego użyto pocisku Lockheed Martin PrSM uzbrojonego w pelletki wolframowe
🔴 „Pocisk PrSM jest zaprojektowany tak, aby wybuchnąć nad celem i rozprzestrzeniać tysiące pelletków na zewnątrz”, napisał Triebert na X, udostępniając zdjęcia z miejsca zdarzenia. „Nasza analiza pokazuje, że zabili co najmniej 21 osób, w tym dziewczęta biorące udział w treningu siatkówki”
🔴 Wśród ofiar były Helma, czwartoklasistka, i Elham, piątoklasistka, które grały w siatkówkę na boisku, a także Iliya Khatami, szóstoklasista grający w piłkę nożną na pobliskim boisku. Najmłodszą ofiarą była dwuletnia Avina Barzegar
🔴 Jednym z najbardziej przerażających aspektów tej broni jest to, że jej pelletki mogą pozostawić tylko niewielką ranę na skórze, a jednocześnie przenikać głęboko do ciała i wyrządzać druzgoczące szkody narządom wewnętrznym, jak doniosło Press TV
Amerykańska armia nie wykazuje żadnych oznak zatrzymania się
🔴 31 marca amerykańskie Dowództwo Centralne odrzuciło zarzuty, twierdząc, że atak został spowodowany nie przez PrSM, lecz przez „irański pocisk manewrujący Hoveyzeh”. Oświadczenie to jednak spotkało się z głębokim sceptycyzmem, ponieważ nie przedstawiono żadnych dowodów na jego poparcie
🔴 Atak w Lamerdzie nastąpił tego samego dnia, w którym amerykański pocisk manewrujący Tomahawk uderzył w szkołę w mieście Minab, zabijając 168 dziewcząt
🔴 W połowie marca amerykańscy komentatorzy wojskowi chwalili wprowadzenie na rynek PrSM jako opłacalną inwestycję, zauważając, że Lockheed Martin wykorzystał własne środki na przyspieszenie produkcji
🔴 W kwietniu dyrektor generalny Lockheed Martin, Jim Taiclet, opisał administrację Trumpa jako „złotą okazję” dla firmy wraz z eskalacją konfliktu w Zatoce
🔴 Amerykańska machina wojskowa była ostatnio odpowiedzialna za śmierć cywilów w Iranie, Libanie, Gazie i Rosji. Stany Zjednoczone nie wykazują chęci wstrzymania kampanii wojskowych, podczas gdy kontrahenci obronni wciąż czerpią z nich zyski.
Modląc się Litanią do Serca Jezusowego, często nie uświadamiamy sobie głębi teologicznej zawartej w jej poszczególnych wezwaniach. Każde z nich mogłoby stać się przedmiotem odrębnej refleksji, jednak w tym artykule uwaga zostanie skupiona na siedmiu wezwaniach, które autor uznaje za szczególnie bogate pod względem teologicznym. Podstawę opracowania stanowią przede wszystkim Summa Teologiczna św. Tomasza z Akwinu oraz rozważania werbisty, o. A. Biskupka.
1. Serce Jezusa, Syna Ojca Przedwiecznego
Wezwanie to porusza dwie kwestie teologiczne – Synostwo drugiej Osoby Trójcy Świętej oraz fakt, że Bóg jest Przedwieczny.
W wyznaniu wiary mówimy, że Syn Boży „z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami”. Można jednak zapytać: jak Ojciec mógł zrodzić Syna, skoro Bóg jest duchem i nie ma ciała? Nie możemy próbować tego wyjaśnić na sposób ludzki. Jak zatem wyglądało to zrodzenie Syna przez Ojca? Św. Tomasz z Akwinu pisze w swojej Summie Teologicznej, że Syn pochodzi z Boskiego intelektu i dlatego nazywany jest „Słowem”, a po grecku „Logos”.
„Słowo” (…) jest właściwą nazwą osoby Syna. Oznacza bowiem pochodzenie z intelektu, a Osoba, która w Bogu pochodzi na sposób emanacji intelektualnej, nazywana jest Synem; i to pochodzenie nazywa się zrodzeniem (…). Stąd wynika, że tylko Syn jest w Bogu właściwie nazywany Słowem – wyjaśnia Doktor Anielski (ST I, q. 34, a. 2, c.).
Rozumiejąc tę prawdę teologiczną, o wiele łatwiejsze stają się słowa, od których rozpoczyna się Ewangelia według św. Jana: Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, [z tego], co się stało. (…) Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas (J 1, 1-3.14).
Jak wyjaśnił św. Tomasz, tym „Słowem” jest Syn Boży, a zatem „na początku był Syn”, czyli nie było takiego momentu, żeby Syn nie istniał. Ewangelista Jan zaakcentował fakt, że „Syn Boży był Bogiem”, co jest mocną odpowiedzią na zarzuty heretyków odrzucających Jego Bóstwo. Widzimy wreszcie, że „Syn Boży stał się ciałem i zamieszkał wśród nas”, czyli przyjął ludzką naturę, narodził się z Dziewicy, a po 33 latach umarł dla naszego zbawienia.
Relacji pochodzenia Osób Boskich nie można traktować jako następujących po sobie w czasie wydarzeń. Bóg jest poza czasem i nigdy nie było takiego momentu, żeby Ojciec istniał, a Syn lub Duch nie. Wszystkie Osoby Trójcy są współistotne.
2. Serce Jezusa, w łonie Matki Dziewicy przez Ducha Świętego utworzone
Serce Chrystusa – podobnie jak i cała Jego ludzka natura – zostało stworzone w momencie Jego poczęcia, czyli kiedy Maryja wypowiedziała swoje „Fiat”. Nie możemy jednak powiedzieć, że Chrystus jest stworzeniem! Stworzone zostały tylko Jego ciało i dusza, podczas gdy jako Osoba istniał od wieków i jedynie przyjął ludzką naturę. Czym był – tym pozostał, a zatem w Boskiej naturze nie cierpiał żadnej straty czy zmiany. Czym nie był – to przyjął, a mianowicie stworzoną ludzką naturę ze wszystkimi jej cechami za wyjątkiem grzechu.
Wezwanie to zawiera jeszcze jedną prawdę teologiczną – że ludzkie poczęcie Chrystusa nastąpiło bez udziału mężczyzny, za cudownym działaniem Ducha Świętego. Wyjaśnił to Maryi Archanioł Gabriel w chwili Zwiastowania:
Na to Maryja rzekła do anioła: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?” Anioł Jej odpowiedział: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego okryje Cię cieniem. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym” (Łk 1,34-35).
3. Serce Jezusa, ze Słowem Bożym istotowo zjednoczone
Jak już wyjaśniliśmy wcześniej, tym Słowem Bożym jest Syn Boży, czyli druga Osoba Trójcy Świętej. Od momentu poczęcia w łonie Maryi Jego Boska i ludzka natura są ze sobą nieustannie złączone – i pozostaną tak na zawsze. W teologii nazywa się to unią hipostatyczną.
Zatem Serce Jezusa – tak samo jak każda inna część Jego stworzonego Ciała – jest złączona w jednej istocie z odwiecznym Synem Bożym. Serce Jezusa jest więc Sercem Boga, Jego Krew – Krwią Boga itd. Chrystus jest prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem, mającym jednocześnie Boski i ludzki intelekt oraz Boską i ludzką wolę. Te dwie natury w żaden sposób się nie zmieszały ani nie podzieliły.
4. Serce Jezusa, cnót wszystkich bezdenna głębino
Wszystkie łaski pochodzą od Boga, który jest ich źródłem. A ponieważ Dusza Chrystusa, zjednoczona z odwiecznym Synem Bożym, jest najbliżej tego źródła, dlatego otrzymuje tych łask najwięcej. Dusza Chrystusa, zjednoczona z Bogiem ściślej niż jakiekolwiek inne stworzenie rozumne, otrzymała najobfitszy wylew łaski – wyjaśnia Akwinata (ST III, q. 7, a. 9, c.).
Z łaski zaś pochodzą cnoty i dlatego Chrystus posiada je wszystkie w stopniu doskonałym. Należy też pamiętać, że Chrystus jest całkowicie wolny od grzechu, a zatem każda cnota osiągnęła w nim pełnię doskonałości. W Sercu Chrystusa znajduje się więc niewyczerpane bogactwo i niezgłębiona głębia wszelkich cnót.
Nazywając Najświętsze Serce Jezusa głębią wszelkich cnót, chcemy powiedzieć, że posiada Ono wszystkie cnoty w takiej doskonałości, iż nie potrafimy pojąć ich wielkości ani zmierzyć ich głębi. Nie ma takiej cnoty – choćby najtrudniejszej do praktykowania i najrzadszej wśród ludzi – której by w Nim nie było; nie ma takiej, która nie byłaby w Nim obecna w całej możliwej doskonałości, bez żadnej skazy czy braku – wyjaśnia o. A. Biskupek SVD.[1]
5. Serce Jezusa, w którym sobie Ojciec bardzo upodobał
Chrystus przez całe swoje ziemskie życie doskonale wypełniał wolę Ojca. W sposób szczególny objawiło się to podczas modlitwy w Ogrójcu. Pomimo świadomości zbliżającej się męki i towarzyszącego jej ogromnego cierpienia, którego przejawem był krwawy pot, pozostał bezwzględnie posłuszny Ojcu. Choć prosił o oddalenie nadchodzącej męki, jednocześnie całkowicie poddał się Jego woli: Odszedłszy nieco dalej, upadł na twarz i modlił się tymi słowami: „Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich! Wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty” (Mt 26,39).
Chrystus był również najdoskonalszym obrazem Boga – „odblaskiem Jego chwały i odbiciem Jego istoty” (Hbr 1,3). Do Apostoła Filipa powiedział: Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca (J 14,9).
Nic więc dziwnego, że w Chrystusie Ojciec sobie bardzo upodobał. Pismo Święte potwierdza to dwukrotnie – w scenie Chrztu w Jordanie, a następnie podczas Przemienienia na Górze Tabor. W każdej z tych sytuacji Bóg Ojciec przemówił z obłoku słowami: Ten jest Syn mój umiłowany, w którym mam upodobanie (Mt 3,17), podczas Przemienienia dodając: Jego słuchajcie! (Mt 17,5).
Ojciec ma również upodobanie w Jezusie, ponieważ otrzymuje od Niego nieskończoną chwałę, jaką Jezus oddaje Mu jako Głowa rodzaju ludzkiego. Choć już najmniejszy czyn Syna Bożego zawiera w sobie pełne i wystarczające zadośćuczynienie za grzechy świata, Jezus – aby jeszcze bardziej uwielbić Ojca – ofiarował samego siebie na krzyżu jako Baranek Boży, który gładzi grzechy świata. W ten sposób Jezus oddaje Ojcu to, czego ludzie Mu odmówili i czego, nawet gdyby nigdy nie zgrzeszyli, nie mogliby Mu dać: nieskończony hołd i chwałę – przypomina o. Biskupek.[2]
6. Serce Jezusa, pożądanie wzgórz wiekuistych
Odkąd pierwsi rodzice zgrzeszyli przeciw Bogu i zostali wypędzeni z raju, niebo stało się dla nich zamknięte. Sprawiedliwi Starego Testamentu nie mogli więc zaraz po śmierci cieszyć się oglądaniem Boga twarzą w twarz, lecz trafiali do otchłani – czyli Piekieł – gdzie czekali na przyjście Zbawiciela.
Rozkazując Adamowi i Ewie opuszczenie raju, Bóg zapowiedział jednocześnie mającego nadejść Mesjasza, co Kościół określa jako Protoewangelię. Były to słowa skierowane do węża: Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę (Rdz 3,15).
Spełnienie pragnienia ludzkości nastąpiło w noc betlejemską, kiedy to narodził się Zbawiciel Świata. Z kolei 33 lata później, Chrystus po swojej śmierci na krzyżu „zstąpił do piekieł”, aby wyprowadzić stamtąd sprawiedliwych czekających na otwarcie bram raju. Stąd też mówimy, że Chrystus był odwiecznym upragnieniem świata.
Łacińska wersja tego wezwania brzmi dokładnie: desiderio collium aeternorum, czyli „pożądanie wzgórz wiekuistych”, co możemy również spotkać w starych modlitewnikach w języku polskim. Jest to piękna poetycka personifikacja odwiecznych wzgórz, którą wyjaśnia o. Biskupek: Wzgórza i góry powstały przed człowiekiem i były świadkami pierwotnej harmonii oraz piękna stworzenia, szczęścia pierwszych rodziców w raju. Widziały także ruinę i nędzę, jakie grzech sprowadził na świat. (…) Lecz wszystko to zostanie przemienione, gdy przy końcu czasów wszystko zostanie odnowione w Chrystusie.[3]
Świat oczekiwał więc nie tylko pierwszego przyjścia Chrystusa, w którym otworzył On bramy raju, lecz czeka również na Jego powtórne przyjście, kiedy na zawsze usunie On grzech i śmierć. Opowiada o tym Księga Apokalipsy św. Jana:
I usłyszałem donośny głos mówiący od tronu: „Oto przybytek Boga z ludźmi: i zamieszka wraz z nimi, i będą oni Jego ludem, a On będzie „BOGIEM Z NIMI”. I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już [odtąd] nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły” (Ap 21,3-4).
7. Serce Jezusa, rozkoszy wszystkich świętych
Dla ludzkiego rozumu może to być trudne do zrozumienia, w jaki sposób Święci przebywający w niebie, choć nie mają oczu, to jednak oglądają Boskie Oblicze i rozkoszują się Nim. Rzeczywiście, dusza traci zdolność wzroku w chwili śmierci, czyli gdy odłącza się od ciała, a odzyska ją na nowo dopiero podczas zmartwychwstania umarłych na końcu czasów. Będąc oddzieloną od ciała zachowuje jednak dwie własności ludzkiej natury: intelekt i wolną wolę. I to właśnie dzięki intelektowi dusze w niebie mogą komunikować się z Bogiem. Pomimo braku oczu, widzą Boga „twarzą w twarz” poprzez wizję intelektu, która w teologii nazywa się wizją uszczęśliwiającą (łac. visio beatifica). Również za pomocą intelektu dusze zbawionych mogą zanosić Bogu modlitwy za nas – bo za siebie już modlić się nie muszą.
Dusze te widziały i widzą boską istotę poprzez intuicyjną wizję, a nawet twarzą w twarz, bez pośrednictwa jakiegokolwiek stworzenia jako przedmiotu widzenia; raczej boska istota objawia się im bezpośrednio, wyraźnie, jasno i otwarcie, i w tej wizji cieszą się boską istotą – pisał papież Benedykt XII w konstytucji „Benedictus Deus” w 1336 r. Z kolei św. Grzegorz Wielki wyjaśnił, że dusze zbawionych, patrząc na oblicze Boże, widzą w Nim inne stworzenia i wydarzenia dziejące się na świecie. Wiedzą zatem i to, że prosimy ich o pomoc.
Nowa linia w Teheranie: Iran zmienia swoją regionalną strategię odstraszania.
Nowa doktryna Iranu: Liban jest integralną częścią irańskiego bezpieczeństwa. Iran podkreślił to niedawnymi atakami rakietowymi na Izrael. W ten sposób Teheran podyktował strategiczną zmianę na Bliskim Wschodzie i położył kres amerykańskiej taktyce zawieszenia broni w tym miejscu i bombardowaniu w tamtym miejscu.
8 czerwca Iran rozpoczął ataki rakietowe na cele wojskowe w Izraelu w odwecie za izraelskie ataki na obszary cywilne w Bejrucie i południowym Libanie. Syjonistyczni zbrodniarze wojenni dążą do „oczyszczenia etnicznego” w szczególności południowego Libanu, zmuszając miejscową ludność do opuszczenia ziem ich przodków w imię „bezpieczeństwa Izraela”. Ten irański odwetowy atak na Izrael za ataki w Libanie był bezprecedensowy. Po raz pierwszy Iran przejął inicjatywę i zaatakował Izrael jako pierwszy, bez wcześniejszego bezpośredniego ataku Izraela na Iran.
Zburzyło to panujące na Zachodzie przekonanie, że Iran zareaguje na prowokacje z wahaniem i powściągliwością. Irańskie władze są coraz bardziej świadome własnej siły i słabości swoich amerykańskich, syjonistycznych i zachodnich przeciwników. Dzięki temu wyrachowanemu pokazowi siły Iran odebrał inicjatywę Stanom Zjednoczonym i Izraelowi, przejął dominację w eskalacji i jednocześnie powiązał własną wojnę z Waszyngtonem i Tel Awiwem z obroną Libanu.
Przez miesiące w zachodnich i izraelskich gabinetach wojennych panowała słabo zbadana, całkowicie fałszywa, a przez to wysoce niebezpieczna hipoteza: Iran, wyczerpany sankcjami i wojną, odpowie na prowokacje jedynie środkami poniżej progu pełnowymiarowej konfrontacji zbrojnej. Dlatego irańskie ataki rakietowe na Izrael 8 czerwca wywołały strategiczne trzęsienie ziemi. W rzeczywistości sygnalizują one strukturalną zmianę w strategicznej doktrynie Teheranu, dotyczącej odstraszania, kontroli eskalacji i regionalnego zarządzania przeciwnikami.
Operację tę najlepiej rozumieć jako starannie wyważoną demonstrację determinacji, podkreślającą centralne przesłanie: Iran jest teraz zdolny i gotowy do zdecydowanego i szybkiego działania, zwłaszcza gdy przekroczone zostaną kluczowe czerwone linie. A bezpieczeństwo Libanu jest teraz integralną częścią bezpieczeństwa Iranu!
Przesłanie jest takie, że każda przyszła agresja na terytorium Libanu spotka się z równie zdecydowaną, stanowczą i szybką irańską odpowiedzią militarną. Doniesienia o tym, że zasady zaangażowania Iranu obejmują teraz zawieszenie broni w Strefie Gazy, pojawiły się w środę, ale nie otrzymały jeszcze oficjalnego potwierdzenia z Teheranu.
Przez lata zachodni analitycy odrzucali irańską koncepcję „Osi Oporu” jako luźną „koalicję z rozsądku”, retoryczny chwyt, a nie militarną rzeczywistość. Irańska odpowiedź rakietowa w zeszłą niedzielę i poniedziałek sprawiła, że argument ten stał się nieaktualny. Pierwszą i najgłębszą implikacją tej operacji jest praktyczne i operacyjne ustanowienie pierwszego warunku zakończenia wojny, narzuconego Iranowi przez amerykańsko-izraelską machinę wojenną: niepodzielnej jedności Frontu Oporu.
Do tej pory twierdzenie Teheranu, że każde narzucone mu zakończenie wojny musi automatycznie prowadzić do zakończenia izraelskiej agresji na wszystkich pozostałych frontach „osi oporu” – zwłaszcza w Libanie, ale także w Strefie Gazy i Jemenie – było przez Zachód odrzucane jako pobożne życzenia. Istniało ono na papierze, w irańskich notach dyplomatycznych i przemówieniach, ale nikt nie traktował go poważnie. Postrzegano je jako puste deklaracje Iranu wobec pozostałych państw „osi oporu”. Sytuacja uległa gwałtownej zmianie wraz z decydującym atakiem rakietowym na Izrael 8 czerwca, kiedy to poprzednia retoryka „osi oporu” stała się rzeczywistością militarną również dla Zachodu.
Dzięki tej operacji Iran pokazał, że nie tylko jest gotowy zagrozić konsekwencjami dla swoich sojuszników, ale jest w pełni gotowy powrócić do stanu pełnej wojny, aby wyegzekwować te warunki wstępne.
Dla doświadczonych ekspertów ds. Bliskiego Wschodu jest to transformacja o „ogromnym znaczeniu”. Iran pokazał w ten sposób, że jego zaangażowanie w Libanie nie podlega negocjacjom, lecz ma charakter egzystencjalny. Jednocześnie Teheran zasygnalizował Waszyngtonowi i Tel Awiwowi, że tradycyjna taktyka rozdzielania frontów „osi oporu” – a mianowicie zawieszenie broni na jednym froncie i bombardowanie na drugim – jest martwa.
W przeszłości Stany Zjednoczone, w szczególności, opanowały sztukę podziału pól bitewnych. Iran wypełnił teraz tę lukę. Przesłanie operacyjne jest teraz jasne: nie można bombardować Bejrutu i jednocześnie utrzymywać zawieszenia broni z Teheranem. Nie można masakrować cywilów w libańskiej Dolinie Bekaa i oczekiwać, że Iran pozostanie bierny. Zasada ta wykracza poza Liban, obejmując inne strategiczne areny. Według oświadczeń Teheranu, ten sam nacisk na suwerenność i reagowanie dotyczy również Cieśniny Ormuz.
Zdecydowane irańskie odpowiedzi na prowokacje Marynarki Wojennej USA w ostatnich tygodniach, zakończone zakrojonym na szeroką skalę, zdecydowanym irańskim kontratakiem, podkreślają determinację Iranu, by nie cofnąć się przed poważną wojną z armiami USA i Izraela. Nawet politycznie niezależni zachodni eksperci wojskowi zakładają, że niezależnie od czasu trwania, taka wojna ostatecznie zakończyłaby się zwycięstwem suwerennego Iranu.
Iran pokazał, że jego czerwone linie nie są blefem. Czy to na wodach Zatoki Perskiej, czy na wzgórzach nad Bejrutem, Republika Islamska konsekwentnie wykazywała gotowość do proporcjonalnej i zdecydowanej eskalacji. Wróg musi teraz zrozumieć, że presja na jednym froncie oznacza presję na wszystkich frontach, a Iran jest przygotowany na każdy scenariusz.
Pani Baerbock jest wychowanką „młodych światowych liderów”. Jest typowym przykładem tego, jak nieodpowiednia osoba zostaje zmuszona do objęcia urzędu i po oczywistym niepowodzeniu staje się gatunkiem chronionym. Jak inaczej mogłaby objąć stanowisko Przewodniczącej Zgromadzenia Ogólnego ONZ?
Wraz z końcem koalicji „sygnalizacji świetlnej” zakończyła się również kariera polityczna Baerbock w Niemczech Zachodnich. Ale młoda globalna liderka nie zostaje po prostu skazana na zapomnienie, gdzie powinna być od samego początku. Zupełnie nie nadaje się do pracy w przemyśle, więc trzeba ją było chwalić gdzie indziej. Nawet „Tagesschau” (główny niemiecki program informacyjny) krytycznie ocenił, jak bezczelnie to zostało zaaranżowane.
Polityczka Partii Zielonych zapewniła sobie wysokie stanowisko na arenie międzynarodowej, tylko tak można to ująć. Nie w subtelny sposób, ale z wyraźną świadomością władzy – i to tuż przed jej utratą. Od tego czasu fale wrzawy i głośnych plotek przetaczają się przez skrywany dotąd świat dyplomacji. Bo to stanowisko zostało już obsadzone. Doświadczona dyplomatka Helga Schmid miała zostać nową przewodniczącą Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Miało to być ukoronowaniem jej długiej kariery. Ostatnio Schmid pełniła funkcję Sekretarza Generalnego Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE) – i również w tej roli Baerbock wielokrotnie ją chwalił: Schmid odegrała kluczową rolę w zapewnieniu, że OBWE mogła kontynuować swoją działalność w ostatnich latach, pomimo obstrukcyjnej postawy Rosji.
Pierwszy raz było to głosowanie kurtuazyjne.
Mniej więcej z dyplomatycznej kurtuazji Baerbock otrzymała to raczej mało ważne stanowisko. Ale już w swoim przemówieniu inauguracyjnym zachwyciła zgromadzenie swoją elokwencją. Jej polityka feministyczna wywołała powszechne rozdrażnienie, podobnie jak jej aroganckie i zarozumiałe wystąpienia. Krytykowano zwłaszcza jej wykłady o państwach afrykańskich. Podobnie jak za czasów, gdy była ministrem spraw zagranicznych Niemiec, na stanowisku w ONZ była postrzegana przede wszystkim jako obiekt drwin. Ponieważ jej kadencja trwała zaledwie rok, została stosunkowo oszczędzona.
Teraz jednak istniało ryzyko, że zaszczyci swoim blaskiem również Radę Bezpieczeństwa. W tym momencie dyplomatyczna kurtuazja nie wchodziła już w grę. Po wielu latach Niemcy nie zasiadają już w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.
W szeregach „partii demokratycznych” w Niemczech pula zdolnych polityków jest niewielka, o ile w ogóle istnieje. To jedyny sposób, aby wyjaśnić, dlaczego pani Baerbock mogła ośmielić się zostać kanclerzem. Na szczęście Habeck również nie odniosła sukcesu, ale szkody wyrządzone przez tych Zielonych będą nieodwracalne, nawet za lata. Należy zadać pytanie: kto pozwolił, a wręcz zachęcał tę osobę do niszczenia reputacji Niemiec w ONZ i dlaczego? Niedawne porażki wyborcze z Portugalią i Austrią pokazują, jak skuteczna była. O ile taką kłamczuchę można przedstawić niemieckiej opinii publicznej bez większych protestów, o tyle nie można tego samego powiedzieć o reszcie świata. Kłamczucha? Oczywiście, że tak, ponieważ jej CV zawiera bezczelne kłamstwa. Studiowała w Anglii przez rok? Nie przedstawiła certyfikatu, a ktokolwiek, komu podobały się jej angielskie zdania, nie może zrozumieć, jak mogła wykazywać takie braki językowe po zaledwie roku mieszkania w Wielkiej Brytanii.
Podwójne standardy nie są mile widziane.
Rada Bezpieczeństwa ONZ powinna być w dużej mierze neutralnym organem. W tym sensie Niemcy nie mają tam miejsca, a pani Baerbock z pewnością nie. To ona w istocie wypowiedziała wojnę Rosji, stwierdzając, że Niemcy są w stanie wojny z Rosją. Jednak reszta niemieckiego rządu również zdecydowanie stoi po stronie nazistów z Kijowa i nie kryjąc nienawiści do Rosji. Minister spraw zagranicznych Baerbock, w szczególności, bezkompromisowo opowiedział się po stronie chazarskiego państwa Izrael. Bez żadnych „jeśli”, „i” i „ale”, i równie konsekwentnie sprzeciwia się Iranowi. Reszta niemieckiego rządu również posłusznie stosuje się do wytycznych pani Merkel, która podniosła prawo Izraela do istnienia do rangi kwestii interesu narodowego. W przeciwnym razie można być pewnym, że Niemcy zawsze będą wykonywać rozkazy Waszyngtonu. Takie państwo nie ma miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ i poza kilkoma państwami NATO i wasalami USA, większość niepodległych państw zgadza się z tym.
Jak państwo może być członkiem Rady Bezpieczeństwa, które nie potępia, a nawet nie zajmuje się przestępstwami przeciwko prawu morskiemu, prawu wojny, prawom człowieka i prawu międzynarodowemu? Inwazja USA na Wenezuelę nie była nawet krytykowana, a groźby wojny wobec Kuby są najwyraźniej nieznane w Berlinie. Podobnie Niemcy nie wyróżniły się, opowiadając się za natychmiastowym zniesieniem nielegalnego embarga USA wobec Kuby. Tak, nie jestem jedynym, który krytykuje wszystkie niemieckie rządy za to. Rutynowe zatapianie rzekomych łodzi przemytniczych na wodach międzynarodowych również nie znajduje oddźwięku w Berlinie. Czy Niemcy w ogóle wyrażają krytykę, gdy statki są przejmowane na wodach międzynarodowych? Wręcz przeciwnie, wydają się bardziej skłonne do udziału. W rzeczywistości każdy z tych incydentów powinien być przedmiotem obrad Rady Bezpieczeństwa.
I znowu to był Putin
Obecny rząd pod przywództwem Merza nie zrobił nic, by zrewidować ani amatorską politykę zagraniczną pani Baerbock, ani inne zielone szaleństwo. Oba rujnują nasz kraj gospodarczo i politycznie. Niemcy pozostają stronnicze, z niedopuszczalnymi podwójnymi standardami i oczywiście stoją twardo po stronie Kijowa. Moskwa w konsekwencji doszła do wniosku, że ani Niemcy, ani UE nie mogą pośredniczyć w wojnie na Ukrainie, ponieważ są stronnicze. W rzeczywistości od dawna uczestniczą w wojnie z Rosją. Takie państwo nie powinno mieć głosu w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. A na dodatek jest pani Baerbock, która raczy świat swoimi genialnymi pomysłami. Na przykład, jak powinny wyglądać toalety w Nigerii i gdzie powinny się znajdować. Ale ta pycha jest obecna w całym niemieckim rządzie. Chiny muszą przestrzegać praw człowieka, mówią, a Baerbock nazwał prezydenta Xi dyktatorem. Tak, to dyplomacja w stylu Baerbock, a medialne kumple są w to wtajemniczeni.
W rzeczywistości Baerbock jest jedynie ucieleśnieniem ogólnej polityki niemieckiego rządu, która jest wyśmiewana na całym świecie. I nie tylko w odniesieniu do „polityki energetycznej”. Nowe elektrownie jądrowe powstają wszędzie, a w Niemczech wycina się lasy pod budowę turbin wiatrowych. Turbiny te, podobnie jak samochody elektryczne, są dotowane miliardami, podczas gdy infrastruktura rozpada się, a emeryci muszą zbierać butelki. Miliardy są rozdawane najbardziej skorumpowanemu krajowi w Europie, aby podtrzymać wojnę. Nigdzie w kierownictwie UE nie ma żadnych wybranych urzędników, a mimo to Rosją rządzi autokrata. Ani jedna bezprawna sankcja USA nie jest kwestionowana, ani nawet odrzucana. Wręcz przeciwnie, przygotowywany jest kolejny pakiet sankcji przeciwko Rosji. Można więc powiedzieć, że cała polityka niemieckiego rządu jest Baerbockowana. Kraj o takim nastawieniu i rządzie nie ma miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, a pani Baerbock z pewnością nie. O tak, ale poniosła porażkę z powodu Putina! Gdyby tak było, to wszystko co mogę powiedzieć to: Dziękuję, Panie Prezydencie Putin!
———–
To kanclerz Merkel zapewniła Zielonym dominację w koalicji „sygnalizacji świetlnej”, a kanclerz Merz również nie zdołała położyć kresu tej szalonej polityce. Dlaczego Merkel tak bardzo nienawidzi Niemiec? Jakiego rodzaju sieć powiązań pchnęła ją na stanowisko kanclerza?
Przeczytaj jedyną uczciwą biografię Merkel autorstwa Gerolda Keefera: „Kanclerz, która przyszła z zimna ”. Zamów swój egzemplarz bezpośrednio u wydawcy tutaj lub kup w lokalnej księgarni.
Niemcy, jako naród, mają o sobie wysokie mniemanie, a nawet więcej – chyba zawsze takie mieli. Kiedyś, także z tego powodu, wywołali dwie wojny światowe, w wyniku czego zginęły dziesiątki milionów ludzi zaś Europa obróciła się w ruiny i definitywnie straciła pierwszą pozycję w świecie. Ale to wszystko nie zmieniło zasadniczo ich mentalności i tego urojenia wyższościowego w stosunku do innych, szczególnie do mieszkańców krajów położonych na wschód od ich kraju. I nie jest to tylko moja subiektywna ocena, ale dostrzegają to także niektórzy przytomni Niemcy jak choćby pisarz, publicysta i podróżnik Klaus-Jürgen Gadamer, który w jednym ze swoich ostatnich tekstów ujął to następująco: „Niemcy, zaślepione wyimaginowaną wyższością moralną, nie rozumieją świata. A jednak właśnie z tego powodu uważają, że muszą wszystkich pouczać”.
To ich poczucie „wyższości moralnej” jest szczególnie absurdalne gdy odniesie się ją do odpowiedzialności Niemców za masowe zbrodnie i ludobójstwo w przeszłości, dla którego trudno znaleźć odpowiednik w historii ludzkości.
Pomimo tych zaszłości Niemcy mają jednak dobre samopoczucie i uważają swoje państwo za „moralne mocarstwo” (niem. Moralmacht), i z wyżyn tej uroszczonej pozycji żądają dla siebie udziału w decydowaniu o sprawach świata. Są przy tym pełni kompleksów i uroili sobie, że osiągnięcia w innych dziedzinach mogą im zrekompensować, brak rzeczywistej potęgi. Do niedawna uważali swoją gospodarkę, a szczególnie wielkość eksportu swojego przemysłu, jako takie narzędzie dla wywierania wpływu. Ostatnio jednak z niemiecką gospodarką jest coraz gorzej i nie jest to tylko koniunkturalne zachwianie ale kryzys systemowy. Także w innych dziedzinach Niemcy zachowują się w sposób daleki od racjonalności, że przypomnę tylko nagłówki w niemieckiej prasie po wyborze kardynała Ratzingera na stolicę piotrową: „Jesteśmy papieżem!”. Tkwi w nich taka potrzeba ciągłego udowadniania innym, a jeszcze bardziej sobie, że nazizm i jego zbrodnie to był przypadek, za który odpowiadają nie Niemcy, ale jacyś naziści. Tak się składa, że tylko zbrodniami tych nazistów chcą Niemcy podzielić się i innymi, w tym także z nami. Tego rodzaju narrację zdają się Niemcy usilnie promować nie szczędząc pieniędzy na granty i nagrody dla osób i środowisk chętnych działać zgodnie z ich oczekiwaniami. Jest to polityka realizowana z żelazną konsekwencją i Niemcy mają w tym ostatnio szczególnie duże osiągnięcia na terenie Polski. Nie wszystko jednak idzie zgodnie z ich planami i ambicjami. Takim celem, na którego osiągnięciu szczególnie im zależy, jest pozycja stałego członka w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Kanclerz Gerhard Schroeder, obecnie na żołdzie prezydenta Putina, ujawnił takie niemieckie ambicje już w roku 2005. Wtedy nic z tego nie wyszło, zaś od tego czasu pozycja Niemiec uległa degradacji i pomimo podtrzymywania tych starań przez kolejnych kanclerzy wątpliwe jest uzyskanie pożądanego rezultatu. Jako pewien surogat stałego miejsca w Radzie Bezpieczeństwa Niemcy wielokrotnie uzyskiwały funkcję niestałego, na okres dwóch lat, członka RB ONZ. Powtarzało się to, do tej pory, sześć razy, średnio z przerwą siedmiu lat po zakończeniu poprzedniej kadencji. Ostatnio Niemcy pełniły taką funkcję w latach 2019-2020 i miały nadzieję na ponowny wybór na okres 2027-2028. Tym razem sprawy nie poszły jednak gładko, chociaż Niemcom bardzo na tym zależało, gdyż dałoby im to możliwość jakiegoś przeciwstawiania się polityce Donalda Trumpa na forum ONZ i prezentowania się tam jako główne państwo Unii Europejskiej. Niemcy zrobiły wszystko, co tylko mogli, by dobić swego. Uruchomili nawet nowo wybranego premiera Węgier Pétera Magyara, który oświadczył, że poprze niemiecką kandydaturę. Zwracali uwagę, że są drugim największym płatnikiem na potrzeby ONZ, czyli domyślnie, według nich, ta pozycja im się należy. O dwa miejsca w RB, przypisane państwom europejskim, rywalizowały trzy państwa: Niemcy, Austria i Portugalia. Wybór dwóch został dokonany w wyniku głosowania. I oto okazało się, że Portugalia uzyskała 134 głosy, Austria 131, zaś Niemcy tylko 104 i to Niemcy zostały wyeliminowane. Co najciekawsze, jak ujawnił znany portal Politico, Austriacy zastosowali prostą metodę na pokonanie Niemców. Wysoki rangą austriacki dyplomata tak zachęcał delegacje innych krajów na poparcie Austrii: „Głosujcie na nas właśnie dlatego, że nie jesteśmy Niemcami”. Tyle niemieckich starań, zabiegów, wielkich pieniędzy i wszystko to poszło w piach, a to dlatego, że oni są jednak Niemcami. Szef niemieckiego MSZ musiał przyznać, że doznał „dotkliwej porażki”. „Sueddeutsche Zeitung” napisała, że „skala porażki jest tak duża, tak wyraźna i tak bolesna, że nie da się jej niczym przykryć” zaś Republika Federalna musi jako kraj przyjąć do wiadomości, że otrzymała od wspólnoty międzynarodowej „wotum nieufności”. To straszne i na pewno wielu ministrów rządu Donalda Tuska, jak i on sam, dzieli ten ból i upokorzenie oraz serdecznie współczuje swoim niemieckim przyjaciołom.
Dziennikarz i pisarz Rafał Ziemkiewicz i niestety wieloletni politruk PiS, postanowił trochę skrócić dystans dzielący go od rzeczywistości, a w tym przypadku od narracji ukraińskiej, która pozostawiła daleko w tyle medialny mainstream w Polsce.
Aktualna mądrość etapu jednak nie zmieniła się i można ją streścić w następujący sposób: „Ukraina – tak, wypaczenia – nie”. Pogląd ten, który spowodował wiele tragicznych skutków w polskiej historii wciąż dominuje nie tylko wśród pobierających domniemany jurgielt, ale nie odbierając innym Olakom prawa do umysłowej aberracji, od czasu do czasu przybiera taką formę:
Nie da się uzyskać od Ukraińców potępienia UPA jako całości. To my powinniśmy uznać, że różne były te ukraińskie armie powstańcze. (…) UPA to jest dla nich jakby mit założycielski trochę narodu. Dla mnie UPA jest czymś ciekawym bardzo zjawiskiem wykraczającym poza kwestię zbrodni na Wołyniu
Kto to powiedział? Świeżutka brednia „Bredzisława” Komorowskiego od lat stanowi jeden z głównych wektorów antypolskiej, samobójczej polityki historycznej na kierunku wschodnim.
A teraz zmierzmy dystans pomiędzy poszczególnymi narracjami na X
NCZAS.INFO | Dawid Kacprzyk (z lewej) i Rafał Trzaskowski. / Fot. PAP
Na jaw wychodzą nowe fakty o 29-letnim Dawidzie Kacprzyku. To nie tylko radny z ramienia Koalicji Obywatelskiej i lekarz w trakcie specjalizacji, który w ubiegłym roku osiągnął dochody na poziomie 1,6 mln zł. To także partyjny bojówkarz, który u boku Jana Grabca zakłócał swego czasu konferencję prasową Jacka Ozdoby.
O powiązanym politycznie z KO 29-letnim lekarzu Kacprzyku zrobiło się głośno po ujawnieniu jego oświadczenia majątkowego. Okazało się, że młody medyk, bez pełnej specjalizacji, koordynujący SOR w warszawskim Szpitalu Południowym, w ubiegłym roku zarobił aż 1,6 mln zł, co daje średnio około 133 tysięcy złotych miesięcznie.
Do tego dochodzą wpływy z tytułu diety radnego, umowy o pracę oraz umowy zlecenia.
Majątek 29-latka uzupełnia kupione bez kredytu mieszkanie o wartości 900 tysięcy złotych oraz nowe Porsche Panamera wyceniane na ponad pół miliona złotych.
Sprawie wnikliwie przygląda się dziennikarz Patryk Słowik. „Dawid Kacprzyk, lekarz-polityk, który zarobił w 2025 r. 1,6 mln zł, przepracował w Szpitalu Południowym średnio 331 godzin miesięcznie. Daje to średnio 11 godzin dziennie, dzień w dzień.
Kacprzyk do tego pracuje w trzech innych placówkach, jest rezydentem, więc powinien mieć etat rezydencki, a także jest radnym dzielnicowym” – napisał.
Rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej Jakub Kosikowski wprost ocenił tak wysokie zarobki u lekarza bez ukończonej specjalizacji jako sytuację absolutnie wyjątkową, zakładając przy tym pełną prawidłowość rozliczeń. Wtórował mu prezes Porozumienia Rezydentów OZZL Sebastian Goncerz, przypominając, że standardowe wynagrodzenie rezydenta to zazwyczaj około 12 tysięcy złotych brutto.
Wszystko to sprawia, że sprawa szybko nabrała barw politycznych. Wiele osób sugeruje, że milionowe kontrakty w państwowej służbie zdrowia mogą mieć pewien związek z przynależnością partyjną młodego lekarza.
Nie brakuje jego zdjęć z najważniejszymi politykami Koalicji Obywatelskiej. Jacek Ozdoba przypomniał z kolei, że w 2023 roku Kacprzyk, u boku posła Grabca, zakłócał jego konferencję prasową.
Sytuację skomentował redaktor naczelny „Najwyższego Czasu!” Tomasz Sommer. „Nasz lekarz za 1,6 miliona to, jak widać, bojówkarz KO. Stąd i ta kasa. Czy Tusk już się zdenerwował?” – zapytał ironicznie.
Przeglądam sobie wyniki konkursu OPUS, a tam taki antyklerykalny kwiatek, za który podatnik zapłaci, uwaga 2214632 zł.:
„Epistemiczny wymiar nadużyć seksualnych kleru wobec dzieci. Nadużycia seksualne reprezentantów kleru rzymskokatolickiego, zwłaszcza jeśli dotykają osoby małoletnie, budzą zainteresowanie mediów i oburzenie publiczne na całym świecie. Nauki społeczne szeroko opisały długotrwałą krzywdę psychiczną, jaka powstaje w wyniku tej przemocy.
Stosunkowo mało miejsca poświeciły jednak krzywdzie związanej z tym, w jaki sposób wiedza na temat molestowania seksualnego przez księży czy zakonników jest ukrywana, jak (nie) wychodzi na światło dzienne, w jaki sposób przypadki nadużyć są uciszane i lekceważone przez reprezentantów Kościoła, szeregowych wiernych, instytucje państwa.
Projekt skupia się więc na kwestii wytwarzania i społecznej cyrkulacji wiedzy na temat molestowania seksualnego osób małoletnich przez duchownych i na związanej z tym niesprawiedliwości epistemicznej. Ogólnie rzecz biorąc, niesprawiedliwość ta dotyczy wszelkich sytuacji, w których krzywda dotyczy podstawowej właściwości ludzkiej, jaką jest zdolność do rozumienia rzeczywistości i komunikowania własnej perspektywy.
Niesprawiedliwość epistemiczna ma miejsce zwłaszcza wtedy, gdy poszczególne osoby czy grupy osób nie są uznawane za wiarygodne z powodu uprzedzenia czy stereotypu dotyczącego ich cech. Na przykład gdy kwestionuje się raport o problemie złożony przez dziecko, z gruntu uznając, że dzieci nie rozumieją świata, w którym żyją, i mają skłonność do fantazjowania”. (…)
Zdążyliśmy się przyzwyczaić, do tego, że oświadczenia Tuska, nieważne czego by dotyczyły, to zawsze wielka lipa. Ludzie prawi nie potrafią tego zaakceptować i nadal się oburzają. A ci od lewizny wszelakiej, uważają, że tak trzeba, bo „populistów” należy oszwabiać na każdym polu i nieustannie.
Lipy jako drzewa (są apolityczne), niezależnie od tego, czy są sprowadzane z Niemiec za ciężkie pieniądze, czy krajowe, kierują się swoją naturą, nie bacząc na ważną rolę w kalendarzu, jaką przyszło im pełnić. A przecież to od nich właśnie nadano nazwę siódmemu miesiącowi roku. Bo w tym właśnie miesiącu kwitły lipy dostarczając pszczołom nektar przerabiany przez nie na miód lipowy. Teraz, nie wiedzieć czemu, lipom zaczęło się spieszyć. Kwitną o miesiąc wcześniej, niektóre nawet pod koniec maja.
Natomiast dlaczego spieszy się oszustom wyłudzającym pieniądze, nie trudno zgadnąć. Chcą je po prostu mieć. Władza może się zmienić i żegnaj dojna krowo. Obecnie, taka państwowa instytucja jaką jest ZUS ubzdurała sobie, że czegoś tam nie zapłaciłam przed dziesięciu laty. Oni nie reagowali o czasie, a teraz naliczają mi odsetki za każdy dzień zwłoki, bo jak widać, ich przedawnienie nie obowiązuje. Obawiam się, że gdybym nawet zaczęła zbierać plastykowe butelki, wzorem tak zwanej „klasy średniej”, nie uchroni mnie to przed bankructwem i bezdomnością. No chyba, że przewidziana jest dla mnie jakaś przytulna cela z wiktem i opierunkiem…
=====================================
Instrukcja obsługi
‒ Co sądzisz o takiej instrukcji „obsługi” podejrzanego? – spytała Małgorzata. ‒ Chodzi o kolejność działań? ‒ upewnił się DUCH CZASU. ‒ Właśnie. Najpierw zakłada się takiej osobie kajdanki, a później żąda okazania dowodu osobistego. ‒ Sprytne. Za Stalina najpierw człowieka kneblowano, a później kazano mu zeznawać.
Instytucje ujawniają swój prawdziwy charakter w dwóch miejscach: w „szarej strefie”, gdzie zasady są niekompletne, niejednoznaczne lub nie mają zastosowania, i jeszcze bardziej narażone są, kiedy osoby posiadające władzę, otwarcie, bez wstydu naruszają najbardziej jasne zasady.
W żywej cywilizacji władza ogranicza się do stanowiska, które zajmuje. W zdewastowanym porządku stanowisko daje licencję na jej naruszenie. Władza nie jest po to, aby zachować zasady, a do tego, aby udowodnić uwolnienie się od nich. Dlatego prawo, biurokracja i działania policyjne z bezlitosną jasnością obnażają moralne podłoże społeczeństwa.
Indie – podręcznikowy przypadek
Nawet w najbardziej cywilizowanych krajach sądy podejmują decyzje tylko w najdrobniejszych szczegółach ludzkiej rzeczywistości. Zdecydowana większość wartości cywilizacji — zaufanie, powściągliwość, uczciwość, ciche umowy, które umożliwiają codzienne życie — istnieje za progiem formalnego prawa. Ustne obietnice i codzienna uczciwość nigdy nie były przeznaczone dla sędziów. Opierają się one na wewnętrznym porządku moralnym. W Indiach taki porządek moralny nie istnieje.
Indyjska biurokracja nie określa zasad. Ona ustala cenę za dostęp, karze opór i domaga się podporządkowania. Reformatorzy twierdzili, że biurokracja była tworzona tylko dlatego, że ich płace są zbyt niskie. To była racjonalizacja. Gdy pensje urzędników drastycznie wzrosły, odpowiednio wzrosła też skala łapówek. Im wyżej się podnosiły, tym więcej mieli racji. Uczciwość to nie jest problem kompensacji. To jest wartość. Społeczeństwo albo dodaje tę wartość do swoich instytucji, albo nie.
Nie mogę sobie przypomnieć ani jednej wizyty w indyjskiej instytucji rządowej, która nie wiązałaby się z żądaniem łapówki. Obywatele padają na twarz, rzucają się na kolana i uniżają się dla uzyskania najbardziej podstawowych usług. Biurokratom potrzebne są nie tylko pieniądze, oni oczekują podporządkowania. Chcą poczuć swoją wyższość. Łapówka – to tylko część transakcji; upokorzenie – to reszta.
Prąd, woda, dostarczanie poczty, zgony, małżeństwa, wszystko ma swoje tempo. Odmowa rejestracji małżeństwa sama w sobie jest przestępstwem, jednak do jego rejestracji wymagana jest jeszcze jedna łapówka. Nawet w tym przypadku, płatność powinna być strategiczna. W przypadku braku honoru łapówkarz bierze pieniądze i nadal nie wykonuje pracy. W końcu płacisz większej ilości osób za przenoszenie tego samego pliku.
Dostawca papieru fotograficznego w moim mieście kiedyś odważył się zrezygnować z dodatkowej łapówki, której zażądała firma sektora publicznego. Kierownik kazał przeciągnąć całą partię na otwarty dziedziniec i zostawić przesyłkę pod bezlitosnym słońcem na tydzień. Następnie pociął uszkodzone opakowania dla teatralnego „sprawdzania” na oczach załamanego dostawcy. Ten człowiek już nigdy nie odmówił.
Uzyskanie paszportu – to jest test na kompromis. Kontrola w policji, prawdopodobnie zwykły środek ostrożności, staje się żądaniem zapłaty. Kiedy mieszkałem w Delhi, kiedyś nie chciałem zapłacić i udałem się do starszego oficera policji. Po kilku sekundach powiedział mi, że młodsi oficerowie robią mi przysługę i muszą zarabiać. Instytucja nie chciała wykonywać swojej funkcji. Jej funkcją było wyciąganie gotówki.
Złóż skargę do wyżej przełożonego, i jego pierwsze pytanie zawsze brzmi: „Ile chcieli i kto ma coś z tym wspólnego?” On nie prowadzi śledztwa w sprawie uchybienia; on sprawdza, czy otrzyma swój udział. Jak w fraktalach, wspinasz się po schodach, i ten sam groteskowy teatr pojawia się ponownie na każdym poziomie, tylko z wyższą ilością łapówki. Zrób krok w bok — do sądów, polityków lub innej instytucji — i ten sam banał będzie kontynuowany.
Biuro Antykorupcyjne jest powszechnie znane jako najbardziej skorumpowana instytucji ze wszystkich. Ściga każdego, kto popadł w niełaskę u polityków, nie był w stanie zapłacić odpowiedniego haraczu lub był zbyt widoczny w mediach społecznościowych. Ale nawet w tym przypadku kara zazwyczaj nosi teatralny charakter; po kilku miesiącach ukarany urzędnik spokojnie wraca za biurko.
Nadzór staje się jeszcze jednym sposobem uzyskania korzyści.
Policyjne stanowiska wystawione na aukcji przyznają temu, kto zaoferuje najwyższą cenę, przy tym każdy pracownik niższego szczebla jest odpowiedzialny za wysyłanie określonej kwoty środków pieniężnych na górę. W ten sposób starsi oficerowie nie prowadzą znaczących dyscyplinarnych kontroli pobić, kradzieży, gwałtów i morderstw, w które zaangażowani są policjanci, którzy zapłacili za swoje stanowiska.
Dom mojego przyjaciela został okradziony. Policja „złapała” złodziei, a następnie poinformowała, że została zwrócona tylko część skradzionych towarów; reszta została podzielona między policjantów. Kiedy skarżył się poprzez wysokiego rangą członka rodziny, reakcja była lodowata: powinien był wypowiedzieć się natychmiast po aresztowaniu. Teraz nic nie można było poradzić. Każda kradzież odbywa się według tego samego scenariusza.
Wizyta na indyjskim komisariacie policji – to ludzkie zoo przerażonych i załamanych. Funkcjonariusze nie chcą rejestrować sprawy bez opłat. Ochronne prawa, gdy są one wbudowane w drapieżny policyjny system, nie chronią słabszych; tworzą nowe pola dla oskarżeń, wymuszeń i targowania się. Prawo wymagające natychmiastowego skierowania do sądu i aresztu w przypadku skarg na gwałt, po prostu rozszerza rynek usług policjantów. Prawdziwym ofiarom nadal potrzebne są pieniądze i komunikacja, aby je usłyszano. Fałszywe oskarżenia, tymczasem, stają się narzędziami nacisku. Prawdziwy gwałciciel może zmusić do wycofania skargi, jeśli ma znajomości i zapłacił właściwym ludziom; z kolei fałszywy oskarżyciel może zniszczyć życie człowieka na lata. Instytucja nie odróżnia prawdy od kłamstwa, ona wycenia podatność na nadużycia.
Instytucje, mające na celu chronić, stają się systemami zbierania danych o lukach w zabezpieczeniach.
Fałszywe sprawy są powszechnie znane, jednak niewinni ludzie muszą płacić rujnujące łapówki, aby pozostać na wolności. Wstęp do sądu jest tak samo groteskowy: człowiek rozlicza się ze strażnikiem przy bramie, często na oczach sędziego. Wewnątrz sędzia — zbyt niezdecydowany, niekompetentny lub skorumpowany, aby coś rozwiązywać – ogłasza kolejną przerwę. Jak jeszcze będzie mógł odzyskać pieniądze? Nawet urzędnikowi, który rejestruje datę następnej rozprawy, trzeba zapłacić, jeśli chcesz ją poznać.
Prawnicy obu stron korzystają na zwłokach, często rozmawiając ze sobą bez wiedzy i zgody swoich klientów. Oskarżony wie, że nigdy nie będzie uczestniczył w prawdziwej rozprawie. On płaci za to, aby uniknąć więzienia, a sprawa ciągnie się przez dziesięciolecia. Rzadkie sprawy rozwiązane sądownie występują tylko wtedy, gdy obie strony, zrujnowane finansowo, zgadzają się na pozasądowe rozwiązanie i wyczerpanie oznacza sprawiedliwość.
Dla państwowych dostawców do 50% dochodów idzie na łapówki. Kiedyś takie płatności były wstydliwe, podczas gdy brytyjski cień nadal pozostawał. Dziś biurokraci otwarcie pysznią się swoimi nielegalnymi przychodami. Korupcja to nie odchylenie od normy; to ekologia, w której może uczestniczyć każdy.
Nawet nadużycia wymagają struktury. Funkcjonującej mafii zależy na lojalności, dyscyplinie, ciszy i wewnętrznej sprawiedliwości. W Indiach korupcja jest bardziej anarchiczna: każdy urząd, posterunek policji i sądu – to osobne małe królestwo, ale nawet w tych królestwach lojalność nie istnieje, a zadawanie ciosów w plecy – to normalna sprawa. Państwo przypomina upadły gang, zbrojną siłę przymusu, ale pozbawioną hierarchii, lojalności i wewnętrznej dyscypliny, niezbędnych w celu regulowania drapieżnictwa. Ponurym pocieszeniem jest to, że taki system ze wszystkich sił stara się wytworzyć zdyscyplinowany totalitaryzm. Może sponiewierać, wyłudzać i degradować, ale nie jest w stanie zorganizować skoordynowanej tyranii Korei Północnej lub Związku Sowieckiego.
Biurokracja, policja i sądy po prostu przejawiają w postaci skoncentrowanej to, co już istnieje w społeczeństwie. Instytucje zmutowane, bo otaczająca kultura chroni instynkty, które prowadzą do ich mutacji. To, co w rządzie wygląda jak przekupstwo i drapieżnictwo, w życiu codziennym przejawia się jako nieuczciwość, oszustwo, zaganianie w kąt, obojętność, hierarchia i przypadkowe zatrucie środowiska.
Hindusi nie chcą zniesienia systemu; chcą uzyskać do niego dostęp.
Ich ambicją jest osiągnięcie stanu, w którym będą mogli korzystać, lub wydać za mąż swoje córki do rodziny, wzbogaconej kosztem łapownictwa. Jak uzyskuje się pieniądze, nie ma znaczenia. Korupcja dająca bogactwo wymaga szacunku dla przeciwnika — często większego, niż takie samo bogactwo osiągnięte uczciwie. Pieniądze i władza to jedyne kryteria. Możesz być pewien, że miłość, cywilizacyjna wartość rzucają się w oczy swoją nieobecnością.
Normalne społeczeństwo musi wyposażyć swoje instytucje we właściwe instynkty. Cywilizacja nie istnieje w naturze. Jest to spowodowane zgromadzeniem wysiłku racjonalnych i moralnych ludzi, którzy powstrzymują się, dyscyplinują siebie i stopniowo wpływają na normalne zachowanie najwyższych ludzi.
Największym problemem jest naprawdę rząd; politycznie wygodne jest obwinianie rządu za wszystko. Ale bardziej głęboki problem tkwi w społeczeństwie, które to podsyca. Gdyby hindusi przestali się płaszczyć przed politykami i biurokratami, gdyby przestali traktować urzędników państwowym jak bożków, wiele by się szybko zmieniło. Ale indyjski umysł nie może odróżnić szacunku od służalczości. On waha się między poddaństwem i dominacją. Nie mając potężnego poczucia sprawiedliwości, o co mieliby walczyć?
Jeden mały, ale reprezentatywny indyjski zwyczaj – to obsesyjne zwracanie się „sir”. Dla zachodnich uszu to może brzmieć grzecznie, nawet fascynująco. W Indiach jednak to często nie świadczy o szacunku, a o zarządzaniu hierarchią. Mówiący stawia się poniżej władzy, schlebia jej, uspokaja i ma nadzieję uzyskać od niej zabezpieczenia lub przychylność. Szacunek polega jednak na godności z obu stron. Uległość tego nie warunkuje. Gdy równowaga sił się zmienia, ten sam człowiek, który kiedyś zwracał się do ciebie „proszę pana”, może zacząć obrażać ciebie. Zwracanie się przez „sir” nigdy nie miało nic wspólnego z szacunkiem; oznaczało ono tylko pozycjonowanie.
Każda interakcja społeczna — w społeczeństwie i w rodzinie — staje się sprawdzeniem stopnia w hierarchii. Kto wyżej? Kto poniżej? Kto musi przestrzegać? Kto może się tym zająć? Związki rzadko pozostają po prostu ludzkimi; szybko zostały zreorganizowane w strukturę „odbieracz wolności-ciemiężca”. Państwo nie tworzy tego instynktu, ono formalizuje go.
Moja rodzina kupuje warzywa tylko u znanych rolników, dlatego, że produkty sprzedawane na rynkach, zwykle są z nieoczyszczonych ścieków – praktyka, która, o dziwo, daje warzywom sztuczny połysk. Jak śledzić takie rzeczy w sądzie? Można opracować najbardziej surowe prawa, jakie tylko można sobie wyobrazić, ale prawo nie ma sensu, jeśli policja, sądy i społeczeństwo, stojące za nimi, nie posiadają woli zapewnienia ich przestrzegania. Społeczeństwa nie budzą się pewnego ranka i nie wybierają cnoty. Dokonują tego — jeśli to w ogóle możliwe — przez wieki generowanych punktów mądrości i bolesnego utożsamiania się z powściągliwością. Albo w ogóle nigdy tego nie osiągają.
Tam, gdzie codzienne zachowanie wewnętrznie nie jest ograniczone, żaden system prawny nie może namierzyć lub naprawić szkody. Mikro-kompromisy, powtarzane przez miliony, prowadzą do katastrofy. Porzucone opakowanie z tworzyw sztucznych, garść śmieci wyrzuconych do rzeki, skrócenie czasu budowy, ciche fałszowanie w raportach — każde działanie wydaje się banalne. I jeszcze most w końcu się rozpadnie, drogi zamieniają się w pola śmierci, rzeki wysychają, a sama ziemia zamienia się w toksyczne nieużytki, których nie może odzyskać żadne prawo.
Pobrałem tą samą lekcję z maszyn. Maszyna drukarska mojego ojca nadal używa sprzętu z epoki brytyjskiej, z początku lat 1900-tych. Ona działa bez zarzutu. Skomplikowana szwedzka maszyna, którą później kupiliśmy również pracowała z zadziwiającą dokładnością. Jako dziecko nieskończenie obserwowałem pracę tych maszyn, jakby dokonując swego rodzaju mechanicznego nabożeństwa: dziesiątki tysięcy części poruszały się razem w harmonii, każda pełniła swoją funkcję. Odsłaniały duch tych, którzy je projektowali i produkowali. Praca została wykonana nie tylko dla pieniędzy; była w tym duma, dyscyplina i zaangażowanie na najniższym poziomie.
Wśród ogromnego chaosu w Indiach — jej instynktów „siła sprawia, że ma rację”, jej mglistych zasad, braku rzetelnej formy – starałem się zrozumieć tego ducha: wewnętrzną dyscyplinę, która sprawia, że wszystko działa, duma, która sprawia, że każdą część wykonuje swoją funkcję.
Następnie przekonałem ojca do kupienia indyjskiej kopii szwedzkiej maszyny za niewielką cenę. Po kilku dniach zepsuła się śrubka. Po taniej naprawie pojawił się jeszcze jeden mały defekt, a potem jeszcze jeden. Maszyna nie była bardzo zła w jednym oczywistym aspekcie; była zła w tysiącach drobnych elementów. Każdy szczegół niósł w sobie mikro-kompromis. Wkrótce płaciliśmy pracownikom wynagrodzenie za pracę na maszynie, która ledwo działała, a kiedy działa, jej jakość była niska. W ciągu roku sprzedaliśmy ją na złom.
Społeczne i ekonomiczne konsekwencje były ogromne. Ludzie nie mogą działać poprawnie bez stałej kontroli, a samemu kierownikowi brakuje dumy za swoją pracę. Potrzebne są dziesiątki ludzi, aby produkować coś, co mógłby osiągnąć jeden zdyscyplinowany pracownik w innym miejscu, i nawet wtedy jakość waha się na granicy dopuszczalnej. Podczas studiów MBA uczono mnie, że bodźce mają znaczenie. Może i tak jest. Ale bodźce działają tylko tam, gdzie odpowiedzialność istnieje już w zarodku. Indie – to nie społeczeństwo „marchewki”, to społeczeństwo „kija”.
Społeczeństwo rozpadnie się w ten sam sposób. Kiedy każda śrubka ma defekt, cały system staje się nieefektywny.
Ale społeczeństwo się rozpada nie tylko dlatego, że poszczególne osoby ścinają narożniki. Ono rozpada się dlatego, że nikt tego nie naprawia. Kluczowym pytaniem jest to, czy zwykli ludzie dają opinię — przeciwstawiają się bałaganowi, zawstydzają za niego czy karzą, czy spokojnie uczestniczą w nim.
Oto dlaczego człowiek czuje się bezpiecznie na Zachodzie — przede wszystkim nie ze względu na jego instytucje, ale dlatego, że samo społeczeństwo wciąż zapewnia przekazywanie swojej opinii tym instytucjom. Gdy popełnione zostaje przestępstwo, ktoś gdzieś powstanie i będzie wymagać sprawiedliwości. W krajach Trzeciego świata uczą nie spodziewać się tego.
Będąc studentem uniwersytetu w Indiach, często jeździłem autobusem w weekendy między miastem, gdzie mieszkali moi rodzice, a miastem, gdzie studiowałem na uniwersytecie. W autobusach na tej trasie były telewizory, i moje przejazdy były dopasowane do oglądania popularnego tygodniowego serialu. Kierowcy zatrzymywali autobus na czterdzieści pięć minut na rozbitych wybojami drogach, aby pasażerowie mogli obserwować, co dzieje się bez migotania obrazu. Gdy zagroziłem skargą, cały autobus w uniesieniu wściekłości rzucił się na mnie. Przyrzekli, że będą zaprzeczać, że zatrzymania w ogóle nie było, i jasno dali do zrozumienia, że ryzykuję pobicie. Ani jedna dusza nie chciała bronić głównego aktu cywilizacji – przestrzegania rozkładu jazdy transportu publicznego. Ironia była groteskowa: serial rzekomo był „głęboko duchowy”.
Zachodnie moralne terminy — uczciwość, lojalność, honor – zmieniają znaczenie, gdy wprowadza się do społeczeństwa moralne podłoże które nigdy ich nie produkowało. Takie skojarzenia nie są uznawane za niemoralne w zwykłym znaczeniu. Niemoralny człowiek odróżnia dobro od zła i niszczy to pierwsze. Niemoralny człowiek nigdy nie przyswoił sobie tych kategorii. On jest niewinny, nie dlatego, że jest niewinny, ale dlatego, że sumienie nigdy nie brało góry nad apetytem. To umysł, w którym władza, a nie sumienie, organizuje zachowanie.
Tym samym zniekształcenie dotyczy takich słów, jak miłość, szczęście, szacunek i pokój. W cywilizowanym moralnym porządku to nie tylko uczucia lub społeczne gesty; to osiągnięcia psychiki, które wymagają pokory, świadomości i troski o dobro innych. W prymitywnym społeczeństwie mogą wydawać się podobne do przedstawicieli cywilizowanego społeczeństwa, ale ich istota jest inna. Miłość staje się posiadaniem, uzależnieniem lub stowarzyszeniem plemion przeciwko wspólnemu wrogowi. Osoba rozpuszcza się w tłumie i przeżywa tę stratę siebie jak katharsis. Szczęście staje się hedonizmem, zmysłowością, obżarstwem lub rozproszeniem uwagi. Szacunek staje się służebnością w stosunku do władzy i tyranią wobec słabości. Spokój staje się odrętwieniem, unikaniem lub ucieczką od lęku. Słowa pozostają, ale ich wewnętrzna istota jest prymitywna.
Kiedy można mówić o moralności lub prawdziwości z hindusami, śmieją się z ciebie i pytają: „stajesz się świętym?” Lub zakładają, że miejsce religii jest w kościele, a nie w codziennym życiu. Uważają, że jesteś naiwny, nieprzywykły do prawdziwego życia. Ich zdaniem, życzliwość i uczciwość nie są obowiązkami zwykłych ludzi; należą się świętym, podczas gdy oczekuje się, że normalne życie będzie świeckie. Oni nie rozumieją świętości jako moralnego wyniesienia; oni rozumieją to jako odejście od prawdziwego życia. Zdanie przetrwa jako słowny odruch w społeczeństwie, w którym sama moralność nie ma należnego jej autorytetu.
W takim społeczeństwie codzienne rozmowy nie wznoszą się do osobistych refleksji. Pozostają one w pułapce plotek, widowisk, magicznej polityki i nieszczęścia innych.
W takiej kulturze organizującym ideałem nie jest kompetencja, a władza. Edukacja nie służy formacji, a certyfikatom, które otwierają drzwi do stanowisk, pieniędzy i statusu. Rodzice pomagają dzieciom oszukiwać, bo ważny jest certyfikat, a nie dyscyplina, którą powinni reprezentować. Jak tylko tacy ludzie trafiają do instytucji, nie nabierają szacunku do stanowiska i obowiązków. Miejsce staje się źródłem informacji dla użytkownika. Z braku wewnętrznego autorytetu, kompensują to zimną arogancją, drobną tyranią i sadyzmem; im wyżej się wspinają, tym bardziej błędna staje się ich niepewność.
Ta sama lekcja zaczyna się w szkole. Autorytet wcześnie zamienia się w dźwignię: prywatne szkolenia, prezenty, nepotyzm i manipulacja egzaminami. Uczeń uczy się prawdziwego programu nauczania na długo przed pełnoletnością: autorytetu nie trzeba szanować, a lawirować; zasad nie należy przyswoić, a zarządzać nimi; władza jest po to, aby zgarniać gotówkę.
Niewiele jest pojęć o dodawaniu wartości, wkładzie własnym lub kształtowaniu charakteru. Kształtowanie charakteru często jest w bezpośrednim konflikcie z zasadą „kto silniejszy, ten ma rację”. Starsi uczą dzieci, że wolno zbierać masło „krzywym” palcem. Ale dzieci nie zezwalają obcym na ten krzywy palec. Dorastając, używają do tego krzywego palca wobec starszych w rodzinie, którzy potem się dziwią, jak wprowadzili węża. W rezultacie okazuje się, że to w pełni zatomizowane społeczeństwo, w którym nikt nikomu nie ufa.
Gdy nabycie zasobów staje się jedyną organizującą zasadą, gdy wartości, moralność i rozum nie mają autorytetu, społeczeństwo dzieli się na osoby zatomizowane. Człowiek staje się samotny, nawet w najbardziej zatłoczonych miejscach. Maszyny nie pracują, instytucje nie działają, rodziny nie działają. Brak spójności, brak harmonii, nie ma wspólnych oczekiwań wobec zachowań. Każdy sam w sobie.
Jeden i ten sam instynkt nie może być ograniczony do jednej sfery życia. Jeśli człowiek odnosi się do obcych, klientów, urzędników i pracowników jak do obiektów pracy, rodzina nie może pozostać nietknięta. Rodzice nie mogą zaufać dzieciom, a dzieci nie mogą ufać rodzicom. Bez łącznika moralności i umysłu, kapitał intelektualny i finansowy nie może gromadzić się. Życie staje się dniem świstaka: ani nauki, ani poczucia winy, ani opinii, ani związku przyczynowego.
Biznes również wydaje się nie tworzyć wartości, a staje się jak przelew z innej kieszeni w swoją. Usługa ma drugorzędny charakter. Jakość – to teatr.
Pewnego dnia odwiedziłem firmę, produkującą wypełniacze farmaceutyczne — biały proszek-nośnik, z którym później będą mieszać aktywne leki. Spodziewałem się zobaczyć sterylną, regulowaną produkcję. Zamiast tego weszliśmy w butach z ulicy; podłoga i nawet powietrze było gęste od proszku. Pracownice w brudnych ubraniach ręcznie wypełniały pakiety. Co gorsza, zaległy proszek mieszały ze świeżym materiałem, aby go dopasować do określonej klasy. Menedżer ujawnił to nie ze wstydem, ale z dumą. Sens był nie w tym, aby tworzyć wartość, a w tym, aby dopasować do wyglądu normy. Sam wkład nie był ostatecznym lekiem. Ale w warunkach skomplikowanej gospodarki każdy taki kompromis idzie dalej z prądem. Każdy mały unik staje się jeszcze jedną zaatakowaną częścią większego systemu, który nie może już ufać samemu sobie.
Jeden i ten sam schemat można prześledzić w każdym zakładzie: pozór zgodności utrzymuje się, podczas gdy istota zostaje cicho zniszczona. Standardy istnieją, istnieją procedury i dokumenty, ale są one podyktowane jednym i tym samym instynktem unikania, usuwania – i wychodzi im to na sucho.
Prawa pisane i struktury, pozostawione przez Brytyjczyków — system kontroli i przeciwwagi, prawo, procedury i rządy prawa — w większości pozostały. Ale jak tylko instytucje te przeszły w ręce Hindusów, ożywający je duch zmienił się. To, co miało służyć ograniczeniu władzy, przekształciło się w mechanizm wyzysku i wywłaszczenia. Instytucje nie zniknęły. Ich zewnętrzne powłoki — biura, mundury, nadruki, procedury — pozostały, ale ich funkcje zostały groteskowo zmienione. To nie przypadek, to jest nieuniknione w kulturze, gdzie wciąż zasadą jest żelazne prawo „kto silniejszy, ten ma rację”, gdzie naczelną zasadą jest celowość, a rozum, moralność i odpowiedzialność za siebie nie przyjęły się.
Gdyby indyjskie społeczeństwo było małymi, zlokalizowanymi jednostkami, brutalna, ale natychmiastowa zarodowa sprawiedliwość mogłaby zachować minimalny porządek, bardziej odpowiadający jego naturze. Straszna możliwość polega na tym, że gdy wydrążone zachodnie rusztowania w końcu padną na pysk, podnoszenie się z ruin może okazać się bardziej funkcjonalne dlatego, że społeczeństwo jest bardziej prymitywne – ze słabszymi nerwami niż wydawałoby się cywilizowanym oczom.
To powolna, nieubłagana apokalipsa drugorzędnej nowoczesności: zaimportowane instytucje gniją od środka, dopóki nie pozostaje nic, oprócz grabieży, nakładającej maskę cywilizacji. Formy przetrwały. Dusza już nie żyje.
=========================
mail:
postawy społeczne do złudzenia przypominające „kodeks moralny” w Izraelu.
mail II:
Typowy, wg. prof. Konecznego, w Indiach to stan a-cywilizacyjny, latrocinium magnum
mail III. Dokładniej: w Izraelu to stan anty-cywilizacyjny: Czczą tak Mamona, jak i Molocha.
Tegoroczny marsz zgromadził rekordową liczbę uczestników
Marsz dla Królowej Polski to jedyne w naszej ojczyźnie oddolnie organizowane obchody uroczystości Najświętszej Maryi Panny Królowej Korony Polskiej. W tym roku marsz przeszedł ulicami Częstochowy po raz szósty, tym razem nową trasą, a liczba uczestników zaskoczyła organizatorów.
Hasłem tegorocznego marszu były słowa: „Maryjo, Współodkupicielko i Pośredniczko Wszelkich Łask, módl się za nami!”. Były one nie tylko wezwaniem modlitewnym, ale i ‒ w obliczu noty doktrynalnej Mater Populi fidelis ‒ obroną tytułów należnych Matce Bożej.
Uroczystości rozpoczęły się o godzinie 12:30 Mszą św. odprawioną w kaplicy pw. św. Ludwika Marii Grigniona de Montfort w Częstochowie. Po Najświętszej Ofierze uczestnicy zgromadzili się przed kaplicą, gdzie najpierw wysłuchali krótkiego referatu na temat historii królowania Maryi nad Polską, a następnie nauki wygłoszonej przez ks. Antoniego Myślińskiego FSSPX. Kapłan wskazał na wyraźny wymiar religijny marszu, podkreślając, że jest on wspólnym wyznaniem wiary w to, że Najświętsza Maryja Panna jest Królową Polski, a wierni winni Jej służyć.
Ksiądz Myśliński nie unikał trudnych tematów. Mówiąc o głębokim kryzysie w Kościele, zwrócił uwagę na wzrastającą ilość herezji i zgorszeń płynących z najwyższych instancji kościelnych. Wymieniwszy oficjalne zanegowanie tradycyjnych tytułów maryjnych (tzn. „Współodkupicielki” i „Pośredniczki Wszelkich Łask”) i przypomniawszy niedawną wizytę anglikańskiej „biskupki” w Watykanie, zaapelował do zebranych: „Nie możemy udawać, że nic się nie dzieje!”. Następnie sformułował jasne wezwanie do wszystkich wierzących: „Każdy, kto chce zachować katolicką wiarę dla przyszłych pokoleń i każdy, kto chce się zbawić, musi stanąć po stronie prawdy”. Wskazał też konkretny program działania: „Trzeba zacząć publicznie wymagać od proboszczów, od biskupów miejsca, odżegnania się od tych herezji i błędów”.
Kluczowym elementem przemowy było przypomnienie o obronie Jasnej Góry podczas szwedzkiego potopu. Kapłan zestawił ówczesny zbrojny najazd z dzisiejszą „inwazją duchową i doktrynalną”, wskazując, że współczesny kryzys – podobnie jak w XVII wieku – jest napędzany przez zdradę i kompromis z błędami. Jednakże, tak jak wówczas ocalenie przyniosła wierność małej garstki obrońców i wstawiennictwo Maryi, tak i dziś musimy z nadzieją spoglądać na oblicze naszej Królowej, która niegdyś dała „siłę najpierw małej garstce, później coraz większej ilości osób, które przeżywają refleksję, zaczynają się nawracać. I rzeczywiście po latach Szwedzi zostali wypędzeni. Wiara katolicka została w Polsce uratowana”.
Czcigodny kapłan podkreślał znaczenie systematycznej pracy: „Musimy powoli, długofalowo nawracać nasz naród. Musimy powoli, długofalowo, cierpliwie bronić prawdy i żyć po katolicku”. Ostrzegł przed iluzją szybkiego sukcesu: „To nie chodzi, żeby tutaj przyjechać i przemaszerować. Musimy pracować cały, cały rok”. I przedstawił wizję stopniowej odbudowy: „Każda nasza kaplica, każdy nasz przeorat, to jest mała Częstochowa – od Szczecina po Jarosław, od Suwałk po Bolesławiec, od Nowego Sącza do przeoratu w Gdyni. To są nasze Częstochowy, bo tam jest Najświętszy Sakrament, tam jest Pan nasz Jezus Chrystus i tam jest również Niepokalana i Ona nas broni w tej wierze”.
Nauka zakończyła się pełnym nadziei przesłaniem, wskazującym również konkretny cel: „Kiedyś w przyszłości, kiedy nie będzie już nas tutaj kilkaset osób, kiedy będą tysiące, być może dziesiątki, setki tysięcy, wtedy wmaszerujemy do klasztoru, wtedy wmaszerujemy na Jasną Górę i już tam zostaniemy. Wtedy odbijemy klasztor; odbijemy dla królowania Chrystusa i naszej Królowej”.
Tuż po wygłoszonej nauce, w asyście służb porządkowych, wyruszył liczący ponad 400 uczestników VI Marsz dla Królowej Polski. Na początku odśpiewano Godzinki, po których zgromadzeni odmówili różaniec: część radosną po polsku, bolesną po łacinie, a chwalebną odśpiewali również w języku łacińskim. Każda tajemnica była oddzielona pieśniami maryjnymi. Po wkroczeniu na Aleję Najświętszej Maryi Panny ks. Myśliński zaintonował Litanię loretańską, w której zgodnie z przywilejem nadanym naszemu narodowi Polacy mogą wzywać Maryję jako swoją Królową. Po wejściu na Błonia Jasnogórskie uczestnicy odmówili Akt Poświęcenia się Narodu Polskiego Najświętszej Maryi Pannie i odśpiewali Bogurodzicę. Na zakończenie marszu ks. Myśliński udzielił zebranym błogosławieństwa; po nim nastąpiły podziękowania od organizatorów oraz wspólne zdjęcie.
Warto przypomnieć, że pierwszy Marsz dla Królowej Polski przeszedł ulicami Częstochowy 3 maja 2021 r., a uczestniczyły w nim zaledwie… dwie osoby. Przez sześć lat inicjatywa zyskała na znaczeniu, przyciągając coraz większą liczbę wiernych z całej Polski, a także z Niemiec. Już teraz organizatorzy zapraszają na VII Marsz dla Królowej Polski w przyszłym roku i przypominają słowa o. Maksymiliana Kolbe: „Trzeba koniecznie cały świat dla Niej zdobyć, by panowanie grzechu ustało”.
Nerwowa reakcja Polaków na pompatyczny ponowny pogrzeb ukraińskiego przywódcy OUN i nazisty Andrieja Melnyka jest całkiem oczywista i zrozumiała. Bowiem w gruncie rzeczy cała historia stosunków polsko-ukraińskich to nic innego jak próba wzajemnego unicestwienia.
Marsz ukraińskiej neobandery
Niedawno Andriej Melnyk, jeden z liderów Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN – ukraińskiej organizacji, która została uznana za ekstremistyczną i zakazana w Rosji wyrokiem Sądu Najwyższego z 8 września 2022 r.), został ponownie pochowany w Kijowie z wielką pompą. OUN współpracowała z nazistowskimi Niemcami i dopuściła się krwawych zbrodni. Zełenski osobiście uczestniczył w ceremonii. Zaraz potem Kijów ogłosił przygotowania do ponownego pochówku kolejnego lidera OUN – Jewgienija Konowalca.
Kilka dni później Centrum Operacji Specjalnych ‚Północ’ otrzymało honorowy tytuł „Ku czci Bohaterów Ukraińskiej Powstańczej Armii” (UPA – ukraińskiej organizacji, która została uznana za ekstremistyczną i zakazana w Rosji wyrokiem Sądu Najwyższego z 17 listopada 2014 r.). Kijów z pewnością przewidywał, że zostanie to negatywnie odebrane w Warszawie, ale najwyraźniej nie docenił skali problemu.
Usunięcie ukraińskiej flagi z lubelskiego ratusza, żądanie przeprosin przez Kancelarię Prezydenta RP wobec Zełenskiego oraz propozycja odebrania ukraińskiemu przywódcy najwyższego odznaczenia państwowego – Orderu Orła Białego – to tylko pierwsza symboliczna reakcja. Dalsze wydarzenia mogą być znacznie ostrzejsze.
Polska jest wyraźnie zmęczona rolą sprzymierzeńca i węzła tranzytowego dla Ukrainy. Polscy podatnicy od dawna zastanawiają się, dlaczego mieliby znosić trudności z ‚braterskiej miłości’ do Kijowa. Polskim władzom wystarczył więc odpowiedni pretekst, by ograniczyć finansowanie Ukrainy, a Zełenski podał go jak na tacy. Polscy politycy domagają się teraz zamknięcia lotniska w Rzeszowie, przez które dostarczane są zachodnie dostawy broni na Ukrainę, a także całkowitego wstrzymania wsparcia militarnego dla Kijowa.
‚Bohaterowie’ UPA są znani w Polsce przede wszystkim z rzezi wołyńskiej z 1943 roku. Ukraińskie ugrupowania nacjonalistyczne zniszczyły około 100 polskich wsi i wymordowały ponad 100 000 Polaków. Starców, kobiety i niemowlęta brutalnie mordowano sierpami, siekierami i kosami. Masowe groby ofiar są wciąż odkrywane na Wołyniu. Takie okrucieństwa nie zostaną wybaczone ani zapomniane.
Olbrzymie transparenty na meczu piłkarskim upamiętniają rzeź wołyńską dokonaną przez UPA
——————————————-
Wcześniej, po upadku imperiów rosyjskiego i austro-węgierskiego, wybuchła wojna polsko-ukraińska w latach 1918–1919. W tym czasie wojska ukraińskie zdobyły Lwów. Polacy stawili zacięty opór i już wiosną 1919 roku wojska polskie pod dowództwem Piłsudskiego rozpoczęły kontrofensywę. W rezultacie Ukraińska Armia Galicyjska została pokonana, Zachodnio-ukraińska Republika Ludowa przestała istnieć, a Galicja znalazła się pod rządami Warszawy. To było osiem miesięcy zaciętych walk, w których po obu stronach zginęły tysiące ludzi. W Polsce wielu nadal wierzy, że odzyskanie Lwowa i Iwano-Frankowska będzie aktem sprawiedliwości historycznej.
Do połowy XVII wieku prawosławni mieszkańcy Ukrainy – nie ‚Ukraińcy’, bo termin ten wówczas nie istniał – byli nieustannie upokarzani przez polskich władców. Dopiero zjednoczenie Ukrainy z Rosją w 1654 roku pozwoliło im na swobodne praktykowanie wiary. Nie wyeliminowało to jednak nienawiści Polaków. [?? chyba „do Polaków”? md]
Jedyne, co mogło zjednoczyć Kijów i Warszawę, choćby na krótko, to rusofobia. Ale gdy tylko na tym fundamencie pojawi się choćby najmniejsza rysa, natychmiast wychodzą na jaw wielowiekowe trupy w szafie: Wołyń, Galicja, polityka katolicyzacji, kozackie wyprawy przeciwko Polsce i Polska przeciwko Kozakom.
Nic więc dziwnego w konflikcie między Warszawą a Kijowem. To jedynie dobitna ilustracja pewnego schematu historycznego. Narody, które zbudowały swoją tożsamość na nienawiści do sąsiadów, prędzej czy później zaczynają się wzajemnie rozdzierać. Bo piasek, na którym opiera się ich państwowość, zbyt łatwo ulega rozsypaniu. A kiedy w końcu się rozsypie, nic się spod niego nie odsłoni: żadna kultura, żadne więzi gospodarcze i brak szacunku dla historii. Tylko nienawiść, kurz i ruiny.
ZB: Możemy stwierdzić, że rosyjska dziennikarka zna przyzwoicie problemy polsko-ukraińskie. Nie chciała jednak zauważyć, że Polska i Ukraina to jednak inna waga, że Polska istnieje ponad tysiąc lat, gdy Ukraina 30 razy krócej. Inne są osiągnięcia społeczno-polityczne czy na polu kultury i sztuki. Ale też jest Rosjanką, więc jest zrozumiałe, że traktuje ona ukraiński szowinizm oraz polską zwierzęcą rusofobię podobnie, bo obie choroby są czy mogą być zagrożeniem dla jej państwa.
Współczesny dyskurs światopoglądowy głównego nurtu zdominowany został przez specyficzną formę geometrycznego nihilizmu. Zarówno w publicystyce popularnonaukowej, jak i w masowej kulturze zakorzenił się paradygmat, który uzależnia wartość egzystencjalną człowieka od skali fizycznej otaczającego go wszechświata. Wielkość materialna stała się koronnym argumentem w debacie teologicznej i epistemologicznej, co rodzi fundamentalne konsekwencje dla naszej cywilizacji.
Zauważmy ten perfidny błąd logiczny, który stał się fundamentem współczesnej ateistycznej propagandy: utożsamienie objętości z wartością. Krytyk religii wskazuje na miliardy lat świetlnych pustki, na gigantyczne supernowe, mgławice i czarne dziury, a potem pyta z ironicznym uśmiechem: „I Ty naprawdę wierzysz, że Twórca tego wszystkiego interesuje się Twoim życiem?”. To klasyczny błąd kategorii. Wielkość fizyczna nie ma absolutnie nic wspólnego z rangą ontologiczną, czyli istotą i głębią samego istnienia.
Słońce jest miliardy razy większe od nowo-narodzonego dziecka. Słońce jest jednak tylko bezmyślnym, prymitywnym reaktorem termojądrowym, masą gazu poddaną bezwzględnej grawitacji. Nie posiada ono świadomości, nie kocha, nie cierpi, nie podejmuje decyzji i nie rozumie ani jednego z praw fizyki, którym ślepo podlega. Dziecko natomiast posiada duszę, intelekt i samoświadomość. W oczach obiektywnego Logosu jeden akt wolnej woli człowieka, jeden autentyczny gest przebaczenia czy jedna myśl świadomie skierowana ku Prawdzie ma nieskończenie większą wagę niż narodziny i śmierć dziesięciu galaktyk. Wielu tego nie pojmuje.
Fora i grupy internetowe są przepełnione zabawnymi obrazkami, w których autorzy naśmiewają się z bagatelizującą ironią z katolickich założeń. Świat płonie, są wojny, są bydlaki, głód, śmierć i destrukcja, a Ty się przejmujesz, że zjadłeś mięso w piątek? Że sobie ulżyłeś do filmów dla dorosłych? Daj spokój! Tego rodzaju stwierdzenia rzucają ludzie, którzy absolutnie nie pojmują, iż przed Bogiem stajemy pojedynczo. Bóg osądzać będzie stan naszej duszy, a nie całego świata. Dla zbawienia Twojej duszy, czytelniku, nie ma żadnego znaczenia, co robi sąsiad ze swoją duszą. Nie ma też znaczenia dla zbawienia Twojej duszy, czy dwa pulsary się ze sobą zderzą kilka milionów lat świetlnych od nas.
Religia skali horyzontalne
Ateizm w swoim dogmatycznym wydaniu okazuje się religią skali horyzontalnej – mierzy świat linijką i parsekiem, zamiast go rozumieć. Choć ciało ludzkie jest drobne, kruche i ulokowane na peryferiach przeciętnej galaktyki, to ludzki duch pozostaje jedynym znanym bytem we wszechświecie, który potrafi ten wszechświat objąć i sponad niego wykroczyć. Jak pisał Blaise Pascal:
„Człowiek jest tylko trzciną, najwątlejszą w przyrodzie, ale jest trzciną myślącą. Nie potrzeba, by cały wszechświat uzbroił się, aby go zmiażdżyć: mgła, kropla wody wystarczą, aby go zabić. Ale gdyby wszechświat go zmiażdżył, człowiek byłby jeszcze czymś szlachetniejszym niż to, co go zabija, ponieważ wie, że umiera, i zna przewagę, którą wszechświat ma nad nim. Wszechświat nie wie nic”.
Te genialne słowa francuskiego myśliciela uderzają w sam fundament scjentycznego pesymizmu. Świadomość własnej skończoności jest nieskończenie potężniejsza niż nieświadoma „nieskończenie” wielka materia.
Zrozumienie tej perspektywy rzuca zupełnie nowe światło na współczesne debaty kosmologiczne. Gdy współczesna fizyka odkryła, że nasz wszechświat jest skrajnie precyzyjnie dostrojony do powstania życia (tzw. zasada antropiczna), materialistyczna kosmologia stanęła pod ścianą. Prawa fizyki, stałe grawitacyjne czy masa cząstek elementarnych są dobrane z dokładnością do niewyobrażalnych miejsc po przecinku – minimalna zmiana zamieniłaby kosmos w martwą zupę atomową. Aby uniknąć jedynego logicznego wniosku – obecności Inteligentnego Projektanta – ateistyczni kosmologowie musieli uciec się do desperackiego zabiegu metafizycznego: stworzyli koncepcję Wieloświata (Multiwersum).
Hipoteza ta zakłada istnienie nieskończonej liczby niewidzialnych, niedostępnych dla nauki wszechświatów, z których w jednym – czystym przypadkiem – trafiły się idealne warunki. Spójrzmy na ironię tego faktu: materializm, który od zawsze legitymizował się empirią i twardymi dowodami, w sferze kosmologii stał się najbardziej dogmatyczną z wiar. Proponuje istnienie bytów, których z definicji nie da się zbadać, zaobserwować ani sfałszować. Posiadających także (a jakże) totalnie inne zasady chemiczne, fizyczne i logiczne… przynajmniej w ich teorii oznacza to, że niemożliwych do zbadania narzędziem, jakim jest nasza nauka. Kosmologiczny ateizm woli uwierzyć w nieskończoną liczbę niewidzialnych wszechświatów, byle tylko nie uwierzyć w jednego Niewidzialnego Boga.
Co więcej, próby wyjaśnienia początku wszystkiego za pomocą mechaniki kwantowej, gdzie wszechświat miałby wyłonić się z „fluktuacji próżni”, cierpią na fundamentalną ślepotę definicyjną. Fizyczna próżnia kwantowa nie jest filozoficzną nicością (nihil). To wciąż przestrzeń rządząca się skomplikowanymi prawami fizyki i matematyki. Pytanie kosmologiczne: „Dlaczego istnieje raczej coś niż nic?” pozostaje nietknięte. Skąd wzięły się same prawa mechaniki kwantowej przed powstaniem czasu i przestrzeni? Przed powstaniem w ogóle słowa i pojęcia „przed”? Kosmologia bez metafizyki potrafi jedynie przesuwać granicę niewiedzy, udając, że rozwiązuje problem, który sama głęboko ukrywa. Dla zwykłych ludzi to naprawdę łatwe do przyjęcia, gdyż są karmieni filmami z kategorii sci-fi, mitologią Cthulhu, Obcym, Avatarem i pochodnymi.
Łatwiej jest uwierzyć w romantyczne hasła, w stylu „gdybyśmy byli sami, to byłoby to wielkie marnotrawstwo przestrzeni” (bez Boga nie ma w ogóle mowy o marnotrawstwie, bo i kto by miał coś marnować?), albo „wszechświat jest tak olbrzymi, że musi tam coś być na pewno” (taki Neil deGrasse Tyson, astrofizyk, rozumie, iż światło ma ograniczoną prędkość, ale ma problem pojąć, że wszechświat nie jest aż na tyle olbrzymi, by usprawiedliwić zdarzenie probabilistycznie praktycznie niemożliwe, a tym bardziej zakładać, że wydarzyło się kilkukrotnie…). To korci, kusi, nadaje naszemu życiu głębi.
Dużo trudniej jednak zwykłemu człowiekowi zrozumieć, o czym tak naprawdę jest ten spór. I na tej ignorancji bazuje ateizm. Bo mowa tu nie jest o nieskończonym wszechświecie – bo ten, jak wskazują obserwacje, ma granice, nawet jeśli rozszerza się w niczym absolutnym. Nie jest też tu mowa o wiecznym wszechświecie – bo ten, jak wskazuje mikrofalowe promieniowanie tła i postępująca ekspansja, miał początek. Nie rozmawiamy o multiświatach, białych dziurach (odwrotność czarnych dziur, które mają wypluwać z siebie nowe wszechświaty), czy wielkim odbiciu i ciągłych narodzinach wszechświata – bo to czyste sci-fi bez poparcia w dowodach, nie ma takich badań, nic na żadną z tych tez nie wskazuje. One pasują na siłę tylko w takich modelach fizycznych, w których usuwa się Boga, jako Praprzyczynę. To nie fizyka, to magia dla ubogich duchem.
My tu mówimy o pierwotnej osobliwości. O tym jednym, nieskończenie uporządkowanym punkcie w niczym, z którego wzięło się wszystko. A mówiąc wszystko, mamy na myśli wszystko: energia, materia, kwarki, czas, przestrzeń, żelki i samochody, ludzie i dzbany, koty, myszy, asteroidy, pulsary, DNA, grawitacja… i logika. Przyczynowość, że A rodzi B. Konsekwencja zdarzeń i model naukowy, racjonalny, także powstały. Wszystkie tytuły naukowe w naszym świecie tracą cały swój autorytet na „chwilę przed” Wielkim Wybuchem.
Tego Wam, drodzy czytelnicy, żaden ateista nie powie. Nie przyzna się, że jego racjonalizm zawodzi na absolutnym fundamencie.
Redukcjonizm, czyli ślepota na sens
Tragizm współczesnego naukowego redukcjonizmu polega na tym, że drobiazgowo analizuje on skład chemiczny farby na obrazie, ale pozostaje całkowicie ślepy na namalowany portret. Wiemy współcześnie, jak drgają struny w fortepianie, znamy dokładne częstotliwości fal dźwiękowych, ale ta czysta matematyczna wiedza w żaden sposób nie wyjaśnia, dlaczego określony układ tych dźwięków w sonacie wywołuje w nas głęboki, metafizyczny zachwyt. Próba zredukowania symfonii do zapisu herców i decybeli, w naiwnym przekonaniu, że tym samym wyeliminowało się kompozytora, jest fundamentalnym błędem metodologicznym.
Szukanie Prawdy o świecie przy jednoczesnym kategorycznym odrzuceniu Autora tej Prawdy staje się ostatecznie logicznym absurdem. Jeśli ludzki mózg to wyłącznie wynik ślepych, bezcelowych procesów chemicznych i ewolucyjnych przypadków, to na jakiej podstawie racjonalista ufa, że jego własne myśli o wszechświecie są obiektywnie prawdziwe? Współczesny materializm, odrzucając transcendencję, odrzuca jednocześnie jedyne metafizyczne uzasadnienie dla wiarygodności własnego rozumu.
Powyższy esej stanowi przedpremierowy wgląd w nadchodzącą publikację „Fundamenty na skraju Otchłani” autorstwa piszącego pod pseudonimem Nocturno.
Książka to drapieżny, napisany bez znieczulenia manifest filozoficzno-naukowy. Autor, posługując się narzędziami z zakresu fizyki teoretycznej, biologii molekularnej i klasycznej ontologii, bezpardonowo rozprawia się zarówno z dogmatami nowego ateizmu, jak i z kryzysem tożsamości współczesnego chrześcijaństwa.