Oddajemy Patrioty Ukrainie – Jacek Hoga | Jan Pospieszalski

Oddajemy Patrioty Ukrainie – Jacek Hoga | Jan Pospieszalski

Umieścił: AlterCabrio, 16 września 2026

Czy uzbrojony rosyjski dron znaleziony wczorajszej nocy na plaży koło Jarosławca to przekroczenie naszej czerwonej linii? Dlaczego oddajemy Ukrainie kosztowne rakiety Patriot? Kto wymusił na polskim rządzie taką decyzję a może jest to suwerenna i odpowiedzialna decyzja wicepremiera Kosiniaka Kamysza ? Co oznacza ostra retoryka Radosława Sikorskiego i groźba Patruszewa o zniszczeniu Warszawy w trzy dni? To tylko eskalacja, a może język adekwatny do dzisiejszych realiów?

Jak bardzo uderzy w polskie kieszenie wstrzymanie dostaw saudyjskiej ropy dla Orlenu po ostatnich atakach Huti? Wreszcie – w jakim stanie realnie znajduje się dziś polska armia: budujemy rzeczywistą siłę, czy tylko armię z papieru i obietnic?

Zapraszam na rozmowę z Jackiem Hogą, ekspertem od wojskowości i prezesem Fundacji Ad Arma.

◊

JACEK HOGA | JAN POSPIESZALSKI ROZMAWIA #288

◊

Więcej: Jacek Hoga | Jan Pospieszalski

Mamy TO!! Rekord ceny diesla został pobity!

Rekord ceny diesla został pobity.

Najdrożej jest w TYM województwie

16.09.2026 nczas/rekord-ceny-diesla-zostal-pobity-najdrozej-jest

Na stacji benzynowej. Zdjęcie ilustracyjne: Pixabay
NCZAS.INFO | Na stacji benzynowej.

Ceny oleju napędowego na stacjach pobiły rekord, wzrosły także ceny benzyny i gazu LPG. Najdroższa benzyna jest obecnie w województwie dolnośląskim, diesel – w świętokrzyskim, a LPG – w zachodniopomorskim – wskazali analitycy portalu e-petrol.pl.

„Połowa września to czas horrendalnie drogich paliw na polskich stacjach. Ceny oleju napędowego, które już w zeszłym tygodniu szokowały, jeszcze bardziej wzrosły. Tym samym historyczny rekord cenowy diesla został pobity” – napisali analitycy.

Wzrost średniej ceny diesla o 14 gr/l do 8,89 zł/l to efekt problemów z dostępnością tego paliwa, spowodowanych ograniczeniem przerobu ropy i dostaw paliw z Bliskiego Wschodu – wskazali. Natomiast hurtowe ceny benzyny spadły w ubiegłym tygodniu, dlatego podwyżki cen benzyny są mniejsze – paliwo to podrożało o 9 gr/l do 7,98 zł/l. „Znacznie przyspieszył natomiast wzrost cen LPG, które zdecydowanie podrożało też w dostawach do stacji. Średnia cena autogazu wzrosła o 13 groszy i wynosi 3,08 zł/l” – dodano.

Według monitoringu e-petrol.pl najdrożej jest obecnie na Dolnym Śląsku, gdzie litr benzyny E10 kosztuje przeciętnie 7,96 zł, w województwie świętokrzyskim, w którym za tę samą ilość diesla płaci się 8,90 zł oraz w województwie zachodniopomorskim – ze średnią ceną LPG na poziomie 3,13 zł/l.

„Najtaniej, choć i tak bardzo drogo, jest w Małopolsce, gdzie litr benzyny i oleju napędowego kosztuje odpowiednio 7,89 i 8,83 zł oraz na Warmii i Mazurach, które są jedynym regionem ze średnią ceną za litr autogazu znajdującą się poniżej trzech zł. W tej części Polski wynosi ona 2,97 zł” – zauważyli analitycy.

(PAP)

Instrukcja Operacyjna: Mobilizacja Błotno-Płazowa „Bagna Plus”

Instrukcja Operacyjna: Mobilizacja Błotno-Płazowa „Bagna Plus”

Kryptonim: Żaba-2026

autor: DK

[to tajny Dowódca Korpusu? a może

Dowódca Kampanii? a może

Donald & Kosiniak??]

=====================================

Cel: Powstrzymanie broni pancernej wroga przy użyciu terytorialnych zasobów hydrologiczno-biologicznych.

I. Strategiczne Rozmieszczenie Sił

Linia Oporu Bóbr-1: Formacje gryzoni zostają przeformowane w Dywizje Inżynieryjno-Kaskadowe. Wprowadza się bezwzględny nakaz budowania tam o wysokości min. 1,5 m wzdłuż granicy państwowej.

System Zasadzek Torfowych: Czołgi przeciwnika nie będą niszczone bronią przeciwpancerną, lecz wchłaniane przez certyfikowane mchy torfowce. Zaplanowano zatopienie gąsienic na głębokość 2,3 metra.

Pancerne Kijanki: Lokalna fauna zostaje przeszkolona w zakresie podgryzania elementów zawieszenia pojazdów gąsienicowych.

II. Pakiety Wsparcia i Finansowanie

Budżet: 500 milionów złotych przeznacza się na hurtowy zakup konewek, odblokowanie rowów melioracyjnych i zakaz suszenia skarpet na polach.

Ochrona Osobista Obywateli: Brak schronów betonowych rekompensuje się darmowym przydziałem kaloszy do kolan oraz wojskowych woderów z atestem UE.

Kamuflowanie Terytorium: Szybki posiew rzęsy wodnej na wszystkich kałużach w kraju w celu dezinformacji wrogiego rozpoznania satelitarnego (każda kałuża ma udawać bezdenne otchłanie).

III. Scenariusz Działań Bojowych

Wróg przekracza granicę.

Wróg wjeżdża w oficjalnie utworzony „Naturą Chroniony Obszar Błotny”.

Czołgi toną po wieżyczki, a załogi zostają unieruchomione przez wysoki poziom wilgotności powietrza i agresywny atak chmar komarów obronnych.

Ministerstwo Środowiska ogłasza sukces

i zgłasza zatopiony sprzęt jako obiekty małej architektury ogrodowej.

================================

Cały ten koncept opiera się na autentycznych wypowiedziach i planach wiceminister klimatu i środowiska Urszuli Zielińskiej oraz powiązanych projektach (m.in. w ramach tzw. Zielonej Tarczy Wschód), 

w których odbudowa mokradeł i torfowisk była poważnie omawiana m.in. jako narzędzie mające utrudniać manewrowanie ciężkiemu sprzętowi wojskowemu.

Z przymrużeniem 😉

Z fb, Czar6wnica 

Pieniądz jest nerwem wojny

Pieniądz jest nerwem wojny

wolnemedia.net/pieniadz-jest-nerwem-wojny

Kiedy koniec wojen na Bliskim Wschodzie?

Wielki rzymski mówca Mark Tuliusz Cyceron (106-43 p.n.e) miał rację, gdy pisał, że: „Pieniądz jest nerwem wojny” i że: „W czasie wojny milczą prawa”. Chociaż sam służył w armii ponad trzy lata, to zawsze twierdził, że pokój jest wartością nadrzędną w porównaniu z okrucieństwem działań zbrojnych. Ludzkość jednak ciągle popełnia te same błędy.

https://youtube.com/watch?v=DxxBsHDoCic%3Frel%3D0

Do najgorszych wojen należą napastnicze, wywołane w celu podboju cudzego terytorium lub podporządkowania sobie innego narodu. Cyniczne i prawnie kontrowersyjne są tzw. wojny prewencyjne, podejmowane w celu uprzedzenia „nieuchronnego uderzenia przeciwnika”. W praktyce historycznej i politycznej napaści „zapobiegawcze” są najczęściej wykorzystywane jako pretekst i kamuflaż dla zwykłej wojny zaborczej. Prawo międzynarodowe dopuszcza wyłącznie wojny samoobronne, gdy atak już nastąpił. A tymczasem, mamy sugestywne przepisy antywojenne i niekończące się konflikty zbrojne o coraz mniej oczywistym charakterze.

Problematyczne wojny

Na przykład, błyskawiczna operacja militarna USA w stolicy Wenezueli Caracas o kryptonimie „Absolute Resolve” na początku 2026 roku jest opisywana jako interwencja o charakterze policyjno-wojskowym, a nie klasyczna wojna międzypaństwowa. Motywy tej operacji były według Amerykanów gospodarcze (związane m.in. z bogatymi zasobami ropy naftowej Wenezueli i infrastrukturą naftową, która zdaniem USA została im wcześniej „ukradziona”) oraz interwencyjne (walka z narkoterroryzmem, przemytem i sfałszowaniem wyborów przez władze Caracas). Państwa członkowskie ONZ oraz wielu międzynarodowych ekspertów uznały tą „interwencję” za bezprawny akt agresji i naruszenie Karty Narodów Zjednoczonych. USA oświadczyły, że „kierowały się względami bezpieczeństwa i egzekwowania prawa”. Sytuacja w Wenezueli jest jednak nadal napięta, władze są tymczasowe, w kraju utrzymuje się głęboki kryzys gospodarczy (brakuje stabilnych dostaw prądu oraz bieżącej wody, większość społeczeństwa zmaga się z ubóstwem). Pod koniec sierpnia ogłoszono wieloletnią (na 25 lat) umowę energetyczną między USA a Wenezuelą. Zakłada ona przejęcie przez podmioty amerykańskie większościowej kontroli nad złożami. Zyski z wydobycia ropy mają w przyszłości trafić do obywateli, wypierając z wenezuelskiego sektora paliwowego dotychczasowe wpływy chińskie i rosyjskie. Czy cel interwencji był słuszny w rozumieniu wojny sprawiedliwej? Wenezuela przestała być państwem rządzonym przez Maduro, ocenianym jako przywódca nieudolny, autokratyczny i skorumpowany. W efekcie nastąpił spadek bezpośredniej przemocy politycznej, ale realna wolność Wenezuelczyków nie uległa poprawie. USA częściowo złagodziły i zawiesiły wybrane sankcje wobec Wenezueli, jednak Unia Europejska nadal utrzymuje swoje restrykcje. Część międzynarodowej opinii publicznej ocenia akcję USA jako rażące złamanie suwerenności Wenezueli. Jak jest w istocie?

Niezwykle złożona sytuacja ma miejsce na Bliskim Wschodzie. Wojna w Strefie Gazy, rozpoczęta po ataku Hamasu na Izrael w październiku 2023 roku, jest przedstawiana przez Izrael jako konieczność likwidacji struktur militarnych i politycznych Hamasu. Oficjalnie jest uznawana przez Żydów za klasyczną samoobronę. W rzeczywistości skala zniszczeń, blokada humanitarna oraz długotrwała okupacja terytoriów palestyńskich wykraczają w sposób oczywisty poza ramy legalnej samoobrony i proporcjonalności. Działania Izraela w Gazie są określane jako ludobójstwo przez liczne państwa, komisje pod egidą ONZ, organizacje praw człowieka (w tym nawet izraelskie), ekspertów prawnych i naukowych. Izrael się tym nie przejmuje.

28 lutego 2026 roku USA i Izrael rozpoczęły „kontrowersyjną” (to najdelikatniejsze określenie) wojnę z Iranem. Wielu ekspertów ds. prawa międzynarodowego oraz krytyków politycznych określa działania Waszyngtonu jako nielegalną wojnę napastniczą. Napastnicy nie przyjmują tego do wiadomości. Trump i jego administracja uzasadniali zmasowane bombardowania jako uderzenie „prewencyjne”, mające powstrzymać domniemany irański program nuklearny. Eksperci prawa międzynarodowego wskazują, że ani USA, ani Izrael nie mogą powołać się na prawo do samoobrony na podstawie art. 51 „Karty ONZ”, ponieważ Iran nie dokonał wcześniejszego bezpośredniego ataku na te państwa. Wojna prewencyjna bez zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ jest traktowana jako złamanie zakazu agresji. W następstwie decyzji Trumpa o ataku na Iran, intelektualiści chrześcijańskiej prawicy wdali się w ożywioną debatę na temat tego, czy posunięcie to spełnia kryteria teorii wojny sprawiedliwej, ustanowione przez św. Augustyna i św. Tomasza z Akwinu. Np. Edward Feser, amerykański filozof, nawrócony na katolicyzm, stanowczo umiejscowił obecną wojnę poza tradycją katolicką. „Podobnie jak człowiek, kraj może być słusznie skrzywdzony tylko za to, co faktycznie zrobił lub do czego aktywnie się przygotowuje, a nie za to, co jedynie mógłby zrobić. Gdyby to, co kraj mógłby zrobić, stanowiło wystarczający casus belli , wówczas każdy kraj mógłby usprawiedliwić wojnę z każdym potencjalnym wrogiem”.

Równocześnie w Libanie są prowadzone przez Izrael działania zbrojne i naloty przeciwko Hezbollahowi, będące odpowiedzią na ostrzały terytorium Izraela. Iskrą do działań Hezbollahu była napaść na Iran. Działania izraelskie są – jak zawsze – skrajnie nieproporcjonalne i skierowane – przy okazji – przeciwko Bogu ducha winnym Libańczykom . Do wojny na Bliskim Wschodzie włączył się też ostatnio jemeński ruch Huti. W tle toczy się „cicha wojna” na Zachodnim Brzegu, gdzie izraelskie działania przeciwko Palestyńczykom łączą elementy operacji przeciwpartyzanckich, prewencyjnego dławienia oporu oraz głębokiej zmiany administracyjno-terytorialnej. Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości jednoznacznie orzekł, że Izrael dopuszcza się nielegalnej aneksji suwerennych terytoriów i ma prawny obowiązek zakończenia tej okupacji tak szybko, jak to możliwe.

Spekulacje o zbliżającej się wojnie jądrowej

Na Bliskim Wschodzie ma miejsce pat. Iran nie został pokonany ku zdziwieniu USA i Izraela. Konflikt wszedł w fazę walk na morzu oraz wzajemnych blokad, w tym Cieśniny Ormuz, co destabilizuje rynki surowców. Regionalne zaufanie do Ameryki całkowicie się załamało, a kraje Rady Współpracy Zatoki Perskiej (GCC) uważają, że USA nie są w stanie ich obronić. Negocjacje z Teheranem nie przynoszą efektów. Ma miejsce przepaść między żądaniami USA i Izraela a irańskim zasadnym poczuciem siły oraz determinacją do obrony. Międzynarodowa opinia publiczna i duża część amerykańskiej traktuje napaść na Iran jako wojnę toczoną w interesie Izraela. Chrześcijańscy syjoniści ją nadal popierają, ale notowania samego Trumpa w USA mocno spadają (także wśród MAGA), co jest istotne przed jesiennymi wyborami połówkowymi do Kongresu. Trump używa nowych argumentów. Ostatnio publicznie zasugerował, że po zakończeniu działań zbrojnych siły amerykańskie mogą pozostać w Iranie, aby „zatrzymać ropę” i przejąć kontrolę nad tamtejszymi złożami naftowymi (porównując to do wcześniejszego porozumienia z Wenezuelą). To zdaniem wielu krytyków potwierdzenie zaborczych intencji USA.

Amerykańscy eksperci powołują się na rozmowy w Białym Domu, podczas których spekuluje się, że USA „nie mają wyboru” i muszą wygrać wojnę z Iranem, nawet sięgając do ataku jądrowego. Spekulacje te mają być wiarygodne, co potwierdzają m.in. profesor John Mearsheimer, była kongresmenka Marjorie Taylor Greene, doskonale poinformowany adwokat Robert Barnes, analityk CIA Larry Johnson, kluczowy ekspert podpułkownik Larry Wilkerson, wpływowy komentator Tucker Carlson, były zastępca dyrektora wywiadu narodowego Joe Kent, i inni. Jeśli desperacja Trumpa rzeczywiście sięga tak daleko, by rozważać użycie broni nuklearnej, to mamy do czynienia z wyjątkowo niebezpiecznym rozwojem wydarzeń. Należałoby mieć nadzieję, że doktryna tzw. “ograniczonej wojny nuklearnej” zostanie jednak oceniona przez amerykańskich decydentów z Pentagonu jako iluzja.

Oficjalne stanowisko Donalda Trumpa przeczy spekulacjom o wojnie jądrowej. Prezydent USA wprost oświadczył, że nie zamierza wykorzystywać broni jądrowej przeciwko Iranowi. Pytania dziennikarzy na ten temat określał mianem „głupich”, twierdząc, że USA są w stanie skutecznie zneutralizować irańskie zagrożenie za pomocą konwencjonalnych środków militarnych i drastycznych sankcji ekonomicznych.

Mimo deklaracji o chęci uniknięcia scenariusza nuklearnego, administracja Trumpa (w tym wiceprezydent J.D. Vance) regularnie powtarza, że w przypadku dalszej eskalacji ze strony Teheranu „wszystkie opcje pozostają otwarte”, a USA posiadają w swoim arsenale potężne narzędzia, których jeszcze nie zdecydowały się użyć.

Spekulacje z końca sierpnia oparte są na realnych wypowiedziach medialnych wymienionych wyżej ekspertów. Przeciwnicy tych spekulacji twierdzą, że stanowią one tylko element wewnętrznej debaty i narracji antywojennej w USA, a nie potwierdzenie oficjalnych planów Pentagonu. Grupa antywojenna tworzy spójne środowisko komentatorów skupionych wokół programu Tuckera Carlsona oraz niezależnych platform (np. kanał Dialogue Works lub podcasty sędziego Andrew Napolitano), na których regularnie goszczą Larry Johnson i płk Larry Wilkerson.

Skąd wzięły się te spekulacje? Pod koniec sierpnia Tucker Carlson wyemitował wywiad z Joe Kentem (byłym dyrektorem ds. walki z terroryzmem), w którym ostro skrytykował administrację za przedłużający się i nieskuteczny konflikt konwencjonalny z Iranem (w tym operację Epic Fury). Carlson podniósł argument, że z powodu powolnego tempa niszczenia głęboko ukrytych irańskich schronów atomowych, w Waszyngtonie „zaczęły się dyskusje o taktycznej amunicji nuklearnej”. Podobne tezy o tym, że USA „rozważają opcję nuklearną”, promował w tym samym czasie płk Larry Wilkerson

Czy te doniesienia są wiarygodne? Ani Pentagon, ani wywiad USA, ani sojusznicy z NATO nie potwierdzają tych doniesień. Sekretarz Wojny Pete Hegseth jednoznacznie oświadczył, że amerykańska strategia opiera się wyłącznie na precyzyjnych uderzeniach konwencjonalnych, cyberwojnie i tłumieniu elektronicznym.

Komentatorzy wskazujący na realność opcji atomowej są krytykowani za motywacje polityczne. Wymienione osoby (jak Marjorie Taylor Greene, Joe Kent czy Robert Barnes) tworzą tzw. izolacjonistyczne, antywojenne skrzydło ruchu MAGA. Ich celem jest wywarcie nacisku na administrację, aby zakończyła interwencje na Bliskim Wschodzie. Mają celowo używać czarnych scenariuszy („stoimy na progu nuklearnej wojny światowej”), aby zmusić Biały Dom do deeskalacji i powrotu do dyplomacji.

Wybitny politolog John Mearsheimer (również goszczący u Carlsona) analizuje sytuację przez pryzmat teorii realizmu. Nie twierdzi on, że USA planują zrzucić bombę, lecz ostrzega przed niekontrolowaną spiralą eskalacji – jeśli Iran odpowie asymetrycznie i zablokuje m.in. Cieśninę Ormuz, zdesperowane mocarstwo może teoretycznie sięgnąć po środki ostateczne, co czyni konflikt skrajnie niebezpiecznym.

Wszyscy wskazują, że doniesienia o niebezpieczeństwie wojny jądrowej są prawdziwe jako opis debaty medialnej. Zdaniem analityków podważających scenariusz użycia broni atomowej traktowanie jednak tej debaty jako twardego dowodu na to, że USA przygotowują atak nuklearny na Iran, jest nadinterpretacją. Służą one jako retoryczne ostrzeżenie przed skutkami wojny, a nie opis oficjalnych planów wojskowych.

Oby mieli rację. Poza tym „Pieniądz jest nerwem wojny”.

Autorstwo: Rebeliantka
Źródło: Ekspedyt.org

It is not Chaos, it is planned. MEM-y II.

—————————————–

—————–

————————————–

—————————————————

a raka szyjki macicy miewają głównie stare , przechodzone prostytutki, nie nasz Jasio !

==========================

——————————-

————–

———————————–

———————————

——————————————————

Władza działa arytmetycznie. MEM-y I.

——————–

——————————————-

————————

——————————————————

———

——————-

————————————-

—————————

—————————

——————————————-

Cenzorzy w Piasecznie odwołali spotkanie z Braunem. Przewodniczący Rady powiatu się cieszy i twierdzi, że… nie popiera cenzury

Cenzorzy w Piasecznie odwołali spotkanie z Braunem. Przewodniczący Rady powiatu się cieszy i twierdzi, że… nie popiera cenzury

16.09.2026 nczas/cenzorzy-w-piasecznie-odwolali-spotkanie-z-braunem-przewodniczacy-rady-powiatu-sie-cieszy-i-twierdzi-ze-nie-popiera-cenzury

Grzegorz Braun
NCZAS.INFO | Grzegorz Braun. / foto: PAP

Biblioteka Publiczna w Piasecznie odwołała spotkanie z Grzegorzem Braunem. Wcześniej takiej cenzury domagali się lewacy z Razem. „Zasadnicze pytanie: dlaczego istnieją te wszystkie biblioteki i domy kultury, skoro tak naprawdę zawsze służą tylko jednej, skrajnie lewackiej opcji politycznej” – napisał na X redaktor naczelny „Najwyższego Czasu!” Tomasz Sommer.

Odbieranie możliwości spotkań z Grzegorzem Braunem to nieformalne wyzwanie wśród środowisk lewicowych w Polsce. W Centrum Edukacyjno-Multimedialnym w Piasecznie miało dojść do spotkania z liderem KKP, ale zostało ono odwołane. Informację o tym opublikowano już oficjalnie na facebookowym profilu Biblioteki Publicznej w Piasecznie.

Jak przekonywał administrator, biblioteka „wynajmując na ogólnych zasadach komercyjnych salę widowiskową Organizatorowi spotkania, opierała się na informacji, że ma to być spotkanie autorskie dotyczące książki 'Okruchy historii’”.

„Po przeanalizowaniu pojawiających się w przestrzeni medialnej informacji reklamujących wydarzenie przez Organizatora, który zapraszał na spotkanie dotyczące książki pod innym tytułem – 'Historia bez kłamstw’, Biblioteka podjęła decyzję o nieudostępnianiu sali na potrzeby tego przedsięwzięcia. Decyzja została podjęta z uwzględnieniem obowiązujących zasad udostępniania pomieszczeń Biblioteki, konieczności zapewnienia bezpieczeństwa pracownikom, użytkownikom i uczestnikom wydarzeń oraz prawidłowej realizacji statutowych zadań Biblioteki” – przekonywano w poście na Facebooku.

„Biblioteka podkreśla, że jej decyzja dotyczy konkretnego wydarzenia i okoliczności związanych z jego organizacją. Nie stanowi natomiast oceny ani stanowiska wobec poglądów politycznych jego uczestników. Biblioteka Publiczna w Piasecznie pozostaje miejscem otwartym dla mieszkańców i realizuje swoją działalność zgodnie z obowiązującymi przepisami oraz zasadami udostępniania swoich przestrzeni” – twierdził administrator profilu.

Tak więc pod pretekstem de facto innego tytułu odwołuje się spotkanie z Braunem. I przy tym zapewnia jednocześnie o „otwartości”.

Do sprawy odniósł się przewodniczący Rady Powiatu piaseczyńskiego Krzysztof Kasprzyk z KO, który – jak podkreślił Tomasz Sommer – miał być jedną z osób naciskających na odwołanie spotkania. Co prawda twierdził, że „nie jest zwolennikiem ograniczania debaty publicznej ze względu na poglądy polityczne jej uczestników”, ale w sumie to dobrze, że Grzegorz Braun został w tym przypadku poddany ostracyzmowi. Dlaczego?

„Nie można jednak udawać, że każda postać życia publicznego i każda treść, z jaką mamy do czynienia, jest obojętna z punktu widzenia standardów, jakie powinny obowiązywać w instytucjach publicznych. W przypadku Grzegorza Brauna mamy do czynienia z polskim posłem, który ma skrajne, niepopularne czy odmienne od większości. To nie ma jednak żadnego znaczenia. Braun to osoba, której Instytut Pamięci Narodowej postawił zarzuty publicznego, dokonanego w świetle kamer, i wbrew faktom zaprzeczania zbrodniom ludobójstwa dokonanym przez funkcjonariuszy III Rzeszy w KL Auschwitz-Birkenau” – twierdził radny na Facebooku.

To fałsz jak i manipulacja. Primo, decyzją o rzekomej słuszności ostracyzmu jest samo postawienie zarzutu. Radny KO defekuje w tym przypadku na jedną z podstawowych zasad cywilizowanego świata, jaką jest zasada domniemania niewinności. Zarzuty bowiem można postawić każdemu za wszystko. Dopóki nie zapadnie prawomocny wyrok, człowiek jest uznawany za niewinnego.

No chyba, że nie podoba się politykowi KO, to wtedy nie.

Secundo – Braun nie negował zbrodni ludobójstwa. Natomiast poddał do dyskusji fakt, że coraz więcej historyków podważa skalę jednej z konkretnych metod uśmiercania ludzi przez Niemców w niemieckim obozie na terenie okupowanej Polski.

„Unieważnił, wymazał, wygumkował w ten sposób świętą, męczeńską śmierć milionów Polek i Polaków” – kontynuował.

Tu też jest pewien „odlot”. Choć śmierć tych osób w sposób oczywisty była okrutna, niezasłużona i poprzedzona koszmarem, Kościół nie kanonizował nigdy „z automatu” ludzi, którzy zostali pomordowani w niemieckim obozie Auschwitz-Birkenau. Do świętych wymordowanych w tamtym miejscu – który swoją drogą nie zginął przecież w komorze gazowej, lecz był przetrzymywany w bunkrze głodowym, a następnie dobity zastrzykiem z fenolu – był św. o. Maksymilian Maria Kolbe OFMConv. Także teza o „wymazywaniu” czy „gumkowaniu” śmierci ludzi jest zwyczajnie odklejona.

Choć można delikatnie z uznaniem wspomnieć, że przynajmniej radny KO nie twierdził tutaj, że w Auschwitz-Birkenau mordowani byli tylko albo głównie Żydzi. Uczciwie stwierdzono tu śmierć milionów Polaków.

„Nie chodzi o cenzurę. Nie chodzi o zakazywanie komukolwiek poglądów nawet skrajnych i kontrowersyjnych. Chodzi o odpowiedzialność za sposób wykorzystywania przestrzeni publicznej i o to, jakie standardy stosujemy w instytucjach finansowanych ze środków publicznych” – przekonywał Kasprzycki z KO, który najwyraźniej uważa, że za sam zarzut – nieważne jak absurdalny – jest powodem do niszczenia ludzi i pozbawiania ich podstawowych praw.

Podobne odwołania spotkań z Grzegorzem Braunem pod pretekstem rzekomego „wprowadzenia w błąd” już się zdarzały. Wystarczy wspomnieć chociażby spotkanie zaplanowane 12 grudnia w Arcybiskupim Wyższym Seminarium Duchownym w Szczecinie.

– Ksiądz rektor uznał, że został wprowadzony w błąd co do rzeczywistego charakteru planowanego spotkania – mówił w grudniu ks. kan. dr Krzysztof Łuszczek, rzecznik prasowy kurii szczecińsko-kamieńskiej w rozmowie z KAI, komentując odwołanie spotkania.

Sytuację w Piasecznie skomentował redaktor naczelny „Najwyższego Czasu!” Tomasz Sommer.

„I znowu cenzura polityczna w państwowej instytucji. Centrum Edukacyjne w Piasecznie, zbudowane i utrzymywane z pieniędzy podatnika odwołało nasze spotkanie. Poznajmy nazwiska zamordystów z Piaseczna: naciskał Krzysztof Kasprzycki, przewodniczący Rady Powiatu Piaseczyńskiego, decyzję podjęła dyrektorka Biblioteki Publicznej w Piasecznie Sylwia Chojnacka-Tuzimek. Pięknie się uśmiechają cenzorzy z Piaseczna. Nieprawdaż?” – napisał na X Sommer, załączając zdjęcia osób decyzyjnych.

Jak podkreślił, obecnie trwają starania o inną salę, by spotkanie mogło dojść do skutku.

„Powstaje jednak zasadnicze pytanie: dlaczego istnieją te wszystkie biblioteki i domy kultury, skoro tak naprawdę zawsze służą tylko jednej, skrajnie lewackiej opcji politycznej” – zapytał Tomasz Sommer.

Gotówka szykuje się do skoku

Gotówka szykuje się do skoku

16.09.2026 wolnemedia/gotowka-szykuje-sie-do-skoku

XII Kongres Obsługi Gotówki wykazał, że szeleszczący i brzęczący pieniądz to warunek funkcjonowania naszego kraju w trudnych czasach.

– Na ekranie widzą państwo dwa banknoty stuzłotowe. Proszę zdecydować, skanując wybrany kod, który z nich jest prawdziwy, a który fałszywy – powiedziała, na wstępie swojego wykładu o nowej erze fałszowania pieniędzy, dr. Joanna Kołodziej z departamentu emisyjno-skarbcowego Narodowego Banku Polskiego. Słuchało jej kilkaset osób, uczestniczących w XII Kongresie Obsługi Gotówki w Warszawie. Okazało się, że 53 proc. uczestników dobrze rozpoznało oba banknoty. – Na sali są profesjonaliści, więc zrozumiałe, że większość zagłosowała prawidłowo. Niefachowcy mogą jednak mieć kłopoty z wykryciem sfałszowanych banknotów – skomentowała dr. Kołodziej.

O fałszowaniu polskich pieniędzy nie słyszymy zbyt często, a służby nie chwalą się rozbijaniem gangów podrabiających gotówkę. Jest to jednak problem, który trudno całkowicie rozwiązać, bo choć banknoty są coraz lepiej zabezpieczane, to zawsze znajdą się fałszerze próbujący szczęścia. I wciąż, w polskim obrocie gotówkowym można trafić na fałszywki. W 2023 roku wykryto, dokładnie licząc, 3869 sztuk fałszywych banknotów. Rok później nieco więcej, bo 4406. Ubiegły rok utrzymał tendencję wzrostową – 4966 fałszywych polskich banknotów. To wprawdzie bardzo niewiele, bo około 1,3 sztuki na milion, tym niemniej ten przyrost nieco niepokoi. Może w 2026 roku ta liczba trochę spadnie, bo służbom udało się zlikwidować wytwórnię podrobionych pięćsetzłotówek w Sochaczewie. Ale dopóki papierowa gotówka będzie popularna, dopóty będą zdarzać się fałszerstwa.

Gotówka w Polsce wciąż zaś trzyma się mocno, choć banki działające w naszym kraju usiłują najróżniejszymi sposobami zniechęcać klientów do korzystania z papierowych pieniędzy. Nie pomaga jednak utrudnianie dostępu do stacjonarnych oddziałów kasowych z obsługą fizyczną czy zerowe oprocentowanie tradycyjnych kont. Przekorni Polacy, jakby w reakcji na te bankowe szykany, wręcz wracają do gotówki. Badania pokazują, że około 80 proc. polskich klientów załatwia swoje sprawy wyłącznie w bankach posiadających oddziały stacjonarne, mimo przeszkód wymyślanych przez bankierów. Według danych NBP, w maju bieżącego roku, wartość pieniędzy papierowych i metalowych znajdujących się w obiegu osiągnęła 482,5 miliarda złotych.

Pod względem przywiązania do gotówki jesteśmy na drugim miejscu w Unii Europejskiej, zaraz za Niemcami. Polska jest jednak jedynym krajem UE, gdzie udział gotówki w aktywach finansowych gospodarstw domowych przekracza 10 proc. (dokładnie licząc, 11,3 proc na koniec ubiegłego roku). Warto dodać, że w całej Unii Europejskiej ten udział wynosi zaledwie 3,2 proc – czyli prawie cztery razy mniej, niż w naszym kraju

Nasza sympatia do szeleszczącego i brzęczącego pieniądza zaczęła wyraźnie rosnąć w związku z pandemią i napaścią Rosji na Ukrainę – i ta tendencja się utrzymuje. Wolimy trzymać część zasobów w domu, mając świadomość, że w razie jakiegoś ataku hakerskiego na system bankowy, czy w związku z poważnymi zagrożeniami geopolitycznymi, banki po prostu wstrzymają wypłaty środków na zasadzie „Misia”: Nie wypłacimy panu pańskich pieniędzy, i co nam pan zrobi?

To zresztą w Polsce nie pierwszyzna. W 1939 roku, przed niemiecką agresją, Polacy też wycofywali pieniądze z banków – i słusznie robili. Podobnie, również słusznie, zachowywali się pod koniec lat osiemdziesiątych, w czasach wysokiej inflacji, gdy gotówkę wycofywaną z banków zamieniali na dolary, marki zachodnioniemieckie i funty brytyjskie.

W dzisiejszej dobie, banki działające w naszym kraju nie martwią się jednak tym, że Polacy są tak bardzo przywiązani do gotówki. Rzecz w tym, że ogromną część naszych pieniędzy – bo aż ponad 1000 miliardów złotych – przechowujemy na rachunkach bankowych z zerowym lub niemal zerowym oprocentowaniem. To oczywiście olbrzymi zysk dla banków, które nie muszą wypłacać odsetek. Oczywiście, nie robimy bankierom tych finansowych prezentów z sympatii do nich – lecz dlatego, że stosują oni sprawdzoną metodę, mającą w maksymalnym stopniu utrudnić nam korzystanie z bardziej opłacalnych lokat. Chodzi tu o ograniczenie czasu trwania wszelkich promocji bankowych (co ma miejsce zapewne we wszystkich bankach działających w Polsce) jedynie do trzech miesięcy. Po tych trzech miesiącach, wyższe oprocentowanie kont spada do poziomu zerowego lub niemal zerowego. Przykładowo, w państwowym PKO BP, oprocentowanie nowych środków na tzw. koncie oszczędnościowym plus wynosi 4 proc. w skali roku – ale tylko przez 90 dni. Po tym okresie oprocentowanie tego konta spada do 0,1 proc. w skali roku. W BNP Paribas Banku, w ramach trwającej obecnie promocji, oprocentowanie tzw. konta lokacyjnego wynosi 3,75 proc. rocznie – ale po 30 października tego roku spadnie do 0,19 proc. I taka jest właśnie polityka bankierów.

Po upływie wspomnianych trzech miesięcy, banki z reguły proponują kolejne promocje, na bardzo podobnych zasadach ale pod inną nazwą. Oczywiście, można z tych promocji korzystać. Wymaga to jednak zmieniania co trzy miesiące numerów rachunków bankowych, na które trafiają nasze pensje, emerytury oraz przelewy z tytułu faktur. Mało kto ma tyle samozaparcia, by z taką częstotliwością informować swoich pracodawców, Zakład Ubezpieczeń Społecznych i wszelkich kontrahentów, że powinni wysyłać pieniądze na coraz to inne numery kont.

Bankierzy, cynicznie lecz słusznie uważają, iż w ciągu tych trzech miesięcy klient na tyle przyzwyczai się do swojego konta, że po zakończeniu promocji nie będzie mu się chciało zamykać rachunku i przenosić gdzie indziej. Tak więc, chociaż będzie wiedział, że finansowo traci, to nic z tym nie zrobi. W rezultacie, Polacy zostawiają pieniądze na praktycznie nieoprocentowanych rachunkach, ponosząc coraz większe straty z tytułu inflacji. Banki zarabiają zaś gigantyczne sumy z tytułu niewypłacania odsetek. A ponieważ bankierzy chcą zarabiać naszym kosztem jeszcze więcej, to nagminnnie pozwalają swoim klientom na dokonywanie za darmo tylko jednej operacji na rachunku w ciągu miesiąca. Za każdą następną każą już płacić.

Bardzo możliwe, że kiedyś ta polityka banków obróci się przeciwko nim – i miliony Polaków dojdą do wniosku, że przechowywanie pieniędzy na rachunkach bankowych traci sens, skoro z pieniędzy trzymanych w domu można praktycznie w każdej chwili zrobić użytek bez ponoszenia dodatkowych opłat. Już dziś przecież nasz kraj jest europejską, gotówkową twierdzą.

Włodzimierz Kiciński, wiceprezes Związku Banków Polskich, słusznie stwierdził podczas XII Kongresu Obsługi Gotówki, że w Polsce gotówka jest w coraz lepszej formie, pomimo rozmaitych pomysłów i zabiegów marketingowych mających ograniczyć jej znaczenie.

Paweł Szałamacha, członek zarządu NBP podkreślił zaś, iż ludzie chcą mieć pewność, że będą w stanie zaspokoić swoje potrzeby życiowe w niełatwych czasach – i dlatego zapotrzebowanie na gotówkę może nadal w Polsce rosnąć. – Wtedy, gdy na teren naszego kraju wlatywały rosyjskie rakiety lub drony, rosła liczba pobrań gotówki. Polacy trzymają ją w domach w celach ostrożnościowych. Jak deklarują: „na wszelki wypadek” – dodał.

Zrozumiałe więc, że z prac XII Kongresu Obsługi Gotówki popłynął jeden podstawowy wniosek: fizyczny pieniądz, który można schować do portmonetki jest bardzo ważnym elementem odporności całego systemu finansowego – a więc i całego naszego państwa – na wszelki zagrożenia; zarówno informatyczne, jak i te najbardziej bezpośrednie, militarne. W trudnych czasach gotówka jest po prostu niezbędna.

Autorstwo: Andrzej Dryszel
Źródło: Trybuna.info

Titanic uderzył już w górę lodową, teraz nabiera wody

Titanic uderzył już w górę lodową, teraz nabiera wody

„Kiedy benzyna będzie kosztować 10 złotych?”

– Ugrupowanie Huti przejęło cieśninę Bab el-Mandab. Nie mogą tam teraz płynąć statki Arabii Saudyjskiej transportujące ropę. Na Ukrainie tuż przy polskiej granicy spadły rosyjskie(?) drony. Nie chodzi więc o to, czy paliwo będzie po 10 złotych – nie będzie go po prostu – mówi Piotr Szlachtowicz w 32-minutowym podcaście, w którym jego rozmówcą jest dr Leszek Sykulski:

Iran zdecydowanie wygrywa wojnę rozpętaną przez USA i Izrael – stwierdza dr L. Sykulski. – Napastnicy nie osiągnęli żadnych ze swych celów wyznaczonych w czerwcu ub.r. oraz w drugiej odsłonie 28 lutego. Jednym z tych nieosiągniętych celów było zniszczenie szyickiej osi oporu, tj. Iranu, Hezbollahu, Huti oraz milicji irackiej. Nie udało się.

W ostatnich dniach Hutis bardzo szybko zdobyli kontrolę nad cieśniną Bab el-Mandab oraz zniszczyli ropociąg Wschód-Zachód. Arabia Saudyjska straciła ostatni kanał eksportu ropy. No i pytanie „Kiedy benzyna po 10 złotych?” – Skutki już widzimy i nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie miało się coś zmienić.

Donald Trump jest w opałach – na początku listopada odbędą się w USA wybory połówkowe do Kongresu. Republikanie, zaplecze Trumpa, stracą zapewne większość. Trump nie wyjdzie chyba suchą nogą z sytuacji, którą sam stworzył.

Iran otrzymuje dane wywiadowcze od Chin, a Hutis mają wsparcie 200 specjalistów irańskich Strażników Rewolucji.

W sobotę i niedzielę obradowały państwa BRICS. Wzrasta rola globalnego Południa, wśród których wyłaniają się trzy największe mocarstwa: Chiny, Rosja i Indie. Tak więc Rosja nie była, nie jest i nie będzie izolowana na arenie światowej. Jest jednym z mocarstw, które układają nową architekturę porządku międzynarodowego.

W Polsce po staremu. Grzegorz Braun rozwalił pomnik UPA. Było trochę krzyku wokół tej sprawy, ale był ten krzyk jakby przytłumiony. Był to pomnik wystawiony bez administracyjnej zgody. Skąd w ogóle pomniki ludobójców w Polsce? – Dr Sykulski mówi o ogromnych wpływach ukraińskiego lobby. Wywiad, służby i lobby ukraińskie w naszym kraju sprawiają służbom kontrwywiadu liczne problemy, ale polityka rządzących III RP idzie w innym kierunku, w stronę zaostrzenia kar wobec Polaków, którzy krytyczni są wobec proukraińskiej polityki rządu. Zaostrzenie kar ma dotyczyć także tych, którzy zaprzeczają temu, że jest to napastnicza wojna Rosji.

Nastąpiło odwrócenie pojęć, pojawia się określenie ‚żołnierze UPA’, a przecież nie byli to żołnierze, lecz bandyci i ludobójcy. Widać, że politycy III RO są trzymani na ukraińskiej smyczy. Mówi dr Sykulski: „Nie mam wątpliwości, że nie ma w wykazach korzyści majątkowych wielu polityków, oficerów i samorządowców ‚prezentów’ uzyskanych od kijowskiego reżimu”.

No i drony przy polskiej granicy – następuje podbijanie bębenka wojennego pod amerykańskie dyktando. Władze III RP zdają się nie zauważać, że US-armia zaczyna się ulatniać z Europy. Poczucie, że ta armia nas obroni jest bardzo złudne. Jeśli powstałaby stała baza amerykańska, nie będzie ona straszakiem, lecz wabikiem, na co wskazują tegoroczne wydarzenia w Zatoce Perskiej.

I jeszcze parę słów o Rosji i jej zamierzeniach na Ukrainie. Mówił o tym ostatnio szef rosyjskiego MSZ Siergiej Ławrow: Ukraina (już okrojona lub podzielona) ma stać się dla Federacji strefą buforową, tzn. mieć mocno zredukowane siły zbrojne i nie być członkiem NATO. Wchodzi w rachubę podział Ukrainy na trzy części: wschodnie ziemie (cztery obwody oraz Krym) byłyby częścią Federacji Rosyjskiej. Środkowa Ukraina ze stolicą w Kijowie, z dostępem lub bez dostępu do morza, byłaby państwem niezaangażowanym, a zachodnia, neobanderowska radziłaby sobie sama.

Ogromne problemy mamy jak w banku. Będziemy zapewne sąsiadować z państwem, w którym szerzą się w największym stopniu neobanderowskie i szowinistyczne idee połączone z eksportem broni i terroryzmem. Polska i Unia Europejska znajdują się na równi pochyłej.

Mówi dr L. Sykulski: „Titanic uderzył już w górę lodową, teraz nabiera wody”.

Opracował: Zygmunt Białas

Koniec gry Haszymitów: Przypadek Jordanii jako następnej

Koniec gry Haszymitów: Przypadek Jordanii jako następnej

Larry C. Johnson

Dziewięć tygodni przed tym, jak Huti zszokowali region, wyrywając się ze swoich północnych bastionów, Karl Miller przewidział, że tak się stanie. W prywatnej notatce z 1 lipca argumentował, że Mohammed bin Salman grał w swoją znaną grę równoważenia sił – rozmieszczając operacje wzdłuż swoich peryferii, aby pozbawić Iran, Turcję i Irak jakichkolwiek dodatkowych wpływów, w tym wpływów Hutich – i wyprowadził z tego założenia dwie konkretne prognozy: że Huti wkroczą na terytorium kontrolowane przez rebeliantów na południu, jeśli chaos da im taką możliwość, oraz że frakcje wspierane przez ZEA i Arabię ​​Saudyjską, które im się sprzeciwiają, są zdezorganizowane. Obie te prognozy się spełniły. We wrześniu Huti natarli na Mochę, zdobyli wyspę Perim i dotarli do wybrzeża Bab al-Mandab, gdy linia koalicji rozpadła się na pustyni. Była to dobrze ugruntowana, oparta na mechanizmach prognoza, a nie rzekomy strzał w dziesiątkę – ale Miller dostrzegł okazję, zanim ta faktycznie się pojawiła.

Zaczynam od tego, ponieważ Miller zastosował tę samą perspektywę analityczną do Jordanii, a jego wniosek jest jednoznaczny: monarchia haszymidzka stoi w obliczu załamania gospodarczego i końca rządów królewskich w ciągu najbliższego roku. Jego nowa prywatna prognoza z 14 września, obejmująca okres do września 2027 roku, nie jest powierzchownym ćwiczeniem think tanku. To briefing dotyczący ciągłości, napisany dla lokalnych podmiotów, a jego argumentacja zasługuje na poważne rozważenie – z uwzględnieniem jego zastrzeżeń. Na koniec odniosę się do ważnej kwestii dotyczącej prawdopodobieństwa historycznego.

Teza

Prognoza Millera opiera się na trzech współzależnych założeniach: że znacząca amerykańska ochrona stanie się zawodna dokładnie wtedy, gdy Pałac będzie jej potrzebował; że zorganizowana opozycja wewnętrzna rozrośnie się do poziomu, który da się jeszcze powstrzymać za pomocą ustępstw lub przymusu; oraz że lojalność dowódców i instytucji, które w pierwszej kolejności umożliwiają egzekwowanie decyzji królewskich, w końcu się załamie.

Łącząc te trzy czynniki, dostrzega on następującą sekwencję załamania: ochrona zewnętrzna traci wiarygodność, opozycja rośnie, środki uspokajające zawodzą, dowódcy dezerterują, autorytet królewski upada, a król jest zmuszony ustąpić ze stanowiska pośród zaciętej walki o to, co pozostało z państwa.

Na jego korzyść przemawia fakt, że starannie zaznacza, iż jest to prognoza, a nie fakt dokonany, i przyznaje się do własnych luk w informacjach. Warto jednak przeanalizować strukturę jego argumentacji krok po kroku, ponieważ każdy z jej filarów ma istotne znaczenie.

Filar pierwszy: wsparcie amerykańskie

Centralne założenie dotyczy wsparcia zewnętrznego. Najbardziej trafne podejście analityczne Millera polega na rozróżnieniu trzech kwestii, które w większości komentarzy są ze sobą mylone: ​​fizycznej obecności, rzeczywistych możliwości i zaangażowania politycznego. Amerykański personel może pozostać w Jordanii, wywiad, finansowanie i logistyka mogą nadal napływać – ale nic z tego nie stanowi automatycznie obietnicy interwencji w konfrontacji wewnętrznej. Monarchia może być otoczona przez sojuszników, a mimo to znaleźć się sama w kluczowym momencie.

Jednocześnie rosną koszty goszczenia tych sojuszników. Miller wskazuje na atak na Wieżę 22 w styczniu 2024 roku, w którym zginęło trzech amerykańskich żołnierzy, a który przypisano Islamskiemu Ruchowi Oporu w Iraku, a także na doniesienia o uszkodzeniach amerykańskich samolotów w Jordanii we wrześniu tego roku. Każdy taki incydent dostarcza krajowym oponentom sojuszu konkretnych argumentów przeciwko sojuszowi i podważa tezę, że relacje ze Stanami Zjednoczonymi zapewniają bezpieczeństwo Pałacowi, a nie narażają go na dodatkowe zagrożenia.

Niebezpieczeństwo, na które wskazuje Miller, nie wiąże się z formalnym wycofaniem się Stanów Zjednoczonych, ale z czymś bardziej subtelnym: wsparciem, które istnieje, ale nie oferuje żadnej realnej ochrony w chwili, gdy zostanie wystawione na próbę.

Filar drugi: luka w legitymacji

Drugi filar to ten, wokół którego obraca się praktycznie każdy analityk Jordanii, a Miller traktuje go z większą dyscypliną niż większość. Jordańczycy pochodzenia palestyńskiego stanowią około 55–70 procent populacji – liczbę tę określa on jednoznacznie jako niepewną, a nie potwierdzoną, z małżeństwami mieszanymi coraz bardziej zacierającymi granice – podczas gdy mieszkańcy wschodniej Jordanii nadal dominują w armii, służbach bezpieczeństwa i aparacie państwowym. Słabość tkwi w rozdźwięku między pozycją społeczną a dostępem do władzy.

Miller nie popełnia jednak prostego błędu, traktując demografię jako przeznaczenie. Jego próg prawdziwego zagrożenia jest organizacyjny, a nie liczbowy: trwała współpraca między ludnością pochodzenia palestyńskiego a ludnością ze wschodniej Jordanii, w połączeniu z grupami zdolnymi do destabilizacji gospodarki, czego dowodem są skoordynowane strajki i – co kluczowe – odejścia od elit, które obecnie utrzymują system w działaniu.

Postrzega zorganizowaną mobilizację zbrojną jako odrębny i znacznie wyższy próg eskalacji, podkreślając, że sama liczba ludności niczego takiego nie dowodzi. Kolejne zabójstwa w Strefie Gazy, w tym te zgłoszone pomimo zawieszenia broni z 13 września, działają jak katalizator, a każdy incydent wzmacnia poczucie, że dyplomacja królewska nie przynosi Palestyńczykom żadnych korzyści. List otwarty z 30 lipca, domagający się wycofania wojsk amerykańskich i podpisany przez przedstawicieli obu społeczności, jest dokładnie tym rodzajem sygnału pojednania, na który, jak twierdzi Miller, należy zwrócić uwagę – ale nie na sam rozwój sytuacji.

Filar trzeci: pieniądze

Sytuacja gospodarcza stanowi iskrę dla tej politycznej narracji. Wzrost gospodarczy w 2025 roku wyniósł około 2,8%, podczas gdy bezrobocie wśród Jordańczyków wynosiło 21,4% – wzrost był zbyt słaby, aby złagodzić presję na budżety domowe.

Rząd opiera się na finansowaniu zewnętrznym, aby zyskać na czasie: niewiążące memorandum o porozumieniu w sprawie amerykańskiej pomocy przewiduje co najmniej 1,45 miliarda dolarów rocznie do roku fiskalnego 2029. Miller słusznie jednak zauważa, że ​​ogłoszone wieloletnie zobowiązanie nie jest tym samym, co posiadanie pieniędzy w banku, a zatwierdzanie budżetu może zostać opóźnione właśnie wtedy, gdy rosną koszty bezpieczeństwa i wymagania społeczne.

Rezerwy stanowią bufor – pod koniec marca dostępne rezerwy brutto wynosiły prawie 27 miliardów dolarów, przy czym znaczna część wzrostu w 2025 roku wynikała z rewaluacji złota, a nie z nowej płynności. Prognoza na połowę 2026 roku nadal zakładała, że ​​dług pozostanie stabilny, a obciążenie rządu umiarkowane. Założenie to opierało się jednak na założeniu, że zakłócenia ustaną około połowy roku. Wrześniowe walki podważają to założenie.

Najmocniejszym punktem jego argumentacji ekonomicznej jest mechanizm transmisji: kryzys dociera do szczytów poprzez wynagrodzenia i wypłaty. Według Millera należy zwrócić uwagę na uporczywe zaległości płacowe, niewywiązywanie się z zobowiązań wobec kluczowych dostawców i ograniczenia w przelewach bankowych – innymi słowy, na oznaki, że napięcie finansowe dotarło do operacyjnego jądra państwa. To właśnie te wskaźniki przekształcają problem budżetowy w polityczny.

Filar czwarty: Woda i infrastruktura

Czwarty filar przenosi potencjał upadku państwa wprost do kuchni. Jordania należy do krajów o największych niedoborach wody na świecie – z około 61 metrami sześciennymi odnawialnej wody słodkiej na osobę rocznie – a jej zaopatrzenie zależy od energii elektrycznej, sprawnego sprzętu i firm użyteczności publicznej, które są w stanie opłacić rachunki.

Awaria paliwa lub prądu może zatem zaostrzyć kryzys wodny bez uszkodzenia choćby jednego rurociągu. Długoterminowe rozwiązania, takie jak projekt budowy rurociągu wodnego z Akaby do Ammanu, nie mogą zostać zrealizowane wystarczająco szybko, aby zapewnić niezbędną pomoc w dotkliwym kryzysie.

Punkt operacyjny Millera jest niepokojący: infrastruktura może zawieść, zanim kwestie polityczne zostaną rozwiązane. Ruch lotniczy, dostęp do portów, transport towarowy, elektryczność i woda – wszystko to może zostać sparaliżowane, zmuszając firmy do zaprzestania działalności, niezależnie od tego, kto sprawuje władzę. Dlatego w swoim briefingu zaleca lokalnym interesariuszom, aby już teraz, w oparciu o mierzalne, niezbędne usługi, określili konkretne warunki wycofywania się, zamiast czekać na ostateczny wynik polityczny.

Kiedy tron ​​upadnie

Miller jasno daje do zrozumienia, że ​​samo usunięcie pałacu nie rozwiąże żadnego z problemów. Następca odziedziczy ten sam niedobór wody, to samo bezrobocie, to samo uzależnienie od zewnętrznego finansowania i te same wrażliwe linie zaopatrzenia – i będzie musiał zapewnić sobie kontrolę nad łańcuchem dowodzenia, udowodnić swoją wiarygodność, wypłacać pensje i dbać o dostawy prądu od pierwszego dnia.

Nakreśla on trzy możliwe scenariusze rozwoju sytuacji: transformację pod przewodnictwem sił zbrojnych, w ramach której duże części państwa zostają zachowane; wynegocjowany porządek cywilny, jeśli instytucje i frakcje dojdą do porozumienia w sprawie władzy przejściowej; lub fragmentację, jeśli zbrojni uczestnicy odrzucą wspólne przywództwo i będą walczyć o terytorium i dochody.

Zachodni Brzeg wisi nad wszystkimi trzema scenariuszami: następca może znaleźć się pod presją, by zająć bardziej zdecydowane stanowisko wobec Izraela, a do tego dochodzi poważne ryzyko, że ingerencja transgraniczna może doprowadzić do bezpośredniej konfrontacji. Mobilizacja, jak to ujął Miller, może obalić władcę; nie zapewnia ona ani budżetu państwa, ani hierarchii służbowej.

W tym miejscu szczególnego podkreślenia wymagają zastrzeżenia samego Millera. Historyczny wskaźnik trafności przewidywań dotyczących upadku monarchii haszymidzkiej jest niski. Monarchia przetrwała Czarny Wrzesień 1970 roku, kiedy to stoczyła i wygrała prawdziwą wojnę domową z uzbrojonymi grupami palestyńskimi. Przetrwała protesty oszczędnościowe z 1989 roku. Przetrwała również Arabską Wiosnę 2011 roku, która doprowadziła do upadku rządów w jej sąsiedztwie.

Zakłady przeciwko temu tronowi mają długą historię niepowodzeń. Prognozę upadku „w ciągu roku” należy zatem rozpatrywać w kontekście historycznym, a nie w oderwaniu od kontekstu.

To, co czyni briefing Millera godnym uwagi, to nie pewność jego wniosków, ale jakość listy sygnałów ostrzegawczych. Co najważniejsze, ważne jest, aby wiedzieć, na co zwracać uwagę: na trwałą wspólną mobilizację obu grup społecznych; publiczne odrzucenie tych postaci establishmentu, które obecnie bronią istniejącego porządku; odmowę sił bezpieczeństwa wykonywania poleceń rządu centralnego; zaległości w wypłatach wynagrodzeń i podstawowych usług; oraz rywalizujące władze kontrolujące terytoria, których państwo nie jest w stanie odzyskać.

Byłyby to oznaki, że to, co nieprawdopodobne, staje się rzeczywistością – i według Millera, właśnie na takie wydarzenia powinniśmy zwracać uwagę. Biorąc pod uwagę, jak ewoluowała jego ocena Jemenu od lipca, nie odrzuciłbym tej prognozy.

Źródło: The Hashemite Endgame: The Case That Jordan is next

ODPORNOŚĆ

ODPORNOŚĆ

Sławomir M. Kozak

Prowadzę od wielu lat jednoosobowe wydawnictwo, już chyba jako jeden z ostatnich w Polsce, bo docierają do mnie coraz częściej kolejne sygnały o wycofujących się z rynku niewielkich oficynach wydawniczych i prywatnych, niegdyś rodzinnych księgarniach.

Nic w tym dziwnego, skoro koszty prowadzenia tego typu działalności rosną w tempie geometrycznym, rynek zdominowany jest przez księgarnie sieciowe i hurtownie pobierające od wydawców „marże” w wysokości 55%. Do tego dochodzi malejąca z każdym rokiem liczba czytelników. Za tzw. „ubezpieczenie zdrowotne” zapłaciłem dzisiaj, jak co miesiąc, kilkaset złotych. O „służbie zdrowia” w Polsce i jej powolnym konaniu mówią wszyscy od ponad 30 lat, emeryci czekają w wielomiesięcznych [ja – w wieloletniej.. md] kolejkach do specjalistów, a z rozmysłem realizowany upadek roli rodziny powoduje, że seniorzy u schyłku swoich dni z przerażeniem spoglądają w przyszłość.

A jednak, rynek medyczny w naszym nieszczęśliwym kraju ma się doskonale. Bo, gdyby było inaczej, czy kogokolwiek interesowałyby targi medyczne pod jakże patetyczną nazwą Warsaw Medical Expo, tłumaczoną na język tubylczy „Międzynarodowe Targi Medyczne”? Właśnie trwają, a ruch w interesie nie jest mały, bo ogromna hala wystawowa w kompleksie Ptak Expo w podwarszawskim Nadarzynie wynajęta została dla tego przedsięwzięcia na trzy dni, od 15 do 17 września. Na stronie targowej uczestnik może przeczytać, że biorąc w nich udział „pozna najnowsze trendy branżowe”, „nawiąże nowe kontakty biznesowe” i „zdobędzie cenną wiedzę” oraz „pozna nowości rynku”.

Któż tam szuka cennej wiedzy, którą większość Polaków zna doskonale? Zapewne jacyś wybitni specjaliści, jak na przykład ci z kolejnej fundacji (!), która wbrew postępującej patologii w tym obszarze „powstała w 2026 roku, aby wspierać podmioty medyczne w procesie zmian oraz sprostaniu wyzwaniom, jakie niosą dziś nowe technologie i ograniczenia finansowe systemu opieki zdrowotnej w Polsce”. Odsyłam do zapoznania się z listą owych ekspertów [zajrzyj koniecznie, czytelniku !!], którzy reklamują się pisząc „pomagamy poprzez wdrażanie nowoczesnych technologii, cyfrowej transformacji oraz innowacji organizacyjnych i finansowych”. To bardzo pouczająca lektura. I zapewne zachęcająca do wspierania.

Targi podzielono na liczne sektory, co pozwala mieć nadzieję, że już od piątku będzie w Polsce tylko lepiej. Choć kilka z nich może rozbudzać ciekawość, jak na przykład „innowacje i R&D”, „marketing, media i komunikacja medyczna”, czy „pozostałe/trudne do jednoznacznej klasyfikacji”. I, chociaż strona, jak napisano na jej dole, „przeznaczona jest wyłącznie dla profesjonalistów medycznych” pozwoliłem sobie spojrzeć na listę patronów tej imprezy. Dzięki temu wiem, że nasza przyszłość jest w dobrych rękach. Patronatem honorowym targi objęły takie instytucje, jak Rządowa Agencja Rezerw Strategicznych, czy Marszałek Województwa Mazowieckiego. Wśród partnerów merytorycznych znalazło się Polskie Centrum Badań i Certyfikacji, co pozwala mieć nadzieję, że nie przytrafią się nam już nigdy nieprzebadane i nie zatwierdzone do użytku preparaty eksperymentalne. Tym bardziej, że obok widnieje logo Obserwatorium Bezpieczeństwa, na którego stronie czytamy, że jest pierwszą w Polsce organizacją pozarządową i ekspercką typu think tank zajmującą się sprawami bezpieczeństwa miast, samorządu terytorialnego oraz instytucji publicznych, skoncentrowaną na profesjonalnej działalności badawczej, doradczej i edukacyjnej.

Zauważyłem też mało wysublimowaną grafikę przypominającą krzyżujące się igły z podpisem Centrum NanoBioMedyczne, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Wiem, że nazwiska profesorów tej uczelni pojawiały się licznie w nagłówkach mediów (tych niepoprawnych niestety) w minionych latach walki z zarazą, więc podejrzewam, że przynajmniej część tamtejszej palestry ryzykowała zdrowiem i życiem dla dobra ogólnego. Nie podnosi mnie to jednak na duchu. Podobnie, jak merytoryczny patronat Polskiego Towarzystwa Lekarzy Menedżerów. Być może, gdyby więcej było wokół nas lekarzy, niż menedżerów, czułbym się spokojniej.

Podczas targów wręczano medale i dyplomy. Na przykład, za innowacje roku. „Dla produktu, technologii lub rozwiązania, które wprowadza nowatorskie podejście, usprawnia dotychczasowe procesy lub odpowiada na potrzeby rynku w nowy sposób”. Ale też dla lidera jakości i profesjonalizmu. „Dla firmy lub marki, która konsekwentnie utrzymuje wysokie standardy jakości, rzetelności i profesjonalnej obsługi, budując zaufanie”.

Jedna z konferencji targów nosiła tytuł „Bezpieczna i odporna ochrona zdrowia”. Mam nieodparte wrażenie, że jedyne odpowiadające otaczającej nas rzeczywistości słowo w tym tytule odnosi się właśnie do odporności. Naszej odporności na to wszystko, co wyprawia się obok nas, ponad nami, bez naszej wiedzy i zgody. Ale, za nasze przede wszystkim pieniądze.

Sławomir M. Kozak

jeśli uważasz, że moja praca pozwala lepiej zrozumieć świat, nie wahaj się

postaw mi kawę

Zapraszam też do zaglądania na portal Reduta.tv

Renesans cywilizacyjny, ekonomiczny Chin

Renesans cywilizacyjny Chin

{Nie wiem.. Ile z tego to propaganda, a ile – cząstki prawdy.

Ignoruje zupełnie terror informatyczny ludności, tępienie chrześcijaństwa, „podziemny kościół” katolicki i wiele innych.

Ważne jednak, by i taki pogląd poznać. Mirosław Dakowski]

============================================================


Spektakularny renesans cywilizacyjny Chin czyni argument na rzecz narodowego systemu gospodarki niepodważalnym.

alexkrainer/two-systems-are-before-the-world

Alex Krainer

W ostatnim raporcie stwierdziłem, że konflikty, których jesteśmy dzisiaj świadkami na świecie, wynikają ze starcia dwóch systemów rządów. Zazwyczaj przedstawia się to jako starcie demokracji z autokracjami, ale w rzeczywistości chodzi o konflikt między zachodnim systemem kolonialnym a każdym, kto odrzuca jego żądanie podporządkowania, czy to Kuba, Wenezuela, Rosja, Chiny, Korea Północna, Jemen czy Iran.
Geopolityczne przejawy tego konfliktu są łatwiejsze do rozpoznania, ale jego korzenie wywodzą się z fundamentów ekonomicznych obu alternatywnych systemów, które określają naturę i postępowanie przeciwstawnych systemów. Zachodni kolonializm faworyzuje i dąży do narzucenia brytyjskiego systemu wolnego handlu. Narody, które preferują niepodległość i chcą wytyczyć suwerenną ścieżkę swojego rozwoju, wolą narodowy system ekonomii politycznej, znany również jako System Amerykański.
System narodowy dąży do stymulowania krajowej produkcji, akumulacji kapitału w kraju i inwestowania go w rozwój własnego społeczeństwa, infrastrukturę, edukację, badania, innowacje, kulturę oraz inne cele, które podnoszą standard życia i jakość życia w kraju.

Dla odmiany, brytyjski system wolnego handlu wydobywa bogactwo i koncentruje je w rękach oligarchii finansowej oraz ich największych klientów korporacyjnych. Wolny handel wiąże się z usuwaniem wszelkich barier dla niezakłóconego, ogólnoświatowego przepływu kapitału, zawsze w pogoni za najwyższymi możliwymi stopami zwrotu. Wszelkie koszty, które obniżają zwroty z kapitału, muszą zostać ograniczone, w tym wydatki socjalne i ochrona środowiska.
W ramach systemu wolnego handlu narody są zmuszone rywalizować o kapitał inwestycyjny poprzez systematyczne obniżanie płac, bezpieczeństwa pracy, emerytur, usług opieki zdrowotnej i edukacji. Dlatego brytyjski system wolnego handlu sprowadza się do konkurencyjnego wyścigu na dno.

W pierwszej części tego raportu przyjrzeliśmy się skutkom systemu wolnego handlu w Wielkiej Brytanii i temu, jak niemal doprowadził on do zniszczenia jej gospodarki. W części 2, przyjrzeliśmy się również przykładom Stanów Zjednoczonych, Niemiec i Włoch, które wdrożyły system narodowy, co napędziło ich rozwój gospodarczy i w spektakularny sposób podniosło standard życia. Jednak krajem, który najlepiej wykorzystał narodowy system ekonomii politycznej w ciągu ostatnich kilku dekad, są Chiny.

Zdumiewający wzrost Chin

Jeszcze w latach 70. XX wieku Chiny należały do najbiedniejszych krajów na świecie. Na początku lat 70. ich PKB na mieszkańca wynosił nieco ponad 100 dolarów. Dziś chiński PKB na mieszkańca zbliża się do 15 000 dolarów. Według parytetu siły nabywczej liczba ta odpowiada ponad 31 000 dolarów na mieszkańca, co stanowi gigantyczny skok z poziomu 100 dolarów, na którym kraj ten znajdował się jeszcze 50 lat temu.

Co istotne, rozwój gospodarczy Chin miał bardzo szeroki zakres. Po zrealizowaniu 14 kolejnych, sterowanych przez rząd pięcioletnich planów rozwoju gospodarczego i społecznego, Chiny wyciągnęły około 800 milionów swoich obywateli z ubóstwa, a ten rozkwit Chin jest wręcz spektakularny. Choć niemożliwe byłoby omówienie każdego aspektu rozwoju Chin w tym okresie, warto przyjrzeć się niektórym z ich najbardziej niezwykłych osiągnięć we wdrażaniu krajowego systemu ekonomii politycznej.
Na przykład, zaczynając od niemal zera w 2008 roku, Chiny zbudowały największą sieć kolei dużych prędkości na całym świecie. W ciągu niespełna 20 lat ukończyły 50 000 km – ponad 31000 mil – połączeń kolei dużych prędkości, co stanowi ponad 70% całkowitego światowego kilometrażu kolei dużych prędkości, przewyższając łączną sumę kilometrów takich linii we wszystkich pozostałych krajach świata razem wziętych.

Towarzyszyła temu budowa zapierających dech w piersiach stacji kolejowych i węzłów sieciowych w całych Chinach. Niedawno cała stacja kolejowa w mieście Fuzhou, w prowincji Fujian, została zbudowana w zaledwie 9 godzin. W tym roku ukończyli budowę ogromnego węzła kolei dużych prędkości w Chongqing o powierzchni 1,22 miliona metrów kwadratowych w miejscu, które zaledwie 38 miesięcy wcześniej było górą. Cała konstrukcja jest imponującym arcydziełem architektury na skalę egipskich piramid (oto 5-minutowy film dokumentalny o budowie stacji oraz 2-minutowy przelot dronem). Koszt budowy: 7,8 miliarda dolarów.
W ciągu ostatnich dwóch dekad Chiny awansowały z niemal zerowej pozycji do miana światowego lidera w produkcji samochodów. W 2000 roku chińscy producenci samochodów odpowiadali za około 1% globalnego rynku motoryzacyjnego. Do 2023 roku 39% samochodów sprzedawanych na świecie było produkcji chińskiej.

Stopniowo wypierają one samochody amerykańskie, europejskie i japońskie, a konkurencyjność chińskich producentów nie opiera się wyłącznie na niższych cenach – ich modele coraz częściej wygrywają z zachodnimi producentami także pod względem innowacyjności, funkcji i osiągów.

Chiny mają latające samochody!

I rzeczywiście, pociąg innowacji w Chinach pędzi obecnie do tego stopnia, że latające samochody mogą stać się rzeczywistością w niezbyt odległej przyszłości. W niektórych miastach istnieją już autonomiczne latające taksówki i – na wypadek, gdyby ktoś chciał zbyć to jako konfabulację AI – osobiście znam ludzi, którzy faktycznie korzystali z usług latających taksówek w Chinach.

Dziś jedną z strategicznie najważniejszych branż, w których Stany Zjednoczone dążyły do ustanowienia niepodważalnej amerykańskiej dominacji, jest sztuczna inteligencja.

Wygranie wyścigu w dziedzinie sztucznej inteligencji

Pomimo znacznej przewagi na starcie i dosłownie bilionów dolarów nakładów inwestycyjnych poniesionych przez wiodące amerykańskie firmy zajmujące się sztuczną inteligencją, Chiny szybko nadrobiły zaległości, a w niektórych wskaźnikach wydajności nawet je wyprzedziły.
W styczniu 2025 roku chińska firma DeepSeek AI wypuściła nowy model sztucznej inteligencji, DeepSeek R1, co oznaczało to, co Marc Andreesen nazwał „momentem Sputnika” dla branży. Tak jak wystrzelenie przez Związek Radziecki satelity Sputnik w 1957 roku podważyło założenia dotyczące amerykańskiej dominacji technologicznej w technologii kosmicznej, tak DeepSeek rzucił podobne wyzwanie ówcześnie panującym założeniom w wyścigu technologicznym AI. Od tego momentu nowe kamienie milowe były osiągane i przekraczane w szybkim tempie. DeepSeek R1 dorównał już wydajnością wiodącym amerykańskim modelom, mimo że jego całkowity budżet rozwojowy wyniósł zaledwie 6 milionów dolarów.
23 kwietnia tego roku, w 2026, amerykańska firma OpenAI wprowadziła swój najbardziej zaawansowany model, GPT 5.5. DeepSeek odpowiedział już następnego dnia własnym konkurentem, modelem V4, który pod względem wydajności niemal dorównał modelowi OpenAI. Jednak prawdziwa, ogromna różnica między „Made in USA” a „Made in China” pojawiła się w kwestii kosztów: DeepSeek jest do 107 razy tańszy niż GPT 5.5. Dla intensywnych użytkowników różnica ta może sumować się do dziesiątek tysięcy dolarów rocznie, co jest kwestią decydującą o być albo nie być w wojnach AI.
Oczywiście DeepSeek to tylko jedna z dziesiątek chińskich firm w przestrzeni sztucznej inteligencji, a do ich najpopularniejszych modeli należą Qwen, MiniMax, GLM i Kimi. Ten ostatni, Kimi, wprowadził swój model K3 pod koniec lipca 2026 roku, który niemal całkowicie zniwelował lukę wydajnościową w porównaniu z najbardziej zaawansowanymi modelami amerykańskimi, a nawet przewyższył je w niektórych metrykach, takich jak kodowanie czy zadania agentowe, ponownie za ułamek kosztów modeli amerykańskich. Różnica w kosztach wywarła znaczący wpływ nawet wśród największych (i przypuszczalnie najmniej wrażliwych na koszty) użytkowników.
Na przykład w czerwcu 2026 roku Microsoft anulował większość swoich licencji na Claude Code dla produktów takich jak Windows, M365 i Teams ze względu na bardzo wysokie koszty tokenów. Było to spore zaskoczenie, biorąc pod uwagę, że Microsoft zainwestował aż 5 miliardów dolarów w twórcę Claude’a, firmę Anthropic. Również CTO Ubera skarżył się, że ich budżet na AI na 2026 rok został wyczerpany już w kwietniu tego roku z powodu wysokich kosztów związanych z używaniem Claude Code.
W rzeczywistości wiele firm odkryło, że koszty amerykańskich modeli AI znacznie przewyższają koszty pracowników ludzkich. Jedną z nich była Nvidia. Jej wiceprezes ds. Applied Deep Learning, Bryan Cantazaro stwierdził: „Dla mojego zespołu koszt mocy obliczeniowej znacznie przewyższa koszty zatrudnienia pracowników”. Ostatecznie skutkuje to tym, że wiele amerykańskich firm przestawia się na chińskie modele AI.

W wywiadzie dla Bloomberg News, dyrektor generalny AirBnB Brian Chesky wyjaśnił swoją preferencję dla „Made in China”: „Polegamy w dużej mierze na modelu Qwen od Alibaby. Jest bardzo dobry. Jest też szybki i tani” — powiedział. „Używamy najnowszych modeli OpenAI, ale zazwyczaj nie korzystamy z nich zbyt często w produkcji, ponieważ istnieją szybsze i tańsze modele”.
To samo spostrzeżenie rozeszło się po społeczności technologicznej, a jego skutkiem jest fakt, że Chiny przekonująco wygrywają obecnie wyścig w dziedzinie sztucznej inteligencji. Najbardziej przekonujący werdykt pochodzi z najbardziej wrażliwego na wydajność i koszty segmentu rynku: startupów technologicznych z Doliny Krzemowej: według firmy venture capital Andreesen-Horowitz , 80% tych startupów polega obecnie na chińskich modelach AI.

Jednym z najbardziej niezwykłych przypadków wśród startupów był przypadek Miry Murati – Thinking Machines Lab. Murati była wcześniej dyrektorem ds. technicznych w OpenAI, więc kiedy założyła własną firmę, udało jej się pozyskać 2 miliardy dolarów kapitału inwestycyjnego. Jednak zamiast budować na modelach OpenAI, Thinking Machines Lab postawiło na chińską sztuczną inteligencję: pierwszym produktem, który wypuściła firma Murati, było narzędzie pomagające programistom dostrajać model Qwen firmy Alibaba.
Rzeczywiście, pismo na ścianie jest wyraźne, a Chiny wygrywają wyścig zbrojeń w dziedzinie zaawansowanych technologii. W grudniowym raporcie dla inwestorów UBS Global Wealth Management ocenił chińskie firmy technologiczne jako „najbardziej atrakcyjne”.

Cywilizacyjny renesans

Ale rozwój Chin to coś znacznie więcej niż sztuczna inteligencja, latające samochody czy sieci kolei dużych prędkości. Dzięki swojemu sukcesowi gospodarczemu całe chińskie społeczeństwo przeżywa niezwykły renesans cywilizacyjny – wciąż rozkwitające osiągnięcie ludzkiego ducha, które czyni świat lepszym miejscem dla jego mieszkańców.
Dzisiejszy przeciętny obywatel Chin jest bardziej zamożny, bogatszy, zdrowszy i bardziej wolny niż kiedykolwiek wcześniej. Podczas gdy chińskie przestrzenie publiczne są niezwykle czyste i niemal wszędzie bezpieczne, chińska rodzina pracująca może aspirować do życia w wielkim komforcie. Jako przykład, oto typowe nowoczesne mieszkanie w południowo-wschodniej prowincji Jiangxi. Miesięczny czynsz za ten lokal wynosi około 207 dolarów:
(Film w oryginale)
Wiele nowych inwestycji powstaje z myślą o zapewnieniu mieszkańcom poziomu komfortu, który w większości miejsc na świecie uważany byłby za nieosiągalny luksus, oferując przestronne części mieszkalne i wyjątkowo duże tarasy. Najwyraźniej są one teraz obowiązkowe dla wszystkich nowo zatwierdzonych inwestycji mieszkaniowych w Chinach:
(Patrz wersja angielska)
Młodzi ludzie w Chinach mają do wyboru ponad 3100 uniwersytetów, na których mogą kontynuować naukę, która jest przystępna cenowo i dostępna dla wszystkich. Dziś chińskie uniwersytety należą do najnowocześniejszych instytucji na świecie, kształcąc co roku ponad 12 milionów nowych absolwentów.

Prawie powszechna, niemal darmowa opieka zdrowotna

Chińczycy korzystają również z jednego z najskuteczniejszych systemów opieki zdrowotnej na świecie oraz prawie powszechnego podstawowego ubezpieczenia medycznego. Chińskie rodziny nie muszą martwić się o to, że leczenie w szpitalu doprowadzi je do bankructwa. Aby pomóc nam zrozumieć, jak dobrze funkcjonuje cały ten system i jak jest przystępny cenowo, młoda Amerykanka o imieniu Jennifer opublikowała krótki film ze swoich własnych doświadczeń.
Nie miała w Chinach żadnego ubezpieczenia zdrowotnego, ale musiała udać się do lekarza, aby uzyskać receptę na leki. Weszła więc do szpitala publicznego i 19 minut oraz 12 dolarów później wyszła z wszystkim, czego potrzebowała. Oto film z jej doświadczenia:
(Patrz wersja angielska)
Jeśli taki system można było stworzyć dla 1,4 miliarda mieszkańców Chin, dlaczego nie można go stworzyć wszędzie indziej? Dlaczego miałoby to być poza zasięgiem Amerykanów? I dlaczego nie miałoby to być dla Amerykanów tak przystępne cenowo, jak dla Chińczyków?

Koszt rzeczy

W istocie, porównując alternatywne systemy zarządzania gospodarczego, należy wspomnieć o koszcie rzeczy. Przed chwilą widzieliśmy, jak szybko, łatwo i tanio Jennifer zdobyła swoje leki, mimo że nie posiadała żadnego ubezpieczenia zdrowotnego. Wcześniej widzieliśmy komfortowe warunki mieszkaniowe dostępne dla chińskich rodzin za nieco ponad 200 dolarów miesięcznie.

W przypadku lokalu z powyższego filmu miesięczny czynsz wynosi tylko około 84 dolarów – to prawda, jest on skromniejszy, ale wciąż całkiem ładny i bardzo przystępny cenowo. Jeśli weźmiemy pod uwagę parytet siły nabywczej, kwota ta w USA lub Europie Zachodniej wynosiłaby około 200 dolarów miesięcznie, a w przypadku większego lokalu 500 dolarów miesięcznie. To wciąż bardzo przystępna cena, wręcz niewyobrażalna opłacalność w zachodnich miastach.
Jak się okazuje, przystępna cenowo opieka zdrowotna, edukacja, podróże i koszty życia w Chinach są również objawami tamtejszego systemu, który ponownie wyraźnie kontrastuje z zachodnim systemem wolnorynkowym. W tym raporcie widzieliśmy, jak ogromny węzeł kolei dużych prędkości w Chongqing został ukończony w zaledwie 38 miesięcy kosztem 7,8 miliarda dolarów. To nie jest mała suma, ale porównajmy to z prognozami dotyczącymi naprawy mostu Francisa Scotta Keya w Baltimore.

Most zawalił się po tym, jak został uderzony przez duży statek towarowy w marcu 2024 roku. Oczekuje się, że jego odbudowa zostanie zakończona do końca 2030 roku, ponad sześć lat od zawalenia, przy koszcie szacowanym obecnie na kwotę od 4,3 do 5,2 miliarda dolarów. Tym samym jeden system potrafi wybudować zupełnie nowy, nowoczesny element infrastruktury na skalę egipskich piramid w 38 miesięcy, podczas gdy drugi z trudem naprawia stary most w dwa razy dłuższym czasie i przy porównywalnych kosztach.

Mile i dolary

Rozważmy ponownie koszt i szybkość budowy kolei dużych prędkości. W maju 2024 roku kalifornijski urząd ds. kolei dużych prędkości (California High-Speed Rail Authority) z dumą ogłosił ukończenie wiaduktu Fresno River Viaduct w hrabstwie Madera. Choć wiadukt miał zaledwie 1600 stóp długości, jego ukończenie zajęło 9 lat. W ciągu 29 lat od swojego powstania kalifornijski urząd ds. kolei dużych prędkości wybudował 38 obiektów o łącznej długości 39 mil, których koszt wyniósł 13,6 miliarda dolarów, czyli prawie 350 milionów dolarów za każdą milę kolei dużych prędkości, które wciąż nie są nawet w przybliżeniu gotowe do użytku.
W całych Stanach Zjednoczonych w 2024 roku istniało około 30 placówek budowy kolei dużych prędkości w fazie „aktywnej budowy”, obejmujących łącznie 119 mil. W niecałe 20 lat Chiny zbudowały ponad 30 000 mil przy koszcie od 17 do 21 milionów dolarów za kilometr, czyli od 27 do 34 milionów dolarów za milę. To mniej niż 1/10. kosztu za milę amerykańskiej kolei dużych prędkości, która może nigdy nie zostać nawet uruchomiona.
Do tego dochodzi ponownie branża AI. Setki miliardów dolarów zainwestowano w stworzenie wiodących amerykańskich modeli. Chiński DeepSeek wydał łącznie zaledwie 6 milionów dolarów na opracowanie swojego modelu DeepSeek R1, bardzo wiarygodnej konkurencyjnej oferty. Wygląda to prawie tak, jakby zachodni system został stworzony do systematycznego łupienia, przez co niemal wszystko kosztuje dziesięć razy więcej, niż mogłoby lub powinno kosztować.
Jeśli to prawda, wynikałoby z tego, że nasz system konsekwentnie i bezlitośnie okrada nas z owoców naszej pracy i kreatywności. Jesteśmy zmuszeni płacić więcej za wszystko, otrzymując w zamian znacznie mniej. Amerykanie płacą za zdecydowanie najdroższy system opieki zdrowotnej na świecie, ale uzyskują jedne z najgorszych wyników zdrowotnych spośród wszystkich zaawansowanych gospodarek na świecie, pod niemal każdym względem:
(patrz wersja angielska)
Mógłbym wymieniać przypadek po przypadku, w których mieszkańcy Zachodu są oszukiwani i okradani ze zdrowia, majątku, wolności i przyszłości, przeciwstawiając to zupełnie odmiennym realiom, z jakimi mierzą się Chińczycy. Wszystko to może nadwyrężać wiarę zachodnich odbiorców, jak gdyby była to propaganda. Ale to nie jest propaganda – to rzeczywistość, z którą styka się dziś każdy zachodni gość w Chinach.

Na początku tego roku prezydent Trump odwiedził prezydenta Xi Jinpinga i jego wizyta skupiła uwagę świata na Chinach w sposób, który trudno było przeoczyć lub zignorować. Liczna amerykańska delegacja i wszyscy międzynarodowi dziennikarze śledzący spotkania dyplomatyczne w Pekinie byli wyraźnie pod wrażeniem tego, z czym się zetknęli.
Wśród nich był dyrektor generalny Nvidii Jensen Huang i Elon Musk – dwie osoby, które na ogół trudno jest czymś zachwycić. Kolejnym był Naval Ravikand, reporter, który skorzystał z okazji, by spędzić dziesięć dni w Chinach. Jako wykształcony dziennikarz Ravikand wiedział wszystko o Chinach, ale podobnie jak inni odwiedzający, był zaskoczony tym, czego tam doświadczył.
Wśród innych spostrzeżeń wspomniał o sieci kolei dużych prędkości, która codziennie przewozi miliony ludzi z prędkością 300 km/h, cicho, komfortowo i punktualnie. To, co zaimponowało Ravikandowi, to sam fakt, że tak monumentalne elementy infrastruktury w ogóle istnieją, skoro ich budowa wiąże się z ogromnymi inwestycjami, których zwrot mierzy się w dziesięcioleciach, a nie w latach.

To prowadzi nas z powrotem do celu tego raportu, którym było wskazanie systemowych czynników postępu Chin, a także systemowych czynników, które sprawiły, że mocarstwa zachodnie pozostały w tyle. Sukces Chin nie był wynikiem niewidzialnej ręki Adama Smitha, ani jego systemu absolutnie wolnego handlu, w którym prywatne interesy muszą jedynie skupiać się na dążeniu do własnych egoistycznych celów, a w jakiś sposób dzięki temu magicznie tworzą największą możliwą korzyść dla całego kolektywu. Chiny zbudowały swoją potęgę dzięki wspólnemu wysiłkowi oraz strategii sformułowanej i realizowanej przez rząd centralny w postaci 15 kolejnych planów pięcioletnich.

Piętnaście planów pięcioletnich

29 października 1955 roku przewodniczący Mao Zedong ogłosił zamiar swojego rządu w swoim „Przemówieniu na sympozjum dotyczącym socjalistycznej transformacji kapitalistycznego przemysłu i handlu”. Mao powiedział: „Naszym celem jest dogonienie i wyprzedzenie Stanów Zjednoczonych… Jeśli chodzi o to, ile dekad to zajmie, w zależności od wysiłków wszystkich, zajmie to co najmniej pięćdziesiąt lat, być może siedemdziesiąt pięć, czyli piętnaście planów pięcioletnich. Dopiero gdy dogonimy i wyprzedzimy USA, będziemy mogli wreszcie odetchnąć z ulgą.”[SK23][SK23]
Działo się to w okresie transformacji socjalistycznej w połowie lat 50. XX wieku, mniej więcej w czasie Pierwszego Planu Pięcioletniego, który trwał od 1953 do 1957 roku.

Przywództwo Denga Xiaopinga skupiło się na „czterech modernizacjach”, których celem było przekształcenie Chin w społeczeństwo o umiarkowanym dobrobycie do 2000 roku. W ten sposób, wyznaczając cele i formułując konkretne plany, kolejne rządy chińskie mobilizowały potencjał twórczy i ciężką pracę Chińczyków do osiągania wyznaczonych zamierzeń. Kapitał, który Chiny stopniowo gromadziły, inwestowano w rozbudowę infrastruktury kraju, w tym w duże inwestycje w placówki edukacyjne, kampusy badawczo-rozwojowe oraz opiekę zdrowotną.

Dowody są niezaprzeczalne

Najważniejsze: Chiny dzisiaj stanowią najbardziej konkretny przykład tego, co jest możliwe i co jest osiągalne dzięki kompetentnemu i konstruktywnemu przywództwu. Jest to również najbardziej niezaprzeczalny przypadek wyższości narodowego systemu ekonomii politycznej i legitymacji roli rządu, w przeciwieństwie do laissez-faire podejścia i nieograniczonego systemu globalnego wolnego handlu.
Nie ma absolutnie żadnych powodów, dla których mielibyśmy podporządkować przyszły rozwój naszych społeczeństw nieudanym ramom ideologicznym narzuconym przez tych, którzy wykorzystują je do systematycznego łupienia bogactwa z naszych gospodarek i uniemożliwiania im, niczym pasożyt, osiągnięcia pełnego potencjału w sposób, który przynosi korzyści każdemu członkowi zbiorowości. Ideolodzy będą wrzeszczeć: „socjalizm!!!”. Jednak w tym momencie proste zrozumienie oczywistości powinno sugerować, że jeśli chcemy przezwyciężyć nasze obecne trudności i zbudować lepszą przyszłość, musimy zrewidować nasze przekonania, a zwłaszcza nasze pewniki.

Eksperci ogłaszają nieuchronny kryzys paliwowy, ponieważ wojny globalne ograniczają dostawy

Eksperci ogłaszają nieuchronny kryzys paliwowy, ponieważ wojny globalne ograniczają dostawy

Symplicjusz 16 września 2026 r. simplicius76-substack-com.translate.goog/p/experts-declare-fuel-crisis-imminent

Eksperci na całym świecie ogłaszają, że zbliża się poważny kryzys paliwowy, a wszystko to z powodu zbiegu okoliczności, w tym wzajemnych ataków energetycznych Ukrainy i Rosji, a także nagłego wzrostu presji osi Huti-Iran na krytyczną infrastrukturę energetyczną Arabii Saudyjskiej.

https://www.wsj.com/business/energy-oil/dyrektorzy-naftowi-mówią-że-nadchodzi-wielki-kryzys-paliwowy-b6b32030

WSJ podaje:

Amerykańscy szefowie firm naftowych od miesięcy ostrzegali, że przedłużające się zamknięcie Cieśniny Ormuz z pewnością doprowadzi do kryzysu paliwowego. Teraz twierdzą, że kryzys już nastąpił.

Zapasy paliw komercyjnych na całym świecie kurczą się od ponad sześciu miesięcy, a strategicznych rezerw ropy naftowej nie da się już bardziej wykorzystać.W zeszłym tygodniu ataki zamknęły kluczowy rurociąg naftowy w Arabii Saudyjskiej, który omijał Cieśninę, co spowodowało, że co najmniej 2,5 miliona baryłek dziennie utknęło na i tak już napiętym globalnym rynku ropy, szacują analitycy.

Najnowszym powodem była informacja, że ​​Arabia Saudyjska odwołuje „transporty ropy naftowej” do Europy do końca września, a obecnie pojawiają się pogłoski, że zakaz ten będzie obowiązywał również w październiku.

W ciągu ostatnich kilku dni Huti przeprowadzili duże ataki na saudyjską infrastrukturę naftową, w tym na zakłady Aramco o współrzędnych geograficznych 18.485593 i 42.505660 :

PILNE: Załadunek ropy w Janbu, głównym porcie Arabii Saudyjskiej nad Morzem Czerwonym, został wstrzymany po wcześniejszym ataku na rurociąg wschód–zachód, podaje Reuters.

Zbiorniki na ropę płoną po ataku rakietowym Huti na zakład Aramco Abha Bulk Plant na północ od Abhy w Arabii Saudyjskiej.

18.485593, 42.505660

Około 500 mil dalej, rafineria ropy naftowej Yasref w mieście Janbu nad Morzem Czerwonym również została trafiona:

List z Hormuz@ HormuzLetter

PILNE: Jemeńscy Huti najwyraźniej zaatakowali dziś rano rafinerię ropy naftowej YASREF w Janbu na saudyjskim wybrzeżu Morza Czerwonego, spółkę joint venture Aramco-Sinopec o wydajności 400 000 baryłek dziennie i jednego z największych eksporterów oleju napędowego nad Morzem Czerwonym.

Na nagraniu widać duży pożar, w którym…

13:43 · 15 września 2026

Tymczasem krytyczny rurociąg Wschód-Zachód, który miał służyć jako ratunek dla przekierowania przepływu ropy naftowej z Ormuzu, został zauważony na nowych zdjęciach satelitarnych Maxar po ataku, który unieruchomił go 10 września. Według doniesień, wiele stacji pomp wzdłuż długiej trasy zostało zniszczonych , co sprawiło, że atak był znacznie poważniejszy, niż początkowo szacowano:Nie można załadować wideo.

Jest mało prawdopodobne, że kopalnia zostanie ponownie otwarta w najbliższym czasie. Eksperci, którzy rozmawiali z agencją Reuters, szacowali, że potrwa to kilka tygodni, z możliwymi „częściowymi” przepływami ropy naftowej przed upływem tego terminu:

https://www.reuters.com/business/energy/awaria-rurociągu-saudyjskiego-zagraża-stratą-globalnej-podaży-ropy-2026-09-13/
https://www.bloomberg.com/news/articles/2026-09-15/mbs-and-saudi-arabia-face-crisis-with-key-oil-pipeline-shut-for-weeks

Jednakże, biorąc pod uwagę, jak łatwo było trafić na tę stronę, kto może powiedzieć, że strony odpowiedzialne – niezależnie od tego, czy znajdowały się w Iraku, czy w Jemenie – nie mogły po prostu po prostu dalej ją odwiedzać?

Ceny oleju napędowego w USA gwałtownie wzrosły:

List Kobeissi@ KobeissiLetterPILNE: Ceny oleju napędowego w USA oficjalnie wzrosły do ​​nowego rekordu 6,26 USD/galon, co oznacza wzrost o ponad 80% w ciągu 9 miesięcy. Kierowcy ciężarówek płacą teraz za galon oleju napędowego o prawie 3,00 USD więcej niż w styczniu. To podniosło średnie ceny benzyny w Kalifornii, jednym z najdroższych…

17:44 · 15 września 2026 · 195 tys. wyświetleń


126 odpowiedzi · 369 repostów · 2,77 tys. polubień

Trump zrzucił winę za kryzys na rynku diesli na ukraińskie strajki na rosyjską infrastrukturę rafinerii dieslowych:Nie można załadować wideo.

Cóż za niespójna, leniwa, hipokrytycznie pozbawiona zasad i po prostu chamska polityka zagraniczna: „Niech uderzają w co chcą, ale na razie nie w diesla, bo tam czekają nas poważne wstrząsy!”

Ten rodzaj krótkowzrocznej, nieudolnej dyplomacji przypomina chaotyczne gaszenie kolejnych pożarów, jednocześnie nieumyślnie wzniecając nowe. Trump uważa, że ​​Stany Zjednoczone mogą działać bezmyślnie i wrogo wobec całego świata, bez skrupułów dostarczając broń Ukrainie, by zniszczyć główne sektory rosyjskiej infrastruktury, bezlitośnie atakując Iran itd., a potem zastanawia się, dlaczego skutki uboczne zaczynają zatruwać krajową gospodarkę.

Obecnie rentowność globalnych obligacji zarówno w USA, jak i w Europie gwałtownie wzrosła. 10-letnie obligacje USA i Wielkiej Brytanii osiągnęły najwyższy poziom od 2007 r., a 10-letnie obligacje Niemiec podobno osiągnęły najwyższy poziom od 2006 r.

PILNE: Rentowność 10-letnich obligacji wzrosła do 5,04%, najwyższego poziomu od lipca 2007 r.

To podniosło średnie oprocentowanie 30-letniego kredytu hipotecznego do 7,17%.

Posiadanie domu oficjalnie stało się luksusem. –Źródło

W ramach swojej nieudolnej i sztucznej próby naprawienia sytuacji Trump ogłosił wzajemne zawieszenie broni w dostawach energii, do którego nigdy nie doszło. Był to kolejny z długiej serii oszustw mających na celu uspokojenie napięć na rynku krajowym:

Zarówno Zełenski, jak i przedstawiciele Rosji zaprzeczają istnieniu zawieszenia broni, a dowodem na to jest fakt, że dziś rano oba kraje zaatakowały obiekty energetyczne przeciwnika.

Rosyjski analityk Wiktor Leonow podzielił się ciekawą teorią , która zakłada, że ​​Rosja i Iran współpracują ze sobą, aby obalić zachodni porządek monetarny i gospodarczy:

Dlaczego Iran i Rosja atakują obiekty energetyczne?

Podczas wojny na Ukrainie i napięć na Bliskim Wschodzie, stacje benzynowe, magazyny ropy naftowej i paliw, obiekty energetyczne, infrastruktura i rafinerie są stale atakowane przez Rosję i Iran. Jednocześnie szlaki transportowe i energetyczne, takie jak Cieśnina Ormuz i Bab al-Mandab, są całkowicie zamknięte. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego Rosja i Iran działają w koordynacji i jaki jest ich cel?

Odpowiedź na te pytania wynika z faktu, że Rosja i Iran wspólnie uzgodniły, że zniszczą zachodni i amerykański system kapitalistyczny, wywołując kryzys energetyczny poprzez atakowanie obiektów energetycznych i szlaków transportowych.Równanie wygląda następująco: atakowanie i niszczenie tych obiektów zmniejsza produkcję i dostawy energii, podczas gdy zamknięcie Cieśniny Ormuz i Bab al-Mandab w podobny sposób ogranicza dostawy i dostępność na poziomie globalnym.

W rezultacie ceny paliw i energii zaczynają rosnąć i gwałtownie rosnąć. Rosnące ceny oznaczają większą presję na globalny sektor przemysłowy, który musi zapewnić sobie paliwo po znacznie wyższych cenach. Jednocześnie rosną koszty transportu, a inflacja gospodarcza zaczyna rosnąć.W rezultacie banki centralne są zmuszone do podniesienia stóp procentowych, aby kontrolować inflację, co z kolei spowalnia i osłabia gospodarkę. W ten sposób produkcja i aktywność fabryk stopniowo słabną, a sektor przemysłowy stoi w obliczu poważnego zagrożenia.

W ten sposób Rosja i Iran narażają przemysł, wzrost gospodarczy i obecny porządek świata na ryzyko, do tego stopnia, że ​​fabryki mogą zostać zamknięte, a przemysł w obecnej formie może nie być już w stanie kontynuować działalności. Ponieważ przemysł jest kamieniem węgielnym współczesnego kapitalizmu, krok po kroku obecny porządek świata zmierza ku upadkowi wraz z rozwojem kryzysu energetycznego.

Dlatego Rosja i Iran chcą wykorzystać tę drogę, aby obalić i przekształcić obecny porządek świata, któremu przewodzą Stany Zjednoczone w sposób jednobiegunowy. Z tego powodu należy spodziewać się dalszych bombardowań stacji benzynowych, składów ropy naftowej, gazu i paliw, a także kolejnych ataków na obiekty i infrastrukturę energetyczną.

Nie jestem przekonany, że to aż tak skoordynowana operacja „zniszczenia kapitalizmu”, ale to interesujący kierunek myślenia, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że Iran i Rosja są w stanie wzmocnić własne szlaki handlowe na wschód, jednocześnie blokując zachodnie linie energetyczne. Bardziej prawdopodobne jest, że Rosja i Iran po prostu reagują defensywnie, aby zaszkodzić swoim przeciwnikom w ich najbardziej wrażliwych punktach. Rosja chętnie dostarczała energię Zachodowi, aby podtrzymać zachodni „porządek kapitalistyczny”, dopóki Ukraina nie zaczęła zatruwać rosyjskiej infrastruktury energetycznej.

Stawka za wynajem supertankowca na trasie z Zatoki Perskiej do Chin po raz pierwszy w historii osiągnęła 1 milion dolarów dziennie.

W chwili pisania tego tekstu różne doniesienia twierdzą, że Huti zaminowali Bab al-Mandab, co wydaje się być sprzeczne z ich wcześniejszymi twierdzeniami, że jedynie transporty z Arabii Saudyjskiej mają zakaz tranzytu:

Sieć Faytuks@ FaytuksNetworkHuti zaminowali cieśninę Bab al-Mandab – poinformowało jemeńskie źródło wojskowe w niemieckiej agencji prasowej DPA

22:26 · 15 września 2026 · 29,5 tys. wyświetleń


23 odpowiedzi · 154 reposty · 556 polubień

Jeśli doniesienia okażą się prawdziwe — w połączeniu z zakrojonymi na szeroką skalę atakami na saudyjską infrastrukturę naftową — może to być zapowiedź szeroko zakrojonej kampanii mającej na celu zadanie saudyjskiemu reżimowi gospodarczego ciosu.

Jedno jest pewne: podczas gdy Trump nadal traktuje konflikt z Iranem jako luźną dywersję lub plac zabaw dla próżności, Iran posuwa się do skrajności. Dla Iranu konflikt ma charakter egzystencjalny, co wyraźnie pokazują dwa ostatnie wydarzenia:

Po pierwsze: krążą pogłoski, że Iran przygotowuje się do zmobilizowania miliona osób na szkolenia i utworzenia 1000 batalionów rezerwowych, zwanych „batalionami oporu narodowego”, w ramach przygotowań do ewentualnego przyszłego konfliktu.

Iran Observer@ IranObserver0⚡️NAJNOWSZE: Wszyscy Irańczycy otrzymali wiadomość SMS z prośbą o rejestrację do mobilizacji Irańskie siły zbrojne rozpoczynają szkolenie 1000 nowych batalionów (około miliona osób) Szkolenie nie potrwa długo, ponieważ w Iranie obowiązuje obowiązkowa służba wojskowa dla wszystkich mężczyzn

7:19 · 15 września 2026 · 536 tys. wyświetleń


176 odpowiedzi · 1,37 tys. repostów · 7,76 tys. polubień

Potwierdzając powyższe wiadomości, Jerusalem Post podaje, że w całym Iranie pojawiły się billboardy promujące przyłączenie się do Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej.

Jerusalem Post pisze o nowej kampanii:

Apel wolontariuszy o mobilizację młodzieży

Macmillan podkreślił, że Iran próbował zmobilizować młodzież za pomocą tego przekazu, oferując szkolenia z zakresu obsługi broni, czytania map i udzielania pierwszej pomocy niezbędne w strefach działań wojennych. Działania te miały być częścią kampanii mającej na celu rozszerzenie oddziałów w stylu Basidż poza „zwykłych” zwolenników.

Nowa marka bojowników pokaże Irańczykom i Zachodowi, że reżim „nadal potrafi organizować masowe uczestnictwo po miesiącach napięć”, pomimo zawirowań gospodarczych, wojny i brutalnego tłumienia protestów – powiedział.

„To apel wolontariuszy, przekazywany oficjalnymi kanałami i masową pocztą SMS. To oficjalna infrastruktura kampanii rządu irańskiego, komunikat mobilizacji polityczno-wojskowej, a nie neutralne ogłoszenie w służbie publicznej” – zauważył.

Po drugie, irańskie źródła donoszą , że prominentny irański poseł twierdzi, iż grupa parlamentarzystów przygotowała „pilny projekt ustawy” w sprawie wycofania się Iranu z ustawy o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej. Projekt ustawy ma zostać poddany pod głosowanie po zatwierdzeniu go przez „radę przewodniczącego” parlamentu.

Najbardziej uderzającą częścią wywiadu posła jest jego bezpośrednie wezwanie do tego, aby Iran uzyskał broń jądrową, biorąc pod uwagę, że agresja USA sprawiła, że ​​stało się to „nieuniknioną koniecznością”:

„Lepiej jest przeprowadzić niezbędne testy broni jądrowej tak szybko, jak to możliwe”, ponieważ Iran potrzebuje odstraszania nuklearnego, a posiadanie broni jądrowej jest obecnie „nieuniknioną koniecznością”.

Oczywiście, nie możemy przesadzać, ponieważ tacy zapalczywi ustawodawcy już się pojawili, a inicjatywa prawdopodobnie nie przyniesie żadnych rezultatów, zwłaszcza że prezydent Iranu Pezeshkian nadal sprzeciwia się pozyskiwaniu broni jądrowej. Wszystko to jednak pokazuje, że irańscy przywódcy i naród stają się coraz bardziej twardzi, jednocząc się wokół zjednoczonego rdzenia i traktują ataki osi amerykańsko-izraelskiej na ich kraj jako egzystencjalne zagrożenie, z którym należy się zmierzyć jak z rakiem, a nie jako z popisem wizerunkowym dla własnych zysków.

W związku z tym CBS „wyciekło” z sieci, ujawniając serię nowych zdjęć przedstawiających nigdy wcześniej niepublikowane sceny zniszczeń w bazach amerykańskich po atakach Iranu:

https://www.cbsnews.com/news/new-photos-damage-us-kuwait-saudi-arabia-iran-drone-missile-attacks

Mario Nawfal podaje listę zniszczonych aktywów :

Aktywni żołnierze przesłali zdjęcia anonimowo.

Słowa jednego z żołnierzy: „Nie bronimy tych baz. Po prostu patrzymy, jak są niszczone”.

Zdjęcia rzekomo przedstawiają: –

Baza Lotnicza Prince Sultan w Arabii Saudyjskiej:E-3 Sentry z ogonem oderwanymod zwęglonego kadłuba.

– Baza Lotnicza Prince Sultan: opustoszałe budynki i koszary stojące obok nienaruszonych betonowych murów obronnych, fortyfikacji zbudowanych dla moździerzy i granatów w wojnie toczonej z odległości 300 mil.

– Obóz Buehring w Kuwejcie: zniszczone rzędy przyczep na głównym obszarze postoju wojsk lądowych i pancernych.

– Obóz Buehring: spalone pojazdy na otwartej przestrzeni.

– Obóz Arifjan w Kuwejcie: uszkodzenia konstrukcyjne budynku w największym amerykańskim centrum logistycznym w regionie.

– IG naliczył prawie 60 utraconych samolotów i 3,7 miliarda dolarów strat w sprzęcie w ośmiu krajach.

Hegseth nazwał pociski, które zabiły sześć osób w Shuaiba, „sikawkami”, co oznacza pocisk, który przedostaje się przez działającą obronę.

Na zdjęciach widać, że obrona nie działa, a ludzie w środku ogrodzenia o tym wiedzą.

Źródło: CBS News / Autor: Daniel

W nowym raporcie Pentagonu wymieniono „oficjalne straty” poniesione w wyniku nieudanej wojny:

Niektórzy analitycy przeliczyli te liczby i doszli do wniosku, że straty poniesione w trakcie operacji Epic Fury w każdym locie bojowym były jednymi z najwyższych w historii USA:

Oczywiste jest, że Iran dopiero zaczyna, a historyczny błąd Trumpa zapoczątkował odnowę narodową, która prawdopodobnie nigdy więcej nie wyhamuje, teraz, gdy dżin został wypuszczony z butelki, a bezprecedensowa słabość USA została ujawniona.

Patruszew: Sikorski to ignorant i megaloman

Patruszew: Sikorski to ignorant i megaloman

Wypowiedzi Radosław Sikorskiego w Kijowie, w których przekonywał, że w razie konfliktu zbrojnego – Rosja zostanie pokonana w sześć tygodni – odbiły się szerokim echem w Moskwie. Wypowiedział się na ten temat, na [portalu aif.ru,  doradca prezydenta Władimira Putina Nikołaj Patruszew:

„Polski minister spraw zagranicznych Radsław Sikorski, przemawiając w Kijowie, powiedział, że jeśli Rosja zaatakuje Polskę, Warszawa pokona Moskwę, ponieważ ma ona przytłaczającą przewagę militarną. Co to jest, pusta brawura czy te słowa należy traktować poważnie?

————————————————————————————–

Na to pytanie aif.ru zwrócił się do asystenta prezydenta Rosji Nikołaja Patruszewa.

Witalij Cepljajew, aif.ru: Nikołaj Platonowiczu, spotkał się pan kiedyś z Sikorskim. Jak traktować jego słowa?

Nikołaj Patruszew: Tak, spotkałem się z Sikorskim wiele lat temu. Zaskoczył mnie swoją ignorancją w dziedzinie historii i Rosji. Z radością stwierdził, że nigdy nie był w Petersburgu, nie miał pojęcia o soborze św. Izaaka i innych ikonicznych miejscach miasta.

Dziś Sikorski i inni przedstawiciele polskiej elity twierdzą, że  restytuują  polską wielkość. W rzeczywistości reanimują niezdrowe ambicje, ogłaszając plany ożywienia „Polski od morza do morza”, stworzenia „kordonu sanitarnego” przeciwko Rosji oraz ochrony Europy przed mitycznym „rosyjskim zagrożeniem”. Zafascynowany militaryzmem, Sikorski nie chce słyszeć słów prezydenta Rosji, że Rosja nikomu nie zagraża, a nasz kraj nie ma powodu, by prowadzić operacje wojskowe przeciwko Europie.

Wygląda na to, że polscy przywódcy zapomnieli lekcje historii. Zapomnieli, jak oddziały Minina i Pożarskiego na początku XVII wieku wyrzuciły ich przodków z naszego kraju. Zapomnieli, ile pieniędzy Imperium Rosyjskie inwestowało w Królestwo Polskie, które, nawiasem mówiąc, było znacznie bogatsze i wolne niż inne części imperium. Warszawa depcze także pamięć o roli Związku Radzieckiego w wyzwoleniu Polski spod okupacji nazistowskiej, w przywróceniu suwerenności i władzy oraz w powojennym dobrobycie.

Innymi słowy, w swoim rusofobicznym szaleństwie Sikorski, podobnie jak jego długoletni poprzednicy, raz po raz pokazuje niechęć do zapewnienia pokojowego istnienia Polski, dobrobytu jej mieszkańców, a zamiast tego depcze na tym samym historycznym bagnie.

Jeśli chodzi o ocenę siły Warszawy, szef polskiej dyplomacji wyraźnie dyletancko ocenia siłę militarną naszego kraju, nie chcąc zrozumieć, że podczas specjalnej operacji wojskowej rosyjskie siły zbrojne wcale nie wykorzystują pełnego potencjału. Mówiąc o przewadze militarnej Polski nad Rosją, Sikorski najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że w przypadku przystąpienia Polski do działań wojennych z Rosją nasz kraj wykorzysta cały arsenał sił i środków, które ma do dyspozycji, a państwowość Polska przestanie istnieć w ciągu 2-3 dni”.

„Hannibal ante portas”, czyli wróg u bram

„Hannibal ante portas”, czyli wróg u bram

Patrząc na ogłupianie społeczeństwa przez masowe media i władze, można z całą pewnością stwierdzić, że Polska i Polacy potrzebują wroga, wszystko jedno, realnego bądź urojonego.

Wmawia się ludziom, że ta potrzeba ma charakter egzystencjalny. Decyduje rzekomo o naszej dzisiejszej tożsamości, służy uzasadnieniom  wszelkich racji, nawet najbardziej absurdalnych, wreszcie sprzyja konsolidacji społecznej wokół narodowej flagi i odwracaniu uwagi od rzeczywistych problemów.

W dzisiejszej Polsce kategoria wroga zewnętrznego determinuje nie tylko geopolityczną konceptualizację położenia państwa pośród innych uczestników stosunków międzynarodowych, ale ma decydujący wpływ na wybór strategii konfliktowej z Rosją, atlantyckie afiliacje sojusznicze oraz politykę intensywnych zbrojeń. Wróg zewnętrzny ma konkretne oblicze agresywnego imperium na Wschodzie, a  jego charakterystyka nieodłącznie wiąże się z wojną i wrogimi działaniami na szkodę  Polski.

Wojna bowiem – jak wskazywał Carl Schmitt – jest ostateczną formą urzeczywistniania wrogości. Przy czym wojna niekoniecznie musi mieć wymiar militarny. Od wielu lat trwają bowiem wojny psychologiczne, kognitywne, informacyjne, propagandowe, ideologiczne, gospodarcze, celne itd. Nie pozwalają one na udzielenie konkretnej odpowiedzi, co jest przedmiotem antagonizmów i takiej sprzeczności interesów, że nie da się ich usunąć przy pomocy środków pokojowych.

Powszechnie uznaje się, że wróg poprzez swoje działania zadaje przede wszystkim szkody drugiej stronie lub stronom w sferze integralności terytorialnej, bezpieczeństwa i tożsamości. To pozwala określać go agresorem, interwentem, napastnikiem, najeźdźcą czy okupantem. W Polsce trudno jest zastosować wobec współczesnej Rosji którekolwiek z tych określeń, jeśli uczciwie skoncentrujemy się nie na skojarzeniach z dawnej przeszłości i nie na sprzecznych jej interesach z państwami trzecimi. Większość znaczeń wroga w odniesieniu do Rosji jest nasycona afektywnie i emocjonalnie, głównie ze względu na zapośredniczenie przez rządy w Warszawie szkód i cierpień doznawanych przez Ukraińców oraz przedstawianie  wizerunku Rosji jako państwa agresywnego i wrogiego wobec całego Zachodu. Ogromną rolę w takim postrzeganiu odgrywają negatywne, zaprawione rusofobią nastawienia, stygmatyzowanie i etykietowanie Rosji jako „wcielenia zła”.

Demoniczny obraz wroga

Mamy do czynienia ze wzmożoną demonizacją wrogiej strony, w odróżnieniu od heroizacji postaw własnych. Zauważono, że zjawisko  to ma związek z mistyką percepcji quasi-religijnej. Edward Karolczuk, jeden z autorów „Myśli Polskiej, w swoich szkicach filozoficzno-historycznych o wrogu celnie zauważył, że pojmowanie wroga w polityce często przypomina definicję oraz rolę i znaczenie „diabła w religiach” („O wrogu”,  Warszawa 2010, s. 158). Jego wizerunki mają charakter  zredukowany do cech  wyłącznie negatywnych, a uproszczenia poznawcze i atrybucje ocierają się o wulgaryzm i prymitywizm. Rosja nie może  posiadać żadnych pozytywnych, ani nawet neutralnych cech. Jej oceny zastępują opis, opinie  stają się faktami, konfabulacje rzetelnymi danymi. Negatywna stereotypizacja stanowi podstawę potępiania Rosji, ale i skupiania uwagi na jej uosobieniu w postaci przywódcy. Postponowanie Putina i przypisywanie mu cech „negatywnego demiurga” przybrało charakter karykaturalny. Zarzuty o perfidię w realizacji imperialnych aspiracji prowadzą do utrwalania się psychopatologicznych obsesji, chorobliwej podejrzliwości, ale i aberracyjnych fascynacji, o czym świadczy skala zainteresowania mocą sprawczą rosyjskiego dyktatora.

Specyfika polskiego podejścia do Rosji jako wroga polega na postrzeganiu jej aktów niszczycielskich wobec Ukrainy, jakby były one jednocześnie skierowane przeciw Polsce. Jest to poszerzone pojmowanie negatywnych skutków antagonizmu ukraińsko-rosyjskiego, co w praktyce oznacza pośrednie zaangażowanie w wojnę przeciw Rosji. Wyraża się ono w pomocy zbrojeniowej, materiałowej i finansowej Ukrainie jako ofierze agresji, na skalę niespotykaną w historii. Niebagatelną rolę odgrywa wsparcie logistyczne, przenikanie na stronę wroga i udział najemników w bezpośrednich starciach na froncie.

Tymczasem brakuje diagnozy rzeczywistych przyczyn takiego zaangażowania. Rosja ani w sferze deklaratywnej, ani realizacyjnej nie występuje przeciw interesom Polski. Nie zagarnęła żadnej części terytorium, ani nie przejęła majątku narodowego, tak jak uczyniły to podczas grabieżczej prywatyzacji firmy zachodnie. Nie znajdziemy żadnych form podporządkowania w sferze politycznej czy gospodarczej, które przypominałyby czasy zależności satelickiej od ZSRR. Nie ma też sporów o charakterze kulturowym, językowym czy religijnym. Tymczasem można wymienić nieskończenie wiele przejawów uzależnień Polski od kapitału zachodniego, ograniczeń  ze strony rządów i organizacji sojuszniczych bądź integracyjnych.

Wygląda jednak na to, że to nie uwarunkowania obiektywne mają w tych sprawach znaczenie. Liczy się przede wszystkim subiektywna i wyobrażeniowa wersja wrogości. Z tego powodu wróg jest „nierzeczywisty”, gdyż sytuacja antagonistyczna nie ma oparcia w rzeczywistym konflikcie interesów  (Jacek Ziółkowski, „Wrogość w stosunkach politycznych”, Warszawa  2013, s. 64). To nie fakty, lecz prymitywne wizerunki wroga, przypisywanie mu podstępnych zamiarów, perfidnego knucia i zdradzieckich intencji, decydują o ofensywności dyfamacyjnej i zastraszaniu społeczeństwa.

Antyrosyjskie tyrady polityków wypełniają ich codzienny przekaz informacyjny, poprawiają samopoczucie i są źródłem osobliwego komfortu psychicznego z powodu demonstrowania napuszonej odwagi i wątpliwej skuteczności w tropieniu  rosyjskich spisków czy podejrzanych akcji sabotażowych. Widać wyraźnie, że bez codziennego kreowania wroga politycy tracą grunt pod nogami.

Arbitralne uznanie czy też wyznaczenie Rosji jako wroga pozwala na formułowanie doktryny państwowej (w dziedzinie polityki zagranicznej i bezpieczeństwa) w duchu wrogości. Oznacza to, że bez głębszych analiz czy uzasadnień, tym bardziej bez społecznych konsultacji czy debat, na podstawie dziedziczonych uprzedzeń, stereotypów i nastawień, a także insynuacji, instrukcji i podpowiedzi płynących z zewnątrz, polskie ośrodki decyzyjne przyjmują wrogość wobec Rosji za imperatyw swojego działania. Nietrudno zgadnąć, że taka postawa rodzi pewną reakcję drugiej strony, w rezultacie czego wrogość przybiera charakter relacyjny, dwukierunkowy, interaktywny. Wyhamowanie takich procesów czy też przerwanie narastania wrogości stają się niemożliwe z powodów ideologicznych, psychologicznych i wolicjonalnych.

Z tej drogi nie ma odwrotu?

Nie oznacza to, że eskalacja wrogości zawsze musi skończyć się  katastrofalnym starciem. Wydaje się, że mimo wzajemnej niechęci strona rosyjska nie definiuje konfliktu z Polską w kategoriach antagonistycznych tak, jak czynią to polscy politycy. Asymetria dotyczy wzajemnych nastawień. Polskie władze są nastawione na konfrontację (ulegając presji  kręgów natowsko-anglosaskich), a ich polityka zbrojeniowa – mimo oficjalnych deklaracji – ma charakter ofensywny, podczas gdy Rosjanie – mimo przypisywanych im prowokacji, stawiają na powściągliwość i nie-konfrontacyjność.

Konflikt między stronami przybrał jednak już tak intensywny charakter, że  nie ma w nim miejsca na jakiekolwiek porozumienie, czy choćby próbę stonowania napięć. Trwa eskalacja działań szkodliwych, którym towarzyszy dehumanizacja strony rosyjskiej. Rosji odmawia się wszelkich racji, ba, podważa się nawet jej prawo do egzystencji, gdyż jest ona nosicielem „antywartości” świata zachodniego. Negatywna etykietyzacja prowadzi do formowania z udziałem zachodnich sojuszników strategii  „ostatecznego” zniszczenia Rosji. To oznacza, że arbitralnie i z premedytacją wyklucza się ją z konstelacji państw nawzajem się respektujących. Co jednak trwoży najbardziej, to sięganie do ideologizacji, w której starcie z Rosją przedstawia się w charakterze posłannictwa misyjnego czy konieczności dziejowej. Z tym łączy się gotowość do poświęceń i ofiar. Rządzący nie ukrywają swojej determinacji w przysporzeniu wrogowi takich strat, aby szkody stały się nieodwracalne.

W przypadku polskich polityków wrogość wobec Rosji przejawia się w deklaracjach o gotowości do konfliktu. Wygląda to tak, jakby Polska niecierpliwie czekała na jakikolwiek pretekst, żeby przystąpić do wojny i uderzyć we wroga. Nie wspomina się o żadnych awaryjnych zabezpieczeniach, w tym wykorzystaniu środków dyplomatycznych w celu uniknięcia największego nieszczęścia, jakim jest otwarta wojna. Przedstawianie społeczeństwu relacji z Rosją jako bezalternatywnych, czyli wyłącznie prowadzących do wojny, oznacza przyjęcie manichejskiego podziału między dobrem i złem, który nie pozostawia miejsca na jakiekolwiek rozmowy, choćby z udziałem stron trzecich. A przecież wiele nieporozumień można wyjaśnić drogą pokojową, a nie tylko przy użyciu siły.

Każdego wroga otacza się aurą obcości. Służą temu rozmaite zabiegi propagandowe i edukacyjne, nie mówiąc o prowadzonej na szeroką skalę dezinformacji. Poza wąskimi kręgami ludzi, którzy śledzą wydarzenia związane z Rosją i jej polityką, społeczeństwo w swojej masie bazuje na przekazie mediów wewnętrznych, szerzących nienawiść, nieufność, pogardę, antypatię, awersję, odrazę, wstręt, napastliwość, zaczepność. To właśnie w sferze emocji negatywnych pozycjonuje się Rosję jako źródło irracjonalnego strachu, ale i obiekt pobudzający do radykalnych działań, od solidarnego wsparcia Ukrainy w wojnie z Rosją, przez kampanię dyfamacyjną, po zbrojenia i scenariusze wojenne.

Głupota i infantylizm

Zaciekła wrogość rządzących wobec Rosji  przesłania  wyobraźnię polityczną na temat następstw otwartego konfliktu. Polscy politycy nie antycypują stanów, jakie nastąpią po rozpoczęciu jakichkolwiek działań wojennych. Społeczeństwo nie wie, jak działa obrona cywilna, jak ma wyglądać ewakuacja z zagrożonych miejsc, jakie są kryzysowe źródła aprowizacji i zaopatrzenia, jak wygląda ochrona infrastruktury krytycznej. Dalej, jakie są zabezpieczenia dostępu do wody, energii, kolei czy komunikacji publicznej. Ufność, że „jakoś to będzie” jest najgorszym świadectwem politycznego infantylizmu. Brak gotowości na najgorsze wyzwania oznacza nic innego, jak skazanie mas ludzkich na poniewierkę, której nie zapobiegną zbrojenia warte miliardy złotych. Przede wszystkim trudno będzie pojąć, dlaczego i w imię czego kolejny raz w historii rządzący podejmują ryzyko, którego tragiczne koszty spadną na niewinnych obywateli.

Zamiast strategów, zdolnych sformułować racjonalne cele w konfrontacji z Rosją, mamy do czynienia z prowokatorami i podżegaczami wojennymi, którzy chcą uczynić  z Polski przedłużenie obcego frontu. Rusofobia nie jest  strategią, a jedynie ideologicznym taranem, przy pomocy którego mobilizuje się społeczeństwo do ewentualnego poparcia bezpośredniego zaangażowania w cudzą wojnę. Państwo polskie nie ma żadnego interesu, aby wojować z innymi państwami, tym bardziej z państwem dysponującym bronią jądrową. Doświadczenia historyczne nakazują  tak decydentom, jak i opinii społecznej zachowanie roztropności i powściągliwości. Arbitralne wyznaczenie Rosji na wroga i przypisanie jej niemal metafizycznego, śmiertelnego zagrożenia powoduje przygotowywanie się na najgorsze. Na szczęście po stronie rosyjskiej nie ma tak silnych emocji negatywnych wobec Polski, co daje nadzieję na racjonalizację konfliktu. Polska dla Rosji nie jest podmiotem „dość ważnym”, aby darzyć go symetryczną wrogością.

Polska wpisuje się jednak w schemat wrogości wielostronnej, którą sojusz północnoatlantycki deklaruje wobec Rosji, a ta nie pozostaje pod tym względem dłużna. Wykształciła się  między nimi relacja wzajemnej wrogości. Dla polskich polityków jest to element wzmacniający ich stanowisko, które w ramach NATO uległo instytucjonalizacji (w doktrynie, scenariuszach wojennych, polityce zbrojeń, interoperacyjności sojuszników). Warszawscy macherzy polityczni nie są w stanie odczytać, że uwikłanie Polski w wielostronną wrogość służy odwracaniu uwagi od rzeczywistych wrogów, traktujących nasze państwo instrumentalnie.

Sytuacja antagonistyczna między Polską a Rosją nie jest warunkowana rzeczywiście sprzecznymi interesami. Te przy dobrej woli stron można śmiało sprowadzić do rywalizacji i współzawodnictwa, na wielu płaszczyznach nawet do współzależności i wzajemnych korzyści. O wiele ważniejszą rolę w antagonizowaniu stron odgrywają czynniki ideologiczne i psychologiczne, poddanie się z jednej strony zaprojektowanej przez Amerykanów roli antyrosyjskiego bastionu Zachodu, a z drugiej niepowodzeń i frustracji z powodu  niesymetrycznego stosunku sił i braku kompensacji za historyczne upokorzenia i krzywdy.

Rusofobia i polityka wewnętrzna

Wszystkie niemal siły polityczne posługują się straszakiem rosyjskiego wroga w walce wewnętrznej. Wrogość wobec Rosji stała się instrumentem zarządzania życiem publicznym. Paradoksalnie, to, co było elementem  podtrzymywania społeczeństwa w stanie mobilizacji w okresie „realnego socjalizmu”, jest obecnie wykorzystywane na większą skalę w demokratycznym systemie politycznym. Intensywność wrogości wobec Rosji  przekracza znacznie jej stopień z okresu „zimnej wojny” wobec zachodnich „imperialistów i militarystów”. Poza tym przenika wszystkie sfery życia społecznego, co powoduje, że negatywne emocje rzutują na sferę percepcyjną, aksjologiczną i poznawczą.

Szczególny problem polskiej kultury politycznej wiąże się z podsycaniem resentymentu, który nakłada się na odczucia współczesne. To zjawisko rodzi kumulację wrogości i rozkładanie jej na długi czas. Oznacza międzypokoleniowy przekaz na temat wroga i trudności z pozbyciem się takich obciążeń. Tym bardziej, że siła wrogiej Rosji, mimo buńczucznych  retorycznych „wypraw na Moskwę”, ma skuteczną moc odstraszającą. Kolejne rządy składają więc deklaracje swojej determinacji i woli walki, ale na działania zaczepne nie mogą sobie pozwolić. Nie ma przecież żadnych gwarancji, że rozpoczęta wojna przeciw Rosji przez Polskę spotkałaby się ze zbiorową pomocą sojuszników z NATO i byłaby wojną zwycięską.

W świetle tych obserwacji należy się spodziewać przejścia różnych manifestacji wrogości w stan permanentny, co będzie oznaczać jej swoistą rytualizację. Wyrosną kolejne pokolenia, uznające  wrogie usposobienie wobec Rosji za akt szczególnego patriotyzmu. Antyrosyjskie gesty są już częścią oficjalnych postaw i zachowań politycznych, podczas gdy realne działania są poddawane rozmaitym ograniczeniom. Manifestacje wrogości mogą stać się wręcz objawem braku możliwości zrealizowania gróźb. Mogą wszak przybrać formę ciągłego jątrzenia i drażnienia Rosji, służących rozeznaniu, jak daleko można się posunąć we wrogiej aktywności i dokąd sięga tolerowanie takich aktów przez nią samą, opinię publiczną czy inne państwa.

Konfrontacja bez końca

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt omawianego zjawiska. Otóż rządzący w Polsce nie wyobrażają sobie ani nie przewidują zmiany wrogiej kwalifikacji Rosji w przewidywalnej perspektywie. Ma na to wpływ mechanizm samospełniającego się proroctwa. Jeśli polska strona przypisuje Rosji najgorsze cechy, jakie tylko są możliwe w katalogu obelg i zarzutów, to uruchamia się mechanizm samo-podtrzymywania wrogości, jej swoista inercyjność. Samospełniająca się przepowiednia tworzy błędne koło reakcji i kontrreakcji. To, co na początku  było tylko konstruktem wyobraźni, z czasem staje się rzeczywistością w wyniku eskalacji, prowadzącej do otwartego konfliktu.

Syndrom ofiary i prześladowań, ciągle żywy w oficjalnie podtrzymywanej martyrologicznej wersji historii, sprzyja żywotności „logiki prześladowczej”, ta natomiast czyni z Rosji osobliwego „kozła ofiarnego”, winnego wszystkich niepowodzeń i kompleksów narodowych. Sprowadzanie Rosji do takich ról oznacza powrót do „plemiennych atawizmów”,  kiedy przyczyny wszelkich nieszczęść można było przerzucić na obcych, pogan, innowierców, heretyków czy na czarownice. Dzisiaj przyczyną rozmaitych kryzysów, stresów, frustracji i niepowodzeń jest Rosja. Takiej interpretacji sprzyjają media głównego nurtu, które sztukę przekazu informacji sprowadzają do manipulacji i uproszczeń, a także do podjudzania i szczucia przeciwko demonicznemu wrogowi.

W obliczu narastających zjawisk kryzysowych wrogość wobec Rosji sprzyja umacnianiu prawowitości władz. Rządzący zabiegają o poparcie społeczne dla swoich działań, przypisując sobie wyłączność na właściwe diagnozowanie źródeł zagrożeń i podejmowanie skutecznej ochrony. Póki utrzymuje się przyzwolenie społeczne dla ich diagnoz i preferowanych rozwiązań w sferze gospodarczej czy obronnej, póty rola Rosji jako wroga korzystnie wpływa na legitymizację władz.

Gdy jednak ulegają zmianie nastroje społeczne i zaczyna występować syndrom zmęczenia ciągłym straszeniem Rosją i Putinem, wówczas należy się spodziewać delegitymizacji dotychczasowego układu sił. Przyszłoroczne wybory parlamentarne będą oczywistym sprawdzianem  zachodzących w społeczeństwie przewartościowań.

Prof. Stanisław Bieleń

Myśl Polska, nr 37-38 (13-20.09.2026)

Osama bin Trump

A teraz słówko od naszego potwora – Mr. Fish

====================================

Osama bin Trump

Autorstwa Chrisa Hedgesa

Nasze nadmierne imperialne rozszerzenie rozpoczęło się 25 lat temu od wojny z terroryzmem. Teraz zbliża się ponury koniec wraz z wojną Donalda Trumpa z Iranem.

Donald Trump, którego wojna z Iranem jest największym strategicznym błędem w historii Stanów Zjednoczonych, nie jest odpowiedzialny za początek upadku amerykańskiego imperium, ale ponosi odpowiedzialność za jego katastrofalny koniec.

To już koniec.

Bazy USA w bogatej w ropę naftową Zatoce Perskiej zostały uszkodzone lub zniszczone i spodziewam się, że nie zostaną odbudowane. Nasi sojusznicy, nawet ci w Europie, odwracają się od nas. Dekadencja i niemoralność amerykańskiego społeczeństwa, ucieleśnione wulgarnością, otępiającą ignorancją i okrucieństwem Trumpa, są cechami definiującymi imperium. Globalne Południe, zbulwersowane rażącym lekceważeniem przez imperium międzynarodowego prawa humanitarnego – w tym jego przyzwoleniem na ludobójstwo w Strefie Gazy – postrzega nas jako wroga. Więzienie Abu Ghraib mogło zniknąć z naszej zbiorowej pamięci, ale dla reszty świata obrazy amerykańskich żołnierzy i kontrahentów sadystycznie upokarzających i torturujących uwięzionych Irakijczyków zastąpiły „disneyowską” wersję Ameryki, którą kiedyś kreowaliśmy. Wojna z Iranem, która zakłóciła globalne dostawy ropy, szybko spycha światową gospodarkę na skraj przepaści.

Toniemy. I zabieramy ze sobą wielu.

Osama bin Laden może spoczywać w wodnym grobie na Morzu Arabskim. Al-Kaida może być zaledwie cieniem samej siebie. Ale najgłębsze pragnienia bin Ladena spełniły się w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat dzięki poważnym błędom w kalkulacjach imperium – roztrwonieniu bilionów dolarów na militarne klęski i dojściu do władzy naszej wersji „Ubu Roi”, Donalda J. Trumpa.

Zamiast pokonać rzekomych wrogów, Stany Zjednoczone pozwoliły im rosnąć w siłę. One i ich kolonia, Izrael, są najbardziej znienawidzonymi narodami na świecie. Każdy postęp Iranu w asymetrycznej wojnie z imperium jest witany z aplauzem na całym świecie.

Upokarzające porażki, marnotrawstwo zasobów i co najmniej 8 bilionów dolarów wydanych na kolejne wojny, które pochłonęły szacunkowo 4,5 do 4,8 miliona ofiar, doprowadziły do ​​wyniszczenia imperium. Jego infrastruktura rozpada się. Demokratyczne instytucje są bezsilne. Imperium przetrwało dzięki niemożliwemu do utrzymania zadłużeniu w wysokości 40 bilionów dolarów. Perły demokracji, takie jak system edukacji, uczciwe wybory i wolna prasa, zostały zdyskredytowane i zdeprecjonowane.

Pozbawiona praw klasa robotnicza, sparaliżowana niepewnością ekonomiczną i rządem, który stopniowo demontuje programy socjalne utrzymujące biednych ludzi na powierzchni, jest pod wpływem propagandy wmawiana, że ​​widoczny upadek jest dziełem zdrajców i wewnętrznych wrogów. To skłoniło zwolenników Trumpa do zwrócenia się przeciwko samym instytucjom i ideałom, które miały podtrzymywać demokrację. Zwyczajowi cele faszyzmu – „radykalna lewica”, muzułmanie, imigranci, intelektualiści, artyści, osoby czarnoskóre i dziennikarze – są prześladowani na mocy przepisów takich jak ustawa o szpiegostwie. Kłamstwa przenikają media, wzmacniając samooszukiwanie się, że gdy tylko wewnętrzni wrogowie zostaną uciszeni lub wykorzenieni, powrócą dni chwały imperium – czasy hiper-nacjonalizmu, patriarchatu, bezpieczeństwa pracy i białej supremacji.

Przemoc wobec wrogów wewnętrznych i oszustwa wyborcze są otwarcie popierane przez Trumpa i jego otoczenie, pochlebców, klaunów, oszustów i chrześcijańskich faszystów. Próba przekupienia wyborców obietnicą 5000 dolarów w przypadku zwycięstwa Republikanów w wyborach uzupełniających – w połączeniu z pogardą Trumpa dla porządku konstytucyjnego – to jawne przyznanie, że amerykańska demokracja to farsa.

George W. Bush, powołany na urząd prezydenta dekretem sądowym, zasiał te ziarna bezprawia i bezkarności. Trump sprawił, że rozkwitły.

Bandyci z Służby Imigracyjnej i Celnej (ICE), zamaskowani i cieszący się taką samą bezkarnością, jaka umożliwiła tortury i zabijanie niewinnych w Iraku i Afganistanie, terroryzują amerykańskie miasta. Przeprowadzają naloty w stylu wojskowym na nieuzbrojonych cywilów, niczym nie różniące się od tych przeprowadzanych przez imperium w Falludży czy prowincji Helmand w Afganistanie. Tworzą sieć nędznych wewnętrznych obozów koncentracyjnych.

Narzędzia zniewalania stosowane przez imperium za granicą – w tym ograniczanie swobód obywatelskich i wprowadzenie masowej inwigilacji – zostały zalegalizowane w kraju wraz z uchwaleniem Patriot Act, wraz z jego listami obserwacyjnymi, informatorami oraz profilowaniem rasowym i religijnym.

Upadające imperia narzucają swoim obywatelom tyranię, która jest aż nazbyt dobrze znana tym podporządkowanym za granicą.

Byłem na Bliskim Wschodzie, kiedy wszystko poszło nie tak. Prawie cały świat muzułmański był przerażony atakami z 11 września. Odbyły się masowe publiczne manifestacje solidarności, w tym czuwania przy świecach w Iranie. Gdybyśmy budowali na tym współczuciu, zamiast demonizować muzułmanów i zadawać cierpienie i śmierć milionom ludzi na Bliskim Wschodzie, bylibyśmy dziś o wiele bezpieczniejsi.

Zamiast tego piliśmy do syta z trującego eliksiru nacjonalizmu. Naiwnie wierzyliśmy, że zostaliśmy zaatakowani – jak powiedział Bush – ponieważ „nienawidzą naszych wolności”, a nie z powodu naszego poparcia dla apartheidu i ludobójczego państwa Izrael, naszej bezdusznej obojętności wobec ludzkiego życia poza naszymi granicami – w tym zabicia ponad miliona ludzi w Iraku w wyniku sankcji USA – i naszego poparcia dla brutalnych arabskich dyktatur.

Wśród zniszczeń, jakie pozostawiły po sobie nasze niekończące się wojny, znajdują się: zagłada całych miast, 940 000 bezpośrednich ofiar na terenach objętych konfliktem zbrojnym po 11 września, od 3,6 do 3,8 miliona pośrednich ofiar oraz 38 milionów przesiedleńców.

Porywacze wybrali masową śmierć i zniszczenie na tle panoramy miasta, aby wysłać wiadomość. Mówili językiem, którego ich nauczyliśmy. To przesłanie, które nasze myśliwce, pociski i drony dostarczyły z Wietnamu do Iraku. Nie posłuchaliśmy. Naiwnie wierzyliśmy, że możemy przekształcić Bliski Wschód na nasze podobieństwo, za pomocą naszej armii.

Porażka wojny z terroryzmem to nie tylko porażka moralna. To porażka strategiczna. Odmówiliśmy zadania oczywistego pytania: dlaczego tak wielu ludzi poza naszymi granicami odczuwało wobec nas tak silną wrogość, że byli gotowi zabić siebie i tysiące naszych współobywateli?

Ci z nas, którzy odważyli się zadać te pytania dwadzieścia pięć lat temu, zostali oczernieni jako zwolennicy terroryzmu i uciszeni.

Jedynym sposobem na pokonanie terroryzmu jest izolowanie tych, którzy dokonują aktów terrorystycznych w ich własnych społeczeństwach. Chodzi o budowanie sieci zrozumienia i solidarności. My zrobiliśmy coś przeciwnego. Staliśmy się terrorystami, których rzekomo pokonaliśmy. Zrobiliśmy dokładnie to, czego oczekiwał od nas Bin Laden. Pokonaliśmy samych siebie.

Trump przewodzi ostatniemu aktowi.

Źródło: Osama Bin Trumphttps://chrishedges.substack.com/p/osama-bin-trump?utm_source=post-email-title&publication_id=778851&post_id=215418509&utm_campaign=email-post-title&isFreemail=true&r=3uby4s&triedRedirect=true&utm_medium=email

Historia w ruchu: BRICS, Jemen, Ormuz, Chiny

Pepe Escobar: Historia w ruchu: BRICS, Jemen, Ormuz, Chiny

Autorstwa Pepe Escobara

W ciągu niecałych 72 godzin bieg historii przyspieszył na skutek zbiegu wydarzeń, które normalnie trwałyby kilka lat.

Po błyskawicznej ofensywie jemeński ruch Ansarallah kontroluje teraz całe wybrzeże Morza Czerwonego od portu Al-Hudajda do Bab al-Mandab, łącznie z wyspą Mayyun, wulkanicznym cyplem pośrodku „Bramy Łez”.

Podział kontroli w prowincjach Hudajda, Taiz i Lahidż, stan na 11 września 2026 r. Źródło: CTP–ISW.

Saudyjski rurociąg Wschód-Zachód – jedyna obwodnica wokół Cieśniny Ormuz – jest zamknięty od co najmniej miesiąca po połączonym ataku dronów i rakiet balistycznych. Nadal nie wiadomo, skąd dokładnie pochodził atak: z Iraku, Jemenu, obu tych miejsc, czy też była to operacja pod fałszywą flagą?

Uszkodzenie stacji pomp Al-Mesabaah na rurociągu Wschód-Zachód w Arabii Saudyjskiej, 13 września 2026 r. Zdjęcie satelitarne ©2026 Vantor/AFP/Getty Images.

Podczas dorocznego szczytu BRICS w New Delhi wszyscy pełnoprawni członkowie zgodzili się na jednoznaczne potępienie sankcji wtórnych w Deklaracji z New Delhi, a prezydent Iranu Pezeshkian w swoim przemówieniu ogłosił, że w poniedziałek w Maskacie zostanie podpisane porozumienie w sprawie Cieśniny Ormuz. Spotkanie Rady Współpracy Zatoki Perskiej (GCC) z Iranem zostało następnie odwołane. Nikt nie wie, czy i kiedy się odbędzie.

Źródła dyplomatyczne w Moskwie i Teheranie potwierdziły, że Rosja i Iran pojawiły się w New Delhi jako skoordynowany duet, w pełni zjednoczony w swoim sprzeciwie wobec wojny Waszyngtonu z Iranem i jego sankcji. Popularne zdjęcie Ławrowa, Wang Yi i Araghchi stojących razem jak starzy przyjaciele, to tylko część historii. Wkroczenie Jemenu na Morze Czerwone to morska część tej samej historii.

Minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow, minister spraw zagranicznych Chin Wang Yi i minister spraw zagranicznych Iranu Abbas Araghchi na marginesie szczytu BRICS w New Delhi. Kadr z filmu opublikowanego przez irańskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

Rosja i Iran zgodziły się w trzech kwestiach: potępiły wojnę USA, odrzuciły cały system sankcji i stanowczo sprzeciwiły się sankcjom wtórnym związanym z sekretarzem skarbu USA Bessentem, nikczemnym byłym poplecznikiem Sorosa.

Deklaracja z New Delhi , jednogłośnie przyjęta pierwszego dnia szczytu BRICS, po tym jak szerpowie pracowali do czwartej nad ranem, była niemal cudem w swoim sformułowaniu dotyczącym Azji Zachodniej. Mimo to, sformułowanie to było wciąż niepełne; w przeciwnym razie ZEA – a nawet Indie – nie podpisałyby jej.

W punkcie 22 potępiono „jednostronne środki przymusu”, w tym „jednostronne sankcje ekonomiczne i sankcje wtórne”, wezwano do ich zniesienia i potwierdzono jednoznaczne odrzucenie „sankcji niezatwierdzonych przez Radę Bezpieczeństwa ONZ”. Jest to najostrzejsze w historii oświadczenie BRICS w sprawie sankcji wtórnych.

Jednak paragraf 28 wyraża jedynie „głębokie zaniepokojenie” eskalacją konfliktu w Azji Zachodniej i wzywa do „najwyższej powściągliwości” – ale dopiero po „potwierdzeniu przez nas naszych stanowisk narodowych”. To jest formuła, za pomocą której rząd Modiego zdołał doprowadzić do porozumienia między Iranem a ZEA.

Paragraf 29 wyraża „poważne zaniepokojenie ukierunkowanymi atakami na infrastrukturę cywilną i pokojowe obiekty jądrowe, objęte pełnym nadzorem bezpieczeństwa Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej”. Wszyscy w sali BRICS – i poza nią – wiedzą, czyje obiekty zostały zaatakowane przez kogo.

Ta część deklaracji ma zatem charakter czysto kosmetyczny. Stany Zjednoczone nie są wymienione z nazwy w żadnym miejscu 45-stronicowego tekstu, liczącego 140 akapitów. Wojna nie jest nazywana wojną. I żaden agresor nie jest wymieniony z nazwy.

To właśnie prezydent Putin wniósł brakującą ostrość na forum ekonomicznym BRICS.

Stwierdził, że Rosja stawiła czoła „ponad 30 000 sankcji, dwa razy więcej niż wszystkie inne kraje świata razem wzięte”, a także „groźbie tzw. sankcji wtórnych wobec tych, którzy odmawiają realizacji interesów innych”. Opisał „niszczenie rurociągów, próby blokowania międzynarodowych korytarzy transportowych i przejmowanie statków” jako przymus pod przykrywką konkurencji.

Prezydent Iranu Pezeshkian ze swojej strony zauważył, że „nie mogli osiągnąć swoich celów poprzez wojnę, dlatego uciekli się do presji ekonomicznej”. Posunął się nawet dalej niż Rosja, wzywając do utworzenia stałego sekretariatu BRICS i powtórzył apel Putina o zwiększenie handlu walutami narodowymi.

Deklaracja jest zatem dokumentem dwuznacznym, który kraje Globalnego Południa – Indie, Indonezja, Egipt, a nawet Zjednoczone Emiraty Arabskie – mimo wszystko były gotowe podpisać. Stwierdza ona, że ​​sankcje wtórne są prawdziwym narzędziem amerykańskiej wojny gospodarczej przeciwko Rosji, Iranowi i wszystkim, którzy z nimi handlują. Sama wojna spotyka się jednak jedynie z nieśmiałym wezwaniem do „powściągliwości”. Ta rozbieżność sama w sobie stanowi historię: państwa BRICS sprzeciwiają się tej broni, ale nie ręce, która ją dzierży.

Ja płacę, ty płacisz, wszyscy chcą, żeby płacili BRICS.

Deklaracja BRICS z New Delhi pozostaje niezwykle aktualna, gdyż wyraża dominującą perspektywę Globalnego Południa.

Na forum ekonomicznym Putin ponownie zwrócił uwagę, że kraje BRICS wygenerowały ponad 40% globalnego produktu gospodarczego w ciągu ostatnich pięciu lat, w porównaniu z 29% w przypadku krajów G7. Kraje BRICS – i BRICS+, w tym kraje partnerskie – reprezentują znacznie ponad połowę światowej populacji. Z geoekonomicznego punktu widzenia nacisk położono ponownie na rozliczenia w walutach krajowych, ponieważ handel prowadzony w rupiach, rublach czy juanach nie może zostać zablokowany przez Waszyngton.

Z geopolitycznego punktu widzenia deklaracja zyskała punkty, gdyż potępiła głód w Strefie Gazy i przymusowe przesiedlenia z okupowanych terytoriów palestyńskich, a także wezwała do reformy Rady Bezpieczeństwa ONZ i systemu z Bretton Woods (co nigdy nie nastąpi).

Niemniej jednak Nowy Bank Rozwoju (NDB) wciąż jest daleki od bycia silnym bankiem skoncentrowanym na krajach Globalnego Południa. NDB zatwierdził jedynie projekty o wartości około 44 miliardów dolarów, a waluty lokalne stanowią zaledwie 29 procent jego aktywnego portfela.

Skomplikowana sprawa BRICS Pay pozostaje – na razie – nierozwiązana. BRICS Pay został zaprezentowany dwa lata temu na przełomowym szczycie w Kazaniu. W New Delhi Rosja i Indie – za pośrednictwem Rosyjskiego Funduszu Inwestycji Bezpośrednich (RDIF) i BRICS Pay India – podpisały umowę o jego wdrożeniu, umożliwiającą płatności między przedsiębiorstwami (B2B) a obywatelami (C2B) bezpośrednio w walutach krajowych (rublach, rupiach, juanach itp.), z pominięciem dolara amerykańskiego.

W przyszłości BRICS Pay połączy istniejące krajowe systemy płatności krajów uczestniczących, w tym rosyjski SPFS (Financial Messaging System), chiński CIPS, brazylijski Pix i indyjski UPI.

BRICS Pay to oczywista odpowiedź na instrumentalizację SWIFT. Ale wciąż daleka droga przed nami. Pomysł, aby turysta mógł korzystać z karty wydanej przez swój bank macierzysty w innym kraju BRICS bez płacenia prowizji w systemie dolarowym – a tym samym unikając obciążenia amerykańskiego Departamentu Skarbu – jest kuszący. Ale jak to zadziałałoby na przykład w przypadku irańskiego turysty w Chinach? Konieczne jest zaangażowanie lokalnych banków we wszystkich krajach BRICS.

Banki w krajach Globalnego Południa nadal są głęboko zaniepokojone sankcjami wtórnymi. Dlatego też priorytetem jest decentralizacja systemu. BRICS Pay ma na celu obsługę do 20% globalnych transakcji płatniczych do 2030 roku.

A w przyszłym roku gospodarzem będzie Chiny

Kwestia energii była powracającym tematem niemal wszystkich punktów szeroko omawianych podczas spotkań dwustronnych w New Delhi. Jednak potencjalne porozumienie między Iranem a Omanem w sprawie Cieśniny Ormuz pozostaje niepewne. Teheran wyraźnie oświadczył, że nie otworzy ponownie Cieśniny Ormuz; pozostanie ona zamknięta, dopóki Waszyngton nie spełni co najmniej siedmiu warunków.

Regionalne punkty zapalne kryzysu: Cieśnina Ormuz, saudyjski rurociąg Wschód-Zachód i Bab al-Mandab. Grafika: The Guardian; Źródła: Sana’a Center for Strategic Studies i Global Energy Monitor.

Oto one:

  1. Zaprzestańcie gróźb wobec Iranu.
  2. Zakończmy raz na zawsze ataki na Iran i jego sojuszników.
  3. Znieść blokadę morską.
  4. Wycofać siły morskie i powietrzne USA z sąsiedztwa Iranu.
  5. Zapłać reparacje wojenne.
  6. Znieść sankcje.
  7. Bezwarunkowo uwolnić zamrożone irańskie aktywa.

Dopiero wtedy Cieśnina Ormuz zostanie ponownie otwarta na mocy nowego porozumienia między Iranem i Omanem.

Spotkanie Iranu z ministrami spraw zagranicznych Rady Współpracy Zatoki Perskiej (GCC), zaplanowane na poniedziałek w Omanie, było zatem skazane na niepowodzenie. Według ministra spraw zagranicznych Omanu Badra Albusaidiego, zostało ono przełożone na czas nieokreślony „w celu osiągnięcia konsensusu”.

Teheran upierał się, że spotkanie miało na celu ostateczne ustanowienie irańsko-omańskiej drogi morskiej przez Cieśninę Ormuz. Statki miałyby wpływać przez irańskie wody terytorialne, a część ich szlaku wyjścia znajdowałaby się pod kontrolą Iranu, co w praktyce czyniłoby obecny, wspierany przez USA, południowy korytarz przez Oman nieaktualnym.

Arabia Saudyjska wyraziła sprzeciw, obawiając się nowego status quo, nieakceptowalnego dla Rady Współpracy Zatoki Perskiej (GCC). Bahrajn – de facto saudyjska satrapia – zbojkotował spotkanie. Sytuacja jest obecnie niepewna.

Jednocześnie naprawa saudyjskiego rurociągu Wschód-Zachód będzie koszmarem: infrastruktura pompowa została poważnie uszkodzona, a rurociąg został uszkodzony w co najmniej ośmiu miejscach. Arabia Saudyjska może wyczerpać rezerwy eksportowe ropy naftowej w Janbu w ciągu tygodnia. Oznaczałoby to, że niewiarygodne 4 miliony baryłek dziennie – około 4% globalnej podaży – po prostu zniknęłyby z rynku. Globalna gospodarka jest na krawędzi.

W Nowym Delhi pojawiły się sygnały, że pierwotny RIC (Rosja-Indie-Chiny), w zamyśle nieżyjącego już wielkiego Jewgienija Primakowa, może zostać reaktywowany – tym razem jako RIIC, uzupełniony o Iran.

Prezydent Xi jasno to wyraził: Chiny i Indie są partnerami, a nie rywalami. I to ponownie do Xi należało nakreślenie, jak wygląda poważne zarządzanie wielostronne – od budowy alternatywnej infrastruktury finansowej po zapewnienie bezpieczeństwa żywnościowego. Z dala od wojennego szału – właśnie wtedy grupa BRICS błyszczy: jako grupa budujących, a nie niszczących.

Chiny stają się coraz bardziej niezależne od histerycznego Zachodu, dążąc do ugruntowania wizji „podwójnego obiegu” zapoczątkowanej przez Xi w 2020 r., w której cykle krajowe i międzynarodowe wzmacniają się wzajemnie w ramach nowego paradygmatu rozwoju.

W Nowym Delhi Xi zaproponował pięć jasnych inicjatyw mających na celu pogłębienie współpracy BRICS.

Obejmują one m.in. Chiny przewodzące w budowaniu społeczności BRICS opartej na otwartym kodzie źródłowym w dziedzinie sztucznej inteligencji, a także tworzenie partnerstwa BRICS na rzecz specjalnych stref ekonomicznych. Chiny będą gospodarzami forum BRICS poświęconego handlowi usługami w przyszłym roku.

Ponadto prowadzona jest współpraca w sektorze cyfrowym: Pekin chce utworzyć platformę chmurową BRICS dla ekosystemu cyfrowego, która będzie obejmować szkolenia w zakresie umiejętności cyfrowych, wymianę technologiczną i koordynację przemysłową.

W obszarze inteligentnej produkcji Chiny zamierzają wspierać innych członków BRICS w budowaniu inteligentnych fabryk oraz opracowywaniu standardów i norm. W obszarze nauki i technologii Chiny proponują utworzenie sojuszu BRICS w zakresie edukacji inżynierskiej, który ułatwiłby wspólne szkolenie inżynierów i wzajemne uznawanie standardów kompetencji, a tym samym stworzenie szerokiego kręgu wysoko wykwalifikowanych specjalistów.

Mówiąc wprost: pod koniec tego (burzliwego) dnia „Wielka Panda” ponownie przejęła władzę. Przybyła. Ogłosiła, że ​​Chiny będą gospodarzem BRICS w przyszłym roku. Odwołała uroczystą kolację. I odeszła, bo jest tyle do zrobienia.

Źródło: Historia na fali: BRICS, Jemen, Ormuz, Chiny

Strategia wojny biologicznej

Strategia wojny biologicznej

15. września 2026 Marek Wojcik world-scam/strategia-wojny-biologicznej

Izrael, „światowe laboratorium” kampanii szczepień, wydał ostrzeżenie pod koniec lutego 2021 roku. CDC i EMA otrzymały ostrzeżenie. Firma Pfizer otrzymała szczegółowe raporty. Lekarze i opinia publiczna zostali pozostawieni w niepewności, nigdy nie poznając pełnego obrazu. Ponad pięć lat później dokument w końcu został upubliczniony.

Tym podsumowaniem kończy się piątkowy artykuł na brownstone.org: Informacje o bezpieczeństwie w kontekście wczesnego ostrzeżenia Izraela przed zapaleniem mięśnia sercowego skierowanego do światowych organów ochrony zdrowia.

Moich stałych czytelników nie muszę przekonywać, że zastawiono na ludzkość pułapkę w celu depopulacji. Ta biologiczna wojna nie sprowadza się do zwalczania żadnego kraju. Geograficznie objęła cały świat.

Stosując psychologię strachu i szantażu ekonomicznego doprowadzono większość ludzi do działań samobójczych. Ulegli propagandzie eliksiru szczęścia, który był zatrutym jabłkiem z bajki o królewnie Śnieżce. Lustereczko na ścianie podżegało do szczepień, nadużywając argumentu solidarności: zjedz owoc z toksycznej jabłoni, żeby twój sąsiad był zdrowy!

Lekarz szkolny pyta Jasia: „Czy wiesz w ogóle, przeciwko czemu cię dzisiaj zaszczepiono?”

„Tak” – mruczy Jaś – „przeciwko mojej woli!”

Lekarka z armii amerykańskiej zeznała, że jak dotąd wie o 28 zgonach w siłach zbrojnych USA spowodowanych szczepionkami przeciwko COVID-19. Rząd USA bada 2 544 zgony zgłoszone po szczepieniach – powiedziała lekarka. Źródło.

Lustereczko, powiedz przecie – kto jest najgorszy na całym świecie?

Niektórych pewnie zaskoczy odpowiedź na to pytanie. To nie sprawcy stojący za wojną biologiczną ponoszą największą odpowiedzialność za tragedie milionów ofiar poszczepiennych. To te miliardy zwykłych ludzi, którzy zaakceptowali te zbrodnie swoim milczeniem. Mają przecież swoją wymówkę: bo w telewizji powiedzieli …

Tak powiedzieli, a oni sami nie pomyśleli, że to nieprawda.

Wielka debata szczepionkowa.
Za po lewej, przeciwko po prawej.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Trzęsienie ziemi w Kijowie. Gangi u władzy wzięły się za łby. Prokurator generalny uciekł z Ukrainy.

Trzęsienie ziemi w Kijowie. Prokurator uciekł z Ukrainy

magnapolonia.org/trzesienie-ziemi-w-kijowie-prokurator-uciekl-z-ukrainy

Na Ukrainie doszło do kolejnego poważnego kryzysu na szczytach ukraińskich organów ścigania. Prokurator generalny Rusłan Krawczenko podpisał zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Semena Krywonosa, szefa Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU), a następnie w środku nocy opuścił kraj. W tle znajduje się wielowątkowa operacja antykorupcyjna dotycząca ochrony oszukańczych call center oraz ponownie narastający konflikt pomiędzy kliką Zełenskiego i najważniejszymi ukraińskimi instytucjami odpowiedzialnymi za walkę z korupcją.

W Kijowie wybuchła kolejna, gigantyczna afera korupcyjna, która wywołała polityczne trzęsienie ziemi. Według źródeł „Ukraińskiej Prawdy” prokurator generalny Rusłan Krawczenko uciekł za granicę około godziny 2:30 w nocy z 13 na 14 września, korzystając ze służbowego samochodu. Jako podstawę wyjazdu wskazał „zagraniczną delegację”. Pierwotnie informowano o jego podróży na Litwę.

Sam Krawczenko potwierdził, że przebywa poza Ukrainą. Tłumaczy, że jest to zaplanowana podróż służbowa, podczas której zamierza spotykać się z zagranicznymi partnerami i przedstawiać im swoją ocenę sytuacji w ukraińskich organach antykorupcyjnych. Według niego NABU i Specjalistyczna Prokuratura Antykorupcyjna (SAPO) uzyskały zbyt duży, niekontrolowany wpływ, który ma stwarzać zagrożenie dla praworządności i funkcjonowania państwa.

Tuż przed wyjazdem Krawczenko poinformował, że podpisał zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez szefa NABU Semena Krywonosa. Dokument, liczący ponad 30 stron, dotyczy m.in. zarzutów związanych z fałszowaniem dokumentów. Krawczenko wskazuje na wydarzenia z 2008 roku oraz zarzuca Krywonosowi m.in. wykorzystanie fikcyjnej adopcji.

NABU odrzuca te oskarżenia. Biuro przekazało, że Krywonos nie otrzymał formalnie zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, a zarzuty Krawczenki uważa za element publicznej, a nie prawidłowo przeprowadzonej procedury. NABU i SAPO zaprzeczają również, aby podczas operacji „Kartagina” przejęły materiały z postępowań dotyczących własnych pracowników.

Konflikt ma jednak znacznie głębsze podłoże. Już na początku września Krawczenko złożył rezygnację ze stanowiska. Stało się to w związku z operacją „Kartagina”, prowadzoną przez NABU i SAPO. Śledztwo dotyczyło podejrzeń, że osoby związane z ukraińskimi organami państwowymi miały zapewniać ochronę funkcjonującym na dużą skalę oszukańczym call center.

Według informacji ujawnianych w związku ze śledztwem chodziło o system, w ramach którego przestępcze centra telefoniczne miały działać pod ochroną osób posiadających wpływy w strukturach państwowych. Śledczy mieli zabezpieczyć m.in. duże sumy pieniędzy. Krawczenko zaprzeczał własnemu udziałowi w jakichkolwiek nielegalnych działaniach. Jednocześnie NABU i SAPO przedstawiają jego późniejsze działania jako próbę uderzenia w niezależność instytucji antykorupcyjnych.

W ten sposób ukraiński aparat państwowy znalazł się w sytuacji bezprecedensowej: prokurator generalny oskarża szefa instytucji powołanej do walki z korupcją, podczas gdy ta sama instytucja prowadziła wcześniej działania dotyczące otoczenia prokuratora generalnego. Co ciekawe, w konflikt zdecydowanie wmieszał się sam Wołodymyr Zełenski. Prezydent zwrócił się do parlamentu o pilne wyrażenie zgody na odwołanie Krawczenki. Ukraiński parlament rozpoczął już procedurę w tej sprawie, a komisja parlamentarna zarekomendowała przyjęcie wniosku o zgodę na jego zwolnienie.

Zełenski jednoznacznie stwierdził, że dla prokuratora generalnego właściwym rozwiązaniem jest odejście ze stanowiska. Stanowisko to jedno, ale ucieczka za granicę to zupełnie inna sprawa. Wygląda na to, że nie chodzi tylko o obawę przed niesprawiedliwym procesem, ale po prostu obawą o własne życie. To prawdopodobnie jest zagrożone ze strony siepaczy reżimu.

Cała sprawa jest szczególnie kłopotliwa dla Kijowa także z innego powodu. Ukraina od lat przedstawia walkę z korupcją jako jeden z fundamentów reform państwa i integracji z Zachodem. Niezależność NABU i SAPO ma być jednym z dowodów, że ukraińskie instytucje są zdolne do ścigania korupcji również wśród ludzi znajdujących się na najwyższych szczeblach władzy. Tymczasem kolejny skandal pokazuje, jak głęboki jest problem.

Tym razem konflikt dotyczy bezpośrednio prokuratora generalnego, szefa NABU i kierownictwa SAPO. Padają wzajemne oskarżenia o nadużycia, manipulowanie postępowaniami, przejmowanie materiałów śledztw i próbę ograniczenia niezależności instytucji antykorupcyjnych. Jednocześnie jeden z najważniejszych ukraińskich urzędników opuszcza kraj w środku nocy, tłumacząc wyjazd oficjalną delegacją. Nie oznacza to oczywiście, że wszystkie stawiane zarzuty zostały już udowodnione. Na tym etapie mamy do czynienia z trwającymi postępowaniami i ostrym konfliktem pomiędzy instytucjami państwa.

Nie sposób jednak nie zauważyć szerszego obrazu. To kolejny przypadek, gdy podejrzenia dotyczą osób znajdujących się bardzo wysoko w ukraińskiej strukturze władzy, a jednym z najbardziej kontrowersyjnych elementów całej historii staje się kwestia wyjazdu za granicę osoby stojącej na czele prokuratury, która nie czuje się w kraju Bandery i Szuchewycza bezpiecznie.

Dla banderowskiego reżimu, które zabiega o kolejne miliardy dolarów i euro zachodniej pomocy, a jednocześnie chce przekonać swoich partnerów, że skutecznie reformuje wymiar sprawiedliwości i walczy z korupcją, jest to wyjątkowo poważny problem wizerunkowy. Ukraińskie władze po raz kolejny muszą odpowiadać na pytanie, czy zasady walki z korupcją rzeczywiście obowiązują wszystkich – również ludzi znajdujących się na samym szczycie państwowej hierarchii. Fakt, że w tle kolejnego skandalu pojawia się wyjazd wysokiego rangą urzędnika poza granice kraju, z pewnością tego obrazu nie poprawia.

Polska to nie Islandia!

Polska to nie Islandia!

13.09.2026 Stanisław Michalkiewicz nczas/polska-to-nie-islandia

No nie, tego już za wiele! Zamiast pryncypialnie napiętnować ponad podziałami skandaliczny rezultat referendum na Islandii, w następstwie którego Islandczykowie nie tylko nie chcieli słyszeć o żadnym Anschlussie do „Europy”, ale nawet opowiedzieli się przeciwko jakimkolwiek negocjacjom na ten temat, nasi Umiłowani Przywódcy przyjęli to do wiadomości jako rzecz zwyczajną.

„Gdzie tu Wylizuch?! Felczak gdzie tu?!” – alarmuje poeta. Przecież w naszym bantustanie, podobnie jak w większości innych bantustanów Europy coś takiego uchodzi za potworną myślozbrodnię Niebu obrzydłą, z powodu której taki dajmy na to Grzegorz Braun co i rusz ciągany jest jak nie przed surowe oblicze prokuratury, to niezawisłych sądów – a tymczasem na Islandii wszyscy, nie wyłączając tamtejszego rządu, ukorzyli się przed „demokracją”.

Ale przecież wiadomo, że demokracja, a zwłaszcza – demokracja prawdziwa – nie polega na tym, by arytmetyczna większość decydowała według swego widzimisię, tylko na tym, by większość podejmowała decyzje jedynie słuszne, a w ostateczności – przynajmniej słuszne.

A jakie decyzje są jedynie słuszne, a przynajmniej – słuszne? Takie rzeczy każde postępowe dziecko wysysa z mlekiem każdej postępowej matki – że jedynie słuszne, a przynajmniej słuszne są decyzje, za którymi opowiada się Judenrat i stare kiejkuty – te dwa najtwardsze jądra naszej młodej demokracji. Na tym opiera się „Prawo i Prorocy”, zarówno ci najwięksi, jak na przykład pan red. Michnik Adam, jak i prorocy mniejsi w rodzaju pana red. Jacka Żakowskiego czy pana red. Terlikowskiego Tomasza, którzy nie ustają w tłumaczeniu mniej wartościowemu narodowi tubylczemu, czego ma chcieć i jak ma myśleć, żeby było dobrze, a przynajmniej – poprawnie. Czyż nie dlatego właśnie pan dr Andrzej Olechowski podczas zebrania w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina, pretensjonalnie zatytułowanego „Forum Dialogu”, tłumaczył, że jak tylko zostaniemy przyłączeni do Unii Europejskiej, to będziemy mogli „współdecydować o naszych sprawach”?

Przecież „współdecydowanie” dajmy na to o sprawach polskich do spółki z Maltą czy Cyprem jest lepsze od decydowania samodzielnego, to chyba jasne?

Tymczasem głównym argumentem zatwardziałych przeciwników negocjowania warunków Anschlussu Islandii do Brukseli był całkowicie odmienny, oczywiście absurdalny dla każdego osobnika przyzwoitego pogląd, że o własnych sprawach czy sprawach własnego kraju lepiej jest decydować samodzielnie. Poza „faszystami” w rodzaju Grzegorza Brauna, który jest „pies potępiony” zarówno przez Volksdeutsche Partei, jak również Naczelnika państwa Jarosława Kaczyńskiego, nie mówiąc już o przedstawicielu Naszego Najważniejszego Sojusznika JE ambasadorze USA w Warszawie, panu Tomaszu Róży, jak i przez wszystkich mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu, nikt tak nie myśli, nawet nie tyle dlatego, że jest to zabronione jako „mowa nienawiści”, tylko – że jest to głęboko niesłuszne z powodu jaskrawej i nieusuwalnej sprzeczności ze stanowiskiem Judenratu i starych kiejkutów. Raczej wszyscy biorą wzór z Pana Karola ze słynnego a dedykowanego Stefanowi Niesiołowskiemu wiersza pod tytułem „Pan Karol i Kostuś”: „Pan Karol, jak myśli, to myśli szeroko i mnóstwo ogarnia perspektyw”.

Inna sprawa że z tym samodzielnym decydowaniem o własnych sprawach to nawet mądrzy, roztropni i przyzwoici, co to – i tak dalej – mają same zgryzoty. Weźmy takie finanse. Żyją jeszcze ludzie pamiętający, jak w roku 2003, kiedy to w naszym nieszczęśliwym kraju odbywało się referendum w sprawie Anschlussu, zarówno Volksdeutsche Partei, jak i Naczelnik Państwa stręczyli Polakom Anschluss pod pretekstem, że Unia sypnie złotem i znowu będzie jak za Gierka, kiedy to Polska była 10 potęgą gospodarczą na świecie – oczywiście dopóty, dopóki wszystko się nie skawaliło. Teraz o nasze finanse troszczy się Reichsführerin Urszula Wodęleje i w zależności od humoru albo zwalnia tubylczemu rządowi jakieś „transze”, albo nie zwalnia.

Mimo to jednak w finansach naszego bantustanu zieje coraz większa dziura, której niepodobna zasypać. Właśnie obywatel Domański Andrzej, który w vaginecie obywatela Tuska Donalda ma fuchę ministra finansów, przedstawił projekt budżetu na przyszły rok. Czytamy w nim, że deficyt budżetowy ma sięgnąć prawie 300 mld złotych, a i to pod warunkiem że spełnią się „założenia”. Bo jak się nie spełnią, to może być jeszcze większy. Jak duży? Tego ma się rozumieć nikt nie wie, więc nic dziwnego, że w tej sytuacji, w środowisku tak zwanych „elit politycznych”, czyli absolwentów Kolegium Tumanum albo innych Wyższych Szkół Gotowania Na Gazie co to pokończyli fakultety z „zarządzania” albo „politologii”, narasta pragnienie uwolnienia się od zmory samodzielnego decydowania w jakichkolwiek sprawach.

Podobny nastrój panował w wieku XVIII, kiedy to szerokie kręgi były już tak znudzone szarpaniną związaną z podtrzymywaniem w istnieniu naszego nieszczęśliwego kraju, co wymagało użerania się jak nie z Kozakami, to z Turkami, jak nie z Turkami, to z Prusakami, jak nie z Prusakami, to z Moskalami, jak nie z Moskalami, to z Rakusami – że „koncepcja” – jak powiedziałby Kukuniek – żeby wszystkim zajęła się Katarzyna, jawiła się jako znakomite wyjście z sytuacji. Jak chce, to niech się martwi – a tymczasem my będziemy mogli spokojnie sobie wypić i zakąsić. No i w końcu tak się stało – ale okazało się, że to rozwiązanie wcale nie daje spodziewanego szczęścia.

Przeciwnie – nasz mniej wartościowy naród tubylczy nabawił się wskutek tego rozmaitych kompleksów, a przede wszystkim jednego – w postaci utraty pewności siebie. Obawiam się, że to jest podstawowa przyczyna, dla której wolimy „współdecydować o naszych sprawach”, niechby nawet z byle kim – byle tylko uniknąć brzemienia odpowiedzialności za decydowanie samodzielne. Oczywiście o tym nie trzeba mówić ani głośno, ani nawet wcale, a skoro tak, to trzeba głosić rozmaite karkołomne uzasadnienia ponownego powierzenia decyzji w ręce Katarzyny, czy jak tam akurat nazywa się aktualny Reichsführer.

W ten oto sposób spełnia się na nas spostrzeżenie Franciszka ks. de La Rochefoucauld, że tylko dlatego Pan Bóg nie zesłał na ziemię drugiego potopu, bo przekonał się o bezskuteczności pierwszego. Obawiam się tedy, że wiadomość o islandzkim referendum nie będzie w stanie wyrwać nas z letargu – bo niby po co, skoro jesteśmy niezmiennie zadowoleni z własnego rozumu?