Polski gambit Patriotów: pomoc Ukrainie czy „wielka potęga małego kraju”?

Ryszard Kulczyński


„Ukraińska produkcja rakiet dla systemów Patriot powinna być zlokalizowana w Polsce” – powiedział minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz po ujawnieniu wiadomości, że USA zapewnią Ukrainie licencję na produkcję systemów obrony powietrznej, nazywając to „bezpieczną opcją”.

Polska produkuje już komponenty do systemu Patriot na licencji i systematycznie buduje swoją bazę przemysłową obronną. Ale propozycja sugeruje coś większego: chęć pozycjonowania Polski jako dominującej potęgi militarnej regionu.

Polska zobowiązała się wydać 4,7% PKB na obronę w 2026 roku, najwyższy w NATO, i podpisała ponad 20 miliardów dolarów kontraktów z USA na myśliwce F-35, czołgi Abrams, systemy HIMARS i baterie Patriot.

Do 2035 roku Polska planuje zwiększyć swoją armię do 300 000 żołnierzy i rozważa przyjęcie na swoim terytorium ponad 10 000 żołnierzy NATO.

Polska promuje ideę, że powinna być głównym gwarantem bezpieczeństwa w regionie. Uzasadnienie jest znane. Urzędnicy polscy i bałtyccy rutynowo wskazują na perspektywę rosyjskiej inwazji, aby wyjaśnić prawie każdą nową rundę militaryzacji.

Jednak propozycja odnośnie produkcji Patriota rodzi niezręczne pytanie. Jeśli nadrzędnym celem jest po prostu obrona Ukrainy przed Rosją, dlaczego produkcja rakiet w Polsce jest tak strategicznym priorytetem?

Patriot nie wyszedł z konfliktu ukraińskiego z nietykalną reputacją. Przechwytujące rakiety są niezwykle drogie, zapasy są ograniczone, a ich wydajność na polu bitwy nie jest imponująca.

Emerytowany profesor Massachusetts Institute of Technology, Ted Postol, niekwestionowany ekspert d/s technologii rakietowej, dowiódł na podstawie badań empirycznych, że skuteczność przechwytywaczy Patriot PAC-3 wynosi max. 2-4% w przypadku irańskich głowic bojowych o zmiennej trajektorii w końcowej fazie lotu.

Wprowadzenie tej (przestarzałej) produkcji do Polski oznaczałoby jednak dostęp do wiedzy produkcyjnej i technologii obronnych, które w przeciwnym razie pozostałyby znacznie ściślej kontrolowane: umowa dałaby Polsce dostęp do zaawansowanych zdolności produkcyjnych, które nigdy nie miały być zlokalizowane poza USA, skutecznie omijając ramy NATO.

Albin Siwak opisuje w „Bez Strachu” losy wynalazcy rakiet Patriot, Juliana Starosteckiego. Amerykanie obiecali mu, że – po udanym zakończeniu tego wówczas unikalnego projektu uzbrojenia – kraj jego pochodzenia Polska otrzyma Patrioty jako pierwszy partner zagraniczny. A kto otrzymał? Oczywiście państwo położone w Palestynie …

Pogłębiłoby to również strategiczne stosunki Polski z USA – relację, którą Polska już wykorzystała, aby zaproponować przeniesienie wojsk amerykańskich z Niemiec do Polski i wyrazić zainteresowanie przyjmowaniem amerykańskiej broni jądrowej.

Ponieważ Ukraina wydaje się słaba i zależna, Polska widzi szansę na zdobycie wysokiej klasy zdolności produkcyjnych w dziedzinie obronności pod pozorem solidarności. Pytanie brzmi, czy USA wynagrodzą nacisk Polski na dominację regionalną i jakim kosztem dla bezpieczeństwa europejskiego.

Rosja wielokrotnie ostrzegała, że wszelkie zachodnie obiekty wojskowe produkujące broń dla Ukrainy będą legalnymi celami wojskowymi – niezależnie od ich lokalizacji.

Czy Rosjanie w końcu zajmą Odessę

Czy Rosjanie w końcu zajmą Odessę

Zygmunt Białas zygmuntbialas/czy-rosjanie-w-koncu-zajma-odesse

Glenn Diesen, zajmujący się geopolityką, przeprowadził 30-minutową rozmowę o wojnie rosyjsko-ukraińskiej z uznanym na świecie ekspertem, prof. Johnem Mearsheimerem.

Ukraińcy, wspierani przez państwa NATO, dokonali ostatnio wielu ataków na Rosję – mówi Glenn Diesen. – Celami są już nie tylko rafinerie, lecz także obiekty cywilne. Ma to spowodować niezadowolenie społeczne w Rosji.

Tak, ukraińskie ataki przysparzają Rosjanom wielu problemów – odpowiada John Mearsheimer. – Trzeba tu sobie zadać dwa pytania: a) Co robi rosyjski rząd? b) Jaki wpływ będą miały te ataki dronowe na wynik wojny?

– A więc Kreml w odwecie nasilił ataki na obiekty militarne w Kijowie i innych miastach i unieruchomił porty w Odessie, Ukraina jest teraz krajem śródlądowym, co dla kijowskiego reżimu jest katastrofą gospodarczą. Ukraińskie ataki dronowe nie wpłyną na wynik wojny. Następuje przyspieszenie terminu klęski Ukrainy.

G. Diesen: Dziwne więc wydają się być ukraińskie ataki na statki na Morzu Czarnym. Jaki będzie teraz ruch ze strony Kijowa i NATO?

J. Mearsheimer: Pytaniem głównym jest, ile terytorium Ukrainy zajmą Rosjanie. Myślę, że w końcu zajmą Odessę. Rosjanie nie są w stanie odnieść zdecydowanego zwycięstwa i podbić całej Ukrainy. Zrobiliby zresztą błąd, gdyby zaanektowali zachodnią część tego państwa.

Tak więc końcowym rezultatem będzie powstanie kadłubowego państwa ukraińskiego. Ukraińcy przegrają, bo nie mają odpowiedniej ilości żołnierzy na froncie. W Kijowie w kręgach decyzyjnych panuje kompletny chaos. Zełenski pozbył się Syrskiego, głównodowodzącego armią oraz ministra obrony. Załamuje się ukraińska linia frontu.

G. Diesen: Zachodnie media opowiadają o militarnych sukcesach Zełenskiego. Wydaje się, że udało się tę narrację ‚sprzedać’  Trumpowi, który podjął się współpracy. Ale dynamika pomocy osłabła. Wsparcie Zachodu staje się coraz bardziej problematyczne.

W kijowskim metrze podczas rosyjskich bombardowań

J. Mearsheimer: Niełatwo dziś powiedzieć, jak to się skończy i kiedy, a przyczyną tego są drony. Bez dronów kijowski reżim przegrałby już dawno temu. Mówi pan, że Trump uwierzył, iż Ukraina zepchnęła Rosję do defensywy, więc pytam: I co z tego? Czy Trump da Zełenskiemu więcej broni? – Nie da, będzie udzielał tylko wsparcia wywiadowczego. A Europa? Czy zamierza przekazywać więcej pieniędzy? – Jedyne, co Zachód robi, to przyczynia się do utraty coraz większych obszarów Ukrainy i do strat ludzkich. Państwo staje się podmiotem całkowicie dysfunkcyjnym.

G. Diesen: W Europie zakłada się, że USA mają nieograniczone możliwości; jeśli uda się nakłonić Amerykanów do wsparcia Kijowa, to sprawa będzie załatwiona. A ci mają ograniczone zasoby pocisków. Wszystko wygląda jak prostacki teatr. Nie wiem, jaki miałby być tego cel. I chciałbym zapytać, czy jest jakieś powiązanie wojny na Ukrainie i w Iranie.

J. Mearsheimer: O tyle są powiązane, że USA zużyły ogromne ilości broni w Iranie i teraz nie ma jej dla Ukrainy. Chodzi przede wszystkim o Patrioty. Amerykanie zużyli 2/3 tych pocisków, a ich produkcja trwa długo.

G. Diesen: Kiedy Rosja zdobędzie Słowiańsk i Kramatorsk? Kiedy runie narracja o sukcesach Kijowa? – Gdy to nastąpi, pozostaną dwie opcje: eskalacja albo dyplomacja. Czy USA i Europa będą działać wspólnie?

J. Mearsheimer: Dodajmy, że w Europie i w pewnej części USA panuje przekonanie, że Rosja stanowi dla nich śmiertelne zagrożenie, więc w przypadku zwycięstwa byłaby ona w lepszej pozycji, by zagrozić Europie. Ja w to nie wierzę, ale wielu na Zachodzie tak myśli. I co znaczy eskalacja? Czy NATO przystąpi do wojny? – Nie sądzę, Zachód nie ma takich możliwości. Europejskie armie są w większości żałosnymi siłami bojowymi, zwłaszcza armia brytyjska i niemiecka. I przede wszystkim: Rosjanie mają broń nuklearną. Wątpię, by Zachód zakładał jakąś opcję militarną. Trzeba będzie negocjować własną porażkę, czyli uznać, że jest się pokonanym.

Zygmunt Białas

IRAŃSKA OPCJA KONTRATAKU

IRAŃSKA OPCJA KONTRATAKU

2 sierpnia 2026przez Larry C. Johnson sonar21/the-iranian-counterstrike-option

Oto najnowsze doniesienia Karla Millera:

KONTROLA OSĄDU


Zakrojona na szeroką skalę kampania USA i Izraela przeciwko Iranowi stworzyłaby realne ryzyko presji odwetowej najpierw na najbardziej skoncentrowane izraelskie systemy paliwowe, a następnie na szerszą presję na systemy rafinacji, LNG, elektrowni wodnych, magazynowania i eksportu w państwach Rady Współpracy Zatoki Perskiej, jeśli państwa te zostaną uznane za sprzyjające tej kampanii. Strategicznym zagrożeniem nie jest pojedynczy uszkodzony obiekt. Chodzi o możliwość, że kilka ściśle powiązanych systemów ulegnie awarii szybciej, niż uda się zmobilizować zastępcze dostawy, moce naprawcze i logistykę awaryjną.

W analizie defensywnej raport zakłada, że ​​pierwsza presja odwetowa spadłaby na Izrael, ponieważ Izrael byłby stroną bezpośrednio walczącą, a jego krajowy system paliwowy jest skoncentrowany w dwóch rafineriach. Model analizuje następnie rozszerzający się drugi etap, w którym wybrane systemy Rady Współpracy Zatoki Perskiej mogłyby zostać poddane presji, gdyby przestrzeń powietrzna Zatoki Perskiej, bazy, logistyka, wywiad, wsparcie energetyczne lub układy polityczne zostały uznane za istotne wsparcie kampanii.

System regionalny składa się z kilku sieci krajowych, które w skali mapy wydają się zróżnicowane, ale zależą od ograniczonej liczby rafinerii, linii LNG, współdzielonych usług komunalnych, systemów magazynowania, terminali morskich i korytarzy rurociągowych. Te same zależności fizyczne i handlowe występują w każdej jurysdykcji: niezawodne zasilanie, systemy sterowania, segregacja produktów, dostęp do infrastruktury morskiej, sprzęt zapasowy, wykwalifikowany personel i akceptacja ubezpieczeń.

Izrael nie posiada geograficznie zróżnicowanego krajowego systemu rafinacji. Hajfa/Bazan i Aszdod realnie ponoszą cały krajowy ciężar produkcji oleju napędowego i nafty lotniczej. Większy kompleks w Hajfie dostarcza około dwóch trzecich łącznej produkcji destylatów średnio-wysokoprocentowych i około 70% oleju napędowego. Aszdod jest jedyną znaczącą krajową alternatywą, jeśli Hajfa stanie się niedostępna.

Hajfa/Bazan to centralne zagrożenie dla bezpieczeństwa paliwowego Izraela, ponieważ łączy największe obciążenie rafineryjne z powiązanymi systemami wsparcia. Przyszłe zakłócenia nie musiałyby eliminować każdej jednostki przetwórczej ropy naftowej ani jednostki konwersji, aby stworzyć deficyt krajowy. Utrata integracji elektrycznej, pary, wodoru, przesyłu wewnętrznego, sterowania, zbiorników lub certyfikacji produktów mogłaby ograniczyć jednocześnie kilka ciągów technologicznych.

Zgodnie z założeniami planistycznymi, Hajfa dostarcza około 57,6 tys. baryłek dziennie oleju napędowego i 10,7 tys. baryłek dziennie paliwa lotniczego/nafty. Gdyby Hajfa była niedostępna, a Aszdod nadal działał, krajowe dostawy średniego destylatu spadłyby do około 36 tys. baryłek dziennie. Przy stałym zapotrzebowaniu na poziomie 88 tys. baryłek dziennie, zapotrzebowanie na odbudowę wyniosłoby około 52 tys. baryłek dziennie, zanim uwzględni się odbudowę zapasów, straty w dystrybucji lub ograniczenia jakościowe.

Aszdod ma strategiczne znaczenie nie tyle ze względu na swoją wielkość, co raczej dlatego, że jest jedyną znaczącą krajową alternatywą dla rafinacji. Gdyby sam Aszdod był niedostępny, podczas gdy Hajfa nadal działała, deficyt w przypadku utrzymującego się stanu wyniósłby około 19,7 tys. baryłek dziennie. Deficyt ten można by opanować poprzez dywersyfikację ładunków i kontrolowane wykorzystanie zapasów tylko pod warunkiem, że odbiór, certyfikacja, magazynowanie i wewnętrzna dystrybucja pozostałyby efektywne.

Gdyby obie rafinerie były niedostępne, krajowa produkcja średnich destylatów spadłaby z około 104,3 tys. baryłek dziennie do zera. W przypadku utrzymania scenariusza zrównoważonego, około 88 tys. baryłek dziennie musiałoby pochodzić z dostępnych zapasów i importu. Przekroczyłoby to standardową wymianę na rynku spot i wymagałoby wyjątkowej alokacji sojuszniczej, nadzoru rządowego i sprawnego dostępu do dostaw.

Najbardziej prawdopodobna natychmiastowa presja odwetowa skupiłaby się więc na Izraelu, ponieważ jego system paliwowy jest skoncentrowany, jego potencjał militarny jest silnie uzależniony od paliwa, a zdolność do zastąpienia strat w dwóch rafineriach zależałaby od nieprzerwanego odbioru i ograniczonych zapasów.

Szersza kampania przeciwko systemom Rady Współpracy Zatoki Perskiej (GCC) miałaby poważniejsze konsekwencje regionalne i globalne, prowadząc do jednoczesnej degradacji rafinerii, LNG, sieci elektroenergetycznych, magazynów, portów i alternatywnych szlaków eksportowych. Decydujący konflikt rozegrałby się między tempem zakłóceń systemowych a tempem substytucji, naprawy i ponownego wprowadzenia na rynek.


Moje najnowsze kontr-prądy: Czy wojny na Ukrainie i w Iranie łączą się ze sobą?

Czy wojny na Ukrainie i w Iranie łączą się?

Powrót Nimy i dyskusja na temat najnowszego TACO Trumpa:

Larry Johnson: Odwołałem to: Trump potwierdza, że ​​wycofał się z ataku Iranu w związku z atakiem dronów w Kurdystanie

Po dwudniowej przerwie wracamy do Mario, aby omówić ruch Trumpa dotyczący TACO:

TRUMP WYCOFUJE SIĘ Z DUŻEJ AKCJI BOMBARDINGOWEJ W IRANIE – z byłym agentem CIA Larrym Johnsonem

Dziękuję za nieocenione wsparcie w postaci czasu poświęconego na czytanie i komentowanie. Nie pobieram opłat abonamentowych ani nie akceptuję reklam. Chcę, aby treści były dostępne dla wszystkich zainteresowanych poruszanymi przeze mnie tematami. Jeśli jednak chcesz przekazać darowiznę, skorzystaj z tego linku .

Pozostańmy ludźmi

Caitlin Johnstone caitlinjohnstone/lets-stay-human

Pozostańmy ludźmi

Próbują uczynić nas gorszymi. Te miliarderskie korporacje, produkujące sztuczną inteligencję, czerpią zyski, czyniąc z nas gorszych ludzi.

Caitlin Johnstone

W sieci pojawił się niepokojący wpis na Twitterze autorstwa dyrektora generalnego OpenAI, Sama Altmana, w którym zaleca on rodzicom, aby wprowadzali informacje o zainteresowaniach i planach dnia swoich dzieci do ChatGPT, tak aby program mógł codziennie tworzyć spersonalizowane podcasty, których dzieci będą mogły słuchać w drodze do szkoły.

Twórca Gravity Falls, Alex Hirsch, opublikował viralową odpowiedź: „A co, gdybyś po prostu porozmawiał ze swoimi dziećmi?”

To szaleństwo, ale tak jest.

==================================================

Próbują uczynić nas gorszymi. Te miliarderskie korporacje, produkujące sztuczną inteligencję, czerpią zyski, czyniąc z nas gorszych ludzi.

Chcą, żebyśmy stali się mniej ludzcy. Mniej połączeni. Mniej kreatywni. Mniej zdolni. Mniej mądrzy. Mniej inteligentni. Chcą zaniknąć naszej zdolności do mówienia, pisania, badania, nawiązywania relacji, rysowania, tworzenia muzyki i pielęgnowania bliskich relacji z najważniejszymi osobami w naszym życiu, a potem sprzedać nam to wszystko za pomocą jakiegoś chatbota.

Cały ich model biznesowy opiera się na przekształceniu nas w grupę narcyzów z zupą mózgową, którzy nie potrafią zarządzać własnym życiem i relacjami, a następnie na tym, by byli dla nas podporą, której używamy, aby zrekompensować sobie to samookaleczenie.

Produkt, który nam sprzedają, to nie sam chatbot. Prawdziwym produktem, który sprzedają, jest wolność od dyskomfortu poznawczego i emocjonalnego. Od dyskomfortu związanego z nauką nowych umiejętności. Od dyskomfortu związanego z rozwojem osobistym. Od dyskomfortu związanego z podejmowaniem ryzyka. Od dyskomfortu związanego z przekroczeniem tej onieśmielającej pustej strony, aby coś napisać. Od dyskomfortu związanego z koniecznością myślenia o innych ludziach i brania pod uwagę ich zainteresowań i uczuć. Od dyskomfortu związanego z koniecznością interakcji z innymi ludźmi i być może powiedzenia czegoś niewłaściwego. Od dyskomfortu związanego ze skokiem w nieznane.

Ale wszystkie najlepsze rzeczy w życiu znajdują się po drugiej stronie dyskomfortu. Miłość. Romans. Intymność. Sztuka. Kreatywność. Rozwój. Uzdrowienie. Wznoszenie się ponad nasze ograniczenia. Wyzwolenie się z iluzji ego. Wszystkie one wymagają od nas przebicia się przez dyskomfort do skarbu po drugiej stronie. Awersja do dyskomfortu to awersja do spełnionego życia na tej planecie.

Ale właśnie do tego namawiają nas firmy tworzące chatboty. Zachęcają nas do spędzenia życia zwiniętego w bezsilne kłębki emocjonalnego niemowlęctwa i intelektualnej stagnacji, żeby móc sprzedawać nam maszyny, które działają jak cyfrowe protezy dla świętych części nas samych, które amputowaliśmy.

Nie możemy pozwolić im nam tego zrobić. Musimy pozostać ludźmi. Musimy mocno trzymać się wszystkich tych cennych aspektów naszego człowieczeństwa, które próbują wydrzeć i uczynić towarem.

Pozostańmy więc ludźmi.

Spójrzmy prawdzie w oczy.

Stawmy czoła naszym lękom.

Podejmijmy to ryzyko.

Powiedzmy osobie, którą kochamy, że nam się podoba.

Chodźmy się pocałować.

Pozwólmy sobie złamać serca.

Przeczytajmy tę książkę.

Napiszmy ten wiersz.

Nauczmy się rysować.

Nauczmy się surfować.

Nauczmy się grać na saksofonie.

Nauczmy się wielu nowych rzeczy.

Poznajmy bliżej ludzi w naszym życiu.

Pielęgnujmy nasze relacje.

Uleczmy nasze rany.

Stańmy się lepszymi ludźmi.

Zanurzmy nasze palce głęboko w ziemi i poczujmy te cudowne ziemskie ciała w każdej chwili.

Próbują odciągnąć nas od naszego człowieczeństwa, dlatego musimy zanurzyć się w nim jeszcze głębiej.

W miarę jak sytuacja staje się coraz bardziej dystopijna, samo trzymanie się swojego człowieczeństwa staje się aktem buntu.

„Nie jestem polityczny” oznacza po prostu „Wspieram status quo”

„Nie jestem polityczny” oznacza po prostu „Wspieram status quo”

Polityka przenika każdy aspekt naszego doświadczenia życia na tej planecie. Naszą jedyną wolą jest to, co zrobimy z tą nieuniknioną rzeczywistością.

Caitlin Johnstone caitlinjohnstone/im-not-political-just-means-i-support-the-status-quo

Mówienie „nie interesuje mnie polityka” oznacza po prostu „popieram politykę status quo”. Oznacza to, że popierasz wszelką przemoc, wyzysk, ekobójstwo i nadużycia panujące w obecnym porządku.

Polityka dzieje się wokół ciebie w każdej chwili, każdego dnia, niezależnie od tego, czy jesteś nią zainteresowany, czy nie. Wszystko, co robisz w życiu codziennym, jest w przeważającej mierze kształtowane przez lokalne i krajowe prawa, systemy ekonomiczne, oligarchię, propagandę, wojny, militaryzm, imperializm, regulacje rządowe i ich brak. Stwierdzenie, że nie masz ochoty zwracać uwagi na te czynniki, oznacza po prostu, że akceptujesz obecny stan rzeczy.

To tak, jakby za każdym razem, gdy rodzina zasiadała do posiłku, syn zabierał córce całe jedzenie, a rodzice nic z tym nie robili, mówiąc: „Nie interesuję się polityką”, ilekroć pojawiał się ten temat. Córka doszłaby do wniosku, że rodzice nie widzą nic złego w zachowaniu brata i że nie obchodzi ich jej osobowość. I miałaby rację. Ich bierność i obojętność miałyby równie poważne konsekwencje, jak wszelkie działania, które mogliby podjąć, i równie wyraźnie świadczyłyby o ich charakterze.

Polityka zawsze cię dotyka. Nie masz na to wpływu. Jedyne, na co możesz mieć wpływ, to działania, które podejmiesz, aby zmienić sposób, w jaki się toczy.

„Nie zajmuję się polityką”.

No cóż, polityka cię wykańcza.

Produkty, których używasz, nie powstały same z siebie i nie dotarły do ​​twojego domu same z siebie.

Twój szef nie płaci ci za nadgodziny i nie daje wolnych weekendów, bo cię kocha.

Technologia, której używasz do transportu, nie wygląda tak, jak wygląda, i to nie przez przypadek.

Opieka zdrowotna i edukacja nie kosztują cię tyle, ile kosztują, z powodu jakiegoś przypadkowego zbiegu okoliczności.

Lata nie stają się cieplejsze, ponieważ słońce jest coraz bliżej, a powodem, dla którego widzisz mniej owadów niż w dzieciństwie, nie jest to, że owady popełniły samobójstwo.

Każda część twojego życia jest dramatycznie dotknięta działaniami politycznymi innych. Twoja bezczynność polityczna jest działaniem, i to działaniem na rzecz politycznego status quo.

„Nie zajmuję się polityką” oznacza, że ​​popieram ludobójstwo. Oznacza, że ​​popieram wojnę. Oznacza, że ​​popieram niesprawiedliwość i wyzysk. Oznacza, że ​​popieram, by zwykli ludzie stawali się coraz biedniejsi i bardziej chorzy, podczas gdy biosfera umiera, a miliarderzy stają się bilionerami. Oznacza, że ​​popieram nasze gwałtowne dążenie do masowego wymierania i dystopii.

Pewnego dnia popularna lewicowa youtuberka zamieściła post, w którym pytała, dlaczego lewicowcy ciągle krytykują ją jako ludobójczą syjonistkę, skoro nigdy otwarcie nie poparła ludobójstwa w Strefie Gazy.

Odpowiedziałem jej : „Ludzie postrzegają cię jako zwolenniczkę ludobójstwa, ponieważ jesteś daleka od wystarczającego sprzeciwu wobec ludobójstwa w środowisku politycznym, w którym bycie przeciwnikiem ludobójstwa ma ogromne znaczenie dla ludzi sumienia. Jestem lewicowym komentatorem politycznym i gdybym spędził trzy lata, bagatelizując i ignorując holokaust w Strefie Gazy, jestem w 100% pewien, że wielu lewicowców do dziś by mnie o to nękało, nawet gdybym od czasu do czasu napisał na Twitterze, że Benjamin Netanjahu jest zły. Ludzie uznaliby moje wypowiedzi za nieodzwierciedlające pilności omawianej kwestii i krytykowaliby mnie za niedopuszczalną sympatię dla sił, które doprowadziły do ​​ludobójstwa”.

Bezczynność jest działaniem, a gdy sytuacja jest głęboko niesprawiedliwa, jest to działanie wspierające niesprawiedliwość. Jeśli twój dom płonie, a ty nie podejmujesz działań, aby uchronić siebie i swoich bliskich przed niebezpieczeństwem, twoja bezczynność nie jest neutralna. Twoja decyzja o bezczynności sama w sobie jest działaniem o ogromnych konsekwencjach.

W tej właśnie łodzi wszyscy teraz jesteśmy. Polityka przenika każdy aspekt naszego doświadczenia życia na tej planecie. Naszą jedyną wolą jest to, co zrobimy z tą nieuniknioną rzeczywistością.

Śmiszki. MEM-y IV.

—————————–

———————————————

———————————————-

——————————————

——————————————————–

———————————————-

Bydło odgradza się płotem. MEM-y III.

————————-

————————————–

————————–

————————————————-

——————————————-

——————————————

———————————————-

———————————

—————————————————–

Inwazje. Strachu? Głupoty? Cynizmu? MEM-y II.

———————————————

———————————————

——————————————-

———————————————————

—————————–

————————————————–

————————————————-

—————————————————-

————————————————-

—————————————

Feminizm się myli! Fascynujące świadectwo

Feminizm się myli! Fascynujące świadectwo

Autor: AlterCabrio, 2 sierpnia 2026

– “Nie kształtuje mnie odbicie w oczach ludzi, bo nie jestem lustrem ludzkich pragnień, lecz odpowiedzią na Boże wezwanie. Nie szukam uznania wśród tłumów, bo chwała, która przemija nie może mnie nasycić”. Czy pani zdaniem takie wyznanie, taki manifest jest w stanie przemówić do współczesnych kobiet, młodych kobiet, starszych też, nie wiem, dziewcząt?

– Ja mam taką nadzieję właśnie, z tą myślą go pisałam. Dlatego, że on poniekąd towarzyszył wydaniu książki ‘Niewiasta wieczna’ i stąd właśnie ta ‘niewiasta’. Ja w ogóle na początek zastanawiałam się jak przetłumaczyć tytuł, czy ma być to ‘kobieta wieczna’, czy ma być to właśnie ‘niewiasta wieczna’, ale stwierdziłam, że słowo niewiasta jest tak piękne, że należałoby wręcz osłuchać ludzi z tym słowem, żeby poniekąd do niego wrócić. I to troszeczkę nie chcę powiedzieć, że w przekorze, natomiast słowo kobieta było używane w tym czasie w tak przykrych okolicznościach, w tak antykobiecych okolicznościach, że to słowo ‘niewiasta’ aż aż mi się prosiło, żeby żeby gdzieś weszło, żeby wróciło do literatury i żeby powróciło chociażby do samych mediów społecznościowych. Jak wiemy, media społecznościowe dzisiaj są potężną siłą, jeżeli chodzi właśnie o wpływ na młodych ludzi. I tak, jeżeli jeżeli młode dziewczęta, młode kobiety są wnikliwymi obserwatorami rzeczywistości, współczesności i zetkną się chociażby z pracą w korporacji i zobaczą z czego będą musiały rezygnować, na koszt życia tak naprawdę męskiego, to myślę, że prędzej czy później słowa tego wyznania staną staną się ich słowami.

FEMINIZM SIĘ MYLI! FASCYNUJĄCE ŚWIADECTWO

Anna Maternowska-Frasunkiewicz, żona, mama, lingwistka i tłumaczka języka niemieckiego, założycielka wydawnictwa Ancilla, mówi Janowi J. Franczakowi o tym, czym jest kobiecość i w dlaczego tak wiele kobiet padło dzisiaj ofiarami buntu przeciwko kulturze.

00:00 Wprowadzenie: kobiecość na wzór Maryi
01:27 Zapowiedź programu i kwartalnika PCh24.pl
02:15 Przedstawienie Anny Maternowskiej-Frasunkiewicz
03:01 Czy rola żony i matki ogranicza kobietę?
05:02 „Cnoty niewieście” i zachwyt nad kobiecością
08:49 „Wyznanie niewiasty XXI wieku”
13:40 Czy współczesny feminizm oszukuje kobiety?
17:43 Macierzyństwo biologiczne, duchowe i kulturowe
20:31 „Kura domowa”? O wartości pracy matki
22:25 Władza czy wpływ – rola kobiety w rodzinie
24:47 Kariera kobiet a kryzys demograficzny
26:15 Kobieta i mężczyzna według Gertrud von le Fort
27:47 Jadwiga Zamojska, Edyta Stein i Gertrud von le Fort
28:59 Ofiara i służba jako droga kobiety
30:18 Jadwiga Zamojska i Szkoła Domowej Pracy Kobiet
32:15 Edyta Stein o pracy zawodowej kobiet
33:39 Dlaczego warto czytać Gertrud von le Fort?
39:10 Podsumowanie rozmowy

________________

40:19 BookTube – wakacyjne propozycje lektur
40:48 Andrzej Pilipiuk – opowiadania na lato
42:22 Ludwika Gacek i uniwersum „Oczu królowej”
43:49 Jan Maciejewski – „Listy do Zuzanny”
44:38 „Bez Boga nie ma zbawienia” – o. Dariusz Kowalczyk
45:31 „Katechizm polemiczny” przeciw błędom reformacji
46:08 Zakończenie

◊https://www.youtube.com/embed/ho7NoaMF7bI

BONUS I:

W ostatnich latach zachodnia prawica poświęciła tysiące stron analizie zjawiska określanego mianem „woke”. Jedni doszukiwali się jego źródeł w neomarksizmie, inni w postmodernizmie, jeszcze inni w rewolucji kulturowej rozpoczętej w 1968 roku. Wszystkie te wyjaśnienia mają swoje mocne strony, ale być może pomijają proces znacznie głębszy – proces, który nie dotyczy wyłącznie idei, lecz samej struktury zachodnich instytucji społecznych.

„Wielka feminizacja” jako źródło kryzysu cywilizacji – Adam Szabelak [tylko audio, 9min]

BONUS II:

Sztampowy, prawicowy dyskurs w dyskusjach na tematy kulturowo-społeczne jest z reguły dość zachowawczy. Konserwatyści reagują ze sporym opóźnieniem na zmiany społeczne, próbując ratować różne instytucje dopiero, gdy już jest późno. Problem małżeństwa jest tego doskonałym przykładem.

Małżeństwo nie umiera – ono już jest martwe – Adam Twaróg [tylko audio, 16min]

BONUS III:

Siłą społeczną, która w historii dokonywała odkryć i podbojów, wielkich rzeczy i historycznych wydarzeń, byli młodzi mężczyźni. Dokładnie ta grupa społeczna, której obecne społeczeństwo tak nienawidzi i której tak bardzo się brzydzi. Grupa, która błądząc bez celu, nie otrzymuje odpowiedzi. Dostaje jedynie szyderstwa, wskazywanie palcami lub sfeminizowany terapeutyzm. Nie wiadomo, co jest gorsze.

Młody mężczyzna – wróg publiczny numer 1 – Adam Twaróg [tylko audio, 17min]

BONUS SPECJALNY:

Snobizm epoki i sek*ualny socjalizm

Dla uproszczenia przyjmijmy, że chodzi o płot zagradzający drogę. Nowoczesny typ reformatora podbiega do niego w podskokach i oznajmia: „Nie widzę żadnego pożytku z tego płotu. Usuńmy go!”. Bardziej inteligentny reformator powinien na to odpowiedzieć: „Jeśli nie widzisz pożytku z tego płotu, na pewno nie pozwolę ci go usunąć. Odejdź i pomyśl. Kiedy wrócisz do mnie i powiesz, że widzisz sens jego istnienia, wówczas może będzie wolno ci go zniszczyć” – Gilbert Keith Chesterton, przeł. J. Rydzewska

Brytyjska publicystka i działaczka przeciwko przemocy sek*ualnej Louise Perry, pomimo młodego wieku szybko stała się czołową heretyczką zachodniego feminizmu. W „Rozprawie przeciwko rewolucji sek*ualnej” nie tylko stawia obrazoburczą tezę, zgodnie z którą biologia istnieje, ale także – o zgrozo! – konsekwentnie wyciąga z tego wnioski o charakterze społecznym i politycznym. Warto prześledzić jej argumentację krok po kroku, bo w sposób klarowny, przekonujący i dobrze osadzony w literaturze autorka obnaża największe absurdy liberalnego feminizmu, który z czarującą uszczypliwością nazywa „thatcheryzmem sek*ualnym”.

Różnica płciowa i to, co powyżej szyi

Gdy negujemy biologiczne różnice między mężczyznami i kobietami, ignorujemy problem, który w kontekście przemocy sek*ualnej jest absolutnie najistotniejszy: przeciętny mężczyzna jest w stanie gołymi rękami zabić przeciętną kobietę. Wbrew zarzutom thatcherystek sek*ualnych Perry nie odnosi się tutaj do stereotypu płciowego, ale do statystyk dotyczących siły fizycznej i wytrzymałości, które szczególnie widoczne stają się w górnym kwartylu badanych. Autorka nie należy do grona histerycznych konserwatystów, którzy poświęcają całe życie na spory o udział osób transsek*ualnych w sportowych kategoriach kobiecych. Ale nie unika tego przykładu, kiedy chce urealnić ideologicznie zamroczone feministki – wcale nie po to, by prowadzić kampanie dotyczące sportu, lecz aby uzmysłowić nam, że w większości przypadków napaści na tle sek*ualnym kobieta nie jest w stanie sama obronić się przed mężczyzną, który nie potrafi poddać się samoograniczeniu.

Perry idzie jeszcze dalej, udowadniając, że biologiczne różnice dają o sobie znać również „powyżej szyi” – z taką konstatacją mają z kolei problem feministki radykalne, które nawet jeśli przyjmują do wiadomości płciową odrębność biologiczną, to różnicę w zakresie struktury psychicznej traktują już zwykle jako „konstrukt kulturowy”. Na tym gruncie Perry wykonuje gest kontr-intuicyjny i tylko pozornie niezrozumiały, a mianowicie sięga do psychologii ewolucyjnej – obszaru badań, który w kręgach feministycznych uchodzi za pseudonaukowy i skompromitowany. W ten sposób autorka wykazuje, że na reputację psychologii ewolucyjnej wpływ mieli zarówno związani z manosferą manipulanci, jak i feministki, które zamiast formułować kontrargumenty przeciwko skrajnie sek*istowskiej wizji świata, po prostu wytworzyły wokół tej dziedziny aurę „szurstwa”, choć same stały na stanowisku denializmu biologicznego. Jeżeli tak wiele osób o lewicowo-liberalnych poglądach uznaje istnienie „długiego trwania” w historii, to dlaczego mają one tak wielką trudność z uznaniem różnicy płciowej w zakresie struktury psychicznej, za którą odpowiada proces ewolucyjny?

Podstawowa teza Perry w tym zakresie jest w gruncie rzeczy bardzo prosta i nie powinna budzić szczególnych kontrowersji: kobiety uprawiają sek* inaczej niż mężczyźni. Dostrzegając wszelkie odstępstwa od norm i wyjątkowe przypadki, autorka sięga do badań statystycznych dotyczących preferencji sek*ualnych, by wskazać uśrednione, najczęściej występujące wartości. Jej celem nie jest więc udowodnienie tego, że wszyscy mężczyźni są socjosek*ualni i wszystkie kobiety preferują sek* z jednym partnerem – Perry twierdzi wręcz, że nie istnieje coś takiego jak „przeciętny mężczyzna” i „przeciętna kobieta” – ale tego, że uogólnienia możemy stosować w odniesieniu do większości przypadków. Statystyki dotyczące sek*ualności mężczyzn i kobiet układają się w dwie krzywe Gaussa, które są niemal całkowicie antynomiczne.

Takie wyniki można bardzo łatwo wyjaśnić, sięgając właśnie do psychologii ewolucyjnej.

Więcej:  Snobizm epoki i sek*ualny socjalizm, Dawid Kujawa, Nowy Obywatel, 5-7-2026

________________

Warto porównać: feminizm

Katastrofa !!! Alert RCB. MEM-y. I

———————————————

——————————————————-

———————————

———————————-

———————————————

———————————————–

——————————–

——————————–

———————————————————

Ostatnia szansa na nawrócenie

Ostatnia szansa na nawrócenie

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    2 sierpnia 2026 michalkiewicz

Wprawdzie to już tylko formalność, ale formalnościom też musi stać się zadość, więc chociaż o północy z czwartku na piątek upłynął termin ultimatum, jakie Naczelnik Państwa przedstawił Mateuszowi Morawieckiemu i jego pretorianom – żeby nie tylko zlikwidowali stowarzyszenie „Rozwój Plus”, ale i rewokowali w specjalnie sporządzonych lojalkach – że będą słuchać Naczelnika – ale gwoli zadośćuczynienia formalnościom, utrata członkostwa w PiS zostanie 28 lipca zatwierdzona przez Biuro Polityczne, to znaczy – pardon; nie żadne „Biuro Polityczne”, które było organem PZPR, tylko oczywiście Komitet Polityczny.

Nie ulega wątpliwości – jak mawiała stara niania – że Biu… – ach, co ja piszę; nie żadne „Biuro”, tylko oczywiście – Komitet Polityczny wszystko zatwierdzi i w ten oto sposób „rozłam” w PiS stanie się faktem. Jak z kronikarskiego obowiązku wspominałem, część wyznawców Naczelnika Państwa uważa, że to tylko taka ustawka, której celem jest wciągnięcie obywatela Tuska w pułapkę: niech sobie myśli, że PiS się rozpadło, („Nie płoszmy ptaszka; niech mu się zdaje, że naszej partii siły nie staje…”), a tymczasem na pół roku przed przyszłorocznymi wyborami, Mateusz Morawiecki ponownie „zleje się” z Naczelnikiem Państwa i w ten oto sposób osiągnięte zostanie ostateczne zwycięstwo.

To jasne, że wyznawcy Naczelnika Państwa w coś przecież wierzyć muszą, więc dlaczego nie w ustawkę, która to wiara ufundowana jest zresztą na przekonaniu, iż Naczelnik jest wirtuozem intrygi? Może i jest – ale warto zwrócić uwagę, że nader często potyka się o własne nogi. Tak było w przypadku Kazimierza Marcinkiewicza, tak było w przypadku Andrzeja Dudy i tak właśnie jest w przypadku Mateusza Morawieckiego.

Warto bowiem zwrócić uwagę, że stowarzyszenie Rozwój Plus powstało w kwietniu br. – to znaczy akurat wtedy, gdy Niemcy proklamowały strategiczne partnerstwo z Ukrainą – co oznacza, że realizują politykę, jaką Cesarstwo Niemieckie prowadziło w Europie Środkowo-Wschodniej w roku 1917, zezwalając na utworzenie Ukraińskiej Republiki Ludowej, by za pomocą tego narzędzia szachować Rosję i trzymać w ryzach Polaków. Ponieważ za sprawą Judenratu i innych ośrodków propagandowych, znaczna część Polaków jak ognia boi się posądzenia o „ruskie onuctwo” i szachowanie Rosji przez Niemcy przy pomocy Ukrainy uważa za wielkie osiągnięcie, to w cieniu tego wielkiego osiągnięcia już zupełnie nie zauważa, że Ukraina ma jeszcze jedno zadanie – mianowicie – trzymania w ryzach Polaków.

Z tych powodów wolę trzymać się teorii spiskowej, według której Mateusz Morawiecki właśnie realizuje trzecią część swego zadania w postaci neutralizacji PiS. Żaden listek figowy nie jest już w Polsce Niemcom do niczego potrzebny, no i właśnie to pokazują najnowsze sondaże. Na pozycji lidera plasuje się Volksdeutsche Partei z satelitami z poparciem ponad 28 procent. Na drugim miejscu PiS – ale z wynikiem niecałych 16 procent, na trzecim – Konfederacja z wynikiem 13,5 procenta, na kolejnym – Konfederacja Korony Polskiej z wynikiem 12,3 procenta, potem jeszcze Lewica (7,9 proc.) i wreszcie – grupa Mateusza Morawieckiego z wynikiem 7,5 proc. Nie zapominajmy jednak o innych następstwach rozłamu. Z Mateuszem Morawieckim wyszło z PiS 40 parlamentarzystów. Każdy z nich zdążył się jakoś tam ukorzenić w terenie, to znaczy – we własnym okręgu wyborczym. W tej sytuacji bardzo ważna jest okoliczność, czy taki parlamentarzysta będzie wyrywany z korzeniami, czy też przynajmniej część korzeni nadal będzie służyła Naczelnikowi Państwa, którego siła polega m.in. na przekonaniu, że każdy powinien się dla niego poświęcać.

Dopóki ta wiara jest podzielana przez część opinii publicznej, dopóty Naczelnik Państwa może swoich wyznawców uwodzić – ale w miarę rozwoju sytuacji, a zwłaszcza – w miarę topnienia wpływów PiS w terenie – również możliwości uwodzicielskie będą się kurczyły. Od razu bowiem między rozłamowcami rozpoczęły się tzw. potępieńcze swary. „Maślarze” zauważyli ze zgrozą, że Mateusz Morawiecki był doradcą Donalda Tuska – co im przedtem – to znaczy – ani w roku 2015, ani w roku 2017, kiedy Morawiecki zostawał premierem rządu „dobrej zmiany” z namaszczenia Naczelnika – absolutnie nie przeszkadzało – podobnie jak i to, że na stanowisku premiera rządu Mateusz Morawiecki podpisywał wszystko, co mu tam Niemcy podsunęli do podpisu.

Inni jednak mogą zacząć dociekać, dlaczego w takim razie Naczelnik Państwa upodobał sobie akurat w Mateuszu Morawieckim i do kogo jeszcze musi się akomodować – a wtedy uwodzicielskie możliwości Naczelnika mogą skurczyć się jeszcze bardziej. I o to właśnie w tej trzeciej części zadania, którą właśnie wykonuje Mateusz Morawiecki, chodzi.

Ale przebudowa sceny politycznej naszego bantustanu to jedna sprawa, bo drugą sprawą jest toczący się równolegle proces coraz mocniejszego chwytania za twarz tubylczych Polaków. Na wieść o strategicznym partnerstwie niemiecko-ukraińskim, główny cadyk warszawskiego Judenratu, pan red. Adam Michnik rzucił hasło – „wszyscy jesteśmy Ukraińcami”. Z punktu widzenia „krajowych cudzoziemców”, za jakich uchodzą Żydowie, przynależność do tej czy innej z mniej wartościowych tubylczych nacji jest sprawą płynną. Toteż kiedy pan red. Michnik doszedł do wniosku, że wobec proklamowania strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego Polska już jest passe – rzucił wspomniane hasło – natychmiast zostało ono podchwycone przez funkcjonariuszy Propaganda Abteilung, którzy natychmiast ruszyli ławą, by piętnować polską „ksenofobię” i inny tubylcze myślozbrodnie. Dodając tak zwanego „dramatyzmu” Judenrat „Gazety Wyborczej” zaczął lansować pogląd – donos, że w Polsce narasta „atmosfera przedpogromowa” wobec goszczących u nas 2 mln Ukraińców.

To bardzo poważna zastawka, która może stanowić podstawę do ewentualnej interwencji w Polsce, gdyby się okazało, że własnymi siłami tubylcza administracja nie jest w stanie tych wszystkich myślozbrodni stłumić. Jest oczywiście mało prawdopodobne, by za pacyfikowanie Polaków wzięli się bezpośrednio Niemcy – bo jeszcze swąd po Oświęcimiu do końca się nie rozwiał – ale od czego ukraińska diaspora? Ta mogłaby otrzymać nie tylko wolną rękę, nie tylko zachętę, ale i wsparcie w postaci broni i pieniędzy do urządzenia tubylczym Polakom „wołynki” – żeby raz na zawsze zrozumieli, że nie powinno się wierzgać przeciwko ościeniowi. Propagandową padgatowką do tego mogą służyć codzienne doniesienia o atakach – jak nie na ukraińskie dziewczęta, to na ukraińskich chłopców – aż przewielebna siostra Małgorzata Chmielewska, na łamach prowadzonej przez warszawski Judenrat „Gazety Wyborczej”, dała wyraz swoim uczuciom wobec mniej wartościowego narodu tubylczego, a nawet „kraju”. Przewielebna siostra Małgorzata Chmielewska wprost wije się ze wstydu za „mój kraj” w w ogóle – zalewa ją „gorycz”. Jeśli tedy mniej wartościowy naród tubylczy się nie opamięta, to nieuchronnie spadnie na niego surowa ręka sprawiedliwości ludowej. Doprawdy – ostatnia chwila do nawrócenia.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Viva Cristo Rey! – Niech żyje Chrystus Król! Pierwsza krew Cristiady. Bitwa o Sanktuarium.

Andrzej Solak: Pierwsza krew Cristiady. Bitwa o Sanktuarium

3 sierpnia 2026

redakcja.jpg

Autor: Andrzej Solak pch24/andrzej-solak-pierwsza-krew-cristiady-bitwa-o-sanktuarium

cristeros-Solak-2026.jpg
Oprac. PCh24.pl

3 sierpnia 1926 roku przed Sanktuarium Matki Bożej z Guadalupe w Guadalajarze, w meksykańskim stanie Jalisco, zagrzmiały wystrzały. Gromada katolików stanęła z bronią w ręku, chroniąc swą świątynię przed znieważeniem. Był to początek ogólnokrajowego zrywu – Cristiady.

Wykuwanie kajdan

Początki wojny z Kościołem katolickim na meksykańskiej ziemi można było dostrzec już w XVIII stuleciu, jeszcze w okresie panowania Hiszpanów, gdy zaczęły tu powstawać pierwsze loże masońskie.

Wpływy wolnomularstwa niepomiernie wzrosły po uzyskaniu niepodległości przez Meksyk (1821). Loże rozwijały się bujnie niczym chwast między innymi dzięki wsparciu dyplomacji Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, widzących w wolnomularskich stowarzyszeniach wygodny, a przy tym niejawny kanał do oddziaływania na środowiska polityczne młodej republiki.

W latach 40. XIX wieku prześladowania Kościoła oraz inne rewolucyjne inicjatywy liberałów inicjowanych w lożach doprowadziły do szeregu buntów, wojen domowych i obcych interwencji. Po trzech dekadach chaosu kraj zyskał nieco wytchnienia i stabilizacji pod rządami prezydenta Porfirio Diaza.

Czas krwawych prześladowań katolików powrócił podczas Rewolucji Meksykańskiej (1910-1920). Zaciekły konflikt wewnętrzny znowu spustoszył kraj. Pokój zawarty nad grobami półtora miliona ofiar walk bratobójczych nie okazał się trwały.

W roku 1917 ogłoszono Konstytucję Meksyku, która odbierała Kościołowi osobowość prawną. W zasadzie miał on ulec likwidacji, jego majątek miało zagrabić państwo, zaś księży zamierzano zdegradować do osób prywatnych „świadczących usługi wyznawcom religii”.

Obrady komisji przygotowującej ustawę zasadniczą były w istocie sabatem chorych z nienawiści fanatyków. Jeden z szacownych „ekspertów” podkreślał prawo Meksykanów do „eksterminacji hydry, zwanej klerem”. Drugi zabłysnął sentencją: „Jeśli braknie sznura do wieszania tyranów, moje ręce zaplotą wątpia zakonnika”. Trzeci ubliżał duchowieństwu od „plugawych i oszukańczych nietoperzy”, „ohydnych ośmiornic” i „inkwizytorów ludzkiego sumienia”.

Przez kolejne lata najbardziej radykalni rewolucjoniści, choć mocni w gębach, wstrzymywali się z wprowadzeniem  w życie „antyklerykalnych” praw, słusznie przewidując, że doprowadzi to do ponownego rozdarcia kraju. W końcu jednak zjawił się człowiek, który nie oglądał się na nic, jako że walkę z Bogiem traktował jako swe osobiste posłannictwo.

Nadchodzi Antychryst

Nazywano go „Turkiem” (choć miał żydowskich przodków), albo bardziej pompatycznie „Meksykańskim Neronem”. On sam ogłosił się Antychrystem. Za swych politycznych idoli uznawał Lenina i Trockiego; po latach będzie z uznaniem wyrażał się także o Hitlerze.

El anticristo Plutarco Elias Calles, mason 33 stopnia z loży Helios, ateista (który jednak pod koniec życia zabawiał się spirytyzmem), był zawodowym politykiem – jednym z tych, którzy stanowią prawdziwy dopust Boży dla swoich krajów. Podczas Rewolucji Meksykańskiej, dzięki swoim koneksjom, wszedł do grona krwawych watażków, określających się mianem rewolucyjnych generałów. To wtedy wkradł się w łaski wszechpotężnego „pana wojny”, masona jak on, Alvara Obregona. W latach 1920-1924 generał Obregon dzierżył godność prezydenta kraju. Po zakończeniu kadencji, ponieważ meksykańskie prawo nie przewidywało możliwości reelekcji, Obregon wysunął na to stanowisko swego zausznika Callesa.

[Odznaczył się tam Józef Retinger, zwany później przez gen. Sikorskiego „kuzynkiem diabła” md]

W roku 1926 prezydent Calles postanowił wprowadzić w życie martwe dotąd antykatolickie artykuły Konstytucji. Ogłosił upaństwowienie całego majątku kościelnego (łącznie ze świątyniami), zamknięcie szkół katolickich, zakaz nauczania religii w szkołach państwowych i prywatnych, zakaz odprawiania nabożeństw poza murami kościołów. Kara więzienia lub grzywny groziła  duchownym, którzy pojawiliby się w miejscu publicznym w sutannie. Zdelegalizowano nawet tradycyjne pozdrowienie Adios! (Z Bogiem!). W poszczególnych stanach zredukowano drastycznie liczbę kapłanów – w wielu jeden ksiądz miał przypadać na kilkadziesiąt tysięcy, a w stanie Vera Cruz jeden na sto tysięcy wiernych. Setki duchownych cudzoziemców wypędzono z kraju.

Calles w sposób nieskomplikowany rozwiązał (jak mu się wtedy wydawało) problem ewentualnych protestów przeciw jego polityce. Za słowną krytykę rządu, nie mówiąc już o krytyce prasowej czy w formie pism ulotnych, a nawet za wyrażenie swojej opinii w rozmowie prywatnej, groziło 5 lat więzienia! Prezydent zyskał oparcie w wojsku, policji i antyklerykalnych bojówkach, prowadzących od lat bezlitosny terror przeciw katolikom.

Opór

Wierni Kościoła długo próbowali opierać się opresji metodami pokojowymi.

Dwa miliony osób podpisało petycję do władz; zostali zignorowani. Organizowano demonstracje i wiece protestacyjne. Ogłoszono bojkot kin, teatrów, prasy, środków komunikacji państwowej i sklepów tytoniowych, uszczuplając w ten sposób dochody państwa. W końcu duchowieństwo ogłosiło swoisty strajk, wstrzymując się od posług religijnych. Reakcja szerokich rzesz społecznych zaskoczyła wszystkich swym rozmachem.

Tymczasem rząd kroczył drogą brutalnych represji. Mnożyły się aresztowania. Wojsko zajmowało kolejne kościoły, przekształcając je w koszary, więzienia i stajnie. Rabowano przy tym naczynia liturgiczne, rozbijano tabernakula, dewastowano wnętrza. Żołnierze z osobliwym upodobaniem rozstrzeliwali wizerunki Chrystusa, Matki Bożej i świętych.

Spontaniczne protesty parafian zaczęły się przeradzać w zamieszki. 26 kwietnia 1926 roku w Zitácuaro w starciach zginęło czterech cywilów i oficer wojska. 31 lipca w Oaxaca żołnierze zajęli kościół Santa María de los Ángeles; zginęło przy tym dwóch wojskowych i kilku parafian. 2 sierpnia stanęła do walki ludność Acámbaro, 3 sierpnia wierni w Cocula.

Owe pierwsze iskry jeszcze nie podpaliły nagromadzonych prochów wielkiego społecznego buntu. Wiadomości o nich były wyciszane przez władze lokalne. Reżim Callesa systematycznie dokręcał śrubę prześladowań.

Dzwony Guadalajary

3 sierpnia 1926 roku tłumy wiernych zaczęły gromadzić się wokół Sanktuarium Matki Bożej z Guadalupe w Guadalajarze. Niektórzy parafianie przewidująco zaopatrzyli się w strzelby i rewolwery. Wcześniej miasto obiegła wieść o planowanym przez wojsko zajęciu świątyni.

Konfrontacja zaczęła się od pozornie błahego zdarzenia. W pobliżu Sanktuarium gromada dzieciaków próbowała zablokować drogę przejazdu samochodowi generała, a zarazem ważnego urzędnika państwowego. Kierowca nie zatrzymał pojazdu, tylko jechał wprost na młodocianych demonstrantów. Wtedy podobno niektórzy z nich zaczęli rzucać kamieniami i patykami. Rozwścieczony generał kazał zatrzymać samochód, wysiadł z niego i kilkakrotnie wypalił z rewolweru. W odpowiedzi huknęły strzały od strony świątyni. Dzieci rozbiegły się, a wystraszony generał wsiadł do wehikułu i natychmiast odjechał. Podczas incydentu nikt nie ucierpiał, prawdopodobnie obie strony strzelały tylko na postrach.

Pół godziny później w Sanktuarium uderzono w dzwony. Pod kościół zajechała wojskowa ciężarówka. Dziś trudno ocenić, czy była to reakcja na wcześniejsze zdarzenie z dostojnikiem, czy wstęp do zaplanowanej wcześniej akcji zajęcia świątyni. Dwudziestu żołnierzy zajęło stanowiska w przykościelnym ogrodzie, a pięciu wraz z oficerem udało się do bramy głównej. Tutaj stanęło im na drodze dwóch nieuzbrojonych mężczyzn.

Oficer butnie zażądał otwarcia bramy i wpuszczenia wojska do środka. Dwaj strażnicy świątyni zawahali się. Na ich twarzach widać było lęk. Opodal stał niezdecydowany tłum parafian, a dramatyzm chwili podkreślał nieustanny grzmot dzwonów.

Widok uzbrojonego, karnego oddziału wojska podziałał na ludzi paraliżująco. Poczuli swą słabość; ogarnął ich strach. Byli przecież zbieraniną cywilów, w większości bezbronnych, co na chwilę oderwali się od swych codziennych obowiązków. Stali więc milcząc, a tylko dzwony huczały swą żałobną pieśń, śląc w miasto wołanie o pomoc.

Judyta

Wtedy, nie wiadomo skąd, pojawiła się młoda kobieta. Szybkim krokiem zbliżyła się do bramy Sanktuarium. Podeszła wprost do oficera. Nie próbowała przekonywać go, dyskutować, „dialogować”, błagać. Po prostu wbiła mu nóż w serce.

Czasem jeden człowiek wystarczy, by uruchomić sprężynę Historii; aby zmienić bieg dziejów. Żołnierze i cywile patrzyli w osłupieniu, jak oficer – ofiara rozkazów swoich przełożonych – osuwa się na bruk; jak kona na przykościelnej ulicy, u progu bramy, której nie zdołał sforsować. A meksykańska Judyta nachyliła się nad nim, odpięła od jego pasa rewolwer i szablę. Potem wręczyła oręż dwóm osłupiałym strażnikom bramy, mówiąc:

– Możecie się tu bronić!

Tłum zafalował i ruszył ku bramie. Piątka żołnierzy struchlała, ale usłyszeli tylko, że mają odejść, jeśli chcą zachować życie. Roztropnie posłuchali dobrej rady i dołączyli do dwudziestu kolegów w ogrodzie. Tam, niestety – pod wpływem emocji albo z premedytacją – ktoś podjął morderczą decyzję. Żołnierze otworzyli ogień do tłumu, nie bacząc, że przeważają w nim bezbronni, że pełno w nim kobiet i dzieci. Część zgromadzonych rozpierzchła się w panice. Wielu, uchodząc spod gradu kul, schroniło się w kościele.

Jednak nie wszyscy wierni szukali ratunku w ucieczce. Uzbrojeni parafianie stanęli do walki, odpowiadając strzałem na strzał. Rozpoczęła się bitwa o Sanktuarium.

Oblężenie

Pod świątynię przybywały wciąż nowe oddziały wojska. Ostrzał narastał.

Obrońcy odpowiadali jak mogli, prażąc z broni myśliwskiej i rewolwerów, z atrium, z wież i dachu kościoła. Zadziwiające, że dowodzenie nad nimi objął osiemnastolatek, Lauro Rocha Gonzales, rodem z Atotonilco. Miał widać chłopak charyzmę, albo może stosowne wojskowe przeszkolenie, bo starsi podporządkowali mu się natychmiast. Atakujący żołnierze, tłumacząc się potem z niepowodzenia szturmu, raportowali o doskonałym rozmieszczeniu stanowisk strzeleckich obrońców, które uniemożliwiły oblegającym zbliżenie się do świątyni.

Obustronna zacięta kanonada trwała godzinę. Wreszcie Niebiosa zesłały ulewny deszcz. Strugi wody nieco ostudziły rozpalone głowy po obu stronach. Wynegocjowano zawieszenie broni. Potem władze zezwoliły lokalnej prasie napisać o czterech ofiarach śmiertelnych bitwy; po latach historycy doliczyli się 18 zabitych i 40 rannych.

Wojsko otoczyło Sanktuarium żelaznym pierścieniem. Agenci federalni odcięli dostawy prądu. Gdy zapadła noc, kościół skrywały ciemności, z których dobywały się modlitwy, hymny i pieśni. Szczególne wrażenie na obserwatorach wywarła powtarzana raz po raz pieśń:

Oddziały Maryi, podążajcie za sztandarem!

Niech nikt nie zachwieje się,

Chodźmy na wojnę!

Chodźmy na wojnę!

Jednakże obrońcom skończyła się amunicja. W tej sytuacji kontynuowanie walki oznaczałoby zbiorowe samobójstwo. Nazajutrz rano rozpoczęły się negocjacje. Ustalono zwolnienie do domów wszystkich kobiet i dzieci. Mężczyźni w liczbie czterystu mieli udać się do więzienia. Poszli więc dumnie ulicami miasta w szpalerze uzbrojonych po zęby żołnierzy, a patrzyła na nich cała Guadalajara, cały Meksyk.

Lawina

Tego samego dnia ludność stanęła w obronie kościoła w Azuayo, w stanie Michoacán. Od kul wojska zginęły cztery osoby, w tym ośmioletni chłopiec.

Protesty mnożyły się, przybywało męczenników. 15 sierpnia, w święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, opodal Chalchihuites, agenci policji rozstrzelali księdza św. Luisa Batiza Sainza, opiekuna lokalnego oddziału Akcji Katolickiej Młodzieży Meksykańskiej oraz trzech jego współpracowników. Umierając wznieśli oni okrzyk dawnych katolickich powstańców z 1873 roku:

Viva Cristo Rey! – Niech żyje Chrystus Król!

Ale lała się krew nie tylko katolików. Coraz częściej także ich oprawców zaczęła dosięgać doraźna sprawiedliwość. Między sierpniem a grudniem 1926 roku wybuchły 64 spontaniczne, lokalne powstania zbrojne, głównie w stanach Jalisco, Guanajuato, Guerrero, Michoacán i Zacatecas. Coraz potężniej rozbrzmiewał okrzyk:

– Viva Cristo Rey!

1 stycznia 1927 roku stanął do walki cały kraj.

Chwała cristeros

Władze nazwały powstańców chrystusowcami (cristeros), co miało być szyderstwem ze strony „oświeconych” liberałów w fartuszkach; co miało demaskować rzekomy „fanatyzm religijny” i „zacofanie” buntowników.

A dla zastępów spod znaku Chrystusa Króla tytuł cristeros, w intencji obelżywy, stał się najpiękniejszą, najczcigodniejszą formą nobilitacji. Ich boje zyskały miano Wojny Chrystusowej (Guerra Cristera) lub Cristiady (od połączenia słów cristeros oraz cruzada – krucjata). Wzorem krzyżowców, czas poświęcali na walkę i modlitwę. Obok uznanych hymnów i pieśni ogromną popularność zyskały wśród nich ludowe ballady (corrido), takie jak utwór Meksykanie, do boju!:

Meksykanie, wściekłe piekło rzuciło swe zastępy przeciw naszej ojczyźnie.Pokonamy całe piekło dzięki Królowej, którą dały nam Niebiosa. […]

Choć piekło i jego zastępy walczą,

by zniszczyć nasze świątynie, ci okrutni tyrani nie zdołają wyrwać Jezusa z naszych dusz.

Cristeros szli na śmierć nieulękle i z dziecięcą ufnością, na polach bitew i w miejscach kaźni, jak młody Horatio Lamas, który w drodze na egzekucję pocieszał zrozpaczoną matkę:

– Jakże łatwo jest dziś wejść do Nieba, mamo!

Straszliwa wojna domowa trwała trzy lata, do 1929 roku, aż masoński reżim jął chwiać się w posadach. Niestety, oszukani przez rząd biskupi zażądali przerwania walki, łudząc się, że pokój będzie lepszy. Cristeros posłusznie złożyli broń. Ich wódz, generał Jesús Degollado Guízar, pisał w ostatnim rozkazie:

– Bądź pozdrowiony, Chryste! My, którzy dla Ciebie idziemy na upokorzenie, na wygnanie, być może na chwalebną śmierć, my – ofiary naszych wrogów – z najgorętszą miłością witamy Cię i raz jeszcze składamy Ci hołd.

Zdradziecki rząd nie dotrzymał porozumienia. Nastąpiły kolejne fale prześladowań Kościoła, lata terroru, co niszczył tysiące istnień. Wtedy to, mimo sprzeciwu biskupów, garść desperatów znów chwyciła za broń i wykruszała się w straceńczej walce – ostatnie oddziały Niezłomnych biły się aż do 1941 roku!

***

Bilans zrywu zapoczątkowanego obroną Sanktuarium w Guadalajarze wydawał się opłakany. Być może nawet ćwierć miliona zabitych w walkach i represjach. Niezagojone krzywdy, prawdziwe morze łez matek i sierot. Bezgraniczna otchłań cierpienia i poświęcenia, co poszły – zdawałoby się – na próżno…

Ale nie, nic nie poszło na próżno. Rząd ostatecznie został zmuszony do odwołania najgorszych prześladowań Kościoła, mimo iż uciążliwe restrykcje antykatolickie przetrwały w przepisach jeszcze przez dziesiątki lat. Meksyk był zrujnowany, wykrwawiony, okaleczony, pokryty bliznami. Jednakże nie pozwolił sobie wydrzeć duszy.

Andrzej Solak

@MKierwinski: Brawo !! Zero tolerancji dla agresji i nienawiści

Marcin Kierwiński @MKierwinski

Brawo

@PomorskaPolicja

Zero tolerancji dla agresji i nienawiści

Cytuj

PomorskaPolicja @PomorskaPolicja

·

1 sie

❗️W wyniku intensywnych czynności operacyjnych policjanci kryminalni z Komenda Miejska Policji w Gdyni zatrzymali 76- letniego mężczyznę- obywatela Polski, który przedwczoraj zaatakował 40-letnią obywatelkę Ukrainy. Sprawca dwukrotnie uderzył ją drewnianą laską spacerową w

Zdjęcie

95,2 tys. wyświetleń

Zabójstwa, łapówki i przemyt Żydów: Kulisy wieloletniego tajnego sojuszu Mossadu z Marokiem

Zabójstwa, łapówki i przemyt Żydów: Kulisy wieloletniego tajnego sojuszu izraelskiego Mossadu z Marokiem

Date: 2 agosto 2026Author: Uczta Baltazara 0 Commenti

Od worków na zwłoki po podsłuchiwanie spotkań na szczytach, od przymilania się do Franco po walkę z partyzantką: oto jak Mossad zbudował – i niemal zniszczył – prawdopodobnie najtrwalszą tajną relację między Izraelem a jakimkolwiek państwem arabskim

Artykuł z roku 2020

Sześć dekad tajnych powiązań wywiadowczych, wojskowych, politycznych i kulturalnych między Izraelem a Marokiem w końcu zaowocowało publicznym ogłoszeniem w zeszłym tygodniu normalizacji stosunków między tymi dwoma krajami. Każdy szef Mossadu od lat 60 XX wieku – Amit, Zamir, Hofi, Admoni, Shavit, Yatom, Halevy, Dagan, Pardo oraz obecny szef Yossi Cohen – odwiedził ten północnoafrykański kraj i spotkał się z jego przywódcami oraz szefami służb wywiadowczych.

Na czym jednak opierają się te długotrwałe relacje, być może najtrwalsze spośród wszystkich stosunków Izraela z krajami świata arabskiego?

U podstaw tego długotrwałego, nieoficjalnego sojuszu zawsze leżało proste, wzajemne przekonanie, że dzięki współpracy oba kraje najlepiej służą swoim interesom narodowym. Na przestrzeni lat stosunki te przechodziły wzloty i upadki; ulegały przemianom i przybierały różne, czasem sprzeczne formy, ale w swej istocie zawsze pozostawały solidne.

Już na początku lat ’50, Izrael utrzymywał kontakty z Marokiem znajdującym się pod panowaniem francuskim, ale stosunki te nabrały rozpędu dopiero po uzyskaniu przez Maroko niepodległości od francuskiego kolonializmu w marcu 1956 roku. Francuzi pozwalali marokańskim Żydom na swobodne przemieszczanie się (a 70 000 z nich opuściło kraj), ale nowy król Mohammad V ograniczył prawo Żydów do podróżowania i zakazał im emigracji do Izraela; W 1959 r. syjonizm został uznany za przestępstwo. Król, podobnie jak inni arabskici władcy, uważał, że każdy, kto przeniesie się do Izraela, nie tylko wzmocni państwo żydowskie, ale jako poborowy może ostatecznie walczyć przeciwko swoim arabskim braciom, a nawet przeciwko własnej armii marokańskiej i jej sojusznikom.

Mossad przystąpił do działania, aby znaleźć sposób na obejście blokady nałożonej przez króla. Zmobilizował zespół izraelskich szpiegów, z których wielu stanowili marokańscy Żydzi, wszyscy posługujący się językiem francuskim i arabskim, aby opracować sposoby ewakuacji pozostałych 150 000 Żydów z Maroka.

Zespół ten nosił nazwę «Misgeret» – „Ramy” https://en.wikipedia.org/wiki/The_Framework_(Zionist_organization) – i odpowiadał nie tylko za nielegalną imigrację do Izraela, ale także za organizowanie oddziałów mających chronić społeczności żydowskie przed zagrożeniami i prześladowaniami ze strony coraz bardziej wrogiej arabskiej większości muzułmańskiej. Oddziały samoobrony były uzbrojone. Shmuel Toledano, wieloletni agent Mossadu, został wyznaczony na dowódcę operacji, która trwała pięć lat.

W ramach operacji „Misgeret” zorganizowano transport taksówkami i ciężarówkami, aby wywieźć Żydów z Maroka. W razie potrzeby agenci wręczali łapówki różnym funkcjonariuszom w mundurach napotkanym po drodze. Ulubioną trasą ucieczki była droga przez Tanger, który w tamtym czasie był miastem międzynarodowym, a stamtąd statkami z tamtejszego portu do Izraela. Później jako bazy dla projektu wykorzystywano również dwa miasta na marokańskim wybrzeżu, które pozostawały pod kontrolą Hiszpanii – Ceutę i Melillę. Aby móc korzystać z tych terytorialnych enklaw, Mossad uzyskał pełną współpracę faszystowskiego przywódcy Hiszpanii, generała Francisco Franco.

Mossad uważał, że Franco działał z poczucia winy z powodu swoich powiązań z Hitlerem (które obejmowały przekazanie szczegółowych list hiszpańskich Żydów), a niektórzy sądzili nawet, że z powodu wypędzenia Żydów z Hiszpanii w 1492 roku. Mossad nabył dawny obóz wojskowy położony w brytyjskiej kolonii Gibraltar, na południowym wybrzeżu Hiszpanii. Teren i baraki przekształcono w ośrodek tranzytowy dla Żydów opuszczających Maroko.

Tragedia zmieniła charakter operacji. 10 stycznia 1961 r. łódź rybacka o nazwie „Egoz” (Ryby), wypełniona po brzegi nielegalnymi żydowskimi uchodźcami, wywróciła się podczas burzy między wybrzeżem Maroka a Gibraltarem. Utonęło 42 mężczyzn, kobiet i dzieci, a także operator radiowy Mossadu. Katastrofa wzbudziła współczucie za granicą, ale ujawniła tajną operację Mossadu, co rozgniewało władze marokańskie. https://simple.wikipedia.org/wiki/Egoz_(ship)

Cała operacja i jej uczestnicy znaleźli się w niebezpieczeństwie, ale na szczęście dla Izraela w marcu 1961 r. zmarł Mohammad V, a jego miejsce zajął syn Hassan II. Nowy król dążył do poprawy stosunków ze Stanami Zjednoczonymi i dał się przekonać Amerykańskiemu Żydowskiemu Komitetowi Wspólnej Dystrybucji (Jewish Joint Distribution Committee) oraz Hebrajskiemu Towarzystwu Pomocy Imigrantom (Hebrew Immigrant Aid Society) – dwóm głównym amerykańskim żydowskim organizacjom humanitarnym – że wywrze dobre wrażenie, jeśli pozwoli Żydom ze swojego królestwa na swobodny wyjazd do Izraela.

W zamian za to organizacje Joint i HIAS przekazały łapówki nowemu władcy i jego najwyższym urzędnikom – w praktyce była to opłata od każdej osoby, której zezwolono na wyjazd, ale zamaskowana jako „rekompensata” dla rządu marokańskiego rzekomo inwestującego w lokalną edukację żydowską. Dzięki wsparciu w postaci darowizn od amerykańskich Żydów obie organizacje wypłaciły prawie 50 milionów dolarów, aby „nasmarować tryby mechanizmu” i umożliwić wyjazd około 60 000 marokańskich Żydów.

Rozpoczęto nowy etap projektu imigracyjnego, nazwany „Yakhin” na cześć jednego z filarów podtrzymujących Świątynię Salomona. Projekt ten ponownie był prowadzony przez Mossad. W ten sposób w latach 1961–1967 do Izraela przybyło kolejnych 80 000 Żydów w ramach tzw. aliji. https://en.wikipedia.org/wiki/Operation_Yachin

Niewielka społeczność żydowska, która pozostała w Maroku, od tamtej pory pełni rolę pomostu w stosunkach izraelsko-marokańskich, zwłaszcza w burzliwych czasach i w obliczu kryzysów. Projekt „Misgeret”, łączący imigrację z samobroną społecznościową i łapówkami, posłużył jako wzór dla przyszłych wspólnych i tajnych operacji Mossadu oraz Amerykańskiego Żydowskiego Komitetu Wspólnej Dystrybucji (Joint Distribution Committee) na rzecz innych społeczności żydowskich znajdujących się w trudnej sytuacji na całym świecie – od Argentyny po Irak, Europę Zachodnią, a później Jemen i Etiopię.

Okres panowania Hassana II uznaje się za złoty wiek tajnych stosunków między obydwoma krajami – stosunków pielęgnowanych zarówno przez Mossad, jak i jego marokańskiego odpowiednika, na czele którego stali dwaj oficerowie wywiadu i wojska: generał Mohamed Oufkir oraz pułkownik Ahmed Dlimi. Obaj oficerowie zostali później zabici na rozkaz króla, który oskarżył ich o spiskowanie przeciwko niemu.

Duet marokańskich służb wywiadowczych zezwolił Mossadowi na otwarcie placówki w kraju; mieściła się ona w willi w stolicy, Rabacie, i była obsadzona przez doświadczonych agentów, wśród których byli Yosef Porat i Dov Ashdot.  Kiedy w 1965 roku Maroko było gospodarzem drugiego szczytu Ligi Arabskiej, jego służby bezpieczeństwa postanowiły podsłuchać pokoje hotelowe i sale konferencyjne w Casablance, w których przebywali wszyscy przywódcy arabscy – od królów, prezydentów i premierów po szefów sztabów wojskowych.

Chociaż mogła to być stosunkowo powszechna praktyka wśród służb bezpieczeństwa na całym świecie, działania Maroka wynikały również z nieufności wobec niektórych członków Ligi Arabskiej i były wspierane przez CIA, która utrzymywała dobre stosunki z królem Hassanem. Jednak tym, co było naprawdę niezwykłe, był udział w operacji podsłuchowej państwa oficjalnie wrogiego: Izraela.

Według zagranicznych doniesień na miejscu byli również agenci Mossadu, którzy pomagali lokalnym odpowiednikom w operacji podsłuchowej i dzielili się informacjami. Zgodnie z tymi doniesieniami Maroko pomagało Mossadowi w umieszczaniu agentów w wrogich krajach arabskich, takich jak Egipt, który był wówczas największym wrogiem Izraela. Mossad szybko jednak zdał sobie sprawę, że w świecie szpiegowskim nie ma nic za darmo. Marokańczycy oczekiwali rekompensaty – i to w szczególnie kłopotliwej formie, która niemal zniweczyła dziesięciolecia pracy nad budowaniem tajnego sojuszu między Izraelem a Marokiem.

W roku 1965, Oufkir i Dlimi zwrócili się do szefa Mossadu, Meira Amita, z prośbą o zamordowanie Mehdiego Ben Barki, charyzmatycznego przywódcy marokańskiej opozycji i zagorzałego przeciwnika Hassana II. Amit skonsultował się z premierem Levi Eshkolem; była to bez wątpienia niezwykła prośba: stanie się marokańskimi najemnikami w celu dokonania zabójstwa na tle politycznym.

Eshkol zawetował tę prośbę, ale zezwolił Mossadowi na pomoc Marokańczykom w ustaleniu miejsca pobytu Ben Barki. „Byłem zaskoczony, jak łatwo nam to przyszło” – powiedział mi kilka lat temu Rafi Eitan, ówczesny szef operacji Mossadu w Europie (Eitan zmarł w 2019 roku). „Marokańczycy powiedzieli nam, że Ben Barka przebywa w Genewie. Poprosiłem jednego z naszych współpracowników, a on znalazł adres w lokalnej książce telefonicznej”. Marokańscy agenci, wspomagani przez byłych francuskich policjantów i funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa podających się za ekipę filmową, zwabili Bena Barkę do kawiarni Café Lippi w Paryżu i porwali go w biały dzień.

Dwaj najbliżsi marokańscy współpracownicy Mossadu, Oufkir i Dlimi, osobiście przesłuchiwali i torturowali Bin Barakę aż do spowodowania jego śmierci. Nie było jasne, czy zamierzali go zabić. Dlimi wpadł w panikę i pospiesznie poprosił Eitana o kolejną przysługę: pomoc w pozbyciu się ciała.

Według zagranicznych doniesień Eitan rozłożył mapę, wskazał na zielony, zalesiony obszar Bois de Boulogne w stolicy Francji, polecił im kupić worek z kwasem, owinąć w niego ciało i tam je zakopać. Ciała Ben Barki nigdy nie odnaleziono, ale zabójstwo wywołało burzę dyplomatyczną i polityczną we Francji, Maroku i Izraelu. https://en.wikipedia.org/wiki/Mehdi_Ben_Barka https://www.haaretz.com/israel-news/2019-03-23/ty-article/.premium/rafi-eitan-ex-mossad-agent-who-led-eichmanns-capture-dies-at-92/0000017f-ea05-dea7-adff-fbff79830000

Prezydent Francji Charles de Gaulle zażądał od Izraela wyjaśnień i zagroził zamknięciem placówki Mossadu w Paryżu, która była wówczas głównym ośrodkiem operacji tej agencji w Europie. W Izraelu powołano komisję śledczą, aby odpowiedzieć na kluczowe pytanie: kto wydał rozkaz udziału w spisku. Szef Mossadu Amit i premier Eshkol wyjaśnili, że Izrael był zaangażowany w zabójstwo jedynie pośrednio, ale świat nie chciał uwierzyć w ich wersję wydarzeń.

Ta pamiętna prośba ze strony Maroka stała się precedensem określającym sposób, w jaki Mossad reagował, gdy wiele innych służb bezpieczeństwa zwracało się o pomoc w pozbyciu się swoich przeciwników politycznych. Od czasu porażki w sprawie Ben Barki, Mossad zawsze odrzucał takie prośby. Dwa lata później Izrael odniósł szybkie zwycięstwo w wojnie sześciodniowej z 1967 roku. Prestiż Izraela rósł, co przyczyniło się do poprawy stosunków z Marokiem. Nadwyżki wojskowe Izraela – czołgi i artyleria od francuskich producentów – zostały sprzedane armii marokańskiej.

Jednak owe przyjazne stosunki nie powstrzymały króla Hassana II przed wysłaniem swoich wojsk, by wesprzeć egipsko-syryjskie działania wojenne przeciwko Izraelowi w 1973 roku. W odwecie szef Mossadu Icchak Hofi nakazał wstrzymanie współpracy z Marokiem.

Spór nie trwał zbyt długo. W 1977 roku król Hassan był gospodarzem tajnych spotkań między Mossadem a Egiptem, które utorowały drogę do historycznego przemówienia Sadata w Knesecie oraz podpisania traktatu pokojowego między Jerozolimą a Kairem – pierwszego tego rodzaju porozumienia między Izraelem a światem arabskim. Stosunki izraelsko-marokańskie wkrótce wróciły na właściwe tory we wszystkich dziedzinach. Izraelski sprzęt wojskowy, doradcy i eksperci szkolili swoich marokańskich odpowiedników w zakresie taktyk przeciwpartyzanckich w walce z Frontem Polisario, który walczy o niepodległość Sahary Zachodniej – byłej kolonii hiszpańskiej zaanektowanej przez Maroko w 1976 roku.

W następstwie procesu pokojowego między Izraelem a Organizacją Wyzwolenia Palestyny (OWP) oraz porozumień z Oslo, idąc w ślady innych państw arabskich i muzułmańskich, Maroko otworzyło w Tel Awiwie placówkę dyplomatyczną o ograniczonym zakresie kompetencji. Po drugiej intifadzie król Mohammed VI, który w międzyczasie przejął tron po swoim zmarłym ojcu Hassanie, nakazał zamknięcie tej placówki w 2000 roku.

Jednak nieformalne więzi zawsze pozostawały nienaruszone. Szacuje się, że około miliona Izraelczyków może pochwalić się marokańskim pochodzeniem, a zarówno oni, jak i inni Izraelczycy od lat mogą przylatywać do Maroka i podróżować po tym kraju. Handel dwustronny stale rośnie. Stosunki wywiadowcze i wojskowe między obydwoma krajami są lepsze niż kiedykolwiek. Niedawne ogłoszenie normalizacji stosunków formalizuje publicznie to, co od dawna było tajnymi relacjami między Izraelem a Marokiem, zapoczątkowanymi i pielęgnowanymi przez Mossad.

Jest to klasyczny przykład działania Mossadu jako „cienia” izraelskiej polityki zagranicznej i nie byłoby zaskoczeniem, gdyby również relacje z innymi państwami – takimi jak Oman, Arabia Saudyjska i Indonezja, gdzie izraelskie służby specjalne również odgrywały wiodącą rolę – wyszły na jaw wraz z nawiązaniem formalnych stosunków dyplomatycznych.

INFO: haaretz.com/israel/assassination-bribes-smuggling-jews-inside-mossads-secret-alliance-with-morocco

babylonianempire/tzw-porozumienia-abrahamowe-zaczely-docierac-do-gibraltaru-juz-od-wiosny-2026

Irak jako kolejny filar wsparcia… Iranu

Irak jako kolejny filar wsparcia

Autor: Dirk Ellerbrock apolut/der-irak-als-naechstes-standbein

Irak jako kolejny filar wsparcia | Autor: Dirk Ellerbrock

Dlaczego Waszyngton nie może uwolnić się od fiskalnego napięcia nerwów

Artykuł Dirka Ellerbrocka.

Istnieje różnica między krajem, który utraciłeś, a krajem, którego nigdy tak naprawdę nie posiadałeś, ale mimo to wysysasz jego krew. Irak należy do tej drugiej grupy i właśnie to czyni go jednym z najniebezpieczniejszych otwartych frontów w obecnej sytuacji dla Waszyngtonu.

Państwo okupowane bez okupacji

Od ponad dwudziestu lat suwerenność Iraku funkcjonowała według osobliwego schematu: Bagdad ma wybieralny rząd, własną armię i własną konstytucję – a mimo to większość jego finansów publicznych funkcjonuje poza jego bezpośrednią kontrolą. Dochody z ropy naftowej, stanowiące dziewięć dziesiątych dochodów państwa, nie są pobierane bezpośrednio, lecz przekazywane za pośrednictwem systemu rozliczeniowego opartego na dolarze, który jest instytucjonalnie zakorzeniony od czasu okupacji w 2003 roku.

Zatem Irak nie jest okupowany w militarnym sensie tego słowa. Jest czymś mniej rzucającym się w oczy: jest uwięziony fiskalnie, a jednocześnie utrzymuje suwerenność polityczną.

Ta struktura nie jest ubocznym skutkiem lat okupacji, lecz ich prawdziwym dziedzictwem. Pozwala ona na uzyskanie w dużej mierze nierozwiniętej, a jednak zdeterminowanej z zewnątrz odpowiedzi na kluczowe pytanie: kto ma największe dochody z ropy naftowej w regionie? Właśnie dlatego reakcja rządu irackiego w obliczu kryzysu jest tak wąsko zdefiniowana: premier, który opowiada się przeciwko Iranowi, jest uważany za wiarygodnego. Ten, kto posunie się za daleko w przeciwnym kierunku, ryzykuje utratę zdolności rządzenia w ciągu kilku godzin – nie w wyniku zamachu stanu, ale po prostu dlatego, że dopływ pieniędzy, od którego zależy państwo, może zostać w każdej chwili odcięty.

Podwójna suwerenność jako objaw

Z tej opresji zrodziła się najbardziej osobliwa instytucja we współczesnym Iraku: Siły Mobilizacji Ludowej (PMF). Formalnie, od 2018/19 roku, zostały one dekretem premiera podporządkowane regularnemu łańcuchowi dowodzenia – nie są tworem milicji, lecz integralną częścią sił bezpieczeństwa. W praktyce działają z pewną autonomią, która pozwala rządowi zezwalać na represje bez oficjalnego brania za nie odpowiedzialności. Nie jest to manewr taktyczny, lecz jedyny dostępny mechanizm dla państwa, które posiada wystarczającą suwerenność, by się na niego powołać, ale niewystarczającą, by bezkarnie go stosować.

Ta podwójna państwowość jest formą przejściową. Istnieje tak długo, jak długo niewola fiskalna nie zostanie zerwana – i traci swoją funkcję w momencie, gdy albo gwarancja militarnego przymusu (obecność amerykańska, zdolność do destabilizacji niesfornego rządu), albo sama więź fiskalna znika.

Dlaczego Irak waży więcej niż Jemen czy Liban

Pomimo wieloletniej blokady, Jemen zbudował własne moce produkcyjne w zakresie pocisków rakietowych i dronów i jest obecnie w dużej mierze niezależny od dostaw z Iranu. Jego znaczenie wynika z jego pozycji geograficznej nad jedną z najważniejszych cieśnin świata, a nie z jego własnej struktury gospodarczej. Libański ruch oporu ma kluczowe znaczenie militarne i polityczne, ale brakuje mu własnej bazy surowcowej. Oba państwa, pomimo swojej znacznej siły, są uzależnione gospodarczo od czynników zewnętrznych.

Irak jest jedynym graczem na tym polu, który dysponuje jednymi z największych na świecie rezerw ropy naftowej, stanowi geograficznie most lądowy między Iranem a Lewantem i posiada siłę ekonomiczną, by stać się drugim filarem materialnym obok samego Iranu – nie tylko kolejnym uzbrojonym, ale zależnym bastionem. Irak, który przetwarzałby swoje dochody z ropy poza clearingiem dolarowym, nie tylko uwolniłby się od niewoli fiskalnej. Zapewniłby całej konstelacji, która coraz bardziej formuje się przeciwko amerykańskiej obecności w regionie, drugi, suwerenny przepływ kapitału – taki, który nie jest powiązany z irańską gospodarką bazową, a zatem nie może być objęty wyłącznie sankcjami wobec Teheranu. Stanowiłoby to jakościowy skok od struktury z objętym sankcjami centrum i kilkoma gospodarczo zależnymi peryferiami do struktury z dwoma niezależnymi centrami gospodarczymi.

Właśnie tego Waszyngton nie może stracić w Iraku – nie rozmieszczenia wojsk, nie symbolicznej obecności, ale kontroli nad mechanizmem fiskalnym, który zapobiega temu, by bogate w ropę państwo z silnym poczuciem autonomii stało się drugim, niezależnym ośrodkiem kontrwładzy.

Niebezpieczeństwo zwycięstwa Haszd asz-Szabi (PMF)

Co tak naprawdę oznaczałoby zwycięstwo PMF – rozumiane nie jako pojedyncze bitwy, ale jako skuteczne zniesienie amerykańskiej gwarancji egzekwowania prawa? Początkowo mniej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Suwerenność wojskowa i suwerenność fiskalna to dwa odrębne byty. Sam Iran stanowi studium przypadku: przez 47 lat bez wojsk amerykańskich na swoim terytorium, uwolnienie się od ograniczeń finansowych zajęło mu dekady – poprzez systemy barterowe, ominięcie banków i własne sieci eksportowe. Wycofanie wojsk otwiera okno możliwości. Nie zastępuje ono automatycznie infrastruktury, przez którą faktycznie przepływają dochody z ropy naftowej.

Dla Iraku stanowi to prawdziwe zagrożenie z perspektywy Waszyngtonu – a jednocześnie realną szansę dla drugiej strony: gdyby w tym okresie pojawiło się alternatywne rozwiązanie – kontrakty denominowane w juanach, nowe relacje bankowości korespondencyjnej z instytucjami irańskimi lub chińskimi – zerwanie byłoby nieodwracalne. I tu wchodzi w grę infrastruktura, która już istnieje i nie wymagałaby budowy: religijne i instytucjonalne powiązania między Nadżafem a Kom, gospodarka pielgrzymkowa wokół Karbali, która co roku przyciąga miliony ludzi i od dawna wspiera nieformalny, niezależny system transferów. Kanały te znacząco obniżają koszty transakcyjne reorganizacji gospodarczej – nie dlatego, że sekciarstwo z natury wymusza sojusze, ale dlatego, że istniejące kanały przyspieszają separację motywowaną materialnie, która i tak jest wpisana w logikę sytuacji.

Z amerykańskiej perspektywy to jest prawdziwy koszmarny scenariusz: nie kolejna porażka militarna w i tak już przeciążonym regionie, ale utrata ostatniej dużej dźwigni fiskalnej w kraju bogatym w ropę naftową – z euroazjatycką siecią bezpieczeństwa (Iran jako główny pośrednik, zapewniający dostęp do chińskich kontraktów naftowych denominowanych w juanach i rosyjsko-chińskiej infrastruktury rozliczeniowej), która już istnieje i którą trzeba po prostu połączyć.

Zakład saudyjski

Tym, co czyni saudyjski atak na pozycje PMF szczególnie godnym uwagi w tej sytuacji, jest jego krótkowzroczność. Rijad nie działa jedynie jako narzędzie w rękach Waszyngtonu, lecz realizuje własne, bezpośrednie interesy: chroni swoją infrastrukturę naftową przed dalszymi atakami, stwarza sytuację faktyczną przed terminem rozbrojenia pod koniec września i kupuje dalsze wsparcie amerykańskie w momencie, gdy to wsparcie wyraźnie słabnie. Nie jest to manipulacja z zewnątrz, lecz hazard pod presją czasu – hazard, który uruchamia właśnie dynamikę eskalacji, zmniejszającą szanse na stabilny, niewrogi Irak jako sąsiada w dłuższej perspektywie. Każdy, kto bombarduje regularne siły bezpieczeństwa sąsiedniego państwa i publicznie nazywa je milicjami, aby legitymizować własne działania, ryzykuje utrwalenie tej samej logiki odwetu, której tak naprawdę chciał zapobiec. Czy ostatecznie doprowadzi to do zerwania, którego Waszyngton obawia się najbardziej, dopiero się okaże.

Jedno jest pewne: jeśli sytuacja nie uspokoi się w ciągu kilku tygodni, Rijad w zamian za krótkoterminowe korzyści pozyska na stałe wrogiego sąsiada – złą umowę, choć krótkowzroczną.

+++

Źródło obrazu: Sunshine Seeds / shutterstock

+++

Źródła:

Al Jazeera: „USA i Arabia Saudyjska atakują grupy „sprzymierzone z Iranem” w Iraku”, 29 lipca 2026 r.

Al Jazeera: „Irackie grupy zbrojne potępiają «niebezpieczną eskalację» po atakach USA i Arabii Saudyjskiej”, 29 lipca 2026 r.

The Times of Israel: „USA i Saudyjczycy odpowiadają na ataki irackich milicji proirańskich, podczas gdy Iran wznawiają ataki na siły USA w Jordanii”, 30 lipca 2026 r.

Al Arabiya English: „Jak Stany Zjednoczone kontrolują dochody Iraku z ropy naftowej”, 23 stycznia 2026 r. – o rozwoju, funkcjonowaniu i bieżącej kontroli Funduszu Rozwoju Iraku (DFI) w Banku Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku

Reuters/US News: „Wyjaśniacz – jak USA kontrolują dochody z ropy naftowej w Iraku”, 23 stycznia 2026 r.


Faktyczne koszty ukraińskich dronowych ekscesów

Faktyczne koszty ukraińskich dronowych ekscesów

Bojan Stanisławski

Od początku czerwca Ukraina systematycznie rozszerzała kampanię uderzeń dronowych na cele położone w głąb terytorium Federacji Rosyjskiej, co wywołało to falę niebywałej ekscytacji w Polsce i na Zachodzie. Czy rzeczywiście mają się z czego cieszyć? 

3 czerwca, w dniu rozpoczęcia Międzynarodowego Forum Ekonomicznego w Petersburgu ukraińskie drony uderzyły w terminal naftowy oraz infrastrukturę portową Petersburga. Był to przede wszystkim cios o wymiarze politycznym i wizerunkowym; wymierzony w taki sposób, by spowodować spektakularny efekt pirotechniczny w trakcie trwania elitarnego konwentyklu biznesowego, mający pokazać zagranicznym gościom, że nie są bezpieczni.

W kolejnych tygodniach kampania zaczęła nabierać tempa. 12 czerwca ukraińskie drony uderzyły w kompleks petrochemiczny TANECO w Niżniekamsku w Tatarstanie – jedną z największych rafinerii w Rosji. 16 czerwca zapłonęła rafineria Gazprom Nieft w południowo-wschodniej części Moskwy – największy dostawca paliw dla regionu stołecznego. Dwa dni później, ponownie trafiono ten obiekt. Początek lipca przyniósł kolejne uderzenia – 1 i 2 lipca zaatakowano zakłady Basznieft w Baszkortostanie oraz rafinerię w Kstowie pod Niżnym Nowogrodem, 6 lipca płonęły rafinerie w Omsku i Jarosławiu, a w kolejnych dniach pojawiły się doniesienia o trafieniach między innymi w Saratowie, Moskwie, Ilskim, Syzraniu, Afipskim i Saławacie. Kampania stopniowo ewoluowała od uderzeń w sektor paliwowy i przemysł ciężki do ataków wymierzonych również w rosyjską logistykę cywilną.

18 lipca ukraińskie drony uderzyły w centra logistyczne największej rosyjskiej platformy handlu internetowego Wildberries w Kotowsku – mieście położonym około 475 kilometrów na południowy wschód od Moskwy, w obwodzie tambowskim – oraz w Elektrostali, przemysłowym mieście około 50 kilometrów na wschód od stolicy Rosji. W samym Kotowsku zginęło siedmiu pracowników nocnej zmiany, a 25 osób zostało rannych. W Elektrostali obrażenia odniosły kolejne 24 osoby. Tego samego dnia ukraińskie drony doprowadziły również do pożaru bazy paliwowej w Nogińsku, około 35 kilometrów na wschód od Moskwy. W wyniku tego ataku ranne zostały dwie osoby, a z pobliskiego szpitala położniczego ewakuowano pacjentów

A i na tym nie koniec. 22 lipca celem stały się kolejne centra logistyczne Wildberries w Krasnodarze i Niewinnomyssku, a 24 lipca płonęły magazyny w obwodzie leningradzkim pod Petersburgiem. 29 i 30 lipca doszły następne uderzenia – między innymi na magazyny w Riazaniu, Penzie, Sarapule i Permie, równolegle z atakami na Riazańską Rafinerię Nafty i inne zakłady przemysłowe.

Według właścicielki Wildberries Tatiany Kim od 18 lipca ukraińskie drony zniszczyły ponad tuzin centrów logistycznych należących do jej przedsiębiorstwa. Reuters podaje, że w całej kampanii śmierć poniosło co najmniej dziewięć osób, a z użytku wyłączono około 10 proc. zdolności logistycznych największej rosyjskiej platformy handlu internetowego. Wildberries rozpoczęło wypłatę odszkodowań rodzinom ofiar i osobom rannym, zapowiedziało również rekompensaty dla tysięcy sprzedawców, których towary spłonęły w magazynach. Według rosyjskich mediów spółka prowadzi rozmowy z władzami na temat szerokiego programu wsparcia – obejmującego między innymi ulgi podatkowe oraz pomoc finansową dla przedsiębiorców korzystających z platformy. Tatiana Kim przyznała, że firma przebudowuje całą sieć logistyczną, aby utrzymać ciągłość dostaw, a państwowe banki mają uczestniczyć w finansowaniu działań naprawczych.

Trudno dziś oszacować ostateczny koszt tej kampanii dla rosyjskiej gospodarki. Wiadomo jednak, że Wildberries należy do największych prywatnych przedsiębiorstw w Rosji, obsługuje miliony zamówień dziennie, współpracuje z gigantyczną siecią podwykonawców i jest jednym z największych płatników podatków w rosyjskim sektorze handlu elektronicznego. Dlatego skutki ataków wykraczają z pewnością dalece poza same zniszczone magazyny.

Na całym Zachodzie, w mediach i na platformach anty-społecznościowych wybuchła euforia. Masowo pojawiły się stare zaklęcia: „Ukraina wygrywa”, „Rosja dłużej tego nie udźwignie”, itp. 

Czy ktokolwiek przytomny naprawdę wierzy, że klientka Wildberries, platformy kojarzonej przede wszystkim ze sprzedażą damskich kosmetyków, galanterii i innych produktów codziennego użytku, która nie dostanie na czas zamówionej szminki, balsamu, torebki czy sukienki, nagle zwróci swój gniew przeciwko Putinowi? A może opóźniona dostawa zakupów stanie się impulsem do jakiejś masowej politycznej reorientacji?

Dokładnie tę samą logikę słyszeliśmy już na początku 2022 roku, gdy Zachód nakładał kolejne pakiety sankcji. Wówczas również przekonywano opinię publiczną, że wystarczy odciąć Rosjan od zachodnich marek, elektroniki użytkowej i odebrać im dostęp do artefaktów społeczeństwa konsumpcyjnego, a społeczne niezadowolenie ni chybił, jak raz, zwróci się przeciwko Kremlowi.

Szyderczym komentarzom przy wycofaniu się z Rosji sieci McDonald’s czy koncernu Apple nie było końca. Polski komentariat ryczał wówczas o „resowietyzacji” i przydawał sobie wszelkich przewag gdyż „u nas” można wszak wydać majątek na najnowszy model iPhone’a i zjeść kawałek sprasowanego ścierwa w syntetycznej bułce, której skład przypomina mąkę przetopioną z foliową torebką.

Minęły ponad cztery lata. Rosja nadal prowadzi wojnę, a żadna z tych prognoz się nie spełniła. Nie doszło ani do cywilizacyjnej implozji, ani do społecznego buntu, ani nawet do poważnego obniżenia wskaźników zaufania do Putina i jego administracji.

Czy aby rachunek zysków i strat rzeczywiście wygląda tak korzystnie, jak przedstawiają go najbardziej entuzjastyczni komentatorzy?

W odpowiedzi Rosja drastycznie podniosła intensywność ataków. Uderzenia stają się coraz bardziej niszczycielskie, a ukraińskie miasta tracą krytyczną infrastrukturę, zakłady przemysłowe, magazyny i zaplecze transportowe. Kolejne fale rakiet i dronów zamieniają całe obszary przemysłowe w ruiny, uszkadzają obiekty wojskowe, podwójnego zastosowania i cywilne. Każdy taki atak to fabryki, magazyny, drogi i linie kolejowe, centra zaopatrzenia w paliwo, rozdzielnie energii elektrycznej, hangary, lokomotywownie, garaże, a nawet stacje benzynowe, które przestają istnieć.

Już w nocy z pierwszego na drugi czerwca Rosja przeprowadziła jeden z największych ataków. Setki dronów i dziesiątki rakiet spadły między innymi na Kijów, Dniepropietrowsk i Charków. Według ukraińskich władz zginęły co najmniej 23 osoby, a około 130 zostało rannych. Celem były przedsiębiorstwa przemysłu obronnego, natomiast zniszczenia objęły również budynki mieszkalne i infrastrukturę miejską.

Najbardziej niszczycielskie uderzenie na Kijów nastąpiło jednak miesiąc później, w nocy z pierwszego na drugi lipca. Rosja użyła setek dronów oraz dziesiątek pocisków manewrujących i balistycznych. Zginęło co najmniej 30 osób, rannych zostało ponad 90, a uszkodzeniu uległo ponad 150 budynków.

Kolejne masowe uderzenia następowały praktycznie przez cały lipiec. Pod koniec ub. miesiąca, w nocy z 29 na 30 lipca Rosja uderzyła w Kijów, Lwów, Krzywy Róg i kilka innych miast. Zaś z 30 na 31 lipca nastąpił ponowny atak na Kijów i jego okolice. Według relacji samego Wołodymyra Zełenskiego Rosja wystrzeliła 35 rakiet, w tym 27 balistycznych, oraz 185 dronów. Ukraińska obrona zdołała przechwycić zaledwie jedną rakietę balistyczną. Zginęło co najmniej 10 osób, uszkodzonych zostało 18 budynków mieszkalnych, szkoła, ambasada Litwy i infrastruktura w siedmiu dzielnicach stolicy. Najciężej ucierpiały dzielnice Darnycka i Sołomiańska.

Osobną tragedią jest sytuacja ukraińskich portów czarnomorskich. Od początku lipca Rosja niemal codziennie prowadziła operacje wymierzone w infrastrukturę portową Odessy, Czarnomorska i Piwdennego, a także w statki zmierzające do ukraińskich portów albo z nich wypływające. 13 lipca rosyjski atak na port w obwodzie odeskim trafił w zacumowany statek pod banderą Togo, przewożący nawozy. 19 lipca zaatakowany został płynący z Czarnomorska statek „Golden Leo”, przewożący kukurydzę w kierunku Rumunii. Zginęło dziewięciu członków załogi, kolejnych ośmiu udało się uratować. Uszkodzony statek zatonął tydzień później u wybrzeży Odessy. Dwa dni później, już w pobliżu rumuńskich wód, trafiony został statek pod banderą Liberii, który płynął z Egiptu do ukraińskiego portu Reni.

22 lipca Rosja poinformowała o kolejnych uderzeniach na Odessę i Czarnomorsk. Według rosyjskiego Ministerstwa Obrony zniszczono infrastrukturę przeładunkową, zbiorniki paliwowe, magazyny oraz kilka statków handlowych, których załogi Moskwa oskarżała o transport zaopatrzenia wojskowego.

Trudno na obecnym etapie o wiarygodną ewidencję strat. Strona ukraińska potwierdza, że cztery spośród 13 dużych terminali zbożowych wstrzymały zakupy, a Kernel – największy ukraiński eksporter zbóż – zawiesił działalność w porcie Czarnomorsk. Również duński koncern Maersk wstrzymał obsługę tego portu i zaczął przekierowywać część ładunków do Rumunii.

22 lipca ukraiński minister rolnictwa poinformował, że tego dnia do czarnomorskich portów Ukrainy nie wpłynął ani jeden statek handlowy. Formalnie porty pozostawały otwarte, ale armatorzy odwoływali rejsy ze względu na ryzyko kolejnych uderzeń i reakcje ubezpieczycieli. Ukraińska międzynarodowa żegluga handlowa została sparaliżowana. Dla państwa, które ponad 90 proc. eksportu zbóż i olejów roślinnych realizowało właśnie przez porty obwodu odeskiego, oznacza to potężną strategiczną stratę.

W tym kontekście doprawdy zdumiewa zaskoczenie ludzi, którzy jeszcze wczoraj z entuzjazmem udostępniali nagrania płonących magazynów i rafinerii w Rosji, a dziś z oburzeniem i żalem utyskują na podłość Rosjan, którzy mieli czelność odpowiedzieć na ukraińskie zaczepki falą zmasowanych nalotów.

Wojna ma swoją oczywistą logikę. Eskalacja rodzi eskalację; nie trzeba być Johnem Mearsheimerem czy Robertem Papem żeby to stwierdzić. Każda ze stron stara się zwiększać koszty ponoszone przez przeciwnika, odpowiadać mocniej i sięgać głębiej. Można oceniać to moralnie, ale nie można jednocześnie „jarać się jak ruSSkie rafinerie” i udawać kompletne zaskoczenie, kiedy druga strona odpowie pięknym za nadobne.

Dla przeciętnego polskiego cymbała z internetu płonące silosy z paliwem w Rosji są dowodem skuteczności i powodem do satysfakcji. Eksplodujące magazyny amunicji na Ukrainie zaś dowodem barbarzyństwa. Tymczasem oba obrazy są elementami tego samego mechanizmu – spirali wojennej eskalacji, która z każdym kolejnym tygodniem, miesiącem czy rokiem przynosi coraz więcej pożogi i śmierci.

Wszystkim tym, którzy z takim podnieceniem oglądali spektakularne pożary w Moskwie, Petersburgu i rosyjskich zakładach przemysłowych, wszystkim zachwyconym utrudnieniami, jakie ukraińskie drony spowodowały klientom Wildberries, ani przez chwilę nie przyjdzie oczywiście do głowy, żeby racjonalnie zastanowić się nad rezultatem tych śmiałych działań.

Ukraina nie zaczęła z tego powodu „wygrywać wojny”. Sytuacja na froncie nie uległa odwróceniu. Wojska rosyjskie nadal, bardzo powoli, lecz systematycznie, posuwają się naprzód. Rosyjskie społeczeństwo nie zmieniło swoich poglądów, nie pokochało Zachodu i nie porzuciło Putina. Doszło natomiast do drastycznej intensyfikacji rosyjskich ataków, której skutki ponosi Ukraina – jej szczątkowa i potwornie nadwyrężona przez wojnę gospodarka, infrastruktura portowa, przedsiębiorstwa oraz mieszkańcy wielkich ośrodków miejskich. Giną ludzie, płoną zakłady, niszczone są magazyny, porty i kolejne elementy infrastruktury krytycznej. Państwo, które już wcześniej funkcjonowało na granicy swoich możliwości, ponosi następne miliardy strat.

Taki jest realny bilans tej kampanii. Nie „rewolucja” w Rosji, nie bunt konsumentów, nie załamanie frontu i nie żadne wielki strategiczny przełom. Po jednej stronie kilka widowiskowych pożarów i kilka tygodni triumfalistycznej ekscytacji, po drugiej – jeszcze mocniejszy uderzenia w ukraińskie miasta, porty, przemysł i ludzi.

Bojan Stanisławski

Jak Wielka Brytania pchnęła Polaków do Powstania Warszawskiego

Jak Wielka Brytania pchnęła Polaków do Powstania Warszawskiego

30.7.2026 wolnemedia/jak-wielka-brytania-pchnela-polakow-do-powstania-warszawskiego

Kiedy przyjrzymy się debacie publicznej w III RP, czy też kiedy przeczytamy książki, wydane po 1989 roku, jeżeli chodzi o Powstanie Warszawskie, przewija się w nich nazwa przede wszystkim jednego kraju: Związku Sowieckiego. Kiedy przejdziemy się ulicami Warszawy w dniu 1 sierpnia dowolnego roku, czy to w Marszu Powstania czy też po prostu w jakichś zatłoczonych miejscach, usłyszeć możemy, że Stalin stał na rogatkach Warszawy i przyglądał się, jak Niemcy mordują kwiat polskiej młodzieży. W kontekście Powstania ’44 rzadko jednak pada nazwa jednego kraju: Wielkiej Brytanii. Nie znalazłem książki w języku polskim, która zawarłaby w sobie całokształt dostępnej wiedzy o roli Londynu w popchnięciu nas Polaków do Powstania Warszawskiego.

Powód tego jest oczywiście znany: geopolityka, układ sił. W okresie PRL-u nie pożądane było mówić o powstaniu bo Stalin faktycznie stał na rogatkach Warszawy i pozwalał Niemcom je tłumić. Poza tym sam fakt, że wywołał je Londyn był już dla komunistycznej nomenklatury dyskredytujący. W „Polityce” w 1957 roku ukazał się artykuł mówiący o tym, że brytyjski agent, zrzucony do Polski w kwietniu 1944 roku, wywierał wpływ na rzecz insurekcji przeciwko Niemcom. Ten agent to oczywiście Józef Retinger. I rzeczywiście prace wydawane po 1989 roku zdają się potwierdzać ten fakt, mimo iż szef wywiadu MSW na uchodźstwie Tadeusz Modelski w swojej pracy zdaje się to negować. Z pomocą przychodzą jednak historycy brytyjscy ale także polscy, którzy powtarzają „komunistyczną propagandę”. Jak to tak można!

Po 1989 roku przyjęto jednak na ogół ideologię odwrotną: ZSRR, Sowieci, Rosjanie byli winni katastrofy powstania, Zachód był ten dobry. To kłamstwo jest utrwalane w świadomości społecznej. Dlatego idąc ulicami Warszawy 1 sierpnia chyba od nikogo nie usłyszymy, że Wielka Brytania zaczęła przygotowywać powstanie przeciwko Niemcom już w maju 1939 roku, na 4 miesiące przed pierwszym wystrzałem z pancernika Szlezwig-Holsztyn. Co więcej, nie znalazłem książki o powstaniu polskiego autora, która zawarłaby w bibliografii pracę brytyjskiego historyka, która opisuje majowe przygotowania polsko-brytyjskie do powstania przeciwko Niemcom. Książka ta nosi tytuł „Pionierzy wojny nieregularnej” autorstwa Malcolma Atkina. Ale nie ona jedyna wskazuje nam kierunek londyński, kierunek brytyjski, jako tego głównego sprawcę rozpoczęcia 1 sierpnia 1944 roku warszawskiej katastrofy.

Jako punkt wyjścia w dyskusji o brytyjskiej prowokacji, jaką było Powstanie Warszawskie, dajmy sobie pracę historyka Piotra Zychowicza „Obłęd ’44”. Jest to dosyć dobra książka. Powiedzmy w skali od 1 do 6 dałbym jej 3, może 3,5. No dobra, niech będzie, że dostateczna, zgodnie ze szkolną skalą. Dlaczego jednak krytykuję zawodowego historyka, sam będąc skromnym publicystą, bez większych zasięgów? Otóż dlatego bo mogę – to po pierwsze. Oraz dlatego bo istnieją ku temu przesłanki. Silne przesłanki.

Dlaczego więc daję Zychowiczowi tylko 3-3,5? Spójrzmy na tytuł książki. Pełny tytuł: „Obłęd ’44, czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując Powstanie Warszawskie”. Z tego tytułu jednoznacznie wynika, że powstanie było w interesie ZSRR. Skoro zrobiliśmy Stalinowi prezent, więc działaliśmy w jego interesie. A przynajmniej w interesie jego kraju. Jest to oczywiście z gruntu błędna interpretacja. Wynika ona oczywiście z braku dokładnego zapoznania się z pracami brytyjskimi oraz szerzej anglosaskimi odnośnie przygotowywania powstania w Polsce.

Wystarczy zajrzeć do pracy pt „Wyspa Ostatniej Nadziei” Lynne Olson, wydanej po angielsku w 2017 roku, a po polsku rok później, aby przekonać się, że Brytyjczycy chcieli nie dopuścić do zagarnięcia Polski przez komunistów. Był to jeden z głównych powodów wsparcia dla powstania ze strony Winstona Churchilla. Nie jakaś tam miłość do Polaków. Wszyscy wiemy co Churchill powiedział na początku 1945 roku do generała Andersa. Była to zimna kalkulacja. Churchill reprezentował antykomunistyczne skrzydło brytyjskiego establishmentu. To właśnie to skrzydło popchnęło nas do insurekcji. A więc jego celem, co wynika z kierowniczej roli kręgów antysowieckich, było uderzenie w interesy ZSRR a nie robienie im prezentu.

Powstanie Warszawskie nie było więc prezentem dla Stalina. Miało być jego zmorą. Przygotowali je ludzie oskarżani o bycie bardziej antykomunistycznymi niż antynazistowskimi. Ludzie którzy po wojnie wysługiwać się będą nazistami i faszystami w budowania tajnych struktur militarnych w krajach NATO. Byli to także ludzie Churchilla. Cały establishment brytyjski głównego nurtu ich nienawidził i najchętniej rozwiązałby ich struktury.

W 1940 roku, w połowie lipca, Churchill wydał rozkaz podpalenia Europy. Odbiorcą tego polecenia był minister wojny ekonomicznej, podległy mu Hugh Dalton. 6 dni później, 22 lipca 1940 roku powołano do życia Kierownictwo Operacji Specjalnych, tajną służbę brytyjską, która całymi latami wspierała nas w przygotowywaniu powstania powszechnego, ograniczonego jak wiemy ostatecznie do obszaru Warszawy z powodu szybkich postępów sowieckiej operacji „Bagration”. Tego samego dnia także Londyn odrzucił niemiecką propozycję porozumienia, skierowaną oczywiście ostrzem przeciwko ZSRR. Churchill już w 1934 roku zakomunikował, że w przyszłej wojnie w Europie Moskwa będzie sojusznikiem Anglików. W październiku 1939 roku, w komunikacie radiowym, dał Sowietom zielone światło na zagarnięcie polskich Kresów Wschodnich.

Decyzja, pomimo sprzeciwu Lorda Halifaxa, który preferował porozumienie, nie mogła być więc inna: najpierw Berlin, potem Moskwa. Przez Berlin do Moskwy – tak brzmiało motto Churchilla, autora pomysłu operacji „Unthinkable”, która miała wypchnąć ZSRR, z pomocą wojsk niemieckich, z Europy Środkowej.

Churchill więc powołał do życia tajną służbę, która popchnie nas ostatecznie do powstania. Kiedy w trakcie debaty polskiego prawicowego celebryty W. Olszańskiego z badaczem polskiego podziemia Leszkiem Żebrowskim, autorem pracy „Paszkwil Wyborczej. Michnik i Cichy o Powstaniu Warszawskim”, padła z ust tego pierwszego teza, że Churchill powiedział: a Polakom zrobimy powstanie, pan Żebrowski się oburzył. Nie ma na to dokumentów – sugerował. „Alianci zachodni byli przeciwko Powstaniu Warszawskiemu. Robili wszystko żeby do niego nie dopuścić” – dodawał pan Żebrowski. Niestety, albo nie zna faktów, albo celowo dezinformował.

Faktycznie, nie znalazłem „dokumentów” na to że Churchill coś takiego powiedział w Teheranie. Znalazłem jednak „dokumenty” na to, że ten brytyjski premier wspierał powstanie, wbrew całemu brytyjskiemu establishmentowi wojskowo-wywiadowczo-dyplomatycznemu. Wreszcie że tajna służba, którą powołał do życia, całymi latami przygotowywała razem z Polakami powstanie pomimo iż doskonale wiedzieli, że nie będzie brytyjskiej pomocy.

Dlaczego więc to robili? Podobno bo Polski wywiad był tak cenny, że potrzeba było podtrzymywać nas w złudzeniu, że angielska pomoc nadejdzie. To wersja oficjalna, podawana zwłaszcza przez anglosaskich historyków, jak Lynne Olson. Jednak polscy historycy, którzy coraz więcej piszą o brytyjskich interesach w powstaniu, twierdzą, że Anglicy powstaniem chcieli wiązać niemieckie dywizje na Wschodzie, odciążając front zachodni. Takie powody podawała Polska Sekcja Kierownictwa Operacji Specjalnych, która zajmowała się szkoleniem tzw. cichociemnych – żołnierzy zrzucanych do okupowanej Polski na spadochronach w celu prowadzenia działań antyniemieckich. W brytyjskim interesie rzecz jasna. Bo przecież to Brytyjczycy ich przygotowywali do misji.

SOE – owe Kierownictwo Operacji Specjalnych, było powszechnie znienawidzone – od brytyjskich wojskowych, przez polityków i dyplomatów, po regularny wywiad. Tylko Churchill darzył ich sympatią. Bo bezwzględnie rozprawiali się z nazistami.

Churchill miał zapewne swój prywatny w tym interes. Jego związki rodzinne z funduszami rodziny Rothschildów są dobrze znane.

Ale Churchill był nie tylko najbardziej antynazistowski z brytyjskiego establishmentu Partii Konserwatywnej owego okresu, lat 1939-1940. Był także najbardziej antykomunistyczny. Już w 1944 roku sprzeciwiał się zdecydowanie zagarnięciu Europy Środkowej przez ZSRR. I to był główny powód wsparcia jego oraz jego podopiecznych dla powstania. Aby siła polska zajęła terytorium kraju przed Sowietami. W grę jednak wchodzić mogą inne powody, o czym w dalszej części tekstu.

W książce Zychowicza „Obłęd ’44” nie pada ani razu nazwisko szefa operacji SOE – Colina Gubbinsa, którego służba odegrała kluczową rolę w podburzaniu nas do powstania. Jak można w książce o powstaniu ani razu nie zawrzeć nazwiska głównego sprawcy?

Gdyby tego dokonano, ktoś bardziej obyty w historii Wielkiej Brytanii zrozumiałby, że tytuł nie klei się kupy. To przecież służba Gubbinsa była oskarżana o to, że jest bardziej antysowiecka, antykomunistyczna, niż antynazistowska. Nie bez powodu.

SOE, jak wiemy z pracy Gilesa Miltona „Ministerstwo Niedżentelmeńskich Działań Wojennych”, o której to pracy w bibliografii pracy Zychowicza nie ma ani słowa (gdyż została wydana 3 lata po wydaniu „Obłędu”), złożone było z dwóch ważnych elementów. Żadnym z nich nie było regularne wojsko. Dlatego byli nielubiani. Bo byli amatorami, poszukiwaczami przygód, krawaciarzami i do tego bandytami, którzy uczyli się podrzynania gardeł i kastrowania Niemców.

Tymi elementami byli bankierzy z londyńskiego City, brytyjska elita. Drugą częścią składową, dowódczą, byli wojskowi wywodzący się z ziemiaństwa. Nie wojskowi jako tacy. Lecz ci, którzy wywodzili się z najbardziej patriotycznej warstwy brytyjskiego społeczeństwa.

„Tego lata Dalton przyjął do pracy wielu mężczyzn, których znał dzięki osobistym kontaktom: bankierów, księgowych i prawników specjalizujących się w prawie międzynarodowym. Nie minęło dużo czasu – powiedział jeden ze zwerbowanych ludzi – a zatrudniliśmy jednego lub więcej przedstawicieli większości banków handlowych z City” – napisał Milton o SOE.

Czy jednak powodem werbowania ludzi z londyńskiej finansjery było to, że są oni także antykomunistyczni? Podobno robiono tak dlatego, bo SOE miało działać w Europie we współpracy z cywilami a nie wojskowymi więc potrzeba było do kontaktów z cywilami wykorzystywać także cywilów.

Nie zmienia to jednak faktu iż SOE reprezentowało najbardziej konserwatywne warstwy społeczeństwa brytyjskiego, a tym samym najbardziej antykomunistyczne. Churchill w lutym 1944 roku miał powiedzieć: „Wobec wkraczania Rosjan do Polski nasz interes polega na tym, że Polska powinna być silna i dobrze wspierana. Jeżeli będzie słaba i zostanie opanowana przez nacierające sowieckie armie, konsekwencje tego mogą przynieść wielkie zagrożenia dla przyszłości anglojęzycznych narodów”.

Słowa te są wielce wymowne i w zasadzie tłumaczą nam po co było przede wszystkim Powstanie Warszawskie i dlaczego Wielka Brytania je wspierała. Aby Sowieci nie zajęli całej Polski lecz jedynie jej wschodnie obszary.

Powstanie Warszawskie upadłoby po kilku pierwszych dniach prawdopodobnie gdyby nie jeden człowiek: Józef Retinger.

Retinger został w kwietniu 1944 roku zrzucony na spadochronie do Polski, startując samolotem z włoskiego Brindisi. Przy sobie miał kilkaset tysięcy dolarów w złocie i gotówce. Modelski, szef wywiadu MSW, w swojej pracy pt. „Byłem Szefem Wywiadu Naczelnego Wodza” pisze, że misja Retingera nie miała nic wspólnego z wybuchem powstania.

Pod datą 4 kwietnia 1944 napisał: „Misja dra Retingera polegała przede wszystkim na dokonaniu oceny politycznej i wojskowej wewnątrz kraju, ale nie miała żadnego bezpośredniego wpływu na wybuch Powstania Warszawskiego 1 sierpnia 1944 roku”.

Można te słowa interpretować na różne sposoby, wszak słowo „bezpośredniego” jest tutaj kluczowe. Evan McGilvray, brytyjski historyk, w swojej pracy z 2019 roku pt. „Polska i druga wojna światowa 1938-1948” napisał: „W krótkim czasie wybuchła wojna słowna dotycząca terminu i odpowiedzialności za powstanie. Ostatecznie polski rząd na uchodźstwie wysłał wysokiego rangą polityka, dr. Józefa Retingera, aby nawiązał kontakt z przywódcami podziemia i dostarczył pieniądze.”

Wiemy że polskie władze na uchodźstwie wydały na Retingera wyrok śmierci, podobnie jak chociażby zbuntowane wobec nich Narodowe Siły Zbrojne. Retingera z misją wysłały brytyjskie służby a pieniądze faktycznie były przeznaczone na ruch oporu. Modelski napisał: „Samolot, który wiózł dra Retingera, wystartował z Brindisi, wykonując misję na rozkaz Special Operations Executive (SOE).

Dlaczego więc McGilvray kłamie i przerzuca odpowiedzialność na Polskę? Cóż, nie wiem. Być może bo jest Anglikiem. Fakt faktem, że Retinger działał pod rozkazami SOE a więc pod rozkazami ministra wojny ekonomicznej, podporządkowanego Churchillowi. Churchill zapalił dla misji Retingera zielone światło.

To co jeszcze warte jest dodania a o czym wspomina Modelski, to to, że wszyscy dowódcy SOE w okresie jej istnienia, byli członkami brytyjskiej misji wojskowej do Polski we wrześniu 1939 roku. Której członkowie najpierw popychali nas do insurekcji przeciwko Niemcom, by po wjeździe do Polski Armii Czerwonej 17 września 1939 roku udać się pospiesznie do Rumuni. Na alkohol i „kobiety do towarzystwa”.

Polacy – gińcie w wojnie z Niemcami. My Anglicy przyjrzymy się wojnie, zobaczymy jak walczą Niemcy, spiszemy raporty a potem na wódkę (podobno pili szampana) i dziewczyny. A wy sobie dalej walczcie frajerzy.

Pieniądze, które dostarczył Retinger miały trafił do skarbnika Mikołajczyka i Stronnictwa Ludowego. Inne źródła podają wprost, że poszły na ruch oporu. Jak wiemy Anglicy wraz z operacją „Overlord” zintensyfikowali zrzuty zaopatrzenia na Polskę, aby wzmocnić opór w naszym kraju. Tj. aby odwrócić uwagę Niemców od Zachodu i skierować ją na Wschód.

Pomimo iż Modelski twierdzi, że misja Retingera nie miała nic wspólnego z powstaniem, Zychowicz przyznaje, że Retinger „namawiał Polaków” do „nasilenia działań dywersyjnych wymierzonych w Niemców i powstania”. Było to zgodne z potrzebą odwrócenia uwagi od operacji „Overlord” i marszu aliantów przez Francję do Berlina.

Wiemy że Churchill oraz niektórzy brytyjscy generałowie chcieli przeciąć drogę Armii Czerwonej, aby ta nie zdobyła zbyt wielu terytoriów w Europie Środkowej. Przyspieszeniu marszu do Berlina oraz zdobyciu go być może przed Sowietami służyć miała m.in. operacja „Market Garden”. Dodatkowo Churchill chciał lądowania na Bałkanach, naciskano także na Amerykanów aby szybciej przeszli przez Włochy, aby przeciąć drogę Stalinowi gdzieś w Europie Środkowej. I odciąć Sowietów od przemysłowego serca Europy. Słowa Churchilla, z lutego 1944 roku, tutaj wspomniane, najlepiej wyjaśniają jego poglądy.

Retinger został więc bez żadnych wątpliwości wysłany do Polski z funduszami na ruch oporu, przez SOE, a podburzanie nas do powstania w zasadzie nie ulega już wątpliwości. To samo czyniło kierownictwo SOE, zwłaszcza dwie postacie: Colin Gubbins, dowódca SOE a wcześniej dowódca operacji SOE, oraz Peter Wilkinson. Ten drugi w książce wprost przyznał, że wiedząc iż brytyjska pomoc nie nadejdzie, przygotowywał Polaków do powstania po 1941 roku kiedy to Polska przestała być aliantem Londynu w Europie numer 1 a stał się nim Związek Sowiecki. Obniżenie rangi Polski automatycznie sprawiło, że Anglicy stracili zainteresowanie wybuchem powstania w Polsce. Jednak SOE kontynuowały działania zmierzające do wybuchu powstania. Podobno aby utrzymać wśród Polaków złudzenie brytyjskiego wsparcia, po to, aby dane polskiego wywiadu napływały do Londynu. Około 44% danych wywiadowczych z Europy dostarczał wywiad polski. Dla utrzymania napływu tych danych wspierano przygotowywanie powstania pomimo oczywistego braku wsparcia w insurekcji ze strony większych sił brytyjskich.

Colin Gubbins podburzał nas do powstania po raz pierwszy jednak nie w 1942 czy 1943 roku. Robił to w 1939.

Już w maju 1939 roku Gubbins wylądował w Polsce. Aby montować nam ruch oporu. Warto jednak wrócić do korzeni brytyjsko-polskiej współpracy. Czy też może najpierw brytyjskiej prowokacji Retingera z 1938 roku, która miała zakończyć się zamachem stanu w RP. Ostatecznie jak wiemy nie zakończyła się. Polski rząd sam, bez brytyjskiej pomocy, zdecydował się wepchnąć nasz kraj pod dwie rozpędzone wywrotki ze żwirem. Sowiecką i niemiecką.

Retinger już w 1938 roku przybywał do Polski aby napuszczać nas na Niemców. Robił to pierwszy raz już w okresie I wojny światowej. Jednak ten okres to temat na inną dyskusję. Skupmy się na II wojnie światowej a raczej jej przededniu.

Retinger był czołową postacią przy tworzeniu w 1929 roku tzw. centrolewu, sojuszu partii opozycyjnych wobec sanacji. Już wówczas miał on podburzać polskie kręgi lewicowe i centrowe przeciwko Piłsudskiemu, propagując chaos i anarchię. Przyjęcie radykalnej postawy przez sojusz sprawiło, że władze RP aresztowały 11 członków ugrupowania. Osadzono ich w twierdzy w Brześciu. Retinger starał się wpływać na kręgi brytyjskie, aby wspierały więźniów.

Retinger więc anarchizował Polskę już w 1929 roku. Jednak 1938 rok będzie tutaj kluczowy. Wówczas to Hitler dokona anszlusu Austrii oraz, za zgodą mocarstw zachodnich, w tym przede wszystkim Wielkiej Brytanii, rządzonej przez wyznawców appeasmentu, Kraju Sudeckiego, w większości zamieszkałego przez Niemców.

Retinger oprócz centrolewu związał się także z Frontem Morges, sojuszem stronnictw centrowych, który powstał w Szwajcarii w 1936 roku. Jego członkowie rozważać mieli przewrót wojskowy. Dla Retingera i jego planów odcięcia Polski od Niemiec i wepchnięcia w wojnę z Berlinem byli znakomitymi wspólnikami.

Retinger brał udział już w jednoczeniu członków ugrupowania. Jednak jego rola we froncie została silnie zaznaczona dopiero w roku 1938.

W lutym Retinger spotkał się z Witosem, aby wytłumaczyć mu, że wizerunek Polski na Zachodzie, w związku z funkcjonowaniem reżimu sanacyjnego, jest niezbyt dobry. Żydowi w brytyjskiej służbie nie podobała się polityka zagraniczna Józefa Becka. Beck przez ludzi centrolewu określany był „płatnym niemieckim agentem”. Po spotkaniu udał się do brytyjskiego kanclerza skarbu, aby wyjaśnić mu jak wygląda obecna sytuacja polityczna w Polsce.

Retinger komunikował więc polskiej opozycji, że Londyn życzy obie zmiany władzy w naszym kraju – obalenia sanacji i zastąpienia jej Frontem. Jak podaje Mieczysław Biskupski, autor pracy „Wojna i dyplomacja na Wschodzie i na Zachodzie”, „brytyjska skłonność do ingerowania w polską politykę sięgała czasów znacznie wcześniejszych niż II wojna światowa”.

Retinger wprost informował stronę polską, że Anglia potrzebuje czasu na dozbrojenie się. Sugestia wielce wymowna. Ktoś musiał wszak dać Brytyjczykom ten czas. W tych słowach nie chodziło jednak jeszcze o zajęcie Sudetenlandu lecz o marcowy anszlus Austrii.

Retinger, pomimo złamania rąk w 1938 roku, wciąż dążył do obalenia sanacyjnej władzy, aby ta nie weszła w sojusz z Niemcami. Wysyłał do naszego kraju polityków Partii Pracy, aby spotykali się z kręgami chłopskimi w celu wywołania rewolty. Retinger obiecywał polskim politykom na wygnaniu w Czechosłowacji, że wywołane zostaną masowe demonstracje.

Kiedy we wrześniu 1938 roku, w tym samym miesiącu w którym doszło do konferencji czterech mocarstw w Monachium, obalenie rządu polskiego stało się niemożliwe, Retinger jeszcze mocniej naciskał na polityków lewicowych, aby kontynuowali działania zmierzające do obalenia sanacji.

W listopadzie było jeszcze gorzej i brytyjski szpieg jeździł od Witosa do Korfantego, aby przekonywać ich do swoich racji.

Wzywał przy tym prezydenta II RP Mościckiego, aby zaakceptował rząd Korfantego-Witosa. Dodatkowo chciał, aby powiązać pożyczkę dla Polski z tym czy w Polsce będzie przychylny Londynowi rząd. A więc pożyczka miała być związana z odsunięciem od władzy sanacji, zwłaszcza Becka, który miał według Retingera popchnąć Polskę do sojuszu z Niemcami, przeciwko ZSRR. Anglicy chcieli aby Polska weszła w wojnę z Niemcami.

W grudniu 1938 roku wnioski Retingera, wobec nieprzeprowadzenia puczu w Polsce, były takie, że Polska może wejść w sojusz z Niemcami kosztem Gdańska a jedyną nadzieją pozostaje wywrócenie rządu. W połowie marca 1939 roku naciskał na zamach stanu w Polsce jeszcze mocniej. Nie było tutaj przypadku. Dokładnie w połowie marca Hitler anektował Czechy i Morawy a Słowację uczynił swoim wasalem. Wobec okrążania Polski przez Niemcy, Beck, znienawidzony przez Anglików, mógł albo wejść z Niemcami w wojnę, albo poddać się ich woli i wejść w sojusz. Anglików interesowała wojna polsko-niemiecka. Mówili o tym wprost.

„Brytyjczycy chcieli zyskać na czasie, gdyż zdaniem lorda Halifaxa, każdy miesiąc przysparzał im 600 samolotów. Ponadto liczyli, że po pobiciu Polski dojdzie do bezpośredniej styczności pomiędzy Trzecią Rzeszą a ZSRR, co prędzej czy później może doprowadzić do starcia między nimi oraz do powstania bardziej pożytecznego i trwałego frontu wschodniego” – napisał Jan Ciechanowski, polski historyk, uczestnik Powstania Warszawskiego.

Biskupski, w konkluzji rozdziału swojej pracy o zamachu stanu Retingera, pisze: „W przededniu wojny Retinger próbował obalić własny rząd z pomocą zagranicy”.

Brzmi to jednak jak usprawiedliwienie rządu brytyjskiego, dla którego Retinger pracował. Retinger nie mógł działać wszak w oderwaniu od interesów brytyjskich. Fakt, że najbardziej agresywny nacisk Retingera na przewrót w Polsce miał miejsce dokładnie w momencie kiedy Hitler złamał w połowie marca 1939 roku ustalenia układu monachijskiego najlepiej świadczy o tym, że działał na rzecz Londynu, o czym Biskupski bardzo nie chce wspomnieć. Wszak to właśnie 15 marca Wielka Brytania, po 20 latach braku zainteresowania Polską, nagle sobie o niej przypomniała.

„Ostateczne rozwianie tych nadziei przyniósł marzec 1939 roku, który zweryfikował metodę brytyjskiej polityki zagranicznej, czyniąc ją gotową do użycia siły” – napisał Marek Rudzik, autor pracy pt. „Polska a Wielka Brytania. Od kryzysu sudeckiego do 15 marca 1939 roku”.

Dopiero 15 marca 1939 roku Wielka Brytania ostatecznie porzuciła pokojowe metody dogadywania się z hitlerowskimi Niemcami. Dopiero wówczas ostatecznie zainteresowała się tym co dzieje się w Europie. To zainteresowanie, biorąc pod uwagę działania Retingera w 1938 roku, miało już miejsce wcześniej. Jednak brytyjski szpieg dopiero w marcu 1939 roku zaczął forsować agresywną agendę przewrotu w Polsce, poprzez współdziałanie z Frontem Morges. Dopiero aneksja Czech i Moraw oraz wasalizacja Słowacji sprawiła, że napór Londynu na pozbycie się zwłaszcza znienawidzonego przez nich „niemieckiego agenta” Becka, był najsilniejszy. 31 marca Chamberlain zakomunikował iż „na wypadek jakichkolwiek działań wojennych mogących wyraźnie zagrozić niepodległości Polski i które by Rząd Polski uznał zatem za konieczne odeprzeć przy użyciu swych narodowych sił zbrojnych, Rząd Jego Królewskiej Mości będzie się czuł zobowiązany do udzielenia Rządowi Polskiemu natychmiastowego poparcia, będącego w jego mocy”.

Jak wyglądała moc i potencjał brytyjski w 1939 roku? Cóż, zacytujmy Ciechanowskiego: „Anglicy byli przeświadczeni, że muszą koniecznie siłą powstrzymać dalszą ekspansję Niemiec, chociaż brakowało im do tego odpowiednich sił i środków. Dlatego zaczynali szukać sojuszników, którzy mogliby im w tym pomóc.” Tak, do wojen na kontynencie, do wojen w celu utrzymania brytyjskiej hegemonii oraz równowagi sił, najlepiej nadają się siły zastępcze. Na przykład Polacy.

Na początku kwietnia Beck udał się do Wielkiej Brytanii, aby zastąpić gwarancje brytyjskie trwałym zobowiązaniem o wzajemnej pomocy i współpracy. 6 kwietnia 1939 roku wydano obwieszczenie o takich właśnie ustaleniach. W tym momencie Retinger nie potrzebował już żadnego zamachu stanu. Polska złamała pakt o nieagresji z Niemcami który Hitler wkrótce wypowie i zacznie przygotowywać Niemcy na wojnę z Polską. Dopiero w kwietniu 1939 roku zaczęły powstawać niemieckie plany wojenne przeciwko Polsce. Anglosasi byli uratowani. Ich koncepcja wielkiej wojny w Europie Środkowej i Wschodniej, zderzenia Niemiec i Sowietów, o którym wspominał ambasador Roosevelta Bullitt jesienią 1938 roku w rozmowie z ambasadorem RP w Waszyngtonie Potockim, właśnie się realizowała.

Beck miał jeszcze możliwość pójścia z Niemcami przeciwko bolszewikom. Wszak Zachód i tak chciał zniszczenia ZSRR rękoma Niemiec o czym polskie ministerstwo spraw zagranicznych doskonale wiedziało. Polska wybrała jednak honor i zniszczenie kraju, zamiast dołączyć do czegoś co i tak było nieuniknione. Wojna z ZSRR musiała wybuchnąć. „Wciąż nam to proponowano. Ale czego Polska potrzebuje – to pokoju, a nie awantur wojennych i to w towarzystwie Niemców. Byłoby to sprzeczne z zasadniczymi założeniami naszej polityki” – stwierdzić miał Beck, mając do dyspozycji dokument o tym, że Anglosasi życzą sobie wielkiej wojny w naszej części Europy. Ale Francuzi zapewne również. Wszak podane tam było iż chodzi o „państwa demokratyczne”. „Państwa demokratyczne życzyły by sobie żeby konflikt zbrojny nastąpił tam na wschodzie pomiędzy Niemcami i Rosją” – brzmi treść dokumentu MSZ-u II RP, którego autentyczność potwierdził ambasador RP w Londynie Raczyński.

I tak doszliśmy do maja 1939 roku i do początku brytyjskich przygotowań Polaków do insurekcji przeciwko Niemcom.

W maju 1939 roku do Polski przybywa Colin Gubbins, brytyjski wojskowy, który kooperował z polskim wojskiem w Rosji w 1919 roku. Ambasador Londynu zakomunikował, że Polakom można bezgranicznie ufać (od zawsze byliśmy naiwni i łatwowierni) toteż Gubbins jako członek brytyjskiego wywiadu wojskowego MIR, który przekształcił się w strukturę paramilitarną, organizować miał w Polsce partyzancki ruch oporu. W czerwcu, miesiącu kolejnym, Anglicy zakomunikowali, że są gotowi udzielić wsparcia w organizowaniu partyzantki, polegającej zwłaszcza na sabotażu linii kolejowych, które miały służyć Niemcom do importu ropy naftowej z Rumunii.

Także w maju 1939 roku utworzono w Polsce organizacje partyzanckie na czele których stanął major Charaszkiewicz. Nazwano je „Tajną Organizacją Wojskową” lub też „Lotnymi Oddziałami Bojowymi”. Stały się one podstawą do tworzenia Związku Walki Zbrojnej, przemianowanego ostatecznie na Armię Krajową.

W lipcu 1939 roku Charaszkiewicz spotyka się w Londynie z brytyjskim wywiadem MIR oraz Sekcją D MI6 zajmującą się sabotażem i wojną nieregularną.

Charaszkiewicz utworzył z pomocą Anglików patrole wzdłuż granic z Niemcami, patrole kilkuosobowe, które miały zajmować się sabotażem na wypadek niemieckiej inwazji. Utworzono także kilkunastoosobowe grupy, które miały przenikać przez granicę i tam siać chaos wśród Niemców. Polacy szkolili się na książeczce Gubbinsa dotyczącej wojny nieregularnej nazwanej „Podręcznikiem dla przywódców partyzantki” dodatkowo biorąc od Anglików materiały wybuchowe na rzecz działań antyniemieckich. Brytyjczycy rozważali także pomoc na miejscu w Polsce, jakiej miała udzielić brytyjska misja wojskowa. Materiały propagandowe oraz sabotażowe napływały do Polski ze Skandynawii.

W sierpniu 1939 roku Gubbins ponownie udał się do Warszawy gdzie spotkał się z szefem biura wywiadu Sztabu Generalnego WP płk Smoleńskim. Jak podaje Atkin, strona polska doskonale zdawała sobie sprawę, że celem brytyjskim nie jest obrona Polski lecz stworzenie ruchu oporu, który będzie prowadzić sabotaż linii kolejowych do rumuńskiego Ploeszti, skąd pozyskiwano ropę naftową.

Sekcja D MI6 miała konkretny powód na obecność w Polsce. Chciała ona utrzymywać kontakty z ruchem oporu poza kontaktami ze sztabem generalnym. Chciała więc mieć tylne drzwi dostępu do polskiej partyzantki, niezależne od kontroli najwyższego dowództwa wojskowego.

Brytyjska misja wojskowa ostatecznie wyruszyła w drogę 25 sierpnia. Jej członkami byli przyszli przywódcy SOE oraz ważne postacie polskiej sekcji Kierownictwa Operacji Specjalnych. Na początku września dotarli do Polski. Kiedy przybyli do Lublina 3 września, Wielka Brytania właśnie wypowiadała wojnę Niemcom. Teoretycznie. W praktyce wykrwawiała Polaków zgodnie z ideą zyskania na czasie.

17 września, po 14 dniach obserwacji Polski, misja opuściła nasz kraj. Polska została celowo porzucona na rzecz Związku Sowieckiego. Anglicy tegoż dnia wydali jeszcze komunikat, obiecując, że Wielka Brytania będzie walczyć dopóki Polska nie zostanie wyzwolona a jej obszar okupowany przez agresorów nie zostanie nam zwrócony. Były to tylko puste słowa, które miały podtrzymać opór w Polsce. To właśnie Gubbins je wygłosił, człowiek, który będzie całymi latami podtrzymywał wsparcie dla ruchu oporu po to, aby dane polskiego wywiadu spływały do Londynu i aby Wielka Brytania mogła uratować swoje wpływy wobec negujących układ międzynarodowy Niemiec. „W związku z trudnościami w udzieleniu bezpośredniego wsparcia wojskowego Polakom przez brytyjskie siły zbrojne, kwestia wzbudzenia zaufania ma ogromne znaczenie i należy wykorzystać każdą okazję do wywarcia osobistego wpływu przez członków misji brytyjskiej” – brzmiały instrukcje Ministerstwa Wojny dla misji. To oszustwo maskowało brytyjską pogardę dla Polaków. W 1940 roku brytyjscy urzędnicy mieli powiedzieć: „bardzo rozsądny jak na Polaka… jedyny Polak, jakiego spotkałem, który jest zarówno uczciwy, jak i inteligentny”.

W nocy z 17 na 18 września misja opuściła Polskę. Polacy wykrwawiali się w wojnie z Niemcami i Sowietami, w wojnie na dwa fronty, a Anglicy, z Gubbinsem na czele, mogli wreszcie udać się do Rumunii na alkohol i dziewczyny.

W październiku, kiedy Churchill w audycji radiowej oddawał Kresy Wschodnie Stalinowi (tak to wyglądało dbanie o zwrot Polsce terytoriów zagrabionych przez totalitarnych sąsiadów), Gubbins odtwarzał Misję do Polski w celu przygotowania działań powstańczych przeciwko Niemcom. Strona polska a konkretnie Sztab Generalny WP na uchodźstwie zgodził się, aby to Gubbins kontrolował cały plan wojny partyzanckiej na okupowanych przez Niemcy terytoriach RP. Francuzi potwierdzili, że działalność wywrotowa w Polsce powinna pozostać w gestii brytyjskiego wywiadu wojskowego. Większość przemytu zaopatrzenia do polskiego ruchu oporu trafiło do zadań Petera Wilkinsona, prawej ręki Gubbinsa. Kiedy w czerwcu 1940 roku Gubbins otrzymał polecenie utworzenia tajnej armii pozostającej w cieniu, która miała sabotować niemieckie postępy na wypadek inwazji na Wyspy Brytyjskie, pierwszym jego krokiem w budowaniu tej armii było pozyskanie jako współpracownika Wilkinsona.

Peter Wilkinson został przez Normana Daviesa, poprawiacza wizerunku Wielkiej Brytanii w Polsce, określony „rzecznikiem polskich interesów”. Gubbinsa brytyjski historyk także gloryfikuje w kontekście stosunku do naszego kraju i Polaków. „Gubbins nie wstydził się swojego polonofilstwa” – pisze w książce „Powstanie ’44”. Jak jednak wyglądała prawda?

Cóż, Gubbins i jego prawa ręka Wilkinson byli funkcjonariuszami brytyjskich służb specjalnych którzy realizowali imperialne interesy brytyjskie. Obaj odznaczyli się podburzaniem Polaków do powstań przeciwko Niemcom, aby polski ruch oporu nie zgasł i aby Wielka Brytania, poprzez odwrócenie uwagi Hitlera od Zachodu i skierowania jej na Wschód, była chociaż trochę bezpieczniejsza. Do samego końca walk w Polsce byli odpowiedzialni za zużywanie polskiej tkanki demograficznej w celu podtrzymania nas w wojnie. Służyło to „podpalaniu Europy”, które Churchill zarządził Daltonowi 16 lipca 1940 roku.

Najbardziej interesujące jest jednak to co o tamtym czasie pisał sam Wilkinson. Oddajmy mu głos: „Latem 1941 roku analizy przeprowadzone przez SOE i Wspólny Sztab Planowania praktycznie wykluczyły możliwość udzielenia wsparcia siłom patriotycznym w Europie Wschodniej na jakąkolwiek znaczącą skalę, uznając, że wymagałoby to zbytniego odwrócenia uwagi od bombardowań Niemiec. Wniosek ten był politycznie nie do przyjęcia dla Polaków, którym groziła zagłada narodowa z rąk zarówno Niemców, jak i Rosjan. Sukces pierwszego lotu do Polski zachęcił Armię Krajową do myślenia w kategoriach wyzwolenia kraju poprzez wielką inwazję desantową, gdy tylko niemiecki opór zacznie się załamywać. Polska armia podziemna była wówczas najważniejszym atutem SOE, a Dalton i Gubbins, a także – co więcej – Perkins, Hazell i ja, byliśmy tak głęboko zaangażowani w sprawę polską, że baliśmy się skonfrontować ich z realiami ich sytuacji.

W każdym razie oficerowie sztabowi VI Biura nie ośmielili się przyjąć niczego poza najbardziej pozytywnym nastawieniem w kontaktach z Armią Krajową. Postanowiliśmy więc podążać za ich linią i, zgodnie z instrukcjami Gubbinsa, przez następne dwanaście miesięcy marnowałem godziny na pozorne wspólne planowanie z polskim sztabem generalnym, opracowując wymagania logistyczne pełnowymiarowej inwazji powietrznodesantowej na okupowaną przez Niemców Polskę, o której zarówno oni, jak i ja wiedzieliśmy, że nie ma szans, by doszła do skutku. Doświadczenia z Krety uświadomiły mi, że bez całkowitej przewagi powietrznej każda tego rodzaju operacja desantowa skazana jest na klęskę. Ten rozstrzygający argument był nie do przyjęcia dla Armii Krajowej, która mimo wszystko musiała podtrzymywać swoje nadzieje. Ze swojej strony było to dla mnie niewdzięczne zadanie i czułem głęboką frustrację oraz przygnębienie z powodu bezsensowności całego przedsięwzięcia.”

Jakby ktoś nie wiedział, powstanie powszechne w Polsce połączone miało być z inwazją z powietrza. Tym miały zająć się m.in. wojska generała Sosabowskiego, które ostatecznie rzucono na Holandię, aby przyspieszały drogę do Berlina – naczelny cel Churchilla – zamiast do Polski. Anglicy wiedząc, że do takiej operacji nie dojdzie, pomimo to ją przygotowywali.

Za tymi pięknymi słowami kryje się jednak to o czym już wcześniej wspomniałem. Od lata 1941 roku najważniejszym sojusznikiem Londynu w kontynentalnej Europie stawał się ZSRR. Polska została zepchnięta na dalszy plan i dlatego zmniejszano wsparcie dla ruchu oporu w Polsce. To wsparcie jednak było podtrzymywane aby polskie służby dostarczały dane wywiadowcze z okupowanego kraju.

„Zachodni sojusznicy nigdy nie wysłaliby żadnych swoich sił, by wyzwolić Polskę, tak jak zamierzali to teraz uczynić w przypadku Francji i krajów Beneluksu. Dręczony poczuciem winy Churchill nie był w stanie tego przyznać. Podobnie jak generał Colin Gubbins i inni wyżsi rangą oficerowie z SOE, którzy od samego początku wspierali Armię Krajową w jej planie przeprowadzenia zakrojonego na szeroką skalę powstania narodowego przeciwko Niemcom, zbieżnego z ofensywą aliantów w Europie Zachodniej. Zgodnie z polskim planem powstanie wymagałoby, by polskie eskadry bombowców i myśliwców, latające wówczas w ramach RAF, przetransportowały do ojczyzny tysiące polskich spadochroniarzy, również stacjonujących w Wielkiej Brytanii. Gubbins wiedział już od 1941 roku, że plan ten był niemożliwy do zrealizowania, ale jego własne głębokie przywiązanie do Polaków oraz, co ważniejsze, zależność aliantów od polskich akcji sabotażowych i wywiadowczych powstrzymały go przed powiedzeniem im prawdy. Biograf Gubbinsa ujął to wprost: „Ani SOE, ani polskie Główny Sztab [w Londynie] nie miały odwagi powiedzieć Armii Krajowej, że ze względu na niemożność zapewnienia odpowiedniego wsparcia lotniczego ich plany były zwykłą bzdurą” – napisała Lynne Olson w swojej „Wyspie Ostatniej Nadziei”.

I to właściwie zamykałoby temat brytyjskiej prowokacji jaką było Powstanie Warszawskie, które jak wiemy pierwotnie miało objąć obszar większy, jednak zostało ograniczone do stolicy z powodu postępów sowieckiej operacji „Bagration”. Nie tak szybko jednak. Wiemy już, że Kierownictwo Operacji Specjalnych Gubbinsa i Wilkinsona całymi latami podtrzymywało wśród Polaków duch oporu, aby wywiad otrzymywał dane z okupowanej Polski. Zacytujmy jeszcze kilka fragmentów książki Olson: „Sytuację pogorszył fakt, że Gubbins nakazał Peterowi Wilkinsonowi, pracownikowi polskiego oddziału SOE, aby zaangażował się – jak później zauważył Wilkinson – w „udawane wspólne planowanie z polskim sztabem generalnym, opracowując wymagania logistyczne pełnowymiarowej inwazji powietrznej na Polskę, o której zarówno oni, jak i ja wiedzieliśmy, że nie może się odbyć”.

Powyższy fragment częściowo pokrywa się ze wspomnieniami Wilkinsona. Zacytujmy dalszą część tego samego rozdziału, który wyjaśnia rzeczywiste przygotowania powstania połączonego z desantem, które Brytyjczycy nie mieli zamiaru wspierać: „Nawet brytyjscy szefowie sztabów, których opór wobec udzielenia pomocy polskiemu powstaniu był niezachwiany, w swoich publicznych wypowiedziach na ten temat byli znacznie mniej stanowczy niż w rozmowach prywatnych. Nie chcąc zrażać Polaków i narażać na szwank przepływ cennych danych wywiadowczych, które ci dostarczali, szefowie mówili niejasno o „celowości przygotowania Armii Podziemnej w Polsce do działań skoordynowanych z operacjami wojskowymi aliantów”. Polacy – dodali szefowie sztabów – „powinni otrzymać jak największą ilość sprzętu”, z zastrzeżeniem jedynie „dostępności odpowiednich samolotów”. Była to oczywiście sytuacja bez wyjścia: nigdy nie było dostępnych odpowiednich samolotów w ilościach, jakich potrzebowano”.

Kiedy jednak brytyjscy wojskowi doszli do wniosku, że pora powiedzieć Polakom prawdę: nie będzie żadnego wsparcia? Dopiero pod koniec 1943 roku Ministerstwo Wojny Londynu zakomunikowało, że zbliża się moment kiedy trzeba będzie nam Polakom powiedzieć, że żadnego większego wsparcia dla Armii Krajowej, na rzecz ogólnonarodowego powstania, nie będzie. Podano, że im szybciej strona polska zostanie poinformowana, tym lepiej. Nie została jednak poinformowano. Przygotowania trwały a zachodni alianci nie ostrzegli polskich sojuszników, że wszystko jest pozorowane aby tylko wywiad polski pracował na rzecz zachodniego wysiłku wojennego.

Jaka była rola w końcowym zwycięstwie aliantów ruchów oporu w całej Europie? Oddajmy głos generałowi Eisenhowerowi: „W żadnej poprzedniej wojnie ani na żadnym innym teatrze działań wojennych podczas tej wojny siły ruchu oporu nie były tak ściśle włączone w główne działania wojskowe” – napisał. „Uważam, że zakłócanie komunikacji kolejowej wroga, nękanie niemieckich przemieszczeń drogowych oraz ciągłe obciążanie niemieckiej gospodarki wojennej i służb bezpieczeństwa wewnętrznego w całej okupowanej Europie przez zorganizowane siły ruchu oporu odegrały bardzo znaczącą rolę w naszym całkowitym i ostatecznym zwycięstwie”.

Nam jednak nie dane było cieszyć się z końca wojny. Nie tylko nie odzyskaliśmy ziem, co cynicznie obiecywał nam Gubbins, kiedy 17 września 1939 roku opuszczał rozszarpywaną Polskę. Nie tylko Polska nie stała się suwerennym krajem. Nie tylko straciliśmy 2,5 do 3 milionów naszych rodaków. To jeszcze stolica Polski Warszawa została zburzona. Bo Wielka Brytania całymi latami mamiła nas wsparciem dla powstania powszechnego i podtrzymywała opór w Polsce, aby polski wysiłek wojenny służył ich interesom.

Kiedy jednak Anglicy zakomunikowali nam, zwłaszcza podżegacz Gubbins, że nie będzie żadnego wsparcia dla powstania powszechnego?

Jeszcze 29 lipca 1944 roku Gubbins w reakcji na polskie żądania co do wsparcia dla powstania powszechnego, poprzez m.in. zwiększenie zrzutów nad Warszawą, ataków bombowych na lotniska w pobliżu Warszawy, przerzut myśliwców do Polski czy też przerzut dywizji Sosabowskiego, odpowiedział pozytywnie. Na dwa dni przed wybuchem powstania SOE i Gubbins wciąż mamili nas że wsparcie nadejdzie., podtrzymując tą fałszywą iluzję.

Wszak 28 lipca Anthony Eden, szef brytyjskiej dyplomacji, zakomunikował hrabiemu Raczyńskiemu, polskiemu ambasadorowi w Londynie, że żadnego wsparcia nie będzie. SOE jednak pomimo to dzień później zakomunikowało stronie polskiej o przyznaniu polskiemu powstaniu „bezwzględnego priorytetu”. Gubbins bardzo szybko opuścił Londyn i udał się 10 sierpnia do Normandii gdzie trwały „właściwe” walki o brytyjskie bezpieczeństwo i interesy. 16 sierpnia jego zastępca Perkins, kolejny z „propolskich” Brytyjczyków – przed wojną właściciel fabryki w południowej Polsce, który mówił w naszym języku – po dwóch tygodniach wykrwawiania się Warszawy, stwierdził, że cała wina za powstanie leży po stronie polskiej.

Perkins dostawy zaopatrzenia dla walczącej Warszawy, wobec których entuzjastycznie wypowiadał się jeszcze 29 lipca jego szef Gubbins, nazwał zbrodniczymi. „Jako moje osobiste zdanie, przekazałem im, że jest z ich strony zbrodnią planować dostawy z pomocą dla Warszawy w ramach operacji tak ryzykownych jak te, które obecnie podejmują”.

Kluczowe dla wyprowadzenia strony polskiej w pole, w celu nie powstrzymania wybuchu powstania, tak przez Anglików jak i Amerykanów, były spotkania polskich elit w Waszyngtonie w czerwcu 1944 roku z Anglo-amerykanami. Polacy zakomunikowali Amerykanom, że polski ruch oporu współdziałać będzie w powstaniu ze stroną sowiecką. Anglosasi dopytywali się o szczegóły współpracy, po czym otrzymywali pozytywne odpowiedzi. Najwyższe władze wojskowe aliantów, w tym tajne służby OSS, zostały więc poinformowane, że Polska przygotowuje powstanie powszechne. Nikt nie zakomunikował, że przygotowania należy przerwać. „Nie podjęto jednak żadnych prób objęcia kontroli nad powstaniem lub zapobieżeniu jego wybuchowi” – napisał William Mackenzie, autor książki pt. „Tajna historia Kierownictwa Operacji Specjalnych”.

Wróćmy jednak do Retingera gdyż jego rola w podtrzymaniu powstania była kluczowa.

Retinger wyleciał z Polski, po kilku próbach zamachu na jego życie, 26 lipca 1944 roku. Po dostarczeniu władzom w kraju 220 tys. dolarów. 3 sierpnia, kiedy powstanie już trwało, przybył do Londynu.

5 sierpnia 1944 roku dowódca brytyjskiego lotnictwa we Włoszech, gen. Slessor, wydał rozkaz zaniechania dalszych zrzutów nad Warszawą. Głównodowodzący aliantów na Morzu Śródziemnym gen. Wilson podzielał opinię Slessora i wysunął wniosek o zaprzestanie lotów. Wniosek został przyjęty. I w tym momencie uaktywnił się Retinger, którego SOE wysłało w kwietniu z misją do Polski, aby wzmocnić po cichu ruch oporu. Brytyjski agent zabiegał u dowództwa wojskowego aliantów o wycofanie decyzji.

Działania Retinger przyniosły wymierne skutki. 8 sierpnia zarządzono kontynuację lotów. 10 sierpnia poinformowano, że brytyjscy lotnicy także będą brali udział w zrzutach zaopatrzenia dla walczącej stolicy. Retinger uratował więc Powstanie Warszawskie. Podtrzymał ogień w stolicy aby odciągać uwagę Niemców od frontu zachodniego i skupiać jej więcej na Wschodzie. „Sekcja Polska [SOE] oceniała, że powstańcy wiązali co najmniej cztery niemieckie dywizje i utrudniali konsolidację obrony na froncie wschodnim” – czytamy w pracy o pozycji Polski w brytyjskiej strategii oporu w Europie II wojny światowej.

Wsparcie dla powstania miało być jednak jedynie takie aby ono trwało. Brytyjczycy nie chcieli, aby odniosło ono zwycięstwo. Oprócz celów wojskowych, były także cele polityczne. Szybka klęska powstania wynieść mogła do władzy w Londynie prawicowe elementy. Retinger jako reprezentant tajnych kręgów brytyjskich elit starał się za wszelką cenę utrzymać Mikołajczyka, spolegliwego wobec ZSRR, na stanowisku premiera.

O roli SOE we wsparciu dla powstania warto także napisać w kontekście żądań z końca lipca 1944 roku. Wówczas to strona wojskowa Wielkiej Brytanii zdecydowanie odrzucała pomoc powstaniu. Gubbins jednak, o czym jeszcze w tym tekście nie wspominałem, popierał je, zanim udał się do Francji. Twierdził, że Polacy zasługują na symboliczny gest wobec wsparcia jakiego polski ruch oporu udzielał stronie brytyjskiej. 2 sierpnia SOE sugerowało odpowiedzieć pozytywnie na postulaty strony polskiej. Uczyniono to zanim jeszcze Anglicy dowiedzieli się o wybuchu insurekcji.

Alianckie dowództwo wojskowe było więc przeciwne wsparciu dla powstania, tajne służby Churchilla były za. Pora na dobitny dowód na to, że wiązało się to z celami antykomunistycznymi. A więc że SOE chciało zużywać Polaków, aby realizować plany niedopuszczenia do zagarnięcia Europy Środkowej przez Moskwę. „Wbrew silnym po dzień dzisiejszy w Polsce przekonaniom, Brytyjczycy bynajmniej nie zamierzali akceptować Rzeczpospolitej jako strefy wpływów ZSRR. Starano się unikać bezpośredniej konfrontacji z Kremlem w krajach Europy Środkowej ale równocześnie dążyć do umocnienia na tym obszarze brytyjskiej pozycji. Oznaczało to kontynuowanie wsparcia dla rządu polskiego, czego elementem były działania SOE”.

Słowa klucz w tym fragmencie: starano się unikać bezpośredniej konfrontacji z Kremlem. Konfrontacja miała być więc pośrednia. SOE działało na tym kierunku. Na kierunku niedopuszczenia do zagarnięcia Polski i krajów sąsiednich przez ZSRR.

Warto jeszcze skupić się na tezach historyka George’a Bruce’a który sugeruje, że Armia Czerwona, aby wyruszyć na Berlin, najpierw powinna uchwycić kluczowe punkty infrastruktury stolicy. A więc najpierw powinna opanować Warszawę.

„Z kolei dla nazistów i Sowietów miasto to stanowiło ważny strategiczny i taktyczny punkt kontrolny. Przebiegało przez nie siedem głównych szlaków komunikacyjnych, które przekraczały Wisłę za pomocą trzech mostów drogowych i dwóch kolejowych. Dla Niemców, toczących w tym rejonie bitwy obronne, mosty i drogi przebiegające przez miasto miały kluczowe znaczenie. Musiały one pozostać otwarte, aby zapewnić swobodny przepływ wojsk i zaopatrzenia na Front Wschodni. Z kolei dla Armii Czerwonej warszawska sieć komunikacyjna miała kluczowe znaczenie dla ofensywy na Berlin, choć mosty – o których wiedziała, że Niemcy je zniszczą – miały mniejsze znaczenie” – napisał Bruce.

Dzisiaj już wiemy, że Armia Czerwona na początku sierpnia 1944 roku została pobita metodami militarnymi i nie mogła kontynuować swojej ofensywy. Pod koniec sierpnia z kolei Stalin nie zdecydował się na natarcie, gdyż po pierwsze nie chciał walczyć na dwa fronty – front polski i bałkański – po drugie chciał, aby „londyńscy Polacy” zostali zniszczeni przez Niemców. Niemców, którzy aby to uczynić, ściągali dodatkowe siły na Wschód.

Jak jednak potoczyłaby się wojna gdyby powstanie nie wybuchło, Niemcy nie ściągali w związku z nim sił i środków na Wschód, oraz nie skierowali tam swojej uwagi, a Armia Czerwona zajęłaby Warszawę dużo szybciej, wobec braku powstańczych wystąpień? Czy przypadkiem Berlin nie zostałby zdobyty dużo wcześniej a Armia Czerwona, wyznająca regułę tam gdzie stoi sowiecki żołnierz tam jest ZSRR, w ramach faktów dokonanych, nie przesunęłaby sowieckiej strefy wpływów dalej na zachód w kierunku Zagłębia Ruhry? Cóż, alternatywnej historii pisać nie będę.

W kontekście powstania i Wielkiej Brytanii warto wspomnieć także o brytyjskiej misji wojskowej „Freston”.

Pomysł misji pojawił się wśród Polaków jednak to SOE posunęły tą kwestię do przodu, w lipcu 1944 roku. Trafiła ona jednak do Polski dopiero w grudniu tegoż roku. Jej celem było zbieranie informacji i zapewnianie łączności. Była ona ostatnim kontaktem SOE z Polską. W kraju jej osłoną zajął się najpierw obwód Częstochowa AK a później obwód Radomsko AK. Podczas walk z Niemcami strona polska straciła nawet jednego żołnierza. W istocie celem misji było sprawdzenie przez stronę brytyjską czy Polacy po hekatombie powstania gotowi są już oddać terytoria wschodnie Stalinowi.

„Polacy zbytnio zaufali Gubbinsowi. Jego strategia polegająca na powstaniu tajnych armii przeciwko nazistowskiej machinie wojskowej po przybyciu regularnej armii wyzwoleńczej okazała się błędna w przypadku Polski […]. SOE ponosi część odpowiedzialności za to, że Polacy nie zrozumieli konsekwencji brytyjskich planów wojskowych. […] Gubbins […] przewidywał zdradę Polaków przez Wielką Brytanię po 1945 roku. Podczas wojny powiedział Sue Ryder z SOE: „Oczywiście, że zostaną … po prostu wyrzuceni za burtę… My [Wielka Brytania] zamierzamy wycisnąć z nich wszystko, co się da, a potem ich porzucić” – napisał Edward Harrison, autor książki pt. „Tajne służby przeciwko nazistowskiemu reżimowi”.

I wyciśnięto.

Autorstwo: Terminator 2019
Zdjęcia (domena publiczna): Sylwester Braun, autorzy nieznani [1] [2]
Źródło: WolneMedia.net

Bibliografia

1. Atkin M., „Pioneers of Irregular Warfare. Secrets of the Military Intelligence Research Department in the Second World War”, Yorkshire-Philadelphia 2021

2. Biskupski M. B. B., „War and Diplomacy in East and West. A Biography of Józef Retinger”, Londyn-Nowy Jork 2017

3. Bruce G., „The Warsaw Uprising: 1 August – 2 October 1944”, Leeds 1972

4. Ciechanowski J., „Powstanie Warszawskie”, Pułtusk-Warszawa 2014

5. Ciechanowski J., „Wielka Brytania i Polska. Od Wersalu do Jałty”, Pułtusk 2011

6. Davies N., „Powstanie ’44”, Kraków 2022

7. Harrison E., „Secret Service Against the Nazi Regime”, Yorkshire-Philadelphia 2022

8. Olson L., „Wyspa Ostatniej Nadziei”, Warszawa 2018

9. McGilvray E., „Poland and the Second World War 1938-1948”, Barnsley 2019

10. Milton G., „Ministerstwo Niedżentelmeńskich Działań Wojennych”, Warszawa 2018

11. Modelski T., „Byłem szefem wywiadu u naczelnego wodza”, Warszawa 2009

12. Rodzik M., „Polska a Wielka Brytania. Od kryzysu sudeckiego do 15 marca 1939 roku”, Warszawa 2019

13. Tebinka J., Zapalec A., „Polska w brytyjskiej strategii wspierania ruchu oporu”, Warszawa 2021

14. Wilkinson P., „Foreign Fields”, Londyn-Nowy Jork 2002

15. Zychowicz P., „Obłęd ’44, czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując Powstanie Warszawskie”, Poznań 2025

16. https://pl.wikipedia.org/wiki/Front_Morges

17. https://pl.wikipedia.org/wiki/Centrolew

18. https://aryusslav.livejournal.com/22772.html

19. https://en.wikipedia.org/wiki/Military_Intelligence_(Research)

20. https://en.wikipedia.org/wiki/Edmund_Charaszkiewicz

21. https://abw.gov.pl/ftp/foto/Konferencje/pdf/Wywiad_i_kontrwywiad_II_Rzeczpospolitej_wobec_grozby_wybuchu_wojny_w_1939_r_.pdf

22. https://en.wikipedia.org/wiki/Section_D

23. https://histmag.org/O-czym-Churchill-rozmawial-z-gen-Andersem-24263

24. https://www.youtube.com/watch?v=eH5cuz7Ubig

„Pszeki! Spierdalać do Polski!” Banda Ukraińców zaatakowała polskich kierowców, którzy przywieźli pomoc

„Pszeki! Spier… do Polski!” Banda Ukraińców zaatakowała polskich kierowców, którzy przywieźli pomoc

[VIDEO] – w oryginale. md

2.08.2026 nczas/pszeki-spier-do-polski-banda-ukraincow-zaatakowala-polskich-kierowcow-ktorzy-przywiezli-pomoc

NCZAS.INFO | Ukraińscy kierowcy kazali Polakom
NCZAS.INFO | Ukraińscy kierowcy kazali Polakom „spier… do Polski”. Foto; print screen X

Banda Ukraińców obrażała i groziła polskim kierowcom ciężarówek na ukraińskim terminalu celnym. Używano wobec nich słów „pszeki”, co jest pogardliwym określeniem Polaków. Film udostępnił na TikToku Ukrainiec. Oryginał został już usunięty, ale udało się zachować nagrania ukazujące kolejny przykład agresji Ukraińców, który niestrudzenie będą ignorować politycy i wielkie media.

30 lipca użytkownik TikToka SV_VINNYTSIAUTO opublikował nagranie z Winnicy ukazujące sytuację na ukraińskim terminalu. Trzech Ukraińców podeszło do polskich kierowców z zaopatrzeniem. Ukraińcy zaczęli słownie atakować Polaków. Nazywali ich „pszakami”, kazali „wypierda**ć” i grozili, że „ich jest tutaj pełny terminal, a Polaków kilku”.

Portal kresy.pl zaznaczył, że w sobotę materiał zniknął z konta ukraińskiego użytkownika. Jednak w sieci zachowały się kopie.

Oddzielne nagranie z tego samego incydentu nagrał drugi z Ukraińców o nazwie Мішаня___0001. W sobotę konto użytkownika było niedostępne. W tym przypadku także internauci zarchiwizowali film dowodzący agresji Ukraińców wobec Polaków.

Według użytkownika X Codziennik z Mordoru, Polacy przywieźli na Ukrainę pomoc. W momencie ataku Ukraińców na nich byli w drodze do sklepu po zakupy. Taka to ukraińska wdzięczność.

Rzecz jasna, w TVN o tym wszystkim nie powiedzą ani słowem. Zamiast tego do spóły z politykami rządzącej koalicji i poprzedniego rządu będą rozczulali się nad rzekomą „polską agresją wobec Ukraińców”.

„Możemy zabrać praktycznie wszystko, co zechcemy”. Trump wraca do umowy o metalach ziem rzadkich z Ukrainą

Donald Trump, fot. The White House

„Możemy zabrać praktycznie wszystko, co zechcemy”. Trump wraca do umowy o metalach ziem rzadkich z Ukrainą

2 sierpnia 2026 Damian Drozd

Donald Trump ocenił, że porozumienie dotyczące ukraińskich surowców zapewnia Stanom Zjednoczonym szeroki dostęp do złóż metali ziem rzadkich. Prezydent USA stwierdził, że korzyści wynikające z umowy mogą przewyższyć wartość amerykańskiej pomocy wojskowej przekazanej Kijowowi. Waszyngton ma w ten sposób odzyskać środki wydane na wsparcie Ukrainy.

W opublikowanym w piątek wywiadzie dla stacji Real America’s Voice prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump przedstawił swoją ocenę umowy zawartej z Ukrainą w sprawie zasobów mineralnych, wskazując na korzyści finansowe dla Waszyngtonu.

„Zawarliśmy umowę […]. Mamy podpisany kontrakt. Jeśli chodzi o surowce ziem rzadkich, możemy tam wejść w dowolnym momencie. Możemy zabrać praktycznie wszystko, co zechcemy. To była dość korzystna umowa” – powiedział Trump.

Dostęp do ukraińskich zasobów

Trump podkreślił, że Ukraina posiada bogate złoża metali ziem rzadkich. W jego ocenie podpisane porozumienie zapewnia Stanom Zjednoczonym szeroki dostęp do tych zasobów.

Amerykański prezydent stwierdził również, że wartość korzyści wynikających z umowy może przewyższyć wartość dotychczasowej pomocy udzielonej Kijowowi przez Waszyngton. Zasugerował, że dostęp do złóż może być wart ponad 300 mld dolarów.

Trump ocenił, że dzięki porozumieniu Stany Zjednoczone „odzyskają swoje pieniądze” przeznaczone wcześniej na wsparcie Ukrainy.

Umowę podpisano w 2025 roku

W maju 2025 roku porozumienie dotyczące ukraińskich surowców mineralnych podpisały ówczesna minister gospodarki Ukrainy Julia Swyrydenko oraz minister finansów Stanów Zjednoczonych Scott Bessent.

Umowa dotyczy dostępu do ukraińskich zasobów mineralnych, w tym metali ziem rzadkich. Trump przedstawił ją jako transakcję, która może zapewnić Stanom Zjednoczonym korzyści przekraczające wartość udzielonej wcześniej pomocy wojskowej.

Kolejno w kwietni Waszyngton i Kijów podpisały memorandum o utworzeniu Funduszu Inwestycyjnego. Celem funduszu jest wspieranie odbudowy Ukrainy poprzez wykorzystanie środków pochodzących z wydobycia surowców mineralnych. Zyski z projektów przez 10 lat będą reinwestowane w kraju, a kluczowym założeniem jest rozwój sektora wydobywczego i infrastruktury z preferencyjnym udziałem inwestorów z USA.

Dodatkowo w styczniu tego roku władze Ukrainy zdecydowały o przyznaniu praw do wydobycia litu z państwowych złóż inwestorom powiązanym z USA. Wśród nich znalazł się bliski współpracownik prezydenta Donalda Trumpa oraz spółka TechMet związana z amerykańską agencją rządową.

Ukraina posiada złoża litu, które zawierają około 1/3 zasobów tego surowca na kontynencie. Lit jest obecnie szczególnie pożądanym minerałem wykorzystywanym w produkcji baterii do pojazdów elektrycznych. Dotąd nie był wydobywany na terenie Ukrainy.

Lato, w którym umarł pokój

Lato, w którym umarł pokój

Autor: Peter Hanseler za pośrednictwem ForumGeopolitica.com

Iran i Rosja zdały sobie sprawę, że nie ma pokoju ze wspólnotą Zachodu. W rezultacie konflikty toczą się na polu bitwy i będą trwać jeszcze długo. Międzynarodowy porządek prawny umarł, pokój na świecie umarł – jest wojna. Wojna światowa.
Niewielu ludzi zdaje sobie z tego sprawę.

Celem tego artykułu jest zwrócenie uwagi na najważniejsze trendy, które obecnie obserwuję – mają one skłonić do refleksji. Proszę wybaczyć, że tworzę trochę potwora, biorąc pod uwagę ogrom aspektów do rozważenia.

Oprócz licznych konfliktów w Afryce, obecnie toczą się dwa poważne konflikty – jeden w Europie, a drugi na Bliskim Wschodzie. Oba były starannie planowane przez dekady. Wśród bardziej krytycznych zachodnich obserwatorów pojawiają się pęknięcia w narracji Zachodu, co prowadzi do coraz bardziej agresywnej propagandy Zachodu, mającej na celu ponowne wpłynięcie na opinię publiczną.

Przykładem tego, jak propaganda skutecznie ogłupia ludzi w Niemczech, jest artykuł w gazecie „Bild” z 13 lipca zatytułowany „Putinowi kończy się benzyna – Rosjanie płacą prawie 4 euro za litr benzyny”.

Gazeta Bild, 13 lipca 2026 r.

I to pomimo faktu, że rzeczywiste ceny są wyraźnie widoczne na obrazku: na przykład 73,11 rubla (0,82 EUR). 29 lipca średnia cena benzyny 95-oktanowej w Rosji wynosiła 71,83 rubla (0,79 EUR).

——————-

Z drugiej strony, ważne informacje są tłumione, takie jak nałożenie przez Chiny sankcji na 14 europejskich firm (w tym Lafert SpA, Rheinmetall AG, Tatra Trucks, Vigo Photonics, Cavok UAS, Antraco Chemie-Handelsgesellschaft i Sindlhauser Materials). Są to firmy zbrojeniowe lub dostawcy dla przemysłu zbrojeniowego. Ta wiadomość ma ogromne znaczenie i znacznie utrudni rozbudowę potencjału militarnego Niemiec.

Te dwa zupełnie różne przykłady ilustrują naturę zachodnich mediów – dają one odbiorcom wrażenie, że na Zachodzie „wszystko idzie dobrze”, a wrogowie są na skraju upadku. Ma to swoje konsekwencje: kiedy rozmawia się z ludźmi w Europie, letnie upały i mistrzostwa świata w piłce nożnej wydają się najważniejszymi rzeczami w życiu.

Od dziesięcioleci zastanawiam się, jak to możliwe, że dotknięte nimi społeczeństwa nie zauważyły ​​zbliżających się katastrof z 1914 i 1939 roku; bieżące wydarzenia dają mi wgląd w historię z niespotykaną dotąd jasnością. Media służą „rozrywce” i niczym więcej. Jednak czarne jak smoła chmury gromadzące się nad Europą są jak najbardziej realne, a destabilizacja oczywista.

Czynniki destabilizujące

Rozpad świata pod wpływem wielu nacisków

Katastrofa, z którą się obecnie mierzymy, jest wynikiem licznych czynników i wpływów, których niewielu ludzi dostrzega: katalizatorów rozpadu świata, jaki znaliśmy. Od pewnego czasu wśród analityków szerzy się poczucie przytłoczenia. Odczuwam je każdego dnia, ponieważ czynniki destabilizujące są liczne i wzajemnie na siebie oddziałują.

Co więcej, zachodni aktorzy, co zrozumiałe, zwracają uwagę i podkreślają tylko te czynniki, które sprawiają, że ich pozycja wydaje się silniejsza. Co więcej, działają przeciwko sobie, co oznacza, że ​​coraz bardziej angażują się w walkę o władzę. Dlatego proszę o wybaczenie, że nie jestem w stanie omówić i opisać wszystkich – nawet nie wszystkich ważnych – czynników i wpływów.

Czynnik Donalda Trumpa

Mistrzem świata w zniekształcaniu rzeczywistości jest najwyraźniej Donald Trump, który już wykorzystał tę strategię, aby przetrwać liczne bankructwa kosztem inwestorów, zawirowania swojej pierwszej kadencji i aferę Epsteina. W obecnej kadencji prowadzi katastrofalną politykę gospodarczą, której jedynym celem jest jeszcze większe wzbogacenie najbogatszego 1% społeczeństwa. W tym celu wszczął liczne wojny. Nie przeszkadza mu to jednak w prezentowaniu się jako mediatora i przyjaciela świata.

Jednakże błędem byłoby zrzucanie winy za panujący chaos wyłącznie na Trumpa. Po Joe Bidenie miał on historyczną szansę na przywrócenie równowagi i złagodzenie presji w geopolitycznym tyglu. Zmarnował tę szansę, wierząc, że siejąc chaos, może ponownie odwrócić bieg wydarzeń na korzyść USA jako hegemona. Co więcej, amerykańscy prezydenci mają niewielki wpływ na amerykańską politykę zagraniczną. Opisywaliśmy ten fakt kilkakrotnie, w tym w odniesieniu do Noama Chomsky’ego, ostatnio w artykule „Wojna bez pokoju – strategia USA ma niewiele wspólnego z Trumpem”, w części „Amerykańscy prezydenci jako statyści – Trump nie jest wyjątkiem”. Ostatecznie Trump jest niczym więcej niż marionetką. I jako taki, biorąc pod uwagę jego charakter i liczne trupy w szafie, łatwo nim sterować i kształtować. Jego odpowiednicy w Europie nie różnią się pod tym względem.

Czynnik dyplomacji

W czerwcu 2025 roku napisałem artykuł „Dyplomacja na łożu śmierci – od prezydenta pokojowego do podżegacza wojennego”. To, czego obawiałem się ponad rok temu, stało się faktem. W międzyczasie Stany Zjednoczone po raz trzeci dokonały inwazji na Iran – w czerwcu 2025 roku i lutym 2026 roku, wspólnie z Izraelem, podczas przerw w negocjacjach dyplomatycznych – naruszając konwencje dyplomatyczne o nieprzewidywalnych konsekwencjach – a teraz po raz trzeci tego lata. Warto zauważyć, że nastąpiło to po podpisaniu porozumienia (Memorandum of Understanding), które miało służyć jako ramy dla pokoju; patrz również „Iran pokonuje USA – refleksje”. Izrael, jako siła napędowa u boku USA, odzyska znaczenie dyplomatyczne dopiero wtedy, gdy przestanie istnieć w obecnej formie; nie ma co więcej mówić o tych ludobójczych psychopatach.

„Oznacza to, że dyplomacja w Zatoce Perskiej i w Europie nie znajduje się już na łożu śmierci, lecz odeszła pokojowo”.

Co więcej, Stany Zjednoczone najwyraźniej nie mają żadnego interesu w pośredniczeniu w porozumieniu między Rosją a Europą. Po tym, jak w sierpniu 2025 roku wydawało się, że Trump i Putin osiągnęli „konsensus” – podstawowe porozumienie między stronami – w Anchorage, Trump robi teraz wszystko, co w jego mocy, aby sprowokować bezpośrednią wojnę z Rosją. Jego wsparcie dla Ukrainy, które obejmuje dostarczanie danych satelitarnych w celu ułatwienia ataków na cele cywilne głęboko w Rosji, nie jest już tajne, lecz jawne.

Europa z kolei składa się z dyktatury rządzonej przez dwie blondynki z Brukseli, które żywią patologiczną nienawiść do Rosji i otwarcie popierają ludobójstwo Izraela; „kieszonkowego Hitlera” w Berlinie, który chce dozbroić Niemcy, mimo że tylko 0,17% ankietowanej populacji jest gotowych odbyć służbę wojskową; maltretowanego męża z kompleksem „wielkiego imperium” wzorowanym na systemie francuskim; oraz londyńskiego City, które od wieków marzy o upadku Rosji.

Kanały dyplomatyczne zdają się być wyczerpane. Nawet rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow, jeden z najzdolniejszych dyplomatów, jakich świat kiedykolwiek wydał, nie widzi obecnie możliwości owocnego dialogu.

Rosja „nie będzie już wierzyć, że Zachód liczy na rozwiązania negocjowane”, ponieważ „ten zapas dobrej woli i nadziei został całkowicie wyczerpany”.

Siergiej Ławrow, 9 lipca 2026

Oznacza to, że dyplomacja w Zatoce Perskiej i w Europie nie znajduje się już na łożu śmierci, lecz odeszła pokojowo.

Czynnik rynków finansowych

Muszę przyznać, że jak dotąd myliłem się co do załamania rynków finansowych. Mój timing jest fatalny, ale to nie znaczy, że sytuacja nie staje się z dnia na dzień coraz groźniejsza. Rynki akcji są obecnie kontrolowane przez zaledwie garstkę spółek. Pięć największych amerykańskich firm technologicznych ma łączną kapitalizację rynkową wynoszącą 17,6 biliona dolarów, co przewyższa łączne PKB Japonii, Indii, Wielkiej Brytanii, Francji i Włoch (17,1 biliona dolarów). To szaleństwo. Globalny dług wynosił 164 biliony dolarów w 2008 roku i został uznany za główną przyczynę kryzysu finansowego. Podejmowano wysiłki w celu rozwiązania tego problemu, ale bez znaczącego sukcesu: obecnie dług wynosi 363 biliony dolarów, co oznacza, że ​​podwoił się, a nie zmniejszył o połowę.

Wreszcie, wyceny rynkowe – akcji, obligacji i towarów – opierają się na założeniu pokoju; jednak rzut oka na świat sugeruje co innego. Nigdy w całej historii rynków finansowych nie było tak gorącego powietrza w systemie – systemie napędzanym chciwością i towarzyszącą jej głupotą. Przykładem ilustrującym, jak bardzo wyceny rynkowe są oderwane od rzeczywistości, są publikowane ceny kontraktów terminowych na ropę naftową. Rzeczywiste ceny, które trzeba zapłacić na rynku spot, są od 20% do 30% wyższe niż sugerują notowania. Trump, który podpisał memorandum o porozumieniu w Wersalu, sam na to zwrócił uwagę, mówiąc: „[…] Nasze rezerwy wyczerpią się za około cztery tygodnie”, tylko po to, by kilka tygodni później zerwać to porozumienie i ponownie zaatakować Iran. Od kilku dni panuje cisza; Amerykanie ponownie wstrzymali ataki, ponownie obawiając się szoku naftowego.

Stanley Druckenmiller stwierdził już w 2018 roku, że przewidywany kryzys będzie bardziej katastrofalny niż ten z 2008 roku. Sytuacja w Cieśninie Ormuz – zaostrzona obecnie przez zamknięcie Bab al-Mandab, co – jak sama nazwa wskazuje – oznacza po arabsku „Bramę Łez” – może zatem stać się katalizatorem kolejnego kryzysu finansowego.

Czynnik zbrodni wojennych i ludobójstwa

Zbrodnie wojenne istniały zawsze – podobnie jak akty ludobójstwa. Tym, co odróżnia obecną sytuację od przeszłości, jest fakt, że zbrodnie wojenne i ludobójstwo są popełniane na oczach opinii publicznej, tuszowane, a tym samym milcząco akceptowane i wspierane – zarówno przez polityków, jak i media głównego nurtu. Jako obywatel Szwajcarii, poruszam ten problem w moim kraju i wielokrotnie podkreślałem, że tygodnik „Weltwoche” jest wiodącą publikacją w Szwajcarii, jeśli chodzi o gloryfikację ludobójstwa. Ta całkowicie bezkrytyczna, proizraelska postawa kosztowała czasopismo wiele prenumerat. Skupiając się obecnie na Rosji, co obejmuje liczne wywiady, tygodnik próbuje odzyskać te straty.

W przeciwieństwie do 1945 roku, osoby dotknięte – i ogół społeczeństwa – nie będą mogły twierdzić, że nie wiedzą. Oto strona internetowa poświęcona dokumentowaniu ludobójstwa w Strefie Gazy poprzez fotografie. Każdy, kto twierdzi, że ludobójstwo nie ma miejsca, powinien zajrzeć: https://archivegenocide.com/; nieprzespane noce gwarantowane.

„Przestańcie nazywać wszystko ludobójstwem”.

Roger Köppel, grudzień 2025

Oczywiście Zachód twierdzi, że Rosjanie i Irańczycy popełnili zbrodnie wojenne. Bucza nie była jedynym narzędziem propagandy używanym przez Zachód.

Jednak chronologia wydarzeń w Buczy sugeruje, że zbrodni tych nie popełnili Rosjanie. Scott Ritter opublikował kilka artykułów na ten temat: „Prawda o Buczy jest gdzieś tam, ale być może zbyt niewygodna, by ją ujawnić”; „Wojny na Twitterze – moje osobiste doświadczenia z ciągłym atakiem Twittera na wolność słowa”; „Bucza, ponowne rozpatrzenie”.

Kolejnym propagandowym błędem w tym kontekście był ostrzał placu publicznego w centrum Kramatorska, który wówczas znajdował się pod kontrolą Ukrainy. Odpowiedzialność Ukrainy za atak została niezbicie udowodniona numerem seryjnym użytego pocisku.

Zbrodnie wojenne Zachodu są niezliczone: Gaza, Liban, Zachodni Brzeg (ludobójstwo); Iran, Kursk i niezliczone cele cywilne w Rosji. Lista jest nieskończona. Co więcej, każda śmierć Rosjanina jest celebrowana w zachodnich mediach – nawet śmierć dzieci, kobiet i osób starszych.

Jak ludzie reagują na tę nieopisywalną postawę polityków i mediów? Odwracają wzrok – najprawdopodobniej po to, by nie zakłócać własnego spokoju. To zjawisko zaobserwowano w Niemczech już 90 lat temu. Jednak smartfony są dziś wszechobecne, co pozwala na skrupulatne dokumentowanie tych przestępstw. Nadejdzie dzień, gdy ludzie na Zachodzie staną przed pytaniem: Dlaczego milczeliście – tak jak wtedy? Będzie to miało katastrofalne konsekwencje dla zaangażowanych społeczeństw, które wszystkie znajdują się na Zachodzie.

Czy III wojna światowa już nadeszła?

Poniżej przedstawię przegląd przebiegu wojny na całym świecie.

Według Ukraine Support Tracker, oceniając strony w oparciu o fakty i obiektywnie, 41 krajów jest w stanie wojny z Rosją lub wspiera walkę z nią na różne sposoby, w tym Szwajcaria. Wśród stron zaangażowanych w wojnę z Rosją znajdują się między innymi: Ukraina (jako platforma), Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Włochy, Polska, Belgia, Bułgaria, Dania, Finlandia, Szwecja, Chorwacja, Luksemburg, Malta, Holandia, Portugalia, Słowacja, Czechy, Słowenia, Węgry, Cypr, Litwa, Estonia, Łotwa i Stany Zjednoczone.

W wojnie na Bliskim Wschodzie uczestniczy 11 następujących państw: Izrael, USA, Iran, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kuwejt, Syria, Katar, Oman, Arabia Saudyjska i Jemen.

Obecnie wojna toczy się w następujących krajach afrykańskich: Sudanie, Sudanie Południowym, Demokratycznej Republice Konga, Somalii, Etiopii, Mali, Burkina Faso, Nigrze, Nigerii, Kamerunie, Mozambiku, Republice Środkowoafrykańskiej i Libii – w sumie w 13 krajach.

Zaangażowane są kraje na czterech kontynentach: 64 kraje z Europy, Ameryki, Azji i Afryki. Wymienione powyżej kraje należy jednak traktować jedynie jako przybliżony przykład ilustrujący skalę problemu.

Nie można wykluczyć, że w to wciągnięte zostaną również kraje Ameryki Środkowej i Południowej. Z jednej strony Stany Zjednoczone mówią o walce z kartelami narkotykowymi na terytorium Meksyku; z drugiej strony prezydent Brazylii kilka dni temu oświadczył, że rozważa możliwą inwazję USA na swój kraj; ponadto Trump ma zamiar zająć Kubę.

Dla porównania: pod koniec 1944 r. w II wojnie światowej brało udział od 45 do 50 państw, w ostatnich dniach wojny liczba ta wzrosła do 61 państw.

Zdaję sobie sprawę, że lista ta zawiera nieścisłości, a udział niektórych krajów jest kwestionowany. Niemniej jednak, można śmiało powiedzieć, że III wojna światowa była faktem, jeśli weźmiemy pod uwagę kraje biorące w niej udział.

Nawet laik dostrzega, że ​​państwa członkowskie NATO są zaangażowane w praktycznie wszystkie wymienione konflikty. Czy możliwe, że zdecydowana większość – a może nawet wszystkie – tych konfliktów nie istniałaby bez hegemonicznej polityki Zachodu? Konsekwencja: konflikty będą toczone do samego końca.

Koniec negocjacji

W moim ostatnim artykule zacytowałem wypowiedzi prezydenta Putina i ministra spraw zagranicznych Ławrowa: W przeciwieństwie do Amerykanów i Europejczyków, Rosjanie nie bawią się słowami. Kiedy mówią, że zaufanie jest bezpowrotnie utracone, to znaczy, że jest utracone. Po porozumieniu 2+4, Mińsku I i II, Stambule 2022 i formacie Anchorage, Rosjanie zdają sobie sprawę, że jednostronne opracowanie rozwiązania umownego byłoby czystą stratą czasu. Rosyjskie władze oczywiście będą kontynuować rozmowy z pozostałymi stronami, ale będzie to niewiele więcej niż dyplomatyczna kurtuazja.

Niemcy są szczególnie „bliscy sercom” Rosjan. Ostatnio niemieckie szaleństwo kosztowało Rosjan 27 milionów istnień ludzkich – ponad 50% z nich stanowili cywile – którzy zostali wymordowani jak bydło, podczas gdy Niemcy próbowali „doszczętnie zmieść” Aryjczyków poprzez „Generalplan Ost” (Generalny Plan Wschodni). W „Manifeście politycznego i intelektualno-moralnego regresu” René Zittlau dowiódł faktami, że Friedrich Merz w niczym nie ustępuje Adolfowi Hitlerowi, jeśli chodzi o komunikację i zbrojenia. Intencje dwóch rusofobicznych, pełnych nienawiści blondynek z Brukseli – obdarzonych dyktatorską władzą – są oczywiste, nie tylko wobec Rosji, ale także wobec własnego narodu.

To samo dotyczy Iranu, traktowanego przez USA i Izrael jako agresora. Jesteśmy obecnie w trakcie trzech wojen, z których każda została wywołana przez Trumpa i Netanjahu. Pytanie, czy Trump jest kontrolowany przez Netanjahu, czy też Stany Zjednoczone kontrolują Izrael, jest kwestią czysto akademicką, typowo amerykańską.

Faktem jest, że od 2023 roku te dwa kraje wspólnie dopuściły się ludobójstwa w Strefie Gazy i trzykrotnie zaatakowały Syrię, Liban i Iran. Ostatni atak, naruszający Porozumienie o Porozumieniu, uświadomił Irańczykom, że negocjacje są bezcelowe, ponieważ każde porozumienie jest łamane przez USA.

Ukraina

Eskalacja wojny na Ukrainie

Ponieważ nie uda się osiągnąć porozumienia, a Rosja, po wielu wojnach toczonych przez wieki, w końcu doprowadzi do trwałego rozwiązania problemu na swojej zachodniej granicy, należy się spodziewać, że nie ograniczy swojej kontroli wojskowej do czterech regionów, które wraz z Krymem już należą do Rosji. Zakładam, że rosyjskie władze przejmą pod swoją kontrolę całość lub znaczną część rosyjskojęzycznej Ukrainy i pozwolą ludziom podjąć decyzję.

Nie oznacza to jednak, że mieszkańcy wszystkich tych rosyjskojęzycznych regionów chcą być częścią Rosji. Czas pokaże.

Źródło: Forum Geopolitica

Jest całkiem możliwe, że w tym scenariuszu Polska, Rumunia i Węgry odzyskają swoje dawne terytoria. Wszystkie te decyzje terytorialne z pewnością nie zostaną podjęte bez udziału Rosji.

Stworzyłem poniższą mapę w oparciu o aktualną sytuację językową. Jest to bardzo uproszczona reprezentacja grup etnicznych na Ukrainie.

Źródło: Forum Geopolitica

Poniższa mapa, przedstawiająca skład etniczny Austro-Węgier przed 1918 rokiem, ilustruje tę złożoność. Żółty obszar na mapie Austro-Węgier odpowiada mniej więcej zachodniej części dzisiejszej Ukrainy. Upadek Austro-Węgier nastąpił głównie z powodu problemów etnicznych, które stały się nie do opanowania. Sugeruje to, że rozwiązanie zapewniające trwały pokój w przyszłości można osiągnąć jedynie poprzez rozwiązanie kwestii etnicznych.

Źródło: https://kuk-xiv-korps.org/kuk-monarchie/

Podstawowa zmiana w prowadzeniu wojny

Ukraina jest drugim co do wielkości krajem w Europie po Rosji i ponad dwukrotnie większym od Niemiec. Czasy, gdy potężne kolumny czołgów posuwały się codziennie o 30 kilometrów lub więcej, definitywnie minęły. Tak jak technologia wojskowa przeszła fundamentalną rewolucję podczas dwóch ostatnich wielkich wojen, tak teraz jesteśmy świadkami całkowitej reorientacji. Nie jestem ekspertem wojskowym, ale codziennie śledzę raporty z frontu i zauważam, że pomimo miażdżącej przewagi liczebnej, rosyjskie siły zbrojne mogą wystawiać jedynie niewielkie grupy, a ich postęp jest zatem powolny, ale stały. Co więcej, Rosjanie zbliżają się obecnie do ostatnich głównych umocnień (Kramatorsk, Słowiańsk). Dalej na drodze do Kijowa nie ma już żadnych większych przeszkód, ale teren jest całkowicie płaski i nie oferuje żadnej osłony dla żadnej ze stron. Trudno powiedzieć, jak długo potrwa ta wojna, ale może ciągnąć się latami.

Wydaje się, że „eksperci” na Zachodzie albo są zaskoczeni nowymi realiami wojny, albo kłamią swoim słuchaczom, interpretując tempo dzisiejszych działań wojennych jako słabość rosyjskich sił zbrojnych.

Każdy, kto uważa, że ​​Rosjanom ostatecznie brakuje wytrwałości w osiąganiu celów wojennych, powinien zajrzeć do podręczników historii. Na początku wojny w 1941 roku Związek Radziecki znajdował się w znacznie słabszej pozycji niż Rosja w 2022 roku, a mimo to w 1945 roku, pomimo astronomicznych strat, stanął w Berlinie. Rosyjskie dowództwo jak dotąd realizowało strategię militarną mającą na celu minimalizację strat po stronie rosyjskiej, co doprowadziło do stosunku strat między Rosją a Ukrainą wynoszącego około 1:10.

„Bardziej zdecydowane podejście”

W przemówieniu wygłoszonym przed Dumą 27 lipca 2026 roku prezydent Putin zasugerował, że rosyjskie wojsko zajmie bardziej zdecydowane stanowisko wobec Ukrainy. Ostrożnie dobierał słowa i spotkał się z gromkimi brawami za tę propozycję.

„Oczywiście, zdradzę wam sekret – mój kolega nie będzie miał mi tego za złe. Podczas ceremonii wręczenia nagród jeden z laureatów szepnął mi: »Wygramy. Ale musimy być odważniejsi. Naprawdę, naprawdę tego chcę«. Nasuwa się jednak pytanie: »Jeszcze odważniejsi?«. I tak jak w świecie biznesu, niesie to ze sobą ryzyko, którego ceną są straty po naszej stronie pola bitwy. Dlatego i tutaj będziemy postępować ostrożnie, ale będziemy wytrwale i konsekwentnie dążyć do celów, które wyznaczyliśmy dla naszego kraju. I je osiągniemy”.

Prezydent Putin, 27 lipca 2026 r.

Jego wypowiedzi są szeroko komentowane i interpretowane w rosyjskich mediach; społeczeństwo wydaje się popierać to podejście.

Dowódcę wojskowego zastępuje psychopata – to nawiązuje do Himmlera.

Zełenski odwołał dowódcę armii Sirskiego i mianował Mychajła Drapatego nowym dowódcą armii 21 lipca 2026 roku. Zgodnie ze stanowiskiem ukraińskiego kierownictwa, Drapaty złożył następujące oświadczenie dotyczące Rosji:

Ogólnie rzecz biorąc, jest to naród, którego przywódcy nie mają prawa istnieć. Przez tysiąclecia nie było tam niczego cywilizowanego – ani w mentalności, ani w imperialnych ambicjach.

Mychajło Drapaty, 22 lipca 2026 r

To bezprecedensowe oświadczenia nazistów, a historia lubi się powtarzać: natychmiast po nieudanym zamachu z 20 lipca 1944 roku Hitler zdymisjonował generała Friedricha Fromma i mianował Himmlera naczelnym dowódcą armii rezerwowej. Dało to Himmlerowi kontrolę nad szkoleniem wojskowym, oddziałami rezerwowymi i około dwoma milionami żołnierzy w Niemczech. Później, około 25 stycznia 1945 roku, Hitler mianował Himmlera dowódcą nowo utworzonej Grupy Armii „Wisła”, której misją było powstrzymanie sowieckiego natarcia na Berlin. Himmler nie miał praktycznie żadnego doświadczenia w dowodzeniu armiami konwencjonalnymi i został zastąpiony przez generała Gottharda Heinriciego 20 marca 1945 roku.

Himmler był doskonałym przykładem ludobójczego psychopaty i zawiódł w roli dowódcy wojskowego. Historia zdaje się teraz powtarzać na Ukrainie, sugerując, że zachodnia narracja rozpada się wraz z upadkiem frontu ukraińskiego. Zmiana w dowództwie wojskowym jest wyraźnym sygnałem beznadziejnej sytuacji militarnej, w jakiej znalazła się Ukraina – tak jak wówczas.

Ataki Europy głęboko w Rosji

Ataki Europy głęboko w Rosji trwają. Rosyjski rząd słusznie nazywa je atakami terrorystycznymi, które, choć powodują ofiary wśród ludności cywilnej, mają niewielki wpływ na postępy wojsk rosyjskich na Ukrainie. Prezydent Putin jak dotąd powstrzymuje się od podejmowania działań militarnych przeciwko Europie, mimo że ma ku temu wszelkie powody. Poruszyłem ten temat w moim niedawnym artykule „Europa na krawędzi”. Od tego czasu nie zaobserwowałem żadnej zmiany w polityce prezydenta Putina.

W jednym ze swoich ostatnich występów w programie „Sędzia Napolitano” Gilbert Doctorow wezwał do rosyjskiego ataku na Europę, argumentując, że w przeciwnym razie Rosja przegrałaby wojnę. Doctorow nie przedstawia żadnego uzasadnienia, dlaczego Rosja miałaby przegrać wojnę w takim scenariuszu. Otwarta wojna Europy z Rosją – która narusza wszelkie zasady prawa międzynarodowego – ma na celu sprowokowanie Rosji do ataku, tak jak miało to miejsce w 2014 i 2022 roku. Prezydent Putin nie dał się nabrać na taki podstęp – przynajmniej na razie. Doctorow albo nie zdaje sobie z tego sprawy, albo gra w haniebną grę.

Wojna z Iranem

Iran jest, obok Rosji, najbardziej niedocenianym krajem przez Zachód. Dzięki swoim pociskom hipersonicznym Persowie przewyższają Izraelczyków i Amerykanów nie tylko pod względem technologii wojskowej, ale także siły psychicznej. Społeczeństwo amerykańskie jest podzielone, a większość nie popiera wojny z Iranem. Różne sondaże pokazują, że zdecydowana większość Amerykanów nie popiera wojny. Ostatnie sondaże ogólnokrajowe wskazują, że tylko około jedna trzecia społeczeństwa popiera działania militarne USA, podczas gdy mniej więcej połowa do dwóch trzecich jest im przeciwna (źródła: Washington Post, Silver Bulletin, Barron’s); według Gallupa, złotego standardu amerykańskich sondaży opinii publicznej, tylko 34% społeczeństwa popiera działania militarne przeciwko Iranowi. Sondaż przeprowadzono 15 czerwca i spodziewam się, że poparcie spadło jeszcze bardziej po zerwaniu Porozumienia o Porozumieniu i pogarszającej się sytuacji energetycznej – wyższych cenach benzyny i oleju napędowego w USA.

Naród irański stoi zjednoczony po stronie swojego rządu; wyraźnym tego dowodem był fakt, że ponad 15 milionów osób – niektóre źródła podają nawet 40 milionów – uczestniczyło w uroczystościach pogrzebowych zamordowanego byłego przywódcy Chameneiego. Zachodnia propaganda, głosząca słabe poparcie dla rządu, upadła. Po naruszeniu przez Trumpa Porozumienia o Porozumieniu, Irańczycy nie są obecnie skłonni do negocjacji. I dlaczego mieliby to robić, mając partnera w negocjacjach, który nie przestrzega umów?

Amerykanie stoją przed ogromnym dylematem. Według Larry’ego Johnsona, kończą im się nie tylko pociski przeciwlotnicze, ale także amunicja ofensywna. Co więcej, sytuacja w zakresie ropy naftowej i gazu uległa dalszemu pogorszeniu z powodu blokady Bab al-Mandab przez Huti.

Amerykańska inwazja lądowa to nic innego jak pusta retoryka Trumpa, która zakończyłaby się krwawą łaźnią dla Amerykanów. Prawdopodobnie to również powód, dla którego Amerykanie wstrzymali ataki na Iran w ostatnich dniach. Saudyjczycy sprowokowali nową wojnę z Huti kilka dni temu, a po blokadzie Bab al-Mandab infrastruktura giganta naftowego stała się celem ataku.

Ich trzecia próba – po tych z czerwca 2025 i lutego 2026 roku – również zakończyła się całkowitą porażką Amerykanów; przegrali wojnę, a prestiż najsilniejszej potęgi militarnej świata legł w gruzach. Co więcej, udowodnili światu swoją bezwartościowość jako partnerzy negocjacyjni i traktatowi. Będzie to miało kolosalne, długotrwałe konsekwencje dla USA. Istnieją powody do obaw, że USA, Europa i Afryka staną w obliczu katastrofalnych kryzysów energetycznych i że najpóźniej w przyszłym roku należy spodziewać się głodu w Afryce. Ucierpi również przemysł półprzewodników. Oprócz licznych zgonów w Afryce, inflacja będzie szaleć na Zachodzie – a to za sprawą USA.

Długoterminowe skutki

Konsekwencje militarne

Rosja nie będzie miała innego wyjścia, jak tylko okupować większość Ukrainy, aby trwale rozwiązać problem na jej zachodniej granicy. Nikt nie wie, jak długo to potrwa. Europa i Stany Zjednoczone zrobią wszystko, co w ich mocy, aby temu zapobiec, a czas pokaże, czy i kiedy prezydent Putin dojdzie do wniosku, że może osiągnąć swój cel jedynie atakując państwa NATO. Biorąc pod uwagę nowe realia na polu bitwy, zdominowane przez drony, można rozsądnie założyć, że tempo rosyjskich postępów przyspieszy dopiero po załamaniu się ukraińskich sił zbrojnych. Obecnie wykluczam rozmieszczenie oficjalnych wojsk europejskich na terytorium Ukrainy.

Nie będzie pokoju na Bliskim Wschodzie, dopóki żądania Iranu nie zostaną spełnione. Izrael jednak będzie się temu sprzeciwiał. Można sobie wyobrazić, że w konsekwencji państwo Izrael nie przetrwa w obecnej formie, ponieważ Izrael w obecnym stanie nie jest zdolny do pokoju. Można również sobie wyobrazić, że wiele krajów zawrze dwustronne porozumienia z Iranem i Huti, aby złagodzić katastrofalny kryzys energetyczny.

Amerykanom i Izraelczykom udało się zatem uczynić Iran największą potęgą geopolityczną na Bliskim Wschodzie.

Konsekwencje ekonomiczne

Załamanie się zachodnich rynków finansowych to tylko kwestia czasu; dodatkowa presja ze strony Bliskiego Wschodu może być tego przyczyną. Powrót stabilności może zająć pięć, dziesięć, a nawet więcej lat. Dzieje się tak, ponieważ zachodnie banki centralne będą niezawodnie sięgać po swoje „lekarstwo na całe zło” i drukować pieniądze, aż do całkowitego załamania się walut fiducjarnych. Historia pokazuje, że takie katastrofy gospodarcze prowadzą do agresji militarnej. Skoro możemy już słusznie mówić o wojnie światowej, można jedynie spekulować, co się stanie: być może rozpad UE i wojna w Europie, a może wojna domowa w USA? – Wszystko jest możliwe.

Należy zdać sobie sprawę, że wojny te, początkowo skierowane przeciwko Rosji i Iranowi, ostatecznie będą skierowane przeciwko Chinom. Konflikty zbrojne w Afryce to nic innego jak zmagania między byłymi mocarstwami kolonialnymi – które eksploatują ten bogaty kontynent od wieków – a Chińczykami, którzy inwestują w Afryce od dziesięcioleci. Chińczycy zdają sobie z tego sprawę i od dziesięcioleci przygotowują się militarnie.

Powołane zostaną trybunały ds. zbrodni wojennych.

Wojna się skończy, a zbrodniarze nie zwyciężą. Ludzkość zwycięży, i to dobrze. Po drugiej wojnie światowej odbyły się liczne procesy o zbrodnie wojenne, z których najsłynniejszy odbył się w Norymberdze. Był to jedynie chwyt reklamowy, mający na celu przekonanie uciskanych narodów, że winni zostaną pociągnięci do odpowiedzialności. Garstka skończyła na szubienicach; większość uniknęła kary. Zobacz mój artykuł z listopada 2023 roku: „Nieodpokutowane zbrodnie Holokaustu”.

Na przykład Donald Trump zaledwie kilka dni temu pokazał, że jest w pełni świadomy swoich zbrodni wojennych. Zapytany przez reportera „New York Timesa”: „Mówisz o wysadzaniu cywilnych elektrowni i mostów. Większość cywilizowanego świata uznałaby to za zbrodnię wojenną. A ty?” , Trump odpowiedział, że nie będzie komentował tej sprawy.

Wygląda na to, że jego instynkt – a może raczej jego prawnicy i doradcy – mentalnie przygotowuje go na trudne czasy.

Liczba i skala dzisiejszych zbrodni wojennych i ludobójstw są bezprecedensowe w historii ludzkości, a dowody będą przytłaczające. Miliony filmów i zdjęć, nagranych smartfonami przez miliony ludzi, są publikowane w internecie – internet nigdy nie zapomina.

Spodziewam się, że w przyszłości procesy o zbrodnie wojenne będą się toczyć w najróżniejszych miejscach – prawdopodobnie bezpośrednio w miejscach zbrodni: w Strefie Gazy, na Zachodnim Brzegu, w Libanie, Teheranie, Moskwie, Kijowie, Kursku i tak dalej. Profesor Mearsheimer powiedział kilka dni temu, że zarówno Netanjahu, jak i Trump zawiśliby na wisielcu, gdyby ich postępowanie zostało osądzone zgodnie z zasadami norymberskimi. Panie i panowie z zachodnich mediów powinni wkrótce zacząć planować ucieczkę. Nawet w Norymberdze ich nie oszczędzono.

Wniosek

Wybuchła III wojna światowa, załamanie gospodarcze jest nieuniknione, a ludzkość stoi w obliczu długiego i strasznego okresu cierpienia.

Źródło: Lato, kiedy pokój umarł