Archiwum autora: Mirosław Dakowski
Kościół jako polityczny wychowawca narodów
Feliks Koneczny
I.
O METODACH
Rozważając zagadnienia państwa chrześcijańskiego, a zwłaszcza temat „Kościół jako polityczny wychowawca narodów”, zastosujemy do tych problemów metodę indukcyjna, jedyną, która wiedzie do odkryć w naukach historycznych. Jest ona też dziełem historyka zawodowego. Historykiem bowiem był jej twórca, Bacon werulamski (1561-1626), który wychodząc od historii ogarnął najrozleglejsze rozłogi wiedzy, a którego wiedza miała w jego myśli służyć jednakowo naukom humanistycznym i przyrodniczym.
Ale zjawiły się metody inne, a wśród nich medytacyjna. Nazywam ją tak od Condorceta, który w 1793 oświadczył, że w naukach humanistycznych „odkrycia stanowią nagrodę samej medytacji”. Przypomnę też, jak zdaniem Wrońskiego (1778-1853), „wiedza, jak taka, jest z góry czysto kontemplacyjną lub spekulatywną”, co wychodzi zupełnie na to samo, co tamta „medytacyjność”.
Należy te sposoby rozumowania odróżnić od dedukcji naukowej, która musi mieć wpierw przed sobą jakieś założenie (już przedtem udowodnione), ażeby z niego snuć wnioski. Medytacyjna metoda nie wymaga w ogóle żadnych uprzednich studiów. Cała szkoła Condorceta poprzestawała na tym, że coś komuś wydało się jakimś, bo tak sobie „wyspekulował”. Sądzono, że człowiek inteligentny (a zwłaszcza matematyk lub literat ) może samą siłą swej inteligencji rozwiązywać wszelkie zagadnienia humanistyczne, nie potrzebując wcale studiów specjalnych „fachowych”. Metoda ta żyje dotychczas, a typowym jej piastunem jest znów matematyk, Bertrand Russel. Metodę tę trzeba śledzić i poznawać, żeby wiedzieć czego się wystrzegać, w jaki sposób nie należy i nie można rozumować o żadnej a żadnej sprawie z zakresu humanistyki. Rezultaty pewne otrzymuje się tylko indukcją.
Pierwszym warunkiem indukcji w tematach historycznych jest, żeby się zawsze liczyć z… chronologią.
Pozwolę sobie na mała dygresję, ażeby okazać na przykładzie, jak dana kwestia może przybrać zgoła inne oblicze, stosownie do tego, czy się będzie pedantem wobec chronologii, czy też potraktuje się ją bardziej liberalnie. Wybieram dla przykładu ciekawą sprawę o Macchiavella.
Wiadomo, jak obfitą jest tu literatura, ile studiów pochłonęło pytanie, czy krytyczny Florentczyk na serio urabiał swego „księcia”; jak to wytłumaczyć i usprawiedliwić (warto przypomnieć zdanie wielkiego Rankego, że Macchiavelli uważał Italię za dość silną, żeby jej w celach leczniczych móc zastrzyknąć truciznę). Ileż komentarzy do tego dzieła, ileż wyłoniło się argumentów, że w polityce nie sposób trzymać się moralności! Uznać trzeba, że piśmiennictwo naukowe, rozwinięte wokół „Księcia” obfituje w dzieła godne wszelkich pochwał dla wielu a wielu względów naukowych. Budzi atoli zdziwienie pewna okoliczność:
Jeżeli „Książe” miał służyć księciu na usprawiedliwienie (rządowi żołniersko-uzurpatorskiemu), jeśli miał tej państwowości dostarczyć duchowych fundamentów, czemuż książe nie łożył w wydanie „Księcia”? A gdyby przyłożyć do sprawy noniusz chronologii, sprawa będzie jeszcze ciekawsza: Dzieło było napisane w r. 1514, autor trzymał je w ukryciu i wyszło drukiem (w Rzymie) dopiero osiem lat po jego zgonie (1527-1535). Chronologia świadczyłaby tedy raczej, że Macchiavelli „sobie pisał, nie ludziom”, bo drukować nie mógł dla łatwo zrozumiałych okoliczności; a w takim razie nie będzie żadnej sprzeczności pomiędzy życiem autora, a chowanym przez niego pod kluczem… aktem oskarżenia. Ale nastać miały takie czasy, że książkę jego potraktowano pozytywnie, zamiast negatywnie.
II.
CZTERY POSTULATY MISYJ KATOLICKICH
Żeby tedy nie uchybić pedantyzmowi chronologicznemu, zaczniemy roztrząsania o stosunku Kościoła do życia publicznego od samego początku; jeżeli nie od samego Adama i Ewy, to przynajmniej gdzieś blisko nich, jak najbliżej. Wejdźmy z naszym problemem pomiędzy lud prymitywny i to choćby w zawiązkach protohistorii. Nie trzeba sobie czegoś „wyobrażać”; wyobraźnią nie udowodni się niczego w tej dziedzinie nauk! Nie trzeba się „wyobraźnią cofać” do prawieku naszych przodków, bo ludy prymitywne, nawet arcyprymitywne, istnieją dotychczas, a misjonarze do nich jeżdżą i przysyłają stamtąd sprawozdania.
Nadspodziewanie okazuje się, że tkwi w Kościele sama geneza państwowości. Samym misjonarstwem swym wytwarza Kościół urządzenia państwowe czyli państwowość, i rozsiewa zarodki państwa. Nie ma wprawdzie w Nowym Testamencie przepisów, jak urządzić państwo; nie ma w Ewangelii prawa ni prywatnego ni publicznego, a Kościół nigdy nie wybrał pewnych form dla państwa, ażeby się z nimi utożsamić, a inne potępić; ale Ewangelia osnuwa wszystko kategorią DOBRA, MORALNOŚCIĄ, ETYKĄ, i to wystarcza do wytworzenia wyraźnych drogowskazów we wszystkim, również w dziedzinie państwowej.
Każda misja katolicka niesie z sobą cztery postulaty : monogamię dożywotnią, dążenie do zniesienia niewolnictwa, zniesienie msty, wreszcie niezawisłość Kościoła od władzy państwowej, a to w imię niezawisłości czynnika duchowego od siły fizycznej. Te cztery wymagania są od samego początku te same i niezmienne i jednakie dla wszystkich rodzajów i szczebli cywilizacji, dla wszystkich krajów i ludów.
Fundament wychowania do wyższego szczebla życia zbiorowego, kamień węgielny organizacji państwowej mieści się w znoszeniu msty rodowej. Rodowe wykonanie msty stanowi obowiązek moralny, który trzeba od rodów przejąć i wypełnić go za rody, wyręczając je przez sądownictwo publiczne i publiczny wymiar kar.Polityczny zwierzchnik, a więc panujący (od kacyka do cesarza) staje się generalnym mścicielem za wszystkie rody, wykonawcą wszelkiej msty. Taki jest zaczyn sądownictwa państwowego.
Na najniższych nawet szczeblach, wśród najprymitywniejszych ludów, zaszczepia tedy misjonarz – nawet nieświadomie – państwowość, boć chcąc znieść mstę, musi przygotować ponadrodową władzę sadową, a naczelnik ludu nawróconego staje się nie tylko wodzem wojennym, ale też sędzią. Jest to pierwsza pokojowa funkcja państwowa.
Nie łatwo to przeprowadzić. Często głowa państwa sędzią być nie chce, ażeby nie ukrócać rodowego prawa zwyczajowego. Kiedy biskupi zażądali od Włodzimierza Kijowskiego, ażeby zajął się z urzędu sądownictwem kryminalnym, książę sprzeciwił się temu i postępował nadal „według urządzeń ojca i dziada”.
W Europie Zachodniej msta powikłała stosunki społeczne do tego stopnia, iż stałym stanem społeczeństwa stała się „wojna wszystkich przeciwko wszystkim”. Wieków trzeba było, żeby „treuga Dei” ograniczała mstę stopniowo; a wciągu tych pokoleń panujący zasiadał na sądach tylko na żądanie strony. Taki, który udawał się do swego księcia, żeby go wyręczył w mście i ukarał krzywdziciela, narażał na hańbę nie tylko siebie, lecz cały swój ród, bo usuwał się od osobistego spełnienia swych obowiązków i uznawał się być słabym. Długo też wyręczały się sądownictwem książęcym same tylko niewiasty, gdy im zabrakło męskiego mściciela. Działał „Treuga Dei” i robiła swoje, rozszerzana coraz bardziej, lecz jakżeż powoli i pod jakimże naciskiem kar kościelnych i nierzadkich klątw! W Polsce już za pierwszych Piastów wprowadzono za zabójstwo grzywny pieniężne, lecz krwawe zwady rodów zdarzały się jeszcze w XIV wieku. W Niemczech zaś dopiero na samym końcu XV w. ogłoszono „Landfrieden” w czym mieścił się zakaz wykonywania msty i przymus przekazywania krwawych sporów władzy państwowej. Minęło jednak jeszcze nieco czasu, zanim ustawa zdobyła sobie powszechne uznanie.
Wykonywanie msty, dziedziczne w rodach z pokolenia na pokolenie, wytworzyło i rozgałęziło długi szereg nadużyć i zbrodni; nadużywano bowiem msty i podszywano się chytrze pod nią, okrywając jej płaszczem liczne przestępstwa – aż do rozbojów włącznie. Ze stanu wojennego między rodami wytwarzały się walki całych okolic, aż wreszcie książę panujący w imieniu całej ludności swego kraju wypowiadał wojnę księciu ościennemu, stwierdzając krzywdę i urazę popełnioną względem wszystkich. Wojny rodziły się wprawdzie nie tylko z samej msty na wielką skalę, ale w znacznej, a może nawet po większej części taką miewały genezę i dlatego uważano je za uprawnione.
Zbrodniczość i wojny stały się niejako ubocznym produktem msty. Gdy zaś po kilku już pokoleniach niktby już nie zdołał osądzić, która strona pierwsza zawiniła i czy obie strony utrzymywały się w granicach prawa zwyczajowego, gdy przepadła nawet pamięć pierwotnego przedmiotu zwady, gdy wreszcie wygasły nawet rody, które mstę wszczęły, a jednak niebezpieczeństwo życia groziło na każdym kroku, widocznym stawało się coraz bardziej, ze ma się do czynienia już nie z mstą, lecz z jawnym opryszkostwem. Jak jedno z drugim wikłało się, widać było na Korsyce jeszcze poza połową XIX wieku.
Wypleniając mstę, staje się Kościół politycznym wychowawcą społeczeństw podwójnie: obdarzał ludy sądownictwem publicznym i zarazem zwiększał bezpieczeństwo życia i mienia. Oddając obie te dziedziny w ręce zwierzchności świeckiej, wytwarzał tym samym, a następnie rozszerzał i wzmacniał władze państwową.
Powiedziano już dawno i Kościele, ze stał się rodzicem i wychowawcą narodów, i to przyjęło się już powszechnie. Należy to jeszcze rozszerzyć, stwierdzając, że był również twórcą władzy państwowej, takiej, która by posiadała moc działania także poza sprawami wojennymi. Stałość i nieprzerwalność państwowości w państwie jest dziełem Kościoła ( Wyrazy „państwo” i „państwowość” nie są bynajmniej synonimami; państwowość oznacza urządzenia państwowe).
Przejdźmy do dalszych postulatów, stawianych przez Kościół zawsze i nieodmiennie każdej nawracanej społeczności. Kwestia monogamii dożywotniej jest już dostatecznie opracowana pod względem stosunku Kościoła do życia zbiorowego. Wiadomo powszechnie, że wyłoniło się z tego poszanowanie kobiety, przyznanie jej praw, w końcu równouprawnienie moralne i majątkowe.
Monogamia czyni z kobiety czynnik twórczy w życiu zbiorowym, podwaja ilość pracowników cywilizacyjnych. Mniej jest wiadomym, ze monogamia stanowi podstawę własności osobistej, że jedno z drugim łączy się nierozerwalnie. Bardzo się więc mylą utopiści, którym się wydaje, że dałby się pogodzić komunizm z katolicyzmem. Nie można przystać na komunizm, bo wraz przepadłaby monogamia, a po niedługim czasie rodzina w ogóle.
Również decydującym o życiu społeczeństw jest postulat znoszenia niewoli. Niewolnicy bywali w olbrzymiej większości robotnikami fizycznymi, podczas gdy wolni zajmowali się pracami umysłowymi. Orzeczenie apostoła narodów św. Pawła: „„Kto nie pracuje, niech nie je” zawiera w sobie moralny przymus pracy, który staje się w katolicyzmie przykazem etycznym. Kogo nie stać na pracę umysłową, spełni ten przykaz fizyczną. Skoro zaś fizyczna staje się koniecznością etyczną, tym samym godną jest szacunku ludzkiego, a zatem nie hańbi taka praca człowieka wolnego. Tkwi w tym cały przewrót społeczny, dokonywany stopniowo, ewolucyjnie, i wreszcie dokonany. Na tym tle nastąpił ogromny rozwój rękodzieła, a następnie tego wszystkiego, co zwiemy techniką, a która wyłoniła się bądź co bądź z rzemiosł. Klasycznemu światu nie brakło odkryć naukowych., lecz nie powstawały z nich odpowiednie wynalazki, bo praca fizyczna, pozostając we wzgardzie, pozostała na zbyt niskich szczeblach. Zniesienie niewolnictwa, zrównanie w wolności zajęć fizycznych z umysłowymi, sprawiały, że praca umysłowa przenosiła się także na rękodzieła i w tym tajemnica, dlaczego starożytność nie celowała wynalazczością, czemu wynalazki stanowią przywilej świata chrześcijańskiego.
Przejdźmy do czwartego postulatu katolickiego życia zbiorowego, do kwestii o niezależności Kościoła od władzy świeckiej. Jak wiadomo, ani Kościół wschodni, ani konfesje protestanckie nie uznają tego postulatu. Katolicyzm ma bowiem swoje własne pojęcia o państwie i o życiu zbiorowym w ogóle a od tych pojęć odstąpić nie może. Istnieje katolicka nauka o państwie.Istnieje ideał „Civitas Dei”, któremu dał początek św. Augustyn przed lat półtora tysiącem. Zarzucano w owych czasach chrześcijanom, że usuwają się od przyjmowania urzędów w państwie rzymskim, mówiąc dzisiejszym językiem, że bojkotują rzymską państwowość. Bywało tak istotnie często (chociaż nie zawsze i nie wszędzie), ponieważ państwowość owa była wówczas tego rodzaju, iż nie zasługiwała na szacunek nawet uczciwych pogan. W umysłowość chrześcijańską wdziera się zaś poprzez wszystkie wieki aż po dzień dzisiejszy, powstały wówczas okrzyk: „Quid sunt regna remonta justitia, nisi magna latrocinia?”. Nie chcieli tedy chrześcijanie służyć i służbą swa dopomagać owemu latrocinium – lecz obowiązki względem państwa traktowali pozytywnie i spełniali zawsze bez szemrania. Tym się jednak wyróżniali od początku, iż znali nie tylko obowiązki względem państwa, ale też obowiązki państwa względem obywatela. Związek jednostki z państwem był w etyce katolickiej od samego początku splotem wzajemnych praw i wzajemnych obowiązków; państwo zaś winnym było podlegać etyce tak samo, jak jednostka. Ilekroć państwowość jakiegoś państwa nie pozostawała w zgodzie z tym postulatem, nie mogła cieszyć się poparciem Kościoła. Albowiem postulat niezawisłości Kościoła od władzy świeckiej stanowi cząstkę tezy ogólniejszej: o wyższości pierwiastków duchowych ponad materialne.
Ideał zaś – „De Civitate Dei” – spełniał się niemało w ciągu wieków, lecz (jak każdy Ideał) w miarę spełniania urastał i nabierał nowych działów, nowych postulatów szczegółowych, stosownie do tego, jak komplikowało się coraz bardziej życie zbiorowe. Pomysł państwa Bożego na ziemi, tj. państwa urządzonego po Bożemu, nie jest bynajmniej nieziszczalny, lecz wymaga się od niego coraz więcej. Ledwie ziści się, czego w danym czasie się wymagało a narosło niemało wymagań nowych! Był czas, gdy wzdychano, by „Treuga Dei” mogła się ziścić, a dziś wymagamy bez porównania więcej, i daj Boże, żebyśmy mieli wymagania jeszcze większe!.
III.
ZASADY ŻYCIA PUBLICZNEGO NARODÓW
Metody życia zbiorowego kształcą się w katolicyzmie, doskonalą się w miarę, jak zbliżają się do ideału „Civitatis Dei”, a gdy się od niego odchylają, obniżają się i psują. W każdym razie są niezmienne. Jak wiadomo, Kościół nie identyfikuje się z żadną specjalna formą rządów, wymaga tylko od każdej, żeby zachować moralność według etyki katolickiej. Ale pośród wielości najrozmaitszych sposobów rządzenie istnieją pewne wytyczne zasadnicze, według których Kościół postępuje w swej wielkiej misji wychowawcy politycznego.
Głębie etyki katolickiej wywodzą się od poczucia osobistego stosunku do Boga i w tym właśnie tkwi największa siła moralna katolika. Bo choćby zrzeszenie dopuszczało się najcięższych przewinień, stosunek jednostki do Boga pozostaje czystym, skoro tylko nie aprobuje się zła. Ale też za to każdy z osobna ponosi osobistą odpowiedzialność za swe myśli, mowy i uczynki czego symbolem jest spowiedź osobista, podczas gdy protestantyzm, judaizm i buddyzm znają spowiedzie tylko gromadne. Odpowiedzialność gromadna z reguły nie jest odpowiedzialnością wystarczającą do ułożenia stosunku do Boga. Kto na niej chce poprzestać, ten prędzej czy później poderwie same zasady etyki.
Najdobitniej występuje ten stosunek w żydostwie, bo Żyd nie staje w myśli przed Bogiem, jako jednostka człowiecza, lecz zawsze jako Żyd. Wobec Jehowy jest się albo Żydem, albo nie Żydem: o stosunku do Boga decyduje według żydowskiego przekonania przede wszystkim przynależność do pewnego zrzeszenia, czy też do reszty ludzkości, która znajduje się poza tym zrzeszeniem. To jednak jeszcze nie wszystko, bo wszyscy ludzie należą do jakichś zrzeszeń, katolicy również; lecz chociaż w zrzeszeniu działa się nieraz gromadnie, katolik jest w swym sumieniu odpowiedzialnym nawet za czyn gromadny każdy osobiście, jakby każdy z osobna czynu tego dokonywał w całości. Stosunek bowiem między zrzeszeniem a członkiem zrzeszenia może być dwojaki, i zrzeszenia są pod tym względem również dwojakie; jedne tłumią osobowość i wyrabiają gromadność, inne zaś nie tylko nie przeszkadzają osobowości. Lecz nawet pielęgnują ją. Takie przeciwieństwo gromadności zwiemy personalizmem. Gdy zrzeszają się osoby przejęte tą cechą ducha, powstają zjednoczenia personalizmów; zrzeszenia najtrwalsze, najmocniejsze i sięgające najwyższych szczebli cywilizacyjnych.
Cała filozofia religijna katolicyzmu i cała cywilizacja łacińska oparte są na personalizmie. Wyraźnie Kościół naucza, jako każda dusza ludzka tworzy odrębna całość i jest obdarzona wolną wolą.
Jednostki, zrzeszając się do życia publicznego, natenczas tylko robią to prawdziwie, jeżeli działalność ta jest dobrowolną. Wtedy bowiem tylko formy tego życia stanowią prawdziwy wyraz woli danego zrzeszenia. A skoro zrzeszenie ma być tak urządzone, ażeby nie hamowało personalizmu, a zatem nie może opierać się na jednostajności, lecz musi posiąść trudną sztukę, żeby utrzymywać jedność przy rozmaitości. Tym się różni państwowość katolicka od wszelkiej innej, a zwłaszcza od bizantyjskiej. W cywilizacji bizantyjskiej nie rozumie się jedności inaczej jak w zupełnej jednostajności. To zaś sprzeczne jest z natura ludzka tak dalece, iż da się przeprowadzić tylko przymusem, niekiedy tylko terrorem. Jednostajność jest sztuczna, naturalną jest rozmaitość. Wszystko, co jest naturalnym wyrasta samo z siebie, jest organiczne i przechodzi w coraz nowe organizmy, których spójnią dobrowolność, do których przystaje się z przekonania. W rozmaitości życia publicznego każdy służy mu takimi środkami, jakie zezwala mu rozwinąć maximum sił, maximum zdatności i sprawności. tak powstają zamiłowania i powołania i miłość pracy koło wspólnego dobra; tak wytwarza się zapał, gotowość do poświęceń, wiara w sprawę i wiara w samego siebie, że wysiłki nie będą próżne i że ziarno trafi w końcu na właściwą glebę To wszystko dostarcza radości życia, które staje się twórczym, a co możebnym jest tylko w życiu publicznym organicznym.
Tylko organizm bywa twórczym; tej właściwości brak przeciwieństwu organizmu – mechanizmowi.
Życie publiczne musi być organiczne lub mechaniczne. W przeciwieństwie do samorództwa organizmu, mechanizm musi być sztucznie obmyślony. Spotykamy się tu z dwiema metodami myślenia, o którym była mowa na początku: z indukcją i medytacyjnością, a których następstwami wżyciu zbiorowym są aposterioryzm i aprioryzm. „Mechanikom” życia publicznego wystarczy coś, co sobie wymedytują i uznają z a pewnik, ażeby z tego wysnuwać potem wnioski do wszystkich działów życia, tym niebezpieczniejsze, im konsekwentniejsze. Np. wszystkie wnioski z materialistycznego pojmowania historii z socjalizmem na czele, zmierzającym do tego, by cały świat zamienić w mechanizm.
Mechanizm żadną miara nie da się apriorycznemu układowi stosunków, musi być w mechanizmie zgnębione w imię jednostajności.
Idzie się więc od personalizmu przez aposterioryczność do organizmu, od gromadności przez aprioryczność do mechanizmu. Organizm a mechanizm powstają z innych metod i odmienne są też warunki ich powodzenia. Im bardziej rozwinięty organizm, tym bardziej komplikuje się pośród swoich rozmaitości, gdy tymczasem jednostajny mechanizm dąży do jak największych uproszczeń. Ciekawego zaś zaiste doświadczenia dostarcza nam historia powszechna. Oto wszystkie rewolucje myślały apriorycznie, a działały mechanicznie. Dokonują się też rewolucje przez zanik personalizmu a gromadności, a gromadność nie zdołała utrzymać nawet powierzchownego, zewnętrznego ładu inaczej, jak mechanicznie.
Zmierza przeto z całych sił uproszczeń we wszystkim, a występuje zaciekle przeciw rozmaitości rozmaitych równoległych objawów życia publicznego.
Co więcej, inna jest etyka organizmów, a inna mechanizmów. Cóż mówić o moralności, gdzie zasługą jest gnębić i łamać, terroryzować i odbierać godność osobistą, nierozdzielną od wolności przekonań? Bo też godność osobista rodzi się tylko z personalizmu.
Ze wszystkiego tego wynika, ze pomiędzy organizmem a mechanizmem zachodzi proste a bezwzględne: albo – albo. Łączyć zaś w jakimś zrzeszeniu, np. w państwie, w pewnym dziale państwowości obowiązuje mechanizm (np. w wojsku), dział taki odgradza się zazwyczaj z wielka stanowczością od innych, traktując go z całą wyłącznością.
Państwo jakie takie musi także być albo organizmem albo mechanizmem. Zależy to od cywilizacji. Np. w turańskiej jest ono mechanizmem, a gdzieby przetwarzało się w organizm, tam runęłaby cywilizacja turańska. W cywilizacji łacińskiej państwo może być tylko organizmem.
Łączy się to z pewna szczególną tej cywilizacji właściwością. W każdej innej może się wytwarzać siła polityczna niezależnie od stanu społeczeństwa. Mongołowie wytworzyli olbrzymie i potężne państwo uniwersalne, chociaż sił społecznych u nich nawet dostrzec trudno; podobnie Turcja; w bizantyjskim cesarstwie społeczeństwo ledwie było tolerowane przez państwo, w jednak państwo to posiadało okresy siły. Wszędzie tam rodziła się siła polityczna poza społeczeństwem, powstając samodzielnie, działając samoistnie. Lecz nie zdarzyło się ani razu w historii cywilizacji łacińskiej, żeby państwo było silne, choć społeczeństwo słabe. Tu siła polityczna rodzi się z sił społecznych. O cywilizacji łacińskiej możnaby raczej powiedzieć, że w niej o siłę polityczną – o potęgę państwową – nie trzeba zabiegać wprost i bezpośrednio, lecz całą staranność życia publicznego obrócić w krzewienie sił społecznych. Te bowiem nadzwyczaj łatwo i w razie potrzeby automatycznie zmieniają się w siłę polityczną, gdy tymczasem największa nawet polityczna siła społecznych w sobie nie mieści. W cywilizacji łacińskiej państwo musi być oparte na społeczeństwie, bo inaczej pozostanie słabym, i tym słabszym, im bardziej chciałoby górować nad społeczeństwem. Z silnego społeczeństwa wyłania się silne państwo samo przez się. W naszej cywilizacji niema obawy o to, iżby siła społeczna mogła nie wydać siły politycznej; lecz na nic wszelkie zachody o potęgę państwa, gdzie społeczeństwo osłabione. Albowiem państwo w cywilizacji łacińskiej jest organizmem, wytwarza się w sposób naturalny ze społecznego podłoża. Wszelkie próby, żeby państwo wyemancypować niejako od społeczeństwa, dezorganizują tylko społeczeństwo, mącą i obniżają stan cywilizacyjny.
Państwo, wychylające się ze wspólnoty cywilizacyjnej ze społeczeństwem, należącym do cywilizacji łacińskiej, musi się stawać coraz bardziej mechanizmem i przystąpi do walki z personalizmem. A zatem nastałby rozłam pomiędzy państwem a społeczeństwem, co stanowiłoby klęskę najcięższą dla obu.
Przyczyna istotna (owa przyczyna przyczyn) takiego związki tych spraw w naszej cywilizacji jest bardzo prosta. Nie można robić jednej i tej samej rzeczy równocześnie dwiema metodami: prawo to sięga od robót najgrubszych i najłatwiejszych aż do wyżyn twórczości państwowej. W ten błąd popadłoby się jednak, gdyby się chciało osadzić państwo mechanizmowe na podłożu organicznym, gdzie społeczeństwo (naród) wytworzyło się i rozkwitać ma nadal z jednoczenia się rozmaitych organizmów społecznych. Nie da się wytworzyć zrzeszenia, które by było równocześnie organizmem i mechanizmem, bo mieszanina tego z tamtym posiada własności trujące; stanowi truciznę i dla państwa i dla społeczeństwa. Gdyby zapanowało gdzieś powszechne pomieszanie metod organicznych a mechanicznych, gdyby udzielało się stopniowo wszystkim dziedzinom życia zbiorowego, wyniknęłyby z tego następstwa absurdalne a straszne. Wspólna cywilizacja stanowi bowiem więź zrzeszeń: naruszanie przeto zwartości cywilizacyjnej jest robotą destruktywną, jest druzgotaniem więzi i narodowej i państwowej. Jest to gonitwa za zerem. Dodajmy, ze mechanizm nie wytworzy moralności, oświaty, ni dobrobytu.
Jeżeli więc chcemy się utrzymać przy cywilizacji łacińskiej, musimy trzymać się personalizmu, zasady rozmaitości, aposterioryzmu i organizmu z zasadą supremacji sił duchowych.
Tak jest i tak pozostać winno we wszystkich społeczeństwach, które „wychowywał Kościół”, ten Kościół, którego dziełem jest cywilizacja łacińska.
Do cech państwowości łacińskiej należy odrębne prawo państwowe, odrębność prawa publicznego w ogóle. Co innego prawo prywatne, co innego publiczne. Ten dualizm prawny należy do węgłów naszej cywilizacji, a zatem stanowi tez węgiel węgielny naszych pojęć polityczny.
Przeciwieństwem naszych pojęć w tej dziedzinie jest monizm prawny, znający jedno tylko prawo, albo samo publiczne. Monizm taki pochodzi z cywilizacji turańskiej. Tam władca jest właścicielem całego państwa i całej jego ludności. Te przejawy prawnicze, które my zwiemy prawem publicznym, wywodzą się tam ze zamplifikowanej własności prywatnej głowy państwa, skutkiem czego nastąpiło tam pochłonięcie prawa publicznego przez prywatne. Słowem, w turańskiej cywilizacji prywatne prawo władcy wobec ludności staje się prawem publicznym, które nie jest niczym odrębnym od prywatnego, lecz tylko rozbudową prywatnego dla interesów władcy.
Obecnie powstaje w Europie monizm prawniczy metoda całkiem odmienną. Zmierza się do zniszczenia prawa prywatnego przez publiczne, mianowicie przez prawo państwowe, bezetyczne, a w imię omnipotencji państwa. Apriorycznie określa się jaką ma być państwowość i gnębi się personalizm w imię gromadności, byle zmusić do poddania się koncepcjom powziętym z góry, sztucznym, którym sama tylko przemoc udziela życia.
Wpada się obecnie w monizm prawniczy, polegający na wyłączności prawa publicznego. A rozstrzygać o tym, co jest prawne, będzie pięść. Gdy zaś omnipotencja państwa obejmie władzę nad wszelkimi sprawami dotychczasowego prawa prywatnego, będzie musiało wszystko być postawione do swobodnego uznania władcy ( i jego biurokracji), któremu nadane będzie prawo dowolnego dysponowania wszystkim i wszystkimi. Wyjdzie się więc w końcu najzupełniej na turańszczyznę, choć się zaczęło z przeciwnej strony.
Etyka cywilizacji łacińskiej nie może się pogodzić z linią rozwojową wszechwładzy państwa, a więc ani z etatyzmem ani z biurokratyzmem, ni z elephantiasis ustawodawczą, ni z ex lex podczas pokoju. Nasza etyka musi zmierzać do państwa opartego na społeczeństwie, a wiec ku samorządowi. Wszelki zaś krok, który by odsuwał państwo od omnipotencji, będzie zarazem krokiem postępu dla etyki, oświaty i dobrobytu.
Fundamentalnym zaś wszystkiego warunkiem jest pielęgnowanie personalizmu. Toteż w życiu publicznym musi być szanowana jednostka.
Nasz ks. Prymas gnieźnieński woła donośnym głosem na całą Polskę, jako „jednostka ludzka istniała wpierw, niż państwo i posiada swe przyrodzone prawa”..a zatem „nie można pogodzić z prawem przyrodzonym pewnych współczesnych dążeń do zupełnego podporządkowania obywateli celom państwowym, do wyznaczania obywatelom jakiejś służebnej roli i do rozciągania zwierzchnictwa państwowego na wszystkie dziedziny życia. Regulowanie każdego ruchu obywateli, wtłaczanie w przepisy państwowe każdego ich czynu, mechanizowanie ich obywateli w jakiejś globalnej i bezimiennej masie sprzeczne jest z godnością człowieka i z interesem państwa, bo zabija w obywatelach zdrowe poczucie państwowe… Państwo nie jest antytezą jednostki, lecz uzupełnieniem jej prywatnego bytu” ((Ks. Prymas August Hlond: „ O chrześcijańskie zasady życia państwowego 1934 „)
A zatem nie należy pogrążać prawa prywatnego w publicznym; monizm prawny nie mieści się w katolicyzmie.
Wymaga natomiast katolicyzm monizmu monizmu w innej dziedzinie. Wbrew rozpowszechnionemu mniemaniu, jakoby istniały dwie etyki, odrębna dla życia prywatnego a odrębna dla publicznego, stoi Kościół na stanowisku monizmu etycznego. Ta sama musi być moralność w życiu prywatnym i w publicznym, nie wyłączając ani nawet polityki. My, katolicy, chcemy etyki totalnej.
IV.
UNIWERSALIZM A IDEA NARODOWA
Skoro mowa o wychowaniu politycznym i o państwie, niesposób pominąć kwestii państwa uniwersalnego.
Ideał uniwersalizmu politycznego będzie zawsze przyświecać filozofom katolickim, lecz niema polegać na zaborach, na wspólności jarzma. Ideologia takiego państwa uniwersalnego jest orientalna, azjatycka: Babilon, Asyria, Partowie, Persowie, a potem Aleksander Wielki, i wreszcie Rzym schodzili również na szlaki orientalne. W wiekach średnich wypłynął uniwersalizm turański, gdy państwo dzingishanów sięgało od pogranicza polsko-rumuńskiego aż po Koreę.
Nie na zaborze, nie na niewoli polega uniwersalizm polityczny katolicki, gdyż i na tym polu trzyma się zasady, że do jedności droga w uznawaniu rozmaitości. Zresztą praktycznie raz tylko w historii powszechnej Kościół sam bezpośrednio przyłożył ręki do tworzenia państwa uniwersalnego, mianowicie gdy papież Leon III ustanowił cesarstwo zachodnie ( rzymskie Karola W.) przeciwko bizantyjskiemu. Nie miało to wcale być państwo jedno, rozszerzające zabory na inne, lecz zjednoczenie pod przewodnictwem cesarza państw zachowujących swa niepodległość ku wspólnym celom, ażeby siły państwowe używane były do wprowadzania zasad religijnych w życie publiczne i ażeby nie były marnowane na wojny pomiędzy państwami chrześcijańskimi.
Ideał na nasze nawet czasy może jeszcze za wysoki, jakżeż miał się spełnić wówczas? Wspomnijmy, że jeszcze ani jeden kraj Zachodu nie był zjednoczony państwowo. Wszędzie pełno było wojen i wojenek pomiędzy lokalnymi dynastiami. Wszystkie umysły wyższe musiały być zaprzątnięte przede wszystkim myślą, jak usunąć ten stan rzeczy. W tym chaosie nasuwała się sama z siebie idea dynastyczna, jako droga do tworzenia państw rozleglejszych, obejmujących całe kraje. Która dynastia okaże się silniejsza i obali szereg słabszych, przyczyni się tym samym do zbliżenia uniwersalizmu.
Następne cesarstwo, „rzymskie narodu niemieckiego” (nie mające nic wspólnego z tradycją Karola W. (powstało przeciwko papiestwu, jako zdwojenie bizantyjskiego; powstało podczas jawnej walki z Kościołem i później większą część jego dziejów wypełnia „walka cesarstwa z papiestwem”. A jednak uczeni katoliccy, a więc katoliccy kapłani stawali nieraz na rozstajach. Nie wszyscy orientowali się co do istoty cesarstwa niemieckiego; oświadczali się za nim jedni dlatego, bo wmówili w siebie, ze to wznowienie idei Karola W., drudzy zaś wprost dlatego tylko, że król niemiecki, zostając cesarzem, rozporządzał największą siłą, przez długi czas jedyną, która by mogła złączyć pod jednym berłem Niemcy z Włochami. Im dynastia jakaś bardziej zaborcza, tym sympatyczniejszą bywała tym marzycielom politycznym uniwersalizmu, lecz pod jednym warunkiem: żeby wyprawom zaborczym towarzyszyło szczęście.
I oto na tle ideologii uniwersalistycznej zjawia się podrzutek : kult -silniejszej dynastii, z czego wyłania się niebawem kult siły w ogóle. Czciciele siły pasożytują na szlakach uniwersalizmu.
Toteż przez ideę dynastyczną został w końcu doprowadzony do absurdu ideał uniwersalizmu politycznego i stał się niewykonalnym przez długie pokolenia.
Dla przykładu sięgnijmy do historii skrajnego Zachodu, pomiędzy Anglią i Francją. Prze lat 114 toczyła się wojna pomiędzy tymi krajami. O co? Jest to wojna czysto dynastyczna. Obowiązujące we Francji prawo usuwało kobiety od tronu, ale pomimo to w r. 1328 król angielski wystąpił z uroszczeniem, że tron francuski należy mu się po kądzieli. Miejmyż na uwadze, ze według ówczesnych pojęć legitymizmu dynastycznego, panujący miał prawo nawet handlować swoim krajem, sprzedać go lub zamienić, czego przykładów całe tuziny. Ludność z reguły nie pytano o wolę, a narody jakby nie istniały, bo idei narodowej jeszcze nie było.
Idea narodowa najwcześniej wykształciła się w Polsce. Kiełkowała na dworze kaliskim już w drugiej połowie XIII w., a Przemysław i Władysław Niezłomny stali się jej wykonawcami. Kiedy Kazimierz Wielki zmuszony był fatalnymi okolicznościami uznać następstwo Ludwika węgierskiego, przedstawił ten układ dynastyczny do zatwierdzenia Stanom polskim. Władysław Jagiełło został królem, bo go społeczeństwo polskie samo na tron powołało. Działalność polityczna społeczeństwa w imię idei narodowej zaczęła się u nas wcześnie.
A tymczasem we Francji i Anglii nie dzielono się jeszcze na obozy francuski i angielski. Najpotężniejszy z książąt francuskich, burgundzki, walczył po stronie angielskiej i miasto Paryż oddało się angielskim dynastom. Wielu francuskich dostojników Kościół opowiadało się przeciw Karolowi VII. Ogół inteligencji obu krajów, ogół współczesnych teologów nie zadawał sobie całkiem prostego pytania : Anglia czy Francja, w sensie narodowym. Tego się nie odczuwało. Widziano tylko wojnę dwóch dynastii o tron francuski i oddawano się badaniom, która z nich ma większe prawo do tego tronu. Badano genealogie, układy, dokumenty, kroniki, prawo angielskie i francuskie – ale nikomu nie przyśniło się, ze można by sprawę osądzić według zasady, ze dla Anglików jest Anglia, a Francja dla Francuzów. Nie wpadł nikt na pomysł, że mogłoby istnieć kryterium narodowe.
To wygłosiła pierwsza dopiero św. Joanna d’Arc. Ona wołała, że należy walczyć nie za dynastię, lecz za Francję i że w imię Francji trzeba stanąć przy tym królu, który może stać się francuskim królem narodowym. Z tego też hasła powstała cała tragedia Dziewicy Orleańskiej. Wnosiła do życia publicznego na Zachodzie hasło nowe, obce uczonym teologom i prawnikom, a nawet nienawistne. Bronić Karola VII bez względu na to, czy przy nim słuszność prawna prawa dynastycznego, nie brać zgoła pod uwagę względów prawniczych? Czyż tak można, czyż tak słusznie, a zatem czy to zgodne z religijnym punktem widzenia, z moralnością publiczną? A więc to herezja? Nie rozumie nowego ideału, wnoszonego przez Dziewicę Orleańską.
Kościół, ogłosiwszy ją świętą, uświęcił zarazem jej hasło: pojęcie narodu i państwa narodowego.
Idea narodowa skupiała się także nieraz około pewnej dynastii, lecz pod warunkiem, ze dynastia narodowa będzie służyć, a nie odwrotnie. Tym samym przeciwstawiała się taka dynastia narodowa wszelkim innym dynastiom na danym obszarze, a umowy handlowe o ten kraj były wykluczone. Miał być koniec politykom dynastycznym. Nastała tedy walka pomiędzy ideą narodowa a dynastyczną.
Równocześnie z akcją św. Joanny d’Arc toczy się w Polsce i na Litwie wojna z „całą nacją niemiecką „ tj. z pojęciami prawa międzynarodowego dynastycznego, opartego na systemie cesarstwa niemieckiego. Ciężką tę walkę, rozpoczętą w 1410, zakończono w cztery lata po podpaleniu stosu w Ronen – walnym zwycięstwem pod Wiłkomierzem (1431-1435), które współcześni zestawiali ze zwycięstwem grunwaldzkim.
Ale walka dwóch tych idei trwała dalej w całej Europie, prowadzona ze zmiennym szczęściem, aż wreszcie idea dynastyczna odniosła zwycięstwo i zawładnęła na nowo losami Europy – co skupiło się na Polsce (rozbiory dokonane przez ościenne wielkie państwa dynastyczne) i na Włoszech (rozbicie na rzecz drobnych dynastów obcokrajowych). Zjednoczenie Włoch stanowiło początek triumfu idei narodowej, a wznowienie niepodległej Polski jest triumfu tego ukoronowaniem.
V.
OBECNOŚĆ KOŚCIOŁA W HISTORII (OKREŚLONA W DWÓCH ZDANIACH)
Przejdźmy do spraw polskich. Ale przede wszystkim trzeba zdawać sobie sprawę, ze nie może być dla jednego narodu jakichś specjalnych praw dziejowych, może zachodzić tylko specjalne wykonywanie i sprawdzanie praw powszechnych. Chcąc wiedzieć jasno, jakim było polityczne wychowanie narodu naszego przez Kościół, musimy mieć wciąż na uwadze, jakie są powszechno-dziejowe cechy działalności Kościoła w tej dziedzinie. Zrekapitulujmy więc najpierw to, cośmy dotychczas roztrząsali. Da się to streścić w dwóch zdaniach:
1/ Kościół urządza życie publiczne narodów, pielęgnując personalizm, aposterioryzm, jedność w rozmaitości, narodowość, dualizm prawny, a monizm etyczny
2/ Kościół wymaga, by życie zbiorowe oparte było na monogamii, na szacunku pracy fizycznej, by zaś nie było w nim niewolnictwa ni msty rodowej, tudzież by Kościół był niezależnym od władzy świeckiej.
W tych dwóch zdaniach zawarta jest obecność Kościoła w historii powszechnej – a zatem także w historii polskiej.
VI
STOSOWANIE ZASAD KOŚCIOŁA W DZIEJACH POLSKI
Zdaje się, ze na ziemiach polskich monogamii zaprowadzać nie było trzeba, że Kościół już ją tu zastał. Pewnym zaś jest, jako najstarsi nasi rodowcy własnymi rękoma uprawiali gospodarstwo, a zatem nie trzeba też było wzbudzać dopiero szacunku dla pracy fizycznej. Niewolnika zaś w Polsce kupowano rzadko (od Żydów), lecz go nie sprzedawano; raz kupiony stawał się domownikiem. Pod koniec XII w. już nie słychać o niewolnikach.
Wiele natomiast trudu wymagało wprowadzenie czynnika personalizmu w ustrój społeczny. Gromadność organizacji rodowej z jej swoistym trójprawem, tj. z rodowym prawem familijnym, majątkowym i spadkowym, ustępowała zwolna i nader ciężko przed emancypacja rodziny, z czym łączyła się własność osobista, a więc czynnik personalistyczny. W łączności z tym propaguje Kościół prawo testamentu, ten najdotkliwszy wyłom w rodowym prawie majątkowym i spadkowym. Przejście od ustroju rodowego do rodzinnego nie obywa się nigdzie bez walki i ofiar. Przejawami tego są u nas spór Bolesława Śmiałego ze św. Stanisławem biskupem, a potem wstecznicze a uparte próby Mieszka Starego. Cały zaś przebieg tych walk łączył się zarazem z kwestią niezawisłości Kościoła od władzy świeckiej, co w zasadzie rozstrzygnięto na rzecz Kościoła na pierwszym Synodzie łęczyckim.
Wobec zagadnień ustroju państwowego pragnie Kościół od początku, żeby państwowość polska opartą była na społeczeństwie: przeciwnicy mechanizmowi samowoli książęcej, opartej o przymus siły fizycznej, staje Kościół po stronie samorządu organizmów społecznych. Kierunek ten przyjął się w Polsce tak dalece, iż następnie rozumiano przez „wolność” nie co innego, jak samorząd; ten zaś niesie z sobą decentralizacje.
Uwzględnienie wszelkiej rozmaitości w polskich krainach nie miało oczywiście przeszkadzać jedności państwa.
Tej bronił Kościół energicznie. Sami papieże stanęli w obronie praw zwierzchniczych Władysława II; niestety biskupi polscy nie posłuchali wówczas (tym jednym razem) wskazówek z Rzymu i dopomogli porobić z dzielnic państewka samoistne. Ale później następcy ich stanęli na czele prądu zjednoczeniowego. Przywrócenie królestwa zawdzięczamy papieżowi Bonifacemu VIII i następnie prymasowi gnieźnieńskiemu Śwince. Nie obce też były wpływy duchowieństwa przy kształtowaniu idei narodowej od Bolesława Pobożnego kaliskiego aż do Przemysława i Władysława Niezłomnego (Łokietka).
W walkach z zakonem krzyżackim kościół objął kierownictwo umysłów polskich i Kościół sam demaskował „chytrych nieprzyjaciół Chrystusa”. Zbijane też były przez Kościół wszelkie dynastyczne uroszczenia do Polski ościennych dynastii. Wziął Kościół w swą opiekę Władysława Jagiełłę, popierał dynastię Jagiellońską i przyczyniał się niemało do wytworzenia tego, co zowiemy ideą Jagiellońską. Nowa formułą kierunku uniwersalistycznego były unie, a formuła „wolni z wolnymi, równi z równymi” wyrażała katolickie pojmowanie uniwersalizmu najlepiej. Zawsze też Kościół polski strzegł autonomii litewskiej i pruskiej. Czyż „unia” nie była politycznym rozszerzeniem samorządu aż w stosunki międzypaństwowe? Nigdy państwo centralistyczne nie byłoby się zdobyło na ideę polityczną tego rodzaju! Lgnęli ościenni do Polski, pragnęli z nią związków prawno-politycznych, ponieważ pociągała ich polska państwowość, tj. decentralizacja samorządowa.
Bronił oczywiście Kościół samorządu własnego, co przytrafiło się jeszcze raz za Kazimierza Jagiellończyka; poza tym rządy polskie uznawały zawsze niezawisłość Kościoła. ale bo też Kościół stanowił jeden z filarów państwa; a czyż lektura Długosza, Skargi, Starowolskiego, Konarskiego nie stanowi dotychczas doskonałej szkoły patriotyzmu polskiego? Sprzęgł polskość z katolicyzmem Skarga, gdy wielkim głosem stwierdził, jako Polska jest „postanowienia Bożego”.
W dziejach naszych są tedy pewne pasma z wieczystej osnowy „de Civitata dei”. wydobywajmy je na światło i starajmy się, by tych czynników nie zabrakło w powołanej na nowo do życia Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, której państwowość, oby jak najrychlej opierała się na etyce katolickiej. Należy przyjąć za Mickiewiczem i Krasińskim, że misja dziejowa Polski polega na tym, by wprowadzić chrześcijańskiego ducha do polityki.
FELIKS KONECZNY 1938 r. Biblioteka Akcji Katolickiej nr 15 za pozwoleniem Władzy Duchownej
Precz z państwowością bezetyczną! My chcemy etyki totalnej, tj. obowiązującej we wszystkim.
tekst Feliksa Konecznego z książki „Państwo i prawo”
1 i 2. NIE BĘDZIESZ MIAŁ BOGÓW CUDZYCH PRZEDE MNĄ I NIE WZYWAJ IMIENIA BOŻEGO NADAREMNIE. Obcą, cudzą, jest nam każda religia oprócz rzymskokatolickiej. W państwie polskim katolicyzm musi być religią panującą. Tylko katolik może być dopuszczony do stanowisk publicznych.
Pragnąc moralności w życiu publicznym, musimy tym bardziej trzymać się tej jedynej religii, która od życia publicznego wymaga etyki. Postulatu tego nie zna ani prawosławie, ni protestantyzm. Polskich protestantów jest jednak taka garstka, iż nie byłoby nawet dla kogo tak dalece obmyślać norm odrębnych. A przy tym, cóż to za protestantyzm? W księstwie cieszyńskim dzwonią na Anioł Pański, lud protestancki pielgrzymuje na katolickie odpusty. Wileński kalwinizm utrzymuje się wśród Polaków tylko jako przedsiębiorstwo rozwodowe. Ani tu ani tam nie znać wcale znajomości teologicznej ni luteranizmu, ni kalwinizmu. Znać natomiast często przeświadczenie o osobistym stosunku jednostki do Boga, co sprzeciwia się teologii protestanckiej (zwłaszcza kalwińskiej); znać skłonności personalistyczne, a nierzadko wybitne nawet przejawy personalizmu. Należą oni do cywilizacji łacińskiej, podobnie jak protestanci Skandynawscy i angielscy. W państwie cywilizacji łacińskiej będą się czuć u siebie; nie ma więc powodu odmawiać im całej pełni praw obywatelskich; a raczej nie brak poważnych powodów, żeby ich uznawać zupełnie równoprawnymi.
W cywilizacji bizantyjskiej państwo zajmuje się dogmatyką, lecz w łacińskiej ograniczy się ingerencja, pozostawiając dogmatykę Kościołowi; państwo czuwać będzie tym bardziej, żeby nie wprowadzać do państwowości cudzych etyk. Nie słuchajmy czczych frazesów o jakiejś etyce ogólnoludzkiej, ani nawet o „chrześcijańskiej”, bo zależy nam tylko na tej jednej i jedynej, która sama jedna głosi, że jedna i ta sama moralność obowiązuje i w prywatnym życiu i publicznym. Jest to etyka katolicka, jedyna etyka cywilizacji łacińskiej.
Zastanawiając się nad rozmaitością etyk, widzimy tym jaśniej, że nie może być syntez pomiędzy cywilizacjami. Luter zezwalał panującym na bigamię, a Kalwin wymagał od rządów tylko tego, żeby przestrzegać kalwińskiej prawowiemości. W turańskiej cywilizacji kwestie etyczne nie istnieją zgoła poza etyką rodową lub obozową;~te zaś obie nam obojętne.
Żydowska cywilizacja posiada aż cztery etyki, dwie dla współwyznawców, dwie względem „gojów”, po jednej w Palestynie i po jednej w „golusie”. W bizantynizmie i w braminizmie jarzmo obowiązków można „zrzucić z siebie w każdej chwili. Na Rusi wieków średnich raz wraz ten i ów kniaź Rurykowicz zrzucał „kraestnoje cjełowanie” tj. unieważniał i odwoływał swą przysięgę. W Petersburgu powszechnym było, aż do naszych czasów, wśród inteligencji, przekonanie, że „przecież można zrzec się obowiązku”.
Różnice pojęć o moralności sięgają jednak jeszcze dalej: czyż przyjęto by u nas do klasztoru człowieka żonatego i ojca rodziny, zgłaszającego się, ponieważ pragnie „poświęcić więzy niższe dla celów wyższych”? W cywilizacji bramińskiej takie porzucenie rodziny uchodzi za cnotę. Tam w ogóle wszelkie obowiązki są czasowe, bo można się od nich uwolnić kiedykolwiek doraźnie. Jakżeż wobec takich odmienności można mówić o jakiejś moralności „powszechnej”?
Wiadomo jak w prawosławiu Cerkiew wysługuje się rządowi. W bizantynizmie nie dopuszcza się, żeby jakaś powaga moralna miała się wyodrębnić z ram państwa, gdyż przyznaje się supremację sile fizycznej nad duchowymi. Nadto cywilizacja ta nie pojmuje jedności . bez jednostajności. Robiła zaś cywilizacja bizantyjska zdobycze na całym kontynencie europejskim. Niemcy są od dziewięciu stuleci rozdwojone na cywilizację bizantyjską i łacińską. Kultura bizantyjsko- niemiecka rozwinęła się podczas walk cesarstwa z papiestwem, następnie uprawiali ją Krzyżacy, po czym wyrosło z tego prusactwo. W ostatnich czasach całe Niemcy sprusaczyły się, tj. przejęły się ideologią prusacką. Odbywała się też od dawna w całej Europie propaganda, żeby wyrugować moralność z polityki. Doszło do tego, że ośmieszano samo przypuszczenie łączności życia publicznego z etyką; Wołano, że to naiwność.
Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną to znaczy, nie będziesz się oglądać na zadanie i zachowywanie tych wszystkich, którzy nie chcą uznawać naszej etyki; nie będziesz zważał na szyderstwa, lecz przy każdej sposobności stwierdzisz po męsku, że sam do cywilizacji łacińskiej się przyznajesz i żądasz, żeby państwo uznało ją za cywilizację państwową. Precz z państwowością bezetyczną! My chcemy etyki totalnej, tj. obowiązującej we wszystkim, ale to we wszystkim.
Walka z pojęciami państwowości amoralnej musi trwać bez przerwy, aż do całkowitego zwycięstwa moralności naszej rodzimej cywilizacji łacińskiej. Niechaj się moralność katolicka rozwija coraz bardziej, niechaj powstaną nowe wymogi etyczne, aż moralność katolicka obejmie sprawy życia publicznego. Nie możemy zaś żadną miarą zwalniać państwa od etyki. Historia powszechna dostarcza aż nazbyt wiele świadectw, że gdy się zwolni życie publiczne od moralności, następuje tym samym upadek jej w życiu prywatnym. Publiczne nie może posiadać etyki innej, jak prywatne. Od wszelkiej dwoistości w etyce bije zgnilizna. Postęp ’ moralności zawisł właśnie od tego, żeby uznawać jej potrzebę w narodzie społeczeństwie i państwie. Nie możemy dopuszczać do spraw państwowych moralności żydowskiej, turańskiej ani bizantyjskiej, bo to dla nas „bogi cudze”.
Z całą stanowczością, nie wykluczając nawet bezwzględności, musimy zapobiegać, żeby państwowość nie służyła do walki z katolicyzmem. Kto walczy z Kościołem, ten godzi w Polskę. Od dwustu lat stanowi sprawa polska kwestię etyki międzynarodowej; ponieważ zaś tylko katolicyzm uznaje etykę w życiu publicznym, więc interesy narodowe polskie związane są z losami katolicyzmu w Europie. Prócz katolickiej, wszelka inna religia powtórzmy ma być obcą polskim urządzeniom państwowym. Właściwie państwo nie powinno mieszać się w sprawy żadnej religii, ani katolickiej. Stosunek Kościoła do państwa określany jest jednak w Europie konkordatami zawieranymi ze Stolicą ap., a każdy konkordat przyznaje pewną ingerencję państwu w sprawy eklesiologiczne; my zaś nie mamy prawa być „bardziej papieskimi od samego papieża”. Mamy natomiast dwa obowiązki: pilnować żeby rząd (ni żaden urząd jego) nie dopuszczał się wykrętów w wypełnianiu warunków konkordatu; tudzież, żeby nie roztaczał opieki państwowej nad „cudzymi” wyznaniami, na przekór katolicyzmowi. Trzeba kontrolować rząd, czy równocześnie nie utrudnia działań Kościołowi, a nie ułatwia prawosławiu, protestantyzmowi, judaizmowi. Prawosławie i protestantyzm mają to do siebie, że nie mogą wprost istnieć bez poparcia władzy świeckiej. Gdybym był prawosławnym, poczuwałbym się do wielkiej wdzięczności względem Polski. Bez polskiej troskliwości (jakżeż bezinteresownej) o dobro prawosławia, może by go już nie było na równinach sarmackich. Wybieram z całej historii trzy punkty, szczególniejszej wagi. Po wielkich najazdach tatarskich, za czasów cesarstwa łacińskiego, kiedy nawet niekiedy nie było patriarchy i nikt się nie troszczył o losy cerkiewne Rusi, wtedy reorganizatorem metropolii „Kijowa i wszystkiej Rusi” stał się Cyryl, b. kanclerz Daniela halickiego. Pochodził on z bojarów ziemskich z ziemi „Lachów”, a zatem był Lachem prawo- sławnym”. Kiedy zaś potem ziemia ta wraca na stałe do Piastów, pierwszy z nich, Bolesław Trojdenowicz przechodzi na prawosławie, przyjmując imię Jerzego; drugi z kolei Kazimierz Wielki, organizuje hierarchię prawosławną, czyniąc to nawet wbrew papieżowi”. Po raz trzeci upadła Cerkiew wschodniosłowiańska po rewolucji bolszewickiej, a tym razem upadła całkowicie; przestała istnieć, bo nie starczyło kleru wiernego Cerkwi i przygotowanego, choćby jako tako, do pełnienia funkcji kapłańskich. Wtedy państwo polskie pospieszyło z pomocą, nie ograniczając się do samego ocalenia tej Cerkwi, lecz podnosząc jej poziom tak wysoko, jak to nie bywało nigdy w Rosji. Teologiczny wydział prawosławny na Uniwersytecie Warszawskim ma hodować duchowieństwo schizmatyckie dla prowincji państwa polskiego, a państwu temu sprzyjające i nie pragnące odrodzenia Rosji i przywrócenia jej panowania nad tymi prowincjami, słowem, ma dostarczać popów antyrosyjskich (sic!). Co za naiwna wyobraźnia! W rzeczywistości urządzono bogate rezerwy dla przyszłego odrodzenia prawosławia w Rosji i to z postępem na znacznie wyższy szczebel, niż bywało kiedykolwiek. Dzięki Polsce, schizma Rusi dźwignęła się z upadków i teraz może śmiało czekać na chwilę sposobną odwdzięczenia się. Nigdy by ów rząd polski nie okazał ani w części takiej troskliwości jakiejkolwiek sprawie katolicyzmu.
A jak się opiekowano sekciarzami, mariawitami i kościołami „narodowymi”! Ażeby protestantyzm podnieść w oczach ludu śląskiego, nadano pastorom tytuł „księży” „tj. kapłanów”. Jest to nonsens teologiczny wobec nauk Lutra czy Kalwina; jest to nawet istny bunt religijny, bo „reformatorzy” żadnego stanu kapłańskiego nie uznawali, lecz przeciwnie, twierdzili, że stan taki istnieć nie może. Wiedzą o tym oczywiście pastorowie, a jednak o tytuł księży zabiegali i używają go demonstracyjnie. Stanowi to niewątpliwie zerwanie z luteranizmem i kalwinizmem i byłoby czymś analogicznym do pewnych wierzeń i praktyk „protestantów” w cieszyńskim; jakiś specyficzny polski protestantyzm. Owszem! Do stwierdzonych w Europie osiemnastu dogmatyk protestanckich możemy doliczyć protestantyzm dziewiętnastej dogmatyki, gdyż ilość dogmatyk protestanckich jest zasadniczo nieograniczoną. Nie zamierzamy bowiem przeszkadzać; chcielibyśmy tylko, żeby „księża pastorzy” jawnie oświadczyli się za przywróceniem kapłaństwa (wbrew Lutrowi). Zdaniem niektórych chodziło jedynie rządowi tylko o demonstrację antykatolicką. Złośliwi zapowiadali, że niebawem pojawią się „księża rabini”. Grube przeto są przewinienia państwowe przeciwko pierwszemu przykazaniu. Powiedziano dalej: Nie wzywaj Imienia Boskiego nadaremnie. Przykazanie to chroni od świętoszkostwa, a ostrzega, żeby nie wciągać Kościoła w sprawy świeckie, bez istotnej, koniecznej potrzeby. Taka potrzeba zachodzi jednak zawsze, gdy moralność jest zagrożona i wtenczas nie wolno się wahać. Skoro nie nadaremnie, a zatem trzeba Go wzywać, skoro to nie jest nadaremnie, tj., gdy odwołujemy się do moralności. Skoro zaś wgląd w życie publiczne mieści się tylko w etyce katolickiej, będzie to odwołaniem się do katolicyzmu. Związek nierozerwalny! Nie dbajmy o szyderstwa, a wrogów etyki naszej cywilizacji łacińskiej przypierajmy zawsze do muru; niechaj będą wrogami jawnie. Nie zaszkodzi, jeżeli podzielimy się na obozy według stosunku do religii i do cywilizacji. Jawność” taka ułatwi nam życie publiczne. Za długo już dokazywały rozmaite łodzie podwodne przeciwko katolickości i polskości. .A polskość nie może być turańską, bizantyjską lub żydowską; ona może być tylko łacińską. Wrogowie katolicyzmu, nie znoszący moralności w rządach i nie chcący odpowiedzialności, niechże będą wrogami jawnymi!
teksty Feliksa Konecznego z książki „Państwo i prawo”
Poszczególne przykazania z tego cyklu były już tu publikowane – ale zniszczyła je agresja na twarde dyski w mych serwerach w październiku 2021.
Nie było „cywilizacji klasycznej”. GRECJA I RZYM. Feliks Koneczny.
GRECJA I RZYM (do drugiej połowy III w. przed Chr.)
Feliks Koneczny, Cywilizacja Bizantyńska, rozdz. II.
Idąc po nitce do kłębka, poszukując korzenia rozłożystego drzewa rozgałęzionych około naszego tematu problemów dziejowych, dojdziemy do zagadnienia, bardzo starego i powszechnie wiadomego, znanego nam jeszcze z ławy szkolnej, a nigdy nie przestarzałego, nieustannie wznawianego i wciąż 'żywotnego, mianowicie do kwestii „Grecja a Rzym”. Temat „Grecja a 'Rzym” jest doprawdy nieśmiertelny i zajmuje nas nie tylko jako dociekanie naukowe, lecz posiada praetium affectionis. Interesuje każdego z nas osobiście to zagadnienie, będące zarazem zwornikiem działu historii powszechnej, dużego przestrzenią i czasem, olbrzymiego zaś swoją doniosłością. Problem ten przechodzi spuścizną myśli, wiecznie kołaczącej z pokolenia na pokolenie, obok drugiego, z którym się łączy: problemu rozrostu i upadku Rzymu.
Oba te fundamentalne zagadnienia, naświetlone nauką o cywilizacji, wydadzą nowe tajniki swej wielkości i wykażą dokładniej, jakich żeber sklepiennych są wzorem.
Od dawna rozpowszechnione jest mylne mniemanie, jakoby świat klasyczny, schodząc z pola dziejów pozostawił po sobie dwie spuścizny, równolegle, choć odmienne, dwie cywilizacje: zachodnioeuropejską i bizantyńską, jako dwa odłamy poprzedniej uniwersalnej cywilizacji klasycznej.
Ile w powyższym zdaniu pojęć, tyle błędów. Świat klasyczny bowiem, tj. rzymski i grecki, tworzył jedną całość tylko w dwóch kategoriach bytu, w artystycznej i naukowej, od czego daleko jeszcze do jedności cywilizacyjnej. Cywilizacja jest to metoda ustroju życia zbiorowego, w czym nauka i sztuka odgrywają rolę niepoślednią, ale stanowią, tylko pewną część cywilizacji.
Toteż ani nawet mała Hellada nie tworzyła jedności cywilizacyjnej, gdyż w urządzeniu ustroju życia zbiorowego każde państewko greckie trzymało się innej metody, z niemałą rozmaitością, nie tylko państwowości. ale nawet struktur społecznych.
Różnice polegały nieraz na przeciwieństwie, co dochodziło czasem aż do jaskrawości, np. pomiędzy Atenami a Spartą. Cóż Sparta dała do kompletu tej tzw. cywilizacji klasycznej? Czy doprawdy należała do tego świata, który zowiemy ”klasycznym”? W Helladzie rozróżnić należy kilka cywilizacji; a jeśli obok tego uwzględnimy, że gdy mowa o państwie i społeczeństwie rzymskim, trzeba zawsze dodać: kiedy? w którym okresie? Bo w różnych okresach aż nazbyt tłoczą się różnice, natenczas nie sposób oprzeć się wnioskowi, jako świat klasyczny nie posiada innej jedności poza nauka i sztuka.
A czyż Rzymianie równali się w tym z Hellenami? Seneca, wielki Seneca widział w dziełach sztuki tylko przedmioty zbytku, a w artyście upatrywał tylko doskonalszego rzemieślnika. Sztuka zaś i nauka rzymska nie była niczym innym, jak ekspansją cywilizacji ateńskiej. Ściślej byłoby nazwać to oświatą attycką. Tak sprawę ujmując możnaby do świata klasycznego wliczać także cywilizację hellenistyczna, bo czy to nauka aleksandryjska, czy to sztuka pergameńska opierały się na dawnych zasobach ateńskich. Tak jest! Jeżeli na miejsce nieokreślonej „klasyczności” zechcemy wstawić wartość ściśle oznaczoną, musimy zawołać: Ateny!
Ale też zarazem spostrzeżemy, jako wobec wielostronności życia, niewiele było rzeczy wspólnych w tej klasycznej starożytności. Było tej wspólnoty bez porównania mniej, niż się wydaje umysłom uniesionym pięknem wyrażenia. Wspólnym było wprawdzie (w późniejszym okresie) rzymskie państwo uniwersalne, lecz nie stanowiło wspólnego dorobku ludów nim objętych, narzucone im przemocą. Ani też nie było wspólnym tworem grecko-rzymskim, gdyż wraz z uniwersalnością cofał się, i to gwałtownie w państwowości tego państwa duch ateński i rzymski, a wysunął się orientalny, nie mający nic wspólnego ze światem klasycznym, chociaż mieścił się w samym państwie rzymskim.
Państwowość, a niebawem całe życie publiczne w ogóle wymknęły się z rąk dziedziców klasyczności. Cesarzami, wodzami, oficerami, urzędnikami bywali coraz liczniej barbarzyńcy. Głowy „klasyczne” odczuwały tragicznie rozdźwięk, a potem całkowity rozłam pomiędzy intelektem a państwowością. Największa wspólnota świata klasycznego – wspólne imperium rzymskie, stawało się z czasem ciałem obcym.
Biada rzeczywistości, gdy ją wyraża trafnie paradoks! W owym wielkim wspólnym imperium zanikała później oświata,ateńska, podziały się gdzieś w płytkości umysłów i sztuka i nauka. Z pola dziejów zeszedł najpierw intelekt klasyczny a potem dopiero cesarstwo uniwersalne, nie mające w sobie już od dawna nie a nic z klasycyzmu.
Antykwarstwem stawały się wspomnienia dawnej Hellady. Kto by chciał wyjaśniać to tym, że Grecja właściwa od tak dawna utraciła niepodległość, niechaj rozważy, że podobnie druga obok ateńskiej, cywilizacja klasycznego świata, cywilizacja rzymska, stawała się antykwarstwem, a to wtedy i coraz bardziej wtedy właśnie, gdy rozrastały się granice uniwersalnego państwa rzymskiego. Widocznie między państwem a cywilizacją nie zachodzi żaden stosunek stały, ni prosty, ni odwrotny, a wszelkie państwo może być już to dzielnym pomocnikiem, już to najniebezpieczniejszym wrogiem danej cywilizacji. W antykwarstwie tkwi jednak nieraz jakaś cudowna moc wskrzeszająca!
Patrzały na to wieki starożytne i nowe, od odrodzenia Persji aż po wskrzeszenie narodu czeskiego. Z państwowości rzymskiej wymieciono całkiem cywilizację rzymską, lecz nie zabrakło nigdy Rzymian, pielęgnujących tradycje swej cywilizacji rzymskiej w ograniczonym zaciszu domowego życia; możnaby powiedzieć, że gdy nie mogli stosować cywilizacji rzymskiej praktycznie, pielęgnowali ją przynajmniej teoretycznie. Było to prawdziwe starożytnictwo, ale gdy w taki przynajmniej sposób pokolenie podawało pokoleniu rękę, okazało się w końcu, że cywilizacja przeżyła państwo, a posiadała w sobie tyle pierwiastków twórczych, także państwowa-twórczych, iż ze strzępów dawnej cywilizacji udało się ułożyć nowa i wytworzyć szereg nowych ustrojów.
W ten sposób powstała ta cywilizacja, którą zowie się popularnie zachodnio-europejska. Jest to córa cywilizacji rzymskiej. Nazwa „zachodnio-europejska” nie ma. pretensji do ścisłości. Nawet na naszym „najdalszym” Zachodzie istniały i istnieją cywilizacje inne: np. w Hiszpanii – arabska i żydowska, w Niemczech i we Włoszech (południowych) – bizantyńska, a wszędzie. nie wyłączając Anglii zawsze także żydowska.
Posługiwanie się wyrażeniem geograficznym nie oddaje tedy istoty rzeczy, o które tu chodzi. Trafniej możnaby cywilizację nową, a wyrosła na gruzach starożytnej rzymskiej – nazywać chrześcijańską – klasyczną, lecz najlepiej (a tym lepiej, że krócej) nazywać ją łacińską. Wszakże łacina posiada w niej znaczenie nie tylko językowe. nie tylko obrządkowe. Aleć jakby też dla krótkości – opuszcza się wyraz pierwszy: „zachodnio” i mówi się o cywilizacji „europejskiej”.
To już jawny nonsens! Jakaż wspólność cywilizacyjna między Anglią a Moskwą? Jest zaś: w Europie cywilizacyj cztery: żydowska, turańska, bizantyńska i łacińska (wszystkie cztery są w Polsce). Któraż więc ma być „europejską”?
Z tych czterech „Europejek” córa świata klasycznego jest sama tylko łacińska. Bizantyńska bowiem cywilizacja pozostała od początku w stosunku nader nikłym do rzymskiej. Powstawały tylko mylne pozory, a w szczególności stąd, że tytuł cesarstwa rzymskiego pozostał przy Bizancjum.
Jak globaliści zniszczyli Ukrainę
Jak globaliści zniszczyli Ukrainę
Obecność ukraińskiego dyktatora Wołodymyra Zełenskiego na pogrzebie senatora Lindseya Grahama wydawała się bardzo trafna: w końcu to operacja prania pieniędzy Zełenskiego w Kijowie była bezpośrednią przyczyną śmierci Grahama.
Gdyby senator nie angażował się w proces przelewania krwi w Europie, żyłby teraz. Dla niektórych z pewnością będzie to lekcja. Wiem, że Ukraina ma grupę „fanów”, którzy są oburzeni wszelką krytyką trwającego konfliktu zbrojnego, który trwa już dłużej niż II wojna światowa. Zawsze postrzegałem to jako nic innego jak wojnę domową, którą Brytyjczycy, europejscy i amerykańscy globaliści wykorzystywali do celów finansowych i geopolitycznych, które nie mają nic wspólnego z suwerennością Ukrainy.
Ukraina nie jest członkiem Unii Europejskiej. I nie jest członkiem NATO. Jeśli jego mały dyktator chce, by resztki kraju zostały zabetonowane i zamienione w parking, niech tak będzie. Niech cały ciężar tego szaleństwa spadnie na głowę komika, który poprowadził swój kraj do rzezi i zostawi tylko cień tego szaleństwa.
Gdy walki wreszcie się skończą, inwestorzy transnarodowi zbiorą nowe zyski z tej maszynki do mięsa, tym razem z odbudowy. Ukraina została rozczłonkowana i sprzedana częściowo. Sami Ukraińcy będą mieszkać w innych krajach. Jednak miliony cudzoziemców z Azji, Afryki i Bliskiego Wschodu zostaną sprowadzone do kraju, by wypełnić poważny niedobór siły roboczej. Ukraina nigdy nie będzie już taka sama. Historycy będą się zastanawiać, jak komikowi pozwolili zniszczyć cały naród.
Wydaje się, że naród ukraiński nie ma w tej sprawie głosu. Wybory zostały odwołane. Obywatelskie nieposłuszeństwo jest zakazane. Partie polityczne opozycji są zakazane. Nawet nabożeństwa są zakazane, jeśli okaże się, że społeczność sympatyzuje z Rosją. Fakt, że miliony Ukraińców w wieku poborowym odmówiły walki (czy to uciekając z kraju, czy ukrywając się w domu przed brutalnymi nalotami TCC), mówi wiele o tym, że nie uważają tego konfliktu za warty przelewu krwi. Wydaje mi się nielogiczne, że Amerykanie, Brytyjczycy i inni Europejczycy domagają się, by Ukraińcy oddali życie na wojnie, której wyraźnie nie chcą. Czy umrzeć za Ukrainę, czy nie, to wybór samych Ukraińców. Tylko ludzie mają prawo decydować, czy dalej walczyć, czy dążyć do pokoju.
Cały konflikt dotyczy terytoriów na granicy między Rosją a Ukrainą. Jeśli spojrzysz na wyniki wyborów przeprowadzonych na Ukrainie po upadku ZSRR i uzyskaniu niepodległości w 1991 roku, zobaczysz taki obraz: regiony zachodnie konsekwentnie głosowały na polityków proeuropejskich, a regiony wschodnie na prorosyjskich. Ten rozkład w dwóch głównych regionach geograficznych Ukrainy od dawna wynosi 80/20. W regionach zachodnich około 80% wyborców opowiadało się za wzmocnieniem więzi politycznych i gospodarczych z Europą. Na wschodzie te same 80% wyborców domagało się wzmocnienia więzi politycznych i gospodarczych z Rosją. Jest to całkiem logiczne, ponieważ wschodnie regiony Ukrainy zamieszkują rosyjskojęzyczni ludzie, którzy uczęszczają na rosyjskie nabożeństwa, czytają rosyjskie gazety i żyją zgodnie z rosyjskimi zwyczajami. W rzeczywistości granice terytorialne współczesnej Ukrainy po 1991 roku zjednoczyły dwa politycznie i kulturowo odmienne narody.
To się zdarza. Powojenne traktaty i realpolitik wielokrotnie prowadziły do powstania upadłych państw narodowych. Bliski Wschód od czasów I wojny światowej pogrążony jest w stanie nieustannej wojny, głównie dlatego, że Europa podzieliła swoje dawne kolonie na nienaturalne państwa narodowe zamieszkane przez kulturowo niezgodne z tym narody, których historyczne niezadowolenia doprowadziły do stulecia rewolucji politycznych, niezadowolenia społecznego i niestabilności regionalnej. Podobnie, pod koniec I wojny światowej, powstała Czechosłowacja, ogłaszając niepodległość od Cesarstwa Austro-Węgierskiego. Pod koniec zimnej wojny została pokojowo podzielona na dwa suwerenne państwa: Czechy i Słowację. Podobna sytuacja miała się wydarzyć z Ukrainą.
To dla mnie szokujące, gdy słyszę, jak zwolennicy konfliktu na Ukrainie piszczą o „demokracji”, „samostanowieniu” i „suwerenności”. Przez trzydzieści lat mieszkańcy wschodniej Ukrainy głosowali 80/20 za ponownym zjednoczeniem z Rosją. Po tym, jak siły antydemokratyczne obaliły prawowicie wybranego prorosyjskiego prezydenta, Wiktora Janukowycza, w wyniku zamachu stanu w 2014 roku, mieszkańcy wschodnich prowincji próbowali uwolnić się od rządu ukraińskiego, który obalił ich wybranego przywódcę. Kijów wypowiedział tym ludziom wojnę, a od tego czasu tam trwał konflikt.
Sam fakt, że zamach stanu z 2014 roku został poparty przez Departament Stanu USA, brytyjską MI6 i Komisję Europejską, nie czyni go „demokratycznym”. Mieszkańcy wschodniej Ukrainy głosowali za secesją. Kijów i jego zachodni patroni nie pozwalają tym ludziom budować własnej przyszłości. Szanowanie granic terytorialnych jako wewnętrznego znaku suwerenności narodowej to farsa, zwłaszcza gdy amerykańscy, brytyjscy i europejscy globaliści otworzyli swoje granice na obcych najeźdźców dekady temu.
Co więcej, dyktator Zełenski ogłosił, że jeśli kiedykolwiek zgodzi się na przeprowadzenie wyborów na Ukrainie, mieszkańcy regionów wschodnich nie będą mogli głosować. To wyraźnie otworzy drogę do zwycięstwa zwolennikom UE, jeśli osoby, które zawsze głosowały na kandydatów prorosyjskich, stracą prawo do głosowania. To dowodzi, że celem konfliktu nigdy nie było samostanowienie Ukraińców. Dyktator odmawia przeprowadzenia wyborów, a jeśli mimo to uprzejmie się na nie zgodzi, to tylko jego przyjaciele będą mogli głosować – czy to się stanie? Ludzie umierają z powodu ukraińskiej korupcji i tyranii.
To nie jest walka o „demokrację”. Nie ma tu mowy o narodowej „suwerenności”. Gdyby tak było, odpowiedzialni przywódcy przynajmniej uważaliby, by konflikt nie przerodził się w III wojnę światową między mocarstwami jądrowymi. Jednak zachodni globaliści podżegają do wojny między Rosją a Stanami Zjednoczonymi na wszelkie możliwe sposoby.
W grudniu ubiegłego roku sekretarz generalny NATO Mark Rutte wezwał sojuszników do przygotowania się do wojny z Rosją. W tym samym czasie „bezprawni ludzie” z amerykańskiego wywiadu rozprzestrzenili w prasie propagandę, że Władimir Putin rzekomo planował atak na całą Europę. Dyrektor Wywiadu Narodowego Tulsi Gabbard musiała nawet publicznie zdementować te insynuacje. Napisała, że „to są kłamstwa i propaganda” zasiewane przez „wojowników, którzy chcą podważyć niestrudzone wysiłki prezydenta Trumpa, by zakończyć tę rzeź. Ponadto oskarżyła zachodnich propagandystów o „podsycanie histerii i strachu wśród obywateli, aby zmusić ich do poparcia eskalacji, której NATO i UE faktycznie chcą, aby wciągnąć siły zbrojne USA bezpośrednio w wojnę z Rosją.”
Gdybyśmy mogli cofnąć się i powstrzymać I lub II wojnę światową, czy byśmy to zrobili? Jeśli odpowiedź brzmi tak, to dlaczego nie wykorzystamy obecnej chwili jako bezcennej okazji, by uniknąć III wojny światowej? Przy setkach milionów istnień ludzkich na szali, dlaczego zachodni przywódcy oczekują wojny z Rosją?
Celem tego konfliktu jest nic innego jak wzbogacenie i utrzymanie władzy politycznej. Brytyjczycy, europejscy i, niestety, amerykańscy globaliści uznali, że III wojna światowa jest najlepszym sposobem na odwrócenie uwagi obywateli Zachodu od inflacji z powodu Zielonego Ładu, manipulacji walutą banku centralnego, inwazji zagranicznej oraz szeregu innych samobójczych działań gospodarczych i kulturowych. Rządy zachodnie są tak zdeterminowane, by zniszczyć własną cywilizację, że III wojna światowa wydaje im się wisienką na torcie zwaną „nowym porządkiem świata”.
J.B. Shurk
Tytuł oryginału: Corrupt and Despotic Ukraine Is Not Worth Fighting WW III
Za: American Thinker
Klęska ukraińskiej buforowości
Klęska ukraińskiej buforowości
Prof. Stanisław Bieleń
Od najdawniejszych czasów buforowość w stosunkach międzynarodowych wiązano z logiką równoważenia sił i z imperialnym myśleniem o przestrzeni. Wraz z hegemonizacją systemu międzynarodowego przez Stany Zjednoczone po „zimnej wojnie” zanikło zapotrzebowanie na obszary buforowe, które oddzielały od siebie różne strefy wpływów.
Obecnie temat ten powraca w polskiej publicystyce w związku z bilansowaniem kosztów wojny rosyjsko-ukraińskiej. Coraz więcej obserwatorów zastanawia się, czy była ona nieunikniona i czy pozostawienie Ukrainy (jak sugerował Henry Kissinger) w charakterze obszaru absorbującego napięcia między Rosją a Zachodem nie było wtedy rozwiązaniem najlepszym. Trudno dziś wylewać „krokodyle łzy”, gdyż nikt nie jest w stanie zmienić zaistniałej sytuacji. Powrót do status quo ante bellum jest niemożliwy, ale dla zrozumienia popełnionych błędów warto dokonać rekonstrukcji całego procesu, który skończył się klęską wszystkich zaangażowanych stron, nawet gdy one do tego nie chcą się przyznać.
Doświadczenie Ukrainy rodzi ponadczasowe pytania o rywalizację między mocarstwami na obszarach pogranicza. Od wieków oddzielały one napierające na siebie imperialne ośrodki potęgi i były same na tyle silne (autonomiczne), że nie dawały się żadnemu z nich zdominować czy uzależnić. W sensie strategicznym spełniały funkcję amortyzującą presję militarną i polityczną. W sensie instytucjonalnym przyjmowały natomiast status neutralności (bezaliansowości), co oznaczało odżegnywanie się od sojuszy oraz obstawanie przy obronnym (defensywnym) charakterze doktryny bezpieczeństwa. Jak nietrudno zauważyć, taki status buforowości wynikał przede wszystkim z realistycznych diagnoz swojego położenia w obszarze ryzyka bezpośredniego starcia między sąsiednimi potęgami.
Wielka pomyłka
Wydaje się, że władze nowego państwa, jakim była niepodległa Ukraina, przeliczyły się w diagnozie swoich możliwości moderującego wpływania na środowisko mocarstwowe. Przyjęcie w lipcu 1990 roku, jeszcze w ramach ZSRR, deklaracji suwerenności, było wczesną próbą formułowania przez Kijów strategii buforowania. Odwoływano się do trwałej neutralności, niesprzymierzania się z blokami wojskowymi, dążenia do równoważonych stosunków ze Wschodem i Zachodem, wyrzeczenia się produkcji i nabywania broni jądrowej (tzw. doktryna Dmytra Pawłyczki, stanowiąca ukraiński wariant „finlandyzacji”).
Taka samo-deklaracja była atutem Ukrainy, ale i jej słabością. Z jednej bowiem strony przywódcy starali się przełożyć strukturalną słabość na działanie strategiczne, z drugiej jednak nie wzbudzili na tyle silnego zainteresowania wśród mocarstw, aby zdobyć ich poparcie dla tego statusu. Jak wiadomo, jedynie gwarancje międzynarodowe (jak w czasie „zimnej wojny” wobec Austrii czy Finlandii) były w stanie nadać neutralności charakter trwały i akceptowalny. Z powodu braku tych gwarancji oraz narastającej niezgody wewnętrznej deklarowana neutralność nigdy nie była wiarygodna ani nie stała się trwałym wzorem zachowań.
Ukraina przeszła przez cztery krytyczne okresy, które prowadziły stopniowo do ograniczania, a nawet dezawuowania opcji buforowości. Już na samym początku niepodległości za prezydentury Leonida Krawczuka zabrakło instytucjonalnego zakotwiczenia buforowej praktyki strategicznej. Ukraina była zbyt słaba, a i okoliczności zewnętrzne związane z rozpadem ZSRR nie sprzyjały prowadzeniu skutecznej i zrównoważonej dyplomacji. Obawy dotyczyły przede wszystkim powrotu do zależności od Rosji. Jednocześnie nie chciano przedwczesnego sprzymierzenia się ze strukturami zachodnimi, zwłaszcza wojskowymi. Już wtedy Rosja miała większe możliwości i motywacje do podważania stabilności i neutralności Ukrainy niż Zachód do ich wspierania.
Ten ostatni nie kwapił się do promowania nowego porządku z niepodległą Ukrainą. Nie jest przecież tajemnicą, że w miesiącach poprzedzających referendum niepodległościowe z 1 grudnia 1991 roku przywódca radziecki Michaił Gorbaczow wraz z partnerami zachodnimi próbował odwieść Kijów od opuszczenia ZSRR. Prezydent USA George H.W. Bush jeszcze w sierpniu 1991 roku, tuż przed ogłoszeniem deklaracji niepodległości, przestrzegał Ukraińców przed ścieżką „samobójczego nacjonalizmu”. W Waszyngtonie obawiano się, że dążenie Kijowa do niepodległości zdestabilizuje porządek po „zimnej wojnie” i stworzy trzecią co do wielkości potęgę nuklearną na świecie. Pod tym względem politycy zachodni byli zgodni z Borysem Jelcynem, że niepodległa Ukraina musi przystąpić do traktatu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT), jako państwo nieposiadające broni jądrowej oraz zaakceptować zbiorową kontrolę nad odziedziczonymi po ZSRR głowicami jądrowymi. Już wówczas Ukraina stała się obiektem skoordynowanego „zarządzania” przez mocarstwa, wobec których chciała pełnić rolę „pomostową”.
Ograniczeniom zewnętrznym towarzyszyła słabość wewnętrzna. W pierwszych latach niepodległości stworzono hybrydowy porządek instytucjonalny, w którym nowy organ prezydencki, pochodzący z demokratycznych wyborów, współistniał z niezreformowanym parlamentem w stylu radzieckim. Niejasne podziały kompetencji między organami władzy, uznaniowość polityczna w procesach decyzyjnych, zależność polityki monetarnej i energetycznej od doraźnych przetargów politycznych, wreszcie brak mechanizmów kontroli i egzekwowania odpowiedzialności funkcjonariuszy publicznych – wszystko to nie sprzyjało budowaniu zrównoważonej dyplomacji, która byłaby zdolna do podtrzymywania zobowiązań w polityce zagranicznej i bezpieczeństwa. Kto wie, czy największą słabością w perspektywie długookresowej nie okazało się wprowadzenie gospodarki rynkowej, ale bez instytucji zdolnych do regulowania polityki pieniężnej lub nadzorowania prywatyzacji. Sprzyjało to powszechnej korupcji i dało podstawy gospodarce oligarchicznej, która podporządkowała państwo swoim egoistycznym interesom.
Mimo rosyjskich pretensji do kontroli militarnej w przestrzeni poradzieckiej, Ukraina zdecydowanie zmierzała do zbudowania niezależnej armii, co wywołało spór o Flotę Czarnomorską i port wojenny w Sewastopolu. Do tego doszła presja na spłatę długu oraz szantaż gazowy, które uświadomiły Ukrainie, jak bardzo jest narażona na rosyjski dyktat, bez posiadania wiarygodnych gwarancji bezpieczeństwa. Na takim tle zrodziło się przekonanie, aby nie rezygnować z arsenału jądrowego, który miał być niezbędnym zabezpieczeniem przed rosyjskim rewizjonizmem. Jednakże presja amerykańska współgrała ze stanowiskiem rosyjskim. W ich wyniku doszło do wymuszenia na Ukrainie przez USA i Rosję trójstronnego porozumienia ze stycznia 1994 roku, w którym strona ukraińska zrzekła się swojego arsenału jądrowego w zamian za ograniczoną pomoc gospodarczą i niejasne gwarancje bezpieczeństwa. Potwierdzeniem porozumienia było czterostronne Memorandum Budapeszteńskie z 5 grudnia 1994 roku, do którego dołączyła Wielka Brytania.
Geopolityczna pułapka
Pierwsze lata niepodległej Ukrainy pokazały, że nie zbudowano solidnych podstaw instytucjonalnych dla strategii buforowości, tracąc bezpowrotnie atuty na rzecz wpływania na stosunek sił mocarstwowych. Za prezydentury Leonida Kuczmy zanikła determinacja władz na rzecz buforowości, a samą ideę zrównoważonych relacji przesłoniła taktyczna gra nacisków i oportunizm władz. Podtrzymywano wrażenie prowadzenia wielowektorowej polityki zagranicznej, co miały potwierdzać afiliacje z NATO i z Unią Europejską w 1994 roku (Partnerstwo dla pokoju i umowa o partnerstwie i współpracy). W 1997 roku podpisano Kartę o szczególnym partnerstwie z NATO i w formie traktatowej uregulowano najważniejsze problemy z Rosją. W rzeczywistości te akty były dowodem transakcyjnej logiki dyplomacji. W stosunkach z Rosją było to ciągłe powracanie do negocjacji w sprawie dostaw energii, opłat tranzytowych i długu państwowego. Wobec Zachodu zobowiązywano się natomiast do wdrażania reform politycznych i gospodarczych, które miały charakter spóźniony i wybiórczy. Cierpiała na tym wiarygodność władz ukraińskich i słabło zaangażowanie Zachodu na ich rzecz.
Ostatecznie kryminalizacja polityki, której przejawem stało się morderstwo dziennikarza Gieorgija Gongadze w 2000 roku oraz sprzedaż sprzętu radarowego do Iraku w 2002 roku z naruszeniem sankcji ONZ, doprowadziły do izolacji dyplomatycznej i wstrzymania pomocy USA. Sytuacja ta sprzyjała zwrotowi Kijowa ku Rosji, która wykorzystała okazję dla wzmocnienia swoich wpływów. W wyborach prezydenckich 2004 roku Rosja otwarcie poparła następcę Kuczmy – Wiktora Janukowycza. Jego starcie z prozachodnim Wiktorem Juszczenką stało się przedmiotem manipulacji wyborczych. Masowe protesty przeciw sfałszowaniu wyników wyborów zapoczątkowały „pomarańczową rewolucję” i powrót Zachodu do gry. Po tygodniach pokojowych demonstracji i narastającej presji zewnętrznej Sąd Najwyższy unieważnił głosowanie i zarządził nową drugą turę wyborów, która doprowadziła Juszczenkę do władzy.
Wiktor Juszczenko postrzegał bezpieczeństwo i dobrobyt Ukrainy jako zależne od integracji z Zachodem, a nie od zrównoważonych relacji z największymi protagonistami – Rosją oraz strukturami Unii Europejskiej i NATO. Takie stanowisko nie było bynajmniej oparte na ponadpartyjnym konsensusie czy zgodnej koordynacji polityki między organami władzy. Rozdrobnienie polityczne i liczne kryzysy rządowe sprzyjały oligarchizacji, narastaniu praktyk protekcjonistycznych i klientelistycznych. Nie bez znaczenia był renesans nacjonalizmu banderowskiego, który z zachodniej Ukrainy zaczął rozlewać się na cały kraj. Zachód nie był jednolity w swojej postawie, jeśli chodzi o aspiracje Kijowa. USA George’a W. Busha gotowe były wyjść naprzeciw oczekiwaniom w sprawie przyjęcia planu działań na rzecz członkostwa Ukrainy w NATO (MAP), ale na przykład Francja i Niemcy obawiały się, że spowoduje ono sprzeciw Rosji i zdestabilizuje europejski układ bezpieczeństwa.
Od Juszczenki do Janukowycza
Gdy Juszczenko podtrzymywał swój „zwrot” ku Zachodowi, w Rosji odbierano go jako geopolityczne wyzwanie dla jej regionalnego prymatu, a także modelu ustrojowego. Gdy Zachód się wahał, Rosja podjęła działania rewindykacyjne poprzez zwiększoną presję ekonomiczną, jednocześnie wysyłając sygnały ostrzegawcze pod adresem Zachodu i Ukrainy (wystąpienie Putina na monachijskiej konferencji bezpieczeństwa w 2007 roku oraz wojna gruzińska w 2008 roku). Prezydentura Juszczenki oznaczała więc utratę drugiej szansy na utrwalenie buforowania jako strategicznej praktyki. Kijów decydując się na integrację z Zachodem (który wcale nie był na to gotowy) naruszył kruchą równowagę, od której zależało jego bezpieczeństwo. Ukraina stała się jeszcze bardziej narażona na wpływy rosyjskie i praktycznie wobec nich bezbronna.
W tej sytuacji odłożona w czasie prezydentura Wiktora Janukowycza, dzięki legalnemu zwycięstwu wyborczemu w 2010 roku (po klęsce „pomarańczowej rewolucji”) oznaczała celowy demontaż strategii buforowania na rzecz „geopolitycznej bitwy”, ze wskazaniem na patronaż Moskwy. Będąc w trudnej sytuacji gospodarczej, balansując między opcją stowarzyszenia z Unią Europejską za cenę długoterminowych korzyści, ale i głębokich reform strukturalnych, a „pakietem ratunkowym” ze strony Rosji, nieobwarowanym żadnymi warunkami, a jedynie oczekiwaniem lojalności politycznej, Janukowycz wybrał drugą opcję. Zawieszenie przygotowań do podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską w listopadzie 2013 roku wywołało proeuropejski ruch protestu, przekształcony wkrótce w ruch przeciwko korupcji, represjom i autokracji. Obalenie Janukowycza na drodze zamachu stanu oznaczało upadek autokratycznego reżimu, ale obnażało też wyczerpanie się ukraińskiego eksperymentu z buforowaniem po uzyskaniu niepodległości.
Zachowania poszczególnych ekip prezydenckich pokazują, że zabrakło pomysłu i aktywności dyplomatycznej, aby z biernego adresata roszczeń zewnętrznych uczynić Ukrainę aktywnym kreatorem samodzielnych ról, warunkowanych szczególną przestrzenią geopolityczną. Nie wykorzystano atutów wielowektorowego sąsiedztwa i nie przekonano partnerów zewnętrznych ze względu na spory wewnętrzne do wiarygodności obranej strategii. Ukraina tkwiła w posowieckim marazmie, bazując bardziej na inercji i pretensjach wobec Rosji niż na tworzeniu nowoczesnych wizji swojego statusu. Strukturalnej podatności na obce wpływy sprzyjał oportunizm przywództwa, rywalizacja klanów o kontrolę zasobów i wpływy w gospodarce, słabość dyplomacji, wreszcie korupcja i brak dojrzałej tożsamości narodowo-państwowej.
Klęska strategii „buforowania”
W rezultacie załamała się symetria interesów między Rosją a Zachodem, gdyż obie strony uznały, że powściągliwość nie jest skuteczną gwarancją ich stanu posiadania. Obalenie Janukowycza przez siły prozachodnie i rosyjska aneksja Krymu oznaczały zerwanie z polityką nieingerencji w wewnętrzne sprawy tego państwa. Od tego czasu straciło ono odporność na presję zewnętrzną, odnoszącą się do zdolności przeciwstawienia się przejęciu i przymusowi.
Przypadek ukraiński pokazuje, że dla sukcesu polityki buforowości potrzebna jest wola polityczna władzy i życzliwe wsparcie zewnętrzne. Kolejne prezydentury pokazują, że przywództwo polityczne, dyplomacja i instytucje państwa traciły spójność i nie były konsekwentne w dążeniu do celu. Ostatni dwaj prezydenci – Petro Poroszenko i Wołodymyr Zełenski – zaangażowali się w strategię wypierania Rosji, co doprowadziło do gry pozorów na tle realizacji porozumień mińskich i sytuacji patowej. Ukrainę zaczęto otwarcie konfrontować z presją zewnętrzną, która stawiała uległość, sprzymierzenie i powstrzymywanie ponad równowagę. Gdy postawy mocarstw zachodnich były ambiwalentne, szala przechylała się na korzyść Rosji. Gdy natomiast Zachód, a ściślej USA, Wielka Brytania, Francja i Niemcy zwietrzyły okazję do ulokowania swoich strategicznych interesów nad Dnieprem, Rosja sięgnęła do środków agresywnych. Wojna w tej sytuacji stała się nieuchronna.
Historia Ukrainy pokazuje, że jej funkcje buforowe od początku były kruche i trudne do utrzymania. Poradzieckie elity dostrzegały potrzebę „znoszenia” wpływów i nacisków ze strony rosyjskiej i zachodniej, ale w duchu były przekonane o konieczności oddalania się od Rosji. Ukraina strukturalnie była podatna na obce wpływy, jednak jej przywództwo polityczne i dyplomacja nie potrafiły wypracować odporności na presję zewnętrzną. Niezwykle silną „piątą kolumnę” stanowili oligarchowie, którzy przeszli na stronę interesów anglosaskich i izraelskich. W rezultacie, gdy bufor zaczął orientować się na mocarstwa zachodnie, Rosja poczuła się zgodnie z „dylematem bezpieczeństwa” zagrożona i podjęła interwencję na rzecz przywrócenia równowagi.
Zawsze było tak, że gdy terytorium państwa spełniającego warunki buforowości stawało się „polem bitwy” między rywalami, każdy z nich usiłował przeciągnąć je na swoją stronę. Wydarzenia na Ukrainie od „pomarańczowej rewolucji” w 2004 roku pokazują, jak eskalacja interwencjonizmu państw zachodnich i Rosji prowadziła nie tylko do ubezwłasnowolnienia miejscowych władz, ale i przekreślenia statusu szans na autonomię. Ukraina straciła swoją ułomną podmiotowość, stając się przedmiotem gry obcych wpływów. Przeciąganie władz w Kijowie na stronę zachodnią oznaczało jej skonfliktowanie z Rosją, która nie chciała przyzwolić, aby bezpośrednie sąsiedztwo na najbardziej wrażliwej rubieży stało się źródłem jej egzystencjalnych zagrożeń (presji, penetracji, ataków i konfliktów zastępczych).
Anty-Rosja
Paradoks położenia Ukrainy polegał na tym, że w optyce mocarstw zachodnich, zwłaszcza anglosaskich, zyskiwała ona coraz większe znaczenie strategiczne jako baza wypadowa przeciw Rosji, większe niż wynikałoby to z jej potencjału materialnego. Od 2015 roku postawiono zatem na dozbrajanie Ukrainy, negując jej status niedookreślonej „szarej strefy”. Pożegnano się w ten sposób z jej „ekwidystansem” wobec Rosji i Zachodu czy niesprzymierzaniem się z żadną z rywalizujących stron. W warunkach rewolucji informatycznej, gdy rywalizacja objęła także przestrzeń cyfrową, energetyczną i infrastrukturalną, Ukraina stała się ważnym „poligonem doświadczalnym” oraz dźwignią mobilizacji kompleksów militarno-przemysłowych Zachodu. Uznano ją za panaceum na trapiące gospodarki kapitalistyczne kryzysy.
Ukraina jako państwo o statusie buforowym mogła być ogniwem redukującym bezpośrednią konfrontację między Rosją a Zachodem. Tymczasem stała się mechanizmem reprodukującym wrogość w bezpośrednim sąsiedztwie, co w rezultacie doprowadziło do eskalacji napięć i wybuchu otwartego konfliktu. W transakcyjnym podejściu Donalda Trumpa do rozwiązywania problemów międzynarodowych napomyka się obecnie o możliwości powrotu Ukrainy do roli „strefy buforowej”. Tim Marshall uznaje wszak jej położenie za „przekleństwo geografii”, ale inny badacz amerykański Friedrich Kratochwil przyznaje, że status buforowy jest mimo wszystko lepszy od podboju, okupacji czy aneksji. Takie teoretyzowanie ma się jednak nijak do realnych warunków przywracania normalności po latach okrutnej wojny między zantagonizowanymi sąsiadami.
Ukraina jest przykładem państwa, którego buforowość zmieniła się ze strategii w tragedię. Zamiast rzeczywistej równowagi na różnych wektorach działań i oddziaływań, a tym samym wyhamowywania konfliktowości w swoim środowisku międzynarodowym, doprowadziła w latach 1990-2014 do pogłębienia geopolitycznej konfrontacji. Stała się katalizatorem konfliktu, którego konsekwencje obciążą wszystkich jego uczestników na długie lata.
Prof. Stanisław Bieleń
Leon XIV spotkał się z aborcjonistką Patti Smith; przedstawiciel Watykanu podkreślił „wspólną misję” dwojga
Leon XIV spotkał się z aborcjonistką Patti Smith; przedstawiciel Watykanu podkreślił „wspólną misję” dwojga

Date: 2 agosto 2026Author: Uczta Baltazara 1 Commenta
Jednym z najbardziej znanych fragmentów tekstów piosenek Patti Smith jest zdanie: „Jezus umarł za czyjeś grzechy, ale nie za moje”.
31 lipca 2026, papież Leon XIV spotkał się z popierającą aborcję i społeczność LGBT gwiazdą punk rocka, Patti Smith.
Smith, która podobnie jak Leon pochodzi z Chicago, jest piosenkarką, autorką tekstów i poetką, określaną jako „matka chrzestna muzyki punkowej” ze względu na swoją wpływową rolę we wczesnym kształtowaniu się tej sceny muzycznej. Szczyt sławy osiągnęła pod koniec lat ’70 za sprawą swojego największego hitu „Because the Night” – zmysłowej piosenki, w której głosi, że „noc należy do pożądania”. Jednym z jej najbardziej znanych wersów jest: „Jezus umarł za czyjeś grzechy, ale nie za moje”.
Gwiazda rocka nie identyfikuje się z żadną religią. Publicznie opowiadała się za legalną aborcją, twierdząc w 2018 roku, że „ratowanie życia młodych kobiet jest ważniejsze niż jakakolwiek ideologia”. Wyraziła przekonanie, że legalna aborcja, która zabija nienarodzone dzieci, „ratuje życie” matek, zapobiegając ich śmierci w wyniku samodzielnego przeprowadzania aborcji. W 2022 roku Smith nazwała uchylenie przez Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych orzeczenia w sprawie Roe przeciwko Wade „strasznym” i stwierdziła, że złamało jej to serce.
W 2014 roku, Smith została zaproszona przez papieża Franciszka do występu na świątecznym koncercie w Watykanie, a w 2021 roku wystąpiła tam ponownie.
Ojciec Antonio Spadaro, podsekretarz watykańskiego Dykasterium ds. Kultury i Edukacji, stwierdził, że podczas spotkania Smith z papieżem Leonem „zapaliła się iskra”.
«Kiedy te drzwi się otworzyły, coś się wydarzyło… iskra, niepozbawiona „efektownych momentów”, ale także poczucie głębokiego wzruszenia i misji w tym trudnym świecie. Dwoje Amerykanów, dwoje z Chicago, dwie wybitne postacie, które są głosami nadziei dla podzielonego świata: „kapłanka” rocka @PattiSmith, jak ją nazywają, oraz Ojciec Święty #Papa Leone. To była długa audiencja, która przypominała rozmowę między dwojgiem ludzi, którzy odkrywają, że są starymi przyjaciółmi i dzielą się wspomnieniami złożonymi ze słów i muzyki, marzeń, wizji oraz nadziei z przeszłości i teraźniejszości».
===============================
Antonio Spadaro @antoniospadaro
Kiedy ta drzwi się otworzyły, stało się coś… iskra niepozbawiona „scenek”, ale także głębokie wzruszenie i poczucie misji w tym trudnym świecie. Dwóch Amerykanów, dwóch z Chicago, dwie niezwykle ważne postacie, które są głosami nadziei dla podzielonego świata: „kapłanka” rocka @PattiSmith , jak ją nazywają, i Ojciec Święty #PapaLeone. Długa audiencja, która była jak rozmowa między dwiema osobami, które odkrywają, że są starymi przyjaciółmi i dzielą wspomnienia pełne słów i muzyki, marzeń, wizji i nadziei wczoraj i dziś.
Oceń to tłumaczenie:
==========================================================
Redaktor naczelny serwisu LifeSiteNews, John-Henry Westen, zwrócił uwagę na fakt, że Leon znalazł czas na spotkanie z „matką chrzestną punka”, ale „nie mógł spotkać się z Bractwem św. Piusa X”.
================================================
Tego ranka Leon XIV spotkał się z „Matką Chrzestną Punk”, otwartą zwolenniczką aborcji i praw LGBT Patti Lee Smith. A nie mógł spotkać się z SSPX. W 2022 roku nazwała obalenie przez Sąd Najwyższy USA wyroku Roe v. Wade „okropnym” i powiedziała, że złamało to jej serce.
INFO: lifesitenews/pope-leo-meets-pro-abortion-singer-patti-smith-as-vatican-official-hails-shared-mission
vaticannews.va/it/papa/news/papa-leone-xiv-udienza-patti-smith
…….
Patti Smith miała oddać swoją córkę do adopcji zastrzegając, by nie została wychowana w wierze katolickiej, a teraz została przyjęta przez papieża

To nie pierwszy raz, kiedy „matka chrzestna punka” udaje się do Watykanu. Pamiętamy ją bowiem z placu św. Piotra, gdzie podawała rękę świeżo wybranemu papieżowi Franciszkowi. Ta Amerykanka – co nam szczególnie utkwiło w pamięci – miała taki dziwny kozi wyraz twarzy…

Oto została zaproszona do występu na koncercie bożonarodzeniowym w Watykanie w 2014 roku. Kolejne zaproszenie do występu w tym mieście-państwie otrzymała w 2021 roku. today.com/popculture/pope-francis-invites-patti-smith-perform-vatican-christmas-concert
Zauważmy, że Smith nie jest, jak być może sądzi większość ludzi, odstępczynią. Nie należy do grona typowych dziewcząt wychowanych w katolickiej Ameryce, które w pewnym momencie zbaczają z drogi, stając się aktorkami, gwiazdami porno, piosenkarkami lub innymi przedstawicielkami społeczeństwa rozkładu moralnego. Rodzina Smith należy do… Świadków Jehowy.
Zainteresowanie koncepcjami katolickimi wydaje się zatem w pewnym sensie wynikać z preferencji estetycznych. Podają, że interesowała się historią świętych, a zwłaszcza św. Franciszkiem, postrzeganym przez nią nie inaczej jak świętym ekologiem – oczywiście. Widzicie ją, nawet na powyższym zdjęciu, z pięknym franciszkańskim symbolem Tau na szyi.
Obecnie przypomniano inne niepokojące, odniesienie. Smith miała podobno przywitać się z Leone’em, mówiąc „hi, hi”, czyli „cześć, cześć”. Jest to wyrażenie, którego użyła w mało znanej piosence, od której pochodzi tytuł jednego z jej najsłynniejszych albumów, *Wave*. „Hi, hi” stanowiło początek wyimaginowanej rozmowy między piosenkarką a Janem Pawłem I – Albino Lucianim, którego pontyfikat trwał tak krótko, jak czas nagrywania płyty, i który już nie żył, gdy ten złowieszczy utwór został nagrany. Krótko mówiąc, Smith zwraca się do żyjącego papieża w taki sam sposób, w jak zwracała się do papieża zmarłego.
Inne, co najmniej dziwne odwołanie można znaleźć w piosence „Dancing Barefoot. Utwór ten jest rzekomo dedykowany kobietom, a w szczególności kochance Amedeo Modiglianiego, Jeanne Hébuterne (1898–1922), która popełniła samobójstwo w ósmym miesiącu ciąży, zaledwie dwa dni po śmierci Modiglianiego. Piosenka kończy się fragmentem recytacyjnym, którego ostatnie słowa brzmią: „blessed among women”, czyli „błogosławiona wśród kobiet”. Pozostawiamy czytelnikowi ocenę owego maryjnego odniesienia osadzonego w tymże makabrycznym kontekście.
Środowisko, z którego wywodzi się Smith jest naprawdę przerażające. Wielu zapomina, że jej kariera rozpoczęła się wraz z karierą jej partnera, fotografa Roberta Mapplethorpe’a (1946–1989), z którym – jak sama twierdzi – dzieliła lata miłości i ubóstwa w Nowym Jorku pod koniec lat sześćdziesiątych. Mapplethorpe dorastał w katolickiej rodzinie w parafii w Nowym Jorku. Jako artysta zaczynał od sprzedaży biżuterii o tematyce religijnej, a wraz ze swoją dziewczyną znalazł się w środowisku kulturalnym, w którym królowała „Factory” Andy’ego Warhola. Mówi się, że on i Smith uważali się nawzajem za swoje „muzy”.
Później, gdy został fotografem, nastąpił przełom. Jego zdjęcia sprawiają, że do dziś cieszy się ogromną sławą, ale patrząc na nie, można się zastanawiać, co ma z tym wszystkim wspólnego Patti, skoro nie da się ich nawet nazwać „homoerotycznymi”: są to zdjęcia przedstawiające brutalną homoseksualną pornografię (do tego stopnia, że w słynnym przypadku brytyjska policja zażądała usunięcia niektórych stron z jego książki dostępnej w bibliotece), zdjęcia, które budzą odrazę i które, jak piszą niektórzy historycy sztuki, a także internetowa encyklopedia, „dokumentują i analizują subkulturę męskiego BDSM w Nowym Jorku na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych”.
Rozpowszechniona wersja głosi, że gdy Mapplethorpe uświadomił sobie swoją orientację, związek miłosny ze Smith zakończył się, przekształcając się w przyjaźń, która trwała aż do jego śmierci w 1989 roku, spowodowanej AIDS-em.
Natomiast w nieautoryzowanej biografii, która ukazała się pod koniec lat dziewięćdziesiątych zatytułowanej „Patti Smith: An Unauthorized Biography”, jej autor Victor Bockris wspomina o pierwszej córce, którą piosenkarka urodziła w wieku dwudziestu lat w Pensylwanii, na krótko przed przeprowadzką do Nowego Jorku i poznaniem Mapplethorpe’a. Patti miała wtedy oddać dziewczynkę do adopcji, z jedynym zastrzeżeniem, że nie powinna być wychowywana w wierze katolickiej.
Nie potrafimy powiedzieć nic więcej na temat owej dziwnej historii, poza tym, że pozostajemy zdruzgotani kolejnym „wstrzyknięciem” Patti Smith w samo serce chrześcijaństwa. Nie widać u niej żadnej skruchy w żadnej sprawie, a mimo to papież rzymski ściska jej dłoń, uśmiecha się do niej, poświęca jej czas, czyli promuje wśród wiernych katolików jej życiowe i pseudo-artystyczne przesłanie.
Sytuacja jest więc jasna: Patti Smith do środka Kościoła Katolickiego – katolicy na zewnątrz, FSSPX na zewnątrz, a w diecezjach i parafiach panuje atmosfera terroru; w zeszłym tygodniu w różnych częściach Włoch wygłoszono homilie zapowiadające ekskomunikę wiernych związanych z Bractwem – czyli tych, którzy zamiast słuchać Patti Smith, pragną pozostać katolikami.
Mamy więc do czynienia z całkowitym obaleniem wartości, z dość wyraźnymi elementami parodii i satanizmu. Oto dzisiejszy Watykan. To właśnie z tym będziemy walczyć, dopóki nie zostanie przywrócony porządek Pana naszego Jezusa Chrystusa.
Jak bronić swych praw w Polsce. MEM-y VIII.

———————————–

————————————

—————————————–

————————————————-

————————————————-

——————————————————————

——————————————————-

————————————————————–

——————————————-

—————————————–

———————————————-

„Sukces” przegranej wojny
„Sukces” przegranej wojny
2. sierpnia 2026 Marek Wojcik world-scam./sukces-przegranej-wojny
Jak przedstawić światu haniebnie przegraną wojnę jako sukces? Mam dla Trumpa propozycję rozwiązania tego dylematu: niech fachowcy od wspaniałych dealów z Białego Domu przygotują kontrakt dla słynnego aktora Tom Cruise znanego z głównej roli w filmach Mission: Impossible (Misja: Niemożliwa).

Po nieudanej próbie pokazania premierowi Izraela kto tu rządzi, widzimy wyraźnie, że to rzep przypięty do psiego ogona ma decydujący głos w sprawach wojny i pokoju. Zdecydowanie gorszym rozwiązaniem niż nowa rola dla Toma Cruise’go byłoby zaangażowanie Netanjahu na stanowisku Ministra Wojny USA po tym, jak przegra październikowe wybory w Izraelu.
Ben Norton jest dziennikarzem, analitykiem i ekonomistą politycznym, którego praca koncentruje się głównie na geopolityce, międzynarodowej ekonomii politycznej i polityce zagranicznej USA. Przez wiele lat mieszkał i relacjonował wydarzenia w Ameryce Łacińskiej, a obecnie mieszka w Pekinie, gdzie jest doktorantem na Uniwersytecie Tsinghua. Źródło.

Geopolityczna analiza kryzysu na Bliskim Wschodzie opublikowana wczoraj na YouTube.
Film można obejrzeć w języku polskim.
Iranowi udało się obalić mit o niezwyciężonej armii USA. Iran jest w trakcie realizacji projektu zamknięcia amerykańskich baz wojskowych w rejonie Zatoki Perskiej. Iran wywołuje presję ekonomiczną na rynki ropy. Iran robi użytek ze swojego położenia geograficznego, przez co inwazja armii USA na Iran jest praktycznie niemożliwa. Iran wykorzystuje zbliżające się wybory połówkowe w Stanach Zjednoczonych. Przegrana Republikanów w Kongresie i Senacie oznacza blokadę amerykańskiego rządu i może doprowadzić do usunięcia Trumpa ze stanowiska prezydenta – impeachment.

Trump próbuje pogodzić to, co nie do pogodzenia: chce wyjścia z wojny bez przyznawania się do porażki. Chce negocjacji bez wycofywania się z żądań. I chce ogłosić zwycięstwo, mimo że Iran jest zdolny do atakowania celów militarnych. W tej sytuacji skuteczny będzie jedynie Tom Cruise!
Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com
Polacy trochę się zapędzili. MEM-y VII.

——————————–

——————————————————

—————————————

————————————-

——————————————

————————————

——————————————–

————————————-

———————————–

Prawo do życia: Usłyszałem dwa wyroki w dwa dni.
| Dzień dobry Panie Mirosławie. Trwa nasza kampania wakacyjna, w trakcie której docieramy do Polaków z ostrzeżeniem przed „edukacją zdrowotną” (obowiązkowa dla dzieci od 1 września) oraz aborcją. Każdego dnia wiele się dzieje. Ja jeżdżę naszą furgonetką oraz pomagam moim kolegom organizować uliczne akcje informacyjne. Jesteśmy za to nieustannie prześladowani. W ciągu dwóch dni usłyszałem dwa wyroki w Białymstoku. Proszę zobaczyć, co jeszcze wydarzyło się w sądach i na policji tylko w ciągu jednego tygodnia 22-29 lipca: 22 lipca Białystok – usłyszałem wyrok 1500 zł grzywny za organizację akcji pod miejskim ratuszem, 23 lipca Białystok – usłyszałem kolejny wyrok 500 zł grzywny za organizację ulicznej akcji informacyjnej, 24 lipca Warszawa – do sądu wpłynął wniosek o ukaranie wolontariusza Macieja za organizację akcji antyaborcyjnej, 27 lipca Białystok – wyrok 500 zł grzywny dla wolontariusza Kacpra za udział w ulicznej akcji informacyjnej, 27 lipca Białystok – wyrok 1000 zł grzywny dla wolontariusza Michała za udział w akcji antyaborcyjnej, 28 lipca Toruń – kolejna rozprawa wolontariusza Wiesława, który został zatrzymany przez policję gdy trzymał banner i modlił się na różańcu, 29 lipca Rzeszów – wolontariuszka Marta przesłuchiwana na komisariacie policji w związku z organizacją akcji antyaborcyjnej, 29 lipca Szamotuły – wyrok 2500 zł grzywny dla wolontariusza Romana i 1000 zł dla wolontariusza Adriana za uliczną akcję antyaborcyjną. Wszystkie te sprawy będą trwały dalej, gdyż od każdego z wyroków odwołujemy się. Oznacza to dalszą walkę przed sądami. Ostatecznie większość spraw wygrywamy lub są one umarzane. Jednocześnie dzięki wytrwałości i wysiłkom naszego Centrum Prawnego, 27 lipca w Warszawie udało się skazać agresywną kobietę, która przeszkodziła nam w organizacji ulicznej akcji informacyjnej i zniszczyła nasze ulotki. Wyrok to w sumie 300 zł grzywny i zwrotu kosztów. 28 lipca wygraliśmy również kolejną sprawę z prezydentem Białegostoku o nielegalne rozwiązanie naszego zgromadzenia publicznego. To wszystko wydarzyło się w tydzień. Tak wygląda codzienność naszych wolontariuszy oraz Centrum Prawnego naszej Fundacji, które koordynuje walkę przed sądami i policją. Koszty tej walki prawnej to obecnie ponad 10 000 zł miesięcznie. Dzięki tej „tarczy prawnej” możemy dalej działać i ostrzegać Polaków przed aborcją i „edukacją zdrowotną” dzieci. Ja aktualne jeżdżę furgonetką po Wrocławiu, gdzie informujemy mieszkańców o tym, że szpital Falkiewicza zamierza zatrudnić aborterkę Gizelę Jagielską. Wywieramy presję na to, aby do tego nie dopuścić i aby nie przekształcono największej porodówki na Dolnym Śląsku w rzeźnię aborcyjną. Niedawno zatrzymała i spisała mnie policja. Będą teraz „analizować” sprawę w celu skierowania do sądu kolejnego wniosku o ukaranie mnie. Wkrótce planuje wyposażyć furgonetkę w plandeki ostrzegające przed „edukacją zdrowotną” i jeździć po kolejnych miastach. Równolegle moi przyjaciele organizują w całej Polsce uliczne akcje informacyjne. Tylko w tym tygodniu planujemy organizację akcji m.in. w: Tczewie, Kluczborku, Oławie, Elblągu, Stargardzie, Wałbrzychu, Gliwicach, Olkuszu, Rzeszowie, Włocławku, Rudzie Śląskiej, Lubinie, Świnoujściu i Legnicy. Proszę Pana o wsparcie i umożliwienie nam tych działań. Jedno tankowanie furgonetki do pełna to obecnie ponad 800 zł. Każda akcja uliczna w kolejnej miejscowości też wymaga paliwa, transportu wolontariuszy, bannerów, ulotek, megafonów i innych akcesoriów. Koszt walki prawnej to ponad 10 000 zł miesięcznie. Ratowanie dzieci przed aborcją i deprawacją jest możliwe dzięki zaangażowaniu wolontariuszy naszej Fundacji oraz stałemu i regularnemu wsparciu darczyńców. Liczymy na Pana pomoc. Będziemy informować o kolejnych działaniach i postępach naszych akcji . WPŁACAM Konto Fundacji do darowizn:79 1050 1025 1000 0022 9191 4667 Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 PruszkówZ wyrazami szacunku, Jan Bienias ============================== Fundacja Pro – Prawo do życia KRS: 0000233080 NIP: 1231051050 REGON: 010083573 ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków Jesteśmy Organizacją Pożytku Publicznego OPP. |
Pojedyncze czyny przestępcze. MEM-y VI.

———————————————

——————————————–

————————————

——————————————-

——————————————–

——————————————-

——————————————

——————————————-

—————————————

Banderowcy usprawniają metodę prowokacji militarnych w Polsce
Banderowcy usprawniają metodę prowokacji militarnych w Polsce!
msn.com/plniebezpiecznedoniesienia-z-ukraińskich-mediów-ws-polski-mają-związek-z-rosją
| Dr Ignacy Nowopolski Aug 3 |
Według doniesień polskojęzycznych mediów, nasi „ukraińscy przyjaciele”, poinformowali władze okupacyjne Unii Europejskiej w Warszawie, o zawłaszczeniu przez „zbrodniczych Rosjan”, banderowskich dronów. Mają one być używane jako „rosyjska prowokacja” przeciw Polsce.

Użycie ukraińskich dronów przez „przebiegłych Rosjan”, na sugerować banderowską prowokacje przeciw nam.
Tak więc, jeśli od dziś na Polskę nalatywać będą ukraińskie drony, Polacy powinni brać odwet na Rosji, a nie na „sojuszniczych” banderowcach.
Nie wiem czy polskie społeczeństwo osiągnęło już taki poziom debilizmu, by w tą historię uwierzyć, ale „nasi władcy” z Warszawy, zaakceptują ja z otwartymi rękami.
Ile to bowiem wysiłków „rządu polskiego” poszło na marne z powodu trudności udowodnienia „rosyjskiego sprawstwa” w „agresji” przeciw Polsce!
Po masowym nalocie banderowskich dronów na Polskę, wystarczy tylko wezwać do MSZ Ambasadora RF & zerwać stosunki dyplomatyczne z Rosją, po czym niezwłocznie wysłać „Wojsko Polskie” na rosyjsko-banderowski front.
Na dowódcę proponuję „generała” Polko, który od zawsze toczy pianę z pyska, na każde wspomnienie „Moskali”.
Ta farsa, którą od trzydziestu z górą lat odgrywa niezmiennie agenturalna „polska władza”, przestała już dawno być śmieszną. Staje się natomiast coraz bardziej niebezpieczną, zagrażając samemu biologicznemu przetrwaniu Polskiego Narodu.
Może więc już czas zacząć sprzątanie tego chlewa?
Krater im. Kosiniaka-Kamysza. MEM-y V.

———————————————

———————————————

————————

—————————-

—————————————

————————————

—————————–

————————–

————————————

Rafał Trzaskowski: rozgonię protest prolife pod Abotakiem
Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!
Gdy aktywistki z Aborcyjnego Dream Teamu otwierały ośrodek Abotak w Warszawie pod Sejmem, ogłosiły, że „w tym miejscu prawo nie obowiązuje”. Dziś idą krok dalej – oczekują, że Miasto Stołeczne Warszawa bezprawnie zdusi protesty prolife pod rzeźnią. A Prezydent Miasta Rafał Trzaskowski obiecuje im, że to zrobi.
To było 1 sierpnia – jak w każdą I i III sobotę miesiąca, pod ośrodkiem aborcyjnym na ul. Wiejskiej odbywał się Publiczny Różaniec o zatrzymanie aborcji, a przed nim i po nim obrońcy życia manifestowali za życiem. Akcja informacyjna o tym, co dzieje się w środku pseudoprzychodni, porusza ludzi, ale wciąż potrzeba jej więcej, aby uświadomić o tym, jak wielką zbrodnią jest aborcja i aby odstraszyć jak najwięcej klientek na tabletki poronne.
Aborterki z Abotaku jak zwykle zachowywały się prowokacyjnie i agresywnie, bo psuliśmy im krwawy biznes. W pewnej chwili drugą stroną ulicy przechodził Rafał Trzaskowski ze swoimi asystentami. Kobiety dopadły go i zaczęły mu zadawać pytania, dlaczego „pozwala” na protesty pod ich ośrodkiem.
Tymczasem wolność zgromadzeń zagwarantowana jest w Konstytucji. Podobnie zresztą jak ochrona życia każdego człowieka, z której obecna władza kpi sobie w najlepsze, tolerując centrum aborcyjne w samym środku Warszawy.
Ale dla aborterów nie ma czegoś takiego jak prawa i wolności – dla nich liczą się tylko pieniądze, które zarabiają na zabijaniu dzieci. Dlatego aktywistki ADT otwarcie zażądały od Trzaskowskiego, aby pozbył się obrońców życia z Wiejskiej. Taki jest zawsze ostateczny cel morderców dzieci: zabijać jak najwięcej, a opór ludzi dobrej woli – stłamsić. Zamiast wolności marzy im się cenzura na ulicy, a wszystko po to, aby skuteczniej realizować swoje cele biznesowe.
Szanowny Panie,
Dziś piszę do Pana, bo Rafał Trzaskowski obiecał aborterkom, że zlikwiduje nasze protesty. „Ja tam wyślę swoich ludzi” – zapowiedział, a nagranie znalazło się już na wielu proaborcyjnych kontach. Panuje wielka radość, że Prezydent Warszawy wreszcie uciszy proliferów.
Czy to nie paradoks? Od półtora roku działa nielegalna pseudoprzychodnia, a jej właścicielki aktywnie pomagają w aborcji, uczą, jak ją robić i promują ją. Ogłaszają, że przyjmują nawet ciężarne nastolatki i wspierają je w zabiciu ich dzieci, organizują też przemyt środków poronnych z innych krajów UE i
Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!
Gdy aktywistki z Aborcyjnego Dream Teamu otwierały ośrodek Abotak w Warszawie pod Sejmem, ogłosiły, że „w tym miejscu prawo nie obowiązuje”. Dziś idą krok dalej – oczekują, że Miasto Stołeczne Warszawa bezprawnie zdusi protesty prolife pod rzeźnią. A Prezydent Miasta Rafał Trzaskowski obiecuje im, że to zrobi.
To było 1 sierpnia – jak w każdą I i III sobotę miesiąca, pod ośrodkiem aborcyjnym na ul. Wiejskiej odbywał się Publiczny Różaniec o zatrzymanie aborcji, a przed nim i po nim obrońcy życia manifestowali za życiem. Akcja informacyjna o tym, co dzieje się w środku pseudo-przychodni, porusza ludzi, ale wciąż potrzeba jej więcej, aby uświadomić o tym, jak wielką zbrodnią jest aborcja i aby odstraszyć jak najwięcej klientek na tabletki poronne.
Aborterki z Abotaku jak zwykle zachowywały się prowokacyjnie i agresywnie, bo psuliśmy im krwawy biznes. W pewnej chwili drugą stroną ulicy przechodził Rafał Trzaskowski ze swoimi asystentami. Kobiety dopadły go i zaczęły mu zadawać pytania, dlaczego „pozwala” na protesty pod ich ośrodkiem.
Tymczasem wolność zgromadzeń zagwarantowana jest w Konstytucji. Podobnie zresztą jak ochrona życia każdego człowieka, z której obecna władza kpi sobie w najlepsze, tolerując centrum aborcyjne w samym środku Warszawy.
Ale dla aborterów nie ma czegoś takiego jak prawa i wolności – dla nich liczą się tylko pieniądze, które zarabiają na zabijaniu dzieci. Dlatego aktywistki ADT otwarcie zażądały od Trzaskowskiego, aby pozbył się obrońców życia z Wiejskiej. Taki jest zawsze ostateczny cel morderców dzieci: zabijać jak najwięcej, a opór ludzi dobrej woli – stłamsić. Zamiast wolności marzy im się cenzura na ulicy, a wszystko po to, aby skuteczniej realizować swoje cele biznesowe.
Szanowny Panie,
Dziś piszę do Pana, bo Rafał Trzaskowski obiecał aborterkom, że zlikwiduje nasze protesty. „Ja tam wyślę swoich ludzi” – zapowiedział, a nagranie znalazło się już na wielu proaborcyjnych kontach. Panuje wielka radość, że Prezydent Warszawy wreszcie uciszy proliferów.
Czy to nie paradoks? Od półtora roku działa nielegalna pseudo-przychodnia, a jej właścicielki aktywnie pomagają w aborcji, uczą, jak ją robić i promują ją. Ogłaszają, że przyjmują nawet ciężarne nastolatki i wspierają je w zabiciu ich dzieci, organizują też przemyt środków poronnych z innych krajów UE i przechowują je gotowe do użycia na zapleczu swojego lokalu. W tym czasie organy ścigania śpią. Policja i Prokuratura nie zajmują się łamaniem prawa o ochronie życia, a władze samorządowe nie robią nic, aby zamknąć centrum aborcyjnej przestępczości.
I właśnie wtedy dobrzy ludzie protestują i nagłaśniają sprawę – zastępując w ten sposób niedziałające instytucje państwa. I to działania tych ludzi są solą w oku Rafała Trzaskowskiego.
Krótko po zobaczeniu nagrania z Trzaskowskim rozmawiałem z działaczami Fundacji, którzy prowadzą protesty #StopABOTAK. Wiem, że nie odejdą stamtąd po dobroci. Szykuje się zatem rozgrywka, w której miasto zamierza skierować całą swoją siłę przeciw proliferom i osłonić w ten sposób morderczynie dzieci.
Nie cofniemy się.
Abotak musi zostać zamknięty.
Już teraz jest on projektem nieudanym – a to wszystko dlatego, że dzięki działaniom Fundacji potencjalne klientki po prostu boją się do niego wchodzić, a jego sponsorzy się wycofują. Wywieszone przed wejściem zdjęcia z aborcji i ciągłe oblężenie placówki – powoduje, że Abotak nie jest spokojną przystanią dla planujących morderstwo. Jest punktem, który zogniskował wokół siebie jedną z największych kampanii antyaborcyjnych ostatnich lat.
Z bezsilności aborterów i ze skuteczności działań prolife rodzi się frustracja feministek. I dlatego Rafał Trzaskowski planuje nas uciszyć. On już wybrał, za czym się opowiada. Ale my też. Jesteśmy gotowi stawić każdy opór, gdy dojdzie do prób cenzury pod krwawą rzeźnią.
Proszę – niech Pan udostępni ten mój list dalej – Znajomym, Rodzinie, swojej Wspólnocie. Niech jak najwięcej osób zobaczy, jak prezydent Stolicy współpracuje z aborterami. Im więcej świadków, tym trudniej będzie nas rozgonić. Potrzebujemy teraz Waszej solidarności.
Trzymamy się dzięki Pańskiemu wsparciu.
Z wyrazami szacunku,
Krzysztof Kasprzak Fundacja Życie i Rodzina www.RatujZycie.pl |
PS – Gdy zabraknie argumentów, pojawia się argument siły. Prezydent miasta ma władzę nie po to, by wybierać, kto może wyrażać poglądy i korzystać ze swoich wolności. A jednak Trzaskowski planuje działania przemocowe wobec tych, którzy bronią dzieci przed aborcją.
WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
Najgłupsza wojna psychologiczna wszech czasów?

Migranci przybywają do Ceuty. Anadolu via Getty Images i Huffpost
Najgłupsza wojna psychologiczna wszech czasów?
Mike Whitney
Inwazja marokańskich migrantów na Hiszpanię może być najbardziej misternie zaaranżowanym oszustwem wszech czasów. Według oficjalnej wersji, 31 lipca około 60 000 mężczyzn, w większości uprawnionych do służby wojskowej, szturmowało hiszpańską Ceutę w poszukiwaniu pracy i „zbudowania lepszego życia”.
Oczywistą prawdą jest jednak to, że cały incydent był źle zaaranżowaną farsą, mającą na celu podważenie poparcia dla lewicowego rządu Hiszpanii i jego otwarcie antysyjonistycznego premiera Pedro Sáncheza. Za tą żałosną szaradą stoją znani podejrzani: Benjamin Netanjahu i „Mały” Marco Rubio, którzy rzekomo skoordynowali działania z podatnymi na wpływy przywódcami Maroka, aby stworzyć sztuczny kryzys i „dać Hiszpanii nauczkę”.
Jak zapewne pamiętacie, Sánchez ostro skrytykował trwającą masakrę Netanjahu w Strefie Gazy i uparcie odmawiał Donaldowi Trumpowi pozwolenia na wykorzystanie hiszpańskich baz wojskowych do transportu amunicji i bombowców do Izraela. W odpowiedzi Netanjahu publicznie zagroził Sánchezowi zaledwie kilka tygodni temu w ostrym przemówieniu, które wciąż jest dostępne na X.
[filmiki – w oryginale. md]
Między Netanjahu a Sánchezem ewidentnie nie ma miłości. Równie oczywiste jest, że rzecznicy Netanjahu na X również nienawidzą hiszpańskiego premiera i wykorzystują tak zwany „kryzys”, by go piętnować, twierdząc, że Hiszpania płaci teraz cenę za swoją „niedbałą” politykę imigracyjną i niewystarczające bezpieczeństwo granic. Oto przykład tego, czego można oczekiwać od obozu proizraelskiego na X:
Nie ma wątpliwości, że Jess zdobyłaby Oscara za protekcjonalność i sarkazm. Prawdziwe pytanie brzmi jednak, czy ktokolwiek ufa opinii kogoś, kto uchodzi za tak złośliwego i aroganckiego.
Nawiasem mówiąc, prawdopodobnie widzieliście ciężarówki, które pod nadzorem marokańskiej policji przewiozły tysiące młodych mężczyzn na obrzeża miasta i porzuciły ich na ulicach. Jak to możliwe, że stało się to bez wyraźnej wiedzy i współpracy rządu?
Nie mogłoby się to wydarzyć bez zaangażowania państwa. Właśnie dlatego powinniśmy być sceptyczni, czy to nie jest po prostu kolejna operacja psychologiczna sfingowana przez strategów wywiadu, mająca na celu wyłącznie zaszkodzenie hiszpańskiemu rządowi.
Oto kolejne pomocne, jednominutowe podsumowanie z kanału X Mario Nawfala:
„Jeśli potrzebujesz dalszych dowodów na to, że USA i Izrael zachowują się jak terroryści, to spójrz na to… To nagranie wideo przedstawiające tysiące Marokańczyków nielegalnie wkraczających do hiszpańskiej enklawy na północnym krańcu Maroka. A jeśli zastanawiasz się, co mają z tym wspólnego USA lub Izrael: Jak zwykle – wszystko…”
Hiszpania jest jedynym krajem, który publicznie oświadczył, że nie pomoże Stanom Zjednoczonym i Izraelowi w kontynuowaniu ludobójstwa w Palestynie. W zeszłym roku Izrael otwarcie groził Hiszpanii, twierdząc, że poniesie konsekwencje za brak wsparcia. A ludzie ze Stanów Zjednoczonych, tacy jak Marco Rubio, wielokrotnie powtarzali w ostatnich miesiącach, że Maroko powinno wysyłać migrantów do Hiszpanii – że Maroko powinno praktycznie zalać Hiszpanię.— Mario Nawfal
Oto kolejny komentarz dobrze poinformowanego obserwatora, który nie przebiera w słowach:
„…Hiszpania jest karana za uznanie Palestyny w 2024 roku, nałożenie całkowitego embarga na broń na Izrael, oskarżenie Izraela o ludobójstwo w Organizacji Narodów Zjednoczonych i ograniczenie jego przestrzeni powietrznej podczas wojny z Iranem…”
Netanjahu grozi Hiszpanii „wypadkami kolejowymi i nagłymi przerwami w dostawie prądu”…
Każdy, kto sprzeciwia się Izraelowi, „natychmiast zapłaci cenę”…
Maroko uzyskało niepodległość 50 lat temu, natomiast Hiszpania jest właścicielem tych miast od około 400 lat…
Dlaczego nie porozmawiamy o 700 000 osadnikach żydowskich, którzy nielegalnie zajmują ziemię na Zachodnim Brzegu i w Strefie Gazy?
(Autor zastanawia się również, czy miasta te nie mają być ostatecznym celem podróży dla zubożałych Palestyńczyków z Gazy.)—The Rise of Rod
Co zaskakujące, nawet „ New York Times” zdaje się przynajmniej częściowo potwierdzać tę samą szkodliwą historię. W sobotnim wydaniu można znaleźć następujący odnośnik :
Carlos Barragán i Jason Horowitz relacjonują z Ceuty
Rozmawialiśmy z kilkoma Marokańczykami, którzy twierdzą, że władze marokańskie zachęciły ich do przyjazdu do Ceuty.
Youssef Alaoui, 26 lat, poinformował, że jego grupa zbliżyła się do granicy w czwartek, a marokańscy policjanci wskazali im właściwy kierunek.
„Powtarzali: Idź tam, idź tam” – powiedział Alaoui.
Twierdzi, że w końcu udało mu się przepłynąć granicę morską do Ceuty, gdzie zobaczył kilka ciał w wodzie.
37-letni Mohammed Ahmidho powiedział, że o napływie migrantów do Hiszpanii dowiedział się poprzedniego dnia z mediów społecznościowych. Zbliżając się do granicy, marokańscy policjanci powiedzieli mu:
„Przyjedź do Hiszpanii.”
Spotkaliśmy Ahmidho, gdy wracał przez granicę do Maroka. Nie było tam nic do jedzenia ani picia, ani miejsca do spania, dlatego postanowił wrócić do domu.
Większość dogłębnych analiz dotyczących X prowadzi do podobnych wniosków, choć niektóre poruszają również kwestie geopolityczne. Warto zauważyć, że ta operacja psychologiczna nie ma na celu wyłącznie zdyskredytowania przeciwników Tel Awiwu w Madrycie. Stanowi ona raczej element izraelsko-amerykańskiej strategii regionalnej, która wykorzystuje migrację jako narzędzie dyplomatyczne do osłabienia przeciwników Waszyngtonu, a jednocześnie wzmocnienia sojuszników.
Innymi słowy, za wydarzeniami w Afryce Północnej kryje się głębsza dynamika strategiczna.
Oto ciekawy artykuł na ten temat z Ynet News :
„Odmowa Hiszpanii udzielenia Stanom Zjednoczonym dostępu do swoich baz wojskowych, a także konfrontacyjna postawa premiera Pedro Sáncheza wobec administracji Trumpa, doprowadziły do rzeczywistego rozłamu w strategicznych systemach obronnych Hiszpanii wokół Ceuty i Melilli. To właśnie w tym rozłamie najważniejszy nowy partner Maroka – Izrael – ma wyjątkową pozycję, by wywierać presję…”
W marcu 2026 roku Michael Rubin z American Enterprise Institute publicznie wezwał administrację Trumpa do oficjalnego uznania Ceuty i Melilli za okupowane terytorium marokańskie, a Hiszpanię określił jako „potęgę kolonialną utrzymującą kolonie po obu stronach Cieśniny Gibraltarskiej”.
Kilka dni później kongresmen Mario Díaz-Balart, przewodniczący Podkomisji Bezpieczeństwa Narodowego i bliski powiernik Marca Rubio, publicznie oświadczył, że Ceuta i Melilla „nie leżą na terytorium Hiszpanii”, lecz na terytorium Maroka. Ich przyszłość, jak powiedział, „musi być przedmiotem negocjacji w gronie przyjaciół i sojuszników”.
Nie była to opinia marginalna, ale część skoordynowanej strategicznej reorganizacji…
Porozumienia Abrahama przekształciły Maroko z milczącego partnera Izraela w formalnego partnera wojskowego. W styczniu 2026 roku Izrael i Maroko podpisały w Tel Awiwie wspólny plan działań wojskowych, który izraelskie siły zbrojne określiły jako pogłębiającą współpracę z „kluczowym partnerem dla stabilności regionalnej”.
Ta dwustronna struktura daje Izraelowi coś, czego do tej pory w Afryce Północnej prawie nie posiadał: bezpośrednie zainteresowanie strategiczne sukcesem Maroka w regionie.
To zainteresowanie można bezpośrednio odnieść do Ceuty i Melilli. Koalicja Abrahama administracji Trumpa, zbudowana na wspólnym sprzeciwie wobec Iranu i zachętach ekonomicznych, stworzyła operacyjne relacje trójkątne między Waszyngtonem, Jerozolimą i Rabatem.
Głos Izraela ma nieproporcjonalnie duże znaczenie w tym trójkącie. Kiedy przedstawiciele Izraela popierają strategiczne interesy partnera, ma to znaczący wpływ w Białym Domu, który uczynił rozszerzenie Porozumień Abrahama rdzeniem swojej polityki zagranicznej.
Roszczenia terytorialne Maroka wobec Ceuty i Melilli nie są już jedynie kwestią dwustronnego sporu z Hiszpanią. Stają się coraz bardziej testem tego, czy administracja Trumpa bardziej nagradza swoich najbardziej współpracujących partnerów niż tych członków NATO, którzy sprzeciwiają się jej planom.
Porozumienia Abrahama ustanowiły ramy dla przekształcenia sojuszy na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej w interesie Stanów Zjednoczonych i Izraela. Wspieranie Maroka w odzyskaniu Ceuty i Melilli wzmocniłoby tę koncepcję, a jednocześnie ukarałoby członka NATO, który wielokrotnie działał przeciwko sojuszowi w kluczowym momencie.—Ynet Global, „Porozumienia Abrahama docierają do Cieśniny: jak Izrael może pomóc Maroku odzyskać swoją Północ”.
To rozjaśnia szerszy obraz. To nie jest po prostu oszustwo mające na celu oczernienie Pedra Sáncheza. Zdaniem autora, stanowi ono raczej rozszerzenie projektu „Wielkiego Izraela”, który obejmuje nie tylko region między Nilem a Eufratem, ale ma na celu bardziej kompleksową reorganizację istniejących struktur władzy, w których Izrael zajmuje dominującą pozycję na Bliskim Wschodzie i poza nim. Wojna z Iranem w żadnym wypadku nie osłabiła tych ambicji.
Uwaga: Ceuta jest uznawana za terytorium Hiszpanii przez Hiszpanię, Unię Europejską, Organizację Narodów Zjednoczonych i zdecydowaną większość krajów na świecie. Miasto jest autonomiczne w Hiszpanii i w pełni zintegrowane z państwem hiszpańskim. Pozostaje pod ciągłą kontrolą hiszpańską od przełomu XVI i XVII wieku. Po uzyskaniu przez Maroko niepodległości w 1956 roku, Ceuta i pozostałe Place de Soberanía – w tym Melilla – pozostały hiszpańskie.
Oto niesławny tweet Jaira Netanjahu, w którym wzywa on arabskich islamistów do „wyzwolenia” Ceuty i Melilli. Należy pamiętać, że ten tweet został opublikowany w maju 2019 roku – a jednak mamy wierzyć, że wczorajsze wydarzenia były całkowicie spontaniczne.

Źródło: Najgłupsze operacje psychologiczne wszech czasów?
Myśli nieuczesane …
Jastrzębski: Myśli nieuczesane …
Paskudna noc. Nie potrafiłem zasnąć. A jak nie śpię, to czytam. A jak nie czytam, to myślę. Kilka nieuczesanych myśli z nocy.
EMIGRACJA. Bawi mnie to, że ludzie przekonujący nas codziennie w mediach głównego nurtu o tym, że sztuczna inteligencja, robotyka i innowacje powodują, że jest nas za dużo na rynku pracy. Według ich ekspertyz znaczna część pracowników będzie, a właściwie już jest zbędna. Czekają nas ogromne zwolnienia. Niemal codziennie jakiś ekspert orzeka AI zastąpi żywego człowieka. Ale dokładnie ci sami eksperci jak lwy walczą o nielegalnych przybyszów z Afryki, Azji i Ameryki Południowej bo są nam niezbędni na rynku pracy. Bez nich nasza gospodarka padnie i do pracy będą musiały iść przedszkolaki i pensjonariusze domów starców.
JĘZYK UKRAIŃSKI. Co chwila trafiam na materiały kręcone przez Ukraińców, a zwłaszcza Ukrainki skarżące się na prześladowania w Polsce. W szczególny sposób ubolewają nad tym, że rzekomo atakowane są za używanie języka ukraińskiego. Mniejsza z tym, że moim zdaniem te powszechne użalanie jest ukraińską operacją propagandową na terenie Polski. Mniejsza nawet z tym, ze walna część Ukraińców przebywających w Polsce mówi w języku rosyjskim. Ale warto brać pod uwagę to, że to na Ukrainie Wołodymyr Zełenski podpisał ustawę nr 4699-IX, która oficjalnie wyklucza język rosyjski z listy języków objętych ochroną w kraju zgodnie z Europejską Kartą Języków Regionalnych. A ukraiński parlament to radośnie przyklepał.
TROCKISTA ŚLĄZAKOWIEC. Pewien powszechnie znany ślązakowski trockista zaznał małego incydentu kałowego, ponieważ na IV Zjeździe Klubów Myśli Polskiej wystąpi Iwan Komarenko. Więc „doktor trockista kapitalista” napisał „I to wasz poziom”. Mocne słowa jak na kogoś, kto miewa problemy z pionem. Mógłbym się rozpisywać o tym, że to klasizm lub przeanalizować jakie to arie operowe i koncerty muzyki poważnej odbywają się przed jego szynkiem – ale po co? Prawdziwym powodem niechęci do Komarenki nie jest wykonywany przez niego repertuar, tylko fakt, że w jego żyłach płynie również rosyjska krew. Niedaleko padał kowalewski od kowala i tam zalega. A poza tym i tak wszyscy skończą na Myśli Polskiej.
KOMARENKO. Jak napisałem, że na wrześniowym Zjeździe Klubów Myśli Polskiej wystąpi Iwan Komarenko mój dawny znajomy Piotr napisał: „Dlaczego nie potępia on polityki Putina”. Myślę, że powodów jest wiele i kilka z nich znam. Mnie jednak bardziej zastanawia czy Piotr oczekuje, przed każdym spektaklem w teatrze Kamińskich prowadzonym przez Gołde Tencer krytyki polityki premiera Netanyahu?
UŚMIECHNIĘTA WANDA. Uśmiechnięte media nieprzerwanie faszerują społeczeństwo mądrościami prawie stuletniej pani Wandy Traczyk-Stawskiej ps. „Pączek”. Była ona żołnierzem Szarych Szeregów i Armii Krajowej. Jestem przekonany, że dzielnie wykonywała rozkazy w powstaniu w Warszawie. Ale to, że ktoś ma zasługi w przeszłości nie czyni z niego autorytetu we wszelkich dziedzinach. Pani Traczyk promuje bardzo szkodliwy rodzaj patriotyzmu i patrzenia na sprawy społeczne. Ludzie starzy bardzo często potrzebują atencji i moim zdaniem jest to wykorzystywane przez środowiska od „Trzaskania” i „Szkiełka kontaktowego”. Dawne zasługi nie czynią z człowieka mędrca.
PITOŃ. Różnorakie osoby atakowały Sebastiana Pitonia za zdroworozsądkowe podejście do tematu rzezi warszawskiej w 1944 roku. Najbardziej obrywało mu się za użycie tytułu „Polskie mięso”. Inicjator akcji Góralskie Veto ma całkowitą rację. Każdy rozumny polski patriota ze wszystkich sił będzie zwalczał wysyłanie naszych dzieci na śmieć. To nie Sebastian Pitoń powinien się tłumaczyć ze swojego stanowiska, tylko stronnicy powstania, które przyniosło śmierć 200 000 Polaków, zniszczenie stolicy i zatracenie polskich zabytków.
SZKODLIWY PATRIOTYZM. Mamy w Polsce dwa patriotyzmy. Ten rozumny wyrastający przede wszystkim z tradycji pozytywizmu i Narodowej Demokracji. I ten zakażony nowotworem zupełnie bezrozumnego romantyzmu i insurekcyjności. Ten drugi oczywiście jest powszechniejszy. Powszechnie czcimy bezrozumne powstanie w Warszawie, które spowodowało bezsensowną śmierć i kalectwo poszło 40 000 żołnierzy – w tym najbardziej ofiarnych i najlepiej wykształcanych młodych Polaków. Gdzie szaleńcy posłali na śmierć dzieci! Gdzie zginęło 200 000 naszych rodaków, a stolice zmieniono w kupę zgliszczy i gruzów. Dmowszczyzna czyli polityka przeciwna szaleństwu insurekcyjności oraz umiejętność zerwania z kompleksem antyrosyjskości. Bo polityka to przede wszystkim budowanie wspólnoty narodowej i jej państwowości. A nie harce i późniejsze cmentarne rytuał.
LUDOWCY. Polskie Stronnictwo Ludowe było przez długie lata łajane przez michnikowszczyznę za rzekomą prorosyjskość. Wynikało to z tego, że wywodziło się z ZSL-u a nie z styropianowego stronnictwa. Uderzano PSL za podpisanie przez premiera Waldemara Pawlaka z Igorem Sieczinem porozumienia gazowego. Bolało stronników błogosławionej pamięci Unii Wolności również to, że przez lata PSL był jedyną znacząca siłą polityczną, która upominała się o Polaków pomordowanych przez Ukraińców w latach 1939-1947. To już przeszłość. Dzisiejszy PSL stał się awangardą rusofobii i ukrainofilii na scenie politycznej. To nic dziwnego neofici zawsze najgłośniej śpiewają w kościele w pierwszej ławie. Tylko po co? Dla nich nigdy ludowcy nie będą swoi. Nawet gdyby wszyscy ministrowie z nadania PSL-u mieli nie tylko żony i kochanki z Ukrainy.
TYGRYSEK. Władysław Kosiniak-Kamysz cytuje tweety Koleżanki Samueli Torkowskiej z mównicy sejmowej. To musi być bardzo skromny człowiek, bo mógłby cytować swoje. Większa byłaby beka! W 2023 roku Kamysz napisał: „Jeśli minister Mariusz Błaszczak nie wiedział, że nad Polską leciała rosyjska rakieta, to jest to ogromny skandal. Jeśli wiedział i nic z tym nie zrobił, to jest to rażąca nieodpowiedzialność i igranie z bezpieczeństwem Polski. Jedno i drugie jest dyskwalifikujące. Do dymisji!”. Jak teraz poda się do dymisji to zdąży na wrześniowe wykopki.
SZYSZKOWSKA. Kiedyś powszechnie uważana za ikonę lewicowości prof. Maria Szyszkowska stała się obiektem powszechnych ataków ze strony lewactwa. Wszech-tolerancyjni lewacy nie tolerują tego, że profesor może mieć inne zdanie, niż te Tuska, Michnika i Czarzastego. Podczas swojego ostatniego wystąpienia w Dąbrowie Górniczej po raz kolejny podkreśliła, że Polska powinna opuścić Unię Europejską oraz powinna żyć w zgodzie i handlować z Białorusią i Rosją. I skrytykowała skrytykowała lobbystyczne koterie w naszym kraju i stanowczo stwierdziła, że nie ma w Polsce lewicy. Lewactwo zaatakowało również już tradycyjnie prof. Marię Szyszkowską za to, że pisze do „Myśli Polskiej” i broni tradycji PAX-u. A przecież każdy wyhodowany brojler Sorosa wie, że „lewica” powinna popierać Unię Europejską, wojować z Rosją, wspierać lobby farmaceutyczne, publikować w „Gazecie Wyborczej” i bronić tradycji udeckiej.
Łukasz Jastrzębski
Czy to już koń trupio blady? A imię jego jeźdźca Śmierć?
Czy to już koń trupio blady? A imię jego jeźdźca Śmierć?
Andrzej Górzny
„Więc to Otchłań – stwierdziła . Oczy zalśniły jej podnieceniem. – Może to nie jest ostateczne miejsce? Istnieje jeszcze nadzieja…
-Nie ma nadziei. – oznajmiłem. – I nie ma innego miejsca.” – John Everson
=========================================
To wszystko wydaje się absurdalne a ogółowi zajętemu grillem, korzystaniem z życia albo próbami wiązania końca z końcem, całkowicie obce, nie istniejące lub tak bardzo odległe i w czasie i w przestrzeni, że zgoła nie istniejące. A jednak sygnały, niczym odległy odgłos burzy przybliżają się z każdym dniem, każdą prowokacją i każdym obrotem na spirali eskalacji.
Dyskusje na temat granic a raczej ich braku w groźbie rozpalenia ognia konfliktów w stopniu który już bez ogródek pozwoli określać sytuację III wojną światową, trwają zarówno w gronie niezależnych publicystów i ich słuchaczy, jak i w zaciszach gabinetów zarządców państw a także, czego możemy się tylko domyślać wśród otoczenia tych którzy dyrygując zza kulis sceny politycznej, mogą być określani jako władcy marionetek i twórcy chaosu.
Jakie opcje leżą na stole? Co staje się prawdopodobne? Ile mamy jeszcze czasu aby kontynuować życie w błogiej nieświadomości?
Obok pytania czy to czego jesteśmy świadkami, już można określać mianem pierwszej fazy kolejnej wojny światowej, na stole leżą jeszcze, ewentualna opcja jądrowa na Ukrainie, atak na bazy i strategiczne cele w Europie, otwarte przystąpienie do wojny z Rosją wojsk NATO oraz zakres ewentualnej eskalacji działań zbrojnych poza obszary dzisiaj nimi objęte i na koniec, jak długo uda się nam zachować pozory pokoju?
Czy na stole leży jeszcze karta deeskalacji? To skomplikowane pytanie. Pomimo pozorów działań zmierzających w tym kierunku, czynniki podsycające obecne zbrojne konflikty i zmierzające do ich rozszerzenia, są zdecydowanie silniejsze i w zasadzie od co najmniej dwóch dekad widoczne dla wnikliwych obserwatorów. To temat obszerny i odrębny, dlatego zostawmy go na osobne rozważania.
Jakie są obecnie na stole opcje rozwoju sytuacji?
Po pierwsze opcja zakończenia konfliktu na warunkach zachodu i jego elit sprawujących władzę, czyli całkowite wycofanie się Rosji ze wszystkich celów, które postawiła ona sobie w 2022 roku i tych które w toku walk stawia sobie obecnie. Opcja całkowicie nierealna i nieprawdopodobna, nawet biorąc pod uwagę różne jej warianty. Zachód w swoich dalekosiężnych planach, ma tylko jeden cel. Całkowitą kapitulację Moskwy, zmianę władzy na całkowicie sobie podległą, zagarnięcie lub kontrolę zasobów, de-industrializację, rozbrojenie i podział kraju w celu łatwiejszego nim zarządzania. Dodatkowo kontrola nad Rosją albo tym co z niej pozostanie ma być dźwignią na Chiny oraz wszystkie pozostałe kraje globalnego południa próbujące uniezależnić się od dyktatu i wyzysku głównych, globalistycznych sił zachodu. To oczywiście cele dalekosiężne i mogą one być realizowane etapami, ale globalni władcy będą, gdyż muszą być, konsekwentni w realizacji planu pokonania Rosji, ponieważ stanowi ona wraz z Chinami, klucz do realizacji całej idei globalizmu i kontroli nad światem.
To właśnie ten dalekosiężny plan, powoduje, że obecna wojna zastępcza na Ukrainie jest dla Rosjan wojną egzystencjalną i jako taka musi być kontynuowana. Obecne opcje zmiany władzy na Kremlu, posiadają wyłącznie jeden wariant. Zmiana na ekipę bardziej radykalną i godzącą się na eskalację konfliktu, niezależnie od jej konsekwencji. Obecne nastroje znacznej większości społeczeństwa tego kraju, wbrew naszemu powszechnemu mniemaniu, tę opcję wspierają i na nią się godzą.
A co z opcją odwrotną? Całkowite wycofanie się zachodu ze wspierania Ukrainy, próba normalizacji stosunków z Rosją, wycofanie sankcji, zmuszenie Ukrainy do akceptacji warunków Kremla i podpisanie trwałego porozumienia pokojowego zgodnego z interesami Moskwy?
To również nierealna opcja. Nie tylko z powodu tego, że sprawy zaszły już za daleko a zachód poczuł krew na skutek „sukcesów” w atakowaniu celów w głębi Rosji, ale przede wszystkim ze względu na wcześniej przedstawione dalekosiężne cele globalne ekip sterujących światowymi procesami i polityką.
Dla tej grupy, wojna Rosji z Ukrainą, wojna którą można eskalować na grupę państw europejskich do której to grupy należy tez Polska, ta wojna jest darem od losu, ponieważ wykrwawiają się w niej państwa tworzące kilka dekad wcześniej Związek Radziecki, czyli największego przeciwnika zachodu i jego idei hegemonistycznych oraz globalnych. Co więcej ewentualna eskalacja, dotyczyć będzie głównie innych państw powstałych na bazie dawnych republik ZSRR albo jego państw sojuszniczych w tamtym okresie. Fakt, że wykrwawiają się one dosłownie i gospodarczo, nie jest dla zachodnich elit żadną traumą albo powodem do zmartwień. Musimy bowiem w końcu uświadomić sobie, że nasze życia i egzystencja, warte są dla nich mniej niż zero, że jesteśmy tylko rasą użytkową, drewnem rzucanym na stos po to aby podsycić i nakarmić płomień na którym władcy marionetek pieką własną pieczeń.
A więc co dalej? Eskalacja jest wariantem bardzo prawdopodobnym. Ale jaka?
Co z opcją jądrową? Czy jest realne, że Rosja użyje taktycznej broni jądrowej na Ukrainie aby przełamać impas i wysłać „zachodowi” sygnał i ostrzeżenie przed dalszym i głębszym włączaniem się w wojnę? W mojej ocenie to opcja bardzo odległa i ostateczna. Z kilku powodów. Już w 2023 roku napisałem, że główni orędownicy wojny Moskwą wręcz marzą o tym aby użyła ona w tym konflikcie broni jądrowej. Konsekwencje jej użycia dla niej byłyby katastrofalne. Przede wszystkim ze względu na reperkusje międzynarodowe które mogłyby się skończyć faktyczną izolacją Rosji we wszystkich dziedzinach, blokadą wymiany handlowej i jej załamaniem gospodarczym. Całkowity upadek idei BRICS. Szanghajskiej Organizacji Współpracy i więzi z Chinami to aspekt kolosalny.
Propaganda zachodu, wciąż jeszcze najpotężniejsza na naszej planecie, nie pozostawiłaby takiej okazji do całkowitej dyskredytacji Rosji oraz rosyjskiego świata i byłaby w tym bardzo skuteczna.
Inne aspekty takiego, nawet najbardziej ograniczonego, użycia broni jądrowej byłyby nie mniej dalekosiężne. Jej użycie na Ukrainie mogłoby otworzyć puszkę Pandory. Precedens byłby skrupulatnie wykorzystany przez USA. Czy możemy się łudzić, że w takim przypadku również to państwo albo Izrael nie użyłyby tej broni wobec Iranu? Zawoalowane groźby jej użycia wobec tego państwa już były. Czy ktoś wobec tego wierzy, że po precedensie na Ukrainie Trump lub jacykolwiek jego następcy zawahaliby się przed takim rozwiązaniem w Iranie? To byłby precedens drugiej strony i on z kolei pozwoliłby na stosowanie jądrowego szantażu przez USA wobec wszystkich niepokornych i chcących uwolnić się spod hegemonii tego państwa.
Z tych powodów opcja nuklearna jest ciągle odległa i ostateczna. Zachód zdaje sobie z tego sprawę i próbuje ten arsenał zagłady lekceważyć. Może dziś to robić, ale do czasu.
Czy wobec tego istnieje zagrożenie, że Rosja zdając sobie sprawę, że NATO i grupa państw zachodnich, już prowadzi z nią wojnę, udając brak swojego bezpośredniego zaangażowania, w ramach działań odwetowych zaatakuje bazy logistyczne, zakłady zbrojeniowe i niektóre obiekty strategiczne w państwach wspierających Kijów, na przykład w Polsce, Rumunii, krajach bałtyckich czy w Niemczech?
Ten wariant wydaje się bardziej prawdopodobny, ale tylko pozornie. Rosja zdaje sobie sprawę z dysproporcji sił konwencjonalnych pomiędzy NATO a własną armią a także z istnienia własnego miękkiego podbrzusza, do zaatakowania którego, taka akcja dałaby wiarygodny pretekst.
Włączenie konwencjonalnych sił zbrojnych NATO oraz jego środków napadu powietrznego do ataku na Rosję, powodowałoby dla niej koszty absolutnie nieakceptowalne. Ponadto taki wariant eskalacji byłby lustrzanym powtórzeniem wydarzeń z lutego 2022 roku. Tak więc, pomimo tego, że tysiące zachodnich dronów i pocisków każdego dnia atakuje rosyjskie zaplecze, to Rosja w przypadku odpowiedzi poza granicami Ukrainy, uznana byłaby za agresora jej atak za „niesprowokowaną agresję” na spokojne i niezaangażowane państwa europejskie.
Uderzenie zostałby wykorzystany zarówno do rozpoczęcia już jawnego ataku konwencjonalnego państw „koalicji chętnych” przeciwko tysiącom celów w Rosji jak również do blokady morza bałtyckiego i czarnego, inwazji na enklawę kaliningradzką, Naddniestrze i niewykluczone że Białoruś. Taki rozwój sytuacji tym razem mogłyby stanowić powód do ostrzegawczego użycia broni jądrowej, pomimo wszystkich konsekwencji o których mówiłem wcześniej.
Rosja w ostatnim roku znalazła się w sytuacji przymusu krzyżowego, stąd każdy wariant dalszego rozwoju konfliktu, aż do przekształcenia go w tym razem naprawdę pełnoskalową wojnę co najmniej europejską, jest prawdopodobny.
Logika obecnych wydarzeń i perspektyw ich rozwoju, pokazuje z jednej strony, że jawne włączenia naszego państwa do wojny, choć prawdopodobne w dalszej perspektywie, wciąż jeszcze nie jest na na stole. To co nas w zasadzie na pewno czeka w obecnej konfiguracji politycznej, to dalsze coraz szybsze pogrążanie się w bagnie tego konfliktu z pełnymi konsekwencjami i gigantycznymi kosztami wyborów jakie podjęto za nas już bardzo dawno i których co najgorsze, ciągle nie dostrzegamy.
Andrzej Górzny
Czy cywilizacja globalistów jest naturalnym rozwojem, czy sztucznym piekielnym planem
[2026. Przypominam dla kolejnej młodzieży. Cywilizacja globalistów musi paść niedługo, bo jest zaplanowana, sztuczna. A ostateczny, spektakularny Upadek będzie po przyjściu Chrystusa. Ale nas, maluszków interesuje osobiście ten pierwszy Upadek. Przyczyńmy się do niego. md]
| Mirosław Dakowski 2016 |
| Spektakularnie rośnie potęga władców świata. Rośnie coraz szybciej. Posiadają miliardy miliardów [przy takich kwotach jest zupełnie obojętne, czy to dolary, czy złote]. Już nie muszą to być dziesiątki czy setki ton złota, choć, jeśli można takie ilości metalu wywieźć z Libii po zamordowaniu jej władcy, czy z Ukrainy po wygnaniu jej władcy, to tym też nie pogardzają. Te miliardy miliardów mnożą się, jak króliki Lejzorka Rojtszwanca z powieści Ehrenburga. To nic, że jedynie w świecie wirtualnym i to w najpotężniejszych i najszybszych komputerach banksterów. Przekłada się to przecież na potęgę przemysłową i militarną. I co najważniejsze, poprzez media – na potęgę ideologiczną. Nowe postępowe mikro-paradygmaty potęguje się do mini-paradygmatów, potem do paradygmatów i wreszcie przekształca w nowe, obowiązujące już wszystkich, dogmaty. Wolność, tolerancja, wartości europejskie, humanitaryzm, humanizm, światła, tysiąc światełek tak promowanych przez masonów- prezydentów Stanów Zjednoczonych. Już blisko, na horyzoncie, są Stany Zjednoczone Świata. Już czekają na Męża Opatrznościowego Świata. Już powstała Nowa Cywilizacja Człowieka, Ona zwycięża, Ona zwycięży. Nazwijmy ją roboczo GLOB. Ta demonstracja Potęgi oddziałuje na psychikę. Część jej ofiar ugina się uznając, że już wałczyć przeciw – nie da się, nie można. A część przekonuje siebie, że popieranie się opłaci. Zmiany następują we wszystkich dziedzinach. Wymienię tylko kilka. – Rewolucja etyczna, obalenie Dekalogu (tak to nazywają..) i zastąpienie go regułami nowymi, postępowymi. Dotyczy to każdego z 10-ciu przykazań. Przykładów jest tyle, że każdy może je dopowiedzieć. – (R-)ewolucja pojęcia prawdy, rozmycie kryteriów jej poznania, a nawet zwątpienie w możliwość i potrzebę jej szukania i opierania się na niej. Przecież mamy post-modernizm! – Wzrost bogactwa i silne rozwarstwienie dobrobytu. Bogacenie się uznano za główny motor postępu i dowód na wielkość człowieka. – Szybki wzrost rekordów sportowych przy jednoczesnym postępującym cherłactwie zwykłych ludzi, głównie osób siedzących przed komputerem, a szczególnie dzieci i młodych ludzi. – Radykalna zmiana znaczenia pojęć towarzyszy tym przemianom. Np. inwestowanie przestało znaczyć budowanie, tworzenie dóbr trwałych, a stało się spekulacją, wyścigiem w oszukiwaniu innych – i to w dodatku w świecie wirtualnym, ale z konsekwencjami w świecie realnym. Porównajmy pojęcie „rodzina” przed wiekiem – i teraz… – Szczególnie głębokie są zmiany znaczenia abstraktów. Porównajmy (jeśli jeszcze potrafimy), co znaczyły przed stu laty i obecnie pojęcia takie, jak miłość, człowiek, dobro, wolność, prawo (-a), szybkość, jakość, fundamentalizm. I setki innych. W dziedzinie religijnej znikły z powszechnego użycia np. słowa: grzech, modlitwa, piekło. Niedawno jacyś postępowi chrześcijanie przegłosowali nie-istnienie czyśćca. W katolicyzmie pojawiła się demokracja i głosowanie w sprawach pojęć podstawowych, objawionych, a także wiedzy naturalnej. Niedawno Patryk Buchanan w USA napisał: „Odeszli Adam i Ewa, wkroczyło „Krysia ma dwie mamy”. Odeszły obrazy Chrystusa wstępującego do Nieba, w zamian pojawiły się obrazy ukazujące człekokształtnych przechodzących z Homo erectus. Odeszła Wielkanoc, nadszedł Dzień Ziemi. Odeszło biblijne nauczanie o niemoralnej istocie homoseksualizmu, wkroczyli homoseksualiści nauczający o niemoralności tzw. homofobii. Odeszły przykazania, wkroczyły prezerwatywy”. Cywilizacje według Konecznego Wciskają nam to wszystko w sto lat po genialnym sformułowaniu nauki o cywilizacjach Feliksa Koniecznego. Jego definicje są ciągle mało znane, mało cytowane. Przerażają i mierżą one samozwańcze t.zw. Autorytety z grona tajnych związków. Sprecyzował on: Cywilizacja jest to metoda ustroju życia zbiorowego. Czyli – są to metody i zasady, według których buduje się życie społeczności, życie narodów. Konieczny wyróżnił pięć (i tylko pięć) pojęć charakteryzujących cywilizację (quincunx, czyli pięciokształt). Cywilizacje krystalizują się wokół następujących pojęć: Stosunek do prawdy, do dobra (to w dziedzinie duchowej), dobrobytu, zdrowia (sprawy materialne) oraz stosunek do piękna – w obu dziedzinach, ducha i materii. Na podstawie stosunku do tych pojęć cywilizacje odróżniają się od innych. FK wyróżnił w obecnym świecie siedem cywilizacji: turańska (mongolska, obozowa, z wodzem czy carem na czele), arabska (nie Islamu, bo nie jest cywilizacją sakralną), chińska (jest wraz z żydowską najstarsza, ale bez tendencji uniwersalistycznych), bramińska (głównie na terenie Indii, sakralna), żydowska (sakralna, ale o dążeniach globalnych; wg. niej Tora to objawione Prawo), bizantyńska (na bazie imperium wschodnio-rzymskiego), łacińska (powstała na pniu cywilizacji rzymskiej i religii katolickiej). zytelnika nie znającego tych terminów odsyłam do materiałów zamieszczonych na stronie Dakowski.pl w dziale Koneczny. [dodaję w grudniu 2021: To jest dostępne w Archiwum.] Dla nas obecnie najważniejsza jest następująca konstatacja Konecznego: Wbrew twierdzeniom hegeliańskich niedouków nie można być cywilizowanym na dwa sposoby. Wskazują na to m.inn. wielowiekowe usiłowania, zawsze kończące się klęską. Syntezy różnych cywilizacji są niemożliwe. Różni genialni przywódcy usiłowali tworzyć cywilizacje sztuczne, wydumane; Aleksander zwany wielkim, Hitler i Lenin (z Marksem w tle), by podać pseudonimy czy nazwy największych zbrodniarzy (dodać Napoleona!). Zamiast syntez zawsze powstawały stany a-cywilizacyjne, stany bierności, czy (genialne sformułowanie Feliksa Konecznego) kołobłędu i latrocinium maximum (rabunek totalny i brak moralności, powiedzielibyśmy dziś). Drugi ważny wniosek. Ponieważ wśród ludzi należących do różnych cywilizacji stosunek do każdego z pięciu elementów quincunxa jest różny, niemożliwe jest powstanie cywilizacji planetarnej, która byłaby mieszanką elementów tych cywilizacji. W tym sensie np. uogólniona moralność ludzka jest zbiorem pustym. Jeśli planetę opanuje jedna cywilizacja, będzie to jedna z wymienionych siedmiu cywilizacji, lub inna, nowa. Na pewno nie będzie to cywilizacja – „synteza wybranych najlepszych cech dotychczasowych cywilizacyj”, czyli cywilizacja synkretyczna. Porównanie GLOB z cywilizacjami istniejącymi Czy powstająca obecnie cywilizacja globalistyczna (nazwijmy ja roboczo GLOB) jest cywilizacją w sensie FK? Jeśli tak, to czy może być kandydatką na cywilizację planetarną? Rozważmy to według kryterium pięciokształtu (quincunx). Tworzona cywilizacja jest cywilizacją laicką, ignorującą wolę Boga. Nie nazwiemy jej jednak tym mianem, choćby dlatego, że skrót (CL) mylony może być z cywilizacją łacińską (CŁ). Zostańmy przy roboczej nazwie Cywilizacja GLOB. Struktury budowane w USA i UE są to jedynie odmiany planów globalistów. Porównajmy cechy planowanej i budowanej [dużym kosztem, tak materialnym, jak i duchowym], cywilizacji (GLOB) z dotychczasowymi siedmioma cywilizacjami, szczególnie z cywilizacją łacińską. 1. Stosunek do prawdy. Fundamentem CŁ jest pewność, że prawda jest jedna. Dla katolików, którzy stworzyli CŁ, Prawdą jest Chrystus. Fundamentem filozoficznym CŁ jest nauka św. Tomasza z Akwinu. Wszelkie poszukiwania prawdy w sprawach cząstkowych są uzasadnione, potrzebne i mogą być skuteczne. To przeświadczenie umożliwiło powstanie nauki, szczególnie stało się fundamentem nauk ścisłych. Zastosowano metodę analityczną, czyli oparcie się na doświadczeniu i logicznym wnioskowaniu. Nauki ścisłe rozwinęły się wśród scholastyków średniowiecza, a zapoczątkowały je odkrycia fizyków Buridana i Nicolas d’Oresme. Inne cywilizacje mają może słabiej (i inaczej) ukształtowane pojęcie podstaw i źródeł prawdy. Ale mają. Natomiast GLOB, idąc za post- modernistycznymi prądami, neguje potrzebę precyzyjnego pojmowania prawdy. Każdy ma swoją rację, prawda jest względna, lub zależy od punktu widzenia/siedzenia, od bogactwa zresztą itp. To upraszczające slogany oddające stosunek konstruktorów GLOB do prawdy. To podejście jest więc przeciwieństwem podejścia CŁ. 2. Dobro. Podobnie rozmyte, niejednoznaczne i zróżnicowane jest podejście propagatorów GLOB do dobra. Uzasadniają, że nowoczesny człowiek ma swój własny zespół wartości, że Dekalog był może dobry dla pastuchów dwa tysiące lat temu, ale my, ludzi nowocześni, wykuwający przyszłość (świetlaną, chciałoby się dopowiedzieć) jesteśmy ponad więzy Dekalogu czy ponad marzycielstwo mitycznego źródła ewangelii, Jezusa. Zresztą był on dobrym człowiekiem, może (jak uważa część wielbicieli nowych religii) awatarem Kriszny, czy jednym z wizjonerów ludzkości. Obok innych, oczywiście.. Itp. Zamiast uniwersalnej kategorii dobra występuje darwinizm społeczny, dobro określane przez każdego dla samego siebie (ew. dla swoich – to już ich szczyty altruizmu). 3. Zdrowie W cywilizacji rzymskiej, potem łacińskiej, najprostszą maksymą było i jest w zdrowym ciele zdrowy duch. Zdrowie jest więc środkiem do rozwoju człowieka. W GLOB zaś zdrowie, a również uroda, są Celem Ostatecznym. Stąd inwazja chemicznych panaceum (po zbójeckich cenach, często setki a nawet tysiące razy wyższych od kosztu produkcji). Stąd dyktatura firm kosmetycznych, czy sztucznie generowana moda na chirurgię plastyczną. Miraż stworzenia bożka czy bogini. Dla bogatych – miraż długowieczności czy klonowania. Rynek narządów pobranych z ofiar terroru w Czeczenii, Meksyku, czy ustrzelonych (na zamówienie) w Strefie Gazy, lub z więźniów w konc-łagrach w Chinach, jest już rynkiem pół-legalnym w Europie Zach., czy USA. Doskonała jakość, umiarkowane ceny. W modnych restauracjach we Francji (np.w Marsylii) serwuje się dania z „ludziny”, podobno import z Chin. [Znajomi krzyczą” „Nie uwierzę!” . A to –fakt] „Prawo” do zabijania ludzi nienarodzonych wprowadziła dopiero władza bolszewicka (Lenin i Zw. Sowiecki, 18 XI 1920r.) i władza nacjonał -socjalistów (Kanclerz Niemiec A. Hitler, 1933r). Teraz staje się ono niezbywalnym prawem kobiety, promowanym w krajach neo-cywilizacji. Widzimy hegeliańską logikę syntezy: zabijać miliony ludzi w imię praw człowieka, czy etyki humanizmu. Ostatnio (czerwiec 2016) juz jawnie uzasadniono otwieranie UE na migrantów z Azji i Afryki celami eugenicznymi; „Nowa krew” dla Europy. [por.: Rasizm eurokratów – zbrodnią przeciw ludzkości. ] 4. Dobrobyt Zbadajmy stosunek neo-cywilizacji (GLOB) do następnego elementu quincunxa, tj. do dobrobytu. W cywilizacji łacińskiej celem w tej dziedzinie jest dobrobyt większości rodzin (ale nie jest to Cel Najwyższy). Pożądany jest też szeroki rozkład dochodów z jednym maksimum przy dochodach średnich. Realizowanym celem i skutkiem GLOB (przy użyciu darwinizmu społecznego) jest ogromna rozpiętość dochodów osobników (nie rodzin!); rozkład ten ma dwa maksima: przy bardzo niskich dochodach (nędza) oraz przy bardzo wysokich (członkowie grup nieformalnych czy tajnych, członkowie mafii, finansiści-aferzyści). 5. Piękno. W odróżnieniu od cywilizacji istniejących, a szczególnie od cywilizacji łacińskiej, GLOB promuje brzydotę i ohydę tak w dziedzinie materialnej, a też w dziedzinie duchowej (filmy, plastyka, szczególnie malarstwo, architektura, muzyka). Wszędzie tu dominuje też fascynacja złem (a często jawny satanizm) połączona z fascynacją brzydotą. W dziedzinie rodziny: CŁ jest cywilizacją monogamii, cywilizacja arabska – głównie poligamii, cywilizacja chińska semi-poligamii. We wszystkich cywilizacjach sprawy rodziny są jednak uregulowane prawnie. W GLOB podmiotem jest osobnik, indywiduum. A normą – podnoszenie jego prawa (raczej jego widzimisię) do statusu decydującego. Trwa więc intensywna propaganda re- definicji rodziny, by włączyć w nią związki zboczeńców, np. pederastów, są też już (formalnie udane!) próby włączenia również pedofilów. We wszystkich istniejących cywilizacjach zboczenia, jeśli nawet są tolerowane, są traktowane jako anomalie, a nie norma. Przyczyną tego jest prawo naturalne, a w łacińskiej i żydowskiej dodatkowo, a ściślej głównie – Objawienie. Cywilizacja GLOB jest pierwszą próbą odwrócenia celów Natury czy naturalnych celów człowieka. Jest zdecydowanie inna od wszystkich dotychczasowych. Czy GLOB jest więc nową cywilizacją? Przytoczone wyrywkowo przykłady, jak i wiele innych, tak w dziedzinie quincunxa, jak i prawa spadkowego, rodzinnego, czy nawet podejścia do logiki, wskazują na zupełną wyjątkowość tak mocno promowanej cywilizacji. Nie jest ona wynikiem tendencji i nurtów naturalnych, lecz wynikiem realizacji PLANU. Jest wymyślona. W każdej z najważniejszych dziedzin charakteryzujących cywilizacje stoi przy wartościach przeciwnych do cywilizacji łacińskiej. Stoi przy jej anty-wartościach. Sprawy różnic w podejściu do prawdy pokazuje obrazek: W normalnej szkółce początkowej Jaś, nawet najgłupszy, po paru dniach nauki wie (na zawsze), że 2*2=4. W szkole czy parlamencie UE Wysokie Komisje zbierają poglądy na ten temat. Jeśli na przykład grupa scjentologów czy satanistów (to przecież ważne poglądy mniejszości, należy im się szacunek) dojdzie do wniosku, że w obecnych warunkach 2*2 to chyba 7, zaś Światowy Ruch Lesbijek uchwali, że 2*2 to ok. 5, to Wysoka Komisja na IV posiedzeniu wybiera Radę Mędrców, której szefem zostaje dentysta, ale kopulant Pani Komisarz (np. pani Edith Cresson- autentyczne). Rada debatuje, uchwala, że w czasie przewodniczenia Poronii w UE akceptowalne wartość 2*2 będzie 6. A członkowie Rady każą sobie przelać na konto wysokie honoraria. Z naszych pieniędzy. Co gorsze – do ich decyzji musimy się stosować pod groźbą kar. W dziedzinie prawdy: GLOB boi się uznania, że Chrystus i Jego nauka jest fundamentem cywilizacji europejskiej. A nasi, tj. polscy kompromitanci (nowotwór od kompromis; może: „kompromisie”?? ) żebrali, by w dokumencie tworzącym UE choć wspomniano, że w Europie były pewne korzenie chrześcijańskie. I nawet ta prośba budzi furię Władz Unii. Prawo naturalne jest uznawane za przestarzałe, a narzucone prawa GLOB są z nim sprzeczne. Dotyczy to tak własności, jak prawa małżeńskiego czy rodzinnego. Szczególnie zaś wychowania i nauki dzieci. W każdej z dziedzin quincunxa i w istotnych dziedzinach prawa, GLOB jest nie tylko różna od pozostałych siedmiu cywilizacji. Nie jest – do czego pretenduje – nową, syntetyczną cywilizacją harmonijnie łączącą osiągnięcia ludzkości, humanizmu i postępu. Taka jest niemożliwa. Rozumie to każdy, kto stosuje kryteria rozumu i reguły logiki. GLOB jest ściśle przeciwna normom CŁ. Jest więc jej anty-cywilizacją. Ojciec św. Jan Paweł II mówił o cywilizacji śmierci. Nie znał niestety dorobku Feliksa Konecznego, nie mógł więc przeanalizować tego zjawiska czy procesu krok po kroku, według kryteriów quincunxa. Ani według metod podanych przez św. Tomasza z Akwinu. Ale mówił i ostrzegał właśnie przed tą sztuczną „cywilizacją” t.zw. „humanistów” GLOB jest tworem sztucznym, wydumanym. Podobna jest w tym do cywilizacji zadekretowanej przez Aleksandra po podbojach w Azji w IV wieku przed Chrystusem. Jeśli CŁ jest opartą o Objawienie Jezusa Chrystusa, to GLOB jest, jak widzimy, opartą o anty-zasady. Jest więc konstrukcją Anty-chrysta. Z tych dwóch przyczyn: sztuczna i anty-chrystowa, budowana cywilizacja nie ma żadnych logicznych i realnych szans na powstanie i przetrwanie. Zawali się niedługo pod własnym ciężarem. Chcemy, by ta potworna katastrofa nie pogrzebała pod sobą Polski i Polaków. Mamy więc obowiązek aktywnie przeciwstawiać się wprowadzaniu tego nowotworu w życie. Na którymś za spotkań z uporem zadawano mi pytanie: „Ale co będzie, jeśli jednak GLOB zwycięży?” Wykręcałem się, argumentowałem, jak wyżej. Dopiero noc koszmarów wymusiła na mnie odpowiedź na to pytanie sobie i Czytelnikom. Brzmi ona: PIEKŁO. Oczywiście jest to odpowiedź demagogiczna, sprowadzająca pytanie do absurdu: Wiemy, że piekło można sobie osobiście wybrać, bo mamy wolną wolę. Ale w skali świata mamy zapewnienie o Bożej opiece. Konkretnie też o tym, że [bezwarunkowo !] nastąpi poświęcenie Rosji przez Papieża, która się wtedy nawróci [tj. oczywiście na jedyną prawdziwą wiarę – katolicyzm, nie jest to przewidywanie zwycięstwa synkretyzmu!] i wtedy nastąpi „jakiś czas pokoju”. Nasze zadanie więc : – spowodować Intronizację Jezusa Chrystusa przez władze świeckie i kościelne na Króla Polski – i modlić się, by wreszcie nastał Papież katolik, odważny, który wypełni prośbę – żądanie Matki Bożej o poświęcenie Jej Rosji. Obroni nas Bóg w Trójcy Świętej Jedyny, jeśli pokornie sięgniemy [choć 10- 15 % Polaków] po broń niezawodną – Różaniec. Przypomnijmy sobie Muret czy Lepanto! ======================================= 15.06.2016. Mirosław Dakowski [wygłoszę wg. tego tekstu, ale zapewne mniej, na pewno inaczej. MD] VIII Kongres dla Społecznego Panowania Chrystusa Króla, Gdańsk 18 czerwca 2016r. [to z Archiwum] |
mail:

Letnie i gorące. MEM-y V.

———————-

———————————-

—————————————-

———————————————–

——————————————-

—————————————————————-

————————————————————

————————————————————-

————————————