Redefiniowanie człowieka. Atak na mózg. Destrukcja pamięci. Plastyczność nie oznacza elastyczności.

[Przeczytaj to starannie, powoli, bez przeskoków wzroku. MD]

Nadchodzi Google, odchodzi myślenie. Od zaniku czytania do zaniku myślenia.

Internet czyni nasze mózgi niezdolnymi do zapamiętywania.

ks. Dominique Bourmaud FSSPX Zawsze Wierni nr 3/2022 (220)

————————

Pamiętam, że po raz pierwszy poczułem się nieswojo, myśląc o swoim laptopie, kiedy mój przyjaciel Raymond, programista-samouk, zaczął stukać nerwowo w klawiaturę w poszukiwaniu jakichś informacji. Trudno było nazwać to ludzkim zachowaniem. Albo Ray oszalał, albo też był to jego sposób na ukojenie napiętych nerwów…

Jedynie kolejna nowinka techniczna?

Jest faktem powszechnie znanym, że cywilizacja dostosowuje się do technologii oraz że wynalazki w poważny sposób wpływają na ludzkie zachowania. Łatwo jest dostrzec jak znaczące zmiany dokonywały się w kulturze wskutek samej tylko modyfikacji ludzkiego języka, tego fundamentalnego przekaźnika myśli.

Pomyślmy np. o niespisanej opowieści ślepego Homera, który potrafił stworzyć i zapamiętać 20 tys. wersów Iliady, przeniesionej 700 lat później na papirus pod postacią scriptum continua, a następnie przetwarzanej poprzez wyodrębnianie poszczególnych słów oraz zdań, i ostatecznie wydrukowanej na papierze dzięki wynalazkowi Gutenberga.

Nie ulega wątpliwości, że w miarę jak mowa ludzka udoskonalała się i poszerzała słownictwo, zmiana zachodziła także W sposobie przetwarzania słów przez umysł. Czy możemy powiedzieć to samo o ostatnim ludzkim wynalazku – Internecie

Zagadnienie to porusza napisana przez Nicholasa Carra książka Tbe Shallows ( Płycizny), która W 2010 r. znalazła się na liście bestsellerów „New York Timesa”.

Jeden z pierwszych współczesnych eksperymentów komputerowych przeprowadzono W Xerox Palo Alto Research Center w połowie lat 70. XX wieku: Prowadzący demonstrował potencjalne korzyści z Wielozadaniowości wyświetlając na ekranie równocześnie kilka okien. Na jednym z nich pisał kod programistyczny. Następnie kliknął w inne okno, które wyświetliło otrzymany właśnie e—mail. Szybko przeczytał wiadomość i odpowiedział na nią, a następnie powrócił do poprzedniego okna i kontynuował pracę. Podczas gdy większość widzów wyrażała głośno swój entuzjazm, ktoś krzyknął ze złością: „Dlaczego u licha chcesz, aby przerywano ci podczas programowania i rozpraszano twoją uwagę?!”.

Dziś takie pytanie zadaje sobie chyba bardzo niewielu nastolatków których mottem stało się „klikam, więc jestem”. Postawa taka jest jednak również przyczyną poważnego stresu. Nastolatkowie pragną znać szczegóły życia swych rówieśników, co łączy się w ogromnym lękiem, aby nie znaleźć się poza nawiasem. Gdyby przestali wysyłać wiadomości mogliby przestać być zauważani. Z tego właśnie powodu w 2010 r. statystyczny nastolatek spędzał ponad 11 godzin na dobę w jakichś mediach społecznościowych.

Obrońcy Internetu wychwalają go za możliwość „prowadzenia równocześnie 34 rozmów za pośrednictwem sześciu różnych komunikatorów”. Mają nadzieję, że „stymulowanie technologią ADD [Attention Deficit Disorder zaburzenie koncentracji uwagi]” wykształci nowe nawyki poznawcze „właściwe dla epoki nieustającego kontaktu w sieci”.

Abstrahując od tej obrazowej metafory, nie ulega wątpliwości że przeciętny użytkownik komputera sam zaczyna funkcjonować jak komputer, kategoryzując i oceniając bity informacji coraz szybciej, a co za tym idzie, mniej precyzyjnie w tej dżungli, kierującej się prawem „przeżywają najbardziej aktywne komórki mózgowe”, walkę przegrywają komórki wspierające myślenie linearne, których używamy czytając dłuższy tekst, analizując argumentację lub rozważając jakieś zagadnienie.

Atak na mózg

Bestseller Carra przytacza intrygujące wyniki wielu badań mózgu dotyczących neuronów i synaps. Dowiadujemy się, że system nerwowy obdarzony jest wielką plastycznością, która pozwala mu dostosowywać się do różnych zachowań i środowiska. Jednak plastyczność nie oznacza elastyczności. Ścieżki najmniejszego oporu stopniowo odgrywają coraz ważniejszą rolę i kształtują w nas trwałe nawyki. Może to mieć następstwa chorobowe, takie jak depresja czy zaburzenia obsesyjno—kompulsywne. Biorąc pod uwagę wszystko, co wiemy obecnie na temat plastyczności mózgu, możemy postawić tezę, że gdyby ktoś świadomie rozpoczął prace nad wynalezieniem medium zdolnym radykalnie przeorganizować nasze obwody neuronowe, doprowadziłoby to ostatecznie do stworzenia czegoś takiego jak Internet.

Powtarzające się interaktywne i uzależniające bodźce powodują szybkie zmiany w obwodach mózgowych. Zmiany chemiczne stają się zmianami anatomicznymi. Innymi słowy, tworzą różne mózgi. Pamiętajmy, że niekomunikujące się ze sobą często neurony nie tworzą trwałych połączeń. Tak więc poważne konsekwencje ma również to, czego nie robimy, będąc w sieci.

Surfowanie po niej pochłania czas, który moglibyśmy zużytkować na pisanie dłuższych tekstów czy rozmowę, na spokojna refleksję i kontemplację.

Obwody, które wspierają te tradycyjne funkcje intelektualne, słabną i zaczynają się rozpadać, a postawiony wobec konieczności wykonania pilnej pracy mózg musi je odtworzyć. A jakaż praca może być pilniejsza niż myślenie i czytanie? Mózg osób czytających wiele książek wykazują szczególną aktywność w rejonach związanych z językiem, pamięcią i wizualizacją, jednak małą aktywność w rejonach związanych z podejmowaniem decyzji i rozwiązywaniem problemów.

W przeciwieństwie do tego u przeszukujących strony internetowe doświadczonych użytkowników sieci obserwuje się dużą aktywność w obszarze kory czołowej. Potrzeba oceny przydatności linków oraz dokonywania wyborów w nawigacji, przy równoczesnym podtrzymywaniu krótkotrwałych bodźców sensorycznych (zdjęcia, filmy, elementy ruchome), wymaga stałej koordynacji mentalnej i podejmowania decyzji.

Odwraca to uwagę mózgu od interpretacji tekstu.

Aby lepiej zrozumieć tę żonglerkę, wyobraźmy sobie czytanie książki przy równoczesnym rozwiązywaniu krzyżówki – tak właśnie wygląda środowisko intelektualne Internetu. W tym momencie pojawia się kolejny problem, który zakłóca prawidłowy proces myślowy. Pamięć krótkotrwała nazywana pamięcią roboczą, może zostać przeciążona. Stalibyśmy się wówczas niezdolni do odróżnienia informacji istotnych od nieistotnych, to zaś zmieniłoby nas wwirtualne zombie. Obecnie Wiadomo, że dwoma głównymi źródłami takiego przeciążenia są: skupianie się na rozwiązywaniu drugorzędnych problemów oraz podział uwagi dwie główne cechy Internetu. Na domiar złego, niektórzy twierdzą także, iż przeciążenie mózgu może prowadzić do nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi (ADD).

Od zaniku czytania do zaniku myślenia

Sztuka czytania książek zanika. Prawdziwi czytelnicy, gatunek zagrożony wyginięciem, ignorują krótkotrwałe bodźce, aby skupić się lepiej na słowach, ideach i emocjach. Czytanie sekwencji stron jest wartościowe nie tylko ze względu na wiedzę czerpana ze słów autora. Słowa te uruchamiają cały proces myślowy, pobudzając wyobraźnię i skłaniając do szukania analogii z osobistymi doświadczeniami, co prowadzi do formułowania własnych wniosków. Wytrawni czytelnicy intensywnie myślą, gdy dogłębnie czytają.

Wiadomo również, że chwilowe oderwanie się od problemu aby „przespać się z nim”, pospacerować w ciszy po lesie, pozwala mózgowi uspokoić się i myśleć precyzyjniej. Jest tak dlatego, że mózg potrafi zrelaksować się i odłączyć bez obciążania pamięci roboczej. Kontemplacja i spokój są niezbędne, ponieważ odmładzają komórki i przygotowują je na kolejne wyzwania umysłowe.

Firma Nielsen przeprowadziła wśród użytkowników Internetu badanie okulograficzne [badanie reakcji oka md] , aby zbadać sposób, w jaki przeciętni użytkownicy czytają treści publikowane online. Rezultaty były szokujące. Przytłaczająca większość szybko przebiegała wzrokiem tekst, a ich oczy przeskakiwały na dół strony w sposób przypominający literę „F”. „F” jak prędkość (ang. fast). jednej stronie poświęcano średnio jedynie cztery sekundy! Użytkownicy Internetu, a zwłaszcza naukowcy akademiccy, nastawieni są na szybkość. Nie czytają, w tradycyjnym sensie tego słowa.

Ilość osiągana jest kosztem jakości i paradoksalnie wzrost ilości dostępnych informacji prowadzi do spłycenia nauki.

Należy też zwrócić uwagę, że tymczasowa natura tekstu w formie elektronicznej wywiera silny wpływ na styl. Książka drukowana jest produktem finalnym, stąd też sumienni pisarze starali się zawsze doprowadzić swe dzieła do postaci jak najdoskonalszej.

Jednak tekst cyfrowy poddawany jest nieustannym rewizjom: mało kto dba więc obecnie o styl. Najlepiej ilustruje to historia korespondencji prowadzonej przez ostatnich 30 lat. Etykieta i elokwencja złożone zostały w ofierze Chronosowi – bogu czasu.

Destrukcja pamięci

Co decyduje o tym, co zapamiętujemy? W utrwalaniu pamięci kluczową rolę odgrywa aktywność. Informacja musi zostać starannie i dogłębnie przetworzona; innymi słowy, w logiczny sposób powiązana z tym, co już przechowujemy w pamięci. Jeśli informacja nie jest wykorzystywana, trwa tak długo jak ładunek elektryczny neuronów, w najlepszym razie kilka sekund. Jednak użytkownicy sieci pragną rozrywki w „czasie rzeczywistym”, chcą, żeby ich nieustannie dekoncentrować. Carr słusznie więc konkluduje, że „Internet czyni nasze mózgi niezdolnymi do zapamiętywania”.

Sokrates przewidywał pojawienie się narzędzia stanowiącego „lekarstwo nie na pamięć, ale na przypominanie sobie”. Współtwórca Google, Sergey Brin, powiedział: „Bez wątpienia bylibyśmy w lepszej sytuacji, mając podpięte wszystkie informacje świata do swego mózgu, czy też gdybyśmy posiadali sztuczny mózg, sprawniejszy od naszego”.

Zastanówmy się przez chwilę nad tymi słowami. Czy faktycznie byłoby dla nas lepiej, gdybyśmy byli pozbawieni osobistej pamięci?

Surfując po sieci, osłabiamy połączenia neuronowe, które chemicznie ale również anatomicznie wytwarzają synapsy i fizycznie budują pamięć. Osoby korzystające z treści publikowanych online nie rozbudowują zasobów własnej pamięci tak, jak ma to miejsce w wypadku ludzi zdolnych do dogłębnego czytania i myślenia zyskują jedynie dostęp do elektronicznej pamięci zewnętrznej Połączenia internetowe nie są naszymi połączeniami. Myśli, o ile nie są właściwie przetwarzane, nie są naszymi myślami i nigdy nie będą nas definiować.

Istotę zagrożenia przedstawił w jasnych słowach Richard Foreman: Wywodzę się z tradycji kultury zachodniej, w której ideałem była złożona, gęsta i „przypominająca katedrę” struktura wykształconej i wyrazistej osobowości. Dostrzegam w nas obecnie nowy rodzaj „ja”, ewoluujący pod presją przeciążania informacjami oraz technologii „stałego dostępu”.

Redefiniowanie człowieka

W mowie wygłoszonej do członków American Association for the Advancement of Science (2007) współtwórca Google, Larry Page, w następujący sposób wyraził swój pogląd na ludzkie życie i ludzki intelekt: Moja teoria jest taka, że jeśli przyjrzymy się temu, jak zostaliśmy zaprogramowani, naszemu DNA, jest to po skompresowaniu około 600 megabajtów danych, mniej niż ma każdy współczesny system operacyjny, mniej niż Linux czy też Windows […]. Tak więc algorytmy naszego „programu” nie są prawdopodobnie specjalnie skomplikowane: [inteligencja] to prawdopodobnie dość ogólne obliczenia.

Jego zdaniem mózg nie tylko przypomina komputer, ale w istocie jest komputerem.

Dla Google inteligencja jest zdolnością do przetwarzania danych, a my jesteśmy coraz bliżsi „szczęśliwego” dnia, kiedy maszyna będzie mogła wytworzyć inteligencję. Ktoś mógłby powiedzieć z pobłażliwością, że to jedynie dziecięce marzenie o zbudowaniu maszyny mądrzejszej od swych twórców.

Problem tkwi jednak głębiej. Wynika z niezrozumienia tego, kim jest człowiek, ze swą głębią myśli, kreatywnością, emocjami oraz definiującymi go ludzkimi decyzjami. Niektórzy mówią, że Google jest Bogiem. Inni twierdzą że jest szatanem.

Marshall McLuhan człowiek który przepowiedział pojawienie się Internetu i ukuł aforyzm „medium jest przesłaniem”, tak pisał o cyberprzestrzeni: „Stwarza ona złudzenie, że jest rzeczywistością duchową, rozumnym facsimile Ciała Mistycznego, manifestacją Antychrysta. Ostatecznie książę tego świata jest Wielkim elektronikiem”.

Pewien naukowiec badał związek pomiędzy wielozadaniowością a kreatywnością i pomysłowością. Wyniki były jednoznaczne. Im większą liczbą problemów zajmujemy się równocześnie, tym jesteśmy mniej zdolni do ich rozwiązania. Kiedy siedzisz przed ekranem, trudno jest ci myśleć nieszablonowo. Ciągłe przenoszenie uwagi podczas pracy w sieci ogranicza zdolność do refleksji i kreatywności. Internauci są powierzchownymi myślicielami, ponieważ nie mają czasu na kwestionowanie bombardujących ich idei.

Z reguły człowiek nie jest nigdy tak efektywny jak wówczas, gdy skupia się na jednej rzeczy. Już Seneka mówił: „Być wszędzie, to nie być nigdzie”.

Można odnieść wrażenie, że rzymski poeta Lukrecjusz miał na myśli właśnie użytkowników Internetu, kiedy pisał „Oni tylko z ust cudzych czerpią swą mądrość, życie podsłuchem poznawając, a nie śmiałem odkryciem”.

Wchodząc do sieci, całkowicie odcinamy się od świata zewnętrznego. W nieunikniony sposób musi to zmienić nasze zachowanie, ponieważ elementów mających zasadnicze znaczenie dla człowieczeństwa – związków między naszym umysłem a naszym ciałem, doświadczeń kształtujących naszą pamięć i nasze poglądy, naszej zdolności do odczuwania emocji i empatii nie da się wyrazić za pomocą algorytmów. Do wykształcenia takich zdolności konieczny jest czas. „Jeśli rzeczy dzieją się zbyt szybko, możecie nigdy nie doświadczać emocji związanych ze stanami emocjonalnymi innych ludzi” (Mary Helen Immordino-Yang).

Szalona technologia rodzi szalone dusze, a szalone dusze nie są w stanie działać po ludzku.

Nie ulega wątpliwości, że epoka Internetu jest czasem rewolucyjnych zmian w ludzkim zachowaniu. Stoimy wobec wyzwania, aby zachować naszą ludzką osobowość, stworzoną na obraz Boży i odkupiona przez Chrystusa.

Chodzi o to, abyśmy nie złożyli naszej własnej duszy na ołtarzu nowego boga rozproszenia, zapomnienia i bezmyślności.

Inflacja w sklepach wyższa niż oficjalna [18% r/r]. „Szczyt podwyżek jest dopiero przed nami”

Andrzej Duda w sklepie na zakupach. Zdjęcie ilustracyjne. Fot. PAP/Grzegorz Momot

wg. https://nczas.com/2022/07/11/inflacja-w-sklepach-wyzsza-niz-oficjalna-szczyt-podwyzek-jest-dopiero-przed-nami/

W czerwcu w sklepach było drożej średnio o blisko 18 proc. w porównaniu do sytuacji rok temu – wynika z najnowszego „Indeksu cen w sklepach detalicznych” przekazanego PAP. Zdrożały wszystkie z 12 analizowanych kategorii produktów; najbardziej produkty tłuszczowe.

Jak wynika z cyklicznej ogólnopolskiej analizy cen detalicznych autorstwa UCE Research i Wyższych Szkół Bankowych, w czerwcu 2022 roku w sklepach było drożej o 18 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ub.r. Zdrożały wszystkie z 12 analizowanych kategorii produktów, w tym owoce.

W opracowaniu przypomniano, że w maju br. ceny były wyższe o blisko 17 proc. rdr, w kwietniu notowano wzrost o 22 proc.

Według Stanisława Flejterskiego z Wyższej Szkoły Bankowej w Szczecinie, „Można przypuszczać, że szczyt podwyżek jest dopiero przed nami. Wiele zależy od polityki pieniężnej NBP i polityki fiskalnej rządu, ale też od zmian cen produktów importowanych, z gazem, ropą naftową i węglem na czele” – wskazał.

Dodał, że z wysoką inflacją przyjdzie nam żyć jeszcze przez wiele miesięcy. „Nie sposób również wykluczyć pojawienia się spowolnienia gospodarczego, a nawet tzw. stagflacji” – ocenił.

Z analizy wynika, że w czerwcu br. po raz kolejny najbardziej – o 37,2 proc. – podrożały rdr produkty tłuszczowe (w maju podwyżka wyniosła 54,8 proc.) W czerwcu olej zdrożał o 30,2 proc., natomiast cena masła poszybowała o ponad 48 proc. rdr.

Jak zauważa Krzysztof Łuczak z Grupy Blix, na światowych rynkach ceny oleju palmowego gwałtownie spadają, bo w Indonezji pozbywają się zapasów. Dodał, że to również ciągnie w dół ceny rzepaku.

Drugie w zestawieniu produktów notujących wzrost cen znalazło się mięso – z wynikiem o 30,5 proc. (w maju było to 26,8 proc.). W tej kategorii najmocniej zdrożała wołowina o 42 proc. Drób w czerwcu podskoczył o 25,6 rdr, wieprzowina o nieco ponad 16,1 proc. Mięso stale drożeje ze względu na wzrosty cen energii elektrycznej, paliw, pasz oraz nawozów, czyli surowców potrzebnych do produkcji żywności. „Ponadto tocząca się wojna w Ukrainie, zwanej spichlerzem Europy, znacząco opóźnia dostawy zbóż, które są głównym składnikiem pasz i karm dla zwierząt ubojnych, przez co cena mięsa właśnie tak mocno idzie w górę”.

Na podium najbardziej drożejących kategorii w czerwcu były używki, które średnio zdrożały o 1/4 w relacji rocznej (maju było to o 13,4 proc.). W tej kategorii herbata zdrożała o 26,5 proc. Najmniejsze wzrosty zanotowało z kolei piwo (średnio o 15,5 proc. rdr).

Niewiele mniejszą dynamikę wzrostu cen, notowały w czerwcu owoce. W ujęciu rocznym zdrożały o 23,6 proc. Tymczasem jeszcze w maju ich ceny spadły o 6,4 proc. rdr.

Na ceny owoców wpływają problemy z zatrudnieniem pracowników sezonowych do zbiorów. „Jest ich mniej z powodu toczącej się wojny.

Z analizy wynika ponadto, że zwyżki cen poniżej 20 proc. rdr notowały w czerwcu produkty sypkie (19,6 proc.), tzw. inne produkty z wynikiem 18,5 proc. (m.in. karmy dla psów, pieluchy dla dzieci) oraz napoje, które średnio zdrożały o 18,1 proc. Najmniej natomiast zdrożało w czerwcu pieczywo – średnio o 8,9 proc. rdr. W ocenie autorów analizy, biorąc pod uwagę majową podwyżkę o prawie 30 proc., ta czerwcowa nie była wysoka.

Jak zaważył Krzysztof Łuczak, czerwcowe wyniki wskazują, że sklepy same zaczęły spowalniać wzrost cen pieczywa, bo jest towarem pierwszej potrzeby. „Konsumenci są mocno wyczuleni na tym puncie, a handlowcy nie chcą być kojarzeni z drożyzną, zwłaszcza tak wrażliwej kategorii” – ocenił.

Według eksperta WSB, ceny powoli zacznie stabilizować gasnący popyt, zarówno wewnętrzny, jak i zagraniczny. „Do tego dojdzie rekordowo szybko zaostrzająca się polityka pieniężna, co powinno prowadzić do ustabilizowania się inflacji na obecnym podwyższonym poziomie” – wskazał.

Pronobis zastrzegł jednak, że mimo wszystko nie należy oczekiwać spadku ogólnego poziomu cen w gospodarce. „Procesy dezinflacyjne zostaną prawdopodobnie rozłożone na lata, a osiągnięcie celu inflacyjnego (zakładanego na poziomie 2,5 proc.) nie jest w Polsce możliwe do osiągnięcia w najbliższym, dającym się prognozować czasie” – dodał.

W „Indeksie cen w sklepach detalicznych” przedmiotem analizy było 12 kategorii (pieczywo, nabiał, mięso, owoce, warzywa, produkty sypkie, produkty tłuszczowe, dodatki spożywcze, używki, napoje, chemia gospodarcza i inne art.) oraz 51 najczęściej wybieranych przez konsumentów produktów codziennego użytku. Łącznie zestawiono ze sobą blisko 24 tys. cen detalicznych z prawie 40 tys. sklepów należących do 63 sieci handlowych. Badaniem objęto wszystkie obecne na rynku dyskonty, hipermarkety, supermarkety, sieci convenience i cash and carry działające w 16 województwach.

Whilst Trudeau had Covid-19 again, his Government revealed the Vaccinated account for 93% of COVID Deaths in Canada

Whilst Trudeau had Covid-19 again, his Government revealed the Vaccinated account for 93% of COVID Deaths in Canada; 50% of which were Quadruple Jabbed

Despite allegedly being triple vaccinated, the Prime Minister of Canada, Justin Trudeau, recently tested positive for Covid-19 for a second time, and it looks like he was lucky to survive it.

Because according to his own Government, the fully vaccinated now account for 93% of all Covid-19 deaths across Canada, and 50% of the most recent deaths have been among Canadians who had been given four doses of a Covid-19 injection.


The Government of Canada produces a daily Covid-19 Epidemiology update, in which they sporadically provide new data on Covid-19 cases, hospitalisations and deaths as and when they feel like it.

The following table is taken from their 8th July update, found here, and shows the number of cases, hospitalisations and deaths by vaccination status up to June 12th 2022 –

Source

Unfortunately, the Government of Canada is attempting to deceive the public by providing a tally of cases, hospitalisations and deaths that stretches all the way back to December 14th 2020. By doing this they’re able to include a huge wave that occurred in January 2021 when just 0.3% of the population of Canada was considered fully vaccinated.

But thanks to the ‘Wayback Machine‘, we’re able to look at previously published reports by the Government of Canada and do the simple math ourselves to work out the current situation surrounding Covid-19 by vaccination status.

The following table is taken from a report published late June 2022, and it shows the number of cases, hospitalisations and deaths by vaccination status between 14th Dec 2020 and 5th June 2022 –

Source

Now, all we have to do is carry out simple subtraction to deduce who is accounting for the most recent wave of Covid-19 cases, hospitalisations, and deaths in Canada, and these are the results…

Covid-19 Cases

The following chart shows the number of Covid-19 cases across the whole of Canada by vaccination status between 6th June and 12th June 2022 –

The most recent figures show that there were 17,904 Covid-19 cases between 6th and 12th June, and the vaccinated population accounted for 17,040 of them, with 13,147 cases among the quadruple vaccinated population.

This means the unvaccinated population accounted for 5% of Covid-19 cases, whilst the vaccinated population accounted for 95%, 77% of which were among the quadruple jabbed.

Covid-19 Hospitalisations

The following chart shows the number of Covid-19 hospitalisations across the whole of Canada by vaccination status between 6th June and 12th June 2022 –

The most recent figures show that there were 1,041 Covid-19 hospitalisations between 6th and 12th June, and the vaccinated population accounted for 938 of them, with 694 hospitalisations among the quadruple vaccinated population.

This means the unvaccinated population accounted for 10% of Covid-19 hospitalisations, whilst the vaccinated population accounted for 90%, 74% of which were among the quadruple jabbed.

Covid-19 Deaths

The following chart shows the number of Covid-19 deaths across the whole of Canada by vaccination status between 6th June and 12th June 2022 –

The most recent figures show that there were 521 Covid-19 deaths between 6th and 12th June, and the vaccinated population accounted for 485 of them, with a shocking 242 deaths among the quadruple vaccinated population, and 200 deaths among the triple vaccinated population.

This means the unvaccinated population accounted for just 7% of Covid-19 deaths, whilst the vaccinated population accounted for 93%, 50% of which were among the quadruple jabbed, and 41% of which were among the triple jabbed.

Despite a mass booster campaign, and the Government of Canada trying to desperately conceal it, a bit of time, effort, and simple maths has revealed that 9 in every 10 Covid-19 cases, hospitalisations and deaths were recorded among the fully vaccinated population between 6th and 12th June 2022, and the vast majority of those were among the quadruple jabbed.

Should we really be seeing this if the Covid-19 injections are effective?

Absolutely not. These figures suggest the more jabs you have, the more likely you are to be hospitalised or lose your life if exposed to the alleged Covid-19 virus.


„Nie zgłosił się do nas żaden człowiek, żadna osoba, która zmarłaby po zaszczepieniu”   – prof. Flisiak.. Z komentarzem uczonego…

„Nie zgłosił się do nas żaden człowiek, żadna osoba, która zmarłaby po zaszczepieniu” – prof. Robert Flisiak, członek tzw. „rady medycznej”, ekspert Morawieckiego i Niedzielskiego. Z komentarzem…

https://twitter.com/MarcinRola89/status/1481329793006284808

Globalne ocieplenie zaatakowało! W Tatrach śnieg i przymrozki, spodziewany mrozik.

10 lipca https://nczas.com/2022/07/10/snieg-i-przymrozki-globalne-ocieplenie-zaatakowalo-w-tatrach/

W niedzielę w Tatrach nastąpiło wyraźne załamanie pogody. Na szczytach powyżej 2200 m n.p.m. pada deszcz ze śniegiem, a temperatura wynosi tam około 2 st. C. W Zakopanem temperatura spadła do 11 st. i pada deszcz.

Warunki do uprawiania turystyki w niedzielę są bardzo niekorzystne – informują służby Tatrzańskiego Parku Narodowego. Intensywne opady deszczu spowodowały, że wszystkie szlaki są mokre i śliskie, a na odcinkach leśnych zalega błoto i kałuże. W partiach graniowych niski pułap chmur ogranicza widzialność i utrudnia orientację w terenie, co może być przyczyną pobłądzeń.

Śladowa ilość śniegu leży na szczytach powyżej 2500 m n.p.m. Lekko poprószony śniegiem jest np. wierzchołek Łomnicy. Śnieżna okiść zalega głównie na roślinności. W nocy z niedzieli na poniedziałek temperatura na szczytach Tatr może spaść poniżej zera.

Wojny, męczennicy i testosteron

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)  •  10 lipca 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5210

Przechodząca w stan przewlekły wojna na Ukrainie powoli usuwana jest z pierwszych stron gazet i portali internetowych – bo ludziom znudziły się już doniesienia o ukraińskich sukcesach, a nawet pogłoski o cudownej broni. Na razie wykuwana jest ona w mrokach podziemia, ale pewnego dnia przemówi i zapewni Ukrainie ostateczne zwycięstwo. Ale to już wiadomo od dawna, bo stosowne decyzje w tej sprawie zapadły jeszcze w lutym, więc coraz więcej ludzi przestaje się tym ekscytować.

Powstałą w ten sposób próżnię zaczyna wypełniać wojna polityczna, jaką toczą ze sobą formacje stojące za rządem „dobrej zmiany”, z Prawem i Sprawiedliwością na czele i formacje tworzące obóz zdrady i zaprzaństwa, na czele z Platformą Obywatelską, przez złośliwców nazywaną również Volksdeutsche Partei. Wprawdzie do wyborów parlamentarnych jeszcze rok, ale zarówno Naczelnik Państwa, który porzucił rząd, by kaptować sobie zwolenników, podobnie jak Donald Tusk, odwiedzają coraz to nowe miejscowości naszego nieszczęśliwego kraju. Naczelnik Państwa wprawdzie pochyla się z troską nad rozmaitymi bolączkami, które tu i ówdzie jeszcze występują, ale zapewnia, że w Polsce i tak jest lepiej, niż gdzie indziej, to znaczy – że jest dobrze, a będzie jeszcze dobrzej.

Donald Tusk odwrotnie; wprost nie znajduje słów potępienia dla rządu „dobrej zmiany” i odgraża się, że jak tylko wygra wybory – a to podobno jest już zatwierdzone – i obejmie w Polszce władzę, to tak wszystkich urządzi, że zapamiętają to do końca życia.

Wielu obywateli wierzy i w jedno i w drugie, bo w coś przecież trzeba wierzyć, więc wierzący w Naczelnika Państwa wznoszą na jego cześć okrzyki w rodzaju: „Ja-ro-sław-Pol-skę zbaw!”, podczas gdy wyznawcy Donalda Tuska wznoszą na jego cześć okrzyki przypominające cudzoziemskie słowo: „heil!” I jedne i drugie reakcje odnoszą się do opowieści, jak to jedni i drudzy będą przychylać nieba nam wszystkim, a zwłaszcza tak zwanym „szarym obywatelom”. W tej sytuacji szarzy obywatelowie utwierdzają się w poczuciu swojej ważności, co niekiedy prowadzi do sytuacji niejednoznacznych z punktu widzenia prawnego.

Tak było w Tczewie, kiedy to jegomość uczestniczący w charakterze publiczności w spotkaniu z premierem Mateuszem Morawieckim, wykrzykiwał do niego: „spieprzaj dziadu!” – za co natychmiast został zatrzymany przez policję, która wcześniej próbowała mu to wyperswadować. Policjantom wyjaśniał, że on tylko zacytował prezydenta Lecha Kaczyńskiego, więc karany za to być nie może i nie tylko nie zapłaci sztrafu, ale zaciągnie państwo polskie przed niezawisły sąd, który już powinność swej służby zrozumie i ujmie się za szarym obywatelem, który chciał przekazać panu premierowi, jak się w Tczewie żyje.

Indagowany w tej sprawie mecenas powiedział, że albo sąd odrzuci skargę na państwo polskie, albo nie odrzuci, tylko przeprowadzi rozprawę i jegomościa uniewinni. Wprawdzie pan mecenas taktownie już nie wyjaśnił, dlaczego zachowania niezawisłego sądu mogą być tak różne, więc wyjaśniamy, iż wszystko zależy od tego, czy będzie to sąd rządowy, czy też sąd nierządny. Sądy bowiem, podobnie jak Umiłowani Przywódcy, podzieliły się na wrogie stronnictwa. Sędziowie nierządni kolaborują z Volksdeutsche Partei i w podskokach zrobią wszystko, byle na złość Jarosławowi Kaczyńskiemu i Zbigniewowi Ziobrze, podczas gdy sędziowie rządowi chętnie użyją surowej ręki sprawiedliwości gwoli poskromienia wrogów PiS.

Sytuację dodatkowo zaognia decyzja rządu, by dwojgu niezawisłym sędziom, którym Międzynarodowy Trybunał Praw Człowieków w Strasburgu przyznał po 15 tys euro odszkodowania za to, że nie otrzymali upragnionego awansu, nie zapłacić tych pieniędzy. Jak wiadomo, prawo do awansu jest podstawowym prawem człowieka, podobnie, jak prawo do jazdy metrem, a tymczasem obojgu awans został zablokowany, najpierw przez Krajową Radę Sądownictwa, a potem jeszcze przez Izbę Kontroli nadzwyczajnej Sądu Najwyższego, która ich skargę odrzuciła. Wskutek tego – jak twierdzą – zostali pozbawieni „prawa do rzetelnego procesu”. No, to nic osobliwego; w kraju walczącym o praworządność, to jest rzecz zwyczajna i jeszcze nigdy nie słyszałem, by jakikolwiek sędzia przeprowadził chociaż jeden rzetelny proces, ale Trybunał w Strasburgu, pewnie kierując się solidarnością zawodową, zgodnie z którą kruk krukowi łba nie urwie, mimo wszystko odszkodowanie im przyznał.

Jednak minister spraw zagranicznych pan Zbigniew Rau, odmawia nie tylko wypłacenia pieniędzy, ale nawet jakiejkolwiek dyskusji na ten temat, powołując się na wyrok Trybunału Konstytucyjnego w Warszawie, przez Judenrat „Gazety Wyborczej” nazywany szyderczo „trybunałem Julii Przyłębskiej”, według którego art. 6 konwencji o prawach człowieków jest sprzeczny z tubylczą konstytucją w zakresie uzurpowania sobie przez strasburski Trybunał prawa kontrolowania statusu tubylczych sędziów krajowych. I co teraz będzie? Nie ma innej rady, jak tylko zaciągnąć państwo polskie przed jakiś niezawisły sąd, najlepiej obsadzony przez sędziów, którym odmówiono wypłacenia odszkodowania, a sprawiedliwości zaraz stałoby się zadość. Chodzi bowiem o pieniądze, a nie jakieś konstytucyjne dyrdymały, a zgodnie ze spostrzeżeniem Machiavellego, łatwiej przeżyć śmierć ojca, niż utratę ojcowizny.

Tymczasem, chociaż jeszcze nie ucichły echa podanej przez panią Edytę Górniak niedyskrecji, że w przemyśle rozrywkowym pracuje bardzo wielu tzw. „reptilian”, co to nie mają duszy, a już opinią publiczną wstrząsnęła sprawa pana red. Tomasza Lisa, którego z posady naczelnego redaktora tygodnika „Newsweek Polska” wygryzł pan Tomasz Sekielski, autor głośnego filmu o trzech duchownych pedofilach, którzy przed laty wkładali ręce gdzie nie trzeba, od czego dotykani cierpią do dzisiejszego dnia straszliwie katiusze. Okazało się, że pan red. Lis dopuszczał się „mobingu” zwłaszcza na pani red. Renacie Kim. Podobno zachowywał się „jak autokrata”, co „wielu osobom sprawiało ból”.

Sprawiało ból”… Czy nie chodzi przypadkiem o spuszczenie krwi z nosa – jak w swoim czasie w oskarżycielskiej piosence „Testosteron” śpiewała pani Katarzyna Szczot, używająca pretensjonalnego pseudonimu „Kayah”: „Oskarżam cię o to cierpienie, wojen płomienie, przelaną krew”? Najwyraźniej na widok pani red. Renaty Kim w panu red. Tomaszu Lisie testosteron dlaczegoś zaczynał się gotować i pewnie niewiele brakowało, by porzuciła ona „posadę (…) w tej firmie kłamstwa, żelaza i papieru” – ale wolała donieść na szefa do HR – czyli chyba takiej jaczejki od „zasobów ludzkich” i do związków zawodowych, dzięki czemu już zaczyna zażywać reputacji autorytetu moralnego, podczas gdy pan red. Tomasz Lis dołącza do długiego, białego orszaku męczenników, na czele którego od lat kroczy bohatersko pan sędzia Igor Tuleya.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

(Nowy) Ład – „Wielki Reset”- Fratelli tutti – New Deal –> pojęcia pozbawione wartości.

Mariusz Grunt Zawsze Wierni nr 3/2022 (220) , str. 127

Władcy świata, monarchowie, zarządzili „Nowy Ład”, inaczej „Wielki Reset”, a heroldowie ogłosili go poddanym. Nie dajmy się oszukać, że tym razem władza da nam coś nowego. Nie oczekujmy zmiany jakościowej. Dlaczego? Bo niezależnie od tego, czy będziemy pisać o Nowym Ładzie, czy Wielkim Resecie, wciąż tkwimy między ideologią rewolucji francuskiej a amerykańskim New Dealem.

Dzisiaj heroldem nie jest odpowiednio ubrany urzędnik wyznaczony przez miłościwie panującego, aby oznajmić o jakimś przyszłym zdarzeniu tudzież oznajmić, jaki przepis został wprowadzony w życie. Rolę herolda przejęły na siebie usłużne media i osoby desygnowane na tzw. autorytety.

To właśnie media i występujące w nich „autorytety” od kilku miesięcy wygłaszają peany na cześć Nowego Ładu, widząc w nim nie tylko remedium na odbudowę gospodarki po pandemii, ale skuteczną metodę na przebudowę świata, po nowemu, ale tak naprawdę po staremu.

Teoretycznie Nowym Ładem ma być płynna sukcesja między zakończeniem pandemii a leczeniem jej skutków ekonomicznych, niczym kalendarzowy sylwester, gdy żegnamy się radośnie ze starym i hucznie witamy nowy rok.

Musimy sobie zadać pytanie, co ma pożegnać Nowy Ład? Odpowiedzieć, że stary ład, to byłoby zbyt proste i banalne Nowy Ład ma za zadanie po raz kolejny przemeblować świat, pokruszyć te resztki chrześcijaństwa, które ostały się w post-chrześcijańskich enklawach w nowoczesnym świecie, zakończyć to, czego nie udało się wcześniejszym rewolucjom.

Sięgnijmy w tym miejscu do wybitnego znawcy filozofii chrześcijańskiej czasów średniowiecza Etienne? Gilsona i jego analizy filozofii Mikołaja Kuzańczyka sformułowanej w De docta ignorantia, a w szczególności do fragmentu, który dotyczy badania prawdy: „Każde badanie prawdy polega na łączeniu pewnych pojęć z innymi pojęciami je poprzedzającymi lub następującymi po nich, które nazywamy zasadami i konsekwencjami”.

Kierując się tą dewizą, umieściłem post-pandemiczny Nowy Ład w figurze geometrycznej; jest to trójkąt, którego jeden bok wyobraża dziedzictwo rewolucji francuskiej, a drugi amerykański New Deal z czasów wychodzenia z tzw. Wielkiego kryzysu obejmującego lata 1933—1939.

Według mnie Nowy Ład znajduje się właśnie pomiędzy nimi. W podstawie zaś mamy odwieczne dążenie do nowoczesnego, świeckiego humanizmu.

Część czytelników pewnie zada sobie pytanie, w czym wyraża się podobieństwo Nowego Ładu do rewolucji francuskiej.

Pozwólcie, że wskażę to mentalne pokrewieństwo na tyle, na ile pozwala objętość tego artykułu.

Post-pandemiczny Nowy Ład, albo jego większy brat Wielki Reset, zasadza się na tej samej podwalinie filozoficznej co rewolucja francuska, czyli na Culte de la Raison, dyktaturze rozumu, oderwanego od prawa naturalnego, bez Boga, a raczej przeciw Niemu, z nowym człowiekiem, a na końcu nowym światem, pozornie wielkiej szczęśliwości.

Polecam lekturę książki Jana Baszkiewicza pt. Nowy człowiek, nowy naród, nowy świat. Mitologia i rzeczywistość społeczna rewolucji francuskiej wydanej w 1993 r., a następnie ustawienie zegara na przełom lat 2020/2021 i zstąpienie słów „rewolucja francuska” słowami „Wielki Reset”. Jan Baszkiewicz tak pisze o clou rewolucji francuskiej „Jest rzeczą zupełnie pewną, że nasze zasady przenikną wszędzie same przez się […] właśnie dlatego, że są to zasady prawego Rozumu”.

Czy Nowy Ład to nie uwspółcześnione zasady „prawa Rozumu”, którego emanacją jest pandemia?

Porównajmy wreszcie pojmowanie wolności z czasów rewolucji francuskiej z rozumieniem jej przez zażartych wyznawców „covidianizmu”.

Louis Gabriel Ambroise de Bonald, jeden z najzacniejszych krytyków filozofii oświecenia i Wielkiej Rewolucji Francuskiej, pisał tak:

Nie dajmy się zwieść: wolność, wokół której rewolucjoniści robią tyle hałasu, nie jest wolnością prasy, będącą w ich rękach, jedynie wolnością dokonywania konfiskat nakładania grzywny i pozbawiania wolności, nie jest również wolnością nauczania, która posłużyła im jedynie do wygnania najzdolniejszych i najzacniejszych nauczycieli, ale wolnością ateizmu, wolnością buntu, wolnością swawoli, wolnością wszelkich przywar piętnowanych przez surową moralność religii katolickiej.

Dla kogo przeznaczona jest teraz prasa i kto w niej może pisać? Tylko wyznawcy walki z pandemia głównego nurtu, a reszta podlega cenzurze, czego wymownym potwierdzeniem są historie opisane przez Piotra Szlachtowicza na kartach Pandemii cenzury, opisujące np. usuwanie z YouTube”a wywiadów z naukowcami podważającymi metody walki z pandemią. Pozwólcie, drodzy Czytelnicy, że posłużę się cytatem z książki, którą miałem przyjemność przeczytać:

Od ponad roku jesteśmy świadkami otwartej wojny z tymi, którzy nie zgadzają się z narracją polityków, mediów mainstreamowych i wszelkiej maści lekarzy, którzy zaprzeczyli wszystkim faktom naukowym oraz zdroworozsądkowym.

A co z grzywnami w wysokości 30 tys. złotych dla przedsiębiorców którzy nie pozwolili zamknąć swojej działalności wielotygodniowymi aresztami domowymi, zwanymi dla niepoznaki kwarantanną, czy wreszcie segregacją sanitarną i uciążliwościami administracyjnymi, narzuconymi jakżeby inaczej w trosce o człowieka i jego zdrowie?

Czyż trzeba więcej przykładów, by dostrzec podobieństwo między rewolucją francuską a Nowym Ładem, by odczytać to samo ideologiczne DNA wyznawców obu rewolucji?

Jest jeszcze jeden wspólny mianownik, a mianowicie stosunek do religii chrześcijańskiej, a w szczególności do katolicyzmu, a także wzajemne interakcje władza Kościół.

W czasie rewolucji francuskiej doszło do wyłonienia się akceptowanego przez władze „Kościoła konstytucyjnego”, który aprobował wdrażanie „wolności, równości, braterstwa”.

A co się stało w latach 2020 – 2021? Czy część duchowieństwa nie przyklasnęła reżimowi sanitarnemu i postępującej dyskryminacji niezaszczepionych, uznając przymus szczepień jako wyraz miłości bliźniego, albo pozbawiając wiernych możliwości powołania się na klauzulę sumienia przy odmowie przyjęcia szczepionek genetycznych?

O ile papież Pius VI w brewe Quad aliquantum ogłoszonym 10 marca 1791 r. potępił rewolucję francuską i konstytucję cywilną kleru, uznając ją za nieważną i nieobowiązującą, wyraźnie stwierdzając, że upaństwowienie Kościoła jest potępioną herezją, o tyle papież Franciszek w październiku 2020 r. ogłosił encyklikę Fratelli tutti podważającą wielowiekowe postrzeganie prawa własności jako instytucji prawa naturalnego, dając wyraz swojej fascynacji kapitalizmowi inkluzywnemu.

Czy to przypadek, że Fratelli tutti wydano tuż po Światowym Forum Ekonomicznym (World Economic Forum), które odbyło się w Davos w czerwcu 2020 r., a którego głównym tematem była odbudowa światowej gospodarki po epidemii koronawirusa (The Great Reset). Za dużo tych przypadków, skoro analizę krytyczną w duchu nauki Jezusa Chrystusa w encyklikach zajmuje język lewicowej postępowości i atakuje się Tradycję.

Teraz najwyższa pora przejść do drugiego boku trójkąta z Nowym Ładem, a mianowicie ideologii amerykańskiego New Dealu.

Ramy niniejszego artykułu nie pozwalają na choćby pobieżną punktową analizę krytyczną New Dealu. Zainteresowanych odsyłam do kapitalnej pozycji napisanej przez Lawrence’a W. Reeda pt. Wielkie mity wielkiego kryzysu.

Osią New Dealu realizowanego w latach 1933—1939 był interwencjonizm państwa, roboty publiczne, wzrost zadłużenia publicznego. wygaszanie drobnej przedsiębiorczości i tym podobne socjalistyczne nowinki.

Polski Nowy Ład nieprzypadkowo kopiuje nie tylko nazwę sztandarowego projektu amerykańskiej Władzy, ale i rozwiązanie makroekonomiczne. Ma to samo zatrute socjalizmem źródło.

Pozwólcie. że zacytuję obszerny fragment pewnej wypowiedzi Lawrence’a W. Reeda:

Jako amerykański historyk darzący Polskę wyjątkową miłością, muszę wezwać Polaków do patrzenia na ten rozwój z dużym sceptycyzmem. Upływ czasu oraz nowsze. obiektywne analizy programu Franklina Delano Roosevelta wykazują, że eksperyment okazał się być monumentalną porażką. Żaden rząd nie powinien próbować go powtarzać. Mamy wszyscy możliwość, żeby nauczyć się czegoś na błędach Roosevelta! […]

Podobnie jak Nowy Ład Roosevelta z 1933 r., polski Nowy Ład z 2021 r. jest opakowany atrakcyjnymi obietnicami oraz niezasłużoną wiarą W rządowe planowanie. Jeśli historia może być tu jakimś przewodnikiem, to jest prawdopodobne, że oba projekty skończą w tym samym ślepym zaułku. Te obietnice ostatecznie będą postrzegane jako cyniczne opakowanie planów, które spaliły na panewce, oskubały podatników, nabiły kieszenie polityków, nadały władzę biurokracji oraz zagroziły gospodarczemu dobrobytowi obywateli, czyniąc ich bardziej zależnymi od państwa niż kiedykolwiek?

Trudno o celniejszą, jaśniejszą, a przede wszystkim krótszą recenzję New Dealu. Doktor Arkadiusz Sieroń, jeden z analityków Instytutu Misesa, również przyjrzał się Polskiemu Ładowi, stwierdzając co następuje:

Ważne jest nie tylko to, co w Polskim Ładzie jest zawarte ale także to, czego nie ma. A nie ma planu redukcji wydatków oraz zadłużenia państwa. Nie ma także nie o tym, jak rząd planuje sfinansować wszystkie zapowiadane przez siebie programy. Nie ma również tego, jak rząd chce zwiększać stopę inwestycji krajowych inaczej niż poprzez inwestycje publiczne. Niewiele jest o zachęcaniu przedsiębiorców do inwestycji prywatnych np. niewiele jest o znoszeniu barier regulacyjnych i nie ma niczego o ograniczaniu niepewności regulacyjnej stanowiącej ważną barierę dla inwestycji. Zamiast tego jest wzrost obciążeń fiskalnych dla wielu przedsiębiorców. Co równie ważne, Polski Ład stanowi kontynuację dotychczasowej strategii gospodarczej ukierunkowanej na państwo socjalne i znaczną rolę państwa w gospodarce, które ma się zająć setkami zagadnień wymienianych w prezentacji programu. Ciągle ma dominować model gospodarczy oparty nie na inwestycjach prywatnych, lecz na stymulowaniu konsumpcji i redystrybucji dochodów.

Czy w tym programie szumnie nazywanym Nowym Ładem są jakieś wartości, czy ich autorzy odwołują się do wartości, czy odwołują się do Boga, czy tylko do rozumu? Salazar za motto odbudowy społecznej i gospodarczej Portugalii w ramach Nowego Państwa (Estado Novo) przyjął słowa Afonso Peny „Bóg, Ojczyzna, Rodzina”, a jedna z jego prac z 1923 r. nosiła tytuł Redukcja długu publicznego.

Czy we wstępie do programu Wielkiego Resetu czy Nowego Ładu znajdziemy słowo „Bóg”? Nie. Czy znajdziemy słowo „Ojczyzna”? Też nie. Pojęcie rodziny, co prawda, występuje, ale jako przedmiot redystrybucji i aktywny uczestnik konsumpcji nakręcanej przez państwo. Rodzina nie jest podmiotem, nie jest filarem społeczeństwa i gospodarki opartej na prywatnej własności, a państwo zamiast redukować dług publiczny, zadłuża się kosztem przyszłych pokoleń.

Coraz częściej Wielki Reset nazywany jest albo „kapitalizmem inkluzynym”, albo „Komunizmem ver. 2.0”. Polecam niedawno wydaną książkę Bartosza Barana pt. Wielki Reset, czyli komunizm 2.0 oraz wywiad KORPO—SOCJALIZM Świat jak u Orwella staje się faktem, Jarosław Kornaś w rozmowie z Bartoszem Baranem.

Czy dawniej nie było epidemii? Były, nawet często występowały między XII a XVI wiekiem, będąc bardziej tragicznymi w skutkach, jeśli chodzi o liczbę ofiar. Czy kiedykolwiek w historii średniowiecza epidemię wykorzystywano do wprowadzania systemu totalitarnego? Nie. Spójrzmy na późnych scholastyków hiszpańskich, na to, jaką odpowiedź mieli na skutki pandemii: rekomendowali rozwój rzemiosła, handlu, produkcji.

Nie kto inny jak Francisco de Vitoria OP, wyprzedzając epokę, w której żył, sformułował rekomendacje dla sprawiedliwego rozwoju świata. Według współczesnego badacza scholastyków hiszpańskich Alejandro A. Chafuena, Vitoria uważał, że „wieczne, naturalne i stanowione prawo ludzkie (ius gentium) sprzyja handlowi międzynarodowemu”. Rezygnacja z niego naruszyłaby zasadę wzajemności. Prawa ograniczające handel międzynarodowy, uznaje „jako niegodziwe i przeciwko miłości”. Cytując Owidiusza dodaje, że „człowiek nie jest wilkiem dla innych ludzi” i dlatego „natura ustanowiła określoną więź między ludźmi”.

Niestety teraz, po pandemii koronawirusa, będą mnożone prawa pozbawiające ludzi owoców ich pracy, ukierunkowane na zadłużanie publiczne, a co za tym idzie na redystrybucję.

A to wszystko w oparach urojeń, jakie towarzyszyły ideologom rewolucji francuskiej, że rozum ze wszystkim sobie poradzi, że Bóg jest niepotrzebny, że ten nowy ład bez Boga będzie lepszy. Czego potrzebujemy, jak mamy się zachować? Odpowiedź na te pytania daje arcybiskup Filadelfii Charles J. Chaput w książce pt. Obcy w obcej ziemi:

Czego Bóg oczekuje od nas w naszym na pozór chrześcijańskim świecie? Po pierwsze chce, żebyśmy zdali sobie sprawę, że określenie „postchrześcijański” jest kłamstwem, dopóki płomień chrześcijańskiej wiary, nadziei i miłości nie zgasł choćby w jednym z nas”.

Bez wartości nie zmienimy świata na lepsze, bez Boga nie będzie żadnego ładu, niezależnie od tego, jakie słowo znajdzie się przed słowem „ład”, niezależnie od tego, która wersja ładu będzie wdrażana, bo jak słusznie zauważył JE abp Chaput: Jesteśmy tu, aby nosić nawzajem swoje brzemiona, poświęcać się dla potrzeb innych i świadczyć życiem o chrześcijańskiej miłości we wszystkich naszych publicznych działaniach, ze wszystkimi naszymi społecznymi ekonomicznymi i politycznymi wyborami włącznie.

Jakikolwiek ład, oparty na triadzie wolność—równość—braterstwo, będący na bakier z siódmym przykazaniem poprzez instytucjonalny zabór owoców pracy, do niczego dobrego nie doprowadzi. Musimy o tym pamiętać, a także sięgać do literatury, aby w niej szukać intelektualnej podbudowy, a przede wszystkim argumentów do krytyki nowego ładu.

Pozwólcie, drodzy Czytelnicy, że zakończę słowami Wojciecha Zaleskiego, które choć napisane przed II wojną światową, są wciąż aktualne:

Komunizm i kapitalizm to nie żywioły naprawdę sprzeczne.

Sprzeczność istnieje naprawdę między światem pracy walczącym o niezależność a światem dyktatorów gospodarczych, którzy chcą utrzymać proletariat w wiecznej niewoli.

Kto i dlaczego jest przeciwny drobnym przedsiębiorcom, to temat na odrębny artykuł.

—————

PS

Ten tekst był napisany przed agresją Rosji na Ukrainę, dlatego wymaga niewielkiego komentarza. Zawsze Wprowadzenie nowego ładu niezależnie od tego, jak byłby nazywany poprzedza wojnę. New Deal poprzedził II wojnę światową, plan Marshalla po II wojnie światowej poprzedził wojnę kulturową 1968, a Great Reset wojnę na Ukrainie. Historia lubi się powtarzać, historia magistra vitae est, ale my, ludzie, nie lubimy się uczyć…

Państwo i szkoła. Rozprawa z etatyzmem kulturalnym.

Państwo i szkoła. Rozprawa z etatyzmem kulturalnym.

Zawsze Wierni nr 3/2022 (220)

Franciszek Malkiewicz https://www.piusx.org.pl/zawsze_wierni/artykul/3066

„Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie” – rzecz o nieznanym tekście o. Jacka Woronieckiego Państwo i szkoła. Rozprawa z etatyzmem kulturalnym

Niewiele jest dzisiaj dzieł o. Jacka Woronieckiego OP (1879–1949), które nadal nie doczekały się ogłoszenia drukiem. Wśród tych nieopublikowanych do niedawna figurował dość obszerny tekst poświęcony koniecznej, według autora, reformie polskiego szkolnictwa – Państwo i szkoła. Rozprawa z etatyzmem kulturalnym.

Publikacji tego tekstu podjęło się wydawnictwo Andegavenum, które na polskim rynku książki funkcjonuje wprawdzie bardzo krótko, lecz jego działalność zapowiada się na niezwykle prężną, a jego wkład w rozwój świadomości polskiego społeczeństwa, jak również polskiej nauki, będzie bez wątpienia znaczny ze względu na jakość publikowanych książek oraz ich wysokie walory poznawcze.

Nie tylko omawiany tutaj tekst nie jest dzisiaj szeroko znany, ale i sam o. Jacek Woroniecki od dawna nie zajmuje już należnego mu miejsca w historii polskiej myśli teologicznej, filozoficznej i pedagogicznej; z kolei w świadomości narodowej Polaków jest on praktycznie nieobecny. Wyjątek stanowią środowiska związane z tradycyjną nauką i duchowością Kościoła, które przechowują pamięć o nim z pewnym pietyzmem. Nawet sami dominikanie być może nie eksponują dzisiaj w sposób szczególny ani jego twórczości, ani pozostawionego przez niego przykładu świętości i, choć już od bardzo dawna jest on „sługą Bożym”, nie wydaje się, aby podejmowano intensywne starania o jego beatyfikację. Na krużgankach klasztoru oo. Dominikanów w Krakowie można zobaczyć poświęconą mu tablicę pamiątkową – czy to wystarczy, żeby był on obecny w zbiorowej pamięci polskich katolików?

Ojciec Jacek (Adam) Woroniecki był postacią wybitną. Zdobył solidne wykształcenie w Szwajcarii, na Uniwersytecie we Fryburgu; studiował tam wraz z Mościckim, który jako ateista upominał go, że w niedzielę nie należy grać w tenisa (o czym wspomina o. J.M. Bocheński OP, który Woronieckiego bardzo cenił i uważał go za „jednego z najmądrzejszych polskich dominikanów” w całej historii zakonu). Później został profesorem na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, gdzie wykładał w latach 1919–1929, i rektorem tej uczelni od 1922 do 1924 r. Był on jednym z najwybitniejszych moralistów i tomistów, szeroko znanym na arenie międzynarodowej. Był też odnowicielem życia polskiej inteligencji po długim okresie zaborów, otaczając szczególną troską duszpasterską tę właśnie grupę społeczną – dodajmy, że chodziło o odnowę na gruncie wiary. Pisał dużo. Należy zaznaczyć, że cierpiał na ciężką chorobę przewodu pokarmowego i tylko kilka godzin w ciągu dnia był aktywny, mogąc oddawać się działalności pisarskiej – w tym, między innymi, przejawiał się heroizm tego człowieka, który cieszył i cieszy się opinią świętości.

Omawiana książka nie stanowi rozprawy „o” etatyzmie, ale „z” etatyzmem w sferze kultury (jak wyjaśnia podtytuł), ponieważ autor, osadzając swoje rozważania w kontekście etatystycznych tendencji okresu międzywojennego, niezwykle trafnym słowem i z żelazną logiką „rozprawia się” z tym szkodliwym zjawiskiem. Woroniecki na ogół walczył z wypaczeniami katolicyzmu, natomiast w przypadku tego tekstu zmaga się ze spaczeniami szkolnictwa, które siłą rzeczy mogą pociągnąć za sobą demoralizację społeczeństwa. Najpierw o. Woroniecki wyjaśnia istotę państwa, wyszczególnia i analizuje jego cechy konieczne, a wśród nich suwerenność, czyli brak zależności od jakiegokolwiek podmiotu wyższego rzędu. Następnie skupia się na podstawowych czynnościach państwa, które powinno zapewnić dobro ogólne społeczeństwa. To wszystko stanowi przedmiot części pierwszej książki, natomiast w drugiej autor przechodzi bezpośrednio do rozprawy „z etatyzmem w kulturze , co prowadzi go do postawienia tezy o konieczności „uspołecznienia i odpaństwowienia szkolnictwa”. Etatyzm w kulturze – te pęta odgórnie ustalonych zasad – jest głęboko zakorzeniony w świadomości społeczeństwa oraz usprawiedliwiony zgodnie z ogólnym przekonaniem o jego słuszności, jak pokazuje o. Woroniecki, i nawet przeciwnicy etatyzmu w gospodarce bywają jego zwolennikami w kulturze. Źródłem tego stanu rzeczy jest, według autora, rewolucja francuska, przy czym w społeczeństwie polskim rolę odegrały jeszcze dodatkowe czynniki, o czym jest mowa w książce. W porewolucyjnej Europie etatyzm opanował sferę kultury o wiele szybciej niż życie gospodacze. Tak oto pisze o. Woroniecki:

Z chwilą gdy pierwiastek demokratyczny doszedł do głosu, nader ważnym stało się uzyskać wpływ na opinię publiczną i to na dalszą metę, co wymagało owładnięcia i szkolnictwa. Toteż na tym centralnym odcinku frontu kulturalnego, jakim jest szkoła, zakusy etatyzmu wnet się zaczęły objawiać,

gdyż chodzi o formowanie myślenia na długie lata, o swego rodzaju inżynierię społeczną. Co się tyczy samych programów nauczania, dodajmy tutaj, że lokalne uniwersytety powinny, według o. Woronieckiego, opracowywać je dla lokalnych szkół niższego rzędu, z kolei lokalne licea powinny roztaczać swą opiekę w tym względzie nad szkołami podstawowymi w danym regionie – zatem decentralizacja. W kwestii organizacji szkół, ich zasad funkcjonowania, podstawową rolę powinna odgrywać społeczność lokalna. Autor uważa, że najlepszym rozwiązaniem jest tworzenie szkół prywatnych, powiedzielibyśmy „szkół wolnych”, choć on sam takiego sformułowania nie używa, i podkreśla przy tym różnicę między psychiką urzędnika a gospodarza. Wizji nowego szkolnictwa towarzyszą pewne porady praktyczne, które pozwolą zapewnić ład, bo przecież autor nie był zwolennikiem anarchii.

W kontekście etatyzmu w kulturze Woroniecki używa takich sformułowań, jak „totalitaryzm” i „szkolnictwo totalne”: „Cudowna ta wizja totalnego szkolnictwa – stwierdza ironicznie – mającego przejąć z ramienia państwa wszystkie, z wyjątkiem samego rodzenia dzieci, czynności wychowawcze rodziny, a następnie i społeczeństwa”, choć przyznaje, że nie została ona w pełni zrealizowana nawet w Związku Sowieckim.

Tekst dowodzi wielkiej erudycji autora – swobodnie cytuje on liczne źródła, przetwarza, wyciąga wnioski. Otóż idee o. Woronieckiego odnoszące się do państwa i jego przesadnych ambicji, które skutkują totalnym ingerowaniem systemu w sferę edukacji, jak również te dotyczące szkoły, jej formy i roli w kształtowaniu społeczeństwa, znaczenia społeczności lokalnych w rozwoju szkolnictwa i władzy rodzicielskiej w formowaniu umysłów i sumień młodych obywateli – osadzone są na mocnych fundamentach historii myśli pedagogicznej.

Chodzi tutaj o dzieło jedynie wzmiankowane w literaturze przedmiotu, zazwyczaj w przypisach, zaledwie w kilku publikacjach: artykułach bądź książkach poświęconych o. Woronieckiemu, których autorzy podkreślają fakt, że chodzi o tekst niepublikowany. Zatem jest ono znane jedynie bardzo nielicznej grupie badaczy, którzy zadali sobie trud, by sięgnąć po maszynopis w dominikańskim archiwum. Zważywszy na doniosłość zawartych w nim idei, na rolę, jaką mogą one odegrać w kształtowaniu polskiego szkolnictwa, i tym samym w formowaniu polskich obywateli, polskiego społeczeństwa, ocalenie owego tekstu od zapomnienia jest sprawą pierwszorzędnej wagi.

Dlaczego ta książka dotychczas nie została opublikowana? Otóż została ona napisana w 1943 r., kiedy spodziewano się rychłego końca wojny i odrodzenia się Polski. Autor postanowił zatem zaproponować nowe, choć stare, zasady funkcjonowania polskiego szkolnictwa. Jednak forma, w jakiej odrodziła się Polska, nie sprzyjała rozpowszechnieniu się tego tekstu i aparat cenzury ówczesnej Rzeczypospolitej Polskiej (która od 1952 r. przybrała oficjalną nazwę PRL) z pewnością by na to nie pozwolił, gdyż, jak wiadomo, był to okres, w którym władza czuwała nad każdą sferą życia społecznego, a nawet indywidualnego. Proponowana przez autora wizja szkolnictwa niezupełnie również odpowiada tendencjom w czasach nam współczesnych. Zatem klimat wciąż jest niekorzystny i tym bardziej należy się wydawnictwu Andegavenum uznanie w związku z podjęciem decyzji o ogłoszeniu tego dzieła drukiem, co być może przyczyni się do zmiany owego klimatu.

Wprawdzie ortografia i interpunkcja książki zostały w pewnym stopniu uwspółcześnione (autor nie zmodyfikował swojego sposobu pisania po reformie zasad pisowni z roku 1936, co się rozumie samo przez się, gdyż opanował tę sztukę znacznie wcześniej), jednak pod względem leksykalnym i składniowym wyczuwa się nieco archaiczny z dzisiejszego punktu widzenia styl pisarski o. Woronieckiego, co zupełnie nie przeszkadza w lekturze. Dodajmy, że wydawca opatrzył tekst przypisami objaśniającymi, których poziom merytoryczny nie budzi najmniejszych wątpliwości.

Wydawnictwo Andegavenum oddaje zatem do rąk czytelnika pierwsze wydanie zapomnianego dzieła tego wybitnego autora – Państwo i szkoła. Rozprawa z etatyzmem kulturalnym, które może i powinno być użyteczne nie tylko dla środowiska polskich pedagogów – bo przecież nie jest ono tylko jakąś ciekawostką, czy jedynie jakimś punktem w historii polskiej pedagogiki, który należy odsłonić przed badaczami tej dziedziny – ale także dla każdego Polaka, któremu leży na sercu przyszłość państwa i narodu. „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie” – omawiany tutaj tekst o. Jacka Woronieckiego być może stanowi odpowiedź na te słowa, wypowiedziane w XVI wieku przez kanclerza Jana Zamoyskiego, które ukazują sposób na skuteczne uzdrowienie polskiego społeczeństwa.

[Koniecznie wejdź: https://andegavenum.pl/ksiazki/ . Parę ważnych książek. MD]

Wykluczenie klapkowe

Izabela Brodacka

Nauczyciele zaprzyjaźnionej szkoły poinformowali mnie, że otrzymali z Urzędu Miasta Warszawy następujące pismo: ( język oryginału) 

 „uprzejmie informuję, że szkoły, w których naukę pobierają uczniowie uchodźcy z Ukrainy otrzymają środki na zakup strojów sportowych w wysokości 400 zł. na ucznia. Każdy komplet sportowy powinien składać się co najmniej z koszulki, szortów i stroju kąpielowego w tym klapki i czepek. Komplety strojów sportowych należy zakupić i przekazać ukraińskim uczniom do 24 czerwca br. Termin ten wynika z faktu, że stroje sportowe powinny zostać przekazane uczniom przed wakacjami. (-) Zakupione komplety powinny zostać na opakowaniu oznaczone przez szkołę logiem UNICEF. Organizacja UNICEF kładzie ogromny nacisk na dokumentowanie swojej działalności. Proszę więc o wykonywanie dokumentacji zdjęciowej np. sfotografować zakupione stroje sportowe i na kilku zdjęciach moment ich wręczania. Ważne jest to, żeby na zdjęciach tych widoczne było logo UNICEF”. 

Podobne pisma otrzymały wszystkie szkoły w Warszawie i okolicach.

To bardzo szlachetnie, że UNICEF troszczy się o to żeby dziecko ukraińskie nie poczuło się wykluczone ze względu na brak klapek. Zastanówmy się jednak co oznacza to zarządzenie dla nauczycieli szkoły w której uczy się kilkadziesiąt osób z Ukrainy, przysłane nota bene na tydzień przed zakończeniem roku szkolnego. Gdyby nauczyciele chcieli swoje zadanie potraktować poważnie powinni iść z każdym dzieckiem osobno na zakupy. Każdy kto zna psychologię dzieci  w wieku szkolnym i dość okrutne prawa ich oceny przez grupę rozumie, że bardziej wykluczający niż brak klapek jest strój nie dobrany rozmiarem, wyglądający na odziedziczony po starszym bracie.

Oczywiście nie ma możliwości indywidualnych zakupów,  stroje sportowe zostaną więc zakupione w najbliższej hurtowni i nawet jeżeli będą miały zróżnicowane rozmiary, będą przydzielane dzieciom jak mundury w wojsku albo uniformy w więzieniu. Dzieci ukraińskie z zamożniejszych rodzin wyrzucą taki strój do kosza, albo odłożą na półkę. Dzieci z rodzin niezamożnych, wysłane na jakieś kolonie, będą rozpoznawane właśnie po niedobranym stroju.

Nie mamy powodu ani prawa troszczyć się na co UNICEF wydaje swoje pieniądze, można tylko zastanowić się czy warto czynnie popierać podobne idiotyzmy.

Również czy przepracowani pod koniec roku nauczyciele powinni zamiast wystawiać oceny i wypisywać świadectwa dokumentować fotograficznie obdarowywanie ukraińskich dzieci klapkami, czyli pracować za darmo na rzecz PR UNICEFU?

Przydzielanie nauczycielom takiego zadania pod sam koniec roku szkolnego przypomina mi jako żywo czasy realnego socjalizmu, gdy szkoła w której pracowałam pod koniec roku obrachunkowego kupowała do gabinetu dyrektora paprotki i zupełnie zbędne, paskudne ( innych nie było) reprodukcje na ściany, bo pieniądze trzeba było wydać w całości, żeby w kolejnym roku nie obniżono szkole dotacji.

Swego czasu komentowałam obietnicę Tuska, że każde dziecko w Polsce dostanie w prezencie laptop. Na szczęście niespełnioną. W zamożniejszych rodzinach każdy ma swój komputer, czy tablet więc prezent Tuska leżałby wśród zbędnych rzeczy i wylądował w końcu na śmietniku.

W rodzinach biednych problemem nie jest brak komputera lecz brak środków na niezbędne wydatki więc sprzedaż komputera prędzej czy później zatkałaby jakąś dziurę w budżecie. W tak zwanych rodzinach patologicznych komputer zostałby sprzedany natychmiast i to na wódkę. Na szczęście dla finansów kraju Tusk należy do polityków, którzy jak mówią – to mówią. Nie takie obietnice i nie takie ordynarne kłamstwa słyszeliśmy z jego ust. Można się tylko cieszyć, że nie rozproszył kolejnych miliardów. (Liczba uczniów w Polsce to około 5 milionów mnożona przez tysiąc złotych czyli cenę taniego laptopa) na szlachetną, ale tylko z pozoru inicjatywę.

 Und hier ist der Hund begraben. ( i tu jest pies pogrzebany).

Nie bez przyczyny posługuję się niemieckim idiomem. Wszystkie takie szlachetne (ale tylko na pozór) inicjatywy okazują się być utopijne i przynoszą więcej szkody niż pożytku.

Jak pięknie pomyśleć na przykład, że możemy czerpać energię wyłącznie ze słońca i wiatru. Jak miło uwolnić się od brudnego węgla. Starsi ludzie pamiętają umorusanych węglarzy rozwożących w powojennych latach węgiel na platformach ciągniętych przez ogromne perszerony i dym z kominów unoszący się nad dachami domów. Jednak te niemiłe dla obecnych ideologów zielonego ładu widoki oznaczały dla nas bezpieczeństwo i ciepło w domu.

Właśnie Niemcy, którzy postawili na utopię czystej energii nie tylko zapłacili za swoje fanaberie wysoką ceną energii elektrycznej lecz zmuszeni będą obecnie powracać do węgla. Nie mogą ryzykować nieuchronnej destabilizacji społecznej i politycznej kraju gdy ludzie zaczną zamarzać w swoich domach. Poza tym do świadomości społecznej dociera fakt, że materiały stosowane w panelach słonecznych i akumulatorach czyli lit i kobalt są silnie toksyczne. Dlatego nie wolno tych akumulatorów wyrzucać na wysypiska śmieci. Samo wydobycie metali ziem rzadkich stanowi również poważne zagrożenie dla środowiska.[No i te murzyniątka i kitajczonki… md] Dlatego państwa zachodnie nie wydobywały ich u siebie, lecz kupowały (z właściwa sobie hipokryzją) w Chinach. 

Polonistka jednej ze znanych mi szkół podstawowych zadała dzieciom wypracowanie: „ Jak czuje się gwóźdź wbijany w deskę?”. Można takie pytania ciągnąc w nieskończoność. A jak czuje się deska w którą wbijany jest gwóźdź?  Jak czuje się zarodek gotowany na miękko w jajku? Jak czuje się wesz traktowana delacetem?

Stawianie sobie takich pytań oznacza niezgodę na jedyny świat jaki znamy i musimy w nim żyć. Próby arbitralnego poprawiania tego świata prowadzą do nieszczęść o wiele poważniejszych niż te, którym usiłuje się przeciwdziałać.

Likwidacja nierówności społecznych oznaczała wyrżnięcie milionów ludzi. Likwidacja zabijania zwierząt oznaczałaby wyrżniecie wszystkich istot mięsożernych.  

Dlatego przestańmy zajmować się wykluczeniem klapkowym.

Skupmy się na poważniejszych, realnych problemach. 

The United Nations : ‘The Benefits of World Hunger’

The United Nations Scrubbed this Article Heralding ‘The Benefits of World Hunger’ from Its Website After It Went Viral

By Alicia Powe Global Research, July 08, 2022 https://www.globalresearch.ca/united-nations-scrubbed-article-heralding-benefits-world-hunger-from-website-after-it-went-viral/5786053

Mounting evidence continues to emerge proving the food shortages and supply chain disruptions are being manufactured by the United Nations, the World Economic Forum and the World Health Organization in an effort to institute a New World Order, global government and destroy the United States.

A 2009 op-ed published by the United Nations, which is now removed from its website, heralds hunger as “the foundation of wealth” and a means to bolster the world economy.

Screenshot from UN

Hunger must be sustained to exploit manual labor, contends George Kent, a professor at the University of Hawaii’s political science department. who authored the November 2021 UN the document.

“We sometimes talk about hunger in the world as if it were a scourge that all of us want to see abolished, viewing it as comparable with the plague or aids. But that naïve view prevents us from coming to grips with what causes and sustains hunger. Hunger has great positive value to many people,” Kent notes. “Indeed, it is fundamental to the working of the world’s economy. Hungry people are the most productive people, especially where there is need for manual labour.”

Without “the threat of hunger,” essential low-paying jobs would become vacant, a labor shortage would emerge and the global economy would cease to exist, Kent continues.

Image

“We in developed countries sometimes see poor people by the roadside holding up signs saying ‘Will Work For Food.” Actually, most people work for food. It is mainly because people need food to survive that they work so hard either in producing food for themselves in subsistence-level production, or by selling their services to others in exchange for money. How many of us would sell our services if it were not for the threat of hunger?

“More importantly, how many of us would sell our services so cheaply if it were not for the threat of hunger? When we sell ourselves cheaply, we enrich others, those who own factories, the machines and the lands, and ultimately own the people who work for them. For those who depend on the availability of cheap labour, hunger is the foundation of wealth.”

According to the U.N., assumptions attributing poverty and low-paying jobs to hunger are “nonsense” because people deprived of nourishment have stronger incentive to work.

“Who would have established massive biofuel production operations in Brazil if they did not know there were thousands of hungry people desperate enough to take the awful jobs they would offer?” Kent asserts. “Who would build any sort of factory if they did not know that many people would be available to take the jobs at low-pay rates?

“Much of the hunger literature talks about how it is important to assure that people are well fed so that they can be more productive. That is nonsense. No one works harder than hungry peopleYes, people who are well nourished have greater capacity for productive physical activity, but well-nourished people are far less willing to do that work.”

“Slaves to hunger” are “assets” to “people at the high end,” Kent concludes:

The non-governmental organization Free the Slaves defines slaves as people who are not allowed to walk away from their jobs. It estimates that there are about 27 million slaves in the world, including those who are literally locked into workrooms and held as bonded labourers in South Asia. However, they do not include people who might be described as slaves to hunger, that is, those who are free to walk away from their jobs but have nothing better to go to. Maybe most people who work are slaves to hunger?

For those of us at the high end of the social ladder, ending hunger globally would be a disaster. If there were no hunger in the in the world, who would plow the fields? Who would harvest our vegetables? Who would work in the rendering plants? Who would clean our toilets? We would have to produce our own food and clean our toilets. No wonder people at the high end are not rushing to solve the hunger problem. For many of us, hunger is not a problem, but an asset.

The decades-oldop-ed was removed from the United Nation’s website on Wednesday hours it went viral.

The United Nation’s Chronicle subsequently issued a statement claiming the article is “satire.”

A 2020 report published by The Rockefeller Foundation that outlines a globalist plan to transform the food system is underway began circulating across the internet on Monday.

The Rockefeller Foundation document titled, “Reset The Table: Meeting the Moment to Transform the U.S. Food Systemargues the U.S. food system must be seized and transformed to advance “social justice” and “environmental protection.”

The report also calls for “numerous changes to policies, practices and norms” to modify the U.S. food supply, including data collection and online surveillance to track people’s the dietary habits.

Po oskarżeniu Polaków o dokonanie zbrodni wołyńskiej – Polska przekaże Ukrainie milion euro na szpital. Szuchewycz – bohaterem…

https://www.bibula.com/?p=135008

To się w głowie nie mieści. Ambasador Ukrainy w Niemczech posądza Polskę o dokonanie zbrodni Wołyńskiej i porównuje nasz naród do Hitlera, jednak polski MSZ nie widzi w tym żadnego problemu i tego samego dnia podejmuje decyzję o przekazaniu „braciom” transportu humanitarnego. W całej tej sprawie mimo wszystko największą hipokryzją jest decyzja o przeznaczaniu 1 mln euro na utworzenie ośrodka rehabilitacyjnego na terenie Ukrainy

Do Lwowa przyjechał nasz dobry przyjaciel, burmistrz Wrocławia Prezydent Wrocławia Jacek Sutryk. Mamy ważne wieści. Wrocław przeznaczy 1 mln euro na utworzenie ośrodka rehabilitacyjnego UNBROKEN Ukraine – napisał w dniu 03 lipca 2022 roku na swoim koncie w rosyjskiej aplikacji TELEGRAM mer Lwowa Andrij Sadovyj.

To jest to, krok po kroku, dzięki przyjaciołom i partnerom idziemy do realizacji naszego wielkiego celu. NIEZNISZCZALNI to ekosystem wsparcia i opieki nad ludźmi, którzy ucierpieli z powodu wojny.” – czytamy we wpisie mera.

Niestety nasza kultura nie pozwala słów skomentować po tym jak ich przedstawiciel władzy na terenie Niemiec oskarżył nas o dokonanie zbrodni wołyńskiej w 1943 stwierdzając przy tym, że Ukraińcy jedynie się bronili przed Polakami.

Za: Kancelaria Lega Artis (4 lipca 2022)

======================================


Gloryfikacja ludobójcy Szuchewycza to kolejny cios w relacje polsko-ukraińskie

Roman Szuchewycz, kolaborant hitlerowski i dowódca ludobójczej UPA, na okolicznościowych kartkach, pieczątkach i znaczkach, wydanych na Ukrainie tuż przez polskim Narodowym Dniem Pamięci 11 Lipca

.

Panowie Ministrowie Dmytro Kuleba i Zbigniew Rau, to też tylko „prywatne opinie”?

Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski Za: isakowicz.pl (4 lipca 2022)

Post-modernizm: Złoto Midasów nowoczesności było przede wszystkim „złotem głupców”, czyli tworem fałszywym i nieudanym.

Czy „współczesny intelektualista” to przede wszystkim rozpustnik i głupiec?

Z książki E. Michaela Jonesa: Zdeprawowani Moderniści str. 15 i nn.

https://www.wydawnictwowektory.pl/pl/p/Zdeprawowani-Modernisci/40

W „Zdeprawowanych modernistach”E.M. Jones odkrywa prawdziwe oblicze bohaterów dwudziestowiecznej kultury: Kinsey’a. Picassa, Freuda, Keynesa i innych. Odkrywa manipulacje i oszustwa, jakich się dopuszczali, promując swoje ideologie, które nie były niczym więcej, jak tylko wyrazem ich seksualnych obsesji.

==================

Intelektualista jest szczególnym, nowoczesnym wynalazkiem, a jego pojawienie się uwarunkowane zostało tym, że Kościół utracił pozycję autorytetu mówiącego ludziom, jak mają żyć. Nie jest zatem rzeczą przypadku, że wzrost znaczenia intelektualistów zbiega się w czasie z rewolucją francuską. Obie te rzeczy łączy związek przyczynowo-skutkowy. Upadek dotychczasowego znaczenia Kościoła stworzył moralną i intelektualną próżnię, a za jej wypełnienie zabrali się właśnie „intelektualiści”. Efekty ich starań są przygnębiająco powszechne i udokumentowane ad nauseum w książce Johnsona [Intelektualiści .md]. Współczesny intelektualista to przede wszystkim rozpustnik i głupiec. Tworzone przez niego teorie mają służyć i usprawiedliwiać’ jego własne postępowanie.

I tak, Rousseau, autor Emila, pierwszej współczesnej książki o wychowaniu dzieci, pięcioro swoich nieślubnych dzieci niedługo po ich narodzinach posłał do sierocińca, co zważywszy na warunki jakie w XVIII wieku panowały w tych instytucjach, oznaczało skazanie ich na śmierć.

Marks, orędownik proletariatu, w całym swoim życiu miał kontakt tylko z jednym proletariuszem, a właściwie proletariuszką. Była nią jego służąca Lenchen, której nie płacił ani grosza. Wykorzystywał ja nie tylko ekonomicznie, ale też seksualnie. Miał z nią nieślubne dziecko, ale odmówił uznania jego ojcostwa. Jak pisze Johnson:

Lenchen miała jednak silniejszy charakter od kochanki Rousseau. Nalegała na uznanie chłopca. Oddano go w końcu na wychowanie do robotniczej rodziny o nazwisku Lewis, ale pozwolono mu odwiedzać dom Marksów. Nie wolno mu było jednak wchodzić przez drzwi frontowe i zmuszono do widywania się z matką jedynie w kuchni. Marks był przerażony, że ojcostwo Freddy’ego zostanie wykryte i że mogłoby ono mieć zgubny skutek dla niego jako rewolucyjnego przywódcy i proroka”.

Z tego wszystkiego wynika oczywisty wniosek: teoria pedagogiczna Rousseau i teorie ekonomiczne Marksa są głęboko zakorzenione w ich życiu osobistym.

A wracając do twierdzeń Petera Claya, koncepcja kompleksu Edypa ma ścisły związek z tym, że Freud miał romans ze szwagierką. Kompleks Edypa bowiem to nic innego, jak odwzorowanie jego własnego natręctwa oraz poczucia winy, które projektował na ludzkość jako całość.

W przenoszeniu własnego poczucia winy na świat jako taki jest bowiem coś głęboko satysfakcjonującego, ale w konsekwencji bardzo neurotycznego. I tym właśnie w istocie rzeczy zajmowali się głównie ci, których Johnson określa mianem „intelektualistów”. Ponieważ jednak jego książka ma skrajnie wręcz przyczynkarski charakter, autor nie pokusił się w niej o bezpośrednie sformułowanie stanowiska będącego zanegowaniem tez głoszonych przez Gaya.

Czy twierdzenie, że wytwór intelektu jest po prostu projekcja wewnętrznej potrzeby człowieka, nie jest już jednak zbyt daleko idące? I tak, i nie. Należałoby poszerzyć jego zakres w taki sposób, aby nie odnosiło się tylko do „intelektualistów”, lecz również do działalności uznanych uczonych.

Mówiąc ogólniej, koncepcję tę można przedstawić następująco: życie intelektualne jest funkcją życia moralnego danego myśliciela. Aby dotrzeć do prawdy, która jest celem intelektualnej aktywności, trzeba żyć w zgodzie z nakazami moralności. Wytwór intelektualny człowieka, który odchodzi od przestrzegania moralności, jest nie tyle rezultatem jego refleksji nad rzeczywistością zewnętrzną, ile wypadkową trawiących go żądz oraz pragnienia, aby je zaspokajać. Odnosi się to do wszystkich sfer życia umysłowego i wszelkich głęboko zakorzenionych pragnień. W pierwszym z wymienionych przypadków biografia twórcy nie ma większego znaczenia. W drugim jednak to ona właśnie jest najważniejsza.

I tak na przykład, teoria stanu stacjonarnego: wyjaśniająca mechanizm powstania wszechświata, całkowicie satysfakcjonowała tych, którzy (a priori) uznali, że Bóg nie istnieje. lej zwolennicy odstąpili od niej dopiero w obliczu przytłaczających naukowych dowodów na słuszność teorii Wielkiego Wybuchu, a przecież w swoim czasie teoria stanu stacjonarnego wydawała się naukowo niemożliwa do podważenia. [Teoria stanu stacjonarnego stworzona w 1948 roku przez Freda Hoyle’a, Thomasa Golda oraz Hermanna Bondiego jako alternatywa dla teorii Wielkiego Wybuchu głosi, że wszechświat nie powstał miliardy lat temu wskutek Wielkiego Wybuchu, lecz istniał od zawsze, a otaczająca nas materia nieustannie się stwarza (przyp. Tłum.). Została obalona doświadczalnie. Por.:CZY EWOLUCJONIZM JEST NAUKĄ. MATEMATYKA EWOLUCJI A LOGIKA EWOLUCJONISTÓW MD]

Skoro nasza teza okazała się poprawna w odniesieniu do astrońzyki, tym bardziej sprawdzi się w odniesieni do dziedzin mających bezpośredni związek z ludzkimi pragnieniami i pożądaniami. Nasze czasy zaś są świadectwem tego, że podstawową sferą, w której to one właśnie odgrywają kluczową rolę, jest seks.

Wiemy już zatem, że relatywizm kulturowy, który głosiła Margaret Mead, był jedynie błyskotliwym usprawiedliwianiem i uzasadnianiem cudzołóstwa, którego się dopuszczała. Cóż bowiem skuteczniej uspokoi nasze sumienie, jeśli nie odkrycie, że „Samoańczycy, ludzie żyjący na łonie natury, w cudzołóstwie nie widzą niczego złego”?

Rozpusta jest występkiem powszechnym, szczególnie w naszych czasach. W sferze intelektualnej jednak rzeczą kluczową jest proces transmutacji przewin w rozmaite teorie, a więc sytuacja, w której „intelektualista” występuje przeciwko zasadom moralności, a co za tym idzie, przeciwko prawdzie.

Wszystkie współczesne „izmy” są wypadkową tej właśnie postawy. Wszystkie wyczerpują znamiona samo-usprawiedliwiania się. I wszystkie one najskuteczniej analizuje się z perspektywy wiedzy o niedostatkach moralnych ich twórców, orędowników i wyznawców.

Antytezę dualizmu charakterystycznego dla Petera Gaya (i nowoczesności) odnajdujemy w przytoczonym poniżej fragmencie książki Josefa Piepera The Silence of Saint Thomas”: Ponieważ obecnie uważa się, że aby poznać prawdę wystarczy po prostu mniej lub bardziej wytężać umysł, ijako że ascetyczne podejście do wiedzy jawi się nam jako mało sensowne, zatraciliśmy świadomość ścisłego związku łączącego prawdę ze stanem czystości. Święty Tomasz powiada, że nieczystość pierworodnej córki jest ślepotą ducha. Tylko ten, kto nie chce niczego dla siebie, kto nie jest subiektywnie „zainteresowany”, może poznać prawdę. Z drugiej strony, nieczyste, skażone egoizmem pragnienie zaspokajania przyjemności niszczy zarówno śmiałość ducha, jak i zdolność psyche do wsłuchiwania się ze spokojną uwagą w głos rzeczywistości”.

Przekleństwem naszej epoki jest to, że otaczająca rzeczywistość oraz haniebne elementy biografii wybitnych ludzi stanowią świadectwo słuszności przestróg i nauk niezmiennie głoszonych przez Kościół i będących niegdyś niezbywalną częścią zbiorowej mądrości Zachodu. Paul Johnson, wpisując się w nowy trend biograficznego realizmu, udokumentował zmierzch i upadek Zachodu przez pryzmat osobistego życia jego intelektualnej elity. Podaje na to dowody, ale ociąga się z wyciąganiem wniosków. Są one jednak kompletne i przekonujące, a werdykt jasny: Nowoczesność to usprawiedliwianie lubieżności.

Hannach Tillich w opublikowanych wspomnieniach dotyczących jej małżeństwa z liberalnym protestanckim teologiem Paulem Tillichem opisuje jego „pociąg do pornografii”, lubieżne życie i, co najciekawsze, związek tej postawy z jego intelektualnymi dociekaniami. Opowiada także, jak po śmierci Paula otworzyła jego biurko, wspomina też o tym, co w nim znalazła. Scena ta doskonale oddaje istotę epoki postmodernizmu:

Otworzyłam szuflady. Wysypały się z nich zdjęcia dziewcząt, listy oraz wiersze urokliwe i wstrętne. Poza szufladami, które zawierać miały płody jego ducha, napisane książki i nieopublikowane manuskrypty walały się w całkowitym nieładzie. Kusiło mnie, żeby między uświęcone części jego renomowanych dzieł włożyć owe obsceniczne dowody realnego życia, które przemienił w złoto abstrakcji. Król Midas ducha”.

Teraz, dzięki otwartości, którą zawdzięczamy rewolucji seksualnej, wiemy, iż nowoczesne koncepcje najtrafniej tłumaczą elementy biografii ich orędowników. Zważywszy na to, jakie prowadzili życie, wiemy również, dlaczego tak bardzo zależało im na tworzeniu abstrakcji. I wiemy teraz także a patrząc wstecz trudno wyobrazić sobie, że aż tak wielu ludzi traktowało je poważnie – że złoto Midasów nowoczesności było przede wszystkim „złotem głupców”, czyli tworem fałszywym i nieudanym.

Teza zawarta w niniejszej książce jest prosta: Nowoczesność to uzasadnianie i usprawiedliwianie seksualnych występków. Wszystkie intelektualne i kulturowe przełomy związane z modernizmem w taki czy inny sposób wiązały się seksualnymi żądzami; ich prekursorzy doskonale zdawali sobie sprawę, że są one występne, ale mimo to chcieli je zaspokajać. Ich koncepcje w ostatecznym rozrachunku były usprawiedliwianiem wyborów, których dokonali ze świadomością, że są one złe.

Biografie modernistów są zatem zdumiewającym potwierdzeniem potęgi i zakresu prawa moralnego. Św. Augustyn napisał w Wyznaniach: „Przewrotnie usiłują naśladować Ciebie ci wszyscy, którzy odrywają się od Ciebie i przeciw Tobie się buntują”. Mówiło Bogu i o ludziach, którzy w jego czasach od Niego się odwracali. Słowa te można wszakże odnieść również do moralności oraz tych, którzy w naszych czasach ją odrzucają.

Tyle o prostocie przesłania niniejszej książki. Co zaś do jej formy, jest ona dwoista i składają się na nią analizy biografii niektórych nowatorskich współczesnych myślicieli oraz próby przełożenia stworzonych przez nich koncepcji na praktykę życia ich obecnych naśladowców.

Trzeba zaznaczyć, że nic takiego, jak „epoka postmodernistyczna” nie istnieje, są jednak myśliciele podążający utartymi i zawsze ograniczającymi człowieka koleinami koncepcji seksualnego wyzwolenia, którzy czynią to, imając się coraz bardziej maniakalnych i coraz bardziej samo-zaprzeczających sobie sposobów. Jeżeli epoka postmodernistyczna kiedykolwiek nadejdzie, zrodzi się z negacji tego, co było przed nią, nie zaś z coraz bardziej miałkich koncepcji i coraz brutalniejszych form autodestrukcji.

Wstrząsające dane z USA. 96-98 proc. to aborcje [morderstwa] na zdrowych dzieciach.

6.07.2022, https://www.tvp.info/61140883/aborcja-w-usa-korzekwa-kaliszuk-o-danych-z-florydy-96-proc-to-aborcje-na-zdrowych-dzieciach

Aborcja w USA. Zmiana prawa wywołała ogromne emocje (fot. PAP/EPA/DIEGO FEDELE)

Kolejne amerykańskie stany po latach wycofują się z liberalnych przepisów o aborcji na życzenie. „Na 80 tys. aborcji na Florydzie w 2021 r. 96 proc. to były aborcje na zdrowych dzieciach, z ciąż niezagrażających kobietom, będących owocem dobrowolnego współżycia” – poinformowała na Twitterze Magdalena Korzekwa-Kaliszuk z Fundacji Proelio.

Sąd Najwyższy USA zniósł konstytucyjne prawo do aborcji. Amerykański wymiar sprawiedliwości ocenił, że prawo regulacji aborcji leży w gestii władz stanowych.
Sąd odwrócił tym samym dotychczasowy stan prawny obowiązujący od 1973 r. i precedensowej decyzji w sprawie Roe przeciwko Wade.
Kolejne stany decydują się, by ograniczać dostęp do aborcji, który przez lata był zbyt powszechny. To wywołuje wściekłość środowisk lewicowych, organizacji LGBT+ i ruchów proaborcyjnych.


„Zasłanianie się skrajnymi przypadkami, aby bronić aborcji na życzenie, jest cyniczną manipulacją” – oceniła w mediach społecznościowych Magdalena Korzekwa-Kaliszuk.
Aktywistka pro-life i prezes Fundacji Proelio dodała, że ponieważ zdrowie psychiczne/emocjonalne jest interpretowane bardzo szeroko, to tę kategorię w większości przypadków też można by dodać do aborcji na życzenie.

Oszacowała, że w związku z tym 98 proc. aborcji na Florydzie w 2021 r. to były aborcje na zdrowych dzieciach.

Powody aborcji monitoruje stanowa agencja zdrowia” – zaznaczyła i podała dane zebrane przez tę instytucję:

96 proc. – aborcja na życzenie
1,9 proc. – aborcja ze względu na zdrowie psychiczne/emocjonalne
1,3 proc. – zagrożenie zdrowia fizycznego
0,9 proc. – wada rozwojowa dziecka
0,1 proc. – gwałt
0,1 proc. – zagrożenie życia matki

Koszmar i terror COVID wraca. Chiny chcą szczepić obowiązkowo.

https://businessinsider.com.pl/wiadomosci/covid-19-wraca-chiny-beda-szczepic-obowiazkowo/1e0cs72 [podaję poniższe – jako przykład kretyństwa nowo-mowy. MD]

Chińczycy po raz pierwszy [???? MD] wprowadzili obowiązek szczepień. Od przyszłego tygodnia bez świadectwa zaszczepienia się nie będzie można wejść do wielu miejsc publicznych. „To sposób na radzenie sobie z pandemią, która w Państwie Środka zatacza coraz szersze kręgi”. [???? MD]

Z obowiązku okazywania zaświadczeń wyłączone będą tylko osoby, które nie mogą się zaszczepić ze względów zdrowotnych [??? pewnie członkowie Komitetu Centralnego. md] . Na liście objętych wymogiem miejsc publicznych [???? MD] nie ma restauracji, biur i środków transportu publicznego.

– Aplikacja na telefony komórkowe, która dotąd pokazywała wyniki testów PCR, została zaktualizowana i będzie wyświetlała również informację o szczepieniach – oświadczył rzecznik pekińskiej komisji zdrowia Li Ang.

– W ramach normalizacji kontroli pandemii Covid-19 przyjęcie szczepionki wciąż jest najskuteczniejszą metodą kontroli szerzenia się Covid-19 – dodał Li w wydanym w środę komunikacie.[???? MD]

W Chinach obowiązywał już wcześniej wymóg szczepień wobec osób pracujących w służbie zdrowia, transporcie publicznym i zajmujących się mrożoną żywnością.[???? MD]

Władze powstrzymywały się jednak jak dotąd od wprowadzania powszechnego obowiązku szczepień.Według danych przytaczanych przez agencję Reutera w Pekinie do września 2021 roku w pełni zaszczepiono już 97,7 proc. mieszkańców, a obecnie władze starają się zachęcić ludzi do przyjmowania dawek przypominających. Próbują również skłonić do szczepień osoby po 60. roku życia, wśród których do kwietnia co najmniej jedną dawkę przyjęło tylko 80,6 proc.[???? to sprzeczne z poprzednim zdaniem. MD]

W Pekinie oraz mieście Xian, znanym z Terakotowej Armii, wykryto w tym tygodniu ogniska wariantu koronawirusa Omikron. Z kolei w 25-milionowym Szanghaju czwartek jest trzecim dniem masowych testów przesiewowych, które wywołały obawy o możliwość powrotu surowego lockdownu, jaki obowiązywał tam przez dwa miesiące od końca marca do początku czerwca.

=================

mail:

to nie konflikt lecz wspólne przedstawienie wprowadzające przyszłe królestwo antychrysta...

Kissinger: Ta proxy-wojna na Ukrainie czyni Chiny silniejszymi.

Kissinger: Ta proxy-wojna na Ukrainie czyni Chiny silniejszymi.

Tupnął nogą. Chociaż raz. Autor: Mike Whitney* Za: https://www.globalresearch.ca/kissinger-nails-it-for-once/5782284 Global Research 03.07.2022 Tłumaczenie i redakcja tekstu w języku polskim: Jan Rybski

Czy wiecie państwo,  dlaczego wystąpienie Henry’ego Kissingera na Światowym Forum Ekonomicznym wywołało taką furię? Kissinger nie skrytykował sposobu prowadzenia wojny na Ukrainie ani braku postępów na froncie. Nie. To, co Kissinger skrytykował, to sama polityka. I to właśnie wywołało burzę. Wylał kubeł zimnej wody na ludzi, którzy wymyślili tę szaloną politykę, mówiąc im prosto w twarz: „źle żeście to zrobili”. I rzeczywiście się pomylili, bo polityka, którą obecnie prowadzą, szkodzi sojusznikom i interesom USA. To jest probierz, którego używa się, aby określić, czy dana polityka jest głupia czy nie, i niestety, ta zdaje „test głupoty” z powodzeniem. Pozwólcie, że wyjaśnię: Naszą podstawową strategią jest „osłabienie” i „izolacja” Rosji poprzez zerwanie więzi gospodarczych pomiędzy nią a Europą i wpędzenie jej w długi i kosztowny impas na Ukrainie. Taki jest plan. Teraz można pomyśleć, że brzmi to całkiem rozsądnie, ale – według Kissingera – jest to zły plan. Dlaczego? Ponieważ amerykańska strategia bezpieczeństwa narodowego określa Chiny jako rywala numer jeden dla Ameryki (którym oczywiście są), więc naturalnie każda polityka, która wzmacnia Chiny, jest sprzeczna ze strategicznymi interesami USA. Rozumiemy się? Więc pytanie brzmi: Czy ta proxy-wojna na Ukrainie czyni Chiny silniejszymi? A odpowiedź brzmi: Oczywiście, że tak. Sprawia, że Chiny są o wiele silniejsze, ponieważ wojna ta zmusza Rosję do wzmocnienia relacji z Chinami. Co to oznacza w praktyce? Oznacza to, że stosunki między światową potęgą produkcyjną (Chiny) i drugim największym producentem węglowodorów (Rosja) właśnie uległy znacznej poprawie z powodu bezproduktywnej wojny Waszyngtonu na Ukrainie. Dokładnie to właśnie oznacza. Oznacza to również, że – w miarę poprawy stosunków między tymi dwoma krajami – tempo upadku imperialnego USA będzie przyspieszać, w miarę jak strefa bez dolara będzie się rozszerzać, a handel dwustronny stopniowo zastąpi obecny, zdominowany przez USA system handlu światowego. Widać, że to się już dzieje. Wojna na Ukrainie wywołała szokujące załamanie światowego handlu, poważne zakłócenia w krytycznych liniach zaopatrzenia, bezprecedensowe niedobory żywności i energii oraz największy ponowny podział świata od czasu rozpadu Związku Radzieckiego. Waszyngton postanowił postawić swoją przyszłość i przyszłość narodu amerykańskiego na bezsensownym geopolitycznym gambicie, który może okazać się największą strategiczną katastrofą w historii USA. Kissinger rozumie powagę sytuacji i dlatego postanowił wtrącić swoje trzy grosze. Nie tylko jednak skrytykował politykę, ale także przedstawił złowieszcze ostrzeżenie, które zostało niemal całkowicie zignorowane przez media. Oto co powiedział: „Negocjacje muszą rozpocząć się w ciągu najbliższych dwóch miesięcy, zanim wojna ta spowoduje wstrząsy i napięcia, które nie będą łatwe do przezwyciężenia. Idealnie linią podziału powinien być powrót do status quo ante (…) Kontynuowanie wojny poza ten punkt nie dotyczyłoby wolności dla Ukrainy, ale nowej wojny przeciwko samej Rosji”.

Szerokie sankcje USA i UE na Rosję: Bumerang i ekonomiczna reakcja w całej Unii Europejskiej

Jest to widoczne czarno na białym, ale rozbijmy to na dwie części, aby lepiej zrozumieć, co mówi Kissinger: „Polityka ta jest zła. Polityka musi być zmieniona natychmiast lub szkody dla USA i ich sojuszników będą poważne i trwałe.” („Negocjacje muszą się rozpocząć w ciągu najbliższych dwóch miesięcy”). To może brzmieć zbyt apokaliptycznie dla niektórych, ale myślę, że Kissinger po coś tutaj jest. W końcu spójrzcie na ogromne zmiany, jakich świat już doświadczył od czasu rozpoczęcia konfliktu; zakłócenia w liniach zaopatrzenia, niedobory żywności i energii oraz cofnięcie projektu globalizacji. Powiedziałbym, że to całkiem duże zmiany, ale prawdopodobnie to tylko wierzchołek góry lodowej. Prawdziwy ból jest jeszcze przed nami. Jak będzie wyglądała tegoroczna zima, kiedy rachunki za ogrzewanie domów poszybują w górę, przemysł w całej Europie podda się wyższym kosztom energii, bezrobocie wzrośnie do poziomu Wielkiej Depresji, a przerwy w dostawie prądu staną się stałym elementem życia na Zachodzie? Tak wygląda przyszłość Europy i Ameryki, jeśli polityka ta nie zostanie odwrócona i nie dojdzie do szybkiego porozumienia w drodze negocjacji. Putin już oświadczył, że Rosja nie postawi się w sytuacji, w której będzie ponownie gospodarczo zależna od Europy. Te dni już minęły. Zamiast tego przekierowuje on krytyczne przepływy energii do Chin, Indii i dalej w świat. Europa nie jest już priorytetowym klientem, w rzeczywistości stała się zagrożeniem dla przetrwania Rosji, co oznacza, że Rosja będzie nadal kierować swoją produkcję na Wschód. Jak to wpłynie na Europę? To proste. Europa będzie płacić za swoją energię więcej niż jakikolwiek inny kraj na świecie. Takiego wyboru dokonano, lekceważąc uzasadnione żądania Rosji dotyczące bezpieczeństwa, i z takim wynikiem będą musieli żyć. A więc, oto to, co trzeba wiedzieć:

W 2021 roku Rosja dostarczała 40% całego gazu ziemnego zużywanego w UE.W 2021 roku Rosja dostarczała ponad 25 % ropy naftowej zużywanej w UE.

Jeżeli uważają Państwo, że te ilości węglowodorów mogą zostać zastąpione przez producentów w Nigerii, Iranie, Arabii Saudyjskiej lub w innym odległym miejscu, to niestety są Państwo w błędzie. Europa zmierza w kierunku największego kryzysu energetycznego w swojej historii i może winić tylko siebie. Oto więcej z artykułu na RT (Russia Today): „Obecny kryzys energetyczny może być jednym z najgorszych i najdłuższych w historii, a kraje europejskie mogą zostać szczególnie mocno uderzone, powiedział we wtorek szef Międzynarodowej Agencji Energii, Fatih Birol. W wywiadzie dla niemieckiego magazynu Der Spiegel, Birol powiedział, że przykre następstwa po wydarzeniach na Ukrainie prawdopodobnie sprawią, że obecny kryzys energetyczny będzie gorszy niż kryzysy z lat 70-tych.

Wtedy wszystko kręciło się wokół ropy. Teraz mamy kryzys naftowy, gazowy i elektryczny jednocześnie” – powiedział Birol, dodając, że przed wydarzeniami na Ukrainie Rosja była „kamieniem węgielnym globalnego systemu energetycznego: największym na świecie eksporterem ropy, największym na świecie eksporterem gazu, wiodącym dostawcą węgla”. W ramach swoich sankcji związanych z Ukrainą, UE wprowadziła ograniczenia na rosyjskie paliwa kopalne i zobowiązała się do ich stopniowego wycofywania. Birol ostrzegł, że kraje w Europie, które są bardziej zależne od rosyjskiego gazu, czeka „trudna zima”, ponieważ „może być sytuacja wymuszająca racjonowanie gazu”, w tym w Niemczech. Jego komentarz pojawił się w momencie, gdy rosyjski państwowy dostawca gazu Gazprom odciął dostawy niektórym firmom energetycznym w Niemczech, Danii, Holandii i innych krajach, po tym jak nie zapłaciły one za paliwo w rublach zgodnie z nowymi wymogami. („Fuel rationing may be coming to Europe – IEA”, RT) Więc, czy ja dobrze sądzę, że zamarzanie na śmierć w ciemności jest lepsze od nalegania, aby Ukraina pozostała neutralna i przestała zabijać etnicznych Rosjan na wschodzie? Czy to jest ta „zasada”, której broni Europa? Jeśli tak, to jest to zły wybór. Oto coś do przemyślenia: Czy wiesz, że wszystkie „mieszanki olejowe” nie są takie same? Dlaczego miałoby to mieć znaczenie? Ponieważ Niemcy importują obecnie 34% swojej ropy z Rosji. A rosyjska ropa to w pełni sprawdzona, wysokiej jakości mieszanka Urals, która jest dostarczana w ogromnych ilościach rurociągiem „Przyjaźń” do niemieckich rafinerii, które zostały zaprojektowane tak, aby spełnić określone wymagania dotyczące przetwarzania. Różna ropa od różnych dostawców zaburzyłaby cały proces rafinacji. Wymagałoby to znacznej „modyfikacji nowych linii i infrastruktury surowcowej, instalacji destylacji atmosferycznej, instalacji destylacji próżniowej, instalacji katalitycznej, instalacji visbreakingu, instalacji alkilacji, reformera katalitycznego, instalacji izomeryzacji oraz instalacji eteru etylo-tert-butylowego (ETBE). Do tego zupełnie nowe magazyny + urządzenia przeładunkowe dla surowca z Rostocku, które zastąpią działający 24x7x365 sprawny rurociąg Przyjaźń.” („Germany’s Refinery Problem”, The Saker) Czyli wszystkie mieszanki ropy nie są takie same? Nie, nie są nawet zbliżone. Na dodatek eksperci branżowi szacują, że przebudowa rafinerii potrwa około 6 lat. W tym czasie wzrost gospodarczy Niemiec – który jest ściśle powiązany ze zużyciem energii – drastycznie spadnie, firmy zostaną zamknięte, bezrobocie wzrośnie, a najpotężniejszy i najbardziej produktywny kraj UE zostanie rzucony na kolana. Może ktoś w niemieckim rządzie powinien był pomyśleć o tych sprawach, zanim zdecydował się na bojkot rosyjskiej ropy? Punkt, który próbujemy przedstawić jest prosty: Kissinger ma rację, a neokolonialne klauny, które wymyśliły nieudaną strategię Ukrainy, są w błędzie, śmiertelnym błędzie. I jeśli nie zwołamy „Negocjacji… w ciągu najbliższych dwóch miesięcy”, jak radzi Kissinger, to zerwanie z Rosją będzie ostateczne i nieodwracalne, w którym to momencie ogromne zasoby energetyczne Rosji, bogactwa mineralne i produkty rolne zostaną na zawsze skierowane na wschód do bardziej przyjaznych narodów. A to spowoduje straszliwe cierpienia zarówno dla Stanów Zjednoczonych, jak i ich sojuszników w Europie. Jedynym rozsądnym działaniem jest wezwanie do natychmiastowego zawieszenia broni, aby można było rozpocząć rozmowy pokojowe JAK NAJSZYBCIEJ TO JEST TYLKO MOŻLIWE

. *Michael Whitney jest znanym analitykiem geopolitycznym i społecznym, z siedzibą w stanie Waszyngton. Rozpoczął swoją karierę jako niezależny dziennikarz obywatelski w 2002 roku, angażując się w uczciwe dziennikarstwo, sprawiedliwość społeczną i pokój na świecie. Jest współpracownikiem Centrum Badań nad Globalizacją (CRG).

Skutki „Zielonego Ładu” i kryminalnych ustępstw „rządu”: Rekordowe ceny energii elektrycznej w Polsce.

Skutki „Zielonego Ładu” i kryminalnych ustępstw „rządu”: Rekordowe ceny en. elektrycznej w Polsce. Tak drogo jeszcze nie było… [ a o przyczynach inflacji – same bzdury !! md]

[Poniższy text i jego slogany – umieszczam jako ilustrację niewiedzy przyczyn, bezczelności i niekompetencji „decydentów”. Mirosław Dakowski]

https://nczas.com/2022/07/08/rekordowe-ceny-pradu-w-polsce-tak-drogo-jeszcze-nie-bylo/

W ostatnich dniach ceny prądu w Polsce osiągnęły rekordową wysokość, a nasz system energetyczny znalazł się nad przepaścią. Wśród głównych problemów eksperci wyliczają m.in. trudno dostępny węgiel, którego ceny na rynkach dochodzą do 400 dolarów za tonę.

Tylko w czwartek cena prądu z opcją dostawy na rok 2023 na Towarowej Giełdzie Energii przekroczyła 1500 zł za MWh. Według „Rzeczpospolitej” składa się na to kilka czynników.

Już w poniedziałek 4 lipca prąd w Polsce był najdroższy w całej Unii Europejskiej. Na tzw. Rynku Bilansującym cena wyniosła blisko 2500 zł za MWh.

Mimo że padł historyczny rekord, nie jest to wynik ostateczny. Ceny bowiem mogą się zmieniać w ciągu najbliższych dni czy tygodni.

Do wzrostu cen mogły przyczynić się m.in. dwie poważne awarie dużych jednostek wytwórczych. – W efekcie dostępna dla operatora rezerwa w godz. 19 w poniedziałek nie była wystarczająca – tłumaczyły w rozmowie z „Rzeczpospolitą” Polskie Sieci Energetyczne.

Zdaniem ekspertów problemem jest też dostępność węgla. [A wielkie polskie górnictwo węglowe- wspólnie ze wspólnikami z UE – niscza od trzech dziesięcioleci. MD]

Polskie elektrownie już niebawem mogą zacząć kupować [sic !!! md] ten surowiec z zagranicy. Jego ceny, w portach Amsterdam-Rotterdam-Antwerpia, wynoszą nawet 400 dolarów za tonę. Polski węgiel także jest coraz trudniej dostępny i coraz droższy.

Na tym jednak nie koniec polskich problemów. Są bowiem przestoje w systemie energetycznym. Wyłączono m.in. blok w elektrowni Kozienice.

Sytuacja ta spowodowana jest istotnym wzrostem produkcji energii wynikającym ze znacznie wyższego niż planowane zapotrzebowania Krajowego Systemu Energetycznego” – wyjaśniła Enea, do której należy B11.

Problemy odnotował także Tauron – z powodu chwilowego spadku mocy jednego ze swoich bloków. W weekend przeprowadzony ma być natomiast remont bloku w elektrowni Turów.

===========================

A oto Zielony Ład w Dakocie:

Multimedia w nagłówku

Skies turn green during South Dakota storm

O energetyce – dla zwykłych ludzi i dla „humanistów”. Zwolnić hamulce – samo pojedzie !

Mirosław Dakowski [powtarzam w czerwcu 2022, bo okazuje się, że w Szwecji, mimo socjalizmu – jednak można]

O energetyce – dla zwykłych ludzi i dla „humanistów”.

Zwolnić hamulce – samo pojedzie !

Czy głupota jest grzechem?
poprawna odpowiedź w : św. Tomasz z Akwinu,
Suma Teologiczna, tom 16 „O Miłości”, 46,2 (por. na końcu…)

Mirosław Dakowski 18.03.2007.

W potocznym mniemaniu energetyka to wielkie elektrownie, reaktory atomowe, linie wysokiego napięcia, kopalnie i rurociągi. Przywykliśmy też uważać, że energetyka to nasze wydatkowane miliardy, przepływające bez uczciwej kontroli. Wobec sił rządzących tymi mechanizmami my, zwykli ludzie, czujemy się bezradni. I tak to jest rzeczywiście. Umacnia nas w tym poglądzie patrzenie do telewizora na różne komisje, np. ds. Orlenu, odgłosy skandali wokół Wielkie Rury czy – ostatnio – łamańce logiczne z rosyjskimi „cenami gazu” dla Ukrainy (o tym pod koniec). Wielkie firmy elektro-energetyczne chcą nam sprzedać (wcisnąć) jak najwięcej swego towaru i na to są nastawione ich kampanie reklamowe. Więc poniżej opisane Energetyka Użytkownika (EU) i podobne (ER) to dla nich wróg.

Od 1989 r. byłem w gronie osób tworzących dwa ważne nurty gospodarcze:

1. Energetykę Rozproszoną oraz Energetykę Użytkownika.

Istniejąca już (w 2005r.) energetyka rozproszona to setki tysięcy kotłów grzejnych (C.O.) na odpadowe drewno, to tysiące małych agro-rafinerii i bio-gazowni. Te ilości przy aprobacie rządu można zwiększyć dziesięcio- czy stu-krotnie. Wystarczy aprobata, nie pieniądze. System rozproszony daje nam bezpieczeństwo, bo żaden Wania nie potrafi tu zakręcić kurka. Również fiskus, nawet złośliwy, miałby kłopoty z zadławieniem inicjatyw, bo bio-gazownie czy kotłownie na odpady drewna są naszą własnością, pracują dla właściciela, nie ma więc za co płacić podatków. Mali przedsiębiorcy korzystają z lokalnych surowców, dają ludziom na miejscu pracę i zarobek. A dużo z tych ludzi tak przemyślnie buduje swe domy, że nie potrzebują one kotłowni. Jeśli mieszkają w starych domach i są biedni, to zbierają gałęzie i makulaturę do pieco-kuchni, które grzeją kaloryfery i umożliwiają ugotowanie posiłków. Te urządzenia są tanie i mają wielką sprawność. To działa! Czyż to nie lepsze i bardziej wychowawcze, niż zaangażowane żądania w TV, by ktoś dał zapomogę (pieniądze) kobiecie na grzanie elektrycznością (bardzo przecież drogą!). Widać było, że kobieta nawet nie zatkała szpar w oknach starymi swetrami czy watą. Taki reportaż to pochwała bierności i anty-propaganda normalności.
W pierwszej dziedzinie (ER) obecnie główny (bo najtańszy !) nurt stanowi użytkowanie biomasy na wsi (drewno, słoma). Drugą (EU) dobrze oddaje hasło samoobrony energetycznej, szczególnie ludzi uboższych, a jeszcze nie zepchniętych w wyuczoną bierność. Wyartykułowałem ich podstawy tak w dyskusjach w Sejmie, jak i w czasie wykładów publicznych i na uczelniach oraz w prasie fachowej. Ostatnio – w książce „O Energetyce – dla użytkowników oraz sceptyków”.
Od strony merytorycznej głównymi składnikami tych nurtów są

2. Poszanowanie Energii oraz Energie Odnawialne.

Kilka przykładów:

  1. Kotły i kotłownie na biomasę: Wylansowane przez Grupę Poszanowania Energii (i następnie także przez konkurencję!) kotły na drewno, słomę, odpady z łuszczarni kasz (t.zw. biomasę) mają już sumaryczną moc przeszło 6 GW, t.j. odpowiednik mocy sześciu elektrowni jądrowych w Żarnowcu. Na szczęście EJ … nie zbudowanych. Oczywiście w kotłach jest to produkcja ciepła, a nie elektryczności, ale wieś i przedmieście mają zapewnione Tanie Ciepło.
  2. Małe tłocznie oleju i agro-rafinerie powstają na razie nielegalnie. Produkcja i możliwość legalnej sprzedaży biopaliw płynnych przez małe agro-rafinerie może być uruchomiona na dużą skalę przez zmiany przepisów, głównie w Ministerstwie Rolnictwa. Uczciwe projekty ustaw od lat są blokowane przez lobbystów ogromnych firm czy mafii, które chcą maksymalizować swe zyski poprzez obezwładnianie małych i rzutkich.
  3. Rydz! Olej rzepakowy i podobne mają dużą lepkość i łatwo zamarzają. By uzdatnić je jako paliwo do samochodów, potrzebne są proste procesy chemiczne. Ostatnio jednak Roman Kluska promuje użycie oleju z rośliny zwanej rydz (lnianka?), rosnącej również na glebach ubogich. Ten olej nie zamarza, może więc być stosowany bezpośrednio do silników diesla. Tanio, rewelacyjnie. Rozwój tej dziedziny jest o wiele tańszy dla budżetu i korzystniejszy dla rolnika, niż dopłaty do paliw rolniczych, o które toczą boje w sejmie rolnicy z Marszałkowskiej.
  4. Podobnie – małe gorzelnie, potrzebne tak do celów energetycznych, jak i spożywczych (obecne przepisy blokują nawet produkcję nalewek!),
  5. Tania utylizacja odpadów zwierzęcych. Obecnie odpady zwierzęce po cichu utylizuje się metodą Stokłosy: zakopywania padliny w gruncie, lub metodą nielegalnej produkcji mączek i dodawania ich do pasz treściwych. W Niemczech, a może w całej Unii, nielegalnie lecz realnie dodaje się mączki do zlewek z kuchni i skarmia w chlewniach. I dopiero potem wprowadza się drogie kwarantanny, gdy któreś bydlę jednak się tym zarazi. W Anglii odpadami zwierzęcymi skarmiane są ryby morskie i przez nie przenosi się BSE dalej. Wzory więc mamy, tylko nie warto na nich się wzorować. Świetne i tanie polskie reaktory do kompostowania odpadów ciągle czekają na wejście do szerokiego użycia (por. O Energii, str. 81).
  6. Domy zero-energetyczne. Obecnie przeszło połowa energii w Polsce idzie na grzanie budynków! Istnieją sprawdzone, polskie technologie budowy domów zero-energe-tycznych, t.j. takich, które zużywają 7 – 10 razy mniej energii na ogrzewanie od domów standardowych (np. E. Rylewski, jego domy w Warszawie). I nie są droższe w budowie. Przecież przy haśle wyborczym PiS-u trzy miliony mieszkań władze odpowiedzialne za tę dziedzinę powinny nas błagać o radę, o pomoc. Dotyczy to tak urzędników odpowiednich ministerstw, jak i firm deweloperskich… Przy realizacji tego programu jakiż zysk dla Polski (przepraszam – dla budżetu, bo Władze czy żurnaliści raczej w tych kategoriach dyskutują…)
  7. MEW (małe elektrownie wodne) – jest ich ok. 300, a można zbudować i powinno ich być 3-6 tysięcy. Należy jednak umniejszyć roszczenia monopolistyczne instytucji związanych z Ministerstwem Środowiska. Regionalne Zarządy Gospodarki Wodnej mają ustawowe zadania „zarządzania zasobami wodnymi w imieniu właściciela”. A tymczasem urządzenia piętrzące wodę, którymi zarządzają, uzurpują dla siebie, by (tu podejrzenie) z zyskiem (ale dla urzędnika) sprzedać je obcej firmie. W tej sprawie pomóc musi Ministerstwo Administracji.
  8. Plantacje energetyczne. W tej dziedzinie też pełno absurdów. W lutym 2005 premier i minister rolnictwa podpisali bardzo niemądre zarządzenia o ograniczeniu roślin energetycznych tylko do wierzby i róży bezkolcowej (?? sic!) oraz o wyłączeniu plantacji z dopłat rolniczych UE !! Uzyskiwanie na te cele dopłat należy wymusić na komórkach związanych z UE.Tak absurdalne i szkodliwe decyzje wskazują na pilną konieczność wprowadzenia innego sposobu doboru ekspertów.
  9. Lokalne źródła gazu (mamy ich ok. 260-ciu). Ich wykorzystanie umożliwi lokalny dobrobyt. N.p. ko-generacja ciepła i elektryczności oraz wytwarzanie gazu pod ciśnieniem (CNG) dla komunikacji, szczególnie autobusów i ciężarówek.
  10. Poszanowanie Energii od piętnastu lat napotyka na blokady w Ministerstwie Finansów. Obecnie NIKT w strukturach rządu tym Wielkim Motorem Aktywności nie kieruje. Tylko małe interesy robią urzędnicy (dla siebie). Małą przedsiębiorczość blokowały i blokują Agencja Techniki i Technologii i Państwowa Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości.


3. Jest nas legion!

W t.zw. terenie są tysiące ludzi, którzy, podobnie jek jak my w energetyce rozproszonej, nauczyli się pływać między rafami biurokracji i fiskusa. Co ważniejsze, poznali zasadzki i pułapki przepisów. Mogą doradzić, które przepisy należy usunąć lub złagodzić.Szybkie wykorzystanie ich doświadczeń pozwoli rządowi na udrożnienie wysiłków ludzi rzutkich i twórczych – i to małymi nakładami finansowymi. Zmniejszy to też szybko bezrobocie i beznadzieję wśród ludzi bierniejszych. Jak powtarza Karol Teliga, najbardziej nie-ekologiczna jest nędza. Wyzwolona ludzka aktywność przyniesie wkrótce dwojaki efekt: wzrost dobrobytu oraz zmniejszenie emisji CO2, SO2 i trucizn. Dwa w jednym, Panie Premierze!
W dziedzinie Poszanowania Energii oraz Energii Odnawialnej możliwe jest ułatwienie aktywności setek tysięcy, a z pracownikami najemnymi nawet milionów ludzi (sic!) bez nacisków na budżet ani na inne finanse. Wiemy jak to zrobić (Grupa Poszanowania Energii) w dziedzinach, o których piszę. A przykłady podałem szerzej w książce „O Energetyce”. Mamy w tym 15-letnie doświadczenie – i wyniki. Jednak w obu tych ostatnich dziedzinach kręgi urzędnicze w ministerstwach (ciągle niestety podejście resortowe!), sprawy hamowały, albo pchały w bok. Istnieje wiele twórczych kręgów specjalistów w innych dziedzinach. Udało się Energetykę Rozproszoną zrealizować (częściowo!) mimo niechętnej czy podejrzliwej postawy kolejnych rządów. Niestety, rozwiązania powstawały metodą BAU (Business as Usual), a więc powoli i przy aktywnym oporze części władz powiązanych z wielką energetyką. Energetyka Rozproszona oraz Energetyka Użytkownika to działy aktywności ludzi silnie blokowane przez Wielkie Grupy Nacisku (raczej: Grupy Wielkiego Nacisku).

4. Zwolnić hamulce – samo pojedzie

Użyjmy porównania z energetyki wodnej: Możliwe i konieczne jest otwarcie zapór i barier przepisów – i skierowanie nurtów inicjatyw ludzkich na młyn. Wodny oczywiście, a nie nowoczesny, elektryczny. Ze strony rządu potrzebne jest głównie zwolnienie hamulców biurokratyczno-urzędniczych, a nie fundusze z budżetu! Można oczekiwać protestów ze strony urzędników nagle pozbawionych łapówek. Ale oni chyba nie są zorganizowani w silne, sprawne mafie.
Omawiany i proponowany kierunek jest również realnym ukłonem w stronę liberalnych tendencji w PO. Niech za ich sloganami pójdą nasze czyny. Proponujemy rządowi PiS-u pomoc ze strony ludzi, którzy dotąd bez pomocy kolejnych rządów (a często przy aktywnym przeszkadzaniu) odnotowali sukcesy.
Przepisy hamujące rozwój małej przedsiębiorczości są wymyślane i (wybiórczo!) stosowane przez różne urzędy. Interesy wielkich (ilościowo) grup ludzi (wyborców) są formalnie poszufladkowane (i zwykle pomijane) w wielu ministerstwach. Pozatem decyzje zostawiono urzędnikom, którym przez dziesięciolecia tak ustawiano bodźce, by aktywność nie przynosiła chwały ani zysków, a bierność i utrudnianie – owszem.
Różne, szybko mnożone przepisy zwiększające kontrolę może są potrzebne (czy byłyby) dla kontroli Wielkich Firm czy ew. mafii. Ale te grupy łatwo je obejdą, bo w preliminarzu mają fundusze na różnych sobotków. Przepisy te, gdy stosowane do małych przedsiębiorstw i pojedynczych ludzi, są szkodliwe. Blokują ich aktywność gospodarczą – i/lub zmuszają do łapówkarstwa.
Zmniejszanie blokad urzędniczych, a w wyniku zwiększania nadziei na przyszłość powinna być w gestii premiera, a także w sferze zainteresowań PR (Public Relations rządu). Dla rozwoju tych dziedzin powinien powstać w Ministerstwie Gospodarki departament, powiązany ściśle z odpowiednimi departamentami w Ministerstwie Rolnictwa (tam konieczny jest departament Energetyki Rolniczej), Ministerstwem Finansów (konieczne racjonalne usuwanie zbędnych, blokujących rozwój zarządzeń), Ministerstwem Administracji i Ministerstwa Środowiska. Ta akcja ma wielkie znaczenie propagandowe: dla wzrostu poczucia zadowolenia ludzi, wyborców, a więc wpłynie na zwiększenie możliwości manewru rządu. Z drugiej strony dla jej sukcesu w skali Polski potrzebne jest życzliwe zrozumienie i pomoc rządu.
W początkach listopada 2005

5. Napisałem do Premiera :

„Obecny Pana rząd ma ogromną szansę w porównaniu z poprzednimi: jest gabinetem mniejszościowym. Urzędnicy różnych szczebli muszą więc podejmować kroki korzystne dla szerokiego grona wyborców – i kroki spektakularne. Nie mogą więc uznać się za podłączonych (z racji np. stanowiska dyrektora departamentu) do Rurociągu Wszechwiedzy, bez konieczności reagowania na realia ani na apele ekspertów, co było typowe dla dotychczasowych ekip.
Na skalę Polski potrzebne jest stanowcze a łagodne usuwanie barier i narastających absurdalnych przepisów. Co najmniej połowa takich przepisów może być usunięta przez zdeterminowany rząd od razu. Dalsze powinny być powoli łagodzone, by nie wywołać buntu ze strony tej części skorumpowanej klasy urzędniczej, która już jest połączona w sieć niejawnej współpracy. Dla przykładu: Ustawa o Zamówieniach Publicznych znacznie podwyższa koszty, głównie przez konieczne łapowe, wydłuża czas inwestycji. Często podnosi koszty o 30% (na uczelniach), a nawet 10-krotnie (sprzedaż drewna w znanych mi dzielnicach Warszawy) lub zupełnie uniemożliwia działanie. Zyski z usunięcia przepisów szkodliwych mogą być porównywalne do zysków z działania przyszłego Urzędu Antykorupcyjnego, a koszty na pewno będą znacznie niższe”.
Ogromna część wyborców zgadza się ze starym, a ciągle aktualnym powiedzeniem: Rząd chce naszego dobra, a my mamy go już tak mało…. W cytowaniu tego sloganu chodzi mi również o ukrócenie pokus wyzysku przez terenowych kacyków. Powtórzmy: Otóż TEN rząd ma rzadką szansę, by znacznie i zauważalnie zmniejszyć obciążenie szkodliwymi przepisami. Tym samym zwiększy wśród wyborców poparcie dla siebie. Zmniejszy to zależność od opozycji, jak i od chwilowych koalicjantów: Spełnić znaczącą część oczekiwań wyborców i aktualnych sympatyków partii (PiS) można metodami liberałów. Ku pożytkowi ogółu Polaków.

6. Dominacja Pośrednika

Rządy nazywające siebie liberalnymi doprowadziły w gospodarce do chorobliwej Dominacji Pośredników: naturalny i bliski związek wytwórca – konsument został brutalnie zerwany. Powstała bardzo słabo przepuszczalna warstwa Pośredników, formalnych i nieformalnych (mafijnych). Zatrzymuje ona dla siebie 80-90% zysków, co prowadzi do skrajnego i szybkiego zubożenia tak drobnego producenta (rolnik, rzemieślnik), jak i konsumenta. A tymczasem to te dwie grupy stanowią większość wyborców. Dla nich więc, dla ich zadowolenia warto włożyć wysiłek intelektualny prawników, którzy by znaleźli drogi obejścia Barier Pośrednika i znaleźli sposoby modyfikacji czy uchylania przepisów – absurdów. Powtarzam: Narosło dużo ustaw i przepisów, które są pętami dla milionów ludzi/wyborców. Możliwa jest taka modyfikacja tych przepisów, by pozwolić ludziom na aktywność gospodarczą na dostępną każdemu skalę. Zysk więc – dla wszystkich. Jeden ze znanych polityków powiedział mi z przekąsem, że to (np. ER) są małe sprawy np. w porównaniu z Orlenem. Tak, małe, ale dotyczą ogromnej ilości ludzi, a właśnie tym ludziom należy ulżyć.
Pojęcie ignorant może mieć co najmniej dwa znaczenia: – ten, kto nie wie, nie rozumie, oraz ten, kto ważne sygnały ignoruje, lekceważy, zajęty np. personalnymi intrygami. Dopiero połączenie tych postaw jest dla skuteczności działań zabójcze.

7. Logika w pogardzie

Przypomnę: Wszystkie media wmawiały nam na początku stycznia, że nastąpiła ugoda Rosji i Ukrainy, w wyniku której Gazprom dostanie swoje 230 $/1000m3 gazu, Ukraina zapłaci po $95, a różnice pokryje pośrednik (?) importujący gaz z Turkmenistanu. Unikano też jak ognia pytania, na jak długo zawarto te umowę? Każdy dwunastolatek o średnim IQ może policzyć, że jeśli by połowa gazu dla Ukrainy szła z Turkmenistanu za darmo, to pośrednik musiałby dopłacać do tego interesu po $40 za 1 tys.m3. Dopiero, gdyby Gazprom zmniejszył sprzedaż na Ukrainę 9-krotnie (a więc stracił dotychczasowe ogromne zyski!), to pośrednik miałby swoje 10-20% zysku. Gdzie tu sens, gdzie logika? A żurnaliści pisali o tym poważnie… Jakaż to pogarda dla słuchacza czy oglądacza. Nie przebija się też do me(.)diów oczywista prawda, że nie istnieje żaden związek ceny (np. ropy) ani z kosztem jej wydobycia, ani transportu. Tym bardziej nie ma racjonalnego powodu, by ze spekulacyjnego podniesienia cen ropy wynikło podnoszenie cen gazu, czyli w naszym regionie zwielokrotnienie zysków Gazpromu (nawet nie Rosji). Są to przykłady wykazujące jednoznacznie, że nie istnieje rynek ani ceny światowe. Istnieje jedynie dyktat – porozumienie monopolistów. I głównie dlatego tak trudno się przebić z tematyką propagowaną w mym artykule. Stanowimy dla tych rabusiów realną konkurencję.

8. Dla kogo piszemy?

Ten tekst przeznaczony jest równocześnie dla bardzo różnych czytelników:

  1. Dla zwykłych ludzi, by im pokazać, że zrobionojuż coś istotnego na dużą skalę, nawet w grząskim bagnie absurdalnych przepisów i utrudnień, by ludzi natchnąć nadzieją, oraz by z naszych osiągnięć skorzystali.
  2. Dla tych bardziej rzutkich, by budowali sobie i innym nowe biogazownie, agro-rafinerie , domy zero-energetyczne czy kotły na drewno itp.
  3. I dla tych od władzy (PR – pijarów), by zauważyli, jak można tanio zwiększyć dobrobyt i poczucie stabilności u ludzi, a przez to zwiększyć zaufanie do rządu. Przecież ten realny program powinien zainteresować speców od tworzenia obrazu rządu!
  4. Nasze apele do szefów PiS-u, do premiera, ministra gospodarki, oraz prywatne podchody u polityków o wykorzystanie istniejących tanich i sprawdzonych rozwiązań pozostają bez odpowiedzi. Może tytuł ich skusi? Może powyższe sprawy dla rządzących wyglądają szokująco, mgliście, nierealnie czy egzotycznie. Może nudno. Cóż, czas się douczyć, dowiedzieć. Warto trochę zmienić perspektywę. Punkt siedzenia…

Tytuł artykułu powstał z paru powodów:

  1. Napisałem z prof. St. Wiąckowskim książkę „O Energetyce – dla użytkowników i sceptyków”. Szerzej omawiamy w niej sprawy poruszone w tym artykule. Chodziłem po księgarniach oferując im tę książkę (bo hurtownie nie widzą swego zysku w sprzedaży tego). M. inn. w renomowanej księgarni na Wiejskiej trafiłem na panią intelektualistkę która, jedynie usłyszawszy tytuł, zdecydowała, że to nie dla humanistów. Żadne argumenty nie zmieniły jej spiżowej stanowczości. Na moje końcowe pytanie, czy wie, kto napisał: „dostaliśmy się w łapy humanistów”, łypnęła złym oczkiem. Gdy ją poinformowałem, że był to największy poeta XX wieku, Osip Mandelsztam, a mówił to ok. 1936 r. w Kałudze, ZSSR, to Pani się obraziła. Ale książki nie wzięła.
  2. Nie dopuśćmy, by pojęcie humanista stało się równoważnikiem narzekającego niedorajdy. Naszkicowane rozwiązania ułatwiają uzyskanie taniego ciepła w domu, taniego paliwa do samochodu i uczciwej pracy dla setek tysięcy ludzi. Głównie rzutkich, ale nie tylko! Zapewniają też miejsca pracy dla bierniejszych, dla wykonawców.

Kto usłyszy i skorzysta? Czemu takie przekazywanie wiedzy i doświadczenia idzie jak po grudzie?

Skrót odpowiedzi św. Tomasza na pytanie postawione w początkowym motto:Istnieje głupota wrodzona, tępota, ta nie jest grzechem, jeśli nie jest połączona z pychą; zaś głupota spowodowana wysokim mniemaniem o sobie, intryganctwem, chęcią dominacji itp.- grzechem jest. Ciężkim.

Redaktorze! Nie poprawiaj, proszę, kolokwializmów w rodzaju patrzenie do telewizora, czy me(r)dia, Duże Litery czy pewne Powtórzenia – one oddają atmosferę i ciężar naszej walki. Najwyżej możesz się od nich z niesmakiem odciąć.

Tekst pisany jest jednak nie żółcią, ale krwią.

Książkę można zamówić u mnie [ (22) 812 08 06 lub dakowy@tlen.pl ] za jedne 25 zł z przesyłką.[ Już nie.. 2022 .

Ale jest w ANTYK’u: https://sklep.antyk.org.pl/f/O+energetyce+dla,t/ md]

Cele, metody i skutki poprawnej polityki energetycznej. Apel – sprzed ćwierć wieku. Na razie BEZSKUTECZNY.

Cele, metody i skutki poprawnej polityki energetycznej

Przypominam kolejny apel do premiera – sprzed ćwierć wieku. BEZSKUTECZNY. https://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=126&Itemid=44

————————-

Mirosław Dakowski
Grupa „Poszanowanie Energii”
grudzień 1997

Pro memoria
Cele, metody i skutki
poprawnej polityki energetycznej

1. Generalia

1.1. Celem polityki energetycznej jest (powinno być!) zaspokojenie potrzeb użytkowników. Energetyka musi więc mieć statut „użyteczności publicznej”. Musi być użyteczna dla konsumenta i dla Polski.
1.2. Termin „energetyka” obejmuje wszystkie nośniki, szczególnie węgiel, gaz, ciepło, elektryczność, energie odnawialne. Nadrzędną jest jednak energetyka użytkownika.
1.3. Zmniejszenie energochłonności jest warunkim koniecznym, choć nie dostatecznym konkurencyjności polskich towarów, a więc rozwoju gospodarki i zwiększenia dobrobytu ludzi.
4. Dywersyfikacja kierunków importu [gaz! – LNG*)] oraz rodzajów nośników jest warunkiem koniecznym niezawisłości Polski.
5. Mechanizmy umożliwiające osiągnięcie tych celów w skali Polski są znane, sprawdzone w działaniu w Europie i w świecie.

Obejmują spójne działania rządu:
– ministerstwa finansów (wybiórcze obniżenie podatków i opłat celnych, wybiórcze odpisy podatkowe)
– ministerstwa ochrony środowiska (n.p. zmniejszenie barier biurokratycznych przy wydawaniu pozwoleń wodno-prawnych i przy kontroli emisji zanieczyszczeń
– ministerstwa gospodarki (koordynacja działań, wybór kierunków).

2. Przykłady

2.1. Termorenowacja (t.j. termoizolacja budynków i automatyzacja sieci ciepłowniczych od źródła do kaloryfera) musi iść przed podnoszeniem cen. Czas zwrotu takich inwestycji wynosi 3-7 lat. „Uwolnienie cen ciepła” i jednoczesne podniesienie VAT jest przeciw-skuteczne: Ludzie przestaną płacić, kiedyś trzeba będzie te długi „umorzyć”, czyli kazać płacić innym za obecne błędne decyzje i wynikające z nich marnotrawstwo.
2.2. Świetlówki kompaktowe a polityka rządu. Przeszło połowa kosztu świetlówki to koszt „balastu elektronicznego”. Balast (mały falownik) może być „wieczny” – może pracować wiele dziesięcioleci. Należy więc umieszczać balasty w oprawach lamp, a wymieniać jedynie, i to rzadko, zużyte „rurki”. Ta zmiana technologiczna we współdziałaniu za zmianą podatkową: obniżenie VAT do zera i obniżenie opłat granicznych oraz promocja telewizyjna tych działań może spowodować dwudziestokrotny wzrost „nasycenia rynku” świetlówkami: z 1 % na 20 %. Mój magistrant (p. M. Spytek) pokazał ilościowo na tym przykładzie, że możliwa jest „gra o sumie niezerowej”: Wszyscy mogą wygrywać !
*) Obecnie Liquid Natural Gas (LNG) jest już loco Europa tańszy od gazu rurociągowego.

To zaś
a) zauważalnie zmniejszy rachunki konsumenta,
b) zwiększy dochody handlowców (przez zwiększony obrót!),
c) zwiększy dochody budżetu (tak drogie niektórym politykom),
d) uczyni niepotrzebnymi inwestycje w nowy turbozespół w Turoszowie, a więc
– odciąży wydatki państwa o ok. 1 mld. USD,
– odciąży powietrze od kwaśnych deszczów i
– poprawi krzywą dziennego obciążenia sieci elektrycznej (kłopotliwe garby zimowo-wieczorne).
2.3. Rolnictwo energetyczne (wierzba, trzcina) może zagospodarować tereny skażone i nieużytki, przy okazji doczyszczając ścieki komunalne. Z jednego hektara ziemi można uzyskać odpowiednik energetyczny 5-10 ton węgla rocznie (w cyklu trzyletnim). Podobne efekty daje leśnictwo energetyczne (cykl 20-letni, topole, modrzewie, akacjowce). Proponowane dziedziny są pracochłonne, zwiększają zatrudnienie ludzi mało wykształconych (dotyczy to też pkt. 2.4), nie wymagają wielkich inwestycji. Decyzje rządu korzystne dla tego kierunku zmniejszą napięcia społeczne związane np. ze zwalnianiem ludzi z górnictwa.
2.4. Turbiny dla małych elektrowni wodnych i dla elektrowni wiatrowych (obecnie VAT=22%), kotły na biomasę (VAT=7%), kolektory słoneczne c.w.u. (VAT=22%) powinny natychmiast uzyskać VAT=0. Powinno to być zagwarantowane na co najmniej 20 lat. Stworzy to – dotąd nie istniejący – rynek na takie urządzenia. I da mu szanse rozwoju. Podobnie powinny być zagwarantowane inne decyzje korzystne całościowo, a nie „resortowo”. Tak – bezinwestycyjnie ze strony rządu – powstaną nowe dziedziny produkcji i nowe źródła energii. Jeśli dodatkowo włączymy takie inwestycje do działu „odpisów od podstawy opodatkowania”, to uzyskamy zwiększenie dobrobytu ludzi i ożywienie gospodarki. Są przykłady w biednych krajach (np. Portugalia).
2.5. Taryfy elektryczne muszą być bardziej zróżnicowane (trzy taryfy dobowe). Bezwarunkowo musi to dotyczyć zakupu od niezależnych producentów. podniesie opłacalność a więc i szybki rozwój biogazowni przy oczyszczalniach ścieków, przy oborach z gnojowicą itp., rozwój małych elektrowni wodnych czy wiatrowych itp. To jednocześnie spowoduje poprawę (wygładzenie) krzywej zapotrzebowania dobowego na elektryczność. Jest to potencjał ogromny, lekceważony i przemilczany przez władze energetyki.
2.6. Działania spójne na przykładzie Warszawy:
Jednoczesne:
a) użycie kolejki dojazdowej jako szybkiej kolei miejskiej, zwiększenie częstości kursowania pociągów podmiejskich tak, by między Warszawą Wschodnią a Zachodnią pociągi jeździły co 4-6 min.,
b) radykalna poprawa ich bezpieczeństwa,
c) poprawa jakości połączeń faksowych i e-mail’owych w mieście,
d) budowa sieci bezpiecznych dróg rowerowych (por. Haga, Amsterdam, Kopenhaga itp.),
– zmniejszą korki komunikacyjne co najmniej o 40-50 %.
Koszty tych działań są znacznie niższe, niż koszty budowy parkingów piętrowych czy podziemnych, oraz niż koszty strat gospodarczych związanych z obecnymi „korkami”. Inni są też beneficjenci.
Przeprowadzono tu t.zw. „internalizację” kosztów środowiskowych, kosztów zdrowia i traconego czasu (włączono „external costs”).
Przy takim spojrzeniu stają się bardzo opłacalne szybkie budowy tras „siekierkowskiej” oraz mostu na autostradzie tranzytowej daleko od Warszawy (20-30 km).

3. Uwagi końcowe

Wg niezależnych ekspertów, oceny ministerstwa finansów dotyczące wpływu podnoszenia cen nośników energii na napięcie spirali inflacji były zaniżane w ciągu ostatnich siedmiu lat. Te oceny negują fakt, że mamy inflację kosztową oraz nie uwzględniają rachunku ciągnionego. Pozatem jest faktem, że radykalne podnoszenie cen nośników w ostatnich 7-miu latach nie zmniejszyło energochłonności. Sposoby jej zmniejszenia są znane i opisane.
Osłony socjalne, o których (w mediach) mówi rząd i związki zawodowe (i „negocjują” to!), to jedynie jałmużna skłaniająca ludzi do bierności.
Zastosowanie wyżej wymienionych mechanizmów stworzy na początku dziesiątki tysięcy nowych miejsc pracy. Z latami ta ilość wzrośnie. Sposoby te (tam, gdzie już zastosowane) dynamizują społeczeństwo, zwiększają poczucie sensu pracy i pomysłowości, poczucie wartości człowieka.
T.zw. „wolna gra sił rynkowych” zwiększa zyski firm czy osób już bogatych a powoduje obrabowywanie reszty narodu. Rozgoryczenie ludzi związane z niedotrzymywaniem obietnic i niespełnianiem programu przedwyborczego (np. niższe podatki) szybko zmiecie rząd z udziałem AWS-u i przygotuje warunki dla koalicji SLD-UW.

Jeśli postawimy dobrobyt ludzi przed dobrem budżetu, a w dodatku ucznimy to spektakularnie (współpraca TV i innych mediów), to możemy tym wszystkim niedobrym zjawiskom skutecznie przeciwdziałać. Dobrobyt naprawdę wzrośnie.

Poszanowanie Energii i Tania Energia – ale w Szwecji.

[Na początku „przemian”, za premiera J. Olszewskiego, byliśmy blisko stworzenia w Polsce Agencji Poszanowania Energii. Ale – „nieznani Ojcowie” przysłali nagle inne dyrektywy – i późniejszy kryminalista, Kazio A. stanął na czele Urzędu Regulacji Energii. Z całą możliwą biurokracja i głupotą.

A Szwedzi jednak taki dyktat przełamali!! Mirosław Dakowski]

=========================================

Odwrotnie niż Szwedzi marnujemy darmowy surowiec energetyczny. „Ta energia jest tańsza niż atomowa”

Jacek Frączyk https://businessinsider.com.pl/finanse/makroekonomia/marnujemy-tani-surowiec-energetyczny-ta-energia-jest-tansza-niz-atomowa/ftsej4h

Za wywóz odpadów wcale nie trzeba płacić tak drogo jak u nas po ostatnich podwyżkach. Śmieci można bardzo efektywnie wykorzystać. Systemu nie trzeba wymyślać od początku, bo dobre rozwiązania na świecie już funkcjonują. Szwedzi połączyli schemat gospodarki odpadami z produkcją energii tak, że nie mają już praktycznie problemów ani środowiskowych, ani z ceną energii. Jest tanio i czysto. Odpady to przy tym najtańsze źródło energii – wskazuje Józef Neterowicz, prezes Radscan Intervex, od lat mieszkający w Szwecji.

  • Szwedzki system wykorzystuje odpady do maksimum. Produkuje się z nich tanią energię, z pozostałości po spaleniu robi się drogi, a z pozostałości z odzyskania biogazu nawozy
  • Frakcja bio w Szwecji obejmuje też odpady po mięsie. To cenny surowiec, z jego fermentacji powstaje gaz
  • Z jednej torebki śmieci bio produkuje się gaz wystarczający, by napędzić autobus komunikacji miejskiej na odległość 3 km

– Polska to bogaty kraj, skoro odpady bio zamienia na tani kompost kosztem energii – zaczyna rozmowę z Business Insiderem Józef Neterowicz, ekspert Stowarzyszenia Powiatów Polskich i prezes Radscan Intervex, który mieszka w Szwecji od ponad 40 lat. Jak mówi był „jednym z trybików budowy szwedzkiego systemu”. Wie o nim wszystko.

Czym szwedzki system wykorzystywania odpadów różni się od polskiego? Tam wykorzystuje się je maksymalnie. Po pierwsze, do produkcji energii zarówno ze spalania, jak i z biogazowni. Po drugie, żużel po spalonych w spalarniach śmieciach używa się do budowy dróg, zastępując kruszywo. Wreszcie, po trzecie, po odzyskaniu metanu w biogazowniach „odgazowaną” frakcję bio przerabia się na certyfikowane nawozy.

Ktoś może powiedzieć „bogaci Szwedzi, kto im zabroni? To na pewno wszystko kosztuje”. Budowa takiego wielopoziomowego systemu oczywiście kosztuje, ale przecież teraz są na to wielkie pieniądze z UE. Polska musi dopłacić 15 proc. inwestycji. A Szwedzi „za swoje” wybudowali sobie system wykorzystujący najtańszy surowiec z dostępnych. Tańszy od węgla i atomu. Tymczasem my obecnie angażujemy największe środki w jedną z najdroższych energii z morskich wiatraków – załamuje ręce Neterowicz.

Ile takie coś kosztuje? – Około 4 mln zł nakładów inwestycyjnych na 1 tys. ton odpadów rocznie – podaje ekspert.

Nie byłoby przy tym problemu ze znalezieniem wykonawcy. – W Szwecji spalarnie budują polskie firmy: Rafako, Sefako – jako zarówno dostawcy urządzeń, jak i wykonawcy – mówi Neterowicz.

Ciepło ze śmieci

Efektywność systemu energii i odpadów to, można powiedzieć, konik Szwedów. Wyspecjalizowali się w tym tak bardzo, że tylko 1 proc. odpadów trafia tam obecnie na wysypiska – można przeczytać w książce Neterowicza „Energia z odpadów – doświadczenia szwedzkie i realia polskie”.

Szwedzi zaczynali w 1975 r. Wtedy 62 proc. odpadów wyrzucano na „góry śmieci”. Ale błyskawiczne zmiany nastąpiły dopiero w tym wieku. W 2001 r. wysypiska przyjęły jeszcze połowę odpadów, by w 2012 r. już zaledwie 1 proc. Wszystko to dzięki precyzyjnej konstrukcji systemu.

| J. Neterowicz „Energia z odpadów – doświadczenia szwedzkie i realia polskie”

Efekt? Z danych statystycznych zebranych od sieciowych dostawców energii w Szwecji wynika, że w 2018 r. aż 45 proc. wygenerowanego przez nich ciepła pochodziło z ciepła wytworzonego z odpadów – podaje Krzysztof Karolczyk z Fortum.

Jak pisaliśmy ostatnio, odpady w naszych śmietnikach mają właściwości energetyczne porównywalne z… węglem kamiennym. Wartość opałowa węgla, podawana w MJ/kg (megadżulach na kilogram) waha się od około 10 MJ/kg dla węgla brunatnego przez 17–19 MJ/kg dla niskokalorycznego węgla kamiennego, 20–25 MJ/kg dla węgli średniokalorycznych aż po 25–30 MJ/kg dla wysokokalorycznych węgli kamiennych. A materiał przetworzony z odpadów, czyli tzw. RDF (Refuse Derived Fuel), składający się z płatków folii, drewna, zatłuszczonego papieru i tworzyw sztucznych pociętych na kawałki o wymiarach od 3 do ok. 8 cm ma wartość energetyczną od 10–22 MJ/kg.

Józef Neterowicz wskazuje, że nawet przerabianie na RDF nie jest potrzebne. W Szwecji rozwiązano to w inny sposób.

3 kilometry jazdy autobusu z jednej torebki odpadów

Schemat systemu wiąże ze sobą ściśle sposób segregacji śmieci z produkcją energii cieplnej i elektrycznej. Końcowym elementem jest zagospodarowanie resztek po spalaniu i fermentacji śmieci bio.

Wszystko zaczyna się od segregacji odpadów. Czym się różni od obecnych zasad w Polsce? Przede wszystkim do sekcji bio trafia więcej odpadów niż u nas. W Polsce kości i resztki z mięsa czy mięso surowe wrzucamy do śmieci zmieszanych podobnie jak papierowe ręczniki i serwetki. W Szwecji jest to frakcja bio. Dlaczego?

Bo z tych odpadów podobnie jak z innych u nas traktowanych jako bio, czyli obierek z owoców i warzyw, pieczywa, fusów z kawy i herbaty czy uschniętych kwiatów, da się wyprodukować energię. I to niemało energii.

W Szwecji sekcję bio wkłada się do specjalnych papierowych torebek o wymiarach 20 na 35 cm otrzymanych od gminy. Zapełnia się je do wyrysowanej na opakowaniu linii, potem trzeba torebkę zamknąć i dopiero wtedy wyrzucić do kontenera z frakcją bio. Zamykanie torebki jest o tyle ważne, że nie traci się w transporcie wytwarzanego w procesie gnicia metanu. Takie torebki po odebraniu z kontenera trafiają do biogazowni położonej odpowiednio daleko od skupisk ludzkich, ale i tak odpowiednio wyizolowanych, żeby jak najmniej gazów tracić.

Torebki ze śmieciami bio trafiają w biogazowni do specjalnego izolowanego pomieszczenia (bunkra), w którym będą leżeć jeszcze przez 20 dni. W tym czasie w procesie gnicia i fermentacji wydziela się metan, bardzo efektywny energetycznie gaz, z którego można produkować energię. 20-dniowe leżakowanie pozwala na odzyskanie go tyle, ile odpady bio są w stanie wyprodukować. Ten gaz niczym się nie różni od kupowanego w np. Rosji gazu ziemnego. To tak zwany SNG (z ang. substitute natural gas) – odpowiednik gazu ziemnego, ale pozyskany w biogazowniach z procesu gnicia żywności.

Jak mówi nam ekspert, z jednej torebki produkuje się tyle gazu, że wystarczy do napędzenia autobusu komunikacji miejskiej, który może dzięki temu paliwu przejechać aż 3 km. To przeliczenie jest zresztą używane w reklamach na billboardach zachęcających Szwedów do dobrego sortowania śmieci. Gdyby nie sortowali poprawnie, to ceny wywozu odpadów i energii by wzrosły.

Billboard informujący, że gaz z jednej torebki odpadów napędzi autobus na 3 km jazdy

Darmowe źródło energii

Fakt, że odpady mięsne wrzucane są do frakcji bio zmienia też cechy śmieci zmieszanych. Tu trafiają już głównie odpady, które można efektywnie spalać, a które praktycznie nie śmierdzą. W rezultacie nie ma problemu, by spalarnie instalować nawet w środku miast.

Wszelki smród jest eliminowany. Jeden z podobnych zakładów w Sztokholmie zainstalował nawet na dachu spalarni kawiarnię, żeby udowodnić, że brzydkiego zapachu nie ma. A położenie spalarni w mieście skraca drogę śmieciarek i zmniejsza koszty wywozu śmieci.

Co ważne, takie śmieci mają wysoką wartość energetyczną. Józef Neterowicz porównał wszystkie koszty i przychody kotłów na śmieci zmieszane, zawierające frakcję bio i bez tej fakcji, i węgiel w tym porównaniu kompletnie nie ma szans.

Nawet bez kosztów praw do emisji CO2 z jednej tony węgla daje się wyprodukować 281,60 zł dochodu przy standardowej 85 proc. sprawności kotła. 377,40 zł to przychód za energię elektryczną, 404,20 zł to sprzedaż ciepła. 500 zł to koszt kupna jednej tony węgla.

Po odliczeniu kosztu emisji CO2 270 zł od tony węgla rezultat to zaledwie 11,60 zł dochodu z produkcji energii z węgla. Neterowicz liczył to przy niższych cenach praw do emisji – teraz koszt emisji tony CO2 wynosi 38 euro za tonę, co przy spaleniu tony węgla oznacza koszt 372 zł na prawa do emisji (z jednej tony węgla powstaje 2,14 tony CO2), czyli koszt byłby wyższy o 100 zł więcej niż w obliczeniach. A kocioł na węgiel staje się nieopłacalny.

No i w tym miejscu przechodzimy do energii ze śmieci. Jak wspomnieliśmy wyżej, odpady są lepszym surowcem energetycznym niż węgiel brunatny, a gorszym niż węgiel kamienny. Ale w przeciwieństwie do węgla brunatnego czy kamiennego nie trzeba za nie płacić.

Nawet jeśli z odpadów zmieszanych nie zostanie oddzielona frakcja bio, to spalarnia z jednej tony odpadów może wykazać 740 zł dochodu. Z tego przychód z energii elektrycznej z kotła o sprawności 85 proc. to 175 zł, a z energii cieplnej to 265 zł. I tu dochodzimy do najważniejszego czynnika dającego zysk – śmieci nic nie kosztują, a gminy wręcz dopłacają, żeby je ktoś od nich zabrał i spalił.

Niektóre samorządy płacą nawet ponad 200 zł za tonę, żeby ktoś odpady energetyczne (frakcja energetyczna) od nich w ogóle odebrał i spalił. Szacuje się, że w Polsce mamy w tej chwili nadwyżkę ok. 3 mln ton rocznie odpadów palnych, a składowanie odpadów o wartości opałowej powyżej 6 MJ/kg jest zabronione.

Neterowicz podał kwotę 300 zł. Nawet jednak przy 200 zł dochód wynosi 640 zł ze spalenia tony odpadów. A gdyby śmieci energetyczne były tylko darmowe, a nie ich odbiór dawał przychód spalarni, to zysk wciąż wynosi 440 zł. Czyli wielokrotnie więcej niż kocioł węglowy.

Jeśli jeszcze wydzielimy frakcję bio z masy odpadów zmieszanych, wtedy dochód z jednej tony odpadów rośnie o 22 zł na tonie do 762 zł, z tego 574 zł na 700 kg spalonych odpadów bez frakcji bio i 188 zł z 300 kg frakcji bio, czyli z biogazowni.

Jak podaje Neterowicz, czas zwrotu z inwestycji w spalarnię to przy obecnych parametrach około 6 do 8 lat.

Ze spalania powstaje odpad, czyli żużel. Ten jednak Szwedzi zagospodarowują w całości do budowy dróg asfaltowych. To według Józefa Neterowicza materiał lepszy niż kruszywo.

Spalarnie przy tym budowane są tak, żeby nic złego nie trafiało do atmosfery. Jak opisuje Józef Neterowicz, początkowo Szwedzi mieli problem z tym, jak wyeliminować dioksyny ulatniające się ze spalanych tworzyw sztucznych. Ale wynaleziono technologię aktywnego węgla, która je wiąże, i problem znikł.

Z bio na nawozy

Ze spalania powstaje żużel, a z biogazowni po wykorzystaniu materiału bio – nawozy naturalne. Gdy już odpady oddadzą cały gaz, wtedy zaczyna się kolejny etap. Przerób na nawozy. Rozdziela się resztki na część stałą i ciekłą – pierwsza będzie wykorzystana jako nawozy fosforowe, a druga – azotowe.

W Szwecji jest 14 biogazowni i trzy kompostownie. I żeby przekonać rolników do korzystania z takich nawozów stworzono system ich certyfikacji. Kluczowe w certyfikacji było poświadczenie źródła pochodzenia odpadów.

Nie mogą to być ścieki. Mają to być „czyste i segregowane odpady organiczne, pochodzące tylko z: gospodarstw domowych, restauracji, parków, ogrodów, terenów zielonych, szklarni i centrów ogrodniczych” – pisze Neterowicz w swojej książce. Nawóz jest nawet bezpośrednio transportowany rurociągami z biogazowni na pobliskie pola, jak np. w biogazowni Jordberga w okolicy Trelleborga.

Osad z odpadów bio, już po odzyskaniu metanu, nie może zawierać więcej niż dwa żywe nasiona chwastów na litr oraz musi zawierać co najmniej 20 proc. substancji organicznej w przeliczeniu na suchą masę. Określone są maksymalne zawartości metali ciężkich, czynników chorobotwórczych oraz widocznych zanieczyszczeń (plastik, szkło, metale). Certyfikacja trwa rok, a potem wydawany jest zakładowi na pięć lat certyfikat i dalej tylko przedłużany.

Automaty na opakowania po napojach

Na końcu należy wspomnieć, że w Szwecji – podobnie jak u nas – nie trafiają do śmieci zmieszanych opakowania z tworzyw sztucznych i aluminium. Tyle że w Szwecji w tysiącach miejsc wrzuca się PET i puszki do automatu, zwykle w sklepach.

W sklepie płaci się za opakowanie, a potem przy zwrocie dostaje się kwitek, który odliczany jest od zakupu kolejnych produktów z opakowaniami. To, czy opakowanie jest ze Szwecji czy nie, rozpoznaje się po kodzie kreskowym.

Ciepło z serwerów

Jak bardzo Szwedzi są zdeterminowani, żeby nie marnować ani odrobiny wyprodukowanego ciepła, widać po planach wykorzystania ciepła emitowanego przez serwery. – Sztokholm, we współpracy z Invest Stockholm, Stockholm Exergi i Ellevio and Stokab, zainwestowało w przyciągnięcie inwestorów z sektora IT, tworząc przyjazny środowisku park technologiczny Stockholm Data Park. Ciepło wytwarzane przez serwerownie przedsiębiorstw, które mają w nim swoje siedziby, przekazywane jest do sieci ciepłowniczej miasta – opisuje Krzysztof Karolczyk z Fortum, międzynarodowej firmy energetycznej dostarczającej m.in. ciepło i prąd.

– Firmy przyciągane są do Parku ofertą taniej energii elektrycznej pochodzącej ze zrównoważonych źródeł oraz finansowanemu przez miasto systemowi odzysku ciepła odpadowego. Długofalowym celem projektu jest zaspokojenie w ten sposób 10 proc. zapotrzebowania Sztokholmu. To z kolei pomoże miastu uwolnić się od paliw kopalnych do 2040 r. – dodaje.

– Czy tak kosztowne rozwiązania mają jednak sens? Odpowiedź wydaje się oczywista – nie ma przed nimi ucieczki, jeśli chcemy efektywnie migrować w kierunku Gospodarki Obiegu Zamkniętego. Kluczową kwestią jest bowiem korzystanie z dostępnych zasobów, wykorzystując każdy odpad, który się do tego nadaje. O cieple rzadko myśli się w kategorii odpadu – częściej jak o stracie. A to duży błąd, bo wykorzystując odpady, także te energetyczne, możemy ograniczać straty czasami nawet do zera – przekonuje Krzysztof Karolczyk.

Energia ze skraplania wilgoci

A to wcale nie koniec pomysłów. Jeden z nich wdraża firma Józefa Neterowicza – Radscan Intervex.

– Moja firma odzyskała tyle energii, ile produkują dwa reaktory atomowe. Fortum ma już takie instalacje w Sztokholmie, mają go też wszystkie instalacje biomasowe w Szwecji – wskazuje. O czym mowa?

– Jeśli spalamy paliwa (kopalne) inne niż kopalny suchy węgiel kamienny, to w spalinach mamy dużo wilgoci. Wilgoć jest w postaci białej pary, ale ta para oznacza, że w obłoczku znajduje się potencjał energii utajonej, tzn. energii zmiany stanu skupienia w momencie, gdy zamienimy parę na wodę. Normalnie w systemach energetycznych to było liczone jako strata kominowa – opisuje Neterowicz.

Moja firma odzyskuje tę energię poprzez to, że powrót w sieci ciepłowniczej chłodzi spaliny i odzyskuje energię utajoną. Ten kondensat stanowi źródło miękkiej wody – ma ona takie same własności jak woda deszczowa, niemineralna. Paliwo o 50 proc. wilgotności posiada ok. 50 proc. energii utajonej. My wykorzystując tę energię, zwiększamy sprawność kotła o 25 proc. – zapewnia.

Jak informuje Neterowicz, dotąd przy spalaniu węgla kamiennego różnica między ciepłem spalania a kalorycznością była nieduża, bo około 10 proc. (poprawy efektywności kotła). Ale z racji tego, że buduje się spalarnie i wykorzystuje wilgotne paliwo, to korzyści są dużo większe.

– W przypadku paliw wilgotnych to połowa jest wodą. Nasza technologia powoduje między 25–30 proc. zwiększenie sprawności kotła. W ten sposób z np. 80 MW robi się na 105 MW mocy. W Białymstoku jest pierwsza taka instalacja – informuje.

Ile to kosztuje? 1 MW zwiększonej mocy to koszt 1,52 mln zł.

– EC Enea Białystok zapłaciła łącznie 30 mln zł. EC Rzeszów też to zainstalowała – wylicza ekspert.

Wskazuje na korzyści dla oczyszczalni ścieków. Te mają problem z osadami, które mają zwykle 80 proc. wody. Najpierw trzeba ją usunąć i osuszyć je i dopiero wtedy się je spala.

– Na osuszenie trzeba tyle energii, ile pozyskuje się ze spalenia. Wychodzi się prawie na zero – opisuje Neterowicz. Natomiast można je spalić z odpadami, stosując technologię skraplania spalin; woda z wilgotnego odpadu działa wręcz korzystnie na efektywność kotła.

Morskie drogie wiatraki

Tymczasem Polska inwestuje w relatywnie drogą energię z wiatraków morskich. Ekspert wskazuje, że nie dość, że produkcja energii z nich jest droga, to wyprodukowany na Bałtyku prąd trzeba będzie jakoś przesłać, a my główne rozbudowane sieci przesyłowe mamy na Śląsku.

– Przesyłanie energii z wiatraków morskich to dodatkowy koszt. Niemcy z północy przekazują na przykład do Bawarii przez Polskę – opisuje Neterowicz.

– W Polsce wiatraki dostały już pozwolenia na 5 tys. MWh z wiatru, a możliwości przesyłowe są na 1,5 tys. MWh – mówi. – Trzeba najpierw zwiększyć możliwość przesyłu energii elektrycznej z morza w głąb Polski, a to nie takie proste.

Wskazuje też, że budowane w Polsce biogazownie, choć potrzebne, to w większości nastawione są na odzyskanie metanu z płynnego nawozu krów lub świń. W takich odchodach średnia ilość metanu to 14–18 m sześc. na tonę, podczas gdy w odpadach warzywnych i owocowych to aż 95 m sześc.

I teraz, co dalej? [WHO, GMO, HGW, NWO]

  Sławomir M. Kozak 2022-7-8 https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/i-teraz-co-dalej,p1709794745

Weszliśmy w sezon ogórkowy, dziś zatem trochę o roślinach, niestety – wcale nie w lekkiej formie. Dla przypomnienia, że temat nie spadł z nieba wczoraj, przywołuję swoje słowa sprzed blisko 15 lat.

Propaganda przemysłu spożywczego o wykarmieniu ludności świata dzięki zwiększeniu wydajności przestaje być wiarygodna. Genetycznie manipulowane rośliny tworzy się nie dlatego, że są bardziej wydajne, ale dlatego, by korporacje mogły je opatentować. 
Amerykańscy farmerzy uprawiają na milionach akrów rośliny GMO dlatego, że jest to subsydiowane przez władze ogromnymi kwotami. Te pieniądze pochodzą naturalnie z kieszeni podatników. Im więcej farmer wysieje takich roślin, tym więcej tych pieniędzy dostanie. Jest to zresztą swego rodzaju błędne koło, ponieważ dotacje te, powodując wzrost uprawy roślin modyfikowanych, zalewają nimi rynek, co przekłada się na obniżkę cen uzyskiwanych z ich sprzedaży. To, z kolei, skłania farmerów do zwiększania upraw. Natomiast farmy ekologiczne nie dostają oczywiście od rządu żadnych pieniędzy. 

1 stycznia 1995 roku powołano do życia Światową Organizację Handlu (WTO), która zrzesza już ponad 150 państw, a jej wytyczne tworzą międzynarodowe korporacje, jak Monsanto, Cargill, Du Pont, ADM i europejskie Nestle oraz Unilever. WTO stała się swoistym żandarmem pilnującym realizacji zadań postawionych przez wymienione wyżej giganty, które budują „wolny i zintegrowany globalny rynek” dla swych produktów. Są wśród nich te modyfikowane genetycznie, które prezydent Bush określił, jako „w zasadzie identyczne” ze zwykłymi nasionami i nie wymagające regulacji rządowych. Administracja wspiera te przedsięwzięcia z całą mocą. Tupet korporacji jest typowy dla wszystkiego, co robią. Firma Rice Tec z Teksasu opatentowała właśnie długoziarnisty ryż, który był przez tysiące lat głównym składnikiem pożywienia krajów azjatyckich. To prawo dała jej decyzja Sądu Najwyższego USA z roku 2001, która „usankcjonowała zasadę udzielania patentu na formy roślin oraz inne rodzaje życia”. Oznacza to, że firmy takie mają nie tylko prawo patentowania wszelkich gatunków, ale co istotniejsze, rząd USA jest zobowiązany do udzielania im wszelkiej pomocy w tym zakresie! (…)

U nas również lobby GMO próbuje swych sił. O tym, jak wielkie ma możliwości, świadczy fakt, że potrafiło zaangażować po swojej stronie libertyńskiego arcybiskupa Życińskiego. Ogłosił on, że „medycyna nie ma żadnej wiedzy, by żywność zmieniona genetycznie niosła jakieś zagrożenia”. Stwierdził też, że obawy przed GMO są rozprzestrzeniane przez radykalnych ekologów, a ich poglądy są odosobnione.

A przecież Jan Paweł II w roku 2000 mówił:

rolnicy powinni oprzeć się pokusie zwiększenia produktywności i zysków ze szkodą dla natury (…) gdy rolnicy stają się tyranami ziemi, a nie jej opiekunami, prędzej czy później ziemia zemści się”.

Kościół zaatakowano w 2003 roku, kiedy Papież był już bardzo słaby. W tym samym czasie, dziwnym zbiegiem okoliczności, Bush zaangażował się w promocję GMO. Arcybiskup Renato Martino przygotował wówczas „Konferencję Pontyfikalną dla Pokoju i Sprawiedliwości” z udziałem pracowników koncernu Monsanto. Zebrani chwalili „wynalezione” przez tę firmę zmutowane odmiany batatów i kassawy udając, że wierzą w to, iż będzie to rozwiązanie dla głodujących w Trzecim Świecie.

Niestety, ryba zawsze psuje się od głowy. Z chwilą, kiedy zabrakło Papieża Polaka, w jednym z nielicznych bastionów, jakie zdołał przez lata swego pontyfikatu zachować, zrobiono wyłom. W 2005 roku, amerykański ambasador w Watykanie, Francis Rooney, podjął działania dyplomatyczne mające na celu zmianę stanowiska Watykanu w sprawie żywności modyfikowanej genetycznie. W ich efekcie nastąpiła rewizja interpretacji teologicznej modyfikacji genetycznej roślin. Przestano mówić słowami Jana Pawła II o unikaniu „zabawy w Boga”. Zaczęło się „korzystanie z dobrodziejstw natury, by żywić ludzi”.

—————————-

Wiele osób sądzi, że nas ten temat nie dotyczy.

Polska zawsze słynęła ze zdrowej, nieskażonej żywności. Jakże wielu moich rodaków nie docenia niestety tych darów od Boga, jakimi są życiodajne wody, pola i lasy z bogactwem zwierzyny oraz naturalnej żywności. W to wszystko obfituje nadal jeszcze polska wieś. Tym większe budzi zdziwienie zaangażowanie w jej obronę człowieka, który z niej nie wyrósł, a który mimo to polską wieś umiłował, dostrzegł w niej szansę dla ocalenia rolnictwa w ogóle i podjął się próby ratowania tej części naszego dziedzictwa. Tym człowiekiem jest Brytyjczyk, Sir Julian Rose, ekolog, właściciel gospodarstwa ekologicznego Hardwick Estate, wieloletni członek Zarządu stowarzyszenia „Soil”, współzałożyciel Stowarzyszenia Konsumentów i Producentów Niepasteryzowanego Mleka, ekspert Brytyjskiej Agencji Rozwoju Wsi. Wraz z panią Jadwigą Łopatą, pomysłodawczynią przedsięwzięcia, Prezesem Stowarzyszenia ECEAT-Poland (European Center for Ecological Agriculture and Tourism), członkinią organizacji Innowatorów dla Dobra Publicznego – Ashoka i właścicielką gospodarstwa ekologicznego, powołali do życia ICPPC – Międzynarodową Koalicję dla Ochrony Polskiej Wsi”. Koalicja funkcjonuje nadal, walczy w obronie tradycyjnych nasion i zdrowia Polaków. Pośród osób z nią związanych, o czym nie wiedziałem, był zaprzyjaźniony z redakcją Warszawskiej Gazety i Telewizją PL1 odważny przeciwnik eksperymentów na Polakach, prowadzonych przez koncerny, którym zamarzyło się modyfikowanie również ludzkiego DNA.

Z dużym opóźnieniem dotarłem do informacji, że w marcu br., pod patronatem prezydenta Siemianowic Śląskich Rafała Piecha, odbyła się w tym mieście konferencja „Koncepcja jednego zdrowia”, podczas której wystąpił z referatem dr Zbigniew Hałat. Miesiąc później wstrząsnęła nami informacja o Jego śmierci, a kolejne, majowe spotkanie Koalicji odbyło się pod hasłem „Nasza współpraca z dr Zbigniewem Hałatem i teraz co dalej?”. Nie miałem okazji, by wziąć w niej udział i nie wiem, czy uczestnicy wypracowali odpowiedź na postawione sobie pytanie, ale jestem przekonany, że gdyby dr Hałat był pośród nas, walczyłby nadal.

Ten mój dzisiejszy tekst kieruję do Państwa dla przypomnienia wagi tego zagadnienia, któremu wciąż poświęcamy zbyt mało uwagi, a przecież chodzi o zdrowie i życie nasze, i następnych pokoleń.

Felieton ukazał się w 27 numerze Warszawskiej Gazety