Post-modernizm: Złoto Midasów nowoczesności było przede wszystkim „złotem głupców”, czyli tworem fałszywym i nieudanym.

Czy „współczesny intelektualista” to przede wszystkim rozpustnik i głupiec?

Z książki E. Michaela Jonesa: Zdeprawowani Moderniści str. 15 i nn.

https://www.wydawnictwowektory.pl/pl/p/Zdeprawowani-Modernisci/40

W „Zdeprawowanych modernistach”E.M. Jones odkrywa prawdziwe oblicze bohaterów dwudziestowiecznej kultury: Kinsey’a. Picassa, Freuda, Keynesa i innych. Odkrywa manipulacje i oszustwa, jakich się dopuszczali, promując swoje ideologie, które nie były niczym więcej, jak tylko wyrazem ich seksualnych obsesji.

==================

Intelektualista jest szczególnym, nowoczesnym wynalazkiem, a jego pojawienie się uwarunkowane zostało tym, że Kościół utracił pozycję autorytetu mówiącego ludziom, jak mają żyć. Nie jest zatem rzeczą przypadku, że wzrost znaczenia intelektualistów zbiega się w czasie z rewolucją francuską. Obie te rzeczy łączy związek przyczynowo-skutkowy. Upadek dotychczasowego znaczenia Kościoła stworzył moralną i intelektualną próżnię, a za jej wypełnienie zabrali się właśnie „intelektualiści”. Efekty ich starań są przygnębiająco powszechne i udokumentowane ad nauseum w książce Johnsona [Intelektualiści .md]. Współczesny intelektualista to przede wszystkim rozpustnik i głupiec. Tworzone przez niego teorie mają służyć i usprawiedliwiać’ jego własne postępowanie.

I tak, Rousseau, autor Emila, pierwszej współczesnej książki o wychowaniu dzieci, pięcioro swoich nieślubnych dzieci niedługo po ich narodzinach posłał do sierocińca, co zważywszy na warunki jakie w XVIII wieku panowały w tych instytucjach, oznaczało skazanie ich na śmierć.

Marks, orędownik proletariatu, w całym swoim życiu miał kontakt tylko z jednym proletariuszem, a właściwie proletariuszką. Była nią jego służąca Lenchen, której nie płacił ani grosza. Wykorzystywał ja nie tylko ekonomicznie, ale też seksualnie. Miał z nią nieślubne dziecko, ale odmówił uznania jego ojcostwa. Jak pisze Johnson:

Lenchen miała jednak silniejszy charakter od kochanki Rousseau. Nalegała na uznanie chłopca. Oddano go w końcu na wychowanie do robotniczej rodziny o nazwisku Lewis, ale pozwolono mu odwiedzać dom Marksów. Nie wolno mu było jednak wchodzić przez drzwi frontowe i zmuszono do widywania się z matką jedynie w kuchni. Marks był przerażony, że ojcostwo Freddy’ego zostanie wykryte i że mogłoby ono mieć zgubny skutek dla niego jako rewolucyjnego przywódcy i proroka”.

Z tego wszystkiego wynika oczywisty wniosek: teoria pedagogiczna Rousseau i teorie ekonomiczne Marksa są głęboko zakorzenione w ich życiu osobistym.

A wracając do twierdzeń Petera Claya, koncepcja kompleksu Edypa ma ścisły związek z tym, że Freud miał romans ze szwagierką. Kompleks Edypa bowiem to nic innego, jak odwzorowanie jego własnego natręctwa oraz poczucia winy, które projektował na ludzkość jako całość.

W przenoszeniu własnego poczucia winy na świat jako taki jest bowiem coś głęboko satysfakcjonującego, ale w konsekwencji bardzo neurotycznego. I tym właśnie w istocie rzeczy zajmowali się głównie ci, których Johnson określa mianem „intelektualistów”. Ponieważ jednak jego książka ma skrajnie wręcz przyczynkarski charakter, autor nie pokusił się w niej o bezpośrednie sformułowanie stanowiska będącego zanegowaniem tez głoszonych przez Gaya.

Czy twierdzenie, że wytwór intelektu jest po prostu projekcja wewnętrznej potrzeby człowieka, nie jest już jednak zbyt daleko idące? I tak, i nie. Należałoby poszerzyć jego zakres w taki sposób, aby nie odnosiło się tylko do „intelektualistów”, lecz również do działalności uznanych uczonych.

Mówiąc ogólniej, koncepcję tę można przedstawić następująco: życie intelektualne jest funkcją życia moralnego danego myśliciela. Aby dotrzeć do prawdy, która jest celem intelektualnej aktywności, trzeba żyć w zgodzie z nakazami moralności. Wytwór intelektualny człowieka, który odchodzi od przestrzegania moralności, jest nie tyle rezultatem jego refleksji nad rzeczywistością zewnętrzną, ile wypadkową trawiących go żądz oraz pragnienia, aby je zaspokajać. Odnosi się to do wszystkich sfer życia umysłowego i wszelkich głęboko zakorzenionych pragnień. W pierwszym z wymienionych przypadków biografia twórcy nie ma większego znaczenia. W drugim jednak to ona właśnie jest najważniejsza.

I tak na przykład, teoria stanu stacjonarnego: wyjaśniająca mechanizm powstania wszechświata, całkowicie satysfakcjonowała tych, którzy (a priori) uznali, że Bóg nie istnieje. lej zwolennicy odstąpili od niej dopiero w obliczu przytłaczających naukowych dowodów na słuszność teorii Wielkiego Wybuchu, a przecież w swoim czasie teoria stanu stacjonarnego wydawała się naukowo niemożliwa do podważenia. [Teoria stanu stacjonarnego stworzona w 1948 roku przez Freda Hoyle’a, Thomasa Golda oraz Hermanna Bondiego jako alternatywa dla teorii Wielkiego Wybuchu głosi, że wszechświat nie powstał miliardy lat temu wskutek Wielkiego Wybuchu, lecz istniał od zawsze, a otaczająca nas materia nieustannie się stwarza (przyp. Tłum.). Została obalona doświadczalnie. Por.:CZY EWOLUCJONIZM JEST NAUKĄ. MATEMATYKA EWOLUCJI A LOGIKA EWOLUCJONISTÓW MD]

Skoro nasza teza okazała się poprawna w odniesieniu do astrońzyki, tym bardziej sprawdzi się w odniesieni do dziedzin mających bezpośredni związek z ludzkimi pragnieniami i pożądaniami. Nasze czasy zaś są świadectwem tego, że podstawową sferą, w której to one właśnie odgrywają kluczową rolę, jest seks.

Wiemy już zatem, że relatywizm kulturowy, który głosiła Margaret Mead, był jedynie błyskotliwym usprawiedliwianiem i uzasadnianiem cudzołóstwa, którego się dopuszczała. Cóż bowiem skuteczniej uspokoi nasze sumienie, jeśli nie odkrycie, że „Samoańczycy, ludzie żyjący na łonie natury, w cudzołóstwie nie widzą niczego złego”?

Rozpusta jest występkiem powszechnym, szczególnie w naszych czasach. W sferze intelektualnej jednak rzeczą kluczową jest proces transmutacji przewin w rozmaite teorie, a więc sytuacja, w której „intelektualista” występuje przeciwko zasadom moralności, a co za tym idzie, przeciwko prawdzie.

Wszystkie współczesne „izmy” są wypadkową tej właśnie postawy. Wszystkie wyczerpują znamiona samo-usprawiedliwiania się. I wszystkie one najskuteczniej analizuje się z perspektywy wiedzy o niedostatkach moralnych ich twórców, orędowników i wyznawców.

Antytezę dualizmu charakterystycznego dla Petera Gaya (i nowoczesności) odnajdujemy w przytoczonym poniżej fragmencie książki Josefa Piepera The Silence of Saint Thomas”: Ponieważ obecnie uważa się, że aby poznać prawdę wystarczy po prostu mniej lub bardziej wytężać umysł, ijako że ascetyczne podejście do wiedzy jawi się nam jako mało sensowne, zatraciliśmy świadomość ścisłego związku łączącego prawdę ze stanem czystości. Święty Tomasz powiada, że nieczystość pierworodnej córki jest ślepotą ducha. Tylko ten, kto nie chce niczego dla siebie, kto nie jest subiektywnie „zainteresowany”, może poznać prawdę. Z drugiej strony, nieczyste, skażone egoizmem pragnienie zaspokajania przyjemności niszczy zarówno śmiałość ducha, jak i zdolność psyche do wsłuchiwania się ze spokojną uwagą w głos rzeczywistości”.

Przekleństwem naszej epoki jest to, że otaczająca rzeczywistość oraz haniebne elementy biografii wybitnych ludzi stanowią świadectwo słuszności przestróg i nauk niezmiennie głoszonych przez Kościół i będących niegdyś niezbywalną częścią zbiorowej mądrości Zachodu. Paul Johnson, wpisując się w nowy trend biograficznego realizmu, udokumentował zmierzch i upadek Zachodu przez pryzmat osobistego życia jego intelektualnej elity. Podaje na to dowody, ale ociąga się z wyciąganiem wniosków. Są one jednak kompletne i przekonujące, a werdykt jasny: Nowoczesność to usprawiedliwianie lubieżności.

Hannach Tillich w opublikowanych wspomnieniach dotyczących jej małżeństwa z liberalnym protestanckim teologiem Paulem Tillichem opisuje jego „pociąg do pornografii”, lubieżne życie i, co najciekawsze, związek tej postawy z jego intelektualnymi dociekaniami. Opowiada także, jak po śmierci Paula otworzyła jego biurko, wspomina też o tym, co w nim znalazła. Scena ta doskonale oddaje istotę epoki postmodernizmu:

Otworzyłam szuflady. Wysypały się z nich zdjęcia dziewcząt, listy oraz wiersze urokliwe i wstrętne. Poza szufladami, które zawierać miały płody jego ducha, napisane książki i nieopublikowane manuskrypty walały się w całkowitym nieładzie. Kusiło mnie, żeby między uświęcone części jego renomowanych dzieł włożyć owe obsceniczne dowody realnego życia, które przemienił w złoto abstrakcji. Król Midas ducha”.

Teraz, dzięki otwartości, którą zawdzięczamy rewolucji seksualnej, wiemy, iż nowoczesne koncepcje najtrafniej tłumaczą elementy biografii ich orędowników. Zważywszy na to, jakie prowadzili życie, wiemy również, dlaczego tak bardzo zależało im na tworzeniu abstrakcji. I wiemy teraz także a patrząc wstecz trudno wyobrazić sobie, że aż tak wielu ludzi traktowało je poważnie – że złoto Midasów nowoczesności było przede wszystkim „złotem głupców”, czyli tworem fałszywym i nieudanym.

Teza zawarta w niniejszej książce jest prosta: Nowoczesność to uzasadnianie i usprawiedliwianie seksualnych występków. Wszystkie intelektualne i kulturowe przełomy związane z modernizmem w taki czy inny sposób wiązały się seksualnymi żądzami; ich prekursorzy doskonale zdawali sobie sprawę, że są one występne, ale mimo to chcieli je zaspokajać. Ich koncepcje w ostatecznym rozrachunku były usprawiedliwianiem wyborów, których dokonali ze świadomością, że są one złe.

Biografie modernistów są zatem zdumiewającym potwierdzeniem potęgi i zakresu prawa moralnego. Św. Augustyn napisał w Wyznaniach: „Przewrotnie usiłują naśladować Ciebie ci wszyscy, którzy odrywają się od Ciebie i przeciw Tobie się buntują”. Mówiło Bogu i o ludziach, którzy w jego czasach od Niego się odwracali. Słowa te można wszakże odnieść również do moralności oraz tych, którzy w naszych czasach ją odrzucają.

Tyle o prostocie przesłania niniejszej książki. Co zaś do jej formy, jest ona dwoista i składają się na nią analizy biografii niektórych nowatorskich współczesnych myślicieli oraz próby przełożenia stworzonych przez nich koncepcji na praktykę życia ich obecnych naśladowców.

Trzeba zaznaczyć, że nic takiego, jak „epoka postmodernistyczna” nie istnieje, są jednak myśliciele podążający utartymi i zawsze ograniczającymi człowieka koleinami koncepcji seksualnego wyzwolenia, którzy czynią to, imając się coraz bardziej maniakalnych i coraz bardziej samo-zaprzeczających sobie sposobów. Jeżeli epoka postmodernistyczna kiedykolwiek nadejdzie, zrodzi się z negacji tego, co było przed nią, nie zaś z coraz bardziej miałkich koncepcji i coraz brutalniejszych form autodestrukcji.

Kluczem do analizy modernizmu jest sodomia. Homoseksualista jako wywrotowiec.

Homoseksualista jako wywrotowiec. Podwójne życie sir Anthony’ego Blunta.

Z książki „Zdeprawowani ModerniściE. Michael Jones

https://www.wydawnictwowektory.pl/pl/p/Zdeprawowani-Modernisci/40

W czwartek 15 listopada 1979 roku premier Margaret Thatcher powiadomiła Izbę Gmin, że sir Anthony Blunt, kurator królewskich zbiorów malarstwa, były dyrektor Courtauld Art Institute, komandor Orderu Wiktorii, uznany znawca twórczości Poussina, a w czasie drugiej wojny światowej pracownik brytyjskiego wywiadu MIS, jest sowieckim szpiegiem.

Według oświadczenia odczytanego przez Thatcher, Blunt „przed wojną, kiedy wykładał na uniwersytecie Cambridge, był werbownikiem rosyjskiego wywiadu, a w latach 1940-1945, będąc pracownikiem Security Service systematycznie przekazywał Rosjanom tajne informacje”.

W roku 1964, kiedy przedstawiono mu niezbite dowody jego działalności, Blunt poszedł na współpracę z agentami brytyjskiego wywiadu w zamian za odstąpienie od złożenia przeciwko niemu oskarżenia. Według pani premier, sekretarz królowej został poinformowany o sprawie Blunta w kwietniu 1964 roku. Mimo to nie zażądano od Blunta złożenia rezygnacji ze stanowiska w królewskiej administracji, ponieważ sprawowanie go nie stwarzało żadnego zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa, a prócz tego władze były zainteresowane dalszą współpracą z Bluntem. W czasie II wojny światowej Blunt przekazywał Rosjanom cenne informacje, lecz nie określono dokładnie jakie, a oprócz tego, wykorzystując swoje kontakty z Sowietami w roku 1951 zorganizował ucieczkę dwóch innych szpiegów, Donalda MacLeana i Guya Burgessa. Thatcher nie powiedziała, czy Blunt miał również udział w ewakuacji z Bejrutu Kima Philby’ego, zwanego „trzecim człowiekiem”, którego agenci KGB wywieźli do Rosji w 1963 roku. Powiadomiła jednak Izbę, że „konsekwencje zdemaskowania i ucieczki Philby’ego w styczniu 1963 roku w żaden sposób nie łączą się z Bluntem.

Oświadczenie to, rzecz jasna, wywołało sensację. Blunta niemal natychmiast pozbawiono szlachectwa. Prasa nagłośniła jeszcze jeden aspekt skandalu, którego konsekwencje rozszerzały się coraz bardziej i dotykały kolejnych angielskich instytucji.

Nazajutrz, nagłówek na pierwszej stronie Daily Mail alarmował: ZDRAJCA W NAJBLIŻSZYM OTOCZENIU KRÓLOWEJ”. Oburzenie prasy i opinii publicznej wiązało się także z faktem, że Blunt cieszył się poparciem wielu wysoko postawionych osób, w tym także królowej, która w 1978 roku, kiedy odchodził na emeryturę, wyrażała się o nim w samych superlatywach. Po części jednak wynikało ono też i stąd, że innych, równie wysoko postawionych szpiegów, którzy wyrządzili krajowi podobne szkody, skazano w procesach i osadzono w więzieniach. Oburzenie wywołało również i to, że działalność szpiegowska Blunta trwała tak długo. Wyjaśnienia Thatcher zamiast zamknąć sprawę, prowokowały do zadawania pytań. [—-]

Opisana wyżej reakcja społeczna na sprawę Blunta wiązała się także z otaczającą go tajemnicą oraz niekompetencja establishmentu, który był w tę aferę zamieszany Malcolm Muggeridge, który znal środowisko pracowników wywiadu, ponieważ podczas wojny służył w MI6, uznał sprawę Blunta za wyjątkowo bulwersującą: Chociaż „od końca wojny upłynęło już tyle lat, nadal nie potrafię uwierzyć, że ów esteta i po trosze snob rzeczywiście chciał działać na rzecz Związku Radzieckiego. Najbardziej zajmowała go sztuka, a przecież sztuka sowiecka należy, delikatnie mówiąc, do najbardziej odpychających ze wszystkich. Wciąż nie pojmuję, o co tam chodziło? W dalszym fragmencie tekstu, Muggeridge, jakby po chwili zastanowienia, przedstawia jednak jedyne wyjaśnienie, które jego zdaniem ma sens; „Moim zdaniem, rzeczywistym motywem było to, że [Blunt] do szaleństwa kochal się w [Guyu] Burgessie”.

W tym, że Blunt był homoseksualistą, Muggeridge upatruje wyjaśnienia absurdalności tego, że snobistyczny urzędnik królewskiego dworu poświęca się sprawie proletariackich mas, a będąc estetą, służy komunizmowi.

[—-]

Kluczem do analizy modernizmu (przynajmniej w Anglii) jest sodomia. Gertruda Himmelfarb przywołuje maksymę Forstera: „Kochaj umiłowaną Republikę” i pisze dalej: motto to jest okrutna parodią Bloomsbury. Dopiero niedawno dowiedzieliśmy się, jak dużą rolę wśród członków grupy odgrywała miłość i jakie postaci przybierała… Wiemy dziś, że tym, co zatajano, nie był sam fakt uprawiania homoseksualizmu był on nazbyt powszechnym zjawiskiem, aby widzieć w nim jakaś rewelację, a tym bardziej starać się go zatajać. Prawdziwym odkryciem, które pierwszy raz podane zostało do wiadomości przez Michaela Holroyda w jego dwutomowej biografii Lyttona Stracheya z lat 1967 – 1968, a później znalazło potwierdzenie w bezliku wspomnień i biografii. . . jest kompulsywny i rozwiązły charakter owego homoseksualizmu.

Himmelfarb opisuje następnie ze szczegółami kto, co i komu robił. Analiza ta zajmuje dużą część tekstu: „W roku 1907, na przykład, Strachey odkrył, że jego kochanek (i kuzyn) Duncan Grant ma także romans z Arthurem Hobhousem, który z kolei romansował z Keynesem. Następnego roku Stracheya dotknął jeszcze boleśniejszy dla niego cios; dowiedział się bowiem, że Grant ma właśnie romans z Keynesem”. Później układy te pokomplikowały się jeszcze bardziej.

W przypadku grupy Bloomsbury, a także w przypadku Blunta, homoseksualizm i modernizm łączyły się z sobą nierozerwalnie. Modernizm wypływał z utraty wiary i zawiódł go na manowce zdrady, prowadziła zaś do tego szczególna idealizacja sodomii, obecna w angielskich prywatnych szkołach średnich i na uczelniach wyższych w pierwszych trzech dekadach XX stulecia. Patrząc wstecz, można powiedzieć, że zdrada, której dopuścił się Blunt, była naturalną konsekwencja przebiegu jego edukacji.

Jeśli łatwo przyszło mu zostać zdrajcą, stało się tak dlatego, że moderniści angielscy, czyli członkowie grupy Bloomsbury, przyzwyczajeni byli do prowadzenia podwójnego lub wielokrotnie podwójnego życia. Życie to wiódł jako homoseksualista, członek tajnych stowarzyszeń, podobnych do Apostołów, których „język, podobnie jak wcześniej w szkole, był zaprawiony bluźnierstwem i seksualnymi podtekstami”, oraz jako sowiecki agent. Światy te kryją się jeden w drugim, niczym rosyjska matrioszka.

Z perspektywy czasu i dzięki wiedzy, której dostarczają nam wydawane obecnie biografie, modernizm okazuje się być dokładnie taki właśnie jakim cały czas określali go (ale tylko prywatnie) członkowie grupy Bloomsbury. Był to „wyższy stopień sodomii”. Lytton Strachey w przypływie szczerości, która cechuje jego listy, ale nie oficjalne publikacje, napisał do Maynarda Keynesa: „Szaleństwem jest z naszej strony marzyć, że przekonamy starsze damy, iż uczucia są rzeczą dobrą, skoro zaraz potem mówimy im, że najlepsze z nich są uczuciami] sodomickimi”. Modernizm był egzoterycznym odzwierciedleniem biografii członków grupy Bloomsbury. To radykalnie homoseksualna wizja świata i dlatego też z samej swojej natury wywrotowa; zdrada jest jego logiczna konsekwencja. Zależność, o której mówimy, ujawnił sam Blunt. W swoich wspomnieniach zatytułowanych A Chapter of Accidents, które ukazały się w roku 1972, Goronwy Rees opisuje spotkanie z Bluntem do którego doszło W 1951 roku, krótko po zniknięciu z Anglii Macleana i Guya Burgessa (po pięciu latach oficjalnie zakomunikowano że przebywają w Moskwie).

Zdaniem Reesa, Blunt uosabiał „ideał liberała po Cambridge; był rozsadny, żywił sensowne i silne przekonanie, że relacje między ludźmi to najwyższa wartość”. Wypominając Reesowi, że powiadomił władze o związkach Burgessa z Sowietami, Blunt przywołał znany aforyzm E.M. Forstera: „Gdybym musiał wybierać między zdrada ojczyzny, a zdradą przyjaciela, mam nadzieję, że miałbym odwagę zdradzić ojczyznę”. Blunt nauczył się tego w Cambridge. Wypowiedź ta ujawnia jego sposób myślenia, który był mu właściwy przez resztę życia. W oświadczeniu dla „Timesa” z 20 listopada l979 roku Blunt powiedział, że jego działalność na rzecz Rosjan była sprawą konfliktu „politycznego sumienia z wiernością wobec kraju”. „Wybrałem sumienie” oznajmił świętoszkowato. „Kiedy później poznałem prawdę o Rosji, lojalność nie pozwoliła mi na podjęcie jakichkolwiek działań: nie mogłem zadenuncjować przyjaciół”.

Stało się oczywiste, że Anglia przebyła daleka drogę…