Grupa Azoty S.A. w konsekwencji rekordowo wysokich cen gazu ziemnego zatrzymuje instalacje do produkcji nawozów azotowych, kaprolaktamu oraz poliamidu 6

https://grupaazoty.com/aktualnosci/grupa-azoty-s-a-w-konsekwencji-rekordowo-wysokich-cen-gazu-ziemnego-czasowo-zatrzymuje-instalacje-do-produkcji-nawozow-azotowych-kaprolaktamu-oraz-poliamidu-6

W związku z rekordowymi cenami gazu ziemnego, głównego surowca wykorzystywanego przy produkcji w Grupie Azoty S.A., w dniu 22 sierpnia 2022 r. Spółka podjęła decyzję o czasowym zatrzymaniu z dniem 23 sierpnia 2022 roku instalacji do produkcji nawozów azotowych, kaprolaktamu oraz poliamidu 6.

W wyniku agresji Rosji na Ukrainę, od 24 lutego 2022 r. obserwujemy na europejskich giełdach nadzwyczajne, historycznie wysokie ceny gazu ziemnego. Notowania gazu w okresie ostatniego półrocza wzrosły z poziomu 72 EUR/MWh w dniu 22.02.2022 r., do poziomu 276 EUR/MWh w dniu 22.08.2022 r.

Spółka kontynuuje produkcję katalizatorów, osłonek poliamidowych, kwasów humusowych, skrobi termoplastycznej oraz kwasu azotowego stężonego.

W trakcie ogłoszonego postoju instalacji produkcyjnych realizowane będą procesy inwestycyjne oraz remontowe, w tym planowany wcześniej, główny remont instalacji Poliamidów.

Należy podkreślić, że Grupa Azoty S.A. utrzymywała dotychczas produkcję na maksymalnych możliwych mocach, nawet w obliczu znaczących ograniczeń lub całkowitego wstrzymywania produkcji przez największych europejskich producentów.

W celu utrzymania bezpieczeństwa procesowego instalacji produkcyjnych oraz realizacji zobowiązań dla odbiorców zewnętrznych w zakresie dostaw energii elektrycznej, energii cieplnej i wody pitnej prace będą kontynuować: elektrociepłownia, stacja uzdatniania wody pitnej oraz oczyszczalnie ścieków.

Obecna sytuacja na rynku gazu ziemnego – pomimo jego dostępności – determinująca rentowność prowadzonej produkcji, jest wyjątkowa, całkowicie niezależna od Spółki i nie była możliwa do przewidzenia.

Spółka stale monitoruje poziom cen wszystkich surowców oraz rentowność procesów produkcyjnych i na tej podstawie będzie podejmowała dalsze decyzje biznesowe.

Piąty Ojciec – Założyciel UE: Adolf H.

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  •  23 sierpnia 2022

http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5236

W wywiadzie udzielonym braciom Karnowskim Naczelnik Państwa buńczucznie oznajmił, że będzie zwalczał Unię Europejską. Jak słusznie uważają przedstawiciele obozu zdrady i zaprzaństwa, oznacza to, że utracił już nadzieję na uzyskanie z Unii szmalu. Wszystko to być może, ale ja zwróciłbym uwagę również na to, że od 2003 roku, a może nawet wcześniej, Naczelnik Państwa Unię Europejską Polakom stręczył, podobnie jak lider obozu zdrady i zaprzaństwa, szef Volksdeutsche Partei, Donald Tusk, który w tej sprawie z Naczelnikiem Państwa szedł ręka w rękę („róbmy sobie na rękę”).

Tak było w roku 2003, podczas referendum w sprawie Anschlussu, kiedy to obydwaj antagoniści zgodnie stręczyli do Unii. Tak było również 13 grudnia 2007 roku, kiedy to w Lizbonie szef Volksdeutsche Partei Donald Tusk, razem z Księciem-Małżonkiem Radosławem Sikorskim, podówczas wystruganym na ministra spraw zagranicznych, podpisali z Lizbonie słynny traktat lizboński, w obecności prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który ze względów konstytucyjnych traktatu podpisać nie mógł, ale gdyby mógł, to podpisałby go obydwoma rękami.

Mogliśmy się o tym przekonać, kiedy to 1 kwietnia 2008 roku w Sejmie obóz zdrady i zaprzaństwa oraz PiS (przy sprzeciwie części posłów), z Naczelnikiem Państwa na czele, głosował za ustawą upoważniającą prezydenta Kaczyńskiego do ratyfikowania tego traktatu. 10 października 2009 roku prezydent Kaczyński skwapliwie z tego upoważnienia skorzystał, traktat ratyfikował, dzięki czemu wszedł on w życie 1 grudnia 2009 roku, proklamując Unię Europejską, jako odrębny podmiot prawa międzynarodowego.

Taki oto jest rodowód („oto rodowód jest rodziny żony Wuera – Wuerzyny”) Unii Europejskiej, z którą Naczelnik Państwa zapowiada teraz walkę do upadłego. Gdyby naprawdę chciał uwolnić Polskę od unijnej dominacji, to jeszcze pani Beata Szydło mogła złożyć w Brukseli stosowne dokumenty i dzisiaj – kto wie – może bylibyśmy poza Unią Europejską, jak Szwajcaria, Norwegia, czy Wielka Brytania.

Tymczasem nic z tych rzeczy; Naczelnik Państwa żadnych procedur nie wszczyna, tylko trzaska dziobem, że będzie „dążył”, podobnie jak wcześniej „dążył” do „prawdy” w sprawie katastrofy smoleńskiej, a teraz „dąży” do uzyskania od Niemiec reparacji wojennych – ale też żadnej noty do rządu niemieckiego nie składa. Nawet szef opozycyjnej CDU powiedział mu w Warszawie, że chyba nie znajdzie takiego rządu niemieckiego, który by się na reparacje dla Polski zgodził, toteż wszystkie te inicjatywy obliczone są jedynie na uwodzenie wyznawców Naczelnika Państwa przy pomocy usłużnych niezależnych mediów, które tych wyznawców będą rozhuśtywać emocjonalnie, żeby głosowali na PiS, jako jedynego defensora Ojczyzny.

Ciekawe, że podobny program głosi lider obozu zdrady i zaprzaństwa, szef Volksdeutsche Partei Donald Tusk, który zachowuje się, jakby miał obsesję na punkcie Naczelnika – a Naczelnik – jakby miał obsesję na punkcie Tuska. W ten sposób wyznawcy obydwu obrządków są rozhuśtywani emocjonalnie, dzięki czemu, żeby pozyskać ich głosy, nic już nie trzeba mówić o państwie. Wcale bym się tedy nie zdziwił, gdyby się okazało, że Naczelnik Państwa zwyczajnie się z Donaldem Tuskiem po cichu podzielili rolami – co zresztą wiele lat temu sugerował Ludwik Dorn, kiedy jeszcze uchodził za „trzeciego bliźniaka” – że mianowicie trzeba w naszym nieszczęśliwym kraju wprowadzić system dwupartyjny.

Wróćmy jednak do Unii Europejskiej, której ojcostwo przypisuje się Robertowi Schumanowi, który – tylko patrzeć – jak zostanie wyniesiony na ołtarze i będziemy musieli się do niego modlić, a kto wie – może nawet będzie miał własną świątynię, niczym Jerzy Waszyngton w Ameryce. Występuje on tam w postaci nadnaturalnej wielkości posągu w pełnej gali masońskiej – ale to w głównej nawie, bo w podziemiach świątyni jest jeszcze jeden jego posąg, tylko mniejszy.

Zwiedzając ten przybytek byłem trochę zawiedziony, że w jakiejś bocznej nawie nie ma posągu Jerzego Waszyngtona jako dziecka – ale USA, to nie Związek Sowiecki, więc jakieś różnice muszą być. Innym Ojcem Założycielem Eurokołchozu jest też Jean Monnet, który – niczym Stanisław Wokulski – wykazał niebywały talent przy organizowaniu dostaw wojskowych podczas pierwszej i drugiej wojny światowej, a trzecim był niemiecki kanclerz Konrad Adenauer. Ojcostwo Unii Europejskiej przypisuje się też Włochowi, Alcide de Gasperiemu, który również – tylko patrzeć – jak zostanie wyniesiony na ołtarze.

Jak się okazuje, ten sukces ma wielu ojców, ale chyba przez niedopatrzenie nie wymienia się jeszcze jednego, piątego Ojca Założyciela, mianowicie wybitnego przywódcy socjalistycznego Adolfa Hitlera. On też marzył o zjednoczonej Europie, tyle, że po swojemu, ale przecież liczą się nie tylko skutki, ale również intencje – a Adolf Hitler – jak się okazuje – intencje miał zacne, podobnie jak obecnie – Klaus Schwab.

Do wiadomości potomności, żeby prawdziwa cnota nie pozostała bez nagrody, przypominam tedy rekapitulację przemówienia Adolfa Hitlera na zebraniu reichs – i gauleiterów, zapisaną pod datą 8 maja 1943 roku w „Dziennikach” Józefa Goebbelsa:

Z tego wszystkiego Fuhrer wyciągnął jednak taki wniosek, że cała ta gromada małych państw, istniejących obecnie w Europie, musi zostać zlikwidowana tak szybko, jak to możliwe. Celem naszej walki musi pozostać stworzenie jednolitej Europy. Klarowną organizację może Europa uzyskać jedynie od Niemców. Innej siły przywódczej praktycznie nie ma (…) Naszym celem musi być przy tym nadanie Europie nowej formy. Ta nowa forma może być skutecznie realizowana jedynie pod niemieckim przywództwem. Żyjemy dzisiaj w świecie zniszczenia i zniszczeń, które nastąpią. My nie stworzyliśmy tego świata. Jedynie wielokrotnie wyprzedziliśmy naszych wrogów w uświadomieniu sobie, że ten świat jest bytem rzeczywistym i nie pozostaje nam nic innego, jak wykorzystanie go w ten sposób, aby osiągnąć nasze cele. Fuhrer daje wyraz niezachwianej pewności , że Rzesza w którymś momencie opanuje całą Europę. Będziemy musieli stoczyć jeszcze bardzo wiele bojów, ale będą one prowadzić bez wątpienia do najznakomitszych sukcesów. Od tego moment będzie już praktycznie wytyczona droga do panowania nad całym światem. Kto ma Europę, ten zagarnia dla siebie światowe przywództwo.

Adolf Hitler był zwolennikiem militarnego podboju, jako metody jednoczenia Europy. Jak wiemy, to się nie udało – ale każda słuszna myśl, raz rzucona w przestrzeń, prędzej czy później znajdzie swego amatora. I tak się stało w tym przypadku.

Historia jednak nigdy nie powtarza się w sposób identyczny, toteż metoda militarnego podboju została zastąpiona metodą pokojowego jednoczenia Europy, która – jak wynika z niedawnego artykułu kanclerza Olafa Scholza we „Frankfurtet Allgemeine Zeitung” wchodzi obecnie w etap stopniowego likwidowania „małych państw”, a z umowy koalicyjnej trzech partii tworzących aktualny rząd niemiecki, wyłania się program budowy w Europie IV Rzeszy, jako europejskiego imperium o strukturze federalnej. Czegoż innego mógłby dzisiaj chcieć Adolf Hitlera, skoro Unia Europejska na naszych oczach ewoluuje w kierunku IV Rzeszy, a wszystkie koła kręcą się ku ostatecznemu zwycięstwu – co niedawno zauważył nawet Naczelnik Państwa?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Nie zabija się filozofów – prof. Jacek Bartyzel

https://www.bibula.com/?p=135856

Nie zabija się filozofów – prof. Jacek Bartyzel

Przerywam na chwilę sierpniową „abstynencję” od fejsbuka, aby dać wyraz swojemu obrzydzeniu sposobowi podawania przez polskie – a raczej należałoby rzec: polskojęzyczne – media informacji o zamordowaniu w zamachu terrorystycznym córki prof. Aleksandra Dugina, które to media ledwie skrywają swoją satysfakcję z powodu tego mordu.

Śp. Daria Dugina zginęła zapewne „przez pomyłkę” i „w zastępstwie” swojego ojca, co do którego spodziewano się, że będzie jechał tym samochodem (przypomina to okoliczności innego, znanego z historii mordu politycznego, kiedy to skarbnik Action Française, Ernest Berger został zepchnięty pod nadjeżdżający pociąg w metrze przez morderczynię, która wzięła go z wyglądu za Charlesa Maurrasa), chociaż nie można wykluczyć, że świadomie chciano uderzyć ojca zabijając mu dziecko (tak jak z kolei w upozorowanym „samobójstwie” Philippe’a Daudeta).

Ktokolwiek dopuścił się tego aktu terrorystycznego (osobiście nie wierzę w żadną „Republikańską Armię Narodową”, a moim zdaniem sprawców lub przynajmniej mocodawców należałoby szukać albo w amerykańskich służbach specjalnych, nienawidzących Dugina jako wroga demoliberalnego atlantyzmu, albo w ukraińskich – zaprzeczenia władz w Kijowie są nazbyt skwapliwe, zaś argumentacja, iż Ukraina nie jest państwem terrorystycznym, jak Rosja, mało wiarygodne, bo obie te nacje i ich państwa mieszczą się w tej samej, orientalnej „kulturze politycznej”, w której mordowanie przeciwników stanowi normę).

Oprócz powtarzania bzdurnej mantry o „ideologu Kremla”, „propagandyście” i „mózgu Putina” – ideologiczne i geopolityczne koncepcje A. Dugina były przezeń rozwijane, gdy jeszcze nikt o Putinie nie słyszał – mówi się, że wzywał do mordowania Ukraińców. Przypomnę, że kiedy wybuchła I wojna światowa, czołowi filozofowie i poeci niemieccy wzywali do zabijania Francuzów i ich sojuszników w imię wyższości germańskiej Die Kultur, a takoż czołowi intelektualiści francuscy i angielscy wzywali do zabijania germańskich „Hunów” w imię postępu i wyższości zachodniej Civilization, ale jakoś nikt nie zamordował z tego powodu Maxa Schelera czy Emile’a Durkheima, bo rozumiano, że myśliciele i artyści, jak popadną w patriotyczne uniesienie, to nie znają granic swojej weny retorycznej.

Normą naszej tradycji moralnej jest przecież właśnie to, że nie zabija się za myślenie, a więc nie zabija się filozofów, nawet jeżeli ich poglądy są nam niemiłe (nb. w wypadku prof. Dugina przynajmniej antyliberalna strona jego koncepcji winna nam być właśnie miła, przy odrzuceniu aspektów gnostyckich i imperialno-wielkoruskich), a jeśli zdarzy się, że jednak się ich zabija, to jest to – począwszy od Sokratesa – hańbą społeczeństw to czyniących.

Jest mi zatem wstyd za te prawie rozradowane komentarze, toteż tej chwili składam Aleksandrowi Gieljewiczowi – jak ojciec ojcu, profesor profesorowi i chrześcijanin-katolik chrześcijaninowi-prawosławnemu – wyrazy głębokiego współczucia z powodu tragicznej śmierci jego córki.

Prof. Jacek Bartyzel

[Źródło:] Profil fb

Za: Mysl Polska – myslpolska.info (21-08-2022) | https://myslpolska.info/2022/08/22/bartyzel-nie-zabija-sie-filozofow/

============================

Dołączam się do tych wyrazów głębokiego współczucia

Mirosław Dakowski

WHO zmieniło nazwę małpiej ospy na Clade – użytą podczas symulacji pandemii z roku 2018, tj. CLADE X

WHO zmieniło nazwę małpiej ospy na Clade – użytą podczas symulacji pandemii z roku 2018, tj. CLADE X

Date: 22 agosto 2022Author: Uczta Baltazara0 Commenti

Pandemię “COVID-19” poprzedziło kilka gier symulacyjnych, m.in. szeroko znany «Event 201». Mniej znany jest fakt, że odbyła się również symulacja dotycząca małpiej ospy. W roku 2018, w Johns Hopkins Center for Health Security miała miejsce symulacja «Clade X Exercise». https://www.centerforhealthsecurity.org/our-work/exercises/2018_clade_x_exercise/ https://homelandprepnews.com/countermeasures/28399-clade-x-simulated-pandemic-put-political-leaders-public-notice/

Warto zauważyć, że WHO zmieniło obecnie nazwę ospy małpiej; jest ona obecnie nazywana Clade 1 i Clade 2. https://www.cidrap.umn.edu/news-perspective/2022/08/who-unveils-new-monkeypox-variant-names https://www.who.int/news/item/12-08-2022-monkeypox–experts-give-virus-variants-new-names

Bill Gates w roku 2017: “Następna epidemia może objawić się na ekranie komputera terrorysty wykorzystującego inżynierię genetyczną do stworzenia syntetycznej wersji wirusa ospy lub niezwykle zaraźliwego i śmiertelnego patogenu grypy”.

Trzy miesiące później Johns Hopkins Center for Health Security po raz pierwszy od wielu lat rozpoczęło szczegółowe planowanie nowych manewrów pandemicznych – jeszcze większych i bardziej złożonych niż poprzednie. Ich tytuł brzmiał “Clade X” (foto powyżej).https://liebertpub.com/doi/abs/10.1089/hs.2019.0097?journalCode=hs https://www.youtube.com/embed/rsha-Ui2Cww?version=3&rel=1&showsearch=0&showinfo=1&iv_load_policy=1&fs=1&hl=it&autohide=2&wmode=transparent https://www.nogeoingegneria.com/effetti/salute/loms-rinomina-il-vaiolo-delle-scimmie-come-clade-esattamente-come-nella-simulazione-della-pandemia-del-2018-clade-x/embed/#?secret=1cvD8lG3dK#?secret=9FFOB2zJ2M

Condividi:

WRealu24 skasowane przez YouTube! CO DALEJ? Liczba ludzi, którzy podejmują walkę ze „światowym systemem” – cały czas rośnie!!

Liczba ludzi, którzy podejmują walkę ze „światowym systemem” – cały czas rośnie!!

https://banbye.com/watch/v_hSUD8uek3P14

20 mocnych minut

wRealu24 skasowane przez YouTube! CO DALEJ? Rola, Plewa, Braun, Winnicki, Korczarowski i Wilk OSTRO odpowiadają w Sejmie RP!

W cieniu rybobójstwa

Stanisław Michalkiewicz    tygodnik „Goniec” (Toronto)    21 sierpnia 2022

Rybi holokaust, jaki w dniach ostatnich nastąpił w Odrze, zepchnął na drugi, a nawet na jeszcze dalsze plany rewelacje, jakimi przez cały sezon ogórkowy karmiły swoich odbiorców niezależne media głównego nurtu w Polsce. O ile przedtem głównym tematem były podróże po kraju Naczelnika Państwa i Donalda Tuska, podczas których obydwaj Umiłowani Przywódcy podsrywali się wzajemnie, ewentualnie testowanie sędziów na niezawisłość, odbywające się zwłaszcza z Sądzie Najwyższym, być może dlatego, że pensje tamtejszych sędziów są najwyższe, więc i niezawisłość też, a także opowieści o reparacjach wojennych od Niemiec, to teraz tylko Odra i spływające z jej nurtem do morza śnięte ryby. To znaczy one do morza nie dopłyną, o tym nie ma mowy, bo są po drodze wyławiane i przekazywane do utylizacji. W ten sposób wyłowionych zostało już co najmniej 100 ton – aż dziw bierze, że tyle ich w Odrze w ogóle było.

Wszyscy zachodzą w głowę, co też mogło spowodować takie masowe rybobójstwo. Początkowo głównym podejrzanym była rtęć, ale Niemcy to zdementowali, chociaż nie do końca, bo po kolejnych badaniach rybich zwłok podobno ktoś kazał jednak wykryć tam ślady rtęci. Ale pani minister Moskwa wysunęła inną hipotezę, że mianowicie przyczyną zatrucia Odry było nadmierne zasolenie wody, spowodowane zrzutami słonej wody z kopalni. Których? A właśnie – tajemnica to wielka. Nie było to zresztą ostatnie słowo, bo środowiska radykalnych sanitarystów, przestrzegające przed kolejną falą koronawirusa zaczęły rozpowszechniać fałszywe pogłoski, jakoby przyczyną wyginięcia odrzańskich ryb było to, że nie zostały one zaszczepione przeciwko odrze.

Mnogość tych hipotez jest o tyle zaskakująca, że w naszym nieszczęśliwym kraju są co najmniej cztery urzędy, które powinny zajmować się ochroną środowiska: Ministerstwo Klimatu i Ochrony Środowiska, Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, Główny Inspektorat Ochrony Środowiska oraz Wody Polskie. Najwyraźniej te dwa ostatnie zostały – jak na razie – głównymi winowajcami katastrofy, bo pan premier Morawiecki „ w trybie natychmiastowym” zdymisjonował szefa Wód Przemysława Dacę oraz Głównego Inspektora Ochrony Środowiska Michała Mistrzaka. Głowy się tedy posypały, ale mimo to nadal nie wiadomo, co było przyczyną zatrucia Odry, chociaż sprawę badają niezliczone laboratoria polskie, a także niemieckie. W rezultacie, wśród rozmaitych możliwości, wyjaśnienia może dostarczyć informacja, że wodę w Odrze zatruł Putin – co by pasowało każdemu: i Polsce i Niemcom i Czechom, a przede wszystkim – Ukraińcom, no i oczywiście – Stanom Zjednoczonym.

Ostatnio bowiem również na Krymie dzieją się zagadkowe rzeczy; eksplozje następują jedna po drugiej, ale Amerykanie powiadają, że amerykańska broń nie jest tam używana, a z kolei Ukraińcy – co prawda tak, żeby im nikt nie uwierzył – ale też się nie przyznają do ataków na Krymie. W tej sytuacji może to być prowokacja Putina, a skoro robi on nawet takie rzeczy, to dlaczego nie miałby wytruć ryb w Odrze? W takiej sytuacji nie tylko wszyscy odetchnęliby z ulgą, ale również ja mógłbym ubiegać się od milion złotych nagrody, ustanowionej za wskazanie sprawcy.

Tymczasem premier Morawiecki naigrawa się z Donalda Tuska, że „trzymał kciuki” za rtęć w Odrze, a niemiecki minister, dementując tę fałszywą pogłoskę, wbił mu nóż w plecy. W związku z tym opozycja już tylko ubolewa nad niedolą ryb, które w dodatku nie mają głosu. Tutaj jednak otwierają się przed klasą polityczną szerokie perspektywy, bo jeśli, dajmy na to, Volksdeutsche Partei kreowałaby się rzecznikiem ryb nie tylko w Odrze, ale i Wiśle oraz innych rzekach, to mogłaby wygrać przyszłoroczne wybory w cuglach i osadzić na synekurach w spółkach Skarbu Państwa swoich faworytów. Wspominam o tym m.in. dlatego, że właśnie w niezależnych mediach ukazały się niedyskrecje, iż osoby ulokowane przez Naczelnika Państwa w radach nadzorczych albo zarządach spółek Skarbu Państwa, w ciągu kilku lat dorobiły się milionowych majątków.

Któż w tej sytuacji nie chciałby poświęcić się służeniu Polsce?

Skażenie Odry zepchnęło na dalszy plan również Święto Wojska Polskiego, które w tym roku miało przebieg skromniejszy, niż w latach poprzednich. Przede wszystkim nie było defilady z użyciem ciężkiego sprzętu. Złośliwi powiadają, że to dlatego, że nie miałoby co defilować, jako że ciężki sprzęt został przez Polskę w całości przekazany Ukrainie, a spodziewanego, to znaczy – zakupionego tysiąca czołgów z Korei Południowej jeszcze nie ma. Wprawdzie wicepremier i minister obrony narodowej, pan Mariusz Błaszczak twierdzi, że mimo tych transferów polskiego uzbrojenia na Ukrainę, polskie zdolności obronne nie doznały żadnego uszczerbku, ale tak czy owak defilady nie było. Bardzo możliwe, że w tej sytuacji filarem naszej obronności jest gwarancja udzielona nam przez JE ambasadora USA w Warszawie Marka Brzezńskiego, że w razie czego Stany Zjednoczone będą broniły Polski do ostatniej kropli krwi – no i wręczenie nominacji 11 nowym generałom. W ogóle polska armia ma być najsilniejsza w Europie, bo jeśli nadejdą czołgi kupione w Korei Południowej i Ameryce, to będziemy mieli tyle czołgów, ile Wielka Brytania, Niemcy i Francja razem wzięte. Przed taką armią pierzchnie w popłochu każdy wróg, ale biorąc pod uwagę naszego pecha to obawiam się, że właśnie wtedy wojna się skończy.

Adam Grzymała-Siedlecki wspomina, jak to jeszcze w czasach rozbiorowych, dwory ziemiańskie w poszczególnych parafiach rywalizowały ze sobą o to, w której parafii będzie najbardziej okazały odpust, nie tylko w zakresie nabożeństwa, ale i w fazie późniejszej, rozrywkowej, która z udziałem licznych gości odbywała się na plebanii, często do późnej nocy. Z czymś podobnym mamy do czynienia teraz, z tą różnicą, że nie chodzi o rywalizację między parafiami o okazałość odpustu, tylko między telewizją rządową i jedną z telewizji nierządnych, żydowską telewizją dla Polaków, czyli TVN.

Rywalizują one między innymi o festiwale piosenki. O ile festiwal polskiej piosenki w Opolu jest zdominowany przez telewizję rządową, w związku z czym szansoniści niechętni rządowi „dobrej zmiany” unikają go, jak ognia, o tyle rozpoczynający się 16 sierpnia, trzydniowy festiwal w Sopocie jest odpustem firmowanym raczej przez żydowską telewizję dla Polaków, więc szansoniści opozycyjni, jeden przez drugiego, garną się do tamtejszej Opery Leśnej drzwiami i oknami, żeby śpiewać „o miłości, przyjaźni, empatii i pomocy potrzebującym”. Kiedy to piszę, festiwal jeszcze się nie zaczął, ale myślę, że wykonawcy okażą się na poziomie i jeśli, dajmy na to, będą śpiewać „o miłości”, to między wszystkimi 77 płciami, bo w przeciwnym razie mielibyśmy do czynienia z wykluczeniem i stygmatyzacją, a to – jak wiadomo – gorsze jest od śmierci.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

W niecałe dwa lata podstawowe produkty spożywcze zdrożały po około 90 proc. Restaurator pokazuje prawdę o inflacji.[Woda też drożeje!!]

Restaurator pokazuje prawdę o inflacji. „Pseudo-obniżka VAT-u”

Damian Słomski https://businessinsider.com.pl/biznes/inflacja-i-ceny-zywnosci-w-praktyce-restaurator-pokazal-faktury/e0rtzhe

Oficjalne dane pokazują, że od wybuchu pandemii ceny w Polsce wzrosły średnio ponad 20 proc. Podobnie jest z żywnością.

Tymczasem faktury zakupowe jednego z restauratorów pokazują kilkukrotnie większą skalę drożyzny

  • Właściciel bistro z podkrakowskiej miejscowości pokazał nam faktury, z których wynika, że w jego przypadku w niecałe dwa lata podstawowe produkty spożywcze zdrożały po około 90 proc.
  • Zauważa, że wprowadzona przez rząd obniżka VAT dla restauratorów przyniosła skutek odwrotny od zamierzonego. Teraz płacą jeszcze więcej, a na zmianach skorzystali dystrybutorzy.
  • Przyznaje, że w wymarzoną restaurację włożył z żoną całe oszczędności i wszystko wskazuje na to, że m.in. przez inflację jeszcze wiele lat nie wyjdą na zero. Minimalizują straty i nie chcą zbankrutować
  • ========================

Oficjalne dane Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) wskazują, że średni wzrost cen dóbr i usług konsumpcyjnych w ciągu ostatniego roku wyniósł 15,6 proc., a od początku pandemii przekroczył 21 proc. Podobne podwyżki dotknęły żywność, co przełożyło się też na cenniki restauracji.

To jednak średnia wyciągnięta dla pewnych towarów i usług. Ostatecznie w jednych obywateli inflacja uderza mocniej, w innych słabiej. Właściciel podkrakowskiej restauracji wyśmiewa liczby podawane przez urzędników. Wskazuje, że skala podwyżek cen podstawowych produktów spożywczych, które służą przygotowaniu dań, jest w jego przypadku znacznie większa.

– Przerażają mnie obecne ceny. Kiedy słyszę o inflacji, która wynosi kilkanaście procent, to ogarnia mnie złość. To nieprawda. Rzeczywista inflacja jest dużo, dużo wyższa. Nie wiem, dlaczego jest to ukrywane — wskazuje w rozmowie z Business Insider Polska właściciel bistro „Palce lizać” z podkrakowskiej miejscowości Siepraw.

Od blisko dwóch lat, czyli od momentu wejścia w biznes, zbiera faktury za produkty kupowane na potrzeby serwowanych dań i nam je pokazał.

Porównania przyprawiają o zawroty głowy. Restaurator przyznaje, że jest w bardzo trudnej sytuacji, bo już na starcie musiał zmierzyć się z pandemią. Z tego względu nie mógł liczyć na pomoc państwa. Teraz toczy nierówną walkę z inflacją.

Gigantyczny wzrost cen żywności

Na niektórych produktach zauważyłem nawet 200-300 proc. podwyżki. Półtora roku temu kupowałem pięciolitrowy olej w cenie około 20 zł. Teraz dokładnie taki sam olej, od tego samego producenta i tej samej pojemności kosztuje 57 zł — wylicza.

Smalec wieprzowy (200 g) jeszcze pod koniec 2020 r. kupował po 94 gr. Teraz końcówka jest podobna, ale z dwójką z przodu (2,92 zł). Filet z kurczaka chodził po 13-14 zł, a dało się go dostać też za niecałe 10 zł. Teraz w cenniku jest po 22 zł. Zwraca też uwagę na jaja, które z dokładnie tej samej fermy na początku kupował po 30 gr za sztukę, a teraz producent liczy sobie 48 gr.

Restauracji nie omijają też konsekwencje paniki cukrowej. Nasz rozmówca za kilogramową paczkę w pierwszych miesiącach działalności płacił niecałe 2 zł. Ostatnio na fakturze widniała już stawka 5,53 zł za sztukę.

Warto zauważyć, że to ceny z hurtowni, w których zaopatrują się właściciele restauracji. Są więc niższe niż te, które widnieją ostatecznie na półkach sklepowych.

— Bardzo trudno jest prowadzić bistro, mając takie podwyżki. Przeanalizowałem faktury na najbardziej podstawowe produkty, takie jak jajka, mleko, masło i inne tłuszcze, różnego typu śmietany, sery i mięso oraz warzywa. Przez ostatnie półtora roku średni wzrost cen w ich przypadku wyniósł ponad 90 proc. – podsumowuje.

Przyznaje, że gdy chodzi nawet na zwykłe zakupy, prywatnie, to w popularnej sieci dyskontów widzi, że od lutego ceny zwiększyły się o blisko 30 proc. Zwraca przy tym uwagę na — jego zdaniem — pseudoobniżkę VAT-u, którą z dumą chwali się rząd.

— Na fakturach wyraźnie widać, że ceny po „obniżce VAT” pozostały tak naprawdę na tym samym poziomie, na jakim były pierwotnie. Odpowiednio wcześniej zostały przez dostawców podniesione, by po obniżeniu podatku wygenerować przez nich większy zysk. W praktyce dla branży gastronomicznej jest to dodatkowe 5 pkt proc. podatku VAT do odprowadzenia — podkreśla restaurator.

Zaznacza jednak, że miał do czynienia z jednym jedynym wyjątkiem. Był nim dostawca jaj, który faktycznie obniżył swój cennik o VAT.

Rosnące ceny żywności nie są jedynym problemem branży. Restauracje, tak jak inne firmy, muszą mierzyć się też z gigantycznym wzrostem opłat za szeroko rozumianą energię. Koszty transportu ze względu na drogie paliwa są oczywiste, ale jak zauważa nasz rozmówca, opłaty za gaz w jej przypadku zwiększyły się o około 100 proc.

Jeszcze gorzej jest z rachunkami za prąd, które skoczyły o blisko 400 proc. Choć dodaje, że akurat w przypadku energii elektrycznej zmienił operatora, więc porównywalność danych jest przez to nieco zaburzona.

Ile płacą klienci, a ile powinni?

— U mnie w małej miejscowości sycący zestaw dwudaniowy, czyli zupa i porządne danie mięsne, kosztuje 18 zł. Żeby móc ponieść wszystkie koszty i osiągnąć satysfakcjonującą marżę, tak naprawdę musiałbym podnieść cenę zestawu do około 25 zł — przyznaje szef bistro „Palce lizać”.

Gdy startował z biznesem, ten sam zestaw był po 16 zł. Jedyne podwyżki w cenniku wprowadził tuż przed wybuchem wojny w Ukrainie. Podkreśla, że nie chce bardziej podnosić cen. Zamiast tego stara się szukać oszczędności i nowych klientów.

W bistro najdroższa potrawa to żeberka glazurowane miodem. Duża porcja po podwyżce sprzed kilku miesięcy o 4 zł kosztuje 28 zł.

Jedni restauratorzy starają się nie odstraszać klientów cenami. Inni balansują na granicy opłacalności, a duża część dostosowuje cenniki do nowych realiów. W efekcie spada popyt, co potwierdzają branżowe analizy.

Wyniki badania PMR przeprowadzonego w maju 2022 r. na potrzeby raportu „Rynek HoReCa w Polsce 2022. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2022-2027” pokazują, że z powodu wzrostu cen połowa Polaków ogranicza wizyty w lokalach gastronomicznych (66 proc.). W przypadku zamówień na dowóz lub na wynos taką deklarację składa 63 proc. ankietowanych.

Ta sama ankieta pokazuje, że zdecydowana większość społeczeństwa jest coraz bardziej świadoma swoich wydatków. Ze stwierdzeniem, że „gotując samodzielnie, można zaoszczędzić”, zgadza się 75 proc. Polaków korzystających z usług gastronomicznych.

— To trudna branża. Jest bardzo ciężko. Gdyby nie pandemia i inflacja, byłbym bardzo szczęśliwy. Te przeszkody odbierają jednak sporo satysfakcji. W wymarzoną restaurację włożyliśmy z żoną całe nasze oszczędności i wszystko wskazuje na to, że długo tego nie odrobimy — przyznaje z żalem właściciel bistro.

— Obawiam się, że przy obecnych kosztach możemy nie wyjść na zero przez kolejne 10 lat. Robimy wszystko, żeby biznes był rentowny, ale w tej chwili jest to niemożliwe. Staramy się oszczędzać i minimalizować straty. Chcemy uniknąć losu, który już spotkał część gastronomii, która zmuszona była do zamknięcia — podkreśla.

Turystów nie brakuje, ale dzielą porcje

Na sytuację narzekają zarówno restauratorzy z małych miejscowości, dużych miast, jak i najpopularniejszych turystycznych regionów. Ci ostatni zawsze w sezonie mają duże obłożenie. Tak jest i tym razem. Gorzej z przełożeniem tego na pieniądze.

Na półmetku wakacji np. pod tatrami nie można było narzekać na frekwencję, ale Tatrzańska Izba Gospodarcza (TIG) wskazuje, że turyści ze względu na ceny są dużo bardziej oszczędni.

– Dosyć czytelnie spadł średni rachunek, licząc per capita, czyli z każdego stolika. Restauratorzy notują mniejsze utargi w porównaniu z latami poprzednimi .

Powołując się na informacje od przedstawicieli branży, dodaje, że w poprzednich latach goście zamawiali więcej, a incydentalne było dzielenie porcji na kilka osób.

– Teraz takie zamówienia są standardem. W gastronomii kluczem nie jest obłożenie stolików, a średni utarg od stolika – zauważa.

Autor: Damian Słomski, dziennikarz Business Insider Polska

==========================

Zarobki mamy polskie, a ceny wody będą europejskie. Szykują się ostre podwyżki taryf

https://innpoland.pl/183205,ceny-za-wode-niedlugo-wzrosna

Wyższe rachunki za wodę są pokłosiem wysokiej inflacji oraz wzrostu cen energii. Z tego powodu przedsiębiorstwa wodno-kanalizacyjne wraz z samorządami podnoszą taryfy.

  • Wiele przedsiębiorstw wodno-kanalizacyjnych chce podnieść taryfy za wodę
  • Niektóre podwyżki nie są jednak proporcjonalne do ponoszonych strat, o czym mówił pod koniec lipca Przemysław Daca, były prezes Wód Polskich
  • W 2021 roku podwyżka cen za wodę w Polsce wyniosła 3,9 proc. rok do roku przy inflacji HICP na poziomie 14,2 proc. Jak będzie teraz?

Depopulacja Polski. Niezaprzeczalny, ogromny „sukces PiS”.

Depopulacja Polski. Niezaprzeczalny, ogromny sukces PiS

Kategoria: Archiwum, Polecane, Polityka, Polska, WażneAutor: Redakcja, 21 sierpnia 2022

Depopulacja danego obszaru geograficznego jest procesem złożonym. Termin wyludnienie oznacza zmniejszenie liczby ludności. Nic jednak nie mówi o stosowanych metodach, a są to:

  1. Depopulacja wojenna lub zakamuflowana (zgony nadmiarowe podczas lockdownu medycznego, zwiększenie śmiertelności z powodu obniżenia standardu świadczeń zdrowotnych).
  2. Wysiedlanie, deportacje (metoda wojenna).
  3. Pobudzenie emigracji (wyjazdów z kraju ludności rodzimej).
  4. Zmniejszenie dynamiki urodzeń (mały wskaźnik dzietności) m.in. poprzez szykany ekonomiczne.
  5. Przesiedlenie obcego pod względem cywilizacyjnym, kulturowym elementu etnicznego.

Żadna z dotychczasowych formacji politycznych po 1989 roku nie osiągnęła takich sukcesów w tej dziedzinie jak socjalistyczna formacja Kaczyńskiego, realizująca ze zbrodniczym rozmachem następujące punkty: pierwszy (częściowo), trzeci, czwarty i piąty.

Oczywiście, proces depopulacji rozpoczął się na długo przed rządami PiS, jednak nikt inny nie przyśpieszył go aż do tego stopnia. Aktualnie w Polsce rodzi się mniej dzieci niż podczas II Wojny Światowej, a w sytuacji utrzymania się niekorzystnych tendencji nasza dynamika demograficzna (liczba zawartych małżeństw, liczba urodzeń) ustabilizuje się na poziomie 20 milionowego kraju.

Prognozy demograficzne sporządzane w drugiej połowie lat 80-tych przewidywały, że w XXI wieku Polska przekroczy liczbę 50 mln mieszkańców.

Aby przybliżyć czytelnikowi obraz zmian prezentujemy wykres urodzin w Polsce na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. Spadek z jednego miliona do 331 tys.

W roku 2021 urodziło się w Polsce zaledwie 331 tys. dzieci.

Wywiad z ideologiem NWO wydrukowany w socjalistycznej „Kulturze” w 1975 r.

Prof. Dennis L. Meadows podał w nim konkretną liczbę ludności dla Polski – 15 milionów obywateli, która według niego jest “wielkością optymalną”.

ANDRZEJ BONARSKI: Wydaje mi się, że „Granice wzrostu” nie uwzględniają różnic między typem gospodarki socjalistycznej i kapitalistycznej, że nie uwzględniają tempa (…)

PROF. DENNIS L. MEADOWSWolałbym odpowiedzieć nie bezpośrednio. Na przykład, jeżeli chodzi o Polskę, to sądzę, że macie zbyt duży przyrost ludności. 15 milionów ludności gwarantowałoby równowagę. Dalej: jeżeli chodzi o Polskę, widzę takie problemy – po pierwsze: właśnie zahamowanie eksplozji demograficznej (…)

A. B.: Jak wyobraża sobie Pan drastyczne zahamowanie rozrodczości?

D. L. M.: Państwo o ustroju socjalistycznym ma w tej mierze szczególne możliwości. Aparat administracyjny i społeczny może stworzyć warunki przeciwdziałające nadmiernemu przyrostowi ludności.

A. B.: Czy nie wydaje się Panu, że każda rodzina może chcieć kiedyś mieć dzieci i ma do tego prawo?

D. L. M.: Absurd.

A. B.: Nie sądzę, by dało się tak całkowicie lekceważyć tradycję i biologię.

D. L. M.: Łatwo ją zmienić.

 (…) ANDRZEJ BONARSKI “Kultura” z 12 stycznia 1975, s. 7

_______________________________________________

A oto efekty polityki depopulacyjnej realizowanej w Polsce przez każdą, bez wyjątku, ekipę rządową:

Rocznik Demograficzny 2021/ GUS/

Polityka PiS oznacza przyśpieszenie depopulacji Polski

Teza, że program 500+ pomoże w zwiększeniu dzietności i odwróci katastrofalne tendencje na stałe była głoszona przez cynicznych propagandzistów. Chwilowy wzrost urodzin był efektem realizacji wcześniej podjętych decyzji o drugim i trzecim dziecku. Intensywny program NWO realizowany przez PiS w formie wprowadzania kolejnych lockdownów (zdrowotnego, energetycznego, żywnościowego, finansowego), a mówiąc wprost: program okradania i depopulacji Polaków, niszczenia przedsiębiorstw, w tym firm rodzinnych jest milowym krokiem na drodze do realizacji wytyczonych, antypolskich celów. Na razie, Polacy dają się okradać i pozwalają się zabijać. Jedni boją się represji i broni palnej w rękach współczesnych folksdojczów, inni skulili się w powłoce niewolnika i pełzają dalej, w stronę przepaści.

Ks. Isakowicz-Zaleski: Oto polska racja stanu w relacji z Ukrainą. „Na kogo” gra prezydent Duda i władze.

Marta Markowska https://nczas.com/2022/08/19/ks-isakowicz-zaleski-oto-polska-racja-stanu-w-relacji-z-ukraina-wywiad/

Uległość pana prezydenta wobec władz Ukrainy, co sam akcentuje, jest tak daleko posunięta, że nie tylko się nie upomina o pochówki ofiar, ale ustępuje we wszystkich innych sprawach. Pytanie: czyje interesy pan prezydent reprezentuje? – pyta ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski, który w rozmowie z „Najwyższym Czasem!” podejmuje tematy upamiętnienia ludobójstwa na Wołyniu, dzieleniu ofiar na lepsze i gorsze oraz polskiej racji stanu w kwestii relacji polsko-ukraińskich.

Marta Markowska: Postawa prezydenta RP Andrzeja Dudy podczas uroczystości upamiętnienia ludobójstwa na Wołyniu wzbudziła spore kontrowersje. Do Księdza oraz do grupy Polaków trzymających baner z prośbą o zniesienie zakazu ekshumacji zwłok pomordowanych na Wołyniu prezydent zaapelował o „miarkowanie słów”. Czy zdaniem Księdza jest to jednoznaczny dowód na to, że nasz prezydent nie dba o dobrze rozumiany interes Polaków, lecz reprezentuje służalczą postawę względem naszego wschodniego sąsiada?

Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski: Choć słowa prezydenta są bardzo znamienne, znacznie istotniejsze jest to, co nasz prezydent robi, a ściślej czego nie robi, a jako prezydent III RP powinien czynić. Od 2015 roku prezydent i jego otoczenie, a także władze obozu rządzącego składały i nadal składają liczne deklaracje dotyczące kwestii ludobójstwa i pochówku polskich ofiar na Wołyniu, w Małopolsce Wschodniej i w innych częściach Kresów. Niestety, są to tylko obietnice. Przez siedem lat nie zrobiono nic.

W tym roku po raz pierwszy pan prezydent, pan premier i ambasador Ukrainy przyszli na uroczystości upamiętniające Krwawą Niedzielę, która była apogeum ludobójstwa na Wołyniu. Wydawało się, że będzie to wielki krok do przodu. Padły deklaracje, ale… tylko deklaracje. Chociaż pan prezydent wygłosił bardzo emocjonalne, trwające 21 minut przemówienie, w którym dość chaotycznie mieszał wątki historyczne i polityczne), później sam sobie zaprzeczył. Kiedy bowiem przeszedł obok banneru rodzin kresowych upominających się o pochówek swoich krewnych, moim zdaniem użył absolutnie niewłaściwych słów. Padły słowa w charakterze upomnienia czy pogróżek, że mamy miarkować słowa, że trzeba pójść inną drogą, że to nie służy żadnej ze stron. Prezydent nie powiedział, kto jest tą drugą stroną, natomiast jego wypowiedzi w czasie przemówienia i późniejsze są skrajnie proukraińskie.

Nie jestem przeciwny współpracy Polski z Ukrainą, ale powinna się ona odbywać na szczeblu partnerskim. Uległość pana prezydenta wobec władz Ukrainy, co sam akcentuje, jest tak daleko posunięta, że nie tylko się nie upomina o pochówki ofiar, ale ustępuje we wszystkich innych sprawach. Pytanie: czyje interesy pan prezydent reprezentuje? Jest prezydentem niezależnej Rzeczypospolitej czy też myśli już o swojej przyszłości jako działacz czy przedstawiciel UKRAPOLU, czyli sojuszu Ukrainy z Polską? Oczywiście są to mrzonki, niemniej bardzo niebezpieczne.

Na swoim Twitterze zadał Ksiądz panu prezydentowi bardzo trafne pytanie: czy podobne słowa byłby w stanie skierować do ofiar holokaustu Żydów? Odpowiedzi Ksiądz nie uzyskał, ale możemy się jej domyślać.

Prezydent Andrzej Duda, jak również przedstawiciele innych opcji politycznych, inaczej traktują rodziny ofiar zbrodni katyńskiej, inaczej rodziny kresowe, czyli krewnych pomordowanych na Wołyniu, a jeszcze inaczej rodziny ofiar holokaustu. Wszystkie te wydarzenia były ludobójstwami. Każdy zamordowany i jego rodzina powinni być potraktowani jednakowo. Nie wyobrażam sobie jednak, żeby pan prezydent mówił o miarkowaniu słów wobec rodzin ofiar holokaustu albo żeby mówił, żebyśmy dbali o wrażliwość niemiecką – bo przecież drugą stroną w przypadku holokaustu Żydów są Niemcy. Nie można w ten sposób dzielić ofiar na lepsze i gorsze. Myślę jednak, że to jest charakterystyczny rys obozu rządzącego, który wyraźnie rozróżnia ofiary. Ofiary „dobre” to ci, którzy zginęli z rąk Niemców lub Sowietów, a ofiary „gorsze” to te, które zginęły z rąk Ukraińców.

Wreszcie obóz rządzący rozróżnia ofiary żydowskie od ofiar polskich, co moim zdaniem jest ogromnym błędem, bo każda ofiara – czy to był Polak, czy Rosjanin, czy Ukrainiec, czy przedstawiciel innej narodowości – ma takie samo miejsce w naszej pamięci. To wszystko byli obywatele polscy! Każdy obywatel II RP okresu międzywojennego powinien być uszanowany, gdyż zginął z rąk okupanta. Niestety, dzisiaj widzimy, że pan prezydent dał się wplątać w takie podzielenie ofiar na lepsze i gorsze.

Jeżeli obserwujemy takie uprzywilejowanie Ukrainy, to czy zgodnie z tym, co mówi jeden z posłów Konfederacji, mamy już do czynienia z ukrainizacją Polski?

Myślę, że i tutaj nastąpiło pomieszanie pewnych pojęć. Jeszcze raz podkreślę: dobra współpraca między Polską a Ukrainą jest bardzo ważna, ale z pozycji partnerskiej, można nawet powiedzieć: braterskiej, a nie w sytuacji, w której Polska jest ciągle w pozycji służebnej wobec Ukrainy i ma spełniać jej oczekiwania.

Słowa pana prezydenta o tym, że zostały zniesione granice, moim zdaniem, godzą w polską rację stanu. Konstytucja RP mówi, że Rzeczpospolita ma konkretne granice. Jakiekolwiek próby znoszenia tych granic wymagają zgody całego społeczeństwa, a nie tylko polityków na górze, którzy sobie ubzdurają, że mamy UKRAPOL.

Przed naszym przystąpieniem do UE było referendum, a tu nagle bez referendum obóz rządzący ciągle podkreśla, że będziemy tworzyli wspólne państwo z Ukrainą. Hola, hola! Najpierw trzeba zapytać suwerena po jednej i po drugiej stronie. Z tego, co wiem, Ukraina wcale się nie pali, żeby być w UKRAPOLU razem z Polakami. Z różnych powodów.

Podobnie ukrainizacja Polski jest bardzo niebezpieczna.

Prowadzę Fundację im. Brata Alberta, która opiekuje się prawie 150 osobami z Ukrainy Wschodniej. Są to głównie kobiety i dzieci. Niedawno zginął mąż jednej z pań, która pracuje w kuchni. Był ukraińskim żołnierzem w Charkowie. Nie ma cienia wątpliwości, że trzeba tym ludziom pomagać, co nie oznacza, jak się postuluje, żeby wprowadzać język ukraiński jako drugi w Polsce bądź dawać Ukraińcom lepsze prawa w Polsce niż Polakom. Takie działanie prowadzi do konfliktów polsko-ukraińskich, a służebna rola kamerdynera, sługi-współpracownika jest fatalna. Część polskich polityków wpada w amok. Już budowaliby nowe państwo itd. Najpierw trzeba wygrać wojnę, dopiero potem mówić o wspólnym państwie. Trzeba także ustalić zasady partnerskie. Jeżeli Polacy tak pomagają Ukrainie, to dlaczego na Ukrainie ciągle obowiązuje zakaz pochówków ofiar rzezi Wołyńskiej?

W związku z obecną sytuacją na Ukrainie do Polski przybyło ogromnie wielu uchodźców. Czy myśli Ksiądz, że wraz z końcem wojny ci ludzie powrócą, czy też zostaną w Polsce na stałe?

Nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. Sytuacja bardzo szybko się zmienia. Kiedy wybuchła wojna, większość osób – w tym ja, moi przyjaciele – miała nadzieję, że to będzie wojna krótkotrwała i uchodźcy szybko wrócą do swoich domów. Teraz okazuje się, że ta wojna będzie przeciągana i obserwujemy wzajemne wykrwawianie się obu stron. Rosjanie dokonują straszliwych zniszczeń na Ukrainie Wschodniej. Okazuje się, że część tych rodzin nie ma już gdzie wrócić. Część wyjedzie za granicę, ale znaczna część pozostanie w Polsce.

Pytanie, czy Polska jest przygotowana na to, żeby utrzymywać, poprzez świadczenia socjalne, tak ogromną grupę cudzoziemców. Kraje Zachodnie są bardzo ostrożne w tego rodzaju działaniach, a jeśli podejmują działania, to są one bardzo przemyślane. W Polsce natomiast to jest „Hajda na koń! Szable w dłoń! Ruszamy w bój! Będziemy się bić! Pędzimy naprzód!”. To wyskakiwanie przed szereg spowoduje, że gdy przyjdzie zima, może pojawić się pytanie, jak utrzymać ośrodki dla uchodźców z Ukrainy, podczas gdy zabraknie pieniędzy na utrzymanie polskich organizacji charytatywnych.

Już pojawiły się protesty pracowników warsztatów terapii zajęciowych dla niepełnosprawnych, którzy nie są w stanie się utrzymać, bo uginają się pod ciężarem inflacji. Trzeba to jakoś mądrze rozdzielić. Nie na zasadzie przyznawania środków grupie uprzywilejowanej kosztem braku pomocy dla obywateli polskich. Sytuacja jest bardzo trudna. Obawiam się, że znaczna część Ukraińców nie wróci do swojego kraju – z rożnych powodów – i będą w Polsce odbijali się od ściany do ściany, bo przecież nie będzie aż tyle pracy w Polsce, zwłaszcza dla kobiet.

Głównym problemem rysującym się na tle kwestii uchodźców jest sytuacja ekonomiczna i kryzys, z jakim się w tej chwili mierzymy. Po drugie: Polska była przez bardzo długi czas państwem jednonarodowościowym. Polacy przywykli do tego, że wokół siebie widzą samych rodaków. Kiedy nagle idąc przez miasto, nie słyszą w ogóle języka polskiego – reagują. Jest to bowiem dla nas sytuacja trudna i niecodzienna.

To jest problem już dawno opisany w historii. Jest granica asymilacji przybyszów z obcego państwa w danej strukturze. Jeden z historyków obrazowo opisał to w sposób następujący: ile łyżeczek cukru można jednorazowo rozpuścić w szklance herbaty? Jeżeli pewna grupa osób powoli wchodzi w struktury danego państwa, to się asymiluje. Tak jak moi przodkowie Ormianie i wiele innych mniejszości narodowych w Polsce. Tak samo asymilują się przecież i Polacy w innych państwach. Gwałtowne przybycie milionowych rzesz może spowodować, że struktury państwowe kompletnie nie będą na to przygotowane, a grupy te nie będą się asymilować. Przykład mamy we Francji, gdzie nawet w trzecim pokoleniu emigranci z Afryki Północnej nie asymilują się, mimo że na co dzień mówią po francusku. Tu może być podobnie.

Pytanie: ile osób w państwie polskim może zostać przyjętych tak, by znaleźli pracę, zasymilowali się na tyle, żeby ich dzieci poszły do polskich szkół, żeby nauczyli się języka polskiego – a nie tworzyli państwa w państwie?

Obecnie w dużych polskich miastach przebywają bardzo liczne grupy ukraińskie, które w ogóle nie mają kontaktu z Polakami. Tworzą strukturę wewnętrzną. Niedawno byłem z supermarkecie. Ukrainka stojąca w kolejce do kasy rozmawiała ze sprzedawczynią po ukraińsku. Może nie tyle sam fakt rozmowy po ukraińsku jest szokujący, ile pytanie, co będzie dalej. Dojdzie do takiej sytuacji, że Polacy nagle poczują się jak nie w swoim państwie. Ile tych łyżeczek można rozpuścić w jednej szklance, czyli ile tysięcy czy milionów cudzoziemców może się w danym państwie zasymilować? Śmiem twierdzić, że 3 mln się nie zasymilują… Ciągle będzie to trochę obce ciało. Trzeba natomiast pomóc – czego, moim zdaniem, nie ma – tym osobom, które chcą zostać w Polsce, widzą tu swoją przyszłość, ale na zasadzie poszanowania praw polskich. To nie większość ma się dopasować do mniejszości. To mniejszość ma się dopasować do większości.

Mam wrażenie, że w tej chwili jest trochę na odwrót…

To prawda. Nasza nadgorliwość, wybieganie przed szereg nas ośmiesza. Dla przykładu: idiotyczna jest dyskusja nad określeniem: „na Ukrainie” czy „w Ukrainie”; czy możemy wywiesić taką, czy inną flagę. W telewizji państwowej od pięciu miesięcy wszyscy prezenterzy mają wpiętą polsko-ukraińską flagę. Kiedy była rocznica ludobójstwa na Wołyniu, to te flagi zdejmowali. To jest paranoja.

Jeżeli państwo polskie chce być państwem polskim, nie może tworzyć takich sytuacji. Jest takie powiedzenie: chcesz być szanowany, szanuj najpierw sam siebie. Jeżeli Polska chce być szanowana, nie może się przefarbować na całkiem inne struktury, tylko powinna szanować swoje tradycje. Pomagajmy tym, którzy przybywają. Twórzmy dla nich miejsca pracy, ale niech oni też szanują nasze tradycje i nasze zwyczaje.

Jest Ksiądz współautorem książki pt. „Wołyń. Przemilczana zbrodnia na Polakach”. Czy mógłby Ksiądz pokrótce przybliżyć jej treść?

Są to rozmowy ze świadkami. Zarówno świadkami ludobójstwa, którzy jeszcze żyją – wtedy byli małymi dziećmi, dziś mają po 90 lat – jak również historykami i publicystami, którzy zajmują się tym tematem. Zestawienie wielu osób z różnych stron tego problemu – świadkowie, historycy, dzieci ofiar – pokazuje, jak bardzo ten problem jest skomplikowany.

Niezależnie, kto się wypowiada i niezależnie w której książce, zawsze przewijają się dwie sprawy. Po pierwsze: III RP dokonała grzechu zaniechania. Mija 30 lat od zmiany ustroju w Polsce i 30 lat istnienia niepodległej Ukrainy. Polska była pierwszym krajem, który uznał Ukrainę za niepodległe państwo. Przez ten czas ani polscy, ani ukraińscy politycy nie potrafili rozwiązać tego problemu, czyli znaleźć drogi prowadzącej, po pierwsze, do pochowania ofiar, po drugie – do wyjaśnienia wątpliwości. Widać wyraźnie, że wina leży po stronie polityków, a nie ofiar. Bardzo ciekawym wątkiem jest spojrzenie na problem oczami statystycznego Ukraińca. Ja to widzę w rozmowach z uchodźcami, którymi się opiekuję. Dla większości Ukraińców informacje na temat ludobójstwa pochodzą z ukraińskich mediów rządowych. Niestety tam też media podporządkowane są władzy państwowej, a politycy ukraińscy utrzymują, że należy o wszystkim zapomnieć. Coś tam było, Polacy pobili się z Ukraińcami i dla świętego spokoju należy o wszystkim zapomnieć.

Myślę, że ustawiczne mówienie o tym jest bardzo ważne. Chodzi o to, żeby społeczeństwo ukraińskie zobaczyło ten problem nie jako problem stricte polityczny, tylko ludzki: pochować ofiary, postawić krzyże, wspólnie się pomodlić i iść dalej. Moim zdaniem, oba społeczeństwa bardzo szybko dogadałyby się między sobą – na co jest wiele pozytywnych przykładów na poziomie lokalnym. Natomiast politycy nie chcą się dogadać, nadal żyją w kłamstwie i je pielęgnują. Tak jak fundamentem PRL-u, komuny było kłamstwo katyńskie, tak fundamentem negatywnych relacji polsko-ukraińskich jest zaniechanie wołyńskie.

Podsumowując, można wywnioskować, że dziś domaganie się sprawiedliwości dziejowej, prawdy historycznej stało się czymś nieakceptowalnym, nieprawidłowym. Wielu ludzi z mainstreamowych mediów zarzuca tym, którzy nadal walczą o tę prawdę, bycie ruską onucą. Skąd czerpać siłę i motywację do walki o dobre imię swej ojczyzny?

Bardzo dobrze pamiętam czasy komunizmu lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, czas „Solidarności”. Propaganda komunistyczna ustawiała wtedy sprawę tak: ktokolwiek mówi o zbrodni katyńskiej, jest amerykańskim agentem, a dotykanie tej sprawy ma rozbić bardzo dobre relacje Polski i Związku Radzieckiego. Dzisiaj PiS, PO i inne partie de facto kopiują tę propagandę komunistyczną, zmieniają tylko nazwy. Twierdzą, że ktokolwiek dotyka sprawy Wołynia, domaga się pochówku ofiar, mówi o gloryfikacji zbrodniarzy, jest ruskim agentem. Kiedy czytam, co piszą na portalach społecznościowych ideolodzy PiS-u, załamuję ręce. Oni po prostu powtarzają komunistyczną propagandę. Patrząc natomiast na to w trzeźwy sposób, rozwiązanie tego problemu poprzez powiedzenie prawdy, przeprosiny ze strony Ukrainy i cofnięcie zakazu pochówku jest wybiciem amunicji stronie rosyjskiej. Konflikt o pochówki będą wykorzystywać nie tylko Rosjanie, ale także Niemcy i inne narody, czego mamy przykłady. Dopóki ten wrzód nie zostanie oczyszczony, a rana zasklepiona, zawsze ktoś obcy to wykorzysta. Na razie klasa polityczna cały czas żyje mitami: zapomnieć, to znaczy rozwiązać problem. Nie da się zapomnieć i nie da się rozwiązać tego problemu bez pochowania ofiar.

USA: Dzieci nieszczepione są znacznie zdrowsze od szczepionych. AUTYZM !!

21.08.2022 | https://wolnemedia.net/dzieci-nieszczepione-sa-zdrowsze-od-szczepionych/

Profesor Epidemiologii i Biostatystyki na Uniwersytecie w Jackson ujawnił szokujące dane na temat skutków stosowania współczesnych szczepionek. Wcześniej takich badań nigdy nie robiono. Pierwsze badanie tego rodzaju, badające zaszczepione i niezaszczepione amerykańskie dzieci, uczące się w domu, a nie w szkole (w domowych szkołach), ujawniło, kto jest zdrowszy…

A dla rodziców jest to okazja do refleksji. W przypadku amerykańskich dzieci coś jest nie tak. Cierpią one na alergie, astmę, zaburzenia lękowe, choroby autoimmunologiczne, autyzm i nadpobudliwość. Są rozproszone i niezdolne do nauki. 32 miliony amerykańskich dzieci – lub 43% z nich – cierpi na co najmniej jedną z 20 chorób przewlekłych, nie licząc otyłości. Ponadto rośnie częstotliwość występowania takich uprzednio rzadkich chorób u dzieci jak autyzm, syndrom braku uwagi i nadpobudliwości (ADHD), cukrzyca 1-go typu i zespół Tourette’a, chociaż tylko niewielka ilość badań zawiera te dane.

W porównaniu z pokoleniem swoich rodziców, dzisiejsze dzieci są cztery razy bardziej predysponowane do rozwoju chorób przewlekłych. Podczas gdy ich dziadkowie i babcie w dzieciństwie, być może, ani razu nie zażyli żadnej pigułki, współczesna generacja dzieci urzeczywistnia marzenie handlowego agenta firmy farmaceutycznej: ponad milion amerykańskich dzieci poniżej piątego roku życia bierze leki psychiatryczne.

Ponad 8,3 miliona dzieci w wieku poniżej 17 lat przynajmniej raz zażywało leki psychotropowe, a w dowolnym miesiącu roku każdy co czwarty otrzymuje co najmniej jedno lekarstwo na cokolwiek.

Fast food, zła genetyka, zbyt wiele czasu przy ekranie telewizora, gry wideo, plastik – każdy czynnik środowiskowy można nazwać przyczyną takiego wybuchu chorób, chociaż nikt nie potrafi adekwatnie wyjaśnić skali epidemii.

Przy tym jest jeszcze jeden czynnik, który nie stał się przedmiotem badań, choć dzieci otrzymywały odpowiednie zastrzyki we wzrastających dawkach, wielokrotnie wyższych niż te, które otrzymały poprzednie generacje: 50 dawek 14-tu szczepionek do sześciu lat życia, 69 dawek 16-tu szczepionek farmaceutycznych, zawierających bardzo silne składniki, do lat 18-tu.

Zapewnia się nas, że szczepionki są „bezpieczne i skuteczne”, mimo że oficjalni przedstawiciele służby zdrowia przyznają, że czasami stykają się oni ze skutkami ubocznymi, łącznie ze śmiercią. Ponadto nie przeprowadzono ani jednego długoterminowego badania, dotyczącego wpływu szczepień na ogólny stan zdrowia. I co najciekawsze – ani jedno z opublikowanych badań do chwili obecnej nie porównało dzieci zaszczepionych i niezaszczepionych odnośnie ich stanu zdrowia po upływie lat po szczepieniu. Nie ma takich badań do tej pory.

Badanie pilotażowe: 666 dzieci, które uczyły się w domu w wieku od 6 do 12 lat w czterech stanach USA, zostało opublikowane 27 kwietnia 2017 r. w czasopiśmie “Journal of Translational Sciences”.

W badaniu porównano 261 zaszczepionych dzieci z 405 częściowo lub całkowicie nieszczepionymi dziećmi. Dokonano oceny ich ogólnego stanu zdrowia na podstawie relacji ich matek, dotyczących wykonanych szczepień i diagnozowanych przez terapeutę chorób.

Wyniki badania, dotyczące wzrostu chorób immunologicznych, takich jak alergie i zaburzenia układu nerwowego, w tym autyzm, powinny zmusić rodziców do dwukrotnego zastanowienia się, zanim zaszczepią swoje dziecko:

– zaszczepione dzieci 4 razy częściej miały diagnozę autystycznego spektrum;

– zaszczepione dzieci 30 razy częściej miały diagnozę alergicznego nieżytu nosa (cierpieli z powodu wzrostu temperatury), niż dzieci nieszczepione;

– zaszczepione dzieci 22 krotnie częściej cierpią na alergie od leków, niż dzieci nieszczepione;

– zaszczepione dzieci 5 razy częściej miały diagnozę niezdolności do nauki niż dzieci nieszczepione;

– zaszczepione dzieci miały o 340% większe prawdopodobieństwo wystąpienia diagnozy ADHD, niż dzieci nieszczepione;

– zaszczepione dzieci 5,9 raza częściej miały rozpoznanie zapalenia płuc, niż dzieci nieszczepione;

– zaszczepione dzieci 3,8 raza częściej miały rozpoznanie zapalenia ucha środkowego (otitis media), niż dzieci nieszczepione (OR 3,8);

– zaszczepione dzieci o 700% częściej poddawane były operacji odwadniania ucha, niż dzieci nieszczepione;

– zaszczepione dzieci 2,4 razy częściej miały jakąś chorobę przewlekłą, niż dzieci nieszczepione.

NAUCZANIE W DOMU?

Problem przeprowadzenia podobnego badania, które do tego przeprowadzane jest o około 100 lat za późno, niż należałoby, polega na tym, że prawie wszystkie amerykańskie dzieci są teraz szczepione. Jeśli 95% dzieci otrzymuje zastrzyki, to istnieje mało sposobów, aby zbadać długoterminowe skutki.

Jesli porównać amerykańskie dzieci z nieszczepionymi dziećmi, na przykład we Wspólnocie Amiszów, to wyniki są jednoznaczne, ale krytycy uważają, że takie badanie nie jest przekonujące. To jak porównywanie jabłek i pomarańczy. Istnieje zbyt wiele innych zmiennych – żywność, świeże powietrze, czas przebywania przed komputerem, itp – mogą wyjaśnić różnice w poziomie zdrowia i wykryte zależności koniecznie wyjaśnia się szczepieniami.

Z tego powodu Anthony Mawson, profesor Epidemiologii i Biostatystyki Uniwersytetu w Jackson (Jackson State University), wraz z kolegami Azad Bhuiyan i Binu Jacob oraz wspólnie z Brianem D. Ray, szefem Instytutu Badawczego Nauczania w Domu w Salem (National Home Education Research Institute in Salem) przeprowadzili badania wśród dzieci, uczących się w domu i nie chodzących do szkoły.

W tym przypadku porównywano dzieci, uczące się w domu, z dziećmi uczącymi się w domu (jabłka porównano z jabłkami). Przy tym dzieci na nauce domowej w pełni pasują do standardowego profilu rodziny amerykańskiej.

Badanie przeprowadzane było anonimowo w trybie online w stanach Floryda, Luizjana, Mississippi i Oregon.

TARGI CHORÓB

Zarówno szczepione, jak i nieszczepione dzieci podczas badania czasem chorowały. Zgodnie z oczekiwaniami, dzieci zaszczepione rzadziej chorowały na niektóre infekcje, przeciwko którym zostały zaszczepione, znacznie rzadziej na ospę wietrzną i krztusiec.

Jednak nie było żadnego dowodu na to, że zaszczepione dzieci były lepiej chronione przed odrą lub świnką. Dzieci w obu grupach miały tę samą zapadalność na odrę, świnkę, żółtaczkę typu A i B, grypę, rotawirus i zapalenie opon mózgowych (wirusowe i bakteryjne).

Ponadto, nieszczepione dzieci okazały się bardziej odporne na niektóre choroby, które rzekomo „zapobiegane są szczepionką” niż u dzieci szczepionych. Od 2000 roku zalecano wykonywać 4 szczepienia przeciwko siedmiu różnym szczepom infekcji pneumokokowej (zapalenia płuc) w wieku do 15 miesięcy (w porównaniu do 13 szczepów w 2010 roku), jednak zaszczepione dzieci na 490% częściej chorowały na zapalenie płuc, niż nieszczepione.

DRENAŻ MÓZGÓW

A więc, jaka jest cena tej ochrony szczepionkowej przeciwko krztuścowi i ospie wietrznej?

Związek między autyzmem a szczepionkami jest głównym bolesnym punktem w całej dyskusji o szczepionkach.

Autyzm wcześniej był rzadką chorobą, a dziś w każdej klasie znajdzie się dziecko z tym zaburzeniem:

w latach 1980. jedno dziecko z autyzmem przypadało na 10 000 dzieci,

na początku lat 1990. na 2500 dzieci.

5 lat temu jedno dziecko z autyzmem przypadało na 88 dzieci,

a dziś na 68 dzieci.

W cytowanym badaniu przytoczone są dane, że u zaszczepionych dzieci ryzyko rozwoju autyzmu jest 4 razy wyższe niż u nieszczepionych. Autyzm – to upośledzenie umysłowe i zakłócenie koordynacji ruchowej (cierpi centralny układ nerwowy).

„Nie znamy wszystkich przyczyn autyzmu” – oświadczył Ośrodek Kontroli Autyzmu. W rzeczywistości, badacze z Ośrodka po prostu nie chcą się przyznać, że nie wykryli ani jednej przyczyny autyzmu. I ani jednej metody leczenia. Do tej pory wciąż cytują badania z czasopisma “Pediatrics” z 2004 roku, negujące związek między autyzmem a szczepieniami, chociaż jeden z autorów, uczony akademicki William Thompson, później przyznał, że on i jego koledzy ukryli dane (zachował kopie), które wskazywały na związek między autyzmem a szczepionką przeciwko odrze, śwince i różyczce.

„O mój Boże, nie mogę uwierzyć, że myśmy to zrobili” – oświadczył Thompson w rejestrowanej rozmowie telefonicznej z Brianem Hookerem, profesorem bioenergetyki na Uniwersytecie Simpsona (Simpson University) i ojcem autystycznego dziecka.

Przypadek z Thompsonem, który rzucił światło na szczepienia, stał się podstawą filmu dokumentalnego 2016 roku „Szczepienia: od ukrywania do katastrofy” (“Vaxxed: From Cover-Up to Catastrophe”), autor – Andrew Wakefield, gastroenterolog, jeden z pierwszych, który założył, że istnieje związek między szczepionką przeciwko odrze, śwince i różyczce a autyzmem w końcu lat 1990. i stał się symbolem tego, jak system łamie tych, którzy się nie zgadzają. Centrum Kontroli Chorób nie chce, aby ludzie oglądali ten film.

Centrum zapomina również przypomnieć, że rząd federalny został zmuszony do uznania roli szczepionek na rozwój autyzmu i wypłacił odszkodowania dla niektórych rodziców dzieci, dotkniętych chorobą. Szereg sądów uznało również związek między autyzmem a szczepieniami.

Ponadto istnieją tysiące rodziców, którzy według sądów i rządu nie istnieją, ale którzy opowiadają tę samą historię: zobaczyli oni, jak u ich dzieci po szczepieniu zaczął się rozwijać autyzm.

Uszkodzenie mózgu i układu nerwowego spowodowane szczepionką nie jest czymś nowym. Ostre rozsiane zapalenie mózgu i rdzenia, które powoduje niepełnosprawność i, być może, ślepotę, zostało opisane w literaturze medycznej już od wielu dziesięcioleci i jest udokumentowaną konsekwencją prawie każdej szczepionki.

Choroba powoduje białe plamy widoczne w obrazie rezonansu magnetycznego MRI w mózgu (ang. -MRI – magnetic resonance imaging) i może rozwinąć się w stwardnienie rozsiane.

Zespół Narkolepsji i Guillaina-Barre’a to inne przykłady. A więc, jaką rolę mogą odgrywać szczepionki przy uszkodzeniach mózgu? Nie pytajcie o to oficjalne agencje, ponieważ one nigdy nie zajmowały się tym problemem.

Jednak badanie, przeprowadzone przez Jackson University wykazało, że niemożność uczenia się u zaszczepionych dzieci jest pięciokrotnie wyższa niż u dzieci nieszczepionych.

U zaszczepionych dzieci cztery razy wyższe jest prawdopodobieństwo zachorowania na ADHD i trzy razy wyższe, aby otrzymać dowolne zaburzenie układu nerwowego (czyli spowolnienie wzrostu i rozwoju mózgu, a także centralnego układu nerwowego ze względu na trudności w uczeniu się, ADHD i autyzm).

RTĘĆ, ALUMINIUM I CO JESZCZE?

Wiadomo, że składniki szczepionek powodują zaburzenia w mózgu. Robert Kennedy Jr badał niebezpieczeństwa rtęci w tiomersalu, stosowanym jako środek konserwujący w szczepionkach, jak również związany z autyzmem.

Inną znaną i dobrze udokumentowaną neurotoksyną jest aluminium. Jest dodawany do szczepionki w celu wywołania odpowiedzi immunologicznej. Ostatnie badania obaliły wszystko to, co wcześniej twierdzili naukowcy (a mimo to Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom nadal je odrzuca), a mianowicie: aluminium nie opuszcza naszego organizmu przez wiele godzin lub dni. Pozostaje on przez lata i może migrować do różnych narządów, w tym do limfy, śledziony i mózgu. Aluminium w szczepionkach może doprowadzić do zespołu przewlekłego zmęczenia, makrofagowego zapalenia mięśniowo-modzelowatego w licznych chorobach autoimmunologicznych, chorobie Alzheimera.

Może również powodować nagłą śmierć po szczepieniu i autyzm.

Zarząd Kontroli Żywności i Leków nawet nie zaprzecza toksyczności aluminium. Przyznaje nawet, że w szczepionkach jest wystarczająco dużo toksyn, aby spowodować opisane skutki.

Jednakże uznają występowanie takiej szkody jedynie przy doustnym oddziaływaniu aluminium.

Nawet w tym przypadku rejestrowane jest zaburzenie pamięci u myszy laboratoryjnych, a ponadto „młode zwierzęta wydawały się słabsze i mniej aktywne, jeśli ich matki były poddawane działaniu dużych ilości aluminium w okresie ciąży i karmienia.”

Działanie przez wstrzyknięcie raczej nie jest bezpieczniejsze. „Powinno być oczywiste, że droga przenikania, podczas którego aluminium przechodzi przez ochronne bariery przewodu pokarmowego i/lub skóry, wymaga znacznie mniejszej dawki do wystąpienia działań niepożądanych”, twierdzi się w badaniu z 2014 roku, oskarżającym aluminium w epidemii autyzmu.

Oprócz toksycznych metali, takich jak aluminium i rtęć, szczepionki może zawierać substancje zanieczyszczające w postaci DNA, pobranego z niemowląt po aborcji, DNA zwierząt i retrowirusy. Ponadto, szczepionki zawierają inne zanieczyszczenia, łącznie z metalem, które nie są mierzone przez organa kontrolujące i konsekwencje których dla zdrowia nigdy nie były badane.

POŁĄCZENIE Z INFEKCJAMI UCHA

Dzieci szczepione według badania miały cztery razy większe prawdopodobieństwo, niż dzieci nie szczepione, do otrzymania lekarskiej diagnozy „infekcja ucha”, i o 700% częściej tym dzieciom wykonywano operację, dotyczącą drenowania ucha w celu zwalczania infekcji nawracających się lub opornych na leczenie.

Ilość ostrych infekcji ucha błyskawicznie wzrosła na całym świecie w ciągu ostatnich dziesięcioleci. Dziś są tak powszechne, że nie zwraca się już na nie uwagi. Na te infekcje cierpi 80% amerykańskich dzieci w wieku trzech lat.

Dziś jest to główny powód do wizyty u lekarza, przyjmowania antybiotyków i interwencji chirurgicznych u dzieci – chodzi o instalowanie rurki z tworzywa sztucznego w uchu. Infekcje ucha u dzieci kosztują system opieki zdrowotnej prawie trzy miliardy dolarów rocznie.

W badaniu przeanalizowano raporty dotyczące infekcji ucha środkowego z rządowej bazy zgłoszeń, dotyczących ubocznych skutków szczepionek. Analiza ujawniła 438 573 przypadki rozwoju zapalenia ucha u dzieci w wieku poniżej jednego roku w ciągu jednego tygodnia po szczepieniu w okresie lat 1990-2011. Zapaleniu ucha często towarzyszy temperatura i inne objawy zapalenia, a także uszkodzenie ośrodkowego układu nerwowego. Jeśli są to tylko dzieci w wieku poniżej 1 roku życia, u których choroba rozwinęła się w ciągu jednego tygodnia po zaszczepieniu, to u jakiej ilości dzieci w każdym wieku występują infekcje uszne po szczepieniu? Nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie.

BOMBA ATOMOWA DLA MIKROORGANIZMÓW

Moson i jego koledzy badali mechanizm powstawania infekcji ucha. W związku z tym cytują oni badanie z 2006 roku, w którym badano wszystkie rodzaje bakterii w nosowych kanałach dzieci, zaszczepionych przeciwko pneumokokom i porównano uzyskane wyniki z dziećmi, żyjącymi przed masową immunizacją (uodparnianiem) tą szczepionką.

W rezultacie ujawniono wzrost ilości bakterii o nazwie M. catarrhalis w grupie zaszczepionej. Jak się okazało, to właśnie te bakterie powodują zwiększone ryzyko infekcji ucha. Nic dziwnego, że zaszczepione dzieci dwukrotnie częściej przyjmowały antybiotyki. Byli też częściej hospitalizowani.

Antybiotyki o szerokim spektrum działania, na przykład takie, które są często stosowane w leczeniu infekcji ucha, działają na mikroorganizmy jak napalm, który spala wszystkie patogeny, ale także szkodzi i oddziałuje na inne drobnoustroje. W wyniku ich wpływu zmienia się skład mikrobiotyczny. Jak bardzo te zmiany mogą wpłynąć na nasze zdrowie – nauka dopiero teraz zaczyna badać ten problem. Nowe wyniki badań wskazują na rosnącą listę chorób, takich jak zespół jelita drażliwego, otyłość, choroby Leśniowskiego-Crohna, cukrzyca, stwardnienie rozsiane, zaburzenia lękowe, niepokój, depresje, choroby psychiczne, takie jak schizofrenia i autyzm.

W badaniu Lancet, przeprowadzonym w Danii w 2011 roku, naukowcy doszli do wniosku, że szczepionka przeciw pneumokokom miała „znacznie szersze skutki na mikroflorę niż wcześniej zakładano, z czego wynika potrzeba szczegółowego monitorowania przy wykorzystywaniu szczepionek …”

Inne ostatnie badanie wykazało, że wraz ze zniszczeniem pneumokoków, szczepionka uwalnia miejsce dla kilku innych rodzajów czynników zakaźnych.

JAKI JEST WYNIK WPŁYWU 69 SZCZEPIONEK NA MIKROFLORĘ DZIECKA?

Oficjalni przedstawiciele systemu opieki zdrowotnej do tej pory nawet nie zajmowali się tą sprawą.

Badania Uniwersytetu w Jackson pokazują, że zaszczepione dzieci trzydzieści razy częściej miały rozpoznanie alergicznego nieżytu nosa (katar sienny), niż dzieci nieszczepione.

Ta proporcja przewyższa związek między paleniem a rakiem płuc. Zaszczepione dzieci miały również większą częstotliwość występowania alergii i trzykrotnie wyższe ryzyko wystąpienia egzemy. Wszystkie zaburzenia alergiczne prowadzą do bardziej intensywnego pobierania leków. Badania wykazały, że zaszczepione dzieci 22 razy częściej przyjmowały leki przeciwalergiczne, niż dzieci nieszczepione.

Alergiczny nieżyt nosa (katar sienny) jest kolejną, szybko przybierającą na wadze chorobą dzieci. W 2012 roku dotknęło to 6,6 miliona dzieci. Ta choroba jest ściśle związana z innym ostrym zaburzeniem dziecięcym – astmą. Ponad trzy miliony amerykańskich dzieci cierpi z powodu alergii na żywność, a co czwarte dziecko ma egzemę. Liczba chorób alergicznych rośnie na całym świecie i w chwili obecnej cierpi na nie prawie połowa wszystkich amerykańskich dzieci w wieku szkolnym.

Podobnie jak w przypadku autyzmu, przedstawiciele systemu opieki zdrowotnej nie mogą wyjaśnić gwałtownego wzrostu liczby chorób alergicznych. Jednak naukowcy przeprowadzają eksperymenty na zwierzętach, poddając je działaniu składników z aluminium, takich, jak te stosowane w szczepionkach. Ostatnie eksperymenty opisują, w jaki sposób naukowcy wykorzystują aluminium do stymulowania alergicznego nieżytu nosa (kataru siennego) u myszy.

To badanie z 2014 roku pokazuje, jak naukowcy wykorzystali dwutlenek glinu w połączeniu z pałeczką krztuśca (Bordetella pertussis – bakteria ta występuje w szczepionce DTP dla każdego dziecka w wieku dwu, czterech, sześciu i 18 miesięcy; szczepionki te zawierają również aluminium).

Naukowcy poddali zwierzęta działaniu antygenu drogą doustną, na przykład poprzez żywność, taką jak soja lub orzeszki ziemne. Zadaniem polegało na tym, aby uzyskać szczury, cierpiące na alergie na pokarm.

Badania opisują, w jaki sposób dwutlenek glinu w połączeniu z białkiem jaja, które również jest składnikiem szczepionek, jest używany do wywoływania astmy u zwierząt.

Jak Centrum Kontroli Chorób może nie uznać, że składniki, które sami uczeni wykorzystują do wywoływania chorób alergicznych u zwierząt, również powodują analogiczne choroby u dzieci? Żadnych wyjaśnień? „Nie ma żadnych wyjaśnień dla różnic w wynikach stanu zdrowia w grupach zaszczepionych i nieszczepionych dzieci, oprócz samych szczepień” – podsumowują autorzy badania.

Chociaż badanie nie zakłada analizy związków przyczynowo-skutkowych, jednak istnieje bardzo jasna wzajemna korelacja pomiędzy szczepieniami a częstotliwością występowaniem chorób przewlekłych.

Przy tym dzieci częściowo zaszczepione wykazują średni poziom częstotliwości występowania ospy wietrznej, kokluszu, infekcji ucha, zapalenia płuc, alergicznego nieżytu nosa, ADHD, egzemy i niezdolności do uczenia się.

Moson i jego koledzy zakładają, że “wyniki badań wymagają kontynuacji tego rodzaju pracy. Zbadanie i zrozumienie biologicznych przyczyn tych nieoczekiwanych skutków szczepień jest ważnym czynnikiem, zapewniającym politykę szczepień, opartych na realnych faktach”. Niewiele jednak jest nadziei na to, że władze służby zdrowia okażą zainteresowanie i zrozumienie w związku z wynikami tego badania. Ich stanowisko jest jasne: szczepionki – to cud współczesnej medycyny. Uratowały one miliony istnień ludzkich i poprawiły jakość życia jeszcze większej liczby ludzi.

Istnieje jednak niewielka okoliczność zauważona od początku masowych szczepień – polega ona na tym, że wiele dzieci poważnie ucierpi wskutek szczepień, a niektóre z nich umrą.

Uważa się, że ich życie jest bardzo małą ofiarą w imię wielkiego dobra ratowania ludzkości przed niebezpiecznymi chorobami zakaźnymi.

Przez ponad wiek uznawano za dogmat, że zalety szczepień przewyższają ich wady. Ponadto po 1995 roku wprowadzono 5 nowych szczepionek, więc ich łączna liczba dla dzieci w wieku przedszkolnym wynosi już 35.

Nigdy nie przeprowadzono badań nad kompleksowym skutkiem stosowania takich szczepionek. Rzeczywistość jest niestepująca: prawdziwe zalety szczepionek leżą w płaszczyźnie teoretycznej, a związane z nimi ryzyko nie zostało jeszcze do tej pory zbadane.

Rosnąca „wojna ze szczepieniami” wiąże się z tym, że wielu niezdecydowanych rodziców zadaje pytanie Centrum Kontroli Chorób: dlaczego lekarze, otrzymujący korzyści ze stosowania szczepionek, są oficjalnymi przedstawicielami publicznej służby zdrowia?

Czy można powierzać państwowym władzom służby zdrowia ochronę swoich dzieci, jeśli te organa są tak ściśle związane z przemysłem farmakologicznym?

Dlaczego w szczepionkach występują toksyny? Czy moje dziecko naprawdę potrzebuje tej szczepionki? Czy po prostu usiłuje mi się ją sprzedać, jak colę czy grę komputerową? Dlaczego uważamy za dopuszczalne świadome poświęcenie niektórych dzieci dla wspólnego dobra? Czy to powszechne dobro jest rzeczywistością, czy też mirażem? Szczepionki mogą czasami powstrzymać rozwój naturalnych zakażeń, takich jak ospa wietrzna.

Ale jakim kosztem? Jakie są jeszcze konsekwencje stosowania szczepionek? I jeśli szczepionki są tak cudowne, to dlaczego amerykańskie dzieci są tak chore?

Projekt pilotażowy potwierdza, że ​​jeżeli nasza oficjalna medycyna i państwowe służby zdrowia są naprawdę zainteresowane zdrowiem dzieci, a nie zyskiem ze sprzedaży szczepionek i ochroną religii szczepień przed świętokradztwami, to nie powinny one zmuszać wszystkich do wierzenia im na słowo, a wziąć na siebie odwagę, aby wyjaśnić prawdę.

Instytut Badań Zdrowia Dziecka (CMSRI) jest organizacją medyczną i naukową, założoną w celu finansowania niezależnych badań medycznych, badających czynniki rozwoju chorób przewlekłych i rozprzestrzeniania się dysfunkcji.

Autorstwo: Celeste McGovern
Tłumaczenie: Andrzej Leszczyński
Źródła oryginalne: GhostShipMedia.com, KolokolRussia.ru
Źródło polskie: Wolna-Polska.pl

Dobroczynność. W obliczu sytuacji panującej w naszym kraju i na świecie.

https://www.piusx.org.pl/zawsze_wierni/artykul/3081

ks. Łukasz Szydłowski FSSPX Zawsze Wierni nr 4/2022 (221)

Czy mamy pomagać uchodźcom? Czy pomoc ta ma być tak ochocza oraz tak szczodrobliwa? Czy rząd powinien tak hojnie udzielać pomocy obcokrajowcom, gdy we własnym kraju jest tylu potrzebujących?

To i jemu podobne pytania mogą nasuwać się katolikom w obliczu sytuacji panującej w naszym kraju i na świecie. Bardzo wyraźną odpowiedź dał już św. Tomasz z Akwinu oraz bazujący na jego nauce teolodzy moralni. Niniejszy artykuł jest wolnym tłumaczeniem rozdziału traktującego na ten temat wyjętym z Sumy moralnej o. Merkelbacha1.

Zasada ogólna

Doktor Anielski podaje, jakim usposobieniem mamy się charakteryzować jako katolicy – być gotowymi do pomocy:

Skoro miłość rozciąga się na wszystkich ludzi, to także dobroczynność powinna obejmować wszystkich, ale zależnie od okoliczności miejsca i czasu, ponieważ wszystkie objawy (uczynki) cnót powinny uwzględniać właściwe okoliczności2.

Jest to zasada ogólna, która jednak wymaga doprecyzowania i rozróżnień, które również poczynił św. Tomasz, omawiając ordo caritatis, porządek miłości. Aby odpowiedzieć na pytanie, komu, kiedy i w czym mamy pomóc, należy uwzględnić kilka okoliczności3.

Okoliczności wymagające rozpatrzenia

I. Osoby, którym pomagamy4

Biorąc pod uwagę potrzebujących pomocy należy uwzględnić bliskość i zjednoczenie z Bogiem oraz z nami. W zależności od tego ktoś będzie bardziej albo mniej miłowany oraz bardziej albo mniej będzie zasługiwał na naszą pomoc.

Rozróżniamy trzy zasadnicze zjednoczenia:

  1. Cielesne – wynikające z pokrewieństwa, ugruntowane w dobrach rodzinnych, wspólnocie życia: między rodzicami a dziećmi, między małżonkami, między krewnymi.
  2. Duchowe – wynikające z więzów religijnych, ugruntowane w dobrach wiecznych i duchowych: między członkami Kościoła katolickiego, między członkami wspólnoty religijnej, między kapłanem a wiernymi, między kaznodzieją a słuchaczem, spowiednikiem a penitentem itd.
  3. Cywilne – wynikające z więzi politycznej, ugruntowane na dobrach społecznych: między rodakami, dobroczyńcą a obdarowanym, towarzyszami broni itp.

II. Dobra, jakich mamy udzielić potrzebującym

Rozróżniamy dobra, których możemy udzielić kochanej czy potrzebującej osobie:

  1. Wieczne i duchowe, nadprzyrodzone albo naturalne – dobra bezpośrednio tyczące się duszy i jej zbawienia, moralnej jej doskonałości, jak łaska uświęcająca, cnoty.
  2. Doczesne, wewnętrzne, naturalne, cielesne albo duchowe – które służą do naturalnej doskonałości człowieka, jak np. życie, integralność i zdrowie ciała, wiedza, wolność itp.
  3. Doczesne, zewnętrzne, naturalne – honor i dobre imię stojące ponad bogactwami, majątkiem.

III. Konieczność, w której znajduje się osoba potrzebująca

Człowiek może mieć zróżnicowane potrzeby różnorakich dóbr i ze względu na to wyróżnia się trojaki stan konieczności:

  1. Skrajna konieczność – gdy występuje zagrożenie potępienia albo śmierci, albo innego podobnego zła, np. stałe pozbawienie wielkiego dobra wspólnego ludzkiej naturze, tj. zdrowia ciała i rozumu, wolności itp., pewnie zagrażającego, którego bez pomocy bliźniego nie da się uniknąć.
  2. Ciężka konieczność – gdy dobra wyżej wymienione prawdopodobnie zostaną utracone i bez wielkiego trudu nie da się tego uniknąć albo gdy zagrażające zło jest ciężkie, ale nie skrajnie ciężkie, np. sprawiedliwe uwięzienie, znaczna infamia, ciężka choroba, utrata statusu społecznego, znaczna utrata dóbr, przez co utrudnione może być utrzymanie.
  3. Powszechna, zwykła konieczność – gdy można sobie poradzić bez większej trudności samemu. W takiej konieczności są zwykli grzesznicy, ubodzy, żebracy.

Sposoby miłowania

Oprócz tego należy również rozróżnić rodzaj miłości. Bez tego rozróżnienia możemy nie zrozumieć, jak można żądać od matki, aby była bardziej gotowa stracić swoje dziecko, niż popełnić grzech. Żadna matka chyba nie będzie w stanie mieć żywszego uczucia wobec Boga niż wobec swojego dziecka. Mogłaby więc myśleć, że mniej kocha Boga, ale niekoniecznie tak jest.

Stąd potrzebne jest poniższe rozróżnienie sposobu miłowania:

  1. Obiektywny – tego więcej miłujemy, dla kogo chcemy większego dobra.
  2. Szacunkowy – tego więcej miłujemy, komu życzymy więcej dobra niż innemu, kogo przedkładamy nad innego, kogo boimy się bardziej stracić niż innego.
  3. Intensywny – tego więcej miłujemy, wobec kogo mamy żywsze i mocniejsze uczucie.

Po dokonaniu i uwzględnieniu tych rozróżnień, można przejść do omówienia poszczególnych przypadków.

Porządek miłości

I. Porządek między Bogiem a nami

Zasada: Boga mamy miłować ponad wszystko:

  • Obiektywnie – mamy pragnąć dla Boga dóbr nieskończonych i pragnąć chwały Boga więcej niż własnej czy bliźniego.
  • Szacunkowo – mamy bardziej woleć wszystko stracić i cierpieć, niż stracić Boga. Bardziej kochać dobra nieskończone niż stworzone, dobro wspólne bardziej niż dobro osobiste. Bardziej kochać Boga niż nas samych czy bliźniego.
  • Intensywnie – nie jest wymagana intensywność w miłowaniu Boga. To, co podpada pod zmysły, co jest nam obecne, bardziej porusza nasze uczucia, stąd bardziej są miłowane miłością uczuciową, intensywną.

II. Porządek między nami a bliźnim

Zasada: W podobnych okolicznościach, tj. w podobnej konieczności i w braku podobnych dóbr, mamy miłować siebie bardziej niż bliźniego.

1. Uwzględniając dobra wieczne i duchowe – mamy bardziej miłować zbawienie swoje niż bliźniego:

  • Nie można nigdy zgrzeszyć nawet lekko dla zbawienia bliźniego.
  • Nie można narażać się na bliższą okazję do grzechu, a więc taką, w której się upadnie w grzech. Można tylko narażać się na okazję dalszą, tj. taką, w której pozostaje nadzieja, że się nie upadnie. Jest to dozwolone, gdy bliźni znajduje się w skrajnej konieczności i zagrożeniu dóbr duchowych.
  • Więcej pragnąć dla siebie łaski i chwały niż dla swego bliźniego; nie można pragnąć dla siebie mniejszej chwały.
  • Wybierać to, co doskonalsze dla siebie, choć dla dobra duchowego albo doczesnego możemy czasami stawiać potrzebę bliźniego wyżej od naszej, np. kapłan przerwie odmawianie brewiarza, aby wysłuchać spowiedzi.

2. Uwzględniając dobra wieczne i duchowe bliźniego w stosunku do naszych doczesnych, mamy bardziej miłować duszę bliźniego i jego zbawienie niż nasze ciało:

  • W skrajnej konieczności i niebezpieczeństwie duchowym bliźniego mamy ciężkie zobowiązanie pomóc bliźniemu nawet z narażeniem własnego życia, np. aby ochrzcić dziecko umierające, wyspowiadać grzesznika, który nie potrafi wzbudzić żalu doskonałego itp., jeśli tylko osoba ta nie znalazła się w owym niebezpieczeństwie z własnej winy, np. z powodu pojedynku czy narażania się na utratę życia. Pomóc należy, jeśli jest nadzieja na jej udzielenie oraz nie ma innej osoby, która mogłaby pomóc, oraz nie wyniknie z tego większa szkoda dla wielu innych osób.
  • W ciężkiej konieczności, zagrożeniu duchowym – gdy bliźni nie jest w stanie z powodu ignorancji, silnej namiętności, nałogu itp. sam się uwolnić, wtedy jest ciężkie zobowiązanie niesienia mu pomocy nawet z narażeniem dóbr doczesnych, takich jak: dobre imię, honor, majątek. Nie mamy obowiązku narażać swojego życia. Miłość może tylko do tego zachęcać, ale nie narzuca obowiązku, chyba że z racji pełnionej posługi jesteśmy zobowiązani do narażenia życia:

Z obowiązku, np. proboszcz w czasie zarazy, aby udzielić sakramentu spowiedzi nawet z narażeniem życia czy dóbr doczesnych, bądź lekarz, strażak, żołnierz, policjant itd. – w okolicznościach, gdy dobra obywatela są zagrożone.

Z konieczności publicznej – gdy dobro wspólne, a więc dobro wielu, jest zagrożone. Wówczas dobro osobiste, nawet życie, należy poświęcić dla dobra wspólnego.

  • W konieczności powszechnej, zwyczajnej, duchowej należy pomóc bliźniemu bez własnej szkody cielesnej, choćby to była tylko szkoda lekka.

3. Uwzględniając tylko dobra doczesne, należy bardziej miłować życie i dobra doczesne własne niż życie i dobra doczesne bliźniego. Więcej jednak mamy miłować bliźniego w dobrach cielesnych niż nas samych w dobrach zewnętrznych:

  • W skrajnej konieczności doczesnej jest ciężkie zobowiązanie pomocy bliźniemu nawet ze znaczną szkodą własną w rzeczach doczesnych, ale nie ma obowiązku pomocy przy użyciu nadzwyczajnych środków, np. kosztownego leczenia (do tego nawet sami wobec siebie nie jesteśmy zobowiązani), ani z narażeniem życia czy innego dobra równoznacznego, chyba że chodzi o skrajną konieczność państwową, wówczas mamy obowiązek narażać w obronie granic Ojczyzny nawet życie. Jednak można ze względu na cnotę, na jej heroizm, poświęcić swoje życie, aby ratować chorych podczas zarazy, osobę ważną dla Kościoła czy państwa, bądź dla ratowania rodziny będącej w potrzebie. Wyżej ceni się dobra duchowe, zasługę nad własne życie, a dobra duchowe stoją wyżej od cielesnych.
  • W ciężkiej konieczności doczesnej jest ciężkie zobowiązanie pomocy prywatnej osobietylko wtedy, gdy nie dotknie nas przy tym umiarkowana niedogodność. Jeżeli jednak należy pomóc wspólnocie w takiej konieczności, wówczas mamy być gotowi ponieść nawet ciężką niedogodność.
  • W konieczności powszechnej doczesnej należy pomóc bliźniemu, jeśli będzie to bez niedogodności dla nas.

III. Porządek miłości między różnymi bliźnimi

Zasada: Porządek miłości nakazuje bardziej miłować lepszych ludzi miłością obiektywną, bliskich miłością szacunkową i intensywną.

  1. Lepsi, świętsi – są godni miłości obiektywnej większej niż inni, tzn. mamy miłować w nich dobro, jakie posiadają, i radować się z tego dobra, pragnąć i życzyć im jeszcze większej chwały i szczęśliwości, ponieważ są godniejsi i zasługują na nasz większy szacunek i naszą większą cześć.
  2. Nam bliżsi – przy uwzględnieniu podobnych okoliczności należy ich bardziej miłować niż innych:
    • intensywnie – im ktoś bliższy, tym mocniej uczuciowo jest kochany;
    • szacunkowo – tych miłujemy więcej, wobec których mamy więcej powodów do miłowania i których sobie wybraliśmy do miłowania przez przyjaźń. Zjednoczeni z nami pokrewieństwem są zjednoczeni z wielu powodów, a nie tylko z powodu powszechnej miłości do wszystkich ludzi;
    • obiektywnie – pośrednio, gdyż dobro w bliźnim może wzrastać i się zmniejszać i dlatego możemy chcieć, aby bliscy wzrastali w dobrym i byli lepsi niż inni.

Bardziej więc miłujemy bliskich miłością życzliwą i pragnieniem dobra oraz jesteśmy wobec nich bardziej miłosierni i dobroczynni.

W dobrach, które nas z kimś łączą, należy wyżej stawiać tego, który jest nam w tych dobrach bliższy. W tym, co tyczy się natury, więcej miłować krewnych, w dobrach cywilnych bardziej miłować rodaków niż przybyszów, podczas wojny towarzyszów broni bardziej niż innych5.

W dobrach wspólnych wszystkim, wiecznych czy doczesnych, należy bardziej miłować tych, którzy są nam bliżsi, są z nami ściślej zjednoczeni. Dlatego więź cielesna jest ważniejsza niż duchowa czy cywilna. Miłość nie niszczy porządku natury, ale go udoskonala. Trzeba opuścić zakon czy wojsko, jeśli byłoby to konieczne dla utrzymania rodziców.

IV. Porządek między krewnymi

Ogólnie i zwyczajnie porządek jest następujący; jeśli okoliczności są podobne, najpierw należy pomóc:

  1. żonie
  2. dzieciom
  3. ojcu
  4. matce
  5. braciom i siostrom
  6. innym krewnym
  7. przyjaciołom, dobroczyńcom, przełożonym, osobom potrzebnym państwu.

W tej hierarchii zakłada się, że są podobne okoliczności i podobna konieczność i że w grę wchodzą podobne dobra. Jeśli byłaby w tym nierówność, wówczas należy najpierw wspierać bardziej potrzebujących.

Możliwe modyfikacje

Mogą więc zaistnieć sytuacje, gdy ten porządek ulegnie zmianie:

  1. w skrajnej konieczności, zagrożeniu – rodzice są przed innymi, gdyż dali nam życie i należy ich życie zachować,
  2. w różnych okolicznościach można zmienić porządek – matka dobra i staranna ma być bardziej miłowana niż ojciec zły i rozrzutny, przyjaciel bliski i dobroczyńca bardziej niż krewny daleki,
  3. można też zmienić porządek z powodu obowiązku stanu albo specjalnego zobowiązania – proboszcz jest bardziej zobowiązany do nauczania parafian niż krewnych, chyba że krewni są w skrajnej konieczności, a wtedy to oni mają pierwszeństwo.

Rodzice – gdyż podobniejsi Bogu – mają być miłowani obiektywnie i z szacunkiem większym niż żona i dzieci, ale ci natomiast więcej mają być miłowani szacunkowo i intensywnie oraz dobroczynnie, gdyż są bliżsi.

Zakończenie

Odpowiedzi na postawione na początku artykułu pytania wymagają więc poczynienia pewnych rozróżnień. Ponadto musimy pamiętać, że nawet znając zasady wyżej podane i tak pozostaje jeszcze potrzeba zastosowania roztropności przy ocenie sytuacji, czy komuś pomóc, czy nie. Stąd różna może być ocena w zależności od różnej znajomości okoliczności, osób, którym mamy pomóc. Powinno to nas uczyć pokory w ocenianiu oraz wielkiej powściągliwości. Zasady są może proste, ale ich zastosowanie może być bardzo różne.

Wyżej wymienione zasady mają wielkie znaczenie tak w sytuacjach nadzwyczajnych, jak i tych zwyczajnych, codziennych. Może niejedno małżeństwo dałoby się uchronić przed rozpadem czy kryzysami, gdyby zarówno rodzice pamiętali, gdzie jest ich miejsce, gdy ich dzieci zakładają swoją rodzinę, jak i małżonkowie nie zapominali, jak są dla siebie ważni i jak wysoko mają sobie siebie nawzajem stawiać. Żaden rodzic nie jest wyżej od żony czy męża, nawet dzieci nie są ważniejsze. Wszak nie byłoby dzieci i nie miałyby one zapewnionego ogniska domowego, gdyby rodzice nie miłowali się, jak należy.

Gdyby uwzględniło się również wyżej wspomniane rozróżnienie w tzw. pandemii, może nie byłoby tylu skandalicznych rozwiązań i zachowań, które obnażyły tchórzostwo i małoduszność kapłanów, lekarzy czy innych, którzy mieli pomagać duchowo i cieleśnie.

Co będzie, gdy rzeczywiście na ulicy trup będzie się ścielił gęsto? Czy znajdzie się wystarczająca liczba kapłanów, lekarzy gotowych do pomocy potrzebującym…? Ostatnie dwa lata pozwalają nam postawić takie pytanie i zakończyć ten artykuł słowami ks. Władysława Gurgacza SI, któremu jeden z księży, bojąc się prześladowań ze strony komunistów, odmówił spowiedzi:

Drogi księże… przykro mi, że po udzieleniu rekolekcji moim chłopcom i po wyspowiadaniu ich ja sam zostanę na Wielkanoc bez spowiedzi… Nasuwa mi się jeszcze bolesna refleksja, że jeśli większość księży w Polsce jest tak wystraszona i zahukana tupetem czerwonych, to co będzie w razie większego prześladowania? Obawiam się, by Kościół nie poniósł w kraju podobnych strat jak we Francji w 1789 podczas rewolucji, gdzie mnóstwo kapłanów uległo terrorowi, a nawet zaparło się wiary6.

Przypisy

  1. o. B.H. Merkelbach OP, Summa theologiae moralis ad mentem d. Thomae et ad normam iuris novi, Desclée et Brouwert, Brugis 1959, t. 1, s. 691–701.
  2. św. Tomasz, Suma teol., II–II, q. 31, art. 2. Ad 1. Mówiąc po prostu, nie jesteśmy zdolni świadczyć dobrze wszystkim ludziom i każdemu z osobna, choć każdy z nas może się spotkać z wypadkiem, kiedy będzie dobrze coś uczynić nawet poszczególnym ludziom. Miłość więc domaga się, aby człowiek, nie mogąc czynnie świadczyć dobrodziejstw innemu człowiekowi, był jednak duchowo gotów czynnie mu pomóc, gdy nadarzy się ku temu sposobność. Jednakże możemy być dobroczynni wobec wszystkich ludzi w ogólności, np. modląc się za wszystkich, chrześcijan i niechrześcijan. Ad 2. W grzeszniku należy uwzględniać winę i naturę. Należy mu świadczyć dobrze, aby wesprzeć jego naturę, ale nie aby popierać jego winę, bo to byłoby nie dobrodziejstwem, lecz złodziejstwem.
  3. Tamże, art. 3: Łaska i cnota działają zgodnie z porządkiem ustanowionym mądrością Bożą. Otóż porządek natury domaga się, aby to, co działa najpierw i mocniej, oddziaływało na rzeczy sobie bliższe; np. ogień ogrzewa przedmioty bliższe. Podobnie i Bóg darów swej dobroci udziela najpierw i obficiej istotom Jemu bliższym, jak tego dowodzi Dionizy. Udzielanie zaś dobrodziejstw jest czynnością miłości w stosunku do innych, a wobec tego powinno się być bardziej dobroczynnym w stosunku do osób bliższych. Bliskość między ludźmi zależy od tego, co ich łączy. Krewnych łączy wspólnota urodzenia, obywateli wspólnota państwowa, wiernych wspólnota duchowa itd. Zatem dobrodziejstwo ma być świadczone w zależności od rodzaju wspólnoty. Jednym słowem, każdemu bardziej świadczyć należy dobrodziejstwa należące do tego, co stanowi o większej bliskości. To jednak może ulegać zmianom zależnie od okoliczności, miejsca, czasu i spraw; w pewnych bowiem wypadkach bardziej należy pomóc obcemu znajdującemu się w wielkiej potrzebie niż własnemu ojcu niebędącemu w tak wielkiej potrzebie.
  4. Tamże, ad 1.: W tych słowach Pan Jezus nie zakazał zapraszać do stołu przyjaciół i krewnych, mówiąc wprost; zakazał zapraszania ich w tym celu, „żeby cię i oni nawzajem wezwali”, bo takie zaproszenie nie byłoby dyktowane miłością, lecz chciwością. Zachodzą jednak wypadki, w których należy do stołu zaprosić raczej obcych, mianowicie gdy znajdują się w większej potrzebie. Jest rzeczą zrozumiałą, że w tych samych okolicznościach należy pomagać raczej ludziom bliższym. W takich wypadkach, gdy jeden jest nam bliższy, a drugi bardziej potrzebujący, nie można postawić jakiegoś prawidła ogólnego określającego, komu bardziej należy pomóc, bo różne są stopnie bliskości i potrzeb; należy raczej postępować według rozsądku.
  5. Tamże: Dobro społeczne wielu ludzi jest bliższe Bogu niż prywatne dobro jednostki. Dlatego też cnotą jest narazić nawet swe własne życie dla dobra społecznego państwa lub Kościoła. A ponieważ udział w wojnie służy obronie państwa, dlatego pomagając towarzyszowi broni, żołnierz pomaga mu nie jako osobie prywatnej, lecz w pewnym stopniu całej społeczności. Nic więc nadzwyczajnego, że w tego typu przypadkach daje się pierwszeństwo człowiekowi obcemu przed krewnym.
  6. D. Golik, F. Musiał, Władysław Gurgacz. Jezuita wyklęty, WAM, Kraków 2014, s. 87.

Schizma bez Rusi. Ruś – patrocinium beati Petri. Rozdarte serce Rusi. Cz II.

Schizma bez Rusi. Ruś – patrocinium beati Petri.

Rozdarte serce Rusi. Cz II.

Ryszard Mozgol Zawsze Wierni nr 4/2022 (221) https://www.piusx.org.pl/zawsze_wierni/artykul/3069

Ruś specjalnie nie odczuła zerwania jedności kościelnej z Rzymem. Przez długi czas informacja ta mogła najwyżej oddziaływać na środowiska zakonne, ulegające wpływom greckim. Propaganda rosyjska XIX wieku brała sobie za punkt honoru udowodnienie, że po 1054 r. nastąpiło automatyczne zerwanie z Zachodem. Jak pisze rosyjski badacz Michał baron Taube, ta hipoteza nie wytrzymuje najmniejszej krytyki. Przedstawione powyżej fakty związane z dramatycznymi wydarzeniami 1054 r. przypadały na czas rządów „łacińskiego” księcia kijowskiego Jarosława (†1054), utrzymującego ścisłe związki polityczne z papieżem Benedyktem VIII (1012–1024) i wojującego przeciwko Bizancjum. Zerwanie jedności z Rzymem przez Bizancjum, na Rusi poprzedzał rozgrywający się w latach 1039–1043 spór księcia z metropolitą kijowskim, odmawiającym kanonizacji księcia Włodzimierza kijowskiego, oraz trzyletnia wojna z Cesarstwem Bizantyjskim w latach 1043–1046. W momencie zerwania jedności na tronie metropolity kijowskiego zasiadał zaufany człowiek Jarosława, Filaron, piastujący swój urząd bez przyzwolenia Konstantynopola. Jak pisze Taube, schizma „zastała Kościół ruski samodzielny i oderwany kanonicznie od działań patriarchatu bizantyjskiego”. Interesujący jest fakt, że papieska misja, udająca się do Konstantynopola w celu zażegnania tego bolesnego rozłamu, wybrała okrężną drogę przez Kijów, gdzie została przywitana z wszelkimi honorami przez wielkiego księcia i ruskie duchowieństwo. Właśnie w Kijowie doszło do ważnego spotkania pomiędzy legatem kard. Humbertem a wysłannikami bizantyjskiego cesarza Konstantyna, którzy prosili przedstawiciela papieża o przekazanie kopii sporządzonego dekretu ekskomunikującego Cerulariusza. Przy pomocy tej właśnie kopii przywiezionej a civitate Russorum – co odnotowano w jednej z kronik – cesarz udowodnił „bizantyjskiemu papieżowi” fałszerstwa tekstu. Cytowany już prawosławny historyk Kościoła Gieorgij P. Fedotow pisał, że w okresie kijowskim, nie istniały ani polityczne, ani psychologiczne powody do separacji, bo „Ruś była otwarta zarówno na Zachód, jak i na Wschód”.

Jedynym eksponentem polityki patriarchatu konstantynopolitańskiego na Rusi było duchowieństwo zakonne: liczni Grecy i Bułgarzy – zwykli mnisi i przełożeni o bardzo różnych poglądach dotyczących sporu – przebywający na tym terenie. Właśnie w zaciszu klasztornym, przede wszystkim w Ławrze Peczerskiej, powstawały pod koniec XI wieku i przez XII i XIII wiek najbardziej zaciekłe teksty antyłacińskie. Jednym z nich jest szeroko znana Powieść minionych lat, o której Koneczny napisał z pewną przesadą, że jest to w całości dzieło, „w którym szalona nienawiść do «łaciństwa» idzie o lepsze z niesłychanym nieuctwem teologicznym”. Zdaniem autora latopisu, łacińscy duchowni żenią się albo z jedną niewiastą, albo z siedmioma, poza tym odpuszczają grzechy przy pomocy odpustów, „co jest najgorsze ze wszystkiego”4. Społeczeństwo ruskie było odporne na ten rodzaj propagandy, tym bardziej, że była ona głoszona przez znienawidzonych Greków, ale trzeba również przyznać, że wysuwane argumenty teologiczne i liturgiczne były dla ruskich elit politycznych i prostego ludu po prostu niezrozumiałe. W Nowogrodzie w XII wieku kobiety, wraz z dziećmi, powszechnie korzystały z posługi kapłańskiej tzw. duchownych Waregów (łacinników). Metropolita Hilarion (1051–1055) w swoich dziełach, pisanych przecież w czasach rozłamu, nie wspomina ani słowem o rzekomych różnicach teologicznych i liturgicznych. Na początku XII wieku książę Włodzimierz Monomach domagał się wyjaśnień od patriarchatu konstantynopolitańskiego odnośnie do różnic między Kościołami zachodnim i wschodnim. Od metropolity greckiego Nicefora otrzymał odpowiedź, która ograniczała się do powtarzanego za Cerulariuszem zarzutu dotyczącego używania opłatka. Jednak w tym samym czasie Teofilakt, arcybiskup Ochrydy w Bułgarii, oficjalnie głosił, że żadne zarzuty pod adresem łacinników nie dotyczą prawd wiary, natomiast wynikają one z rywalizacji i braku „autentycznego ducha chrześcijańskiej miłości”.

Ruś – patrocinium beati Petri

Następujące po 1054 r. zbliżenie książąt Rusi z Konstantynopolem lub Rzymem było w dużej mierze podyktowane względami politycznymi. Dla społeczeństw księstw ruskich, dla których sprawy polityki były obce, nabierały one nierzadko głębokiego znaczenia religijnego. W trakcie rywalizacji między Rzymem a Konstantynopolem, do XIII wieku społeczeństwo opowiadało się przeważnie po stronie papieża, na co można znaleźć liczne dowody.

Jednym z przykładów takich zależności politycznych między książętami ruskimi a papiestwem i Europą zachodnią była sprawa księcia Izasława. Po śmierci księcia Jarosława Mądrego na Rusi nastąpiło rozbicie dzielnicowe. Centrum politycznym pozostał Kijów, gdzie na tronie książęcym zasiadł najstarszy syn Jarosława – Izasław. Utrzymał się na nim niedługo, obalony przez koalicję młodszych braci. Pozbawiony władzy książę musiał uchodzić z kraju, by szukać wsparcia poza jego granicami. Przez jakiś czas przebywał na dworze Bolesława Śmiałego, prosił o pomoc cesarza Henryka IV, w końcu zdecydował się na wysłanie specjalnego poselstwa do papieża Grzegorza VII. Do Rzymu wyruszył jego syn Jaropełk Piotr, by z rozkazu ojca oddać całą Ruś pod opiekę następcy św. Piotra – patrocinium beati Petri.

Grzegorz, pomimo trwającego sporu z Henrykiem IV, wystąpił w obronie słusznych roszczeń Izasława i przekazał jego synowi dwa posłania – pierwsze dla samego Izasława, zaś drugie dla Bolesława Śmiałego, z rozkazem rozpoczęcia działań wojennych na Rusi. Jak wiemy, dla polskiego króla zakończyły się one fatalnie… Niemniej dzięki staraniom katolickiej Europy w 1077 r. Izasław powrócił do Kijowa. Jego syn Jaropełk Piotr, który został księciem włodzimiersko-wołyńskim i turowskim, wraz ze swoją matką, polską księżniczką Gertrudą, pozostał aż do swojej tragicznej śmierci wiernym poddanym papieża. Na monetach umieścił podobiznę pierwszego papieża, a w Kijowie jego staraniem wzniesiono kościół pw. św. Piotra Apostoła. Natomiast księżnej Gertrudzie Ruś zawdzięcza wspaniały psałterz, tzw. Liber praecum Gertrudis, zawierający modlitwy do św. Piotra i ilustracje przedstawiające Jaropełka, jego żonę i Gertrudę oddających cześć św. Piotrowi i Zbawicielowi. Na kuriozum zakrawa fakt, że Jaropełk Piotr, katolicki książę Rusi, został zaliczony przez prawosławie w poczet świętych i jest czczony 21 listopada.

Ale przypadek Izasława i Jaropełka nie był na Rusi odosobniony. W 1255 r. książę halicki Daniło Romanowicz, ostatni wielki przedstawiciel „zachodnioeuropejskich” władców ruskich sprzed katastrofy tatarskiej, jak pisał o nim rosyjski historyk baron Taube, przyjął koronę i tytuł króla Rusi (rex Russiae) od samego papieża.

O tym, że stosunki Rusi z papiestwem nie były jednostronne i nie były wyłącznie zabiegami peryferii Europy o względy hegemona, świadczą wydarzenia, które rozgrywały się ok. 1089 r. W tym czasie do Kijowa przybyło poselstwo antypapieża Klemensa III (1080–1100), liczącego na udzielenie mu poparcia przez ruskiego księcia oraz metropolitę Jana II i związane z tym wzmocnienie swojej pozycji w Europie wobec papieża Grzegorza VII. Metropolita, pomimo poparcia bizantyjskich zarzutów wobec Kościoła rzymskiego, przyjął poselstwo z wszelkimi honorami i odpowiedział Klemensowi III, używając wyłącznie zwrotów należnych prawowitemu papieżowi, a więc uznając władzę Rzymu. Pochodzący z Grecji metropolita kijowski Jan przez posłów informował antypapieża o toczących się z Konstantynopolem rozmowach, które żywo interesowały Klemensa III. Następca Jana II, metropolita Efrem II (+1093), kontynuował politykę swojego poprzednika. Po wyborze na stolicę metropolitalną (1091) wysłał zwyczajowe poselstwo do papieża w celu uzyskania potwierdzenia swojego wyboru, które otrzymał bez przeszkód.

Jak widać, związki Rusi z łacińską Europą do XIII wieku były żywe i oparte na pełnej łączności z papieżem. Ruskie elity polityczne – świeckie i duchowne – były zainteresowane takimi kontaktami w tej samej mierze, co papiestwo i władcy Zachodu. Powoływanie się na pełne podporządkowanie religijne i polityczne Rusi Konstantynopolowi, należy do XIX-wiecznej fikcji historycznej, podbudowującej rosyjski mit polityczny.

Społeczeństwo Rusi a katolicyzm

Warto przyjrzeć się również związkom łączącym ludność Rusi z łacińską Europą. Wynikały one w wielu przypadkach z głębokiej religijności ludu ruskiego. Liczni pielgrzymi z Rusi włączali się w rwący potok ludzi, którzy z modlitwą na ustach przemierzali Europę i Bliski Wschód. W takich miejscach, jak Rzym, Jerozolima czy Betlejem, nie dziwią inskrypcje i notatki o gościach z odległej Rusi. Źródła niemieckie pełne są wzmianek o peregrinantes de Ruzia, którzy przechodzili przez ziemie cesarstwa, wędrując do Rzymu, a nawet Composteli. Ihumen Daniło odwiedził Ziemię Świętą w początkach XII wieku, gdy była ona integralną częścią Christianitas. Księżna Prakseda, pochodząca z linii książąt połockich, odbywała pielgrzymkę do Rzymu, w którym pozostała przez siedem lat „służąc Bogu”, i gdzie zmarła w 1239 r.

Bardzo popularne były pielgrzymki do włoskiego miasta Bari, dokąd przeniesiono ze Wschodu otaczane czcią prochy św. Mikołaja Cudotwórcy (1087), co było wyraźnym działaniem antybizantyjskim. Na Rusi przyjęto to bez jakichkolwiek oporów, podobnie jak odrzucone przez patriarchat konstantynopolitański przesunięcie wspomnienia tego świętego na 9 maja. Zarządzenie papieskie na Rusi wprowadził wspomniany już metropolita Efrem II.

Innymi przejawami silnych związków łączących ówczesną Ruś z cywilizacją łacińską był kult świętych charakterystycznych dla Europy Zachodniej i wynikające z tego sprowadzanie relikwii, obrazów i figur, typowych dla zachodniego kręgu kulturowego, oraz udział Rusi w procesie powstawania fundacji kościelnych. Są to jednak mało znane sprawy. Na Rusi był rozpowszechniony kult papieża i męczennika św. Klemensa Rzymskiego (90/92–101), który po schizmie został patronem licznych kościołów. Książę Izasław szczególną czcią darzył św. Wojciecha. Ruskie dokumenty wspominają o wotum książęcym – sztandarze podarowanym katedrze gnieźnieńskiej. Zapiski kościelne wskazują, że na rzekomo prawosławnej Rusi wierni czcili katolickich świętych: czeskich, skandynawskich i angielskich. W XII wieku modne stały się budowle kościelne nawiązujące wprost do sztuki romańskiej. Prócz ikon przedstawiających Matkę Bożą czcią otaczano wizerunki Madonny Dalmackiej, Weneckiej, Sycylijskiej, Rzymskiej, a nawet Hiszpańskiej. Figura św. Mikołaja Cudotwórcy w soborze mikołajewskim w Możajsku, tak ważna od XVI wieku dla dopełnienia rytu koronacyjnego carów, jest ewidentnym przykładem silnego oddziaływania kultury Europy Zachodniej na Ruś. Arystokracja ruska w pierwszej połowie XII wieku wspierała budowę klasztoru św. św. Jakuba i Gertrudy w Ratyzbonie, przekazując na ten cel jałmużnę w wysokości około 100 marek. W tym samym czasie współfinansowano budowę klasztoru w Lugumkloster w Szlezwiku-Holszynie. Z drugiej strony sobór Uspienski kijowskiej Ławry Peczerskiej, „ostoi” prawosławia na Rusi, został ufundowany przez pochodzącego ze Skandynawii Warega Szymona (1073), pieniądze na budowę kościoła św. Mikołaja w Kijowie przekazał Wareg Holmi, a monastyr w Nowogrodzie powstał w 1106 r. z inicjatywy „Rzymianina Antoniego”. Trudno przypuszczać, aby były to przejawy ówczesnego ekumenizmu. Przykłady te świadczą raczej o katolickości Rusi, która znajdowała się na rozdrożu pomiędzy Rzymem a Konstantynopolem. Niewątpliwie przywiązanie do katolicyzmu było wielkie, choć nie można też bagatelizować wpływów patriarchatu konstantynopolitańskiego.

Mimo wszystko Ruś była traktowana jak kraj misyjny. Do walki ze schizmą, ale również chrystianizacji plemion pogańskich na Wschodzie, przystąpiły zakony. Szlakiem św. Brunona ruszyli mnisi augustiańscy z Bremy, głosząc Ewangelię wśród Liwów i Estów (1184 r.), wspierani po krótkotrwałym zatargu przez księcia połockiego Włodzimierza. W Kijowie niemalże bez przerwy znajdowali się przedstawiciele klasztoru św. Emmerama z Ratyzbony.

W XIII wieku w Kijowie została stworzona placówka dominikańska przy łacińskim kościele Dziewicy Maryi (za tę placówkę odpowiedzialny był pochodzący ze Śląska św. Jacek Odrowąż i jego macierzysty krakowski klasztor dominikanów). Papież Grzegorz IX powierzył opiekę nad ruskimi katolikami polskim biskupstwom we Wrocławiu, Krakowie i Lubuszu. Wśród popularnych na Rusi klarysek znajdowały się liczne przedstawicielki rodów książęcych – co może być zaskakujące – wschodniego obrządku. Wydaje się, że tradycja liturgiczna Wschodu była przez te zakony w pełni respektowana, a ślady tego możemy jeszcze odnaleźć w XIV wieku w nadaniach króla Korony Polskiej – św. Jadwigi Andegaweńskiej.

Z powyższych faktów wynika, że wydarzenia 1054 r., które doprowadziły do rozłamu w Kościele, nie miały na Rusi zbyt dużego znaczenia. Podobnie zdobycie Konstantynopola przez krzyżowców w 1204 r. nie odbiło się tam specjalnym echem. Ziemia św. Włodzimierza pozostawała w łączności z Kościołem katolickim.

Głowa św. Klemensa patrzy na Zachód

Stosunki rusko-bizantyjskie od początku nie układały się zbyt dobrze. Rok 1054 poprzedzały liczne konflikty książąt kijowskich z Konstantynopolem. Sytuacja nie zmieniła się po schizmie. Bizantyjczyków na Rusi nie darzono zaufaniem. Największy spór, który rozpoczął się w 1147 r. i trwał do 1155 r., dotyczył zależności Kijowa od patriarchy Konstantynopola. Ujawnił on w całej rozciągłości apetyty Bizancjum na rozciągnięcie swego panowania duchowego i świeckiego nad Rusią. Książę kijowski Izasław Mścisławicz, wnuk Monomacha, doprowadził do obsadzenia stolicy metropolitalnej w Kijowie przez cieszącego się dużym autorytetem mnicha Klimę. Wybór ruskiego mnicha dokonany przez ruskiego księcia bez porozumienia z „papieżem Wschodu” z Konstantynopola budził wątpliwości. Bizancjum zażądało pozbawienia metropolity Klimy urzędu. Zwołany przez hierarchów ruskich sobór był wyraźnie podzielony, chociaż zwolennicy Konstantynopola działali głównie w obawie o swoje godności. Większość stanowili stronnicy Klimy, a jednocześnie zwolennicy Rzymu.

Biskup czernichowski, odwołując się do nadużywanego przez Konstantynopol zwyczaju, powiedział: „Wiem, że biskupi stanowią sobą sobór, mają prawo ustanowić metropolitę; ponieważ u nas znajduje się głowa św. Klemensa – jeśli Grecy stawiają patriarchę ręką św. Jana, to i my możemy postawić metropolitę”. „Tak też uczynili” – napisał kronikarz. Taube podkreślał, że ustanowienie metropolity kijowskiego bez zgody patriarchy nastąpiło sto lat po schizmie, „która miała zerwać wszelką duchową więź między Rusią a Rzymem i na zawsze związać Ruś z Bizancjum”. Na przeszkodzie zakusom patriarchatu stanęła głowa św. Klemensa, papieża męczennika, otaczana na Rusi czcią od czasów, kiedy według tradycji przyniósł ją na Ruś św. Cyryl.

Badania prawosławnego rosyjskiego historyka A. Pawłowa z drugiej połowy XIX wieku wskazują, że na Rusi nie zapomniano o prymacie św. Piotra ani w sferach duchownych, ani wśród elit świeckich. Działania hierarchii bizantyjskiej w Kijowie odczytywano jako bezprawną uzurpację. Metropolici kijowscy trzymali się litery 28. kanonu Soboru Chalcedońskiego (451), na którym przyjęto, że patriarcha Konstantynopola posiada drugie miejsce w hierarchii Kościoła po biskupie rzymskim5. W ten sposób rozstrzygnięto pytanie postawione przez patriarchę Aleksandrii sto lat wcześniej, w czasie Soboru w Nicei (325), które przez arcybiskupa Konstantynopola zostało wykorzystane do próby wzmocnienia swojej pozycji. To wtedy pojawił się argument, wykorzystywany w zmodyfikowanej formie od XVI wieku przez patriarchat Moskwy, że pozycja Konstantynopola wynika z przeniesienia stolicy cesarstwa nad Bosfor. Na Soborze Chalcedońskim pogląd ten nie uzyskał szerszego poparcia, a papież Leon (440–461) uzyskał od bizantyjskiego cesarza Marcjana i cesarzowej Pulcherii jego uroczyste odwołanie. Na nowo przypomniał go Cerulariusz kilkaset lat później.

Śmierć i zniszczenie

Przełomowym momentem w dziejach tej części Europy był najazd mongolski. Wydarzenie, które odcisnęło piętno przede wszystkim na dziejach politycznych i kulturowych, ale też religii Rusi. Okupacja tatarska zniszczyła uprzywilejowaną pozycję Kijowa i mocno osłabiła jego panowanie na Wschodzie, pozwalając na swobodny rozwój pogańskiego państwa litewskiego; wreszcie zaprzepaściła starania mające na celu trwałe zespolenie Rusi z Zachodem, przez pełne włączenie w obręb Kościoła katolickiego, oddając dziedzictwo św. Włodzimierza prawosławiu.

W 1218 r. posuwające się na zachód plemiona mongolskie, pobiły na rozległych stepach Kubania żyjące tam koczownicze plemiona Alanów, Połowców i Czerkiesów. Pokonani Połowcy zwrócili się o pomoc do książąt ruskich, którzy rozpoczęli żmudne przygotowania do obrony. W maju 1223 r. połączone wojska książąt ruskich poniosły dotkliwą klęskę nad rzeką Kałką. Ruski latopis notował: „Wskutek grzechów naszych przyszły nieznane ludy, o których nikt nie wie, co za jedni są, skąd się wzięli i jaka ich wiara. A zwą ich Tatarami”. W jednej bitwie Ruś straciła sześciu książąt, siedemdziesięciu wojewodów i wielkich bojarów, dziesięć tysięcy wojowników, nie licząc poległych Połowców. Trzynaście lat później rozegrał się finał dramatu. Pod ciosami piekielnych wojowników tatarskich legło w gruzach księstwo riazańsko-muromskie, spalono doszczętnie księstwa włodzimierskie, smoleńskie i czernichowskie. W listopadzie 1240 r. Tatarzy – „wysłannicy Tartaru” – stanęli pod murami Kijowa, który po krótkiej i desperackiej obronie został zdobyty. W mieście urządzono rzeź, mordując tysiące osób. Taki sam los spotkał Halicz…

Kronikarz kijowski, mnich Serapion odmalowywał tragiczną sytuację Rusi słowami:

Poczuliśmy na sobie srogość Boga naszego. Zniszczone cerkwie Boże, splugawione naczynia święte, ciała świątobliwych mnichów ptakom rzucone w śnieg, krew ojców i braci naszych […] napełniła ziemię. Zginęła moc naszych książąt i wojewodów, dzielni nasi, napełnieni strachem, uciekli. Większa część braci naszych wywieziona w niewolę. Wsie nasze zarosły trawą i wielkość nasza została poskromiona, piękność zginęła, bogactwo nasze drugim w korzyść się dostało. Trud nasz poganie otrzymali. Ziemia nasza stała się majętnością obcoplemieńców […]. Jak deszcz ściągnęliśmy na siebie gniew Boga. Nie było kaźni, która by nas ominęła.

Potęga Rusi została zachwiana.

Jedynym księstwem, które uszło cało, było księstwo Aleksandra Newskiego (1220–1263), którego władca zdecydował się na świadomą i pełną współpracę z najeźdźcą. W 1251 r. udał się do Batu-chana i się zaprzyjaźnił się z nim. Usynowiony przez chana i wsparty kontyngentem mongolskim Newruja powrócił na Ruś z uznanym przez Seraj tytułem władcy Wszechrusi. Rozpoczął zdecydowanie wrogie rządy wobec Zachodu, jednoznacznie występując przeciwko katolickiemu władcy Rusi Halicko-Wołyńskiej, łacińskiemu królowi Danielowi (1253–1264), przeciwko katolickim misjonarzom i Kawalerom Mieczowym. Odpowiadając papieżowi na wezwanie do powrotu na łono Kościoła katolickiego, kniaź Aleksander pisał lekceważąco: „[…] znam to wszystko… A co do twoich słów – nie mamy zamiaru ich słuchać i nie chcemy twojej nauki”.

Aleksander Newski znalazł potężne wsparcie w kijowskim metropolicie Cyrylu II (1247–1281), który ok. 1250 r. w pełni poparł jego plany polityczne, opuścił Kijów i schronił się we Włodzimierzu. Kijów przestał pełnić rolę centrum władzy kościelnej na Rusi. Warto zwrócić uwagę, że wrogość Cyryla wobec unii była motorem napędowym poparcia dla programu politycznej symbiozy rusko-mongolskiej budowanego przez Aleksandra Newskiego. Metropolita wraz ze swoimi zwolennikami zalecał wiernym gorliwe modlitwy za „niezależnego króla” (chana), uzyskując od tolerancyjnych religijnie Mongołów zawarowany karą śmierci „zakaz znieważania religii prawosławnej”, wymierzony we wszelkie działania misyjne Kościoła katolickiego.

Jeden z głównych myślicieli nacjonal-bolszewizmu i rosyjskiego eurazjatyzmu Gieorgij Wiernadski jeszcze przed II wojną światową słusznie i logicznie twierdził, że wielki chan był „obrońcą wiary prawosławnej”. Zapewne z głębokiego rosyjskiego sentymentu (powtórzonego przez rosyjskiego historyka Borysa Ramma) wyrósł apokryficzny przekaz o przyjęciu umierającego Aleksandra Newskiego na łono Kościoła katolickiego przez wysłannika papieskiego i misjonarza, franciszkańskiego zakonnika Jana di Piano Carpiniego, przebywającego z misją w stolicy państwa mongolskiego. Postać umierającego w samotności Aleksandra Newskiego, pogromcy krzyżowców z filmu Sergieja Eisensteina, podobno wzruszyła Stalina, który miał stwierdzić, że tak wspaniały kniaź nie mógł w ten sposób umrzeć…

Oczywiście w całej tej historii nie ma ziarna prawdy.

Tatarska fala, która pod koniec lat 30. XIII wieku zalała Ruś, spowodowała wytrącenie księstw ruskich z orbity Christianitas i zerwanie dotychczasowych więzów łączących te tereny z Europą Zachodnią. Gieorgij P. Fedotow w swojej pracy o Rusi Kijowskiej pisze, że najazd mongolski był dla niej kataklizmem, dotykającym nie tylko polityki, ekonomii, ale powodującym również upadek życia religijnego, zanik ducha ruskiego chrześcijaństwa i postępujący rozkład politycznej moralności. Ruś Kijowska nie odbudowała już swojego znaczenia.

Szybciej rozwijający się sąsiedzi – Węgry oraz Polska wychodząca z okresu rozbicia dzielnicowego w początkach XIV wieku – rozpoczęły rywalizację polityczno-militarną o te ziemie. Tereny Rusi południowej zostały przywrócone Kościołowi katolickiemu za cenę utraty niezależności politycznej. Na północy triumfowało jeszcze pogaństwo rozprzestrzeniające się z Litwy prowadzącej szeroką ekspansję militarną na Rusi, hamowaną po 1343 r. przez luźną koalicję krzyżacko-polską. W takiej sytuacji pierwszoplanową rolę odgrywały pozostające pod słabnącym i nieuciążliwym już zwierzchnictwem tatarskim ziemie na peryferyjach Rusi.

Wszystkie te procesy wzmacniały pozycję prawosławia. Katolicyzm, pomimo swobodnego rozprzestrzeniania się na obszarach Rusi znajdujących się pod zwierzchnictwem Polski i Węgier, w szerokich kręgach społecznych utożsamiano z obcymi. Paradoksalnie, państwem swobody religijnej „prawowierija” stała się podporządkowana chanowi, nic nieznacząca do tej pory Moskwa, której wpływy w ciągu całego XV wieku wciąż rosły, m.in. z powodu przeniesienia tam w połowie XIV wieku siedziby metropolity kijowskiego. Wpływy Moskwy rosły o tyle, o ile malało znaczenie Konstantynopola, upadającego pod ciosami rozprzestrzeniającego się bez przeszkód islamu.

Lepiej zginąć, niż być katolikiem

Wielokrotne propozycje unii kościelnej ze strony Rzymu napotykały na zdecydowanie negatywną odpowiedź „konstantynopolitańskich papieży”. W 1274 r. sprawę unii wziął w swoje ręce cesarz bizantyjski Michał VIII Paleolog, który zaakceptował papieską zwierzchność nad Kościołem wschodnim. W czasie uroczystej Mszy św. w Lyonie przedstawiciele Bizancjum podczas wzniosłego odśpiewania Credo trzykrotnie powtórzyli słowo filioque na znak jedności kościelnej. Unia nie została jednak zaakceptowana przez społeczeństwo cesarstwa i dużą część schizmatycko nastawionego duchowieństwa. Siostra cesarza Michała powiedziała: „Lepiej, żeby zostało zniszczone imperium mojego brata niż czystość wiary prawosławnej”. W czasie przygotowań do zawarcia drugiej unii prawosławia z Kościołem katolickim cesarz bizantyjski Manuel II Paleolog podsumował nieszczere zabiegi duchowieństwa bizantyjskiego w słowach skierowanych do następcy tronu, późniejszego cesarza Jana VIII:

Zbadawszy dogłębnie zamysły niewiernych [mahometan], z całą pewnością wiemy, że bardzo niepokoją się oni oraz obawiają się, byśmy czasem nie pojednali się i nie zjednoczyli z chrześcijanami Zachodu […]. Myśl o soborze i miej to na uwadze, głównie ze względu na to, że musisz bać się niewiernych. Rzeczy tej jednakże nie posuwaj, bo nasi [Bizantyjczycy] – jak mi się wydaje – żadną miarą nie są zdatni do znalezienia drogi i sposobu trwania w łączności, porozumieniu, pokoju, miłości i zgodzie; jeśli zważy się, że nie mają zamiaru ich – mówię o (chrześcijanach) zachodnich – traktować tak, jak czyniliśmy to w dawnych wiekach (przed rozłamem kościelnym).

Mimo wszystko 6 lipca 1439 r., w czasie Soboru Ferraro-Florenckiego, podpisano dekret unijny, likwidujący dotychczasowy rozłam w Kościele. Zgoda nie potrwała długo. W 1485 r. unia została oficjalnie zerwana przez Cerkiew prawosławną. Dodajmy, że mniej więcej w tym samym czasie Iwan III stwierdził, że pokój pomiędzy Moskwą a państwem polsko-litewskim nie jest możliwy, a oba te państwa skazane są na odwieczną walkę, przerywaną krótkimi okresami pokoju.

Zwolennicy ruskiego prawosławia doskonale zdawali sobie sprawę, że dziedzictwo kijowskiej metropolii nie należy całkowicie do nich. Z tego powodu punkt ciężkości prawosławia od połowy XIV wieku przesuwał się stopniowo na północny wschód, z Włodzimierza w kierunku Moskwy. Pierwszym metropolitą kijowskim, który na stałe przeniósł się pod opiekuńcze skrzydła tatarskich czambułów, był Teognost (1328–1353), przeciwnik wszelkich prób zawarcia unii. W 1458 r. metropolici moskiewscy zrzekli się szacownego tytułu metropolitów kijowskich. Wiązało się to z zawarciem unii kościelnej z 1439 r., którą poparł pochodzący z Grecji metropolita kijowski Izydor (1385–1463). Jego los był smutny – został uznany za heretyka, pozbawiony urzędu, wygnany z Moskwy, zmarł na wygnaniu w Rzymie. Na miejsce prawowiernego, katolickiego metropolity kijowsko-moskiewskiego książę Wasyl wyznaczył zaufanego biskupa Jonę. Konstantynopol nie uznał decyzji księcia moskiewskiego, za co przez nowego „prawowiernego” metropolitę został uznany za heretyka. W 1453 r., gdy sułtan wjeżdżał na białym koniu do najpiękniejszej świątyni chrześcijaństwa, kościoła Hagia Sophia w Konstantynopolu, w Moskwie powitano tę wiadomość z radością. „Drugi Rzym” – miasto Konstantyna, zostało ukarane za ustępstwo względem łacinników, za herezję. Rodził się mit „trzeciego Rzymu”.

W czasie gdy Konstantynopol upadał, książęta moskiewscy prowadzili skuteczną walkę z Tatarami, zakończoną ostatecznym zwycięstwem kniazia Iwana III w 1480 r. Księstwo moskiewskie było jedynym niezależnym państwem prawosławnym na świecie, a przejęcie w 1472 r. przez Iwana III spuścizny politycznej Cesarstwa Bizantyjskiego i utworzenie patriarchatu moskiewskiego, było ugruntowaniem zwycięskiej pozycji prawosławia na sporym terytorium moskiewskiej Rusi. W tym czasie patriarchatowi moskiewskiemu podlegało już więcej wiernych niż poddanemu Turkom patriarsze Konstantynopola. Promieniująca z Kijowa stara Ruś katolicka została uśmiercona przez uzurpatorów moskiewskich, zatrutych jadem mongolskiej niewoli.

Trzeci Rzym – jedno kłamstwo – dwie wiary

Twórcą tego mitu był ihumen Filoteusz (ok. 1465–1542) z klasztoru eleazarowskiego w Pskowie. Po Rzymie cesarzy i papieży, po ukaranym za grzech odstępstwa od prawosławia Konstantynopolu patriarchów, przyszła kolej na Moskwę metropolitów. To na Moskwie od tej pory spoczęła misja doprowadzenia ludzkości do zbawienia, ponieważ to w niej połączyła się potęga Rzymu i Konstantynopola. Mo­skwa miała uratować świat pogrążający się w degeneracji. Rosyjską ideę mesjanistyczną wieńczyła budowa królestwa Bożego na ziemi, które – zdaniem Filoteusza – miał urzeczywistnić car Wasyl III, przedstawiciel dynastii, według wykoncypowanej genealogii pochodzącej od starożytnego cesarza Augusta. W Moskwie miał znaleźć swoją siedzibę Mesjasz u boku prawosławnego cara.

Nietrudno odnaleźć w tej utopii pierwociny zaczynu, z którego wykiełkowała sowiecka utopia proletariackiego „raju na ziemi”, który z Moskwy rozniesie po świecie sprawiedliwe i dostatnie społeczeństwo bezklasowe. Również alternatywna utopia globalistycznego putinowskiego „Russkogo Mira” (warto zwrócić uwagę, że słowo „mir” oznacza nie tylko pokój, ale szerzej: ład, porządek, świat i wszechświat), zawiera ten sam ładunek niebezpiecznego założenia, że rosyjskie wybraństwo jest skutecznym lekiem na wszystkie bolączki chorego świata.

Ostrze myśli Filoteusza było skierowane przeciw katolicyzmowi, papiestwu i całej cywilizacji łacińskiej, nazwanej później „zgniłym Zachodem” (ros. gniłyj zapad)6. Najazd tatarski zaczęto postrzegać jako szczęśliwy dopust Boży. Ojciec rosyjskiej historiografii Nikołaj M. Karamzin pisał, że najazd tatarski zawierał wiele elementów pozytywnych, a „Moskwa zawdzięcza swoją wielkość chanowi”, choć Aleksander Puszkin szydził z tego poglądu, zwracając uwagę, że Tatarzy nie byli Maurami, którzy po najazdach zostawili przynajmniej algebrę i Arystotelesa. Aleksiej Chomiakow pisał, że Mongołowie byli „słuczajnostju sczastliwuju” (szczęśliwym przypadkiem) dla Rosji. Według archimandryty Konstantego „jarzmo tatarskie uchroniło Rosję przed pokusami łacinników, a później przed zachodnim humanizmem. A może i jarzmo sowieckie uchroniło Rosję przed jeszcze gorszymi pokusami zachodnimi?” („Russkij wiestnik” nr 12, 18–25 marca 1992 r.)7. Wraz ze wrastaniem prawosławia w Ruś, ze wzajemnym przenikaniem się państwa carskiego z prawosławiem, następowało zatracanie idei powszechności, katolickości. Iwan Groźny twierdził: „Nasza wiara nie jest grecka, lecz rosyjska, chrześcijańska”.

Ale uczciwi prawosławni badacze zwracają uwagę na o wiele istotniejszy problem. Wraz z rozszerzaniem samodzierżawia na Cerkiew prawosławną duch religijny ulegał stopniowemu wypaczeniu, które swój kulminacyjny moment osiągnęło za panowania Piotra I. Zdaniem Gieorgija P. Fedotowa „reformy” religijne cara zdegradowały prawosławie z wiary do elementu kultury politycznej państwa. Stworzony w 1721 r. przez Piotra I Świętobliwy Synod Rządzący był przysłowiową kropką nad „i” wcześniejszego kursu antycerkiewnego cara – podporządkował Cerkiew państwowemu ministerstwu, na czele którego stał zawsze świecki urzędnik (oberprokurator), posiadający kompetencję do określania zasad religijnych, ale przede wszystkim państwową wyłączność w sprawach kanonizacji!

W Związku Sowieckim odpowiednią rolę synodu pełniło przeznaczone do tego ministerstwo z nadzorującym jego prace wydziałem KGB (od lat 60. XX wieku tzw. IV Wydział V Zarządu KGB). Kontrola życia religijnego była rozległa do tego stopnia, że partia komunistyczna opiniowała kandydatów do prawosławnego seminarium. Nie dziwi zatem, że oprócz „widzialnej”, oficjalnej Cerkwi, wspierającej dzisiejsze zbrodnicze działania Kremla, w Rosji do chwili obecnej funkcjonuje katakumbowa Cerkiew prawosławna, nieakceptująca postsowieckiego modelu religijnego.

Dla dzisiejszych zwolenników idei „trzeciego Rzymu”, takich jak Władimir Widemann, w „trzecim Rzymie” z prawosławiem połączyły się ideały rzymskie i hellenistyczne i dzięki „duchowi rosyjskiemu” – rosyjskiemu geniuszowi – zostały wyniesione do formy najwyższej, z pomocą której nastąpi zbawienie ludzkości. Mikołaj Bierdiajew tak podsumował to zjawisko: „Prawosławie okazało się wiarą rosyjską. W wierszach religijnych Ruś to wszechświat, car rosyjski to car nad carami, Jerozolima to również Ruś. Ruś jest tam, gdzie prawda wiary. Rosyjskie posłannictwo religijne, jedyne w swoim rodzaju, związane jest z siłą i wielkością państwa rosyjskiego, z wyjątkowym znaczeniem cara rosyjskiego”.

Myśl tę kontynuuje Oswald Spengler, niemiecki filozof kultury i historii, który w idei „trzeciego Rzymu” zauważył narzędzie polityczne carów dążących do zdobycia drogi do Konstantynopola i Jerozolimy. Rosyjski imperializm religijno-państwowy odrzucił charakterystyczne dla Zachodu pojęcie narodu.

W ostatnim czasie Władimir Putin nazwał w swoim przemówieniu „naród rosyjski” – „narodem trójjedynym”, które to pojęcie, bazując na czytelnym symbolu teologicznym, faktycznie odnosi się do oświeceniowego neologizmu „Rosja – Rosjanin”, pod którym nie rozumie się etnicznego mieszkańca imperium. Pojęcie to przeciwstawiano etnicznemu pojęciu „Rusa”, na rzecz takich mglistych terminów jak „wszechsłowiańskość”, odnoszoną jednak nie do Czechów czy Polaków, ale „sąsiadów” Konstantynopola – Serbów i Bułgarów8… Wszechsłowiańskość, prawosławne postrzeganie rzeczywistości politycznej to „zaklinanie” plemion przez stepowego chana. Jak twierdzi rosyjski ideolog i historyk religii Aleksandr Dugin: „My wszyscy – Rosjanie, Serbowie, Tatarzy itd. – reprezentujemy żywioł barbarzyński”9.

I widzimy to w całej okazałości w trakcie barbarzyńsko prowadzonej na Ukrainie wojny, z ostrzałem artyleryjskim cywilnych osiedli, masowymi gwałtami i mordowaniem cywilów, infiltracją ludności, deportacjami w głąb „imperium”, zorganizowaną grabieżą czy stosowaniem taktyki spalonej ziemi. Dawka turańszczyzny, jaką w czasie okupacji tatarskiej przyjęła Ruś moskiewska, przetrwała do dziś. Mesjanizm komunistyczny był w dużym stopniu kontynuacją mesjanizmu prawosławnego. Już w roku 1921, w obliczu faktycznego zwycięstwa bolszewickiej rewolucji w Rosji (po nieudanej interwencji państw zachodnich, przegranej przez Białych wojnie domowej i dwuznacznych postanowieniach traktatu ryskiego) część rosyjskich działaczy emigracyjnych wezwało do „zwrotu na Wschód”. Gieorgij Wiernadski głosił zwycięstwo czerwonej Międzynarodówki – „naszej partii komunistycznej”, które zapowiada budowę euroazjatyckiego państwa. Stworzenie przez Lenina Kominternu (Trzeciej Międzynarodówki) nacjonal-bolszewik Nikołaj Ustriałow postrzegał jako kontynuację idei Trzeciego Rzymu, wzywając nacjonalistów do wygaszenia walki z sowietami. Trzeci Rzym – Moskwa prawosławia, trzeci Rzym – Moskwa Kominternu, ze swoją quasi-religijną terminologią, był w konsekwencji prostym przeniesieniem idei stolicy świata z prawdziwego Rzymu do Moskwy. Ale Moskwa stanowi antytezę Rzymu. Jest zaprzeczeniem jedności, powszechności, wreszcie apostolskości Kościoła. Jest pogaństwem, samouwielbieniem, antropocentryzmem, partykularyzmem. „Prawosławie, które nie jest religią, lecz tradycją, jest o wiele bliższe temu, co nazywamy pogaństwem. Obejmuje ono i włącza w siebie pogaństwo” – mówi z dumą Dugin.

„Rosja… rozszerzy swoje błędy…”

Metropolita petersburski Ioann pisał na łamach „Russkogo wiestnika”, że„jesteście przecież rodem wybranym”, „sens religijny rosyjskiej historii zdecydowanie przekracza granice narodowe”, a „wszechświatową, kosmiczną” misją Rosji jest pokonanie zgniłego Zachodu – Antychrysta – i utworzenie Nowej Rusi jako „zjednoczonego Kościoła”. To narodowi rosyjskiemu „Bóg wyznaczył szczególną służbę, będącą sensem życia rosyjskiego we wszystkich jego przejawach”, a Rosja jest „Tronem Bożym”, naród rosyjski – „narodem bogonoścą”. Wtóruje mu dziś (wypowiedź z 17 kwietnia 2022 r.) deputowany Dumy, wnuk Wiaczesława Mołotowa, Wiaczesław Nikonow: „We współczesnym świecie jesteśmy ucieleśnieniem sił dobra. To jest metafizyczne starcie sił dobra i zła… Toczymy naprawdę świętą wojnę i musimy ją wygrać”.

Takie wypowiedzi niestety można przywoływać bez końca.

Tymczasem rzeczywistość rosyjskiego „tronu Bożego” jest daleka od wizji prawicowych „Putinversteher” (niem. ‘rozumiejących Putina’), konserwatywnych, tradycjonalistycznych, prorosyjskich „użytecznych idiotów”.

Dzisiejsza Rosja nie stanowi żadnej konserwatywnej, religijnej czy tradycjonalistycznej alternatywy dla zsekularyzowanego Zachodu. Pogrążona jest w głębokiej społecznej, religijnej i ideowej degeneracji. Szumne prawosławne zaklęcia i „konserwatywna” retoryka ideologów skrywają dawne bolszewickie cele – wprowadzenie własnego globalnego „rosyjskiego” porządku. Oficjalne rosyjskie sztandary ustępują w czasie świąt komunistycznej czerwieni, a prawosławna retoryka propagandy szybko wpada w stare stalinowskie tory „walki z faszyzmem”. Społeczeństwo rosyjskie nie tylko nie stanowi żadnej zorganizowanej społeczności opartej na tradycyjnych wartościach, ale w jego obrębie nie ukształtowały się żadne tradycyjne siły z niezależnym zapleczem gwarantującym skuteczne renovatio.

Degeneracja społeczeństwa i depopulacja kraju widoczna jest w państwowych statystykach, które już w 2011 r. rosyjskie media i deputowani Dumy oskarżali o fałszowanie rzeczywistości10. Niemniej dramatycznie wyglądają statystyki religijne. Co prawda 60% Rosjan uważa się za prawosławnych, ale według statystyk policyjnych regularnie uczęszcza do cerkwi kilka procent wiernych (2-4%).

Obecnie najliczniejszą wspólnotą prawosławną na świecie jest Cerkiew Prawosławna Ukrainy, a nie – jak mogłoby się wydawać – Cerkiew moskiewska… Od kilku lat putinowski reżim tropi winnych tego rozkładu społeczeństwa, wskazując jednak zawsze wrogów nieuchwytnych lub dalekich, takich jak „amerykański konsumpcjonizm”, „kapitalistyczny kult zysku”, „wrogi świat Zachodu”, a nawet nieżyjący prezydent Jelcyn.

Nie jesteśmy zdziwieni i zaskoczeni tą sytuacją. Otrzymaliśmy czytelne wskazówki w orędziu fatimskim, zawierającym wezwanie do poświęcenia Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi. Miała być to gwarancja powstrzymania prześladowań w Rosji. Jak wiemy zwlekano z tym długo, a przez to sprawa ugrzęzła w plątaninie politycznych interesów. Ostrzeżenie zawarte w objawieniach zazwyczaj zbywano lub przemilczano. „Wtenczas Rosja już rozszerzy swoje błędy na świat, powodując wojny i prześladowania Kościoła”.

Powtórzmy: Początki Rusi wiążą się nierozerwalnie z katolicyzmem. Ruś nie uległa schizmie, ale pozostała wierna papiestwu. Triumf prawosławia na Rusi wiąże się nie ze schizmą Cerulariusza, lecz z najazdem mongolskim. Można rzec, że prawosławie zwyciężyło wraz ze zniszczeniem starej Rusi Kijowskiej, zwyciężyło przy pomocy strzał mongolskich wojowników. Moskiewskie prawosławie wieszczące wielkość „Trzeciego Rzymu”, stało się polityczną ideologią państwową, a nie odłamem chrześcijaństwa. Na gruncie tej ideologii komuniści zbudowali konstrukcję bolszewickiego „raju na ziemi”, który teraz proponuje się w opakowaniu „Rosyjskiego Świata”.

Serce Rusi podzielone na pół, rozdarte między wiernością Kościołowi katolickiemu a przywiązaniem do narodowej odrębności, krwawi do dziś… Rosja dalej rozszerza swoje błędy…

Przypisy

  1. Michał Taube zwraca uwagę na absurdalne działanie polegające na przesuwaniu datacji powstania ruskich praw kanonicznych na czasy późniejsze niż X-XI wiek, co w świetle propagandy prawosławnej, mówiącej o zerwaniu po 1054 r. wszelkich kontaktów ze „zgniłym Zachodem”, wydaje się zabawne.
  2. Został nim z nadania papieskiego uczony Bułgar Aleksy, który jednakże w wyniku greckich intryg musiał opuścić Kijów.
  3. Ten znany prawosławny religioznawca pisał: „Rozłam został spowodowany dodaniem słowa filioque do Credo nicejsko-konstantynopolskiego”. Zdaje się, że Eliade przychyla się do twierdzenia, że odpowiedzialność za przyjęcie na Zachodzie tego terminu teologicznego, używanego w modlitwie przez wiernych do dziś w czasie niedzielnych i świątecznych Mszy św., spada na arbitralną decyzję cesarzy niemieckich. W tym przypadku już 1014 r. i pamiętna koronacja św. Henryka II byłaby datą schizmy. W ten sposób Eliade aluzyjnie przyznaje, że prawosławne rozumienie tego problemu teologicznego zostaje sprowadzone do sporu stricte politycznego…
  4. Inny fragment: „Nie przyjmuj też nauki od łacinników, ich bowiem nauka jest skażona, wszedłszy bowiem do cerkwi nie kłaniają się ikonom, jeno stojąc ukłoni się i, skłoniwszy się, narysuje krzyż na ziemi i całuje, a podniósł­szy się stanie na nim nogami; leżąc tedy całuje, a wstawszy depcze. Tego zaś apostołowie nie przekazali; przekazali bowiem apostołowie krzyż postawiony całować i ikony przekazali”. Dla wzmocnienia akcentu propagandowego fragmenty zostały włożone w usta św. Włodzimierza, księcia odpowiedzialnego za chrystianizację Rusi w IX wieku, czyli jeszcze przed schizmą. Bardzo często autorstwo tekstów antykatolickich przypisywano znanym osobom żyjącym bardzo wiele lat przed rozłamem, aby nadać tekstom większego znaczenia.
  5. 28. kanon Soboru Chalcedońskiego: „Ojcowie słusznie przyznali przywileje stolicy Starego Rzymu, ponieważ był on miastem cesarza. Z tego samego powodu stu pięćdziesięciu najczcigodniejszych biskupów uznało, że najświętsza stolica – Nowy Rzym, zaszczycony pobytem cesarza i senatu i cieszący się takimi samymi przywilejami cywilnymi jak Stary Rzym cesarski, powinien mieć te same przywileje w porządku kościelnym i być na drugim po nim miejscu”.
  6. Fiodor Dostojewski w Idiocie wkłada w usta Myszkina tyradę, która była bliska jego poglądom: „Według mnie, rzymski katolicyzm nie jest wiarą, ale po prostu kontynuacją Zachodniego Imperium Rzymskiego – wszystko w nim podporządkowane jest tej idei, począwszy od wiary. Papież zagarnął ziemię, tron ziemski i ujął miecz w rękę – tylko do miecza dodano kłamstwo, krętactwo, oszustwo, fanatyzm, przesądy, łotrostwo, grano na najświętszych, najszczerszych, najbardziej ufnych i płomiennych uczuciach ludu – wszystko, wszystko sprzedano za pieniądze, za podłą władzę świecką”.
  7. I. Massaka analizując poglądy rosyjskich mesjanistów, pisze: „Większość Eurazjatów oceniła najazd tatarsko-mongolski nie jako kataklizm dziejowy, lecz niezwykle pomyślną dla Rosji okoliczność historyczną – Tatarzy, pod dowództwem Dżyngis-chana, zapoczątkowali jedność polityczną i państwową Eurazji. Najazdy mongolsko-turańskie powstrzymały agresję łacińskiego Zachodu. Nie było podboju ziem ruskich ani tatarsko-mongolskiej niewoli, lecz coś w rodzaju pokojowego współistnienia dwóch państwowości”.
  8. Aleksandr Dugin usiłuje przedstawić rosyjski model polityczny w atrakcyjnych dla wszystkich nacji barwach: „Te narody [narody Europy Środkowo-Wschodniej – przyp. RM] same w sobie są wartościowe i dostojne, z przepiękną historią i kulturą: dostojni Rumuni i Bułgarzy – nasi prawosławni bracia. Bohaterscy i romantyczni Polacy, choć nas nie lubią. Węgrzy – niezwyciężeni wojownicy. Tylko Czesi kojarzą się z piwem i kiełbaskami. Obecnie jednak narody te prowadzą w Europie taką politykę, że gorszej nie można sobie wyobrazić”. Proszę zwrócić uwagę na ukrytą w tej wypowiedzi doraźność, określaną przez „prowadzoną obecnie politykę” wobec Rosji. To ona jest kluczem do zrozumienia roli odgrywanej przez tzw. eurazjatyzm w dzisiejszej polityce rosyjskiej.
  9. Michał Magnicki, rosyjski myśliciel czasów oświecenia, w polemice z historykiem Mikołajem Karamzinem pisał: „Wykładowcy historii powszechnej powinni byli kłaść główny nacisk na takie istotne problemy, jak upadek hardego Rzymu jako kara za wszystkie bezeceństwa, zaś sprawców tego upadku – barbarzyńskie hordy – należało pokazywać jako narzędzie w ręku Boga”.
  10. Poruszone zagadnienie wymagałoby osobnego obszernego opracowania. Wnikliwy czytelnik jest w stanie znaleźć odpowiednie informacje w Internecie. Liczba mieszkańców Rosji w 2020 r. wynosiła 144 mln i pomimo odnotowanego wzrostu w 2014 r. spowodowanego aneksją Krymu i Sewastopola ciągle spada. Spis powszechny Federacji Rosyjskiej z 2010 r. zakończył się skandalem, z brakującymi prawie 10 mln ludzi nieujętymi w spisie, którymi okazali się Chińczycy stanowiący populacyjną większość na Dalekim Wschodzie Rosji. Według oficjalnych danych liczba „legalnych aborcji” w Rosji utrzymuje się na poziomie ok. 1 mln (1,23 mln w 2011 r.; 900 tys. w 2014 r.), choć deputowana Dumy Jelena Mizulina twierdziła w 2011 r., że liczba aborcji niezarejestrowanych w Rosji jest rocznie kilka razy wyższa i może wynosić od 5 do 12 mln przypadków. Liczba dzieci przychodzących na świat w Rosji rocznie wynosi ok. 1,4 mln (1,44 mln w 2020 r.) i nie jest wystarczająca do utrzymania stabilnej polityki ekonomicznej, społecznej i militarnej. Od 2016 r. utrzymuje się stała tendencja spadkowa. System ekonomiczny Rosji od dziesięcioleci opiera się na rabunkowej eksploatacji złóż, a poziom zużycia infrastruktury przemysłowej oceniano oficjalnie na poziomie 48%, przy nieoficjalnych danych zużycia infrastruktury sięgających 75%! Oligarchiczny model drenujący surowce i wyzyskujący najuboższych wraz z rabunkową gospodarką, przekładają się na niewyobrażalne obszary biedy społecznej, która według danych Rosstatu z 2019 r. dotyka 21 mln Rosjan. Wasilij Simczew, dyrektor Naukowo-Badawczego Instytutu Statystyki Rosji stwierdził, że różnica pomiędzy 10% najbogatszych i 10% najuboższych Rosjan nie jest 16-krotna, jak podają instytucje rządowe, ale faktycznie aż 36-krotna! W biedzie żyje zatem blisko 48 mln Rosjan. Jeśli do tego dodamy (dane z 2010 r.) ok. 1 mln bezdomnych dzieci, ok. 12 mln alkoholików, ok. 4,5 mln narkomanów i przestępczość (według prof. S. Inszakowa z Prokuratury Generalnej – 2009 r.) na poziomie minimum 26 mln przestępstw (przy oficjalnie 3 mln przestępstw rocznie), to uzyskujemy obraz daleki od ideału „narodu bogonoścy”.

Rozdarte serce Rusi. Cz I.

Ryszard Mozgol

Zawsze Wierni nr 4/2022 (221) https://www.piusx.org.pl/zawsze_wierni/artykul/3069

Od Redakcji: Prezentujemy czytelnikowi artykuł, który ukazał się na łamach „Zawsze Wierni” przed dwudziestu jeden laty. Okazuje się, że nic nie stracił na aktualności, ale wręcz przeciwnie – zyskał. Niniejsza wersja artykułu została rozszerzona i zaktualizowana przez Autora.

====================

Rozgrywające się na naszych oczach tragiczne wydarzenia na Ukrainie skłaniają do postawienia pytań o tożsamość Rusi, o jej związek z Moskwą, o rolę prawosławia i podstawy historyczne dzisiejszych wydarzeń. Czy jest możliwe, aby dawne wydarzenia odgrywały znaczącą rolę w dzisiejszych sporach politycznych? Są one sprężyną tych wydarzeń czy tylko propagandowym ozdobnikiem uzasadniającym zbrodnie, chciwość i bezwzględność polityków? Zastanówmy się nad tym, rozpatrując przeszłość i tradycję prawosławia oraz Rusi.

Rosja od stuleci jest dla Europy zagadką. Od XVII/XVIII-wiecznego przełomu dokonanego przez cara Piotra I przywykło się traktować Rosję jako wschodnią rubież Europy. Powtarzana za rosyjskimi i francuskimi myślicielami teza oświecenia o granicy Europy przebiegającej na Uralu na dobre zadomowiła się w umysłach. Jednak pod cienką powłoką europejskiej glazury Rosja ujawnia swoje azjatyckie – tatarskie, turańskie – oblicze, całkowicie różne od zachodnioeuropejskiego (łacińskiego).

Dzisiejsi historycy traktują Moskwę jako „genetyczne” przedłużenie Kijowa, dokładnie tak samo jak prawosławie, identyfikowane jako element łączący Ruś Kijowską z Księstwem Moskiewskim. Jest to błąd opierający się na nadinterpretacjach prawosławnej historiografii z wcześniejszych stuleci, która za punkt honoru przyjęła udowodnienie powyższych tez. Moskiewskie zainteresowanie Kijowem datuje się na XVI wiek, na czasy panowania króla Zygmunta II Augusta, który bezskutecznie usiłował doprowadzić do zawarcia wieczystego pokoju z Iwanem IV. To wtedy sformułowano pierwsze poważne roszczenia terytorialne względem Rusi Kijowskiej i miast ruskich, jako ojcowizny carów, pozostającej w granicach wrogiego państwa polsko-litewskiego.

Ruś Kijowska stanowiła ważny i uznany element średniowiecznego Christianitas; schizma z 1054 r. nie oderwała jej od Kościoła katolickiego, bo to nastąpiło dopiero po tragicznym w skutkach najeździe tatarskim w XIII wieku. W tym samym czasie kiedy upadł Kijów, rozpoczął się dynamiczny rozwój Moskwy, która – aby podnieść swą rangę – zawłaszczyła przeszłość Rusi. Wrogość wobec katolicyzmu pogłębiał związek Moskwy z podupadającym cesarstwem bizantyjskim: carowie moskiewscy uważali się za jego politycznych i religijnych spadkobierców. Musimy jednak pamiętać, że tradycyjnie ruskim wyznaniem jest katolicyzm w obrządku greckim, nie zaś prawosławie.

W 861 r. silna flota ruskich Normanów (Waregów) znienacka zaatakowała Konstantynopol. Sytuacja miasta była na tyle trudna, że dopiero dyplomatyczne wybiegi patriarchy Focjusza i „cud” uratowały stolicę cesarstwa przed spaleniem. Tak wyglądały pierwsze kontakty Bizantyjczyków z Rusią.

Pierwsze, ale nie ostatnie, ponieważ następny najazd, pod dowództwem kniazia Igora (Ingwara), zagroził Konstantynopolowi w 941 r. Dla przebywających na Rusi dumnych wareskich wojowników Konstantynopol był ostatecznym celem politycznym. Budowane na terytorium całej Rusi – od Skandynawii po brzegi Morza Czarnego – bazy etapowe były traktowane nie jako zalążek państwa ruskiego, ale zaplecze potrzebne do ostatecznego zwycięstwa nad Grekami.

Chrześcijańska Ruś Olgi

Początki chrześcijaństwa na Rusi wiążą się z panowaniem księżnej św. Olgi (Helgi), chociaż ślady pierwszych kontaktów z chrześcijaństwem są dużo wcześniejsze. Już od pewnego czasu na wybrzeżach Morza Czarnego istniały dobrze zorganizowane gminy chrześcijańskie, dla których Ignacy, patriarcha Konstantynopola, wyświęcił biskupa. Nie pozostała również bez echa misja na Rusi św. św. Cyryla i Metodego wśród wyznających judaizm i pogaństwo Chazarów. W 944 r. w Kijowie istniał już Kościół, a pierwszym biskupem ruskim został, przysłany na prośbę Olgi przez Ottona I, mnich Adalbert. Niestety, jego misja zakończyła się niepowodzeniem w związku z oporem pogan. Chrześcijańska księżna Olga w dalszym ciągu utrzymywała serdeczne kontakty z katolickim Zachodem, reprezentowanym przez cesarza Ottona. Po rządach zatwardziałego poganina Świętosława za panowania jego starszego syna Jaropełka pojawiły się w Kijowie poselstwa z Rzymu i Konstantynopola, co odnotowano w ruskich latopisach. Pierwszymi męczennikami Rusi byli prawdopodobnie chrześcijanie obrządku łacińskiego, Waredzy policzeni w poczet świętych – św. św. Jan i Teodor, zabici w Kijowie przez pogan w 983 r. Całe niemalże słownictwo kościelne stosowane na Rusi, jak udowodnili badacze, pochodzi z łaciny, która dotarła tam przyniesiona w języku niemieckim i dialektach skandynawskich. Pochodzące z czasów św. Włodzimierza ruskie prawodawstwo religijne jest nierozerwalnie związane z kanonicznym prawodawstwem pochodzenia niemieckiego, co tak bardzo starała się zafałszować historiografia prawosławna1. Wreszcie bezpośredni wpływ na przyjęcie chrześcijaństwa (987) przez księcia Włodzimierza, późniejszego świętego, którego Daniel-Rops opisuje jako „lubieżnego olbrzyma, nieokrzesanego żołnierza, który zmarł w zgrzebnej szacie pokutnika i wsławił się miłosierdziem i łagodnością”, miał prawdopodobnie normański wódz Olaf Tryggvason, król Norwegii w latach 995–1000, który w czasie jednej ze swoich wypraw przywiózł do Kijowa bp. Pawła z Konstantynopola. Skandynawskie sagi informują o serdecznych stosunkach łączących św. Włodzimierza z Olafem i przekazują wieści o nawróceniu Włodzimierza przez Normana. Ruś wprawdzie przyjęła chrzest z Konstantynopola, ale genetycznie chrześcijaństwo ruskie wiąże się nierozerwalnie z kręgiem kultury zachodniej.

Łacińskie wpływy czy łacińska Ruś?

Od momentu przyjęcia chrztu na Rusi niemalże co parę lat pojawia się poselstwo z Rzymu. W 989 r. poselstwo papieża Jana XV przywiozło na Ruś czczoną do dziś relikwię głowy św. Klemensa, papieża, o której jeszcze przyjdzie nam pisać. Tworząc chrześcijański porządek europejski w 1000 r., papież Sylwester II i cesarz Otton III nie pominęli również Rusi, wpisanej w funkcjonowanie tzw. Rzeszy Słowiańskiej pod panowaniem Bolesława Chrobrego. Nie dziwi w tym kontekście wytężona praca na Wschodzie biskupa kołobrzeskiego Rainberna. W 1007 r. do Kijowa przybył św. Brunon, przyjaciel Ottona III, nauczyciel cesarza św. Henryka II, goszczony przez św. Włodzimierza. Książę kijowski, żegnając Brunona na granicy swojego państwa, odśpiewał hymn Piotrze, czy mnie kochasz? Paś owce moje, będący „łacińskim” wyznaniem wiary Włodzimierza. Przyjęcie chrztu z Konstantynopola nie oznaczało wcale popadnięcia w ścisłą zależność od patriarchy i cesarza bizantyjskiego. Wzajemne kontakty bizantyjsko-ruskie były raczej chłodne.

Panowanie księcia Jarosława Mądrego (1019–1054) skutkowało dalszym zacieśnieniem kontaktów Rusi z papiestwem i chrześcijańskim Zachodem. Tuż przed rozłamem kościelnym zachodnioeuropejska krew Rurykowiczów powróciła w polityczny krwiobieg europejskiej Res Publica Christiana poprzez małżeństwa licznego potomstwa kniazia z domami panującymi Szwecji, Polski, cesarstwa, Norwegii, Węgier i Francji. Tylko jedno z tych licznych małżeństw połączyło politycznie Ruś z Bizancjum. Syn księżnej Anny Jarosławówny i króla Francji Henryka – Hugo de Vermandois – był jednym z przywódców pierwszej wyprawy krzyżowej. Córka Bolesława Chrobrego wyszła za mąż za syna kniazia – Świętopełka. Całe panowanie księcia Jarosława Mądrego było politycznie ukierunkowane na łaciński Zachód czy to w momencie gdy w 1021 r. poprosił papieża Benedykta VIII o uzyskanie niezależnego od Konstantynopola biskupa2, kiedy patriarcha odmówił kanonizacji księcia Włodzimierza, czy wreszcie gdy wbrew Bizancjum osadził na tronie metropolity prołacińskiego Rusina Filarona. Schizma dokonana w XI wieku przez bizantyjczyków zastała Ruś wrośniętą w Christianitas.

Schizma minor Focjusza

Wielowiekowa niechęć pomiędzy mieszkańcami wschodniej i zachodniej części cesarstwa została podbudowana sprawą Focjusza (IX w.), stając się zarazem przygrywką do majaczącego na horyzoncie historii rozłamu w chrześcijaństwie. Pomimo zupełnego podporządkowania Kościoła władzy świeckiej w Bizancjum znajdowali się jeszcze duchowni zdolni do przeciwstawiania się zepsuciu i nadużyciom cesarskiego dworu. Jednym z nich był patriarcha Ignacy, wspierający odsuniętą od władzy świątobliwą cesarzową Teodorę. Widząc niemoralne, wręcz bluźniercze zachowanie młodego basileusa Michała III, a także rozprężenie panujące wśród zauszników cesarskich, z których np. minister Bardas żył w jawnym związku z własną synową, Ignacy wystąpił przeciw nim. Bardas, potraktowany przez patriarchę w należny jawnogrzesznikom sposób, poprzysiągł starcowi zemstę. Nie trzeba było długo czekać. Sprytna intryga dworska zakończyła się upadkiem Ignacego i zamknięciem go w klasztorze, jednak wywołała ona nieprzewidywalny w skutkach kryzys religijny.

Miejsce po Ignacym zajął gruntownie wykształcony, ambitny i… oddany cesarzowi Focjusz. Problem był jeden – Focjusz był osobą świecką. Nie była to jednak przeszkoda nie do pokonania, a przypadek św. Ambrożego stanowił potrzebny precedens. W ciągu czterech dni od 20 grudnia 858 r. otrzymał wszystkie siedem święceń, łącznie z kapłańskimi, i w Boże Narodzenie był już patriarchą. Drugi kłopot tkwił w fakcie, że święceń udzielał biskup obłożony przez Ignacego karami kościelnymi. Poprzedni patriarcha trwał w świętym uporze, a równolegle kształtowało się stronnictwo przeciwne Focjuszowi. Toteż gdy do Rzymu wpłynął zwyczajowy „list synodalny”, będący czymś w rodzaju wniosku o uznanie święceń wschodnich patriarchów, papież Mikołaj I (858–867) odpowiedział niejednoznacznie i wysłał do Konstantynopola legatów w celu zbadania całej sprawy oraz przekazania cesarzowi żądania zwrotu zagrabionych przez Bizancjum terytoriów. Jednak legaci zwiedzeni przez Focjusza zupełnie nie wywiązali się ze swoich obowiązków, za co zostali pozbawieni urzędu przez Mikołaja. Ferment pogłębiła wizyta zwolenników Ignacego w Rzymie (nie mieli oni poparcia samego Ignacego!) i prośba, traktowanego przez Bizancjum jak lennika króla Bułgarów Borysa, o misjonarzy łacińskich z Rzymu. Focjusz i cesarz byli niezadowoleni. W Konstantynopolu zawiązano wielki spisek, mający na celu detronizację papieża. Na synodzie konstantynopolitańskim Focjusz zaatakował papieża, miotając oskarżenia o sprzeniewierzenie się dogmatom i „nieuzasadnione pretensje”, po czym wschodni hierarchowie zadeklarowali wolę pozbawienia papieża urzędu. Jednak tryumf „patriarchy” okazał się chwilowy, bowiem zdjęty z urzędu papież niespodziewanie zmarł w listopadzie 867 r., w chwili kiedy Focjusz chciał go ostatecznie pognębić. Kilka dni później, po serii morderstw, tron cesarski objął żołdak Bazyli I, założyciel dynastii macedońskiej. Po skrytobójstwie Bardasa i Michała III przyszła kolej na Focjusza, który uratował życie, ale stracił urząd. Ten polityczny nuworysz musiał ze względów politycznych zażegnać napięcia religijne, przeto „rehabilitował” Ignacego i poszedł na ustępstwa wobec Rzymu. Spór z Focjuszem poszedł w niepamięć, ale ujawnił głęboki rozdźwięk pomiędzy chrześcijaństwem zachodnim (rzymskim) a wschodnim (bizantyjskim). Wbrew pozorom nie były to różnice doktrynalne, dogmatyczne, lecz chodziło o prestiż, nadęty w Konstantynopolu do monstrualnych rozmiarów. Dyplomata Focjusz dyskretnie sprawował urząd do ok. 886 r., nie rzucając się w oczy, ale jego traktaty – przeczący prymatowi biskupa Rzymu Przeciw tym, którzy twierdzą, że Rzym jest główną siedzibą i O Duchu Świętym zwalczający łacińskie rozumienie filioque – przygotowały grunt pod schizmę z 1054 r.

Rzymskie sandały Humberta i bizantyjski pył

Reformatorska polityka „kluniackiego” papieża Leona IX (1049–1054) wzbudziła w połowie XI wieku popłoch w patriarchacie konstantynopolskim. Następcą Focjusza na tronie patriarszym został Michał Cerulariusz, potomek senatorskiego rodu bizantyjskiego, u którego wybujałe ambicje łączyły się z surową ascezą i uwielbieniem teologii. Nowy patriarcha wychodził z założenia, że jego godność nie jest „niższa od godności purpury czy diademu”, planując wyłączenie spraw Kościoła bizantyjskiego spod władzy cesarza i ograniczenie wpływów Rzymu poprzez nadanie swemu urzędowi rangi „papieża Wschodu”. Przez pewien czas skrzętnie ukrywał swoje plany, powoli sącząc jad inspirowany dziełami Focjusza. Kazimierz Zakrzewski przypisuje Cerulariuszowi autorstwo absurdalnych zarzutów wysuwanych przez ortodoksów pod adresem łacinników: o używanie do Komunii „martwego chleba”, czyli opłatka zamiast chleba drożdżowego, jedzenie mięsa z niewykrwawionych zwierząt, czczenie soboty jako dnia świętego, zniesienie Alleluja w czasie Wielkiego Postu i… golenie bród. Emigracyjny badacz prawosławny Gieorgij P. Fedotow, zwracał uwagę na specyficzny charakter tych zarzutów, ich brak związku z dogmatami i teologią, sytuując je „w sferze rytualnego tabu” obecnego we wschodnich obrządkach. Fedotow w swojej obszernej pracy na temat ruskiej religijności we wczesnym średniowieczu zwraca uwagę i podkreśla, że bizantyjskie klątwy dotyczące przaśnego chleba, spożywania mięsa z duszonych zwierząt i potraw z krwi czy nieprzestrzegania postu poprzedzającego Wielki Post nie były respektowane na obszarze Rusi pomimo probizantyjskiej postawy metropolity kijowskiego Jana II (†1089). Wręcz przeciwnie, pochodzący z Grecji metropolita w dokumentach wymieniających rzekome błędy katolików stwierdzał autorytatywnie, że przyjmowanie Komunii św. w obrządku łacińskim „w razie potrzeby i z miłości do Chrystusa” jest dopuszczalne i ważne. Prawosławie moskiewskie kilkaset lat później zabroni wszelkich takich przypadków.

Jak na złość ambitnym planom Michała Cerulariusza, początek lat 50. XI wieku przebiegał w duchu pełnej współpracy pomiędzy papieżem, cesarzem bizantyjskim Konstantynem IX a cesarzem łacińskim Henrykiem III. W Europie krążyła przepowiednia, według której „lew i lwiątko miały pokonać i ujarzmić dzikiego osła”. Przepowiednia zwiastowała pokonanie islamu przez sojusz cesarski. Jednak plany wielkiej europejskiej polityki przewidywały miejsce tylko dla trzech graczy, czego patriarcha Konstantynopola nie chciał zaakceptować. Cerulariusz podjął niebezpieczną grę.

Papież Leon IX przez pewien czas nie reagował na prowokacje patriarchy, prowadząc wobec Konstantynopola elastyczną politykę. W tym czasie Cerulariusz rozkazał zamknąć wszystkie kościoły i klasztory łacińskie w stolicy Bizancjum, wyklinając przy tym łacińskie duchowieństwo, które dopuściło się herezji „azymityzmu” (używanie opłatka). Trzy największe władze europejskie starały się uspokajać sytuację w związku ze wspólnym zagrożeniem normańskim w południowej Italii. Patriarcha miał jednak duży posłuch u fanatycznie nastawionego motłochu miejskiego, który już kilka razy udowodnił Konstantynowi, co to znaczy vox populi… Ostatni raz miało to miejsce podczas ogłaszania ekskomuniki nałożonej na „ulegających żydowskim przesądom” łacinników, gdy rozpoczęły się rozruchy, w czasie których w jednym z łacińskich kościołów sprofanowano konsekrowane Hostie. Reakcja papieża była natychmiastowa. Leon IX wysłał do Konstantynopola legatów w osobach kard. Humberta z Moyenmoutier, zdolnego, oddanego, zdecydowanego rzecznika reformy kościelnej, oraz kanclerza kurii Fryderyka Lotaryńskiego, odznaczającego się dużymi zdolnościami umysłowymi, późniejszego papieża Stefana IX (1057–1058). Obaj mieli dobre rozeznanie w sytuacji Kościoła bizantyjskiego i mogli liczyć na przychylność wschodniego cesarza.

Walka z Cerulariuszem nie była łatwa, tym bardziej że całkiem liczni zwolennicy Rzymu w Kościele wschodnim znajdowali się daleko od areny wydarzeń. Kardynał Humbert udzielił patriarsze Cerulariuszowi odpowiedzi na zadane przez niego w prowokacyjnych listach pytania. Papież nie miał już ochoty tolerować impertynencji w stylu: „Jeśli ty uczcisz moje imię chociaż w jednym kościele w Rzymie, ja zobowiązuję się uczcić twoje na całym świecie”, co zostało skwitowane przez legata wezwaniem skierowanym do patriarchy w imieniu papieża o jedność z Rzymem, bo w przeciwnym razie Kościół wschodni stanie się „zgromadzeniem heretyków, zbiorowiskiem odszczepieńców i przybytkiem szatana”. Słowa Humberta odniosły skutek. Traktat o błędach łacinników spalił w obecności cesarza mnich Nicetas, akceptując autorytet papieski. Reszta hierarchów Kościoła bizantyjskiego, pomimo zbicia argumentów patriarchy, przerażona lub wściekła pozostała przy swoich błędnych mniemaniach. Michał Cerulariusz, pozostając w ukryciu, nie odważył się osobiście, twarzą w twarz, spotkać z legatami papieskimi. W związku z tym 15 lipca 1054 r. (podawana jest również data o dzień późniejsza), decydując się na pozbawienie Cerulariusza patriarchatu, kard. Humbert wraz z otoczeniem wkroczył do bazyliki Hagia Sophia, przerywając uroczystości, i złożył na ołtarzu bullę wyklinającą patriarchę. Opuszczając ją, strząsnął bizantyjski pył z rzymskich sandałów na znak zerwania wszelkiej łączności z odszczepieńcami. Schizma stała się faktem. Konstantyn IX chciał jeszcze załagodzić spór, ale ekskomunikowany patriarcha skontrował jego działania, wypuszczając na ulicę antyłacińskie masy. 24 lipca 1054 r. synod Kościoła wschodniego, obradujący w bazylice Hagia Sophia, przyjął edykt wyklinający łacinników. Ze względu na pogorszenie się sytuacji politycznej na Bliskim Wschodzie, śmierć papieża i przedłużający się okres wyboru jego następcy sytuacja nie uległa zmianie. Głosy przeciwników Cerulariusza na Wschodzie – m.in. patriarchy Antiochii Piotra – zostały zagłuszone. Wzrastała wzajemna wrogość, podsycana pismami w rodzaju Traktatu o Frankach, z którego można było się dowiedzieć, że na Zachodzie podczas Mszy kobiety nieprzyzwoicie zabawiają się z kapłanami…

„Mniejszą” schizmę Focjusza od „większej” schizmy Cerulariusza dzieli przepaść intelektualna. Ich przyczyną była wyłącznie walka o władzę – jak to napisał Kazimierz Zakrzewski – pomiędzy głównymi ośrodkami władzy kościelnej i odrzucenie osadzonego głęboko w tradycji Kościoła prymatu św. Piotra. Bunt Focjusza poszukiwał swojego uzasadnienia czy może skrywał swoje intencje za parawanem rzekomych różnic dogmatycznych. Cerulariusz nie był tak drobiazgowy, poprzestając na skutecznym oddziaływaniu propagandowym skierowanym ku ciemnym masom nierozumiejącym subtelnych różnic dogmatycznych. Przykład Cerulariusza jest zapowiedzią rzucającego się w oczy nieuctwa teologicznego, na które zwracał uwagę Feliks Koneczny, pisząc o prawosławnej literaturze religijnej i historiografii.

Można włożyć między bajki opinie mówiące o filioque jako głównej przyczynie rozłamu w Kościele, co czynią przede wszystkim prawosławni, np. Mircea Eliade3. Pobieżny przegląd prawosławnej teologii średniowiecznej dotyczącej pochodzenia Ducha Świętego ukazuje istnienie w jej wnętrzu w pełni „łacińskiego” rozumienia problemu filioque.

Traktaty Nicetasa z Maronei, Nicefora Blemmydesa, Jana Bekkosa powstałe już po schizmie w XII i XIII wieku opierały się, jak pisze o. Benedykt Huculak OFM, na wschodniej tradycji teologicznej, „rozciągającej się od I Soboru Nicejskiego (325) do Nicaenum II (787)”, udowadniając osadzenie rozumienia pochodzenia Ducha Świętego od Ojca i Syna (filioque) w greckiej tradycji. Stworzone przez Focjusza, a przejęte przez Cerulariusza koncepcje również na Wschodzie były uważanie za co najmniej podejrzane teologicznie, żeby nie powiedzieć heretyckie, co dostrzegł już kard. Humbert w pamiętnym roku 1054.

[cdn]

Możliwe dla naszego kraju są następujące „pandemie”: Grypa wronia, wróbla, gołębia, srocza, kurza, gęsia, kacza, perliczkowa, indycza, etc.

Możliwe dla naszego kraju są następujące „pandemie”: Grypa wronia, wróbla, gołębia, srocza, kurza, gęsia, kacza, perliczkowa, indycza, etc. etc. …

Jan Rybskijr@basta.org.pl

Rozporządzenie będące kluczem do naszego zniewolenia!!!

WHO może ogłosić w każdej chwili każdy rodzaj przeziębienia, jako „grypę wywołaną szczepem pandemicznym wirusa” lub każde z nich deklarując jako „grypa ptaków” (patrz załącznik, par. 3 poz. 12 na liście), co prowadzić będzie w myśl Ustawy z 2008 roku do naszego zniewolenia i przymusowych śmiercionośnych i zombizujących zastrzyków mRNA zwanymi szczepieniami ochronnymi (Dlaczego? – patrz mój poprzedni mail). 

Możliwe dla naszego kraju są następujące „pandemie”: Grypa wronia, wróbla, gołębia, srocza, kurza, gęsia, kacza, perliczkowa, indycza, etc. etc. …

UWAGA a propose WHO i jej kompetencji jw.: Zbrodniarz wojenny ścigany prawem, przydupas niejakiego Gates’a, pełniący jednocześnie funkcję dyrektora generalnego WHO, niejaki Tedros Ghebreyesus (jaka organizacja taki dyrektor, jaki pan taki sługa) z uwagi na rozłam opinii podjął jednoosobowo w sobotę, dnia 23 lipca br, decyzję o nadaniu małpiej ospie (jaki rozum dyrektora, taka ospa) status „globalnego zagrożenia dla świata” (choroba jest na poniższej liście Rozporządzenia), co jest najwyższym poziomem na skali ostrzeżeń wydawanych przez WHO. Stąd do ogłoszenia przez WHO pandemii tej choroby jeden krok, dlatego i to nieformalne działanie ww. zbrodniarza i jego pośpiech.

Podstawą do debaty na forum WHO nad tą chorobą (trwała ona od 21 lipca br.) było niespełna 17.000 przypadków zachorowań na całym globie liczącym bez mała 8.000.000.000 ludzi. To trochę ponad 2 przypadki zachorowań na 1 milion ludzi, co pokazuje skalę skretynienia, uprawianego w ramach zbrodniczego WHO.

Ponadto nie jest to choroba śmiertelna, i jak sama nazwa wskazuje, do zarażenia dochodzi poprzez bezpośredni bliski kontakt z zarażonym zwierzęciem, czyli małpą. A jak wie pewnie WHO, a jej dyrektor z małpim rozumem na pewno, małpy żyją w każdym kraju na świecie, nawet na Grenlandii, i wszystkie są nosicielami tej choroby. Wiadomym jest jednak, o czym „main-stream’owi” nie wolno pisać, że jest to choroba „kochających inaczej” płci męskiej. Dlatego też jest ona relatywnie popularna w USA. A co tam jest modne, musi być modne na całym świecie.  

Powyższa informacja w sprawie małpiej ospy pokazuje, że prawdziwe jest powyższe twierdzenie dotyczące możliwości „zrobienia” z każdej choroby pandemii, np. z łamiących się paznokci, których dziennie łamie się na świecie pewnie więcej, jak te rozpatrywane na forum posiedzenia generalnego WHO łącznie 17.000 przypadków małpiej ospy – co w przypadku zadrapania złamanym paznokciem i zarażenia krwi brudem znajdującym się pod nim, może nieść ze sobą śmiertelne skutki.

Biorąc pod uwagę śmiertelność przypadków zachorowania na Covid na poziomie globalnym 0,6% oznaczało by, że w przypadku złamanych paznokci (i tego konsekwencji) na zakażenie krwi z tego tytułu musiałoby umrzeć na 17 000 przypadków ok. 100 osób, co biorąc pod uwagę choroby towarzyszące jest wysoce prawdopodobne, tym bardziej, że jedna osoba ze złamanym paznokciem może zadrapać nim wiele osób i pandemia zarażenia krwi z tego powodu gotowa. Ratując ludzi przed złamanymi paznokciami na drodze izolacji posiadaczy takowych – uratujemy świat przed kolejną „zarazą”.  

Także w przypadku wejścia w życie przedmiotowego rozporządzenia (vide załącznik) każde nasze wejście do lasu obarczone będzie ryzykiem zamknięcia w izolatorium i przymusowego przyjmowania zastrzyków i leków niewiadomego składu, działania i skutków (casus „szczepionek na Covid-19” się kłania). Dlaczego? Ponieważ pobyt w lesie powoduje sytuację „styczności pośredniej ze źródłem zakażenia” wścieklizną roznoszoną po lesie przez zwierzęta, która to choroba znalazła się też na poniżej przytaczanej liście. A podczas „badań dla celów nadzoru epidemiologicznego” da się wszystko udowodnić, co testy PCR w przypadku SARS-COV-2 pokazały najlepiej. Wystarczy do tego, aby fikcyjna, chroniona przecież RODO osoba, rzekomo powiadomiła  sanepid o naszej wizycie w lesie (to się nazywa w Rozporządzeniu „uzyskanie innych informacji o podejrzeniu”, czyli mówiąc potocznie – donos).

Science fiction? Nie, proszę Państwa, tak stanowi Ustawa z 2008 roku w połączeniu z załączonym (na razie) projektem Rozporządzenia. 

Gdyż, jak czytamy w par. 3 rozporządzenia: „państwowy powiatowy inspektor sanitarny po uzyskaniu danych lub innych informacji o podejrzeniach (czyli np. donosu „życzliwego sąsiada”) albo przypadkach zakażeń, zachorowań albo zgonów z powodu choroby zakaźnej, kierując się opartą na wiedzy medycznej własną oceną stopnia zagrożenia dla zdrowia publicznego oraz wytycznymi państwowego inspektora sanitarnego wyższego stopnia*, w ramach prowadzonego dochodzenia epidemiologicznego kieruje na badania dla celów nadzoru epidemiologicznego w kierunku:

  1. błonicy;
  2. brucelozy;
  3. cholery;
  4. czerwonki bakteryjnej;
  5. duru brzusznego i zakażeń pałeczkami durowymi;
  6. duru wysypkowego (w tym choroby Brill-Zinssera) i innych riketsjoz;
  7. durów rzekomych A, B, C i zakażeń pałeczkami rzekomo-durowymi;
  8.  dżumy;
  9.  giardiozy;
  10.  gorączki Q;
  11. gruźlicy płuc;
  12. grypy wywołanej szczepem pandemicznym wirusa lub grypy ptaków u ludzi;
  13. jersiniozy;
  14. kampylobakteriozy;
  15. kiły;
  16. kryptosporydiozy;
  17. krztuśca;
  18. leptospirozy;
  19. nosacizny;
  20. odry;
  21. ornitozy;
  22. ospy małpiej;
  23. ospy prawdziwej;
  24. ostrego nagminnego porażenia dziecięcego (poliomyelitis) oraz zakażeń wirusem polio;
  25. płonicy;
  26. różyczki;
  27. salmoneloz oraz zakażeń wywołanych innymi pałeczkami z rodzaju Salmonella niż Salmonella Typhi i Salmonella Paratyphi A, B, C;
  28. tularemii;
  29. wąglika;
  30. wirusowych gorączek krwotocznych, w tym żółtej gorączki;
  31. wirusowych zapaleń wątroby (A, B, C, inne) oraz zakażeń wywołanych przez wirusy zapalenia wątroby;
  32. wścieklizny;
  33. zakażenia wirusem bliskowschodniego zespołu niewydolności oddechowej (MERS);
  34. zakażenia wirusem SARS-CoV-2;
  35. zakażenia wirusem zachodniego Nilu;
  36. zakażeń żołądkowo-jelitowych lub zatruć pokarmowych o etiologii infekcyjnej lub nieustalonej;
  37. zakażeń werotoksycznymi pałeczkami Escherichia coli (STEC/VTEC);
  38. zakażeń wirusem zespołu ostrej niewydolności oddechowej (SARS).  ===========================================

* Co oznacza powyższe Rozporządzenie: Otóż to, że to urzędnik sanepidu, nie posiadający kompetencji lekarza ALE natchniony nagle wiedzą medyczną (Polak potrafi) ORAZ posłuszny woli swojego szefa (sam Główny Inspektor Sanitarny, niejaki p. Saczka, z zawodu informatyk, nie ma pojęcia zawodowego o tym, co robi) będzie decydować o naszym życiu i śmierci. Wytłumaczenie, dlaczego tak będzie i na jakiej podstawie tak twierdzę, znajduje się w moim poprzednim mailu… Jak już wcześniej pisałem: Orwell’owi zabrakło fantazji do opisania nadchodzącej faszyzacji życia społeczno-gospodarczego na planecie Ziemia.

================================

mail:

==============================

Mądrość zwana sprytem –

Mądrość zwana sprytem – Stanisław Michalkiewicz

W niezapomnianym skeczu kabaretu „Dudek” z Janem Kobuszewskim i Wiesławem Gołasem pt. „Ucz się Jasiu” jest scena, kiedy Jan Kobuszewski, jako właściciel warsztatu hydraulicznego, pyta ucznia Jasia, którego gra Wiesław Gołas, „do czego jest ta rura?” – na co Jasio przygląda się przez chwilę rurze i powiada: „ta rura jest do niczego”. Kto by wtedy pomyślał, że była to scena prorocza, zapowiadająca zgryzoty, jakie będą udziałem Polski w związku z dostawami gazu przez Baltic Pipe, a właściwie w związku z brakiem tych dostaw. Polska uczestniczyła w budowie tego gazociągu, która kosztowała 2,2 mld euro i – jak wielokrotnie byliśmy zapewniani – miał on być gwarantem naszego bezpieczeństwa energetycznego, umożliwiając rezygnację z dostaw gazu rosyjskiego. Wszystko wydawało się w jak najlepszym porządku, chociaż na przełomie wiosny i lata premier Morawiecki wystąpił z zagadkową pretensją, by rząd norweski podzielił się z Polską zyskami ze sprzedaży gazu, a nawet wezwał mieszkających w Norwegii Polaków, by w tej sprawie zaczęli rząd norweski molestować.

Pan premier Morawiecki już wcześniej wpadał na różne pomysły, ale – przynajmniej na pierwszy rzut oka – mieściły się one w ramach normalności w sensie medycznym, – bo jeśli chodzi o sens ekonomiczny, to już nie. Na przykład program dekarbonizacji Polski wydawał się dziwaczny, bo niby dlaczego państwo miałoby rezygnować z korzystania z nośników energii, którymi dysponuje na rzecz nośników, którymi nie dysponuje, a w każdym razie – nie dysponuje nimi w stopniu wystarczającym do zaspokojenia potrzeb krajowych, wynoszących około 20 mld metrów sześciennych gazu rocznie?

Koniecznością „ratowania planety” wyjaśnić tego nie można, bo – po pierwsze – to uzasadnienie nie wytrzymuje krytyki w sytuacji, gdy znacznie większe gospodarki, niż polska, jak np. gospodarka amerykańska, czy chińska, wcale z węgla nie rezygnują, a – po drugie – zależność dobrostanu „planety” od spalania paliw kopalnych jest oczywista przede wszystkim dla niestabilnej emocjonalnie szwedzkiej panienki Grety Thunberg, z której sprytni rodzice podobno wyciągnęli już mnóstwo szmalu – no i oczywiście – dla rzesz jej młodocianych wyznawców, którzy o „planecie” wiedzą wszystko, chociaż nie bardzo potrafią wyjaśnić – o czym kilkakrotnie się przekonałem – dlaczego właściwie zmieniają się pory roku.

Z drugiej strony jednak wiadomo, że od polityków, zwłaszcza takich, jak pan premier Morawiecki, zbyt wiele wymagać nie można, bo dla doraźnych korzyści partyjnych czy nawet osobistych, gotowi są na rozmaite głupstwa, a poza tym rząd „dobrej zmiany” swojemu postępowaniu nadawał pozory racjonalnego uzasadnienia, właśnie reklamując korzyści, jakie będziemy odnosili, kiedy tylko gazociąg Baltic Pipe zostanie ukończony. Tymczasem gazociąg został ukończony już jakiś czas temu, ale gaz do Polski jak dotąd nim nie płynie i okazuje się, że nie bardzo wiadomo, czy popłynie, przynajmniej w ciągu najbliższych dwóch lat. Słowem – na razie „ta rura jest do niczego” – jakby powiedział Jasio, grany przez Wiesława Gołasa.

Ta rura jest do niczego” przynajmniej na razie, ale nie dlatego, by nie nadawała się do tłoczenia gazu. Ona się nadaje, ale – jak głoszą fałszywe pogłoski – Polska na razie z tego gazu nie będzie mogła skorzystać z powodu jakichś niejasności w umowie z Norwegami i Duńczykami. Wygląda na to, że pan premier Morawiecki o tych niejasnościach i wynikających z nich konsekwencjach, został poinformowany kilka miesięcy temu, właśnie kiedy zaczął kierować pod adresem norweskiego rządu i pracujących w Norwegii Polaków żądania wykraczające poza normalność w sensie medycznym.

Zwróćmy jednak uwagę, że w innych sprawach, na przykład dotyczących osobistego majątku, pan premier Morawiecki sprawia wrażenie człowieka całkiem sprawnego umysłowo, a nawet obdarzonego specyficznym rodzajem mądrości, który nazywamy sprytem. Skąd zatem u niego takie objawy zaćmienia w sprawach publicznych? Warto, by zajęło się tym jakieś konsylium weterynarzy, ale chyba do tego nie dojdzie, więc spróbujmy wyjaśnić ten fenomen na własną rękę.

Zacznijmy od tego, że polityczna kariera pana Mateusza Morawieckiego zaczęła się od stanowiska doradcy doskonałego premiera Donalda Tuska, który już wtedy stał na czele Volksdeutsche Partei i w którym Nasza Złota Pani z Berlina szczególnie sobie upodobała. Jak wiadomo, Donald Tusk Naszej Złotej Pani pozostał wierny aż do chwili obecnej, co z jednej strony nawet dobrze o nim świadczy, że nie jest niewdzięcznikiem – podczas gdy pan Mateusz Morawiecki dokonał politycznej wolty, przechodząc z obozu zdrady i zaprzaństwa do obozu płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm, za co został wynagrodzony stanowiskiem wicepremiera w rządzie Beaty Szydło. Takie transfery zdarzały się i wcześniej, na przykład Wielce Czcigodny poseł Antoni Mężydło przeszedł w PiS do Volksdeutsche Partei i – jak publicznie zapewniał – wcale nie musiał z tego powodu zmieniać poglądów. Jak było w przypadku pana Mateusza Morawieckiego – tego nie wiem, bo w duszy u niego nie byłem, natomiast pragnę zwrócić uwagę na kolejny ważny etap w karierze wicepremiera Morawieckiego.

Oto w następstwie „głębokiej rekonstrukcji” rządu „dobrej zmiany”, w ramach której Naczelnik Państwa spuścił z wodą ministra obrony Antoniego Macierewicza, a panią premier Szydło odesłał na emeryturę do Parlamentu Europejskiego, pan wicepremier Morawiecki został premierem z zadaniem – jak pamiętamy – „ocieplenia stosunków z Unią Europejską”. Warto dodać, że ta „głęboka rekonstrukcja” nastąpiła w kilka miesięcy po felonii, jakiej względem swego wynalazcy dopuścił się pan prezydent Andrzej Duda, który po 45-minutowej rozmowie telefonicznej z Naszą Złotą Panią, zapowiedział zawetowanie ustaw regulujących funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości w naszym bantustanie, z czym mamy do dzisiaj coraz większe zgryzoty. Czy nominacja pana Mateusza Morawieckiego na premiera rządu „dobrej zmiany”, nie była przypadkiem efektem kompromisu do, którego Naczelnik Państwa, wskutek osłabienia felonią pana prezydenta Dudy został zmuszony?

Tego oczywiście nie wiemy, ale przecież musiała być jakaś ważna przyczyna, dla której wicepremierem, a następnie premierem rządu „dobrej zmiany”, został były doradca doskonały premiera Tuska, w którym Nasza Złota Pani szczególnie sobie upodobała i mocną ręką przeniosła, a następnie prowadziła przez europejskie salony? W międzyczasie wszczęła i prowadzi przeciwko Polsce wojnę hybrydową przy pomocy Donalda Tuska, ale z drugiej strony, przy pomocy premiera Mateusza Morawieckiego, doprowadza do obezwładnienia energetycznego Polski, już to pod pretekstem jej „dekarbonizacji”, już to wskutek „niejasności” w umowie gazowej z Norwegami i Duńczykami, by w rezultacie doprowadzić do tego, by Polska, podobnie jak inne państwa, kupowały od Niemiec rosyjski gaz tłoczony rurociągiem NordStream 2, który – jak tylko uda się tej zimy zorganizować kryzys energetyczny w Europie – chyba będzie musiał zostać uruchomiony?

Stanisław Michalkiewicz

Felieton    Portal Informacyjny „Magna Polonia” (www.magnapolonia.org)    20 sierpnia 2022

Za: michalkiewicz.pl | http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5234

Daria Dugina, córka głównego ideologa Putina, zginęła w zamachu.

https://nczas.com/2022/08/21/daria-dugina-corka-glownego-ideologa-putina-zginela-to-byl-zamach-video-foto/

W wybuchu samochodu na autostradzie pod Moskwą zginęła Daria Dugina, córka Aleksandra Dugina, nazywanego „mózgiem” lub „filozofem” Władimira Putina i absolutnego zwolennika inwazji na Ukrainę.

Świadkowie mówią, że samochód eksplodował podczas jazdy w rejonie miasta Odincowo pod Moskwą. Według potwierdzonych przez rosyjską agencję TASS informacji, znajdowała się w nim Daria Dugina. Kobieta zginęła na miejscu.

To Aleksander Dugin miał jechać autem.

Na opublikowanych w sieci materiałach filmowych widać płonące auto, w którym zginęła Daria Dugina. Jak twierdzą lokalne media, chwilę wcześniej miała zabrać swojego ojca. „Guru” Kremla w ostatniej chwili zmienił zdanie i wsiadł do innego pojazdu, unikając w ten sposób śmierci. To sugeruje, że prawdziwym celem zamachu był Aleksander Dugin. W dostępnych w internecie nagraniach widać trzymającego się za głowę Aleksandra Dugina stojącego w pobliżu płonącego samochodu terenowego córki, która wracała z festiwalu „Tradycja”.

Aleksandr Dugin uznawany jest za jednego z głównych doradców rosyjskiego prezydenta Władimira Putina. Kremlowski ideolog jest m.in. zwolennikiem ekspansywnej polityki Rosji, a także wojny na Ukrainie.

Nazywany „mózgiem Putina” filozof uważa, że Moskwa właśnie poprzez zajęcie Ukrainy powinna rozpocząć budowę „imperium euroazjatyckiego od Dublina po Władywostok”, stając się alternatywą dla chylącego się ku upadkowi Zachodowi. Zdaniem Dugina powstałym w ten sposób mocarstwem powinni kierować Rosjanie.

Główne media twierdzą, że ideologie Dugina mają istotny wpływ na politykę Kremla. Zwolenniczką tych poglądów była także jego córka, która pracowała jako dziennikarka i była redaktor naczelną „United World International”.

=============================

Straszne. Pomódlmy się do Boga w Trójcy o miłosierdzie nad światem.Mirosław Dakowski

Problemy polityków

z sieci:

„Lecący balonem mężczyzna uświadomił sobie nagle, że się zgubił. Zmniejszył wysokość lotu i zobaczył w dole kobietę. Opuścił się jeszcze niżej i krzyknął do niej:

– Przepraszam, czy może mi pani pomóc? Obiecałem przyjacielowi, że dolecę do niego w ciągu godziny, ale sam już nie wiem gdzie jestem….

Kobieta odpowiedziała:

– Jest Pan w balonie napełnionym gorącym powietrzem, unoszącym się około 10 metrów nad ziemią. Znajduje się Pan między 40 a 41 stopniem północnej szerokości geograficznej oraz między 59 a 60 stopniem długości zachodniej…

– Pani jest inżynierem ? – spytał mężczyzna z balonu.

– Tak – odpowiedziała kobieta – a skąd pan wie ?

– No cóż – rzekł baloniarz – wszystko to, co pani powiedziała, jest z merytorycznego i fachowego punktu widzenia prawdziwe, ale ja w dalszym ciągu nie mam bladego pojęcia co zrobić z tymi wszystkimi informacjami, a fakty są takie, że się zgubiłem.

Szczerze mówiąc, w ogóle pani mi nie pomogła, a tak zasadniczo, to nawet przez panią jestem jeszcze bardziej spóźniony.

– A pan jest na pewno wysoko postawionym politykiem?! – odparowała kobieta.

– Niesamowite!!! Faktycznie jestem politykiem…. – odpowiedział mężczyzna. – Skąd pani wiedziała ?

– No cóż… Nie wie pan, gdzie pan jest, nie wie pan, dokąd zmierza, złożył pan obietnicę, której nie jest pan w stanie dotrzymać, oczekuje pan od ludzi, którzy znajdują się niżej, że rozwiążą za pana pańskie problemy.

Poza tym fakty są takie, że jest pan nadal dokładnie w tej samej sytuacji, do której pan doprowadził, ale uważa pan, że to moja wina…”

Będziesz wisiał!! Niedzielski jest zbrodniarzem zza biurka. Oczywiste dowody. Ukrainizacja Polski. O inflacji. Grzegorz Braun – pozwolono mu mówić Prawdę! 1 godzina –

Na dziś Szanowna Pani, trzeba to nazywać po imieniu.

Grzegorz Braun sprytnie wykorzystał nadarzającą się możliwość dotarcia do sporej grupy odbiorców nie będących do końca zwolennikami Konfederacji. Na pierwszy rzut oka, pierwsze kilkadziesiąt komentarzy zamieszczonych pod filmem jest… pozytywna lub bardzo pozytywna. Tylko jeden, dość osobliwy komentarz, można zaliczyć do niepochlebnych. Bardzo duża grupa osób napisała, że jest pozytywnie zaskoczona. Prawdopodobnie wśród tej grupy byli również ci, którzy do tej pory nie znali poglądów posła “Korony Polskiej”.

Zdążyła pani tutaj doprowadzić do sporego materii pomieszania, więc rozplączmy ten węzełek”…

1 godzina –

Bardzo proste oczywiste stwierdzenia – Szokujące dla wierzących głównemu ściekowi.