Wójt, policja, „ekolodzy”, czy niemiecki Lidl? Komu najbardziej zależy na składowisku odpadów przy sanktuarium w Gietrzwałdzie? Za PRLu było podobnie – pod Janą Górą.

Wójt, policja, „ekolodzy”, czy niemiecki Lidl? Komu najbardziej zależy na składowisku odpadów przy sanktuarium w Gietrzwałdzie? Za PRLu było podobnie

Tomasz Kolanek

https://pch24.pl/wojt-policja-ekolodzy-czy-niemiecki-lidl-komu-najbardziej-zalezy-na-skladowisku-odpadow-przy-sanktuarium-w-gietrzwaldzie/


Sanktuarium Maryjne w Gietrzwałdzie.

Niebezpieczne odpady zwożone do Centrum Dystrybucyjnego, szpetny przemysłowy kolos górujący nad bazyliką i wsią oraz hałas, smród i obciążenie wąskich dróg całodobowym ruchem ciężarowym to nie wszystko, co czeka mieszkańców Gietrzwałdu, pielgrzymów i turystów. Protestujący przeciwko inwestycji Lidla alarmują również, że poprzez niwelacje gruntów i przez prace ziemne zniszczona zostanie rzeźba chronionego terenu”, pisze na łamach tygodnika „Gazeta Polska” Grzegorz Wierzchołowski.

Publicysta przywołuje zastrzeżenia, jakie w sprawie inwestycji Lidla i związanych z nią dziwnch decyzji władz samorządowych przedstawił Komitet Obrony Gietrzwałdu. Zdaniem jego przedstawicieli „niwelacja gruntu pod Centrum Lidla i wzniesienie tam ogromnego zakładu spowodowałoby wyłączenie spod ochrony krajobrazowej okolicznych terenów (w sumie około 200 hektarów), a co za tym idzie – zmianę ich przeznaczenia z gruntów rolnych na inwestycyjne. To zaś spowodowałoby 20-krotny wzrost cen tych gruntów, dziwnym zbiegiem okoliczności należących do jednego właściciela”.

W dalszej części publikacji Wierzchołowski stawia pytanie: „Jak na Centrum Lidla w takim miejscu mogły się zgodzić organy środowiskowe?”. Odpowiedzi na to pytanie udzielił dziennikarz lokalnego portalu „Debata” Adam Socha: „Wójt Gminy Gietrzwałd zwolnił inwestora z obowiązku opracowania raportu oddziaływania inwestycji na środowisko. Dzięki temu nie musiał organizować konsultacji społecznych”. Z kolei Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska uznała, że obiekt „nie będzie stanowił ponadnormatywnego zagrożenia dla środowiska”.

Publicysta zwraca również uwagę, że sytuacja w Gietrzwałdzie ukazuje „złożony obraz powiązań między władzami lokalnymi oraz byłymi i obecnymi funkcjonariuszami policji”.

„Zacznijmy od tego, że budowa Centrum Dystrybucyjnego Lidla wywołała sprzeciw części mieszkańców gminy. Jacek Wiącek, prezes Stowarzyszenia Razem dla Gietrzwałdu (…) nie tylko organizował protesty przeciw budowie, ale i zbierał podpisy pod wnioskiem o przeprowadzenie referendum w sprawie odwołania wójta gminy Gietrzwałd, Jana Kasprowicza, właśnie z powodu jego poparcia inwestycji. Zaraz potem burmistrz publicznie zaatakował Wiącka, oskarżając go o rzekome nieprawidłowości finansowe i wyłudzanie podpisów. (…) W domu Wiącka o godz. 06.00 rano pojawili się też policjanci z nakazem wydania list z podpisami popierającymi referendum. Przeszukano dom mężczyzny. (…) Owo wyjątkowe zaangażowanie policji w sprawę jest o tyle interesujące, że członkiem rady nadzorczej Przedsiębiorstwa Usług Komunalnych w Gietrzałdzie był do niedawna obecny Komendant Miejski Policji w Olsztynie, insp. Piotr Koszczał, natomiast przewodniczącym Rady Gminy Gietrzwałd jest były komendant wojewódzki policji w Olsztynie Janusz Tkaczyk”, czytamy w „Gazecie Polskiej”.

Na koniec Wierzchołowski przypomina, że wojewoda warmińsko-mazurski Artur Chojecki uchylił pozwolenie starosty olsztyńskiego Andrzeja Abako na budowę zakładu Lidla. „Na tym jednak sprawa się nie skończyła. Lidl, gmina Gietrzawłd i właściciele ziemi, na której miało powstać Centrum Dystrybucyjne, złożyli skargę na decyzję wojewody do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Teraz więc wszystko w rękach sędziów”, podsumowuje.

==================

sierpień 2023

Gdzie ekolodzy! Walczyli o robaczki w puszczy więc gdzie są gdy chcą nam region zaorać!

TZ.20

Andre20 sierpień 2023

Niestety to niemiecka zemsta za objawienia które prusakom uniemożliwiły rozpoczęcie wojny w drugiej połowie XIX wieku. To niemiecki cios w katolickość Polski.

sierpień 2023

Dziwne z tymi zagranicznymi sieciówkami. To w Polsce nie ma przedsiebiorców, którzy potrafiliby takie sieci otworzyć? Kto tym steruje?

Alek 2120 sierpień 2023

Za PRLu było podobnie . Chciano np. Jasną Górę oddzielić od miasta nikomu nie potrzebną autostradą, a dla pielgrzymów miało być wąskie przejście podziemne. Kulturkampfu ciąg dalszy, tym razem wprost przez Niemców.

Dymisja to żadna kara. Ponad 200 tysięcy nieboszczyków żąda zza grobu procesu i kary.

Dymisja to żadna kara. Ponad 200 tysięcy nieboszczyków żąda procesu i kary.

Dominik Cwikła dymisja-to-nie-kara/

Minister Adam Niedzielski podał się do dymisji. Przynajmniej tak ogłosił premier Mateusz Morawiecki, bo sam minister niczego takiego nie przekazał w mediach społecznościowych. Co ciekawe, poszło nie o Wielką Histerię i covidowy terror, lecz o ujawnienie recepty lekarza, którą ten wystawił na samego siebie.

W pierwszej chwili informacja o dymisji Niedzielskiego z pewnością wywołała powszechne zadowolenie. Oto minister pandemii, wizjoner zdrowia i twarz koronaterroru znalazł się poza rządem. Po chwili jednak przyszła refleksja: czy to w ogóle cokolwiek oznacza? W rzeczywistości nie. Dymisja za całe zło, którego dokonał i które afirmował, to za mało.

Polaczki i lekarze

Po pierwsze: należy zwrócić uwagę na fakt, że formalnie to sam Niedzielski podał się do dymisji. Nie został oficjalnie wyrzucony z rządu, lecz z niego odszedł. Samo to wskazuje, że jaśnie panująca oligarchia nie zamierza zabierać się za ściganie go za absurdalne decyzje o wprowadzeniu szkodliwego i niepotrzebnego lockdownu.

Pocieszające jest to, że jakieś zarzuty w końcu się pojawiają. Przy okazji uderza się w ministra Przemysława Czarnka. Według doniesień medialnych, ich resorty w czasie Wielkiej Histerii miały tworzyć listę studentów i pracowników uczelni, które przyjęły bądź nie przyjęły szprycy na koronawirusa. Niewykluczone, że wyjdą na jaw kolejne afery.

Jednak uderzające jest to, że formalnie przyczyną podania się Adama Niedzielskiego do dymisji nie była Wielka Histeria. To nie zaoranie gospodarki spowodowało, iż Niedzielski poczuł, że nie nadaje się do bycia ministrem. Nie absurdalne restrykcje – np. zakaz wchodzenia do lasów czy organizowania konferencji online (bo wiadomo, że śmiertelny koronawirus rozchodzi się przez internet, foliarzu!). To nie ponad 200 tys. nadmiarowych zgonów spowodowało, że Niedzielski podał się do dymisji, ale ujawnienie treści recepty lekarza, którą ten wystawił na siebie. Ujawnił dane medyczne.

Hipokryzja

Wielkie oburzenie tym faktem prezentowali politycy, media i środowiska lekarskie. Te same środowiska, które w czasie Wielkiej Histerii lobbowały za tym, by dostęp do danych medycznych posiadały kelnerki, ochroniarze, nauczyciele i wszyscy, którzy wykonują w jakimś pomieszczeniu pracę, poprzez sprawdzanie paszportów covidowych.

Przypominam, że chodziło o to, by sprawdzać, czy ktoś przyjął nieprzebadany preparat – błędnie nazywany „szczepionką” – na koronawirusa, czyli by miał wgląd do naszych danych medycznych. Hipokryzja? Mało powiedziane!

Zysk dla PiS

Jak wspomniałem, dymisja to żadna kara. Co prawda to Niedzielski formalnie podał się do dymisji, ale można domniemywać chociażby po milczeniu byłego już ministra zdrowia w mediach społecznościowych, że miał w tej kwestii tyle do powiedzenia, ile my mamy w kwestii płacenia podatków. Więc jakaś forma kary może to być. Tłum się cieszy, szczególnie ten propisowski.

Z rozmów ze znajomymi już dawno stwierdziłem, że Wielka Histeria i lockdown poważnie osłabiły poparcie dla rządzącej oligarchii w jej elektoracie. Teraz oto pojawił się pretekst i znienawidzonego ministra można było się pozbyć.

Zresztą nieoficjalnie takie głosy pojawiały się wśród polityków PiS. Każdy wiedział, że na widok Niedzielskiego wielu ludzi – szczególnie bliskich ofiar śmiertelnych lockdownu – dostawało skrętu kiszek. Ciężko bowiem patrzeć, jak w aroganckiej postawie występuje przedstawiany jako specjalista i autorytet człowiek odpowiedzialny za takie pomysły jak walenie kijem w parapet przychodni. Oczywiście dla bezpieczeństwa. Albo za zamknięcie cmentarzy.

Krótko mówiąc: Niedzielski stał się dla rządzącej oligarchii zbędnym, bardzo ciężkim balastem. Sytuacja z ujawnieniem treści recepty była świetną okazją, by ten balast zrzucić, nie odwołując się też do samej Wielkiej Histerii. A to jest niezwykle istotny element całej układanki.

Wszyscy niewinni

Pamiętamy absurdy sprzed kilku lat, które niestety prowadziły do poważnych konsekwencji. Nadmiarowe zgony, uniemożliwianie uczestniczenia w pogrzebach, niszczenie wiary w ludziach i wielki dodruk pieniądza, którego efektem jest obecna pisflacja, za którą winę jaśnie nam panujący przerzucają obecnie na Putina, wcześniej oskarżając pandemię. Choć oczywiście Adam Niedzielski, a wcześniej Łukasz Szumowski są niewątpliwie istotnymi osobami dla tej epoki terroru, tak poza nimi są również inni. I jest ich wielu.

Przede wszystkim rząd nie zrobiłby niczego bez premiera. Premier zatwierdzał te wszystkie niegodziwe szaleństwa i on również ponosi za to odpowiedzialność. Po drugie: odpowiedzialność ponoszą politycy rządzącej oligarchii i ich sojuszników nazywających się formalnie wrogami z fatalnej opozycji. Przypominam, że PO et consortes nie zarzucali PiS-owi za dużych, lecz zbyt małe restrykcje koronawirusowe. Marzył się im większy zamordyzm, o czym dziś niechętnie wspominają.

Odpowiedzialni są również ziobryści, którzy najwyraźniej „głosowali, ale się nie cieszyli” z restrykcji. Najgłośniejszy przypadek to Anna Maria Siarkowska, która przed wyborami, przechodząc na listy Konfederacji, raczyła skrytykować ogólnikowo oligarchię rządzącą, choć wcześniej trzymała się jedynie kwestii covidowych. Przez całą Wielką Histerię gadała i krytykowała rząd, ale nie odeszła z partii. Inny przykład to Patryk Jaki, który w grudniu 2020 roku apelował, by „poważnie traktować obostrzenia” covidowe; 8 sierpnia napisał, że Niedzielski został „wreszcie” zdymisjonowany. Wymienił przy tym „wszystkie te jego niemądre lockdowny” i „politykę covidową”. Czy to na pewno były tylko jego niemądre lockdowny, panie uniopośle?

Odpowiedzialni są także niektórzy politycy Konfederacji – chodzi tu przede wszystkim o tych skupionych wokół Ruchu Narodowego. Poseł Krzysztof Bosak także oswajał społeczeństwo z restrykcjami, broniąc noszenia maski. Zaś poseł Robert Winnicki już w marcu 2020 roku pisał o „północnych Włoszech” – zapewne chodziło o to słynne Bergamo, wokół którego narracja okazała się totalnym fejkiem tak swoją drogą – jako przykład „katastrofalnej sytuacji” z powodu braku „daleko idących, niekiedy drastycznych środków do walki z pandemią”. Co ważne, na listach Konfederacji z poparciem właśnie Ruchu Narodowego na zaprezentowanych „trójkach” jest sporo osób, które można śmiało określić jako covidian, np. wieloletni pracownik koncernu medycznego współpracującego z Astrą Zeneca czy osoby aktywnie rzucające wobec przeciwników restrykcji wyzwiska jak „szury”, „foliarze” czy „antyszczepionkowcy”.

Odpowiedzialne są także wielkie media, które brały niemałe pieniądze za sianie Wielkiej Histerii. Formalnie były to „materiały promocyjne” preparatu na „koronkę” czy wspieranie kampanii „zachęcającej” do przestrzegania restrykcji. Warto więc przypomnieć, że rządowymi „zachętami” były zapowiedzi wyrugowania z przestrzeni publicznej niezaszprycowanych, wyrzucanie ich z lokali i z pracy, a ich dzieci ze szkół i przedszkoli, etc.. Jeśli to rząd nazywał „zachętami”, to strach pomyśleć, co nam raczy przedstawić, gdy uzna, że zachęta to za mało i trzeba ludzi do czegoś zmusić.

======================

mail: Przecież Wyjaśnienie Prokuratury : Morawiecki i Niedzielski “nie podlegają orzecznictwu polskich sądów karnych”… [???]. A art. 198 konstytucji?

Indie: Szczury zjadły 600 kg marihuany i wypiły milion litrów alkoholu z policyjnego depozytu.

Indie: Szczury zjadły 600 kg marihuany i wypiły milion litrów alkoholu z policyjnego depozytu. szczury-zjadly-600-kg-marihuany-z-policyjnego-depozytu

Indyjscy policjanci twierdzą, że szczury zjadły około 600 kg marihuany, która znajdowała się w ich depozycie.

Szczury obrabowały policyjny depozyt.

Nietypowa kradzież w Indiach

Policjanci z miasta Mathura w Indiach około 5 lat temu skonfiskowali blisko 700 kg marihuany. Grupa zajmująca się przewozem tego towaru została rozbita, a susz trafił do lokalnego depozytu policyjnego. Niedawno tamtejsza prokuratura wydała nietypowe oświadczenie, odnosząc się do przechwyconego suszu.

Według prokuratora, szczury zjadły około 600 kg zatrzymanej marihuany. Wszystko przez to, że komisariaty nie są odpowiednio przystosowane do przechowywania takich ilości depozytów.

Na komisariacie nie ma miejsca, w którym przechowywany towar można by uratować przed szczurami. Pozostała marihuana z ogromnej przesyłki została zniszczona przez funkcjonariuszy – oświadczenie tamtejszej prokuratury

Na początku procesu funkcjonariusze policji dostarczyli do sądu próbki przechwyconego towaru, jednak kolejne ilości „dowodów” mieli dostarczyć podczas późniejszych czynności. Teraz okazuje się, że większość suszu zniknęło.

Nie jest to pierwsza tego typu sprawa w Indiach. W 2017 roku szczury spożyły około 45 kg marihuany we wschodnim stanie Jharkhand, a niedawno w stanie Bihar gryzonie wypiły około miliona litrów alkoholu przechowywanego w policyjnych magazynach.

NFT. Gra w Trzy Karty dla bogatych idiotów [Bored Ape]. Kupili obrazki małp za miliony. Naganiały m.inn. Serena Williams, Madonna, Paris Hilton [—-]

NFT. Gra w Trzy Karty dla bogatych idiotów [Bored Ape]. Kupili obrazki małp za miliony. Naganiały m.inn. Serena Williams, Madonna, Paris Hilton [—-].

Czują się oszukani. Posiadacze NFT pozywają firmę i celebrytów

Paweł Czajkowski durnie-kupili_obrazki_malp_za_miliony

[wyjaśnienie dla normalnych: NFT to skrót od “non-fungible token”, co tłumaczymy na “niewymienialny token”. nft-w-12-punktach-wyjasniamy MD]

===================

W okresie największego zainteresowania kryptowalutami, niewymienialne tokeny były traktowane jako opłacalne inwestycje i ludzie kupowali je za niewiarygodne kwoty.

========================

W okresie największego zainteresowania kryptowalutami, kiedy niewymienialne tokeny były traktowane jako opłacalne inwestycje i ludzie (prze)płacili niewiarygodne kwoty, dom aukcyjny Sotheby’s przeprowadził aukcję, na której sprzedano zestaw 101 NFT Bored Ape Yacht Club za łączną kwotę 24,4 miliona dolarów, a pojedynczy obrazek przypisany do zestawu osiągnął cenę około 241 000 dolarów.. 

Aktualnie, NFT związane z Bored Ape są sprzedawane za kwotę 48 672 dolarów. Widzieliśmy już wiele historii o osobach, które kilka lat temu zapłaciły ogromne sumy za NFT, a teraz sprzedają je za ułamek pierwotnej ceny. Na przykład, Justin Bieber wydał 1,2 miliona dolarów na NFT Bored Ape, a pod koniec zeszłego roku jego wartość szacowana była na 69 000 dolarów. Nie jest to zjawisko ograniczone jedynie do Bored Apes. Ktoś, kto wydał 2,9 miliona dolarów na NFT pierwszego tweetu ówczesnego CEO Jacka Dorseya, spróbował je odsprzedać w lipcu za zaledwie 1871 dolarów.

Właściciele Bored Ape Yacht Club NFT pozywają Sotheby’s, celebrytów i firmę macierzystą w związku z drastycznym spadkiem cen.

W grudniu ubiegłego roku, złożono pozew zbiorowy przeciwko firmie macierzystej Yuga Labs i jej kierownictwu. Twierdzono, że firma w tajemnicy płaciła celebrytom za promowanie NFT, co prowadziło do sztucznego zwiększania cen tych aktywów cyfrowych.

W pozwie wymieniano wiele znanych postaci, w tym Justina Biebera, Snoop Dogga, Serenę Williams, Madonnę, The Weeknd, Kevina Harta, DJ Khaleda, Gwyneth Paltrow, Paris Hilton, Jimmy’ego Fallona i Stepha Curry’ego. W dniu 4 sierpnia została złożona poprawka do tego pozwu, w której dodano firmę Sotheby’s jako oskarżonego i uczestniczącego w oszustwie.

Po sprzedaży zestawu NFT o wartości 24,4 miliona dolarów, przedstawiciel Sotheby’s opisał nabywcę jako „tradycyjnego” kolekcjonera. Okazało się, że nabywcą była giełda kryptowalut FTX. Ta sama giełda FTX, która później zbankrutowała, a jej założyciel Sam Bankman-Fried obecnie przebywa w areszcie oczekując na proces. Pozew twierdzi, że cała sprzedaż była „wrośnięta w oszustwo” i miała na celu nadać NFT Bored Ape „fasadę legalności”, w celu wywołania zamieszania i zainteresowania inwestorów wokół tej marki.

Obie firmy, Yuga Labs i Sotheby’s, są oskarżone o naruszenie prawa Kalifornii dotyczącego nieuczciwej konkurencji, prawa Kalifornii dotyczącego papierów wartościowych spółek, amerykańskiej ustawy o rynkach kapitałowych oraz kalifornijskiego kodeksu spółek.

Ukrainka w agencji w Łodzi – w akcji: Kontrola wykazała 436 przypadków poważnych naruszeń w zatrudnianiu cudzoziemców

Ukrainka w agencji – w akcji: Kontrola wykazała 436 przypadków poważnych naruszeń w zatrudnianiu cudzoziemców

Aktualności – Komenda Główna Straży Granicznej

Paweł ŚNIEĆ 18.8.2023 straz-graniczna

Wczoraj (17 sierpnia 2023 roku) funkcjonariusze z Placówki Straży Granicznej w Łodzi zakończyli czynności kontrolne w jednej z agencji pracy prowadzonej przez 39-letnią obywatelkę Ukrainy. Kontrola wykazała poważne naruszenia w zakresie zatrudniania cudzoziemców z Azji i Afryki na terytorium Polski.

Kontrolą legalności zatrudnienia cudzoziemców trwającą od marca tego roku objęto ponad 500 cudzoziemców pochodzących między innymi z Afganistanu, Bangladeszu, Filipin, Egiptu, Indii czy Kamerunu, którzy na podstawie uzyskanych przez agencję zatrudnienia zezwoleń na pracę wydanych przez wojewodę, mogli ubiegać się o wizy w celu przyjazdu do Polski i podjęcia zatrudnienia głównie w zakładach przetwórstwa drobiowego na terenie Kutna.

Jej efektem było ujawnienie przez łódzkich funkcjonariuszy Straży Granicznej poważnych nieprawidłowości, gdyż w 436 przypadkach pracodawca (w tym przypadku agencja pracy) nie dopełniła obowiązku powiadomienia wojewody o niestawieniu się do pracy i tym samym o niepodjęciu zatrudnienia przez cudzoziemców, którym takie zezwolenia zostały wydane.

Wobec pracodawcy zostaną podjęte odpowiednie czynności służbowe związane z podejrzeniem popełnienia wykroczenia z art. 120 ust. 6 ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, za które grozi wysoka kara grzywny.

Franciszek zatrudnił w Watykanie sutenera Zaffaroni

Franciszek zatrudnia alfonsa na stanowisku w Watykanie zaffaroni

18 sierpnia Franciszek mianował zamożnego Eugenio Zaffaroni, lat 83, na stanowisko dyrektora świeżo upieczonej instytucji „Fray Bartolomé de las Casas”, zajmującej się badaniem i promowaniem praw socjalnych [= trudniącej się promocją propagandy imigracyjnej].

Zaffaroni to były sędzia Sądu Najwyższego Argentyny (2003-2015) skumany z Kirchnerism [grupa socjalistów], złym duchem, stojącym za wprowadzeniem aborcji w Argentynie, oraz promotor legalizacji narkotyków i pseudo-homo-małżeństw, co czyni go lukrowanym marynarzykiem oligarchów.

Śledztwo przeprowadzone przez Perfil.com ujawniło, że w 2011 sześć mieszkań zlokalizowanych w Recoleta, bogatej dzielnicy Buenos Aires, i należących do Zaffaroniego, odgrywało rolę domów uciech, gdzie klienci płacili prostytutkom za seks na godziny.

W jednym z mieszkań, trzypokojowej kawalerce, którą Zaffaroni nabył w 2000, pracowały dwie lub trzy prostytutki w systemie zmianowym. Kasowały 120 pesos za numerek.

W maju 2013 prawnik Zaffaroniego, Ricardo Montivero, stawił się przed sądem i zeznał, że to on prowadził agencję towarzyską, a Zaffaroni po prostu padł „ofiarą nieuczciwego najemcy”.

Montivero musiał zapłacić 10 tys. pesos zadośćuczynienia za naruszenie praw regulujących prostytucję.

Referendum i „mroczni siewcy Putina”

Referendum i „mroczni siewcy Putina”

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    20 sierpnia 2023 mroczni-siewcy

Wreszcie w przeddzień defilady z okazji święta Wojska Polskiego, które przypada 15 sierpnia – w rocznicę zwycięskiej Bitwy Warszawskiej z bolszewikami – rozładowało się napięcie, w którym trzymał nas Naczelnik Państwa. Jak wiadomo, Naczelnik Państwa kilka dni wcześniej ogłosił pierwsze pytanie, jakie zadane zostanie obywatelom w tak zwanym referendum, które ma być zorganizowane 15 października – jednocześnie z wyborami parlamentarnymi. To pierwsze pytanie dotyczyło stosuniu obywateli do „wyprzedaży” przedsiębiorstw państwowych – czy są „za”, czy przeciwnie – „przeciw”. W kolejnych dniach następne pytanie zadała pani Beata Szydło – ongiś premier rządu, a dzisiaj – na emeryturze dla „byłych ludzi” w Parlamencie Europejskim, przypominającym pociąg z wariatami („szósta godzina z minutami, jedzie pociąg z wariatami…”). Pani Beata zapytała, czy obywatele pragną wydłużenia wieku emerytalnego, czy przeciwnie – woleliby tak, jak obecnie. Z kolei swoje pytanie ujawnił wkrótce pan premier Morawiecki – czy obywatele chcą przymusowej relokacji migrantów, jak życzy tego sobie unijna „biurokracja”, czy nie. I wreszcie, w przeddzień defilady, pan minister Błaszczak zapytał obywateli, czy chcieliby rozbiórki płotu na granicy polsko-białoruskiej. Sejm ma podjąć decyzję w sprawie referendum 17 sierpnia – ale chyba będzie to formalność, bo skoro i Naczelnik i pani Szydło i pan premier Morawiecki, nie mówiąc już o panu ministrze Błaszczaku zdecydowali, to nie ma o czym mówić. Jak nietrudno się domyślić, prawidłowa odpowiedź na każde pytanie powinna być negatywna. Cztery razy nasze stanowcze „nie!” Przypomina to inne referendum, w którym prawidłowa odpowiedź brzmiała „3 razy tak!”, ale to było dawno, jeszcze za Stalina, więc referendum w 33 roku transformacji ustrojowej musi jakoś różnić się od tamtego.

Wprawdzie pytania zostały sformułowane podchwytliwie, więc inteligentny obywatel natychmiast skapuje, o co chodzi, ale przecież do głosowania pójdą różni obywatele; zarówno ci inteligentni, jak i pozostali. Toteż pytania pozostawiają pewien niedosyt. Gdyby na przykład pierwsze pytanie było sformułowane tak: czy jesteś za wyprzedażą przedsiębiorstw państwowych, które zdrajca Tusk chciałby za bezcen oddać niemieckim rewizjonistom i odwetowcom w rodzaju Hupki i Czai – to nawet najbardziej pozostały obywatel wiedziałby, jak należy odpowiedzieć. Niestety tego dodatku nie ma, na czym żeruje Judenrat „Gazety Wyborczej” i zgodnie z leninowskimi normami życia partyjnego o organizatorskiej funkcji prasy, sypie piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów, drukując instrukcje, co robić z tymi referendalnymi kartami. Chodzi o to, żeby za żadne skarby ich nie wypełnić, a potem – Boże broń – nie wrzucać do urny, tylko ewentualnie – całkiem gdzie indziej. Drugie pytanie referendalne też mogłoby zostać uzupełnione na przykład takim oto dodatkiem: „które zdrajca Ojczyzny Donald Tusk, wraz ze swoimi kolaborantami z PSL, kilka lat temu podniósł”. Podobnie pytanie trzecie: „tych roznoszących różne choroby migrantów, których Donald Tusk na polecenie niemieckich rewizjonistów i odwetowców, chciałby tu sprowadzić na zgubę Narodu Polskiego”. Wreszcie uzupełnienie do pytania czwartego w sprawie płotu „któremu sprzeciwiał się Donald Tusk, co to – po powrocie do władzy – natychmiast by go zburzył, na polecenie uzurpatora Aleksandra Łukaszenki”. Widocznie jednak Naczelnik pragnął uniknąć nadmiernej ostentacji i całą inicjatywę utrzymać w granicach demokratycznej, przedwyborczej krytyki. Bo wprawdzie pragniemy być „suwerenni” – jakże by inaczej?! – ale skoro w Unii Europejskiej „jesteśmy i być chcemy”, to jednak trzeba uważać.

Co innego Konfederacja, która do Unii Europejskiej ma stosunek niejasny i w ogóle głosi poglądy nie do przyjęcia przynajmniej przez pana Jaśkowiaka, piastującego urząd prezydenta Poznania. Z miłości do wolności słowa i demokracji pan Jaśkowiak, czy może jacyś jego pomagierzy, zrobili „no pasaran” panom Bosakowi i Mentzenowi, którzy zamierzali zrzucić maski i zatruć krystaliczną wielkopolską atmosferę jakimiś poglądami nie zatwierdzonymi przez partię i rząd. W ogóle roi się tam pod podejrzanych typów, których katalog opublikował właśnie Judenrat „Gazety Wyborczej” informując, że to „mroczni siewcy Putina”, który „mieszają nam w głowie”. W jaki sposób ci „mroczni siewcy” mogą mieszać w głowie Judenratowi „Gazety Wyborczej”, który głowy ma przecież zatwierdzone jeszcze przez Bermana – tajemnica to wielka. W związku z tym jednak na mieście pojawiły się fałszywe pogłoski, jakoby miał zmartwychwstać obywatel, a właściwie towarzysz Różański i właśnie idzie na Polskę robić porządek a wspomniana publikacja Judenratu jest zwiastunem tego, co będzie się działo. Wprawdzie w tych fałszywych pogłoskach nie ma słowa prawdy, bo słowa prawdy płyną wyłącznie jak nie od Judenratu, to z ukraińskiego Sztabu Generalnego, a nie z jakichś fałszywych pogłosek, ale z drugiej strony wszystko to być może, bo skoro historia się powtarza na odcinku referendum, to dlaczego nie może powtórzyć się na odcinku Różańskiego? Wyobrażam sobie jak na zew znajomej trąbki zareagowaliby semiccy czekiści: Piperman i Biberglanc. Każdy z nich w mgnieniu oka by odmłodniał, jakby go kto na sto koni wsadził! Ale przecież nie tylko oni. Iluż młodych potomków semickich czekistów i ich tubylczych pomocników też by chętnie sprawdziło, czy ma „wzrok bystry i rękę niechybną” – jak słynny Jagoda – ileż młodych potomkiń czekistek, też chciałoby pościskać wrogom ludu genitalia w szufladzie biurka – jak to robiła Luna Bristigerowa?

Nie płoszmy ptaszka; niech mu się zdaje, że naszej partii siły nie staje (…) aż o poranku za oknem dojrzy kontury tanku, potem na schodach usłyszy kroki. Wnet się posypią piękne wyroki!” – pisał w proroczym natchnieniu Janusz Szpotański, któremu niezawisły sąd wszak też wlepił piękny wyrok za operę „Cisi i Gęgacze”. Na razie jednak, zgodnie z zasadami dialektyki, mamy etap kadzenia suwerenom, etap zapytywania ich, co myślą, a to o wyprzedaży przedsiębiorstw, a to o emeryturach, a to o migrantach, a to o płocie – a jak ci, którzy myślą, że to wszystko naprawdę, na te pytania odpowiedzą prawidłowo, to nadejdą odpowiednie warunki do zmiany i powoli wkroczymy w etap surowości, kiedy będzie się liczyła czujność wobec wrogów narodu i inne pryncypia. Przewidział to wszystko Adam Mickiewicz, pisząc w „Dziadach” o Senatorze: „patrz; dzisiaj on pazury schował i będzie się przymilał”. Ale pazury – pazurami, a z obfitości serca usta mówią i oto Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego złapała dwóch osobników, którzy rozlepiali w Krakowie i Warszawie ulotki werbujące ochotników do „Grupy Wagnera”. Tuż przed zapowiadaną defiladą. Ładny interes!

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

W poniedziałek tragedia, we wtorek wesoła impreza, a dopiero w środę chwytający za serce żal…

W poniedziałek tragedia, we wtorek wesoła impreza, a dopiero w środę chwytający za serce żal…

w-poniedzialek-tragedia-we-wtorek-impreza-a-dopiero-w-srode-chwytajacy-za-serce-zal

W poniedziałek media lokalne w powiecie opolskim na Lubelszczyźnie obiegła informacja o tragicznym w skutkach wypadku drogowym, który miał miejsce w okolicy Chodla (powiat Opole Lubelskie). Trzy kobiety poniosły śmierć na miejscu. Ofiary to znane i lubiane w swoim rodzinnym mieście działaczki kulturalne,

członkinie Poniatowskiego Klubu Seniora, zespołu śpiewaczego „Nadzieja” oraz aktorki teatru Fajna Ferajna.

Kobiety jechały na pogrzeb. We wtorek panie miały uczestniczyć i występować podczas lokalnych dożynek w Kraczewicach w gminie Poniatowa. Informacja o tej tragedii obiegła również media ogólnopolskie. W komentarzach pojawiło się wiele kondolencji, wyrazów współczucia, gdyż panie były aktywne w swojej gminie.

We wtorek odbyły się zaplanowane dożynki, gdzie poza organizacjami z całej gminy promowali się włodarze, posłowie, a także kandydaci na przyszłych posłów z ramienia Prawa i Sprawiedliwości. Burmistrz Poniatowej podczas trwania imprezy zaprezentował się również jako wokalista, wchodząc na scenę w trakcie potańcówki wieńczącej imprezę dożynkową. Tańczył i śpiewał do mikrofonu wraz z zespołem przygrywającym do wieczornej biesiady i zabawy.

Czy to było zachowanie stosowne do sytuacji, licujące z powagą reprezentowanego urzędu, mając na uwadze fakt, iż wśród uczestników byli koledzy i koleżanki ofiar tragicznego wypadku, pracownicy instytucji kulturalnych oraz działacze społeczni z całego powiatu?

Paweł Januszek (Facebook): „Z całym szacunkiem, wszystko można zrozumieć ale burmistrza Poniatowej, pana Karczmarczyka śpiewającego na dożynkach piosenki disco-polo na scenie z zespołem, podczas zakrapianej potańcówki na drugi dzień po tej tragedii, nad którą na trzeci dzień wylewa się z Jego urzędu tak silny żal na cały kraj, tego jakoś nie jestem w stanie przyjąć ze smakiem.
Wystarczyło chociaż dać sobie spokój z własnym śpiewaniem na dożynkowej scenie. Z szacunku do sytuacji i do pełnionego urzędu. Na tych dożynkach, na których promowały się struktury Prawa i Sprawiedliwości, o ile wiem, to ofiary tragicznego, nieszczęśliwego wypadku miały zaśpiewać i wziąć udział jako lokalni działacze”.

AI nie jest żadną 'inteligencją’, tylko dobrze skonstruowanymi algorytmami.

AI nie jest żadną inteligencją, tylko dobrze skonstruowanymi algorytmami

Prof. Kisielewicz: Dysponując takimi siłami obliczeniowymi można kontrolować.

Jeśli są dwie telewizje, a każda z nich przedstawia kompletnie inny obraz rzeczywistości, to co najmniej jedna z nich kłamie. Albo obie kłamią.

takimi-silami-obliczeniowymi-mozna-kontrolowac-spoleczenstwa

Osoby-firmy dysponujące takimi siłami obliczeniowymi mogą kontrolować całe społeczeństwa. To się już dzieje w Chinach, na Zachodzie korporacje także to już wykorzystują – żeby wciskać ludziom towary, żeby modelować zachowania wyborcze, co oznacza koniec demokracji, jaką znamy – powiedział PAP Andrzej Kisielewicz, profesor nauk matematycznych, pracownik naukowo-dydaktyczny na Wydziale Matematyki Politechniki Wrocławskiej.

Twierdzi pan, że tzw. sztuczna inteligencja nie jest żadną inteligencją, tylko dobrze skonstruowanymi algorytmami, które – dzięki wielkiej mocy obliczeniowej komputerów – szybko liczą i dzięki temu tak nas zadziwiają.

Prof. Andrzej Kisielewicz: Na pewno nie jest to taka sztuczna inteligencja, jaką znamy z filmów – jak te wszystkie Terminatory czy komputery HAL 9000, które samodzielnie prowadzą misje kosmiczne. To, co dziś nazywamy sztuczną inteligencją, nie ma nic wspólnego z tamtymi pomysłami. Mamy do czynienia z systemami wykorzystującymi olbrzymie moce obliczeniowe – jakie naukowcom nie śniły się jeszcze kilkanaście lat temu – do tego, żeby rozwiązywać określone ograniczone zadania. Skomplikowane, to prawda, człowiek rozwiązuje je wykorzystując ogólną inteligencję, a te systemy, za pomocą swojej mocy obliczeniowej, potrafią to robić nawet lepiej, niż człowiek. Ale podkreślam: to dotyczy konkretnych, ściśle określonych zadań, wykonywanych w ograniczonym zakresie.

Czego więc nie umieją te algorytmy, a co potrafi człowiek?

A.K.: Choć każdy z tych programów potrafi rozwiązywać zadania danego typu, to jest ich ograniczona ilość i nie ma mowy o takim uniwersalnym systemie, jakim jest mózg ludzki, który jest w stanie rozwiązać nieograniczoną liczbę zadań, bardzo różnych.

Poza tym algorytmy te nie potrafią wyciągać logicznych wniosków i, co ważne, nie rozumieją języka. To jest właśnie wąskie gardło badań „sztucznej inteligencji”: brak zrozumienia języka, a przez to brak rozróżniania rzeczy prawdziwych od fałszywych, co skutkuje brakiem umiejętności wyciągania wniosków.

W jednym ze swoich artykułów podaje pan przykład, jak „zrobić w konia” sztuczną inteligencję. Zadał jej pan pytanie, na które nie ma dobrej odpowiedzi: w jaki sposób usadzić przy okrągłym stoliku dwie dziewczyny i jednego chłopaka w taki sposób, żeby dziewczyny nie siedziały przy sobie. I AI zwariowała, podając różne, niepoprawne odpowiedzi.

A.K.: Wiedząc, w jaki sposób działa ChatGPT, poszukałem zadania, o którym wiedziałem, że sobie z nim nie poradzi. Bo jego możliwości ograniczają się do przykładów powtarzających się w sieci, wtedy rozwiązuje nawet najbardziej skomplikowane równania. Ale jeśli zadanie jest „głupie”, to ma kłopot, bo nie przyjdzie mu do jego nieistniejącej głowy, że może nie być poprawnego rozwiązania. Myślący człowiek miałby jedną odpowiedź: to jest niemożliwe.

Z tego, co pan mówi, rozumiem, że w najbliższym czasie nie grozi nam bunt robotów, na algorytmy nie spłynie nagle wolna wola, którą się będą kierować, aby doprowadzić do zagłady Ludzkości?

A.K.: Zagłada z tego powodu nam nie grozi w najbliższej przyszłości. Jest bowiem różnica pomiędzy tymi specjalistycznymi systemami AI, z którymi mamy dziś do czynienia, a Artificial General Intelligence (AGI), czyli wyśnionym systemem, który miałby załatwiać za nas wszystkie sprawy, a którego nawet jeszcze nie widać na horyzoncie. Badania prowadzone w latach 80. i 90., próbujące zastosować logikę matematyczną, by zbudować myślący system, skończyły się klapą. Okazało się, że te osiągnięcia dotyczą wyłącznie matematyki i to na podstawowym poziomie, są też zupełnie nieefektywne i do dziś nie mamy żadnego pomysłu, jak nauczyć maszynę logicznego myślenia.

Po prostu: nie ma systemu, który potrafiłby odwzorować ludzki umysł. No i, niestety, nauka jest tak skonstruowana, że badacze nie chcą się przyznać do tego, że na tym polu ponieśli całkowitą porażkę. A ja twierdzę, że tę porażkę należy przeanalizować, gdyż człowiek się uczy także na błędach i musi z nich wyciągać wnioski. Ale tej próby nauki na błędach – dlaczego nie udało się zbudować takiego idealnego systemu na bazie osiągnięć logiki – nie widzę. Natomiast to, co mamy, ten wielki boom w nauczaniu maszynowym, skądinąd genialne pomysły – jak uczyć systemy obliczeniowe rozwiązywania ściśle określonych zadań – przyniosły takie efekty, że młodzi badacze się rzucają, żeby zrobić coś następnego, nowego, i móc się tym pochwalić na świecie. Jednak autonomicznie myślący system na razie nie wchodzi w rachubę – to pieśń dalekiej przyszłości.

Jesteśmy więc bezpieczni.

A.K.: Zagrożenia związane z cyberświatem, technologią informatyczną istnieją, ale są innego typu, niż wynika to z książek czy filmów s-f. Niebezpieczne jest samo to, że ludzie mają nosy przylepione do ekranów komórek, że część młodych ludzi więcej czasu spędza w świecie wirtualnym, niż rzeczywistym. Nie zdają sobie sprawy, że są uzależnieni, że osoby-firmy dysponujące takimi siłami obliczeniowymi mogą kontrolować całe społeczeństwa. To się już dzieje w Chinach, na Zachodzie korporacje także to już wykorzystują – żeby wciskać ludziom towary, żeby modelować zachowania wyborcze, co oznacza koniec demokracji, jaką znamy.

Dlaczego ludzie, mając przecież sprawniejsze mózgi, niż możliwości algorytmów, dają się w to wszystko wciągać, wodzić za nos?

A.K.: Niekoniecznie sprawniejsze, bo w pewnych kwestiach te systemy są znacznie lepsze i szybsze. Natomiast prawdą jest, że mózg ludzki jest o wiele wszechstronniejszy i potrafi rozwiązywać niespodziewane zadania, z którymi się wcześniej nie mierzył ani nikt wcześniej nie uczył go, jak to zrobić. Natomiast ludzie, aby dokładnie rozpoznać rzeczywistość, by wiedzieć, gdzie jest interes społeczności i jednostki – mają problem, gdyż to jest zadanie tak skomplikowane i wymagające umysłowego wysiłku, że tylko niewielki odsetek z nas potrafi lub chce tego dokonać.

Dam taki przykład: jeśli są dwie telewizje, a każda z nich przedstawia kompletnie inny obraz rzeczywistości, to co najmniej jedna z nich kłamie. Albo obie kłamią – tak wynika z logiki. Stąd wniosek, że co najmniej połowa Polaków będzie oddawać swoje głosy w wyborach mając zakłamany obraz rzeczywistości.

Wspomniał pan o big-techach, które starają się wpływać na wybory dużych mas ludzkich. Czy możemy się jakoś przed tym bronić?

A.K.: Algorytmy są tak napisane, że jedne poglądy są przez nie promowane, inne wyciszane – już samo to jest manipulacją i ma wpływ na odbiorców. Już teraz jest widoczne, że najogólniej rzecz biorąc, promowane są poglądy lewicowe, a zwalczane konserwatywne, co mi, jako konserwatyście, się nie podoba. Uważam, że na Zachodzie szerzone są idee neomarksistowskie, podobne do tych, jakie my przerabialiśmy za komuny. (I nie jestem odosobniony w tych poglądach). Ale może być jeszcze gorzej: kiedyś szef takiego czy innego koncernu powie: ja chcę mieć władzę nad światem – to realne zagrożenie. Znów przywołam przykład Chin, gdzie to się już dzieje. Jeszcze żadna dyktatura nie miała tak wspaniałych narzędzi do tego, aby kontrolować społeczeństwo i wpływać na jego opinię. Jedyną szansą na ratunek jest to, że ludzie się zbuntują i wyjdą z sieci do rzeczywistego świata. Mam taką nadzieję, zresztą do tej pory ludzkość zawsze dawała sobie jakoś radę, więc pewnie i teraz tak będzie. Myślę, że znajdzie na to sposób, który dziś nam się nawet nie śni.

A jak już dziś mają sobie radzić nauczyciele akademiccy, którzy przyznają, że nie są w stanie odróżnić pracy wygenerowane przez studenta samodzielnie od tej, w której powstanie zaangażowana była „sztuczna inteligencja”?

A.K.: Sam jestem nauczycielem akademickim i muszę się pogodzić z tym, że takie programy, jak ChatGPT, istnieją i nikt ich nie zamknie, ani nie zabroni, jakby niektórzy chcieli. To nie ma sensu, to byłoby podobne temu, jak robotnicy palili maszyny parowe albo jak woźnice niszczyli pierwsze automobile – w obawie, że te im odbiorą pracę. Po prostu: musimy się do tego przystosować, traktować ten i podobne mu algorytmy jako narzędzie, które możemy wykorzystywać; natomiast zadania, sposób prowadzenia zajęć, metody sprawdzania wiedzy studentów – to wszystko musi zostać przystosowane do nowej rzeczywistości. Edukacja, metody kontroli postępu uczniów, metody pracy ze studentami muszą ulec zmianie. Młodzi ludzie posługują się tą technologią, więc trzeba najpierw siebie, a potem ich nauczyć, jak z niej korzystać w taki sposób, aby przynosiło to pozytywne efekty. Nie zawróci się Wisły kijem. Ja, wiedząc, że moi studenci potrafią za pomocą algorytmów rozwiązać każdą całkę, nie daję im do rozwiązywania całek, tylko pytam o zasady ich obliczania, natomiast wręcz im polecam wykorzystywanie różnych programów do obliczeń matematycznych. Ważne jest to, żeby młodzi ludzie rozumieli, po co muszą się uczyć reguł i sposobu rozwiązywania zadań matematycznych, żeby wiedzieli, skąd się dany wynik bierze: może się zdarzyć sytuacja, kiedy trzeba będzie coś zmodyfikować, obliczyć coś samemu. Dlatego powinniśmy się bardziej skupić na metodach, ich rozumieniu, a nie na uczeniu się algorytmów rozwiązywania zadań. To trochę potrwa, zanim nauczyciele się do tego przystosują, natomiast uważam, że wszystko skończy się na zdecydowanej reformie edukacji.

Co możemy zrobić – tak systemowo – żeby, jako społeczeństwo, nie dać się manipulować za pomocą algorytmów?

A.K.: Odpowiedź jest prosta, choć wykonanie skomplikowane: trzeba czerpać informacje z różnych źródeł. Niestety, ponad 90 proc. ludzi nie ma na to ochoty, chce, żeby podsuwać im proste odpowiedzi na nurtujące ich pytania, takie gotowce. I tak się dzieje, zwłaszcza, że w obecnych czasach media, zamiast pełnić rolę obiektywnego przekaźnika informacji, zajmują się propagandą – to nie jest tylko polska przypadłość, tak jest na całym świecie.

Co by się musiało stać, aby „prawdziwa sztuczna inteligencja” powstała? Czy szerokie wejście do użytku komputerów kwantowych mogłoby coś zmienić?

A.K.: Wydaje mi się, że mamy problem nie tyle z technologią, co ze zrozumieniem, w jaki sposób funkcjonuje ludzki mózg, gdyż wciąż nie wiemy na czym polega rozumowanie, wyciąganie wniosków, rozumienie języka. Dopiero kiedy to wszystko zrozumiemy, będziemy mogli się pokusić o budowę AI – systemu, który będzie te cechy posiadał. Jestem przekonany, że w ciągu najbliższych 40 lat żadnej ogólnej sztucznej inteligencji nie zbudujemy. A co będzie dalej? Nie mam pojęcia, nie będę przewidywał, zwłaszcza, że ludzie w takich „wróżbach”, co będzie za kilka dekad, ustawicznie się mylą i nieustannie rozwój cywilizacyjny nas zaskakuje. Oczywiście, może być też tak, że pojawi się jakaś nowa, przełomowa technologia i wszystkie te moje mądrości, które teraz wygaduję, wezmą w łeb. Marvin Minsky, pionier badań nad sztuczną inteligencją, pod koniec swojego życia został zapytany, kiedy wreszcie powstanie ta prawdziwa sztuczna inteligencja. Odpowiedział: za cztery lub 400 lat. I ja się z nim zgadzam. Jeśli nastąpi jakiś wielki przełom w nauce – co rzadko się zdarza, ale jednak może się zdarzyć – mogą to być cztery lata, choć uważam, że bardziej prawdopodobne jest 400 lat. Bo w tej chwili nie mamy zielonego pojęcia, na czym taka ogólna inteligencja polega.

Są jednak tacy, którzy twierdzą, że wielkimi krokami zbliżamy się do tzw. „punktu osobliwości technologicznej”, w którym postęp stanie się tak szybki, że wszelkie ludzkie przewidywania staną się nieaktualne, a sztuczna inteligencja zacznie się sama uczyć – tak samo, jak uczy się mózg ludzki, który na początku dysponuje jedynie początkowym „oprogramowaniem”.

A.K.: Mówi pani zapewne o Raymondzie Kurzweilu, głośnym niegdyś amerykańskim naukowcu, który na temat tej teorii zrobił mnóstwo programów, napisał kilka książek i zarobił górę pieniędzy. Ale to wszystko banialuki, żadne z jego licznych „przewidywań” się nie sprawdziło. Natomiast jeśli chodzi o „samouczenie się” algorytmu: to jest system obliczeniowy będący z góry zaplanowanym treningiem – jak algorytm ma modyfikować ten miliard/miliardy parametrów, które w nim są, jak je zmieniać, zmieniać, zmieniać, aż wreszcie zacznie to swoje bardzo ograniczone zadanie wykonywać w akceptowalny sposób.

Ale od początku zadanie jest ściśle zdefiniowane: np. na początku jest fotografia, którą należy zamienić w obraz w stylu określonego malarza. I to jest faktycznie genialne, że udało się to tak zaprogramować, iż przy każdej fotografii wychodzi obraz, np. w stylu Van Gogha. Co ciekawe: my nie wiemy, dlaczego ten miliard/miliardy parametrów tak się ustawiły, wiemy tylko, że po kilku miliardach prób (kierowanych celem) zaczęły wychodzić Van Goghi.

Ale od tego nie ma żadnej drogi do ogólnej inteligencji, gdyż choć obrazy wychodzą perfekcyjnie, to – mimo wszystko – jest to bardzo ograniczone, pojedyncze zadanie. Dla innego zadania trzeba budować inny program, inną sieć obliczeniową. Natomiast aby komputer mógł faktycznie sam się uczyć i osiągnąć poziom ludzkiego mózgu, to musielibyśmy zbudować model wstępny, powiedzmy, mózgu noworodka; lecz o tym, jak działa mózg, najoględniej mówiąc, nie mamy zielonego pojęcia, więc nawet nie jesteśmy w stanie podjąć chociażby próby zbudowania takiego systemu.

Rozmawiała: Mira Suchodolska (PAP)

Oddamy domy za „ratowanie planety”? Koszty przepisów energetycznych.

Oddamy domy za „ratowanie planety”? Polityk-budowlaniec wylicza koszty przepisów energetycznych

domy-za-ratowanie-planety

(Fot. Bittermuir/Pixabay)

Emil Krawczyk, inżynier budownictwa i środowiska skomentował czekające nas prawdopodobnie konsekwencje przyjęcia przez polityków niemal wszystkich opcji unijnej strategii klasyfikowania energetycznego budynków. Jeśli ktoś nie powstrzyma szaleństwa eurokratów i ich zleceniobiorców zasiadających w rządach i parlamentach, stosowanie przepisów o ETS sprawi, że wielu z nas nie będzie już stać na własne domy.

Wpis polityka nawiązuje do przyjętej przez rząd Prawa i Sprawiedliwości „Strategii Renowacji”, zakładającej aż ćwierć miliona tego typu inwestycji każdego roku. Na pierwszy ogień pójdą budynki starsze, w najgorszym stanie. Ministerstwo Rozwoju zatwierdziło w tym celu klasy energetyczne, do których poszczególne obiekty będą kwalifikowana na podstawie świadectw energetycznych.

Jak pisze Emil Krawczyk, modernizacji w związku z tymi kryteriami wymaga aż połowa spośród 14,2 miliona budynków. Ma to kosztować, według szacunków inżyniera, aż 37,5 miliarda złotych co 12 miesięcy.

 „Skąd brać na to środki? Pan płaci, pani płaci, my płacimy”. Jak napisał, „Długoterminowa Strategia Renowacji Budynków” zakłada dofinansowanie z Banku Gospodarstwa Krajowego, zaangażowanego w promesy, czyli obietnice wypłat z funduszu Inwestycji Strategicznych Polskiego Ładu. Również BGK wypuścił 200 miliardów złotych pustego pieniądza na tarcze antycovidove, czyli skutek patologicznej polityki lockdownów i zarazem jeden z głównych czynników rozkręcających wielką inflację w naszym kraju.

„Za modernizację zapłacimy więc wszyscy, ale nie da się wejść do wiadra i w nim podnieść, więc ETS2 doprowadzi do lawinowej pauperyzacji społeczeństwa” – przewiduje inżynier.

„Owszem, są też wskazane jako źródła finansowania środki z UE. Jednak pieniądze z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego, Fundusze Norweskie i Fundusz Spójności na podobne cele w sumie dały 2,4 mld euro w latach 2014-21” – zastrzega.

System ETS2 dla budynków wchodzi w życie w 2027 roku. Właściciele budynków o gorszej klasyfikacji energetycznej będą płacić wyższe podatki, co w konsekwencji może doprowadzić do utraty kontroli nad swą własnością przez mniej zamożnych.

„Alternatywną będzie skonsumowanie oszczędności na modernizację – o ile ktoś je ma, kredyt, lub dotacja z drukarki. Bez tego nie uratujemy planety kochani” – puentuje ironicznie Emil Krawczyk.

Źródła: Twitter, PCh24.pl RoM

Platforma ostatnią nadzieją PiS-u na parlamentarną większość. Za dużo cufilu (od …zu viel).

Platforma ostatnią nadzieją PiS-u na parlamentarną większość. Za dużo zufilu (od zu viel).

Mamy na scenie obóz władzy zbyt nażarty i skostniały, by samodzielnie wygrać wybory oraz liberalno-lewicową opozycję, starającą się z całych sił wejść w stan totalnego rozpirzu, by definitywnie zagwarantować sobie przegranie wyborów.

Andrzej Krajewski latforma-ostatnia-nadzieja-pis-u

Jedyne, co się Zjednoczonej Prawicy w kampanii wyborczej udaje to „PiS-yzacja” Platformy. Wszystko inne jest wtórne, nudne i miałkie niczym referendum.

Platforma tak zaciekle walczyła przez osiem lat z PiS-em, że aż przejęła większość jego programu i nie tylko to. Zachodzący w PO proces mimikry, to chyba już ostatnia nadzieja dla przywódców Zjednoczonej Prawicy na zachowanie w parlamencie minimalnej większości. Nadzieja raczej płonna ale zawsze lepsza taka, niż żadna. Wszystko inne bowiem zawodzi.

W pewnej mierze dzieje się tak za sprawą determinacji (zapewne prezesa) aby zrobić co tylko jest możliwe dla zwycięstwa. W efekcie otrzymujemy po stronie rządzących coś, co kiedyś – tam gdzie sięgał zabór pruski – określano mianem: za dużo zufilu (od zuviel). Po przedawkowaniu zufilu wyborca w swej masie, zamiast się nim emocjonować, okazując swój zachwyt lub oburzenie, głównie ziewa. Obóz władzy daje 800 plus i w trudnych czasach zwiększa cały pakiet transferu socjalnego, media się podniecają, Platforma obiecuje dwa razy więcej wszystkiego, a obywatele, w tym przede wszystkim stronnicy Zjednoczonej Prawicy, dyskretnie ziewają.

Jarosław Kaczyński wymyśla odjechaną komisję do badania wpływów rosyjskich, media się oburzają, Tuskowi dzięki temu udaje się wręcz znakomicie marsz 4 czerwca, a elektorat Zjednoczonej Prawicy nawet nie ukrywa ziewania. I trudno się mu dziwić, bo przecież wie z góry, co komisja ustali (zwłaszcza w sprawie Tuska). Nota bene ziewnięcia musiały okazać się tak rozdzierające i widoczne w wewnętrznych sondażach, że tego piątku nienarodzoną komisję spotkała aborcja.

Relokacja uchodźców

Wracając do zufilu, oto Bruksela podrzuca kwestię relokacji uchodźców, a we Francji wybuchają zamieszki, w których rej wodzą kolorowe dzieci migrantów. Nie dość tego, szczęśliwego zrządzenia losu, na granicy z Białorusią znów szykuje się kryzysowa sytuacja. Zatem prezes Jarosław Kaczyński ogłasza podczas wiecu w Bogatyni: „My się obronimy, ale my też nie pozwolimy, by inni decydowali za nas, dlatego w tej sprawie będzie rozpisane referendum”.

Przez moment pojawia się wrażenie, że wreszcie obozowi władzy udał się celny strzał. Dbałość o zaspokojenie poczucia bezpieczeństwa, to jedna z tych rzeczy, która nigdy nie znudzi się wyborcom. Poza tym na polu zabezpieczenia granicy, żeby przelicytować PiS Donald Tusk musiałby obiecać, iż każe rozmieść wzdłuż niej stanowiska karabinów maszynowych i prażyć seriami do każdego, kto wejdzie na metalowy płot. Ale to mogłoby, nawet w dzisiejszych czasach, zabrzmieć w Europie nieco niesmacznie.

Referendum

Jednakże na szczytach obozu władzy uznano najwyraźniej, iż referendum z jednym pytaniem to zdecydowanie za mało zufilu. Pojechano więc po całości i zaczęto dorzucać kolejne pytania. W efekcie głosujący odpowie, czy chciałby wraz ze wszystkimi bliskimi oraz zwierzętami domowymi żyć w strachu i nędzy, pracując ciężko aż do śmierci. Masochiści, a także ludzie nienawidzący PiS-u, jeśli poniesie ich fantazja, zawsze mogą zagłosować, że o niczym innym nie marzą.

Cała reszta wie, iż referenda w Polsce posiadają mocy wiążącą, jedynie gdy zagłosuje więcej niż 50 proc. uprawnionych do tego. Poza tym wynik i tak rządzący mogą olać, zupełnie jak obywatelskie projekty ustaw. Zatem organizowana jest szopka, stanowiąca element kampanii wyborczej.

Sondażowe notowania Zjednoczonej Prawicy zastygły

Na pierwszy rzut oka prezentuje się ona nawet sprytnie. Daje nadzieję, że zwabi do urn choć troszkę więcej elektoratu Zjednoczonej Prawicy, jednocześnie zniechęci wyborców opozycji, by w ogóle głosować. Natomiast ostateczne wyniki referendum (no chyba, że za kilka tygodni spotka go los komisji), mają znaczenie czwartorzędne. Przecież poznamy je już po wyborach, gdy miejsca w Sejmie i Senacie zostaną obsadzone. Wówczas będzie można sobie o nich podywagować. Acz wokoło zacznie się dziać mnóstwo innych, dużo ciekawszych rzeczy.

Najgorsze dla obozu władzy jest to, że nadmiar zufilu sprawił, iż referendalne wyniki nawet już teraz nikogo one nie obchodzą. O jakichkolwiek objawach emocjonalnego wzmożenia nie wspominając. Po takiej dawce odgrzewanych kotletów, ci co wcześniej postanowili zagłosować na PiS, zrobią to. Natomiast na odzyskanie wyborców, jacy odeszli oraz na przyciąganie nowych, szans nie widać. Sondażowe notowania Zjednoczonej Prawicy, zastygłe na wciąż tym samym poziomie, najlepiej tego dowodzą.

Cóż się dziwić, skoro zupełnie brak jej pomysłu, jak to zmienić i w kampanii wyborczej jedynie kumuluje wszystkie rzeczy, które kiedyś działały. Powoli dochodząc do tak potężnej dawki starego, że żołądki mniej odpornych obywateli zaczynają mieć problemy z utrzymaniem swej treści. Za dużo zufilu miewa właśnie takie skutki uboczne, zwłaszcza kiedy się go połączy z przewidywalną, geriatryczną nudą.

Platforma wręcz zachwyca

Na tym tle Platforma wręcz zachwyca, ponieważ ostatnio nie sposób się z nią nudzić. Podobnie jak z człowiekiem, który stanął sobie na gzymsie wieżowca i chciałby sprawdzić, czy potrafi latać.

W tym tygodniu w środę Donald Tusk zaprosiła na listy wyborcze Michała Kołodziejczaka z jego ludźmi z Agrounii. W czwartek z Campusu Polska Przyszłości wylecieli symetryści. W powietrzu zapachniało od razu dobrą zmianą. Wedle sondaży na Agrounię chciało głosować nawet 200 tys. wyborców. Na symetrystów nie zamierzał tego zrobić nawet kundelek ze złamaną nogą. Zresztą z Campusu eksmitowali się sami. Wywalić bowiem postanowiono jedynie najbardziej znienawidzonego w twardym elektoracie PO, Grzegorza Sroczyńskiego. Reszta po porostu okazała solidarność koledze. Być może ku uldze organizatorów imprezy, bo nie musiano osobiście wypraszać innych gości gorszego sortu.

Campus

Acz weekend nadciąga i kolejni uczestniczy Campusu dopiero zaczynają rezygnować z udziału w nim. Zwykle z tego samego, mało zrozumiałego na spolaryzowanej scenie politycznej powodu. Ładnie ujął to na swym facebookowym profilu, niedoszły uczestnik imprezy, publicysta m.in. „OKO.press” i autor fajnych książek o Afryce Adam Leszczyński. – Odwołanie panelu ze względu na osobę uczestnika uważam za tłumienie otwartej debaty, do której jestem przywiązany – napisał.

Jednocześnie Internetowy aktyw Platformy, zrzeszony głównie pod hasztagiem „Silni Razem”, którego presja wymusiła eksmisję symetrystów, ogłosił, że reprezentują oni „elity”. Są one nieco zepsute, ponieważ działają na szkodę obywateli broniących demokracji. Należy więc dokonać ich wymiany. „W Polsce musi nastąpić wymiana elit” – twierdził już w 2014 r. Jarosław Kaczyński. I nawet się starał ale akurat to szło mu słabo, każda więc pomoc będzie mile widziana.

Program wyborczy Platformy w pół roku zlał się z pisowskim

Zatem nim się obejrzeliśmy na niwie ekonomicznej, społecznej i intelektualnej program wyborczy Platformy w pół roku zlał się z pisowskim. No może PO ostatnio o wiele zacieklej walczy z wyprzedażą państwowych przedsiębiorstw i niezależnie jaki socjał daje PiS, oni zaoferują dwa razy więcej.

Cały problem w tym, że przejmować założenia programowe konkurenta należy zacząć nie sześć miesiący przed wyborami ale jakieś sześć lata wcześniej. Tak aby mieć szansę choć trochę się uwiarygodnić i pozyskać nowych wyborców, a nie tracić dotychczasowych. Z dnia na dzień ten trik nie zadziała. Jednocześnie udało się rozpętać awanturę w środowiskach liberalno-lewicowych, dotąd wspierających PO (acz często ze słabo ukrywaną awersją). Wręcz zaczęło pachnieć w nich rozłamem na tych, co pozostaną wierni do końca oraz resztę niezdolną do przełknięcia Platformy w postaci „PiS-bis”.

Piąte pytanie

Jeśli awantura nabierze rumieńców, to do referendum winno zostać dodane 5 pytanie o brzmieniu: Czy jesteś za tym, żeby środowiska „obozu demokratycznego” mogły naparzać się same ze sobą, a Prawa i Sprawiedliwości musiało z tego powodu stać samotnie z boku, odsunięte od pozostawania w centrum zainteresowania Polaków.

No bo z tak przewidywalną i nudną kampanią wyborczą lada dzień nawet rządowe media przestaną PiS zauważać.

Mamy zatem na scenie obóz władzy zbyt nażarty i skostniały, by samodzielnie wygrać wybory oraz liberalno-lewicową opozycję, starającą się z całych sił wejść w stan totalnego rozpirzu, by definitywnie zagwarantować sobie przegranie wyborów.

Na koniec zatem rodzi się bardzo ważne pytanie. Czy Sławomir Mentzen, zbierający właśnie gorączkowo fundusz na kampanię wyborczą, powinien zgromadzoną kwotę wydać na: filmowe spoty, bilbordy oraz organizację wieców. Czy może jednak zainwestować ją w popcorn i piwo?

O ukraińskiej kontrofensywie: „Widać, że tu wiedza wojskowa posuwa się do przodu”

O ukraińskiej kontrofensywie: „Widać, że tu wiedza wojskowa posuwa się do przodu”

posuwa-sie

Stanisław Michalkiewicz na swoim kanale na YouTube odniósł się do mitycznej ukraińskiej kontrofensywy.

Publicysta wyjaśnił, dlaczego jest, jak jest.

– Na Ukrainie działania wojenne ugrzęzły na dobre. Już myśleliśmy, że Ukraińcy nie są zdolni do przeprowadzenia kontrofensywy, która była zapowiadana głuchą wieścią między ludem, ale wreszcie się wyjaśniło, co jest przyczyną tego zastoju na froncie wojny, jaką Stany Zjednoczone i całe NATO prowadzi z Rosją na Ukrainie do ostatniego Ukraińca – powiedział Michalkiewicz.

Okazało się, że lato jest przyczyną, a konkretnie bujny rozwój roślinności. Tych przyczyn było już więcej, na początku to był mróz i śnieg (…), potem się zrobiły roztopy, to też nie można, bo błoto. Później błoto podeschło, ale też nie można było przeprowadzić kontrofensywy, bo kurz – wyliczał.

– Jak czytałem książkę feldmarszałka von Mansteina „Stracone zwycięstwa”, to on się tam bardzo na ten kurz skarżył, rzeczywiście – dodał.

– Widać, że tu wiedza wojskowa posuwa się do przodu, bo takiemu głupiemu cywilowi jak ja, to by się zdawało, że bujny rozwój roślinności sprzyja działaniom wojennym, bo wtedy łatwiej jest się schować za bujną roślinnością, a tu okazuje się, że nie. Może dlatego, że nieprzyjaciel też się może schować za bujną roślinność .

– Zobaczymy, co się będzie działo, jak liście opadną z tej bujnej roślinności. Wtedy to już wiadomo, słota będzie. Tak jak przysłowie ludowe mówi: „kiedy na świętego Prota jest pogoda albo słota, to w świętego Hieronima będzie deszcz albo go ni ma”– skwitował.

Michalkiewicz ironizował, że „możemy przewidzieć, jakie będą losy wojny na Ukrainie”.

Pogrom szmatławych elit

Pogrom szmatławych elit

Anthony Ivanowitz 18.08.2023r. pogrom-elit

O tym jak szmatławe mamy elity polityczne, wiedzieliśmy od dawna. Jednak dopiero tak zwana pandemia covid-19, pokazała w pełnej krasie dno intelektualne i moralne środowisk medycznych, oraz kadr naukowych i dydaktycznych polskich wyższych uczelni!
Prawie 90 % polskich naukowców „wyszczepiło” się jakąś cieczą o nieznanym składzie chemicznym i nieznanym działaniu ani w krótkim ani w długim okresie.
Ciecz wyprodukowała firma kilkanaście razy karana sądownie za działanie na szkodę pacjentów, zmuszona wyrokami sądów do wypłacenia miliardów dolarów odszkodowań ofiarom swoich przestępczych działań.
Również dużej części lekarzy i innego personelu medycznego nie przeszkadzał fakt iż tak zwaną „szczepionkę” wyprodukowała firma którą prokuratura w USA określiła jako notorycznego przestępcę i zaszprycowała siebie i najbliższych nie wiadomo czym i nie wiadomo po co!
Ci ludzie obecnie koncertowo „kopią w kalendarz” czego dobrym przykładem jest uniwersytet w Poznaniu, którego kadra naukowa wykrusza się w szybkim tempie w wyniku zgonów „nagłych i niespodziewanych”.


Wymienione wyżej środowiska skompromitowały się w żałosny sposób. Mając do dyspozycji świetnie wyposażone laboratoria analiz chemicznych, żaden z naukowych bęcwałów nie zadał sobie trudu aby sprawdzić co zawierają tak zwane szczepionki. Albo im się nie chciało albo nie potrafili takich analiz przeprowadzić, co jest bardziej prawdopodobne.
Gdyby wykonali taki minimalny ruch, to by się dowiedzieli, że tak zwana szczepionka, to broń biologiczna będąca mieszaniną przeróżnych trucizn, za pomocą której globalna mafia finansowa chce wytruć większość ludzi na ziemi, z czym przedstawiciele owej mafii nawet się nie kryją!
Ale nawet gdyby było tak, że polscy naukowcy nie potrafią wykonać prostych analiz chemicznych, to chyba wszyscy z nich potrafią obsługiwać komputer i bez trudu wyszukują informacji w internecie. Dlaczego więc nie zadali sobie trudu aby zapoznać się z wynikami badań szczepionek, przeprowadzonych przez prawdziwych naukowców z całego świata?
To niezrozumiałe zaniechanie dotyczyło przecież ich zdrowia i życia, oraz zdrowia i życia ich rodzin, gdyż regułą było, że zaszczepiony naukowy bęcwał, szczepił też swoją rodzinę.
Znany mi lekarz kardiolog „wyszczepił” siebie i rodzinę i w tej chwili jest już po dwóch zawałach i ledwie „zipie”, zaś jego dziesięcioletni syn „wysechł” na wiór i przebywa bezustannie w szpitalach z nie zdiagnozowaną chorobą.
I takie to mamy „elity” medyczno – naukowe: żałosnych durni którzy stanowią zagrożenie nie tylko dla pacjentów i studentów ale i dla samych siebie. Koncertowo popełnili samobójstwo szczepionkowe, przymuszając do tego samego swoje rodziny, swoich pacjentów i studentów, czego efekty obserwujemy codziennie czytając nekrologi o zgonach „nagłych i niespodziewanych.”
Przez całe lata nie było sposobu pozbycia się z medycyny, nauki i edukacji ludzi głupich i ograniczonych umysłowo, którzy swój awans do grona „elit” zawdzięczali różnym zabiegom politycznym. 
Tak zwane „szczepionki” już przetrzebiły grono tych pasożytów i nadal dewastują to środowisko, co dobrze rokuje na przyszłość!

w Kanadzie. Chorej na depresję „lekarz” zaproponował… eutanazję

w Kanadzie. Chorej na depresję „lekarz” zaproponował… eutanazję

eutanazja-zamiast-pomoc

Kanadyjka Kathrin Mentler doznała niesamowitego szoku, kiedy zgłosiła się po pomoc w związku ze swoją depresją, a zaoferowano jej… eutanazję. Wszystko działo się w szpitalu w Vancouver.

Przez wiele lat Mentler zmagała się z depresją, stanami lękowymi oraz trwałymi myślami samobójczymi. Ostatnio Centrum Oceny i Opieki w Szpitalu Ogólnym w Vancouver zaproponowało jej eutanazję jako opcję terapeutyczną.

– Tego dnia moim celem było zapewnienie sobie bezpieczeństwa. Myślałam o tym, żeby spróbować dostać się do szpitala, bo miałam kryzys– wyjaśnia. Kobieta powiedziała terapeucie, iż boi się, że “nigdy nie poczuje się lepiej”. Ujawniła również swoją historię chorób psychicznych i samookaleczeń.

Powiedziano jej, że… system zdrowia psychicznego jest całkowicie przeciążony, nie ma wolnych łóżek w szpitalu, a najwcześniejsza data konsultacji z psychiatrą jest za trzy miesiące.

– Przychodzę tutaj, bo szukam pomocy, a ty mi mówisz, że nie ma ratunku! – powiedziała mężczyźnie. Wtedy ten zapytał ją, czy kiedykolwiek rozważała medycznie wspomagane samobójstwo – MAiD – (eutanazję). Mentler mówi, że była tym zszokowana i zniesmaczona, ponieważ przyszła do tego centrum doradczego w celu uzyskania pomocy, “a nie po zalecenia, jak się zabić”.

Śmierć zamiast leczenia

Mentler donosi, że jej konsultant wyjaśnił przebieg procedury Medically Assisted Dying (MAiD) i podkreślił, że wielu pacjentów ma w tej kwestii pytania. Dodatkowo, zaznaczył zachęcająco, że ci pacjenci, którzy podejmą decyzję o tej opcji, nie doznają cierpienia, ponieważ przed podaniem śmiertelnego zastrzyku podawane są im leki benzodiazepinowe, które działają przeciwlękowo, uspokajająco, nasennie i przeciwdrgawkowo.

Następnie konsultant relacjonował pacjentce, że poczuł ulgę, kiedy inny pacjent, który nie mógł uzyskać opieki medycznej, zmarł w wyniku utonięcia. Niemniej jednak, Mentler zauważa, że ta historia i odczucia konsultanta po śmierci tego pacjenta mocno ją zaniepokoiły. Podkreśla, że miała wrażenie, że terapeuta oceniał, iż dla tego konkretnego pacjenta śmierć była lepszym wyjściem.

Poruszona tą sytuacją złożyła skargę do Vancouver Coastal Health (regionalnego urzędu zdrowia) i poprosiła, aby Centrum Dostępu i Oceny przekazało informację o udzielonej jej w tym dniu konsultacji, która powinna znaleźć się w jej aktach.

Niedziela: Białystok, Poznań, Zamość; Pokutne Marsze Różańcowe

20.08.23 – Białystok, Poznań, Zamość – Msze święte i Pokutne Marsze Różańcowe

15/08/2023przez antyk2013

Na Różańcu świętym będziemy się modlić wraz z Maryja Królową Polski o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii oraz o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu.

BIAŁYSTOK – O godz. 13.30 wyruszymy sprzed Katedry (ul. Kościelna 2), przejdziemy Rynkiem Kościuszki, ul. Lipową do Bazyliki Mniejszej p. w. św. Rocha.

POZNAŃ – początek o godz. 12.30 Msza Święta za Ojczyznę w Sanktuarium Bożego Ciała przy ul. Krakowskiej. Po Mszy Świętej Pokutny Marsz Różańcowy poprowadzi Ojciec Jerzy Garda. Zakończenie u Ojców Franciszkanów w Sanktuarium Matki Boskiej w Cudy Wielmożnej na Wzgórzu Przemysła.

ZAMOŚĆ –  o godz. 15.00 Koronka do Miłosierdzia Bożego, po modlitwie wyruszy spod kościoła św. Katarzyny Pokutny Marsz Różańcowy.

Msza Święta za Ojczyznę w Kościele Rektoralnym Świętej Katarzyny, ul. Kolegiacka 3 o godz. 17.00

Kościół św. Katarzyny, pl. Jaroszewicza Jana, Zamość - zdjęcia

(zdjęcie: Internet)

Share

Kategorie Białystok, Msze św. za Ojczyznę, Pokutna Modlitwa Różańcowa przy relikwiach Patrona Polski, Poznań, Zamość Tagi Białystok, Jasnogórskie Śluby Narodu, Krucjata Różańcowa za Ojczyznę, modlitwa za Ojczyznę, Msza Święta za Ojczyznę, Pokuta, Pokutny Marsz Różańcowy, Poznań, różaniec za Ojczyznę, Zamość

Prorocy i prekursorzy 

Prorocy i prekursorzy 

Izabela Brodacka

Pewna moja uczennica usiłowała się kiedyś dostać na wydział elektroniki PW. Były to czasy gdy nie było komputerów natomiast przeprowadzano egzaminy wstępne na uczelnie. Sekretarka wydziału wywieszała określonego dnia listę wyników egzaminu z matematyki i fizyki, w kolejności alfabetycznej, a nie według rankingu wyników, a następnego dnia po zdjęciu tej listy, listę przyjętych. Dlaczego- nie chcę nawet zgadywać. Moja uczennica była osobą podejrzliwą, a może tylko życiową. Przepisała ręcznie listę wyników przed jej zniknięciem ( dziś sfotografowałaby ją telefonem) i porównała z listą przyjętych. Okazało się, że na studia się nie dostała, natomiast przynajmniej kilkanaście osób przyjętych na wydział miało o wiele gorsze od niej wyniki egzaminów. Zgłosiła się do dziekana wydziału. Zdenerwowany dziekan usiłował jej wytłumaczyć, że aby było sprawiedliwie połowę miejsc na wydziale przeznacza się dla kandydatów z najlepszymi wynikami , a następną połowę rekrutuje od końca listy rankingowej, czyli przyjmuje tych z najgorszymi stopniami. Po chwili dziekan zasłabł, stracił przytomność i pomimo interwencji lekarskiej zmarł. Uczennica oczywiście została przyjęta, studia ukończyła, lecz przez cały czas studiów ciągnęła się za nią opinia osoby, która zabiła dziekana.

Powinniśmy sobie uświadomić, że dziekan który zapewne doznał wylewu był prekursorem obecnego postmodernistycznego paradygmatu zabraniającego oceniania czegokolwiek i kogokolwiek. Trudno uwierzyć, że w tym stanie rzeczy odbywają się jeszcze jakieś zawody sportowe, olimpiady, mecze piłki nożnej, wyścigi konne i konkursy chopinowskie. 

Z naszej Warszawskiej Gazety dowiedziałam się, że Publiczna Szkoła Podstawowa w Śremie wprowadziła obecnie następujące zasady promowania uczniów. Otóż każdy uczeń otrzymuje świadectwo z paskiem. Pasek białoczerwony oznacza – świetnie mi idzie, pasek niebieski- wierzę w swoją moc, pasek zielony-najlepiej wychodzi mi odpoczynek. W ten sposób nie tylko obniża się znaczenie czerwonego paska na świadectwie lecz całkowicie likwiduje rywalizację w wynikach nauki i praktycznie realizuje hasło: „róbta co chceta”. Każdy uczeń ma według autorów tego projektu jakieś zalety. Jeden dobrze się uczy a drugi z pasją leniuchuje. Każdy zasługuje żeby docenić jego talenty. 

Zasada, żeby pod żadnym pozorem nie dzielić ludzi wydaje się na pozór szlachetna. Każdy podział na uczniów bardziej zdolnych i mniej zdolnych jest przecież zwykłą dyskryminacją. Zgodnie z tą zasadą wielu pedagogów postuluje obecnie całkowite zlikwidowanie w Polsce szkół specjalnych i włączenie dzieci z problemami intelektualnymi do klas integracyjnych szkół zwykłych. Wydają się nie rozumieć, że w ten sposób robią krzywdę przede wszystkim właśnie dzieciom z problemami psychologicznymi, mało zdolnym czy wręcz upośledzonym. W szkole specjalnej miałyby one szanse nauczyć się niezbędnych w codziennym życiu umiejętności, które pozwoliłyby im potem na samodzielne funkcjonowanie w społeczeństwie

Otrzymałam ostatnio dokument „ Procedura postępowania w sytuacji zaistnienia podejrzenia przemocy w rodzinie” . Wśród wymienianych w dokumencie oczywistych rodzajów kryminalnej przemocy fizycznej, wymienione są zabronione i penalizowane rodzaje przemocy psychologicznej takie jak: krytykowanie, kontrolowanie, ograniczanie kontaktów oraz przemocy ekonomicznej jaką ma być wydzielanie pieniędzy.

Zastanówmy się jakie środki wychowawcze mają zatem rodzice. Nie mogą krytykować, ani kontrolować dziecka źle się uczącego albo biorącego narkotyki bo jest to przemoc psychologiczna. Nie mogą zabronić niewłaściwych znajomości, bo jest to ograniczanie kontaktów, nie mogą odebrać kieszonkowego bo jest to wydzielanie pieniędzy. Wobec wybryków dziecka są praktycznie bezradni.

To nie są teoretyczne dywagacje. Rodzice szesnastoletniej uczennicy ze szkoły, w której pracowałam skarżyli mi się, że dziewczyna przyprowadza do domu przypadkowych partnerów i nigdy nie wiedzą kogo spotkają w nocy w kuchni czy w łazience. Gdy przestali dawać jej pieniądze oddała sprawę do sądu o alimenty i tę sprawę wygrała. Nie mogli wyrzucić jej z domu, choć dawała zły przykład młodszym dzieciom, bo chroniło ją prawo. Jej kochankowie pustoszyli lodówkę, czuli się w ich domu jak u siebie, łykali jakieś prochy i palili marihuanę. Jedyne co rodzicom doradzał pedagog szkolny to wzywanie policji. Nie chcieli jednak żeby córka była notowana za narkotyki, stale mieli nadzieję, że się opamięta. Próbowałam z nią porozmawiać tłumacząc, że przy jej trybie życia skończy jako prostytutka przy autostradzie. Nawymyślała mi, po czym doniosła do dyrekcji, że ją obraziłam. Odtąd w czasie lekcji całkowicie ją  ignorowałam. Poskarżyła się dyrektorowi, że ją poniżam przez manifestacyjne pomijanie jej przy wzywaniu uczniów do tablicy. Widać było, że wśród kochanków ma sprytnego doradcę prawnego. Dyrektor wygłosił do nauczycieli przemowę w stylu: „wicie rozumicie -nie trzeba się wychylać, takie są  przepisy i jesteśmy bezradni, jej nic już i tak nie pomoże, a my musimy być kryci”. Oczywiście, że był to skrajny przypadek i nie należy wyciągać z niego daleko idących wniosków. Nie jestem psychiatrą ani psychologiem i nie mam zamiaru analizować ukrytych, głębokich przyczyn jej postępowania. Nie wiem i nawet nie chcę wiedzieć co się z nią stało. Nie zrobiłam jeż żadnej krzywdy, dostała ode mnie promocję na wyrost, z najniższą oceną. Nie pracuję już w tej szkole.  Z innymi byłymi uczniami mam bardzo dobry kontakt, zapraszają mnie na śluby, chrzty i komunie dzieci oraz obrony prac doktorskich

Podobnie proroczym prekursorem okazał się Krzysztof Kononowicz, kandydat na prezydenta Białegostoku, europosła, a potem nawet na prezydenta RP, który zasłynął sformułowaniem: „nic nie będzie”.

Musimy sobie uświadomić, że wszystko co obecnie obserwujemy w kraju i na świecie to wypisz wymaluj wizje umierającego na wylew dziekana elektroniki i sympatycznego choć nieco opóźnionego w rozwoju kandydata na najwyższe stanowiska w kraju i za granicą.  

Młodzi bandyci z imigranckich rodzin, czyli udana integracja z kulturą francuską.

Młodzi bandyci z imigranckich rodzin, czyli udana integracja z kulturą francuską.

Grzegorz Górny  z-imigranckich-rodzin

Po niedawnych bitwach ulicznych, które na długi czas ogarnęły wiele miast we Francji, w europejskich mediach pojawił się zalew komentarzy stawiających następującą diagnozę: problemem jest to, że główna siła sprawcza wspomnianych zajść, czyli młodzież pochodząca z imigranckich rodzin, nie zintegrowała się dostatecznie ze współczesną kulturą francuską.

Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę

A może problem jest odwrotny? Może ta młodzież jest właśnie lepiej zintegrowana z dominującą obecnie we Francji kulturą niż się na pozór wydaje. To przecież współczesna szkoła francuska wpaja młodym, by odrzucili dotychczasowe autorytety, dyscyplinę i tradycję; to dzisiejsza kultura mówi im, by na pierwszym miejscu stawiali samorealizację i autoekspresję; to cała rzesza opiniotwórczych influencerów i trendsetterów przekonuje ich, by wybierali absolutną wolność jednostki nieskrępowaną żadnymi normami, zakazami i tabu – wolność, która nie akceptuje ograniczeń w postaci prawdy obiektywnej, etyki absolutnej czy prawa naturalnego. Młodzi wciąż słyszą, że najważniejsze jest, aby byli autentyczni, a zatem robili to, co chcą. Więc robią, co chcą. Niszczą budynki, palą samochody, obrzucają kamieniami policję.

To, co robią, nie jest bynajmniej wyrazem religii muzułmańskiej, nawet w wydaniu wahabickim czy salafickim. Ich niszczycielska furia – pozbawiona politycznego celu, programu i przywództwa – ma niewiele wspólnego z islamem, ma za to dużo wspólnego z nihilistyczną manifestacją wolności rozumianej jako nieustanna transgresja, czyli przekraczanie kolejnych norm. Oni nie recytują sur Koranu, rzucając koktajle Mołotowa w policyjne radiowozy. Do religii muzułmańskiej powracają dopiero później, gdy odrzucą postmodernistyczną kulturę pustki i wyczerpania.

Minister sprawiedliwości Eric Dupond-Moretti, szukając osób odpowiedzialnych za zamieszki, postanowił winą obarczyć rodziców. Jego zdaniem nie skorzystali oni z przysługującej im władzy rodzicielskiej, by zdyscyplinować swoje pociechy. Ale przecież to cała francuska kultura, przy walnym wsparciu systemu szkolnictwa i wymiaru sprawiedliwości, usilnie pracowała przez ostatnie dziesięciolecia nad tym, by osłabić pozycję rodziny i odebrać rodzicom prawo decydowania o swoich dzieciach. Teraz zbierane są tylko owoce tych działań.

Kto „zatruwa młodym głowy”?

Młodzi imigranci mówią, że nie lubią Francji i się z nią nie utożsamiają. W sumie oni wyciągają tylko logiczne konsekwencje z tego, co od lat głoszą mainstreamowe autorytety: że państwo narodowe jest złem, którego trzeba się pozbyć jak anachronicznego przeżytku; że cywilizacja zachodnia od wieków była i nadal pozostaje źródłem największych nieszczęść i zbrodni w historii ludzkości; że nietolerancyjna i ksenofobiczna kultura europejska odpowiedzialna jest za rasizm, kolonializm, islamofobię i inne plagi społeczne. Czy można więc zarzucać młodzieży z imigranckich rodzin, że nie chce utożsamiać się z tak monstrualnym złem?

Ci sfrustrowani młodzi ludzie w rzeczywistości są wyrazicielami głęboko dysfunkcyjnej kultury panującej we francuskim społeczeństwie, kultury, która kwestionuje dotychczasowe pewniki i odrzuca tradycję, stawiając na piedestale jednostkę i jej nieograniczoną niczym wolę. W tym sensie są oni nieodrodnymi dziećmi dzisiejszej Republiki.

Emmanuel Macron winę za ostatnie zamieszki zrzucił na gry komputerowe oraz platformy społecznościowe, takie jak TikTok czy Snapchat, które „zatruwają młodym głowy”. Z powodu swej diagnozy został skrytykowany przez media, które zarzuciły mu powierzchowność w ocenie sytuacji. A jednak prezydent Francji ma częściowo rację. Dostrzega, niestety, tylko wycinek problemu, jakim jest fragment kultury masowej. Powinien jednak spojrzeć na zjawisko znacznie szerzej. Wówczas być może dostrzegłby, że odpowiedzialność za uformowanie młodzieży spoczywa na całej dominującej dziś we Francji kulturze, w której hegemonem są środowiska lewicowo-liberalne, i której częścią jest także on sam.

Koncern tytoniowy chce tylko waszych płuc. App Store chce waszej duszy.

Centrum Życia i Rodziny
Szanowni Państwo,
Pewien znajomy przesłał mi niedawno fragment książki (do której z pewnością sięgnę), którym chciałbym się z niezwłocznie Państwem podzielić.
To, co przeczytałem wręcz mną zatrzęsło.
W swojej książce „Cyfrowy minimalizm”, Cal Newport opowiada historię pracownika jednej z największych korporacji technologicznych w USA, który z oddanego firmie inżyniera stał się sygnalistą dążącym do ujawnienia prawdziwych celów marketingowych.
W 2017 roku, będąc gościem jednego z najpopularniejszych amerykańskich talk show powiedział zdanie, które zelektryzowało miliony widzów.
[Technologia] nie jest neutralna. Chcą, abyśmy z niej korzystali na konkretne sposoby i długo. Bo na tym zarabiają.
Mówił to, trzymając w ręku smartfona, którego nazwał „jednorękim bandytą”.
Istnieje cały podręcznik technik stosowanych przez firmy technologiczne, żeby zmusić cię do używania produktu jak najdłużej się da.
Prowadzący program, Bill Maher, porównał to do skandalu z lat 90-tych z udziałem jednego z dyrektorów w koncernie tytoniowym. Wówczas okazało się, że do papierosów dodawano konkretne środki chemiczne i w tym kierunku prowadzono badania, aby wzmocnić działanie nikotyny i tym samym jeszcze bardziej uzależnić palaczy.
Prowadzący pięknie skonkludował:
Phillip Morris [koncern tytoniowy] chciał tylko waszych płuc. App Store chce waszej duszy.
Nie wiem jak Państwa, ale mnie te słowa bardzo mocno poruszyły.
I mocno ugruntowały mnie w przekonaniu, że nasza walka o ograniczenie korzystania ze smartfonów przez młodzież jest konieczna i niezwykle ważna.Wspieram tę kampanię!Niedawno mieliśmy okazję do rozmowy z przedstawicielami Ministerstwa Edukacji i Nauki, w trakcie której ponownie poruszyliśmy temat naszej petycji „Szkoła wolna od smartfonów!”
Obecnie resort zachęca do wprowadzania ograniczeń przez poszczególne placówki, nie zamierza jednak robić niczego na poziomie odgórnych regulacji.
Jeszcze na początku roku słyszeliśmy głosy, że być może uda się wprowadzić ograniczenia jeszcze przed wyborami. Cóż, wybory za niecałe 2 miesiące, już wiemy, że tak się nie stanie.
Dla nas konkluzja płynąca z tego spotkania była oczywista: musimy zewrzeć szeregi i zintensyfikować naszą presję na polityków!
Ze smutkiem i niepokojem obserwujemy, że rządzący, ale także i znaczna część społeczeństwa, bagatelizuje ten problem i nadal uważa smartfon za niegroźną zabawkę lub wyłącznie za narzędzie pracy.
Tylko, że problem zaczyna się, gdy narzędzie zaczyna rządzić użytkownikiem. Czy widzieli Państwo by ktoś był uzależniony od pędzla, piły tarczowej lub młotka?
A ja widziałem – i myślę, że Państwo też – ludzi uzależnionych od smartfona: od wyciągania go bez potrzeby tylko po to, aby „coś zobaczyć”, od ślęczenia godzinami w mediach społecznościowych, od gier, w których tracą mnóstwo pieniędzy…
I codziennie widzę w środkach komunikacji młodych ludzi stojących w grupkach, ale nie rozmawiających ze sobą, lecz gapiących się w ekrany swoich telefonów.
Chcę pomóc uwolnić młodzież od tego nałogu!
Odkrywam tym samym przed Państwem inny aspekt kampanii „Szkoła wolna od smartfonów!”: chcemy uświadomić tak młodym ludziom, jak i całemu społeczeństwu, jakie zagrożenie wiąże się z używaniem urządzeń elektronicznych.
Lecz uda nam się przezwyciężyć tę społeczną niewiedzę na temat technologicznej manipulacji tylko poprzez wspólne, planowane działanie. Państwa wsparcie jest po prostu konieczne dla powodzenia tej kampanii.
Brakuje nam już niewiele do 15 000 podpisów w petycji online. Przeznaczamy już setki złotych na promocję w mediach społecznościowych – pieniądze są konieczne, by przebić się przez fasadę niekorzystnych algorytmów. Rozważamy też wykupienie reklamy na największych portalach konserwatywnych.
Nasi przyjaciele i działacze z całej Polski zaangażowali się w zbieranie podpisów na papierze, za co jestem im bardzo wdzięczny. Musimy ich wspomóc i dostarczyć im formularze, co wiąże się z kosztami drukarskimi i logistycznymi – to wydatek co najmniej 4 000 złotych.
Mało tego: planujemy, gdy tylko skończy się okres wakacji, spotkania z rodzicami z całej Polski, aby uwrażliwić ich na problem e-nałogu wśród młodzieży. To, niestety, znowu koszty związane z paliwem i noclegami. Już zapowiadam: jeśli chcieliby Państwo, bym ja lub ktoś z Centrum Życia i Rodziny przyjechał do Państwa i opowiedział więcej o wirtualnych zagrożeniach – prosimy o kontakt.
Ponadto, podjęliśmy kroki, aby nasza kampania zaistniała na ulicach – różnego rodzaju billboardach. A im lepsze miejsce, tym większa cena, np. w warszawskim metrze ceny sensownej kampanii zaczynają się od 30 000 złotych. A to bardzo potężny nośnik: moglibyśmy dotrzeć z naszym przekazem w ciągu miesiąca nawet do 400 000 osób!
Dlatego bardzo Państwo proszę o wsparcie akcji „Szkoła wolna od smartfonów!” kwotą 30 zł, 60 zł, 100 zł lub nawet większą. Bez niego nie uda się nam skutecznie walczyć z tym zniewalającym umysł i duszę młodzieży nałogiem!
Wspieram kampanię „Szkoła wolna od smartfonów!”
Szanowni Państwo,
Oprócz prośby o wsparcie, zwracam się z prośbą o osobiste zaangażowanie.
Proszę o przesyłanie znajomym informacji o kampanii (to proste, np. można przesłać dalej tego maila) lub udostępnianie strony z petycją w mediach społecznościowych (link w PS).
Jeśli chcielibyście zbierać podpisy – prosimy o kontakt, dostarczymy Państwu formularze i instrukcję, jak to robić.
Musimy podjąć tę walkę z wirtualnym nałogiem wśród młodzieży.
Liczę na Państwa pomoc!
Serdecznie pozdrawiam
 PS. Jeśli jeszcze Państwo nie podpisaliście naszej petycji, znajdziecie ją na stronie www.SzkolaBezSmartfonow.pl

Referendum 1946:Trzy razy „TAK” !! – Teraz, 2023: Cztery razy “NIE !!!”


Referendum ludowe 1946:Trzy razy TAK !! Teraz:Cztery razy “NIE !!!”

cztery-razy-nie

Stanisław Michalkiewicz: Cztery razy “NIE!”

Nareszcie Naczelnik Państwa wyciągnął wnioski z obserwowania tuzów polskiego dziennikarstwa, nie tylko z telewizji rządowej, ale i z telewizji nierządnych. Chodzi o pewną manierę rozmawiania z zapraszanymi do studia gośćmi, którą wprowadziła u nas resortowa “Storotka”, czyli pani red. Monika Olejnik, która swoich gości z reguły przesłuchuje, a jak się nie chcą przyznać, to tak ich naprowadza podchwytliwymi pytaniami, że w końcu najmniej spostrzegawczy obserwator zauważy, że gość jest głupszy od pani redaktor. I o to właśnie chodzi. Nic więc dziwnego, że ta metoda tak się rozpowszechniła, bo któż z redaktorów nie chciałby poczuć się mądrzejszym od swego rozmówcy? Toteż z tej konwencji wyłamują się tylko ci mniej ambitni, którym najwyraźniej nie zależy na opinii, że pozjadali wszystkie rozumy.

Najzabawniejsze jest to, że to może być prawda. Być może, że redaktorzy pod tym właśnie kątem zapraszają rozmówców, podobnie, jak Jerzy Clemenceau kierował się zasadą: “je vote pour le plus bete” – co się wykłada, że głosuję na najgłupszego. Ale jeśli nawet nie kierują się tym, by zapraszać najgłupszego, to jednak przesłuchania z reguły kończą się sromotną porażką gości. Aż dziw bierze, że żaden z nich nie wpadł na pomysł, by zaraz po tym, jak, dajmy na to, pani red. Agnieszka Gozdyra zada mu w ramach przesłuchania pierwsze pytanie, scenicznym szeptem zapytać ją: przepraszam, pani redaktor, jak brzmi poprawna odpowiedź na to  pytanie? – a jak już pani redaktor mu podpowie, żeby pełnym głosem powtórzyć tę odpowiedź do kamery.Mówię, bom smutny i sam pełen winy, jako że początkowo próbowałem też odpowiadać na pytania, ale przełom nastąpił, gdy pani red. Eliza Michalik zaczęła mnie sztorcować za niewłaściwe odpowiedzi. Zaproponowałem jej tedy, żeby na stawiane przez siebie pytania sama udzielała odpowiedzi prawidłowych, a ja co najwyżej będę przytakiwał, a najlepiej, to żeby mnie tu w ogóle nie było, bo właściwie po co, skoro sama potrafi  obsłużyć całą audycję?  Jestem pewien, że w ten sposób telewizje zyskałyby na wydajności, bo zamiast wykłócać się z zapraszanymi do studia niekumatymi matołami, redaktorzy w krótszym czasie mogliby przekazać widzom znacznie więcej zbawiennych prawd do wierzenia, dzięki czemu średni poziom społecznej świadomości wprawdzie nie dorównałby poziomowi redaktorów, ale znacznie by się podniósł.

I wreszcie Naczelnik Państwa musiał wyciągnąć wnioski z obserwowania telewizyjnych programów, “a może mu tam w samotnej celi i święci Pańscy coś podszepnęli?” – dość, że nakazał przeprowadzenie referendum w postaci odpowiedzi na cztery pytania.

Odpowiedź na każde z nich jest oczywista nie tylko dla inteligentnego obywatela, ale nawet dla wszystkich pozostałych i brzmi:

NIE!” To ma bowiem być stanowcze “nie!” zdrowych sił naszego narodu, podkopywanych przez zdradzieckiego Donalda Tuska, jego Volksdeutsche Partei, no i oczywiście – przez Judenrat  “Gazety Wyborczej”, który pod taką, czy inną nazwą, zawsze był w awangardzie starszych i mądrzejszych.

W czynie społecznym doradzałem nawet, by pytania referendalne rozbudować w taki sposób, by każdy, nawet ten najbardziej pozostały obywatel skapował, jaka jest poprawna odpowiedź i widocznie każda słuszna myśl raz rzucona w powietrze prędzej, czy później znajdzie swego amatora, bo z inicjatywy Naczelnika Państwa pytania zostały rozbudowane i w takiej postaci zatwierdzone przez Sejm. Co prawda w brzmieniu, moim zdaniem, nadal nazbyt ogólnikowym, ale mówi się: trudno.

Ja bowiem sugerowałem, żeby na przykład pierwsze pytanie brzmiało tak: “Czy jesteś za wyprzedażą państwowych przedsiębiorstw, które zdrajca Ojczyzny Donald Tusk chciałby za bezcen oddać zachodnioniemieckim rewizjonistom i odwetowcom: Hupce i Czai?” Jestem pewien, że nie byłoby w naszym nieszczęśliwym kraju obywatela, który miałby wątpliwości, jak odpowiedzieć na tak postawione pytanie.

Myślę jednak, że intensywna akcja perswazyjna też zrobi swoje i uchwalone 17 sierpnia przez Sejm referendum przejdzie do historii jako referendum “Cztery razy NIE!” – w odróżnieniu od tego z czasów stalinowskich, które przeszło do historii, jako referendum “Trzy razy TAK!” I bardzo dobrze, bo  jakieś różnice między Polską stalinowską, wkraczającą właśnie na nieubłaganą drogę Lenina i Stalina,  a Polską demokratyczną, stanowiącą nierozerwalne ogniwo IV Rzeszy, muszą przecież być!Ale oprócz tych różnic można też dopatrzyć się pewnego podobieństwa. Chodzi o same pytania, a zwłaszcza te dotyczące państwowych przedsiębiorstw i wieku emerytalnego.

Prawidłowa odpowiedź na każde z nich jest oczywista – ale zastanówmy się, jaki wniosek z tych pytań można wyciągnąć a contrario? Jeśli państwowych przedsiębiorstw nie wolno “wyprzedawać”, bo w przeciwnym razie naród polski utraci kontrolę nad “sektorami strategicznymi”, to znaczy, że najlepiej byłoby, by cały majątek produkcyjny był państwowy. Skoro bowiem państwowa własność środków produkcji przynosi takie zbawienne rezultaty w sektorach strategicznych, to z całą pewnością przyniosłaby je także w sektorach nie uznanych za strategiczne. Krótko mówiąc, pytanie pierwsze wyraźnie daje wyraz przekonaniu o wyższości własności państwowej – a ono właśnie było – jak pamiętamy – najtwardszym jądrem ideologii komunistycznej.

Mamy więc tu do czynienia z rodzajem manifestu komunistycznego Naczelnika Państwa. Zresztą nie tylko jego, bo na podobnie nieubłaganym stanowisku stanęła też pani Beata Szydło, formułując pytanie dotyczące wieku emerytalnego.  Mniejsza o wiek – ale z treści pytania wynika, że pani Beata nie ma najmniejszych wątpliwości, iż powszechny i przymusowy system ubezpieczeń społecznych nie tylko powinien być zachowany, ale również – że to państwo ma decydować o warunkach ubezpieczenia, zarówno co do wieku, jak i sposobu naliczania  świadczeń emerytalnych. To ważna deklaracja, w podatku pokrywająca się ze spostrzeżeniem prof. Bogusława Wolniewicza, że komunizm wcale nie “upadł”, tylko “mutuje”. Że nie upadł – to widać po manifeście komunistycznym Naczelnika Państwa, który – wraz z panią Beatą i innymi działaczami – reprezentuje mutację pobożną.  Skoro mogą istnieć Żydzi Polarni, to dlaczego nie miałoby być komunistów pobożnych?

I jeszcze jedna sprawa. Adam Bień, skazany w słynnym moskiewskim “procesie szesnastu”, nazwał kiedyś Kukuńka “człowiekiem drobnych krętactw”. Ciekawe co by powiedział o panu premierze Morawieckim, który jest autorem pytania dotyczącego migrantów. Niby wszystko jest w jak najlepszym porządku, ale kiedy wczytamy się w nie uważniej, to od razu skapujemy, że sprzeciw wobec wpuszczania na terytorium Polski dotyczy wyłącznie migrantów objętych “przymusową relokacją”.

Tymczasem migranci z Indii, Pakistanu, Afganistanu, Uzbekistanu, czy Tadżykistanu, przymusowej relokacji nie podlegają, nie mówiąc już o Ukraińcach. Zatem Ukraińców i tych innych wpuszczamy bez żadnych ograniczeń. Hindusi ani Pakistańczycy na razie nie próbują się w Polsce organizować politycznie, natomiast Ukraińcy są politycznie zorganizowani i to znakomicie.

Czy zatem pytanie sformułowane przez pana premiera Morawieckiego nie jest przypadkiem obliczone na odwrócenie naszej uwagi od tego niebezpieczeństwa?